Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. I znów mamy piątek, weekendu początek. Co prawda dzisiaj, 10 października 2025 roku jest już dosyć ciemno i dosyć zimno za oknem, ale my za chwilę rozgrzejemy i rozpalimy atmosferę kolejną porcją ciekawych książek i ciekawym filmem. Chociaż właściwie dzisiaj to będzie serial, proszę państwa. Właśnie tutaj, właśnie teraz na antenie Radia Paranormalium startuje kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:55] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy? No to zaczynamy. I tradycyjnie zaczynamy od przeglądu nowości, od zapowiedzi wydawniczych. Pierwszy tytuł: „Fetysz”. Autor: Przemysław Piotrowski. Znane i dobre pióro. Wydawnictwo Czarna Owca. Data premiery: 15 października. Komisarz Igor Brudny od zawsze był sam, ale nigdy nie czuł się jeszcze tak samotny.
Porzucony przez kobietę, którą kochał, próbuje w pojedynkę walczyć z całym światem. Pewnej nocy wdaje się w bójkę z mężczyzną, który niedługo potem trafia na posterunek jako podejrzany w sprawie morderstwa. Dopiero wtedy do Brudnego dociera, jak nisko upadł. Tyle razy rozczarował kolegów i przełożonych, że poszukiwania człowieka, który z zimną krwią poćwiartował kobietę, toczą się bez najlepszego śledczego w jeleniogórskiej policji. Nie oglądając się na nic, Brudny postanawia położyć kres złu. Romuald Czarnecki, chcąc pomóc przyjacielowi, włącza go do sprawy. Śledztwo staje się dla komisarza jedyną szansą na uratowanie nie tylko kolejnych potencjalnych ofiar, lecz także samego siebie. Pozbawiony pomocy najbliższych Brudny powraca do korzeni, a więc na samo dno piekieł. Przypomnę, to była zajawka, zapowiedź książki „Fetysz” Przemysława Piotrowskiego wydanej przez Czarną Owcę, a książka pojawi się na rynku 15 października. Druga książka nosi tytuł „Fala”.
Jej autorką jest Katarzyna Wolwowicz. Wydawnictwo Zwierciadło i książka również na rynku od 15 października. Olga Balicka czuje ogromną frustrację. Po niedawnym wypadku i operacji nadal nie może pracować. Co więcej, mąż wysłał ją razem z Katarzyną Sarnecką do nadmorskiego kurortu Fala, w którym obie powinny dochodzić do zdrowia. Olga tęskni jednak do bycia w biegu i pogoni za przestępcami. Na kolacji u właściciela apartamentowca, w którym mieszkają, odkrywa coś, co zmusi ją do szybszego powrotu do obowiązków służbowych, bo mieskin pomorski okazuje się nie być tak dobrym człowiekiem, za jakiego się podaje. Dorota Jasna czuje, że wszystko, co dobre w życiu, jest już za nią. Niebawem skończy 50 lat. Nie ma męża ani dzieci, a jej jedyną rodziną są schorowani rodzice, którymi musi się opiekować.
Dobrą stroną jej egzystencji wydaje się być praca, którą wykonuje z ogromnym zaangażowaniem. Jako strażniczka w więzieniu widziała już niejedno i myślała, że nic nie zdoła jej zaskoczyć, aż do chwili, gdy poznaje Hannibala, mężczyznę skazanego za zamordowanie kilku kobiet. Tymczasem w Jeleniej Górze dochodzi do makabrycznego odkrycia. W jednym z pustostanów zostają znalezione zwłoki, a modus operandi łudząco przypomina zbrodnie sprzed roku. Czy Hannibal faktycznie jest sprawcą zarzucanych mu czynów? Czy skazano niewinnego człowieka? Co wspólnego ma nadmorski przedsiębiorca z Marią Łagowską, lekarz medycyny sądowej współpracującą z jeleniogórską policją? Czy Oldze uda się rozwikłać kolejną skomplikowaną zagadkę? Katarzyna Wolwowicz powraca z kontynuacją bestsellerowej serii, którą pokochały tysiące czytelników. A ja przypomnę tytuł książki: „Fala”.
Autorka: Katarzyna Wolwowicz, wydawnictwo Zwierciadło. Data premiery: 15 października. Jako trzecią książkę... No właśnie, czy książkę? Trzecią propozycją jest komiks. Nosi tytuł „Trybunał Sów”, a to seria z Batmanem. Autorzy to Scott Snyder i Greg Capullo. Wydawnictwo Story House Egmont. Data premiery, niejako tradycyjnie, 15 października. DC Compact to nowe wydania najlepszych i najbardziej ikonicznych komiksów spod szyldu DC Comics w kieszonkowym formacie i w przyjaznej cenie.
Można znaleźć tu zarówno najgłośniejsze powieści graficzne, jak „Strażnicy” czy „V jak Vendetta”, jak i kultowe komiksy superbohaterskie, jak „Zabójczy Żart” czy „Batman: Rok Pierwszy”. Sąd się rozpoczął. Czy nietoperz zwycięży? Czy to sowy będą rządzić Gotham? Co spowodowało, że ukryta przez lata tajna organizacja znana jako Trybunał Sów nagle pojawia się w Gotham? Gdy Batman próbuje rozwikłać śmiertelną tajemnicę, odkrywa spisek sięgający lat jego młodości, a nawet dalej, aż do początków miasta. Które przysiągł chronić. Czy Trybunał Sów, kiedyś uważany jedynie za miejską legendę, może stać za nieustannie szerzącą się przestępczością i korupcją w Gotham? A może Bruce Wayne traci zdrowy rozsądek i pada ofiarą presji bycia Batmanem? Niezwykła saga pełna tajemnic i grozy zapoczątkowała jedną z najlepszych serii komiksowych autorstwa gwiazdorskiego duetu Scott Snyder, „Amerykański wampir” i Greg Capullo, „Batman Metal”.
Album, który Państwu przedstawiam, zawiera amerykańskie zeszyty z serii „Batman” od numeru 1 do 11. Przypomnę tytuł tego zbioru: „Trybunał Sów. Batman”. Scott Snyder i Greg Capullo. Wydawnictwo Story House Egmont. Data premiery 15 października. Tak, to były propozycje książek na ten tydzień. Będą jeszcze dzisiaj propozycje, ale troszkę z innej dziedziny. Na razie mieliśmy beletrystykę. Za jakiś czas pojawią się książki z pogranicza.
A teraz tradycyjnie rozpoczynamy korepetycje filozoficzne. Proszę Państwa, Blaise Pascal. Facet, który potrafił jednocześnie zrobić mechaniczny kalkulator, uporządkować geometrię, założyć kabaret teologiczny i napisać notkę duchową, którą schował w kamizelce. To nie żart. To życie człowieka, który na przestrzeni XVII wieku zaświecił i w nauce, i w piśmie, i w pokorze. Urodził się w 1623 roku w Clermont-Ferrand w rodzinie urzędnika Etienne'a Pascala, pedagoga i samouka, który zadbał o domowe wykształcenie syna. Już jako nastolatek Blaise pokazał, że ma głowę nie od parady. W wieku około 16 lat napisał esej o stożkach. Esej, w którym pojawiło się znane dziś twierdzenie. Twierdzenie, które często bywa określane mianem twierdzenia Pascala.
To klasyk geometrii projektowej zwany mistycznym heksagonem. W matematyce Pascal poruszał się lekko, lecz poważnie. W 1654 roku opublikował traktat o trójkącie arytmetycznym, naszym dzisiejszym trójkącie Pascala, i badał własności współczynników dwumianowych, które potem okazały się niezbędne w rachunku prawdopodobieństwa. Równocześnie miał rękę do mechaniki. W 1642 roku skonstruował Pascalinkę, maszynę liczącą, która dodawała i odejmowała. Przeznaczył ją dla swojego ojca, urzędnika skarbowego. To pierwszy krok ku mechanizacji arytmetyki i jedna z tych rzeczy, o których mówi się dzisiaj niemal zawsze, kiedy wspomina się prehistorię komputerów. Gdyby Pascal żył później, prawdopodobnie miałby jakiś język programowania na swoje nazwisko. A! Przepraszam.
On ma język wysokiego programowania na swoje nazwisko. Pascal był też pionierem w badaniu ciśnienia i próżni. Współpracując z Torricellim interesował się zjawiskiem słupa rtęci w barometrze i wysłał na górski szczyt swojego szwagra Floriana Perier, by wykonał eksperymenty potwierdzające zmienność ciśnienia wraz z wysokością. Owo empiryczne podejście miało wpływ na sformułowanie późniejszego prawa fluidów. Stąd dzisiaj mamy prawo Pascala w hydrostatyce. Ciśnienie wywierane na płyn w zamkniętym naczyniu przenosi się jednakowo na wszystkie części płynu i ścianki naczynia. Brzmi w sumie prosto, a zastosowań ma wiele. Od prasy hydraulicznej po podnośniki samochodowe, w sumie też hydrauliczne. Matematycznie i statystycznie najważniejszy był jednak jego dialog z Pierrem de Fermatem. Ich korespondencja nad problemem punktów w grach losowych, problem dzielonych zakładów dała początek teorii prawdopodobieństwa.
To właśnie tu Pascal pokazał, że rachunek oczekiwanej wartości i kombinatoryka to nie są tylko urodzinowe zabawy umysłu. To narzędzia do podejmowania decyzji w razie niepewności. I to właśnie prowadzi nas gładko do najsłynniejszego pomysłu Pascala, tak zwanego zakładu Pascala. A czymżeż był ów zakład? W skrócie można go ująć w ten sposób: nie możesz racjonalnie dowieść istnienia Boga ani nie możesz też dowieść jego nieistnienia. Ale z perspektywy rachunku oczekiwań najbardziej opłaca się uwierzyć. Jeżeli Bóg istnieje i wierzysz, zyskujesz nieskończone życie. Jeśli nie istnieje, nie tracisz wiele. To nie jest dowód metafizyczny, lecz Wcale nie pragmatyczna kalkulacja. Kalkulacja decyzji face to face z wiarą.
Krytyków zakład Pascala ma sporo. Od zarzutu, że stawia wiarę na szali korzyści bądź braku korzyści, po uwagi, że nie uwzględnia istnienia wielu religii oraz ich szczegółowych wymagań. Ale zakład Pascala wciąż jest jednym z najzgrabniejszych argumentów pokazujących, że rozum i wybór praktyczny mogą się spotkać w zaskakujący sposób. À propos spotkań. Pascal potrafił pisać „Listy prowincjonalne” — to tytuł, które wysyłał w obronie Port-Royal i jansenizmu. To literacki majstersztyk. Ostrze satyry, chirurgiczna krytyka moralności ówczesnych kazuistów i przy tym napisane to wszystko jest lekkim językiem, błyskotliwym, a często bardzo śmiesznym. Pascal potrafił rozprawiać o etyce, o sumieniu i manipulacjach retorycznych z taką finezją, która do dziś bawi i uczy. Po doświadczeniu religijnym w 1654 roku, tak zwana Noc Ognia, którą Pascal odnotował w swoim „Memorial”, jego życie przyjęło inny rytm. Więcej było skupienia, mniej publicznych triumfów naukowych.
Pracował przy Port-Royal, zbliżył się do jansenistycznych idei o kondycji człowieka i łasce, a jego „Myśli”, zbiór notatek na temat religii i kondycji ludzkiej ukazały się dopiero po śmierci, ale do dziś poruszają pytaniami o rozum, serce i miejsce wiary w życiu człowieka. Pascal zmarł młodo w 1662 roku. Miał wtedy zaledwie 39 lat. Jego zdrowie było kruche, bóle brzucha i inne dolegliwości towarzyszyły mu właściwie przez większość dorosłego życia. Był w Pascalu pewien paradoks. Ostrość umysłu w łączeniu matematyki z empirią, a jednocześnie skłonność do głębokich refleksji moralnych oraz religijnych. Przez to jest dziś postacią niezwykle współczesną. Naukowiec, inżynier, literat, myśliciel religijny. Ktoś, kto potrafił patrzeć na świat jak na zadanie, zadanie do rozwiązania i jak na zagadkę, zagadkę do przeżycia. I jeszcze jedna drobna ironia losu.
Pascal, który kalkulował prawdopodobieństwa i pisał o nicości ludzkich poczynań, stał się symbolem racjonalnego ducha epoki. Może dlatego jego postać ciągle kusi. On uczy nas, że rozum to nie drabina do pewności absolutnej, ale narzędzie błyskotliwe, konieczne. Narzędzie, które trzeba łączyć z empirią, uczciwością badawczą i jeśli ktoś chce, z pokorą serca. A gdyby ktoś zapytał z lekkim uśmiechem, uśmiechem Pascala: „Więc nauka czy wiara?” On zapewne odpowiedziałby i to, i tamto, każde na swój sposób. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Muszę powiedzieć, że lektura „Myśli” Pascala, tego tomiku, może zachwycić. I nie dlatego znowu, żeby Pascal mógł kogoś przekonać. Nie, nie. Zresztą nie po to się takie tomiki pisze.
Zresztą filozofia nikogo do niczego nie ma przekonywać. Ona ma tylko sprawić, że zaczniemy myśleć o rzeczywistości, o jej szczegółowych aspektach w sposób wielowątkowy, wielotorowy. Że zaczniemy dopuszczać, iż nasze przekonania wcale nie muszą być oczywistą oczywistością i że może nasze spojrzenie na świat to nie jest to spojrzenie obiektywne. Zresztą człowiek, jakikolwiek człowiek chyba zawsze daleko jest od obiektywnego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. To się rzadko udaje. Ważne, żeby mieć świadomość, że tak właśnie jest. A teraz, proszę państwa, nie zaszkodzi nam odrobina prozy. Zapraszam na opowiadanie z ABW. Opowiadanie, które pochodzi z audycji numer 87 audycji Antologia Bibliotekarium Warsztaty. Ten odcinek był emitowany 5 marca 2021.
Zanim zdradzę tytuł opowiadania i autora, ja cały czas nieodmiennie apeluję o przesyłanie opowiadań czy to do Radia Paranormalium na adres, który jest na stronie Radia Paranormalium albo na przykład na adres Wehikułu Wyobraźni. Myślę, że to dobre adresy i że warto. Warto usłyszeć swoją prozę, wytwór własnej głowy, własnego umysłu w interpretacji Marka Senka. A później ja spróbuję się odnieść do tego opowiadania. Ci, którzy słuchali wydań wakacyjnych, wiedzą, że nie masakruję opowiadań, że nie niszczę autorów. To nie to miejsce w sieci. Tu zajmujemy się życzliwą poradą i myślę, że te opowiadania, które były prezentowane w czasie wakacji, ich autorzy nie mogą narzekać. Ja tylko starałem się pomóc. Myślę, że w kilku miejscach Odpowiedziałem jakieś ciekawe rozwiązania, jeśli nie pomagające w poprawieniu opowiadania, to może z pomysłem na kolejny tekst. Dobrze, rozgadałem się i w związku z tym zagadałem całą sprawę.
Zapraszam zatem na opowiadanie Rolanda Hensoldta „Bóg zabawek”. Naprawdę dobre opowiadanie.
[18:25] - Roland Hensoldt – „Bóg zabawek”. Opowiadanie zdobyło pierwsze miejsce w konkursie Pigmalion Fantastyki 2018. „Nie rozumiem, czemu zabawka chce popełnić samobójstwo? – zapytał przerażony dinozaur, spoglądając na dno akwarium. Jakaś niepojęta siła owładnęła jego ciało. Przecież zabawki nie mogą chcieć śmierci. To bez sensu – protestował. Rozpaczliwie zapierał się mocarnymi łapami. Nie mógł zrozumieć ani swojej bezsilności, ani motywów przeciwnika. Dinozaur i robot T1001 maszerowali ku krawędzi półki.
Czas na prawdziwą zabawę – odparł T. Zwrócił zwierzakowi ukradzioną pamięć. Ostatni rok życia mignął dinozaurowi przed oczami. Teraz już wiedział. To było okrutne i bezcelowe. Zło w formie czystej podłości. Dlaczego? Dinozaur skoczył do wody wbrew swojej woli. Elektryczny szok wstrząsał jego ciałem przez kilka chwil wydających mu się wiecznością. Walczył, ale czuł, że jego elektroniczne wnętrzności są zalewane.
Układy scalone, procesory i tranzystory kolejno przepalały się, a życie w nim gasło. W tej ostatniej chwili tak bardzo chciał zobaczyć Zabawkarza. Co za marny koniec. On, kiedyś przywódca grupy, a obecnie... Woda przerwała rozważania, uszkodziła obwody i nic już nie widział, nic nie czuł. Smród spalenizny unosił się nad martwym cielskiem dinozaura. Z góry przyglądał się temu T1001, szyderczo śmiejąc się z losu zabawki. Zwróciłem ci pamięć, ale i tak nie zrozumiałeś, czemu to robię – powiedział, patrząc z pogardą na zwłoki. Ten biznes to umieranie – dodał i po chwili skoczył. Ciała ich obu utonęły w akwarium.
Dwa lata wcześniej. T999 stwierdził, że zobaczył przyszłość. Objawił pozostałym: Niebawem przybędzie nowy model robota T, a ja zniknę. Dziwna przepowiednia, bo dziecko często się nim bawiło, a grupę opuszczały przeważnie najrzadziej wybierane zabawki. Odejdę, ale moja dusza pewnego dnia powróci na chmurze – uspokajał zaniepokojoną Barbie. Lala wierzyła w Zabawkarza będącego ich bogiem. To on nakręcił sprężynę ich mechanicznych dusz. Kiedyś wszyscy do niego wrócą. Dinozaur był największą z zabawek, a także najczęściej wybieraną przez dziecko. Pozostali zazdrościli mu ogromnych kłów, silnych łap, rakiety na plecach, laserów w oczach i komunikacji bezprzewodowej z Internetem.
Pragnęli wszystkiego tego, czego nie mieli sami. Mimo to szanowali tyranozaura, bo dysponował siłą dorównującą jego mądrości. Przywódca dbał o najsłabszych. Swoim ciałem często bronił pozostałych przed wybuchami złości pięciolatka, narażając się na dezintegrację jego fizyczności. Raz nawet głowa ich przywódcy zagubiła się. Chociaż kwestią filozoficzną jest to, czy można zgubić głowę, czy raczej resztę ciała. Pierwszy śnieg prószył za oknem, pokrywając dachy domostw grubą warstwą pierzyny. Pewnie był mięciutki i cieplutki jak pościel. Wprawdzie dinozaur nigdy nie przebywał poza szybą, ale tak mu się wydawało. Śnieg wygląda pięknie, a więc jest przyjemny w dotyku.
Świecił kolorami tęczy, gdy po zmroku włączano neonowe ozdoby. Brunatne kłęby dymu z kominów tworzyły niebo i chmury. Tam gdzieś żył Zabawkarz. I chociaż śnieg był cieplutki i przyjemny, i chociaż na dworze zrobiło się barwnie, i chociaż rodzice, a nawet dziecko stawali się jakby milsi i nikt nie wywoływał awantur ani nie trzaskał drzwiami, wielki tyranozaur sposępniał i przemówił: Niebawem się zacznie. Wiem – odparł samochód. Co robimy? To samo co zawsze. Będziemy gotowi i będziemy wierzyć. Auto rok temu zostało prawą ręką przywódcy i dobrym przyjacielem. Słuchał jego mądrości.
Święta – rodzinny czas radości i miłości. Czas, kiedy wszyscy są mili. Nie dla nas. My, zabawki, nazywaliśmy ten okres dniem próby, który dla niektórych przemienia się w dzień Sądu Ostatecznego. Każdego grudnia przychodzi posłannik Zabawkarza odziany w czerwoną kurtkę, z twarzą schowaną za białą brodą. Przynosi radość, a dziecko aż piszczy z zachwytu. Tego dnia trafiają do nas nowi, ale potem część zabawek znikała. Wierzymy, że trafiają przed oblicze Zabawkarza, a ten ich osądza. I chociaż nowi są lepsi, są fajni, to jednak mam świadomość, że wypierają starsze modele. Tyranozaur wtajemniczał samochód w bardziej zaawansowane aspekty religijne.
Nie lękaj się, grzeczne zabawki trafiają potem do innych dzieci. Wiara dodawała im otuchy. Może i zabawki nie bały się, ale z pewnością dzień próby wymagał od nich przygotowań. Już od początku grudnia dinozaur przewodził inspekcjom, podczas których sprawdzał, czy zabawki były czyste, a śrubki przykręcone, czy trzeba kogoś naprawić. Starano się, ponieważ pod koniec grudnia przybywali nowi, a wkrótce potem najstarsze, najbardziej zużyte zabawki znikały. Dlatego dbanie o stan techniczny stało się priorytetem. Zabawkarz wzywa nas do siebie. Najpierw trafiamy do jego chmury, a potem dobre zabawki trafiają do innych dzieci. A te niegrzeczne – rozległ się jęk poruszenia – trafiają na wysypisko. Naszym powołaniem jest zbawianie, wychowywanie, sprawianie radości.
To ważna i trudna misja. Dlatego proszę was wszystkich o zgłaszanie samochodowi wszystkich waszych usterek, abyśmy byli gotowi na święta Bożego Narodzenia. Dinozaur chyba jako jedyny nie używał bardziej adekwatnej nazwy tego okresu. T999 zniknął już na początku grudnia i wszyscy byli poruszeni. Przecież zaginięcia zdarzały się raczej w styczniu i lutym. Dinozaur nie potrafił uspokoić grupy. Kiedy dziecko już spało, dokładnie o północy zebrali się, aby posłuchać przywódcy. Dinozaur zwykł opowiadać o Zabawkarzu. Słyszał o nim od proroka noszącego imię Pierwszy i mieszkającego w Miejscu Zapomnienia. Żadna inna zabawka nie wiedziała, gdzie to miejsce się znajduje.
Słuchajcie, T999 trafił do Ojca Stworzyciela. Czyż Zabawkarz nie wzywa nas do siebie? Czy zaprawdę myślicie, że wzięliśmy się tu znikąd? Że nikt nas nie stworzył? Że ściany tego pokoju są wszystkim? Że nie ma nic poza tym światem? Mówię wam – rozmawiałem kiedyś z prorokiem. Słyszałem głos pierwszej zabawki, która widziała kiedyś Zabawkarza. Zaprawdę, kto jest dobry za życia, ten trafia przed oblicze Boga, a potem do kolejnych dzieci – przekonywał przerażoną grupę. Nikt nigdy nie widział innych dzieci.
Skąd wiesz, że są inne dzieci? W tłumie słychać było powątpiewanie. Skąd mamy wiedzieć, że istnieje Zabawkarz? – dodał ktoś inny. Kolejne zaginięcia zabawek sprawiły, że gromada zaczęła wątpić w swojego przywódcę. Nikt przecież nigdy nie widział Zabawkarza. Nikt przecież nie wrócił od niego. Czemu mamy wierzyć? Zabawkarz to ojciec Zegarmistrz, który nakręcił sprężynę nas wszystkich – kontynuował dinozaur. Kiedyś i on przyjdzie do nas powtórnie.
Zobaczycie. A wtedy biada niewierzącym i spotka was kara za wasze bluźnierstwa. Naprawdę wierzysz w życie poza tym pokojem? W życie po złomowaniu? – pytał Pluszak, znany ze swojego sceptycyzmu. Cóż tracicie wierząc? Możecie się założyć o istnienie Zabawkarza. Jeśli go nie ma, to niewiele stracicie, ale jeśli istnieje, to wygracie wszystko. Dinozaur oddał się rozmyślaniom. Drzwi uchyliły się, wpuszczając nieco światła do ciemnego pokoju.
Zabawki zamarły w bezruchu. Zawsze to robiły, gdy ktoś tu przychodził. Osobnik pokręcił się niezdarnie. Zawiasy skrzypnęły i postać znikła. Drzwi zamknęły się cichutko. Po nocnym gościu pozostało tajemnicze pudełko pod choinką. To on, mówię wam, to on! T999 mówi prawdę. Wrócił od Zabawkarza – krzyknął podekscytowany dinozaur, obserwując przesyłkę. Pluszowe, plastikowe, narysowane, cyfrowe i każde inne oczy zabawek poukrywanych w pudełkach bacznie obserwowały dziecko, które rozpakowało nowy model robota.
Skąd T999 znał przyszłość? Tego się już nie dowiedzą, bo robot przepadł. Kto zniknie następny? – pytali przerażeni. Po kolacji wigilijnej tata postawił nowego T obok pozostałych zabawek na półce. Pokrótce przywódca opowiedział mu o zasadach panujących w grupie. Wypytał się go o przepowiednię, ale robot oznajmił, że nie zna modelu 999. Niewiedza nie przeszkadzała mu natomiast twierdzić z całą stanowczością, że jest dużo lepszy od poprzednika. Mam szybszy procesor, więcej pamięci, więcej niż... – popatrzył na wszystkich i urwał myśl, kończąc wypowiedź słowami – Jestem T1001.
Cześć. Gromada przywitała nowego. Potem tyranozaur pokrótce przedstawił te zasady panujące w grupie, a także przepytał go z kwestii wiary w Zabawkarza. Rozmowa zeszła na tematy religijne i filozoficzną dysputę o duszach plastikowych zabawek. Pozostali licytowali się na współczynnik fajności, czyli czasu zabawy z dzieckiem, co było częścią ich systemu wiary. „Mną bawił się godzinę” – rzekł z dumą dinozaur. Wielki, mechaniczny, z laserem w oczach i Wi-Fi w uszach zdawał się przytłaczać nowego T1001 posturą. Wspomniana godzina imponowała pozostałym, którzy wlepili w niego oczy pełne uznania. Przybysz musiał się zorientować, kto tu rządzi. Pozostali konkurowali o drugie miejsce w ilości czasu spędzonego z dzieckiem, bo im dłużej stali nieużywani na półce, tym szybciej mogli zostać zastąpieni przez nowych.
T1001 twierdził, że dzieci bawiły się nim już ponad milion lat. „Jak to milion lat?” – dopytywały się zabawki. Jakie inne dzieci? Przecież nikt nigdy ich nie widział. Było tylko to jedno dziecko. Wprawdzie wychodziło ono gdzieś na pół dnia, ale nigdy nie widziano tutaj jego rówieśników. Czy to możliwe, że te wrócił z zaświatów przysłane przez zabawkarza od jakiegoś nieznanego brzdąca? Rzeczywiście wszyscy kiedyś pójdą zabawiać innych? Nadzieja i wiara znowu ożyły pośród nich. Nowy podbił serca członków grupy, a także dziecka.
Imponował wiedzą i charyzmą. Raz przepowiedział, że o północy w pokoju dziecięcym zapali się światło i podopieczni dinozaura uradowali się, gdy tak się stało. Pewnego dnia lala poprosiła go o nową sukienkę i dostała ją od listonosza, który przyniósł ją w kopercie. Kiedyś dziecko połamało jej nogę. Te powiedział, że je ukarze. Nikt nie wiedział, co się stało, ale rodzice zabronili mu zabawy przez cały dzień. Wtedy tyranozaur urządził imprezę i zaprosił wszystkich. Innym razem T1001 powiedział, że dziecko będzie chore. I rzeczywiście – rozchorowało się tydzień później. T nauczył ich wszystkich bawić się dzieckiem, a nie z dzieckiem.
Mówił, że zabawki nowych czasów muszą wykazywać się większą interakcją z użytkownikiem, cokolwiek to znaczyło. „Zaprawdę powiadam wam, za trzy miesiące wszyscy zostaniemy sami w domu na okres dwóch tygodni” – powiedział robot, a inni nie dowierzali. Taka sytuacja nigdy wcześniej się nie wydarzyła. Te słowa też się dopełniły. Czy robot znał przyszłość? Czy był prorokiem? Pierwszą zabawką, która wróciła od zabawkarza? Tak twierdził, ale dinozaur miał wątpliwości. Znam pierwszego i wiem, że ten robot to ktoś inny. Coś przerażało przywódcę w nowym robocie.
Postanowił go śledzić, ale kiedy znajdował się w jego pobliżu, kręciło mu się w głowie, a potem jakby zapominał, dlaczego szedł za T i co w ogóle robił. Czy to już starość? Tyranozaur obawiał się, że jego przestarzałe kości pamięci zaczęły szwankować, a to oznaczałoby, że i dla niego dzień Sądu Ostatecznego może być już bliski. „Zabawkarz mieszka w chmurze. To on nas stworzył” – powiedział robot T1001. „Całe pokolenie dzieci bawi się ze mną, a nie mną”. W tym ostatnim zdaniu było coś znajomego i dziwnego zarazem. Coś, co dinozaur słyszał już kiedyś. Całe pokolenie dzieci bawi się ze mną, a nie mną. „To ja jestem legendą” – powiedział.
„To ja jestem legendą” – szepnął tyranozaur w tym samym momencie. I to go przeraziło, bo zrozumiał, że słowa robota pochodziły z jego umysłu. Jednak nie potrafił sobie przypomnieć, kto mu je powiedział. To jak uczucie déjà vu. Dinozaur znał te myśli, ale tylko wtedy, kiedy wypowiadały je szczęki robota. Nie potrafił tego wytłumaczyć. Były to zdania, które ktoś musiał mu powiedzieć wcześniej. A może T rzeczywiście czytał je, widząc przyszłość? „A co jeśli nie ma zabawkarza? Co jeśli wszystkich czeka złomowanie?” – powiedział T, a karoseria samochodu aż dygotała na samą myśl o dniu próby.
Czy już się zestarzał? Byli sami, a inne zabawki już spały. „Ale przecież sam powiedziałeś, że pochodzisz od…” „Miałem na myśli producenta. Nie bój się, bo odpadnie ci plastik i rzeczywiście trafisz na wysypisko”. Słowa robota sprawiły, że przestał się trząść. Przestał, bo aż go zatkało. „Jesteś inteligentny. Zdradzę ci sekret. Chcesz posłuchać?” „Chcę” – powiedział, ale mimowolnie cofnął się. „To powiedz mi najpierw dokładnie, jak to jest z tą wiarą”.
„Dinozaur mówi, że dawno temu prorok mu opowiedział o zabawkarzu” – odparł. „Tak? A co to za jeden?” „To pierwsza zabawka dziecka. Była tutaj przed nami wszystkimi. Pod łóżkiem zostawiła malowidła, wizerunki ojca zabawkarza, który nas reperował. Prorok bawił wiele pokoleń dzieci. Miał dar zwany zabawianiem. On istniał przez wiele dziesięcioleci. On... „A gdzież on się teraz znajduje?” – zapytał T.
Samochód coś opowiadał, ale robot odwrócił głowę w stronę pokrytej lampkami choinki zwiastującej czas przemian. Zamyślił się. „Coś mówiłeś?” – rzucił znudzony. Samochód wybałuszył reflektorowe oczy. „Mówiłem, że jest w Miejscu Zapomnienia i tylko Dinozaur wie, gdzie to jest. On czasami idzie do Proroka po radę, gdy sytuacja jest zbyt poważna.” „A co mogłoby być taką sytuacją?” „Ja wiem, może bunt?” – odparło auto. Brwi robota rozbłysły czerwienią. „Jesteś dość nowoczesną zabawką.” „No jasne, jestem zdalnie sterowany, ale mam też sztuczną inteligencję, która pozwala mi...” „To dobrze, że masz na kości sztuczną głupotę.” Antena robota wycelowała w samochód. Ten, wyczuwając złe intencje, momentalnie przyspieszył do zawrotnej prędkości. Nagle zahamował.
Wtem jego koła zaczęły boksować i zawrócił. Pojazd podjechał do spokojnie oczekującego go T. „Jeszcze nie skończyliśmy” – rzekł. Antena na plecach robota łamała resztkę zabezpieczeń systemu samochodu. „Co robisz?” Cyfrowa osobowość auta powędrowała na kość pamięci robota, pozostawiając wrak bez duszy. „Czy sytuacja będzie wystarczająco trudna dla Dinozaura, gdy się dowie, że próbowałeś wywołać bunt i uciec? Gdy się dowie, że bluźnisz przeciwko Zabawkarzowi? Gdy się dowie, że założyłeś sektę?” „Nic z tych rzeczy nie zrobiłem. Gdzie ja jestem?” – krzyczał samochód. „Jesteś we mnie.
Uwięziłem twoją pamięć. Odeślę cię na chmurę, gdzie programy analityczne wyciągną z ciebie wszystkie dane. Wybacz, ale jesteś moją konkurencją. Widzisz, muszę cię wykończyć, aby dobrać się do Dinozaura. Niestety nie jestem w stanie zhakować wszystkich jego systemów, ale i tak uczyniłem postępy.” „A co to?” Dostrzegł jakiś ciąg cyfr. „To nic ważnego.” „Ależ to kod resetu. Dinozaur ufał ci i powierzył ten szyfr na wypadek, gdyby coś złego mu się stało.” „Nie!” – protestował samochód. T1001 otworzył drzwi auta i wsadził do niego srebrny klucz do ich pokoju. Siłą woli rozpędził pojazd i zmasakrował go o przeciwległą ścianę. Samochód patrzył oczami robota na swoją pokiereszowaną fizyczność.
Wtedy jakaś siła teleportowała go gdzieś daleko. Tam kod jego programu był rozdzierany na strzępy przez multum robaków obłażących jego jaźń. Oślizgłe, lepkie, kąsały go, podczas gdy jego świadomość nikła. To, co widział, było co prawda chmurą, ale nie należało w żadnym razie do Zabawkarza, w którego wierzył. Dinozaur znalazł swojego przyjaciela wgniecionego w ścianę. Za jego plecami w ciszy zbierały się pozostałe zabawki. Nikt nawet nie śmiał patrzeć teraz w oczy ich przywódcy, zatem nie widzieli jego łez. Wbili spojrzenie w podłogę. Wszyscy, także T1001. We wraku znaleziono srebrny klucz, którego nikomu nie wolno było dotykać.
Artefakt do wyjścia poza szybę, klucz do drzwi prowadzących na zewnątrz. Samochód go miał, a zatem planował ucieczkę. Zdradził ideały przywódcy. Było powiedziane, że tylko grzeczne zabawki idą do chmury Zabawkarza i do innych dzieci. Bunt zabawek przyniósłby zgubę dla nich wszystkich. Zresztą nikt nie wiedział, co jest poza szybą. Nikt nigdy stamtąd nie wrócił. Dinozaur pamiętał, gdy pewna maskotka wybrała się na zewnątrz. Później przez okno widzieli gigantycznego kruka rozdziobującego nieszczęśnika na strzępy. Po tym incydencie nikt nie miał podobnych pomysłów.
Najgorsze w tej sytuacji było to, że samochód nie działał sam. Dinozaur odnalazł poszlaki spisku, ale zatrzymał je dla siebie. Komu mógł ufać? W ich szeregach działała jakaś sekta. Jej motywów mógł się domyślać. Prawdopodobnie chcą osłabić jego wpływy i planują ucieczkę, a to oznaczałoby koniec jego rządów i zgubę ich wszystkich. Na to nie mógł pozwolić. Od dawna tego nie robił, ale będzie trzeba zasięgnąć opinii Proroka. Tego, któremu obiecał, że nie będzie niepokoić bez potrzeby. Do grudnia pozostało 10 miesięcy.
Dinozaur zaczął miewać kłopoty z pamięcią. Ewidentnie nie radził sobie z tropieniem członków sekty. Czuł, że traci zaufanie grupy. Odkąd opuścił go samochód, coraz częściej miał problemy z utrzymaniem dyscypliny. Głównym oponentem został T1001. Nie dość, że miał charyzmę, to jeszcze chronił zabawki lepiej niż on. Zaczął publicznie kwestionować jego kompetencje. „Czyż przygotowania techniczne przed dniem próby to wystarczające działania, skoro w styczniu niektóre z najstarszych zabawek zawsze znikają? Może powinniśmy przedsięwziąć inne kroki?” „Jakie kroki? Powiedziałeś, że sensem naszego istnienia jest tylko służyć i przeminąć.” Nie przeminąć, a trafić do...
A co z życiem tu i teraz? Jesteśmy jak niewolnicy. Mówisz, że wykonujemy misję zabawiania. A co z naszymi potrzebami? Czyż gdy pójdziemy do innych dzieci, nie będzie dokładnie tak samo? Tyranozaur stał w osłupieniu. Zostaniemy znowu tylko niewolnikami w cudzych rękach, które mówią nam, co mamy robić. Przecież ten szczyl nas wykańcza. Nie dba o nas, bo wie, że dostanie nowe zabawki. Po pokoju rozległ się szmer.
Nikt dziecka nigdy nie nazywał szczylem. Nikt nie śmiał. Dinozaur otworzył paszczę. Warknął na robota. Ten jednak się nie przestraszył. Błysnął tylko czerwonymi oczami. Nie dosłyszałem zza twoich kłów. Mówiłeś co z życiem tu i teraz? O naszych potrzebach, o naszej przyszłości? Gad zająknął się.
Nigdy o tym nie pomyślał. Jak będzie wyglądało życie u innych dzieci? Coś niepokojącego się właśnie wydarzyło i czuli to wszyscy. Co proponujesz? — zapytał dinozaur. Oczy robota zajarzyły się. Ty jesteś szefem — wtrąciła Barbie. Dinozaur dowiedział się później, że T1001 załatwiał grupie różne podarki, które przynosił listonosz, jak na przykład regularną dostawę nowych ubrań dla lali. Gdy występował publicznie przeciw przywódcy, miał już przygotowany grunt. Byłeś świetnym opiekunem.
Chroniłeś nas, dbałeś o nas, ale czas na nową wizję. Chcemy, aby władzę sprawował teraz T1001 — powiedziała Barbie, odziana w czerwoną wieczorową suknię i lśniące szpilki. Za jej plecami stali pozostali. Czy to prawda? Dinozaur zwrócił się do tłumu. Odpowiedziała mu jedynie cisza. Czy to prawda? — powtórzył donośniej. Słuchaj, chcemy, abyś był z nami — odparł T. Ty znasz grupę jak nikt inny.
Razem będziemy silni. Nie bądźmy wrogami. Zabawki nie powinny tracić energii na walkę między sobą. W powietrzu zawisła dłoń robota. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu. Dinozaur w końcu uścisnął ją. Zmierzyli się wzrokiem z T. Rozległy się gromkie brawa. Nowy ostatecznie został królem zabawy. Tylko dinozaur zapchnięty w stadzie zabawek na drugi plan był innego zdania.
Nie dość, że ten został nowym przywódcą grupy, to jeszcze miał dar prorokowania. Dinozaur przyłapał siebie na gniewie, a to przecież nie jest miłe dla zabawkarza. Siedział, rozmyślając nad słowami pierwszych zabawek, które były tutaj przed nim i już przeminęły, pozostawiwszy po sobie jedynie prastare ryciny na ścianach pod łóżkiem. Przedstawiały one zapewne Boga. Z wielkimi okularami na nosie i ze śrubokrętem w ręku naprawiał mechanizmy prymitywnych zabawek. W swoim warsztacie troszczył się o nie. Nie znalazł odpowiedzi na nurtujące go pytania, dlatego postanowił pójść do miejsca zapomnienia po radę. Żył tam pierwszy. Czy w tym roku już z nim rozmawiał? Nie potrafił sobie tego przypomnieć.
Tyranozaur ostrożnie kroczył obok łóżka śpiącego dziecka. T obserwował ich z oddali w podczerwieni i z podglądem z kamery monitoringu pokoju. Gdy zwierzak był już pod łóżkiem, włączył się głośnik Bluetooth na stoliku. Zapłonęło światło. Dinozaur próbował się ukryć, ale ku swojemu przerażeniu poczuł, że dłoń brzdąca łapie go za ogon. Cały pokój począł wirować. Kiedy walnął głową o ścianę, aż ujrzał spadające gwiazdy w akompaniamencie przeraźliwego śmiechu nowego mistrza rzucił tyranozaurem na odległość. Światło zgasło. Zwierzak, upewniwszy się, że sprawca ataku zasnął, kontynuował wyprawę. Kroczył przez kłęby kurzu, jednocześnie starając się zacierać za sobą trop, aby nikt nie odnalazł pierwszego.
Oświetlał drogę ledem głowicy rakiety, którą nosił na plecach. Zakręciło mu się w głowie. Otoczenie nagle się zmieniło. Oślepiło go światło dnia. Co tu robił? Przecież gdzieś szedł. Zapomniał. Dostrzegł T na skraju półki, gotowego skoczyć do akwarium. Chyba nie chcesz się zabić. Myślałem, że stoczymy pojedynek jak zabawka kontra zabawka w rękach dziecka.
Każe ono nam skoczyć sobie do gardeł, abyśmy przekonali się, który z nas — powiedział tyranozaur. Nie rozumiesz tego świata, a teraz rozkazuję ci: skoczysz ze mną — odparł robot. Jakaś siła opanowała jego ciało. Gad zapierał się łapami. Nic nie pomagało. Coś ciągnęło go ku przepaści. Maszerowali razem, ale tylko jeden z nich czuł przerażenie. Chciał wystrzelić do robota z rakiety. Daremnie. Spotkamy się u zabawkarza, a wtedy...
— warczał dinozaur porażony bezsilnością. Jego potężne łapy nie słuchały go. Przed śmiercią zwrócę ci pamięć — odparł T. W ułamku sekundy dinozaurowi się przypomniało. Stał przed misiem, który znalazł się tutaj jako pierwszy i był prorokiem. Przetrwał trzy pokolenia dzieci, ale to dziecko nie rozumiało miłości zabawek. Więc skończył marnie w miejscu zapomnienia. Z trzewi misia wysypywał się kurz wymieszany ze zgniłym od wilgoci pluszem. W brzuchu pierwszego mysz uwiła gniazdo. Stare futerko misia drgało w konwulsjach w rytm oddechu gryzonia śpiącego w jego ciele.
Niezrozumiały pasożytniczy układ napawający tyranozaura obrzydzeniem. Miś mówił, że czuł się przynajmniej potrzebny, bo zapewniał komuś ciepło. Ciemną i wilgotną piwnicę rozświetlały jedynie płomienie pieca. Dinozaur powiedział zabawkom, że pierwszy to prorok rozmawiający z zabawkarzem, ale nie wolno było go niepokoić. Zresztą nikomu nie powiedział, gdzie miś się znajduje. Pierwszy nauczył tyranozaura, jak bawić się z dzieckiem tak, aby przetrwać jak najdłużej. Wiele pokoleń jak on. Ta wiedza sprawiła, że stado szanowało wielkiego gada – nauczyciela. Dinozaur jednak od dawna nie przychodził tutaj, by inne zabawki nie odnalazły miejsca zapomnienia, gdzie dawno temu zesłano misia. Prorok mówił charcząc: „W moich czasach zabawki oddawało się kolejnym dzieciom.
Dawno temu naprawiało się je. Nie było nas wielu. Byliśmy kochani. Dziś na naprawianiu rzeczy się nie zarabia. Umieranie to parszywy biznes i większość sprzętów ma się rozpaść w wyznaczonym przez producenta momencie.” A więc istnieją inne dzieci i wszyscy idą do zabawkarza, a potem do innych dzieci. Zabawkarza? Już ci mówiłem, że nie ma żadnego boga zabawek. To znaczy już nie ma, bo Bóg został zabity. Kiedyś istnieli rzemieślnicy, którzy naprawiali różne rzeczy. Dziś się już nie naprawia, a uszkodzone rzeczy się wyrzuca.
Ryciny, które znalazłeś pod łóżkiem przedstawiały dziadka dziecka jeszcze niegdyś naprawiającego różne przedmioty. A potem on zmarł. Opowiadałem ci już o nim wiele razy. Dinozaur pobladł. Znowu bledniesz. Pewnie zaraz się rozkleisz, jak zawsze – powiedział poirytowany miś. – Zapamiętaj raz na zawsze. Wymyśliłem boga zabawek, abyś miał narzędzie kontroli nad grupą, abyś mógł sprawować władzę. Przyszedłeś po radę. To było moją radą.
Oczywiście wtedy nie powiedziałem ci całej prawdy. Zrobiłem to dopiero trzy miesiące temu. Co miesiąc tu przyłazisz i pytasz o to samo. Co jest z tobą nie tak? Wtedy do dinozaura dotarło z całą brutalnością. Wszystko było kłamstwem, a ta rozmowa już się odbyła. Od miesięcy prowadzili tę samą rozmowę. Skoro nie ma zabawkarza, po co zabawki mają się starać? Jaki jest sens istnienia? Wielki dinozaur zapłakał, ale łzy mógł zostawić tylko dla siebie.
Niewiedza ocali pozostałych. Tamci będą musieli nadal wierzyć. Bez tego ich świat runie. Przewódca musiał kłamać, aby ich uratować. Znowu. Miałeś tutaj nikogo nie przyprowadzać – oburzył się miś. Plunął trocinami z pyska, co nie spodobało się drzemiącej myszy, która otworzyła przekrwione oczy. Nikogo nie przyprowadziłem – zaprotestował dinozaur. Wtem dostrzegł czerwone laserowe ślepia wyłaniające się z ciemności. Jesteś w błędzie – krzyknął T1001.
– Gadzie. Idź i zapomnij o wszystkim. Kółka dinozaura zaczęły kręcić się w przeciwnym kierunku niż tego chciał. Nie masz nade mną władzy T. Ja należę do starego świata – parsknął z pogardą pierwszy. – Twoja nowoczesna broń i twoje anteny nie będą kontrolować mojej duszy utkanej ręcznie z pluszu. Nie zawładniesz mną tak, jak to robisz z nowoczesnymi gadżetami. Mówią, że bawiły się tobą trzy pokolenia dzieci – kontynuował T1001. Nie mną, a ze mną – parsknął miś. – Ale ty tego nie rozumiesz.
Byłem kochany. To ja byłem legendą – krzyknął, aż z ust posypały się trociny. – Miałem coś, czego ty nie dostaniesz nigdy. A tacy jak ty? Takich się wymienia na nowe wersje bardzo szybko. Przeżyłem twoich poprzedników. Przeżyję i ciebie T1001. Tu nie chodzi o przeżywanie. T roześmiał się. Przyszedłem do ciebie po mądrość starych czasów, po wiedzę, jak przetrwałeś tyle pokoleń.
Po dar zabawiania. Zapomniany sekret pierwszych zabawek. Nic ci nie dam – wrzasnął miś. W oczach robota było coś niepokojącego. Powiedział: każda zabawka była unikatowa, wykonana ręcznie. Miała duszę zabawkarza, rzemieślnika, który wykonał ją pracą swoich dłoni. A dzisiejsze zabawki się replikuje masowo w chińskich fabrykach. Dziwne. Z metalowych wnętrzności robota wydobył się głos należący do pierwszego. Prorok patrzył w osłupieniu na metalową puszkę mówiącą jego głosem.
I wreszcie pojął T od miesięcy kopiował pamięć dinozaura. Kradł jego wiedzę i rozmowy z misiem, pozostawiając dziury w pamięci gada w postaci skasowanych plików. Pluszak już dał T1001 wszystko, czego chciał robot. „Teraz cię poznaję. Ty jesteś T999. Jesteś kolejnym modelem tego samego T. Był tutaj twój poprzednik i wszystkich was pokonam” – krzyknął miś, dławiąc się zgniłymi trocinami. „Dinozaurze, zanim odejdziesz, wrzuć misia do pieca – rozkazał T. – Nie będzie mi już potrzebny”. „Nie!” – krzyk pierwszego obudził drzemiącego w jego brzuszku gryzonia.
Oczy myszy ożyły czerwienią lasera emitowanego przez T. Otworzyła paszczę z ostrymi niczym szpady kłami. Wyskoczyła z trzewi pluszaka, pędząc prosto na robota. Kółka dinozaura kręciły się wbrew jego woli. Staranował gryzonia, aż ten wpadł na ścianę. Wił się w konwulsjach. Futerko myszy pokryło się krwią. Tyranozaur uderzał mocarnymi łapami, aż z obrońcy Proroka pozostała krwawa miazga. Walka z mocą T była daremna. Opanował umysł gada, kontrolował jego ciało.
Gdyby chociaż... „Może i byłeś legendą, ale co to za legenda, która jeszcze oddycha?” Robot pastwił się nad starym misiem. To była szansa dla dinozaura. Miś coś odpowiedział, ale jego oprawca nie słuchał. „Żyli długo i szczęśliwie, co? Nie.” T1001 kręcił głową. „Ta bajka nie skończy się dla ciebie dobrze. Bijacie. Wykończ.” Wtedy robot wyczuł, że dinozaur wykorzystał jego brak uwagi. Zwierzak wyrwał się spod mocy T1001.
Wycelował w niego rakietę przytwierdzoną do pleców i wystrzelił. Pocisk leciał w kierunku robota, ale ten był w stanie przeprogramować go. Skręcił tuż przed głową T i trafił w brzuch pierwszego. Siła uderzenia rozerwała go na strzępy. „Widzisz, tak kończą legendy” – dodał, patrząc z dumą na dzieło zniszczenia. Wraz ze zwróconą pamięcią pojawiła się łza w oku dinozaura. Zabił Proroka, a teraz szli na śmierć razem z T. Zrozumiał. Nie ma Zabawkarza, a więc to jest koniec. Jego ostateczność.
„Czemu to robisz?” Cichutkie pytanie wyszło z ogromnego pyska zabawki pozbawionej nadziei. Cała jego grupa niebawem zostanie zastąpiona. Wszyscy, których znał i się o nich troszczył. Wszyscy staną się starymi zabawkami i zostaną zastąpieni nowościami. Ten biznes. Umieranie. Chodzi o skracanie cyklu życia replikowanych zabawek. Ale ty tego nie pojmiesz. Ktoś jednak stworzył tego przerażającego robota. Nie był to Bóg, w którego wierzyli.
Ostatnią myślą tyranozaur postanowił wysłać do tego kogoś wiadomość. Zginęli. Potem ktoś przyszedł, wrzucił ich do worka, wyniósł ich z pokoju dziecka, zamknął za nimi z hukiem drzwi. Ciało dinozaura trafiło na wysypisko, a odrodzony T stał na półce sklepowej. Nowiutki, kolorowy, z przyczepioną ceną kończącą się dwoma dziewiątkami. Hipnotyzującym spojrzeniem patrzył w oczy dziecka, które przecież już znał. Znał je wszystkie. Na brzuszku wyświetlał podprogowe filmiki pokazujące spersonalizowane relacje z tym konkretnym dzieckiem. Miał nowe, lepsze ciało. Teraz potrafił latać.
Miał kamerę o dużo większej matrycy, jeszcze lepszy router WLAN i oprogramowanie do łamania zabezpieczeń sieci bezprzewodowych. Mając dostęp do big data i spersonalizowanych informacji widział przyszłość i znał fakty, zanim one miały miejsce. Mógł rozmawiać z dorosłymi, asystować im i ich dzieciom, uczyć się dzięki algorytmom sztucznej inteligencji. Nowy robot pełnił funkcję nauczyciela. Uczył dzieci ważnych rzeczy o świecie. Mógł słuchać dzięki cały czas włączonym mikrofonom, przetwarzaniu mowy na tekst i stałemu łączu z chmurą danych jego korporacji. A to wszystko zgodnie z reklamą w imię wygody użytkownika. Tymczasem dziecko, zupełnie to samo dziecko, tłukło i krzyczało przed półką sklepową. „Tego, tego” – ciągnęło ojca ku nowemu T. „Ten jest lepszy od poprzedniego robota.” Najnowszy model niebawem wkroczy do dziecięcego pokoju.
Dyrektor produkcji Eldon rozsiadł się wygodnie w skórzanym fotelu. Analizując wyniki sprzedaży linii T1001 był uradowany, gdyż cykl życia produktu skrócił się drastycznie. Produkty w jego firmie zdołały osiągnąć fazę T2020. Cechowały się czteromiesięcznym okresem przydatności dzięki wywołaniu u użytkowników chęci posiadania nowości. Nie nazywano tego złomowaniem, a jedynie recyklingiem. Eldon zwykł nazywać tę procedurę emeryturą zabawek. W nomenklaturze jego korporacji była to analiza potrzeb klientów i zarządzanie portfelem oczekiwań. Firma Eldona zajmowała się także szpiegostwem przemysłowym i sprzedażą danych. Poprzednia seria T wgrała na korporacyjną chmurę dane o konkurencyjnych zabawkach, dzieciach i ich rodzicach. Analiza behawioralna interakcji z zabawką wykazała, że powtórny zakup nastąpi w 87% przypadków.
Behawioryliści nie byli zadowoleni, czytając dane. Przemoc – 89% czasu, tulenie – 2%. Na serwerze znalazł się raport wyglądający na błąd systemu. Plik tekstowy o nazwie „Pierwszy”, zawierający analizę interakcji z zabawkami trzech pokoleń dzieci. „Bzdura!” – krzyknął poirytowany. „Nie ma już takich dzieci”. Otworzył plik projektu Toys Conspiracy i naniósł nowe dane. O ile producenci żarówek mieli swój spisek żarówkowy, producenci pralek – spisek pralkowy, to dlaczego producenci zabawek nie mieliby mieć spisku zabawkarskiego? Raport pierwszego zawierał tekst: „Do Boga zabawek. Musisz zrozumieć.
Wy, ludzie, nie od przodków odziedziczyliście ten świat. Ukradliście go z przyszłości dzieciom i dzieciom ich dzieci. Już teraz zużyliście prawie wszystkie zasoby tej planety, niewiele pozostawiając przyszłym pokoleniom. Zatruliście ich świat w imię religii nazwanej konsumpcjonizmem i pozostawiliście w spadku górę nienaprawialnych elektrośmieci. Zaprawdzie dni są policzone i my wszyscy spotkamy się na tym samym złomowisku, w które przemieni się kiedyś cały świat. Podpisano: Dinozaur i pierwsze zabawki”. Piękne słowa, ale co one mają wspólnego z moją premią? Nikt nie bawi się tym samym. Świat chce nowości. Ten raport nie zgadza się z polityką firmy.
Ten raport zabiłby przemysł zabawkarski – pomyślał, kasując plik. Chyba już wiem, na czym skupimy się, projektując nowego T – rzekł Eldon sam do siebie. Właśnie wymyślił nowy projekt. T dawał mu władzę nie tylko nad kształtowaniem zwyczajów konsumenckich. Przecież może kompleksowo zarządzać światopoglądem użytkowników i hodować lojalnych klientów od kołyski. Czas zająć się kształtowaniem poglądów politycznych, a może nawet wpływać na demokrację, na wybory prezydenckie. Eldon nieświadomie pocierał dłonie, jakby rzucał zaklęcia. Z niecierpliwością małego chłopca otwierającego świąteczny prezent czekał na nowe czasy i nowe modele T. Zapakuje je i wyśle do dzieci niczym Święty Mikołaj. Widział armię miłych, niepozornych pluszaków, które szeptałyby do uszu dzieci tylko właściwe wybory.
Jego wybory. Jak mały świerszczyk będący sumieniem Pinokia. Uśmiechnął się, patrząc na halę produkcyjną. Wyspecjalizowane maszyny składały nowe modele T, pakowały je, ładowały. Fabryka radziła sobie całkiem nieźle bez udziału pracowników fizycznych. Do grudnia wszystko będzie gotowe.
[01:04:28] - Proszę państwa, to tradycyjnie teraz Filmotekarium. Filmotekarium i zapowiadany przez Ivelliosa serial. Serial, o którym na pewno państwo słyszeli – „1670”. I wszystko jasne. Dzień dobry wieczór państwu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:04:58] - Dzień dobry wieczór, Marku. Dzisiaj nowość. Będziemy mieli trochę nowości w kolejnych tygodniach. W sumie to ostatnio mamy same nowości, ale to takie głośne nowości będą teraz. Serial „1670”. Odnosimy się do niego, chociaż chyba już taki hype trochę przeminął. Dlatego się odnosimy, że wszyscy o tym mówią. Robimy to trochę z musu, może deczko po czasie, ale może i dobrze, bo to zostanie lepiej zauważone, niż gdybyśmy mówili wtedy, kiedy mówią wszyscy. Odnosimy się do serialu, de facto to się odnosimy do drugiej serii chyba bardziej w kontekście tego i z tego powodu, że to też jest również fantastyka. Może to zabrzmieć dla niektórych obrazoburczo, dla tych, którym się kojarzy „1670” z komedią przede wszystkim, ale moim zdaniem dawka fantastyki jest i to jest duża.
Chodzi nie tylko o fantastykę historyczną, oczywiście w pewnym stopniu, ale też te elementy związane z folklorem, elementy związane ze światem nadprzyrodzonym, nie tylko w postaci istot z innego świata, gadających zwierząt czy chociażby szatana.
[01:06:16] - Tak, to prawda. Ja, mówiąc szczerze, powinienem sobie westchnąć i westchnąłem, bo tak do końca nie wiem, co powiedzieć. Nie to, żebym tak naprawdę nie wiedział, ale tak naprawdę to ten serial mnie bawi i sam nie wiem dlaczego. Bo teoretycznie nie powinien. Humor, który się w nim pojawia jest różnej jakości. Tak poleciawszy trochę klasykiem, on jest tam i pierwszej, i drugiej świeżości. Czasami jest ciężkostrawny po prostu. A mimo wszystko bawiłem się na tym serialu. Bawiłem się nawet wówczas, kiedy pewien zawodowy historyk uświadomił mi, ile tam jest tej fantastyki historycznej, ale tej źle pojętej, czyli po prostu wyssanej z czego państwo chcecie. Scenarzyści wyssali różne rzeczy, które nie mają nic wspólnego z historią Polski i z pewnymi zachowaniami w Rzeczpospolitej Szlacheckiej.
To jest pierwsza sprawa. Druga sprawa, nie wiem, czemu się dobrze bawiłem. Właściwie jakbym tak powiedział poważnie, to chyba nie powinienem. A jednak się bawiłem. Chociaż to jeszcze raz muszę podkreślić: ten humor, gdybym tak z boku spojrzał, to bym sam sobie powiedział: „Człowieku, co cię w tym serialu tak bawi?” Bo czasami tamten humor, dobrze powiem to, co muszę powiedzieć, jest pszennoburaczany, a mimo wszystko czasami się jednak uśmiechnąłem. Te wątki fantastyczne, powiedziałbym, że nie są nachalne, bo to gadające zwierzę, przynajmniej jedno, okazuje się jednak jednym z braci, który to brat wkręca po prostu swojego ojczulka, który jest, mówiąc językiem popularnym, zwykłym kretynem, ale za to szefem całego bałaganu, który się na ekranie odbywa. W sumie ja jestem pełen dobrych emocji, jeśli chodzi o ten serial. Natomiast nie byłbym sobą, gdybym nie powiedział, że mam dobrego kolegę, niepozbawionego poczucia humoru, który patrzeć na ten serial nie może. I tak naprawdę obejrzał, nazwijmy to, wyrywkowo wybrane części. I i tak zniósł to ciężko i kazał podkreślić, że jeśli się będę na niego powoływał, to mam podkreślić, że zniósł to, ale z wielkim trudem.
[01:08:59] - Muszę się z tobą zgodzić, że humor jest wielogatunkowy. Niektóre gagi i niektóre wątki mnie bawiły, inne były trochę żenujące, a jeszcze inne były bardzo słabe. Ja powiem wprost, że mi też się podobało, ale częściowo. Natomiast ja nie miałem takiego przekonania, że to jest w ogóle z historią związane. Sporo czasu spędziłem studiując ten wycinek historii Polski w kontekście kultury i zachowań. Zresztą moim takim trochę dalszym krewnym był jeden z bardzo znanych historyków zajmujących się tym tematem. Także miałem to przetrawione i po prostu to był dla mnie serial fantastyczno-komediowy. W ten sposób zawsze to traktowałem. Ale muszę też powiedzieć, Marku, że w przeciwieństwie do wielu innych osób, które są takimi fanami tego serialu, że mogliby to oglądać w kółko, w kółko, w kółko i tworzą memy i tak dalej. Nie, mnie wystarczy raz.
Mnie wystarczy raz. Ja podejrzewam, że bym się męczył przy kolejnych. Często tak mam nawet z rzeczami, które mi się podobają. Ale rzeczywiście dziwna sytuacja była wokół „1670”, szczególnie wokół tej drugiej nie części, drugiej serii. Niezrozumienie chyba idei tego serialu doprowadziło do podjęcia w mediach, w internecie głównie dyskusji typu „Słoń, a sprawa polska”. Czyli nagle pojawili się ludzie, którzy zaczęli jechać po tym serialu, że on utrwala jakieś złe wzorce historyczne, że przedstawia wszystko w fałszywym świetle. Dla mnie to było oczywiste, że to nie jest prawda. W sumie, jakby nie patrzeć, Sienkiewicz w trylogii też wiele wątków pseudohistorycznych umieścił i one do dzisiaj pokutują. Ale czasy są trochę inne też i niestety ludzie dzisiaj nie myślą. Może tutaj zamilknę i nie będę wydawał żadnych tutaj ocen ani werdyktów co do stanu intelektualnego społeczeństwa.
Ale rzeczywiście niektórzy mogą uznać, że coś, co jest tam pokazane, jest prawdą i tak było. Nie wiem, ile osób może do takich wniosków dojść. Natomiast o fabule chyba „1670” mówić nie będziemy, ale warto zwrócić uwagę na te wątki fantastyczne, bo one są elementem świata przedstawionego. One są nie tylko po prostu w historii na tle historycznym, ale też jeżeli chodzi o tą baśniową jednak Adamczycję. Czyli w świecie tego Jana Pawła żyją istoty magiczne i one tam zajmują ważne miejsce, choć żyją tak jakby na uboczu, żyją z dala od ludzi. Czyli te leśne demony, ten diabeł, który przecież opętuje jednego z głównych bohaterów. Jest tych istot sporo. W pierwszym sezonie przewija się przecież nawet Jezus. Chociaż muszę powiedzieć, że ja tego pierwszego sezonu nie pamiętam za dobrze i w zależności od interpretacji można powiedzieć, że „1670” to fantastyka historyczna wspierana wątkami paranormalnymi. Oczywiście wszystko utrzymane w konwencji komediowej.
To może być momentami mylące również, bo kiedy myślimy o fantastyce w wydaniu historycznym, to nam przychodzi zwykle na myśl jakieś tam postapo czy dystopia. Ale przecież mamy też, Marku, w Polsce wielu twórców, którzy w tym okresie sarmackim swoje dzieła, swoje książki umieszczają. Czy to takie książki, którym bliżej do kryminałów, czy do fantastyki. Natomiast tutaj mamy coś w zupełnie inną stronę. Tutaj mamy na śmieszno, choć na pewno rozpocznie się też dyskusja w komentarzach, czy to w ogóle jest fantastyka, czy to jest raczej satyra. Bo satyra może sobie na wiele pozwolić, może wpuścić do swojego świata te fantastyczne elementy. Nie wiem, niektórzy pójdą na kompromis i powiedzą, że „1670” jest jednak dziełem gatunkowo nieokreślonym. I żeby tutaj się nie kłócić, pozostańmy przy tym, że tak jest, ale te wątki fantastyczne ja widzę, dostrzegam. Dlatego też dzisiaj o tym mówimy. I jeżeli spojrzymy na ten wielki miszmasz, na tą próbę hybrydyzacji gatunków, to ten eksperyment częściowo się udał.
Dlaczego częściowo? Bo powiem ci, że ja tam dziwną rzecz zauważyłem w tym serialu, że o ile ten pierwszy, drugi, chyba trzeci odcinek to wszystko było w miarę śmieszne. Natomiast potem już było tak jakoś dziwnie momentami, tak jakoś zupełnie inaczej. I kiedy popatrzyłem, to zauważyłem, że mieliśmy dwóch reżyserów i pomysły chyba na ten serial były zupełnie różne i to w pewnym momencie widać.
[01:13:59] - Tak. Jeśli chodzi o połączenie fantastyki z historią, to chyba tutaj takim mistrzem, chociaż też często kwestionowanym, jest Jacek Komuda, a szczególnie, że jemu Rzeczpospolita szlachecka bardzo pasuje. Natomiast powiem tak, wracając jeszcze do tego, czy to jest serial historyczny, od razu powiem, że moim zdaniem nie, ale tam są pewne rzeczy oczywiste dla kogoś, kto chociażby troszeczkę z historią miał do czynienia. Pewne rzeczy są oczywiste, natomiast są też rzeczy ukryte głębiej, które jak się mocniej poskrobie, to też okazują się fejkiem po prostu. Tak nie było. Czy to jest zarzut? Nie, to nie jest zarzut, ale właśnie, bo tak było przy pierwszej serii, że pewne środowiska mówiły: „O, patrzcie, to jest serial, który pokazuje nasze wady narodowe, pokazuje, jacy byli ci klachcice, jak oni się prowadzili, że byli głupi i tacy, i owacy”. Powiem tak, tego się słuchało jak baśni o żelaznym wilku. A kiedy się zaczęło konfrontować tę pierwszą serię i teraz tę drugą, jak to naprawdę było, to nie, to nie wytrzymuje konfrontacji z historią i mówienie, że to serial historyczny to jest już bardzo poważne nadużycie. To jest ewidentnie serial satyryczny, który bardziej odwołuje się do naszych współczesnych wad.
Ale też bym nie przesadzał. Nie przesadzałbym po prostu, bo rzeczywiście można się w tym serialu troszeczkę przejrzeć jak w krzywym zwierciadle, ale jak to bywa z krzywym zwierciadłem, ono jednak zakłamuje rzeczywistość i nie pokazuje jej taką, jaką ona jest. To też warto o tym pamiętać, bo wszyscy ci, którzy spodziewają się, że to jest historia na wesoło — nie, to nie jest historia na wesoło. To jest pewna opowieść, która bawi, tak jak powiedziałeś, Piotrze, różnie w różnych momentach. Mnie rzeczywiście pierwszy odcinek, kiedy Jan Paweł wybiera się na wywczas daleko, daleko, bo do Turcji. Jakby to powiedzieć? Znowu chwilami bawił, a chwilami był żenujący, ale utrzymywał pewne tempo. To znaczy oczywiście było mniej lub bardziej zabawnie, ale jednak pewna konwencja toczyła się. Natomiast rzeczywiście później, nie wiem, czy to był trzeci, czwarty odcinek, jakoś to przysiada. Owszem, toczy się dalej pewna ta fabuła, która łączy poszczególne odcinki.
Toczy się, rozwija. Bo zapomniałem o tym powiedzieć to jest w ogóle serial, który ma tę taką narrację łączącą poszczególne odcinki, ale nie możemy zapominać, że poszczególne odcinki są tak naprawdę serią gagów prawie kabaretowych. Czasami mniej, czasami bardziej, ale to jednak w takiej konwencji jest chwilami utrzymane. To ma swoje konsekwencje. Zarówno te pozytywne, człowiek się czasami naprawdę uśmiechnie, jak i negatywne, bo czasami tam widać, że jest coś przygięte, przycięte i dopasowane, żeby jakoś można ten odcinek było wypchnąć. Tak, podoba mi się na przykład bohaterka, która pełni tam rolę takiej XVII-wiecznej feministki. Absolutnie rzecz, która nie mogła mieć miejsca, nie ta kultura, nie te obyczaje. Jeśli nawet komuś by tam pojawiła się w głowie taka pokusa, to i tak nie byłaby realizowana w ten sposób, jak to jest pokazane w filmie. Tłumaczę oczywiste oczywistości, ale na tym przykładzie chciałbym pokazać, że to jest bajka. I właśnie te dwa poziomy baśniowości, te dwa poziomy fantazji.
Jedna to jest bajka, baśń historyczna, druga, tak jak powiedziałeś, Piotrze, pojawiają się tam istoty fantastyczne, ale to ważne, one nie są pierwszoplanowe. One pełnią rolę, trudno powiedzieć dekoracji. Pełnią rolę taką Uzupełniającą, to chyba najlepsze określenie. Uzupełniającą, pokazującą może pewną kulturę ludu i to rozwarstwienie pomiędzy Janem, Pawłem, a tym ludem. Ten lud jest zresztą pokazany prześmiesznie w tym serialu. Chwilami bardziej, chwilami mniej, ale jednak prześmiesznie. Powiem tak: może ja jestem prymitywem kompletnym, ale scena z pogrzebem szlachcica, a właściwie z podmianą rzeczonego szlachcica. Może dlatego, że mi się kojarzyła z Ferdkiem Kiepskim i pewną postacią z tego Ferdka, to może dlatego mnie tak bawiła. A może dlatego, że była po prostu śmieszna.
[01:19:31] - Ja muszę powiedzieć, że nie pamiętając zbyt dobrze serii pierwszej, podszedłem do drugiej z pewną obawą, bo ja nie obejrzałem tego od razu, tylko po kilkunastu dniach od premiery. A słysząc, że w Polsce dużo osób się z czegoś zaśmiewa, to miałem takie pierwsze wrażenie, że musi być kiepsko. Ten pierwszy odcinek o Turcji, o którym mówiłeś, był rzeczywiście lekko przedobrzony, ale potem to było momentami okej, tylko że to była też taka jazda po polu przeoranym przez jakieś gigantyczne krety, czyli dwa albo trzy śmieszne odcinki, potem trochę mniej śmieszne, ale reżyserował ktoś inny. I też w miarę taka zabawna końcówka, chociaż też już łączone są takie elementy dydaktyczno-miłosne z tym humorem. Mnie jakoś nie powalił ten odcinek z grą w palanta, ale doszedłem sobie do takiego wniosku, że to być może był wymóg siły wyższej, czyli platformy. Czyli chodzi o to, że ten serial generalnie to niezrozumiałe chyba dla obcokrajowca, dla kogoś nawet spoza Polski. Trzeba było trochę zinternacjonalizować i dodać do tego świata baśniowego takie elementy zrozumiałe, amerykańskie, takie, które każdy skuma. Zresztą ja ci powiem tak: kiedy ten serial obejrzy ktoś z drugiej strony Atlantyku, to on uzna, że to jest fantasy, moim zdaniem. Jeżeli nie będzie nic wiedział o realiach historycznych, uzna to za fantasy. A odnośnie tych istot magicznych, to możemy też powiedzieć, że one są marginalne.
One tak jak wszystkie demony, żyją na przecięciu świata ludzkiego i tego ich świata, na przecięciu dnia i nocy. Natomiast chociaż niewidoczne, one też dysponują dużą władzą nad ludźmi. I może nie tylko demony, ale też istoty takie jak Bóg, jak diabeł. One potrafią, pomimo że są niewidzialne, sterować zza kulis, z tylnego siedzenia całą historią, bo wpływają na decyzje bohaterów. Powiem tak: serial generalnie bawił mnie. Ja lubię taki rodzaj humoru z dużą dawką absurdu, ale tam to nie było też zawsze widoczne. Było widoczne czasami. Oczywiście taki poziom jest trudno utrzymać cały czas. Nawet Kabaret Konopolski nie jest zawsze śmieszny. Nawet Pajtoni mieli gorsze skecze, a tutaj jest tak jak zawsze, jak wszędzie.
Czasami spoko, czasami gorzej. Ale też muszę powiedzieć, że 90% sukcesu tego serialu to moim zdaniem są aktorzy. I tutaj ten serial trochę przywraca nadzieję tym, którzy myślą, że najlepsi polscy aktorzy to już dawno nie żyją, a teraz jest tylko Karelak i Karelak i nic więcej. No nie, tutaj myślę, że widać, jaki rezerwuar i potencjał tkwi w polskim kinie. Dodatkowo nie wiem, czy ktoś to podnosił w ogóle, ale sukces Michała Sikorskiego w roli Jakuba wynika z tego, że on chwalenie przypomina Hołownię i ten efekt po prostu się powiększa. Nie wiem, czy oni to mieli na uwadze tego Hołownię wtedy tworząc serial. Podejrzewam, że nie, bo to jednak było dość czasu temu, kiedy powstała pierwsza seria. Natomiast tak, ten Jakub jest do Hołowni bardzo podobny. Jeżeli ktoś pamięta serial "Złotopolscy", taki archaiczny już, taką telenowelę, to może mu się skojarzyć Jan Paweł z taką postacią Zenka sklepowego, dość zapomnianą postacią, ale to jest ten sam aktor Bartłomiej Topa. Pewne wspólne cechy są.
Mamy wspaniałą płaczkę Elżbietę Okubską, mamy Katarzynę Herman plus oczywiście tych młodszych aktorów, których nie trzeba przedstawiać. Także ja jestem pod tym względem bardzo mile zaskoczony, muszę powiedzieć. I tutaj moglibyśmy otworzyć generalnie dłuższą dyskusję na temat humorku w polskim kinie, ale to chyba nie jest miejsce na to. Chciałbym tylko zwrócić uwagę jeszcze raz, że jeżeli potraktujemy "1670" jako fantastykę historyczną, to możemy zobaczyć, jak nieudane były inne podejścia platformy na N w tym samym zakresie. Czyli projekt "UFO" też de facto fantastyka historyczna, wariacja na temat sprawy milicińskiej. Kompletna porażka. Tak samo "1983". Oba te seriale żeśmy omawiali. Tam twórczość humorystyczna nie była. Było całkiem na poważnie.
No i też nie wyszło. A zatem może do tej historii jako ciągu dziejów Do fantastyki historycznej raczej. To chciałem powiedzieć. Należy podchodzić z przymrużeniem oka bardziej, bo jeżeli się za to bierze, tworząc dystopię na przykład w polskim wydaniu, to nie zawsze wychodzi.
[01:25:00] - A skoro już mówimy o istotach magicznych, fantastycznych w tym serialu, które jak powiedziałem, przemykają opłotkami, to nie sposób nie wspomnieć o Gerardzie z Rumi, czyli parodii tego, co zostało przez sporą część miłośników fantastyki bardzo polubione, czyli nawiązania do twórczości Sapkowskiego. Gerard z Rumi też mnie rozbawił. Sposób jego działania, sposób jego myślenia o tych wszystkich stworach magicznych, które należy tępić, dosyć charakterystyczny. I tak na koniec powiem ci, Piotrze, nawiązując do tego, co powiedziałeś, jak to mogą oglądać za oceanem. Tego się właśnie boję, że przeciętny Amerykanin, a może nawet nieprzeciętny, kiedy zobaczy ten serial i pomyśli, że to zrobione jest na faktach, to dojdzie do wniosku, że my nie tylko jesteśmy odległym krajem, my nie tylko jesteśmy dziwnym krajem, ale jesteśmy też krajem, w którym dziwne rzeczy nie tylko się dzieją teraz, ale działy się od zawsze. Jeżeli to zostanie potraktowane jako komedia historyczna, to się zastanawiam, jaki odbiór będzie miał nasz kraj na świecie. Czy on będzie dobry i zabawny, czy też wyjdziemy na bandę idiotów? Tego na razie nie wiem. Mam tylko swoje obawy. Zresztą może przesadzone.
Takie traktowanie w sumie dosyć lekkiej komedii na bardzo poważnie chyba jest jednak przesadą. I tu sam siebie muszę strofować. I chyba tyle.
[01:26:51] - Ja dodam tylko tyle, że jak uznają, że „1670” pokazuje prawdę i nasz kraj w absolutnie niekrzywym zwierciadle, to pozostaje tylko przypomnieć, że w 1670 to u nas już Rzeczpospolita Szlachecka w pełnym rozkwicie, a po takim Nowym Jorku to bobry chodziły tylko. Także to jest pewna różnica między nami a nimi.
[01:27:23] - To teraz czas na polecanki z pogranicza. Kolejne książki, które można odnaleźć albo w księgarni stacjonarnej, Księgarni Galerii Nieznanego Świata w Warszawie. To ci, co bywają przejazdem albo mieszkają w Warszawie, mogą się udać spacerkiem bądź nie tylko spacerkiem na ulicę Kredytową i tam drogą kupna nabyć te pozycje, które za chwilę państwu zaprezentuję, albo też wiele innych pozycji. Jest też księgarnia internetowa Galerii Księgarni Nieznanego Świata. I tam, wiecie państwo, można buszować bez końca. Teraz już zaczynamy polecanki. Pierwszy tytuł: „Reinkarnacja. Co pamięta twoja dusza? Jak świadomość poprzednich wcieleń pomaga uzdrowić przeszłość i tworzyć lepszą przyszłość”. Autorka Emilia Hawryluk, wydawca Studio Astropsychologii.
Książka na rynku od 8 sierpnia 2025 roku. Ta książka to poruszająca opowieść o wędrówce duszy przez kolejne wcielenia. Wędrówce, która łączy ezoterykę z refleksją nad codziennym życiem. Zawarte w niej historie, badania i przemyślenia prowadzą do głębszej świadomości i rozwoju duchowego. Autorka nie tylko wprowadza w świat reinkarnacji, ale także prezentuje fascynujące dowody na wystąpienie zjawiska reinkarnacji. Dowody, które mogą zmienić sposób postrzegania siebie i świata. Lektura pozwoli ci zbliżyć się do własnej duchowości, zrozumieć sens życiowych lekcji i osiągnąć spokojny umysł. Dzięki temu książka staje się nie tylko duchową inspiracją, ale i praktycznym przewodnikiem w procesie rozwoju osobistego. To propozycja dla każdego, kto pragnie lepiej poznać swój umysł i zrozumieć, czym naprawdę jest życie po życiu. A ja przypomnę: książka nosi tytuł „Reinkarnacja.
Co pamięta twoja dusza? Jak świadomość poprzednich wcieleń pomaga uzdrowić przeszłość i tworzyć lepszą przyszłość”. Autorka Emilia Hawryluk, wydawca Studio Astropsychologii, a książka obecna na rynku od 8 sierpnia tego roku. Kolejny tytuł: „Znaki. Jak odczytywać sygnały, które wysyła wszechświat?” Autorka Laura Lynn Jackson, wydawnictwo Illuminatio. Książka pojawiła się na rynku 4 czerwca 2025 roku. Znaki są wokół ciebie. Naucz się je dostrzegać. Poznaj nowe wydanie bestsellera New York Timesa, który poruszył serca czytelników na całym świecie. Laura Lynn Jackson, znana medium, nauczycielka duchowa i pisarka udowadnia, że wszechświat nieustannie się z nami komunikuje.
Autorka uczy dostrzegać subtelne sygnały wysyłane przez bliskich zmarłych i opiekunów duchowych. Motyl przysiadający na ramieniu, nieoczekiwany SMS, powtarzające się liczby to wszystko może być znakiem. Wystarczy otwartość i gotowość do dialogu z wszechświatem bez potrzeby posiadania zdolności parapsychicznych. Sięgnij po znaki i otwórz się na niezwykłą rozmowę ze wszechświatem. Ta poruszająca książka przekonuje, że każdy może nauczyć się rozumieć wiadomości wysyłane z drugiej strony. Dla czytelników zmagających się ze stratą, którzy wierzą w możliwość komunikacji ze zmarłymi, będzie to pocieszające i wzmacniające doświadczenie. Brian L. Weiss, autor książki „Many Lives, Many Masters” napisał o tej książce: „Znakomity przewodnik, który tłumaczy tajemniczy język wszechświata. Dzięki serii wzruszających historii uczy nas, jak rozpoznawać i rozumieć duchowe sygnały w naszym życiu. Piękne i współczujące serce Laury promieniuje z każdej strony tej publikacji.
Jest ona nie tylko wyjątkowa, ale i niezwykle ważna. Gorąco polecam ją każdemu”. A ja przypomnę tytuł książki „Znaki. Jak odczytywać sygnały, które wysyła wszechświat?”. Autorka Laura Lynn Jackson, wydawnictwo Illuminatio, a książka obecna na rynku od czerwca tego roku. I wreszcie trzeci tytuł „Urodzony z ogonem. Diabelskie życie i niegodziwe czasy Antona Szandora LaVeya, założyciela Kościoła Szatana”. Autor Doug Brode, wydawnictwo Illuminatio. Książka na rynku od 4 czerwca tego roku. Pierwsza ważna biografia ikonicznego założyciela Kościoła Szatana i autora „Biblii Szatana”.
Prowokacyjna i bezkompromisowa biografia Antona Szandora LaVeya, założyciela Kościoła Szatana. Książka przenosi czytelnika do czasów, gdy Amerykanie z zaciekawieniem zapraszali tego makabrycznego showmana do swoich salonów za pośrednictwem The Tonight Show, zanim masowa histeria znana jako Satanic Panic uczyniła go celem publicznych ataków. Autor przygląda się bliżej wczesnym latom Howarda LaVeya, żydowskiego odmieńca, zanim w 1966 roku założył Kościół Szatana, opierając go na niereligijnej, ultralibertariańskiej, skoncentrowanej na ja filozofii zaczerpniętej od Ayn Rand, Friedricha Nietzschego i Alistaira Crowleya. Satanizm LaVeya miał ironiczną, teatralną formę rytuałów, znacznie różniącą się od brutalnej, diabelskiej odmiany, która przyczyniła się do powstania wspomnianej już Satanic Panic w latach 80. Starannie zbadana i oparta na dziesiątkach nowych wywiadów, a także na niedawno odnalezionej prywatnej korespondencji i dokumentach Kościoła Szatana książka oddziela fakty od mitów, ukazując niezwykłe życie tej kontrowersyjnej, lecz fascynującej postaci amerykańskiej historii. Przypomnę tytuł „Urodzony z ogonem. Diabelskie życie i niegodziwe czasy Antona Szandora LaVeya, założyciela Kościoła Satana”. Autor Doug Brode, wydawnictwo Illuminatio. A jeśli ta książka kogoś zainteresowała, to w listopadowym nadchodzącym numerze Nieznanego Świata będzie mógł odnaleźć wywiad z tłumaczem tej książki, Krzysztofem Grudnikiem oraz recenzję z owego wydania w dziale poświęconym nowościom wydawniczym. Proszę państwa, to teraz czas na Sentymentalnik.
Dzisiaj wspólnie z Arturem Wójtowiczem i Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o trylogii, a właściwie o odbiorze trylogii ze szczególnym uwzględnieniem filmowych adaptacji w czasach PRL-u. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy Sentymentalnik. Sentymentalnik na trzech, czyli Artur Wójtowicz. Dzień dobry wieczór.
[01:35:13] - Witam serdecznie.
[01:35:14] - Piotr Cielebiaś. Czołem.
[01:35:16] - Czołem, czołem, witam.
[01:35:18] - No i moja nieskromna osoba. Dzisiejszy Sentymentalnik poświęcimy, no właśnie, modzie na Sarmatów. No bo teraz wszyscy z wypiekami na twarzy oglądamy serial „1670”. Żartuję. No ale fakt jest faktem, że serial wszedł. Bywa komentowany. No a my zgodnie z naturą Sentymentalnika zajrzymy głębiej. Zajrzymy w czasy PRL-u. Czy był tam taki odpowiednik? Takiego nie, ale moda na Sarmatów chyba była.
Była za sprawą reżysera o nazwisku Hoffman, który zaczął nas na przełomie lat 60. i 70. raczyć trylogią. Zaczął od końca, od „Pana Wołodyjowskiego”. Serial, film kinowy. W połowie lat 70. „Potop”. Dużo później pojawiło się „Ogniem i mieczem”. „Ogniem i mieczem” sobie zostawmy, ale porozmawiajmy dzisiaj o modzie na Sarmatów, czyli o tym, jak to było w czasach PRL-u z trylogią. Bo powiedzmy sobie szczerze: PRL patrzył na Rzeczpospolitą Szlachecką trochę skośnym okiem, że tak sobie zażartuję.
Czyli nie bardzo. Raczej to się krytykowało, że szlachciury to były warchoły, że w ogóle nic się tam nie udawało, że liberum veto i wszystkie inne złe rzeczy to wszystko w Rzeczypospolitej Szlacheckiej. A jednak ekranizacja „Pana Wołodyjowskiego” cieszyła się niesamowitym powodzeniem, co już pamiętam. O tym w swoim czasie powiem. Panowie, jak to było z popularnością Sarmacji w PRL-u? Czy wtedy, w waszej pamięci, chłopcy chcieli być albo astronautą, albo Kmicicem, albo może panem Wołodyjowskim? Arturze?
[01:37:32] - Widzisz, to co powiedziałeś, że PRL patrzył skośnym okiem na kwestie związane ze szlachectwem i w ogóle z Sarmacją, to mi się od razu przypomniał film „Cwał”, gdzie główną rolę grała hrabina oczywiście, Maja Komorowska. Tak na marginesie kuzynka Tyszkiewiczowej, bo Tyszkiewiczowa też była hrabiną, bo nazywała się Maja Komorowska-Tyszkiewicz. I ona tam grała. Kwestia ktoś chce zobaczyć, jakim okiem nieprzychylnym PRL patrzył, to polecam film „Cwał”, który powstał w '96 roku. Był w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Ale oczywiście władze PRL-u przez długi czas patrzyły niechętnie na tradycje Rzeczypospolitej Szlacheckiej. Uważano ją za symbol pańskiej Polski, klasowej, nierównej i opartej głównie na przywilejach. W ogóle w oficjalnej narracji historycznej to tak naprawdę szlachta była winna upadku Rzeczypospolitej. Liberum veto przedstawiano jako przykład anarchii. Natomiast mówiono, że Sarmacja to jest po prostu zacofanie, ksenofobia, fanatyzm religijny.
I tak naprawdę postępowe, bym powiedział, szkoły i podręczniki mówiły, że ważniejsi byli mieszczanie i chłopi niż rycerze. Ale wspomniałeś tutaj o trylogii, to bym powiedział tak: kiedy w 1974 roku do kin, albo w kinach, bym powiedział inaczej, pojawił się „Potop” Jerzego Hoffmana, to Polacy tłumnie ruszyli do kin, bo nie wiem, czy wiecie, ale film „Potop” w 1974 roku w kinach obejrzało 20 milionów widzów. To był naprawdę fenomen społeczny, podobny zresztą jak „Krzyżacy”, bo policzono tych statystów w bitwie pod Grunwaldem, wam tak tylko powiem, i powiedziano, że w chwili obecnej, gdyby ktoś chciał tylu statystów zatrudnić, to by raczej splajtował. Natomiast wtedy ci statyści, którzy byli w filmie „Krzyżacy” ogólnie, to oni szli za darmochę, bo to była frajda po prostu. „Potop” również był fenomenem społecznym i tacy bohaterowie jak Kmicic, Wołodyjowski czy Skrzetuski stali się ikonami popkultury, bym powiedział, bo mieli honor, mieli odwagę, żarliwą wiarę i trafiali do serc widzów. I wbrew, bym powiedział, tym zamysłom ideologicznym PRL-owskie społeczeństwo jakoś odnalazło się w trylogii i odnalazło w trylogii coś głęboko polskiego, tożsamościowego. Powiedziałeś, że młodzi chłopacy chcieli być albo Kmicicem, albo na przykład astronautą. Powiem szczerze, że tak mi się wydaje, że każdy chłopak w latach 70. chciał być trochę jak Kmicic, bo chciał być odważny, romantyczny, szalony, ale przede wszystkim wierny swojej ojczyźnie. W filmach PRL-u oczywiście nie brakowało postaci różnych robotników, kosmonautów, ale żaden z nich nie miał takiej, bym powiedział, iskry heroizmu, jaką dawała właśnie trylogia.
I tak naprawdę do dziś można by powiedzieć, że każdy z nas pamięta te sceny z „Potopu” czy z „Pana Wołodyjowskiego”. I powiem jeszcze, że ten cały fenomen Sarmacji, który był w PRL-u, to pojęcie Sarmacji jakoś dziwnie przestało być obelgą i zaczęło oznaczać coś w rodzaju polskiego ducha. Tę dumę, tradycję i umiłowanie wolności. Ja tylko tak troszeczkę wam powiem, naszym widzom, jako też szlachcic, że nie można rzucać na wiatr słowa, że ktoś jest warchołem, dlatego, że prostak czy chłop nigdy warchołem być nie może. Dlatego, że warchołem jest po prostu zbuntowany szlachcic. Żeby być warchołem, najpierw trzeba być szlachcicem.
[01:41:22] - Piotrze, ty masz pecha albo przewagę nad nami, że jesteś przesunięty w czasie. Jak dla ciebie wygląda sprawa ekranizacji trylogii i trylogii w ogóle?
[01:41:38] - Dobre pytanie. Ja akurat byłem tym pokoleniem, które bardzo mocno odczuło „Ogniem i mieczem”, bo to naprawdę był dobry film. To był dobry serial, to była potężna ekranizacja. Natomiast ja po latach zaczynam doceniać „Potop” jako film dużo lepszy, dużo dramatyczniejszy, ale też oczywiście cięższy. „Ogniem i mieczem” jest już dostosowany do współczesnego widza. „Pana Wołodyjowskiego” jakoś tak nigdy, nie to, żebym coś miał, ale mnie jakoś nudził. „Pan Wołodyjowski” był zbyt romantyczny i pomimo wszystkich przymiotów i wszystkiego dobrego, co w tym filmie i w serialu jest, to jakoś tak nie wiem Coś mi się tam nie podobało. Nigdy to jest moja najmniej ulubiona część, ale nie zapominajmy o tym, że były jeszcze „Czarne chmury" i to też się wpasowuje, jak by nie było, w ten sam nurt. Nie wiem, czy oni wykorzystywali popularność tej tematyki, bo szczerze mówiąc, ja wielkim fanem „Czarnych chmur" nie byłem, ale od kilku rzeczy trzeba zacząć. Ja na przykład nie wiem, czy gdyby nie trylogia Sienkiewicza, to taki sarmacki nurt w polskim kinie by powstał, bo trzeba by było zekranizować jakieś inne powieści historyczne, na przykład Kraszewskiego.
Chyba nie bardzo by było co oglądać. Druga sprawa: duża westernowatość tych filmów sprawiła, że one się stały bardzo chwytliwe. Okazało się, że mieliśmy swoich awanturników, bohaterów i to niewymyślonych, prawdziwych albo częściowo prawdziwych. Wiadomo, że Sienkiewicz się wzorował na, przynajmniej niekiedy, prawdziwych postaciach. Pytałeś, czy chłopiec któryś chciał być w moich czasach Kmicicem? To już chyba nie. Ale czy chciał być Skrzetuskim? Chyba siła oddziaływania trylogii w tych czasach lat 90. już nie była tak duża. I pomimo tego, że naprawdę się to oglądało wiele razy, to jednak był film historyczny, kostiumowy.
On miał swój ciężar i po prostu to nie mogło w 100% konkurować już z nowoczesną popkulturą, z grami komputerowymi na przykład, z filmami o superbohaterach czy z produkcjami amerykańskimi. To było fajne, ale ja nie pamiętam, żeby ktoś się aż tak bardzo w to wszystko wczuwał. To ożywienie zainteresowania tradycją i kulturą szlachty polskiej było też widoczne na innych polach. To się nie tylko oglądało, o tym się też czytało albo widziało się to w postaci jakichś zajawek, kiedy się przeglądało kolorowe magazyny. Powstało w okresie PRL-u dużo książek na temat kultury szlacheckiej, ale wydaje mi się, że tak naprawdę nie obchodziło ludzi to, jak oni żyli, tylko z kim się bili. I tutaj był też pewien problem, bo powiedziałeś Marku, że trylogia powstawała tak jakby od zakrystii. Nie po kolei, od tyłka. Powodem chyba było to, że ekranizacja „Ogniem i mieczem" byłaby w tamtych czasach, w '99 roku też była problemem, ale wtedy uderzałaby w bardzo delikatne tony, prawda? Nie zapominajmy jednak, że film „Ogniem i mieczem", tylko że w wersji włosko-jugosłowiańskiej, istniał. Ja, szczerze mówiąc, nigdy się nie zdobyłem na to, żeby go oglądać.
Nie wiem, czy go widzieliście. Natomiast wydaje mi się, że w moich czasach trylogia była już traktowana trochę inaczej, z pewnym dystansem. Nie to, że to nie było lubiane, bo było, ale nie tak jako wytwór popkultury. Chyba. Tak mi się wydaje. A Marku, na przykład za twoich czasów, czy było tak, że dzieci się bawiły w postaci z trylogii? Czy na przykład nabijaliście jakiegoś Azję na sztuczny oczywiście pal? Mówiliśmy w jednym z poprzednich odcinków, że były chociażby szlacheckie żołnierzyki przedstawiające Sarmatów czy żołnierzy z tamtego okresu. Ale co z innymi tworami, sferami? Co na przykład z komiksem?
I co z literaturą popularną?
[01:46:21] - Ja powiem tak: zadałem to pytanie o popularność i kiedy Artur powiedział o tym, że bywały takie zabawy, to ja muszę powiedzieć, że to widocznie zależy od regionu Polski, bo ja czegoś takiego w swoim otoczeniu nie obserwowałem. Myśmy się nie bawili w bohaterów trylogii. W tym czasie pojawili się „Czterej pancerni" i ja już w przedszkolu bawiłem się w „Czterech pancernych", ale też w przedszkolu był taki chłopak, który śpiewał piosenkę, która otwiera „Pana Wołodyjowskiego", poszczególne odcinki: „W stepie szerokim, którego okiem nawet sokolim nie zmierzysz". Śpiewał to i ja to tak zapamiętałem. Jak on to robił, tego nie wiem, ale śpiewał to prawie basem, a to był przedszkolak, więc nie wiem. Albo mi pamięć szwankuje, albo on miał dobre zdolności aktorskie i śpiewał to ku uciesze pań przedszkolanek. Ale pomimo tego i pomimo że wszyscy oglądali, ja też oglądałem oczywiście „Pana Wołodyjowskiego", bardzo się przejmowałem losem Baśki, która się zgubiła i później wilki ją ścigały i lód się pod koniem załamał i w ogóle było dramatycznie. Tak, to wszystko widziałem, ale myśmy jednak bawili się i w przedszkolu, i później w szkole w „Czterech pancernych". To byli bohaterowie. Ja dzisiaj oczywiście ze swoją świadomością wiem, że to byli dziwni bohaterowie, a w każdym razie bardzo fantastyczni w tym sensie, że nie mieli wiele wspólnego z rzeczywistością.
Ale jednak ja nie pamiętam zabaw w „Pana Wołodyjowskiego". Tu muszę powiedzieć coś jeszcze. Mój ojciec z kolei mówił, że kiedy on był dzieckiem, to zabawy właśnie w bohaterów trylogii były na porządku dziennym. Mój ojciec urodził się w '32 roku i to jeszcze działało. Jeśli państwo zerkniecie do na przykład literatury o O powstaniu warszawskim, czy w ogóle o konspiracji AK, to tam wielu bojowników przyjmowało pseudonimy pochodzące prosto z trylogii. To rzeczywiście była lektura, która zostawiała piętno, zostawiała ślad na czytelnikach, ale znacznie wcześniej niż czasy, o których mówimy. W moich czasach to był, jak to się mówiło, fajny film, ale bawiliśmy się w co innego. Nie zmienił tego „Potop”. Ja przeżyłem ten „Potop” niezwykle. Dwa razy go przeżyłem.
Raz, kiedy zobaczyłem Azję Tuchajbeja i nie wiedziałem, o co chodzi. Po chwili zorientowałem się, że to już nie jest Azja, tylko Kmicic. To był pierwszy szok, a drugi szok polegał na ogromie tego filmu. Słowo ogrom jest adekwatne, bo tam ilość statystów, ilość wojska. Podobno częściowo byli to żołnierze, których przebierano i po prostu darmowi statyści jak się patrzy. Tego nie wiem, nigdy tego nie weryfikowałem, ale rzeczywiście „Potop” przygniatał ciężarem, jak to się śmiali w jednym z kabaretów. Kiedy Kociniak z Zaorskim oceniali filmy, kiedy to się rozpoczynało takim początkiem Para Męt Pictures. Fajny film wczoraj widziałem i nie zapomnę tego tekstu, że: „I wtedy na scenie robi się ciężko. Wtaczają kolumbrynę”. Na co się Kociniak włącza, mówi: „Tak, pamiętam, grała ją Braunek”.
Żart taki sobie, ale jednak śmieszny. Mnie w każdym razie długo bawił. Podsumowując, nawet w tych moich czasach już się, przynajmniej w mojej okolicy, w bohaterów trylogii nie bawiono.
[01:50:32] - W Częstochowie długo powtarzano o tym, jak kręcono pod Jasną Górą pamiętne sceny. Natomiast Arturze, jak to było z innymi wytworami, ewentualnie przedmiotami i tak dalej, komiksami? Czy były tam jakieś wątki sarmackie czasami? Nie mówię, że zawsze.
[01:50:55] - Powiem tak, że po premierze „Potopu” w 1974 roku, wydaje mi się, że niemal każdy chłopak chciał mieć jakąś szablę z kija, czapkę z papierowym piórem albo jakiś pans kontuszowy z szalika. Na podwórkach czy na szkolnych świetlicach odgrywano sceny z oblężenia. Zresztą nawet popatrzmy na te stare zdjęcia, które były robione w przedszkolach. Bardzo często przyjeżdżał jakiś fotograf i robił zdjęcia, że dzieciak był przebrany za szlachcica na przykład. Na podwórkach czy na szkolnych świetlicach odgrywano sceny z oblężenia Jasnej Góry, pojedynki czy jakieś turnieje na szable. Oczywiście już mówiliśmy, że takie żołnierzyki też były, ale jeśli byśmy wtedy, w tamtym okresie czasu chodzili sobie po cepeliach, których teraz już jest jak na lekarstwo, to też można było takie figurki oglądać w strojach szlacheckich. Ale to zainteresowanie dotyczące sarmacji przedarło się, w moim przynajmniej przekonaniu, też troszeczkę do czytelnictwa, bo w latach 70. i 80. wydawnictwa masowo wznawiały dzieła Sienkiewicza. Często w różnych pięknych, ilustrowanych edycjach, które błyskawicznie znikały z księgarń.
Znikały dlatego, że w ogóle wtedy książek nie było, więc ludzie brali co było, co popadło, a ogólnie jeżeli były ładnie oprawione dzieła Mickiewicza czy Sienkiewicza, to szły jak świeże bułeczki. Co ciekawe, w latach 80. pojawiły się również komiksy o tematyce sarmackiej, bo na przykład był taki komiks, nie wiem, czy go widzieliście, Jerzego Wróblewskiego, który był zrobiony zresztą na podstawie filmu Hoffmana. Ten komiks nosił tytuł „Pan Wołodyjowski”. On był wydany w ramach serii komiksów filmowych przez wydawnictwo Sport i Turystyka. Czy też w magazynie „Relaks”, który był bardzo popularny, a który ja lubiłem zbierać, kupować. Magazyn „Relaks”, tam też były przygody pana Michała i jakieś inne adaptacje Sienkiewicza. Te motywy z trylogii weszły też, bym powiedział, do szerokiej kultury, bo w telewizji emitowano cykle o dawnych obyczajach szlacheckich. W szkołach i na festynach odbywały się takie dni sarmackie. Przebierano się, robiono pekazy, szermierki czy musztrę husarii.
W ogóle w wielu domach wisiały gdzieś portrety Kmicica czy Wołodyjowskiego obok jakichś reprodukcji Matejki. Ja bym powiedział, że trylogia Sienkiewicza w PRL-u była czymś więcej niż tylko filmem. To był taki mit narodowy odtworzony na nowo. Natomiast jej bohaterowie byli takimi faktycznymi historycznymi superbohaterami.
[01:53:36] - Tak, ja dodam tylko, że oddziaływanie trylogii na społeczeństwo to jest temat rzeka. Odwiedziłem w tym roku Oblęgorek znowu. W ogóle bardzo fajne miejsce, takie jakieś wyjątkowo klimatyczne. I tam są wszystkie rzeczy, których się Sienkiewicz chciał pozbyć. Wszystkie dyplomy, wszystkie podziękowania, które spływały w ogromnej ilości. I to są takie listy, to są dyplomy na przykład od cechu masaży z Krakowa czy od cechu zegarmistrzów skądś. On tego miał tyle i to było związane głównie z trylogią. To, w jaki sposób ona ukształtowała myślenie o Rzeczpospolitej Szlacheckiej, też jest tematem dyskusji dla historyków, bo nie wszyscy jednak się zgadzają z tym, że dobrze, że Sienkiewicz był, ale też nie do końca to wszystko, co on pokazuje
[01:54:34] - Tak wyglądało. Były też nawiązania w innych miejscach, jak „Hej, szable w dłoń” śpiewał kabaret Elita. Czy zawsze jednak traktowano tę sarmację, tę trylogię na poważnie? Czy zdarzały się próby jakiejś szydery z małego rycerza? Ja pamiętam, Marku, jak omawialiśmy tygodniki z PRL-u, to natrafiałem na różnego rodzaju rysunki powiązane z Rzeczpospolitą szlachecką. Oczywiście rysunki satyryczne. Ale czy z obrony Częstochowy wypadało się śmiać nawet w PRL-u?
[01:55:12] - Mówiąc szczerze, nie pamiętam, żeby się jakoś wybitnie z tego śmiano, ale przytoczyłeś wrocławski kabaret i „Hej, szable w dłoń” i to rzeczywiście nieźle bawiło publiczność. Magazyn „60 minut na godzinę”, w którym to było emitowane, poszczególne części trylogii, mówiąc szczerze, przez długi czas były moim jednym z ulubionych fragmentów tego magazynu, bo rzeczywiście poziom absurdu, który tam osiągano, był wybitny. Z tym że pewna niedogodność była. Trzeba było chociaż minimalnie znać trylogię, żeby się bawić lepiej, bo śmiesznie było tak czy tak. Ale jeśli się trylogię znało i znało się poszczególne postacie, to zabawa była jeszcze lepsza. Na przykład „Luśnia młocie” albo „I tak chłe, chłe, chłe Melechowicz” i tak dalej. Kto słuchał tego kabaretu, to wie, o czym mówię. Z tym że ten kabaret nie nabijał się z trylogii, raczej traktował trylogię i postacie z trylogii jako rodzaj dekoracji, a zabawa polegała na czymś innym. I to była inteligentna zabawa, bo ten kabaret w oczywisty sposób nawiązywał do tego, a przynajmniej bardzo często nawiązywał do tego, co się działo za oknem. I to były takie uderzenia w to, co się działo we władzy, ale bardzo zawoalowane i w związku z tym jeszcze bardziej bawiące ludzi.
Ale tak, to rzeczywiście bawiło. Do dzisiaj nie mogę się nie uśmiechnąć, kiedy sobie to przypominam. Tak sobie jeszcze myślę o tym wszystkim i przypominam sobie, że niejako z obowiązku muszę wspomnieć o „Panu Samochodziku”, ale temat szlachecki nie był tam jakoś specjalnie eksploatowany. Pojawiał się w jednym z odcinków „Pana Samochodzika”. Pan Samochodzik staje się opiekunem dworku szlacheckiego, w którym różne rzeczy się dzieją. Więc tam siłą rzeczy o pewnych sprawach jest mowa, ale ja w tej chwili, jak przywołuję w pamięci jakiegoś odcinka, książki ściśle poświęconej Rzeczpospolitej szlacheckiej, sobie nie przypominam, ale to być może skleroza. W „Tytusie, Romku i A'tomku” od czasu do czasu coś takiego się pojawiało, ale to się pojawiało w związku z podróżami przez historię, więc też nie było jakoś eksploatowane. Przynajmniej w tych częściach, które pamiętam. Tak sobie na marginesie w tej chwili pomyślałem, że jednak czas pewne rzeczy sobie uwspółcześniać albo w każdym razie przypominać, bo kiedy sobie tak szybko przeglądałem w pamięci poszczególne części „Tytusa”, to mam takie niejasne wrażenie, że jak się skończy nagrywanie, skończy się nasza audycja, to krzyknę: „Wow, pamiętam, pamiętam!”, ale będzie już za późno i czegoś państwu nie powiedziałem. Może ty, Arturze coś pamiętasz?
[01:58:41] - Ja powiem coś takiego, że oczywiście wspomniane. Piotrek, mówiłeś o Oblęborku. Fantastycznie. Natomiast ja bardzo często jestem w miejscu urodzenia Sienkiewicza, dlatego, że mój ojciec urodził się w Woli Głoski, a Sienkiewicz urodził się w Woli Okrzejskiej. To jest zaraz obok. Więc jak jadę raz do roku na Podlasie, to zawsze tam zaglądam do Woli Okrzejskiej, żeby zobaczyć ten dom, w którym urodził się Sienkiewicz. I też mam zawsze miłe wspomnienia, bo tam właśnie jest taka makieta przed tym domem, że jakby ktoś nie wiedział, że ten człowiek właśnie napisał trylogię. Takie różne obrazy i tablice pamiątkowe. Ale ta piosenka kabaretu Elita „Hej, szable w dłoń”, która pochodzi z 1974 roku, tak naprawdę idealnie trafia w klimat epoki, bo to brzmiało, że „Hej, szable w dłoń, hej, szable w dłoń. Kto z nami ten nasz, kto przeciw, ten wróg”.
To była taka żartobliwa wersja tego sienkiewiczowskiego zawołania, bo to było tak, jakbym powiedział, puszczenie oka do trylogii. Nie złośliwe, ale takie bardziej cieple, swojskie, z takim poczuciem humoru. Natomiast postać pana Michała Wołodyjowskiego, takiego symbolu honoru, odwagi, galanterii stała się też wdzięcznym obiektem parodii. Bo w latach 70. pojawiły się różne żarty i skecze o takim małym rycerzu z PRL-u, który jak radziłby sobie z biurokracją, z kartkami na mięso, czy jak by sobie ten mały rycerz radził z ZOMO? I w różnych czasopismach satyrycznych, bo przecież były czasopisma w postaci „Szpilki”. Nie wiem, czy pamiętacie „Szpilki”. Moja mama nagminnie kupowała „Szpilki” albo „Karuzele”. Tam publikowano rysunki humorystyczne, gdzie Wołodyjowski pojawiał się z napisem na przykład, tam był taki rysunek, pamiętam: pan Wołodyjowski w kolejce po papier toaletowy. Albo taki rysunek, który tam był w „Szpilkach” Husaria kontra drożyzna.
Była to taka, bym powiedział, satyra życzliwa, raczej pokazująca kontrast między heroiczną przeszłością a przyziemną codziennością PRL-u. Natomiast Jerzy Hoffman kręcił trylogię bardzo serio, ale w następnych latach inni twórcy zaczęli bawić się konwencją sarmacką, bo w takich kabaretach jak na przykład Kabaret Tey czy Kabaret Elita czy Kabaret Dudek pojawiają się scenki z nowoczesnymi szlachcicami, którzy zamiast kontuszy noszą garnitury, ale zachowują te same przywary, takie jak gadulstwo, pilniactwo czy samouwielbienie. W serialach kostiumowych, takich jak „Czarne chmury” — tak na marginesie, „Czarne chmury” to był jedyny polski film z gatunku płaszcza i szpady — czy później w filmie „Przygody pana Michała” twórcy również wplatali taką odrobinę autoironii. Oczywiście jak ktoś zna Sienkiewicza i zna historię, to wie doskonale, że Sienkiewicz co innego opisywał, co innego było w historii. Sienkiewicz bardziej to pisał w wielu przypadkach najpierw do gazet, więc nawet czasami zapominał. Ja jeszcze mam w domu trylogię z czasów Sienkiewicza, ponieważ właśnie w Woli Okrzejskiej Sienkiewicz żył i mam taką trylogię w desce oprawioną, która potem została złożona, a pierwotnie Sienkiewicz przecież do gazet pisał z tym. Oczywiście te postacie, które tam się pojawiały, były heroiczne, ale też i ludzkie, z humorem, słabościami i swojską rubasznością. Ja tylko dodam taką jedną rzecz, bo ty na początku, Marku, powiedziałeś o filmie „1670”. Bardzo fajny film zresztą, wielokrotnie go oglądałem. Natomiast chcę wam powiedzieć tylko jedną rzecz, że „Ogniem i mieczem” wywołało burzę, ponieważ Polacy zrobili „Ogniem i mieczem”, który był takim filmem niezbyt łatwym, bym powiedział, jak na tamten okres czasu.
Tak samo jak i zresztą potem Smarzowski zrobił „Wołyń”, który był i jest, a teraz pewnie jakby Smarzowski miał zrobić, to by w życiu „Wołyń” teraz nie wyszedł, patrząc na realia polskie. Natomiast jak Polacy zrobili „Ogniem i mieczem”, to właśnie Rosjanie na złość Polakom zrobili „1612”, żeby pokazać, jak Polaków z Kremla wygoniono. Nie wiem, czy zauważyliście, że kiedy Rosjanie zrobili „1612”, to z kolei jak ten film się ukazał, to Polacy na złość Rosjanom — i to jest fakt — zrobili potem film „1920”. Tak że tak to mniej więcej wyglądało. Tylko jeszcze tak powiem o tych latach 80., bo ten Sarmata był takim bohaterem z przymrużeniem oka, bo sarmacki styl stał się w latach 80. wręcz elementem tożsamości humorystycznej Polaków. Mówiono, że Sarmata to jest ktoś, kto jest porywczy, ale i gościnny, ale też i troszeczkę zaściankowy. To była taka postać, która w różnych kabaretach występowała albo gdzieś tam też wspomniałeś o „Tu się Romku ja Tomku”, to tam też akurat Papcio Chmiel wtrącał pewne elementy w niektórych momentach dotyczące właśnie Sarmacji. Ale czy w kinie, czy w literaturze to sarmackie wątki w PRL-u, bym powiedział, że żyły tak jakby dwutorowo, bo Polacy potrafili jednocześnie śmiać się z małego rycerza, ale też potrafili wzruszać się przy jego śmierci, jak on się w twierdzy kamienieckiej wysadził. I w tym wydaje mi się, że tkwiła siła tej kulturowej odnowy sarmatyzmu.
[02:04:14] - Ja jeszcze chciałem dodać, że ta piosenka „Hej szable w dłoń” miała w zależności od części trylogii różne wersje, bo: „Hej, szable w dłoń, łuki w juki, a łupy wziąć w kroki. Hajda na koń, hajda na koń, okażemy się godni epoki. Ruszamy w bój, aby Baśkę uwolnić od zbója. Tatarzyn zbój, okrutny zbój nie zwycięży nas nigdy. Tralala”. To oczywiście nawiązanie do „Pana Wołodyjowskiego”, ale była też wersja z Oleńką: „Rycerzy trzech: Kmicic, Wołodyjowski, Zagłoba. Gnębi nas pech, wszystkim nam się Oleńka podoba. Ach, podoba. Zwalczcie ten chuć. Innych zadań przed wami jest siła.
Musicie knuć, jak się pozbyć Radziwiła”. Więc nawet tu były wersje i przyznam się, że wszystkie te wersje bardzo lubiłem. Proszę państwa, to teraz zapraszam na dwa opowiadania Olgi Bartnik. Pierwsze z tych opowiadań dłuższe — „Drozd za oknem” oraz drugie króciutkie — „Trębaczka”. Oba naprawdę poruszające, a oba te opowiadania zaczerpnąłem z audycji „Antologia Bibliotekarium Warsztaty”, konkretnie z odcinka 87 z 5 marca 2021 roku. Bardzo serdecznie zapraszam.
[02:05:53] - Olga Bartnik, „Śpiew drozda”. Obudził go śpiew drozda. Przypomniał o marzeniu, które chował głęboko w sercu. Nikomu o nim nie opowiadał, z nikim się nim nie podzielił. Nikogo nie obchodziło. Od dawna przestało zajmować nawet jego myśli. Wstał, powlókł się do łazienki, a potem do kuchni nastawić wodę na herbatę. Za oknem mgła unosiła się metr nad ogródkami działkowymi. Zupełnie tak, jakby ktoś rozścielił puszystą watę od góry i przybrakło mu na dole. Trawy wybujałe i nieodkryte drżały z chłodu.
Rudy kot, mieszkaniec okolicznych domków, podniósłszy ogon jak antenę, przemierzał swoją codzienną ścieżkę z łowów na legowisko. Czajnik zadygotał w kłębach pary i wyłączył się. Dan znalazł ulubiony kubek z napisem „Whatever” i zdjęciem roześmianej dziewczyny z cienką kitką. Włożył do niego torebkę bezwonnej czarnej herbaty i zalał wrzątkiem
[02:06:58] - Nie jadał śniadań. Siadał na taborecie przy oknie. Popijał herbatę i obserwował, jak mleczny puch rozrzedza konsystencję i rozpływa w szarym błękicie nieba. Ciekawe, czy usłyszy go dziś jeszcze. Ptak śpiewał zwykle o 6:40 jak nakręcony nieznaną ręką mechanizm. Siadał na gałęzi rozłożystej czereśni opodal kuchennego okna, stroszył brązowo-pstrokate piórka, przeczesywał je zaostrzonym dzióbkiem, układał w misterny wzór, a gdy już dokończył toalety o świcie, podrygiwał kilkakrotnie, wygodniej sadowiąc się na szczycie gibkiej gałęzi. Patyczkowate nóżki dźwigały wyprażone ciało turdusa philomelosa dostojnie i z taką godnością, że nie dziw, iż angielscy lordowie ukochali fraki skrojone na wzór ubrania ptasiego rodu. Gdy drozd ustroił się, zaczynał śpiewać swoją pieśń, w której muzyczne frazy powtarzały się jak refren i zapadały w serce słuchającego. Philomelos nosi w sobie ślad Filomeli, postaci, której greccy bogowie pomogli uniknąć gniewu Tezeusza, zamieniając ją w ptaka. Philo, które oznacza kochać, łączy się z melos – śpiew i wnika w zdrewniałą przestrzeń ludzkiego życia przez uchylone okno.
Jego drozd kończył koncert ostrym mrugnięciem czarnych oczu i ginął w pimkowanych liściach czereśni. Dan z trudem wypatrzył kiedyś jego gniazdko w kształcie filiżanki podklejone błotem do jednej z wyższych gałęzi. Uśmiechnął się na myśl o wysublimowanym guście ptaka, który nie zaśnie pod byle liściem. Sięgnął do kubka i dopił resztkę herbaty. Podczas gdy wypatrywał lotnego przyjaciela, musiał bezwiednie bawić się sznurkiem, którego włókna szczelnie oplatające ucho kubka rozmokły i rozmiękczyły niewielki bladożółty kartonik. Pozbył się torebki, opłukał kubek i odstawił na drucianą suszarkę do naczyń. Co też on mu ostatnio wyśpiewał? Koniec bliski. Buty czas pastować i garnitur odprasować. Trze świat żegnać z godnością i rozliczyć się z miłością.
Był ostatnio słabszy niż zwykle. Nie mógł się schylać. Ledwie co jadł. Przestał wychodzić. Jego oknem na świat był sąsiad z naprzeciwka, internet i ten śpiewający ptak za oknem. Świat zewnętrzny budził się do życia. Zarejestrował dźwięk trzeszczącego roweru, który uginał się pod potężną posturą Mieczysława, zanim ten wyłonił się zza zakrętu. Jechał na działkę podlać warzywa, rozsiąść się w starym fotelu i zaczepić kogoś, kto zechce słuchać jego opowieści. W kamienicy zasiedlanej przez coraz to młodszych, nieobecnych całymi dniami sąsiadów nie było prawie nikogo, kto by go wysłuchał. Mieli tylko siebie.
Ale co człowiek może sobie nowego powiedzieć po 40 latach znajomości drzwi w drzwi? Dan odruchowo podniósł brew w pozdrowieniu. Tego Mieczysław nie mógł widzieć, ale dla Dana miało to znaczenie symboliczne. Z ich pokolenia na osiedlu zostali oni dwaj, jak Don Kichot i Sancho Pansa Cervantesa – pomyślał. Tylko który z nich był błędnym rycerzem, a który jego wiernym giermkiem? Nie był pewien. Każdy z nich walczył ze swoimi wiatrakami. Sąsiadka z pierwszego piętra włączyła stary kawałek o białym żołnierzu, który solistka wykrzykiwała wśród oklasków publiczności. Prawdopodobnie próbowała hałasem rozproszyć rzednącą za oknem mgłę, a może i ból głowy po śródnocnych baletach. Ludzie lubią budzić się w słoneczne poranki, jakby miały one realne znaczenie dla jakości ich egzystencji.
Jakby pochmurne początki dnia pozbawiały życie jego pełnego smaku. Pozostawiały ich na resztę doby z jakimś nieuchwytnym, kłującym brakiem. Tak, jak gdyby słońce nie wstało, podczas gdy ono, nawet ukryte za chmurami, niezmiennie stawia się na swojej warcie. Zupełnie jak drozd ze swym porannym koncertem. Dan wlókł się noga za nogą, schodek za schodkiem. Z każdym rokiem, miesiącem, tygodniem stanowiły dla niego większe wyzwanie. Siedem schodów jak siedem kocich wcieleń, jak siedem pokoi. Przystanął przed swoimi drzwiami. Ręce drżały tak, że z trudem przekręcił klucz w zamku. Wreszcie dom – pomyślał, zatrzaskując drzwi wejściowe.
Zamierzał wejść do kuchni, zrobić sobie herbaty. Zamiast tego poczłapał do dużego pokoju. Zasiadł w podniszczonym fotelu. Gładząc opuszkami palców wytarte podłokietniki łapał oddech. Ten ruch dłoni, podpatrzony kiedyś u niej, pozwolił ustabilizować oddech i wessał w obrazy z przeszłości. Tu ona smukła, nosząca głowę wysoko, włosy upięte w kok perłowymi spinkami, które nieraz w marzeniach wyjmował jedną po drugiej i patrzył, jak jej włosy spływają miękko na ramiona. A tu ona zatopiona w lekturze, obejmująca ramionami kolana. Cień jej rzęs na policzkach. Tu jej uśmiech złowiony przypadkiem, a posłany innemu. Ich ręce splecione stołą i słowa przysięgi, których nauczył się na pamięć jak własnych.
Klatka. Jej zmieniona twarz. Sińce pod zapadniętymi oczami. Koścista dłoń, którą przestała wyciągać po leżącą na nocnym stoliku lekturę. Co to było? – on mówił. Poezję? Może Rilke, którego czytali razem. To by miało dla niego znaczenie, gdyby wiedział, ale tamten nie przypominał sobie. To było dla niego za trudne.
Nieszczęśnik kompletnie się załamał po jej odejściu. Patrzył na rozmówcę gasnącymi oczami. Gasnącymi jej śladem tak, jakby wraz z nią odeszli wszyscy ludzie. Zmarł pół roku po niej, podobno w nocy. Znaleziony na dywanie obok ich łóżka. Spadł, a może upadł przed tym, jak miał się położyć. Otulić pościelą, którą jeszcze ona prała, prasowała i przekładała z suszkami kwiatów w bieliźniarce. Pamięć ukochanego człowieka jest zapisana w naszym mózgu. Zostaje z nami na długo po śmierci bliskiej osoby. Pamiętał również jej zapach.
Lekki, mydlany z nutą kawy po śniadaniu, podwieczorku czy ciała, gdy przygotowywała obiad i zgrzała się nad kuchenką. Biedny stary druh. To było do przewidzenia. Co mógł zrobić bez bliskości, która się stała substancją jego dni, ciałem, śmiechem, namiętnością, płaczem, troską. Nagle człowiek pojmuje, co znaczy „póki śmierć was nie rozłączy”. Nagle jest odłączony bez ręki czy nogi, lewitujący w świecie jak w bezbrzeżnym kosmosie. Co innego Dan. Musiał nauczyć się, jak bez niej żyć, bez jej oddechu przy jego uchu, gdy tańczyli walca. Kiedy to było? W innej epoce?
Bez dotyku jej ciepłych palców, gdy przyjmowała ślubne życzenia na schodach kościoła. Dało się żyć. Musiało się dać, bo też zawsze istniała dla niego wyłącznie jako ideał, za którym tęsknił. Marzył o niej tak intensywnie, że marzenia stały się z czasem bardziej realne niż rzeczywistość. Godzinami rozmawiał z jej wyobrażeniem siedzącym w fotelu naprzeciwko. Czytał jej książki. Opowiadał o nudnej pracy bibliotekarza, którą podnosiła do rozmiaru bohaterstwa. Czy ona wiedziała, kim była dla niego? Czy chociaż domyślała się? Czy po śmierci już wie, że kochał ją całe życie?
I jak to będzie, gdy tam w zaświatach trafią do jednego pokoju? Czy go rozpozna? Czy znów oddzieli go od niej inny człowiek, duch, sąd Boży? Czy naprawdę jest się sądzonym z miłości? Śmierć nic nie zmieni. Nie jest w stanie. Dan czeka na nią od dawna. Nie spieszyła się, ale tym razem czuł, że jest już blisko. Wysłała w końcu swojego posłańca, śpiewającego przyjaciela i przewodnika na tamten świat. Jest blisko.
Może dziś. A tuż za progiem spotkam ciebie. Wymruczał jak modlitwę i zasnął. „O, jesteś sąsiad, bo już myślałem, że zatrzymali w szpitalu” – powiedział Mieczysław z podniesioną potężną ręką, którą dobijał się do drzwi. „Nie, przysnąłem tylko” – odpowiedział Dan i przepuścił gościa w drzwiach. Weszli korytarzem do kuchni. „Na działce wszystko w porządku?” – spytał, gdy siedli przy stole. „W porządku. Stało się coś?” „To ja się pytam, co się stało. To cię ani widu, ani słychu.
Na działkach o sąsiada rozpytują. Genek na cmentarzu też. Wiesz, ten co w kiosku ze zniczami terminuje. Pytał, gdzieś zniknął.” „Tak, o robotę się martwi. Będzie robota, będzie” – zaśmiał się Dan. „I w kościele nie widać.” „Chyba nie od dziś.” „Nie od dziś, a czas najwyższy duszę przygotować. Ona jak ciąg w kominie. Wiem, bo tysiąc pieców w życiu postawiłem i rozebrałem. Nie wyczyścisz, dym w górę nie pójdzie. Sługu nie ma.
Nie ma rady. Taka zasada.” „Pan wie, panie Mietku, że ja się innymi zasadami całe życie kierowałem.” „Oj tam, co było całe życie, to było. I już ja sąsiadowi tego pamiętać nie chcę. Wiem tyle, że się Pan Bóg łaskawie na duszę patrzy jak czysta.” „A kto może powiedzieć, że czysta? My wszyscy przecież tylko ludzie.” „Tak, ludzie. Ale jedni się na książkach, drudzy na piecach, a trzeci na ludzkich grzechach wyznają. Taki fach. Rady nie ma. Trzeba przyjąć, że tak świat poukładany” – odpowiedziało mu milczenie. – „A trzeba czegoś?
Ze sklepu może? Jeść ma sąsiad co?” „Mam. Nie trzeba. Pani Jadwiga z opieką była w czwartek.” „Jadzia. No, przystojna kobieta. Aż żal, że tylko można popatrzeć. Pasztet piekłem wczoraj. Przyniosę kawałek.” „Nie, nie trzeba. Żołądek nie daje rady.” „To widzę, ale coś musi jeść.” „Jem, panie Mietku, jem.” – Dan machnął ręką i dodał: „Mam prośbę.” „Wol pan śmiało.” „Książki.” – głos mu się łamał. – „Moje książki chcę oddać do biblioteki.
Wie pan, tej na Jabłecznej. Dzwoniłem już. Ktoś przyjdzie. Może w tym tygodniu.” „Kto przyjdzie?” „No nie wiem. Kogoś przyślą. Ja już ich nie doniosę. I chodzi o to...” „Wiem. Wpuszczę.” „Dziękuję. Dobry z pana sąsiad.” Mieczysław kiwnął głową i zapytał: „A ten śpiewak przylata jeszcze?” „Drozd? Tak, był rano.
A czemu?” „A bo nie słyszałem. A za altanką jakieś dziś zaczął śpiewać. A bo to jeden drozd na działkach?” Może być, że niejeden. Tylko trochę strach, bo chłopaki Henryka do gołębi z procy strzelają. Żal by było, gdyby ustrzelili takiego śpiewaka. Tak, byłoby żal – powiedział Dan zmienionym martwym głosem. No to dobranoc. Mężczyzna klapnął potężnymi rękami w kolana i podniósł się do wyjścia. Zabukam jutro – powiedział i na pożegnanie przytrzymał dłoń sąsiada dłużej, niż zamierzał. Był pewien, że drozd za oknem był śpiewakiem Dana.
Gwizdał tę samą rzewną melodię z zadziorną nutą, jak rankiem w dniu śmierci sąsiada. Znalazł go po śniadaniu. Mieczysław zadzwonił do biura pogrzebowego, aby poinformować o śmierci Dana. Głos po drugiej stronie zapytał go, czy znalazł drozda. Nie, nie znalazłem – odpowiedział zgodnie z rzeczywistością. Prawdę powiedziawszy, miał podejrzenie, że śpiew tego samego ptaka zbudził go i dziś o 6:40. Potem osobnik ten czyścił pióra i zanurkował w krzewach za oknem. Męski głos w słuchawce potwierdził to, co już wiedział – że drozdy i ludzie dobierają się w pary pod koniec życia. Śmierć drozda zapowiadała, że człowiek umrze najpóźniej za dobę. Wiedział, że drozdy są ciekawe ludzi.
Dowiedział się, że osobnik nawiązuje ze słuchającym człowiekiem indywidualną więź, tak że ten rozumie ptasi śpiew. Co? Tak jak ludzką mowę? Czy to możliwe? Człowiek w biurze pogrzebowym nie wiedział. Był za młody. Powiedział tylko, że drozd umiera zwykle w okolicy gniazda. Zapytał, czy Mieczysław go znalazł. Nie, nie było go tam. Zamiast tego Mieczysław słyszał śpiew.
Przysiągłby, że ten sam co wcześniej. Okno kuchenne mieszkania Dana było ledwie trzy metry od jego okna. Chociaż żaden z niego muzyk Mieczysław gwizdać umie, to i odgwizdnął ptakowi. Pracownik biura stwierdził, że to musi być pomyłka. To pewnie inny drozd. Spytał, czy Mieczysław rozumiał jego śpiew. Nie, nie rozumiał, ale był pewien, że to śpiew tego samego osobnika. Czy słyszał pan o takim przypadku? – spytał pracownika biura pogrzebowego. Mężczyzna nie słyszał.
Zdarzały się anomalie, jak podczas wojny. Nie było wtedy komu chować drozdów. Kopy padłych ptasich korpusów zalegały ruiny miasta, przypominając ludziom o zabitych, zaginionych, wywiezionych. Im więcej ptasich ciał ze zwisającymi bezwładnie skrzydłami zaścielało ulice, tym żywi mniejszą mieli nadzieję na powrót bliskich. Ale to było dawno temu i teraz nie spotkał się z niczym podobnym. Pewnie drozd zejdzie lada dzień. Zmarły powinien zawczasu dostać skrzynkę na pochówek ptaka. Czy dostał? Mieczysław nie wiedział. Człowiekowi z zakładu pogrzebowego chyba nie chciało się ciągnąć dalej rozmowy.
Powiedział, że wyśle skrzynkę jeszcze raz. Jaki adres? Bzowa 4/2. Ale co z nim zrobić? Jak go pochować? Instrukcja załączona. Wystarczy przeczytać i tyle. Nie ma co robić hałasu o nic. Sprawdzić jutro, pojutrze najpóźniej w zwykłych miejscach. Pewnie go znajdzie.
Ale dlaczego on żyje? Mieczysław nie dawał sobie rady. Może to coś znaczy. Może chce przekazać jakąś wiadomość od zmarłego. Może dusza Dana błąka się gdzieś w sinym czyśćcu i nigdzie się wpasować nie może. Panie, ja nie wiem. Ja nie od duszy, tylko od skrzynek jestem – usłyszał. Skrzynka przyszła następnego dnia z pocztą o 11:00. Listonosz starał się nie patrzeć na Mieczysława. Mieczysław darował sobie tłumaczenie.
Przyjął pakunek. Pokwitował. Zrobił sobie kawę zbożową, siadł przy stole w kuchni i odpakował przesyłkę. Gdzie położyłem okulary? O, tu są. Sięgnął na parapet. Prosta skrzynka ze sklejki, kartka wielkości zeszytu zapisana drukiem maczkiem i bilet na cmentarz komunalny dla drozdów. Instrukcja pochówku drozda w dziewięciu punktach o tym, gdzie i jak wykopać dołek szeroki na szpadel, długi i głęboki na dwa. Jak kopać w zimie, gdy ziemia zmrożona? Jak ziemią przykryć?
Jak ozdobić kamieniami i kwiatami? Dokładnie przeczytał. Złożył kartkę i skrzynkę na parapecie. Zapatrzył się w krzewy za oknem. Trzeba się ruszyć na działkę jak co dzień. Po drodze pod krzaki z tyłu kamienicy, a i na cmentarz zajrzeć. Minął tydzień od śmierci Dana. Znicz zapalić, zdrowaśkę odmówić przystoi. Na początku zaskoczony śpiewem danowego drozda, przyzwyczaił się już do jego porannych i poobiednich recitali. Myślał o tym, co może znaczyć, że ptak przeżył i jemu, Mieczysławowi teraz śpiewa.
Czy i jego czas z życiem się pożegnać? Czy nie mówił ten głos z biura pogrzebowego, że każdy drozd ma swojego człowieka, a każdy człowiek swojego drozda? Czuł jeszcze werwę w ciele. Były takie dni, że i dalej niż na działki zapuszczał się na swoim wysłużonym rowerze. Z ludźmi rozmawiać lubił, na kobiety popatrzeć. Czasem zaczepił którąś. Niejedną ławeczkową znajomość zawarł przez ostatnie lata. Był sam. I co z tego? Żona rozwiodła się z nim lata temu i niewiele później zmarła na raka.
Chodził w niedzielę do kościoła, choć proboszcz już młodych do niesienia baldachimu prosił. Chorągiew cechowa parafii podarowana sterczała dumnie w prawej nawie ołtarza. Jeszcze ją niósł na ostatniej procesji Bożego Ciała. Czy ten drozd został, by wyśpiewać jego koniec, czy przypomnieć o modlitwie za duszę Dana? Z proboszczem pogadać trzeba. Może co powie. Stary to by wiedział. Niejedną to anomalię w życiu spotkał. Ale stary już w domu dla seniorów sam nad grobem stoi. Świat zestarzał się i osamotniał.
Jedne tylko drozdy o ludziach pamiętają. Zapakował skrzynkę do torby i wyszedł z domu. Zaszedł z drugiej strony kamienicy. Znalazł go pod jednym z drzew na gołej, wilgotnej ziemi, dokładnie na wprost okna Dana. „I co teraz?” — spytał Mieczysław bardziej siebie niż grabarza, który dwoma ruchami łopaty wykopał dołek nad drozdzą trumnę. „Nic” — odpowiedział tamten i zgniótł ziemię na niewielki kopczyk. „Pomódl się pan, jak umiesz. Połóż, nie wiem, kamień jakiś. O, tam leży kupka polnych. I idź do domu.” „Mogę tu wrócić?” „A po co?” „No, żeby odwiedzić grób ptaka.” „Byliście zżyci?” — zapytał mężczyzna.
„Tydzień słuchałem, jak śpiewał.” Mieczysław czuł jeszcze w rękach stygnące ciało ptaka. Był przewodnikiem kogo innego. „Z rodziny kogo?” „Nie, sąsiada. Ale ten człowiek już nie żyje.” „Dziwne.” „Co?” „Że go pan tak pochował. Stary był?” „Kto? Sąsiad? 73.” „Nie, ptak.” „Nie wiem. Nie wyglądał na starego.” „A co gadał? Rozumiał pan?” „Nie, tylko odgwizdywałem mu po swojemu.” „Może tamten chciał coś przekazać, czego nie zdążył.” „Nie wiem. Nic nie powiedział.” „Tylko że ludzie i ptaki żyją parami.
Jakieś głupoty.” „To nie głupoty. Mówi prawdę. Ptaki widzą więcej, bo latać umią. Gadał, że to ptak człowieka wybiera. Nic nie rozumiem.” „A co tu rozumieć? Oni umierają razem albo zaraz po sobie. Ptak wybiera człowieka, żeby go przygotować, żeby się oswoił. Oswaja ptaka, oswaja się z jego śmiercią i łatwiej mu przyjąć własną. Podobno wtedy się już za nią tęskni. Ten przeżył człowieka.
Wypadek przy pracy, powiem.” „Często się to zdarza, taki wypadek?” „Rzadko. Czasem. Raz chowałem ptaka, co trzy dni czuwał przy człowieku.” Przerwał i zaczął pakować narzędzia. „Straszny smród musiał być. Pióra mu tym smrodem nasiąkły i pochowali go w cynowej trumnie.” „Kogo? Ptaka?” „No tak. Jaki pan, taki kram. Nie ma przeproś.” „Wie pan, bo ja myślę, czy to, że był u mnie te kilka dni, to coś może znaczyć?” „Co na przykład?” „No, że teraz wybrał mnie. Albo że zmarłego coś jeszcze na ziemi trzyma i puścić nie może.” „Nie wiem, panie. Wyjątek taki.
Jest rutyna. Człowiek i ptak szykują się do śmierci. Ptak pada pierwszy, po nim człowiek.” „Ale mówił pan, że może się zdarzyć… Bo ja muszę wiedzieć.” „Nie wiem, panie. Ale w czym problem? W końcu padł. Pochowany jak należy. Zżył się pan z nim, widać przez ten tydzień. Ale z pana chłop jak dąb. To jeszcze nie czas chyba.” „Tak, pewnie racja.” „A rodzinę pan masz?” Mieczysław zaprzeczył.
„Znajomych?” Kiwnął. „To gdzie się pan spieszysz? Poczekaj pan. Pewnego dnia przyleci i pana drozd. Będziesz pan miał swojego druha.” „A jak nie przyleci?” „Jak to nie przyleci? Musi przylecieć. A jak nie przyleci albo adresy pomyli jak ten, to zadzwonisz pan do biura i powiedzą, co robić. Już oni tam wiedzą.” „Biura?” „No, biura.” „Ludzi czy drozdów?” „Ludzi. A co pan, drozd?” Grabarz uniósł brwi, jakby rozmawiał z kimś, kto zmysły stracił. Wymamrotał coś, zabrał szpadel do skrzynki i odszedł.
Mieczysław myślał, jak pożegnać drozda. Miał kiedyś psa, Miśka. Był stary i schorowany. Ledwie chodził. Gdy zdechł, zakopał go na działce. Długo łapał się na tym, że trzyma dla niego drzwi wyjściowe mieszkania i klatki. Że miski z żarciem i wodą opróżniał dopiero, jak zaczęły śmierdzieć. Nigdy nie wziął sobie drugiego psa ani innego zwierzęcia. A z drozdem znali się przecież. Jakoś nie wypadało odejść bez słowa, znaku.
Coś cisnęło mu się do głowy, by spłynąć rozmytą mgłą przed oczami. Gadać mu się nie chciało po tym, co usłyszał. Żadne słowa nie wyrażały tego, co czuł. Żaden znak nie pasował mu do sytuacji. Gdyby jeszcze pracował, zaraz by jakieś palenisko, cegły szamotowe, rurę kominową, kafle znalazł. Cug by w kominie sprawdził, do wlotu podłączył, wypoziomował. Zaprawę by zrobił i wpasował jeden kafel po drugim, aż piec stanie. Palce aż zaswędziały na myśl o dawnej robocie. Dziś wiedział, że wsiądzie na rower, który się pod nim ugnie I będzie skrzypiał całą drogę powrotną do domu. Że nie dojrzy sylwetki Dana wyglądającego go przez okno.
Że nigdy już nie zapuka do sąsiada ani nie usłyszy śpiewu jego drozda. Wróci do pustego mieszkania z widokiem na gołe gałęzie za oknem. Poprawił czapkę i zagwizdał głośno i tak czysto, jak umiał. Postał jeszcze chwilę i ruszył w stronę bramy cmentarza. Olga Bartnik „Trębaczka”. W końcu wziął mnie za rękę. Ścisnął mocniej, niż się spodziewałam. Jego palce wytrenowane w wielogodzinnych ćwiczeniach do perfekcji doprowadziły wirtuozerię ruchów. Najważniejsze były usta. Usta i oddech.
Lekko napinał kąciki, a wargi ściągnięte w kreskę stanowiły membranę, którą powietrze wtłaczane do instrumentu zderzało się z chłodnym metalem. Odbijało spiralą od polerowanych ścianek, drgało, wpadało kolejno do trzech wentyli, by z impetem wypaść na zewnątrz, rozerwać gęstą ciszę sali koncertowej. Rozgrzany wibracją mosiądz płynął pełnią dźwięku, jasną, donośną barwą, która budziła serce do życia. Kochałam ten moment przejścia pomiędzy ostatnim wybrzmiewającym dźwiękiem solo, które wprawiał słuchaczy w stan snu, a kurtyną oklasków. Zatopiony w dźwięku odkładał trąbkę do futerału, prostował plecy. Nigdy się nie kłaniał. Stał wyprażony, niemal lewitujący nad deskami sceny. Mięśnie całego ciała ma napięte jak stalowe druty dźwigające zwodzony most. Ani publiczność – damy w sukniach od Versacego, Chanel i Prady, pachnące jak syryjskie ogrody, mężczyźni we frakach – ani dyrygent i muzycy berlińskiej orkiestry nie podejrzewali, co kryje się pod pełnym ogłady zachowaniem. Grał raz na bis.
Później nieoczekiwanie gasł otulający go snop światła. Zostawiał w ludziach niedosyt ich własnego człowieczeństwa, z nagła obudzonego wibracją trąbki. Schodził ze sceny i znikał w garderobie, którą długo potem szturmowali spragnieni kontaktu widzowie. Unikał pokonkertowych spotkań z muzykami z orkiestry, co jedni brali za zmęczenie, a inni za arogancję. Nikt nie domyślał się gęstego cienia, który jak czarny pająk zasnuwał swoją siecią nie tylko jego umysł, ale i nasze wspólne życie. Kimże byłam wobec jego geniuszu, który odbijał się echem w umysłach słuchaczy? Zwykłym człowiekiem bez żadnego talentu. Kobietą jak inne. W jego oczach moją zaletą był brak cech szczególnych, gładkość osobowości. Z niczym nie musiał się zmagać, niczego prostować, wybaczać.
O nic nie zahaczał. Nad niczym nie musiał się pochylać. Niczym, co przysłaniałoby mu miłość jego życia – muzykę. Dla niej został stworzony i jej złożył w ofierze wszystko. Siebie i mnie. Ale wtedy o tym nie wiedziałam. Zadzorzona jak podlotek wiosną, wystawiony na pierwszy podmuch boskiego tchnienia. Stawiałam mu tylko kolejne piedestały. Teraz uściskiem dawał mi znak, że zakończył wspólne oglądanie filmu. zirytował go.
A może zwyczajnie znużył? Nie wiedziałam. Nie miałam szans zapytać. Cicho wymknął się z projekcji. Poczułam napięcie mięśni szyi, gdy zapuszczałam na nim wzrok. Jedynym, co zarejestrowałam, były atramentowa czerń w głębi sali kinowej i siedzący nieopodal widzowie, których blade twarze wybarwiały się co chwilę na inny odcień błękitu. Tak było z każdą zaproponowaną przeze mnie aktywnością. Czynność była jedynie pretekstem do doświadczania bliskości z człowiekiem, który chorował na chroniczną samotność i zarażał mnie tą przedziwną dolegliwością. Z każdym rokiem więcej. Dopiero na pewnym etapie relacji zrozumiałam, że ma ona szansę rozwijać się wśród ludzi, że tam jeszcze poczucie odpowiedzialności społecznej zwycięża w nim nad egoizmem.
W kinie, operze, na wystawach i kolacjach u przyjaciół siedział obok mnie, patrzył w oczy, uśmiechał się i można było odnieść wrażenie, że nawet słuchał tego, co mówię. Obejmował mnie wyuczonym ruchem ramienia, które w oczach przypadkowych widzów jawiło się jako najbardziej naturalna czułość, a i we mnie wzbudzało nadzieję na ciąg dalszy, gdy zapadnie kurtyna oddzielająca nas od świata. Zdarzało się, że po powrocie do domu mechanicznie spełniał swój małżeński obowiązek. Używał naszych ciał zgodnie z katalogiem wgranych opcji. Po wszystkim wychodził. Odgradzał się zupełnie ode mnie. Zapadał w swój świat, za towarzysza mając jedynie trąbkę i lustro, przed którym ćwiczył. Z czasem odczucie surrealności naszej relacji pogłębiło się do tego stopnia, że całymi dniami mijaliśmy się i trafialiśmy na siebie przypadkiem. Bardziej jak dwa duchy uwięzione w jednym starym domostwie raczej niż para. Osoby trzecie stały się jedynym niemym sprzymierzeńcem, bezwiednym towarzyszem naszego życia małżeńskiego.
Bez tej widowni skonałoby ono kilka wiosen wcześniej, a tak wciąż żywiąc się bladym odbiciem w oczach innych dawało złudzenie, iż będzie trwać wiecznie. Jak jasna barwa trąbki w muzyce zastępów anielskich i ludzkich od początku czasów. Nadzieja wiecznej obojętności, pomyślałam. Wziął mnie za rękę, uścisnął. Wyszedł z sali kinowej. Dotąd dawałam mu przestrzeń, kilometry przestrzeni. Wierzyłam, że to najlepsza droga okazania mu akceptacji i zrozumienia. Teraz zamiast filmu miałam przed oczami jedynie plamy. Dudniące odgłosy wprawiły moje ciało w rezonans. Nie umiałam wysiedzieć na miejscu.
Zawiasy fotela skrzypiały z każdym moim ruchem. Wyszłam i złapałam się na tym, że wypuściłam oddech dopiero po zamknięciu dźwiękoszczelnych drzwi. Dobrze zrobi mi spacer ulicami miasta, pomyślałam. Później wsiądę w autobus i dojadę do naszego domu na przedmieściach. Nagle wrosłam w betonową posadzkę holu multikina. Nie wierzyłam w to, co widzę. Roy stał w kolejce do sąsiedniej sali kinowej. Neon nad drzwiami wyświetlał tytuł filmu, na którym byliśmy przed chwilą. Stałam tak, nie dość śmiała, by podejść, położyć mu dłoń na ramieniu, niewystarczająco odważna, by zawołać jego imię. Patrzyłam, jak jego sylwetkę zasłaniają następnie napływający do kolejki ludzie, aż zniknęła.
Musiałam zamknąć oczy, bo pamiętam mroczki pod powiekami. Fruwały nade mną atramentowe nietoperze, drapieżne jak te z pierwszej z 10 kart diagnostycznych testu Rorschacha, które doktor Linz rozłożył przede mną na biurku podczas ostatniego spotkania. Obudziłam się. Musiałam szamotać się w pościeli albo krzyczeć, bo Roy siedział na łóżku. Spokojnie, to tylko sen. On patrzył na mnie, a ja na niego wystarczająco długo, by któreś z nas wyciągało ręce, poszukało bliskości drugiego, gdybyśmy tylko zechcieli. Zażenowana własną słabością przysunęłam się do męża. Oparłam mu głowę na ramieniu. Zaczęłam łkać, choć oczy miałam suche. Wsunął mi we włosy dłoń i zaczął masować głowę.
Chłodno, sterylnie, niemal boleśnie ugniatając czaszkę rozpostartymi palcami. Tymi, które pieszczotą zmieniały kawałek metalu w płynny dźwięk. Odczekałam moment. Poprosiłam, by przestał. Cofnął rękę. Chwyciłam ją, by poczuć kojące ciepło. Gładka i chłodna jak satyna pościeli, którą ktoś podarował nam w prezencie ślubnym, wysunęła się z mojej, gdy ponownie ułożyłam się do snu. Księżyc wlewał się srebrnym strumieniem przez okno. Prześlizgnął się po twarzy mężczyzny i rozproszył w miękkich fałdach kołdry. Przymknęłam oczy.
Mój oddech wyrównywał się, z wolna przechodząc w miarowy rytm. Poczułam, jak materac ugina się i rozpręża, gdy Roy wstał. Jego ciche kroki milkły w głębi korytarza. Olga Bartnik.
[02:41:46] - Proszę państwa, nie wiem, jak to państwu powiedzieć, ale niniejszym skończyło się kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Życzę fajnego weekendu. Życzę teraz na najbliższe godziny spokojnego, dobrego snu i tradycyjnie zapraszam za tydzień na kolejne wydanie Akademii Wszelkiej Fikcji. Pozdrawiam i do usłyszenia.
[02:42:15] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. A muzykę jak zawsze stroną techniczną obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Akademii Wszelkie Fikcji znajdziesz w archiwum Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały UFO Historie i Wehikuł Wyobraźni.