Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie. Mamy nadzieję, że suchymi jesteście, a skoro jesteście suchymi, to możecie spędzić kolejny piątkowy wieczór z Radiem Paranormalium, Book Radiem i kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:44] - Dzień dobry wieczór państwu. Kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 przed nami. I nie będzie zaskoczeniem dla nikogo, kto w miarę regularnie słucha tej audycji, że zaczynamy od zapowiedzi wydawniczych. Pierwsza książka, którą chciałbym dzisiaj państwu polecić, ukaże się na rynku wydawniczym 16 lipca. Wydawcą jest wydawnictwo Czarna Owca. A ta książka to jest nie lada gratka, bo to nowa książka Przemysława Piotrowskiego. Książka, która nosi tytuł „Droga do piekła”. Tego dnia żal lejący się z nieba zmienił Nowy Jork w istny przedsionek piekła. John Pillar, weteran amerykańskiej armii, stara się przedrzeć przez zakorkowane miasto na urodziny najmłodszej z córek. Gdy przekracza próg własnego domu, nie spodziewa się, że jego świat runie i że zostanie oskarżony o potworną zbrodnię.
Lucas, młodszy brat Johna, były nowojorski policjant, nie wierzy w jego winę i rozpoczyna prywatne śledztwo. Pomaga mu wschodząca gwiazda dziennikarstwa śledczego, dociekliwa i ambitna Rose Parker. Próbując odkryć, kto odpowiada za okrutny mord, Lucas i Rose wpadają na trop przerażającego spisku i zanurzają się w mrocznym świecie okrucieństwa i przemocy. Czy uda im się oczyścić imię Johna? Czy prawda okaże się gorsza niż piekielna otchłań? Przypomnę, to była polecanka nowej książki Przemysława Piotrowskiego „Droga do piekła”, wydawnictwo Czarna Owca. Książka dostępna na rynku od 16 lipca. Druga książka to klasyk. To przypomnienie powieści Agathy Christie „Słonie mają dobrą pamięć”. To przypomnienie dzięki Wydawnictwu Dolnośląskiemu.
Ponownie książka dostępna na rynku 16 lipca. Dla formalności krótkie omówienie owej książki. Na ścieżce prowadzącej wzdłuż nadmorskiego uchwiska znaleziono dwa ciała. Generał Ravenscroft i jego żona zginęli od kul. Policja orzekła podwójne samobójstwo, chociaż nikt nie potrafił stwierdzić, jak było naprawdę. Sprawa ucichła, a ślady rozwiał wiatr. Po kilkunastu latach znaną autorkę kryminałów Adrian Oliver zaczepia kobieta, która przywołuje tamte dramatyczne wydarzenia. Pisarka zaintrygowana nierozwiązaną zagadką prosi o pomoc Herkulesa Poirot. Wspólnie próbują odnaleźć ludzi, którzy mogą pamiętać okoliczności minionej tragedii. Wszak niektóre tajemnice nigdy nie powinny zostać pogrzebane.
A historia... Cóż, historia lubi się powtarzać. Dla formalności przypomnę, to było omówienie książki Agathy Christie „Słonie mają dobrą pamięć”. Wydawnictwo Dolnośląskie. 16 lipca to początek dystrybucji książki. I wreszcie trzecia książka na dzisiaj. Nosi tytuł „Bóg lasów”. To thriller autorstwa Liz Moore, Wydawnictwo Otwarte, a ich książka, podobnie jak poprzednie, pojawi się na rynku 16 lipca. Sierpień 1975 roku. Góry Adirondack.
Letni obóz dla dzieci Camp Emerson. Kiedy znika 13-letnia Barbara, nikt nie słyszy jej krzyku. Dziewczynka nie jest zwykłą nastolatką. Jako córka Van Larów, właścicieli obozu i najbardziej wpływowej rodziny w regionie, wzbudza ciekawość i zazdrość otoczenia. Gorączkowe poszukiwania prowadzi cała lokalna społeczność. Jednak mijają godziny, potem dni, a po Barbarze nie ma śladu. To nie pierwsza taka tragedia na terenie Camp Emerson. 14 lat wcześniej zniknął starszy brat Barbary i nigdy się nie odnalazł. Czy to przypadek, że w tym samym czasie z więzienia ucieka seryjny morderca Jacob Sliter? Dokładnie ten sam, który przed laty terroryzował okolicę.
W śledztwo angażuje się młoda policjantka Judy Laptek stopniowo odkrywa sieć tajemnic i napięć między rodziną Van Larów, mieszkańcami miasteczka i pracownikami obozu. Czy zdoła poznać prawdę o tym, co wydarzyło się wtedy i odkryć, co dzieje się teraz? Liz Moore jest autorką literatury pięknej i literatury faktu. Zdobyła wiele nagród, w tym między innymi Medici Book Club Prize, Philadelphia's Athenaeum Literary- Awards, Rzymską Nagrodę Literacką i wiele innych. Na podstawie „Rzeki odchodzących dusz” powstał serial dostępny już na platformie Max, a kolejne dwie powieści „Bóg lasów” i „Unseen world” są w trakcie ekranizacji. Razem z rodziną mieszka w Filadelfii. Duszny klimat i tajemnice sprzed lat. Historia, która wciąga jak ciemny las. Ten thriller zostanie ze mną na długo — napisała Magda Kendler, autorka bestsellerowej powieści obyczajowej, między innymi takiej jak „Położna z Auschwitz”, ale też serii Medea Steinbard i „Ścieżki nadziei”. Proszę państwa, to była polecanka książki „Bóg lasów”, Liz Moore, Wydawnictwa Otwartego.
Data premiery: 16 dzień lipca. Znowu nie będzie zaskoczenia, bo teraz czas na korepetycje filozoficzne. Korepetycje w nowej formule. To czwarte w tej nowej formule korepetycje. Dzisiaj zajmiemy się postacią niezwykle ważną i barwną — Georgem Berkeleyem. Wyobraźcie sobie państwo irlandzką uczelnię Trinity College w Dublinie. Wyobraźcie ją sobie z jej kamiennymi krużgankami, chłodnymi salami wykładowymi i zapachem starych książek unoszącym się w bibliotece niczym mgła. Jest początek XVIII wieku. Na jednym z dziedzińców w cieniu starego dębu młody duchowny i filozof George Berkeley spaceruje zamyślony. Na jego twarzy maluje się niepokój.
Nie ten egzystencjalny, ale niepokój poznawczy. Świat, który nas otacza, nie daje mu spokoju. A raczej to, czy naprawdę istnieje. Berkeley nie był filozofem oderwanym od rzeczywistości, nie zamykał się w wieży z kości słoniowej. Wręcz przeciwnie. Chodził po ulicach Dublina, patrzył na ludzi, słuchał ich rozmów, obserwował ptaki przysiadające na murach i zadawał sobie pytanie: co tak naprawdę widzę? Czy widzę gołębia, czy tylko wrażenie gołębia? Czy ten mur, ten kamień, ta dłoń istnieją niezależnie ode mnie? A może istnieją tylko wtedy, gdy są postrzegane? Tak właśnie narodziło się jedno z najbardziej prowokacyjnych i niepokojących twierdzeń w dziejach filozofii.
Istnieć to być postrzeganym. Esse est percipi. A ponieważ padło przed chwilą wyrażenie, które może wydawać się nieostre, to trzeba je czym prędzej wyostrzyć. Mam na myśli owo sformułowanie „wrażenie gołębia i innych przedmiotów”. Wyjaśniam zatem. Berkeley, mówiąc o wrażeniu gołębia, miał na myśli to, że nie mamy dostępu do samego gołębia jako fizycznego obiektu. Doświadczamy jedynie zbioru doznań wzrokowych, słuchowych, w ostateczności nawet dotykowych. Ale to wszystko. I to te wrażenia interpretujemy jako gołębia. Innymi słowy, nie widzimy rzeczy, tylko nasze wrażenia owych rzeczy.
Berkeley doszedł do wniosku, że nie mamy żadnego dostępu do świata zewnętrznego jako takiego. Wszystko, co znamy, wszystko co wiemy, pochodzi ze zmysłów. Ale nasze zmysły nie kontaktują się z rzeczami samymi w sobie, lecz z ich wrażeniami. To nie stół nas dotyka, to my doświadczamy dotykowego wrażenia stołu. Nie widzimy drzewa. Mamy wizualne wrażenie drzewa. W takim razie co to znaczy, że coś istnieje? Bo skoro wszystko, co przeżywamy, to wrażenia, to co z tym, co niewidzialne, niedotykalne, niesłyszalne? Czy istnieje pokój, w którym nikt nie przebywa? Czy istnieje drzewo w lesie, jeśli nie ma nikogo, kto by je widział?
Na te pytania Berkeley zdawał się początkowo odpowiadać jednoznacznie: nie, takie rzeczy nie istnieją. Przynajmniej tak można byłoby interpretować niektóre jego twierdzenia. Ale z tą interpretacją chwilę poczekajmy. A zatem jeśli coś nie jest postrzegane, nie istnieje lub raczej istnieje tylko o tyle, o ile jest postrzegane przez jakąś świadomość. Oczywiście Berkeleyowi tak naprawdę nie chodziło o to, że świat znika, gdy zamkniemy oczy. Bo w tym miejscu pojawia się kluczowa postać w jego filozofii. To Bóg. Wszechmocny, wszechwiedzący, wszechobecny umysł. Nieprzerwanie postrzega wszystko, nawet to, czego my, ludzie, nie widzimy. Dzięki temu świat trwa, nawet jeśli nikt z ludzi akurat na niego nie patrzy.
To Bóg jest ostateczną gwarancją ciągłości świata. Ale przyjrzyjmy się tej myśli jeszcze głębiej. Wyobraźmy sobie, że siedzimy w fotelu i patrzymy na filiżankę herbaty. Czujemy jej ciepło, widzimy kształt, słyszymy, jak lekko stuka o spodek. Ale przecież wszystko to: ciepło, kształt, dźwięk To tylko ulotne doznania. A jeśli ktoś podłączyłby nas do maszyny, która stymulowałaby nasz mózg w taki sposób, że czulibyśmy dokładnie to samo, to czy ta filiżanka herbaty naprawdę musiałaby istnieć? Istnieć niejako na zewnątrz? W gruncie rzeczy nie. To, co dla nas realne, to tylko i wyłącznie zbiór doznań. W tym momencie trudno nie przywołać analogii do filmu „Matrix”, w którym główny bohater, Neo, odkrywa, że świat, w którym żył, był jedynie iluzją generowaną przez komputerowy system.
Ciała ludzi trwały uśpione w kapsułach, podczas gdy ich umysły doświadczały rzeczywistości, która wydawała się realna, bo dostarczała im takich samych wrażeń zmysłowych jak świat fizyczny. Dla Berkeleya ta koncepcja nie byłaby niczym szokującym. Wręcz przeciwnie, powiedziałby, że świat zawsze był zbiorem idei w umyśle. W „Matrixie” brakuje tylko jednego elementu z berkeleyowskiego systemu: Boga jako tego, który gwarantuje spójność i ciągłość doznań. Ale zasada pozostaje ta sama. Rzeczywistość to tak naprawdę to, co jest postrzegane przez umysł. Berkeley mówi: „Materia jako coś niezależnego od umysłu to iluzja. Jest zbędna. Jeśli wszystko, co znamy, to idee w umyśle, po co w ogóle zakładać, że istnieje coś poza tym?” Można by uznać Berkeleya za skrajnego subiektywistę, ale to nie był człowiek oderwany od rzeczywistości. Był duchownym, misjonarzem, wykładowcą, człowiekiem czynu.
Jego filozofia nie była próbą ucieczki od świata, lecz raczej jego głębokiego zrozumienia. Twierdził, że jeśli odrzucimy istnienie martwej materii, a uznamy, że wszystko to zbiór idei w umyśle, wtedy świat staje się bardziej zrozumiały i, paradoksalnie, bardziej spójny. Berkeley był też głęboko przekonany, że jego filozofia broni religii i moralności. W epoce, gdy rozwijająca się nauka zaczęła wypierać tradycyjne poglądy teologiczne, Berkeley postawił na obronę duchowości. Jeśli cały świat jest postrzegany i utrzymywany w istnieniu przez Boga, to Bóg nie jest zbędnym dodatkiem, lecz podstawą rzeczywistości. To nie człowiek jest centrum świata, ale umysł boski, który nieustannie postrzega i scala to, co istnieje. Nie wszyscy byli zachwyceni. Filozof David Hume docenił precyzję rozumowania Berkeleya, ale uważał, że jego wnioski są zbyt radykalne. Samuel Johnson, pisarz i leksykograf, miał z kolei prostą odpowiedź na twierdzenie Berkeleya. Kopnął kamień nogą i powiedział: „Obalam je właśnie tak”, chcąc przez to pokazać, że rzeczy materialne istnieją niezależnie od naszych doznań.
Ale dla Berkeleya to było nieporozumienie, bo nawet ból w stopie po takim kopnięciu to przecież też tylko doznanie. Filozofia Berkeleya może się wydawać dzisiaj dziwaczna albo odrealniona, ale niesie w sobie głębokie pytania, które wciąż są aktualne. Co to znaczy istnieć? Czy możemy być pewni istnienia czegoś poza naszym umysłem? Czy świat potrzebuje nas lub Boga, by trwać? W czasach rzeczywistości wirtualnych, symulacji komputerowych, wszechobecnych ekranów i sztucznej inteligencji pytania Berkeleya nie są już czysto abstrakcyjne. Kiedy nie możemy już odróżnić obrazu od rzeczy, doświadczenia od imitacji, pozostaje pytanie, czy rzeczywistość to tylko to, co postrzegamy? A jeśli tak, może irlandzki filozof spacerujący kiedyś po dziedzińcach Trinity College był po prostu kilka wieków przed swoim czasem. Tak, proszę państwa, to były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj o filozofie, który był dziwny, którym zainteresowałem się dosyć dawno temu, bo to, co mówił, było tak odjechane i tak niezwykle podobne do przywoływanego już filmu „Matrix”, że stanąłem zadziwiony.
Ale kto z państwa bardziej zainteresowany, to można sięgnąć po znacznie bardziej precyzyjne omówienia tej filozofii, a zaręczam, że jest co omawiać. Teraz zapraszam państwa na audycję z Wehikułu Wyobraźni, z kanału, który staram się prowadzić, mam nadzieję, w miarę dobrze, a w każdym razie najlepiej, jak umiem. Tam całkiem niedawno pojawiła się audycja o statkach matkach UFO. Bo jest pewien problem. Małe UFO przylatują, śmigają po naszym niebie, ale gdzie odlatują? Tak, wiem, zdarzają się również wielkie statki UFO. I to nasunęło niektórym przypuszczenie, że może gdzieś po Układzie Słonecznym buszują ogromne statki, tak zwane statki matki, które te mniejsze UFO po prostu wypuszczają, niejako rozsiewają, a później przyjmują z powrotem na pokład. O tym mniej więcej będę mówił w audycji zatytułowanej „Statki zwane matkami”. Zapraszam. Witam państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni.
W miejscu, gdzie nauka miesza się z tajemnicą, a wyobraźnia staje się wehikułem do najbardziej nieprawdopodobnych światów. Dzisiejszy temat brzmi jak fragment kosmicznego thrillera, ale niektórzy twierdzą, że problem może być prawdziwy. Statki matki. Ogromne obce konstrukcje dryfujące w cieniu planet, być może obserwujące nas od lat, dziesięcioleci, stuleci. Czy Pentagon naprawdę rozważał ich istnienie? Co wspólnego z tym wszystkim ma Harvard i tajemniczy obiekt Oumuamua, który w 2017 roku przemknął przez Układ Słoneczny, nie zostawiając po sobie nic prócz spekulacji. A to dopiero początek. Dziś zanurzymy się w najbardziej kontrowersyjne teorie, zagubione raporty, zdjęcia, które podobno nie powinny ujrzeć światła dziennego i historie ludzi, którzy twierdzą, że widzieli rzeczy, których nie da się wyjaśnić. Brzmi zbyt fantastycznie? Być może.
Ale pamiętajcie państwo, tu nie chodzi o to, by we wszystko wierzyć. Chodzi o to, by zadawać pytania. Pytania, które inni boją się zadać. Zaparzcie państwo kawę, usiądźcie wygodnie. Ruszamy w podróż poza granice poznanego. Zacznijmy od jednej z najbardziej zaskakujących wiadomości ostatnich lat. Nie, nie. Nie pochodzi ona z forum teorii spiskowych ani z niszowego kanału na TikToku. Pochodzi z dokumentu powiązanego z Pentagonem i sygnowanego nazwiskiem jednego z najbardziej znanych astrofizyków Harvardu. W marcu 2023 roku media na całym świecie obiegła informacja o roboczym raporcie przygotowanym przez Sean'a Kirkpatricka, dyrektora amerykańskiego biura do spraw rozpoznania anomalii AARO i profesora Abrahama Loeba, znanego z kontrowersyjnych, ale naukowo ugruntowanych teorii o istnieniu życia pozaziemskiego.
W skrócie, w raporcie tym rozważano hipotetyczną możliwość tego, że Układ Słoneczny mógł zostać odwiedzony przez statek matkę. Statek obcej cywilizacji, który wypuścił mniejsze sondy, nie większe niż kilka centymetrów. Działanie to miało na celu zbieranie danych. Autorzy raportu porównali owe sondy do nasion dmuchawca dryfujących w przestrzeni kosmicznej. Brzmi jak science fiction? Owszem, ale warto podkreślić. Autorzy tego raportu to nie są samozwańczy kontaktowcy czy łowcy UFO z YouTube'a. To urzędnik Departamentu Ochrony USA oraz renomowany naukowiec z Harvardu. Loeb od lat zajmuje się badaniem granic naszej wiedzy o życiu we wszechświecie. A Kirkpatrick?
Cóż, jego zadaniem było koordynowanie rządowych badań nad zjawiskami powietrznymi, których nie da się wyjaśnić. Co ciekawe, w samym raporcie nie ma stwierdzenia typu „znaleźliśmy statek obcych”. Ale jest coś równie intrygującego. Założenie, że przy wystarczająco rozwiniętej technologii obca cywilizacja mogłaby wysłać sondy przez bezkres Wszechświata przez miliony lat świetlnych, a my z naszą obecnie dostępną techniką nawet byśmy tych sond nie zauważyli. Pomyślcie państwo przez chwilę. Jeśli zaawansowana cywilizacja istnieje i naprawdę chciałaby nas zbadać, nie wysłałaby wielkiego talerza nad Nowy Jork. Wysłałaby coś małego, cichego, skrytego. Może właśnie coś takiego jak opisywane przez Pentagon nasiona. Media na całym świecie szybko podchwyciły ten temat. Fox News, Interia, Politico.
Wszyscy pisali o statku matce. Statku matce w Układzie Słonecznym. Ale jak to bywa z nagłówkami, czasami ktoś coś przekręci, przerobi, usprawni, upiększy. No i dostaliśmy nagłówki w stylu „Pentagon mówi o statkach obcych”. Mimo że w rzeczywistości chodziło jedynie o rozważanie scenariusza w ramach naukowego modelu. Czy to przesadna wyobraźnia? Czy może po prostu uczciwa nauka, która dopuszcza każdy możliwy wariant, dopóki nie zostanie on wykluczony? A może, jak mówią niektórzy sceptycy, to tylko sposób, by uzasadnić istnienie programów badawczych, które kosztują miliony dolarów rocznie. Ale jest jeszcze jedno pytanie, którego nie możemy pominąć. Dlaczego akurat teraz?
Dlaczego temat potencjalnych obcych statków powraca właśnie w tej dekadzie? I dlaczego rozważania, które słyszymy, padają z ust naukowców? Czy to przygotowanie gruntu pod coś większego? Czy to tylko szukanie sensacji, by zdobyć granty i uwagę mediów? Jedno jest pewne, kiedy Harvard i Pentagon wspólnie rozważają istnienie obcych statków matek, to coś się zmienia i myślę, że to dopiero początek. Rok 2017. Teleskop Pan-STARRS na Hawajach rejestruje coś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Obiekt, który pojawia się znikąd, nie orbituje wokół Słońca, nie przylatuje z pasa asteroid. Po prostu przelatuje przez Układ Słoneczny i odlatuje z powrotem w kosmiczną ciemność. Nazwano go Oumuamua.
W języku hawajskim oznacza to pierwszy zwiadowca z daleka. I to właśnie ta nazwa uruchomiła lawinę spekulacji. Dlaczego? Bo ten obiekt zachowywał się dziwnie. Miał wydłużony, wrzecionowaty kształt. Nie przypominał typowej komety ani asteroidy. Nie zostawiał po sobie żadnej widocznej smugi gazu czy też pyłu, a mimo to przyspieszał, jakby był napędzany przez coś, czego nie potrafimy wytłumaczyć. Astronomowie głowili się nad tym miesiącami. Czy była to jakaś forma sublimacji, ulatniania się gazu, której nie widzieliśmy? Czy to może był efekt światła słonecznego?
Czy to może coś zupełnie innego? I tu na scenę wkroczył profesor Avi Loeb z Uniwersytetu Harvarda. Ten sam, który współtworzył raport o statku matce z Kirkpatrickiem. Loeb zaproponował coś, co dla wielu było szokiem. A co jeśli Oumuamua nie jest naturalnym obiektem, tylko artefaktem technologii obcej cywilizacji? Może to żagiel świetlny? Ultralekka konstrukcja napędzana ciśnieniem promieniowania słonecznego? Brzmi jak science fiction? Być może, ale Loeb argumentował to poważnie, naukowo, z równaniami, wykresami oraz analizą danych. W swojej książce „Extraterrestrial” poszedł o krok dalej, pisząc wprost: „Jeśli czegoś nie potrafimy wyjaśnić, nie znaczy to, że mamy to zignorować.
Może właśnie to jest kontakt”. Koniec cytatu. W środowisku naukowym ta teoria wywołała burzę. Jedni nazwali ją genialnym poszerzeniem granic nauki, inni nieodpowiedzialnym szukaniem sensacji. Ale jedno jest pewne, Loeb otworzył drzwi, których już nie da się zamknąć. Co więcej, po Oumuamua pojawił się drugi obiekt międzygwiezdny 2I Borisov, odkryty w 2019 roku. Tym razem obiekt zachowywał się jak klasyczna kometa, a to tylko podkreśliło, jak bardzo Oumuamua był inny. Czy był to kosmiczny zwiadowca? A może to była właśnie sonda wysłana przez większy, niewidoczny statek matkę? Wysłana gdzieś na rubieżach Układu Słonecznego?
A może to wszystko tylko naturalna egzotyka wszechświata? Egzotyka, której jeszcze nie rozumiemy. Ostatecznej odpowiedzi nie mamy, ale jedno jest niepokojące. Oumuamua przyleciał, przeszedł przez wewnętrzny Układ Słoneczny i zniknął. Bez ostrzeżenia, bez powrotu, bez śladu. Jakby był tylko obserwatorem. W odległych rejonach Układu Słonecznego krąży planeta, która od wieków fascynuje nie tylko astronomów, ale i marzycieli. Saturn, majestatyczny, pierścieniowy gigant. Jedna z najpiękniejszych planet, jaką kiedykolwiek widzieliśmy, ale według niektórych nie tylko piękna, ale i strzeżona. W latach 80.
inżynier NASA i były pracownik Lockheed Martin, doktor Norman Bergrun opublikował książkę, która do dziś rozgrzewa wyobraźnię ufologów i entuzjastów teorii alternatywnych. Tytuł? „Ringmakers of Saturn”. W tej książce Bergrun stawia szokującą tezę. Gigantyczne, cylindryczne obiekty, prawdopodobnie sztucznego pochodzenia, przebywają w pobliżu pierścieni Saturna i manipulują nimi. Tak, według Bergruna to nienaturalny proces tworzy i utrzymuje pierścienie tej planety. Jego zdaniem robią to statki matki wielkości dziesiątek, a nawet setek kilometrów. Statki emitujące energię przekształcające materię i niewidoczne dla naszych teleskopów. Poza przypadkami, gdy akurat coś poszło nie tak. Bergrun analizował zdjęcia z misji Voyager 1 i Voyager 2, zwracając uwagę na tajemnicze obiekty w kształcie cygar obecne w pobliżu pierścieni.
Twierdził, że struktury te zmieniają położenie pierścieni, wpływają na ich kształt i cytując jego słowa, „Mogą stanowić zagrożenie, jeśli opuszczą Saturna”. Brzmi jak fantazja. Dla wielu tak. Sam Bergrun przez część środowiska został uznany za ekscentryka, a jego prace nie znalazły miejsca w recenzowanych czasopismach naukowych. Ale ciekawostka. NASA nigdy oficjalnie nie odniosła się do jego teorii. Ani razu. Ani po publikacji książki, ani po licznych wywiadach w mediach alternatywnych. Dla części obserwatorów to tylko znak, że coś jest na rzeczy. A teraz pomyślmy.
Jeśli statek matka miałby się gdzieś ukrywać, to okolice Saturna byłyby doskonałym miejscem. A co, jeśli Bergrun po prostu zobaczył coś, czego nie powinien zobaczyć? Oczywiście nie mamy na to żadnych dowodów, ale jak mówi klasyczne już powiedzenie: „brak dowodu to nie jest dowód braku”. Prawdziwa sensacja nie zawsze wybucha z hukiem, czasem wślizguje się przez boczne drzwi jako przeciek, szept, niedopowiedziana anegdota w wywiadzie, który urywa się nagle w najciekawszym momencie. Właśnie tak było z historią, którą opowiedział Luis Elizondo, były szef programu AATIP, tajnego projektu Pentagonu zajmującego się badaniem niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych. Człowiek, który niejednokrotnie szokował opinię publiczną, mówiąc rzeczy, których wcześniej nikt z rządowych kręgów nie odważył się wypowiedzieć na głos. W jednym z wywiadów Elizondo wspomniał o istnieniu zdjęcia, które krążyło w wewnętrznych kręgach Departamentu Obrony. Zdjęcia, które przedstawiało coś, co jak powiedział wyglądało jak latające miasto zawieszone bardzo, bardzo wysoko. Ogromna, metaliczna, geometryczna struktura dryfująca gdzieś wysoko w ziemskiej atmosferze. Nie przypominała żadnego znanego pojazdu, balonu ani drona i co najważniejsze nie miała widocznego napędu.
Elizondo powiedział, że dla niektórych wojskowych to zdjęcie było przerażające. Inni uważali, że może to być błąd interpretacji lub złudzenie optyczne. Dosyć charakterystyczne, ale i tu robi się naprawdę ciekawie. Nikt nie potrafił do końca wyjaśnić istoty tego, co na owym zdjęciu się znalazło. Niestety, zdjęcie nigdy nie zostało oficjalnie ujawnione opinii publicznej. Znamy je tylko z opisu. Według przecieków miało zostać zrobione z kokpitu myśliwca podczas lotu nad oceanem, najprawdopodobniej nad Atlantykiem. Obiekt miał mieć kanciasty kształt przypominający tajemniczą strukturę. To był nie tyle statek, co rodzaj architektury. Jakby to była część większej konstrukcji.
I tutaj wkraczają teorie przez niektórych złośliwie nazywane spiskowymi. Czy widoczna na zdjęciu struktura mogła być częścią czegoś większego? Fragmentem statku matki, którego tylko skrawek udało się uchwycić na zdjęciu? A może, jak niektórzy sugerują, był to obiekt przemieszczający się między warstwami atmosfery, korzystający z technologii, którą nawet trudno nam opisać. Co ciekawe, Elizondo nie nalegał, by uznać to zdjęcie za dowód istnienia obcych. Raczej, jak zawsze sugerował, że istnieje coś, co przekracza naszą zdolność rozumienia, a co zasługuje na poważne zbadanie. W świecie pełnym manipulacji obrazem fake newsów i teorii zwanych spiskowymi trudno uwierzyć na słowo. Ale kiedy takie teorie wypowiada człowiek, który przez lata miał dostęp do najtajniejszych dokumentów Pentagonu, trudno to zignorować. I pojawia się pytanie: skoro to tylko jedno z wielu zdjęć, które nie zostało ujawnione, w takim razie co jeszcze znajduje się na zdjęciach dostarczonych przez pilotów? No i drobna uwaga dla nas.
Czy aby na pewno patrzymy w dobrą stronę? Czerwiec 2023 roku. Amerykańska telewizja News Nation emituje wywiad, który szybko stał się globalną sensacją. Wystąpił w nim człowiek spokojny, rzeczowy, ubrany w garnitur. Nie wyglądał na szaleńca, nie wyglądał na teoretyka spiskowego. Tym człowiekiem był David Grusch, były oficer wywiadu Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych z ponad 14-letnim doświadczeniem w służbach specjalnych, pracujący wcześniej w strukturach Departamentu Obrony. No i co powiedział Grusch? Cytuję: „Rząd USA od dekad ukrywa przed opinią publiczną programy odzyskiwania i rekonstrukcji obcych pojazdów. I nie chodzi o hipotezy. Chodzi o rzeczywiste fizyczne wraki”.
Tak, dobrze państwo słyszą. Według Gruscha w posiadaniu Stanów Zjednoczonych znajdują się nieludzkie pojazdy, a nawet biologiczne szczątki ich załóg. Twierdzi on, że jako urzędnik z dostępem do najbardziej tajnych programów otrzymał od wielu wysokich rangą świadków dostęp do informacji, które jednoznacznie wskazywały, że pojazdy obcych istnieją. Co więcej, że prowadzone są próby inżynierii wstecznej mające na celu zrozumienie ich działania i ewentualne wykorzystanie technologii. I tu zaczyna się robić jeszcze bardziej dziwnie. Grusch mówi, że cała ta operacja jest poza kontrolą Kongresu, że ukrywa się ją nie tylko przed społeczeństwem, ale nawet przed częścią wojska. Twierdzi też, że istnieją prywatne kontrakty z firmami zbrojeniowymi, które przechowują wraki i fragmenty technologii, a dostęp do nich mają tylko wybrani. Czy to szaleństwo? Niektórym może się tak wydawać, ale Grusch nie jest sam. Po jego wystąpieniu inni byli urzędnicy zaczęli mówić o podobnych doniesieniach.
Śledztwo ruszyło. Kongres USA po raz pierwszy w historii zorganizował oficjalne przesłuchania na temat UAP, czyli niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych, powietrznych. A najciekawsze? Grusch złożył zeznanie pod przysięgą i jak sam powiedział, był przygotowany na konsekwencje, bo cytując go: „Prawda zasługuje na światło dzienne, nawet jeśli jest niewygodna”. Sceptycy i jest ich naprawdę wielu, pytają, gdzie są zdjęcia? Gdzie są próbki? Dlaczego nie ma twardych dowodów? Ale warto zadać też inne pytanie. Czy to możliwe, że są tylko nie dla nas? W erze, w której każde kliknięcie jest rejestrowane, a każda myśl może zostać zmanipulowana algorytmem, pytanie o to, co naprawdę wiemy, a co nam pokazano, staje się coraz bardziej niepokojące.
Czy Grusch mówi prawdę? A może został wciągnięty w coś większego? Kampanię dezinformacyjną albo celowe ujawnienie, które ma przygotować nas na coś większego. Jedno wiemy na pewno. Po tej deklaracji świat już nigdy nie spojrzy na temat UFO w taki sam sposób. Zmieńmy nieco temat, przynajmniej na chwilę. Czy nad naszymi głowami od tysięcy lat krąży satelita, którego nikt nie wysłał? Nikt z ludzi oczywiście. Legenda o Czarnym Rycerzu elektryzuje wyobraźnię badaczy teorii zwanych spiskowymi od dziesięcioleci. Obiekt został rzekomo zauważony po raz pierwszy już w latach 50.
XX wieku, zanim jakikolwiek sztuczny satelita znalazł się na orbicie. Chociaż najbardziej spektakularne i znane zdjęcie Czarnego Rycerza pojawiło się znacznie później. Według niektórych teorii Czarny Rycerz krąży na orbicie ziemskiej od 13 000 lat. No ale kto go tam umieścił? Czy to pozostałość po starożytnej cywilizacji? Obserwator? Może cichy strażnik? NASA twierdzi, że to tylko kawałek kosmicznego śmiecia. Nawiązuje oczywiście do wspomnianego zdjęcia, że to fragment termicznego koca z jednej z misji. Ale zdjęcia obiektu, które wyciekły do sieci, wyglądają jak coś więcej.
A jeśli nie jesteśmy obserwatorami, tylko obserwowanymi? A teraz spójrzmy na coś jeszcze bardziej niewiarygodnego. Księżyc. Widzimy go każdej nocy, niemal każdej nocy. Jest znajomy, bliski, ale czy aby na pewno? Niektórzy twierdzą, że to nie jest naturalne ciało niebieskie, że to wydrążony obiekt, obiekt sztuczny, może nawet statek matka. Hipoteza Hollow Moon sugeruje, że księżyc jest pusty w środku, a dźwięk po uderzeniu zarejestrowany przez sejsmometry Apollo przypominał dźwięk dzwonu. Jakby dźwięczał przez godziny, raportowali astronauci. Tylko kto miałby umieścić księżyc na orbicie Ziemi? No i w jakim celu?
Czy księżyc to baza? Ukryta stacja obserwacyjna? Jak napisał ktoś na Reddicie: „Jeśli obcy naprawdę chcą nas obserwować bez naszej wiedzy, to umieszczenie czegoś na orbicie albo wręcz zrobienie z Księżyca bazy to byłoby mistrzostwo kamuflażu”. Nie twierdzę, że to wszystko prawda, ale czy wszystko, co niewyjaśnione, musi być bzdurą? Czy zadajemy sobie w ogóle właściwe pytania? No i czy jesteśmy gotowi na ewentualne odpowiedzi? A teraz kilka przykładów obserwacji wielkich statków, które mogłyby być statkami matkami obcych. Gwatemala, maj 2025 roku. W mediach społecznościowych zaczęły krążyć nagrania z miejscowości Villa Nueva w Gwatemali. Przedstawiały one duży, ciemny obiekt zawieszony nieruchomo na nocnym niebie.
Obiekt miał charakterystyczny układ sześciu jasnych świateł ułożonych poziomo, wyraźnie odróżniających się od gwiazd. Nie było słychać żadnego dźwięku silnika ani szumu, pomimo że zdaniem świadków obiekt wisiał dosyć nisko nad ziemią. Kilka nagrań z różnych części miasta zarejestrowało dokładnie ten sam układ świateł, co wyklucza przypadkowe odbicia czy błędną interpretację pojedynczego materiału. Wszystkie filmy ukazują obiekt jako stabilny, nieruchomy, zawieszony w powietrzu przez kilka minut, po czym, jak twierdzą świadkowie, miał zniknąć bez żadnego ruchu w bok czy w górę. Po prostu przestał być widoczny. Lokalni badacze nie byli w stanie zidentyfikować zjawiska. Paulo de Leon, gwatemalski niezależny analityk zjawisk powietrznych skomentował: „To nie przypominało drona, balonu czy jakiegokolwiek znanego statku powietrznego. Układ świateł był zbyt precyzyjny, a ruch, albo raczej jego brak, zupełnie nie pasował do tego, co zwykle obserwujemy”. Władze nie wydały żadnego oficjalnego komentarza. Ani armia Gwatemali, ani lokalne lotnictwo nie zidentyfikowały żadnej operacji lotniczej w tamtym czasie.
Niektórzy sugerowali, że mógł to być tak zwany statek matka, duży obiekt, wokół którego mogą poruszać się mniejsze jednostki znane z wcześniejszych obserwacji, na przykład w USA. Charakterystyczne zawisanie w powietrzu, brak hałasu i symetryczny układ świateł składają się na znany już schemat. Nagrania z Villa Nueva szybko zyskały popularność na TikToku i X, dawniej Twitterze. Chociaż większość dużych mediów nie podjęła tematu. Inny przypadek. Medellin, Kolumbia, sierpień 2024 roku. Na początku tego miesiąca mieszkańcy północnych dzielnic Medellin doświadczyli jednej z najbardziej spektakularnych obserwacji obiektu, który wielu świadków nazwało miastem pływającym na niebie. Zdarzenie miało miejsce tuż po zachodzie słońca, około godziny 18:50. W momencie, kiedy niebo było jeszcze rozświetlone resztką dziennego światła. Ponad szczytami wzgórz otaczających dolinę pojawił się ogromny, ciemnoszary kształt zawieszony nieruchomo w powietrzu.
Jego powierzchnia była pozbawiona wyraźnych detali. Wydawała się matowa, lekko półprzezroczysta, jakby pokryta warstwą mgły. Niektórzy świadkowie twierdzili, że widzieli w obrębie obiektu migoczące struktury przypominające tarasy, wieże lub wystające moduły. Jeden z lokalnych nauczycieli, Hernán Rodríguez, tak opisał zjawisko w wywiadzie dla El Colombiano: „To nie był samolot. To nie był sterowiec. To była gigantyczna konstrukcja zawieszona w powietrzu, jakby obserwowała miasto. Powietrze stało się cięższe. Ptaki ucichły, a psy zaczęły szczekać”. Naoczni świadkowie mówią o bezgłośnym dryfowaniu, a potem równie nagłym i cichym zniknięciu obiektu, który rozpłynął się wewnątrz formującej się w jego miejscu chmury o dziwnej, spiralnej strukturze. Przez kilka minut po jego zniknięciu niebo miało wyraźnie odmienny odcień.
Fioletowo-szary, nietypowy dla tamtej pory dnia i warunków pogodowych. Kolumbijskie służby meteorologiczne oraz lotnictwo cywilne nie zarejestrowały żadnych anomalii technicznych, jednak niezależni badacze opublikowali raport wskazujący na zakłócenia w lokalnych polach elektromagnetycznych. Zakłóceniach, które miały miejsce dokładnie w czasie obserwacji. Wspomniany obiekt ze względu na skalę, sposób poruszania się i brak jakiejkolwiek interakcji z ziemskim ruchem powietrznym został przez część ekspertów uznany za hipotetyczną jednostkę typu statek matka. Jednostkę podobną do obiektów widywanych wcześniej nad Phoenix w 1997, Niigatą w 2022 czy południowym Uralem w 2023 roku. Do dziś nie pojawiło się żadne oficjalne wyjaśnienie zdarzenia, mimo że nagrania i relacje z Medellin szybko zdobyły globalny zasięg w mediach społecznościowych, a zwłaszcza na TikToku i Instagramie. No i kolejny przypadek. Perth, Australia, październik 2024 rok. Wczesnym rankiem 12 października mieszkańcy obrzeży Perth, zwłaszcza dzielnic Midland, Mahogany Creek i Glen Forrest, donieśli o niezwykłym zjawisku nad północno-wschodnim horyzontem. Świadkowie mówili o cichym, kolosalnym obiekcie, który wydawał się zawieszony nieruchomo ponad linią eukaliptusowych lasów niedaleko pasma Darling Range.
Obiekt miał kształt spłaszczonego, nieregularnego elipsoidu przypominającego metaliczny kamień unoszący się w powietrzu. Jego powierzchnia była miejscami połyskliwa, jakby pokryta płynnym metalem, ale w innych fragmentach rozmyta jak zanurzona w niewidzialnym oparze. Świadkowie opisywali, że spod jego podstawy wyłaniały się strumienie jasnego światła, lecz nie w postaci smug reflektorów, a raczej jakby to były fale białej mgły, które przemieszczały się w dół i znikały tuż nad ziemią. Naoczni obserwatorzy zgodnie twierdzili, że panowała absolutna cisza, mimo iż obiekt zakrywał znaczną część nieba. Według relacji jednego z rolników z okolic Greenmount to było tak, jakby niebo samo się otworzyło. Żadne dźwięki, żadnego wiatru, żadnych ptaków, tylko ten ogromny, nierealny kształt wiszący nad lasem. Zdarzenie trwało około ośmiu minut, po czym obiekt uniósł się pionowo w sposób niemożliwy do porównania z jakimkolwiek znanym środkiem transportu. Bez przyspieszenia, bez dźwięku, bez turbulencji. Zniknął nagle, pozostawiając po sobie ciemniejszy obszar nieba i widoczne przez kilka sekund świetlne pasmo w formie poziomego owalu. Tego samego dnia cztery stacje sejsmologiczne zanotowały nietypowe mikrowibracje atmosferyczne.
Obserwatorium optyczne Uniwersytetu Zachodniej Australii zarejestrowało zakłócenia w pomiarach tła gwiazdowego, które opisano jako lokalne zaburzenie odbicia światła niepochodzące od chmur ani znanych zjawisk atmosferycznych. Podobnie jak w przypadku Medellín, żadna z agencji rządowych nie wydała komentarza, a wszystkie komercyjne linie lotnicze zaprzeczyły, jakoby jakikolwiek lot znajdował się wtedy w rejonie objętym obserwacją. W lokalnych forach i grupach Facebooka pojawiły się spekulacje o tajnym eksperymencie RAAF, Royal Australian Air Force. Jednak wielu użytkowników odrzuca tą hipotezę, wskazując na kompletny brak dźwięku oraz nieludzką skalę zjawiska. Przypadek kolejny. Buenos Aires, Argentyna, czerwiec 2023 roku, a dokładnie w połowie czerwca mieszkańcy dzielnicy Palermo w Buenos Aires zaobserwowali nietypowy obiekt unoszący się nad miastem tuż po zmierzchu. Około godziny 21:30 kilka osób nagrało duży, ciemny kształt o wyraźnym konturze i dwóch pulsujących światłach. Jedno było białe, drugie czerwone. Obiekt poruszał się bezgłośnie i niezwykle wolno na wysokości kilku kilometrów. Na nagraniach opublikowanych między innymi przez użytkowników platformy X widać, jak obiekt przesuwa się poziomo, zatrzymuje, a następnie unosi pionowo i znika w chmurach.
Wszystko dzieje się bez najmniejszego dźwięku, mimo że obiekt ów wydaje się mieć rozmiary znacznie przekraczające rozmiary standardowego samolotu pasażerskiego. Świadkowie opisują ów obiekt jako niemal niewidzialny, ale masywny. Korpus statku był widoczny tylko dzięki światłu miejskich latarni. Jeden z mieszkańców, Sergio Mendieta, powiedział lokalnemu radiu: „To wyglądało jak coś z filmu science fiction. Jakby wielki czarny statek przelatywał nisko, całkowicie ignorując prawa fizyki. Żadnego dźwięku, żadnych świateł ostrzegawczych. Po prostu sunął po niebie, jakby badał teren”. Kilka dni później argentyńskie lotnictwo wojskowe wydało lakoniczny komunikat, że w czasie obserwacji nie odnotowano żadnych anomalii radarowych. Tymczasem niezależni obserwatorzy zwrócili uwagę na fakt, że przestrzeń powietrzna nad Buenos Aires była tego dnia zamknięta dla lotów cywilnych przez ponad godzinę. To nie zostało wyjaśnione przez władze.
Niektórzy komentatorzy nazwali ten przypadek typowym przykładem obecności statku matki. Obiektu o dużych rozmiarach, poruszającego się z niewytłumaczalną stabilnością i w towarzystwie niestandardowych zjawisk świetlnych. Elementem wspólnym z innymi obserwacjami z tego okresu była absolutna cisza, manewry przeczące aerodynamice i brak jakichkolwiek oznaczeń. Nagrania z Buenos Aires zostały przeanalizowane przez kilka społeczności ufologicznych w Ameryce Południowej, ale do dziś nie pojawiła się żadna oficjalna identyfikacja obiektu. Tak, jeśli chodzi o ten przegląd, który przed chwilą zaproponowałem, to jedno możemy powiedzieć na pewno. Nie mamy twardych dowodów. To fakt. Nie mamy nagrań, które jednoznacznie pokazywałyby obiekt będący statkiem matką, obiekt unoszący się nad Ziemią czy gdzieś tam w przestrzeni. Nie mamy oficjalnych potwierdzeń od agencji kosmicznych, nie mamy jednoznacznych zdjęć, które nie byłyby na przykład rozmyte, ale nie mamy też wszystkich danych. Odpowiedzmy sobie jednak na jeszcze jedno pytanie.
Czy poznaliśmy już każdy zakątek Układu Słonecznego? Każdą orbitę w tym układzie? Każdy księżyc? Każdy cień księżyca? Tak naprawdę poznaliśmy zaledwie ułamek przestrzeni wokół nas. Są miejsca, do których nasze teleskopy po prostu nie sięgają. Są zjawiska, których naprawdę jeszcze nie rozumiemy. Wciąż nie wiemy, co naprawdę kryje się w oceanach Europy, lodowego księżyca Jowisza. Nie wiemy, co napędza niektóre anomalie w pasie Kuipera. Nie wiemy nawet, co dokładnie znajduje się w cieniu naszego własnego księżyca.
Astrobiologia, nowa gałąź nauki, dopiero otwiera przed nami pytania, które kiedyś uważaliśmy za fantazję. I jeśli jakiś statek matka naprawdę kryje się gdzieś w okolicy Ziemi, to prawdopodobnie jego załoga wie, jak się przed nami ukryć. Jak ukryć się w taki sposób, aby nasza technologia nie potrafiła dostrzec owego obiektu. Możemy być sceptyczni. Co więcej, powinniśmy być sceptyczni, ale jednocześnie nie powinniśmy zamykać się na różne możliwości, bo historia nauki to długa lista rzeczy, które kiedyś uważano za niemożliwe. A państwo? Czy wierzycie, że w naszym Układzie Słonecznym mogą znajdować się obce statki? Czy to tylko fantazja? A może to coś, czego po prostu jeszcze nie ogarniamy rozumem i zmysłami? Podzielcie się państwo, proszę, swoimi przemyśleniami w komentarzach.
Czy teoria o czarnym rycerzu was przekonuje? A może to księżyc wydaje wam się podejrzanie cichy? Tych pytań można by jeszcze namnożyć. Myślę, że państwo mogą je zadać w komentarzach. I to już wszystko w dzisiejszym wydaniu Wehikułu Wyobraźni. Bardzo proszę, zasubskrybujcie państwo kanał, kliknijcie dzwoneczek i dajcie znać, jeśli chcecie więcej takich tematów jak ten dzisiaj. Do usłyszenia i patrzcie państwo w niebo, bo naprawdę nigdy nie wiadomo, co może właśnie patrzeć na was. Tak, mam nadzieję, że chociaż troszkę państwa zainteresowałem tym, co się dzieje w Układzie Słonecznym. Jeśli zainteresowałem państwa bardzo, to tradycyjnie już zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam samodzielnie albo wspólnie z gośćmi, między innymi z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie, dosyć często staramy się rozkminić różne tajemnice związane z UFO i nie tylko z UFO.
No to proszę państwa, skoro już wspomniałem o Piotrze Cielebiasiu, to dobry moment, żeby zaprosić państwa na Filmotekarium. A dzisiaj, jak to się mówi, nowa nowość. Nieustannie mnie to bawi. Więc nowa nowość. Film zatytułowany „28 lat później". Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium. A skoro Filmotekarium, to dzień dobry wieczór, Piotrze.
[56:21] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Dzisiaj będzie nowość i dzisiaj będzie nowość, która wzbudza mieszane uczucia.
[56:30] - Oj bardzo mieszane. Bardzo mieszane, a w dodatku wzbudza coś jeszcze. Przynajmniej u mnie. Taki stan zagubienia. Bo ja tak naprawdę już myślałem, że jak rozpoczniemy audycję, to będę wiedział, ale dalej nie wiem. Ja tak do końca nie wiem, czy ten film mi się podobał, czy on mi się nie podobał. Ktoś powie: „No wariat”. To już tłumaczę, bo z całą pewnością jest to film bardzo profesjonalnie zrobiony. To jest film, który jakoś tam dotyka zapewne moich lęków, bo ja cały ten kulturowy fenomen, którym są filmy o zombie, o takich zombo-zombie podobnych tworach jakoś tam przeżywam. Ja te filmy lubię i nie lubię jednocześnie.
Oglądam, ale trochę tak, jak dzieci oglądają horrory. Znaczy może nie zasłaniam sobie oczu, ale już mam taką ochotę. A poza tym tak to jest, że jak obejrzę jakąś kolejną „Noc żywych trupów” albo coś tam innego z żywymi trupami w tytule, albo jakiś inny tytuł o zombie, to niby to nie robi. No to wiadomo, bajka, ale później gdzieś tam w mojej podświadomości, sam nie wiem dlaczego, gdzieś to się odkłada i im dalej jest od tego filmu, tym ja go, nie wiem, czy bardziej pamiętam, bardziej przeżywam. Jakoś tak zostaje ze mną. Być może powinienem udać się do psychiatry. To jest niewykluczone, ale staram się państwu w ten nieco skomplikowany sposób wytłumaczyć, dlaczego ja tego filmu do końca nie potrafię ocenić. Doceniam pewne jego walory, o których pewno za chwilę powiemy. Nie doceniam pewnych wysiłków, które zostały podjęte przez ludzi, którzy ten film tworzyli. O tym też za chwilę powiemy.
Ale jedno wiem na pewno. Ten film gdzieś mocno, po raz kolejny, jak to filmy o zombie, gdzieś tam osadził się w mojej podświadomości i promieniuje. Ja ten film widziałem ponad tydzień temu i muszę powiedzieć, że im jest dalej od seansu, tym ja częściej o nim myślę. Kiedy skończył się seans, to powiedziałem sobie: „Widziałem już lepsze i bardziej krwawe i bardziej dynamiczne filmy na ten temat”. No tak, ale minął ponad tydzień, a ja cały czas o tym filmie myślę. No to pomyślmy razem Piotrze.
[59:07] - No tak, to u mnie może nie tak bardzo promieniuje. Promieniował ten pierwszy, pierwszy z cyklu, czyli „28 dni później", a teraz mamy „28 lat później", trzecią w sumie odsłonę tego cyklu i zarazem pierwszą odsłonę nowej trylogii. To może tak dziwnie brzmieć, ale tak będzie. Ponoć całkiem niedługo, za około rok ma być kontynuacja „28 lat później", potem jeszcze jeden film. Miał to być najwybitniejszy horror tego roku. Czy był? Ja powiem tak: sami musicie ocenić nasze wnioski. No, częściowo znacie. Ja o swoich powiem za chwilkę. Film ten znany jest z kilku rzeczy albo inaczej, trzeba o nim powiedzieć w związku z kilkoma płaszczyznami tematycznymi.
Po pierwsze on się mierzy z legendą wielkiego nie pierwowzoru, tylko pierwszej części, czyli „28 dni później". Po drugie został w całości nakręcony smartfonami znanej marki, co dla niektórych jest wadą, dla innych dziwactwem, dla innych wielką zaletą. Ja, szczerze mówiąc, jakoś strasznie nie przeżywam tego. Nie zwróciłem na to wielkiej uwagi. „28 dni później", czyli pierwsza część, to był dla mnie horror ikoniczny, z taką nutką indii, czyli kina niezależnego. Te przejmujące sceny pustego Londynu pozostały w pamięci na długo, nawet do dzisiaj. "28 lat później" niby opowiada ciąg dalszy tej samej historii bazowej, czyli coś się wydarzyło. Wielka Brytania stanowi rezerwat odseparowany od reszty Europy, gdzie szaleje epidemia przemieniająca ludzi w zombie. Oczywiście żyją tam też normalni ludzie i w ten sposób poznajemy głównych bohaterów żyjących sobie w ufortyfikowanej osadzie gdzieś w Szkocji. Atmosfera w tym filmie jest zarówno taka typowo postapokaliptyczna, ale ja tam wyczuwałem nutkę fantasy również.
Nie wiem, z czego to wynika. Może za dużo się tego wszystkiego naoglądałem, ale przypominało mi to jakiś film fantasy, dlatego że oni tam żyją sobie cofnięci o kilkaset lat nawet względem reszty kontynentu i walczą o przetrwanie. Czyli tacy jakby ludzie średniowiecza współcześnie. Sama historia opowiedziana w tym filmie jest bardzo prosta, nawet banalnie prosta. Stąd twórcy musieli chyba nadrobić trochę. No i skoro musieli nadrobić, no to czym? Po pierwsze tymi zakażonymi, tymi agresorami, tymi istotami. Oprócz tych typowych dla poprzednich części mamy nowe jednostki, tak jakby larwy czołgające się pod ziemią, plus jednostki alfa. Są bardzo widowiskowe sceny konfrontacji z tymi istotami. To jest duży plus tego filmu.
Ponadto 28 lat później wszystko się klei tak naprawdę, ogląda się to wszystko dobrze. Tylko jest problem. Problem, bo ja mam podobne wnioski co ty. Oczywiście ocena tego filmu zależy od osobistych preferencji. Czy ktoś lubi tego rodzaju kino, ile ktoś podobnych filmów widział i tak dalej. I jak wszystkie gatunki, także i filmy postapo, także i filmy z zombie, z jakimiś epidemiami, one się charakteryzują pewną przewidywalnością. I pomimo tych wszystkich plusów, dużych plusów, to ten film nie jest wybitnie oryginalny. To nie jest film, który wnosi do tego gatunku cokolwiek świeżego. Ja nawet nie wiem, czy on tą historię w jakiś satysfakcjonujący sposób rozwija. To znaczy, nie zrozumcie mnie źle, to jest dobry film, jak najbardziej.
Ale tak samo jak w przypadku filmów o opętanych, mówiliśmy o tym tydzień temu, mamy opowieść przewidywalną. Tak jak filmy o opętanych mówią o walce z demonem i na końcu jest jakaś wielka konfrontacja, tak samo filmy o zombie czy inwazji obcych na przykład, one zawsze będą pewne wątki powielać. I tutaj od scenarzystów zależy, jak ta historia zostanie poprowadzona i jaki będziemy mieli wątek dramatyczny w tym wszystkim. A od osobistej wrażliwości widza zależy, czy kupi cię to, czy nie. Ze mną było tak, że ponieważ jestem człowiekiem, który się dość szybko nudzi, powiem szczerze, ten film mnie nie porwał. On ma plusy, to się da obejrzeć. Nie porwał mnie ani w warstwie horrorowej, ani w warstwie dramatycznej. Nie było czegoś takiego, na co liczyłem. Skoro mówiono, że to ma być najlepszy horror roku, to oczekiwałem, że przestraszę się i to naprawdę. Ale konfrontacja z pierwszą odsłoną serii wypada blado.
To w ogóle są zupełnie inne filmy. W przypadku "28 lat później" mamy do czynienia de facto z filmem przygodowym tak naprawdę, moim zdaniem z lekką nutką epicką, tak to chyba nazwę. A wiesz co jest w tym wszystkim chyba najgorsze? Że myśmy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy omawiali kilka filmów. Na przykład był taki film z Nicolasem Cage'em, który też był osadzony w klimacie postapo. Co prawda tam nie było zombie, ale była podobna historia. Pamiętasz, był też taki film opowiadający o tym, że ludzkość musiała się przenieść wysoko w góry, żeby tam przeżyć, bo poniżej pewnej wysokości coś dziwnego grasowało. Te wszystkie filmy, niezależnie czy tam wsadzimy obcych, zombie, zakażonych, one są w zasadzie podobne i niestety z przykrością stwierdzam, że to było dla mnie osobiście nudne. Nudne i się troszeczkę wynudziłem. Dodatkowo jeszcze trzeba wziąć pod uwagę to, że prócz filmów mamy gry.
Gry komputerowe, które też przecież są osobnymi opowieściami tak naprawdę, rozwijają różnego rodzaju narracje, wątki, scenariusze i jeżeli weźmiemy jeszcze pod uwagę to, dodatkowo przygasa nam ta historia. Ona jest jeszcze mniej oryginalna. Wszystko fajnie, wszystko dobrze, ale ani się nie ubawiłem, ani się nie zaskoczyłem. Po prostu poprawna opowieść. Momentami przerażająca, momentami wzruszająca. Ale ja nie wiem, czy ona promieniuje we mnie.
[01:06:12] - Też do końca nie wiem, czy ona pod względem tego, czy to jest film przygodowy, też promieniuje. Ona promieniuje w innym zakresie, tak jak już mówiłem. A jak na film przygodowy, to tej dynamiki w filmie jest stosunkowo niewiele. Bo owszem, mamy historię, tu chyba niewiele zdradzę. To ci się mogło, Piotrze, z fantasy jakoś kojarzyć. Bo ojciec z synem ruszają na wyprawę inicjacyjną. Do czego się to sprowadza? Wyspę od stałego lądu, w tym wypadku Wielkiej Brytanii, oddziela Taka znikająca pod wodą grobla. Znany motyw: zalewa ją woda, od czasu do czasu ta grobla się odsłania i tą groblą można przetuptać sobie na stały ląd. Wyprawa inicjacyjna polega na tym, że zabieramy łuki i młody człowiek, nawet bardzo młody, strzela sobie do tych zombie, żeby pokazać, jaki już jest prawie dorosły.
Bardzo fantasy i takie... Nie wiem. Można obejrzeć. Gdzieś tam w tle dostajemy historię, że w domu czeka na nich matka i od początku wiemy, że z tą matką jest nie tak. Coś niedobrego się z nią dzieje. Ojciec jakby nie zwracał na to uwagi, jakby najważniejsze było to, że syn ma przejść tę wyprawę inicjacyjną. Okej, w porządku. Dalej nie będę opowiadał filmu, ale to się tak toczy. W pewnym momencie dostajemy coś, co w jakiś sposób pokazuje, że w tym scenariuszu były pewne ambicje, żeby nie opowiadać typowo hollywoodzkiej historii. Chociaż w każdym razie to, z czym państwu się kojarzy hollywoodzka historia, czyli wszystko staje się dobrze, bo główny bohater się poświęcił, a jak się poświęcił i wykazał się pewnym sprytem oraz hartem ducha, to ten hart ducha musi być nagrodzony i spotyka go nagroda.
Tu tak nie jest. I taki jest człowiek na początku zawiedziony. Jak to? Przecież ten główny bohater wykazał się, chciał być pomocny, chciał być bohaterem. Co więcej, był bohaterem przez chwilę, a to się wszystko w niwecz obróciło. Może w jakimś stopniu pozwoliło zachować godność owej matce, ale na początku człowiek sobie mówi: „No jak to?” Później, jak sobie przemyśli, to jest łamanie schematów, tylko zastanawiam się, czy to nie jest zbyt mało, żeby ten film ocenić dobrze. Poza tym ten film powiela stare kalki z tego rodzaju obrazów. Wiecie państwo, czego ja najbardziej nie lubię w filmach o zombie? Mamy bohatera, który się na przykład dobrze ostrzeliwuje, dobrze sobie z tymi tworami radzi. To jak macie takiego bohatera w tego rodzaju filmie, to od razu wiadomo, że w pewnym momencie stanie się coś, że on, chociaż celuje świetnie, jest świetnym strzelcem, to jakoś nie zdąży strzelić i go te potwory w jakiś sposób rozszarpią.
Dokładnie to się dzieje w tym filmie. Jak macie bohatera, który dobrze strzela, a tam się pojawia motyw załogi pewnego statku, okrętu. To są rozbitkowie. Coś tam się nie zadziało za dobrze i oni wylądowali na terenie dawnej Wielkiej Brytanii. I te stwory zombie podobne poradziły sobie bez większego problemu z nimi. Bo jakoś tak, że jak strzelamy do tych zombie, to gdzieś tam z boku zawsze jakiś wyleci i zrobi coś nieprzyjemnego. Więc to jest powielanie jakichś starych schematów. Gdzieś tam ten film bywa wizyjny, w sensie pewnego obrazu, takiego zapierającego dech w piersiach. Bo kiedy młody główny bohater, ten inicjowany na początku, dociera do celu swojej wyprawy, do pewnego doktora i widzimy to miejsce, które stworzył doktor, to, proszę państwa, się przypominają różne groźne filmy. Mnie się tam gdzieś jakieś takie skojarzenia, może nie z filmami, ale z literaturą typu „Conan” pojawiły, bo to jest miejsce niezwykłe.
Miejsce czaszek. To tylko tyle powiem. Nie będę zdradzał, o co chodzi dalej. I wiecie państwo, mówię o zaletach tego filmu. Trochę przeplatam je tylko tym, co moim zdaniem jest sztampowe. Więc w tym filmie zalety są. Ale tak jak zacząłem, jak na film przygodowy, to jest za mało dynamiczny. Tam się dynamika pojawia od czasu do czasu, szczególnie w scenach starć z tymi zombiami. Tam się pewna dynamika pojawia, ale umówmy się, ta dynamika jest charakterystyczna, dlatego wspomniałem o tych takich sztampowych scenach. Ona jest charakterystyczna dla tego typu filmów, więc nie czujecie się państwo zaskoczeni specjalnie, kiedy to oglądacie.
Jeśli chodzi o całość, ta historia tak się snuje od jakiegoś momentu akcji do drugiego momentu akcji. I jakiś tam dramatyczny wątek, tragiczny nawet, pojawia się związany z matką i z tym młodym człowiekiem, który bardzo chce matkę uratować. Ale to wszystko. To jest opowieść, która... Znowu, ja wiem, ja to chyba mówię przy niemal każdym odcinku „Filmotekarium”. Gdyby ten film był odrobinę krótszy, to nic by się nie stało. Może byłoby mniej dłużyzn i takich, wiecie państwo, obserwacji przyrody, jakaż piękna ta Wielka Brytania, kiedy się wyludniła i jak lasy pięknie rosną i jakie to wszystko wspaniałe. Tylko te zombie krążą po tych lasach i to jest może mniej wspaniałe. No nie, to To jakoś tak nie porywa i te dłużyzny można by sobie wyciąć z tego filmu. Ale wtedy może ten film miałby godzinę dwadzieścia.
To by się gorzej sprzedawało, więc lepiej jak są te dłużyzny powsadzane. Kpię trochę, to państwo słyszycie, ale jest coś, co drażni i to jest właśnie to, co mnie drażni. Oczywiście, tak jak Piotr powiedział, będą kolejne części, będzie nowa trylogia i zapowiedź tego jest już wsadzona na końcu filmu, żebyście broń Boże nie mieli podejrzeń, że to koniec. Nie, nie. To jest jasno, prosto i nawet dosyć dynamicznie pokazane. Otwiera się nowa historia i wtedy pojawia się napis: koniec. Zatem czekamy na część kolejną. Z tego, co mówię w tej chwili już państwo wywnioskowali, że ja mam problemy z tym filmem. Z jednej strony, tak jak mówiłem na początku naszej audycji, gdzieś tam to mocno osadziło mi się w podświadomości. Podkreślam w podświadomości, bo jakoś tak realnie na tym etapie świadomym, na tym poziomie świadomym jakoś o tym specjalnie nie myślę przez cały czas, ale gdzieś tam z głębi to wraca jakimiś obrazami, przebłyskami, jakimiś takimi krótkimi fleszami i przemyśleniami na temat tych fleszy.
No okej, w porządku. Zatem gdzieś tam w mojej psychice, to by musiał jakiś psychoanalityk to zbadać, a może lepiej nie, co tam w tej psychice się mojej kłębi. Lepiej, żebyśmy wszyscy tego nie wiedzieli, bo mogłyby się rzeczy straszne okazać i Filmotekarium by się musiało skończyć. Zatem zostawmy tę sprawę. Ale jedna rzecz jest dla mnie pewna. To jest film, który zapamiętam, ale nie wiem, czy zapamiętam go ze względu na jego walory filmowe. Chciałem powiedzieć artystyczne, ale nie przesadzajmy, nie szalejmy. Takie filmowe czysto walory, czyli dobrej rozrywki, dobrego przedstawienia, dobrej opowieści. Ja wcale nie uważam, że to jest dobra opowieść, pomimo że łamie pewne stampy, o czym już mówiłem, to mimo wszystko uważam, że dałoby się to zrobić lepiej. I to muszę powiedzieć na koniec.
Wiecie państwo, to nie jest nowe, co powiem, ale na tle tego wszystkiego, co obecnie zmuszeni jesteśmy oglądać, to i tak jest nieźle. Zresztą mam wrażenie, że państwo również macie takie poczucie, jakie my wspólnie z Piotrem reprezentujemy od dłuższego czasu, że coraz gorzej. Nie ma czego oglądać, tylko cały czas łudzimy się, że coś tam może nowego nadejdzie. A skąd to wiem? Otóż coraz częściej w komentarzach pod naszymi audycjami pojawiają się propozycje filmów sprzed lat, sprzed lat dwudziestu, trzydziestu, żebyśmy je omówili, bo tego, co jest dzisiaj nie opłaca się omawiać. Będziemy sobie, Piotrze, musieli jakoś z tym poradzić.
[01:16:14] - Tak. Wydaje mi się, że dzieje się tak z tego powodu, że dzisiejsze filmy są mało wstrząsające. Dzisiejsi ludzie widzieli wszystko, nawet widzieli już wszystko nie w wersji filmowej, tylko nawet największe kurioza i horrenda i w ogóle najstraszniejsze rzeczy można już sobie obejrzeć w wersji na żywo w internecie, nie wzbogacane jakimiś tam efektami. Dzisiaj jest trudno widza zaskoczyć, ale cały czas można go zaskoczyć historią. Ten element szoku w „28 lat później” ja nie wiem, czy on występuje. Nie wiem, czy pod tym względem, jak to było w „28 dniach później”. Tam rzeczywiście był jakiś taki wstrząs, jakaś taka surowizna z tego wszystkiego biła. A tutaj? Tutaj mamy po prostu film. Film z otwartym zakończeniem.
Tutaj oczywiście jest też powód do dyskusji, co to oznaczenie może sugerować. Sugeruje oczywiście kontynuację. Słyszałem, że będą co najmniej dwie części. Czy to dobrze? Co kto lubi. Przeciąganie takich filmów typu zombie, typu postapo, na przykład filmu o inwazji często się kończy wypaleniem. Takim dobitnym dowodem jest seria "Quiet Place", o której kiedyś mówiliśmy. Ale co jeszcze można powiedzieć o „28 latach”? Wiesz, nie zapadają mi w pamięć i nie zapadają mi w mózgu. Nie wyrywają, wykuwają się tam.
Nie zamieszkują w mojej pamięci postaci ani aktorzy z jakichś powodów. No chłopiec, cóż, chłopiec kolejny bohaterski, jego ojciec. No cóż, kolejny twardziel. Nie wiem, może za dużo narzekamy, ale mam wrażenie, że budżet, reklama, dobre słowa ze strony krytyki one nie zawsze decydują o tym, czy film będzie dobry. On mnie po prostu nie wciągnął. Jeżeli chodzi o „28 lat później”, ale podkreślam — wiele osób na pewno będzie miało inne zdanie z tego powodu, że to jest wszystko jak najbardziej poprawne, jak najbardziej do oglądania. Niektórzy uznają, że to fajne, ale dla mnie tam nie ma znowu temperatury, nie ma elementu zaskoczenia. Nie ma czegoś takiego, co w takich historiach by mnie przerażało najbardziej. To znaczy się, wiesz co, nie ma elementu takiego realistycznego, bo o ile „28 dni później” przerażał właśnie tym realizmem, przerażał tą surowizną taką, która się tam wylewała, tymi pejzażami wstrząsającymi
[01:19:07] - Opuszczonego miasta. Tutaj mamy uporządkowaną opowieść, która momentami nam się wydaje nawet trochę przesłodzona, nawet trochę ckliwa. Tam to jednak uderzało. I teraz pytanie: skoro oni decydują się robić kolejne części, to nam się robi małe uniwersum z tego wszystkiego. Czy to jest pójście w dobrą stronę? Czy tam jest jeszcze w ogóle miejsce na coś nowego? Czy to będzie po prostu odcinanie kuponów od bardzo znanego dobrego filmu, jakim było „28 dni później”? Nie wiem. Trudno mi powiedzieć, bo oczywiście przekonamy się o tym za rok, ale powiem jeszcze raz: nie porwało mnie to. Jakoś takie to wszystko przewidywalne.
Może gdyby osadzić to w innym środowisku, na innym tle, wśród innych ludzi. Może. A tak to miałem wrażenie cały czas, że oglądam zmagania hobbitów, którzy się szykują do walki z jakimiś orkami. Pewnie dla wielu to będzie obrazoburcze, ale jakieś takie miałem wrażenie przez dużą część tego filmu.
[01:20:27] - Miałem się już właściwie nie odzywać, ale chciałbym, żeby wybrzmiało tak dobitnie to, co powiedziałeś. Temu filmowi brakuje ciekawej historii. On bazuje na pewnych kalkach, na pewnych naszych lękach, czego ja jestem najlepszym dowodem. Na lękach, na pewnych naszych traumach, ale nie wprost. I boimy się albo w każdym razie obawiamy się tego, co jest na ekranie. Bez przesady oczywiście, ale nie dostajemy ciekawej historii. To jest moim zdaniem podstawowy błąd współczesnego kina, że my coraz rzadziej dostajemy ciekawe historie. I to nie jest wina tego, że widzieliśmy już wszystko. Piotrze, mówiłeś, że właściwie wszystko się nam dzisiaj pokazuje. Wszystko oprócz dobrze zakręconych, dobrze ułożonych, nie waham się użyć tego słowa, dobrze skomponowanych historii, bo te w dalszym ciągu są w głowach wielu ludzi.
Tylko moim zdaniem problem współczesnego świata polega na tym, że dzisiaj w bardzo wielu wypadkach tworzeniem filmów nie zajmują się ludzie z pomysłami, tylko całe sztaby. To są prace zbiorowe. Dzisiaj dochodzi do tego, że scenariusz jest pisany przez 20 osób, z czego w liście płac, czyli w napisach filmowych wymienia się trzy pierwsze. Tych pozostałych 17 się nie wymienia, bo trudno, tylko te trzy pierwsze są najważniejsze. Ale już sam fakt, że pracuje nad tym wiele osób, być może kiedyś się sprawdzało to, być może się sprawdzał ten fakt, ale dzisiaj to się absolutnie nie sprawdza, bo te 20 osób, niech będzie 10, dąży do tego, żeby film był perfekcyjny, a zatem żaden. Bo ta perfekcja nie polega na tym, że wszystko będzie świetnie sfilmowane, świetnie dojechana ta kamera i że wszystko widać. Nie. Film powinien opowiadać historię. A tak to już jest, proszę państwa, że historie lęgną się w głowach ludzi, czasami jednostek, czasami są to duety, czasami tych ludzi jest trzech, ale jak ich jest 20, to z tego nie powstanie historia. Wierzcie mi państwo, nie.
Najlepszy jest człowiek, który sam na sam z kartką wymyśla historię. I często są to historie genialne i takie filmy odnoszą sukcesy. Czasami dwójka robi dobrze, bo nawzajem kontrują pewne rzeczy i to też wychodzi. Ale 20 osób piszących scenariusz niestety się nie sprawdza. Ja nie wiem, ile osób było w przypadku tego filmu. Tego się pewno nie dowiemy, bo ghostwriterzy już nie tylko w sferze książek hasają, ale także w sferze scenariuszy filmowych, więc tego się nie dowiemy. Ale sama ta metoda, samo to podejście, że tłum napisze, zrobi lepszą historię, to jest moim zdaniem pułapka, labiryntowa pułapka, ślepy korytarz. Tak się tego nie robi. Dopuśćcie państwo szanowni, którzy decydujecie o tym, co wytwórnie wypuszczają, dopuśćcie ludzi z ich własnymi historiami, a jestem przekonany, że dobrych filmów pojawi się jakby więcej. I to chyba tyle.
Proszę państwa, to czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj będzie mniej fantastycznie niż zazwyczaj, ale książka, przyznaję, dosyć zabawna, dosyć ciekawa. Nosi tytuł „Mam w nosie Lorda, proszę pana”. No cóż, oddaję głos Luizie Evivie Dobrzyńskiej.
[01:24:35] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Nieraz tak bywa, że pisarz, który bardzo dobrze sobie radzi w krótkich formach, przy formie długiej wysiada. Szczególnie dotyczy to satyryków. Są oni przyzwyczajeni do pisania opowiadań, humoresek, ewentualnie skeczy, czasami wierszy. Natomiast powieść rządzi się już innymi prawami. Doskonałym tutaj przykładem jest Jerzy Afanasjew, obecnie już całkiem zapomniany, ale bardzo ciekawa postać w polskiej literaturze. Zresztą nie tylko literaturze, również w filmie. Jego opowiadania, a także pisane dla „Przekroju” listy z cyklu „Poczta do Afanasjewa” były niezwykle zabawną lekturą. Taki czysty surrealizm. Ale Afanasjew pisał też dłuższe formy.
Jego najsłynniejszą powieścią jest książka zatytułowana „Mam w nosie lorda, proszę pana". Dość osobliwy tytuł i książka też jest osobliwa. Sama jej treść. Oczywiście można tę treść jakoś omówić, jakoś streścić. Tylko że czytelnikowi to niewiele da, bo po prostu niewiele powie o książce stwierdzenie, że główną postacią jest tam niejaki pan Ap, były redaktor w czasopiśmie „Grobowe Nowiny", który na starość postanowił ożenić się i zostać aktorem. A bardzo ważną postacią poboczną jest lord, który już nie żyje oraz jego żona, która żyje jak najbardziej i jest bardzo zadowolona ze śmierci zazdrosnego męża. Pan Ap i jego młoda żona oraz lordowa spotykają się w Trąbkach Wielkich, nadmorskiej miejscowości położonej nad Bałtykiem i zwykle nieodwiedzanej przez nikogo. Zamieszkuje ją cała galeria barwnych postaci o niezwykłych nazwiskach, którą to gromadkę wyrywa z marazmu wiadomość o przyjeździe lordowej, która wiedziona kaprysem po śmierci męża postanawia odwiedzić właśnie Trąbki. Trzeba dla niej więc znaleźć jakąś atrakcję. Ale jaką?
W mieście nie ma nic ciekawego. Przypadkiem, a właściwie za podszeptem jednego z miejscowych rolników, postanawiają reklamować hotel jako miejsce, w którym straszy. Potrzebują jeszcze ducha. No właśnie. Trochę to może zawikłane, może proste, ale niczym właściwie nie oddaje atmosfery książki. Jest ona bardzo dziwna, bardzo abstrakcyjna, przepełniona licznymi dygresjami, głównie pacyfistycznymi, bowiem Afanasjew był fanatycznym przeciwnikiem wszelkich wojen. I zresztą trudno się temu dziwić, biorąc pod uwagę jego własne przeżycia. Była to jedna z moich ulubionych książek we wczesnej młodości. Dlaczego? Bóg jeden raczy wiedzieć.
Może po prostu bardzo zawsze lubiłam surrealizm, czyli jednym słowem książki, które mało trzymały się kupy. I jako właśnie egzemplarz z tej półki, że tak powiem, książka się sprawdza. Ale jest z nią pewien problem. Czytając ją, człowiek ma wrażenie, że nigdy w życiu nie przeszła ona nawet pobieżnej redakcji i to bardzo jej szkodzi, bowiem autor popełnia liczne błędy. Są liczne powtórzenia, nieścisłości w tekście. Coś, co można by dość łatwo wyczyścić, gdyby ktoś się za to zabrał. Nie wiem, czy sam autor tego nie chciał, czy też zaniedbała to oficyna wydawnicza, z której skorzystał, ale uważam, że stała się wielka szkoda, ponieważ ta książka nawet odrobinę poprawiona byłaby dużo lepsza i pewnie dużo bardziej zrozumiała dla czytelników. Wielu bowiem po prostu gubi się w niej. Nie mówiąc już o tym, że zrażają ich właśnie powtórzenia, złe użycie wielu wyrazów, co sprawia wrażenie, jakby książka była pisana na kolanie, jak to się mówi. Szkoda, naprawdę szkoda, ponieważ treść sama w sobie jest bardzo zabawna i ciekawa.
Naprawdę ciekawa. Jednak żeby przez nią przebrnąć, trzeba umieć wyłączyć się na to, co może czytelnika razić. Myślę jednak, że sięgnięcie po tę książkę nie zaszkodzi nikomu. Musi tylko być właśnie przygotowanym na te wszystkie przeszkody, o których wspomniałam, na to, co szkodzi tekstowi, ponieważ bardzo mu szkodzi i według mnie należałoby ją przeredagować, poprawić to, co jest najgorsze, starając się oczywiście nie tracić stylu autora. Podejrzewam jednak, że z jakichś powodów jest to niemożliwe. Poza tym Afanasjewa prawie już nikt nie pamięta. Niestety sława jest rzeczą przemijającą. Niewielu zyskuje ją na dłużej. A szkoda. Mimo wszystko powiem, że lubię tę książkę.
Lubię tę książkę właśnie ze względu na tę jej przedziwną, abstrakcyjną atmosferę. To pozwala oderwać się człowiekowi od codzienności. A poza tym autor zawarł tam wiele naprawdę ważnych przemyśleń, chociażby właśnie na temat niezbędności wojen i tego, kto je tak naprawdę wywołuje i kto na nich zarabia oraz wielu innych bardzo celnych spostrzeżeń na temat społeczeństwa, ludzkości, natury człowieka. Tylko trzeba to umieć wyłowić. Może spróbujecie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:30:13] - Teraz czas na Małpę — książki z pogranicza. A dzisiaj dzieło monumentalne. Ale nie czujcie się państwo przestraszeni. Dzieło jest może monumentalne, ale całkiem dobrze przyswajalne, że tak sobie zrymuję. Nosi tytuł „Dzieje Ksiąg Starego Testamentu". Autorem jest Witold Tyloch. Człowiek naprawdę świetnie zorientowany w tematyce. Za moich czasów to była, proszę państwa, na studiach pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy w jakimś stopniu parali się religioznawstwem, bo ona rzeczywiście mówi dużo o Starym Testamencie. Ale to nie chodzi o to, że dużo. To chodzi o to, że kompetentnie.
Bo Witold Tyloch, autor, to był naprawdę specjalista, który doskonale wiedział, o czym pisze. Cóż, proszę państwa, zapraszam na Małpę. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:31:17] - Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór. Co tam nowego piszczy w książkach z pogranicza?
[01:31:22] - Książki z pogranicza. Dzisiaj dzieło — tak, z całą pewnością dzieło Którą ja pamiętam, bo to była pozycja obowiązkowa za tak zwanych moich czasów. Pozycja obowiązkowa, jeśli ktoś interesował się, studiował coś, co przemykało w pobliżu religioznawstwa, to praca Witolda Tylocha „Dzieje ksiąg Starego Testamentu” to była absolutnie pozycja do, jak to się mówi brzydko, przerobienia. I przyznaję, że całkiem słusznie, ponieważ to jest książka, która pojawiła się po raz pierwszy w 1981 roku i jakby to tak najkrócej streścić, jej tematyką jest historia powstania ksiąg Starego Testamentu. Obejmuje to zarówno redakcję, jak proces redakcyjny. Właśnie za każdym razem śledzimy proces redakcji, proces kanonizacji, układania kanonu tego dzieła oraz proces przekładania z różnych języków, proces dostosowywania, ucierania się. To tak naprawdę czytelnik poznaje proces formowania się Starego Testamentu, bo my w potocznym, codziennym rozumieniu traktujemy Stary Testament jako zbiór tekstów, jako pewną całość, ale właściwie nie rozmyślamy nad tym, że zanim utarł się pewien kanon tekstowy, minęło sporo lat. I to był, podkreślam po raz kolejny, słowo proces. To był proces i to wcale proces niełatwy. I w dodatku należy dorzucić jeszcze do tego kontekst historyczny, religijny, filologiczny, a i po części filozoficzny.
W kulturach, z którymi niby mamy jakąś łączność, ale jednak to były kultury, umówmy się, bardzo różniące się od naszych kultur tu europejskich. To jest, proszę państwa, fascynująca książka fascynującego człowieka. Witold Tyloch był z absolutnej topki w swoim czasie takich ludzi, którzy zajmowali się w sposób naukowy, między innymi księgami Starego Testamentu. On bardzo dobrze tę książkę zredagował w tym sensie, że mówił o sprawach poważnych, mówił o sprawach naukowych, a jednocześnie to jest książka, która stosunkowo dobrze, łatwo się czyta. Ona owszem, zawiera różne odniesienia do badań archeologicznych, badań związanych z poznawaniem tekstów współczesnej i nie tylko egzegezy tych tekstów i tak dalej. Ale to wszystko jest podane w sposób w miarę przystępny. W każdym razie ja takie wrażenie odniosłem. Nie wiem, jak to u ciebie, Piotrze, było.
[01:34:50] - Bardzo podobnie. Witold Tyloch i Józef Milik to bardzo ważne postaci, jeżeli chodzi o religioznawstwo i coś, co się określa mianem qumranistyki. Oboje byli księżmi i oboje stan duchowny porzucili w różnych momentach życia. Książka, o której dzisiaj mówimy, jest ważna, ale jest też trudna, jeżeli chodzi o próbę jej opowiedzenia i streszczenia. Nie da się tego zrobić nawet w jakimś drobnym kawałku z tego powodu, że ona jest strasznie naszpikowana faktami, informacjami. To jest taka mała encyklopedia. Ja polecam każdemu tę książkę. Generalnie szkoda, że ona jest tak naprawdę dość mocno zapomniana, Marku. I autor również, tak mi się wydaje przynajmniej. Ja myślę, że o Tylochu i o jego wnioskach można by mówić i mówić.
Co więcej, one nie straciły w wielu przypadkach na aktualności. O tym jeszcze będę mówił. „Dzieje ksiąg Starego Testamentu” to jest książka, która liczy sobie już prawie chyba 40 lat z tego, co pamiętam, ale chciałoby się, żeby takich książek było więcej. Dlaczego chciałoby się więcej? Dlatego, że szeroko pojęta biblistyka, historia Biblii, archeologia biblijna w naszym kraju, w naszej przestrzeni publicznej, może tak lepiej to powiedzieć, to jest coś, co nie jest dostrzegane. To jest taki temat nie za bardzo dobrze widziany w niektórych miejscach. Nie wiem, czy masz takie wrażenie. Te dziedziny się rozwijają cały czas i one się rozwijały prężnie. Cały czas wychodzą jakieś nowe opracowania i badania, ale mam wrażenie, że w polskich mediach nie wypada mówić o tym za głośno. Mówię oczywiście o mainstreamie.
Teraz się to może trochę zmienia dzięki YouTube'owi i bodajże doktorowi Majewskiemu, który prowadzi bardzo ciekawe wykłady i takie kontrowersyjne tematy podnosi, ale Tyloch i reszta to robili wcześniej. Oczywiście jak ktoś chce, to się do informacji fachowych dokopie. Ja przypominam, mówię o mainstreamie, bo eksponowana jest w tej książce tematyka dość drażliwa. Co by ksiądz powiedział na podważanie Biblii i tego, co ona mówi? Co by babcia powiedziała na Wigilii, że wnuczek na przykład kontestuje, podważa prawdziwość najważniejszych historii starotestamentowych. Mówi, że to kalka wierzeń babilońskich, a niektóre postaci jak Salomon czy Dawid mogli nie istnieć. Ja przez lata się mocno interesowałem archeologią biblijną i krytyką ksiąg Starego Testamentu głównie. Przodowali i przodują na tym polu obecnie uczeni z Izraela. Oni nie mieli oporów, by podważać nawet największe świętości. Chociaż mam wrażenie, że odkąd się pojawił Netanjahu, to jakoś mniej się o tym pisze.
Nie wiem, może to jest moje osobiste wrażenie, ale kiedyś publikowano naprawdę bardzo dużo na ten temat i to publikowano w mainstreamowych, w najbardziej poczytnych dziennikach izraelskich. W Haaretzu można było często przeczytać o najnowszych ustaleniach mówiących na przykład o tym, że prawdopodobnie Salomon i Dawid nigdy nie istnieli. Także u nas jest trochę inaczej. Paradoksalnie, że Starego Testamentu można słuchać, można się napawać jego mądrościami, można go czytać, można podziwiać cierpliwość Hioba, można podziwiać mądrość Pana, ale nie wypada pytać, skąd się to wszystko wzięło i czy to w ogóle miało miejsce naprawdę te wszystkie opowieści tam podane. I tutaj nagle się pojawia właśnie Witold Tyloch. Czy on był, Marku, popularnym autorem wówczas? Czy spod jego ręki coś wyszło? Czy ta książka, bo powiedziałeś, że ją pamiętasz, czy ona wywołała jakiś leciutki wstrząs wtedy?
[01:38:56] - Wstrząs to może nie, ponieważ ja wtedy byłem mocno trendy. To dla mnie była książka trendy, ponieważ ja wtedy te wszystkie wiadomości z różnych stron łykałem i dosyć dobrze się w tym wszystkim orientowałem. Ja nawet nie do końca potrafię powiedzieć, czy to była książka popularna wówczas, chociaż nakłady obu wydań, które znam, świadczą o tym, że to się musiało rozchodzić. Ale powiem coś jeszcze. Nie potrafię powiedzieć, czy ta książka była popularna w takim masowym odbiorze, ponieważ w moim środowisku, w którym się poruszałem, ona była niezwykle popularna, ponieważ jeden z naszych profesorów znał doskonale profesora Tylocha i mus było czytać te książki, czy się chciało, czy się nie chciało. Akurat mnie się chciało i przyznam, że to było dla mnie niesamowite spojrzenie. Dlaczego? Ponieważ rzeczywiście, tak jak powiedziałeś, my jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że pewnych tematów się nie porusza. Otóż nic z tych rzeczy. U Tylocha tematy są poruszane, rozbebeszane niejako.
To w kontekście Starego Testamentu może źle brzmi, ale dokładnie, szczegół po szczególe jest to wszystko analizowane. Ja powiem tak: muszę się takim publicystycznym wtrętem popisać albo może zbłaźnić, ale wydaje mi się, że ci wszyscy, którzy uważają, iż Kościołowi na przykład robi się przysługę, nie dyskutując o pewnych sprawach, to używając tego popularnego sformułowania, są w mylnym błędzie. Dlaczego? Dlatego, że ja widziałem kiedyś w akcji, nie mogę podać nazwiska, widziałem księdza, który jest doktorem zajmującym się archeologią biblijną i widziałem, on był gościem na lekcji religii. I proszę państwa, tak zaangażowanej młodzieży, kiedy on zaczął im o archeologii biblijnej i konsekwencjach związanych z archeologią biblijną opowiadać, ta młodzież była zachwycona, bo zamiast tradycyjnej lekcji religii, która umówmy się, na ogół nie jest specjalnie porywająca. Ja wiem, że są wyjątki i to są chlubne wyjątki, ale na ogół lekcje te nie są specjalnie porywające, dlatego że są robione sztampowo. I to też miałem okazję stwierdzić. Miałem okazję na ten temat rozmawiać z samymi księżmi, którzy przyznawali się do pewnej bezradności, bo oni znają to wszystko na poziomie, nie zawsze, ale często znają to na poziomie stosunkowo wysokim, ale nie potrafią o tym mówić. Natomiast człowiek, który nie dość, że to doskonale zna z praktyki, to jeszcze mówi o tym w sposób przystępny. To jest coś niesamowitego.
I to nie jest prawda, że młodzież nie interesuje się, że ma to wszystko w pompie czy gdzie tam to ma. Nieprawda. Tylko młodzież jest przyzwyczajona i lubi, kiedy odpowiada się na jej pytania. Nawet trudne, nawet prowokacyjne i takie z góry nastawione na to, że tutaj zdenerwujemy gościa, niech odpowie na trudne pytanie. Nie ma tak naprawdę trudnych pytań. Czasami są pytania, na które nawet pomimo doskonałego przygotowania ktoś, kto naprawdę z tą tematyką jest zaznajomiony, nie potrafi odpowiedzieć, bo nie ma odpowiednich źródeł, nie ma odpowiednich badań. Oczywiście zawsze można się w chwili rozpaczy powołać na głęboką wiarę, ale nie tego oczekuje młodzież. Dlaczego ten przydługi, publicystyczny wtręt z mojej strony? Otóż Witold Tyloch troszeczkę taką rolę pełnił, to znaczy opowiadał o sprawach naprawdę trudnych, które na co dzień nie są poruszane przez ludzi zaangażowanych religijnie, ale też przez tych niezaangażowanych również nie są specjalnie poruszane. Bo oni głównie szukają afery, że coś było nie tak.
Tymczasem Witold Tyloch, moim zdaniem, znakomicie, umiejętnie łączył naukową rzetelność z bardzo przystępną formą, ale co jeszcze ważniejsze, dotykał tematów trudnych. Wspomniałeś tutaj o istniejących albo nieistniejących postaciach, o nawiązywaniu do mitologii wcześniejszych ludów. O tym wszystkim Witold Tyloch pisze. Pisze o tym, jak długi był proces kształtowania się Starego Testamentu, jak kanonizacja rozumiana jako układanie kanonu, jak długo trwała i że tak naprawdę na fest, na koniec, ona się zakończyła dopiero po roku zerowym, w II wieku naszej ery bodajże. I tak dalej. Że Stary Testament to tak naprawdę nie jest coś, co istniało sobie, powstało i było nienaruszalne. Kiedy powstawała Septuaginta w III wieku przed naszą erą, wtedy to mniej więcej się kształtowało, to teksty biblijne nie były jeszcze do końca ustalone, a tłumacze, którzy pracowali nad powstaniem tej całości, pracowali z bardzo różnych źródeł językowych. Nam się często wydaje, że owszem, Nowy Testament powstawał z wielu języków, a Stary Testament nie, on był jednorodny. Otóż też nieprawda. Też nieprawda, bo Stary Testament, chociaż wydaje się nam czymś bardzo jednorodnym, to ta wspomniana Septuaginta powstawała z tłumaczeń greckich, łacińskich, syryjskich, koptyjskich i tak dalej.
Kiedy składano to wszystko w jedną całość, żebyśmy się dobrze rozumieli, bo był proces, że te księgi gdzieś tam były rozproszone, te różne dzieła były rozproszone i w pewnym momencie zaczęto to układać. I wtedy nie zawsze wszystko było w jednym języku. Czasami te języki były różne, bo to wszystko trwało wieki. I to jest książka, która niepostrzeżenie zupełnie wciąga nas w coś, co ja lubię nazywać oceanem czasu. Bo czytając Witolda Tylocha, my nagle uświadamiamy sobie, że mamy przed sobą, jeśli trzymamy Biblię, Stary Testament, mamy przed sobą dzieło, nad którym pracowały pokolenia. I to naprawdę niezliczone pokolenia ludzi spisujących, interpretujących, dobierających i tak dalej. To jest, przynajmniej dla mnie, absolutnie fascynujące. Absolutnie.
[01:46:44] - Chciałbym tylko, żeby dobrze i głośno wybrzmiało, że my nie sugerujemy, że w Polsce jest jakaś cenzura, ale taka delikatna w mainstreamie, w mediach mainstreamowych moim zdaniem jest. I to też nie jest tak, że księża czy teolodzy o tym nie wiedzą, o tych wstydliwych często szczegółach związanych z tym, jak się robiło Biblię. Można tu sparafrazować bodajże Bismarcka, który kiedyś powiedział, że lepiej, żeby ludzie nie wiedzieli, jak się robi kiełbasę i politykę. I Biblię chyba też dobrze, żeby nie wiedzieli. Wystarczy chociażby z Arturem Wójtowiczem porozmawiać i on sypnie garścią takich szczegółów, które de facto uderzają w Biblię jako źródło historyczne. Natomiast zaraz się dowiemy też, że jest co prawda ta warstwa historyczna, ale jest też warstwa tradycji, bardzo ważna, także to trzeba zapamiętać. Ale powiedziałem też na samym początku, że jest trudno zmieścić w jednej wypowiedzi treść tej książki. Jest bardzo bogata. Dotyczy zarówno historii Tory, ksiąg prorockich, wprowadzanych zmian w poszczególnych księgach. I wreszcie trafiamy na bardzo ciekawy rozdział, czyli rozdział bądź część: ustalanie kanonu Pisma Świętego.
Wynika z tego taki wniosek generalny, że Stary Testament to księga święta, ale z wydatną pomocą człowieka. Oczywiście dla kogoś, kto się interesuje tematem, to nie jest nic nowego, ale będzie to szokujące dla osób wierzących, które nigdy nie wątpiły w swoim życiu. Mnie osobiście najbardziej ciekawi to, ile Izraelici zapożyczyli z mitologii ludów ościennych, bo wiemy, że wiele historii, wiele postaci, również Adam, Noe na przykład, miało swoje mezopotamskie, tak to określmy, mezopotamskie odpowiedniki, bo często to są postaci pojawiające się w mitach, w legendach wielu ludów wywodzące się jeszcze z Sumeru. I kiedy tak na to spojrzeć z tego kąta, z tej perspektywy, to się okazuje, że chrześcijanie są też w jakimś stopniu spadkobiercami tradycji znacznie starszych. A kto wie, wiele inspiracji, wiele źródeł tak naprawdę sięga jeszcze Sumeru. Ale książka Tylocha to nie tylko takie tematy. To są również inne kwestie, apokryfy, zmiany w księgach wpływające na ich treść, oczywiście w tych kanonicznych księgach, imiona Boga. Wreszcie mamy nawet zwróconą uwagę na to, w jaki sposób te księgi przez wieki były przekazywane. Czyli de facto one krążyły w wersji ustnej i dopiero potem ktoś zdecydował się je ... spisać.
Dlatego książkę Tylocha, pomimo tych czterech dekad, które ma na karku, ja mocno polecam. Oczywiście pojawi się od razu pytanie, czy pomimo wieku ona jest aktualna i w jakim stopniu. Na pewno w znaczącym stopniu jest. Tutaj też nie zachodzą nie wiadomo jakie zmiany, jeżeli chodzi o archeologię biblijną, mogą dojść jakieś nowe hipotezy. Także nowe opracowania też są. Dość łatwo na to wszystko trafić, ale naprawdę warto. Mocno polecam i to jest też bardzo ciekawy przypadek, jeżeli chodzi w ogóle o książki z PRL-u, Marku, bo tam wtedy wychodziło tego mnóstwo i czasami nie wiemy, jakie tam są perełki. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wartościowe, pomimo tego, że to wyszło x lat temu, tam są pozycje, jak one są dobrze udokumentowane, jak są dobrze napisane. I często są to zapomniani autorzy, tak jak Witold Tyloch. Wydaje mi się, że można powiedzieć, że jest autorem nieco zapomnianym, wartym przypomnienia, dlatego że ta książka jego jest niezwykle bogata nie tylko pod względem zawartych tam informacji, ale również w znaczącym stopniu, że tak powiem, otwiera oczy na to, jak się robi historię.
[01:50:54] - A na koniec tak tytułem zanęcenia podam państwu kilka ciekawostek z książki Witolda Tylocha. Otóż nie wiem, czy państwo wiecie, że nie istniała jedna Biblia hebrajska. W starożytności istniały różne wersje tych samych ksiąg i dopiero z czasem ustalono ich kanon. Wspomniane już zwoje z Nad Morza Martwego z Qumran wykazały, że niektóre wersje tekstów, które tam znaleziono, w znaczący sposób różniły się od tych, które znajdujemy w tradycji żydowskiej. W dodatku księgi biblijne były nieustannie redagowane i aktualizowane. Warto na przykład wiedzieć, że Księga Izajasza zawiera teksty z różnych epok. To już wydaje się przynajmniej mocno dziwne. A to, co już było, o tym była mowa, że niektóre fragmenty biblijne zawierają ślady mitów i tekstów mezopotamskich. Ta sławna opowieść o Gilgameszu tu mocno wpływała na twórców. A to już mówiłem, ale powtórzę, że kiedy powstawała Septuaginta, to był III wiek przed naszą erą, to te teksty, które złożyły się na nią, nie były jeszcze do końca ustalone.
I wtedy to właśnie tłumacze ściągali z różnych źródeł te teksty. I to też już mówiłem, ale i tak powtórzę, że proces układania kanonu przez Żydów on się zakończył w II wieku naszej ery. Owszem, wcześniej funkcjonowało coś, co można by dzisiaj nazwać Starym Testamentem, ale to jeszcze nie było to, co dzisiaj znamy pod tą nazwą. A już i tak dalej. Naprawdę takich ciekawostek znajdziecie państwo naprawdę sporo. A jeśli będziecie szukać innych książek tego autora, to wybaczcie, ja już tytułów nie pamiętam, ale na pewno jest coś o religiach świata. Na pewno to jest twórca książki takiej bardzo ważnej, „Zarys religioznawstwa” i coś, co się chyba nazywało „Stary Testament i albo a religie Bliskiego Wschodu”. Mniej więcej tak. Takich tytułów państwo poszukajcie i wierzcie mi na razie na słowo, że to jest autor warty, aby po niego sięgnąć, chociaż minęło już tyle lat. Bo od tego chyba zaczynaliśmy.
Bo opanował tę, moim zdaniem ważną, jeśli nie w ogóle cudowną sztukę mówienia o rzeczach trudnych, naukowych, czasami skomplikowanych, w sposób przejrzysty, jasny i taki docierający do niefachowców, do ludzi, którzy zainteresowali się jakimś tematem. Jeśli państwo szukacie takiego dzieła o Starym Testamencie, to książka Witolda Tylocha, która po raz pierwszy pojawiła się w 1981 roku, „Dzieje ksiąg Starego Testamentu” to jest dokładnie ta książka, której państwo szukacie. Proszę państwa, to teraz czas na kolejny odcinek powieści Tadeusza Meszko „Śmieciowi ludzie”. Zbliżamy się powoli do końca. No cóż, a potem postaram się przynajmniej w sposób próbny odpalić reaktywowane ABW. Ale to kwestia przyszłości. Dzisiaj Tadeusz Meszko i „Śmieciowi ludzie”.
[01:55:00] - Tadeusz Meszko. Śmieciowi ludzie. Rozdział dziewiąty. Więźniowie rajskiego ogrodu. Federico w przedszkolu
[01:55:24] - Następnego dnia po uśpieniu Subiry oraz Terry'ego Damiano zaprowadził Federica do nowego miejsca pracy. Dużej, przestronnej sali z graffiti na ścianach, mnóstwem kolorowych baloników przy suficie oraz wieloma manekinami postaci z filmów. R2D2 z Chewbaccą, Batmanem bez Robina, niebieską Neytiri i obcym Hansa Gigera. Był też Optimus Prime, zarówno we wcieleniu ciągnika siodłowego, jak i robota. A nawet Królewna Śnieżka. Zapewne dla dziewczynki z warkoczami, która nie mogła mieć więcej niż 13 lat. Wyglądała nawet sympatycznie, uśmiechając się do niego zawadiacko, lecz Federico podejrzewał, że niezła z niej rozrabiaka i wolał nie reagować. Okazało się, że trafił do zespołu przedszkolaków. Tak ich widział, gdyż od najstarszego 15-16-letniego wyrostka i tak był dwa razy z układem starszy. Gdyby bardziej przykładał się do obowiązków patriotycznych i dbał o stworzenie armii dzieciaków mających utrzymać go na emeryturze, mogłyby to być jego córki i synowie.
Dzieciaki nie bawiły się jednak w kółko graniaste, a żonglowały zerami i jedynkami. Nic dziwnego. Czym skorupka nasiąknie za młodu, tym na starość trąci. On też zaczynał przygodę z kodem w ich wieku. Tylko że nie dostawał za to pieniędzy, a ryzykował zakazem zbliżania się do komputerów. Poszedł bowiem utartą drogą, zaczynając od burzenia tego, co zbudowali ojcowie. Może współczesne dzieciaki, nim oderwą się od sutka matki, wiedzą już, że powinny zadbać o zastępczy sutek. Dzieciaki przywitały go buczaniem. Damiano zaprowadził go do biurka trzynastolatka w metalowym nocniku ze skrzydłami na głowie. Monitory wypełniały hieroglify, jednak Federico od razu je rozpoznał.
„Porządkują śmieci?” — zapytał, chociaż był pewien odpowiedzi. „Możesz im pomóc?” „Daj mi kilka minut.” Damiano skinął głową, a dzieciak przy klawiaturze wstał i z kąśliwym uśmiechem ustąpił miejsca Federico. Pozostali wyciągnęli głowy, chcąc zobaczyć porażkę staruszka. Biurko było niskie i Federico musiał wyprostować nogi, żeby zmieścić je pod blatem. Wystarczyło przejrzenie kilku linijek kodu, aby zorientował się, że dzieciaki pracują na bazie jego starego programu do zamiany liter nukleotydów na kod binarny, wyłapując sekwencje startowe budowy białek, rozkazów i pętli. Program został rozbudowany, ale z pewnością opierał się na jądrze, które on kiedyś napisał. Nakładki usprawniały pracę, jednak dodający je programiści bali się tknąć jądra. Mógł udowodnić, że to jego program. Zwrócił na to uwagę Damiano. „To mój program.
Należą mi się tantiemy” — oznajmił, starając się, by w jego głosie ton władczy zapanował nad płaczliwym. Damiano nie był zdziwiony jego pretensjami. „Nie używam pirackiego oprogramowania. Kupiłem go. Nie dostaniesz ani centa” — odpowiedział bez emocji. „Sprzedałem ten program jakiejś małej firmie. Już nawet nie pamiętam jej nazwy. Z pewnością nie twojemu koncernowi. Oni chcieli drukować koszulki z zero-jedynkowym zapisem kodu genetycznego, ale nie przesłali mi nawet jednej. Myślałem, że dawno zbankrutowali.” „To była moja firma” — odpowiedział Damiano z uśmiechem meduzy na twarzy.
Sprawa była przegrana. Nie miał nawet szans na tantiemy. Spróbował więc z innej strony. „A nie szukasz kogoś, kto by go udoskonalił? Napisałem go w kwadrans po pięciu piwach i jestem pewien, że można całość ulepszyć. Ile proponujesz?” „Mógłbym powiedzieć, że miliard.” Uśmiechnął się dobrodusznie jak pies trzymający kość w zębach. Oczy Federico zalśniły. „Ale nie dam ci nawet 100 dolarów.” Tym razem pokazał uśmiech żaby. Federico skrzywił się. „Dostałeś coś cenniejszego.
Zapominasz, że podarowałem ci życie, więc pokaż mi, że jesteś wart tej bezcennej inwestycji.” Federico już więcej nie wracał do tematu. Wiedział, że ten wąż może go ukąsić. Skupił się na pracy. Zadanie dzieciaków polegało na uporządkowaniu śmieci. Nie było to łatwe zadanie, gdyż kod genetyczny nie dawał się czytać tak jak zwykły program. Były w nim algorytmy, lecz głównie instrukcje budowy białek. Bardzo różnych, tak odmiennych, że zmiana jednego znaku mogła zniszczyć jego pożądane właściwości. Zamiast wodolubnego mogło zostać zbudowane wodowstrętne, prawoskrętnego, lewoskrętne, sprężystego, łamliwe. Tak więc konieczne okazało się nie tylko ustalenie, czy w analizowanym fragmencie znajduje się algorytm, czy przepis, ale ten przepis musiał być jeszcze bezbłędnie rozszyfrowany. To było jak czytanie instrukcji w nieznanym języku, w której ani jedno słowo nie zostało napisane poprawnie.
Mogło to wydawać się absurdem, lecz na szczęście w każdej książce popełniono inne błędy. A oni dzięki akcji charytatywnej Damiano mieli już spory księgozbiór i z sumy błędów udawało im się układać poprawne słowa. Jednak nawet odtwarzony kod Centaura nie mógł przyśpieszyć tego żmudnego procesu. On był ułożony poprawnie tylko w części odpowiedzialnej za zbudowanie białek kopyt, pęcin czy innych końskich narządów. Chcąc odtworzyć kod pozostałych hybryd, musieli rozgryzać kolejne rozdziały książki, słowo po słowie. „Mam kilka pomysłów” – oznajmił, usiłując wstać. Oczywiście uderzył kolanem o blat. „Ale potrzebuję większego biurka.” Anne w bibliotece. Anne miała ochotę wydrapać oczy miliarderowi, jednak równie dobrze mogła płakać, krzyczeć lub robić sto tysięcy innych rzeczy. Wszystkie one i tak nie pozwolą jej odzyskać Terry'ego, ale jednego już była pewna – ze skrzydłami czy bez, to był jej Terry.
Dlatego wbrew sobie zgodziła się na współpracę, czekając na zakończenie jego transformacji. W zamian wytargowała z Damiano możliwość codziennych wizyt. Stawała przed zielonym akwarium, obserwując, jak z pleców wyrastają mu skrzydła i klnąc w duchu, że wciąż nie ma pomysłu, jak pomóc jemu i Subirze. „Czego potrzebujesz?” – zapytał ją Damiano, gdy po raz pierwszy stanęli na progu olbrzymiej biblioteki. Pomimo półokrągłego okna z jednej strony oraz szklanej ściany z widokiem na rajski ogród z drugiej, panował tu półmrok, rozświetlany jedynie punktowo lampkami z zielonymi abażurami. Anne westchnęła z zazdrością. Jakże lubiła podobne klimaty! Biblioteka przypominała zakonne skryptoria. To samo skupienie, zanurzenie w niezliczonych słowach ksiąg. Jedynie na większości blatów nie leżały rozłożone manuskrypty.
Stały natomiast monitory. W sali pracowało kilkanaście osób w wieku zbliżonym do Anne lub starszych. „Myślałam, że stawiasz na młodość” – powiedziała kąśliwie, ignorując jego pytanie. „No cóż, w tym wypadku potrzebni są starsi, mający czas przeczytać wiele ksiąg. Młodzi jeszcze nie znaleźli czasu, aby je poznać.” „Aha, czyli jestem dla ciebie zakurzoną bibliotekarką?” Tego dnia była wyjątkowo złośliwa. „Anne, sama wiesz, że idee rodzą się w okresie młodości. Później trzeba tylko się ich trzymać, odnaleźć siłę, by nie zrezygnować.” Kazała zamówić blisko 10 ksiąg. Niektóre z nich były białymi krukami. „Obawy naukowca” – skomentował jej listę. „Nie chcesz wskazać mi, w której księdze jest ukryty przekaz z przeszłości, o którym mówiłaś profesorowi Gaulissi?” „Tak mogłoby być, ale prawda jest inna.
Chcę porównać zapisy” – odpowiedziała speszona. Damiano miał rację, chociaż z innego niż podejrzewał powodu. Takiej książki po prostu nie było. „Nie muszą być oryginały, wystarczą kserokopie” – dodała. „Kopie są dla mas. Sprowadzę oryginały” – oznajmił urażony. Odetchnęła z ulgą. Nie tylko zyskała na czasie, ale już wiedziała, jak grać na uczuciach Damiano. Jednak w tej chwili nie pozostawało jej nic więcej, jak udawać, że pracuje nad tłumaczeniem bajki wymyślonej w gabinecie profesora Gaulissi. Zawsze uważała, że nie potrafi kłamać, ale ostatnio przychodziło jej to z coraz większą łatwością, tak że sama była tym zdziwiona.
Może dotychczas nie miała ważnych powodów do kłamstw. Bajdurzyła, jakby opowiadała bajkę na dobranoc, a on słuchał, jakby był dzieckiem. A może naprawdę nim był? Przerośniętym dzieciakiem z górnej półki, wciąż uważającym, że za siedmioma górami, za siedmioma lasami można żyć długo i szczęśliwie. W jego przypadku długo oznaczało wiecznie. „A czy pomyślałeś, kim będziesz za 20 lat?” – zapytała, wracając w pamięci do ostatnich rozmów przed umieszczeniem Terry'ego i Subiry w zbiornikach. „Nie boisz się, że twoje dzieci również wyrzucą cię na śmietnik?” Nie zaśmiał się, nie oburzył. Odpowiedział jej bardzo szczerze. Była pewna, że w tym momencie odsłania ukrytą tkankę osobowości, pozwalając jej wejść do zakamarków swoich myśli. Szalonych wizji – uzupełniła na własny użytek.
Nie chciała bowiem poczuć współczucia dla jego samotności. „Boję się tego od wielu lat, a dokładnie odkąd skończyłem 12. rok życia. Nie chcę się zestarzeć. Nie chcę stać się taki jak wy. Ciało dwudziestokilkulatka jest w sam raz. Później niestety zaczyna się umieranie. Największe umysły znamy dzięki ich pracom z młodości. Albert Einstein opracował szczególną teorię względności, mając 26 lat. Alan Turing, który zbudował w głowie komputer, w wieku 26 lat został nazwany jednym z najgenialniejszych matematyków na świecie.
Mark Zuckerberg wpadł na pomysł Facebooka około dwudziestki. Mimo że urodziłem się w czasach elektronicznego czytelnictwa, uwielbiałem drukowane książki. Miałem szczęście. Chociaż ojciec przeglądał jedynie wykresy i tabele na ekranie, moja mama kochała książki, a pieniądze ojca pozwalały zgromadzić ich tysiące. Uczyłem się jeździć na trójkowym rowerku w labiryncie regałów z woluminami. Zdobywałem sprawność, wspinając się na górne półki jej prywatnej biblioteki. Pochłaniałem wszystko – od komiksów po manuskrypty kaligrafowane przez zakonników tysiąc lat temu. I jak widzisz, nostalgia lat dziecięcych pozostała we mnie do dzisiaj.” Pośród wszystkich światów zaklętych w słowach największe wrażenie wywarły na mnie strofy Homera i księgi Starego Testamentu. Nie wierzę w metafizycznego Stwórcę, lecz wizja rajskiego ogrodu rozpaliła moją wyobraźnię. Od najmłodszych lat miałem taką wizję.
Wyobraź sobie ziemię kilkanaście, a może kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Nie ma już dinozaurów, ale nie ma też jeszcze wieżowców, autostrad, a nawet słupów telegraficznych. W ogrodach Edenu przechadzają się centaury, pegazy, ludzie o dwóch twarzach i inne hybrydy znane z eposów Homera. Postać Boga, Boga dla ludzi, a tak naprawdę przybysza z innej planety, przygląda się im, widzi ich odmienność i radość z bycia sobą. On też jest zadowolony, że pozwolił ludziom odzyskać utracone dziedzictwo. Nagle wkracza inny Bóg, oświadczając, że już dosyć tworzenia hybryd. Mówi, że zbyt wielu spośród nich wymyśla nowe hybrydy jedynie po to, aby zaspokoić seksualne żądze, że inni traktują ludzi jak obiekt badań pseudonaukowych, a jeszcze inni bawią się w strategów, podsuwając im fałszywe wiadomości potrzebne do skłócenia żon z małżonkami, królów z królami. Oznajmia pierwszemu Bogowi, że ukryje fragmenty kodu DNA pozwalające na dowolną zmianę postaci pośród innych fragmentów, tak aby nie można było ich wykorzystać. I w ten właśnie sposób straciliśmy dziedzictwo przodków, a bogowie kosmici odlecieli, pozostawiając nas z wymieszanym DNA. Damiano przerwał na chwilę, dając jej czas na obcowanie z rajskim ogrodem.
Wcześniej mówił, że śmieciowy kod jest śmietnikiem minionych etapów ewolucji. Jednak teraz przyznał się, że chciałby, aby była to interwencja. W dzieciństwie jeszcze boska, teraz już tylko kosmitów. Houellebecq widzi szansę na nieśmiertelność w przeniesieniu pamięci człowieka do komputera. „Ty też chcesz przenieść swój umysł na cyfrowe byty?” — zapytała, przypominając sobie jedną z powieści tego pisarza łączącą dwa tematy: raelian i nieśmiertelność. To dobry pomysł, ale znam lepszy. Odtworzenie śmieciowego kodu pozwoli na wieczną regenerację ciała i to nie w jednej, a w wielu postaciach. Znudzi mi się być człowiekiem, to zmienię się w pegaza. Znuży mnie bycie centaurem, to stanę się minotaurem bez pomocy techniki, jedynie za sprawą własnej woli. „Powiedzmy, że ci się uda.” Z niechęcią uznała, że to możliwe.
„Przyjmijmy, że znajdziesz sposób, by twoje ciało nie zastarzało się.” To nie założenia. Jestem bliski realizacji tego projektu — przerwał jej obcesowo. „Dobrze. Znalazłeś sposób, aby twoje ciało pozostało wiecznie młode” — zgodziła się. — „A mózg? Mózgu przecież nie odmłodzisz. Sam mówiłeś, że genialne pomysły rodzą się jedynie w świeżych mózgach. A ty za sto lat w ciele dwudziestolatka będziesz miał przeterminowany, pracujący na wolnych obrotach stodwudziestoletni mózg.” Stan umysłu zależy od stanu ciała. Będę miał stodwudziestoletnie doświadczenie oraz wiedzę przy ciekawości świata dwudziestolatka — odpowiedział po chwili wahania. „A ja sądzę, że umysł również się wypala.
Będziesz z wyglądu dwudziestolatkiem, który oglądając wiadomości powie: to już widziałem, pokażcie coś nowego. Tylko że już nie będziesz miał nowych idei. Będziesz jedynie błąkał się w labiryncie wspomnień.” To są myśli straconego życia. Damiano pokręcił przecząco głową. Ludzi, którzy nie wiedzą, czego by chcieli. Ja nie mam czasu się nudzić. „Tak? A czym będziesz chciał się zajmować po tym, jak wprowadzisz już na rynek soczewki GTV? Gdy zaaplikujesz sobie ten bosko-kosmiczny kod?” Uwierz mi, mam jeszcze wiele celów do realizacji — zaprotestował, jednak bez zwykłego entuzjazmu w głosie. Anne mu nie uwierzyła, ale zostawiła tę obserwację dla siebie.
Gdyby drążyła temat dla przekory, nawet wbrew sobie mógłby uwierzyć, że rzeczywiście będzie miał cel. Wolała, by pozostały w nim wątpliwości. „Skoro uważasz moje pokolenie za hamulec postępu, śmieci, które należy wyrzucić do śmietnika, to dlaczego chcesz wskrzesić mityczne stwory?” — zmieniła temat. Wy jesteście po prostu starzy. One są legendą — odpowiedział, tym razem z uśmiechem, a po chwili dodał: Niegdyś istniała jedynie magia. Ludzie byli z nią oswojeni. Była jak dzień i noc, deszcz i wiatr. Wszystko, co niezrozumiałe, stawało się magiczne. Z tego niezrozumienia, które ludzie próbowali okiełznać, odnosząc się do wyższych bytów, najpierw zrodziła się magia, a później wiara w Boga. Nauka wyrzuciła te gusła, lecz im głębiej sięga zrozumienie, tym silniejsza jest nadzieja, że nie wszystko można wyjaśnić.
To atawistyczne zachowanie tak zabobonnego społeczeństwa jak nasze nie znaliśmy od kilkuset lat. W cyberświecie potrzebna jest wiara w magię, mity. Nawet dla Boga znajdzie się miejsce. Można biegać za Pokemonami, tymi śmiesznymi rysunkowymi potworkami, lecz nie ma nic lepszego niż walka z prawdziwą harpią czy hydrą. Ja podaruję możliwość transformacji każdemu. I tu Anne musiała przyznać mu rację. Mógł to zrobić. Nie chcę płetw. Subira była wściekła. Mogła zaatakować Damiano, nie czekając na Terry'ego.
Zaufała mu i straciła nogi. Dlaczego akurat w jej genetycznym śmietniku znalazł się klucz do odtworzenia zapomnianego kodu syreny? Ten ogon był niepraktyczny. Pomagał chyba tylko w ogłuszaniu ryb. Jak ma teraz pójść na tańce, wcisnąć pedał gazu? Już nigdy też nie stanie na scenie. Bo jak? W wannie? Choć to może i dobrze. Niepewność, czy za kurtyną świateł, w mroku widowni jej śpiew będzie przyjęty z entuzjazmem, czy też zostanie wygwizdana, była okupiona wysoką ceną.
Alkoholem, lekami, narkotykami, seksem. Przez wiele nocy uznawała, że nie jest to zbyt wygórowana cena. Długo udawało jej się w tym trwać, aż uległa, rezygnując z dalszej kariery, kiedy tak wyczekiwany kontrakt mający przynieść jej sławę wciąż się nie pojawiał. A ze sławą nadeszłaby niezależność finansowa, bardzo potrzebna do utrzymania stabilności emocjonalnej, uzyskanej dzięki przeświadczeniu, że skoro ludzie wydają pieniądze na twoje nagrania, to znaczy, że są dla nich ważne. To daje potężnego kopa do walki z własnymi słabościami, z brakiem wiary w sens podobnej walki. Bez pieniędzy, bez odbiorców twojej twórczej pracy szybko przestaje się wierzyć, że ta cała męka artystyczna ma jakikolwiek sens. Teraz jej tego brakowało. Źle zrobiła, rezygnując ze śpiewania. Wreszcie rozumiała, że to było dla niej najważniejsze. Powinna śpiewać, choćby tylko dla jednego słuchacza.
Ale kto dziś zostanie jej słuchaczem? Nawet wędkarze będą ją przeganiać, złorzecząc, że płoszy im ryby. Z zero-jedynkowego przedszkola Federico udał się do rajskiego ogrodu zobaczyć się z Subirą. Jej transformacja trwała krócej niż ta u Terry'ego. Z pozoru zdawało się to dziwne. Zamiana nóg w ogon wydawała się trudniejsza niż zaopatrzenie kogoś w skrzydła. Może jednak budowa skrzydeł była bardziej skomplikowana. Odnalazł ją rzewnie łkającą na głazie przy stawie. Wciąż tam przesiadywała, przeganiając pozostałe syreny. Miała przewagę.
One były cywilami, ona żołnierzem. I chociaż nie mogła ich kopnąć, to cios na odlew zadany ogonem był równie bolesny. Nauczyły się już, że lepiej ustąpić nowej syrenie i pozostać w wodzie. „Subira, nie płacz” — poprosił, przysiadając obok na śliskim kamieniu, z obawą zerkając na drgający nerwowo potężny ogon. Nową obsesją Subiry stało się smętne śpiewanie. Enya, Lisa Gerrard czy Elizabeth Fraser to były jej obecne idolki. Chociaż musiał przyznać, że wniosła swój własny rys do ich brzmienia. Tamte dziewczyny śpiewały z nostalgią, może nawet ze smutkiem, czasem z gniewem. Subira łkała, szlochała i tęskniła, uwiązana do struny dźwigającej los całej planety. Jakże Federico chciałby, aby zagrzmiała, zagiepiała, wybuchła.
Jednak te nuty, używając ostatnio przeklętego wodnego porównania, wyparowały z butnej aury wcześniejszej osobowości jego koleżanki. Subira urwała śpiewo płacz, a Federico na szczęście nie dostał po pysku rybim ogonem. „Ale ja nie chcę tych płetw.” Spod spuchniętych powiek spojrzała na niego zaczerwienionymi białkami. „To oczywiste. Ale nie płacz. Nie ma nic gorszego niż zawodzenie syreny.” To nie był najlepszy pomysł na uspokojenie Subiry. Wybuchła jeszcze głośniejszym, przeszywającym mózg lamentem. Chciał ją przytulić, lecz odepchnęła go. Podwinął więc nogi, obejmując rękoma kolana i patrzył niewidzącym wzrokiem przed siebie. Po kilku minutach Subira uspokoiła się.
„Dlaczego nie patrzysz na moje piersi? Są brzydsze niż piersi tamtych syren?” Federico westchnął. Co miał odpowiedzieć? Gdy stwierdzi, że są najpiękniejsze na świecie, ona odpowie, że co jej po tym, skoro nie ma nóg. A gdy przekornie oświadczy, że nigdy nie widział piękniejszych piersi, rozpłacze się. „Udało mi się posłuchać Inagada Davida.” Spróbował przejść do innego tematu. Nie wykazała zainteresowania. Nie zraził się tym i mówił dalej. „To naprawdę ostra muzyka. Te rozstrojone organy, uszczypliwa gitara, perkusja jak kafar początkowo mnie odrzuciły, ale wytrwałem, a nawet zacząłem z niecierpliwością czekać na kolejne nuty i chyba zrozumiałem, w czym tkwi siła tego utworu.
On jest jak Bolero Ravela. Solówki poszczególnych członków zespołu są jak powracający motyw Bolera. U Ravela on się rozwija, staje się coraz bardziej agresywny. U Iron Butterfly poznajemy różne jego odsłony.” Po raz pierwszy spojrzała mu w oczy. „Federico, nie masz gustu, ale ja nawet to lubiłam. Teraz zgoliłeś wąsy i brodę i wcale mi się nie podobasz” — skomentowała jego poświęcenie. „Pracuję w przedszkolu. Dzieciaki patrzyły na mnie jak na dziadka” — spróbował zażartować. „Federico, ty masz soczewki GDV!” Nagle krzyknęła z odrazą. „Tak, otrzymałem je do testów.” Wzruszył ramionami, nie rozumiejąc, dlaczego tak ją to zdenerwowało.
„Nagrywasz mnie. Puścisz mój płacz na YouTube.” Wybuchnęła kolejnym spazmem płaczu. „Ależ Subira, jak możesz mnie o to posądzać?” Zaprotestował. Na nic zdałyby się wyjaśnienia, że nie miał pełnego kontaktu ze światem. Nie mógł wysłać komunikatu SOS. Nie słuchała go. Miał jej tyle do powiedzenia, a nie mógł. Subira kąśliwymi uwagami, ironią, a nawet złością zawsze pomagała mu utrzymać grunt pod nogami. Co za ironia. Ile by dał, by teraz on mógł ją postawić na nogi.
Federico wrócił z rajskiego ogrodu do przedszkola i utonął w kodzie. Dzieciaków już nie było. Zabrały je mamy, by ułożyć do łóżeczka, więc nikt mu nie przeszkadzał. Marzył, by choć na chwilę zapomnieć o własnej bezsilności. Nie mógł pomóc Subirze. Na nic jego wszystkie zabiegi. Dopóki nie odzyska nóg i nie zrzuci rybich łusek, będzie nieszczęśliwa. Przesiedział przy monitorze do rana. Sala zaczynała ożywać. Przychodziły kolejne dzieciaki, włączając następne monitory.
Spoglądając ukradkiem na staruszka, zastanawiając się, dlaczego spędził całą noc przy komputerze, zamiast spać z głową przytuloną do poduszki z wizerunkiem księżniczki Lei. Gdy Federico odsunął od siebie klawiaturę i odchylił się w fotelu, splatając ręce za głową, ujrzał wpatrzone w siebie oczy dzieciaków. Szybko odwróciły głowy, udając, że nad czymś intensywnie pracują. „Wiecie co?” powiedział, przyciągając ponownie spojrzenia. „Wiem, nad czym głowiliście się bez rezultatów od wielu tygodni, a staruszek zrobił to w jedną noc.” Damiano pojawił się po kilku minutach. „Zadziwiasz mnie. Udowadniasz, że nie każdy mózg na starość rdzewieje” powiedział, kierując te słowa bardziej do dzieciaków niż do Federica. „Co znalazłeś?” „Odtwarzaliście kod, nie zwracając uwagi na znaczniki trash tags, traktując je jak słupy graniczne.” Celowo użył własnej nazwy, co Damiano przełknął bez grymasu. „A to w nich zakodowana jest informacja, jakiej hybrydy kod znajduje się dalej, ale też i jaki klucz szyfrujący zastosowano.” Zapadła długa cisza. Triumf Federica był całkowity.
Pierwszy ochłonął Damiano. „Federico, jesteś wart miliarda, którego się domagałeś” oznajmił z prawdziwym uznaniem. „Wolę wolność” westchnął Federico. „Ależ to oczywiste. Przecież wolności ci nie zabierałem, jedynie ograniczyłem ją na pewien czas. Gdy przeprowadzę akcję uwolnienia śmieci dla każdego mieszkańca na planecie, cała wasza czwórka wróci do domów.” Wyglądało na to, że Damiano mówi szczerze, chociaż Federico trudno było w to uwierzyć. Poza tym nie wyobrażał sobie piątku wolności z Subirą z rybim ogonem. Damiano przywołał dzieciaki do siebie i krzyknął z triumfem: „Dzięki poznaniu całości kodu ukrytego w śmieciowym DNA staniemy się jak bogowie.” „Będziemy przewidywać przyszłość? Chodzić po wodzie?” zapytał ironicznie Federico. Twarz Damiano stężała, ze złotolicej stając się spiżową.
Oczy zaczęły ciskać grozy. Dłonie zacisnęły się, wyciskając soki z globu ziemskiego. Słowa Federica zdarły młodemu bogowi maskę obłudy. To była niepotrzebna brawura i Federico już żałował zbyt gibkiego języka. Zaczął się tłumaczyć: „Wybacz, ale nie wierzę w Boga i nie umiem powstrzymać się od komentarza, gdy ktoś próbuje mi wmówić, że istnieje jakaś istota połączona boskimi synapsami z każdą cząstką elementarną wszechświata, czuwająca w nieczasie nad naszym bytem. Naukowiec może obserwować zachowanie mrówek w mrowisku, lecz z pewnością nie będzie ingerował w porządek prawny rządzący mrowiskiem. Niech chodzą własnymi ścieżkami, żrą to, co lubią, zabijają, kogo uznają za wroga. To ich mrowisko i jeżeli nie będą postępować słusznie, przyczynią się do własnej zagłady, bowiem tylko tyran może pragnąć kontroli każdej myśli poddanego. A to już chyba byłaby przesada, gdyby wszechświat miał powstać z woli tyrana.” Gdy to mówił, ujawnione oblicze rozkapryszonego dziecka stopniowo łagodniało i na koniec znów oblekło się w maskę znudzonego miliardera. „Rozumiem cię.
To ponownie moja wina. Za często używam słowa Bóg. Mówiąc jak bogowie, miałem na myśli jedynie nieograniczone możliwości, gdyż choć bez merkantylnych powodów, obstawiam wizytę kosmitów. Gdyby to Bóg stworzył kod genetyczny, a później namieszał w śmieciowym DNA, trudno byłoby skłonić go do zmiany zdania. Jest uparty i nie znosi konkurencji. Natomiast umiejętności kosmitów są do odtworzenia.” Zaśmiał się, a wraz z nim dzieciaki z przedszkola, pilnie, choć ukradkiem przysłuchujące się rozmowie. Z oporem, lecz i na twarzy Federica w końcu pojawił się uśmiech. Musiał zgodzić się z Damiano. Nie znał większego zazdrośnika i narwańca niż Bóg. Damiano się rozkręcał.
Uniósł prawą rękę i krzyknął głośno: „Czy jesteście gotowi wydrzeć Bogu jego boskość?” „Jesteśmy!” – wrzasnęły dzieciaki, również wyciągając zaciśniętą prawą pięść. „Uwolnimy skarby śmieciowego DNA wszystkich ludzi?” – grzmiał miliarder. „Uwolnimy!” Las pięści ponownie wzniósł się w górę. Początkowo Federico był zdziwiony tym, że Damiano ujawnia plany wobec dzieciaków, którym nie zamykają się usta. Nie bał się, że powiedzą o tym rodzicom lub nauczycielom? Później uznał, że przecież i tak nikt im nie uwierzy. Matki i ojcowie pomyślą, że ich pociechy fantazjują, przerzucając wyobrażenia z pracy nad grą na świat realny. A była to bardzo intratna praca. Przychodziły na kilka godzin, kiedy chciały, a zarabiały więcej niż rodzice. Bez odpowiedzi pozostawało pytanie, w jaki sposób Hadad chce dokonać uwolnienia śmieciowego DNA.
Chyba nie planował porywać na zabieg w zielonym zbiorniku każdego człowieka. „Jak zamierzacie je uwolnić?” – zapytał. Damiano spojrzał na niego z zagadkowym uśmiechem. „Chciałbyś dołączyć do zespołu?” Dla Federica wszystko teraz stało się oczywiste. Nie Bóg z armią dzieciaków aniołów postanowił uszczęśliwiać ludzi boskimi zdolnościami, nie interesując się, czy oni tego pragną. Przynajmniej w tym przypadku stanie się równe Bogu, też bez pytania narzucającemu własną wolę. Co miał odpowiedzieć miliarderowi? Przebudzenie Terry'ego. Nie wiedział dlaczego, ale spadał na Słońce nogami w dół. Nie miał skafandra, nie miał nawet butów.
Już czuł, jak pętle plazmy przypiekają mu pięty. Powierzchnię gwiazdy widział w kolorze zielonym, więc chyba miał okulary z filtrem pokazującym długości fal niedostępnych dla ludzkiego oka. Przypomniał sobie, że w takie obiektywy zostały zaopatrzone sondy stereo, ale przecież one były bezzałogowe i nie zbliżały się tak bardzo do naszej gwiazdy. Co tutaj robił? Jak uchronić się przed upadkiem? Gdyby miał skrzydła Ikara, wosk stopiłby się w ułamku sekundy. Ale nie miał skrzydeł, a machanie ramionami nie spowolni spadania nawet o tysięczną część sekundy. Upadku nie powstrzyma. Na szczęście nie groziło mu połamanie kończyn. Spłonie.
Już teraz czuł żar gwiezdnego nieba. Z trudem oddychał. Ale przecież tu nie ma tlenu. Nie próbował szukać odpowiedzi. Ważne, że potrafił jeszcze myśleć. Tylko czy znajdzie rozwiązanie pozwalające mu uratować się przed zieloną kipielą? Może byłoby lepiej, gdyby spadał bez świadomości przegranej. Widział dokładnie chłodniejsze i gorętsze obszary Słońca, tylko że każdy z nich i tak był zdolny rozerwać atomy jego ciała na cząstki elementarne. Fotonów tych nikt nie dostrzeże na Ziemi, chociaż w grupie wielu pomogą nabrać czerwieni zielonemu jabłku. Całkiem dobry powód do życia, stwierdził z zadowoleniem, przestając martwić się stopieniem w tyglu gwiazdy.
Przebudził się. Mógł oddychać. Otworzył oczy. Nie tonął w zielonym Słońcu, nie przypiekały go wiązki magnetycznych las. Odetchnął z ulgą. To był tylko koszmar. Pewnie wspomnienie zielonych akwariów sugerujące, że i on się w nich znalazł. No właśnie, gdzie się znajdował? Ostatnie wspomnienie to zimne oczy Plutina rozbłyskające ogniem rozkoszy w chwili naciskania spustu karabinku. Ułamek sekundy później Terry poczuł ukłucie w szyję.
I to wszystko. Ten rogacz go uśpił. Naraz usłyszał szelest za plecami. Obejrzał się. Nikogo nie było. Chyba wciąż szumiało mu w głowie. Usiadł na skraju tapczanu. Był jedynie w szortach. Ktoś zdjął z niego ubranie. Rozejrzał się po wnętrzu.
Pokój jak cela, bez krat w drzwiach, ale i bez okna, za to z panoramicznym ekranem na ścianie wyświetlającym obraz rajskiego ogrodu. Poza tym wnęka na ubrania, szafka z minibarem oraz drugie drzwi, prawdopodobnie do łazienki. W lodówce nie było alkoholu, za to osiem rodzajów jogurtu. Na szczęście znalazła się też butelka wody mineralnej. Szkoda, że niegazowanej. Terry pociągnął spory łyk i włączył ekran. Połączenie z Internetem było jednokierunkowe. Nie miał szansy przekazania informacji na zewnątrz. Przełączył ekran na odbiór telewizji. CNN mówił o zielonych ludzikach Kremla w Estonii, Fox News o rozruchach nacjonalistów dążących do przyłączenia Estonii do Niemiec.
Tych wiadomości nie dało się pogodzić, ale nikt nie oglądał prawej i lewej strony jednocześnie. Każdy wybierał tę stację, której interpretację faktów chciał usłyszeć. Poczuł ciśnienie na pęcherz, więc wstał i przeszedł do łazienki z umywalką, prysznicem i dużym lustrem. Z ulgą oddający mocz spojrzał na odbicie w lustrze i Zamarł. Z pleców wystawały mu skrzydła podwójne, przeźroczyste, z widoczną siatką naczyń krwionośnych. Z pewnością nie były to skrzydła anielskie, a owadzie. Zobaczył na plecach duże zgrubienie, jakby dwa garby. Pewnie mięśnie umożliwiające wprawienie ich w ruch tak szybki jak łopaty śmigłowca. A jednak był w akwarium. Koszmar okazał się przebłyskiem świadomości z zielonej brei.
Zawsze marzył, by latać, ale nie w ten sposób. Nie za cenę normalności. Gdy wrócił do pokoju, zastał tam starszą, zasuszoną lekarkę w białym kitlu, z nieodzownym stetoskopem na szyi i rogowymi, grubymi okularami na nosie. „Przepraszam za najście. Pukałam, lecz nikt się nie odezwał” — usprawiedliwiła się beznamiętnie. Nie odpowiedział. Miał ochotę chwycić ją za kołnierz, unieść wysoko i puścić. Niech połamie te chude nogi i grube okulary. No nie. Zaczynam myśleć jak owad.
Skrzywił się z niesmakiem. „Czujniki wykazały, że już się przebudziłeś. Chciałam sprawdzić stan twojego zdrowia.” „Jestem głodny” — mruknął. „Zaraz po badaniu możesz pójść do stołówki.” „Mogę wyjść?” Spojrzał na nią jak na wariatkę, chociaż sam nim był. Nawet nie sprawdził, czy drzwi są zamknięte, zakładając, że Damiano go uwięził. „Ależ oczywiście. Przecież rajski ogród jest twoim nowym domem” — odparła zdziwiona. A jednak był więźniem. Będzie musiał żyć z centaurem, satyrem i syrenami. Trzema syrenami — uświadomił sobie nagle.
Bo jeżeli Damiano spełnił swoją zapowiedź, to Subira miała w tej chwili rybi ogon. Nie chciał wychodzić, by to sprawdzić. Przysiadł na tapczanie, składając skrzydła jak do snu. Nagle bez pukania drzwi otworzyły się i do środka wbiegła Anne. Przytulili się. Znów usłyszał za sobą szum. Teraz już wiedział, że to radosny łopot skrzydeł. Będzie musiał nauczyć się nad nimi panować. Anne zaczęła płakać. „Nie martw się, skrzydła mnie nie zmienią.” Próbował ją uspokoić, chociaż powinien to powtarzać samemu sobie.
„Oj, Terry, jak żałuję, że zaczęłam szukać centaura.” „Dobrze zrobiłaś. Trzeba znać swoją przeszłość, a to, że niektórzy wykorzystują ją do innych celów niż poznanie prawdy, to nie twoja wina.” „I co teraz zrobimy?” „To oczywiste. Poszukamy drogi ucieczki.” Podniosła głowę i spojrzała na niego z figlarnym błyskiem w oczach. „Masz już plan?” — zapytała cicho. „Jeszcze nie. Nawet nie zdążyłem wyjść na zewnątrz.” Dopiero następnego dnia Terry postanowił udać się na obchód rajskiego ogrodu i sprawdzić jego zabezpieczenia. Ze swego pokoju wyszedł na promenadę. Po jednej i drugiej stronie znajdowały się inne drzwi, a naprzeciwko bezpośrednie zejście na plażę. Zszedł na piasek, zamierzając sprawdzić, czy może obejść rajski ogród dookoła. Naraz usłyszał stukot kopyt, a po chwili zobaczył centaura innego niż w czasie pierwszej wizyty z Damiano.
Ze zdumieniem rozpoznał go po rysach twarzy. To był kapral Trotter. Terry wyszedł na środek plaży i zaczął machać rękoma. Centaur zatrzymał się, nerwowo grzebiąc kopytem w piachu. „Witaj kapralu Trotter. Długą drogę przebyłem, wiele poświęcając, aby cię znaleźć” — powiedział z radością, rozkładając skrzydła, aby jego dawny podopieczny mógł zobaczyć, co ma na myśli. „A dlaczego mnie szukałeś?” Skrzydła nie wywołały większego wrażenia na kapralu. Założył ręce na piersi i z groźnym wyrazem twarzy przeglądał się Terry'emu. „Nie pamiętasz? Zostałeś porwany.” „No cóż, rzeczywiście tak było.
Diabelski rogacz. Niech no tylko nawinie się pod moje kopyto, a rozbiję mu czaszkę.” „No właśnie. Porwał cię, by zamienić w centaura.” Kapral spojrzał na Terry'ego beznamiętnie. „Początkowo byłem wściekły. Teraz nie wyobrażam sobie powrotu do ludzkiej postaci. Tylko przestrzeni tu brak. Tęsknię za polami nieograniczonymi siatką pod prądem.” „Zostaniesz tu?” „Ucieknę. Chociaż na razie nie wiem jak. Ale nie mam zamiaru wracać do Nowego Jorku. Niepotrzebnie mnie szukałeś.” Terry stał, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Nie tego się spodziewał. „Zejdź z drogi. Przeszkadzasz mi w codziennej przebieżce.” Zrezygnowany Terry ustąpił mu miejsca. Centaur Trotter zarżał, dodając sobie animuszu. Uderzył kopytem dwa razy w piasek i ruszył kłusem. Po chwili zniknął zasłonięty drzewami. Dalszą drogę przegrodził mu strumyk. Niezbyt szeroki, góra na półtora metra. Przeskoczyłby nad wodą bez trudu. Przystanął jednak przed korytem, zagryzając górną wargę.
To dobra okazja, aby sprawdzić siłę nośną skrzydeł — uznał po długim wahaniu. Nie jak człowiek owad, a naukowiec testujący nowe urządzenie. To, że w tym przypadku był to narząd jego ciała, nie miało znaczenia. Cofnął się o kilka kroków, biorąc pod uwagę, że będzie musiał się rozpędzić jak startujący samolot. Niepotrzebnie. W chwili, gdy podjął decyzję wzniesienia się w górę, skrzydła zafurkotały. Odwracając głowę, kątem oka dostrzegł jedynie szary cień. Poczuł, że mięśnie grzbietu układają się pod innym kątem i zaczął przesuwać się do przodu. Patrząc w dół widział śmiesznie zwisające nogi, jak w snach. Lecz najważniejsze było to, że frunął.
A gdy znalazł się na drugim brzegu strumyka, odwrócił się w powietrzu, jakby wykonywał rutynowy zwrot w tył. Gdy postanowił wylądować, furkot skrzydeł zmniejszył się, a on delikatnie osiadł na ziemi. Roześmiał się. To było niesamowite doświadczenie, równie ekscytujące jak przejażdżka jego trzmielem na maksymalnych obrotach. Westchnął z żalem, przypominając sobie kubełkowe siedzenia. Czy ze skrzydłami zmieści się w nich? Będzie miał jeszcze szansę wcisnąć pedał gazu? Przed Terrym przedzierającym się przez gęste zarośla ledwo widoczną ścieżką wyrosło naraz ogrodzenie z krat. Odłamał gałąź i rzucił w ich kierunku. Przeleciałaby, gdyby nie została spopielona.
Widok krat nie był wirtualnym ostrzeżeniem. Ten teren ochraniała sieć energetyczna. Spoglądając w górę zauważył, że kraty łączą się tworząc energetyczną klatkę. Na polanie za ogrodzeniem nerwowym krokiem przechadzała się harpia z długimi po kostki nóg oraz wystającymi metr ponad głowę skrzydłami. Jej twarz otaczał pukiel rozsypanych blond włosów, a piersi przykrywał puch piór. Gdyby nie ramiona od łokcia pokryte łuskami oraz palce zamienione w szpony, wyglądałaby jak anioł. To była Klaudia Hautet, którą obserwował w jednym ze zbiorników podczas transformacji. Gdy zobaczyła Terry'ego, błyskawicznie przyskoczyła do krat. „Chodź do mnie, jesteś szczupły. Przeciśniesz się.
Zabawimy się” – wyszeptała zmysłowo, potrząsając głową, a jej skrzydła zalotnie zafalowały. Wyglądała jak aniołek Victoria's Secret Fashion Show. Tylko te pazury nerwowo przebierające, jakby tęskniła za rozpruciem mu brzucha. „Z chęcią, jeżeli lubisz zabawę z grillowanym kurczakiem” – zaśmiał się, po czym oceniając odstępy między kratami, dodał: „Aż tak chudy nie jestem”. Harpia fuknęła z gniewem i odwróciła się, zamierzając odejść. „Klaudia” – zawołał. „Skąd znasz moje imię?” Zatrzymała się i spojrzała na niego ze złością. „Pracuję dla Lost in Life. Odwiedziłem cię dwukrotnie”. „Rzeczywiście, spotkaliśmy się.
Mówiłeś, że mi pomożesz.” Jej spojrzenie zmagodniało. Może nawet na moment pojawiła się w nim nostalgia, lecz trwało to tylko chwilę. „Pomóż mi teraz. Znajdź sposób i przejdź przez te kraty.” Terry, patrząc na jej zachowanie, zaczął domyślać się powodów odejścia kobiety z wojska. Przeczuwał, że rozsmakowała się w zabijaniu. Broniła się przed tym, a jednym ze sposobów było odcięcie sprzyjających okazji. Dlatego wróciła do cywila i zamknęła się w domu. A teraz hamulce puściły. Miał nadzieję, że energetyczne kraty będą działały i harpia nie wydostanie się na wolność. „Wybacz.
Lepiej będzie, jak zostaniesz tu, gdzie jesteś.” Terry poszedł nad stawek z wodospadem. Powinien odwiedzić to miejsce jako pierwsze, lecz bał się spotkania z Subirą po transformacji i odwlekał tę chwilę. Dwie znane mu już syreny, bezustannie chichocząc obmywały nawzajem swoje ciała. „Czy one całymi dniami tylko myją się i czeszą?” – zastanowił się. Jednak tym razem ich obecność w wodzie była uzasadniona. Na głazie niepodzielnie panowała nowa syrena, Subira. Potężny rybi ogon zakończony podwójnymi płetwami leżał na skale niczym wyrzut sumienia. To nie była monopłetwa czy żarty w gabinecie Butchersteina. Anne mówiła Terry'emu, że Subira przez cały czas wznosi rzewne lamenty. W tej chwili milczała, lecz wyraz jej twarzy wystarczył, by zrozumieć, jakie myśli pływają w jej głowie.
Czy to przez niego Subira stała się syreną? Na przeprosiny za wciągnięcie jej w śledztwo było już za późno. Zresztą Subira była na froncie i znała ryzyko. Jedyne, co mogło obudzić w niej otuchę, to świadomość, że jej były dowódca ma plan i znajdzie sposób wydostania się z potrzasku. Obok Subiry siedział Federico. „Dobrze, że przy niej jest” – uznał Terry. Często się sprzeczali. Może był to element gry, jak widziała to Anne. Ale przyjaciół poznaje się w biedzie, więc nie wiadomo, jak to się zakończy. Terry stanął przed głazem tak, by mogli go dostrzec i zawołał: „Hej, tam na górze, znajdzie się miejsce dla mnie?” Terry nie skorzystał ze skrzydeł, chociaż kusiło go, by jeszcze raz sprawdzić nowe umiejętności.
Uznał jednak, że podobna manifestacja źle wpłynie na Subirę. Wdrapując się siłą woli musiał powstrzymywać ruch skrzydeł układających się wbrew jego decyzji w pozycji do lotu. Federico, obchodząc Terry'ego naokoło, długo przyglądał mu się z uwagą. „No cóż, orłem to ty nie jesteś” – podsumował kąśliwą uwagą swoje oględziny. „Ty też nie wyglądasz najlepiej. Wpadłeś pod kosiarkę?” – odgryzł się Terry. Twarz Federica pozbawiona zarostu lepiej zdradzała jego myśli. Terry był pewien, że właśnie wylatywał w powietrze po nadepnięciu na minę. „Jakie mają osiągi?” – zapytał Federico, gdy szczątki Terry'ego opadły na ziemię. Terry spojrzał na niego, marszcząc czoło.
Federico wskazał na skrzydła. „No, jak się lata? Chyba je przetestowałeś.” „Troszeczkę.” „Silnik trzmiela katowałeś, a własnych skrzydeł nie chcesz rozwinąć?” Terry zaśmiał się. Przynajmniej on pozostał sobą. „Terry, musisz z Anne i Federico przygotować imprezę. Ja z tym ogonem nie będę mogła ci pomóc” – powiedziała Subira, odgadując, co chce im zaproponować. Musiał ją przekonać, że jest niezbędna do realizacji planu ucieczki. „Imprezy? Jaką imprezę?” – zaczął nerwowo dopytywać się Federico, patrząc to na Terry'ego, to na Subirę. „Z alkoholem?
A ty co, nie chcesz iść?” Terry zdziwił się, że Federico nie zrozumiał przenośni. „Dopóki Subira nie odzyska nóg, nigdzie nie idę” – odpowiedział hardo. „Nie zostawię jej samej.” „Federico, nie mów mi, że nie pomożesz Terry'emu w przygotowaniach do imprezy” – fuknęła Subira, uderzając mocno ogonem o skałę. – „A o alkoholu zapomnij.” „Pójdziemy wszyscy albo żadne z nas. Nad zrzuceniem kostiumów będziemy zastanawiali się po imprezie” – postanowił Terry. „A, impreza!” – w końcu zrozumiał, o czym mówią. Bez konserwacji alkoholowej jego mózg chyba zardzewiał. „To ja trochę pośpiewam, a wy pogadajcie” – zaproponowała Subira. Federico spojrzał na nią przerażony. Terry jeszcze nie wiedział, co go czeka.
„To kolejny piątek bez wódki. Czy kiedyś jeszcze napijemy się w piątek wolności?” – mruknął z żalem Federico. „Ty może tak, ale mnie z tymi płetwami nie wpuszczą do baru” – westchnęła Subira, przerywając na chwilę lamenty. „Jest sposób, abyśmy w następny piątek mogli się napić” – odpowiedział tajemniczo Terry. „Jaki?” – zapytał bez cienia nadziei w głosie Federico, a po chwili z rezygnacją dodał: „Nawet ty ze skrzydłami nie wyfruniesz z tej klatki.” Terry wzruszył ramionami, całą uwagę poświęcając obserwacji kąpiących się syren. Federico westchnął z rezygnacją. „No dobrze, mów, co wymyśliłeś.” „W tej chwili to jedynie szkic. Znam relację Anne. Teraz ty mi powiedz, co tutaj się wyprawia.” Wracając do klatki, Terry spróbował podsumować rekonesans. Jedno było pewne: nie będzie łatwo uciec.
Płot energetyczny otaczał rajski ogród w każdym miejscu, nawet nad klatkami dla przetransformowanych. Jego wyłączenie to był pierwszy problem. Jednak, chociaż na razie nie wiedział dokładnie, jak to zrobić, płot nie stanowił głównej przeszkody. Równie ważne było znalezienie sposobu na cofnięcie transformacji, a za najważniejsze, do czego doszedł po rozmowach z Anne i Federico, należało uznać powstrzymanie tego szalonego młodego boga przed rozpyleniem wirusa. To była najważniejsza kwestia, która nie mogła czekać i której musiał poświęcić wszystkie swoje umiejętności, dawne, jak i nowo nabyte. Pierścienie Rotwanga. Federico z przedszkola został przeniesiony do szkoły. Tu też pracowały osoby młodsze od niego, lecz byli też starsi, głównie biolodzy z ciekawymi specjalizacjami, jak wirusologia czy chirurgia genetyczna. Widocznie niektóre dziedziny wiedzy wciąż wymagały doświadczenia, podczas gdy inne bez oporów poddawały się pędowi młodości. Czy jego czas jako informatyka kończył się i będzie musiał poszukać nowego zajęcia?
Miał nadzieję, że nie, że udowodni świeżość spojrzenia na kod taką, jaką mogłaby pochwalić się trzynastolatka z warkoczykami. Wprowadzeniem go w zadania szkoły zajął się trzydziestoletni Tahir, już z piwnym brzuszkiem i zakolami łysiny na głowie. Przyjął Federica z nieufnością, jakby był pupilkiem Damiano na siłę wciśniętym do zespołu i próbował go nakryć na niekompetencji, udowadniając, że to on jest informatykiem alfa. Przeglądali kod wirusa od kwadransa, a Federico wciąż nie wiedział, jakie zadanie mu wyznaczono. „A do czego potrzebny jest ten fragment kodu?” – zapytał go Tahir, wskazując kilkadziesiąt linijek. To było jądro programu z ukrytą sygnaturą i wytrychem do utajnionego kodu. Nie mógł tego zdradzić. Był pewien, że daje mu to przewagę, jakiej ani dzieciaki, ani Damiano nie podejrzewali. „Żebym to ja wiedział. Napisałem go po pijaku, a gdy wytrzeźwiałem, nic z tego nie rozumiałem.
Ale wiem jedno: bez tych linijek program nie działa. Lepiej nie ruszać tego fragmentu. Nie wpływa on na wydajność pracy.” Tahir nie był zadowolony z wyjaśnienia, lecz nie oponował. Na szczęście już wiedział, że pomimo, wydawałoby się, prostych zer i jedynek, informatyka kryje w sobie wiele magicznych formuł. „No dobrze, na czym ma polegać moje zadanie?” – zapytał Federico, chcąc szybko zmienić temat i nareszcie poznać skutki zapowiadanej pandemii. „Wirusy komputerowe znasz. O wirusach biologicznych pewnie słyszałeś, ale może nie wiesz, że wirusy nie mogą być zbyt duże, gdyż inaczej nie będą zdolne unosić się w powietrzu.” „Trzeba je odchudzić?” – domyślił się Federico. „Tak, informatycznie. Biologicznie są już dopracowane. Potrafią przedrzeć się przez zapory systemu odpornościowego, namnożyć we wszystkich komórkach, ale nie potrafimy zapakować do nich wymaganej ilości informacji.
Ty podobno odczytałeś jakieś znaczniki TrashTags.” „Tak, to prawda.” Skinął głową. „Można je wykorzystać do kompresji danych?” Zapytał od niechcenia Tahir, spoglądając jednak z ciekawością na Federica. Pewnie w oczekiwaniu, że przyzna się do porażki. „Z pewnością, może nawet o połowę” Odparł, nie dając mu okazji do satysfakcji. „Aż tak bardzo? To niemożliwe.” „Wszystko jest możliwe, gdy mam zgrzewkę piwa przy monitorze” powiedział z niewinnym uśmiechem Federico. Tahir zaśmiał się nerwowo, kręcąc przecząco głową. „To nie wchodzi w rachubę” szepnął. „Trudno. Musiałem spróbować” wzruszył ramionami Federico.
„A jaką chorobę ma wywoływać ten wirus?” „To wirus nowej generacji” odpowiedział z dumą Tahir. „Biologicznie jest podobny do wirusa grypy, ale bez uciążliwych oznak choroby. Może poza nadmierną koniecznością kichania. Jednak jego jedynym zadaniem jest przeniesienie programu komputerowego, który uporządkuje śmieciowe DNA.” „Ciekawe połączenie wirusa biologicznego z komputerowym” uznał Federico. Już znał sposób, w jaki Damiano planował zamienić tłumy ludzi na skrzyżowaniu Broadwayu i Siódmej Alei w tłum centaurów, cyklopów i satyrów. I musiał przyznać, że był to bardzo realistyczny plan. Naraz Tahir wyprostował się, jakby połknął kij, a Federico usłyszał za plecami szuranie butów i skrzypienie krzeseł. Odwrócił się. To Damiano z rogaczem bez kagańca weszli do pokoju. „Tahir już ci wytłumaczył, czego potrzebujemy?” Zapytał Damiano, podchodząc do nich i poklepując rozanielonego Tahira po plecach.
„Tak. Wyłuszczył, w czym problem” mruknął Federico, wciąż stojąc na skrzyżowaniu w Nowym Jorku i dodał z entuzjazmem, którego się nie spodziewał. „Muszę przyznać, że to genialne posunięcie.” „Cieszy mnie to. Aby pokazać, jak jest to ważne, zademonstruję ci pewne cacko. Wstawaj, przejdziemy się.” Przeszli do dużej, niemal pustej hali. Ekipa budowlańców w czerwonych kombinezonach i czapeczkach uszczelniała oraz malowała ściany. Inni ustawiali siedzenia. Było widać, że trwają prace wykończeniowe. Przy innej ze ścian pracowali technicy montujący puzzle z logo koncernu. Na tle liter wyglądali jak krasnale.
W centrum pomieszczenia znajdował się jedynie okrągły postument wysoki na pół metra o średnicy góra trzech metrów. Na suficie Federico zauważył podobny cylinder, do którego podłączono liczne pęki rur i kabli. Scenografia narzucała mu pewną odpowiedź, lecz Federico wolał poszukać innej. Damiano podszedł do pulpitu ustawionego z boku i wdusił kilka przycisków. Rozległo się niskie buczenie, a po chwili z góry zaczęły spływać świecące kręgi. Również na dole pojawiły się podobne, zaczynając wędrówkę w górę. Kręgi zaczęły się przenikać, tworząc świetlistą kolumnę. Federico nie był wielbicielem Star Treka, ale pierścienie do złudzenia przypominały urządzenia do teleportacji z tego właśnie serialu. „Wybierasz się gdzieś?” Zapytał. Damiano roześmiał się.
Teraz Federico nie pozostała już inna odpowiedź niż ta odrzucona. Podium z wirującymi pierścieniami było jakby wyjęte z kadru filmu Metropolis. Świetlne pierścienie Rotwang otaczające siedzącego na krześle fembota w czasie eksperymentu mającego przenieść do jej mózgu osobowość prorokini. Jedynie w tle nie było pentagramu, a logo koncernu Hadada. Czyżby miliarder chciał tworzyć sztuczne hybrydy lub ożywiać trupy? Spojrzał na Kryzusa z przerażeniem. Ten chyba wziął jego obawy za objaw podziwu, gdyż powiedział: „Nie, to nie są teleportery.” Słowa Damiano potwierdziły jego obawy. „To najnowsze maszyny do transformacji ciał. Przemiana za ich pomocą nie będzie trwała godzinami. Wystarczą minuty” wyjaśnił z dumą.
„Tylko nie pytaj, jak to działa, bo chociaż mógłbym odpowiedzieć przez wzmocnienie pola kwantowego oraz lokalne zaburzenia czasoprzestrzeni, to prawda jest taka, że nie wiem. To ostatni projekt profesora Carolisi.” „Po co cylindry transformacyjne, skoro chcesz rozpylić wirusa?” „Mówiłem ci już, że w trojaki sposób można wyjaśnić istnienie śmieciowego DNA: ewolucyjny, kosmiczny i boski. Jak wiesz, stawiam na kosmiczny. W ewolucyjnym ten bałagan istniałby od dawna, nawarstwiał się z gatunku na gatunek i nie byłoby możliwe, by na dalszych etapach rozwoju nagle sam z siebie uporządkował się. Tak nie działają prawa fizyki. A że tak się zdarzało, wiemy z licznych zapisów oraz po odkopaniu przez Ann szkieletu centaura.” Federico musiał się z nim zgodzić. To byłoby nielogiczne i co najważniejsze nieinformatyczne. Jeszcze nigdy źle napisany kod programu nie uporządkował się sam, natomiast błędy można było bardzo łatwo do niego wprowadzić. Celem kosmitów mogła być chęć stworzenia hybryd, jednak podejrzewam, że nie zamierzali ich jedynie obserwować. To naturalne, że pragnęli sprawdzić przemiany na własnej skórze.
Jak to jest mieć ogon lub skrzydła, cztery nogi albo rybi ogon. Jestem pewien, że pełen śmieciowy kod pozwala na przemianę w dowolną hybrydę, jak też na powrót do kosmicznej postaci. „A wiesz, jak oni wyglądali?” — zapytał Federico. „Nie, chociaż pewne poszlaki możemy odnaleźć w zapisach historycznych”. „Jak i w filmach” — dodał w myślach Federico, wyobrażając sobie miliardera jako E.T. Duża głowa w okularach GDV albo obcego ze statku Nostromo. Mniejsza szczęka w dużej szczęce odrywająca kawałek pizzy. Damiano też się zamyślił, tylko że jego uwaga podążała całkiem inną drogą. Straciłem zaufanie do Anne. Mogę nawet zrozumieć jej słabość do Terry'ego, ale ona nie widzi, że przez to zaniedbuje szansę wejścia do annałów nauki.
Skupił się na żalach. Federico znał jej problem, lecz nie zamierzał ujawniać go Damiano. To on podsunął jej pomysł na legendę zdolną zaspokoić wymagania miliardera. Dogonowie idealnie tu pasowali. O ich wierzeniach dowiedziano się z opowieści przekazywanych ustnie. Anne mogła powiedzieć, że odnaleziono rękopis sprzed wieku opisujący nieznane legendy. Damiano chyba opacznie zrozumiał jego zatroskaną minę, bo dodał: „Widzę, że ty jesteś inny. Potrafisz zapomnieć o uczuciach, nieistotnych urazach i dać porwać się wyzwaniu”. Z pewnym niepokojem Federico musiał przyznać mu rację. Rzeczywiście, chyba dał się złapać na lep jak mucha.
Jednak to było ciekawe informatyczne wyzwanie. Wydawało mu się, że przysiadł tu tylko na chwilę i w dowolnym momencie będzie mógł odlecieć. Czy było już za późno? Bez skutku będzie próbował wyrwać się z lepkiej mazi insłów Damiano, aż ulegnie, stając się kolejną wydmuszką w jego teatrze bzdur? Musisz wiedzieć, że Terry'emu mogą wyrosnąć skrzydła, lecz rybi ogon już nie. Proste uporządkowanie kodu pozwalające na metamorfozę pozwala tylko na jeden rodzaj transformacji. Nie odnaleźliśmy ani jednej osoby, której śmieciowe DNA pozwalałoby na dowolny wybór postaci. To nie działa jak studnia życzeń. Wrzucam jedną monetę i zamieniam się w satyra, wrzucam kolejną i zostaję lamią. Damiano zawiesił głos, czekając na reakcję Federica.
Udał zainteresowanie, lecz bez zbytniego entuzjazmu, którego nie potrafił w sobie wykrzesać. Miliarder zaczął mówić dalej. Nie można też cofnąć zmiany powłoki. Wyniki badań DNA osób już po transformacji wykazały, że typowo ludzkie fragmenty kodu genetycznego ulegają degradacji. Proces transformacji to jakby ewolucja w przyspieszonym tempie, pozbywająca się niepotrzebnych fragmentów kodu. Dopiero ostatnie słowa Hadada przeraziły Federica. Czy już nigdy nie będzie mógł zobaczyć swoich przyjaciół w dawnej postaci? Teraz naprawdę zaczął go słuchać, mając nadzieję, że to jedynie część prawdy i istnieje jakiś sposób na to, by Terry odrzucił skrzydła, a Subira wysunęła się z rybiego ogona jak z niewygodnego śpiwora. Jestem jednak przeświadczony, że pełne uporządkowanie kodu stało się udziałem kosmitów, pozwalając im na wielokrotne przemiany. Mój zespół pracuje teraz nad pełnym kodem, dzięki któremu będzie można uzyskać możliwości przemiany w dowolną postać.
I to jest moim głównym celem — zakończył. Federico odetchnął z ulgą. Wersja o kosmitach głosząca zasadę: „przybyliśmy, pobawiliśmy się w przebierankę, pora zrzucić kostium i wracać do domu” bardzo mu odpowiadała. To co, pomożesz? — zapytał Damiano, bacznie przyglądając się Federico. Sprawdzimy, jak to jest zostać Bogiem. „Pomogę” — oświadczył. Co dziwne, zabrzmiało to szczerze. W trakcie wypowiedzi miliardera neurony w jego mózgu pracowały z mocą obliczeniową 32-rdzeniowego procesora. Gdy usłyszał, że nie ma możliwości przywrócenia nóg Subirze, spadał do podziemi.
Gdy pojął, że możliwe jest cofnięcie transformacji, 64-rdzeniowy procesor i błyskawicznie wzleciał do nieba. Gotów był poświęcić wszystko, aby odnaleźć ten kosmiczny kod. Spojrzał na świecące pierścienie Rotwanga. Były puste, ale już widział w nich kobietę, którą kochał. Udany lot Terry'ego. Terry, zmęczony, przysiadł na kamieniu. To był piękny lot. Owadzie skrzydła pozwalały na niezwykłe manewry. Mógł lecieć do tyłu, bez problemu zawisał w jednym miejscu. Potrafił szusować pośród pni drzew jak podczas slalomu na stoku narciarskim.
Mógł podlecieć do korony palmy i zrywać kokosy zawieszone na wyciągnięcie ręki. Wzniósł się nawet na wysokość trzeciej kondygnacji, obserwując siedzących za biurkami pracowników korporacji Damiano. Niestety nie miał szansy wyfrunąć z rajskiego ogrodu, gdyż drogę do wolności zagradzała sieć energetyczna. Tego się spodziewał. Chciał jednak spojrzeć na miejsce uwięzienia z wysokości, mając nadzieję, że wypatrzy lukę w zabezpieczeniach. Terry rozumiał, że to nie skrzydła mu przeszkadzają. Owszem, niewygodnie się w nich spało. Nie widział też siebie wyskakującego z pracy na kawę z ciastkiem nie na nogach, a przez okno ze świstem skrzydeł w locie. Najbardziej jednak drażniło go zamknięcie i brak celu. Nie cierpiał bezczynności, a tutaj nie miał co robić, bo chyba nie liczono na to, że będzie zapylał kwiatki.
„Miałem rację. Twoje skrzydła sprawdzają się” – usłyszał nagle głos Damiana, który z przybocznym rogaczem Plutinem pojawił się na polanie. Podeszli do niego powoli. Rogacz pozostał w odległości niepozwalającej na bezpośredni atak. Miliarder stanął tuż przy Terrym i wyciągnął dłonie. W jednej trzymał opakowanie kefiru z owsianką o smaku truskawkowym, w drugiej bananowym. „Który wybierasz?” – zapytał. Terry miał ochotę odpowiedzieć, że żaden, ale nagle poczuł nieodpartą potrzebę uzupełnienia zapasów energetycznych. Sięgnął po truskawkowy. Damiano usiadł obok, otworzył opakowanie i zanurzając w nim łyżeczkę zaczął mówić: „Czyż to nie piękna realizacja marzeń, poszukiwanych od wieków ideałów?”.
Terry tak nie uważał. Powstrzymał się jednak od kolejnej próby skopania tyłka miliarderowi, a jedyną oznaką jego złości był delikatny szelest skrzydeł. Nie wytrzymał jednak długo w milczeniu i patrząc cierpko na Damiano stwierdził bardziej zrezygnowanym niż gniewnym głosem: „Porządkujesz śmieciowe DNA, obdarowując ludzi zwierzęcymi cechami. Ja ze skrzydłami czy bez nich poradzę sobie. Niektórzy, jak syreny, satyr czy centaur Trotter nawet są zadowoleni. Ale nie wszyscy. Wiem, że ich i moje życie na pewno nie było idealne, lecz to były nasze wybory. Urodziliśmy się z takim, a nie innym zestawem genów, w takiej, a nie innej dzielnicy miasta.” Terry starał się mówić spokojnie, lecz z każdym słowem narastał w nim gniew. Na szczęście jogurt zneutralizował złość, więc w miarę spokojnie dokończył: „Kto ci dał prawo do decydowania o ich życiu? Zrozum to, głupcze i cofnij nasze transformacje.
My chcemy być sobą. Niepotrzebne nam twoje ulepszenia.” Spojrzał na Damiano, nie spodziewając się wiele. Nie mylił się. To była zbyt spokojna mowa, by poruszyć sumienie miliardera. O ile w ogóle je miał. Można było założyć, że nie, ponieważ odpowiedział: „To Bóg decyduje o wszystkim. Wielcy wodzowie, tacy jak Cezar, Napoleon, a nawet Hitler decydowali o losach wielu narodów. Bill Gates wyprowadził świat z ery elektryczności i wprowadził go w erę cyfryzacji. Mark Zuckerberg scalił świat plemienny w globalny. Każdy z nich podejmował decyzje sam, ryzykując życiem.
Podjęli się tego, wierząc, że to będzie dobre dla większości. Możesz mi zarzucić, że niektórzy nie są zadowoleni z odzyskanego kodu. Podjąłem tę decyzję za nich i będę z nią żył do końca swoich dni, ale wierzę, że tak właśnie należało uczynić. Większość ludzi z trudem utrzymuje się na powierzchni życia, nie mając czasu na marzenia. Ja marzę za nich, realizując ideały, o których im się nawet nie śniło. Ideały są piękne, ale to opium dla ubogich, dla posiadaczy milionów, jak i dla polityków są jedynie usprawiedliwieniem ich własnych kaprysów. Prawo i sprawiedliwość? Prawo naginane do potrzeb. Sprawiedliwość według uznania.” Skrzydła Terry'ego zaforkotały. Musiał się opanować.
„Nie da się ukryć. Żyjemy w szambie. Wojsko śmierdzi. Politycy śmierdzą. Religia śmierdzi. Biznes też cuchnie, a nieliczni, którym udaje się utrzymać na powierzchni, którzy za nic mają tonących w gównie, bawią się w bogów. Jednak prawda jest taka, że wszystko, co pływa na powierzchni szamba, również jest gównem. Najgorsze, że od masy zanurzonej w szambie wymaga się czystości wobec prawa, karząc za każdą próbę złapania haustu powietrza. A oni są zbyt uczciwi, aby włazić na plecy drugich. Dla tych z powierzchni prawo nic nie znaczy.
Łamią je codziennie, naginając pod spełnianie swoich kaprysów. Ty należysz do tego gówna pływającego na wierzchu i uważasz, że masz prawo decydować o losie innych.” Damiano skrzywił się, zatrzymując łyżeczkę z porcją jogurtu w połowie drogi do ust. „Trochę niesmaczne porównanie. Użyłbym innego, ale to prawda. To, że potrafię pływać na powierzchni, jest najlepszym dowodem na to, że mam prawo podejmować decyzje w imieniu tonących w szambie. Wiem, co należy zrobić, aby pomóc im wydostać się na powierzchnię.” „No właśnie. Nawet nie poczuwasz się do winy” – mruknął z rezygnacją Terry. „Już rozmawialiśmy na ten temat. Jesteś reliktem przeszłości. Obydwaj żyjemy w czasach rewolucji cybernetycznej.
W spędzie do nowej epoki niepotrafiący się odnaleźć zostają w tyle. Ich wiedza staje się nieprzydatna, a oni sami są obciążeniem dla młodych osób rwących się do nowego. Ludzkość już przechodziła podobne okresy przyspieszonej ewolucji, kiedy to do śmietnika historii pokotem wpadali ci, którzy nie umieli się odnaleźć. Ludziom żyjącym w okresach stagnacji żyje się spokojnie. Syn ceni wiedzę ojca, nie musi zmieniać co dwa lata zawodu. Moja niechęć do ciebie nie jest niechęcią osobistą.” To rozczarowanie generacyjne. Nie rozumiem twojego oporu przed trwaniem w stagnacji, a ty nie rozumiesz moich wyborów. Nie tylko, że czytałeś inne książki, chodziłeś na inne filmy, to jeszcze nie używasz okularów GDV, a komputer wciąż jest dla ciebie magicznym pudełkiem. Skrzydła Terry'ego zatrzepotały, zdradzając jego myśli. Najgorsze, że ten gówniarz miał wiele racji, stwierdził, przypominając sobie babcię, która z prowincji przyjechała do miasta na Święto Dziękczynienia.
Niska, niemal okrągła staruszka z nieodłącznym uśmiechem na twarzy, którego nawet zmarszczki nie zdołały ukryć. Nigdy nie krzyczała. Wciąż myliła imiona wnuków, co może pomagało jej zachować pogodę ducha w tym zatłoczonym, hałaśliwym, wciąż pędzącym miejscu. Zastał ją w nocy w kuchni, gdy wyjmowała naczynia z suszarki i myła je ręcznie w zlewie. „Nie wierzę maszynom, wolę je domyć” – wyjaśniła, gdy zapytał, co robi. Może i on bronił stylu życia, w którym się wychował. Stylu obcego młodemu pokoleniu. On już wiedział, że pociąg pędzący na kamerę go nie rozjedzie, lecz widzowie sprzed wieku chowali się przerażeni za krzesłami. Dla niego szkła kontaktowe GDV były jak drzazga za paznokciem, a przecież wiele osób nosi szkła kontaktowe. Dla młodych byli jak jesienne liście – piękne plamami barw zaraz po opadnięciu z drzewa, lecz potem szarą masą szpecącą krajobraz, czekającą na grabie ogrodnika.
„Pożyjemy, zobaczymy, czyj styl życia przetrwa” – powiedział pojednawczo Damiano. Terry nie potrafił przyjąć tej gałązki oliwnej. Obydwaj wiedzieli, kto będzie górą. To były puste słowa. Nie mogę powiedzieć, że nie żałuję żadnego dnia. Żałuję i to wielu dni, ale wiem również, że bez nich nie byłbym tym, kim jestem. To prawda. Nie używam okularów GDV, a telefon komórkowy zdarza mi się zostawić w domu. Nie zasypiam, grając w „Watch Dogs”, a profil na Facebooku odwiedzam tylko w swoje urodziny. Ale wiesz, jest mi z tym dobrze.
Gdyby zabrakło prądu, akurat tych nowinek najmniej bym żałował. Natomiast wy, młodzi, już nie umiecie bez tego żyć. Dzisiaj dzieci potrafią odpowiedzieć na pytania, które pół wieku temu sprawiłyby kłopot mędrcom, ale to nie znaczy, że są od nich mądrzejsze. Wiedza młodego pokolenia jest powierzchowna. Żyjecie w natłoku informacji. Poznaliście wszystko, lecz jest to mądrość pozorna. Wiecie o setkach tysięcy, milionach rzeczy, lecz w żaden problem nie zanurzacie się głębiej niż na 140 znaków. Dawniej ludzie znali 10, góra 100 zagadnień, lecz o każdym mogliby mówić tygodniami. Żyjesz w złudnym świecie. Nie wiesz, co znaczy obudzić się z kacem po wieczorze lewitowania w otwartym kosmosie bez skafandra, a jedynie w slipach.
Podejrzewam, że nie wiesz, czym jest dobijanie się do bram piekieł kobiety i euforia, gdy się przed tobą rozbierają. Znam twoją odpowiedź. Powiesz, że to nieistotne. Masz ważniejsze cele. Teraz nie możesz się rozpraszać, a to, o czym mówię, to mało istotne boleści lub przyjemności, po które zawsze możesz sięgnąć w odpowiednim czasie. Otóż mylisz się. To błędne spojrzenie, typowe dla wirtualnych wyobrażeń. Nasze światy rozwarstwiają się. Na Ziemi za 100 lat nie będą żyli Morlockowie i Eloyie, a escape'owicze śniący w wirtualnych światach, uważający, że zawsze mogą wdusić przycisk Esc lub Ctrl+Z oraz ci, których klawiatury tych klawiszy będą pozbawione, a dodatkowo funkcyjny klawisz pomocy F1 zablokowany. Terry wstał i rozejrzał się w poszukiwaniu kosza na śmieci, ale oczywiście w rajskim ogrodzie nie przewidziano kubłów na odpadki.
Wcisnął więc kubek w rękę Damiano, dziękując za poczęstunek. Odwrócił się na pięcie i odfrunął.
[03:14:05] - Proszę państwa, wakacje mają swoje prawa i jedno z tych praw brzmi: odcinki „Bibliotekarium 2.0” są krótsze niż w roku akademickim, bo ostatecznie nazwa Akademia Wszelkiej Fikcji zobowiązuje zarówno do tych długich odcinków w trakcie roku akademickiego, jak i krótszych w czasie wakacji. No to właśnie dopłynęliśmy, dobrnęliśmy do końca odcinka „Bibliotekarium 2.0” dzisiaj. Poza tydzień tradycyjnie zapraszam na kolejne wydanie. A teraz już pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Życzę dobrej nocy, fajnego weekendu i pamiętajcie państwo – kolejne spotkanie z „Bibliotekarium 2.0” w przyszły piątek o 20:00.
[03:15:12] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.