Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie witamy i zapraszamy w skromne progi przebogatej jak zawsze Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:35] - Witam państwa bardzo serdecznie w kolejnym wydaniu Akademii Wszelkiej Fikcji. Dzisiaj spotykamy się w audycji, w której Ksenofont podaje sobie rękę z Netflixem, czy tam z innym Apple TV, a Tomek Wilmowski, bohater Alfreda Szklarskiego kiwa z uznaniem głową, widząc, że współczesny świat to w gruncie rzeczy taka wielka, trochę niebezpieczna wyprawa. Wyprawa, w której nie ma wprawdzie tygrysów, ale mamy algorytmy, a zamiast syberyjskich równin mamy chmurę. Chmurę oczywiście tę, w której umieszczane są różne pliki. Ale mamy też coworkingi i tym podobne zjawiska. Weźmy też wspomnianego Ksenofonta. Ten facet przeszedł pół świata, antycznego świata. Opisał to jak klasyczny influencer podróżniczy. Tyle że on wtedy nie dysponował ani dronami, ani hashtagami, ani tym wszystkim, czym dysponują współcześni influencerzy. Ale ta jego wyprawa dziesięciu tysięcy do dziś przypomina nam, że każda podróż zaczyna się tak naprawdę od próby ogarnięcia chaosu.
Czyli mówiąc tak po ludzku, zaczyna się jak każdy poniedziałek. Wspomnijcie państwo, jak wygląda poranek w poniedziałek i już będziecie wiedzieli wszystko. Tytułem przypomnienia, na szczęście mamy dzisiaj piątek i poniedziałek to jest tak odległa perspektywa. Ja w każdym razie się cieszę. A wracając do audycji, to oprócz Ksenofonta mamy też „Jedyną”. Serial o świecie, w którym nadzieja, przyszłość i miłość stają się towarem, ja wiem, czy luksusowym, unikalnym. To ma oczywiście swoje przyczyny. W ogóle to brzmi dramaturgicznie, ale te pytania, które można postawić w związku z serialem, one wcale nie są nowe. To są pytania typu: gdzie jest moje miejsce? Kto pociąga za sznurki?
I dlaczego znowu ja mam ratować sytuację, mam ratować świat? Słowem klasyka przygody, tym razem w wersji streamingowej. A pomiędzy tym wszystkim, o czym już wspomniałem, jest Tomek Wilmowski, bohater cyklu powieściowego Alfreda Szklarskiego. Chłopak, który zamiast siedzieć w szkolnej ławce wolał pakować manatki i ruszać w świat. Jak się temu wszystkiemu przyjrzymy, to nagle widzimy, że Tomek, Ksenofont i bohaterka „Jedynej” grają w tej samej drużynie. Wszyscy próbują dogadać się z losem, który chwyta ich za kołnierz i mówi: „No ruszaj, ruszaj. Przygoda sama się nie przeżyje”. No i właśnie o tych podróżach będzie dzisiaj. Starożytnych, literackich, serialowych. Bo niezależnie od epoki każdy z nas trochę maszeruje jak grecki najemnik, trochę walczy o siebie jak bohaterka „Jedynej”.
No i trochę marzy, jak Tomek Wilmowski. Marzy, że za najbliższym wzgórzem, gdzieś tam zaczyna się nowa opowieść. A więc ruszamy. Jak zwykle bez szczegółowej mapy, ale za to z wyobraźnią. Zaczynamy od polecanek książkowych. Tradycyjnie niejako. Pierwsza z książek, którą chciałbym dzisiaj polecić nosi tytuł „Fantasma”. Autorka Jessica Fox. Wydawnictwo Niezwykłe. Książka na rynku od 10 grudnia tego roku.
Norisa od zawsze pragnęła uciec z miasta, które wydawało się jej obce i wrogie. W dzieciństwie żywiła przekonanie, że widuje duchy, choć nikt poza nią ich nie dostrzegał. To doświadczenie naznaczyło ją na lata, a ludzie zaczęli nazywać ją nawiedzoną. Kiedy pojawiła się szansa na naukę w White Ghost Academy, położonej setki mil od rodzinnego miasta, dziewczyna sobie uświadomiła, że to jej droga do nowego życia i do dostania się na prestiżowe studia. Dla Norisy istniał jeszcze jeden, ważniejszy powód. Musiała odnaleźć brata, który przed rokiem udał się na tę samą akademię i zniknął bez śladu. Bohaterka szybko odkrywa jednak, że szkoła nie jest bramą do lepszej przyszłości, lecz raczej miejscem, gdzie strach staje się codziennością. Uczniowie z jej klasy giną jeden po drugim, a dawne demony Norisy powracają silniejsze niż kiedykolwiek. Dziewczyna zaczyna się zastanawiać, czy to świat wokół niej zmienia się w koszmar, czy może jej własny umysł Rozpada się na kawałki. Dodatkowo na liście przyjętych uczniów znalazło się też nazwisko Santino Reyesa, znanego jako Czarny Kruk.
Mroczna aura chłopaka od dawna budziła w dziewczynie niepokój. Łączyła ich wzajemna niechęć zakorzeniona w przeszłości. To mimo wszystko nie przeszkodziło Reyesowi, aby zaproponować Nelisie pewien układ. Przypomnę, to było zaproszenie do lektury książki „Phantasma” Jessici Fox. Książki wydanej przez Wydawnictwo NieZwykłe, obecnej na rynku od 10 grudnia tego roku. Druga z książek, którą chciałbym Państwu dzisiaj polecić, to nie jest książka beletrystyczna. Nosi tytuł „Siara i nic nie jest jasne”. Autorką jest Beata Biały, wydawcą Wydawnictwo Otwarte. Data premiery tej książki jest nieco odległa, bo to dopiero koniec stycznia przyszłego roku. Konkretnie 28 stycznia.
Powiedziałem, że premiera jest odległa, ale chyba warto już teraz zaplanować zakupy na przyszły rok. Może to jest pozycja, po którą państwo sięgniecie. To jest pierwsza biografia Janusza Rewińskiego. Aktor, kabareciarz, polityk i rolnik był człowiekiem zagadkowym, prywatnie cichym i zamkniętym w sobie. Na scenie i przed kamerą pełnym ekspresji. Polacy pokochali go jako niezapomnianego Siarę. Wypowiedziane przez niego w „Killerze” słowa: „Mają rozmach, hm syny.” Te słowa weszły do polskiej popkultury, stając się czymś więcej niż tylko filmowym cytatem. Wielu do dziś wspomina jego występy w kabarecie Tey, rolę dyrektora w kabarecie Olgi Lipińskiej i biznesmena w „Tygrysach Europy”, czy też satyryczny program „Ale plama”. Beata Biały zagląda pod maskę, którą nosił Janusz Rewiński. Pokazuje chłopca z Żar.
Samotnego, małomównego, a jednocześnie obdarzonego niezwykłym darem rozśmieszania ludzi. To historia, jakiej nie zobaczycie w kinie ani nie usłyszycie od sąsiada. Ożywiają ją wspomnienia jego syna Aleksandra, ale też Krzysztofa Piaseckiego, Pawła Deląga, Beaty Ścibakówny, Krystyny Tkacz i wielu innych bliskich aktorowi osób. Jak naprawdę wyglądało życie człowieka, który bawił miliony, a sam najczęściej milczał? Chciałoby się powiedzieć: siara i wszystko jasne, ale tak naprawdę nic nie jest jasne. A ja przypomnę: książka Beaty Biały nosi tytuł „Siara i nic nie jest jasne”. Wydawnictwo Otwarte. Data premiery odległa, ale warta zapamiętania. 28 stycznia 2026 roku. I wreszcie trzecia książka, którą wybrałem na dzisiaj: „Zdrajczyni Jane Boleyn”.
Autorką jest Philippa Gregory. Wydawnictwo Harper Collins Polska. Data premiery 10 grudnia 2025 roku. Jane Boleyn, bratowa królowej, jest w samym środku dworu Tudorów. Tu nic nie jest potężniejsze od tajemnicy, a władza spoczywa na ostrzu królewskiego miecza. By przetrwać, Jane nosi wiele masek: kochającej żony, oddanej siostry i posłusznego szpiega. Inaczej zginie. Jedyną bronią, jaką posiada, jest informacja. Mówią, że to podszepty Jane Boleyn przypieczętowały losy dwóch królowych. Nazywali ją kłamczynią i zdrajczynią, ale prawda jest o wiele bardziej skomplikowana.
Philippa Gregory po 10 latach wraca do swojego najpopularniejszego cyklu o Tudorach. Bestsellerowa autorka powieści historycznych wydobywa z cienia Jane Boleyn i zadaje pytania, kim naprawdę była i jaki miała wpływ na losy królestwa. Kilka słów o autorce. Philippa Gregory znana jest jako autorka powieści łączących dogłębną wiedzę historyczną z porywającą narracją. W swojej twórczości prezentuje postacie kobiet często pomijanych na kartach historii. Kobiet, które jednak obecnie odzyskują swoje znaczenie. Jej powieści sprzedawane w milionach egzemplarzy na całym świecie były również adaptowane na potrzeby teatru, telewizji oraz filmu. W 2023 roku opublikowała książkę non-fiction „Normal Woman. Nowe ujęcie historii społecznej kobiet w Anglii na przestrzeni 900 lat”. Książka spotkała się z przychylnym przyjęciem krytyków i została zaadaptowana na podcast, ale również na wydanie dla nastolatków oraz wydanie dla dzieci.
W 2021 roku Philippa Gregory została odznaczona Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury oraz dla działalności charytatywnej. A ja przypomnę: książka, którą polecałem nosi tytuł „Zdrajczyni Jane Boleyn”. Philippa Gregory, wydawnictwo Harper Collins Polska. Data premiery: 10 grudnia 2025 roku. Tak, proszę państwa, to teraz czas na korepetycje filozoficzne. Ze wstępu do audycji wiecie państwo, że dzisiaj bohaterem korepetycji stanie się postać, która może nie jest znana z pierwszych kart historii filozofii, ale jest postacią, wierzcie mi państwo, znaczącą. Czas na opowieść o Ksenofoncie. Na początek mam dla państwa ćwiczenie z wyobraźni. To jest proste ćwiczenie. Wyobraźcie sobie państwo filozofa.
I pewnie oczyma duszy zobaczyliście państwo brodatego myśliciela siedzącego pod drzewem oliwnym i dyskutującego o naturze kosmosu. To teraz ćwiczenie część druga. Wyobraźcie sobie państwo kogoś, kto dokładnie zaprzecza tej poprzedniej wizji. Wyobraźcie sobie państwo gościa, który w jednej ręce trzyma pióro, w drugiej miecz, a nogi ma tak wytrzymałe, że potrafi przewędrować pół Azji Mniejszej w tempie godnym niemalże współczesnych maratończyków. Taki właśnie był Ksenofont. A że przy okazji potrafił pisać tak jasno, tak przejrzyście i tak barwnie, że Arystoteles kazał swoim studentom uczyć się na jego tekstach, to już zupełnie inna sprawa. Ksenofont był jednym z uczniów Sokratesa, ale w przeciwieństwie do Platona nie próbował robić ze swojego nauczyciela półboga. Półboga, który przemawia tylko w metafizycznych zagadkach. Nie. Dla Ksenofonta Sokrates był normalnym człowiekiem.
Mądrym, inspirującym, upartym, czasami nawet złośliwym, ale jednak człowiekiem z krwi i kości. Gdy Platon widział w Sokratesie mistrza idei i abstrakcji, Ksenofont dostrzegał w nim faceta, który potrafił udzielić dobrych rad życiowych. Jak gospodarować domem, jak wychowywać dzieci, jak być odważnym i jak nie dać się zwariować polityce. Przede wszystkim preferował filozofię praktyczną. Zero metafizyki i minimum ornamentów, dekoracji. Absolutne minimum. Można powiedzieć, że Platon dał nam Sokratesa na piedestale, a Ksenofont takiego Sokratesa siedzącego w kuchni i opowiadającego o życiowych sprawach. Największym popisem Ksenofonta było oczywiście dzieło „Anabaza”. To jest pamiętnik dowódcy najdziwniejszej i najbardziej heroicznej wyprawy wojennej antyku. Otóż Greccy najemnicy zostali wmanewrowani w udział w perskiej wojnie domowej i utknęli tysiące kilometrów od domu.
Ich dowódców zdradzono, a potem zgładzono. Pojawił się chaos, panika, czarna dziura strategiczna. I wtedy z szeregów wystąpił Ksenofont, filozof, uczeń Sokratesa. Człowiek, który do niedawna pisał o optymalnym zarządzaniu gospodarstwem. Ktoś taki miał uratować sytuację? Właśnie ktoś taki. On powiedział po prostu: „Panowie, czas wracać. Wstawać wszyscy. Wszyscy ruszamy”. Poprowadził 10 tysięcy wojowników przez góry, przez pustynie, rzeki, zasadzki i dyplomatyczne bagna.
Poprowadził ich aż do morza. Przeszli wraz z nim setki kilometrów, ale dzięki temu wrócili do domu. „Anabaza” to nie jest tylko reportaż wojenny. To podręcznik przywództwa, który, nie waham się tego powiedzieć, do dzisiaj mogliby czytać menadżerowie wielkich firm. Bo wprawdzie w XXI wieku raczej rzadko muszą oni negocjować przeprawę armii przez terytorium wrogiego satrapy, ale nigdy nie wiadomo, co w życiu się przyda. A biznes chwilami przypomina wojnę. Ksenofont nie filozofował o wielkich ideach. To już, zdaje się, mówiłem. On pisał o tym, co działa. Działa tu i działa teraz.
W dziele o gospodarstwie podpowiadał swoim bliźnim, jak efektywnie zarządzać domem. W dziele o jeździectwie tłumaczył, jak dobrze traktować konie i jak powinien zachowywać się oficer jazdy. Filozofia Ksenofonta jest naprawdę bardzo prosta. Cnota to praktyczna umiejętność dobrego życia. To żadna abstrakcja, żadna teoria. Cnota to rzetelna praca, rozsądek, samodyscyplina, uczciwość i odwaga. Te poglądy to był jeden z powodów, dla których stoicy, zwłaszcza ci rzymscy, tacy jak Seneka czy Marek Aureliusz, bardzo cenili Ksenofonta. Oni go cenili bardziej niż Platona. Widzieli w nim bowiem mistrza moralnego konkretu. Ksenofont nie tylko popisywał się swoją praktyczną wiedzą, miał też w życiu trochę pecha.
Wspierał bowiem Spartan w czasie, gdy Ateny i Sparta wciąż żarły się o hegemonię na tych wszystkich greckich terenach. A Ateny nie lubiły, powiem więcej, bardzo nie lubiły, gdy ktoś kibicował drużynie przeciwnej. Zgodnie z grecką tradycją filozofa po prostu wygnano. A Sparta zrobiła to, co zawsze robiła najlepiej. Najpierw przyjęła go z otwartymi ramionami, ale potem szybciutko wykorzystała przy okazji różnych toczonych przez siebie wojen. Ksenofont patrzył na politykę trochę jak na niebezpieczne bagno. Lepiej trzymać się z daleka, ale jeśli już trzeba wejść w to bagno, to należy to robić w butach. Nigdy boso. W pismach filozofa przebija trzeźwy realizm. Państwami rządzą interesy.
Przywódcy tych państw często nie mają pojęcia o tym, co w ogóle robią, a uczciwi ludzie muszą być podwójnie ostrożni. Gdyby Ksenofont żył dzisiaj, powiedziałby zapewne coś takiego: „Tak, głosuj, ale bądź rozsądny. Nie licz na to, że politycy rozwiążą wszystkie twoje problemy. Będzie dobrze, jeśli przynajmniej nie narobią nowych”. Dlaczego warto czytać Ksenofonta? Bo Ksenofont to filozof, który nigdy nie zapominał, że żyjemy w świecie realnym, a nie w republice zbudowanej z idei nie do końca uchwytnych. Platon uczynił filozofię sztuką wzniosłą, Arystoteles uczynił ją nauką, a Ksenofont uczynił ją sztuką dobrego życia na co dzień. Ksenofont jest jak mądry przyjaciel, który nie opowiada nam o sensie wszechświata, ale mówi: „Zjedz porządny obiad, bądź przyzwoity i nie pakuj się w jakieś głupie spory”. I oczywiście dbaj o konie, bo jak napisał Ksenofont, na ich grzbietach niesiemy nie tylko ciężar podróży, ale także własny los. I tyle, proszę państwa, dzisiaj korepetycji filozoficznych.
To był filozof, należałoby sięgnąć do jego dzieł. Zobaczylibyście państwo, że filozofia to nie tylko bujanie w obłokach. To bardzo często konkret. Użyję tego oczywiście w formie zabawowej, ale to tak konkretny konkret, że aż się człowiekowi robi słabo, że mógł kiedyś myśleć o filozofii jako o bujaniu w obłokach. W wykonaniu tego filozofa, w wykonaniu Ksenofonta filozofia to coś niezwykle praktycznego i przydatnego. A teraz czas na odrobinę literatury. Zapraszam na opowiadanie Dariusza Kraszewskiego zatytułowane „Anomalia”, a pochodzi z audycji ABW, która kiedyś szalała na antenie Radia Paranormalium. Teraz ta audycja już nie funkcjonuje. Ja cały czas liczę, że w jakiś sposób uda się ją reanimować w ramach Akademii Wszelkiej Fikcji, ale opowiadania jakoś nie napływają. Może minął już po prostu ten czas fascynacji, gdzie ludzie przysyłali opowiadania, aby je usłyszeć na antenie.
A wierzcie mi państwo, jest różnica. Znam to z praktyki. Jest różnica pomiędzy napisaniem opowiadania, opublikowaniem opowiadania gdzieś w prasie a usłyszeniem własnego opowiadania przefiltrowanego przez wrażliwość lektora. To czasami brzmi tak, jakbyśmy słuchali czegoś, co nie wyszło spod naszego pióra. Jest w jakimś stopniu inne, lekko obce, ale przecież nasze. Zapraszam na opowiadanie. Czyta Marek Sęk.
[22:34] - Dariusz Kraszewski „Anomalia”. Kierowana niewidzialną ręką, zaprzężona w czwórkę koni kareta zatrzymała się na podjeździe karczmy. Z wnętrza pojazdu wysiadł dobrze wyglądający, choć niemłody już mężczyzna. Jego nienaganny ubiór i pewny siebie chód jednoznacznie wskazywały na to, że wywodzi się z wyższych sfer. Człowiek ów przeszedł szybkim krokiem przez grząskie, błotniste podwórze karczmy, po czym pchnął prowadzące do jej wnętrza drzwi. Bijące ze środka ciepło, którego uderzenie poczuł na twarzy, było przyjemnym doznaniem w porównaniu z panującym na zewnątrz jesiennym chłodem. Niestety miłemu uczuciu towarzyszył także potworny smród będący mieszaniną fetoru, gnijącej żywności, alkoholu i ludzkiego potu. „Witam wielmożnego pana” — otyły karczmarz przekrzykiwał panujący w izbie harmider, kłaniając się nisko. „Czy znajdzie się dla mnie jakiś pokój i strawa?” — spytał przybyły. „Ależ oczywiście, panie Orlov.
Dla pana zawsze. Proszę spocząć.” — mówiąc to, karczmarz wskazał stojący pod ścianą stolik. — „Zaraz podam kolację, a mojej żonie każę przygotować pokój. Ten co ostatnio.” „Dobrze. Będzie w porządku. I niech ktoś zajmie się moim bagażem.” „Moi synowie zaraz wniosą pańskie kufry.” „Mam tylko jeden” — oznajmił przybysz, po czym zajął miejsce przy wskazanym przez karczmarza stoliku. W pomieszczeniu panował gwar, będący typową dla tego typu przybytku kakofonią odgłosów konsumpcji i pijackiego bełkotu. Czekając na kolację, Orlov jak zawsze przyglądał się otaczającym go ludziom. Nie wyglądali na zadowolonych z życia, raczej na umęczonych ciężką pracą wieśniaków bez perspektyw na poprawę swojego bytu. Świat, w którym przyszło im wegetować, nie był idealny, ale taki właśnie miał być: siermiężny i trywialny aż do bólu.
Twórcom symulacji chodziło o to, aby pogrążone we śnie umysły brutalnie doświadczały wszystkimi zmysłami pozorowanej fizyczności. Za każdym razem, gdy tworzono środowiska zbyt sielankowe, śpiący popadali w marazm lub zwyczajnie tracili zmysły. Czasem zdarzało się, że któryś z zahibernowanych przejmował kontrolę nad częścią wirtualnego świata, tworząc swój własny. Możliwe, że tak było i tym razem. Celem rekonesansu Orlova było właśnie namierzenie takiej anomalii. Siedząc samemu przy stole i wysłuchując oryginalnego koncertu na sztućce, przysłuchiwał się rozmowom toczonym przez zwykłych ludzi. Często w ten właśnie sposób dowiadywał się o nieprawidłowościach w działaniu symulacji. Interesowały go zwłaszcza dziwne, nietypowe zdarzenia, takie jak wizyty duchów czy błędne ognie na polach. Tego typu paranormalne zjawiska świadczyły zwykle o błędach w programie, które należało niezwłocznie skorygować. W przeciwnym razie cała misterna struktura stworzonego przez animatorów świata mogła rozpaść się jak domek z kart.
„Proszę, moja żona ugotowała pański ulubiony gulasz, jak wyczuła, że pan dziś przybędzie” – powiedział karczmarz, stawiając przed nim parującą misę. – „A tak swoją drogą, to dawno pana u nas nie było.” „Nie było mi po drodze. Wizytowałem inne wioski, nie wspominając już o tym, że król Filip potrzebował mnie przez jakiś czas na dworze. Lepiej opowiedz mi, jak wam się teraz żyje we wsi.” „Tutaj bez zmian, panie.” – wzdychając powiedział karczmarz. – „Nic nowego się nie dzieje. Ludzie jak zawsze ciężko pracują i narzekają na wysokie podatki. Zwłaszcza teraz, po ostatnim suchym jak pieprz lecie.” „A nie zauważyłeś może, że kogoś brakuje? Ktoś zniknął, przestał pojawiać się w twojej karczmie?” „Niech pomyślę.” – karczmarz zmrużył oczy. – „Dawno nie widziałem Kurta, choć to dość dziwne, bo bywał tu niemal codziennie.” „Jakiego Kurta?” – dopytywał Orlov. „Nazywał się...” – karczmarz próbował sobie przypomnieć – „Winiarski.
Tak, na pewno Winiarski.” „Kiedy ostatni raz go widziano?” Karczmarz zamyślił się, po czym krzyknął w stronę siedzącego w ciemnym kącie człowieka: „Teddy, kiedy ostatni raz widziałeś Kurta?” Zarośnięty, ubrany w łachmany lump około trzydziestki dumał przez chwilę, drapiąc się za uchem, po czym odpowiedział: „Będzie ze dwie niedziele.” „Może po prostu jest zajęty i dlatego nie przychodzi do karczmy?” – spytał Orlov. „Kurt zajęty? Nie, panie, to było jego zajęcie.” – mówiąc to, łachmaniarz zatoczył głową okrąg. – „Właściwie to niczym innym się ostatnio nie zajmował, jak tylko siedzeniem w karczmie. Tak, to dziwne, panie, ale z tego, co wiem, to już dawno nikt go nie widział. Nawet plotkowano, że umarł.” „Nie umarł, tylko pewnie zmienił towarzystwo” – pomyślał Orlov, ciesząc się w duchu z tego, że najprawdopodobniej udało mu się znaleźć to, czego szukał. Wszystko wskazywało na to, że źródłem zakłóceń był Kurt Winiarski. Wystarczyło tylko potwierdzić to przy pomocy sprzętu i namierzyć jego kapsułę. Po kolacji Orlov udał się do wynajętego pokoju na piętrze. Gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi, od razu podszedł do stojącego pod ścianą bagażu.
Wyjętym z przypasanej do pasa sakiewki małym kluczykiem otworzył podróżny kufer. Gdy uchylił wieko, przytwierdzony do jego wewnętrznej strony płaski monitor rozjarzył się mozaiką cyfr i liter. Przebierając palcami po zamontowanej wewnątrz kufra klawiaturze uruchomił skanowanie sektora. Wynik tylko potwierdził jego przypuszczenia. Winiarski był źródłem problemów. Orlov przesłał dane jego hibernatora do głównego komputera. Gdy to już zrobił, nacisnął zamontowany z boku klawiatury czerwony guzik z napisem „pobudka” i nagle wszystko zniknęło. Czuł w ustach suchość i kręciło mu się w głowie. Widział jedynie tańczące we mgle rozmazane plamy. Miał wrażenie, że jego ciało pęcznieje i zaraz eksploduje.
Były to typowe objawy powrotu do rzeczywistości. Wiedział, że wkrótce nieprzyjemne uczucie zniknie i jego umysł oraz organy wewnętrzne dostosują się na nowo do funkcjonowania w stanie nieważkości. Niełatwo było się przestawić po kilku godzinach spędzonych w warunkach ziemskiego ciążenia, nawet jeśli było ono tylko wirtualne. Gdy już odzyskał w pełni ostrość widzenia, zobaczył unoszącą się nad jego głową kobiecą postać. Doktor Greta Hansen pracowała z nim od kilku miesięcy na frachtowcu USS Philip Kandik. W statku transportowym oczekującym na orbicie Charona na okno startowe. Wraz z Orloffem zajmowała się kontrolą snów. „Jak ja tego nie lubię” – wysapał Orloff. „Im jestem starszy, tym gorzej znoszę przebudzenia. Dobrze się spisałeś, Max.
Szybko udało ci się odnaleźć uciekiniera” – powiedziała Greta, zdejmując z jego głowy hełm symulatora. Orloff cieszył się z tego powodu. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że najgorsze jeszcze przed nim. We flocie wciąż obowiązywał archaiczny przepis mówiący, że ostateczną decyzję o awaryjnym przebudzeniu mógł wydać jedynie dowódca okrętu. Osobiście uważał ten wymóg za idiotyczny, lecz nie miał wyboru. Dopóki pracował dla floty, musiał tańczyć, jak mu zagrają. Przynajmniej dobrze płacili. „Skontaktuj się ze starym i poproś go o zgodę” – powiedział. „Będzie wściekły” – jęknęła Greta. – „W gruncie rzeczy jest zwykłym trepem, cholernym służbistą, który nie znosi niespodzianek podczas rejsu.
Lecę pod komendą Holta po raz trzeci i szczerze mówiąc mam go już dość. Wiem, że będzie ciężko wytłumaczyć mu pewne techniczne aspekty. Ten człowiek nie ma do tego cierpliwości ani głowy” – powiedział Orloff. – „Nie mamy jednak wyjścia. Trzeba jak najszybciej przeprowadzić awaryjne przebudzenie, a do tego potrzebujemy jego zgody. Poproś kapitana na pokład kriogeniczny.” Greta westchnęła, potrząsając głową. Jej spięte na czubku głowy ciemne włosy zafalowały chaotycznie w pozbawionym grawitacji środowisku. „Tak jest, szefie” – powiedziała. – „Jesteście tego pewni?” – spytał bez żadnych wstępów Holt, wlatując przez otwarty właz. Przepłynął nad Orloffem, po czym chwytając za poręcz, zawisł na środku pomieszczenia.
Musiał właśnie spać, gdy dotarła do niego wiadomość wysłana przez Gretę, gdyż miał na sobie tylko szorty. Oczywiście wyprasowane na kant. „W 100%, kapitanie.” „Jak doszliście do takich wniosków?” „Kilka godzin temu zauważyliśmy to.” – Orloff wskazał zawieszony przed sobą monitor. Wytężając wzrok, Holt próbował wyodrębnić z plątaniny kolorowych kształtów coś sensownego. „Widzi pan, kapitanie?” – Orloff podążał palcem za jaśniejszą plamką, powoli przemieszczającą się ruchem wirowym dookoła ekranu. „Coś widzę, tylko nie wiem co.” „Ten odczyt jest dla nas sygnałem, że doszło do zakłócenia transmisji” – wyjaśniła Greta. – „Nie dało się namierzyć anomalii ze świata rzeczywistego, więc Orloff podjął się przeprowadzić inspekcję w terenie, że tak to ujmę. Tam użył poszukiwacza snów.” „A co to takiego?” „Tak nazywamy program skanujący, który w symulacji przyjmuje formę przenośnego urządzenia.” „Aha, rozumiem. No dobrze.” – kapitan był wyraźnie zniecierpliwiony. – „Powiedzmy, że zerwał się wam ze smyczy jeden z zahibernowanych.
I co z tego? Niech sobie nasz kolega z lodówki żyje we własnym świecie i śni, o czym chce. Cóż w tym złego?” „To, że nie jesteśmy w stanie sprawować kontroli nad wykreowanym przez kogoś innego niż nasi animatorzy światem” – tłumaczył Orloff. – „To bardzo komplikuje przygotowania do późniejszego wybudzenia już po dotarciu do celu.” „A nie można tak po prostu ich uśpić bez wtłaczania im do mózgów tego całego wymyślonego świata?” – spytał kapitan. „Można, lecz mogłoby się to skończyć źle dla śpiących” – odpowiedział Orloff. „Jak to?” „Był pan kiedyś w stanie hibernacji?” – zapytała Greta. Holt wzruszył ramionami. „Nie. Ja tylko przewożę mrożonki.” „Więc nie wie pan, jak źle ludzki umysł znosi długotrwałe uśpienie, zwłaszcza w stanie nieważkości. Przywrócenie śpiących na powrót do życia jest skomplikowanym, długotrwałym zabiegiem.
Sny pełnią w tym wszystkim ważną rolę. Stanowią dla umysłu istotny czynnik w zachowaniu równowagi psychicznej. Ważne jest jednak, abyśmy kontrolowali ten proces. Dlatego transmitujemy zahibernowanym wizję świata, w którym wydaje im się, że prowadzą normalne życie. Poprzez symulacje uczą się też koegzystować wspólnie na niewielkim terenie w zamkniętej społeczności. Świetnie przydaje się to w późniejszym życiu na pozaziemskich koloniach. Co prawda po przebudzeniu niczego nie pamiętają, lecz pewne wzorce zachowań, relacje zostają w ich podświadomości. Nie mówiąc już o tym, że nasi podopieczni lepiej znoszą przebudzenie, gdy są do tego przygotowywani jako grupa. Gdyby każdy śnił swój sen...” „Już wystarczy” – przerwał Holt. – „Przestańcie mnie tu zanudzać szczegółami technicznymi.
Powiedzcie mi tylko, dlaczego nie możecie przywrócić tego kogoś do porządku, sprawić, żeby śnił to, co inni, skoro już musi.” „Ponieważ nie mamy nad tym światem władzy absolutnej” – próbował tłumaczyć Orloff. – „Gdyby tak było, zamienilibyśmy śpiących w roboty, a nie o to tutaj chodzi. Tak naprawdę transmitujemy do ich umysłów jedynie dane początkowe wykreowanej rzeczywistości. Przypisujemy im role społeczne, lecz w istocie każdy jest tam autonomiczną jednostką zdolną do uczenia się i podejmowania suwerennych decyzji. Pozwalamy im na kreatywność, co pozwala utrzymać ich mózgi w stanie aktywności.” Nasza rola kontrolerów ogranicza się do wykrywania anomalii i reagowania na zagrożenia. Takim właśnie zagrożeniem jest osoba, która opuszcza ogólną symulację i tworzy własną rzeczywistość. Nie wiemy, dlaczego tak się czasem dzieje. Przypuszcza się, że jednostki o wyjątkowo silnej psychice potrafią podświadomie wykorzystać energię transmisji do stworzenia własnego świata. Egzystują w stworzonej przez siebie bańce, sztucznej rzeczywistości, nad którą nie mamy władzy. Ryzyko rozkładu psychiki każdego, kto odstaje od grupy jest zbyt duże.
Sami nie rozumiemy do końca, dlaczego tak się dzieje. Umysł ludzki wciąż jest zagadką. Największym problemem jest jednak to, że można się tym zarazić. Taki uciekinier, jak go nazywamy, wciąga do swojego świata innych śpiących. Jeśli w porę nie odłączymy go od reszty, po kilku dniach możemy stracić cały sektor. Jak to cały sektor? Holt sprawiał wrażenie człowieka przytłoczonego ogromną ilością niezrozumiałych informacji. Słyszał pan o Leonowie? Spytała Greta. Kapitan wzniósł oczy w górę, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
Tak powiedział, kiwając głową. To była głośna sprawa kilkanaście lat temu. Zdaje się, że na tym statku straciliśmy kilku ludzi. Ponad dwustu sprostował Orlow. Większość z nich skończyła jako ludzkie warzywa. Tam także wszystko zaczęło się od jednego odosobnionego przypadku. Od anomalii, którą zbagatelizowano. Gdy zdecydowano się działać, było już za późno. To był pogrom. Kapitan wyglądał na zmartwionego.
Patrząc na znajdujący się przed Orlowem monitor, pocierał w zamyśleniu zarost na brodzie. Źle to będzie wyglądało w dokumentacji rejsu. Nigdy mi się coś takiego nie przydarzyło w ciągu mojej całej dwudziestoletniej kariery powiedział ponurym głosem. Wiecie już, kim on jest? Ten odszczepieniec? Tak. Zdobyłem jego pełne dane. Mówiąc to, Orlow wskazał na wyświetlające się na ekranie litery. Sektor D, komora 112. Kurt Winiarski, chemik.
Winiarski? Kapitan ożywił się. Polak? No oczywiście. Można było się tego spodziewać. Na pewno pijak i złodziej. Myśli pan, że narodowość może tu mieć jakieś znaczenie? Spytała Greta, zaskoczona reakcją przełożonego. W tym wypadku tak potwierdził kapitan. Przecież ci przeklęci Polacy w przeszłości rozkradli i sprzedali swój własny kraj.
Potem rozpierzchli się po świecie, siejąc zamęt wszędzie tam, gdzie się pojawiali. To nie naród, to zaraza. Cholera! Nawet wirtualną rzeczywistość potrafią spieprzyć. Znałem takiego jednego. Ze wszystkiego potrafią zrobić alkohol. Czekamy na pańską decyzję, kapitanie. Czas gra na naszą niekorzyść ponaglał Orlow. Za dwie doby kończymy tankowanie. Potem opuszczamy orbitę i zaczynamy przygotowania do skoku.
Teraz jeszcze możemy pozbyć się tego całego Winiarskiego. Obudźmy go i przewieźmy szalupą na stację. Niech miejscowi martwią się, co dalej z nim począć. Mają tu przecież lazaret. Holt westchnął ciężko, po czym rzekł: dobrze. Macie moją zgodę. Obudźcie tego sukinsyna, zanim naprawdę narobi bałaganu. W takim razie Orlow zwrócił się do Grety. Bierzmy się do roboty. Ty zacznij przygotowywać kapsułę 112, a ja spróbuję nawiązać kontakt z umysłem uciekiniera.
Trzeba będzie przygotować jego psychikę na awaryjne wybudzenie. Może jednak jeszcze nie jest stracony, o ile nie tkwi zbyt głęboko w swych urojeniach. A więc macie możliwość kontaktu z umysłem zahibernowanego? Spytał Holt, nie kryjąc zaskoczenia. Owszem, teraz, gdy mamy dane jego hibernatora i wiemy, gdzie skierować sygnał, mogę przeniknąć do jego snu i spróbować porozmawiać z nim. Robił pan to już kiedyś? Spytał Holt. Tak, kilka razy, wiele lat temu. O, doprawdy. A gdzież to było?
Zainteresował się kapitan. Zapytany odwrócił głowę i udając, że patrzy na ekran monitora, odpowiedział ponuro: na Leonowie. Oprócz obdartego fotela, na którym siedział Orlow, na wyposażeniu chaty było jeszcze łóżko, stolik i szafa. Pod jedną ze ścian stał mały piecyk, a na nim aparatura do destylacji alkoholu. Idealny świat stworzony przez zbłąkany umysł Winiarskiego sprowadzał się do rozpadającego się drewnianego domku, kilku zdezelowanych mebli oraz podręcznej gorzelni. A oto i nadchodził sam mistrz ceremonii. Przez zakurzoną szybę Orlow ujrzał zmierzającego w jego kierunku ubranego w wojskową kurtkę, długowłosego młodego mężczyznę. Winiarski szedł przez las nienaturalnie dziarskim krokiem. Widać było z daleka, że nie jest całkiem trzeźwy. W ręku niósł wiklinowy kosz wypełniony po brzegi leśnymi owocami.
Zatrzymał się na kilka metrów przed drzwiami chaty i z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął metalową piersiówkę. Pociągnął z niej łyk, po czym obrócił buteleczkę do góry dnem, próbując wytrząsnąć jeszcze kilka kropel. Na jego twarzy malował się wyraz zdziwienia i zawodu. Gdy już wszedł do chaty, natychmiast skierował swe kroki w stronę aparatury stojącej na piecu. Podniósł do ust ustawiony pod kranikiem słoik z ciepłym jeszcze samogonem, a następnie przechylił, wypijając jednym haustem połowę jego zawartości. "Ach." Sapnął. "Jestem mistrzem. Warto było przez tyle lat studiować chemię." "Witaj Kurt" – odezwał się siedzący w kącie Orlov. "O żesz kurwa!" – usłyszał w odpowiedzi na powitanie. Widząc przerażenie na twarzy Winiarskiego, który dopiero teraz go zauważył, Orlov szybko dodał: "Proszę się nie bać.
Nie jestem duchem, a jedynie projekcją przesłaną do twojego umysłu. Trudno to wyjaśnić, więc najlepiej będzie, jak od razu przejdę do sedna. Tak naprawdę rzeczywistość, w jakiej funkcjonujesz, nie istnieje. Jest jedynie wytworem twojej podświadomości. Twoje ciało znajduje się obecnie w komorze hibernacyjnej na statku transportowym. W wyniku pewnych komplikacji jesteśmy zmuszeni obudzić cię przed czasem." Kręcąc głową na boki, Winiarski oglądał pod różnymi kątami nieproszonego gościa, jakby nie mógł uwierzyć w jego istnienie. Potem podniósł słoik na wysokość twarzy, patrząc na niego pod światło. Starał się zapewne zrozumieć, jakież to wiązania chemiczne mogły spowodować tak realistyczne omamy. "Toż to lepsze niż LSD." – mruknął pod nosem, najwyraźniej nie dopuszczając do siebie innej możliwości niż alkoholowe halucynacje. "Postaram się przeprowadzić pana przez proces dehibernacji." – kontynuował Orlov.
– "Proszę stosować się do moich instrukcji." Winiarski potrząsnął głową, jakby próbował obudzić się z koszmarnego snu. Wbił wzrok w Orlova, a jego twarz nagle poczerwieniała z gniewu. Wziął zamach i rzucił trzymanym w ręku słoikiem, celując w intruza. Naczynie roztrzaskało się na drobne kawałki rozbite o ścianę tuż za głową Orlova. "Zgiń! Przepadnij maro!" – krzyknął Kurt Winiarski, kreśląc w powietrzu znak krzyża. Incydent został niespodziewanie przerwany przez przypominające elektryczne wyładowanie suchy trzask. W jednej chwili zniknęło wnętrze chaty wraz z jej mieszkańcem. Orlov poczuł nieprzyjemne uczucie ssania w żołądku. Znów był w stanie nieważkości.
Czekając na odłączenie od symulatora, zanurzony w dziwnej, nieznanej mu przestrzeni, zastanawiał się, co tak nagle przerwało transmisję. Ciemność, która go otoczyła, nie wróżyła niczego dobrego. Próbował unieść ręce, aby zdjąć z głowy hełm stymulatora, lecz nie mógł się poruszyć. Wpadł w panikę dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę z tego, że jego fizyczne ciało nie istnieje. Chciał krzyczeć, wołać o pomoc, lecz nie posiadał narządu, który byłby zdolny do wydania jakiegokolwiek dźwięku. Minęła wieczność, zanim zrozumiał, że nie może zrobić niczego oprócz czekania na pomoc z zewnątrz. O ile jeszcze było co ratować. Nagle zalegającą w otchłani ciszę przerwał szum przypominający odgłos rozregulowanego radia. Dźwięk zmieniał swoje natężenie, jakby ktoś chciał dostroić się do częstotliwości, na jakiej odbierał umysł Orlova. Po jakimś czasie z szumu dało się wyodrębnić sylaby, a potem nawet całe słowa.
Wszystko wskazywało, że ktoś próbował się z nim skontaktować. "Max, Max, słyszysz mnie?" – usłyszał głos, który bez wątpienia należał do Grety. "Tak, słyszę." – odpowiedział, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Słowa po prostu powstawały gdzieś w jego umyśle. "Nareszcie. Myślałam, że już po obie." "Co się stało?" – spytał Orlov, wciąż nie mogąc zrozumieć, w jaki sposób mówi. "Jeszcze nie wiemy. Nie możemy cię obudzić. Próbujemy znaleźć wyjście z sytu- Gdzie jestem? Twój umysł stał zawieszony pomiędzy jawą a snem." – odpowiedź Grety nie napawała optymizmem.
"Nie wpadaj w panikę." – usłyszał jeszcze. – "Próbujemy coś z tym zrobić." Rozłączyła się, zostawiając go samego w otchłani. Pocieszające było to, że ktoś tam w realnym świecie dbał o jego ciało i próbował na powrót połączyć je z duchem. Pozostało mieć tylko nadzieję na to, że Grecie uda się przywrócić go do życia. Inaczej utknie pewnie na wieki w tym, czym właściwie była przestrzeń, w której się znajdował. Piekłem zbłąkanych oneironautów? Jednego zaczynał teraz żałować. Tego, że czekając na Winiarskiego, nie spróbował jego samogonu. Przecież po przebudzeniu nawet nie miałby kaca.
[48:41] - A teraz, proszę państwa, czas na Filmotekarium. Na wydanie serialowe Filmotekarium. A dobrym powodem do tego, żebyśmy dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiali o serialu jest Dzieło, które pojawiło się w przestrzeni internetowo-streamingowej i wzbudziło ogromne kontrowersje. Jedni są tym serialem zachwyceni, inni nie szczędzą mu słów krytyki. Żeby nie przedłużać, zapraszam państwa na „Filmotekarium” i rozmowę o serialu „Pluribus”. W polskim tłumaczeniu „Jedyna”. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[49:34] - Dzień dobry wieczór, witam państwa.
[49:37] - Dzisiaj mamy odsłonę „Filmotekarium”, odsłonę serialową.
[49:42] - Tak.
[49:43] - A powodem jest nowy serial, który jest nam ciurkany po jednym odcinku co weekend i skończy się cała historia, ho, ho, w grudniu i to tak nie na początku. My jednak postanowiliśmy po obejrzeniu czterech odcinków jednak się tym serialem zainteresować w sensie poznawczym i opowiedzieć troszeczkę o nim. Mam na myśli serial pod jakże ciekawym tytułem „Pluribus” i pod jakże nieciekawym polskim tytułem „Jedyna”.
[50:22] - Tak, to jest przewrotny, pełen subtelnego humoru serial będący satyrą na współczesne społeczeństwo.
[50:32] - Ale powiedz, że żartujesz. Błagam cię.
[50:35] - Tak. Jeżeli zaczynam coś w taki sposób, to oznacza, że coś musi tu być nie tak. Moim zdaniem nie jest dobrze z tym serialem. Serial „Pluribus” został okrzyknięty jedną z najlepszych produkcji sci-fi w tym roku. To już któraś z kolei produkcja nosząca ten tytuł w samym 2025. Także na Filmwebie na przykład wśród oceniających, wśród krytyków są bardzo wysokie oceny, chociaż tutaj akurat na Filmweb to trzeba patrzeć trochę przez palce. Ale czy serial Vince Gilligana, który przecież był scenarzystą wielu odcinków "X-Files", rzeczywiście jest tak przełomowy? Serial przedstawia nam dzieje planety Ziemia współczesności. Dzieje po tym, jak naukowcy otrzymują tajemniczy sygnał z kosmosu i kiedy go rozpracowują, to się okazuje, że to nie jest wcale zaszyfrowana wiadomość, ale wzór DNA. Po jakimś czasie opracowują czynnik zakaźny, który mówiąc najprościej zmienia ludzi w pozytywne zombie.
Pierwsza zainfekowana osoba robi wszystko, by dalej zarażać, aż w końcu zakażona zostaje cała Ziemia, z wyjątkiem kilkunastu osób, wśród których jest główna bohaterka. Oczywiście kim jest bohaterka? Jest pisarką, bo musi być pisarką. I powiem ci, że już mam dość literatów jako głównych bohaterów filmów i seriali. Ostatnio oglądałem taki serial na Netflixie, który był lepszy od „Pluribus” i tam też oczywiście była pisarka. Akurat w tym przypadku serialu, o którym dzisiaj mówimy, to jest pisarka, której nie idzie, która ma problemy. To jest taka bardziej realistyczna. Natomiast cały problem sprowadza się do tego, że ona się nie przemienia, a wszyscy inni na Ziemi się zmieniają. Prawie wszyscy. Ona się nie podłącza do tego kolektywnego mózgu, który powstaje.
Ale też, co dziwne, nikt jej wcale nie chce zgładzić. Z tego powodu umożliwia jej się spotkanie z podobnymi osobami, które nie utraciły osobowości swojej pierwotnej, bo wszyscy inni ludzie stali się jacyś tacy podejrzanie mili, tacy współczujący, empatyczni. Ewidentnie z nimi jest coś nie tak.
[52:50] - To od razu powiedzmy, co jest z nimi nie tak. Ludzkość na skutek tego czynnika zakażającego, który sama wyprodukowała, zamienia się w umysł zbiorowy. Wszyscy znają myśli wszystkich, wszystkie świadomości połączyły się jakby, a w każdym razie wiedzą o sobie niemal wszystko. To jest nawet ciekawie przedstawione. Ten drugi odcinek, który zaczyna się od takiej akcji. Zacząłem patrzeć, co się w ogóle dzieje. Nagle sprzątają jakieś zwłoki, a później nagle podjeżdża skuter. Pewna pani siada na ten skuter i wszystko wygląda tak, jakby to było zaplanowane. Potem podjeżdża na lotnisko, wsiada do samolotu, odpala samolot, odlatuje. Nie wygląda, mówiąc szczerze, na osobę, która potrafiłaby latać tym samolotem.
Ale pomyślałem sobie: może jakiś szpieg albo coś takiego. Nie, nie. Ta nowa ludzkość jest jakby, tu cudzysłów ogromny, lepsza. Niektórym może się wydawać lepsza, ale to pozór. Owszem, to co powiedział Piotr jest jak najbardziej aktualne. Czyli oni są mili, oni nie krzywdzą zwierzątek, nie doprowadzają do różnych brzydkich rzeczy, są tolerancyjni, bo jeśli ktoś ma ochotę jednak zżerać zwierzątka, to może, ale oni do tego ręki nie przyłożą i tak dalej. Nie będę tego państwu opowiadał. Ważne jest jednak to, żebyśmy sobie mniej więcej to wszystko wyobrazili. Ale mały remanent, bo powiedziałem, że polski tytuł jest zły, bo jest, proszę państwa, zły i to bardzo, ponieważ okazuje się nagle, że... Jakby to państwu powiedzieć.
Tytuł jest zły dlatego, że nawiązuje z całą pewnością do Tego hasła, które możecie Państwo znaleźć na dolarówkach: e pluribus unum, czyli tak naprawdę z wielu jeden. I pluribus, oryginalny tytuł z wielu czy wiele, on coś mówi o tym filmie, nie mówiąc jednocześnie zbyt wiele. Natomiast Jedyna, wystarczy obejrzeć drugi odcinek i już wiemy, że ktoś, kto dawał ten tytuł, nie jest pasjonatem tego rodzaju kina. Bo my od razu wiemy w drugim odcinku, że nasza Jedyna nie jest jedyna na świecie, ponieważ takich osób, o czym Piotr już mówił, jest przynajmniej kilkanaście. I jeszcze jedna rzecz, o której warto wspomnieć to, że ten serial, jak by to znowu delikatnie powiedzieć, on niekoniecznie zachwyca i to z tego powodu, że tam jednak ta główna bohaterka jest postacią antypatyczną. Ja wiem, że to jest pewna kreacja i że to nie musi być tak, że będziemy utożsamiać aktorkę z postacią. Tylko dosyć ryzykownym, moim zdaniem, zabiegiem jest uczynienie bohaterką osoby, która wkurza ludzi. I Piotr nie jest jedyną osobą, którą ta postać wkurzyła. Mnie też wkurzała, ale czytałem również w internecie, jak wiele osób nie lubi tego filmu z powodu głównej bohaterki, która jest marudna, która ciągle się czegoś domaga, ciągle krzyczy. Straszna osoba.
A Piotr wspomniał o tym, że jest pisarką. Pisze straszliwe powieścidła, o czym też mamy okazję się przekonać, bo ona w pierwszym odcinku na spotkaniu autorskim czyta fragment owej powieści. I mówiąc szczerze, jeżeli tak wygląda amerykańska literatura popularna, to ja nie chcę jej głębiej poznawać. Zostanę przy tym, co poznaję, czyli przy twardym science fiction, bo to się jeszcze przynajmniej w tych utworach, które docierają do Polski, jakoś trzyma kupy. Natomiast to, co czyta nam bohaterka, ciężko było to strawić. To jeśli chodzi o pierwsze wrażenia z tego filmu. Powiem tak, że serial wydaje mi się ciekawy. Nie możemy powiedzieć jaki będzie, bo tylko cztery odcinki za nami z dziewięciu, które mają pojawić się w pierwszym sezonie. Mam wrażenie, że serial jest już na początku zaplanowany przynajmniej na dwa sezony. Tak wyczuwam, jakoś tak mi się wydaje.
Trochę nierówny jest ten serial. Tak mi się wydaje, bo on oczywiście w pierwszych dwóch odcinkach potrafi nas wciągnąć i to bardzo. Szczególnie jeśli ktoś taką konstrukcją jak świadomość zbiorowa jest zainteresowany, to proszę państwa, tu jest kilka świetnych pomysłów. Ja powtórzę pewną refleksję, którą zasłyszałem w internecie, ale ja miałem podobne wrażenia, dlatego powtarzam ten zarzut z dziką satysfakcją, że nie byłem sam. Otóż w tym serialu są poważne dłużyzny. Kiedy bohaterka pojawia się w takim markecie, w którym sprzedawane są płody rolne i on jest pusty, bo ta nowa ludzkość zaczyna komasować różne produkty. Takie markety też, ich asortyment został gdzieś tam skomasowany, a główna bohaterka tupie nogą, że ona chce tu mieć market, bo tu zawsze był market i oni chyba 20 minut znoszą do tego marketu różne rzeczy, żeby naszą bohaterkę zadowolić. Ja rozumiem pewien komediowy aspekt tej sceny. Niemniej jednak mam wrażenie, że w serialu, który ma być dynamiczny trochę szkoda czasu na tego rodzaju sceny, które mają nam, sam się zastanawiam co, ale mają nam coś unaoczniać czy jakoś tam perswadować. Nie jestem przekonany.
[58:58] - Ta literatura, którą ona tworzy, to jest między innymi taka literatura jak Hrabina i jej szofer. To jest po pierwsze. Po drugie, ta bohaterka wkurza mnie akurat z tego powodu, że ona jest tak zwanym klasycznym bezbekiem, bo ten serial jest trochę humorystyczny. Natomiast ten typ, nie wiem, czy to jest humor, czy jak to określić, który ona prezentuje swoją grą, to nie jest śmieszne jak dla mnie. To jest żałosne, to się ogląda źle, to się wydaje bardzo na siłę i mnie osobiście nie śmieszy absolutnie. To jest jedna rzecz. Z Pluribus jest też taki problem. Otóż okej, to jest jakiś pomysł, jak powiedziałeś. Może rzeczywiście planeta by się miała lepiej, gdyby ludzie funkcjonowali na zasadzie takiego roju. Z drugiej strony jednak zaczynamy zauważać, jak bardzo jesteśmy przywiązani do tej swojej indywidualności i pewnie nie chcielibyśmy takiej wizji świata jak w Pluribus.
Natomiast dochodzimy do wniosku, że po prostu ogólnoplanetarne społeczeństwo jednakowych osób może być rajem, ale może być też drugą Koreą Północną. I taki jest przekaz tego filmu, który jest interesujący. Natomiast cała reszta to jest trochę gorzej. Według mnie jest nudno. Taki kolejny zarzut. Okej, może jest fajny pomysł, ale on mi gdzieś od początku zaczął się kojarzyć jako taki motyw z literatury dla młodzieży. Coś takiego, że to w głębi gdzieś jest takie dość naiwne. Bardzo melodramatyczne. Po drugie albo po trzecie nawet, serial się dłuży, jak powiedziałeś. Bohaterka się miota, uwięziona w tym dusznym świecie, ale ogląda się to źle.
Czekamy do czwartego odcinka na rozwój akcji. Pewnie się później doczekamy w kolejnych odcinkach, ale ja już chyba tam nie będę zaglądał. "Pluribus" odepchnął mnie od siebie kilkoma rzeczami: tą nudą, trochę przewidywalnością, irytującą, mało wciągającą, mało angażującą główną bohaterką. Nawet miałem oglądając serial odczucie, że fajnie jakby ją ktoś usunął stamtąd. A najgorsze jest to, że potem się pojawiają jeszcze bardziej irytujący bohaterowie drugoplanowi. Co ciekawe, rozmawiałem z kilkoma osobami, dwoma, trzema chyba na temat tego serialu i one powiedziały mi coś takiego, że nie były w stanie przetrwać pierwszego albo drugiego odcinka. Moim zdaniem najciekawsze w "Pluribusie" jest pierwsze 15 minut. Potem jest gorzej. Ale uwaga, jest też coś, na co się natknąłem i co jest według mnie kuriozalne, bo nie da się zaprzeczyć, że ten serial jest deczko humorystyczny. Ale odwiedzając Filmweb i czytając opinie krytyków, natknąłem się na recenzję pewnego pana, któremu chyba "Pluribus" wszedł za mocno.
Ja tutaj przeczytam może fragmencik, bo aż mi było trudno w to uwierzyć. Cytuję: "Zosia staje przed nakazem odgórnym, nazwanym tutaj biologicznym, jednak gnostycyzm zestawia ją z mądrością Sofią. Czyż nie? Mi to nie umknęło, oj nie. Demiurg więzi nas w materii. To jest nie posiadamy możliwości przewidywania konsekwencji własnych decyzji. Być może niektórzy nie posiadają iskry Bożej i teraz przeliczy się to, czego oczekujemy. Zdecydowanie tak, ale przesuwanymi się eonami — tu chyba pan błąd zrobił — rządzą archony i zestaw reguł nieznanych nikomu. Grzech nie wiedzieć, jak się wyzwolić". Ja myślę, że tutaj panu za mocno niektóre rzeczy weszły, bo jak podejdziemy w ten sposób jak pan Rafał z Filmwebu do seriali czy filmów, to nawet w "Bolku i Lolku" odnajdziemy jakieś wątki manichejskie na przykład.
Dodam, że autor daje serialowi 10 na 10 po czterech odcinkach. Muszę powiedzieć, że troszeczkę uśmiałem z tego nadintelektualnego podejścia. A ja pana Rafała zapraszam też do analizy "Mody na sukces" i na przykład tego, czy płomienne włosy Sally Spectry to też jest jakiś głęboko zakamuflowany symbol gnostycki albo inny. Czekam po prostu. Troszeczkę wydaje mi się, że przehajpowano ten serial. Tym bardziej, że on jest produkcji pewnej bardzo bogatej firmy. Znaczy on jest sygnowany logo bardzo znanej firmy produkującej sprzęty elektroniczne. Ja jeszcze wspomniałem tutaj o Zosi, Marku. Nie da się ukryć, że Zosia to jest jedna z głównych bohaterek, tych przemienionych w zombie. Tak jakby towarzyszka głównej bohaterki pisarki.
Chociaż jej towarzyszka życia umiera w pierwszym odcinku. Tą Zosię gra polska aktorka. Jest więc polski wątek w "Pluribus", ale to nic do tego serialu nie wnosi.
[01:04:00] - To, co przytaczałeś, to jest moim zdaniem takie bardzo modne zresztą w internecie dorabianie filozofii do kawałka ciała. Ja często używam tego zwrotu, bo często się spotykam z próbami interpretowania czegoś i to nawet zgrabnie niektórym wychodzi. Tylko na tej zasadzie można, tak jak powiedziałeś, nawet "Bolka i Lolka" zinterpretować albo powiedzieć wszystko o wszystkim. Można, tylko po co? Ja jednak zostanę przy tym serialu. Nie wycofam się i nie tylko z uporu wrodzonego sobie, ale ja mam kilka teorii, jak to się może potoczyć. Może oczywiście potoczyć się w kierunku dydaktycznym, czyli będziemy się dowiadywać, jak jest fajnie, jak jest tak zbiorowo, jest tak dobrze dla planety. Wszyscy myślą o wszystkich, bo nie mają innego wyjścia. I w ogóle, i w ogóle. I w pewnym momencie główna bohaterka na przykład dojdzie do wniosku, że ona nie chce już pielęgnować swojej indywidualności, chce się wtopić w ten tłum.
Całkiem niedawno na swoim kanale omawiałem taką minipowieść George'a Martina, tego od "Gry o tron", ale powieść science fiction "Pieśń dla Lya" i tam też główna bohaterka roztopiła się w takiej jaźni zbiorowej. O mechanizmach mniejsza, jakie za tym stały, ale to jest temat, który zawsze w jakiś sposób porusza ludzi. Czy byłoby fajniej, czy nie byłoby fajniej? I jak główna bohaterka dojdzie do wniosku, że byłoby fajniej i ona już nie chce być sobą, chce się roztopić w jaźni zbiorowej, to chyba wtedy przestanę to oglądać. Ale mam też podejrzenie, wynikające z takiej mojej natury układania ciągów dalszych i układania nowych scenariuszy. Wyobraziłem sobie po prostu, że ten serial można by pociągnąć w inną stronę. Bo gdybym chciał opanować planetę Ziemia, byłbym jakąś obcą cywilizacją o takiej dosyć demonicznej naturze, to jakbym chciał opanować Ziemię, to nie robiłbym tego w takim stanie, w jakim Ziemia się znajduje teraz. Bo by się mogło skończyć dniem niepodległości. Tu nawiązuję do tytułu filmu. Dniem niepodległości, czyli cała ludzkość by się zjednoczyła, wspólnie walczyła, poświęciła się nawet i być może nawet by pokonała, w co akurat wątpię.
Nie. Gdybym chciał opanować, to najpierw bym zastosował broń biologiczną, czyli zjednoczył ludzkość, a potem bym tu przyleciał i kontakt jednej zbiorowej świadomości z drugą. Znowu mogłyby być ciekawe wątki. Albo by się te świadomości zlały ze sobą, albo by zaczęły współpracować. Tu już różne wątki mogą być. W którą stronę to pójdzie? Może zupełnie jeszcze w inną. Trudno na razie podejrzewać. Na razie ten serial jak na taką jego totalność, skoro cała ludzkość stała się jednym, jak na całą totalną wymowę tego filmu, to ten film jest bardzo kameralny. Wiem, że to nie do końca zachodzi na siebie, ale mimo wszystko on jest kameralny.
Dużo się dzieje jednak w czterech ścianach ta główna bohaterka tam szaleje mniej lub bardziej. Przecież tak naprawdę wszystko wiemy, albo przynajmniej wydaje nam się, że wszystko wiemy. Natomiast ja oczekiwałbym jakiegoś zaskoczenia. Mam nadzieję, że ono będzie. Co prawda wysłuchałem też takiej szybkiej recenzji gwiazdy internetu pana Maja i pan Maj też mocno się wykrzywiał na ten serial. Mówił, że pomysłów tam mało i w dodatku mało oryginalne i świat budowany jest mało interesujący. Niby wszystko już było, więc ja liczę na jakiś poważny zwrot. Być może ten zwrot nastąpi dopiero w dziewiątym odcinku pierwszej serii. Trudno mi gwarantować, czy będzie to wcześniej, czy później. Ja jednak liczę na ten zwrot, bo jeśli to będzie się ciągnęło do dziewiątego odcinka w takim tempie, z taką dynamiką jak teraz, to z wielkiego takiego halo, którym ludzie się zachwycili, przynajmniej niektórzy tym serialem, może wyjść potężna klapa.
Mam też wątpliwości, skoro już mówię tak nie do końca dobrze, to mam też poważne wątpliwości, dlaczego studio zdecydowało się nam tak cykać po jednym odcinku na tydzień, podczas gdy bardzo często seriale na różnych platformach wpadają po prostu w całości. Można to obejrzeć, a my trochę jak w epoce telewizji analogowej czekamy przez cały tydzień, żeby zobaczyć, co będzie w następnym odcinku. Na szczęście nie goni nas to, że musimy się zameldować o określonej godzinie, bo inaczej nam historia przepadnie. Tu możemy sobie po prostu ściągnąć, zobaczyć czy obejrzeć, zestreamować i wszystko gra i buczy. Ja mam poważne obawy, ale tak jak powiedziałem będę oglądał, ale mam poważne obawy, czy to jednak nie pójdzie w jakimś takim kierunku mdłym i ciężkostrawnym.
[01:09:52] - Tak może być, ale moim zdaniem ten serial nie doczeka się kontynuacji. On podzieli los, moim zdaniem znacznie ciekawszego, „Teacup”, który też traktował o inwazji, chociaż w innym znaczeniu. Omawialiśmy ten serial, możecie znaleźć w archiwum. Co do „Pluribus”. Może to jest jakiś przewrotny pomysł, ale to też jakoś mega nie zaskakuje. To jest taki erzac zombie. Na pewno to ich jakoś pociąga, to odmóżdżenie ludzkości. Problem w tym, że „Pluribus” ani nie śmieszy, ani nie straszy. Nie śmieszy mnie też główna bohaterka. O tym mówiłem.
Jest dość przyciężką postacią, jak na pociągnięcie jednego sezonu. Dodatkowo w pewnym momencie pojawia nam się taki klaun z Mauretanii, który jest jeszcze bardziej irytujący. Znajdą się oczywiście tacy, którzy powiedzą: Piotr, ty to jesteś prostak. Tu jest filozofia pokazana, tu jest kuźnia filozoficzna, a ty się dopierniczasz. Tutaj pokazują, że można współczesnego człowieka zagłaskać, naśmierdzić. To może jakaś alegoria do AI? No tak, ale to jest serial. To ma mieć sens. Ma być zrozumiałe dla przeciętnego czereśniaka. A jeżeli się dorabia do tego jakieś gnostyckie interpretacje, to trzeba mieć lekkie kuku.
Tak mi się wydaje. Zwykle jestem otwarty na nowości science fiction, szczególnie te serialowe, dlatego że współcześnie moim zdaniem science fiction lepiej wychodzi trochę w serialach. Natomiast tutaj jest tak ani niezabawnie, ani niezaskakująco, ani też niepociągająco. Szczerze mówiąc, to krzywe zwierciadło, w którym się przeglądamy i jakoś nas nie zmusza do tego, żeby się angażować dalej w tą opowieść. Nie wiem, co tu jest źle zrobione. Może to irytowanie widza to jest celowy zabieg, choć nie wydaje mi się. Zobaczymy, czy główna bohaterka zdoła sprawić, że ten serial znajdzie kontynuację w postaci drugiego sezonu. Natomiast ja mam takie przeczucie, Marku, że tu się pojawią też wątki damsko-damskie. Na pewno. Jestem na 100% pewien, że tak będzie.
[01:12:11] - Ale przecież one się już pojawiły. To nie ma co być pewnym, skoro główna bohaterka już zdążyła pochować swoją żonę w ogródku przy pomocy tak zwanej piratki Sosi i przy pomocy koparki. Widzicie państwo, naprawdę. Nie będę tego wszystkiego opowiadał, bo chwilami to naprawdę jest absurdalne. Więc te wątki damsko-damskie się pojawią. Na pewno będzie to takie uzasadnienie, że przecież widzicie państwo dobrze ... że przecież człowiek to człowiek i nie ma właściwie znaczenia jego płeć i wszystko inne. Ten serial jakoś żegluje w kierunkach, które są obecnie bardzo modne. Ogólnoplanetarność, dbałość o planetę, łagodność. Powiem tak, myśmy troszeczkę rozmawiali przed nagraniem i ja powiedziałem Piotrowi o tym, że być może ja jestem też prostakiem, który ma wizję cywilizacji jaskiniowej.
Może tak zostanę określony jako prymityw i jaskiniowiec, ale dla mnie cywilizacja przedstawiona w serialu to jest cywilizacja schyłku, upadku. Ponieważ owszem, wszyscy ludzie mają wiedzę całego świata. Połączyły się jaźnie i wszyscy mogą wszystko. Wszyscy mogą prowadzić samochody, samoloty, statki kosmiczne. Wszystko wiedzą, wszystko orientują się. Są tacy omnipotentni. Ale zastanawiam się, czy ta cywilizacja, ta świadomość zbiorowa będzie się rozwijała, bo oni trochę tworzą taką komunę. Z tego, co obserwujemy, komasują żywność, jakieś porządki dziwne i niekomunistyczne się pojawiają. I to nie moja obsesja, że jakoś tak czerwonego nie lubię, ale raczej widzę, że w takim kierunku to żegluje. I dobrze, niech sobie żegluje.
Natomiast te wszystkie nowe rzeczy, które się pojawiają, nowe w sensie nowomodne, pojawiają się w takim natężeniu, że zaczynam mieć mocne podejrzenie, że to jest promocja bycia nowym, lepszym człowiekiem. Takiego trochę nowego, wspaniałego świata. Chociaż tu akurat przesadzam. Tu trochę się zachowuję jak człowiek, który dorabia filozofię do „Kawałka ciała”. Może przesadziłem, ale to społeczeństwo ma nas trochę razić i trochę się boję, że to, co mówiłem w poprzednim wyjściu, to, że główna bohaterka przekona się, że może warto poświęcić swoją jaźń, swoją osobowość, swoją odrębność. Poświęcić na ołtarzu tego, żeby planecie było lepiej i żeby było wszystkim lepiej i żeby było wspanialej. To mnie też martwi, ale ja się zastanawiam w kontekście tego, co powiedziałem, czy nie będzie też tak w tym społeczeństwie, że ono przestanie się rozwijać. Dlaczego? Dlatego, proszę państwa, powiedziałem o tym, że jestem prymitywem i gdzieś tak jaskiniowcem prawie. Ja mam takie poczucie, że różne rzeczy, które rozwijały ludzkość, pozwalały stawiać kolejne kroki, brały się ze sporu, z konfrontacji.
Czasami była to konfrontacja wojenna. Wtedy się rodziły ciekawe rzeczy różne, ale czasami była to konfrontacja intelektualna, gdzie jeden myśliciel naukowiec mówił drugiemu: „To, co mówisz, jest głupie i ja ci to zaraz udowodnię”. Z tym udowadnianiem to bywało różnie. Czasami ktoś sam się przekonywał, że to, co mówi on, wcale mądrzejsze nie jest. Tak jak powiedziałem, bywało różnie, ale to, co obserwuję, przynajmniej na razie po czterech odcinkach, to przedstawiona wizja nowej cywilizacji jest antyrozwojowa, przynajmniej w moim odbiorze. Antyrozwojowa, powodująca stagnację. A może, proszę państwa, ta cywilizacja, która nadleci, na którą liczę, że nadleci, wcale nie będzie zbiorową jaźnią. Ona zainfekowała planetę. Teraz odstrzeli tę zbiorową świadomość. Jak to zrobi, to jest zupełnie osobna sprawa.
Ale ponieważ jest to zbiorowość, jedna świadomość, to łatwiej będzie to wszystko załatwić, niż byłoby to w przypadku jednostek autonomicznych, z którymi mamy na szczęście do czynienia. Zauważcie państwo, że w tym serialu jest tak, że jak tam się pewne rzeczy dzieją, to gdzieś słyszymy, że prawie miliard ludzi zginęło z powodu tego, że nie do końca to wszystko zagrało w momencie przejęcia planety. I 880 ileś milionów zginęło w pierwszym rzucie. Zatem taka zbiorowa świadomość jest dosyć podatna na działania zmierzające do tego, żeby przejąć planetę. Zatem być może obcy zastosowali rodzaj broni biologicznej, która miała ludzkość obezwładnić i to się im akurat udało. Mówiąc szczerze, nie liczę, że to pójdzie tym torem. Bardzo bym sobie życzył, ale nie liczę. Chociaż kto wie? Proszę państwa, ostatecznie to był dopiero czwarty odcinek, a w pierwszym sezonie ma być dziewięć. I w przeciwieństwie do Piotra to muszę na końcu powiedzieć, bo pęknę inaczej.
Ja mam jakieś głębokie przekonanie, że producent zaplanował dwa sezony naraz. Trochę to wynika z dynamiki akcji. Być może zmieni zdanie, ale przynajmniej na początku to chyba tak miało być, że miały powstać dwa sezony. Może już powstały, cholera wie, ale miały powstać przynajmniej dwa sezony. I ta historia jest tak rozciągnięta. Może właśnie dlatego jest tak rozciągnięta. A teraz, proszę państwa, czas na polecanki z pogranicza, czyli książki, które możecie państwo nabyć drogą kupna, dodam, w księgarni Galerii Nieznanego Świata, w jej wydaniu analogowym, czy też realnym na ulicy Kredytowej w Warszawie. Bardzo serdecznie zapraszam tych wszystkich, którzy w Warszawie mieszkają oraz tych, którzy przejazdem przez Warszawę. Zakupy to jest bardzo dobra forma spędzania czasu, szczególnie jeśli są to zakupy książkowe. Dla tych wszystkich, którzy Warszawę omijają szerokim łukiem albo nie mają powodów, żeby podróżować po kraju, zapraszam do internetowej wersji księgarni Galerii Nieznanego Świata.
Wystarczy wstukać adres nieznany.pl i internetowa księgarnia stanie przed państwem otworem. A teraz przegląd książek, które chciałbym państwu polecić. Pierwsza z tych książek nosi tytuł „Wszechistnienie. Spleciony wszechświat wcieleń duszy”. Autorka Anna Głowacz, wydawca wydawnictwo Iriah. Data wydania 10 listopada 2025 roku. W świecie, w którym nawet miłość zdaje się nieuchwytna, pojęcie jedności staje się całkiem nieosiągalne. Czym tak naprawdę jest dusza? Z jakich przestrzeni pochodzi? Czy prawdą jest, że jest częścią czegoś większego?
Jak wybiera wcielenie? Jak wcielenia te wpływają na siebie podczas inkarnacji? Czy mogą się wzajemnie przenikać? Jak wiele zależy od duszy, a ile spoczywa na barkach istoty, w którą dusza postanowiła się wcielić? Czy jedna dusza może zmienić rzeczywistość całej planety i uratować ją? Jakie dary wybierze dla siebie, by wypełnić swoje przeznaczenie? Ile bratnich dusz pójdzie wraz z nią, by ją wesprzeć? Co czuje dusza, gdy spotyka samą siebie na planie doświadczania? Tak wiele pytań, a odpowiedź jest jedna, ukryta we wszechistnieniu, w jedności, gdzie przeszłość splata się z przyszłością i tworzy nieskończoność. Czy i ty staniesz się jego częścią?
Wszystkiemu z boku przygląda się Stwórca. On już wie, co wybierzesz. Zawsze wie. Jedna dusza, dziewięć wcieleń i wspólna misja uratowania Terly i wszystkich cywilizacji, które na niej żyją. Czy przeznaczenie pozwoli, by dla planety zawiał wiatr zmiany? Wszystko jest możliwe, dopóki bije serce. Twoje serce. To była polecanka książki zatytułowanej „Wszechistnienie. Spleciony wszechświat wcieleń duszy”. Autorka Anna Głowacz, wydawca wydawnictwo Iriah, data wydania 10 listopada 2025 roku.
Kolejna książka, właściwie komiks, nosi tytuł „Podróż na Jowisza”. Autorem jest Igor Witkowski, świetnie państwu znany. Wydawcą wydawnictwo Wiz2, a data premiery to 21 listopada 2025 roku. Ta publikacja jest pomocą rozwojową, odpowiedzią na powszechną zapaść psychologiczną dzieci i młodzieży w naszym świecie. Będąc dopełnieniem książki pod tym samym tytułem adresowanej do młodzieży i nieco starszych dzieci. Ta niekonwencjonalna, bo niemal fotograficzna historia przygodowa przekazuje też podtekst w postaci praw prawdziwego rozwoju z krytyką szkoły i pokazaniem, że blokuje ona rozwój świadomości, ale też z wyjaśnieniem dzieciom konstruktywnej alternatywy. Jest to o tyle ważne, że dotychczasowy wzorzec ewidentnie się załamuje i to dramatycznie, tworząc człowieka regresu niezdolnego do przyswajania żadnych informacji niewpisujących się w ramy takiej czy innej ideologii, niezdolnego do autentycznego rozwoju. Na podstawie prowadzonych przez autora lekcji myślenia krytycznego jest jasne, że to świadomość zagrożeń i szans jest dla dzieci najskuteczniejszą motywacją do wyjścia z tej pułapki i do rozwoju prawdziwego. W istocie jedyną skuteczną drogą ratunku. Innymi słowy, celem tej publikacji jest wytworzenie własnej motywacji dziecka do rozwoju, czego w naszym świecie nie ma.
Jest to więc publikacja unikalna i potrzebna, a w sensie formy zarazem atrakcyjna dla młodych ludzi. A ja przypomnę książka, książka komiks nosi tytuł „Podróż na Jowisza”. Autorem jest Igor Witkowski, wydawcą wydawnictwo Wiz2, a data premiery 21 listopada 2025 roku. I chciałbym polecić jeszcze dzisiaj drugą książkę Igora Witkowskiego. Ta pozycja nosi tytuł „Wojownicy światła. Psychologiczne źródła przeskoków rozwojowych w historii ludzkości”. Wydawcą jest ponownie wydawnictwo Wiz2, a data premiery to również 21 listopada 2025 roku. Niniejsza książka uprzedza nadchodzącą fazę transformacji naszej cywilizacji, przedstawiając przyczyny głębokich przewartościowań, do jakich dochodziło w dziejach ludzkości. To, co je wywoływało na poziomie psychologicznym, ale też to, co pewne próby skazywało na porażki. Uderzający jest bowiem fakt, że chociaż odreagowania wcześniejszego przedświadomego systemu psychicznego zachodziły we wszystkich cywilizacjach starożytnych, to skutek w postaci głębokiej przebudowy człowieka i ogólnego rozwoju kraju Można było zaobserwować tylko w jednym z nich.
Jest to więc ważnym źródłem informacji na czasy obecne, pozwalającym zrozumieć, od czego zbudowanie świata rozwoju zależy. Bo ów sukces nie jest wcale przesądzony i jest trudnym procesem. Jest więc to kolejna książka niemająca żadnego odpowiednika w naszym świecie. Książka ujawniająca zarazem wiele nieznanych faktów. Jest to opis psychologicznych źródeł i mechanizmów wszystkich historycznych przeskoków rozwojowych. A ja przypomnę, książka nosi tytuł „Wojownicy światła. Psychologiczne źródła przeskoków rozwojowych w historii ludzkości”. Autor Igor Witkowski, wydawnictwo Wiz2. Książka na rynku od 21 listopada tego roku. Proszę państwa, czas teraz na sentymentalnik.
A w sentymentalniku wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem omówimy serię książek Alfreda Szklarskiego, książek o Tomku Wilmowskim. Tak, to była seria, o której marzyłem. Marzyłem, żeby przeczytać wszystkie książki. Za dzieciaka mi się to nie udało. Nadrobiłem później. Ale co tam ja. Zapraszam na sentymentalnik. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie sentymentalnika, a w dzisiejszym sentymentalniku spotkacie państwo Artura Wójtowicza.
[01:26:39] - Witam serdecznie wszystkich.
[01:26:40] - Piotra Cielebiasia.
[01:26:42] - Dobry wieczór, dzień dobry jednocześnie.
[01:26:45] - I moją nieskromną osobę. A rozmawiać będziemy o czymś, co w swoim czasie, nie wiem, jak jest dzisiaj, ale w swoim czasie mocno ekscytowało pokolenia chłopaków. Głównie chłopaków jednak. Będziemy rozmawiać o Tomkach. O Tomkach w krainie kangurów, o Tomkach na wojennej ścieżce i na czarnym lądzie i w ogóle o wszelkich Tomkach pana Szklarskiego. Proszę państwa, jakież to były emocje, czytanie kolejnych Tomków! Jak sobie przypomnę te zaczytywane na śmierć książki wypożyczane z biblioteki, których kartki, jak by to powiedzieć, znajdowały się między okładkami, ale były luźne i trzeba było uważać, żeby się książka nie rozsypała, bo poskładanie luźnych stron w całą książkę zajęłoby sporo czasu. Dobrze, ale to są moje wspomnienia. Zapytam Artura. Arturze, z czym ci się kojarzy Tomek Wilmowski?
[01:27:54] - Powiem ci coś takiego, że wydaje mi się, że wspomnienia wszystkich Polaków dotyczące tej serii Tomka Wilmowskiego są dosyć jednolite pokoleniowo, bo to była druga top lektura po „Panu Samochodziku” dla mnie. I powiem ci coś takiego, że większość osób w mojej ocenie w latach od 1960 do 1990 roku po raz pierwszy spotkała Tomka właśnie w szkolnej bibliotece albo w jakiejś lokalnej bibliotece, bo wtedy ciężko było o książki, więc się po bibliotekach chodziło, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów. I często była to jedna z najbardziej zaczytywanych pozycji. Jeśli tych książek było mało, to było popularne w tamtych czasach dziedziczenie starych wydań z tą słynną okładką Muchewiczowej, bo to było dosyć ciekawe. I ta pierwsza seria przygodowa w życiu, bo tak bym określił Tomka, była dosyć ciekawa, bo Tomek był tym pierwszym bohaterem, dzięki któremu człowiek mógł zakochać się po pierwsze w geografii, po drugie mógł zacząć marzyć o podróżach, o egzotyce, mógł poznawać kulturę Australii, Afryki, Syberii. I też mógł, powiem szczerze, odkrywać świat przyrody, bo nie wiem, czy wiecie, ale wpływ Kornela Makuszyńskiego i wpływ Szklarskiego jest bardzo często wymieniany przez późniejszych naukowców i podróżników. Ja znam te pierwsze sześć części, czyli „W krainie kangurów”, „Na czarnym lądzie”, później „Na wojennej ścieżce”, „Na tropach Yeti”, „Tajemnicza wyprawa Tomka”, „Tomek wśród łowców głów” i „U źródeł Amazonki”. Po tym, jak byłem już starszy, pojawiły się dwie kolejne, czyli pojawił się „Tomek w Gran Chaco” i „Tomek w grobowcach faraonów”. Na końcu powstała jeszcze niedokończona książka, oczywiście jak w przypadku Nienackiego, „Tomek na Alasce”. Potem ona przez inną osobę została dokończona, ale tych trzech nie czytałem.
Dlatego teraz sobie zakupiłem „Tomka w Gran Chaco” i sobie wieczorami podczytuję, z powrotem wracam do tego. Dlaczego to było takie fascynujące dla mnie? Dlatego, że wiadomo, w czasach komuny człowiek w ogóle nie mógł gdziekolwiek wyjechać. Jak wyjechał po Europie gdziekolwiek poza obręb krajów socjalistycznych do krajów kapitalistycznych, to już było osiągnięcie. A tymczasem te wyprawy Tomka były dalekosiężne, bo to była Afryka, Ameryka, Azja, Australia. Więc powiem szczerze, sama wizja kangurów, Aborygenów w Australii czy polowania w Afryce czy Syberii, tego klimatu polityczno-historycznego też w „Tomku na wojennej ścieżce” przykładowo, a Syberia to z kolei „Na tropach Yeti” i „Tajemnicza wyprawa Tomka”. Ta postać wielkiego, dobrego Jana Smugi, który był na marginesie, wydaje mi się też idolem wielu chłopaków z czasów pokolenia PRL-u, były naprawdę fascynujące, powiem ci uczciwie. Teraz zresztą noszę się z zamiarem, żeby sobie z powrotem zakupić wszystkie te części Tomka, bo tych dwóch jeszcze nie przeczytałem, „W grobowcach faraonów” i ... na Alasce, ale chyba też sobie wykupię i będzie miało to poczesne miejsce w mojej biblioteczce obok właśnie „Pana Samochodzika”. Ja powiem szczerze, że ja się na Tomku w zasadzie wychowałem, no nie?
[01:31:09] - Piotrze, Piotrze, nie żebym ci wypominał, ale ty jesteś troszeczkę z innego pokolenia. Jak to było w tym pokoleniu z Tomkiem, z Tomkiem Wilmowskim?
[01:31:21] - Szczerze powiem, że moje wspomnienia z nim związane są raczej ograniczone i nie są bardzo rozbudowane. Oprócz tego tomu, który ma Yeti w tytule, którego lekturę pamiętam, to jakoś nie pałam do tej postaci namiętnością szczególną. Myślę, że to jest symptomatyczne dla pokolenia końca lat 80., które było dziećmi takimi już w miarę kumatymi w latach 90. I to mógł być trochę już archaiczny bohater. Ale oczywiście nie mówię za wszystkich. Może są tacy, którzy po prostu zostali w tego Tomka jakoś wprowadzeni przez młodsze rodzeństwo czy przez kogoś, ale chyba nie przez szkołę. Nie pamiętam, czy to się znajdowało w ogóle na liście lektur szkolnych. Możliwe, ale świadomie tego nie pamiętam. Natomiast pamiętam książki o Tomku z biblioteczki mojego ojca, którą znalazłem w jego domu rodzinnym. Tam Tomki były.
Były bardzo charakterystyczne, też sczytane. I to o czymś świadczyło. Był „Tomek na Czarnym Lądzie” i już w sumie nie pamiętam co. Natomiast to jest moje subiektywne wrażenie, że już w latach 90. to był bohater mniej znany i z przyczyn różnych. Części nie trzeba tłumaczyć, bo wiemy, że doszło do pewnego przewartościowania, otwarcia na Zachód. Przede wszystkim były gry, a tam, gdzie są gry, tam literatura często przegrywa. Wiele się więc zmieniło do tych lat 90., odkąd Tomek się narodził w wyobraźni Szklarskiego. On też był dzieckiem poprzedniej epoki. Tomek, bohater przecież, jakby nie było.
I on już podchodząc pod wiek XXI mógł się wydawać trochę archaiczny. Tutaj pewnie ta nasza dyskusja o Tomku i jego popularności powinna zahaczyć o inny, bardzo popularny produkt tamtego okresu, czyli Tony'ego Halika na przykład, i całą literaturę podróżniczą, która jest fascynująca, którą bardzo lubię. Tomek tam też gdzieś jest osadzony. Kolejna sprawa, myślę panowie, dość ważna. Nie wiem, czy się Marku tutaj zgodzisz. Brak przeniesienia Tomka na mały i duży ekran sprawiły, że on chyba został trochę w tyle za innymi bohaterami, szczególnie za „Panem Samochodzikiem”, który jest pozycją z tej samej półki dla tych samych odbiorców. Tak mi się wydaje. Nie wiem, jak to rzutuje po prostu na popularność bohatera stworzonego przez Szklarskiego. A jakie były twoje wspomnienia związane z tym bohaterem?
[01:33:59] - Sorki, przepraszam, ja wejdę tylko w słowo, bo wspomniałeś Tony'ego Halika, który był z Płocka tak jak ja, więc u nas Tony Halik był bardzo żywy. To po pierwsze. A z kolei Alfred Szklarski niby urodził się w Chicago bodajże, natomiast on zmarł w Katowicach na Śląsku i w Katowicach jest jego grób. Ja wielokrotnie tam jeździłem na ten grób. Co więcej, w Muzeum Miasta Katowic jest specjalna wystawa poświęcona Szklarskiemu, gdzie człowiek z dziećmi może się przejść przez te wszystkie części Tomka, bo to jest kilka sal. Po prostu „Tomek w krainie kangurów” i wszystko z Australii jest, na Czarnym Lądzie, wszystko z Afryki i tak dalej. Więc człowiek może spokojnie przejść przez to wszystko i jeszcze raz na stare lata przeżyć Tomka. To tak tylko jakby ktoś gdzieś tam przez Śląsk jechał i był fascynatem książek Szklarskiego, to zachęcam, żeby zajrzał.
[01:34:50] - Piotrze, kiedy zapytałeś, a wcześniej mówiłeś o Tomku, to tak naprawdę ty mi uświadomiłeś, że rzeczywiście Tomka nie przeniesiono na ekran kinowy ani telewizyjny, co mi się wydaje czymś naprawdę absurdalnym. Chociaż kiedy sobie pomyślę, że ktoś miałby zrealizować z dorastającym chłopakiem 10 części albo nawet niech będzie tylko siedem czy sześć, to byłoby przedsięwzięcie dosyć trudne. Ale wróćmy do wersji literackiej. Powiem tak, że ja czytałem Tomka dosyć kanonicznie, czyli od pierwszego tomu, od „Tomka w krainie kangurów”. Zanim o tym wydarzeniu przesławnym, to powiem tak, że ja myślę, że Tomek, ta seria o Tomku, ona uderzała w kilka słabości chłopackich. Mianowicie to, że ona się odbywała... Tak naprawdę, kiedy ja to czytałem w latach 70., to czasy, o których opowiada ta historia rozciągnięta na wiele tomów, to też były czasy, które wydawały mi się przedpotopowymi. Zabory w końcu jeszcze. Ale jak zacząłem to czytać, to muszę powiedzieć, że Alfred Szklarski miał dobre wyczucie tego, co kręci chłopaków. Pierwszy tom „Tomek w krainie kangurów” zaczyna się przecież w Polsce, w szkole, kiedy Tomek używa pewnego fortelu, żeby uratować kolegę.
Pytanie miało być i to ostre pytanie. Nauczyciel był wredny, co jest dosyć dziwne. Znaczy dla mnie było dziwne, bo ja takiego nauczyciela, podobnie wrednego, spotkałem, co prawda nie w podstawówce, ale w szkole średniej. Do dzisiaj mam traumę niezaleczoną. Myślę, że całe stado psychologów mogłoby się nade mną, a może psychiatrów nawet, pochylić, bo to był człowiek chory, a ten w Tomku też był nie do końca zdrowy. Więc już pierwszy motyw, który mocno wciągał zaraz na początku. A później ta wyprawa do Australii smuga. Nawet Szklarski wprowadza pewien element, nazwijmy go mistycznym, bo przecież Tomek styka się z taką sytuacją, kiedy słyszy przepowiednię, że pomiędzy pewną osobą na tym statku, którym płynął do Australii a życiem czy czymś takim, już nie pamiętam dokładnego cytatu, stanie mały chłopiec. Wow! I to się rzeczywiście sprawdziło.
I to jak się sprawdziło. W dodatku jeszcze Tomek podczas wyprawy, kiedy statek płynie, ćwiczy strzelanie ze sztucera. To, co prawda dla chłopaka w latach 70. była absolutna abstrakcja, ale w końcu filmy oglądałem. Widziałem, jak działa broń palna. Chłopak strzela w ładowni do puszek, na których rysuje oczy i potrafi między te oczy strzelać. Wow! To było fascynujące. A potem to, co się dzieje w Australii, to jak on się zakochuje w Sally. Taką młodzieńczą, bardzo szczeniacką miłością.
Ale przecież o to właśnie chodzi. W końcu czytały to szczeniaki, więc to było idealnie wpasowane. Te przygody, ten motyw egzotyczności, który się pojawia właściwie w każdym tomie, ale ja teraz mówię o „Tomku w krainie kangurów”. Pojawia się oczywiście element dydaktyczny czy taki element nauki geografii, ale bardzo bezbolesny. To nie jest dydaktyka na pełnej petardzie. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. To się wszystko tak dobrze czytało. A w dodatku jest jakiś jeszcze element, który muszę wspomnieć. Otóż ja tę książkę „Tomek w krainie kangurów”, jeszcze nawet pamiętam, że to było wydane przez wydawnictwo Śląsk w miękkiej okładce, w takim wydaniu paperbackowym, czyli kieszonkowym właściwie. Dostałem tę książkę od babci.
Babcia mieszkała daleko w Białymstoku i najpierw, kiedy byłem mniejszy, przysyłała mi zabawki, a później przysyłała mi tony książek. Pewnie dlatego do dzisiaj z tymi tonami się otrzaskałem i te tony stoją u mnie w domu. Ale przysyłała mi książki. Jedną z tych książek był właśnie „Tomek w krainie kangurów”. Problem był taki, że dla mnie wtedy to była gruba książka, bo ja byłem bodajże, na pewno byłem w drugiej klasie i jakoś nie bardzo mi to wchodziło. Ciężko było czytać. Niby czytać potrafiłem, ale mnie to męczyło. Więc kto mi czytał? Czytała mi babcia i pamiętam, kiedy po drugiej klasie na wakacjach blisko Bydgoszczy, nad pewnym jeziorem babcia mi tę książkę przeczytała i ja byłem absolutnie zafascynowany. Zacząłem rysować mapy Australii i nie tylko Australii, ponieważ mapka tam też występowała w książce.
Zacząłem nawet pisać takie, trudno to nazwać opowiadaniami, ale takie krótkie historyjki, które działy się w podobnym klimacie jak to, co czytałem, a właściwie czytano mi w książce „Tomek w krainie kangurów”. To była jednak potężna ekscytacja. A później były kolejne tomki. I ta ekscytacja właściwie się powiększała. Tak naprawdę powiększała się i ja już później kolejnych tomów nie czytałem w kanonicznej kolejności, ale rzeczywiście zacząłem od tomu pierwszego i on mnie kupił. Kupił mnie na dobre tak naprawdę. Panowie, ale ja jednak dla porządku chciałbym zadać takie pytanie, które się wyda bardzo suche, ale może coś ciekawego z tego wyniknie. Jak uważacie, Arturze, jak uważasz, jaką rolę odgrywał Tomek w tej literaturze podróżniczej? Podkreślam to — podróżniczej, ale też trochę dziecięcej w PRL-u. Bo to, że był popularny, to wiemy, ale czy to było wykorzystywane?
Jak był odbierany? Jak to było w ogóle pozycjonowane w tym czasie?
[01:41:23] - Wiesz co, mi się wydaje, że Tomek Wilmowski i jego całe przygody były najważniejszą taką polską serią podróżniczo-przygodową z czasów PRL-u dla dzieci i młodzieży. Wręcz bym powiedział, że ikoniczną miał rolę. Dlaczego? Dlatego, że on pełnił rolę przede wszystkim okna na świat, podczas gdy PRL był zamknięty na Zachód. Po drugie, ja tą serię bardzo lubiłem. Dlaczego? Dlatego, że ta seria miała wartości edukacyjne. Dlatego, że Szklarski wplątał w fabułę fakty geograficzne, etnograficzne, historyczne. I to było coś fascynującego. Dlatego lubiłem „Pana Samochodzika” i lubiłem przygody Tomka Wilmowskiego, bo to były książki, z których można było się czegoś nauczyć.
To nie było tylko to, że ktoś siedział i czytał o jakichś przygodach i tyle, o jakichś bzdurach, ale zarówno u jednego autora, jak i u drugiego autora były wplątywane fakty, czy to historyczne, czy to etnograficzne, czy to geograficzne. Człowiek wtedy potrafił się na tych książkach uczyć. I przede wszystkim wydaje mi się, że też pełnił taką rolę ideową Choć ta rola przygodowa i troszeczkę apolityczna przemycała po części pewne treści patriotyczne. Tam bardzo dużo wzmianek było takich patriotycznych, że te osoby, które brały udział w tych wyprawach, tęskniły za Polską. Zresztą ojciec Tomka był zesłańcem syberyjskim, więc można było z tej książki czuć patriotyzm. Co więcej, seria Tomka była bardzo popularna. Na przykład nie wiem, czy wiecie, ale absolutnym przebojem był „Tomek w krainie kangurów”, bo to była najczęściej wznawiana pozycja. Potem oczywiście był „Tomek na czarnym lądzie”, „Tomek na tropach Yeti”, który miał dosyć wyjątkowo atrakcyjną egzotykę. Mi najbardziej podobała się „Tajemnicza wyprawa Tomka” tak na marginesie albo „Tomek na tropach Yeti”. „Tajemnicza wyprawa Tomka”, która była później, po latach wydana, została przyjęta jako taki powrót legendy.
Nie ukrywam, że ta seria z Tomkiem Wilmowskim miała też dosyć silną konkurencję, bo Tomek konkurował z kilkoma seriami, chociaż żadna nie miała takiego statusu. Weźmy sobie książki na przykład Adama Bahdaja. Te przygodówki takie bardziej miejskie troszeczkę, bo tam „Wakacje z duchami”, „Do przerwy 0:1”, czy weźmy sobie książki Edmunda Niziurskiego, które miały humor młodzieżowy, na przykład jak te niewygodne przygody Marka Pigusa. Ale też bardzo popularna była seria, bo to była taka pewna epoka książek Karola Maya. Mamy Winnetou albo Oldszater Handa. To byli konkurenci światowi, ale oni byli mniej w mojej ocenie tacy geograficzno-edukacyjni. To byli faktycznie przygodowi, ale z nich nie można było się wielu rzeczy nauczyć. Wydaje mi się, że Szklarski wygrał tym, że po prostu łączył realizm, ten klimat kolonialnych wypraw i do tego jeszcze dorzucił polskiego bohatera, co w czasach PRL-u było w mojej ocenie naprawdę czymś wyjątkowym.
[01:44:16] - Piotrze, ty już częściowo powiedziałeś, że dla ciebie, dla twojego pokolenia Tomek Wilmowski to nie była taka ekscytacja jak dla Artura i dla mnie. Ale co jeszcze na temat Tomka i jego roli, czy to w literaturze, czy to po prostu w takich młodzieńczych, czy dziecięcych rozmowach mógłbyś powiedzieć?
[01:44:40] - Ja dodam tylko tyle, to może nie jest tak dobrze zauważalne. To jest taka rozkmina moja analityczna. Otóż książki o Tomku to są lata 50. tak naprawdę. I potem Szklarski trafia tak doskonale w gusta, oczywiście nie przewidując wielu rzeczy, że się okazuje, że rodzą się pewne mody i zainteresowanie innymi tworami popkultury, które są może nie bardzo związane, ale tematycznie związane z tematyką jego dzieł. Po pierwsze Winnetou, po drugie Bonanza. Wszystkie seriale, które się dzieją gdzieś w egzotycznych miejscach albo w czasach odległych, gdzieś tam nawiązują tematycznie, oczywiście nie w radenimny sposób do tegoż Tomka. Innymi słowy, on w pewien sposób przewidział to, czym się PRL będzie żywił, a może nawet wiedział po prostu, jakie czasy idą, że pisanie o pewnych sprawach w kraju, który jest zamknięty, przyniesie tą popularność ogromną. Natomiast ja jestem bardzo zdziwiony też tym, że nie próbowano tego w żaden sposób przenieść. To byłoby trudne, to byłoby drogie przede wszystkim i nie wiadomo, na ile byłoby dobrze widziane przez cenzurę też.
A po drugie, na ile byłoby przekonujące dla widzów, że to się dzieje gdzieś tam w jakimś odległym kraju. Myślę, że tu się chyba skończyła filmowa kariera Tomka, że byłby za drogi w realizacji. Takie mam zdanie. Naprawdę nie pamiętam, żeby ten Tomek zaprzątał nasze umysły, kiedy byliśmy dziećmi. Może akurat byłem w tej grupie, która się nim nie interesowała, ale musicie mi uwierzyć, że to były takie czasy, kiedy wchodziły gry komputerowe, wszelkie inne gry wideo. I naprawdę temat bohaterów książkowych to był na odleglejszym miejscu wtedy dla dzieci. Może się to tak nie wszystkim wydaje odczuwalne, ale tak było. Nawet jeżeli nie wszyscy mieli dostęp do tych gier taki, że nie mieli w domu komputera czy konsoli, to interesowano się tym. Plus oczywiście filmy amerykańskie, te wielkie blockbustery, które zaczęły wchodzić. Myślę, że to było takie duże przewartościowanie wtedy, co nie oznacza, że literatura dla młodzieży przestała być popularna.
Natomiast panowie, ja mam takie pytanie z kolei o autora, o Alfreda Szklarskiego. Nie wiem Marku, czy można go nazwać zapomnianym twórcą? Był popularny, ale czy był równie kontrowersyjny jak Nienacki? Bo o Nienackim się dzisiaj cały czas mówi. Natomiast o Szklarskim wspomina się go. Natomiast jest w tym jakaś nutka byłej wszości, czyli mamy świadomość, że to już było i nie wróci.
[01:47:35] - Mówiąc szczerze, to nie wiem tak naprawdę, jaka jest przyczyna tego, że rzeczywiście Alfred Szklarski może jest mniej popularny niż wspomniany Nienacki, chociaż o Nienackim w swoim czasie mówiliśmy, że to był też człowiek, który miał niezły odpał na pewnych punktach i Radośnie powitał na przykład stan wojenny. Kto lubi.
[01:48:04] - To jest akurat zrozumiałe, jeśli zna się historię, życiorys Nienackiego, prawda?
[01:48:08] - Tak, to prawda, ale jednak facet, który biegał po okolicy, był ormowcem. W końcu Pan Samochodzik też był ormowcem. Dziwnie się zachowywał, dziwnie się prowadził. Ale dzisiaj nie będziemy o Nienackim mówić. To prawda, ale warto podkreślić, że bez względu na to, czy dzisiaj pamiętamy Szklarskiego, czy go nie pamiętamy, to jego życiorys: powiedzieć, że on był kontrowersyjny, że był dziwny, to mało powiedzieć. To był życiorys, którym można byłoby obdzielić kilka osób. W dodatku, jeśli ktoś został skazany pod koniec lat 40. za to, że pisywał dla prasy gadzinowej, twierdził, że zatrudnił się w tej prasie gadzinowej niemieckiej na polecenie podziemia, czemu zaprzeczyli ludzie z AK. Proszę państwa, wydawać by się mogło, że taki facet kariery w PRL-u nie zrobi. Tymczasem on właściwie zrobił karierę.
Fakt jest faktem, że książki, które pisywał wcześniej, gdzieś na początku lat 50., zostały wycofane z bibliotek, ale on to, o ile dobrze pamiętam, pisywał pod pseudonimem, więc mała strata. A Tomek Wilmowski pojawił się w drugiej połowie lat 50., bo Szklarski pracował w wydawnictwie jako sekretarz, jako redaktor właśnie w wydawnictwie Śląsk. I w 57. roku pojawiła się książka, która otwierała serię o Tomku Wilmowskim. Ja powiedziałem o tej prasie gadzinowej, ale tak naprawdę to nie jest wszystko, co Alfred Szklarski przeżył. Ja może, Arturze, tobie oddam głos.
[01:50:14] - Ja powiem bardzo prosto: rozwiązanie tej zagadki, w mojej ocenie, pojawi się w momencie, kiedy będziemy znali życiorysy i Nienackiego, i Szklarskiego. I czy Szklarski był popularny? Na pewno tak, bo do 1989 roku wydaje mi się, że należał do najchętniej czytanych autorów młodzieżowych, bo jego nakłady jego książek liczyły naprawdę setki tysięcy egzemplarzy. Ale pytanie, dlaczego on został zapomniany? Mi się wydaje, że jest kilka przyczyn, bo w 1989 roku to całe jego podejście do Afryki, safari, polowań, te opisy kultur zostały uznane w ogóle za takie, bym powiedział, zbyt kolonialne i nieaktualne. Dwa to to, co Piotrze zaznaczyłeś. Nienacki miał ekranizację „Panów Samochodzików”. Szklarski tego nie miał. Co więcej, Szklarski pisał prościej i bym powiedział mniej zmysłowo niż Nienacki, co też sprawiło, że ta część czytelników szukała czegoś, tak nazwijmy to, dojrzalszego. I teraz jeżeli weźmiemy tych dwóch autorów, to czy był kontrowersyjny jak Nienacki?
Na pewno nie, bo Nienacki był kontrowersyjny po pierwsze poprzez swoje życie prywatne, po drugie poprzez różne erotyczne książki. Na przykład weźmy sobie „Raz w roku w Skirołakach” czy jak to tam ona się nazywała.
[01:51:28] - „W Skiroławkach”.
[01:51:31] - „W Skiroławkach”, tak to było. Potem poprzez jego całą działalność publiczną i polityczną w PZPR-ze, czy też bym powiedział poprzez wątpliwe moralnie zachowanie, bo po jego śmierci pokazano też, udokumentowano fakty jego relacji z różnymi nieletnimi partnerkami. Natomiast oczywiście, tak jak wspomniałem, Szklarski urodził się w Chicago. Przed II wojną światową on wrócił do Polski. To jest prawdą, że on swego czasu pisał dla tego gadzinowego „Nowego Kuriera Warszawskiego”. Potem próbował tam się, tak jak wspomniałeś, wymigać, że niby to na polecenie podziemia, AK temu zaprzeczyło i tak dalej. Ale pamiętajmy o tym, że on również brał udział w Powstaniu Warszawskim, bo on walczył w drugim plutonie drugiej kompanii batalionu Piorun na terenie Śródmieścia i on sam zgłosił się do prokuratury bodajże w ’48 roku to było, bo wtedy prowadzono właśnie te śledztwa przeciwko autorom prasy gadzinowej i on został osadzony w areszcie i skazany później na osiem lat więzienia. I teraz wiecie, co mi się wydaje? Że to jest coś takiego, bo Szklarski nie był aż tak kontrowersyjny, bo on prowadził raczej życie spokojne, stateczne. On nie pisał erotyki tak jak przykładowo Nienacki.
[01:52:53] - Pisał, przepraszam, pisał. O tym za chwilę powiem.
[01:52:58] - Ale jego jedyna prawdziwa taka kontrowersja to ten wyrok za tą współpracę z prasą niemiecką w czasie wojny. Ten wyrok później został zresztą złagodzony, bym powiedział, ale mi się wydaje, że to jest tak, że my jako Polacy jesteśmy ludźmi, którzy żądają zemsty i rozliczenia. I w przypadku Szklarskiego można mu pewne rzeczy darować, bo on przekiblował w pudle troszeczkę. Natomiast Nienacki nie poniósł żadnych konsekwencji za swoje działania. Oczywiście popularność Szklarskiego była ogromna. Była to postać kontrowersyjna, ale wydaje mi się, że mniej niż Nienacki. I powiem szczerze, że swego czasu ta jego legenda była mocniejsza bardziej w PRL-u niż dzisiaj. Natomiast on został w jakimś tam stopniu zapomniany. Bardziej mi się wydaje przez te właśnie fakty. Przy czym, tak jak mówię, w Katowicach jest jego grób.
Nawet jeżeli ktoś chciałby sobie zdawać odznakę turystyczną PTTK „Znam Katowice”, to ma obowiązek odwiedzenia grobu Szklarskiego i też tego muzeum Tomka Wilmowskiego. Znaczy działu w muzeum, bo to jest Muzeum Miasta Katowice, ale tam jest cały dział poświęcony Szklarskiemu, więc tutaj tych aspektów było kilka, dlaczego on został w jakimś tam stopniu zapomniany bardziej.
[01:54:19] - A ja teraz powiem jeszcze o tych powieściach erotycznych, bo w tym „Kurierze Warszawskim”, właściwie w „Nowym Kurierze Warszawskim” on właśnie pisywał w odcinkach powieści erotyczne. Erotyczne pod pseudonimami. Jeden z tych pseudonimów to był bodajże Marek, ale ważne nazwisko: Smuga. Teraz wiemy, skąd się wziął bosman Smuga. Jednak coś go tam łączyło. Ale ja państwu przytoczę tytuły, bo sobie wynotowałem tytuły tych powieści erotycznych: „Miłość marynarza”, „Miłość pani Toli”, „Piękna nieznajoma”, „Romantyczna przygoda” i tak dalej. Nie tylko erotyczne pisał. Pisał też powieści przygodowe, ale widać, że ciągnęło go w te obszary i pisywał tam. Z tych przygodowych to pamiętam jeden tytuł: „Krwawe diamenty”. Znakomity tytuł jak dla powieści tego rodzaju.
Rzeczywiście w Powstaniu Warszawskim brał udział, był dzielny, ale żeby było jakoś tak nie do końca jasne wszystko, to w grudniu 1944 roku w tym „Nowym Kurierze Warszawskim” opublikował reportaż „Dni grozy. Konająca stolica”. Czyli nagle pojawia się coś jeszcze. Potem mieszkał w Krakowie, a ten wyrok, który na niego zapadł, był całkiem spory. To osiem lat więzienia. Tylko dlatego, że pojawiła się amnestia, to z więzienia wyszedł. Także powiem tak, to jest życiorys, który po pierwsze niejednoznaczny, ale po drugie działo się w tym życiorysie. Warto też chyba wspomnieć, mówiąc w ogóle o Alfredzie Szklarskim, że Tomek to nie jest jedyne jego osiągnięcie, bowiem z żoną Krystyną napisał też cykl-
[01:56:20] - Trylogię.
[01:56:21] - Trylogię „Złoto Gór Czarnych”, trylogię o Indianach. Ja pierwszy tom pochłonąłem w jakimś rekordowym tempie. Nie chcę już w tej chwili wymyślać, ale naprawdę w jakimś błyskawicznym tempie ten tom pochłonąłem. Także cóż, zacząłem o tym mówić, że to życiorys niejednoznaczny. Piotrze, Piotrze, a ty, ponieważ jesteś zdystansowany, to pewno specjalnie życiorys Szklarskiego jakoś cię nie zajmował, ale czy coś tam wygrzebałeś ciekawego? Coś, co pamiętasz z jego życiorysu?
[01:56:57] - No nie. Prócz tego, co powiedzieliście, to nie. Może dlatego dzisiaj Szklarski nie jest już tak bardzo popularny, bo w III RP popularne z kolei było dodawanie tak zwanych errat do biografii. To swego czasu różnego rodzaju publicyści się tym zajmowali, pisząc kto miał jakie smrodki na sumieniu. No i muszę powiedzieć, że tutaj u Szklarskiego to jest bardzo dwuznaczne. Dzisiaj, kiedy by się okazało, że wracają z nową edycją książki człowieka, który współpracował, jak by nie było, z niemiecką prasą, mogłoby się to odbić tylko negatywnie. Ale takie były czasy. Nie nam to oceniać. Nie wiadomo, co go do tego skłoniło. To tak samo jak z Adolfem Dymszą, który też dostał taki wyrok, no i też dostał wilczy bilet w sumie.
Dziwne to były losy. Dziwne to też były czasy. Nie wszystko jest czarne i białe, ale o tym chyba mało kto dzisiaj pamięta. Więcej ludzi kojarzy jeszcze Tomka i „Złoto Gór Czarnych”. Przypomniało mi się. To jest jedna z tych książek, którą też znalazłem w biblioteczce u ojca.
[01:58:15] - No cóż, proszę państwa, tyle na dzisiaj. Myślę, że wspomnienie o Tomku Wilmowskim i o człowieku, który stworzył tę postać, dla wielu osób może być takim momentem, w którym może nie łezka w oku, ale jakieś takie westchnienie wspomnieniowe może się pojawić. Pięknie dziękuję, Arturze.
[01:58:40] - Dzięki ogromne.
[01:58:41] - Pięknie dziękuję, Piotrze.
[01:58:44] - Dziękuję i pozdrawiam.
[01:58:45] - No cóż, proszę państwa, do usłyszenia w kolejnej audycji. Proszę państwa, proszę państwa, zapraszam na drugą porcję literatury, na kącik literacki. Dzisiaj w tym kąciku literackim opowiadania zaciągnięte z audycji „ABW” sprzed długiego, długiego czasu. Ponad pięć lat. Więcej niż pięć lat. Dzisiaj opowiadania Bruno Kadyny „Choroba”, Anny Sikorskiej „Dziewczynka z misiem” oraz Roberta Zawadzkiego „Czas przyszły”. Proszę państwa, mam nadzieję, że lektura, a właściwie słuchanie tych opowiadań wprowadzi państwa w nastrój bardzo refleksyjny. W nastrój, w którym rodzą się nowe pomysły, bo cały czas mam nadzieję, że opowiadania do audycji „Akademia Wszelkiej Fikcji” zaczną napływać. Zaczną napływać, żebyśmy mogli je wspólnie przeżyć. Bo my te opowiadania przerobimy na wersję lektorską.
No i będziecie państwo mieli okazję posłuchać nowych przygód, nowych opowieści. Cały czas na to liczę. A teraz już zapraszam na opowiadanie „Choroba” Bruno Kadyny, „Dziewczynka z misiem” Anny Sikorskiej i „Czas przyszły” Roberta Zawadzkiego.
[02:00:18] - Bruno Kadyna, „Choroba”. „Zostań ze mną. Ostatnio znikasz coraz częściej. To nie zależy ode mnie. Wrócę najszybciej, jak się da. Wiem. Kocham cię bardzo. Nie chcę, żeby widziała smutek w moich oczach, ale nie mogę przestać na nią patrzeć. Nienawidzę się z nią rozstawać. Nie masz pojęcia, jak bardzo ja kocham ciebie.
Jestem tu tylko z twojego powodu — mówię — więc zostań ze mną. Wiatr rozwiewa jej włosy zupełnie jak w filmie. Odgarnia je palcami. Piękność. Na tle urwiska wygląda jak bogini. Bardzo bym chciał. Bardzo. Niedługo będę z tobą cały czas. Przygryza wargę. Robi to specjalnie.
Każdy jej ruch ma mnie uwodzić. Ciężko mi się powstrzymać, żeby znów nie przyssać się do jej ust. Wytłumacz mi, od czego to zależy. Dlaczego nie możemy być już na zawsze razem? — pyta cicho. Smutnieje. Teraz mogę oderwać od niej wzrok. Sam opada na ziemię. Oglądam źdźbła trawy. Jestem pewien tej miłości jak niczego na świecie i chciałbym to w końcu wytłumaczyć tak, żeby nie kłamać.
Ale prawda może ją zasmucić. Wiem, że zasmuci. Nie jestem jeszcze gotowy, żeby ją wyjawić. Muszę pracować, Marta, ogarniać życie, ale tylko po to, żeby znów być z tobą — mówię. „Nie mogę ci pomagać być przy tobie?” No jak? To niemożliwe. Obiecuję, że kiedyś wszystko ci wytłumaczę, jak już nie będę musiał cię opuszczać. Szybciej niż myślisz. Chciałbym jeszcze z nią zostać, ale muszę już spadać. Szlag by to trafił.
Czas na mnie, kochanie — mówię. „Nie, proszę, Bartek” — płakać mi się chce. Kocham cię. Czekaj na mnie — mówię. Dzwoni budzik. Łeb mi pęka. Sam nie wiem, jak mogę spać z takim bólem głowy. Coraz ciężej wstać z łóżka. Szlag. Przydałby się zastrzyk mocy.
Czuję się fatalnie. Zaraz puszczę pawia. I puszczam. Ledwie zdążam do kibla na tych chudych szczudłach. Trzęsę się i z trudem podnoszę z kolan. Opieram się o umywalkę. No amancie, wyglądasz jak gówno. Uśmiecham się do trupa po drugiej stronie lustra. I tak się czuję. Ale to nieważne.
Tak jest od dawna. To minie, jak tylko znów będę z Martą. Jak najszybciej do niej. Odrywam się od umywalki i wchodzę do wanny. Muszę się doprowadzić do porządku, wyglądać jak najnormalniej w tej durnej robocie, żeby te pajace bez życia i marzeń niczego nie zauważyli. Ruszam się wolno, jak we śnie, kiedy kończyny są z ołowiu i każdy ruch okupiony jest nadludzkim wysiłkiem. Marta — szepczę. Nawet brzmienie jej imienia dodaje energii. Nienawidzę życia bez niej. Ona jest moim życiem.
Jak się nie pośpieszę z przeprowadzką, to mogę już nie zdążyć. Wdechnę w tej nosze na własne życzenie. Patrzę na zasypiałą łazienkę. Mieszkanie wygląda jak melina. Nie mam siły ani chęci sprzątać. Dobrze, że ona tego nie widzi. Wiem, że sam jestem sobie winien. Już się nie okłamuję i niczego nie odkładam na później. Mam to po prostu gdzieś. Dzięki Marcie niczego nie żałuję, bo ona jest celem.
Powiem jej o wszystkim, jak już będę mógł z nią zostać. Kocha mnie i zrozumie. Kończę się oporządzać w łazience i ubieram garnitur. Nie muszę, ale strój dobrze kamufluje gównianą kondycję. Im bardziej elegancki, tym lepiej. Kiedy wiążę krawat, skręca mi żołądek. Ból sadza na dupę. Muszę przeczekać. Szlag by to — cedzę przez zęby. Powinienem coś zjeść, ale najpewniej znowu bym się porzygał.
Będę popijał wodę i po południu coś przegryzę. Marta. Skurcz długo trzyma. W końcu puszcza. Nie mam czasu. Czuję to. Wstaję powoli. Jeszcze raz odwiedzę Martę, zanim się przeniosę na dobre. Mam już uzbierane prawie 2 tysiące. To trochę za mało na przeprowadzkę do niej, ale jestem dumny z siebie, że mam taką silną wolę, że tego nie rozpieprzyłem.
Pieprzony szmalec. Zapytam dziś kierownika, czy jak się zwolnię w trybie natychmiastowym, to dostanę jakąś odprawę. Może nie będę musiał brać chwilówki. Uff. Wzdycham. Przeszło. Jest okej. Ubieram buty w przedpokoju. Prostuję się i gładzę ciuchy, patrząc na siebie w brudne lustro, które komentuje: jak zarzygale. Muszę je wytrzeć w końcu.
Po co się jeszcze okłamuję? I tak tego nie zrobię. Muszę się stąd po prostu wynieść jak najszybciej. Jak zdobędę resztę szmalu i złapię Pawła, zorganizuję wszystko błyskawicznie. Umawiałem się z nim. Ma być czujny, ale na takich jak on nie można liczyć. A na ciebie można, wymoczku? Marta może na mnie liczyć. Cieszę się, że mogę usiąść w tramwaju. Rzadko można o tej porze.
Chociaż zachodzi obawa, że zasnę, a tego bym nie chciał raczej. W największe upały zasłabłem dwa razy. Patrzę za okno, jak przesuwa się miasto, ale cały czas czuję na sobie wzrok jakiegoś dzieciaka. Wkurza mnie to. Co robi w tym tramwaju? Dzieci nie jeżdżą tą linią o tej godzinie. Tylko ludzie do roboty w Mordorze. Chcę speszyć go wzrokiem, ale obiega mnie jego matka. „Bartuś, nie można się tak przyglądać”. No proszę, taki wkurzający, a ma tak samo na imię jak ja.
Nie lubię dzieci. Brzydzą mnie. Dobrze, że Marta nie porusza tego tematu, chociaż jeszcze z nią o tym nie rozmawiałem. A kobiety zazwyczaj chcą dzieci. Jest jeszcze młoda. Szlag — szepczę trochę za głośno. Gówniarz znowu się na mnie patrzy. Ciekawe, czy ja też byłem taki wkurzający jak on szczeniak. Nie pamiętam. Często dostawałem wpierdziel od ojca.
To chyba byłem. „Bartek” — matka chłopaka zwraca mu uwagę. Większości życia nie pamiętam przez zasraną ciotkę Helenę. Wszystko przez nią. Nienawidzę jej i kocham jednocześnie. Ale gdyby nie ona, nie spotkałbym Marty, mojej wymarzonej, ukochanej. „Czemu ten pan ma takie dziwne okulary?” Okulary? Co on pieprzy? „To nie są okulary, synku. Przestań się przyglądać.” Głupio jej za niego.
Jakie okulary? Ach, sińce pod oczami. Co za gnojek. Ale wymyślił. Gówniarze mają wyobraźnię. Teraz matka trzyma mu głowę, bo chłopak chce sprawdzić, co to jest, skoro nie okulary. Niedobrze. Muszę źle wyglądać. W szybie się nie przejrzę. Jest za jasno.
Zresztą mam to gdzieś. Patrzę na nich i przypominam sobie swoją mamę, jak trzymałem się jej spódnicy i chowałem za nią, kiedy stary chciał mnie zlać. Broniła mnie i często przez to obrywała. Nie pamiętam. Nic nie widziałem. Byłem bliżej i chowałem gębę w spódnicę, żeby nie patrzeć. Pamiętam tylko, że mocniej się wtedy trzymałem, bo spódnica próbowała się wyszarpnąć. Przystanek Taśmowa. Wysiadam. Jak mi się nie chce już tu być.
Śmierdzi betonem i kurzem. W ogóle śmierdzi w Warszawie. Gdyby nie Marta, szybciej bym rzucił tę korpozabawkową pracę dla debili. Dziś po robocie odwięcę ją i powiem, że pewnie już jutro przeniosę się do niej na stałe. Ucieszy się. „Co takiego?” — pyta ochroniarz przy bramkach w biurowcu. „Dzień dobry” — mówię. Kiwa na przywitanie i patrzy podejrzliwie. Jakiś stary zomowiec pewnie. Gdzieś oni wszyscy się przecież podziali.
Wszyscy mi się przyglądają. Niektórzy ze współczuciem. Przecież tylu jest chorych ludzi. Już się przyzwyczaiłem. Większość nie wie, jak zareagować i udaje, że mnie nie widzi. To podpowiada mi najbardziej. Szczególnie kiedy odsuwają się ode mnie w windzie byle jak najdalej. I niech nikt ze mną nie gada. Chcę mieć spokój, jakoś przetrzymać dzień. „Siemanko, jak tam dzisiaj stary?” — pyta Mariusz, kiedy wchodzę na dział.
„Nie wyglądasz najlepiej”. „Siemka, jak zawsze przecież” — podaję mu rękę. „Słabo dziś. Dobrze się czujesz?” Myślę, czy nie powiedzieć, że miałem chemię, ale olewam to. „Słabo, ale co zrobić” — odpowiadam. Mariusz jest kierownikiem. Spóźniam się codziennie, ale jest dla mnie wyrozumiały, bo wyglądam, jakbym miał zaraz umrzeć. A ja tu wciąż jestem. Chcę iść do swojego kąta, ale zapytam go od razu: „Masz chwilę, żeby pogadać?” „Jasne”. Idziemy do socjalu.
„Mów, co się dzieje” — przygląda mi się uważnie. „Muszę się zwolnić jak najszybciej. Nie dam rady dłużej pracować”. Rośnie zmartwienie na jego twarzy i wyobrażenie choroby w głowie. „Rozumiem. Mogę ci jakoś pomóc?” „Potrzebuję pieniędzy. Należy mi się jakaś odprawa?” „Jasne. Zrobimy zwolnienie za porozumieniem stron. Należy ci się trzymiesięczna odprawa, stary”. Kurde, 9000 ponad.
Więcej niż potrzebuję. To będzie przeprowadzka w pięknym stylu. „Super. Co mam zrobić?” — pytam. Już samo to pytanie mnie zmęczyło. „Ja się wszystkim zajmę. Zostajesz dziś jeszcze w pracy?” Jednak wyjadę z tą chemią. „Jeśli nie muszę, to chętnie pojadę do domu. Zawsze po chemii czuję się jak gówno”. „Widać stary.
Okej, nic się nie martw. Zdanie sprzętu, obiegówka. Zajmę się wszystkim. Podejrzewam, że nie możesz czekać miesiąc na pieniądze”. „Potrzebuję jak najszybciej. Na już najlepiej”. Widzę w jego oczach, jak wyobraża sobie, że umieram w tej chwili. Kurczę, chyba się przeliczyłem. Przecież nie dostanę dziś pieniędzy. Jednak wezmę tę chwilówkę.
Jeden pies zresztą. Później szybko spłacę. „Okej, nic się nie martw. Leć”. „Dzięki”. Czuję się tak źle, że nie widać po mnie, jak się cieszę. Mam nadzieję, że nie zaczną mnie pytać o szczegóły leczenia albo co gorsza poproszą o jakieś kwity, żebym to udowodnił. „Po co?” — mówię na głos. Jestem w windzie sam. Kiedy wychodzę z biurowca i idę na przystanek, świadomość, że niedługo znowu poczuję to cudowne uczucie i spotkam się z Martą, dodaje mi energii.
Wszystko inne schodzi na bardzo odległy plan. Nie ma już perspektywy całodziennej męczarni w pracy, w sztucznej atmosferze. Udawać kogoś innego i starać się trzymać fason. Yes! Radość zaczyna rozpierać mi serce. Napływa jak fala. Uwielbiam to uczucie. Jak dziecko czekające na prezent albo wycieczkę. Flaki jakby mniej bolą i drżenie w środku słabnie. Musisz coś zjeść.
Wcale mi się nie chce, ale mówię, to przez ten entuzjazm, niby przywołując się do porządku, bo przecież jestem poważnym, dorosłym człowiekiem. Ponad dziewięć koła. Coś pięknego, a potrzebuję tylko dwóch. W tej euforii chcę zadzwonić do Pawła, żeby się przygotował, bo jutro załatwię szmal. Szlag mnie trafi, jeśli będę musiał na niego czekać. Szukam w komórce jego numeru, kiedy dzwoni mama. Przewracam oczami. Nie ma kiedy. Będzie mi truć i pytać, co się ze mną dzieje, dlaczego jej nie odwiedzam, a ja zwyczajnie nie mogę patrzeć na jej zmartwiony wzrok. Ale mama to mama i tak się nacierpiała.
Będę miał to za sobą. Cześć mamo. „Bartuś, co się z tobą dzieje? Dlaczego nie odbierałeś? Nawet wczoraj nie oddzwoniłeś”. Jak mnie męczy to jej zmartwienie w głosie. Mam jej ochotę powiedzieć, żeby się w końcu odpieprzyła i pojęła, że nie jestem dzieckiem i wiem, co robię. Nie miałem z sobą telefonu. Byłem u mojej dziewczyny. „Masz dziewczynę?” Tak, mamo.
Ma na imię Marta i jest wspaniała. Chciałbym, żebyś ją poznała. „To cudownie synku. Zaproś ją na obiad. Może dziś?” Wzdycham, bo krzyżuje mi plany. Nie dziś, mamo. Muszę z nią najpierw porozmawiać. „Nie możecie przyjechać na obiad? Może być nawet kolacja”. Myślę, jak się jej pozbyć, żeby nie męczyła i wiedziała, że nas nie będzie.
Dobrze, porozmawiam z nią, ale nie obiecuję. Jak się nie odezwę, znaczy, że innym razem. „Bardzo mi zależy. Postarajcie się. Czuję od kilku dni jakiś niepokój i obawy”. Przewracam oczami. Spróbuję, ale to nie zależy tylko ode mnie. Porozmawiam z nią i jak się nie da dziś, to dam znać kiedy. „Bardzo dobrze. Odezwij się jak najszybciej.
Zrobię coś pysznego”. Dobra, dam znać. Muszę kończyć. Pa. „Pa synku”. Nie chce mi się jeść i z nią siedzieć. Nie znoszę czuć cały czas jej wzroku na sobie i oceniania mojego wyglądu, gadania o moim życiu, planach i tak dalej. I mam wrażenie, że stary wciąż tam jest, a nie w piachu. Siedzi w swoim pokoju, żeby nagle wypaść z niego wkurzony i drzeć mordę. To pamiętam dobrze, jak w małym pokoju przylegającym do salonu, gdzie nikt nie mógł wchodzić, siedział ciągle i oglądał telewizję, kiedy niespodziewanie coś mu do łba strzelało i wyskakiwał stamtąd z rozdartym ryjem.
Czuję się gorzej w naszym starym domu niż w tej durnej robocie. Dobra, spokój. Przecież i tak nigdzie nie pójdę. Teraz zadzwonię do Pawła. Wybieram numer. Jest sygnał. Połowa sukcesu, bo często ma wyłączony telefon. Nie odbiera. Nie, tylko nie to. Już czuję strach.
Wiedziałem, że tak będzie. Dobra, spokojnie. Może jest w kiblu. Spokojnie. Ale uspokoję się dopiero, kiedy odbierze i będzie miał dobre wieści. Nie mogę wytrzymać i dzwonię co chwilę. Na przystanku ze dwa razy. Potem piszę wiadomość: odezwij się. Mam wrażenie, że mijają całe wieki, a on nie odpisuje. Mam ochotę dzwonić znowu, ale przecież nawet tramwaj nie zdążył przyjechać, a kursują co kilka minut.
Uspokój się, durniu. Jakaś kobieta patrzy na mnie. Usłyszała, że gadam do siebie. Mam to w dupie. No co on robi, do jasnej cholery? Ile można srać? Warczę przez zęby. W końcu przyjeżdża tramwaj. Wskakuję do niego i siadam szybko, żeby zadzwonić. Wciąż cisza.
Jak mnie to wkurza. Nie mogę usiedzieć. Jestem pobudzony, jakbym za dużo wychlał yerba mate. Chciałbym już być spokojny, żeby radość wróciła, a nie niepokój, że on może nigdy nie odebrać. Tak to jest być zależnym od czyjejś pomocy. Wchodzę do domu i przebieram się w luźne ciuchy. Wybieram najmniej śmierdzący dres. Już dawno nie robiłem prania. W dupie mam to. Muszę się opanować.
Oddzwoni, a ty jesteś głupkiem. Może nie wziął komórki do sklepu. Cokolwiek. Uspokój się, kretynie. Siadam na kiblu. Napiszę do niego. Halo, Paweł, jesteś tam? Zadzwoń jak najszy-- nie kończę wiadomości, kiedy dzwoni. Z ekscytacji prawie mi telefon wpada do kibla. „Siema, siema, jestem” — mówię.
Witam, co tam? „Słuchaj, będę miał jutro siano. Ogarniemy temat?” Jasne. Jutro? Tak, załatwisz? Pamiętasz ile? Pamiętam. Rewelacja. Daj znać. To na razie.
Narka. Prawie zgniatam telefon ze szczęścia. Yes! Uwielbiam mieć powód do radości. Aż mi się chce śpiewać. Marta na mnie czeka, czeka, czeka, czeka, czeka. Wstaję z kibla, myję ręce i idę do kuchni. Ciociu Helenko, gdzie jesteś? Nie pamiętam, kiedy miałem tak dobry humor. Aż mam ochotę tupać w miejscu nóżkami, jakby to był najlepszy dzień w moim życiu.
Otwieram szafkę nad blatem i sięgam po małą puszkę po kawie. Z szuflady biorę łyżkę stołową, folię aluminiową i siadam przy stole. Wyciągam z puszki plastikowy woreczek zamykany na żyłkę i szklaną rurkę. Heluniu, cioteczko najdroższa. Mam jakieś trzy gramy kryształów heledoiny. To całkiem niezły zapas i kupa szmalu, bo nie ma droższego narkotyku. Jednak najważniejsze jest to, że ten naprawdę przenosi w inny wymiar. To nie jest zwykły haj. Nie wiem, czy ktoś to odkrył, czy robi jakieś badania, ale hela otwiera jakiś portal i autentycznie przenosi świadomość do innego świata. Nie znam nikogo, kto to bierze oprócz mnie.
Paweł mówił, że tylko dla mnie to ściąga. Niestety trochę kopie zdrowie. Ciało nie jest przystosowane do odrywania jaźni i przenoszenia do innego wymiaru. To za każdym razem duży wstrząs. Dlatego chcę się przenieść do Marty raz na zawsze i już nie męczyć organizmu podróżą ani serca rozłąką. Ukochana też cierpi, kiedy mnie przy niej nie ma. Już za chwilę malutka. Odwijam kawałek folii i urywam. Formuję małą cebulkę, w którą wsadzę rurkę. Otwieram woreczek i wrzucam do foliowego kokonu pierwszy kryształek.
Potem zaciskam folię na szklanej rurce. Zafunduję sobie dziś porządny, długi pobyt. Nie muszę już oszczędzać, skoro jutro Paweł załatwi mi heli ile trzeba. W końcu będzie czas na zwiedzenie świata Marty. Ciekaw jestem, jaka jest ziemia w jej wymiarze. Jak bardzo różni się od tego nędznego upadłu tutaj. To, co widziałem do tej pory wydaje się rajem. Potrzebuję 10 gramów, żeby przenieść się na zawsze. To pewna ilość i ponad 5000 złotych. Trzy już mam.
Na resztę wezmę chwilówkę. Będziemy już zawsze razem. Będę mógł Marcie wszystko wytłumaczyć. Przestać ukrywać prawdę o tym, czego używam, żeby z nią być. Na razie boję się, że uzna mnie za narkomana, ćpuna, tak jak ludzie tutaj by uznali i mogłaby zwyczajnie mnie zostawić. Świat jest podły, pełen niezrozumienia. Paweł cię rozumie. Uśmiecham się. Nie, nie rozumie. Chodzi mu tylko o szmal.
Przekręcam i wciskam kurek kuchenki. Gaz zaczyna płonąć. Jedną ręką trzymam nad płomieniem łyżkę, na niej aluminiową cebulkę z zawiniętym kryształem. Nie grzeję bezpośrednio w folii, bo lubi się przepalić. Zaciśnięta jest na końcu szklanej rurki, którą trzymam w drugiej ręce. Heledoinia rozpuści się jak żywica i zacznie parować. Nie trzeba niczego dodawać tak jak do heroiny. Biorę fusta rurkę i wciągam cały opał. Wiem już, ile go będzie z takiego kawałka kryształu. Jak są za duże, kruszę je, żeby móc wciągnąć wszystko naraz i nie marnować.
Za drogie to jest, żeby puścić bokiem choć małą strużkę. Po chwili biorę kolejny kryształ, a potem jeszcze trzy. Ponad dwa razy więcej niż zwykle. Będę miał dziś dla Marty dużo czasu. Idę do łóżka, zanim hela zacznie działać. Już kładąc się czuję, jak obejmuje umysł. Zaraz zacznie go teleportować. Robi się niesamowicie kolorowo, bardziej niż zwykle. Marta. Jest mi cudownie błogo.
Czuję ciepły podmuch. Nie leżę już w zasyfiałej norze. Wciągam świeże morskie powietrze, czuję trawę pod głową i pod dłońmi. Otwieram oczy. Oślepia mnie jasność. Unoszę się na łokciach. Zaczynam widzieć kształty. Znów jestem w raju. Słyszę szum morza w dole i mewy. Żadnego miasta, żadnej cywilizacji.
Błękit nieba jest nieprawdopodobny, a trawa tak soczyście zielona, że zawsze skubnę źdźbło i zjem. Jestem ubrany na biało, w lekki len. Zawsze tak samo. Widzę ją. Stoi i patrzy na mnie. Jest blisko krawędzi urwiska, tam, gdzie zawsze się spotykamy. Wiatr rozwiewa jej czarne włosy i białą sukienkę tak samo cienką jak moje ubranie. Powiedziała kiedyś, że wie, kiedy do niej przychodzę. Miłość mnie rozpiera i z radości natychmiast czuję mrowienie w całym ciele i w kroczu. Dobre, stare pożądanie.
Wstaję i ruszam do niej, a ona do mnie. Do mieszkania Bartka wchodzi jego matka. Dał jej kiedyś klucze. Kobieta zasłania ręką usta. „O Boże” – szepcze, widząc zapuszczoną norę. – „Jak tu śmierdzi”. Idzie przez przedpokój. – Bartek? Długo tu nie była. Nie zapraszał jej.
Jest tu przez matczyne przeczucie, które nie dawało jej spokoju. Podchodzę do Marty. Ależ ona jest śliczna! Za każdym razem mam wrażenie, że widzę ją pierwszy raz. Pod sukienką dostrzegam linię jej nagiej sylwetki, jej piersi i brodawki. Idealne ciało. Stajemy naprzeciw siebie, a ona nie wytrzymuje i rzuca mi się na szyję. – Ukochany. Całuję ją po twarzy, szyi, wącham włosy, potem wpijam się w jej usta. Ależ ona pachnie i smakuje.
– Tak tęskniłam – mówi pomiędzy pocałunkami. Ja nic nie mówię. Sycę się nią. Tak wyrażam swoją miłość. Cieszy ją moja erekcja. Mnie też. Nie miewam jej od dawna w moim świecie. Siadamy na trawie. Świat dookoła jest idealny, jasny i kolorowy. – Zostaniesz ze mną?
– pyta Marta. – Wiesz, że tak. Ale jeszcze nie dzisiaj. Smutnieje. – Ale dziś będę z tobą długo, moja śliczna. Pocieszam ją. Dziś jest piękniejsza niż kiedykolwiek. Widzę wyraźnie nawet fakturę jej skóry, drobne włoski. Skupiam się na każdym najmniejszym szczególe. Podziwiam każdy milimetr.
Matka wchodzi do sypialni i znajduje syna rozwalonego na łóżku. Podbiega. – Synku. Synku. Zaczyna nim potrząsać. – Obudź się. Co ci jest? Jest blady jak kreda i oblany zimnym potem. Od potrząsania zaczyna wymiotować. Dużo tego nie ma.
Nic nie jadł. – O Boże, Bartuś! Kładzie syna na boku. Kobieta ma już swoje lata, ale wciąż pracuje jako pielęgniarka. Sprawdza puls. Jest słabo wyczuwalny. Wyciąga z torebki telefon i dzwoni po karetkę. – Wytłumaczysz mi, dlaczego znikasz? Marta mnie lekko odpycha. – Nie chcę teraz – mówię.
Chcę się z nią tylko kochać, a nie gadać o głupotach. Ale ona mi nie pozwala. Patrzę w niebo. – Zobacz. Nadciągają ciemne chmury – mówi. Zadzieram głowę. Widzę je tutaj pierwszy raz. Nie wiem, skąd się wzięły. – Tutaj pada? – pytam.
– Myślałem, że w raju nie pada deszcz. – Co za głupota. Przecież musi padać. – Zabierzesz mnie do siebie? Pokażesz, gdzie mieszkasz? – pytam. – Nigdy mnie nie oprowadzałaś. Uśmiecha się. Od razu pcham dziób do całowania. Dostaję buziaka i Marta się odzywa: – Myślałam, że nigdy nie zapytasz.
Wstajemy i idziemy w stronę lasu. Jest niesamowicie gęsty i ciemny. Widać tylko kilka pierwszych rzędów drzew. Dalej ciemność. Dziwne, ale nie czuję się już tak cudownie błogo, jak na początku. To pewnie przez pogodę. Niebo błyskawicznie robi się stalowe i jest chłodniej, aż dostaję gęsiej skórki. Marta trzyma mnie za rękę i idzie przodem, jak na tych zdjęciach z różnych stron świata, gdzie dziewczyna ciągnie za sobą chłopaka. Patrzę na jej pupę. Niesamowicie nęcą mnie jej pośladki.
Zbliżamy się do linii lasu. – Mieszkasz w lesie? – Zobaczysz. Matka czeka na karetkę i wciąż próbuje obudzić syna. Co chwilę sprawdza tętno. – Synku, co ty wziąłeś? Obudź się. Klepie go po twarzy. – Co wziąłeś? Co ty zrobiłeś?
Bartek oddycha coraz płycej. Kobieta w desperacji bije go po twarzy. – Bartek, obudź się! Jej syn przestaje oddychać, a serce staje. Matka wpada w panikę, ale zaczyna reanimację. Lata praktyki. Słyszy już karetkę. Ten sygnał daje jej nadzieję, ale stan Bartka ją odbiera. Kobieta potrafi rozpoznać zapaść. Zrywa się silny wiatr.
– Ale wieje. Dobrze, że się schowamy – mówię tuż przed linią najczarniejszego lasu, jaki w życiu widziałem. Marta się odwraca. – O tak, schowamy się. Uśmiecha się. Wcześniej jej oczy tak nie błyszczały. Ją pierwszą wchłania lodowata czerń, z głębi której dobiega wrzask, jakiego nie da się udać tak przekonująco. Jakby kogoś tam autentycznie obdzierano ze skóry. Robię wielkie oczy i chcę się zatrzymać, ale Marta ciągnie mnie dalej. Trzyma tak mocno, że nie mogę wyrwać ręki.
Odwracam się jeszcze i widzę, jak ciemność się za mną zamyka. Anna Sikorska „Dziewczynka z misiem”. Anastazja śniła. Biegła przez zaśnieżony las. Skrząca się biel otaczała ją ze wszystkich stron. Złudna lekkość miękkiego puchu wabiła, by zboczyła ze ścieżki. Dziewczynka jednak wiedziała, że nie może opuścić coraz węższej dróżki, bo nigdy nie wróci do domu. Łzy płynęły jej po twarzy. Szloch dławił. Opadała z sił.
Strach rósł. W objęciach panicznie ściskała wytartego białego misia. Misia, którego musiała donieść do domu. Musiała. Kobieta obudziła się gwałtownie, łapiąc powietrze szybkimi, zachłannymi łykami. Znowu ten sam sen. Czy może wspomnienie? Anastazja nie pamiętała wiele ze swojego dzieciństwa. Właściwie nie pamiętała niczego przed tamtą nocą, w którą prawie zamarzła w lesie. Znaleźli ją w pobliżu starych kopalni kredy, odwodnioną, wychłodzoną, na granicy zapaści.
Ściskała kurczowo podartego niegdyś białego misia. Nie wypuściła go nawet nieprzytomna. Próbowano znaleźć jej rodzinę, ale zaraz po wojnie nie było to łatwe i w końcu przysposobiła ją wdowa po piekarzu. Nastka odzyskała zdrowie i radość życia, choć jej wspomnienia nigdy nie powróciły. Okazjonalnie śniła koszmary o biegu przez las, ale i one z czasem ustąpiły. Mało się tym przejęto. Ot, następna ofiara wojny. Miała wtedy może osiem lat, teraz dobiegała osiemdziesiątki. Nie miewała snów o zimowym lesie od dekad. Czemu wróciły?
Jonna przeciągnęła się, zamrugała i spojrzała na Adama. Przez kilka godzin przeglądała wykradzione z publicznej kliniki wyniki badań ponad setki osób. Zdrętwiały jej mięśnie karku i ramion. „Znalazłam potencjalne źródło” – oświadczyła. Mężczyzna podszedł do niej, położył dłoń na oparciu krzesła i pochylił się, uważnie spoglądając na monitor. Cnohackerką wskazała trzy punkty na skanie mózgu. „Tu, tu i tu masz aktywność, która wyraźnie świadczy, że babka śni” – wyjaśniła, a po chwili wahania dodała: „Może jeszcze tu”. „Jak silne to może być?” Odjechała krzesłem od stolika, prawie go przy okazji wywracając. Na jej twarzy zagościł ogromny, szczery uśmiech. „Człowieku, to jest ekstra, super, hiper czadowa rzecz.
Najlepszy koszmar od miesięcy.” Jonna nawet nie próbowała ukryć podekscytowania. „Jeśli wierzyć tej dokumentacji, to ona śni o wojnie. Rozumiesz?” Jej wspólnik podzielał co prawda entuzjazm kobiety, ale nie zwykł okazywać uczuć, więc wymruczał tylko cicho: „To na co czekamy?”. Dni mijały powoli i sennie. Ogród za oknem stopniowo oblekał się w jesienną szatę. Anastazja piła spokojnie herbatę, przyglądając się wiewiórce zakopującej przetargany skądś orzech włoski. Jeśli o nim zapomni, na wiosnę zacznie z niego kiełkować drzewo. Może Nastia tego doczeka, może nie. Bez pośpiechu odwróciła się od okna. Popatrzyła na dwoje młodych ludzi siedzących na wytartej kanapie.
Próbowali ukryć niecierpliwość, z jaką czekali na jej odpowiedź. Mężczyźnie nawet się to udawało, ale drżące dłonie dziewczyny ją zdradzały. Staruszka usiadła w swoim ulubionym fotelu, odstawiła filiżankę na stoliczek obok. Sięgnęła po ciastko. Zwlekała. Nie wiedziała, jaką decyzję podjąć. „Chcielibyście nagrać mój sen, jeśli dobrze zrozumiałam?” – zapytała w końcu cichym głosem. Jonna potwierdziła entuzjastycznie, a Adam dodał: „Nie tylko. Mieliśmy nadzieję prześledzić cały proces od momentu pani zaśnięcia do przebudzenia. Być może udałoby się nam wyodrębnić czynnik, który uruchamia w pani przypadku śnienie”.
Kobieta pokiwała głową. Zapatrzyła się na widok za oknem. Gdy znów się odezwała, musieli się wysilić, by ją usłyszeć. „Tylko po co?” – mówiła cicho. „Ludzie przestali śnić zaraz po wojnie, dziesiątki lat temu. Nie tęsknią za tym. Życie bez koszmarów jest znacznie lepsze. Powiedzcie mi, czy potrafilibyście zabrać te moje sny? W klinice odmówili mi pomocy. Albo nie umieją, albo za stara jestem, by było warto”.
Spojrzeli po sobie. Jonna pokręciła lekko głową, dając znać Adamowi, że nie powinni próbować oszustwa. „Nie” – powiedział. „Nie potrafimy. Lekarze, o ile wiemy, też nie”. „To wróćcie, jak się nauczycie” I nie próbujcie ukraść mi snu. Wiem, że to, co robicie, jest nielegalne. Zawsze mogę na was donieść. W moim wieku już mi nie zależy. „Tego się po niej nie spodziewałem” — skomentował zburzonym głosem Adam, gdy dotarli do samochodu.
— „Czemu nam po prostu nie da skopiować tego koszmaru?” Jonna wzruszyła ramionami. „Nie wiem” — odparła zrezygnowana. — „Chyba ma już dość męczarni. A ty niczego nie ułatwiłeś tą swoją zachłannością.” „Ja tylko zaapelowałem do jej uczuć. Kto by pomyślał, że może być taka samolubna?” Dziewczyna pokiwała głową, zgadzając się z nim, ale myślami była już daleko. Nastia w jakiś niezrozumiały dla Snohackerkii sposób wzbudziła jej sympatię i współczucie. Postanowiła znaleźć sposób na pozbawienie staruszki marzeń sennych. Anastazja przycinała uschnięte kwiatostany, gdy ujrzała Jonnę. Dziewczyna stała przy furtce, wyraźnie wahając się. Staruszka skinieniem ręki zaprosiła ją do ogrodu.
Usiadły na stylowych ażurowych krzesłach przy niewielkim okrągłym stoliku. Przybyła przycupnęła na krawędzi siedziska, jakby gotowa w każdej chwili zerwać się i uciec. Rozglądała się nerwowo. „Masz coś dla mnie” — bardziej stwierdziła, niż zapytała Anastazja. Jonna przytaknęła ochoczo i sięgnęła do kieszeni spodni. Omiotła otoczenie wzrokiem jeszcze raz, zanim wyciągnęła malutki pakunek i wcisnęła go w pomarszczoną dłoń rozmówczyni. „Jedna przed snem” — wyszeptała. — „To na razie, dopóki nie znajdę czegoś permanentnego.” Nastia uśmiechnęła się ciepło. Uścisnęła palce dziewczyny. „Dziękuję” — powiedziała z błyskiem w oczach.
— „Przyjdźcie odwiedzić mnie jutro wieczorem.” Snohackkerka skinęła głową. Opuściła ogród równie cicho, jak się pojawiła. Anastazja weszła do domu, włączyła zabezpieczenia prywatności i odpakowała zawiniątko. Znalazła w nim pięć czerwonych tabletek. Przygryzła wargi. W jej oczach pojawiły się łzy. Wiedziała, że to narkotyk, ale niewiele już mogło jej zaszkodzić. A być może ten specyfik da jej choć chwilę wytchnienia od koszmarów. Zgodziła się na pięć seansów. Tyle samo, ile magicznych pigułek dostała.
Wypróbowała jedną już pierwszej nocy. Co prawda towarzyszył jej rano lekki ból głowy i poczucie odrealnienia, ale zniknęły około południa i Anastazja nie uważała ich za zbyt wysoką cenę za czarną noc bez iluzorycznych zwidów, nad którymi kompletnie nie panowała. Jak ludzie mogli tego pragnąć? Jak mogli odrzucać dobrodziejstwo braku snów na rzecz czegoś tak ulotnego i często wyczerpującego? Zapytała o to Jonnę, ale to Adam podjął się wyjaśnienia. „Ludzie chcą uciec od codzienności” — powiedział. — „Chodź przez chwilę pożyć czymś innym niż problemy, nad którymi debatują całe dni. To jak z alkoholem. Tyle że sny dają im całkowitą utratę kontroli. Zabierają ich w inny świat, a pani są wspaniałe, choć monotonne.
Pozwalają im się bać i rozpaczać, przeżywać swoiste katharsis, oczyszczenie emocjonalne.” „Ale to strasznie męczące” — zaprotestowała. Popatrzył na nią ze smutkiem, po czym rozejrzał się po pokoju. Zatrzymał wzrok na bujnej roślinności za oknem. „Pani życie jest jak piękny, kolorowy sen” — dodał. — „Nie wszyscy mają tyle szczęścia czy spokoju. Potrzebują ucieczki.” „A wy im ją dajecie.” „Tak.” Ułożyła się wygodnie na poduszkach, a Jonna umieściła elektrody na jej skroniach. Kiedy połączenia były gotowe, Snohackkerka usiadła do przenośnego komputera, na którym zgrywali sny staruszki i uruchomiła delikatną, usypiającą melodię. „Jeśli to ucieczka” — zainteresowała się Anastazja — „to czy oni się nie uzależniają od tych obrazów?” „Większość raczej nie. W końcu to nie ich marzenia” — odparł Adam. — „Ale są i tacy, którzy nie potrafią już bez nich żyć.” Kobieta nie usłyszała ostatniego zdania, pochrapując lekko.
Biegła przez zaśnieżony las. Skrząca się biel otaczała ją ze wszystkich stron. Złudna lekkość miękkiego puchu wabiła, by zboczyła ze ścieżki. Dziewczynka jednak wiedziała, że nie może opuścić coraz węższej dróżki, bo nigdy nie wróci do domu. Łzy płynęły jej po twarzy. Szloch dławił. Opadała z sił. Strach rósł. W objęciach panicznie ściskała wytartego białego misia. Misia, którego musiała donieść do domu.
Musiała. „To jest ciągle ten sam sen.” Zirytowany Adam przeglądał nagrania jednocześnie na dwóch monitorach, starając się wychwycić różnice. „Niemożliwe.” Jonna odsunęła go od komputera. Jej palce zatańczyły na klawiaturze. Po kilku minutach ciszy program analityczny wypluł wyniki. Dziewczyna pokręciła z niedowierzaniem głową. A jednak. Różnią się w może dwóch procentach. I co teraz? Dziewczyna wzruszyła ramionami.
Nagrajmy pozostałe dwie sesje – doradziła. Może jednak coś się zmieni. Swoją drogą ciekawe dlaczego są aż tak podobne. Mężczyzna zastanowił się przez chwilę. W końcu pokręcił głową. Nie mam pojęcia – przyznał. Zresztą to bez różnicy. Zrób kopie. Ja zajmę się dystrybucją. To jest na tyle dobry towar, że ustawi nas na parę lat.
I wiesz o tym. Pokiwała głową w milczeniu. Anastazja śniła co drugą dobę, by dać swoim zbawcom, jak ich zaczęła postrzegać, to, czego się domagali. Jednak to na te czarne, długie, pozbawione marzeń noce pomiędzy sesjami cieszyła się jak dziecko. Nie mogła się już doczekać, gdy nagrania się zakończą, a Jonna dostarczy jej specyfik, który odbierze jej te koszmary na zawsze. Wieczorem, po ostatnim nagraniu dziewczyna pojawiła się w jej domu. Wyglądała na smutną i jakby nieobecną. Co się stało? – zapytała ją z troską. Zdążyła polubić snochakerkę.
Jonna przyglądała jej się przez chwilę z wahaniem. Ten pani sen – zaczęła w końcu – jest zawsze taki sam. Czy to normalne? Tak, skarbie – odrzekła jej z uśmiechem Anastazja. To nawet nie dokładnie sen, a wspomnienie. Jedyne, co pamiętam z czasów wojny. Rozumiesz teraz, czemu pragnę się go pozbyć? Nie chcę, by dręczyło mnie do końca moich dni. Dziewczyna pokiwała głową. Jej smutek nie zniknął, ale wyglądała, jakby podjęła decyzję.
Nachyliła się i uścisnęła zasuszoną dłoń staruszki. Dziękuję – powiedziała cicho. Za wszystko. Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej niewielką flaszkę. Podała ją Anastazji. Proszę to wypić przed pójściem do łóżka. Nie wcześniej, bo może spowodować zasłabnięcie czy utratę równowagi. Przez noc skutki uboczne powinny ustąpić. I to uwolni mnie od snów? W głosie staruszki mieszały się nadzieja i ulga.
Tak, to uwolni panią od snów. Jonna odwróciła się, by ukryć łzy i szybko podeszła do drzwi. Spokojnej nocy. Biegła przez zaśnieżony las. Skrząca się biel otaczała ją ze wszystkich stron. Złudna lekkość miękkiego puchu wabiła, by zboczyła ze ścieżki. Dziewczynka jednak wiedziała, że nie może opuścić coraz węższej dróżki, bo nigdy nie wróci do domu. Łzy płynęły jej po twarzy. Szloch dławił. Opadała z sił.
Strach rósł. W objęciach panicznie ściskała wytartego białego misia. Misia, którego musiała donieść do domu. Musiała. Jednak traciła siły. Osunęła się w śnieg, wypuszczając z objęć starego pluszaka. Przeczołgała się jeszcze kilka kroków. Gdy się rozejrzała, misia już nigdzie nie mogła dostrzec. Ułożyła się na śniegu i wciąż roniąc łzy, powoli zapadła w sen. Adam przeglądał po raz kolejny sny Anastazji, by wyodrębnić z nich najlepsze kawałki i sprzedać w jak największej ilości dawek, gdy Jonna weszła do pokoju i bez słowa stanęła za nim.
To jest wspomnienie, wiesz? Jej głos był nabrzmiały tłumionymi uczuciami. Dlatego się nie zmienia. Skąd wiesz? Powiedziała mi. Byłaś tam? Po co? Dotrzymać naszej części umowy. Dałaś jej więcej tabletek? Przecież wiesz, jak szybko uzależniają.
Za kilka dni będzie potrzebowała silniejszej dawki. No i znowu zacznie śnić. A wtedy musimy być już daleko stąd, bo jak się połapie, to pewnie na nas doniesie. Przetarł dłonią zmęczone oczy, po czym dodał: chociaż to i tak dobrze. Zyskałaś dla nas trochę czasu. Nie – powiedziała cicho. Nie dałam jej tabletek. Znalazłam coś lepszego. Mężczyznę jakby sparaliżowało. Powoli odwrócił się wraz z krzesłem.
Teraz dopiero zauważył łzy płynące ciurkiem po policzkach Jonny. Ale... – wyszeptał. Przecież na sny nie ma lekarstwa. Snochakerka pokiwała głową. Jest – odparła. Dałam jej truciznę. Koniec. Styczeń 2020 roku. Robert Zawadzki "Czas przyszły".
Nie pamiętał, kiedy to się zaczęło. Rano jadł śniadanie, a później, jak co dzień, wkładał płaszcz, kapelusz i wychodził z mieszkania, żeby zrobić zakupy. Swobodnym, jak na jego wiek krokiem przemierzał korytarz i docierał do znajomej windy z białymi, wystającymi przyciskami. Przyciskał ten najbardziej wytarty, z ledwie widocznym zerem i czekał, aż znajdzie się na parterze i będzie mógł otworzyć drzwi. Potem czekało go już tylko kilka schodków i wyjście. Koszmar rozpoczynał się na zewnątrz. Jeszcze zanim na dobre oddalał się od bloku, zauważał subtelne różnice. Osobliwe anteny sterczące z dachów, klawiatury numeryczne na furtkach, kanciaste automaty stojące na krawędzi chodnika, elektronikę parastającą wszystko niczym dziwaczny pasożyt. Dochodząc do skrzyżowania zdawał sobie też sprawę z braku zieleni. Drzewa, sękate lipy, które od zawsze trwały niewzruszenie po obu stronach jezdni zniknęły, a miejsce parku, naprzeciwko którego powinien się właśnie znajdować, zajął wielki pawilon niestandardowego przeznaczenia i betonowy parking pełen futurystycznych samochodów.
Jeszcze więcej było ich na zatłoczonej jezdni. Metaliczne, opływowe karoserie błyskały w niepowstrzymanym pędzie i wyglądało na to, że przejście na drugą stronę jest niemożliwe. Idąc niemal tak samo ruchliwym chodnikiem i mijając kolejnych przechodniów, w większości dziwacznie ubranych i zachowujących się jeszcze dziwaczniej, odczuwał dotkliwe uczucie déjà vu. Kiedy przyglądał się ich kolorowym włosom i skórze, ubraniom przepełnionym błyskotkami i uniemożliwiającym swoim krojem rozpoznanie płci, docierało do niego, że już znajdował się w tej samej sytuacji, chociaż nie był pewien, czy zdarzyło mu się to naprawdę, czy tylko śnił o tym, czego teraz doświadczał na jawie. Po chwili zamyślenia orientował się, że nie potrafi rozpoznać miejsca, w którym się znajduje. Próbował cofnąć się tą samą drogą, którą przyszedł, ale wszystkie ulice wydawały się w jakiś niezrozumiały sposób zmieniać swój bieg i rozdzielać na kilka złudnych ścieżek. Skrzyżowania wcale nie prowadziły tam, gdzie powinny, a znajome otoczenie w jednej chwili przechodziło w strzeliste budowle, których oszklone konstrukcje budziły w nim nieuzasadniony niepokój. Gdzieś pośród tej chaotycznej masy udawało mu się dostrzec budynki, których przeznaczenie i wygląd figurowały w jego pamięci. Zawsze jednak wydawały się one w jakiś sposób wyrwane z kontekstu i niepasujące do otoczenia, jakby utrzymywały się w nim jedynie za pomocą jakiejś wypaczonej logiki snu. Z trudem odnajdywał drogę powrotną i z ostatniego znanego miejsca zaczynał swoją odyseję na nowo, co jakiś czas pytając kogoś o drogę, chociaż nie znajdował się przecież wcale w żadnym odległym miejscu, ale w okolicy, którą znał od dzieciństwa.
Co gorsza, osoby, z którymi rozmawiał, z niestandardowych przyczyn potrafiły wskazać mu jedynie nieliczne spośród wymienionych przez niego nazwy ulic. Pytały go o nie kilka razy. Sprawdzały w jakichś dziwacznych urządzeniach, aby po chwili podnieść wzrok i powiedzieć smutno: "Nie, na pewno nie ma takiej ulicy. Musiało się panu coś pomylić". Skłaniało go to do uważniejszego przyglądania się oznaczeniom i napisom na budynkach i często ze zdziwieniem konstatował, że w wielu miejscach faktycznie widnieją nazwy zupełnie odmienne od tych, które znał. Pojawiła się też wielość różnokolorowych, napastliwych znaków, które otaczały go ze wszystkich stron, a których znaczenia nie potrafił zrozumieć. Obce słowa i skróty, gąszcz pozbawionych znaczenia i sensu ideogramów. Wszystko to poruszające się, grające, świecące, brzęczące, przyprawiające o obłęd. A kiedy w końcu udawało mu się dotrzeć z powrotem do mieszkania, zamykał za sobą drzwi na klucz i siadał wycieńczony na fotelu, trwając w bezruchu, aż jego skołatane serce się uspokoi i pozwoli na dalsze działanie. Wtedy rozpoczynał przeszukiwanie pokoju, wyjmował z szuflad dokumenty i sprawdzał daty, które na nich figurowały.
Szukał gazet i czasopism, żeby w końcu wrócić na fotel, wcale nie rozumiejąc więcej. Włączał telewizor i z niedowierzaniem śledził kolejne wiadomości podawane przez program informacyjny. Absurdalne żądania opcji politycznych, o których słyszał po raz pierwszy. Zamieszki i zamachy w krajach, które zawsze miał za bezpieczne i uśmiechnięte twarze polityków o nazwiskach, których sobie nie przypominał. A pod paskiem informacyjnym data, która przecież nie mogła być rzeczywista. Bo czy człowiek może z dnia na dzień przenieść się o ponad 20 lat w przyszłość? Oglądanie kolejnych reportaży z tego dziwacznego świata o niejasnej ontologii przerywał mu zawsze dźwięk dzwonka. Niepewnie podchodził wtedy do drzwi i wyglądał przez judasza na zewnątrz. Chociaż nie potrafił przypomnieć sobie chłopca stojącego na korytarzu, ten nieodmiennie budził w nim pozytywne uczucia. Przekręcał więc zamek i wpuszczał go do środka.
"Cześć dziadku. Wiem, że pewnie mnie nie pamiętasz. Spokojnie, nie musisz się tłumaczyć. Usiądźmy na kanapie. Wszystko ci wyjaśnię. Zostawię tylko w kuchni zakupy" – mówił tamten, wskazując na trzymaną w dłoni torbę, a mężczyzna zgadzał się i szedł do pokoju. Po chwili chłopiec do niego dołączał i rozpoczynali rozmowę, którą powtarzali codziennie, chociaż jej treść pozostawała w pamięci tylko jednego z nich. Oprócz szczegółów z życia rodzinnego najczęściej powtarzała się w niej obco brzmiąca nazwa Alzheimer, którą dopiero po którymś powtórzeniu i objaśnieniu udało mi się w pełni zrozumieć. Chłopiec pytał też, czy mężczyzna nie wychodził sam z domu, a kiedy mężczyzna zaprzeczał, tamten nie domyślał się kłamstwa i mówił, że to bardzo dobrze i że jeśli to pomoże, może zostawić na drzwiach kartkę, która będzie mu o tym przypominała. Mężczyzna jednak zawsze odmawiał, a chłopiec nie podejrzewał, że przemawia przez niego mieszanka wstydu i urażonej dumy.
Gdy wychodził, mężczyzna zabierał się za przyrządzanie obiadu z przyniesionych produktów. Smażył mięso, kroił marchewkę i kapustę, a w myślach powtarzał sobie, że jutro rano będzie o wszystkim pamiętał i zostanie w domu. Do wieczora jednak szczegóły rozmowy i znaczenie słowa Alzheimer zacierały się w jego pamięci. Znikała z niej też postać wnuka, kuriera z przyszłości, który następnego popołudnia miał znów się pojawić w drzwiach z zakupami i niezwykłymi wiadomościami. Kiedy mężczyzna kładł się spać, świat dookoła znów był młodszy o ponad 20 lat. Rano jadł śniadanie, a później jak co dzień wkładał płaszcz, kapelusz i wychodził z mieszkania, żeby zrobić zakupy.
[02:58:10] - Tak, proszę państwa. I na tym kończymy dzisiejsze wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Ja pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu spotkamy się ponownie. A teraz już życzę państwu dobrej nocy. Życzę sympatycznego weekendu. W ogóle wszystkiego dobrego państwu życzę. Do usłyszenia.
[02:58:37] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.