[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Szanowni Państwo, boję się zacząć audycję od: „witamy bardzo gorąco i serdecznie”, bo gorąco rzeczywiście jest, ale na szczęście niedługo, przynajmniej w pogodzie, ma przyjść jakieś ochłodzenie. Zobaczymy, czy chwilowe, czy troszkę dłuższe. Ale zanim przyjdzie ochłodzenie, rozpoczniemy wakacje w Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Wakacje najlepiej rozpoczyna się od ciekawych książek, fajnych gości i fajnych filmów, a pomożemy w tym: ja, techniczny Marek Sęk "Ivellios" oraz prowadzący Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:53] - Dzień dobry wieczór państwu. Oczywiście – nowe książki, nowe filmy, ciekawe spotkania z gośćmi. Zapraszam. To właśnie tu. Zaczynamy tradycyjnie od polecanych książkowych. Pierwsza książka ukaże się 9 lipca. Wydawcą jest wydawnictwo Muza SA. Tytuł: „Kucharz”. Autorem: Piotr Chomczyński. Piotr Chomczyński, uznany kryminolog, przemyca niuanse swojej pracy w powieści o narkotykach syntetycznych, które zalewają polskie ulice.
Nowa trucizna na rynku, stare demony w cieniu. Kto pociąga za sznurki w grze, której stawką jest życie? W Poznaniu pojawił się nowy kucharz narkotyków, który zalał miasto nieznanym syntetykiem. Nowa substancja zbiera śmiertelne żniwo, pozostawiając za sobą pytania, na które nikt nie chce odpowiadać. W żyłach ofiar płynie trucizna, której skład przypomina laboratorium szaleńca. Marcin Koch, młody kryminolog, który dotąd jedynie konsultował sprawy dla policji, tym razem wchodzi w śledztwo głębiej niż powinien. Wciąga go nie tylko tajemnica syntetyków, ale też determinacja Natalii, córki jego guru, który za wszelką cenę chce poznać prawdę. Ropy urywają się w podejrzany sposób. Wszyscy, którzy wiedzą za dużo, milkną albo znikają. Koch czuje, że w tej sprawie chodzi o coś więcej niż nielegalne laboratoria.
Kiedy śmierć staje się tylko eksperymentem, a wiedza zabójczą bronią, agonia przybiera nową twarz. Czy Marcin Koch odważy się odkryć prawdę? To była polecanka książki „Kucharz” Piotra Chomczyńskiego, wydanej przez wydawnictwo Muza SA. Książka pojawi się na rynku 9 lipca. Kolejna książka nosi tytuł „Tajemnica tajemnic”. Autorem jest nie byle kto, proszę państwa, bo sam Dan Brown. Tę książkę wydało wydawnictwo Sonia Draga. Ta książka będzie dostępna na rynku od 9 września. Wyprzedzenie spore, ale myślę, że na książkę warto poczekać. Robert Langdon, szanowany profesor symboliki, udaje się do Pragi, aby wziąć udział w przełomowym wykładzie swojej partnerki, Katherine Solomon, wybitnej noetyczki.
Naukowczyni zamierza opublikować kontrowersyjną książkę poświęconą zaskakującym odkryciom na temat natury ludzkiej świadomości, które mogą wstrząsnąć fundamentami wielowiekowych przekonań. Brutalne morderstwo sprawia, że podróż mocno się komplikuje, a Katherine nagle znika wraz z rękopisem. Langdon znajduje się na celowniku potężnej organizacji i jest ścigany przez przerażającego napastnika powiązanego z najstarszą praską mitologią. Gdy akcja przenosi się do Londynu i Nowego Jorku, bohater rozpaczliwie poszukuje Katherine i odpowiedzi. W porywającym wyścigu przez dwa światy futurystycznej nauki i mistycznej tradycji odkrywa szokującą prawdę o tajnym projekcie, który na zawsze zmieni nasze postrzeganie ludzkiego umysłu. Przypomnę, to była zapowiadajka książki Dana Browna „Tajemnica tajemnic”, wydawnictwo Sonia Draga, a książka na rynku od 9 września. Patrzcie państwo, miną wakacje, a pasjonująca lektura będzie dostępna dopiero wówczas. Szkoda, że nie na wakacje. Ale mamy też trzecią pozycję. Tytuł: „Siła wybaczenia”.
Dwie autorki: Agnieszka Lingas-Łoniewska oraz Anna Szafrańska. Wydawnictwo JakBook. Data premiery: 17 lipca. Anastazja Długosz chciała ułożyć sobie życie. Poszła na studia i zaczęła się spotykać z sympatycznym chłopakiem, osobą spoza środowiska, w którym się wychowała. Tak przynajmniej sądziła. Jednak o jej randkach dowiaduje się Nathaniel, syn diabła i mężczyzna, do którego kiedyś coś czuła i który, jak się wydaje Uprzykrza jej życie na każdym kroku. Rokita zaczyna szukać informacji i szybko dociera do niewygodnych faktów. Nowy przyjaciel Anny jest powiązany z dawnymi wrogami syndykatu. Wtedy do gry wkraczają ojcowie.
Zwłaszcza, że w tym samym czasie w mieście pojawia się nowy narkotyk. Zbyt wiele rzeczy się ze sobą łączy, by zrzucić to na przypadek. Anastazja próbuje walczyć z uczuciem do Nathaniela, który wywołuje w niej sprzeczne emocje. Przede wszystkim złość i pożądanie. Gdy ta dwójka się spotyka, lecą iskry. Wkrótce Anna będzie musiała przewartościować całe swoje życie i zdecydować, którą ścieżkę obierze. Kto okaże się bohaterem, a kto tchórzem? Jedno jest pewne: Anastazja i Nathaniel będą musieli stoczyć walkę, na którą nie są gotowi. To była polecanka tytułu „Siła wybaczania” autorstwa Agnieszki Lingas-Łoniewskiej oraz Anny Szafrańskiej. Wydawnictwo JakBook.
Data premiery 17 lipca. A teraz, proszę państwa, zapraszam na kolejne wydanie korepetycji filozoficznych. Korepetycji w nowej formule. Dzisiaj opowieść o Anaksymandrze z Miletu. I ja wiem, że jakieś opowieści ludzi sprzed ponad dwóch i pół tysiąca lat, którzy coś tam sobie roili, coś tam próbowali powiedzieć o przyrodzie, mogą się dzisiaj wydawać mało interesujące, mało wciągające. No to ja zapewniam państwa siłą swojego wątłego, ale jednak wątłego autorytetu, zapewniam państwa, że spotkanie z Anaksymandrem z Miletu to jest ważne wydarzenie. Wyobraźcie sobie państwo starożytny Milet, miasto, które można byłoby nazwać antyczną doliną krzemową. Tu rodziły się nowe idee i nowe wyzwania. Milet, tętniące życiem portowe miasto w Jonii, nad brzegiem Morza Egejskiego. Handel kwitnie, statki przypływają z odległych krain, przywożąc nie tylko towary, ale i opowieści.
To tu, w VI wieku przed naszą erą rodzi się coś, co zmieni bieg historii. Myślenie filozoficzne oderwane od mitów, oderwane od bogów, a oparte na obserwacji, na logice i na pytaniach. Pytaniach, które nie przestają być aktualne do dzisiaj. Właśnie tutaj pojawił się Anaksymander, jeden z pierwszych myślicieli, który postawił sobie pytanie: z czego wszystko powstało? Co jest praprzyczyną całego świata? Anaksymander był uczniem Talesa, słynnego filozofa, który uważał, że wszystko bierze się z wody. Ale Anaksymander, chociaż szanował swojego mistrza, nie bał się postawić pytania, czy to wystarczające wyjaśnienie? Bo jeśli wodą tłumaczy się ogień, jej przeciwieństwo, to coś tu nie gra. Woda i ogień znoszą się, a nie wyjaśniają. Podobnie z innymi żywiołami.
Ziemia nie wyjaśni powietrza, powietrze nie wyjaśni kamienia, kamień nie wyjaśni ciepła. Więc jakim cudem którykolwiek z nich miałby być tym pierwszym? Anaksymander miał odwagę pomyśleć coś radykalnego. Zamiast wskazywać na konkretną substancję, wodę, ogień, powietrze, wskazał na coś, co nie ma postaci. Tak narodziło się jedno z najbardziej fascynujących pojęć w dziejach myśli ludzkiej. Apeiron. Bezkres. Nieskończoność. Coś nieokreślonego, nieuchwytnego, ale będącego źródłem wszystkiego. Apeiron nie ma kształtu, nie ma koloru, nie ma wagi, ale z niego rodzą się rzeczy, które mają kształt, kolor i wagę.
To prazasada, ale prazasada niematerialna. To pierwotna możliwość istnienia. Jakby gdzieś u zarania wszechświata nie istniał chaos, ale bezkresna potencjalność, z której zaczęło się wyłaniać to, co konkretne. Niebo, ziemia, morze, zwierzęta, ludzie. Ale Anaksymander nie był tylko abstrakcyjnym myślicielem. To, co dziś nazwalibyśmy jego światopoglądem naukowym, miało także swoje bardzo konkretne oblicze. Zajął się bowiem również astronomią, geografią, a nawet stworzył pierwszą znaną mapę świata. Ta mapa to było nawet coś w rodzaju globusa, tylko kształt był inny od tego, o którym państwo właśnie pomyśleli. Anaksymander uważał bowiem, że Ziemia to swobodnie zawieszony walec w centrum kosmosu. I co ciekawe, według niego Ziemia nie spada, bo nie ma gdzie spaść.
Otacza ją bowiem nieskończoność. To było jak powiedzenie Świat nie ma granic, a jeśli je ma, to są one tylko w naszej głowie. Apeiron był więc nie tylko źródłem wszystkich rzeczy, ale i konceptualnym otwarciem na myślenie bez granic. W pewnym sensie Apeiron był zapowiedzią nowoczesnej nauki, która również nie boi się zadawać pytań o to, co niewidzialne, nieuchwytne, ale możliwe do pomyślenia. Co jeszcze ciekawsze, Anaksymander wprowadził do filozofii pojęcie sprawiedliwości kosmicznej. Mówił, że wszystkie rzeczy powstają z Apeironu, ale nie mogą istnieć wiecznie. Muszą się kiedyś rozpaść, by inne mogły powstać na ich miejsce. A w tej przemianie obowiązuje pewna równowaga. Rzeczy, powiedzmy, płacą karę za swój czas istnienia. Rodzą się, żyją, giną.
Nie w chaosie, ale według pewnego porządku, tak jakby świat sam dbał o swoją harmonię bez udziału boskiej ręki. Brzmi znajomo? Owszem, to przeczucie praw fizyki, które poznamy dopiero tysiące lat później. To intuicja cyklu materii i energii. To myślenie systemowe, w którym nic nie jest oderwane od całości. Niektórzy interpretują Apeiron jako prekursora nieskończonej energii, jakiegoś kosmicznego pola pierwotnego, z którego mogą się wyłaniać wszechświaty. Inni widzą w nim zalążek metafizyki, ideę, że istnieje coś, co nie jest bytem, ale umożliwia istnienie bytów. Jeszcze inni mówią o Apeironie jak o czymś niemal mistycznym, stanie, z którego wszystko się rodzi i do którego wszystko wraca. Ale najważniejsze jest to, że Anaksymander przekroczył granicę konkretu. W czasie, gdy większość ludzi myślała w kategoriach ziemi, ognia, wody i powietrza, on pomyślał.
Sięgnął niejako poza materię. Nie miał teleskopu, nie miał mikroskopu, nie miał Google'a ani Wielkiego Zderzacza Hadronów. A jednak zobaczył coś, co do dziś jest aktualne, że źródła wszystkiego nie znajdziemy patrząc na powierzchnię rzeczy. I być może dlatego jego myśl przetrwała, chociaż znamy zaledwie kilka fragmentów jego pism. Wystarczyło jedno zdanie, aby stać się nieśmiertelnym. A to zdanie brzmi następująco: „Z tego, z czego rzeczy mają swój początek, to też się rozkładają zgodnie z koniecznością, albowiem płacą sobie karę i ponoszą zadośćuczynienie według porządku czasu”. Piękne, prawda? Brzmi jak poezja, a jest to jedna z pierwszych prób racjonalnego ujęcia przemijalności. Anaksymander nauczał nas, że wszystko ma swój początek i koniec, ale nie w sensie religijnym, lecz naturalnym. Że porządek świata nie musi być nadany z zewnątrz.
On może być wpisany w samo istnienie. A co najciekawsze, wiele z tego, co mówił, wraca dziś we współczesnej kosmologii, w teoriach o wieloświatach, polach kwantowych, tajemniczej ciemnej materii. Może więc Apeiron, ten niewidzialny bezkres, to po prostu niewiedza, którą potrafimy ubrać w słowa. Albo intuicja, która wyprzedza język. Jakkolwiek by było, warto słuchać głosu Anaksymandra, bo czasem najstarsze pytania mają największą siłę. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne w zmienionej nieco formule. Od trzech tygodni szukamy w historii filozofii filozofów, którzy odcisnęli piętno na myśli całej ludzkości. Dzisiaj to był Anaksymander. Tydzień temu był Hobbes, wcześniej Heraklit z Efezu. A teraz, proszę państwa, ruszamy w dalszą podróż.
Dzisiaj kolejna audycja z kanału Wehikuł Wyobraźni. Tam w swoim czasie pojawiła się audycja, w której zastanawiałem się, jakie rasy kosmitów przybywają na Ziemię. Ja wiem, słowo rasa jest niejednoznaczne. Można używać go w różnych kontekstach i proponuję, żeby te konteksty przy okazji sobie przybliżyć, bo to nie jest tak, że słowo rasa jest jednoznaczne. Dlaczego to mówię? Dlatego, że w audycji, na którą państwa zapraszam, która pochodzi z kanału Wehikuł Wyobraźni, na który też zapraszam, w tej audycji często słowo rasa się pojawia. I są oczywiście puryści językowi, którzy uważają, że się pojawia w niewłaściwym kontekście. To ja śpieszę państwa zapewnić, że kontekst jest właściwy, chociaż niejednoznaczny. A będziemy się dzisiaj w audycji zastanawiać, kim są obcy. Tak, bo to jest w gruncie rzeczy pewien problem.
Ale o szczegółach to już w samej audycji. Zapraszam. Witam państwa bardzo serdecznie w kolejnym odcinku Wehikułu Wyobraźni. Tu, w tej części YouTube'a eksplorujemy wszystko to, co dziwne, nieznane i często zapomniane. Dziś wyruszymy w podróż śladami istot, które według niezliczonych relacji odwiedzają naszą planetę od setek, a może od tysięcy lat. Kim są owi obcy? Czy to tylko folklor naszych czasów? Przeinaczone wspomnienia, sny, halucynacje? A może coś więcej? Czy jesteśmy sami?
Czy wszystkie obserwacje da się wyjaśnić w prosty sposób, bez uciekania się do dozy dziwności, niesamowitości? A jeśli nie, to kto nas tak naprawdę odwiedza? Szaraki z wielkimi oczyma, Nordycy, istoty niemal anielskie, reptilianie, gadzi cień z uśmiechem celebrytów. Czy oni są tu dla nas, czy przeciwko nam? Czy przybyli z gwiazd, czy może z miejsc, których nie ogranicza fizyka? W dzisiejszym odcinku zajrzymy za zasłonę mitów, hipotez i świadectw. Bo jeśli to wszystko tylko sen, to sen, który śni się coraz większej liczbie ludzi. Zaczynamy! Szare istoty, szaraki, klasyczni Greys. Naszą podróż proponuję rozpocząć od istot, które stały się ikoną współczesnej ufologii.
Szaraki. Przez jednych uznawane za kosmicznych chirurgów, przez innych za bezduszne, biologiczne roboty. Szaraki wydają się niemal identyczne w setkach relacji z całego świata. Są niskiego wzrostu, z nieproporcjonalnie ogromną głową. Ich skóra jest szara, gładka, pozbawiona włosów. Czarne oczy w kształcie migdału są błyszczące, pozbawione źrenic. Nos, zaledwie cień nad cienką kreską ust. Uszy zredukowane do ledwie widocznych lub nawet niewidocznych otworów. Ich obecność opisywana jest często jako dziwna, przerażająca. Nie rozmawiają.
Wchodzą do pomieszczenia i po prostu patrzą, ale patrzą jakby wprost do wnętrza głowy. Większość świadków mówi o telepatycznym przekazie, uczuciu bycia obserwowanym na poziomie mentalnym. I zawsze ten sam schemat: paraliż, przeniesienie, badanie. Czy to tylko sen? Hipnagogiczna halucynacja? A może rzeczywiste zdarzenia? Przypadek pierwszy. Betty i Barney Hill, 1961. Jesteśmy w Nowej Anglii. Wrześniowa noc.
Betty i Barney Hill wracają samochodem przez wiejskie drogi. Nagle widzą światła. Obiekt sunący nisko nad drogą. Ich zegarki przestają działać. Czas się gubi. Przez kolejne dni oboje cierpią na dziwne stany lękowe. Pod hipnozą ujawniają szczegóły, które dziś uznaje się za pierwszy udokumentowany przypadek porwania przez szaraków. Igła włożona w brzuch Betty. Eksperymenty prowadzone na oczach Barneya. Betty wspomina też mapę gwiazd.
Przedstawiony tam układ zidentyfikowano jako okolice gwiazdozbioru Zeta Reticuli. I te obce twarze. Nie ludzkie, ale znajomo nie ludzkie. Przypadek drugi. Whitley Strieber. Książka „Communion”. „Wspólnota”. Tak, kilkadziesiąt lat później, w 1985 roku Whitley Strieber, pisarz, wyjechał do domku w górach. Tej grudniowej nocy coś się stało. Przebudzenie.
Obce istoty. Paraliż. Gdy Strieber próbował sobie przypomnieć szczegóły, doszedł do wniosku, że najlepiej je narysować. Powstał obraz twarzy, który trafił na okładkę jego bestsellerowej książki „Communion”. Szara istota, czarne oczy. Znowu szaraki. Strieber nigdy nie mówił wprost, że wie, kim są, ale przez kolejne lata twierdził, że oni wracają. A tysiące czytelników pisało do niego w stylu: ja też to przeżyłem. Czas na interpretacje i teorie. Kim więc są szaraki?
Jedna z teorii mówi, że to nie rasa, a syntetyczne organizmy stworzone przez wyższą inteligencję do prowadzenia obserwacji oraz eksperymentów. Drony, roboty biologiczne, programowalne, pozbawione emocji twory. Inni widzą w nich podróżników z innego wymiaru badających ludzką świadomość albo lustro naszych własnych lęków. Technofobia, strach przed utratą ciała, intymności, strach przed kontrolą. Czy szaraki to kosmici? A może nowoczesne demony pod maską technologii? Niezależnie od interpretacji, szaraki zostały z nami. Są obecne w tak wielu relacjach, że jest to aż zastanawiające. Greysi są obecni we współczesnej popkulturze. Są też obecni w snach ludzi z różnych kontynentów.
Ale czy wszyscy śnią ten sam sen? Czy może ktoś naprawdę uważnie nam się przygląda i gotowy jest przeprowadzać badania Nawet wbrew naszej woli. Powiedzmy teraz o innej rasie. Nordycy. Piękni, wysocy, niemal boscy. Po chłodnych, beznamiętnych Greysach czas na ich zupełne przeciwieństwo. Istoty, które, jak mówią relacje, emanują spokojem. Nordycy są piękni, wysocy, smukli, z jasną cerą i blond włosami. Ich oczy głębokie, niebieskie, przeszywające. Wyglądają jak ludzie, ale ludzie lepsi, idealniejsi.
W wielu relacjach pojawiają się jako kosmiczni opiekunowie, łagodni, duchowi, czasem wręcz boscy. Przypadek pierwszy: George Adamski i Wenusjanie. Jest rok 1952. W Kalifornii, w pobliżu pustyni Mojave, George Adamski spotkał człowieka z innej planety. Tak przynajmniej twierdził. Była to istota wysoka, ubrana w kombinezon. Miała jasne włosy, młodzieńczą twarz, oczy, cytuję, „pełne współczucia”. Ten obcy przedstawił się jako Orthon, wysłannik z Wenus. Adamski twierdził, że Orthon ostrzegał go przed bronią atomową i samodestrukcją ludzkości. Spotkanie zostało szczegółowo opisane, a zdjęcia statków, które sfotografował Adamski, obiegły cały świat.
Dla wielu był to początek ery kontaktowców. Chociaż dzisiaj wiemy, że Wenus raczej nie nadaje się do życia, pytanie brzmi, czy Adamski naprawdę spotkał Wenusjanina, czy po prostu Nordyka? A Wenus? Cóż, obcy mógł po prostu oszukiwać. A może oni mają bazę na Wenus? Przypadek drugi. Kontaktowcy, lata 50. i 60. Adamski nie był sam. W kolejnych dekadach dziesiątki osób od Kalifornii po ZSRR twierdziło, że otrzymują przekazy od wysokich ludzi z Plejad, z kosmicznych federacji światła albo od braci z Andromedy.
Wszystkie te opisy łączy jeden motyw. Wysocy, eteryczni ludzie, łagodni, duchowi, z przesłaniem pokoju. Często mówią o harmonii. Przestrzegają przed bronią jądrową, degradacją planety, kryzysem duchowym. W przeciwieństwie do Greysów, Nordycy nie porywają ludzi. Oni z nimi rozmawiają, czasami poprzez sny, czasami przez channeling. Skąd przychodzą? Teorie na temat pochodzenia Nordyków są różne. Jedna z najczęstszych: Plejady, gromada gwiazd widoczna nawet gołym okiem. Inne domniemania mówią o Andromedzie, Syriuszu, a nawet alternatywnych wymiarach.
Czasem Nordycy określani są jako kosmiczna rodzina ludzi, jakby byli naszymi przodkami lub potomkami z przyszłości. Warty podkreślenia jest motyw archetypiczny, motyw kosmicznych aniołów. Dla wielu badaczy to nie przypadek, że Nordycy przypominają anioły. Przypomnę: wysocy, piękni, świetliści. Nie grożą, nie ranią. Pojawiają się, gdy człowiek jest na skraju kryzysu. To oni są najczęściej widziani w relacjach z pogranicza śmierci klinicznej, głębokiej medytacji, hipnozy. Psychologowie sugerują, że mogą być projekcją zbiorowej potrzeby opiekuna, przewodnika, wyższego ja. Kim zatem są Nordycy? Przebierańcami z innej planety?
Aniołami w nowoczesnej formie? Czy też jest to po prostu obca rasa, która od wieków śledzi nasz rozwój i tylko czasami subtelnie interweniuje? Jedno jest pewne, ich obecność pozostaje tajemnicą, ale też daje nadzieję. Czas zanurzyć się w najmroczniejszy rejon mapy pozaziemskich istot. Nie są piękni, nie są subtelni. Są starzy, zimni i przebiegli. Według wielu relacji to właśnie oni pociągają za sznurki. Oni odpowiadają za to, jak toczą się sprawy polityczne na naszej planecie. Zresztą nie tylko polityczne. Rządzą z ukrycia, manipulują umysłami.
Reptilianie. Antropomorficzne istoty o gadzich rysach, łuszcząca się skóra, złote lub zielone oczy z pionowymi źrenicami, długie kończyny, pazury, długi język. Człowiek i jaszczur połączeni w jedno. Widywani w snach, halucynacjach, a czasem, jak twierdzą niektórzy, także w Białym Domu. Brytyjski dziennikarz i były pisarz David Icke w latach 90. ogłosił teorię, która zszokowała świat. Jego zdaniem kluczowe postacie światowej polityki, monarchii i biznesu nie są ludźmi. To reptilianie, zmiennokształtne istoty z konstelacji Draco, które przejęły ciała ludzkie lub stworzyły hybrydy. Według Icke'a ukrywają się pod postacią wielu sławnych polityków i koronowanych głów. Rządzą przez strach, kontrolę, manipulację i czynią to od czasów starożytnych imperiów aż po współczesność.
Teoria ta, choć wyśmiewana przez mainstream, zdobyła rzesze zwolenników, a czasami wręcz wyznawców. Dla nich Icke nie mówi metaforą. On mówi literalnie. Przypadek pierwszy. Arizona Wilder. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych relacji pochodzi od Arizony Wilder, kobiety, która twierdziła, że brała udział w rytuałach elit, podczas których ludzie zmieniali się w jaszczury. Według niej królowa Elżbieta II piła krew. Henry Kissinger miał długi gadzi język, a rytuały odbywały się w podziemnych salach od Londynu po Denver. Oczywiście bardzo wielu obserwatorów uznaje te zeznania za wytwory zaburzeń psychicznych, ale pytanie pozostaje: dlaczego tak wiele relacji mówi o podobnych szczegółach? Przypadek drugi: Cathy O'Brien i programowanie umysłu.
Kolejna relacja pochodzi od Cathy O'Brien, autorki książki „Trans-Formation of America”. Twierdzi ona, że była ofiarą rządowego programu kontroli umysłu MK-Ultra, w ramach którego miała być wykorzystywana przez wpływowe osoby. W jej halucynacjach i snach powracały postacie o gadzich oczach, dziwnych językach, bezlitosnym zachowaniu. Czy to wynik traumy, czy może coś przebijającego się z głębszego poziomu rzeczywistości? A jakie jest pochodzenie reptilian? Skąd przybyli? W teoriach nazywanych spiskowymi domem gadów jest Alpha Draconis, gwiazdozbiór Smoka. Inni twierdzą, że reptilianie są bytami z astralnych poziomów pasożytującymi na ludzkiej energii. Są też wreszcie wersje, w których gadzie istoty ewoluowały równolegle z ludźmi ukryte w podziemnych bazach od tysięcy lat. Oczywiście jeszcze Agharta, baza Dulce, podziemne tunele pod Himalajami i Antarktydą.
I tak dalej. Niezależnie od wersji, cel reptilian zawsze jest ten sam: zdominować człowieka bez ujawniania się. A może reptilianie to nie rasa, a jedynie symbol? Obraz zimnej inteligencji pozbawionej empatii, rządy psychopatów, polityka bez sumienia. Reptilianie są ucieleśnieniem naszych lęków przed manipulacją, depersonalizacją i utratą wolnej woli. Gady z kosmosu są archetypami władzy, która nie ma serca, ma natomiast kalkulację. Reptilianie, niezależnie od tego, czy są realni, czy mityczni, pozostają z nami w wielu relacjach, w teorii spisku, popkulturze, w nocnych koszmarach. Czy gadzie oczy naprawdę patrzą z cienia? Czy to tylko nasze wyobrażenia o tych na górze? A może najstraszniejsze potwory naprawdę noszą garnitury?
Czas na przedstawicieli kolejnej rasy. Insektoidzi, obcy jak owady. Jeśli szaraki są chirurgami, reptilianie politykami cienia, to insektoidzi są architektami. Zimni, milczący, obserwujący. Wyglądem przypominają owady. Smukłe sylwetki, długie kończyny, wielkie fasetkowe oczy, pancerze z chityny, głowy przypominające głowy modliszki. Insektoidzi często pojawiają się jako przełożeni szaraków. W wielu relacjach nadzorują, ale nie wykonują. W klasycznych przypadkach porwań, takich jak w książce „Communion” Whitley'a Striebera, insektoidzi pojawiają się nagle, niespodziewanie. Istoty te są wysokie, często mają ponad dwa metry.
Zawsze stoją nieruchomo. Czasem porozumiewają się, ale telepatycznie. Jedna z relacji mówi: „Miałam wrażenie, że to nie było ciało, ale hologram. Jednak czułam, że to on podejmował decyzje”. W innej relacji czytamy: „Greysi trzymali mnie, ale to on był ich przełożonym. Jakby nie było między nimi więzi emocjonalnej, tylko rozkazy”. Kim są insektoidzi? Pierwsza teoria: to pradawna rasa międzygwiezdnych inżynierów, która stworzyła Greysów jako sługi. Inna teoria mówi o tym, iż są to byty międzywymiarowe pojawiające się tylko w momentach zmienionego stanu świadomości. Jest jeszcze jedna teoria.
Owadzi kolektyw bez jednostki, bez ego, sterowany jak rój. Zbiorowa świadomość, rozproszona świadomość. W niektórych channelingach pojawiają się pod nazwą Mantis beings. Istoty modliszkowate mają pełnić funkcję opiekunów duchowych lub naukowców zbierających dane. Jeśli sięgniemy po archetyp, to insektoidzi jawią się jako rasa obca obcością totalną. Insektoidzi budzą specyficzny niepokój. Nie mają emocji, nie mają twarzy, nie mają ludzkiej struktury myślenia. Są jak lustro dla naszych największych lęków. Lęku przed utratą tożsamości, lęku przed byciem tylko obiektem eksperymentu, lękiem przed świadomością, która nie zna empatii. Czy to możliwe, że najbardziej zaawansowane istoty we wszechświecie są całkowicie pozbawione tego, co niektórzy skłonni są nazywać duszą?
Insektoidzi, czy są realni, czy symboliczni, to oczywiście pozostaje zagadką. Istoty modliszkowate nie przerażają fizycznością, a w każdym razie nie tylko. Przerażają natomiast głównie tym, że mogą wiedzieć wszystko o nas, o naszej mentalnej codzienności i nie wiedzieć nic o naszym cierpieniu. A może, jak w mrowisku, nasz ból kompletnie nie ma dla nich znaczenia? Kolejna rasa, którą chciałbym omówić, to istoty świetliste, energetyczne. Są bowiem obcy, których nie da się dotknąć. Nie mają ciał, nie zostawiają śladów, ale są obecne. Świetliste kule, pulsujące sylwetki z energii, postacie pojawiające się w stanie śmierci klinicznej, w transie lub na granicy snu i jawy. Czy to są odwiedziny? Czy może przebłyski wyższej inteligencji?
A może to są nasze dusze z przyszłości? Świadectwa od mistyków i pilotów. Wielu ludzi, którzy przeżyli doświadczenia bliskie śmierci, tak zwane NDE, opisuje spotkania z bytami świetlnymi. Cytuję: „Nie miały twarzy, ale promieniowały czymś, co rozpoznałam jako miłość”. W regresji hipnotycznej pojawiają się sylwetki utkane ze światła, które komunikują się telepatycznie. Pilot amerykańskiego lotnictwa, cytowany w książce „The Day After Roswell” wspomina: „Widziałem kulę światła, która zatrzymała się przed moim kokpitem. Ale to nie był dron. To było coś świadomego”. Świetliste istoty spotykamy w medytacji, w głębokich snach lub pod wpływem psychodelików. Kim są owe energetyczne istoty?
To mogą być byty energetyczne z innych wymiarów, które potrzebują ciała. Mogą to być również manifestacje wyższej świadomości pojawiające się, gdy człowiek przekracza próg fizyczności. Niewykluczone są również formy życia oparte na fotonach. Hipotetyczne, ale teoretycznie możliwe. Wreszcie mogą to być projekcje naszej własnej świadomości, które wydają się osobne, ale są przecież częścią nas. W niektórych przekazach channelingowych pojawiają się jako istoty z Syriusza, byty z poziomu 6D, nauczyciele latającego czasu. Ich przesłanie? „Nie lękajcie się, obserwujemy was. Jesteście częścią większej sieci”. A jak jest w popkulturze?
Od aniołów do świetlnych podróżników. W ikonografii wielu religii anioły i istoty niebieskie przedstawiane są jako światło. W popkulturze od „Bliskich spotkań trzeciego stopnia” po „Interstellar” kontakt z czymś świetlistym to widomy znak przekroczenia granic ludzkiego poznania. W serialu „The OA” czy „Midnight Gospel” podobne istoty prowadzą bohaterów przez transformację duchową. Czy to znowu jakiś archetyp? A może to echo prawdziwego kontaktu? Istoty świetliste to nie muszą być obcy. To możemy być my. My, kiedy już odrzucimy ciało. Kontakt z owymi istotami to kontakt bez słów, bez formy, bez lęku.
Ale pytanie pozostaje: czy patrzymy w przyszłość ludzkości, czy w oczy obcej cywilizacji, tak starej, że zapomniała już, czym jest materia? Czas na inne rasy. Gdy mówimy o obcych, większość z nas wyobraża sobie szaraków, reptilian czy świetliste byty. Ale w cieniu tych znanych archetypów czai się cała galeria nieco mniej znanych ras. Ich opisy są najczęściej dosyć krótkie, czasami wręcz absurdalne, ale czasami zbyt dziwne, aby można było je zignorować. I właśnie o tych istotach opowiem teraz. Zaczniemy od najbardziej wyśmiewanego motywu XX wieku. Małe zielone ludziki. Pojawiły się w popkulturze już w latach 40. i 50., ale ich pochodzenie sięga o wiele, wiele głębiej w czas.
Dla zilustrowania przypadku zielonych ludzików sięgnijmy po przypadek z 1955 roku. Hopkinsville, Kentucky. Ten przypadek znany jest jako Hopkinsville Goblins. No i czas na historię. Rodzina Sutton została zaatakowana przez istoty wielkości dziecka z fosforyzującą skórą, wielkimi oczami i uszami jak szpiczaste liście. Rodzina twierdziła, że przez kilka godzin broniła się przed wtargnięciem obcych do domu. Policja nie znalazła żadnych śladów, ale świadków wydarzenia było bardzo wielu. Zielony kolor? Być może to było odbicie światła od skóry obcych. Przejdźmy do kolejnych istot.
Byty mechaniczne. I tu należałoby zadać pytanie zasadnicze: czy to obcy, czy może sondy, roboty? W relacjach dzieci, ale nie tylko dzieci, pojawiają się obcy przypominający roboty. Sztywne, metaliczne sylwetki, czasem z jednym świecącym okiem. I tu przypadek z 1973 roku. Pascagoula, Mississippi. Dwóch mężczyzn twierdziło, że zostało porwanych przez istoty o ciałach jak z aluminium, bez ust, z klamrowymi rękami. Nie wyglądały jak żywe, raczej jak automaty, maszyny. Nie czułem, że były świadome. Jakie możemy dać w tym przypadku interpretacje?
Robotyczne sondy to po pierwsze. Biologiczne androidy po drugie. A może obcy z tak odmienną fizjologią, że wydają się sztuczni? Kolejna grupa dziwnych istot to istoty wodne, istoty pojawiające się głównie w relacjach z Rosji i Ukrainy. Syberyjski przypadek z 1982 roku. Jezioro Bajkał. Radzieccy nurkowie spotkali pod wodą trzymetrowe istoty w srebrnych kombinezonach bez widocznych aparatów oddechowych. Próba ich schwytania zakończyła się śmiercią kilku członków ekipy. „Nie odczuwaliśmy, aby byli naszymi wrogami, ale nie chcieli być dotknięci” — zeznał jeden z płetwonurków. Inne opowieści mówią o błękitnych, łuskowatych istotach z błonami między palcami.
Niektóre z tych istot przypominają morskie hybrydy znane z mitologii. No i czas na ostatnią grupę. To obcy, którzy się zmieniają. Dosłownie. Ich ciała stają się przezroczyste, czasami przybierają formy ludzi, czasami bardziej przypominają zwierzęta. Znikają z pola widzenia, a potem pojawiają się jakby znikąd. Przypadki takie odnoszą się głównie do praktyk szamańskich. Zdarzają się również podczas doświadczeń z enteogenami, czyli substancjami psychoaktywnymi, a także w przekazach channelingowych. Niektórzy uważają zmiennokształtne istoty za byty astralne, które tylko udają istoty fizyczne. Cytuję: „Mówił do mnie jak człowiek, ale w jego oczach coś się poruszało, jakby w środku był ktoś inny”.
Nie wszystko da się nazwać, jednoznacznie określić. Nie wszystko da się sklasyfikować, ale te wymienione przed chwilą mniej znane rasy przypominają nam o jednym: kontakt z obcym może przyjść do nas w formie, której nie będziemy gotowi zrozumieć. Greysi, Nordycy, reptilianie, inkektoidzi, istoty świetliste, zmiennokształtne. Różne opisy, różne kultury, różne epoki. A jednak są podobieństwa i te podobieństwa są zadziwiające. W dodatku można odnieść wrażenie, że wzorce, które otrzymujemy, układają się w coś większego. Elementy, które się powtarzają niezależnie od rasy i czasu, to dziwne oczy. Czasami wielkie, czasami małe, ale zawsze przenikliwe, jakby widziały więcej niż my. Telepatia, a więc kontakt bez słów. Myśli przesyłane bezpośrednio.
Obecności obcych towarzyszy cisza. Rzadko kiedy mówią. Ich obecność jest cicha, ale niezwykle intensywna. Są też czasowe zaniki. Wiele osób zgłasza dziury w pamięci, przeskoki w czasie i to niezwykłe zainteresowanie ludźmi, ich ciałami, emocjami, reakcjami. Niezależnie czy chodzi o jasne kule nad pustynią, czy o gadzie istoty w sypialni, ludzkość jest obserwowana. Wielkie pytania, które nadal zdają się wisieć w powietrzu. Dlaczego tak różne formy? Czy to różne cywilizacje, czy różne maski jednej z nich? Dlaczego nigdy nie dochodzi do otwartego kontaktu?
Dlaczego relacje z różnych kontynentów, z różnych kultur opisują to samo? I przede wszystkim, czego oni od nas chcą? Czy zbierają próbki? Czy badają naszą świadomość? Czy są nami tylko z przyszłości? W każdej z tych opowieści, które przytaczałem, czai się pytanie, czy to w ogóle możliwe? A zaraz potem kolejne i kolejne. Dlaczego właściwie nas odwiedzają i co te odwiedziny mówią o nas samych? Od Nordyków po bezlitosnych reptilian, od świetlistych form po istoty rodem z głębin. Galeria przybyszów z innych światów z każdym rokiem powiększa się.
Zapisują się w relacjach, w hipnozach, w snach, w opowieściach z dzieciństwa, w traumach dorosłych ludzi. Czasem zostawiają ślady, częściej tylko pytania. Czy to tylko zbiorowa wyobraźnia? Czy może zniekształcone echa prawdziwego kontaktu? A jeśli tak, co próbują nam powiedzieć? Myślę, że oddam teraz głos moim szanownym słuchaczom. Czy państwo albo ktoś z waszych bliskich widzieliście coś, czego nie da się wyjaśnić? Jakąś istotę podobną lub niepodobną do tych, które opisałem? Czy któraś z opisywanych ras jakoś szczególnie do państwa przemówiła, do waszej intuicji lub przeraziła was w jakiś szczególny sposób? Co państwa zdaniem naprawdę kryje się za zjawiskiem obcych?
Bardzo proszę, aby podzielili się państwo tymi refleksjami w komentarzach pod filmem. A jeśli nie chcecie państwo pisać publicznie, napiszcie proszę na priv. To, proszę państwa, był kolejny odcinek „Wehikułu Wyobraźni”. Jeśli chcecie, by ta podróż trwała dalej, zasubskrybujcie kanał, kliknijcie w dzwoneczek i podzielcie się tym odcinkiem z kimś, kto wierzy, że nie jesteśmy sami. Pięknie państwu dziękuję. Zapraszam na kolejny odcinek „Wehikułu Wyobraźni”, a tymczasem do usłyszenia. Proszę państwa, teraz Filmotekarium. A jak Filmotekarium to oczywiście Piotr Cielebiaś. Piotr Cielebiaś już czeka, a my dzisiaj będziemy rozmawiali o filmie „Rytuał”. I tu się pojawia pierwszy zonk.
Otóż filmów pod tym tytułem, proszę państwa, cała masa. Więc żeby się nic nie pomyliło, kiedy wpisujecie państwo w wyszukiwarkę tytuł „Rytuał”, to dodajcie państwo Rok 2025. Tak będzie bezpieczniej. A teraz już Filmotekarium. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[49:05] - Dzień dobry wieczór. Witam wszystkich mrocznie, bo dzisiaj będzie bardzo mrocznie.
[49:10] - Będzie mrocznie, ale otworzę może nasze spotkanie takim oto stwierdzeniem: był czas, i to całkiem niedawny, kiedy bardzo narzekaliśmy, kręciliśmy nosami na to, że filmy są słabe, że filmy są do kitu i w ogóle czy oni tam jeszcze potrafią cokolwiek nakręcić. Dzisiaj nie ma takiego przypadku. Dzisiaj mamy film, który pozostawił mnie obojętnym. To znaczy ja nie wiem, czy on jest dobry, czy on jest zły. Owszem, obejrzałem, nawet nie bolało, ale żebym po tym seansie był jakoś szczególnie wstrząśnięty i jakimiś szczególnymi przemyśleniami mógł się z państwem podzielić, o co to, to nie. A jak u ciebie było, Piotrze?
[50:03] - W sumie było tak samo, dlatego, że "Rytuał", film, który dzisiaj omawiamy, to jest jeden z niewielu filmów z tej wyższej półki, które będą u nas gościć niedługo, dlatego, że pojawiło się kilka nowych rzeczy, kilka fajnych rzeczy na tle różnego rodzaju barachła. "Rytuał" jest tą lepszą rzeczą. Kojarzycie może to z kin? Jest to horror poświęcony opętaniu Emmy Schmidt. Jakie były moje wnioski? Jakie było moje podejście? Wiesz, bardzo dużo w życiu filmów o opętaniach przerobiłem i wnioskami to się podzielę na koniec. Słuchajcie, sprawa oparta na faktach to jest chyba najważniejsze w tym wszystkim. O tej historii pisała kiedyś nawet amerykańska prasa i to nawet wcale nie brukowce. Film jest mocno inspirowany tamtymi wydarzeniami, do tego stopnia, że omówienie prawdziwej historii faktycznej strony tego przypadku przebiega gdzieś bardzo blisko scenariusza.
Także jest on bardzo mocno inspirowany, wręcz nakręcono po prostu tamto zdarzenie. Na czym to wszystko polega? Do wiejskiej parafii albo takiej prowincjonalnej parafii przybywa kiedyś biskup i mówi proboszczowi, że musi przyjąć pod dach miejscowego domu zakonnego kobietę i egzorcystę. Tak naprawdę Al Pacino, który gra egzorcystę. I oni będą wyganiać złego ducha. Sprawa się okazuje trudniejsza, przeciwnik się okazuje twardszy, a problem bardziej złożony. Powiedziałem, że wiele elementów w tym filmie, "Rytuał", to jest w ogóle jeden z kilku horrorów noszących ten tytuł. Musicie, gdy go poszukujecie, wpisać datę, bo wam wyskoczą te poprzednie. Ten film jest mocno inspirowany tą historią Emmy Schmidt z końcówki lat 20. ubiegłego wieku.
Są pewne różnice, bo ja tą historię znam. Są pewne różnice związane z tym, że trochę to inaczej przebiegało w kontekście udziału zakonnic. Ponoć było jeszcze gorzej w tej prawdziwej historii, że zakonnice musiały się salwować ucieczką, kiedy te egzorcyzmy były dokonywane. W przypadku filmu zakonnice biorą aktywny udział w egzorcyzmach. Co jeszcze? W filmie dowiadujemy się też, że ojciec Riesinger czy Raisingier, którego gra Al Pacino, w przeszłości już wypędzał z dziewczyny złego ducha, ale to nic nie dało. W tej prawdziwej historii też tak miało być. Zatem formalnie otrzymujemy horror oparty na faktach, więc horror, Marku, który powinien nas przerażać podwójnie, bo moim zdaniem nic tak nie straszy, jak właśnie prawdziwe historie. Z drugiej strony mamy gdzieś cały czas z tyłu głowy, już na samym podejściu, na samym początku, z tyłu głowy mamy to, że to jest po pierwsze horror o opętaniach, po drugie to jest film amerykański. Zatem jeżeli to jest film o opętaniach, który trafił do kin, to powinien się czymś wyróżnić, powinien nas czymś zaskoczyć.
Ponieważ to jest film amerykański, to możemy się spodziewać, że na końcu będziemy mieli jakąś ekscytującą, spektakularną konfrontację z demonem. I o ile tak jest, bo jakże inaczej w filmie amerykańskim, to cała reszta jest absolutnie płaska. Rytuał jest po prostu nijaki. I jak na film, który jest oparty na faktach, na film, w którym gra Al Pacino, na film, w którym widzimy diabła, demony, na film, w którym głównym opętującym jest Judasz, to wszystko jest takie strasznie nieciekawe, strasznie nijakie. To się da obejrzeć, ale wychodzi na to, że "Rytuał" to jest po prostu kolejny film o demonicznym opętaniu i tak naprawdę niczym się nie wyróżniający. Nie pomaga tutaj nawet ten Al Pacino.
[54:07] - Al Pacino sprawdza się nieźle. To znaczy on oczywiście nie ratuje filmu, ale z pewną przyjemnością oglądałem, umówmy się, dosyć już wiekowego aktora, który moim zdaniem na tle pozostałych wybija się jednak grą aktorską. Być może uległem po prostu czarowi nazwiska. Nie wykluczam tego. Ja aż takim znawcą kina nie jestem, żebym mógł to wykluczyć, ale rzeczywiście gra Al Pacino jest w jakiś sposób, chciałem powiedzieć hipnotyzująca, ale to już byłaby przesada. Ona zwraca uwagę, po prostu zwraca uwagę. Ten egzorcysta w jego wykonaniu taki trochę filozof. Z jednej strony trochę wygląda jak pustelnik, broda w nieładzie i w ogóle, ale pełen głębokich myśli, głębokich myśleń. I taki człowiek, który ma misję, czuje tę misję. Co więcej, potrafi tą misją zarazić tego młodego księdza, który jak powiedział Piotr jest na parafii.
To ma między innymi odbicie w finale filmu. Nie będę zdradzał, ale młody ksiądz tam staje na wysokości zadania. A zatem dostajemy obraz, o którym Piotr sporo powiedział. Ja już nie będę za dużo dodawał, żeby jednak za mocno nie zaspoilerować, ale muszę powiedzieć, że podtrzymuję swoje pierwotne zdanie. Ten film może z racji tego, że takich filmów o opętaniach, o egzorcyzmach już naprawdę było sporo, on nie zaskakuje, bo chyba nie może zaskakiwać. Tam się dzieją rzeczy dziwne, przedziwne, kiedy się o nich słyszy na tej zasadzie, że jedna pani drugiej pani opowiada, jak to przebiegało, jak to mogło przebiegać, to to budzi grozę. Ale kiedy to widzimy na ekranie, to pryska czar takiej zakazanej opowieści. I dostajemy coś jeden do jeden. I nie wiem, być może kogoś to straszy. Ja nie chcę robić za alfę i omegę, nie chcę rozstrzygać czegokolwiek.
Mnie to po prostu nie straszyło. Chwilami budziło jakieś refleksje, ale tak naprawdę, jeśli mam zdradzić trywialne myśli, które mnie dręczyły podczas seansu, to zastanawiałem się, ujmując rzecz adekwatnymi słowami, co za chwilę ten zły, który opanował dziewczynę, odpierdzieli, w którą stronę pójdzie tym razem. Zakres możliwości, które miał do dyspozycji, był naprawdę szeroki. Ale znowu umówmy się, większość filmów tych wcześniejszych ten wachlarz już w pewnym stopniu zaprezentowało. W związku z tym fajerwerków trudno się spodziewać. I takie są moje refleksje o „Rytuale”. Powtarzam, ja jednak będę bronił Ala Pacino. On się naprawdę nieźle sprawdza w tej roli. I to już chyba wszystko, jeśli chodzi o grę aktorską. Tam oczywiście wykorzystywane są przez tego złego różne napięcia, które powstają na przykład na linii młody ksiądz i zakonnica.
Ale wiecie państwo, czy czujecie nawet jak to mówię, coś oryginalnego? Z drugiej strony ktoś odpowie bardzo zresztą zasadnie: a czego się spodziewasz tak naprawdę po egzorcyzmach? Cóż tam może zaskoczyć? No właśnie. Tylko odwracając ten tok myślenia, można się zastanawiać, czy jest sens kręcić kolejny film, który jest jakąś odległą, bardzo tu podkreślam odległą kalką, na przykład „Egzorcysty”. Może za bardzo pojechałem, przepraszam, ale w gruncie rzeczy chodzi o coś bardzo podobnego. Może nie ma aż takich scen. Właściwie są. Więc tak cały czas sobie myślę, biję się z myślami, właściwie mówiąc do państwa, czy ja byłem zadowolony, że ten film się pojawił, czy nie byłem. Powtarzam, nie zaskakuje, ale jest przyzwoity.
To jest przyzwoite kino, dobrze odrobione zadanie domowe przez reżysera. To dużo na tle tego, co serwowaliśmy państwu przez ostatnie tygodnie, to to jest naprawdę duża wartość. A jeśli państwo w życiu nie widzieli zbyt wielu filmów właśnie o tematyce egzorcyzmowania, to być może okaże się, że ten obraz jest akurat dla państwa.
[59:18] - Wspomniałeś o tej zakonnicy. Takie stare przysłowie staropolskie mi przyszło do głowy, że gdy zakonnica grzeszy, to się diabeł podwójnie cieszy. Wiesz, film jest dobry, film jest dobrze zrealizowany i jest wszystko okej, tylko on jest nudny. On nie jest głupi przede wszystkim. To jest jego wielka zasługa, bo myśmy omawiali wiele filmów koncentrujących się wokół tematyki, powiedzmy duchowieństwa, opętań i tych spraw. I na przykład „Immaculate”. I ten film był głupi. Po prostu był głupi. Natomiast to jest historia. Przede wszystkim to jest historia.
To ma początek i koniec. Nie popada w jakieś tam zbytnie absurdy. Też o tym trzeba powiedzieć. Natomiast to twoje skojarzenie z „Egzorcystą” jest jak najbardziej na miejscu, dlatego że wiele osób twierdzi, że książka, w oparciu o którą powstał „Egzorcysta”, była inspirowana po części tymi wydarzeniami. Minusem jest to, że ten film jest taki trochę dziwny. To znaczy się tam wszystko się dzieje bardzo szybko. Oni od razu przechodzą do rzeczy, po prostu zaczynają ten rytuał. Ale nam się rozjeżdża cały sens tego wszystkiego. Bo Marku, ja mam takie wrażenie, że my za bardzo się nie identyfikujemy z ofiarą. My nie wiemy, kim jest ta Emma.
W zasadzie musimy wierzyć na słowo, że ona cierpi, że jej przypadek jest bardzo ważny. Nawet nie mamy za bardzo okazji się zaznajomić z tą postacią i nie wiemy, czy my jej mamy współczuć, czy mamy odczuwać sympatię, czy raczej nie wiem. Tak samo jest z tymi zakonnicami, bo one odgrywają tak naprawdę bardzo ważną rolę w całej historii, ale ta Ta separacja widza od głównej bohaterki jest głównym mankamentem. Jest dużym problemem, moim zdaniem, bo bohaterka filmu nie obchodzi nas za bardzo. Co się z nią stanie? Niech się stanie, co chce. Zatem film się skupia na wewnętrznej walce młodego księdza, bo to on jest głównym bohaterem męskim w "Rytuale". On walczy ze swoją wiarą, z oporami, które się rodzą w jego głowie i sercu. Tak ładnie powiemy, ale oczywiście kamera się skupia na Al Pacino, który gra nieustępliwego, pobożnego i momentami natrętnego, bardzo charyzmatycznego egzorcystę. I to się dobrze ogląda.
To nie jest takie cameo. On tam gra, to jest ważna postać. To nie jest tak, że on tam przychodzi po to, żeby wziąć pieniądze, wziąć gażę i zagrać pięć scen. Nie, to jest nawet przyzwoite, wbrew temu, co niektórzy piszą i co czytałem. Wiemy w tym filmie od samego początku, że egzorcyzm się musi odbyć, bo inaczej nie wiadomo co złego się stanie. Może ten zły duch dziewczynę zamęczy, ale sens tego wszystkiego jest też jakiś odległy. My się dowiadujemy na samym początku, że musi być egzorcyzm, że jest dziewczyna, która ma problem. I w zasadzie o tym jest film. To sprawia, że tam nie ma za dużo emocji. Nie ma też elementów zaskoczenia, niestety.
Pozostali bohaterowie, czyli matka przełożona, która jak się dowiadujemy jest z Polski, bo w pewnym momencie zły duch przemawia do niej łamaną polszczyzną. Ja się dopiero po pewnym czasie zorientowałem, że on po polsku mówi. To już jest drugi film o opętaniu, kiedy demon mówi po polsku, bo był jeszcze "Pamiętnik egzorcysty", w oryginale "Dybuk" i tam też padają słowa od dybuka w naszym języku. Co jeszcze? Niektórzy narzekają na pracę kamery, niektórzy narzekają na sposób filmowania tej historii. Dla jednych jest to zbyt prymitywne, przypomina jakąś produkcję eksperymentalną bądź paradokument. To sprawia, że emocje się tłumią w tym filmie. Inaczej: nie czujemy głębi, tak mi się wydaje. Nie czujemy tego dusznego pokoju, gdzie ta Emma jest, gdzie ją egzorcyzmują. Nie czujemy atmosfery tych wielkich pomieszczeń w domu zakonnym.
Całość jest mdła. To jest opowieść o kolejnym egzorcyzmie, o nieszczęśliwej dziewczynie i strasznej atmosferze, która ponoć temu towarzyszy. Ale rzeczywiście masz rację. Mnie się wydaje, że bardziej przeraża i robi wrażenie to, kiedy się czyta o tym przypadku, bo on jest nawet na Wikipedii opisany, niż kiedy się to ogląda, bo to jest takie sztampowe, powtarzalne wszystko. Filmy o opętaniach, drodzy państwo, to jest generalnie bardzo ciężka działka dla współczesnych filmowców. Chyba wszystko pokazano. Wszystko, co miało być pokazane, to pokazano. Wszystko wymyślono. Można jakoś pograć samą historią. Były ciekawe filmy o opętaniach, na przykład "Egzorcyzmy Debory Logan".
Tam zostało to ciekawie przedstawione, ale tak naprawdę co tam można pokazać? Chodzenie po ścianach było w co drugim filmie. Spektakularne wymioty były. To już nikogo nie bawi. Rytuały też są. Wywracanie oczu było. Lewitacje. O Boże, kogo to bawi? To wszystko już żeśmy oglądali bardzo wiele razy. To jest oklepane i nudne.
Tylko pamiętajmy, że to jest film dla Amerykanów i są osoby, które to lubią, których to nie nudzi. Poza tym powiedzmy sobie szczerze, że filmy o egzorcystach są z natury bardzo przewidywalne. Tam trudno jest o jakiś zwrot akcji, bo my zasadniczo znamy zakończenie, że się rytuał albo uda, albo nie uda. A w "Rytuale" tym problemem jest też to, że my mamy wszystko wyłożone już na samym początku i podane wprost, czyli dziewucha jest opętana, trzeba coś z tym zrobić. Wiemy, kogo szatan zaatakuje, bo wszystkich zaatakuje i na koniec się uda albo się nie uda. To też w zależności od tego, czy ktoś zna tą historię, czy nie. Bo mówię, ta historia jest, jak się ktoś interesuje egzorcyzmami, dość znana, paradoksalnie. Zatem tak to wygląda pod względem widowiskowości czy tych wygibasów w łóżku, kiedy ta opętana się tam wije, przygina i tak dalej, to w "Rytuale" nie ma nic nowego, nie ma nic, co by zaskoczyło. Jest ten Al Pacino, ale mam wrażenie, że twórcy egzorcyzmów weszli na minę, którą sami na siebie zastawili i zostali zdetonowani. To znaczy, film powstał na kanwie dobrej historii, która miała przerażać, a zamiast tego otrzymujemy coś bez temperatury zupełnie.
Oczywiście film się trzyma faktów, nie jest głupi, jak powiedziałem. Tak jak na przykład "Egzorcysta papieża" nie przesadzają tam z tymi scenami końcowymi, z tymi pościgami, z ucieczką przed demonem i tak dalej. Ale tego czegoś nie ma. Nie ma tej temperatury. Historia Emmy Schmidt jest taka, jaka powinna być. Jest przedstawiona w podobny sposób, jak się ponoć wydarzyła, ale wygląda to jak dziesiątki innych opowieści i wiele innych filmów. I powiem ci, Marku, szczerze, że gdybym poszedł na ten film do kina, to bym był rozczarowany i bym miał wrażenie, że zmarnowałem pieniądze.
[01:06:39] - Plucia gwoździami nie było w tym filmie czy jakimś innym żelastwem. Tego nie było. To tak à propos. Natomiast myślę, że namiastką zaskoczenia jest to, co robi młody ksiądz w obecności tego egzorcysty. To jest jakaś taka wisienka Na torcie w tym filmie. Ale też nie przesadzajmy. Miejmy świadomość, że to jest bardzo mała wisienka, ale zajmująca. Co jeszcze chciałbym powiedzieć? Jedna rzecz w tym filmie moim zdaniem się udała. Być może ktoś dojdzie do wniosku, że niekoniecznie, ale mnie to w jakiś sposób ekscytowało, bo tam mamy kolejne dni, kiedy odbywają się egzorcyzmy i zawsze dostajemy komunikat.
Komunikat napisany jest na ekranie, że to jest pierwszy, drugi, trzeci i tak dalej. Egzorcyzm. Dzień. I to, mówiąc szczerze, troszeczkę mnie ustawiało tak, jakbyśmy czekali na start rakiety na kosmodromie. Ja wiem, bardzo daleka analogia, ale wybaczcie państwo, inna nie przyszła mi do głowy. Troszeczkę tak się czułem. Oto mamy dzień drugi, dzień trzeci i jedziemy. Jedziemy z egzorcyzmem, jedziemy z kolejnymi wydarzeniami. To w jakiś sposób porządkuje narrację, a z drugiej strony powoduje pewne napięcie, bo startujemy od zera, kolejny dzień od zera, z całą naszą wiedzą, którą mamy z wcześniejszych dni. I to moim zdaniem działa.
To podkręca troszeczkę napięcie, pewien rodzaj napięcia, który w tym filmie występuje. Natomiast to jest moim zdaniem udany zabieg, ale on nie ratuje całości. Tak jak Piotr powiedział, emocje są tutaj letnie bardzo. Przynajmniej emocje widza, bo mniej więcej wiemy, czego się spodziewać. Ale proszę państwa, widzicie, to ten stary szmonces się przypomina o kozie i rabinie. Oczywiście nie będę go przytaczał. Tak długo oglądaliśmy filmy, przez delikatność powiem nie najbardziej udane, że kiedy dostajemy film przyzwoicie zrobiony z niezłą obsadą, to się cieszymy jak dzieci. Właściwie film, który niespecjalnie nas poruszył, jakichś emocji nie wywołał, ale już sam fakt, że był przyzwoicie zrobiony, niegłupi, wywołuje emocje, jakbyśmy arcydzieło obejrzeli. Jeżeli to był zamysł Hollywood, to przyznam, że makiaweliczny. Ja cały czas mam nadzieję, że w końcu dotrą do nas filmy, które nas naprawdę poruszą.
Obojętnie, w którą stronę to zrobią, ale jednak poruszą. No i cóż, z tą nieukrywaną nadzieją żegnam się z państwem. Zapraszam państwa teraz na recenzarium Ewiwy. Luiza Dobrzyńska dzisiaj o literackiej klasyce, a mianowicie o książce „Łaźnia”.
[01:10:12] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Zdarzyło mi się już recenzować dla kochanych słuchaczy sztukę Majakowskiego pod tytułem „Pluskwa”. Ja wiem, że to paskudny tytuł i od samego usłyszenia tego słowa może człowieka zacząć coś swędzieć. Ale Majakowski napisał też drugą sztukę, która jest nie mniej istotna w jego dorobku. Nazywa się ona „Łaźnia” i tutaj ten tytuł troszeczkę trudniej jest wyjaśnić niż poprzedni, bo o ile w poprzednim rzeczywiście występuje rzeczony owad, o tyle tytuł drugiej sztuki jest raczej alegoryczny. Jest ona, można powiedzieć, jakby prekursorką wielu filmów science fiction. Trudno to inaczej nazwać, a Majakowski miał niesamowity zmysł, ażeby zostać pisarzem fantastyki. Nie złożyło się, nie został. A szkoda, naprawdę szkoda. O czymże jest sztuka „Łaźnia”?
No właśnie. Jest to sztuka napisana jako satyra nie tyle na socjalizm, co na jego działaczy. Ponieważ, jak Majakowski otwarcie mówi, uważa, że socjalizm to absolutnie cacy, cudo, malina, miód i przyszłość ludzkości. Tylko ludzie przeszkadzają. Normalka zresztą. Sztuka zaczyna się w momencie, kiedy wynalazca Czudakow opracowuje maszynę pozwalającą przenieść się w przyszłość, ewentualnie kogoś z tej przyszłości sprowadzić. Czudakow jest po prostu zachwycony. Uważa, że czas niedługo przestanie być jakimkolwiek problemem, a zegarki w ogóle odejdą do lamusa. Jednak na razie maszynę trzeba wypróbować, czyli na próbę ściągnąć kogoś z przyszłości. Wieść o eksperymencie szybko się rozchodzi.
Dociera nawet do towarzysza Pobiedonosikowa, który pełni tajemniczą funkcję Naczelnego Dyrektora do Uzgadniania Pewnych Spraw. W skrócie nazywają go Naczdyrdups. Oprócz niego o całej sprawie dowiaduje się też angielski dyplomata, handlowiec, a może szpieg, Mr Punchkin, który jest w Rosji po to, żeby coś wywęszyć, najogólniej mówiąc. I kiedy wszystko zostaje już przygotowane, maszyna zostaje puszczona w ruch. W tej, można powiedzieć, typowej stalinowej Rosji pojawia się przybys z przyszłości nazywany fosforyczną kobietą, dlatego że przez chwilę po przybyciu rzeczywiście fosforyzuje. Ta bezimienna dama przedstawia się jako przedstawicielka ludu Rosji przyszłości i zupełnie, całkowicie nie rozumie tego, co się dzieje. Nie wie, dlaczego sekretarka Underton została zwolniona z pracy. Cóż, dlatego że karminowała wargi. W Rosji nie za takie rzeczy można było z pracy wylecieć. Nie rozumie, dlaczego towarzysz Pobiedonosikow zadręcza swoją żonę Która przecież pracuje na swoje utrzymanie, w ogóle nie rozumie wielu rzeczy.
Postanawia jednak zabrać kilku przedstawicieli tego zacofanego dla niej społeczeństwa w przyszłość. I na kogo też padnie jej wybór? Oczywiście z miejsca zaczynają się różne gierki, wzajemne podgryzania, kto jest bardziej godny, kto mniej godny. Ale ostatnie słowo będzie należało do fosforycznej kobiety. Owszem, sztuka jest bardzo zabawna, ale też pokazuje właśnie w krzywym zwierciadle, jak wyglądała Rosja. Działacze partyjni, którzy tak naprawdę w duchu byli owymi burżujami, których podobno tak nienawidzili i dorwawszy się do władzy, nie myśleli o niczym innym, jak o tym, żeby stłamsić innych, kreując się na wielkich bojowników rewolucji, jednocześnie oddawali się przyjemnościom jak najbardziej dekadenckim. I tak dalej. A między innymi pojawiają się tam oczywiście zwykli robotnicy. Sekretarka, której jedyną winą było używanie szminki w pracy. Straszne burżujskie nawyki.
Pola, żona Pobiedy Sydniakowa, którą usiłował przerobić na jakąś rzeczywiście rewolucjonistkę, a ona chciała po prostu normalnie żyć. Oraz inni zwyczajni ludzie. Tacy, którym tak naprawdę ta kochana rewolucyjna Rosja strasznie dojadła. Wprost Majakowski tego nie mógł napisać. Ale tak właśnie było. Cóż, jak się zna treść tej sztuki, to można zrozumieć, czemu w pewnym momencie poeta stał się po prostu niewygodny dla władzy. Pokazując bowiem tych wszystkich ludzi, którzy na rewolucji zrobili kariery i majątki, oraz tych, którzy na nich tyrali, kończy tę sztukę bardzo ciekawym stwierdzeniem. Mianowicie Naczdyrdups, który razem z wieloma innymi zostaje odrzucony od maszyny czasu w momencie startu, nagle powiada: „I ona, i wy, i autor. Czyżbyście chcieli nam przez to powiedzieć, że ja i mnie podobni jesteśmy niepotrzebni dla komunizmu?”. No właśnie.
Majakowski wierzył w komunizm. Taki komunizm, można powiedzieć, idealny, ale uważał, że szkodzą mu komuniści. Tego nie można było puścić płazem. I jak wiadomo, podobno popełnił samobójstwo. Popełnił, nie popełnił. Powiedzmy. Ale przynajmniej wiemy dlaczego. „Łaźnia” jest trochę mniej znana niż „Pluskwa”, ale sądzę, że dobrze się z nią zapoznać i że obie sztuki wystawiane są stanowczo zbyt rzadko. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:15:59] - A teraz zapraszam na kolejne spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. I nie tylko z Piotrem Cielebiasiem, bo dzisiaj w sentymentalniku gości również Artur Wójtowicz. Będziemy rozmawiali o zbieractwie, głównie o filatelistyce w czasach PRL-u. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Po raz kolejny witamy we trójkę w sentymentalniku, a gościem audycji jest Artur Wójtowicz. Dzień dobry wieczór, Arturze.
[01:16:40] - Witam serdecznie. Witam wszystkich naszych słuchaczy.
[01:16:43] - Ze stałego składu jest też oczywiście Piotr Cielebiaś.
[01:16:47] - Również witam wszystkich. Dzień dobry wieczór, witam panów.
[01:16:51] - A temat mamy dzisiaj znaczący, a właściwie znaczkowy. No właśnie, bo kiedyś filatelistyka to było coś. Mówiąc szczerze, nie wiem, jak jest dzisiaj z tą filatelistyką, ale w tak zwanym PRL-u bycie filatelistą, a szczególnie bycie młodym filatelistą, to była wielka frajda, wielka moda. Cóż, zacznijmy przepytywać zgromadzonych, jak to było z tą filatelistyką, bo wśród wielu faz i mód w PRL-u taką bardzo popularną modą było zbieractwo. Wszelkiego rodzaju zbieractwo. Pudełka zapałek, pudełka po papierosach. Ja nawet nie wiem, czy takie słowo można na YouTubie w tej chwili wypowiadać. Były też zbierane opakowania po czekoladkach, pocztówki. I oczywiście znaczki pocztowe. Jak tam u panów było z tym zbieraniem?
Czy macie w tym względzie jakieś swoje wspomnienia, czy to filatelistyczne, czy jakieś inne zbierackie? I czy mieliście w życiu epizod filatelistyczny?
[01:18:09] - To może ja zacznę, bo to jest takie bardzo ciekawe pytanie, które u wielu mogłoby na pewno wywołać wspomnienia z dzieciństwa czy z młodości. Bo oczywiście w PRL-u istniała taka swoista kultura zbieractwa, często będąca taką, bym powiedział, formą rekompensaty za te niedobory materialne, ale też był to często taki wyraz pasji i potrzeby piękna, porządku czy w ogóle kontaktu ze światem. Jeżeli chodzi o takie moje epizody filatelistyczne, to kilka takich byłoby. Dlatego że na przykład pamiętam, że te znaczki pocztowe, które były z bloku wschodniego. Zresztą nie wiem, czy pamiętacie też jedną rzecz w ogóle. Bo jak były państwa komunistyczne, to dziwnym trafem jak się szło, wysyłało na poczcie list, czy to do NRD, czy to do Czechosłowacji, czy to do ZSRR, czy po Polsce, to w całym PRL-u, nie wiem, czy sobie przypominacie, ale znaczki do strefy socjalistycznej kosztowały tyle same. Tak jakbyśmy byli jedną wielką rodziną. Natomiast te znaczki jakbym wysyłał do RFN czy do Hiszpanii, czy nie daj Boże do Stanów Zjednoczonych, te znaczki były już droższe dużo bardziej. No ale oczywiście był to czas Pewexów, więc wiele rzeczy można było znaleźć w Pewexie. I pamiętam, że jak chodziłem do podstawówki, ze mną do klasy chodził chłopak, taki Radek, którego ojciec pływał na statkach, tak na marginesie pod banderą singapurską i on miał wiele takich nietypowych znaczków, bo te znaczki, które były z NRD, z Czechosłowacji czy z ZSRR, one bardzo często były takie, moim zdaniem przynajmniej, bardzo toporne.
Natomiast te znaczki, które były jak ten mój kolega Radek miał na przykład z Antigui i Barbudy, bo ojciec mu tam gdzieś przywoził, to one były fantastyczne. Albo były przepięknie pokazujące przyrodę, albo były jakieś elementy bajek różnych na przykład na tych znaczkach. Więc to były znaczki, które były marzeniem chyba każdego posiadacza. I powiem szczerze, oczywiście zawsze istniała taka kwestia wymiany na te znaczki. Moim zdaniem ta filatelistyka była bardzo żywa. Drugi taki epizod, który pamiętam, to ponieważ moja ciocia później kiedyś wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, obecnie wróciła z tych Stanów Zjednoczonych i mieszka w Polsce, ale ona zawsze z córką pisała i z tych listów oczywiście te znaczki miała. Niestety był jeden problem i ona zawsze jak przyjeżdżała do nas, to nam przywoziła te znaczki ze Stanów Zjednoczonych. Ale niestety był jeden problem, bo te wszystkie znaczki ze Stanów Zjednoczonych były ciągle takie same. One się kompletnie niczym nie różniły. Podobnie zresztą jak znaczki z Wielkiej Brytanii, które miały jako popiersie królową.
A tak na marginesie, jeżeli ktoś w Anglii będzie wysyłał pocztę i znaczek z królową bierze, naklei i do góry nogami tą królową postawi na kopercie, to za to są naprawdę poważne kary jako za obrazę majestatu. To znaczy nie królową, obecnie króla. To są takie, pewne moje przemyślenia, bo w PRL-u, moim zdaniem znaczki to była taka namiastka okna na świat. Były kolorowe, z jakimiś napisami w innym języku. One pokazywały czasami sceny z bajek, zabytki, zwierzęta, postaci historyczne. Dla dziecka to w ogóle był taki, moim zdaniem wielki skarb. I co więcej, nawet w kioskach Ruchu, o których myśmy mówili, też swego czasu można było kupić pakiety filatelistyczne, które często ja otwierałem z takim bijącym sercem, bo to już nawet nieważne było, że niektóre znaczki się powtarzały, ale ważne było to, że liczyło się to uczucie odkrywania. Oczywiście, tak jak już na samym początku wspomniałeś, to oprócz znaczków również zbierano te zbiory opakowań po czekoladach, jakieś etykiety zapałczane, pocztówki czy w ogóle puszki po piwie. Z wszystkiego takiego oryginalnego można było właśnie zrobić w tamtych czasach jakieś swoistego rodzaju kolekcje.
[01:22:33] - Piotrze, czy ciebie też trafiła strzała kolekcjonerska?
[01:22:38] - Oczywiście, chociaż ja muszę przyznać, że w moim pokoleniu, to znaczy w tym pokoleniu, które zbierało coś już w latach 90., to znaczki nie były popularne i później też nie były popularne. Były inne fazy, były inne mody. Niektórzy zbierali tak zwane karteczki. De facto to przypominało filatelistykę, tylko to były takie kolorowe kartki jakby z zeszytu, nie wiem, z notesu. Nie wiem, co to było, bo ja tego nie zbierałem, bo uważałem, że to jest takie nie za bardzo. Potem były karty telefoniczne i inne duperele. Natomiast ja miałem epizod filatelistyczny i zbierałem. Krótko, ale zbierałem. Miałem pamiętam dwa klasery plus ten zbiór luźny tych gorszych znaczków. A to wszystko dzięki wujkowi mojemu, który był zbieraczem i to był zbieraczem dużego kalibru.
Posiada naprawdę potężną kolekcję i przekazał mi po prostu zdublowane egzemplarze, plus ten badziew, taki radziecki głównie. Ale też dostałem od niego różne ciekawe rzeczy, bo miałem na przykład znaczki z Trzeciej Rzeszy od niego takie wiecie, z Gitlierem, bo nie wiem, czy można to słowo na H powiedzieć. To nazwisko chyba nie. Więc powiedzmy, że z Gitlierem były. Także ten mój okres aktywności filatelistycznej był. Był krótki, ale intensywny. Ale porzuciłem go na rzecz aktywności numizmatycznej i tu już miałem tego znacznie więcej, ale o tym sobie może jeszcze kiedyś opowiemy. Chociaż ta działalność filatelistyczna też była krótka i oczywiście ograniczała się do takiego najtańszego asortymentu, na który sobie mogłem pozwolić, bo to było hobby droższe jednak. Co prawda pamiętam, że za moich czasów można było jeszcze takie pakiety właśnie kupić tych znaczków, o tym sobie za chwilę powiemy. Natomiast nie było się z kim wymieniać.
Żeby wejść na ten rynek, to trzeba było się, że tak powiem, skonsultować, skomunikować z jakimiś poważnymi zbieraczami. Także ten młody filatelista miał już w moich czasach bardzo trudno i chyba było coraz gorzej, bo szczerze mówiąc, jak sobie tak przypominam, to wśród kolegów nie znałem nikogo, kto by znaczki zbierał albo by się do tego przyznawał. I to hoho, po studia nawet. Natomiast owszem, słyszałem o wielu starszych kolekcjonerach, którzy zbierali, posiadali, rozbudowywali kolekcje. Natomiast z równolatków mało kto mi się kiedykolwiek tym pochwalił. Chyba nikt.
[01:25:06] - Okazuje się, że wszyscy byliśmy draśnięci pasją kolekcjonerską. Rzeczywiście, tak jak Artur mówił, PRL to było dziwne miejsce, w którym to kolekcjonerów było całkiem sporo. Kolekcjonowało się cokolwiek, co dało się kolekcjonować Ja pamiętam, że jeszcze nieświadomie zupełnie zetknąłem się z opakowaniami, a właściwie z tymi nalepkami na zapałki bardzo wcześnie, bo moja mama drzwi od kuchni miała w ten sposób przyozdobione. To było jakoś specjalnie nawet wykonane przez fachowca. Całe drzwi były oblepione takimi etykietami zapałczanymi. To było jakoś jeszcze zabezpieczone jakąś folią. Nie wiem, czy wtedy folią, może lakierem. Ja pamiętam, że czasami przed tymi drzwiami stałem długie minuty, może nawet czasami dłużej i oglądałem, bo te etykiety były całkiem niewielkie. W związku z tym sporo było tego oglądania. Bardzo ciekawe obrazki.
Do dzisiaj pamiętam kota patrzącego na księżyc na jednym z obrazków. W ogóle tego była cała masa. Wyobraźcie sobie państwo mały człowiek, jakiś taki cztero-, pięcioletni, stojący przed wielkimi drzwiami do kuchni i oglądający te maleńkie obrazki. To było jakieś przeżycie, ale jeszcze nieświadome. Ja nie wiedziałem, że to w ogóle można zbierać. Chociaż kiedyś przycisnąłem mamę i kazałem sobie wytłumaczyć, co to właściwie są za obrazki. Dostałem wykład odnośnie tego, z czym to się je. Obaj panowie wspomnieliście o pakietach. To rzeczywiście było takie trochę odkrywanie, bo kupowało się taki, nie wiem, jak to określić, pakiet właśnie i w środku była taka rozsypanka. Znaczki z różnych stron świata.
Tam nawet chyba były określenia, że były z Afryki albo z jakiegoś innego kontynentu. Ja do dzisiaj pamiętam, że były znaczki z Dahomeju na przykład. Dzisiaj nie ma takiego państwa, ale wtedy było. Jakieś bardzo egzotyczne. Były znaczki trójkątne. Miałem hopla w ogóle na punkcie znaczków trójkątnych. Dlaczego? Ano dlatego, że gdzieś tam kiedyś oglądałem jakiś radziecki film i tam za taką oznakę luksusu robiły właśnie trójkątne znaczki. I ja sobie jakoś tak wbiłem w głowę, że trójkątny znaczek to jest, panie, coś ważnego. Ale w ogóle jak doszło do tego, że zacząłem się filatelistyką, znaczkami interesować?
Otóż pewnego pięknego dnia, nie pamiętam, który to był rok, może 1972, może 1973, ale to dosyć łatwo jest ustalić, bo wówczas dzień dziecka przypadał w niedzielę. I ja od swoich rodziców dostałem pierwszy klaser z pewnym wkładem, nawet już takim startowym. Tam były oczywiście różne znaczki, ale najważniejsze, że były wśród tych znaczków trójkąty, trójkątne znaczki. To było najwspanialsze. Oczywiście dostałem do tych znaczków nie tylko klaser, ale też odpowiednią pęsetę, żeby tych znaczków nie dotykać, nie brudzić. W ogóle było wspaniale. To mnie zafascynowało. Ale cóż jeszcze chciałbym dodać? Po pewnym czasie mi to minęło, jak każda taka młodzieńcza pasja najczęściej mija. Nie wiedziałem natomiast, że jedna z moich babć, ta konkretnie z Białegostoku, kiedy się tylko urodziłem, zaabonowała znaczki, wszystkie polskie znaczki.
I tak do dzisiaj jestem posiadaczem kolekcji gdzieś tak od 1965 roku do bodajże 1985, może kawałek dalej. Wszystkie znaczki polskie mam stemplowane i niestemplowane, bo to też było ważne. Nie bardzo wiem, co z tą kolekcją zrobić, ale wśród tych klaserów, które dostałem od babci, był też klaser mojego ojca. I w tym klaserze, panie, cuda, bo ojciec zbierał te znaczki oczywiście odpowiednio wcześniej. I był tam ten, jak to ty mówiłeś, Piotrze, Hitler w różnych odmianach kolorystycznych. Tych znaczków z Trzeciej Rzeszy była mnogość w tym klaserze. Ja przypuszczam, że dzisiaj to jest niezwykle cenny klaser. Tak sobie myślę, że może go spieniężę, ale jakoś tak sentymentalny strasznie jestem i trudno mi się z tym klaserem rozstać. Ale to jeszcze nie wszystko, bo tak jak powiedziałem, mnie wygasła ta pasja filatelistyczna. Została natomiast inna.
Ja, jak tylko pamiętam, interesuję się kosmosem i w pewnym momencie przerzuciłem się na znaczki o kosmosie i przez długie 10 lat zbierałem wszystko, co popadło, jeśli chodzi o kosmiczne znaczki. Pamiętam z różnych stron świata jakieś takie bloki całe gdzieś z Liberii. Ach, cuda, proszę państwa. Wiem, że wydawałem majątek. Ja w ogóle byłem strasznym trwonicielem pieniędzy, bo jak nie wydawałem na książki, to wydawałem na znaczki. W związku z tym ta kolekcja mi przyrosła. Do dzisiaj te kosmiczne znaczki mam. Wszystko skończyło się w pewnym momencie, bo wybrałem jednak książki, ale ta kolekcja kosmiczna mi pozostała. Natomiast muszę jeszcze powiedzieć, że PRL, co mnie fascynowało, ale to był właśnie PRL. W PRL-u w latach 70.
wychodziła, pokazywała się na rynku czekolada Hobby. Tam były obrazki różnych pojazdów. Były pociągi, samoloty. W każdym razie pokazywały się różne machiny i do tego się pokazywały odpowiednie, trudno to nazwać klasery, księgi. Tam się wklejało te obrazki z czekolad. Tylko proszę państwa, w PRL-u było tak, że część czekolad trafiała na północ, część trafiała na południe i ktoś, kto nie miał ogarniętego rynku, a w PRL-u trudno było go ogarnąć, bo nie było sieci i nie miał ogarniętych wszystkich regionów i nie ściągał tych opakowań z różnych stron Polski, to szanse jego na zgromadzenie całej kolekcji były marne. Ale przypominam, ta czekolada hobby w latach 70. była bardzo popularna. Wiem, że samochody były i to nie tylko syrenka na przykład, ale też całkiem poważne modele. Wiem, że statki też chyba były.
Było bardzo kolorowo i to chyba najważniejsze. Cóż jeszcze? À propos Anglii, to przypomniałem sobie, że królowa. One były takie monotematyczne. Królowa, królowa i ciągle królowa. Ale była jedna zaleta. Królowa była w różnych kolorach, w zależności od tego, jaki był nominał znaczka, więc można było już w klaserze sobie całą, trudno mówić o serii, kolekcję różnokolorowych Elżbiet zamieścić i to było na swój sposób pasjonujące.
[01:33:12] - Pamiętam, że ten Hitler cały też miał taką serię różnej barwy führerów.
[01:33:18] - Tak, od zielonej przez czerwoną i różne inne.
[01:33:22] - Na pewno fioletowy pamiętam jeszcze.
[01:33:24] - Tak, różne były, naprawdę. Zajmowało to sporo miejsca. Zresztą te trzeciorzeszowe serie, znaczki w ogóle, miały to do siebie, że czasami były podobne do siebie, ale były różnokolorowe. Co więcej, w tej kolekcji po ojcu mam znaczki niemieckie przestemplowane już na znaczki polskie. To znaczy na początku nie było nic, to używano znaczków niemieckich, ale pracowicie przestemplowanych już na polskie nominały, na polskie państwo. I tak to się toczyło. Cóż, to teraz myślę, że zapytam, ponieważ obaj przyznaliście się do tego, że jakaś krótka albo krótka, ale taka faza filatelistyczna się pojawiła w waszym życiu. Jakie było to codzienne życie filatelisty? Już o ekwipunku zbieracza troszeczkę wspomniałem, te klasery, ale na przykład jak się wymieniało znaczki? Czy jakieś wspomnienia w tej sprawie mógłbym od was wyciągnąć?
[01:34:41] - To może ja zacznę tym razem. Przyznam, że nie było tej wymiany, bo nikt się tym nie interesował. Natomiast za moich czasów można było kupić takie serie, bloczki na poczcie. Z Wietnamu, różnych krajów egzotycznych i one były sprzedawane na poczcie. Pamiętam, właśnie tam. Nie pamiętam w kiosku. Natomiast te znaczki, które można było na poczcie nabyć, były bardzo kolorowe, ale też były pierońsko brzydkie. Były bardzo brzydkie. Pamiętam, tam były takie serie z dinozaurami, ze wszystkim. Wietnam, Angola, ale były obrzydliwe i one mnie bardzo zniechęciły do filatelistyki.
Pamiętam, to były lata 90. Ale pamiętam również sklepy kolekcjonerskie. Jeden był w Częstochowie, w tak zwanym Sezamie i tam się można było zaopatrzyć właśnie w takie pakiety, tylko to było już w nieco innej formie. Taka była pękata foliowa torba i tam było mnóstwo tych znaczków. Podejrzewam, że kilkaset. To kosztowało jakieś nieduże pieniądze i one były nieposortowane. Tam było wszystko. I co było ciekawe, tam można było znaleźć też ciekawe okazy, na przykład z drugiej RP. Tylko że często to były znaczki uszkodzone lekko na przykład. I to był jeden sklep, ale był też taki sklep dla kolekcjonerów i numizmatów i znaczków w Alejach Częstochowskich, w trzeciej alei.
Ale to już był raj. To już było dla profesjonalistów, tam było drogo. Tam już się kupowało okazy w chronionych warunkach, przekładając z klasera do klasera. Ja tam akurat znaczków nigdy nie kupowałem, ale monety tam kupowałem. I co jeszcze charakterystyczne było to, że czasami można było nabyć, ale rzadko, te znaczki od pani listonoszki u nas. Czyli ona jak przychodziła, przynosiła pocztę, to mówiła: „O, tutaj mam takie cudo, możecie sobie kupić ode mnie”. Oczywiście miała z tego jakieś grosze, ale to pamiętam akurat, że można było to kupić. To najczęściej były właśnie z tak zwanych krajów rozwijających się oferty, czyli Azja Południowo-Wschodnia, Afryka Południowa, gdzieś tam te rejony, ale jakoś tak nie przypadły mi szczególnie do gustu te znaczki. Muszę powiedzieć, że nie dorównywały sowieckim pod względem uroku i formy, ale o tym może jeszcze za chwilę.
[01:37:01] - A w dodatku te radzieckie koperty kolorowe z obrazkami. Arturze, jak wyglądało twoje filatelistyczne życie?
[01:37:14] - Tu zacząłeś od tych kopert z czasów ZSRR. Oprócz tego, że tam na każdej kopercie były przepiękne widoki Rosji, to jeszcze pamiętam, że te właśnie cyfry do wypisywania kodu były kropkowane, żeby sobie ładnie ten kod pocztowy wypisać. Natomiast ja powiem coś takiego, że u mnie w Płocku był jeden taki fajny sklep filatelistyczny. Co jest najśmieszniejsze, to ja po dziś dzień do niego chodzę. Ten sklep prowadziła taka pani. Później ona się już zestarzała, ja już po prostu Wyszedłem z Płocka, bo poszedłem na studia, a dzisiaj prowadzi go córka. Tylko że już nie jest to aż taki sklep filatelistyczny, tylko tam są rozmaite bibeloty i wszystko, co tylko jest możliwe. Myślę, że życie takiego filatelisty w czasach PRL-u to była swoista mieszanka pasji, cierpliwości, zaradności i przede wszystkim szczypty marzycielstwa. Dlaczego? Dlatego, że PRL to były czasy, gdzie było pełno różnych niedoborów i ograniczeń dostępu do zagranicy.
Więc to kolekcjonowanie znaczków było czymś więcej, moim zdaniem, niż tylko hobby, bo to dawało kontakt ze światem, którego nie dało się zobaczyć na co dzień. Znaczki najczęściej brało się przede wszystkim z korespondencji, ale wiadomo, one były już ostemplowane. Jak to u mnie mówiono, były kancerowane. Albo był jakiś rożek oberwany. Więc były już nie za specjalne, bo najlepsze były te znaczki, które oczywiście nie miały stempli. Tutaj też zadałeś pytanie, Marku, nie wiesz, jak dzisiaj jest z filatelistyką? Właśnie poszedłem kiedyś na pocztę do nas i tych pań zapytałem, bo mówię, że pamiętam, że brano abonamenty. Przecież swego czasu można było sobie wykupić na poczcie abonamenty. I ta pani powiedziała mi na poczcie, że dziś też są abonamenty na znaczki pocztowe. Oczywiście jest tego dużo mniej, ale są też zapaleni filateliści, którzy biorą i te abonamenty zamawiają.
Moim zdaniem filatelistyka czy w ogóle wszelkie zbieractwo w tamtych czasach brało w człowieku, ćwiczyło przede wszystkim pasję i cierpliwość, bo trzeba było te rzeczy zbierać. Znaczki brano z korespondencji, brano z kiosków ruchu, właśnie z tej wspomnianej przeze mnie prenumeraty na Poczcie Polskiej, czy też ogólnie, jak już powiedziałem, z zagranicy. Bo jeżeli ktoś wyjechał za granicę czy miał kontakty w krajach socjalistycznych NRD, Czechosłowacja, Rumunia, czy ktoś miał na Zachodzie kogoś, to wtedy mógł mieć też znaczki pocztowe. Bo cały ten ekwipunek filatelisty czasów PRL-u to klaser, pęseta, lupa, katalog znaczków. Też specjalne katalogi były, gdzie można było znaleźć te katalogi Fischera. Tu Piotrek będzie wiedział, o co chodzi, bo Fischer też robi katalogi do monet. To były ciekawe katalogi. I różne przegródki do przechowywania dubletów tych znaczków na wymianę ewentualną, jeżeli ktoś z kimś chciał się powymieniać. Co ciekawe, pamiętam, że u nas w Płocku, niedaleko mojego osiedla był SDK — Spółdzielczy Dom Kultury i tam się odbywały wszelakiej maści giełdy. Czy to giełdy komputerowe z grami, czy to giełdy akwarystyczne z rybkami, czy też giełdy filatelistyczne przede wszystkim.
Tam istniały rozmaite koła filatelistyczne, bo przecież był taki Polski Związek Filatelistów swego czasu. One działały w różnych domach kultury najczęściej czy w szkołach. I też ciekawe, nie wiem, czy pamiętacie, ale w czasach PRL-u były takie czasopisma jak „Filatelista” czy „Horyzonty techniki” na przykład, czy też nawet w „Świecie Młodych”, o którym już kiedyś rozmawialiśmy. W „Świecie Młodych” też był kącik filatelistyczny. Tam też były różne kwestie i ogłoszenia typu załóżmy, zamienię znaczki z Mongolii na sportowe z RFN-u czy coś takiego. Pamiętajmy o czymś takim, co tak naprawdę te znaczki znaczyły. Bo pamiętajmy, że czas PRL-u to jest czas bez internetu i bez otwartych granic. Więc ten znaczek był bramą do świata, był oknem na te egzotyczne kultury i kraje. On uczył historii, uczył geografii. To był taki mały podręcznik, bym powiedział.
Uczył przyrody, dawał radość odkrywania, a także poczucie porządku i własnego świata w takim małym klaserze, który człowiek zawsze gdzieś tam miał.
[01:42:03] - Klasery dawały też poczucie pełni, bo jak człowiek zgromadził całą serię znaczków, obojętnie czy to były znaczki o malarstwie polskim, czy o dinozaurach, czy o czymkolwiek, o kwiatach, to był dumny i miał takie poczucie pełni. Oto wszystkie znaczki z serii są w moim klaserze. I to było super. Oczywiście ja wtedy chyba nawet nie wiedziałem, że babcia gdzieś w odległym Białymstoku te wszystkie serie, które ja pracowicie zbierałem, szczególnie te polskie, one tam są już w tych klaserach i czekają. Ja je pracowicie, tak jak Artur mówi, szkolenie cierpliwości, szkolenie pewnej wytrwałości, pewnej dociekliwości i umiejętności załatwienia wymiany. Tak się interakcje pojawiają. Ale ważną rzeczą, obaj o niej mówiliście, były sklepy filatelistyczne i tego było dużo. Dzisiaj nie potrafiłbym powiedzieć, gdzie w moim mieście jest sklep, w którym można kupić znaczki. Czy to takie najnowsze, czy też jakieś takie bardziej, nie tyle przechodzone, co z odleglejszych lat. Nie wiem, tego nie wiem.
A wtedy ja sam, jak sięgnę pamięcią, jeden sklep filatelistyczny był na moim osiedlu, drugi był w centrum, blisko mojej szkoły. Trzeci był, jak to powiedzieć, na trasie moich codziennych przemarszów przez miasto, bo maszerowałem, żeby nabywać książki, a przy okazji do sklepu filatelistycznego maszerowałem. Co jest ważne, ja pamiętam, że filatelistyka to nie było zajęcie, które u wszystkich znajdowało zrozumienie. Kiedy byłem w fazie zbierania znaczków kosmicznych związanych z eksploracją kosmosu, to pamiętam, jak na długiej przerwie — ja dużo rzeczy robiłem na dużej przerwie w liceum — albo galopowałem do księgarni i antykwariatu, albo galopowałem do sklepu ze znaczkami. I pamiętam, był taki bloczek z wyprawy amerykańskich sond Viking na Marsa. Upatrzyłem sobie, zgromadziłem kasę. Była sobota. Tak, jeszcze kiedyś uczono się w sobotę i ja galopowałem w sobotę do tego sklepu na przerwie długiej. To tak pamiętam od wpół do 11 do 11. Może 20 minut, więc nie pamiętam, czy pięć po wpół do.
Nieistotne. Galopowałem. Szybki zakup i szybki galop z powrotem na lekcje. Pamiętam, że na chemię. Ja głównie chyba galopowałem pomiędzy jedną chemią a drugą. Jak nie do księgarni, to do sklepu filatelistycznego. I taki byłem dumny z siebie, że ten bloczek przytargałem. A mój kolega spojrzał na to, co przyniosłem, mówi: „Ile to kosztowało?”. Przyznam się, że już nie pamiętam, ale sporo. Jak powiedziałem, ten wyraz jego twarzy pod tytułem: „Chłopie, ty naprawdę nie masz jakichś innych, ważniejszych wydatków w życiu, tylko na kawałek papieru tyle pieniędzy?”.
Wtedy mnie to specjalnie nie ruszało, a dzisiaj to się czasami zastanawiam, czy te pasje, które człowiek ma w młodości, rzadko zresztą zostają później na całe życie, ale czy te pasje to nie jest swoista sytuacja, w której człowiek kładzie pieniądze i dostaje jakąś wartość za to oczywiście, tylko ona po kilku latach przestaje być wartością. Nie wiem, jak to wszystko zestawić. W każdym razie tak sobie myślę, że kiedy sięgam do lat 70., ile ja miałem wtedy pasji, bo znaczki zbierałem, resoraki, samochodziki zbierałem. Próbowałem zbierać czekolady hobby, te obrazki z tych czekolad, ale słabo mi szło, bo byłem mało skomunikowany z resztą kraju, co już mówiłem. Ale wtedy pojawiały się różne pasje. Zbierało się żołnierzyki, zbierało się różnego rodzaju paczki. O papierosach już mówiłem, ale w Polsce było stosunkowo niewiele gatunków papierosów do zbierania. To też bardzo chętnie ściągało się te opakowania od nabywców, na przykład z Pewexu. I to znowu Artur wspomniał o giełdach. Były w Bydgoszczy przynajmniej takie giełdy.
Trudno je nazwać tematyczne, bo tam było mydło i powidło. Tam się wymieniało wszystko na wszystko. Były monety, były samochody, były żołnierzyki, było wszystko i wszyscy pasjonaci mogli na taką giełdę się udać i tam zaszaleć mniej lub bardziej. No i cóż, tak to wszystko wyglądało. Myślę, że te pasje w PRL-u chyba były bardziej rozwinięte. Nie wiem, jak uważacie, czy dzisiaj ta gorączka kolekcjonerska w różnych sferach, czy to dotyczących znaczków, czy innych przedmiotów pożądania, dalej występuje, czy dzisiaj już to wszystko zostało zastąpione chociażby smartfonami. Arturze.
[01:47:55] - Wiesz co, mi się wydaje, że dziś filatelistyka, ale może nie tyle filatelistyka czy jakieś inne zbieractwo nie jest już tak popularne. Ludzie po pierwsze nie mają cierpliwości do szukania czegoś i do zbierania czegoś. Ludzie szybciutko chcieliby mieć wszystko i do tego bardzo dużo. Kiedyś było pewne rzeczy trudno uzyskać, trudno dostać i na tym polegał czar tego zbieractwa. Polowało się na coś, zbierało się i to było tak jakby trofeum, prawda? To jest też czasami tak, jak kiedyś poruszałeś temat komiksów kapitana Żbika na przykład czy innych komiksów, to trzeba było na te komiksy polować. A potem jak wpuszczono te komiksy hurtowo z Zachodu na przykład, to już to traciło sens, bo w przypadku tych komiksów kapitana Żbika to się odkładało pieniądze i się zbierało kolejny numer. A jak nagle się pojawiło, załóżmy, nie wiem, 20 komiksów w kiosku przykładowo, to po pierwsze człowiek już nie miał funduszy, żeby te 20 od razu kupić. Po drugie to już zaczynało tracić sens moim zdaniem. I dziś po prostu filatelistyka nie jest już tak popularna jak w czasach PRL-u, bo ona przeszła z masowego hobby do takiej dziedziny, bym powiedział, kolekcjonerskiej niszy, która przetrwała głównie wśród pasjonatów, seniorów czy też kolekcjonerów tematycznych.
Pamiętajmy też jeszcze o jednej rzeczy, że dlaczego filatelistyka była tak popularna w czasach PRL-u? Dlatego, że wtedy był brak rozrywek i nadmiaru rozmaitych bodźców. Dzisiaj tych bodźców świat dostarcza dużo więcej różnych. I znaczki były tanie i dostępne, a zarazem one dawały namiastkę kontaktu ze światem, prawda? A dlaczego dzisiaj tak naprawdę filatelistyka, może inne zbieractwo też, ale w ogóle traci na znaczeniu? Bo została zastąpiona moim zdaniem przez nowe technologie. Dzieci wolą gry komputerowe, media społecznościowe, TikToka, YouTube, nie wiem. Internet daje błyskawiczny dostęp do masy zdjęć, map, filmów, więc znaczki przestają już być tym oknem na świat. To jest pierwsza rzecz. Kolejna rzecz to dzisiaj rzadko kto już wysyła listy, więc znaczek stracił swój codzienny kontekst.
Wiele przesyłek ma różne naklejki maszynowe. Jest to wszystko markowane, a nie znaczki są pieczątki tylko. Mamy taką kulturę dosyć szybkiej konsumpcji, bym powiedział. I znaczki oczywiście. Dziś niektórzy zbierają specjalne znaczki, znaczki z błędami albo pierwsze emisje, albo znaczki kolonialne, albo z okresu właśnie okupacji. I to są te znaczki, które mają wartość na rynku. Natomiast oczywiście katalogi też istnieją w formie internetowej. Coraz rzadziej mamy te wydarzenia w postaci wydarzeń filatelistycznych czy jakichkolwiek bym powiedział wystaw czy wydarzeń. To jest też już coraz rzadsze, bo jest podaż i jest popyt, tak bym to powiedział.
[01:51:09] - Piotrze, a jeżeli ty się rozglądasz wokół, to czy zauważasz jeszcze jakieś przejawy kolekcjonerstwa?
[01:51:20] - I tak, i nie. To znaczy się mówimy o dwóch różnych światach, bo ta filatelistyka, którą my pamiętamy, była masowa. Zbierało znaczki mnóstwo ludzi. Wtedy można było je kupić. Dzisiaj ludzie też zbierają różne rzeczy, tylko że to kolekcjonerstwo podryfowało w trochę inną stronę. To znaczy się myślę, że numizmaty. Myślę, że znaczki mają swoich kolekcjonerów, owszem, ale to jest jakieś małe środowisko i też chyba jest trudniej na tym zarabiać niż dawniej. Dawniej, kiedy ludzie zbierali po prostu zbierali masowo, to się bardziej opłacało, a dzisiaj to tak różnie. Z numizmatyką jest akurat ten plus, że takie wartościowe monety zawsze będą miały wzięcie. Taka jest prawda, a ta cała reszta to takie trochę barachło dla dzieci.
I dlatego też osobiście i tą pasję porzuciłem. Mam kilka, a może nawet kilkanaście kilo różnego rodzaju monet. No i tak to wygląda. Ale ja przejawy zbieractwa widzę. Tylko że to młodsze pokolenie dzisiaj to nie zbiera wcale znaczków, tylko na przykład zbiera Labubu. Jeżeli nie wiecie co to jest Labubu to sobie sprawdźcie. To jest taki misiek, taki breloczek i on kosztuje kupę pieniędzy. Można sobie go kupić, można zbierać, bo jest mały Labubu, wielki Labubu, jest podróbka Lafufu na przykład. I też są różne i kosztuje to mnóstwo kasy. Wcześniej pamiętam dzieci miały fazę na Pokemony, oczywiście na jakieś takie pieski, które jak mi któreś dziecko kiedyś powiedziało taki piesek gumowy kosztuje tam kilka tysiaków.
To wszystko minęło. Natomiast jak ktoś inwestował w te znaczki, ja myślę, że one są jeszcze trochę warte coś dzisiaj. Natomiast z tymi zabawkami jest różnie. Jak one są zniszczone, pootwierane, to chyba nie są tak dużo warte, chyba że są oryginalnie zapakowane i tak dalej. Także ludzie zbierać zbierają. Tylko że ten rynek jakoś tak się zawęził. Tak mi się wydaje. Znaczy nie jestem jego uczestnikiem, jeżeli chodzi o numizmatykę i o filatelistykę. Na pewno jakieś eventy są, na pewno jakieś spotkania są, ale jak tak się rozglądam czasami, to widzę, że ludzie zbierają, kolekcjonują wszystko. Czasami się do tego nie przyznają, czasami się przyznają, ale nadal zbierają.
Tak, to jest fajne.
[01:53:55] - Tak, myślę, że to zbieractwo gdzieś rzeczywiście przetrwało. Chociaż nie mogę zapomnieć pewnego obrazu. Pewna bardzo młoda osoba, na pewno w stosunku do mnie bardzo młoda, pochwaliła mi się kiedyś, że zbiera zabawki z jajek niespodzianek. To chyba tak się nazywa. No mówię, to pokaż mi swoją kolekcję. I spodziewałem się, że to rzeczywiście będzie kolekcja. A ta młoda osoba zjawiła się z worem, w którym te wszystkie piękne okazy z jajek niespodzianek były wrzucone, wymieszane i ta kolekcja bardziej przypominała worek na śmieci niż jakąkolwiek kolekcję. Kiedy zapytałem, czy nie byłoby fajnie na przykład — wiadomo, ja jestem dziadersem, więc mam takie wyobrażenia zupełnie nie z tej planety. Przynajmniej jeśli będą to oceniały osoby bardzo młode. Czy nie lepiej byłoby ustawić te poszczególne figurki?
Tam były i figurki i różne zabawki. Tak sobie poustawiać jakoś tak, żeby mieć do tego dostęp taki wizualny chociażby. No to ta bardzo młoda osoba spojrzała na mnie. No nie, no nie mogę tutaj drażnić algorytmu YouTube'a, więc powiem tak bardzo delikatnie, jak na niepełnosprytnego. Może w ten sposób, ale po co? Po co? Ważne, że mam w tym worze, że to jest. Wór jest wypełniony w trzech czwartych i to jest wartość. Do dzisiaj nie wiem, jak to ocenić. Czy to ja jestem niepełnosprytny, czy czasy się tak bardzo zmieniły.
Nie oceniam, nie wyceniam, nie wypowiadam się. Po prostu dużo się zmieniło. Ale rzeczywiście różne kolekcje gdzieś tam w naszych domach istnieją Pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję. Dziękuję Arturze.
[01:56:03] - Dzięki ogromne.
[01:56:04] - Dziękuję Piotrze.
[01:56:06] - Ja również dziękuję. Chciałbym tylko dodać na koniec, że najbrzydsze znaczki, najbrzydsze monety to były z NRD. To tyle.
[01:56:14] - Coś w tym jest Piotrze. Rzeczywiście w pełni się z tobą zgadzam. A teraz już pięknie dziękuję. Pięknie dziękuję państwu i do usłyszenia w kolejnym Sentymentalniku. I proszę państwa, na koniec audycji zapraszam na ósmy odcinek powieści Tadeusza Meszko „Śmieciowi Ludzie". Ósmy, a zatem do końca został nam jeszcze odcinek dziewiąty i dziesiąty. Na te odcinki zapraszam w kolejnych audycjach, a zaraz po tych audycjach, czyli za trzy tygodnie, zapraszam na reaktywowane ABW. To znaczy w audycji pojawią się pierwsze opowiadania nadesłane przez słuchaczy. Te opowiadania odczyta dla państwa Marek Sęk "Ivellios", a ja w sposób skromny, ale mam nadzieję rzeczowy, troszeczkę państwu o tych opowiadaniach opowiem notabene i postaram się jakiś tak zwany feedback dla autorów zorganizować. A teraz już „Śmieciowi Ludzie" i Tadeusz Meszko, odcinek ósmy.
[01:57:42] - Tadeusz Meszko „Śmieciowi Ludzie". Rozdział ósmy: Śmieciowa kolacja. W siedzibie Hadada. To Damiano Haddad, filantrop i wynalazca stoi za porwaniami. Takie stwierdzenie nie po raz pierwszy pojawiło się w głowie Terry'ego. Dotychczas je odrzucał, po części dlatego, że człowiek ten tak hojnie wsparł badania Anne. Bez wątpienia najbardziej obciążającym dowodem przeciwko miliarderowi był trzymający ich na muszce Rogacz. Wszystko układało się w logiczny ciąg wydarzeń, który napędzała chęć poznania kodu DNA mitycznych stworów Homera. Niestety nadal brakowało motywu. Gdy śmigłowiec podchodził do lądowania na dachu siedziby Hadada, Terry nie był pewien, czy pozna odpowiedź.
Taką miał nadzieję, choćby z powodu Anne siedzącej w milczeniu obok, wpatrzonej w plener za oknem. Trzymała go mocno za dłoń, jakby bała się, że Terry odleci, pozostawiając ją samą z pytaniami bez odpowiedzi. Gra rozpoczęta kilkadziesiąt godzin wcześniej od włamania do kliniki profesora Garlisi balansowała teraz na granicy grozy i farsy, nie dając najmniejszej szansy odgadnięcia, jakie będzie jej zakończenie. Czy przy suto zastawionym stole dojdzie do wyjaśnienia wszystkich nieporozumień, czy też będzie to ich ostatni posiłek przed tragicznym finałem? Federico rozpoznał miejsce, nad którym kołowali. Była to południowa część zatoki San Francisco za mostem San Mateo, tam, gdzie znajdowała się główna kwatera Facebooka, Microsoftu i wielu innych koncernów. Swój ciągnie do swego – stwierdził. Z góry wyraźnie było widać, że siedziba GTV to w istocie walec wzorowany na architekturze Koloseum. Federico nie pamiętał dokładnych wymiarów rzymskiego amfiteatru, ale wydawało mu się, że siedziba Hadada jest zbliżona gabarytami do oryginału, z tym że puste miejsca arkad wypełniały tu tafle szkła. Miejsca dla widzów były sześcianami biur, natomiast arenę dla walczących gladiatorów porastał gęsty las.
Gdy śmigłowiec zatoczył krąg, zauważył, że tak właściwie była to dżungla z tropikalnymi drzewami, a nawet kilkoma wodospadami. Gdyby on sam miał tyle pieniędzy, pozostawiłby w środku czysty piasek, aby na arenie mogli walczyć gladiatorzy, zwierzęta albo roboty. Ale takie pieniądze były poza jego zasięgiem. Co robił źle, że ich nie miał? Jeszcze 15 lat temu sukces wydawał się bardzo bliski, jak sięgnięcie po następną puszkę piwa. A może problem polegał na tym, że za często po nie sięgał i okazało się, że obudził się przygnieciony ich stertą, a jedyny dom, jaki mógłby zbudować to nie dom ze szkła, a z puszek po piwie. Miał równie wspaniałe, a może nawet bardziej błyskotliwe pomysły niż ten, na którym Haddad zbudował swoje imperium. Bo pomysł miliardera nie był niczym szczególnym. Młokos odniósł sukces jedynie dlatego, że uparł się postawić wszystko na jedną kartę, a ojciec wyłożył miliony, pozwalając przekonać do tej idei resztę świata. Fortuny buduje się za grosze, oferując rzeczy potrzebne miliardom.
A jeżeli te miliardy jeszcze nie wiedziały o tym, że muszą je kupić, to uruchamiało się machinę mającą ich przekonać, że tylko palec wskazujący jest ważny. Bowiem kciuk to dodatek bez znaczenia. Palec serdeczny służy wyłącznie do oznakowania stanu cywilnego, a palec mały to szczątkowa wypustka. Dla Federica podobne zabiegi zasługiwały jedynie na pokazanie palca środkowego. Nie interesowały go pieniądze, a tym bardziej przekonywanie innych osób, że tylko on ma rację. Mimo że wielu mu to zarzucało, nigdy nie był zafiksowany na jedną drogę. Nie zazdrościł miliardów Hadadowi i nie oczekiwał wiele po spotkaniu, które ich czekało. Wystarczy, że napełni brzuch, wypije dobre piwo i dowie się w końcu, dlaczego miliarder porywa tych wszystkich ludzi. Może jeszcze przydałoby się dać prztyczka w nos Rogaczowi, jak to obiecał Subirze. Bowiem sam Haddad z pewnością okaże się prostackim gówniarzem uważającym, że bez jego wynalazku ludzie nadal porozumiewaliby się za pomocą znaków dymnych.
A prawda była taka, że telefony, internet, Facebook i okulary GTV potrzebne są korporacjom do mnożenia zysków, a nie zwykłym ludziom. Po przelocie do flagowej siedziby Hadada zdjęto im kajdanki, pozwolono się odświeżyć i zaproponowano czyste ubrania, lekkie spodnie lub spódniczki z lnu oraz T-shirty z nadrukiem logo koncernu GTV. Zgodnie uznali, że czyste ubrania się przydadzą. Teraz wyglądając jak pracownicy koncernu czekali na obiad z szefem w jego gabinecie zbyt dużym, zbyt pustym, z bogatym wyposażeniem, lecz pozbawionym duszy w stylu mieszkań Gatesa lub Jobsa. Jedyne, co można było powiedzieć dobrego o siedzibie Hadada, to to, że nie było tu tworzyw sztucznych, a wyłącznie materiały naturalne, solidne drewno, kamień, marmur oraz szkło. Tylko że wszystko było w nim za duże. Siedzenia krzeseł, na których bez problemu zmieściłyby się dwa tyłki dorosłych osób. Talerze, na których jabłko wyglądało jak śliwka, a pomarańcza jak zasuszona figa. Ekrany telewizorów zmuszające do obracania głowy jak podczas meczu tenisa ziemnego. Z pewnością chodziło o onieśmielenie klientów miliardera.
Wchodziłeś targować się o miliony, a czułeś się jak uczniak w pierwszej klasie. Ciekawe, czy ktoś znalazł w sobie tyle odwagi, by zachować się tu kiedyś jak psiak obsikujący latarnię uliczną. Jeżeli coś mogło jeszcze bardziej podważyć ich poczucie pewności siebie, był to bez wątpienia taras zawieszony na wysokości czwartego piętra ponad zielonymi liśćmi palm, paproci i bananowców rozbrzmiewający świergotem ptaków. Widzieli to wyraźnie, gdyż podłoga tarasu była wykonana ze szkła i mimo woli stawiali stopy ostrożnie, bojąc się pęknięcia posadzki i upadku. Terry zauważył, że ponad tarasem na krawędzi wańca rozpięto gęstą sieć. Być może dlatego, aby do ogrodu nie przefrunęły drapieżniki. Szkoda, że jednocześnie nie pozwala wydostać się na zewnątrz ptakom uwięzionym w ogrodzie. Szybko wrócili do sterylnego gabinetu z ogromnym stołem. Nie był niestety zastawiony obiecanym obiadem, a już wszyscy odczuwali głód. Wreszcie do środka wszedł pan i władca w towarzystwie dwóch mięśniaków oraz Rogacza.
Terry zauważył, że tym razem człowiek z rogami nie ma ulubionego Uzi, a broń większego kalibru stosowaną do usypiania dzikich zwierząt. Na kogo będzie polował? Czyżby to oni byli zwierzyną? Damiano nie podszedł do nich, ale zapraszając gestem do pustego stołu, usiadł przy jednym jego końcu. Za plecami miliardera stanął Rogacz. Grupa usiadła przy drugim krańcu blatu. Anne z bólem rozczarowania wpatrywała się w Hadada jak zahipnotyzowana. Miała nadzieję, że dostrzeże ogrom pogardy w jej oczach. Najgorsze było jednak to, że pogardę odczuwała także w stosunku do siebie. Pomagając mordercy, nawet bezwiednie sam stajesz się mordercą.
Czy ona, pomagając Hadadowi odnaleźć centaura, została wspólniczką porywacza? Z pewnością tak. Miliarder dał jej szansę zrealizowania marzeń, jednocześnie zatruwając całą radość. Nie podejrzewała, aby młodzieniec odczuwał z tego powodu wyrzuty sumienia, lecz niech przynajmniej wie, że ona już w niczym mu nie pomoże. Witam serdecznie i przepraszam za spóźnienie. Z pewnością macie wiele pytań, ale może najpierw coś zjemy? Co zamówić? Do wyboru mamy dania z Uncle Vito's Pizzeria, McDonalda, KFC i Burger Kinga. Damiano pstryknął palcami i na ekranach wyświetliło się menu wymienionych restauracji. Mam nadzieję, że posiłek was nie rozczaruje, bo mnie wciąż bardziej kusi pizza Red Eye od Uncle Vito's niż pieczony królik z duszonymi ślimakami i truflami.
Subira zaśmiała się. Znając Hadada jedynie z internetu i opowieści Anne wyobrażała go sobie jako schowanego za grubymi okularami wychudzonego wymoczkę o bladej skórze. A tu zobaczyła nieoczekiwanie całkiem apetyczne ciasteczko i to z niespodzianką w środku. Gustem niewybaczonym bogactwem. Może na początek butelkę zimnego piwa zaproponował Federico. Proszę mi wybaczyć, Federico. Pozwolicie, że tak będę się do was zwracał. W firmie mówimy sobie po imieniu, ale nie mam jeszcze skończonych 21 lat. Wolałbym, aby nie posądzono mnie, że łamię prawo, więc w całym budynku nie ma alkoholu. Rozłożył bezradnie ręce.
W kilka minut uporali się z wyborem dań, a później siedzieli w milczeniu. Może w oczekiwaniu na obiad zajmę was czymś innym. Czy wiecie, co oznacza nazwa mojej firmy? – zapytał miliardera. Zawsze myślałem, że to zapis trudnej do zapamiętania choroby – skrętu żołądka u psów – gastric dilatation volvulus. A ciebie uważałem za chłopca, który za to, że w dzieciństwie stracił ulubionego psa, w perfidnym żarcie wyżywa się na całym świecie – wypalił bez zastanowienia Federico. Cenię cięty dowcip, ale to nie czas na żarty – odparł zimno Hadad. A jednak odpowiedź urażonego chłopca – stwierdził z zadowoleniem Terry. Zleceniodawca porwań ujawnił swoją słabość. Nie lubił, gdy ktoś z niego żartował.
Ta cecha mogła okazać się przydatna w dalszej rozmowie. Po chwili Damiano podjął temat. GDV to przede wszystkim Global Digital View. Jednak to nie jedyne rozwinięcie tego skrótu. Wielu tłumaczy go sobie jako good day for victory, ale tak naprawdę te trzy litery ukrywają słowa Gadda Da Vida. O, muszę przyznać, że masz dobry gust muzyczny – zauważyła z uznaniem Subira. Pamiętasz to nagranie? – zapytał zaskoczony Damiano, unosząc lekko brwi. Czy pamiętam? – odparła oburzona.
To najlepsze rockowe nagranie na świecie! Tylko trzeba słuchać je głośno – dodał Damiano. Ta perkusja... – westchnęła, unosząc oczy do góry. Klawisze też są doskonałe – pokiwał głową miliarder. Najwyraźniej Subira i Damiano ugrzęźli w roku na dłużej. Pozostali rozejrzeli się po sobie pytająco. A jednak okazuje się, że różne pokolenia mają coś ze sobą wspólnego – skomentował ich fascynację Terry. Halo, jesteśmy tutaj – wtrąciła Anne, machając dłonią. Może ktoś wyjaśni nam, o czym rozmawiacie?
Podekscytowana Subira odwróciła się do niej. In Gadda Da Vida to uproszczona pisownia In the Garden of Eden. Chodzi o nagranie zespołu Iron Butterfly. To najpiękniejszy utwór ciężkiego brzmienia, jaki znam. 17 minut zajmujących całą stronę winylowego albumu to w istocie katorga dla uszu z zaledwie kilkoma linijkami tekstu. Skład zespołu typowy dla tamtych lat: czterech facetów, gitara, gitara basowa, perkusja, organy oraz wokal. Po niecałych dwóch minutach zwykły utwór przeistacza się w improwizację. Solowe popisy każdego członka zespołu z rozrywającą na strzępy solówką na perkusji, z wibrującą, kłującą w uszy solówką organów. I gdy po tych solowych popisach wszyscy zaczynają znów wspólnie grać, następuje pełna synchronizacja instrumentów. A wtedy nawet ciężki, zachrypnięty, a jednocześnie nieco flegmatyczny głos śpiewający „W rajskim ogrodzie pokochasz mnie” wydaje się ciepłym wyznaniem miłości – wyjaśniła.
Po czym, zwracając się z wyrzutem w głosie do Damiano, dodała: Jak można tak sprofanować muzykę, nazywając tym tytułem firmę? Lubię prowokacje – zaśmiał się Damiano. Jedynie Subira mu zawtórowała. Świetnie, a czy wyjaśnienie pochodzenia nazwy koncernu pomoże nam zrozumieć, dlaczego twój rogacz porywał ludzi? – zapytał Terry. Oczy pozostałych skupiły się na miliarderze. Skończyła się muzyka. Nadszedł czas konkretnych odpowiedzi – zdawały się mówić. Jak najbardziej – odparł zdawkowo Damiano, spoglądając na nich ironicznym wzrokiem. I sponsorowania wykopalisk w Grecji?
– zapytała z niedowierzaniem Anne. Ależ oczywiście! Nazwa wiedzie wprost do powodu podjęcia poszukiwań mitycznych stworów. Dobry humor nie opuszczał Damiano. Terry musiał się temu przeciwstawić. A w jaki sposób połączysz nazwę GDV z opieką zdrowotną dla tysięcy osób? – nie ustępował. Od razu powiem, że bardzo doceniam twój wkład finansowy w ten projekt, ale wydaje mi się, że jego celem było po prostu znalezienie ludzi, których z nieznanych mi powodów zamierzałeś porwać. Masz rację. Odnalezienie tych osób było pierwszym krokiem do udzielenia im pełnej pomocy.
Jednak tych, których określasz jako porwanych, ja nazywam pierwszymi. Pierwszymi, którym pomogę zrzucić bagaż ich przeszłości. Nie interesują mnie twoje motywy. Przestępstwo pozostaje przestępstwem – burknął Terry. Zleciłeś uprowadzenie wielu ludzi i będziesz za to odpowiadał przed sądem. Dopiero zaczynasz życie, ale nie wyjdziesz już z więzienia, nawet gdybyś dożył 120 lat. Przynajmniej w jednym przypadku mam niezbite dowody. Kapral Trotter nie poszedł dobrowolnie z twoim rogaczem. Bronił się przed porwaniem, a atakował go twój pracownik. To indywiduum.
– Wskazał palcem na ochroniarza. Uśmiech Damiano zgasł. Terry odetchnął z ulgą. Odniósł wrażenie, że wreszcie go przyszpilił. Młody pewnie jeszcze o tym nie wiedział, ale był już jak eksponat motyla o pięknych skrzydłach w zakurzonej gablocie szkolnej. Terry przez zdmuchnięcie wiecznego uśmieszku miliardera zdobył przekonanie, że za porwaniami stoi właśnie ów młokos. Teraz, gdy miał to już za sobą, przyszedł czas na zastanowienie się, jak stąd uciec. Wartownicy nie spuszczali ich z oczu, a poprzez system monitoringu najprawdopodobniej byli obserwowani przez inne pary oczu. Siedząc przy stole ani on, ani Subira nie mieli szans, by zbliżyć się do Damiano i wziąć go jako zakładnika. Będą musieli cierpliwie czekać na inną okazję.
Damiano po dłuższej chwili milczenia w końcu się odezwał. Jego głos zabrzmiał teraz inaczej niż poprzednio. Już nie był władczy Stracił swój zwykły, żartobliwy ton. Zasmucasz mnie. Wyrosłeś tak bardzo z dzieciństwa, że zapomniałeś o tym, że nieważny jest sposób, w jaki coś się dzieje, a cel. Co z tego, że wdrapując się na najwyższe drzewo, podarłem spodnie? Ważne, że mogłem oglądać świat z wierzchołka drzewa, na które nikt inny się nie wdrapał. Ty już nie potrafisz się cieszyć. Owszem, czujesz radosne wirowanie w głowie, ale jedynie po wypiciu kilku drinków. Widzisz błyski genialnych pomysłów, lecz tylko po zderzeniu ze ścianą w toalecie.
Zaczynam się obawiać, czy jesteście w stanie pojąć, o czym mówię i co tak naprawdę zrobiłem. Nic nie wiesz o marzeniach Terry'ego – zaprotestowała Anne. Mylisz się Anne. On nie ma marzeń. Podobnie jak Federico czy Subira – odpowiedział niezrażony Hadad. Jedynie ty miałaś siłę wytrwać w swoich marzeniach, tak jak ja. W wieku 14 lat wiedziałem dokładnie, czego oczekuję od życia. Dwa lata później miałem opracowany precyzyjny plan, jak to osiągnąć i realizuję go dzień po dniu, punkt po punkcie. Oczywiście są w nim punkty niepewne, jak na przykład odnalezienie centaura. Nie potrafię przewidywać przyszłości, jedynie ją planuję.
Dlatego też nie trzymam się jednej drogi, lecz mam w pogotowiu kilka wariantów. Czy chcesz powiedzieć, że gdybym znalazła centaura rok temu, nie porywałbyś ludzi? A przez to, że tak długo nie potrafiłem odnaleźć jego grobu, musiałeś uruchomić plan awaryjny? Nie. Te punkty planu uzupełniają się. Kod DNA centaura po prostu przyśpieszył pracę. W innym przypadku musiałbym wydać znacznie więcej pieniędzy. Musisz być nieszczęśliwy, uważając, że wszystko ma swoją cenę – westchnęła z bólem Anne. Damiano pokręcił przecząco głową. Koszty ponosimy zawsze, a pieniądze stanowią najmniej cenny środek płatności.
Rozmowa toczyła się ponad głową Terry'ego tak, jakby go tu nie było. Nie przeszkadzało mu to, a nawet cieszył się, że Anne dała się wciągnąć w tę dyskusję. Byłoby gorzej, gdyby wciąż milczała. Lepiej wściekać się, przeklinać, nawet płakać ze złości, niż stracić czucie, zamykając się w sobie. W końcu do gabinetu weszło dwóch uzbrojonych mężczyzn, niosąc sterty kartoników i kubków. To jednak twierdza, a nie biuro czy arena sportowa – pomyślał Federico, widząc nowych wartowników. Ale bardziej zainteresowały go ich pakunki. Cztery pizze od Uncle Vito's, dwie Red Eye oraz Pesto i Tiamia. Trzy zestawy z kurczakiem, dwa z Grander Texas, jeden Currito, cztery sałatki Caesar Grill, jedna picante oraz trzy kubełki frytek. Na deser dostali lody i kawę z Burger Kinga.
Zróbmy przerwę na posiłek – zaproponował Damiano, a czwórka gości zgodnie przytaknęła. Odpowiednie dania trafiły do każdego i gabinet pogrążył się w ciszy, przerywanej jedynie delikatnym siorbaniem i mlaskaniem. Skoro to nie jest obiad przy białym obrusie, przy świetle świec, ze srebrnymi sztućcami z uchwytami z masy perłowej, zastawą z miśnińskiej porcelany, tylko zwykły amerykański posiłek, to może nie będziemy milczeć jak dystyngowani gogusie, tylko pogadamy po amerykańsku, wykładając karty na stół – przerwał milczenie Terry, wypowiadając niebywale długie, złożone zdanie. Pozostała trójka spojrzała na niego z nieskrywanym zdziwieniem. Damiano nie odpowiedział, tylko wbił śnieżnobiałe zęby w kawałek pizzy Red Eye. Terry ma rację – poparła go Anne, przełykając kęs kurczaka Currito. Ostatni dzień to ciągłe tajemnice i przykre niespodzianki. Mam już tego dość. W końcu chciałabym poznać odpowiedzi. Zaplanowałem inny przebieg naszego spotkania, ale jestem elastyczny.
Mogę go zmienić – odpowiedział Damiano, powstrzymując się od sięgnięcia po kolejny kawałek pizzy. Co więc chcielibyście wiedzieć? Dlaczego porywałeś ludzi? – Terry nie pozostawił wątpliwości, co go najbardziej interesuje. Damiano skrzywił się z niesmakiem. Jesteś mało ciekawym rozmówcą. Od razu chcesz usłyszeć ostatnie słowo. A gdzie miejsce na wprowadzenie, rozwinięcie tematu, przerywnik w postaci anegdoty? Co ma wspólnego tytuł nagrania i nagada Davida z twoimi badaniami? – zapytała Subira, dodając: Ale teraz na poważnie.
Nie mów mi, że lubisz prowokacje. To jest pytanie otwarte. Jestem pewien, że nim zdążę na nie odpowiedzieć, będziecie wysysać ostatnie resztki mięsa z kości kurczaka i wyławiać ostatnie frytki z kubełka. To zacznij wreszcie mówić, co takiego jest w ich kodzie DNA – Terry nie ustępował. Damiano spojrzał na niego z rezygnacją. Spróbujcie chociaż przez chwilę mi nie przerywać. Kiedy skończę, przyjdzie czas na pytania. Wtedy wytłumaczę wszystkie niejasności. Bez słów, a jedynie skinieniami głów udzielili mu głosu. „Już w dzieciństwie moją uwagę zwróciły opisy biblijne, a także poematy Homera mówiące o tym, że kiedyś żyli na ziemi przedstawiciele gatunku ludzkiego posiadający cechy zwierzęce.
Dla wielu były to bajki, lecz ja postanowiłem sprawdzić, czy to jest w ogóle możliwe. Genom owadów skrywa w sobie instrukcję trzech różnych organizmów. Może człowieka także? – zastanawiałem się. Kod DNA jest najbardziej skomplikowaną instrukcją budowy. Powstanie gwiazd, galaktyk, a nawet czarnych dziur to instrukcja zapisana na kartce papieru. Natomiast genom organizmów żywych jest jak wielotomowa encyklopedia. Wzgłębiając się w tajniki kodu DNA, zwróciłem uwagę na pewne niekonsekwencje. Podobno jesteśmy najbardziej rozwiniętym gatunkiem na planecie, a mamy najwięcej zbędnego kodu nazywanego śmieciowym DNA. Z jakiego powodu tak się dzieje?
Co on ukrywa? – dziwiłem się. A jeżeli opisane przez Homera hybrydy to nie byli mutanci, nie bogowie, choćby mniejsi, a po prostu ludzie, których śmieciowe DNA nie było tak wymieszane jak u pozostałych? Otóż dla mnie jest to nie śmieciowy, a boski kod DNA.” „Jesteś Raelianem?” Nie wytrzymała Anne. Spojrzała na Damiana speszona i wyszeptała: „Przepraszam, już nie będę ci przerywać.” Pewnie jej skrucha zmiękczyła złość Damiano, który odpowiedział spokojnie: „W porządku, Anne. Rozumiem twoją ciekawość. Znam tę religię, ale nie należę do jej wyznawców. Nie chodziło mi o to, że śmieciowe DNA pochodzi od Boga. Zamiast słowa boski powinienem był użyć określeń cudowny, niesamowity. Chociaż jeżeli wierzy się w Boga, można uważać, że to on pomieszał nam kod DNA, tak jak wcześniej sprowadził na ludzi potop.
To typowe dla Boga, w którego wiarę wyznajemy. Jest on tyranem karcącym nie tylko osoby łamiące jego prawa, lecz i tych, którzy wątpią, czy są one słuszne. Natomiast jeżeli jest się zwolennikiem teorii mówiącej o przeskoku od małpy do człowieka w wyniku ingerencji w nasz kod kosmitów, to można powiedzieć, że przylecieli, pobawili się w tworzenie hybryd, a później znudzili się, posprzątali ślady po swojej zabawie i odlecieli. Istnieje wiele wersji doniesień o ich pobycie. Wersja Raelian jest jednak zbyt realna. Vorilion za bardzo starał się połączyć zachowanie kosmitów z przekazami biblijnymi. Stworzył raczej materiał na komiks czy film fantastyczny, ale że nasze poznanie coraz częściej ogranicza się do nagłówków, liczba zwolenników jego hipotezy wciąż rośnie. Zgubienie klucza do śmieciowego DNA równie dobrze mogło być procesem naturalnym. Kod DNA jest samolubny tylko wobec fragmentów istotnych dla bytu. Utrata ważnych informacji genetycznych kończy się śmiercią przed osiągnięciem zdolności prokreacyjnych i kod nie zostaje powielony.
Jednak jego fragmenty niewpływające bezpośrednio na zdolności reprodukcyjne, a przydatne w skrajnych przypadkach, mogą być przekazywane z coraz większymi błędami, aż do utraty funkcjonalności ukrytych w nich planów budowy genów. Stąd nazwa śmieciowe, czyli zbędne, mało istotne, niepotrzebne DNA. Tak więc wybór wersji boskiej, kosmicznej czy naturalnej stanowi kwestię drugorzędną. Najważniejsze jest to, że ten śmietnik nam ciąży, a nie da się go wyrzucić. Postanowiłem zatem go uporządkować. To dlatego, Anne, wyłożyłem pieniądze na twoje poszukiwania centaura. Muszę ci powiedzieć, że kilka ekip, wciąż bez rezultatów, nadal szuka grobów biblijnych hybryd. Homer okazał się najbardziej wiarygodnym źródłem, a ty najlepszą tropicielką. Nawiązałem również kontakt z profesorem Garlisą. Szkoda, że przez mojego wuja, który okazał się nie katolickim cherubinkiem, a żydowskim cherubem.
Garlisa o wiele wcześniej zainteresował się śmieciowym DNA. Podejrzewał nawet, że mogą być w nim ukryte skarby. Zwrócił moją uwagę na to, że u niektórych osób można odnaleźć pewne specyficzne fragmenty kodu. Nazwaliśmy je hidden gem. Co ciekawe, najczęściej znajdowaliśmy je u ludzi przegranych, nie radzących sobie w życiu, a takimi są nierzadko weterani wojenni, potencjalne centaury, cyklopy, harpie, chimery czy hydry. Stąd pomysł uruchomienia programu charytatywnego pozwalającego wyłuskać odpowiednie osoby do dalszych badań. Nie chciałem im szkodzić. Zamierzałem pomóc.” Zakończył, odsuwając puste opakowanie po pizzy i sięgając po lody i kawę. Nikt się nie odezwał. Anne już od dawna raczyła się deserem.
Subira i Terry wyjadali ostatnie frytki, a Federico kończył sałatkę picante. „Czego nie zrozumieliście?” Damiano spojrzał na nich z pewną wyższością. „Co mam wytłumaczyć?” „Wszystko jest jasne. Mówisz o śmieciowym DNA i znacznikach, które ja nazwałem trash tags” – wymamrotał z pełnymi ustami Federico. Damiano spojrzał na niego zdziwiony. „Tak, wiemy o ukrytym kodzie. Ustaliliśmy też, że posiadają go wszyscy porwani przez ciebie ludzie.” Informacja ta zaskoczyła miliardera. Po raz pierwszy nie wiedział, jak na nią zareagować. Wybrał wariant podszytego kpiną entuzjazmu. „Brawo!
Zaskakujecie mnie.” To były krótkie słowa uznania. Zaraz potem przeszedł do wykazania swej wyższości. Uważam, że nazwa Hidden Gem jest bardziej trafna. Określenie „śmieciowy znacznik” spłyca wartość kodu, natomiast nazwanie go ukrytym klejnotem budzi nadzieję. Można powiedzieć, że śmieciowe znaczniki wskazują miejsca ukrycia klejnotów. Każda z osób ze znacznikiem Hidden Gem posiada niezmiernie rzadkie cechy. Nie zagrażają one ich życiu, zwiększają nawet popęd płciowy, pozwalając powielać się genom w licznych kopiach. Jednocześnie jednak dodają określone, niezbyt pożądane zachowania. „Tak czy siak, są to znaczniki śmieciowe” – wzruszył ramionami Federico. Można nazwać głupca osobą inaczej myślącą, lecz będzie to fałsz.
Albo ulegasz nakazom współczesnej poprawności politycznej, albo czynisz to świadomie, naginając fakty. A te są takie, że próbujesz usprawiedliwić porwania ludzi, nazywając to udzielaniem pomocy. Federico umilkł, zabierając się za deser lodowy. Tę chwilę wykorzystała Subira. A gdzie w twoim podręczniku miejsce na ewolucję? Zapominasz o niej, wybierając jedynie pasujące ci puzzle, nie zważając na to, że ułożony obraz będzie niekompletny, wykoślawiony próbą naginania faktów. Wyrośliśmy z tego samego pnia ewolucji. Część naszych genów jest taka sama jak u bananów, a nawet bakterii. Zarzut z pozoru słuszny, tylko że nietrafny. Ja nie mówię, że 20 czy 30 000 lat temu naszą planetę odwiedzili kosmici, przekazując nam dar wyprostowanej postawy, język i krtań w gębie, dzięki czemu możemy się kłócić, a odebrali ogony.
„To skąd ten boski kod w naszych genach?” Nie ustępowała Subira. On tam był od samego początku. Zgadzam się, że wszystkie zwierzęta go mają i nosimy w sobie ich dziedzictwo. Zdolności salamandry do regeneracji kończyn, możliwość oddychania tlenem w wodzie, podobnie jak czynią to kraby na pierwszym etapie rozwoju. Ewolucja to, by tak rzec, hazardzista. „Niektórzy powiedzieliby, że szuler” – mruknął Federico, z żalem spoglądając na puste opakowania po jedzeniu. Nie, ewolucja nie oszukuje. Ona nie dba o wynik gry. Bawi się samą grą. Tylko że im dłużej jesteś w drodze, tym bardziej ciąży ci przebyta trasa.
Pamięć poprzednich rzutów kośćmi staje się większą przeszkodą niż możliwość wykorzystania doświadczenia w przypadku zagrożenia. Kosmici mogli przybyć na Ziemię już po oddzieleniu się małpy i człowieka. Zauważyli potencjał tkwiący w śmieciowym kodzie i postanowili go uporządkować, choćby po to, aby zobaczyć, kim mógłby być człowiek, gdyby nie zgubił mrocznego dziedzictwa. „Jak to możliwe?” Zapytała Anne, potrząsając z niedowierzaniem głową. Broniąc słoni przed kłusownikami, nauczyliśmy się blokować geny odpowiedzialne za wyrastanie ciosów, potocznie nazywanych kłami. Coraz większa część populacji słoni jest dzięki temu bezpieczna. Kłusownicy stracili motyw zabijania. A gdy ludzie w końcu zrozumieją, co pewnie potrwa wiele dziesięcioleci, że ciosy w głowie żyjącego słonia są dużo więcej warte niż spinki do mankietów, szpilka do krawata, figurka z kości słoniowej na półce czy sproszkowane jako afrodyzjak, będziemy mogli odblokować te geny i słoniom ponownie zaczną wyrastać ciosy. Natura też może sobie z tym poradzić. Porównując dane o długości ciosów z ostatnich lat, łatwo zauważyć, że są one coraz krótsze – dorzuciła Subira.
To skutek przetrzebienia dominujących samców. Proces doboru naturalnego, który możemy obserwować niemal na żywo, ale mimo wszystko zbyt wolny, by ochronić resztkę żyjących słoni – stwierdził Damiano. To prawda – zgodziła się Subira. Bardziej skuteczna będzie ingerencja człowieka w ich genom. Tylko ona tak naprawdę może je uratować. „Co słonie mają wspólnego z nami?” Zapytał skołowany tą wymianą zdań Terry. Już mówię. Nasuwa się pytanie, czy przed tysiącami lat nie postąpiono podobnie z naszymi genami. Po odczytaniu genomu Centaura z całą pewnością mogę odpowiedzieć: oczywiście tak. W zamierzchłej przeszłości zablokowano nam geny pozwalające być kimkolwiek byśmy chcieli.
Cierpimy z tego powodu. „Ale mówisz, że te geny są nieaktywne, więc jak mogą wpływać na nasze zachowanie?” – zapytał Subira. Geny są poszatkowane i nie zbudują żadnego białka, lecz te śmieci nadal mogą produkować genetyczne induktory, hormony, enzymy, neuroprzekaźniki, cząsteczki RNA wrażliwe na sygnały środowiska wpływające na pracę mózgu, nasze myśli, sny i marzenia. Ale jest to układ sprzężony, więc także sny, lektury książek, obejrzane filmy dobijają się do drzwi niefunkcjonalnych już genów, nieustannie usiłując sforsować ich zamki. To ciekawa przewrotność losu. Najbardziej dotknięci światłem Boga są jednocześnie najsłabszym jego ogniwem, przysparzając mu nieustannych trosk. Uporządkowanie śmieciowego kodu pozwoli ten rozdźwięk zniwelować. Ludzie ze znacznikami w śmieciowym DNA znów będą mogli wybrać, kim chcą być. „Twoje wyjaśnienia są tyle warte, co śmieciowe jedzenie, które nam zaserwowałeś” – podsumował jego słowa Terry. – „Według mnie chcesz po prostu uzyskać złagodzenie wyroku, oświadczając przed sądem, że porywałeś ludzi, aby ich wyleczyć.
Ale to nie przejdzie. Ława przysięgłych ci nie uwierzy”. „Terry, zapewniam cię, że porwani weterani z uporządkowanym genomem czują się o wiele lepiej niż wtedy, gdy widziałeś ich ostatnio. Za chwilę zresztą będziesz mógł się sam o tym przekonać”. „Gdzie ich więzisz?” – zapytał Terry. W końcu pojawiła się jakaś konkretna informacja. „Zjedźmy na dół. Tam znajdziecie odpowiedzi na wszystkie pytania i ujrzycie nowe tożsamości porwanych”. Terry najchętniej związałby miliardera i doprowadził go do najbliższego posterunku policji. Jednak w tej chwili nie miał szansy tego zrobić.
Może później znajdzie jakąś okazję. Uznał również, że dobrze będzie zgromadzić więcej dowodów winy. Miliarder z pewnością posiadał kutych na cztery nogi adwokatów. „Dobrze. Jestem bardzo ciekaw, w jaki sposób ich odmieniłeś” – rzekł, wstając od stołu, co momentalnie wywołało reakcję Rogacza. Nie tylko uniósł lufę, ale też uśmiechnął się, szczerząc białe zęby, jakby chciał powiedzieć: „No, daj mi pretekst”. Zwiedzanie rajskiego ogrodu. W windzie nie było okazji do zaatakowania Damiano. Rogacz i dwaj wartownicy trzymali ich pod lufami, ściśniętych w jednym kącie kabiny, oddzielając od miliardera szpalerem. Rogacz miał znudzony wyraz twarzy, lecz jego małe, zimne oczka nieustannie ich obserwowały.
Beznamiętne oczy węża oceniającego szanse ataku na żerujące w pobliżu myszy – podsumował ten obrazek Terry. Twarz Rogacza kogoś mu przypominała, ale nie pamiętał kogo. Nieistotne. Najgorsze, że nie dawał im żadnej szansy na ucieczkę. Wysiedli w pustym, przeszklonym pomieszczeniu z wartownikami stojącymi na baczność po obu stronach drzwi windy. Wyszli na szeroki korytarz otaczający okrąg siedziby GDV na wysokości pierwszej kondygnacji. Trwało piątkowe popołudnie i promenada była pusta. Pracownicy już pewnie szaleli na falach oceanu albo w knajpach. Zewnętrzna strona promenady prowadziła do licznych biur, które co kilkadziesiąt metrów rozdzielały boksy ze stolikami i automatami z napojami i łakociami. Natomiast w dole po wewnętrznej stronie znajdowała się dżungla.
Z góry było widać, że od promenady oddzielał ją szeroki na dwa metry rów z wodą w kolorze błękitnej laguny, jakby przetransportowaną w cysternach wprost z Fidżi. Rów bardziej przypominał fosę broniącą dostępu do zamku niż sielską rzekę wijącą się pośród łąk. To był jedyny element psujący iluzję. Dalej była piaszczysta plaża z pojawiającą się tu i ówdzie zielenią. Początkowo tylko trawa, ale już dalej paprocie oraz wysokie palmy, a nawet drzewa bambusowe rosnące tak gęsto, że nie można było dostrzec, co kryje się w sercu tej sztucznej dżungli. W niektórych miejscach widniały wysokie pagórki, z których spływały skrzące się tysiącami iskier kaskady wody. Za kurtyną wody Terry wypatrzył reflektory pozwalające osiągnąć ten efekt niezależnie od pory dnia. Z buszu dochodził głośny śpiew ptaków, ale pewnie odtwarzany z głośników, gdyż żadnego nie było widać. Podobnie jak krabów czy żółwi na plaży albo małp na drzewach. Sztuczny las tropikalny.
Tak sztuczny, jak sztuczny był właściciel tego rajskiego ogrodu. „Tym widokiem może cieszyć się każdy pracownik. Wypocząć, coś zjeść, a nawet pracować, gdyż nie interesuje mnie styl pracy, a wyłącznie efekty” – przechwalał się Damiano. „Czy założyłeś nam jakiś rodzaj szkieł kontaktowych GDV?” – zapytał Federico, machając dłonią przed oczami. Damiano zaśmiał się. „Nie. To świat na żywo, nie wirtualny. Ale masz rację. Niebawem dużo bardziej cudowne światy będzie mógł oglądać każdy z nas”. „Każdy, kto wyłoży niemałą kasę” – zauważył cierpko Federico.
„Marzenia kosztują” – wzruszył ramionami miliarder. – „Sądzisz, że znajdą się rodzice, którzy odmówią nastolatkowi kupna choćby pakietu podstawowego?” „Nie” – odpowiedział bez wahania Federico. – „Jestem pewien, że zrezygnują z wakacji, kupna samochodu, operacji zmarszczek żony i odsysania brzucha męża. Ale szczeniaki będą uczyć się, jeść i spać w wirtualnych światach”. Urwał, by po chwili, krzywiąc się z udawanym niesmakiem, uzupełnić: „I nie tylko dzieciaki. Ja również się temu nie oprę”. „Wojsko też z pewnością kupi szkła kontaktowe GDV. Informacje będzie można wyświetlać bez konieczności zakładania hełmofonu czy gogli 3D” – dodała Subira. Damiano pokręcił przecząco głową. Niestety nie.
Szkła kontaktowe nie sprawdzają się na polu walki. Żołnierze gubią je podczas akcji. Wojsko testuje wszczepianie czujników GDV wprost do mózgu – uzupełnił. Dlaczego zabraniasz pracownikom wchodzenia do środka? Boisz się, że zadepczą kwiatki? – zapytał Terry. Powód jest inny – odparł chłodno, lecz wciąż uprzejmie miliarder. Kilka kroków dalej znajduje się elektroniczna zasłona. Aha, więc to jednak jest sztuczne! – wykrzyknął z satysfakcją Federico.
A za zasłoną schowałeś betonowe serce dżungli, rury, kable, generatory prądu. Nie, odwrotnie – zaśmiał się Damiano. Prawdą jest, że obraz dżungli w głębi jest wirtualną projekcją, lecz z innego powodu niż myślisz. Pracownicy zajmujący się szkłami kontaktowymi GDV mogą tutaj wypoczywać, oglądając zewnętrzną powłokę rajskiego ogrodu, lecz jest za wcześnie, aby ujawnić przed nimi całą prawdę. Nie widzą prawdziwych cudów, po prostu nie są jeszcze na nie gotowi. Skoro niebawem takie światy będą tworzone w oku każdego, kto założy twoje szkła, to w jakim celu zbudowałeś ten rajski ogród? Nie wystarczą ci wirtualne światy GDV? – zapytała Subira. Nie wszyscy lubią żyć na niby. Są tacy, co wolą prawdziwy pot i łzy.
A gdzie obiecane wyjaśnienia? – zniecierpliwił się Terry, mając już dosyć puszenia się miliardera. Wkurzała go też atencja Subiry i Federica dla jego osoby. Jedynie Anne zachowywała resztki rozsądku. Niestety nie był pewien, czy i ona nie ulegnie urokowi Damiano. Jeszcze chwilę cierpliwości. Zaraz zjedziemy do części zamkniętej, w której znajdują się połączenia z rajskim ogrodem. Mówiąc to, miliarder zachwycał się tak, jakby był prestidigitatorem i trzymał w kapeluszu królika. Tam będziecie mogli zobaczyć wszystkie jego cudowności. Pierwsza i druga kondygnacja pracuje nad szkłami GDV.
Dolna przeznaczona jest dla projektu uwolnienia genetycznych śmieci. Przeszli do pomieszczenia z windą. Z zewnątrz nie było widać środka. Szkło okazało się lustrem weneckim. Rogacz przejechał kartą przy czytniku i drzwi rozsunęły się. Za nimi nadal na baczność stali ci sami wartownicy. A może to tylko wirtualne postacie? – zastanowił się Terry, mając ochotę przesunąć dłonią przez sylwetkę jednego z nich. Po chwili wysiedli na parterze. Biegnąca tu promenada była podobna do tej z wyższej kondygnacji.
Podeszli do kładki łączącej promenadę z plażą. Damiano wydał dyspozycję wyłączenia zasłony elektronicznej. Odczekał kilka sekund i dopiero wtedy na nią wszedł. Ruszyli za nim. Przechodząc kładką, Terry zauważył, że poziom wody w fosie jest zaledwie o kilka centymetrów niższy od jej brzegów. Wypatrzył również ukryte co 10–12 metrów niewysokie prostokąty. To mogły być generatory zasłony elektronicznej. Przytrzymał Subirę za ramię i wskazał jej te miejsca wzrokiem. Skinęła głową, potwierdzając, że przyjrzy im się dokładniej. Gdy Terry obrócił się za siebie, zobaczył, że znikła promenada i wyższe piętra siedziby Hadada, a na ich miejscu wyrosły porośnięte drzewami pagórki.
Pojawił się również widok krat z żarzącymi się na czerwono prętami. Tu już nie musisz ukrywać prawdy? – zapytał Terry, wskazując kraty. To ostrzeżenie dla tych, którzy zechcą wyjść z rajskiego ogrodu – wyjaśnił Hadad. Okazało się, że jego mieszkańcy przejawiają tendencję do zapominania o ograniczeniach i wciąż próbują przekroczyć granicę. Widok krat może niezbyt dobrze się kojarzy, lecz skutecznie im o tym przypomina. Nie pozwala opuścić raju niesfornym ptaszkom. Ci z zewnątrz nie wiedzą, do jakiego więzienia się pakują, natomiast uwięzieni są dodatkowo karani widokiem wolności, którą im odebrano. Co za perfidia rodem z czerwonej Rosji – pomyślał Terry. Gdy weszli na plażę, piasek zaczął chrzęścić pod butami, zachęcając do ich zdjęcia.
Z plaży w głąb dżungli prowadziła szeroka na dwa metry ścieżka. Po kilkunastu metrach wyszli na polanę z głazem i wodospadem spadającym do jeziorka większego od basenu olimpijskiego. Nic tylko zrzucić ubranie i zanurkować nago w krystalicznie czystej wodzie. Ale trzeba by zachować majtki – stwierdził Federico, zauważając, że z kąpieli korzystały już jakieś osoby. Dwie półnagie kobiety, śmiejąc się, ochlapywały się wodą w pobliżu wodospadu. Jedna była Azjatką. Miała kruczoczarne włosy i małe, sterczące piersi z czarnymi sutkami. Druga miała biały kolor skóry, srebrne włosy i duże piersi zwisające pod własnym ciężarem. Federico, halo! Kobiet w negliżu nie widziałeś?
– żachnęła się Subira. To nie to. Nie patrzę na ich piersi – wybąkał speszony, nie przestając zerkać na dziewczyny. Patrzę niżej. Federico! Subira, naprawdę nie patrzę na cycki, a tym bardziej cipki, bo one ich chyba nie posiadają. Mam wrażenie, że zamiast nóg mają rybie ogony. Kąpiące się usłyszały rozmowę, pomachały im rękoma i zanurkowały, wywołując plusk wody. Ich szybkie zniknięcie nie pozwalało potwierdzić, czy Federico ma rację. Po kilku sekundach wypłynęły po lewej stronie jeziorka i schowały się za głazami.
Jednak gdy po chwili wdrapały się na skałę, układając na niej długie, pokryte łuskami ogony, ich wątpliwości znikły. Dziewczyny, rozczesując sobie nawzajem włosy, wciąż się śmiały, zerkając na nich ukradkiem. To syreny — wyjąkała Subira. Przecież mówiłem ci, że nie patrzę na ich cycki — odparł urażony Federico. Nie jesteś jedynym podglądaczem — zauważył Terry, wskazując na gęstwinę zarośli po przeciwnej stronie jeziorka. Pośród liści wypatrzył starszego mężczyznę, który jedną dłonią odsuwając gałęzie, podpatrywał syreny. Jego twarz zastygła w dziwnym grymasie. Trudno było ocenić, czy to oznaka bólu, czy euforii. Mężczyzna miał długie, rozrzucone w nieładzie siwe włosy, spod których wystawały krótkie rogi. Jego oblicze przypominało Terry'emu pewnego mężczyznę z kartoteki porwanych, lecz nie mógł przypomnieć sobie nazwiska tego człowieka.
Rzeczywiście ledwo zipie, lecz po jego twarzy widać, że pali się do dziewczyn jak pies do kości — zgodziła się z Terrym Subira. Po chwili jednak zbladła, domyślając się powodu fascynacji syrenami. Skrzywiła się z niesmakiem. Hej, ty przestań! — krzyknęła, rozglądając się w poszukiwaniu kamienia, którym mogłaby w niego cisnąć. Zauważył ich, rzucił jakieś przekleństwo i odszedł. Gdy przechodził przez wolną od roślin przestrzeń, mogli dostrzec, że ma koźle nogi, mocno owłosione z kopytami. Terry uznał, że będzie lepiej, gdy jego nazwisko pozostanie bezimienną twarzą z kartoteki. Fuj, to już chyba przesada. Gdzie my jesteśmy?
Kto to był? — zapytała zdegustowana Subira. Satyr. Według mitologii satyrowie jak centaury miały górną połowę ciała ludzką, a dolną zwierzęcą. To demony leśne, bóstwa płodności należące do bogów mniejszych. Chadzali własnymi drogami, nie za bardzo przepadając za ludźmi, ale za to lubiąc wino, śpiew i rozkosz miłosną. Homer nic o nich nie pisał, ale inni greccy epicy tak. Rzymianie zwali ich faunami, a w średniowieczu stali się wzorcem dla postaci diabła. Dzisiaj to słowo ma dużo szersze znaczenie. Jak widać słuszne — wyjaśniła Anne, nie wiedząc, czy zgorszyć się widokiem podglądacza, czy też zachwycić się tą mitologiczną istotą.
Poczuła jeszcze większy podziw dla Homera. Nie kłamał. Po prostu z wielkim taktem opisał ciemne strony bogów. Może dlatego nie wspominał o satyrach, gdyż nie chciał obnażać ich prawdziwej natury. Naraz usłyszeli szelest poruszonych z tyłu liści. Do polany zbliżał się mężczyzna w średnim wieku z nagim torsem, dziwnie kołysząc się i machając rękoma, jakby odganiał się od much. Ale przecież na szczęście much tu nie było, tak jak innych owadów — zauważył przytomnie Terry. Mężczyzna był nieogolony i wyglądał jak po tygodniowej popijawie. Mamrotał coś pod nosem, lecz trudno było zrozumieć co. Ale to przestało być istotne, gdy wyszedł z gęstwiny.
Mogli wtedy dostrzec, że jego tors został nasadzony na tułów konia. Kołysanie, które widzieli, nie było więc objawem pijaństwa, a amortyzowaniem chodu końskich kończyn. To centaur! — wykrzyknęła Anne, zasłaniając z przerażeniem usta. A gdy po kilku sekundach przyszła jej do głowy pewna szalona myśl, spojrzała z wyrzutem na Damiano. Sklonowałeś Eurytiona? Skądże, nie urósłby tak szybko — odparł, wzruszając ramionami. A dlaczego tak bełkocze? — chciała wiedzieć Subira. Jeszcze nie zdecydował, czy chce parskać jak koń, czy mówić po ludzku.
To kwestia szalejących hormonów, jak u osób wchodzących dopiero w dojrzałość. Lekarze mówią, że za dzień, dwa zrozumie, że nie jest ani człowiekiem, ani koniem, tylko centaurem. Nauczy się porządnie chodzić, a rżeć jak koń będzie jedynie w chwilach kopulacji lub walki. Centaur, nie zważając na nich, zniknął w gęstwinie. W milczeniu patrzyli na kołyszące się gałęzie. I jak wam się podobają stworzenia z rajskiego ogrodu? — przerwał milczenie Damiano, rozglądając się triumfalnie po grupie. Wciąż milczeli, więc skupił wzrok na Anne, jakby od niej oczekiwał fanfar. To nie Eden — odpowiedziała, krzywiąc nosek. To raczej ogród ziemskich rozkoszy Hieronima Boscha.
Masz rację, to z pewnością nie rajski ogród, a wybieg dla dziwolągów — poparła ją zdegustowana Subira. Rajski ogród został nazwany ogrodem rozkoszy — odparł urażony Damiano. Chyba spodziewał się innej odpowiedzi i nie potrafił ukryć rozczarowania. W rajskim ogrodzie było drzewo poznania dobra i zła, a w twoim ogrodzie są jedynie mitologiczne stwory. Chociaż nie widzę jednorożców — oznajmiła ze smutkiem w głosie Anne. Damiano spojrzał na nią zdziwiony. To zwykły koń, tylko z długim rogiem – rzekł sucho. – Albo wymysł, albo wymarły gatunek. Nie ma powodu, żeby je odtwarzać. Szkoda.
Są takie piękne – westchnęła Anne. – I mają podobno czarodziejską moc. Damiano nie był pewien, czy profesor archeologii z niego żartuje, czy mówi poważnie. Czy twój ochroniarz rogacz to też efekt transformacji? – zapytał Terry. Damiano uniósł dłoń i kiwnął palcem na stojącego za nim rogacza. Ten podszedł bliżej i skłonił się z ironicznym uśmiechem. Przedstawiam wam Miszę Plutina, pierwszy obiekt transformacji. Od lat marzył, by zostać Minotaurem, ale udało nam się odtworzyć jedynie geny odpowiedzialne za poroże. Jednak niebawem wejdzie ponownie do zbiornika i opuści go jako kompletny Minotaur.
Terry już zrozumiał, kogo przypominał mu rogacz. Ten sam cyniczny wyraz twarzy kłamcy, który wie, że bez żadnych konsekwencji może wciskać innym kit. Do czasu, panie Putin. Nadejdzie chwila, gdy ten kit zostanie wepchnięty do twojego gardła, tak samo, jak pojawi się okazja, aby wyrwać te rogi twojemu krajanowi. Czy porwani są obiektami doświadczalnymi? – dopytywał się Terry. Damiano skinął lekko głową. Chyba zdajesz sobie sprawę, że to kiepska linia obrony. Nie znasz wszystkich faktów – odparł z uśmiechem wyższości miliarder. – Zarzucacie mi, że wykorzystywałem badania do poszukiwań ukrytego kodu.
A czyż nie realizowałem hasła „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie”? Naprawiałem śmieciowy kod, ofiarowując nieszczęśnikom szczęście. Jestem bliski przywrócenia porządku, w którym śmieci znów stają się skarbami. Dojdzie do tego, gdy człowiek odzyska szansę przemiany swego ciała w dowolną mityczną postać. Ale w jakim celu? Czy po to, by satyr mógł zaspokajać swe żądze i podglądać syreny? Albo centaur zastanawiał się, czy jest zwierzęciem, czy człowiekiem? Terry aż kipiał ze złości. Oni mieli własne życie i święte prawo do własnych, choćby najgorszych wyborów. A ty nie tylko ich porywasz, więzisz, ale i zamieniasz w potwory.
A ty, dzieciaku z górnej półki, kim chcesz zostać? Centaurem czy satyrem? Subira także zaatakowała Damiano. Wciąż nie rozumiecie siły śmieciowego DNA. Człowiek posiadający gen budowy skrzydeł odczuwa nieodpartą pokusę latania. Marzy, by zostać pilotem. Ludzie o dwóch twarzach to schizofrenicy. Osoby lubiące biegać, odwieczni podróżnicy to centaury. Kochający pływanie, marzący o ściganiu się z delfinami to syreny lub trytony. I myślisz, że są szczęśliwi, pływając w stawie?
– zapytała Subira. A ty byś nie była? Przecież o tym marzysz. Byłabyś piękną syreną. Subira spojrzała na niego z wściekłością. Lubię pływać, ale to jeszcze nie znaczy, że chcę mieć ogon. Marzę o pokonaniu własnych słabości. Nie marzę o płetwach zamiast nóg. Poza tym równie mocno jak pływanie kocham taniec, a z ogonem nie będę mogła tańczyć ani biegać. Ale ładnie śpiewasz, a to znany atrybut syren przywołujących mężczyzn.
Chyba mnie nie słyszałeś – zaśmiała się Subira. – To była kapela hardrockowa. Teksty utworów wykrzykiwałam. Trudno to nawet nazwać śpiewem. Nie wszystkie. Mieliście też nastrojowe utwory. Słuchałeś moich nagrań? – zapytała zaskoczona. Zawsze kompletuję dokładne dossier. Inaczej nie odniósłbym sukcesu w biznesie – wyjaśnił, a po chwili dodał: To świetne nagrania.
Dodałem je do listy moich ulubionych. Subirze pochlebiły jego słowa. Na jej twarzy było widać walkę. Damiano otworzył na nowo zabliźnione rany. Nie przekonałeś mnie. Wolę pozostać sobą – odpowiedziała z nutką żalu. A na jaką mitologiczną postać wskazują moje znaczniki? Federico dał się wciągnąć w tę zabawę. Jesteś cyklopem – odparł bez wahania Damiano. Nie czuję się cyklopem.
Mam dwoje oczu i mózg potrafiący rozróżnić prawdę od fałszu – zaprotestował cyklop Federico. No nie wiem – zastanowiła się Subira, co jeszcze bardziej rozzłościło Federica. Uważam jednak, że więcej czynisz dobrego z dwojgiem oczu niż z jednym – oznajmił Damiano. Federico odetchnął z ulgą. Anne nie zamierzała brać udziału w tej dziwnej grze, lecz Damiano zajął się i jej transformacją. Natomiast Anne jest jak Echidna. Spojrzała na niego z irytacją. To była przerażająca półkobieta, półwąż żywiąca się ludzkim mięsem. Tak mnie widzisz? Ale trzeba też pamiętać, że była matką wszystkich stworów.
A ty zwróciłaś mityczne stworzenia światu. Bez odnalezienia centaura nie udałoby się tak szybko odtworzyć kodu śmieciowego DNA. Ta informacja nie pocieszyła Anne. A Terry kim by był? Zapytał Federico. Nazwisko Mykonos wskazuje, że jego przodkowie pochodzą z Grecji. Sprawdziłem to. Wywodzą się z Ikarii. To wyspa słynąca z długowieczności jej mieszkańców. Żyjący tam ludzie rzadko chorują na raka.
Nie grozi im też zawał serca. To również wyspa, na której Dedal pochował syna – dodała Anne, zaciekawiona, do czego zmierza Damiano. No właśnie. W mitach Dedal buduje dla siebie i syna skrzydła, ale może nie musiał ich budować, gdyż obydwaj już je mieli, a po śmierci syna ojciec pozostał na wyspie dłużej i spłodził tam dzieci. Damiano wydawał się oczekiwać od Anne odpowiedzi. Ona jednak przejrzała już plany miliardera i nie zamierzała mu pomagać. Zawiedziony Damiano musiał sam odpowiedzieć na własne pytanie. Terry może być jego potomkiem. Ma niepowtarzalny genom, którego nie odnajdujemy u innych ludzi. Naukowcy są pewni jednego – Terry'emu mogą wyrosnąć skrzydła.
Terry zawsze chciał zostać kosmonautą – mruknął Federico. – To ma sens. No właśnie – ucieszył się Damiano. – A mając skrzydła zapomni o swej chorej nodze. Uważaj, żebym tą chorą nogą nie kopnął cię w dupę – warknął Terry. Damiano zignorował go. Przejdźmy do pomieszczeń badawczych, w których medycy i genetycy pracują nad transformacjami. Wasze transformacje. Raj opuścili z ulgą, ale już po kilku minutach nie byli pewni, czy dobrze zrobili. Sala, do której weszli, wypełniona była dziesiątkami akwariów podobnych do tych z kliniki profesora Garolicii.
Różniły się jednak zawartością. W zawiesinie płynów pojemników Hadada unosili się dorośli ludzie. Jego akwaria również emanowały zieloną poświatą, a pływające w nich organizmy zostały podłączone do systemów podtrzymywania życia pępowiną, jednak nie do pępka, a do ust. Nozdrza zakrywały maski. Widocznie nie potrafili oddychać tlenem zawartym w wodzie. Na oczach mieli opaski. Może aby nie mogli zobaczyć wyrastających im kończyn. To trochę inny rodzaj zbiorników. Nie hodujemy tu ludzi, począwszy od embrionów, tylko stwarzamy dorosłym osobnikom warunki do szybkiej przebudowy narządów. Przekształcenia są energochłonne.
W naturze zachodzą niezmiernie rzadko, ale my mamy przygotowane odpowiednie pożywki pozwalające na dokonanie metamorfozy w ciągu paru dni. Nie trwa to tygodniami. Dostarczamy im tyle środków odżywczych, by bez przeszkód mogli je zbudować – wyjaśnił Damiano. Niektóre hybrydy Terry potrafił rozpoznać z opisów. Inne były tak dalekie od wyglądu człowieka, że bez pomocy Anne nie potrafiłby ich nazwać. To chimera – wyjaśniła Anne, gdy przechodzili obok akwarium, w którym pływał mężczyzna z głową lwa, tułowiem kozy oraz ogonem pokrytym skórą węża. – A to groźna harpia. Tak Anne nazwała kobietę z górną połową ciała ludzką, oprócz ostrych szponów zamiast palców, a dolną ptasią, najprawdopodobniej orlą lub sępią. Poza tym miała nagą skórę do wysokości kolan oraz grube szpony. Z pleców kobiety wyrastały w tej chwili złożone ptasie skrzydła.
Terry rozpoznał tę osobę. To była Claudia Hurtad, która kiedyś służyła w Navy SEALs. Mimo równouprawnienia nie było łatwo dostać się do tej formacji, a ona po kilku udanych akcjach została dowódcą drużyny aż do wydarzeń w Al-Shabab. Co tam się stało, Terry nigdy się nie dowiedział. To była tajna informacja. Po powrocie z misji Claudia odeszła ze służby. Spotkał się z nią kilka razy. W czasie ich rozmowy zachowywała się tak, jakby za chwilę miał do nich wpaść oddział terrorystów. Było rzeczą oczywistą, że jej psychika jeszcze nie wróciła z wojny. Jej wzrok nieustannie lustrował okna oraz drzwi.
Siedziała spięta, gotowa do skoku, a w zasięgu jej rąk zawsze znajdował się nóż. Terry był pewien, że w cholewie wysokich butów ma ukryty jeszcze jeden, a z tyłu za paskiem spodni tkwi rewolwer. W czasie służby nazywano ją Jasnowłosą Mścicielką z uwagi na długie blond włosy oraz nieustępliwość, jaką wykazywała w walce. Czy będzie równie bezlitosna jako harpia? Ten młokos igrał z żądzami, o których nie miał pojęcia. – A to Meduza – wykrztusiła Anne, nie mogąc oderwać wzroku od kobiety, z której głowy wyrastało dziesięć węży. Subira to zauważyła i siłą odciągnęła ją od szyby. Ona sama starała się nie przyglądać ludziom w akwariach. Nie było to łatwe. Wzrok mimowolnie ześlizgiwał się na zdeformowane ciała.
To taka dziwna ułomność ludzkiego mózgu. Pomimo wstrętu każąca przyglądać się wypadkom, kalekom, zabitym tak, jakby mózg czerpał jakąś występną radość z oglądania cierpień innych. Antidotum na to, które odkryła Subira, było skupienie się na konkretnym problemie. Właśnie dlatego przez cały czas szukała dogodnej okazji do zaatakowania ochrony miliardera. Dziwiła się opanowaniu Terry'ego. Był jakiś inny niż na polu walki. Może bał się, że podczas starcia ucierpi Anne i to go powstrzymywało. „Mieliście okazję obejrzeć przyszłych mieszkańców rajskiego ogrodu” — rzekł z dumą Damiano, gdy przeszli do ostatniego akwarium z hybrydą. Szereg zbiorników ciągnął się dalej, z tym że w tej chwili były puste. „Zaczęliśmy od odtworzenia najprostszego kodu genów znanych z innych gatunków.
Teraz pracujemy nad złamaniem kodu bardziej złożonych, mitycznych stworzeń.” Twarz Damiano rozpromieniła się. Terry stracił już pewność, czy miliarder jest świadomy tego, co mówi. „Gówniarzu, od nadmiaru kasy przewróciło ci się w głowie” — westchnął z bezsilnością. Od wielu minut dręczyła go myśl, że równie dobrze w jednym z oglądanych tu akwariów mógłby znaleźć się on sam. Teraz był już pewien, co ich czeka. Jednak musiał zachować spokój, aby dowiedzieć się, jak przywraca się pierwotną, może i ułomną, ale w pełnym tego słowa znaczeniu ludzką postać. „Wiedziałem, że gdy zabraknie ci argumentów, wypomnisz mi mój młody wiek. Tak, to prawda. Jesteś starszy o prawie 20 lat, co oznacza jedno pokolenie. Czas, gdy o losach świata decydowali stetryczali dziadkowie, odszedł w niepamięć.
Nie zauważyłeś, że nastąpiła epoka ludzi młodych, otwartych na śmiałe idee?” „Chciałeś zapewne powiedzieć czytelników komiksów. Gówniarzy, którzy uważają, że świat czeka na Supermana” — wtrąciła Anne. „W tym wypadku raczej pasowałby Hulk albo Spider-Man.” Włączyła się do dyskusji Subira, nie dając Damiano czasu na odpowiedź. „Oni zyskali możliwości dzięki genetycznym modyfikacjom, podczas gdy Superman posiadał po prostu genom kosmitów albo Kapitan Ameryka, któremu wstrzyknięto serum, dzięki któremu stał się nadczłowiekiem.” „Nie wiedziałem, że znasz tylu komiksowych bohaterów.” Federico z uznaniem spojrzał na Subirę. Jej wzrok zdawał się mówić: „Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz, chłopcze.” „Jednak według naszego gospodarza my również możemy mieć kosmiczne DNA. A zatem Anne miała rację. Najbardziej pasuje tu Superman” — podsumował Federico, spoglądając ironicznie na Damiano. Ten milczał, nie będąc pewnym, czy mówią poważnie, czy żartują. W końcu chrząknął i usiłując ukryć irytację, stwierdził: „Zapomnieliście, że w ich wypadku te komiksy liczą sobie wiele tysięcy lat. Tak więc wszystkie komiksy mogą mieć źródła w legendach.” „I tak przewróciło ci się w głowie” — zamknął dyskusję Terry.
„Wiesz co, szalony miliarderze? Mamy już dosyć twoich chorych wynurzeń. Dziękujemy za podrzucenie do miasta, nawet za śmieciowe żarcie, ale teraz chcielibyśmy odejść” — powiedziała zbolałym głosem Anne, przytulając się do Terry'ego. Nie mógł jej odsunąć, chociaż przeszkadzała w ewentualnym ataku na wartowników. „Obawiam się, że to niemożliwe” — powiedział cicho Damiano. Jednocześnie rogacz z ochroniarzami podeszli do nich bliżej i unieśli lufy. „Muszę was zatrzymać. Wcześniej czy później ujawnilibyście związek porwań z moimi badaniami, a to byłoby bardzo niekorzystne. Świat jeszcze nie jest przygotowany naprawdę.” „Chcesz nas uwięzić?” Anne w ostatnich godzinach straciła wiele złudzeń, lecz nadal wierzyła, że ten koszmar kiedyś się skończy i że będzie mogła wziąć prysznic, poddać się gorączce miłości, a potem jeszcze raz wziąć prysznic, położyć w ręczniku na łóżku i zanurzyć nos w książce. Najlepiej lekkiej, bez problemów psychologicznych, za to z jednorożcami w tle.
Niestety, miliarder, sponsor i gówniarz, jak słusznie nazwał go Terry, odebrał jej tę nadzieję. „No cóż, tak naprawdę potrzebowałem tylko ciebie Anne, ale pozostali byli w pakiecie, więc zaprosiłem wszystkich. Można powiedzieć, że przed śmiercią profesor Gaullise załatwił ci dalsze życie. Zaciekawiły mnie jego rewelacje przekazywane przez ciebie, ale nie zdążyłem ich dokładnie poznać. Teraz będziesz miała szansę opowiedzieć mi o tym ze szczegółami.” „A co zrobisz z pozostałymi? Zamierzasz wpakować nas do zbiorników?” — zapytała Subira. „Nie wszystkich. W czasie rozmowy uznałem, że mogę wykorzystać umiejętności Federica. Pomoże mi w pracy nad rozszyfrowaniem śmieciowego kodu. Tylko ty i Terry nie jesteście mi potrzebni, a nawet stanowicie w pewnym sensie zagrożenie.” Damiano umilkł na chwilę.
„Mój rajski ogród jest na razie dość ubogi. Przydadzą się nowe okazy, więc i dla was znajdzie się tu miejsce. Powinniście się cieszyć. Dziś jeszcze nie umrzecie. Otrzymacie bilet do nowego życia. To czas waszych transformacji.” Damiano skinął głową w kierunku Plutina. Ten postąpił krok naprzód, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Jednak nie był on szczery. Wargi miał zaciśnięte, a oczy lekko zmrużone. Uniósł broń, po czym nacisnął spust, błyskawicznie zmienił cel i drugi raz otworzył ogień.
Terry, trzymając się za szyję, bezwładnie osunął się na podłogę. Chwilę później upadła również Subira. Rogacz spojrzał na Damiano, przesuwając lufę w stronę Anne i Federica, lecz ten pokręcił przecząco głową.
[03:07:52] - Tak, proszę państwa, poruszamy się trybem wakacyjnym, a zatem odcinki „Bibliotekarium 2.0” siłą rzeczy nieco krótsze, niż się państwo przyzwyczaili. Myślę, że to nie szkodzi. Czas wakacyjny owszem, lubi książki, owszem, lubi polecanki filmowe, ale jednak jest czasem wakacyjnym poświęconym wypoczynkowi, kontaktowi z przyrodą itd. A zatem pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Tradycyjnie zapraszam na kolejne w przyszłym tygodniu. I cóż, wspaniałego weekendu, a tymczasem dobrej nocy.
[03:08:54] - Mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.