Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. No to wychodzi na to, że rok 2025 w Paranormalium i w Book Radio zaczynamy w towarzystwie książek i filmów. Całkiem nieźle, prawda? Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0, jeszcze w takiej trochę świąteczno-noworocznej atmosferze. W związku z tym lajtowo, bez wykładów, bez materiałów cięższych. Za to materiały jak najbardziej rozrywkowe, literackie czy takie sięgające literatury popularnej, ale tej dawniejszej. Tu znowu zabawi na antenie Lord Lister, o, udało się nie pomylić z firmą produkującą sałatki rybne. Więc Lord Lister dzisiaj zagości. Będzie o Synu Słońca. Ale najpierw przegląd zapowiedzi wydawniczych. Pierwsza pozycja, o której dzisiaj wspomnę, to książka, która ukaże się 7 stycznia 2025 roku. Autorką jest Julia Świtkiewicz.
Tytuł brzmi zaskakująco. Zaskakująco nie po polsku. „Think Like a Killer”. Przeczytajmy, o co chodzi. Gdy rodzice Audrey Mistmoore rozstają się, szesnastolatka przeprowadza się ze słonecznej Kalifornii do chłodnej Minnesoty. Odtąd będzie mieszkać w niewielkiej miejscowości Cannon Falls z matką, jej nowym partnerem i jego synem. Przyrodni brat Audrey, Malone Meyer, to złoty chłopiec, hokeista, gwiazda miejscowej szkoły średniej. Każdy chłopak chce się z nim przyjaźnić, a każda dziewczyna marzy, by zatrzymał na niej dłużej spojrzenie. Jeśli ktokolwiek dorównuje popularnością Malone'owi, to tylko Kayden DeLaurentis, kapitan drużyny hokeistów, za którym brat Audrey najwyraźniej nie przepada. Kiedy w podejrzanych okolicznościach ginie jeden z uczniów liceum, Kayden jest głównym podejrzanym w sprawie o morderstwo.
Audrey Mistmoore należy do nielicznej grupy osób, które wierzą w jego niewinność. Dziewczyna rozpoczyna prywatne śledztwo mające na celu oczyszczenie chłopaka z zarzutów. Przypomnę, to książka „Think Like a Killer” Julii Świtkiewicz. Data premiery to 7 stycznia 2025 roku. Kolejna książka zatytułowana jest „Podopieczna”. Autorka Alicja Sinicka. Data premiery 29 stycznia 2025 roku. Życie Anny Gali zmienia się diametralnie, gdy pewnego dnia zostaje opiekunką siedmioletniej Kalinki mieszkającej w pięknym domu na przedmieściach. Dziewczynka jest córką zamożnej lekarki Aliny Czarneckiej, wobec której Anna ma dług wdzięczności. Wraz z upływem czasu kobieta zżywa się ze swoją małą podopieczną.
Warstwa po warstwie odsłaniając mroczne tajemnice idealnego domu doktor Czarneckiej. Życie lekarki z pozoru jest doskonałe. Wspaniały mąż, mądre dzieci i satysfakcjonująca praca. Życie Anny stanowi jego przeciwieństwo. Trudna relacja z mężem, słaby kontakt z córkami, oskarżenia rzucane pod adresem rodziny w związku ze zniknięciem pewnej nastolatki. Co tak naprawdę stało się z Mileną i czy rozwiązanie tej zagadki nie obudzi uśpionych demonów? Przypomnę, to książka Alicji Sinickiej „Podopieczna”. Książka, która pojawi się na rynku 29 stycznia bieżącego roku. I trzecia książka w dzisiejszych zapowiedziach. Książka, która jest kolejnym tomem pewnego cyklu, ale ponieważ jest ciekawa, postanowiłem wspomnieć.
„Władca lenistwa. Władcy grzechu”. Tom czwarty. Anna Huang. Data premiery 29 stycznia 2025 roku. Nigdy nie pragnął żadnej na tyle, by o nią zabiegać, dopóki nie pojawiła się ona. Czarujący, wyluzowany i niewiarygodnie bogaty Xavier Castillo ma świat u swych stóp i choć nie jest zainteresowany przejmowaniem rodzinnego imperium ku niezadowoleniu ojca, nie powstrzymuje to kobiet przed omdlewaniem na jego widok. Wyjątkiem jest jego PR-owczyni. Nic nie sprawia mu większej radości niż granie jej na nerwach, ale kiedy zbliżają ich do siebie tragiczne wydarzenia, musi zmierzyć się z niepewną przyszłością i uświadomić sobie, że jedyna osoba odporna na jego wdzięki jest jednocześnie jedyną, której tak naprawdę pragnie. Proszę państwa, to zapowiedź książki „Władca lenistwa.
Władcy grzechu”. Tom czwarty. Anny Huang. Cóż, proszę państwa, tyle na dzisiaj zapowiedzi. Jedźmy zatem dalej. Zapowiadałem państwu kolejną opowieść o Lordzie Listerze. Jak ja zawsze się muszę pilnować. No dobrze, Lord Lister przed państwem, a konkretnie „Syn Słońca”. Oddaję głos Markowi Sękowi "Ivelliosowi".
[06:22] - Lord Lister, tajemniczy nieznajomy. Syn słońca. Tajemnicza sprawa. W pobliżu Central Parku, w dzielnicy dość odległej od centrum Nowego Jorku, stała pomiędzy potężnymi pałacami bogaczy mała willa, którą zamieszkiwali dwaj Anglicy. Byli to dwaj dżentelmeni, których policja brytyjska znała doskonale. Jakkolwiek nigdy nie udało jej się ujrzeć ich prawdziwego oblicza. Mamy tu na myśli lorda Listera alias Johna C. Rafflesa oraz jego sekretarza, a jednocześnie przyjaciela Charliego Branta. Obaj panowie siedzieli właśnie w gabinecie w wygodnych fotelach i palili doskonałe papierosy. Na biurku zajmującym środek pokoju leżała mapa sztabowa stanu Teksas.
Raffles strząsnął popiół ze swego papierosa i zwrócił się do swego sekretarza. „Tak, mój drogi. To ciemna zagadka. Sprawa przedstawia się tajemniczo i niezwykle. Z trudem uświadamiam sobie, że znajdujemy się w wielkim państwie nowoczesnym, a nie w mrokach średniowiecza. Chciałbym wreszcie dowiedzieć się, jakie są twe zamiary, Edwardzie.” Odparł Charlie spokojnie. „Czy znów wciągasz nas w przygodę, o której dowiem się dopiero wówczas, gdy wszystko będzie skończone?” „Spójrz tutaj i nie zrzędź” rzekł Raffles, wskazując ręką na leżącą na stole mapę. „Jest to mapa Teksasu. Pomiędzy dwiema stacjami kolei żelaznej widzisz dwa krzyżyki, które sam narysowałem. Połączyłem je prostą linią.
Otóż tam dzieje się coś niezwykłego. Wyobraź sobie jakiś potężny wir wciągający statki i załogę. Wszystko znika w nieprzeniknionej przepaści. To najlepsze porównanie, które mi się nasuwa, gdy myślę o tych niewytłumaczonych wypadkach. To, co się tam dzieje, przekracza zdolności rozumowania.” Obaj mężczyźni pochylili się nad mapą. Raffles zaciągnął się dymem papierosa, Charlie natomiast uważnie przyjrzał się mapie. „Dziwna rzecz” rzekł. „Jest to jedyna część Teksasu, na której znajdują się wyniosłości. Sądząc z mapy, muszą to być skaliste góry i wąskie wąwozy. Jest to dość rzadkie zjawisko w tym nizinny kraju.
Nie rozumiem tylko jednego. Wspomniałeś o wirach. Przecież punkty, o których mówiłeś, znajdują się na stałym lądzie, a nie na morzu.” „Tak jest, Charlie. Sądziłem, że ludzie nie potrafią wywołać sztucznie podobnego zjawiska, ale zdarzają się tacy, którzy mają diabła w sobie.” „Cóż tam się dzieje?” Zapytał Charlie zaintrygowany. „Zabójstwa? Zbrodnie?” „Tak i nie.” Charlie Brand potrząsnął głową. Raffles operował samymi zagadkami. „Nic nie rozumiem” odparł. „Morderstwa zostawiają po sobie jakieś ślady. Niekiedy, jeśli nie ma śladów, można odgadywać przynajmniej motywy zbrodni.
Tutaj nie ma nic. Najlepsi detektywi amerykańscy przeprowadzali już dochodzenia. Szukali wszędzie, lecz bez skutku. Nic nie znaleźli. Co gorsza, niektórzy z nich zniknęli w sposób niewytłumaczony. Nikt nic nie wie. Nikt. Dlatego też przyjaciele moi wymogli na mnie, abym tu przyjechał. Złożyło się znakomicie, ponieważ i tak musieliśmy wyruszyć w podróż dla naszego własnego bezpieczeństwa po ostatnich wyczynach. Jesteśmy przeto tutaj w charakterze detektywów.” Charlie spojrzał na Rafflesa ze zdziwieniem.
Otworzył usta, zamknął je i dopiero po chwili zdecydował się przemówić. „Czy ci się to wszystkoż aby przypadkiem nie śniło, Edwardzie? A może zajmujesz się pisaniem awanturniczych powieści? Przecież to wszystko nie wydaje mi się możliwe.” „Chciałbym, mój drogi, aby tak było istotnie. Jednak przyjaciele moi, którzy mnie tutaj wezwali, nie są szaleni. Są to ludzie zdrowi na ciele i umyśle. Oni to opowiedzieli mi całą tę historię wraz ze wszystkimi szczegółami. Wątpię, czy nawet wspólnym wysiłkiem uda nam się rozwikłać tę makabryczną zagadkę.” Charlie Brand począł przechadzać się nerwowo po pokoju. „Słuchaj, Edwardzie” rzekł nagle. „Jest to nowa i dość niezwykła przygoda.
Mnie zaś zdawało się, że przyjechaliśmy tutaj, aby wypocząć. Wiesz dobrze, że nasza ostatnia sprawa w Londynie zmęczyła mnie. Sądzę, że i ty odczuwasz takie samo zmęczenie.” „Spokojnie, spokojnie” rzekł Raffles, uśmiechając się. „Czy nie pociąga cię tajemniczy posmak tej sprawy?” „Tak” rzekł Charlie z odcieniem zniecierpliwienia w głosie. „Oczywiście, ale wszystko to jest tak niezwykłe. Nie uśmiecha mi się myśl zniknięcia bez śladu. Rozumiesz dobrze, że nie pozwolę ci pojechać tam samemu.” Raffles uśmiechnął się. „Naturalnie” odparł wesoło. „Nie może tu być jednak mowy o naszym zniknięciu. Chodzi przede wszystkim o to, aby odnaleźć innych lub dowiedzieć się przynajmniej, co się z nimi stało.” „Rozumiem.
Jaki jest twój pogląd na tę sprawę?” „Sądzę po prostu, że mamy tu do czynienia z serią zbrodni popełnionych przez fanatyków. Widzisz na mapie tuż niedaleko wybrzeża małe miasteczko Greenwich. Następna stacja kolei żelaznej to Koskop. Pomiędzy tymi dwoma punktami znajdują się właśnie owe skały i wąwozy, o których istnieniu dowiedziałeś się z mapy. Otóż wszystkie tajemnicze zniknięcia miały miejsce w pobliżu Koskop.” „Koskop?” Powtórzył Charlie. „Mam wrażenie, że jest to słowo...” „Wywodzące się z języka Indian” dokończył Raffles. Tak jest w istocie. Coscop znajduje się niedaleko granicy meksykańskiej. Cała ta okolica zamieszkana była ongiś przez Azteków. Spójrz jeszcze raz na mapę.
Oto stacja Coscop. Znajduje się ona dość daleko od samego osiedla i droga, która do niej prowadzi, posiada kształt litery S. Dalej przechodzi ona w szosę, która prowadzi z Greenwich do Stanford, biegnąc wzdłuż wybrzeża morskiego i zbaczając następnie w głąb wąwozu, o którym wspominałem. W niektórych punktach znaleźć tam można jeszcze osiedla dawnych kolonistów hiszpańskich i amerykańskich. Są to olbrzymie farmy, prawdziwie pańskie rezydencje. W połowie drogi, w miejscu, gdzie narysowałem ten krzyżyk, znajduje się głęboka przepaść, stromo spadająca ku morzu. Droga biegnie tuż po zboczu górskim. Nad nią znajduje się naga skała. Właśnie w tym miejscu obserwowano owe tajemnicze zjawiska. Jak mnie informowano, dzieje się to od przeszło roku.
Tak czy inaczej, około dwunastu osób zniknęło bez śladu. Przeszukano bez skutku całą przepaść. Ustawiono nawet straże. Wszystko bez rezultatu. Zrobione Edwardzie – rzekł Charlie. Musimy tam jechać, aby zbadać tę zagadkę. Pomogę ci. Doskonale – rzekł Raffles z uśmiechem. Z góry byłem tego pewny. W zbrodni tej tkwi coś, co przekracza granice ludzkiego rozumu.
Nie wiem, co nas czeka, ale ryzykujemy życie. Nie podniecaj swej wyobraźni, Edwardzie – rzekł Charlie, kładąc dłoń na ramieniu Rafflesa. W każdym razie musimy porzucić jedną hipotezę. Najprawdopodobniej nie jest to dzieło żadnego szaleńca. Szaleniec nie potrafiłby opracować metody, wobec której okazała się bezsilna policja Stanów Zjednoczonych. Zbrodniarz jest prawdopodobnie człowiekiem o zdrowym umyśle. Jest to jakiś zboczeniec posiadający licznych wspólników. Zupełnie słusznie, mój drogi. Rozumujesz logicznie, ale wróćmy do naszej mapy i do naszych wyjaśnień. Droga aż do miejsca, gdzie przebiega ponad przepaścią, z dwóch stron otoczona jest domami opuszczonymi przez ludzi.
Wszyscy oni opuścili kraj od czasu, gdy poczęły dziać się tu tak niezwykłe rzeczy. Tereny swoje sprzedali, a nabywcą ich jest niejaki Charles Patrick. Nazwisko to powtórzył dwukrotnie. Charlie gwizdnął przeciągle. Czy widzisz jakiś związek pomiędzy tym Patrickiem a tajemniczymi zniknięciami? – zapytał. Podejrzewałbym każdego, zwłaszcza w takich okolicznościach. Skoro ten człowiek mieszka w pobliżu miejsca, gdzie dzieją się te okropne rzeczy. Ale dlaczego człowiek tak bogaty mordowałby swych bliźnich? Nie mogę tego zrozumieć.
Chyba że zależałoby mu na wystraszeniu sąsiadów, aby zakupić ich dobra po tańszej cenie. Nie sądzę. Gra niewarta świeczki. Człowiek ten może być w gruncie rzeczy niewinny. Interesuje mnie w nim jednak coś innego. Może być, iż potrzebuje on tych ludzi dla studiów. Żywych ludzi czy zwłok? Właśnie żywych. Można by przypuścić, że Patrick uprawia wiwisekcję. Oczywiście jest to hipoteza.
Ludzie, którzy zniknęli, należą do najrozmaitszych klas społecznych. Są między nimi kobiety i dzieci. Jakież to okropne – szepnął Charlie. Dlatego też chcę rozwiązać tę zagadkę i odnaleźć winnych. Jestem pewien, że mi się to uda, nawet gdybym dla osiągnięcia tego celu miał stoczyć walkę z duchami lub z ludźmi udającymi duchy. Czy masz już jakiś plan? Oczywiście. I dla ciebie jest w nim również przewidziana pewna rola. Znasz przecież Calmigandi Club. Udasz się tam dziś wieczorem i nawiążesz znajomość z owym Charlesem Patrickiem.
To wszystko. Wyciągniesz z niego, co się da o jego sposobie życia i otoczeniu. Charlie wstał. W tej samej chwili rozległ się w korytarzu dźwięk dzwonka. Stary zegar wiszący na ścianie wskazywał jedenastą. Czy oczekujesz wizyty? – zapytał. Nie – odparł Lister. Po chwili służąca wniosła do pokoju doręczony im przed chwilą telegram. Odpowiedź opłacona – rzekł.
Listonosz czeka w korytarzu. Raffles bez pośpiechu otworzył telegram i przebiegł wzrokiem jego treść. Bez słowa wręczył go następnie Charlie’owi. Był on skierowany do Harry'ego Johnsona, nazwiska, pod którym Lord Lister ukrywał się w Nowym Jorku w charakterze detektywa. Johnson 221W. 141 ulica, Nowy Jork. Zniknął Giacomo Buonotto dziś pomiędzy piątą a siódmą. Robotnik. Poszukiwania bez rezultatu. Zatelegrafujcie.
Podpisano: Szeryf Coscop. Podczas gdy Charlie czytał depeszę, Lord Lister zredagował odpowiedź i wręczył ją służącej. Coś odpowiedział? – zapytał Charlie. Że będę tam za kilka dni – odparł Lister. Cóż więc mam robić, Edwardzie? To, co ci powiedziałem. Odprowadzę cię aż do klubu. Przedstawisz mnie tam jako dziennikarza z Chicago. Podasz nazwisko, powiedzmy Thompson.
Charles Thompson. Powiem ci wszystko, co masz robić. W kilka chwil później obydwaj mężczyźni wsiadli do auta, udając się do klubu. W klubie Calmigandi. Lister wraz ze swym przyjacielem zjedli kolację w klubie. Dzięki sprytnie postawionym pytaniom Charlie’owi udało się wydostać kilka cennych informacji. Stali bywalcy klubu uprzedzili go, że Charles Patrick jest tu dość częstym gościem. Jego najserdeczniejszy przyjaciel, malarz McKeen, znajdował się właśnie w palarni. Charlie, który sam w swoim czasie trochę malował i znał się nieźle na malarstwie, był z McKeenem w dość dobrych stosunkach. Zbliżył się do niego i poklepał go przyjaźnie po ramieniu.
McKeen liczył około pięćdziesiątki. W żyłach jego płynęła prawdopodobnie lekka przymieszka krwi indyjskiej. Trzeba jednak było być dobrym etnologiem, aby to zauważyć. „Halo, McKeen” — rzekł młody człowiek z uśmiechem. — „Chuj czasu pana nie widziałem. Czy wam nie przeszkadzam? Chciałbym pana o coś zapytać.” „Jestem do pańskiej dyspozycji, drogi Brandzie” — odparł McKeen, odkładając na bok gazetę i cygaro. — „Czym mogę panu służyć?” Charlie przedstawił mu lorda Listera. „McKeen, oto mój kolega, mister Thompson.” „Bardzo mi przyjemnie” — odparł McKeen z uśmiechem. — „Czego panowie życzą sobie ode mnie?” „Thompson jest redaktorem gazety World w Chicago.
Otrzymał od swego pisma polecenie udania się do Coscop. Celem jego podróży jest reportaż o tajemniczych zniknięciach. Słyszał pan prawdopodobnie o tym, ponieważ wiem, że jest pan przyjacielem niejakiego Charlesa Patricka, zamieszkałego w tych okolicach. Chcielibyśmy pana prosić o list polecający. Jest to okolica dość dzika i nie wiadomo, do kogo się zwrócić.” Podczas gdy Charlie rozmawiał z malarzem, tajemniczy nieznajomy nie spuszczał wzroku z twarzy McKeena. Nie wyczytał na niej śladu najmniejszego zmieszania. „Bardzo chętnie, drogi Brandzie. Gdyby zjawił się pan tutaj o pół godziny wcześniej, byłby pan się spotkał z nim samym. Zjadł tu kolację i wyjechał wprost do Coscop nocnym ekspresem idącym przez Nowy Orlean.” „Ach” — rzekł Charlie zawiedzionym tonem. — „Bardzo żałuję.
Uprościłoby to nam sprawę.” McKeen wyciągnął spokojnie z kieszeni kartę wizytową, napisał na niej kilka polecających słów i wręczył Charlie'owi. „Odda to pan Patrickowi. Wszyscy wiedzą, gdzie on mieszka. Będzie pan miał wszelkie ułatwienia. Spotka pan tam w charakterze pani domu czarującą Dolly Patrick. Śliczna dziewczyna z tej siostry Charlesa. Proszę jej oddać pozdrowienia ode mnie i zapewnić, że odwiedzę ją po powrocie z podróży.” „Wyjeżdża pan?” — zapytał Charlie. „Tak. Udaję się do Kalifornii. Niech pan nie zapomni powiedzieć, że w powrotnej drodze wstąpię do Coscop.” „Oczywiście nie zapomnę” — odparł rzekomy dziennikarz.
Trzej mężczyźni pożegnali się ze sobą serdecznie. Charlie i Lister przez jakiś czas pozostali jeszcze w klubie, po czym polecili szoferowi, aby odwiózł ich jak najszybciej do domu. „A więc nasz Patrick ma wspaniałe alibi, jeśli chodzi o dzisiejszą zbrodnię” — odezwał się po drodze Charlie. — „Cóż ty na to?” „Jest to alibi doskonałe” — rzekł Lister. — „Musiał je mieć za każdą cenę.” „To ciekawa sprawa, mój drogi. Powiedziałbym nawet niezwykła. Jestem głęboko przekonany, że Patrick ma z nią ścisły związek.” „Jesteś zabawny, Edwardzie. Przecież człowiek, który znajduje się w Nowym Jorku, nie może popełnić zbrodni w Teksasie odległym o tysiące kilometrów. Jak to sobie wyobrażasz?” „Jest to jednak zupełnie możliwe. Nie doceniasz roli wspólników.” Raffles wyjął zegarek i zaczął mówić półgłosem, jak gdyby idąc za biegiem własnych myśli.
„Dochodzi północ. O godzinie jedenastej byliśmy w klubie. Rozmawialiśmy z McKeenem około godziny wpół do dwunastej. Wyszliśmy z klubu o trzy na dwunastą. Patrick więc opuścił klub o godzinie wpół do jedenastej, aby zdążyć na ekspres idący do Nowego Orleanu.” „To nie jest możliwe. Zresztą istnieją dwa pośpieszne pociągi do Nowego Orleanu. Jeden z nich odchodzi piętnaście po jedenastej, a drugi o pierwszej dwadzieścia pięć. Dlaczego miałby wyjeżdżać tak szybko?” „Otrzymałem telegram przed chwilą. Jeśli człowiek ten jest winien, musi o tym telegramie wiedzieć. Jesteśmy prawdopodobnie śledzeni.
Wiedział więc, że byliśmy w klubie. Nie chciał wrócić, aby nie niepokoić McKeena, któremu powiedział, że wyjeżdża. McKeen nie wie najwidoczniej o całej tej sprawie. Patrick, mój drogi Charlie'u, znajduje się prawdopodobnie gdzieś w pobliżu nas. Wyjedzie pociągiem do Nowego Orleanu o godzinie pierwszej dwadzieścia pięć. Aż do tego czasu śledzi nas pilnie. Może być jednak, że się mylę.” Auto zatrzymało się przed willą. Raffles i Charlie wysiedli, zapłacili szoferowi i weszli do domu. W korytarzu oczekiwała ich powrotu służąca, wysoka Irlandka o silnej, kwadratowej szczęce. Raffles kazał przynieść kawę i likiery i wraz z Charlie'em udał się do gabinetu.
„Siadaj, mój drogi” — rzekł, spoglądając na niego z ojcowską czułością. — „Zanim udamy się na spoczynek, musimy nieco popracować.” Wyciągnął z kieszeni kartę wizytową McKeena i przywołał gestem Charlie'a bliżej do siebie. „Zanim zmienię tekst tego listu polecającego, podyktuję ci inny. Nowy Jork, 14 lipca. Szanowna pani, w załączeniu przesyłam kartkę polecającą, którą otrzymałem dzięki uprzejmości pana McKeena, mego przyjaciela i naszego wspólnego znajomego. Jestem w Nowym Jorku od kilku dni. Wracam z Londynu, gdzie studiowałem malarstwo. Chciałbym spędzić jakiś czas w okolicy zamieszkiwanej przez pana, aby poświęcić czas mym studiom. Mam nadzieję, że namaluję tam kilka obrazów, które wystawię w najbliższym salonie jesiennym w Paryżu. Byłbym pani serdecznie zobowiązany, gdyby zechciała mi pani udzielić pod swym dachem gościny na przeciąg kilku tygodni.
List ten kieruję do pani, nie zaś do jej brata, ponieważ nie znam zupełnie pana Patricka, zaś McKeen polecił mi zwrócić się bezpośrednio do pani. Wyjeżdżam za dwa dni ekspresem idącym na Nowy Orlean i w czterdzieści osiem godzin później będę w Coscop. Z góry dziękuję i pozostaję z prawdziwym szacunkiem.” Charlie odłożył pióro. „Czy to koniec?” — zapytał. „Tak. Zaadresuj go do Dolly Patrick. Musimy wysłać go jeszcze dzisiejszej nocy, aby mógł wyjść pośpiesznym pociągiem. Ty wyjedziesz za dwa dni. Zakupisz wszystko, co potrzebne jest malarzowi. Będziesz musiał popracować tam trochę.
Traktuj to jako wypoczynek po upałach nowojorskich. Brzeg morza, śliczna okolica. Wszystko składa się wyjątkowo szczęśliwie.” „Szczęśliwie” — powtórzył Charlie Brand jak echo. — „Tak, gdyby nie perspektywa zniknięcia bez śladu po namalowaniu kilku romantycznych pejzaży. Czy nie miałbyś dla mnie lepszej propozycji?” — dodał na wpół żartem. „Będę jak zwykle u twego boku. Musisz przede wszystkim zabrać dobry browning, który nigdy nie zawodzi. Patrick uważać cię będzie za typowego malarza na urlopie. Jest to jedyna moja wskazówka dla ciebie.” Natychmiast jednak, gdy w tej samej chwili rozległ się dzwonek, Raffles wstał z krzesła i jednym skokiem znalazł się u drzwi, ściskając rewolwer w ręku. Było już za późno.
Drzwi wejściowe willi otwarły się. W korytarzu rozległ się przeraźliwy krzyk Irlandki. Sekundę później Raffles i Charlie wybiegli na korytarz. Raffles wyjrzał przez uchylone drzwi. Nie zauważył nic szczególnego. Ulica była spokojna i pusta jak zwykle. Dał więc za wygraną i wrócił do domu. Irlandka blada jak płótno, nieprzytomnym wzrokiem spoglądała na znajdującą się naprzeciw wejścia ścianę, w której tkwił tomahawk. „Niebezpieczeństwo chwilowo zażegnane” — rzekł Raffles, spoglądając na tę egzotyczną broń. Wyjął z kieszeni zegarek.
„Musi się spieszyć, jeśli zamierza zdążyć na pociąg. Jestem pewien, że to on. Zamknijmy drzwi i obejrzyjmy to sobie dokładnie.” Zbliżył się do ściany i wyrwał z niej tomahawk. „Prawdziwy tomahawk południowy” — rzekł z zadowoleniem. — „Rękojeść zabarwiona krwią. Jest to formalne wypowiedzenie wojny. Czy ci nie powiedziałem, że ten człowiek popełni głupstwo, które wyda go w nasze ręce wcześniej czy później? Jak to się stało, Mary?” „Mój Boże” — szeptała przerażona Irlandka. — „Ktoś dzwonił. Drzwi otwarły się same, a potem topór przeleciał nad moją głową tak blisko, że czułam wiatr.
Po tym nic, jak gdyby nie było nikogo. Już nigdy w życiu nie otworzę drzwi.” „Właśnie o to chodzi, Mary. Nie otwieraj drzwi, zanim nie spojrzysz przedtem przez okno” — rzekł Raffles surowo. — „A teraz idź spać i wypij przed snem kieliszek brandy.” Po odejściu Irlandki Lister położył tomahawk na stole. „Z pewnością już odszedł” — rzekł, siadając i zapalając papierosa. — „Niebezpieczeństwo minęło. Musi on jeszcze dziś w nocy wyjechać do Coscope, ponieważ potrzebne mu jest nowe alibi. Mam tu na myśli przygodę z tomahawkiem. Wyślemy nasz list jutro rano. Spóźni się o dwanaście godzin.
To wszystko. Widzisz, drogi Charlie, że przewidywania moje były słuszne. Charles Patrick popełnił wielkie głupstwo, sądząc, że tomahawk odstraszy mnie od zajmowania się tą sprawą. Myli się. To jasne. Jesteśmy teraz pewni, że największym winowajcą w całej tej sprawie jest właśnie Patrick. Nadeszła chwila, abym ci udzielił kilku dodatkowych wyjaśnień. Przed czterema dniami byłem osobiście w Coscope. Najstarsi ludzie tamtejsi łączą ostatnie wypadki ze starą legendą pochodzącą z czasów, gdy biali nie opanowali jeszcze całkowicie tego kraju. Legenda ta głosi, że przed kilku wiekami żył tam wielki wódz z południa, Mianos.
Siedzibę jego stanowiła głęboka grota w pobliżu wybrzeża, wśród skał. Grota wyłożona była złotem, wszystkie zaś meble i naczynia były z kute go srebra. Mianos poślubił syrenę z mórz południowych i przywiózł ją wraz ze sobą. Specjalnie dla niej wyżłobiono w ziemi kanał podziemny prowadzący z groty do morza. Słynęła ona z niezwykłej piękności, mimo że była tylko na wpół kobietą i karmiła się krwią ludzką. Później, gdy biali zdobyli kraj, dorzucono szczegół, że lubi ona krew białych. Wśród ludności Coscope znajduje się sporo Indian i Murzynów. Legendę tę znają wszyscy i w naiwności swej wierzą, że syrena powróciła i ona to wciąga w zasadzkę ludzi i pije ich krew. Oto wszystko.” Charlie Brand wysłuchał uważnie opowiadania, paląc w zamyśleniu papierosa. „Chciałbym wiedzieć” — rzekł wreszcie — „kto przyczynił się do tego, aby ta legenda odżyła.” „Jeszcześ nie zgadł?
Przeprowadziłem dochodzenie. Ustaliłem, że to Patrick.” „Znów on?” „Tak, mój drogi. Ten uczciwy człowiek dziwnie często wyjeżdża. Jego dom, a raczej dom, który zamieszkuje z siostrą, stoi na samym skraju Coscope, najbliżej przepaści. Wzdłuż drogi znajdują się sadyby rolników czarnych i białych. Od nich dowiedziałem się, że to sam Charles Patrick opowiedział im tę legendę, zalecając ostrożność. Niezłe, co? A teraz udamy się na spoczynek. Nasz Patrick wyjechał z pewnością. Chwilowo nie zagraża nam przeto żadne niebezpieczeństwo, jakkolwiek musimy wciąż mieć się na baczności.
Pojutrze wsiądziesz do pociągu pośpiesznego zdążającego przez Nowy Orlean do Coscope. Dobranoc, chłopcze.” Na spotkanie z wrogiem. Trzeciego dnia Charlie jadł już obiad w wagonie restauracyjnym. Poprzedniego dnia wyjechał z Nowego Jorku ekspresem zmierzającym do Nowego Orleanu. Była to wspaniała podróż, ponieważ trasa biegła poprzez najważniejsze miasta wschodnich Stanów. Na południu krajobraz uległ zmianie i pociąg biegł wzdłuż piaszczystych wybrzeży pomiędzy polami bawełny. Od czasu do czasu mijali jakieś niewielkie miasteczko zamieszkałe przeważnie przez czarnych. Kiedy pociąg mijał Orlean, w wagonach pozostało już niewielu pasażerów. Razem z Charliem jechał w tym samym przedziale jakiś starszy mężczyzna mówiący wybitnie nieprzyjemnym południowym akcentem. Wsiadł on również w Nowym Jorku.
Pogrążony po uszy w lekturze dzienników przez cały czas podróży może jeden raz odezwał się do swoich towarzyszy. Charlie, z natury dość gadatliwy, chętnie nawiązałby rozmowę, ale wszystkie jego wysiłki w tym kierunku zawiodły. Dojechano wreszcie do Koscobu. Starszy pan wysiadł, podczas gdy Charlie krzątał się koło swoich licznych walizek. „Gdyby ten jegomość miał śledzić mnie, nie byłby wysiadł razem ze mną w Koscobie” — myślał Charlie. „Byłby nawiązał ze mną rozmowę.” W Koscob panował upał nie do zniesienia. Jakkolwiek miejscowość ta położona była w pobliżu morza, powietrze było ciężkie i duszne. Stacja świeciła pustkami. Spostrzegł, że starszy pan ruszył naprzód drogą, nie oglądając się za siebie. „Zastanawiam się, czy nie należałoby zajechać do hotelu i zapisać się na liście gości” — rozmyślał Charlie.
„Zostałby przynajmniej jakiś ślad po mnie na wypadek, gdybym zniknął w tajemniczy sposób. Zawołam bryczkę, aby pojechać do Patricków.” Po zakurzonej szosie wolnym truchcikiem posuwał się w stronę stacji jakiś pojazd. Powoziła jakaś młoda kobieta. „Wspaniale” — mruknął do siebie Charlie. „Gdybym nie przyjechał tu dla załatwienia poważnych spraw, nawiązałbym kontakt z tą śliczną Amerykanką. Niestety, muszę jak najszybciej udać się do tego mocno podejrzanego Patricka.” Breck zatrzymał się nagle. „Czy to pan Charlie Brand?” — zapytała młoda dziewczyna dźwięcznym głosem. „We własnej osobie” — odparł Charlie. Oprzytomniał od razu ze zdumienia. „Jestem Dolly Patrick.
Brat mój nie mógł niestety sam wyjść na pańskie spotkanie, jakkolwiek zawiadomiłam go o pańskim przybyciu. Bardzo się cieszę, że będziemy mogli gościć pana przez jakiś czas u nas w domu” — dodała z uśmiechem. „Bardzo dziękuję” — odparł Charlie, kłaniając się lekko. „W jaki sposób poznała mnie pani?” „Malarza poznać można nawet i wówczas, gdy nie ma przy sobie palety. Zresztą jest pan jedynym człowiekiem, który wysiadł w Koscob.” „To prawda” — odparł Charlie, jakkolwiek doskonale pamiętał o swym towarzyszu podróży. — „Rzeczywiście byłem sam. To bardzo miłe z pani strony, że zechciała pani łaskawie...” „Niech pan każe zanieść swoje walizy, a sam usiądzie obok mnie” — rzekła. — „Girly, tak bowiem nazywa się mój koń, miewa czasem dziwne kaprysy.” Mówiła powoli, a głos jej brzmiał dziwnie słodko i melodyjnie. „Musiał przestraszyć się biedak tego starego pana, któregośmy spotkali po drodze. Jak się miewa nasz drogi przyjaciel McKeen, który polecił nam pana tak gorąco?
Jestem szczęśliwa, że jeszcze o nas pamięta. Życie nasze płynie tak nudno i bez rozrywek.” „Nudno?” — zapytał Charlie z uśmiechem. — „Nudno? Wśród tak pięknej okolicy? Widzę tu moc zakątków, które trzeba będzie uwiecznić na płótnie.” „Być może. Dla malarza to zupełnie inna sprawa” — rzekła. — „Ale dla mnie? Nie potrafię malować. Nie zajmuję się pisaniem. Czytam bardzo mało.
Czy to nie straszne?” „O tak. Dlaczego nie zajmuje się pani muzyką?” „Gram trochę i śpiewam od czasu do czasu, ale to wszystko nie wypełnia mi samotnych godzin. Dni wloką się bez końca.” „Czy pani brat nie dotrzymuje jej towarzystwa?” Zauważył, że wyraz twarzy dziewczyny zmienił się, a na czole zarysowała się zmarszczka. „Mój brat?” — powtórzyła w zamyśleniu, spoglądając Charlie'owi prosto w oczy. — „Mego brata nie widzi się prawie wcale. Jest zajęty. Studiuje.” „Studiuje?” — powtórzył Charlie poważnie. — „A tak, przypominam sobie. McKeen wspominał mi o tym. Zajmuje się, o ile się nie mylę, medycyną.” „Tak” — odparła.
— „To okropne zajęcie ta medycyna. Muszę ciągle pilnować moich gołębi i kur. Mój brat potrzebuje je dla swych eksperymentów. Mamy u nas w domu specjalne laboratorium. Nie mogę myśleć bez grozy o tych wszystkich okrutnych instrumentach. Moje biedne gołębie. Nienawidzę ludzi, którzy utrzymują, że można leczyć ludzi, torturując zwierzęta.” „Cóż by pani chciała? Lekarze tylko dobro ludzkości mają na celu.” „Ale dlaczego to robić kosztem zwierząt?” Odpowiedź ta rozweseliła Charliego. Dziewczyna zauważyła to z oburzeniem. „O, wy wszyscy jesteście tacy sami.
McKeen też w nic nie wierzy. Prawdziwi poganie.” „Przepraszam” — odparł Charlie, poważniejąc. — „Ja przynajmniej w coś wierzę. Wierzę w sprawiedliwość. Jest to wiara, którą staram się zaszczepić innym.” Tym razem spojrzała na niego przeciągle swymi jasnoszarymi oczyma. Charlie wytrzymał to spojrzenie. Naprawdę była śliczna ta miss Dolly Patrick. Czyżby i ona maczała paluszki w sprawkach swego brata? Chwilowo Charlie nie przejmował się tym zbytnio. Jeśli sprawa nie przybierze dla nich niebezpiecznego obrotu, spędzi miłych kilka tygodni.
Gdyby zaś stało się inaczej, gotów był do walki. Wreszcie dziewczyna odwróciła głowę i cmoknęła na konia. Zapanowało dość długie milczenie. Od czasu do czasu Dolly rzucała przelotne spojrzenia na swego towarzysza. W ten sposób, bez słowa, dojechali do Koskop. Domy utrzymane w stylu przypominającym styl hiszpański rozrzucone były bezładnie po całym miasteczku. W samym jego środku znajdował się plac z wodopojem dla bydła. „Proszę tu poczekać na mnie, panie Brand” – rzekła dziewczyna. – „Muszę wydać kilka dyspozycji. Czy widzi pan, jak tu wygląda?
Czy zauważył pan brak aut?” – dodała z uśmiechem. – „Żyjemy jak gdyby poza granicami nowoczesnej Ameryki. Niewiele tu białych. Może zechce pan napoić konia, podczas gdy ja zajmę się sprawami gospodarskimi.” Wyskoczyła lekko z braku i zniknęła w jednym ze sklepów. Charlie zdziwił się trochę, lecz nie dał tego poznać po sobie. Zdawało mu się, że został przeniesiony w inny świat. Denerwował go trochę brak wiadomości od Raffelsa. „Nieładnie, że mnie zostawia tak długo samego w tym bandyckim kraju” – myślał, oglądając tubylców, którzy patrzyli na niego jak na raroga. – „Zobaczymy, co będzie dalej. Trudność polega na tym, że nie wiem jeszcze, czy ta śliczna panienka drwi sobie ze mnie i czy jest wmieszana w aferę brata.
A cóż to takiego?” Okrzyk ten omal nie wyrwał się głośno z jego ust na widok starszego pana, który odbył z nim dwudniową podróż. Człowiek ten powolnym krokiem zbliżał się do braku. „Piękne zwierzę” – rzekł głosem tak przejmującym, że Charlie drgnął. – „Piękne zwierzę. Czy pan zostaje w Koskop, drogi panie?” „Jedziemy trochę dalej” – odparł uprzejmie Charlie, z trudem powstrzymując się od uśmiechu. „Ach tak” – odparł nieznajomy, oddalając się i spoglądając na Charliego przeciągle. – „Uważaj na przepaści, młody człowieku.” Charlie Brand uczuł nagle, że mu ciężar spadł z piersi. W nieznajomym podróżniku poznał lorda Listera alias Johna C. Raffelsa. Wszystko więc było w porządku.
Charlie nabrał pewności siebie i wiary w zwycięstwo. Młoda dziewczyna powoli przedzierała się przez tłum, idąc w kierunku braku. Musiała odsuwać od siebie czarnych, którzy nagabywali ją ze wszystkich stron. „No i jak tam?” – zagadnęła Charlia wesoło. – „Czy napoił pan konia?” „Tak. Śliczne zwierzę” – odezwał się niepewnym głosem. – „Patrząc na niego, rozumiem, czemu przypisać tu brak aut.” „Hop, girlie!” – zawołała dziewczyna, wskakując na kozioł. Koń ruszył naprzód. Krajobraz znów zmienił się. Beznadziejnie szara równina ustąpiła miejsca wzgórzom z krętymi wąwosami.
„Jakie to dziwne” – odezwał się Charlie. – „Prawdziwa wyspa skalista w pośrodku nizinnej okolicy. Geologicznie trudno to po prostu wytłumaczyć.” „Zobaczy pan jeszcze ciekawsze rzeczy” – ucięła krótko. Brak szybko mknął po szosie. W miarę tego, jak zmieniał się krajobraz, Charlie doznał uczucia, jak gdyby przeniesiono go w sam środek Gór Skalistych. Potężne łańcuchy zatrzymywały się nagle z morskiego brzegu. W przerwach kłębiły się gęste drzewa, nieprzebyte jak prawdziwa dżungla. Na morzu błyskały białe żagle jachtów i unosiły się szare pióropusze dymów z kominów okrętowych. Upał stawał się coraz większy. „Wspaniale” – rzekł Charlie, spoglądając na drogę.
– „Czy ten łańcuch górski ciągnie się daleko?” „Tak” – odparła, rzucając mu dziwne spojrzenie. „Przyjdę tu, aby malować” – rzekł. – „Oczywiście sam.” Ta ostatnia uwaga nie zdziwiła jej bynajmniej. Podniosła głowę i rzekła: „Tutaj tak, ale trochę dalej mogłoby już być niebezpiecznie.” „Dalej? Gdzie? Przypominam sobie, że ludzie znikają tu podobno w sposób niewyjaśniony” – odparł Charlie głosem, któremu starał się nadać naturalne brzmienie. – „Czego jednak mogą chcieć bandyci od malarza, który nie posiada majątku?” Nagle młoda dziewczyna zatrzymała konia i obejrzała się poza siebie. Charlie z odbezpieczonym rewolwerem w ręku spokojnie oczekiwał na to, co dalej nastąpi. „Czy jest pan naprawdę malarzem?” – zapytała prosto z mostu. „Naprawdę” – odparł Charlie, udając zdziwienie.
– „Dlaczego mnie pani o to pyta?” „Ot, tak sobie.” Na twarzy jej widać było niezdecydowanie. „Od roku dzieją się tu rzeczy niezwykłe” – rzekła wreszcie. – „Jest pan pierwszym człowiekiem z zewnątrz, który tu się zjawił od tego czasu. Proszę mi powiedzieć szczerze, kim pan jest.” „Jestem Charlie Brand, artysta malarz” – odparł zimno młody człowiek. „Czy zna pan Patricka?” – zapytała. „Nie znam Patricka” – odparł Charlie. – „Ale pani musi go znać, Miss Dolly. Proszę więc stawiać mi pytania bardziej ścisłe. Wiem, że opowiadają dziwne rzeczy o tajemnicach Koskopu. Nie zajmuję się tymi sprawami.
To należy do policji.” „A jednak wierzy pan w sprawiedliwość” – odparła młoda dziewczyna. „Istotnie.” Schował rewolwer i wyciągnął do dziewczyny rękę. – „Może pani mówić szczerze” – rzekł poważnie. „Nie kocham Charlesa Patricka. Czy mogę uważać pana za swego przyjaciela?” „Jestem nim od chwili, gdy panią ujrzałem” – dodał łagodnie. – „Wydaje mi się, że pani się czegoś obawia.” „Nie boję się o siebie ani o pana, ale wszystko jest tutaj takie tajemnicze” — rzekła. „Pan wzbudził we mnie zaufanie. Chwilowo nic nie mogę panu więcej powiedzieć. Proszę tylko, aby zechciał pan być moim przyjacielem.” „Zgoda. Jestem nim.
Dlaczego jednak nie wyznała pani tego wszystkiego McKinnowi? Jest to przyjaciel Charlesa Patricka. Przeczuwam, że wisi nad nami wielkie niebezpieczeństwo.” „Chciałabym panu opowiedzieć wiele rzeczy, które dotyczą mnie osobiście.” „Powie mi pani wówczas, gdy uzna to pani za stosowne” — odparł Charlie z uśmiechem. „Jestem tylko artystą malarzem i niczym więcej. Jestem jednak człowiekiem nie bez odwagi” — dodał. Młoda dziewczyna znów cmoknęła na konia, który ruszył z kopyta. Okolica stawała się coraz dziksza. W pewnym momencie droga poczęła biec tuż nad brzegiem urwistego zbocza. Przepaść pod ich stopami kończyła się w głębinach morza. Słychać było głośny huk fal przelewających się w dole.
Na lewo wznosiła się prostopadle skalista ściana. Drzewa rosły tu tak gęsto, że konarami swymi nie dopuszczały światła. Odcinek drogi, nawiasem mówiąc, był tak piękny, że zmusił Charliego do szczerego podziwu. „Huk wystrzału rozchodzi się dość szybko” — mruknął do siebie, sprawdzając, czy broń jest nabita. „Ale mam nadzieję, że ci, którzy mnie szpiegują, poczekają na lepszą okazję.” Ujechali już dobre dwa kilometry i drzewa otaczające z obu stron drogę zaczęły stopniowo rzednąć. Skaliste zbocze przeobraziło się w łagodniejsze wzgórze. W odległości kilkuset metrów ukazał się wysoki dwupiętrowy dom o jasnych ścianach. Dolly Patrick wskazała biczem w stronę budynku. „Oto mój dom” — rzekła, kładąc nacisk na słowie „mój”. „Śliczny” — rzekł młody człowiek z entuzjazmem.
„Czy pani brat Charles jest teraz w domu?” „Tak” — odparła lakonicznie. Jej zachowanie stawało się coraz bardziej powściągliwe. Zanim zatrzymała konia przed obszernym podjazdem i zanim hałas zajeżdżającego breku zwabił służbę, podniosła na Charliego swe niespokojne oczy. „A więc przyjaźń?” — szepnęła błagalnie. „Przyjaźń” — odparł Charlie na poważnie. Charlie nie wiedział, co miała na myśli Dolly, deklarując mu tak otwarcie swe uczucia. Dom nad przepaścią. Olbrzymi czarny Murzyn drzemiący przed domem zbudził się, zbliżył się powoli do nich i odebrał lęce z rąk dziewczyny. „Gdzie jest mister Charles?” — zapytała. „Mister Patrick jest w domu” — odparł czarny.
Nieprzyjemny grymas wykrzywił jego oblicze. „Mister być u siebie w swoim pokoju. Studiować wielka medycyna. Powiedzieć Joshua, żeby mu nikt nie przeszkadzać.” „Dobrze. Weź bagaże pana i zanieś je do błękitnego pokoju.” „Yes, madam.” „A więc jesteśmy, drogi panie Charlie. Proszę mi wybaczyć, że zostawię pana samego. Spotkamy się przy śniadaniu.” Czarny służący zaprowadził Charliego do obszernych komnat. Wszędzie rzucał się w oczy styl hiszpański, który pozostawał na tych ziemiach jako widomy ślad po pierwszych zdobywcach. Dom był duży i obszerny. Pokój Charliego posiadał trzy okna wychodzące na balkon, z którego po schodach można było zejść wprost do ogrodu.
Meble były skromne, ale dobrane z wyjątkowym smakiem. Wielka dębowa szafa stała naprzeciw szerokiego łóżka. W ciągu paru minut młody człowiek dokonał dokładnej inspekcji. Stwierdził, że w drzwiach nie było zamka. Okna posiadały wprawdzie zasuwy, lecz można je było zamknąć tylko od zewnątrz. Charlie skrzywił się, uporządkował swą bieliznę, ogarnął się trochę i w oczekiwaniu na lunch zaszedł do obszernego holu. Pośrodku stał tu stół, na którym leżały stosy książek. Charlie wziął jedną z nich do rąk. „Zarys anatomii” brzmiał tytuł. „Niewiele tu znajdę z tego, co mnie interesuje” — szepnął do siebie.
Zbliżył się do ściany, na której wisiała stara broń indyjska. Nagle drgnął i uniósł ze zdziwienia brwi. Broń rozwieszona była tak symetrycznie, że każdy brak rzucał się w oczy. W samym środku wisiał tomahawk, a pod nim kołczan ze strzałami. Ale obok tego tomahawku widać było wyraźniej na wypłowiałej tapecie ślad pozostawiony przez inny tomahawk. Charlie uśmiechnął się. Wiedział dobrze, gdzie szukać brakującej broni. Znajdowała się ona w małej willi w pobliżu Central Parku. „Oto pierwszy dowód” — szepnął, rzucając do popielniczki niedopałek papierosa. „Nie ulega wątpliwości, że jestem w lwiej paszczy.” Na samą myśl o tym owładnęło go dość niemiłe uczucie.
Ręka jego instynktownie poczęła szukać rewolweru. Ostatni z tych, którzy zniknęli, znajduje się teraz najwidoczniej w laboratorium Patricka. Pracował teraz, jak mówił Murzyn Joshua. Ale jaka rola przypadła temu ślicznemu dziewczęciu? Czyżby i ona należała do bandy? Badając kolejno w myśli najsprzeczniejsze hipotezy, skierował się powoli w stronę cienistego ogródka. Po kilku minutach usłyszał za sobą lekkie kroki. Była to Dolly Patrick. Jej niezwykła uroda jaśniała nowym blaskiem. Charlie skłonił się głęboko.
Młoda dziewczyna zbliżyła się doń z wymuszonym uśmiechem. „Szuka pan cienia?” — zapytała z udaną swobodą. Tak, Miss Dolly. Widok tu jest śliczny. Chciałbym zwiedzić również laboratorium pani brata. Wspaniała myśl. Mógłbym przenieść na płótno. Zbladła lekko. „Niech pan tam nie chodzi” — odparła poważnie. — „W laboratorium tym znalazłby pan rzeczy odrażające.
Pełno tam szkieletów i wewnętrznych organów ludzkich w spirytusie. Brrr. Nie cierpię tego wszystkiego. Przecież pan jest pejzażystą.” — dodała nagle. — Tak, ale anatomia również mnie interesuje. Widzę, że pani brat posiada śliczną kolekcję starej broni. Temat ten podchwyciła z zadowoleniem. — Tak, mamy tu sporo starych tomahawków. To również jedna z pasji mojego brata. My, Amerykanie, jesteśmy urodzonymi kolekcjonerami.
Charlie nabrał pewności, że nie miała ona pojęcia o niczym. Mimo to jej zachowanie wydawało mu się dziwne. — Jesteśmy przyjaciółmi — zaczęła. — Oczywiście — odparł Charlie, zniżając głos. — Jesteśmy przyjaciółmi. Chętnie służę pani swoją pomocą. O co chodzi? Znów spojrzała na niego poważnie. — Może jeszcze nie nadszedł czas, abym panu wszystko opowiedziała — odparła cichutko. — Mam do pana zaufanie.
Może zbyt nagłe, ale jestem sama na świecie. Chciałabym panu wiele opowiedzieć. Wspomniał pan przecież, że kocha sprawiedliwość. Czy nie lęka się pan niebezpieczeństw? — Zupełnie — odparł Charlie. — Być może i panu coś grozi — dodała, oblewając się rumieńcem. — Wszystko jest w rękach Boga. — Mówi pani zagadkowo. Mam nadzieję, że z czasem będzie się pani wyrażała jaśniej. Tylko od pani zależy decyzja.
Jeszcze raz zapewniam panią, że jestem jej szczerym przyjacielem. Dziewczyna nie spuszczała wzroku z jakiegoś punktu znajdującego się poza jego plecami. Nagle zaczęła mówić głośno i ze śmiechem. — Jakież to zabawne, co mi pan opowiada o waszym klubie. Charlie natychmiast odgadł przyczynę tej zmiany. Odwrócił się szybko. Za nim stał Murzyn Joshua. — Co się stało, Joshua? — zapytała dziewczyna. — Obiad na stole — odparł Murzyn.
— Dobrze, dziękuję. Napijemy się najpierw po jednym koktajlu. Ujęła Charliego pod ramię, ciągnąc go w stronę sali jadalnej. Stół był nakryty wspaniale. Olbrzymi bukiet kwiatów dominował w samym środku, odcinając się kolorową plamą od bogatych sreber zastawy. Na stole stały trzy nakrycia. — Oto pańskie miejsce — rzekła, wskazując mu krzesło. — Witam pana serdecznie w moim domu. Charlie ukłonił się. — Rozumiem — rzekł półgłosem.
— Wszystko to należy do pani i udziela pani widocznie gościny swemu bratu, który nie ma żadnych praw do jej majątku. Poprzeczna zmarszczka ukazała się znów na czole dziewczyny. W oczach pojawił się błysk nienawiści. — Tak, reszta jest w ręku Boga. Lekkie chrząknięcie oznajmiło zbliżanie się trzeciej osoby. Do jadalni wszedł człowiek mogący liczyć około lat czterdziestu. Wysoki i dobrze zbudowany, czynił mimo to dość dziwne wrażenie. Od razu wyczuć było można, że w żyłach jego płynie krew indyjska. Świadczyły o tym jego czarne oczy, orli nos i włosy. Ubrany był bez zarzutu.
W twarzy jego czaiło się okrucieństwo. Na widok tego człowieka Charliego ogarnęło nieprzyjemne uczucie. Mężczyzna zbliżył się do niego, ukłonił się i przedstawił: — Jestem Charles Patrick. Charlie odpowiedział sztywnym ukłonem. — Charlie Brand, malarz i gość Miss Dolly. Na czas dość krótki, który pozwoli mi na namalowanie kilku płócien. — Być może, Charles, że będę miała przyjemność przedstawić ci za kilka dni tego pana w charakterze mego narzeczonego — dodała powoli Dolly, spoglądając uparcie na swego brata. — Narzeczonego? Bardzo pięknie — odparł Patrick, podnosząc wysoko brwi ze zdziwienia. Spojrzał bacznie na Charliego Branda.
Pod wpływem tego wzroku niemiłe uczucie Charliego wzmogło się. Nie zdradził się jednak najmniejszym odruchem ze zdumienia, w jakie wprowadziły go te nagłe oświadczyny. — Bardzo pięknie — powtórzył Patrick po krótkiej przerwie. — Oto sensacyjna nowina. W gruncie rzeczy jesteś panią swojej woli, Dolly, i zrobisz to, co uznasz za stosowne. Winszuję panu szczerze, drogi panie Brand. Joshua, podaj obiad. — Yes, sir. Bez słowa zabrał się do jedzenia. Jego brunatna cera stała się jeszcze ciemniejsza.
Charlie, już najzupełniej opanowany, rozmawiał z Dolly o malarstwie i literaturze. Przez cały ten czas z ust lekarza nie padło ani jedno słowo. Wypił śpiesznie kawę i wstał od stołu. Ukłonił się z lekka Charlie'owi, który w odpowiedzi skinął mu uprzejmie głową. Psy. — Mimo wszystko chciałbym otrzymać od pani kilka wyjaśnień — odezwał się Charlie. Młoda dziewczyna podniosła się i oparła na łokciu. — Jakie i o kim? — zapytała. — O pani bracie.
— Bracie? Bracie, tak. Otóż Charles Patrick jest bandytą. To łotr bez sumienia. Skoro dowiedział się, że pan jest moim narzeczonym, zrozumiał, że jego panowanie w tym domu się kończy. Wiadomość ta wprawiła go w dziką wściekłość. Wszystko, co pan widzi dookoła, stanowi moją osobistą własność i Charlie Patrick siedział tu tylko z mojej łaski. Nie ma on nic, absolutnie nic. Aż dotąd, to jest do chwili mego dojścia do pełnoletności, żył tu jak pan z woli mego nieszczęsnego ojca. Czekałam na kogoś, na kim mogłabym się oprzeć.
Bóg zesłał mi pana. To wszystko. „Nie, to nie wszystko” — rzekł Charlie. Nagle przerwał. Ze stajni wyprowadzono powóz zaprzężony w dwa wspaniałe kare konie. Powoził Patrick. Przejeżdżając przed werandą, zawołał do swej siostry: „Jadę na dworzec. Może będę musiał pojechać w stronę Greenwich”. Zaciął konie. Po chwili pojazd zniknął za zakrętem drogi.
Uwagi Charliego nie uszło zdenerwowanie dziewczyny. „To nie wszystko” — ciągnął dalej, jak gdyby nic nie zaszło. — „Chciałbym otrzymać dokładniejsze wyjaśnienia o panu Charlesie Patricku.” „Jest pan artystą malarzem” — rzekła z ironicznym uśmiechem. — „Dlaczego to pana tak interesuje?” „Ponieważ jestem pani narzeczonym” — odparł Charlie żartobliwie. — „Nie jestem jeszcze dokładnie zorientowany i chciałbym...”. Wstał i jednym susem skoczył w stronę zasłony wiszącej nad drzwiami. Za zasłoną ukazała się przerażona twarz Murzyna Joshua. Charlie spojrzał nań ostro. Murzyn drżący na całym ciele zniknął. „Wydaje mi się” — rzekł Charlie — „że brat pani posiada tutaj swoją służbę wywiadowczą.” „O tak, wszyscy domownicy są na jego rozkazy.
Nie śmiałby mnie tknąć, to prawda, gdyż wywołałby zbyt wielki skandal. Obrał więc inną taktykę. Od roku dzieją się tu rzeczy, o których wiem mało. Tylko głuche wieści dochodzą do moich uszu. Patrick jest bardzo sprytny. To prawdziwy demon.” Zniżyła głos i zdjęta strachem ciągnęła dalej niemal szeptem. — „Charles Patrick żywi głębokie przekonanie, że jest on ostatnim potomkiem wymarłego szczepu Tilteków, który żył tu podczas najazdu Hiszpanów. Uważa się za syna wodzów tego szczepu. Ma swych zwolenników i własną religię. Odbywają się tutaj tajemnicze obrzędy.
Wszystko to jest ściśle tajne i otoczone tajemnicą. Wiem jednak z całą pewnością, że ta sekta fanatyków posiada tu w pobliżu ukrytą świątynię. Obawiam się, że ostatnie okropne wypadki pozostają w pewnym związku z tą sprawą. Patrick ma wytatuowany na ramieniu znak słońca, a cała służba tutejsza nosi na ciele te same znaki. W Koskop żyje około 20 ludzi pochodzenia indyjskiego, którzy również mają wytatuowany znak słońca. Tylko u Patricka znak słońca otaczają węże. Nie wiedziałam, co począć przed pańskim przyjazdem.” Przy całej swojej odwadze Charlie odczuł dreszcz przebiegający mu przez ciało. A więc hipoteza lorda Listera znajdowała swe potwierdzenie. Gdzież, u licha, podziewał się on w tej chwili? „Dość dziwne zjawisko w kraju cywilizowanym” — rzekł tonem niezdradzającym najmniejszego wzruszenia.
„Mówiłam już panu, że żyjemy tu jakby w zupełnie innym świecie” — odparła Dolly. — „Nie mamy nawet telefonu.” Nagle dał się słyszeć odgłos kół. Charlie spojrzał w kierunku furtki. Był to Patrick. Wyskoczył z powozu, rzucił lejce Joshua i minął werandę, kierując się w stronę domu. „Ostrzegam cię” — rzucił ostro swej siostrze — „że dziś wieczorem spuszczam psy z łańcucha. Przybyłem za późno, aby zdążyć na pociąg idący do Greenwich. Mam wrażenie, że jacyś włóczędzy wałęsają się po okolicy.” Skinął lekko głową w stronę Charliego, rzucając mu nieprzyjazne spojrzenie. Sekretarz lorda Listera odpowiedział lekkim ukłonem. „Poszedł odebrać wiadomości przysłane mu z Nowego Jorku” — szepnął do siebie.
— „Już wie z pewnością, kim jestem. Sprawa zaczyna się wikłać.” Informacje otrzymane od Dolly upewniły go już co do roli Patricka, jaką odgrywał on w związku z tajemniczym zniknięciem ludzi. „Droga Dolly” — rzekł, gdy Patrick zniknął za drzwiami swego laboratorium. — „Brat pani wspominał o psach. Cóż to miało znaczyć?” „Ma on tutaj dwie olbrzymie bestie. Są to psy trenowane dawniej do polowań na niewolników. Tylko on sam je karmi i potrafi do nich podejść. Ja ich nawet nie znam. Rzuciłyby się na każdego.” „Piękna tresura” — mruknął Charlie, zapalając piątego z rzędu papierosa. — „Sądzę, że zamiast dać im się pożreć, posłałbym w ich kierunku trochę ciężkostrawnego ołowiu.
Ale teraz pomówmy o czym innym. Czy nie chciałaby pani trochę zagrać?” Minęli wielki hol i przeszli do studio. Dolly zasiadła do fortepianu. Spod palców jej popłynęły tony Beethovena. Charles Patrick udawał tylko, że wrócił do swego laboratorium. Natychmiast opuścił je tylnymi drzwiami i udał się do parku gęsto porośniętego stuletnimi drzewami. Zbliżył się do wierzby, której gałęzie wyrastały z pnia nisko tuż ponad ziemią, zasłaniając sobą wąskie przejście. Patrick rozchylił gałęzie i zapuścił się w głąb tego naturalnego, ciemnego korytarza, który prowadził aż do skał. Otaczały go ciemności. Znowu widać dobrze drogę prowadzącą do małej jaskini, ponieważ kroczył naprzód bez wahania.
Minął małą jaskinię i doszedł do wielkiej groty. Macając ściany, natrafił na występ, w którym ukryta była kaseta rzeźbiona w drzewie. Zapalił latarkę elektryczną, a potem wielkie smolne polano. Z drewnianej kasety wyjął jakieś dziwaczne odznaki, naszyjnik złoty zakończony promienistym słońcem i przystąpił do przebierania się. Wysmarował górną część tułowia czerwoną farbą, nałożył na ramiona ciężkie złote bransolety, zawiesił na szyi łańcuch, głowę przystroił dziwacznymi emblematami. Twarz jego stała się podobna do tajemniczej maski. Ujął w rękę płonącą głownię i skierował się w stronę korytarza biegnącego w skale. W pewnej chwili uniósł błękitnawe światło i począł śpiewać monotonną melodię opartą na czterech zasadniczych motywach. Z obszernej jaskini, w której zgromadzonych było około 12 mężczyzn, doszedł do jego uszu potężny okrzyk: „Witamy cię, synu słońca. Pozdrawiamy cię w całej twej chwale!
Aj-lu-lua-la-ba! Aj-lua-la-ba!” Patrick powoli kroczył naprzód, obwieszony złotymi ozdobami. Wieczór zapadał już ponad obszernym domostwem. Charlie i Dolly Patrick udali się sami do jadalni. Charles Patrick wymówił się od udziału w kolacji pilnymi pracami. Joshua również nie było. Do stołu podawała żona Joshua. Z zapadnięciem nocy Dolly udała się do swego pokoju, a młody człowiek powędrował do pokoju gościnnego. Gdy tylko znalazł się sam, wyraz jego twarzy uległ nagłej zmianie. Zbliżył się do swych walizek i upewniwszy się, że nikt ich nie ruszał, wyjął z jednej z nich podręczną apteczkę.
„To zmęczenie, które mnie ogarnia, wydaje mi się mocno podejrzane, mości Patricku” — rzekł do siebie. — „Musimy temu zaradzić.” Zażył sporą dawkę kofeiny i wyciągnął się na łóżku. Uczucie senności, które przed chwilą zamykało mu powieki, poczęło stopniowo znikać. Czuł się jeszcze trochę niewyraźnie, lecz wiedział, że i to wkrótce ustanie. Minęła godzina. Nagle usłyszał lekkie skrobanie przy środkowym oknie. Cichutko przywarł do łóżka, ściskając rewolwer w ręce. Uśmiechnął się z zadowoleniem na widok ręki po cichu odmykającej okno. Wkrótce wszystko wróciło do normy. Charlie zbliżył się do drzwi, starając się je otworzyć.
Były zamknięte. Zamknięte z zewnątrz, prawdopodobnie za pomocą żelaznej sztaby. Wrócił do okna. Wsunął lufę rewolweru w szparę między oknem. Usłyszał głuche warczenie. W oknie ukazała się olbrzymia głowa psa. Za chwilę ukazała się druga. Obydwie bestie dostały się na balkon po wąskich schodach prowadzących z ogrodu. Z zimną krwią, którą zawdzięczał długiemu obcowaniu z lordem Listerem, Charlie otworzył okno na tyle, aby przepuścić jedno zwierzę. Drugi pies poszedł za przykładem pierwszego.
W tej samej chwili dały się słyszeć dwa strzały rewolwerowe. Obydwa psy leżały na podłodze z przestrzelonymi paszczami. Dobił je z zimną krwią. Charlie wrócił do pokoju i zapalił światło. Na korytarzu rozległy się jakieś kroki. W minutę później zapukano do drzwi. Młody człowiek zbliżył się, aby otworzyć, trzymając wciąż w pogotowiu nabity rewolwer. Tym razem był to Patrick. Za nim sunął się nieodłączny Joshua. Spojrzenie ich padło na psy.
„O!” — jęknął Patrick. „Niestety” — odparł Charlie. — „Widzi pan, nie wiem, w jaki sposób to się stało, ale psom udało się odemknąć okno. Rzuciły się na mnie z taką wściekłością, że bałem się o swe życie.” „Nie żyją” — mruknął Patrick. — „Moje psy nie żyją.” Nachylił się nad nimi, głaszcząc pieszczotliwie ich olbrzymie pyski. W tej samej chwili Charlie Brand usłyszał na korytarzu gwar zmieszanych głosów. Tym razem rozróżnił wśród nich głos kobiecy. Była to Dolly, która obudzona hukiem wystrzału pytała o przyczynę nocnego alarmu. „Wracaj do swego pokoju i nie wtrącaj się do moich spraw.” — zabrzmiał głos jej brata. — „Twój idiota narzeczony zamordował moje psy.
To twoja wina.” Charlie nie dosłyszał odpowiedzi Dolly, gdyż słowa jego zagłuszył pełen wściekłości głos Patricka: „Co takiego? Uważasz to za szczęśliwe zrządzenie losu? Te dwa psy były ostatnimi potomkami sfory należącej do mych przodków. Zapominasz, z kim mówisz, Dolly. Zasłużyłaś na to, aby cię ukarać przykładnie.” Charlie ściskał w ręce swój rewolwer i znów Dolly odpowiedziała coś cicho. „Grozisz mi?” — zawył w odpowiedzi Patrick. — „Idź precz! Wynoś się wraz ze swym narzeczonym! A teraz milcz, gdyż inaczej...” „Gdyż inaczej co?” — zapytała Dolly. Charlie usłyszał odgłos oddalających się kroków Patricka.
Po chwili i Dolly wróciła do swego pokoju, gdzie zamknęła się na zasuwę. „Gdzież, u licha, podział się Edward?” — mruknął do siebie sekretarz lorda Listera. — „Jego nieobecność zaczyna mnie niepokoić.” Rzucił się na łóżko, zabarykadowawszy uprzednio drzwi i okna. Po chwili już spał. Pośpieszne zaręczyny. Następnego ranka Charlie jak gdyby nigdy nic zjawił się w jadalni podczas śniadania. Zastał Patricka i jego siostrę siedzących w milczeniu naprzeciw siebie. Przywitał się wesoło z bratem Dolly. „Jaka piękna okolica” — rzekł. „Zwłaszcza dla narzeczonego, którego serce wypełnione jest miłością.” „Narzeczonego?” — powtórzył Patrick.
— „Czyżby wiadomość o zaręczynach została już podana do publicznej wiadomości?” „Dziś damy na zapowiedzi” — odparła Dolly. — „Jadę rano do Coscop i załatwię formalności.” „Doskonale” — odparł Patrick. — „Jesteś panią swej woli. Rób, co ci się podoba. Czy jedziesz brekiem?” „Tak.” Podniosła się. Charlie podał jej ramię. Po wyjściu Patricka Dolly zagryzła wargi. „Wytłumaczę panu wszystko później” — rzekła. Po kilku minutach gurlin galopował w stronę Coscop. Dolly, trzymając lejce, rozpoczęła drżącym głosem: „Musimy dać na zapowiedzi” — szepnęła.
— „Nie będzie już miał nade mną żadnej władzy. Jeśliby nawet trzeba było doprowadzić do małżeństwa, jestem na wszystko zdecydowana. Po tym zrobi pan, co pan będzie chciał.” Łzy zabłysły w jej oczach. Charlie nie nalegał na dalsze zwierzenia. Powóz mknął szybko jak wiatr po drodze wiodącej wśród skrzyń i przepaści. Charlie nie przestawał rozglądać się podejrzliwie. Nagle schwycił gwałtownie dziewczynę wpół i pchnął ją w głąb powozu. Sam rzucił się na kolana, wyjął rewolwer i strzelił. Lekki okrzyk dał się słyszeć od strony gęstych krzaków. Charlie podciął konia, który zarżał boleśnie i rzucił się naprzód jak strzała.
„Niebezpieczne są drogi w tym kraju” — rzekł spokojnie do Dolly, która nie mogła ochłonąć ze zdumienia. — „Dureń. Powinien był lepiej się ukryć. Może nie był nawet sam.” Dalsza część drogi minęła w milczeniu. Po przybyciu do Coscop, zgodnie z obyczajem udekorowali powóz kwiatami i udali się do urzędu stanu cywilnego, gdzie zgłosili zapowiedzi prawie równocześnie z zapowiedziami w Kościele Prezbiteriańskim. Wiadomość o zaręczynach bogatej Dolly Patrick rozeszła się po miasteczku lotem błyskawicy. Spędzili tu kilka godzin. Dolly złożyła parę wizyt biedakom, którymi się opiekowała. „Powiem panu jutro, dlaczego tak nienawidzę Charlesa Patricka” — rzekła Dolly w drodze powrotnej. „Po co odkładać do jutra?” — zapytał Charlie spokojnie.
„Są to sprawy rodzinne” — rzekła. — „Nie chcę mieszać pamięci rodziców do tych historii.” Charlie zamilkł, niezadowolony z jej wstrzemięźliwości. Droga minęła bez przygód. Nad białym domostwem Dolly zapadł wieczór. Charlie ujrzał w głębi ogrodu ciemne sylwetki Patricka i Josua. Stanął i udał się w stronę stajni. Patrick tymczasem zniknął. Joshua, udając, że nie zwraca najmniejszej uwagi na ruchy młodego gościa, zniknął również w sąsiedniej komórce. Pod pretekstem, że chce obejrzeć konia, Charlie otworzył drzwi prowadzące do boksów. Na kupie słomy, tuż obok koni, ujrzał siedzącego Murzyna, który od pierwszego spojrzenia wzbudził w nim uczucie nieopisanego wstrętu.
Murzyn ten miał olbrzymią, zupełnie łysą głowę. Czerwonwawe oczy wyłaziły mu po prostu z orbit, a z otwartych ust płynęła ślina. Na szyi miał wolę. Na widok białego człowieka wybuchnął idiotycznym śmiechem. Zanim Charlie zdążył się cofnąć, chwycił widły i podskakując dziwacznie skoczył w jego kierunku. Widły przeszły tuż ponad ramieniem Charliego, który skoczył w bok, wyciągając rewolwer. Murzyn, śmiejąc się, rozpoczął jakiś opętańczy taniec. Charlie wycofał się wreszcie ze stajni i powrócił do Dolly. „Iluż, u licha, czarnych macie w domu?” — zapytał. — „Znów spotkałem jednego w stajni.” „Sama nie wiem, skąd mój brat wytrzasnął tego degenerata” — rzekła.
— „Zajmował się psami, które pan zastrzelił.” „Czy nie macie więcej służby w domu?” „Tylko Joshua i jego żona. Jest to ta sama stara, która nam podawała do stołu wieczorem.” „Czy się pani nie obawia napaści?” „Nie” — odparła, potrząsając głową. — „Nie mógłby mnie zabić. Pociągnęłoby to za sobą zbyt wiele komplikacji. Jestem mu potrzebna.” Młody człowiek wzruszył ramionami. Raffles zjawia się. Zapadła już noc. Po kolacji, podczas której Patrick był znów nieobecny, Charlie udał się do swojego pokoju. Miał zamiar zabarykadować drzwi i okna, gdy spostrzegł nagle, że środkowe okno dawało się z łatwością usunąć w całości, ponieważ zawiasy zostały zdemontowane. Przez chwilę stał jak przykuty do miejsca.
Nagle od strony wielkiej szafy doszło jego uszu lekkie skrobanie. „Uwaga, mój drogi, to ja. Nie strzelaj.” — szepnął przytłumiony głos. Drzwi szafy otwarły się cicho. Raffles, ubrany tak jak w wagonie, gdy podróżował razem z Charliem, stanął w pokoju. Charlie omal nie krzyknął z radości. Nareszcie odetchnął pełną piersią. Raffles natomiast stanął między szafą i ścianą tak, aby nie można go było spostrzec z zewnątrz. Charlie odstawił lampę. „Doskonale” — rzekł Raffles cicho.
— „Musimy być ostrożni, ponieważ nas szpiegują. A teraz pozwól, że ci powinszuję zaręczyn z bogatą dziedziczką. Biedne dziecko. Robi, co może, aby uniknąć grożącego jej niebezpieczeństwa. Charles Patrick nie śpi. Tego samego wieczora, gdy przyjechałeś, miał o tobie dokładne wiadomości. Przeczuwa, że i ja tu jestem gdzieś w pobliżu i to wprawia go w zdenerwowanie. Czyś widział, Charlie, miejsce po tomahawku na ścianie w holu?” Charlie spojrzał na niego ze zdumieniem. „Zdążyłeś więc zwiedzić, Edwardzie, cały dom?” — zapytał. „Oczywiście.
Musisz mi jednak opowiedzieć wszystko, co wiesz. Po tym zastanowimy się nad dalszymi planami. W każdym jednak razie zalecam ci ostrożność. Pamiętaj, że dzisiejszej nocy grozić ci będzie poważne niebezpieczeństwo. Mam wrażenie” — ciągnął dalej Raffles — „że Patrick musi być przywódcą jakiejś tajemniczej sekty. Najtrudniej przyjdzie nam znaleźć miejsce ich zebrań. Szpiegowałem wczoraj naszego Patricka. Niestety, gdy zagłębił się w las, straciłem ślad. Jestem przekonany, że tajemnicze zniknięcia to właśnie jego sprawka. Trudno z góry przewidzieć, jakie były motywy jego działania, a z drugiej strony jasnym jest, że dąży on jednocześnie do tego, aby zawładnąć majątkiem swej siostry.
Oto powód, dla którego chwyciła się ciebie jak deski zbawienia. Stąd też zamiar Patricka pozbycia się ciebie za wszelką cenę. Patrick wie, że obydwaj opuściliśmy New York. Szuka mnie wszędzie, lecz bezskutecznie. A teraz słuchaj. Weź poduszkę z twego łóżka, pled i ułóż to w ten sposób, aby dać złudzenie, że śpisz.” Charlie bez słowa spełnił to polecenie, a Raffles zgasił tymczasem światło. „Przed chwilą, siedząc w szafie, podsłuchałem urywki rozmowy pomiędzy Joshua a jego panem” — szepnął Raffles. — „Przestawili umyślnie twoje łóżko w ten sposób, aby można było celować. Spodziewam się, że przybędą tu tej nocy. Musimy mieć się na baczności.” Lekki szmer dał się słyszeć od strony balkonu.
„To oni” — szepnął Raffles. Ale wbrew przewidywaniom Rafflesa odgłosy kroków ucichły. „Przyszli na wywiad. Musimy wymknąć się niepostrzeżenie z domu.” W tej samej chwili na korytarzu rozległy się kroki. Raffles skrzępił się z niezadowoleniem. „Obawiają się, że pomoże nam dziewczyna. Widocznie zabierają się najpierw do niej.” „Musimy przyjść jej z pomocą” — rzekł Charlie. „Nie ma pośpiechu. Nie zabiją jej tego samego dnia co ciebie, mój chłopcze.” Minęło kilka minut. Przez uchylone na korytarz drzwi obaj przyjaciele usłyszeli stłumiony okrzyk dochodzący z pierwszego piętra.
Raffles otworzył szeroko drzwi. Jęki powtórzyły się raz jeszcze. Wreszcie wszystko ucichło. Raffles wraz ze swym przyjacielem przedostali się na drewniany balkon, a stamtąd do ogrodu. Bez trudu otworzyli boczną furtkę prowadzącą na drogę. „Lepiej trzymać się od nich z dala” — wyjaśnił Raffles. — „Patrick jest nerwowy, a ta nerwowość może go skłonić do zbrodni nieobmyślonej z góry. Widzisz, mój drogi, oni zamierzają cię zabić i zainscenizować tragiczny wypadek. Patrick spostrzegł, że wystrzegasz się jadła. Zrezygnował więc z zatrucia lub uśpienia narkotykiem.
Przypuszczam, że siostrę swoją po prostu związał i zakneblował jej usta. Pomógł mu w tym Joshua lub jego żona.” Od strony domostwa Patricków rozległy się nagle wystrzały. Charlie drgnął. Raffles położył mu dłoń na ramieniu. „Zdaje mi się, że to był właśnie zamach na ciebie” — szepnął z ironią w głosie. — „Gdybyś obejrzał teraz twoją poduszkę, znalazłbyś w niej sporą porcję ołowiu. Ładnie byś wyglądał, gdyby plan Patricka powiódł się. Czy masz swój rewolwer i tłumik?” „Tak” — odparł Charlie. „Nie zapominaj o tym, że wciąż będę krążył w pobliżu ciebie. Trzymaj to.” — dodał, wręczając mu gwizdek.
— „Dasz mi znać, gdyby sytuacja stawała się zbyt groźna.” Charlie uścisnął w milczeniu rękę przyjaciela. Po chwili przeskakiwał już przez niski mur biegnący dookoła parku. Gwiżdżąc wesołą piosenkę, skierował się w stronę domostwa. Na werandzie rysowały się dwie ciemne sylwetki. „Halo, kto tam?” — zawołał jeden z osobników. — „Czy to pan, panie Brand?” W głosie wyczuć można było wahanie. „We własnej osobie, drogi panie Patrick” — rzekł Charlie, przesadzając szybką barierę balkonu. Płomienie głowni trzymanej przez Joshua oświetliły jego postać. — „Jak panom może wiadomo, jestem zwolennikiem nocnych spacerów. Przed chwilą odbyłem rozkoszną przechadzkę po drodze niezbyt daleko stąd.” W kącie stały oparte o mur dwie strzelby myśliwskie.
Patrick zrobił ruch, jak gdyby chciał się do nich zbliżyć. Charlie uprzedził go: „Co widzę, jest pan uzbrojony, panie Patrick. Pańskie obawy są zbędne. W okolicy nie ma nikogo, a ja sam jestem zaopatrzony w pewną i niezawodną broń.” „Czy nie słyszał pan strzału?” — zapytał Patrick, udając, że nie rozumie aluzji. „Słyszałem. Gdzieś w okolicy musi się odbywać polowanie.” „Nikt nie śmie polować na moich terenach bez mego zezwolenia” — odparł Patrick z ironią. Widocznie ktoś wałęsa się tutaj nieproszony. Rozmowa potoczyła się dalej w tym samym, lekko ironicznym tonie. Nagle rozległ się głośny okrzyk. Puść mnie, puść mnie, ty wstrętna wiedźmo!
Miss, miss nie zejdź na werandę — odparł ochrypły głos Murzynki. Patrick mimo woli uczynił gest zdradzający jego zdenerwowanie. Huk wystrzału musiał obudzić siostrę — odparł spokojnie. Skierował się w stronę drzwi, otworzył je i zapalił światło w holu. W drzwiach stała Dolly w nocnej koszuli i z włosami w nieładzie, wyrywając się z rąk Murzynki. Dzięki Bogu, że cię widzę, Charlie — zawołała, oddychając z ulgą. — Obawiałam się najgorszego. Gdzie jest Patrick? Nie udała ci się znowu sprawka. Masz gorączkę i lepiej byłoby, gdybyś nie wstawała z łóżka — odparł Patrick groźnie.
— Wracaj do swego pokoju. Zbytecznie się pan troszczy o swoją siostrę, mister Patrick — odparł Charlie zimno. — Zapomniał pan, że jest ona moją narzeczoną. Doskonale. Patrick skrzyżował ręce i uczynił ruch, jak gdyby gotował się do odejścia. Zostaniesz tutaj! — zawołała Dolly, zabiegając mu drogę. — Muszę się wreszcie uwolnić od niewolniczych węzłów, którymi mnie spętałeś. Niechże mój narzeczony dowie się, kim jesteś. Nie jesteś moim bratem.
Wiesz o tym najlepiej. Matka moja znalazła cię i wychowała jak węża na swym łonie. Gdyby mój ojciec żył jeszcze, byłby cię zabił jak psa. Dość już długo milczałam przez pamięć mej biednej matki. Jesteś bandytą, mordercą. Na szczęście znalazł się wreszcie ktoś- Masz silną gorączkę — odparł pogardliwie Patrick. Dlatego też widocznie związałeś mnie i zakneblowałeś mi usta. Oczywiście — odparł Patrick. Zbliżył się do Dolly, chcąc się na nią rzucić. Zatrzymał się jednak w miejscu.
Dolly trzymała w ręce rewolwer, kierując lufę w jego stronę. W tej samej chwili Charlie również wyciągnął broń. Zostań tutaj — zawołał, widząc, że Patrick chce się wycofać. — Charlie Brand i ja mamy z tobą wiele spraw do omówienia. Na twarzy Patricka ukazał się skurcz nienawiści. Sięgnął ręką do kieszeni marynarki. Charlie zdążył go jednak uprzedzić. Jeden ruch, a padniesz trupem — rzekł krótko. Dolly — zwrócił się do dziewczyny. — Jeśliby starał się uciec, strzelaj bez litości.
Ja tymczasem odbiorę mu broń i zrewiduję go. Ręce do góry, Patrick. Charlie wyciągnął z jego kieszeni nabity browning i nóż. Miej się na baczności — dodał, zwracając się do Josua, który z przerażeniem przyglądał się tej scenie. — Jeśli się ruszysz, dostaniesz kulą w łeb. Co zamierzasz dalej robić, Dolly? Przede wszystkim chcę wrócić do pańskiego pokoju. Przekona się pan, co zamierzali z panem zrobić. Po chwili wróciła. Przecięli przewody elektryczne — rzekła.
— Znalazłam jednak głownię płonącą, którą zostawili na balkonie. Naprzód, Patrick. Patrick ruszył naprzód. Za nim szedł przerażony Joshua. Dolly oświetliła płonącą głownią łóżko Charliego. Poduszka przeszyta była w dwóch miejscach kulami. Z dziur wyłaziło pierze. Mamy wreszcie wyjaśnienie dwóch wystrzałów, któreśmy słyszeli przed chwilą — rzekł Patrick, udając zdziwienie. Odzyskał już całkowicie zimną krew. — Miał pan szczęście, drogi panie Brand — ciągnął dalej.
— A mówiłem panu, że sporo włóczęgów kręci się po okolicy. Będę musiał udać się do Coscope i zwrócić na to uwagę władz. Dobry żart — przerwał mu Charlie. — Jutro udamy się istotnie do Coscope, ale zupełnie w innym celu. Zobaczymy, jak ludność miasteczka będzie się zapatrywała na twoje sprawki. Wciąż pod ochroną rewolweru Dolly rozkazał Patrickowi podnieść ręce do góry. Mocnym sznurem znalezionym w pokoju skrępował mu ręce. Uwaga, uwaga! Joshua! — zawołała nagle Dolly.
Charlie odwrócił się. Było już jednak za późno. Joshua rzucił się naprzód na płonącą głownię. Po chwili pokój tonął już w ciemnościach. Ktoś wyskoczył przez okno. Charlie strzelił w kierunku znikającej sylwetki. Odpowiedział mu tylko ironiczny śmiech. Charlie uczuł, że silna ręka chwyta go za gardło i że ktoś jednocześnie stara się wytrącić mu rewolwer. Ale napastnik nie docenił siły fizycznej Charliego. Młody człowiek wyswobodził się jednym ruchem, podniósł broń i strzelił kilkakrotnie w kierunku balkonu.
Rozległy się krzyki i wołania. Charlie chwycił gwizdek Rafflesa i wszczął alarm. Od strony, gdzie stał Patrick, rozległo się trzaśnięcie drzwi. Charlie rzucił się do okna, skąd usłyszał odpowiedź na swój gwizdek. Trzymaj się, chłopcze — zabrzmiał głos lorda Listera. — Gdzie jesteś, Charlie? Jakiś cień skoczył przez okno do pokoju. Tutaj, Edwardzie. Patrickowi udało się uciec tymi drzwiami. Dwie latarki elektryczne zabłysły pod oknem.
Och! — zawołał Charlie z odcieniem rozpaczy w głosie. Ciało młodej dziewczyny leżało rozciągnięte nieruchomo w samym środku pokoju. Charlie klęknął i przyłożył ucho do piersi Dolly. Ze smutkiem spojrzał na Listera. Raffles pochylił głowę. Nie żyje Charlie. Oczy Charliego wypełniły się łzami. Odwagi Charlie. Wiesz przecież, że tego rodzaju szczęście nigdy nie może stać się naszym udziałem.
Miłość to rzecz niebezpieczna. Charlie pochylił głowę i westchnął głęboko. Otrząsnął się nagle, jak gdyby chcąc pozbyć się smutnych myśli. Jestem gotów, Edwardzie — rzekł z prostotą. Skierowali się w stronę holu. Lord Lister otworzył drzwi. Dziwny zapach — rzekł, pociągając nosem. W jednej chwili gryzący dym wżarł się w ich oczy. Tędy Charlie! — zawołał Lister, szukając ucieczki przez okno.
Ten łotr podpalił dom. Podnieśli z ziemi ciało biednej Dolly i wyszli na balkon. Raffles gwizdnął przeciągle. Na odgłos gwizdka nadbiegło trzech mężczyzn. Uwaga, chłopcy — rzekł. Musimy uciekać. Podpalił dom. Kto wie, czy nie podłożył dynamitu. Mała grupka szybko zbiegła do ogrodu i przesadziwszy niewysoki mur, przedostała się na drogę. Ciało młodej dziewczyny ułożono na posłaniu z liści.
A nasz więzień? — zapytał Charlie, jak gdyby budząc się ze snu. Uciekł mój chłopcze. Sądziłem, że uda mi się go pochwycić i w tym celu sprowadziłem nawet posiłki. Prawdopodobnie związaliśmy go zbyt słabo. Musimy poczekać, aż ogień zostanie ugaszony i dopiero wówczas przystąpimy do starannego zbadania tego domostwa. Sądzę, że natrafimy w nim na niezwykłe rzeczy. W tej chwili słup ognia wystrzelił ponad dach. Raffles ukrył się za drzewem. Na balkonie ukazał się Charles Patrick, który śmiał się jak szaleniec.
W każdej ręce trzymał rewolwer i zanim Charlie zdążył zorientować się w sytuacji, kula świsnęła tuż koło jego ucha. Raffles wyciągnął rewolwer, lecz w tej samej chwili Patrick zniknął wewnątrz płonącego domu. W tej samej chwili rozległa się silna detonacja. Pierwsze i drugie piętro domu runęły, tworząc płonącą wyrwę. Sponad stajni unosił się potężny kłąb dymu. Konie zdołały umknąć. Byłem tego pewny — mruknął Raffles. Wszystko było przygotowane. Teraz nasuwa się jedno pytanie. Żyje czy nie żyje?
Tajemnica przepaści. Raffles usiadł na skraju drogi i zapalił papierosa. Trzej ludzie, których dobrał sobie do pomocy, zajęli się chwytaniem uciekających koni. W tej samej chwili od strony Koskop nadjechało auto, z którego wysiadł szeryf oraz kilku uzbrojonych mężczyzn. Halo, mister Johnson! — zawołał szeryf, zbliżając się. Cóż tam się dzieje? Raffles podniósł się, idąc mu na spotkanie. Ten łotr wysadził w powietrze swoją kryjówkę — odparł. W krótkich słowach opisał mu przebieg zajścia.
Szeryf nie wierzył własnym uszom. Biedna dziewczyna — rzekł, pochylając się nad ciałem Dolly Patrick. Cóż to za bandyci, ci ludzie? Szeryf odesłał jednego ze swych ludzi autem do Koskop, aby przewiózł ciało Dolly Patrick w bezpieczne miejsce. Mały oddziałek przedarł się na tyły zrujnowanego domostwa. Upał panujący tu był wprost nie do zniesienia. Po kilku minutach poszukiwań znaleziono wreszcie kamienne stopnie do połowy przysypane gruzem. Odkopywanie tych stopni zajęło im dobrą godzinę. Po schodach tych weszli do obszernej piwnicy o potężnym sklepieniu. Wkrótce wszyscy znaleźli się w prawdziwie skalnej grocie.
Ze sklepienia jej zwisały stalaktyty. Obecni stwierdzili ze zdumieniem, że stalaktyty te były rzeźbione. Jakaś tajemnicza ręka nadała im kształty wisielców. W samym środku sklepienia jaśniał w złotym i czerwienią olbrzymi emblemat wschodzącego słońca, dookoła którego wiły się namalowane węże. To emblemat Patricka i jego bandy — zawołał Raffles. Wedle legendy wszystkie groty w naszych górach służą za przytułek dawnym Indianom. Legenda widocznie mówi prawdę. Raffles oświetlił swą latarką dwa korytarze biorące początek w grocie. Zapuścił się w głąb jednej z nich i po chwili cofnął się z okrzykiem przerażenia. Korytarz ten cały wyłożony był głowami ludzkimi.
Pójdziemy więc naprzód drugim korytarzem — rzekł Raffles. Wkrótce doszli do prostopadłej ściany zamykającej dalsze przejście. Raffles oparł się w zamyśleniu o mur. Charlie, zdecydowałem się wskoczyć do tego potoku. Bandyci również nie mieli innego wyjścia. Broń Boże, nie rób tego! Ten potok posiada silny nurt. Zanim Charlie zdążył pożegnać się z nim, Raffles zniknął z jego oczu. Na powierzchni potoku ukazała się tylko biała piana. Mężczyźni wstrzymali oddech.
Sekundy wlokły się w nieskończoność. Nagle wszyscy odetchnęli z ulgą. Sznur poruszył się trzykrotnie w ręku trzymających go ludzi. Poczęli ciągnąć i wyciągnęli kamień, do którego przywiązana była kartka papieru. Kartka pokryta była pismem Rafflesa. Idźcie za moim przykładem — czytał Charlie. Pod wodą znajduje się korytarz. Wystarczy pogrążyć się, a sami wypłyniecie. Nie trzeba się związywać sznurami. Charlie dał swym ludziom instrukcje i pierwszy skoczył w kłębiący się wir.
Woda wciągnęła go i przeniosła z zadziwiającą szybkością do długiego korytarza. Nagle wyczuł pod stopami ziemię. Stanął i ujrzał w niewielkiej odległości światło latarni elektrycznej Rafflesa. Po kolei zaczęły się wynurzać głowy innych członków wyprawy. Posuwali się teraz ścieżką wiodącą w skalistym terenie. Widać na niej było jeszcze wilgotne ślady stóp ludzkich. Po chwili poczęli wspinać się po wąskich drewnianych schodach. Znalazłszy się na ostatnim stopniu, Raffles polecił zgasić światła. Przedostali się do wąskiego korytarza prowadzącego do obszernej groty, która oświetlana była już światłem dziennym. W samym jej środku wznosił się antyczny, potwornych rozmiarów posąg.
Przed posągiem ustawione były potężne kadzielnice, z których unosiły się czerwone opary. Na posągu widniały plamy zastygłej krwi. Stał przed nim Charles Patrick. Obnażona pierś pomalowana była na czerwono. Na piersiach na złotym łańcuchu widniał znak słońca. W ręku trzymał ciężką siekierę. Przed nim stali jego współwyznawcy pogrążeni w ekstazie. Nagle Patrick drgnął i podniósł siekierę. „Słuchajcie mnie, wierni synowie słońca. Ścigają mnie biali, którzy chcą pozbawić naszego Boga należnych mu ofiar.” W tej chwili w głębi groty rozległ się głuchy pomruk.
„Nie obawiajcie się!” — zawołał Patrick. — „Bóstwo domaga się nowej ofiary. Ofiarą tą ma być żona Joshua. Nie słuchała ostatnio moich rozkazów i za to odpowie własnym życiem.” Wierni rzucili się w stronę żony Joshua, która łkała żałośnie. Zaciągnięto ją w kierunku posągu. Znów rozległy się ponure, monotonne śpiewy. „Uwaga chłopcy” — rzucił krótki rozkaz Raffles. — „Strzelajcie w zwartą grupę. Ja biorę na siebie Patricka.” Odgłos strzałów rozległ się głośnym echem w grocie. Raffles skoczył w kierunku Patricka.
Za nim ruszyli Charlie Brand i szeryf. Patrick stał nieruchomo, trzymając siekierę wysoko wzniesioną do góry. Zraniony kulą rewolwerową krzyczał głośno z bólu, po czym zrzucił z siebie białe szaty i zniknął za posągiem. W jednej chwili grota opustoszała. Wszyscy zniknęli za posągiem, zostawiając na ziemi tylko tych, których dosięgły kule. Raffles z rewolwerem w ręce ostrożnie zapuścił się w drugą stronę groty. Nagle zatrzymał się. Na ustach zamarł mu okrzyk grozy. Stanął nad brzegiem przepaści, której strome zbocza ginęły w nieprzeniknionych ciemnościach. Światła latarń elektrycznych oświetliły wyrwę utworzoną w skalistym terenie.
Ukazały się poszarpane złomy skalne, na których widniały tu i ówdzie strzępy ubrań ludzkich oraz ciał. W ten sposób fanatycy zginęli od swej własnej broni. Pochłonęła ich ta sama przepaść, do której rzucali ciała swych ofiar. Raffles bez trudu odtworzył sobie przebieg całej tragedii. Wszedł na posąg i przekonał się, że naciskając go w pewnym miejscu, wprawiało się w ruch kamień zakrywający przepaść. Raffles pochylił się nad przepaścią. Z głębi dochodził głuchy szum. „To szum morza” — rzekł Raffles, zwracając się do szeryfa. — „Oto ich grób.” Następnego dnia Raffles i jego przyjaciel, odprowadzani przez tłumy mieszkańców Coscombe’u, wsiadli do pociągu idącego przez Nowy Orlean do Nowego Jorku. Charlie z żalem spoglądał na znikający sprzed jego oczu krajobraz.
„Zapomnij o wszystkim, mój chłopcze” — rzekł tajemniczy nieznajomy. — „Wkrótce wrócimy do Anglii. Opanowała mnie już tęsknota za krajem.” Charlie uśmiechnął się. „Szkoda, Edwardzie, że nie zabraliśmy z tej wyprawy żadnej pamiątki.” Tajemniczy uśmiech rozjaśnił oblicze Rafflesa. Spod szerokiego płaszcza wyciągnął złoty topór kapłana słońca. „Wziąłem to sobie na pamiątkę” — rzekł. — „Wspaniała sztuka. Sądzę, że liczy przeszło tysiąc lat, a może nawet i więcej.” „Kiedy odjeżdżamy?” — zapytał Charlie zamyślony. „Zarezerwowałem już kabiny na pokładzie Normandii. Po drodze zabierzemy z naszej willi w Central Parku tomahawk, za pośrednictwem którego Patrick wypowiedział nam wojnę.
Powiększy on nasze zbiory broni.” Koniec.
[01:36:40] - Proszę państwa, po tych wrażeniach z działalności nieocenionego lorda, który gości w Bibliotekarium w czasie okołoświątecznym na ogół, zapraszam państwa teraz na Filmotekarium. Piotr Cielebiaś już czeka, a dzisiaj opowiemy państwu o filmie „Smile 2”. No ale jak tu opowiadać o filmie „Smile 2” i nie powiedzieć o filmie „Smile”? A zatem będzie o obu. Zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu, zaczynamy Filmotekarium. Proponuję się uśmiechnąć. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:37:21] - Dzień dobry wieczór. Ja się już uśmiecham w taki, jak to się mówi, chyba sardoniczny sposób, bo tutaj nie chodzi o taki zwykły uśmiech. Dzisiaj sobie porozmawiamy o filmie „Smile 2”, czyli „Uśmiechnij się 2”. A skoro jest dwa, to znaczy się, że jest też jeden. Jedynki nie omawialiśmy w Filmotekarium, natomiast dzisiaj o niej trochę powiemy. Może nie za dużo. Oba filmy, pomimo że tworzą część
[01:37:49] - Czegoś, co pewnie będzie cyklem, to są do przyjęcia osobno. Można je obejrzeć w odwrotnej kolejności i nic się nie stanie, prawda Marku?
[01:38:00] - Absolutnie tak. Ja właśnie tego rodzaju zabiegu dokonałem. Obejrzałem dwójkę, spodobało mi się i obejrzałem jedynkę. Bez bólu, nie trzeba nawet żadnych wigibasów narracyjnych robić. Całkowicie spokojnie łykniecie państwo w odwrotnej kolejności. Co więcej, wydaje mi się, że przyjęcie najpierw do organizmu dwójki daje państwu szerszy obraz tego, co się dzieje w jedynce, nie psując jednocześnie zabawy.
[01:38:39] - Jeżeli chodzi o pierwszego "Smile'a", to opinie są różne. Niektórzy powiedzą, że to było lepsze. Może dlatego, że było świeższe, że wtedy widzieliśmy pewne sceny po raz pierwszy. Ale oba te filmy łączy coś, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, kiedy się ogląda w kolejności, jak się to ukazywało, czyli od jedynki, łączy coś w rodzaju klątwy. Tak naprawdę mamy, jak to wynika z części drugiej, do czynienia z jakąś nadprzyrodzoną istotą, bardziej interesującą niż nam to przedstawiono w jedynce. I ta istota jest rodzajem pasożyta. To dla całej fabuły dwójki jest bardzo ważne, bo tego pasożyta idzie się pozbyć, ale trzeba też się nieco natrudzić i sporo zaryzykować. Najważniejsze jest jednak to, że ten stwór, którego nam przedstawiono w części pierwszej w sposób dość znaczący, przenosi się w bardzo specyficzny sposób na nosiciela kolejnego, to znaczy w specyficznym momencie. Kolejnym nosicielem zostaje ta osoba, która jest świadkiem zgonu nosiciela poprzedniego. W przypadku bohaterek "Smile One" i "Smile 2" są to zakażenia przypadkowe.
Jak to było z jedynką, to sobie zobaczycie. Natomiast tutaj warto może dodać, że w przypadku jedynki mamy do czynienia z terapeutką, w przypadku dwójki z piosenkarką, z celebrytką Skye Riley. Wydarzenia w obu filmach dzieli zaledwie kilka dni. Łączy je wspólny bohater. Pasożyt oczywiście też, ale też pewien detektyw. Pewien policjant, który też jest nosicielem i na początku dwójki zakaża pewnych narkobossów, w tym dilera. Ten dealer potem zaraża naszą główną bohaterkę, piosenkarkę Skye Riley, która kupuje u niego środki przeciwbólowe, bo ma pewne problemy wynikające z jej przeszłości. Początkowo to zakażenie daje się jej we znaki, ale ona myśli, że to jest związane po prostu ze skutkami ubocznymi terapii, traumy, przyjmowania niektórych środków. Trzeba jeszcze jedną rzecz powiedzieć, że objawem tego zakażenia, czego skutkiem jest tytuł, są wizje i przede wszystkim charakterystyczne wizje szczerzących się do zakażonego ludzi. Chociaż oczywiście nie tylko, bo w dwójce mamy pokazane to trochę bardziej spektakularnie.
Jeżeli chodzi Marku o różnice między jedynką a dwójką, to rozmawialiśmy o tym przed nagraniem programu i wniosek jest dość ciekawy, bo nieczęsto się zdarza tak, że sequel czy druga część filmu, czy druga odsłona jest równie dobra, a może nawet lepsza niż oryginał. Tutaj ja byłbym w stanie zaryzykować stwierdzenie, że tak jest, że to jest film jakościowo lepszy, chociaż w jedynce mieliśmy świeży koncept, co nie oznacza, że w dwójce ten koncept nie został odświeżony, przedstawiony w nieco innym świetle.
[01:41:58] - Tak, to prawda. Dowiadujemy się w dwójce o tym pasożycie, ale ja mam w ogóle wrażenie, że takie techniczne sprawy związane z montażem, z tempem, jakim posuwa się do przodu akcja, to wszystko sprawia, że dwójka jest naprawdę filmem wartym obejrzenia. To na pewno. I takim przykuwającym mocno uwagę. A kiedy w dodatku dostajemy ten nieco mniej paranormalny czynnik związany z wizjami, związany z tym, co się dzieje na ekranie, to zaczyna pracować dodatkowo wyobraźnia, bo zdałem sobie sprawę, że "Smile 2" może też posłużyć do wytłumaczenia komuś bardzo początkującemu, jak funkcjonuje symulacja. Mój konik, moja rzecz, którą się pasjonuję. Otóż bohaterka dwójki, jedynki oczywiście też, ale dwójki bohaterka widzi rzeczywistość chwilami. Widzi rzeczywistość nie taką, jaką ona jest, ale taką, jaką podsuwa jej ów pasożyt. Tam się całe wydarzenia dzieją, które tak naprawdę nie mają miejsca, ale się dzieją. W jej umyśle się dzieją i ona nie odróżnia tych dwóch światów: tego świata wykreowanego przez pasożyta i świata prawdziwego.
Nie ma wyraźnej granicy pomiędzy nimi. I to też jest element, który w tym filmie bardzo mi odpowiadał, bo pokazuje, że ludzki umysł przy odrobinie kreatywności można oszukać i to w sposób Totalny, po prostu totalny. Tu bohaterka widzi rzeczy, przeżywa rzeczy, kontaktuje się z ludźmi, których nie ma. Albo w każdym razie to nie są oni tak naprawdę. Tu elementem dosyć ważnym jest jej przyjaciółka. Przyjaciółka, którą w swoim czasie obraziła, a która się w związku z tym obraziła. I panie się godzą. Tak nam się przynajmniej wydaje i tak się wydaje również głównej bohaterce. A jak jest naprawdę, to proponuję zajrzeć do filmu, bo rzecz zaskakująca. Nie byłem w stanie wcześniej tego wykoncypować, a okazuje się, że nie da się tego tak prosto wyjaśnić, jak nam się wydaje.
To duży plus dla filmu i w ogóle ten film w wielu miejscach ma niezłe tempo, to już mówiłem, ale też nie oszukuje. Bo kiedy orientujemy się, że główna bohaterka jest postacią sceniczną, jest piosenkarką, to elementy występów, które są pokazywane, takie odniosłem przynajmniej wrażenie, nie są robione na niby. To znaczy, to nie jest jakaś zapchajdziura, to nie jest coś, co nie robi wrażenia. Elementy występów głównej bohaterki, zacząłem się zastanawiać, czy by się nie dało jakiegoś koncertu obejrzeć z jej wykonaniem. To oczywiście z przymrużeniem oka traktujmy, ale nawet te elementy, które wydają się mniej ważne, zrobione są profesjonalnie. Wierzymy w to, że główna bohaterka jest piosenkarką i to wziętą piosenkarką, taką, na którą przychodzą tłumy. Bo to, co pokazuje na scenie we fragmentach, które widzimy, to budzi zainteresowanie. To element, który przytaczam dlatego, żeby powiedzieć, że ten film nie złapałem go przynajmniej na udawaniu. Bo wiecie państwo, czasami pojawiają się produkcje, które mrugają do nas okiem lewym albo prawym i mówią: "No wiecie, tutaj tak sobie przejedziemy szybko, ale idźmy do czegoś ważniejszego, bo to jest naprawdę ważne". I pojawiają się dziury, nazwijmy je tak spokojnie dziurami scenariuszowymi albo dziurami związanymi z akcją.
Tu czegoś takiego nie ma. Tu wydaje mi się, że wszystko jest zrobione na serio, a to duży plus. We współczesnym kinie troszeczkę jesteśmy przyzwyczajeni do pewnej umowności. Ja nie lubię tej umowności. Dla mnie, jeśli kino ma mnie oczarować, to musi być prawdziwe. Musi pokazać, że sposób, w jaki udaje ową prawdziwość, jest do przyjęcia. Jest taki, że oszuka mnie. I ten film mnie oszukał w bardzo wielu miejscach. Oszukał w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa.
[01:46:43] - Omawialiśmy film "Trap", gdzie główna bohaterka też była piosenkarką. To był film Shyamalana. Główna bohaterka była grana przez jego córkę i tam znaczna część filmu się składała z jej występów, które miały ją promować. Tutaj jest także aktorka, która się wciela w główną rolę, Sky Riley, też jest piosenkarką, może mniej znaną, ale też aktorką. I te sceny muzyczne są, ale my nie mamy wrażenia, że tego jest za dużo. To jest duży plus. Jeżeli chodzi o "Smile 2", to jest oceniany w sieci bardzo różnie. Ja bym tylko chciał zwrócić uwagę na to, że to jest jeden z niewielu dobrze zrealizowanych horrorów, które trafiły do obiegu w tym roku. Przepraszam, w ubiegłym roku, bo jest już 2025. Daje to nadzieję, że da się robić filmy w sposób taki, że są one miłe dla oka, że jest w nich sporo zaskoczeń.
Oczywiście można się czepić tego, że to jest film, który się rozgrywa w sferze celebrytów, artystów, show-biznesu i tak dalej, ale to nie przeszkadza tak bardzo. Dodatkowo mamy tam drugą warstwę całej historii, gdzie ta główna bohaterka zmaga się ze swoimi traumami, z toksyczną matką i tak dalej. Ale to nie jest tak przepsychologizowane jak było w "Smile 1", gdzie mieliśmy to też wszystko zaakcentowane, ale z pewnym zadęciem. Tutaj jest to film dynamiczny. To mi się podoba. Ja doceniam warstwy rozrywkowe tego filmu i byłem ukontentowany do tego stopnia, że ja uważam, że to jest film, który można nawet obejrzeć dwa razy, co się w moim przypadku bardzo rzadko zdarza. Tyle, że "Smile 2", zresztą jedynka też, przecież to cały cykl, który pewnie będzie miał też więcej odsłon. Te filmy są podobne do wielu innych, gdzie wątkiem jest takie opętanie czy też klątwa przekazywana z człowieka na człowieka różnymi metodami. Mieliśmy film "Coś za mną chodzi". Mamy nowy film pod tytułem "Płacz".
Było w poprzednich latach takich filmów sporo, kiedy po prostu człowiek się zarażał demonem od poprzedniej osoby. Z sequelami, ogólnie z tymi takimi rozbudowanymi, jak to się mówi, seriami filmowymi jest pewien problem. One się po pewnym czasie wypalają, jak to ma miejsce z "Quiet Place". W przypadku "Smile" dostajemy dobrą jedynkę i może nawet trochę lepszą dwójkę, chociaż oczywiście opinie są różne. Odcinanie kolejnych kuponów może się skończyć czymś mało chwalebnym tak naprawdę, ale drugie podejście nie było złe. To się rzadko zdarza, jeżeli idzie o filmowe cykle. To nie jest jednak jakiś horror, który by wywracał ten gatunek do góry nogami, zmieniał optykę o 180 stopni, wnosił coś mega nowego. Ale udało się zrealizować film poprawny, film miły dla oka, film mający pewien klimacik, starannie wykonany. Myślę, że za te wizualno-rozrywkowe aspekty „Smile 2” powinno zostać docenione i przynajmniej opatrzone opinią: dobry. Takie mam wrażenie.
[01:50:22] - Ja mam z kolei niepokój związany z końcówką „Smile 2”, ponieważ powiedziałeś, Piotrze, że to się pewno stanie cyklem. Jeśli skojarzycie państwo to, w jaki sposób ów pasożyt przenosi się na nowego nosiciela, jakie warunki muszą zaistnieć i jakie istnieją w poszczególnych odsłonach, to tutaj to zostało zmultiplikowane. Jak to piosenkarka występuje na scenie, a na widowni siedzą setki ludzi. A resztę już sobie państwo domyślcie się albo obejrzyjcie film. Obawiam się, że to multiplikowanie może nie wyjść na korzyść ewentualnym przyszłym odsłonom tego filmu, bo jak coś się staje masowe, to od tego są filmy o zombie albo czymś podobne. Natomiast tu, może przesadzam z tą kameralnością, bo ten film trudno nazwać kameralnym, ale jednak pewna ograniczona w przestrzeni wizualność tego filmu, bo bardzo często jesteśmy w pomieszczeniach, bardzo często obserwujemy bohaterkę w sytuacjach jak najbardziej domowych, a przy okazji niesamowitych. Tu boję się, że w ewentualnych przyszłych częściach rzecz się może nieco zmienić. Ale powtórzę za Piotrem: te dwie odsłony „Smile 1”, „Smile 2” to jest kino, które warto zobaczyć. Dla mnie jedynka ma troszeczkę za wolne tempo, ale ja w ogóle nienormalny jestem pod tym względem. Ja lubię, jak coś się dzieje szybko w kinie.
To nie zawsze się zresztą sprawdza, ale lubię. Dwójka dzieje się nieco szybciej, dlatego bardziej mi odpowiada. Skąd te różne opinie w sieci na temat tego filmu? Sam się zastanawiam, czyżby z tego, że on rzeczywiście, jak powiedział Piotr, wnosi niewiele nowego? Chyba nie. Bo to jest prawda, że on nie wnosi wiele nowego, ale z drugiej strony jest naprawdę bardzo dobrze zrealizowany. Nie zawsze oczekuję po kinie tego, żeby było coś absolutnie unikalnego. Wcześniej czy później by się to skończyło, ale oczekuję, że reżyser, scenarzysta również, nie będą mnie oszukiwali. I tu nie miałem takiego wrażenia. Obaj wykonali swoją pracę bardzo dobrze i muszę to powiedzieć: ja tam czekam na trójkę.
Mam nadzieję, że nie spełnią się moje najgorsze przewidywania i że to będzie dalej film, który będzie trzymał poziom, będzie trzymał tempo i będzie trzymał rodzaj zagadki. Bo właśnie chciałem o tym powiedzieć. Teoretycznie wydaje się, że my już właściwie po dwójce to wiemy wszystko. Mam wrażenie, że z tego pomysłu da się wycisnąć jeszcze troszeczkę więcej i jeśli trójka pójdzie tym tropem, żeby wycisnąć z owej opowieści jeszcze coś, jeszcze czymś nas zaskoczyć, to to może być niezły film. Nie musi być nawet lepszy od dwójki, jedynki. Niech on tylko będzie przyzwoity.
[01:53:59] - Znając twórców, to mam nadzieję, że oni nas trochę podpuścili. Oni pokazali taki scenariusz bardzo prosty, bardzo sztampowy, ale pewnie będą jakieś plot twisty. Ja też czekam na tą trójkę wyjątkowo, ale mam nadzieję, że to już będzie koniec tej serii.
[01:54:21] - Proszę państwa, jest tak, że nawet jak człowiek czyta dużo w jakimś gatunku, u mnie to jest fantastyka naukowa, ale z przyległościami, więc i fantasy się zdarza, i horror. To nawet jak człowiek dużo czyta w danym gatunku, to są takie utwory, które gdzieś tam, z jakichś czasami bliżej nieokreślonych powodów, przegapia, nie dociera do nich. Luiza Eviva Dobrzyńska dzisiaj w swoim cyklicznym programie opowie państwu o krótkim utworze, opowiadaniu „Dajcie szansę mrówkom”. Uwierzcie mi państwo, że dopóki nie wysłuchałem tej recenzji, to było już jakiś czas temu, coś ponad rok chyba, dopóki nie wysłuchałem tej recenzji, to byłem człowiekiem żyjącym w błogiej nieświadomości, że tak dobre opowiadanie gdzieś na rynku funkcjonuje. Przeczytałem właśnie dlatego, że w swoim recenzarium poleciła je Eviva. Zapraszam zatem.
[01:55:24] - Witam się z państwem, Luiza Eviva Dobrzyńska. Dotąd zazwyczaj omawiałam powieści, jednak istnieją opowiadania, które są nie mniej cenne. Można powiedzieć, że są powieścią w pigułce i jako takie zasługują na osobne omówienie. Dobrym przykładem jest tu opowiadanie Fryderyka Pola „Dajmy szansę mrówkom”. Jest to Odwrotne. I jednocześnie pokazuje słabość naszego ludzkiego myślenia o możliwych skutkach naszej działalności, a także do jakiego stopnia nasza ocena może być nieprawidłowa. O co tam chodzi? Otóż prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości, nie zostało to dokładnie określone, Ziemię opanowuje kolejna wojna. Nie wiadomo właściwie, czy całą Ziemię, czy tylko Amerykę, albowiem akcja toczy się w Detroit. Naukowiec Salva Gordy traci dom i traci rodzinę.
Jest praktycznie złamanym człowiekiem, zobojętniałym na wszystko, kiedy odwiedza go John Detery. John Detery poddaje mu myśl, że może ewolucja postawiła na niewłaściwego konia, że to nie ludzie powinni rządzić planetą. Wskazuje na mrówki, stworzenia doskonale zorganizowane i bardzo skuteczne, ale zbyt małe. A gdyby tak udało się je powiększyć? Według Gordy'ego problem leży w ich systemie oddechowym, który nie pozwala im rosnąć bardziej. Można to jednak zmienić. Prace obu idą dwutorowo. Z jednej strony bowiem trzeba wyhodować nowy rodzaj mrówek oddychających płucami i przez to obdarzonych większą możliwością rozwoju. Z drugiej strony zaś zbudować wehikuł czasu, za pomocą którego będzie można w odpowiednim momencie prehistorii podrzucić kilka lub kilkanaście królowych obdarzonych już nowymi cechami. Plan się udaje.
Gordy i Detery wracają więc do swojej teraźniejszości, żeby sprawdzić, co z tego wynikło. Jednak efekty ich eksperymentu okazują się nie takie, jakby chcieli. Oczywiście w tym opowiadaniu mamy takie zderzenie, które widzieliśmy i w książkach, i na filmach. Ludzie i insektoidy. Te drugie oczywiście krwiożercze, pozbawione wszelkich uczuć. Jest to słabość tego opowiadania, albowiem Gordy i Detery oceniają poczynania mrówek z punktu widzenia ludzi, a zupełnie nie rozumieją, że mają do czynienia po prostu z nowym gatunkiem, który po pierwsze może kierować się innymi pobudkami. I prawdopodobnie tak jest, skoro ewoluował od owadów. A po drugie ten gatunek to ich postrzega jako potwory. Zdziwienie Gordy'ego tym, co robią mrówki, nie będę tutaj się wgłębiać w to, co robią, bo to uważam każdy powinien sam przeczytać. Więc to zdziwienie jest bardzo infantylne, albowiem na miejscu mrówek w analogicznej sytuacji ludzie przecież postąpiliby dokładnie tak samo.
Opowiadanie to jest z jednej strony właśnie takim wglądem w to, jak my postrzegamy inne gatunki, jak postrzegamy też własną ewolucję, siebie. Jest też pewnego rodzaju ostrzeżeniem, dość typowym, żeby nie bawić się w Boga. No bo rzeczywiście można teoretycznie stworzyć nowy gatunek, zmieniając już istniejący. Tylko co dalej? Z tego mogą wyniknąć naprawdę paskudne historie. Wystarczy chociażby przypomnieć króliki przywiezione do Australii czy choćby nowy gatunek pszczoły miodnej z Afryki, który ma ogromną wydajność, ale jest też jednocześnie bardzo agresywny. Wyobraźmy sobie, co by było, gdybyśmy tak zaczęli to wszystko krzyżować ze sobą, żeby uzyskać właśnie jak najlepsze rezultaty, a jednocześnie do cech, które są dla nas pożyteczne, rozwijałyby się cechy, które powodują, że to stworzenie będzie stanowić śmiertelne zagrożenie dla człowieka. Bywały już precedensy. Owady hodowane po to, żeby zwalczać inne owady, stają się w pewnym momencie zagrożeniem same w sobie. Co do zwierząt wyższych jeszcze tego nie próbowaliśmy.
W każdym razie na pewno nie na taką skalę. Ale naukowcy, jak wiadomo, mają swoją pasję i w pewnym momencie to, co robią, naprawdę może się wymknąć spod kontroli. Oczywiście, żeby uzyskać taką sytuację jak z opowiadania Paula, to jeszcze trzeba by wynaleźć wehikuł czasu, a to jednak jest, delikatnie mówiąc, mało prawdopodobne. I chwała Bogu zresztą. Niektóre rozwiązania znane z science fiction raczej na zawsze pozostaną na kartach książek i w filmach. I bardzo dobrze. Jeżeli to opowiadanie warto przeczytać, to właśnie dlatego, żeby się zastanowić trochę nad naszym sposobem patrzenia na świat i patrzenia na inne gatunki, które możemy uważać za niepotrzebne albo groźne dla nas, a więc takie, jakie należy wytępić. Czy my w ogóle mamy prawo coś takiego robić? No właśnie. Opowiadanie jest niezbyt długie.
Znaczy długie jak na opowiadanie, krótkie jak na nowelę. I myślę, że warto po nie sięgnąć. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:01:06] - Proszę państwa, Piotr Cielebiaś nie odszedł daleko, bo mamy jeszcze dzisiaj do omówienia książkę z pogranicza. Małpa się państwu kłania, więc w Małpie dzisiaj książka zatytułowana „Tańczący mistrzowie Wuli. Przegląd nowej fizyki". Wierzcie mi państwo, to jest książka, której się nie zapomina. Co prawda, i tu się muszę przyznać bez bicia, ja się zabierałem za tę książkę dwa, trzy lata, podchodząc do niej raz z jednej, raz z drugiej strony. To tak, żeby było obrazowo. A tak naprawdę tu przeczytałem trochę jednego rozdziału, trochę drugiego. Jakoś tak nie mogłem. I pewnego dnia po prostu zacząłem ją czytać od początku. To było dobre posunięcie, bo bardzo szybko wciągnąłem tę książkę do swojej głowy.
Tak to trzeba określić, bo to nie jest zwykła lektura książki, kiedy przeczytamy kolejne strony, odfajkowane, zaliczone. Nie, to porównanie z wciąganiem jej do umysłu jest jak najbardziej à propos, ponieważ po lekturze tej książki bardzo wiele osób może zmienić, może nie sposób myślenia, bo to tak łatwo nie jest. Natomiast pewne spojrzenie na świat, a to już się może zdarzyć. Żeby nie mnożyć słów, zapraszam. Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór tobie, Piotrze.
[02:02:40] - Witam wszystkich serdecznie. Dzisiaj naprawdę fajna książka.
[02:02:45] - Fajna, bo pozwala uwierzyć tym wszystkim, którzy czują się w jakiś sposób troszeczkę przygaszeni tym, że interesują się sprawami paranormalnymi, niezwykłymi, takimi, które odrzuca współczesna nauka. Czują się tym przygaszeni, bo tu gdzieś jest ta racjonalna nauka, a my się interesujemy jakimś takim dziwnym światem, który nie daje się do końca wyjaśnić. To książka, o której dzisiaj będziemy mówić, pozwala uwierzyć w to, że odległość pomiędzy światem paranormalnym a zwykłym światem opisywanym przez fizykę wcale nie jest taka wielka, jak się może niektórym wydawać. Niektórzy wiedzą, że jest olbrzymia ta odległość, ale autor książki, którą będziemy dzisiaj omawiać, czyli „Tańczący mistrzowie Wu Li. Przegląd nowej fizyki” Gary Zukav sugeruje, że nie, nie ma żadnej odległości, że to są po prostu elementy naszej rzeczywistości. Jak chcemy, oczywiście możemy odwoływać się do twardej nauki, takiej fizyki. Same wzory i nic więcej. Ale jeśli popatrzymy szerzej, to się zacznie okazywać, że fizyka bardzo dobrze, bardzo naturalnie łączy się z tym światem, nazwijmy go dla swobody wypowiedzi światem paranormalnym.
[02:04:23] - Ta książka jest też bardzo ważna dla wszystkich, którzy poszukują szerszego zrozumienia rzeczywistości. O tym jeszcze za chwilę powiemy, ale najpierw może powiedzmy o dwóch innych podstawowych rzeczach. Kilka słów o autorze i o tym, czym jest rzeczone Wu Li. Tytuł tej książki jest może trochę źle dobrany. Moim zdaniem autor powinien bardziej zaakcentować to, o czym ta książka jest. Bo na pierwszy rzut oka i ucha czytelnik może dojść do wniosku, że chodzi o jakieś ćwiczenia kung-fu albo tai chi, albo coś w tym rodzaju. Ale tak naprawdę rzeczone Wu Li to jest po prostu fizyka. Autor, czyli Gary Zukav opisuje nam rozmowę, którą kiedyś odbył ze swoim kolegą Alem Chunliangiem Huangiem, mistrzem tai chi, który opowiedział mu o tym, że kiedy studiował na Tajwanie fizykę, to nazywano ją właśnie Wu Li, czyli strukturą energii organicznej albo w oryginale wzorcami energii organicznej. Jeżeli chodzi o samego autora, Gary'ego Zukava, jest on amerykańskim pisarzem zajmującym się kwestiami związanymi głównie z duchowością i ze świadomością. Jest to autor bestsellerów, taki autor, który się pojawia w mainstreamie.
I chociaż ogólnie nie jest mi blisko do tych tematów pop duchowych, to książka, o której dzisiaj jest mowa, jest inna. Jest pod wieloma względami bardzo konkretna. Jako ciekawostkę o Garym Zukavie można dodać, że on przez jakiś czas w swojej młodości mieszkał i przyjaźnił się z Jackiem Sarfattim. Jeżeli ktoś się mocniej interesuje ufologią, to kojarzy tego człowieka. Jest to ceniony, ale kontrowersyjny amerykański fizyk, który często się do UFO odnosił i który ostatnio, w każdym razie całkiem niedawno powiedział, że widział nagranie przedstawiające żywego obcego. Ale wróćmy do tych mistrzów Wu Li, bo książkę ciężko jest streścić. Ciężko jest ją omówić. Natomiast ona wychodzi od konfliktu między starą a nową fizyką. Kończy się natomiast nomen omen na końcu nauki i oprócz spisu treści ona zawiera też taki rozbudowany spis treści, przynajmniej w wersji oryginalnej, bo posiadam też wersję angielskojęzyczną i ten rozszerzony spis treści nam pokazuje, jaki tam jest ogrom zagadnień przedstawiony. Obok tego, co wspomniałem, mamy też oczywiście takie podstawy absolutne teorie względności, fizykę cząstek, mechanikę kwantową obowiązkowo i dziesiątki innych zagadnień.
I oczywiście coś, co można nazwać chyba, co najlepiej jest określić zmianę nowej fizyki, fizyki awangardowej, czyli takie pytanie o naturę świadomości, przyczynowości, rzeczywistości i tak dalej. Tylko że ja muszę to podkreślić, przy czytaniu tej książki jest wymagana uwaga i skupienie, bo niektóre tematy niełatwo jest podjąć i pojąć z marszu, szczególnie kiedy się nie ma w sobie tej żyłki fizyka. Ale ta książka i tak jest strawna dla kogoś, kto z nauk ścisłych był nogą, bo ona nie koncentruje się tak bardzo na rzeczonych wzorach, jak powiedziałeś Marku, tylko na rozumieniu tego wszystkiego, a przynajmniej próbie zbudowania jakiegoś spójnego obrazu. I według mnie najważniejsze: książka nie jest przeładowana popduchowością, nie jest przesłodzona. To jest kawał literatury edukacyjnej, którą polecam wszystkim, szczególnie tym naszym domorosłym kwantowym nauczycielom, mentorom i różnej maści bajerantom, których mamy mnóstwo w internecie. Oni często do tych swoich nauk, przekazów dodają termin „kwantowy”. Myślą, że to jest bardzo mądre i że lepiej przyciągnie uwagę słuchaczy czy kursantów. Ale książka Gary'ego Zukava pokazuje, że odległość między ezoteryką żonglującą różnego rodzaju sloganami a czymś, co jest głębiej, czymś, co zbliża nam tak naprawdę tę sferę duchowości, ezoteryki do nauki, że jest taki pomost. Tylko to wszystko nie jest łatwe.
[02:08:55] - Mnie książka Zukava zaimponowała, bo człowiek nie jest fizykiem. On raczej korzystał z dobrze poinformowanych informacji czerpanych od fizyków, ale potrafił przekształcić język dosyć hermetyczny, którym posługują się właśnie fizycy, w rzecz absolutnie zrozumiałą, bo fizyka, a już fizyka kwantowa zupełnie. Jeśli mamy ambicje, chcemy cokolwiek zrozumieć, to albo jesteśmy skazani na rodzaj takiego naukowego, hermetycznego bełkotu i wtedy jest ciężko, bo ciężko się skupić i ciężko to w ogóle zrozumieć, jeśli się nie ma odpowiedniej podbudowy. Natomiast rzadko trafia się wytłumaczenie treści związanych z zagadkowymi zjawiskami, które występują w fizyce. Rzadko się zdarza, że ktoś tłumaczy owe zjawiska w sposób przystępny, ale nie prymitywny. Kiedy dostajemy informacje na temat na przykład splątania kwantowego, te tematy, które wiążą się z fizyką kwantową, ale nie tylko z fizyką kwantową, bo tak jak Piotr wspomniał, mamy również einsteinowskie przemyślenia związane z teorią względności. To wszystko jest podane w taki sposób, że nie męczy, ale mnie bardziej zaimponowało w książce to, że omówienie pewnych zagadnień z fizyką związanych jest taką platformą startową, punktem wyjścia do pójścia znacznie dalej. Piotr mówi o tej duchowości. Ona tu jest, ale właśnie nie jest męcząca, nie jest dominująca. Nie mówi: „Tak, musicie być duchowi, bo inaczej ten świat nie będzie miał sensu”.
Nie. Zukav stara się, tak mi się przynajmniej wydaje, w swojej książce pokazać, że nie ma dwóch światów. Ten świat fizyki i świat duchowości. Świat związany z tym, co często nazywamy paranormalnością chociażby. Nie, to jest jeden świat i wbrew pozorom wcale nie pojawia się tam jakaś przepaść. Przeciwnie, jeśli odpowiednio spojrzymy, to zjawiska, które wypływają ze zrozumienia fizyki, zdają się tłumaczyć przynajmniej niektóre aspekty tego, co najogólniej rzecz biorąc nazywamy światem duchowym i my po prostu w naszym świecie takim przesiąkniętym scjentyzmem, czyli wszystko trzeba zważyć, zmierzyć, jakoś odzwyczailiśmy się od tego, że świat jest jeden i jeśli spróbujemy go opisać, to musimy go właśnie opisywać jako jedność, jako coś, co po prostu nas otacza. I oczywiście ze względów taktycznych możemy przyjąć, że są dwie fizyki: fizyka klasyczna i fizyka kwantowa. To się dobrze sprawdza, jeśli piszemy wzorki, jeśli pewne rzeczy chcemy tłumaczyć na takim podstawowym poziomie, ale musimy zdawać sobie sprawę, że ten opis rzeczywistości jest właśnie taki taktyczny. On ma posłużyć temu, żebyśmy coś zrozumieli. Natomiast rzeczywistość jest jedna i nie mogą jej opisywać dwie fizyki.
Fizycy od bardzo dawna marzą o unifikacji, żeby te dwie teorie klasyczna i kwantowa połączyły się w jedną fizykę. I jakoś to się nie udaje. Przynajmniej na gruncie czysto naukowym. Zukav daje nadzieję, że może to się uda, tylko być może na razie poszukiwania idą w złą stronę, że być może jest tak, że rozwiązanie, istota tego podziału, tego postrzegania świata wcale nie jest tak odległa, tylko musimy zmienić sposób patrzenia na otaczającą nas rzeczywistość i wtedy może się okazać, że fizyka zacznie opisywać stany, opisywać wydarzenia, zjawiska, o których my zwykliśmy sądzić, że należą do świata duchowego, a w każdym razie tego paranormalnego. Ja nie wiem, czy to dobrze przybliżyłem, ale to jest naprawdę książka, którą warto przeczytać właśnie ze względu na to, że ona ową nadzieję rodzi w nas i co więcej, pokazuje pewne punkty wyjścia, w którą stronę można by podążać. Ja troszkę poczytałem w internecie na temat tej książki, nie tylko w polskim internecie. Otóż Znowu świat naukowy trochę się podzielił w ocenie tej książki. Jedni uznali za ciekawą propozycję to, co napisał Zukav. Inni natomiast skupili się na wytykaniu mu różnego rodzaju potknięć. Umówmy się, człowiek, który nie jest z wykształcenia fizykiem, musi tego rodzaju potknięcia zaliczyć.
Ale to nie są wielkie potknięcia. Jeśli ktoś na podstawie jakichś drobnych uchybień wysuwa wniosek, że wszystko, co napisał autor jest bez sensu, to ja zastanawiam się, jaki jest aparat analityczny takiego naukowca, który jest w stanie wysnuwać tego rodzaju wnioski. Ja się trochę boję o wnioski naukowe, które ten człowiek wyciąga, bo to będzie opinia w tym wypadku. Moim zdaniem książka o tym nowym spojrzeniu na fizykę, „Przegląd nowej fizyki”, książka „Tańczący mistrzowie” to jest książka, która ma być głosem w dyskusji, próbą zainspirowania nas wszystkich czytelników do tego, żeby myśleć o świecie w sposób jednolity, bo to jest punkt wyjścia do tego, żeby być może coś ogarnąć, coś, co do tej pory wydaje się tajemnicą.
[02:15:23] - Dobrze, że to podkreśliłeś, bo miałem właśnie o tym wspomnieć, że taki podział, który się utrzymuje gdzieś tam, powiedzmy formalnie od oświecenia na ten świat scjentystów i na ten świat tych, którzy patrzą duchem albo sercem, ukształtował takie myślenie bardzo biegunowe, że albo jesteś scjentystą, albo jesteś osobą duchową, uduchowioną, ezoterykiem i tak dalej. Nie ma czegoś pomiędzy. Jest ta sfera pomiędzy, ale ludzie są spolaryzowani strasznie i dlatego powiedziałem, że nie lubię tych terminów duchowość, ezoteryka, bo one są tak samo nacechowane emocjami i odgórnie obranymi pozycjami jak scjentyzm tak naprawdę. Mało jest osób, tak mi się wydaje, które mają w sobie tyle samozaparcia intelektualnego, żeby iść tym środkiem, żeby się nie dać przeciągnąć na którąś ze stron. Mówię to oczywiście w kontekście całego ziemskiego społeczeństwa. Jak powiedziałem, ta książka jest bardzo zasobna w informacje, porusza cały szereg tematów, natomiast chyba najważniejsze jest to, jakie sobie człowiek zadaje pytania po lekturze. W moim przypadku było ich kilka. Po pierwsze to jest takie pytanie, które zawsze mnie interesowało. Taka kwestia, której poświęciłem nawet parę artykułów. Skąd się bierze duża zbieżność między wizją świata w niektórych tradycjach starożytnych albo trochę młodszych, na przykład w chińskiej medycynie, na przykład w hinduistycznej kosmologii i tak dalej, a tym, co odkrywa współczesna nauka.
Na pewnym stopniu zrozumienia albo obrazowania raczej one mówią jednym głosem. Dlaczego dawniej przedstawiano pewne procesy symbolicznie nawet tysiące lat temu, a dzisiaj o tym samym mówią najtęższe umysły? Jest to bardzo interesujące. Po drugie, czy przypadkiem nie potrzeba przewrotu umysłowego, który zrewiduje nasz sposób patrzenia na człowieka, na świadomość w skomplikowanym matriksie, jakim jest rzeczywistość i kosmos. Tyle że dopóki nie poznamy tego, jak ta rzeczywistość funkcjonuje i skąd ona się w ogóle wzięła, to takie dywagacje, takie kwestie, o których Zukav pisze, one zawsze będą przebiegały na tej linii demarkacyjnej, w tej szarej strefie pomiędzy duchowością, religią a nauką. I chyba trzecie najważniejsze pytanie, które tak na samym końcu do człowieka przychodzi, bo ten obraz świata, który wynika nie tyle z książki Zukava, co z po prostu pewnej kompilacji, pewnej syntezy, której on dokonał, syntezy odkryć, poglądów, zmusza do zadania sobie pytania. To jest wszystko takie dziwne. Czy to się nakręciło samo, czy może to jednak ktoś nakręcił?
[02:18:22] - Tak, to prawda. Ja myślę, że po lekturze tej książki ludzie z otwartymi umysłami przestaną widzieć świat rozpadający się na tę część, która gdzieś tam zbliża się do wiary, do tłumaczenia świata jako jakiejś boskiej. Ale weźmy to boskiej w cudzysłów. Bardziej chodzi o istotę wyższą, może bardziej o coś takiego. Raczej nie kojarzyłbym tego z tradycyjnymi religiami i z tradycyjnymi systemami wierzeń. Raczej chodzi o tę istotę będącą gdzieś wyżej. To trudno określić, czy chodzi o wymiar, czy o jakieś inne elementy. Nagle człowiek dostrzega, że ten podział na właśnie świat z istotą wyższą i świat fizyczny nasz, on jest w gruncie rzeczy umowny albo może nie umowny to złe słowo, bardziej przyjęty przez ludzi od jakiegoś czasu. I tak bardzo trzymamy się tego podziału, że już kilka wojen religijnych na tym tle wybuchło, ale to zostawmy. Natomiast ludzie są tak bardzo przywiązani do tego, że właśnie są ci, którzy czują bardziej i wierzą, i ci, którzy wiedzą.
I myślę, że ten podział jest dosyć kluczowy, bo jedni wiedzą, a drudzy tylko wierzą. Ja myślę, że to jest miejsce, myślę o książce, w którym można nabrać przekonania, że być może trzeba zmienić całe nasze myślenie, bo ten podział na wiarę i wiedzę on jest dosyć złudny. Wiara to jest przyjęcie czegoś bez dowodu, bo wierzę w to. Wiedza, tu wszystko jestem w stanie wymienić, skąd się wzięło. A może to tak nie działa? Może to działa troszeczkę inaczej i ten nasz podział bardzo nam odpowiadający, nie oszukujmy się, są ludzie, którzy są dumni z tego, że wiedzą. Są ludzie dumni z tego, że wierzą. Tylko Może jest jeszcze zupełnie inaczej. Ta książka w jakimś stopniu przekonała mnie, że można tak myśleć, że czas na nowe otwarcie. Ona jeszcze niczego nie otwiera, ona jeszcze nie stawia kropki nad i, ale daje punkt wyjścia dla przemyśleń.
I to może być tak, że każdy z nas, każdy z czytelników nagle złapie tę ideę i nagle w jego umyśle pojawi się obraz świata zupełnie inny niż ten, który nam się serwuje. Bo, proszę państwa, to nie jest tak, że nauka opisuje pełnię tego, co nas otacza. Nauka w jakimś stopniu szkicuje nasz świat, ale to głębokie przekonanie naukowców, że już wiemy bardzo dużo i zaraz będziemy wiedzieli niemal wszystko, jest denerwujące. Ja to często podkreślam. Nie chodzi o to, że już tak dużo wiemy, tylko chodzi o to, że czasami przychodzi taki moment, że naukowcy zmieniają punkt widzenia, sposób oświetlenia całej tej wiedzy i okazuje się, że jest troszeczkę inaczej niż się wydawało. To, co mówią fizycy o świecie dzisiaj i to, co mówili sto lat temu, może nie różni się radykalnie, bo jednak klasyczna fizyka bazuje na tym, co się pojawiło dawno, dawno temu. Ale jednak gdybyśmy zapytali, jak wygląda świat, to dzisiejszy fizyk powie nam zupełnie coś innego od tego z XIX wieku. I trzeba naprawdę mieć w sobie duże samozaparcie naukowe, żeby wierzyć w to, że doszliśmy do granic poznania, że nie będzie już przewrotów w stanie naszej wiedzy i że my już teraz tylko się zbliżymy do krawędzi i już będziemy wiedzieli wszystko. Może nas dzieli od tego momentu 100, może 200, może 500 lat, ale w końcu będziemy wiedzieli wszystko. A moim zdaniem gdzieś poza wierszami, Cukier stawia takie pytanie: a może czas inaczej spojrzeć na to wszystko?
I wtedy się otworzy przed nami świat, który dopiero będziemy musieli zrozumieć. Tak jak mówiłem na początku audycji, dzisiejsze spotkanie jeszcze świąteczne i jeszcze troszeczkę krótsze niż zwykle. Tym bardziej że w nowym roku pojawią się audycje niespodziankowe, zupełnie nowe cykle. Miejmy nadzieję przynajmniej, że się pojawią. Takie mam plany, a wiecie państwo, jak to jest z planami. Ale dzisiaj to już koniec. Dzisiaj wydanie świąteczno-noworoczne. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo. Zapraszam za tydzień. Mam nadzieję, że dzisiaj czujecie się państwo literacko spełnieni i myślę, że za tydzień będzie bardzo podobnie.
Życzę państwu spokojnego, długiego weekendu, dobrej nocy i do usłyszenia za tydzień.
[02:23:33] - I żeby tak jeszcze za tydzień też było biało nie tylko od śniegu, ale i od przewracanych kartek kolejnych książek. Tego życzymy sobie i wam. Mówił przed chwilą do państwa, jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.