[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Nastał nam październik. Oficjalnie rozpoczynamy kolejny rok akademicki, a rok akademicki najlepiej rozpocząć kolejnym odcinkiem AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:38] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu.
[00:42] - Chociaż tak właściwie powinienem chyba powiedzieć halo, halo, Warszawa chwilowo.
[00:48] - Tak, to prawda. Dzisiaj z nietypowego miejsca, z redakcji Nieznanego Świata, ale audycja będzie przebiegała, mam nadzieję, w miarę normalnie. Zaczynamy od polecanek książkowych. Zaczynamy! Pierwszy tytuł „Złotowłosa”. Autor, którego polecać nie trzeba, Wojciech Chmielarz, wydawnictwo Marginesy. Książka dostępna na rynku od 15 października. Zerknijmy, co w środku. Tajemnice z przeszłości, toksyczny związek, przemilczane winy. Ten dzień powinien wyglądać zupełnie inaczej.
Miały być zaręczyny i wielka radość, ale wszystko poszło nie tak. Urszula wychodzi do pobliskiego parku, żeby wybiegać wściekłość i słuch po niej ginie. Urszula to opiekunka w hospicjum, osoba empatyczna i oddana ludziom, która pomaga i niesie radość nieuleczalnie chorym w najtrudniejszych chwilach. Pacjenci ją uwielbiają, a lekarze doceniają jej poświęcenie i cierpliwość. Kto i dlaczego miałby porwać tę kochaną dziewczynę, która jest aniołem dla innych? I dlaczego narzeczony od razu nie zgłasza jej zaginięcia? Dlaczego nikt jej nie szuka? Dziewczyna budzi się w zimnej piwnicy. Poturbowana, głodna, zdezorientowana. Nie wie, gdzie jest ani kto ją porwał.
Przecież nie ma wrogów. W głowie zaś kołacze się jej pytanie: czy to możliwe, że w parku zaatakował ją niedźwiedź? W dodatku słyszy głosy Malwiny. Tyle że Malwina nie żyje. „Złotowłosa” to thriller psychologiczny o zniknięciu prowadzącym do czegoś znacznie większego, bolesnej konfrontacji z przeszłością i do pytań o to, co to znaczy naprawdę zapłacić za swoje błędy. Chmielarz w najwyższej formie. Marta Górna z Wyborcza.pl napisała o tej książce: „Okropnie dobra książka. Kilka razy chciałam przestać czytać, ale nie mogłam. Wcześniej tylko podejrzewałam, że Chmielarz dobrze rozumie kobiety. Po lekturze »Złotowłosej« nie mam już wątpliwości”.
Z kolei Małgorzata Tinc z portalu ladymargo.pl stwierdziła: „Gdy wszyscy milczą, sumienie krzyczy. Oto wirtuozeria gatunkowa. Chmielarz powraca z mistrzowskim thrillerem psychologicznym o winie pamięci i mrocznych, obezwładniających tajemnicach, które wrastają w człowieka jak drzazgi. Bolesne, niewidoczne i trudne do usunięcia. Czytałam na bezdechu”. Przypomnę, to książka pod tytułem „Złotowłosa”. Jej autorem jest Wojciech Chmielarz, a wydało tę książkę, a właściwie wyda wydawnictwo Marginesy, bo książka dostępna na rynku od 15 października. Kolejna książka nosi tytuł „Gołoborze”. Autorem jest Maciej Siembieda, wydawnictwo Znak Litera Nova. Książka również dostępna od 15 października.
To historia uszyta na podszewce ze zła. W świętokrzyskich lasach, w cieniu Łysej Góry, obok miejsca, gdzie na Czarciej Polanie głaz przygniótł diabła, od lat toczy się zajadła wojna. Dwa zwaśnione rody pielęgnują nienawiść, której nauczyli ich przodkowie. W tej wsi są ludzie z kamienia twardszego i ostrzejszego niż te na Gołoborzu, a ich oczy płoną gniewem. Wszyscy wiedzą, że wojna między Kończakami a Cebrzynami jest święta. Morderstwo honorowe, a rodzina i obowiązek wobec niej stoją ponad prawem. Wyrok wymierza się tutaj osobiście. Najlepiej nożem. Stefan Cebrzyna nie mógł od tego uciec, nawet jeśli Jadźka Kończakowa była dla niego od zemsty ważniejsza. Przysięgi złożone ojcom muszą zostać dotrzymane.
Tutaj honor znaczy więcej niż życie, a zemsta działa nawet zza grobu. Maciej Siembieda w swojej najbardziej osobistej powieści odmienia zemstę przez wszystkie przypadki. Rozlicza się z trudną historią Gór Świętokrzyskich. Przywołuje krążące wokół regionu legendy i łączy je z historią Polski od powstania styczniowego aż do lat 90. XX wieku. Tu intryga niczym z „Ojca Chrzestnego” przeplata się z szekspirowskim dramatem. A ja przypomnę, to książka Macieja Siembiedy „Gołoborze”, wydawnictwo Znak Litera Nova. Książka na rynku od 15 października. Trzeci tytuł to „Jedną nogą w grobie” Olgi Rudnickiej, wydawnictwo Prószyński Media, a książka na rynku od 14 października. Zaginięcie męża to tragedia, ale nie dla Małgośki.
Fakt, że mąż nie wrócił z wyjazdu służbowego w terminie to nie nowość. To, że od kilku tygodni nie dał znaku życia to żaden problem. Ważne, że przelewy przychodzą regularnie. Małgośka cieszy się chwilami wolności, pewna, że Wiesław w końcu wróci. Czas mija, a męża ani widu, ani słychu. Za to coraz więcej osób zaczyna zadawać pytania. Telefon z żądaniem okupu uznaje początkowo za żart, ale kiedy znajduje pod drzwiami domu pudełko z odciętym palcem, zaczyna robić się poważnie. Czy na tyle poważnie, by powiadomić policję? A może nie robić nic? Przypomnę, to była polecanka książki „Jedną nogą w grobie” Olgi Rudnickiej, wydawnictwo Prószyński Media.
Książka na rynku od 14 października. Ale mam dla Państwa niespodziankę. Dzisiaj jeszcze czwarta książka. „Głos z piekła”. Marek Krajewski jest autorem, a zatem kolejny autor bardzo dobrze znany. Wydawnictwo Znak, a książka na rynku od 29 października. Nie każdy demon mieszka w piekle. Rok 1925. Pałac Czerniewice, Dolny Śląsk. Na hrabiego von Babica spadają kolejne nieszczęścia.
Pożar folwarku, tajemnicze zniknięcie żony, popadająca w szaleństwo córka Anna. Kiedy pałacowy lekarz zostaje zamordowany z wyjątkowym okrucieństwem, do Czerniewic trafia student psychiatrii Herbert Anwalt. Przypadek dziewczyny ma pomóc mu w studiach nad opętaniem, ale jego obecność nikomu nie jest na rękę. Anwalt nie wie, że gdyby nie protekcja pewnego śledczego z Breslau, niechybnie podzieliłby los poprzednika i zginął w męczarniach. Mistrzowski kryminał historyczny. Przypomnę, to kryminał Marka Krajewskiego. „Głos z piekła”, wydawnictwo Znak. Data premiery 29 października. Proszę państwa, czas na korepetycje filozoficzne, ponieważ omówiliśmy jakiś czas temu cyników, omówiliśmy inną grupę. Dzisiaj jest czas na sceptyków.
Sceptycy. Jak często ich spotykamy w życiu? Ale czy aby na pewno? Proszę państwa, sceptycy to osobliwy gatunek filozoficzny i towarzyski zarazem. Jeśli spotkacie ich na imprezie, to nie zdziwcie się, że zamiast tańczyć do disco polo będą dyskutować, czy w ogóle istnieje parkiet, a jeśli istnieje, to czy naprawdę nadaje się do tańczenia. Zawsze mają w zanadrzu pytanie, które owszem, może zepsuć zabawę, ale zazwyczaj ratuje zdrowy rozsądek. Kim jest sceptyk? To ktoś, kto woli sprawdzić, niż bezrefleksyjnie uwierzyć. Ktoś, kto zanim skubnie kawałek ciasta zapyta: „A jesteś pewien, że to nie jest złudzenie optyczne?” Tu nie chodzi o zwykłe marudzenie, lecz o istotną postawę epistemologiczną. Nigdy nie dysponujemy pełną pewnością, a to, co wydaje się oczywiste, wcale takie być nie musi.
Weźmy na warsztat logikę. Logika to narzędzie do układania myśli. Wspaniałe, eleganckie, trochę jak szachy. Proste reguły, ogromna głębia możliwości. Sceptyk podchodzi do niej jak wymagająca teściowa. Fajnie, że przesłanki masz ładne, ale kto ci je sprawdził? Bo pamiętam, że ostatnio brałeś na promocji i były trefne. Logika potrafi stwierdzić: jeżeli pada, to jest mokro. Pada, więc jest mokro. Eleganckie i poprawne, ale sceptyk dopowie: a jesteś pewien, że to, co spada z nieba to woda, a nie popiół na przykład z pobliskiej wulkanicznej chmury?
I tutaj, tak to wyrażę, widać sedno roli sceptyka. Sceptyk to strażnik rozmaitych przesłanek. Wie, że najpiękniejszy dowód formalny jest wart tyle, co zeszłoroczny kalendarz. Jeśli opiera się na fałszywych danych, możesz logicznie wyprowadzić wniosek, że wszystkie łabędzie są białe i wszystko będzie matematycznie w porządku, dopóki nie wleci pierwszy czarny łabędź. A czarny łabędź rzeczywiście występuje. To ptak rodzimy dla Australii, a także Tasmanii i jednym jego pojawieniem się zburzymy twoją wszechprawidłową regułę. Czarny łabędź jest więc ulubionym ptakiem sceptyków. Lubią podglądać, jak pewność siebie rozmówcy topnieje. Topnieje jak śnieg w marcowym słońcu, gdy rzeczywistość obnaży cię na chłodno. Czy to złośliwość?
Nie. To dbałość o higienę intelektualną. Gdyby nie sceptycy Wpakowalibyśmy ciężko zarobione pieniądze w cudowne amulety od promieniowania kosmicznego, które w praktyce okazałyby się żółtymi kamyczkami z jakiegoś supermarketu. Sceptycy mają swoje historyczne źródła. Współczesnym symbolem problemu indukcji jest David Hume, szkocki filozof, który przypominał, że nie mamy racjonalnej gwarancji, iż jutro wydarzenia powtórzą się tak jak do tej pory. Mamy jedynie przyzwyczajenie i doświadczenie, że dotąd tak było. To istota słynnego problemu indukcji. Oczywiście korzenie sceptycyzmu są jeszcze starsze. Sięgają Pirrona i starożytnych sceptyków, ale Hume ujął to w sposób, który najlepiej pasuje do naszej codziennej niepewności. Nie wiemy, czy słońce jutro wzejdzie.
Możemy powiedzieć tylko, że do tej pory codziennie wschodziło. Sceptycyzm potrafi być jednak przesadny. „Nie uwierzę, dopóki nie zobaczę dowodów”. To rozsądna postawa. „Nie uwierzę nawet jak pokażesz dowody, bo pewnie są sfałszowane”. To już jest cynizm podszyty zamknięciem umysłu. W tym drugim wariancie sceptycyzm przestaje być flirtem, a staje się murem. Idealny sceptyk nie zamyka drzwi. Oliwi je raczej, żeby się łatwo otwierały, gdy pojawią się naprawdę solidne dowody. W życiu codziennym rola sceptyka jest prosta i praktyczna zarazem.
Kolega mówi: „Widziałem UFO nad blokiem”. Ty już planujesz audycję, a sceptyk pyta: „Świetnie, a masz zdjęcie? Nagranie? Relację sąsiadki z trzeciego piętra?” I nagle magia trochę blednie. Może to frustruje? Może. Może też dobrze. Zamiast budować mitologię na plotce, uczymy się, że dowody nie są luksusem. Dowody są po prostu koniecznością. Dlatego sceptycy bywają jak kelnerzy w restauracji.
W restauracji z logiką. Nie gotują potraw, nie dostarczają składników, ale dbają o to, by talerze były czyste, a rachunek się zgadzał. Mogą oczywiście irytować i odbierać urok chwili, ale dzięki nim rzadziej zatruwamy się intelektualnie. I na koniec nieco kabaretowej puenty. Sceptyk wchodzi na twój występ, słucha, klaszcze, a potem pyta: „Bardzo ładnie, bardzo zgrabne żarty, ale czy masz na to wszystko jakieś źródła?” Chciałbyś go wyrzucić? Pewnie, że chciałbyś. Taki głupek nie powinien przychodzić na występ komika, a zatem chciałbyś, i to bardzo, wypierdzielić go stamtąd. Ale potem myślisz: „Cholera, dobrze, że zapytał, bo przez niego uwierzyłbym w swoje własne, wymyślone przez siebie bajki”. I właśnie dlatego sceptycy są nam potrzebni, nawet jeśli czasem gaszą światło na imprezie. Może właśnie dzięki nim nie zatańczymy na parkiecie, który o ironio, wcale nie istnieje.
To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. I jedziemy dalej z audycją. Teraz proponuję państwu opowiadanie Marcina Kowala. Opowiadanie zatytułowane „Zdarzyło się podczas wyprawy na Kijów 1920”. To opowiadanie, które było pierwotnie emitowane w audycji ABW numer 88 z 19 lutego 2021 roku. Przed państwem Marcin Kowal. Czyta bowiem to opowiadanie autor.
[16:47] - Marcin Kowal. Zdarzyło się podczas wyprawy na Kijów 1920. Wciągnął powietrze nosem i poczuł zapach krwi. Gdzieś obok kończyło się życie. Chłodny powiew na skórze podpowiedział mu, że jest nagi. Ziemia pod plecami zdawała się to potwierdzać. Zamrugał. Świat dookoła składał się z rozmazanych plam. Brąz mieszał się z zielenią i błękitem. Nie miał pojęcia, gdzie jest i co się stało.
Usłyszał głosy, urwane słowa. Ktoś zbliżał się do niego. Zadrżał i znieruchomiał. Strach przywołał pierwsze wyraźne wspomnienia. Ostatnie chwile, w których czuł się bezpiecznie. Względnie bezpiecznie. Zobaczył ogień. „Uważaj młody, żebyś sobie palców nie poparzył” – odezwał się starszy żołnierz siedzący po drugiej stronie ogniska. Mężczyzna strugał coś kawałku kory, przesuwając po niej scyzorykiem w przód i w tył. Ścinki leciały w ogień, a ten połykał je niczym wygłodzony szczeniak.
„Niełatwo przeładować karabin poparzonymi paluchami”. Staszek cofnął dłonie. W pierwszym momencie głupio mu się zrobiło. Był nieostrożny. Chwilę później niezręczne myśli zastąpił gniew. Rzucił mężczyźnie wyzywające spojrzenie. „Moje palce to moja sprawa, proszę pana”. Odparł i odsunął się nieco od ognia. Nie znał rozmówcy. Obcy nie przypadł mu do gustu, ale w domu nauczono go, żeby szanować starszych.
„Pan” na końcu zdania nie pojawił się przypadkowo. Nie ma co od razu straszyć piórek. Mężczyzna oderwał wzrok od drewna. Spojrzał na Staszka. Mówię tylko, że na wojnie trzeba uważać, gdzie siedzisz i z kim rozmawiasz. Chłopak rozejrzał się dookoła. Otaczało go morze podobnych palenisk, a przy każdym znajdowało się kilku, czasem kilkunastu żołnierzy. Wszyscy razem wchodzili w skład jednej armii. Toczące się w pobliżu rozmowy sprawiały wrażenie nad wyraz radosnych jak na czas naznaczony wojną. „Przecież tu wszyscy przeciwko czerwonym” — odezwał się Staszek.
— „Sami swoi.” Sami swoi? — zdziwił się starzec. — Polska młoda jest, a zabory stare były. Prusaki, Ruskie i Galicja. Do tego Ukraińcy i kto wie, kogo jeszcze przygnało. Razem jak w kotle wymieszani. Obca ziemia, a po lasach bandy rabusiów biegają. Pędrak jesteś. Życie nic cię jeszcze nie nauczyło. Musisz uważać, myśleć.
Popukał się palcem wskazującym w czoło. Staszek skrzywił się. Słyszał już podobne docinki. Rzeczywiście był młody. Miał 18 lat, ale pech chciał, że wyglądał na jeszcze młodszego. Pędrak i cielak już niemal przylgnęły do niego na stałe. „Brat mnie nauczał” — odezwał się — „że starszych trzeba szanować, bo przez nich mądrość przemawia. Ale mi się wydaje, że przez pana to mówi bimber.” Starzec roześmiał się szczerze. Wygadany jesteś — prychnął. — Brat twój prawdę ci zdradził.
Jest tu może z nami? Siedzi przy którym ognisku? Staszek pokręcił głową. „Brat cioteczny” — wytłumaczył. — „Duchowny. Na kapelana będzie się starał. Wtedy do nas dołączy. To dzięki niemu tu jestem. Ktoś kraju bronić musi.” Starszy zrobił minę, którą ciężko było odczytać, a później westchnął. Ty i twój brat klecha — odparł.
— Do wojska się pchacie. Dopiero co jedna wojna się skończyła. Mało to młodej krwi pochłonęła? — Podrapał się po brodzie. — Widać armia każdego przyjmie. Staszek nie za bardzo wiedział, co powiedzieć. Zapadła dłuższa chwila ciszy. Pomyślał, że nieznajomy dał mu spokój. Mylił się. A jak się cioteczny nazywa?
Można wiedzieć? Mężczyzna przemówił ponownie. Chłopak zamrugał. Przez chwilę zastanawiał się, czy dobrze robi, zdradzając nazwisko. W końcu uznał, że i tak niczego to nie zmieni. „Skorupka” — odpowiedział. — „Ignacy Skorupka.” Nie znam — skwitował rozmówca. — Ale może jeszcze kiedy poznam. A ty jak masz na imię? Stanisław.
Stanisław? Starzec ciągnął go za język. „Lisowski” — wyznał i już miał zapytać o to samo, kiedy rozmowę przerwało głośne szczekanie. Pomiędzy okolicznymi ogniskami przebiegł czarny kundel. Zatrzymał się przed Staszkiem, merdając ogonem. Wzrok skierował w stronę prawie pustej miski. Na metalowym dnie pozostało jedynie kilka brązowych plam po wieczornym gulaszu. W jakiś sposób uchowały się przed ostatnią kromką chleba. „To pana pies?” — zapytał młody żołnierz. Nie — odparł mężczyzna.
— Ale wiem, kto się nim opiekuje. Nie jest taki przyjemny jak kundel. Rajtał! Usłyszała cała trójka. Rajtał! Gdzie się do cholery podziewasz? Ha! O wilku mowa — dokończył starzec. Głos dochodził z niedaleka. Rajtał, bo tak najwidoczniej wabił się pies, nie zareagował na nawoływania.
Wciąż zerkał na Staszka i jego metalowy ekwipunek. „Głodny?” — przemówił chłopak. — „Masz, dokończ, jeśli coś tam znajdziesz.” Podsunął psu miskę pod pysk. Ten nie czekał na kolejne zaproszenie. Natychmiast zaczął ją czyścić językiem. Nie trwało długo, zanim przy ognisku pojawiło się trzech mężczyzn. Dwóch wysokich, potężnie zbudowanych. Trzeci, stojący pomiędzy nimi, zdecydowanie niższy. Sięgał im do ramion. Ubrany był nieco lepiej niż towarzysze.
Wszyscy śmierdzieli alkoholem. Światło ogniska odbiło się od brązowych butelek. Każdy trzymał po jednej. Były niemal puste. Rajtał! — krzyknął mężczyzna w środku. — Wszędzie cię szukam. Widząc, że zwierzę w ogóle go nie słucha, machnął z poirytowaniem ręką i ogarnął wzrokiem siedzącą przy ognisku dwójkę. Oczy błysnęły mu na widok starca. Ha!
Tego znam — zagadnął do stojących za nimi kompanów. Nie było w tym stwierdzeniu radości, raczej zaproszenie do brawin. Obsztorcował mnie, kiedy podziwiałem tutejsze wieśniaczki. Tamte, co to na widok maszerujących Polaków kiecki w górę zadarły i tyłki wypięły. Niemało tu takich — ryknął. To znak braku szacunku — wytłumaczył starzec. — Nie wszystkim Ukraińcom podobają się obce wojska na ich ziemi. A co mnie do tego? — odparł opiekun psa. — Ja tyłki podziwiałem.
Błysnął krzywym uśmiechem. Nie czekając na niczyją zgodę, rozsiadł się na ziemi. Jego kompani zrobili to samo. Nie odezwali się słowem, ale widać było, że najpierw ocenili wzrokiem możliwość ataku ze strony rozmawiających. Chwilowa iskra zainteresowania szybko zgasła. Najwidoczniej uznali, że ani Staszek, ani starzec nie stanowią wielkiego zagrożenia. Chłopak zastanawiał się, kim był ten niewysoki mężczyzna, skoro aż dwóch drabów strzegło jego spokoju. Domyślił się jedynie, że to obcokrajowiec. Zdradzał go akcent. W blasku ognia można było zobaczyć naszywki na wyświechtanych płaszczach trzech żołnierzy.
Wizerunek czaszki i miecza skrzyżowanego z pochodnią nic Staszkowi nie powiedział. „Anton” — nieznajomy zdradził swoje imię. „Anton Bajko, Białorusin i Bałachowca. Jeden z najznamienitszych wojaków, którymi dowodzi Baćka.” „Baćka?” — zapytał Staszek. „A no tak” — odparł Anton. „Dla was dziadkiem marszałek Piłsudski. Dla nas jak ojciec generał Stanisław Bułak-Bałachowicz. Ale mówimy nań Baćka. Ojczulek. My wszyscy dla Stasia jak syny rodzone.
Rajtał też jego, chociaż ojca najmniej przypomina. ” Nikt nie zaśmiał się w odpowiedzi, więc Białorusin nieco przygasł. „Te dwa milczki” — wskazał towarzyszy — „to stęsknieni draki pogromcy czerwonych. Wańka i Bańka. Tak ich nazywam” — jeszcze raz spróbował zażartować. Wańka i Bańka spojrzeli po sobie. Wskazany jako Wańka sięgnął butelką do ust. Opróżnił jej zawartość. Bańka popatrzył na niego rozgniewany. Jego flaszka już wcześniej była pusta.
Widać było, że liczył przynajmniej na jeden łyk. Musiał obejść się smakiem. Anton nie przejął się milczeniem. „Co to za wojna, kiedy wszystko tak gładko idzie?” — krzyknął. — „Czarnobyl pięknie rozkraczył się przed nami. Podobnie Werdyczów, Winnica, Bar, a jeszcze wcześniej Żmerynka. Proste jak wymłócenie baby. Ukraina jak kobieta sama przed żołdakami nogi rozkłada” — mrugnął porozumiewawczo i odczekał chwilę, aż porównanie wywoła salwę śmiechu. Doczekał się czegoś innego. „Idę srać” — wszyscy usłyszeli twardy głos starca.
Anton zamilkł, ale tylko na chwilę. „To wspaniale, że podzieliłeś się z nami tą radosną nowiną” — zgrzytnął zębami. „Przyjemność po mojej stronie” — odparł stary żołnierz. Podniósł się, składając scyzoryk. Niedokończoną rzeźbę wrzucił do ognia. „Na twoim miejscu” — powiedział Bałachowiec — „nie oddalałbym się za bardzo od ognia i towarzyszy. Kto wie, co w Prypeci mieszka, co między drzewami siedzi.” Starzec uniósł pytająco brew. Anton uśmiechnął się. „W nowej Polsce może mniej, ale na tej ziemi ciągle jeszcze bandurki biegają. Mogą ubić nieostrożnego, w las wciągnąć albo jakaś rusałka z jeziora wyskoczy i zatańczy cię na śmierć.
W twoim wieku wiele nie trzeba.” „Niestraszne mi stare demony” — odparł spokojnie mężczyzna. — „To ludzi bardziej się obawiam.” — Zmrużył oczy. — „Na szczęście wszyscy tu wiedzą, że atak na polskiego żołnierza, starego czy młodego, będzie ukarany. Boleśnie” — dokończył i nie czekając na odpowiedź ruszył przed siebie. Szybko zniknął wszystkim z pola widzenia. Anton pokiwał głową. Spojrzał jeszcze na Staszka, po czym przerzucił wzrok na leżący obok chłopaka karabin. „Mosin, tak?” — zapytał, zmieniając temat. — „Carski wyrób.” „Mosin” — odparł Stasek. — „Ale już nie taki carski.
Ojciec go zmienił, żeby polowało się łatwiej. Celność-„ „Przerobiony mówisz?” — Anton wszedł mu w słowo. — „Oby nie za bardzo, bo Mikołaj wiedział, co robi. To jedyne, co mu wyszło. Nie ma lepszej broni, kiedy wróg przed tobą, a ty po pachy grzęźniesz w błocie. Wiem, co mówię.” Podniósł się z miejsca. Najwidoczniej uznał, że rozmowa dobiegła końca. Jego towarzysze poszli w ślad za nim. Pies nie ruszył się z miejsca. W trakcie rozmowy skończył wylizywać miskę i położył się obok Staszka.
Białorusin pokręcił głową. „Nie karm go, bo się przyzwyczai” — warknął do Staszka. — „Puść go później wolno, żeby mnie znalazł” — wydał instrukcję. — „I jeszcze jedno. Radzę, żebyś poszukał sobie mrowiska. Wydlapać z siebie nie możemy tego, co po tym kundlu łazi.” Staszek nie miał pojęcia, co ugryzło niskiego mężczyznę, ale rozsądnie wybrał milczenie. „Co za noc” — stwierdził, kiedy przy ognisku zostali już tylko we dwóch z psem. Rajtał cichutko zaskomlał w odpowiedzi. Poranek nieśmiało wypuścił ponad horyzont czerwoną smugę. Ogniska już dawno przestały dymić, chociaż grunt pod nimi wciąż był ciepły.
Staszek otworzył oczy akurat w chwili, kiedy skórzana torba wylądowała na jego twarzy. Zerwał się z miejsca i strącił ją z siebie. „Obudziłeś się?” — zauważył starszy mężczyzna. Ten sam, z którym w nocy toczył dyskusję. Chłopak skinął głową. „Nie widziałem, żeby pan wrócił z tej, no, wyprawy.” „Poszedłem srać. Naucz się nazywać rzeczy po imieniu” — skarcił go staruszek. Staszek nic nie odpowiedział. Przypomniał sobie, że mężczyzna wciąż się nie przedstawił. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien zapytać go o imię, ale zrezygnował.
Właśnie odkrył, że ma większe zmartwienia. Podrapał ramię i plecy. Wszystko strasznie go swędziało. „Niech to” — jęknął. — „Ten, jak mu było?” — zastanowił się. — „Anton Bajko” — przypomniał sobie. — „Nie kłamał. Złapałem coś od psa.” Rozejrzał się dookoła, ale czarnego kundla nie zobaczył. Nigdzie go nie było. „A bo ja wiem” — skomentował staruszek.
— „Już prędzej od właściciela. Tak to jest, jak zapraszasz obcych do ogniska.” — Zaśmiał się, ale szybko spoważniał. — „Ten Bajko. Uważaj na niego. Nawet jeśli tylko ćwiartka z tego, co słyszałem o bałachowcach jest prawdą, lepiej trzymać się od nich z daleka. Nie wiem, skąd ta trójka się tu wzięła. Marszałek jeszcze nie zdecydował, co zrobić z tym całym Baćką i jego oddziałem. Dużo pan wie — odezwał się Staszek. Nieprzerwanie pocierał skórę. Bo słucham.
Tobie też radzę, jeśli chcesz przetrwać wojnę. Powiedział i popatrzył na Staszka. Ten nie przestawał się drapać. Cokolwiek biega teraz po tobie, polubiło cię tak samo jak pies. Nawet do mnie nie podchodź. Ani mi się śni kolejny raz przez to przechodzić. Kolejny raz? Tak. Starzec pokiwał głową. Cholerstwo pogryzło połowę armii.
Musisz znaleźć mrowisko. Ten Bajko też tak wczoraj mówił — przypomniał sobie chłopak. Mrówki pomogą? Inaczej tu nie zaglądaj. Starszemu wrócił humor. Bić się z wrogiem nie można, kiedy coś bez przerwy gryzie. Będziesz musiał pozbyć się tego cholerstwa ze wszystkiego. Staszek siłą woli powstrzymał drapanie. Zauważył, że nie pomogło, jedynie wzmagało swędzenie. Ze wszystkiego?
— zapytał. Domyślisz się — bąknął starszy mężczyzna. Zajął się rozpalaniem ogniska na nowo. Nie powiedział już nic więcej. Słońce dopiero zdążyło rozgościć się na niebie, a już zapowiadał się upalny dzień. Pomimo ładnej pogody Staszek czuł się niekomfortowo. Pełny zażenowania siedział w ukryciu za drzewami. Był nagi. Cały. I było mu z tym źle.
Kiedy tylko znalazł mrowisko i zaczął zdejmować z siebie poszczególne części ubrania, zrozumiał, co starzec miał na myśli. Mundur, buty, spodnie, koszula, bielizna, a nawet i plecak leżały rozłożone na rojącym się od mrówek stosie gałązek, suchych liści i ziemi. Gdyby ktoś mnie teraz zobaczył — pomyślał, ale nie kontynuował rozważań. Na szczęście w pobliżu nie było nikogo. Od wojskowych obozowisk oddzielało go jakieś pół kilometra polnej przestrzeni, niewysoki pagórek i pierwszy szereg drzew. W pobliżu znajdowało się niewielkie, zarośnięte jeziorko. Staszek zastanawiał się, czy skorzystać z okazji i wykąpać się w chłodnej wodzie. Obawiał się jednak pozostawić na brzegu broń bez opieki. Karabin stanowił jego jedyną ochronę. Pośród żołnierzy czuł się bezpiecznie.
W tym miejscu był sam. Nagle: Osz ty! Usłyszał krzyki i niemal podskoczył. Jego serce zabiło szybciej. Pomylił się. Wcale nie był w lesie osamotniony. Ktoś pojawił się w pobliżu. Złapał karabin i wcisnął się plecami w szeroką podstawę drzewa. Puszczaj! Krzyczała kobieta.
Słowa wypowiedziane były w obcym języku, ale natychmiast je rozpoznał. Charakterystyczny melodyjny akcent nie stanowił dla niego żadnego problemu. Ukrainka — pomyślał, przyciskając broń do odsłoniętego ciała. Część mieszkańców rodzinnej wsi Staszka stanowili Ukraińcy. Chłopak miał wśród nich kolegów. Rozmawiał z nimi dzień w dzień. W ten sposób dawno nauczył się języka. Jego uszy wyłapały odgłosy szamotaniny. Dochodziły zza drzewa. Cokolwiek działo się po drugiej stronie, najwidoczniej nikt nie zauważył obecności żołnierza.
Zerknął w stronę mrowiska. Zimny pot oblał mu twarz. Strach, niczym mrówki zaczął wspinać się po plecach. Mundur leżał na odsłoniętym terenie. Wprawdzie ciemny, brązowy materiał wpasował się w kolor podłoża, ale Staszek wiedział, że wykrycie przypadkowego obserwatora było tylko kwestią chwili. Wstrzymał oddech. Całe ciało czekał w napięciu. Podbezpieczył broń i odkrył, że popełnił ogromny błąd. W komorze karabinu znajdował się tylko jeden nabój. Zapas został w plecaku, do którego właśnie zaglądały mrówki.
Jęknął, przeklinając swoją bezmyślność. Jeden załadowany nabój i nieznana ilość napastników. Moi bracia was — krzyknęła kobieta. Ktoś musiał zasłonić jej usta, bo kolejne słowa zmieniły się w niezrozumiały bełkot. Staszek przycisnął policzek do twardego drzewa i ostrożnie wyjrzał. Zobaczył dwóch mężczyzn ubranych w łachmany tak brudne, że ledwie odróżnił ich od otoczenia. Był tam ktoś jeszcze. Kobieta. Widział jedynie fragment ciemnej spódnicy. Jeden z oprychów zasłonił jej ciało, przyciskając ofiarę do gruntu.
Drugi wiercił się w miejscu, stojąc obok. Nagle opryszek, który dusił kobietę, wrzasnął i zerwał się do tyłu. Upadł na ziemię. Chłopak cofnął się za drzewo. Zdążył jeszcze uchwycić widok nieznajomej. Ciemne włosy kleiły się do jej twarzy. Bawełniana koszula rozdarta w górnej części odsłoniła szczupłe, niedojrzałe ciało. Zobaczył blade, niewielkie piersi. To nie kobieta — pomyślał, zaciskając zęby. Nawet nie dziewczyna.
To jeszcze dziecko. Ugryzła mnie. Usłyszał warknięcie. Słowa wypowiedziane były w tym samym języku, którym posługiwała się ofiara. Miejscowi? — przemknęło Staszkowi przez głowę. Nagle przypomniał sobie słowa starego żołnierza o krążących w okolicy bandach rabusiów. Wiedział już, z kim miał do czynienia. Wcale nie poprawiło to jego sytuacji. Pochylił się, ocierając pot z czoła.
Nie miał pojęcia, co robić. Strzał do jednego z bandytów oznaczał śmierć z ręki drugiego. Popatrzył w przeciwnym kierunku. Ucieczka wydała mu się haniebnym pomysłem. Poza tym była równie ryzykowna, jak każde inne działanie. Nagle dotarło do niego, że Musi walczyć. Myśl ta była jak kubeł zimnej wody wylany na nagie ciało. Czas uciekał. W każdej chwili któryś z oprawców mógł zerknąć w tył. Zobaczyłby mundur i pozbawił żołnierza jego niewielkiej przewagi.
Pozostał mu jedynie drobny element zaskoczenia. Jeden nabój. Jeden strzał. Jego umysł przywołał obrazy bliskich osób. To do nich młodzieniec zwracał się, kiedy potrzebował rady. Najpierw zobaczył brata ciotecznego, który skinął głową, jakby starał się dodać mu otuchy. Później pojawił się ktoś inny. Ktoś, kto nauczał Staszka wszystkiego o broni. Zobaczył ojca. Wraz z nim przed oczami stanęły wspomnienia wspólnych polowań.
Poruszył się niespokojnie. Coś przyszło mu do głowy. Plan. To głupie — skarcił się w duchu. Usłyszał pisk żałości za drzewem. Odrącony pomysł powrócił ze zdwojoną siłą. Nie był w stanie wymyślić nic innego. Ostrożnie wsunął się zza drzewa dokładnie tak, jak go uczono. Chropowaty głos ojca zabrzmiał w jego głowie.
[37:53] - Strzał z łamanej ręki to ryzyko. Mały wstrząs i nie trafisz.
[38:02] - Uklęknął na jedno kolano. Stopę wbił mocno w ziemię. Łokieć pewnie oparł o nogę. Uniósł karabin. Dziewczyna zauważyła broń. Jako jedyna zwrócona była twarzą w jego stronę. Krzyknęła. Napastnicy odwrócili się zdezorientowani.
[38:21] - Przestraszone zwierzę ucieka, ale kiedy wie, że nie ma szans uciec, atakuje.
[38:31] - Zwierzę szybko zdążyły ochłonąć. W dłoni oprycha ustawionego bliżej Staszka pojawił się nóż. Mężczyzna bezmyślnie rzucił się w stronę żołnierza. Chłopak czekał właśnie na ten ruch. Nacisnął spust. Usłyszał strzał. Poczuł, jak broń napiera na ramię. Nabój pognał do celu. Musnął policzek i zahaczył o prawe ucho nożownika, odrywając je od reszty ciała, a następnie trafił tuż przy łuku brwiowym drugiego niedoszłego gwałciciela. Pierwszy napastnik, raniony, upuścił nóż.
Wrzasnął w złości albo w strachu. Tuż za nim fragment drugiej męskiej głowy eksplodował mieszaniną czaszki, krwi i mózgu. Ciemnoczerwona fala trysnęła na dziewczynę. Ta jedynie zamrugała, jakby kompletnie nieświadoma tego, co właśnie się wydarzyło. Jeden oprych był martwy, drugi miotał się na ziemi. Prawą dłonią próbował zadomowić krwawienie, lewą szukał noża. Ostrze leżało kilka centymetrów obok. Co ty mi — charczał niewyraźnie — zarąbie? Odruchy wzięły nad Staszkiem górę. Ruszył przed siebie.
Zahaczył o coś. Pośliznął się, rozkopując mrówczy przybytek. Odzyskał równowagę i skoczył w stronę przeciwnika. Ten wymacał zgubę. Dotknął noża, kiedy Staszek wpadł na niego w pełnym biegu. Runęli na ziemię. Palce młodego mężczyzny pierwsze zacisnęły się na rękojeści ostrza. Podniósł broń, pchnął przed siebie. Metal trafił na opór. Chłopak przydusił przeciwnika swoim ciałem.
Usłyszał coś. Brzmiało jak chrząknięcie. Poczuł wilgoć na dłoniach, ale nie odpuścił. Mężczyzna znieruchomiał. Staszek oderwał wzrok od rosnącej plamy krwi. W wytrzeszczonych źrenicach zobaczył swoje odbicie. Półotwarte usta sprawiały wrażenie, jakby zamierzały przekląć go jeszcze jeden raz. Nie padło z nich żadne słowo. Podniósł głowę i dopiero wtedy zauważył Ukrainkę. Leżała pod drzewem w tym samym miejscu, w którym zostawili ją napastnicy.
Odniósł wrażenie, że strach niemal krzyczy na niego przez szeroko otwarte oczy. Musi być przerażona — pomyślał i zdał sobie sprawę z tego, że dziewczyna trzyma pistolet. Celowała w niego. Nie miał pojęcia, skąd wzięła broń. Minęła chwila, zanim zrozumiał, że prawdopodobnie należała do mężczyzny, któremu roztrzaskał głowę. Odwrócił wzrok i spojrzał na siebie. Umazany krwią, nagi, musiał budzić w niej większą grozę niż przestępcy. To... — przemówił, ale nie dane było mu dokończyć. Dziewczyna podniosła się i uderzyła metalową lufą prosto w jego skroń.
Chociaż dzień był słoneczny, ciemność okryła Staszka niemal natychmiast. Rozpoznał zapach krwi. Wyblakła woń przedarła się przez gęsty mrok. Usłyszał strzępki słów. Krótkie, jakby urwane zdania. Poczuł dotyk na twarzy. Młody! Ktoś krzyknął mu prosto do ucha. Obudź się. Policzek zabiegł boleśnie.
Otworzył oczy. Zobaczył kogoś, kto wydał mu się znajomy. Chwilę później rozpoznał starego żołnierza. Wspomnienia zaczęły wracać na swoje miejsce. Towarzyszył im okropny ból głowy. Dziewczyna? — jęknął. Prawie martwy, a i tak dziewki mu w głowie. Usłyszał kolejny głos. Spojrzał w lewo.
Spostrzegł Białorusina i jego dwóch przybocznych. Korzystając z pomocnych dłoni, podniósł się. Jak... Skąd się tu wzięliście? Skierował wzrok w stronę starca, ale to nie starzec mu odpowiedział. Dziadunio nijak by cię w tym lesie nie znalazł — krzyknął Anton. — Gdyby nie Rajtał. A że za kundla odpowiedzialny jestem ja, wszyscy ruszyliśmy na ratunek. Jego słowa potwierdziło szczekanie. Staszek dopiero teraz zauważył stojącego obok psa.
Zwierzę merdało ogonem. W pierwszym odruchu chciał podlapać czworonoga za uchem. Przypomniał sobie jednak, że to pies był przyczyną jego kłopotów i cofnął dłoń. Zerknął w stronę drzewa, pod którym po raz ostatni widział nieznaną dziewczynę. Jednocześnie zdał sobie sprawę z tego, że wciąż stoi bez ubrania, a jego ciało pokrywa ściółka leśna i zaschnięta krew. „Młody.” Głos ponownie zabrał Anton. Przyglądał się martwym zbirom. „Ileś ty razy w nich wypalił?” „Raz” odpowiedział mu Staszek. „Miałem jeden nabój.” Wszyscy spojrzeli na niego z nieukrywanym podziwem. „Jednym strzałem dwóch ubiłeś?” Zapytał Białorusin.
„Nie do końca” zaczął, ale stary żołnierz wszedł mu w słowo. „Trafiłeś. Kto cię nauczył tak strzelać?” Staszek spuścił wzrok. „Ojciec.” „Gdybym nie widział dowodu, nie uwierzyłbym.” Anton pokręcił głową. „A to, co mówiłeś...” Przyciszył głos. „O dziewczynie. Miejscowa z opryszkami. Ładna?” Staszek spojrzał na Białorusina, przetrawiając słowa, które usłyszał. Zastanawiał się, jak długo był nieprzytomny i jak daleko Ukrainka mogła uciec. Modlił się, żeby była już poza zasięgiem tej trójki.
Nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby ją złapali. Z pomocą przyszedł stary żołnierz. „Mówiłem wczoraj, że od demonów gorsi jedynie ludzie” odezwał się, wskazując oprychów. „Ale i ty, Antonie Bajko, miałeś rację. Jezioro blisko. Maj kwitnie. Brzegowinę wszyscy spotkali i zobacz, jak skończyli. Nie zadziera się z rusałkami.” Uśmiechnął się. „Rusałka, mówisz?” Anton poczęstował starszego mężczyznę lodowatym spojrzeniem. „Rusałka polskiego żołnierza zaatakowała.
Ukarać ją trzeba.” „A i owszem” zgodził się starzec. „O ile znajdziesz ją w jeziorze.” „Może jej nie znajdziemy” bąknął ten drugi. Wyglądał na rozzłoszczonego. „Ale jakąś mordę chętnie oklepię” dodał, uśmiechając się złośliwie. Ton jego głosu daleki był od radosnego. Białorusin nawet nie próbował udawać żartownisia. Zerknął na swoich towarzyszy. Ci nie odzywali się, ale Staszek zauważył, że spojrzenia mieli bardzo wymowne. „Od kilku dni grasz mi na nerwach, dziadku.” Anton mówił dalej. „Odważny, bo wśród swoich.
Ciekawe, czy teraz taki hardy będziesz.” Staszek zdążył już całkowicie otrzeźwieć. Zerknął na rękojeść wystającą z piersi bandyty. Jeden z towarzyszy Antona, Wańka, a może Bańka — chłopak nie pamiętał, który to który — zauważył jego spojrzenie. Uprzedził młodzieńca, sięgając po nóż. Wyciągnięcie go nie było takie łatwe. Żołnierz musiał zaprzeć się stopą o martwe ciało. „Narwany z ciebie golasek.” Anton również odczytał zamiary młodzieńca. Staszek wysunął się naprzód, zasłaniając starszego mężczyznę. Z jakiegoś powodu nie czuł strachu, chociaż wiedział, że powinien. Przyszło mu do głowy, że to przez poranne doświadczenia.
Nie było czasu, żeby dokładniej wszystko przemyśleć. „Atak na polskiego żołnierza jest karany” przypomniał bałachowcom. Anton jedynie uśmiechnął się nieprzyjemnie. „Oni o tym wiedzą” odezwał się starzec. „Dlatego zabieraj swój mundur, młody, i już cię nie ma. Ja ich rozeźliłem i ja za to zapłacę.” Spróbował przysunąć Staszka w bok. Ten ani drgnął. „Zmiataj stąd.” Stary przemówił raz jeszcze. Tym razem z naciskiem. „Jeżeli tylko życie ci miłe.
Ja już swoje przeżyłem.” „Nie puszczą mnie wolno” mruknął Staszek. „Wiedzą, że nie przemilczę zbrodni.” Anton, słuchając rozmowy, drżał, jakby próbował coś powstrzymać. W końcu ryknął śmiechem na cały głos. Pies, obserwując swojego opiekuna, zaszczekał dwa razy. „Stul pysk, Rajtał.” Białorusin opanował się w końcu. Kundel pisnął żałośnie. Niespokojnie zerknął na otaczających go ludzi. „Łokaz nie taki głupi.” Anton pokiwał głową i spojrzał na towarzyszy, odsuwając się na bok. „Chcieliście draki? To oddaję wam wysuszonego grzyba.
Ja biorę skubanego kuraka.” Wyciągnął schowany z tyłu pistolet. Musiał nosić broń ukrytą za pasem, bo Staszek nie zauważył jej wcześniej. Wycelował w jego głowę. Zagwizdał i sięgnął palcem do spustu. Chłopak nie poruszył się. Zamknął oczy. „Koniec mojej wyprawy na Kijów” pomyślał, nieco zaskoczony swoim spokojem. Huk trzech wystrzałów zabębnił mu w głowie. Zasłonił uszy w spóźnionym odruchu. Zdziwił się, że kula nie powaliła go od razu.
Wciągnął powietrze nosem, wyczuwając ostry zapach prochu. Otworzył oczy. Zobaczył Antona. Złość spierała się na jego twarzy ze zdziwieniem. Bałachowiec trzymał się za brzuch. Krwawił. Jego towarzysze leżeli na ziemi. Nie poruszali się. Anton dołączył do nich ułamek sekundy później. Przewrócił się i już nie wstał.
Dźwięki z otoczenia powoli zaczęły docierać do Staszka. Słyszał szczekanie psa. Rajtał przestraszony biegał dookoła. Młodzieniec odwrócił się i zobaczył, że starszy mężczyzna stoi obok, nawet nie draśnięty. Również wyglądał na zaskoczonego. Zza zasłony drzew wyszło trzech dorosłych mężczyzn. Nie przypominali wojskowych, chociaż każdy z nich trzymał broń wycelowaną u Staszka i jego towarzysza.
[49:00] - Tych zostaw.
[49:01] - Chłopak usłyszał znajomą wschodnią mowę. Wtedy też zobaczył dziewczynę. Wysunęła się zza pleców najwyższego towarzysza. W dłoni trzymała ten sam pistolet, którym wcześniej nabiła Staszkowi guza. Rozpoznał ją od razu. Siostra to oni? Zapytał jeden ze strzelców. Skinęła głową, nie odrywając wzroku od młodego żołnierza. Wskazała ciała Arabusiów, do których w tej chwili dołączyły trzy nowe.
[49:29] - Znasz naszą mowę?
[49:31] - Zapytała. W jej głosie nie było śladu po dawnym strachu. Przytaknął. Zastanowił się, czy przerażenie, które widział wcześniej w jej oczach, nie było jedynie wytworem jego wyobraźni. Ukrainka nie przypominała mu już dziecka. Zauważył, że jest w podobnym wieku co on sam. Napotkał jej spojrzenie i przypomniał sobie, że jest nagi. Uciekł wzrokiem w dół. Zauważył, że jej koszula wciąż nosiła ciemne ślady krwi, pamiątkę po ich poprzednim spotkaniu.
[49:59] - Widzieliśmy, co się stało.
[50:01] - Poinformowała go.
[50:03] - Odważny jesteś, ale głupi.
[50:05] - Dodała. Głupi, ale uratował ci życie. Mam rację? Niespodziewanie starzec przypomniał wszystkim o swojej obecności. Najwidoczniej również nie miał problemów z obcym językiem. Dziewczyna odwróciła się i popatrzyła na drugiego żołnierza.
[50:23] - Idźcie stąd, a my zabierzemy ich i wszystko, co do nich należy.
[50:27] - Zarządziła. Staszek nie ociągał się. Ruszył w stronę munduru. Spróbował zetrzeć z siebie krew zmieszaną z brudem. Nie wyszło. Zebrał rozrzuconą garderobę, strzepnął kilka zagubionych mrówek i zaczął pospiesznie wciskać na siebie ubrania. Jego wzrok mimowolnie zahaczył o ciała bandytów. Na chwilę zrobiło mu się niedobrze. Z jednej strony chciał jak najszybciej znaleźć się daleko od tego miejsca. Z drugiej jednak...
Zerknął na dziewczynę i zauważył, że ona również go obserwuje. Musisz myśleć. Usłyszał głos starszego żołnierza. Mężczyzna zbliżył się do niego niepostrzeżenie. Myśleć głową, a nie... Wymownie przemilczał ostatni fragment zdania. Inaczej ciebie również ci chłopcy zastrzelą. Staszek popatrzył na Ukraińców. Bez najmniejszego skrępowania zrywali z bałachowców asortyment. Przyspieszył ubieranie się.
Złapał karabin i już miał odejść, kiedy usłyszał: Broń zostaje. Przemówił jeden z braci dziewczyny. To Mosin ojca — wytłumaczył, odwracając się nie w stronę mówiącego, a jego siostry. Wszystko, co po nim mam. Dziewczyna przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Przygryzła dolną wargę.
[51:50] - Bierz, tylko bez naboi.
[51:52] - Ale! Zaprotestował inny członek jej rodziny.
[51:56] - Powiedziałam: karabin może wziąć.
[51:59] - Uciszyła go.
[52:00] - I jeden nabój.
[52:02] - Dodała po chwili.
[52:03] - Jeden wystarczy.
[52:05] - Staszek westchnął. Skinął głową, odwrócił się i: Rajtau — przemówił do psa. — Idziemy. Pies zdążył w międzyczasie uspokoić się trochę. Posłusznie ruszył za młodzieńcem. Pochód zamknął stary żołnierz. Staszek czuł na sobie spojrzenie dziewczyny. Odprowadzała go wzrokiem. Starzec odezwał się dopiero wtedy, kiedy wyszli z lasu, pokonali niewielki pagórek i zobaczyli pierwszą linię wojskowych obozowisk. To, co mówiłeś o ojcu — zagadnął.
— Myślę, że byłby z ciebie dumny. Staszek milczał, ale stary żołnierz odgadł, co chodziło mu po głowie. Twoje pierwsze trupy? Zapytał. Skąd pan wie? Młodzieniec wreszcie przemówił. Mam oczy. Widzę. I wiem, że zabici zostają z tobą na zawsze. Z czasem będzie ich więcej.
Bałachowcy. Staszek zmienił temat. Co powiemy dowództwu? Nic nie powiemy. Jeśli pies się nie wygada... Żołnierz zerknął na biegnącego przed nim Rajtała. To pomyślą, że dezerter. Poza tym mają teraz inne zmartwienia. Chłopak popatrzył na niego pytająco. Przyszły rozkazy, kiedy cię nie było.
Dość siedzenia. Ruszamy na Kijów. Twój Mosin łaknie krwi — dodał, uśmiechając się. Staszek przełknął ślinę i poczuł, jakby przełykał grudę ziemi. Chrząknął, później odkaszlnął. Nie pomogło. Nieprzyjemny posmak pozostał w ustach. Opisane przygody oparte są na faktach, a Stanisław Lisowski to postać jak najbardziej z krwi i kości. Autor uczciwie jednak przyznaje, że opowiadanie nosi znamiona fikcji. Miejscami zdarzyło mu się ubarwić rzeczywistość.
[54:30] - Proszę państwa, proszę państwa, a teraz zapraszam państwa na Filmotekarium. Dzisiaj będzie dystopijnie. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Filmotekarium. Dzisiaj będzie dystopijnie, a w dodatku powiedziałbym, że tak prawie podwójnie dystopijnie. Jakoś tak obyczajowo. Nie wiem, jak to inaczej zagaić. To może tak. Dzień dobry wieczór. Piotrze.
[55:05] - Dzień dobry wieczór. To ja powiem, że to będzie Rzeczpospolita Babska 2.0.
[55:10] - Oj bardzo, bardzo babska i jakoś tak, jakby to powiedzieć... Ja mam mieszane uczucia odnośnie tego filmu.
[55:21] - No ja też.
[55:22] - Bardzo mieszane uczucia, ale to powiem tak, że to był pomysł, żeby zrobić całkiem fajny film. To jest taka "Seksmisja", tylko na smutno, a nawet na bardzo smutno, ponuro i dałoby się z tego tematu wycisnąć coś więcej. Moim zdaniem scenarzyści i reżyser trochę za bardzo poddali się pewnemu nastrojowi i nie wykorzystali bardzo, ale to bardzo wielu takich haczyków scenariuszowych, które dałoby się pociągnąć. Tutaj mamy taką dosyć liniową, dosyć prostą opowieść, dosyć przewidywalną, dosyć ponurą, dystopijną w końcu. To nie było kino, które mnie usatysfakcjonowało, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że ten film ma ograniczoną dystrybucję kinową w USA, co mogłoby być pewnym takim magnesem przyciągającym widzów. Może to dzieło zakazane? Ja nie jestem przekonany. Po prostu ktoś doszedł do wniosku, że to nie jest zbyt udane. Bo chyba nie jest zbyt udane. I już niedługo, bodajże pod koniec października, ten film będzie dostępny w streamingu.
No i dobrze, niech będzie dostępny w streamingu. To chyba nie jest udana produkcja. Zacznijmy od tego, że mamy świat, w którym rządzą kobiety. Brzmi nieźle, ale później już tak nieźle nie jest.
[57:07] - Tak. Brzmi znajomo przede wszystkim. Ja może na wstępie powiem, co nas skłoniło do obejrzenia tego filmu. Fakt, że jest tak gorzej dostępny. W rzeczywistości można go sobie łatwo odnaleźć, jak ktoś chce. I te pogłoski o tym wspominające skłoniły nas do tego, żeby ten film obejrzeć i wam co nieco opowiedzieć, zanim będzie dostępny szerzej. Tutaj odniosłeś się do tej ponurej atmosfery. No i właśnie tu jest taki szkopuł, bo gdyby ta atmosfera nas wciągała i była taka naprawdę ponura, to wszystko byłoby okej. Natomiast tutaj ta ponurość jest taka barchanowa, taka szarzyzna to jest bardziej niż ponurość. I to sprawia, że ten film jest generalnie nijaki.
Jest taki nieściągający. A chodzi o film "Motherland", bo tego żeśmy jeszcze nie powiedzieli. Porównałeś go do "Seksmisji" na smutno albo "Seksmisji" na poważnie. Rzeczywiście coś w tym jest. Przy czym w "Seksmisji" mieliśmy chyba więcej takich futurystycznych odniesień. Tutaj de facto to ma się dziać w czasie rzeczywistym, w naszych czasach, w jakimś alternatywnym społeczeństwie, gdzie mężczyźni odgrywają rolę marginalną, a dzieci są oddawane na wspólne wychowanie. W tym świecie istnieje kontrola urodzeń albo raczej planowanie urodzeń. To jest podstawa tej rzeczywistości i te zasady stają się przyczyną wewnętrznego buntu głównej bohaterki. Mówię też o tym od początku, by zaznaczyć, że to z jednej strony jest film bardzo postępowy, taki, w którym mamy się dopatrzeć pewnych analogii do naszej rzeczywistości. Z drugiej strony nie do końca, bo tam są jakieś wydźwięki polityczne również, ale raczej to wszystko jest poddane pod rozwagę.
Czyli można uznać, że ten film bardziej orbituje w stronę ukazania pewnego eksperymentu myślowego, tak to powiedzmy, ale nie jest to tak do końca przegięte, moim zdaniem, jeżeli chodzi o polityczną poprawność. Nie wiem, ja miałem takie zdanie. Bywało gorzej na pewno.
[59:35] - Oj Piotrze, przerwę ci w tej chwili, ale ja mam wrażenie, że ten film jest bardzo niepoprawny, bo wydźwięk tego filmu jest taki, że mamy ileś tam dziesiąt lat po rewolucji feministycznej, która miała przynieść wolność i szczęście kobietom. A tak naprawdę wydźwięk tego filmu jest ponury, że ta rozbuchana kobiecość, ta wyeksponowana kobiecość, która ma wreszcie rządzić, bo jej się to należy, przynosi pasmo nieszczęść, pasmo takich dylematów moralnych i problemów moralnych. To jest film, jeśli coś w tym filmie jest dobre, to właśnie to, że ten film jest niepoprawny politycznie. On wychodzi od takiego wątku: kobiety rządzą. Ale tak naprawdę pojawia się pytanie, czy to nam wszystkim przyniesie szczęście? Czy to przyniesie szczęście kobietom? Chociaż powiem tak, ten film jest tak sztampowy. Ci mężczyźni, którzy pełnią tam chyba tylko jedną rolę jakiejś takiej policjoochrony, w innych rolach to ich tam nie widziałem. Jakieś takie to dziwne i sztampowe jest, ale mimo wszystko to jest niepoprawny film.
[01:00:55] - Tak, niepoprawny. Powiedzmy sobie to szczerze. Te kobiety się nawzajem czasem wykluczają. Co też jest takie prawo, które obserwujemy w życiu, w świecie realnym. Kobiety się nie zawsze ze sobą dogadują.
[01:01:11] - Bo nie biorą pigułki.
[01:01:13] - I tutaj też jest to widoczne. Może to nam daje do myślenia. W "Motherland", gdzie tytuł jest oczywiście też grą słów, mamy tą główną bohaterkę, ważną urzędniczkę w tym kraju. Chociaż ja mam tam problemy z określeniem, kto jest głównym bohaterem. Ale zostańmy przy tej osobie. Ona jest ważną osobą w tym ustroju może raczej, bo to nie jest chyba kraj. Oczywiście na wiele rzeczy, żeby zostać kimś ważnym w tym systemie, sobie trzeba zasłużyć. Nie zostaje się urzędnikiem z przypadku. I tam dochodzi do pewnej dziwnej rzeczy, bo ona próbuje uchronić swoją córkę. Może Marek to za chwilę rozwinie przed wciągnięciem ją w tryby systemu.
Aha, jeszcze Marku jest jedna bardzo ważna rzecz, bo kiedy będziecie szukać tego filmu, to pamiętajcie, że produkcji o nazwie "Motherland" jest bardzo dużo. Dlatego kiedy będziecie szukać, to szukajcie filmu w reżyserii Evana Matheuza. Tak się to zapisuje, bo jak szukać będziecie, to pewnie natraficie na coś zupełnie innego i może to zająć trochę czasu. Natomiast jeżeli chodzi o przynależność gatunkową, to oczywiście jest to thriller sci-fi, bo inaczej nie trafiłby do naszego programu ukazujący alternatywną rzeczywistość, alternatywne życie społeczne. I tutaj mam Marku pewien dylemat, bo czy to jest ustrój totalitarny, ta Rzeczpospolita Babska?
[01:02:47] - Jest totalitarny, moim zdaniem jest i to tam ostro za twarz trzyma zarówno kobiety, jak i mężczyzn. To oczywista sprawa. Powiem tak to jest dosyć paskudne miejsce, to, co się tam dzieje. Stopień indoktrynacji, inwigilacji i tych wszystkich przymiotów tudzież wad, takich ustrojów podbudowanych pewną jednak przemocą, nie tylko psychiczną zresztą. To pokazuje nam pełnię tego obrazu. I muszę powiedzieć, że jest to film w jakimś sensie przygnębiający, ale trochę brakuje mu pary. Trochę brakuje mu tego, że się tam dzieje. Owszem, tam ktoś kogoś zdradza, ale nie w sensie damsko-męskim, tylko raczej ludzkim. Ktoś komuś okazuje dezaprobatę, ktoś nagle podpina się pod pewne wydarzenia. To wszystko jest.
Tam jest i walka polityczna, i walka taka międzyludzka. Ale powiem tak trochę ten świat jest sztuczny. Owszem, tam jest też rola mediów, takich mediów, które szturują, że są obiektywne i nawet zapraszają do współudziału w produkowaniu newsów i w produkowaniu wiadomości. Ale to też jest przecież oszustwo. Bardzo ci scenarzyści i reżyser chcieli wyeksponować to, że jest strasznie. To chyba nie do końca wyszło, bo owszem, to jest ponure, ale ja wiem, czy to jest straszne. To jest taka opowieść o tym, że rewolucja bardzo szczytna, mająca uwolnić kobiety, tak naprawdę doprowadziła do ich zniewolenia. To oczywiście znane zjawisko z historii. Kiedy to lud miał zostać wyzwolony, to bardzo szybko trafił do łagrów. I tak się skończyło wyzwalanie ludu.
Tu mamy rzecz analogiczną, a zatem żadne to odkrycie, żadna nowość. Ja powiem tak: ja przez chwilę miałem nadzieję, szczególnie kiedy są pokazywane takie plany, gdzie widzimy pewną dal, pewną łąkę i za łąką są jakieś drzewa. Ja miałem wrażenie, że to się nagle okaże, że to jest jakaś enklawa, w której produkuje się, przepraszam za to sformułowanie, ale to by było adekwatne do nastroju filmu. Produkuje się dzieci i wysyła na przykład do rodzin adopcyjnych, że to jest taki rodzaj oszustwa. Nie, ale oczywiście to jest jedna z propozycji. To mój wymysł. To oczywiście tak nie musiało być, ale nie. Scenarzyści postanowili zrobić to do końca na poważnie i to miała być rewolucja i skutki tej rewolucji, i to, że ta główna zła okazuje się karierowiczką, która na plecach biednej dziewczyny usiłuje się wspiąć po kolejne stanowisko i kłamstwo zwycięża, jak to w dystopii zresztą. Trochę to takie sztampowe moim zdaniem.
[01:06:02] - Słuchając tego można dojść do wniosku, że tutaj film "Motherland" to jest taka wariacja "Seksmisji", trochę wariacja "Opowieści podręcznej". Czego mi tam zabrakło? Przede wszystkim ukazania, jak się ta rewolucja odbyła. Bo jak my sobie zaczniemy rozkminiać to wszystko, to nam się to robi trochę takie papkowate. Ja bym się chciał więcej dowiedzieć na temat tego, jak to się stało. Rzeczywiście tam pranie mózgu się odbywa na każdym kroku. Pod tym względem "Motherland" nie różni się od Afganistanu talibańskiego czy Związku Radzieckiego. Tam Leninem jest tylko ktoś inny. Jest też oczywiście władza centralna. Tylko jest jeden problem.
Ten świat nie wciąga. On nie dość, że nie straszy, to jeszcze w ogóle nie wciąga. Jest taki suchy, oschły, właśnie sztampowy. Pod tym względem jest kiepsko w tym uniwersum po prostu. Coś się tam dzieje, ale to takie jest interesujące jak patrzenie, jak schnie gumoleum na przykład. Dodatkowo poważny problem dla mnie Marku był taki, że ten film ma taką estetykę wczesnych lat dwutysięcznych. Jest tam szaro w ogóle i jest tam coś takiego, że sprawia, że się szybko traci uwagę tym wszystkim, co się tam dzieje. Oni nam są totalnie obojętni w tym świecie. Gra aktorska kiepska, bardzo kiepska. Może gdyby tam były jakieś znane nazwiska, to by wyszło na plus.
A jest tak telewizyjnie serialowo. W komentarzach, które przeglądamy omawiając filmy na jednym z zagranicznych portali, bo Filmwebu to ja nawet nie chcę oglądać, co ci postępowi krytycy z Filmwebu napiszą, ale na tym jednym z portali zagranicznych pojawiła się taka opinia, iż sama koncepcja filmu jest bardziej eksperymentem niż czymś, co miało przypominać arcydzieło kinematografii. Muszę się tutaj zgodzić. Jest cienko niestety. Tej estetyce sprzed lat towarzyszy też takie przekonanie, że my oglądamy wytwór raczej o klasę niższy niż inne filmy. Porażka jest pod wieloma względami tutaj, tymi artystycznymi. Jest jakaś historia, jest zamysł, ale też mamy takie wrażenie, że ten film leży na półce z innymi, mniej znanymi, nudnymi często filmami sci-fi. Myśmy takie omawiali tutaj. "Punkt odnowy" na przykład, "Slingshot" i podobne. Ale w tych filmach czasami była jakaś fajna historia, ale był duży problem z jedną rzeczą: z pieniędzmi.
Bo często był pomysł, często był nawet dobry pomysł, ale on był dobry na papierze. Natomiast jeżeli szło o realizację, to koszty przewyższały możliwości i po prostu twórcy się stykali z brutalną rzeczywistością. Brakowało pieniędzy. Może dlatego w "Motherland" wszystko jest takie paździerzowe, ale wydaje mi się, że oni chcieli stworzyć zbyt szerokie uniwersum, a pokazali nam coś, co po prostu nie wyszło. Nie wyszło pod względem wizualnym, filmowym. To nie jest tak, że to jest totalny pasztet. Nie jest pewnie, to jakaś historia. Jakieś tam wartości intelektualne niesie ze sobą. Natomiast nie wiem, co by się musiało stać, żebym to musiał obejrzeć drugi raz. Także mam z tym filmem ewidentny problem, ale chyba jasno podkreśliłem, przynajmniej ze swojej strony, co mnie odepchnęło od "Motherland".
[01:09:47] - Ja bym tę szarość jeszcze wybaczył. Bo taki dystopijny świat, w którym te kobiety niby są wolne, a jednak niewolone, w którym robi się karierę w bardzo dziwny sposób, on może być szary, bo tam niedomaga, bida jest panie i tam nawet jest mowa o tym, że coś się zmniejsza, jakieś racje, że wyłącza się oświetlenie, bo oświetlenie bardzo szkodzi. To bardzo mnie w gruncie rzeczy ubawiło, bo to jest ta sama metoda, którą stosowali komuniści. A okazuje się, że nie tylko komuniści, bo i dzisiaj w co poniektórych krajach, nie będę wskazywał palcem, zaczyna się ludziom tłumaczyć, jakżeż to szkodliwe są rzeczy, do których przywykli i które uważają za oczywiste. Mówi się im, że to szkodliwe i żeby ograniczyli. Tam też się tłumaczy tym kobietom, żeby ograniczyły chociażby oświetlenie. Co więcej, wprowadza się to z dniem ogłoszenia i natychmiast, i żeby za dużo tego światła nie zużywać chociażby. Więc to takie znane klimaty. Więc ja tę szarość, tę paździerzowatość bym jeszcze wybaczył, bo taka jest natura upadającego systemu, że on się staje coraz bardziej paździerzowy. Natomiast nie wybaczam i chyba temu filmowi na pewno tego nie wybaczę, że on stara się być, a nie ma pomysłu na siebie.
To znaczy tam historia jest dobrze rozpoczęta i ona się w jakimś momencie toczy, ale w pewnym momencie staje się boleśnie przewidywalna ta historia. Niczym mnie nie zaskoczyła. Druga część filmu to jest właściwie odcinanie kuponów z pierwszej, ale takie bezczelne odcinanie. To znaczy dokładnie wiemy, co się za chwilę stanie. Zaskoczyć mogą nas szczegóły, ale nie kierunek, którym to podąża. Dlatego ja wspomniałem w poprzednim wejściu, że czekałem, że nagle nastąpi zwrot i to taki radykalny, absolutnie radykalny. Zdarza się to często w kinie, że przedstawia się nam świat, my się do niego przyzwyczajamy, a ktoś nam później mówi: "A kuku, ten świat nie jest realny. Tak naprawdę należy go odwrócić. Trzeba pokazać jego drugą stronę, bo to jest świat prawdziwy." Tu tego nie ma. Tak jak się przyzwyczajamy do tej historii, tak później brniemy z tą historią i na koniec mówią nam: "No widzicie, widzicie jakie to niefajne wszystko jest." To chyba trochę za mało, żeby wciągnąć widza i zaangażować tego widza w oglądanie i w przeżywanie.
Tak jak powiedziałeś, Piotrze, ja to obejrzałem, obejrzałem uważnie i powtórzę twoje słowa. Nie wiem, co by musiano mi zaoferować albo jakie okoliczności przyrody musiałyby nastąpić, żebym sięgnął po ten film po raz drugi. Proszę państwa, polecanki. Były już polecanki ogólnoliterackie, a teraz czas na nową świecką tradycję, czyli na polecanki z pogranicza. Zaczynamy od książki Annie Besant "Studia nad świadomością". Wydawca: Instytut Rose-Cruz Pers. Data wydania Maj 2025 roku. Annie Besant 1847-1933, znana ezoteryczka, prezeska Towarzystwa Teozoficznego w latach 1907-1933. Znana była z prowadzenia badań metodami nadzmysłowimi w świecie subtelnej materii. Książka „Studia nad świadomością.
Wkład do psychologii", która po raz pierwszy ukazuje się w języku polskim, nie jest analizą przeprowadzoną przez psychologa, ale wglądem ezoterycznym. Autorka przedstawia rozwój świadomości u istot, których polem ewolucji jest Układ Słoneczny i stara się uchwycić ideę jego początków. Wyjaśnia dalej szczegółowo związane z tym pojęcia monady atomów permanentnych i oddziaływania monady na te atomy. Pojęcie dusz grupowych, świadomości człowieka i poruszającego nią mechanizmu. Podejmuje też problem świadomości i samoświadomości, a także ludzkich stanów świadomości — podświadomość, świadomość na jawie i świadomość nadfizyczna oraz pamięci i zapominania. Osobne rozważania autorka poświęca woli, pożądaniom i emocjom, kładąc nacisk na ich kształtowanie przez człowieka. Znamienna konkluzja tej książki ma nas poruszyć i wezwać do działania. To zjednoczenie oddzielonej woli z jedyną wolą niesienia pomocy światu jest celem, który wydaje się być bardziej wart osiągnięcia niż jakikolwiek inny cel, jaki ten świat może zaoferować. Przypomnę tytuł: „Studia nad świadomością". Autorka Annie Besant, wydawca Instytut Rosycruis PERS.
Data wydania: maj 2025 roku. Kolejna książka nosi tytuł „Pure Human. Prawdziwy człowiek. Ukryta prawda o naszej boskości, mocy i przeznaczeniu". Autor Gregg Braden, wydawca Studio Astropsychologii. Książka na rynku od dzisiaj, od 3 października 2025 roku. Czy wiesz, że najpotężniejsza technologia stworzona przez naturę to ty sam? Książka „Pure Human. Prawdziwy człowiek" to poruszające przypomnienie o tym, czym naprawdę jest człowieczeństwo. Autor światowej sławy, badacz i autor bestsellerów łączy neuronaukę, kwantowość i starożytną duchowość, by pokazać, że nie potrzebujemy chipów ani maszyn, by się rozwijać.
Wszystko, czego szukasz, już w tobie jest. Intuicja, empatia, uzdrawiająca moc, wewnętrzna mądrość. To książka dla tych, którzy chcą świadomie kształtować przyszłość, w której technologia wspiera człowieka, a nie go zastępuje. Odkryj swój potencjał, odbuduj uczucie własnej wartości i wyrusz w podróż ku głębszemu zrozumieniu siebie. Na styku rozwoju osobistego, rozwoju duchowego, świadomości i filozofii. Przypomnę tytuł: „Pure Human. Prawdziwy człowiek. Ukryta prawda o naszej boskości, mocy i przeznaczeniu". Autor Gregg Braden. Studio Astropsychologii.
Książka na rynku od 3 października 2025 roku. Proszę państwa, a teraz czas na książki z pogranicza, czyli na ma upę. Dzisiaj po raz kolejny sięgamy do czasopisma, które ukazywało się pod koniec lat 90. w formie małych książeczek. Nosiło tytuł „Fenomen" i było wydawane przez wydawnictwo Bellona. Dzisiaj zajmiemy się książeczką numer trzy zatytułowaną „Kary i magia". Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy przegląd książek z pogranicza. Dzisiaj książka, a właściwie coś, co wygląda jak książka, a tak naprawdę miało być czasopismem, bo ma swój numer ISSN. Nosi numer trzy i taki zbiorczy tytuł „Fenomen".
Ale dzisiaj będziemy rozmawiać o konkretnym wydaniu, w którym omówiono między innymi magię. Ale jaki ze mnie jest gospodarz? Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:18:20] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Myśmy już kiedyś, jak może niektórzy z was pamiętają, omawiali inny numer tego czasopisma. Na początku trzeciej RP był sobie taki publikator wydawany przez Bellonę. Czasopismo nietypowe, efemeryczne, ale ciekawe, składające się z zeszytów tematycznych poświęcone zjawiskom niezwykłym. Ono pożyło krótko, ale było na tyle interesujące, że dzisiaj poświęcamy mu kolejny odcinek. Jeżeli ktoś chce dowiedzieć się o tym wcześniejszym numerze, to pewnie Marek dostarczy link w opisie, bo to również było dość ciekawe. To były w ogóle Marku dość specyficzne czasy. O tym już nie raz mówiliśmy. Kiedy zainteresowanie tymi zjawiskami z pogranicza było intensywne.
Po okresie posuchy w czasie PRL-u Polska się otworzyła na świat i nagle mieliśmy bardzo dużo różnego rodzaju publikacji o rzeczach i sensacyjnych, i niezwykłych. To też się brało z ducha epoki, prawda? Bo ezoteryka Była wtedy popularna, ale o tym sobie jeszcze kiedyś powiemy.
[01:19:39] - Powiem ci Piotrze, że ponieważ miałem dzisiaj trasę do Warszawy, to ja sobie wysłuchałem tego tomiku w wersji audio i jestem zadziwiony. Ja zapamiętałem ten tomik trochę inaczej, kiedy go wysłuchałem w wersji audio, to jestem zadziwiony, bo to jest naprawdę kawał dobrej roboty, dosyć syntetycznej, bo to nie jest jakiś długi, rozwlekły tom, wręcz przeciwnie powiedziałbym, ale napisany w gruncie rzeczy bardzo rozsądnie. Tam nie ma jakiegoś epatowania, że ta magia i w ogóle. Wicie, rozumicie, tu jest to magia i będzie magicznie. Nie. To jest rzecz dosyć analityczna, jeśli chodzi o poszczególne przypadki, dosyć zdystansowana. Tam nie ma jakichś zachwytów nad tym, jakżeż to wspaniale, że takie zjawiska występują. Raczej to jest dosyć, tak jak powiedziałem, zdystansowane. Odwołuje się, opisuje konkretne przypadki, a to gdzieś Brazylię i pewne sytuacje, które w Brazylii występują, a to na przykład zjawiska z Europy, a to opisuje konkretnych ludzi, na przykład Flamela, którego znacie państwo zapewne i nie tylko ze spraw paranormalnych, ale i na przykład z lektury o małym czarodzieju. Czyli mamy pewien przegląd ciekawych przypadków związanych z magią, nie zachłystujący się ten przegląd jakimiś konkretnymi przypadkami.
I ten ton, taki zdystansowany i trochę odsunięty, bardzo mi odpowiada. Jakoś tak mam, że nie lubię, jak autorzy za bardzo się angażują w to, co próbują opisywać. Raczej stawiam na taki ton analityczny i tu to dostałem i jestem niezwykle usatysfakcjonowany.
[01:21:55] - No widzisz, a ja mam takie zdanie nieco odmienne, bym powiedział. Nie oszukujmy się, temat jest niezwykle szeroki i na samym początku trzeba by zdefiniować, czym jest ta magia, czym są czary i czepiać się szczegółów. Na przykład co odróżnia magię od rytuału religijnego? Zasadniczo nic. Różnica jest w oku osoby, w tym przypadku wierzącej. Natomiast ja mam takie wrażenie, że w przypadku tego numeru mamy pewien z jednej strony rozstrzał tematyczny, bo pod magię podciągnięto i spirytyzm, i macumbę. Nie tą macumbę, co Big Cyc śpiewał. W sumie tego macumbę, ale coś zupełnie innego. I okultyzm. Oczywiście to się wszystko jakoś przecina, o tym trzeba pamiętać.
Wszystko się przecina i wiąże. Ale wydaje mi się, że niektóre z tych fenomenów to jest coś zupełnie innego, czyli taka prawdziwa magia. Wydaje mi się, że orbituje w nieco innym kierunku. Użyłeś słowa, że to jest takie syntetyczne ujęcie. Tak miało być. To też nie jest encyklopedia czarów i magii, prawda? Tylko to jest kilkudziesięciostronicowe dziełko, ale wydaje mi się, że jest mocno to wszystko przemieszane. To jako esej taki jest fajne, natomiast jako wstęp do badania tych fenomenów służyć powinno, a moim zdaniem nie jako źródło wiedzy takiej szerszej. Wąska definicja magii sprowadza się do tego, że za pomocą określonych gestów, zabiegów można zmusić siły wyższe do określonego działania. Można je sobie podporządkować.
Te wyższe siły to oczywiście też siły natury, na co zwracano uwagę w magii renesansowej. Natomiast dzisiaj magia, cóż, dzielimy ją najczęściej na magię czarną i białą, i ludową na przykład. Ale były też inne, naturalna, enochiańska, trochę zapomniana. Mamy do dziś praktykowane różne szkoły magii tradycyjnych w Afryce czy na Karaibach, ale tak de facto to i na Zachodzie magia ma się całkiem dobrze. Chociaż tutaj też trzeba powiedzieć, że ona przechodziła różne koleje losu i trudno powiedzieć, czy magia ludowa na Zachodzie istnieje w takiej formie jak chociażby w Afryce. Moim zdaniem nie. To są jakieś tam resztki. Ona po prostu nie jest wykonywana praktycznie, bo na przykład w Afryce służy ona takim celom codziennym, czasami też medycznym. Ta publikacja „Fenomenu” nas prowadzi przez różne miejsca. Od magii ceremonialnej, przez tą erotyczną, nawet tam sporo miejsca się temu poświęca.
[01:24:42] - Oj bardzo sporo.
[01:24:44] - Tak, różnego rodzaju magię usługową, powiedzmy. Mamy procesy czarownic. Bez tego się nie mogło obejść. Mamy alchemię, która tak naprawdę średnio się wiąże z magią. Mamy też kontakty z duchami. Jeżeli chodzi o procesy czarownic, generalnie tą stronę tego zjawiska, jest ono zamarkowane, ale potraktowane trochę po macoszemu. Tak, żeby wspomnieć, bo trzeba wspomnieć. Kościół rzeczywiście ostro magię zwalczał, ale to wszystko miało swój określony kontekst historyczny i myślę, że ta publikacja momentami kuleje z tego powodu, że się porwano na zbyt zasobną dziedzinę. Także można by tutaj o tym opowiadać bardzo długo. Może jeszcze kiedyś powrócimy do innych publikacji, bo tam złapano zbyt wiele srok za ogon moim zdaniem.
To nie jest złe Ale gdyby się ktoś chciał zagłębić, to musi szukać dalej. Ten tom „Fenomenu” nie jest słaby. To jest sprytne, zwięzłe czytadło. Chciałbym, żeby takie opracowania częściej gościły nawet w internecie, ale też klamra jest zbyt szeroka. Na przykład na końcu mamy dopiętą do tego wszystkiego historię nawiedzenia u Bellów. To jest historia dobrze znana, teraz może trochę zapomniana. Jest dopięta do tego tomu poświęconego magii dlatego, że w oryginale istota, która miała nawiedzać Bellów, znana była jako Bell Witch, czyli wiedźma Bellów. Nie mylić z Blair Witch. Ale ten przypadek też jest interpretowany różnie. To nam pokazuje szerokość ujęcia tematu przez autorów „Fenomenu”.
Innymi słowy, kończąc ten wywód, żeby to jakoś zaokrąglić zwięźle: mamy wiele gałęzi magii, mamy wiele twarzy magii. Ale chyba jest tak, że najbardziej mrożą krew w żyłach do dzisiaj te opowieści o magii ludowej. Natomiast kiedy się to wszystko wrzuci do jednego worka z osobami takimi jak Eliphas Levi, z procesami czarownic, to kilkadziesiąt stron nie wystarczy, żeby to wszystko zrozumieć, żeby jednego z drugim nie pomylić. Bo to wszystko się zazębia. Natomiast to nie zawsze jest to samo.
[01:27:13] - Ale Piotrze, ja biorąc do ręki ten tomik, nie miałem nadziei, że dostanę przekrojowe dzieło na temat magii. Natomiast jeśli istniałaby, tak jak istnieje propedeutyka filozofii i propedeutyki różnych innych dziedzin, tak samo ten tomik można traktować jako propedeutykę mówienia o magii. Ta książeczka pokazuje różne możliwości, różne podejścia do magii, różne kierunki, w których można podążać, wychodząc od magii. Dlatego to jest dobre dziełko dla kogoś, kto wcześniej nie miał styczności z tematyką i chciałby zobaczyć spektrum, w które strony można powędrować. I z tego względu ja tę książeczkę szanuję, dlatego że ona rzeczywiście to spektrum pokazuje. A jak się to wykorzysta? W którą stronę pójdziemy? Jakie wnioski zaczniemy wyciągać z kolejnych lektur? Bo tutaj kolejne lektury są niejako obowiązkowe. Ale dostajemy na talerzu pewne nazwy, pewne nazwiska.
Już wiemy, w którym kierunku podążać. I z tego względu wielki szacun dla tej książki, książeczki czy też czasopisma. To nie ma znaczenia tak naprawdę. Wielki szacun, że potrafi ta książeczka wciągnąć czytelnika. Oczywiście trzeba wykazywać jakieś inklinacje w tym kierunku, ale jeśli ktoś takowe wykazuje, to myślę, że ta książeczka wciągnie go w tematykę i pokaże mu to spektrum, o którym mówiłem. Możesz pójść w tę stronę albo w inną. Możesz bardziej na przykład zainteresować się chociażby tymi procesami o czary, czyli ściganiem czarownic. Tu jest tak naprawdę najbardziej omówiony, najbardziej głośny, najbardziej powiedziałbym medialny – to dzisiaj – ale w każdym razie taki rozpowszechniony proces z Salem. Mowa jest o tym, o co tam tak naprawdę chodziło, jak to się odbywało, jak brutalnie się to zakończyło. Więc moim zdaniem ta cieniutka książeczka robi robotę pod warunkiem, że nie skończymy naszej przygody z magią na tej właśnie książeczce, tylko będzie to tak naprawdę rozpoczęcie owej przygody.
I ja wszystkim, którzy do magii mają takie podejście: „No niekoniecznie. Inne rzeczy interesują mnie bardziej”, to dla tych wszystkich mam taką propozycję. Zainteresujcie się państwo tą książeczką, bo być może nagle odkryjecie, że w tym temacie, który wam może nie do końca leży, nagle znajdziecie coś, jakiś element, jakiś fragment, który was autentycznie zainteresuje. Moim zdaniem jest duża szansa, że tak właśnie się stanie. Ta książka, książeczka, czasopismo wyciąga pewne ciekawostki. Nie ukrywajmy, żeby kogoś zainteresować, trzeba takowe znaleźć. Wyciąga różnego rodzaju ciekawostki z różnych – tak jak Piotr to powiedział – z różnych dziedzin, z różnych odłamów, z różnych nawet takich zagadnień, które przystają zaledwie do magii. Wyciąga je i mówi: „Patrzcie, w tak różne kierunki to może podążać. Od was zależy, jaką drogą pójdziecie”.
[01:31:01] - Mnie się zawsze wydaje, kiedy patrzę na publikacje „Fenomenu”, że to było tak dawno. Dawno było, nie oszukujmy się, ale one mają taką formę trochę archaiczną i mi się wydaje, że one są starsze niż w rzeczywistości. A tak naprawdę ten tom wydany został w roku 1999. Owszem, możemy naciągając rzeczywistość uznać, że to są jedne z pierwszych lat III RP, ale to było dawno i nie było dawno. Ja myślę, że to już nie był taki bardzo archaiczny okres. Trochę może nas to mylić. Warto też zauważyć, jak od tego czasu się zmieniło pojęcie magii, bo od domeny wiedźm i czarnoksiężników przez coś potępionego przez Kościół i karanego stosem Stało się czymś bardzo popkulturowym, bo potem pojawił się chociażby Harry Potter. Potem mieliśmy bum, lekki, okultystyczny na różnego rodzaju inne dzieła. Było tego sporo. Cały czas była popularna Wicca, różnego rodzaju magie miłości z pism dla kobiet.
Rytuały przy księżycu uprawiane przez współczesne czarownice. Ta magia się stała lifestyle'owa, wygładzona. Teraz nawet mamy czarownice na YouTubie. Muszę powiedzieć, że one mocno odbierają temu wszystkiemu mrok i urok. Kiedy się ogląda te wiedźmy internetowe, często mające problemy z wysłowieniem się, rodzi się pytanie, czy dawniej ci wszyscy wielcy magowie również wymyślali coś sobie tylko dlatego, żeby wymyślić, żeby się trochę pobawić, żeby być takim ekstrawaganckim jegomościem, żeby panować nad tą całą frajernią, tą całą resztą, żeby być kimś innym, kto ma dysponować jakąś mocą. Jeszcze musimy pamiętać o jednej rzeczy, moim zdaniem, o tym psychologicznym aspekcie magii. Otóż ja, działając na tym polu ezoteryczno-paranormalnym, przez lata spotkałem naprawdę wielu potężnych samozwańczych magów, którzy dysponowali niezwykłymi zdolnościami. Pewnie Ivellios też o wielu takich słyszał. Niestety to były ich jedyne przymioty. Ta wielka moc, która nigdy się nie ukazała.
Chęć bycia podziwianym, chęć władzy nad innymi, to też odgrywa w magii ogromną rolę. Ale to nie jest problem wynikający z tej lektury. Niemniej jednak powiem ci, że ja trochę żałuję, że ten „Fenomen” tak szybko zniknął z półek kioskowych, bo to było jednak dobre. Brakuje mi w ogóle takich publikacji, jakie my omawiamy w tym segmencie, szczególnie tych starszych, bo to się i dobrze czytało, i miało dużą wartość informacyjną, zmuszało do myślenia. Dzisiaj niestety, i ubolewam nad tym, książki się często pisze już inaczej, z zupełnie innej perspektywy. Zobaczymy, jakie tajemnice przyniosą nam kolejne odcinki i kolejne tomy „Fenomenu”, bo myślę, że tutaj, Marku, na czarach i magii nie kończymy.
[01:34:13] - Pewnie nie skończymy. Natomiast tak mi przyszło do głowy, że nawet ten problem, czy też to zagadnienie, o którym przed chwilą powiedziałeś, czyli pewna pycha, duma i bycie samozwańcem, nawet ten element jest w tej książeczce omówiony na pewnych przykładach, że komuś coś nie wychodziło albo wychodziło tak sobie. Nawet ten element jest poruszony. Naprawdę cenię sobie zawsze takie publikacje, które w krótkiej stosunkowo formie są w stanie objąć takie spektrum zagadnień. Ja wiem, to słowo „spektrum”, „wachlarz” pojawia się może zbyt często w dzisiejszej audycji, ale jestem przekonany, że kiedy państwo przeczytacie ten numer „Fenomenu”, o którym mówimy, będziecie państwo to słowo również odmieniać. Nieodmiennie zafascynowany tym numerem. Pozdrawiam wszystkich. Proszę państwa, nie wiem, jak w tej chwili brzmię, ale brzmię z innego źródła, bo ten wypad do Warszawy spowodował, że pojawiły się pewne trudności techniczne. Tak to określmy, już bez wchodzenia w szczegóły. O ile pierwsza część audycji była prowadzona z innego medium, to teraz przerzuciliśmy się na inne.
Ja wiem, że Marek Sęk dokona cudów i zrobi, żeby to prawie się nie odróżniało, ale ja na wszelki wypadek wolę się zaasekurować i powiem państwu, że właściwie to już doszliśmy do prawie samej końcówki, a na końcówce audycji oczywiście odrobina literatury. W tej odrobinie literatury mamy trzy opowiadania. Opowiadania pochodzą z audycji „Antologia Bibliotekarium Warsztaty” z 5 marca 2021 roku, czyli z audycji numer 89. Przed państwem trzech autorów: Wojciech Terlecki z opowiadaniem „Pszonek”, Dariusz Kraszewski z opowiadaniem „Cargo” i Przemysław Cichoń z opowiadaniem „Karmiciel”.
[01:36:41] - Wojciech Terlecki, „Pszonek”. Siwy mężczyzna siedział w fotelu, trzymając w dłoni szklaneczkę bourbona. Wokół niego gromadzili się współpracownicy. Większość z nich ubrana była w drogie garnitury, wśród których wyróżniały się wojskowe mundury przyozdobione barwnymi odznaczeniami. Błyszczały na tle szarych ścian bunkra tak, że biały strój kucharza wyglądał bardzo skromnie. Prezydent upił łyk płynu i zmęczonym głosem zapytał: „Mamy jakieś nowe wieści z zewnątrz?”. „Tak, panie prezydencie” – wybrzęczył się jeden z wojskowych – „ale niestety nie są dobre”. „Mów. Przywykłem do tego”. „Utraciliśmy kontakt z ostatnimi ośrodkami oporu.
Straciliśmy kontrolę nad całym krajem. Poza tymi murami niewielu jest jeszcze żywych ludzi”. „A jak sytuacja za granicą?” – zapytał siwy mężczyzna bardziej z obowiązku, niż chcąc usłyszeć odpowiedź. „Panie prezydencie, my ostatni się broniliśmy. Wróg przejął planetę”. Mężczyzna wstał zamyślony i podszedł do zawieszonego na ścianie portretu Jerzego Waszyngtona. Dotknął tkaniny gwiaździstego sztandaru. Niespodziewanie się uśmiechnął. „To takie idiotyczne. Straciliśmy naszą planetę z powodu nieporozumienia gastronomicznego”.
[01:38:05] - A tak à propos, mamy jeszcze trochę szumka? Kucharz wyprostował się. Tak, panie prezydencie. Przygotuj nam zatem ostatnią wieczerzę. Kolacja dobiegała końca. Prezydent z namaszczeniem nadział na widelec kęs dania i wziął do ust. Rozgryzł kawałek substancji, która była czymś pomiędzy mięsem a rośliną. Konsystencją przypominała stek ze szlachetnej wołowiny i była tak samo soczysta. Pozwolił, by sos rozszedł się w ustach, docierając do każdego kubka smakowego. Porcję potrawy miało się ochotę długo trzymać w ustach, ale w końcu nadchodził moment, by przełknąć.
A wtedy jedzenie drażniło ostatnie receptory smakowe tuż u ujścia gardła. Po dłuższej chwili mężczyzna sięgnął po kieliszek wina najlepszego, jakie udało się ewakuować do schronu. Panowie, przegraliśmy wojnę i straciliśmy planetę. Nie znaczy to jednak, że wróg wygrał. Mamy jeszcze zęby i możemy ugryźć. Najeźdźcy nie dostaną od nas pięknej zielonej planety. Będą się musieli zadowolić spaloną radioaktywną pustynią. Generale, wie pan, co ma zrobić. Oficer wstał od stołu, zasalutował, sięgnął po kieliszek, dopił resztki wina i opuścił pokój. Wrócił po 10 minutach.
Towarzyszyli mu żołnierze w swobodnie rozpiętych bluzach mundurowych. W dłoniach trzymali otwarte butelki alkoholu przeróżnego asortymentu. Dokonało się. 15 minut później ziemia zaczęła drżeć. Kucharz Filip Piotr Rousseau zdjął biały fartuch i usiadł na krześle przy wejściu do kuchni. Skończyła się jego praca. Uświadomił sobie, że był świadkiem i uczestnikiem całej tej historii i zastanawiał się, czy mógł sprawić, by potoczyła się innymi torami. Dawno temu podróżujący po Europie senator odwiedził restaurację, której szefował młody, ambitny kucharz. Amerykanin ten został później prezydentem Stanów Zjednoczonych i zaproponował Filipowi Piotrowi Rousseau, by ten przejął kuchnię Białego Domu. Historia ta rozpoczęła się wraz z inauguracją kolejnego prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Filip Piotr zza zasłony oddzielającej kuchnię od sali jadalnej zerkał na wprowadzonych przez lokajów gości. Każdy z nich przywdział najbardziej elegancki strój, jaki nosi się w jego części świata. Dyplomaci i politycy zasiadali za stołem, prowadząc niezobowiązujące rozmowy i sięgając po przekąski. Do picia podano jedynie wodę i długo pozostała ona podstawowym napojem. Prezydent dał się przekonać, by uroczystość rozpoczęła się od popisu kulinarnego nowego kucharza, po którym będzie można przystąpić do części oficjalnej i wznosić toasty przy mniej wyszukanych potrawach. Kucharz poczuł uścisk w gardle. Oddech przyspieszył. Jego poprzednik w podobnej sytuacji podał hamburgery, steki i żeberka, zadośćczyniąc prawickiemu gustowi poprzedniego prezydenta. Teraz miało być inaczej. Tylko czy goście docenią subtelne wyrafinowanie i odwagę kuchni Białego Domu?
A jeżeli im się nie spodoba? Czy okażą niezadowolenie? Pozostawią nietknięte potrawy? Obawy okazały się bezpodstawne. Goście znudzeni typowymi daniami z uznaniem odnieśli się do pomysłu Rousseau, który zaproponował restytucję podrobów. Gdy potem przechadzał się z kieliszkiem wina wśród gości, z radością odpowiadał na pytania o sposoby przygotowania grasicy, serca wołowego, przepiórczej wątróbki i sparzonych jąder chomików podawanych zamiast kawioru. Dwa lata później nie było na świecie większego miasta, gdzie nie znalazłyby się filie restauracji Rousseau. Osobiście szkoleni przez niego szefowie kuchni serwowali wykwintne dania najwytworniejszym klientom. Wszystko układało się znakomicie, a potem nastąpiła katastrofa. Podczas jednej z zwyczajnych kolacji do prezydenta podszedł sekretarz i szepnął mu coś do ucha.
Ten spojrzał na niego z zaskoczeniem i podszedł do telefonu. Obserwatoria astronomiczne na całym świecie dostrzegły zbliżający się do Ziemi obiekt. Strach przed zagładą spowodowaną niedostrzeżonym wcześniej wielkim meteorytem zamienił się w ekscytację, gdy obiekt zaczął wysyłać w eter ciąg liczb pierwszych, co było niespotykane wśród komet i asteroidów. Podniecenie było na tyle silne, że gdy niezidentyfikowany obiekt pojawił się w atmosferze Ziemi, wszystkie mocarstwa poderwały swoje myśliwce. Jeżeli to statek obcych, to musi wylądować u nas — zarządził głosem nieznoszącym sprzeciwu gospodarz Białego Domu. Tymczasem Rosjanie, Chińczycy, Hindusi, a nawet Syryjczycy wysyłali drogą radiową koordynaty naprowadzające na miejsce lądowania znajdujące się na ich terytorium. Tymczasem obcy mogli obserwować balet namierzających się wzajemnie myśliwców czekających na rozkaz otwarcia ognia. W końcu sztabowcy przeliczyli, kto mógłby wygrać ten pojedynek i odesłali statki powietrzne, pozostawiając na niedoszłym polu bitwy jedynie amerykańskie samoloty. W ten oto sposób potencjalna technologia obcych została skierowana na lądowisko w Strefie 51. Sześciu przybyszy okazało się nadzwyczaj przyjaznymi istotami.
Mogli oddychać ziemskim powietrzem, a ich krępe, bezszyje ciała całkiem sprawnie poruszały się w naszym polu grawitacyjnym. Rousseau oczyma kucharza ocenił, że wyglądają trochę jak ryby, które wyszły z wody i przystosowały się do środowiska lądowego. Niestety okazało się, że goście nie posiadają żadnych kwalifikacji naukowych. Bez oporów zaprosili Ziemian na pokład swojego statku. Pokazali, jak programują podróże, skąd pochodzą i wyjaśnili, że wcale nie planowali się tu pojawić. Coś poszło nie tak. Generalnie jest to statek transportowy i przewozi -- i tu po raz pierwszy na Ziemi pojawiło się słowo „szomek”. Na pytanie co to, goście wyraźnie się ucieszyli i z translatorów dało się słyszeć radosne krzyki: „Uczta, uczta!”. Zatem zorganizowano przyjęcie. Filip Piotr był bardzo podekscytowany.
Jako pierwszy nakarmi przedstawicieli obcej cywilizacji. Ale czekało go jeszcze większe wyzwanie. Agenci Secret Service wprowadzili do kuchni dwóch kosmitów. Ci, drgając zachęcająco ciałami, postawili przed kucharzem tajemniczy kontener. „Uczta, uczta” — powtarzały translatory. Bardzo dobre. Szomek. Rybopodobny pomachał szerokimi dłońmi i wraz z kolegą wrócił na salę. Kucharz ostrożnie otworzył pojemnik. W środku, w czymś w rodzaju oleju pływały białe, obłe kształty wielkości strusiego jaja.
„Nie dotykać” — zarządził oficer ochrony. Coś szepnął do mikrofonu. Wkrótce do kuchni wpadło kilka osób w skafandrach i gumowymi rękawicami wydobyli jeden z przedmiotów. Wykonali jakieś testy i pobrali próbki. „Wydaje się, że nie jest trujące” — orzekł jeden z nich. „Wydaje się? I co, mam to przyrządzić?” — wyraził wątpliwość kucharz. „Przyjrzyj się temu. Jesteś fachowcem” — zasugerował niewidoczny dotąd sekretarz stanu. „Nie wiem, jak nasi goście przyjmą odmowę przyjęcia poczęstunku.
Może być z tego problem dyplomatyczny”. Rousseau wziął dwa widelce i wyłowił jeden z obiektów. Rzucił go na stół. Wziął nóż szefa i delikatnie nacisnął przedmiot. W dotyku przypominał ser mozzarella. Powąchał. „Woń świeża i orzeźwiająca” — pomyślał. Ukroił kawałek i rozejrzał się. Zorientował się, że wszyscy pracownicy kuchni obserwują jego ruchy. „Młody!” — krzyknął na kuchcika.
„Bierz ten kawałek i leć do psiarni Secret Service. Daj to jakiemuś kundlowi i zobacz, czy zeżre. Jakby się stawiali, powiedz, że to rozkaz prezydenta”. Szef kuchni wyjrzał na salę. Ciekawy był, jak jedzenie przez niego przygotowane przyjmą goście. Rybopodobni końcówkami szerokich dłoni wsuwali niewielkie kawałki potraw do ust. Dało się dostrzec przechodzące przez ich ciało delikatne drżenie. „Smakuje?” — zapytał prezydent. „Dobre. Bardzo dobre”.
Rousseau uśmiechnął się do siebie i podjął decyzję. „Ty!” — zawołał do chińskiego stażysty. „Piłeś krew nietoperzy?”. Młody Chińczyk z niepokojem przestępował z nogi na nogę. „Co tak tańczysz? Zawsze myślałem, że jesteście odważną kulinarnie nacją. Mylę się?”. „Nie, szefie”. „No to przysłuż się ludzkości”. To mówiąc, skierował w kierunku ust Chińczyka nóż, na końcu którego znajdował się niewielki kawałek nieznanej substancji.
Adept sztuki kucharskiej wahał się. „Przejdziesz do historii” — zachęcił szef, nie zdając sobie sprawy z dwuznaczności swoich słów. W końcu Chińczyk otworzył usta i na jego języku wylądował kawałek szomka. Mężczyzna rozprowadził produkt językiem po podniebieniu, następnie wsunął pomiędzy zęby trzonowe i rozgryzł. Rousseau przyglądał się, jak rozszerzają się oczy testera, a kąciki jego ust unoszą się ku górze. „Dobre. Bardzo dobre”. Tamtego wieczoru prezydent nie spróbował szomka. Ochrona nie pozwoliła na to. Spróbowali za to żołnierze piechoty morskiej poprzebierani we fraki, którzy stanowili znaczną grupę biesiadników.
I to oni pierwsi ogłosili światu, jakie to nieziemskie rzeczy dają do jedzenia w Białym Domu. Nieoczekiwanie goście postanowili się pożegnać. Ładunek pozostawili na ziemi, twierdząc, że z takim obciążeniem nie wrócą do siebie. Podali również numer telefonu do swojej firmy, gdyby ktoś chciał nabyć więcej szomka. Cena do uzgodnienia. Naukowcy ustalili, że jest to produkt organiczny, niegroźny dla zdrowia i wkrótce kilka ton produktu trafiło do restauracji Rousseau, gdzie zostały przerobione na wykwintne dania. Szomek był podawany sauté z dodatkiem oliwy z oliwek i przypraw lub skroplony kilkoma kroplami soku z cytryny. Najbardziej wymyślne przepisy można było kosztować w jadalni prezydenta. Z czasem porcje robiły się coraz mniejsze, a cena posiłku stała się dosłownie kosmiczna. Któregoś dnia prezydent postanowił wydać przyjęcie na cześć swojej małżonki.
Jako główne danie zażyczył szomka z urobionym przez żonę szpinakiem. Niestety w Białym Domu, ani w całej sieci Rousseau nie było już ani grama produktu. Telefon, który zostawili rybopodobni działał na zasadzie sprzężenia kwantowego. Dzięki temu dział zakupów obcych odebrał prośbę o przedstawienie oferty handlowej. Kosmici w zamian za szomka chcieli dużo siana. Dosłownie. Szczególnie preferowali siano owsiane i gryczane. Ruszyły zamówienia. Szczegóły kontraktu szybko przestały być tajemnicą i ulice stolic państw zablokowali hodowcy bydła, którzy w ofercie obcych widzieli podstęp mający zniszczyć ich profil produkcji poprzez podniesienie cen paszy. Wkrótce okazało się, że szomek nie może być dostarczony w ilościach oczekiwanych przez rynek i nadal pozostanie produktem ekskluzywnym.
Aby skonsumować kosmiczny przysmak, należało się udać do nietaniej restauracji lub być zaproszonym do Białego Domu. Kryzys, jak to kryzysy, pojawił się nieoczekiwanie. Pewnego dnia urwały się dostawy, a sterty nieodebranego siana piętrzyły koło kosmodromów. Automatyczna sekretarka w siedzibie obcych przestała przyjmować zgłoszenia, tłumacząc to zapełnieniem pamięci, a biorąc pod uwagę możliwości kości molekularnych, było to wielce niepokojące. Dwa długie lata nikt na Ziemi nie skosztował ani kawałka szomka. Co prawda w sieci pojawiały się podróby o zaskakujących niskich cenach, jednak nikt nie traktował poważnie osób twierdzących, że jadły to danie nie dalej jak tydzień temu. Popularność zdobyła za to poezja grenlandzka, z nostalgią opisująca walory gwiezdnej potrawy. Philip Piotr Rousseau jako odkrywca produktu został zaproszony na rozdanie literackiej nagrody za tomik poezji. Miał wygłosić laudację na cześć laureatki. Kucharz przygotował piękną mowę.
Patrząc jednak na aparycję wyróżnionej i jej sposób bycia, miał poważne wątpliwości, czy ta pani była klientem jego restauracji i miała kiedykolwiek szansę skosztować wychwalanego przez nią dania. Pewnego kwietniowego dnia niespodziewanie dostrzeżono zbliżające się do Układu Słonecznego statki obcych. Ziemianie otworzyli lądowiska i wkrótce nastąpiły przyziemienia. Goście ewidentnie się gdzieś spieszyli, bo pozostawili kontenery i nie dbając o rozładunek towaru i załadunek kisnącej zapłaty, wystartowali w pośpiechu. I wtedy to ostatni raz widziano rybopodobnych. Za to kilka miesięcy później ludzkość poznała innych mieszkańców kosmosu. Ci nie byli tak otwarci i wylewni. Gdy prezydent zobaczył ich na monitorze, z niedowierzaniem spojrzał na współpracowników. Z ekranu patrzyły na niego przerośnięte karaluchy. „Nie należy ulegać pierwszemu wrażeniu” — westchnął gospodarz Białego Domu, ale na wszelki wypadek na powitanie wysłał sekretarza stanu.
Zaproszeni przez prezydenta na obiad goście stanowczo odmówili. Okazało się, że spożywanie traktują jako czynność intymną, w odróżnieniu od defekacji, która socjalizuje ich społeczność. Prezydent rozmyślał nad przekleństwem pierwszego wrażenia, które chcąc nie chcąc kładzie się cieniem nad przyszłymi relacjami. „Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale nie będę z nimi srać”. „Panie prezydencie, w starożytnym Rzymie…” — przekonywał sekretarz. W końcu ustalono, że do statku gości w celu zacieśnienia stosunków międzygwiezdnych wyśle się żołnierzy piechoty morskiej, których dla wywarcia odpowiedniego wrażenia nakarmiono meksykańskim żarciem. Rousseau nie mógł pogodzić się z tym, że tym razem zostanie pominięty w budowaniu relacji międzygwiezdnych. „Pokażmy im, że nie jesteśmy kosmicznym zadupiem. Znamy się na potrawach z innych planet i możemy sami coś wnieść do gastronomii” — przekonywał prezydenta. Ten dał się w końcu oprosić i zgodził się na przygotowanie czegoś na wynos.
Kucharz wyjął z lodówki kilka kawałków szomka, a następnie włożył je na chwilę do octu. Dzięki temu powierzchnia potrawy stwardniała. Teraz tylko delikatnie ponakłuwał brązowawą skorupę, spod której wyciekł sos własny. Całość doprawiono paseczkami z trufli w formie przypominającej makaron. Danie zapakowano w styropianowe pojemniki i przekazano Hindusowi na skuterze, który dostarczył je bezpośrednio do statku kosmicznego. Nie minęło dużo czasu, gdy ze środka pojazdu dobiegł przerażający pisk. Właz się otworzył i na płytę zaskoczyło dwóch przerażonych żołnierzy w niedopiętych spodniach. „Robiliśmy w towarzystwie obcych, co nam rozkazano. Wtedy do pomieszczenia wpadł jeden z nich, taki wielki i wkurwiony. Dosłownie rozerwał Mike'a, Jima i Soula.
Ja z Bobem zerwaliśmy się z miejsca i pędem ruszyliśmy do wyjścia. Na szczęście luk statku dał się szybko otworzyć”. „Wiecie, dlaczego to się stało?” — zapytał prezydent. „Nie. Ale tuż przed tym do statku wszedł jakiś Hindus z dostawą. Czekał przed drzwiami kajuty jakiegoś ważniaka. Mam wrażenie, że wszystko się tam zaczęło. Może nie dostał napiwku i coś tam powiedział”. „Hindus nie wrócił” — zauważył sekretarz stanu. „Nieźle zaczęło się nam tegoroczne Halloween”.
Trzem szeregowcom Ludowej Chińskiej Armii kończyła się przepustka i wcale się tym nie martwili. Kilka dni w klubach Xiao Gan zrunowało im budżet i jak się okazało tylko Chen umoczył kija. Pozostali zostali przez miejscowe dziewczyny naciągnięci na drinki i obiady bez szans na nawiązanie bliższej znajomości. „Wolą bogatych” — zauważył Fu Po. „Wolą białych” – dodał Xiupan. Chen się nie odezwał. Wspominał swoją partnerkę i ostatni wieczór. Wydał cały żołd na kolację, na którą jego internetowa znajoma Xiu doprosiła dwie koleżanki. Kiedy wychodzili z restauracji, dziewczyny poszeptały coś do siebie, zerkając raz po raz na chłopaka. W końcu jego nowa znajoma uśmiechnęła się do żołnierza.
„To gdzie mieszkasz?” – zapytała, wzbudzając entuzjazm chłopaka. Niestety potem nie było zbyt romantycznie. Gdy weszli do niewielkiego pokoju, dziewczyna z zachęcającym uśmiechem położyła się na łóżku i rozchyliła nogi, pokazując białe majtki. Chłopak chciał coś powiedzieć, lecz ona tylko niecierpliwie na niego skinęła. Kiedy podszedł bliżej, sprawnie rozpięła wojskowy pas i opuściła mu spodnie. Jej bielizna leżała złożona obok poduszki. Kilka szybkich ruchów ciepłą dłonią i nieśmiały chłopak był gotowy. Przyciągnęła go do siebie i pomogła ręką trafić tam, gdzie trzeba. Wszystko trwało niecałą minutę. Pod koniec dziewczyna pisnęła kilka razy i upewniwszy się, że chłopak skończył, założyła majtki tak szybko, jak je zdjęła.
Równie szybko skierowała się do drzwi. Wyraźnie wieczór dla niej się nie skończył i gdzieś tam czekały koleżanki. Pożegnali się uśmiechem. Młody żołnierz resztę bezsennej nocy zastanawiał się, co zaszło i doszedł do wniosku, że to jego wina. Nie był dostatecznie dobry w łóżku. Nie sprostał męskiej powinności i nie zadowolił kobiety. Spojrzał z niechęcią na swojego smętnie dyndającego członka. Nie miał szansy być jak ci ludzie z internetu, zwłaszcza czarni. Choć takich filmów unikał. Podobno jeden z żołnierzy z poprzedniego rocznika oglądał coś takiego i znaleziono go powieszonego w łazience.
Młodzi żołnierze patrolowali okolice lądowiska statku obcych. Obiekt wylądował tu 34 dni temu i był pilnowany przez wojsko. Do mieszkalnej części statku raz na jakiś czas podjeżdżały limuzyny i samochody wojskowe. Przywozili lub odbierali któregoś z gości. Gdy Chen pierwszy raz zobaczył obcego, pomyślał, jakby ten wielki karaluch smakował pieczony w głębokim tłuszczu. Pewnie dlatego, że stołówki w jednostce dawały rekrutom tylko tyle kalorii, ile wystarczyło do przeżycia. Poza tym niewiele się działo. Od czasu do czasu jakiś cywil przedzierał się do strefy chronionej i trzeba go było wykopać z powrotem za ogrodzenie. Tej nocy, 31 października, było nadzwyczaj spokojnie. Trójkę żołnierzy od statku dzieliła jedynie plastikowa, malowana w żółto-czerwone pasy taśma.
Spacerując wzdłuż niej, wartownicy dzielili się swoimi strapieniami. „Sprószkowany róg nosorożca. Po tym to dopiero staje.” „To zakazane.” „Pewnie. Wszystko, co działa, jest zakazane. Bogaci nie chcą, byśmy byli jak oni. Teraz nawet nietoperzy jeść nie wolno.” Xiupan z tęsknotą spoglądał na przelatujące na tle nocnego nieba ciemne kształty. „A podobno żyjemy w ojczyźnie chłopów, robotników i żołnierzy.” „A to kosmiczne jedzenie” – odezwał się Fupò – „podobno jak się je zje, żadna kobieta nie jest w stanie oprzeć się mężczyźnie. A jak one to zjedzą, są tak chętne, że całą noc by się tylko parzyły. Jak kotki.” „To prawda. Mój kolega kelner, który pracował w takiej drogiej restauracji, opowiadał, że jak goście zjedli trochę tego szumka, to od razu znikali w toalecie.
A raz jedna taka bardzo bogata kobieta przyszła sama, zamówiła szumka i go zjadła, a potem mojego kolegę zaciągnęła do komórki na szczotki i tak kazała się dymać. A kiedy przyszedł menedżer, by zobaczyć co się dzieje, to wypędziła mojego kolegę i zajęła się menedżerem.” „To musi być mocne” – powiedział Chen, przyglądając się ciężkiej bryle statku kosmicznego. „I tylko dla bogatych.” Teraz wszyscy trzej wpatrywali się w statek obcych. „I oni pewnie mają to w dużych ilościach.” „Gdzie idziesz?” – zaniepokoił się Xian, widząc, jak jego kolega przechodzi nad taśmą. „Pójdę zobaczyć, czy mają tamtego szumka. Może się podzielą. To podobno przyjazne stworzenia.” „Nie wolno nam się do tego zbliżać.” „Jakby co, powiemy, że coś zauważyliśmy i musieliśmy to sprawdzić” – zadecydował Chen. Luk statku kosmicznego okazał się otwarty. Widocznie goście zakładali, że nikt nieuprawniony nie odważyłby się wtargnąć do ich pojazdu. Chen wpatrywał się w głąb słabo oświetlonego korytarza.
Już zamierzał się wycofać, gdy przypomniała mu się Xiu. Gdyby tylko mógł jej czymś zaimponować, to bez wahania zaproponowałby następne spotkanie. Oczywiście zaraz po wypłacie poborów. Żołnierz westchnął ciężko i wspominając niedawną noc, wszedł do środka. Korytarze były puste i chłodne, ale od jednej ze ścian biło miłe ciepło. Chen znalazł drzwi do ogrzewanego pomieszczenia. Okazały się przestronne, a jego wnętrze wypełniał basen. W basenie w oleistej cieczy pływało tysiące obłych kształtów. Żołnierz widział takie na zdjęciach w internecie na portalach lifestyle'owych. „Szumek” – pomyślał uratowany.
Sięgnął do basenu i wyłowił jeden obiekt. Zważył go w dłoni. Ciężki. Uniósł szumka do ust i wgryzł się w soczystą, gąbczastą powierzchnię. Gdy żuł, przez jego ciało przebiegł dreszcz rozkoszy. „A więc tak to jest, kiedy jest się bogatym” – pomyślał. Zjadł jedną porcję, potem sięgnął po drugą. Wyjął z kieszeni kanapkę zawiniętą w woskowany papier. Cały szomek był zbyt duży, by go niepostrzeżenie wynieść z bazy, dlatego bagnetem odkroił spory kawałek i zawinął. „Poczęstuję Sue” – postanowił i uśmiechnął się, wyobrażając sobie wdzięczność dziewczyny.
Nie zamierzał jeszcze wychodzić. Odłożył na podłogę karabin i usiadł. Oparty o ścianę, oddając się konsumpcji, pławił się w potoku endorfin. To będzie jego tajemnica – postanowił. Nikomu nie powie o tym, co tu odkrył. Słowa dotrzymał. Niespodziewanie w pomieszczeniu pojawił się jeden z członków załogi. Skierował głowę w kierunku żołnierza wgryzającego się w szomka i błyskawicznie doskoczył do niego, rozrywając go kilkoma ruchami patykowatych kończyn. 1 listopada wszystkie statki obcych, pozostawiając zaskoczonych Ziemian, odleciały bez pożegnania. Miesiąc później przybyło ich dużo więcej i nie oszukiwały, że przybywają w pokoju.
Zaczęła się regularna i błyskawiczna eksterminacja ludzkości. Dr Priscilla Helmslow na konferencji biotechnologicznej: „Tak zwany szomek składa się z niezróżnicowanych komórek. Według mnie te komórki mają potencjał do rozpoczęcia procesu podziałów i specjalizacji. Pojawiły się hipotezy, że to jedzenie dla astronautów. I rzeczywiście jest to substancja bardzo odżywcza. A wiecie, co jest jeszcze dobre w smaku i bardzo odżywcze? Jajka. Trzeba wziąć pod uwagę, że dr Helmslow to zadeklarowana działaczka wegańska” – podsumował jej pracę recenzent. Skoro zginęła ludzkość, a planeta Ziemia zamieniła się w pustynię, dziwicie się zapewne, kto opowiada wam tę historię. Tak, jestem jak wy – człowiekiem.
Rybopodobni, zanim musieli uciekać z Ziemi przed tropiącymi ich właścicielami podkradanych jaj, odwiedzili kilka klinik Planned Parenthood, gdzie dokonali wymiany szomka na abortowane płody ludzkie. Okazało się, że ludzkie embriony są znakomitym dodatkiem do margharity dla przedstawicieli cywilizacji Zwisaczy na Zawiasach. Jednak część z nich nie została wybita, tylko dla dowcipu wyjęta z szerokich kieliszków i inkubowana do dorosłych rozmiarów. Teraz jako pupile domowi możemy żyć w cieple i bezpieczeństwie. Piszę to w gazecie Zwisaczy wydawanej dla ludzi, by uświadomić wam, że nie powinniśmy siać niepokoju i się buntować. Powinniśmy być wdzięczni naszym panom za ocalenie naszego gatunku. Dariusz Kraszewski, „Cargo”. Klapa prawoburtowej furty ładunkowej lądownika otworzyła się, opadając powoli na zawieszoną kilka metrów nad ziemią rampę. Po utworzonym w ten sposób trapie zaczął schodzić człowiek w purpurowych szatach. Towarzyszyła mu świta złożona z podążających tuż za nim dwóch braci zakonnych.
Na platformie czekał już na przybyłych kilkuosobowy komitet powitalny złożony z miejscowych notabli. Gubernator kolonii i inni wysoko postawieni w hierarchii koloniści mieli szczęście klęczeć pod chroniącym ich przed siąpiącym deszczem prowizorycznym dachem. Poniżej, na płycie lądowiska, tkwił na kolanach czekający na dostojnego gościa przemoknięty tłum. Kardynał Moore, bo tak właśnie nazywał się ów dostojnik, stojąc już na rampie, spojrzał w dół na wiernych i uniósł obie ręce w górę. Gest ten, będący powitaniem i jednocześnie przyzwoleniem na powstanie z kolan, spotkał się z powszechną aprobatą tłumu. Wyrazem tego był stłumiony jęk ulgi i przeciągłe sapnięcie wydobywające się z dwóch tysięcy gardeł podnoszących się ludzi i obcych. Pierwszym, który stanął na wyprostowanych nogach, był gubernator Childs. Zaraz po nim podniósł się szef ochrony Coler, potem kilku wyższych urzędników, a na końcu reszta witających dostojnika kolonistów. Gubernator podszedł do kardynała i zaczął wygłaszać mowę powitalną. Używając wyszukanych zwrotów, zapewniał, jak bardzo uradowany jest z niespodziewanego przybycia tak wspaniałego gościa.
Gdy oficjalna ceremonia powitalna dobiegła końca, zaprowadzono purpurata do stojącego na rampie wahadłowca. Po chwili niewielki statek przelatywał nad tłumem, unosząc na swym pokładzie kardynała w towarzystwie gubernatora i szefa ochrony. „Jak minęła wam podróż na Celeste, eminencjo?” – zapytał Childs. „Bardzo niekomfortowo” – usłyszał w odpowiedzi. „Niestety krążownik był najszybszym środkiem transportu, a w zaistniałej sytuacji czas odgrywa wielką rolę. Myślę, że po trudach podróży jego eminencja będzie zadowolony z kwatery, jaką mu przygotowaliśmy. Oczywiście w miarę naszych skromnych możliwości.” „To nie jest teraz najważniejsze, panie gubernatorze. Proszę mi najpierw opowiedzieć o nastrojach, jakie panują wśród kolonistów po tym incydencie.” Childs zrobił kwaśną minę. Był przygotowany na tego typu pytania, lecz spodziewał się ich najwcześniej po uroczystej kolacji, gdy zmęczony podróżą i alkoholem Moore lepiej zniesie prawdę o sytuacji na Celeste. „Jest bardzo źle, eminencjo” – powiedział, zwieszając głowę.
Nie będę ukrywał, że ludzie wręcz kipią chęcią zemsty. Najgorsi są konkwistadorzy. Kto? – przerwał mu kardynał. Tak mówimy na grupę weteranów, którzy od lat nawołują do spacyfikowania tubylców – pośpieszył z odpowiedzią Koller. – Ta sytuacja to woda na młyn dla ich morderczych zapędów. Obawiamy się, że może dojść do prowokacji, która zakończy się rzezią, tak jak miało to miejsce na Rigel 7. Zapewniam jednak jego eminencję, że nasz szef ochrony jest profesjonalistą i trzyma rękę na pulsie – powiedział Childs, wskazując głową na Kollera. – Podobno zbezcześciliście miejsce kultu autochtonów i to właśnie było przyczyną linczu misjonarzy. Kardynał po raz kolejny zaskoczył gubernatora.
Childs w swej naiwności spodziewał się przybycia tłustego, robacznego pągłówka w purpurowym szlafroku, którego czujność da się uśpić drobnymi przyjemnościami. Tymczasem trafił mu się ktoś dociekliwy, o wyjątkowo bystrym umyśle. Moore najwyraźniej odrobił lekcje podczas długiego lotu. – Jego eminencja musi zrozumieć – zaczął tłumaczyć – że prowadzimy na tej planecie szeroko zakrojone prace w celu uniezależnienia kolonii od dostaw surowców z zewnątrz. Nie mamy czasu na sprawdzanie, czy na terenie przyszłej inwestycji stoi jakiś święty głaz, czy też bije tam uzdrawiające źródełko. Proszę spojrzeć przez okno. – Childs wskazał ręką na ciągnące się aż po horyzont pola uprawne. – To wszystko zostało stworzone w ciągu zaledwie kilku lat rękami kolonistów. Dostojnik wyjrzał przez bulaj. Ujrzał kolorową mozaikę upraw poprzecinaną siecią dróg, po których przetaczały się powoli olbrzymie maszyny rolnicze.
„Kolejna nadająca się do zasiedlenia planeta – pomyślał Moore – na której garstka zapaleńców próbuje odtworzyć macierzystą Ziemię. Świat skazany na zagładę poprzez przeszczepienie na nim jedynego słusznego wzorca cywilizacji. Jeszcze jedna tubylcza humanoidalna rasa, która będzie musiała dopasować się do tego modelu lub zginąć. Ewentualnie dać pozamykać w rezerwatach. A wszystko to ku chwale Pana.” – Jak daleko stąd znajduje się miejsce kaźni? – spytał Moore. Jakieś 20 minut lotu – pośpieszył z odpowiedzią Koller. Chcę tam polecieć. Natychmiast. Ależ ekscelencjo.
– Childs wydawał się być zaniepokojony. – Czyż nie lepiej byłoby dziś wypocząć i polecieć tam jutro po śniadaniu? Nie zasnę, dopóki nie pomodlę się za dusze misjonarzy w miejscu ich męczeńskiej śmierci. Lećmy tam teraz. Wylądowali na niewielkiej równinie w centrum położonej na oceanie wyspy. W pokrywającym teren błocie, pośród kupy gruzu wciąż było widać odciśnięte ślady gąsienic. Nieme świadectwo dewastacji świętego miejsca tubylców. – To było tutaj. – Koller wskazał palcem trzy głębokie na prawie metr dołki w ziemi, pozostałość po wkopanych palach. Wszyscy trzej misjonarze zostali tu ukrzyżowani?
– spytał kardynał. Tak, właśnie tu – potwierdził Childs. Czytałem w raporcie, że jeszcze żyli, gdy obdzierano ich ze skóry – stwierdził ponuro Moore. – Prawdziwie męczeńska śmierć. Ukląkł w grząskim błocie przed jednym z dołów i kryjąc twarz w dłoniach, zatopił się w modlitwie. Korzystając z okazji, Koller podszedł do gubernatora i szepnął mu na ucho: Musimy mu powiedzieć. Childs w odpowiedzi pokiwał głową w geście zaprzeczenia. Musimy – powtórzył Koller. I tak się w końcu dowie. Rób swoje, Koller – powiedział ostro Childs, wskazując palcem uzbrojonych ludzi, którzy obstawiali teren.
– Resztę zostaw mnie. Pałac gubernatora, brzydka betonowa bryła z małymi okienkami w swoim wnętrzu okazał się być całkiem gustownie i funkcjonalnie urządzoną rezydencją. Na dolnych piętrach znajdowały się biura i magazyny, wyżej natomiast kwatery ochrony, mieszkania oficerów i wyższych urzędników. Na najwyższej kondygnacji w przestronnym apartamencie mieszkał gubernator kolonii wraz z rodziną. Tam też znajdowały się pokoje dla wyjątkowych gości, takich jak kardynał. Podczas uroczystej kolacji Moore miał okazję przyjrzeć się dokładnie podającym do stołu autochtonom. Mieli nieco dłuższe niż u Ziemian ręce i tułów, krótkie, umięśnione nogi, wystające kości policzkowe. Wszystkie te cechy wzbudzały u patrzącego wrażenie obcości, lecz nawet pomimo drobnych różnic w budowie anatomicznej, większość miejscowych mogłaby od biedy uchodzić za rodowitych Ziemian. Dla przedstawiciela Kościoła byli oczywistym dowodem na mądrość Boga. Demiurga, który stworzył w kosmosie całe mnóstwo ziemiopodobnych planet zamieszkałych przez humanoidy.
Zadaniem instytucji, której służył Moore, było odnalezienie tych rozrzuconych w przestrzeni istot i nawrócenie ich na jedynie słuszną wiarę. – Proszę mi opowiedzieć o religii, jaką wyznają dzicy. – Moore zwrócił się z pytaniem do gubernatora. No cóż – zaczął gubernator. – Nic, co wyróżniałoby tą planetę od setek innych zamieszkałych przez prymitywne ludy. Dzicy modlą się do kamieni, drzew, wierzą w duchy. W czasie podróży zapoznałem się nieco ze zwyczajami, antropologią i wierzeniami rodowitych Celestian – przerwał Moore. – Nie znalazłem jednak ani słowa na temat religii, której wyznawcy dokonali mordu na misjonarzach. Myślę, że szef ochrony jest ode mnie znacznie lepiej zorientowany w tym temacie, więc jeśli Jego Eminencja pozwoli, to właśnie jemu oddam głos. Mówiąc to, gubernator skinął głową w kierunku Colera.
Moore spojrzał pytającym wzrokiem na siedzącego obok mężczyznę. Odkąd wylądował na Celeste miał nieodparte wrażenie, że Charles próbuje coś przed nim ukryć. Tym bardziej z zaciekawieniem zaczął przysłuchiwać się temu, co miał do powiedzenia Coler. Religię, o której mówimy, miejscowi nazywają po prostu Prawdą. Twierdzą, że przed laty przybył na wyspę prorok. Objawił im zasady, przekazania i przedstawił coś w rodzaju prognoz na przyszłość. Ogólnie rzecz biorąc, kult ten jest dość dziwnym i chaotycznym zestawem apokaliptycznych wizji. Wyznawcy Prawdy wierzą w to, że kiedyś nastąpi całkowita zagłada ich społeczności, co ma zostać poprzedzone znakami. Jednym z nich ma być pojawienie się fałszywych proroków, którzy będą ich próbowali zwieść. Rozumiem — powiedział Moore.
Misjonarze zginęli, bo według wierzeń tubylców byli oszustami. Tak właśnie było — potwierdził Charles. Co wiadomo o proroku? Skąd przybył? Co się z nim stało? — dopytywał gość. Coler otwierał już usta, próbując coś powiedzieć, lecz zanim wydał z siebie jakiś dźwięk, gubernator wpadł mu w słowo. Niestety wiedza na ten temat zaginęła gdzieś w mrokach dziejów. Tubylcy nie znają pisma, więc Jego Eminencja sam rozumie. No tak, oczywiście — mruknął Moore, niezbyt zadowolony z, jak mu się wydawało, wymijającej odpowiedzi Charlesa.
Upojony winem kardynał spał twardym snem, gdy około pierwszej w nocy obudził go przeciągły, piskliwy dźwięk rozlegający się wewnątrz czaszki. Ktoś złamał zabezpieczenia i próbował połączyć się z nim w ramach wewnętrznej sieci pałacu. Słucham? — spytał w myślach. Kto się do mnie dobija i dlaczego nie mam podglądu? To tajny, szyfrowany kanał, Eminencjo. Głos bez wątpienia należał do Colera. Musimy się natychmiast spotkać. Nie rozumiem — nadał w myślach Moore. Dlaczego w środku nocy?
Chciałbym przekazać Jego Eminencji pewne informacje, które musiałem przemilczeć w obecności gubernatora. Spotkajmy się za chwilę w kaplicy sam na sam. Rozłączył się. Moore leżał w ciemności, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi. Na Celeste bez wątpienia działy się dziwne rzeczy. Kaplica o tej porze była całkiem pusta, nie licząc siedzącego w pierwszej ławce Colera. Moore przeszedł przez środek sali. Zatrzymał się, przyklękając na chwilę przed ołtarzem, po czym zajął miejsce obok niego. Co to za konspiracja? — spytał ściszonym głosem, w którym słychać było tłumiony gniew.
Proszę wybaczyć, że obudziłem w środku nocy i że spotykamy się w takich okolicznościach, ale są pewne sprawy, o których Jego Eminencja powinien wiedzieć. Mów, co tu się dzieje. Od początku mam wrażenie, że coś przede mną ukrywacie. Coler bez słowa podstawił pod nos kardynała czytnik. Na wyświetlonym na urządzeniu trójwymiarowym zdjęciu widać było młodego mężczyznę w mundurze, jaki obowiązywał we flocie jeszcze trzydzieści lat temu. Z informacji zamieszczonej pod zdjęciem można było się jedynie dowiedzieć, że mężczyzna to sześć cztery osiem pięć dwa dziewięć PL Winiarski Kurt. Kto to? — spytał Moore, patrząc z zaciekawieniem na fotografię. To prorok — usłyszał w odpowiedzi. Co takiego?
— niemal wykrzyknął duchowny, rozdzierając na strzępy panującą w kaplicy nabożną ciszę. Jak to? — spytał po chwili, uspokoiwszy się nieco. Niewiele można się dowiedzieć o tym człowieku. Flota utajniła wszystkie informacje na jego temat. Ja jednak mam kilku starych znajomych jeszcze z czasów mojej służby w wywiadzie. O co więc tutaj chodzi? Czyżby armia przeprowadzała tu jakieś eksperymenty społeczne na tubylcach? Wręcz przeciwnie. To był wypadek.
Dowództwo zrobiło wszystko, aby tę sprawę zamieść pod dywan. To dla nich plama na honorze. Proszę o więcej szczegółów. Czterdzieści lat temu na tej planecie, a dokładnie na wyspie, na której doszło do mordu misjonarzy, znajdowała się baza cargo. Jedna z tych niewielkich baz, w których magazynowano żywność i amunicję podczas wojny. To było w czasach wojen kolonialnych, jak się domyślam. Tak, dokładnie. Ten człowiek na foto był jednym ze służących tam żołnierzy. Między lądowaniami statków transportowych spędzał bezczynnie długie tygodnie, nudząc się potwornie na tym zapomnianym przez Boga globie. I co?
Znalazł sobie w końcu twórcze zajęcie, bawiąc się w proroka nowej religii? — wtrącił Moore. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie było, Eminencjo. Niestety nie był posłańcem pokoju i miłości. Nauki, jakie krzewił wśród miejscowych, były wypaczoną wersją Apokalipsy. Straszył te biedne istoty ogniem i trującym powietrzem, które spadną na nich z nieba. Zagładę miał poprzedzić powrót Ziemian i przybycie fałszywych proroków. Teraz wszystko rozumiem. Ale jak to się stało, że ten sztuczny, stworzony przez niego kult przetrwał tak długo? Tubylcy musieli pielęgnować pamięć o proroku.
Musieli być jacyś kapłani. O ile wiem, kolonia powstała tu kilka lat temu. Nie spotkałem żadnych wzmianek na temat Ziemianina, który stał się wysłannikiem Boga na Celeste. Gdy powróciliśmy na tę planetę, przeżyliśmy szok. Opuszczona dawno temu baza wyglądała, jakby postawiono ją wczoraj. Minęło ponad 30 lat, a tam wszystko było w nienagannym porządku. Tubylcy regularnie karczowali i odchwaszczali teren wokół niej. Dbali o czystość baraków, nawet odtworzyli z patyków i sznurków zdemontowane przed opuszczeniem bazy urządzenia namiarowe. Co roku na głównym dziedzińcu bazy odbywała się uroczystość mająca na celu upamiętnienie wniebowstąpienia proroka, który to, mówiąc ich słowami, wszedł do stalowej chmury i odleciał do gwiazd. Teraz nie dziwię się, że dowództwo nie było zachwycone.
Robili wszystko, aby usunąć wszelkie informacje na temat człowieka, który zszargał dobre imię floty. Wszelkie informacje na temat stworzonej przez Winiarskiego Railingu zostały natychmiast utajnione. „Boże” – jęknął Moore. „Cóż za chory umysł mógł stworzyć coś takiego tylko dla swojej uciechy?”. Otóż właśnie. Chory jest to chyba dobrym określeniem. Udało mi się dowiedzieć, że kłopoty z tym człowiekiem zaczęły się dużo wcześniej. Podobno był transportowany do jednej z kolonii, lecz coś poszło nie tak podczas hibernacji. Spowodowało to poważny uraz na jego psychice. Pałętał się potem przez jakiś czas po kosmoporcie na Charonie, a gdy wybuchła wojna, zaciągnął się do służby.
„Jak można było kogoś takiego przyjąć do wojska?” – nie mógł się nadziwić Moore. Najprawdopodobniej ktoś złamał przepisy po to, aby się pozbyć kłopotliwego lokatora. Zresztą podczas wojny nikt się tym za bardzo nie przejmował. Armia brała pod swoje skrzydła większych szaleńców, nie mówiąc już o przestępcach. Co się teraz dzieje z tym człowiekiem? Niestety nie wiemy. Dowództwo oficjalnie zaprzecza jego istnieniu. Childs patrzył w zamyśleniu przez otwarte okno swojego gabinetu. „Kto sypnął?” – spytał, nie odrywając wzroku od majaczących w oddali gór. „Koller” – odpowiedział Moore.
„Po co właściwie panu taki szef ochrony, który nie jest lojalny wobec pana?”. „Zawsze wiedziałem, że to menda” – mruknął gubernator, po czym spytał: „Co teraz zrobi jego eminencja z taką wiedzą?”. Moore pociągnął łyk brandy z trzymanego w dłoni kieliszka. „Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiem. Nie spałem całą noc, rozmyślając nad tym, czego się dowiedziałem. Najbardziej jednak niepokoi mnie to, że próbował pan przede mną wszystko ukryć”. W pomieszczeniu zapadła głęboka cisza. Moore, nie mogąc doczekać się odpowiedzi, ponaglił: „Więc wyjaśni mi pan to?”. „Co mam powiedzieć? Tak, to prawda.
Próbowałem ukryć tę hańbiącą flotę i program kolonialny sprawę sprzed lat w imię wyższego dobra”. „Nie wiem, co panu obiecano w zamian, ale zasięgnąłem w nocy informacji i wiem, że działa pan w porozumieniu z dowództwem Floty Kosmicznej. Wiem też o transporcie gazów bojowych na Silaest”. Childs po raz pierwszy od kilku minut oderwał wzrok od ośnieżonych szczytów i z przerażeniem w oczach spojrzał na kardynała. „Koller?”. „Nie, gubernatorze. Mam swoje źródła informacji. Proszę mi powiedzieć, co pan planował wraz z tymi szaleńcami w mundurach”. „Zmusili mnie. Nie miałem wyjścia” – próbował tłumaczyć się Childs.
„Tak naprawdę armia wciąż rozdaje karty w tej części galaktyki. Zależy im bardzo na wymazaniu Winiarskiego i wszelkich śladów jego pobytu na tej planecie wraz ze wszystkimi istotami, które przechowują pamięć o nim. A panu zależy na stanowisku, prawda? Nieważne, że przy okazji wymażecie całą tubylczą społeczność”. Childs znów odwrócił głowę w stronę okna, wracając do podziwiania górskiego pejzażu. „Nie miałem wyjścia” – powiedział, usprawiedliwiając się. „Flota w bardzo dużym stopniu finansuje nasze projekty”. „Ale to my, Nowy Watykan, sponsorujemy flotę, czy się to komuś podoba, czy nie. Proszę o tym nie zapominać”. Powiedziawszy to, kardynał dopił do końca zawartość kieliszka i postawił go z łoskotem na stole.
„Wie pan, co mnie najbardziej boli w tym wszystkim, gubernatorze?” – spytał. Po czym, nie czekając na reakcję swojego rozmówcy, odpowiedział sobie sam: „To, że ten stuknięty treb żyje sobie teraz spokojnie gdzieś na jednej ze skolonizowanych planet. Pewnie siedzi przed kominkiem i popijając bimber, rechocze, wspominając stare, dobre czasy, gdy był prorokiem”. „O ile jeszcze żyje” – mruknął pod nosem Childs. „O ile jeszcze żyje” – powtórzył jak echo Moore, po czym dodał: „A nie powinien”. Kardynał wysiadł z wahadłowca, skierował swe kroki prosto do stojącego nieopodal lądownika. Tuż za nim podążał Childs w towarzystwie Kollera i kilku funkcjonariuszy ochrony. Przed wejściem na ramp Moore przystanął, odwrócił się przodem do kroczących za nim i powiedział: „Długo nad tym wszystkim rozmyślałem, gubernatorze, i doszedłem do wniosku, że z tej sytuacji nie może być dobrego wyjścia. Uważam, że sprawy przyjęły na tyle niekorzystny obrót, że nie można się już cofnąć. Tylko śmierć w ogniu może zmyć taką hańbę.
Dlatego decyzję pozostawiam panu. Niech pan robi swoje, dopóki kłót nie zdążył rozprzestrzenić się na kontynent”. „Ale kardynale, przecież to jest ludobójstwo” – zaczął Koller, nie dowierzając temu, co właśnie usłyszał, lecz Moore uciszył go ruchem ręki. „Ludobójstwo dotyczy ludzi. Powiedział stanowczym tonem. A tu nie mamy z takimi do czynienia. Właśnie, Koller – władczym tonem dodał gubernator, spoglądając z góry na szefa ochrony. Poza tym, o ile wiem, to oni oczekują apokalipsy, nieprawdaż? Moore ruszył w górę po trapie, zostawiając za sobą Childsa i zdziwionego, lecz chyba bardziej przerażonego Kollera. Gdy już wspiął się na szczyt, stanął przed wejściem do lądownika i ponownie odwrócił się, mówiąc: Będę się za nich modlił, Koller.
Po czym uczynił ręką znak krzyża i zniknął w czeluściach statku. Chwilę po tym właz został zaryglowany, a lądownikiem zaczęły targać konwulsje – znak, że właśnie uruchomiono napęd grawitacyjny. Podczas powrotu wahadłowcem Koller unikał wzroku gubernatora, który patrzył na niego z nieukrywaną wyższością. W końcu to on, Childs, był teraz panem życia i śmierci na Celeste. W dodatku namaszczonym przez samego Moore'a i stojącą za nim potężną instytucję. Gdy wysiadali na niewielkiej rampie przed pałacem gubernatora, Childs położył dłoń na ramieniu idącego przed nim Kollera. Nie martw się – powiedział mu do ucha. Przecież mówił, że będzie się za nich modlił. Koller nie był pewien, czy mu się tylko wydawało, czy też słyszał ironię w głosie gubernatora. Przemysław Cichoń, „Karmiciel”.
Stefan! Czego? Zajęty jestem – odpowiedział podniesionym głosem z sąsiedniego pokoju. Jak to zajęty? Przecież obiecałeś, że dziś damy sobie odpust od tego odchudzania. W końcu to Tłusty Czwartek – irytowała się Teresa. No niby mówiłem, że w Tłusty Czwartek, ale właśnie nad tym pracuję. Jak to nad tym? Masz coś dobrego? No wiesz, Teresa.
Tłusty Czwartek to Tłusty Czwartek. Nie ma się co ograniczać. Daj mi jeszcze pięć minut. Dobra, ale jakbym miała z 80 kilo mniej, to bym wstała z łóżka i zobaczyła co tam szykujesz. Może lepiej, że nadal masz te 250. Nie lubię, jak mi ktoś przeszkadza, kiedy pracuję nad moimi projektami – odparł lekko poirytowany, ale zaraz po tym dodał: Ale przecież wiesz, że wszystko to robię tylko dla ciebie. Jesteś naprawdę kochany. Tak się starasz, by twoja kruszynka nadal była taka piękna i obfita. Jej tętno zaczynało przyspieszać, oddech był coraz szybszy. Na czole pojawiły się kropelki potu.
Myślę, że tym razem będziesz naprawdę zaspokojona i syta. Oj, Stefan, jesteś taki słodki. Zegar pokazywał 7:45. To już ponad półtorej godziny po czasie. Teresa zwykła jadać śniadanko około szóstej. Dziś wyjątkowo zgodziła się odrobinę poczekać. To miało być coś ekstra. W końcu dziś Tłusty Czwartek. Już samym czekaniem była tak podniecona, że prawie nie czuła głodu. Czuła pożądanie.
Pragnęła go jak tonący powietrza. Śniadanko do syta. Z każdą chwilą pragnęła go bardziej. Nie mogła już o niczym innym myśleć. Była już cała wilgotna. Leżała i marzyła. Co takiego przygotuje dziś dla niej? Teresa! Głos Stefana sprowadził jej myśli na poziom realnego świata. Tak, najsłodszy?
Jesteś gotowa? Od urodzenia, misiu pysiu. Głos drżał jej z podniecenia. Wraz z nim podbródek, wprawiając w rezonans trzy olbrzymie fałdy tłuszczu bezpośrednio pod nim. Jej monstrualny biust falował niczym tort z galaretką podawany przez kelnera z Parkinsonem. Tak jak obiecałem, mam dla ciebie coś ekstra. W końcu to Tłusty Czwartek. Tak? Zobacz. Wskazał na dwa wielkie słoje wypełnione jakąś substancją o niesprecyzowanym kolorze i trudnej do określenia konsystencji.
Słoje znajdowały się na mobilnym stojaku, którego dolną część zajmowała jakaś aparatura. Wszystko było połączone ze sobą plątaniną rurek, wężyków i przewodów. To jest automatyczny karmiciel. On na pewno cię zaspokoi – oznajmił z nieukrywaną satysfakcją i uśmiechnął się szeroko. Co jest w tych słojach? – zapytała z nutką nieufności w głosie. Och, przepraszam, kruszynko. Powinienem zacząć właśnie od tego. Otóż to specjalny shake. No wiesz, Tereniu, dziś Tłusty Czwartek.
Musi być tłusto. Zresztą sama chciałaś, by puścić wodze fantazji. Tu jest twoje śniadanko, takie codzienne. Trzynaście jaj na boczku, osiem grzanek, kubek kawy z mlekiem. I że dziś Tłusty Czwartek dorzuciłem pięć pączków. Do tego przekąska w postaci kurczaczka z grilla, dwóch bagietek i pięciu pączków. No w końcu Tłusty Czwartek. Obiad – twoja ulubiona zupa gulaszowa z kluskami i zasmażką. I oczywiście pierożki z mięskiem okraszone skwarkami i cebulką. Całe 25 sztuk.
Na deser beza z truskawkami i bitą śmietaną. No i lody, te karmelowe, które tak lubisz. Podwieczorek to dwa steki z wołowiny, średnio wysmażone, z frytkami i zasmażaną kapustą. A na kolację niespodzianka, coś naprawdę ekstra. Dwanaście przepiórek smażonych w głębokim oleju z kaparami i sosem beszamelowym. Do tego trzy butelki czerwonego wina. Wybacz, że z Biedronki, ale skończyły mi się fundusze. Myślę, że będzie ci smakowało. Podszedł do Teresy leżącej na wznak na olbrzymim łóżku o wzmocnionej konstrukcji. Sprawnym ruchem wprowadził jej sondę do żołądka, po czym za pomocą plastra przymocował dren do jej pulchnego policzka, by się nie wysunął.
Nie protestowała. Była głodna, bardzo głodna. Zresztą ręce miała przywiązane do barierek łóżka. Nic też nie mówiła, ale to zrozumiałe. Z grubym drenem w gardle ciężko cokolwiek z siebie wydusić. Stefan podszedł do stojaka ze słojami. Pochylił się, sięgając ręką do znajdującej się pod nimi aparatury. Nacisnął czerwony przycisk. Smacznego, kochanie. Dziś muszę wyjść na dłużej, ale ty wreszcie najesz się do syta.
W końcu dziś Tłusty Czwartek. No i przecież ci obiecałem, że będzie tłusto i do syta. Wyszedł i zamknął drzwi na klucz. Nie miał zamiaru tu wracać. Nie usłyszy głuchej eksplozji, nie zobaczy finału, ale zrobił wszystko, co mógł. Więcej już nie mógł zrobić. Swoje rzeczy już dawno przewiózł do Helenki. Teraz właśnie się tam wybierał. Helenka potrzebowała go bardziej niż Teresa. Była taka zabiedzona.
On ją wreszcie zaspokoi. Da jej wszystko, co najlepsze. To, czego będzie pragnęła. Bez ograniczeń. Do syta.
[02:34:25] - Proszę państwa, to były opowiadania Wojciecha Terleckiego, Dariusza Kraszewskiego i Przemysława Cichonia. Czytał Marek Sęk "Ivellios". A ja, proszę państwa, ogłaszam wszem i wobec, że właśnie skończyliśmy kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Wydanie październikowe, wydanie w roku akademickim. Akademia ruszyła. Cóż, proszę państwa, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. To nagranie było trochę w warunkach polowych, bo jak to się mówi, nagrywałem z terenu, chociaż tak naprawdę nagrywałem ze stolicy. To nawet chyba nie wypada, żebym mówił, że z terenu. No ale dobrze. Nie było mnie na miejscu, tam, gdzie zwykle nagrywam dla Państwa audycję.
Pięknie dziękuję za cierpliwość. Pięknie dziękuję za wysłuchanie dzisiejszej audycji. I cóż, życzę Państwu wspaniałego weekendu. Życzę dobrej nocy i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Dobrej nocy.
[02:35:38] - A mówi do słuchot Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium, UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni. Dziękując za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkiej Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.