[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Gdzieś niedawno czytałem, że około roku 2064 ludzkość zacznie wymierać. Czyli zostało nam jakieś jeszcze 38 lat do początku wielkiej hekatomby. Czyli mamy co najmniej 38 lat, które możemy poświęcić na czytanie książek. Tak. A owo czytanie najlepiej rozpocząć od kolejnej wizyty w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:56] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak sobie podsłuchiwałem, co mówi Ivellios i pomyślałem sobie, że nawet jakbyśmy dzisiaj zaczęli, to i tak nie jesteśmy w stanie przeczytać wszystkich książek, które do tej pory powstały, zanim się zacznie ta hekatomba. Ale można próbować. Przynajmniej należałoby się starać. Będę państwa do tego zachęcał, ale zacznę od tematu, który ostatnio trochę mnie poruszył. On mnie poruszył z dwóch względów. Po pierwsze dlatego, że jest ciekawy i to zaraz, za chwilkę dosłownie postaram się państwu unaocznić, ale drugi powód to taki, że nasze przekaziory wszelkiego rodzaju, te wizyjne i bezwizyjne i wszelkie, właściwie zamilkły we wszystkich znanych sobie językach na ten temat. I to już jest naprawdę, chciałem powiedzieć dziwne. Nie, to jest chore, proszę państwa, że się pewnych rzeczy nie dostrzega. Nie dlatego, że one nie mają miejsca, tylko niestety dlatego, że nam się coś nie podoba u gospodarzy tego przedsięwzięcia.
Tak sobie to pozwolę ująć. No ale do rzeczy. O co tak naprawdę chodzi? Otóż nie wiem jak państwo, ale ja co jakiś czas mam takie wrażenie, że epoka wielkiego podboju kosmosu już dawno minęła. Ale dosyć szybko mi to mija, bo oczywiście interesuję się sprawą i co jakiś czas przychodzą doniesienia, które mnie skutecznie z tego poglądu wyprowadzają. Już nie mówię, że wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się na przykład pół wieku temu, bo wtedy Apollo, a Gagarin, Armstrong. No, ja mam wrażenie, że jednak historia historią, a historia eksploracji kosmosu wcale się nie skończyła. Ona trwa nadal. Co więcej, mam wrażenie, że ona przyspiesza i przyspiesza w miejscu, którego jeszcze kilkanaście lat temu niewiele osób się spodziewało. Otóż, proszę państwa, 24 maja tego roku z kosmodromu, i tu będę się musiał skupić, Wenchang, chyba tak to się wymawia, wystartowała chińska misja załogowa Shenzhou 23.
Dzień później troje tajkonautów dokonało dokowania do orbitalnej stacji Tiangong, czyli Niebiański Pałac. Dla większości ludzi była to kolejna krótka wiadomość w serwisach. Od razu powiem, że nie we wszystkich serwisach. I właściwie te serwisy, które podały tę wiadomość, chyba są w mniejszości, a w każdym razie bardzo skutecznie tę wiadomość ukrywały. Właściwie nie do końca wiem dlaczego. Domyślam się. Ale proszę państwa, tak naprawdę mamy do czynienia z wydarzeniem o, myślę, ogromnym znaczeniu geopolitycznym. Ja już pomijam to wydarzenie czysto naukowe czy astronautyczne. Tak, bo to jest wydarzenie geopolityczne, myślę, że technologiczne, ale co ważne symboliczne. I tu można upatrywać, dlaczego ta informacja nie została podana szerzej.
Bo mam wrażenie, że Chiny nie wysłały po prostu kolejnej załogi na orbitę. Mam wrażenie, że Chiny krok po kroku budują własną ścieżkę, a może już drogę ku Księżycowi i robią to z niezwykłą konsekwencją. Załoga Shenzhou 23 to trzy osoby, ale szczególną uwagę zwraca jedno nazwisko. I znowu się będę musiał skupić. Li Yang to pierwsza osoba, która pochodzi z Hongkongu. Osoba, która znalazła się na orbicie okołoziemskiej. Zatem mowa o wielkich Chinach, o jednych Chinach, okazuje się prawdą. Ale to wydarzenie ma też znaczenie naukowe, polityczne i oczywiście propagandowe. Jakżeby inaczej? Pekin zawsze dba o propagandę, ale nie topi wszystkiego w propagandzie, bo Pekin bardzo świadomie pokazuje, że chiński program kosmiczny jest projektem całego państwa i takim symbolem narodowej jedności.
Stąd ten Hongkong, który przypomnę jeszcze całkiem niedawno był terytorium zależnym od Wielkiej Brytanii.Warto przy tym zauważyć, że współczesny chiński program lotów załogowych rozwija się w sposób zupełnie inny niż ten amerykański. Myślę, że NASA od bardzo dawna funkcjonuje w przestrzeni spektaklu medialnego. Mamy transmisje, konferencje, spotkania z astronautami. Ci astronauci to prawie celebryci. A tymczasem Chiny działają inaczej. Powiedziałbym, że bardziej po inżyniersku. W Chinach jest ciszej, więcej mówi się o technologii, więcej mówi się o samym przedsięwzięciu, mniej robi się jazgotu, więcej podaje informacji. I to takich informacji naukowych. Chiny działają ciszej, ostrożniej, ale co ważne, działają bardzo systematycznie. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, ja nie jestem piewcą chińskiego systemu.
Pewno wręcz przeciwnie, ale konsekwencji i pewnego uporu Chińczykom trudno odmówić. Myślę, że właśnie dlatego misja Shenzhou 23 jest tak ważna, bo najbardziej fascynującym elementem tej wyprawy jest eksperyment długoterminowego pobytu człowieka na orbicie. Jeden z członków załogi ma spędzić w przestrzeni kosmicznej rok. Jeden rok. I to nie chodzi o jakiś zwykły rekord dla pobicia rekordu. Człowiek, doskonale to wiemy, nie został stworzony do życia poza Ziemią. W stanie nieważkości organizm zaczyna się zmieniać. Słabną mięśnie, kości tracą gęstość, układ krążenia zaczyna działać inaczej. Pojawiają się dosyć szybko problemy neurologiczne, zaburzenia orientacji, nawet zmiany we wzroku, a pojawia się u niektórych spory negatywny wpływ na psychikę. Każdy długi lot kosmiczny jest więc eksperymentem natury biologicznej i to eksperymentem prowadzonym na ciele żywego człowieka.
A jednak, powiem tak brutalnie, jeśli ludzkość naprawdę chce dotrzeć dalej na Księżyc, na Marsa i jeszcze dalej, to musi nauczyć się żyć poza Ziemią. I to nie przez tydzień czy miesiąc, ale naprawdę przez lata. Dlatego właśnie Chińczycy tak intensywnie testują systemy podtrzymania życia. Tak, proszę państwa, oni właśnie to robią. Systemy podtrzymywania życia. Nie chodzi wyłącznie o tlen czy wodę. Chodzi o stworzenie zamkniętego ekosystemu, zdolnego utrzymać człowieka w całkowicie sztucznym środowisku i to przez bardzo długi czas. Wiemy, że eksperymenty prowadzone na Ziemi do tej pory nie do końca się udawały. Czy udadzą się Chińczykom? To się dopiero zobaczy, ale przynajmniej próbują.
Myślę, że cel takiego długiego przebywania w kosmosie związany jest z myślą o Księżycu. To jest test dla przyszłych baz księżycowych. Mikrograwitacja na orbicie to nie jest całkowity jej brak, więc naprawdę skojarzenia z Księżycem mam ogromne. Tym bardziej że to nie jest jedyna przesłanka, która skłania mnie ku temu, aby mówić, że Chińczycy naprawdę szykują się do opanowania Księżyca, jakkolwiek będziemy to rozumieć. Sama stacja Niebiański Pałac Tiangong jest naprawdę ciekawym symbolem zmian, które zachodzą w światowej astronautyce. Ten Niebiański Pałac to brzmi bardzo poetycko, ale myślę, że to jednocześnie pokazuje coś bardzo charakterystycznego dla chińskiej kultury. Mamy połączenie technologii z wielką narracją natury cywilizacyjnej. Sądzę, że jak przeciętny Chińczyk, tego oczywiście nie wiem, to są przypuszczenia, ale jak przeciętny Chińczyk słyszy o tym, że na orbicie pojawili się kolejni załoganci stacji Niebiański Pałac, to cokolwiek on myśli o rządzie, to w jakimś stopniu on jest dumny z tego, że to się udało. Proszę państwa, przez dekady takim dominującym symbolem współpracy orbitalnej, kosmicznej była Międzynarodowa Stacja Kosmiczna ISS. To był projekt tworzony wspólnie przez USA, Rosję, Europę, Japonię, Kanadę.
To miał być dowód, że kosmos może jednoczyć ludzkość ponad politycznymi podziałami. Tylko geopolitycznym chichotem jest to, że Chiny w ramach chyba tej współpracy zostały z tego projektu absolutnie wykluczone. Podobno to z powodów strategicznych i wojskowych USA nie życzyło sobie, żeby ludzie z Pekinu brali udział w eksperymentach na stacji ISS. Tylko że często się okazuje, że efekt takich zakazów jest paradoksalny, bo zamiast zahamować rozwój chińskiego programu kosmicznego, to zmusiło Chiny do stworzenia własnej infrastruktury orbitalnej.Tiangong ma własne moduły laboratoryjne, własne systemy transportowe, własny program rozwoju. Owszem, ta stacja jest mniejsza od ISS, ale proszę państwa, to może zabrzmieć brutalnie: ona jest znacznie nowocześniejsza technologicznie i to w bardzo wielu obszarach. Mam wrażenie, że na naszych oczach rodzi się druga era wyścigu kosmicznego. Na pokładzie Niebiańskiego Pałacu przebywa obecnie także poprzednia załoga z misji Shenzhou 21, a to oznacza, że na stacji jednocześnie znalazło się aż ośmioro chińskich astronautów czy też tajkonautów. To kolejne takie spotkanie w historii chińskiego programu załogowego. I choć może to brzmieć jak drobiazg techniczny, to w rzeczywistości takie momenty zgromadzenia ludzi na orbicie mają ogromne znaczenie natury operacyjnej, bo przekazywanie obowiązków pomiędzy jednym a drugim kosmonautą, tajkonautą, przekazywanie na orbicie, wspólna obsługa systemów, a więc wzajemne uczenie się, koordynacja działań i to wielu ludzi. Proszę państwa, ośmiu ludzi to jest tłum, autentyczny tłum, więc przy tej ograniczonej przestrzeni to szczególnie wielki tłum.
Wszystko to jest treningiem, moim zdaniem, przed być może bardziej złożonymi misjami. Bo myślę, że jeśli w przyszłości Chińczycy pojawią się na Księżycu, to baza, którą tam zbudują, nie będzie obsługiwana przez jednego bohatera w stylu astronautów epoki Apollo, jednego, dwóch. To będą naprawdę zespoły ludzi, którzy będą już żyli poza Ziemią i to całymi miesiącami. Tu wypada zadać pytanie: po co Chinom to wszystko? A odpowiedź jest naprawdę prosta i ona już padła. Bo oni naprawdę myślą o Księżycu i to myślą o nim bardzo konkretnie. Pekin oficjalnie deklaruje, że chce wysłać człowieka na Srebrny Glob przed 2030 rokiem. Zobaczcie państwo, jak robi się ciasno, bo Amerykanie też coś o tym napomykają. I trzeba przyznać, że po raz pierwszy od bardzo dawna Stany Zjednoczone mają poważnego rywala. Poważnego, bo muszą go traktować poważnie.
Jeszcze kilkanaście lat temu chiński program kosmiczny bywał na Zachodzie po prostu lekceważony i ja mam takie wrażenie, że mediom, przynajmniej w Polsce, to lekceważenie pozostało, całkiem niesłusznie. A dzisiaj ta sytuacja, jeśli chodzi o chiński program kosmiczny, wygląda zupełnie inaczej. Chiny mają własną stację orbitalną, rozwijają ciężkie rakiety transportowe, testują technologie lądowników księżycowych i prowadzą naprawdę bardzo ambitny program badań automatycznych. Czy to jest powód, żeby zamilczać chiński program kosmiczny? Można Chin nie lubić ze względu na to czy na tamto, nie wchodźmy w szczegóły, ale naprawdę myślicie państwo, że zamilczanie na śmierć tego, że Chińczycy naprawdę odnoszą sukcesy, to jest sposób na to, żebyśmy się lepiej poczuli? Nie sądzę. Myślę, że wiele misji pokazało, że Pekin potrafi naprawdę realizować trudne projekty. Chińczycy jako pierwsi w historii wylądowali po niewidocznej stronie Księżyca. Warto to sobie uświadomić. Przywieźli też próbki księżycowego gruntu.
Przedtem robili to Amerykanie w misjach załogowych, a teraz Chińczycy przygotowują się do kolejnego kroku: do powrotu człowieka na Księżyc. I to nie jest bajka. Ciekawe jest również to, że ten obecny wyścig kosmiczny znacząco różni się od tego z czasów zimnej wojny, kiedy to ZSRR i USA rywalizowało, kto zrobi coś po raz pierwszy. Bo w latach 60. chodziło przede wszystkim o prestiż i o ideologię, a dzisiaj chodzi o coś innego: o ekonomię, o technologię i o zasoby. Te przyszłe zasoby, które można zdobyć. Księżyc przestaje być jedynie takim romantycznym wyzwaniem, symbolem jacy jesteśmy potężni i jacy jesteśmy fajni. Księżyc staje się strategicznym terytorium, bo jedni mówią o tym poważnie, drudzy mniej poważnie, jedni to lekceważą, drudzy mówią, że to jest poważne przedsięwzięcie, ale mówi się o wydobyciu helu-3, o bazach badawczych, o przyszłych punktach startowych do misji marsjańskich właśnie na Księżycu. Myślę, że państwo, które zbuduje trwałą obecność na Księżycu, może uzyskać gigantyczną przewagę technologiczną, strategiczną. I dlatego właśnie misje takie jak Shenzhou 23 i inne są czymś więcej niż tylko taką naukową ciekawostką, o której media, te zachodnie media, nie mówią.
To jest fragment znacznie większej układanki. Myślę, że najbardziej niezwykłe w całej tej historii jest to, co nazwałbym tempem zmian.Mówiłem to już kilka razy, ale jeszcze na początku XXI wieku Chiny dopiero stawiały pierwsze kroki w lotach załogowych, a dzisiaj posiadają własną stację orbitalną i bardzo poważnie planują lądowanie ludzi na Księżycu. Myślę, że robią to znacznie poważniej niż Amerykanie, chociaż Amerykanie bardzo by chcieli. To jest, proszę państwa, ogromny skok cywilizacyjny, dokonany naprawdę w krótkim czasie. I to wszystko dzieje się bez wielkiego hollywoodzkiego rozmachu, bez zadęcia, bez gigantycznego medialnego spektaklu. Chiński program kosmiczny przypomina raczej cierpliwe budowanie machiny. To jest budowanie chłodne, metodyczne i bardzo konsekwentne. Pewno dlatego to wszystko jest tak skuteczne, bo kiedy Zachód zajmuje się często politycznymi sporami, kryzysami budżetowymi i medialnym szumem, to Pekin po prostu realizuje kolejne etapy planu. Krok po kroku, misja po misji, powiedziałbym orbita po orbicie, aż w końcu może się okazać, że pierwsza baza nowej ery kosmicznej, baza księżycowa, nie będzie miała nad sobą amerykańskiej flagi, tylko flagę chińską. Myślę, że tym mediom, które starają się zamilczeć to, co się w tej chwili dzieje, będzie wtedy bardzo łyso.
Z tym że media już dawno straciły coś, co można by nazwać wstydem. Proszę państwa, to tyle moich refleksji nad chińskim programem kosmicznym. A teraz tradycyjny punkt programu. Tradycyjny, a zatem polecanki książkowe. Pierwsza z książek, które wybrałem, nosi tytuł „Kroniki krwi i mroku”. Autorka Katarzyna Wycisk, wydawnictwo KDW. Premiera książki 3 czerwca. Moon dorasta w cieniu Gniazda, ostatniej ludzkiej osady, gdzie każdy dzień to walka o przetrwanie. Gdy brutalna śmierć brata burzy jej świat, dziewczyna zostaje wciągnięta w wir wydarzeń mających na zawsze zmienić bieg historii. 10 lat później dołącza do rebelii walczącej z uciskiem, a w czasie ryzykownej misji spotyka tajemniczego wojownika, którego przeszłość skrywa mroczne sekrety.
Wejdź do świata, gdzie serce bije w rytmie walki, pożądania i nienawiści, gdzie każda decyzja może kosztować życie, a miłość duszę. Bo niektórych nie da się pokochać bez bólu i są też tacy, bez których cierpienie nie ma po prostu sensu. Przypomnę tytuł: „Kroniki krwi i mroku”, Katarzyna Wycisk, wydawnictwo KDW. Data premiery: 3 czerwca. Drugi tytuł, który przygotowałem, to „W ciemnym, głodnym lesie”. Autor Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery to również 3 czerwca. Nowa seria Przemysława Piotrowskiego, autora bestsellerowego cyklu z Igorem Brudnym. Młoda kobieta znika w Bieszczadach. Nie była pierwsza.
Jaką tajemnicę kryje pobliski las? Czyściec, niewielka wieś w Bieszczadach. To tutaj przed laty po raz ostatni widziano siostry Ninę. Sprawa nigdy nie została rozwiązana. Po latach historia się powtarza. W tym samym miejscu znika kolejna dziewczyna. Nina, dziś dziennikarka, rozpoczyna własne śledztwo. Odkrywa, że zaginięć było więcej, a wszystkie mają związek z jednym miejscem – okolicznym lasem. Mieszkańcy milczą, jakby coś ukrywali, jakby wszyscy wiedzieli więcej, niż chcą zdradzić. Każdy ostrzega przed lasem.
Każdy powtarza to samo. Las zabiera i nie oddaje. Im bliżej prawdy jest Nina, tym większe grozi jej niebezpieczeństwo. W Czyśćcu nie znika się bowiem przypadkiem. Przypomnę tytuł: „W ciemnym, głodnym lesie”. Autor Przemysław Piotrowski, wydawnictwo Czarna Owca. Książka na rynku od 3 czerwca. Kolejny tytuł to „Droga krwi”. Autor Marek Krajewski, wydawnictwo Znak. I tu znowu dzień 3 czerwca jako premiera.
Wałbrzych, Jawor, Wrocław, Zamek Książ. Mistrzowski kryminał u stóp dolnośląskich gór. Pierwszy tom serii wałbrzyskiej. W krainie fałszywego złota namiętność i chciwość prowadzą do zbrodni. Galgenberg, wzgórze szubieniczne w sercu Wałbrzycha. Blady świt splamiony krwią. Przypadkowy przechodzień odkrywa zmasakrowane ciała dwojga kochanków. Jakie jeszcze makabryczne tajemnice skrywa miasto białego i czarnego złota? Młody psychiatra Herbert Anwalt zaczyna pracę wśród syfilityków w szpitalu górniczym u boku pięknej Fridy Bernhaus, lekarki zafascynowanej Freudem. U jej boku doskonali sztukę medyczną i miłosną.
Tymczasem z książęcej kopalni uciekają niebezpieczne więźniarki. Gang Wilczyc, zbiegłych zbrodniarek. Ten gang szmugluje przez Góry Odrzańskie odurzający eter.Usuwając każdego, kto stanie im na drodze. Na mieszkańców i samego Anwalta pada blady strach. Przypomnę tytuł: „Droga krwi”, autor Marek Krajewski, wydawnictwo Znak. Książka na rynku od 3 czerwca. I tu niespodzianka. Mam dla państwa jeszcze jedną propozycję. To jest jedna z moich ulubionych książek, dlatego nie mogłem jej pominąć, ponieważ pokazuje się na rynku nowe wydanie tej książki. Ta książka nosi tytuł „Atlas chmur”, autor David Mitchell, wydawnictwo MAG.
Książka na rynku pojawi się wcześniej niż te, o których mówiłem poprzednio, bo już 29 maja. Odkryj wielogłosową opowieść, w której narratorzy słyszą swoje echa poprzez wieki i kontynenty. Sześć historii, które się przenikają. Spotkasz pasażera statku na Pacyfiku w 1850 roku, wydziedziczonego kompozytora próbującego oszustwa w Belgii lat międzywojennych, dziennikarkę idealistkę w Kalifornii rządzonej przez gubernatora Reagana, wydawcę uciekającego przed gangsterami, genetycznie modyfikowaną usługującą oczekującą na wyrok śmierci oraz Zachariasza z Wysp Pacyfiku, obserwującego, jak dogasa światło nauki i cywilizacji. „Atlas chmur” nominowany do nagrody Bookera i uznany za jedną ze stu książek dekady przez krytyków Richarda Madeley'a i Judy Finngam to bestseller, o którym mówią najważniejsi. Granice znikają. Zostaje pytanie o władzę. David Mitchell znosi granice języka, gatunku literackiego i czasu, proponując zadumę nad ludzką żądzą władzy oraz kierunkiem, w którym w pogoni za nią zmierzamy. Nie czekaj. Wybierz swoją drogę przez chmury.
Sięgnij po „Atlas chmur” i pozwól, by kolejne głosy odmieniły twój sposób patrzenia na historię i przyszłość. Sześć historii, sześć światów, jedno pytanie: jak daleko sięga echo ludzkich wyborów? Przypomnę tytuł, chociaż nie trzeba go chyba przypominać. „Atlas chmur”, autor David Mitchell, wydawnictwo MAG. Książka na rynku od 29 maja. Proszę państwa, tyle polecanki. A teraz czas na stały punkt programu, czyli korepetycje filozoficzne. Tak, korepetycje. No to zaczynamy. Bertrand Bolzano to jeden z tych filozofów, o których przeciętny człowiek raczej nie słyszał, chociaż być może powinien słyszeć, bo czasami historia myśli wygląda trochę jak wielka gala rozdania nagród, na której błyski fleszy zgarniają ci najbardziej efektowni celebryci filozofi.
Tacy jak Nietzsche, Kant, Hegel, a gdzieś z tyłu, przy bocznym stoliku siedzi człowiek, który po cichu wymyślił minimum połowę przyszłości nowoczesnej logiki i matematyki. I właśnie takim człowiekiem był Bolzano. A przy tym był postacią zaskakującą. Był kapłanem, matematykiem, logikiem, filozofem, moralistą, społecznikiem, no i trochę samotnikiem. Człowiekiem, który próbował połączyć chłodną precyzję matematyki z głębokim przekonaniem, że filozofia ma służyć nie tylko prawdzie, ale również człowiekowi. Urodził się w 1781 roku w Pradze, czyli w świecie, który był jeszcze zanurzony w cieniu monarchii habsburskiej, katolicyzmu i starych struktur społecznych. A Europa właśnie zaczynała drżeć od nowych idei. Zbliżała się rewolucja francuska, która wysadziła w powietrze dawny porządek. Zbliżał się romantyzm, który zaczynał mówić o duchu, narodzie i emocji, a filozofia niemiecka zaczynała budować coraz bardziej gigantyczne systemy pojęć. Systemy, które przypominały momentami gotyckie katedry wzniesione z abstrakcji.
I wtedy właśnie pojawia się Bolzano. Człowiek, który mówi mniej więcej coś takiego: „Dobrze, dobrze, ale może najpierw ustalmy, co właściwie oznacza jedno, drugie czy trzecie zdanie”. Przyznacie państwo, to nie brzmi jakoś specjalnie widowiskowo. Nie ma tu młota niczego ani dialektycznej burzy Hegla. Ale właśnie w tym tkwi niezwykłość Bolzano. On chciał filozofii precyzyjnej. Filozofii, która nie tonie w retoryce i metaforach. On chciał filozofii, która potrafi odróżnić sens od pustego hałasu słów. No i trzeba przyznać, że był pod tym względem człowiekiem wyprzedzającym swoją epokę w sposób niemal niepokojący. Bo kiedy większość XIX-wiecznych filozofów budowałaMonumentalne wizje dziejów.
Hegel. Ducha absolutu. To Bolzano analizował strukturę zdań, znaczenie pojęć i logiczne relacje między twierdzeniami. Innymi słowy, robił rzeczy, które dopiero wiele dekad później staną się prawdziwym fundamentem filozofii, głównie filozofii analitycznej i nowoczesnej logiki. Momentami wygląda to wręcz tak, jakby jakiś profesor z XX wieku przypadkiem cofnął się w czasie do epoki romantyzmu. Ale Bolzano nie był tylko suchym logikiem i to jest bardzo ważne. W jego filozofii istnieje bowiem niezwykłe napięcie pomiędzy matematyczną precyzją a moralnym niepokojem. Bolzano był głęboko religijny, ale jednocześnie krytyczny wobec instytucji. Był księdzem, ale nie podobały mu się polityczne układy Kościoła. Głosił potrzebę pokoju społecznego, reform i sprawiedliwości.
Był przeciwnikiem nacjonalizmów i fanatyzmu. Nietrudno zgadnąć, że takie poglądy nie czyniły go ulubieńcem władz zarówno świeckich, jak i kościelnych. W końcu odebrano mu możliwość nauczania. Oficjalnie dlatego, że jego idee były „niebezpieczne”. I rzeczywiście dla każdego systemu opartego na posłuszeństwie człowiek uczący samodzielnego myślenia jest naprawdę groźny. Bolzano został więc odsunięty od uniwersytetu i przez wiele lat żył właściwie na uboczu. Paradoksalnie właśnie wtedy stworzył swoje najważniejsze dzieła. To trochę ironiczne. Historia filozofii pełna jest ludzi, których uciszano, a potem następne pokolenia budowały na ich myśli całe szkoły intelektualne. Jednym z największych osiągnięć Bolzana była jego teoria prawd samych w sobie.
To pojęcie brzmi może nieco tajemniczo, ale idea jest fascynująca. Bolzano uważał, że prawda istnieje niezależnie od tego, czy ktoś ją aktualnie myśli, rozumie bądź wypowiada. Dwa plus dwa równa się cztery. Nawet wtedy, gdy nikt o tym nie myśli. To brzmi banalnie? Być może, ale konsekwencje są ogromne, bo Bolzano oddziela prawdę od ludzkiej psychologii. Prawda nie zależy od emocji, od mód, od ideologii, ani też od popularności. Prawda istnieje obiektywnie. Dzisiaj, w epoce permanentnych internetowych awantur i produkcji „własnych prawd”, brzmi to niemal jak manifest intelektualnego oporu. Bolzano był też jednym z pionierów nowoczesnej matematyki.
I tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo ten spokojny filozof pragmatyk zaczął zadawać pytania o nieskończoność, o zbiory, o ciągłość matematyczną. Robił to, zanim jeszcze podobne idee rozwinął na przykład Cantor. Co więcej, Bolzano próbował uporządkować matematykę bez odwoływania się do intuicji przestrzennych czy też do zwykłych obrazków. On chciał absolutnej ścisłości dowodu. W pewnym sensie przygotowywał grunt pod późniejszą rewolucję logiczną takich postaci jak na przykład Russell. A jednak przez długi czas prawie nikt Bolzana nie słuchał. To zresztą jedna z najbardziej melancholijnych cech historii filozofii. Niektórzy myśliciele są efektowni, inni natomiast są fundamentalni. I powiedzmy sobie to szczerze, to nie zawsze, a właściwie na ogół, nie są to ci sami ludzie. Bolzano należał do tej drugiej grupy, a co ciekawe, jego filozofia ma też wymiar niezwykle współczesny.
Bo Bolzano nie ufał wielkim emocjonalnym narracjom. On obawiał się ideologii tłumu. Nie wierzył, że prawdę można ustalić krzykiem większości albo jakimś politycznym entuzjazmem. Czy to przypadkiem nie brzmi znajomo i tak jakby wyciągnięte zostało z XXI wieku? Tak. Patrząc na XXI wiek, media społecznościowe i wojny informacyjne, można odnieść dziwne wrażenie, że Bolzano przewidział pewien problem nowoczesności. Przewidział świat, w którym emocje zagłuszają sens, a pewność siebie tak naprawdę zastępuje wiedzę. Dlatego jego filozofia wydaje się momentami niemal ascetyczna. To filozofia intelektualnej uczciwości, filozofia powolnego myślenia i ostrożności wobec wielkich słów. Może właśnie dlatego Bolzano nie stał się filozoficzną gwiazdą popkultury.
On nie oferował prostych recept. On nie obiecywał mistycznego objawienia ani historycznej konieczności dziejów. I znowu ten Hegel.Nie mówił, że odkrył ostateczny sekret świata. On po prostu uważał, że zanim zaczniemy wygłaszać wielkie teorie, to dobrze byłoby najpierw upewnić się, czy nasze zdania mają sens logiczny. Wbrew pozorom to bardzo rewolucyjny pomysł, zwłaszcza dzisiaj. Bolzano zmarł w roku 1848, w roku europejskich rewolucji. I to jest symboliczne. Europa wrzała od ideologii, od nacjonalizmów i politycznych uniesień, a odchodził człowiek, który całe życie próbował bronić spokojnego rozumu. Próbował go bronić przed chaosem emocji i pustosłowia. Bolzano nie był filozofem efektownym.
Był filozofem koniecznym i być może właśnie dlatego warto do niego wracać. Proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. A teraz czas na odrobinę literatury. Teraz dwa krótkie opowiadania. Robert Zawadzki „Przesłuchanie” i Kamila Ciołko-Borkowska „Za winklem”. Czyta dla państwa Marek Sęk Ivellios.
[38:03] - Robert Zawadzki „Przesłuchanie”. Wchodziłem po schodach. Ale jak pan wchodził po tych schodach? Chwila konsternacji. Pomieszczenie wyglądało przyjaźnie. Żywe kolory i półki wypełnione przedmiotami, które można było znaleźć w każdym mieszkaniu. Właśnie ta domowa atmosfera zupełnie mi nie pasowała. Wolałbym zwyczajny komisariat i zwyczajnego gburowatego policjanta w mundurze niż tę elegancko ubraną kobietę z nienaganną fryzurą i życzliwym uśmiechem na twarzy. No tak, normalnie chyba. Ale szybko, wolno?
Po jednym schodku, po dwa? I jakie te schody były? Stare, nowe, szerokie, wąskie? Zastanowiłem się. Nigdy nie myślałem, że można wchodzić po schodach na tyle różnych sposobów i że jest tyle odmiennych rodzajów schodów. U mnie zawsze były jedne i wchodziłem po nich tak samo. Tak też odpowiedziałem. Ale nie rozumie pan. To może być dużo ważniejsze od całej reszty. Kluczowe, elementarne.
Sama ta droga, wchodzenie to jest właśnie to, czego musimy się dowiedzieć. To jak to było z tymi schodami, hm? Westchnąłem. Najwyraźniej nie miała zamiaru odpuścić. Jej głos przypominał teraz pobłażliwą przedszkolankę, która tłumaczy dziecku, dlaczego nie wolno rzucać w koleżankę klockami. Coraz bardziej zaczynała działać mi na nerwy. Drewniane, z poręczą. Trochę lat już mają, ale wyglądają nie najgorzej. Nie skrzypią nawet. Chyba że ktoś jest bardzo ciężki.
Spojrzałem na nią z niemą prośbą, licząc, że moja odpowiedź okaże się wystarczająco wyczerpująca i w końcu przejdziemy do istotniejszych spraw. A pan nie jest? Nie. A on był? Nie wiem, ale skrzypieć nie skrzypiały. Dobrze, a ile jest stopni? Słucham? Ile stopni mają schody? Teraz brzmiała jak nauczycielka matematyki, która ze spokojem tłumaczy kolejne banalne zadanie klasie humanistycznej. Skąd mam wiedzieć?
Nie wytrzymałem. A kto, jak nie pan? Odpowiedziała z uśmiechem. Miałem ochotę zedrzeć z jej twarzy ten uśmiech, zmieść go w rękach i rozdeptać butami dla pewności, że już więcej go nie zobaczę. Wie pani, nie liczę stopni w swoim domu. Może powinien pan zacząć. Znowu uśmiech. Słucham? Sprawa jest poważna. Lepiej, żeby przypomniał pan sobie, ile jest tych stopni.
Zacisnąłem już ręce w pięści i chciałem wyrzucić z siebie całą frustrację, ale w tej samej chwili coś przyszło mi do głowy. Stopni jest 10. Odpowiedziałem z uśmiechem prawie tak serdecznym jak jej. Jest pan pewien? Tak, na 100%. Spokój i uśmiech. Zwalczyć ogień ogniem. Przypomniało się panu? Tak, dokładnie. Zdjęła okulary i przyjrzała mi się uważnie.
Serdeczny wyraz jej twarzy przez chwilę zafalował jak niezbyt dokładnie przylegająca maska. Ma pan dzisiaj szczęście. Takie szczegółowe dane przypominają się panu w najodpowiedniejszym momencie. I znowu uśmiech, ale tym razem już nie tak przyjazny. A może tylko tak mi się wydawało. To przez stres. Zawsze wiedziałem, ile jest tych stopni, ale przez to wszystko wypadło mi to z głowy. Dobrze. To ile było tych stopni? 10.
Już mówiłem. Mówił pan, że 9. Chwila zawahania. Nieprawda. Mówiłem, że 10. Chce pan powiedzieć, że kłamię? Pułapka. Wyjście. Nie, oczywiście, że nie. Widocznie musiałem się przejęzyczyć.
Proszę o wybaczenie. Miałem na myśli 10 od samego początku. Rozumiem. Może pan kontynuować. Kontynuować co?Kontynuować opowieść. Przepraszam, jestem trochę rozkojarzony. Wchodziłem po schodach, kiedy usłyszałem ten krzyk po raz drugi. Na piętrze były otwarte drzwi. Wszedłem do pokoju i ten skur... Mężczyzna trzymał ją za tył głowy i uderzał jej twarzą o podłogę raz za razem.
Wtedy już nie krzyczała. Nie miała jak krzyczeć. Nie miała czym, bo jej twarz była rozsmarowana po panelach krwawą miazgą, a on tylko spojrzał na mnie i się uśmiechnął. I co pan wtedy zrobił? Uciekłem. Zbiegłem po schodach i zadzwoniłem do was. Odsunęła fotel od biurka. No dobrze, panie Józefie, wiemy już chyba wszystko. Zajmiemy się tym. Może pan już iść.
Ale jak to? To już? Niepotrzebny wam rysopis czy coś? Nie przyjedziecie szukać jakichś śladów? Wyślemy ekipę sprzątającą. Uśmiech. A do pana zadzwonimy, jeśli się czegoś dowiemy. Ja, no dobrze. Jest pan wolny. A, jeszcze tylko jedno.
Formalność. Tak? Ile w końcu było tych schodów? Kamila Ciołko-Borkowska „Za winklem”. Dwóch nastolatków stało za rogiem starego budynku z cegły. Ich nerwowe zachowanie nie pozostawiało złudzeń, że robią coś niedozwolonego. Rozglądali się co chwilę, sprawdzając, czy nikt się do nich nie zbliża. Gdy któryś z nich zauważył przechodnia, papieros, którego palili na zmianę, chowany był za plecy. Gęsta mgła otulająca świat skutecznie ukrywała niecny uczynek młodych ludzi. Jednak nie zdawali sobie z tego sprawy.
Niespodziewanie za ich plecami wyłonił się starszy człowiek. Stał tak dłuższą chwilę, nie ukrywając zaciekawienia. Młodzi ludzie, pomimo całej swej czujności, zdawali się nie zauważać starca. Skupili się na swoim codziennym, poszkolnym ceremoniale. Dwa buchy i zmiana. Dwa buchy i zmiana. Gdy rytuał miał się ku końcowi, starzec ruszył w ich stronę. Nadal niezauważony stanął obok obserwowanych. „Palenie zabija” – powiedział cicho. Młodzieńcy podskoczyli wystraszeni, a dymiący niedopałek upadł pod nogi.
Jeden z chłopców przydeptał dymiący filtr i z przerażeniem spojrzał na intruza. Tak często obiecywał sobie, że to ostatni raz. Przejechał spoconą dłonią po włosach, które opadły mu na czoło. „Tak, tak. Co nas nie zabije, to nas wzmocni, nie?” – odezwał się z uśmiechem drugi z młodzieńców, poklepując kolegę po ramieniu. Staruszek nie odzywał się, patrząc prosto w oczy pierwszego z nich. „Palenie zabija” – powtórzył spokojnie. Wzrok starca wwiercał się w świadomość młodego człowieka, który czuł się nieswojo. Nie mógł oderwać oczu od hipnotyzującego go nieznajomego. Nie wiedział, co odrzec, a przecież zawsze miał odpowiedź na zaczepki innych.
Zabrakło mu słów. Zastygł w bezruchu. Ostatkiem sił spojrzał na kolegę. Ten, nie mając świadomości, jakie wewnętrzne katusze przeżywa przyjaciel, ponownie poklepał go po ramieniu. „Tak, tak dziadku, gadaj zdrów. Przede mną jeszcze kawał życia.” – śmiejąc się, zaczął się oddalać. „Do jutra stary” – krzyknął tylko na odchodne. Mgła zdawała się coraz gęstsza. Widoczność zmniejszała się z sekundy na sekundę. Zniknął nawet małomówny senior, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Nastolatek podchodzący do skrzyżowania nadal śmiał się z całej sytuacji. Splunął na chodnik i sprawdził, czy na pewno ma paczkę ukradzionych ojcu papierosów. Ręce włożył głęboko w kieszenie, przeklinając w duchu aurę. „Zimno. Taa, zabija.” – wymruczał pod nosem, czekając na zielone światło. Niestety pogoda tego dnia nie rozpieszczała. Cały świat zginął w oparach gęstej chmury unoszącej się nad chodnikiem. Zdawało się, że słychać krótkie sygnały wydawane przez sygnalizator razem z zielonym światłem. Młodzieniec poprawił kołnierz i odważnie wszedł na pasy. W tej samej chwili usłyszał pisk hamowania.
Spojrzał w lewo. Pisk opon. Światła. Ogromny ból. Ciemność. Nic. To, proszę państwa, czas na „Filmotekarium”. Raz jeszcze z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o mumii, ale tym razem na tapet wjeżdża film Lee Cronina. Dzień dobry wieczór państwu. „Filmotekarium” czas zacząć.
Dzisiaj tytuł jakby znajomy, bo całkiem niedawno się pojawił. „Mumia”. Z tym że tym razem to będzie mumia specyficzna. Mumia Lee Cronina, a właściwie film Lee Cronina, żeby nie popadać w jakieś takie dowcipasy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[48:38] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Nie mylić Lee Cronina z Leninem, bo to tak czasami jak się mówi, to brzmi jak mumiaLenina, a to jest Mumia Kronina. Szanowni Państwo, po okresie pełzania po dnie w poszukiwaniu czegoś do obejrzenia, dzisiaj wreszcie coś lepszego. Ale mówiąc o Mumii Kronina, wcale nie mamy na myśli tego, że Kronin umarł i że go zabalsamowali. Już tłumaczyliśmy kiedyś, o co chodzi w związku z tytułem tego filmu. Nazywa się tak dziwnie dlatego, że chodzi o odróżnienie go od innej mumii, dużo gorszej, ale niestety nieco podobnej scenariuszowo. Te podobieństwa na pierwszy rzut oka może nie są widoczne, ale jednak gdzieś są. I ta zmiana tytułu musiała chyba zajść. Mumia jest jednym z niewielu kinowych horrorów, które zapisują się na mojej personalnej liście ulubionych, choć też to nie jest film, do którego prędko wrócę.
Najpierw chwila wyjaśnień, o czym to jest, bo osoby, które słyszą tytuł, on działa tak sugestywnie, pewnie pomyślą, że tam gdzieś w tle są egiptolodzy. Nie, to nie jest żadna mumia w starym stylu. To też nie jest film przygodowy. Gdyby chcieć porównać Mumię Kronina do innego horroru, to na przykład bardzo pokrewnym będą Pamiętniki egzorcysty, znane też jako Dybuk. Rzecz się dzieje w rodzinie dziennikarza i pielęgniarki z Ameryki, którzy przebywają roboczo w Kairze. I tam dochodzi do zaginięcia ich córki. Mamy historię tą przedstawioną na początku filmu. Ten film jest w ogóle bardzo długi, od tego zacznijmy. Dwie godziny 15 minut albo może i więcej. Dziecka niestety się nie udaje odnaleźć.
Rodzina wraca do Stanów, ale po kilku latach otrzymuje telefon. Córkę znaleziono w Egipcie. Niestety jest w fatalnym stanie, a okoliczności jej znalezienia to już jest dopiero niesamowita sprawa. Ale zanim poznajemy historię tej rodziny i jej dramatu osobistego, to mamy jeszcze sam wstęp do filmu. Te sceny z samego początku, które nam pokazują, z czym się to będzie jadło.
[51:07] - Niby tak. Powiem w ten sposób: widać, że ten film robił fachowiec. Robił człowiek, który czuje film. Chociaż za chwilę powiem o czymś, co może nie do końca potwierdza tę tezę. Ale rzeczywiście ten film jest zrobiony porządnie. To widać, że gość ma opanowane zarówno to, jak powinna pracować kamera, jak powinny być przedstawiane sceny. To wszystko działa. Z tym że nie do końca. Ja się oczywiście będę czepiał. To nie jest mój ulubiony film.
Na pewno nie. A jakie mam na przykład zarzuty? Myślę, że pierwsze 20 minut filmu, może 25, dałoby się przedstawić znacznie krócej. To jest rozbudowane, wiecie państwo, i właściwie człowiek się zastanawia po obejrzeniu całości, dlaczego to jest tak rozbudowane. Czemu to właściwie służy? Nie wiem i nie odpowiem państwu na to pytanie. Moim zdaniem dałoby się to załatwić 10 minutami, a i tak pewno jestem rozrzutny, jeśli chodzi o czas. Za bardzo to jest rozbudowane. Czy mamy się wciągnąć w tę historię dzięki temu? Nie wiem.
Jakoś tak nie do końca. Ale cała ta historia, Piotr bardzo słusznie przywoływał jakieś takie związki z Egzorcystą czy tym podobnymi filmami. Mnie w ogóle ten film się kojarzył już wprost z Egzorcystą trochę. I to, co oglądamy na ekranie, kiedy dziewczynka wraca już do swojej rodziny w tych niezwykłych okolicznościach, trudno mówić o przyrodzie, po prostu dzieje się coś dziwnego. Zostawmy to, może nie opowiadajmy całego filmu. Wraca w każdym razie do rodziny. I to jest, proszę państwa, horror w takim potocznym znaczeniu tego słowa. Ta rodzina przeżywa horror w związku z powrotem zaginionej córki, którą wszyscy chcieli odnaleźć, ale nie udawało się tego zrobić, bo to, co się dzieje w rodzinie, w międzyczasie ta rodzina się rozbudowała i to, co się dzieje w rodzinie, destrukcyjny charakter tego, co się kręci wokół powrotu córki, jest ewidentny. A dzieją się rzeczy straszne. Z tym że znowu ja to lubię podkreślać i podkreślę to również dzisiaj.
To nie jest film z wysokim tempem akcji albo z wysokim tempem grozy. Ta groza narasta, ona się pojawia, ona gdzieś tam tak przecieka przez ten ekran w związku z różnymi scenami, które się pojawiają. Ale to nie jest taki film, przy którym będziecie państwo gryźli palce z emocji, co za chwilę będzie, albo ekscytowali się tempem, w jakim się sceny poszczególne rozgrywają. To nie jest tego rodzaju film i powiedziałem, że to nie jest mój ulubiony film, ale też to nie jest film zły. To jest film, który ja jeszcze muszę przemyśleć i to pewno potrwa. Dlatego nie mogliśmy sobie z Piotrem pozwolić na aż taką ekstrawagancję, żebym ja sobie nad tym filmem myślał przez najbliższy miesiąc albo dwa.Należy nowości, w miarę nowe nowości, że tak sobie zażartuję, omawiać na bieżąco, ale ja czuję, że jeszcze nie do końca chwyciłem całą specyfikę tego filmu i całą głębię, która tam być może jest, ale ja jej po prostu jeszcze nie wyczuwam.
[55:19] - Czy ta głębia tam jest? To jest dobre pytanie, a ja wrócę do tego momentu, gdzie skończyłem. Potem nam wkracza wątek okultystyczny do filmu, ale żeby nie psuć nikomu zabawy, to rzeczywiście może pominiemy, jak mówiłeś, co się tam działo. Ciekawe jest to, że film kilkakrotnie podchodzi do finału i kiedy nam się wydaje, że już to jest koniec, to otrzymujemy kolejną scenę i kolejną na przykład. Warto też dodać, że to się rozgrywa na dwóch płaszczyznach kulturowych: w Stanach Zjednoczonych i oczywiście w Egipcie. A pani egipska policjantka, która się tam pojawia w drugiej części filmu, bardziej się pojawia, odgrywa znaczącą rolę w tej sprawie. Film "Mumia" Cronina wyróżnia też wysoki współczynnik obrzydliwości. Wymiotowanie wodą, takie chlustające, zrywanie skóry przy obcinaniu paznokci, picie zepsutej krwi z trupa. To są tylko niektóre elementy, których tam uświadczymy. Jedzenie babci przez wilki.
W ogóle ta córka odnaleziona wygląda makabrycznie i jest z nią coraz gorzej w tym filmie. Co do tej babci, to trochę mi jej szkoda, bo to moja chyba ulubiona postać w tej produkcji. A taką sztampową, przewidywalną rzeczą jest to, że na przykład pojawia się ekspert od egipskiej demonologii, który się zawsze musi pojawić. Jeżeli jest tylko film o demonie, to jest pan doktor tajemniczy, który rzuca na sprawę światło. Pomimo to, moim zdaniem, "Mumia" ma w moim sercu wysokie miejsce, jeżeli chodzi o horrory z ostatnich lat. Tę listę dobrych filmów, dobrych horrorów, takich, które mnie się spodobały oczywiście, rozpoczyna "Coś za mną chodzi". Wtedy one się gdzieś pojawiają. Potem mamy "Hereditery", potem mamy "Nocne istoty", "Talk to me" i tak dalej. Czy "Mumia" jest aż tak dobra, jak chociażby "Hereditery"? Nie aż tak bardzo, ale oglądać się to da i jednak zaskakuje w pewnym sensie.
Aczkolwiek jest to tak naprawdę bardzo prosta opowieść. Budowane jest pewne napięcie. I tutaj się złapałem na tym, nawet niedługo przed końcem nie byłem znudzony. To znaczy były sceny, które mnie potrafiły jeszcze jakoś przytrzymać przy tym filmie. On jest nowatorski? Chyba aż nie tak bardzo. Prezentuje historie i rzeczy, które były wcześniej. Jest to dobrze opowiedziana kalka historii, innych historii, wielu innych filmów, gdzie pojawia się taki wątek pod tytułem demon i rodzina albo demon i dziecko. Podobieństwa do "Pamiętnika egzorcysty", czy nawet pod pewnymi względami do "Sinistera" są doskonale widoczne, ale odnajdziemy też nawiązania do "Egzorcysty", o którym wspominałeś, raczej takie wizualne. Aczkolwiek dodam tylko, że był film pod tytułem "Egzorcysta: Początki", który też miał taki ślad archeologiczny w sobie.
Zatem pod względem konstrukcji i scenariusza "Mumia" Cronina wybitnie oryginalna nie jest, ale jest opowiedziana w taki sposób, że robi robotę. Dodatkowo bardzo zwinnie się przeplatają te wątki dramatyczne z paranormalnymi i z psychologicznymi oczywiście, co tworzy pewne continuum i przyswajalną całość. O ile mówiłem, że film trzyma w napięciu przez długi czas, to jednak w okolicach gdzieś kwadransa, 20, 30 minut przed końcem zauważamy próby jego przedłużania. A że my już znamy wtedy praktycznie pełny wymiar tej historii i tego dramatu, to możemy się czuć lekko znużeni i wtedy nam wkraczają, ale to już pod sam koniec, te przedłużane zakończenia. Gdybym się miał czegoś przyczepić, to to zakończenie jest robione pod Amerykana, jak to się mówi. Dodatkowo jeżeli chodzi o finał, musimy wierzyć twórcom na słowo, że to się udało, że ich plan się powiódł, że oni w pełni panują nad sytuacją po rozpierdusze, którą mieliśmy przedstawioną wcześniej tylko z udziałem dziecka. Osobiście mi się najbardziej nie podoba to, co mi się zwykle nie podoba, jeżeli chodzi o amerykańskie filmy, czyli grande finale. Ziemia musi drżeć, musi otwierać się niebo, musi ogień się pojawić, wszyscy muszą krzyczeć i uciekać. Ale to jest film dla Amerykanów również i tam to chyba jest gwarancja sukcesu. Jak dla mnie "Mumia" Cronina wysoko.
Czy to jest ósemka? Nie wiem. Filmy na dziesiątkę kręci chyba sam pan Bucek. Dziewiątka jest zarezerwowana dla dzieł córki Agnieszki Holland jedynie chyba. Także może siedem, osiem na pewno nie jest to złe. Aha, jeszcze jedno. Gdyby ktoś sobie mógł zobaczyć wcześniejszy film Cronina pod tytułem "Hole in the Ground", nie pamiętam tytułu polskiego, ale pewnie coś à la "Dziura w ziemi". Film wzorowany troszeczkę na "Cmentarzu dla zwierzaków". To echa "Hole in the Ground" w "Mumii" Cronina lekko pobrzmiewają.
[01:01:05] - Tak sobie westnę Piotrze, bo ja jednak jestem chyba prostym człowiekiem, chyba zbyt prostym i w horrorach oczekuję jednak pewnej takiej dosyć prostej akcji. A tymczasem nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pewne elementy filmu, o którym mówimy, są w jakimś stopniu pokomplikowane. Nie mówię fabularnie, tylko bardziej emocjonalnie. Samo kręcenie sceny na przykład. I tak do końca nie jestem fanem tego rodzaju rozwiązań, bo powiedziałeś o czasie trwania. Tak naprawdę tę historię dałoby się opowiedzieć znacznie krótszym filmem. I kto wie, czy nie gubiąc pewnych elementów grozy, które w tym filmie ewidentnie są, czy nie dałoby się opowiedzieć spójnej, dosyć jednak groźnej historii właśnie w krótszym czasie. To nie chodzi o to, że długie filmy są złe. Byłby błędny wniosek. Natomiast czasami operowanie nastrojem.
Bardzo wielu ludzi, którzy filmy pochłaniają, lubi operowanie nastrojem. Ja mam jednak wrażenie, że bardzo często operowanie nastrojem sprowadza się do wydłużonych scen, które teoretycznie tym nastrojem mają operować, a tak naprawdę stwarzają pewną fikcję tego nastroju, tego budowania pewnego napięcia, bo nie wszystkie sceny w filmie „Mumia” moim zdaniem spełniają swoją rolę. Niektóre tak, owszem, doceniam i tak jak Piotr powiedział, to nie jest zły film, ale ja bym oczekiwał więcej. Po prostu oczekiwałbym więcej. Ja czasami wolę film prostszy, mniej psychologicznie napiętnowany niż właśnie takie historie, które trzeba rozkminiać. Nie dlatego, że nie lubię, tylko dlatego, że czasami historia, żeby być straszna, nie musi być skomplikowana. Nie wiem, czy to, co mówię, jest przejrzyste, ale chodzi mi po prostu o to, że mam wrażenie, że mumia Likronina jest przekombinowana w wielu miejscach. Ta scena, właściwie te sceny początkowe, o których mówiłem, które dałoby się skrócić, ale to jest jego dzieło, nie moje. I ja sobie mogę oczywiście różne rzeczy tutaj kłapać dziobem, ale to jest jego dzieło. Natomiast biorąc pod uwagę całość, to mam wrażenie, że w tym filmie jest trochę eksperymentów, takich reżyserskich eksperymentów.
One nie są nowe, umówmy się, ale eksperymentów, które badają niejako, jak widz zareaguje. Tylko sprzedawanie widzowi filmu, w którym pojawiają się eksperymenty, to jest nie do końca uczciwe. Takie jest moje zdanie. Wolałbym ten film w wydaniu krótszym i kto wie, czy emocje nie byłyby większe. Proszę państwa, to teraz czas na polecanki z pogranicza. Przypomnę książki, o których będzie za chwilę mowa znajdziecie państwo na stronie Nieznany.pl. To księgarnia internetowa, w której dzieją się rzeczy naprawdę niezwykłe. Zaczynamy. Pierwszy tytuł: „Sekrety szeptuch. Ludowe sposoby uzdrawiania”.
Autor Vadim Czenze. Tłumacz Dominika Przepiera. Wydawca Studio Astropsychologii. Szeptuchy cieszą się wielkim zaufaniem. To osoby posiadające ogromną wiedzę przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Wiedzą dużo o dolegliwościach ciała, duszy i umysłu. O dolegliwościach, które są ściśle ze sobą powiązane. Każde z nich, nawet przeziębienie, jest ważnym sygnałem wysyłanym przez twój organizm i stanowczo nie powinieneś go bagatelizować. Wywodzące się z Rosji metody lecznicze, metody szeptuch opierają się na pracy z energią i stają się coraz bardziej popularne w całej Europie. Wykorzystują zioła, okadzanie czy duchowe uzdrawianie, jak również różnorodne rytuały z wykorzystaniem kart, kartek papieru, tablic kamieni, cyfr czy świętych obrazów.
Z ich pomocą eliminują złą energię, która negatywnie wpływa na nasze życie. Usuwają dolegliwości cielesne, takie jak problemy skórne, stany zapalne, bóle uszu, ale też troski życia codziennego, jak na przykład zawód miłosny, niewierność czy zdrada. Szeptuchy odblokowują te obszary życiowe, w których brakuje równowagi, a energia nie może swobodnie przepływać. Autorowi tajemnice uzdrawiania szeptuch przekazała jego babcia. W tej książce dzieli się nimi szczegółowo, opisując techniki, które pozwolą ci z łatwością zlokalizować przyczynę problemów. Autor podaje też listę dolegliwości wraz z rytuałami, które możesz samodzielnie wykonać, uzdrawiając siebieLub innych. Poznasz wiele sposobów na aktywowanie naturalnych procesów samouzdrawiania. Nauczysz się też technik oddechowych, oczyszczania ciała oraz ducha, a także pozbędziesz się obciążeń karmicznych. Przypomnę tytuł: „Sekrety szeptuch. Ludowe sposoby uzdrawiania”.
Wydawca: Studio Astropsychologii. Drugi z przygotowanych tytułów to: „Prawie wszystko o ziołach i ziołolecznictwie”. Autor: Mateusz Emanuel Senderski. Książka Senderskiego „Prawie wszystko o ziołach i ziołolecznictwie” to praktyczny poradnik dla osób, które interesują się ziołami, zielarstwem, ziołolecznictwem oraz zdrowiem. Zawarte w niej informacje można wykorzystać dla ochrony zdrowia własnego i swoich najbliższych do uzyskania podstawowych i niezbędnych informacji na temat przetwórstwa surowców zielarskich. Jest to też bezcenne kompendium wiedzy dla początkujących producentów przetworów zielarskich. Autor wyjaśnia, dlaczego zioła są tak ważne dla człowieka, jaka siła w nich się znajduje, w leczeniu jakich dolegliwości i schorzeń mogą być przydatne. Dzieło to zawiera 252 monografie roślin zielarskich z dokładnym i szczegółowym ich opisem. Dowiemy się, jaka część rośliny jest surowcem leczniczym, jak ten surowiec pozyskać i kiedy, jakie zawiera on podstawowe substancje czynne, jak te substancje działają, jak je stosować, jakie są najpopularniejsze leki i mieszanki ziołowe, w leczeniu których schorzeń je stosować. Przypomnę tytuł: „Prawie wszystko o ziołach i ziołolecznictwie”.
Autor: Mateusz Emanuel Senderski. I wreszcie trzecia książka: „Klucz do nieśmiertelności. Sekretna historia bezimiennej religii”. Autor: Brian C. Muraresku. Tłumacz: Jarosław Skowroński. Wydawca: Zysk i Spółka. Przełomowe spojrzenie na rolę, jaką psychodeliki odegrały w narodzinach zachodniej cywilizacji. Czy Eucharystia pierwszych chrześcijan była Eucharystią psychodeliczną? Sekretna wiedza o halucynogenach roślinnych, ziołach i grzybach była przekazywana z pokolenia na pokolenie już od epoki kamienia, stając się źródłem prastarej, bezimiennej religii, której wspólnym wyznacznikiem było spożywanie psychodelicznego sakramentu.
Przyjmowała ona wiele form, z których najsłynniejsze są owiane tajemnicą misteria eleuzyjskie w starożytnej Grecji. Jednak czy to możliwe, że również pierwotne chrześcijaństwo było inkarnacją tej zapomnianej religii? Szukając odpowiedzi na to pytanie, autor bada archaiczne korzenie Eucharystii, łącząc ten rytuał z psychodelicznym sakramentem i odsłaniając prawdziwe początki zachodniej cywilizacji. Niczym poszukiwacz Świętego Graala zabiera czytelnika do ukrywanych archiwów Luwru i Watykanu, ruin starożytnej Grecji i rzymskich katakumb. Analizuje wyniki najnowszych badań naukowych oraz śledzi klasyczną literaturę i sztukę. Rekonstruuje też zakazaną historię kobiet, które kiedyś odgrywały główną rolę w komunii z bóstwem, a potem spotkały się z marginalizacją i prześladowaniem ze strony zdominowanego przez mężczyzn Kościoła. Przypomnę tytuł: „Klucz nieśmiertelności. Sekretna historia bezimiennej religii”. Autor: Brian C. Muraresku.
Tłumacz: Jarosław Skowroński. Wydawca: Zysk i Spółka. Proszę państwa, a teraz czas na MałPę. Dzisiaj książka, która mnie zafascynowała, ale o tym za chwilę. Tytuł: „The Tunguska Mystery”. Autor: Vladimir Rubtsov. Piotr Cielebiaś już czeka. Zatem zaczynamy. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie „Książek z pogranicza”.
Proszę państwa, jakiś ja jestem usatysfakcjonowany. Szkoda, że takie książki nie wychodzą w Polsce, a w każdym razie jest ich mało, bo to, co mi zaserwował Piotr pomysłem swoim, żeby omówić tę książkę, to był naprawdę strzał w dziesiątkę. Naprawdę pomyślałem sobie, że ta książka pojawia się na polskim rynku i tak mi się od razu lżej zrobiło. Ale nie wyprzedzajmy wypadków. Przede wszystkim dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:12:31] - Dzień dobry wieczór. Ta książka by się pewnie i pojawiła na polskim rynku, gdyby nie śmierć autora i związane z tym późniejsze problemy, ale o tym może za chwilę. Książka nosi tytuł: „Tunguska Mystery”, czyli tajemnica tunguska. Jak ktoś chce, to tak tłumaczy. Autorem jest Vladimir Rubtsov, ukraiński badacz zagadki tunguskiej, także człowiek zainteresowany UFO. Doktor Rubtsov, podkreślmy. Wybieramy ten temat troszeczkę nie bez powodu, bo zbliżamy się do kolejnej rocznicy wydarzenia tunguskiego. Za dwa lata będziemy mieli 120. I znowu powrócą te same pytania.I to jest ciekawe, że ta książka porusza zupełnie inną tematykę niż większość publikacji na temat wydarzenia tunguskiego. W ogóle muszę powiedzieć, że dla mnie wydarzenie tunguskie, katastrofa tunguska to było coś, co mocno ukształtowało moje zainteresowanie nieznanym.
To znaczy przez mgłę pamiętam fragmenty filmów pokazujące zniszczone połacie tajgi. Strasznie to oddziaływało na moją wyobraźnię. Ale przyznam też, że w ostatnich latach myślenie o Tungusce się troszkę zmieniło. Ta sprawa, ta zagadka spędzała przez dekady sen z powiek poszukiwaczom tajemnic, czytelnikom również, wierzącym, że są na świecie jeszcze prawdziwe zagadki. Rosja to jest oczywiście doskonałe miejsce, gdzie można tych zagadek szukać, ale też naukowcy mieli niezłą zagwozdkę. Książka Rubcowa, który sam był zaangażowany oczywiście później, czyli pod koniec istnienia Związku Radzieckiego, w badania nad eksplozją tunguską i który niestety zmarł w wyniku szybko postępującej choroby kilka lat temu. Ta książka to jest jedna z najciekawszych pozycji moim zdaniem na ten temat. Po pierwsze nie mamy tu powtórzonych sloganów takich z literatury zachodniej. Po drugie autor nie tylko wgryza się w historię badań tunguskich, ale też prezentuje sugestie, poszlaki, a może nawet dowody, że to, co się wydarzyło w 1908 roku nad Podkamienną Tunguską, nie było normalnym zdarzeniem. Takim, które możemy interpretować w kategoriach naturalnych.
Teraz taka interpretacja przeważa. Ja tylko przypomnę, że 30 czerwca 1908 roku w rejonie góry Stojkowicz na bagnach nad Podkamienną Tunguską dochodzi do gigantycznej eksplozji, która powala drzewa na obszarze mniej więcej równym powierzchnią dwóm polskim małym powiatom. Wyobraźmy sobie, że coś takiego dzieje się w Europie. Niektóre drzewa, co ciekawe, o tym pisze Rubcow, przetrwały tą eksplozję. Nazywano je telegrafikami, a przyczyny były tak naprawdę prozaiczne. To były drzewa, które znajdowały się tuż pod epicentrum wybuchu. Inne drzewa wykazywały na przykład ślady nadpalenia, jeszcze inne się układały w tak zwany wzór rybiej ości, a nawet dwóch rybich ości. Rybich szkieletów, przepraszam, bo rybich ości to wiadomo. Rybich szkieletów, czyli możemy sobie to wyobrazić. To mogło po prostu świadczyć, że nad tajgą nie tyle eksplodowały dwa obiekty, tyle że one się zbliżyły do ziemi, a potem odleciały.
Prawdopodobnie. Oczywiście to jest tylko jedna z hipotez. Oczywiście Rubcow tego wszystkiego, że mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem anomalnym związanym z obcą technologią, nie sugeruje wprost. On nam przybliża historyczne wnioski bardzo wielu rosyjskich, radzieckich badaczy. On sam mieszkał na Ukrainie, Rubcow, nie pamiętam już, w którym mieście. W tym, w którym się teraz toczy wojna. On przywołuje różne wnioski zarówno tych badaczy, którzy reprezentowali opcję meteorytową, ale też takich, którzy widzieli to zupełnie inaczej. Padają nazwiska Zołoto, Wafinogenow, Kulik oczywiście. Kulika nie można pominąć. Tego, który znalazł przecież miejsce wybuchu.
Te nazwiska nam się bardzo często pojawiają w książce. Ale co ciekawe, był taki moment w badaniach nad katastrofą tunguską i ten moment się przeciągnął na kilka dobrych dekad, kiedy różni badacze z różnych środowisk, przerobiwszy wszystkie wątki naturalne, meteorytowe interpretacje odnośnie katastrofy tunguskiej oczywiście doszli do wniosku, że to nie było nic normalnego i oni bardzo chętnie wtedy zwracali uwagę w stronę hipotezy kolejnej ważnej postaci, która się w tej książce pojawia, czyli Aleksandra Kazancewa, autora bardzo wstrząsającego dla niektórych dzieła, mówiącego wprost, że nad Podkamienną Tunguską doszło do incydentu z udziałem obiektu nieludzkiego. Dzisiaj się to tak nazywa. Inni może wolą termin UFO.
[01:18:03] - Tak, a ja podziwiam tę książkę za kilka rzeczy. Zacznę od tej, która mnie najbardziej zaskoczyła, bo trochę już tych książek w życiu dotyczących katastrofy czy też dotyczących tego incydentu tunguskiego przeczytałem. Nawet się w serii Siódemka w latach 70. pojawiła taka książka, która mówiła o różnych możliwościach i to było wszystko okej. Ale to, co mnie w tej książce naprawdę zadziwiło, to na przykład zwrócenie uwagi. Ja nie pamiętam, żeby ktoś inny zwrócił na to uwagę, że przed 30 czerwca 1908 roku były już w Europie dziwne noce, dziwne wydarzenia, dziwne niebo, jasne niebo, dziwne obłoki, dziwne takie srebrzyste chmury i tak dalej. On zwrócił uwagę, bo ja w bardzo wielu miejscach czytałem, że to było potem okej. Tymczasem on pisze o tym, że było też wcześniej. Jak to interpretować? Bo gdyby interpretować to jako tenPrzysłowiowy obiekt, który pierdyknął w ziemię, to tak by nie było.
Ciała kosmiczne, które wchodzą w atmosferę, nie dają o sobie znać wiele dni wcześniej, że przybędziemy. Więc to była rzecz, która naprawdę wielki szacun, bo on to w dodatku pokazuje. To nie tak, że sobie rzuca hasło, że wcześniej już było. On to dosyć systematycznie pokazuje. W ogóle ta książka jest niezwykle systematyczna, ja bym nawet zaryzykował, że ta „Tunguska Mystery” to jedna z najbardziej szczegółowych książek, które znam, dotycząca tej tematyki. Lubię nadużywać tego słowa, ale to jest książka niepokojąca, bo Vladimir Rubtsov nie tworzy takiej popularyzatorskiej opowieści o meteorycie, który eksplodował nad Syberią. On zamiast tego prowadzi czytelnika przez ogromny labirynt różnych relacji świadków, różnych analiz naukowych, hipotez astronomicznych. Mówi o anomaliach atmosferycznych, mówi też o sporach pomiędzy badaczami. On oczywiście, i to jest też niezłe, zaczyna od rekonstrukcji samego wydarzenia. Mówi o tym, co teoretycznie wydarzyło się nad syberyjską tajgą.
Pojawia się jasny obiekt, towarzyszą temu eksplozje, które są słyszane setki kilometrów dalej, potężna fala uderzeniowa, która powala miliony drzew, drżenie ziemi tak jak podczas trzęsienia ziemi i później to niebo nad Europą, dziwne białe noce. I on to wszystko opisuje. Ale to jest dopiero początek, bo tak jak Piotr powiedział, ten las telegraficzny, który pozostaje po eksplozji, czyli drzewa stojące, chociaż ogołocone z gałęzi, częściowo zwęglone, to jednak były w miejscu teoretycznej eksplozji, pod miejscem teoretycznej eksplozji. Myślę, że ogólny wydźwięk książki jest dosyć charakterystyczny. Rubtsov nie pisze jak jakiś autor sensacyjnych teorii spiskowych. On zachowuje się jak badacz, który jest nieco rozczarowany takim uproszczonym podejściem, chociażby środowiska naukowego do zjawiska tunguskiego. I to właściwie wyczuwać można przez całą książkę. Tam się pojawia przekonanie, że te wszystkie oficjalne wyjaśnienia dotyczące wydarzenia, te meteoryty, czarne dziury, małe komety, to wszystko nie tłumaczy różnych elementów, które się pojawiają przy okazji tej katastrofy. I pomimo że to nie jest książka naukowa, to autor zachowuje w wielu miejscach ten naukowy ton, ale jednocześnie pokazuje, że wiele danych dostępnych dotyczących katastrofy jest niewygodnych dla wszelkich klasycznych teorii. I cóż bym mógł powiedzieć?
W rezultacie ta książka ma atmosferę takiego śledztwa intelektualnego. Czytelnik jest wciągany w tę historię i stopniowo zaczyna rozumieć, że największą zagadką Tunguski nie jest sama eksplozja, lecz to, jak wiele niezwykłych zjawisk towarzyszyło temu wydarzeniu.
[01:23:17] - Ktoś się może zastanowić, skąd się wzięły te wcześniejsze białe noce, chociaż to się nazywa u Rubtsova jakoś inaczej. Już nie pamiętam. Powiedzmy, że to świecenie atmosfery. Oczywiście stawiamy to cudzysłów. Miało się to wziąć z tego, że obiekt tunguski krążył po prostu po orbicie, rozsiewając cząstki swojej materii bądź pyłu, zdaniem niektórych bądź czegoś innego. W zależności od tego, zwolennikami której opcji jesteśmy. I on dopiero w odpowiednim czasie przyziemiwszy po prostu spadł. Nie spadł właśnie. On zaczął się kierować do Ziemi. Tam jest bardzo dużo miejsca też poświęconego na przykład tego, pod jakim kątem ten obiekt się do Ziemi kierował.
I on w pewnym momencie zrobił przyziemienie nad Tunguską i kto wie, ale może wcale nie eksplodował, tylko sobie poleciał dalej. I może nawet nie jeden, tylko co najmniej dwa. Przez długo byłem w kontakcie z Rubtsovem. Trzeba przyznać, że on się też interesował zjawiskiem UFO i kontaktem z cywilizacjami pozaziemskimi. Z tego, co pamiętam, napisał na ten temat nawet jakiś artykuł naukowy. On planował wydać tą swoją książkę w Polsce. Niestety nie udało się. Zmarł wskutek podstępnej, bardzo szybko postępującej choroby. Ale też musimy powiedzieć, że dzisiaj się patrzy troszeczkę na Tunguskę inaczej niż w momencie, kiedy ta książka wyszła. Ona jest przecież w miarę nowa, ale chodzi mi o to, że się zmieniło postrzeganie eksplozji bolidów w atmosferze.
Dawniej patrzono na to troszkę inaczej. Dawno, mam tutaj na myśli i te czasy, kiedy Kulik się wybierał poszukiwać śladów eksplozji tunguskiej, ale on nie wiedział, że ona była tunguska. To też jest w ogóle ciekawe, że wiadomo było generalnie, że coś wybuchło ostatniego czerwca 1908 roku, ale nikt nie wiedział gdzie, bo świadkowie byli, były nawet pewne dane, ale miejsce znaleziono długo, długo później. I to też był pewien problem. W tej książce mamy zresztą taki rozdział prawie przygodowy, kiedy opisuje się, jak ci kulikowcy się tam przedzierali przez tą tajgę i wierzmy bądź nie, ale dokonali bardzo wielu ciekawych pomiarów. Przypominam, to był obszaro powierzchni dwóch małych polskich powiatów. Ile się oni musieli nałazić. Najważniejszy wniosek, który się wyłania z badań tunguskich jest taki, że nie znaleziono szczątków materii meteorytowej czy jakiejkolwiek innej, nawet najmniejszych szczątków. Choć, jak pisze Rubcow, wielokrotnie się pojawiali kandydaci co do tych cząsteczek, czy też fragmentów mniejszych, większych. Były nawet takie teorie, które mówiły, że były duże obiekty, które znaleziono.
I tak przykładowo na tej górze Stoikowicz był kamień, który niektórzy uważali za fragment obiektu tunguskiego. Mamy też hipotezę bardzo popularną, że takie okrągłe jeziorko znajdujące się tam w regionie o nazwie Czeko jest jeziorem pometeorytowym. W rzeczywistości to wszystko się chyba rozegrało gdzieś nad głowami ludzi. Choć ekipa Kulika oczywiście poszukiwała. Ekipa Kulika, czyli pierwsi, którzy tam się znaleźli. Oni tam kilkakrotnie wracali. Oni poszukiwali krateru, odłamków, wszystkiego, co się kojarzy z meteorytami. Dzisiaj już trochę się inaczej na to patrzy, że niekoniecznie, kiedy mamy do czynienia z obiektem, z jakimś bolidem, to on musi spaść, rozsypać się, wybić dziurę w ziemi. Dzisiaj rozpatruje się to bardziej pod kątem eksplozji tych obiektów w powietrzu. W ogóle fascynujące jest też to Marku, że o ile sobie zdawano sprawę, jak mówiłem już w 1908 roku, że coś tam grzmotnęło, to bardzo dużo lat zajęło poszukiwanie miejsca zdarzenia, dlatego, że nikt tam nie mieszkał, nie było bezpośrednich świadków, takich, którzy by się mogli zgłosić.
Co prawda potem się okazało, że ci świadkowie byli. Nawet byli tacy, którzy twierdzili, że przeżyli katastrofę tunguską, byli w jej sercu i przeżyli. Wspominali o ogniu, wietrze i oczywiście nieludzkim, nieopisywalnym huku. Rubcow też przywołuje inne doniesienia, wskazując na trudności, z jakimi się musieli mierzyć badacze, bo okazuje się, że było bardzo wiele osób, których relacje zebrano często wiele dekad później, którzy mieli widzieć obiekt tunguski w locie. I oni go opisywali bardzo różnie, bo niektórzy mówili, że przypominał miotłę, inni że kulę, miotełkę, że był wieloczłonowy. Ale pojawiły się rozbieżności w tych relacjach dotyczące na przykład tego, że według świadków on leciał z różnych stron. I teraz pytanie, czy na te relacje miał wpływ upływ czasu, że im się coś pomyliło po prostu. Albo może też obserwacja obiektu tunguskiego zlała im się w pamięci z innymi obserwacjami meteorytów, dużych bolidów, które na Syberię spadały. Tych szczegółów, elementów opowieści, analiz różnych aspektów jest tam oczywiście więcej. To wszystko jest dodatkowo podane w bardzo przystępny sposób.
Tyle że po angielsku. Książkę jednak zdobyć dość łatwo i muszę powiedzieć, że ją polecam szczególnie, bo to się po prostu dobrze czyta. To jest dobra przygoda.
[01:28:57] - Dla mnie ciekawe było też przywołanie przez autora mniej znanych, dla mnie w ogóle nieznanych, radzieckich badań z lat 50. i 60. One przez dekady pozostawały właściwie nieznane na Zachodzie. Tam są opisane analizy magnetyczne, pomiary jonizacji atmosfery, różne anomalie biologiczne, które były obserwowane w rejonie katastrofy. Myślę, że szczególnie interesujące są takie informacje o przyspieszonym wzroście drzew po eksplozji, a także o możliwych mutacjach biologicznych w okolicy Tunguski. Ale jednym z najbardziej niezwykłych wątków jest wspomniana przez autora burza geomagnetyczna, która zarejestrowana była po eksplozji. Według Rubcowa charakter tego zjawiska przypominał skutki, czy też to, co się dzieje po eksplozjach nuklearnych. Wiadomo, 1908 rok, o broni atomowej nie było jeszcze mowy. I autor nie twierdzi, że doszło do wybuchu jądrowego, ale on po prostu pokazuje, iż zwykły meteoryt nie powinien wywołać takich efektów elektromagnetycznych, jakie się pojawiły. Myślę, że ważną rzeczą w tej książce jest również przegląd najbardziej egzotycznych hipotez dotyczących Tunguski.
To dla każdego, kto zaczyna się interesować tematem jest dobra rekapitulacja. Pojawiają się koncepcje miniaturowej czarnej dziury, antymaterii, obiektu plazmowego, materii lustrzanej. Ta materia lustrzana jest szczególnie interesująca i ona zakłada istnienie równoległej formy materii, która słabo oddziałuje z tą normalną materią. I Rubcow pisze o tym, że taka koncepcja mogłaby tłumaczyć brak krateru i brak dużych fragmentów meteorytu. Myślę poza tym, że unikalność tej książki polega na tym, że autor tych wszystkich hipotez nie traktuje wyłącznie jak opowieści fantastycznonaukowej. On próbuje raczej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dotychczasowe, wcześniejsze wyjaśnienia nie potrafią objąć wszystkich dostępnych aspektów tego, co się wydarzyło dawno temu. Myślę też, że za największą zaletę książki można uznaćSzczegółowość. To zależy, co kto lubi. Ja lubię pewne szczegółowe omówienia, bo dzięki Rubcowowi korzystamy z rosyjskich materiałów badawczych, z relacji świadków, z dokumentów, które przez dziesięciolecia były praktycznie niedostępne. I wiecie państwo, to co Piotr mówił, oni się tam znaleźli w miejscu katastrofy stosunkowo późno, bo nie dość, że po drodze wybuchła wojna i jeszcze rewolucja, więc trochę było ciężko.
Ale dzięki tym zgromadzonym materiałom przez autora książka ma charakter prawie encyklopedyczny. My się bardzo wielu rzeczy dowiadujemy. Autor bardzo dokładnie rekonstruuje historię badań nad Tunguską, pokazuje, jak zmieniały się interpretacje katastrofy na przestrzeni kolejnych lat XX wieku. To też jest ważne, że on nam pokazuje proces. To nie jest jakieś zastygłe zjawisko, które trochę tak jak owad w bursztynie tkwi i się nie zmienia. Wręcz przeciwnie, u Rubcowa widać, jak to było analizowane. Myślę, że dużym atutem książki jest też taka atmosfera tajemnicy i ona nie jest budowana przez sensacyjność, bo to zrobić jest najłatwiej, ale przez dane, kolejne dane, porcje danych, które autor podaje. I dzięki temu on nie musi upiększać tej historii. Wystarczy zestawienie relacji świadków, zestawienie anomalii atmosferycznych, mowa o tym kraterze, właściwie o jego braku i czujemy, namacalnie czujemy atmosferę tajemnicy, tej tytułowej tajemnicy. I powiem jeszcze jedno.
Tę „Tunguska Mystery” można czytać, moim zdaniem, na kilku poziomach. Najprościej jest czytać jako książkę o jednej z największych zagadek naukowych XX wieku. Ale jak wchodzimy głębiej, to ta książka staje się opowieścią o tym, co nazwałbym granicami ludzkiego poznania i o tym, że nauka bardzo różnie reaguje na zjawiska, które nie mieszczą się w jej obowiązujących modelach. I Rubcow pokazuje również konflikt między naukową ostrożnością i intelektualną odwagą, bo wielu badaczy próbowało problem tunguski uprościć. Uprościć w ten sposób, że dopasowywało dane do jakichś znanych teorii. Tymczasem autor sugeruje, że prawdziwy postęp w jakichkolwiek badaniach wymaga czasami takiego prostego zaakceptowania faktu, iż rzeczywistość może być bardziej dziwna i niepasująca do tego, co mamy na podorędziu, co wiemy. Bo być może czegoś nie wiemy i warto się zainteresować. Być może warto odkryć coś nowego, co nie mieści się w dotychczasowych schematach. Ważnym aspektem tej książki jest również ten wymiar historyczny, bo to z jednej strony historia rosyjskiej nauki, tych radzieckich ekspedycji badawczych, ale i zmagań uczonych próbujących badać zjawisko, które, umówmy się, bardzo często było traktowane jako zjawisko na pograniczu nauki i może nienauki, jakiejś kontrowersji. I Rubcow przypomina, że przez dziesięciolecia badania nad Tunguską były prowadzone niemal pionierskimi metodami w trudnych warunkach syberyjskiej tajgi i władza też nie pomagała w tym wszystkim.
Muszę to powiedzieć na koniec tego przydługiego wystąpienia, że książka ma również, co mnie ucieszyło, pewien wymiar filozoficzny, bo autor stawia pytanie, takie nie wprost może, ono się nie pojawia wprost, ale czy aby na pewno człowiek rozumie procesy, które zachodzą we wszechświecie? I Tunguska staje się takim symbolem czegoś większego, takim przypomnieniem, że chociaż żyjemy w epoce bardzo nowoczesnej nauki, to w dalszym ciągu istnieją zjawiska, które wymykają się prostym, żeby nie powiedzieć prostackim wyjaśnieniom. Proszę państwa, to na koniec audycji, ale to będzie bardzo długi koniec. Na koniec audycji odrobina literatury. Najpierw Jurjan i jego dwa opowiadania: „Moc marzeń” i „Doskonała koncepcja Rudego Proroka”, a potem Anna Stańczyk i „Przysługa”. Bardzo serdecznie zapraszam. Czyta dla państwa Marek Sęk „Ivellios”.
[01:37:02] - Jurjan. „Moc marzeń”. „Panie kapitanie, postanowiłem, że pan zostanie prezesem ministrów, jednak pod dwoma warunkami. Po pierwsze nie będzie pan wkraczał zarządzeniami w jakiekolwiek stosunki społeczne. Po drugie – Piłsudski nabrał głęboko powietrza do płuc i dobitnie dodał: w ciągu najbliższych dni stworzy pan ustawę wyborczą w takim tempie, jakby okopy miał pan kopać. Tak jest. Zrobię wszystko, a nawet więcej niż to możliwe. Szczególnie czując za sobą ten szał radości, jaki ludność polską ogarnął. Po ponad 120 latach zerwaliśmy kordony. Teraz nie będzie ich, tylko nasza odpowiedzialność.
Wolność, zjednoczenie, własne państwo.Chaos? Nic to, że chaos. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od krwiopińców, złodziei i ciemiężycieli, od obcych bagnetów i czapek z bączkiem. Sami sobą będziemy rządzić. Dopiero piąte pokolenie doczekało i obiecuję, że nie zaprzepaszczę ciężko wywalczonej niepodległości. Dobrze, więc ustaliliśmy wszystko, co najważniejsze. Pracy przed nami ogrom. Na dziś jednak wystarczy. Zapraszam, posilmy się.
Przyszły naczelnik państwa szerokim gestem wskazał stoły uginające się pod ciężarem półmisków, talerzy i plater. „Nie będę tego jadł” – Błażej Stolarski półgębkiem mruknął do idącego obok przyjaciela. „Dlaczego? Chory jesteś?” Silustrował go szybkim spojrzeniem. Nie widząc niepokojących objawów, zdjął okulary i przetarł je chustką. „Nie, ale jak pomyślę, jaki jest fatalny stan zaopatrzenia, jak ludzie biedują i zmuszani głodni pracować, to jakoś mi nie przystoi. A dzieci? Ile z nich nie zjadło dziś kolacji? A tu popatrz tylko.” „Błażeju, dam ci dobrą radę, jeśli pozwolisz oczywiście.” „Słowa, nawet trudne, od przyjaciela zawsze przyjmę.” „Zapytam więc, czy chciałbyś, żeby rolnik albo robotnik pracowali głodni? Przez cały dzień zastanawiali się, jak wykarmić rodzinę?” „No właśnie o tym mówię, że nie.
Nie podoba mi się ten przebieg.” „A teraz drugie pytanie. Czy uważasz, że rolnik lub jak mówiłem robotnik, chcieliby, żeby ich premier albo minister egzystował głodny, osłabiony, pracował mniej efektywnie i przez to dłużej? Od twego animuszu zależy, jak długo będą czekać na poprawę bytu swoich rodzin.” „Przekonałeś mnie. To prawda, że po ciężkim dniu głód czuję i zmęczenie jedynie. Może przez to drażliwość mnie ogarnęła.” „I takiego cię lubię, Błażeju. Usiądźmy więc.” Spora grupa demonstrantów stojąca pod zgliszczami budynku Trybunału Konstytucyjnego zachowywała się spokojnie. Zmęczenie fizyczne i brak perspektyw na powrót do normalności powodowały u zgromadzonych widoczną apatię. Stali jednak mimo przenikliwego chłodu. Chcieli tym pokazać, że nie godzą się na podpalanie kraju i w przenośni, i całkiem realne. Zgliszcza już nie dymiły, lecz smród spalenizny pozostał.
„Ludzie idą, znowu idą” – wykrzyknął ktoś, dobiegając do tłumu. „Kto? Policja czy bojówki?” „Policja z jednej, bojówki z drugiej. Po obu stronach szucha. Policja w szyku z tarczami.” Tłum skupił się i przygnął do ogrodzenia. Ktoś krzyknął przez megafon: „Spokojnie, trzymajmy się razem. Nie dajcie się sprowokować. Nie zdecydują się podnieść na nas pałek.” Obserwowali zbliżające się pochody tych w maskach ochronnych z migającymi niebieskimi światłami i tych w kominiarkach pod obłokiem świecącego na czerwono dymu rac. Rozległy się syreny. Sygnały z urządzeń zainstalowanych na dachach najwyższych budynków.
Głośny dźwięk wibrował w uszach. Zaniepokojeni ludzie rozglądali się po zdumionych twarzach innych. „Dlaczego syreny?” „To na postrach. Takie działanie na podświadomość. Nie przejmujcie się.” „Telefony nie działają. Ludzie, działa komuś komórka? Spójrzcie, policja się wycofuje. Może nasi odbili parlament.” Rozpędzony czołg wyłamał biało-czerwony szlaban. Reszta potężnej kolumny, dymiąc z diesli, mijała budynki Straży Granicznej. Żaden z obserwujących to pograniczników nawet nie wyjął broni.
Wkraczająca formacja była tak potężna, że stali bez ruchu jak zahipnotyzowani. Agresorzy zamknięci w stalowych bestiach nie zwrócili nawet uwagi na garstkę żołnierzy, których zadaniem była obrona granicy przed armią przemycanych papierosów. W czołgach T-72 i T-90 czuli się jak na defiladzie, jadąc pośród szpaleru drzew. Tak jak się spodziewali, nikt nie stawiał oporu. Zaskoczyli wroga. Przeczuwali, że zapach prochu być może poczują dopiero na przedpolu stolicy. Po drugiej stronie kraju, dokładnie godzinę później wkroczyły oddziały obrońców. Leopardy z czarnymi krzyżami przekroczyły granicę. Oficjalne motywacje niechcianych gości były lustrzanym odbiciem wspólnej akcji sprzed kilkudziesięciu lat, ale następstwa identyczne. „Szanowni panowie.” Piłsudski wstał i spodem dłoni przetarł wąsy.
Podniósł kryształowy kieliszek do góry. „Tę historyczną chwilę powinniśmy uczcić toastem za świetlaną przyszłość naszej ojczyzny.” Wszyscy powstali wzruszeni. W atmosferze patosu unieśli kieliszki w górę. Część zgromadzonych, porwana entuzjazmem, dołączyła do krótkiej przemowy, z powagą wypowiadając swoje życzenia. „Za wolność, za demokrację, za konstytucję, za pokój, za Polskę. Sto lat!” – wykrzyknął Piłsudski. „Sto lat!” Wspólny, gromki odzew odbił się stłumionym echem od ścian auli.Julian. Doskonała koncepcja Rudego Proroka. Nagrzewanie. Według Wikipedii proces dostarczenia energii termicznej do ciała w celu podniesienia lub utrzymania jego temperatury.
Przede mną prosty i przyjemny etap pracy. Nadawanie kształtu. Szlifierką kątową szło to bardzo szybko. Stal węglowa. Zdecydowana większość atomów, które tworzyły stop, pochodziła z supernowej. Niewielu ludzi wie, że ciężkie pierwiastki powstały we wnętrzu gwiazdy wcześniejszego pokolenia na chwilę przed jej wybuchem. Istniejemy i my i cały Układ Słoneczny dzięki tej dramatycznej śmierci. W termonuklearnym piecu żelazo narodziło się w okamgnieniu, biorąc pod uwagę całą długość życia gwiazdy. Wszystko, co widzimy, włącznie z oświetlającym to słońcem, to materia złożona z resztek po wielkim wybuchu i truchła martwej, rozerwanej na strzępy poprzedniczki. Zlepek ponownie wskrzeszony do życia.
Fragment wycięty ze starej piły tarczowej leżał jeszcze ciepły na mojej dłoni. Kto zgadnie, czym mogły być w niedawnej przeszłości jej atomy? Gwoździem? Kawałkiem mostu? Widelcem? Nieważne, z jakich wcieleń reinkarnowały ostatnio. Pierwotnie jako ruda czekały na tę misję ponad 4 miliardy lat. Taki zwyczajny, trochę zardzewiały kawałek stali. Iskry długim snopem sypały się spod korundowo-węglikowej tarczy. Charakterystyczny swąd drażnił nozdrza.
Miał w sobie nutę czosnku. Nie wiedziałem, czy to zapach przecinanej stali, czy tarczy, a może połączenie obu. Elektronarzędziami, czasem wspomagając się pilnikiem po dwóch godzinach żmudnej pracy doprowadziłem do porządku płaskie powierzchnie. Mogłem być zadowolony z wyników. Niemal doskonała symetria. Odrzucając estetykę, wszelkie niedoskonałości mogły być przyczyną pęknięcia elementu lub wypaczenia kształtu w trakcie hartowania. W takiej sytuacji cała praca poszłaby na marne. Nie mogłem sobie na to pozwolić. Miałem zajęcie. To mnie uspokajało.
W domu, a w zasadzie wśród innych ludzi nie mogłem już wytrzymać. Zachowywali się irracjonalnie. Przynajmniej moim zdaniem. Chaos, agresja, panika i lament. W każdym napotkanym człowieku były te cztery elementy wymieszane w różnych proporcjach. Czułem do nich odrazę. Subiektywnie uważałem, że moimi działaniami kierowały głównie kreatywność i determinacja. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że tracę czas. Tylko pozornie. Byłem gotów i mogłem sobie pozwolić na luksus samotności.
Przez ostatnie sześć dni działałem niemal bez snu. Siódmego musiał odpocząć sam Bóg, tym bardziej ja. Porządnie się wyspałem. Odrywałem się od przygnębiających perspektyw. Kolejne czynności wymagały koncentracji. Pochłonęły mnie bez reszty. Czasem tylko wracałem myślami do Józefiny, zastanawiając się, jak sobie radzi. Byliśmy umówieni jutro w południe. Od tego momentu planowaliśmy więcej się nie rozdzielać. Miałem nadzieję, że działała według planu i na kartce, którą jej pozostawiłem, odhaczała kolejne punkty.
Koniecznie zamknięta we własnym mieszkaniu. W ciągu ostatnich dni usilnie starałem się wyperswadować, by już przestała ćwiczyć. Była harfistką, drobną i zawsze bladą, prześliczną dziewczyną z długimi blond włosami. Spotykaliśmy się od kilku miesięcy. Szczęście w nieszczęściu. Dołożyłem do paleniska. Żaru powinno być jak najwięcej. Ogień to magia, którą mamy w genach. Od zawsze dawał ciepło, światło, co najważniejsze poczucie bezpieczeństwa. Jednak tylko wtedy, kiedy był ogień znany.
Jako rozpętany żywioł nie dawał szans. Potwierdzi to każdy, kto widział prawdziwy pożar. Stal wciśnięta między pomarańczowe węgielki powoli nabierała temperatury. Żar też miał swoją tajemnicę. Patrząc w ognisko zawsze przypominała mi się zdumiewająca zasada. Niezależnie od rodzaju materiału, czy byłoby to drewno, metal czy szkło rozgrzane do tej samej temperatury świeciły dokładnie tym samym odcieniem. Stal nabrała koloru jaskrawo pomarańczowego. Właśnie następowała przemiana struktury. Józefina. Jeszcze raz zobaczyłem ją oczami wyobraźni.
Zagubiona w świecie, którego nie rozumiała. Zatopiona w sztuce odbierała rzeczywistość przez jej pryzmat, który szczególnie mocno wykrzywiał wszelaką podłość. Jak mała dziewczynka, wiecznie zaskoczona, że ktoś coś złego powiedział, haniebnie postąpił, niegodziwie pomyślał. Ujęła mnie tą codzienną, szczerą niewinnością, nawet jeśli korzenie cechy tkwiły w infantylnej naiwności. Dwa tygodnie temu zadzwoniła do mnie z pytaniem, co o tym wszystkim sądzę. Wtedy nie sądziłem nic, a pytanie zbagatelizowałem, dzieląc jej emocje przez cztery. Wróciłem z terenu. Zmęczony po pracy włączyłem telewizor.Jeszcze tego samego wieczora oddzwoniłem i powiedziałem jej, że trzeba być czujnym. Długo szperałem w odległych zakątkach internetu. Rozruchy na całym świecie, globalne zamieszanie.
Ludzie pragnęli prawdy, a czołowe media pełne były wyszczekanych gąb polityków i naukowców, którzy przynudzali żargonem, bo znaleźli kolejną okazję, aby udowodnić gawiedzi swoją wyższość. Każdego dnia lansowali inną narrację. Najpierw problem obśmiewali, potem przekonywali, że to jedynie tsunami głupoty, a teraz apelowali, aby nie popadać w panikę. Benzyna już się jednak rozlała. Zupełnie inne informacje można było odnaleźć na niezależnych portalach internetowych i w mediach społecznościowych. Zwykli ludzie wiedzieli, że coś jest nie tak. Zagłębiając się w materiały stawało się dla mnie oczywiste, że rządy państw ukrywają prawdę i robią wszystko, żeby nie dopuścić do chaosu. Najgorzej było w dużych miastach. Plądrowanie sklepów, napady i podpalenia były na porządku dziennym. Bardziej w zasadzie na porządku nocnym.
Za dnia ulice wyludniały się. Dyscyplinę zaprowadzały ciężkozbrojne patrole policji i wojska. Po zmierzchu nie dawały sobie rady, pomimo godziny policyjnej i strzelania bez ostrzeżenia do wszystkiego, co się poruszyło w ciemnościach. Desperacja ludzi była większa niż ryzyko gwałtownej śmierci od kul. Dziwiło mnie to. Może nie powinno. Jeśli, to niechciwość nimi powodowała, a strach osobliwy sposób na samobójstwo? Ta demoniczna myśl zdawała się być rozsądną w niektórych przypadkach. Minął kwadrans. Kończąc dociekania, powróciłem do bieżącego zadania.
Czas na hartowanie. Przepracowany olej silnikowy w roli chłodzącego medium. Wiedziałem, że to nie najlepsze rozwiązanie, ale nic innego nie miałem pod ręką. Hartowanie w ogniu? Nic bardziej mylnego. Czy człowiek, który chce pokonać swój strach, hartuje odwagę wchodząc po drabince na trampolinę, czy skacząc z niej do wody? Identycznie ze stalą. Hartuje szybkie chłodzenie. Oczywiście bez rozgrzania i przemiany fazowej nie byłoby czego chłodzić. Trzymając obcęgi w grubej rękawicy chwyciłem jasnopomarańczowy detal i szybkim ruchem włożyłem go do czarnego oleju.
Wykonałem kilka pionowych ruchów, aby szybciej oddał ciepło. Gdyby stal stygła powoli, struktura wróciłaby do pierwotnej, miękkiej formy. Dzięki schładzaniu o kilkaset stopni w trzy sekundy można stwierdzić w przenośni, że twarda struktura została zamrożona. Od potężnych naprężeń w materiale stal czasem jęczała, czasem mruczała, a trzaski i stuki mogły świadczyć o powstałych pęknięciach. Wyjąłem hartowany element z oleju i patrząc pod światło ogniska przyjrzałem się uważnie. Żadnych widocznych pęknięć ani wypaczeń. Kontrolnie przejechałem pilnikiem. Szorstkie narzędzie znalazło twardszego od siebie rywala i ślizgało się w każdym sprawdzanym miejscu. W końcu mogłem nazwać ten kawałek stali z szacunkiem, na jaki zasłużył. Ostrze przyszłego noża, które wytrzyma nawet koniec świata.
Hartowanie. Według Wikipedii rodzaj obróbki cieplnej materiału polegający na nagrzaniu danego materiału do odpowiedniej temperatury, wytrzymaniu w tej temperaturze przez czas konieczny do przebudowy struktury wewnętrznej oraz następnym, odpowiednio szybkim schłodzeniu. Stałem za rogiem na zimnym wietrze. Błogosławiłem pogodę. Chłód studził umysł przegrzany od emocji. Sklepy pozamykane. Zakaz sprzedaży alkoholu obowiązywał od dwóch tygodni. Nie wiadomo, jakim sposobem po ulicach kręcili się podchmieleni i całkowicie pijani. Zresztą może byli trzeźwi. Z pewnością niebezpieczni.
Obłęd w oczach mógł zmylić każdego. Dziewiąta rano. Józefina stała przed apteką i błagała farmaceutkę, żeby ją wpuściła. Pokazywała receptę, tłumacząc łamiącym się głosem, że chodzi o ludzkie życie. Aptekarka po dłuższej chwili uległa namowom. Moja blond piękność zniknęła w środku. Drżąc cały zapaliłem papierosa. To była swego rodzaju klepsydra, która miała mi podpowiedzieć, kiedy moja kolej. Paląc zachłannie, odczekałem dwie minuty. Pstryknąłem niedopałkiem przed siebie i ruszyłem ku przeznaczeniu.
Wszedłem. Rozejrzałem się z wyrazem twarzy ściętym nerwami. „Nieczynne. Nie ma prądu. Kasa fiskalna nie działa. Nic nie mogę sprzedać” – farmaceutka zdecydowanym głosem jeden za drugim wystrzeliła komunikaty bez pytania o wagę problemu. A przecież to nie warzywniak. Widocznie handlujących lekami nie obowiązywała przysięga Hipokratesa. Czułem, że chcę ją sobie zochydzić na siłę. Jednym ruchem przerzuciłem pustą torbę nad szklaną szybą i bez ceregieli wyjąłem nóż.Chwyciłem za czoło stojącą przed ladą Józefinę i przyłożyłem ostrze do jej szyi.
„W torbie jest lista. Jeśli za chwilę nie zaczniesz jej pakować, poderżnę gardło.” Na moment uniosłem nóż o wielkim ostrzu i przyłożyłem ponownie do wiotkiej szyi. „Na co czekasz? Głucha jesteś?” Krzyczałem w stanie maksymalnego pobudzenia, a aptekarka z oczami rozszerzonymi strachem stała jak sparaliżowana. „No rusz się, zaraz wszystko będzie w jej krwi.” „Nie” powiedziała cicho. „Co kurwa nie?” Zabrakło mi argumentów. Rozglądałem się nerwowo, szukając szybkiej podpowiedzi. „Pomóż mi, proszę, on mnie zabije” błagalnie wyszeptała Józefina. „Nic nie dostaniesz. Całe życie bałam się takich jak ty.
Teraz wszystko mi jedno. Precz z mojej apteki, bandyto.” Kobieta wpadła w niemy szał. Wyglądała na gotową na wszystko. Stała, wpatrując się we mnie nienawistnym spojrzeniem, dysząc jak nosorożec. Ostatkami sił kontrolowała zachowanie. Poczułem, jak Józefina chwyta mnie za prawą rękę i delikatnie odsuwa nóż od skóry. Z oporem rozluźniłem napięcie mięśni. Czas stanął w miejscu. Plan upadł. Mijały sekundy, a ja nie mogłem się pozbierać.
Napady to nie moja bajka. Kiedy aktorstwo zawiodło, byłem bezradny. Akcja nabrała tempa, gdy w drzwiach apteki pojawił się siwy emeryt. Józefina wyrwała mi nóż z ręki, a ja rzuciłem się w stronę dziadka. Przewróciłem go na podłogę i ponownie dopadłem do drzwi. Zamknąłem je, żeby powstrzymać wizyty kolejnych niechcianych gości. Kiedy obróciłem się z powrotem, moja kobieta przeskakiwała przez kontuar. Złapała aptekarkę za krótkie włosy i przejechała piekielnie ostrym nożem wzdłuż przedramienia. „Rób, co powiedział, bo zaraz ja poderżnę ci gardło.” Słowa wypowiedziała spokojnie. Tym większe wrażenie musiały zrobić na kobiecie, która rozszerzonymi oczami przyglądała się ręce.
Ciemnoczerwona krew strumykiem spływała na podłogę. „Zrobisz porządek z raną dopiero jak torba będzie pełna. Pakuj lekarstwa.” „Ja tylko po insulinę. Może przyjdę później.” Wystraszony dziadek chciał opuścić aptekę, nie rozumiejąc, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu i czasie. W tym momencie na mapie operacji nie powinien uważać się za neutralną Szwajcarię. „Leż cicho.” Postanowiłem nie zwracać na niego uwagi, dopóki nie wpadnie na pomysł ustawienia się w pionie. Byłem wściekły na swoją niemoc. Zmroziła mnie nagła myśl, że następnym razem, kiedy wyjmę nóż, być może ktoś zginie. Dotarło do mnie, że jeśli mamy przetrwać, muszę się wiele nauczyć. Farmaceutka wyjęła z torby kartkę, którą momentalnie zaplamiła czerwonymi kleksami.
W widocznych nerwach zaczęła wyciągać pudełka z szuflad. Kilka minut później wyszliśmy z apteki. Podtrzymywałem w pół dziewczynę. Była biała jak ściana. Słaniała się na nogach. „To teraz pobawimy się w doktora.” Próbowałem żartować. Spojrzała na mnie z wyrzutem. Nie odezwała się aż do samego domu. Weszliśmy do jej mieszkania, ignorując wszelkie zasady konspiracji. Przebakowaliśmy leki do woreczków foliowych według zasady jedna torebka, jedna ulotka i wszystkie listki ściągnięte gumką.
Zdobyliśmy głównie antybiotyki, trochę silnych środków przeciwbólowych, strzykawki, igły. Na koniec do plecaka powędrowały książki. Najnowszy wykaz leków i gruby podręcznik interny. Włączyłem telewizor. W kółko to samo. Krótkie orędzie prezydenta. Twierdził, że sytuacja jest pod kontrolą. Naukowcy dowodzą, że nie istnieje żadne zagrożenie, że to nieuzasadniona panika podsycana w wielu mediach. Nie mogłem tego słuchać. Do tej pory mówił prawdę tylko wtedy, kiedy się pomylił.
Czemu miałbym mu wierzyć teraz? Pozostało nam dopić kawę i na resztkach paliwa wybrać się w ostatnią podróż. Odpuszczanie. Według Wikipedii proces obróbki cieplnej, którego celem jest usunięcie naprężeń hartowniczych oraz zmiana własności fizycznych zahartowanej stali, a przede wszystkim podniesienie odporności na pękanie przy obciążeniach dynamicznych kosztem zmniejszenia twardości. Objęci wpół siedzieliśmy w wilgotnym kanale. Na szczęście nigdy nie służył jako kolektor ścieków komunalnych. Żadnego odoru szamba. Czuć było jedynie stęchliznę. Kto nie przebywał w takim miejscu, nie wie, co to dłużenie się czasu. Spojrzałem na Józefinę.
Była przygnębiona. Chyba ją rozumiałem. Ja mogłem stracić co najwyżej swój świat. Ona oba. Także ten, do którego uciekała w chwilach artystycznego uniesienia. „Wiem, że to nie miejsce dla ciebie, ale jedynie tu mamy szansę. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co się będzie działo w miastach w ciągu nadchodzącej doby. Bordy, kradzieże, gwałty i samobójstwa. W sumie z twoimi jajami pewnie jakoś byś sobie poradziła.”„Przestań, nie przypominaj mi. Nie wiem, co mi odbiło” szepnęła cicho, jak prawie zawsze miałam w zwyczaju.
„Powinienem nazywać cię Józefinką.” Subtelnie, ale i ostro. „Nieraz mnie tak nazywałeś. Co w tym dziwnego?” „Tak, ale bez myślnika przed Finką.” „Bo mam jasne włosy?” „Nie, bo finka to rodzaj noża.” Nic gorszego niż tłumaczyć żart. „Nie wyobrażam sobie życia w takim miejscu.” Nieobecna myślami nie zwracała pełnej uwagi na to, co mówiłem. Odpowiadała machinalnie, będąc odległa ponad wszelkimi ściekami egzystencji. „Nauczymy się żyć na nowo. Poradzimy sobie. Mamy paszporty do nowego świata. Sądzę, że ta torba będzie warta więcej niż złoto, które się do niej mieści. Leczenie ludzi jest nie tylko szlachetne, ale i dochodowe.
Wiem, że żadni z nas lekarze, ale choroby, na które mogą pomóc antybiotyki? Ludzie oddadzą wszystko, żeby uratować bliskiego.” „Jeśli sami przeżyjemy” stwierdziła beznamiętnie. „200 metrów kanałów, kilkanaście zakrętów, a za plecami zabetonowane wejście od strony zakładów. Sądzę, że to najlepsze miejsce w całym mieście i okolicy.” „Czego możemy się spodziewać i kiedy?” Spojrzała mi w oczy, wracając z dalekiej podróży. „Nie mam pojęcia. Trzęsienia ziemi, pożarów, fali uderzeniowej, fali ognia, chłodu i głodu. Zimy przez rok, może kilka lat. Ale poradzimy sobie. Najgorszy pierwszy tydzień, miesiąc. Potem musimy zdobyć broń.
Coś wymyślę.” „Pytałam, jak szybko tu u nas pierwsze skutki.” „Ludzie pisali różnie. Jedni, że asteroida uderzy w Amerykę Północną, inni, że w Południową. To będzie różnica kilkunastu, może kilkudziesięciu minut. Nikt nie wie, czy Armagedon dotrze do nas po kilku, czy po kilkunastu godzinach i z jaką siłą. Trzeba byłoby zapytać dinozaury.” „Słyszałam, że jest szansa. Może się rozpaść na małe fragmenty i spalić w atmosferze.” „Nie wierz w te bzdury. Widziałem filmy. Czytałem, że ma średnicę od 4 do 5 kilometrów. Agencje rządowe od miesięcy wiedziały o niej dokładnie wszystko. Chcieli mieć spokój do ostatnich godzin.
Nie zrobili nic, żeby dać szansę ludziom, a sami pewnie są już w schronach. A ta banda debili plądruje sklepy. Wynoszą telewizory, komórki. Po co komuś nowe kino domowe na dwa dni przed śmiercią?” „Może się spali. Co mnie obchodzi kino domowe i co kradną?” Skwitowała z nutą rozdrażnienia. „Nie, bo lit jest zbyt duży. To potwór. Gdyby zawisł dokładnie nad nami, zasłoniłby pół nieba. Zresztą ma taką prędkość, że przez atmosferę przebije się w kilka sekund. Nie zdąży się porządnie nagrzać.” „Może jest szansa.
Może nas minie. Blisko, ale minie. Zawsze jest przecież jakaś szansa.” „Za dużo faktów przemawia, że to będzie koniec. Zaczynając od wykradzionych filmów i danych z agencji kosmicznych, poprzez ludzi, którzy w nich pracowali, ale odeszli, żeby przerwać milczenie, po byłych agentów CIA. Ci ludzie twierdzą, że to dziesiątka według skali Torino, co oznacza, że zderzenie jest pewne, a siła eksplozji stanowi zagrożenie dla istnienia cywilizacji. Wywiady, filmy, zdjęcia. Na koniec astronomowie amatorzy. Chodzi mi o tych spoza układu. Oni też zrobili swoje. Wiadomo, materiały w gorszej jakości, ale wszystko się pokrywa.
Czy ktoś wierzy, czy nie, kleją się do tego nawet przepowiednie. Biblia, Nostradamus, inni też. Nie pamiętam nazwisk. To, że jest spisek systemu, to dla mnie jasne. Największym potwierdzeniem, że władze wszystko negują. Ludzie nie są tacy głupi. No, może za wyjątkiem tych od kina domowego.” „A jak agencje komentują to, że niektórzy ujawnili prawdę?” „Wyparły się, że mają z nim jakikolwiek związek. Lakoniczne komunikaty. Dementujemy informację, że taki a taki człowiek pracował w naszej agencji lub z nią w jakikolwiek sposób współpracował. Tą metodą nie zagłuszą prawdy.” „Bartek, mam coś.
Dziś jest Wszystkich Świętych.” Zaświeciła na chwilę latarkę i wyjęła z kieszeni mały podgrzewacz. „Zapal. Nie wzięłam zapałek. Zapomniałam.” „Trafiłaś idealnie. Pewnie już uderzyła albo za chwilę się to stanie. Za wszystkich, których znamy. Za tych, którzy zdążyli uciec i za tych, którzy czekają.” „Za wszystkich” dodała matowym głosem. Popadliśmy w swego rodzaju letarg. Wpatrywaliśmy się w nieruchomy płomyk świeczki bez słów i prawie bez ruchu. Starałem się odganiać tragiczne wizje.
Uciekałem do najprzyjemniejszych chwil, jakie mnie spotkały w życiu.Jednak koszmarne myśli powstrzymanie zatruwały głowę. Czułem się w tym tunelu zupełnie nagi, niby za parawanem, stojąc przed plutonem egzekucyjnym. Bałem się pytać, jak z tą udręką dawała sobie radę wtulona we mnie subtelna kobieta. Co ciekawe, w tym permanentnym poczuciu zagrożenia była dla mnie ważna jako jaźń czy dusza. Istotne było wnętrze, jakkolwiek nie nazwać, a wszystko, co dotąd zrobiłem, miało na celu uratowanie jej kruchego ciała. Jeśli to miały być nasze ostatnie chwile, nie potrafiłem ich wykorzystać w najlepszy możliwy sposób, ale jakoś przetrwać. Ten tętnkopyt rozsadzający umysł tak mnie sponiewierał, że od czasu do czasu pragnąłem, żeby dramat się w końcu rozpoczął. Jakkolwiek miałoby się skończyć. Wierzyłem chwilami, że byłby wybawieniem od przytłaczającego oczekiwania. Strach przed śmiercią paraliżował i pożerał mnie od środka.
Żadnego bohaterstwa. Schowały się gdzieś ostatnie skrzepy godności. Pierwsza zapowiedź problemu pojawiła się u Józefiny. Krótko po odpaleniu się knota zaczęła odczuwać mdłości i zawroty głowy. Może to od stresu. Ciągłe napięcie, podświadome, nawet jeśli go nie widać. Starałem się ją uspokoić. Było coś na liście na niestrawność, zatrucia pokarmowe? Niestety. Przypomniałem sobie, że leki na problemy żołądkowe uznałem za nieistotne.
Puść mnie. Poczułem, jak zesztywniało jej ciało. Poświeciłem. Próbowała wstać, ale szybko rzuciło ją na kolana. Klęcząc, odkaszlała przeciągle dwa razy, trzymając się za brzuch. Dopadł ją silny skurcz i zwymiotowała. Przepraszam. Masz chusteczkę na wierzchu? Proszę. Szybko podałem całą paczkę.
Otarła wilgotne usta. Była piękna nawet tu i teraz. Jesteś piękna, wiesz? Przestań. Mam chyba temperaturę. Może powinnam wziąć antybiotyk. Tu w kanale mogą być jakieś bakterie. Ale który? Symptomy zbyt mało wyraziste. Najwyżej coś ogólnego.
Może tetracyklinę? Bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. Daj cokolwiek. Kilka godzin później wymiotowałem i ja. Objawy znacznie się nasiliły w ciągu kilkudziesięciu minut od chwili pojawienia się. Czułem temperaturę i silne osłabienie. Otuliliśmy się śpiworem, trzęsąc się i pocąc jednocześnie. Obudziłem się obolały i bardzo słaby. Włączyłem turystyczną lampkę. Nigdzie nie dostrzegłem Józefiny.
Już nie miałem czym wymiotować. Spojrzałem na zegarek. 21:00 lub 9:00 rano. Nie wiem, ile spałem, ale wielokrotnie przepływałem ze stanu częściowej świadomości do halucynacji. Chowałem się przed dwumetrowymi pająkami o wielkich odwłokach. Próbowały mnie atakować, ukrytego w szczelinie, jamie. Ich kosmate odnóża niemal sięgały mojego ciała. Sprawdziłem na telefonie. Jednak rano. Zacząłem dodawać na palcach.
Szło ciężko. Nie mogłem się skupić. Z wyliczeń wynikało, że od uderzenia minęło mniej więcej 41 godzin. Wstałem i trzymając się ściany kanału, ruszyłem szukać dziewczyny. Gdzie poszła w takim stanie? Te wymioty. Co się z nami stało? Analizowałem sytuację. Fatalne samopoczucie mieszało myśli. Co to za zakłady?
Pralnia chemiczna i farbiarnia zamknięte ze 30 lat temu. Jakich świństw wtedy używali? Coś zostało w powietrzu, na ścianach. Fakty stały się oczywiste, kiedy tylko je powiązałem. To reakcja po zatruciu chemią. Zapragnąłem jak najszybciej opuścić to ponure miejsce, przynajmniej na chwilę i zaczerpnąć zdrowego powietrza. Póki co w kanale nie zaobserwowałem ani dymu, ani wzrostu temperatury. Tyle godzin? Może była mniejsza niż szacowali specjaliści albo faktycznie poszła bokiem. Zatapiając się na miękkich nogach ze spuszczoną głową doczłapałem się w okolice włazu.
Zobaczyłem jaskrawe światło. Pokrywa była uchylona. Żadnych bocznych odnóg. Nie było innej możliwości. Józefina musiała wyjść na zewnątrz. Jak udało się jej otworzyć ciężką żeliwną pokrywę? Wspinałem się, chwytając zimnych żelaznych klamer, aby nie polecieć w dół, co stopień wkładałem rękę głęboko za szczebel i blokowałem ciężar ciała na przedramieniu. Mrużąc oczy wystawiłem głowę ponad właz. Powietrze miało soczysty, świeży zapach. Wystając od połowy z kanału za plecami usłyszałem głosy dzieci.
Nie ryzykowałem wiercenia się, stojąc na kawałku wilgotnego pręta. Podeszły zaintrygowane i otoczyły mnie. W ciszy przyglądały się brudnemu panu wystającemu z ziemi. Na oko pięcio-, może sześciolatki. A kuku! Mały rudzielec zaczepił mnie na wesoło, świdrując bystrymi oczkami. Reszta maluchów wybuchła śmiechem i znudzona moją bierną postawą zaczęła zajmować się sobą."Dzieci z powrotem na ścieżkę i łączymy się w pary. Nie ma co tu oglądać." Opiekunka zaskoczona widokiem, mimo wypowiedzianych słów, obróciła głowę jeszcze dwukrotnie, oceniając bezpieczeństwo podopiecznych. Udało mi się wyjść mozolnie na czworakach. Wszystkie rzeczy zostawiłem w kanale.
Było mi wszystko jedno. Wstałem, niepewnie utrzymując pion i rozejrzałem się wokół. Dopiero teraz dotarło do mnie, że nic się nie zmieniło. I te przedszkolaki na spacerze dwie doby po kataklizmie. Dotarłem do najbliższej ławki i usiadłem z ulgą. Spostrzegłem rozrzucone zakrwawione chusteczki. To mogła być ona. Czyżby też odpoczywała w tym samym miejscu? Bardzo możliwe. Ta ławka była usytuowana najbliżej wejścia.
"Józa, gdzie jesteś?" – zawyłem zachrypniętym głosem i ciszej dodała: "Powiesz im, że ci kazałem..." Spuściłem wzrok. Nie spodziewałem się rychłego odzewu. Miałem złe przeczucia. Wybrałem jej numer. Od razu włączyła się poczta. Przerwałem połączenie. Nie wiedziałbym, co jej powiedzieć. To wszystko to było dla niej zbyt dużo. Chciałem dobrze. Sprawdziłem to miejsce.
Nawet mocno nie śmierdziało. Co dalej? Internet – pomyślałem. Najszybsze źródło informacji. Dobrze, że działał. Wszedłem w przeglądarkę. Od razu otrzymałem powiadomienie. Stuknąłem palcem. To ze strony ruchu płaskiej Ziemi. Kiedyś zarejestrowałem się na niej, żeby móc niewybrednie skomentować bzdurny artykuł.
Teraz czytałem ich przesłanie. Ważny komunikat. Stowarzyszenie Ruch Płaskiej Ziemi oświadcza, że asteroida ENDXR5 jednak uderzyła w ziemię. Bolid posiadający wielką energię przebił cienką skorupę jak kula karabinowa szybę i poleciał dalej. Planowane są ekspedycje w celu odnalezienia tego przebicia, co ostatecznie udowodni niedowiarkom, jaka jest rzeczywista budowa wszechświata. W związku z tym rozpoczynamy ogólnokrajową zbiórkę, aby zdobyć środki na planowane wyprawy. Osoby wpłacające najwyższe kwoty w miarę chęci będą brane pod uwagę przy formowaniu składu ekip. Numery kont. Zniesmaczony opuściłem witrynę. Potrzebowałem profesjonalnego serwisu.
TV Sat 24, oficjalny portal telewizji informacyjnej. Tytuły biły po oczach. Papież dziękuje wiernym za modlitwy. I niżej mniejszą czcionką: Ręka Boska zmieniła kurs. Poniżej inny w migającej ramce. Wielka akcja północnokoreańskich hakerów. Albo ten: Straty światowej gospodarki liczone w setkach miliardów. Straty, właśnie jak wielkie? Wszedłem w ostatni artykuł. Do spowodowania paniki wykorzystano produkcję z Hollywood.
Twórcy sądzili, że zamówione materiały miały służyć do montażu reklam. Prezesi wytwórni zasłaniają się tajemnicą handlową i specyficzną konstrukcją umów. Do studiów filmowych wkroczyli agenci FBI. Okazało się, że środki finansowe na ten szeroko zakrojony atak pochodziły z donacji firm i prywatnych osób. Zbierane były przez różne fundacje, głównie w Stanach Zjednoczonych i Europie. Wiele nici prowadzi do Korei Północnej. Najprawdopodobniej to Kim Jun-un z nas zakpił. Służby mu podległe doprowadziły do poważnych strat, wykorzystując naszą wiedzę, technologię, a przede wszystkim szlachetność i niestety głęboką naiwność. Genialne. Zrobili to naszymi rękami, za pomocą naszych narzędzi i zapłacili naszymi pieniędzmi.
Świat będzie wściekły. Czy jednak nie za szybko wykryli sprawców? Zdecydowanie zbyt szybko. Prowokacje? To mogłaby być mistrzowska intryga. Zyskać poparcie demokratycznych społeczeństw i zdobyć alibi na rozpętanie sprawiedliwej wojny. Telefon wypadł mi z ręki. Czy kiedykolwiek dowiem się, co mnie zmusiło do tkwienia w tym cholernym kanale? Józa, chciałem cię tylko uratować. Moja gwiazdo, nie zostawiaj mnie — szeptałem do siebie, bo wierzyłem, że słowo wypowiadane ma większą moc niż pomyślane.
W głowie jedynie pustka, jak czarna, brzęcząca próżnia i nieokreślony żal. Rzeczywistość sprzed katastrofy już nie wróci. Prawda umarła po długiej chorobie. Dziś nastąpił jej pogrzeb. A kuku! I co? Jeszcze żyję. Uodporniony na świat jak nigdy dotąd. Z niechęcią podniosłem telefon i go wyłączyłem. Na dobre.
Anna Stańczyk, „Przysługa”. Daliście mi na imię Laura, lecz tutaj częściej mówią na mnie Lalka. Rzekomo z powodu ładnych rysów twarzy. Nie najgorzej takie mieć, gdy przez większość życia jest się łysym. Bez włosów wokół twarzy symetria staje się wielkim sprzymierzeńcem.Słyszycie mnie, prawda? Wiem, że mnie słyszycie. Przez długi czas zastanawiałam się, dlaczego was przy mnie nie ma, ale w końcu dowiedziałam się, że to był wypadek. Miałam niecałe dwa lata, gdy tata roztrzaskał samochód o drzewo, a ja stałam się sierotą. Nie powiem, ta wiadomość przyniosła mi ulgę, bo to o wiele lepsze od porzucenia. Najgorsze to być niekochanym bękartem.
A to jest mój obecny dom. Odkąd pamiętam, wszystko wygląda tutaj tak samo. Każdego ranka gapię się przez to wielkie szpitalne okno na obskurną stację kolejową. O, właśnie odjeżdża pośpieszny. Próbuję uchwycić wzrokiem kolejne wagony. Kiedyś je liczyłam. Widzicie? Tam za parkiem nad starym osiedlem zrywają się do lotu ptaki. Skręcają na południe, mijając dym ciągnący się z kominów nieustannie pracującej fabryki. Mam wrażenie, że wszystko wokół pulsuje, zmienia się.
Tylko ten nasz szpital pozostaje w bezruchu. Miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Z 14 lat życia niespełna siedem spędziłam tu, w Miejskim Szpitalu imienia świętego Alberta, zwanym przez nas pacjentów umieralnią. Ten ponury budynek stał się moim domem w roku '70, gdy stwierdzono u mnie białaczkę. Byłam bardzo słaba, ale unosiłam się na noszach, by z okna karetki zerkać na znienawidzone mury sierocińca, które stawały się coraz mniejsze i coraz bardziej żałosne. Po raz pierwszy widziałam je z tej perspektywy. Aż w końcu zniknęły za zakrętem. Miałam wtedy nadzieję, że już na zawsze. Można by powiedzieć, że ta nagła zmiana była przejściem z jednego więzienia do drugiego. Dla mnie jednak ta podróż znaczyła tyle, co nowe życie.
Przeszłam wiele męczących sesji terapeutycznych. Choroba się cofała, a potem zawsze następował nawrót. Mój organizm był coraz bardziej spustoszaly, zatruty, lecz wciąż się nie poddawał. Po każdej kolejnej serii leków miałam wrażenie, że to, czym się staje, jest tylko pustą skorupą, a wszystko, co dotąd stanowiło jego treść, zostało bezpowrotnie zniszczone. W ciągu tych męczących lat nieliczni z moich szpitalnych znajomych pokonali chorobę i opuścili szpital. Zdecydowana większość przechodziła jednak na drugą stronę, co było smutne, jednak nikogo już nie szokowało. Śmierć była elementem naszej codzienności, tak jak wieczorna kąpiel, wspólne oglądanie dobranocki na stołówce czy odwiedziny bliskich w dni wolne od pracy. Z tym wyjątkiem, że ona nie była wpisana w żaden grafik. Przychodziła, kiedy chciała. Tylko po mnie nie chciała przyjść.
Ja wciąż tu tkwiłam. Dzisiaj jest wyjątkowo cicho i spokojnie. Czyżby była niedziela? Sama już nie wiem. Dni wydają się takie długie, zlewają się z sobą. Nie lubię niedziel, bo wtedy chodzimy do kaplicy na nabożeństwo. Niby nie jest to obowiązkowe, ale jak się nie pójdzie, można mieć nieprzyjemności. A ja nie znoszę tych przesiąkniętych kadzidłem malowideł, tych zastygłych w przedziwnych pozach postaci, wpatrzonych z nadzieją w niebo, niemiłosiernie twardych ławek i senności, której za nic nie potrafię pokonać. A Bóg nigdy nie odpowiada na moje prośby. Milczy, jakby udawał, że to nie jego sprawa.
Jego też nie lubię. Pewnego razu ksiądz wygłaszający kazanie powiedział, że cierpienie uszlachetnia i w jakiś nieodgadniony dla ludzi sposób wymazuje im grzechy. A im bardziej człowiek cierpi na ziemi, tym po śmierci dostępuje większej radości, powiększając zastępy aniołów. I wiecie co? Uwierzyłam mu. Spojrzałam na moje życie w inny sposób. Dostrzegłam sens. Tak naprawdę była to jedyna myśl, która wówczas dawała mi siłę. Uczepiłam się jej jak tonący brzytwy i trwałam w nadziei, że jakoś to będzie w tym i w przyszłym życiu. Wbiłam sobie do głowy, że kiedyś porzucę niedoskonałe ciało i stanę się jedną z tych jasnych, nieczujących bólu istot, takich samych, jak na obrazach szpitalnej kaplicy.
Trwało to jakieś trzy lata. Trzy pełne nadziei lata intensywnego, nieprzynoszącego rezultatów leczenia. Aż w końcu przejrzałam na oczy. Zrozumiałam, że nigdy z tego nie wyjdę. W jednej chwili ogarnęły mnie rezygnacja, strach i zwątpienie. I nieustające migreny. Ból przychodził nagle i utrzymywał się przez wiele dni. Był tak okropny, że nie pomagały prochy ani nawet zastrzyki. Wtedy wszystko się zmieniło. Już nie chciałam być aniołem, nie za taką cenę.
Znienawidziłam doczesną powłokę i przestałam wierzyć w cokolwiek. Coraz częściej myślałam o śmierci, co wkrótce przerodziło się w skrzętnie ukrywaną obsesję. Jednak nawet w najtrudniejszych momentach zawsze kończyło się tylko na myślach, bo nie umiałam podjąć ostatecznej decyzji, czy nawet próby. Bałam się nicości, a jednocześnie jej pragnęłam. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniłoBył poniedziałek i zbliżał się dzień mojej kolejnej chemii. Obudziłam się z potworną migreną. Uniosłam się na łokciach, po czym odruchowo zasłoniłam porażone ostrym światłem oczy. Wszystkie okna dziecięcego oddziału nowotworowego wychodzą na wschód. Z tego powodu codziennie wita nas pełne radosnych promieni słońce, które zdaje się gwałtem wdzierać w naszą umieralnię ze swoim wkurwiającym optymizmem. Przekręciłam się twarzą do drzwi.
Od piątku byłam jedyną lokatorką sali numer 3, dlatego nikt nie przeszkadzał mi przeżywać cierpienie na mój własny sposób. Drugie łóżko, zajmowane dotąd przez Julkę, wciąż stało puste. Leżałam więc nieruchomo jak kłoda i próbowałam wyciszyć ból, gapiąc się bezmyślnie w kostropatą lamperię, kiedy do pokoju wpadła Anka, kumpela spod szóstki. Też miała białaczkę. Jej pełną buzię okalały króciutkie kosmyki rudych, kędzierzawych włosów, co sprawiało, że przypominała nie do końca uwierzonego kurczaka. Swoim zwyczajem odbiła się jak na niewidzialnej sprężynie tuż przed moim łóżkiem i całą mocą klapnęła na nie tyłkiem. Na szczęście zdążyłam w porę odsunąć nogi. „Cześć lalka, masz gazetę?” – spytała. „Nie” – odpowiedziałam. „Aneta przyniesie dopiero po wieczornym obiedzie.
I nigdy więcej tego nie rób. Łeb mi pęka.” Anka skrzywiła się w grymasie niezadowolenia. Była ode mnie rok starsza, choć jej zachowanie często na to nie wskazywało. Miała opinię oddziałowego świra. Poza chorobą nowotworową z jej głową ewidentnie było coś nie tak. Matka Anki była alkoholiczką i odwiedzała ją bardzo rzadko. Też nie była całkiem normalna. Ponoć kilka razy podcinała sobie żyły, ale zawsze w taki sposób, żeby mogli ją odratować. Odsiadywała swoje w psychiatryku i wracała na jakiś czas do normalności. Myślę, że poniekąd zachowanie matki mogło stanowić źródło problemów psychicznych Anki.
Ten postrzelony rudzielec potrafił z dnia na dzień zapaść w głęboką depresję, a potem nagle z tego wyjść, denerwując wszystkich dookoła swoją nadmierną energią. Miewała też przywidzenia. Opowiadała niestworzone rzeczy, strasząc młodsze dzieciaki. Mnie samo te opowieści zawsze bawiły. Były barwną odmianą dla schematycznych, niczym nieróżniących się dni. Na swój sposób lubiłam Ankę i ona chyba lubiła mnie. Czasem się kłóciłyśmy, ale to ona zawsze przychodziła pierwsza i jakby nigdy nic zdawała relację z oddziałowego życia. Wraz z ośmioletnią Zuzką zajmowała salę znajdującą się najbliżej pokoju pielęgniarskiego, która była idealną miejscówką do podsłuchiwania rozmów personelu. Regularnie zabawiała się w detektywa, przekazując mi najbardziej sensacyjne i pikantne wieści. Dzięki temu wiedziałam o wszystkim, co działo się na oddziale.
W zamian za cenne informacje opowiadałam Ance o książkach, które przemycała dla mnie pani Aneta. Były to przeważnie powieści dla dorosłych. Najbardziej lubiłam kryminały i opowiadania z dreszczykiem. Czasem wspólnie czytałyśmy codzienną gazetę. „Kurde, szkoda.” – zamruczała pod nosem. „Na pewno coś o tym napisali.” Cała Anka. Była jednym wielkim niedopowiedzeniem. Gdy pytająco uniosłam brwi, przysunęła się bliżej i powiedziała na jednym oddechu: „Ponoć od kilku dni w mieście dochodzi do brutalnych zbrodni i policja podejrzewa, że sprawcą jest seryjny morderca. Podrzyna kobietom gardła, a potem rozrywa ubranie i nożem wycina na piersiach tajemniczy znak. I wiesz co?
Ostatnie morderstwo miało miejsce w naszej dzielnicy.” „Skąd o tym wiesz?” – spytałam zaintrygowana, unosząc się na łokciach. „Jak to skąd? Z dyżurki.” – zachichotała. Piguły dzisiejszej nocy popijały coś naprawdę mocnego. „Ponoć w wiadomościach mówili, że ludzie boją się wychodzić na ulicę przez tego psychola. Nazywają go Czarnym Aniołem. Zabił już trzy kobiety, a ja wczoraj widziałam dziwnego typa w kapturze. Kręcił się pod lasem i jakby czegoś szukał. I wydawało mi się, że za plecami miał... ” Irytująco szybki potok słów Anki działał mi na nerwy.
„Wiesz, że w czwartek mam chemię?” – przerwałam bezceremonialnie. „Wybacz, ale chyba nie mam dziś ochoty na te twoje sensacje.” Entuzjazm Anki natychmiast przygasł. „Boisz się?” – spytała bardzo cicho. „Nie” – skłamałam. „Tylko już zaczęłam się przyzwyczajać do tego milimetrowego jeża na głowie.” Pogładziłam się po pokrytej meszkiem czaszce. „Hej lalka, dasz radę, wytrzymasz. Tylko ja nie wiem, czy chcę wytrzymać.” Zapadła cisza. Obie wiedziałyśmy, co mnie czeka i żadne słowa by tego nie zmieniły. Tak naprawdę były w tej chwili jak sypanie rany solą. Nagle gdzieś z głębi korytarza dobiegł krzyk, a potem głośny, przeciągły płacz.
Maciek znów dostał igłę w dupę. „Nienawidzę tych szmat.” – wycedziłam przez zęby. Wczoraj w nocy Maciuś w złości nazwał Lidkę starą kurwą. Jak bum, cyk, cyk.Rozpromieniła się Anka. „Ciekawe, skąd pięciolatek zna takie słowa” – oburzyłam się. Anka niewinnie uniosła wzrok i wzruszyła ramionami, po czym niespodziewanie zerwała się z łóżka i podbiegła do drzwi. „Idę do niego. Nasz mały braciszek potrzebuje wsparcia.” „Do później” – rzuciłam w sługa, bo migrena rozszalała się na dobre. Anka wyszła, a za chwilę, będąc już na korytarzu, wsunęła głowę między drzwi, a framugę. „Jak się dowiem czegoś nowego, dam znać” – wyszeptała, po czym wreszcie zniknęła.
Dzień niesamowicie się dłużył, a ból odpuścił dopiero po kolacji. W nocy nie mogłem spać. Leżałam na boku w pokoju oświetlonym jedynie marną poświatą zza okna, myśląc o zbliżającym się czwartku. Gapiłam się w płynące deszczem szyby i wyobrażałam sobie, jak bardzo bolałby upadek z trzeciego piętra. Czy w ogóle coś bym poczuła? Ale chyba nie tego bałam się najbardziej, tylko samego spadania. Zaczęłam zastanawiać się nad jedną rzeczą. Nie mogłam skojarzyć, czy pod moim oknem znajdują się chodnikowe płyty, czy też rośnie trawa. Jakby wiedza na ten temat mogła mi pomóc w podjęciu decyzji o zakończeniu życia. A jednak nagle poczułam silną potrzebę sprawdzenia tego faktu.
Odrzuciłam kołdrę, zapaliłam nocną lampkę i boso podeszłam do ogromnego okna z podwójną szybą. Niestety, musiałabym otworzyć jedno skrzydło i znacznie się wychylić, żeby ustalić, co znajduje się dwa piętra niżej. Ogromne krople deszczu oraz zacinający wiatr skutecznie odwiodły mnie od tego pomysłu. Jednak skoro i tak byłam już na nogach, wsunęłam kapcie i oparłam się łokciami o parapet. Po przeciwnej stronie ulicy tlił się mleczny blask latarni. Zawiesiłam wzrok na horyzoncie za wierzchołkami drzew, gdzie mogłam dostrzec szczyty miasta w całej swej krasie. Była trzecia w nocy, a ono nieustannie tętniło światłem i kolorem. Uświadomiłam sobie, że mimo późnej pory gdzieś tam toczy się normalne życie. Ktoś śpi pod ciepłą pierzyną, przytulając się do żony, ktoś inny wraca z dalekiej trasy, marząc o kąpieli. Jakaś matka nosi wrzeszczące dziecko na rękach.
Ktoś się kłóci, tańczy, wstaje do pracy. Może ktoś myśli o śmierci jak ja. Pozaszpitalne życie znałam tylko z opowieści i gazet, a prawdziwi ludzie znajdowali się w całkiem innym wymiarze i mogłam ich sobie jedynie wyobrażać jak postaci z książek. Wróciłam wzrokiem na własne podwórko, czyli do jednej z najbrzydszych dzielnic miasta. Jedynym punktem, na jakim można było zawiesić w tej okolicy oko, była ta obskurna stacja kolejowa. Codziennie o tej godzinie, dokładnie na wprost mojego okna zatrzymywał się pociąg ekspresowy. W bezsenne noce lubiłam go obserwować. Wgapiałam się w rozświetlone wagony, dostrzegając czasem jakieś głowy oparte o zasłonkę lub sylwetki podróżnych opuszczających przedział. Rozmyślałam, dokąd mogą jechać i jaki jest cel ich podróży. Z tych rozmyślań wychodziły mi czasem całkiem fajne historyjki.
Tej nocy pociąg miał dziesięciominutowe opóźnienie. Zatrzymał się ze znajomym, przeciągłym piskiem, a ja, wciąż oparta o parapet, niecierpliwie czekałam, czy któryś z pasażerów wysiądzie na tej mało popularnej stacji. Gdy wagony potoczyły się dalej w ciemną dal, w smugach deszczu dostrzegłam niewyraźną postać z walizką i parasolem. Sądząc po sylwetce i kroju płaszcza, była to drobnej budowy kobieta. Oparła bagaż o przeszkloną wiatę i szukała czegoś po kieszeniach. Nagle kilka metrów dalej wyrosła druga postać, postawna i przynajmniej o głowę wyższa. Był to mężczyzna w kapturze. Wyłonił się dosłownie znikąd. Kilka sekund później już przy niej stał, a w jego uniesionej ręce zobaczyłam jakiś przedmiot. Obraz rozmazywał się w strugach deszczu, ale blask latarni przez moment ujawnił połyskujące ostrze.
Wtedy dotarło do mnie, co się dzieje. On ją zabije. Chciałam otworzyć okno i krzyknąć. Spłoszyć go, cokolwiek. Jednak nie zrobiłam tego. Gdy kobieta dostrzegła napastnika, było już za późno. Wypuściła z ręki parasol i rzuciła się do ucieczki. Ale on był szybszy. Chwycił ją w pasie, przyciągnął do siebie i zdecydowanym ruchem przejechał nożem pod gardłem. Zdawało mi się, że widzę tryskającą krew.
A może to był tylko deszcz? To wszystko trwało tylko kilka sekund. Chyba nawet nie zdążyłam mrugnąć powiekami. Zrobiło mi się słabo. Moje ciało trzęsło się w środku, a ja nie mogłam się poruszyć ani wydać z siebie żadnego dźwięku. Widziałam, jak ofiara upada pod nogi oprawcy, a ten jeszcze chwilę nad nią stoi i przygląda się jej ciału. Nie umiałam tego wszystkiego pojąć. Tak bardzo pragnęłam, żeby to był tylko sen. Zamknęłam oczy i płacząc modliłam się, żeby to nie była prawda. Niestety, gdy ponownie podniosłam powieki, on nadal tam stał, lecz nie pochylał się już nad kobietą.
Był wyprostowany, a spod kaptura ciemnej kurtki patrzyła na mnie jego lekko oświetlona, blada twarz. Nieznacznie przekrzywił głowę, jakby chciał mi się lepiej przyjrzeć. Krzyknęłam przerażona i rzuciłam się na łóżko. Roztrzęsiona ręka znalazła wyłącznik nocnej lampki.Nastała ciemność. Spięta tkwiłam pod kołdrą, bojąc się nawet wziąć oddech. Wciąż klepałam słowa pierwszej lepszej modlitwy i rozmyślałam, czy morderca nadal tam jest. I o leżących na stacjach zwłokach kobiety. Zabił ją na moich oczach. Właśnie byłam świadkiem morderstwa, a jego sprawca mnie widział. Przypomniała mi się opowieść Anki, po czym kolejna fala zimnego potu oblała całe moje ciało od pięt po czubek głowy.
Dygocząc i ledwie łapiąc kolejne oddechy, zastanawiałam się, co teraz będzie. Czy już po mnie idzie? W wyobraźni widziałam, jak wchodzi do budynku szpitala i wjeżdża windą na drugie piętro, a potem przeczesuje każdą salę w poszukiwaniu przypadkowego świadka swojej zbrodni. Bałam się. Strasznie się bałam i pragnęłam o tym wszystkim zapomnieć. Zasnąć i obudzić się w normalnych okolicznościach. Mamrotałam kolejne zdrowaśki. Nagle trzasnęły drzwi, potem kolejne. Otworzyłam oczy i zdumiona stwierdziłam, że jest już widno. Co prawda wciąż miałam naciągniętą na twarz kołdrę, ale przebijały przez nią słoneczne promienie.
Jak nigdy dotąd byłam za nie niewypowiedzianie wdzięczna. Na oddziale, jak każdego ranka panowało poruszenie, jednak zdawało się być inne niż zwykle. Piguły kręciły się po korytarzu, niemiłosiernie stukając drewniakami. Słyszałam ich nerwowe, podniecone głosy. Powoli zsunęłam kołdrę i spojrzałam na tarczę ściennego zegara. Była 5:50. Za wcześnie na pobudkę. Zwykle któraś z pielęgniarek zwlekała się z fotela nie wcześniej niż punkt szósta. A teraz miałam wrażenie, że już cały szpital stoi na nogach, a raczej na nich biega. Wstałam i z drżącym sercem podeszłam do okna.
Świtało. Wokół stacji w promieniu kilku metrów porozciągano milicyjną taśmę w biało-czerwone paski. Dalej stał ambulans, do którego sanitariusze wkładali nosze. Czarny, wypukły worek, który na nich spoczywał, mógł mieć tylko jedną zawartość. Dwóch milicjantów rozmawiało ze sobą, a jakiś gość w kombinezonie pochylał się nad pokaźną plamą rozcieńczonej nocnym deszczem krwi. Nagle drzwi mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Serce omal nie wyskoczyło mi gardłem. Wpadła Anka. Zwykle przed śniadaniem takie niezgodne z regulaminem zachowanie by nie przeszło. Najwyraźniej morderstwo tuż pod szpitalnym murem całkowicie zdezorganizowało oddziałowe życie.
„Widziałaś to?” Anka przysiadła na parapecie i ani przez moment nie patrząc mi w oczy, obserwowała wydarzenia zza okna. „Tak” burknęłam. „Aż za dobrze.” „A nie mówiłam, że pod lasem łaził jakiś podejrzany typ? To na pewno jego sprawka.” „Miał krótką, ciemną kurtkę z kapturem?” „No tak, przecież mówiłam.” Na moment łaskawie odwróciła głowę w moją stronę. „Widziałam, jak ją zabijał” wycedziłam jak w transie. „Co?” Anka aż usiadła z wrażenia. Westchnęłam tylko, wciąż patrząc przez okno. karetka właśnie odjeżdżała, a mundurowi nadal byli zajęci zabezpieczaniem dowodów. „On mnie widział i teraz pewnie będzie chciał mnie zlikwidować.” „Chyba żartujesz.” „Tak, żartuję. Zmyślam sobie, bo nie mam nic lepszego do roboty” wrzasnęłam na nią i się rozryczałam.
Anka podeszła i chwyciła mnie za dłoń, którą od razu wyszarpnęłam. „Musisz o tym powiedzieć pigułom albo lekarzowi. Niech to zgłoszą na milicję” przekonywała mnie. „Nie ma mowy. Będę przesłuchiwana, a potem to już ten drań na pewno po mnie przyjdzie. Jak nic nie powiem, może mi odpuści. Czy ty wiesz, co to zemsta mordercy na przypadkowym świadku? Bo ja czytałam o takich rzeczach nie raz.” Drewniaki w korytarzu zdawały się zbliżać do mojego pokoju. Wygoniłam Ankę i kazałam jej trzymać gębę na kłódkę, a sama poszłam się wysikać. Na drugim końcu korytarza dwóch milicjantów ściszonym głosem rozmawiało z ordynatorem.
W kiblu puściłam pawia, opłukałam się i na roztrzęsionych nogach przemknęłam do pokoju. Starałam się nie wychodzić z łóżka, dopóki nie zrobiło się nieco spokojniej. Poza tym piguły pilnowały, żebyśmy bez potrzeby nie opuszczali swoich sal. Cały dzień leżałam jak otępiała. Jednak wieczorem nie wytrzymałam. Musiałam pogadać z Anką. Od momentu, gdy wygoniłam ją z pokoju, nie pokazała się u mnie. Obraziła się czy co? Po obchodzie wymknęłam się więc na opustoszały korytarz, żeby sprawdzić, co u niej. Pozorny spokój mąciły stłumione rozmowy za drzwiami.
Stanęłam pod piątką, w której leżał Maciek. Zajrzałam do niego. Spał spokojnie, więc tylko zostawiłam uchylone drzwi, bo brzdąc czasem budził się w nocy z krzykiem, że jest ciemno. Tuż przed szóstką zaczęłam bardzo uważać na każdy krok. Nadmierne szuranie kapciami mogłoby zdradzić moją obecność. Najwolniej jak umiałam nacisnęłam klamkę i wślizgnęłam się do środka. Na łóżku znajdującym się najbliżej drzwi siedziała Anka.Chyba wyczuła, że przyjdę. Pod oknem spała Zuzka. Oddychała tak cicho i płytko. Przez chwilę myślałam, że umarła.
„Co z Zuzką?” – spytałam, żeby się upewnić, że nic jej nie jest. „Chyba dobrze. Dostała prochy i śpi.” Anka była jakaś przybita. Jej oszczędność w słowach mogła świadczyć o zbliżającej się fali depresji. Akurat teraz, gdy potrzebowałam jej wsparcia, energii, która zastępowała mi moją własną. „Podobno Maciek dobrze rokuje. Ma wyjść w przyszłym tygodniu” – powiedziała po chwili. „Serio?” „Słyszałam, jak ordynator gadał z jego starymi” – wymruczała, przeglądając kolejno każdy obgryziony paznokieć, jakby szukała jakiegoś ocalałego kawałka. „Przecież ostatnio miał przerzuty. Było coraz gorzej.” „Widocznie stał się cud” – skwitowała beznamiętnie, dokonując zębami egzekucji na znalezionym zaciorku.
„A mówili coś o tym mordercy? Nie mam dzisiejszej gazety, bo Aneta nie przyszła na swój dyżur.” Anka nagle zastygła. „Nic nie słyszałam. Zresztą co mnie to obchodzi?” „Jak to? Zapomniałaś już, że on mnie widział? To chyba normalne, że chcę wiedzieć, czy go złapali albo czy mają chociaż jakiś trop.” „Nic nie wiem” – burknęła i przekręciła się na bok, naciągając kołdrę pod samą szyję. „Chce mi się spać.” „Dzięki za pomoc. Wiesz, świetna z ciebie koleżanka. Tylko jak ty masz swoje fanaberie, to ja muszę cię wysłuchiwać. A teraz, gdy cię potrzebuję, odwracasz się dupą i idziesz spać.” Milczała.
Wstałam ze złością i podeszłam do drzwi. Gdy wkurzona ostrożnie zamykałam je za sobą, jeszcze raz spojrzałam na jej łóżko. Kołdra delikatnie się poruszała, ale jakoś tak niemiarowo. Anka płakała. Stając w półmroku korytarza, poczułam ogromną pustkę. Tak naprawdę nie miałam teraz nikogo, na kim mogłabym się oprzeć. Anka zamknęła się w swoim świecie, a Aneta była na zwolnieniu. Maciek, który był mi jak brat i dla którego chciało mi się coś w ogóle robić, miał nas opuścić na zawsze. Sama już nie wiedziałam, czy się cieszę z jego cudownego wyleczenia, czy jest mi z tym źle. Do tego jeszcze to morderstwo.
Chyba zaczynałam wariować. Zrezygnowana człapałam z powrotem do swojego pokoju, wiedząc, że od naporu myśli długo nie zasnę, kiedy coś zwróciło moją uwagę. Drzwi od piątki były zamknięte, a przecież zostawiłam je uchylone. Zajrzałam do środka. Łóżko Maćka stało puste, a kołdra leżała na podłodze. Szybko przeleciałam wzrokiem po małej sali, ale nigdzie go nie było. Chyba gdzieś wyszedł, co było do niego zupełnie niepodobne. W nocy bał się wytknąć nos poza swój pokój. Pomyślałam, że jedynym miejscem, w którym mogę go znaleźć, jest łazienka. Przejrzałam wszystkie kabiny.
Nie było go tam. Spanikowana stanęłam na korytarzu i nie wiedziałam, co robić. Nie mogłam zgłosić zniknięcia Maćka w dyżurce. Nie chciałam się tłumaczyć z nocnych spacerów. Musiałam go odnaleźć sama. „Dlaczego dzisiaj? Dlaczego akurat dziś?” – powtarzałam szeptem, ale z duszą na ramieniu szłam przed siebie, aż doszłam do szklanych drzwi dziecięcego oddziału onkologicznego prowadzących na główny hol. Nacisnęłam klamkę. Drzwi okropnie skrzypnęły, więc zrobiłam tylko niewielką szparę, żeby jakoś się przez nie przecisnąć. Przeszłam obok windy i skierowałam się na schody, bo tylko nimi mogłam przejść dalej.
Na poziomie minus jeden znajdował się łącznik między dwoma budynkami prowadzący do oddziału wewnętrznego, a także do kaplicy. Schody pochłonęły mnie wszechobecną czernią, więc pokonałam je najszybciej, jak umiałam. Ze strachu kręciło mi się w głowie. Miałam nadzieję, że za winklem odnajdę Maćka i szybko wrócimy na nasze bezpieczne onkologiczne podwórko. Jednak gdy skręciłam, ukazał mi się jedynie bardzo długi i pusty korytarz, pośrodku którego tliła się tylko jedna żarówka. Położyłam drżącą dłoń na ścianie i niemal do niej przyklejona zaczęłam stawiać drobne kroczki w żółwim tempie, przesuwając się wzdłuż korytarza. Co chwilę zdławionym głosem wołałam imię małego uciekiniera, ale on nie odpowiadał. I wtedy mnie olśniło. Maciek bardzo wierzył w Boga, życie po śmierci i te wszystkie sprawy. Momentami widziałam w nim samą siebie sprzed kilku lat i wtedy robiło mi się go bardzo szkoda, bo wiedziałam, że dziecięca naiwność kiedyś zamieni się w wielkie rozgoryczenie.
A to boli bardziej niż tysiące igieł. Ale nie zamierzałam psuć mu tej wizji. Szanowałam ją i wręcz utwierdzałam, że jest tak, jak sobie wyobraża. Być może Maciek chciał podziękować za uzdrowienie i udał się do kaplicy. Tylko dlaczego akurat w nocy? Korytarz był bardzo długi. Co kilka metrów w ścianie znajdowało się zagłębienie, w którym szczupła osoba mogła się z powodzeniem ukryć.Przy jednym z takich zagłębień zauważyłam dwie bordowe krople. Wyglądały jak krew. Schyliłam się i dotknęłam jednej z nich. Była mokra i lśniąca.
Świeża. Maciek miewał częste krwotoki z nosa. Wstałam i doszłam do połowy korytarza, gdzie na prawo odchodził łącznik między dwoma budynkami. Już chciałam tam skręcić, ale jeszcze raz spojrzałam przed siebie, na sam koniec ciemnego tunelu. Doskonale wiedziałam, co się tam mieści. Z uchylonych drzwi sączyło się nikłe, bladoniebieskie światło. Byłam tam tylko raz, gdy z Anką bawiłyśmy się w detektywów, ale ten raz wystarczył, żeby dobrze zapamiętać to równie przerażające, co fascynujące miejsce. Nie wiem, jak to się stało, ale zanim się spostrzegłam, byłam już przy drzwiach kostnicy. Tak jakby nogi same mnie tam zaniosły. Z wnętrza wydobywał się chłód i słodkawy odór.
Zemdliło mnie, ale się nie cofnęłam. Przez niewielką szparę w drzwiach dostrzegłam sterczące do góry blade stopy i drobną dłoń zwisającą spod białego prześcieradła. Na kościstym palcu tkwił plastikowy niebieski pierścionek w kształcie niezapominajki. Znałam go bardzo dobrze. Pchnęłam ciężkie drzwi i weszłam do chłodni. Z każdym krokiem odsłaniał się kolejny fragment spoczywających na wózku zwłok, a ja upewniałam się, że pierścionek, dłoń i odkryta blada twarzyczka należą do Julki, mojej niedawnej współlokatorki. Zasłoniłam usta, żeby dławiący żal wydostający się z krtani nie zdradził mojej obecności w tym przeklętym miejscu. „Powiedzieli, że wyzdrowiałaś” – szepnęłam przez palce i stałam dalej jak wmurowana, gapiąc się na woskową kukłę, która kiedyś była moją koleżanką. Zapragnęłam jak najszybciej stamtąd uciec. Odwróciłam się na miękkich nogach, ale nim doszłam do drzwi, kątem oka zauważyłam drugiego trupa.
Leżał w cieniu. Białe jak kreda ciało od stóp do pasa przykryto prześcieradłem. Góra była odsłonięta. Gdy podeszłam kilka kroków bliżej, dostrzegłam rude, kręcone włosy. Tę twarz też znałam. Co prawda była całkiem odmieniona, skrzywiona, sinoblada, ale nie mogłam się mylić. Zacisnęłam pięści, boleśnie wbijając paznokcie w skórę, bo to nie mogła być prawda. A jednak. Czy Anka wiedziała, że jej mama nie żyje? Czy dlatego tak się dziś zachowywała?
Jeśli tak, dlaczego nie wspomniała o tym ani słowem? Zaczynało mnie porządnie mdlić, a jednak postanowiłam przyjrzeć się zwłokom kobiety. Jej głowę od przodu przyszyto do tułowia grubym szwem, a między drobnymi piersiami znajdowały się płytkie rany układające się w jakiś symbol. Coś jak ptak z rozłożonymi skrzydłami. To była ona! Kobieta z pociągu to mama Anki. Gdy to sobie uświadomiłam, poczułam paraliżujący strach. Zapowietrzyłam się i zapragnęłam być jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Wyleciałam z kostnicy, po drodze zahaczając o metalowe nosze, które narobiły sporego rabanu. Miałam wrażenie, że zabójca jest blisko, że ukrywa się w zakamarkach szpitalnego korytarza.
Biegłam ile sił w nogach, niemal dusząc się własną śliną i gubiąc luźne kapcie. Byle tylko dobiec do łącznika. W głuchej ciszy słychać było tylko moje człapanie i rwany oddech. Nagle gdzieś z dworu dobiegł głos syreny. Krzyknęłam i zaczęłam płakać. Po chwili dotarło do mnie, że to tylko pociąg. Wciąż miałam wrażenie, że nie jestem sama, że ktoś za mną biegnie i chowa się w ciemnych zagłębieniach ścian. Gdyby nie to, że gdzieś tam sam jak palec tkwił niczego nieświadomy Maciek, wróciłabym na oddział w kilka sekund, ale musiałam po niego iść. Skręciłam w lewo i biegłam dalej łącznikiem, nie oglądając się za siebie. Wpadłam do drugiego budynku szpitala i wspięłam po schodach resztką sił.
Bolały mnie nogi i płuca. Pokonałam jeszcze kilka zakrętów, aż wreszcie stanęłam przed drewnianą bramą kaplicy, gdzie dostrzegłam kolejną kroplę krwi na posadzce. Był tam i nie myliłam się. Nadusiłam zimną klamkę i pchnęłam ciężkie wrota. W środku panował mrok. Jedynie na ołtarzu tliły się trzy grube świece, rzucając na pomieszczenie migoczącą poświatę. Szybko odnalazłam go wzrokiem. Maciuś klęczał w pierwszej ławce po lewej stronie ołtarza, opierając głowę na złożonych dłoniach. Tak pięknie się modlił w zupełnej ciszy. Normalnie bym mu nie przeszkadzała, jednak w tej sytuacji nie miałam wyjścia.
Musieliśmy jak najszybciej wracać na oddział. Ruszyłam przed siebie. Minęłam kilka rzędów brązowych ław i już miałam łapać chłopaka za rękaw piżamy, gdy zza ołtarza wyłoniła się postawna postać. Mężczyzna w skórzanej kurtce z kapturem i ciężkich wojskowych butach. Zrobił kilka kroków w naszą stronę. Krzyknęłam, a w ślad za mną poszedł Maciek.Laura! Odruchowo zasłoniłam go swoim ciałem i kazałam mu uciekać. Rozryczał się, ale posłuchał. Ruszył wzdłuż ławki i biegnąc bokiem opuścił kaplicę. Po chwili byłam już sama z oprawcą.
W jego dłoni lśnił długi nóż. Podchodził do mnie powoli, jakby pozbawiony emocji. A gdy zobaczyłam twarz wyłaniającą się spod czarnego kaptura, osłupiałam. Był piękny, niemal nieziemsko gładki i wyrazisty. Idealnie regularne łuki zrośniętych ze sobą brwi nadawały mu powagi i surowości, ale w żaden sposób nie odbierały uroku. Błękitne oczy zniewalały łagodnością, hipnotyzowały głębią. Zatrzymał się na odległość jakichś dwóch metrów i wyciągnął po mnie rękę. Wtedy jakbym przebudziła się ze snu. Nagle zapragnęłam żyć choćby tylko tydzień, jedną noc, godzinę. Nie byłam gotowa na śmierć właśnie w tym momencie.
Szarpnęłam się do ucieczki. Mijałam kolejne rzędy ławek, co chwilę potykając się i lądując na kolanach. Ale nie poddawałam się i biegłam dalej. Słyszałam, że idzie za mną niespiesznym, choć zdecydowanym krokiem. Już dobiegałam do drzwi, gdy nagle jakaś ogromna siła zatrzasnęła je tuż przed moim nosem. Klamka nie reagowała na szarpanie. Zrezygnowana po raz ostatni upadłam na kolana. Moja symetryczna twarz, rozciągnięta w grymasie żalu i strachu, musiała wyglądać komicznie. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przyjąć śmierć i zgodzić się na nią. W końcu przyszła, jak o to wielokrotnie prosiłam, a ja jej nie chciałam.
Czas rozciągnął się i zakrzywił. W jednej chwili zobaczyłam sierociniec, bicie, wrzaski, zamykanie w szafie, umęczone chemią ciało. Poczułam jednocześnie metaliczne mdłości po chemii i rozkosz, jaką dał mi kawałek sernika przyniesionego przez panią Anetkę w zeszłe święta. Moje ostatnie święta. Całe życie zamknęło się w tej jednej sekundzie wypełnionej szczerym płaczem. Wreszcie poczułam na piersi chłodną dłoń i przestałam się bać. Jak za dotknięciem przyjaciela wszystkie emocje wygasły. Objął mnie, klękając za moimi plecami. Przyłożył do szyi zimne usta i wyszeptał coś w nieznanym mi języku. Jego oddech pachniał jesiennym wiatrem, takim, co się niesie znad lasu.
Była w nim jakaś ziemista nutka, która działała jak narkotyk. Przycisnął ostrze do rozluźnionej krtani i pociągnął pewnym ruchem. Poczułam tylko ciepło, nic więcej. Ostatnim obrazem, jaki widziałam, były wesoło migoczące płomyki świec odbijające się w zamkniętych drzwiach kaplicy. Powoli się rozmywały i gasły. Zanim nastała całkowita ciemność, dostrzegłam jeszcze rozłożysty cień ogromnych skrzydeł. Skrzydeł czarnego anioła. Patrzcie, jak pięknie pada. Lubię płynący po szybie deszcz. Jakoś zawsze mnie uspokajał.
Już po kolacji nikt nie krzyczy, nie stuka drewniakami. Jest tak cicho, cudownie. Mogłabym tak tu stać i gapić się przez okno całą wieczność. Patrzcie, Maciuś tak niespokojnie śpi. Chyba ma jakieś koszmary. Pewnie martwi się, że musi wyjechać. Obok łóżka stoi już spakowana walizka. Biedny maluch. Wybaczcie. Muszę go przeprowadzić.
Możecie mi towarzyszyć, jeśli chcecie. Obudź się, mały. No już. Patrzy na mnie. Mruga. Chyba mnie widzi. Nie bój się. To ja, Laura. Już niedługo cierpienie się skończy. Kładę dłoń na jego ustach i nosie.
Patrzy na mnie przerażony. Szarpie się, ale moja wola jest silniejsza niż jego drobniutkie ręce. Cii. Wszystko w porządku. Musisz tylko mi zaufać. Zobaczysz, tu jest lepiej, łatwiej. Ja tu jestem. Będę się tobą opiekować. Lecą mu łzy jak grochy. Jest coraz słabszy.
Już się nie rzuca. Odpływa. O tak, bardzo dobrze. Teraz śpij, braciszku. Do zobaczenia wkrótce. A ja przejdę się po oddziale. Może ktoś jeszcze potrzebuje przysługi.
[03:03:36] - I proszę państwa, to już koniec dzisiejszej Akademii Wszelkiej Fikcji. Na pocieszenie powiem, że za tydzień również rozpoczynamy wykłady. A tymczasem życzę państwu wszystkiego dobrego, dobrej nocy, dobrego weekendu i cóż, do usłyszenia za tydzień. Wszystkiego dobrego.
[03:04:21] - A mówi to słowo do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk Ivellios. Radio Paranormalium, UFO historie i wieki wyobraźni. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień.