Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Kolejne tej jesieni spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi. Czas zacząć. Na antenie Radia Paranormalium, tu i teraz, krótko po 20:00 30 października 2026 roku, zapraszamy na kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:45] - Dzień dobry wieczór państwu. Melduje się Bydgoszcz. I zaczynamy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Tradycyjnie zaczynamy od czegoś, co nazywam słowem wstępnym, ale gdybym nadawał tym swoim pogadankom książkowym na wstępie jakieś tytuły, to ta dzisiejsza pogadanka powinna nosić tytuł: „Czas, którego nie wolno mierzyć”. Ale od początku. Czy można odebrać człowiekowi wolność, nie zamykając go w więzieniu? Czy można sprawić, że przestanie zadawać pytania, a nawet nie zauważy, że utracił tę umiejętność? Bogusław Raatz w powieści „Horologium” proponuje nam świat, w którym takie pytania wcale nie należą do fantastyki, a przynajmniej nie są fantastyczne tak bardzo, jak chcielibyśmy wierzyć. Punktem wyjścia jest tajemniczy zegar. Przedmiot z przeszłości, pozornie zwyczajny, niewielki zegar kominkowy wykonany z mosiądzu.
Na jego tarczy widnieje jednak nazwa, której nie potrafią rozpoznać nawet doświadczeni znawcy antyków. Talgerty. To słowo uruchamia całą opowieść. Zegar trafia w ręce Zorny Carlston, kobiety inteligentnej, dociekliwej i nie do końca pogodzonej ze światem, w którym przyszło jej żyć. Zorna chce poznać pochodzenie przedmiotu. Szuka informacji, analizuje szczegóły. Nie potrafi odpuścić. I właśnie ta zwyczajna ciekawość staje się początkiem niezwykłej przygody. Bo w świecie Bogusława Raca przeszłość nie jest martwa. Potrafi przemówić, czasem za pośrednictwem przedmiotu, który przez dziesięciolecia stał zapomniany na półce.
Ale czym właściwie jest ów zegar? Z pewnością zagadką kryminalną, elementem intrygi, mechanizmem, który wprawia wydarzenia w ruch. Można jednak odczytać go również inaczej: jako symbol pamięci. Pamięci o świecie, który odszedł, ale nie powinien zostać zapomniany. Zegar mierzy czas. Jednocześnie przypomina, że czas nie jest wyłącznie ciągiem kolejnych minut. Czas jest także historią, doświadczeniem, dziedzictwem, a czasem jest również ostrzeżeniem. Warto zwrócić uwagę na kontrast, który autor buduje od pierwszych stron powieści. Z jednej strony mamy stare zegary, antykwariat, przedmioty wymagające wiedzy i cierpliwości. Z drugiej rzeczywistość zdominowaną przez sieć, automatyzację i cyfrowe udogodnienia.
W tym świecie zakupy robi się wirtualnie. Informacje docierają do człowieka bez wysiłku. Codzienność staje się coraz wygodniejsza. Tylko czy wygoda zawsze oznacza postęp? To jedno z najważniejszych pytań, jakie można postawić podczas lektury „Horologium”. Rac opisuje społeczeństwo nowej jaźni. Społeczeństwo, w którym kontrola nie musi przyjmować postaci brutalnego przymusu. Nie trzeba nieustannie wydawać rozkazów. Wystarczy odpowiednio urządzić rzeczywistość. Wystarczy dostarczyć ludziom rozrywki, ułatwić im codzienne czynności, zdjąć z nich odpowiedzialność za coraz większą liczbę decyzji, a potem sprawić, by przestali dostrzegać, że coś im odebrano.
W powieści ważną rolę odgrywa Aine, system wykorzystujący sztuczną inteligencję i dane gromadzone za pośrednictwem urządzeń elektronicznych. Jego zadaniem jest obserwowanie społeczeństwa, analizowanie zachowań i umożliwianie wpływania na ludzkie życie. I nie chodzi tylko o to, że ktoś nas obserwuje. Znacznie ważniejsze jest to, co może zrobić z wiedzą o nas. W tym miejscu książka przestaje być wyłącznie opowieścią o tajemniczym zegarze. Staje się ostrzeżeniem przed światem, w którym technologia nie służy już człowiekowi, lecz zaczyna określać granice jego wolności. I co szczególnie niepokojące, nie musi się to odbywać w atmosferze strachu. Może dokonywać się niemal niezauważalnie, za zgodą samych zainteresowanych. Właśnie dlatego wizja Raca jest interesująca. Władza w jego świecie nie opiera się wyłącznie na zakazach.
Opiera się także na przyzwyczajeniu, na wygodzie, na przekonaniu, że skoro wszystko działa, to nie ma powodu, by zadawać pytania. Ale przecież brak pytań nie jest dowodem, że wszystko jest w porządku. Może oznaczać coś zupełnie przeciwnego. Zorna wyróżnia się na tle otoczenia. Nie akceptuje rzeczywistości tylko dlatego, że wszyscy inni uznają ją za normalną. Zachowuje w sobie potrzebę samodzielnego myślenia, a także pamięć o świecie, który nie był idealny, ale pozostawiał więcej przestrzeni na niezależność. Dużą rolę odgrywa w tym jej ojciec. To od niego Zorna przejmuje zainteresowanie historią, polityką i literaturą. Zachowuje również książki, których istnienie nie jest mile widziane przez system. Ten szczegół ma znaczenie.
Książka staje się tu czymś więcej niż nośnikiem informacji. Jest narzędziem oporu. Pozwala zachować język, pojęcia i sposoby myślenia, które władza chciałaby usunąć z ludzkiej świadomości. Bo żeby kontrolować człowieka, nie zawsze trzeba zakazywać mu myślenia. Czasem wystarczy pozbawić go dostępu do idei, dzięki którym mógłby pomyśleć inaczej. W tym sensie „Horologium” opowiada również o kulturze, o pamięci zbiorowej, o znaczeniu dawnych przedmiotów i dawnych tekstów. O tym, że przeszłość nie jest tylko magazynem rzeczy niepotrzebnych. Może być źródłem niezależności. Bogusław Raatz nie tworzy przy tym świata pozbawionego wszelkich zalet. System zapewnia ludziom bezpieczeństwo, ogranicza niektóre zagrożenia, organizuje codzienność.
I właśnie w tym tkwi problem. Gdyby przedstawiona rzeczywistość była wyłącznie koszmarem, łatwo byłoby ją odrzucić. Znacznie trudniej sprzeciwić się porządkowi, który daje nam realne korzyści, a w zamian stopniowo odbiera prawo do samodzielnego decydowania. Wolność rzadko znika w jednej chwili. Częściej ustępuje miejsca kolejnym udogodnieniom, kolejnym uproszczeniom, kolejnym rozwiązaniom, których nie chcemy już kwestionować, aż w końcu nie pamiętamy, że mogło być inaczej. Dlatego warto wrócić do tytułowego zegara. Horologium to określenie związane z pomiarem czasu. W powieści czasomierz jest jednak czymś więcej niż urządzeniem odmierzającym kolejne godziny. Staje się znakiem ciągłości między przeszłością a teraźniejszością. Przypomina o świecie, którego ślady wciąż istnieją, nawet jeśli oficjalna rzeczywistość próbuje je wymazać.
Można też dostrzec w nim metaforę ludzkiej świadomości. Zegar działa dzięki mechanizmowi. Poszczególne elementy muszą ze sobą współpracować, ale człowiek nie powinien być traktowany jak część mechanizmu społecznego. Mechanizmu, którego jedynym zadaniem jest sprawne wykonywanie narzuconych funkcji. Człowiek ma prawo się zatrzymać, zastanowić, zakwestionować. I właśnie to odróżnia go od urządzenia. Powieść Bogusława Raca łączy więc intrygę z refleksją nad technologią, pamięcią oraz wolnością. Tajemnica zegara prowadzi czytelnika ku pytaniom znacznie poważniejszym niż ustalenie pochodzenia zegara. Pokazuje, że za pozornie niewinnymi przedmiotami mogą kryć się historie, które zmieniają sposób patrzenia na rzeczywistość, a za pozornie idealnym porządkiem może kryć się system, który nie toleruje niezależności. Czy to jest wizja przyszłości?
Być może. Ale najciekawsze w tej książce jest to, że nie trzeba traktować jej wyłącznie jako przepowiedni. Można ją czytać jako zachętę do uważniejszego przyglądania się teraźniejszości – naszej teraźniejszości. Do zastanowienia się, gdzie kończy się wygoda, a zaczyna zależność. Gdzie kończy się pomoc technologii, a zaczyna władza nad nami. I czy rzeczywiście jesteśmy wolni tylko dlatego, że nikt nie zabrania nam robić tego, co robimy na co dzień? Bo może największym zagrożeniem nie jest świat, w którym człowiek nie może zadawać pytań. Być może największym zagrożeniem jest świat, w którym przestaje widzieć powód, by je zadawać. Dlatego warto czasem spojrzeć na stary zegar, posłuchać jego mechanizmu, przypomnieć sobie, że czas płynie niezależnie od naszych przekonań i że nie wszystko, co nowe, jest lepsze. Tak samo jak nie wszystko, co stare, powinno zostać zapomniane.
„Horologium” Bogusława Raca pozostawia nas właśnie z takimi myślami. W świecie pełnym urządzeń, algorytmów i natychmiastowych odpowiedzi najważniejszym przejawem wolności może być czasem coś bardzo prostego: umiejętność samodzielnego myślenia i odwaga, by nie przestać pytać nawet wtedy, gdy wszyscy wokół uznali już, że odpowiedzi tak naprawdę nie są potrzebne. Jeśli państwa zainteresowałem tą książką, to wpiszcie w okienko googlowskie tytuł „Horologium”, a potem Bogusław Raatz pisane przez dwa „a”, Rac. Wtedy z pewnością znajdziecie państwo tę książkę i to w dobrej cenie. Naprawdę szczerze polecam lekturę. Proszę państwa, to teraz, idąc z duchem tradycji, czas na polecanki książkowe. Zaczynamy bez zbędnej zwłoki. Pierwsza książka na dzisiaj to książka Remigiusza Mroza i już słyszę — oczyma wyobraźnię, uszami wyobraźni się słucha — słyszę uszami wyobraźni to narzekanie, że Mróz to nie to, że Mróz to nie tamto. Są zarówno zwolennicy Remigiusza Mroza i jego kryminałów, jak i przeciwnicy. To normalne i dla jednych to, co powiem za chwilę będzie nie do przyjęcia, a dla drugich będzie ciekawą informacją.
Pogódźmy się z tym. W takim razie zaczynamy. Remigiusz Mróz „Konfrontacja”, wydawnictwo Filia. Data premiery 12 listopada. Warszawa staje się miastem strachu. Pierwszy zamach przychodzi bez ostrzeżenia, kolejne są już zapowiedziane. Sprawcy nie przedstawiają żądań, nie wyjaśniają motywów, zapowiadają tylko coraz większą liczbę ofiar. A to oznacza, że stawką nie jest już wyłącznie rozwiązanie kryminalnej zagadki. Stawką staje się ludzkie życie. W „Konfrontacji” Remigiusz Mróz sięga po dobrze znany motyw wyścigu z czasem, ale dodaje do niego coś jeszcze: bezradność instytucji, niepewność i pytanie o to, komu można zaufać, gdy zagrożenie sięga najwyższych szczebli władzy.
Szczególnie interesująca jest sytuacja Wiktora Forsta. Bohater przebywa w więzieniu, a jednak właśnie tam trafia na trop, który może zapobiec kolejnej tragedii. To przewrotne odwrócenie ról. Człowiek odizolowany od świata może dostrzec coś, czego nie widzą ci, którzy mają do dyspozycji służby i oficjalne procedury. Forst nie działa jednak sam. Do gry wchodzą Joanna Chyłka i Seweryn Zaorski. Spotkanie bohaterów znanych z różnych historii nadaje powieści dodatkowy wymiar. To już nie tylko walka z konkretnym przeciwnikiem, to także próba siły charakterów, doświadczeń i wzajemnego zaufania. Tytułowa konfrontacja może oznaczać znacznie więcej niż starcie dobra ze złem. To jest również zderzenie jednostki z systemem odwagi, z bezradnością, wiedzy, z chaosem i przekonania, że wszystko da się kontrolować z rzeczywistością, która wymyka się spod tej kontroli.
Mróz buduje opowieść wokół lęku, który stopniowo obejmuje całe miasto. A przecież strach jest szczególnie groźny wtedy, gdy nie wiadomo, skąd nadejdzie kolejny cios. W takiej sytuacji liczy się nie tylko szybkość działania. Liczy się umiejętność myślenia, współpraca, gotowość do podejmowania trudnych decyzji. „Konfrontacja” zapowiada się więc na coś więcej niż dynamiczny thriller. To opowieść o granicach zaufania i o tym, jak wiele jesteśmy gotowi zaryzykować, by ocalić innych. Bo czasem największym wyzwaniem nie jest samo rozpoznanie zła. Najtrudniej jest stanąć z nim twarzą w twarz i nie pozwolić, by to ono wyznaczało zasady gry. Przypomnę państwu tytuł: „Konfrontacja”, autor Remigiusz Mróz, wydawnictwo Filia. Data premiery 12 listopada.
Teraz czas na kolejny tytuł, a ten tytuł brzmi: „Gniew Posejdona”. Autorzy zacni, Clive Cussler i Robin Burcell, wydawnictwo Amber. Data premiery 5 listopada. Są skarby, które kuszą bogactwem. Są też takie, które skrywają tajemnice zdolne zmienić bieg historii. Właśnie wokół takiego odkrycia Clive Cussler buduje akcję „Gniewu Posejdona”. Sam i Remy Fargo wracają na greckie wyspy. Chcą dokończyć misję sprzed 10 lat. Szukają zaginionych bogactw antycznego króla. Ale przeszłość nie zamierza pozostać w przeszłości.
Dawny wróg powraca. Tym razem kieruje nim pragnienie zemsty. Rozpoczyna się wyścig. Luksusowe jachty, zapomniany grobowiec i zalane wodą jaskinie tworzą scenerię pełną niebezpieczeństw. Tu nie wystarczy wiedza historyczna ani odwaga. Trzeba umieć przewidywać ruchy przeciwnika No i zachować zimną krew wtedy, gdy każdy błąd może być błędem ostatnim. Ale „Gniew Posejdona” to nie tylko opowieść o skarbie i pogoni. To również historia związku, którego początki naznaczało niebezpieczeństwo. Powrót do wydarzeń sprzed dekady pozwala spojrzeć na Sama i Remy nie tylko jak na zgrany duet poszukiwawczy, także jak na ludzi, których bliskość została wystawiona na próbę już na samym początku wspólnej drogi. Tytuł przywołuje gniew greckiego boga mórz i trudno o lepszą metaforę tej opowieści.
Morskie wody mogą zachwycać, ale potrafią też pochłonąć wszystko, co człowiek uznał za pewne. Podobnie działa przeszłość – niby zamknięta, a jednak wciąż zdolna do zadawania ciosów. Casler łączy historię archeologiczną i sensacyjną. Stawia bohaterów wobec przeciwnika, który nie zapomniał dawnych porażek, a czytelnikowi przypomina, że nie każdy skarb przynosi szczęście. Czasem największą wartością nie jest to, co można odnaleźć pod ziemią, lecz to, co udaje się ocalić, gdy wszystko wokół zaczyna się rozpadać. Przypomnę tytuł: „Gniew Posejdona”. Autorzy Clive Cussler i Robin Burcell, wydawnictwo Amber. Data premiery: 5 listopada. No i czas na trzecią książkę. Jej tytuł: „Cięcie”.
Autor również bardzo znany, Jo Nesbo – to chyba tak się czyta. Wydawnictwo Dolnośląskie. Data premiery: 12 listopada. Oslo, zima, trzy brutalne morderstwa i trop prowadzący do świata filmu, w którym ambicje potrafią być równie mroczne jak zbrodnia. W 14. tomie serii Jo Nesbo stawia Harry'ego Hole'a w sytuacji szczególnej. Detektyw odszedł z policji. Próbuje żyć dalej, choć osobista strata odebrała mu niemal wszystko. Tymczasem młody śledczy, Oleg Falke, trafia na sprawę, której nie potrafi sam rozwikłać. Filmowy świat okazuje się tu czymś więcej niż efektownym tłem.
To przestrzeń pozorów, rywalizacji i obsesji. A tytułowe cięcie można odczytać nie tylko jako termin z planu filmowego, lecz także jako symbol nagłego przerwania kariery, życia, a może złudzeń. Największe napięcie rodzi się jednak gdzie indziej. Czy człowiek, który sam znalazł się na granicy, zdoła pomóc innym? Harry musi mierzyć się nie tylko z zagadką morderstw, ale również z własną przeszłością. Nesbo przypomina, że czasem najtrudniejsze śledztwo prowadzi nie do sprawcy, lecz w głąb człowieka. A prawda, jak dobry filmowy zwrot akcji, potrafi ujawnić się dopiero wtedy, gdy wszystko wydaje się już przesądzone. Przypomnę tytuł: „Cięcie”, Jo Nesbo, a wydawcą jest Wydawnictwo Dolnośląskie. Jeszcze data premiery: 12 listopada. Proszę państwa, ponieważ poruszamy się w akademii wszelkiej fikcji takim utartym torem, to teraz czas na korepetycje filozoficzne.
Są filozofowie, którzy budują imponujące systemy myślowe, piszą opasłe tomy, tworzą pojęcia, od których – nie ukrywajmy – czasami boli głowa. No i oni również z powagą godną urzędnika ogłaszają, czym jest prawda, czym jest dobro i czym jest sens istnienia. A potem przychodzi życie, rozlewa kawę na koszulę, sprawia, że spóźnia się autobus, a potem podnoszone są ceny w sklepach. Życie oznajmia, że nasze plany właśnie się przestały realizować, przestały obowiązywać. I wtedy warto przypomnieć sobie Epikteta. Ten grecki filozof stoicki, urodzony około połowy I wieku naszej ery, pochodził z Hierapolis we Frygii. Większą część młodości spędził jako niewolnik w Rzymie. Później odzyskał wolność i sam zaczął nauczać filozofii. Nie pozostawił po sobie własnoręcznie spisanych dzieł. Jego nauki znamy głównie dzięki uczniowi, Arrianowi.
Być może już ten fakt jest pouczający. Nawet wielki filozof potrzebuje czasem kogoś, kto zrobi dokładne notatki. Epiktet nie obiecywał człowiekowi szczęścia bez przeszkód. Nie twierdził, że człowiek mądry zawsze chodzi z uśmiechem i nigdy nie przeklina pod nosem. Proponował coś trudniejszego: rozróżnienie między tym, na co mamy wpływ, a tym, co pozostaje poza naszą kontrolą. Nasze sądy, decyzje, pragnienia i reakcje przynajmniej w pewnym stopniu zależą od nas samych. Nie zależą natomiast od nas cudze opinie, pogoda, przeszłość ani to, czy ktoś właśnie postanowił wyprzedzić nas w kolejce, chociaż wyraźnie widział, że stoimy i też chcemy w końcu dopchać się do lady. To, co mówię, brzmi prosto, niemal banalnie, ale spróbujmy zastosować tę zasadę w praktyce. Ktoś nas obraża. Pierwszy odruch?
Odpowiedzieć mu tak i to tak celnie, najlepiej tak, żeby rozmówca zapamiętał nas do końca życia, a przy okazji przestał lubić naszą rodzinę. Epiktet zapytałby zapewne, czy naprawdę chcemy oddać komuś władzę nad własnym spokojem, bo przecież cudze słowa nie muszą automatycznie stawać się naszym cierpieniem. Między zdarzeniem a reakcją jest przestrzeń i właśnie w tej przestrzeni zaczyna się wolność. Nie oznacza to obojętności. Stoik nie musi godzić się na niesprawiedliwość ani udawać, że krzywda nie istnieje. Chodzi raczej o to, by działać rozsądnie. Zamiast pozwalać, by gniew prowadził nas na smyczy, można sprzeciwić się złu bez zamieniania własnego umysłu w jego filię. Szczególne znaczenie ma tu doświadczenie samego Epikteta. Człowiek, który znał niewolę, wiedział, że wolność zewnętrzna i wewnętrzna nie są tym samym. Można być panem własnego domu, a zarazem niewolnikiem ambicji, zazdrości, lęku przed opinią innych czy potrzeby posiadania różnych rzeczy.
Rzeczy, których wcale nie potrzebujemy. Można też utracić wiele zewnętrznych swobód, a mimo to zachować zdolność do samodzielnego osądu. Oczywiście nie należy z tego wyciągać wniosku, że każdy człowiek powinien po prostu zaakceptować swój los. Taka interpretacja stoicyzmu byłaby wygodna przede wszystkim dla tych, którzy mają władzę nad innymi. Epiktet przypomina raczej, że nawet w trudnych warunkach warto pilnować własnych wyborów. Nie wszystko możemy zmienić, ale to nie znaczy, że niczego nie możemy zrobić. Filozofia Epikteta przydaje się szczególnie w czasach, gdy człowiek może w ciągu pięciu minut przeczytać wiadomości z całego świata, pokłócić się z trzema nieznajomymi i dowiedzieć się, że powinien natychmiast zmienić dietę, poglądy oraz sposób oddychania. W takim świecie spokój bywa aktem odwagi. I nie dlatego, że nic nas nie obchodzi, lecz dlatego, że nie każda sprawa zasługuje na naszą panikę. Epiktet nie proponuje życia bez emocji.
On proponuje życie, w którym emocje nie otrzymują automatycznie prawa do podejmowania wszystkich decyzji. A to jest, proszę państwa, istotna różnica. Strach może nas ostrzegać, gniew może sygnalizować przekroczenie granic. Smutek może świadczyć o tym, że coś było dla nas ważne. Nie musimy jednak pozwalać, by każde z tych uczuć natychmiast przejmowało ster. Może więc filozofia Epikteta jest mniej tajemnicza, niż chcielibyśmy sądzić. Ona nie wymaga ucieczki w góry ani porzucenia świata. Wystarczy zacząć od drobiazgów. Nie odpowiadać od razu na złośliwą wiadomość, nie traktować każdej porażki jak końca historii, naszej historii, nie uzależniać własnej wartości od cudzej aprobaty. A kiedy następnym razem wszystko, absolutnie wszystko pójdzie nie tak, nie tak jak zaplanowaliśmy, możemy zadać sobie pytanie, które ma w sobie więcej mądrości niż niejeden poradnik.
To pytanie brzmi: czy mam na to, co mnie spotyka, jakikolwiek wpływ? Jeśli tak, to należy działać. Ale jeśli nie, to może warto oszczędzić sobie przynajmniej dodatkowego cierpienia. Świat i bez naszej pomocy potrafi być wystarczająco nieznośny. Nie musimy jeszcze brać udziału w jego wysiłkach, aby było jeszcze gorzej. Tak, proszę państwa, to był świat filozofii stoickiej, świat Epikteta. A teraz, proszę państwa, zapraszam na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś, tak jak często to powtarzam, już czeka. A dzisiaj kolejna odsłona cyklu filmowego pod wspólnym tytułem „Naznaczony”. Proszę państwa, na antenę Radia Paranormalium wjeżdża niniejszym „Filmotekarium”.
Tak mi się jakoś lekko zrymowało. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[30:12] - Dzień dobry wieczór. Tak, wjeżdża pociąg naznaczony. No właśnie, naznaczony.
[30:21] - Numerem szóstym.
[30:24] - Numerem szóstym. Dzisiaj mówimy o kolejnym dziele z uniwersum „Insidiousa”, czyli „Naznaczonego” po naszemu. Przed chwilą straciłem rachubę, o który numer już chodzi, ale Marek na szczęście przypomniał. Numer szósty, odcinek szósty, odsłona szósta obiecuje nam wyjście z mrocznego wymiaru. Równie mroczny zawód ma bohaterka tego filmu, bo ona jest dentystką, która oczywiście, jak to musi być w horrorze, ma paranormalne przeżycia różnego rodzaju. Takimi, jak by to nazwać, psychopompami, istotami wywołującymi, symbolizującymi może raczej te doświadczenia, jest trójka bardzo dziwnych ludzi, których ona pewnego dnia zauważa. Ale to nie jest tak, że te doświadczenia się do niej przypętują ot tak po prostu, bo pani bohaterka Gemma ma dziecko, absztyfikanta i żyje sobie normalnie. Tyle że, to ma oczywiście swoje znaczenie dla tej historii, ale ona ma jeszcze traumatyczną przeszłość, ponieważ była świadkiem zgonu rodzicielki z Fej jako dziecko. Zgonu za przyczyną bytu nadprzyrodzonego. I to otrzymujemy na samym początku tego filmu.
A że trzeba to jakoś połączyć z innymi częściami „Naznaczonego”, to Gemma jest też podróżniczką astralną, czyli OOBE-nautką, dokonuje projekcji pozacielesnych i ma tam różne przedziwne przygody. Ponieważ jest to horror typu paranormal, te przygody muszą być straszne. Tylko powiem ci, Marku, że one były straszne nie w tym wymiarze, jaki ja bym chciał. To znaczy „Naznaczonego” dosięga klątwa przedłużanych na siłę produkcji filmowych. Myślę, że jak dojdziemy do dziesiątki, to już tam będą naprawdę cuda niewidy pokazywane i takie fiku-miku będzie na ekranie, żeby próbować jeszcze czymś zszokować widza. Bo w tym szóstym odcinku — nie, to nie jest seria — w tej szóstej odsłonie, szóstej części próbuje się różnych metod, przenosząc bohaterkę i widzów w zaświaty, w jakieś alternatywne uniwersa, w których bytują demony. Tylko czy to straszy? Czy to jeszcze porusza? Powiem szczerze: nie.
[32:56] - Nie. A w dodatku muszę powiedzieć coś, co będzie okrutne. Bo ten film jest dla mnie przykładem, jak w gruncie rzeczy prostą historię można rozciągnąć do dosyć długiego filmu. Dłużył mi się, może dlatego uważam, że był długi. Do długiego filmu, w którym sceny się wloką, nie wiem, czy specjalnie, ale moim zdaniem można spokojnie sobie gdzieś wyskoczyć, kawy nalać. Tam się czasami niewiele zmienia. Więc prosta historia, którą dałoby się opowiedzieć bardzo szybko, za pomocą różnych myków filmowych jest rozciągana. I to nie robi dobrze temu filmowi. Bo cóż takiego się dzieje? Główna bohaterka w pewnym momencie stwierdza, że ma zdolność przenoszenia się do mrocznych wymiarów.
I się tam przenosi, czasami się tam pojawia. To jest dziwne, nieprzyjemne, niefajne doświadczenie związane ze snem i w ogóle z koszmarem, ale też z obecnością. Dobrze, wszystko okej. Tylko jak długo można to ciągnąć? Jak długo można komplikować prostą historię? W pewnym momencie dostajemy jeszcze informację, że ponieważ ona ma taką zdolność, to może się coś do niej przyczepić i może w drugą stronę sobie pomykać do naszego wymiaru. Dobrze, żyjemy z tą informacją i film się ciągnie dalej. Jeśli za coś podziwiam ten film, to właśnie za umiejętność rozciągania w nieskończoność prostej opowieści. To jest niesamowite, naprawdę. Wierzcie mi państwo, to jest historia, którą gdybym chciał państwu wspólnie z Piotrem zdradzić, to my byśmy ją państwu opowiedzieli w półtorej minuty.
Myślę, że nie byłoby specjalnego problemu. Nawet byśmy mocno nie musieli przyspieszać, nie musielibyśmy troszeczkę strzelać jak z karabinu maszynowego swoimi głosami i to by się dało zrobić. A tymczasem te sceny się ciągną. One mają być straszne, więc chwilami straszne są. Coś tam się wylewa, coś pęka, coś jest w ogóle paskudne. Dobrze, od czasu do czasu coś nas przestraszy, ale to bardzo konwencjonalnie w gruncie rzeczy nas straszy. Mamy te slashery, które gdzieś tam się od czasu do czasu wypsną, ale to są tak zgrane rzeczy, że ja już po pierwszym wiedziałem, że ta metoda jest przyjęta i gdzieś tam nagle, jak się coś działo, tu pewno teraz coś nagle zrobi „bu”. I czasami robiło. Nie wiem, jakoś ten film nie przypadł mi do gustu, a już te rozwiązania, te wygibasy, które mają wytłumaczyć to wszystko na końcu, jakoś słabo to przyjmowałem.
[36:25] - Tak, bo można film zamęczyć tego typu odniesieniami. Sam w sobie ten film jest niestety nużący. On jest reanimowany, żeby jeszcze trochę się pobać, żeby jeszcze w nim były jakieś szokujące wątki odkrywane. Tylko pamiętajmy o tym, że „Naznaczony” to jest też metahistoria. I ona się też wkrada w pewnym momencie i to się robi jeszcze bardziej zawikłane. Jeszcze więcej jest tych wątków. Owszem, tam są ciekawe sceny, na przykład wejście do tego domu z poduszek, czyli bohaterka chce zdemontować taką bazę, dom z poduszek, który zbudowała jej córka. Włazi tam do środka i okazuje się, że utknęła w jakimś innym wymiarze. Tam ją gonią jakieś potwory. Zresztą te pościgi istot paranormalnych za bohaterką to też jakoś jest.
Ja wiem, że to jest jakaś konwencja. Wiem, że to tak ma być, że widzowie może tego oczekują, masowi widzowie, bo przecież film nie jest kręcony dla nas, ale to się przejadło już. Jakbym to zobaczył pierwszy raz w życiu, może bym był jakoś poruszony. Albo drugi. To się dłuży i dłuży. A ta szósta porcja "Naznaczonego" oznacza też, że my od początku wiemy, kto się może pojawić, z czym to się będzie jadło. Mówiłem, że gdzieś w grę będzie musiało wchodzić OOBE. To jest niestety też jedna z bolączek wielkich serii, że one się stają powtarzalne. Osobiście powiem, że kojarzę najmocniej pierwszego "Naznaczonego". On zrobił na mnie dość duże wrażenie, kiedy go widziałem po raz pierwszy.
To był film z pomysłem, to był film z dobrą obsadą, a finał był bardzo ciekawy. Ten demon kolorowy, taki czarno-kolorowy. Piosenka, która była bardzo charakterystyczna "Tiptoe Through the Tulips" puszczana w tle. To było coś na tamte czasy, ale to było lata temu. Pamiętam jeszcze "Czerwone drzwi", kolejną odsłonę. Te drzwi są ogólnie ważne dla całego uniwersum, także w tym szóstym "Naznaczonym" się też pojawiają. Ale to już było. To jest odcinanie kuponów. I oczywiście mamy to nawiązanie główne w postaci postaci nomen omen, czyli Elise. Tutaj ona się pojawia w formie nieżywej jako duch, ale to jest ta starsza pani, która się tam pojawia, to medium, ponieważ ją mi się gdzieś dobrze ogląda.
Nie wiem, przyjemnie mi się kojarzy ta aktorka. Nie mam do niej zastrzeżeń. Nie to, że ona by mi się strasznie podobała, bo ona ma 82 lata, ale wprowadza tutaj jakiś klimat do tego "Naznaczonego". Cóż, film ten jest bardzo amerykański. Bardzo do przesady. Czy to mnie rusza? Nie. Czy to mnie jeszcze jakoś interere? Też nie za bardzo. Aczkolwiek mówimy o tym filmie, ponieważ był w kinach, ponieważ pewnie jakiś tam hałas wokół siebie zrobił.
To też jest taki film, Marku, który można sobie obejrzeć gdzieś dla odmóżdżenia na lekkiej bańce w jakąś bardzo długą noc na przykład. Tylko że on nic nowego do życia widza nie wniesie, nawet nie wniesie za wiele strachu. Chyba że ktoś już jest bardzo bujny. Nie jest winą, może, też powtarzalność styli i powtarzalność pewnej stylistyki. Bo to, Marku, też jest w ten sposób, że przecież były historie, chociażby "Obsesja", które były prostymi opowieściami, takimi opowieściami, które pewnie gdzieś już kiedyś się w kinie przewinęły. Natomiast problem jest w "Naznaczonym" i wielu innych horrorach tego rodzaju, bo to i mówimy o serii "Obecność" na przykład, i o tych wszystkich, które wyszły z tej kuźni, powiedzmy. Problem tych wszystkich filmów jest taki, że coś tam brakuje. Gdyby one były bardziej udramatyzowane, one niekiedy trącą operą mydlaną albo jakąś tanią sensacją. Nie wiem nawet, jak to nazwać. One mają w sobie coś takiego dziwnego i to nie w tym dobrym słowa znaczeniu dziwnego.
One są po prostu jakieś takie specyficzne, mają taki specyficzny styl. Te historie są w ogóle do siebie podobne. Jakby to ugryźć? To jest trochę tak jak z reklamami. Zwykle kiedy siedzimy przed blokiem reklamowym, to może go oglądamy, ale nasze myśli są gdzie indziej. Ale raz na jakiś czas zdarza się taka reklama, która nie jest zrobiona od siekiery. Jest zrobiona z pewnym pomysłem. Jest w niej to coś. I ogląda się tą reklamę może nie z radością, ale coś zawiesza się oko. I gdyby właśnie to coś było w "Naznaczonych", tych kolejnych odcinanych od serii, może nie byłoby tak źle.
A tutaj czegoś brakło. Może większego dramatyzmu w tej historii. To wszystko jest proste. Może te postacie są płaskie, może bohaterowie są płascy, może my po prostu za dużo już horrorów obejrzeliśmy i wiemy, co się wydarzy w każdym, bo już przecież nie można też wymyślić nic nowego. Może horror się po prostu skończył jako gatunek.
[41:57] - Ja mam wrażenie, Piotrze, że gdzieś krążysz koło takiego sedna, ale ja myślę, że to tak do końca nie wygląda, bo myślę, że w każdej filmowej opowieści najważniejszy jest pomysł. W ogóle pomysł jest przydatny i ważny, czy to w literaturze, czy w filmie. I pomysł decyduje o tym, czy my siedzimy i oglądamy i czekamy, co będzie dalej. I ach, jak to się skończy? To pomysł to wszystko buduje, a nie niepokojąca muzyka, ciemne pomieszczenia, tajemnicze zjawiska. To nie to decyduje o tym, że film nas ciągnie do siebie. One dobrze, jeśli są, jeśli odpowiadają historii i są. Ale to historia musi być wciągająca. A tymczasem ta historia To nic, że ta historia może być prosta, ale musi mieć w sobie to coś. To prawda, to coś i jeszcze w dodatku pewną tajemnicę.
My tu od pewnego momentu nie mamy do czynienia z żadną tajemnicą. Wiemy, że coś musi się rozegrać, że coś chce przyjść. Inni nie chcą, żeby przyszło. I to jest cały dramat w tym filmie, który się ma rozegrać. I to jest trochę mało. Owszem, muzyka buduje klimat, te pomieszczenia budują jakiś klimat, tylko klimat bez historii nie działa. Bo cóż, że jakaś scena wyda nam się obrzydliwa albo nawet na chwilę poczujemy jakiś strach w sobie, jakieś poczucie niepewności. Tak, ale historia jest najważniejsza, a tej ciekawej historii tutaj po prostu nie ma. Myślę, że ten film może paradoksalnie spodobać się osobom, które lubią historie o zjawiskach nadprzyrodzonych. Nie takie, które nałogowo oglądają horrory, tylko właśnie zjawiska nadprzyrodzone.
Może jakieś przemyślenia się pojawią dotyczące różnych relacji, które gdzieś tam się pojawiają w internecie czy w innych mediach. Ale proszę państwa, wiele scen w tym filmie, mam wrażenie, że są przewidywalne. Jeśli ktoś w ogóle ogląda horrory, to dla mnie zero zaskoczeń. I być może Piotr ma rację, że za dużo tych filmów oglądamy i później jesteśmy tacy zblazowani. Ale nawet zauważam, mam dobrą wolę i ta produkcja stara się utrzymać zainteresowanie widza, dostarczyć emocji. I tym bardziej mamy wyraźny obraz pewnej klęski, moim zdaniem. Klęski, którą ponoszą twórcy tego filmu, bo zainteresowanie utrzymane w moim wypadku średnio. Emocje jak na rybach, proszę państwa, mniej więcej takie. Pewna dawka obrzydliwości owszem jest i jeśli ktoś lubi, to jak najbardziej. Na przykład scena u dentysty, kiedy się naprawia zęby pewnemu staruszkowi.
Ten staruszek jest jednym z kluczowych elementów w tym filmie. Ważnym. Może tak. Przyznam, że ta scena jest obrzydliwa na swój sposób, ale być może to takie życie dentysty. Niech już będzie. Przeczytałem w jednej z recenzji, że temu filmowi warto dać szansę. Szczególnie jeśli ktoś lubi horrory, to powinien temu filmowi dać szansę. Ja nie polemizuję, ale jeśli państwo oglądacie dużo horrorów, to ten film państwa zdecydowanie nie zaskoczy. Proszę państwa, zgodnie z obietnicą z zeszłego tygodnia zapraszam na spotkanie z Lesem Choduniem, autorem książki „Zabić Boga”. Tak jak zapowiedziałem, naszym gościem jest Less Hoduń, autor pachnącej jeszcze farbą drukarską książki „Zabić Boga”.
Dzień dobry wieczór panu.
[46:42] - Dzień dobry wieczór, panie redaktorze. Dobry wieczór słuchaczom.
[46:46] - Startujemy, bo pytań zebrało się kilka. Oto pierwsze z nich. Ten tytuł, „Zabić Boga” jest mocny, prowokacyjny i sprawia, że od razu pojawiają się pytania. Skąd wziął się ten pomysł na tytuł i co chciał pan zasygnalizować czytelnikowi za jego pomocą?
[47:12] - Sygnalizacja, wydaje mi się, może być związana między innymi z tym, co ludzie odczuwają, żyjąc chociażby w dzisiejszym świecie, który nie sposób nie powiedzieć, że zawiera w sobie czasy ostateczne lub ich znamiona. Zdarzało mi się już wiele razy słyszeć od ludzi, że ktoś sam chciał go zabić, bo to, co się teraz wyprawia, jest totalnie nieposkładane, nielogiczne i jak gdyby niemające związku z tym, co głosi chociażby religia rzymskokatolicka czy jakakolwiek inna religia mówiąca o tym, że jest gdzieś jakaś siła wysoko, która o nas dba, dzięki której to wszystko istnieje. Fajnie, to wszystko istnieje. Tylko teraz pytanie, dlaczego istnieje w takiej formie? Dlaczego my musimy tego doświadczać i to w taki negatywny sposób? Cóż, co człowiek, to jest inny odbiór. Więc najprawdopodobniej jeden powie, że tak już ma być i zaakceptuje to. Drugi nie będzie chciał się z tym zgodzić i będzie próbował to w jakiś sposób werbalizować, a trzeciemu najprawdopodobniej będzie wszystko jedno, tak jak to u ludzi bywa. Natomiast w kontekście tych osób, które emocjonalnie są poruszone i funkcjonują, na przykład będąc częścią Kościoła, grup wyznawczych, religii i tak dalej, to te osoby, niezależnie od tego, że posiadamy jakiś zasób wiedzy, doświadczeń religijnych, zasób norm i tak dalej To są też nasze wewnętrzne, osobiste pytania, bo jesteśmy ludźmi, doświadczamy rzeczywistości i czasem te pytania idą trochę inną drogą niż informacje, które uzyskujemy od strony związanej z religią. Jak to się mówi, z wiarą.
Dlaczego taki tytuł? Tytuł wydaje mi się, jest oczywiście zaczepny. Ja bardzo lubię tworzyć rzeczy, które są bardzo wyraziste i są bardzo zdecydowane. Zresztą moja miłość do rocka i metalu też to potwierdza. Natomiast w tej sytuacji moje uwielbienie w oglądaniu rzeczy typu postapo jak „Mad Max”, typu „Obcy: Decydujące Starcie”, „Ludzkie dzieci”, czy innych tego rodzaju obrazów zaskutkowało tym, że lata temu, oglądając takie rzeczy, inspirując się, czytając powieści, człowiek nabiera umiejętności konstruowania w sobie przekazów, a później te przekazy zaczynają dopominać się realizacji. Więc skoro już trafiło na jednostkę, która posiada umiejętność formułowania słowa, od deski do deski, a w zasadzie od kropki do kropki, poszły takie chęci, żeby taką formę stworzyć. I to, powiem szczerze, zaczęło się już około roku '87. Mniej więcej w tym roku. I od tamtej pory zaczął kiełkować mi pomysł. Nawet kiedyś z moim znajomym Kazikiem Hałasą próbowaliśmy na ten temat sobie rozmawiać, bo mu zaprezentowałem ten pomysł, i pamiętam, mieliśmy taką krótką rozmowę obydwaj i on też emocjonalnie dosyć ulokował się w tym moim opowiadaniu, podpowiadając tam parę rzeczy.
Ja przez lata budowałem w sobie chyba ten mikroświat i dzięki temu on mógł teraz już ujrzeć światło dzienne w takiej, a nie w innej formie. Wcześniej stworzyłem sobie treatment, taki treatment typowo slimowy, zarysowując konspekt całości. A teraz myślę, że to początek roku gdzieś był tego, gdy już zdecydowałem: tak, biorę się za to, za uporządkowanie i piszę. Więc sporo miesięcy upłynęło, żeby to zrobić. Ten tytuł jest bardzo podporządkowany całej powieści. On jest obecny generalnie we wszystkim, co się tam dzieje. Jaką on ma formułę, dlaczego on taki jest i o co w nim chodzi, to oczywiście czytelnik musi sobie odkryć. Natomiast wyrazistość tytułu bardzo mnie podkręciła i uważałem, że on w bardzo dobry sposób wyrazi to, co książka chce przekazać.
[52:23] - Akcja powieści rozgrywa się w świecie, który jest naznaczony wojną i rozpadem wcześniejszego porządku. Jak wyglądała pańska koncepcja tego świata i które elementy przedstawionej rzeczywistości uważa pan za najważniejsze dla zrozumienia całej historii?
[52:44] - Myślę, że najważniejszym elementem jest to, w jaki sposób człowiek buduje swoją świadomość. Świadomość siebie. To jest podstawa, bo historia opowiada o okolicznościach, gdzie widzimy jedną czy drugą postać, która pojawia się w powieści i ta postać, która jest zdeklarowana jako ktoś X, nagle okazuje się, że ona ma inną twarz. Czyli to jest związane z naszymi przekonaniami, które mamy o sobie, o swoich bliskich, o znajomych, o całym świecie, generalnie o ludziach i samej dyspozycji mentalnej dyspozycji świata. Więc tutaj myślę, że czytelnik odnajdzie też wiele spostrzeżeń w kontekście tego, jak jedna okoliczność może być różnie odczuwana w różnych sytuacjach, które są związane z różnymi ludźmi. Bo niektóre sytuacje prowadzone są wśród jednego środowiska, inne w innym środowisku i tak dalej. Więc już wiem, że ludzie zauważają, porównując sobie, jak było napisane to w kontekście osoby X, a jak to robiła osoba Y. Więc ta pierwsza rzecz naprawdę to jest świadomość, bo samoświadomość pozwala człowiekowi istnieć w świecie. Jego przekonanie względem siebie, względem tego, kogo zna, komu ufa, jak wygląda otoczenie i co z tym wszystkim można zrobić. Co ja powinienem zrobić?
Jak ja powinienem się do tego wszystkiego odnosić? Więc myślę, że tu będzie bardzo bogactwo duże, jeśli chodzi o odnajdywanie różnych spojrzeń na różnych ludzi, choćby w kontekście podróży, która się gdzieś tam odbywa przez większość książki. Również ta podróż jest naznaczona wielością skrajnych doznań. I te pytania, które się tam w trakcie pojawiają i później to, czym się kończy książka. Tam też będzie można poodkrywać wiele niezwykłych rzeczy. Więc To myślę, że jest podstawowa kwestia, czyli człowiek, bo on jest zawsze podstawą. Nasze decyzje powodują to, kim jesteśmy, więc czyjeś decyzje spowodowały też, że świat doszedł do takiego, a nie innego momentu. Bo to już jest czas po wojnie religijnej, gdy świat tak naprawdę został zniszczony praktycznie doszczętnie i osób, które zostały z tego konfliktu jest tam już bardzo niewiele. Więc tym bardziej potrzeba jest świadomości. A poza tym książka też pokazuje, bo chciałem tutaj wcześniej nadmienić.
Musiałem się zawiesić na chwilkę. Przepraszam. Książka też pokazuje temat, jak daleko byśmy poszli, gdybyśmy wiedzieli, że spuszczono nas ze smyczy norm społecznych i wszelkiego rodzaju obwarowań etycznych. Czy dalibyśmy sobie pozwolenie na to, żeby pójść zbyt daleko albo jeszcze dalej? Czy jednak odczuwalibyśmy siebie, swoją relację z ludźmi, swoje powinności jako człowieka? Czyli to też jest właśnie związane poniekąd z tym punktem numer dwa, o który pan redaktor pytał. Natomiast jeśli chodzi o koncepcję świata, powiem, że dla mnie najważniejszą rzeczą było przedstawić świat, który możemy uznać za prawdziwy w sensie takim, że jest to możliwe, że po potencjalnie tego typu konflikcie, po tego typu zniszczeniach, że nasze otoczenie, świat, to wszystko, co widzimy i odczuwamy, że będzie wyglądać właśnie tak, a nie inaczej. Żeby to było bardzo ludzkie, takie bardzo jak koszula jest najbliższa ciału. Żeby to, co widzimy dookoła, nie było takie jak na przykład w „Halo”, gdzie są te olbrzymie zbroje tych wojowników i tak dalej, gdzie to wszystko jest takie totalnie futurystyczne i wręcz fantasy. Nie poszedłem w tę stronę.
Ja pamiętam, kiedyś ogromne wrażenie zrobił na mnie „Łowca androidów” i ja siedziałem z dużymi oczami dlatego, że „Łowca androidów”, czyli słynny film Ridleya Scotta, pokazywał rzeczywistość, jaka potencjalnie może się wydarzyć. Czyli mamy jednocześnie ulice, po których jeżdżą ludzie rowerami, gdzie stoją kontenery, gdzie się ludzie grzeją przy ogniu, ale jednocześnie nad ulicami latają czy to zeppeliny, czy są holograficzne reklamy i tak dalej. Tego typu miks daje o wiele większe doznanie, że faktycznie ten świat może tak wyglądać, aniżeli myśleć o tym, że będą chodzić uzbrojeni po zęby wojownicy, którzy będą zakutani w blaszano-szklane kombinezony. I to będzie właśnie wyglądać tak jak chociażby na „Halo”. To są bardzo fajne obrazy i mnie tego typu koncepty bardzo wkręcają. Natomiast wiadomo, że jeżeli pisze się powieść tego typu o takich rzeczach, które dotykają i mentalu, i duchowości, i wiary człowieka, i zadają pytania: „To kim ja jestem tutaj i po co ja tu jestem?”. To chciałem, żeby to wszystko było bardzo ludzkie, a przez to bardzo dotykalne przez czytelnika, żeby czytelnik jak najbardziej mógł odczuć dreszczem, że niestety, ale tak mogłoby to wyglądać, gdyby się wydarzyło. Mam nadzieję, że pozostanie to tylko w fabule.
[59:35] - W świecie przedstawionym w powieści religia staje się narzędziem sprawowania władzy, a wiara bywa wykorzystywana do usprawiedliwiania przemocy. Co chciał pan pokazać poprzez ten obraz instytucji religijnych i mechanizmów kontroli społecznej?
[59:57] - Można powiedzieć, że tak naprawdę wyraziłem tylko to, co niejedna osoba zauważa w swoim otoczeniu. Ci, którzy bywają w kościołach i chodzą na mszę, znają księży przecież, biskupów, prymasów i różne inne osoby. Wiedzą, że zachowanie danej osoby jest związane z tym, jaki kto ma charakter. Bo właśnie jedna osoba będzie to osoba do rany przyłóż i będzie się chciało z tą osobą spędzać czas niezależnie od tego, czy to jest ksiądz, biskup, ministrant czy ktokolwiek inny. Ale jeśli ktoś z sercem wychodzi do człowieka i stara się poświęcić mu swoją uwagę, stara się sprawić, żeby człowiek lepiej się poczuł, a jednocześnie żeby dał się zachęcić do tego, żeby ta wiara, którą ten ktoś wyznaje, żeby ona coś do niego mówiła, przemawiała, to wtedy takie osoby można też znaleźć w naszej rzeczywistości. Ale jest też wielu, niestety wielu przedstawicieli, którzy już dzisiaj zachowują się tak, jakby byli ponad prawem. Ja sam kiedyś trafiałem kilkukrotnie na przykłady osób pod tytułem ksiądz Który jak się okazało, naprawdę uważałem, że niektórzy powinni mieć nawet zabronione, żeby starać się o bycie księdzem. Bo zachowania, które tamte osoby prezentowały były totalnie karygodne nawet dla mnie, który inaczej wyznaje kwestie wiary, przekonań duchowych i tak dalej. Staram się osobą być niereligijną, natomiast zależy mi na tym, żeby rozumieć człowieka, żeby być blisko człowieka. Niektórzy z reprezentantów Kościoła katolickiego niestety nie powinni tymi reprezentantami być.
To jest rzecz pierwsza. Rzecz druga, jeszcze ciekawostka. Ostatnio zapytany zostałem, czy to jest etyczne, jak to jest w ogóle zabić Boga? Czy w ogóle można zabić Boga? Ja mówię: codziennie go zabijasz. Przychodzisz do kościoła, codziennie go zabijasz. Jak? Więc mówię, na pewno każdego dnia setki milionów osób mówią do siebie: „Supier, zabiję cię, nienawidzę cię, obyś zdechł” i tego typu historie. To jest nic innego jak zabijanie dokładnie tego, którego wyznają, ponieważ sam on mówi, że będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Co było na przykład w kontekście tematów sądowych, które działy się między Johnny Deppem a Amber Heard.
Dookoła sądu jeździł samochód, na którym było napisane: „Obyś umarła”. Dlatego niestety, ale na całym świecie Bóg, ten Bóg, który jest wyznawany przez Kościół katolicki, jest zabijany przez ludzi. I to niektórzy ludzie wręcz pysznią się tym, bo eskalują, bo doprowadzają do tego, żeby ktoś się czuł źle, a później żeby go zniszczyć. Jeśli umrze, to już będzie w ogóle najlepiej. Więc gdzie tu etyka na samym świecie? Chociażby biorąc przez pryzmat właśnie zachowań osób pod tytułem księża. No właśnie. Niestety, ale tak to wygląda. Mamy to już dzisiaj.
[01:04:05] - Jedną z centralnych postaci jest Silve. Człowiek, który wyrusza do Watykanu z zamiarem zabicia Boga. Co tak naprawdę napędza jego działania? Poczucie winy, potrzeba odkupienia, pragnienie sprawiedliwości czy coś jeszcze, czego po prostu nie uwzględniłem?
[01:04:30] - Tutaj w kontekście tego człowieka kryje się bardzo dużo informacji. On jest zresztą osobą bardzo małomówną, ale szanując swoich współbratymców, bo on jest twórcą i zarządzającą osobą w grupie Gloria. To jest tajne stowarzyszenie, które stara się blokować zachowania niegodne, które są prowadzone przez kardynała. I te jego wszystkie działania związane z tym, że on właśnie chce zabić tego Boga. Być może to przyniesie spokój, ale czy na pewno? Czytelnik dowiaduje się dopiero później. Sami współuczestnicy w grupie Gloria, w tym stowarzyszeniu, też nic nie wiedzą o Silve, bo on stara się prowadzić działania w taki sposób, żeby przede wszystkim pomagać ludziom, żeby przede wszystkim pokazywać swoim ludziom, którzy z nim współpracują, że zależy mu na nich, że są dla niego ostoją i że on bardzo chce z nimi prowadzić te swoje działania. Nieraz okazuje się, że ratują ludzi spod miecza. Już nie ma tych ludzi aż tak dużo na tym świecie. Oni mieszkają w enklawach w środkowej Norwegii i tam jest generalnie dosyć chłodno.
Tak kardynałowie mówią, że tam jest na tyle chłodno, że można tam pokutować, więc niedobitki zostały ściągnięte do tego miejsca. Ale wiadomo, zachowania kardynałów są po prostu karygodne, więc bardzo mu zależy na tym, żeby to wszystko ukrócić.
[01:06:30] - Ważną postacią jest również Hero, najemnik, człowiek przemocy, bohater uwikłany w osobisty konflikt. Jak budował pan tę postać i co sprawia, że nie można jej sprowadzić wyłącznie do roli bezwzględnego wojownika?
[01:06:50] - Właśnie w trakcie powieści można odkryć, że każda z tych postaci pojawia się co jakiś czas z różnymi aktywnościami. I okazuje się, że odkrywamy właśnie, że Hero, który jest uważany za takiego mocarza, totalnego mocarza, któremu po prostu nic nie jest straszne, niczego się nie boi, z niczym się nie liczy. Nagle okazuje się, że zauważamy go w innym świetle. To samo jest z innymi osobami, których też tutaj nie mogę przytoczyć, bo musielibyśmy zdradzić za dużo treści. Ale fajnie odkrywamy W kontekście okoliczności. To jest tak samo, jak my mamy działania, będąc sobą. Czujemy, że jesteśmy sobą, ale przy tej osobie czy przy tamtych okolicznościach zachowujemy się zupełnie inaczej. Używamy innych słów, innych zachowań i tak dalej. Kiedy tak naprawdę jesteśmy sobą? I dlaczego decydujemy się na to, żeby zachować się w danej okoliczności inaczej?
Tutaj myślę, że te postaci są bardziej rozbudowane, tylko wszystko jest związane z tym, jak bardzo my daną postać znamy. Mówię już tutaj w kontekście tego, co dzieje się w naszym rzeczywistym otoczeniu, czyli czy znamy dobrze swoich znajomych, czy odpowiednio dużo uwagi na nich skupiamy, czy zadajemy im właściwe pytania, czy możemy im zaufać, czyli czy na tyle poznaliśmy ich, że moglibyśmy im zaufać, gdyby coś wydarzyło się takiego, gdzie ten ogromny zasób zaufania jest potrzebny. Hiro jest jedną z tych postaci bardziej wyrazistych i on akurat tutaj troszeczkę szykuje się na spotkanie z Silvę, bo Hiro jest szefem najemników i on twardą ręką dosyć zarządza tą grupą. Wiadomo, pan kardynał musi mieć obstawę po to, żeby móc sobie pozwolić na to, na co sobie pozwala.
[01:09:06] - Ta relacja pomiędzy Silvę i Hiro nabiera szczególnego znaczenia w miarę rozwoju fabuły. Dlaczego zdecydował się pan powiązać główny konflikt powieści z tak osobistym wymiarem?
[01:09:25] - To, o czym pan mówi, a o czym nie będę chciał wspomnieć najprawdopodobniej, to była kwestia związana z wykańczaniem już książki. Tak naprawdę przed momentami, gdy już udawałem się na rekonesans pod tytułem interpunkcje i zabawy w czyszczenie, w porządkowanie, sprawdzanie, czy nie było za dużo skrótów myślowych, o które czytelnik nie wiedziałby, o co tam chodzi. Nagle to był jeden z takich fragmentów, które pojawiły się w mojej głowie. One nie budowały żadnej konstrukcji na początku w sensie takim, że ja prowadziłem obydwie postaci po to, żeby one zaskutkowały na przykład taką eksplozją na koniec. Natomiast ta konfrontacja, do której dochodzi, jest w pewnym sensie oczywista, dlatego, że samo zabicie Boga generuje zachowania też innych osób, które w pewien sposób przecież z tą tak zwaną religią po tej wojnie są związane. A najemnicy, którzy pilnują kardynała, są odpowiedzialni za to, co się dzieje z kardynałem. Więc ta cała infrastruktura informacyjna, czyli rozstawienie najemników, kontrolowanie różnych prac, zachowań ludzi, to, w jaki sposób przebiega informacja, to skąd informacje są pozyskiwane. Tam też jest jeden taki fajny rozdział, z którego zawsze się po prostu śmieję i super, że udało mi się go stworzyć. Jest to po prostu pomysł na zmylenie przeciwnika. Czyli sprawienie, żeby zachował się tak, a nie inaczej, po to, żeby kilka osób przemieściło się w zupełnie inne miejsce, a wtedy inni ludzie będą mogli robić swoje, co było wcześniej zaplanowane.
Więc tworzyłem dwie postaci niezależnie, ale cała struktura powieści była tak sformatowana, że mogłem sobie na spokojnie pozwolić, żeby wprowadzić pod koniec te pewne niuanse, które zrobią tak zwane halo. Wzbraniałem się troszeczkę przed tym, ale skoro to podszeptywało mi bez przerwy i podpytywało, to powiedziałem sobie tak: „Okej, zrobię to, nie ma problemu”. I wydaje mi się, że ludzie bardzo fajnie to odbierają. Są zaskoczeni. Podobnie te podszepty wyglądały z pewnym jednym z najkrótszych rozdziałów, który po prostu któregoś razu przyszedł mi takim komunikatem do głowy i ja wiedziałem, że on musi być, ale pomimo swojej krótkości, on też miał być bardzo okrutny. I powiem szczerze, że to, jak empatycznie realizowałem ten fragment, pisałem go tak około trzy godziny. Musiałem wiele razy odpoczywać, tonować roztrzęsione dłonie, bo po prostu byłem tak zaangażowany emocjonalnie w całą tę historię, odczuwając, widząc i będąc tam obok, że do tego stopnia, że nawet przepraszałem istotę, którą umieściłem w tej całej okrutnej historii tego fragmentu. I mam nadzieję, że ta istota, która gdzieś jakoś informacyjnie przecież się stworzyła, że nie ma mi tego za złe, ale później na tydzień musiałem zostawić pisanie, ponieważ nie byłem w stanie zabrać się do pisania. Musiałem odpocząć, musiałem sobie troszkę pomedytować i poszło dalej. Także na szczęście przeszedłem ten moment.
Natomiast tak samo jak odczuwając Hiro, tak samo jak odczuwając Silvę, starałem się empatycznie wejść w ich konstrukt mentalny, w ich myśli, w ich osobowość, po to, żeby- Odczuwać po swojemu, z odpowiednim nastawieniem to, jakimi oni są ludźmi. Czyli przełączyć się z jednej strony na myślenie Silve, któremu bardzo zależy na tym, żeby ludzie jak najmniej o nim wiedzieli, ale żeby znali go jako rzeczową osobę. I tak samo później na Hiro, który jest przecież zakapiorem, który jest szefem najemników i wszyscy się go boją. On ma taki właśnie szacunek. Było to bardzo ciekawe doświadczenie, tak lawirować między jedną a drugą osobowością. Natomiast tak jak mówię, nie było moją ideą prowadzenie tych dwóch postaci względem siebie od początku, bo to wynika później z pewnych przyczyn, które myślę, że odkryją czytelnicy.
[01:14:31] - W książce pojawia się pytanie o odpowiedzialność za decyzje. Decyzje, których konsekwencje okazują się katastrofalne dla innych ludzi. Czy Silve jest dla pana przede wszystkim postacią szukającą odkupienia, czy również przykładem tego, jak niebezpieczne bywają przekonanie o własnej racji i próba naprawiania świata za wszelką cenę?
[01:15:01] - Myślę, że naprawianie świata za wszelką cenę w pewnym, i to dużym aspekcie, jest częścią tej postaci, dlatego, że on bardzo mocno podjął się tego, aby przeszkadzać kardynałowi, bo tu mówimy akurat o jednym kardynale. Jest tam co prawda kilka enklaw sąsiednich, które są obok siebie położone. Natomiast ja skupiłem się tylko na jednej enklawie. Tej, w której właśnie jest Hiro, w której jest Silve. I on absolutnie chciałby naprawiać świat, a przynajmniej na tyle, na ile może naprawić. Bo wiadomo, że świat już jest totalnie zdewastowany, więc sam tego nie zrobi, ale z pomocą jego ludzi chciałby, podejrzewam, zaszczepić jakieś takie światło w myśleniu ludzkim o sobie. Ta odpowiedzialność, o której pan wspominał, jest jak najbardziej istotna, bo sam kontekst jego obecności w grupie Gloria i sposób, w jaki on realizuje rozmowy i działania swojego stowarzyszenia, mówią wyraźnie o tym, że on chce i jest bardzo świadom i bardzo konsekwentnie prowadzi swoje działania w tym kierunku, aby jak najbardziej ukrócać zachowania kardynała, ale jednocześnie też zabić tego boga, którego zdeklarował się zabić. Mogę też powiedzieć, że Silve szuka odkupienia dlatego, że niejedna osoba, która z nim przebywa, ma wrażenie, że ten człowiek coś kryje w sobie i sposób, w jaki realizuje to, co ma do zrealizowania, mówi, że pewne rzeczy siedzą w nim bardzo głęboko. Najprawdopodobniej bardzo go dotknęły i z tego powodu on chce robić to, co robi. Zresztą co jakiś czas pojawia się informacja, że on miał do czynienia z kardynalską bracią, więc on poznał trochę to środowisko.
Też są rozmowy mówiące o tym, że on wie o tym, że były encykliki, które wyrażają nastawienie Kościoła względem wiernych. Co proponują, co będą robiły i tak dalej, jakie są zadania. To wszystko normalne encykliki zawierają i on o tym mówi. Natomiast nie chce rozmawiać ze swoimi bliskimi osobami o niczym innym. Natomiast występuje rozmowa już pod koniec, gdzie jego towarzysze dowiadują się o tym tak naprawdę, kim on jest, skąd pochodzi, jaka jest jego historia. I on tak, szuka odkupienia, bo czuje się w pewnym sensie odpowiedzialny za to, że świat poszedł taką drogą i że stanął w takim miejscu, w jakim jest. Być może jest to też forma odkupienia takiego fizycznego, mentalnego, kto wie. Myślę, że i tak każdy musi sobie odpowiedzieć jak bardzo, bo wiem, że są w różny sposób odbierane te postaci. Dlatego też każdy będzie musiał inaczej odczuć względem siebie dany konstrukt osoby czy konstrukt sytuacji.
[01:18:39] - Pana powieść jest interesującym miksem. Ona łączy brutalną rzeczywistość postapokaliptyczną z fantastyką, technologią i wymiarem metafizycznym. Jaką rolę odgrywa to połączenie i dlaczego właśnie w takiej, a nie innej konwencji postanowił pan opowiedzieć tę historię?
[01:19:05] - Ja przede wszystkim myślę wielotorowo i ze względu na to, że posiadam dość zaawansowaną wiedzę we wszystkich tych kierunkach, którymi próbowałem się podzielić w powieści, chcę inspirować ludzi myśleniem bardziej szerokim. Ze względu na to, że jeśli tworzymy coś, to to coś idzie w ludzi, to coś zaczyna funkcjonować, zaczyna działać i tworzyć pewnego rodzaju przekonania, preferencje, jakieś następstwa z tym związane, bo inspiracja czyni pewne decyzje w naszym postępowaniu. Jeżeli ktoś zobaczył jakiś obraz, usłyszał jakąś piosenkę czy przeczytał książkę, z którą Która bardzo z nim rezonuje, to być może zacznie mocniej wyznawać pewne rzeczy, które chciał wyznawać wcześniej, ale był może nieprzekonany do końca, a teraz jednak zauważył, że ktoś o tym napisał, więc on też chce o tym powiedzieć. Rzeczy inspirują. Ja jako twórca mam świadomość i powinienem mieć świadomość tego, że taka formuła powieści idąca w ludzi musi pokazać też coś więcej, bo uważam, że zawsze trzeba dawać coś więcej człowiekowi. Nie na zasadzie tylko fajna, szybka opowieść, dynamiczna, bach, bach, bach, pozabijali się i do końca nie było wiadomo, że kucharz zabił, prawda? I teraz pytanie: po co ktoś to coś stworzył? Zawsze powtarzam ludziom, nawet filmy z Brucem Willisem czy jakieś inne zwykłe, proste, tak zwane strzelanki. Zwróć uwagę, że jeżeli siądziesz do takiego filmu, zawsze znajdziesz jakiś modus operandi. Zawsze będziesz zauważał, że na pewne rzeczy twórca, reżyser chciał zwrócić uwagę.
Ja chcę zwracać uwagę na to, że zarówno nasz mental jako ludzi, jak i nasz świat to są przebogate rzeczy. Nasz mental jest jeszcze niezbadany do końca. Nasz świat jest przecież niezbadany praktycznie wcale. Przecież nie znamy głębin morskich. Nie wiemy do końca, co tam się dzieje i jakie tam stworzenia żyją. Bez przerwy przecież są odkrywane na całym świecie, na lądzie i w wodzie setki gatunków każdego tygodnia. Dlatego też inspirowanie ludzi tym, żeby być może na dany temat spojrzeli z tej, a nie z innej strony, jest to fajna rzecz, bo to jest otwieranie umysłu na inne ewentualności. Dlatego też ja zarówno zamieściłem tam mnóstwo scen dynamicznych walk, które są bardzo brutalne. Dla niektórych na pewno będą bardzo brutalne, bo nawet się dowiedziałem od blogerów, których prosiłem o współpracę. „Nie, sorry, dzięki, to jest dla mnie za mocne.
Ja w takie coś nie chcę wchodzić”. Są tam też rozmowy filozoficzne. Są tam też sceny intymne między ludźmi lub sceny, które powinny być intymne, a są pokazane zupełnie inaczej w bluźnierczy i że tak powiem, nieładny sposób. Są sceny, gdy tak naprawdę, tak jak powiedziałem wcześniej, poznajemy postać X z innej strony i nagle okazuje się, że ktoś, kogo prowadziliśmy sobie uwagą przez jakąś część powieści, nagle okazuje się, że jest kimś innym. I w tej sytuacji taka różnorodność budowania przez różne narzędzia całej powieści być może sprawi, że czytelnik, czytelniczka, którzy funkcjonują na co dzień w swojej rzeczywistości, być może ta książka, tak jak i mam nadzieję każda inna, która wychodzi na świecie, jest w stanie skłonić do pomyślenia inaczej o kimś innym, dajmy na to. Czyli jeżeli ja nie wiem nic o tamtej osobie, ale na nią jeżdżę, bo jeżdżą po niej inne osoby. Mówimy w cudzysłowie „jeżdżę”. Być może przyjdzie taki moment, że dana osoba zechce powiedzieć „cześć” i porozmawiać chwilkę, żeby się osobiście przekonać, czy ta osoba faktycznie jest taką, jaką ją prezentują inni. Czy ci inni też nic nie wiedzą o tej osobie, tylko po prostu jadą po niej jak cała reszta, bo ktoś tak kiedyś rzucił hasło i nagle wszyscy poszli na tak zwany hurra. Dlatego, po pierwsze, zasobność mojej wiedzy, którą chcę się podzielić i którą mam przyjemność się dzielić, zawoalowana w dość bogatą strukturę historii, która ukazuje się właśnie różnymi światłami, czy to filozofii, intymności, czy bardzo brutalnej akcji.
Uważam, że jest to bogactwo doznań, które wzmacnia przekaz. To jest tak samo, jak ze stworzeniem layoutu środka, który tak naprawdę na pewno nie jest unikalny, bo być może ktoś takie rzeczy gdzieś tam robił. Natomiast ja poczułem, że ten cały środek, gdy bierzemy książkę do ręki, otwieramy, to wtedy dostajemy dreszczy, bo czytamy historię brudną i szorstką. I jeszcze do tego na takich brudnych i szorstkich stronach. Zawsze coś więcej.
[01:25:05] - W finale, którego oczywiście nie zdradzę, ale w finale bohaterowie muszą skonfrontować się nie tylko z własnymi czynami, lecz także z pytaniami o naturę Boga, naturę szatana, naturę wiary i ludzkiej niewiedzy. Jakie znaczenie ma dla pana ta konfrontacja i czy chciał pan pozostawić czytelnika z konkretną odpowiedzią, czy raczej z wątpliwościami?
[01:25:37] - Wszystkie rozmowy i wszystkie zamieszczone tam myśli, przekazy, sposoby rozumowania związane są też i z moimi, jak i też z poznanymi przeze mnie od ludzi. Musiałem bowiem pamiętać, że Każda z tych osób jest trochę inna, posługuje się trochę innym trybem myślenia, więc chciałem, żeby autentyczność każdej z osób była oczywista. A wiadomo, blisko końca książki następuje tak zwane zbliżenie do rozwiązania i kumulują się wszystkie tematy. Kumulują się nagle wszystkie tematy, ponieważ jest już blisko końca. I ta rozmowa między postaciami prowadzi do tego, że jedna i druga postać czegoś się od siebie nawzajem uczą. Pomimo tego, że okoliczności są, jakie są, bo są bardzo brutalne i niepozwalające na swobodne myślenie, to jednak każda z tych postaci dowiaduje się czegoś o sobie podczas tej konfrontacji, tej wymiany zdań. Jest jak gdyby wymiana energetyczna między nimi. To jeszcze nie jest do końca powiedziane. Dopiero na samej końcówce okazują się pewne rzeczy, które zostawiłem bardzo na sam koniec. Wiadomo, pod koniec książki musi się skumulować to wszystko.
I ta kumulacja, która do mnie właśnie przyszła w postaci tego dodatkowego impulsu, o którym wcześniej mówiłem, stworzyła to, że miałem komfort, ponieważ budowałem całe flow w taki, a nie w inny sposób, więc dzięki temu miałem możliwość sprawnego dołączenia tego kontekstu, o którym wcześniej rozmawialiśmy, a o którym nic nie powiedziałem. Wiadomo, zakończenie książki musi być takie, a nie inne i jak to u mnie zakończenie jest sporym, bardzo sporym zakończeniem. Niektóre osoby wręcz powiedziały: „Zakończenie wow!” i pytają gdzie następne strony, że chyba coś mi się urwało. Zresztą jak zwykle u mnie bywa.
[01:28:12] - Czyli jednak wątpliwości. A gdyby pan postawił się w roli czytelnika i miał zamknąć powieść „Zabić Boga” taką jedną myślą, która zostałaby z czytelnikiem na długo. Co chciałby pan, aby wyniósł ów czytelnik z pana historii? Refleksję nad religią, nad władzą, nad odpowiedzialnością? A może coś znacznie bardziej osobistego?
[01:28:48] - Gdybym to był ja z moją wiedzą, z moimi umiejętnościami, z moimi przemyśleniami, z moimi planami i nastawieniem do świata i ludzi, to być może, że byłoby to tak, jak kiedyś po seansie „Forresta Gumpa”. Jak poszedłem do kina, obejrzałem sobie film i później się przez dwa dni do nikogo nie odzywałem, dlatego, że obraz zrobił na mnie ogromne wrażenie, informując mnie, że każdego rodzaju okoliczność, jakiej doświadczamy, jaką tworzymy wręcz, jest możliwa do zrealizowania w różny sposób dalej. Dlatego te decyzje, o których pan redaktor wcześniej wspomniał, to są bardzo istotne rzeczy. Dlatego, że mając przed sobą trzy drogi, wybieramy jedną. Dlaczego wybieramy jedną? Czy wybraliśmy przeczuciem, czy wybraliśmy kalkulacją? Jeżeli pójdziemy w tę drogę, później okaże się, że każda z tych dróg ma cztery rozgałęzienia. I później wchodzimy w siatkę, w gęstwinę tych rozgałęzień i tych opcji, gdzie w pewnym momencie możemy się zorientować, że przecież stojąc wtedy przed tymi trzema drogami, należało wybrać nie tę środkową, tylko na przykład tę po lewej albo tę po prawej. Czy jakakolwiek będzie opcja naszego wyboru. Nie chcę tutaj absolutnie sugerować lewicy, prawicy, czy ktoś to być może w ten sposób zrozumie.
Jestem totalnie apolityczny, więc nie dzielę ludzi na tych, którzy są po lewej, po prawej i tak dalej. Więc którąkolwiek z dróg wybierzemy tych trzech, później możemy sobie zadać pytanie: a gdybym wybrał którąś z tamtych? Serce mi podpowiadało inną. Ale ja przekalkulowałem, żeby wybrać tę drogę. Więc po skończonej lekturze na pewno bym się zasiedział troszeczkę i zadałbym sobie pytanie: to kim ja tak naprawdę jestem w dzisiejszym świecie? I w ogóle kim ja jestem? Bo widząc taką różnorodność zaskoczeń, taką różnorodność sytuacji, które są niepotrzebne, które tak naprawdę spowodowane były tylko potrzebą władzy, dajmy na to kardynała, można było tego wszystkiego uniknąć. I te wszystkie okoliczności pod tytułem sam świat, który się dokładnie takim stworzył, był również związany z cyklem decyzji podjętych przed konfliktem. I później ktoś wyraził zgodę na ten konflikt. Z jakich powodów?
Też jest napisane w powieści. Natomiast na pewno dotknęłoby mnie to, w jak bogaty sposób człowiek i jego otoczenie może być opisywane Być może ja na przykład nie zetknąłbym się jeszcze wcześniej z pewnymi rzeczami, których dotknąłem tutaj w książce. I te rzeczy powinny mi dać wtedy światełko pod tytułem: a co gdyby? Czyli zatrzymać się, popatrzeć na siebie i zweryfikować swoje ja, swoją tożsamość. A dzięki temu być może zrozumieć inaczej, lepiej ludzi, których spotykamy, z którymi żyjemy, pracujemy, jakkolwiek. Bo przecież od tych naszych decyzji wszystko zależy. Czasami przecież podejmujemy natychmiastową decyzję, żeby na kogoś nakrzyczeć, żeby się z kimś pokłócić. Czyta się nieraz w mediach, że rodziny takie znane kłócą się ze sobą i przez wiele lat żaden z nich nie odzywa się do drugiego, trzeciego i tak dalej. Pytanie dlaczego? Trzeba by było zrozumieć tych ludzi, ale decyzje podjęte bardzo impulsywnie potrafią prowadzić do takich sytuacji, kiedy właśnie ludzie różnią się między sobą.
Powstają niesnaski. Dlaczego? Dlatego podejrzewam, że jest brak chęci zrozumienia. Być może z drugiej strony jest brak chęci poinformowania na spokojnie. Czyli tak zwana spokojna rozmowa dałaby o wiele więcej. To jest tak jak z opowieścią, chyba przypominam sobie, kiedyś przytaczałem to w jednej z naszych rozmów, jak dziadek rozmawia ze swoim wnuczkiem, wprowadzając go do ciemnego pokoju. I wnuczek mówi: „Dziadku, ja się boję”. „A dlaczego ty się boisz?” „Bo tu jest ciemno”. Dziadek zaświecił światło i mówi: „A teraz jak jest?” „Teraz już się nie boję, bo jest światło”. Mówi: „Jeżeli zgaszę światło, to jest ten sam pokój, tylko nie ma światła”.
To jest tylko ta różnica. I tak samo jest z informacją. Jeżeli posiadamy jakąś informację na jakiś temat, to nie mamy powodu się wściekać, mieć niedopowiedzeń, podejrzeń i tak dalej, ponieważ wiemy. Dlatego taka wiedza jest człowiekowi bardzo potrzebna. Potrzebne są dobre informacje i nieposiłkowanie się clickbaitami dzisiaj, że są jakieś wymyślne tytuły tylko po to, żeby kliknąć, a później okazuje się, że taki tytuł nie ma z artykułem, a tym bardziej z kimś lub z czymś wspólnego. I to są po prostu zastanawiające rzeczy, ale ludzie również podejmują decyzje, zgadzając się takie komunikaty tworzyć, co wpływa z kolei na tysiące i miliony osób to czytających. Jedni machną na to ręką, jedni tego nie zauważą, bo będzie ich interesować inny przedział informacji, na przykład sport, kultura, biznes i tak dalej. Ale z tych ogólnie dostępnych informacji część będzie się na pewno jątrzyć. I później powstaje to tak zwane hejterstwo. To są prywatne decyzje ludzi.
Dlatego ja jako ja na pewno skupiłbym się pod koniec książki nad zadaniem sobie pytania. Czyli wygląda na to, że jest możliwość, że ten świat wygląda jeszcze inaczej, niż ja go widzę. Chyba tak można by było to podsumować.
[01:35:32] - I na koniec mam pytanie połączone z prośbą. To taka tradycyjna, powiedziałbym, prośba. To moje ulubione pytanie do autorów. Gdyby miał pan tak na szybko stworzyć blurb do swojej książki, to co by pan wyeksponował?
[01:35:52] - Tak, na pewno. Ja to żartobliwie mówię, że nie wiadomo do końca, że to kucharz zabił. Oczywiście nie ma tam żadnego kucharza, o ile pamiętam. Nie, nie ma kucharza. W każdym razie blurb. Dobrze. Świat po intensywnej wojnie religijnej został zdewastowany. Niedobitki mieszkają w środkowej Norwegii, gdzie jest dobrze pokutować w chłodnych rejonach. I jest grupa ludzi, która się temu przeciwstawia, ponieważ kardynałowie nadużywają swojej władzy, a otoczeni najemnikami ścinają głowy nieposłusznym i zawieszają je na frontonach katedr. Silver, dowódca stowarzyszenia obiecuje, że jedzie zabić Boga.
[01:36:50] - Pięknie panu dziękuję za dzisiejszy wywiad. Bez wahania polecam książkę „Zabić Boga”. Jestem po lekturze i to świeżo po lekturze. I cóż, proszę państwa, czytajcie, czytajcie, czytajcie. A panu jeszcze raz dziękuję.
[01:37:10] - Bardzo dziękuję i do usłyszenia.
[01:37:17] - A teraz zapraszam na MAUP. Dzisiaj w „Książkach z pogranicza” omówimy tom zatytułowany „Zdarzenie w Roswell”. Dzień dobry wieczór państwu. Rozpoczynamy MAUP, a w MAUP dzisiaj książka o zjawisku. Nie, to nie zjawisko. O pewnym wypadku, który miał dalekosiężne reperkusje. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:37:49] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Nie tylko miał, ale i ma, bo ciągle o tym słyszymy. Ciągle, ciągle i niektórym się to już znudziło. A ta książka to „Zdarzenie w Roswell” Charlesa Berlitza i Williama Moora. Jakby to ugryźć? Dzisiejsza lektura to jest trochę materiał sentymentalny. Jeżeli ktoś chce zaczynać przygodę z Roswell, to może od tej książki, natomiast nie powinien na tym kończyć absolutnie i powinien przeskoczyć od razu do publikacji Kevina Randle'a. Tylko jest taki jeden problem, że ich nie ma po polsku. „Zdarzenie w Roswell” to jest książka autorstwa dwóch pisarzy, dwóch badaczy, za którymi ciągną się różnego rodzaju pogłoski, teorie czy wręcz zarzuty o współpracę z różnymi agencjami trzyliterowymi.
Jak sam tytuł mówi, „Zdarzenie w Roswell” opowiada o zdarzeniu w Roswell, czyli o słynnej katastrofie z 1947, która znajdowała się w centrum ufologicznego spisku, dlatego że w roku 2023 pojawił się David Grusch i przesunął nam trochę tą granicę wstecz aż do Magenty, czyli do okresu II wojny światowej. A potem jest Roswell. Roswell, jak pewnie wiecie, to najsłynniejsza katastrofa UFO, do której doszło w Nowym Meksyku. Nawet istnieją swego rodzaju kontrowersje związane z tym, kiedy to było, bo padają różne daty i przez lata okazało się, że tych katastrof w Roswell albo raczej wokół Roswell, bo to trzeba to stanowczo zaznaczyć, mogło być nawet kilka. Na to wskazują relacje świadków. Natomiast to, co dzieje się dziś z tym tematem, to jest ogromny problem moim zdaniem, bo wiele osób sobie nie zdaje sprawy, że Roswell zaczęło interesować ufologów dość późno. To zdarzenie dopiero gdzieś w latach 80. i 70. przeżywało szczyt swojej popularności wraz z pojawianiem się kolejnych autorów, kolejnych publikacji. Narastały wokół tego przypadku ogromne kontrowersje.
Z czym związane? Z tym, że było wielu rzekomych świadków, a oni tak naprawdę często mówili o zupełnie innych rzeczach. Więc albo było katastrof więcej niż jedna, albo ktoś tutaj lekko nagina fakty. Niestety to naginanie faktów, koloryzowanie, bajdurzenie, kłamanie po prostu jest immanentną częścią, jeżeli chodzi o ufologię, szczególnie tą amerykańską. Niemniej jednak, jak ktoś już tak bardzo fascynuje się tego typu sprawami i wierzy w ten spisek wokół Roswell, spisek będący tak naprawdę tajemnicą poliszynela, bo wszyscy wszystko wiedzą, a jest to tak tajne, to powinien chyba zacząć od tej książki. To jest taka książka jeszcze w starym typie właśnie, która łączy nam ufologię stosowaną z teoriami spiskowymi.
[01:41:14] - Dosyć specyficzna jest narracja tej książki i ja nie jestem przekonany, że ona odpowiada mnie i w ogóle nie jestem przekonany, że będzie wszystkim odpowiadała. Raczej stawiam, że ta specyficzność narracji, zaraz o niej powiem, niektórych może odstraszać, bo to jest, proszę państwa, książka, która łączy rekonstrukcję historyczną z narracją sensacyjną i w dodatku jeszcze polewa to sosem hipotezy teorii spiskowej. Autorzy posługują się kilkoma środkami, żeby trochę podkręcić sensację, trochę podkręcić książkę, swoją publikację. Mamy oto taki zabieg: nagromadzenie relacji różnych poszlak, przytaczane nazwiska, doniesienia prasowe, doniesienia radiowe, wspomnienia, wypowiedzi osób, które są ze sprawą związane. I czytelnik otrzymuje takie nagromadzenie różnych faktów albo pseudofaktów, w każdym razie informacji. I czytelnik może mieć wrażenie, że śledzi jakieś rozbudowane dochodzenie. W dodatku autorzy nie poprzestają na tym. Budują napięcie i te informacje, które serwują, one są układane tak, aby stopniowo prowadzić od nietypowego zdarzenia do takiego podejrzenia, że prawdziwy przebieg owego wydarzenia został ukryty. To druga metoda, którą stosują z uwielbieniem. Są jeszcze kolejne.
Autorzy łączą fakty, pogłoski i hipotezy. Łączą z relacjami o obserwacjach, z wiadomościami o działaniach wojska, z rozmaitymi domysłami dotyczącymi obcych cywilizacji i z tego lepią wspólną opowieść zgodnie z tematem książki. Proszę państwa, to wszystko, co wymieniłem, nie ma jednakowej wartości dowodowej, a tutaj się zaciera. Dla autorów jakby ma. W dodatku bardzo chwytliwym zabiegiem jest nieustanne podgryzanie, podważanie oficjalnej wersji i niejasności. Zmiany w komunikatach władz są natychmiast interpretowane jako oznaki zatajania prawdy. Czego się nie da wykluczyć. To prawda, ale jeżeli to się staje argumentem przemawiającym za hipotezą o katastrofie statku pozaziemskiego, to już jest słabe. W efekcie czyta się tę książkę trochę jak opowieść sensacyjną. Opowieść o tajemnicy, którą należy rozwikłać.
To nie jest opracowanie historyczne, a już na pewno nie jest opracowaniem historycznym neutralnym. Ta książka ma jednak siłę i za tę siłę główną uznałbym umiejętne podtrzymywanie ciekawości czytelnika. Tylko proszę państwa, to jest pewna umiejętność zdradzająca pewne doświadczenie autorów, ale to jednak nie sprawia, że ta książka staje się bardziej wiarygodna. Ten sposób prowadzenia wywodu może niektórych skłonić nawet do udowodnienia, że hipoteza katastrofy w Roswell została udowodniona, a tak naprawdę wszystkie przytoczone informacje, moim zdaniem, nie pozwalają na taki wniosek.
[01:45:36] - Dlatego powiedziałem, że ta książka jest lekko sentymentalna, bo w latach 90. i 2000. to jeszcze przechodziło. Zresztą nadal są osoby, które to przełkną i tyle. Tyle że powiedziano już tak dużo i coraz więcej mamy wątpliwości odnośnie tego, co amerykański rząd mówi odnośnie UFO, że książka Moore'a i Berlitza jest dzisiaj, jak by to powiedzieć, już nie taka bardzo atrakcyjna. To jest produkt przeterminowany trącący myszką deczko i każdy, kto po to sięga, musi mieć świadomość, że to się wpisuje w szerszy obraz. To się wpisuje w pewną narrację, która cały czas gdzieś się rozwija i my nie wiemy, w jakim kierunku to dryfuje. Aczkolwiek powiedzmy sobie, Marku, szczerze, że jeżeli chodzi o disclosure, to temat Roswell nie jest jakoś mega eksponowany, żeby nagle nam obiecywano ujawnienie prawdy. Roswell sobie gdzieś tam jest, ale byli badacze tacy jak Kevin Randle, którzy naprawdę zgłębiali sprawę i doszli do bardzo wywrotowych wniosków. Coś się wydarzyło, ale nie wiadomo co.
Dodatkowo bardzo jest możliwe, że wydarzyło się więcej niż raz. To jest pierwsza rzecz. Jeżeli zaś chodzi o katastrofy UFO w tym dzisiejszym disclosure'owym wydaniu, to powiem ci, że one są jeszcze bardziej bajkowe, dlatego że słyszymy od różnego rodzaju niebieskich ptaków i tajemniczych informatorów, że Amerykanie są tak sprytni, że gdziekolwiek na świecie nie rozbije się jakiś obiekt, to oni są zaraz pierwsi na miejscu, bez względu na odległości. Jeżeli zaś o Nowy Meksyk chodzi i sprawę z 1947 roku, to przez lata pojawiło się mnóstwo nowych wątków: oświadczenia pośmiertne Waltera Hotta, sprawa pielęgniarek z Roswell, sprawa domniemanych fotografii z Roswell. Nawet były takie sugestie mówiące, mam o tym odcinek na swoim kanale, że to istoty, które się tam rozbiły, nie wyglądały jak szaraki, tylko jak insektoidy. I w tym wszystkim pojawia nam się pamiętna sekcja szaraka. Słynny film fejkowy. To wszystko układa się w jakąś historię. Pamiętajmy, że Roswell przecież przez całe dekady było może nie kamieniem milowym, ale szmaragdową tablicą dla poszukiwaczy tajemnic, że to Roswell było na przykład w centrum całego spisku w serialu „Archiwum X”. I powiem ci, że na tamte lata ta książka gdzieś przechodziła.
Przeszłaby. Ale wiele się zmieniło, nie tylko w ufologii. Zmienili się też ludzie i wydaje mi się, że to już jest pozycja nie tyle archiwalna, co archaiczna. Bo archiwalna to ona nie jest, bo w zasadzie nie ma większej wartości informacyjnej dzisiaj. Ona jest archaiczna i wydaje mi się, że pomimo tego jest do przyjęcia dla niektórych. Ta książka mogłaby niektóre osoby nadal zainteresować. To jest taki paradoks wewnętrzny, czyli z jednej strony ona jest przestarzała, ale z drugiej strony ciągle kopie. To nie jak jakiś zwietrzały samogon. Trochę coś tam w niej jest. Oczywiście chodzi o sensację różnego rodzaju.
Natomiast czy my się dowiemy, co się tam wydarzyło? Nie za bardzo. W tej książce jest wszystko po prostu po łebkach. Mamy zbudowaną narrację w taki sposób, jak Marek mówił, że jest wszystko ze wszystkim. Prowadzone jest śledztwo przez karty tej książki. Zresztą dość krótkie tak naprawdę. Tylko że z tego śledztwa, szczerze mówiąc, to ja na końcu nic nie wiem.
[01:49:40] - Cieszę się, że powiedziałeś to o tej książce tak, jak powiedziałeś, bo znalazłem pewien pozytyw dzięki tobie. Ta książka jest świadectwem czegoś, co nazwałbym kulturą ufologiczną pewnego okresu już minionego. Ta książka pokazuje sposób myślenia dosyć charakterystyczny dla części środowiska zainteresowanego UFO i to raczej tego środowiska sprzed 20, 30 lat. A więc mamy nieufność wobec instytucji, poszukiwanie ukrytych powiązań. Takie głębokie przekonanie, że pozornie niepowiązane zdarzenia mogą stanowić element jakiejś większej całości. Spisek na spisku. I ta książka z tego względu wydaje mi się interesująca, bo ona jest zatrzymanym w czasie obrazem tego, jak to kiedyś wyglądało. Myślę, że dzisiaj troszeczkę inaczej ludzie zainteresowani tematyką podchodzą do tego rodzaju problemów, chociażby jak ten opisany w książce. Z tego względu to jest ciekawa pozycja. Dzisiaj chyba już tak się nie robi, a może ja czegoś nie wiem, może jestem zbytnim optymistą, ale dla mnie to jest takie zatrzymane w czasie.
Natomiast mam kilka takich uwag dotyczących słabych stron tej książki. Przede wszystkim najpoważniejszy problem dotyczy metody dochodzenia do różnych wniosków. I tak jak mówiłem, autorzy gromadzą wiele materiałów, ale bardzo często niezbyt wyraźnie rozdzielają to, co zostało udokumentowane, od tego, co pozostaje tylko i wyłącznie przypuszczeniem. I to ma swoje konsekwencje, bo jeśli nie jesteśmy uważni, to możemy dojść do bardzo dziwnych wniosków. Ja podam taki przykład. Mamy relację bezpośredniego świadka, do tego informacje z ówczesnej prasy, jakieś wspomnienie przywołane po wielu latach i coś, co nazwijmy anonimowym przeciekiem. Każda z wymienionych części to nie są równoważne rzeczy. To nie są równoważne dowody, jeśli to w ogóle są dowody. W książce pojawiają się wszystkie te kategorie, a zestawienia tych kategorii mogą stwarzać pozorny, ale w gruncie rzeczy mogą stwarzać silniejsze wrażenie takiej pewności, z jaką autorzy to piszą. Moim zdaniem po prostu jesteśmy jako czytelnicy wprowadzani trochę nawet nie w błąd.
Na manowce jesteśmy prowadzeni. Po prostu. Dalej. Autorzy zbyt często, moim zdaniem, traktują rozbieżności, jakieś przemilczenia albo zmiany w komunikatach, o których już mówiłem, jako takie wskazówki, że coś jest ukryte, a już na pewno ukryta jest katastrofa UFO. Tego się nie da logicznie wyprowadzić. Oczywiście to może być jakaś poszlaka. Można mówić, że coś się wydarzyło i oczywiście prasa i komunikaty wojskowe coś kombinowały. Tylko bardzo by było miło, gdyby jednak rozważyć różne możliwości. A tymczasem to jest trochę taka książka pisana pod tezę. Tak się robiło to, zgoda, tylko to nie nadaje jej, przynajmniej w moich oczach, wiarygodności i tak naprawdę to prowadzi do różnych rozbieżności.
Zostańmy przy tym przykładzie zmienianych komunikatów. Przecież to mógł być wynik niepełnej wiedzy czy jakiegoś chaosu informacyjnego, czy po prostu zwykłej tajemnicy wojskowej. I to nie takiej spod znaku UFO i szaraków, tylko takiej zwykłej, topornej tajemnicy wojskowej. Wojsko ma to do siebie, że czasami rzeczy błahe utajnia i czyni je jakimiś bardzo ważnymi i bardzo tajnymi sprawami. To czasami są banały, ale oni to lubią. Lubią się tarzać w różnego rodzaju tajemnicach i później my z tego wyciągamy zbyt daleko idące wnioski. Dalej. Te relacje z relacji o nietypowych szczątkach, o działaniach wojska, o domniemanych ciałach. Autorzy przechodzą tak dosłownie do rozważań o pozaziemskim pochodzeniu obiektu. Ni stąd, ni zowąd.
Znowu można by to zrobić, ale nie w takim stylu, jak robią to oni. A później oni jeszcze się rozwijają tak erystycznie, erudycyjnie i dalej rozwijają przypuszczenia dotyczące najwyższych władz USA, najwyższych władz Związku Radzieckiego. Tylko że problem polega na tym, że poszczególne elementy tej narracji, tej układanki właściwie, one się wzajemnie nie potwierdzają. To są takie wyrwane elementy z ówczesnej rzeczywistości. I to nie jest tak, proszę państwa, że samo nagromadzenie poszlak zastępuje niezależny, konkretny dowód. A tu mam czasami wrażenie, że autorzy próbują czarować rzeczywistość. I w tej konstrukcji narracyjnej brak informacji jest często traktowany jako dowód. To już jest chwilami jednak szalone. Te utajnienia, o których mówiłem, zaprzeczenia jako kolejny przejaw spisku, który się gdzieś tam urodził. Nie, ja powiem szczerze, nie kupuję tej narracji zaserwowanej przez autorów i rzeczywiście pozostanę przy pewnym zachwycie właśnie nad takim zjawiskiem Książki gdzieś zatrzymanej w czasie świadka historii.
I to dla mnie tyle, jeśli chodzi o ten tytuł. Proszę państwa, wraca na antenę cykl, który zawiesiliśmy przed wakacjami. Teraz go oczywiście odwieszamy. Polecanki z pogranicza – książki, które możecie Państwo znaleźć na przykład na stronie internetowej Nieznany.pl albo w księgarni stacjonarnej w Warszawie na ulicy Kredytowej. Ta internetowa księgarnia, to dobra wszelkiego jest tam w brud. A spośród dostępnych książek wybrałem na dzisiaj dwie. Pierwsza z nich nosi tytuł „Wędrówka dusz”. Jej autorem jest Michael Newton, a wydawnictwo zasłużone Illuminatio. Co dzieje się z nami, gdy milknie ciało? Czy gaśnie wtedy wszystko, czy może zaczyna się podróż, której nie potrafimy sobie przypomnieć?
To pytania, od których Newton rozpoczyna niezwykłą wyprawę w głąb ludzkiej świadomości. W książce „Wędrówka dusz” w polskim przekładzie Magdaleny Wysmyk przedstawia relacje 29 osób poddanych głębokiej hipnozie. Według jego interpretacji opowiadają one o poprzednich wcieleniach i o istnieniu duszy pomiędzy kolejnymi życiami. Nowe wydanie opatrzono przedmową Roberta Bernatowicza. Najbardziej intrygująca jest wizja, w której życie nie stanowi odosobnionego epizodu. Staje się częścią większej drogi. Trudności mogą nabierać znaczenia. Relacje z innymi przestają być przypadkowymi spotkaniami, a śmierć zamiast ostatecznej kropki jawi się jako próg kolejnego etapu. Ta koncepcja może przynieść pocieszenie szczególnie tym, którzy próbują oswoić stratę albo odnaleźć sens w doświadczeniach, które wydają się niesprawiedliwe. Ale warto zachować intelektualną ostrożność.
Relacje uzyskane podczas hipnozy nie stanowią naukowego dowodu na reinkarnację ani też na życie po śmierci. Są świadectwami ludzkich doświadczeń, które Newton interpretuje w duchowych kategoriach. I w sumie bardzo dobrze, że znalazł się ktoś, kto postanowił naświetlić te problemy. I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza rozmowa. Nie tylko o tym, co może czekać nas po śmierci, lecz także o tym, jak żyjemy teraz. Czy świadomość własnej śmiertelności pomaga nam lepiej kochać? Czy skłania do większej uważności? Czy potrafimy nadać sens naszemu życiu, nawet jeśli nie znamy odpowiedzi na pytanie, co nastąpi później? Być może największą wartością „Wędrówki dusz” nie jest obietnica, że śmierć nie oznacza końca. Jest nią samo zaproszenie do zadawania pytań, na które nie ma prostych odpowiedzi, bo tajemnica życia po życiu pozostaje tajemnicą.
A tymczasem życie, które mamy przed sobą, domaga się naszej obecności. Może więc warto wyruszyć w tę wędrówkę i nie po pewność, lecz po refleksję, z otwartym umysłem i z pamięcią, że niezależnie od tego, co czeka nas po drugiej stronie, ta strona wciąż ma dla nas znaczenie. Przypomnę państwu tytuł: „Wędrówka dusz”. Autor Michael Newton, wydawnictwo Illuminatio. Druga propozycja na dzisiaj jest nietypowa dla tego segmentu audycji, czyli dla Polecanych z pogranicza. Chciałbym bowiem polecić państwu książkę beletrystyczną dostępną w księgarni Galerii Nieznanego Świata. Książkę, która dotyka tematów z pogranicza. Autorką jest Anna Głowacz. Książka nosi tytuł „Druga szansa”. Wydawcą jest wydawnictwo Iriach.
Czy potrafilibyśmy zacząć od nowa, gdyby życie odebrało nam wszystko, co najważniejsze? Jeśli druga szansa przyszłaby w najmniej spodziewanym momencie, w ciemnej celi, pośród strachu i niepewności? Laura, bohaterka powieści Anny Głowacz, traci ukochanego męża, zostaje sama, a jej przyszłość rozpada się na kawałki. Kiedy budzi się w więzieniu, nie wie, kto ją porwał ani czego od niej chce. Wie tylko, że nosi pod sercem dziecko i że musi znaleźć w sobie siłę, by przetrwać. Ale najcięższe więzienie zawsze ma kraty. Czasem jest nim rozpacz, czasem wspomnienia, a czasem prawda, której boimy się bardziej niż kłamstwa. Porywacze podważają wszystko, w co Laura wierzyła. Sugerują, że śmierć jej męża mogła być mistyfikacją. Czy człowiek, którego kochała, rzeczywiście ją oszukał?
A może rozpaczliwa nadzieja każe jej uwierzyć w coś, co nie istnieje? „Druga szansa” opowiada o granicy między rozpaczą a nadzieją. O tym, jak łatwo stracić grunt pod nogami i jak trudno zaufać, kiedy rzeczywistość przestaje być zrozumiała. To również historia o wyborach, których nie podejmujemy w komfortowych warunkach. Czasem decydujemy pod presją, czasem z miłości, a czasem po prostu dlatego, że nie możemy pozwolić sobie na rezygnację. Tytułowe pytanie pozostaje otwarte: czy druga szansa jest darem losu, czy raczej próbą, której musimy stawić czoła? Być może jednym i drugim, a może nie, bo nowy początek rzadko oznacza powrót do dawnego życia. Częściej wymaga odwagi, by spojrzeć na to życie inaczej. Powieść Anny Głowacz przypomina, że nawet w największej ciemności człowiek potrafi szukać światła. Nie dlatego, że ma pewność, iż je znajdzie, lecz dlatego, że bez nadziei trudno zrobić kolejny krok.
Przypomnę Państwu tytuł: „Druga szansa”. Autorka Anna Głowacz, wydawnictwo Iria. Proszę państwa, i teraz jest czas na odrobinę literatury. Zapraszam państwa do wysłuchania trzech opowiadań. Pierwsze z nich, „Poczekalnia” napisał Marcin Huber. Drugie, „Kolejna planeta” wyszło spod pióra Piotra Pocałunia, a trzecie, „Zaginione życie” jest dziełem Jakuba Karbownika. Zapraszam państwa bardzo serdecznie, a czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[02:04:20] - Marcin Huber, „Poczekalnia”. „Proszę pana, niech pan się obudzi” Zerwałem się gwałtownie. Natychmiast musiałem przesłonić oczy dłonią, gdyż słoneczne promienie dosłownie mnie oślepiły. „Gdzie ja jestem i co się dzieje?” – wychrypiałem. Jednocześnie uświadomiłem sobie, że właściwie to nie wiem, kim jestem. „To chyba jakaś plaża” – powiedziała dziewczyna, która przed chwilą mnie obudziła. Moje oczy przyzwyczaiły się już do słońca, mogłem więc dostrzec, że była szczupła. Włosy opadające na ramiona niczym wodospad miały kolor ciemnobrązowy. Nieznajoma ubrana była w zwiewną, lekko prześwitującą sukienkę. „Przepraszam panią, ale kim pani jest?
Kim ja jestem i skąd tu się wziąłem?” Byłem zdezorientowany, ale nabierałem coraz większej pewności, że już kiedyś widziałem jej twarz. „Nie mam pojęcia. Nie wiem, kim pan jest. Nie wiem nawet, kim ja jestem. Obudziłam się na tej plaży i...” Rozejrzałem się. Na piasku było mnóstwo śladów stóp, ale w zasięgu wzroku nikogo nie było widać. „Przepraszam, ale...” – zaczęła z wahaniem. „Proszę, niech pani pyta śmiało.” Zdawałem sobie sprawę, że o cokolwiek zapyta, najprawdopodobniej nie będę potrafił odpowiedzieć. „Czy pan cokolwiek pamięta? Jakieś imiona bliskich, adres, numer telefonu, cokolwiek?” Było dokładnie tak, jak przypuszczałem.
Nie potrafiłem odpowiedzieć na żadne z zadanych pytań. „Niestety, mam w głowie pustkę. Nic, dosłownie nic nie pamiętam.” Usiadłem na wilgotnym piasku. Czułem na twarzy delikatny wiatr niosący charakterystyczną woń morza. Dziewczyna usiadła obok mnie. „Adam, będziesz miał na imię Adam” – powiedziała po dłuższej chwili. „Słucham?” Wytrzeszczyłem oczy. Nie miałem pojęcia, o czym ona mówi. „Skoro nie pamiętamy swoich imion, będę cię nazywała Adamem. A ty wymyśl jakieś imię dla mnie.” Na poważnej dotąd twarzy dziewczyny zajaśniał w końcu uśmiech.
Śmiały się również jej oczy. „Nie wiem. Nie mam pojęcia, jak masz na imię” – stwierdziłem. „Ale ja nie pytam cię, jak mam na imię. Proszę tylko, żebyś jakieś imię wymyślił dla mnie.” Spojrzałem w niebo. Było piękne, błękitne. Tylko tu i ówdzie żeglowały po nim delikatne, postrzępione obłoki. Męczące uczucie związane z brakiem jakichkolwiek wspomnień nieoczekiwanie mnie opuściło. Spojrzałem na dziewczynę, wziąłem głęboki oddech i powiedziałem: „Marta, niech będzie Marta”. Dziewczyna ponownie się uśmiechnęła, a potem opadła na plecy.
Leżąc na piasku zamknęła oczy i chyba zasnęła. Stwierdziłem, że to nie jest zły pomysł. Piasek pod moimi plecami był gładki i przyjemnie ciepły. Zamknąłem oczy, a potem obraz, którego nie rozumiałem. Karetka, błyskające niebieskie światła, nosze, Marta i te krzyki. „Tracimy go. Tracimy. Masaż serca. Szybko!” Gdy otworzyłem oczy, Marta przekadzała się nerwowo, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe słowa. „Stało się coś?
Coś sobie przypomniałaś?” – zapytałem. Wstałem i podszedłem do niej. Była zdenerwowana i smutna, ale po chwili wyraźnie się uspokoiła. „Miałem dziwny sen. Widziałam lekarzy i pielęgniarki. Chyba byłam w szpitalu.” Poczułem na plecach zimny dreszcz. Zastanawiałem się przez chwilę, czy powiedzieć jej o tym, co mi się przyśniło. „A ty? Tobie coś się przypomniało?” Nic. Kompletnie nic.
Gdy zapadł zmrok, a na niebie zaczęły pojawiać się gwiazdy, pozbierałem trochę drewna. Miałem w kieszeni zapalniczkę, więc z rozpaleniem ognia nie było problemów. Marta siedziała, wpatrując się w płomienie, a w jej oczach pojawiły się łzy. „Dlaczego płaczesz?” Nie wiem, czy to tylko sen. Mam złe przeczucia. Boję się, że stało się coś złego. Przysiadłem bliżej, a potem delikatnie objąłem ją ramieniem. Marta spojrzała na mnie zdziwiona i wyraźnie zaskoczona. „Czy ty się do mnie przystawiasz?” – zapytała z lekkim uśmiechem. „Nie, skąd” – odpowiedziałem, próbując ukryć zażenowanie.
Marta przysunęła się do mnie jeszcze bardziej. Siedzieliśmy tak, wpatrzeni w ogień. Drewno cicho trzaskało. Ciepły dym omiatał nas od czasu do czasu, a gwiazdy nad nami delikatnie mrugały. „Gdyby to była randka, byłoby cholernie romantycznie. Tylko wina brakuje” – pomyślałem. Marta jakby czytała w moich myślach. Wstała, przeciągnęła się lekko i powiedziała: „Może to dziwne, ale mam ochotę tańczyć”. „Nie ma żadnej muzyki” – powiedziałem. I dokładnie w tym momencie usłyszeliśmy, że ktoś gra na gitarze.
Pobiegliśmy w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Za wydmą zobaczyliśmy ognisko i siedzących przy nim dwoje starszych ludzi. Mężczyzna grał na gitarze. Kobieta miała piękny uśmiech. Wtulała się w ramię partnera i trzymając w dłoni kieliszek wina, słuchała muzyki. Podeszliśmy powoli do nieznajomych. „Dobry wieczór” – powiedziałem. „Dobry wieczór. Nie jesteście za młodzi, żeby tu być?” – bardziej stwierdziła niż zapytała kobieta. Starszy pan odłożył gitarę i wskazał ręką miejsce przy ognisku.
„Mam na imię Michał, a to moja żona Natalia”. „Miło nam. Ja jestem…” Marta zauważyła, że się zawahałem i dokończyła za mnie: „Jestem Marta, a to Adam. Czy wiedzą państwo, gdzie jesteśmy? Chyba się zgubiliśmy”. „Jesteście tu, gdzie nie powinno was być” – powiedział pan Michał. Marta chyba się przestraszyła, gdyż złapała mnie za rękę tak mocno, iż poczułem, jak jej paznokcie wbijają się w moją dłoń. „Nie bójcie się, nic wam nie zrobimy. Siedzimy tu w tym romantycznym zakątku. Czekamy na nasze dzieci.
Niedługo tu przyjdą”. Mówiąc to, pani Natalia wyraźnie posmutniała. „Wcale nie chcę, żeby oni tu przyszli” – pomyślałem. „Dawno nie mieliśmy okazji, aby ot tak, po prostu pogadać z kimś nowym” – powiedział pan Michał. „Nowym? Ale co to znaczy?” – zapytałem zaniepokojony. Mężczyzna podał mi dwa kieliszki. Jeden dla mnie, drugi dla Marty. Pani Natalia nalała nam wina. „Jesteście tu, gdzie mieliście się spotkać”.
Pan Michał powiedział to tak, jakby to miało nam wszystko wytłumaczyć i było zupełnie oczywiste. Podniósł gitarę i zaczął grać melodię smutną, a zarazem optymistyczną. Marta przytuliła się do mnie, kładąc głowę na moim ramieniu. Te wszystkie enigmatyczne odpowiedzi, które rodziły właściwie jeszcze więcej pytań, niż przynosiły wyjaśnień. Amnezja moja i Marty. Dziwne sny. To było zbyt wiele. Powoli zacząłem nabierać przekonania, że wszystko to tylko mi się śni, że zaraz się obudzę. Pani Natalia spojrzała na mnie i uśmiechnęła się jakoś tak dziwnie, jakby czytała w moich myślach. „Adamie, nie możemy powiedzieć wam, gdzie jesteście ani dlaczego tu jesteście” – powiedziała.
„Tego nie wolno nam zrobić. Pogódźcie się z tym. Po prostu bądźcie tu z nami i czekajcie”. Marta nie wytrzymała. „Na co mamy czekać? Na co? No i z czym mamy się pogodzić?” – krzyknęła. Pan Michał przestał grać. Odłożył gitarę, wstał i powiedział: „Myślę, że powinniście trochę ochłonąć. Przejdźcie się, uspokójcie.
Może wtedy wszystko stanie się jaśniejsze”. Schylił się, podał mi nieodkorkowaną butelkę wina i szepnął: „Wróćcie, jak już zrozumiecie”. Nasze ognisko prawie zgasło. Marta podniosła z piasku muszelkę i podała mi ją, prosząc, żebym schował ją do kieszeni na później. Tak powiedziała. Otworzyłem butelkę i usiedliśmy na piasku. W oddali słychać delikatny ton gitary. „Chyba mieliśmy zatańczyć” – powiedziała Marta i uśmiechnęła się do mnie. Nie potrafiłem poskładać myśli. Czułem, że to wszystko mnie przerasta.
W mojej głowie huczało echo słów wypowiedzianych przez panią Natalię i pana Michała. „Jesteście tu, gdzie mieliście się spotkać. Po prostu bądźcie tu z nami i czekajcie”. „Marto, a tobie jak się wydaje? O czym oni mówili?” „Jak zatańczymy, to może ci powiem” – stwierdziła zalotnym tonem. „Marny jest ze mnie tancerz, a właściwie to w ogóle nie potrafię tańczyć”. Marta wtuliła się we mnie. Jej policzek delikatnie musnął moją szyję. Muzyka wyznaczała nam rytm. Ogień rzucał blask na włosy dziewczyny.
W tej jednej chwili zapomniałem o wszystkich zmartwieniach i wszystkich tych pytaniach bez odpowiedzi. Nic nie wiedziałem o Marcie. Mało rozmawialiśmy, a jednak czułem, że jest mi bliska. Czyżbym się w niej zakochał? W każdym razie ona czytała mnie jak otwartą książkę. A jeśli tak, to wie również o moim śnie. „Adam, czy wiesz, co się stało?” „A co miało się stać?” Marta zatrzymała się w tańcu i spojrzała mi głęboko w oczy. Potem podniosła dłoń do mojej twarzy i delikatnie pogładziła palcami moje usta. „Adam, wiesz, o co pytam. Dlaczego tu jesteśmy?
Nie wiem i nie daje mi to spokoju.” „Ja już wiem, ale nie mogę ci tego powiedzieć. Jeszcze nie mogę.” Było tak romantycznie, tak cudownie. A potem cały ten romantyzm prysnął. Marta zaśmiała się głośno, złapała mnie za rękę i krzyknęła: „Wróćmy do tych ludzi. Teraz! Chodź!” „Szybko uporałaś się z tą zagadką” — stwierdziła z uznaniem pani Natalia. „Już wiesz.” Marta spojrzała na mnie i powiedziała: „Umieramy.” Poderwałem się z miejsca i mało brakowało, a przewróciłbym się o koc, na którym wcześniej siedziałem. „O czym ty mówisz? Jak to umieramy?” — krzyknąłem. Poczułem się tak, jakbym miał za chwilę zemdleć.
Moje serce, no właśnie, ono nie biło. Marta wstała i przytuliła mnie mocno. „Uspokój się. Im szybciej zrozumiesz to, co się tu dzieje, tym szybciej zaznasz spokoju.” „Jak to umieramy?” — jęknąłem. — „Przecież jestem. Widzę, słyszę i czuję. Ty też tu jesteś. To znaczy, że też umierasz? Oni też umierają?” Gospodarze popatrzyli po sobie zaskoczeni. „Adam, posłuchaj mnie.
Ja już jestem spokojna. Pogodziłam się z moim losem i wiem, że mnie kochasz. Musisz wiedzieć, że i ja cię kocham. Przypomniałem sobie wszystko. Na drodze, którą jechałeś na tę plażę, był wypadek. Auto, które prowadziłeś, uderzyło w tył mojego auta, a potem wypadliśmy z drogi.” Przed moimi oczami pojawił się obraz dachującego samochodu. W ustach czułem krew, a klatka piersiowa bolała mnie jak wszyscy diabli. Nie mogłem złapać oddechu. Widziałem karetkę, Martę na noszach, jej zakrwawioną sukienkę. Upadłem na kolana i zacząłem bić pięściami w piach.
Marta dotknęła mojej głowy i klęknęła tuż obok. „Uspokój się. Mieliśmy się tu spotkać i spotkaliśmy się. Zawsze się kochaliśmy i zawsze będziemy się kochać. Nie było nam dane tym razem przeżyć wielu pięknych chwil, ale ja na ciebie zaczekam.” Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę. To było nierealne, ale tak dokładnie opisywało to, co zobaczyłem i poczułem w przebłysku wspomnień. „Jeśli to prawda, to nie wybaczę sobie tego, co się stało. Bo jak mam pogodzić się z tym, że umieram, że tracę miłość, której tak naprawdę nie znam? Miłość, która jest na wyciągnięcie ręki.” „Zobaczymy się szybciej, niż ci się wydaje i znowu będziemy mogli zatańczyć. Zatańczyć na tej plaży.” Marta pocałowała mnie w czoło, a potem nagły ból zaczął rozrywać moją klatkę piersiową.
Obudziłem się na szpitalnym łóżku. Nie czułem nic poza przeraźliwym bólem. Odwróciłem wzrok w stronę drzwi. Były zamknięte. Chciałem krzyczeć, ale rura w moim gardle skutecznie to uniemożliwiła. Zacząłem się dławić. Jakiś czas później do pokoju weszła pielęgniarka. „Doktorze, pacjent się wybudził.” Do sali wszedł jakiś młody lekarz. Był wyraźnie zdziwiony. Widocznie nie dawał mi wielkich szans.
„Ktoś tam na górze nad panem czuwa” — powiedział. — „To prawdziwy cud, że pan żyje. Stracił pan płuco. Połamane żebra uszkodziły serce. Nie mam dla pana dobrych wieści.” W tym momencie straciłem przytomność. Nic mi się nie śniło. Nie było plaży, nie było niczego. Kolejne tygodnie w szpitalnym łóżku były niekończącą się męką. Cierpiałem przy każdym oddechu, a moje ledwie słyszalne prośby przelatywały obok odwiedzających i personelu niezauważone. Gdy w końcu zebrałem się na krzyk, pielęgniarka podeszła do mnie.
„Siostro, co się stało z pacjentką z wypadku?” — zapytałem. — „Z tą, z którą mnie przywieziono.” „Przykro mi, ale pani Marta... Ona zmarła jeszcze tego samego dnia.” „Marta? A jednak miała na imię Marta.” Uśmiechnąłem się do swoich myśli i niemal w tym samym momencie zacząłem płakać. Serce zakłuło mnie boleśnie. Zacisnąłem pięści i ból w jednej chwili ustąpił. Poczułem woń morskiego wiatru. Jeszcze raz spojrzałem w stronę wejścia do sali. Marta stała tam, uśmiechając się do mnie. Nie czułem już bólu.
Wstałem z łóżka i razem z Martą przeszliśmy przez drzwi. Znowu byliśmy na plaży, ale tym razem było tu mnóstwo ludzi. Piotr Pocałuń, "Kolejna planeta". Szedł z pokładu naukowego na mostek dowodzenia, aby zdać raport z postępu badań. Korytarz wydawał się nie mieć końca. Jasnozielonkawa poświata z oświetlenia przypodłogowego sprawiała, że wydawał się znacznie dłuższy, niż był w rzeczywistości. Codzienny raport był rytuałem od ponad dwóch lat. Wystarczająco długo, aby zacząć mieć dość planety, nad którą zawisł statek zwiadowczy. Procedury, jakie obowiązywały we flocie, zabraniały dokonywania inwazji przed całkowitym zbadaniem i poznaniem warunków panujących w danym świecie. Najpierw trzeba było poznać przeciwnika, wszystkie aspekty kulturowe, militarne oraz techniczne.
„To bzdury i niepotrzebne marnotrawstwo czasu” – pomyślał, ale nie mógł nic zrobić. Od czasu przegranej wojny z Urianami Rada surowo karała za złamanie procedur. Nic tak nie boli jak porażka. Cwaniaki z Uria tak sprytnie ukryli swoją broń, że do końca wydawało się, iż podbicie ich planety to łatwizna. Klęska była straszna i trzeba było wycofać się ze sporymi stratami. To wówczas powstała Rada, która nadzorowała ekspansję. „Ja już dawno podbiłbym tę planetę i do cna wyczerpał jej zasoby, gdyby nie te głupie zasady. Jednak z drugiej strony, odkąd naszymi podbojami rządzi Rada, jesteśmy praktycznie nie do pokonania. Skończyła się biologiczna gra. Niepraktyczne i nieproduktywne osobniki są natychmiast usuwane i zastępowane nowymi, przynoszącymi wymierne korzyści.
Dzięki temu podbiliśmy już pół galaktyki. A tu? Na całej planecie da się zauważyć różnorodność. Co więcej, różnice wiekowe są powszechne. To nie jest normalne. Muszą coś ukrywać, bo ze znanych mi cywilizacji ani jedna nie tolerowała osobników zbędnych, chorych lub starych. A może to jest jakaś ich rada? Tajna rada rozproszona na całej planecie i tym samym ukryta. Tak, to mogłoby być niebezpieczne”. Drzwi do kabiny dowodzenia rozsunęły się z sykiem.
„Panie admirale” – zwrócił się do dowódcy starszy oficer naukowy – „melduję się na odprawie”. „Co nowego?” – admirał odwrócił się od pulpitu kontrolnego. – „Jak postępy w badaniach?” „Niestety bez zmian” – odparł z widocznym żalem w głosie. „Szarkler” – zaklął dowódca. Był wyraźnie wściekły. – „Mijają dwa lata. Dwa lata wiszenia nad tą śmierdzącą planetą. Muszę w końcu wysłać raport do Rady”. „To zadziwiające. To prawie niemożliwe, ale nie mogę znaleźć klucza.
Ani ja, ani moi współpracownicy”. „W czym jest problem, do cholery? Podbiliśmy tyle planet. Dlaczego ta sprawia takie kłopoty?” „Moim zdaniem największy problem to niezidentyfikowany dźwięk wytwarzany w różnych centrach osadniczych. Nasze centrum analiz uważa, że może być niebezpieczny. Poza tym oni mają bardzo dziwne podejście do produktywności oraz postępu” – odparł oficer. „Wiem to wszystko. Ale dlaczego, do cholery, nie możemy zidentyfikować tego dźwięku?” „Nie możemy znaleźć klucza. Mamy podejrzenie, że chodzi o jakiś rytuał, ale to tylko hipoteza robocza, admirale. Nie jest to sygnał naturalny.
To wiemy, ale nie spotkaliśmy się jeszcze nigdy z czymś podobnym. To niemal na pewno wytwór jakiegoś mechanizmu. Bywa połączony z dźwiękiem wydawanym przez istoty żywe. Coś takiego nie występowało w żadnej z kultur, jakie dotąd spotkaliśmy. Natomiast jeśli chodzi o osobniki nieproduktywne i starsze, to podejrzewam, że to może być jakieś gremium kierownicze, odpowiednik rady. Rozproszyli je po całej planecie, żeby trudniej było sparaliżować obronę. Ale to również tylko hipoteza. Jednak jestem przekonany, że są przygotowani na inwazję znacznie lepiej, niż nam się wydaje”. „Ten dźwięk to broń?” – zapytał admirał. „Nie wiemy, ale to możliwe”.
„No cóż” – powiedział admirał, spoglądając chłodno na oficera. – „Musimy postępować zgodnie z procedurami rady. Opuszczamy ten układ gwiezdny. Proszę zaznaczyć w raporcie, że inne patrole oraz statki zwiadowcze również powinny go omijać”. Oficer naukowy zgodnie z procedurą przygotował raport dla rady. Załącznikiem była próbka dziwnego sygnału namierzonego na planecie podstępnej cywilizacji. Zanim skierował przesyłkę do terminala nadawczego, postanowił po raz ostatni przesłuchać dziwacznej kakofonii dźwięków. Szóstą macką trzeciej kończyny wcisnął włącznik. Z głośnika popłynęły dźwięki nieprzyjemnie drażniące jego słuchnice. „Last Christmas I gave you my heart but the very next day you gave it away.
This year, to save me from tears, I'll give it to someone special”. Jakub Karbownik, "Zaginione życie". Lądowisko stacji badawczej na Czerwonej Planecie. Piątka naukowców przybyłych z Ziemi przygotowuje się do opuszczenia modułu marsjańskiego. Lądowanie przebiegło pomyślnie. Sprawdzić kombinezony i otworzyć właz. Wychodzimy pojedynczo. Nie odbieram żadnego sygnału z bazy. Diabli porwali naszego profesorka, czy co? Ja również nie mam sygnału.
Nie, chwileczkę. Już mam. Mam odczyt w strefie Edenu. Tętno profesora. Zobaczcie. To są wartości graniczne. Biegiem, ruszamy. Niech ktoś weźmie pakiet medyczny. Wbiegli do budynku, który był odpowiednikiem ziemskiej szklarni. To, co zobaczyli, sprawiło, że dosłownie oniemieli.
Profesor biegał w kółko, machając przy tym szybko rękoma, jakby naśladował wielkiego ptaka. „Uuu, uuu” – wykrzykiwał schrypniętym głosem naukowiec, zupełnie nie zwracając uwagi na przybyszy. Panie profesorze, co pan, do cholery, wyczynia? „O, przylecieliście już” – krzyknął, jak gdyby nigdy nic. – „Uuu, uuu. Przepraszam, że nie mogłem was przywitać przy śluzie. Uuu, uuu. Ale jak sami widzicie, uuu, uuu, jestem w trakcie eksperymentu”. Nie przestawał ani na chwilę machać rękami i biegać w kółko. Jaki znowu eksperyment?
– zdziwił się naczelny inżynier. „Panowie, mamy przełom” – wykrzyczał uradowany profesor. – „Uuu, uuu. Mars ma własne rośliny. Uuu, uuu. Rośliny, które są jadalne. Uuu, uuu. Ale żeby rosnąć, wymagają specjalnych warunków. Uuu, uuu”. Na Boga, niech pan przestanie – powiedział błagalnym tonem główny mechanik.
„Nie mogę. Uuu, uuu. Ta roślina, nie wiedzieć czemu, uuu, uuu, rośnie tylko przy intonacji litery U, tylko przy tym Uuu oraz specyficznych ruchach, które wykonuję. Tylko wówczas rośnie. Uuu, uuu. Prawdopodobnie wytwarzam jakieś pole. Uuu, uuu. Kiedy przestaję to robić, roślina, uuu, uuu, roślina niestety obumiera. Uuu, uuu”. Dwie godziny później ekspert od baz danych skończył przeprowadzać analizę wykonanych skanów.
Nie uwierzycie, ale to prawda. Towarzysze spojrzeli na niego z niedowierzaniem. On tymczasem mówił dalej: Na dodatek są jeszcze inne. To niesamowite. Zaraz prześlę wam wszystkie dane. Tymczasem na Ziemi nadeszła wiekopomna chwila. Prezydent Narodów Zjednoczonych przemawiał podniosłym tonem. Dzisiaj cała ludzkość może przekonać się, że odwaga i technologia gwarantują sukces i progres w podboju kosmosu. Ludzie w potężnej auli zaczęli bić brawo. To, co kiedyś było domeną science fiction, teraz iszcze się na naszych oczach.
Kolejny krok do kolonizacji Marsa został wykonany. Brawa zebranych przybrały na sile. Właśnie otrzymałem informację, że cała drużyna naszych bohaterskich pionierów już się zebrała. Za chwilę ujrzymy przekaz audio-wideo prosto z Marsa, z Edenu. Na wielkim ekranie pojawił się obraz. Realizator transmisji zaczął od pokazania zdjęć uczestników wyprawy, ich tytułów naukowych oraz przedstawienia dokonań. Lista przy każdym nazwisku była bardzo długa. Drodzy państwo, jak sami widzicie, są to ludzie najlepsi z najlepszych – stwierdził prezydent. Tłum zaszemrał z aprobatą. Chwilę później pojawił się przekaz na żywo.
Widzowie oniemieli. Profesor geologii, a zarazem ekspert od fauny i flory biegał w kółko, wymachując rękami i wykrzykując: „Uuu, uuu”. Naczelny inżynier tarzał się po ziemi, a jego ruchy przypominały nieco sposób, w jaki poruszają się węże. Jego usta powtarzały natomiast bez przerwy: „Tiki tiki, tiki tiki, tiki tiki”. Główny mechanik przechadzał się dostojnie niczym czapla i kręcąc głową na boki, mówił: „Baga, baga, baga, baga, baga, baga, baga, baga, baga”. Ekspert od baz danych bujał się, siedząc po turecku. Poklaskiwał i od czasu do czasu szeptał: „A nuuu, a nuuu, a nuuu”. Lekarz stał z zamkniętymi oczami na jednej nodze. Prawą rękę miał wyciągniętą do góry, drugą w bok. Z jego gardła wydobywał się chrapliwy dźwięk: „Yy”.
Psycholog stał, trzymając ręce w górze, jakby się poddawał i bujał się na boki, nucąc: „Plum, plum, plum, plum, plum, plum”. Prezydent zdołał w końcu wydusić z siebie: Mój Boże, kogo myśmy tam wysłali? Nikt z obserwujących nie zauważył sześciu kiełkujących roślin. Proszę państwa, tradycyjnie muszę niniejszym oświadczyć, że kolejny odcinek „Akademii Wszelkiej Fikcji” właśnie dobiega końca. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w kolejnej audycji. I cóż, życzę tradycyjnie pięknego weekendu. Teraz na szybko dobrej nocy i równie tradycyjnie zapraszam w przyszłym tygodniu na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. Dobrej nocy.
[02:33:15] - A jeszcze tylko przypomnę, że już jutro o godzinie 21:00 na antenie Radia Paranormalium z okazji premiery książki Arkadiusza Miazgi „Żywy folklor wokół nas” audycja z konkursem, no i z prezentacją oczywiście wybranych fragmentów książki. Także słyszymy się ponownie już jutro o 21:00, a nieco wcześniej to jeszcze Piotr Cielebiaś pewnie ogłosi na kanale UFO Historie wywiad z Arkadiuszem Miazgą. Także sobota zapowiada się bardzo ciekawie. Mówił do Państwa przed chwilą gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień.
[02:34:09] - Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.