Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Z tego, co widać i czuć, to za oknem same minusy, więc pasowałoby zamienić je w same plusy. Plus kilka książek, plus jakiś film, plus kolejne spotkanie w Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu. Tradycyjne dzień dobry wieczór. Cóż, druga audycja w tym roku. Jak ten czas leci, naprawdę to mnie nieustająco zadziwia. Ale zostawmy te refleksje nad czasem. Szanując czas, przystąpmy do rutynowej niejako czynności przeglądu książek. Tak jak zawsze na początku polecanki książkowe. Tytuł pierwszej książki polecanej przeze mnie: „Każdy twój ruch”. Autorstwo: C.L. Taylor.
Wydawnictwo Albatros. Data premiery: 14 stycznia. Gęsty od paranoi i strachu thriller, po którym nie przestaniesz się oglądać za siebie. Pięć ofiar, pięcioro stalkerów i jedna śmierć, która okazuje się zaledwie początkiem koszmaru. Natalie zrobiła wszystko zgodnie z zaleceniami policji. Zmieniła trasę do domu, nawyki i pracę. Mimo to zginęła z ręki swojego prześladowcy i jej brutalna śmierć wstrząsa czwórką osób: Alex, Lucy, Bridget i Riversem, których połączyła jedna rzecz. Wszyscy są ofiarami stalkerów i uwierzyli, że w grupie będą bezpieczniejsi. Mylili się. Kiedy na pogrzebie Natalie ktoś wręcza im tajemniczą wiązankę, data na bileciku początkowo wygląda na zwykłą pomyłkę drukarską.
Szybko jednak dociera do nich przerażająca prawda. To nie błąd, lecz odliczanie. Do kolejnej śmierci zostało dziewięć dni. Zanim odkryją, kto z nich będzie następny, postanawiają odwrócić role i zapolować na swoich prześladowców. Tylko że zegar tyka, a na jaw wychodzą kolejne mroczne tajemnice i każdy z nich zaczyna zadawać sobie po cichu pytanie, czy wróg czai się w cieniu, czy może stoi tuż obok? Nie uciekniesz przed cieniem. Zwłaszcza gdy ten cień zna każdy twój sekret i każdy twój ruch. The Times napisał o tej książce: „Taylor pokazuje grozę bycia nękanym w sposób bardziej rzeczywisty i opresyjny niż wywiady z ofiarami czy dokumenty telewizyjne”. The Guardian stwierdził z kolei: „Taylor stopniowo podnosi napięcie i skutecznie kreuje nastrój paranoi, tworząc wyśmienicie skonstruowaną, porywającą lekturę”. Przytoczę jeszcze fragment z Daily Mail: „Intensywna, dobrze opowiedziana i psychologicznie fascynująca powieść, która porusza, a momentami po prostu przeraża”.
Przypomnę, książka nosi tytuł „Każdy twój ruch”, autorstwo C.L. Taylor, wydawnictwo Albatros. Książka na rynku od 14 stycznia. Druga książka, którą chciałem polecić nosi tytuł „Kobiety z wiatru”. Autorka Magda Knedler, Wydawnictwo Zwierciadło. Data premiery również 14 stycznia. Ta książka należy do serii Ścieżkami Nadziei. To trzeci tom z tej serii. Opieka nad trojaczkami pochłania energię Praksedy Koller. Niemniej stara się ona podejmować także inne działania.
Pisze kolejną książkę, udziela się towarzysko, wspiera męża w jego obowiązkach związanych z dziedziczeniem tytułu. Edgar z kolei w związku z nową sytuacją zostaje opiekunem prawnym swojej kuzynki Elizabeth. Nie spodziewa się, ile ta opieka będzie jego i Praksedę kosztować. Księżna Aniela von Mirbach korzysta ze swojego statusu towarzyskiego. Nie spodziewa się jednak, że odnowiona znajomość z mecenasem Tabenckim będzie miała swoje tragiczne konsekwencje. Rida Bachmann nauczyła się nie oczekiwać za wiele od życia. Małżeństwo z Albertem okazuje się trudne i okupione pasmem cierpień. Niemniej i dla niej los szykuje wielkie zmiany. Ktoś dawno niewidziany wraca zza granicy, zdeterminowany, by naprawić kilka błędów z przeszłości. Nawet jeśli komuś może to bardzo skomplikować życie.
Czy Anieli, Praksedzie, Fridzie uda się pokonać przeciwności losu? Czy ich przyjaźń przetrwa próbę czasu? Magda Knedler, autorka ponad 30 powieści, które zapewniły jej między innymi nominację do Bestsellera Empiku, nagrodę w plebiscycie Książka Roku 2020 organizowanym przez portal Lubimy Czytać oraz nagrodę Radia Wrocław Kultura Pisze głównie powieści historyczne i obyczajowe. Z wykształcenia filolożka i logopedka. Uwielbia stare dokumenty, malarstwo i polską fonetykę. Przypomnę tytuł książki „Kobiety z wiatru" Magda Knedler, wydawnictwo Zwierciadło. Data premiery 14 stycznia 2026. I wreszcie trzecia książka na dzisiaj „Idealny syn." Autorka Freida McFadden, wydawnictwo Czwarta Strona. Data premiery ponownie 14 stycznia. Liam Cass to wzorowy uczeń, sportowiec, mistrz debat.
Syn, jakiego każdy chciałby mieć. Jednak podczas przesłuchań w sprawie zaginięcia nastolatki pojawiają się pewne niejasności. Zbyt wiele osób pamięta chłodne spojrzenie Liama. Zbyt wielu świadków powtarza te same niepokojące słowa, a w tle zawsze pojawia się ta sama postać — matka, która wie więcej niż mówi. Czy Liam faktycznie jest bez skazy? Czy za jego perfekcyjnym wizerunkiem kryje się coś mrocznego? I jaki ma to związek z tajemniczym zaginięciem nastolatki? Jedno jest pewne — najmroczniejsze sekrety skrywają się w samym sercu rodziny. Przypomnę „Idealny syn" Freida McFadden, wydawnictwo Czwarta Strona. Data wydania 14 stycznia 2026.
Proszę państwa, czas teraz na korepetycje filozoficzne i to chyba nie jest dla państwa zaskoczeniem. Dzisiaj porozmawiamy o Filonie z Aleksandrii. Powiem tak, to jest przykład filozofa, który potrafił pogodzić Platona z Mojżeszem, a przy okazji nie zwariował. To duże osiągnięcie. Filon z Aleksandrii żył na przełomie er między 25 rokiem przed naszą erą a 50 rokiem naszej ery. Mniej więcej wtedy, gdy świat antyczny zaczynał się powoli domyślać, przeczuwać, że coś wielkiego nadciąga. Rzym rządził twardą ręką. Grecy nadal rządzili intelektualnie, a judaizm próbował odnaleźć się w świecie filozofii, bibliotek i debat. I właśnie w tym tyglu pojawił się Filon, uczony Żyd z hellenistycznej Aleksandrii, który wpadł na pomysł dosyć ryzykowny — pokazać, że Biblia i filozofia grecka mówią o tym samym, tylko innym językiem. Brzmi niewinnie, ale w praktyce to było intelektualne pole minowe.
Filon był doskonale wykształcony w filozofii greckiej. Znał Platona, stoików, pitagorejczyków. Jednocześnie był głęboko zakorzeniony w tradycji żydowskiej i traktował Torę jako tekst święty. Nie chciał jednak czytać jej dosłownie tak, jak czytamy kroniki. Uważał, że Pismo to tekst wielowarstwowy, a jego sens najgłębszy jest alegoryczny, a nie literalny. Kiedy więc Biblia mówi o Bogu przechadzającym się po ogrodzie, Filon nie wyobraża sobie starca na spacerze. Mówi: to obraz, symbol, metafora. Bo Bóg — i tu Filon jest bezlitosny — Bóg jest absolutnie transcendentny, całkowicie ponad światem, niezmienny i niepojęty. No i tu pojawia się problem. Skoro Bóg jest tak daleko, to jak w ogóle świat ma z nim jakikolwiek kontakt?
Odpowiedzią Filona jest pojęcie, które filozofia grecka już znała, ale które dopiero zrobi później oszałamiającą karierę. Tym pojęciem jest logos. Dla Filona logos to nie tylko słowo, to rozum Boga, jego myśl, plan, zasada porządkująca rzeczywistość. Logos jest czymś pomiędzy. Nie jest samym Bogiem, ale też nie jest zwykłym elementem świata. To przez logos Bóg stwarza, porządkuje i podtrzymuje kosmos. Można powiedzieć tak bardzo obrazowo, że Bóg jest architektem, logos projektem, a świat budowlą. Filon używa tu języka platońskiego. Idee istnieją w logosie, a świat materialny jest ich niedoskonałym odbiciem. Ale jednocześnie Filon trzyma się Biblii.
Taki stan rzeczy nie jest bezosobową koniecznością, ale aktem boskiej mądrości. Jeśli to brzmi znajomo, to nie jest to przypadek. Bez Filona trudno wyobrazić sobie późniejszą teologię chrześcijańską, zwłaszcza prolog Ewangelii Jana ze sławną frazą „Na początku było Słowo." A przecież pod polskim wyrazem „słowo" kryje się greckie logos. Człowiek według Filona również jest istotą pośrednią. Z jednej strony zanurzony jest w materii, zmysłach i emocjach, z drugiej zdolny do poznania rozumowego i kontemplacji. Dusza ludzka może wznieść się ku Bogu i Ale nie przez rytuał czy magię, tylko przez oczyszczenie intelektu. Filon nie był mistykiem w sensie ekstazy. Był raczej filozofem ascezy, ascezy rozumu. Cnota, umiar, praca nad sobą to wszystko miało przygotować człowieka do kontaktu z tym, co boskie, choć przygotować zawsze w sposób pośredni. Boga nie da się zobaczyć, ale można zobaczyć ślad jego rozumu w porządku świata.
Filon z Aleksandrii nie stworzył systemu, który stałby się szkołą filozoficzną. Nie miał uczniów w klasycznym sensie. Jednak jego myśl przeniknęła do fundamentów świata zachodniego. Stał się nieświadomym patronem teologii chrześcijańskiej, filozofii średniowiecznej i całej tradycji myślenia o Bogu jako absolutnej transcendencji, czymś, co nie jest powiązane w żaden sposób z naszym światem i narzędzia badania naszej rzeczywistości do niego po prostu nie przystają. Był jednym z pierwszych, którzy pokazali, że tekst religijny można czytać filozoficznie, a filozofię religijnie i to bez redukowania jednego elementu do drugiego. Filon to był filozof dialogu, który pojawił się, zanim dialog stał się modny. Filon to również człowiek pogranicza, który udowodnił, że czasem największe idee rodzą się właśnie tam, gdzie dwa światy zderzają się ze sobą i zamiast wojny wybierają rozmowę. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. A teraz zapraszam państwa na opowiadanie Rogera D. „Czysta karta”.
[14:16] - Roger D. „Czysta karta”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Pierwszy wenusjański statek, który dotarł na Ziemię, znalazł tam jedno samotne plemię istot ludzkich wędrujące po sawannach dużej wyspy na południowej półkuli. Wszyscy Ziemianie bez wyjątku mieli ciemną skórę i oczy, zaś ich włosy były kruczoczarne oraz równie mocno skołtunione i poskręcane jak owcza wełna. Byli prymitywni. Cofnęli się do poziomu dzikusów, uciekając z zabobonnym strachem przed każdą próbą nawiązania kontaktu. Volconna wraz ze swoją załogą, dziewięciu wysokich, młodych mężczyzn o odpowiednim kolorze skóry, dostojnych, podobnych do siebie, jakby byli braćmi, przeszukali dokładnie planetę, uważnie omijając ruiny miast, w których radioaktywność ciągle przekraczała normy bezpieczeństwa i po dziesięciu dniach z rozczarowaniem zakończyli swą wyprawę. „Nie widzę żadnych podobieństw między tymi pozostałościami ludzi z Ziemi a nami” oznajmił Mach Brell, antropolog ekspedycji. „Poza dwunogą budową ciała, która tylko potwierdza naszą teorię, że na podobnych planetach rozwijają się podobne gatunki istot oraz że podobieństwo to jest mocno zaburzone przez niemożliwe do określenia rozbieżności w charakterystykach rasowych.
Również i ludzie nie mogliby się tak bardzo zmienić w okresie czterech tysięcy lat, w których wiemy z pewnością, że nasza cywilizacja istniała na Wenus. Dlatego więc oczywiste jest, że ani my nie pochodzimy od Ziemian, ani oni od nas”. Nie było głosów przeciwnych. „Czyli zagadka naszego pochodzenia nadal pozostaje nierozwiązana” stwierdził Volconna i wydał rozkaz startu. Ruszyli więc z Ziemi do domu, już planując dalsze wyprawy na planety zewnętrzne w poszukiwaniu miejsca swego pochodzenia. W jakiś sposób Hanlon przekradł się do ich kwater i czekał na Gedesa, Love i Howica, załogę Terra 4, aż wrócą do bazy po swych ostatnich wygadach dla prasy. Hanlon nie trzeźwiał już od wielu dni i jego stan był wręcz żałosny. Ręce mocno mu się trzęsły, a blask nabiegłych krwią oczu wyglądał jak odbicie ognistej czerwieni jego rozczochranych włosów. „Musiałem pożegnać się z wami przed startem” oznajmił z żałosną próbą zachowania swej dawnej pewności siebie. „Pomimo wszystko jeszcze parę miesięcy temu byłem przecież jednym z was i no dobrze, chciałem życzyć wam szczęścia.
Szkoda, że nie mogę polecieć z wami na Wenus”. Przyglądali mu się bez specjalnych emocji trzech ciemnowłosych, przystojnych mężczyzn przed trzydziestką. Spokojnych, doskonale zrównoważonych na skutek długiej indoktrynacji i cechujących się ogromną pewnością siebie. Howick, najbardziej bezceremonialny z całej trójki, zignorował Hanlona i poszedł prosto do łazienki, żeby wyszczotkować zęby. „Straciłeś swoją szansę, kiedy rzuciłeś szkolenie, Hanlon” – odpowiedział mu Geddes. „A w tej chwili jesteś już tylko irytujący, a my nie możemy sobie pozwolić na nerwy tuż przed startem. Lepiej będzie, jak sobie pójdziesz”. Hanlon spuścił wzrok, wyglądając na gruntownie skruszonego i stłamszonego. Przydałoby mu się natychmiast golenie, a po jego ubraniu widać było, że spał w nim i to niejeden raz. „Mógłbym znieść te wszystkie operacje” – wyznał.
– „Wyrostek robaczkowy, migdałki i zęby mogą być niebezpieczne w kosmosie czy też na innej planecie, gdzie nie ma odpowiedniej pomocy medycznej. Ale to przeklęte uwarunkowanie psychiczne to już dla mnie za dużo. Skąd mam wiedzieć, jakim stałbym się człowiekiem, kiedy ci chłodni jak ryby specjaliści z fundacji skończyliby ze mną?”. „Podbój kosmosu wymaga specjalnie przystosowanych ludzi” – cierpliwie wskazywał mu Geddes. – „Tam w przestrzeni nie możemy ryzykować rozwinięcia się neurozy, tak samo, jak nie możemy ryzykować zapalenia wyrostka robaczkowego czy ropnia zęba. Fundacja wiele się nauczyła na tych pierwszych trzech porażkach, Hanlon. Tym razem już nie powtórzymy starych błędów”. Howick wyszedł z łazienki, wkładając swą sztuczną szczękę. Był najcięższy z całej załogi, mocno umięśniony Słowianin o naturalnej bezpośredniości człowieka pozbawionego wyobraźni. „Hanlon, jesteś skończony.
Dlaczego się stąd nie wyniesiesz i nie zostawisz nas w spokoju?” Przy drzwiach Hanlon zawahał się, odwrócił głowę. „Startujecie już za sześć godzin, zostawiając wszystko za sobą. Kiedy wrócicie, będziecie bohaterami. No i będziecie bogaci”. Geddes poczuł, jak krzywi mu się warga. „Ale teraz nie za bardzo mamy jak wydać nasze zaoszczędzone kredyty. O to ci chodzi? Chciałeś jeszcze spróbować nas podejść, zanim polecimy. A jeśli nie wrócimy, dług nie będzie nad tobą wisiał, co, Hanlon?” Lowe stanął między nimi, wyciągając portfel. Był smukłym człowiekiem z rodzaju wrażliwych, jedynym z całej trójki, który naprawdę przyjaźnił się z Hanlonem, zanim wrodzona niepokorność Irlandczyka doprowadziła do jego wykluczenia.
„Daj spokój, Ged. A co tam dla nas teraz znaczy te parę kredytów?” Opróżnił swój portfel, wrzucając żółte karteczki w nastawione ręce Hanlona. Po chwili Geddes dołączył do niego, ale Howick twardo stał w miejscu. „Za moją część może posiedzieć na trzeźwo” – warknął Howick. – „Niech idzie do swoich kumpli od hazardu i dziwek, jeśli chce jałmużny”. Hanlon włożył do kieszeni zebrane datki i uśmiechnął się do Geddesa. Skruszony wygląd powoli zaczął się rozpuszczać, zmieniając się w dawną beztroskę. „Lepiej uważaj na mojego starego kumpla Howicka, Gede. Stawiam 10 do 1, że załamie się w kosmosie i skończy podróż pod hypnolem”. Zapomnieli o nim już chwilę po jego wyjściu, wracając do pakowania ostatnich drobiazgów, rozkładania ciężkich kombinezonów, które mieli nosić na sobie podczas lotu, golenia i kąpieli przed ostatnią drzemką.
Pod prysznicem Geddes zauważył, jak Lowe dotyka swojej blizny po operacji wyrostka i z zamyśleniem marszczy brwi. Bez sztucznej szczęki Lowe wyglądał starzej, niepewnie i jakby jakoś skurczony. Tak więc, pomimo swojego uwarunkowanego wyciszenia, Geddes poczuł chłodny dreszcz niepokoju. „Nie myśl już o tym gadaniu Hanlona” – powiedział. Posłał Lowe'emu kuksańca w żebra, próbując zachowywać się żartobliwie. „Ci medycy z fundacji znają się na swojej robocie. Lepiej chodźmy i złapmy przed startem nieco snu dla urody”. Kiedy obudzili się trzy godziny później i ubrali się do lotu, stwierdzili, że Hanlon odpłacił im drugą wizytą i ukradł całej trójce zegarki. Drogie instrumenty, warte co najmniej swojej wagi w platynie. „Niewielka cena” – stwierdził Geddes i wzruszył ramionami na tę stratę z uwarunkowanym spokojem.
Lowe nic nie powiedział, tylko Howick gderał: „Za te zegarki będzie mógł siedzieć po same uszy w irlandzkiej whisky przez wiele tygodni” – marudził. – „Mam nadzieję, że ta wesz zapije się na śmierć”. Po tej uwadze zeszli do samochodu dla personelu fundacji, który czekał, aby zawieźć ich na miejsce startu. Trzech spokojnych, rezolutnych młodych ludzi, pełnych niewzruszonej pewności siebie i przygotowanych na wszystko. Dotarli na miejsce o zmierzchu, dokładnie w chwili, kiedy ostatni pojemnik z zapasami został załadowany do środka pionowej brązowej iglicy Terry 4. Wspięli się po długiej drabince dla załogi, niewzruszeni przez rozbłyski fleszy fotografów, i zniknęli jeden po drugim w środku statku, który miał w końcu połączyć Ziemię i Wenus. Zamknęli właz, sprawdzili przyrządy pomiarowe i przedział medyczny wraz z znajdującym się w nim sprzętem do hypnolu, a na koniec przypięli się pasami do połączonych ze sobą pneumatycznych leżanek antyprzeciążeniowych. Świecąca na czerwono żarówka na panelu przyrządów zmieniła swój kolor na bursztynowy, a następnie na zielony. Geddes nacisnął przycisk odpalenia. Waga przycisnęła ich do leżanek jak gigantyczny pas.
Nie czuli niepokoju. Byli przyzwyczajeni do przyspieszania i wiedzieli dokładnie, kiedy ich niewygoda się zakończy. Czekali cierpliwie z zamkniętymi oczyma, nie tracąc przytomności dzięki uwarunkowaniom przy pomocy wirówek i niekończących się sesji przygotowań psychologicznych. W ciągu kilku minut znaleźli się poza atmosferą Ziemi. Po pierwszej godzinie lotu wyłączyły się silniki chemiczne, pracę zaś podjęły propulsory atomowe pchające Terrę 4 z mniejszym przyspieszeniem, mającym doprowadzić statek na Wenus dokładnie w ciągu 27 dni, biorąc pod uwagę poprawki dryfu orbitalnego. Komunikacja z Fundacją w trakcie lotu była prostym w teorii zastosowaniem połączenia kierunkowego opartego na wąskiej wiązce. Terra 1 udowodniła jego użyteczność już w 1969 roku, 29 lat wcześniej, kiedy zamrożone przewody paliwowe zmieniły ją w dryfujący w kosmosie wrak. Haczyk polegał na tym, że aby mogło działać radio, trzeba było wyłączyć napęd atomowy stanowiący potężne źródło zakłóceń. Minęło osiem dni, zanim wyrwali się całkowicie z uścisku grawitacyjnego Ziemi, ale już znacznie wcześniej, drugiego dnia podróży, dokładnie mówiąc, Terra 4 stanęła przed pierwszym zagrożeniem. Lowe, wykonując rutynową kontrolę skrzyń z zapasami przytwierdzonymi do grodzi ładowni przy pomocy specjalnych rygli, usłyszał szaleńcze walenie pochodzące nie z zewnątrz kadłuba, jak w pierwszej chwili zaskoczenia podsunęła mu fantazja, ale ze środka szczelnie zamkniętego pojemnika oznaczonego „filmy”.
Zawołał Geddesa i Hovika bardziej po to, by udzielili mu wsparcia moralnego niż rzeczywistej pomocy i razem rozerwali pojemnik. W środku znaleźli Hanlona leżącego bez świadomości na stercie puszek z jedzeniem i pustych butli po tlenie. Inwentarz obejmował także butelkę whisky. Hanlon, żeby być ścisłym, był kompletnie pijany. Wyciągnęli Hanlona z ładowni i przypięli go do fotela radiowca, który miał być nieużywany przez kolejne sześć dni. Ściągnęli z jego purpurowej twarzy maskę tlenową i odżywiali go dożywnie, aż w końcu jego niesamowicie odporny organizm pokonał skutki przyspieszenia, irlandzkiej whisky oraz silnego podduszenia. Śmiał się z ich min, kiedy pytali go, dlaczego zabrał się z nimi na gapę. „Zwiałem przed służbą w wojsku” — oznajmił. — „Kolejna wojna może wybuchnąć w każdej chwili. Ostatnia wojna.” Hanlon był absolutnie zdrowy na umyśle, pomimo obrażeń, jakie odniósł podczas startu i później w dusznym więzieniu swej kryjówki.
Tak więc jego proroctwo wstrząsnęło nimi bardziej, niż ośmielali się sami przyznać. „Wszystko zmierza w tym kierunku już od miesięcy” — mówił dalej. — „W Fundacji nic wam nie mówili, ponieważ nie chcieli, żeby coś wam przeszkadzało w szkoleniu, ale bomby zaczną spadać, jeszcze zanim dolecimy na Wenus. Zobaczycie, kiedy uruchomicie radio.” Trzymali Hanlona przypiętego do leżanki radiowca, zdając sobie sprawę z tego, że lepiej mu nie ufać. Uwalniali go tylko chwilowo dla załatwienia potrzeb fizjologicznych i to jedynie wtedy, kiedy wszyscy trzej byli wolni i mogli go pilnować. Dokonali odczytów astronomicznych i poprawek orbity zgodnie z zapisami w instrukcjach, ukrywając przed sobą nawzajem wyczekiwanie na dzień, w którym hałas atomowy propulsorów ucichnie i będą mogli się przekonać za pośrednictwem radia kierunkowego statku, że Hanlon się mylił. Między sobą rozmawiali mało, ale Hanlon mówił bez przerwy, skarżąc się na swoje więzy i okresowo spadając do stanu bliskiego niemal delirium, dopóki nie minęło jego początkowe pragnienie alkoholu. Potem przestawił się na ocenę szans ich bezpiecznego lądowania na Wenus, ignorując w swój pogędliwy sposób wszystko to, czego nauczono go przed jego wydaleniem z Fundacji. „Terra 1 zaginęła w 1969 roku” — powiedział pewnego razu. — „Fundacja odbierała jej sygnały jeszcze daleko za Jowiszem, gdzie poleciał jej wrak.
Nigdy do końca nie udowodnili, dlaczego utracono Terrę 2 w 1980 roku. Chłopcy z Palomar twierdzili, że jej zapasy paliwa wybuchły tuż nad atmosferą Wenus, ale nie mieli czasu na wykonanie analiz spektralnych. To mogło być również wyładowanie elektryczne. Musi być cholerna różnica potencjałów między planetami czy też między napromieniowanym w kosmosie statkiem i planetą położoną tak blisko Słońca jak Wenus.” Próbowali ignorować jego gadaninę, odrzucając myśl, że jednak mimo wszystkich swych przygotowań mogliby nie zostać pierwszymi ludźmi, którzy postawią nogę na nowej planecie. Jak również, że nie mogliby zgłosić żądań do Wenus jako własności Fundacji, gdyby okazało się, że Terra 2 jednak wylądowała jako pierwsza. Był to prywatny statek, którego załogę tworzył wraz ze swoją rodziną lekkomyślny i bajecznie bogaty Irlandczyk Znany wróg kobiet Sean Connors. Terra 3 zbudowana przez fundację, lecz obsadzona przez personel wojskowy, wykonała swój przelot w 1991 roku i spadła niepilotowana na Słońce, kiedy jej załoga zbuntowała się przeciwko jedynemu obecnemu na pokładzie oficerowi. I jeśli Hanlon miał słuszność, Terra 4 w 1998 roku mogła być ostatnim statkiem. Znosili jego teorię, dopóki ich uwarunkowany spokój poważnie się nie nadwyrężył, w końcu uciszając go groźbą, że dalszą część podróży spędzi pod hypnolem. Hanlon zapadł w ponure milczenie i w tajemnicy zajął się swymi więzami.
Sytuacja ciągnęła się w ten sposób bez końca, aż do upłynięcia ośmiodniowego okresu przyspieszania, kiedy odpięli Hanlona od leżanki, aby można było użyć radia. Śpiesząc się, by nawiązać kontakt z Ziemią, zapomnieli ponownie związać Hanlona, co było błędem, jako że nie był on uwarunkowany tak jak oni przeciw niezwykłym reakcjom fizjologicznym na stan nieważkości, który nastąpił po wyłączeniu silników. Hanlonowi wydało się nagle, że zaczął spadać w bezdenną studnię i upadek ten nie miał końca. Serce podskoczyło mu do gardła. Błędnik w uszach zaczął wariować. Instynktowny lęk przed upadkiem odziedziczony po nadrzewnych przodkach zwinął mu żołądek w ciasny węzeł i pozbawił ostatnich strzępków rozsądku. „Ja spadam!” — wrzasnął na całe gardło i rzucił się w stronę poręczy. „Spadam!” Zdezorientowane narządy ruchu i równowagi zareagowały gwałtownie, co uniemożliwiło mu zachowanie koordynacji i walnął z całej siły w gródź. Geddes i Lowe złapali go z obu stron, podczas gdy Howick próbował odepchnąć wszystkie trzy kręcące się ciała od pulpitu sterowniczego. Hanlon jednak nie dawał się uspokoić.
Wrzeszczał i rzucał się jak szaleniec, próbując skompensować każdy ruch przez gwałtowne wymachy kończyn. W końcu przycisnęli go do podłogi i wstrzyknęli mu tyle hypnolu, że miał leżeć nieprzytomny przez kilka dni. Zostawili go unoszącego się bezwładnie w powietrzu, przypiętego za koniec pasa do pierścienia na gruncie i zajęli się obsługą komunikatora kierunkowego, starając się dostroić pierwszy rozmyty sygnał, jaki dotarł do nich z Ziemi. Dobrze się stało, że Hanlon był nieprzytomny, ponieważ jego proroctwo spełniło się co do joty. Na Ziemi wybuchła wojna i już się zakończyła. Nie odebrali nic więcej poza tym jednym rozpraszającym się sygnałem, ale zanim zniknął on z odbiornika, zrozumieli, że kataklizm miał charakter atomowy, ogólnoplanetarny i ostateczny. A kiedy ostatni zaszumiony kontakt z Ziemią się zakończył, popatrzyli na siebie z bladymi twarzami ponad milczącym radiem i poczuli, jak świadomość końca rasy ludzkiej wzbiera w nich jak szaleństwo pod psychoblokami ich starannie uwarunkowanego zdrowego rozsądku. „A więc Hanlon pomimo wszystko miał rację” — stwierdził Lowe zduszonym głosem. Po tych słowach nie potrafili powiedzieć już nic więcej, dopóki wtłoczone im w głowę znaczenie realizowanej misji nie przywróciło ich do normalności i nie wrócili do swoich kolejnych zadań. Była przecież ciągle Wenus.
Nie wybudzili Hanlona z jego hypnolowego transu aż do chwili, kiedy Terra 4 nie zaczęła po spirali schodzić ze swojej orbity do lądowania. Geddes przekazał mu wtedy wiadomości, przygotowując się do odparcia zgryźliwej ironii Hanlona. „Tak więc miałeś rację” — poważnie zakończył Geddes. Ziemia jest skończona, martwa. Myślą w tej chwili w kategoriach miast, rządów i cywilizacji i reakcja Irlandczyka wprawiła go w ogromne zakłopotanie. „Skończona?” — odparł Hanlon i ukrył twarz w dłoniach. „Boże, ci wszyscy zwykli ludzie”. Potem zachowywał się tak spokojnie, że pozostali zajęci niebezpiecznym zadaniem lądowania zapomnieli o nim. Ciągle milczał, kiedy Terra 4 zanurzyła się w pierwsze warstwy mlecznych mgieł atmosfery i z leżącej w dole planety strzelił nagle ogromny rozbłysk białego ognia, który uderzył w statek z trzaskiem miliona piorunów. Terra 4 zachwiała się, na wpół zrolowała i wyprostowała się z cienkim wizgiem wysilonych do ostateczności żyroskopów.
Ciąg atomowych propulsorów na chwilę osłabł, a następnie ponownie się ustabilizował, sprowadzając ich dalej przez kłębiące się mgły. Wyładowanie elektrostatyczne. Geddes usłyszał siebie wygłaszającego to stanowcze stwierdzenie. A więc Hanlon znowu miał rację. Pewnie z Ziemi wyglądało to, jakby wybuchł stos paliwowy. Jeżeli oczywiście pozostał tam jeszcze ktoś, kto nas obserwuje. Jakimś cudem nie było poważniejszych uszkodzeń. Sprowadzili statek rufą do dołu na oczekującą ich powierzchnię Wenus. „Srebrna planeta” — stwierdził Lowe z nagłym spokojem. „Miała stać się nową Ziemią.
Pamiętacie?” Trwało to do chwili, kiedy nie odkryli przyczyny spokoju Hanlona. Wykorzystując ich zaabsorbowanie lądowaniem, włamał się do szafy z zapasami, znajdując plastikową butelkę z alkoholem medycznym i zaszedł już daleko na drodze upijania się w trupa. Kiedy zabrali mu buteleczkę, zaczął ich paskudnie przeklinać. „Idźcie i weźcie sobie tę waszą planetę, wy syntetyczni bohaterzy. Nie chcę nawet kawałeczka. Do diabła! Żałuję, że nie zostałem na Ziemi”. Wyszli na zewnątrz, popędzani przez uwarunkowanie polegające na prostej sugestii posthipnotycznej. Tym razem jednak nie powtórzyli błędu polegającego na pozostawieniu pasażera na gapę na wolności. Złapali siłą szalejącego Hanlona i zanim nałożyli skafandry oraz wyszli ze statku, ponownie przywiązali go do fotela leżanki przy stanowisku radiowym.
Zeszli po długiej drabince załogowej i stanęli razem na obcej ziemi, czując przelotny dreszcz dumy ze swego osiągnięcia, przewidziany i zaaprobowany przez ich mentorów z Fundacji. Ich uniesienie było jednak krótkotrwałe. Przypomnieli sobie, co się stało na Ziemi oraz że nie ma już powrotu do domu i że pozostała im tylko posępna procedura eksploracji planety, która nigdy nie zostanie wykorzystana. Statek wylądował koło czystej, płytkiej rzeki zasilającej swym ospałym nurtem większą rzekę, niknącą w dali, w rozlewającym się na sporej części horyzontu parującym morzu. Niebo nad nimi stanowiło gładką, srebrną skorupę ozdobioną ogromnym kołem z tęczy otaczającym miejsce, w którym za milami przesiąkniętego oparami powietrza kryło się słońce. Teren był pofałdowany, pokryty darnią i poznaczony zalesionymi pagórkami. Wznosił się od rzeki do linii niskiego pogórza strzegącego purpurowego łańcucha znajdujących się za nimi gór. Między statkiem i wzgórzami spokojnie pasło się, niewzruszone hałasem lądowania Terry 4, rozproszone stado tłustych, czarno-białych, łaciatych stworzeń. Metodycznie zabrali się za swoje sprawy, wypełniając niewielkie sterylizowane pojemniczki próbkami powietrza, gleby i roślin. Lowe podszedł do brzegu płytkiej rzeki i nabrał pełną butelkę wody, zostawiając za sobą w błocie wielkie, bezkształtne ślady wyglądające bardziej na trop ogromnego potwora niż człowieka.
Przyniósł wodę z powrotem do Geddesa i Hoviga i we trójkę stali ze swą zdobyczą w rękach, spoglądając na siebie głupim wzrokiem. „Ale co my z tym będziemy robić?” — spytał Lowe. — „Czemu po prostu nie pójdziemy na statek, nie przeciążymy go do masy krytycznej i nie skończymy z tym wszystkim? Jaki to ma sens?” Próbowali wymyślić jakąś odpowiedź na to pytanie, kiedy zobaczyli, że przez rzekę płynie łódź. Prymitywna baria o kształcie przypominającym nocnik, zbudowana z resztek metalowych arkuszy, wprawiona w ruch wiosłami przez dwie kobiety, bez wątpienia należące do ludzkiej rasy. Obie ubrane były w skąpe, utylitarne części garderoby uszyte z bladozielonego spadochronowego jedwabiu. Ich nagie ramiona błyskały bielą w srebrnym świetle słońca. Długie rude włosy powiewały swobodnie na wietrze. Hovig jako pierwszy znalazł język w gębie. Hanlon znów miał rację.
Connorsowie jednak bezpiecznie wylądowali na powierzchni Terron 2. Prowizoryczna łódź dotarła do brzegu. Dziewczyna na dziobie wstała, pewnie dzierżąc w rękach przestarzały karabin energetyczny. „Rzućcie broń” — władczo zawołała. — „I ściągnijcie te kretyńskie skafandry. Popatrzmy, jakich ludzi tu przyniosło, zanim powitamy was na naszej planecie”. Bez oporu rzucili na ziemię pistolety i ściągnęli niezgrabne skafandry, oddychając ciepłym powietrzem z ulgą ludzi nagle ostudzonych z koszmarnego snu. Podeszli do linii wody z poczuciem przeznaczenia, jakie na nich spadło. W łodzi ze wstrząsem stwierdzili, że nie są gośćmi, lecz jeńcami. Obie kobiety ostrożnie wycofały się na rufę, ostentacyjnie trzymając broń w pogotowiu.
Geddes i Hovig wiosłowali. Lowe próbował cierpliwie nawiązać rozmowę. Dowiedział się co nieco oprócz samego faktu ich obecności tutaj. Dziewczyna z karabinem nazywała się Myrna Connors, a jej siostra miała na imię Glenna. Ich matka i starszy brat zginęli w wypadku podczas lądowania Terry 2, zaś sam Sean Connors uległ w tej samej katastrofie trwałemu paraliżowi. Czekał na powrót swych córek w obosie. Obie kobiety nie miały jeszcze trzydziestki. Były ładne w fundamentalny sposób, ewidentnie wrogie i całkowicie pozbawione typowych dla kobiecych manier ograniczeń. Słuchały bez żadnych uwag, tak jakby ich to nie interesowało ani o to nie dbały, relacji Lowe'a z tego, co wydarzyło się na Ziemi. „Kiedy Terra 2 się rozbiła, żadna z nich nie mogła mieć więcej niż siedem, osiem lat” — pomyślał Geddes.
Przez 18 lat nie widziały żadnej istoty ludzkiej poza swoim ojcem i nie czuły śladu współczucia dla świata, który już zupełnie zapomniały. Dotarli do obozu Connorsa późnym popołudniem, kiedy halo słoneczne miało właśnie dotknąć horyzontu na zachodzie. Znaleźli się teraz wyżej niż na podgórzu. Powietrze było tu chłodniejsze i parę otwartych torfowych łąk było usianych delikatnymi, jasnożółtymi małymi kwiatkami. Samo obozowisko było prymitywne. Otaczał je stustopowy płot z drewnianych konków powbijanych w miękką ziemię. Składały się na nie trzy nędzne, kryte strzechą chaty. Myrna Connors trzymała ich pod bronią koło środkowej chaty, zaś jej siostra weszła do środka. Rozległo się krótkie szemranie głosów. Głos dziewczyny mieszający się z niższym, ochrypłym pomrukiem mężczyzny.
Kiedy Glenna wyszła na zewnątrz, jej nastawienie zmieniło się w jakiś nieokreślony sposób, a kiedy popatrzyła na trzech mężczyzn, jej wzrok zawisł na nich z wyrazem dziwnej spekulacji. „Ojciec chce się teraz z wami zobaczyć” — oznajmiła. — „Nie dyskutujcie z nim. Jest bardzo słaby, a kłótnie go denerwują”. Kiedy weszli do chaty, zobaczyli Seana Connorsa rozpartego na prymitywnej kozetce zrobionej z ocalałej z wypadku leżanki antyprzeciążeniowej. Był to kruchy i poskręcany starzec o łysej, piegowatej głowie i dziko skłębionej rudej brodzie. Ostre niebieskie oczy, które skierował w ich stronę, miały w sobie niezwykły ogień umysłu podążającego daleko poza granice bezpieczeństwa. „A więc wszyscy się pozabijali” — wyszeptał i wydał z siebie kaszlący odgłos, który można było uznać za śmiech. — „A wy jesteście najlepszym, co mogli wysłać, żeby dalej podtrzymać rasę”. Gniewnie zamrugał, kiedy Gedes próbował mu odpowiedzieć.
„Nie dyskutuj ze mną. Z jakiego innego powodu mieliby was tu wysłać, kiedy Ziemia zamieniła się w stertę popiołów? Ale jest was trochę za wielu. Będziecie musieli ciągnąć losy”. Kiedy stali w milczeniu, wpadł w starczą wściekłość i zorientowali się, że był bez reszty opętany jedną ideą. „Wy, głupcy, chcecie się spierać z przeznaczeniem? Albo może przysłali mi tu załogę nienaturalnych dziwolągów, którzy są do niczego dla kobiet”. Dostał ataku kaszlu, dusząc się swym własnym gniewem. Kiedy wyszli od niego, wpadł w ciąg zrzędliwych pomruków. Jego pusta paplanina grzęzła w skątnionej brodzie.
Obie kobiety czekały na zewnątrz. Myrna Connors odłożyła swój karabin, a jej spojrzenie przybrało taki sam jak u siostry wyraz spekulacji. „Ojciec ma rację” — powiedziała. — „Glenna i ja omówiłyśmy to między sobą i uważamy, że w waszej trójce jest coś takiego, co czyni was za bardzo podobnymi do siebie, żebyśmy mogły wybrać. Będziecie musieli urządzić losowanie”. „Chciałybyście załatwić to w taki sposób?” — z niedowierzaniem dopytywał się Hovig. — „To jak, mamy rzucić monetą czy ciągnąć słomki?”. Nachyliła głowę w stronę chaty, nasłuchując majaczeń ojca. „Ojciec nie przeżyje dłużej niż jeszcze miesiąc, może dwa. Potem co innego nam pozostanie?
Co za różnica, jak to się stanie?”. Stali tam w milczeniu, podczas gdy pryzmatyczne halo słoneczne ześlizgnęło się na zamgloną linię odległego horyzontu. Zerwał się chłodny wiatr niosący za sobą zapach żółtych torfowych kwiatków, a gdzieś z położonych niżej równin dolatywały ryki czarno-białych roślinożerców, brzmiące jak zmutowane gruchanie gołębi. „Oczywiście, macie rację” — stwierdził Gedes. — „Musimy myśleć o przyszłości rasy oraz nas samych. Będziemy ciągnąć losy”. Odeszli na bok pod kompozytową ścianę chaty, pozostawiając kobiety wpatrujące się w nich z nieskrywaną niecierpliwością. Gedes podniósł suchą gałązkę i połamał ją na trzy części, dwie długie i jedną krótką. „To rozwiązanie daje nam coś więcej” — powiedział, uważnie ściszając głos. — „Jest niezależne od naszej opinii, a nasze opinie nie są takie same, jakie by były, gdybyśmy nie zostali tak gruntownie uwarunkowani, aby...”.
„Zapomniałeś o czymś, Gede” — wtrącił się Hovig. — „Co z Hanlonem?”. „Nie zapomniałem o Hanlonie” — odparł Ged. — „Właśnie dlatego chciałem porozmawiać z wami na osobności. Ponieważ jakimś cudem otrzymaliśmy szansę, aby rozpocząć wszystko od początku. Tym razem wiedząc dostatecznie dużo, by uniknąć starych śmiertelnych błędów. My jesteśmy stabilni, a Hanlon nie. To właśnie dlatego Fundacja wybrała nas, a jego odrzuciła. Rozumiecie chyba, że nie możemy podjąć ryzyka, aby Hanlon się wtrącał z tym swoim całym hedonizmem i stosunkiem do kobiet. Czy chcecie pozwolić na wpuszczenie takiego dzikiego nurtu w nową rasę?
Nie będzie to łatwe, ponieważ jesteśmy uwarunkowani przeciwko osobistemu użyciu przemocy, ale będziemy musieli pozbyć się Hanlona”. Wpatrywali się w niego, przetrawiając pomysł. „Nie musimy stosować przemocy” - poddał im Gedes. „Już jest pod hypnolem. Musimy tylko trzymać go pod nim przez cały czas.” Lovell pokręcił przecząco głową. „Ja nie mógłbym tego zrobić, Gede. Nie jestem w stanie zmusić się do tego.” Hovig był twardszy. „To jedyny sposób. Hanlon błagał nas o jałmużnę, a potem ukradł nasze zegarki, żeby się tutaj przeszmuglować. Nigdy nie zostawi nas w spokoju.
Będzie sprawiał takie kłopoty, że w końcu będziemy musieli go zabić. Dlaczego więc nie zrobić tego teraz, kiedy jest to znacznie łatwiejsze?” „A więc ustalone” - stwierdził Gedes. „Ci dwaj z nas, którzy wygrają, zostają tutaj. Przegrany wraca na statek i załatwia sprawę z Hanlonem. Gotowi?” Skinęli głowami. Gedes wyciągnął zaciśniętą pięść, z której ledwie wystawały końce patyczków. Lovell z dolną wargą przygryzioną do białości równymi zębami protezy jako pierwszy wyciągnął długi patyczek. Hovig wyciągnął drugi. Gedes otworzył dłoń i popatrzył na krótki patyk, który pozostał mu w ręce. Jakoś wcześniej nie wydawało mu się możliwe, że przegra.
To było jak śmierć. Coś, co przydarza się tylko innym. „No dobrze” - powiedział. „W końcu to był mój pomysł, co nie?” Odszedł, ciągle ściskając patyczek w dłoni. Przed zapadnięciem nocy udało mu się pokonać drogę do rzeki oraz do Terry 4. Siedział na mokrej od rosy darni, opierając się plecami o drabinkę wejściową, kiedy usłyszał, że nadchodzą. Z otwartego włazu nad nim bił w ciemność stożek światła, wbijając swój żółty palec we mgłę i rozsiewając dookoła rozproszoną poświatę sięgającą aż do położonej w dole rzeki. Hanlon leżał obok niego na trawie, ogolony, wykąpany i przebrany w czyste spodenki oraz podkoszulek. Kiedy Gedes obudził go spod hypnolu, zjadł potężny posiłek i znudzony oczekiwaniem uciął sobie drzemkę. Jego pierś unosiła się i opadała w równym rytmie snu.
Hovig i Lovell z chlapaniem przepłynęli przez rzekę i wyszli z ciemności z rozwianymi włosami i oczyma błyszczącymi na wymizerowanych twarzach. Byli wybłoceni, brudni i załamani. „Nie zrobiłeś tego” - ochryple stwierdził Hovig, kiedy zauważył leżącego Hanlona. „Dzięki Bogu.” „Jak się domyśliłeś? Siedziałem tu przez całą noc, rozmyślając nad tym” - odparł Gedes. „Myślałem o was tam w górze, o waszych prawach zwycięzców i na tę myśl powinno mnie ogarnąć podniecenie. Nic jednak nie czułem i w końcu zrozumiałem dlaczego. Wyrzuciły was, co?” Uciekli wzrokiem na bok. „To było straszne” - wyznał zawstydzony Lovell. „Wpadły w furię.
Chciałem umrzeć.” „A więc Hanlon jeszcze raz miał rację” - podsumował Gedes. „Czy nie uderza was, że miał rację za każdym razem? Instynktownie wiedział od początku, że naturalna wojowniczość mężczyzny wynika z jego płciowości oraz że Fundacja nie zaryzykuje kłopotów między nami podczas wyprawy. A więc wyeliminowali je. Właśnie dlatego wybudziłem Hanlona spod hypnolu, ponieważ on nie zaszedł aż tak daleko, zanim go wylali. Ponieważ to on jest naszą ostatnią nadzieją utrzymania rasy przy życiu.” Cała trójka stała i z pewną obawą w oczach obserwowała grę snów na uśpionej twarzy Hanlona. „Zastanawiam się tylko” - powiedział Lovell - „czy coś podobnego mogło się już kiedyś wydarzyć. Czy ta cała sytuacja nie jest podobna do jednego z tych starych pism pergaminowych wykopywanych przez archeologów, których poprzednia zawartość została wymazana i nadpisana przez nową? Zdaje się, że to się nazywa palimpsest. Skąd my w zasadzie pochodzimy?
Taku źródeł.” Gedes podszedł i szarpnięciem obudził Hanlona. „Na brzegu rzeki znajdziesz łódź” - oznajmił mu. „Możesz rozpocząć wszystko od podstaw. Zupełnie nowy świat, Hanlon. Zajmij się tym.” Wspięli się po drabince i już mieli zamknąć za sobą właz, kiedy usłyszeli plusk wody płynącego przez rzekę Hanlona. Chwilę później doleciał do nich jego głośno dźwięczny wrzask, niknąc bez echa na rozległej równinie. „Nie tracił czasu na szukanie łodzi” - z zazdrością zauważył Hovig. Przypinali się właśnie w przygotowaniu na ostatni lot Terry 4, kiedy Gedes roześmiał się po raz pierwszy od czasu startu z Ziemi. „Myślę, że Lovell ma rację” - powiedział, kiedy zaczęli się w niego wpatrywać. „Szkoda, że nie będziemy mogli wrócić tu po kilkuset pokoleniach.
Zastanawiam się, jak będzie wyglądać ta cała planeta Hanlona.” „I dlatego możemy z pewnością powiedzieć, że nie pochodzimy od Ziemian” — zakończył swój raport dla Wenusjańskiego Towarzystwa Archeologicznego Mahbrin. Jakże moglibyśmy poważnie rozważać pokrewieństwo z ludźmi, których skóra i włosy są czarne? Spotkanie było szeroko transmitowane i na całej powierzchni srebrnej planety sto milionów innych rodowosych Wenusjan pokręciło głowami we wstrząśniętym zdziwieniu i w pełni się z nim zgodziło.
[54:35] - Tak, proszę państwa, to teraz według rozpiski czas na Filmotekarium. Dzisiaj film ciekawy i pobudzający do myślenia. Jego tytuł jest niewinny, ale zaręczam państwu, że jeśli państwu przypadnie do gustu, to może być początkiem bardzo wielu rozmyślań. Ten tajemniczy i niewinny tytuł to „Bugonia”. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium o filmie, który daje do myślenia. Może się podobać, może się nie podobać, ale zostawia nas z kilkoma problemami do przemyślenia. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[55:28] - Dzień dobry wieczór. Dzisiaj kolejny film, jakby nie patrzeć o kosmitach, ale też o teoriach spiskowych, ale też o wielu aspektach filozoficznych. Film może trochę lepszy niż dotychczasowo omawiane filmy o kosmitach. Na pewno z lepszą obsadą, na pewno droższy w realizacji. Powiedzmy sobie szczerze, drodzy państwo, te ostatnie filmy z obcymi, które omawialiśmy, a było ich kilka, dlatego, że zawsze je omawiamy, a przynajmniej staramy się omawiać te dzieła, w których kosmici się pojawiają, to nie było nic dobrego, to było kino niższych lotów. A dzisiejszy film to jest, jakby nie było, powtórka scenariusza, który znamy, scenariusza pod tytułem: ludzie łapią kosmitę. Całkiem niedawno nawet omawialiśmy bardzo podobny w sumie film, kiedy ludzie schwytali obcego, ale w tym dziele, który dzisiaj omawiamy, czyli w „Bugonii”, wygląda to trochę inaczej. Co to jest? Czy to jest sci-fi, czy to jest komedia sci-fi, czy to jest jakaś zupełnie nowa kategoria filmu? Na pewno sci-fi to jest w jakimś stopniu.
Jest to też mix gatunkowy na pewno, czyli fantastyka połączona z kinem niezależnym, psychologicznym, troszeczkę z komedią i z jakąś farsą, bo ten film jest momentami, może nie surrealistyczny, ale ociera się, powiedzmy, o tą sferę. „Bugonia” jest filmem nowym, natomiast jest remake'iem południowokoreańskiego filmu z 2003 roku. Marek tutaj będzie miał pewnie coś o nim do powiedzenia. W rolach głównych Emma Stone i Jesse Plemons. Jeżeli ktoś nie zna Jessego Plemonsa, to powiem tak: wystarczy spojrzeć na tą osobę i uświadomicie sobie, w jak wielu produkcjach się on pojawił. Co można jeszcze powiedzieć na wstępie? Wśród twórców tego filmu jest wiele nazwisk, ale jest też nazwisko Ariego Astera. To jest twórca „Hereditary” i „Midsommar”, czyli jednych z dwóch lepszych horrorów ostatnich lat. Ale Ari Aster to jest też twórca filmu „Bo się boi”. To jest mniej udana produkcja, balansująca na pograniczu komedii, farsy i science fiction również albo horroru.
I to „Bo się boi”, a Bo to jest imię głównego bohatera, nie że bo, bardzo było do „Bugonii” podobne pod kilkoma względami. Teraz sobie to uświadomiłem. W każdym razie, wiesz, Marku, moglibyśmy o tym filmie długo mówić, ale jest tu kilka problemów. Po pierwsze jest to dość prosta historia i ja nie wiem, w jakim zakresie my możemy niektóre rzeczy zdradzić, dlatego, że chyba nie będziemy odbierać zabawy, dlatego ograniczymy się do niezbędnych komentarzy. A druga sprawa, która mnie nurtuje, to czy ten film zadowoli takich hardkorowych fanów sci-fi. Tego nie wiem. Nie wiem, czy akurat tego się spodziewają. Od czego w ogóle się ta historia zaczyna? Od pary zwolenników teorii spiskowych, spokrewnionych ze sobą mężczyzn, społecznych wojowników, którzy porywają po prostu po chamsku pewną wysoko postawioną kobietę, pracownicę koncernu farmaceutycznego, tak to nazwijmy. To jest też motywowane zemstą w pewnym stopniu.
Natomiast oni dochodzą do wniosku, a szczególnie jeden z nich, że ta kobieta i w tej roli Emma Stone. Nie wiem, czy ona ci się podobała w tej roli, mnie tak średnio. Ta Emma Stone jest tak naprawdę ich zdaniem przedstawicielką wysokiego rodu Andromedan, pozaziemskiego gatunku, który ma kontrolować ludzkość. I mając ją w garści, oni chcą wymusić pertraktacje z kosmitami i przedstawić swoje warunki. Można z tego wywnioskować, że to jest komedia, że nie można tego brać na poważnie, ale W tym filmie nic z biegiem czasu nie wydaje się takie, jakim jest na początku. Szybko okazuje się, że ci nasi bohaterowie, tacy na pozór niewinni, mają też swoje drugie oblicza.
[01:00:09] - Tak, ale ja muszę powiedzieć o tym, że my dosyć szybko zaczynamy podejrzewać, że mamy do czynienia z bandą świrów. Właściwie z dwójką świrów kompletnych, bo kiedy oni porywają ową panią, już są nastawieni, że to jest kosmitka i w ogóle trzeba jej włosy obciąć, żeby nie przekazywała obcym, swoim pobratymcom informacji i w ogóle trzeba ją kremować specjalnym kremem antyhistaminowym czy histaminowym. Już nie pamiętam, bo te fakty przekazywane nam przez tych młodych ludzi są, mamy wrażenie, absurdalne. Po prostu banda świrów. To jest najlepsze określenie. I my właściwie z biegiem czasu utwierdzamy się w tym przekonaniu, a bohaterowie na ekranie utwierdzają się w swoich przekonaniach, że oto właśnie dorwali kosmitkę i ona stanowi klucz do rozwiązania pewnych ziemskich problemów. A ten kontakt z bardzo wysokim przedstawicielstwem Andromedan, którzy gdzieś tam się zbliżają w statku kosmicznym, ma nastąpić podczas zaćmienia księżyca. Zostały trzy dni i my przez te trzy dni wędrujemy z tymi gośćmi i właściwie utwierdzamy się, że to są wariaci. Bardzo długo jesteśmy przekonani, że to są wariaci. Piotr wspomniał o pierwowzorze.
To jest koreański film "Save the Green Planet" i powiem Państwu, nie oglądajcie tego filmu, chyba że bardzo lubicie dalekowschodnie kino i pewien sposób narracji i pewien sposób emocji, który jest wyrażany w takim kinie, wam odpowiada. To wtedy oglądajcie. Ale to jest gorszy film. Ten pierwowzór jest gorszy pod względem technicznym, pod względem fabularnym. Tam pewne rzeczy są odwrócone, ale właściwie jest to odpowiednik. Powiem tak, ten nowy film "Pugonia" jest po prostu lepiej zrobiony, sprawniej zrobiony. Pewne dłużyzny są pocięte, wycięte i akurat to bardzo na korzyść temu filmowi robi. Ale jest końcówka tego filmu i powiem Państwu tak: ja sobie tę końcówkę wymarzyłem. Kiedy oglądałem film o bandzie wariatów, doszedłem do wniosku, że to byłby fajny twist. Pewno nieodkrywczy, bo wielu z Państwa dojdzie do wniosku, że fajnie by było.
I coś w rodzaju takiego twistu na końcu oglądamy i nawet jak się go Państwo spodziewacie, to i tak on Państwa zaskoczy. I to jest paradoks. Jest zaskakująca ta końcówka, a w dodatku końcówka końcówki jest jeszcze bardziej zaskakująca. Mówiąc szczerze wymiękłem, bo w dodatku okazuje się, proszę Państwa, że teorie spiskowe, nawet te najdziksze, mogą być prawdą. I to jest pokazane, dlaczego mogą być prawdą. Mówiąc szczerze, z tego względu ten film mi się podobał, nawet jak mi się chwilami nie podobał. Wiem, to taka dosyć skomplikowana figura retoryczna, którą zastosowałem, ale uwierzcie mi Państwo, że ten film ma chwilami momenty, które drażnią, które mogą w jakiś sposób denerwować. Chciałem użyć słowa parlamentarnego, więc po prostu denerwować. Ale końcówka wynagradza to i wierzcie mi Państwo, jeśli już teraz domyślacie się, jak to się odwróci na końcu, to i tak nie domyślacie się Państwo wszystkiego. I z tego względu ja sobie ten film chwalę.
Chwalę go sobie przy świadomości, że mógłby być lepszy. Ale po tym, jak obejrzałem pierwowzór koreański, to wiem, że on jest i tak bardzo dobry. Cóż, proszę Państwa, poza tym dla wszystkich, którzy tak jak ja na przykład lubią śledzić teorie spiskowe, a wiem, że takich ludzi jest bardzo dużo, którzy mniej lub bardziej angażują się w te teorie, a jeśli nawet się nie angażują, to przynajmniej lubią wiedzieć, co w trawie piszczy, co kto, kiedy, gdzie, skąd, dokąd, po co, dlaczego i tak dalej. Lubią wszystko wiedzieć. To muszę powiedzieć, że troszeczkę przeglądamy się my wszyscy w krzywym zwierciadle, obserwując losy tych dwóch porywaczy oraz porwanej kobiety. My przeglądamy się w krzywym zwierciadle, bo od początku mówimy sobie: "Nie no, oni bredzą". Pewność, z jaką oni wypowiadają pewne kwestie dotyczące obcych, jest nawet drażniąca. Przecież skąd oni mogą to wiedzieć? Okazuje się, proszę Państwa, że możemy się znowu zdziwić. Mówię tak ogródkami, ponieważ nie będziemy tego filmu opowiadać do końca.
Myślę, że to, co powiedzieliśmy, jest na tyle intrygujące, że ci, co chcą, po film sięgną. Ale wierzcie mi Państwo, nie opowiedzieliśmy tej końcówki końcówki. Warta ona jest tego, żeby ją zobaczyć. Zdaje się, teraz w tej chwili uprawiam reklamę i taką zachęcajkę robię z tego wszystkiego, ale myślę, że nie będziecie mieli Państwo do mnie pretensji. Film wydaje mi się Interesujący.
[01:05:58] - Interesujący jest na pewno. Tylko że to jest też dość prosta historia, więc nie będziemy wam zdradzać za wiele. Ale powiedzmy, że oprócz dawki teorii spiskowych mamy tam pewne zakamuflowane, może nawet nie tak bardzo ukryte odniesienia do teorii o starożytnych astronautach, bo mamy tych Andromedan. Nie mówi się wprost o Annunakich, ale przychodzi to na myśl. W pewnym momencie temat jest wyłożony wprost. Otóż przybysze z kosmosu, owi Andromedanie, po niechcącej ingerencji, że tak to nazwę, w naszą planetę postanawiają w ramach rekompensaty powołać rodzaj ludzki, ale nie będę już dalej wchodził. Jest, Marku, jeszcze jeden symbol, bardzo ciekawy, który nam się pojawia kilkakrotnie i którym operują twórcy tego filmu, mianowicie płaska Ziemia. To na pewno zauważycie. Krytycy, którzy ten film komentowali, zwykle to zaglądam na Filmweb, pisali różne rzeczy, czasami takie pseudointelektualne wypociny jak to oni. Nie chcę nawet tego komentować, bo takie rozkminy to bolą.
Będą jednak tacy, którzy wyniosą z "Bugoni" lekcję, o której wspominałeś, że nawet najdziksze teorie mogą kryć w sobie ziarno prawdy. Ale to jest tylko jedna z interpretacji tego wielopoziomowego dzieła. Ale teraz wniosek kontrowersyjny z mojej strony, bo o ile ten film jest dobrze zrealizowany, jest z doborową obsadą, to muszę powiedzieć, że ja się bawiłem na "Bugoni" kiepsko. Trudno powiedzieć w sumie dlaczego mi się przestała podobać. Nie wiem, z perspektywy czasu może chodzi o bohaterów, którzy są tacy dość, nie tyle, że niesympatyczni, mało się z nimi utożsamiałem na przykład. Druga sprawa to, że ten film jest w pewnym stopniu przewidywalny. Jest też przydługi, dość przydługi jak na warunki takiej prostej opowieści. Inna rzecz, o ile tam są zwroty akcji, bo są, to nie ma tam takiej temperatury, która by mnie ogrzała, jak śpiewał Michał Bajor. Oczywiście to jest tylko moje zdanie, ale gdybym miał obejrzeć drugi raz, to bym chyba darował sobie. Nie wiem dlaczego.
Film jest okej, jest naprawdę okej. W porównaniu do tego, co żeśmy otrzymywali do tej pory z kosmitami w tle, to jest cynez, ale może po prostu nie dla mnie. To wszystko zależy oczywiście od percepcji. I tutaj nie mówię, że wam się to ma nie podobać czy wam się nie będzie podobało, bo sami wiecie, jak jest. Natomiast ja w filmach, i to chyba podkreślamy od początku, kiedy leci filmotekarium, że poszukujemy historii, opowieści. I tutaj ta opowieść jest. Jest, trzeba powiedzieć i jest bardzo wyraźna. Natomiast z drugiej strony "Bugonia" przypomina nam też dwa względnie nowe filmy science fiction, które żeśmy omawiali i które były podobne bardzo stylowo. Pierwszy to jest "Miki 17". Ten taki dziwny film wyreżyserowany też przez Koreańczyka.
Pamiętacie, omawialiśmy go. Tam główny bohater ginie i pojawia się cały czas. Drugi film, który jest troszeczkę podobny, to jest ten "Kosmonauta". Ten "Kosmonauta" z Adamem Sandlerem i z wielkim kosmicznym pająkiem, czyli jakiś czeski kosmonauta leci w kosmos i tam spotyka tego pająka. Czyli duża dawka symboliki, duża dawka specyficznego humoru. Natomiast te dwa filmy, czyli "Miki" oraz "Kosmonauta" były gorsze. To jest podobna tematyka, natomiast "Bugonia" ma pewną przewagę. O czymś jest.
[01:10:13] - Tak. Tak sobie myślę, że kilka elementów w tym filmie może się podobać. Nie mogę sobie odmówić tego, że scena z szafą to jest scena, która mnie nie tyle powaliła, co podziwiam za pewną kreatywność, bo najpierw dochodzimy do wniosku, że jednak wariaci, ewidentni wariaci, a później ta odwrotka, która następuje. Wierzcie mi państwo, mogę tylko powtórzyć to, co powtarzam od początku dzisiejszej audycji. Można się przy tym filmie rozmarzyć tak po prostu spiskowo, ale też fantastycznonaukowo. I to tyle. Bardzo uważam dzisiaj na słowa, żeby jednak nie zepsuć państwu zabawy, bo tak jak powiedziałem, jeśli nawet państwo uważacie, że my już ten film opowiedzieliśmy, to nie, nie opowiedzieliśmy go. Ja w każdym razie, pomimo wątpliwości Piotra, polecam państwu. Proszę państwa, czas teraz na polecanki z pogranicza. Zapraszam.
Patronem tej części naszej audycji jest księgarnia Galeria Nieznanego Świata. Księgarnia, która mieści się na ulicy Kredytowej 2 w Warszawie. Czynna jest od poniedziałku do piątku, od 10:00 do 18:00 i tam drogą kupna można nabyć wszystkie te książki, które omawiamy w polecankach z pogranicza. Jeśli ktoś w Warszawie nie mieszka albo nie planuje podróży do stolicy, to zapraszam na stronę nieznany.pl. Tam Te książki są również do wyśledzenia i do zakupu. To jest chyba najważniejsze. A teraz przejdźmy już do tytułów. Autorką pierwszej książki jest znana i szanowana przez słuchaczy Radia Paranormalium Ada Edelman. Tytuł książki: „Opowieści z Biura Duchów”. Wydawnictwo Samsara.
Data wydania: 2022 rok. Prawdziwe historie osób, które doświadczyły kontaktu z drugą stroną. Biuro Duchów to nazwa popularnego bloga, na którym autorka zamieszcza historie o duchach i życiu po życiu. Przekazy pochodzą w większości z listów nadsyłanych przez czytelników, którzy chcieli podzielić się swoimi przeżyciami. „Opowieści z Biura Duchów” to prawdziwe historie osób, które doświadczyły kontaktu z drugą stroną, otrzymując ostrzeżenia, ważne informacje lub wsparcie od bliskich, którzy odeszli. To także relacje ludzi, którzy doświadczyli przeżyć z pogranicza śmierci. Ta książka zabiera czytelnika w emocjonującą podróż w poszukiwaniu nieznanego i jest dowodem na to, że poza nami istnieje inny świat, a życie nie kończy się ze śmiercią. We wstępie do tej książki Piotr Cielebiaś napisał: „Nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że choć ludzkość dokonała w ostatnich kilkudziesięciu latach ogromnego postępu, duchy nadal pozostają zagadką. Więcej niż akademicka nauka o naturze bytów niefizycznych mogą nam powiedzieć opowieści ludzi, którzy się z nimi zetknęli. Wejdźcie więc do Biura Duchów i posłuchajcie historii z życia”.
A ja przypomnę, ta książka nosi tytuł „Opowieści z Biura Duchów”. Autorka Ada Edelman, wydawnictwo Samsara. Data wydania rok 2022. Kolejna książka nosi tytuł „Atlas Istot Pozaziemskich”. Autorka Anna Głowacz, wydawnictwo Iriah. Data wydania czerwiec 2025 roku. Ludzie od dawna się zastanawiają, czy istnieje życie na innych planetach. Czy jesteśmy jedynymi istotami, którym udało się wyewoluować tak wysoko, by tworzyć rozległe cywilizacje? Odpowiedź jest tylko jedna. Nie jest przecież możliwe przy takiej mnogości galaktyk i planet, by życie nie rozwinęło się nigdzie poza naszą planetą.
Ziemia jest wyjątkowa. Owszem. Mówi to każda pozaziemska istota, z którą udało mi się choć przez chwilę porozmawiać. Ale nie jest jedyną planetą zdolną do utrzymywania inteligentnych i rozwiniętych form życia. Rządy światowe od dekad ukrywają przed nami informacje o istnieniu istot pozaziemskich i o ich licznych kontaktach z ziemską cywilizacją. Nadszedł czas ujawnienia. To, co było dotąd nieznane, zostanie odkryte. Ten atlas pozwoli ci rozpoznać, z jakimi istotami masz do czynienia, gdy już dojdzie do kontaktu, a fakt ten jest nieunikniony. Wiele cywilizacji mieszka tuż obok nas, na naszej planecie, w ukryciu, poza możliwościami naszego postrzegania. Poznasz, choć pobieżnie, te piękne i ciekawe rasy, od których tak wiele możemy się nauczyć.
Zapraszam cię zatem w podróż po najodleglejszych zakątkach wszechświata. Zapraszam na spotkanie z istotami, które zechciały nam o sobie opowiedzieć. Przypomnę państwu tytuł: „Atlas Istot Pozaziemskich”. Anna Głowacz, wydawnictwo Iriah. Data wydania czerwiec 2025 roku. I trzecia książka, którą spora część z państwa zapewne świetnie zna, bo to książka, która wyszła w roku 2014 we wrześniu. Ale myślę, że w ramach przypominania książek ciekawych warto o tej książce powiedzieć. Nosi ona tytuł: „Ręce precz od tej książki”. Autor Jan van Helsing. Tłumacze Anna Gierach, Dobrosław Dowiat-Urbański, Alfred Ostrowski.
Wydawnictwo Biogeneza Stapis. Data wydania, już mówiłem, wrzesień 2014 roku. Z pewnością zastanawiacie się, dlaczego nie powinniście brać tej książki do rąk. Czy to jedynie przemyślany chwyt reklamowy? Otóż nie. Z powodu prezentowanych treści zakazane zostały już dwie książki autorstwa Jana van Helsinga, którego niemieckie mass media zaliczyły do grupy autorów niebezpiecznych. Autorów, przed którymi należy społeczeństwo chronić. Zamiarem Jana van Helsinga było wstrząśnięcie waszym światopoglądem. Stąd rada: ręce precz od tej książki. Musicie, drodzy czytelnicy, liczyć się z tym, że po przeczytaniu tej książki nie będziecie mogli żyć tak, jak żyliście do tej pory.
Być może aż do dzisiejszego dnia myśleliście: „Nikt mi o tym nie powiedział. Skąd więc mogłem o tym wiedzieć?”. Być może dziś jeszcze myślicie, że sami nie jesteście w stanie niczego zmienić. Dzięki tej książce zrozumiecie, że jest zupełnie inaczej. Jeżeli należycie do osób, które nie interesują się tajemnicami, które nigdy nie pragnęły Wewnętrznej harmonii i bogactwa, nie dążyły do sukcesu i osiągnięcia pełni zdrowia, powinniście posłuchać rady i trzymać ręce precz od tej książki. Jeżeli jednak dostrzegacie problemy otaczającej nas rzeczywistości i chcecie poznać tajemnice tak pieczołowicie skrywane przed światłem dziennym, to książka jest właśnie dla was. Pamiętajcie jednak, że zostaliście ostrzeżeni. Ian van Helsing prowadzi was w świat rzeczy i zdarzeń, dzięki którym będziecie w stanie odnaleźć uśpioną w was ogromną siłę. Nie zapominajcie jednak, że na każdym, kto dysponuje taką siłą, spoczywa ogromna odpowiedzialność. Czy naprawdę wierzycie w te utarte frazesy, jakimi karmiono was od dzieciństwa, że człowiek pochodzi od małpy, że budowniczowie piramid przemieszczali kamienie tak ciężkie, że żadna ze współczesnych maszyn nie była w stanie ich podnieść?
Przemieszczali za pomocą jedynie drewnianych pali? Czy nigdy nie zadawaliście sobie pytania, dlaczego flaga, jaką Amerykanie rzekomo umieścili na Księżycu, powiewa na wietrze, chociaż NASA twierdzi, że Księżyc nie posiada atmosfery, a przez to również wiatru? Czy wierzycie we wszystko, co przedstawiają podręczniki historii spisane ręką naszych wyzwolicieli? W myśl zasady: podręczniki historii tworzą zwycięzcy. Chociaż wasi rodzice i dziadkowie opowiadali coś zgoła odmiennego, bo przecież byli częścią tej historii. Przeczytacie w tej książce również o Genesis, Teatrze bogów, Arce Przymierza, tajemnej wiedzy templariuszy, kim był Nostradamus, o prawach kosmicznych, o hrabim de Saint-Germain, człowieku, który wszystko wiedział. Dowiecie się, czy istnieją ciemne moce. Dowiecie się o superdzieciach z Chin. Macie zatem wybór: czy nadal chcecie wieść dotychczasowe życie, czy czujecie, że nadszedł czas, aby samodzielnie kształtować swój los? Przypomnę, „Ręce precz od tej książki”.
Autor Ian van Helsing. Tłumacze Anna Giera, Dobrosław Dowiat-Urbański, Alfred Ostrowski. Wydawnictwo Biogeneza Stapis. Data wydania wrzesień 2014 roku. Ponieważ były polecanki z pogranicza, to zapraszam teraz państwa na małpę, na lektury z pogranicza. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem opowiemy państwu o książce Ericha von Dänikena „Prorok przeszłości”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzisiaj bierzemy na tapet Ericha von Dänikena, a konkretnie jego książkę „Prorok przeszłości”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:21:16] - Dzień dobry wieczór. Witam. Bierzemy go na tapet po raz kolejny, chciałoby się powiedzieć, bo już o Dänikenie żeśmy mówili wielokrotnie w naszym programie. Co nowego jeszcze o tym facecie możemy powiedzieć, kiedy żeśmy przetrzepali go co najmniej dwa, trzy razy z tego, co pamiętam? Nasi słuchacze pewnie znają już i moje, i twoje zdanie na temat Ericha starego. Powiedzmy sobie szczerze, Däniken to jest przede wszystkim twórca literatury popularnej i to jest też pewna marka. Czy on jest twórcą teorii o starożytnych kosmitach, jak się go często nazywa? Dobrze wiemy, że nie jest. Nie jest też najpoważniejszym autorem z tej dziedziny, ale jest na pewno twarzą paleoastronautyki. I jakoś zawsze jest tak, że pomimo tych wszystkich wątpliwości i zarzutów, że tam, gdzie się on pojawia, to jest ciekawość.
Zarzuty wobec Dänikena, jak sami wiecie, były bardzo różne. Mówiliśmy o tych zarzutach naukowych, ale też o tych, powiedzmy, literacko-czytelniczych, ale o nich chyba jeszcze za chwilę powiemy. Dzisiejsza książka, Marku, to moim zdaniem jedno z lepszych dzieł Dänikena, bo jest konkretne, przynajmniej konkretniejsze od tych wcześniejszych. Jest napakowane informacjami i jeżeli ktoś nie zna tego autora, jeżeli ktoś chce rozpocząć przygodę z bogami z kosmosu, to jest chyba najlepsza pozycja. Ona na pewno definiuje to, kim jest Däniken i to, czym on się zajmuje. I „Prorok przeszłości” swoim podtytułem wskazuje nam na to, że będziemy tam mieli maglowane, analizowane dowody na obecność na Ziemi obcych istot czy obcych cywilizacji. Oczywiście te dowody musimy wziąć w cudzysłów. Niemniej jest tam naprawdę sporo treści w tej, jakby nie było, niewielkiej książce i to takiej treści na temat. Tylko czy z tego wynika jakiś wniosek? Do tego przejdę może w drugiej części mojej wypowiedzi, bo wiecie, z Dänikenem jest taki problem i myśmy o tym mówili, że on pisze dużo, on podaje mnóstwo informacji, natomiast z tej informacji niewiele wynika.
A co wynika z „Proroka przeszłości”? Rozpoczyna się ta książka od kwestii biblijnych, takich jak pochodzenie Arki Przymierza, jej dalsze losy, a także powstanie człowieka. I tutaj na samym wstępie poruszone zostają dwie klasyczne hipotezy paleoastronautyczne. Pierwsza, że jesteśmy dziećmi albo wytworami jakichś zaawansowanych istot, wyższych istot. I druga hipoteza, też dość otrzaskana, że Arka Przymierza była tak naprawdę zaawansowaną maszyną podarowaną narodowi wybranemu przez Przez kosmitów, którzy się podszywali pod Jahwe. Jakie miała przeznaczenie? Pewnie domyślacie się, że mogła być urządzeniem komunikacyjnym, że była podłączona pod prąd albo była kultywatorem alg, źródłem pożywienia, źródłem manny. Zobacz Marku, to jest ciekawe, bo ta książka się zaczyna od tematu. Ta książka jest napisana pod koniec lat 70. Ona u nas wychodzi dość późno, bo z tego, co pamiętam w 1995 roku, ale sama pochodzi z końca lat 70.
Zobacz, że Däniken uderza w czułe struny, które są czułe do dzisiaj, czyli UFO w Biblii, obcy w Biblii. To, co interesowało ludzi wtedy i jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności interesuje ludzi nadal. Mówię to patrząc na przykład na statystyki na YouTubie. Temat kosmici w świętych księgach, głównie w Starym Testamencie, to jest coś, co się klika zawsze, pomimo tego, że nie ma tutaj już żadnych nowych informacji. Bo jak? To nam dużo mówi o, być może, przyczynach popularności Dänikena. On trafił doskonale w swojej twórczości w pewien temat, niezwykle nośny. Oczywiście musimy wskazać też na pewne kwestie krytyczne. Ja się tutaj rozgadałem, widzisz, ale muszę powiedzieć, bo cytując ciebie pęknę: zawsze jednak pozostaje ten problem, kiedy mowa o UFO w Biblii. Czy to, o czym oni mówili, czy te wszystkie opisy, metafory, rydwany Boga i tak dalej, czy to na pewno się wszystko wiązało z kosmitami?
Czy to my stosujemy pewien filtr XX-wieczny na opisy, które miały znaczyć coś w ogóle innego? Jakkolwiek jest, temat jest bardzo popularny. Däniken, choć już stareńki, też jest bardzo popularny, ale to nie jest wszystko, o czym on pisze w „Proroku przeszłości”.
[01:26:14] - Tak, Erich von Däniken zdaje się w ogóle nie zauważać takich dziedzin naukowych jak na przykład psychologia religii, psychologia w ogóle i kilku innych dziedzin również. Co trudno traktować jako zarzut, ale jednak uwzględniać to trzeba. Moim zdaniem ta książka przede wszystkim intryguje tym podtytułem, o którym mówiłeś, bo podtytuł brzmi: „Ryzykowne rozmyślania o wszechobecności istot pozaziemskich”. Przyznacie państwo, że jak ktoś taki podtytuł stawia, to po prostu musi osiągnąć swój cel, bo ludzie będą zaintrygowani. To jest jedna z późniejszych książek. On miał taki okres, kiedy bardzo dużo wydawał książek, gdzieś tak od końca lat 60. I tak jak powiedziałeś Piotrze, to jest książka z końcówki lat 70., więc on już przedtem zdołał tych książek trochę naprodukować i być może z tego wynika to, że ta książka jest niezła, bo ona jest obudowana szeregiem przemyśleń, które pojawiły się w tak zwanym międzyczasie. I muszę powiedzieć, że rzeczywiście ona dobrze wypada na tle innych pozycji. W tej konkretnej pozycji von Däniken skupia się nie tyle na pojedynczych artefaktach, jak mu się to zdarzało, czy jakichś zagadkowych budowlach. On się bardziej skupia na figurze proroka, bardzo szeroko rozumianego proroka, jakiejś istoty lub postaci, która w dawnych kulturach występowała jako pośrednik pomiędzy niebem a ludzkością.
To jest właściwie oś, wokół której ta książka się kręci. Von Däniken stara się interpretować proroków, wizjonerów, objawienia. Nie traktuje tych zjawisk jako zjawiska, że są to zjawiska stricte religijne. Raczej mówi o tym, że są to zniekształcone zapisy kontaktu z wysoko rozwiniętą cywilizacją. I to podkreśla właściwie na każdym kroku. W jego ujęciu prorok to jest nie tyle mistyk, ale świadek. Świadek jakiegoś zdarzenia, którego ten człowiek nie potrafił opisać innym językiem niż język religijny. I tak sobie pomykamy przez kolejne strony. Muszę przyznać, że ciekawie to robi. Dużo jest tych różnych przykładów.
Ta książka wpisuje się w taki charakterystyczny dla autora schemat. Reinterpretacja mitów, w tym wypadku Biblii i tekstów starożytnych, w takim kluczu, nazwijmy ten klucz technologiczno-kosmicznym. I to właściwie jest obraz tej książki. Główną tezę ująłbym następująco: religia jest rodzajem zbiorowej pamięci o kontakcie. I myślę, że tę tezę można jeszcze rozszerzyć, że wiele religijnych objawień, wiele takich figur określanych mianem proroków, to są relikty wydarzeń realnych, które zostały później ubrane w symbolikę sacrum. Mamy u Dänikena analizy, wspomniałeś o analizach Biblii. Tam jest Ezechiel, Eliasz. Tam pojawiają się motywy głosu z nieba, ognistych rydwanów, opisy świetlistych istot, które przekazują wiedzę lub jakieś prawa, nakazy. Pojawiają się też motywy nagłych wybrań jakichś jednostek przez istoty wyższe. I Däniken dosyć konsekwentnie przez całą książkę sugeruje, że starożytny człowiek pozbawiony aparatu pojęciowego, o czym już mówiłem, takiego aparatu pojęciowego dotyczącego techniki, ten starożytny człowiek te zaawansowane zjawiska technologiczne musiał interpretować jako zjawiska boskie.
Zresztą my w naszych czasach mówimy bardzo często, że jeśli jakaś cywilizacja byłaby odpowiednio zaawansowana, to odbieralibyśmy jej różne działania właśnie jak magię niemalże. I na przykład Däniken podaje, że przez tę nieumiejętność opisu ogień staje się chwałą Bogu, maszyna staje się rydwanem, a obcy staje się aniołem na przykład. I dla von Dänikena to nie jest żadne bluźnierstwo. To jest próba odmitologizowania religii przy jednoczesnym zachowaniu znaczenia kulturowego tejże religii.
[01:31:33] - To jest też ogromne uproszczenie, a bądźmy szczerzy, on po prostu we wszystkim, gdzie to jest możliwe, widzi kosmitów.
[01:31:42] - Tak, Piotrze, to co mówiłem, że on w ogóle nie uwzględnia dosyć opasłych tomów i dosyć dużego dorobku czegoś, co nazywa się psychologią religii. I to nie jest takie gadanie, żeby gadać, bo naprawdę ta dziedzina jest bardzo rozwinięta, jest bardzo zresztą szanowana na przykład przez religioznawstwo, przez ludzi, którzy kult różnego rodzaju analizują. To nie jest tak, że sobie ktoś wymyślił psychologię religii. To naprawdę działa. Däniken, tak jak powiedziałem, zdaje się tego w ogóle nie zauważać.
[01:32:21] - Tak, i to jest z mojej strony na przykład jeden z większych zarzutów co do jego twórczości. Co jeszcze by tutaj można dodać? Łatwo się przyczepić do wielu spraw. Po pierwsze to my nie wiemy w przypadku Biblii na przykład, jaki był kontekst niektórych opowieści, co oznaczały wówczas pewne symbole, co nam chcieli powiedzieć autorzy. Natomiast wiemy, co chce powiedzieć nam Däniken. Ale nie cała książka, o której dzisiaj mówimy, jest poświęcona Biblii, konkretnie Staremu Testamentowi, bo w tym Nowym to kosmitów jakoś trudno szukać. Tam jest więcej. Tam są artefakty jakieś tajemnicze, Oparcy tak zwane, starożytna mitologia nie tylko grecka, są wątki afrykańskie. Wszystko jest skomasowane w jednej książce, która na pewno daje do myślenia. Tyle że to jest podane też w pewnej skrótowej formie.
To jest minus. I musimy pamiętać o jednej rzeczy, że mówiąc, że tam są informacje, że jest ich dużo, to my nie mówimy, że tam są równoznacznie fakty w tej samej ilości. Czyli trzeba na to patrzeć troszeczkę przez palce. Däniken zawsze dryfował gdzieś między faktem a fikcją. On się poruszał po sferze potencjałów i zawsze czytając go, trzeba pamiętać, żeby nie brać tego w 100% na poważnie, dlatego że my czasami nie wiemy, gdzie on sobie lubił to czy owo nagiąć. Bo on pisał prosto, on ładował mnóstwo informacji w tą swoją narrację, tylko był jeden problem. Problem polegał na tym, że po pierwsze my nie wiedzieliśmy, co jest interpretacją, a co jest faktem, a co jest interpretacją faktu niekiedy, bo kiedy przyglądano się pewnym sprawom, to się okazywało, że można na wiele rzeczy patrzeć z różnych punktów widzenia, nie tylko przez pryzmat starożytnych kosmitów. Ale powraca coś, o czym już mówiliśmy, bo mamy przedstawiony szereg, tak to nazwijmy, dowodów. Pytanie, czy z tego coś wynika, jakiś konkretny scenariusz, bo ludzie by chcieli wiedzieć. Dobrze, piszesz, Dänikenie, o tych kosmitach, to czy z analizy tych wszystkich źródeł wyłania się jakiś obraz tej inwazji czy tej obecności obcych na naszej planecie?
Czy da się to jakoś skonkretyzować? Czy się da przedstawić i powiedzieć: „Oni są tutaj odtąd i odtąd robili to i tamto”? Wydaje mi się, że nie. Niestety nie. I dochodzimy tu do punktu, który jest miękkim podbrzuszem Dänikena, bo już jak pewnie mówiliśmy kiedyś, on zasypuje nas różnego rodzaju historiami, przykładami, anegdotami, cytatami. I po pewnym czasie ten nurt narracji jest już tak silny, że wciąga czytelnika. Świadomość czytelnika zostaje porwana i on zapoznaje się z tymi kolejnymi niesamowitościami. Ale nie wyłania się moim zdaniem z tego jakiś konkretny obraz. Nie wiemy, czy ta obecność obcych jest stała, czy był to przylot jednej grupy, czy to był przylot wielu grup. Zawsze mam taki problem, kiedy analizuję Dänikena, muszę powiedzieć.
Tutaj w przypadku tego autora też mam tak, że do niego się zawsze fajnie podchodziło. Mnie po prostu te jego książki przypominają fajne czasy, ale dzisiaj mam wobec nich mnóstwo wątpliwości. Sam Däniken to jest dziś już bardzo wiekowy pan. Ja nie wiem, czy on się zdobędzie jeszcze kiedyś na wydanie kolejnej książki. Może, nie mówię, że nie. Może jego dzieci, nie wiem, nie chcę prorokować. Wiem, że wyszła jakaś książka po włosku, gdzie on figuruje jako współautor. To było chyba w ubiegłym roku, ale już kiedy mówimy o upływie czasu, to charakterystyczne jest też to Dla dziedziny, którą się Däniken zajmuje, że o dziwo to wszystko jest nadal w miarę aktualne. A to przez to, że w paleoastronautyce niewiele się zmienia na przestrzeni dekad. Nie przybywa nam dowodów.
Czasami są jakieś nowe interpretacje, ale tak naprawdę ciągle tkwimy w tym samym. Może gdyby były jakieś nowości, owszem, jakieś zawsze są. Chociażby to kontrowersyjne odkrycie pod piramidami, ale w kwestii pod tytułem UFO w Biblii nie zmieni nam się zbyt wiele. Mogą być nowe interpretacje, nowe punkty widzenia, ale to wszystko. Zatem książka, o której dzisiaj mówimy, paradoksalnie nie zestarzała się aż tak bardzo, jak inne dzieła Dänikena. Pokazuje nam też ona, że tematyka jest nadal żywa i że to nadal interesuje ludzi. Czy warto po to sięgnąć? To zależy, na jakim etapie rozwoju i swojej przygody z tematem pod tytułem paleoastronautyka jesteście. Bo jeżeli zaczynacie, to okej. Jeżeli będziecie rozwijać to zainteresowanie, to też okej, natomiast jak na tym poprzestaniecie, to chyba nie do końca okej.
Dlatego że pamiętajmy, Däniken może jest dobry jako punkt startowy, natomiast nie jest na pewno dobry jako finalne, ostateczne źródło informacji, bo tutaj naprawdę do wielu rzeczy można się przyczepić.
[01:37:59] - Ja sobie wynotowałem podczas lektury książki, pobieżnej, bo pobieżnej, bo to któraś z kolei moja lektura tejże książki, ale wynotowałem sobie zalety i nie tyle wady, co problemy z tą książką. I wśród zalet, takich dla mnie niewątpliwych, to jest nabyta wprawdzie w toku swojej działalności, ale jednak spora erudycja kulturowa, którą Däniken dysponuje. Ona być może nie jest systematyczna, być może nie jest w jakiś sposób podbudowana naukowo, metodologicznie, nie jest podbudowana również znajomością języków, o których pisze, ale jednak jest niewątpliwa na tle wielu innych autorów, to rzeczywiście o tej erudycji kulturowej można mówić. Tu mamy teksty biblijne, apokryfy, mity z Bliskiego Wschodu. To wszystko jest interesujące. Niewątpliwą zaletą jest również dänikenowska umiejętność zestawiania bardzo podobnych motywów, które można znaleźć w różnych kulturach. I to jest druga, dosyć silna taka wskazówka, że mamy do czynienia z autorem, który angażował się w to, co pisał, chociaż nie zawsze miał podstawy takie, o których mówiłem, te podstawy naukowe. I jeszcze jest jedna rzecz, którą uważam za zaletę, to Däniken potrafi pisać w sposób taki sugestywny. Ta jego narracja jest sugestywna, a jednocześnie przystępna. A w dodatku jeszcze mamy wrażenie, że czytamy rodzaj detektywistycznej powieści, może nie powieści, jakiegoś dzieła detektywistycznego.
On prowadzi nas, dochodzi, odkrywa różne rzeczy na naszych oczach, a my z nim. I to jest interesujący sposób pisania. To tyle o zaletach. Natomiast są z tą książką problemy. Przynajmniej ja mam problemy. Otóż dosyć szybko orientujemy się, w każdym razie ja się dosyć szybko zorientowałem, że brak jest Dänikenowi czegoś, co nazwałbym takim rygorem metodologicznym. I oczywiście to może nie przeszkadza w lekturze, ale kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać już post factum po lekturze, czy te wszystkie wywody da się obronić, to chyba nie. Ta metodologia jest jednak rzeczą ważną. Ja wiem, że kiedy człowiek czyta coś dla rozrywki, to ma w przysłowiowej pompie metodologię, ale ona jednak czasami się przydaje. Myślę, że dużym błędem, który można u Dänikena znaleźć, jest takie zjawisko traktowania różnych analogii jako dowodu.
To jest zawsze atrakcyjne i pobudza wyobraźnię, ale jednocześnie jako dowód jest słabe. Po prostu jest słabe i z punktu widzenia naukowego słabo się sprawdza. Z punktu widzenia rozwijania fantazji i pobudzania fantazji ewidentnie jest wspaniałe. Dalej myślę, że w niektórych miejscach Däniken pomija coś, co nazwałbym kontekstem historycznym oraz kontekstem teologicznym tekstów, które przytacza. I myślę, że największym grzechem, na który zwróciliby uwagę badacze tych okresów, jest dosyć selektywne cytowanie źródeł. I cóż, jeszcze z takich rzeczy, które sobie wynotowałem, to to, że von Däniken bardzo rzadko rozważa alternatywne wyjaśnienia. Mówiłem już o psychologii religii, o zajmowaniu się symbolem, o socjologii wierzeń. To wszystko są bardzo konkretne nauki. I ja rozumiem, że Däniken skupia się na udowadnianiu tezy, którą postawił, ale jeśli badacz nie uwzględnia tego, że są jakieś wyjaśnienia alternatywne, to moim zdaniem popełnia błąd, bo lepiej by było, gdyby on Przynajmniej od jakiejś strony spróbował się zmierzyć z tymi alternatywnymi wyjaśnieniami. Gdyby próbował pokazywać, że da się również pewne kwestie wyjaśnić, nie odwołując się do obcych, do tych przybyszy z bardzo daleka, to myślę, że ta książka zyskałaby.
Czasami zresztą przytacza te alternatywne wyjaśnienia, ale głównie po to, by je dosyć apodyktycznie odrzucić. „Nie wierzę. Nie, to się nie sprawdza”. Trochę za mało. Mnie oczywiście interesuje, czy von Däniken lubi, czy nie lubi daną teorię, ale wolałbym, żeby swoje zdanie bardziej głęboko uzasadnił. To byłoby zdecydowanie lepsze. Myślę sobie, że niezależnie od oceny naukowej, bo możemy się bawić w naukę, a możemy jednak dać się porwać tej książce, to moim zdaniem „Prorok przyszłości” spełnia taką dosyć ważną funkcję kulturową. Otóż pokazuje, że religia może być analizowana jako rodzaj pamięci zbiorowej, a nie tylko jako objawienie. I to może nie jest specjalnie odkrywcze, ale jest interesujące. Dalej, że teksty religijne, teksty święte można czytać w sposób wielopoziomowy i że granica między mitem, historią i interpretacją jest dosyć płynna i wcale nie oczywista.
Myślę, że ta książka trafiła do wielu czytelników, którzy czuli niedosyt jakiś zarówno z powodu takiej literalnej religijności, czyli religia mówi: jest tak i tak, i wara, żeby zgłębiać czy drążyć temat. Ale też myślę, że taki suchy racjonalizm też może odrzucać i Däniken go też unika. Däniken jednak jest mistrzem, jeśli chodzi o pewien balans i to mu się udaje. Däniken po prostu oferuje trzecią drogę, kosmiczną narrację, opartą wprawdzie na spekulacji, ale bardzo wciągającą. Podsumowując, „Prorok przyszłości” nie jest książką oczywiście naukową, nie pretenduje nawet do bycia nią w jakimś sensie akademickim. Ale jest kilka ważnych rzeczy. Jest to sprawnie napisana eseistyka, eseistyka popularnonaukowa, prowokacyjnie napisana. Tam te prowokacje intelektualne zdarzają się dosyć często i myślę, że jeśli wzięlibyśmy na tapet coś takiego jak historia myśli paleoastronautycznej, to ta książka stanowi ważny element takiej myśli. W każdym razie wartość tej książki polega na tym, że ona zmusza do ponownego zadawania pytań o pochodzenie mitów, religii, samej ludzkiej potrzeby sensu, która się wyraża poprzez te mity i religie. A czy prorocy byli kosmonautami, kosmitami?
Trudno powiedzieć, ale ta książka pokazuje jakąś alternatywę, że mogli nimi być. Proszę państwa, a teraz czas na odrobinę literatury. Zapraszam państwa na trzy opowiadania. Jedno bardzo króciutkie. To opowiadanie pierwsze, Juriana „Zagłady”. Później znacznie dłuższy tekst Krzysztofa Lutowskiego zatytułowany „Szczęśliwiec”, a później średniej długości tekst Marka Myszograja „Słodka brzoskwinka”. Zapraszam. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[01:46:55] - Jurian, „Zagłady”: Tak dużo odłożyłem na czarną godzinę, że nie mogę się jej doczekać. Na każdej stacji w kółko to samo. Ilu nowych zainfekowanych? Ile krajów dołączyło do klubu pandemii? Które w czołówce peletonu? Czułem się jak akumulator, który powoli ładuje się lękiem. Miałem poważne obawy, że od samego patrzenia w ekran dostanę gorączki i duszności. Potrzebowałem czegoś zwykłego, odrobiny beztroski, żeby było jak dawniej. Drżącą ręką uniosłem pilota. Zrezygnowany powróciłem do telewizji Przetrwaj, mojej ulubionej.
Tam, o dziwo, zupełnie inna narracja. Coraz bardziej zdumiony wsłuchiwałem się w słowa dziennikarza. Karabin maszynowy zabije nas wszystkich. Nadlatująca kometa zabije nas wszystkich. Pluskwa milenijna zabije nas wszystkich. Wąglik zabije nas wszystkich. SARS zabije nas wszystkich. Kryzys finansowy zabije nas wszystkich. Świńska grypa zabije nas wszystkich. Atak rakietowy Korei Północnej zabije nas wszystkich.
A teraz co wymyślili? Że koronawirus zabije nas wszystkich. Ja wiem, co zabija nas naprawdę. Trwoga. Trwoga i brak wiary. Oczyśćcie więc dusze, umyjcie ręce i zachowajcie spokój. Jeśli już koniecznie chcecie o czymś pomyśleć, to zastanówcie się, komu zależy na waszym strachu. Wyłączyłem telewizor. Miał rację – pomyślałem. Przekonał mnie.
Toteż zajrzałem na chwilę do swego wnętrza. Następnie umyłem ręce. Uspokojony zechciałem chwilę pomyśleć, więc zastanowiłem się nad ostatnim pytaniem redaktora. Nagły, przeraźliwie zimny błysk zrozumienia rozbiegł się po synapsach. Reptilianie. To im zależy. Oni zabiją nas wszystkich. Krzysztof Lutowski „Szczęśliwiec”. Wątek młodego faceta odkrywającego podczas oglądania domowych kaset wideo, że jest szczęśliwy, choć jego mroczna osobowość od zawsze dąży do cierpiętniczego doła, który wtopił mu się na stałe w twarz. Chris jest twórcą reklam mięsa dla supermarketów i jest w tym, kurwa, najlepszy.
Jako absolwentowi Wyższej Szkoły Mięsno-Reklamowej, co prawda na jakimś wypiździjewie, ale jednak, to właśnie jemu najlepiej wychodzi podmalowywanie wędlin farbami i szminkami, a także komponowanie tej martwej natury do zdjęć i filmów. Zdobył za to niejedną branżową nagrodę. Chris jest gwiazdą w tym rzeźniczym, jakby nie patrzeć, fachu. Odkrywa, że jest kimś innym, niż chciałby być. Właśnie wtedy, gdy wypija w samotności kolejny kieliszek tequili pod plaster cytryny i szczyptę soli. Wówczas słyszy walenie do drzwi. Wstaje. Otwiera. To jego demoniczny kuzyn Tomek. Wysoki, barczysty, lekko przygarbiony typ cwaniaka o bystrym spojrzeniu i niskim progu pobudliwości wraz z trzema równie wzburzonymi kumplami.
„Kurwa, stary, wiesz, co się stało?” Kuzyn i jego ekipa wpadają do mieszkania. „Nasza babcia i babcie tych osobników” – „Mój akurat dziadek” – wtrąca jeden z kumpli. „Zostali nabici w butelkę przez cwanych w dupę jebanych akwizytorów sprzedających, uwaga, odkurzacze za 10 000, filtry do wody za 5000, ubezpieczenia mieszkania od utraty mienia przez plagę prusaków za jebane 2000 złotych polskich rocznie, płatne co pół roku z indeksacją ryzyka. Kumasz, kurwa? Kumasz zuchwałość?” Demoniczny kuzyn jest wręcz czerwony na mordzie. Wściekłość w nim kipi, a kostki zaciśniętych pięści bieleją i widać, że chce złapać, zapieprzyć skurczybyków, oszczać ich tandetne garniaki. „Ale jak?” – pyta Chris. W sumie brzmi to dość głupio. „Jak, kurwa? Pytasz się mnie jak?
Tak.” – pokazuje kopię umów. – „Masz tu informację o windykacji, szykanach, samych obowiązkach przy braku jakichkolwiek praw. Co najistotniejsze w dyskusji, obowiązek spłacania w regularnych odstępach wysoko oprocentowanych rat bez możliwości wcześniejszej spłaty, żeby nie być dodatkowo wydyamanym. Ktoś se tu załatwił dwuletnią rentę za pęknięcie ze śmiechu nad udanym żartem. Kurwa jego jebana mać” – wrzeszczy niezdrowo podniecony demoniczny kuzyn. „Ale jak? Czy starzy ludzie nie umieją czytać?” – drąży Chris. „Nierzadko owszem, ale tu było inaczej. Tu było oszustwo. Dawali im próbki darmowe, chuje.” „Chuje, chuje” – potwierdzają gorączkowo towarzyszący osobnicy.
„Złapiemy jednego z nich i nawrócimy na przyzwoitość. Chodź z nami” – mówi Tomek. Idą, ale czy z Chrisem? Tu będzie jakiś knyf na podzielenie tych historii i będą opowiadane równolegle, stopniowo, po kawałku. Potem poleci wątek agentów i problemu marketingu dobra. Chris myśli o swoim problemie, o kryzysie przedwczesnego wieku średniego i natrętnym szczęściu. Jego aktualna kobieta jest za granicą. Dlaczego? Kim jest? Czym się zajmuje?
Przypomina sobie licealną miłość. FF – tak na nią mówili. Zawsze z niego drwiła. Co chwilę rzucała. Potem wyjechała do Stanów i nie widział jej latami. Mógł przecież zdobyć jej numer telefonu. Mógł szukać okazji do spotkania. Mógł spowodować, że w jego życiu stanie się jakieś nieszczęście, nastąpi jakieś pęknięcie, zadźwięczy jakieś zgrzytnięcie. Tragedyjka, która go wzniośli, nada mu znaczenie. Uczyni, że jakiś splot rozhuśtanych przypadków zakłębi się w węzeł gordyjski jego egzystencji, którego rozsupłanie zajmie mu resztę życia.
Teraz pojawia się nowy wątaczek Piękna kobieta wysiada na Okęciu. Pora dnia i szczegóły do uzgodnienia. Wraca ze Stanów Zjednoczonych, gdzie prowadziła burzliwą karierę fotomodelki, playmate, może nawet trochę dziwki, która otarła się o wyższe sfery, a po opłacalnym rozwodzie z wziętym nobliwym prawnikiem powraca do ojczyzny z duszą czystą i odnowioną przewartościowanymi wartościami. Już nie trzpiotkowata FF, lecz dojrzała kobieta, która wie, czego chce i zmądrzała na tyle, by znaleźć męża po grób. Myśli naturalnie o podmalowywaczu rzęs, z którym spotykała się w liceum. Przez jej femfatalską duszę chłopak nieraz straszył samobójstwem, a ona i tak rzucała go z kpiącym uśmieszkiem. Teraz postanowiła go odszukać i wynagrodzić wszystko, co złe: oddaniem, dzieckiem, domem z ogródkiem i teściami. Uszczęśliwić, a jeśli ma już rodzinę, to w smutku i żalu usunąć się w cień. A może trochę powalczyć? Tu poleci wątek intensywnych poszukiwań akwizytora.
Śmigają po mieście tandetną dresiarską furą, polując w okolicach firm ubezpieczeniowych, lombardów, a także dziwnych sklepów, w których można nabyć odkurzacze, filtry czy podrabiane garnki. Wiedzą skądinąd, że akwizytorzy dobrze się znają. Często odwiedzają i budują kontakty. Typowanie odpowiedniej ofiary zajmuje im wiele dni. Nie mogą bowiem odnaleźć właściwych sprawców babcinych i dziadkowych krzywd, więc jednogłośnie uznają, że wszyscy inni akwizytorzy na pewno stosują podobne metody i są winni. Demoniczny kuzyn, magister filozofii i sprawny intelektualista, najprawdziwszy autor swej pracy dyplomowej wskazuje ofiarę, która ma ponieść karę za wszystkich kolegów po fachu, a także system, który ich stworzył. Łapią go. I co dalej? Wersja skrócona z przymusowym kilkudniowym maratonem amfetaminowo-filmowym utrzymanym w gatunku sensacji z elementami perwersji plus kina moralnego niepokoju lub dłuższa polegająca na zaplątanej historii, której dokładnie nie pamiętam, ale chodziło o wciskanie akwizytorowi kitu, o byciu dobrym, o szczytnym celu resocjalizacji. Kiedy ten ostatecznie się nawraca, zarzeka się, że popełni samobójstwo, by odkupić winy.
Wtedy okazuje się, że był to wewnętrzny test firmowy sprawdzający kompetencje akwizytora. Czy potrafi sprzedać nawet tak gówniany towar, jakim jest dobro? Trochę to zagmatwane i nielogiczne, ale gdyby głębiej to przemyśleć i napisać w stylu Dicka, to mogłaby się zrobić totalna jazda z filozoficznym sznytem. Wątek Adelajdy, bo takie miała imię piękna FF z USA. Adelajda po wyjściu z terminalu lotniska Okęcie wsiada do czarnej taksówki i każe wieźć się do Bydgoszczy. "To wyjdzie drogo, proszę pani" — uczciwie przyznaje taksiarz. "Dam panu 1200 złotych" — odpowiada kobieta. "1400" — taryfiarz zaczyna swój rytuał targowania. "Proszę pana, ja wiem, że 1200 to jest naprawdę dobra zapłata. Proszę się nie targować".
"Dobrze, tylko podjedziemy do mnie do domu po kanapki na drogę. W porządku?" — prosi kierowca. "Ależ będzie miał pan pieniądze, by kupić coś na szybka. Jakiś burger czy baton czy something" — zaznacza Adelajda. Choć w odpowiedzi nie słyszy ani słowa. "Dam panu zaliczkę. Ja się naprawdę spieszę". "Dobra, jedziemy. Ale czy mógłbym chociaż zadzwonić do rodziny z budki telefonicznej?" "Dam panu mobo telefon i jedźmy zaraz". "Nie mogę jednocześnie prowadzić i rozmawiać" — broni się.
"Później pan zadzwoni, jak wyjedziemy z Warszawy na tej dwupasmowej szosie, po której tak przyjemnie jedzie się do domu". Ruszają. "A pani z Bydgoszczy?" — taksiarskim obowiązkiem zagaduje pasażerkę. "Tak, z Bydgoszczy". A to jej szczy wręcz zaseplenione. W każdym razie tak słodko, że ech. "Urodziłam się tam. Chodziłam do szkoły, a jadę do byłego chłopaka, którego nie widziałam od liceum. Wie pan, jadę zobaczyć, czy ma już żonę i dzieci" — smutnieje. "A jeśli ma już dzieci, to przesrane, bo sama żona nie wystarczy, by nie było jeszcze nadziei".
"A jak pani na imię?" — pyta taksiarz. "Ja jestem Edek. Edmund znaczy". "Adelajda Rozwadowska. Ale w Stanach nazywałam się Adelajda Rowadow. Byłam wziętą modelką. Wszyscy za mną sikali" — zamyśla się, patrząc w dal za szybą. "Nie wątpię, panienko" — przyznaje z uznaniem Edek, spoglądając w lusterko. "Ależ proszę pana, ja już jestem rozłódką. Ojej, chciałam powiedzieć rozwódką naturalnie.
A nie wyglądam jeszcze co?" "Trudno tak powiedzieć". "A co, nie widzisz mnie w tym lusterku?" "Widzę, ale to, co widzę, to za mało. Żeby ocenić wiek kobiety, trzeba ją obejrzeć gdzie indziej" — śmieje się z frywolnego żartu. "Tylko bez takich panie Edek. Rozłódka nie znaczy lekkich obyczajów. Proszę już ze mną nie rozmawiać, tylko wieź mnie szybko". "Oczywiście, proszę pani" — odpowiada zgaszony taksiarz, który już miał marzenie na rybanko po drodze. Zmiana wątku. Kiedy Chris rozmyśla o tym wszystkim, siada do komputera przy biurku i przez internet łączy się z netową przyjaciółką z Warszawy, która bardzo o niego zabiega, ale on wciąż nie chce się z nią spotkać, bo chyba jest gruba i brzydka, więc boi się, że jak ją zobaczy, odejdzie mu ochota do przyjaźni. Ale tym razem w krótkiej rozmowie na czacie prosi ją, by przyjechała natychmiast swym samochodem z Warszawy i spędziła z nim noc w jednym z bydgoskich hoteli.
Ona godzi się natychmiast szczęśliwa, że się zdecydował i że na pewno nie będzie żałował, bo jest wspaniałym facetem i przyjacielem. Może ona go w końcu unieszczęśliwi. Idealna przyjaciółka, lecz aseksualna, a związek oparty na przyciąganiu i jeszcze większym odpychaniu. Mniej więcej w podobnym czasie wyjeżdżają z Warszawy do Bydgoszczy dwie dupy na spotkanie jednego faceta. Jakoś złączyć te dwie. Przypomina mi się tekst piosenki Kazika: „On szuka młodej dupy, co uleczy jego umysł zatruty.” Kiedy rozmyśla o swoim wiecznym problemie, z taksówki dzwoni do niego Ada, która kontaktowała się wcześniej z jego matką, by prosić o jego aktualny numer, twierdząc, że chce oddać jakąś książkę sprzed lat. Nie miała jednak śmiałości spytać, czy ma żonę i dzieci. „Cześć, tu Ada.” „Cześć. O kurczę, właśnie o tobie myślałem, bo znalazłem sobie w końcu substytut ciebie.” „Ty świnio. Zaczekaj, aż przyjadę.
Masz żonę i dzieci?” „Mieszkam z taką jedną, ale poleciała na tydzień do Londynu.” „To przyjadę. Już jadę. Cieszę się, że o mnie pamiętasz. Zadzwonię wieczorem. Pa.” „Ja też” – odpowiadam. Dziwi się, bo Adelajda nigdy nie okazywała szczególnego oddania. Wręcz przeciwnie. Manifestowała niezależność i programową obojętność. A więc naprawdę go kiedyś kochała? No tak, ale teraz potrzebował czegoś innego.
Wstrząsu, doświadczenia emocjonalnego, którego moc skieruje jego błahą egzystencję na nowy, twórczy tor. A może to jakaś jej nowa sztuczka? Zjawia się po tylu latach w kraju z kontem pełnym dolców i postanawia zrobić jakiś wict. A może to nostalgia pcha ją do melancholii? Dawniej bywała nieznośnie kapryśna. W tym samym czasie szybkim porzotem dwupasmową szosą druga kobieta pędzi ponad setką także na spotkanie Chrisa. Dzwoni telefon. Zanim odebrała i przez głośnomówiący powiedziała: „Halo” zwolniła nieznacznie. „Cześć, tu Chris. Słuchaj, możemy się spotkać dopiero około północy.
Mam pilną robotę. Przed chwilą dzwonili” – bezczelnie łże. – „Może wynajmiesz pokój w Hotelu Ratuszowym na ulicy Długiej? Rozmawiałem z nimi przez telefon. Mają wolne pokoje. Weź jakąś lepszą dwójkę. Zapłacę.” „Dobrze, skarbie. Już nie mogę się doczekać. To pa.” Postanowił, że najpierw spotka się z Adelajdą. Zobaczy, co jest grane, bo jeśli znów zechce go pognębić, to woli się umartwiać w ten sposób, gdyż jest chociaż atrakcyjna.
Dlatego do niej dzwoni na komórkę. „Halo, to ja.” „Cześć, maleńki.” „Nie mów tak do mnie, bo to obleśne.” Sprawdza ją. Podchodzi. Ocenia, czy nuta oddania nie jest przypadkiem pastiszem dialogów z amerykańskich filmów o latach 30. kręconych w latach 60. „Niemiłe ci me umizgi?” Adelajda wali prosto z mostu. „No miłe. Tyle że coś mi tu nie gra. Tyle lat, a ty do mnie maleńki.” Okazuje odrobinę gniewu za wciąż tlące się w głębi duszy krzywdy z przeszłości. Musi być twardy, nie ulegać sentymentom.
Pokazać, że jest odporny na babskie uroki. „Ojej, nie wiedziałam, że tak to przeżyłeś. Obiecuję, że to było moje ostatnie odejście.” Chyba jest szczerze zakłopotana. „Ojej, ty mnie naprawdę wtedy kochałeś. A ja myślałam, że to taka poza przed resztą chłopaków. To dlatego nie poszłam z tobą do łóżka.” „Nie poszłaś ze mną do łóżka, bo myślałaś, że nabijam się z ciebie z kolegami? A ile razy mówiłem ci, jak wiele dla mnie znaczysz?” Jest nieco wkurwiony tymi wyznaniami. „Przepraszam. To przez moje kompleksy, maleńki. Wybacz mi, proszę.” „Przestań tak do mnie mówić.” – nakręca się.
– „Ja już od 10 lat legalnie żłopię browar. A poza tym jak to brzmi, do cholery. Maleńki?” „Przepraszam, już nie będę” – odpowiada niezbyt przekonana. – „O której się widzimy? Mam ci tyle do opowiedzenia.” „Może o 20:00 w Mózgu” – rzuca Chris. „Dawno tam nie byłam. Ostatnim razem prawie zrzegałam się na stół od piwa, wódy i snobstwa. A i jeszcze wtedy zajarałam. Ale mnie wtedy ścięło.” Nic się szczególnie nie zmieniło. Jest tam tak samo.
Może trochę wystrój jest inny i część ekipy. A nie ma innej knajpy na nasze intymne rozmowy? Ada, w Bydgoszczy jest wiele knajp, ale wszystkie gówniane w formie, niewiele kolorytu. W Mózgu masz tych wszystkich pseudoartystów, trochę ludzi na poziomie. W Losie, czyli w Los Desperados, jak dawniej w Sanatorium, możemy sobie pograć w piłkarzyki. Najlepszy zlew w artystycznym gronie można było porobić w Sanacie, ale zamknęli nasz ulubiony klub, a Wacka odkrzyknęli od czci i wiary, a nikt nie jest pewien, czy nie było to słuszne. Możemy iść na clubbing do centrum na ostatnim piętrze PDT-u, ale tam nie pogadamy, jak będzie dużo ludzi. Amsterdam, Cytadela, Klan odpada, bo dostałem tam niedawno po mordzie - wylicza Chris. Wiatrak to burdel dla HC punków. Klimaty niemal jak na squacie.
Odpada. Dobra, chodźmy do Węgliszka. Jest tam względny spokój, raczej kulturalni ludzie, a muzę puszczają na tyle nieinwazyjnie, że da się spokojnie pogadać. Na pewno pamiętasz. Nic się nie zmieniło. Dobrze. Umówimy się tam na 20:00, kochanie, ale do Mózgu też musimy iść. Wiesz, do krainy dzieciństwa, ha ha - śmieje się Adelajda. To pa! - nerwowo reaguje na to kochanie Ady.
Łapie się na tym, że nie może znieść tej nowej maniery. Nie wierzy w zmianę jej osobowości. Przyjął ją na poziomie świadomym, ale podświadomie doszukuje się podstępu. Teraz po rozmówieniu się z Adelajdą myśli, co zrobić z tą drugą. Imię jeszcze nieznane. Pisze jej SMS-a z adresem Ratuszowego. Będzie miał blisko, gdy już skończy z Adą. Nie pomyślał, że przecież ona może wybrać się na spacer po okolicznych pubach. A to przyczynek do spotkania obu pań oko w oko. Łapią akwizytora.
Wywożą go na wieś do domu demonicznego kuzyna. W skrócie DK, który ma już swój plan kidnapersko-filozoficzny. W końcu jest magistrem filozofii. Może czas na doktorat. Wciągają przerażonego gostka do pokoju, w którym DK trzyma swój audiofilski sprzęt i kino domowe. Ma bzika na tym punkcie. Pomieszczenie całe w bieli, z mebli jedynie krzesła i sofa. Wszędzie głośniki Dolby Surround. Naprzeciw sofy wielki płaski telewizor. Na środku stawiają krzesło, do którego przywiązują akwizytora.
Gospodarz wyciąga z kieszeni woreczek z białym proszkiem. Sypie całkiem sporą krechę na dłoń, a jego kumpel bez słowa wtyka akwizytorowi do nosa grubą rurkę. Wciągaj chujku! Co to jest? - jęczy porwany, ale w odpowiedzi dostaje od DK skórzaną rękawiczką po pysku. Ale ja nie będę wciągał czegoś, co nie wiem, czym jest. Nie pierdol, kurwo, tylko wciągaj! Wszyscy wiemy, że wciągniesz wszystko, co zechcemy. Nawet jakby to miało być tłuczone szkło. Albo dobrowolnie, albo cię zmusimy.
Nie chcemy cię zmuszać, bo się zmęczymy niepotrzebnie i wkurwimy i będziemy musieli się za to wyżyć na tobie. Więc wciągaj, bo inaczej zatkamy ci ryj i będziesz zmuszony oddychać przez tę rurkę. Demoniczny kuzyn nie ma w zwyczaju owijać w bawełnę. Nie, nie wciągnę. To jakieś narkotyki, a ja nie chcę. Nie mam doświadczenia. Umrę! - wrzeszczy akwizytor, wierzgając i podskakując na krześle. Chłopaki, zaklęćcie mu mordę i pomóżcie z tym towarem - wydaje polecenie DK. Porywacze uciszają akwizytora grubą taśmą samoprzylepną.
Wtykają mu do nosa kolejną rurkę i przytrzymują za kark. DK wyciąga skądś małe lusterko i przesypuje na nie proszek z dłoni. Skrępowany mimo woli wciąga towar, choć stara się zdmuchnąć jak najwięcej na podłogę. DK po prostu dosypuje proszku, aż uznaje, że zaaplikowano tyle, ile trzeba. A teraz nagroda, że zmarnowaliśmy na ciebie tyle dobrego towaru. Gdybyś nie robił problemów, zużylibyśmy znacznie mniej. Gospodarz zdejmuje but z prawej stopy, zakłada na nią płetwy, na nos wtyka czarne okulary i wygląda jak z Matrixa. Nagłym kopnięciem wali gostkowi silnego plaskacza płetwą w pysk. Akwizytorowi odskakuje głowa. To nie przelewki, skubańcu.
Chcesz jeszcze raz? Łach! - ledwo zrozumiały skowyt porwanego, tłumiony przez taśmę, wibruje wszystkim w uszach. Ale dostaniesz. DK z gracją karateki z miejsca, w którym stoi, powtarza zabójcze cios płetwą. Dobra, rozkręćcie go. Tylko ma być cicho. Co chce mi pan zrobić, panie demoniczny kuzynie? - pyta uwolniony z knabla akwizytor. O, widzę, że się ożywiasz intelektualnie.
Tak, tak. Na samą myśl - przytakuje tyle gorliwie co absurdalnie. Dobra, opowiem ci historię o tym, jak zyskałem przydomek demoniczny kuzyn - oznajmia DK. W ramach resocjalizacji. Byłem dużo młodszy, ale już wtedy, kurwa, przodowałem intelektualnie nad moimi rówieśnikami. Namówiłem kilkoro znajomych ze szkoły, abyśmy zorganizowali drogowy wypad za miasto do ruin średniowiecznej baszty. Wiem, wiem, zalewam jak z horroru, ale naprawdę tak było. Mruga do zasłuchanego akwizytora. Specjalnie ci nie powiem, o jakie miejsce mi chodzi, żebyś go kiedyś nie pokalał, ale to było w okolicy. Na miejscu, odgrodzeni od świata wysokimi średniowiecznymi murami pozbawionymi dachu, rozbiliśmy dwa namioty.
Trzech chłopaków, trzy dziewczyny. Siódme miało być ognisko. Rozpaliliśmy je z nadejściem zmierzchu i wyjaraliśmy w szóstkę worek haszu i worek skuna. Księżyc w pełni widoczny był na firmamencie. A wiesz, to były nasze pierwsze doświadczenia z afgańskim i holenderskim towarem, więc zjaraliśmy się, jakbyśmy byli na kwasie. Ależ to był haj! Wkręciliśmy sobie średniowieczny klimat, przybierając heroiczne pozy na tle baszty. Ehh, durna młodość. Kiedy już było naprawdę ciemno, ognisko mocno przygasło, gdyż zapomnieliśmy dorzucić gałęzi. Siedzieliśmy wokół kompletnie zmoleni przedawkowanym THC.
Nagle w tej ciszy i ciemności coraz głębszej ognisko wybuchło, a ogień wzniósł się na półtora metra i palił się złowrogo, jakby ktoś dolał do niego paliwa. Pomyślałem wtedy, że tak musiał poczuć się Mojżesz, gdy zobaczył gorejący krzak. Czyli jak? Ano zamurowany, z rozdziawioną gębą, niewysłowienie zdumiony. Nie wiedzieliśmy, cóż mogło sprawić ten cud. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to nadprzyrodzona siła. Następnie oszaleliśmy. Każde z osobna pogrążyło się we własnej bajce, do której inni nie mieli dostępu. Dziewczyny, chłopaki, chłopak z dziewczyną, dziewczyny same, same chłopaki. Mijaliśmy się na ścieżkach wokół ruin, przy ognisku, w pustych otworach wielkich okien baszty, jak w pustych oczodołach kamiennej mega rzeźby.
Spotykaliśmy się fizycznie i psychicznie na niebezpiecznych wyłomach muru, wspinając się na nie po wyrwach w ceglanych ścianach. Niedaleko było małe jeziorko. Wokół krzaki i zrośnięte ścieżki. Zapuszczaliśmy się w te krzaczory, ciągnie bajkę DK, kopulując jak szaleni, histerycznie uruszeni. Jeden z kolegów złapał dziwną fazę. Poruszał się wolno, sztywnym, połamanym krokiem niczym zombie. W ręku trzymał nóż. I cóż, bezgłośnie zbliżał się, jakby szukał ofiary. Nikt nie chciał się przekonać, czy rzeczywiście jest w stanie dźgnąć tą kosą. Zaczęło nas to niepokoić, irytować, bo wszelkie próby perswazji, powstrzymywania jego mrocznych zapędów spełzły na niczym.
Staraliśmy się trzymać od niego z daleka, choć wszędzie było blisko. Wtem usłyszeliśmy krzyk jednej z dziewcząt, która, jak się za chwilę okazało, spółkowała w krzakach z jednym z nas. Ten, który przemienił się w zombie naprawdę lub na niby, dotarł na tyle blisko, że niezauważony zamachnął się nożem na parę splecioną w uścisku. Traf chciał, że dziewczę było na górze, leżąc na plecach na partnerze. Nóż rozciął jej pierś w poprzek sutka na długość kilku centymetrów. Nie za głęboko. DK pokazuje akwizytorowi palcem, jak dokładnie przebiegało cięcie. Jej kochanek zadziałał instynktownie niczym zwierz. Jak to bywało od zarania na agresję zareagował agresją, na zagrożenie instynktownym atakiem. Niestety rzucił się z gołymi rękoma na ręce uzbrojone.
Nóż został użyty po raz wtóry, tym razem na nagim gardle. Niespełniony kochanek, charcząc, padł na naszych oczach z erekcją, rozumiesz. Z ciągle sztywnym fiutem. Zombiak ruszył w stronę zakrwawionej dziewczyny, chcąc ją ponownie ugocić. Ona zdążyła już dobiec do naszej grupki, wyrzucając z siebie strzępy informacji o tym, co zaszło, a skurwiel Zombiak człapał w naszą stronę tym swoim sztywniackim marszem. Musieliśmy coś zrobić. Złapałem spory kamień i rzuciłem, trafiając go centralnie w łeb. Głowa mu odskoczyła, ale nie zatrzymał się nawet na sekundę. Wykorzystując przewagę w szybkości uciekliśmy w stronę namiotów i plecaków, dając sobie chwilę na ustalenie planu. Pozostałem ja i trzy dziewczyny.
Objąłem przywództwo. Miałem plan. Na szczęście w bagażach mieliśmy też własne noże. Wspięliśmy się na podwyższenie przy wejściu do baszty. Stamtąd chcieliśmy zaskoczyć i obezwładnić zombiego. Plan był taki, by go związać i zostawić do wytrzeźwienia, aż mu przejdzie. Znaczy żywiliśmy się taką nadzieją, że rano mu przejdzie. Nie myśląc w tej chwili o tym, jak wybrniemy z tej sytuacji, bo przecież co najmniej jeden z naszych kolegów miał nie przeżyć tej nocy. Zombie przeczłapał do baszty i skierował się do jedynego wejścia. Na umówiony znak skoczyliśmy na niego z każdej strony Walka była zacięta.
Oprawca był nadnaturalnie silny, lecz mało precyzyjny. Niestety nie czuł bólu. Ranił zarówno mnie, jak i dziewczęta. Zrozumiałem, że nas zabije, że padniemy od ran, że legniemy wyczerpani, bez sił do dalszej walki. Będziemy się czołgać, odczołgiwać od śmierci, by zyskać te kilka minut, jak nakazuje bezrozumny instynkt życia. Wtedy zombie nadejdzie i podobija nas ze swą mechaniczną bezwzględnością. Co zrobi z ciałami? Wolałem tego nie wiedzieć. Ostatnim wysiłkiem woli wbiłem swój nóż między jego nieobecne oczy. Walka ustała.
Puściłem rękojeść noża, a zombie napęczniał i padł najpierw na kolana, a potem na twarz, wprost na twarde, kamienne podłoże. Akurat dysponowałem solidnym traperskim nożem, więc ostrze po uderzeniu rękojeścią w ziemię rozłupało głowę agresora na dwie części krwistego orzecha. Resztki mózgu i krew bryzgnęły na nasze półnagie ciała. Dziewczyny były w ostrym szoku. Nawet nie krzyczały, tylko bezgłośnie łkały. Nasz kolega, z którym jeszcze przed chwilą paliliśmy zielsko i chodziliśmy do klasy, leżał brutalnie martwy, a my nie wiedzieliśmy dlaczego. Gdy się ogarnęliśmy, dla pewności związałem kończyny trupa i dokładnie odkroiłem resztki głowy od tułowia. Dla zasady przebiliśmy mu też serce zaostrzonym kijem, który miał być na kiełbasę. Głowę przechowuję do dzisiaj. DK przełyka ślinę, uśmiecha się do swoich myśli i ogląda za plecy, jak gdyby ta głowa znajdowała się tuż za ścianą.
Może to prawda. Wtedy przypomnieliśmy sobie o koledze z poderżniętym gardłem i pobiegliśmy do niego. Jeszcze żył, choć właściwie kończył umierać. Zalany krwią miał już wydać ostatnie tchnienie, lecz przywołał nas jeszcze skinieniem dłoni. Pamiętam to jak dziś. Przystawiliśmy uszu jak najbliżej, a on wyszeptał z trudem: „Słuchajcie, co mu odjebało?” I umarł, nie uzyskawszy odpowiedzi na trapiące go pytanie. Mieliśmy dwa trupy. No i zrobiło się dziwnie. Czułem, jak coś się we mnie zmienia. Coś w rodzaju nadchodzącego zewu krwi.
Aż mi ślina pociekła. Nie było wątpliwości. Mieliśmy dwa trupy. Powinienem chyba przemienić się w wilkołaka, jak Jacek Nicholson w „Wilku”. Zdążyłem pomyśleć i oszaleliśmy po raz wtóry. Cieszyliśmy się jak opętane dzieci. Zrzuciliśmy resztki ubrań. Hasaliśmy umazani we krwi, czując w sobie pierwotną moc, która w tym szale pozwalała nam skakać po ścianach baszty, osiągając niezwykłą przyczepność. Piętkopolowaliśmy na ziemnych cegłach, zawieszeni wysoko nad ziemią, a nawet w locie, jak pytołak i sokołacze. A poniżej dwa trupy.
Inkwizytor i kumpel DK wysłuchują tej historii bez najmniejszego chrząknięcia, ale on najwyraźniej nie zmierza do puenty. Nie będę na razie kończył tej historii, bo pora na ciebie. Jak widzisz, mamy tu kino domowe, które gwarantuje wyjątkowe, najlepsze efekty wizualne i dźwiękowe. Poznaj mój autorski eksperyment zainspirowany duchem programu resocjalizacji z filmu Stasia Kublika. Projekt oczywiście skromny i mniej radykalny, bardziej amatorski, choć opracowywany przez lata i dostatecznie profesjonalny, by mógł okazać się skuteczny. A sprawdzimy go właśnie na tobie, boś szuja.
[02:23:04] - Co chcesz mi zrobić, szaleńcu?
[02:23:08] - Drze mordę Inkwizytor.
[02:23:10] - Co to za bajki? Myślisz, że ci uwierzę, że zyskałeś przydomek Demoniczny Kuzyn, bo twój kumpel zamienił się w zombie, a ty i trzy laski w pytołaka i sokołacze?
[02:23:22] - Wypluwa słowa, miotając się przywiązany do krzesła. Tutaj może dalej polecieć akcja intensywnej resocjalizacji Inkwizytora przy pomocy nowoczesnego sprzętu audiowizualnego i filmów z nurtu skandynawskiego kina moralnego niepokoju. Teraz powrót do wąteczku z laskami. Spotykają się z Adą w Węgliszku o 20:00. Rozmawiają. Jest jakiś koncert. Sporo ludzi chleje przy barze. Kris ma pełno znajomych z widzenia i niedowidzenia, bo dużo ludzi w mieście zna lub widuje, więc robi się gwar i zamieszanie. Nakręca się impreza, bo przy głośnej muzyce i kolejnych drinkach rozpalona Ada opowiada niesamowite historie ze świata amerykańskich modelek i artystów, gdzie wszyscy za nią sikali. Jest ciekawie.
Tymczasem internautka spaceruje po Bydgoszczy, wyczekując północy, ale daje się poderwać jakiemuś przypadkowemu facetowi. Idzie z nim do Węgliszka. Tutaj opisy jej pięknego ciała, choć jak pamiętamy, miała być gruba i brzydka, prawda? Suspense w postaci fajnej laski z internetu, która miała być brzydka, a jest ładna. Od razu rozpoznaje Chrisa, więc dosiada się z facetem do stolika i zaczyna rozmowę, nie zdradzając, kim jest. Stopniowo się odkrywa, aż wszystko staje się jasne. Szczęśliwiec jest naprawdę załamany, ale jak pamiętamy, zależało mu na czymś, co nim wstrząśnie. Resocjalizacja za pomocą kina domowego przyniosła oczekiwany rezultat. Akwizytor został ascetą. Koniec.
Dokładnej daty, kiedy to napisałem, nie pamiętam. Szacuję, że mogło to być coś pomiędzy rokiem 1998 a 2000 w Bydgoszczy. Marek Myszograj „Słodka brzoskwinia”. Wiosna to smak truskawek i zapach bzu. Wiosna to budzik życia. Ciepłe, a jeszcze nie gorące promienie słońca pobudzają do działania. To właśnie ta pora roku jak żadna inna stymuluje i popycha do przodu. Nowiutkie Audi A7 wjechało na parking przy biurowcu centrum finansowego. Zacisze oraz obowiązujące elastyczne regulacje prawne przyciągały w to miejsce inwestorów, a co najważniejsze generowały ogromne zyski. Mężczyzna wysiadł z samochodu i pełną garścią wciągnął świeże powietrze.
„Piękna wiosna” – pomyślał. Z aktówką w ręku ruszył pewnym krokiem w kierunku oszklonego budynku. To miał być jego pierwszy dzień w pracy. Adrian usiadł przed biurkiem, odstawiając aktówkę na podłogę przy nogach. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Cztery miejsca pracy. Nikogo oprócz niego jeszcze nie było. Nie zdążył włączyć komputera, gdy raptownie drzwi się otwarły i wparował jakiś koleś. „Cześć, jestem Jakub” – przedstawił się, z trudem łapiąc powietrze. – „Sorry, miałem ciebie oprowadzić po biurze, ale coś mnie zatrzymało.
Wiesz jak to jest. Poniedziałek.” Adrian w labiryntowych korytarzach gubił orientację. Witał się z każdym, przedstawiał, a w zamian otrzymał dziesiątki imion do zapamiętania. Czuł się szczęśliwy. Wpadł w odpowiadające mu towarzystwo. Smakowała mu atmosfera przepływu grubych pieniędzy, a ta unosiła się zewsząd. „Tutaj mamy pomieszczenia socjalne” – oznajmił Jakub, po czym otworzył jedne z drzwi, wpuszczając kolegę przodem. Adrian, wchodząc do środka, wpadł na nią. Była o głowę niższa od niego. Blondynka.
Palcem wskazującym poprawiła okulary w czerwonej oprawie. Zatrzymali się na krótki moment. Oniemiał, gdy przeniosła wzrok z filiżanki kawy wprost na niego. Zauważyła to zmieszanie. Znała i widziała podobne zachowanie u wielu mężczyzn. Uśmiechnęła się, ukazując rząd białych zębów. „Hej, uważaj” – powiedziała, poprawiając okulary raz jeszcze. Adrian oniemiał. Zapach jej perfum zmieszany z kawą zrobił mu masakrę w głowie. Jej oczy spod czerwonych oprawek biły erotyzmem.
Uśmiechnęła się, przechodząc. Otarła się jeszcze o niego. Ciasno było, to niby mogła. Wpadł mu w oko ten jej uśmiech z dołeczkami na policzkach. Adrian usiadł przed biurkiem. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Przed chwilą przywitał się z tymi, których wcześniej tu nie było. Dawid podał mu rękę jak klasyczny gej. Nawet ruchy miał stereotypowego homoseksualisty. Siedział przed komputerem i bawił się w jakiś nietypowy sposób długopisem.
„Ja pierdolę” – pomyślał Adrian, widząc końcówkę długopisu, jak znika i pojawia się w ustach Dawida. Przeniósł wzrok na Sylwię i Baśkę. Obie chude jak palec. Nie lubił kościstych. Widział je w wyobraźni na jakiejś imprezie integracyjnej. Wolałby chyba dobrze się spić, niż poobijać o tę kupę chodzących kości. Stukały paznokciami po klawiaturze. Wziął głębszy oddech, wstał i wyszedł. Postanowił znaleźć Adriana. Ktoś na korytarzu powiedział mu, że jest na fajce.
„Niezła firma” – pomyślał. Jeśli pozwalano wyjść w czasie pracy na papierosa, to Bogu dziękować za taką robotę. Chociaż z drugiej strony ostrzegano go, że większość czasu spędza się w biurze, to dlaczego nie korzystać z życia w trakcie pracy? W holu zatrzymał się przy automacie z kawą. Choć na górze można było zaparzyć dobrą w ekspresie, to lubił poczuć od czasu do czasu smak instant z automatu. Od razu wyczuł jej zapach. Musiała tu być. To ta z dołeczkami na policzkach. Otarła się o niego dyskretnie, wychodząc z socjalnego. Pachniała wówczas tak samo, jak unosząca się woń przy maszynie z kawą.
Słodka brzoskwinia. Tak, to na pewno musiał być jej zapach. Na zewnątrz przyjemnie świeciło słońce. Zobaczył ich, jak stali w kręgu. Palili papierosy. On rzucił ten cholerny nałóg, ale był już na takim etapie, że nie przeszkadzało mu, jak inni palili. Zbliżył się do nich, a ona też tam była. Czuła się zaskakująco dobrze w otoczeniu mężczyzn, a ci wyraźnie ją adorowali. „Dla tych, co jeszcze nie mieli okazji poznać, oto Adrian, nasz nowy nabytek w firmie” przedstawił go grupie Jakub. Adrian, witając się z każdym, uścisnął również jej dłoń.
Wcześniej wykonała coś, czego inni nie zrobili. Obie ręce miała zajęte. Przykucnęła, aby postawić kubek na chodniku. Wstała, przełożyła papieros z prawej do lewej dłoni. Zdążyła jeszcze poprawić włosy, plotąc je za ucho. „Aneta” przedstawiła się, trzymając jego dłoń. „Adrian, miło mi” odparł i zrozumiał, że to były jego trzy najtrudniejsze słowa w ostatnim czasie. Coś miała w sobie. Coś, co przyciągało uwagę. Gdy teraz sięgała po kubek z kawą, spojrzała jeszcze raz na niego.
To go niemal zmiotło z nóg. Musiał coś zrobić, zareagować. Nie zastanawiał się dłużej, gdy zobaczył niewielki kawałek taśmy klejącej przyklejony do jej obcasa. Zrobił dwa kroki w przód, by stanąć z nią twarzą w twarz. Wokół zapadła cisza. Miała ten uśmiech, w którym pojawiały się seksowne dołeczki na policzkach. Gdyby mógł tu i teraz pokazać wszystkim, jak się powinno całować kobietę. Patrzyła mu pytająco w oczy, ale nie powiedziała po kobiecemu „nie”. Wręcz przeciwnie, zachęcała do działania. Kurwiki w oczach pytały go: „Co teraz, chłopczyku?” Nie zawahał się.
Wciągnął jej słodko-brzoskwiniowy zapach w płuca i przykucnął, zjeżdżając wzrokiem wzdłuż zgrabnych nóg. Czekała na jego ruch. Podobało jej się to, co teraz robił. Była ciekawa, co dalej. „Możesz nieco unieść stopę?” zapytał, trzymając ją za kostkę. Nie protestowała, nie miała takiego zamiaru. To był jedyny prawdziwy facet w tym cholernym biurze, który nie tracił głowy na jej widok. Adrian czuł żar, który palił mu wnętrzności. Resztkami sił pociągnął za skrawek taśmy klejącej. Ta powoli oderwała się od spodu obcasa.
Wędrując w górę, zatrzymała się na rajstopie. Pomógł jej stopie ponownie stanąć na ziemi i dwoma rękoma oderwał resztę taśmy z materiału przy nodze. Wiedział, że wykonał dobrą robotę. Wstał, by ponownie spotkać się z nią twarzą w twarz. „No proszę, oto niechciany pasażer” powiedział, udając wykonanie drobnej przysługi. Adrian usiadł przed biurkiem, rozejrzał się po pomieszczeniu. Dawid nie zwrócił uwagi na jego przyjście. Bawił się ołówkiem w identyczny sposób jak wcześniej. Wkładał i wyciągał go do i z ust. Drugą ręką pisał z kimś na telefonie.
Rozmowa musiała wzbudzać wiele emocji, gdyż ołówek już dawno powinien dostać erekcji. On jednak skupił się na tym, co kilka minut temu zrobił. Wiedział, że wykonał coś, co pozwoli mu na bliższy kontakt z Anetą. Podobała mu się. Czuł zapach jej perfum, a gdy zamykał oczy, to miał ochotę spróbować, jak smakuje jej skóra. Pomimo że to był pierwszy dzień w pracy, postanowił zaproponować jej wspólną kawę. Nieważne. Niech się dzieje, co chce. Wyszedł, by zagadnąć Jakuba. Ten miał biuro dwa korytarze dalej po lewej stronie.
Był sam i zareagował entuzjastycznie na jego widok. „O, co tam? Masz już dość Dawida?” zapytał. „Masz na myśli tego gościa, co lubi zabawę z ołówkiem?” Odpowiedział pytaniem na pytanie. „Dokładnie. Jeśli nie wpadłeś mu w oko, to niestety nie masz u niego szans”. „Nie będę rozpaczać”. „Spoko, żartowałem. Stary, na dworze dałeś popis. Chłopie, Aneta lubi adoratorów, ale przy tobie była jakaś inna”.
„Ja właśnie w tej sprawie. Mam do przekazania coś dla jej klienta”. „Tak, jasne” odparł z uśmiechem. „Powinna być piętro wyżej”. Poszedł od razu we wskazanym kierunku. Po drodze zaszedł do toalety, aby spuścić z pęcherza i przyjrzeć się w lustrze. Twarz w odbiciu ocenił na całkiem spoko. Był gotów. Siedziała przed biurkiem. Adrian cicho zapukał w futrynę.
Odwróciła się i na jego widok uśmiechnęła. „Aneta, ja do ciebie”. Musiał przełknąć ślinę, ale wiedział, że dobrze zaczął. Wskazywało na to jej spojrzenie znad okularów. Wstała i nie przestając mu patrzeć prosto w oczy, podeszła do niego tak samo, jak on to zrobił tam na dworze. Przykucnęła tuż przy jego kroczu. Miał ogromną ochotę na nią i nie wierzył, że tak łatwo mu poszło. Ona zauważyła to, jak tylko się pojawił. Zaimponował jej z oderwaniem taśmy klejącej, ale ona przecież nie będzie dłużna. Wstała i zrobiła kilka kroków w jego kierunku.
Jego oczy przeszywały ją na wylot. Wiedziała, że mu się to spodoba. Przykucnęła przed jego kroczem i chwyciła za rozporek spodni, zasuwając go do góry. Przysługa za przysługę – powiedziała, unosząc się wzdłuż jego ciała. Adrian usiadł przed biurkiem. Ale dałem plamę – pomyślał, śmiejąc się w duchu. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Dawida na szczęście nie było. I dobrze, bo już go zaczął irytować. Za to Sylwia, ta chudsza od chudej Baśki, uśmiechała się poprawiając włosy.
Wpisał hasło do komputera. Sylwia w tym czasie poruszyła się, opierając głowę na prawej dłoni. Zrobiła to w taki sposób, że palcem wskazującym mogła zalotnie owijać kosmyk włosów. Zaczepia mnie? – pomyślał. Nie dałbym rady. Za chuda. Poza tym Aneta. Na myśl o niej wpadł mu do głowy kolejny pomysł. Otworzył skrzynkę mailową, by przejrzeć listę adresatów.
Znalazł tylko jeden z imieniem Aneta. Skopiował jej adres. Dla pewności otworzył przeglądarkę i w wyszukiwarce kliknął wklej. Po wciśnięciu klawisza Enter pojawiła się strona jego firmy oraz zdjęcia kilku pracowników. Jest! Nawet na fotografii patrzy wyzywająco. Spojrzał na informacje umieszczone poniżej. Adres mailowy się zgadzał. Był też numer telefonu, ale zapewne służbowy. Cóż, mógłby od razu zadzwonić, ale nie byłoby zabawy.
Zaczął pisać. Cześć, sorki, pewnie przeszkadzam. Musiałeś zauważyć, że jest to mój pierwszy dzień w pracy. Jakub przekazał, abym się w niczym nie krępował. Zatem jest sprawa. Przejrzałem listę klientów i zauważyłem, że kilku z nich prowadziłaś wcześniej. Mogłabyś podać mi swój numer telefonu, aby swobodnie porozmawiać na ten temat? Z góry dziękuję. Adrian. Kliknął wyślij.
Po pomieszczeniu rozniósł się zapach świeżej kawy. Chuda Baśka przeszła obok. Zwrócił uwagę na mini i obcasy. Ocenił, że daleko jej do Anety. Niosła dwa kubki. Jeden postawiła obok Sylwii, drugi zaś na swoim stanowisku pracy. Wymieniły spojrzenia, a siadając Baśka zwróciła się bezpośrednio do niego: masz może ochotę na kawę? Sylwia również zaczęła go obserwować. Bawiła się wciąż palcem, kręcąc kosmyk włosów. Dzięki – uśmiechnął się.
Ładnie pachnie, ale w domu piłem już jedną, a przed chwilą byłem na drugiej. Obawiam się, że od trzeciej, w dodatku przy takich dziewczynach, to serducho może mi nie wytrzymać. Odpowiedziały chichotem. Następnym razem z miłą chęcią – dodał. W tym momencie usłyszał dźwięk przychodzącej wiadomości. Cześć, nie przeszkadzasz. Nie wiem, których klientów masz na myśli, ale z przyjemnością pomogę. Poniżej dopisała numer telefonu. Adrian sprawdził z tym, jaki został zamieszczony na stronie internetowej pod jej zdjęciem i adresem e-mail. Był inny, a to mogło oznaczać tylko jedno, że dała mu numer prywatny.
Zadzwonił od razu. To znaczy wyszedł wcześniej na korytarz, bo nie chciał, aby dwie chude podsłuchiwały. Co tak długo? – usłyszał jej pewnie postawione pytanie. Na początku rozmowy czuł się jak szczeniak. Najpierw to ona dominowała, dyktowała warunki spotkania, przekazania informacji. Musiał wziąć się w garść i przejąć inicjatywę. Zaczął w końcu pleść trzy po trzy, a ona po prostu słuchała. Była pewna, że za chwilę zadzwoni. Siedziała przed komputerem, stukając paznokciami o blat biurka.
Znała się na mężczyznach. Każdy z nich za każdym razem natychmiast oddzwaniał. Nie myliła się. Minęła może minuta od wysłania wiadomości, a jej telefon zadzwonił. Numer nieznany, ale wiedziała, że to on. Co tak długo? – zapytała pewnym tonem. Jego sposób wysławiania się miał to coś. Coś, co jak zauważyła, wyprowadzało ją z równowagi. Chciała, by mówił.
Jego głos, wchodząc przez ucho, zmierzał do ust. Dotykał jej języka. Rozpływał się przyjemnym ciepłem, topiąc wręcz w roślinności, schodząc między nogi. Adrian usiadł przed biurkiem. Sylwia i Baśka skupione przed monitorami nie zwróciły uwagi na jego powrót. I dobrze. Nie miał ochoty na rozmowę z kimkolwiek. Spojrzał na zegarek. Boże! – pomyślał rozdrażniony.
Do spotkania z Anetą musiał poczekać kilka godzin. Postanowił skupić się na robocie, a później co będzie, to będzie. Opracował plan obsługi klienta, sposoby pozyskiwania środków i tego typu projekty w wersjach roboczych. Proste arkusze niewymagające inicjatywy twórczej. Tymczasem ona zerkała przez ten czas to na telefon, to do skrzynki e-mail. Nie dzwonił, nie pisał, tym samym irytując ją. Myślała, aby dać jakiś znak, że jest i czeka na spotkanie. Powstrzymywała się. Kilka przerw na papierosa przyspieszyło upływ czasu. Jednak eskalacja emocji i wkurwu przyszła tuż przed spotkaniem.
Pojawiła się nagle i niespodziewanie, psując tak dobrze zapowiadające się popołudnie. Ja pierdolę, to dopiero pierdolony pech – pomyślała. W pomieszczeniu wykonanym z myślą jako niewielki aneks kuchenny, a tak naprawdę przeznaczonym do parzenia kawy, panował półmrok. Adrian, zamykając za sobą drzwi, nie spuszczał wzroku z Anety. Ona stała oparta o blat, trzymając oburącz kubek przy ustach. Za jej plecami słabym światłem świeciła jarzeniówka. Cześć – zagadał. Cześć – odparła, gdy ten się zbliżał. Miał tupet, bo bez pozwolenia chwycił ją za biodra, przyciągając do siebie. Pragnął wbić się w jej usta.
Chciała tego, ale instynktownie zareagowała inaczej. Grała. Robiąc krótką przerwę, przybliżyła kubek do jego ust, a ten posłusznie pozwolił upić łyk kawy z jej rąk. Podobało jej się to, gdyż złapał haczyk. Pokazała mu coś jeszcze. Nie miała pojęcia, że to go tak podnieca. Rozdrażniło go, gdy się odsunęła. Nie pozwoliła na pocałunek. W zamian otrzymał łyk kawy z jej rąk. Pokazała mu dołeczki na policzkach.
To go rozpaliło jeszcze bardziej. Zagryzła wargi, a on spróbował ją ponownie pocałować. Nie dała mu tego, czego tak bardzo chciał. Odsunęła głowę do tyłu, ukazując rząd białych zębów w uśmiechu. On wciąż trzymał ją za biodra. Nie zamierzał odpuścić. Jego nabrzmiały penis pulsował z niecierpliwości. Widziała, że jest napalony. Z uśmiechem na twarzy przyłożyła mu palec do jego warg. Uspokój się – powiedziała.
Chciała go w ten sposób nieco wyhamować. Ten gest podziałał jednak z odmiennym skutkiem. Otworzył usta, by wsadzić jej palec w usta. Jego ręce w tym czasie zeszły z jej bioder. Jedna zatrzymała się na dolnej części pleców, druga zaś powędrowała w górę. Chwycił jej włosy. Trzymała palec w jego ustach. Poczuła, jak dłonie zaczynają sunąć po jej plecach. Jedna zatrzymała się tuż nad pośladkami, a druga wędrowała przyjemnie w górę. Minęła zapięcie stanika, kark i wtopiła się we włosach.
Wyciągnęła palec z jego ust i zbliżyła się, by dać mu soczystego całusa. Adrian czuł jej wilgotny język i nabrzmiałe usta. Nie chciał przestać. Pragnął więcej. Śmiało zjechał dłonią jeszcze niżej. Jej tyłek był w sam raz. Nagle się wyrwała. Powiedziałam ci, abyś się uspokoił. Uspokoił? O czym ty mówisz?
Zamierzał powrócić do momentu, w jakim przed chwilą ją niemal zerżnął. Uspokój się – powtórzyła. Nie. Musisz. Dostałam okres.
[02:47:23] - A ja, proszę państwa, przygotowałem dzisiaj niespodziankę. Będzie coś, czego się państwo nie spodziewacie. Coś, co narusza stały rytm naszych audycji. Będą mianowicie dodatkowe korepetycje filozoficzne. Korepetycje filozoficzne extra. Zapraszam zatem. Dzisiaj w korepetycjach extra porozmawiamy o filozofie, który nie jest zbyt znany. Porozmawiamy o Archytasie z Tarentu. To filozof, który liczył wszechświat, ale rządził też miastem i był pitagorejczykiem. Archytas z Tarentu to jeden z tych filozofów, którzy psują bardzo wygodny stereotyp myśliciela oderwanego od świata.
Bo Archytas nie tylko rozważał naturę bytu i liczb, ale jednocześnie rządził miastem, dowodził armią, projektował urządzenia mechaniczne i co szczególnie imponujące, robił to wszystko bez rozdzielania życia na teorię i praktykę. Dla niego jedno było przedłużeniem drugiego. Filozof ten żył w IV wieku przed naszą erą. Był pitagorejczykiem z krwi i kości i jedną z najważniejszych postaci szkoły pitagorejskiej po samym Pitagorasie. A przy tym był przyjacielem Platona i człowiekiem, który według starożytnych przekazów uratował tegoż Platona z politycznych tarapatów. Dla Archytasa świat był w swej istocie matematyczny, ale nie w sensie suchych równań, tylko w sensie struktury. Liczba nie była narzędziem opisu. Ona była zasadą rzeczywistości. Harmonia, proporcja, miara. To one miały decydować o tym, że coś jest tym, czym jest.
Archytas szczególnie interesował się muzyką, bo widział w niej idealny przykład kosmicznego porządku. Dźwięki nie są przypadkowe, a ich relacje można wyrazić liczbowo. A skoro tak, to znaczy, że piękno i porządek świata mają fundament matematyczny. To właśnie Archytas rozwinął matematyczną teorię interwałów muzycznych, pokazując, że harmonia nie jest kwestią gustu, lecz kwestią proporcji. W tym sensie był jednym z ojców idei, że estetyka i matematyka mówią o tym samym, tylko mówią innym językiem. Jednym z najbardziej znanych argumentów Archytasa było jego rozumowanie dotyczące nieskończoności przestrzeni. To rozumowanie brzmi prosto, ale działa jak swoista intelektualna mina. Archytas spytał: „Jeśli dojdę do granicy świata i wyciągnę rękę, to co się stanie?” I odpowiadał: „Jeśli ręka może się poruszyć dalej, to znaczy, że granica nie była granicą. Jeśli nie może się poruszyć, to co ją właściwie zatrzymuje? Ściana?
Bariera? Twarda granica bytu? Przypuśćmy. Jeśli tak, to ta ściana też musi gdzieś być. Musi mieć grubość, położenie. Musi istnieć. A skoro istnieje, to jest czymś, co zajmuje miejsce, a więc nie jest absolutnym końcem istnienia, tylko kolejnym elementem świata. A zatem to nie jest prawdziwa granica”. W obu przypadkach wychodzi na to, że świat nie może mieć ostatecznej granicy. Ten argument, chociaż prosty, był jednym z pierwszych tak klarownych, filozoficznych uzasadnień idei nieskończonej przestrzeni.
I znów, jak to w starożytności, bez teleskopów, bez kosmologii, samym tylko czystym myśleniem filozof doszedł do takich wniosków. Archytas był także politykiem i to skutecznym politykiem. Kilkukrotnie wybierano go na stratega Tarentu, co w świecie greckim było raczej rzadkością i świadczyło o ogromnym zaufaniu. Co ciekawe, starożytni podkreślali, że rządził bez tyranii, opierając się na umiarze i na rozumie. Dla Archytasa filozofia była narzędziem panowania nad sobą. Uważał, że największym zagrożeniem dla miasta jest nieopanowana żądza pieniędzy, władzy, przyjemności. Rozum i proporcja miały tu pełnić rolę regulatora. Dokładnie tak, jak w muzyce. Państwo, podobnie jak instrument, musi być dobrze nastrojone. A na deser opowiem państwu pewną ciekawą historię o automacie.
Otóż Archytasowi przypisuje się skonstruowanie mechanicznego gołębia, który miał poruszać się samoczynnie dzięki sprężonemu powietrzu lub parze. Jeśli to prawda, byłby to jeden z pierwszych automatów, które w ogóle powstały. Nie wiemy, ile jest w tej opowieści legendy, ale sama ta opowieść dobrze oddaje ducha Archytasa. Filozofia nie kończy się na słowach. Jeśli rozumiesz prawa świata, możesz je zastosować. Archytas z Tarentu to postać, która pokazuje, że filozofia może być jednocześnie abstrakcyjna i praktyczna, matematyczna i estetyczna, kosmiczna i polityczna. Był on jednym z tych, którzy wierzyli, że rozum jest narzędziem porządku w duszy, w mieście i w całym wszechświecie. Archytas to filozof, który liczył interwały, dowodził wojskiem i zastanawiał się nad granicami kosmosu. Naprawdę trudno o lepszy dowód, że starożytność była bardziej nowoczesna, niż często to sądzimy. Tak, proszę państwa, to były dodatkowe korepetycje filozoficzne.
A teraz już doszliśmy do końca dzisiejszej audycji. Ja tradycyjnie zapraszam państwa na AWF za tydzień, w kolejny piątek. A teraz już życzę wspaniałego weekendu. Życzę dobrej nocy. Do usłyszenia. I cóż, proszę państwa, może trochę pofilozofujcie.
[02:54:55] - A mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze stroną techniczną obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Przestrzenie Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.