[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji.
[00:14] - Wypadałoby rozpocząć ostatnie wydanie Bibliotekarium 2.0 w czerwcu. Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:34] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór. Cóż, zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium. Śpieszmy się lubić Bibliotekarium, bo tak szybko przemija. Coś mi się wydaje, że pod tą nazwą już się długo spotykać nie będziemy. Ale nie wyprzedzajmy wypadków. Zajmijmy się bieżącym wydaniem. Zacznijmy tradycyjnie od polecanek książkowych. Pierwsza z tych książek, które chciałbym państwu polecić, ukaże się na rynku 2 lipca. Wydawnictwo Editio Red, a książka nosi tytuł „Iluzje Royal”.
Autorką jest Anna Wolf. Zerknijmy cóż to za książka. Życie składa się z iluzji. Pół biedy, jeśli to my decydujemy, w jakich iluzjach żyjemy. Gorzej, jeżeli decyzje podejmują za nas inni. Los nie sprzyjał Royal Elisabeth MacPherson. Córka dobrej kobiety, którą jednak świat znał jako striptizerkę i prostytutkę, szybko zostaje sama i musi sobie radzić najlepiej jak umie, by przetrwać. Jakby tego było mało, w dniu 18. urodzin Royal na światło dzienne wychodzą fakty, które sprawiają, że życie dziewczyny, już dostatecznie trudne, jawi się jej jako ciąg niepowodzeń, oszustw i tajemnic. Jack Miller dorastał bez matki.
Ojciec, choć kochał syna, nie był w stanie zapewnić mu normalnego domu i pełnej rodziny. Właściwie Jacka wychowywały dziwki. Szczególną opieką otoczyła go jedna z nich i to ona dała dzieciakowi namiastkę normalności. Jednak mimo starań nie była w stanie uchronić go przed samym sobą. Zdradzony przez życie Jack wylądował w więzieniu. Tam się zmienił. Zmężniał i teraz zamierza ponownie rzucić wyzwanie światu. Spotkanie Royal i Jacka wpłynie na losy ich obojga. Stworzy nowe iluzje. Iluzje, którym odmówią.
Iluzje, w których być może zechcą żyć. „Iluzje Royal”. Tak, proszę państwa, to była zapowiedź książki pod tym właśnie tytułem „Iluzje Royal” Anny Wolf, wydawnictwo Editio Red. Książka na rynku pojawi się 2 lipca. Kolejna książka nosi tytuł „Siedem razy lato”. Autorką jest Paige Toon, wydawnictwo Albatros. Data premiery również 2 lipca. Ta książka to najnowsza powieść mistrzyni współczesnego romansu. Lato w gorączce uczuć. Trójkąt miłosny w malowniczej kornwalijskiej wiosce.
Dwie epickie historie miłosne. Jeden niemożliwy wybór. Sześć lat temu Liv i Finn spotkali się w barze na surowym wybrzeżu Kornwalii. Wydawało się, że czeka ich pełna obietnic przyszłość. A kiedy namiętna noc zakończyła się straszliwą tragedią, poczuli, że są ze sobą nierozerwalnie związani. Ale życie Finna toczy się w Los Angeles, gdzie gra w zespole muzycznym, a Liv mieszka w Kornwalii z rodziną. Kochankowie składają sobie więc obietnicę. Finn będzie co roku wracał na kornwalijskie wybrzeże i jeśli los będzie im sprzyjał, spędzą razem lato. Jednak tego lata Liv spotyka tajemniczego Toma. Gdy wokół kwitną polne kwiaty i wrzosy, Liv i Tom zakochują się w sobie, a Liv po raz pierwszy wyobraża sobie przeszłość, w której jej serce nie pęka co roku na tysiąc kawałków.
Teraz Liv musi dokonać niemożliwego wyboru, a kiedy odkryje szokujący powód, dla którego Tom opuścił dom i zjawił się w jej rodzinnym mieście, pozostanie jej tylko zaufać swojemu sercu. Wielbicielki Christine Hanach, Jojo Moyes i Nicolasa Sparksa zakochają się bez reszty w romantycznych powieściach Paige. Przypomnę, to było omówienie książki „Siedem razy lato” Paige Toon, wydawnictwa Albatros. Książka na rynku od 2 lipca. I wreszcie trzecia propozycja zatytułowana „After. Płomień pod moją skórą”. Autorka Anna Todd, wydawnictwo Znak Litera Nova. Data premiery również 2 lipca. Ta książka to największy fenomen ostatnich lat. Powieść, która doczekała się miliarda odsłon w serwisie Wattpad.
Życie Tessy można podzielić na to, co zdarzyło się przed poznaniem Hardina i na to, co zdarzyło się później. Kiedy Tessa zaczyna studia, jej życie wydaje się idealnie poukładane. Chce spełnić marzenia o pracy w wydawnictwie i jak najszybciej połączyć się z ukochanym Noah, który czeka na nią w rodzinnym mieście. Ale spotkanie Hardina, który wydaje się jej całkowitym przeciwieństwem Wywróci jej życie do góry nogami. Harding jest arogancki, zbuntowany i w niczym nie przypomina troskliwego Noe, ale to on budzi w Tessie uczucia, jakich dotąd nie znała. Przeczytaj dodatkowy rozdział, który zapowiada finał serii. Sprawdź, czy ich historia kończy się szczęśliwie. Przypomnę, to było omówienie książki „After: Płomień pod moją skórą” Anny Todd, wydawnictwo Znak Literanova, a książka na rynku od 2 lipca. To nie koniec zapowiedzi, bo teraz wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapraszam państwa do omówienia lipcowego numeru miesięcznika Nieznany Świat. Dzień dobry wieczór państwu, zbliża się lipiec i w punktach dystrybucji pojawił się oczywiście lipcowy numer Nieznanego Świata.
Dzień dobry wieczór Piotrze, bo z Piotrem Cielebiasiem z kanału UFO Historie i z Nieznanego Świata właśnie ten numer sobie pokrótce omówimy.
[07:18] - Dzień dobry, dzień dobry wszystkim, także naszym słuchaczom i czytelnikom. Marku, te nasze odstępy między kolejnymi omówieniami numerów, które nagrywamy, tak mi się zdają coraz mniejsze, coraz mniejsza przestrzeń się robi. Coś mi się wydaje, że ta teoria spiskowa, iż czas deczko przyspiesza, ma w sobie jakieś ziarenko prawdy. No ale cóż, masz rację. Kolejny numer Nieznanego Świata przed nami, numer wakacyjny. Zanim przejdziemy do omówienia, to kilka szczegółów. Ja tylko przypomnę, że jeżeli ktoś lubi papier i wersję papierową, to Nieznanego Świata szukajcie na stanowiskach z prasą, nie tylko w salonikach, ale też na tych stanowiskach z czasopismami w popularnych marketach, tych większych i mniejszych. Nie będę podawał nazw, ale przynajmniej dwie nazwy się kojarzą ze zwierzątkami, a trzecia nazwa jest niemiecka. To wiecie gdzie. Jest jeszcze wersja elektroniczna, do której link znajdziecie pod spodem.
Wersja elektroniczna dla tych, którzy lubią mieć zawsze wszystko pod ręką. Także szukajcie, a znajdziecie. Przypominam też o naszej stronie www.nieznany.pl. Tam możecie nabyć numery archiwalne.
[08:35] - No to ruszajmy po przygodę, czyli śladem artykułów z Nieznanego Świata. Pierwszy, który chciałbym polecić to artykuł, który zainteresuje wielu czytelników, albowiem każdy z nas wcześniej czy później w jakiś sposób z lekarzami się styka. I mamy artykuł „Gdy lekarz przestaje być człowiekiem”. I to też jest pewna tendencja, która jakoś zadziwiająco często, szczególnie ostatnio, w kontaktach z lekarzami się pojawia. W tych kontaktach, o których mam okazję słyszeć. Piotrze, a co w artykule?
[09:17] - W artykule poruszony jest poważny temat, o którym się mówi w mediach rzadko. To jest tekst dotyczący coraz częściej zauważalnego problemu, a mianowicie po pierwsze braku empatii, a po drugie nawet bezduszności w służbie zdrowia. I to jest opisane z punktu widzenia pacjenta i jego rodziny. Istnieje w ogóle taka dziwna zależność w służbie zdrowia tej teraźniejszej, bo wraz ze wzrostem wymagań finansowych przez pracowników służby zdrowia zanika empatia i szacunek do pacjenta. Oczywiście to się nie tyczy wszystkich. My mamy tu głównie na myśli w tym artykule lekarzy i ten pacjent się staje towarem. W tym konkretnym przypadku mowa o pacjentach starszych i samotnych, a także chorych terminalnie bądź przewlekle, których system tak naprawdę wypluwa. I można też powiedzieć, że w ich przypadku system pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Także zachęcam do przeczytania tego tekstu. Tym bardziej że wiele osób się z tym zetknęło i ma chyba podobne wnioski.
Żeby tylko, tak jak powiedziałeś, każdy nie musiał się z nas kiedyś o tym przekonać, nie daj Boże na własnej skórze.
[10:40] - Sięgam po kolejny artykuł. Tym razem w Kroniki Akaszy znajdujemy informację o przepowiedniach japońskiej Wangi. No i kiedy czytam o oceanie, który ma się zagotować w lipcu tego roku, to robi się człowiekowi chłodno.
[11:00] - Wiesz, Ryō Tatsuki, czyli tej autorce przepowiedni, jaka to przepowiednia, to za chwilę powiem. Też się chyba robi zimno, jeżeli się okaże, że to się nie sprawdzi i nie wypali, bo jej sława chyba mocno przygaśnie. Ale o co chodzi? Ryō Tatsuki to jest autorka komiksów, mang. Czyli z jednej strony japońska Wanga, a z drugiej strony japońska manga. Taka śmieszna, słowna gra. Ryō Tatsuki znana jest z tego, że kiedyś opublikowała taki komiks i w tym komiksie miała przepowiedzieć słynne trzęsienie ziemi z 2011 roku. Ten komiks zyskał status kultowy. Ona w ogóle już nie działa na tym polu, że tak powiem, artystycznym. Jest osobą nawet bym powiedział półlegendarną.
Trudno o niej cokolwiek konkretnego powiedzieć. I ona również w tym komiksie opartym o jej sny prorocze zapowiedziała zdarzenie na lipiec 2025 roku. Zdarzenie katastrofalne, które się ma rozegrać gdzieś na południe od Japonii. Ma dojść do zagotowania się morza. Wszystko wskazuje na to, że również tsunami, a ponieważ Rio Tatsuki już kiedyś trafiła, to ta sprawa stała się viralem. Stała się bardzo popularna w wielu krajach tamtego rejonu świata, bo nie chodzi tylko o Japonię, Koreę, ale też widziałem publikacje na ten temat chociażby w Internecie, bo prasy indonezyjskiej ma się rozumieć nie czytam, bo jest w Polsce trudno dostępna. Nawet w Indiach o tym pisano z tego powodu, że myślę, że jakoś podskórnie ludzie boją się powtórki tego tsunami z roku 2004. Jak mówiłem, ona przepowiedziała trzęsienie ziemi, które sprawiło, że doszło do awarii w elektrowni jądrowej Fukushima. Także z jednej strony teoria spiskowa, a z drugiej strony dość nieprzyjemna przepowiednia. Miejmy nadzieję, że to się nie sprawdzi, ale słyszymy na przykład niepokojące wieści przed lipcem, że na plażach znajdowana jest tak zwana ryba apokalipsy, czyli wstęgor królewski.
A jaka jest korelacja między znajdowaniem wstęgora a katastrofalnymi wydarzeniami sejsmicznymi? To sobie poczytajcie w Internecie albo posłuchajcie w Internecie, bo to jest naprawdę ciekawe. Miejmy nadzieję, że w numerze sierpniowym nie będziemy musieli napisać, że Rio Tatsuki się jednak nie pomyliła.
[13:49] - Kartkuję Nieznany Świat i natrafiam na artykuł doktor Bohaczek-Trąbskiej o alchemii. „Alchemia w pogoni za nieśmiertelnością”. Tak, to jeden z tych grali, które alchemia ścigała, czyli nieśmiertelność, złoto i tym podobne, ale tym razem o nieśmiertelności.
[14:14] - Tak. Alchemia większości ludzi współcześnie kojarzy się albo z poprzedniczką chemii, której to adepci przeprowadzali proste eksperymenty, przyczynili się do wielu odkryć, które dały początek współczesnej chemii. Tutaj się kłania na przykład Michał Sędziwój. Ale innym się kojarzy alchemia z hochsztaplerką, czyli z koncepcją przemiany metali nieszlachetnych w złoto. W rzeczywistości, jak nam pokazuje doktor Joanna Bohaczek-Trąbska, alchemia ma głębsze, mocno filozoficzne, chociaż z drugiej strony bardzo skomplikowane i często niejasne, hermetyczne podstawy, niejasne dla współczesnych ludzi. Każdej przemianie przyporządkowana była jakaś symbolika oznaczająca przemiany na płaszczyźnie mentalnej. Współcześnie nawet istnieją próby reanimowania alchemii, tej filozoficznej oczywiście, ale nie wiem, czy ma to cokolwiek wspólnego z tamtą alchemią i właśnie z tym poszukiwaniem nieśmiertelności. Więcej w artykule doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej, którą to autorkę zawsze serdecznie polecamy i pozdrawiamy.
[15:27] - Kartkuję dalej, a tu kolejna perełka: „Preegzystencja dusz. Reinkarnacja w chrześcijaństwie”. Muszę przyznać, że robota trudna i temat bardzo trudny. Co więcej, budzący emocje, bo myślę, że spotkałem mniej więcej identyczne grupy ludzi. Jedni twierdzą, że chrześcijaństwo nigdy w życiu o reinkarnacji nie mówiło. Inni natomiast twierdzą, że da się odkryć w różnych księgach tych, które uznajemy za święte, ale również tych, które były pisane jako komentarz, da się odkryć jakieś nawiązania do reinkarnacji.
[16:15] - Tak. Jest to artykuł Olgi Cyrek, autorki książki poświęconej właśnie preegzystencji dusz. Ja myślę, że do tego tematu będziemy wracać, dlatego, że on nam otwiera drogę do bardzo ciekawej dyskusji. Po pierwsze autorka nam zadaje pytanie, bo poniekąd to my też musimy zadecydować, jak to interpretować. Czy ta preegzystencja, o której mówił Orygenes chociażby, to jest reinkarnacja? Nie wiem, Marku, jak ty to widzisz z perspektywy filozoficznej i religioznawczej. Czy można powiedzieć, że preegzystencja da się porównać z reinkarnacją, tak jak ona jest dzisiaj rozumiana, czyli z przechodzeniem świadomości z ciała do ciała? Bo tutaj autorka ma wnioski bardzo różne od tego, co większość osób by chciała. Podejrzewam, że większość osób w Polsce chciałaby zobaczyć ślady tej reinkarnacji w myśli katolickiej, bo wielu katolików w Polsce dokoptowuje wędrówkę dusz, metempsychozę czy reinkarnację nawet do swoich wierzeń. Ale czy, Marku, my możemy stawiać między preegzystencją a reinkarnacją znak równości, czy w ogóle to się ze sobą nie łączy?
[17:45] - Ja bym się wahał. Myślę, że takiego znaku równości postawić nie można. Pewne podobieństwa występują, tylko ja zwrócę uwagę, że Orygenes, na którego powołuje się autorka, a w każdym razie do którego nawiązuje, może to lepsze określenie, to był jednak ojciec Kościoła. Filozof przy okazji bardziej, jednak dzisiaj byśmy powiedzieli teolog, człowiek sprawami wiary szczególnie zainteresowany. I powiem szczerze, tu filozofia ma niewiele do powiedzenia Tu bardziej rzeczywiście mogą spory teologiczne nastąpić i tu pewno Orygenes byłby jak najbardziej à propos, ale też należy się zastanowić, czym jest ta preegzystencja, bo tak naprawdę mówimy o miejscu, w którym dusze przebywają, zanim wcielą się w ciało, zanim powstanie człowiek z ciałem i duszą, to gdzieś te duszyczki muszą egzystować. I teraz owszem, jest o tyle podobieństwo, że w takich, chciałem powiedzieć klasycznych, ale w takich przyjętych dosyć powszechnie ujęciach reinkarnacji mówi się, że gdzieś te dusze egzystują pomiędzy jednym wcieleniem a drugim. I w związku z tym tu by następowało podobieństwo z tym, że z tego, co mi wiadomo, ale nie pozjadałem wszystkich rozumów, Orygenes bardziej mówił o tym, że kiedy powstaje dusza, ona zanim wcieli się w ciało, to musi gdzieś być. I raczej o tym się wypowiadał. Owszem, podobieństwo drobne jest, ale czy to można utożsamiać? Pewno będę musiał jeszcze raz przeczytać artykuł, chwilę się zadumać będę musiał i odpowiedzieć sobie na to pytanie, ale myślę, że podobnie powinni postąpić nasi czytelnicy.
Tu nie ma prostych odpowiedzi. Tu mogą być albo odpowiedzi zacietrzewione, takie mówiące, że ja tak uważam i koniec, i tu tak musi być. Albo odpowiedzi, które lepiej wyważyć, bo tak wielu rzeczy nie wiemy, o tak wielu rzeczach nie możemy się wypowiadać z pewnością, tylko z wiarą. A to jest jednak inna przestrzeń. Wiara i wiedza to są przestrzenie, które mogą do siebie jakoś przystawać, ale wcale nie muszą i warto tę rzecz uwzględniać. Piotrze, ale w numerze jest jeszcze twój artykuł na bardzo aktualny temat, bo całkiem niedawno już zaczęto naprawdę rozkręcać w mediach całą kampanię o tym, że zbliża się taki moment, w którym coś uderzy w Księżyc. Ale o szczegółach to już ty.
[20:51] - Tak, wcześniej miało uderzyć w Ziemię. Chodzi o asteroidę 2024 YR4. Dobrze i niedobrze, że uderzy w ten Księżyc. Lepiej jak w Księżyc niż w naszą planetę. Pamiętamy, że na początku roku sugerowano, że właśnie się tak stanie, że jest taka trasa wyznaczona, taka trajektoria, obszar potencjalnego upadku tej asteroidy gdzieś od Ameryki Środkowej po Bangladesz. Ona tam miała walnąć, ale potem wszystko przerachowano jeszcze raz, podliczono, pomierzono. Okazało się, że asteroida ta nie uderzy w Ziemię, ale jest szansa na to, że uderzy w Księżyc. I teraz tak, pewnie do czasu, kiedy się to stanie, czyli 2032 roku, do mniej więcej Bożego Narodzenia, bo wtedy to ma nastąpić, mogą się te szacunki jeszcze zmienić. Natomiast tak na dzień dzisiejszy tak zwany naukowcy debatują po pierwsze, czy to będzie widoczne z Ziemi. Niektórzy mówią, że nie, bo to zbyt mała asteroida, inni mówią, że jak najbardziej widoczne i nawet dla oka nieuzbrojonego to wszystko będzie.
Zdania są podzielone, ale ostatnio na przykład pojawiły się takie sugestie, że odłamki z tej katastrofy kosmicznej wyrzucone w przestrzeń mogą uszkodzić satelity. Także trzeba trzymać rękę na pulsie. A dodatkowo w numerze, szanowni Państwo, wiele innych tematów bardzo interesujących, między innymi Witold Vargas pisze o utopcach, doktor Piotrowski o symbolach znaków zodiaku, Igor Witkowski o tajemnicach fatimskich i Giorgio Bongiovannim. A ja tylko przypomnę, że numer lipcowy Nieznanego Świata i wiele innych numerów można znaleźć na naszej stronie www.nieznany.pl ale również można zamówić numer elektroniczny. I przede wszystkim, jeżeli wolicie w papierze, to szukajcie w marketach i w salonikach prasowych. Trzymajcie się.
[22:57] - A teraz proszę państwa, zapraszam na korepetycje filozoficzne. Od zeszłego tygodnia one mają nieco inną formę, może nieco prostszą. Mam nadzieję, że równie atrakcyjną, a może nawet atrakcyjniejszą, bo narzekali państwo, iż niektóre artykuły z dwumiesięcznika „Filozofuj!” były zbyt problematyczne, stwarzały pewne problemy z przyswajaniem i tak dalej. Postanowiłem zatem korepetycje trochę odmienić. W zeszłym tygodniu poznali państwo, przynajmniej częściowo, sylwetkę Heraklita. Dzisiaj zmieniamy okoliczności dziejowe. Przenosimy się do przełomu XVI i XVII wieku, a bohaterem dzisiejszych korepetycji będzie Thomas Hobbes. Wyobraźcie sobie państwo świat bez państw, bez prawa, bez konstytucji, bez sądów, policji, granic i instytucji. Świat, w którym każdy może wszystko. Brzmi jak wolność totalna?
Być może dla niektórych tak, jednak nie dla Thomasa Hobbesa. Dla niego to byłby koszmar. I właśnie od tego punktu, od stanu absolutnej wolności, Hobbes zaczyna swoją filozofię. Filozofię, która sprawiła, że do dziś uważany jest za jednego z ojców nowoczesnej myśli społecznej, a nawet za prekursora socjologii. Chociaż ta powstała oficjalnie dopiero 150 lat po jego śmierci. Hobbes żył w burzliwych czasach. W czasach XVII-wiecznej Anglii. Trwały wtedy wojny domowe, religijne spory, walka o władzę między monarchią a parlamentem. Nic więc dziwnego, że jego spojrzenie na naturę człowieka i społeczeństwo było, delikatnie mówiąc, nieufne. Hobbes był materialistą i to takim, który brał swoje przekonania bardzo serio.
Dla niego wszystko: myśli, uczucia, działania, instytucje to rezultat ruchu materii. Człowiek to maszyna. Społeczeństwo to większa maszyna złożona z wielu mniejszych. W jego słynnej książce „Lewiatan” czytamy, że człowiek działa tylko wtedy, gdy widzi w tym korzyść. Nie kieruje się miłością bliźniego, poczuciem wspólnoty czy potrzebą dobra ogólnego. Kieruje się tym, co dla niego opłacalne teraz albo w przyszłości. Czyli według Hobbesa altruizm nie istnieje. Jeśli komuś pomagasz, to dlatego, że chcesz poczuć się dobrze, liczysz na wdzięczność, budujesz sobie reputację albo spodziewasz się, że w przyszłości ktoś pomoże tobie. Każdy akt bezinteresowności da się jego zdaniem, zdaniem Hobbesa, rozłożyć na części pierwsze i przeanalizować jak równanie. I wszystko tam się spina wokół jednej zmiennej: egoizmu.
Co się dzieje, gdy każdy człowiek dąży tylko do swojego dobra, a nikt nie czuje się zobowiązany wobec innych? Hobbes nazywa to stanem natury. To taki punkt wyjścia, hipotetyczny moment, kiedy ludzie żyją bez struktur społecznych, bez zasad i bez władzy. I co się wtedy dzieje? Zacytujmy: „Wojna wszystkich ze wszystkimi”. Bo skoro nie ma prawa, to każdy może zrobić wszystko, byleby przetrwać. A skoro inni mogą zrobić to samo, lepiej uderzyć jako pierwszy. Zaufania brak. Nikt nie czuje się bezpieczny. Nawet silniejszy nie może spać spokojnie, bo słabszy może go zabić we śnie.
To nie jest świat wolności. To świat strachu. Dlatego — mówi Hobbes — człowiek z natury szuka wyjścia z tego stanu, ale nie dlatego, że kocha pokój, tylko dlatego, że pokój mu się opłaca. I tu wchodzi na scenę umowa społeczna. Jeden z najważniejszych konceptów w historii filozofii. Hobbes twierdzi, że ludzie, chcąc uniknąć ciągłej walki, zgadzają się oddać część swojej wolności w zamian za bezpieczeństwo. To jest po prostu deal. Ja rezygnuję z prawa do samodzielnej zemsty. W zamian ktoś inny broni mnie, kiedy zostanę zaatakowany. Oddaję prawo do samowolki, w zamian zyskuję porządek oraz spokój.
I kto ma to wszystko egzekwować? Silne państwo oczywiście. Owo państwo Hobbes porównuje do Lewiatana, mitycznego potwora. Silnego, wszechmocnego, groźnego, ale też koniecznego, bo bez tego potwora, który pilnuje zasad, wrócimy do chaosu. Ów Lewiatan to nie metafora tyranii. To po prostu instytucja, która stoi ponad obywatelami, pilnuje umowy i zapewnia minimum ładu. W zamian za porządek państwo zabiera nam trochę wolności. Ale to się opłaca, bo nie musimy już żyć w wiecznym stresie, że sąsiad wbije nam nóż w plecy albo że na ulicy ktoś ukradnie nam portfel. Zamiast tego mamy system, prawo, instytucje. Policja nie działa z miłości, tylko dlatego, że ma taki obowiązek.
Lekarz leczy nie z powołania, tylko dlatego, że za to dostaje pensję, a nauczyciel uczy, bo za to płacimy podatki. I tak dochodzimy do jeszcze jednej ważnej idei Hobbesa. Społeczeństwo jako system wymiany. Każdy daje coś od siebie, ale w zamian coś dostaje. Społeczeństwo to nie wspólnota dusz, to umowna współpraca egoistów. Ja uczę, ty leczysz. Ty budujesz domy i ja piszę prawo. Ty występujesz w teatrze i ja ci za to płacę. Wszystko to działa, dopóki każdy zna swoje miejsce w układzie i nie próbuje sięgnąć po cudze. Współczesna socjologia, psychologia i politologia nadal spierają się z Hobbesem.
Jego wizja człowieka jako maszyny egoizmu wydaje się zimna i pozbawiona złudzeń, ale coś w niej jednak jest. Myśl Hobbesa zainspirowała nowoczesne podejście do polityki, prawa, teorii państwa. Również inżynieria społeczna, czyli świadome projektowanie zasad funkcjonowania społeczeństwa, ma swoje korzenie w tej filozoficznej wizji. Skoro ludzie reagują przewidywalnie na bodźce, to można tworzyć systemy, które będą nimi kierować. Ale uwaga! Hobbes nie był cynikiem. On po prostu mówił: „Zacznijmy od człowieka takiego, jakim jest, a nie takiego, jakim chcielibyśmy, żeby był”. Czy Hobbes był pesymistą? A może był po prostu realistą? Może rozumiał, że zamiast liczyć na cnoty moralne, lepiej zbudować system, który działa, nawet jeśli opiera się na samolubnych interesach.
Dla Hobbesa świat to nie bajka. To wielki mechanizm interesów, które muszą się zazębiać, bo inaczej wszystko się rozpadnie. A państwo to nasz wspólny pancerz, który sami sobie założyliśmy, aby nie musieć każdego dnia walczyć o przetrwanie. To, proszę państwa, były korepetycje filozoficzne. Dzisiaj o Thomasie Hobbesie. Cóż, jedziemy dalej. A skoro dalej, to zapraszam państwa na filmy science fiction. Ale to nie będzie jeszcze Filmotekarium. To będzie składanka z trzech audycji, które nagraliśmy z Wojtkiem Sedeńką, audycji poświęconych filmom science fiction z długiego bardzo okresu, bo zaczynamy już w latach 60. Powiem krótko: to są filmy, które Wojtek Sedeńko, znawca i wielbiciel fantastyki naukowej, uznał za takie, które chce polecić słuchaczom.
A my dzisiaj posłuchamy aż trzech odcinków. Zatem spora dawka, ale też filmów całkiem sporo. Pięknie państwa zapraszam na trzyodcinkowy serial o filmach science fiction. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. Dzisiaj małe zastrzeżenie. Dzisiaj będziemy mówić bardziej o aktorach i może trochę o autorach filmowych. Ale to dopiero przed nami. Dzień dobry wieczór, Wojtku.
[32:58] - Dobry wieczór państwu. Cześć Marku. Tak, dzisiaj taki odcinek znowu dygresyjny, odchodzący trochę w bok od głównej linii podcastu, dlatego że nam się spodobało, jak tydzień temu rozmawialiśmy o festiwalu. Zeszliśmy z powrotem do literki F. To jak już jesteśmy przy F, to może o filmie, może coś o fandomie. Cała fantastyka jest na literę F, fantasy jest na F. Także praktycznie fajny pomysł w nawale tej pracy przed kolejnym festiwalem, który za trzy tygodnie rozpoczyna się w Aplewie koło Olsztyna. To może faktycznie lajtowo potraktować dzisiejszy odcinek i porozmawiać o ulubionych filmach. Zwłaszcza że filmy adaptują bardzo często książki science fiction, czy mają inspirację w książkach science fiction, więc to kino SF jest naprawdę warte, żeby chociaż kilka słów o nich powiedzieć. Zwłaszcza że ja byłem kiedyś takim zapalonym kinomanem i chodziłem do dyskusyjnego klubu filmowego.
Chodziłem na przeglądy. Pamiętam jeszcze pierwsze konfrontacje na początku lat 80., chyba 81. czy 82. rok. Właśnie jest stan wojenny i taki fantastyczny przegląd przewinął się przez wybrane kina w Polsce, między innymi w Olsztynie. Mogłem dzięki temu obejrzeć mnóstwo fantastycznych filmów, w tym początek drogi z kinem nowej akcji, czyli z pierwszą częścią przygód Indiany Jonesa Spielberga. I to były kapitalne przygody z kinem. Wtedy to kino science fiction dzięki pewnym odkryciom, audiowizualnym efektom zaczynało swój pochód ku pozycji, którą bardzo szybko osiągnęło, bo dzięki tym efektom właściwie stało się możliwe zrobienie każdego filmu. Ale w latach 80. nie było to jeszcze oczywiste.
Wielką rewolucją była produkcja „Gwiezdne wojny” Lucasa, gdzie na ich potrzeby wymyślono mnóstwo sposobów pokazywania nowego kina science fiction, nowej akcji. Ale ja pasjonowałem się kinem SF dużo wcześniej i to kino nie było takie dostępne dla widza w Polsce. My żyliśmy za żelazną kurtyną. Dopiero chyba ta rewolucja wideo, która przyszła do nas w latach 80., otworzyła nam okno na świat kaset VHS, na których pojawiało się bardzo dużo dobrych filmów. Ja od tamtej pory sobie zbierałem te filmy do takiej prywatnej filmoteki i nadal posiadam dosyć duży zbiór, do którego lubię wracać, dlatego że współczesne kino mnie już nie bawi. To znaczy w tamtych dawnych czasach pamiętałem reżyserów, pamiętałem aktorów, którzy występowali w kinach. To są dzisiaj gwiazdorzy, którym młode gwiazdy kina niestety nie dorastają do pięt. Takie mam wrażenie. Myślę, że wielu słuchaczy się ze mną zgodzi. Wtedy znało się te nazwiska, potrafiło się naprawdę obsadę wymienić do któregoś tam miejsca.
A w tej chwili Mówimy o nowych aktorach: "O, to jest ta aktorka, która zagrała..." i tu następuje wymiana postaci albo "To jest aktor, który zagrał tę, tę czy tamtą postać. Nie bardzo pamiętamy jego nazwisko." To samo się dzieje z reżyserami. Niestety nie wszyscy przebijają się do mojej osobistej pamięci. Oglądam filmy, niestety już coraz częściej nie do końca, a dzięki streamingowi mamy dostęp do wielu produkcji, również fantastycznonaukowych czy produkcji fantasy. I to kino już nie jest to samo co kiedyś. Może to jest kwestia wieku, ale ja w ogóle we wszystkich gatunkach oglądam stare kino. Nie potrafię przebić się przez wiele produkcji Netflixa. Dochodzi tutaj ta polityczna poprawność, pewne ukłony w stronę politycznej poprawności, które mnie zwłaszcza przy adaptacjach filmowych bardzo drażnią. Na pewno zejdziemy jeszcze na ostatnią produkcję "Diuny", której wiele adaptacji oglądałem. Ta ostatnia wcale mi się nie podoba.
Także nie wiem, jakie jest twoje zdanie na ten temat.
[37:05] - Wojtku, ja się przyznaję do pewnej diabelskiej wręcz prowokacji, bo namówiłem cię, właściwie to się sami namówiliśmy wspólnie nawzajem, ale ja temu przyklaskiwałem, na ten odcinek filmowy, ponieważ z innym kolegą prowadzę coś, co się nazywa "Filmotekarium." Tam oceniamy nowości. Oceniamy to może za dużo powiedziane. Bardziej omawiamy nowości współczesnego kina i streamingu oczywiście. I od jakiegoś czasu mamy takie dziwne wrażenie, że zamieniamy się w tych dwóch dziadków z "Muppet Show", bo siedzimy i marudzimy. Po prostu nie ma czego oglądać. To co jest, jest po prostu słabe. W dodatku jakoś specjalnie widzowie czy też słuchacze nas nie ganią, bo sami widzą, że to, co się pokazuje i w streamingu, i w kinach, jest po prostu jakości słabej. Nawiązując do klasyki, to są jesiotry drugiej świeżości. Mniej więcej tak bym to ujął. I coś w tym jest, że to stare kino, to science fiction stare kino było po prostu chyba rozumniejsze.
Ja nie wiem, czy to jest przywara całego przemysłu filmowego, bo ja poza fantastyką oglądam dużo kryminałów i sensacji i tam jest lepiej, zdecydowanie lepiej. Natomiast w fantastyce ktoś doszedł do wniosku, że to jest dobry gatunek, żeby opowiadać o różnych burzach, które się dzieją w psychice albo burzach, które się dzieją w świadomości i trzeba to opowiedzieć maksymalnie poetyckim językiem. Poetycki weźmy w tym wypadku w cudzysłów i to ogromny, bo to nic z poezją nie ma wspólnego, tylko raczej z ględzeniem, takim filmowym ględzeniem oczywiście. Kiedy to wszystko się podsumuje, to współczesne kino, tam się oczywiście trafiają rodzynki, trafiają się rzeczy, które warte są obejrzenia, ale tak in gremio to niestety słabo jest. I kiedy rozmawialiśmy o tym, że warto by zrobić odcinek o kinie SF, ale tym sięgającym trochę wstecz, to sobie pomyślałem, że wreszcie będzie coś pozytywnego, coś, co słuchacz będzie mógł przyswoić i być może nawet odkryć jakieś starocie, które warte są, pomimo tej nazwy, obejrzenia. Bo to, co jest w nowym kinie, ja nie wiem, czy wytrzyma próbę czasu. Trochę poględziłem. Czas tobie, Wojtku, oddać głos i żebyśmy o tym dobrym kinie SF porozmawiali.
[39:53] - O dobrym będzie za chwilę, chociaż będzie trzeba sięgać w przeszłość. Próbowałem znaleźć w ostatnich latach jakieś takie produkcje, które by mnie natchnęły. Raczej pojawią się tu filmy kameralne, raczej produkcje nieamerykańskie. Tak w ogóle à propos Ameryki i tego pomysłu obecnego prezydenta Trumpa, który chce nałożyć cła na kino pozaamerykańskie, żeby filmy amerykańskie były tylko i wyłącznie w kinach, jeżeli nałoży duże cła, to możliwe, że kina nie będą kupowały w ogóle filmów francuskich, na przykład brytyjskich czy hiszpańskich. Już nie mówię o Ameryce Południowej, gdzie powstają bardzo ciekawe obrazy, czy kinematografii azjatyckiej, czy nawet irackiej i irańskiej. Tam powstaje ciekawy obraz, ale jak będą nałożone cła, to nie tylko widz, ale również producenci i scenarzyści będą tego kina pozbawieni. A co tu dużo mówić, amerykańskie kino jest kinem kalki. Bardzo dużo hitów amerykańskich to są tak naprawdę filmy, remake'i tego, co było kiedyś, zostało nakręcone, łącznie z wielkimi hiciorami typu "Prawdziwe kłamstwa" na przykład. To są rzeczy kinomanom dobrze znane. Filmy amerykańskie oparte na doskonałych scenariuszach pochodzących z Europy.
Jeżeli to się odetnie, to nie wiem, czym to się skończy. Zwłaszcza że kino amerykańskie fantastycznonaukowe Zostało w gaźni zadyszki, bo przez ostatnie dekadę, półtorej dekady inwestowało głównie w film o superbohaterach. Co raz, że widza już zaczęło nużyć. To są kalki kalek. Tego już się po prostu nie da oglądać. Ja osobiście powiem, że oprócz chyba pierwszego Batmana z Nicholsonem i z Kim Basinger, to nie oglądałem właściwie nic więcej o superbohaterach. Tamten film mi się podobał, kolejne zaczynałem i jakoś tam nie mogłem zdzierżyć. Ale wróćmy do tego kina, które warto obejrzeć. Oczywiście te filmy są dostępne. Jak się dobrze poszpera, głównie w CDA, to można znaleźć.
Ale na przykład bardzo mało się mówi o filmie Metropolis. Rok trzydziesty drugi. Były to czasy po wielkiej masaczy, wielkiej wojny pierwszej światowej oraz po następujących zaraz potem epidemii hiszpanki, która zabiła miliony ludzi na całym świecie. Okazało się, że życie na tej planecie wcale nie jest bezpieczne. Rewolucja przemysłowa, wprowadzenie produkcji taśmowej. To wszystko spowodowało, że ta wizja Fritza Langa, olbrzymiego miasta Megalopolis, w którym elity się bawią na powierzchni, a cała reszta razem ze zrobotyzowanymi uczestnikami tej cywilizacji żyje w podziemiu i pracuje na tę garstkę elity powierzchni. Film powstał na podstawie powieści, która nigdy się w Polsce nie ukazała, „Die von Harbou”, ale myślę, że Lang też czytał książkę „Śpiący się budzi” Herberta George Wellsa, gdzie wizja takiego Megalopolis występuje. To jest film zdecydowanie warty oglądania tego, żeby był obecny na większości konwentów, bo ten film nadal należy sobie przypominać, bo bardzo dużo takich wspólnych elementów ze współczesnością jest, a powstał prawie sto lat temu.
[43:21] - Warto też powiedzieć, kto nie widział tego obrazu, to może będzie miał przedsmak, kiedy zobaczy teledysk do piosenki zespołu Queen, Radio Gaga. Tam fragmenty Metropolis się pojawiają. To może być pierwszy krok do tego, żeby sięgnąć po ten film, bo on w warstwie wizualnej naprawdę jest frapujący. Szczególnie, że był nakręcony w czasach, kiedy technika filmowa i tak zwane efekty specjalne były w powijakach. Tymczasem dostajemy obraz, który jest frapujący. To chyba jest najlepsze słowo i warto. Zespół Queen, Radio Gaga i będzie przedsmak tego, co państwa czeka przy seansie filmowym.
[44:15] - Queen robił muzykę jeszcze. Muzyka Queenów nie była robiona pod film, ale została przez filmowców wykorzystana chociażby w filmie Flash Gordon. Ale kino SF czekało na taki swój wielki krok, wstęp do kina światowego jeszcze co najmniej trzy dekady, bo właśnie tutaj kino SF wymagało efektów. One nie mogły wyglądać tak jak w Plan 9 z Kosmosu, gdzie statek UFO to był rzucony przez kogoś dekiel z samochodu i tak został sfilmowany. Takie filmy oczywiście nie przechodziły. Dzisiaj wywołują uśmiech tylko politowania, ale były robione przez pasjonatów. O tych pasjonatach zresztą też powstały filmy potem. Pierwszym filmem, który uzyskał nominację za efekty specjalne, filmem science fiction była Zakazana planeta, Forbidden Planet z pięćdziesiątego szóstego roku. Kapitalny, z odniesieniami do literatury. Film z niezłymi naprawdę i wtedy bardzo nowatorskimi efektami specjalnymi.
Nie grali tam znani aktorzy, może poza aktorem Leslie Nielsenem, który tutaj zagrał rolę poważną, a później występował seryjnie w różnego rodzaju parodiach filmów różnorakich gatunków. Jak powiedziałem, była nominacja za efekty. Sam scenariusz był trochę wzorowany na Burzy Szekspira. To jest taka sztuka kiedyś klasyfikowana jako komedia, a to właściwie chyba jest taki romans. Ona jest trochę nietypowa dla twórczości Szekspira, ale opowiada o Prosperze, wygnanym księciu Mediolanu, który trafia na taką wyspę i jest tam oprowadzany przez jedynego mieszkańca Kalibano, o ile dobrze pamiętam. I tutaj też mamy w Zakazanej planecie właśnie podobną historię. To znaczy na odległą planetę, na której kiedyś zaginął statek, trafia pilotowany przez Nielsena i przez załogę taką trochę zmilitaryzowaną. Lecą chłopcy po prostu z wyprawą poszukiwawczą. Ląduje statek i okazuje się, że główny bohater tego filmu, profesor bada pozostałości po cywilizacji Kreli, pozostałości podziemne, na które składają się różne instalacje energetyczne. Tam jest chyba dziewięć tysięcy elektrowni atomowych, o ile pamiętam i tak dalej.
Potężne instalacje. To jest świetnie pokazane w filmie, jak na lata pięćdziesiąte robiło to wielkie wrażenie. Występują pola siłowe, występują istoty, które próbują się przez te pole przebić. Występuje znakomity robot Robi. W Metropolis też mieliśmy postać robocią. Tutaj występuje robot, który wszedł właściwie do historii kina science fiction. I ta opowieść jest kompletna. Myślę, zawiera to, czego brakuje wielu produkcjom dzisiejszym. Oryginalny scenariusz, całkiem niezłe pomysły, pewne inspiracje wielką literaturą, a jednocześnie wykorzystanie najciekawszych pomysłów z akurat pisanej wówczas literatury science fiction. Lata pięćdziesiąte to był olbrzymi wysyp magazynów pulpowych i debiutów wielu znakomitych autorów SF.
Także Zakazana planeta. Od niej, od Forbidden Planet pochodzi też nazwa kapitalnej księgarni w Londynie, gdzie można się zaopatrzyć w antykwaryczne i w nowe książki science fiction. W tejże księgarni odbywają się spotkania autorskie z wieloma tuzami SF. Zdecydowanie jest to coś. Nie wiem, czy ona obecnie działa, ale chyba nadal działa. Więc jest to film, który zrobił na mnie nieprawdopodobne wrażenie i polecam przypominanie go sobie co jakiś czas. Zwłaszcza kiedy spróbujemy obejrzeć coś nowego i wyłączamy po piętnastu minutach, bo mamy tego dosyć. Nie będę tych tytułów wymieniał, które ostatnio próbowałem z fantastyki oglądać. Szkoda na to czasu.
[48:12] - Jeśli chodzi o "Zakazaną planetę", to ona pokazuje poza tym wszystkim, co wymieniłeś, również to, że literatura oraz filmy science fiction mogą się zajmować całkiem poważnymi tematami. Waham się, żeby za bardzo nie spoilerować, ale powiem tyle, że jeżeli do fabuły filmu wplata się również coś, co da się połączyć na przykład z psychoanalizą Freuda. Nie, nie przerażajcie się państwo. Tam nie ma kozetki i nie ma pana, który przesłuchuje. Raczej chodzi o pewne demony, które czają się w głowie człowieka. To jeśli to się powiąże i powie się: "Oto człowiek, Ecce homo", to wtedy ten film nie tylko jest wielką kosmiczną przygodą na innej planecie, gdzie się dużo dzieje, ale jest też pewną refleksją nad tym, kim jest człowiek i dlaczego czasami bywa taki, że się właściwie człowiek zastanawia, czy należy mu się miano istoty rozumnej. To naprawdę jest film, który warto obejrzeć właśnie z tego względu, że wspaniale łączy świetną przygodę z przemyśleniami, które warto od czasu do czasu odbyć, bo to naprawdę są rzeczy, nad którymi człowiek od czasu do czasu powinien się po prostu zastanowić. Wojtku, ku jakiemu tytułowi zmierzamy teraz?
[49:51] - Ku następnemu wielkiemu krokowi w światowym filmie science fiction, czyli ku "Odysei kosmicznej" Stanleya Kubricka. Ale wracając jeszcze do tego, co przed chwilą powiedziałeś. Bardzo ważne jest tło. Bardzo ważne jest to, o czym film mówi, a nie tylko fabuła. Mnie nie interesuje to, że bohaterowie coś tam robią, gdzieś się zatrzymują, przeżywają jakieś przygody, czy to miłosne, czy kryminalne, czy giną. Sama fabuła jest nieistotna. Najważniejsze jest to, o czym traktuje dzieło literackie, filmowe, teatralne. To jest najważniejsze. Kiedy taki wielki filmowiec jak Stanley Kubrick wziął się za fantastykę, to powstawały znakomite obrazy. Oczywiście "2001: Odyseja" i oczywiście "Mechaniczna pomarańcza".
"Odyseja kosmiczna" to jest obraz z 1969 roku. To był film, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie, bo był z wielkimi szczegółami, z maestrią dopracowany. Też w czasach, kiedy nie było komputerów i nie można było czegoś nakręcić w green czy blue boxie i później resztę tylko domalować na taśmie na ekranie komputera, dodać efekty i aktorzy nawet nie widzą drugiego aktora, tylko po prostu odgrywają swoje role. Nie. To było znakomite kino. I mamy tę część, gdzie cywilizacja ta osadza na powierzchni Ziemi monolit i ten monolit ma wpłynąć na człekokształty, na te małpy, które biegają po sawannie. I faktycznie wpływa, chociaż wpływa na ich rozum, na ich widzenie, postrzeganie świata. Ta główna postać, ten małpiszon, który występuje w filmie, odnajduje dzięki temu, że koło tego monolitu biega, dotyka go dłonią, odkrywa możliwości, uzyskuje kości jako broni. Trochę faktycznie wojna i agresja powodowała niezwykły rozwój cywilizacji ludzkiej. Jest to rzecz smutna, ale dzięki wojnom i podbojom następował rozwój cywilizacji.
Kubrick to uwypuklił. Cywilizacja ludzka, kiedy już się pęknęła poza Ziemię, kiedy wylądowała na Księżycu, odkrywa tamten monolit i oczywiście później odkrywa monolit jeszcze w przestrzeni kosmicznej, czyli w Układzie Słonecznym i wysyła tam statek. Lot na Księżyc raz, te małpiszony jak są świetnie pokazane. Sam statek kosmiczny, który leci w głąb Układu Słonecznego na spotkanie kosmitów, potencjalnych kosmitów. Mamy komputer pokładowy Hal 9000, który buntuje się. To było wbrew prawom Asimova, więc bardzo dużo rzeczy dzieje się. Do tego bardzo sugestywna muzyka poważna.
[52:40] - Ja powiem w ten sposób: to był film, który mnie zafascynował w warstwie wizualnej i w warstwie, nazwijmy ją myślowej. Rzeczywiście tam sporo problemów się pojawia. Martwię się nieco o tych, którzy oczekują po filmie żywej akcji. Tu państwo tego nie znajdziecie. Mnie to tak bardzo nie przeszkadzało, chociaż lubię, jeśli w kinie mogę obserwować, że się dużo na ekranie dzieje. Paradoksalnie ten film, nie wiem, czy to oprawą muzyczną, czy w warstwie wizualnej skłania jednocześnie do refleksji i mnie akurat to wolniejsze tempo, pewne idee rzucane z ekranu, nieme idee, ale jednak łatwo je wychwycić, to wszystko bardzo mi pasowało. Jedyna wątpliwość, która mnie naszła, to końcówka filmu. Zastanawiałem się często, czy ona jest zrozumiała dla kogoś, tak do końca zrozumiała dla kogoś, kto nie czytał książki. Długo sobie o tym myślałem i tak do dzisiaj tak naprawdę nie wiem. Nie wiem, jak jest.
Ona jest oczywiście jak na tamte czasy, jeśli chodzi o warstwę wizualną, też jest niezwykła. Tylko mam wrażenie, że nie każdy zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Czy to źle? Nawet na to pytanie nie potrafię odpowiedzieć, bo jedno wiem na pewno. Z tego filmu, jeśli w kinie czy w ogóle z takiego seansu człowiek wychodzi poruszony. Może nie do końca zdaje sobie sprawę tak od razu, co nim tak wstrząsnęło. Ale jak człowiek o tym filmie pomyśli, powspomina, co widział na ekranie, to wie, że zetknął się z czymś, co w nim już zostanie. To tak jak na sicie: coś przecieka, a coś zostaje. Ten film na pewno zostaje.
[54:31] - Tak. Są powidoki. To są filmy, które zostawiają nam pewne sceny. To są filmy, po których czasami śnimy. To są sceny, które tkwią w nas. Nie trzeba przypominać sobie tego filmu, żeby nawet po latach pamiętać, jak to szło po kolei dalej. A akcja nie była istotna dla Kubricka. Sensem było pokazanie technologii, człowieka na tle tej technologii, podróż w nieznane, spotkanie z nieznanym. Przecież zaczęła się od opowiadania Clarke'a „Sentinel”, a potem rozwiniętej do powieści. Tutaj warto byłoby trochę poczytać o samym Kubricku, bo to był reżyser absolutnie nietuzinkowy.
Wszystko wokół niego musiało orbitować i wszystko musiało być po jego myśli. On eksperymentował, a współpracowników doprowadzał wręcz do szewskiej pasji. Clarke też różnie wspominał tę współpracę. Aldiss zrezygnował ze współpracy przy tworzeniu innego wielkiego projektu Kubricka o sztucznej inteligencji. Więc był to reżyser nietuzinkowy.
[55:36] - Warto powiedzieć na przykład, że to Kubrick dla potrzeb jednego ze swoich filmów wymyślił nowy rodzaj kamery, a właściwie obiektywu do tej kamery, ponieważ coś było mu potrzebne takiego, co jeszcze nie istniało. To zostało wymyślone. To był tej klasy wirtuoz kina. Zresztą za chwilę o tej wirtuozerii będziesz, Wojtku, mówił dalej.
[56:03] - Tak. Potrzeba matką wynalazku. To wiemy doskonale. Coś było Kubrickowi potrzebne, to po prostu to zrobił. To nie był człowiek, który był gotów na przykład kręcąc „Full Metal Jacket” lecieć do Birmy czy do Wietnamu, żeby tam kręcić zdjęcia. Po prostu wymyślił sobie dżunglę i zrobił to w studio w Londynie, i to mu w ogóle nie przeszkadzało. To był prawdziwy wizjoner. „Mechaniczna pomarańcza” oczywiście na podstawie świetnej literatury, książki Burgessa, która przez lata była zakazana. „Mechaniczna pomarańcza” w Polsce jako film była zakazana. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to właściwie dlaczego?
Dlatego, że władza i policja manipuluje pewnym bandytą, młodocianym przestępcą i robi mu pranie mózgu. Ja nie znalazłem w tym filmie tak naprawdę niczego, co by sprowokowało władze cenzorskie, PRL-owskie i w ogóle komunistyczne, bo w krajach bloku socjalistycznego ten film też był zakazany, żeby ten film zakazać do oglądania w Polsce. Ale pokazywał właściwie upadek cywilizacyjny. Więc mamy historię kilku młodzieńców. Gang, który się po prostu zwyczajnie zabawia, napada na ludzi, a jednocześnie oni zajmują się pracą, ale wieczorami lubią sobie wciągnąć kreskę, lubią się napić i porozrabiać, kogoś pobić, włamać się i tak dalej. Po prostu takie zabawy. A później, kiedy wpadają w ręce władzy, zaczyna się dopiero prawdziwy film. Sam scenariusz, ale także i realizacja Kubricka była niesamowita. Jest to kręcone w takich realiach i w vintage'u lat 60. Mamy bardzo nowoczesne meble jak na tamte czasy.
Mamy urządzenia, które wówczas tylko mogły nam się śnić. Był to film zdecydowanie futurystyczny, ale niezwykle głęboki w swojej wymowie. Mówiąc o nim sobie tak myślę, że trzeba byłoby może dzisiaj albo jutro sobie go przypomnieć, bo to naprawdę znakomite kino jest.
[58:13] - À propos zapisu cenzorskiego, to na ten film, na „Mechaniczną pomarańczę” i na książkę. Notabene książka, powieść ukazała się w Fantastyce, ale musiało trochę czasu upłynąć. Natomiast ponoć jakimś pretekstem do zakazu było między innymi to, że bohaterowie często używają takiego zwrotu „Horror show”. I tak się to cenzorom skojarzyło z rosyjskim „haraszo”, że postanowili zapis między innymi za to na ten film nałożyć. Nie wiem, czy tak było naprawdę, bo to jest historia zasłyszana. Niemniej wiedząc, jak to wyglądało za czasów PRL-u, skłonny jestem w tę historię uwierzyć.
[59:02] - Miałem trochę styczności z Urzędem Kontroli Prasy i Widowisk, czyli z cenzurą PRL-owską. Między innymi pan cenzor Oczliński, nieświadom zupełnie tego, podpisał mi zgodę na kilka projekcji „Mechanicznej pomarańczy”, którą w Klubie Fantastyki pokazywaliśmy na pokazach otwartych dla ludzi, za co później zostałem zjechany. Ale powiedziałem: „Przecież pan cenzor to podpisał, więc o co chodzi?” A podpisał mi tę zgodę dlatego, że nie miał ochoty oglądać żadnej fantastyki na VHS-ie, a trzeba było mu na czwarte piętro wtargać magnetowid i telewizor, bo cenzura nie miała takiego sprzętu, żeby uzyskać zgodę na pokazy. Zapytał się, czy mamy jakieś filmy soft porno czy porno, ale oni sobie przy wódeczce pooglądają. Pożyczyliśmy im chyba „Caligulę” i coś tam jeszcze i poszliśmy do domu, a rano czekało na nas pismo już z potwierdzeniem i tak dalej. Także udało się ten film przepuścić na pokazy. Podobne absurdy z cenzurą miała też produkcja, która może wreszcie się uda i po wielu latach zostanie zrobiona, „Głowa Kasandry” Marka Branickiego, bo film już miał iść do produkcji, ale wciąż kłócono się o pewne szczegóły. I jednym z takich problemów było to, jakie te rakiety atomowe mają mieć oznaczenia na burtach. Przecież to jest absurd. Wiadomo, że chodziło raczej o radzieckie rakiety, a nie innych nacji stacjonujące mniej więcej na naszych terenach.
To był taki absurd, który te spory spowodowały, że że Marek na wiele lat się zniechęcił do zekranizowania „Głowy Kasandry". A ja uważam, że jest to materiał na naprawdę bardzo dobry film science fiction. Gdyby został zrealizowany w sposób uniwersalny, z przekazem zrozumiałym dla wszystkich, nie tylko dla ludzi, którzy mieszkali po tej stronie żelaznej kurtyny, to jest to film z dużymi możliwościami na sukces. A streaming zapewnia sukces właściwie od razu, prawie na całym świecie. Dostać się na platformę Netflixa to oznacza być oglądanym właściwie przez cały świat bez kupowania licencji i tak dalej. Przejdźmy do kolejnego filmu, ważnego dla mnie bardzo. Zresztą nie tylko dla mnie, bo film zarobił w kinach niecałe chyba 40 milionów dolarów, co w tamtych czasach oznaczało raczej klapę finansową. Był to początek lat 80. Mówię o filmie „Blade Runner” Ridleya Scotta. Był to jego właściwie trzeci film, a drugi film science fiction po „Obcym: Ósmym pasażerze Nostromo”, o którym też za chwilkę.
Ale jest to luźna adaptacja powieści Philipa K. Dicka ze znakomitą obsadą, bo występuje Harrison Ford, Sean Young, Rutger Hauer, Olmos, Hannah. Naprawdę zestaw kapitalnych aktorów. A trzeba powiedzieć, że to jest film bardzo kameralny. Tych aktorów, których wymieniłem, to są prawie wszyscy, którzy oprócz drugoplanowego tła, tych tłumów, które się przesuwają po ulicach, to są właściwie jedyni aktorzy w tym filmie. Film zarobił niewiele, ale stał się kultowy dzięki bardzo zagorzałym fanom. Wciąż po latach do tego filmu wracamy. Powstały dwie wersje reżyserskie różniące się od tej kinowej, później wersje cyfrowe. Co jakiś czas był temat odgrzewany. Ja sam mam chyba kilka wersji tego filmu.
I znakomita muzyka. Tu trudno nie powiedzieć o kapitalnej muzyce Vangelisa, która puszczona z winyla po prostu wbija nas w fotel dźwiękami naprawdę futurystycznymi. Sama wizja Scotta, bardzo fajnie zrealizowana wizja miasta przyszłości na Ziemi, gdzie Ziemia jest już totalnie zniszczona, wyeksploatowana i wszystko idzie w kolonie ziemskie, tak jak to w wielu książkach Dicka bywa. Jest to świetnie zrobione. Oczywiście walka z rozpoznaniem robotów, które z tych planet, na których ciężko pracują, wykonują zadania, których nie można polecić ludziom. One wracają na Ziemię i uważają się za ludzi. Mają wszczepione różne wspomnienia, a łowcy androidów, taki był polski tytuł tego filmu, mają za zadanie rozpoznać tego robota, upewnić się, że jest to robot, a następnie roboty zlikwidować. Fantastyczny dialog między umierającym robotem granym przez Rutgera Hauera ze zwyciężonym przed chwilą przez Hauera człowiekiem, łowcą androidów, Harrisonem Fordem na dachu w deszczu. Kapitalny dialog, który się pamięta do dzisiaj. Wiele takich scen z robotami, z ludźmi grającymi roboty, ze śledztwem.
Kapitalna scenografia. Film zdecydowanie epokowy dla całego gatunku. Mimo że nie odniósł sukcesu finansowego, to dzisiaj jest chyba u każdego kinomaniaka w pierwszej dziesiątce filmów science fiction.
[01:04:14] - Dla mnie film cudowny. Ja pierwszy raz ten film oglądałem z absolutnie zrypanego magnetowidu ze zrypaną taśmą w bydgoskim klubie Maskon w czasie spotkań odbywających się w Beanusie, w którym to Beanusie pomieszkiwał Wiktor Żwikiewicz. Ale wtedy się jeszcze nie znaliśmy. Prawie nic nie było widać na ekranie, a i tak ten film mnie oczarował. Tam są takie momenty, o części z nich Wojtek już wspomniał. Mówił o kameralności tego filmu. Cudowne połączenie muzyki Vangelisa z obrazem na przykład w mieszkaniu, do którego przybywa główny bohater i po prostu jest puste mieszkanie. Widać, że tam ktoś mieszka. Wiecie państwo, opuszczony dom i ta cudowna muzyka Vangelisa sącząca się z głośników to było absolutnie magiczne. W dodatku ja wtedy jeszcze nie znając meandrów różnych, które się działy z tym filmem, dużo później obejrzałem film, ale to był jakiś inny film.
Inaczej się kończył. Dzisiaj oczywiście wiem, państwo się pewno też uśmiechacie pod nosem. Wersja, którą oglądałem, to była wersja wyprodukowana na życzenie producenta, zrobiona z takim zakończeniem, a nie innym. Później powstała druga wersja, wersja reżyserska z otwartym zakończeniem, bo w tej pierwotnej wersji, pierwszej wersji, tej nazwijmy producenckiej, leciał głos z offu, który podsumowywał sytuację. Tutaj nie. Tu jest troszeczkę inaczej w tej wersji reżyserskiej. Z tym że później się dowiedziałem, że ta wersja reżyserska to ona jeszcze nie jest ostateczną wersją reżyserską, bo reżyser zapowiada, że nie mógł zrobić takiej w pełni reżyserskiej i w pełni reżyserska dopiero powstanie. Pomińmy to milczeniem, bo to są, powiedzmy, meandry świata kina. Może tak musi być. Niemniej jednak czy w wersji reżyserskiej, czy w wersji producenckiej to jest film absolutnie magiczny.
Ja nie wiem jeszcze, co mógłbym powiedzieć, ale to zestrojenie obrazu z muzyką Vangelisa. Wiecie państwo, ona jest zawsze klimatyczna ta muzyka, ale tu to dopasowanie jest po prostu niesamowite. Wojtku. Tak sobie myślę, że właśnie doszliśmy do końca pierwszej części audycji o filmach. I ponieważ już się jakieś tytuły pojawiły, to już wiemy, o czym będziemy rozmawiać w najbliższej audycji. Gdzieś tam się pewnie pojawi "Obcy", czy też "Obcy: Ósmy pasażer Nostromo". Jak ja nie lubię tego polskiego tytułu, bo jest po prostu za długi. Ale się już przyjął, to jest. I pewno jeszcze masa świetnych filmów przed nami. Zresztą czemu ja mówię za ciebie?
[01:07:13] - Właściwie postanowiłeś przerwać to dosłownie w połowie, bo ja już chciałem lecieć o tym, że Ridley Scott jest bardzo niezadowolony z wielu swoich produkcji. Stąd powstawanie tych wersji reżyserskich "Blade Runnera", a także, co widać właśnie po "Obcym", on ciągle nie ma pełnej koncepcji tego, jak ten wszechświat, uniwersum "Obcego" ma wyglądać i to, co realizował później, to, co jest dzisiaj realizowane, ciągle to uniwersum jest niepełne, niedokończone. Próbują na to odpowiadać powieści, ale to może faktycznie trzeba byłoby sobie o tym trochę szerzej porozmawiać w następnym odcinku. Także za dziś dziękuję.
[01:07:52] - Ja tobie Wojtku pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Zapraszam ciebie i naszych słuchaczy na kolejne za dwa tygodnie. Dzień dobry, wieczór państwu. Zaczynamy kolejny odcinek opowieści o książkach i autorach. Ten wstęp jest trochę nieadekwatny. To znaczy dzisiaj nie będzie o książkach, będzie o autorach, ale filmów i w ogóle będziemy turlali drugą część opowieści Wojtka Sedeńki o filmach. I to filmach takich, które zostawiają ślad w pamięci. Dzień dobry, wieczór Wojtku.
[01:08:39] - Dzień dobry Marku. Tak, dzisiaj będziemy rozmawiali o filmach ponownie. Dla mnie to jest taka fajna okazja, żeby oderwać się trochę od autorów i od takiego encyklopedycznego trochę mówienia o książkach. Dlatego, że za dwa tygodnie mamy kolejny, 33. już Festiwal Fantastyki i roboty naprawdę w bród. A taka rozmowa o filmach, które wciąż tkwią w pamięci, jest bardzo lajtowa.
[01:09:07] - Ja przerwę ci na chwilę i powiem tylko, że dla nas to jest za dwa tygodnie, ale kiedy państwo słyszą te słowa, to właśnie rozpoczyna się festiwal. Ponieważ jest start audycji zawsze o 19:30, to, jakby to państwu powiedzieć, trzy i pół godziny temu rozpoczął się Festiwal Fantastyki w Waplewie. Te paradoksy czasowe czasami są zabawne. Ale wróćmy do filmów.
[01:09:36] - Ostatnio rozmawialiśmy o "Blade Runnerze" i trochę przerwaliśmy w połowie twórczość Ridleya Scotta. "Blade Runner", film znakomity, prezentujący to, co u Ridleya Scotta jest znakiem rozpoznawczym, to znaczy wielką dbałość o szczegóły, operowanie zwolnioną akcją, a później szybki montaż w scenach kluczowych oraz kapitalny montaż muzyki z obrazem filmowym. To jest jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów w sztuce filmowej Ridleya Scotta. Też dzięki współpracy jego ze znakomitymi kompozytorami, bo akurat w przypadku "Łowcy androidów" był to Vangelis. Współpracował później z nim przy "1492: Zdobycie raju", ale współpracował z innymi muzykami robiącymi muzykę elektroniczną, czy z Zimmerem na przykład, czy chociażby z Tangerine Dream, gdzie ścieżkę robił ten zespół berliński dla filmu "Legenda". Mowa dzisiaj będzie o filmie, który powstał przed "Łowcą androidów". Filmie, który mimo że zrealizowany w 1978 bez żadnych efektów komputerowych, o komputerach mogliśmy wtedy tylko pomarzyć, ale został z tak wielką dbałością o szczegóły zrealizowany, że ta tektura w ogóle z filmu nie wyłazi. Chodzi o "Aliena". W Polsce nieszczęsny tytuł "Obcy: Ósmy pasażer Nostromo". Historia statku kosmicznego, który odbiera w trakcie lotu, załoga przebywa w hibernatorach, odbiera sygnał, który we wszystkich programach i korporacyjnych, i nawigacyjnych każe mu zmienić kurs i udać się w stronę tego sygnału, który informuje, że możliwe było spotkanie obcej formy życia.
Ta obca forma życia dostaje się na statek. Oczywiście wszyscy znamy ten film doskonale. I zaczyna się gehenna załogi, która jest kompletnie nieuzbrojona. Obcy przedostaje się na statek. Wszyscy wiemy, w jaki sposób to następuje. Jest to zrobione niesamowicie realistycznie. Obcy wchodzi do ciała ludzkiego, gdzie przechodzi błyskawiczną metamorfozę. Wydostaje się, zabijając nosiciela. Wydostaje się na zewnątrz. Bardzo szybko rośnie i staje się taką krwiożerczą istotą.
A załoga statku transportowego, czyli wiozącego po prostu ładunek z jednego układu gwiezdnego do drugiego, nie jest nawet uzbrojona. Mają jakieś miotacze płomieni, ale nie mają broni. Nie są do tego były przygotowani ani przeszkoleni. Film trzyma w napięciu dlatego, że poruszamy się korytarzami wielkiego statku kosmicznego. To są mechanicy, oficerowie. To są po prostu zwykli ludzie wykonujący swoją ciężką pracę. Moglibyśmy sobie to przełożyć na marynarzy w długim rejsie oceanicznym i muszą po prostu z tym obcym, obcą formą życia walczyć. W to jest jeszcze uwikłana pewna polityka korporacji, której zależy na przechwyceniu obcej formy życia, zbadaniu jej, wykorzystaniu do swoich celów. To będzie motyw kolejnych części już tworzonych nie przez Ridleya Scotta, chociaż on w tych nowych produkcjach uczestniczy jako producent czy scenarzysta. Więc ten film, ja jeszcze powiem, że w kinie Polonia w Olsztynie go oglądałem, w kinie już nieistniejącym, na pierwszym pokazie w ogóle.
Także nikt ze znajomych nie uprzedził nas, co nastąpi w tym filmie. I ja siedziałem w jednym z tych niższych rzędów. Tańsze bilety były po prostu naprzeciwko, olbrzymi ekran. I kiedy ten obcy wyskoczył z trzewi pierwszego zainfekowanego człowieka, to po prostu podskoczyłem na fotelu, a większość kina po prostu jęknęła. To był pierwszy pokaz w Olsztynie. Później już wszyscy wiedzieli, słuchaj, wtedy to się dzieje i tak dalej. To były spoilery i to już odbierało przyjemność oglądania, a ja naprawdę miałem serce w piętach. I to był obraz, który bardzo długo mi jeszcze pod powiekami przed snem się pojawiał. Ten film zrobił olbrzymie wrażenie. Kontynuacje, całkiem przyzwoity był film Camerona, który wtedy wychodził na szerokie wody filmowe.
I to jest jeden z tych reżyserów, którzy swoją pieczęć na filmie science fiction zostawili. Ale "Obcy", ten pierwszy, pozostaje naprawdę obrazem niedoścignionym dzięki kilku aktorom. Sigourney Weaver zrobiła absolutnie wielką karierę, właśnie debiutując w tym filmie. To była jej przepustka do wielkiego „Obcego”.
[01:14:22] - Ja powiem natomiast, że owszem, to jest twarde science fiction, ale nie będę odkrywczy, kiedy powiem, że scenografia tego filmu, te wielkie ładownie, ciasne korytarze, pewien sposób filmowania, sposób oświetlenia, to wszystko sprawia, że mamy właściwie również do czynienia z rodzajem filmu grozy. To ewidentnie film grozy, gdzie ciasne przestrzenie, takie klaustrofobiczne, sprawiają, że my na tym fotelu w kinie czy na fotelu w domu, jeśli widzimy to po raz pierwszy, rzeczywiście się zaczynamy kręcić, bo staje się ten fotel jakby niewygodny. Zaczynamy przeżywać i to mocno, bo ten film jest tak skrojony. Myślę, że ta mistrzowska ręka reżysera odegrała swoją rolę. Poza tym to jest film, który nie zestarzał się tak bardzo, jak mógłby się zestarzeć. Wiele produkcji z podobnego czasu dzisiaj budzi już tylko uśmiech. Natomiast tu poza drobiazgami związanymi z osprzętem na tym statku kosmicznym, chociaż jakby lekko oczy przymrużyć, to można właściwie powiedzieć, że może być. A cała reszta zestarzała się w sposób bardzo łagodny, jeśli w ogóle. Poza tym myślę, że to jest film, który rządzi się emocjami i rządzi też emocjami widza. Wojtek powiedział o tym, jak podskoczył, kiedy się pojawił Obcy, wyskoczył z człowieka.
No tak, ale właściwie od tego momentu ta groza nie odpuszcza i jesteśmy cały czas mocno podekscytowani. Ja do tego stopnia przeżyłem ten film. W innym miejscu tego kanału opowiadam też, jak trafiłem na seans, ale nie będę tego powtarzał. Kto jest zainteresowany zapraszam do „Filmotekarium”. Natomiast muszę się przyznać do jeszcze jednej rzeczy. Ja byłem takim oglądaczem totalnym. Kiedy ten film się pojawił w kinach, to ja wyciągnąłem właściwie całą swoją rodzinę. Najpierw zaprosiłem do kina swoich rodziców. Ojciec lubił fantastykę naukową, mama też. To poszli.
Mocno przeżyli ten seans, a potem już zapraszałem kogo popadnie, zarówno z rodziny, jak i znajomych. Za każdym razem oczywiście towarzyszyłem im w seansie. Nie jestem z tego typu, który mówi: „A teraz będzie to, a teraz będzie to”. Natomiast z pewną satysfakcją obserwowałem reakcje. Nie żebym jakimś sadystą był. Po prostu byłem ciekawy, jak inni na to reagują i reagowali mocno. A ja, mówiąc szczerze, doceniam pewną maestrię tego kina. Dopracowanie szczegółów od takich drobiazgów, chociażby tego, jak pojawia się tytuł. Te litery powoli wchodzą na ekran na takim planie kosmicznym, powoli się układa ten napis „Alien”. Dla mnie to już było wspaniałe, a później w całym filmie to wszystko jest tak dopracowane, że ja długo uważałem, że to jest absolutne arcydzieło i że już chyba nic więcej nie można zrobić.
Jak wszelkie tego rodzaju stwierdzenia kategoryczne, to nie wytrzymuje próby czasu. Niemniej jednak „Alien” to jest film, który zostawia głęboki ślad. Ja myślę, że warto, Wojtku, też powiedzieć o tym, o czym wspomniałeś już w poprzedniej audycji, czyli o tym, że jest też wersja reżyserska.
[01:18:09] - Tak, powstawały wersje reżyserskie. Zresztą podobnie jak w przypadku drugiej części filmu Jamesa Camerona, który był bardzo okrojony do wersji kinowej i on miał nakręcone sceny jeszcze z życia kolonii na tej planecie, gdzie znaleziono olbrzymi statek kosmiczny Obcych z tymi zarodnikami alienów z zewnątrz. Wiadomo, że kręciło się wtedy dużo więcej materiału i dlatego powstawały często dla odświeżenia efektu, dla wprowadzenia ponownie filmu na ekrany, takie wersje reżyserskie powstawały. Dla kogoś, kto lubi kino SF, a to są obrazy zdecydowanie kultowe, to każda taka wersja robiła bardzo dużo i ja chętnie je oglądałem. Jeszcze jest sprawa przy Ridleyu Scotcie. Wspomniałeś o dźwięku. Tu też warto powiedzieć, że ta muzyka, którą on tam komponuje w przypadku „Aliena” jest bardzo skromna. Ona jest tym podkładem, czasem tylko rzutującym na akcję, ale tam są różne dźwięki typu puszczana para, efekty oświetleniowe właśnie, gdzie on potrafi znakomicie operować cieniem, znikającym światłem, nagle pojawiającym się światłem i wizerunkiem Obcego. Tak naprawdę my tego Obcego widzimy w filmie „Alien” dopiero chyba w ostatnich scenach na statku, którym się Sigourney Weaver ratuje, odlatując z Nostromo.
[01:19:37] - Ja powiem, Wojtku, jeszcze jedną rzecz. Do dzisiaj pamiętam scenę z kotem, kiedy jeden z bohaterów Szuka kota, który jest obecny na statku i kot już ma do niego wyjść i nagle dostaje wielkich oczu i się cofa, bo pojawia się obcy. To była też scena, którą zapamiętałem i doceniłem. Powiem ci, że ta wersja reżyserska, w której pojawiają się sceny z tak zwanego gniazda, gdzie obcy sobie kolekcjonował tych wszystkich porwanych, ona mnie nie zachwyciła. Ja wolałem pierwotny obraz, w którym ja wyobrażałem sobie, że ten obcy po prostu robi z tymi ludźmi kęsim, to na początek, a później zjada ich, rozpuszcza, coś z nimi robi definitywnego. Tymczasem w wersji reżyserskiej to jest co prawda zgodne z pewnym uniwersum i z tym, co później oglądamy w różnych kolejnych częściach. Niemniej jednak ten motyw gniazda, takiej przechowalni, w której mają się później wylęgać kolejne zarodniki czy coś tam się w każdym razie ma wylęgnąć, to nie zachwyciło mnie tak bardziej. Okazuje się, że czasami jak jest mniej, bardziej treściwie, bardziej skomasowana jest ta akcja, to robi filmowi dobrze. Wspomniałeś o muzyce i właśnie delikatność. Takie tło, które tworzy ta muzyka, groźne tło, bo ona jest właśnie delikatna, ale sugerująca, że na przykład coś się zbliża.
To ledwo słychać, ale tak naprawdę robi robotę.
[01:21:13] - To jest sprawa budowy gniazda tych informacji o obcym. One były słusznie wycinane w wersjach kinowych, głównie dlatego, że my z pierwszego filmu, ale także z kolejnych dwóch części bardzo niewiele wiemy o obcych. Mamy jakieś informacje w kolejnej trylogii o obcym. Sięgnął Ridley Scott, próbując wyjaśnić rolę tych obcych, którzy latają i zasiewają różne planety we wszechświecie zarodnikami, istotami rozumnymi. Było bardzo dużo niejasności. Przede wszystkim łyżkę dziegciu trzeba byłoby dołożyć, bo mamy obcego, którego krew potrafi się przebić. To też jedna z fajniejszych scen. Przebić się przez stalowe pokłady statku kosmicznego wydawałoby się, że nie do przebicia. W takim razie, z czego składają się żyły, którymi płynie ta krew? Z jakiego materiału?
Jeżeli krew potrafi przebić stal, w jaki sposób zwykły pocisk trafiający tego obcego potrafi go rozwalić? I ta krew, która jest kwasem, tryska po prostu na wszystkie strony. Także tych łyżek dziegciu moglibyśmy do scenariusza dołożyć. Mi zawsze w "Obcym" brakowało takiej informacji. Właściwie to tak: mamy ten statek potężny, który się gdzieś tam rozbił. Rozbił się w wyniku tego, że pilot został zaatakowany przez aliena. Rozbija się i cały jest wyładowany tymi zarodnikami. Ale pilot nie jest absolutnie z rasy obcych, alien, więc przewoził ich z punktu jednego do drugiego w jakimś tam celu. Tego nie wiemy. Nikt chyba się nie podjął.
Ja nie śledzę książek z serii, bo troszeczkę ich się ukazało i one są dopisywane. Część jest na podstawie scenariuszy, ale czy ktoś się skusił na to, żeby odnaleźć i opisać, i stworzyć akcję na planecie zamieszkałej przez obcych, macierzystej planecie tych obcych czy macierzystej planecie tychże pilotów, którzy wyłapywali alienów i gdzieś ich tam przewozili, tak jak zresztą korporacja ziemska chciałaby przewozić zarodniki na Ziemię i tam je zbadać. Więc to są takie rzeczy niewyjaśnione. Ale bardzo długo dzisiaj już rozmawiamy o tym "Obcym". Myślę, że ponieważ mieliśmy porozmawiać o przynajmniej kilku filmach w dzisiejszej audycji, trzeba byłoby przejść do kolejnego filmu. Prawie równolegle, rok wcześniej przed "Obcym" powstał film Stevena Spielberga, mianowicie "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". Film z 77. roku. Oscar za zdjęcia. Film przełomowy chyba dla Spielberga, chociaż wcześniej miał dwa filmy, w tym wielki sukces kasowy "Szczęk", ale to był film, w którym sięgnął zdecydowanie po fantastykę, a przede wszystkim po tematykę UFO.
I chyba to jest, moim zdaniem, najlepszy film o UFO, jaki kiedykolwiek nakręcono. Ze świetną muzyką, prowadzona wielowątkowo akcja, gdzie ileś osób na całym kontynencie amerykańskim — szkoda, że to się tylko skupiło na kontynencie amerykańskim — zostaje jakby powiadomiona różnymi sygnałami, przesłankami, snami, żeby się udali w pewne miejsce. To jest taka skała znajdująca się w stanie Wyoming. Do dzisiaj jest to obiekt turystyczny i bardzo chętnie jest zwiedzany. Gdzie ma wylądować statek kosmiczny i zostaną wzięci w kosmos przedstawiciele rasy ludzkiej. Oczywiście władze też o tym wiedzą, ale wszystko jest trzymane w wielkiej tajemnicy. A ci bohaterowie, którzy nie znają się, nie wiedzą o tym, że taka jest akcja, po prostu w bardzo sugestywny sposób próbują dotrzeć do tego miejsca, próbują je sobie jakoś zwizualizować. Zostawiają wszystko, są opętani. To jest obsesja. Próbują znaleźć ten punkt, do którego mają zmierzać.
Nie wiedzą właściwie po co i dlaczego tak się dzieje. Film świetny i pokazał wielką umiejętność Spielberga w budowaniu fantastyki na ekranie, bo on miał kilka takich okresów, gdzie robił fantastykę, później wracał do różnych obrazów dramatycznych, znowu wracał do fantastyki. Na przykład potrzebował prawie dekady robienia innych filmów, żeby wrócić z wielkim stylem "Parkiem jurańskim", a potem kręcić filmy, niedokończone obrazy Kubricka, czyli "Sztuczna inteligencja", zaraz potem "Raport mniejszości" na podstawie Dicka czy "Wojna światów" na podstawie Herberta George'a Wellsa. Więc robił fantastykę. A takim drugim obrazem, który przyniósł mu chyba dużo większą niż popularność od "Szczęk", to jest obraz "Extraterrestrial E.T.". Obraz z 1982 roku, który przyniósł mu cztery Oscary za muzykę Johna Williamsa, za efekty specjalne. Efekty specjalne akurat w Oscarach są najczęściej przyznawane w filmie science fiction. Film, który przełamał pewien stereotyp znany od lat 40. w kinie SF, czyli obcego, który jest zły, który chce opanować Ziemię, który chce zjeść, zabić, połamać czy cokolwiek innego zrobić ludziom. Tutaj otrzymywaliśmy postać bardzo sympatycznego małego kosmity.
Zagubionego, bo na statku o nim zapomniano zwyczajnie, zostawionego na Ziemi i znajduje sobie przyjaciela, małego chłopca i razem z tym chłopcem przeżywają niesamowite przygody. Jest to kino zdecydowanie familijne, ale przede wszystkim jest to ten obcy, który jest przyjazny, jest miły, sympatyczny i wzbudza natychmiast sympatię. To były dwa filmy Spielberga, które miały bardzo wielki wpływ na fantastykę, która na początku lat 80. zaczęła. Mieliśmy jednocześnie wielki sukces "Gwiezdnych wojen" Lucasa, bo w 82. to już mieliśmy obraz chyba "Powrót Jedii" chyba w 83., czyli to był moment, kiedy się ta druga trylogia "Gwiezdnych wojen" kończyła, więc mieliśmy w kinach naprawdę wielki boom na fantastykę naukową. Zaczynano kręcić również filmy fantasy, więc tutaj ten okres był bardzo fajny i naprawdę otrzymywaliśmy mniej więcej co roku bardzo dobre kino. Szkoda, że ta wielka passa się skończyła mniej więcej dekadę później.
[01:27:39] - Ja zacznę od "Bliskich spotkań", bo warto podkreślić, że to był film, może dlatego tak zaczarował publiczność, powiem jeszcze o pewnej teorii nazywanej spiskową, ale to za chwilę. Ale tak zaczarował publiczność, ponieważ poprzedzony był bardzo obszernym researchem. Naprawdę te pewne przypadki, które tam zostały zobrazowane, zarówno te z lat tuż w okolicach II wojny światowej, jak i te późniejsze. To wszystko są przypadki, które ja nie wiem, czy one zaszły, ale w każdym razie tak były relacjonowane przez osoby, które mówiły o tym, że coś takiego przeżyły. Zatem research i jeszcze raz research. Dlatego to było dosyć wiarygodne w tym sensie, że nie tylko mamy tam do czynienia z popisem efektów specjalnych, ale też z odwołaniem się do pewnych funkcjonujących w świadomości zbiorowej historii, które się pojawiały na przestrzeni lat. I to duża moc tego filmu. Wspomniałeś o tej górze Diabelska Góra. Nawet kiedy pierwszy raz widziałem w tym filmie owo wzniesienie, to myślałem, że ono jest jakoś wykreowane sztucznie. Po wielu latach dowiedziałem się, że taka Diabelska Góra w Stanach Zjednoczonych naprawdę istnieje.
Trochę wygląda jak pieniek wielkiego drzewa, które gdzieś tam sięga chmur. Ale warto też powiedzieć, że już wtedy w tym filmie Spielberg mówi o tym, że obcy nie muszą być źli. Ci obcy, którzy pojawiają się na miejscu spotkania, są zainteresowani kontaktem, takim prawdziwym kontaktem, nie dominacją. I to widać. W związku z tym późniejszy "E.T." to jest, trudno to nazwać kontynuacją, ale taka mentalna kontynuacja tego obrazu "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". Rzeczywiście "E.T." ja wspominam ten film jako niezwykle sympatyczny, taki budzący ciepłe uczucia. Rzeczywiście familijny, ale w dobrym znaczeniu tego słowa, bo uruchamiający te chyba najlepsze uczucia, które są w człowieku, nie łechtający poczucia zagrożenia. Obserwujemy z pewnym rozbawieniem, jak reagują dorośli na samo hasło, że gdzieś tam jest obcy. Dzieci reagują w sposób naturalny i troszeczkę jesteśmy zestawieni z tym. Patrzcie, jeśli ktoś może kontaktu dokonać, to dzieci, które są szczere, naturalne i nie podszyte irracjonalnym strachem.
To zdaje się między innymi oczywiście mówić reżyser.
[01:30:29] - Zdecydowanie film, który pozostaje w głowie. Chociaż opowiem ci taką historię, że to jednak obrazy docierają do pewnych pokoleń. Dla mojego pokolenia początek lat 80. i wybuch świetnych filmów spod znaku SF był czymś kapitalnym. Ale kiedy gdzieś dekadę dosłownie później prowadziłem audycję w Radiu Olsztyńskim i mieliśmy jakieś nagrody dla młodych czytelników, trzeba było zadać im bardzo proste pytania. Naprawdę bardzo proste, bo jeżeli byłby tylko pierwszy stopień trudności, to był kłopot z odgadnięciem. I kiedy padło proste pytanie o film science fiction, gdzie postać obcego jest taka sympatyczna, ma przyjaciół, dzieci i tak dalej. Odpowiedzi brzmiały w kilku przypadkach Alf i nikt nie trafił na "E.T.", mimo że naprowadzałem naprawdę w sposób wręcz nachalny. Ale cały czas był Alf. Pamiętasz?
Taki był serial telewizyjny.
[01:31:26] - Był miłośnik kotów w dosłownym tego słowa znaczeniu. Czyli najchętniej widziałby te koty jako element menu.
[01:31:36] - Tak, dokładnie. Ale jeżeli jesteśmy przy kinie familijnym, bo rozmawiamy o dobrych obrazach SF, ale przecież fantastyka to także rozrywka. Jeżeli jest to rozrywka na wysokim poziomie, to zdecydowanie takie filmy przechodzą do stanu dzieł kultowych i są wspominane, odtwarzane nawet po latach. Bo to mija 40 lat, proszę państwa, od powstania filmu Roberta Zemeckisa "Powrót do przyszłości". Jest to filmowa trylogia. Wtedy jeszcze rzecz niespotykana. Drugą i trzecią kręcił jednocześnie i one miały premierę w 1989 i 1990 roku. Ale jest to film o podróży w czasie, zrealizowany tak lekką ręką jako komedia, ale jednocześnie z bardzo dużą dbałością o szczegóły, z dygresjami historycznymi, że można się przy tym bawić nawet po tych 40 latach. Jest to świetny film rozrywkowy, kapitalny duet filmowy, który to robił, więc naprawdę moim zdaniem cała ta trylogia "Powrót do przyszłości" wymaga opowiedzenia. Jeśli chodzi o aktorów, chodzi o Christophera Lloyda oczywiście i Michaela Foxa, ale grała tam przecież Lea Thompson bardzo fajną rolę i cała grupa aktorów zgromadzonych wokół tej rodziny głównego bohatera, którzy są wplątani w podróż raz do przyszłości, raz do przeszłości.
I to się kręci wokół pętli czasowych. Bardzo ładnie, zgrabnie opowiedziana historia. Takich scenariuszy mam wrażenie, już po prostu się nie pisze.
[01:33:12] - Ja jeszcze powiem o jednej rzeczy związanej z tym "Powrotem do przyszłości". To jest film naznaczony piętnem teorii spiskowych. To przypomina mi, że miałem powiedzieć o teoriach spiskowych przy "Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia". To króciutko powiem po prostu o tym, że przez jakiś czas chodziła taka teoria spiskowa, że Film "Bliskie spotkania trzeciego stopnia" miał być przygotowaniem Amerykanów i pewno nie tylko Amerykanów, na pierwszy kontakt, że taka wizyta była ponoć umówiona i ponoć ówczesny prezydent miał o tym nawet powiedzieć. Ale wszystko gdzieś się zrypało i nie doszło do tego spotkania i przygotowania na nic. To pierwsza teoria spiskowa. A jeśli chodzi o teorię spiskową związaną z filmem "Powrót do przyszłości", a właściwie trylogią, to tam ludzie, którzy pieczołowicie oglądają każdy obraz, znaleźli ileś przesłań dotyczących tego, że różne dziwne rzeczy się zdarzą. I na przykład tam jest rzecz, którą sprawdzałem. Rzeczywiście takie elementy w tym filmie są. Czy one są elementem teorii spiskowej, czy w ogóle jakiegoś spisku?
Tego nie wiem, ale rzeczywiście jest tak, że to może jest po prostu sygnał tego, że podróże w czasie, nawet jeśli nie zostawiają wielkich śladów, to zostawiają ślady małe. Tam jedno z centrów handlowych na początku nosi nazwę od dwóch szczytów, a później już od jednego albo odwrotnie. Ja nie przywiązuję specjalnie wagi do takich szczegółów, ale tych szczegółów różni pasjonaci znaleźli kilkanaście przynajmniej, jeśli nie kilkadziesiąt we wszystkich trzech częściach. One ponoć mają coś nam sygnalizować. Ja bym się na tym mimo wszystko nie skupiał, ale to świadczy o tym, jak ten film był głęboko analizowany. Tam nawet podobno znaleziono, też widziałem ten fragment, znaleziono również zapowiedź ataku na World Trade Center nawet i tego, że wieże runą. Więc proszę państwa, to, co nazywane jest teoriami spiskowymi, ma swoją rzeszę odbiorców i też bardzo dobrze, ale to widać jak ten film, właściwie seria filmów, o których powiedział Wojtek, jak ona mocno weszła w tkankę miłośników kina, ludzi, którzy te filmy oglądali. Otóż na bazie tych trzech obrazów zaczęły się pojawiać kolejne spekulacje, a do dzisiaj, jeśli zajrzycie państwo do YouTube'a chociażby, to jakikolwiek film, który jest zapowiedziany, że czwarta część powstała albo że powstaje i dostajecie państwo obraz zmontowany z trzech poprzednich, tylko odpowiednio zaaranżowany. To budzi, a właściwie trudno mówić o budzeniu, to przywołuje ogromną ilość wyświetleń.
[01:36:05] - Takie przyszły czasy. Ale powtarzam, że takich scenariuszy się dzisiaj nie pisze. Na zakończenie dzisiejszej rozmowy jeszcze jeden film. Co ciekawe komedia, tak jak "Powrót do przyszłości", ale komedia z dystopii, czyli film nakręcony w 1985 roku przez Terry Gilliama, jedynego nie-Brytyjczyka w ekipie Monty Pythona. Choć obywatelstwo dostał w 1968 brytyjskie, ale był Amerykaninem. Film "Brazil," kapitalny, ze świetną obsadą. Film dystopijny, nawiązujący, czerpiący mocno z "1984" George'a Orwella, opowiadający historię bohatera w państwie totalitarnym, bohatera wykonującego zupełnie niepotrzebne, biurokratyczne zajęcie. A w wyniku zwykłego błędu, o ile dobrze pamiętam, mucha wpada na maszynę, która wystukuje rozkaz zamknięcia obywatela w batyl i zamienia mu to na tatyl. I w tym momencie człowiek, który jest zupełnie niewinny, trafia w tryby potężnej, biurokratyczno-zamordystycznej rządowej machiny i jego los się całkowicie odmienia. W tym filmie zagrali świetni aktorzy, bo jest Ian Holm, jest Bob Hoskins, jest Robert De Niro, jest Jonathan Pryce.
To są aktorzy absolutnie pierwszoligowi. Rzadko się zdarza w obrazie SF, by taka ekipa wspólnie wystąpiła, a Gilliam w swoich obrazach późniejszych, czy "Jak dowoności małp", czy "Fisher King" taką ekipę zbierał. Ale o "12 małpach" to może porozmawiamy już w następnym odcinku.
[01:37:49] - Tak, ja jeszcze tylko dodam, że ten film, cóż w Polsce nie było zakazane przed 1989 rokiem. Film "Brazil" również był zakazany. Na podobnej zasadzie, na jakiej zakazany był "Rok 1984" George'a Orwella oraz ewentualne jego adaptacje filmowe. Tu "Brazil" uznano również za bardzo groźny dla ustroju obraz i ludzie go i tak oglądali na magnetowidach i to było nieuniknione, ale oficjalnie ten film nie istniał. Oficjalnie nic takiego nie miało miejsca w kinematografii. To było to złudzenie ówczesnych władz, że da się coś zatrzymać. A film jak najbardziej polecam. On ma zresztą znowu, jak to często się zdarzało, zdarza w dalszym ciągu, ma różne wersje. Jest wersja reżyserska, jest wersja na Stany Zjednoczone. Ponoć miała być jeszcze bardziej skrócona wersja, która tylko półtorej godziny miała trwać, ale ostatecznie ona chyba nie weszła do rozpowszechniania.
To też świadczy o tym, że temat, który był poruszony, czyli totalitarnego państwa, które jest wszechwładne i obejmuje całość życia obywatela, w tym przypadku to nie jest sympatyczne, że całość życia. Że ta tematyka nawet w państwach demokratycznych budzi co najmniej zastanowienie, bo też państwa współczesne i ówczesne mają taką tendencję do rozrastania się i do kontrolowania życia swoich obywateli. Ponoć w dobrej wierze. Kto chce, ten niech wierzy.
[01:39:36] - „Brazil” koniecznie trzeba obejrzeć, ale jak już zapowiedziałem „12 ma”, to już z kolei jest dystopia, ale nie w wersji komediowej, więc zapraszam za kolejne dwa tygodnie na jeszcze jeden odcinek o dobrym, nie science fiction.
[01:39:52] - Pięknie ci Wojtku dziękuję. No i już się cieszę na ten trzeci filmowy odcinek. Dzień dobry wieczór państwu. Nieco zmienionym głosem, nieco ochrypłym. Witam państwa bardzo serdecznie w kolejnej audycji, w kolejnej opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. Dzień dobry wieczór Wojtku.
[01:40:20] - Cześć Marku, dobry wieczór państwu.
[01:40:22] - Proszę państwa, nie jest to dobry dzień tak do końca, kiedy nagrywamy. No ale tak się czasami zdarza. To będzie trzeci odcinek. Trzeci i ostatni odcinek o filmach. W następnej audycji wracamy do prezentacji autorów, prezentacji książek. Wspomniałem, że dzień nie jest najlepszy, ale ja tobie Wojtku oddam głos, bo mi się trochę mój łamie.
[01:40:49] - Muszę powiedzieć, że z tą chrypką to masz głos radiowy bardzo, ale tak jest. Jest dzisiaj bardzo smutny dzień, bo ledwie kilka godzin temu odszedł od nas Tadeusz Mieszko, pisarz science fiction, scenarzysta filmowy, grafik, człowiek, którego obaj znaliśmy mnóstwo lat. Ja ponad czterdzieści. I chociaż się tej śmierci, bo ciężko chorował, spodziewaliśmy, no to jednak zawsze jest to, jest to cios. Jeszcze w dodatku Marku byłeś przy nim w tych ostatnich chwilach, więc, więc rozumiem. No ale życie się toczy dalej i nagrywamy po prostu kolejną audycję, faktycznie ostatnią filmową, bo przechodzimy w następnej już z powrotem do książek do literki K. Wiem, że słuchacze już się zaczęli trochę niecierpliwić, no ale jeżeli się powiedziało A, B, no to już to C też trzeba powiedzieć. A dzisiaj trochę o filmach z końca dwudziestego wieku i z początku dwudziestego pierwszego. Dużo rzadziej niż w dwudziestym wieku pojawiały się produkcje filmowe, no, takie naprawdę godne do oglądania czy nawet powtórki jednej czy drugiej, żeby sobie odgrzać obejrzany film. Do filmu wracamy wciąż.
Raz dzięki streamingowi, dwa różnym konwentom. Teraz dopiero się-- znaczy dla nas teraz, gdy nagrywamy w czasie rzeczywistym audycję, zakończył się festiwal, na którym bardzo dużo starego kina pokazaliśmy i naprawdę była publiczność na tych seansach, co mnie wcale nie zaskakuje, bo właśnie tych dobrych, dobrych, starych filmów nie można nigdzie dzisiaj obejrzeć. I o tych starych filmach, no, trzeba byłoby zacząć od takiego tytułu, który rozpoczął pewną erę filmów tech-noir. Film Jamesa Camerona „Terminator” z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego roku. W tych obrazach z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy pojawili się nowi reżyserzy jak James Cameron, „Terminator”, jak bracia, czy obecnie rodzeństwo Wachowscy czy, czy Villeneuve, to są autorzy dzisiaj, dzisiaj rządzący kinem science fiction, ale wtedy oni wprowadzali też na ekrany bardzo dużo takiej świeżej krwi aktorskiej, nowych aktorów, którzy dzisiaj są wielkimi gwiazdorami. W przypadku „Terminatora” był to oczywiście Arnold Schwarzenegger, któremu z racji też jego angielskiego, który dopiero opanowywał, a także dosyć drewnianej gry aktorskiej, dzisiaj z tym jest już lepiej. No idealnie wpasował się w rolę robota, który dokonuje masakry, masakry w naszej rzeczywistości. Był to film, który w Polsce miał strasznie głupi tytuł kinowy, czyli „Elektroniczny morderca”. Straszny ten tytuł. Nie wiem kto, kto tak potrafił go przetłumaczyć.
Pomysł do filmu był pomysłem Haralana Ellisona, klasyka science fiction i był to obraz, który może nie zarobił jakichś wielkich pieniędzy, ale raz, że wprowadził ten, ten gatunek tech-noir, dwa pokazał, że za stosunkowo niewielkie pieniądze można zrobić całkiem niezły film science fiction. No i wprowadził tych nowych aktorów. Oprócz Arnolda był to Michael Biehn czy Linda Hamilton. Sam film opowiadający o podróży w czasie, pętli czasowej, opowiadający o tym, że w wyniku pewnych spraw przyszłość Ziemi skończyła się i przejęły władzę na niej maszyny. Ale istnieje ruch oporu i ludzi, którzy chcą te maszyny pokonać i poprzez pierwszą podróż w czasie przedostaje się w nasze czasy maszyna, która ma wyeliminować przyszłego przywódcę buntu ludzi. Bardzo, bardzo ciekawy pomysł. A w pościg za terminatorem rusza człowiek z ruchu oporu. Opowiadać dalej w sumie nie ma co, bo to i tak już spoileruje jeżeli ktoś filmu nie oglądał, ale myślę, że każdy z naszych słuchaczy „Terminatora” widział przynajmniej kilka razy tak jak i ja. W dodatku seria doczekała się kontynuacji „Terminator 2”, później „Bunt maszyn”, „Ocalenie Genesis” i „Mroczne przeznaczenie”. Jest serial telewizyjny, są gry komputerowe oraz, oraz mnóstwo różnych zabawek.
Już, już przy każdej produkcji science fiction ten cały rynek franczyzy jest po prostu bardzo mocno rozbudowany. Na pewno obraz Camerona miał duży wpływ na jego przyszłą karierę. Dzisiaj jeden z tych reżyserów, którzy kręcą głównie filmy science fiction. Oczywiście znanego z „Avatara”, może dla mnie przede wszystkim z „Terminatora” i z drugiej części „Aliena”, ale, ale to jest ten reżyser, który potrafi fantastykę bardzo sprawnie nakręcić.
[01:45:34] - Tak. To, co mnie zadziwiało w "Terminatorze", to jak można osiągnąć fantastyczny efekt. Nawet nie chodzi o jakość filmu, tylko rzeczywiście pewien odlot fantastyczno-naukowy za pomocą tak prostych i niewielkich środków. Mam na myśli też środki finansowe. O tym już, Wojtku, mówiłeś. To mnie fascynowało, że trzeba po prostu napisać bardzo dobry scenariusz. Bardzo prosty scenariusz, bo zauważmy, "Terminator" ma bardzo prościutką linię narracyjną. To wszystko jest bardzo proste, ale jak zrobione! Naprawdę życzę wielu filmowcom, żeby chociaż raz w życiu tak zwarty, spójny, logiczny obraz zrobili. Przecież z "Terminatora" jedynki pochodzi kilka ważnych cytatów, z tym chociażby, że jeszcze tu wrócę.
To weszło do popkultury. Ja mam jeszcze słabość tylko do drugiej części, do "Terminatora 2" z podtytułem "Dzień sądu". Uważam, że to był pewien przełom technologiczny, bo o ile w "Terminatorze 1" jeszcze nie ma takich fajerwerków, to przy dwójce już włożono sporo pieniędzy w efekty. To widać i to nie są efekty pszennoburaczane, takie kartonowe. To naprawdę jeszcze potrafi do dzisiaj robić wrażenie. I bardzo dobrze. Późniejsze części mnie nie zachwycały. One co prawda dopowiadały historię albo wydawało im się, że dopowiadają historię, ale to chyba tak jak zawsze, kiedy zbyt wiele wiemy o świecie, który nas fascynuje, to on po prostu przestaje nas fascynować. Kiedy on był za pewną mgłą tajemnicy w jedynce, w dwójce, to był fajniejszy. Ale to są takie moje przemyślenia.
Bardzo lubię ten film. Bardzo późno go obejrzałem. To był chyba 1988 albo nawet 1989 rok. Jakoś wcześniej po prostu na niego nie trafiłem. Nie wiem dlaczego, ale muszę przyznać, że kiedy obejrzałem go po raz pierwszy, to zrobił na mnie duże wrażenie. Z jednej strony tą prostotą, a z drugiej strony historią. Tak jak powiedziałem, zwartą, a jednocześnie w jakiś sposób nową. Bo podróże w czasie to już było bardzo wiele razy, ale tu ta historia, tak jak powtarzam to z maniakalnym uporem, nie tylko była zwarta, ale ona na swój sposób była logiczna. Działanie Terminatora, działanie tego człowieka z ruchu oporu. To wszystko było logiczne.
Ta pętla, która się tam zaplata. Naprawdę ja byłem pod dużym wrażeniem tego obrazu.
[01:48:32] - Tak, filmy o podróżach w czasie i o pętlach czasowych, o spotykaniu swoich przodków są dosyć trudne do realizacji. I te kolejne filmy o "Terminatorze" właśnie prostotę pierwszej części zabiły i zniszczyły, wprowadziły mnóstwo chaosu i te scenariusze już po prostu się nie szczepiały tak, jak powinny. Wydaje mi się też, że gdyby nie efekty specjalne, to tamte części by po prostu były jeszcze bardziej nijakie. A jeśli chodzi o "Terminatora" dwójkę, to masz rację, ale akurat wtedy nastąpił ten efekt dosyć gwałtownego rozwoju efektów komputerowych. Zawdzięczaliśmy to przede wszystkim "Parkowi jurajskiemu" Spielberga, który wprowadził do kin i na stoły realizatorskie technologie dotąd niespotykane. I następny film, o którym chcę powiedzieć, to jest film, gdzie te efekty już stały na najwyższym poziomie. Jest to film z 1999 roku. Mówiło się dużo o różnych bombach jądrowych, o tym, co się może zdarzyć i tak dalej. I ten film się na pewno wpisał w pewien taki trochę strach. Nastąpił olbrzymi rozwój pod koniec ubiegłego wieku technik komputerowych.
Internet się niesamowicie rozwinął i w tym momencie bracia Wachowscy, wówczas bratem, bo wtedy podpisywali się Andy i Larry. Po tranzycji to jest Lana i Lilly. Podpisują się nawet nie siostry Wachowska jako rodzeństwo. Wachowscy to byli reżyserzy pochodzący z rodziny polsko-amerykańskiej. Nakręcili tego "Matrixa" i to był film, który pamiętam, nieprawdopodobnie spodobał się i uderzył przede wszystkim w tych wszystkich ludzi, którzy zajmowali się grami komputerowymi, w ogóle komputerami, programistów, informatyków. To dla nich był obraz jak objawienie. Również Wachowscy wprowadzili aktorów, takich jak Keanu Reeves, który od tamtej pory kroczy od sukcesu do sukcesu. Wielkim powodzeniem cieszyła się Carrie-Anne Moss. Była dobra rola Laurence'a Fishburne'a. "Matrix" również doczekał się kontynuacji.
"Reaktywacja" i "Rewolucje" to było zamknięcie trylogii. Po kilku latach dokręcono jeszcze "Zmartwychwstanie", ale ta czwarta część jakby nie dorastała do pięt nawet pierwszej trylogii. Chociaż z całej tej tetralogii filmowej najbardziej podoba mi się jednak pierwsza część, gdzie również końcówka była pewną tajemnicą. Kolejne filmy rozwiązywały zagadki świata, odsłaniały jego tajemnice. Pewien chaos. Film opowiadający o Tak jak przy Terminatorze, maszynach i sztucznej inteligencji, która zapanowała nad światem. Ludzi wykorzystuje jako baterie do napędzania swoich konstrukcji, dlatego że ludzie zapestyli cały świat smogiem po to, żeby sztuczną inteligencję i maszyny odciąć od źródeł energii słonecznej. I na całej Ziemi panuje właściwie cały czas ciemno. Kapitalnie wprowadzono na teren filmu science fiction elementy walki. Walki wręcz.
Tutaj film spodobał się nie tylko miłośnikom SF oraz programistom, ale również miłośnikom sztuk walki Wschodu. Kapitalne sceny z wolnymi kadrami. To też wprowadzono w tym filmie po raz pierwszy, później naśladowano albo parodiowano w różnych kolejnych produkcjach. Efekty komputerowe na najwyższym poziomie. Pewna idea idąca za tym filmem, dosyć skomplikowana w sumie myślę dla amerykańskiego odbiorcy. Bo my mogliśmy jako ludzie urodzeni po tej stronie muru sobie wyobrazić świat, w którym panuje taki maszynowy totalitaryzm, a dla Amerykanów nie było to łatwe. Same nazwy własne wymyślone przez Wachowskich, jak statek Nabuchodonozor czy Morfeus. Kapitalne. Statek Morfeusza i jego załoga są tymi ludźmi niepodłączonymi do Matrixa. Oczywiście kolejny motyw, archetyp to wyrocznia, czyli pojawi się Mesjasz, który wyzwoli ludzi.
Pojawi się taki zbawiciel. W tej roli Keanu Reeves. Więc film włączał różne elementy z mitów, legend, z archetypów. Tak jak swego czasu w „Gwiezdnych wojnach" zagrano po prostu na tych samych strunach. Dotarto jednym filmem science fiction do bardzo szerokiej rzeszy odbiorców, często nawet nieczytających fantastyki, bo byli to właśnie informatycy, programiści, miłośnicy sztuk walki.
[01:53:25] - Ja powiem coś jeszcze. Tym filmem Wachowscy, Wachowskie, w każdym razie rodzeństwo dotarło również do grupy filozofów. Filozofowie ten film oglądali namiętnie, ponieważ zawierał on rozważania, a właściwie spekulacje różnego rodzaju, dotyczące starego problemu. Problemu symulacji. Problemu, który sygnalizowany był już wieki temu przez Berkeleya, rozwijany sukcesywnie. Maczał w tym palce również Lem, który w „Skrzyniach profesora Corcorana" zawarł główną ideę tego wszystkiego. Rzeczywiście pewne echa można by znaleźć u Snerga. Później oczywiście w 1980 roku pojawił się Amerykanin. Właściwie nie pamiętam, jakiej on był narodowości, ale w Stanach to ogłosił Putnam i on mówił o mózgach w naczyniu. Ale chodziło o to samo.
Jeśli do mózgu podłączymy odpowiednio modulowane impulsy, jeśli one będą modulowane, czy w każdym razie w jakiś tam sposób ukierunkowane i odpowiednio zsynchronizowane, to możemy wytworzyć w owym mózgu doskonałą iluzję rzeczywistości. I na tym pracowano. Na tym oparto całą ideę filmu. I to się świetnie sprawdziło. I filozofia trafiła pod strzechy, bo ja już sam czytałem przynajmniej kilkanaście artykułów jak najbardziej filozoficznych, które na film „Matrix" i na pewne wątki z filmu „Matrix" powoływały się, aby udowodnić jak najbardziej filozoficzne tezy. Więc to kolejna zasługa. I ten film rzeczywiście jest wielopoziomowy. Wiele tam tajemnic w nim jest ukryte. Nawet spójrzcie państwo, co czasami czytają bohaterowie, jaki tytuł noszą książki, które oni czasami czytają. To taki rodzaj zagadki.
Może to być zaskoczenie, szczególnie dla tych, którzy interesują się filozofią właśnie. Okazuje się, że pewne rzeczy nie znalazły się w filmie „Matrix" przypadkowo. One są tam umieszczone jak najbardziej świadomie. I to chwała reżyserom, absolutna chwała za to, że mieli świadomość tego, co tworzą, a nie, że wyszło im niejako przy okazji. I to naprawdę film, który mnie zafascynował. Ja lubię część pierwszą. Mnie podobnie ona zafascynowała. Natomiast pozostałe traktuję jako dodatek. Znowu dowiedzieliśmy się więcej, ale w momencie, kiedy ten świat był bardziej tajemniczy, on był bardziej złowrogi. Ja naprawdę te sceny, w których jeszcze niewiele rozumiałem.
Dzisiaj to wszyscy już wiedzą, o co chodzi, ale sceny, w których na przykład ktoś traci usta albo można unikać kul, albo dzieją się dziwne rzeczy. Po prostu Keanu Reeves jest bohaterem, który pracuje sobie gdzieś tam w jakimś biurze, w ogóle nie ma pojęcia, co się dzieje i tu nagle jego rzeczywistość zostaje zmieniona. To jest absolutnie fascynujące i do dzisiaj zazdroszczę tym wszystkim, którzy ten film oglądają po raz pierwszy i nikt go wcześniej im nie opowiedział.
[01:56:55] - Tak. Wiesz, Marko, zawsze tak jest z filmem, również z książką, że kiedy za bardzo odsłaniamy zasłony, pokazujemy naturę świata czy rzeczywistości, tym jest to słabsze. Mniej się boimy. Porównaj filmy Camerona i Scotta. Obcy, w którym prawie do samego końca właściwie nie wiemy, jak wygląda. On się wyłania z ciemności. Tu jakaś szczęka ruchoma, tu jakiś strzał ogonem i tak dalej. Ciemne korytarze statku spowite mgłą, parą z przewodów, jakby to był parostatek. I porównaj teraz te hordy obcych, które atakują oddział Space Marines, gdzie już właściwie my się nie obawiamy tych obcych, ich trzeba tylko zniszczyć, ewentualnie polec. Baliśmy się w pierwszej części, w drugiej już tak nie bardzo.
Może poza scenami, kiedy coś grozi tej małej dziewczynce, bo zawsze jesteśmy gotowi chronić dzieci. W Matrixie, w pierwszym było bardzo dużo interesujących rzeczy. Miałem ochotę ci przerwać i wymienić tytuły tych książek, bo również to zauważyłem, ale w kolejnych już autorzy poszli w stronę jednak jakiejś taniej sensacji, gry pod publiczkę, zrobienia wielkiego filmu dla jak największej rzeszy odbiorców. Bo Wachowskim chodzi jednak w kinie o pokazanie pewnych interesujących ich spraw, między innymi filozofii. I na przykład, kiedy film nie jest tak dobry wizualnie lub nie dociera pewnymi rzeczami do szerszej publiczności, mówię o „Atlasie chmur" według Davida Mitchella, to, mimo że jest to obraz kapitalny, ja bardzo lubię ten film, „Atlas chmur", to on ponosi klapę i kolejne produkcje Wachowskich niestety już nie zdobyły takiej kasy jak ten „Matrix". Skoro mówimy też o podróżach w czasie już w tym podcaście, to przejdźmy do kolejnego filmu, w którym podróż w czasie ma wielkie znaczenie. Mówię o „Dwunastu małpach" Terry'ego Gilliama z 1995 roku. Bardzo dobry obraz ze świetną obsadą. W głównej roli Bruce Willis, ale kapitalna rola Brada Pitta w szpitalu psychiatrycznym. Niezła Madeleine Stowe.
Historia końca ludzkości, katastrofy w wyniku wirusa, który błyskawicznie zabija i Bruce Willis w eksperymentalnej podróży w czasie jest więźniem, który postanawia zaryzykować. W czasie tej podróży ma wykryć przede wszystkim informacje, zdobyć informacje o samym wirusie, ale ta podróż w czasie nie bardzo mu się udaje. Choćby to, że znajduje się w szpitalu dla psychicznie chorych. Troszeczkę było w tym filmie Terry'ego Gilliama „Lotu nad kukułczym gniazdem", mam takie wrażenie. Film trzymający w napięciu, a dzięki roli Brada Pitta to był majstersztyk, naprawdę. To jest jeden z tych filmów, które ja zaliczam do swojego prywatnego kanonu filmów science fiction.
[01:59:59] - Poza tym, jeżeli wspomnicie państwo niedawne czasy, to ja miałem podwójne ciarki na plecach. Bo ostatecznie mowa była w filmie „12 małp" o epidemii, o czymś, co zagrażało ludzkości. Może te kilka lat temu nie było tak dramatycznie, ale atmosfera, która została zrobiona wokół całości była dramatyczna i nic dziwnego, że mi się wtedy ten film mocno przypominał. I pamiętam, jak siedziałem w domu i sobie go powtarzałem. I to jest w sumie niezły film. Może słyszałem takie narzekania, z którymi się nie zgadzam, ale je przytoczę, że tam jest za mało fantastycznie. No ale dlaczego ma być fantastycznie, skoro główny bohater cofa się do lat 90. Miał trafić bodajże do 1996 roku. Tak się coś obślizgnęło i trafił do 1990 i to w dodatku właśnie do psychiatryka. No to wiecie państwo, trudno o jakąś taką szczególną fantastykę, fantastyczność.
Ale sam film, to, co się w nim dzieje, moim zdaniem znowu jest znakomicie po prostu skonstruowane. Ten scenariusz, ta intryga. Znowu mamy do czynienia przecież z podróżą w czasie. To jest majstersztyk. Jeżeli sobie państwo przypomnicie, to taka zagadka. Może przy okazji warto ją zadać, bo w ostatnim odcinku mówiliśmy o bardzo znanym obrazie „Powrót do przyszłości" i w „Powrocie do przyszłości", w tych dwóch pozostałych filmach, tych właściwie pomiędzy drugim a trzecim, trzecią częścią jest pewien błąd, błąd logiczny w tym filmie. I on jest potężny. Prawie nikt go nie zauważył, bo akcja posuwa do przodu, że aż miło. Ale jest tam bardzo duży błąd. Ktoś nie zauważył, ktoś się tym nie przejął i tam jest błąd.
A w „12 małpach" nie ma większych błędów, a już na pewno nie są związane z fantastyką. Jeżeli ktoś z państwa wie, o jakim błędzie mówię, no to poprosimy wspólnie z Wojtkiem o napisanie tego pod filmem.
[02:02:19] - Tak jest, zgadzam się. To co? Porozmawiajmy teraz o filmie, który porusza kolejny po podróżach w czasie, Matrixie czy obcych, czy maszynach opanowujących ziemię, następny żelazny temat science fiction, a więc jasnowidzenie. Prekognicja, przewidywanie przyszłości. Czy jest możliwe? Według Philipa K. Dicka, który miał obsesję na tym punkcie, zdecydowanie tak. Jasnowidze czy prewidze, różne tam nazwy tłumacze stosowali, występują prawie w każdej jego powieści. Mają wielkie znaczenie, ponieważ mają wpływ na akcję, na bohaterów, na ich rozumienie świata, który wielokrotnie u Dicka składa się z kolejnych warstw i właściwie nie wiemy, która jest prawdziwa. W przypadku filmu z 2002 roku „Raport mniejszości" w reżyserii Stevena Spielberga mamy historię kryminalną.
W roli głównej Tom Cruise, gra również Colin Farrell. Jest to film o agencji prewencji, to znaczy trójka jasnowidzów wydaje Ale musi wydać jednogłośnie taki werdykt, że agenci muszą odnaleźć to miejsce, bo nie jest adresem i tak dalej. Bardzo fajne sceny na samym początku, kiedy agenci próbują odnaleźć przewidywane miejsce morderstwa. I wskazują: tu nastąpi zbrodnia pierwszego stopnia. Trzeba przerwać ten ciąg i zamknąć faceta czy kobietę, która ma dokonać tego zabójstwa. Oczywiście moglibyśmy się zastanawiać, czy skoro facet nie dokonał tego zabójstwa, to czy jest winny? Według tamtego prawa, które znamy z opowiadania pod tym samym tytułem, zdecydowanie tak. Ale cała akcja toczy się wokół tego, że ten program jednak nie jest taki do końca dobry. Ci jasnowidze, wyrocznie, które w filmie znajdują się w specjalnym basenie, czasami te ich wizje się różnią. Czy oni widzą przyszłość w dwojaki albo nawet trojaki sposób?
Dopóki nie uzyskają wspólnej wizji, to ta wizja nie jest uznawana za właściwą i wystarczy, że jedna, mniejszość, raport mniejszości będzie widziała inaczej przyszłość, to takiego raportu się nie przyjmuje. Jeden z bohaterów na podstawie raportu mniejszości chce udowodnić swoją niewinność. Dobrze zrobiony film, ale Dick miał po prostu szczęście. Na pewno dzięki swoim nieprawdopodobnym pomysłom, wielkie szczęście do ekranizacji. Za filmowanie opowiadań przede wszystkim naprawdę wystarczy krótki pomysł, żeby zrobić przyzwoity film science fiction. Powstało mnóstwo tych obrazów. Mamy na przykład film z 1990 roku "Pamięć absolutna" . Film ze Schwarzeneggerem. Bardzo dobry obraz, troszeczkę pomijany w rankingach, ale to był też film jeszcze z czystej ery przedkomputerowej i naprawdę bardzo przyzwoicie zrobiony, na podstawie opowiadania "Przypomnimy to panu hurtowo." Była "Zapomniana tajemnica Syriusza" na podstawie drugiej odmiany o wojnie przyszłości, robotach, które są często bombami, ładunkami. Dzisiaj jak patrzymy na wojnę na Wschodzie, to ta wojna dronów troszeczkę tamten konflikt przypomina.
Był film "Przez ciemne zwierciadło" z Keanu Reevesem. Był film "Next" na podstawie opowiadania "Złotoskóry." Był film "Zapłata." Kolejne ekranizacje Dicka to "Władcy umysłów." Była "Ekipa dostosowawcza," tak się nazywało to opowiadanie. Były seriale. Na streamingu leci "Electric Dreams." Leci trzy sezony "Człowieka z Wysokiego Zamku." Troszeczkę mnie zirytowała ta kontynuacja, bo "Człowiek z Wysokiego Zamku" to jest jedna z moich ulubionych książek science fiction i ostatnie sceny, kiedy protagonista jest o krok od zdobycia wiedzy, udowodnienia wiedzy, że jednak to on jest w książce, a nie odwrotnie, to w serialu po prostu tego nie widziałem. Ale nie rozczarowałem się, zwłaszcza że drugi sezon, który wykorzystywał uniwersum stworzone przez Dicka, całkiem nieźle kontynuował jego idee i pomysły. Jeszcze "Impostor" przecież. Już nie mówię o "Blade Runnerze", bo w pierwszym odcinku o tym filmie mówiliśmy. Także filmów było bardzo dużo i zaraz chyba będziemy mogli przejść do filmu, który kontynuował jedną z ekranizacji Philipa Dicka, ale na pewno o "Raporcie..." masz coś do powiedzenia.
[02:07:02] - O "Raporcie..." jak o "Raporcie...". To po prostu bardzo dobry film jest i ja nie będę się specjalnie nad nim rozwodził, bo naprawdę warto ten film obejrzeć. Na pewno będzie trzymał w napięciu, a da sporo do myślenia. Wojtek to sygnalizował. To niby są proste sprawy, ale czasami również te proste sprawy trzeba przemyśleć. Ja króciutko o tym serialu, o którym wspomniałeś. "Człowiek z Wysokiego Zamku." On miał cztery sezony.
[02:07:29] - O matko!
[02:07:30] - Cztery sezony. I ja cały czas powtarzam: oglądajcie państwo trzy i pół. Nie oglądajcie państwo drugiej połowy czwartego sezonu, ponieważ stopień głupoty, który osiąga ten serial w ostatnim odcinku jest przerażający. Po prostu widać było, że był mus skończyć serial, bo przyszły takie dyrektywy, bo coś tam spadało, może oglądalność, może coś. I po prostu studium głupoty ostatniego odcinka jest przerażające. To jest tak głupie, że nawet nie potrafię tego skomentować. A niestety, ponieważ trzeba było pod tę głupotę podprowadzić, to mówię, druga połowa czwartego sezonu, moim zdaniem, można sobie odpuścić. Bo jeżeli państwo pamiętacie cudowny głos śpiewanej pieśni na początku, w ogóle dekoracje, pewną logikę tego serialu, to to, co dostajemy w czwartym sezonie w drugiej połowie po prostu niszczy wszystko. Więc dla swojego spokoju trzy i pół sezonu i będziecie państwo zadowoleni.
[02:08:40] - Wiesz, casus "Gry o tron". Ty mówisz czwarty sezon, nawet nie wiedziałem, że powstał, bo ja po obejrzeniu drugiego przestałem oglądać. Raz, że nie mam czasu, dwa uważałem, że już nie ma co kontynuować oglądania tego serialu. Ale wspomniałem, że chciałem płynnie przejść z filmów Dicka do kolejnego reżysera, czyli do Villeneuve'a. Kanadyjski reżyser, który jest takim chyba najbardziej poważanym twórcą kina science fiction. On nakręcił "Blade Runnera 2049", czyli z akcją rozgrywającą się trzydzieści lat po pierwszej części "Blade Runnera." My już właściwie rzeczywistość "Blade Runnera" przeżyliśmy. Mamy rok 2025. Do tej rzeczywistości z 2049 Powoli się zbliżamy. Ta Ziemia jest już kompletnie zniszczona. Efekt cieplarniany.
Wygląda to koszmarnie. Villeneuve stawia w swoim filmowaniu znanych obrazów science fiction przede wszystkim na estetykę, na piękno obrazu. Zgranie jej, tak jak w „Blade Runnerze” Ridleya Scotta z muzyką. Muzykę do „2049” stworzył Hans Zimmer, twórca muzyki elektronicznej, obecnie orkiestrowej. Zagrali, bo tak być powinno, Harrison Ford, już tutaj podstarzałego emerytowanego łowcę robotów. Zagrał Gosling. Zagrała, i to była przepustka chyba do jej obecnej wielkiej kariery, Ana de Armas. Zagrała świetną rolę Robin Wright, kapitalna amerykańska aktorka z „Forresta Gumpa” znana. Jest to film, który przytłoczył mnie obrazem kapitalnie. Sam pomysł mógłby się obronić, ale nie bardzo mi się chce wierzyć w to, że android mógłby urodzić dziecko.
Ale akcja jest poprowadzona całkiem wzorowo. Wizje Villeneuva naprawdę fajne i jeżeli o nim mówimy, to na pewno trzeba byłoby też wspomnieć o „Diunie”. O „Diunie” to można byłoby w ogóle zrobić osobny podcast. Mnie „Diuna” Villeneuva rozczarowała poza sferą wizualną. Ja nadal mówię, że lubię film Davida Lyncha z 1985 roku. Wizja Villeneuva jest po prostu tylko i wyłącznie poprawna. Ja uważam, że kręcenie filmów toczka w toczkę może się dotyczyć, powiedzmy, jakichś dramatów i tak dalej. Właściwie oglądając „Diunę” wiemy, co nastąpi w następnej scenie i to już odbiera urok oglądania filmów. Te drobne zmiany, właściwie politycznie poprawne, które wprowadził, niczego nowego nam nie dały jako widzowi, a całkowicie pominięto, również zresztą w wersji Lyncha, wątki ekologiczne, które dla mnie w książce Franka Herberta są najważniejsze. Nikt w tym filmie ani wśród krytyków po książce, w latach 60.
bardzo dużo mówiło się o ekologii „Diuny”. Nikt nie zastanawia się, skąd na tej planecie zamieszkanej przez, powiedzmy, tylko parę milionów ludzi, skąd tam jest tlen. Powiedzmy, że ten tlen skądś się tam wziął i utrzymywał, ale jeżeli żyje parę milionów ludzi, a także zwierząt, to ten tlen powinien po prostu zostać pochłonięty i zastąpiony przez dwutlenek węgla. Skąd się bierze tlen? Nikt w filmach nie opowiadał o procesie pomiędzy czerwiami a budową atmosfery planety Arrakin. Tego mi okropnie w filmie brakowało, wątków ekologicznych, bo tak naprawdę również Fremeni są elementem ekologii tej planety i to wyraźnie jest opowiedziane w książce. W filmach tego zwyczajnie nie ma. Jeżeli już jesteśmy przy Villeneuvie, to może przejdźmy do najlepszego filmu, jaki nakręcił. Filmu z 2016 roku „Nowy początek”. Film na podstawie znakomitego opowiadania „Historia twojego życia” Tedda Chainga.
Miałem okazję wydać to opowiadanie w zbiorze opowiadań tego amerykańskiego autora. Film, który jest świetnie zrealizowanym obrazem o kontakcie z obcą cywilizacją, także o podróży w czasie. Ale jest to film, w którym właściwie nie ma akcji, bo jest to film właśnie o kontakcie. O kontakcie, który powinien być nieosiągalny. Ale następuje tenże kontakt, bo obcy mają do wypełnienia na Ziemi pewną misję ratowania naszej planety. Niezła rola Amy Adams, która gra lingwistkę, która zostaje wezwana przez wojsko, bo oczywiście gdy obce 12 statków ląduje na Ziemi, to chcemy nawiązać kontakt, to potrzebni są naukowcy, a nie żołnierze ze strzelbami. Tutaj się też kłania, ale to zajmował się tym również sam Ted Chiang, taka stara, sprzed ponad 100 lat hipoteza Sapira-Whorfa o języku, która mówiła, że to, jakiego języka używamy, wpływa na nasz sposób myślenia, a ludzie myślący w odmiennych językach mogą zupełnie inaczej postrzegać rzeczywistość. To jest taki determinizm lingwistyczny i o tym było opowiadanie, i o tym był też film. Także film, który przykuwa do fotela, mimo że tam naprawdę niewiele się dzieje. Świetnie pokazani są ci obcy, którzy takimi kleksami, grafikami próbują się z nami porozumieć, oddychają zupełnie inną atmosferą.
Tam mamy jakąś antygrawitację w tych ich statkach. One się utrzymują metr nad ziemią dosłownie w niewyjaśniony sposób. Widać, że jest to technologia bardzo zaawansowana. Zresztą jak w każdej cywilizacji, która potrafi się poruszać przez międzygwiezdne pustki.
[02:14:36] - Ja muszę powiedzieć, że miałem szczęście, bo „Nowy początek” oglądałem, zanim przeczytałem książkę z opowiadaniami. I ja uważam, że dobrze się stało, bo dzięki temu film mnie wciągnął. Już od razu, jak zobaczyłem początek i zobaczyłem te statki, które naprawdę unoszą się w dziwny sposób. W jakiś taki sposób, który na początku trochę mnie zszokował. Jakieś tu dziwactwo, ale okej. Później było fajnie. Później było sporo refleksji na temat właśnie języka. Tego, o czym Wojtek powiedział, że język, jakim się posługujemy, sprawia, że myślimy w określony sposób. Sam motyw, nie będę opowiadał filmu, ale właśnie Wojtek wspomniał o czasie. O tym, że te istoty postrzegają rzeczywistość w pewien specyficzny sposób.
Za dużo nie mogę opowiadać, aż żałuję. I tak jak Wojtek powiedział, dzieje się w tym filmie stosunkowo niewiele. Mamy wyprawę do obcego statku, pojawiają się te dziwne twory, takie ośmiornicopodobne. Jakiś kontakt jest. Próbują ten język rozgryźć, ale on jest naprawdę dziwny. To wciąga w taki sposób, nie że oglądamy film sensacyjny, ale mamy poczucie, jakbyśmy uczestniczyli w prawdziwym kontakcie. Później oczywiście w drugiej połowie filmu mamy pewien element sensacyjności. Nie mam bardziej neutralnego sposobu, żeby to opisać. Pojawia się motyw związany z prywatnym życiem głównej bohaterki, ale to już naprawdę zostawię, nie będę opowiadał. Film w jakiś sposób jest wzruszający.
Z drugiej strony skłania do myślenia, już nie takiego emocjonalnego, że się wzruszamy, ale też skłania do pomyślenia o naturze naszej rzeczywistości. O tym, że my jesteśmy tak czasami zapatrzeni w nasz ziemski sposób postrzegania świata, w nasze tu i teraz. Tu i teraz to nawet zostawmy, w pewien sposób opisywania rzeczywistości, że przez chwilę czasami dłuższą, a czasami krótszą, nie dopuszczamy do siebie tego, że ktoś tę rzeczywistość może postrzegać zupełnie inaczej i na tej podstawie wyciągać wnioski, które czasami mogą być dla nas, nazwijmy to skutkujące przyjaźnią, a czasami wrogością. Naprawdę już więcej powiedzieć nie mogę. Mnie ten film, chociaż ja jestem miłośnikiem kina akcji, lubię jak się w filmie dużo dzieje, to film „Nowy początek" naprawdę mnie zafascynował.
[02:17:29] - Takim filmem niby bez akcji, ale który przykuwa do telewizora czy ekranu, to była też „12 małp". Takim filmem była „Gattaca", gdzie praktycznie tylko trójka aktorów robi całe show. Na tym polega nakręcenie dobrego filmu, żeby interakcjami czy niewielką, ale logiczną fabułą przykuć do ekranu. Zbliżamy się do końca audycji. Myślę, że już dużo nam czasu nie zostało. To może na zakończenie tego odcinka filmowego jeszcze bym kilka filmów z ostatnich lat wymienił, które moim zdaniem, myślę, że i twoim Marku, warto byłoby wskazać, żeby widzowie i słuchacze obejrzeli. To jest obraz „Wojna światów" Spielberga z 2005 roku. Właściwie dopiero druga ekranizacja genialnej, słynnej powieści Herberta George'a Wellsa, bo pierwsza była w 1953. Do dzisiaj mam na płycie i lubię sobie ten film przypomnieć, bo realizacja Spielberga jest dość dowolną realizacją książki. Całkiem przyzwoicie zrobiony film „Grawitacja", który powinien zwrócić uwagę słuchaczy na rzecz, która tam jest pokazana na samym początku.
Powoduje katastrofę statku, na którym znajdują się bohaterowie grani przez Bullock i Clooneya. To jest sprawa, która grozi nam cały czas, czyli sprawa blackoutu telekomunikacyjnego, bowiem bardzo dużo satelitów porusza się na dosyć zbliżonych albo po tych samych orbitach i wystarczy, że jeden z nich zostanie zniszczony, jak w filmie „Grawitacja", to poruszając się po orbicie te odłamki skasują po prostu resztę tych satelit, które naokoło Ziemi się znajdują i jesteśmy odcięci od internetu. Jesteśmy pozbawieni często telewizji oczywiście, co nikomu nie zaszkodzi, ale to pokazuje, jak niebezpiecznie blisko dzisiaj obiekty telekomunikacyjne, także wojskowe, poruszają się po orbitach stacjonarnych naokoło Ziemi. Jest to w fajny sposób pokazane i od czasu do czasu takie alerty się rozgrywają. Ośrodki śledzące satelity czasami podrywają się po prostu z foteli, gdyż satelity potrafią się minąć o dwa kilometry. W skali kosmosu jest to dosłownie o włos, a mogą bardzo wiele złego zrobić. I nawet dzisiaj przed audycją rozmawialiśmy o tym, że tak naprawdę pierwsze misje, które w kosmos teraz będą mogły latać, mam nadzieję, że będą mogły szybko latać i wracać bez problemu, to są ekspedycje złomiarzy, a nie naukowców, dlatego, że trzeba przestrzeń kosmiczną, te najbliższe orbity naokoło Ziemi z tego złomu wyczyścić. Nawet w Polsce, tu też zapraszam słuchaczy podcastu, żeby napisali w komentarzach, kto z polskich autorów opowiadania o takich złomiarzach napisał. I to byłoby... Może „Interstellar" jeszcze.
To nie jest film, który ja specjalnie lubię, ale zachwycają się nim naukowcy. Tę wizję Nolan nie całkiem dobrze zrealizował moim zdaniem. Z czym się wielu z kół kłóci, zaraz zaczną na mnie krzyczeć w komentarzach, ale akurat ten film niekoniecznie mi przypadł do gustu. Także z mojej strony dzisiaj tyle.
[02:20:54] - Pięknie ci Wojtku dziękuję. No i cóż, proszę państwa, za dwa tygodnie wracamy do klasycznych opowieści o książkach i autorach Wojtka Sedeńki. Jeszcze raz Wojtku piękne dzięki.
[02:21:09] - Dziękuję, do usłyszenia.
[02:21:14] - Proszę państwa, pozostajemy w tematyce filmowej, bo Piotr Cielebiaś już czeka. Zaczynamy „Filmotekarium".
[02:21:23] - Dzisiaj film smakowity? Nie wiem, ja tych pianek nie lubię. W każdym razie film zatytułowany "Marshmallow". Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy „Filmotekarium". Mówię już nieco bardziej dziarskim głosem, ale najważniejsze jest to, że moim zdaniem trafiliśmy na film, który może nie jest wybitnym arcydziełem, ale przynajmniej coś się w nim dzieje. Przynajmniej jakaś żywsza akcja i w pewnym momencie tego filmu jesteśmy zrobieni, może nie w balona, ale nagle coś się zmienia. Myślimy, że oglądamy takiego slashera, trochę horrorowato jest, a tu tymczasem film pokazuje inne oblicze. Zaraz o filmie, ale najpierw przywitajmy Piotra Cielebiasia. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:22:24] - Dzień dobry wieczór. Myślałem, że już zapomniałeś o mnie, Marku. A dzisiaj, szanowni państwo, film, ponieważ lato czeka wkrótce, to film letni, wręcz film kolonijny, tak bym go nazwał. "Marshmallow" tak się nazywa. Klasyfikowany on jest, Marku, jako horror sci-fi. Miał premierę wiosną tego roku, ale przynależność gatunkową to nie wiem, jaką on ma. On bardziej oscyluje w stronę filmu przygodowego na samym początku, po czym to się wszystko zmienia, a na końcu okazuje się de facto filmem science fiction. Całość nosi pewne podobieństwo, takie ramowe podobieństwo do filmu "Towarzysz" bądź "Kompanion", który omawialiśmy kilka dobrych tygodni temu. I ten "Marshmallow", drodzy państwo. Powiedziałem, że to jest film kolonijny.
Dlaczego, to zaraz może kilka słów powiemy, ale nic w tym filmie nie jest takie, jakie się na pierwszy rzut oka wydaje. To znaczy, to też nie jest tak, że to jest jakieś przewrotne arcydzieło horroru, ale na końcu mamy pewne zaskoczenie i tak zwany plot twist, który nam stawia całą sprawę w zupełnie innym, nowym świetle. Także podchodząc do tego filmu, bądźcie otwarci, bo tam nic nie jest tym, na co wygląda na pierwszy rzut oka. I to też, Marku, może być pewna pułapka, dlatego że są osoby, które oceniają książkę po okładce i tutaj podchodząc do "Marshmallow" mogą po nawet kilkunastu minutach, może nawet kilkudziesięciu, odnieść mylne wrażenie co do tego filmu. A w nim poznajemy historię pewnego chłopca amerykańskiego imieniem Morgan. Chłopca po przejściach, żyjącego sobie w skromnym domostwie z rodzicami i dziadkiem. I ten Morgan ma problemy z aklimatyzowaniem się w nowym osiedlu, otoczeniu, w szkole. Nie cieszy się ten Morgan tężyzną fizyczną, więc nie ma przyjaciół i cierpi z tego powodu. Ale dowiaduje się, że jedzie na kolonię. Oni to nazywają obozem letnim, on nie chce jechać, ale potem musi jechać.
I zaczyna się dodatkowa faza jego cierpień, faza cierpień młodego Morgana. Co prawda zawiązują się tam przyjaźnie, ale nagle się robi niemiło.
[02:24:50] - Tak, cierpienia młodego Morgana. Jakżeż to poetycko prawie brzmi. Ja nie wiem, skąd się wzięło to umiłowanie amerykańskie umiłowanie obozów w domkach w lesie. Takich filmów w różnych gatunkach, od komedii po horrory, filmów, które odbywały się na letnich obozach, gdzie się gromadzi młodzież, każe się jej mieszkać w takich drewnianych domkach nie za dużych. I to jest obóz. Niby są warunki takie spartańskie, oni naprawdę nie widzieli spartańskich warunków. Jak ktoś jeździł na obozy w PRL-u, to wie, jak wyglądają spartańskie warunki. Więc umówmy się, że to są spartańskie warunki na miarę Stanów Zjednoczonych. Ogólnie cywilizacja do obozu dotarła. Raczej jest może nie na bogato, ale też jakiejś biedy tam nie ma, nie występuje.
I rzeczywiście biedny Morgan wydaje się, że może nawet będzie fajnie na tym obozie, ale spotyka się z agresją taką niespodziewaną. I stąd się biorą jego, między innymi stąd biorą się jego cierpienia, a właściwie kontynuacja tych cierpień. Bo dostał się w miejsce, w którym zamiast letniego wypoczynku będzie znowu jakaś przemoc, jakieś pokazywanie, kto tu jest ważniejszy i stroszenie piórek, co umówmy się wśród nastolatków jest rzeczą oczywistą i nagminną i jakoś specjalnie nas, przynajmniej na początku, nie zaskakuje. Owszem, pewna brutalność, pewne wydarzenia, które się tam pojawiają. Wybaczcie państwo, ale o wszystkich powiedzieć nie możemy, ale robi się w pewnym momencie brutalnie w tym filmie. Taka jest scena nad jeziorem, również brutalna. I jesteśmy zdezorientowani. I ja byłem zdezorientowany. O co chodzi? O co tu będzie dalej?
I w pewnym momencie pojawia się, jak to na obozie, pojawia się tajemnicza, groźna i taka mrożąca krew w żyłach opowieść. Opowieść o tym, co tu się może stać albo co tu się kiedyś stało.
[02:27:26] - Bardzo szybko po tej opowieści manifestuje się ten strach w postaci cielesnej. Tylko że to jest fabuła w miarę prosta i chyba nie będziemy wam za dużo mówić, żeby tego nie spalić. Powiem tylko tyle, że tytuł tego filmu nawiązuje oczywiście do barbarzyńskiego zwyczaju pieczenia pianek na ognisku. Cywilizowane ludy jedzą kiełbasę oczywiście. W trakcie tego ogniska koloniści poznają wspomnianą historię pewnego lekarza. Ona jest kluczowa dla całości, chociaż może nie do końca, dlatego że nic tam nie jest tym, czym się wydaje. Mówię to po raz kolejny. Jak to wszystko jest przewrotne, dowiadujemy się na samym końcu. Chociaż, Marku, tam już dostajemy pewne oznaki, o co chodzi. Może nie od początku, ale gdzieś od połowy, że coś tam jest nie tak na tym obozie, że to wszystko ma jakąś drugą stronę.
To, co uznamy za lukę scenariuszową na początku, zostaje na sam koniec w taki czy inny sposób wyjaśnione. Warto też zwrócić uwagę na hasło, na motto tego obozu, które jest na fladze. To jest obóz, na który trafia Morgan i reszta dzieci. On tam oczywiście znajduje szybko kolegów. Także film jest całkiem okej. Pod koniec dzieją się rzeczy bardzo wartko, bardzo szybko. Ja odniosłem wrażenie, że to się chyba trochę, Marku, za szybko kończy. Czy to dobrze, czy nie? To zależy od osobistych preferencji widza. Może, że "Marshmallow" się wcześniej skończył to dobrze, powiedzą jedni, bo się nie przeistoczył w amerykańską sieczkarnię, w nawalankę.
Tutaj się gryzę w język, żeby więcej nie powiedzieć. Szkoda, że nam nie pokazano, i nad tym ubolewam, pełniejszego obrazu rzeczywistości, w którym oni wszyscy funkcjonują. Bo myśmy zobaczyli maleńki fragmencik tylko świata przedstawionego. To nie jest rzeczywistość taka jak nasza. I zostaje element niedopowiedzenia, może element nawet niedosytu w tym wszystkim. Dlaczego ta rzeczywistość nie jest taka jak nasza? Ona oferuje na przykład pewne usługi, które u nas są jeszcze niedostępne. Reasumując, ten film nie jest superhitem, nie jest bardzo wymyślnie skonstruowany pod względem scenariusza. Początkowo nam się może nawet wydawać, że to jest film dla nastolatków, ale szybko nasze wrażenia się zmieniają. Uważam, że jest to coś w miarę dobrego nawet na tle tego, co żeśmy oglądali do tej pory.
Na pewno coś się dzieje i czymś nas się zaskakuje.
[02:30:25] - Ja tylko dodam, że nie miejcie państwo złudzeń. Ten doktor, o którym mowa przy ognisku, to zły człowiek był po prostu. Znowu też się gryzę w język, żeby nie powiedzieć za dużo, ale ja myślę, że ta końcówka mnie pasowała. Pasowało to tempo, które narzucają producenci filmu, bo chyba dobrze się stało. Tam zostaje trochę pytań. Kiedy kończy się film, nie wszystko się składa. Mamy ochotę powiedzieć: „Ale jak to?” I tu wymieniacie państwo rzeczy, które nie pasują. I zastanawiam się. Z jednej strony to dobrze, bo jak zostajemy z uczuciem niedosytu, to możemy sobie pewną część tej historii dopowiedzieć i to uważam akurat za dobre rozwiązanie. Niepokoi mnie natomiast, że ktoś może wpaść na pomysł, pewno już wpadł, że trzeba dokręcić "Marshmallow 2, 3, 5, 10 i tak dalej.
I to już może być ciężkie do zniesienia, bo chyba jakoś tak jest, że amerykańscy producenci nie wiem, czy nie rozumieją, czy po prostu licząc pieniądze nie zwracają na to uwagi. Ale to, co się sprawdza w jednym filmie na zasadzie takiej, że jesteśmy zaskoczeni pewnym rozwojem sytuacji, pewną zmianą, która następuje, to w drugiej części, w drugim filmie już nie zagra, bo już nie będziemy zaskoczeni. Będziemy wiedzieli, co się wydarzy. My dlatego z Piotrem nie opowiadamy państwu szczegółów owej przemiany, tego, co tam następuje pod koniec filmu. Wtedy byśmy dopiero zepsuli zabawę do końca. Nie i niech to będzie dla państwa zachętą. Można ten film spokojnie obejrzeć bez bólu. To kolejny dowód na to, że wcale nie trzeba przeznaczać wielkich środków na to, żeby nakręcić film może nie wybitny, ale przynajmniej wciągający, interesujący. Po prostu trzeba mieć pomysł. A tu ten pomysł jest.
I znowu to, co Piotr podkreślał, to ja też jeszcze podkreślę. Nie, to nie jest arcydzieło. To nie jest film wybitny w jakimkolwiek rozumieniu tego słowa, bo jedni uważają za wybitne arcydzieło coś, co się ledwo kupy trzyma i ludzie mówią tam językiem aniołów, diabłów i wszystkich innych nacji, które gdzieś tam są w okolicy i nic z tego nie można zrozumieć. To dla jednych jest arcydzieło, dla innych z kolei arcydziełem kina jest film, który po prostu potoczyście rozwija się i działa na nasze zmysły, na naszą wyobraźnię. To jest arcydzieło. Ja wiem, "Marshmallow" nie jest arcydziełem, ale jest filmem wciągającym i zajmującym. Nie będziecie państwo żałowali. Ja to mówię z pewną satysfakcją, ponieważ ostatnimi czasy było tak, że co film to porażka. Mówię o filmach, które omawiamy. Albo było nudnie, albo było przewidywalnie.
"Marshmallow" W przeciwieństwie do tamtych arcydzieł nie jest filmem, który jest obsypany nagrodami i zachwytami w sieci. Natomiast jest horrorowo-science fictionowym produkcyjniakiem. Nic idealnego, nic wybitnego, ale obejrzeć można i to bez bólu. Zaręczam. Teraz zapraszam na recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka klasyczna. Książka, która jest legendą. Tak, specjalnie używam tego słowa: legenda, bo tytuł książki „Jestem legendą”.
[02:34:35] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Lubicie opowieści o wampirach? Ja bardzo lubię. Chociaż nie te przesłodzone książeczki typu „Zmierzch”. Lubię opowieści o prawdziwych wampirach, takich w stylu dawnym. Może niekoniecznie takie, jakie pisze Anne Rice. Nie przeczę, jej książki są bardzo interesujące, dają nowe podejście, ale za dużo jest w nich nielogiczności. Oczywiście wymaganie logiki od opowieści o wampirach może się wydawać dziwne, ale ja po prostu lubię takie powieści, w których występuje pewna wewnętrzna spójność. I też takie, które są w jakiś sposób odmienne od schematu, ale nie na tyle, żeby robić z wampira dupkę na choinkę. Jedną z takich książek niewątpliwie jest sfilmowana kilkakrotnie powieść Richarda Mathesona „Jestem legendą”.
W niej mamy do czynienia również z wampirami, ale niepochodzącymi z mrocznej strony. Nie ma w nich nic szczególnie tajemniczego, ponieważ ich egzystencja została spowodowana przez wyhodowanego sztucznie wirusa. Właściwie nie wirusa, bakterię, pasożyta, w każdym razie mikroba. Tak to można określić. Spowodował on, że ludzie, którzy umarli na tajemniczą chorobę, której epidemia wybuchła na całym świecie, jeżeli tylko nie spalono ich ciał, wracali i zaczynali polowanie na żywych. Robert Neville, bohater książki, jest odporny na zarazę wskutek pewnego zbiegu okoliczności. Nie jest to jednak błogosławieństwo, albowiem w pewnym momencie zostaje na całym znanym mu świecie sam, otoczony jedynie hordami wampirów, które usiłują go polować. Ze zwierzyny musi stać się myśliwym. Przemierza więc miasto za dnia i zabija każdego napotkanego wampira. Napotkanego, właściwie odnalezionego, ponieważ dzień spędzają one w swoistej śpiączce.
Po jakimś czasie zaczyna szukać naukowego sposobu na zwalczenie choroby. Ma z tym pewien problem, nie jest bowiem naukowcem. Musi się uczyć. Uczyć się z książek, które są mu dostępne. Udaje mu się jednak wyizolować mikroba. Nie bardzo tylko wie, co dalej. Kiedy pracuje nad antidotum, spotyka znienacka kobietę, która podobnie jak on wydaje się być odporna na zarazę. To spotkanie zmieni wszystko. Jednak nie w ten sposób, w jaki można by chcieć. W „Jestem legendą” mamy właściwie coś pośredniego między typowym wampirem a zombie.
Też próbę naukowego wyjaśnienia, co ów straszny mikrob robi z człowiekiem. Mamy też pokazane, że granica między człowiekiem a potworem jest tak naprawdę płynna i że nie wszystko wygląda tak, jak by nam się wydawało. Ponieważ przywykliśmy oceniać zjawiska w taki sposób, w jaki nas nauczono, podczas gdy czasami one mogą się wymykać schematom nam wpojonym. Właśnie coś takiego mamy w tej powieści. Nie zdradzając zbyt wiele, powiem, że Neville myli się. Może nie do końca. Przecież walczy o życie. Zaraza zabrała mu żonę i dziecko. Został sam. Trudno więc od niego wymagać, żeby zachowywał się rozsądnie i w wyważony sposób, żeby podchodził do wszystkiego filozoficznie.
Jednak oprócz niego, oprócz hord wampirów, które w zasadzie napędzane są tylko poszukiwaniem krwi, jest jeszcze kobieta, którą spotkał oraz, jak się okazuje, nie tylko ona. Jest coś, co można określić świtem nowego społeczeństwa, ale takiego, w którym dla Neville'a miejsca nie będzie. A dlaczego? Żeby się o tym dowiedzieć, trzeba książkę przeczytać. Trzeba spróbować wczuć się w rolę zarówno głównego bohatera, jak i tych, którzy na niego polują i na których on poluje oraz tych innych. Nie będzie to proste. „Jestem legendą” właściwie wymyka się klasyfikacji. Czy to jest fantasy? Czy to jest science fiction? Trudno powiedzieć.
A może to jest po prostu opowieść o nas samych, o tym, jak reagujemy na nieznane. Nie tylko na to, co nam zagraża, ale po prostu na to, czego nie znamy. O naszym strachu. W każdym razie jest to jedna z tych powieści, które na długo pozostają w pamięci człowieka. Na pewno nie jest przeznaczona dla wszystkich. Żeby ją czytać, trzeba być przygotowanym. Trzeba mieć w sobie pewnego szczególnego rodzaju wrażliwość czytelniczą. Dlatego można powiedzieć, że wszystkim jej nie polecam. Na przykład tym, którzy poszukują tylko łatwej rozrywki. Ale wszyscy, którzy pragną od książek czegoś więcej, powinni ją przeczytać.
Zdecydowanie. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:40:02] - Książki z pogranicza. Tak, to jest ten moment, kiedy wspólnie z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o książkach, które mówią o rzeczach niezwykłych. Dzisiaj klasyk. Autentycznie, naprawdę klasyk. Autorem książki jest Julian Tuwim. Nie uciekajcie państwo, naprawdę. Książka jest jak najbardziej à propos. Nosi tytuł „Czary i czarty polskie”. Wierzcie mi państwo, to jest pasjonująca lektura dla wszystkich wielbicieli żywego folkloru. Dzień dobry wieczór państwu.
Zaczynamy kolejny odcinek o książkach z pogranicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:40:49] - Dzień dobry wieczór. Serdecznie witam.
[02:40:52] - Dzisiaj klasyk. Tylko teraz zdefiniujmy, co oznacza klasyk. Klasyk, czyli Julian Tuwim. A nie spodziewaliście się państwo, że Julian Tuwim pisał książki z pogranicza? Otóż pisał. Nosi ta książka, ten esej tytuł „Czary i czarty polskie”.
[02:41:17] - Wiele osób kojarzy dzisiaj, niesłusznie zupełnie, Juliana Tuwima z twórczości dla dzieci, a jego dorobek tak naprawdę jest przebogaty, a życiorys poety bardzo ciekawy. Przede wszystkim poety, bo z tej strony go znamy. Od bardzo trudnych relacji z matką po to, co robił w okresie sanacji i to, czego od niego wymagano w okresie PRL-u. Życie Tuwima nie było usłane różami, ale był gwiazdą swego czasu i to naprawdę wielką gwiazdą. Polecam biografię Tuwima. Polecam generalnie dowiedzieć się więcej o tej bardzo ciekawej postaci, jednym z mistrzów języka polskiego. Ale dzisiaj sobie powiemy trochę o jego innej stronie, innej pasji. Otóż z biografii Tuwima dowiadujemy się o tym, że on miał taką tendencję do zbierania informacji o różnego rodzaju anomaliach i dziwactwach. I te historie, takie nietypowe, może nawet czasami straszne, sobie gdzieś tam chomikował. Nie wiem, czy to się w ogóle kiedykolwiek ukazało poza „Czarami i czartami polskimi” oczywiście.
W tym względzie Tuwim nasz był podobny nieco do współczesnego mu Charlesa Forta, o którym kiedyś nagraliśmy oddzielny odcinek. A Charles Fort to była osoba bardzo zasłużona, przynajmniej ideologicznie, dla współczesnej ufologii chociażby. Jednym z efektów fascynacji Tuwima dziwami i chociażby czarami, może też nieco zjawiskami z pogranicza, była książka, o której dzisiaj opowiemy. Jedna z moich ulubionych, jeżeli chodzi o tematykę diabła w kulturze ludowej naszego kraju. Chociaż to też nie jest jakaś taka niezwykła pozycja. Bo „Czary i czarty polskie” chociaż nam się by mogło wydawać, że Tuwim jako artysta kojarzony z rozrywką zaserwuje nam garść ciekawostek, jakichś niezwykłych informacji i tak dalej, to nie. To jest książka trochę nawet historyczna. Gdybym nie wiedział, że to Tuwim, to bym pomyślał, że to jakiś autor absolutnie związany z nauką. Przypomina to inne publikacje na temat okultyzmu polskiego. Ale ten diabeł, Marku.
Diabeł obecny jest w kulturze naszej od zawsze chyba. Jak to zabrzmiało. I ma różne formy. Przy czym nie zawsze tego diabła w polskiej kulturze, w polskim folklorze należy utożsamiać z szatanem, z księciem ciemności. Bo jest taki diabeł ludowy na przykład, który jest pozostałością po wierzeniach słowiańskich, pozostałością po wierze w Leszego, w demony leśne, w Welesa, Borowe Dziady, mamuny i dziwożony, i tak dalej. I nie zawsze on jest zły. On jest czasami złośliwy. Jest tricksterem, ale nie zawsze jest taki do szpiku kości zły. Natomiast w okresie kontrreformacji wszystko przybiera nieco inny zwrot i pojawia się ten diabeł już opętujący, ten diabeł zły, ten diabeł kojarzony z demonizmem, z szatanem. Mamy polowania na czarownice, mamy procesy o czary.
Chociaż one oczywiście w Polsce nie przybrały takiej formy jak na Zachodzie, to jednak w wielu przypadkach argument, że ktoś, najczęściej kobieta, zadaje się z diabłem, był wykorzystywany na przykład w procesach sądowych i temu w znacznej części też ta książka Tuwima jest poświęcona.
[02:44:57] - Tak, ale to jest książka bardzo przemyślana. Ja sobie tak ją na początku przerzuciłem, później wczytałem się głębiej i wychodzę z takiego założenia, że on nie tylko przedstawia barwnie i jakoś tak szczegółowo dawne wierzenia ludowe, ale właśnie robi to w sposób niezwykle świadomy i przemyślany, przynajmniej stylistycznie. Bo ten sposób argumentacji, który on stosuje, to jest ewidentne połączenie erudycji i humoru, co daje dobry, fajny efekt, że nie mamy poczucia obcowania z dziełem naukowym tak do końca. Tylko jednak, kiedy mamy zmieszaną powagę z ironią, z dokumentami, a właściwie z takim odwołaniem się do dokumentów, a jednocześnie mamy literacką swobodę. Bo umówmy się, pisarz, poeta to był wielki. I dzięki temu ten tekst, moim zdaniem przynajmniej, staje się nie tylko źródłem wiedzy o tych właśnie sprawach czarownic czy czartów, ale jest też źródłem wiedzy, która wchodzi bezboleśnie, bo wchodzi przez humor. Tuwim w tej książce posługuje się językiem, w którym znajdziemy różne archaizmy, cytaty, obrazowe porównania, stylizacje na gwarę czy na język staropolski. I wtedy nie tylko daje temu tekstowi walor literacki, ale dostajemy naprawdę kawał historii. I to nie jest tak, że Tuwim sobie coś tam napisał takiego lekkiego. Bo kiedy on pisze o czarownicach, o procesach czarownic właściwie, to nie unika brutalnych szczegółów związanych z tymi procesami.
Chwilami zresztą eksponując absurdalność tego, co się wtedy działo. To w jakiś sposób wzmacnia efekt krytyczny wobec tych dawnych przesądów, które sobie hasały po świecie. Więc mamy tekst erudycyjny. Cytuje autor wiele źródeł, kroniki, procesy sądowe, traktaty teologiczne, a z drugiej strony mamy ironię i satyrę. Wierzcie mi państwo, czyta się to z przyjemnością. Przynajmniej ja czytałem to z przyjemnością, bo to jest lekki tekst w gruncie rzeczy, a jednocześnie niosący sporą dawkę wiedzy. Bo tak jak powiedziałem, Tuwim nie prowadzi jakiegoś suchego wywodu naukowego, nie moralizuje. On stosuje strategię pokazania tego, co było. Czasami wyolbrzymia, ale to wyolbrzymienie raczej polega na tym, że zgromadzona jest duża, żeby nie powiedzieć ogromna liczba przykładów, często właśnie groteskowych, żeby pokazać, jak to było, jak to czasami bywało nawet absurdalnie. Muszę powiedzieć, że Tuwim nie unika, sygnalizuje w każdym razie jakąś krytykę społeczną.
On w jakiś sposób wyśmiewa gusła i czarownice, ale tak nie do końca. Więc ja myślę, że to jest naprawdę kawał dobrego tekstu. A żeby to państwu pokazać, jest taki rozdział o polskich czartach i ich imionach i tam dosłownie zasypuje Tuwim czytelnika tymi imionami. Oczywiście mamy Borutę, mamy Smołkę, mamy Jędzę, mamy Fugasa. Więcej sobie nie wynotowałem, to więcej nie powiem. I w tym rozdziale też opisuje, jak diabeł mógł przyjmować różne postacie, na przykład zwierząt, przedmiotów albo innych ludzi. Bardzo ciekawe. Dorzucę, że w kolejnym rozdziale jest mowa o opętaniach i egzorcyzmach. I tu znowu mamy liczne przykłady tych opętań zarówno ludzi, jak i zwierząt, ze szczególnym uwzględnieniem kobiet. Zupełnie nie wiem dlaczego.
W każdym razie egzorcyzmy, które opisuje, były powszechną praktyką w pewnym momencie i czasami to była praktyka skuteczna, a czasami nie. Przynajmniej według przekazów, które cytuję.
[02:50:02] - Jeżeli ktoś jest zainteresowany tak zwanym żywym folklorem, czyli spotkaniami z dziwnymi istotami, tylko takimi spotkaniami zupełnie współczesnymi, to ta książka też się przyda, bo biesy, czarty, mamuny to wszystko gdzieś się przewija w tym żywym folklorze tak zwanym. Jak ktoś nie wie, co to jest żywy folklor, to są właśnie te współczesne doniesienia na temat spotkań z istotami, które najłatwiej sklasyfikować albo porównać przynajmniej właśnie do tych ludowych demonów. Skąd to się bierze, jak to wygląda, to wiele mówię chociażby u siebie na kanale, na UFO Historie'ach. Natomiast jeżeli kogoś interesuje temat zmiennokształtności diabła, wielokształtności, występowania pod różnymi postaciami, tak jak Marek powiedział, to znajdą się tam ciekawe informacje. Ale są też inne ciekawostki, bo mówiłeś o tych imionach diabelskich. Diabeł miał milion pseudonimów tak naprawdę. Brało się to z faktu, że nie można było wypowiadać jego imienia. Dlatego mnóstwo ksywek. Używano często określeń z innych języków, na przykład z niemieckiego. Ale zabawne jest to, Marku, że wśród określeń diabła podanych przez Tuwima są takie, które de facto są bardzo popularnymi nazwiskami w Polsce.
I na przykład diabeł był nazywany Gajdą, Kozyrą, Dymkiem, Czeczotem, a nawet Bajorem. Patrz Michał Bajor. Diabeł, kto by pomyślał, nie? Szukałem, czy jest tam nazwisko Żelkowski, ale nie ma.
[02:51:37] - Nie ma. Ale wszystko jest do nadrobienia. Mnie się też podobało, że ten rozdział, w którym Tuwim pisze o wszechobecności diabła. W swoim czasie diabeł, w średniowieczu na przykład był wszędzie. Odpowiadał za wszelkie choroby, pokusy, złe myśli. Za wszystko odpowiadał tak naprawdę, co w człowieku piszczało i co było nie za dobre. I tu znowu mamy naprawdę ogromną Ogromną liczbę przykładów, kiedy to diabły dręczyły na przykład świętych, dręczyły mnichów, ale nie pogardzały te diabły również zwykłymi ludźmi. Proszę państwa, piękny jest rozdział o sabatach i Łysej Górze. Już sam fakt, że te czarownice latały tam na Łysą Górę w towarzystwie diabłów, piły, tańczyły i uprawiały różne wyuzdane... Sami sobie państwo wyobraźcie, co tam się działo.
A tam też były podpisywane cyrografy. A skąd są te wszystkie opisy? Te opisy właśnie pochodzą z różnych procesów. Procesów, które były toczone na bardzo poważnym poziomie. I przekonujemy się, że w gruncie rzeczy było tyle samo tam opowieści strasznych czy straszliwych, co w czasie tych procesów jednak sporo było groteski i absurdu. Trochę psuje nam humor to, że ta groteska i absurd niejako sąsiadowały z bardzo poważnymi karami, które za odbywanie czarów i w ogóle za jakieś takie kontakty z diabłem były te kary wymierzane naprawdę srogie. No i cóż jeszcze? Naprawdę to jest kopalnia wiadomości. Jakie czary miały być czynione. Więc mamy czary miłosne, mleczne, meteorologiczne, zdrowotne.
No i czarownice używały do tego różnych przedmiotów, które nie za bardzo się z czarami kojarzą, bo na przykład wykorzystywały wosk z gromnicy, hostię, wodę święconą. To wszystko było bardzo przydatne siłom zła i ciemności, żeby czynić zło na świecie. Ja oczywiście w tej wypowiedzi nie oddam całego czaru tej książki, ale już chyba państwo czujecie, że ilość szczegółów, na które natraficie w książce jest naprawdę spora i warto po tę książkę sięgnąć.
[02:54:31] - Warto, warto. Ja tylko dodam, że niekiedy możemy odnieść wrażenie słuchając, czytając o wierzeniach polskich, że one są takie zabawne. To jest wszystko takie śmieszne, że te diabły takie safandułowate niekiedy, a czarownice tak latają na tych miotłach jakby pod wpływem. Ale nie mówi się często o tym, że te wszystkie legendy, te wszystkie opowieści, one miały czasami tło, kontekst albo po prostu genezę, która nie zawsze jest zrozumiała dla nas i nie zawsze się o tym mówi i pisze. Chodzi o to, że diabeł był często właśnie pozostałością po jakichś lokalnych wierzeniach w leśnego boga bądź demona. Natomiast opowieści o czarownicach, o Babach Jagach, one się brały z czegoś podobnego. Z tabu, którym były otoczone osoby będące spadkobiercami dawnej wiedzy, także wiedzy leczniczej. To wszystko wygląda bardzo interesująco. Nadaje się temu niekiedy taką humorystyczną formę, pokazując, że to wszystko zabobon, ale gdzieś tkwią korzenie tego głębiej i czasami nawet to przeraża na swój sposób. Ale oczywiście są też elementy lżejsze, związane z różnego rodzaju wybrykami leśnych diabłów, które nie zawsze, pomimo posiadania rogów, były wobec człowieka wrogo nastawione.
[02:56:03] - No i czas, proszę państwa, na bardzo literacką część, czyli na siódmy rozdział powieści Tadeusza Meschko, który odszedł od nas całkiem niedawno. To siódmy rozdział powieści „Śmieciowi ludzie”. Zapraszam.
[02:56:30] - Tadeusz Meschko „Śmieciowi ludzie”. Rozdział siódmy: Hodowla doskonałych żołnierzy. W fabryce zmutowanych wojowników. Ukrycie się w kontenerach razem z zielonymi akwariami i hibernatorami nie było najlepszym pomysłem, jak uznali zgodnie po pół godzinie. Nie mieli gdzie usiąść. Zewsząd otaczała ich cisza, a telefony komórkowe nie działały. Ale przez następnych siedem godzin nie mogli nic zrobić, gdyż tak jak przewidywała Subira, łupy wojenne z kliniki in Carolisi zostały załadowane do samolotu. Początkowo trochę rozmawiali, później jednak głównie milczeli, czekając na koniec lotu i opuszczenie kontenera gdziekolwiek by go nie postawiono. Terry był rasowym żołnierzem. Zasypiał od razu, kiedy tylko nadarzyła się okazja.
Pozostałym przychodziło to z większym trudem. „Ale dlaczego wojskowych miałby interesować kod genetyczny?” – wciąż zastanawiała się Anne. „Choćby w celu stworzenia bomby genetycznej” – odparła Subira. „O czym ty mówisz? Wirus zaatakuje każdy organizm.” Subira pokręciła przeczącą głową. „Wiesz dobrze, że nie. Wystarczy własnym żołnierzom podać szczepionkę. Pozostaną w pełni sił, podczas gdy siły wroga będą kichać i mieć gorączkę, która może doprowadzić do śmierci.” „Położyłbym nacisk na to ostatnie” – dodał Federico. „To niemożliwe.” Anne nie mogła uwierzyć w taki scenariusz. „Mylisz się.” „Już 40 lat temu w RPA pracowano nad bombą genetyczną mającą zabijać wyłącznie Murzynów.
Nie dokończyli prac, gdyż apartheid upadł, ale ich badaniami zainteresował się Izrael. Pomyślano tam, że taki etniczny wirus załatwi skutecznie kwestię Arabów. Pewnie by go stworzyli, jednak okazało się, że genetycznie Izraelici są niemal identyczni ze swymi wrogami. Pochodzą z tego samego rdzenia semickiego, który zapoczątkował Abraham. Wirus zabijałby zarówno jednych, jak i drugich. Nigdy jednak nie zapomniano o idei broni genetycznej.” „To bzdury, teorie spiskowe” – zaśmiała się Anne. „Nie Anne. To brutalna prawda o naszym świecie. Opowiedziała mi o tym moja szefowa Milena. Przed podjęciem praktyki w Nowym Jorku pracowała w Tel Awiwie.
Zdradziła, że bomba genetyczna nie przeszła z innego jeszcze powodu. Okazało się, że nie byłaby w stanie rozróżnić wszystkich Żydów. Genomy Żydów mieszkających na terenach Izraela od dawna różnią się znacznie od genomu Żydów europejskich czy sefardyjskich. Informację, że nie ma jednego wzorca genetycznego Żydów utajniono. Wychodzi na to, że jedyne co ich łączy, to wiara w tego samego Boga.” Anne już o nic więcej nie pytała. Wtuliła się głębiej w ramiona Terry'ego i po chwili zasnęła. Subira wciąż w sukni wieczorowej nie mogła znaleźć odpowiedniej pozycji. Federico przyglądał się jej z lekkim uśmiechem. „Muszę obciąć tę głupią kieckę. Strasznie w niej niewygodnie” – wyjaśniła, zastanawiając się, czy uśmieszek Federica to uśmiech rozbawienia, czy podniecenia seksualnego.
Niestety stawiała na to drugie. „Obiecaj, że nie będziesz się gapił na moje nogi.” „A gdzie mam patrzeć? Na te wodne stwory?” – zaprotestował. „Wolisz pływać z nimi?” „No już dobrze” – odparł urażony i odwrócił się w drugą stronę. Usłyszał dźwięk dartego materiału. Strasznie go korciło, żeby chociaż zerknąć, lecz powstrzymał się. Po kilku minutach i oni zasnęli. Gdy poczuli, że kontener zaczyna się kiwać i usłyszeli stłumione odgłosy uderzeń, przebudzili się, rozumiejąc, że już wylądowali. Byli wyspani, lecz doskwierał im głód. Schowali się w głębi kontenera za ostatnim rzędem zielonych akwariów, czekając na okazję do ucieczki.
Do środka weszło kilku mężczyzn. Przez chwilę dyskutowali nad najlepszym sposobem wyciągnięcia hibernatorów, które znajdowały się z przodu. Kilkanaście minut walczyli z pierwszymi dwoma, a później zapadła cisza. Terry uznał, że to jest właśnie ten moment i ostrożnie zaczął skradać się w stronę wyjścia. Przy kontenerze zostało dwóch żołnierzy mających przygotować następne akwarium do transportu, ale w tej chwili nie interesowało ich zadanie, a bar z zimnym piwem i striptizem, który zamierzali odwiedzić po zakończonej wachcie. Subira i Terry poradzili sobie z nimi bez trudu. Nieprzytomnych ukryli we wnętrzu kontenera. Wcześniej zdjęli z nich spodnie i bluzę. Subira z ogromną ulgą wskoczyła w mniejszy komplet. Terry założył drugi.
Anne musiała pozostać w sukni wieczorowej, gdyż nawet gdyby nogawki spodni niższego żołnierza podwinąć do kolan i tak szorowałaby mankietami po podłodze. Terry oddał jej swoją bluzę, którą mogła zarzucić na ramiona jak pelerynę. Zdjął również buty i podkoszulek mężczyzny. To były typowe buty żołnierskie z grubą podeszwą i wysokimi cholewami. Za ciężkie i za duże dla kobiety. Jednak Anne wciąż chodziła w szpilkach. Z podkoszulka zrobił onuce i dziewczyna z ulgą założyła buty na płaskim obcasie. Co z tego, że wyglądała jak Charlie Chaplin w „Brzdącu”, jak z przekąsem zauważył Federico. Najważniejsze, że była zadowolona. „Mamy kilkadziesiąt minut.
Ruszajmy na zwiad” – zadysponował Terry. „A później co? Damy się złapać?” – zapytała zdziwiona Anne. „Jeżeli wcześniej nie znajdziemy innego wyjścia, to tak” – odparła spokojnie Subira. „Terry, wiedziałeś o tym?” Anne nie mogła uwierzyć w to, by Terry nie miał precyzyjnego planu. „Nie wiedziałem, gdzie wywiozą kontenery, ale brałem to pod uwagę. Ważne było poznanie celu i możliwość odnalezienia kaprala Trotera wraz z pozostałymi. Tym, jak wybrnąć z sytuacji zajmiemy się w odpowiednim czasie.” Gdy wyszli z kontenera, okazało się, że znajduje się on na platformie windy. Obok dostrzegli drugi pojemnik, już opróżniony. To do niego, jak pamiętał Terry, zapakowano hibernatory z porwanymi.
Winda stała w okrągłej hali o średnicy kilkudziesięciu metrów i wysokości zaledwie 80 metrów. Z tyłu znajdował się park maszyn budowlanych i transportowych, magazyn z beczkami i paletami oraz kilka baraków dla pracowników. Przed nimi były trzy korytarze o prostokątnym przekroju, szerokie na sześć metrów i wysokie na najwyżej cztery. „Telefony komórkowe wciąż nie działają” – oznajmił Federico. „No nie, jest dopiero piąta rano. Pora najlepszego snu?” – zaśmiała się Subira. „Chyba żartujesz.” Odparł oburzony. O tak wczesnej godzinie częściej kładłem się spać, niż wstawałem. „Gdzie możemy być?” – zapytała Anne. „Biorąc pod uwagę niezbyt wysokie stropy korytarzy, w jakimś tajnym ośrodku we wnętrzu góry lub pod ziemią” – odpowiedział Federico.
„Raczej pod ziemią. Gdyby korytarze zostały wykute w skale, nie byłoby konieczności zabezpieczenia ich stalowymi obręczami i wypełnieniem z betonu” – zauważył Terry. „Masz rację. Jesteśmy pod ziemią. Nie rozdzielajmy się. Nie znamy terenu, nie mamy łączności i jeżeli nie chcemy się pogubić, musimy trzymać się razem” – zdecydował Terry. „A którym korytarzem pójdziemy?” – zapytała Anne. „Ty wybierz” – zaproponował z lekkim uśmiechem. Anne skrzywiła nosek, spojrzała w lewo, spojrzała w prawo, spojrzała na wprost i bez chwili wahania wskazała korytarz po prawej. „Idziemy tym korytarzem” – oznajmiła z niezwykłą u niej pewnością siebie w głosie.
„No to idziemy.” „Zaraz, zaraz. A dlaczego akurat tym?” – zaprotestował Federico. „Bo Anne tak zdecydowała” – odpowiedział Terry, pociągając przyjaciela za ramię. Subira spojrzała na Anne z ciekawością. „No dobrze, powiem ci” – szepnęła do niej Anne. „Drzwi kontenerów otwierają się w kierunku lewego korytarza. Pomyślałam więc, że celowo tak je ustawiono. Gdybyśmy nim poszli, moglibyśmy trafić na żołnierzy wracających po drugą partię.” „Słusznie” – potwierdziła jej wybór Subira. „A iść na wprost jakoś nie lubię.” Ruszyli w głąb tunelu. Mężczyźni z przodu, kobiety za nimi.
„Myślisz, że wybraliśmy odpowiedni korytarz?” – zapytał Federico. „Jestem pewien, że to nie ma znaczenia. Nie szukamy ukrytego skarbu. Podejrzewam, że wszystkie korytarze prowadzą do jednego celu, którym jest główna centrala bazy z windą osobową. W każdym z korytarzy po drodze mogą znajdować się ciekawe przedmioty czy okazy, ale wyjaśnienie znajdziemy w centrum.” „Oby była tam też stołówka” – westchnął Federico. Główny korytarz miał wiele odnóg prowadzących do sal o powierzchniach nie większych niż boisko do koszykówki. Każda z nich była zaopatrzona w solidne metalowe drzwi. Terry pomyślał, że może nie chroniły one zawartości pomieszczeń przed obcymi, a raczej obcych, jak i własnych żołnierzy przed tym, co znajdowało się w środku. Gdy weszli do pierwszej sali, okazało się, że miał rację. Na początku trafili na kompleks pomieszczeń ze zwierzętami z niskiego szczebla drabiny ewolucji, który nie wymaga mózgu: owady oraz płazy.
Ich wygląd nie sugerował, że mogą być bronią, lecz kto zna scenariusze gier wojennych? Różnokolorowe, wielonożne gąsienice, zanim przeistoczą się w motyle, są po prostu larwami szukającymi pokarmu. Ich apetyt pożarł już niejedną cywilizację. Również dzisiaj w monokulturze mogłyby stać się bronią totalną. Wystarczy rozrzucić kilka beczek podobnych wojowników, a gospodarka niejednego kraju padnie. Liczne terraria z wężami, jaszczurkami oraz żabami służyły bez wątpienia do odnalezienia trucizny doskonałej. Na tym polu natura wciąż była bardziej pomysłowa od człowieka i to nawet wspomaganego komputerami. Liczyły one biliony razy szybciej i były zdolne wygenerować tysiące związków. Tylko że później każdy trzeba było sprawdzić w działaniu. Natomiast powolna natura od razu testowała ich skuteczność, kierując do dalszej produkcji jedynie te, które sprawdziły się w boju.
Następne terrarium świeciło światłem własnym jak gwiazda, a nie odbitym jak księżyc i planety. Jednak to nie gorące reakcje jądrowe wyzwalały jasność, a zimna chemia. A więc nawet tak niewinne chrząszcze świetlikowate można było wykorzystać jako źródła światła. To był jedyny pomysł, jaki przyszedł mu do głowy, ale niewykluczone, że istniały też inne, dużo bardziej złowieszcze. Terry wiedział o wielu próbach użycia zwierząt do celów militarnych. Wolał jednak nie wspominać o tym pozostałym, zwłaszcza Anne. Gołębie od starożytnych czasów były wykorzystywane do przesyłania informacji, lecz w czasie II wojny światowej ptaki te próbowano również wyszkolić na pilotów pocisków, a przed zrzuceniem bomb atomowych na Japonię zastanawiano się nad użyciem nietoperzy do nalotu z bombami zapalającymi. Zakładano, że wypuszczone masowo nietoperze będą szukać schronienia w budynkach, natomiast bomby chciano zaopatrzyć w detonatory czasowe. Później, w czasie zimnej wojny pojawiła się koncepcja, aby z domowych kotów uczynić szpiegów. W ich ogonach zamontowano anteny, a mikrofony ukryto w futrach.
Lecz koty chadzają, jak wiadomo, własnymi drogami. Wszystkie projekty okazały się niewypałem. Było jednak widać jak na dłoni, że wojsko wciąż nie rezygnuje. Terry z ulgą obserwował odprężoną twarz Anne. Nie lubiła insektów ani płazów i trzymała się od szyb w bezpiecznej odległości. Spokojnie przechodziła obok kolejnych terrariów. Na szczęście nie były to stwory z nocnych koszmarów czy hybrydy z piekła rodem. Podeszli do następnego kompleksu pomieszczeń. Tutaj nie natrafili już na zwierzęta za kratami, a na ludzi za szybami, które prawdopodobnie były lustrami weneckimi. Uznali, że nie są to cele więzienne, chociaż wszystkie miały identyczne wymiary: cztery na cztery metry.
Posiadały też podobne meble, telewizor na ścianie i laptop na biurku, łóżku lub podłodze. W każdym znajdował się też mały kącik pamięci, półka z fotografiami w ramkach, fragment ściany ze zdjęciami przypiętymi pineskami lub przytwierdzonymi taśmą klejącą. Twarz matki stojącej przed telewizorem lub lodówką, grillującego ojca oraz dzieci na wakacjach, w szkole, przebrane z okazji Halloween, na rowerach, deskach, z piłką do koszykówki. I fotografie lokatorów, głównie w mundurach — sztywnych, galowych albo polowych, pobrudzonych smarem, zakurzonych, podartych, pochlapanych frontową krwią. Była też inna wspólna cecha zgromadzonych tu lokatorów, bardziej widoczna, bolesna. Cierpieli na jakąś niepełnosprawność. Przeważnie chodziło o brak jednej kończyny, ale wielu z nich utraciło obydwie. Wszyscy posiadali za to protezy najwyższej jakości z kompozytów węglowych i tytanu. Terry rozpoznał w tej grupie weteranów wojennych. W ich spojrzeniach, gestach wyczuwał nieustanne skupienie.
Częściowo mogło to wynikać z uczenia się poruszaniem protez, ale nie wyjaśniało wszystkiego. W jego ocenie był to po prostu nawyk, którego nie można się wyzbyć. Nieufność wobec otoczenia, przymus obserwacji i analizy tego, co dzieje się wokoło oraz świadomość, że jedynie podobna czujność może zapewnić bezpieczeństwo. Jeśliby pominąć fakt zamknięcia tych ludzi w tajnej bazie pod ziemią, można by uznać, że uczestniczą w jakimś programie rehabilitacyjnym. Tylko że ich protezy nie służyły poprawie jakości życia, a stanowiły niebezpieczną broń. Zamiast czterech palców i kciuka dostrzegał dwie lufy różnego kalibru. W przedramieniu umieszczono miotacz ognia, a w miejscu kciuka i palca wskazującego szczypce do przecinania blach i kabli. Żołnierz, który stracił nogi, nie otrzymał protez kończyn, lecz osiem pajęczych odnóży. Terry musiał przyznać, że człowiek-pająk posługiwał się nimi nadzwyczaj sprawnie. Tylko w jakim celu zamontowano mu aż tyle nóg zamiast zwykłych, choćby podrasowanych jak u Pistoriusa dwóch, wystarczających do chodzenia, grania w piłkę, założenia nogi na nogę lub kopnięcia armii w dupę?
Tego Terry nie wiedział. Zagłębiali się w tę galerię coraz bardziej przygaszeni. Połyskująca stal protez zgasiła ich dobre samopoczucie. „Ale Halka tu nie mają” — zauważył z zawodem Federico. „Federico, jak możesz tak żartować?” — zaprotestowała Anne. Subira już wiedziała, że opierdliwy styl bycia Federica nie jest cyniczną potrzebą wbijania igieł, lecz obroną wrażliwego, nierzadko wystraszonego człowieka. „On nie żartuje. Próbuje jedynie zachować dystans do tego, co widzi” — spróbowała go usprawiedliwić. „To mogą być na przykład więźniowie zgadzający się na testy w zamian za amnestię.” „Co nie zmienia faktu, że trzymają tych ludzi w klatkach jak zwierzęta” — nie ustępowała Anne. „To wciąż jest nieludzkie.” „Przejdźmy do następnych pomieszczeń” — zdecydował Terry.
Galerię inwalidów zaopatrzonych w protezy opuścili, jak się okazało, nie w porę. Na korytarzu pojawiły się bowiem wózki transportowe wyładowane opakowaniami z tanią żywnością. „Czas karmienia” — domyślił się Federico, zamykając oczy i wciągając nosem powietrze. — „Może mają też hamburgery.” „Schowajmy się i poczekajmy, aż zrobią swoje” — zaproponowała Subira. „Gdzie mamy się schować? Tam, gdzie królują nożycoręki, czy może u człowieka-pająka?” — zapytała przerażona Anne. „Wejdźmy tutaj” — podjął decyzję Terry. Ukryli się w kolejnym kompleksie sal. Pierwsza stanowiła jakby olbrzymi żłobek. W niezliczonych rzędach inkubatorów widzieli niemowlaka przy niemowlaku.
Dziewczyny się rozkleiły, wymieniając uwagi w rodzaju: „Ale ten ma śliczne oczka, a spójrz na te dołeczki w policzkach.” Federico z coraz większym lękiem słuchał ich paplaniny, z rezerwą spoglądając na dzieci. Natomiast Terry zastanawiał się, w jakim celu wojsko urządziło żłobek pod ziemią. Zwłaszcza że w inkubatorach nie znajdowały się tylko niemowlaki, lecz nawet kilkuletnie dzieci. Wyglądały na zdrowe, różowiutkie i ze wszystkimi kończynami, więc nie był to ośrodek dla chorych. Chyba że coś nie tak było z ich mózgami. Przeszli do następnej sali. Ta z kolei przypominała zoo albo raczej zaplecze cyrku. W zoo zwierzęta trzymane są w ogrodzeniach stanowiących namiastkę ich naturalnego środowiska. W tej sali wpakowano je do bardzo ciasnych klatek. Przede wszystkim były to małpy, ale nie goryle, szympansy i orangutany, lecz inne, o wiele bardziej egzotyczne gatunki.
Terry rozpoznał jedynie makaki, które widział kiedyś zażywające kąpieli w gorącym stawie pośród ośnieżonego krajobrazu Japonii. Znajdowały się tu też psy różnych ras, koty, a nawet bobry i wydry. W ostatniej sali również były zwierzęta, lecz trzymano je w całkiem innych warunkach. Nie w klatkach o metalowych kratach, a za szybami, jak weteranów z protezami Posłanie nie było wiązką rzuconej słomy, lecz schludnym legowiskiem z kocykiem mającym wzór w misie lub nutki muzyczne. Nie widział też konarów do skakania czy gumowych kości do obgryzania, tylko klocki i plastikowe puzzle. Małpka układająca z puzzli mapę świata mogła wywoływać zdziwienie, lecz ostatecznie nie było to niemożliwe. Jednak szczeniak dalmatyńczyka, na widok którego Anne i Subira aż roztopiły się w zachwytach, stał przed klockami z literami, jakby układając je w zdania. To musiało ich zafrapować. Aby zdanie zostało poprawnie zapisane, brakowało jeszcze dwóch liter. Szczeniak, kręcąc głową, przyglądał się pozostałym klockom, przewracając je łapą, jakby w poszukiwaniu brakującej litery.
„Czyżby w głowy tych zwierzaków lekarze wpakowali ludzkie mózgi?” - pomyślał Terry i aż przystanął z wrażenia. Musiał zamknąć oczy i policzyć do 10, aby nie oszaleć. Na szczęście nikt z pozostałych nie zdawał sobie sprawy z tego, czym, a właściwie kim są uwięzione tu zwierzęta. Terry rozejrzał się z niepokojem. Dziewczyny i Federico próbowali bawić się hybrydami, wybierając kandydata na zwierzaka domowego. Dobrze, że Anne nie domyślała się, czyje mózgi wciśnięto w te biedne istoty. Już i tak poznała tyle gówna świata, że jeszcze długo nie poczuje zapachu stokrotek. Musiał ich jak najszybciej stąd wyprowadzić. Federico chciał coś powiedzieć, ale widząc, że Terry kręci przecząco głową, tylko machnął ręką. Już od dawna wiedział, że wszystko, co mówi się o wojnie, jest nieprawdą, tak różną od rzeczywistości jak zero od jedynki.
Walka o ideały polegała tak naprawdę na mordowaniu, niekiedy na polowaniu, lecz najczęściej zarzynaniu zwierząt w rzeźni. I to nie takiej zmechanizowanej, ze strzelaniem kółkami pod ciśnieniem lub przykładaniem elektrod do głowy, a w przydomowej, prymitywnej, z podcinaniem gardła tępymi nożami i czekaniem, aż wypłynie cała krew. Jednak to, co teraz zobaczył, całkowicie go zaszokowało. Słyszał o podobnych zapędach naukowców. Uznawał je jednak za zbyt szalone, zdecydowanie niemoralne i bezsensowne. Najwidoczniej wojsko nie podzielało jego zdania. Czym wyjątkowym na polu walki może wykazać się dalmatyńczyk zaopatrzony w ludzki mózg? Psie łapy i tak nie będą zdolne manipulować narzędziami. A może chodzi tu o węch? Ale przecież i bez mózgu dziecka pies potrafi wskazać zwierzynę myśliwemu.
To był szczyt głupoty. „Jak powstrzymać ten wyścig okrucieństwa?” - zastanawiał się. Mamy coraz mniej czasu. Wychodzimy stąd. Zadysponował szybko, by otrząsnąć się z koszmaru. Chodźmy do stołówki. Poparł go Federico. Chwycił dziewczyny pod ręce i pociągnął je do wyjścia. Niestety nie zdołali tam dotrzeć. Gdy wyszli z pomieszczenia, ujrzeli kilkanaście wycelowanych w siebie luf.
Dla podbicia efektu żołnierze przeładowali broń. „Nie ruszać się! Kto jest dowódcą?” - usłyszeli. „Ja” - powiedział Terry, występując krok do przodu. Pracuję dla Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego. Prowadźcie nas do dowódcy bazy. „Na glebę, ręce z tyłu, spleść palce.” Nie był to najwyraźniej czas na negocjacje. Pochwycenie intruzów. Pułkownik Frank T. McCormack był znużony wcześniejszym obchodem i nawet koniak w gabinecie dyrektora naukowego bazy nie pomógł mu w pobudzeniu krążenia.
W przeciwieństwie do szefa projektu Żołnierz Przyszłości Rolanda Morleteta, zasuszonego 50-latka w dużych rogowych oprawkach okularów, który oprowadził go po swoim terytorium, a teraz, odnosząc się do zbyt wielu szczegółów, opowiadał o projektach. Rozpływał się przy tym ze szczęścia, raz po raz dziękując Frankowi za dostarczenie dokumentacji i okazów profesora Gary Lissy. To był bardzo długi dzień, który zaczął się niefortunnie kłótnią podczas rodzinnego śniadania, lecz miał szansę zakończyć pełnym sukcesem zawodowym. A wszystko za sprawą telefonu rozbijającego Frankowi rodzinne plany na weekend. Pułkownik trzymał świat w garści, lecz jego własna rodzina rozłaziła mu się między palcami. Żona miała pretensje, że nie zarabia tyle pieniędzy, aby na każdy bal charytatywny mogła pójść w nowej kreacji. Najstarszy syn oznajmił, że nie pójdzie do West Point, gdyż chce przerwać krwawą sukcesję przodków. Średnia córka zarzucała mu, że wysługuje się koncernom, przyczyniając się w ten sposób do ocieplenia klimatu, a najmłodsza latorośl, ulubiony synek tatusia, uważał go za dinozaura niepotrafiącego posługiwać się okularami GTV. Frank obiecał rodzinie, że w piątek wyskoczą na Hawaje, aby w sprzyjającej scenerii przedyskutować rodzinne problemy. Odbierając telefon miał nadzieję, że nie dzwoni matka, by wyżalać się, że od roku nie odwiedził jej z wnukami.
Ani teść, który wciąż dopytywał się, kiedy jego zięć zrobi wreszcie porządek z muzułmanami. Na szczęście to był tylko Terry. „Chyba mogę powiązać klinikę badającą DNA z porwaniami weteranów” — oznajmił lakonicznie. — „Właśnie jadę to sprawdzić”. Frank zamarł. To była ważna wiadomość i pułkownik natychmiast zapomniał o rodzinie. Zamknął się w gabinecie i wykonał kilka telefonów, przygotowując finał operacji rozpoczętej trzy tygodnie wcześniej. A zaczęło się tak niewinnie. Pułkownik najprawdopodobniej nie zwróciłby uwagi na informację Terry'ego o zaginięciach weteranów, gdyby nie uwaga, że mogą mieć one związek z programem „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie”. Kilka dni wcześniej, w czasie narady międzyresortowej poświęconej nowym technologiom w armii, usłyszał o modyfikacjach genetycznych, które mogłyby okazać się przydatne na polu walki.
Przy czym dane z tego programu miałyby tu ogromne znaczenie. Pułkownik przypomniał sobie rozmowę, jaką odbył z senatorem w samochodzie. Najgorsze, że Arnold Eagleclaw, przewodniczący Komisji Sił Zbrojnych Senatu Stanów Zjednoczonych, tak dużo palił. Ale była to osoba mogąca zmienić jego życie, więc bez protestu znosił smród cygara. „Myśli pan, że porwania faktycznie mają coś wspólnego z badaniami DNA weteranów?” — zapytał senatora, kiedy ten kazał mu skontaktować się z Terrym i wybadać, co ten wie. „Nie mam pojęcia, ale dobrze by było, gdyby twój bąk odkrył takie powiązania” — odpowiedział niedbale Eagleclaw, całą uwagę skupiając na okręcaniu cygara w palcach. „A nie lepiej skorzystać z naszego wywiadu? Wciąż masz nawyki żołnierza, a nie polityka. Musisz się ich pozbyć. Nadanie oficjalnego trybu śledztwu nic mi nie da, może jedynie zaszkodzić.
Gdy wyjdzie na jaw, że to bzdura, zetrą nas w pył. Gdy okaże się to prawdą, cały splendor spłynie na wywiad. W tej chwili to jedynie poszlaki. Nie wiadomo, jak wygląda prawda” — zauważył ostrożnie Frank. Przed kongresmenem zachwalał Terry'ego, ale nie ufał mu do końca. Terry nie był żołnierzem z krwi i kości. Do wojska dostał się przez przypadek. Wypełniał rozkazy. Tego nie mógł mu zarzucić, lecz zbyt często przed wykonaniem polecenia zastanawiał się nad jego słusznością. Teraz jednak mógł okazać się przydatny i Frank zamierzał skorzystać z takiego daru losu.
Ryzykował stawiając na niego i wolał się zabezpieczyć. „Nie wiem, czy Terry odkryje prawdę”. „Nie interesuje mnie prawda. Potrzebny mi choćby strzęp dowodów pozwalający interweniować i przejąć wyniki badań kliniki. To one są nam potrzebne. Później możemy procesować się w sądach, a Garolisa może nawet wygrać proces i otrzymać wysokie odszkodowanie. Zanim jednak tak się stanie, uzyskamy to, czego potrzebujemy”. Frank też miał taką nadzieję. Utknął na pilnowaniu weteranów przed wpadnięciem w łapy terrorystów lub wyciszaniu ich zapędów do mszczenia się za swój los na innych obywatelach. Miał już dosyć wyciągania ręki do tych śmieci niepotrafiących walczyć o swój byt w zwyczajnym cywilnym życiu.
Ten projekt natomiast wkraczał w przyszłość i Frank głęboko wierzył, że pomoże mu się wyrwać z tego szamba. A kilka godzin później otrzymał wiadomość od grupy Terry'ego, że obiekt zajęli terroryści. Skąd terroryści? Tego nie było w planie. Wydał rozkaz opanowania sytuacji w klinice, ale to był dopiero początek. Później zadzwonił do senatora Eagleclaw. Ustalili, że najlepiej będzie wejść w posiadanie zasobów kliniki Garolisy, po czym przewieźć je do tajnego ośrodka DARPA. Decyzję miał podjąć Frank osobiście na miejscu po rozpoznaniu sytuacji. Zadzwonił więc do dowódcy komandosów i kazał wysłać kolumnę ciężarówek. Później wezwał śmigłowiec dla siebie.
Gdy dotarł na miejsce, sytuacja w klinice była już opanowana. Terry i jego znajomi na szczęście przeżyli. Spisali się doskonale, dostarczając dowodów na nielegalne działania profesora Garolisy, włącznie z kilkoma porwanymi. Pełen sukces. Gdy okazało się, że Carolisa nie żyje, Frank błyskawicznie podjął decyzję o przewiezieniu zasobów kliniki do wojskowego ośrodka. Niestety oznajmiono mu, że i on musi się tam udać, aby dopilnować rozładunku łupów. Pozostało jeszcze kilka szczegółów do uzgodnienia, jak wytłumaczenie Damiano Haddadowi, bez zrażenia go do współpracy z wojskiem, konieczności zlikwidowania zasobów Carolisy, ale to już powinien załatwić senator. Trzeba też było znaleźć wytłumaczenie masakry, którym zadowoliłyby się media. Zaproponował wersję ataku terrorystycznego mającego na celu kradzież zabójczych, zmutowanych wirusów. Chodziło oczywiście o to, by rozpylić je nad Nowym Jorkiem.
W dalszej części komunikatu padłaby informacja, że patriotyczna postawa pracowników kliniki powstrzymała niebezpieczny atak. Niestety, 18 cywilów oraz siedmiu komandosów poległo na polu walki z międzynarodowym terroryzmem. W tej chwili był piątkowy poranek. Do Nowego Jorku Frank mógłby wrócić po południu i z małym opóźnieniem wypełnić obietnicę daną rodzinie, ale ponownie zmieniono rozkazy. Dowiedział się, że z tajnej bazy ma polecieć do Waszyngtonu. Tam czekały go wielogodzinne narady sztabowców, a może nawet wizyta w Białym Domu. Weekendowe plany szlag trafił, lecz brama awansu stanęła przed nim otworem. Dalsze rozmyślania przerwało Frankowi pukanie do drzwi. Po chwili do gabinetu wszedł porucznik. „Panie pułkowniku, panie dyrektorze, mamy intruzów w korytarzu wschodnim” — zameldował.
Intruzów? Wewnątrz? Frank wprost nie mógł uwierzyć, że ktokolwiek zdołał przedrzeć się do tajnego ośrodka. Spojrzał z wyrazem zarzutu na dyrektora. Ten jedynie zbladł. „Tak jest, wewnątrz. Przedostali się wraz z transportem.” Terry! Pułkownik był już pewien, że to grupa Terry'ego. A niech go szlag trafi. Rzeczywiście był jak bąk — uparty i niezważający na przeszkody.
Zajęty opanowywaniem sytuacji w klinice Carolisy całkiem zapomniał o Terrym i jego drużynie. „Zaprowadźcie ich do…” — uświadomił sobie, że nie zna pomieszczeń bazy. Senator dał mu pełnomocnictwo do lustracji tego miejsca, ale poza ogólną informacją na temat badań nie zdążył go jeszcze poznać. „Czy jest tu jakaś sala przesłuchań?” — zapytał profesora Morletta. „Nie” — odparł zdezorientowany. „A inna? Większa, odizolowana? Może stołówka dla żołnierzy niższego stopnia i pracowników cywilnych?” Profesor skinął głową. „Zaprowadźcie więc zatrzymanych do stołówki i postawcie dwóch żołnierzy na warcie. Aha, zabierzcie im też wszystkie środki łączności” — wydał polecenie porucznikowi.
Po jego wyjściu Frank sięgnął po kieliszek koniaku i zapytał Morletta: „Czego mogli się dowiedzieć?” „To starsza część bazy. Projekty sprzed 10 lat, do kasacji. Głównie laboratoria z owadami, wężami i płazami oraz kilka sal z obiektami do testowania protez. Też przeszłość, do likwidacji.” „Głównie? A poza tym?” — dopytywał się Frank. Zastanowiła go lakoniczność odpowiedzi u nieprzestającego trajkotać szefa placówki. „Pozostały tam jeszcze obiekty z prób wszczepiania ludzkiego mózgu zwierzętom” — odpowiedział niechętnie naukowiec. „To wczesny projekt tworzenia żołnierza doskonałego. Ślepa droga. Teraz stawiamy już tylko na genetykę.
Projekt zamierzaliśmy zamknąć do końca roku, ale obecnie, gdy mamy sprzęt profesora Carolisy, zrobimy to wcześniej.” „A do którego korytarza przewieziono fanty z kliniki?” „Do zachodniego. Tam prowadzimy najbardziej zaawansowane projekty. Na miejscu funkcjonują dwa zespoły. Jeden rozgryza akwaria, drugi hibernatory.” „Może pan sprawdzić, czy pracownikom udało się otworzyć hibernatory?” — zapytał Frank, przeczuwając, że Terry'ego ściągnęła do bazy chęć poznania losów porwanych. „Osobiście” — dodał, widząc, że profesor sięga po telefon. W stołówce stało kilka prostych sześcioosobowych stołów z krzesłami obitymi dermą. Pod jedną ze ścian dostrzegli też rząd automatów z łakociami i napojami. Niestety nie mieli monet. Po drugiej stronie był pulpit z mikrofalówkami i czajnikami, ale po szybkim przeszukaniu stwierdzili, że nie ma nic do jedzenia, także trunków z procentami, co zauważył z żalem Federico. Na każdej ze ścian widniał czarny ekran telewizora, w tej chwili martwy.
Zrezygnowani usiedli przy jednym ze stołów i w milczeniu czekali, sami nie wiedząc na co. Po kwadransie drzwi otworzyły się i do pomieszczenia wszedł pułkownik McCormack z kilkoma szarymi teczkami pod pachą, ogolony i w świeżo wykrochmalonym mundurze. „O, pan pułkownik. Nie został pan w Nowym Jorku?” — zapytała zgryźliwie Subira. „To raczej ja powinienem być zdziwiony, że postanowiliście spędzić tyle godzin lotu w luku bagażowym, by znaleźć się tutaj” — odpowiedział, siadając przy stole. „Ale nie jest pan zaskoczony” — rzekła Subira. „Znam Terry'ego dłużej niż wy.” Pułkownik uśmiechnął się z grymasem niezadowolenia na twarzy. „Mogłem podejrzewać, że nie odpuści, zanim nie wyjaśni wszystkiego do końca.” Anne spojrzała na Terry'ego, który do tej pory się nie odezwał. Po jego zgorzkniałej minie poznała, że szykuje się do wygarnięcia prawdy dawnemu przyjacielowi, lecz trudno powiedzieć, z jakiego powodu na razie się powstrzymuje. Ona nie zamierzała.
Jak pan może pozwolić, aby tak męczono tu ludzi, by zakładano im protezy, tworząc jakieś mechaniczne hybrydy? To nieludzkie! — wykrzyczała w twarz pułkownika. Ależ pani Laskowski, nie obcinaliśmy tym obiektom, tym osobom nóg ani rąk — zaprotestował. Jakim prawem cywil będzie mu mówił, co jest, a co nie jest dobre dla wojska? Oni nie mają o tym pojęcia. Postanowił jej to wytłumaczyć. To są weterani wojenni. Wyszli z wojny pokiereszowani i sami zgłosili się do pomocy. Bez nas trawiliby smutki w alkoholu lub narkotykach, a my przywróciliśmy im sens życia.
Odzyskali kończyny. Przyznaję, nieco specyficzne, ale dzięki temu mogą nam pomóc w tworzeniu robotów wojennych. Informacje o działaniu takich protez przekazywane są nie tylko poprzez liczne czujniki, ale też w rozmowach, które dla naszych techników i informatyków stanowią kopalnię wiedzy. Jesteśmy coraz bliżej chwili, gdy zbudujemy idealnego robota. Rozumiem, że tuławia weteranów zostaną zastąpione maszynerią? — zapytał Federico. Oczywiście. Pułkownika zaskoczyło to naiwne pytanie. A skąd weźmiecie mózgi? — chciał wiedzieć Federico.
Czy do maszyn już nie tylko z kończynami, ale i z tułowiem z tytanu wpakujecie mózgi żołnierzy, których ran nie dało się zastąpić protezami? Czy może pracujecie też nad sztuczną inteligencją? Frank znał odpowiedź, ale nie zamierzał jej udzielić. Czy teraz mając próbkę DNA centaura będziecie chcieli wyhodować nowy rodzaj żołnierza? — zapytała Subira. Nie ukrywam, że te badania bardzo nam się przydadzą, ale żołnierzy koni nie potrzebujemy. Tu już pani przesadza. Drony, roboty bojowe nie sprawdzają się. Ocena sytuacji przez operatora siedzącego w bezpiecznym pomieszczeniu kilometry od miejsca akcji, bez presji huku granatów, świszczących kul, potu i krwi zawsze będzie różnić się od oceny bezpośredniej. Jego decyzje zawsze będą błędne, przeszarżowane, prowadzące do klęski lub zbyt ostrożne z podobnym finałem.
To syndrom gracza komputerowego. Nie ma jak umysł człowieka znajdujący się bezpośrednio na polu walki. A jeżeli będzie on posiadał przewagę fizyczną, choćby zwierzęcą szybkość i wytrzymałość, to pokona innych. Musimy dać żołnierzom nowe możliwości. Takie, z którymi będą oni tak zżyci jak z dużym palcem u nogi. Sztuczna inteligencja to pieśń przyszłości. Pułkownik spojrzał na Federica. Może nie tak odległej, jak sądzą niektórzy, ale jest to i tak raczej kwestia dekady. Gen zmorzoły, czyli genetycznie zmodyfikowani żołnierze są wysyłani na front już dzisiaj. Poprawiliśmy im krążenie krwi, podnieśliśmy próg czułości na ból, podrasowaliśmy geny mięśni.
Pracujemy nad skórą zdolną do regeneracji w czasie kilku minut, zmysłem słuchu jak u sowy, pozwalającym usłyszeć mysz pod ziemią w odległości stu metrów, widzeniem w nadfiolecie jak u reniferów. A gdy takiemu gen zmorzołowi założymy soczewki kontaktowe GDV, pokona każdego wroga. Pracowaliśmy nad podobnymi projektami co profesor Gaullisa, ale on nas wyprzedzał. Z jego systemem podtrzymywania życia o wiele szybciej będziemy mogli sprawdzić różne warianty zmian genetycznych. Te zbiorniki pozwalają na zmianę genomu, że tak powiem, online. To był nasz słaby punkt. Musielibyśmy czekać wiele lat, by uzyskać odpowiedź, czy wprowadzone zmiany są efektywne. A jednak zmieniacie ludzi — nie ustępowała Anne. Walka na froncie to nie zabawa. Albo masz przewagę, albo giniesz.
W tej bazie wszyscy starają się o to, by nasi żołnierze taką przewagę otrzymali — odpowiedział pułkownik. Od zawsze faszerowano czymś żołnierzy przed bitwą. Wino, wódka, barbiturany. Później z frontu wracali alkoholicy, narkomani. Modyfikując ich ciała, pozwolimy im osiągnąć to samo, a nawet więcej, bez skutków ubocznych. Ci ludzie wrócą do cywila bez skazy. Z umiejętnościami zarezerwowanymi dla zwierząt — zauważyła Anne. No i co z tego? Łatwiej znajdą pracę, będą wydajniej pracować, nie będą chlać, ćpać ani mordować. To chyba lepsze wyjście niż wyrzucenie kogoś na śmietnik.
Terry miałby mu ochotę odpowiedzieć, że nie ma lepszego wyjścia wartego przymykania oczu na mniejsze zło, ale już wiedział, że pułkownik i tak tego nie zrozumie. Anne jeszcze o tym nie wiedziała. Terry tyle mi o panu opowiadał. Myślałam, że przede wszystkim jest pan człowiekiem, a tylko od czasu do czasu zakłada wykrochmalony mundur. Teraz widzę, że ma pan również wykrochmalony mózg. Pułkownik zdawał sobie sprawę, że dalsza rozmowa niczego już nie zmieni. I co mam z wami zrobić? — zapytał, sięgając po teczki. Terry wciąż milczał. Wyjaśnić, co tutaj wyprawiacie — zaatakowała Subira.
To tajemnica wojskowa. Mamy zapomnieć o tym, co widzieliśmy? Pytanie Anne było zarazem jednostaczną deklaracją, że tak nie zrobią. To byłoby najlepsze wyjście. Odparł markotnie. Wiedział, że to niemożliwe. Miny pozostałych jednoznacznie wskazywały, że nie zaakceptują proponowanego rozwiązania. „No tak. Terry, czy możemy porozmawiać na osobności?” Wyszli na zewnątrz. Dwóch żołnierzy wyprężyło się na baczność.
Zamyślony pułkownik nawet tego nie zauważył. Minęli ich i zaczęli iść wolno wzdłuż długiego korytarza. „Terry, wiesz, że nie pozostawiasz mi wyboru” – westchnął Frank, nie patrząc mu w oczy. „Od początku wiedziałeś, że wyniki badań trafiają także do wojska.” Terry'ego nie interesowały dylematy pułkownika ani kilka przemilczeń, z którymi z jego strony się spotkał. Możliwość aresztowania, podejrzenia o terroryzm lub zdradę brał pod uwagę, podejmując decyzję o śledzeniu losów urządzeń profesora Gaulisa. Już wcześniej uznał, że wyjaśnienie, co stanie się z hibernatorami jest o wiele ważniejsze niż dbanie o własny los. „To prawda.” Po chwili wahania zgodził się z oskarżeniem Frank. „Wojsko miało umowę z kliniką Gaulisa, że pobrane próbki DNA będą nam przekazywane.” „Do czego potrzebujecie tych próbek?” – przerwał mu Terry. „Podejrzewam, że do niczego. Przecież wiesz, że rząd lubi gromadzić wszystkie dane.
Archiwizuje rozmowy telefoniczne, SMS-y, maile, listę zakupów na kartę. Nie wiadomo, kiedy i jakie dane mogą się przydać. Ale nie wiedzieliśmy, że Gaulisa bez wiedzy Hadada wykorzystuje te dane do przeprowadzania własnych eksperymentów. Gdy zgłosiłeś, że niektórzy z biorących udział w programie zostali porwani, wzbudziło to moje zaniepokojenie i zacząłem bliżej przyglądać się sprawie. A dlaczego wcześniej nie powiedziałeś mi o tym układzie?” „Gdybym ci ujawnił te informacje, mógłbym mimowolnie zasugerować fałszywy trop. Wolałem, abyś poprowadził niezależne śledztwo.” To było sensowne wyjaśnienie – uznał Terry. Jednak nie powstrzymało go to przed tym, by zapytać o inne sprawy. „Czy to wojsko porwało kaprala Trotera?” „Skądże znowu, Terry, o co ty mnie posądzasz? Nie wiemy, kto stoi za porwaniami naszych weteranów.” Terry uznał, że Frank nie udaje. Wyglądał na szczerze zdumionego podobnym podejrzeniem.
„To dlaczego razem z zielonymi akwariami zabraliście hibernatory z porwanymi?” „To skomplikowana technologia. Tylko tutaj są ludzie zdolni wybudzić porwanych z hibernacji. Zaraz po dostarczeniu hibernatorów kazałem rozpracować ich technologię zespołowi naukowemu. Jeżeli mi nie wierzysz, to możemy tam pójść.” „Więc chodźmy.” Po kilku minutach znaleźli się w pomieszczeniu z wieloma monitorami, kilkoma naukowcami w białych kitlach i, co najważniejsze, z czterema hibernatorami. Trzy z nich były zamknięte, lecz jeden otwarty. Frank przedstawił Terry'emu doktora Morletta i poprosił go o zdanie relacji. „To bardzo ciekawy system. Wyprzedza to, co znamy o kilkanaście lat. Łączy w sobie funkcję podtrzymywania życia ze zmniejszeniem tempa przemiany metabolizmu. Mógłby zostać wykorzystany w lotach międzyplanetarnych, bo już międzygwiezdnych raczej nie.
Spowolniłby starzenie się organizmu, lecz nie na tyle, aby załoga u celu podróży nie stała się mumiami.” „Gdzie jest osoba z otwartego hibernatora?” – Terry przerwał jego wyjaśnienia. Doktor spojrzał pytająco na pułkownika, a gdy ten skinął głową, wyjaśnił: „Mimo zaawansowania projektu udało nam się rozgryźć ten system. Na razie wybudziliśmy z zaśpiączki jednego porwanego. Jest zdrowy, lecz bardzo osłabiony. Dochodzi do siebie w sali obok. Niedługo powtórzymy procedurę z następnymi uśpionymi.” „Mogę z nim porozmawiać?” – zapytał Terry. „Ale tylko kilka minut.” Chłopak wydawał się wystraszony. Leżał na szpitalnym łóżku z wysoko podniesionym wezgłowiem, przyglądając się z niepokojem licznym czujnikom podpiętym do jego ciała. W dłoni trzymał pusty kubek po jogurcie. Gdy weszli, naprężył mięśnie.
„Jesteś już bezpieczny. Jutro wracasz do domu” – uspokoił go Terry, wyjmując kubek z jego dłoni. Otworzył wieko kosza stojącego w rogu sali i wrzucił go do środka. „Chcieliśmy zadać ci jedynie kilka pytań. Możesz opowiedzieć mi o porwaniu? Może widziałeś porywaczy?” Wpatrzył się w chłopaka z napięciem. Młodzieniec nie podniósł oczu, tylko wciąż gapił się na kosz. Po chwili jednak zaczął mówić: „Nie pamiętam momentu porwania. Pamiętam tylko sny, a właściwie koszmary. Wciąż widziałem w nich diabła pochylającego się nade mną i mówiącego ze złośliwym uśmiechem: »Co, śmieciu, w końcu wpadłeś do kosza?«.
Diabeł miał długie, kręcone rogi.” „Jak u byka?” – chciał wiedzieć Terry. „Podobne, ale to były rogi diabelskie. Miał też bezlitosny wzrok.” Terry uznał, że w tej chwili niczego więcej od chłopaka nie wyciągnie. Był w zbyt dużym szoku. Trzeba było dać mu czas na ochłonięcie. Chociaż rogi diabła z pewnością pozostaną w jego snach do końca życia. Najważniejsze, że słowa uprowadzonego potwierdziły udział w porwaniach człowieka z rogami. Podziękował mu za rozmowę, po czym wyszli z sali. Już bez słowa wrócili pod drzwi stołówki, gdzie na chwilę się zatrzymali. „Czy za kilka dni będę mógł ich przesłuchać?” – zapytał Terry.
Nie mamy powodu, aby ich zatrzymywać. Jak tylko lekarze wykonają wszystkie badania, odwieziemy ich do Nowego Jorku. Terry skinął głową. Frank, mam ochotę powiedzieć ci wiele gorzkich słów, ale nie sądzę, żeby miało to większy sens. Teraz grasz w inną grę niż ja. Chociaż ty pewnie uważasz, że to ta sama gra, tylko wyższa liga. I niech tak zostanie – oznajmił Terry, nie mając już ochoty na dalszą rozmowę. – Co zamierzasz z nami zrobić? Nie wiem, Terry. Pułkownik wydawał się skwaszony.
Wdepnęliście w gówno, więc nie uciekniecie przed smrodem. Nie ode mnie zależy, jak utytłani wyjdziecie z tego szamba. Dalszą rozmowę z Terrym przerwał Frankowi sierżant, który podbiegł do niego z telefonem w ręku. Panie pułkowniku, ważny telefon do pana – zameldował, trzymając w wyciągniętej dłoni aparat przypominający cegły do łączności satelitarnej sprzed 40 lat. Baza była odcięta od infiltracji elektronicznej i do komunikacji zewnętrznej musiano używać specjalnych urządzeń. Zaraz odbiorę – odparł lekceważąco pułkownik. To naprawdę bardzo ważne – nalegał sierżant. Ostatecznie Frank nakazał wartownikowi odprowadzić Terry'ego i odebrał połączenie. Tu Damiano Haddad. Senator Eagleclaw powiedział mi, że to pan jest odpowiedzialny za przejęcie dokumentacji profesora Garlisi – usłyszał w słuchawce.
Tak, zabezpieczyliśmy ją – rzekł ostrożnie. Raził go nonszalancki ton gówniarza w wieku jego syna, lecz wiedział, że może jedynie zgrzytać zębami z bezsilności. Sugestie senatora były jednoznaczne. Haddada nie można zrazić. Jego pomoc dla wojska jest bezcenna. Nie interesują mnie próbki zabrane przez was z kliniki. Możecie je zatrzymać. To były pokątne interesy Garlisi prowadzone poza moją wiedzą. Ale czy przypadkiem wśród dokumentacji nie zawieruszyło się kilka osób? Sprawdziłem bardzo dokładnie zdjęcia z monitoringu i odnalazłem nieścisłości.
Liczba ludzi wchodzących do kliniki, a później z niej wychodzących lub wywiezionych w czarnych workach nie zgadza się. Brakuje czterech osób. Pułkownik zaczął zastanawiać się, skąd Haddad ma taką pewność, że ludzie ci trafili do bazy. Ale szybko zrozumiał, w czym rzecz. Okulary GTV. Po prostu mając do nich dostęp, miliarder widział wszystko, co wydarzyło się w klinice. Z jakiego powodu oni pana interesują? – próbował nie ustępować Frank. Czuję się odpowiedzialny za los każdego człowieka, także tych, o których mówi się, że są śmieciami. Czyż nie udowodniłem tego, wspierając opieką medyczną weteranów?
– usłyszał cyniczną odpowiedź. – A tak się składa, że wśród brakujących osób znajduje się bardzo bliska mi odkrywczyni grobu Centaura, pani profesor Anne Laskowski. Frank westchnął ciężko. Z chęcią spuściłby gówniarza w kiblu, ale nie mógł tego zrobić. O ile oczywiście chciał odmienić swój los. A chciał. Wszedł w świat polityki niedawno, ale już bardzo nie lubił polityków. Nie tylko z powodu cyngar senatora. Najbardziej nie cierpiał ich za przekonanie, że świat bez nich rozpadnie się, nie poradzi sobie z konfliktami, nie będzie wiedział, którą drogą podążyć. Jakby zapomnieli, że to politycy kreują problemy, a wojskowi muszą po nich sprzątać.
Mogę pana uspokoić, panie Haddad. Mam u siebie grupę wraz z Anne Laskowski, która dotarła tu z kliniki Garlisi. Przypadkiem zaplątali się w nasz transport. Odnaleźliśmy ich jakieś pół godziny temu. Chcę mieć ich wszystkich u siebie – oznajmił Haddad, jakby zamawiał pizzę. Z chęcią spotkam się z nimi. Podziękuję za wykrycie mechojek i rozwikłanie sprawy porwań. Co pan proponuje? Frank nie wierzył w intencje Haddada, ale nie mógł nic więcej zrobić. To proste.
Załatwi pan ich zwolnienie, a ja ich odbiorę. Już wysyłam transport. Pułkownik McCormack uznał, że to najlepsze rozwiązanie. Pozbędzie się Terry'ego z tajnego ośrodka, udowodni Haddadowi, że wojsko jest lojalne, a jednocześnie zatrzyma okazy i wyniki badań Garlisi dla siebie. Trzy pieczenie na jednym ogniu, a może i cztery, bo tak mistrzowskie rozegranie może zostać docenione przez senatora i w końcu otrzyma szlify generalskie i zmianę przydziału. Dobrze. Mój podwładny wypuści ich za pół godziny. Nie my was zapraszaliśmy. Do stołówki wszedł 30-latek w stopniu kaprala. Młody rocznik, świeżo po szkole, z regulaminowo przystrzyżonymi włosami oraz wypiekami na twarzy.
Był mocno stremowany, co starał się ukryć przez zdecydowane ruchy. Jednak zbyt energicznie odsunięte krzesło omal się nie wywróciło, a z rzuconej na stół sterty dokumentów kilka kartek spadło na podłogę. Żołnierz musiał przyklęknąć, aby je podnieść. A gdzie pułkownik McCormack? – zapytał Terry. Kapral spojrzał na niego wzrokiem przepełnionym błaganiem o litość. Usiadł i w milczeniu zaczął sortować papiery. Później nabrał powietrza i ciężko wzdychając, odważył się spojrzeć w oczy zatrzymanych. Przygotowałem deklaracje lojalności. Możecie je dokładnie przeczytać, ale szkoda na to czasu.
Ogólna wymowa jest taka, że jeżeli cokolwiek powiecie, napiszecie lub narysujecie na temat tego, co widzieliście w tej bazie, to czeka was długotrwałe więzienie bez procesu oraz bez prawa do odwiedzin. Przed każdym położył jeden komplet dokumentów i długopis. „Ale to chyba niemożliwe” – żachnęła się Anne, odsuwając od siebie papiery. „On ma na myśli Guantanamo, czyli oskarżenie o terroryzm. W tym wypadku jest to zgodne z prawem” – wyjaśniła spokojnie Subira. Anne spojrzała na nią przerażona. „Wojsko ma wiele za uszami, ale to nie oni stoją za porwaniami weteranów. To ślepy trop. Musimy wrócić do poszukiwań Rogacza” – rzekł Terry, chwytając pod stołem dłoń Anne. Odetchnęła z ulgą.
„Aha” – mruknęła i już bez chwili zwłoki złożyła podpis. Terry też sięgnął po długopis. Subira i Federico spojrzeli po sobie pytająco i po krótkim wahaniu również podpisali deklarację. Kapral zebrał papiery i uderzając plikiem kart o blat stołu, wyrównał krawędzie. Wreszcie mógł z ulgą odetchnąć. „Skoro podpisaliście deklarację milczenia, nic więcej do was nie mamy. Możecie odejść” – oznajmił, wstając od stołu. „Czy teraz nas odwieziecie?” – z uśmiechem zapytała Anne. „Nie my was zapraszaliśmy. Nie mamy obowiązku was odwozić” – odpowiedział butnie, zatrzymując się w drzwiach.
„A gdzie my właściwie jesteśmy?” – zapytał Federico. „To może chociaż zamówicie nam taksówkę?” – poprosiła ironicznie Anne. Kapral wymknął się bez słowa. Po chwili do stołówki weszło czterech żołnierzy, nakazując im iść za sobą. Najpierw długo jechali wagonikiem w tunelu, a później zaprowadzono ich do windy, która szybko ruszyła w górę. Po kilkunastu sekundach znaleźli się na powierzchni. Żołnierze kazali im wyjść, a cylinder windy natychmiast ponownie schował się w ziemi. Znajdowali się na jakimś pustkowiu, szaro-żółtym, bez śladów zielonej roślinności. Tylko piasek i kamienie wielkości dyni. W zasięgu wzroku nie było widać żadnych zabudowań.
Obok włazu przebiegała udeptana droga ciągnąca się ze wschodu na zachód, w dolinie pomiędzy wysokimi pagórkami aż po horyzont. Było dopiero wczesne południe, a słońce już przypiekało. Nie było gdzie się przed nim schować. „Świetnie, to w którą stronę jedziemy?” – z rezygnacją zapytała Anne. „Na wschód. Wcześniej czy później dojdziemy do wybrzeża, a słońce nie będzie nam świecić w oczy” – rzekł zdecydowanie Terry. Był zaskoczony i miejscem, gdzie się znajdowali, i decyzją pułkownika, żeby wyrzucić ich na tę patelnię. Coś tu nie grało. Przecież nie skazał ich na śmierć z pragnienia. Z pewnością decyzja zapadła ponad jego głową.
Ale jaki był jej cel? „Idźmy na zachód” – nie zgodził się z nim Federico. „Z pewnością byliśmy w Bazie 51, a ona znajduje się w Nevadzie. Do zachodniego wybrzeża mamy znacznie bliżej. Jestem pewien, że jak będziemy szli dokładnie na zachód, z czasem droga skręci na południe i dotrzemy do Las Vegas”. „Nim tam dojdziemy, uschniemy z pragnienia” – zauważyła Subira. „Musimy złapać autostop”. Anne była pewna, że znalazła idealne rozwiązanie. „Czy sądzisz, że to uczęszczana droga? Może od razu udamy się do baru z piwem, coca-colą i hamburgerami?” – zapytał ironicznie Federico.
„Ktoś nią jeździ” – próbowała pocieszyć ich Anne. „A w nocy z pewnością lata tu UFO” – zaśmiał się Federico. Przez kilka minut szli w milczeniu. Byli zdruzgotani tym, co zobaczyli w tajnym ośrodku wojskowym, a teraz kazano im zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem – drogą bez końca, skąpaną w piekielnym skwarze słońca. „Skoro jesteśmy w strefie UFO, to mogę wam zdradzić, nad czym zastanawiałam się przed ostatnim piątkiem wolności” – oznajmiła Anne. „Rozważaliśmy wtedy wykorzystanie kodu DNA od strony komercyjnej, zapominając o innych możliwościach”. „Co masz na myśli?” – zapytała Subira. „Lub kogo?” – wtrącił Federico. „Choćby Raelian” – odpowiedziała. „Jest taka sekta, która uważa, że 20 000 lat temu odwiedzili nas kosmici, a Adam i Ewa zostali wypuszczeni do Edenu z ośrodka badawczego, w którym zmieniono ich DNA”.
„Ci realianie są mało realni” – zaśmiała się Subira. „Raelianie, a nie realianie” – poprawiła ją Anne. „Nazwa sekty nie wywodzi się od słowa real, a od imienia ich boga Rael. Przy okazji to ciekawe, że nazwano boga słowem podobnym do określenia rzeczywistości. To podprogowa sugestia, że to prawdziwy Bóg”. „To dlaczego je przekręcono?” – zaciekawił się Federico. „Bóg nie może być zbyt blisko ludzi. Gdyby miał na imię Realny, opadłaby zasłona niedostępności, a imię Rael kojarzy się z realnym, ale nie jest nim w sensie dosłownym”. „No dobrze, ale co ci raelianie mają wspólnego z genetyką?” – zapytał Terry. Hybrydy pojawiają się we wszystkich źródłach pisanych.
W apokryficznych księgach Starego Testamentu Henoch wspomina o olbrzymów o sześciu palcach, a Baruch mówi, że było ich ponad 4 miliony i wytępił ich dopiero potop. Euzebiusz w kronikach, cytując egipskiego kapłana Manethona, powiada, że bogowie stworzyli ludzi o podwójnych, a nawet poczwórnych skrzydłach, o dwóch głowach, ludzi z kozimi nogami i rogami na głowie, a także osoby w postaci psów z czterema głowami i wiele innych krzyżówek. Na asyryjskim obelisku powstałym tysiąc lat przed naszą erą widoczne są stworzenia o ludzkich głowach i ciałach lwa. Nie wspominając już o Homerze, który opisuje centaury, syreny, cyklopy i pegazy. A ja udowodniłem, że przynajmniej w jednym przypadku opisywał on istniejące hybrydy. A co jeżeli i inne potwory żyły naprawdę? Do niedawna poglądy podobnych sekt mogliśmy uznawać za urojenia, ale dziś to już nie urojenia, to nasza codzienność. Dla Raelian nie istnieje Bóg nadprzyrodzony, gdyż rolę tę odegrali kosmici, odwiedzając naszą planetę, a gatunek homo sapiens powstał w wyniku ich eksperymentów genetycznych. Tak przy okazji, dla nich jest to także sposób na nieśmiertelność. W ostatni piątek Subira wspominała o klonowaniu ludzi przez biochemiczkę Brigitte Boisselier.
Nie wiedziała lub uznała za mało istotny fakt, że pani Boisselier jest nie tylko biochemikiem, ale też biskupem Kościoła Raelian. Zarządza projektem Clonaid finansowanym przez Valiant Venture, firmę utworzoną przez twórcę ruchu Raelian, Voriliona. „A kim jest ten Vorilion, piewca nowej religii?” zapytał skołowany tym wywodem Terry. „Zapytaj, kim nie był” zaśmiała się Anne. Jako nastolatek utrzymywał się z grania na gitarze na ulicy. Z czasem, gdy go zauważono, zaczął nagrywać piosenki dla radia, ale nie rozwinął talentu, gdyż jego promotor popełnił samobójstwo i przestano puszczać jego utwory. Wtedy przerzucił się na wcześniejszą swą pasję i wziął udział w wyścigach samochodowych. Później postanowił samemu je organizować oraz pisać o nich we własnej gazecie, ale los dotknął go ponownie. Rząd wprowadził ograniczenia w organizowaniu wyścigów i Vorilion musiał szukać nowego źródła zarobku, a miał już wtedy żonę oraz dzieci. Na szczęście przyśnił mu się sen, w którym kosmita zabrał go na pokład pojazdu kosmicznego, oznajmiając, że został wybrany do przekazania ludziom prawdy o Bogu.
Życiorys i zakończenie historii typowe. Bogowie nie rodzą się z cnoty, a z niepokojów duszy. „Z tym że kiedyś proroków zabierano do nieba w rydwanach, a dzisiaj czyni się to na pokładzie statku kosmicznego” skomentował słowa Anne Terry. „To o nich są te nowe książki, które ostatnio czytałaś?” „Tak. Najpierw poszperałam w sieci, a później kupiłam kilka książek.” „Czyli wiedziałaś już o tym wszystkim, gdy dyskutowaliśmy w piątek o genetyce?” zapytała Subira, spoglądając groźnie na Anne. „Troszeczkę. Nie gniewaj się, ale to wydawało się tak, można by powiedzieć, nierealne, że wolałam o tym nie wspominać” odpowiedziała przepraszająco Anne. Wzrok Subiry złagodniał. Pośród szaro-żółtego pustkowia szli już od godziny. Terry z Anne z przodu, Subira z Federico kilka metrów za nimi.
Słońce przesunęło się ze wschodu na zachód. Równie dobrze mogliby dreptać w miejscu. Nic się nie zmieniło. Wciąż kurz i słońce, teraz palące nie w kark, a w twarz. Musieli jednak iść. Tego Terry był pewien. Dopóki będą szli, będzie w nich nadzieja. Gdyby przysiedli na poboczu, zrezygnowali z pokonywania trasy, nadzieja wyparowałaby z nich szybciej niż kropla wody na rozgrzanej patelni. Poza tym może w końcu dojdą do rozstaju dróg, skrzyżowania z drogą już nie piaszczystą, a betonową lub asfaltową, którą pojazdy przemierzają częściej niż raz na dobę. Terry spojrzał na Anne.
W wieczorowej sukni i zbyt dużych butach nie marudziła, tylko dzielnie dotrzymywała im kroku. Terry żałował, że za jego przyczyną zetknęła się z ciemną stroną świata. Omal nie straciła życia, a z pewnością utraciła część swojej niewinności, widząc, do czego prowadzą chore ambicje ludzi. Ale i cieszył się, że była przy nim i mogła poczuć, z jakimi emocjami od lat walczył. Wytrwała. I ta świadomość była warta tych ciężkich chwil. Już był pewien, że zawsze będzie mógł na nią liczyć, że go nie zawiedzie. „Może zrobimy małą przerwę?” zaproponowała Anne, widząc, że Terry coraz bardziej utyka. Udawał, że nad wszystkim panuje, ale dostrzegła, że przy każdym kroku zaciska z bólu zęby. „Jeszcze nie teraz.
Jak dojdziemy do skrzyżowania” zbył ją. Anne przypomniała sobie poranek pośród zielonych łąk sprzed tygodnia. Miała wrażenie, że zdarzyło się to całe lata temu. Jakże pamięć może być zawodna. Możesz spędzić 10 lat, nic nie robiąc, a wyda ci się, że był to ledwo tydzień i przeżyć jeden pełen wrażeń dzień, a będziesz miał o czym wspominać przez następne lata. Szkoda, że nie była żoną Terry'ego. Mogłaby wtedy powiedzieć, że są już starym, zgranym małżeństwem. Nagle coś zwróciło jej uwagę. „Czy to fatamorgana?” zapytała, wskazując na mały punkt zawieszony ponad drogą. Przystanęli.
Punkt nie był większy od ptaka, ale jeżeli był to ptak, to chyba jedynie gołąb z wiadomością, ponieważ leciał wytrwale w linii prostej. Nie zbaczał przy tym z trasy, aby przysiąść na ziemi, wydziobując kilka ziaren, ani też nie polował na owady. „Moim zdaniem to nie przywidzenie” odpowiedziała Subira. „Ale też nie ptak.” Punkt powiększał się błyskawicznie, zbyt szybko jak na ptaka. Już byli pewni, że to pojazd mechaniczny. „No nie, będą na nas polować jak w filmie Hitchcocka Północ Północny Zachód” jęknął Federico. Subira spojrzała na niego pytająco. „Nie widziałaś? Człowiek, który przypadkiem znajduje się w centrum intrygi szpiegowskiej, zauważa lecący dwupłatowiec. Tylko że Cary Grant na otwartym terenie mógł schować się pośród wysokiej kukurydzy, a tu nic nie rośnie.” Wrzasnął i rzucił się do ucieczki, lecz Subira była szybsza.
„Federico, nie jesteś w kinie” warknęła groźnie, przytrzymując go za kołnierz bluzy. Był taki irytujący, bojaźliwy i słaby, że aż musiała się nim zaopiekować. Tylko ona mogła znieść jego przecinki, wesprzeć go swą siłą. Bez niej utopiłby się w wódce. „Nawet jeżeli się rozproszymy, mogą nas wystrzelać jak kaczki. Nie uciekniemy przed nimi.” Może to nie było najlepsze wyjaśnienie dla cywila, ale nic innego nie przyszło jej do głowy. Dodała więc: „Wolę już zginąć trzymając cię w ramionach.” „To jakaś zagrywka psychologiczna, żebym nie popełniał głupot?” Federico, wciąż z paniką w rozbieganych oczach, spojrzał na nią nieufnie. „Ostatnio nie tylko się zawieszasz, ale chyba szwankuje ci także system” zażartowała, przyciągając go do siebie. „Chodź tu, głuptasie.” Terry i Anne spojrzeli na nich z uśmiechem i również przytulili się do siebie. „Co ma być, to będzie.
Ważne, że z tobą” rzekł Terry. Gdy pojazd znalazł się bliżej, dostrzegli niezwykły kształt maszyny. To jednak nie był samolot, a śmigłowiec o bardzo dziwnej sylwetce. Poza wirnikiem na górze miał też dwa śmigła na skrzydłach. „Co to za hybryda?” jęknął Terry. „Czy już nie istnieje nic, co byłoby jednym w jednym? Zawsze musi być dwa lub trzy w jednym?” „To Eurocopter X3” wyjaśnił Federico. „To cywilne maszyny, nie wojskowe, a tak więc chyba nam nie grozi. Machajcie rękoma, może złapiemy autostop.” „Chyba śmigłostop” poprawiła go Anne. „Ale ja już widziałam taką maszynę.
Damiano Haddad przyleciał identyczną na konferencję do Kliniki Garlisi.” Terry spojrzał zamyślony na śmigłowiec. Czyżby Frank McCormack wydał ich Haddadowi? Tylko kim byli dla tego młodocianego miliardera? Łupem wojennym, czy zagubionymi wojownikami walczącymi o prawdę? Śmigłowiec szykował się do lądowania. Zwolnił, wysunął podwozie i osiadł na środku drogi, 20 metrów od nich. Po obydwu jego stronach otworzyły się drzwi. Miał bardzo niskie zawieszenie. Nie potrzeba było żadnych schodków, by wejść lub wyjść ze środka. Z wnętrza pojazdu wyskoczyło dwóch mięśniaków z bronią automatyczną w rękach.
Chociaż byli ubrani w paramilitarne spodnie i bluzy, nie reprezentowali żadnej znanej Terry'emu formacji wojskowej. Jeżeli ktoś miał jeszcze wątpliwości co do ich zamiarów, to następna osoba wychodząca ze śmigłowca z pewnością je rozwiała. Był to poszukiwany przez nich od pewnego czasu człowiek z rogami. Terry mógł w końcu dokładnie mu się przyjrzeć. Mężczyzna miał szczupłą twarz, zimne oczy, a jego wąskie, zaciśnięte wargi układały się w grymas uśmieszku wędkarza, który właśnie nadziewa na haczyk robaka. Rudawe, rzadkie włosy ledwo zakrywały czoło, lecz wzrok przede wszystkim przyciągały rogi. Terry już nie miał wątpliwości, że wyrastają one wprost z czaszki. „Witam państwa” krzyknął w ich stronę rogacz. „Proszę się nie niepokoić. Przychodzę z dobrą nowiną.
Damiano Haddad zaprasza was na obiad.” Anne ścisnęła dłoń Terry'ego, domyślając się, jakie myśli kotłują się w jego głowie. Zerknęła na jego twarz, lecz poza chęcią mordu niczego nie dostrzegła. Jeszcze mocniej ścisnęła jego dłoń. Przedłużającą się chwilę milczenia przerwał nieśmiałym głosem Federico. „J-jestem głodny. Może skorzystamy z zaproszenia?” zaproponował. Subira odsunęła go od siebie, spoglądając groźnie. Wtedy dodał po cichu: „Obiecuję, że w odpowiedniej chwili sam nabiję mu guza.” Terry uśmiechnął się. „Masz rację, mi też burczy w brzuchu, a rogacz już nam nie ucieknie.” Podchodzili pojedynczo do śmigłowca, dając zakuć się w kajdanki. Po kilku minutach maszyna wzbiła się w niebo i odleciała w kierunku słońca.
Proszę państwa, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Było mi bardzo miło przeprowadzić państwa przez świat literatury, książek, filmów. Myślę, że było ciekawie. Mam przynajmniej taką nadzieję, że byli państwo zadowoleni z polecanych książkowych, z polecanych filmowych. Mam nadzieję również, że wrócicie tu państwo za tydzień. Za tydzień zaczynamy już wydania wakacyjne Bibliotekarium 2.0. A może już nie Bibliotekarium? Zobaczymy. W każdym razie zapraszam za tydzień o godzinie 20:00 w piątek albo w dowolnym wybranym przez państwa czasie. Pięknie dziękuję.
Życzę dobrej nocy i wspaniałego letniego weekendu.
[04:09:26] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radio Paranormalium i Book Radio.