Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium, Wehikuł Wyobraźni i UFO Historie zapraszają do Akademii Wszelkiej Fikcji. Wstawaj molu książkowo-filmowy, mamy audycję do wysłuchania. Zapraszamy na kolejne wydanie AWF Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:35] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejne wydanie audycji o książkach i filmach niniejszym startuje i tradycyjnie startujemy z polecankami książkowymi. Pierwsza z nich nosi tytuł „Gwiazda Scarlett”. Autorką jest Joanna Chwistek. Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery: trzeci września. Dwudziestodwuletnia Scarlett Stanford zamierzała rozpocząć studia od razu po zakończeniu liceum. Niestety choroba mamy pokrzyżowała jej plany. Dziewczyna musiała zrezygnować z marzeń i szybko otrzeć łzy. Zaczęła pracować jako modelka oraz ilustratorka książeczek dla dzieci, nie spodziewając się, że jedno zlecenie dla firmy jubilerskiej zmieni jej życie w koszmar.
Scarlett zostaje oskarżona o kradzież biżuterii wartej majątek. Dziewczynę zaczyna przytłaczać widmo odbycia kary oraz obawa, co stanie się z jej mamą, kiedy zamkną ją za kratami. Lorcan O'Connell, trzydziestoczteroletni właściciel firmy prężnie działającej w sektorze jubilerskim, odnajduje skradziony naszyjnik w walizce jednej z modelek. Mężczyzna proponuje Scarlett układ: nie zawiadomi policji, jeśli ona zgodzi się pomóc mu zbliżyć się do Leonarda Stanforda, jej ojca. Wydaje się, że reguły gry, na którą godzi się dziewczyna, są proste. Szybko się jednak przekonuje, że nic nie jest tak oczywiste, jak sądziła. Przypomnę, to była polecanka książki Joanny Chwistek „Gwiazda Scarlett”, Wydawnictwo Niezwykłe. Data premiery: trzeci września. Druga książka nosi tytuł „Księżyc Komanczów”. Autorem jest Larry McMurtry.
Wydawnictwo Vesper. Data premiery: dwudziesty dziewiąty sierpnia, czyli dzisiaj. Zatem jutro można spokojnie udać się do księgarni, do Empiku i książkę zdobyć. Augustus McCune i Woodrow Call, dwaj strażnicy Teksasu, mierzą się z ciężarem dojrzałości. Gus wciąż na nowo przeżywa swą miłość do Clary Forsythe, kobiety niezależnej i dumnej, podczas gdy Call, milczący i zamknięty w sobie, nie potrafi odwzajemnić uczucia Maggie Tilton, młodej prostytutki, która kocha go bez względu na wszystko. Choć różni ich niemal wszystko: temperament, spojrzenie na życie, potrzeba bliskości, łączy ich niegasnące poczucie obowiązku. Raz jeszcze ruszają do walki jako członkowie oddziału strażników, by w towarzystwie tropiciela Sławne Buty ścigać Gat Bizona, legendarnego wodza Komanczów, Kopiącego Wilka, charyzmatycznego złodzieja koni oraz okrutnego meksykańskiego bandytę, którego upodobanie do tortur budzi grozę nawet wśród najtwardszych wojowników. „Księżyc Komanczów” uzupełnia wydarzenia, które miały miejsce między „Szlakiem umrzyka” a „Na południe od Brazos” i prowadzi nas śladem dobrze znanych bohaterów: Gusa, Callla, Jakes'a Poona i Pea Eye Parkera w ich zaciętej, nierównej walce o ocalenie zachodniej rubieży przed Komanczami. Lud ten z niezłomnym hartem ducha broni swej ziemi, tradycji i wolności, nie chcąc ustąpić przed napierającym światem białego człowieka. „Księżyc Komanczów” domyka tetralogię rozpoczętą tomem „Na południe od Brazos”.
Powieść ta stanowi ukoronowanie niezrównanej wizji amerykańskiego Zachodu autorstwa zdobywcy Pulitzera, Larry'ego McMurtry'ego. Przypomnę, to była polecanka książki „Księżyc Komanczów” Larry'ego McMurtry'ego. Wydawnictwo Vesper. Data premiery-- no, dzisiejsza data premiery: dwudziesty dziewiąty sierpnia. I wreszcie trzecia książka nosi tytuł „Tajemnica tajemnic”. Autorem jest nie byle kto, bo Dan Brown. Wydawnictwo Sonia Draga, a książka będzie dostępna na rynku od dziewiątego września. Doskonale państwu znany Robert Langdon, szanowany badacz symboli, udaje się do Pragi, by wziąć udział w wykładzie swojej partnerki, Katherine Solomon, wybitnej noetyczki. Naukowczyni zamierza opublikować kontrowersyjną książkę poświęconą zaskakującym badaniom na temat natury ludzkiej świadomości, które mogą wstrząsnąć fundamentami wielowiekowych przekonań. Podczas wykładu Katherine ujawnia część swoich odkryć, a kilka godzin później książka Zostaje wykradziona z zabezpieczonych serwerów wydawnictwa.
Odkryciami badaczki interesują się tajne służby, a kiedy Katherine nagle znika, podróż mocno się komplikuje. Z dala od domu, w obcym kraju Langdon musi rozwiązać niejedną zagadkę oraz stawić czoła nieznanym siłą i potężnej organizacji, aby odnaleźć kobietę, którą kocha. W porywającym wyścigu przez dwa światy futurystycznej nauki i mistycznej tradycji odkrywa szokującą prawdę o tajnym projekcie, który na zawsze zmieni nasze postrzeganie ludzkiego umysłu. I przypomnę to było omówienie książki Tajemnica tajemnic Dana Browna. Wydawnictwo Sonia Draga. Data premiery: dziewiąty września. I dalej będzie również tradycyjnie. To znaczy przechodzimy do korepetycji filozoficznych. Cóż, dzisiaj sięgniemy starożytności, ale nie tej głębokiej, tej nieco młodszej starożytności. A ponieważ ostatnio mówiliśmy o Kartezjuszu, może nie ostatnio, w jednym z ostatnich programów mówiliśmy o Kartezjuszu, no to dzisiaj porozmawiamy o jego poprzedniku.
Poprzedniku, który w jakiś sposób zdefiniował to, czy człowiek istnieje naprawdę. W jakiś sposób no dosyć taki nieoczywisty, ale o tym za chwilę. Szanowni Państwo, dziś przeniesiemy się do Afryki, do rzymskiej prowincji cesarstwa, a konkretnie do miasta Tagasta, gdzie w roku trzysta pięćdziesiątym czwartym naszej ery urodził się chłopiec, który z czasem stał się jednym z najpotężniejszych umysłów Zachodu, a ówczesny świat skrzypiał i trzeszczał w posadach. Imperium słabło. Stare idee oraz kategorie myślowe chwiały się coraz mocniej, a ludzie pytali coraz głośniej: skąd wziąć pewność? Skąd wziąć sens? Poznajcie państwo świętego Augustyna, retora, poszukiwacza błądzącego i odnajdującego. Człowieka, który nie zaczął od świętości, tylko lekkiego, wesołego, hulaszczego, a nawet rozpustnego życia. Ale to tylko do czasu. Potem pojawił się głód.
Głód wiedzy, głód miłości i głód prawdy. Jego matka Monika płakała i modliła się. Ojciec Patrycjusz patrzył trzeźwo i w dosyć doczesny sposób. Augustyn chłonął retorykę w Kartaginie, ale kochał też scenę i niezwykłą lekkość egzystencji. Powiedzmy tylko tyle, że w wyznaniach przyznał później, wiele lat później, ach, zapewne z uśmiechem zakłopotania i rumieńcem na twarzy, iż pragnął wtedy czystości. Ale jeszcze nie teraz. Młody Augustyn szukał odpowiedzi tam, gdzie obiecywano dać je w łatwy sposób. Przez dziewięć lat sympatyzował z manichejczykami, którzy oferowali prosty podział świata na światło i ciemność. Gdy ten schemat wydał mu się zbyt prosty, zaczął flirt ze sceptycyzmem akademików, aż wreszcie w ręce wpadło mu utracone dziś dzieło Cycerona Hortensjusz. I wtedy rodzi się nowe pragnienie.
Kochać mądrość, nie tylko błyskotliwe słowa. Augustyn udał się do Mediolanu, gdzie głos biskupa Ambrożego brzmiał jak muzyka logiki. I wtedy też Augustyn odkrył księgi platoników. Neoplatońską drogę do wnętrza człowieka, która uczy, że światło jest wewnątrz, a nie na zewnątrz. A jednak to jeszcze nie był finał filozoficznej drogi Augustyna. Pewnego dnia w ogrodzie usłyszał dziecięcy śpiew Tolle lege. Weź i czytaj. Otworzył więc Pismo Święte na słowach, które cięły jak miecz. W Wielkanoc trzysta osiemdziesiątego siódmego roku Ambroży ochrzcił go w Mediolanie. Od tej pory Augustyn to już nie tylko retor, to lekarz dusz.
Wraca do Afryki. Nieoczekiwanie zostaje kapłanem, potem biskupem Hippony i zaczyna dialog z czasem, w którym żyje. Odpowiada na kryzysy, które przenikają epokę. O najeździe Wizygotów i upadku Rzymu w czterysta dziesiątym roku pisze Państwo Boże. Wielkie dzieło o dwóch miłościach i dwóch miastach — ziemskim budowanym z miłości siebie aż do pogardy Boga i Bożym z miłości Boga, aż do zapomnienia o sobie. To nie jest ucieczka od historii, ale mapa jak żyć w świecie, który płonie. Jak żyć nie tracąc kierunku. Co robi Augustyn jako filozof? Przede wszystkim stara się pokazać ludziom inną perspektywę. Mówi: nie uciekaj na zewnątrz, wróć do siebie.
W człowieku wewnętrznym mieszka prawda. Augustyn uczy, że droga do Boga prowadzi przez wnętrze. Pamięć, pragnienie, sumienie. W dziesiątej księdze „Wyznań” oprowadza nas po pałacach pamięci, miejscach, gdzie przechowujemy barwy, melodie, twarze i nas samych. W jedenastej księdze zadaje pytanie, które do dziś nie przestaje niepokoić: czym jest czas? Jeśli nikt nie pyta, wiemy. Gdy mamy wyjaśnić, gubimy się. Przeszłość istnieje jako pamięć, przyszłość jako oczekiwanie, a teraźniejszość jako uwaga. Czas nie tyle płynie poza nami, co rozciąga naszą duszę. Augustyn jest też pogromcą sceptyków, kiedy mówi: „Jeśli się mylę, jestem", si fallor sum.
Wbija wtedy kołek w ziemię, na którym później, na tym kołku, Kartezjusz rozciągnie swój namiot. Mylenie się też jest jakimś aktem świadomości, a więc dowodem istnienia. To nie jest scholastyczny żart, ale egzystencjalne odkrycie. Wobec wszystkich wątpliwości pewność zaczyna się od doświadczenia: ja. Ja jestem. Ja się mylę. Są też spory, w których Augustyn hartuje pojęcia. Broni jedności Kościoła i tłumaczy, że skuteczność sakramentów nie zależy od moralnej jakości szafarza, ale od Chrystusa. Z Pelagiuszem spiera się o łaskę i wolność. Czy człowiek może się zbawić własnymi siłami?
Augustyn, doktor łaski, odpowiada, że bez uprzedzającej pomocy Boga ani rusz. Choć to nie czyni nas marionetkami. Wola jest prawdziwa, ale zraniona. Łaska darmowa, ale uzdrawiająca. Augustyn jest także teologiem Trójcy. To dzieło De Trinitate i interpretatorem znaków De doctrina Christiana, gdzie rozróżnia rzeczy i znaki, ucząc, jak czytać Pismo Święte i jak czytać świat. To on układa pierwsze rozdziały refleksji o wojnie sprawiedliwej i o naturze zła. Nie jako substancji, lecz jako braku dobra. A pod koniec życia pisze dzieło Retractationes. To niezwykły gest pokory, bo to katalog późniejszych dopowiedzeń, poprawek, odwołań do swoich własnych tekstów, do swoich własnych dzieł.
Augustyn potrafi przyznać wprost: tam i tam się myliłem. Tam i tam nie powiedziałem odpowiednio precyzyjnie, nie wyraziłem odpowiednio swoich myśli. Kto z wielkich autorów robi, robił coś takiego? A teraz kilka scen, jak kadry z filmu, aby zrekapitulować dotychczasową opowieść. Kartagina. Młody retor rozkocha się w słowie i rozprasza w przyjemnościach, ale to właśnie tam rodzi się głód mądrości. Mediolan. Retoryka Ambrożego zamienia się w teologię słuchaną sercem. Księgi platoników otwierają okno na wnętrze człowieka. Hippona.
Biskup, który w bibliotece i na ambonie skleja rozbite czasy w jedną opowieść. Co zostaje dla nas? Trzy nitki, które warto chwycić. Wnętrze. Augustyn mówi: zacznij od środka. Nauka, polityka, technologia to wszystko jest ważne, ale bez rozeznania serca zgubimy kompas. Pamięć i czas. Zamiast kłócić się, czy czas jest tam na zewnątrz, czy może gdzie indziej, posłuchaj, jak ten czas napina twoją duszę, oczekiwanie, uwagę, wspomnienia. Pewność w wątpieniu. Kiedy wszystko się chwieje, faktem pozostaje to, że ktoś tu się myli albo kocha, albo boi.
A to oznacza, że jest. Jest naprawdę. Czy Augustyn był tylko teologiem? W żadnym razie. Jego dzieła to most między starożytnością a średniowieczem, między Platonem a chrześcijaństwem, między retoryką a metafizyką. Bez niego trudniej zrozumieć i Plotyna, i Tomasza, i Kartezjusza. A jednak przy całej wielkości jego myśl pozostaje osobista. „Wyznania” to nie traktat, to raczej modlitwa, pamiętnik, dialog z Bogiem. Zaczyna się słowami o niespokojnym sercu i właściwie nigdy się nie kończy, bo niepokój jest tu paliwem poszukiwania. Dlatego Augustyn wciąż działa na ludzi w naszych rozterkach, w pytaniach o wolność i łaskę, w sporach o prawdę i interpretację.
I może dlatego w naszej epoce, w epoce, która kocha gwar, hałas i zamieszanie, warto usłyszeć jego szept: nie idź na oślep w zewnętrzność. Wróć do siebie, do wewnątrz. Tam w świetle, które nie jest twoje, a jednak w tobie świeci, znajdziesz nie tylko odpowiedź. Znajdziesz źródło. Tak, proszę państwa, to były opowieści, moje opowieści o świętym Augustynie. Jeśli wydały się państwu trudne te zdania, które przytaczałem Te porównania, te historie, to naprawdę wystarczy przesłuchać tego jeszcze raz. To wbrew pozorom jest bardzo proste. Filozofia świętego Augustyna, chociaż czasami widać w niej to jego pierwotne zafascynowanie sztuką oratorską, sztuką mówienia, pięknego mówienia. No tak, ale można pięknie mówić o niczym. Augustyn pisał i mówił pięknie o rzeczach ważnych, co starałem się Państwu pokazać.
Jego rozważania o czasie, jego rozważania o człowieku, o tym, czy istnieje, o tym, kim jest w świecie. To są naprawdę bardzo inspirujące rozważania i niekoniecznie, powtarzam, trzeba być wierzącym, jakimś gorliwie wierzącym człowiekiem. To są rzeczy uniwersalne. Oczywiście święty Augustyn nie na darmo został świętym Kościoła, ale w gruncie rzeczy, kiedy się spojrzy na to, co pisał, można oderwać to od bazy chrześcijańskiej. To są myśli uniwersalne, tak sobie myślę, które mogą nas wielu rzeczy nauczyć. No i to już koniec korepetycji filozoficznych na dzisiaj. Czas na odrobinę rozrywki. Zapraszam Państwa na opowiadanie Krzysztofa Lutowskiego, które pierwotnie było emitowane w ABW w 106. wydaniu tej audycji. Jego premiera to 5 listopad 2021 roku.
O, sporo czasu. Dlaczego dzisiaj opowiadanie i dlaczego zawsze opowiadania? Bo ja nieustająco namawiam Państwa do przysyłania opowiadań do audycji. Tak jak Państwu to pokazałem w kilku ostatnich audycjach, omówię te opowiadania. Marek wcześniej przeczyta i może wspólnie się czegoś nauczymy. Ja nauczę się od autorów nowego spojrzenia na sztukę pisania. Być może oni ode mnie wezmą chociaż kilka drobiazgów, które podpowiadam. Mam nadzieję, że robię to w sposób taki w miarę przystępny i przyjazny, więc cały czas namawiam. Piszcie Państwo na adres Radia Paranormalium, przesyłajcie kolejne opowiadania, bo czekam. Czekam, żeby poznać, co wam w duszy gra.
A teraz już zapowiadane opowiadanie Krzysztofa Lutowskiego. I tu jest język angielski i pewno jakby schrzanie wypowiedź, ale trudno. To będzie mój żelkowski angielski. The Dead Husbands Club.
[21:03] - Krzysztof Lutowski „The Dead Husbands Club”. To była nawet fajna praca. Właśnie zadzwonili do mnie z agencji i wyrzucili mnie z roboty. Parę minut po tej wiadomości zatelefonował Eddie. Czyżby jungowska synchroniczność? Eddie był 70-letnim polskim Żydem, którego rodzice wywieźli po wojnie do Anglii. Miał wówczas pięć lat. Całe życie przeżył w Anglii. Do Elementary School ten energiczny dziadek chodził w Reading, blisko Zinzan Street, gdzie mieszkałem. Eddie mówił bardzo dobrze po polsku.
Nauczył się go za młodu, a potem język polski zapomniał. Ale od lat chętnie zatrudniał Polaków. Przypomniał sobie polski i gadał po naszemu jak Polak, tylko czasem robiąc jakieś śmieszne błędy. Na przykład kiedy tłumaczył, gdzie jest miejsce dla jakiegoś narzędzia, co było jego konikiem, to mówił: „Ta miotła to ona żyje tutaj”. O pracę u Edka starałem się od jakiegoś czasu. Posiadał on firmę oferującą kompleksową obsługę salonów samochodowych i warsztatów, jak i myjni. Mnie przypadła praca takiego gościa od wszystkiego. Eddie zatrudnił mnie w kompleksie salonów luksusowych aut w Pockborn na zachód od Reading. Był to spory obiekt, który łączył trzy salony: Bentleya, Astona Martina i Lamborghini wraz z dwoma dużymi warsztatami, gdzie serwisowano sprzedane już wózki. Całości dopełniała myjnia, w której trzech Polaków czyściło te samochody, ilekroć trochę się zabrudziły.
Do moich obowiązków należało utrzymywanie porządku w całym kompleksie, który co noc był gruntownie sprzątany przez profesjonalistki z Polski. W dzień to ja dbałem, żeby salony były w stanie zbliżonym do idealnego. Rano zaczynałem dzień o 8:00. Brałem dmuchawę na silnik spalinowy, do której czasem dolewałem benzyny, po czym zdmuchiwałem przez pół godziny liście za jeden z budynków, a potem dalej do rzeczki. Około 9:00 przychodzili pozostali trzej Polacy, z którymi pracowałem u Edka. Zajmowali się myciem i innymi zabiegami na karoseriach podległych nam bryk. Pracowało się po angielsku, ponieważ większość zatrudnionych to byli Angole, sprzedawcy, sekretarki, kierowcy, mechanicy i my. Pracowało się po angielsku, dlatego o 9:30, gdy moi koledzy kończyli wystawiać samochody na front z parkingu na tyłach, gdzie codziennie je przeparkowywali na noc, najpierw skupialiśmy się na zaparzaniu kawy. Bardzo lubiłem to rytualne przestawienie wozów z frontu na tył i robienie tego z rana w drugą stronę. Choć nie należało to do moich obowiązków, to swoją robotę starałem się ułożyć tak, by móc pomagać kolegom przy tej jedynej szansie, by gaznąć się takimi cackami choć te 50 metrów.
Niestety w trzecim tygodniu pracy walnąłem pięknym czerwonym Bentleyem w donicę i nieco go uszkodziłem. Eddie był wściekły i zabronił mi wsiadać do aut. Zapłacił za naprawę drobnego otarcia 900 funtów, lecz wspaniałomyślnie, co podkreślił, nie obciążył mnie tą naprawą. Pewnie dogadał się z dyrektorem na swoją korzyść, a ja od teraz miałem jeszcze mniej roboty, gdyż mogłem tylko stać i patrzeć, jak moi kumple uwijali się z towarem. Kawę piliśmy około 30 minut, omawiając bieżące sprawy i dowcipkując. Na 10 przychodzili do roboty Angole. Po kawce chłopaki szli na myjkę, a ja przelecieć się po wszystkich showroomach, poczynając od Bentleya, który był z nich największy, by zatrzeć kurz z każdego prezentowanego tam bajecznie drogiego cacka na kółkach. Najtańszy z tych cudeniek, Aston Martin, kosztował 35 000 funtów, a najdroższy, Lamborghini – 990 000. Przy tych najdroższych zabawkach niemal z czcią używałem na nich delikatnej szmatki. Niezależnie, czy kurz był, czy nie.
Przecierałem po kolei lśniące maszyny bez pośpiechu i dokładnie uważając, by nie pozostawić odcisków palców przy jakimś nieuważnym dotknięciu. Podczas tego spuszczania się nad drogimi wozami, które kosztowały tyle co mieszkania lub domy, cicho medytowałem, dostrajając oddech do ruchów dłoni po karoserii i zlewając się z kosmosem. O ile nie padał deszcz, a padał dość często, brałem wiadro z ciepłą wodą, odpowiednio zaprawioną chemią czyszczącą i przemywałem nią ze 30 maszynek wystawionych przed salonami i na wewnętrznym podwórku i czasem kilka z parkingu, który był w głębi po prawej na tyłach obiektu. Po lewej stał namiot, który stanowił myjkę. Tam chłopaki myli auta przez cały dzień, a ja niekiedy im pomagałem, gdy miałem na to czas. A czasu miałem dość sporo, gdyż nie było to zbyt ciężkie zajęcie i mogłem w miarę swobodnie rozporządzać swoimi poczynaniami. Po miesiącu wiedziałem już o tej pracy wszystko. Nie wiem, może zwariowałem, ale po dwóch miesiącach, podczas mych porannych medytacji ze szmatką zacząłem widywać w autach pewną kobietę. Pierwszy raz zobaczyłem ją 2 grudnia, nie przeczuwając jeszcze przyszłych wydarzeń. Przecierałem jak zwykle Bentleye i w jednym z nich – w tym, który stał najdalej od oszklonego gabinetu szefa sprzedaży – siedziała ona.
Pomyślałem, że to jakaś klientka, która przymierza się do wymarzonego samochodu. Czyściłem autko z kurzu, a ona siedziała za kierownicą. Przyciskała guziczki i udawała, że kieruje. Wyglądało to dość dziwnie. Ja na zewnątrz czyszczący luksusową brykę na błysk i ona wewnątrz odgrywająca jazdę. Piękna, elegancko ubrana w Bentleyu. Przeleciałem się parę razy wokół na mojej szmatce, zerkając dyskretnie na dziwną klientkę. Ja latałem, a ona udając, że prowadzi, łypała na mnie ukradkiem. Czułem się jak służący ścierając kurze z samochodu, w którego wnętrzu zabawiała się elegancka baba spoglądająca na mnie jak na stonkę ziemniaczaną. Rozejrzałem się wokół, ale nikt nie zwracał na tę scenkę uwagi.
Kim była dziwaczna klientka? Nie wiedziałem. Odkleiłem się wreszcie od tego wozu i zabrałem się za kolejny, co chwila zerkając na Bentleya z dziewczyną. Zniknęła mi z oczu, gdy musiałem przejść do innego salonu. Dalej robiłem swoje i już jej nie widziałem, aż przestałem o niej myśleć. Kolejnego dnia robiłem dokładnie to samo. Najpierw liście, potem kurze na showroomach. Wpierw Bentleye, Astony, a na końcu Lamborghini. Tym razem ujrzałem jej postać w jednym z Astonów. Uśmiechając się zawstydzony, pucowałem pojazd, w którym ona poprawiała sobie makijaż.
Starałem się nawiązać z nią kontakt wzrokowy, lecz nijak się to nie udawało. Zerkała we wsteczne lusterko, robiąc dziwne miny przy nakładaniu szminki. Na mnie jakby ostentacyjnie nie zwracała uwagi, zajęta swoją urodą. Gdy podszedłem bliżej, mogłem wreszcie pogapić się na jej ponętny biust. Cycki lekko falowały pod bluzką. Ponadto dokonałem tajemniczego odkrycia. Zrozumiałem, że tylko ja ją widzę. Zapytałem o nią ładną Angielkę w średnim wieku, która dziś siedziała przy biurku stanowiącym ladę, czy wie, kto to jest. Ta, nie odnajdując wzrokiem nikogo w miejscu, które wskazałem, spojrzała w stronę, gdzie jakiś manieryczny facet w dziwacznym stroju oglądał gadżety w gablocie, trzymając się za podbródek. „To Elton John.
Często nabywa u nas samochody. Lubi też przyjeżdżać incognito, oglądać auta i kupić sobie jakiś gadżet. Przychodził już tu przebrany za kobietę, ale i tak zawsze ktoś go rozpoznaje. To zaszczyt, że możesz w jego obecności czyścić wehikuły i showroomy.” Zrozumiałem, że ona nie zdziwiłaby się na widok tej tajemniczej kobiety, nawet gdyby ją dostrzegła. Ale jej nie widziała, a ja miałem pewność, że to nie mógł być Elton John, bo dziś nie był przebrany w sukienkę. Zdecydowałem się radykalnie rozprawić z moją dziwną znajomą. Nie będzie mnie baba mamić. Wnerwiony wróciłem w pobliże samochodu, w którym kończyłem poprawiać urodę. Pod pretekstem umycia szyb zapukałem bezczelnie w okno. Wyraźnie rozdrażniona opuściła szybę.
„Porozmawiamy w największej limuzynie na zewnątrz” – nagazała i zamknęła na powrót okno. Ekspresowo przetarłem kurze w pozostałych brykach, by nikt się nie czepiał. Dbając o odpowiedni kamuflaż, złapałem wiadro, napełniłem je wodą, dolałem odrobinę chemii czyszczącej i poszedłem na zewnątrz odszukać tę tajemniczą personę. Wszak nie płacili mi za gadanie z niewidzialnymi babami w limuzynach. Dostrzegłem ją w pięknym Bentleyu, który był tak wielki, że mógł służyć jako auto pogrzebowe. Czarna, monumentalna kolubryna i dziewczyna za jej kierownicą w perfekcyjnym make-upie i z twarzą wyrażającą pewność siebie. Tym razem bez zbędnych gierek uchyliła szybę. Popatrzyła w moje zaskoczone oczy. „Co się gapisz? Wsiadaj!
Gdy wsiądziesz, nikt cię nie zobaczy, bo znikniesz.” Mimo konsternacji, która w tej chwili mnie ogarnęła, ostatecznie wsiadłem, choć wiało od niej chłodem. Nie mogłem się powstrzymać. Musiałem znaleźć się blisko niej. Zapomniałem już, że chciałem się z nią radykalnie rozprawić, że mnie wpieniła. Myślałem, że tylko porozmawiamy, lecz ona odpaliła silnik i wyjechaliśmy w drogę z piskiem opon. A po tym, jak ochroniarz pomachał nam na pożegnanie, ocierając chusteczką łzy – choć może tylko smarkał – odjechaliśmy największym Bentleyem wąskimi uliczkami bogatej angielskiej wsi. W najśmielszych snach nie odważyłbym się wyjechać w ten sposób, a z nią wydarzyło się to tak naturalnie. W dodatku nikt się nie dziwił, że opuszczamy to miejsce. Dalej prowadziła ostrożnie i w milczeniu. Nie wytrzymałem jednak i pomyślałem, że jednak ją nieco skarcę.
Niech sobie nie myśli. „Dlaczego mnie prześladujesz? Czego ode mnie chcesz? Dlaczego nikt poza mną cię nie widzi?” „Wybacz. Nie moją winą jest, że mnie dostrzegasz.” „To po co się ukazujesz? Nie prosiłem cię o to.” „Cóż, jednak to twoja wrażliwość mnie postrzega. Po prostu nad tym nie panujesz. A ja tak. Nic sobie nie robię z twojej obecności. To twoje wyobrażenie, nie moje.” „To po co cię widzę?
Na pewno czegoś ode mnie będziesz chciała.” „Nic od ciebie nie chciałam. To ty sprawiasz, że mamy jakąkolwiek interakcję. Nie przewidywałam tego. Myślisz, że zależy mi na czyścicielu aut, kiedy mogę mieć dżentelmenów z angielskiej szlachty? A teraz, skoro już wdepnąłem w twoją rzeczywistość, czego ode mnie oczekujesz?” Długo się nie odzywała, wpatrzona w drogę za szybą, a ja prawie wyczuwałem, jak próbuje dostać się do mych najskrytszych myśli. Aż wreszcie przerwała ciszę i oświadczyła: „Spodziewam się, że dasz mi bezinteresowne wsparcie, którego nigdy nie miałam. To ja zawsze musiałam wspierać ich, choć sama tego potrzebowałam. Musimy się zatrzymać. Pokażę ci, co mam w bagażniku.” Zatrzymała się na parkingu, gdzie nie paliła się ani jedna latarnia. Ten Bentley był tak duży, że z powodzeniem mógł służyć jako karawan na trumny dla przedsiębiorstwa pogrzebowego i do tego najpewniej był zaprojektowany.
Zanim otworzyła bagażnik, spróbowała się upewnić co do mych intencji. „Czy pomożesz mi bezinteresownie, cokolwiek tu zobaczysz?” Nawet się nie zawahałem. „Pomogę. Na pewno. Nic się nie martw.” Nie wiem, czy to ciekawość zwyciężyła, czy coś innego, ale byłem gotów pomóc tej dziewczynie bez szemrania, cokolwiek zobaczę. Jakby była jakąś wiedźmą. Miałem wrażenie, że prześwietla mi umysł, ilekroć się we mnie wpatrywała. Widocznie uznała, że może mi ufać i powierzyć tajemnicę z bagażnika. Uchyliła klapę i dostrzegłem, że wewnątrz leżą zwłoki około40-letniego mężczyzny w garniturze. Wróciła do kabiny i zapaliła papierosa.
Zostałem sam ze zwłokami. Upewniwszy się, że ona tego nie widzi, przeszukałem kieszenie denata. W jednej z nich znalazłem portfel. Schowałem go do kieszeni. Zrobiłem też fotkę smartfonem i wróciłem do Bentleya. „Pomożesz mi?” – powiedziała. „Co trzeba zrobić?” „No, pozbyć się ciała.” „Kto to jest?” „Cóż, to mój mąż. Bił mnie, więc go zabiłam. Pomożesz?” „Pomogę. A ty kim jesteś?” „Jestem Polką, dlatego cię wybrałam spośród wszystkich, których mogłam wybierać.
To ci powinno na razie wystarczyć.” „Ale to jest Angol. Na pewno będą go szukać.” „A Polaka by nie szukali?” „Na pewno mniej chętnie.” „Ale czy to coś zmienia dla ciebie?” „W zasadzie nie, ale lubię znać fakty.” Odjechaliśmy majestatycznie tą spektakularną gablotą z wiadomym ładunkiem i udaliśmy się na odludzie nad samą rzekę i osłonięci bujną roślinnością mogliśmy spokojnie wrzucić zwłoki faceta z bagażnika w topiel, przywiązując mu do nogi 30-kilowy odważnik, w który ona przezornie nas zaopatrzyła. Potrzebowała tylko silnego jelenia, który jej pomoże dźwignąć trupa i złożyć go Tamizie w ofierze. Następnie jakby nigdy nic odwiozła mnie do Pangbourne. Wjechała na parking przed showroomem, skąd wcześniej startowaliśmy. Zaparkowała z wprawą, a ja łatwo odnalazłem pozostawione niedaleko wiadro za szmatą i wróciłem do swojego nędznego żywota. Na przerwie na lunch, porównując wskazania zegarów odkryłem, że tylko ten w mojej komórce wskazywał o dwie godziny późniejszą porę niż inne zegary w całym obiekcie. Jakby stały w tym czasie w miejscu. „Wow! W ten sposób można być królem życia” – pomyślałem.
Po tym zdarzeniu przez kilka dni jej nie widywałem, lecz obsesyjnie o niej myślałem, wykonując swoją nudną pracę. Domuchałem więc te liście do rzeczki, ścierałem kurze z Bentleyów, Astonów i Lamborghini, a gdy nie było deszczu, obmywałem je ciepłą wodą z odrobiną chemii. Kiedy nie miałem pracy, chowałem się w piwniczce i siedziałem w ciszy z pół godziny, nasłuchując kroków, by nikt mnie na tym nie przełapał. Sam Eddie mówił, że jak nie ma co robić, to trzeba się chować albo udawać, że robota wre. Zatem gdy nudziło mi się, wymyślałem sobie jakieś prace, by było widać, że się krzątam. A miotła ma zawsze żyć tam, gdzie mieszka i dmuchawa, i szmatka, i płyn, i szczotka. Po kilku długich dniach usychania z tęsknoty znów ją zobaczyłem. Byłem już zakochany w niej bez pamięci. Zrobiłbym dla niej wszystko. Umarłbym za nią.
Gówno mnie obchodziło, że nic o niej nie wiedziałem. Mówiła, że jest Polką, lecz czasem odruchowo przechodziła na angielski. Zresztą nie obchodziło mnie jej pochodzenie. Czułem, że ta miłość jest dziwna, ale cóż mogłem z tym zrobić? Nie miałem innego wyjścia, jak ją kochać, a ona to wiedziała. Gdy jak zwykle przemywałem gabloty na froncie obiektu, znów ją zobaczyłem w tym największym Bentleyu, którym ostatnio wyjechaliśmy na przejażdżkę. Tym razem śmiało wsiadłem do środka, a ona bez słowa ruszyła z piskiem opon, niemal rozbijając się o tę samą donicę, o którą ja się niedawno otarłem, w ostatniej chwili omijając przeszkodę. Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Tak już z nią było, że zwracano na nią uwagę tylko wówczas, gdy sama tego chciała. Bez zbędnych wyjaśnień pojechaliśmy w znane mi już miejsce nad Tamizą.
Sam się nie odzywałem, bo przyznam – trochę się jej bałem. Otworzyliśmy bagażnik. Któż by przypuszczał, że będą w nim kolejne zwłoki? A jednak je tam ujrzałem. Po znaczącej wymianie spojrzeń pomiędzy nami ona wróciła do środka wozu, a ja, jak poprzednio, przeszukałem denata, zrobiłem mu zdjęcie i nie zaglądając do portfela, schowałem go do kieszeni. Gość w bagażniku, podobnie jak poprzedni mężczyzna, również wyglądał na około40-letniego angielskiego dżentelmena. Czyżby biało-czerwona modliszka nienawidząca Angoli? Kolejne zwłoki wylądowały w Tamizie. Po tym zdarzeniu znów przez kilka dni jej nie widziałem. Było mi trochę przykro, że zjawia się tylko wówczas, gdy ma dla mnie dosłownie mokrą robotę.
Ostatnim razem, co tu dużo mówić, doszczętnie zamokły mi buty. Ale cóż, pogodzony z losem robiłem swoje i czekałem. Zdmuchiwałem liście, przecierałem auta w showroomach i na zewnątrz. W wolnych chwilach chowałem się do piwniczki lub pomagałem kolegom na myjce. Ewentualnie likwidowałem pajęczyny we wnętrzach czy usuwałem mleczkiem i gąbeczką niewielkie zabrudzenia z białych ścian. Ponadto zmywałem mopem ślady butów, które nieliczni zaglądający tu klienci pozostawiali na podłogach. Z każdym dniem coraz bardziej usychałem z miłości do tajemniczej nieznajomej, którego imienia nawet nie znałem, kompletnie nie rozumiejąc, skąd się wzięło to zauroczenie. Tłumaczyłem sobie racjonalnie, że przecież nawet jej dobrze nie poznałem, nawet nie dotknąłem, więc skąd? Ale im bardziej próbowałem zrozumieć, tym tylko mocniej tęskniłem. Moje marzenie spełniło się dopiero po kolejnych kilku dniach.
Całe szczęście, bowiem odkąd widziałem ją po raz ostatni, prawie nie jadłem ani nie spałem. Miałem sine wory pod oczami. Schudłem nienaturalnie dużo. Mocno też posiwiałem. Usychałem z miłości do nieznajomej, którą widziałem tylko ja. Na dodatek, gdy zabierała mnie nad Tamizę, czas w Pangbourne, o czym się przekonałem, stawał w miejscu. Kiedy znów się pojawiła, była jeszcze piękniejsza i bardziej wyniosła. Oczy błysnęły mi z radości i spełnienia. Natychmiast znalazłem się przy Bentleyu i nie zwracając uwagi na nic, zapukałem w szybę, błagalnym wzrokiem dając do zrozumienia, by opuściła ją. Chwilę się ze mną bawiła, udając, że nie dostrzega moich niemych gestów.
Lekko się uśmiechała, jakby drwiąc z mojej bezradności. Wreszcie otworzyła okienko. „Jesteś. Już myślałem, że więcej się nie pojawisz.” Wypowiedziałem te słowa z westchnieniem ulgi, którego nie potrafiłem ukryć. „Wiem, wiem. Usychałeś z tęsknoty. Nie musisz nic mówić. Ja wiem wszystko.” „Tak. Nic już nie mówię. Pragnę tylko posiedzieć obok ciebie.” Roześmiała się rozbawiona.
„Wsiadaj. Pojedziemy na przejażdżkę. Mamy robotę do zrobienia.” Znów to samo? A co myślałeś? Gdy to powiedziała, nagle dotarło do mnie, że nic nie myślałem. Nie miałem wobec niej żadnych oczekiwań, pragnień, ani fizycznych, ani duchowych. Nie chciałem jej pieprzyć. Nie chciałem też, żeby mnie kochała. Sam też nie zamierzałem jej kochać, ale to uczucie, które miłość tak przypominało, nie pozwalało mi przestać o niej myśleć i płaszczyć się przed nią, by zachwyciła mnie swoim widokiem. W przebłysku świadomości, cedząc słowa przez zęby, zapytałem: co ty mi zrobiłaś?
Ja tobie nic. To ty mnie przywołałeś, ale na razie tego nie pojmiesz. Możesz to przeżywać tylko takim, jakim jest. Uwolnić się nie dasz rady. O nic już nie pytałem. W jej obecności czułem się, jakbym zażył mieszankę wszystkich istniejących na Ziemi halucynogenów. Mogłem jedynie obserwować zdarzenia niczym film dziejący się na ekranie. W znanym mi już ustronnym miejscu nad Tamizą pozbyliśmy się kolejnego ciała. Wszystko odbyło się według wcześniejszego schematu. Potem moja pani odwiozła mnie do Pangbourne i zniknęła, jak tylko się oddaliłem.
Oczywiście nikt niczego nie zauważył, a czas znów stanął tu w miejscu. Schowałem się w mojej piwniczce i sięgnąłem do kieszeni spodni, w której tkwił wypchany portfel kolejnego 40-letniego Angola. Jego zwłoki, co trudno było wymazać z pamięci, również oddałem rzece. Od ostatniego razu, kiedy ją widziałem, minęły już dwa tygodnie. Zbyt wiele. Po tym, jak spotkałem ją poprzednio i pomogłem ze zwłokami, przez kilka dni chodziłem jak nakręcony, radosny, pełen wigoru i chęci do życia, jakby naładowało mnie niewidzialne baterie. Ale tej energii starczyło tylko na kilka dni, a potem znów zaczął się znany mi już fatalny stan usychania z tęsknoty nie wiadomo za czym. Jako że jej nieobecność się przedłużała, a ja czułem się coraz gorzej, postanowiłem ją odszukać. Po pracy, zamiast odpoczywać w domu z piwkiem, pojechałem pod adres widniejący na prawie jazdy pierwszego z truposzów, których wrzuciliśmy do rzeki. Facet mieszkał w Woodley, będącym w zasadzie osobnym 25-tysięcznym miasteczkiem leżącym ponad 6 kilometrów od centrum Reading, gdzie mieszkałem.
Dominowały tam mniejsze lub większe domy lepiej sytuowanych Brytoli. Okolica była cicha i spokojna, a na chodnikach rzadko można było spotkać przechodnia. Ludzie tutaj poruszali się głównie samochodami, a o tej porze siedzieli już w większości w domach – na emeryturach lub odpoczywając przed nowym dniem pracy. Po zmroku udałem się pod adres widniejący na dokumencie pierwszej ofiary. Budynki były tu na angielską modłę grodzone niskimi murkami lub delikatnymi płotkami, pozbawione furtek i bram. Nie było więc problemem dla nikogo podejść pod dowolne okno frontowe, by zajrzeć do wnętrza. Ponadto mieszkańcy nie mieli zwyczaju przed pójściem spać zasłaniać okien. Żyli dość otwarcie, często spędzając całymi rodzinami czas w salonach, nie kryjąc się przesadnie przed ewentualną publicznością. Gdy przechwytywali czasem wzrok obcych ludzi, uśmiechali się do nich. Każdy mógł podejść pod drzwi wejściowe i okna, ale kto by to zrobił, byłby widoczny dla sąsiadów jak na przysłowiowym widelcu.
Musiałem więc uważać. Zwłaszcza że stały tam znaki informujące, że w tej okolicy porządku pilnuje straż sąsiedzka, bardziej czujna niż policja. Dlatego nie chciałem zbyt długo się tu kręcić, by nie wzbudzić niepotrzebnego zainteresowania. Wszak ewidentnie węszyłem pod adresem człowieka, którego pomogłem spławić martwego do Tamizy z 30-kilowym odważnikiem przywiązanym do szyi. Dom, którego szukałem, wyglądał na niezamieszkany. Pomimo zmroku w środku nie paliło się światło, a i na zewnątrz nic nie przebijało ciemności. Zupełnie inaczej było z sąsiednimi domami, gdzie czujnik ruchowy omiatał strumieniem ostrego światła każdego, kto poruszał się chodnikiem. Tylko przy tym domu nie zaświeciło się automatyczne światło. Zamarłem i wsłuchiwałem się w panującą wokół ciszę. Nie odważyłem się podejść bliżej.
Stałem bez ruchu, mając nadzieję, że nikt z sąsiednich domostw mnie nie wypatrzy. Na kiju wbitym w ziemię widniała tabliczka informująca, że nieruchomość jest wystawiona na sprzedaż. Mimo ostrożności, jaką starałem się zachować, straż sąsiedzka mnie wypatrzyła. Z budynku znajdującego się naprzeciwko wyszedł jakiś starszy człowiek. Trzymał na smyczy wielkiego dobermana. „Czego tu szukasz, facet?” – krzyknął do mnie. – „W czymś ci pomóc?” Podszedłem do niego i rzekłem: szukam pewnej kobiety, która tu mieszka razem z mężem, ale widzę, że dom jest pusty. Czy pan wie, kiedy wrócą domownicy? Mam do tej pani ważną sprawę. „Dom jest obecnie niezamieszkany.
Mąż tej kobiety zaginął jakiś czas temu, a ona się wyprowadziła, wystawiając nieruchomość na sprzedaż. A kim ty jesteś dla tej dziewczyny?” Więc wyprowadziła się. A nie wiesz dokąd? „Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Ale kim ty jesteś? Proszę się przedstawić.” Przedstawiłem się zmyślonym imieniem i nazwiskiem, aby go uspokoić. „Zostaw numer telefonu. Gdyby tu się pojawiła, przekażę, że byłeś. Ale muszę wiedzieć, kim dla niej jesteś.” O, jestem dalekim kuzynem. Muszę ją odszukać.
Dawno nie mieliśmy kontaktu. Wie pan, jak to czasem jest w rodzinie. Walnąłem najbardziej banalną ściemę, która wpadła mi na szybko do głowy. Popatrzył z niedowierzaniem, ale głębiej nie drążył. Zgodziłem się, by zanotował mój numer telefonu, bo uznałem, że to go uspokoi. „Nie mam nic do pisania” – oświadczył. – „Powiedz ten numer mojemu psu na ucho. On go zapamięta i przekaże mi w domu. Wtedy zapiszę.” – Nie widzę problemu. Mogę to zrobić.
– Tylko proszę mówić do jego prawego ucha, bo na nie lepiej słyszy – przykazał. Powiedziałem więc psu na prawe ucho, jak się nazywam i jak brzmi mój phone number. Oczywiście skłamałem. Nie byłem przecież głupi. Pies spojrzał na mnie ze smutkiem, jakby wiedział, że go oszukałem. Aż się wzdrygnąłem, ale pomyślałem, że tylko mi się zdawało. Gdy skończyliśmy rozmowę, czym prędzej oddaliłem się spod tego domu i nie korzystając z komunikacji miejskiej, wróciłem do siebie. Nadal byłem nienaturalnie podekscytowany, mimo że trzeźwy, jak mała dziewczynka. Posiadałem jeszcze namiary na pozostałych dwóch denatów i przez kolejne dwa dni odwiedziłem te miejsca. Jedno w Caversham, a drugie w Tile.
Widać, że dziewczynie z Bentleya nie chciało się za wiele przemieszczać i wybierała ofiary mieszkające stosunkowo blisko siebie. Potencjalnemu śledczemu pewnie łatwo by było wytypować prawdopodobne miejsce zamieszkania mordercy. Tym razem byłem ostrożniejszy, nie chcąc ryzykować kolejnych rozmów z sąsiadami. Zwłaszcza, że docierając pod wybrany adres, szybko przekonywałem się, że domy te również stoją puste, a przed nimi widnieją tablice informujące, że są wystawione na sprzedaż. „Tak jej nie odnajdę” – pomyślałem. Ręce trzęsły mi się jak alkoholikowi, a w gardle zaschło mi z nienaturalnej tęsknoty. Czas mijał, a moja udręka się nie pojawiała. Cóż, widocznie nie miała dla mnie mokrej roboty – skonstatowałem rozgoryczony. Jeszcze przez kilkanaście dni zmuszałem się, by chodzić do pracy u Eddiego, choć stawałem się coraz większą parodią samego siebie. Schudłem jeszcze bardziej, starzałem na skórze, posiwiałem ostatecznie.
Nie jadłem niemal od miesiąca. Zmuszałem się do przełykania wody z kranu, bo w gardle tak mi zaschło, że gdybym nie wmusił w siebie tych paru kropel wody, niechybnie bym się udusił. Nie było mowy o piciu soków czy innych napojów, bowiem każdy smak wydrążyłby mi dziurę w języku i przepalił gardłową rurę. Mimo coraz bardziej widocznej choroby wiedziałem, że jedyną szansą, by ją spotkać, jest obecność w pracy i cierpliwe ścieranie kurzu oraz pucowanie luksusowych samochodów niczym lampy Alladyna, by nieznajoma pojawiła się w wozie jak spełniający życzenia dżin. Jednak po dalszych kilku dniach sam Eddie poprosił mnie, bym poszedł do lekarza i na razie się w pracy nie pojawiał. Ponoć Angole zarządzający salonami skarżyli się na mój niezdrowy wygląd i zbyt głośny kaszel. Faktycznie, potrafiłem się tak rozkaszleć, że mijały ciągnące się sekundy, zanim udawało mi się opanować drapanie w gardle. Aby nie przegapić mojej pani, postanowiłem chociaż po zmroku zbliżyć się do showroomów i wypatrywać przez oszklone ściany, czy aby nie siedzi gdzieś za kierownicą, udając, że prowadzi lub poprawia makijaż. Robiłem tak przez kilka dni, aż zaniemogłem tak bardzo, że nie miałem nawet sił zwlec się z łóżka. Mimo to zmusiłem się jeszcze raz, by zbliżyć się do salonów.
Tej ostatniej nocy zainteresowała się mną policja, która mnie wylegitymowała i nie dając wiary, że tam pracuję, odwiozła na komisariat, gdzie podczas przesłuchania kontaktowała się nawet z Eddiem. Po rozmowie z moim niedawnym chlebodawcą policjanci zrobili mi zdjęcia i prawdopodobnie uznając za wariata, wypuścili mnie, ostrzegając, bym nie zbliżał się do salonów w Pangbourne. Wróciłem piechotą do swego lokum i skonany przeleżałem cały dzień w łóżku. Dopiero wieczorem zmusiłem się, by na czworakach doczołgać się do kuchni i napełnić szklankę wodą z kranu. O dziwo, wypiłem całość bez problemu i bez krztuszenia się, jak to było, gdy próbowałem wcześniej pić wodę z butelki przy łóżku. Posmakowawszy kranówki zrozumiałem, że przy łóżku stała butelka wódki. Stąd niemożność napicia się i torsje. Niech ta nonsensowna pomyłka zaświadczy o moim skrajnym stanie psychofizycznym. Poczułem jednak ulgę, że organizm nie odrzuca wody, jak sądziłem, gdy krztusiłem się wódką, lecz chętnie jej łaknął. Dawało to mimo wszystko jakąś nadzieję na przyszłość.
Myślałem wtedy, że widmo śmierci zagląda mi przez ramię, skoro nie mogę już nawet pić zwykłej wody z butelki. Jak mogłem się nie połapać, że ta biała substancja to 40-procentowy alkohol? Nie znałem odpowiedzi na to pytanie i nie miałem siły tego rozkminiać. Siedząc w kuchni na taborecie, postanowiłem zmusić się do wyjścia, by kupić choć jogurt, bo instynktownie czułem, że powinienem coś zjeść. Cierpiałem głód, a myśl o jogurcie jakoś mnie uskrzydlała. Przechodząc koło skrzynki na dole, odruchowo spojrzałem z daleka w szparę na listy i zobaczyłem białą kopertę. Ująłem ją drżącymi palcami, czując podświadomie, że to coś istotnego. Nie myliłem się. Na kopercie widniał napis „The Dead Husbands Club”. Porzucając myśl o jogurcie, wbiegłem po schodach z powrotem do siebie i otworzyłem kopertę, niemal ją rozrywając.
List brzmiał lakonicznie: „The Dead Husband's Club. The Gentlemen Club. Caversham Road, Reading, under the bridge, today, 1 AM. Evening outfit please.” Było to zaproszenie do klubu dla dżentelmenów. Nie wiedziałem, kto mógł je wysłać i w jakim celu, ale czułem, że ma to jakiś związek z moją panią. Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że jest 30 minut po północy. Pozostało zaledwie pół godziny, by się nie spóźnić. Czas naglił. Stroju wieczorowego nie posiadałem. Założyłem najlepsze ubranie, jakie znalazłem w szafie – czarną koszulę, marynarkę, czarne spodnie z materiału i jakieś buty z czarnej skóry, słabo udające eleganckie.
Krawata nie miałem. Byłem raczej biedakiem i zwykle ubierałem się wygodnie w dres, a te rzeczy przywiozłem jeszcze z Polski, gdzie nosiłem się zgoła inaczej. Dopadłem kranu w kuchni i wypiłem jeszcze jedną szklankę wody. Poczułem, jak wraca mi energia, motywacja, nadzieja i ikra. Znów byłem na fali, mimo niemal miesięcznego postu. Wiedziałem, że sama woda by tak nie zadziałała i że musi to powodować nadzieja ujrzenia mojej pani. Z Linson Street, gdzie mieszkałem na poddaszu, nie było daleko do mostu, a właściwie wiaduktu na Caversham Road. Znałem miejsce, w którym był The Gentlemen Club. Mijałem go wielokrotnie, zaciekawiony niewielkimi drzwiczkami w murze, na których widniał napis „Open from 1 AM to…”. Jaki biznes funkcjonuje od 1 AM?
Właśnie dlatego miejsce to intrygowało mnie, odkąd znalazłem się w Reading. A teraz zostałem tam zaproszony. „Zawsze to jakiś awans społeczny” – pomyślałem sarkastycznie. Była pierwsza, gdy stanąłem przed owymi drzwiami. Zapukałem zdecydowanie, dzierżąc w prawej dłoni kopertę z zaproszeniem jak tarczę. Drzwi otworzył rosły osiłek z kwadratową szczęką o fizjonomii typowego Anglika z klasycznego podlondyńskiego miasta, spoglądając wpierw przez klasyczny prostokątny otwór jak bramy z więzienia. Jak z „Harry'ego Pottera” czy „Monty Pythona”. Takie miałem pierwsze skojarzenia. Pokazałem mu zaproszenie. Gestem zachęcił mnie, bym wszedł.
Miałem wrażenie, iż z dezaprobatą zlustrował mój kiepski strój. W jego oczach dojrzałem wyraźną niechęć, jednak rzekł: „Jest pan oczekiwany w salonie”. Więc byłem oczekiwany. I to w salonie. Ja pierdzielę! Jeśli to nie był awans społeczny, to co miałoby nim być? Korytarzem utrzymanym w czerni skierowałem się do salonu i dotarłem do pomieszczenia z barem i kilkoma stołami, przy których ustawiono kanapy oraz wygodne fotele. Tej nocy tylko jeden ze stołów był oblężony. Przy blacie ustawionym pośrodku siedziało pięciu nienagannych dżentelmenów, którzy byli tak dżentelmeńscy, że aż ubrani we fraki i smokingi z muszkami. Wyglądałem przy nich jak plebs.
Jeden z nich na mój widok poderwał się entuzjastycznie. „O, dobry wieczór, Chris. Spodziewaliśmy się ciebie, ale nie tak punktualnie. Usiądź proszę z nami.” Pomimo okazywanego przez niego entuzjazmu i tak wyczułem, że ów dżentelmen żachnął się, widząc mój lichy strój. „Ona wspominała, że dziś cię poznamy. How do you do?” – rzekł inny dżentelmen na przywitanie. Wydał mi się dziwnie znajomy. Zresztą tak jak i ten, który przywitał mnie pierwszy. „Miło was poznać, panowie. O dziwo, czuję się teraz świetnie, choć jeszcze godzinę temu bałem się, że sczeznę.” „To normalne.
Przyzwyczaisz się” – orzekł kolejny, który również mi kogoś przypominał. Tak. O tak. Ci trzej to goście, których pomagałem wrzucać do Tamizy. Co tu jest grane? Poczułem, że słabnę i nogi się pode mną ugięły. Przytomność odzyskałem po chwili na sofie, cucony przez tych panów wodą i poklepywaniem po twarzy. „Już lepiej?” – spytał dżentelmen, z którym jeszcze nie rozmawiałem. „Tak, sir. O wiele lepiej.
Czy mogę chlapnąć szklaneczkę whisky?” „Of course.” W okamgnieniu pojawiła się nastoletnia kelnereczka odziana w strój francuskiej pokojóweczki. Kręcąc pupcią, podała mi whisky z lodem, którą spożyłem jednym haustem. „Kreszeczkę?” – zapytał kolejny dżentelmen i nie czekając na odpowiedź, posypał po stole delikatną ścieżkę bielutkiej, dobrze rozdrobnionej kokainy. Takiej koki nie można było nabyć na ulicy. Szybko zrobiłem rulonik z jedynego banknotu, jaki posiadałem – dwudziestofuntowego – i wciągnąłem drogocenny proszek. Oni ciągnęli przez banknoty pięćdziesięciofuntowe, choć nie było takich w obiegu. Tak, to była najwyższej próby kokaina, prawdopodobnie prosto z Kolumbii, jak przystało na klub dla zmanierowanych tandysów. Już po 30 sekundach poczułem się 10 razy lepiej, a po kilku minutach 100 razy lepiej. Wcześniej wydawało mi się, że odzyskałem wigor, ale teraz miałem wrażenie, że odzyskałem wigorów setek kilka, cokolwiek mogło to znaczyć. Za jednym chemicznym pociągnięciem nosa.
„A więc jak widzisz, żyjemy tu przytulnie jak robaki w dywanie” – oznajmił jeden z tandysów. „Jak w czterolistnej koniczynie” – uzupełnił inny, czyniąc gest, jakby obrywał niewidzialne listki z łodyżki. „Jak możesz żyć jak pączek w maśle?” – zaprotestowałem. – „Skoro osobiście wrzucałem cię do Tamizy, przyjacielu. Zrozumiesz, jak poślubisz naszą Annę i ktoś inny wrzuci cię do rzeki. Tak daleko już zaszedłeś, więc powinieneś zrobić ten krok” – usłyszałem poradę. „Zresztą nie masz wyboru. Nie jest to od nikogo zależne, tylko od ciebie samego, a ty nie potrafisz inaczej, więc jesteś w pułapce. Musisz zostać jej mężem” – padło z innych arystokratycznych ust. Nic z tego nie rozumiałem, ale dzięki długotrwałemu postowi, zaskoczeniu, whisky i wyśmienitej kokainie śmiałem się wraz z nimi, a oni opowiadali sobie na wyścigi anegdotki z pożycia z Anną, dowcipkując o tym, w jaki sposób umarli.
Pokazywali sobie też blizny po nożu, z których najwidoczniej byli dumni. Każdy miał co najmniej kilka głębokich cięć, a dwóch pod koszulami zostało nieźle pokiereszowanych. Po kilkunastu minutach takich prezentacji wszyscyśmy lali jak konie o blachę. Wesołości nie było końca. Rżaliśmy do białego rana, bawiąc się totalnie, a następnego dnia w świetnej formie stawiłem się w pracy u Eddiego. Jakoś tak automatycznie. Jednak z przykrością skonstatowałem, że nikt mnie już tam nie oczekuje. W dodatku pogoniono mnie kijami i zagrożono wezwaniem tutejszej policji. Tym razem Anna nie dała mi długo na siebie czekać. Spotkałem ją zaraz następnego dnia w dużym Tesco, gdzie poszedłem wieczorem w świetnym humorze, by załatwić sprawunki.
Nie ukrywam, że miałem ogromne obawy, iż znów będę musiał czekać na nią tak długo, że zacznę usychać i zapadnę się w znanym mi już koszmarny stan. Dlatego gdy ją zobaczyłem, byłem wdzięczny, że pozwoliła mi uniknąć cierpienia. Wypatrzyłem ją między sklepowymi półkami ogromnej hali Tesco. Pakowała do największego sklepowego wózka towary bez patrzenia na ich ceny. „To ty” – stwierdziła obojętnie, gdy podszedłem. „Tak, to ja. Dobry wieczór Anno.” Nie odpowiedziała, za to obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem. „Czego chcesz?” – spytała od niechcenia. Znajdowaliśmy się w alejce z żarciem dla psów i kotów. Nie przestawała nawet na chwilę ładować do wózka psiego jedzenia, przechadzając się powolutku wzdłuż suto zastawionych regałów.
„Czy wyjdziesz za mnie?” Zdziwiłem się, że to powiedziałem. W każdym razie nie pamiętałem, abym podjął decyzję, że się jej oświadczę. Nie przypominałem sobie nawet decyzji o tym, by to powiedzieć. Zwłaszcza w Tesco, w dziale żarcia dla psów i kotów. Anna niemal natychmiast, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem, odparła: „Dobrze, zgadzam się.” Po czym zadzwoniła ze smartfona, wypowiadając jedno słowo do kogoś, kto odebrał: „Podjeżdżaj.” A do mnie: „Chodźmy.” I skierowaliśmy się do wyjścia. Anna zwolniła mi swoje miejsce przy sklepowym troju i teraz ja pchałem wypełniony po brzegi psim i kocim żarciem wózek. Ale zamiast kierować się do kas, Anna gestem wskazała mi, bym pchał wózek prosto w stronę głównego wejścia dla klientów. Kilka metrów przed nim musieliśmy przejechać przez szerokie bramki, które pełniły rolę wejścia, a nie wyjścia. Przy nich stało dwóch ochroniarzy. Ci jednak nieoczekiwanie się uśmiechnęli i gestem zaprosili Annę do przekroczenia bramek.
Ona odwzajemniła im uśmiech, którego tak bardzo pożądałem, więc poczułem nieprzyjemne ukłucie zazdrości. Na mnie owi panowie, z których jeden wyglądał na Hindusa, a drugi był czarny, nie patrzyli, a ten jeden raz, kiedy to uczynili, zdradził bezmyślną, zwierzęcą wrogość. Bramki otworzyły się, o dziwo, do środka, a nie na zewnątrz, do czego były konstrukcyjnie przystosowane. A gdy przeszliśmy przez główne obrotowe wyjście, czekał tam na nas znany mi już wielki czarny Bentley z kierowcą. Pojazd był owinięty białą szarfą i wyglądał jak prezent poślubny. Na masce ujrzałem przymocowane do niej niewielkie pudełko wyglądające jak upominek. Anna z pomocą kierowcy zapakowała zakupy. Trwało to raptem minutę, gdyż niezbyt się patyczkowali z towarem, wrzucając go bezceremonialnie do wielkiego bagażnika. Ponadto kilku mężczyzn podeszło do nas i zaoferowało pomoc, na co Anna z ochotą przystała i większą część wózka opróżnili oni, życząc Annie wszystkiego najlepszego, a na mnie łypiąc złowrogo tym samym spojrzeniem, którym wcześniej potraktowali mnie ochroniarze. Po czym wsiedliśmy do samochodu i powoli ruszyliśmy.
„Anno, dokąd jedziemy?” – zapytałem. „Na nasz ślub” – odparła. – „Do kościoła w Aylesbury. Pamiętasz? Byliśmy tam razem.” „To chyba nie ze mną, Anno. Ja tam nigdy nie byłem.” „Cóż, możliwe.” Anna wydała mi się znudzona, jakby nieobecna. Przyszła żona, a nie wie, że nigdy wcześniej tam ze mną nie była? Chyba mnie z kimś myli. Dotarliśmy do kościoła. Ocknąłem się z letargu.
Droga w to miejsce musiała trwać przynajmniej godzinę. Nie pamiętałem tego. Kościółek był doprawdy maleńki. Drzwi do świątyni otworzyła pani pastor w sutannie. Długowłosa blond okularnica. To ona udzieliła nam ślubu w obrządku anglikańskim. Jej twarz wykrzywiał karykaturalny uśmiech skierowany do Any, mnie zaś potraktowała pogardliwym spojrzeniem niczym psa. Urok Any działał, jak widać, na obie płcie. Ceremonia zaczęła się natychmiast. Nie było zbyt tłoczno.
Dwóch jegomościów, którzy pełnili rolę świadków, pamiętałem ze swojej wizyty w Klubie Umarłych Mężów. Przedstawili mi się wylewnie: „Jestem John Milton, a to jest William Davenant” – oświadczył Milton, który wyglądał na jakieś 30 lat. Davenant zaledwie przytaknął. „Miło mi” – odparłem. Przedstawili mi również pozostałych trzech dżentelmenów, z którymi spędziłem szaloną noc w klubie. Podchodzili kolejno i wypowiadali swoje imiona i nazwiska, kłaniając się i strzelając obcasami. Byli to Samuel Butler, Richard Crashaw i William Blake. Ich nazwiska nic mi nie mówiły, chociaż skądś kojarzyłem tego ostatniego, lecz nie mogłem przypomnieć sobie skąd. Chwilę nad tym intensywnie myślałem, jednak odpuściłem, gdyż odpowiedź się nie pojawiała. Wróciłem myślami do ceremonii.
Rozejrzałem się po kościele. W ławach zasiadało niewielu uczestników uroczystości. Zaciekawiło mnie, cóż to za ludzie. Spytałem Blake'a. Ten, wskazując gestem na zgromadzoną gawiedź, odparł: „Pewnie jacyś gapie z wioski. Cóż, to publiczny kościół. Nie można go zamknąć, więc ludzie na wieść, że będzie kolejny ślub Any, przyszli się pogapić” – mrugnął okiem Blake. Nieczęsto odbywają się tutaj śluby. Zresztą pogrzeby również. To mała wieś.
Słynie wyłącznie z tych kamieni. Poza tym – nuda. Nawiązał do megalitów okalających od setek lat Avebury. Aha, faktycznie. Ludzie ci zasiedli w ławach anglikańskiego kościółka w Avebury i wyglądali na podekscytowanych zbliżającym się spektaklem. Mimo nuty sympatii, jaką odczuwałem z ich strony, znacznie bardziej docierała do mnie dezaprobata tych ludzi. Nawet nieliczne zgromadzone tutaj dzieci spoglądały na mnie z taką samą niechęcią jak ich rodzice. Natomiast odnosiłem nieodparte wrażenie, że moich nowych kumpli podziwiają. Zupełnie inaczej odczytywałem ich, gdy patrzyli na moich nowych kumpli. Po części wynikało to z tego, jak przypuszczam, że wszyscy oni byli ubrani na maksa elegancko, a ja miałem na sobie gówniane ciuchy.
Ana też była odziana zwyczajnie, jak nie do ślubu. Co prawda wyglądała olśniewająco, a ja sporo mniej olśniewająco. Podszedłem do Any i naiwnie zapytałem: „Droga narzeczono, czy nie powinniśmy się przebrać do tej celebry?” Ana chyba też dopiero zauważyła, iż nie jest ubrana stosownie do przeżywanej chwili. „Nieważne. Przebierzemy się na weselu. Teraz nie ma na to czasu. Trzeba brać ten ślub, bo goście czekają. To tylko formalność.” „Tylko formalność? Nie rozumiem.” „Zrozumiesz więcej potem. Zresztą nie wiem, może nie zrozumiesz.” Rozpoczęła się ceremonia, która odbywała się w języku angielskim.
Przy wyjściu siedział wielki doberman, co mnie zaskoczyło. Byłem na kilku ślubach w Polsce, ale na żadnym nie widziałem takiego psa siedzącego niby Cerber przy drzwiach. Ocknąłem się przy stoliku w niewielkiej sali weselnej. Trwała strasznie nudna impreza, do której przygrywała ładna skrzypaczka z Londynu. Goście byli ubrani niezwykle elegancko. Sam miałem na sobie smoking. Naprzeciw siedziała Ana, a wokół znani mi już panowie – poprzedni mężowie Any. Muzyka grała. Wszyscy kłębili się przy zaledwie kilku stolikach. Coś zajadali, coś popijali.
Mało kto rozmawiał, a jeśli już, to półsłówkami. Strasznie bolał mnie łeb. „O, nasz przyjaciel się budzi. Co tam, kolego? Strasznie się upiłeś. Pamiętasz coś?” – zwrócił się do mnie William Blake, wykrzywiając usta po spożyciu świeżo posypanej kreski koki. „Nie, nic nie pamiętam. Co jest grane? Boli mnie głowa.” Wszyscy zaczęli się śmiać, ale nie tylko osoby przy moim stoliku, lecz dosłownie wszyscy na sali. Ana tylko się uśmiechała.
„Nie przejmuj się, to normalne na początku” – krzyknął Richard Crashaw, którego zapamiętałem z The Dead Husbands Club, bo wciągał wyjątkowo grube kreski. Spróbowałem wstać, ale nie dałem rady, gdyż wciąż ostro mną bujało jak na łódce. Zatoczyłem się i ciężko padłem na krzesło. Dostrzegłem też, że jestem obrzygany, a może nawet zlałem się w gacie. „Co za wstyd” – pomyślałem. „Nie przejmuj się tym, Chris. Na naszych ślubach każdy z nas się obrzygał i poszczał. Ciesz się, że się nie osrałeś.” Wszyscy jednocześnie wybuchnęli śmiechem. „Ano, chyba trzeba Chrisowi coś posypać, bo znów nam zaśnie i jeszcze jest gotów rzeczywiście się osrać i trzeba go będzie kąpać.” Przede mną pojawiła się gruba krecha koksu. Podano mi też kilka tabletek.
Natomiast Ana wyjęła z torebki strzykawkę, przywarła wargami do moich ust i wbiła mi w szyję igłę, ssąc mój język. „Teraz naprawdę jestem twoją żoną” – wyszeptała mi do ucha. – To powinno wystarczyć. Za kilka minut staniesz na nogi. Resztą się nie przejmuj. Tu niejeden z gości już się obrzygał i oszczał. Niektórzy nawet defekowali. Reagujemy wyłącznie, gdy komuś puszczają zwieracze, bo nie da się wytrzymać przy smrodzie gówna. A tak to luz, pełna akceptacja. Tych, co się pobrudzą, służba wynosi na zewnątrz i rzuca pod płot.
Nie są tu dłużej potrzebni. Co innego ty. Jesteś ważną postacią naszego wesela. W końcu jesteś moim kolejnym mężem. Nic nie kumałem, ale po zaaplikowanym koktajlu różnorodnych substancji czułem się coraz lepiej. Najpierw wytrzeźwiałem, następnie wrócił mi humor i optymizm, a po 15 minutach zacząłem być obrzyganą i oszczaną duszą towarzystwa. Wszystkich zagadywałem. Zacząłem chodzić po sali, dosiadać się do innych stolików. Opowiadałem dowcipy, z których się jakoś sztucznie śmiano, ale i tak mnie to bawiło. Zresztą sam nie bardzo kumałem, co gadam.
Operowałem świetną angielszczyzną, ale nie wszystko rozumiałem. Wszak nie mówiłem aż tak dobrze po angielsku. Spotkałem też kilku Polaków, z którymi rozmawiałem po polsku i dopiero wtedy zauważyłem, że strasznie bełkoczę i też nie rozumiałem wszystkiego, co mówię, mimo że to było po polsku. Niespodziewanie mój stolik ogarnęła głośniejsza wymiana zdań między dżentelmenami. Już po chwili ostro skakali sobie do gardeł, a Ana, widząc to, wstała i wyszła do łazienki, a umarli mężowie zaczęli się między sobą szarpać, by po chwili nawalać się na całego. Goście, widząc zamieszanie, również angażowali się w konflikt, wpierw komentując na głos, kto ma rację. Następnie zaciekle o tę rację walcząc. Nie minął kwadrans, a wesele zamieniło się w ostrą bójkę wszystkich ze wszystkimi, niczym na filmach o Dzikim Zachodzie. Ktoś musiał zadzwonić po policję, bo pojawił się dwuosobowy patrol. Panowie w mundurach zaczęli krzyczeć i apelować o spokój.
Gdy to nie dało efektów, oddali kilka strzałów z broni hukowej, po którą jeden z nich cofnął się do radiowozu. Dopiero któryś z kolei strzał uspokoił rozemocjonowane towarzystwo. Ana wyglądała, co mnie zaskoczyło, na rozradowaną. Impreza wreszcie zaczęła się jej podobać. Przejęła inicjatywę i rozpoczęła negocjacje z gliniarzami. Rozmawiali po angielsku, więc nie wszystko rozumiałem. Zaczęto legitymować uczestników wesela, poczynając od moich nowych kumpli – angielskich dżentelmenów. Ale po sprawdzeniu kilkunastu dokumentów jeden z policjantów skonsternowany obwieścił na głos, że coś tu, proszę państwa, jest nie tak. Policyjna baza danych zapewniała bowiem, że część gości weselnych od dawna nie żyje. Na to Blake zażartował ponuro: „Od wesela do stypy niedaleko”, czym wprawił wszystkich w dobry nastrój.
Policjant, zwracając się do Any i do mnie, zapytał, czy potrafimy to jakoś wyjaśnić. Ana zarządziła ściepy do kapelusza na datek dla policjantów. William Blake przeszedł się po stolikach i od weselnych gości nazbierał pełny kapelusz banknotów, które zostały przekazane młodzieniaszkom w mundurach. Młodzi funkcjonariusze, krygując się, chętnie przytulili kapelusz. Ten większy z nich oznajmił: „Proszę państwa, bawcie się dobrze. Nie będziemy robić z tego afery. Za godzinę kończymy służbę. Niepotrzebne nam takie rewelacje, a tym bardziej instytucji, która nas tu wysłała. Już nas nie ma.” Jak powiedział, tak zrobili, a goście z powrotem zasiedli do stolików i zabrali się za desery i koktajle. Sala wyglądała co prawda jak pobojowisko, ale szybko ustawiono stoły, pozbierano co mniej rozbieżone ciasta, lody, talerzyki, szklaneczki, butelki i wazoniki.
Wybuchnąłem gromkim śmiechem, bo ten widok tak naprawdę przedstawiał karykaturę wesela. Wszystko rozpieprzone, goście potargani i w poszarpanych ubraniach, niektórzy obrzygani lub oszczani, bez skarpetek, w jednym bucie. Przy stołach, pomimo ogólnego pobojowiska, goście starali się zachować fason, zajadając z atencją drogie desery. Gromkim śmiechem wybuchnęła też moja Ana. Reszta raczej spoglądała na siebie niepewnie, lecz im dłużej rechotaliśmy z Aną, w której oczach dojrzałem wreszcie cień sympatii dla mnie, tym goście coraz bardziej się rozluźniali, a po chwili już masowo się przepraszali za niedawne animozje i razy po twarzach oraz opluwanie. Wśród gości pojawił się Eddie. Wcześniej go nie widziałem i prawdę mówiąc nie spodziewałem się zobaczyć. Wydawał się dobrze znać Anę. Podsłyszałem też, jak innym gościom opowiadał o swojej szczotce, która, jak się wyraził, żyje w rogu jego szafy. Ponadto rozmawiali o jakiejś suczce, którą ponoć pokrywa pies Any.
I wtedy znów zobaczyłem tego czworonoga. Siedział na zadzie przy wyjściu i wyglądał, jakby coś knuł. Mam nadzieję, że myślał wyłącznie o tym, co zrobi suczce Eddiego, jak już ją dorwie. Ja bym tak na miejscu psa kombinował. Zrobiło mi się niedobrze. Wybiegłem z sali na zewnątrz i zwymiotowałem przy wejściu. Stał tam też zaparkowany Bentley, którym przyjechaliśmy. Zaparkowany to za dużo powiedziane. Był on bowiem niedbale pozostawiony w niedalekiej odległości, tak nonszalancko, jak to tylko Annie mogło ujść, a drzwi po prawej stronie były szeroko otwarte. Dostrzegłem tam opadającą do ręki ziemię.
Po szybkich oględzinach wyszło na jaw, że należała do kierowcy, który nas tu przewiózł. Najwidoczniej nie żył. Z kieszeni jego uniformu wystawała koperta. Sięgnąłem po nią i przeczytałem list. Wywnioskowałem z niego, że jest skierowany bezpośrednio do mnie. Autor wyjaśniał, że popełnił samobójstwo, łykając tabletki otrzymane od Any i prosił, bym wrzucił go do Tamizy w znanym mi już miejscu, najszybciej jak to możliwe. Podniósłszy wzrok, zobaczyłem moją żonę. „Anno, trzeba go wrzucić do rzeki. Zabił się. Musimy to zrobić jak najszybciej.
Sam o to prosił w liście, który do mnie napisał.” Ku mojemu zaskoczeniu, Ana pocałowała mnie mokro w usta i namiętnym głosem wyszeptała: „Spokojnie, nie pali się. Zrobimy to zaraz jutro. A teraz chodź się bawić.” I łapiąc mnie za rękę, zaprowadziła z powrotem do sali, gdzie obecnie trwała całkiem kulturalna impreza, a skrzypaczka, która gdzieś wcześniej się schowała, znów grała nam muzykę klasyczną. Nad ranem goście zaczęli się rozjeżdżać do domów. Ja i Ana po odebraniu ostatnich życzeń i kondolencji – życzenia dla niej, kondolencje dla mnie – pożegnaliśmy się z gośćmi. Zwłaszcza z dżentelmenami rozstawaliśmy się wyjątkowo rzewnie. Ana każdego przytulała i z każdym wymieniała namiętny pocałunek, a oni klepali ją czule w tyłek. Nie dawałem po sobie poznać, że irracjonalna zazdrość spalała mi mózg. Odetchnąłem, gdy wsiedliśmy do naszego Bentleya. Zanim to się stało, z pomocą dowcipkujących dżentelmenów zapakowaliśmy do bagażnika zdechłego kierowcę.
Następnie, tradycyjnie już, pojechaliśmy z Aną nad Tamizę w znane mi już miejsce. „Żono” – odważyłem się zapytać – „czy to również był twój mąż?” „Oczywiście. Zabijam tylko swoich mężów. Takie są zasady.” „Ale dlaczego on jest kierowcą? Poprzedni twoi mężowie wydawali się mieć pochodzenie szlacheckie.” „No właśnie dlatego, że nie był arystokratą, uczyniłam go kierowcą. Ja też nie jestem arystokratą. Dlatego teraz ty będziesz moim kierowcą.” „Ojej, cudownie. Uwielbiam prowadzić Bentleye” – odrzekłem, dziwnie oszołomiony. Ana znów wpiła mi się w usta, co wprawiło mnie w euforię. Tymczasem ciało kierowcy Any znalazło się tam, gdzie zwłoki angielskich dżentelmenów, a my wróciliśmy z naszego ślubu do jej posiadłości w Reading, która usytuowana była przy samej Tamizie w dzielnicy The Caversham.
Miesiąc miodowy trwał. Od momentu ślubu zaczęła się dla mnie sielanka. Nie potrzebowałem nic robić. Spędzaliśmy beztrosko czas z Aną, a ja nie musiałem pojawiać się w głupiej pracy. Całe dnie się zabawialiśmy, popijaliśmy, popalaliśmy. W nielicznych przebłyskach świadomości rozumiałem, że ta sielanka nie będzie trwać wiecznie. Od czasu do czasu umysł mi się przejaśniał i wtedy docierało do mnie, że ona niedługo mnie zabije. Z lękiem patrzyłem, gdy w kuchni sięgała po nóż. Poza tymi przerażającymi momentami starałem się cieszyć naszą dziwną miłością, która w miesiącu miodowym przybierała najbardziej romantyczne formy. Pływaliśmy kajakami lub małą bareczką, a czasem korzystaliśmy ze zwykłej łodzi na wiosła.
Piliśmy herbatę, wciągaliśmy koks i jaraliśmy blanty, pociągając grube łyki z butelczyn whisky. Taki był ten miodowy miesiąc. Jeździliśmy też czasem do marketu. Ana kupowała wówczas od cholery psiego i kociego żarcia, choć my nie mieliśmy przecież ani kota, ani psa. Ale na razie nie zastanawiam się nad tym zbyt głęboko, będąc bez przerwy czymś odurzony. Co mnie obchodził jakiś pies? Wkrótce jednak pies zaczął mnie obchodzić. Którejś nocy nie nachlałem się ani nie naćpałem jak zwykle i przyuważyłem Anę, jak wychodzi z łóżka. Jako że byłem tej nocy świadomy, postanowiłem ją śledzić. Podążałem za nią z duszą na ramieniu, starając się być niewidzialnym.
Ana skierowała się w stronę najbardziej zapuszczonej części posiadłości, gdzie nigdy nie bywałem. Po chwili dostrzegłem wyłaniającą się z ciemności budę dla psa, tak dużą, że mógł się w niej pomieścić niejeden człowiek lub zwierz. A więc mieliśmy psa, ale siedział w tej zakamuflowanej w najdalszej części ogrodu spektakularnej budzie, z której istnienia jak dotąd nie zdawałem sobie sprawy. To dlatego nie widywałem go na co dzień, choć będąc mężem Any, też go miałem. Wlazłem więc do budy za Aną. Pies oczywiście też był w środku. W końcu to jego dom. Zanim zdążyłem się odezwać, obrócił łeb w moją stronę i przemówił ludzkim głosem po angielsku z akcentem oksfordzkim. Ocierałem zdumiony oczy. „Widzisz, nie jestem taki głupi jak pies.
Podałeś mi fałszywy numer, ale go sprawdziłem i to był jej telefon.” Więc ją odnalazłem i uczyniłem swoją suką. Tak ziściły się moje kocie marzenia. Teraz ludzka suka kupuje mi wykwintną kocią karmę. Widzisz, nie jestem taki głupi. „Nie doceniasz psów” – rzekł pies. Faktycznie, nie doceniałem psów. Nie przyszło mi nawet do głowy, że to pies może być macherem. Odrzucałem taką możliwość. Nie byłem już pewien, czy to Ana zarządzała tą sytuacją, czy też jej pies, któremu kupowała psią i kocią karmę, gdyż ponoć uwielbiał żarcie dla sierściuchów. W głębi duszy był bowiem kotem uwięzionym w ciele agresywnego psa, którego się wszyscy bali.
Jak sam mi potem powiedział – co zrobił rozwlekłą angielszczyzną, typową dla oksfordzkiego intelektualisty – był niebinarną lesbijską kotką, która dla własnych celów zdominowała Anę. „Czy ty się jakoś wbabisz?” – spytałem psinę z głupia frant. „Oczywiście, ale poznasz moje imię w odpowiednim czasie” – oświadczył, wachlując stanowczo ogonem. Zrelaksowani specyficznym zapachem budy dla psa, siedzieliśmy po turecku na miękkim, puchowym dywanie. Obuci wyłącznie w laczki na gołych nogach. Na ścianach w migającym stroboskopowym świetle ponabijane były na kolorowe pineski jakieś zapisane ręcznie biurowe karteczki. Pies widząc, że go lustruję bezczelnie, burknął: „To moja kolekcja samobójczych listów mężów Any. Mam ich dopiero kilka. Bardzo je lubię. Dasz mi list od kierowcy?
Ponoć jest napisany w formacie A4.” „Tak, oczywiście.” Podałem psu list, który zachowałem na tę okazję. Skundlony doberman sprawnie złapał zębami pobazgraną papeterię i używając pyska oraz przednich łap zgrabnie przypiął nowy list do ściany na pineskę. „A teraz Chris napisze nam swój list” – powiedział skocieły doberman macher. „Daję ci na to pięć minut, bo zwykle tyle defekuje w kuwecie.” Ana skinęła potakująco głową i zaczęła wpatrywać się w sekundnik zegarka na smartfonie. Drżącą ręką dobyłem z kieszeni długopis i zacząłem pisać: „Ja, niżej podpisany Chris Bayer, oświadczam, że rozstaję się z tym życiem bez żalu i pomocy osób trzecich – w nawiasie: nie licząc psa. Chcę, by moja żona Ana nie pozostawała w stanie wdowim, lecz poszukała szczęścia w ramionach kolejnego męża.” Doberman rzucił okiem na list i miauknął z satysfakcją. Następnie poszedł do kąta w budzie i rzekł: „Pewnie nie wiedziałeś, że tu żyje moja szczotka. Każdy szanujący się pies ma swoją szczotkę. Szczotka przydaje się, kiedy trzeba coś sprzątać.” I znacząco spojrzał w moją stronę, jakby chciał mnie sprzątnąć. Ale okazało się, iż oczekiwał, że raczej to ja posprzątam gówno po nim.
Wziąłem więc kuwetę i bez słowa opuściłem budę. Po wyczyszczeniu pojemnika na jego dnie zobaczyłem wyryte imię Hau Hau. Zrozumiałem teraz, z kim mam tak naprawdę do czynienia. Obudziłem się we własnym łóżku, w mieszkaniu, którego nie odwiedzałem od kilkudziesięciu dni. Żyjąc z Aną w ogóle nie pamiętałem swojej przeszłości, jakby jej nie było, jakby zniknęła. Trochę się temu dziwiłem, ale ostatnio coraz mniej przywiązywałem wagę do takich głupot, więc szybko przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Trochę byłem obolały, a pod prysznicem odnalazłem na ciele kilkanaście blizn po ciężkich ranach kłutych i ciętych, z których jedna – położona najbliżej serca – mogłaby być śmiertelna, ale potraktowałem je, jakby zawsze tam były. Nie chciało mi się siedzieć samotnie w domu. Poza tym byłem wyspany i trzeźwy, co mnie totalnie zaskoczyło i uznałem, że tak być nie może. Udałem się do najbliższej knajpy The Nags Head przy Russell Street, dwie przecznice ode mnie.
Był to tradycyjny pub, gdzie przeważali Angole. Zamówiłem piwo i popijając je przy barze rozglądałem się po ludziach. Początkowo nie zwróciłem na to uwagi, aż uświadomiłem sobie, że oni wszyscy czytają jakiś manuskrypt. Przy zapełnionych stolikach gawiedź pochylała się ku sobie, gdyż jedna z osób czytała reszcie coś po cichu z pliku kartek. Czy właśnie to powinni robić o tej porze Angole w pubie? „Co tu się dzieje? Co oni czytają z takim zapamiętaniem?” – spytałem barmana. „Och, był przeciek z rezydencji Oscara Wilde'a. Teraz wszyscy w Reading czytają wydruk komputeropisu trzeciego rozdziału jego nowej powieści, która dzieje się w naszym mieście. Pewni ludzie od lat mają z sir Wildem taki układ, że za każdym razem, kiedy ten pisze nową książkę, to wycieka ona na miasto rozdziałami i każdy mieszkaniec, który ma na to ochotę, może ją poznać w odcinkach” – wyjaśniał.
– „Ale pod warunkiem, że utworu nie pozna nikt poza granicami Reading. To stymuluje życie kulturalne i frekwencję w klubach. Jak dotąd nikt jeszcze nie złamał tej umowy, więc od lat to taka lokalna tradycja, że na bieżąco czytamy kolejne powieści sir Oscara.” – zakończył barman, trąc energicznie szmatką kufel od piwa, niczym lampę Alladyna. Cóż, w mieście, w którym psy mówią ludzkim głosem, nie zdziwi mnie wciąż piszący Oscar Wilde. Tym bardziej, że w 2017 roku rańcy miejscy wystawili na sprzedaż zabytkowe więzienie, w którym pisarz odbywał karę za pederastię. Zrozumiałem teraz, że to on mógł wykupić ten mamer i kontynuuje tam swoją twórczość, co zresztą po chwili potwierdził barman. Na ścianach pubu, co mnie zaskoczyło, bo wcześniej nigdy tego nie dostrzegłem, zawieszono kilka dużych płócien przedstawiających popiersia psów. Sportretowano na nich głównie wyrośnięte dobermany, ale był też jeden dalmatyńczyk. Ponownie zwróciłem się do gadatliwego barmana: co jest z tymi psami? „Zwróciłeś uwagę, że one wszystkie mają obroże, a jeden nie?” — spytał barman.
— „To jest Hau Hau.” Faktycznie, wszystkie psy oprócz jednego miały na szyjach drogie obroże. Ten jeden, co jej nie miał, najbardziej przypominał naszego psa. Nie, na pewno Oscar Wilde, który kupił więzienie w mieście Reading i pisze w nim swoje nowe książki, nie zdziwi mnie bardziej niż gadający pies, który jest macherem. Barman wyjął spod blatu ciężką obrożę i położył ją przede mną na barze. „Hau Hau kazał ci to przekazać, jak będziesz o niego pytał. Ponoć masz wiedzieć, co z nią zrobić.” Tak, chyba wiem. Bez ociągania się założyłem na szyję obrożę swego psa. Spojrzałem w lustro za barem. Było mi w niej dużo bardziej do twarzy niż jemu, bo przecież koty nie lubią nosić obroży. Barmana zapytałem, czy może mi powiedzieć, gdzie żyje jego szczotka.
Facet udał, że nie słyszy i wrócił do pocierania lampy Alladyna. Nagle pośród szeptów czytaczy dobiegł mnie dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi do pubu. Stanęła w nich Ana, która spojrzała na mnie, a widząc, że mam na szyi obrożę, odetchnęła z ulgą i zawołała: „Hau hau, do nogi!” Chyżo pobiegłem za Aną, merdając ogonkiem.
[01:33:43] - To teraz, proszę państwa, mam nadzieję, że się państwo dobrze bawili. To teraz, w ramach dalszej części zabawy zapraszam na Filmotekarium. Dzisiaj wspólnie z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o hicie kinowym, o filmie, o którym mówi się, że to będzie absolutny bestseller. Absolutny hicior. Absolutnie najlepszy horror tego roku. Okej, zapraszam na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium. Będzie ciekawie, ale czy strasznie? Zobaczymy. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:34:30] - Dzień dobry wieczór. Jakby było strasznie ciekawie, to bym był niesamowicie ukontentowany. A w dzisiejszym odcinku podejmujemy kolejną nowość. Horror pod tytułem „Weapons”, czyli „Zniknięcia”. Jak widzimy, to jest dosłowne tłumaczenie, jak w wielu przypadkach. Ten film zgromadził bardzo dobre opinie krytyków i widzów. Uznany zostanie pewnie za jeden z lepszych albo może za najlepszy horror tego roku. Chociaż czy zasługuje na to? To pewnie sami ocenicie. A że polski tytuł na samym wstępie wskazuje sedno sprawy, to cóż, będziemy musieli uważać, Marku, żeby za bardzo się nie wygadać.
Podejrzewam, że wielu naszych słuchaczy będzie chciało ten film obejrzeć, jeżeli tego już nie zrobiło.
[01:35:21] - Powiem tak, że błędem jest oglądanie recenzji przed obejrzeniem filmu. Przynajmniej w moim wypadku, bo przyznaję się, uderzę się w pierś za chwilę, że zanim obejrzałem film, wysłuchałem recenzji Raczka w Internecie. I on się zachwycał. Absolutnie. Już wtedy czułem, że skoro on się zachwyca, to ja jako kompletny profan filmowy, raczej nastawiony na zupełnie inne atrakcje niż te, których szuka Raczek, to może być różnie. Ale dobrze. Z drugiej strony w końcu facet się naprawdę zna i tę poetykę kina potrafi o niej opowiadać w sposób fascynujący. Nie ukrywam, że czasami jego recenzje są lepsze od filmów, które recenzuje. Ale potem obejrzałem film i wierzcie mi państwo, ja mam duży problem dzisiaj, czy ten film państwu polecać, czy nie polecać, bo film trwa około dwóch godzin i ja przez pierwszą godzinę zastanawiałem się, czy przyspieszyć, czy nie przyspieszyć. Czy ja dam radę w jednym rzucie obejrzeć to, czy nie dam?
Tam oczywiście były ciekawe rzeczy, chociażby te tytułowe zniknięcia. Dzieciaki o 2:00 w nocy, 2:17 konkretnie, wychodzą z domu i ślad po nich ginie. Przepraszam. Jeden dzieciak z klasy, bo to dzieci z jednej klasy, jeden dzieciak z klasy zostaje. To takie zawiązanie akcji i owszem, to było intrygujące. A później dostajemy scenki. Każda scenka jest oczywiście tytułowana odpowiednim imieniem i oglądamy tę samą rzeczywistość z różnych punktów widzenia, a zatem dostajemy powtórkę powtórki i jeszcze raz powtórkę. Oczywiście To jest dobrze zrobiony film, więc to nie są kalki kręcone z różnych kamer. Nie. Tam nawet postacie widziane oczyma różnych bohaterów w tej samej scenie potrafią wyglądać inaczej, potrafią, zachowywać się może nie, ale ogólne nastawienie do nich może być różne na podstawie różnych scen.
To jest film naprawdę dobrze zrobiony. Skończę myśl. Przez pierwszą godzinę nie wiedziałem, czy ten film jest tak zły, że już nie dotrwam, czy tak dobry, że na niego nie zasługuję. Przyznam się, że kiedy obejrzałem drugą godzinę, to powiem państwu: warto. Warto ten film obejrzeć, bo musi być jakieś „ale”, ale ja okupiłem to godziną może nie nudy, ale letniego nastawienia do kina. Śledziłem losy bohaterów, momentami nawet banalne, ale w końcu nie wszystkie muszą być heroiczne, ale to jakoś nie porywało. W momencie, kiedy pojawia się Ciotka, wszystko się zmienia i film nabiera, ja wiem czy tempa, tempo może i jest, nabiera intrygującego wydźwięku. Tam naprawdę człowiek czuje, że: wow, to o to chodziło. To dlatego była ta godzina, przy której ja dostawałem wariacji. Powiem państwu, tylu herbat to dawno sobie nie zrobiłem w ciągu godziny.
Oglądałem i jak mam podsumować, to chyba warto, ale ostrzegam: najpierw się państwo troszkę pomęczycie. To był mój subiektywny ogląd tego filmu.
[01:39:34] - Tak, tylko czy to jest najlepszy horror roku? Czy to, co mówi Tomasz Raczek, musi automatycznie sprawić, że ja uznam, iż nie ma lepszego od filmu „Weapons”? Czy opowiadanie o tej poetyce kina zawsze się równa z tym, że film jest dobry? Myślę, że filmoznawcy znają się na filmach, ale niekoniecznie wiedzą, przy czym się ludzie dobrze bawią. Ja wiem, przy czym dobrze się bawię. Dlatego nasze Filmotekarium zawsze było bardzo subiektywne. Nigdy nie podchodzili do tego tematu z jakimś nadęciem. Czy ten film jest o zaginięciach, jak mówi sam tytuł? Tak, oczywiście, że jest o zaginięciach. Czy jest wyłącznie o zaginięciach?
Nie, oczywiście, że nie, bo to są dwie godziny. Trzeba dodać, że ten film ma lekki ślad komediowy również, w przeciwieństwie do wielu filmów typu mystery, na które on się powołuje, z którymi on się wiąże, może tak lepiej. Punktem wyjścia, jak powiedziałeś, jest tytułowa sprawa zaginięcia kilkunastu dzieci, uczniów małej szkoły w Pensylwanii. Jak mówiłeś, wychodzą z domu, przepadają. Tak jak w większości tego typu filmów lokalna społeczność jest wstrząśnięta, bo pomimo wysiłków i niewielkiego terenu poszukiwań nie udaje się nic zrobić. Podejrzenia padają najpierw na modę wśród dzieci, na przykład na zachęty ze strony programu telewizyjnego. A ponieważ zaginęło tych dzieci kilkanaście, nie licząc jednego, dochodzą do wniosku, że coś tutaj nie gra i trzeba zwrócić uwagę na nauczycielkę. Nauczycielka, która znajduje się na cenzurowanym, nazywa się czarownicą, jest publicznie potępiana. Wreszcie jej samochód zdobi napis „wiedźma” umieszczony tam przez nieznanych sprawców. To będzie też miało znaczenie dla całości.
Chcąc porozmawiać z jedynym z ocalałych chłopców, ona zaczyna prowadzić coś w rodzaju własnego śledztwa. Jak się potem okazuje, nie tylko ona. Ten film ma wiele plusów. Jednym z nich jest to, że się go dobrze ogląda, lekko się go przyswaja. Wydaje się utrzymany w konwencji typowego American story, amerykańskiego horroru, który się dzieje na prowincji czy gdzieś na przedmieściach, w tym wypadku na prowincji, gdzie się czai nienazwane zło. Tam są nastroje lekko kingowskie. Jeżeli idzie o podobne filmy z ostatniego czasu, to gdzieś tam obok leży „Longlegs”. Nie pamiętam, jak on się nazywał po polsku. Tylko że „Longlegs” był dużo mroczniejszy i dużo bardziej horrorowy, a „Weapons” balansuje gdzieś na granicy i na krawędzi. Dostarcza i zabawy, i intrygi.
To jest taki „Longlegs” dla widzów preferujących nieostre dania, niepikantne. Moim zdaniem większość zalet tego filmu nie wynika z jądra samej historii, ale z budowanej atmosfery. Albo inaczej: z odpowiedniego sprzedania nam pewnej prostej historii, która już na punkcie wyjścia, na samym starcie kojarzy nam się z dobrym horrorem, bo zaginięcie zawsze jest dobrym punktem wyjścia. Wszystko się zaczyna zatem z wysokiego progu. Na samym początku nam się zadaje pytanie odnośnie wielkiej tajemnicy. Szukamy odpowiedzi. Tylko Marku, czy te poszukiwania i logika filmu utrzymują wysoki poziom? To jest pytanie do ciebie nie tylko jako twórcy historii, twórcy opowieści, ale też jako do poszukiwacza filmowych absurdów.
[01:43:33] - Z tym jest problem, bo historia, gdybyśmy chcieli ją państwu opowiedzieć, to jest historia na 20-minutowy film. To jest tak prosta historia. Ona staje się skomplikowana przez to- że specyficzny sposób narracji został przyjęty poprzez powtarzanie podobnych sytuacji z punktu widzenia wielu bohaterów. Dzięki temu zyskujemy dodatkową wiedzę, która pozwala nam łatwiej zrozumieć, co się właściwie dzieje, bo na początku nie bardzo łapiemy, o co tu chodzi. To może być zaleta tego filmu, ale jakoś nie dałem się porwać osobniczym historiom: nauczycielki, później tego z policjantem i ten policjant, później ten narkoman i tak dalej. Tego jest tam troszeczkę. Powtarzam, dzięki temu zyskujemy dodatkowe klocuszki do układanki i w pewnym momencie, i tu znowu podkreślę, kiedy pojawia się Ruda Ciotka, już troszeczkę wiemy, ale i tak jesteśmy zaskoczeni, bo Ciotka zmienia wszystko. Przyznam się, że nie będę oryginalny. Znowu nawiążę do tego, co mówiłem w pierwszym wejściu. Dla mnie pierwsza godzina mogłaby być, jaka?
Bardziej dynamiczna? Nie, ona jest dosyć dynamiczna, tylko mogłaby tę historię opowiadać, sam nie wiem. To jest tak jak w fraszce: impotent i krytyk z jednej są parafii, obaj wiedzą jak, lecz żaden nie potrafi. Ja się tutaj troszeczkę do tego przyznaję. Nie wiem, jak należałoby skomponować ten film, żeby od początku porwał widza. Bo tam jest tak: giną te dzieci, ślad po nich przepada. Jest fajne zawiązanie. Nauczycielka czuje się w jakiś sposób winna, że dzieci z jej klasy przepadły. Miejscowa społeczność też nie daje jej spokoju. Okej, to jest wszystko fajne, ale później się zaczyna ciąg historii, które pozornie nie wiążą się z całą sytuacją.
One się tak naprawdę wiążą. To już mogliście państwo przewidzieć, co powiem, ale my się o tym dowiadujemy później. Na początku mamy taki rozjazd. Oleander, o co tu chodzi? Rozumiem, że film, który ma mi sprzedać jakąś zagadkę, musi nie dopowiadać, nie dowodzić pewnych rzeczy na początku, żeby tym większe było zaskoczenie na końcu. Okej, przyjmuję. I to być może jest bardzo subiektywne, co powiem. Te historie składowe z poszczególnych imion nie zawsze mnie porywały, nie zawsze sprawiały, że mówię: „Wow, co teraz?” Nie. Dlatego mam jakieś pretensje do tego filmu. Przy tym wszystkim nie odmawiam mu jednak pewnej maestrii.
I powtarzam, druga godzina wynagrodziła mi godzinę pierwszą. Naprawdę warto. To nie jest film kompletnie bez sensu. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym. To jest film, który najbardziej doceniamy, kiedy obejrzeliśmy już wszystko i on się kończy. Mówi sobie człowiek wtedy: „Wow, niezłe to było”. I wtedy sobie uświadamia to, co powiedziałem na początku. Gdyby opowiadać tę historię liniowo, klasycznie, to jest historia na 20 minut.
[01:47:28] - Tak, wrócę do tego, co powiedziałem wcześniej. Do pytania, czy to jest rzeczywiście najlepszy horror tego roku. Na pewno jest to najwyżej oceniany film w historii naszego programu. Oceny jednak nie świadczą zawsze o jakości i o subiektywnym odbiorze. Tyle że dziewięć na 10 w wielu przypadkach to jest przesada, Marku, moim zdaniem. Absolutna przesada. To nie jest arcydzieło. Ja bym się nawet kłócił, czy to jest w ogóle horror. Jest mu momentami bliżej do horrorów takich lekkich, może nie dla nastolatków, ale utrzymanych w lżejszym tonie.
[01:48:07] - Do baśni. Tak naprawdę do baśni.
[01:48:10] - I tą przesadną lekkością, tą czarodziejską atmosferą może kupić masowego widza, ale dla mnie on jest deczko, jak to się mówi, przehajpowany, przepompowany. Za dużo jest wokół niego szumu. Tak naprawdę nie jest to coś, co rozsadza mózg. Dla mnie to jest film średni, jakby nie było, do tego stopnia, że on nie będzie chyba za jakiś czas zbytnio pamiętany. Nie będzie się na nim wzorować nowych produkcji, bo on sam się wzoruje tak naprawdę na wątkach z dziesiątków różnych historii, na schematach, na opowieściach rozgrywających się gdzieś na prowincji. Jeżeli miałbym być szczery, odwołuje się on do wielu produkcji i starszych, i nowszych tak naprawdę, ale chociażby z tych nowszych mamy jakieś bardzo podobne elementy w tej serii o zakonnicy w „Naznaczonym”. Jest to sprawnie poskładane, ale czy to jest nowatorskie? Nie, nie jest. Czy to jest najlepszy horror roku? Zależy dla kogo, ale w tym roku najlepszych horrorów, takich samozwańczych, było kilka.
Obejrzeć to można, ale bez przesady, żeby się tym zachwycać jako czymś, co przerazi cię do szpiku kości. To jest fajne, lekkie letnie kino, niemroczne, schematyczne, momentami sztampowe, ale to nie jest coś, co bym bardzo zapamiętał, do czego bym chciał wracać. Mnie się bardziej podobał „Longlegs”, który miał fajną atmosferę. Miał pewne braki logiczne i scenariuszowe, ale coś w nim było. A tutaj wskakujesz do tego filmu, wyskakujesz i tyle. I po zabawie.
[01:49:58] - Skoro już mówisz o brakach, to warto powiedzieć, że to jest film, który W wielu momentach wskazuje nas na to, żebyśmy zawiesili niewiarę, bo kilka sytuacji w tym filmie jest dziwnych z punktu widzenia chociażby prowadzenia działań policyjnych. Przyznam się, że ja może niespecjalnie cenię tę formację, a w każdym razie nie zawsze ją cenię w wydaniu polskim, ale to, co pokazuje policjant amerykański, ja wiem, on ma pewne przejścia i ma pewne problemy ze sobą, ale to, co pokazuje w ramach pełnionej służby, naiwność, wręcz ryzykanctwo i głupota, niepodparcie się, i tu zbieg słów ulubiony mój, niepodparcie się wsparciem żadnym chociażby i tak dalej. Takich momentów, gdzie niewiarę trzeba zawiesić, jest sporo. To nie psuje zabawy. Generalnie nie psuje. Zafrapowało mnie, Piotrze, to, co powiedziałeś o Kingu. Nie myślałem o tym w ten sposób, ale to rzeczywiście jest kingowska historia. Tylko King napisałby to prościej. Napisałby tę historię, tak myślę, to byłoby krótkie opowiadanko, ale takie, które chyba miałoby szansę gdzieś się w pamięci zapisać. Tymczasem tutaj mamy przedstawienie na dwie godziny i ja nie jestem przekonany, czy te dwie godziny budują nastrój, budują atmosferę, budują cokolwiek.
Pierwsza godzina ma nas zmylić tak naprawdę. Ma nam niedopowiedzieć pewnych rzeczy i ma nas skierować na manowce. Czy to jest dobre wyjście i czy to rzeczywiście zasługuje na miano najlepszego horroru roku? Być może. Ja powtarzam cały czas: nie jestem filmoznawcą. Jestem człowiekiem, który oczekuje prostej rozrywki na kinie, które ze swej definicji jest rozrywkowe. I powtarzam, to chyba to, co zostanie mi w pamięci po tym filmie, że dwie różne godziny są w tym filmie. Pierwsza, która wymaga pewnego samozaparcia. U mnie wymagała pewnego samozaparcia i ja wtedy myślałem o tym, czy to jest tak złe, jak myślę. Później zmieniłem w drugiej godzinie zdanie.
Okazało się, że tak źle nie było. I to wszystko, co mógłbym powiedzieć. Czy to kino satysfakcjonuje? Sam fakt, że ta opowieść ma rozwiązanie i to w gruncie rzeczy bardzo konkretne, to już jest zasługa, bo przecież zbyt wiele filmów ostatnio widziałem, których zakończenia są, wiecie państwo, deus ex machina troszeczkę wstawiony, żeby jakoś było albo podniośle, albo strasznie. Tu wszystko jest logicznie, wszystko się zgadza, wszystko jest okej. Tylko cały czas się zastanawiam, czy ta pierwsza godzina musiała być godziną. To znowu czas na kawałek prozy. Tym razem Marek Myszograj „Muszę milczeć”. Opowiadanie z audycji ABW numer 119, której premiera odbyła się 29 kwietnia 2022 roku. Cóż, proszę państwa, znowu to powtórzę, ale chyba warto.
Cały czas audycja czeka na nowe opowiadania. Nowe opowiadania, o których będziemy sobie mogli via antena, via internet porozmawiać. Trochę ponarzekać albo trochę pochwalić, albo porozmawiać o tym, co można by zrobić lepiej. To nie są oczywiście uwagi typowo redaktorskie. Nic państwo nie musicie. Ale cóż, taki już los pisarza, że zawsze konfrontuje się z odbiorcą. Ja deklaruję się jako taki odbiorca, ten pierwszy odbiorca. Jeżeli państwo piszecie, a nie macie odwagi, to jedno mogę państwu zagwarantować. W audycji, którą prowadzę, nigdy nie będzie znęcania się nad autorami. Często zaglądam na fora dla młodych pisarzy i tam ludzie znęcają się nad sobą, wyzywają się, odżegnują swoich współrozmówców, odżegnują ich od umiejętności pisania wręcz.
Nie, takich klimatów w Akademii Wszelkiej Fikcji nie będzie. Ja państwa zapraszam po to, żeby o tekście porozmawiać. Dobrze, tyle tytułem zachęty. A teraz już Marek Myszograj „Muszę milczeć”.
[01:55:07] - Marek Myszograj, „Muszę milczeć”. „Twój tata zastrzelił kogoś?” To pytanie było przełomowe i od niego warto zacząć. Kumpel z przedszkola je zadał i słyszę je również dzisiaj wyraźnie. „Zastrzelił kogoś?” „Nie. Mój tata strzela bandytom w Nokii” odpowiedziałem wówczas. W domu często rozmawialiśmy o tym, co tata robi. O tym, o czym można kolegom powtarzać, a czego nie. Indoktrynacja od małego. „A widziałeś pistolet?” Na to pytanie miałem odpowiadać, że nie. Jednak czasami byłem przecież dzieckiem, a dzieci lubią się chwalić.
„Tata pozwolił ci strzelać?” Odpowiadałem uśmiechem. Nie chciałem potwierdzić, ale za to nauczyłem się operować tajemnicą. To imponowało, zwłaszcza jak celowałem z wyciągniętych palców ręki w kierunku Wojtka. Bał się, a jego gile wiszące z nosa widocznie również czuły pewien respekt, bo błyskawicznie się chowały. W szkole chętnie pisałem prace o zawodzie ojca. Gdy przychodził wujek albo jak wszyscy zjeżdżali się na święta, to temat pracy w policji był oczywiście numerem jeden. Z kuzynostwem słuchaliśmy o tym, jak to taki jeden włamał się do sklepu, aby ukraść alkohol. Złapali go szybko, bo leżał pijany w krzakach żywopłotu. A to o kradzieżach samochodów, a to o włamywaczu czy interwencjach podczas kłótni domowych. W tych ostatnich opowieściach padały konkretne nazwiska.
Nasze mamy rozglądały się wówczas za nami po pokoju, a jak ktoś kogoś zabił albo mówiono o starych, zgniłych trupach, to już stanowczo kazano nam wyjść. Czasy szkoły średniej nie były łatwe. Ojciec awansował, a na świat przyszła siostra. Rodzice z jednej strony mieli większe wymagania dla mnie, z drugiej zaś pobłażliwość. A ja korzystałem, bo ojciec coraz częściej wracał pijany do domu. „Wstrzymaj oddech.” Posłusznie przestała oddychać. „Teraz wyceluj i bądź pewna, że trafisz.” Milczała, gdy zrobiłem pauzę. Miała kasztanowe włosy spięte w kok. Zapach jej perfum świdrował mi brzuch. „Paw!” rozniosło się echem po okolicy.
„Poczekaj. Nie tak” – powiedziałem, obejmując ją od tyłu. Jak przypuszczałem, nie protestowała. – „Nacisnij na spust i rób to pewnie. Staraj się trzymać rękę nieruchomo.” Zapach prochu zmieszał się z jej perfumami. Wziąłem głęboki oddech i objąłem jej dłonie. Oboje trzymaliśmy pistolet wycelowany w pustą butelkę. Ona w emocjach, że zaraz odda strzał. Ja, że w końcu ją miałem. „Paw!” Butelka rozprysła się na kawałki.
Tkwiliśmy przez chwilę z uniesioną bronią. Natalia odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Pocałowała mnie tak, jak marzyłem, by to zrobiła, onanizując się nocami pod kołdrą. Uwolniła dłonie z moich. Trzymając P64 musiałem się nieźle nagimnastykować, aby ściągnąć spodnie. Minęły dwa lata w związku z Natalią. Nie szukałem miłosnych przygód, nie zdradzałem. Było nam dobrze. I wtedy przyszło to coś. Nikt się tego nie spodziewał, jak się to skończy.
Ludzie wpadli w szał, w panikę. Najpierw ze sklepowych półek zniknął papier toaletowy i makaron. Dzień później nie było już niczego. Wszyscy czekaliśmy, aż to przyjdzie. Rząd wzorem całego świata ogłosił narodową kwarantannę. „Cześć, co słychać?” Gdy pierwszy raz zadałem to pytanie, było ono pełne powagi i obaw. Bałem się odpowiedzi. Telewizja siała strachem. Każdy z nas siedział w domu i nie wiedział, jak wygląda rzeczywistość. Mówiono o umierających, chorych, o braku miejsc w szpitalach i o różnych symptomach choroby.
„Cześć, co słychać?” Każdego kolejnego dnia, zadając to pytanie przez internetowy komunikator, widziałem, jak Natalia opada z sił. Jako młodzi ludzie tęskniliśmy za sobą. Seks i bliskość były dla nas tak oczywiste jak zjedzenie śniadania. Nagle zaczęliśmy odczuwać głód tęsknoty. Widzieliśmy się, ale jedynie przez internet. Rozmawialiśmy ze sobą, ale zdalnie. „Cześć, co słychać?” – zapytałem jak zwykle. „Adrian, ja już dłużej nie mogę. Już cały miesiąc siedzimy w dwóch pokojach. Nie daję rady.
Rozumiesz? Proszę cię, zrób coś.” Milczałem, zastanawiając się, co mogę zrobić. Pogadać z ojcem, aby zorganizował mi i Natalii krótkie spotkanie? Nie ma szans. Namówić matkę, aby Natalia wprowadziła się do nas? Również nierealne. Oni byli dobrze przygotowani na pandemię. Oni kazali nam z telefonów wysyłać różne fotki. Myjąc na przykład zęby, przychodził SMS: „Wyślij z aplikacji Ja Obywatel swoje zdjęcie przed lustrem, jak myjesz zęby.” I tak miałeś trzy minuty, aby zrobić fotkę na żądanie, jak leżysz w łóżku, czytasz książkę, jesz, siedzisz, ćwiczysz, chodzisz po pokoju. Niepokornym zaspawywano drzwi od mieszkań albo wywożono do punktów resocjalizacji medycznej.
Natalia wiedziała to wszystko i jako kobieta potrzebowała wsparcia. Ja wówczas nie rozumiałem jej. Skąd, swoją drogą, oni wiedzieli, że akurat myję zęby? „Cześć, co słychać?” „To co zwykle.” „Szczepisz się?” „Nie wiem. Co będzie, to będzie. Może po szczepieniu w końcu się zobaczymy.” „Może” – odparła bez emocji. Nie zależało jej. Patrzyła na mnie z politowaniem. Domyślałem się dlaczego, ale nie miałem odwagi zapytać. Internet kiepiał obrazkami z protestów.
Policja brutalnie tłumiła każdy objaw buntu. To już nie wyglądało na walkę z wirusem. Nieuzasadnione wyjście z domu – kara finansowa. Kolejne takie wyjście – odebranie na przykład praw rodzicielskich. Tłumaczono to tym, że jesteś nieodpowiedzialny. Za trzecim razem łapano delikwenta i wsadzano do punktu resocjalizacji medycznej. Stamtąd nikt nie wychodził. Ludzie, którzy mogli iść do pracy albo do sklepu, na widok mundurowego spuszczali głowę. Bali się. A ja przecież byłem synem policjanta.
„Cześć, co słychać?” „Boli i źle się czuję.” „Ja też tak miałem po szczepieniu. Nie bój się, będzie dobrze.” Tyle mogłem powiedzieć Natalii. Czekaliśmy na powrót do normalności. Obiecano nam ją po przyjęciu preparatu. Nie było to zwykłe dziabnięcie. Lekarz każdorazowo zatwierdzał kogoś do szczepienia. Robił to, potwierdzając SMS-em i logując się do strony korporacyjnej. Każdy miał swój przydział i informację, że przyjął takie, a takie szczepienie z wyznaczonym terminem ważności. Jednocześnie otrzymaliśmy specjalne kody na smartfony. Powoli wychodziliśmy z domów, na nowo odkrywaliśmy piękno świata.
Jedni zachwycali się niebem, drudzy dotykiem deszczu, jeszcze inni zapachem trawy. Każdy na swój sposób. To była pora kolacji. Jesienną nocą wrócił do domu. Nie poznawaliśmy go. Matka siedziała przy stole. Ze łzami w oczach trzymała zaciśnięte dłonie przy ustach. Do kogo miała zadzwonić? Na policję? On chodził od pokoju do pokoju, pociągając nosem.
Pierwszy raz widziałem ojca w takim stanie. Bradził coś o jakiejś akcji. Mówił o kurwach, co przyszły z dziećmi. „Ale im wpierdoliliśmy” – powtarzał sam do siebie. Nie spał do rana. Leżałem w łóżku i słyszałem, jak szafki w kuchni otwiera i zamyka. Coś gotował, smażył i klął, raz ciszej, raz głośniej. Gdy ja się budziłem na lekcje online, on dopiero szedł spać. Później dowiedziałem się, że tak wyglądało zejście. Pytanie, czy tylko on brał, czy wszyscy.
„Cześć, co słychać?” Stała w drzwiach wejściowych do swojego mieszkania. Przyglądaliśmy się sobie, a mi serce tłukło jak powalone. Po ponad roku mogłem ją w końcu zobaczyć i zapytać w cztery oczy, co słychać. W jej spojrzeniu zauważyłem, że staliśmy się sobie obcy. „W porządku. Poczekaj chwilę, już wychodzę” – odpowiedziała ze zmieszaniem. Nie chciała mnie wpuścić do środka. Czekając na klatce schodowej, myślałem, co jej powiem, o czym będziemy rozmawiać i czy od razu mam ją przytulić, pocałować. Chwilę później schodziliśmy w dół. Patrzyłem na nią z góry, jak jej rozpuszczone włosy podskakują.
W sukience mini wyglądała wspaniale. Na ulicy trzymaliśmy dystans. Nie miała ochoty iść za rękę, a ja nie miałem odwagi zapytać, o co chodzi. W oddali pojawił się radiowóz. Jechał powoli w naszym kierunku. Natalia poprawiła maseczkę na twarzy. Spuściła głowę w dół, gdy radiowóz nas mijał. Ja się nie bałem. Kiedy byłem w ostatniej klasie podstawówki, zatrzymała mnie policja. Jechałem skuterem bez kasku i bez uprawnień.
Odpuścili. Byłem synem jednego z nich. Natalia mogła czuć się bezpieczniej przy mnie, a jednak dawała sygnał, że nie chce. Kilka tygodni temu opowiadała przez komunikator, jak jej mama miała problemy w sklepie. Pękł sznureczek od maski, a zapasowej nie miała. Skończyło się zatrzymaniem, wizytą na komisariacie, mandatem i upomnieniem w aplikacji Ja Obywatel. Jeszcze jedno takie i mogła znaleźć się w punkcie resocjalizacji medycznej. Dni mijały monotonnie. Ojciec wracał z pracy i zamykał się w sobie. Nie chciał rozmawiać o tym, co robi i o tamtej nocy.
Doceniał to, że ma kobietę w domu, która czeka na niego. Tak samo jak ojciec zamknął się w sobie, tak samo i nasza rodzina, czyli ja z mamą, zamknęliśmy się dla innych. Ważne było, że mamy na bieżąco dostęp do świeżej żywności. Choć co prawda w telewizji mówili o przejściowych problemach z dostawami, ale zapewniali, że ludzie nie głodują. Z obserwacji sąsiadów wiedzieliśmy, że jest inaczej. Ojciec zawsze coś przyniósł z roboty. Czasami nie wracał na noc, ale tłumaczył, że nie chce, byśmy widzieli go ponownie na zejściu. Konserwy, kartony mleka, mąka, drożdże i papier toaletowy rekompensowały jego nieobecności. Przychodził do domu, rzucał zdobycz na stół w kuchni i szedł spać. Prosił, a wręcz nalegał, aby nie pytać go o to, jak tam w pracy.
Matka, zadowolona, że jest co do garnka włożyć, nie wnikała. Tak mijały dni i w końcu przyszło lato. „Cześć, co słychać? Mieliśmy jechać na Mazury, ale wiesz, jak wyszło” – odpowiedziała przez komunikator. „Ja również nie mogę się odnaleźć. Już zapomniałam, jak to było się zwykłym dzieciakiem. Jeszcze młodzi jesteśmy, a czuję, że porzuciliśmy nasze marzenia.” Milczała chwilę. Spuściła wzrok. „Wiesz” – zaczęła. „Odnośnie marzeń myślę, że będzie dobrze, jak zostaniemy na razie dobrymi znajomymi.” To był cios.
Natalia była tą pierwszą i jedyną. Czy się załamałem? Nie było na to czasu. Świat obiegła nowa informacja. „Telefon możesz zgubić, bateria się wyczerpie, a ty będziesz nieczytelny. Zdecyduj się na czip. Tylko on da ci wolność i bezpieczeństwo przez 24 godziny na dobę” – powtarzano w mediach. Zapewniano, że czip przyniesie ulgę. Szykowano nas na rewolucję. Pierwszych zaczipowanych pokazywano w telewizji, robiono z nimi wywiady.
Już nie wirus, ale czip stał się medialnym numerem jeden. Bardzo ciekawy przypadek nakreślił w telewizji pewien reportaż. Pierwsza w pełni zaczipowana rodzina zgodziła się pokazać, jak wygląda ich życie. Pamiętam, jak z zaciekawieniem oglądałem dziecko, które oddalając palec wskazujący od kciuka sprawiało, że światło w pomieszczeniu się rozjaśniało. „A możesz teraz ściemnić światło w pokoju?” – zapytał reporter małego chłopaka. Kamera zrobiła zbliżenie na malutkie paluszki. Tym razem palec wskazujący zbliżył się do kciuka, a światło przygasło. „Możesz poprosić mamę, aby przyniosła coś do picia? Zachło mi gardło” – poprosił reporter ponownie. Patrzyłem, jak dzieciak zamknął oczy, a po chwili w pokoju pojawiła się kobieta, prawdopodobnie mama.
„A czego pan sobie życzy? Wody, soku? A może coś ciepłego, na przykład kawy?” „Proszę o szklankę wody” – odpowiedział reporter, wyraźnie zaskoczony. W kolejnej scenie prowadzący, siedząc w salonie wokół rodziny, opowiadał: „Muszę przyznać państwu, że nieco dziwnie się czuję, będąc w tym kręgu. Na pierwszy rzut oka panuje w tym pokoju spokój i cisza. Jednak proszę uważać. Podepniemy się do rozmowy i usłyszymy, w jaki sposób przebiega wymiana myśli”. Szumy i metaliczne piski. Nic nadzwyczajnego. Ton dźwięków zmieniał się irytująco.
Na dole ekranu wyświetlił się dialog, ale zbyt szybko, aby można go było swobodnie odczytać. „Powiedz Szymonie, czy gdybym miał chip, mógłbym dołączyć się do waszej rozmowy?” „Oczywiście” – odparł brodaty mężczyzna. – „Ale musiałbyś się zalogować do naszej grupy rodzinnej. Oczywiście mógłbyś nawiązać połączenie bezpośrednio na przykład ze mną, ale bez hasła nie włączyłbyś się do naszej grupy. Rozmawiając z tobą, mogę również w międzyczasie wymieniać informacje z członkami mojej rodziny albo na przykład z pracodawcą, i to jednocześnie”. „Szymonie, proszę, opowiedz widzom coś więcej o twojej pracy”. „Pracuję dla agencji pośredniczącej. Ze względu na to, że bardzo dobrze toleruję rtęć aalustin, mogę wykonywać w zasadzie każdą pracę. Tak w skrócie, to byłem już pilotem śmigłowca, spawaczem, monterem kombinezonów bionicznych, chirurgiem”. „Chcesz przez to powiedzieć, że twój organizm po zaczipowaniu i dzięki rtęci aalustinowi umożliwia rozwój kariery zawodowej?” „Jest to raczej postrzegane jako praca najemna.
Tak naprawdę nie umiem latać śmigłowcem. Nie ustawiłbym również spawarki, a tym bardziej nie przeprowadziłbym żadnej operacji jako chirurg. To system tak kieruje ciałem, że każda praca jest w zasadzie do wykonania. Liczy się jakość połączenia ze wspomnianym systemem”. „Bardzo ciekawe” – spuentował reporter. Ocknął się z chwili zamyślenia i kontynuował: „A pani jest żoną Szymona? Jak się pani nazywa?” „Monika. Tak, jestem jego żoną”. „Czym się pani zajmuje? Jak wygląda bycie panią domu w tak niezwykłej rodzinie?” „Z racji mojego wykształcenia pracuję w szpitalu jako pielęgniarka.
Mamy dużo mniej pracy niż wcześniej, nim pojawił się wirus i rozwiązania, by z nim wygrać. Jednak czasami zdarzają się sytuacje, gdy nanotechnologia zawiedzie, gdy ktoś nie toleruje rtęci aalustinu lub gdy ktoś decyduje się obniżyć frekwencję populacji i przenieść obecność do wirtuala”. Kamera zrobiła zbliżenie na kobietę, jak ta opowiada z uśmiechem o swej pracy. Po chwili obraz przeniósł widzów do wnętrza szpitala. W tle wciąż pani Monika opowiadała o obowiązkach i różnych nietypowych przypadkach. Coś, co zobaczyłem i powaliło mnie z nóg, to obraz, jak pielęgniarka wprowadziła pacjenta do sali. Przestałem słuchać i wpatrywałem się w telewizor. Drzwi do sali rozsunęły się i weszła pielęgniarka. Pomieszczenie było przestronne, a kobieta w białym kitlu szła powoli. Za nią jechało łóżko z leżącym pacjentem.
Pielęgniarka uniosła rękę, a łóżko się zatrzymało. Następnie gestem dłoni wskazała plac przy ścianie i łóżko samo wjechało pod określone miejsce. Z kieszeni fartucha wyjęła tablet, coś w nim poklikała, podpięła kabelek do pacjenta, palcami zmniejszyła nasycenie światła i wyszła. To doprawdy niezwykłe i zachęcające do zaczipowania. „A pan jako najstarszy członek rodziny ma coś do dodania? Ile ma pan lat?” – dopytywał prowadzący, gdy obraz wrócił do salonu. „Prawie 80. Przyznam, że jestem mocno zaskoczony” – mówił powoli, ale wyraźnie. – „Z początku bałem się, że coś pójdzie nie tak, ale proszę mi powiedzieć, co w moim wieku miałem do stracenia? Tam, po drugiej stronie system przygotował mi miejsce.
Mogę tam się udać na chwilę i zmienić, co trzeba. Tam świat wygląda zupełnie inaczej. Nie ma bólu, nie ma pojęcia upływu czasu. Człowiek jest wiecznie młody i szczęśliwy”. „Ma pan na myśli świat po swojej śmierci?” „Oczywiście. System przygotował kopię mojej świadomości. Byłem już tam. Dotykałem przedmiotów z mojego dzieciństwa. To jest prawie jak sen, ale z możliwością robienia tego, czego się chce. Jak na razie były to krótkie chwile, takie, bym się przyzwyczaił do życia w nowym raju”.
„A pan i pańska rodzina jesteście gotowi na eutanazję?” „To złe słowo. Oznacza wieczne odejście. Ja będę czekał na nich po drugiej stronie. Byliśmy już tam całą rodziną. Wszystko jest przygotowane. Zresztą nie chcę być dłużej ciężarem dla najbliższych i dla społeczeństwa. Tam czeka na mnie niebo”. Słuchałem z niedowierzaniem. Z jednej strony było mi żal dziadka, z drugiej zaś wierzyłem mu. Kilka miesięcy później sam dałem się zaczipować.
„Cześć, co słychać?” Spotkałem się z nią tutaj pierwszy raz. System wybrał to miejsce, neutralne dla nas obojga. Las, kilka pustych butelek. Byliśmy już w tym miejscu. Musiała dobrze wspominać ten moment, skoro system sprowadził nas właśnie tu. „Słuchaj, nie powinnam się zgadzać. Chciałam zobaczyć, jak to jest. Dziwne, co?” Była równie piękna jak w rzeczywistości. Poprawiała co chwilę włosy, układając je za uchem. Kurczę, nie widziałem różnicy.
Oddychając, czułem zapach jej perfum. Pora dnia, słońce, temperatura. Wszystko takie jak zapamiętałem tamtego dnia. Jedyne czego brakowało, to broni. „Dziś nie będziesz uczył mnie strzelać, choć przyznam, że było wtedy całkiem fajnie.” „Nie chciałabyś spróbować jeszcze raz?” „Nie, Adrian. Wiesz, że nie możemy. Zresztą ja nie mogłabym. Nie dałabym rady. Ja ciebie już nie kocham.” To był cios. Coś uderzyło mnie w środku tak, że system wywalił.
Już nigdy nie miałem jej zobaczyć ani usłyszeć? To system ma zdecydować, co będzie dla nas najlepsze? A co z moim cierpieniem, bólem? Czip wyregulował substancje neurochemiczne. Ilość dopaminy i serotoniny skorygowały emocje i było po wszystkim. System czuwał nad bezpieczeństwem, a ja leżałem w łóżku już całkiem spokojny. Zbliżyłem palec wskazujący do kciuka, gasząc światło w pokoju. Natalia? Co mi po niej? Czas płynął nieubłaganie.
Przywykłem i ja do czipa. Na ulicach skończyły się wypadki. Nie chorowaliśmy jak dawniej. Zużywaliśmy mniej energii. Spotkania w wirtualu na tyle spowszedniały, że to tam dzieci zdobyły wiedzę i doświadczenie. System pomagał wyznaczyć karierę zawodową, hobby, wirtualne grupy tematyczne oraz sposoby rozwiązywania problemów. Również zdrowie człowieka zawierzono rozsądkowi IT. „Sztuczna inteligencja ułoży ci przyszłość, a w nieuniknionej wieczności zaprogramuje nowy dom” — głosiły reklamy. „Imprezy i podróże? Tak, ale w wirtualu.
Szybko, tanio i komfortowo” — informowały banery. Życie stało się grą pełną emocji i bodźców, a przy tym dla bezpieczeństwa w pełni monitorowane. „To będzie koniec. Zostało mi kilka miesięcy” — wyznał przy kolacji ojciec. Siedział załamany. „Będziemy częściej się widywać” — próbowała uspokoić matka, chwytając go za rękę. Ona i ja mieliśmy czipy. Ojciec i siostra jeszcze nie. Mieli nieustabilizowany system immunologiczny i nieustaloną dawkę rtęcioalustinu. Preparat pełnił rolę ogniwa łączącego organizm z czipem.
Uzgodniliśmy, że póki ojciec i siostra czekają na swoją kolej, ja z mamą nie będziemy się komunikować telepatycznie. Siostra nas nieustannie przy tym pilnowała, czy aby nie oszukujemy. Jej głównym sposobem była baczna obserwacja zaczipowanych. Podglądając innych, szukała w nas tych podobnych i nietypowych zachowań. Ponadto zadawała podchwytliwe pytania. Postanowiliśmy z matką, że nie będziemy ryzykować i poczekamy, aż oni również dostaną czipa. Co do siostry, warto wspomnieć o jej obserwacjach. Dlaczego przykładała tak wielką uwagę do tego? Możliwe, że się bała. Chciała być sobą i twierdziła, że zaczipowani jakoś się zmieniają.
Mama jej tłumaczyła, że to normalna kolej rzeczy. „Dawniej ludzi zmienił ogień” — z anielską cierpliwością opowiadała. „Popatrz, kim bylibyśmy, gdyby nie odkryto prądu. Bez światła, bez telewizji, bez maszyn, które pomagają, bylibyśmy zupełnie innymi ludźmi. Czipy również nas zmieniają, ale staramy się być nadal dobrzy w stosunku do siebie. Już tacy jesteśmy, że akceptujemy to, co nowe i to, co nam służy.” „Czipy są inne” — odpowiadała. „Dziś widziałam, jak jednego pana zatrzymało.” „Co zrobiło?” — zapytała w lekkim uśmiechu mama. „Jeden pan wyszedł ze sklepu i chyba coś ukradł i go zatrzymało” — odparła siostra. Zrobiła przerwę, ale widząc, że mama oczekuje, by ta mówiła dalej, ciągnęła: „Jeden pan wyszedł ze sklepu, zrobił kilka kroków i stanął w miejscu. Ze sklepu wyszedł za nim pan sprzedawca i obszukał tego pana.” „Obszukał tego, którego zatrzymało?” — wtrąciła, pytając mama.
„No tak” — kontynuowała z ekscytacją siostra. „Sprzedawca wyciągnął z jego kieszeni jakąś paczkę z obrazkiem wielbłąda. Nie wiem, co to było. Potem sprzedawca wrócił do sklepu z tą paczką, a ten drugi pan został w miejscu. Usiadłam na ławce i czekałam, co będzie dalej. Po chwili ten pan, którego coś zatrzymało, zaczął się ruszać. Rękoma obmacał kieszenie, obrócił się w stronę sklepu i poszedł sobie dalej. A, i jeszcze brzydko powiedział, ale nie powtórzę jak. No i po tym, jak brzydko powiedział, to go wykręciło na chwilę. O tak.” Siostra wyciągnęła język, wykręciła głowę w lewo i ręce wykrzywiła, jakby była niepełnosprawna.
„O, tak zrobił na chwilę i poszedł sobie już dalej normalnie.” Kilka miesięcy później ojcu groziła utrata pracy. Redukcja etatów. Niby nic wielkiego, normalna sprawa. Wiele ludzi już nie pracowało. Urzędnicy, lekarze, prawnicy, a nawet duża część sprzedawców. Bez pracy ludzie żyli normalnie, ale bez większych luksusów. Mama mówiła, że człowiek do wszystkiego jest się w stanie przyzwyczaić. Nawet za czasów wojny ludzie jakoś żyli, kochali się i rodzili dzieci. Będzie biednie, ale dobrze — wyjaśniała. Nie ma się czego bać — uspokajał ojciec.
Policja zawsze będzie potrzebna. Będziemy żyć normalnie. Jakże on się mylił.
[02:21:33] - Czy pamiętają państwo przygody psa Cywila? Albo czy oglądali państwo film, serial „Karino”? Takich seriali ze zwierzątkami było całkiem sporo w dawnych czasach. Bo czas na sentymentalnik, więc ruszamy z sentymentalnikiem. Trio będzie dzisiaj, więc Artur Wójtowicz, Piotr Cielebiaś i moja nieskromna osoba. Rozmawiamy o filmach i serialach ze zwierzątkami. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejną odsłonę sentymentalnika na sześcioro rąk. No tak, niech będzie. Pięknie witam Artura Wójtowicza.
[02:22:23] - Witam serdecznie.
[02:22:24] - I oczywiście Piotra Cielebiasia.
[02:22:27] - Też witam na sześcioro rąk i sześć pośladków.
[02:22:32] - Jak to brzmi, proszę państwa. Dzisiaj o serialach i filmach ze zwierzętami. To dzisiaj kojarzy się z kinem familijnym, misiowatym, przyjemnym, takim oj oj i fajnie. Takie filmy ze zwierzątkami występowały również w PRL-u. Pewnie zaczęło się od „Czterech pancernych”. Zaznaczę, że nie mówimy tu o dobranockach, filmach animowanych, bo te z oczywistych względów ze zwierzątkami miały łatwiej. Mówimy o filmach normalnych, których postacie są z krwi i kości. I chyba zaczęło się w PRL-u od „Czterech pancernych i psa”. Od razu wszystkim purystom wyciągającym, o czym to nie powiedzieliśmy — zawsze o czymś nie powiemy — mówię, że pomijamy dzisiaj całkiem świadomie serial „Siedem życzeń”. Mamy wobec tego serialu pewne plany.
On w dodatku ma w sobie duży ładunek fantastyki, jak najbardziej szeroko pojętej i ujmiemy to osobno. Zatem bierzemy „Siedem życzeń” w nawias i kota tam występującego. Mówiłem o „Czterech pancernych i Szariku”. Później był pies Cywil. Ja pamiętam, przeżycie ogromne dla mnie to było, szczególnie takie odcinki, gdzie Cywil się zgubił. To jest dzisiaj trochę zapomniany ten serial o psie Cywilu. Jak go panowie zapamiętaliście? Zacznę od Artura, bo on chyba miał większe szanse go zapamiętać.
[02:24:24] - Witam serdecznie wszystkich na początku. Ja powiem tak, że kiedy wracam pamięcią do dzieciństwa, to jednym z tych wspomnień, które wracają ze szczególną siłą, są właśnie te seriale z udziałem zwierząt, bo one miały w sobie coś, co poruszało to dziecięce serce bardziej niż niejeden ludzki bohater. Bo zwierzę, zwłaszcza pies, był zawsze wierny, lojalny, odważny. I przez ekran telewizora czuło się, że taki przyjaciel nie zawiedzie. Tak jak już wspomniałeś, wszystko zaczęło się od Szarika. Nie wiem, czy w ogóle wiecie, że trzy psy grały Szarika: Trymer, Atak i Szpik. To jest inna sprawa, jako ciekawostkę powiem. Tym najbardziej znanym psem Szarikiem to był Trymer i on się pojawiał na większości tych zdjęć promocyjnych. On był najlepiej wyszkolony i najczęściej pojawiał się w tych scenach, które dotyczyły bliskich kontaktów z ludźmi. Na przykład ten inny pies, Atak, był szybszy.
Biegi, skoki, pościgi to wtedy jego używano. A w tych scenach statycznych, gdzie pies musiał stać, to był ten trzeci pies używany, Szpik. Ale to już jest taka ciekawostka. Więc wszystko zaczęło się od tego Szarika, który tak dumnie maszerował obok tych czterech pancernych. To był taki pies symbol, nie tylko wojenny towarzysz, ale też i przyjaciel, który rozumiał więcej niż niejeden człowiek. I w czasach, gdy w domach nie było jeszcze tylu zabawek, gadżetów, a telewizor był czarno-biały, bo myśmy mieli na przykład w domu Neptuna w ogóle, to Szarik świecił pełnią barw w tej całej wyobraźni dziecięcej. Niektórzy nawet adoptowali jakiegoś znalezionego kundelka i nazywali go właśnie Szarik. I to imię niosło w sobie moc, bo oznaczało bohaterstwo, mądrość i przyjaźń. Potem oczywiście pojawił się pies Cywil. I choć dziś jest to serial, bym powiedział, nieco zapomniany, to dla nas, dla takich dzieciaków z lat 70.
i 80. był czymś absolutnie wyjątkowym, bo Cywil był troszeczkę inny. On nie był z pola bitwy, tylko z miasta, z ulic, z realiów. Z tych realiów, które bardziej przypominały naszą codzienność. I wydaje mi się, że to właśnie sprawiało, że On wydawał się bliższy. On pracował wtedy z milicją, tropił przestępców, wykrywał narkotyki czy też gdzieś tam odnajdywał zaginionych. Więc to był taki pies z misją. Pamiętam w ogóle, że po emisji kolejnych odcinków to podwórka zamieniały się właśnie w takie posterunki, a dzieciaki zamieniały się w takich dziecięcych milicjantów z pieskami, choćby nawet i pluszowymi, którzy tropili różnych złodziei chowających się gdzieś tam za drzewami. Bo Cywil, pies Cywil też rozpalał bardzo wyobraźnię i w ogóle wydaje mi się, że tak samo jak w przypadku Szalika, tak samo jak w przypadku psa Cywila, to owczarek niemiecki stał się takim psim ideałem i każdy marzył, żeby mieć takiego właśnie wilczura, powiedziałbym. W kioskach pojawiały się nawet zdjęcia z psem Cywilem gdzieś tam do wklejania do zeszytu.
I niektórzy naprawdę wydaje mi się, że traktowali go jako gwiazdę. Być może dzisiaj wszystko to wydaje się troszeczkę naiwne, ale wtedy te seriale nie były tylko rozrywką, bo one po prostu uczyły. One pokazywały, czym jest lojalność, czym jest odwaga, czym jest zaufanie. Że przyjaźń tak naprawdę nie zna granic gatunku. Że pies to nie tylko zwierzę, ale przede wszystkim taki prawdziwy towarzysz. I może właśnie dlatego, mimo że pies Cywil nie doczekał się jakichś tam powtórek i wznowień jak inne seriale, to jego obraz pozostał w naszych sercach tych ludzi lat 70. i 80. Powiem szczerze, „Przygody psa Cywila” to były gdzieś zamknięte pomiędzy „Trzepakiem” a „Gumą Donald”. Między kasetą magnetofonową a jakąś oranżadą w proszku. To był taki kawałek naszej dziecięcej rzeczywistości, bo niby to był czas prosty, ale był pełen emocji, także tych, które właśnie dawał nam ten pies z ekranu, no nie?
[02:28:40] - Piotrze, to, że serial o psie Cywilu kojarzysz to oczywiste, ale jak ty na ten serial trafiłeś i w ogóle jak go wspominasz?
[02:28:52] - O psie Cywilu to ja słyszałem bardzo długo jako dziecko. Tylko że ja nigdy nie mogłem na ten serial trafić. Słyszałem dlatego często, bo mój wujek bardzo się ekscytował na psie Cywilu i często, kiedy ktoś mu chciał zrobić jakiś żart, czy chciał go po prostu ubodnąć, to mówił: „A ty płakałeś na tym Cywilu” i tak dalej. O ile w moim pokoleniu „Pancerni” to był doskonale znany serial, leciał na okrągło i w sumie chyba znam go na pamięć, to Cywil był zawsze nawet nie na drugim planie, tylko gdzieś na trzecim. Po prostu nie leciał. Nie pamiętam dlaczego. Nie wiem, czemu nie był emitowany w telewizji. Owszem, jak mówię, znałem go z opowieści i wspomnień, ale to też trzeba o tym pamiętać, że to były takie czasy, kiedy trzeba było czekać, aż telewizja wyemituje serial. Nie można było go dostać inaczej. Jaki był powód tej małej popularności Cywila już w III RP?
Chyba taki, że podobnie jak „Kapitan Sowa” to był serial milicyjny i chociaż „Klos” czy „Pancerni” też seriale z tamtego okresu leciały na okrągło, to fakt, że tam była milicja. Te seriale w ogóle, nie tylko Cywil, nie miały już takiego szczęścia. I powiem tak, kiedy obejrzałem go po raz pierwszy po wielu latach tak naprawdę, to muszę powiedzieć, że on mnie nie porwał. Nie porwał mnie i nie należy do moich ulubionych. Dużą wartością w tym serialu jest jednak rola Krzysztofa Litwina, który dodawał, to wszędzie można o tym przeczytać, że ponoć za swoją tutaj nawet inwencją, za swoją prośbą dostał wolną rękę w kreowaniu tej postaci i dodawał tym milicjantom takich ludzkich cech. Ale sam serial, muszę powiedzieć, dla mnie był wtedy nudny trochę. Chociaż jak wspomniałem, wywoływał wielkie poruszenie i wzruszenie u dzieci z PRL-u. Niejeden uronił pewnie łezkę w czasie tych bardziej wzruszających scen i tak to pamiętam. Myślę, że Szarik jakoś tak mocniej się odbił na tym moim pokoleniu. Jak mówię, „Pancernych” to chyba nie tylko ja pamiętam na pamięć i się śledziło za każdym razem, jak ci pancerni lecieli.
Zawsze się oglądało, bo jakoś tak było, że był to po prostu sympatyczny serial. A do Cywila jakoś się nigdy nie mogłem przekonać i w sumie nawet nie wiem czemu. Dziwne.
[02:31:32] - Ja powiem jeszcze coś, co może nie dotyczy zwierzątek, ale tam była jeszcze jedna świetna rola, nie zwierzątkowa. Mianowicie grał tam Wojciech Pokora, takiego służbistę, takiego faceta, którego nie znosiło się od pierwszego wejrzenia. Kretyna kompletnego. Jak to przeszło w ogóle w PRL-u, to nie wiem, bo to był taki człowiek, który się trzymał regulaminu od początku do końca. Regulamin, regulamin, regulamin i regulamin. Coś nieprawdopodobnego. Ale przeszło. I to też była naprawdę niezła rola. Do dzisiaj zastanawiam się nad jedną rzeczą, jeśli jesteśmy przy tym serialu, bo Wojciech Pokora grał postać, która nosiła nazwisko Zubek. A jeżeli państwo pamiętacie serial „07 zgłoś się”, tam również występował Zubek.
Też to nie był lotny milicjant specjalnie, ale jak coś łączyło te postacie, to nazwisko. Zostawmy może „Psa Cywila”, bo to jest serial, który tak jak obaj mówiliście o tym, on wzruszał młodą publiczność. Ja sam pamiętam, jak gryzłem palce, jak Cywil się zgubił. Został zaatakowany w pociągu i pojechał, a jego pan został. Później Cywila trzeba było znaleźć. Szukał ten jego pan go i szukał i prawie go nie znalazł, ale w końcu go znalazł i psie serce uszczęśliwione. Happy end. Oczywiście, że happy end, a w międzyczasie dramatyczne przeżycia. Bo w ogóle, proszę państwa, ja już to ogłaszałem niejeden raz. Ja tak naprawdę nie za bardzo lubię filmy o zwierzętach, bo one są konstruowane według takiego schematu.
Zawsze się musicie państwo wzruszyć i to tak wzruszyć, czasami nawet beznadziejnie. Ja nie lubię tych wzruszeń po prostu. Jak byłem dzieckiem, to mnie to przerażało, a dzisiaj po prostu nie lubię tego stanu. Wiecie państwo, w PRL-u była " lessi", ale to była wersja limitowana. Nie każdy to oglądał. Były "Szczęki", tak, na to się chodziło do kina. Ale cóż, tak naprawdę pamiętamy nie te groźne szczęki, ale pamiętamy te filmy wzruszające. Ja nie lubiłem filmu "Karino" o koniu, tak samo jak nie lubiłem innego filmu o koniu zagranicznego sprowadzanego do nas, czyli "Przygody Czarnego Królewicza". Nie mogłem się w to wgryźć zupełnie. Ani w "Karino", ani w "Czarnego Królewicza".
"Czarny Królewicz" był nadawany w "Ekranie z bratkiem", "Karino" zresztą też. Jakoś mnie to nie porywało. No a cóż, jak porywało was, Arturze?
[02:34:38] - Ja powiem wam tak, ja "Karino" z kolei bardzo lubiłem, bo Karino to był taki koń, który biegł przez naszą wyobraźnię. Cały ten serial "Karino" miał w sobie coś takiego szczególnego. Był poetycki, troszeczkę melancholijny, a przy tym też osadzony w bardzo fizycznym, ziemskim świecie. Bo tam była stajnia, były tory wyścigowe, były relacje między człowiekiem a zwierzęciem. Dlaczego on do mnie przemawiał? Bo chyba "Karino" był nagrywany w Janowie Podlaskim, a obok mnie pod Płockiem jest stadnina w Łącku i zawsze mi się kojarzył "Karino" z tą stadniną w Łącku. Więc tutaj były też te relacje człowieka ze zwierzęciem. Nie był tak bardzo dynamiczny ten Karino jak pies Cywil, ani tak propagandowy jak "Czterej pancerni", ale miał serce i to się czuło. Ten tytułowy koń Karino był, powiedziałbym takim bohaterem niemal romantycznym, bo był dumny, niepokorny. Był też wrażliwy.
Dla dzieciaków, którzy byli przyzwyczajeni do piesków z seriali, kreskówek, koń jako główny bohater był, bym powiedział, czymś nowym i czymś tak naprawdę niespodziewanym. Ale przecież koń w kulturze PRL-u powinien, powiem szczerze, powinien ogólnie kojarzyć się z wozem drabiniastym albo z rolnictwem. Dlatego też nie wiem, jak potem pokazywano bardzo fajnie ten film później był "Spał!" naprawdę. Gdzie koń, żeby mieć własnego konia, to był przejaw arystokracji, więc to nie czasy PRL-u. On powinien pokazywany być z rolnictwem, prawda? A tutaj nagle mamy piękne plenery, galopy, dramaty ludzi i zwierząt gdzieś tam splecione razem. Powiedziałbym, że było w tym coś europejskiego, coś światowego, może nawet też troszeczkę coś westernowego, chociaż mocno osadzonego w tych PRL-owskich realiach. Dla wielu w ogóle z nas "Karino" był też takim, bym powiedział, pierwszym momentem, kiedy koń przestawał być tylko zwierzęciem, bo on stawał się po prostu osobowością. Był kimś, komu można było współczuć, kibicować, kogo można było pokochać. W ogóle były takie też dzieci, które po obejrzeniu serialu "Karino" chciały jeździć konno, choć nie miały gdzieś tam stajni w pobliżu stu kilometrów.
Były w ogóle zeszyty z rysunkami koni. Była taka moda na końskie imiona. Powiem tak dzisiaj serial "Karino" to niemal zniknął z ramówek i ze świadomości. Być może czasem ktoś go wspomni jako taki serial ten o koniu, prawda? Ale tak naprawdę w mojej ocenie "Karino" to była taka opowieść o zaufaniu, o instynkcie, o emocjach, które są tak samo prawdziwe u ludzi, jak i u zwierząt. To był taki serial spokojny, refleksyjny, inny niż cała reszta. I może właśnie dlatego tak bardzo zapadł mi gdzieś tam głęboko w pamięci.
[02:37:28] - Tak, rzeczywiście, jeżeli chodzi o "Karino", to ja się tutaj Marku zgodzę, iż seriale o zwierzętach one są specyficzne, bardzo specyficzne, czy to polskie, czy zagraniczne i trzeba konesera do tego. Ja osobiście nie wspominam serialu "Karino" jako takiego, który mnie niesamowicie porwał. Nie wiem dlaczego. To gdzieś nie były moje klimaty. Absolutnie. Chociaż tam była dobra obsada. Ten serial był taki trochę rwany. Ja miałem tam takie wrażenie czasami, że on jest taki niedoprodukowany. Nie wiem. Ja też do niego za często nie wracam, bo przyjemność to dla mnie nieduża, ale nie potrafiłem się wczuć, muszę powiedzieć, w tą atmosferę końskości, w te stadninowe rozgrywki.
Nie wiem. Dla mnie osobiście to jest jeden z gorszych seriali tamtego okresu, nawet do pewnego stopnia wymazany z pamięci. A chyba wiem dlaczego. Bo konie to mi się zdawało, że to jest pasja dla dziewczyn w ogóle. Sam serial ja go oglądałem później, on leciał w telewizji akurat i on był też podobny do kilku innych, które były nadawane równocześnie. To nie jest tak, że "Karino" się wzorował na tamtych serialach, bo z tego, co dobrze Marku pamiętam, to chyba Nowakowski jest autorem pierwowzoru książkowego. Natomiast w latach 90. mieliśmy już kilka innych seriali emitowanych w Polsce z końmi w roli głównej, na przykład "Przygody Blackiego". No i był też "Czarny Królewicz". One też jakoś nigdy nie władały moją wyobraźnią.
Nie wiem
[02:39:07] - Tam w środku mojej głowy pędzi coś innego niż czarny koń. Tematy zwierzątkowe w serialach z PRL-u były popularne. Omijamy dzisiaj Radę Menesa z "Siedmiu życzeń", ale ja pamiętam, że były też filmy z eksportu, na przykład "African Skies", gdzie mieliśmy różnego rodzaju egzotyczne zwierzaki i różne przygody. To był taki serial emitowany w latach 90. Robert Mitchum tam grał, słynny aktor, jedną ze swoich chyba ostatnich ról. Tego było sporo tak naprawdę. Niekiedy też w tych serialach zwierzątkowych wyraźną rolę odgrywała taka tendencja edukacyjno-wychowawcza i one były takie trochę mniej niekiedy ekscytujące niż cała reszta. Prawda taka, że takiemu zwierzaczkowi w filmie nic się nigdy złego stać nie mogło, no bo nie i tak dalej. Ale Marku, PRL znał inne tego typu produkcje, niepolskie, importowane. Jakie hity telewizji w schemacie zwierzaczkowym byś tu jeszcze wymienił?
[02:40:22] - Takim serialem, który zapamiętałem bardzo, pewno ze względu na to, że akurat przypadł na taki moment, że zacząłem seriale przyswajać jakoś tak mocniej, to był serial "Mój przyjaciel Ben". To produkcja z końcówki lat 60., amerykańska. Ten Ben tytułowy, ten przyjaciel, to był niedźwiedź. Cała rzecz działa się na Florydzie. Poruszano się tam po terenach zalanych, bagienno-rzecznych, dziwnymi pojazdami płaskodennymi z olbrzymim śmigłem z tyłu, zabezpieczonym oczywiście. I to sobie sunęło po tych bagienno-rzecznych terenach. Oczywiście były aligatory, ale był niedźwiedź Ben, który był niezwykle inteligentny. Jak to w amerykańskim serialu, każda opowieść, każdy odcinek to była oddzielna opowieść. Coś tam się wydarzało. Ja już niewiele pamiętam, ale niedźwiedź był fajny.
Przestałem lubić ten serial, kiedy wprowadzono obowiązkowo po iluś tam odcinkach wersję dramatyczną, bodajże dwu- czy trzyodcinkową, kiedy ten niedźwiedź oczywiście musiał się zgubić. Musiał wędrować w poszukiwaniu swojego małego pana, bo oczywiście chłopak i ten niedźwiedź to byli przyjaciele. Był też ojciec, matka i w ogóle cała pełna rodzina. Ale niedźwiedź się zgubił. I w tym momencie przestałem lubić ten serial, bo ja jakoś słabo trawiłem takie dramatyczne wydarzenia. Pamiętam też, ale ledwo, serial, który dzisiaj w różnych odsłonach filmowych i serialowych bywa kręcony na nowo. A wtedy była wersja w polskiej telewizji, taka bardzo francuska i bardzo wierna oryginałowi. To był serial "Bella i Sebastian". Oj, tam było dramatycznie. Ta Bella to oczywiście pies i jak to pies, różne przygody dramatyczne.
I chłopiec i wielka przyjaźń. I znowu ja ten serial lubiłem, póki ten pies i ten chłopiec tam sobie hasali po tym ekranie. Ale w pewnym momencie, jeżeli państwo znacie pierwowzór książkowy, czy w ogóle zetknęliście się z tym obrazem, tym czy innym, tam się w pewnym momencie robi dramatycznie. I jak się zrobiło dramatycznie, to ja już jako dziecko od tego serialu odpadłem, bo ja już wtedy jakoś tak nie lubiłem się za bardzo wzruszać. Pewno dlatego, że jakoś tak nie do końca podobało mi się popłakiwać na tym serialu, jaki to wstrętny los spotkał te biedne zwierzątka, w tym wypadku zwierzątko pod tytułem Bella. No i cóż, to są takie seriale, które zapamiętałem. Ja wymieniałem oczywiście wcześniej "Czarnego Królewicza". Słabo trawiłem ten serial. Ja sam nie wiem dlaczego. Tam się nawet ciekawe rzeczy działy, ale jakoś tak mi to nie podchodziło.
Z "Karino" na przykład, że tak zrobię jeszcze taką wycieczkę w kierunku poprzedniego pytania, poprzedniego zagadnienia, to ja lubiłem rolę, tu nie będę oryginalny, Maklakiewicz, „Ksiąść kuleje”. To był gag całego serialu. Świetnie się to sprawdzało. Można sobie w tym serialu zobaczyć młodego Strasburgera. To zawsze coś na odtrutkę, chociażby "Familiady" i sucharów obowiązkowych. Więc ogólnie tak, jak najbardziej to są miłe wspomnienia, aczkolwiek mnie coś takiego zostało, że te seriale zwierzątkowe jednak mnie wzruszają. I powtarzam ten przykład mojego przyjaciela Bena jest symptomatyczny. Ja chyba nawet wtedy zrozumiałem, dlaczego tych seriali o zwierzaczkach nie lubię. Co więcej, było też tak w pierwszej połowie lat 70., nie wiem, czy jakieś zastrzyki dolarowe się w telewizji pojawiły, czy Disney rozdawał to za darmo. W teleferiach była cała masa filmów o zwierzętach disneyowskich, a to o gołąbku, który pozwolił biednemu ...
chłopakowi, który był w jakiś sposób kaleką wygrać jakieś zawody. Dzięki temu on miał na leczenie i to była jego największa przyjaciółka. Był też taki film o wydrze. Nie wiem, czy był disneyowski akurat ten. Niestety ta wydra, wydra pana Adamsa, czy jakoś tak podobnie, nie pamiętam naprawdę. Ta wydra niestety ginie na końcu filmu i to już w ogóle mnie zniechęciło. Z filmów disneyowskich jeszcze pamiętam o takim psie, który przeżył w swoim dzieciństwie psim traumę, bo go potraktowano miotłą, ale później w kluczowym momencie filmu przezwycięża tę traumę i pomimo, że miotła się przewróciła na podłogę, to on ratuje w jakiś sposób swojego młodego pana i tak dalej. Te disneyowskie filmy o zwierzętach były robione według schematu, że musi być wielka miłość, wielka przyjaźń, później ona musi zostać wystawiona na próbę. Schemat wykoncypowany. Przypuszczam, że kiedy „Lesli, wróć!” pierwsza wersja zrobiła ten film taką karierę, to później posypały się kolejne filmy robione według tego schematu.
Wielka przyjaźń wystawiona na próbę, zagubienie, oddalenie i odnalezienie się i szczęśliwy finał. Chociaż w przypadku wydry niekoniecznie szczęśliwy.
[02:46:35] - Arturze, co tam zapamiętałeś jeszcze z tego segmentu seriali albo produkcji telewizyjnych ze zwierzętami w tle?
[02:46:45] - Ja jeszcze zanim powiem o tych kwestiach, co istniały, to mi też szczególnie w pamięci zapadł, Marku, jeden film i to nie tylko z Europy Zachodniej, ale jeszcze z dalszych terenów, który był emitowany w „Teleferiach”. Jego emisja rozpoczęła się w czasie zimowych „Teleferii” w roku 1982. Ja w tym serialu byłem w ogóle zakochany, zwłaszcza, bo on pochodził z oryginalnego państwa. On pochodził z Japonii. Tytuł brzmiał „Biały Delfin Umi” i on mnie na tyle fascynował, ponieważ tam pokazywano Pacyfik, Hawaje, przygody tego delfina i jego przyjaciół. „Biały Delfin Umi” był później jako kreskówka powtarzany w programie „5, 10, 15” i przede wszystkim w niedzielnych wieczorynkach, bo wieczorynki przez cały tydzień trwały 10 minut, a w niedzielę oczywiście trwały pół godziny, więc się zawsze czekało. Wiecie co? To mnie najbardziej pasjonowało w tej telewizji PRL-u, że każdy dzień był za coś odpowiedzialny. W poniedziałek leciały teatry, w czwartek leciały kryminały i ludzie czekali na konkretny dzień, na to, co ich interesuje. A w tej chwili wszystko jest na wszystkich kanałach wszędzie i ciągle jest powtarzane i to się międli.
Ale wróćmy do tego, co ja jeszcze zapamiętałem, bo zwierzęta w programach dla dzieci nie były tylko bohaterami, ale też były, wydaje mi się, przyjaciółmi, nauczycielami, czasami też nawet i przewodnikami po świecie, który dopiero dzieci, czyli my, próbowaliśmy albo staraliśmy się jakoś zrozumieć. W PRL-u nie wszystko było dostępne i te dziecięce marzenia bardzo często mogły się spełniać właśnie przez to kliknięcie w ten ekran. Jeżeli mówimy o zwierzętach albo kreskówkach nawet ze zwierzętami, to oczywiście na pierwszy rzut przychodzi mi oczywiście Reksio. Tak na marginesie to wam powiem, że tylko dwa psy w bajkach były foksterierami. Jeden był Reksio, a drugim chyba Daszeńka czy któryś z tych czeskich. Oczywiście Reksio potrafił być wszystkim. Potrafił być ogrodnikiem, muzykiem, strażakiem, a jednocześnie zachowywał się jak pies. Był zwykły, wierny, troszeczkę czasami nieporadny, ale był taki dobry, bym powiedział do szpiku kości. Reksio oczywiście nie mówił, ale wszyscy go rozumieliśmy bez słów. Mnie to się w Reksiu podobało, że tam był jeden odcinek, kiedy pokazali, że Reksio idzie spać i pokazali wnętrze budy Reksia, gdzie on miał łóżko, miał książki do czytania, lampkę i gasił ją i tak dalej.
Potem powiem wam szczerze też, jeżeli mówimy już o zwierzątkach, to weźmy w ogóle Bolka i Lolka. Oczywiście oni nie byli zwierzętami, chociaż byli to tylko chłopcy, ale bardzo często ich przygody toczyły się wokół zwierząt, bo gdzieś w zoo, gdzieś na wsi, gdzieś w podróżach. Te zwierzęta pojawiały się u nich jako przeszkody, jako przyjaciele, czasami jako towarzysze przygód. Tak naprawdę te zwierzęta w Bolku i Lolku nadawały często ich historiom, ich losom takiego troszeczkę koloru i dynamiki. Oczywiście, jeżeli mówimy o tych zagranicznych produkcjach, to trudno nie wspomnieć o „Pszczółce Mai”, bo chociaż animowana, to przecież ona była osadzona całkowicie w świecie owadów. To taka bajka z cudownym głosem Ewy Złotowskiej. Oczywiście, jeśli chodzi o polski dubbing i dziś to może brzmieć, bym powiedział jak banał, ale dla dziecka z lat 70. czy 80. to była pierwsza lekcja szacunku do życia każdego z nas. Oczywiście też bardzo miło wspominam właśnie, jeśli chodzi o poniedziałek, to w poniedziałek tam zawsze leciały programy przyrodnicze, jak na przykład „Zwierzyniec” Michała Sumińskiego, który bardzo często mówił o zwierzętach z takim spokojem, z taką ciepłą i z taką troską.
Już o programie „Gucwiński” to nie wspomnę, bo to też ciekawy był program, ale Sumiński był takim człowiekiem, który naprawdę kochał naturę i uczył nas, że nie tylko my jesteśmy jako ludzie na tej planecie. Pamiętam też troszeczkę przez mgłę taką produkcję z kukiełkami, jak na przykład serię „Mi z okienka”. „Pan Kracego” to już w ogóle wspominam bardzo ciekawie, bo w „Pan Kracym” pojawiały się nie tylko ludzkie postacie, ale też zwierzaki jakieś animowane, jakieś pacynki, a czasami żywe też zwierzaki. To wszystko razem budowało naszą wrażliwość na przyrodę, na zwierzęta, na to, co jest ciche, a często nawet niezauważalne. I myślę, że chociaż nie mieliśmy w tamtym okresie czasu tylu bajek co dziś, to te bajki, które były, naprawdę zostawały w sercu na długo. I może czasami, jak tak wspominam czy wracam do przeszłości, to do dziś łapie mnie wzruszenie, gdy słyszę stary motyw Reksia, gdy słyszę głos Mai. Albo też takie przypomnienie, że zwierzę na podstawie tych bajek czuje praktycznie to samo co człowiek.
[02:52:09] - Tak. Powiem jeszcze, że kiedy sobie wspominam, właściwie pobudziłeś, Arturze, moje wspomnienia, bo to co prawda takie zwierzęta bardzo egzotyczne, ale kiedy powiedziałeś o Pankracym, to sobie natychmiast przypomniałem Telesfora i Teodora. Dwa smoki, które nagle odmitologizowały postać smoczą, bo były sympatyczne i pojawiały się na ekranie telewizora w piątek, o ile dobrze pamiętam. I ta kultowa scena, kiedy Telesfor pożera napis „Do zobaczenia”. Mniam, mniam, mniam, mniam. Zarówno Pankracego, jak i smoka Telesfora podkładał głos do tych postaci Hubert Antoszewski. To był niezapomniany głos, bardzo taki telewizyjny i kojarzący się z dzieciństwem. Pewnie o Telesforze i Teodorze gdzieś tam kiedyś pojawi się osobny sentymentalnik, bo to historia niezwykła. Tam się też na początku tej audycji, tego programu pojawił taki serial bardzo egzotyczny w tym sensie, że opowiadał o przybyszu z kosmosu. To był chyba brytyjski serial o takim przybyszu, który wyglądał też jak smok.
Odżywiał się, o ile dobrze pamiętam, węglem, przyleciał jakąś bańką kosmiczną czy czymś takim. To jest na granicy moich wspomnień w ogóle, ale to były niezapomniane wspomnienia. Powtarzam, to taki trochę doprawiany do dzisiejszego programu motyw, bo smok, czym właściwie jest smok? Też rodzajem zwierzęcia. Panowie, i to chyba wszystko, jeśli chodzi o zwierzaki. Pewno znowu moglibyśmy opowiadać jeszcze bardzo długo. Bardziej chodzi o to, żeby naszkicować, zarysować pewne tematyki. Pewno pod filmem w komentarzach pojawią się dziesiątki wpisów, o czym zapomnieliśmy. I to bardzo dobrze. Może nie zawsze zapomnieliśmy.
Może czasami przemilczeliśmy, żebyście mieli państwo o czym pisać, ale nie ukrywajmy, jest też tak, że nie wszystko pamiętamy. Ale to już państwa robota, żeby nam tę pamięć odświeżyć. Pięknie dziękuję, panowie. Dziękuję, Piotrze.
[02:54:42] - Również dziękuję. Czekamy na komentarze. Do usłyszenia.
[02:54:46] - Dziękuję Arturze.
[02:54:47] - Dziękuję również i do następnego razu.
[02:54:52] - No i ponownie czas na odrobinę prozy, tym razem w wydaniu amerykańskim. W ABW numer 115 z 11 marca 2022 roku prezentowaliśmy będące w domenie publicznej opowiadanie Leigh Brackett „Placówka na Io”. No wiecie państwo, złoty czas, złota era amerykańskiej science fiction. No to ja państwa zapraszam.
[02:55:26] - Leigh Brackett „Placówka na Io”. Tłumaczenie Witold Bartkiewicz w domenie publicznej. Część pierwsza. McVickers zatrzymał się na krawędzi ciemnego, okrągłego szybu. Było zimno, a on był zupełnie nagi poza srebrnym kołnierzem zaspawanym na jego karku. Ale to coś więcej niż zimno wywołało u niego dreszcze i ściskało mu długie, kościste szczęki. Nie miał pojęcia, do czego służył ten szyb ani dokąd może on prowadzić, ale przeszyło go nagłe wrażenie, że kiedy już znajdzie się na dole, to pozostanie tam na dobre. Mała, okrągła metalowa platforma zakołysała mu się niespokojnie pod nogami. Za jej barierką tak dalece, jak McVickers mógł sięgnąć wzrokiem, czyli aż po krzywiznę blisko położonego horyzontu na Io, widać było tylko błoto. Rzadkie, szlamowate, niebiesko-zielone błoto.
Szyb schodził gdzieś pod warstwę błota. McVickers popatrzył na niego. Oblizał suche wargi, a jego szaro-zielone oczy, zwężone i rozgorączkowane, jarzące się na wychudzonej, ciemnej twarzy, obrzuciły desperackim spojrzeniem niewielki latacz, z którego właśnie przed chwilą został wyprowadzony. Pojazd kołysał się na falującym błocie, jakby kpiąc sobie z niego. Pomiędzy nim i McVickersem stał ośmiostopowy strażnik z Europy, wykonujący powolne ruchy plątaniną swoich macek. McVickers zmierzył Europianina pełnym nienawiści wzrokiem jak wilk złapany w pułapkę. Gładkie, czarne ciało strażnika nabrało w świetle Jowisza przyćmionego czerwonawego połysku. Nie dało się u niego rozróżnić ani przodu, ani pleców. Nie miał twarzy, tylko cztery długie, jakby gumowe nogi Barełkowate ciało i falująca korona macek na górze. McVickers obnażył białe, nierówne zęby.
Jego wielkie kościste dłonie zacisnęły się w pięści. Zrobił krok w kierunku Europejczyka. Jedna z macek wyskoczyła z wyraźną przyjemnością i dotknęła srebrnego kołnierza na gardle Ziemianina. Uderzył w niego mocny ładunek elektryczny wygenerowany przez ciało Europejczyka, przepływając mu wzdłuż kręgosłupa wstrząsającą, oślepiającą agonią. Odrzuciło go w tył i jego stopa znalazła się w pustce. Wykręcił się na ślepo, chwytając za przeciwległą ścianę szybu i zawisł nad nim, próbując matać stopami szczeble drabinki i przeklinając na głos ochrypłym, pozbawionym barwy tonem. Macka uderzyła ponownie szybkimi, delikatnymi, umiejętnymi ruchami. Trzy razy chlasnęła go piekącą przez twarz i dwukrotnie jeszcze mocniej po rękach. Potem ponownie dotknęła kołnierza. McVickers zwymiotował i puścił się brzegu szybu.
Poleciał z brzękiem w dół, zsuwając się po drabince. Udało mu się zamortyzować upadek na znajdującej się niżej metalowej podłodze i przykucnął tam chory, wściekły i wystraszony. Pokrywa włazu zatrzasnęła się za nim z łomotem, jak uderzający młot zagłady. McVickers wpadł do okrągłego, kiepsko oświetlonego pomieszczenia o średnicy 30 stóp, którego podłoga i ściany zbudowane były z jakiegoś metalu. Sufit był z grubych płyt klasytowych. Przez nie bardzo wyraźnie McVickers mógł dostrzec czterech pilnujących ich europejskich strażników. „Oni są tam od zawsze” – powiedział przyciszonym głosem Wenusjanin. – „Po pewnym czasie pokochasz ich, przybyszu.” U podnóża drabinki razem z Wenusjaninem stała grupa istot. 13 osób. Ziemianie, Marsjanie, Wenusjanie, bladzi, zupełnie nacy, wymazani jakimś niebiesko-zielonym brudem.
Mięśnie na ich wychudzonych twarzach rysowały się mocno, zaś srebrne kołnierze nadawały im szyderczy pozór bogactwa. Gdzieś w głębi siebie McVickers wzdrygnął się. Jego nozdrza zmarszczyły się. W pomieszczeniu czuć było strach. Wyczuł go, jego dreszcz przeszywający powietrze. Strach, który był czymś normalnym i do którego byli przyzwyczajeni. Skryty w niespokojnym śnie, ale gotów w każdej chwili się obudzić. Z tyłu, w cieniach zalegających pod ścianami prycz byli jeszcze inni więźniowie. Nic nie mówili, ale nie podeszli razem z innymi. Wziął głęboki oddech i powiedział spokojnym tonem: „Nazywam się Chris McVickers.
Jestem działającym w głębokim kosmosie kupcem z Terry. Złapali mnie, kiedy próbowałem przedostać się przez linię asteroidów.” Ich oczy błyszczały w jego stronę, wędrując od niego do czegoś za nimi, czego nie potrafił dostrzec. Wyraźnie na coś czekali i było w tym coś naprawdę makabrycznego. Wenusjanin stwierdził krótko: „Naprawdę pech, McVickers. Nazywam się Loris, ostatnio ze straży wenusjańskiej. Przedstawcie się, chłopcy.” Zrobili to urywanymi, nieobecnymi głosami, prześlizgując się wzrokiem od niego do niewidocznego czegoś. Loris zaprosił go trochę bliżej i jeden ze znajdujących się w grupie Ziemian wyszedł, aby go przywitać. „Jestem Pendleton” – przedstawił się. – „Starfish. Pamiętasz mnie?” McVickers wpatrywał się w niego.
Zmarszczki w jego kanciastej twarzy bardzo się pogłębiły. „Do licha.” – powiedział to bardzo miękko i zupełnie nie jak przekleństwo. Pendleton. Mężczyzna kwaśno się uśmiechnął. Był Anglikiem, obszarpanym cieniem wielkiego, rumianego, jowialnego człowieka, którego pamiętał McVickers. „Spore zmiany, co? No cóż, być może my akurat mamy szczęście, McVickers. Nie będziemy musieli oglądać klęski.” Głowa McVickersa opadła. „A więc ty również widzisz jej nadejście.” Loris wydał z siebie krótki śmiech, niemal bliźniaczo podobny do szlochu. Cały desperacki, chłopięcy humor zniknął mu z twarzy, pozostawiając ją starą i ponurą.
„A kto tego nie widzi? Jestem tutaj od Bóg tylko wie jak długo. Całą wieczność. Ale nawet zanim nasz statek został pochwycony, już o tym wiedzieliśmy. Nie jesteśmy w stanie budować statków w takim tempie, w jakim ich Jowium je niszczy, kiedy przedzierają się przez linię asteroidów.” Cichy głos Pendletona był grobowo ponury. „Mars jest stary, zmęczony i rozrywany klęską głodu. Wenus jest co prawda młoda, ale jej dzielności brakuje dyscypliny. Zamieszkujący ją barbarzyńcy nie nadają się zupełnie do prowadzenia zmechanizowanej wojny. A co do Ziemi” – westchnął ciężko – „może gdybyśmy nie walczyli aż tak zażarcie między sobą.” McVickers stwierdził szorstkim tonem: „To i tak nie miałoby większego znaczenia. Kiedy ktoś dysponuje bronią powodującą, że metale eksplodują, rozpadając się na pojedyncze atomy, to nie ma żadnej różnicy, jakie siły zgromadzi się przeciwko niemu.” Pokręcił swoją kanciastą głową z niecierpliwością.
„Co to za miejsce?”„Co tutaj robicie? Jowiańcy po prostu przywieźli mnie tutaj i wrzucili do środka bez jednego słowa wyjaśnienia.” Pendleton wzruszył ramionami. „Nas także. Tam na dole jest dziura pełna różnych maszyn. Pracujemy tam, ale nikt nam nie powiedział po co. Oczywiście snujemy całe mnóstwo domysłów.” Domysłów. Słowo to wróciło ostrym echem w gęstym, gorącym powietrzu. Z grupy więźniów wypadł jeden z nich i stał teraz, kołysząc się wraz z nieustannym ruchem podłogi. Był to śniady Marsjanin z dolnych kanałów. Żółte kocie oczy nowo przybyłego lśniły w wystającej, zaostrzonej jak siekiera twarzy, a żelazne, sznurowate mięśnie wyraźnie się sprężyły.
„Powiem ci, czym jest to miejsce, Ziemianinie. To jest piekło, a my znaleźliśmy się w samym jego środku, złapani w pułapkę do końca naszego życia.” Zwrócił się do Pendletona. „To twoja wina. Byliśmy w neutralnym porcie. Moglibyśmy tam sobie bezpiecznie siedzieć. Ale nie. Ty musiałeś lecieć z powrotem.” „Yanu!” Głos Pendletona trzasnął jak bicz. Marsjanin natychmiast umilkł, wpatrując się w niego. W jego żółtych oczach widać było więcej niż nienawiść. Dando.
Początek szaleństwa uwięzienia w zamkniętej przestrzeni. McVickers widział już ludzi, którzy nie mogli wytrzymać zamknięcia podczas podróży w dalekim kosmosie. Anglik cicho wyjaśnił: „Yanu był moim najlepszym człowiekiem. Raczej ma mi to wszystko za złe.” Marsjanin warknął, a potem zaczął kaszleć. Kaszel przeszedł w paroksyzm. Potykając się, odszedł od nich z poszarzałą twarzą, wykrzywiony, zgięty niemal wpół. „To z powodu gorąca” – powiedział Loris. „I wilgotności. Biedny facet.” McVickers pomyślał o powietrzu na Marsie – zimnym, suchym i czystym. Podłoga zakołysała się pod nim.
Pełne dziwnego blasku wyczekiwania otaczającego oczy nadal ukradkowo przesuwały się na ukryte coś za stojącymi ludźmi. Namacalnie poczuł w płucach gorące, wilgotne powietrze. Pocił się obficie. Zaczął wzbierać w nim wir mdłości, a dookoła światła zawirowały. Twardo zacisnął zęby. Spytał: „O co chodziło Yanu, kiedy mówił o reszcie naszego życia? Przecież nas wypuszczą, kiedy skończy się wojna. Jeżeli pozostanie jakieś miejsce, do którego będziemy mogli sobie pójść.” Odpowiedziała mu napięta cisza. Potem jednak od strony cieni pod ścianą nadleciał urywany, szepczący śmiech. „Wojna?
Oni wypuszczą nas jeszcze przed nią.” Grupa rozstąpiła się. McVickers dojrzał przelotnie kogoś wielkiego, przykucniętego na podłodze w dziwnej pozycji. Potem jednak nie był w stanie już patrzeć na nic innego poza postacią, która powoli wyszła z cienia na światło. Poruszała się ona na sztywnych nogach, zataczając się, a jej gołe stopy wydawały na metalowej podłodze suche stuki i trzaski. Ręka McVickersa zacisnęła się mocno na wiszącej za nim drabince. To była istota rozumna. Ziemianin. Jego ciało nadal było normalne, a jego budowa, rysy twarzy i inne cechy zupełnie w porządku. Ale otaczał go jakby cieniutki film. Blada, niebiesko-zielona powłoka, błyszcząca przyćmionym, matowym blaskiem.
Wyciągnął do przodu rękę, pokazując dłoń, która wyglądała, jakby została wyrzeźbiona w akwamarynie. „Dotknij jej” – wyszeptał. McVickers dotknął jej. Była zupełnie twarda i ciepła wyłącznie na skutek gorąca powietrza. Szarozielone oczy McVickersa napotkały spojrzenie zapadniętych, osłoniętych powłoką oczu Ziemianina. Ciało miał wyraźnie obolałe z powodu wysiłku włożonego w walkę o kontrolę nad nim. „Kiedy już w ogóle nie możemy się poruszać” – opowiadał szepczący głos – „zabierają nas tym szybem na górę i tam wyrzucają nas w błoto. To właśnie dlatego się tutaj znalazłeś. Ponieważ zabrakło nam jednego człowieka.” McVickers położył ręce za plecami na szczeblu drabinki. „Jak długo to potrwa?” „Około trzech ziemskich miesięcy.” Popatrzył na niebiesko-zielone plamy, które wszyscy mieli na sobie.
Kolor błota na powierzchni. Spoczywające na szczeblu drabinki ręce przybysza lekko się spociły. „Co to jest?” „Coś w tym błocie. Myślę, że to jakaś radioaktywność. Zdaje się, że zmienia ona węgiel znajdujący się w ludzkim ciele na postać krystaliczną. Człowiek staje się chodzącym klejnotem. To proces bezbolesny, ale to jest...” Nie dokończył. Na czole McVickersa pojawiły się paciorki potu. Stojący koło niego, obserwujący go ludzie uśmiechnęli się lekko. Za nimi coś się poruszyło.
Loris i Pendleton zesztywnieli, a ich spojrzenia porozumiewawczo spotkały się ze sobą. McVickers powiedział niewzruszenie: „Nie rozumiem. Błoto jest przecież na zewnątrz.” Loris odparł z dziwną, pośpieszną nagłością: „Ty również tam będziesz. Już niemal nadszedł czas na kolejną zmianę.” Przerwał. Ludzie nagle się rozproszyli, przykucając z tyłu w nierównym kręgu, uśmiechając się ze zwierzęcą nerwowością. W pomieszczeniu nagle zapadła zupełna cisza. Kucający człowiek podniósł się. Stał na potężnych, prążkowanych nogach, szeroko rozstawionych, kołysząc się w rytm ruchów podłogi. Jego okrągła głowa była wręcz zatopiona pomiędzy zwałami mięśni. Przyglądał się uważnie ziemianinowi bladymi, płaskimi oczkami.
Loris przysunął swoją postarzałą, zgorzkniałą twarz do ucha McVickera. Wyszeptał prawie bezgłośnie: „Birek. To on jest tutaj szefem. To zupełny szaleniec. Nie walcz z nim”. Część druga. Szarozielone oczy McVickera zwęziły się lekko. Nie poruszył się, nawet nie drgnął. Birek wciągał powietrze powolnymi, głębokimi oddechami przypominającymi westchnienia. Był Wenusjaninem z węglowych bagien tej planety, sądząc po jego rozmiarach, bladej cerze i brudno-białych włosach kłębiących mu się na karku.
W przyćmionym świetle pomieszczenia także nieznacznie połyskiwał. Na jego skórze uformowała się już powłoka z klejnotu. Rozległ się ostry jak nóż, zaskakujący w panującej poprzednio ciszy odgłos i w podłodze otworzyła się z hukiem okrągła pokrywa włazu. Kot na McVickerze zrobił się zimny. Z dziury zaczęli wychodzić więźniowie, gdzieś na samej krawędzi jego pola widzenia. Nadzy, brudni mężczyźni ze srebrnymi kołnierzami. Rozmawiali między sobą, przeklinali, przepychali się. Pierwszy z nich zobaczył Bireka i natychmiast przerwał, a wzdłuż rzędu ludzi w głąb szybu popłynęło milczenie. Ponownie w całym pomieszczeniu zapadła kompletna cisza, przerywana jedynie chropawymi stęknięciami rzeczy ogrzewających się w gorącym, wilgotnym powietrzu buchającym z włazu oraz miękkimi plaśnięciami ciał nagich ludzi wchodzących po drabince. Na szczęce McVickera naprężyły się sznury mięśni.
Przesunął lekko środek ciężkości ciała, odsuwając się nieco od drabinki. W słabym świetle widział wysuwające się do przodu twarze, zainteresowane, oczekujące. Świecące oczy, lśniące zęby, kości policzkowe błyszczące od potu. Wystraszeni, cierpiący ludzie obserwujący strach i cierpienie innych ludzi i czerpiący z tego zadowolenie. Birek poruszył się powoli. W jego oczach utrzymywał się blady blask jak odbłysk dalekiego lodu, a na wargach pojawił się lekki uśmiech. „Modliłem się” – powiedział delikatnym tonem – „i zostałem wysłuchany. Ty, nowy człowieku. Dalej, padaj na twarz”. Loris uśmiechnął się do Bireka, ale w jego oczach nie było śladu wesołości.
Odsunął się trochę od McVickera. Stwierdził beztroskim głosem: „Teraz nie czas na to, Birek. To nasza zmiana. Spalą nas tutaj wszystkich, jeżeli nie pójdziemy”. „Dalej, padaj na twarz” – powtórzył Birek, nie patrząc na Lorisa. Na czole McVickera zaczęła pulsować żyła. Na tle potężnego cielska Wenusjanina wyglądał niepozornie, niemal karłowato. Odparł cicho: „Nie szukam kłopotów”. „No to na podłogę”. „Przepraszam” – oświadczył McVickers – „ale nie dzisiaj”.
Głos Pendletona trzasnął ostro: „Zostaw go w spokoju, Birek. A wy tam dalej do drabinki. Oni już idą po obezwładniacze”. McVickers uświadomił sobie jakiś ruch na górze, nad szklanym dachem. Ludzie zaczęli powoli, z niechęcią schodzić po drabince. Na czole Pendletona widać było pot, zaś twarz Lorisa zrobiła się równie szara jak jego oczy. Birek powiedział ochrypłym głosem: „Na podłogę. Czołgaj się. Wtedy będziesz mógł pójść”. „Nie”.
Drabinka na dół znajdowała się za Birekiem. Nie było żadnego sposobu na to, aby go ominąć. Loris rzucił do niego pośpiesznym, twardym szeptem: „Kładź się, McVickers. Na miłość boską, na podłogę, a potem chodźmy stąd”. McVickers z uporem pokręcił głową. Gigant uśmiechnął się. W tym uśmiechu było coś straszliwie nienormalnego. Był to uśmiech człowieka w agonii, w chwili, gdy bierze go w swoje objęcia środek znieczulający. Pełen spokoju i szczęścia. Wyprowadził uderzenie niepokojąco szybko jak na tak wielkiego człowieka.
McVickers uchylił się w bok. Pięść Wenusjanina prześlizgnęła się po jego głowie, rozdzierając mu ucho. Przykucnął i sam ruszył do akcji, próbując szybkiego uderzenia na ciało, a następnie odejścia w bok. Zapomniał o błyszczącej powłoce. Pięść McVickera uderzyła Bireka w osłonięte nią miejsce i odczuł to jak uderzenie w szkło, które się nie rozprysło. Rękę przeszył mu ból powodujący odrętwienie, spowalniający, osłabiający. Z kostek palców popłynęła krew. Prawa Bireka zamiotła łukiem do środka, uderzając go w bok głowy. McVickers spadł na prawy bok. Birek postawił mu lekko stopę na plecach.
„Na podłogę” – powiedział. – „Czołgaj się”. McVickers wykręcił się pod stopą przeciwnika, warcząc ze złości. Złośliwie uniósł do góry własną stopę, kopiąc nią z całej siły. Ból uderzenia spowodował, że wyrwał mu się jęk, ale Birek zatoczył się do tyłu, tracąc równowagę. Na jego twarzy nie było widać bólu. Stał tylko, spoglądając na leżącego McVickera. Nagle ku wstrząsowi Ziemianina zaczął płakać. Zupełnie bezgłośnie, nie wydając żadnego dźwięku. Nie poruszył się, ale z oczu płynęły mu łzy.
Głęboki, wolny dreszcz przeszył McVickersa. Delikatnie spytał: „To chyba nie z bólu, co?” Berek nic nie mówił. Łzy błyszczały na lekkiej, ale twardej powłoce pokrywającej policzki Wenusjanina. McVickers powoli się podniósł. Bruzdy na jego twarzy były głębokie i ostre, a wargi zupełnie białe. Loris pociągnął go za sobą. Skądś krzyczał głos Pendletona: „Pośpieszcie się, pośpieszcie się, błagam was!” Strażnicy robili coś na górze. Rozległ się słaby, skwierczący odgłos i snop iskier rozbłysnął wokół górnej krawędzi ścian. Od srebrnego kołnierza na szyi przez całe ciało McVickersa przeszył szarpiący, rwący ból. Ludzie zaczęli szeptać i przeklinać.
Loris wczepił się w McVickersa, popchnął go w dół drabinki i kopnął w twarz, żeby się pośpieszył. Ból zelżał. McVickers popatrzył do góry. Wielkie, pokryte węzłami mięśni nogi Bereka również schodziły na dół, zaś podeszwy jego stóp wywoływały w zetknięciu ze szczeblami drabinki cichy, twardy stukot. Właz nad ich głowami zamknął się. Gdzieś ponad ramieniem doleciał do niego suchy i słaby głos umierającego Sieminina: „To tutaj będziesz pracował aż do śmierci. Jak ci się to podoba?” McVickers odwrócił się, groźnie na niego spoglądając. Było bardzo gorąco. Pomieszczenie na górze w porównaniu z tym było wręcz chłodne. Powietrze było gęste i zastałe, przesiąknięte oparami rozgrzanego oleju i metalu.
Była to duża przestrzeń rozciągająca się bez żadnych widocznych przeszkód do krawędzi zakrzywionej ściany, ale czuło się tutaj jak w dusznym, ciasnym zamknięciu. Całe to miejsce wypełniały maszyny ryczące, syczące i brzęczące, rozciągające się jednym połączonym ciągiem, począwszy od wielkich pomp pobierających, poprzez jakieś niezidentyfikowane, potężne konstrukcje z rozstawionymi między nimi pompami olejowymi, aż do wylotu tego wymuszonego obiegu powietrza. Urządzenie to pompowało błoto do szerokiej płuczki, a wszędzie dookoła widać było niebiesko-zielone zacieki. Wysoko na ścianach wisiały dwa glasykowe boksy sterujące, w których siedzieli czarni, najeżeni mackami Europejanie. Jakieś pięć stóp nad nimi znajdował się system metalowych pomostów dający pełne pokrycie całej powierzchni podłogi. Na nich również widać było chodzących Europejan. Było ich ośmiu. Bez przerwy patrolowali cały teren. Ich gładkie, pozbawione twarzy ciała nie były narażone na kontakt z błotem. W mackach nieustannie trzymali ciężkie plastikowe rury, a na każdym przecięciu pomostów zamontowane były ciężkie porażacze.
McVickers uśmiechnął się kwaśno. „Bardzo bezpieczne.” „Bardzo.” Pendleton pchnął go kuksańcem w stronę silnika zamontowanego przy jakimś rozdzielaczu wirówkowym. Loris i pokryty niebieską otoczką Ziemianin podążyli za nimi. Na końcu powoli szedł Berek. McVickers zapytał: „A do czego to wszystko służy?” Pendleton pokręcił przecząco głową. „Nie wiemy. Ale mamy taki pomysł, że z tego błota wydobywa się jowium.” „Jowium?” Szarozielone oczy McVickersa zaczęły robić się coraz bardziej rozgorączkowane. „To ten materiał wygrywa dla nich wojnę. Niszczyciel metali.” „Oczywiście nie jesteśmy pewni.” Niesamowicie zmęczone oczy Pendletona przebiegły po całym ciągu metalowego kompleksu aż do jego końca. „Ale sam tylko popatrz.
Czy to ci czegoś nie sugeruje?” Olbrzymia rura powietrza podciśnieniem wymuszającego ruch błota biegła wzdłuż całego kompleksu maszyn, a następnie wychodziła poza osłonę z ciężkiej metalowej siatki. Tuż ponad nią, zamknięty za glasykową płytą o potrójnej grubości znajdował się kanał prowadzący do góry. Kanał, sądząc po niezwykłych rozmiarach podpór oraz jego kolorze, zbudowany był z czystego ołowiu. Ołów. Ołowiana rura. Ołowiany pancerz. Promieniowanie, które zmienia żywych ludzi w na wpół żywe diamenty. Nikt nie wiedział, czym było jowium ani skąd pochodziło. Znano tylko jego działanie. Ale naukowcy z trzech oblężonych planet sądzili, że prawdopodobnie był to izotop jakiegoś silnie radioaktywnego metalu, być może uranu, zdolny do wzbudzania gwałtownie postępującego rozpadu atomów metalicznych.
„Gdyby” — delikatnym głosem stwierdził McVickers — „te rury były wyłożone od środka plastikiem. Handlowałem sporo na księżycach Jowisza, ale jedyne złoża tego błota, jakie widziałem poza Io, to wypełniony nim rondel na J11. To musi być ich jedyne źródło.” Loris popchnął w jego stronę puszkę z olejem. „A jaką to robi różnicę?” — powiedział gwałtownie. McVickers wziął od niego puszkę, w ogóle na nią nie patrząc. „Gromadzą to gdzieś wyżej, w przestrzeni pomiędzy zewnętrzną i wewnętrzną ścianą. Gdyby ktoś zdołał się wydostać tam na górę i puścił to wszystko dalej...” Usta Pendletona wykrzywiły się sarkastycznie. „Czy widzisz może jakiś sposób na to?” McVickers zaczął się rozglądać. Strażnicy i porażacze, drabinki pod napięciem i metalowe osłony. Nie ma żadnej broni, a ponadto żadnego miejsca do jej ukrycia.
Oznajmił zajadle: „Ale gdyby komuś udało się uciec i zanieść wieści z powrotem, te urządzenia stanowią potencjalną bombę, dostatecznie dużą do tego, aby rozsadzić ją na kawałki. Eksperci sądzą, że wystarczy jedynie niewielki ułamek czystego materiału do zasilenia całego ładunku dezintegratora”. Pod szczęką McVickersa coś zaczęło mocno pulsować, a jego zielono-szare oczy rozjaśniły się mocno. Loris odparł tylko: „Ucieczka”. Wypowiedział to słowo tak, jakby było to absolutnie najpiękniejsze słowo we wszechświecie, a jednocześnie jakby parzyło go ono w usta. „Ucieczka” – wyszeptał człowiek w błyszczącej, śmiertelnej powłoce akwamarynu. „Nie ma stąd żadnej ucieczki poza tym”. W ciszy, która zapadła po tych słowach, odezwał się McVickers: „Ja mam zamiar spróbować. W taki czy inny sposób, ale będę próbował”. Niesamowicie zmęczone oczy Pendletona popatrzyły na żywe rumieńce widoczne na twarzy McVickersa.
Były już takie próby, ale bez żadnego pożytku. Birrek nagle obudził się ze swojego dziwnego, oszołomionego milczenia. Popatrzył do góry i z gardła wyrwało mu się chrapliwe chrząknięcie. McVickers pochwycił kątem oka jakiś ruch na górze, ale nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Kontynuował, mówiąc stanowczym, równomiernym głosem: „Toczy się wojna. Wszyscy jesteśmy w nią zaangażowani – żołnierze i cywile, królowie, ważni ludzie oraz ci nic nieznaczący. Kiedy wręczono mi mój dyplom kapitański, powiedziano mi, że obowiązki mężczyzny nie kończą się, dopóki jego statek nie zacumuje ponownie w porcie albo nie spotka go śmierć. Mój statek zginął, ale ja nie jestem jeszcze martwy”. Szerokie, wychudłe ramiona Pendletona opadły. Odwrócił głowę w drugą stronę.
Twarz Lorisa zastygła w martwej masce wyrzeźbionej z szarej kości. Powiedział niemal niesłyszalnie: „Zamknij się. Niech cię diabli, zamknij się”. Ruch nad głową zbliżał się do nich. Był już niepokojąco blisko. Rozrzuceni wokół całego pomieszczenia ludzie przerwali swoją pracę, obserwując McVickersa błyszczącymi, płonącymi oczyma ponad gorącym, pokrytym warstwą oleju metalem. McVickers stwierdził szorstko: „Wiem, co z wami jest nie tak. Zostaliście już złamani, zanim jeszcze tutaj się znaleźliście, myśląc, że nadchodzi klęska i że wszystko nie ma sensu”. Pendleton szepnął: „Nawet nie wiesz, co oni ci zrobią”. Od strony sztywnej i zaschniętej ultramarynowej macki Ziemianina doleciały słowa: „Nauczysz się jeszcze.
Tutaj nie ma nadziei, McVickers, i ludzie muszą zrobić wszystko, co się da, żeby znieść to bez bólu. Jeżeli sprawisz, że będą jeszcze bardziej cierpieli, McVickers, to oni cię zabiją”. Gorąco. Olej i opary metalu oraz białe, sztywne twarze pokryte cieniutką warstewką potu. Lśniące oczy, rozgorączkowane i błyszczące ze strachu. Kołysząca się podłoga, ssanie pomp i chwytające go w żołądku mdłości. Birrek stojący wyprostowany, nieruchomo, bacznie go obserwujący. Obserwowali go. Wszyscy byli wpatrzeni w niego. McVickers położył stanowczo dłoń na obudowie stojącego koło niego silnika.
„Tu chodzi o coś więcej niż tylko obowiązek” – oświadczył delikatnie i uśmiechnął się niewesoło, co pogłębiło pionowe linie przebiegające mu przez policzki. Jego wynędzniała celtycka twarz nosiła w sobie ponure piękno. Jego głos zabrzmiał jak dzwon, przebijając się czystym dźwiękiem przez ryk maszyn. „Jestem Christopher Rory McVickers. Jestem najważniejszą rzeczą we wszechświecie i jeżeli muszę już oddać swoje życie, to nie zrobię tego, nie zyskując niczego w zamian”. Yanu, Marsjanin znajdujący się po drugiej stronie pomieszczenia, wydął z siebie ostry, łkający okrzyk. Loris i Pendleton cofnęli się od niego jak psy w strachu przed batem, spoglądając do góry. McVickers spostrzegł ciemną, zakończoną mackami postać na znajdującym się nad nimi pomoście tuż przedtem, zanim przepłynęło przez niego rozdzierające wyładowanie elektryczne. Krzyknął tylko raz, ale wtedy do akcji ruszył Birrek. Roztrącił stojących mu na drodze Lorisa, Pendletona i okrytego niebieską otoczką Ziemianina, odrzucając ich na boki jak dzieci.
Jego lewa noga uderzyła McVickersa od tyłu w kolana, a w tej samej chwili prawa ręka pchnęła twarz Ziemianina. McVickers upadł ciężko na wznak, krzycząc w chwili kontaktu z podłogą. Potem Birrek rozciągnął się na nim, osłaniając jego ciało swoją potężną masą. Straszny, wstrząsający ból zaczął słabnąć. Leżąc tam i spoglądając w blade oczy Birreka, McVickers zmusił swoje wykrzywione wargi do wypowiedzenia słowa „dlaczego?”. Birek uśmiechnął się. Prąd już tak bardzo mnie nie boli, a ciebie chcę dla siebie samego, żeby osobiście cię złamać. McVickers wciągnął głęboki, drżący oddech i również uśmiechnął się w odpowiedzi z głębokimi bruzdami na szczupłych policzkach. Z tej zmiany nie zachował żadnych klarownych wspomnień. Gorąco, nieustanna bieganina, duszące powietrze, Janu kaszlący strasznym, stałym rytmem oraz jego własne ręce próbujące nakierować w odpowiednie miejsce wylot olejarki.
Gdzieś pod koniec czasu pracy McVickers zemdlał i Birek zaniósł go po drabince na górę. Nie było sposobu na określenie, jak długo dochodził do siebie. W tym małym piekle czas w ogóle nie istniał. Pierwszą rzeczą, którą zauważył swoimi wyczulonymi do maksimum zmysłami człowieka wyszkolonego do pracy na statkach kosmicznych, był fakt, że ruch pomieszczenia się zmienił. Usiadł wyprostowany na pryczy, na której położył go Birek. Fala pływowa – powiedział, opanowując krótkie uderzenie lęku. Co? Suniemy na niej – gorzko odparł mu Loris. – Zawsze tak jest. McVickers dosyć dobrze znał księżyce Jowisza.
Przypominając sobie olbrzymie pływy i wiatry wywoływane przyciąganiem grawitacyjnym wielkiej planety, wzdrygnął się. Na Io nie było stałego lądu, tylko błoto, a placówka wydobywcza tak na wyczucie była zatopionym pod nim pustym dzwonem puszczonym zupełnie luzem. Nie mogła być w żaden sposób zamocowana. Żadna lina cumownicza nie byłaby w stanie wytrzymać naporu pływu jowiszowego. Jedna rzecz, jeżeli już o to chodzi – rzucił Pendleton ze spokojną złośliwością. – To wszystko wywołuje u jowiańców cholerną chorobę morską. Marsjanin Janu wybuchnął skrzeczącym, ochrypłym śmiechem. Dlatego przez cały czas utrzymują nas w słabym prądzie. Jego podobna do topola twarz była wyczerpana, a żółte kocie oczy lekko świeciły w przyciemnionym świetle. Ludzie powyciągali się na swoich pryczach, nie rozmawiając za dużo.
Birek usiadł na końcu swojej, obserwując McVickersa bladymi, nieruchomymi oczyma. W pomieszczeniu panowało lekkie napięcie. Wyraźnie coś się zbliżało. Mieli zamiar złamać go teraz, zanim ich zrani. Złamać go albo go zabić. McVickers otarł pot z twarzy i stwierdził: Pić mi się chce. Pendleton wskazał ręką na coś podobnego do końskiego żłobu opartego o gródź. Oczy miał zmęczone i bardzo smutne. Loris przypatrywał się z nachmurzoną miną swoim poplamionym i pokrytym cieniutką powłoką stopom. W korycie nie było zbyt wiele wody.
W dodatku była ona słonawa i tłusta. McVickers napił się i rozpryskał trochę tej cieczy na twarz i na ciało. Widział, że on również został już wybrudzony błotem. Nie da się go zmyć. Umierający ziemianin wyszeptał: Jest też jedzenie. McVickers popatrzył na kosz z gąbczastym, syntetycznym jedzeniem i pokręcił przecząco głową. Podłoga opadła i mocno się zakołysała. Była w tym jakaś gwałtowność, z jednej strony przerażająca, z drugiej łagodnie żartobliwa, jak w pierwszym delikatnym pacnięciu łapą tygrysa. Loris popatrzył do góry na szklany dach z widocznymi za nim czarnymi postaciami. Oni dostają czyste powietrze – powiedział.
Przewody naszych wentylatorów mają jedynie kilka cali szerokości, tak żebyśmy nie wypełzli przez nie na górę. Pendleton odparł mu dosyć głośno: Te świnie oddychają przez skórę. Przecież wiesz. Tak samo w skórze są organy wszystkich ich zmysłów – wzroku i słuchu. Zamknijcie się – warknął Jaru. – Przestańcie gadać choć na chwilę. W rozciągniętych na pryczach ludziach z wolna coraz bardziej narastało napięcie. Oddychali mocno i głęboko w przewidywaniu nadchodzących wydarzeń. Zaś Birek podniósł się z łóżka. McVickers stawił im czoła, Birekowi i reszcie.
Nie czuł żadnego uniesienia w sercu. Czuł się ponury, ociężały i rozbity jak leżący wół obserwujący opadający mu na szyję topór. Oświadczył im z gorzkim, gwałtownym spokojem: Jesteście gromadą cholernych tchórzy. Ty, Birek. Wystraszyło cię na śmierć to wpążające na ciebie paskudztwo i jedynym sposobem, który pomaga ci zapomnieć o lęku, jest wywoływanie cierpienia u innych. Popatrzył na innych. To samo jest z wami wszystkimi. Możecie stłamsić mnie do waszego poziomu, złamać mnie dla wygody waszych dusz, tak samo, jak to zrobiliście ze swoimi własnymi ciałami. Powiódł wzrokiem po wszystkich po kolei, a następnie popatrzył na olbrzymią, niedostępną postać Bireka i jego wielkie pięści. Dotknął srebrnego kołnierza na swojej szyi, przypominając sobie agonię otrzymanego przez niego wstrząsu elektrycznego.
A ja w końcu się załamię. Wiecie o tym dobrze. Niech was diabli. Zrobił trzy kroki do tyłu i stanął na rozstawionych nogach. A więc dobrze. No dalej, Birek. Miejmy to w końcu już za sobą. Wenusjanin szedł w jego stronę po kołyszącej się podłodze. Loris nadal spoglądał na swoje stopy, a oczy Pendletona były samą udręką. McVickers otarł sobie dłonie o pośladki.
Pięści miał śliskie, pokryte warstwą oleju, którym zajmował się podczas pracy. Ta walka po prostu nie miała sensu. Berek był od niego dwa razy większy, a ponadto i tak nie mógł w żaden sposób ugocić. Diamentowa powłoka stanowiła ochronę nawet przed najgorszymi skutkami porażeń prądem elektrycznym, ponieważ nie była przewodnikiem. Dawało to umierającym ludziom pewną przewagę, ale nawet jeżeli do tego czasu pozostało im wystarczająco dużo ducha, aby czegoś spróbować, to ciągle były jeszcze do pokonania szczelnie zamknięte przez ciśnienie powietrza włazy, a sama liczba ich cierpiących towarzyszy mocno ich obciążała. No i w dodatku każdy z jowiańców był silny jak czterech ludzi. Izolator, skóra okryta osłoną. Ramiona Bereka naprężyły się do zadania pierwszego ciosu. Przez warstwę oleju na rękach McVickersa próbował przebić się pot, tworząc wrażenie śliskości dłoni, kiedy próbował zacisnąć je w pięści. Pięść Bereka wystrzeliła w jego stronę.
McVickers uchylił się pod nią, szukając jakiegoś otwarcia dla siebie, bezsensownie drżąc przed bólem uderzenia. Dzwon gwałtownie się przechylił. W górze nagle poruszył się jeden ze strażników. Oko McVickersa pochwyciło jego ruch. Coś ostro wrzasnęło mu w głowie. To był głos Pendletona, który mówił: „Oni oddychają przez skórę. Organy wszystkich ich zmysłów”. Bardziej wyczuł niż zobaczył zbliżającą się pięść Bereka. Wykręcił się wystarczająco mocno, aby przyjąć większą część uderzenia na ramię. Poleciał jednak po podłodze przez pół pomieszczenia.
A potem nastąpiło uderzenie prądu. Było ono słabe, spowodowało jednak, że zaczął się szarpać i skręcać. Pozbierał się na nogi, stojąc na przechylonej podłodze i próbując im powiedzieć. Berek jednak znowu zbliżał się do niego leniwie, z uśmiechem na ustach. Wtedy zupełnie nagle otworzyła się za szczękiem pokrywa włazu, sygnalizując zmianę ekip roboczych. McVickers przez jakąś sekundę stał nieruchomo. Potem zaśmiał się dziwnym, leciutkim chichotem i pomknął ze wszystkich sił do włazu. Część trzecia. Poleciał na dół, podczas gdy pięść Bereka przemknęła mu koło głowy. Ludzie krzyczeli i przeklinali.
Bezlitośnie ich stratował. Ci z nich, którzy byli niżej, zeskakiwali z drabinki, aby uniknąć jego stóp. Na górze podniósł się krzyk. W jego stronę wyciągnęły się czyjeś ręce. Uderzał, kopał, zaprawiał zbyka. Nabrany na drabince rozpęd przeniósł go dalej przez całą szerokość pomieszczenia w stronę wolnej przestrzeni pomiędzy zakończeniami ustawionych w podkowie urządzeń pompujących błoto. Wtedy zwolnił. Strażnicy zauważyli bójkę, ale wydawała się to być zwykła przepychanka przy zmianie ekip roboczych, a sam McVickers wyglądał jak człowiek spokojnie idący po olej. Spokojnie. Krew huczała mu w głowie.
Był zupełnie zimny, a po skórze na plecach przebiegały mu ciarki. Ludzie przepychali się i głośno klęli, wspinając się z powrotem po drabince. Szedł dalej, nie za szybko, walcząc z elektryzującym dreszczem w swojej głowie. Paliwo i olej do smarowania pompowane były z dołu przez wielkie pompy ciśnieniowe, przypuszczalnie ze zbiorników na jeszcze niższym poziomie. Wszystkie trzy zestawy pomp – wlotowe, wylotowe i olejowe – pracowały, wykorzystując to samo urządzenie sprężające powietrze. Uruchomił pompę oleju do smarowania i z grzechotem ustawił na miejscu puszki olejarek. Ludzie z jego zmiany rozchodzili się spod drabinki, wykrzywiając się z powodu dużego natężenia światła, rozgorączkowani, rozgniewani, ale niepewni, co robić dalej. W nastawieniu europejskich strażników można było dostrzec pewną zmianę. Ich ruchy były ospałe, lekko niepewne. McVickers uśmiechnął się złośliwie.
Choroba morska. Będą jeszcze bardziej chorzy, jeżeli tylko nie dopadną go zbyt szybko. Przechył dzwonu zaczął się powiększać. Pływ wzmęgał się i błoto zabawiało się dzwonem jak dziecko rzuconą piłką. W żołądku McVickersa pojawiły się mdłości. Miernik ciśnienia na pompie stopniowo się podnosił. Patrzył na niego, modląc się. Jego szarozielone oczy robiły się coraz gorętsze i jaśniejsze. Poruszając się mimochodem, niby razem z ruchami pokładu, ustawił się naprzeciwko pomp wlotowych. Przekręcił koło zaworu sterującego ciśnieniem tak daleko, jak tylko się dało.
Koło jego nogi leżał lekki śrubokręt przyczepiony na łańcuchu, żeby się nie zgubił. Podniósł go drżącą i rozdygotaną ręką i zaczął odkręcać łącznik do rury z powietrzem. Czyjeś dłonie chwyciły go za ramię, obracając go do tyłu. Prosto w oczy zaświeciły mu żółte ślepia Marsjanina, Janu. „Co ty tutaj robisz, Ziemianinie? To jest moje stanowisko”. W tym momencie tamten zobaczył miernik ciśnienia. Wypuścił z płuc ostry skowyt, ucięty przez uderzenie pięści McVickersa lądującej na jego ustach. Ziemianin błyskawicznie obrócił się z powrotem i zaczął pracować śrubokrętem. Udało się odkręcić łącznik.
Powietrze ze świstem buchnęło z rury, a rytm pracy pomp zaczął się załamywać. Krzyk Janu jednak zrobił co swoje. Ludzie popędzili w jego stronę, a strażnicy zaczęli się zbierać na górze. McVickers rzucił się całym ciałem do krótkiego węża pompy olejowej. Berek, Loris, Pendleton, umierający Ziemianin ruszyli za nim z twardymi twarzami. Strażnicy zaczęli obsadzać porażacze. Na górze, w boksach dyspozytorów czarne macki śmigały po zestawach przełączników. Musiał działać szybko, zanim odetną mu ciśnienie. Berek wyprzedzał wszystkich. Był już bardzo blisko.
McVickers strzelił mu prosto w twarz strumieniem oleju. To go oślepiło. Potem do akcji wkroczył najbliższy porażacz, wycelowany idealnie prosto w McVickersa. Zacisnął mocno zęby, piszcząc przez nie z bólu i skierował strumień oleju pod dużym ciśnieniem w buchające z ochrypłym rykiem z otwartej rury powietrze. Olej trysnął w górę, rozpylając się w ciężką, oślepiającą mgłę. Paląca, rozdygotana ogonia bólu wstrząsała ciałem McVickersa, ale trzymał swój wąż, stojąc na szeroko rozstawionych nogach i modląc się, żeby dostatecznie długo na nich się utrzymał. Pomosty skryły się całkowicie w oleistej zawiesinie. Wiatraki wentylatorów pochwyciły ją, rozprowadzając po całej przestrzeni pomieszczenia. McVickers krzyknął przez mgłę. Z trudem można było rozpoznać, że to ludzki głos.
„Hej, wy tam, słuchajcie mnie! To jest wasza szansa. Czy macie zamiar podjąć to ryzyko?” Coś upadło niedaleko z ciężkim, głuchym łomotem. Coś czarnego, z wystającymi mackami, skręcającego się, pokrytego matową powłoką oleju. McVickers zaczął się śmiać, a jego śmiech był jeszcze mniej ludzki niż głos. „Tchórze” — zawołał. — „W porządku, zrobię to sam”. Ktoś inny krzyczał: „Oni umierają. Patrzcie!”. Rozległ się kolejny głuchy łomot.
Gorąca, dusząca mgła zawirowała skrytą kotłowaniną. McVickers złapał z trudem oddech, zwymiotował i bezradnie zadrżał. Musi potrzymać wąż jeszcze tylko minutkę. Potem go rzuci. Miał zamiar rzucić się potem na podłogę i wrzeszczeć z bólu. Jeżeli podniosą moc porażacza choćby o jedną kreskę w górę, to upadnie i umrze. Tylko że oni również umierali i zapomnieli o mocy. McVickersowi wydawało się, że wszystko to trwa już przez całą wieczność, ale tak naprawdę rozegrało się to na przestrzeni kilkunastu uderzeń serca. Z gęstej mgły dobiegały wołania i okrzyki oraz odgłosy czegoś w rodzaju zwierzęcego tumultu. Nagle nad tym wszystkim zadźwięczał głos Pendletona.
„McVickers, jestem z tobą, człowieku. Słuchajcie, on nam daje przełom, którego potrzebujemy. Nie zawiedźcie go”. Ale Janu wrzasnął w odpowiedzi: „Nie! On zabił strażników, ale ich jest znacznie więcej. Usmażą nas z tych boksów sterowniczych, jeżeli mu pomożemy”. Ciśnienie w rurze opadało w miarę odcinania zasilania. Rozległ się jeszcze ostatni sygnał, rozprysk olejowego sprayu, a potem cisza. McVickers opuścił wąż. Głos Janu krzyczał dalej, ostry i ochrypły ze strachu: „Mówię wam, że oni nas usmażą.
Będziemy tutaj leżeć, zwijać się i wrzeszczeć, aż oszalejemy. Ja umrę. Wiem to, ale nie chcę przez to przechodzić. Za nic. Ja wracam drabinką na górę i będę się modlił, żeby mnie nie zauważyli”. Minęły kolejne sekundy. Tumult narastał. Ludzie nagle zostali rozdarci między nadzieją i potwornym strachem. McVickers powiedział ze zmęczeniem do otaczającej go mgły: „Jeżeli mi pomożecie, możemy wygrać wojnę dla naszych planet. Zniszczcie ten dzwon.
Rozpocznijcie reakcję Jovium. Zniszczcie Ju, a zwycięstwo będzie nasze. A jeżeli nie chcecie tego zrobić, to mam nadzieję, że będziecie się smażyć tutaj, a potem w piekle”. Więźniowie zadrżeli. McVickers słyszał ich pełne bólu oddechy, targane szalejącymi w nich emocjami. Niektórzy z nich ruszyli w stronę, z której dolatywał głos Pendletona. Janu wydał z siebie niesamowite łkanie, jak ranny kot i ruszył w jego poszukiwaniu. McVickers ruszył, aby im pomóc, ale nieustannie napływający prąd z porażacza unieruchomił go na metalowej podłodze. Walczył z wysiłkiem, czując, że każdy jego nerw, jego mózg roztapia się w ogniu drgawek. Wiedział, dlaczego inni przełamali to tak szybko.
Prąd robi różne rzeczy w człowieku, w jego wnętrzu. Nie widział, co się działo. Ciężka mgła pokryła mu oczy, nozdrza, gardło. Przechyły dzwonu były wręcz koszmarne. Ludzie wpadali na siebie, walczyli o utrzymanie równowagi, przeklinali. A więc udało mu się zabić strażników. Co z tego? Przecież nadal były te boksy sterownicze. Jeżeli nie ruszą na nie, zanim olej opadnie, nie będą mieli najmniejszej szansy. Może więc poddać się, pozwolić sobie na rozpłynięcie się w tej ciemności, z którą tak walczy.
Przez mgłę podeszła do niego wielka blada postać – Birek. A więc tak to będzie. No cóż, przynajmniej miał chwilę dobrej zabawy. Jego pięści powędrowały do góry w instynktownym geście. Birek roześmiał się. Prąd wstrząsnął nim jedynie nieznacznie w tej jego cienkiej diamentowej osłonie. Rozłożył ramiona i wyciągnął je w stronę siemianina. McVickers poczuł, że coś odrywa go od podłogi. Po sekundzie był już poza polem ognia porażacza i ból zniknął. W tym momencie znalazł się na granicy omdlenia, ale wielka łapa Bireka potrząsnęła nim za włosy, a głos Wenusjanina zawołał: „Powiedz im, mały człowieczku.
Powiedz im, że lepiej umrzeć szybko teraz, niż popaść w szaleństwo ze strachu.” „Chodźmy!” – krzyknął Pendleton. – „Oto nasza szansa na to, aby pokazać, że ciągle jeszcze jesteśmy mężczyznami. Pośpieszcie się, wy sucze syny.” McVickers popatrzył na twarz Wenusjanina. Straszny, zmrożony strach zniknął z jego oczu. Teraz chciał zginąć szybko, walcząc o swoją zemstę. Obok nich wychynęła nagle z mgły szara, wyrędniała twarz Lorisa. Nagle zrobiła się ponownie młoda i zagościł na niej prawdziwy uśmiech. Powiedział tylko: „Chodźmy, nauczymy ich słuchać rozkazów, Birek.” „McVickers, ja...” Pokręcił głową, patrząc gdzieś w bok. „Przecież wiesz.” „Wiem. Lepiej się teraz pośpieszmy.” Gdzieś z mgły doleciał ich triumfalny głos Pendletona.
Janu leżał na kołyszącym się pokładzie, krwawiąc i piszcząc ze strachu. McVickers wrzasnął z całej siły: „Kto jest za mną? Idziemy zdobyć boksy sterownicze. Kto chce zostać bohaterem?” Birek roześmiał się i podrzucił jego ciało do góry na położony nad ich głowami pomost. Większość ludzi ruszyła wtedy do ataku. Trzech czy czterech, którzy zostali, oglądając się na Marsjanina, podążyli jednak za nimi. Koniec.
[03:48:44] - No i proszę państwa, tak doturlaliśmy się wspólnie do końca dzisiejszej audycji. Pięknie państwu dziękuję. Zapraszam tradycyjnie za tydzień na kolejne wydanie „Akademii Wszelkiej Fikcji”. A teraz już, przynajmniej dla szkół średnich i szkół podstawowych, kończą się wakacje. Zatem przeżyjcie państwo jak najlepiej ostatni weekend wakacji. Wszystkiego dobrego, dobrej nocy.
[03:49:15] - Mówi te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". „Radio Paranormalium”, „Wehikuł Wyobraźni” i „UFO Historie”. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Akademii Wszelkiej Fikcji” znajdziesz w archiwum „Radia Paranormalium” na www.paranormalium.pl oraz na naszym kanale na YouTube. Koniecznie odwiedź również kanały „UFO Historie” i „Wehikuł Wyobraźni”.