Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:05] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Póki jeszcze AI nie zrobiło nam oj oj, cieszmy się prawdziwymi głosami prawdziwych, żywych ludzi i rozpocznijmy kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór w kolejnym odcinku Bibliotekarium 2.0. Ivellios przed chwilą mówił, moim zdaniem, o rzeczy bardzo ważnej. I to nie chodzi o to, że gdzieś tam w Krakowie w radiu odpalono sztuczne inteligencje, żeby prowadziły programy.
[01:01] - I to jeszcze tak publicznie w radiu publicznym.
[01:04] - Tak, ale to mi się jeszcze nie wydaje takie straszne, aczkolwiek to może być zapowiedź czegoś naprawdę niemiłego. Zapytacie państwo czego? Otóż nie minie wiele lat, kiedy odróżnienie fikcji, fałszu od prawdy stanie się po prostu niemożliwe. Ja od dłuższego czasu zastanawiałem się, co mają na myśli ci wszyscy ludzie, którzy mówią o tym, że żyjemy w czasach postprawdy. Już teraz wiem. Oczywiście rozumiałem, co mówią, ale wydawało mi się to takie nadęte, wydawało mi się to takie nieprawdziwe. Po raz kolejny w życiu muszę przyznać, że dogoniła mnie rzeczywistość, a właściwie to ja zdaję się gonić tę rzeczywistość, bo nie nadążam. Otóż tak, za kilka lat, a może szybciej, pojawią się sytuacje, w której naprawdę nie będziemy mogli powiedzieć, czy coś zostało powiedziane, czy nie zostało powiedziane. Ba, czasami będziemy się zastanawiali, czy to myśmy powiedzieli, czy nie. Może była taka sytuacja, gdzieś byliśmy zdenerwowani i coś tam powiedzieliśmy i ktoś nam to teraz odtwarza.
Nie wiem, jak będzie, ale przyszło mi do głowy, że za tych mitycznych kilka lat pojawi się nowy zawód. Nowy zawód, będzie to ścisła specjalizacja, będzie wymagało to zajęcie bardzo wielu umiejętności oraz zgłębienia kilkunastu albo kilkudziesięciu ważnych programów. Takich programów, których być może jeszcze nie ma. Jaki to będzie zawód? To będzie zawód polegający na rozpoznawaniu, co jest fikcją, a co jest prawdą, bo przeciętny człowiek nie będzie w stanie tego zrobić. Dlatego żyjemy w społeczeństwie, które naprawdę stało się społeczeństwem postprawdy. Prawda nie istnieje, zdawałoby się, mówią przynajmniej niektórzy. Ja jestem przekonany, że to jest bełkot, bo prawda istnieje. Problem polega na tym, że coraz trudniej odróżnić ową prawdę od nieprawdy, która wygląda prawie tak samo albo wręcz tak samo. I to będzie główny problem nadchodzącego świata.
Właśnie, prawda. Wydawać by się mogło, że prawda jest czymś, co jest na wyciągnięcie ręki. Okazuje się, że jeszcze możemy zatęsknić za tym, co nazywamy prawdą. Proszę, jak nas przyzwyczaiły media, bardzo często mówimy o tym, że jest wiele różnych prawd. Otóż, proszę państwa, to jest rzecz, która została nam narzucona przez usłużne media. Prawda jest tylko jedna. To nie chodzi o to, ja tu nie mam żadnych konotacji religijnych. Mam konotacje logiczne. Jeżeli coś się wydarzyło, to się wydarzyło i nie ma co o tym dyskutować, czy to jest prawdziwe, czy nie, bo się wydarzyło. I bardzo wiele rzeczy można na ten poziom przenieść.
Czyli prawda istnieje. To my bardzo często nie potrafimy owej prawdy odnaleźć. I to jest problem, z którym będziemy się mierzyli coraz częściej. Bo powiedziałem, że odwołanie moje jest do logiki. Owszem, do logiki, bo ja wiem, te wszystkie rzeczy, które powtarzają różni internetowi nadawacze, że logika i prawda i że nie zawsze to, co jest logiczne, jest prawdziwe i odwrotnie, i tak dalej. Posłuchajcie państwo Thora. To wszystko prawda. Aż się uśmiechnąłem. Tak, to wszystko prawda, ale logika w świecie rzeczywistym pełni tylko funkcję pomocniczą. Ona ma nam tylko pokazywać kierunek.
Ona niczego nie rozstrzyga. O tym, co jest prawdziwe, co nie, musi rozstrzygnąć ktoś, jakiś arbiter. Czasami to my jesteśmy tym arbitrem, a jeżeli przestaniemy umieć rozstrzygać, co jest prawdą, to marnie to wszystko widzę. Dosyć, proszę państwa, filozofii. Filozofia będzie jeszcze trochę później. Zaczniemy jednak tradycyjnie od polecanek książkowych. Te polecanki książkowe dzisiaj dotyczą wydawnictwa Zysk i Spółka. Przygotowałem trzy premiery. Pierwsza z nich pojawi się na rynku 26 listopada. To książka „Neom” autorstwa Levi Idar.
Tłumaczem jest Michał Jakuszewski. Co napisano na temat tej książki? Już sama ta notka jest fascynująca. À propos fascynująca. Fascynująca powieść, która przenosi nas do niezwykłego megamiasta przyszłości, gdzie inteligentne maszyny przemierzają pustynię w poszukiwaniu sensu, a sztuka potrafi być groźniejsza niż najpotężniejsza broń. Neom to miejsce, które dla jednych jest futurystyczną baśnią pełną technologicznych cudów, a dla innych chaotycznym miastem na wybrzeżu Morza Czerwonego, bramą prowadzącą z Ziemi w kosmos. Dla wielu to jednak po prostu dom. Jedyny, jaki znają. Młody sierota Elias marzy o opuszczeniu Ziemi, przyłączając się do karawany w nadziei na zdobycie środków na podróż w gwiazdy. Pustynia kryje wiele tajemnic.
Mechaniczne artefakty, z których część jest niezrozumiała, a inne groźne, niestabilne. Tymczasem w Neom odżywa dawna relacja pomiędzy policjantem Nasirem a kwiaciarką Mariam, która pracuje bez wytchnienia w targowym zgiełku, a nocami marzy o ciszy i spokoju. Ich losy splatają się z misją tajemniczego, bezimiennego robota, który zamierza wskrzesić legendarnego Złotego Człowieka, od dawna uznawanego tylko za mit. Czy zdołają odnaleźć swoje miejsce w tej pełnej kontrastów rzeczywistości? A może to Neom samo zdecyduje o ich losie? Alastair Reynolds, autor cyklu „Przestrzeń objawienia”, napisał o tej książce następujące słowa: „Piękna powieść, oryginalna, bogato zbudowana, ale nieprzytłaczająca, mieniąca się odniesieniami i wątkami niczym barwna tkanina z delikatnych emocji i obrazów.” Przypomnę, to była książka „Neom” i przypomnę również, pokaże się na rynku 26 listopada. Kolejna książka, którą chciałem państwu polecić, objawi się nieco szybciej, bo 5 listopada. Nosi tytuł „Śladami Amber”. Autorstwo Christina. Tu mam zawsze problem z nazwiskami, które nie są ani polskie, ani angielskie.
Z tymi jeszcze jakoś sobie radzę. Tu niestety Leunens. Wybaczcie państwo, ale to moje przywiązanie do tego, żeby jakoś podobnie to wypowiedzieć, czasami wpędza mnie w kłopoty i w to, co państwo przed chwilą słyszeli. Leunens? Może tak. W każdym razie tłumaczem tej książki jest Tomasz Biedroń. Luknijmy, co ciekawego znajdziemy na kartach owej powieści. Wzruszająca opowieść o sile pierwszej miłości, stracie, obsesji i trudnych wyborach. Ethan, student filmoznawstwa, jest zakochany w swojej bliskiej przyjaciółce Amber. Ona również go kocha, lecz nie w taki sposób, jakiego on by pragnął.
Kiedy na horyzoncie pojawia się Stuart, starszy brytyjski inwestor, rozpoczyna się subtelna, długotrwała walka o serce Amber. Z czasem skrywane tajemnice wychodzą na światło dzienne, a rzeczywistość okazuje się inna, niż można było przypuszczać. Każda z postaci staje przed koniecznością podjęcia decyzji, których nigdy by się po sobie nie spodziewała. Autorka z literackim wyczuciem przeplata kilka planów czasowych. Teraźniejszość, w której Ethan kręci dokument na Antarktydzie, hipisowskie lata studenckie, gdy po raz pierwszy spotkał Amber, oraz burzliwe lata 80. naznaczone pacyfistycznymi protestami. I choć w tle zawsze towarzyszy nam wiarygodnie nakreślony klimat epoki, to na pierwszym planie niezmiennie śledzimy losy dwojga bohaterów i nieprzemijającego uczucia, które każe Ethanowi wierzyć, że jeszcze wszystko może się udać. A kiedy wydaje się, że nieprzewidywalny los zabiera to, co najcenniejsze, okazuje się, że trzyma w zanadrzu też coś zaskakującego, co nada życiu nowy sens. The New Zealand Herald napisał o tej książce następująco: „Nostalgiczna podróż w głąb wspomnień. Autorka tej błyskotliwie opowiedzianej historii ukazuje klasyczną nieuchronność rodem z tragedii greckiej.
Jedna decyzja lub błędny krok może wpłynąć na życie wszystkich wokół.” Przypomnę, to była książka „Śladami Amber”. Będzie dostępna na rynku już 5 listopada. No i trzecia książka. Premiera 19 listopada. Tytuł „Pan Błysk”. To jest książka J.R.R. Tolkiena, w dodatku z ilustracjami autora. Tłumaczką tej pozycji jest Paulina Braiter. Pan Błysk słynący z niezwykle wysokich cylindrów i z Żyrulika, który mieszka w jego ogrodzie, kierowany kaprysem postanawia pewnego dnia kupić samochód, lecz jego pierwsza przejażdżka z wizytą do znajomych szybko zamienia się w całą serię katastrof. Niektóre są winą stylu jazdy pana Błyska, ale nawet on nie był w stanie przewidzieć, że zostanie porwany przez Trzy niedźwiedzie.
J.R.R. Tolkien stworzył książeczkę o przygodach Pana Błyska dla własnych dzieci, ilustrując tekst mnóstwem szczegółowych i prześmiesznych, a przy okazji kolorowych, bardzo kolorowych rysunków. W 1936 roku przesłał ją swojemu wydawcy jako możliwą następną książkę po „Hobbicie”. Ale choć porównywano tę ekscentryczną opowieść do bestsellerowej „Alicji w Krainie Dziwów”, czy też Czarów, wydawnictwa nie stać było na druk ilustracji. Po raz pierwszy „Pan Błysk” został wydany w 1982 roku, już po śmierci pisarza. W tym wydaniu po raz pierwszy połączono barwne rysunki Tolkiena z polskim tekstem tak, że tworzą integralną całość z komiczną historyjką. Książka zawiera także oryginalne reprodukcje rękopisów autora, pozwalając czytelnikom w każdym wieku cieszyć się tą niezwykłą opowieścią. Przypomnę, to była książka, która ukaże się na rynku 19 listopada. „Pan Błysk”, której autorem jest J.R.R. Tolkien.
Tak, proszę państwa, ale to jeszcze nie koniec zapowiadanek, polecanek na dzisiaj. Teraz zapraszam na zapowiedź nowego numeru „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[13:33] - Witam, witam serdecznie.
[13:35] - Zaczynamy przegląd 11. numeru „Nieznanego Świata” i tradycyjnie w tym miejscu dodam, jak ten czas leci. Jeszcze niedawno było lato, a tu już numer listopadowy. Zaczynamy zresztą od artykułu „Listopadowa zaduma”.
[13:55] - Tak, ogólnie z „Nieznanym Światem” jest tak, o czym już pewnie wiecie, że są takie numery, które mają punkty stałe i na przykład z numerem listopadowym jest podobnie. Jest tam często duża dawka tematów związanych z życiem po życiu, które od względnie niedawna noszą taką nazwę „Listopadowa zaduma”. Taki cykl luźno połączonych treści. A że teraz życie po życiu i zaświaty to jest temat na czasie z wiadomych względów, to w listopadowym numerze też coś znajdziecie w tej tematyce. Dwa teksty poświęcone miejscom szczególnie naznaczonym, jeżeli idzie o śmierć, czyli szpitalom. Jeden to artykuł poświęcony szpitalowi w Otwocku, bardzo znanemu szpitalowi w internecie na przykład, a drugi nawiedzonym szpitalom na świecie ogólnie. Bo okazuje się, że tych lecznic, które mają niewidzialnych mieszkańców, które są uważane za nawiedzone, jest tak naprawdę bardzo dużo, szczególnie na Zachodzie. Krążą o nich legendy. Tyle że to są takie legendy, takie historie o duchach typowe, ale z tak zwanej autopsji, na przykład z relacji nadsyłanych do „Nieznanego Świata”, z historii, które mnie też opowiadali ludzie, wiem, że wiele szpitali, nawet takich, o których nie krążą żadne legendy, ma też swoich niewidocznych mieszkańców albo ma też to swoje ukryte życie. Oczywiście nie chcę tutaj w żaden sposób nikogo straszyć, ale warto sięgnąć do listopadowego numeru „Nieznanego Świata”, żeby sobie uzmysłowić także taką stronę obcowania z tym zaświatem.
[15:37] - Z listopadowej zadumy i z rozważań nad drugą stroną, nad tym, co gdzieś tam się kryje, nawiązując do piosenki, że życie to forma istnienia białka, ale w kominie coś czasem załka. To zróbmy taki mały albo nawet duży kontrapunkt i bardzo ciekawymi tekstami pojawiającymi się w „Nieznanym Świecie” w listopadowym wydaniu są teksty poświęcone UFO. Są teksty poświęcone obcym. Pierwszy z nich to jest tekst dotyczący indyjskiej NASA. Tekst twojego autorstwa, Piotrze.
[16:18] - Tak, to jest sprawa sprzed dobrych kilku tygodni. Wtedy to w rozmowie z pewnym youtuberem dyrektor Indyjskiej Organizacji Badań Kosmicznych, doktor Sridhar Somanath postawił kilka bardzo ciekawych wniosków. To nie są oczywiście jakieś oficjalne wnioski Indyjskiej Agencji Kosmicznej, ale jego osobiste. On powiedział o tym, że jest przekonany, iż istnieje życie w kosmosie w formie inteligentnej, może nawet takie, które nas odwiedziło. Było też więcej ciekawych wypowiedzi z jego strony, o których możecie sobie w tym artykule przeczytać. Ale taka szersza, że tak powiem, refleksja, która wypływa z tego artykułu, z tego wydarzenia jest taka, że nie tylko przedstawiciele krajów, które nam się otwarcie kojarzą z UFO, z kosmitami, z hegemonią na świecie, bo to zwykle Amerykanie ratują świat przed najazdem kosmitów. Nie tylko te kraje będą miały coś do powiedzenia, jeżeli idzie o kontakt, jeżeli idzie o to disclosure. Bo tak naprawdę przedstawiciele zachodniego kręgu kulturowego trochę jakby zawłaszczyli sobie tą tematykę. Ale mamy jeszcze też Wschód, mamy Indie, mamy Chiny, mamy cywilizacje tak naprawdę, które są zupełnie inne, które trochę inaczej pojmują rzeczywistość, szczególnie w przypadku Indii, które łączą sobie czasami to, co my nazywamy sferą ducha i materii. Także ich spojrzenie na temat UFO, na temat obcych może być tak naprawdę nieco ciekawsze, może być pełniejsze, szersze.
Także tutaj warto śledzić dyskusję na temat UFO w Indiach, ale i w Chinach.
[18:06] - Muszę powiedzieć, że „Nieznany Świat” wykazał się Taką aktywnością jak grupa szybkiego reagowania, bo następny tekst o omówienie którego poprosiłbym cię Piotrze, to jest również tekst twojego autorstwa, a dotyczy, jak to mawiają niektórzy, najnowszej nowości, czyli książki Elizondo. Książki, którą całkiem niedawno omawiał internet, a w Nieznanym Świecie już jest jej omówienie. Tobie oddaję głos Piotrze.
[18:40] - Tak. Nasi stali słuchacze, którzy nas słuchają Marku w internecie mogą pomyśleć, że to jednak już trochę jest musztarda po obiedzie pisanie o książce „Imminent”. Ale tak jest z cyklem publikacyjnym Nieznanego Świata. To jest miesięcznik. Tutaj nawet nowość się pojawi z dość dużym opóźnieniem. Taka specyfika, trudno. Będziemy mieli niedługo kolejne przesłuchanie dotyczące UFO w Kongresie, także może tutaj rzuci nam ono nieco światła na to, co mówi autor wspomnianej książki, czyli Luis Elizondo. A jak ktoś nie wie, kim on był, to jest były agent, żołnierz, członek i samozwańczy szef takiej jednostki AATIP, która miała odpowiadać za badania nad obiektami UAP i spod której, że tak powiem, skrzydeł wyciekły w sposób kontrolowany słynne filmy z UFO. Elizondo przez kilka lat pozostawał w cieniu. Latem tego roku powrócił ze swoją kontrowersyjną, wybitnie nawet kontrowersyjną książką ujawniającą to, czego się dowiedział o UFO, o aktywności obcych na Ziemi.
A dowiedział się bardzo wiele i w tym artykule możecie przeczytać taką syntezę, taki skrót tego, co ten Elizondo mówi. Mówi rzeczy na przykład takie o związkach demonologii i ufologii, o związkach paranormalistyki i ufologii, o tym, że kosmici swoją budową trochę są podobni do prymitywnych zwierząt. Generalnie mówi bardzo dużo różnych rzeczy, także takich na pierwszy rzut oka interesujących. A pod koniec tej książki straszy, że obcy się interesują trochę za bardzo naszym potencjałem militarnym i jądrowym i kto wie, o co im tak naprawdę chodzi. Generalnie możemy powiedzieć, że książka wywołała ogromne zainteresowanie, bo Elizondo pisze o bardzo wielu sprawach, nawet takich rzadko poruszanych, w sposób dość oryginalny. Ale nie brak też głosów krytycznych mówiących, że to wszystko jest takie troszeczkę naciągane i tak naprawdę zbyt mało szczegółowe jak na człowieka, który przez dobrych kilka lat w ramach swojej codziennej pracy zajmował się badaniem UFO. A jakie są mankamenty tej książki? Jaka jest natura tych zarzutów? To sobie w tym artykule możecie przeczytać.
[20:56] - Ja tylko dodam, że znam tę książkę. Namówiony przez ciebie przeczytałem i muszę państwu powiedzieć o jednym: Piotr znakomicie streszcza tę książkę. Ona nie jest długa, ale i tak jest za długa, bo tam jest mnóstwo waty. A jak Piotr to wycisnął, to te najciekawsze rzeczy znalazły się w artykule i chwała tobie Piotrze za to. Kartkuję, kartkuję numer 11 i natrafiam na Kronikę Akaszy. Tam są dosyć krótkie notki zazwyczaj, ale rzuciła mi się w oczy ta poświęcona całunowi turyńskiemu i pewnym odkryciom, które zadziwiają.
[21:43] - Mało kto wie, bo to się działo głównie w angielskojęzycznym internecie, ale kilka miesięcy temu przetoczył się prawdziwy huragan przez niektóre strony dotyczący, może tak będzie lepiej, całunu turyńskiego i nowych badań. Nowych starych badań tak naprawdę Giulio Fantiiego, syndologa, czyli specjalisty od całunu. On wysunął szereg bardzo daleko idących wniosków. Opublikował taką metaanalizę, zebrał dotychczasowe dane i uznał na przykład, że całun jest absolutnie prawdziwy. Ale może to nawet tak nie szokowało jak fakt wspomnienia, że może być napromieniowany, że może być lekko radioaktywny. W jaki sposób? Nie do końca wiadomo, ale wszyscy, którzy się interesują całunem, tak zwaną syndologią pamiętają krążące od dawna hipotezy, pogłoski mówiące, że ten wizerunek mógł zostać wypalony w momencie zmartwychwstania. Wypalony przez jakąś siłę, która miała charakter podobny do promieniowania jonizującego. On nie został wypalony. On został tam, powiedzmy, utrwalony raczej niż wypalony, bo wypalony nie jest i tak dalej.
Tutaj Fanti znany jest z mocnego ideologicznego zaangażowania w kwestię całunu. Zarzuca się mu często, że on przede wszystkim wierzy, dopiero potem bada i wielu rzeczy też jakoś nie chce wytłumaczyć. Na przykład to, dlaczego Jezus z całunu wygląda tak dziwnie europejsko, tak niesemicko bym powiedział. Ale warto tym przeczytać, dlatego że u nas ta dyskusja o tych wnioskach Fantiiego w ogóle umknęła tak zwanemu mainstreamowi.
[23:26] - Bardzo ciekawy wywiad w tym numerze. Wywiad, który wzbudził we mnie takie uczucia sentymentalne. Nosi tytuł: „Jak połączyć ogień z wodą?”. To jest wywiad z Wacławem Korabiewiczem, którego książki czytałem w dzieciństwie, bo tutaj przy okazji artykułu, przy okazji wywiadu są zreprodukowane okładki i ze wzruszeniem, autentycznym wzruszeniem znalazłem tytuły z takiej serii bardzo poczytnej w swoim czasie „Dookoła świata”. I ja te książki czytałem. Tu macie państwo wywiad z Wacławem Korabiewiczem. To jest podróżnik, ale również religioznawca, lekarz oraz pisarz.
[24:16] - Tak ogólnie człowiek orkiestra. Korabiewicz nie żyje już 30 lat. To jest taki lekko archiwalny wywiad. On pisze o wielu rzeczach, mówi o wielu rzeczach, ale główna uwaga zwrócona jest na sprawę tak zwanych zaginionych lat Jezusa, którymi się interesował gdzieś w końcówce życia i którą to sprawę zgłębiał. Chodzi o sprawę rzekomego pobytu Chrystusa w Indiach, w Kaśmirze, gdzie miał pobierać nauki. To się wiąże z wszystkimi hasłami typu pamiętnik Notowicza i tak dalej. Sprawa budzi ogromne kontrowersje od lat, traktowana jest przez historyków jako legenda. Jednak musiało być w niej coś, co przekonało jakby nie było tak obytego w wielu dziedzinach człowieka. Akurat w tym przypadku Wacław Korabiewicz znalazł jakieś ziarno prawdy w historii pod tytułem „Jezus w Indiach”.
[25:13] - A zdradź jeszcze, Piotrze, tajemnicę, skąd ten archiwalny wywiad, z jakimi źródłami trafił do „Nieznanego Świata”?
[25:24] - To jest wywiad, który przeprowadził Roman Warszewski. Dla upamiętnienia tej okrągłej rocznicy związanej z Wacławem Korabiewiczem tak się stało, że ten wywiad zagościł w „Nieznanym Świecie”.
[25:41] - Jest jeszcze jeden tekst w „Nieznanym Świecie”. Nie mogę sobie odmówić radości i przyjemności, muszę o nim wspomnieć. To jest tekst „Nec Hercules contra plures”. Omówienie, znowu użyję tego zwrotu, który mnie nieustannie bawi, czyli najnowszej nowości, już teraz trochę zestarzałej, czyli filmu z uniwersum „Obcego”.
[26:12] - Tak, najnowsza odsłona „Obcego” przyniosła tyle zachwytów, co rozczarowań. Film, który zresztą mieliśmy okazję, Marku, omawiać tu i ówdzie w kilku miejscach, jednym przypadł do gustu jako rozwinięcie tego wszystkiego, co w tym uniwersum Aliena było. Innym nie przypadł w ogóle. Mnie też. To był film przebiegany i przenudzony. Natomiast cóż on nam mówi? Cóż nam pokazuje? Starą prawdę, że rzeczy, które ktoś już kiedyś oglądał, to jest tak jak z piosenkami. Niektórzy ludzie lubią piosenki, które już znają i z filmami jest podobnie. Jeżeli jest jakieś uniwersum, które ma wielu fanów, w którym przynajmniej jeden film wzbudził jakieś pozytywne odczucia, to filmowcy często stawiają na takie serie, bo wiedzą, że zawsze ktoś na taki film pójdzie.
Tutaj „Obcy” staje się powoli odcinaniem kuponów od serii, która powoli się wypala moim zdaniem. Wypala się z powodu zbytniej schematyczności w tworzeniu kolejnych odcinków i tego, że pewne triki, które przez lata były wykorzystywane przez filmowców i które działały, po latach nie są w stanie nikogo zaskoczyć. Oglądanie tego samego scenariusza, tylko z innymi bohaterami po raz kolejny jednak nudzi trochę.
[27:41] - Żeby filmowo nawiązać to rejs wiecznie żywy. À propos tego oglądania, co się już kiedyś oglądało. Pięknie ci, Piotrze dziękuję i do usłyszenia przy okazji grudniowego numeru „Nieznanego Świata”.
[27:58] - A to już niedługo. Ja powiem jeszcze na koniec, że numer jest bogaty też w inne treści. Zachęcam do zapoznania się ze spisem treści ogólnie na stronie www.nieznanyswiat.pl. Przypominam, że miesięcznik można nabyć też w wersji elektronicznej na stronie e-kiosku i nie tylko, ale więcej się dowiecie ze strony internetowej „Nieznanego Świata”. Wydań papierowych szukajcie na stanowiskach z prasą, ale można je również zamówić przez internet. Także wydania archiwalne na stronie www.nieznany.pl.
[28:34] - Proszę państwa, a teraz czas na korepetycje filozoficzne. Dzisiaj artykuł Filipa Kobieli „Zofiofobia. Ostatni zabobon?”. Zofia, czyli mądrość i zofiofobia. Ten tekst ukazał się, co już państwo doskonale podejrzewacie, w dwumiesięczniku „Filozofuj” w tym roku w numerze trzecim. Jest dostępny dla państwa na licencji uznanie autorstwa i na tych samych warunkach 3.0 Polska. Tradycyjnie zerknijmy na to, kim jest autor artykułu. Filip Kobiela jest doktorem filozofii, adiunktem w Zakładzie Filozofii i Socjologii AWF w Krakowie. Jest członkiem zarządu krakowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Filozoficznego. Zajmuje się ontologią, epistemologią i filozofią gier, wykorzystując dokonania tradycji fenomenologicznej i analitycznej.
W swoich badaniach stara się między innymi kontynuować rozważania polskich filozofów XX wieku W tym zwłaszcza Romana Ingardena oraz Stanisława Lema. Zapraszam państwa na tekst Filipa Kobieli „Zofiofobia. Ostatni zabobon?”. Sukcesy oświaty w walce z ciemnotą i przesądem okazały się znaczące. Dziś nie wkłada się już pacjentów do pieca na kilka zdrowasiek. Jest jednak pewien wyjątek. Czy to pod strzechami, czy to pod dachami apartamentowców na równi kwitnie ostatni zabobon, któremu na imię Zofiofobia. Odmawia ona filozofii statusu nauki, spychając ją na obrzeża racjonalnego, metodycznego poznania. Jakkolwiek może to dziwnie zabrzmieć, filozofia jest współcześnie dziedziną kultury wysoce kontrowersyjną. Aby ukazać tę kontrowersyjność, zaproponuję najpierw pewne rozumienie filozofii, które będzie dogodne także do scharakteryzowania jej przeciwniczki Zofiofobii.
O sporze filozofii z Zofiofobią. Jeśli nagromadzone przez wieki dziedzictwo myśli spekulatywnej nazwiemy mądrością, tak jak u Bertranda Russella w „Mądrości Zachodu”, wówczas filozofia to miłość owej mądrości. Tak więc filozof, który zgodnie z duchem polskiego słowotwórstwa powinien nazywać się raczej Zofiofilem, jest przekonany, że dzieła największych myślicieli należą do szczytowych osiągnięć ludzkości, a klasyczne wykształcenie filozoficzne jest niezbywalnym składnikiem wykształcenia godnego swego miana. Przekonanie to ma swoje konsekwencje następujące. Nie ma mowy o dojrzałości umysłowej bez posiadania wiedzy i umiejętności uzyskiwanych dzięki podstawowemu studium filozofii. Szkoła, która nie daje solidnych podstaw wiedzy o dokonaniach Platona, Arystotelesa, Kartezjusza w dziedzinie epistemologii czy Immanuela Kanta, jest tak samo dysfunkcjonalna jak szkoła, która nie uczy o dokonaniach Euklidesa, Archimedesa, Kartezjusza w dziedzinie geometrii czy Isaaca Newtona. Znajomość osiągnięć filozofii współczesnej pozwala lepiej rozumieć klasyków, konfrontować ich poglądy z nowymi zjawiskami, a także rozwijać nowe teorie. Język filozofii dostarcza fundamentów dla całego gmachu kultury i zarazem warunkuje owocną dyskusję o podstawach ludzkiego myślenia oraz działania. Filozofia smakuje inaczej niż na przykład nauki empiryczne. Ma swoje specyficzne metody, ale są to właśnie metody naukowe.
Wszystkie powyższe twierdzenia neguje stojący na antypodach filozofii pogląd, który można nazwać Zofiofobią, choć trzeba zastrzec, że mamy tu w istocie do czynienia — tak samo zresztą, jak i w przypadku filozofii — z pewną wiązką pokrewnych przekonań. Kluczowa dla charakterystyki Zofiofoba jest postawa wobec dzieł filozoficznych. Jego zdaniem nie wnoszą one do kultury wartościowego poznania naukowego. Taki pogląd, przez analogię do znanego stanowiska metaetycznego, można określić mianem nonkognitywizmu metafilozoficznego. Wedle Zofiofoba brak owego wymiaru poznawczego jest przyczyną, dla której twórczość filozoficzna jest jałowa, a studiowanie filozofii niepraktyczne, nieprzydatne, a nawet niebezpieczne. Niektórzy Zofiofobowie mogą przyznać, że może nie zawsze tak było, jednak obecnie filozofia, w odróżnieniu od historii filozofii, jest już tylko czymś w rodzaju astrologii czy alchemii, a więc dla niektórych pewną ciekawostką, ale na pewno nie fundamentem poważnej wiedzy czy też życia społecznego. Odpowiednio do tego nawet najbardziej uczony filozof jest postacią pozbawioną autorytetu naukowego. O sile Zofiofobii w Polsce. Zofiofobia jest wyraźnie obecna w języku polskim, o czym można się przekonać, zastanawiając się nie nad oficjalnym, ale nad potocznym znaczeniem takich słów jak filozofia, filozof czy filozofowanie. Na przykład jedna z firm zachęca do remontu sloganem „Kuchnia na każdy wymiar, bez filozofowania”.
A dla niniejszych rozważań istotną okolicznością jest to, że ukazują się one w piśmie „Filozofuj”, którego misją jest, jak sama nazwa wskazuje, między innymi przeciwstawianie się Zofiofobicznemu powiedzeniu „Nie filozofuj”. Przygana ta wraz z podobnymi, jak na przykład „Nie pokazuj palcem”, „Nie mów rękoma” czy „Nie odpowiadaj pytaniem na pytanie” piętnuje pewne nieakceptowane społecznie zachowania. Uprzedzenie wobec filozofii jest więc już zakodowane w języku, kształtując bardzo niekorzystne przedrozumienie tej dziedziny. Filozof mógłby wprawdzie twierdzić, że ostatecznie owe Zofiofobiczne zjawiska językowe mają tylko pozorny związek z istotą dziedziną jego badań, a szerokie koła społeczeństwa zawsze będą wygadywać różne głupstwa. Gorzej jednak, że Zofiofobia zdaje się mieć też pewne przejawy instytucjonalne, a występuje również niestety w szkolnictwie. Filozofia nie jest bowiem w polskich szkołach średnich W pełni zadomowiona, lecz ma raczej status ubogiego rezydenta. Jeśli już się pojawia, to zazwyczaj albo pod postacią etyki jako zamiennika religii, albo też jako opcja do wyboru obok plastyki, muzyki czy też łaciny. Nie ujmując niczego temu znakomitemu towarzystwu, trzeba powiedzieć, że taka forma obecności jest zasadniczo zgodna z przekonaniami sofiofobicznymi sytuującymi filozofię poza nauką, a w najlepszym wypadku na jej marginesie. Spróbujmy sobie tylko wyobrazić inne sytuacje. Fizykę jako konkurentkę wychowania fizycznego, a biologię jako opcję obok zajęć z gotowania lub warsztatów ogrodniczych.
Jeszcze innym ważnym zjawiskiem związanym z siłą sofiofobii w Polsce jest specyfika polskiej kultury umysłowej, która wydaje się z różnych powodów nie sprzyjać myśleniu filozoficznemu. Zdaniem licznych jej krytyków kulturę tę cechuje niezbyt wielka skłonność do pogłębionej, racjonalnej analizy złożonych zjawisk. Wiąże się to z pewną powierzchownością myślenia, uleganiem stereotypom i wyciąganiem przedwczesnych wniosków. Istotne jest też docenianie raczej praktyki niż teorii, czynu, a nie myśli, w czym niewątpliwy udział ma tradycja romantyczna. Ważnym problemem jest także rzadkość występowania autentycznej partnerskiej wymiany myśli oraz rzeczowej, uczciwej dyskusji, w której rozum bierze górę nad emocjami. Nie kryjąc swoich sympatii w tak naszkicowanym sporze, nie chciałbym jednak na czytelnikach mających więcej zrozumienia dla sofiofobii wywierać nadmiernej presji retorycznej. Właśnie dla nich postanowiłem na końcu tytułu tego tekstu postawić znak zapytania. Być może sofiofobia, przynajmniej w jednej ze swoich odmian, nie zasługuje wcale na miano zabobonu. Jakkolwiek by było, zapewne obie strony tego sporu mogą uśmiechnąć się do swoich interpretacji poniższego żartu. Do pewnego doktora filozofii przyszła któregoś dnia stara Żydówka.
„Panie doktorze” — powiedziała — „może pan doktor znajdzie jakieś lekarstwo na mój reumatyzm? Tak mi strasznie dokucza.” „Bardzo mi przykro, proszę pani” — odpowiedział filozof. — „Źle pani trafiła. Ja jestem doktorem filozofii.” „A co to jest za choroba ta filozofia?” — zapytała pacjentka. Ten żart pochodzi z książki „Mądrości żydowskie” w opracowaniu A. Drozdzińskiego. A tak, proszę państwa, to był artykuł w naszym cyklu korepetycji filozoficznych. Przypomnę, autorem tekstu jest Filip Kobiela. Nosił on tytuł „Sofiofobia. Ostatni zabobon?”.
A teraz zapraszam państwa na spotkanie z Małgorzatą Kalicińską, autorką cyklu „Rozlewisko”. Jeśli państwo nie czytali, to myślę, że przynajmniej zetknęliście się państwo z serialem emitowanym w telewizji „Dom nad rozlewiskiem” i kolejne części. Książki nosiły tytuły: „Dom nad rozlewiskiem”, „Powroty nad rozlewisko”, „Miłość nad rozlewiskiem”. Było tego sporo. Autorka naprawdę osiągnęła olbrzymie nakłady, ale nie w nakładach rzecz, tylko w sposobie pisania. Intrygującym, czasami takim porywającym w sensie psychologicznym. To wiecie państwo, opisać duszę człowieka, to jak reaguje na różnego rodzaju relacje, to jest umiejętność i mam wrażenie, że pani Małgorzata Kalicińska dobrze to opanowała. Naprawdę dobrze. A wiecie państwo, bycie pisarzem polega na czarowaniu czytelnika, na zaczarowaniu czytelnika, na stworzeniu wrażenia, że świetnie znamy tych bohaterów. A jeśli może ich do końca nie znamy, to ich rozumiemy.
Myślę, że to jest ten trop, którym podąża pani Małgorzata Kalicińska. Zapraszam państwa zatem na rozmowę. Rozmowę, którą w cyklu „Literackie tête-à-tête” przeprowadziła Krystyna Śmigielska.
[40:33] - Dobry wieczór. Gościem dzisiejszego „Literackiego tête-à-tête” będzie autorka popularna, ceniona, która prawdopodobnie dobrze jest państwu znana. Przedstawiam państwu Małgorzatę Kalicińską, pisarkę, felietonistkę, pracownicę telewizji, hotelarkę. Dobry wieczór, pani Małgorzato. Bardzo serdecznie dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie i zgodziła się na rozmowę w „Literackim tête-à-tête”.
[41:05] - Dobry wieczór. W pewnym momencie źle zrozumiałam i pomyślałam sobie: „Seniorkę. No tak, dokładnie tak. Jestem seniorką i reprezentuję teraz już nas srebrnowłosych”, jak to się często mówi. Także witam serdecznie i młodzież, jeśli jest, i tych trochę starszych, i seniorów srebrnowłosych. Bardzo serdecznie.
[41:30] - Ja myślę, że seniorkę, ale ciągle jeszcze młodą duchem, prawda?
[41:35] - To zależy od samopoczucia. Są chwile , gdy czuję się bardzo młoda, a są chwile, jak mnie łupią kolana czy w krzyżu, że czuję się trochę senioralnie.
[41:46] - Niestety to są uroki tego wieku, nic na to nie poradzimy. Podobne dolegliwości chyba dokuczają też innym. Ja już o sobie nic nie będę mówiła. Jakiś czas temu umieściłam krótki tekst na Facebooku. Pani była tak uprzejma, że skomentowała go. Wymieniłyśmy kilka zdań na temat zdrady i może od tej zdrady dzisiaj zaczniemy. Każdemu wolno kochać. Tak twierdzą autorzy tekstów piosenek. Czy można by było sparafrazować tę prawdę i powiedzieć: każdemu wolno zdradzać?
[42:27] - Oczywiście, ponieważ mamy równouprawnienie, a poza tym nigdy nie było tak, że komuś zdradzać nie wolno było. Ważne tylko w dawnych wiekach było, jak to się robi. Panowie mogli to robić oficjalnie, bo to było przypisane do mężczyzny jako jego cecha osobista. Natomiast kobiety musiały radzić sobie w taki sposób, żeby to nie wyszło na jaw. Po prostu. I mówiło się w XIX wieku na przykład, że panowie czyszczą sobie krew, a kobiety miały swoje ścieżki, dróżki tych upojnych chwil, kiedy mogły zaspokoić swoje własne żądze. To było chodzenie do malarza albo gdziekolwiek bądź, o czym nikt nie wiedział, a zmysły zostały zaspokojone. Bo umówmy się, większość małżeństw przed wojną to były małżeństwa aranżowane. Miłości tam było mało, a zakazów i nakazów mnóstwo.
[43:29] - Z zakazów i nakazów nie zawsze wynika coś dobrego. Przeważnie właśnie wręcz odwrotnie. Myślę, że ludzie po prostu szukali bliskości drugiego człowieka, a nie zawsze znajdowali bliskość w małżeństwie. W dzisiejszych czasach jest troszeczkę inaczej, prawda? Ale nadal uważa się, że mężczyzna ma jakieś przyzwolenie społeczne, jeżeli chodzi o zdradę, a kobieta jednak powinna się z tym faktem nie obnosić.
[43:58] - Moim zdaniem to jest taki kurz, który został z poprzednich stuleci i z czasów przedwojennych. Bo niby dlaczego nie? Mamy dzisiaj równouprawnienie. Nam, kobietom, wolno dzisiaj wszystko to samo co mężczyznom. Domagamy się wręcz absolutnego zrównania naszych pensji, naszych możliwości, po prostu wszystkiego. I dlatego nie bardzo rozumiem, dlaczego zdrada, która sama w sobie nie jest czymś chwalebnym oczywiście, ale z czegoś wynika, miałaby być u facetów lekceważona, a u kobiet piętnowana. Kasia Miller napisała kiedyś taką świetną książkę na temat właśnie zdrady w małżeństwie. „Podaruj kochance męża kwiaty”. Kapitalna rzecz, muszę powiedzieć. Bardzo mądra i kapitalnie tutaj rozgrywa Kasia sprawy związane ze zdradą.
Ale to jest temat na godziną audycję sam w sobie. Także uważam, że co im wolno, to i nam też. Zdradzasz? To ja też.
[44:59] - Literatura kobieca. Co to właściwie jest? Czy jest to literatura pisana przez kobiety, czy literatura kierowana do kobiet? Czy w ogóle takie określenie ma prawo bytu?
[45:11] - Oczywiście, że ma prawo bytu, skoro w bibliotece jest napisane: literatura dla dzieci, literatura dla młodzieży. Zazwyczaj to wyrażenie literatura kobieca ma kiepskie konotacje, ale to są konotacje stworzone przez krytyków i wszystkich tych, którzy się czują ponad to. Dla mnie określenie literatura kobieca jest wyrazem statystyki czytelniczej w bibliotekach. Kobiety częściej korzystają z bibliotek i o wiele częściej są odnotowywane w karcie książki jako czytelniczki. Wedle tego kryterium można by było powiedzieć, że pewne książki są częściej wypożyczane przez kobiety i częściej czytane. Myślę, że należą tutaj również autorzy mężczyźni. O wiele więcej kobiet czyta Nicholasa Sparksa na przykład niż mężczyzn. Czy Paulo Coelho. Jeżeli jest literatura dziecięca, młodzieżowa, może być i kobieca. Jest też literatura męska.
To jest strefa poradników jak zbudować łódź podwodną, jak zawiązać sznurówki. Poradniki z reguły są tego typu techniczne, przeznaczone dla facetów.
[46:25] - Ale to nie znaczy, że mam sobie nie wypożyczyć takiej książki „Jak zbudować łódź” i nie zbudować jej. Przechodzimy spokojnie koło tego określenia. Nie buntujemy się, nie uważamy, że to jest coś złego. Po prostu uważamy, że jest to ukierunkowanie pewnego działu literatury. Dobrze zrozumiałam?
[46:46] - Dokładnie tak. Ukierunkowanie uwagi czytelniczek głównie na pewien próg w literaturze. A czy on jest dobry czy niedobry? Nie bardzo rozumiem, na jakiej podstawie mielibyśmy określać dobroć czy niedobroć literatury. To jest też sprawa na jakieś długie rozprawy, dyskursy i tak dalej. Ja myślę, że dobrze, że w ogóle ludzie czytają. A czym jest literatura wysoka, a czym niska, czym kobieca, czym męska? Czy to jest takie ważne? Chyba ważne jest to, co lubimy czytać. Po prostu.
[47:21] - Też tak uważam. I najważniejsze, żebyśmy po książki sięgali. Ukazał się niedawno audiobook „Kochana moja. Rozmowa przez ocean”. Jakie problemy omawia matka z córką w chwilach, kiedy dzieli je tysiące kilometrów? Pani zdaniem fenomen więzi rodzinnych opiera się wszelkiej odległości, a dzisiejsza technika może nas nawet bardziej zbliżyć do siebie wtedy, kiedy fizycznie pozostajemy w oddaleniu.
[47:53] - Ta książka została napisana kilka dobrych lat temu. Ona dopiero teraz została nagrana, ale to już był ten czas, kiedy moja dorosła córka Barbara założyła swoje własne gniazdo bardzo daleko ode mnie, bo w Sydney. My nie jesteśmy matką i córką, które lubiłyby ględzić przez telefon, natomiast lubimy sobie pewne rzeczy napisać. I właściwie z tego powstała książka. To jest dwadzieścia parę tematów, które omawiam z moją córką. Ja rzucam swój punkt widzenia, a Basia swój punkt widzenia. Tematy to są na przykład takie: jesień, kukucha, zima zła, wsi spokojna, wsi wesoła, Zaduszki, Halloween, czyli smutek i radość przy świecach. Hejt, czyli jedna baba drugiej babie. Nostalgia kanalia i mnóstwo różnych innych. Jest ich razem dwadzieścia parę.
Nie kłócimy się, tylko każda z nas wyraża swoje zdanie, nie znając wypowiedzi strony drugiej. Dla mnie było to bardzo ciekawe, co moja córka ma do powiedzenia na temat Halloween, domu, Zaduszek, babskich plotek czy różnych innych tematów. A dla Baśki było ciekawe, co powie mama. Muszę powiedzieć, że bardzo lubię tę książkę, bo ona porusza różne tematy z punktu widzenia nas, sześćdziesięciolatek. Ja już jestem bliżej siedemdziesięciu i dziewczyn takich koło trzydziestki. To jest inne pokolenie, inne spojrzenie na świat. To jest крайне ciekawe. Ale czy tak bardzo się to spojrzenie różni? Myślę, że nie. W niektórych rzeczach tak.
Oczywiście to są sprawy typki, ale myślę, że Basia została tak przez nas wychowana, że jednak niedaleko spadło jabłko od jabłoni. I tu jest też takie zdanie fajne mojej Baśki, zaczerpnięte zresztą z serialu „Przyjaciele”, w którym Baśka pisze o tradycjach rodzinnych i tak dalej, i używa takiego sformułowania z „Przyjaciół": „Tak bardzo starałam się nie być podobna do mojej matki, że stałam się jak mój ojciec." To oczywiście było takie żartobliwe rzucone zdanie, bo w bardzo wielu sytuacjach, tematach, problemach Basia jest bardzo do mnie podobna, ale to już muszą czytelnicy czy słuchacze sami ocenić. Bardzo zachęcam do słuchania. Myślę, że to jest bardzo ciepłe opowiadanie o problemach, z jakimi panie się borykacie i bardzo interesujące dla ludzi, że tak powiem, postronnych. Ja myślę, że tak. I ta książka powstała w momencie, kiedy rozmawiałyśmy z córką o tym, jak wiele pojawia się różnych tekstów, felietonów, opowieści o tym, jak potworne koty drą matki z córkami. Myśmy to czytały, patrzyły na siebie wielkimi oczami i mówiły: „Zaraz, zaraz, zaraz, ale to wszystkie matki i córki się tak nie rozumieją, drą koty, awanturują? Przecież my zupełnie nie." Ja mówię: „To napiszmy o tym." I tak powstała książka naprawdę ciepła, fajna, serdeczna i bardzo prawdziwa. Małgorzata Kalicińska. Fragmenty z książki „Kochana moja.
Rozmowa przez ocean”, którą dla przypomnienia piszę ja i pisze moja córka. Fragment teraz czytany to będzie mój fragment z podrozdziału pod tytułem: „Czy mogłabyś przynieść mi pajączka?" Wracam do początku. Pamiętasz, kochana, jak żartowałyśmy o końcu naszej egzystencji? Oswajałyśmy te śmierci rodzinne, gadając, żartując sobie, żeby nie popadać w dziwny i szczerze mówiąc głupi lęk przed czymś tak ostatecznym jak śmierć. Kres. Tak, ale te okoliczności towarzyszące. Hm. Tu masz piękny i prosty, bardzo filozoficzny i krótki tekst Jerzego Pilcha: „Życie się składa ze złudzenia wieczności i z przerażającej utraty tego złudzenia", prawda? Opowiadałam ci, jak bardzo nie chciałam być usiusianą babcią, dlatego zreperowałam sobie pęcherz. Z czasem może być różnie.
Mogą wysiadać różne sekcje, choć staramy się o siebie dbać. Rok temu wykupiłam nam obojgu taki kupon na sprawdzenie pięciu różnych markerów nowotworowych. Osobnych dla pań i osobnych dla panów. Na razie jest okej. Ćwiczę w sobie nawyki sanitarne, żeby nie popaść w dziwny lęk starych ludzi przed kąpielą. Wiedziałaś o tym? Zauważyłaś? Tylko nasza Jasia kąpała się do ostatnich swoich dni, a inni jakoś nie bardzo. Może to lęk przed wychłodzeniem. Ostatnio jest bardzo zimno, choć to koniec sierpnia.
W nocy temperatura spada nawet do siedmiu stopni. Wieczorem w łazience jest zimno i jak wychodzę z wanny, to szybko otulam się zimowym, ciepłym, puchatym szlafrokiem, ale i tak czuję ten chłód. Staruszkom jeszcze bardziej wszystko marznie. Tatko nawet latem nosił ineksprymable. Haha! Swoją drogą cudne określenie kalesonów, co? Ineksprymable. Babcia Marynka czasem mówiła: „Założyłaś niewymowne?" Ale oczywiście żartowała. Słowa „ciepłe majtki" jak najbardziej umiała wypowiadać bez rumieńca. No i skradam się powoli do meritum.
Wiem, coraz bardziej wiem. Widzę to, że się starzeję. Nie tylko zmarszczki, ale i figura, skóra. Niepiękna już jestem w lustrze. Fizjologia. Co ci będę pisać? Widzę, że nie działam jak dwudziestolatka. Zapach jakiś inny niż za młodu. Sztywne włoski na brodzie, których nie widać w lustrze bez okularów i inne tam złośliwości. I mój siwy też się zużywa.
Mimo ogólnej dbałości o siebie, badań, sportu, diety. Wiesz, co mnie niepokoi? Twoja nieobecność. Obiecałaś mi kiedyś, że jak będę w dową, jak zacznę odfruwać w głupoty i bezsens, kiedy rozsądek i jazień wymówią mi służbę, zrobisz z tym coś sensownego. Ja nikomu nie powiem. Obiecałam ci to. Nie żeby zaraz jakaś eutanazja, ale rodzinne, humanitarne ułatwienie odsunięcia. Wiem, wiem. Strasznie to poważny temat, ale ja mam gdzieś wszelkie religie i filozofie. To mielenie tego mnie nuży.
Gdybym była blisko- A ty wiedziałabyś, że ja jestem już gotowa. Przyniosłabyś mi z podwórka tego pajączka, który tam u was w Australii tak ładnie umiałby załatwić sprawę. Nawet nie bałabym się, wiesz? Z twoich rąk przyjęłabym to jak bilet do innego świata. No bo życie bez siwego, wyobraź sobie, nie umiałabym. I umrę jakby co razem z nim. Wybacz, że poruszyłam ten temat, ale po Lilce, moja książka, jeszcze łatwiej mi rozmawiać o śmierci, o tych problemach. Przytulam cię mocno. Mama. No a teraz odpowiedź mojej córki.
Przypomnę mieszkanki Australii. Mamo, jestem nieźle wykształcona, sporo czytałam swego czasu. Nie jestem też jakoś specjalnie głupia. Wiem, że religia czy ezoteryka powstała w dużej mierze właśnie po to, żeby temat przemijania wygładzić, uspokoić jednostki, że nie ma się czego bać, że to nie koniec, tylko przejście do takiego dalej. I z przerażeniem zdaję sobie sprawę, że wszelkie dowody naukowe wskazują, że jedynie dalej to powoli gnijąca trumna i przemiana w kompost. Dlatego mój wyedukowany i racjonalny mózg mimo wszystko w dalej wierzy. To tak jak z efektem placebo. Jeśli zrozumiesz jego działanie, nadal możesz być na jego podatny i w tej podatności nie ma niczego złego. Wierzę więc z uporem godnym lepszej sprawy, że koniec to nie koniec, że coś tam jednak jest za drzwiami, że energia w jakiś sposób wraca do obiegu, jest recyklingowana, nie znika ususzona i zmielona w biblijny proch, zżerany powoli przez robaki i florę. Muszę mamuś w to wierzyć, bo inaczej zwariuję, inaczej strach mnie sparaliżuje i nie pozwoli mi dalej żyć.
Tyle błędów, tyle zmarnowanych szans, tyle niewypróbowanych rzeczy, tyle ominiętych dróg, złych decyzji. Że można było inaczej. Trzeba było spróbować. Że też ja nigdy, a teraz już jest za późno. Nie umiem nawet o tym myśleć i odpycham to od siebie jak najdalej. A w ogóle to czemu naszło cię na takie przemyślenia i takie tematy? Ja nie chcę zastanawiać się nad twoim przemijaniem ani nad twoją śmiercią. Nie chcę, nie umiem, nie powinnam. To za trudne i chyba niepotrzebne. Co ma być, to będzie.
Jeśli chcesz się jakoś przygotować, to proszę cię uprzejmie, ale proszę, nie każ mi się w to zagłębiać. Dla mnie jesteś i zawsze będziesz jakoś tu koło mnie, nawet jeśli musiałabym ci przynieść pająka z ogródka. Będę z tobą gadać, nawet jak będziesz już tylko płytą z lastrika i zdjęciem na kominku. To ci mogę obiecać. Basia.
[56:42] - Zapraszamy naszych słuchaczy do szukania w księgarniach, w bibliotekach zarówno książki, jak i audiobooka „Kochana moja. Rozmowy przez ocean”. Jednym z wykonywanych przez panią zawodów było zbieranie wiadomości do programu „Kawa czy herbata”. Bardzo jestem ciekawa, na jakie trudności pani napotykała w czasie tej pracy. Z jakimi kłopotami musiała się pani borykać? Może pamięta pani jakieś ciekawostki, anegdoty, sytuacje? No, niekoniecznie zabawne, ale takie, które utkwiły pani w pamięci.
[57:18] - Kiedy zaproponowano mi stanowisko researchera, to w ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. To jest słowo z angielskiego słownika i proszę mi wierzyć, trudno dopasować tutaj polski odpowiednik. Dokumentalistka, szperaczka, zapraszaczka do studia. Wszystko w tym było. Ja się z tym słowem zaprzyjaźniłam. Na początku pomyślałam sobie tak: będę taka gosposia. Podaj to, podaj tamto, zrób, wymiel, wymieszaj, zmiksuj i tak dalej. Jaka trudność? Pierwsza trudność była taka, której sobie nie uświadamiałam. To były czasy, kiedy jeszcze nie było tak powszechnego internetu, nie było Wikipedii, więc nie można było siąść, naklikać i już mam pełne dossier tego pana, tej pani albo wiadomości na ten temat.
Te wiadomości trzeba było wówczas zdobywać na własną rękę telefonami, bywaniem w Bibliotece Narodowej w Warszawie, wertowaniem książek, encyklopedii, pytaniem mądrych ludzi i tak dalej, i tak dalej. Ponieważ ja mam taki tupet telefoniczny, to ze zdobywaniem informacji od osób, które jako jedyne znały odpowiedź na jakieś pytanie, to nie był taki znowu wielki problem. Problemy się czasami pojawiały w zapraszaniu ludzi do studia, bo to była też moja działka. Gośka, weź nam zaproś do studia Marylę Rodowicz. Dzwonię do pani Maryli. Ha! Najpierw trzeba znać telefon do pani Maryli. I w telewizji była taka specjalna jednostka, która pracownikowi telewizji udzielała takiej wiadomości o telefonie do celebrytów. No więc dzwonię do pani Maryli Rodowicz. Pani Maryla mówi: Proszę pani, ja najmocniej przepraszam, ale siódma godzina to ja właśnie robię kanapki dzieciom do szkoły i potem je zawożę do tej szkoły, więc o ósmej to ja jestem już wolna, a wy zdaje się wtedy kończycie program.
No niestety nie. Powiedziałam o tym mojemu redaktorowi prowadzącemu. On się oburzył. Mówi: Jak to? Maryla Rodowicz nie chce przyjść do Kawy czy herbaty? Przecież to jest program, który lansuje. Ja mówię: Kochany, co ty opowiadasz? Maryla Rodowicz jest dawno wylansowana, nie musi podpierać się kawą czy herbatą. I oczywiście zdarzały się też historie zabawne, a mianowicie był taki program Kawy czy herbaty, bo każdy wtedy program miał taki swój temat wiodący i tematem wiodącym jednego z programów było rodzeństwo, siostry i bracia. Redaktor prowadzący wymyślił sobie, że na sam koniec taką wisienką na torcie byłaby rozmowa z ówczesną panią premier Hanną Suchocką o jej zależności z siostrą, bo ona jest bardzo blisko z siostrą związana.
Była przynajmniej wtedy. Ale Gośka nie, nie, to dajmy spokój. Suchockiej nie, nie przyjdzie. Ja mówię: Tak? Dlaczego? Nie, co ty, że nie? Nie. To już chyba było po tym, jak pani Hanna Suchocka była panią premier. Ja mówię: „No ale ja spróbuję”. „Nie, daj spokój”.
Po dwóch godzinach przychodzę do redaktora prowadzącego i mówię: „Masz kiepskie. Przyjdzie pani Hanna z siostrą”. Potem się okazało, że z siostrą być nie mogła, ale przyszła sama i opowiadała o tej siostrze cuda nie widy. Bardzo przyjemny był program, a mój kolega redaktor prowadzący chodził i się zastanawiał, jakim sposobem udało mi się zaprosić Hannę Suchocką. Podobna historia była z panią Hanną Gronkiewicz-Waltz. Telefon do pani Hanny Gronkiewicz-Waltz znalazłam wtedy w żółtej opasłej książce telefonicznej. Były takie. Zaprosiłam ją do studia, po czym jak już pani Hanna przybyła do studia, to powiedziałam, że ośmieliłam się zadzwonić do pani i tak dalej. A pani Hanna: „Proszę pani, mój telefon jest w tej książce telefonicznej, więc za co pani przeprasza? Do mnie każdy z ulicy może zadzwonić”.
Była też taka słynna dosyć historia, kiedy cała telewizja prawie że się zastanawiała, jak to się stało, że dałam radę. Była mowa o języku polskim i wtedy ambasadorem w Polsce był Jan Rey z tych Reyów. I było tak: „O Jezu, jakby przyszedł, byłoby super. Ale nie, nie przyjdzie”. Ja mówię: „Ale dlaczego?” „Nie wiesz? Ambasador Jan Rey ma zakaz występowania w polskiej telewizji”. Mówię: „Niemożliwe. A po co on tu jest ambasadorem?” I muszę powiedzieć, że miałam wtedy kupę szczęścia, ponieważ była wtedy taka sytuacja, że na jakiejś dużej konferencji międzynarodowej w Pradze była jakaś niestosowna sytuacja między Stanami Zjednoczonymi i Polską. I ambasador Jan Rey dostał polecenie z USA, żeby jakoś załagodzić stosunki z polskimi mediami. Ja akurat w tym momencie zadzwoniłam do niego do ambasady.
Poproszono go do telefonu. On zresztą po polsku bardzo fajnie mówił. Ja już siedziałam z mężem, który rozmawiał po angielsku i pan ambasador powiedział: „Proszę pani, ja muszę ocieplać swój wizerunek, więc ja chętnie przyjdę. Jaki temat rozmowy?” Ja mówię: „Tematem rozmowy będzie język polski”. „Dobrze, u mnie w rodzinie się rozmawia po polsku, ale ja, jak pani słyszy, mówię słabo, więc bardzo poproszę tłumacza do studia”. No dobrze, nie ma tematu. Przyszłam do swojej redakcji. Paweł Małolepszy spadł z krzesła. Mówi: „Ale jak to?” Ja powiedziałam: „Tylko trzeba tłumacza. Ja już zadzwoniłam do mojego brata, który biegle rozmawia po angielsku i jest dżentelmenem.
Wszystko mamy załatwione”. Rzeczywiście odbyło się spotkanie z panem ambasadorem Reyem i z moim bratem Michałem Sagatowskim jako tłumaczem. Pan Rey tak się jakoś świetnie poczuł po pierwszym chyba pytaniu i tak się dobrze poczuł ze swoim językiem polskim, nieco kulawym, że w ogóle zrezygnował z tłumacza. Mój brat siedział tam jak kukiełka, a pan ambasador bardzo pięknie opowiadał o polskich tradycjach, o języku polskim, o Polakach w Ameryce i wszystko było cudownie i sweet. Natomiast później ja poczułam koło siebie taki, jak by to nazwać, szary dymek. Wszyscy się zastanawiali w telewizji, jakie ja mam wejścia i gdzie, że ambasador, który miał zakaz kontaktu z mediami, nagle się zgodził. Tego nie tłumaczyłam, bo komu i po co. Tylko powiedziałam: „Odtrąbcie sukces, dajcie mi bukiet róż i cześć, Grześ. Koniec kropka”.
[01:03:41] - Takich rzeczy nie wolno tłumaczyć. Miałam rację, że to była bardzo ciekawa, fascynująca, interesująca praca.
[01:03:51] - Wie pani, że ta praca mnie mnóstwo nauczyła w ogóle na życie. Zdobywania informacji, upewniania się co do tych informacji. Przejęła to po mnie moja córka, do której czasami jej znajomi mówili: „Ee, Wikipedia!” Baśka też umiała sprawdzać, umiała drążyć, zdobywać informacje. To jest kapitalna szkoła życia. Naprawdę bardzo mi się przydała później w pracy pisarskiej.
[01:04:16] - Pani wspomniała znowu o córce. Wspólnie z córką napisała pani powieść zatytułowaną „Irena”. Chciałam się dowiedzieć, jak to było. Która z pań była szefową, a która podwładną? Na czym ta współpraca w ogóle polegała?
[01:04:34] - Muszę powiedzieć, że żadna z nas nie była ani szefową, ani podwładną. Trudność polegała na tym, że Basia mieszka w Sydney i mieszkała wówczas. Ale od czego jest internet? Więc wyglądało to tak, że najpierw na Messengerze omówiłyśmy, czy nie, wtedy jeszcze na Gadu-Gadu chyba, omówiłyśmy z grubsza, o co chodzi w tej Irenie i o czym chcemy opowiedzieć. „Irena” jest taką książką, gdzie są trzy bohaterki. Osią jest stara bardzo ciotka Irena. Problemy dookoła mają matka i córka. Przy czym ja zaczęłam pisać rolę matki, Basia córki i razem musiałyśmy pisać postać Ireny, więc musiałyśmy sobie powiedzieć, kim jest Irena, jakie ma cechy charakteru i tak dalej. A potem już poszło. Ja pisałam jeden rozdział, Baśka pisała drugi rozdział i tak nam się napisała książka.
Muszę powiedzieć, że telefon i Messenger czy Gadu-Gadu, czy w ogóle internet bardzo pięknie tutaj ułatwił sprawę. A ja się zastanawiam, w jaki sposób pisali swoje książki bracia Arkadij i Borys Strugaccy w czasach, kiedy nie było żadnego internetu, a telefon między Moskwą a Leningradem był zamawiany tak jak w Polsce zamawia się międzymiastowe. Myślę, że oni pisali te swoje książki listownie. Tak było chyba najłatwiej, ale też list szedł wtedy dwa, trzy, cztery dni. Moskwa via do Leningradu i z powrotem. A myśmy miały to ułatwienie, że było klik i poszło.
[01:06:12] - Pewnie w ogóle się książki trudniej pisało niż teraz. To z całą pewnością, że współczesna technika nam to ułatwia znacznie. Oni mieli więcej czasu chyba na przemyślenia. Ocenia pani, że taka praca z córką korzystnie wpłynęła na relacje między paniami?
[01:06:31] - Ja myślę, że przede wszystkim Basi ta książka uświadomiła, że ona naprawdę, ale to naprawdę ma talent. To jest jej talent hobbystyczny, boczny. Ona po prostu według mnie zawsze miała świetne pióro. Jak pisała do mnie maile, to one były interesujące, ciekawe, takie ze swadą. Ona ma duże poczucie humoru. Ta książka zresztą jest pełna takiego humoru, a pełna też jest pewnego rodzaju nostalgii, serdeczności. To trzeba by było tę Irenę przeczytać. Również jest wydana w postaci audiobooka. Także bardzo też zachęcam, bo to jest też taka ciepła, fajna opowieść dziejąca się między trzema kobietami. A jest jeszcze pies na zakończenie.
Zupełnie warto. Basi bardzo dużo to dało. Basia uwierzyła w siebie, że w razie czego też jest jej dane, bo ona ma dużo rozlicznych talentów, ale w pisarski nie bardzo wierzyła. Już „Kochana moja” było dla niej dużym sprawdzianem, ale Irena była fabułą. Tu trzeba było wszystko wymyślić. Ona wymyślała swoją postać, ja swoją. Nic więcej. Tylko tak.
[01:07:36] - W takim razie proszę mi powiedzieć, czy łatwiej jest napisać powieść, czy łatwiej jest prowadzić pensjonat?
[01:07:45] - Łatwiej jest napisać powieść. Wie pani, ja z tym pensjonatem-- to był taki krzyż pański, jak mówiła pani Bronia w przedszkolu, jak byłam malutka. To było coś, co stanęło na mojej drodze i trzeba było to dźwignąć. Owszem, poradziłam sobie, bo ja jestem taki sobie radzik. Skończyłam SGGW AR i doskonale sobie dawałam radę ze sprawami ziemi, ogrodu, upraw i tak dalej. Natomiast hotelarstwo było mi zgoła obce, ale na tamtym etapie to ja byłam najpierw budowlańcem, bo trzeba było ten pensjonat i te różne rzeczy dookoła zbudować, więc musiałam się zaprzyjaźnić z kierownikiem budowy, z drugim kierownikiem budowy, z budowlańcami i tak dalej, i tak dalej. To też była wielka szkoła życia. Tym bardziej że nie ma tajemnicy z tym, że myśmy z tym nie do końca sobie poradzili. Zbankrutowaliśmy tak jak silny Grek Zorba. Taka piękna katastrofa.
Po prostu wszystko nam się to rozsypało do samego zera. Było to bardzo ciężkie, trudne przeżycie, takie naprawdę dramatyczne. Ale wszystko to razem też bardzo dużo mnie nauczyło i z tego wszystkiego urodziło się moje pisanie. Bo ja tam pisałam w takim akcie osuszania łez. Z tego powstał „Dom nad Rozlewiskiem”.
[01:09:03] - Czyli był jakby takim aktem terapii w pewnym sensie.
[01:09:07] - Dokładnie tak. I to był akt terapii, który wędrował do szuflady. Ja przysięgam tutaj na wszystko, co mam na biurku. Nie miałam żadnego zamysłu, żeby to była książka do czytania przez szerokie masy. To dopiero moja córka, która skończyła marketing i zarządzanie i wysłuchała tej książki w odcinkach, bo przyjeżdżała tam do mnie co tydzień. Kończyłam jej czytać, to powiedziała: „No, to weź to jakoś wydrukuj, obinduj i wysyłamy”. Ja mówię: „Gdzie wysyłamy? Co wysyłamy? Coś ty znów wymyśliła. Ja nie jestem jakaś grochola”.
A Baśka mówi: „Mamo, no jak ostatnie wydawnictwo powie nie, to nie. A na razie trzeba próbować. Trzeba to jest”.
[01:09:49] - Czyli zachęta była.
[01:09:50] - Była. Baśka zawsze była moją świetną taką przyjaciółką i umiała mnie do pewnych rzeczy nakierować.
[01:09:58] - Tak, to jest piękne wtedy, kiedy nasze córki stają się naszymi przyjaciółkami. Potem my w nich też szukamy oparcia wtedy, kiedy no czasem już z niektórymi sprawami trudno nam się jest pogodzić. To tak się zdarza, chociaż wiele osób właśnie twierdzi, że matka z córką nie potrafi znaleźć tej więzi.
[01:10:20] - A teraz książka właściwie ostatnia pod tytułem „Animalia”, która powstała w dziwny sposób. Zaczęłam moje zwierzęta antropomorfizować i wrzucać na Facebooka takie sobie z nimi dialogi, rozmowy i opowieści. I z tego wszystkiego powstała właśnie taka książka przyjemna. Krótkie, szybkie, małe rozdziałiki. Ten będzie troszkę dłuższy, bo ten jest z samego początku. Nosi tytuł: „Niełatwo było przekonać męża”. Mowa jest o adoptowaniu starego psa. „Ale czy koniecznie? To jednak nas ograniczy. Wiesz, wyjazdy dalsze czy coś.
Ale Mariola powiedziała, bo ją pytałam, że zawsze da radę zajrzeć i dać jeść. I niczego więcej nie trzeba. Ani wyprowadzać na spacer, ani nic, bo pies byłby zewnętrzny. No tak, bo wiesz, ja nie znoszę takiego ostrego psiego zapachu w domu. Kiedy byliśmy u tej pani, pamiętasz, która miała w mieszkaniu psa owczarka? To wyszedłem, bo aż mnie mdliło od tego zapachu mokrego psa. Wiem, wiem, kochany. No to nie możemy w domu trzymać ani psa, ani kota, bo synowa i syn mają jawne uczulenia na sierść, na ślinę, na co tam. Stworzyłabym psu świetne warunki zewnętrzne. Przecież w przytułkach one mieszkają w niewielkich klatkach i w budkach bez kanap, telewizora i poduszek.
A tutaj popatrz jakie mamy możliwości. No to już twoja decyzja. Moje zdanie znasz. No znam, znam. Twój cyrk i pchły twoje. Odezwała się do mnie miła pani, która mając kontakty z paniami od malamutów i huskies dowiedziała się, że chyba jestem dobrze rokującą matką adopcyjną. Pani Agata przyjechała, obejrzała gospodarstwo, zajrzała w różne zakątki i wyraziła zgodę na adopcję owczarka. Dostałam adres hoteliku z owczarkami z odzysku, nawet niedaleko i pojechałam. Tak to bywa z piorunem sycylijskim. Gdy zobaczyłam Rudego- To owszem.
Obejrzałam też wszystkie inne śliczności, ale z tyłu głowy został Rudy. Rudy, bo rudy jak Irlandczyk, jak książę Harry, jak Simply Red, jak Marion z Robin Hooda, jak czekoladowa marchewka nie przymierzając. I wszystkie takie rude. Zwłaszcza oczy takie brązowo rude, a najważniejszy charakter — ciapowaty, bo długie lata u poprzednich ludzi, niezbyt fajnych, był chory i to z hormonami w tle. Dopieroż panie w hoteliku go odchuchały, odleczyły i chłopak zmienił się nie do poznania. Z niemal łysego chuchra z gołą szyją zmienił się w brązowego miśka. I takim go zobaczyłam u pani Małgosi. A potem to już szybko poszło, bo papiery wszak wypełnione, deklaracje i wszystkie inne podpisy też. Tylko wziąć chłopaka na budę w samochodzie i do domu. I to właściwie koniec tej historii, gdyby nie to, że Rudy, Rudziński, Rudas jechał z tyłu samochodu.
Ciężko było go tam nam wepchnąć, bo miał dysplazję stawu biodrowego. Jeżdży suwem na szczęście. Był w drodze bardzo grzeczny, tylko troszkę niespokojny. Na podwórku zeskoczył z samochodu i rozejrzał się ciekaw wszystkiego, ale też nieco spłoszony wielkością obejścia. Przywitał nas pan inżynier, mój mąż, który tak jak nadmieniłam ma do psów, kotów, gęsi, saren, a też słoni, kangurów, niedźwiedzi i krokodyli stosunek wyhamowany. Jedyne co go naprawdę zachwyca to ptaki, z wyłączeniem gęsi. Teraz spoglądał na Rudego i jęknął: „O! Duży jest. Jak to owczarek? Ładny, co?”
[01:14:06] - Nie uciekniemy od rozlewisk. To wiadome, bo jeżeli ja rozmawiam z panią Małgorzatą Kalicińską, proszę państwa, niestety na rozlewiska musimy się udać. Zapytam teraz trochę przekornie. Gotowanie to pani pasja? Czyim pomysłem było przeplatanie fabuły książki kulinarnymi przepisami?
[01:14:28] - To jak gdyby samo z siebie wyszło. Ponieważ pamiętam, że jak byłam dzieckiem i czytałam książki, jakieś bajki, opowieści, w których były fragmenty związane z kuchnią, co kto jadł, co kto gotował, to mi się to bardzo podobało. Kiedy zaczęłam asystować mojemu tacie w kuchni jako podkuchenna, to się stało bardzo wcześnie, bo ja w zasadzie cały czas mu asystowałam. Mój tata miał tylko jedną rękę, a był świetnym kucharzem, więc ja byłam ta „Podaj włoszczyznę, posiekaj natkę, wytrybuj mięso, ja ci pokażę jak” i tak dalej. I oczywiście tak, gotowanie to moja wielka pasja. W związku z tym, jak zaczęłam pisać tę opowieść terapeutyzującą, to myślałam sobie, że moje dzieci będą ją czytały, bo oprócz cudownej córki mam też wspaniałego syna. To zostawię w książce, przemycę jakieś przepisy, które może kiedyś sobie wykorzystają. Upstrzyłam tę moją opowieść nad rozlewiskiem przepisami kulinarnymi i drugą część też. Tam jest taki pamiętnik babci Broni i tam z kolei zebrałam w pyszku pamięci zapiski o bieda potrawach, ale nie tylko. Szczególnie mi zależało na tym, żeby zapamiętać bieda potrawy.
Teraz one wróciły do łask i robi się z nich wielkie halo. Ale jak ja to pisałam, to one jeszcze były takie zaczopkletkowane właśnie z takim napisem: bieda jedzenie, kuchnia pobora.
[01:15:59] - „Dom nad rozlewiskiem” to niekończąca się opowieść, można by tak powiedzieć. Czy podczas pracy miała pani może takie chwile, w których myślała pani, że doszła pani już do ściany, że już więcej nic, kompletnie nic nie zdoła pani dołożyć do dalszych losów bohaterów? Ta opowieść pani zdaniem była zakończona.
[01:16:23] - W momencie, kiedy pisałam „Dom nad rozlewiskiem”, a to szło takim rozpędem, ta moja prywatna terapia, to to szło, szło, szło, szło, szło wie pani, jak górski potok. I jak napisałam sześćset stron, bo tyle pierwotna książka miała, to postawiłam kropkę i książka sobie wyszła, poszła. Ja cała zadowolona stwierdziłam, że jakie to cudowne mi się zdarzenie zdarzyło. Ho, ho. I już. W pewnym momencie zadzwonił telefon. Mój wydawca, Tadeusz Zysk, umówił się ze mną na piwo na Krakowskim Przedmieściu. Przyjechał z Poznania. Usiedliśmy, gadu-gadu. A jak się czujesz?
A to, a tamto. Tadeusz doskonale wiedział, że rozmawia z debiutantką, starą debiutantką, bo ja już byłam tam po czterdziestym piątym roku życia i to była moja pierwsza rzecz w życiu i że trzeba mnie fajnie podejść. I mnie podszedł. Powiedział: „Małgonia, wiesz co? Będziemy wydawać taki zbiór opowieści o Wigiliach. Napisz mi jakieś opowiadanko”. Ja mówię: „Dobrze, Tadeusz, wiesz, napiszę ci takie opowiadanie, jak my z tatą— „Nie, nie, nie, nie. Tatę zostawmy w spokoju. Wiesz, ja tę twoją Baśkę lubię z książki. Napisz mi coś o tej Baśce, jak ona była młoda.
Co się z nią działo? W jakąś Wigilię ją wpakuj, tak na sześćdziesiąt stron mi to napisz, to będę miał takie fajne opowiadanie do tej antologii, dobrze?” „Matko” — myślę sobie. No dobrze, ale to czego to ja dla Tadeusza nie zrobię, no. Usiadłam i napisałam mu to opowiadanie na sześćdziesiąt stron. O czymś, co Baśka za młodu jako nastolatka robiła nad rozlewiskiem. Tadeusz to wsadził w tą antologię wigilijną, a potem dzwoni do mnie i mówi: „Małgonia, wiesz co? Środek mamy. Napisz początek i zakończenie i mamy książkę. Taki prequel, wiesz?” Niech to się wszystko dzieje w czasach powojennych. Opisz mi to całe rozlewisko, jak to było tam, jak Baśka była mała, młoda.
Weź coś wymyśl. I tak mnie wziął pod włos. I w taki sposób powstały „Powroty nad rozlewiskiem”. A później z kolei dziewczyny z redakcji powiedziały, że dzwonią różne i piszą młode osoby i proszą o dalszy ciąg rozlewiska. Więc tak powstała z kolei „Miłość nad rozlewiskiem”, czyli dalszy ciąg rozlewiska pisany na dwa pamiętniki Gosi i Pauli. Ale potem powiedziałam już kategoryczne nie. Wystarczy. Trylogia to jest trylogia, a nie pięcioksiąg czy dziesięć tomów. Nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Chyba dobrze zrobiłam.
[01:19:08] - Ja też myślę, że czasem trzeba się rozstać z naszymi bohaterami, bo jak za długo z nimi przebywamy, to też za bardzo nam wchodzą za skórę i zaczynają nami rządzić. A to wtedy niestety na nasze życie niezbyt dobrze wpływa. Mnie też interesuje, jaki miała pani wpływ na scenariusz i obsadę serialu, który był kręcony jako „Dom nad rozlewiskiem”.
[01:19:33] - Zazwyczaj w takich sytuacjach mówię: „Czy mogę prosić o inny zestaw pytań?”. Serial to nie jest mój ulubiony temat do rozmowy, bo po pierwsze w Polsce obecni reżyserzy nie bardzo liczą się z autorem książki, której robią adaptację. Obecnie adaptacje książki są bardzo luźną formą zrobienia czegoś w oparciu o. To już nie jest szkoła dawnych mistrzów Wajdy czy Rybkowskiego, którzy robili adaptację czy „Brzeziny”, czy „Chłopów” Reymonta w sposób adekwatny, dokładny, biorąc dokładne cytaty, dialogi, kłaniając się autorowi. Bo skoro chciało się wziąć tę książkę, to znaczy, że ona przedstawia jakąś wartość. A tutaj ja się zetknęłam po pierwsze z tym, że sama nie byłam w stanie napisać scenariusza, dlatego, że scenariusz to jest naprawdę całkiem osobne rzemiosło, jak gdyby niezwiązane z pisarstwem, bo tu się adaptuje książkę i trzeba bardzo dobrze znać i rozumieć zasady działania i potrzeb filmu, żeby tworzyć scenariusz. To jest rzemiosło jak szycie butów czy torebki. I ja tego nie umiem, nie umiałam. Wobec tego poprosiłam kolejnych reżyserów o najęcie osób, które napiszą ten scenariusz wedle książki. Ale te osoby pod dyktando reżyserów niespełnionych pisały rzeczy niestworzone.
Więc ja co i rusz dostawałam jasnej cholery, bo to się robiły już takie jakieś dywagacje od rozlewiska, a nie moja książka. Wreszcie po chyba pięciu bukietach kwiatów i telefonach „Dziękujemy panu, pani, nie tak współpraca nam się ułoży”, ta współpraca zaczęła się układać, ale znów po trzech odcinkach filmu tam było zresztą duże nieporozumienie między jeden reżyser zaczął, drugi zaczął to kontynuować. Te trzy odcinki mi się nie podobały, a dalsze scenariusze to już mnie po prostu wkurzyły. Bo to nie było rozlewisko, tylko co ja myślę, co bym mógł zrobić z rozlewiskiem.
[01:21:51] - Film, który miał być właściwie takim jakby ukoronowaniem, przyjemnością dla autora, czymś, co autora by tak miło połechtało, prawda? Stał się w pewnym sensie udręką. Dobrze rozumiem?
[01:22:05] - Nie, przepraszam, ale nic pani nie rozumie. Filmu się nie kręci, żeby zrobić przyjemność autorowi. Film się kręci dla pieniędzy. Koniec, kropka.
[01:22:15] - A to rozumiem.
[01:22:18] - I wobec tego ja muszę powiedzieć, że tak: wyszedł serial naprawdę bardzo piękny, z pięknymi zdjęciami, z piękną muzyką. Fajne, wyraziste postaci, ale one nie mają wiele wspólnego z „Domem nad rozlewiskiem” jako książką. To jest zupełnie inny twór. Świetni aktorzy. Bardzo to jest ciepłe, ładne, takie jak cukierek. I to nie jest przytyk. To jest naprawdę kawał świetnej, fajnej roboty. Ale ja po trzech odcinkach poprosiłam o możliwość wyjścia z tego interesu, co oczywiście skończyło się też dla mnie w taki sposób, że skoro wyprowadzam swoje nazwisko, bo nie ma go na początku, przy pierwszych trzech odcinkach jestem, potem już nie ma żadnej Małgorzaty Kalicińskiej. To się łączyło również z finansami. Ja już potem z tego nic nie miałam.
Uczciwie. Po prostu nie podobało mi się to. To szłam.
[01:23:11] - Trzeba niestety bronić tego, co uważamy za słuszne i co chcemy my, jako twórca, powiedzieć. Zmienię temat naszej rozmowy. Chciałam się dowiedzieć w takim razie, czym dla pani jest sam akt tworzenia. Mówiłyśmy tutaj o tym, że inny warsztat jest potrzebny do pisania scenariusza, inny do powieści. Chodzi mi o to, jak pani traktuje potrzebę, żeby usiąść czy przy komputerze, czy chwycić za pióro, długopis i pisać. Co dla pani jest w tym najważniejsze?
[01:23:46] - Ja miałam mamę polonistkę i jestem z tego pokolenia. Jesteśmy z tego pokolenia, które dużo czytało. W związku z tym wiem, na czym polega słowo pisane. Młodzi ludzie, ja też taka byłam, jak pisałam kiedyś coś, cokolwiek, wypracowanie czy cokolwiek, to chciałam szybko, szybko, szybko, szybko. Żeby coś fajnie, dobrze opisać, trzeba to zrobić wolniej i użyć tylu słów, rzeczowników, przymiotników, czasowników, żeby wszystko tam się kleiło, było zrozumiałe i miało jakiś fajny sens. Dla mnie pisanie jest sposobem porozumiewania się z czytelnikami. I w każdej mojej książce, czy to będzie Lilka, czy Dom nad rozlewiskiem, czy Irena, czy Zwyczajny facet, czy ostatnio o Stefanie, to zawsze do takiej książki wkładam jakiś, jak to mówił Melchior Wańkowicz albo jego żona, smrodek dydaktyczny. Jakiś przekaz, coś, z czego ludzie mogliby wyciągać dla siebie jakieś mądrości. To jest chyba to, że będąc wielbicielką literatury, której zjadłam sporo w młodości i naczytałam się wielu książek, już wiem, na czym polega to, żeby coś dobrze opisać. Nie spieszyć się.
Jeżeli chcemy opisać tok kropkę, kurczaka pieczonego albo krajobraz, to trzeba użyć takich, a nie innych słów i rozpisać to tak, żeby czytelnik to zobaczył, poczuł woń. A jak kłótnie między kimś a kimś, to musi to być dialog i to dialog zgrabny. Muszę powiedzieć tutaj narcystycznie, że Tadeusz Zysk ogromnie mnie chwalił zawsze za dialogi. Mówił mi, że dialogów nie poprawiamy. Mówił do mojego redaktora prowadzącego Janka Grzegorczyka: „Wszystko tam możesz u niej poprawiać, ale dialogów nie poprawiaj, bo ona jest świetna”. Ostatnia moja książka, która być może będzie wydana, też została przez wydawcę pierwszego, który jednak nie będzie wydawał, przedialogowana. Ale taka to jest historia, że tam te dialogi są moim zdaniem bardzo potrzebne. Ja czasami jak piszę na Facebooku, to też pewne rzeczy dialoguję, tak zwyczajnie, jak to się robi w literaturze między mną a mężem, między mną a kotem czy psem. To są dialogi. Między innymi z takich dialogów powstała moja przedostatnia książka pod tytułem Animalia.
To jest zbiór takich moich opowiastek o zwierzętach, które zamieszczałam na Facebooku i po prostu pozbierałam do kupy. Są bardzo krótkie historyjki, bo to jest Facebook o moim psie, o moim kocie, o ich wzajemnych relacjach, więc taka rzecz w miarę sympatyczna. I tak to jest z tym pisaniem. Po prostu muszę, bo się duszę.
[01:26:39] - Ponieważ nie samą literaturą żyjemy. Jeżeli pani się zgodzi nam zdradzić, jakie ma pani w tej chwili cele, zamierzenia, o czym pani marzy, jakie są plany na przyszłość?
[01:26:54] - Ja jestem na takim etapie mojego życia, że moim największym szczęściem, miłością, przyjacielem jest mój mąż, który obecnie boryka się wraz ze mną od siedmiu lat z ciężką chorobą. I to jest mój horyzont najbliższy, najważniejszy. Nie ma ważniejszego. I tutaj walczymy razem z takim ciężkim smokiem. Miało to być bardzo krótko. Ciągnie się to już dłużej. Myślę, że to dzięki wspaniałym jednak osiągnięciom medycyny, a też mojemu uporowi, ponieważ ja jestem tak jak moja córka, dostała to ode mnie w spadku. Jesteśmy zadaniowcami. Jak coś tutaj umyka naszej pani doktor, czy w ogóle gdzieś komuś coś umyka, to ja staję na rzęsach i muszę znaleźć jakieś źródło pomocy. Więc to jest rzecz, która jest moim horyzontem najbliższym.
Bardzo bliskim moim horyzontem są moje zwierzaki domowe, ponieważ my jesteśmy obydwoje starsi państwo i adoptuję do domu zwierzęta na tak zwane dożycie. Kiedy adoptowałam Rudego, którego już z nami nie ma. Duży, piękny owczarek w kolorze czerwonej czekolady, długosierscisty. Wypełniłam całą ankietę i napisałam w uwagach, że ja poszukuję starego psa. To wywołało niejakie zdziwienie, ale powiedziałam, że starzy ludzie nie mogą adoptować młodych zwierząt, bo te zwierzęta mogą ich przeżyć. I co wtedy? Ja potrzebuję starego psa czy starego kota na tak zwane dożycie. Ja sobie poradzę z odejściem mojego psa. Mój pies z moim odejściem sobie nie poradzi. Więc drugim moim horyzontem są moje stare zwierzaki.
A tak poza tym duży, piękny ogród, który wymaga od cholery pracy. Troszeczkę tam jakiegoś może pisania, ale to w tej chwili troszeczkę jest odsunięte rzeczywiście. I takie życie z dnia na dzień trochę leniwe, trochę szczęśliwe. Mój mąż teraz mi mówi: „Co ja ci narobiłem, kochanie? Będziesz miała to samo co z Lilką”. A ja mówię: „Wiesz, kochanie, jesteśmy ze sobą na dobre i na złe. Na wszystko. Nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby było inaczej. Jestem twoim Sancho Pansą i tak już będzie do końca. Oby jak najdalszego”.
[01:29:24] - Tego życzę z całego serca i myślę, że nasi słuchacze również będą tego pani życzyli, żeby było jak najdłużej i żeby państwo byli w jak najlepszej kondycji. Teraz takie krótkie pytania i krótkie odpowiedzi. Dzisiaj tak modne. Trudno znaleźć dłuższą wypowiedź, bo wszystko szybko i szybko. Więc ja pomyślałam, że na koniec my się zepniemy i też tak szybko. Czego w życiu boi się pani najbardziej?
[01:29:51] - Samotności w domu.
[01:29:52] - Co jest dla pani całkowicie obojętne?
[01:29:56] - Moda, uroda, blichtr, sława, zabawa.
[01:30:00] - Na co wyczekuje pani z niecierpliwością?
[01:30:03] - Na przylot mojej córki z Sydney i mojej wnuczki. Na wizytę mojego syna i moich dwóch wnuczek tutaj spod Legionowa, bo strasznie ich kocham.
[01:30:12] - W życiu pani jest najważniejsze?
[01:30:15] - Stara analogowa, powycierana już na łokciach miłość.
[01:30:19] - Pięknie. Bardzo pięknie pani to ujęła. Proszę państwa, w literackim tête-à-tête gościliśmy dzisiaj wspaniałą gościnie, panią Małgorzatę Kalicińską, felietonistkę. Ja tu powiem pensjonarkę, ale od pensjonatu, proszę państwa, nie od pensji. Pisarkę znaną doskonale szerokiej rzeszy czytelników i czytelniczek. Serdecznie pani dziękuję, pani Małgorzato, za wspaniałą rozmowę, cudowną opowieść zarówno o twórczych zmaganiach się z rozlewiskiem, o życiu, o pracy, o przemijaniu również. O tym, co w życiu jest najważniejsze i o co właściwie powinniśmy w nim zabiegać. Państwa zachęcam do czytania książek, słuchania audiobooków. Naprawdę warto. Myślę, że znajdziecie państwo w niej przede wszystkim bardzo dużo ciepła.
Takiego, jakiego dzisiaj użyczyła nam nasza pani Małgorzata. Pani Małgorzato, życzę wszystkiego dobrego, wielu wspaniałych lat. Dziękuję bardzo za spędzony z nami czas.
[01:31:26] - Serdecznie dziękuję i chciałabym wszystkim życzyć dużo dobrej literatury, dużo wolnego czasu, żeby słuchać, jak już oczy nawalają albo czytać w postaci papierowej czy ebookowej. Przeżywać radości i smutki, bo nic nam nie da tak fantastycznych przeżyć jak książki. I oczywiście zdrowia i pieniędzy. Tak zawsze mój syn mówi.
[01:31:52] - Dziękujemy bardzo i wzajemnie. Literackie tête-à-tête kończymy dzisiaj. Było to spotkanie z panią Małgorzatą Kalicińską. Dobranoc, pani Małgorzato.
[01:32:05] - Dobranoc.
[01:32:06] - Dobranoc państwu.
[01:32:10] - Czas, proszę państwa, najwyższy na Filmotekarium. Tak. Dzisiaj dwa filmy o duchach. Jeden... Może nie. Chciałem to inaczej zapowiedzieć. Powiem tak: dwa filmy o duchach z dwóch różnych sfer, stref kulturowych. Jeden z tych filmów przenosi nas do Stanów Zjednoczonych, do specyficznego środowiska. Drugi natomiast — sam byłem zdziwiony — to jest film tajski. I ktoś powie: tajskie filmy oglądają.
Znaczy się już nie jest dobrze w Filmotekarium. To się państwo zdziwicie. Proszę państwa, zaczynamy kolejne Filmotekarium. Dzisiaj będzie duchowo. No nie, duchowo to nie będzie. Będzie o duchach. To może lepsze. Witaj, Piotrze.
[01:33:11] - Dusznie na pewno będzie. Witaj Marku. Z racji tego, że trwa ten sezon halloweenowo-zaduszkowy albo na odwrót, to postanowiliśmy się przyjrzeć dwóm filmom o duchach, które wypuściła platforma NA N. Jeden jest nowy. Niedawno miał premierę na tej platformie. Drugi jest nieco starszy. Są to filmy „Deliverance” oraz „Cała prawda”. Tylko jak wpisujecie sobie „Cała prawda”, to lepiej wpisujcie polski tytuł dodając 2021, dlatego, że jest kilka chyba, co najmniej, produkcji różnego rodzaju.
[01:33:47] - Nawet serial jest.
[01:33:49] - Tak. I można się pogubić. I pewnie wielu z nas pomyśli: „Błe, myślałem, że będzie coś o na przykład serii »Obecność« albo o Warrenach”. Nie będzie. Ale te filmy nie są dobrane przypadkowo, bo o duchach, jak o milionach spraw, można dyskutować z różnych punktów widzenia, także z punktu widzenia różnych kultur. I my takie typowo hollywoodzkie historie o zjawach i nawiedzeniach doskonale znamy. Ale co gdy chodzi o takie spojrzenie może nie niecodzienne, ale egzotyczne w jakimś stopniu dla nas? Czy duch afroamerykański albo tajski straszy nas tak samo? Czy historie bardziej przerażają tego rodzaju niż historie klasyczne? Czy może są raczej trochę odpychające dla polskiego widza?
O tym sobie dzisiaj porozmawiamy, ale pozwolisz Marku, że taki wstęp zrobię duchowy, duszny. Duchy, o czym kiedyś mówiłem u siebie na lajcie, to jest specyficzny bardzo temat. To jest coś, od czego się w zasadzie zaczęła literatura grozy. To jest coś, co było swego czasu utożsamiane z historiami, z dreszczykiem. Filmy o duchach radziły sobie bardzo różnie i można powiedzieć, że duchy to temat nieśmiertelny, ale też troszeczkę w popkulturze zużyty, bo one nadal fascynują, ale jakoś tak myślę, że najlepsze czasy duchy mają już za sobą. Zastępują historie o duchach w tej formie, jak powiedziałem, klasycznej, jakieś dodatki. Mamy opowieści o duchach demonicznych. O czymś takim bardziej złym niż zwykły duch. I właśnie o czymś takim opowiada film „Deliverance”. Tutaj jeszcze dodam dwie rzeczy.
Mało osób sobie zdaje sprawę, ale ten film opowiada ponoć, tutaj bardzo dużymi literami, prawdziwą historię i ja ją nawet pamiętam. Nawet o niej coś przed laty pisałem, bo ona się pojawiała w mediach głównego nurtu. Bohaterką była pani Latoya Ammons. W ogóle Marku, w tym filmie bardzo wielu bohaterów nosi takie specyficzne imiona jak na Amerykę. Latoya to jest tam najmniej egzotyczny przykład. Ale dobrze. Ta pani Latoya twierdziła, że jej rodzina jest atakowana przez tajemniczą siłę i takim najbardziej znanym i lekko zabawnym elementem nawiedzenia Ammonsów było to, że pani Latoya Twierdziła, że któreś z jej dzieci weszło, idąc do tyłu, na ścianę, ale nie przewróciło się, tylko przeszło po tej ścianie chyba na sufit z tego, co pamiętam. I to w realnym życiu, nie w horrorze. Potem za jakieś tam marne pieniądze pani Ammons sprzedała swój dom łowcy duchów, co ciekawe. Potem ślad po niej się urwał aż do w sumie dzisiaj, kiedy pojawia się film „Deliverance”.
W horrorze Netflixa jest nieco inaczej niż w tamtej historii. Chciałbym coś powiedzieć, ale nie wiem, czy jak powiem, że tamta historia była taka bardziej slamsiarska, to wolno, czy nie. Ale Netflix to bardziej pudruje. Poznajemy samotną afroamerykańską matkę, która mieszka ze swoją matką. I w tej roli Glenn Close. Prawdopodobnie najbardziej kuriozalny element tego filmu. Partner naszej głównej bohaterki odpłynął gdzieś w siną dal, ulotnił się. I kobiecie, która zmaga się z wieloma problemami, wkrótce zaczyna dokuczać też demon.
[01:37:20] - Partner poleciał, pojechał, popłynął do Iraku i tam walczy za kraj swój z Ameryki Północnej. Cholera wie po co. Ale wrócę jeszcze do tego, co powiedziałeś. Mówiłeś o tym, że pierwowzór był slamsiarski. Ja cię Piotrze, bardzo przepraszam, ale to, co dostajemy na ekranie, to jest czysta patologia. Naprawdę czysta patologia. Ja mam znajomą, która w Polsce jest kuratorem sądowym, zawodowym. To, co ona opisuje, to jest lajcik w porównaniu z tym, co obserwujemy na ekranie. Ta matka, która opiekuje się swoimi dziećmi, niektóre z nich są już całkiem mocno podrośnięte. Ta matka to nie jest wzór cnót wszelakich.
I to już nie chodzi, wiecie państwo, o tam jakieś cnoty, tylko lubi walnąć lufę. W ogóle jakoś taka jest przemocowa trochę. I wybaczcie państwo, ale jak się tak spojrzy przez pryzmat tego filmu na to, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych, w pewnych jego częściach. Właśnie, wiecie państwo, klucze w tej chwili, bo dzisiaj wypowiedzieć pewne słowa na YouTubie, to znaczy założyć sobie pętlę na szyję. Więc w tych pigmentododatnich częściach społeczeństwa amerykańskiego to, co się tam dzieje, ja nie mówię, że wszędzie, ale to, co przedstawione jest na ekranie, to jest obraz z mojego punktu widzenia straszny. Te stosunki pomiędzy dziećmi a matką, pomiędzy matką a jej matką, czyli tą babką. Sposób, w jaki się odnoszą do siebie. Ta babka właściwie jest ciężko chora, rakowata, ale nie ma taryfy ulgowej. W dodatku jest to pani, pomimo nowotworu, bardzo w pretensjach. Jak to ujęła poetycko główna bohaterka: uwielbia łać się z czarnymi, bo sama jest taka biaława raczej.
Wiecie państwo, dla mnie to był największy horror w tym horrorze. Przedstawienie tej społeczności, przedstawienie stosunków, które tam pomiędzy różnymi ludźmi zachodzą. I później się oczywiście pojawiają tradycyjne horrorowe wątki, ale one już aż tak bardzo mnie nie zaskakiwały. Ja wiem, to jest figura retoryczna, ale wybaczcie państwo, w pewnym momencie dostajemy coś na kształt pigmentododatniego egzorcysty. A wręcz podobne sceny się w pewnym momencie nawet pojawiają co w „Egzorcyście”. Mam na myśli to, jak się ciało wygina opętanej osoby albo jak lewituje, albo jakieś inne rzeczy się dzieją. Więc to taki oklepany dosyć schemat, czy też zestaw pewnych scen. Natomiast tak jak podkreślam, te obyczajowe wątki są co najmniej zastanawiające.
[01:40:46] - Tak, są straszne. Szczerze mówiąc, może my nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego ujęcia. To nie jest nasza kultura za bardzo. To nie jest film amerykański taki, jaki wszyscy znają. Nie jesteśmy fanami filmów Spike'a Lee, nie słuchamy za bardzo rapu. Chyba. Też nie mogę pewnych rzeczy powiedzieć. Wiecie, o co mi chodzi. I ja byłem głęboko zszokowany, co ja właściwie oglądam. Czy ja oglądam dedykowany przez Netflixa film dla społeczności, która przecież tak bardzo się upomina o sprawiedliwość dziejową, czy oglądam tak naprawdę pastwienie się nad tą społecznością, pokazywanie jej wad?
Netflix zrobił niedźwiedzią przysługę. Po mojemu, że tak powiem, był taki ruch, pamiętasz? Life Matters. To naprawdę zrobił. I powiem tak: pomimo tego, że ten film jest nowy i rzekomo jest oparty na faktach, to on bardzo szybko przemknął przez mainstream, przez Netflixa nawet. Jeżeli nie widzieliście go, to możecie się zastanawiać dlaczego. Jeżeli go widzieliście, to wiecie. Otóż ten film nie może konkurować z „Obecnością”, ani z innymi topowymi horrorami o nawiedzeniach. Nawet mimo tego, że jest oparty na faktach. Głupi to on może nie jest.
Tylko on jest jakiś taki chamski ogólnie. Sam film tworzy jakąś opowieść. Taką rwaną, taką dziwną, taką przekrzyczaną. Bo główną cechą tej głównej bohaterki jest to, że ona się drze. Cały czas się drze. Oni się tam wszyscy momentami drą. Ktoś w tym filmie przedobrzył z czymś i tak naprawdę nie wiem za bardzo z czym. Mamy tam straszny rozgardiasz i w pewnym momencie to się zaczyna dłużyć. Nie wiemy, czy to jest film o demonie, czy o demonach tej matki, czy o problemach tych przedmieść, że tak powiem, afro i tak dalej. Tak, dobrze rozumiecie.
To jest niby film dla Afroamerykanów. Oni są nie tylko bohaterami tego filmu, cała społeczność taka mała, ale ja odniosłem inne wrażenie, Marku, że tam bohaterem jest nawet nie ta społeczność, nie ta grupa, tylko pewna demonstracyjna ideologia, która przez ten film przebija. Takie uciśnienie. Nie dość, że ją opieka społeczna gnębi, to wszyscy ją gnębią, to jeszcze duch się napatoczył. I powiem tak: to mógłby być super film. Naprawdę. To mógłby być jeden z lepszych horrorów tego typu, bo kiedy mieliśmy horror oparty na faktach? Dobrych kilka lat temu. Tylko że gdyby się to działo w bardziej realistycznym, nie tak napompowanym środowisku, mogłoby to być kameralne środowisko. A tutaj jest wszystko jakieś wynaturzone.
Ten film jest rozdarty. Główna bohaterka, jak mówię, ciągle ma pretensje i ciągle się drze. Idzie do baru, zamawia tam setkę, nie wiem, co oni tam piją w tej Ameryce, a potem wychodzi, idzie do domu. To jest tak dziwne wszystko. Jeżeli do tego dodamy idiotyczne sceny, w których romans 70-letniej umierającej Glenn Close z pielęgniarzem, który jest młodszy o pół wieku i on się odbywa w takich rytmach R'n'B, to mamy doskonałą ilustrację tego, co się w tym filmie dzieje. W tym filmie nie przeraża duch. W tym filmie przerażają ci ludzie. Jeżeli oni się tam tak naprawdę zachowują, to ten duch był masochistą. Ale jest jeszcze coś, co mówiąc szczerze, mnie ubawiło i to ubawiło autentycznie. To nie jest figura retoryczna na potrzeby tej audycji.
Otóż tam jest sugestia zawarta pod koniec filmu, kiedy jest sielankowo, bo matka jedzie ze swoimi dziećmi, które odzyskała, bo w pewnym momencie jest problem wychowawczy i opieka społeczna te dzieci nawet wycofuje z jej życia, tak to ujmę. Ale pod koniec ona jedzie z tymi dziećmi i jest sielanka. I ja to odebrałem jako sugestię, że to, że ta matka była chamska, nienawidziła wszystkich, krzyczała na wszystkich, odnosiła się źle do wszystkich i tak dalej, to nie był wynik tego, że ona była, jaka była, tylko to duch, jakieś oddziaływanie takie parapsychologiczne spowodowało, że ona była, jaka była, bo ona w ogóle to dobrym człowiekiem była, tylko niestety paranormalność na nią tak wpłynęła, że ona taka była. Ale później, jak się paranormalność wycofała, to ona już była w porządku. Była cool kobieta i w ogóle dzieci kochała nagle i dzieci ją kochały, nagle wszystko jej wybaczyły. Wybaczcie państwo, ale to głupie jest po prostu. Co ja tu będę owijał w bawełnę? Ten film poza elementami horrorowymi, które już bardzo ogólnie państwu opisałem, bo tam w pewnym momencie dochodzi do takiej duchologicznej konfrontacji demonologicznej czy walka następuje. Poza tymi momentami to ten film tak naprawdę coś nam sugeruje, że może ci niektórzy pigmentododatni oni są tacy, jacy są nie dlatego, że oni są źli z natury albo że są tak wychowani, tylko może jakieś złe siły na nich działają. I w tym kontekście to, co powiedziałeś o tej „Niedźwiedziej przysłudze”, którą firma na N zajmująca się produkcją filmową wykonała, wydaje mi się jak najbardziej prawdopodobne.
Bo nie chce mi się wierzyć, ale może jestem człowiekiem naiwnym. Tak, ja zdecydowanie jestem człowiekiem naiwnym, ale nie chce mi się wierzyć, że wszyscy ci oni są tacy właśnie, jak przedstawiono w tym filmie: chamscy, potworni, nieczuli, pijacy, a w ogóle otwarci na wszelkie używki, nałogi, przemocowi i tak dalej. Nie, w to mi się nie chce wierzyć. Wiem, że takie środowiska są, ale takie środowiska są również w Polsce, co znowu powiem, że wiem. I tu się mogę znowu powołać na rozmowy z moją znajomą, która mi to relacjonuje od czasu do czasu. Jak to wygląda w Polsce? Strasznie też wygląda, więc takie środowiska pewno są wszędzie. No ale to akurat do nich duchy przychodzą? Wiesz co, tego nie wiem. Pewnie też przychodzą.
Natomiast „Deliverance” to był film niezwykle irytujący, długi, nieposklejany. Sceny, które miały straszyć, był jakiś w nich potencjał, ale są tak jakby doklejone do historii, która jest bardzo przesiąknięta pewną ideologią o ugnębionej matce, że tak powiem. To jest kolejny nieudany horror w ramach kina afroamerykańskiego, bo taki podgatunek jest i oglądałem parę produkcji i one się dzielą na takie dwie części: filmy dla wszystkich z czarnoskórymi bohaterami i filmy nie dla wszystkich, filmy dla określonej grupy i te dla określonej grupy są z reguły dużo gorsze. Dużo gorsze. Jest taki film na przykład „Us” i to był jeden z hitów w roku, w którym się ukazał. Były też inne. Ja na przykład nie pamiętam tych tytułów. Powiem ci, że ja nie mogłem zlokalizować tych tytułów, bo to były zazwyczaj dobrze zrealizowane filmy, tylko złe po prostu. Bardzo charakterystycznym elementem, który w nich występuje i który mi zapadł w pamięć, jest właśnie taka muzyka R'n'B, która się w pewnych momentach, kiedy jest miło, to tam właśnie pojawia się taka specyficzna muzyka bardzo. Która się kojarzy z piciem szampana na przykład, z czymś takim.
To było w tych filmach bardzo zauważalne. Nie naśmiewam się z tego w żaden sposób. To tak, jakbym się naśmiewał z tego, że nagle w polskim kinie popularne jest Podlasie i jest kilka seriali, filmów, które się na Podlasiu dzieje. Może nie, może to źle powiedziałem. Tutaj przedobrzono z czymś i nie wyszło, niestety, bo mógł być fajny horror, kto wie. Także w przypadku "Deliverance" ja jestem absolutnie na nie, ale przejdźmy do drugiej części naszego programu.
[01:49:32] - I tu państwa zaskoczymy. Najpierw się podzielę swoją historią. Kiedy Piotr mi powiedział, że mam obejrzeć film tajski i że to jest niezły film, to się za głowę złapałem. Naprawdę, ilu z państwa często ogląda tajskie filmy albo w ogóle filmy azjatyckie? Być może są, na pewno są miłośnicy tamtejszego kina, więc pewno jakiś odsetek tak. Ale ja nie jestem stałym oglądaczem tamtejszego kina. Ja nawet nie wiem, czy w życiu jeszcze jakiś inny film tajski oglądałem. Być może, ale jakoś nie zapadł mi w pamięć. Dowiedziałem się od Piotra, że mam tajski film obejrzeć. Poczułem, że będzie ciężko i na szczęście się pomyliłem.
Zaskoczymy państwa, ale ten film, o którym zaczniemy za chwilę mówić, to jest pod pewnymi względami naprawdę dobry film, rozrywkowy przynajmniej i niesztampowy. Może to jest najważniejsza część tego, co chcę powiedzieć. On nie jest sztampowy. Myśmy się już przyzwyczaili, że Hollywood i kino europejskie ma pewien pogląd, ma pewien sposób, pewną metodę na pokazywanie duchów, na pokazywanie historii z duchami w tle. I to jest oklepany zestaw, oklepany sposób tej wizualizacji. Tymczasem kino tajskie zabiera nas w obszary i w pewną poetykę oraz w pewne rozwiązania narracyjne, które mnie kilka razy zaskoczyły i to autentycznie zaskoczyły. Powodem zaskoczenia nie była różnica kultur, tylko była różnica spojrzenia na to, jak straszyć potencjalnego widza, na to, jak przedstawiać pewne sytuacje, aby widz czuł się, jeśli nie przestraszony, to przynajmniej zaskoczony. A to już jest dużo. Nie spodziewałem się, że wyjdę z tego seansu pełen w sumie dobrych odczuć. Oczywiście będę się czepiał i to pewno za chwilę, ale generalizując, to jestem zadowolony, że ten film obejrzałem.
[01:52:03] - Tak. I tutaj z "Deliverance" przeskakujemy do Azji. Muszę powiedzieć, że na dość długi czas trwania naszego cyklu pod tytułem Filmotekarium my do filmów azjatyckich żeśmy podchodzili bardzo rzadko. Z kilku powodów. One trafiają na nasz rynek oczywiście, ale nie zawsze są odpowiednio nagłaśniane. Czasami są fajne, ale nikt o nich nie mówi. Horrory azjatyckie są też bardzo specyficzne dla widzów z Zachodu. Mają wielu fanów, mają antyfanów. Ja nie wiem, gdzie się mieszczę, muszę powiedzieć, bo podobają mi się niektóre nowe produkcje, na przykład koreańskie, na przykład indonezyjskie, bo nie wiem, czy jest ich dużo ostatnio, ale jest ich sporo. Z drugiej strony, jeżeli idzie o filmy z duchami, to tam jest niezwykle popularny temat.
Azjaci się boją duchów. To już kilka razy podkreślaliśmy w naszych programach. Boją się duchów, zjaw, fantomów, znają ich różne typy. Co ciekawe, duchy się bardzo często pojawiają w azjatyckim kinie. To też zmusza filmowców do poszukiwania nowych środków przekazu, do opowiadania w nowy sposób starych historii, tak naprawdę. Mówimy o filmie "Cała prawda", który się również pojawił na Netflixie. Jest to produkcja tajska, w której gra między innymi Songbok Benjathikul, Sadanont Durongkaveroj i Steven Isarapong. Jeżeli mówią wam coś te nazwiska, to jesteście na pewno fanami tajskiego kina. Ale tak w dużym skrócie: film opowiada o rodzeństwie, które trafia w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności do domu dziadków. Dziadków, z którymi nie utrzymywali kontaktu.
Niby nic, ale natrafiają pewnego razu na dziurę w ścianie, przez którą widać, właśnie Marku, bardzo dziwne rzeczy.
[01:54:08] - Tak. Widać, w ogóle wydaje się, że widać sąsiedni dom, bo dziadkowie mieszkają w czymś, co w naszej sferze kulturowej nazwano by pewno bliźniakiem, czyli dom przyłączony do domu. I tak się na początku wydaje, że ta dziura w ścianie, którą widzą brat i siostra, ale dziadkowie nie widzą, a w każdym razie deklarują, że nie widzą. Oni tam jakby zaglądają, podkreślam słowo jakby, zaglądają do tego sąsiedniego domu. W pewnym momencie orientujemy się jednak, że ten dom sąsiedni, zaniedbany i opuszczony, to jednak nie jest to miejsce, do którego zagląda rodzeństwo. Dziwnie brzmi? Bo jest dziwnie. Kiedy W świecie, w którym przebywa rodzeństwo, jest dzień. Po drugiej stronie dziury w ścianie jest noc. Pojawia się tam dziwna dziewczynka, jakby zniekształcona.
Słowo jakby jest cały czas adekwatne. Jakby zniekształcona, jakby taka demoniczna. To, wierzcie mi państwo, nie do końca prawda. Tam dużo krwi się pojawia i jesteśmy trochę zdezorientowani, a nawet mocno zdezorientowani. Ta historia, co dużym plusem jest, jest wyjaśniona. My dostajemy wyjaśnienie, zawiązanie, rozwiązanie, nawet nie wiem, jakiego słowa użyć, wszystkich wątków. To też jest ważne. Tu nie dostajemy pola, żeby sobie coś wyobrażać. Wyobrażać może tak, ale żeby sobie dopisywać pewne historie, nie. Wątki w tym filmie zostają rozwiązane do końca.
Wszystkie. Czasami w sposób zaskakujący. Ja przyznam, że tego nie mogę powiedzieć, ale jest taki moment w filmie, którym byłem autentycznie zaskoczony, bo zupełnie inaczej to widziałem wcześniej. Okazuje się, że byłem, jak to się mawia, w mylnym błędzie. Ten mylny błąd to piękna figura stylistyczna. W każdym razie dostajemy historię. Ona jest bardzo w gruncie rzeczy złożona, bo mamy historię obyczajową, czyli to rodzeństwo boryka się z problemami nastolatkowymi w szkole, związanymi z relacjami pomiędzy dziewczętami, a też relacjami pomiędzy kolegami. Kolega kolegę szantażuje pewnym filmikiem, który dotyczy siostry, ale to jest część większego planu. I tak dalej. Nie będę opowiadał.
Chodzi o to, że mamy tę warstwę obyczajowo-nastolatkową. Mamy też warstwę historyczną związaną z życiem rodziny, z życiem dziadków, z życiem matki tego rodzeństwa i samego rodzeństwa. Ta dziewczynka, o której mówiłem, że jest jakby zniekształcona, też nie pojawia się przypadkowo. Ale znowu duchy, to jest też historia dosyć racjonalna, bo my często przyzwyczajeni jesteśmy do takiego schematu, że jak są duchy, to zawieszamy racjonalność na kołeczku i pogrążamy się w świecie duchów. Tymczasem te tajskie duchy są skierowane bardzo na nasz świat. One w jakimś stopniu wymierzają sprawiedliwość ludziom złym, a w każdym razie takim, którzy popełnili błąd. Wyrównywane są pewne rachunki, następuje pewne wyrównanie, stabilizacja. To, co zostało złe, musi zostać jakoś odpłacone. Taką oto mamy filozofię w tym filmie. Przyznam, że to ciekawe, bo ciekawe narracyjnie.
Przyznam, że końcówka tego filmu jak dla mnie działa się trochę za szybko. Nie tak, żebym nie ogarniał, ale w krótkim odstępie czasu zmieszczono bardzo dużo historii, rozwiązań tych historii. To nawet nie jest zarzut. To może jest tęsknota, że jakby ten film jeszcze 10 minut potrwał, to ja bym się osobiście nie obraził. To jest jeden z takich kilku współczesnych filmów, nawet nowych filmów, które wykorzystują motyw dziury w ścianie. Jakkolwiek to śmiesznie brzmi, ale tak jest. Mieliśmy na Netflixie film pod tytułem „His House”, ale nudny do szczęku, w ogóle nieudany. Mieliśmy też nowy film skandynawski, zapomniałem tytułu, ale dość kiepski. Jak w wielu azjatyckich horrorach, także i w tym, który właśnie omawiamy, mamy na końcu plot twist, ale musimy do tego końca dotrwać. Niektórych może ten film lekko znużyć, tylko że tam jakoś dziwnie dobrze połączone, różnego rodzaju zbalansowane są wątki.
Poza tym często w azjatyckim kinie jest tak, że oni fajnie grają suspensem, fajnie grają momentem napięcia. Wiesz, że coś się ma wydarzyć i wtedy budowana jest bardzo fajna atmosfera. To oczywiście nie ma jednej formy wyrazu, bo dotyczy kinematografii bardzo wielu krajów, ale podoba mi się to, że zachowali pewną oryginalność w tym wszystkim. Bo jak my oglądamy kino, jak oglądamy horrory, to czasami dokładnie wiemy, co się w nich wydarzy. Horrory zachodnie. A tutaj jednak jest taka oryginalność, taki duch w tym wszystkim. Duch nomen omen, jakby nie było. Tylko że niektórym to nie przypadnie do gustu, dlatego że czasami te strachy w horrorach azjatyckich są przedstawione w taki sposób, który ociera o groteskę. Ale to może rzeczywiście tak jest. Bo przecież kiedy sobie przypomnimy historie o fantomach, o różnego rodzaju zjawach, one nie uderzały w jedną strunę strachu.
One uderzały we wszystkie emocje tak naprawdę. Także dla mnie ten film był absolutnie przyjemny, muszę powiedzieć. Może się rzeczywiście troszeczkę dłuży, ale można się w niego łatwo zatopić. Chociaż jak mówimy, to jest prosta historia, prosto zagrana, prosto przedstawiona, ale da się? Da się. Mówiąc o tej specyfice horrorów azjatyckich, możemy odbić piłeczkę i powiedzieć, że przecież identycznie jest na Zachodzie. Każdy krąg kulturowy ma jakieś swoje wyobrażenia i na nich się będzie opierał. Jeżeli na przykład w Afryce by kręcono horrory, to pewnie też byłby jakiś styl. Pewnie też wyglądałoby to inaczej.
[02:01:22] - Oczywiście opowieści o duchach w kinematografii cały czas są. To nie jest tak, że duchy z horrorów zniknęły. Tutaj już dokonując zamknięcia naszych rozważań. Ale wydaje mi się, że historie z duchami się znalazły na rozdrożu. Jest ich mniej zauważalnie. Fabuły są rozbudowywane, włączane są nowe wątki, a to obyczajowe, a to demoniczne, pozacielesne, opętania. Czyli dochodzę do wniosku, że taki scenariusz, motyw pod tytułem: ja cię postraszę, ty trochę podygocesz, ty trochę się poboisz, to już nie wystarczą we współczesnym kinie. Te filmy o duchach muszą zostać wzmocnione albo dodatkowym wynaturzeniem historii, albo wciągającą historią psychologiczno-obyczajową. Tak mi się wydaje. I w przypadku dziury w ścianie, mówiąc kolokwialnie, czyli całej prawdy, udało się w jakiś sposób.
Udało się pod kątem rozrywkowym. To nie jest film o wybitnych wartościach artystycznych, ale jest okej.
[02:02:33] - Absolutnie tak. Poza tym ja to już sugerowałem i podprowadzałem. Ten film jest konsekwentny. On konsekwentnie prowadzi wątki. Jeśli zwraca naszą uwagę gdzieś na początku, że babcia częstuje konsekwentnie wnuka mleczkiem, to wiedzcie Państwo, że ma to znaczenie. Jeśli matka ulega wypadkowi i winny jest prawdopodobnie bogaty playboy, chłopak, który ma poczucie, że mu wszystko wolno, ale to nie jest pewne, bo właściwie jego kolega się przyznaje, to też ma jakieś znaczenie dla tej historii. To, że my się dowiadujemy w połowie filmu, może troszkę wcześniej, że dziadek to tak naprawdę była ważna figura w policji miejscowej, to też ma swoje znaczenie. I takich momentów, które mają znaczenie, i które są później połączone w sieć, która tworzy ten film i która tworzy tę historię, to jak sobie zdamy sprawę z tego, jak precyzyjnie jest to połączone, nie zawsze subtelnie, nie zawsze jest to misterne połączenie. Czasami jest to takie połączenie gwoździem, klejem, byle jakoś tam to się zeszło. Nieczęsto, ale się zdarza.
To jednak otrzymujemy historię konsekwentną. Ja lubię historie konsekwentne, historie, które toczą się nie dlatego, że się mają toczyć, że sobie tak reżyser czy scenarzysta wymyślił, że przedstawię Państwu film, będzie moje arcydzieło. Tylko te historie toczą się same i mają wewnętrzną logikę, za którą podążamy, i która nas prowadzi. Jak sobie Państwo wybierzecie. I to jest moim zdaniem cenne. To, co mi, i powiem to szczerze, na początku przeszkadzało, to inna kultura, inne rysy. Nie, żebym był nastawiony źle, ale to po prostu my, poruszający się w świecie jednak w sposób jednolity w Europie, a już szczególnie w Polsce, nie czerpiemy z wielu kultur. Jesteśmy raczej osadzeni, i bardzo dobrze, w naszej kulturze. Kiedy stykamy się z inną kulturą, to mamy taki dystans. Czy my to w ogóle zrozumiemy, o co chodzi w tym filmie?
Więc to jest pierwszy moment. Poza tym język. Siłą rzeczy albo słuchamy to z lektorem, albo oglądamy z napisami. Ten język jest tak egzotyczny, że na początku przeszkadza. Trzeba się przełamać. Ja sobie zdaję sprawę, że dla wielu widzów to może być problem. Więc dla tych wszystkich, dla których to jest problem, od razu mówię: warto się przełamać, bo tak jak Piotr powiedział, to nie jest arcydzieło. I bardzo dobrze, że to nie jest arcydzieło psychologiczno-jeszcze coś. Nie. To jest film rozrywkowy.
To jest film, który opowiada historię w jakiś sposób straszną, a właściwie straszliwie konsekwentną, sięgającą mocno wstecz wiele lat. 15 lat wstecz. Bardzo mocno połączoną z teraźniejszością. I to robi wrażenie. I to jest film... Ja bym życzył Netflixowi. Miałem nie mówić tej nazwy, to się wytnie albo wypika. W każdym razie życzyłbym firmie na N, żeby takie filmy kręciła również w Europie, bo czasami jak się ogląda te arcydzieła nudy i kiczu, które powstają w Europie, to człowiek tęskni za prostym, naprawdę bardzo prostym kinem azjatyckim. Chyba zacznę częściej tęsknić.
[02:06:48] - A tutaj może taki mały apel na koniec do naszych słuchaczy odnośnie zarówno kina azjatyckiego, jak też filmów o duchach. Jak do tego podchodzicie? Macie jakieś ulubione pozycje z kinematografii azjatyckiej? Jakieś takie must have'y, które powinniśmy obejrzeć, może kiedyś omówić? Piszcie. No i cóż, do usłyszenia.
[02:07:12] - Teraz zapraszam na Recenzarium Ewiwy. Dzisiaj „Wyspa potępionych”.
[02:07:22] - Wita się z Państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Książki oparte na baśniowych motywach to nic nowego Na przykład Roger Żelazny potrafił czerpać z nich pełną garścią i robił to bardzo dobrze. Inni pisarze również sięgali po te motywy z lepszym lub gorszym skutkiem. Andrzej Sapkowski na przykład na potrzeby „Wiedźmina” zaadaptował multum bajek. Z tym że jego akurat nie krytykowałabym za to. Nawet jeżeli nie jestem miłośniczką pentalogii o przygodach Ciri, to jednak zdejmuję kapelusz przed warsztatem tego twórcy. I mimo wszystko też bardzo lubię opowiadania o Wiedźminie powstałe wcześniej. Inni pisarze? To zależy od ich talentu i od tego, jak bardzo podchodzi im dany temat. Na przykład Anne Rice zupełnie się nie popisała pisząc pornograficzny cykl oparty o bajkę o Śpiącej Królewnie.
I nie chodzi tutaj tylko o to, że ten cykl był stricte pornograficzny, tylko o to, że był po prostu literacko wyjątkowo słaby. Nie mówiąc już o tym, że kompletnie absurdalny. Ale mniejsza o to. Za bajki wzięła się też inna pisarka, Melissa de la Cruz. Tak się złożyło, że znałam ją z cyklu „Błękitnokrwiści”, który nie podszedł mi zupełnie. Chociaż w zasadzie lubię opowieści o wampirach, z wyłączeniem czegoś takiego jak „Zmierzch” i wszystkie pochodne tego. Ale mając właśnie w pamięci „Błękitnokrwistych” z wielką niechęcią sięgnęłam po książkę „Wyspa potępionych”. Muszę przyznać, że rozczarowałam się bardzo przyjemnie. O czymże jest ta książka? Mal, nastolatka o fioletowych włosach, jest córką Diaboliny, samozwańczej, lecz uznawanej przez innych mieszkańców, władczyni Wyspy Potępionych.
Owa wyspa to miejsce, dokąd król Bestia zesłał swego czasu wszystkie czarne charaktery z bajek, kiedy objął władzę nad baśniową krainą zwaną Auradon. Przed laty Mal nie została zaproszona na urodziny swojej rówieśniczki Evi, córki pomniejszej złej królowej. Nienawidzi więc tej dziewczyny z całego serca, co przychodzi jej łatwo, jak wszystkim mieszkańcom wyspy, ponieważ wszelkie złe uczucia są tam uważane za rzecz pozytywną. Gdy Evi pojawia się znienacka w liceum, do którego uczęszcza potomstwo bajkowych złoczyńców, Mal ma wreszcie okazję, by się na niej zemścić za afront sprzed lat. Ma jej w tym pomóc nieletni złodziej Jay oraz Carlos, syn Cruelli de Mon, który w skrytości ducha nie cierpi koleżanki, ale podobnie jak reszta uczniów, boi się jej sprzeciwić. Carlos ma pewien sekret. Buduje mianowicie aparaturę, której energia ma przebić klosz otaczający wyspę. Tę niekoniecznie dobraną czwórkę łączy jedno: wszyscy oni starają się zyskać akceptację swych sławnych rodziców, których naprawdę niełatwo jest zadowolić. Ktoś jeszcze dzieli ich zmartwienia. W szczęśliwej krainie Auradon syn króla Bestii i jego żony Belli, Ben zaczyna na serio podejrzewać, że nigdy nie uda mu się dorosnąć do ojcowskich wymagań.
Z rozpaczy układa więc pewien plan, który wstrząśnie oboma światami. Melissa de la Cruz napisała swą powieść z humorem i polotem, których po lekturze „Błękitnokrwistych” się naprawdę po niej nie spodziewałam. Jest to książka ciekawa. Ciekawa, lekka, przepojona humorem. Oczywiście trochę infantylna i naiwna, ale też jest skierowana do nastolatków. Nie jestem już nastolatką, ale doskonale się przy niej bawiłam. A trzeba przyznać, że ostatnio niełatwo jest mnie rozbawić. Bohaterowie Wyspy Potępionych są albo dobrze znani, albo też są krewnymi dobrze znanych postaci, co sprawia, że bardzo łatwo jest ich sobie zwizualizować. Przy czym bajkowe realia nie są tu wartością samą w sobie, ale pretekstem do ukazania problemów dzieci wkraczających w dorosłe życie. Bo w końcu nastolatek to niby już nie dziecko, ale do dorosłości bardzo mu daleko i ten przejściowy okres jest trudny i dla niego, i dla jego otoczenia.
To wszystko właśnie zostało ujęte w książce. Dużo czasu Melissa de la Cruz poświęciła również rodzicom. Rodzicom, którzy usiłują ze swoich dzieci zrobić nakręcane lalki poruszające się zgodnie z ich wolą. No i właśnie, to nie jest w zasadzie bajka. To jest rzeczywistość, którą wokół siebie widzimy. Bo czy rodzice wymagają od swoich dzieci, żeby były cwane, czy żeby były uczciwe, czy żeby były jakiekolwiek, to wciąż wymagają od nich, żeby albo powielały ich wzorce, albo też stanowiły dopełnienie ich ambicji. To niekoniecznie jest dobre i też niekoniecznie jest całkowicie złe, bo często jest tak, że rodzic po prostu usiłuje uchronić swoje dziecko przed tym, co sam przeżył, przed wszystkimi nieszczęściami, które na niego spadły. Bardzo często to się nie udaje, ponieważ jak napisał Antoni Marianowicz w jednym ze swoich wierszy, każdy chce osobiście opalić sobie skrzydła. No ale to już mówi się trudno. Tak czy inaczej, „Wyspa potępionych” to powieść, którą w zasadzie poleciłabym każdemu, kto jest zmęczony, zniechęcony do życia i chce po prostu sobie odpocząć.
Na pewno wprawi go w dobry humor. Przy czym trzeba wziąć pod uwagę, że to jest pierwszy tom. Melissa de la Cruz napisała cały cykl powieści o swoich nastoletnich bohaterach, także jest co czytać i życzę wam wszystkim miłej lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:13:26] - Małpa, małpa nadciąga, proszę państwa, małpa, czyli opowieści o książkach z pogranicza. Dzisiaj pozycja Pozycja, której zazdroszczę jej autorom, że nie tylko ją napisali, ale że zachowali zimną krew i potrafili zachować zimne, analityczne spojrzenie na to, co opisują. Mam na myśli książkę „Tajemnica księżycowej jaskini” Miłosza Jesińskiego i Roberta Leśniakiewicza. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:14:08] - Dzień dobry wieczór Marku, jak ci się podobała książka, o której dzisiaj mówimy? Bo dla mnie to jest jeden z elementów mojej osobistej topki polskich książek na temat zjawisk. Może nie zjawisk, odkryć niezwykłych.
[02:14:24] - Tak, podobała mi się. Sam nastrój tej książki oraz podejście autorów. Podejście autorów, bo tam nie ma hurraoptymizmu, chociaż piszą o rzeczach niezwykle ciekawych i niezwykle pobudzających wyobraźnię. Te fragmenty, kiedy przytaczane są wspomnienia, wyleciał mi z głowy ten żołnierz, jak się nazywał ten partyzant, ale w każdym razie jego wspomnienia z czasów wojny są przytaczane. Te opisy, ta czarna skała. Proszę państwa, będziemy dzisiaj mówili o księżycowej jaskini, o jej poszukiwaniu i o książce. Absolutnie zgadzam się z tobą. To jest książka, po pierwsze, bardzo dobrze napisana warsztatowo. To nie jest książka, która mówi: „Teraz państwu przedstawię sensację. Przedstawimy sensację”.
Nie. To jest metodyczne podawanie informacji, czasami naprawdę ekscytujących. Można wsiąknąć, ale jest to przedstawiane metodycznie, spokojnie, bez ekscytacji. Być może to jest sposób na pisanie książek o rzeczach fascynujących.
[02:15:41] - Tak, ta historia jest ogólnie fascynująca z wielu powodów. Zaraz o tym powiemy. A chodzi o tajemnicę księżycowej jaskini. Tę książkę autorstwa Roberta Leśniakiewicza i doktora Miłosza Jesińskiego. Jest to dzieło może troszeczkę zapomniane, ale niesłusznie, bo to jest historia bombowa i fantastyczna. Oczywiście zawsze jest pewne „ale”, ale w każdej historii jest jakieś „ale”. Mamy do czynienia tutaj z opowieścią o poszukiwaniach, o docieraniu prawdy do tego, czym był pewien tajemniczy, i tu właśnie nie wiadomo do końca, co to było. Czy to był wytwór, czy to była struktura, czy to był artefakt. Nie wiemy, co to było, ale autorzy przekonują, że mogło być. Gdzie?
W Tatrach Niskich, prawdopodobnie na Słowacji. Chociaż nie brak też hipotez mówiących, że księżycowa jaskinia, albo raczej księżycowy szyb, bo tak to by należało chyba tłumaczyć, znajduje się gdzieś na terytorium Polski. Wskazywano, z tego, co pamiętam, ale nie jestem teraz na 100% pewien, na okolicę na przykład Muszyny, ale raczej uwaga była koncentrowana na Słowacji. Ale czym jest ta jaskinia? W zasadzie ten szyb, jak powiedziałem, „Mondschaft”, tak go nazywano oryginalnie. Chodzi o tajemniczą strukturę o geometrycznym kształcie i nie do końca jasnym pochodzeniu, która została przypadkowo odkryta przez pewnego partyzanta ze Słowacji podczas II wojny światowej. W zasadzie pod koniec II wojny światowej w roku 1944. On się ukrywał w jaskini, do której został zaprowadzony przez pewnego gospodarza. I to była taka osobista jaskinia, taki osobisty schron. I oni tam siedzieli, mówiąc kolokwialnie, w tej jaskini.
Nudziło im się. I nasz główny bohater, czyli partyzant Horak, który potem był znany jako Tony Horak, kiedy wyjechał do Stanów, postanowił sobie tę jaskinię trochę poeksplorować. Miał nadzieję znaleźć tam jakieś zwierzęta, które spały i które można ugotować. No a trafił... Właśnie, do czego trafił Marku? Czym według ciebie była księżycowa jaskinia?
[02:17:50] - Ja chętnie poddałem się takiej sugestii, która pojawia się w książce, że to być może jest pozostałość po jakiejś nieznanej, pradawnej cywilizacji, być może pozostałość po Atlantydzie albo czymś podobnym. Ja chętnie kupiłem tę opowieść. Nie wiem, czy ona jest prawdziwa. Tu już zagrały w tym wypadku moje emocje i moje jakieś zainteresowania. Ale dopowiedzmy tę historię. Ten partyzant schodził sobie coraz niżej w tę jaskinię, chociaż mówiono mu, żeby tego nie robił, bo się naraża, bo tam gazy trujące, być może jakieś urwiska i to się może bardzo źle skończyć. On oczywiście nie posłuchał. Poszedł i natrafił w pewnym momencie na taką dziwną, szklistą, czarną ścianę. Dziwna to była struktura i w pewnym miejscu była pęknięta. I na tym się skończyło pierwsze zejście.
Później schodził jeszcze drugi raz i postanowił przez to pęknięcie, przez tę dziurę się przedostać. I wtedy już nie opowiadając wszystkich historii, jak on przez to pęknięcie przechodził, trochę się bał i ja mu się wcale nie dziwię, ale dostał się do pomieszczenia o półksiężycowatym kształcie. Stąd ta księżycowa jaskinia, bo właśnie to pomieszczenie miało kształt półksiężyca. Pomieszczenie to nie do końca tak, bo oczywiście tam w pewnym miejscu był strop, ale z drugiej strony chociażby ślady zwierzęcia, w tym wypadku niedźwiedzia, które tam znalazł, świadczyły o tym, że to kiedyś był szyb. Szyb wychodzący na powierzchnię. Proszę państwa, kiedy on to eksplorował, zrobił nawet wykopaliska z tego, co relacjonował. Odkrył jakąś strukturę pod powierzchnią ziemi w tej komnacie, pod powierzchnią podłogi. W każdym razie tego czegoś, co miał pod nogami. Odkrył pewną strukturę. Nie wiem, czy starczyłoby mi odwagi na miejscu tego partyzanta, żeby coś takiego robić.
Cały ten szyb, całe to pomieszczenie miało ściany wyłożone dziwnym materiałem, czarnym. W pewnym momencie są porównania do soli, do lodu czarnego. To musiało być szkliste. Ma się poczucie wielkiej tajemnicy. Ja się przychylam do tego, że to rzeczywiście mógł być ślad odległej cywilizacji, ale są też sugestie, że może nie odległej cywilizacji, a może jest to ślad obcych wprost. Takich obcych, którzy przylecieli skądś i to jest jakaś pozostałość po strukturach, które oni wznosili.
[02:20:56] - Tak, tych możliwości jest naprawdę dużo, bo tam jeszcze się pojawia wątek górniczy. Ale jeżeli ktoś nie zna tej opowieści, nie zna tej książki, to powiedzmy wprost: ona się składa z historii tego partyzanta, która została zapisana w czymś w rodzaju pamiętnika, potem została opublikowana w Stanach i wzbudziła tam ogromne zainteresowanie. I tutaj jest pewien problem, bo tym, co jest najbardziej ciekawe, jest opowieść głównego bohatera, czyli Antonina „Tony’ego” Horaka. On to zapisał w formie pamiętnika, co zostało potem opublikowane w Stanach Zjednoczonych. Wzbudziło ogromne zainteresowanie. Nawet pojawiły się plany zlokalizowania księżycowej jaskini. Ale niestety ta historia, ten pamiętnik, choć zawiera wszystkie niezbędne, najważniejsze informacje, zamyka też sprawę. Na tym się wszystko kończy. Dlaczego? Bo księżycowej jaskini szybu księżycowego nigdy nie odnaleziono.
Nie będziemy wam odbierać przyjemności związanej z lekturą zarówno tej części analitycznej autorstwa Leśniakiewicza i doktora Jesińskiego, ani tej części związanej ze wspomnieniami Horaka. Ale powiedzmy jasno: panowie autorzy przechodzą do analizy, do takiej dość skrupulatnej, tego, czy ta historia w ogóle się klei, czy mogła się wydarzyć pod kątem historycznym. Czy to się klei faktograficznie z realiami Słowacji w roku 1944. Problem w tym, że skoro do dzisiaj nie odnaleziono jednak tej księżycowej jaskini, to albo jej w ogóle nigdy nie było, albo czeka nadal na odkrycie, albo po prostu zawaliło się wejście, bo to była jedyna droga do niej prowadząca. Znając środowiska speleologiczne, to, że one mają dość duże parcie na odkrywanie nowych jaskiń, wydaje mi się, że nawet gdyby natrafiono na to wejście, które było, jak pamiętamy, ukryte, pewnie by zostało spenetrowane. Pewnie by ta jaskinia księżycowa jednak nam się jakoś objawiła. Tutaj jednak nic. I wydaje mi się, że tam jest pewien trop bardzo ciekawy, a z drugiej strony wzbudzający kontrowersje w pewnym stopniu, bo dowiadujemy się, że to wejście do jaskini to personalny, naturalny bunkier gospodarza Słowaka, właściwie Sławka. Słowaka Sławka. Sławek miał na nazwisko.
Był ukryty, był zakamuflowany. Może po prostu pamięć o nim zaginęła. Może ta struktura się zawaliła. Tutaj nasi autorzy snują bardzo różne tropy. Sugerują też, czym ta struktura mogła być. Jest to rzeczywiście wątek polski, ale mało prawdopodobny. Tu oczywiście mówię o lokalizacji. Jak dodałem, kilkadziesiąt lat temu, kiedy ta historia Horaka została nagłośniona w Stanach Zjednoczonych, pojawiły się zamysły zlokalizowania tej jaskini. Brał w tym udział współpracownik doktora J. Alena Hyneka bądź Hynka, bo przecież Hynek był Czechem.
Tyle że niewiele wskórano, dlatego że nie odnaleziono po prostu wejścia do księżycowej jaskini. Nawet tak naprawdę nie wiedziano, gdzie szukać. I tak jakby na pewien czas ten temat umarł, ale ponieważ śledzę poczynania doktora Jesińskiego i ufologii zza naszej południowej granicy, muszę powiedzieć, że nie do końca ta historia zniknęła. Zauważyłem, że pojawiają się często na różnego rodzaju spotkaniach, zlotach, konwencjach próby rewizji tej historii. Próby podejścia do tego w inny sposób. A może to jednak był jakiś wytwór geologiczny? Może to był jakiś twór naturalny? Może to był jakiś cud natury tak naprawdę? Oczywiście istnieje wiele hipotez. Problem tylko w tym, że cały czas nikt tej księżycowej jaskini nie znalazł.
[02:25:06] - Mnie się bardzo podobało, to już z takich opowieści dookoła książki. Ty w swoim czasie, Piotrze, napisałeś artykuł bodajże dla portalu Na O!, w którym relacjonowałeś te wszystkie sprawy związane z księżycową jaskinią. I tam mi się niezwykle podobała wypowiedź Roberta Leśniakiewicza komentującego doniesienia o tym, że jeden z poszukiwaczy odkrył ponoć tę jaskinię. I tam Robert Leśniakiewicz bardzo spokojnie, ale stanowczo powiedział, że zdjęcia, które zostały dostarczone, przedstawiają dziurę w ziemi, czyli wejście do tej jaskini. I nic więcej. Nic ze środka nie ma. W związku z tym, w każdym razie on, mówię tu o Robercie Leśniakiewiczu, takich zdjęć nie widział. Ja myślę, że dlatego jestem pod wrażeniem książki, ja już to powiedziałem kilka razy i pewno jak mi ktoś by dał szansę, to bym jeszcze kilka razy powtórzył. Rzadko się trafia na takie podejście, że owszem, fascynuje nas pewien problem, ale mamy do tego chłodny stosunek. To znaczy nie ekscytujemy się dlatego, że jest tajemnica, tylko jak ktoś nam mówi, że coś odkrył, to prosimy grzecznie o to, żeby jednak pokazał jakiś minimum dowodów na to, o czym mówi.
I to jest moim zdaniem takie podejście, którego my wszyscy interesujący się sprawami niezwykłymi, czy to UFO, czy różnych dziwnych miejsc odkrywanych na świecie, powinniśmy się uczyć. Powinniśmy nieustannie o tym myśleć, że to nie jest grzech zadawać pytania kłopotliwe. Pytania, które być może nawet rozwalą całą historię, ale lepiej, żeby ona została rozwalona, czyli żeby się nie zweryfikowała, niż żebyśmy mieli powtarzać rzeczy niestworzone, rzeczy, które ktoś wymyślił albo wyskoczyły mu spod palca. To nie o to chodzi, żeby się ekscytować historiami niezwykłymi, tylko żeby odkrywać rzeczy niezwykłe. To dwie różne rzeczy. I moim zdaniem książka, o której dzisiaj rozmawiamy, o „Księżycowej jaskini", spełnia tę normę, ten warunek, że właśnie jest krytyczna. Dla mnie duży szacun.
[02:27:49] - Tak, ja myślę, że to jest trochę naturalne, bo mam takie wrażenie, że w pewnym momencie mogli autorzy i badacze ogólnie, nie mowa tu tylko o autorach naszej książki omawianej dzisiaj, dojść do wniosku, że ta historia jest w taki sposób skonstruowana, żeby wystrychnąć ta dudka trochę czytelniku, bo ona ukrywa najważniejszy element. Na nieszczęście dla ewentualnie mistyfikatora księżycowa jaskinia to jest jedyny tego typu artefakt, jedyna tego typu struktura w Europie Środkowo-Wschodniej, którą można jakoś połączyć z palaastronautami. Te wątki związane z obcymi, z dziwnymi wydarzeniami pojawiają się nam też w drugiej części książki, bo ona traktuje też o innych zagadkach Tatr. I tutaj też są bardzo ciekawe historie opowiedziane. Warto na to zwrócić uwagę. Szkoda tylko, że księżycowy szyb to jest temat tak mało znany. Oczywiście narracja może nie wszystkim przypaść do gustu. Zawsze wkładamy jakąś łyżeczkę dziegciu. Tutaj moim zdaniem momentami mamy trochę dużo wycieczek w kwestie poboczne, nie do końca w ogóle się wiążące z tą historią. Trochę za dużo jak na taką krótką książkę.
I na koniec stajemy z takim pytaniem, które ku naszemu przerażeniu, kiedy popatrzymy na wiek tej książki i na fakt, kiedy ta historia o księżycowej jaskini w ogóle wypłynęła, to zobaczymy, że to o krok do przodu nie poszło. Że tej jaskini nie odnaleziono i że tak naprawdę gdzieś tam w tych Tatrach Niskich albo gdzieś tam w okolicach może być cały czas coś ukryte pod jakimś kamieniem symbolicznie, bo wejście do jaskini, która prowadzi do szybu, może być ukryte pod jakimiś kamieniami. Że tam znajduje się coś, co mogłoby wywrócić nasze postrzeganie rzeczywistości o 180 stopni tak naprawdę. Ale nadal szukamy. Nadal szukamy. Pytanie, czy znajdziemy. Jak mówię, jeżeli interesujecie się speleologią, jeżeli kiedykolwiek żeście czytali jakieś publikacje na ten temat, to widzicie, jakie jest tam ciśnienie na odkrywanie nowych jaskiń, nowych struktur. Gdyby kiedykolwiek się pojawiła dziurka, którą będzie można eksplorować i która będzie obiecująca, to na pewno się znajdzie ktoś, kto tam wlezie i dojdzie do końca. Zmapuje każdy korytarz, każdemu korytarzowi nada nazwę, każdej sali nada nazwę i gdzieś wśród tych jaskiń, które zostaną w przyszłości odkryte, gdzieś tam na samym końcu może się czaić ta tajemnicza struktura. Może, ale i nie musi.
[02:30:37] - To muszę coś jeszcze dodać, bo to też była taka historia, która dosyć mnie podekscytowała. Otóż w książce znajduje się sugestia, że być może, nie, takiej sugestii nie ma. To już jest moje dopowiedzenie, że być może nigdy tej jaskini nie znajdziemy. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że są podejrzenia, że wylot owej jaskini przez długi czas znajdował się na poligonie wojskowym. A druga sugestia, że ta jaskinia to coś, co tam się znajdowało, było pod szczególną ochroną służb specjalnych Związku Radzieckiego, Rosji. Nie wiem tak dokładnie, jak to daleko sięgało. To jest taka sugestia, że od czasów wojny, od czasów, kiedy ta część obecnie Słowacji, przedtem Czechosłowacji, znajdowała się, powiedzmy sobie brutalnie, pod kontrolą Związku Radzieckiego, że owa struktura mogła zostać dosyć dokładnie spenetrowana, wręcz wywieziona, przeniesiona, zasypana. Wszystko z nią można było zrobić. Ona jest być może już nie do odkrycia, może tak zamaskowano albo tak Zniszczono po prostu to dojście, wcześniej oczywiście wyciągając stamtąd to, co wydawało się niezbędne.
Dzisiaj jesteśmy skazani na opowieść słowackiego partyzanta. Przyznacie państwo, że to też jest niezwykła historia. Czas, proszę państwa, na cykl Bez Tajemnic. On nam się trochę niestety, proszę państwa, kończy. Ewidentnie się nam kończy. Cóż poradzić? Autor kanału na YouTube jakoś ostatnimi czasy nie drąży tematu. Być może do niego wróci. Być może doszedł do wniosku, że powiedział już wszystko. Jeszcze troszeczkę materiału zostało, to korzystam z tego w sposób chętny oraz sam wiem, że państwo lubicie tę audycję.
Zatem dzisiaj Bez Tajemnic. Tytuł: „Newton versus Kardec. Wędrówka dusz”. Ja tylko dodam, że chodzi o książkę i nie Isaaca Newtona, tylko Michaela Newtona. O niego chodzi. No i cóż, zapraszam. Reszta w audycji.
[02:33:30] - Już chyba z pół roku temu zapowiadałem ten temat. Dzisiaj chciałbym omówić króciuteńko, bardzo króciuteńko mam nadzieję, książkę „Wędrówka dusz” Newtona. Jest to książka, która jest bardzo interesująca i jeżeli komuś nie chce się tego materiału oglądać do końca, to już teraz mogę powiedzieć, że naprawdę tę książkę warto przeczytać. Dzisiaj opowiem kilka moich opinii na temat treści, które są zawarte w tejże książce, ale nie będę omawiał wszystkiego, ponieważ byłoby tego bardzo dużo. Mógłbym na pewno nakręcić kilka odcinków, a przynajmniej jeden odcinek na jeden rozdział. Więc do rzeczy. Skupię się przede wszystkim na rzeczach, na elementach, które nie są zgodne ze spirytyzmem. W tej książce jest wiele rzeczy zgodnych z tym, co napisał Allan Kardec. Poza tym, że niektóre elementy są bardziej sprecyzowane, są bardziej dopowiedziane. Autor miał miejsce i możliwość, aby skupić się na niektórych rzeczach, bo jak sam Allan Kardec napisał w swojej książce „Księga duchów”, jest to tylko wstęp do filozofii.
To znaczy, że te wszystkie zagadnienia, które w „Księdze duchów” zostały opisane, są tak jakby tylko takim napomknięciem i należałoby je rozwinąć, co zresztą stało się. Pierwsza rzecz. Każde medium, każda osoba, każdy człowiek odbiera świat duchowy na swój sposób. To znaczy, jeżeli będziemy mieli dwójkę mediów, które będą obserwowały tego samego ducha, dajmy na to, każdy z tych mediów może tego ducha postrzegać inaczej. Na przykład jeden zobaczy pełną postać ludzką, a drugi zobaczy, dajmy na to, obłoczek. Natomiast trzeci, gdyby na przykład akurat się nawinął, zobaczyłby jakieś światło albo jakieś promienie czy coś, a tak naprawdę chodziłoby o tę samą istotę. Tak to jest przedstawione w spirytyzmie. Natomiast tutaj właśnie ten temat jest podkreślony, że każdy z pacjentów Newtona opowiada swoje przeżycia duchowe, ale zawsze jest to jego subiektywny punkt widzenia. Więc myślę, że tutaj Newton, przygotowując książkę, przecedził przez grube sito część informacji i nadał tym informacjom przekazywanym przez swoich pacjentów formę bardziej ujednoliconą. Więc tutaj rzeczywiście pacjenci Newtona opisują te zaświaty jako takie miejsce przyjemne, gdzie jest przyjemna muzyka, przyjemne wibracje i każdy to przeżywa na jakiś swój indywidualny sposób.
Newton poświęcił trochę miejsca na opisanie grup duchów, do których trafiają duchy, które przechodzą na drugą stronę po odinkarnowaniu się, po śmierci ciała. Allan Kardec poświęcił temu tematowi troszeczkę miejsca, ale ujął to bardzo skrótowo. Po prostu napisał, że duchy gromadzą się, łączą się w grupy duchów, które sympatyzują ze sobą. Newton poświęcił temu zagadnieniu więcej miejsca i fajnie to opisał. Też nie będę przytaczał szczegółów, może tylko tyle, że są to duchy, które w tym świecie duchowym znajdują się, są poukładane, można powiedzieć, w różnych sferach energetycznych. Czyli na przykład duchy, które znajdują się na niższym poziomie, mogą niekoniecznie łączyć się z duchami, które znajdują się na wyższym poziomie. Więc nawet jeżeli te duchy są członkami tej samej ziemskiej rodziny. I tutaj nawet był taki przytoczony przykład córki, która widziała swojego ojca, ale nie mogła z nim nawiązać kontaktu, ponieważ on znajdował się na niższym poziomie energetycznym. I tutaj też jest fajnie pokazane, że jest to opisane. Tutaj też wyobraźnia czytelnika musi odegrać swoją rolę, gdzie te duchy trafiają w miejsce, gdzie widzą tak jakby z dali, w przestrzeni gdzieś dostrzegają te grupy duchów i te grupy duchów mogą przypominać gwiazdki albo generalnie skupiska os, owadów, które gdzieś tam ze sobą po prostu utrzymują jakieś relacje, kontakty.
Według informacji zawartych w książce Newtona grupy te składają się zwykle z kilkudziesięciu duchów, które ze sobą sympatyzują. „Księga duchów” jest utrzymana w takim troszeczkę pompatycznym klimacie. Wszystko tam jest bardzo poważne. Te duchy, które się wypowiadają, są bardzo poważne. Niemniej pojawił się temat poczucia humoru i jeśli dobrze pamiętam, jeden z duchów, który został zacytowany w „Księdze duchów”, powiedział, że owszem, duchy, nawet te wyższe, mają poczucie humoru, ale to brzmiało troszeczkę tak, jakby takie królewskie poczucie humoru, że nie śmieją się z byle czego i jednak czasami pozwolą sobie na jakiś żart, gdy jest ku temu okazja. Natomiast tutaj u Newtona dowiadujemy się, co jest w zasadzie logiczne, bo skoro mówimy o duchach ludzi, a ludzie mają poczucie humoru, więc te duchy w zaświatach też to poczucie humoru muszą mieć. I tutaj rzeczywiście te duchy, które się spotykają w tych grupach, mają poczucie humoru. One lubią się ze sobą zabawić, jakkolwiek by to nie brzmiało, ale lubią spędzać miło ze sobą czas. I tutaj na przykład jest bardzo fajnych kilka opisów, gdzie te duchy opowiadają sobie o swoim życiu, które właśnie się zakończyło. Opowiadają o tych błędach, które popełniły.
Pamiętajmy, że duchy nie potrafią ukrywać przed sobą informacji, emocji i tak dalej. Więc te grupy duchów sympatyzujących są to grupy duchów, które są wobec siebie całkowicie szczere, ale one są zaprzyjaźnione. To jest tak, jak jeden przyjaciel powie drugiemu przyjacielowi albo przyjaciółka przyjaciółce coś, o co ktoś inny mógłby się obrazić, a tu jednak odbiera się to jako poczucie humoru, jako jakiś żart. Więc te duchy dyskutują ze sobą, przeżywają jeszcze raz w rozmowach, w dyskusjach te dawne historie, które miały miejsce na Ziemi. Opowiadają sobie o własnych błędach i nawet drwią z siebie nawzajem, żartują sobie, robią sobie małe takie złośliwości. Ale to wszystko jest zachowane w takiej atmosferze przyjaźni. Więc to się nawet czasami mówi, że istnieje jakaś taka na przykład szorstka męska przyjaźń, gdzie dwóch facetów może mieć dla siebie stosunek dosyć surowy, ale równocześnie sympatyzują ze sobą. Więc w tej książce jest dużo takich fajnych elementów, o których Kardec zaledwie wspomniał w zdaniu lub dwóch. Wspomniałem, że duchy, które znajdują się w tej przestrzeni, którą opisuje Newton, można porównać do swoistego rodzaju gwiazdek. Więc tutaj pacjenci Newtona opisują, że duchy świecą tak jakby w tej przestrzeni, tam, gdzie się gromadzą, tak jak te osy, te pszczoły, że one świecą swoim tak jakby światłem, aurą.
Każda aura każdego ducha ma inny kolor. Czym jaśniejsza, tym duch znajduje się na niższym poziomie. I tutaj jeden z pacjentów opisał, że te najjaśniejsze, najbielsze duchy znajdują się na tym poziomie najniższym. Natomiast już takie ciemne niebieskie duchy to są te duchy, które już są wysoko rozwinięte. I nawet gdzieś tutaj pojawia się informacja na temat Jezusa, że Jezus właśnie świecił takim światłem niebieskim, czyli był tym duchem bardzo rozwiniętym, ale nie był Bogiem. Więc w tej przestrzeni z tego, co tutaj zapamiętałem, najwięcej jest oczywiście tych duchów jasnych, ponieważ gdy rozejrzymy się wokół siebie, to wiemy, że tych duchów rozwiniętych na Ziemi jest zdecydowanie mniej niż tych duchów niskich. I tak samo to wygląda w tej rzeczywistości duchowej, która została tutaj opisana. Więc tych duchów jasnych jest więcej. I dlatego można odnieść wrażenie, że w tej przestrzeni znajduje się wiele różnokolorowych gwiazdek. No i oczywiście w momencie, kiedy te gwiazdki łączą się w te grupy, to też tak sobie to wyobrażam, że można dostrzec duże gromady jasnych świateł, ciemnych świateł, ciemniejszych, jaśniejszych, które sobie po prostu ze wszystkich stron świecą.
Newton, jak to naukowiec, musiał oczywiście sporządzić tabelkę. I sporządził tabelkę, w której sklasyfikował różne rodzaje duchów w zależności od koloru ich aury. I tak mamy na przykład biały, odcień bieli, żółty, ciemnożółty, jasnoniebieski, ciemny, niebieskofioletowy. To jest oczywiście umowne. Allan Kardec też sporządził taką tabelkę, można powiedzieć, w „Księdze duchów”, gdzie również klasyfikował duchy, ale za każdym razem, gdy wspominał o tym, podkreślał, że są to tylko rzeczy umowne, do których nie należy za bardzo się przywiązywać. Więc tutaj też mamy taką tabelkę, która pozwala nam troszeczkę lepiej zrozumieć te klasyfikacje, te duchy, które tam sobie po prostu świecą różnokolorowo. Kolejna rzecz to nie wydrobiaz, ale czasami takie pytania padały w moim kierunku. I w ogóle była też dyskusja na temat płci duchów. Jaką duchy mają płeć? Allan Kardec napisał, że duchy nie mają płci, z czym ja tak nie do końca się zgadzałem, ponieważ uważałem, że skoro jakiś duch występował na przykład w męskim ciele na Ziemi bądź w żeńskim ciele na Ziemi, to też w momencie, gdy się odinkarnował i przeszedł do świata duchowego, mentalnie zachowywał jakąś płeć.
Czyli mógł się identyfikować jako mężczyzna lub jako kobieta. Oczywiście, jeżeli jego rola ziemska została zamieniona i na przykład zaczął się reinkarnować jako kobieta, albo kobieta jako mężczyzna, to oczywiście świadomość tej zmiany płci też musiała gdzieś tam u ducha jakoś tkwić. Więc uważam, że Allan Kardec być może trochę zbyt skrótowo to opisał. Natomiast tutaj u Newtona pojawiła się informacja, że duchy mają obie płcie. I w zasadzie można powiedzieć, że to w jakiś sposób jest logiczne, ponieważ to, co powiedziałem, jeżeli duch się identyfikuje z płcią męską bądź żeńską, to też można powiedzieć, że ma taką bądź taką płeć. Trzeba też podkreślić, że duchy reinkarnują się w obu płciach. I tak jak już to przedstawiłem w jednym z moich materiałów o homoseksualizmie, duch, który na przykład ma za sobą szereg reinkarnacji w ciele męskim, jeżeli nagle reinkarnuje się w ciele żeńskim, to też te przyzwyczajenia i popędy z poprzedniego wcielenia mogą być nadal aktualne. I wtedy mamy na przykład lesbijkę albo geja. Więc tak to wygląda. Tak więc według Newtona duchy mają obie płcie, ale to jest bardziej taka mentalna płciowość, jeżeli tak się można wyrazić.
Czytając „Księgę duchów” odnosimy wrażenie, że prawo karmy jest prawem ślepym, które po prostu oddziałuje na duchy i że to, można powiedzieć, dzieje się samo. Spirytyści zwykle nie używają takiego określenia jak prawo karmy, ponieważ określenie karma jest charakterystyczne dla buddyzmu. Natomiast w spirytyzmie mówimy bardziej o nauczkach, o lekcjach, które po prostu musimy wyciągać z różnych sytuacji, które przeżyliśmy. Ale mniejsza o to. Generalnie chodzi o to, że u Newtona jest podana informacja, jakoby duch opiekun pacjenta specjalnie spychał czy dawał swojemu uczniowi lekcje karmiczne, czyli tak jakby duch opiekun sam przyczyniał się do pojawienia się jakichś okoliczności w życiu jego podopiecznego, które oddziałują na niego tak jakby karmicznie. Czyli jeżeli sobie gdzieś tam przeskrobał w kolejnym wcieleniu, to duch opiekun, że tak powiem, zrzuca na niego jakieś trudne sytuacje, które mają go czegoś nauczyć. Więc czy to tak się odbywa? Nie wiem. Ja tylko mówię, że jest to drobna różnica między tym, co napisał Kardec, a tym, co jest u Newtona. Tutaj są opisane takie, można powiedzieć, nawet zabawne sytuacje, gdzie podopieczny obraża się na swojego ducha opiekuna albo duch opiekun nie lubi swojego podopiecznego i następuje między nimi, to nie jest rywalizacja, ale jakaś taka szorstka męska przyjaźń, można powiedzieć.
Są to rzeczy, których też u Kardeca nie ma. Tam nie ma takich informacji. Tam ta relacja między duchem opiekunem a podopiecznym u Kardeca jest bardziej pokazana na zasadzie ucznia i mistrza. Newton poruszył też temat Boga. Bóg jest słowem zarezerwowanym dla tej istoty najwyższej i nie można mówić, że Bóg ma jakieś wady, jakieś niedociągnięcia. Ponieważ Bóg to jest istota najwyższa. Jeżeli istota, o której myślimy, ma jakąś wadę, to już automatycznie nie jest Bogiem. I ja proponuję, żeby się tego trzymać, żeby nie wymyślać, że ktoś jest takim Bogiem albo takim Bogiem. Nie mówimy tutaj o mitologii rzymskiej albo greckiej, żeby przypisywać Bogom jakieś wady. Jeżeli my mówimy o Bogu, to zawsze mówimy o tej istocie najwyższej, która jest po prostu idealna.
Jeżeli nie jest idealna, to nie jest Bogiem. I tutaj też trzeba zwrócić na to uwagę, ponieważ Newton przypisał określenie Bóg do istot, które nie są doskonałe. Kolejna kwestia, która pojawia się nie tylko w literaturze, ale także w dyskusjach, dotyczy ostatniej ziemskiej inkarnacji. Ja wielokrotnie spotkałem osoby, które twierdzą, że po swojej śmierci nigdy więcej nie będą musiały się reinkarnować, ale ja osobiście podchodzę do tego z dużym dystansem, ponieważ jak opisał Kardec i wynika to też z Newtona, na Ziemi znajdują się w większości duchy nisko rozwinięte. Nawet Newton podał przybliżoną, konkretną liczbę duchów wyższych inkarnujących się na Ziemi i określił to jako kilka tysięcy. W skali dzisiaj siedem miliardów, to w czasach, kiedy powstała książka na Ziemi były może cztery miliardy ludzi, ale powiedział, że tych duchów wyższych jest kilka tysięcy. I teraz ja nie jestem przekonany, żeby istoty inkarnujące się na Ziemi nigdy więcej się nie reinkarnowały, ponieważ jednak ta droga reinkarnacyjna jest bardzo długa i myślę, że nawet przed osobami, które wydają się nam najbardziej doskonałe spośród doskonałych, jest jeszcze długa droga. Jeszcze wiele reinkarnacji przed nimi. Kardec napisał, że to, co nam na Ziemi wydaje się doskonałe, z punktu widzenia duchów doskonałym nie jest, a wręcz może być nawet bardzo dalekie od tej obiektywnej doskonałości. Wiadomo, że doskonałością najwyższą jest Bóg.
Sprawa wygląda podobnie, jeśli chodzi o pierwszą inkarnację na Ziemi, ponieważ ja nie wierzę, aby spośród osób, które teraz żyją na Ziemi, któraś inkarnowała się po raz pierwszy. Na przykład u Newtona mamy opis pochodzący od pacjentki, która twierdzi, że w XIII wieku po raz pierwszy inkarnowała się w ciele ludzkim i to była jej pierwsza świadoma i rozumna inkarnacja. Nie wierzę w to, ponieważ wszystkie duchy muszą przejść przez wszystkie szczeble ewolucji. Więc jeżeli kiedyś, dawno temu, duchy ludzkie inkarnowały się, dajmy na to w jakichś owadach, niekoniecznie na Ziemi, ale w jakichś owadach, ten duch musiał ewoluować poprzez reinkarnację bardzo długo, aż powoli, małymi kroczkami, poprzez małe ssaki. Tak troszeczkę obrazowo, bo to wszystko nie musi się odbywać na jednej planecie, ale powiedzmy poprzez owady, małe ssaki, większe ssaki, aż powoli, przez kolejne reinkarnacje dusza zbliżyła się do takiego etapu rozwoju, gdzie mogła się już inkarnować, dajmy na to w jakichś małpach, a później w człowieku. Więc to jest etap przejściowy, powolny, bardzo długi i nie widzę, bazując na mojej wiedzy spirytystycznej, możliwości, aby ktoś na przykład, oczywiście to jest taki przykład, takie obrazowe spoglądanie na te sprawy, żeby ktoś na przykład z małego jakiegoś ssaka albo rośliny nagle inkarnował się w ciele ludzkim. Według mnie byłby to zbyt duży przeskok i nie mieści się to w moich kategoriach myślowych. U Newtona jest to obecne i chciałem tylko zwrócić na to uwagę, że coś tu się gryzie. Ten element u Newtona gryzie się z tym, co napisał Kardec. Następna rzecz: dwa wcielenia równocześnie.
U Newtona ten temat jest dosyć szeroko opisany. Newton na podstawie informacji uzyskanych od swoich pacjentów i pacjentek twierdził, że jeden duch może animować dwa różne ciała żyjące na tej samej planecie. Kardec jednoznacznie wykluczał taką możliwość, ponieważ ciało materialne, gdy funkcjonuje, permanentnie potrzebuje tego ducha. Moglibyśmy sobie wyobrazić teoretycznie, że są dwa ciała i ten duch tak myk między jednym i drugim. Z drugiej strony z literatury spirytystycznej, ale też nie tylko, wynika, że na przykład wędrówki poza ciałem, gdy duch opuszcza ciało, gdy ciało znajduje się w transie bądź śpi, ten duch jest do tego ciała przywiązany nicią, ale nie było nigdzie takiego opisu, żeby ten duch był jedną nicią związany z jednym ciałem, a drugą z drugim. Ja nigdzie nie trafiłem na taki opis. Newton twierdzi, że to jest możliwe. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Nawet jest powiedziane, że w momencie, kiedy w nocy, dajmy na to teoretycznie podczas snu duch opuszcza ciało materialne, ale w momencie, gdyby temu ciału materialnemu coś się nagle stało, to duch musiałby wrócić momentalnie do tego ciała tylko po to, żeby to ciało w danej chwili umarło. Więc gdy tylko jakiś bodziec dotyka to ciało materialne, ten duch podczas snu musi do tego ciała od razu automatycznie wrócić.
Trudno to sobie wyobrazić, ale tak jak mówię, nasza wyobraźnia może być ułomna. Natomiast z literatury nie wynika poza Newtonem, żeby taka sytuacja mogła mieć miejsce. Ja osobiście uważam, że to jest absurdalne i z jednej strony dobrze, że Newton to opisał, skoro pacjenci mu o tym mówili. Z drugiej strony troszeczkę się dziwię. Tak to powiem. Kolejna sprawa: tworzenie dusz. Allan Kardec napisał, że dusze tworzy tylko Bóg i że tylko Bóg ma tę siłę sprawczą. Natomiast tutaj Newton teoretyzuje, twierdząc, że skoro istota stworzona... Może inaczej. Pyta, dlaczego istota stworzona, która pochodzi od Boga, czyli tak jakby Bóg daje duchowi cząstkę siebie, Bóg tak jakby dzieli się, według opisu Newtona, dzieli się na takie mniejsze duchy.
Dlaczego te mniejsze duchy też nie mogłyby się podzielić i przekazać cząstkę siebie drugiemu duchowi, tworząc tym samym drugiego ducha? Dlaczego nie? Nie wiem. Nie mam odpowiedzi na to pytanie. Niemniej Kardec odrzucał taką możliwość. Według informacji z „Księgi duchów” dusze tworzy tylko Bóg i tylko on. Teraz poruszymy temat wyboru kolejnej reinkarnacji. Sposób, w jaki Newton to opisał, jest nieobecny u Kardeca. Dla mnie jest to troszeczkę dziwne i muszę przyznać, że ten fragment książki czytałem z pewnym zainteresowaniem, ale tak mi się trochę gryzło, że tak powiem. O co chodzi?
Według Newtona duchy, które mają wybrać kolejną inkarnację, mogą tak jakby zajrzeć w przyszłość. I wtedy zaglądają w przyszłość i mają taką wizję, gdzie widzą tak jakby siebie, czyli potencjalnych siebie, bo to oni widzą te ciała, które sobie spacerują po tej planecie, po tej Ziemi w przyszłości. I te duchy mogą wybrać, czy one chcą się w to konkretne ciało inkarnować. Na czym polega problem? Ponieważ tutaj rzeczywiście moglibyśmy powiedzieć: „A, to jest jakaś forma przewidywania przyszłości. Bóg wszechwiedzący może coś tu zasugerować, podpowiedzieć, zaprezentować jakieś rozwiązania dla kolejnej inkarnacji danego ducha”. Okej, ale problem z informacjami, które Newton podaje, polega na tym, że ciałom przypisuje się pewne cechy charakteru. Czyli na przykład jest opisane, że jeżeli duch inkarnuje się, dajmy na to, w tego bruneta, który sobie tam chodzi, to ciało tego bruneta jest agresywne. Ciało jest agresywne. I jeżeli ten spokojny duch inkarnuje się w tym ciele, to ten spokojny duch stanie się agresywny.
Więc tutaj mamy takie przypisywanie cech charakteru do konkretnego ciała. Oczywiście ciało materialne ma wpływ na charakter ducha. Ja zawsze, za każdym razem, gdy poruszam ten temat, porównuję ciało materialne do koszuli z niewygodną metką. I ta metka może być irytująca. Nie wiemy, co z tym zrobić, aż w końcu ktoś na przykład dokonuje operacji i ciach, metkę ucina. I wtedy zaczyna się czuć lepiej we własnym ciele. Więc to są takie elementy, które mi się trochę gryzą z tym, co przeczytałem u Allana Kardeca. Ponieważ nie można przypisywać, w moim odczuciu, ciału materialnemu cech charakteru. Jeżeli duch jest nerwowy w ciele materialnym, to dlatego, że duch ma taką osobowość. To na tym polega.
Oczywiście ciało materialne może ducha ograniczać w jakimś zakresie, ponieważ duch, który może być na przykład inteligentny, w ciele materialnym może urodzić się jako debil, ponieważ jego karma w jakiś sposób do tego się przyczyniła, ale to tylko w takim sensie. Natomiast nie możemy mówić, że ciało materialne posiada cechy charakteru. Ciało materialne to jest tak jak płaszcz. Płaszcz nie posiada cech charakteru. Płaszcz zimowy może ograniczać nasze ruchy tak jak ciało materialne, ale nie ma cechy charakteru i to jest taki element, z którym ja się tutaj całkowicie nie zgadzam. I ostatni temat, od którego tak naprawdę powinienem był zacząć, ale specjalnie zostawiłem go sobie na ten moment. O co chodzi z tymi tunelami w momencie, kiedy ktoś umiera? Ten tunel, przez który duch przechodzi, pojawia się w wielu relacjach, ale nie u Kardeca. U Kardeca w ogóle nie ma o tym wzmianki. U Kardeca sposób przejścia ducha na drugą stronę jest opisywany na kilka różnych innych sposobów, ale o korytarzu, o tym tunelu nie ma mowy.
Natomiast ten tunel pojawia się w wielu innych relacjach i świadectwach. Ja też długo zastanawiałem się nad tym i nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi. Też nie jestem wszechwiedzący. Natomiast Newton to opisał bardzo ciekawie. W momencie, kiedy przemieszczamy się bardzo szybko z jednego miejsca do drugiego, ten krajobraz, te widoki, które są wokół nas, one tak jakby nam mijają bardzo szybko. Kto oglądał „Gwiezdne wojny”, gdzie Sokół Millennium rozpędzał się do nadświetlnej, to widział ten efekt tych gwiazdek, które tak się fajnie rozmywały. I można ten tunel porównać do tego efektu, który widzieliśmy w filmie George'a Lucasa. Duchy, które opuszczają świat materialny, w zależności od etapu rozwoju, na jakim się znajdują, przemieszczają się wolniej bądź szybciej w tym świecie duchowym, w tej przestrzeni, o której mówiłem na samym początku, w tej przestrzeni z tymi gwiazdkami, które gdzieś tam świecą ze wszystkich stron. I ta prędkość, z którą przemieszczają się te duchy, może właśnie robić takie złudne wrażenie, że znajdują się w jakimś tunelu. A tak naprawdę to jest po prostu pusta przestrzeń.
Mówię naprawdę, według tego, co Newton napisał, to jest pusta przestrzeń, w której po prostu te duchy szybko się przemieszczają. Ja wiem, że ta analiza, ta moja analiza książki Newtona nie jest zbyt dokładna, ale naprawdę nie chcę nikogo odciągać od lektury, więc sięgnijcie po tę książkę, jeżeli jeszcze jej nie czytaliście. A moje uwagi potraktujcie tylko jako taką ciekawostkę, żebyście po prostu w trakcie lektury wiedzieli, na co zwrócić uwagę, co jest niezgodne z Kardecem. Bo naprawdę zdecydowana większość rzeczy w tej książce pokrywa się z tym, co podaje literatura spirytystyczna. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[03:04:05] - Czas, czas, czas najwyższy na Alchemię Tworzenia. Dzisiaj Katarzyna Prychacz zabiera nas w świat myśli i kontemplacji.
[03:04:19] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii Tworzenia. Skoro wy już jesteście i ja już jestem to zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Dzisiaj na fali poprzedniego odcinka również będzie przyświecała nam myśl prosto od Leonarda da Vinci. A zatem cytuję: „Trzeba kontemplować i dużo myśleć. Kto mało myśli, ten dużo traci”. Jak nietrudno się domyślić, dzisiaj będziemy rozmawiać o myślach i ogólnie o kontemplowaniu. I wiecie, często to sam cytat był dla mnie inspiracją do danego odcinka, a nie ukrywam, że tym razem to troszeczkę zbiegły mi się dwie rzeczy.
Owszem, cytat gdzieś tam parę miesięcy temu podczas jednego researchu zanotowałam, wkleiłam w mój magiczny zeszycik do Alchemii Tworzenia, bo to jest ważny temat i gdzieś tam te nasze myśli, nasze gonitwy myślowe oczywiście, że mogą nas wspierać i niestety nie wspierać. Natomiast faktycznie tym, co wywołało ten dzisiejszy odcinek, była sprzed tygodnia, zdaje się, jakaś dyskusja internetowa gdzieś na którejś z grup. Przybliżę wam tę sytuację. Człowiek postanowił podzielić się z grupą swoim nastrojem, nie za fajnym nastrojem, jakimiś problemami, ogólnym nastrojem niefajnym i prosił, czy ktoś może by mu podrzucił jakiś sposób, jakiś może pomysł, jak on powinien sobie z tym radzić, żeby oczywiście to wszystko się nie pogłębiało. Miał na myśli życie codzienne, bo tam zdaje się chyba też i jakaś terapia i coś wchodziło, ale nie wnikajmy, nieistotne, bo to nie chodziło o tę wypowiedź. Czytając komentarze jedna z wypowiedzi, tam było po przecinku wymienione rzeczy co warto, a co nie warto. No i między innymi było takie zdanie jak: „Nie myśl”. Wiecie, nie miało żadnego rozwinięcia, po prostu była sugestia, żeby nie myśleć. No i ja mam tak jak to ja. Od razu gdzieś w głowie pojawiło mi się pytanie: jak?
Jak można nie myśleć? I teraz nie miałam na myśli tutaj oczywiście tego, jak zrobić, żeby w głowie nie było myśli, bo to wiem, jak zrobić. Tylko bardziej tak nie mogłam zrozumieć, że przecież brak myśli oznacza brak rozwoju. Już tam nie chodzi o bycie lepszą wersją siebie. Super, to też jest fajne, ale przecież brak jakichkolwiek myśli, czy nawet zasugerowanie komuś, żeby zaprzestał tego procesu, to nawet jak ta osoba ma wyjść z tego stanu? Jak ten człowiek, który prosił o poradę, jeżeli faktycznie czuje się źle, jest w jakimś dołku, może ma jakąś melancholię i jeszcze teraz miałby w ogóle przestać myśleć. No to okej, z jednej strony nie pogłębi tego stanu, ale z drugiej strony też nigdy z tego stanu nie wyjdzie, nie? Oczywiście mówię o warunkach idealnych, bo myślę, że z takim stanem, zwłaszcza że ten człowiek sam prosił o pomoc, to znaczy, że chce z niego wyjść. I tak przypomniał mi się właśnie ten cytat, który zanotowałam i w sumie pomyślałam, że w sumie czemu nie? Że zajmijmy się dzisiaj tym tematem, bo właściwie zainspirowała mnie do tego, prawdę mówiąc, troszeczkę sytuacja ogólna, życiowa, a później jeszcze ten cytat prosto od mojego mistrza, ale ogólnie chciałam powiedzieć naszego artysty, takiego przez wszystkich postrzeganego w tych kategoriach.
I tak myślę, że my, pisarze, też nieraz zmagamy się właśnie z różnymi myślami, z takim natłokiem też niekiedy. O tym też dzisiaj powiem. Więc po tym, jak już przeszłam ten swój bunt wewnętrzny na to zdanie, jak w ogóle można komuś coś takiego sugerować? Oczywiście tam też się do tego odniosłam. Znaczy próbowałam poprosić tę osobę o rozwinięcie myśli, bo myśli. Heh. Ale faktycznie zostało to rozwinięte. Okej, super. Nieważne. Ten mój bunt, bo do tego jeszcze chcę wrócić.
Tak jak wspominałam, to chodziło o ten brak rozwoju. Ale wiecie co, dalej też brak rozwoju okej, ale to może być, to nie musi być tak, jak wam nieraz podkreślam. Nie każdy musi się rozwijać, nie każdy chce się rozwijać i nic na siłę. Ale pomyślałam sobie: kiedy teraz przestałabym myśleć, to jak wiele straciłabym różnego rodzaju okazji, a przede wszystkim jak wiele straciłabym pomysłów, inspiracji, bodźców, które czasami mnie samą pchają w różne dziwne miejsca, a przede wszystkim moich bohaterów. Mimo wszystko zaczęłam dalej zastanawiać się nad poradą „nie myśl”, bo oczywiście, że odpowiednio rozwinięta ta porada ma sens. Wyobraźcie sobie, że trafiłam na całkiem ciekawy artykuł gdzieś w internetach. Zaraz wam mniej więcej o nim opowiem, czy właściwie o zjawisku, o którym był ten artykuł. Natomiast chciałam wrócić jeszcze do dosłownego braku myśli. Nie wiem, czy u was też tak było kiedyś w dzieciństwie. To była bardziej taka, nie wiem, jak to teraz nazwać, czy to było ćwiczenie logiczne, zabawa filozoficzna.
Może ja po prostu byłam dziwnym dzieckiem, ściągałam dziwne rzeczy. Nieraz mieliśmy grube rozkminy. Naprawdę, jak dzisiaj się zastanowię, to bardzo grube rozkminy, iście filozoficzne. Między innymi ktoś kiedyś, chyba na świetlicy to było, rzucił temat, że nie da się nie myśleć o niczym. Dla mnie słowo „niemożliwe” i „nie da się” to zawsze był wyzwalacz. To rzucona rękawica, że jest wyzwanie, trzeba spróbować, trzeba sprawdzić i zrobić najlepiej. A jak się nie da, to przyznać rację. Zaczęłam zastanawiać się, jak zrobić, żeby nie myśleć. Czy to w ogóle jest możliwe? Najprostsze rozwiązania, jak nawet gdzieś sobie w tych naszych świetlicowych dyskusjach dochodziliśmy do wniosków, to najczęstszym pomysłem było to, żeby po prostu siedzieć i dosłownie myśleć o niczym.
W głowie sobie mieć nic i tak sobie to powtarzać w głowie i to będzie myślenie o niczym. Oczywiście jest to piękna luka w zasadach i nie można zarzucić, jak ktoś tak robił oczywiście myślał o niczym. Natomiast stwierdziłam, że to nie może być tak proste, że na pewno da się inaczej. I faktycznie któregoś dnia złapałam moment ciszy w głowie. Nie wiem, na ile znacie się na terminologii żeglarskiej, ale jest taki termin jak flauta. To oznacza totalnie bezwietrzny dzień, spokojne wody. I faktycznie jak ktoś chce żeglować, to są trudne dni. Czasami trzeba na pagajku, czasami na silniczku, jeżeli jest w ogóle taka opcja. To był taki ułamek sekundy. To nie było tak, że od razu mi się udało, tylko tak sobie pomyślałam, że może to jest ten stan, bo nagle taka cisza była.
Ja o niczym innym nie myślałam, nic innego nie robiłam i kurczę, zaczęłam później wyłapywać ten stan, wracać do niego i to przedłużać. Dzisiaj wam mogę powiedzieć, że tak na zawołanie w każdej chwili potrafię myśleć o niczym, co jest złotem, bo faktycznie zwłaszcza jak mamy targnięcie emocjonalne, coś się nam dzieje bardzo w życiu prywatnym najczęściej oczywiście, ale i zawodowym, to myślenie o niczym sprawia, że na chwilę jesteśmy w stanie troszeczkę przyciszyć burzę emocjonalną, a potem wrócić już bardziej racjonalnie. Wtedy nie musimy podejmować też decyzji czasami w emocjach czy może nawet czasami nie musimy nadszarpywać naszych relacji, bo nas poniosły emocje, a wystarczyło dosłownie parę sekund ciszy w głowie. Z emocjami i tak wcześniej czy później zawsze się zmierzymy, zawsze one gdzieś będą. Natomiast warto sobie najpierw z nimi poradzić w zaciszu domowym czy wewnętrznym, a potem faktycznie wtedy z kimś to omówić, jeżeli one dotyczą kogoś. Na gorąco warto kuć żelazo, ale emocje warto jednak czasami przetrawić i dopiero później z poukładanymi emocjami przyjść. Zwłaszcza że druga strona zapewne też ma emocje wzburzone mniej lub bardziej. Dobra, ale wiecie co? Tak teraz sobie myślę, że gadam o tym myśleniu o myśleniu o niczym i w ogóle super, a co to są właściwie te myśli? I uwaga dzisiaj nie będę was katować słownikiem języka polskiego, aczkolwiek zachęcam, zerknijcie sobie, może coś nowego odkryjecie.
Natomiast w dużym skrócie myśli to jest wszystko, co nawiedza naszą głowę. Między innymi mogą to być wspomnienia, marzenia. Może też czasami niektórzy z nas fantazjują, więc fantazjowanie też jest rodzajem rozrywki myślowej, ale mimo wszystko są to nasze myśli. Dalej coś próbujemy na przykład zrozumieć. Jesteśmy sobie w dialogu. Może ktoś mówi innym językiem, którego nie do końca znamy. Dosłownie mówię o języku obcym. A może ktoś mówi niby naszym językiem, ale w sposób tak niezrozumiały, że musimy się bardzo skupiać. Może coś czytamy, a może ktoś nam coś powiedział tydzień temu, a dzisiaj tak się zastanawiamy: „Kurczę, a może on miał coś innego na myśli?”. Więc każda próba zrozumienia czegokolwiek jest jak najbardziej naszą myślą.
Różnego rodzaju rozważania. Czy musimy podjąć jakąś decyzję i zastanawiamy się czy tak, może inaczej, a może kogoś spytać, a może jakieś zasoby, może muszę coś kupić, może muszę coś zrobić. To wszystko to też są nasze myśli. Nawet jeżeli coś sobie liczymy, czyli na przykład Mieliśmy spotkanie ze znajomymi, płaciliśmy za wszystkich i teraz musimy zrobić rozliczenie i nam się przypomniało i w głowie liczymy. A może przeliczamy, ile rzeczy w tym miesiącu kupiliśmy i czy możemy jeszcze? Tak samo jak obliczenia, to i różnego rodzaju analizy. Czy to będzie jakaś taka, jak ja wam czasami lubię dawać abstrakcyjną rozkminkę, czy naprawdę jakieś rzeczy życiowe. Trafił mi się post na grupie i nie ukrywam, że trochę na szybko w głowie pomyślałam, potem coś dopytałam, potem za godzinę czy za dwie dostałam komentarz. Więc w sumie ta analiza i rozważania i cały post też był w mojej głowie, czyli zaprzątał moje myśli, był w moich myślach. Naszymi myślami jest też sam proces podejmowania decyzji, bo jeżeli wcześniej rozważaliśmy za i przeciw, może coś obliczaliśmy, to suma summarum będziemy się powoli skłaniali ku decyzji, a może w ogóle już ją podejmiemy.
Ale to też musimy przerobić w głowie. Oczywiście wszelkiego rodzaju nasze emocje, ale to by podchodziło pod analizę swoich czy czyichś emocji. Możemy też tworzyć. To jest chyba coś, co najczęściej nas nawiedza, a jeżeli nie, to tego nam życzę. Ale do tego też zaraz jeszcze przejdziemy, co sobie w głowie kumulować, co by było dla nas najbardziej opłacalne. Ale tak czy siak proces tworzenia zaprząta nasze myśli, zarówno jeżeli jest to na poziomie jadę autobusem i wpadłem na pomysł i będę to teraz sobie kreował, czy siedzę nad notesem i to kreuję, czy może faktycznie siedzę już nad maszyną do pisania, laptopem, klawiaturą zdalną. Jak ona? Bezprzewodową, nie zdalną czy czymkolwiek innym. Może gadam do dyktafonu, ale to też zanim się pojawi w odbiorniku, najpierw się musi pojawić w naszej głowie. Niby oczywiste oczywistości, banały, a mam wrażenie, że czasami może przez to, że się nad tym nie zastanawiamy, to myśl i nikt nie wnika.
Tym bardziej nikt nie myśli nad tym, że mógłby te myśli sam kierować. Oczywiście, że niektóre myśli są świadome, niektóre są podświadome. Aż tak głęboko nie będziemy dzisiaj wchodzić w to. Natomiast warto mieć świadomość tego, że są dla nas nieświadome procesy w naszej głowie. Oczywiście, jak już kiedyś wam mówiłam, są nieświadome, dopóki sobie ich nie uświadomicie. Ależ dzisiaj chyba filozoficzna będzie ta rozkminka. Słuchajcie, mówiłam o myśleniu o niczym. Nie dam wam na to gotowej recepty. Myślę, że każdy z was musiałby poświęcić te pięć, 10 minut na początku, polecam 10, 15, żeby wyłapać ten moment. Potem, jak każde tego typu ćwiczenie, musicie starać się wyłapywać ten moment regularnie i go przedłużać i utrzymywać go jak najdłużej.
Czy zastanawiać się, co robicie w środku, w głowie, żeby to utrzymać. Niestety jak nie przećwiczycie, nie poćwiczycie, to nikt wam nie da gotowego rozwiązania. Słuchajcie, na jakieś sposoby jeszcze wrócimy, ale dzisiaj żyjemy w epoce, gdzie mamy ciągły rozwój, ciągłą presję, ciągłą prędkość. Wszystko jest za wolne, wszystko trzeba szybko, trzeba tu i teraz. Treści muszą być jakościowe, muszą być pełne informacji, nie mogą być za długie, nie mogą być przegadane. Najlepiej jak jest post, to im krótszy, tym lepiej. Najlepiej jak to będzie obrazek z krótkim zdaniem. Prędkość, prędkość, prędkość. Wszystko na czas. Presja, presja, presja.
Więc nietrudno o to, żeby najzwyczajniej w świecie nasze głowy się przebodźcowały. Takie mądre słowo, ale chodzi o to, że oprócz tego, że nasza głowa jest cały czas uderzana komunikatami i uwaga, zarówno naszymi wewnętrznymi, ale zastanówcie się, ile rzeczy do was przychodzi z zewnątrz. To są jakieś maile, to są jakieś posty na grupach, może jakieś SMS-y, może telefony, może spotkania z klientami. Może jeżeli pracujecie sobie w magazynie i układacie jakieś rzeczy, to dalej musicie wymyślić, jakieś procedury zachować. Musicie robić tyle rzeczy. A oprócz tego jest gdzieś jakaś muzyka, może są jakieś komunikaty z głośników. Zależy gdzie pracujecie, co robicie. Macie może współpracowników, jeżeli pracujecie w domu, to zapewne macie domowników. Nawet jeżeli to są zwierzaki, to dalej są to jakieś bodźce. Prosty przykład, niby mam koty i niby koty większość dnia śpią i tak dalej.
Tylko że jeżeli ja na przykład robię notatki, pracuję nad czymś, a kot mi łazi, nawet się skrada po cichutku, powoli, ale już kątem oka widzę ruch, to ten ruch też już jest dla mnie dodatkowym bodźcem i też już mnie odwodzi od tego, co robię. Prawda jest taka, że ciągle gdzieś coś się dzieje. Ciągle coś. Więc nic dziwnego, że zaczyna nam się robić ciężka głowa. Czasami nawet sami nie wiemy, skąd się wziął u nas nastrój, który albo jest prawie że taki, nie chcę powiedzieć, że depresyjny, ale czasami sami sobie dowalamy, dokładamy jeszcze. Czasami po prostu budzimy się zmęczeni. Dzisiaj abstrahując od wszelkich rzeczy związanych z higieną diety czy z higieną snu, bo wiadomo, to jest też inna rzecz, ale sama głowa też może nas doprowadzić do różnych stanów. To, co mówiłam na początku, ten artykuł Bo tak sobie pomyślałam, że zobaczę, co tam gdzieś jakaś psychologia. Może trochę już wypadłam z obiegu, to co tam nowego się pojawiło w kontekście myśli czy właśnie przebodźcowania. I wyobraźcie sobie, że trafiłam na taki termin jak „nadwaga umysłowa”.
Myślę sobie: „Kurczę, ale wymyślili! No chwytliwe”. Ale słuchajcie, wchodzę w ten artykuł. Nie ukrywam, że zaskoczył mnie dosyć pozytywnie, bo myślałam, że to będzie takie sobie coś tam, takie ple, ple, ple, że to bardziej jest tytuł marketingowy niż sama treść. Oczywiście, że to w dużej mierze chodziło właśnie o takie przebodźcowanie, ale bardzo fajnie było to opisane właśnie w kontekście nadwagi. I tam dowiedziałam się, że ta nadwaga, czyli taka gonitwa niepożądanych myśli właśnie bardzo często, że ona nawet może się objawiać tak jak nadwaga. Tak jak za duża masa ciała może obciążać nasze ciało, tak za duża masa myśli, uwaga, też może obciążać nasze ciało. Oprócz tego, że myśli też. Także wow. W ogóle złoty artykuł.
No dobra, może nie wiem na ile złoty, ale złoty chyba dlatego, że po prostu był dla mnie czymś nowym, odkrywczym i dlatego się z wami między innymi też dzielę tym. I słuchajcie, tam sobie wyczytałam, że oczywiście tą nadwagą, tak jak mówiłam, właśnie te takie niepożądane myśli. Niepożądane myśli, czyli myśli, które są bezproduktywne, puste czy na przykład toksyczne. W dużym skrócie to ja sobie już myślę tak trochę z artykułu, trochę też z doświadczenia, że takimi bezproduktywnymi myślami to najzwyczajniej w świecie mogło być właśnie takie, nazywam to takim ojojaniem. Takim przejmowaniem się, zwłaszcza rozważaniem, przejmowaniem emocjonalnym, kierowaniem tego w stronę rzeczy, na które i tak nie mamy wpływu. Czyli właśnie to takie płakanie nad rozlanym mlekiem. Mleko się rozlało, coś się wydarzyło. No i co? Nie przeskoczysz czasu, nie cofniesz. Ale możesz właśnie później gdzieś przekierować swoje działanie na inne rzeczy.
Dalej myśli puste. Ja bym powiedziała, że to takie trochę gdybanie i to nie to gdybanie właśnie w kontekście twórczym, czyli takie abstrakcyjne gdybanie, tylko właśnie takie często: „Kurczę, gdybym 10 lat temu nie rzucił studiów, to może dzisiaj byłbym milionerem”. No okej, może tak, może nie. Tylko że to gdybanie to właściwie ono cię zatrzymuje w miejscu, bo ani cię nie popchnie do przodu, a nawet może cię czasami cofnąć. Ale ogólnie to stoisz sobie i właściwie tracisz czas na jakieś tam gdybanie, zamiast właśnie zacząć coś robić. Czyli ta myśl jest dosłownie pusta, bo ona nic nie przynosi tobie. I też te myśli toksyczne, czyli właśnie podkopywanie swojego własnego autorytetu w oczach swoich czy nawet ocenianie innych. Myślę sobie, że nawet jeżeli na przykład mamy kogoś, kogo nie lubimy. Może tak być, zdarza się. I takim naturalnym odruchem naszym jest właśnie też to, że sobie myślimy, że on jest taki, siaki i owaki i później we własnej głowie prowadzimy jakieś tam śledztwo czy jakieś tam rozkminy, dlaczego on taki jest, albo że on w ogóle taki jest, jak rodzina z nim wytrzymuje i tak dalej.
Tylko po co? Bo oprócz tego, że jeszcze bardziej na przykład nakręcamy się na tą osobę, a może znamy ją dopiero trzy dni, pracujemy z nią i może ta osoba wcale nie jest taka zła, tylko po prostu miała zły dzień. A my poświęcając te godziny w domu swojego czasu prywatnego na takie rozkminy będziemy się tak zapędzali, tak zniechęcali do tej osoby, że nawet jakby ta osoba później zrobiła najlepszą rzecz na całym świecie, to my i tak będziemy przez taki ten toksyczny pryzmat na nią patrzeć. I teraz uwaga, bo oprócz tego, że będziemy tej osobie źle życzyć na przykład, to z automatu ta toksyczność będzie też wpływała na nas samych, bo zarówno odetniemy się, czy nawet zamkniemy sobie szansę na wyprostowanie tej relacji z tą osobą, to co więcej może być tak, że te nasze toksyny zaczną być odczuwalne dla innych osób, na przykład z pracy, z zespołu. I może te osoby od nas się odetną, bo my będziemy toksyczni. Także nic dziwnego, że później te myśli faktycznie obudowują się takim mentalnym tłuszczykiem wokół naszego umysłu i właśnie nas obciążają. I przede wszystkim ten proces będzie zjadał naszą energię, będzie blokował nasz rozwój. Samo przez się. Bo jeżeli będziemy poświęcali w wolnym czasie energię na rozkminę nad kimś, kogo nie lubimy czy nie daj Boże mu źle życzymy. Nie polecam zło życzyć.
To przecież tą energię moglibyśmy poświęcić na coś innego. Moglibyśmy napisać tekst, rozpisać coś, rozdział powieści. Może moglibyśmy napisać jakiś przełomowy felieton albo jakiś świetny nawet post na Facebooka czy na Instagrama, wrzucić ładne zdjęcie, napisać fajny post. Może tą naszą rozkminkę, która może i zaczęła się toksycznie, moglibyśmy obrócić w coś innego. Tylko że jeżeli wpadniemy w ten wir, ten nadwagowy wir, zacznie nam się kończyć energia, to nawet potem nie będziemy mieli energii, żeby wykuć coś kreatywnego z tego. Co więcej, przede wszystkim te myśli zarówno bezproduktywne, puste i toksyczne i te miliony innych niepotrzebnych, niepożądanych będą zajmowały naszą uwagę. Będą działały na nas często autodestrukcyjnie. Taki nastrój. Możemy wpaść właściwie w coś takiego, że zaczniemy oceniać kogoś Potem może wpadniemy na pomysł, że to z nami coś jest nie tak albo to my sami tacy jesteśmy. I najczęściej, jeżeli nie będziemy mieli energii i będziemy stłumieni w mgle umysłowej złych myśli, to nie przekujemy tego w fajny komunikat, że może byśmy mogli spróbować coś zmienić, tylko jeszcze będziemy sobie dorzucać.
Będziemy się jeszcze bardziej podkopywać i wywlekać wspomnienia z dzieciństwa, ze swojego życia, które jeszcze będą udowadniały to, że my jesteśmy tacy, owacy. A w efekcie końcowym w pewnym momencie możemy nawet zacząć obwiniać wszystkich i wszystko o ten stan rzeczy. Tak że lipa trochę. Tak ja myślę. Ale może ktoś myśli inaczej, tak że wszystko dobrze. Jeżeli wam działa, to kultywujcie sobie to dalej. Przede wszystkim jakie są skutki tej całej nadwagi? Główny problem, który chyba najbardziej i może nawet najczęściej nas artystów, pisarzy spotyka, to są blokady twórcze. Czyli tak jak mówiłam, jeżeli mamy zaburzoną naszą uwagę, brak energii, to potem bardzo ciężko spiąć pośladeczki. I nawet jeżeli sobie zaplanowaliśmy trzy dni, wzięliśmy urlop od życia, od pracy, wyjechaliśmy na łono natury, siedzimy sobie w pięknym drewnianym domku, kominek, jeziorko, las, ptaszki śpiewają, wszystko, co kto lubi, a my nie możemy ruszyć.
I to jest właśnie ten ból, który jest wywołany niepotrzebnymi, niepożądanymi myślami. Możemy też wpadać w stany melancholii. To jest temat, który na pewno będę chciała bardziej rozwinąć, bo kiedyś to była bardzo częsta przypadłość artystów. To nawet było zdefiniowane jak stan zaburzenia, stan chorobowy. Niezależnie od tego, czy ktoś był pisarzem, rzeźbiarzem, malarzem, ale faktycznie nawet na ten stan można było umrzeć. Może dzisiaj to jest nazywane depresją. Może. Aczkolwiek depresja ma też trochę inne źródła. Tak czy siak, niepożądany stan, niepotrzebny nikomu. Możemy też wpaść w coś takiego jak paraliż decyzyjny.
Jeżeli będziemy zaprzątać swoją głowę samymi negatywnymi rzeczami, to w pewnym momencie nawet nie będziemy wiedzieli, jaką decyzję lepiej nam będzie podjąć, bo albo zwyczajnie będzie nam to obojętne, albo nawet nie będziemy w stanie znaleźć plusów danej rzeczy. Może wszystko będzie nam się wydawało, że jest na minus. Tak jak mówiłam, mgła umysłowa. Możemy też wpaść w coś takiego jak zaniżanie swojej samooceny czy w ogóle swojej wartości zarówno w naszych oczach, jak i w oczach innych. Możemy też wkręcić się w kompleksy. Uwaga panowie, bo może się wydawać, że to tylko kobiet dotyczy, ale niestety nie. To dotyczy gatunku ludzkiego. Czasami nawet nie jesteśmy świadomi, że tkwimy w kompleksie, który później rzutuje na wszystko inne u nas. Tak że warto też sobie czasami pozadawać pytanka. Oczywiście jak mamy zaburzoną uwagę, to wiadomo, że to się będzie przekładało na problemy z koncentracją.
Może też spotkać nas coś takiego jak dysonans poznawczy. Możecie sobie przeczytać o tym. To jest bardzo ciekawy temat. Natomiast myślę, że oczywiście dysonans może też się pojawić z innych powodów, ale faktycznie możemy się wprowadzić w coś takiego, ponieważ będziemy mieli zaburzone postrzeganie świata przez różnego rodzaju myśli czy taką bezproduktywność myślową. W dysonansie jedną z rzeczy, moim zdaniem bardzo niebezpiecznych, do których może doprowadzić dysonans, to jest poczucie zagrożenia. Poczucia, że wszyscy, którzy mają inne zdanie niż ja albo patrzą w inny sposób na świat niż ja, że oni są dla mnie wrogami i robią wszystko, żeby mnie zniszczyć albo skrzywdzić i tak dalej. Miejsce, w którym kumulują się te emocje. Jest taki mądry ośrodek gdzieś w mózgu. On pewnie ma jakieś mądre nazwy. Nie wiem, nie będę wam tutaj wymyślać teraz, kłamać, przytaczać i w ogóle, bo to nieistotne.
Chodzi tylko o to, że mamy takie miejsce, które się aktywuje w momencie, kiedy ktoś personalnie nas zaatakuje. Czy to ktoś na nas wyskoczy z pięścią, czy ktoś nas po prostu obrazi. I to nas wtedy bardzo boli. To jest troszeczkę coś takiego jak ból odrzucenia. To jest taki rodzaj ataku, który wyzwala adrenalinę, taką bardzo pierwotną, obronną wręcz. Jeżeli będziemy w dysonansie, to te same reakcje może wywołać ktoś, kto nawet nie miał nic złego na myśli i nas nie obraził. Ale my w głowie sobie sami to aktywujemy, bo nam się będzie wydawało, że ta osoba nas atakuje. Tak że zachęcam, zgłębcie temat „dysonans poznawczy”, bo to jest naprawdę bardzo ciekawa rzecz. A poza tym jeżeli sobie uświadomimy, że możemy w coś takiego sami wpaść, nawet nie wiadomo czasami kiedy. Albo może żyjemy w toksycznym środowisku, może ktoś by nas zmanipulował i wprowadził w ten stan, bo to też jest możliwe.
Lepiej czasami wiedzieć za dużo niż za mało, bo możecie się przygotować albo być czujni na pewne zagrywki, techniki. Dobra, słuchajcie, wracamy do myśli. Bo wspomniałam też o tym, że ta cała nadwaga, tak jak wpływa na naszą głowę, na nasze myśli, ta nadwaga myślowa, umysłowa, to z automatu każde zaburzenie w naszym umyśle będzie wpływało na nasze ciało. I w momencie, kiedy wejdziemy w te wszystkie negatywne kierunki, bezproduktywne i tak dalej, to możemy fizycznie czuć się zmęczeni. To jest trochę jak wypalenie zawodowe. Możemy mieć artystyczno-kreatywne wypalenie, taką blokadę, ale chodzi o to, że będziemy fizycznie budzili się przemęczeni. Dalej to może też doprowadzić do tego, że taki natłok, ta gonitwa myśli może doprowadzić do bólów migrenowych. Więc nawet jeżeli nie mamy zdiagnozowanej migreny i nigdy nie mieliśmy i tak dalej, to przy bardziej inwazyjnych stanach może coś się zadzieje w naszym życiu, jakaś dziwna sytuacja, bardzo niepożądana, która wywoła taką gonitwę czy podsyci tą, którą mamy i możemy normalnie dostać tego legendarnego globusa. Jak ktoś kiedykolwiek miał, to wie, że nie jest to fajna impreza. To też może się przerodzić w trudności z oddychaniem.
Co prawda tutaj, tak jak atak paniki może doprowadzić do zatkania, obkurczenia płuc, że nie możemy wziąć oddechu, tak faktycznie takie ogólne przemęczenie, zmęczenie głowy może też prowadzić albo do osłabienia oddychania, że na przykład jeszcze trzy tygodnie temu mogliśmy wziąć pełny oddech i aż czuliśmy to, jak to powietrze nas wypełnia, a dzisiaj możemy brać na przykład tylko płytkie oddechy. To może się wydawać niby bez związku, a cholerka, jednak to działa. Między innymi niektóre z tych rzeczy były w artykule, także to nie tak, że ja wam tu zmyślam, żeby nie było. Aczkolwiek sama też doświadczyłam akurat tego typu rzeczy. Czy trudności z oddychaniem, czy przemęczenia, czy poczucia beznadziei, ale wynikającego nie ze stanu depresyjnego, tylko po prostu się budziłam zmiętolona jakaś. Ja sobie to napisałam jako problem z termoregulacją. Natomiast w artykule było wspomniane o tym, że takie uczucie zimna w ciele. Natomiast oczywiście ja bym to wiązała z krążeniem, bo to tak najczęściej działa. Więc jeżeli sobie zaburzymy oddychanie czy coś nam się zadzieje z oddychaniem, z automatu będzie się to nam przekładało na krążenie. Nasze ciało to jest system naczyń połączonych, także wszystko wpływa na wszystko, ale z automatu nie zdziwiłabym się, gdyby ktoś na przykład mógł dostawać takich uderzeń gorąca czy nawet się zacząć pocić za bardzo, bo będzie miał wyrzuty adrenaliny na przykład albo lęki czy stresy.
Oczywiście z automatu bóle stawów czy bóle kręgosłupa. Bóle stawów będą powiązane z zachwianiami w temperaturze naszej. Natomiast bóle kręgosłupa najczęściej mogą to być bóle odcinka lędźwiowego, bo tam się kumulują nasze stresy, napięcia. Więc wszystkie te niepożądane myśli mogą nam generować napięcia tam. I coś tu jeszcze mam. Wyczytałam, że nawet mogą się pojawić problemy skórne typu egzemy, trądziki, różne rzeczy. Także zaskok. To był dla mnie naprawdę jeden z kolejnych zaskoków w tym artykule. I tak sobie myślę, przede wszystkim oczywiście do blokad twórczych też jeszcze będziemy wracać, ale dla nas artystów to myślę, że taka higiena myśli powinna być istotną sprawą. Zarówno jakby się wam udało nauczyć tego myślenia o niczym, to jest na pewno jeden z najlepszych.
Może jeden z lepszych. Nie wiem, czy najlepszych. Dla każdego będzie najlepsze co innego, ale moim zdaniem to jest jeden z lepszych sposobów, żeby zacząć swoją walkę. Jak unikać tych bezproduktywnych czy niepożądanych myśli? Bo najzwyczajniej w świecie to jest odwracanie uwagi. Jeżeli poświęcicie 10-15 minut dziennie na to, żeby spróbować nauczyć się myśleć o niczym, to przez te 10-15 minut, przynajmniej przez ten czas nie będziecie myśleli o tych rzeczach, jakimś na przykład gdybaniu, czy nie będziecie się użalali nad sobą, czy litowali nad kimś i przeżywali tego. I słuchajcie, też nie odbierzcie tego w ten sposób, bo absolutnie empatia to jest też coś ważnego. I to nie chodzi o to, że nagle macie być wyrzuci. Nagle macie być wyzuci z emocji i się nie przejmować innymi. Chodzi tylko o to, żeby wydzielić sobie ten czas.
Okej, dzisiaj będę się przejmował innym, czy pomyślę, jak mogę mu na przykład pomóc, czy wesprzeć go w jakiś sposób, czy może po prostu mu napiszę: „Słuchaj stary, jak coś potrzebujesz, jestem tu". Bo czasami to wystarczy. To nie trzeba później dysput sam ze sobą prowadzić w głowie. I kolejna rzecz. Słuchajcie, wracając do tej dyskusji pod tym postem, o którym wam mówiłam na początku, to tam między innymi napisałam, co ja uważam. Bo ja uważam, że w ogóle to trzeba myśleć. Ja absolutnie zgadzam się z tym cytatem, ze słowami Leonarda, że trzeba kontemplować i dużo myśleć. Natomiast uważam, że przeważną rzeczą, przenajważniejszą jest przede wszystkim świadomy kierunek naszych myśli. Żebyśmy świadomie wybierali, w jaki sposób chcemy myśleć, czy o czym chcemy myśleć. Żeby wybrać kierunek myśli, który faktycznie będzie nas rozwijał i będzie nam dawał jakieś korzyści.
Nie bójmy się myśleć o korzyściach. To nie znaczy, że jesteśmy materialistami i jesteśmy złymi ludźmi. Pamiętajcie, że każda korzyść, którą będziecie czerpali z życia czy otrzymacie z własnych myśli, to potem tą korzyścią możecie podzielić się z innymi. Albo ta korzyść dla was może sprawić, że dzięki niej wy będziecie mogli dać komuś zupełnie coś innego, ale wcześniej nie mogliście. Starajcie się spróbować też, albo jak wam nie będzie szło to myślenie o niczym, albo jak będziecie chcieli nowych questów, to sobie zwizualizujcie sito i przesiewajcie myśli dla was rozwijające i te dające wam profity. Albo jeżeli złapiecie się na jakiejś myśli, to zadajcie sobie pytanie: czy ta myśl mnie rozwija? Czy ja mogę się w jakiś sposób rozwinąć myśląc o tej rzeczy lub czy myślenie o tej rzeczy da mi jakieś korzyści? Kolejna rzecz, charakter naszych myśli. Bardziej o charakterystykę mi chodzi, o coś takiego, żeby myśli, które sobie będziecie przesiewać przez sito, żeby one się charakteryzowały tym, że będą wywoływały czy to w waszej głowie, czy może w waszym życiu proces budowania czy proces rozwoju czegoś. Jeżeli będziemy mieli kierunek, że będziemy widzieć, że to się rozwija, że tu możemy się rozwinąć, że tu są profity, to dalej myśląc nad charakterem tych myśli, będziemy mogli zastanowić się, w jaki sposób mamy myśleć w tych kierunkach, żebyśmy mogli budować i rozwijać.
I dalej język myśli. To jest w sumie coś, jakbyście się zastanowili, nawet poświęcili chwilę na to, jak wasze myśli wyglądają. Czy widzicie je kolorami, dźwiękami, obrazami, może gotowymi słowami, może liczbami? Może jeszcze milionem innych rzeczy, których nie wymyśliłam. Dalej jakbyście się zastanowili, jeżeli później z tych myśli wychodzą na przykład jakieś zdania czy pojawia się jakieś słowo, to jaką to ma konstrukcję. Myślę, że nam pisarzom będzie łatwiej na takie rzeczy zwracać uwagę. Warto to poddać analizie i warto później zastanowić się, czy faktycznie mogę na tym zdaniu coś zbudować. Czy to będzie jakiś tekst, przełomowy felieton, czy może jakieś super mądre zdanie, które wyślemy naszemu bliskiemu, który jest teraz w potrzebie mentalnej. Albo może zdanie, którego nie wymyśliliśmy czy nie byliśmy w stanie mu powiedzieć na żywo, ale wiemy, że to by mu dało coś dobrego. Także zachęcam.
I tutaj, żeby ten język myśli niósł ze sobą wsparcie i empatię. Uwaga, żebyśmy się nie ograniczali. To nie chodzi o to, że macie myśleć o kimś, tylko przede wszystkim pomyślcie też o sobie. Jeżeli myślicie na swój temat, to myślcie w sposób empatyczny. Czyli nawet jeżeli uważacie, że coś z wami jest nie tak na przykład albo sobie czasami wyrzucacie jakieś rzeczy, czy cierpicie z powodu tego, że jesteście jacyś, to spróbujcie podejść do tego troszeczkę bardziej empatycznie. Spróbujcie pochylić się nad sobą tak, jakbyście pochylili się nad kimś innym, komu chcielibyście pomóc. Może wy sami od siebie musicie usłyszeć mądre, przełomowe zdanie. Bo to naprawdę czasami jest jedno słowo, jedno zdanie. Czasami to jest: „Kasia, weź nie gadaj już, skończ z tym. Nie mów tak.
Weź idź, wstań. Weź wstań z tego łóżka i idź, nie zamulaj”. Na przykład. Ja sobie lubię twardo ze sobą konwersować, ale może wy po prostu będziecie potrzebowali bardziej czułych słów. Może w życiu codziennym nie słyszycie czy nie słyszeliście nigdy komplementów, czy czułych słów, to spróbujcie znaleźć takie słowa i powiedzieć je sami sobie. Najpierw w myślach. Jak się odważycie, powiedzcie sobie, patrząc w oczy w lustrze albo po prostu powiedzcie sobie gdzieś w przestrzeń, idąc po mieszkaniu. Zwróćcie się może po imieniu, po przezwisku, jak wolicie. Ja wiem, że to kolejna rzecz. Ja chyba nie powinnam tego zdania wprowadzać.
Po prostu mówię do was o alchemii, o absurdach, czasami o jakiejś magii. Ale zachęcam, żebyście spróbowali podejść do tego i nawet czasami rozpatrywać te rzeczy nie w magiczny sposób, tylko wziąć nawet chłodno na logikę albo czasami tak dla beki spróbować, jak nikt nie patrzy. „A nuż ta baba z podcastu miała rację albo nie miała”. Bywa i tak. Kolejna rzecz, może być tak, że jeżeli wcześniej nie ćwiczyliście z myślami, może być tak, że wam od razu kliknie, że któreś kierunki, coś wam się tu spodoba. Może jakieś pytania, że to się zacznie dziać. A czasami może być po prostu tak, że jesteście w tym momencie życia w takim miejscu, że nie będzie wam łatwo przychodziło nawet odwracanie niektórych myśli. To oczywiście, że szukajcie wsparcia, w razie czego wiecie, gdzie mnie szukać. Jakby coś, to w kontekstach pisarskich też wam jak najbardziej jestem otwarta i mogę pomóc. Jeżeli nie chcecie na razie pomocy z zewnątrz, to spróbujcie odwracać uwagę od nieproduktywnych myśli między innymi na przykład kreatywnymi rozkminkami.
Czymś, co wam tutaj czasami te dziwne zadanka podrzucam. Może popatrzcie na coś w domu i zastanówcie się, jak to można inaczej zastosować. Krzesło barowe, 10 zastosowań oprócz siedzenia przy barze. To są może i absurdalne rzeczy, ale z pewnością na jakiś czas Zajmą wasze myśli, odgrodzą was od tych negatywnych kierunków. A może właśnie też, jeżeli macie domowników innych niż zwierzaki, to może wciągniecie też domowników w zabawę. Może to też wam przyniesie jakieś fajne preludium do rozmowy, której potrzebowaliście, a nie umieliście zakomunikować. Także zachęcam do zabawy konwencją i słuchajcie, ja na dziś kończę. Oczywiście zapraszam was do grupy facebookowej Alchemia Tworzenia. Tam jak zawsze macie po każdym odcinku post na jakieś wasze przemyślenia, pytania, uwagi czy nawet dyskusje, jak i post na podzielenie się wynikiem jakiejś kreatywnej rozkminki czy tego konkretnego ćwiczonka, które proponuję. Także ja tam na was czekam.
I co? Serdecznie dziękuję za waszą uwagę i rzucam wam rozkminkę. Taką wiecie, na rozpęd. W sumie moja sentymentalna rozkminka, którą na jednej z konferencji jeden z prelegentów zadał mi takie pytanie w kuluarach. Dzisiaj jak o tym pomyślę, najpierw to było dla mnie w ogóle: o co on mnie pyta? Jakie to jest trudne, jak zaczęłam nad tym myśleć. Ale jestem taka dumna ze swojej odpowiedzi. Także dzielę się z wami też tym pytaniem i będę wdzięczna, jeżeli może zechcielibyście się później podzielić ze mną gdzieś właśnie tam, w tym dedykowanym poście, waszymi rozwiązaniami. Życzę wam cudowności, serdeczności, a przede wszystkim mocy inspiracji i dobrej energii w myślach. A teraz leci ćwiczonko.
Jaki dźwięk mają twoje włosy?
[03:47:38] - No to idźmy za ciosem. Skoro były literackie porady, to ciąg dalszy. Tylko autorka się zmieni. Teraz Kamila Ciołko-Borkowska pisząca z fiordami. Kolejny odcinek literackich porad. Dzisiaj ten odcinek dosyć taki teoretyczny, ale to w sumie dobrze.
[03:48:02] - Dobry wieczór, witam na naszym kolejnym spotkaniu związanym z warsztatem literackim. Aczkolwiek dzisiejsze spotkanie będzie może troszkę mniej warsztatowe, a bardziej takie teoretyczne. Może tak powiedzieć, że teoretyczne. No i może takie troszeczkę nudnawe, ale jednak dość niezbędne dla osób, które rozpoczynają już może nie pisanie, bo temat pisania już nam się tutaj przewijał wielokrotnie i jeszcze na pewno się pojawi, ponieważ to nie jest temat, który można zakończyć. Praca nad warsztatem to nie jest temat, który można ot tak sobie zakończyć i powiedzieć, że już wszystko się wie, wszystko się ogarnia, bo zawsze dochodzą jakieś informacje, które były nam nieznane na pewnym etapie naszych prac, edukacji pisarskiej. No ale dzisiaj słuchajcie, jako że dwa tygodnie temu rozmawialiśmy na temat przygotowywania tekstu do wysłania do wydawcy, czy też na jakiś konkurs, ogólnie do wysyłania dalej naszego tekstu tak, żeby on wyglądał, miał ręce i nogi, żebyśmy sami przez ten tekst byli postrzegani jako tacy profesjonaliści. Dlatego dziś też chciałabym poruszyć z wami temat osób, które pracują w wydawnictwie i kontaktu nie tyle z wydawnictwem, ile z poszczególnymi osobami, czy też na przykład z beta czytelnikami także, bo beta czytelnik to nie jest osoba, która pracuje w wydawnictwie. Ale o tym już mieliśmy spotkanie, o tym już było gadane, że tak powiem. I co? I słuchajcie, chyba będziemy powoli zaczynać.
Skoro już ustaliliśmy, że popracowaliśmy sobie nad tekstem, popracowaliśmy sobie nad naszymi dialogami, nad fabułą, nad opisami, nad tymi wątkami pobocznymi, nad bohaterami. To wszystko gdzieś tam dotknęliśmy podczas naszych spotkań i na ostatnim spotkaniu dotknęliśmy tematu pracy, takiej już szlifowania tekstu, takiego już dopracowywania końcowego. To dzisiaj skupimy się właśnie na tym następnym kroku, ponieważ kiedyś on musi nastąpić. No nie oszukujmy się, samo pisanie do szuflady w końcu kiedyś przestanie być wystarczające dla każdego. Znaczy może nie dla każdego, ale dla większości. Części z nas wystarczy takie przelewanie swoich myśli, emocji, wyobrażeń na papier czy do pliku komputerowego i trzymanie tego gdzieś głęboko schowanego i niedzielenie się tym z innymi. Jednak zazwyczaj pisarze mają taką wewnętrzną potrzebę dzielenia się tym, co stworzyli. Dzielenia się tym, co wyszło spod ich palców, z ich głowy. Chcieliby, żeby to inni czytali, żeby byli zadowoleni, żeby mieć czytelników, słuchajcie, żeby ktoś powiedział: „Ty, ale ten tekst to porywa”. Dlatego to jest taka wewnętrzna, ogólna potrzeba autora.
I wysłanie tekstu jest kolejnym naturalnym krokiem w swojej autorskiej drodze. Tak więc nie bójmy się tego. I od razu powiem, że nie każdy kontakt z wydawnictwem, z czasopismem czy konkurs, na który wyślemy naszą pracę, to nie jest tak, że zaraz, od razu, za pierwszym zamachem wszystko nam się uda i zdobędziemy pierwsze, drugie, trzecie miejsce, czy tam nawet wyróżnienia. Broń cię Panie Boże, tak nie będzie. Musimy się uzbroić w cierpliwość. Tego nie powinno zabraknąć pisarzowi. Cierpliwości nigdy nie powinno zabraknąć pisarzowi. Powinniśmy mieć cały kombinezon z tej cierpliwości i odporności na czekanie. I co wam mogę powiedzieć dalej? Bardzo często próby nawiązania kontaktu czy próby wysłania swojego tekstu gdzieś, tak samo prozy, poezji, czegokolwiek, esejów, wszystkiego, co piszecie.
Jeśli próbujecie wysyłać to gdzieś dalej, to musicie wiedzieć, że bardzo często teksty te, jeśli na przykład zaczynacie, jesteście nieznanymi autorami, teksty te nie zostaną przyjęte. Po prostu. Bardzo dobrze będzie, jeśli dostaniecie odpowiedź. To już jest jakiś sukces. Zacznę może od opowieści na swoim własnym przykładzie. I w sumie to nawet nie wiem, czy coś się zmieniło aktualnie w pracy wydawnictw, czy może już to, że mam coś tam na koncie i może to nie jest jakieś zdumiewające, ale coś tam na koncie literackim mam i te wydawnictwa traktują mnie troszeczkę inaczej. Nie wiem, nie mam stuprocentowej pewności. Nie wiem, czy wam tego już nie mówiłam. Jednak kiedy wysyłałam moją pierwszą książkę i mój pierwszy tomik, one były mniej więcej wysyłane w tym samym czasie. Pierwszy tomik wierszy do wydawnictw z moją propozycją wydawniczą.
W sumie nie dostałam żadnych konkretnych odpowiedzi. Dostałam jedną pozytywną odpowiedź w sprawie tomiku, jedną pozytywną odpowiedź w sprawie książki i w sumie tyle. Żadnych więcej odpowiedzi. W momencie, kiedy zaczęłam troszkę bardziej udzielać się, bo to jest bardzo ważne, żeby zacząć budować swoją własną markę jako autor. I w momencie, kiedy zaczęłam troszkę więcej energii wkładać w to wszystko, czyli tu się pojawiłam, tam się pojawiłam, tu troszeczkę zadziałałam, tam coś opublikowałam. Można mnie tu było znaleźć, tam, tu i tam. Może to nie są aktywności jakieś super ekstra, bo są autorzy, którzy naprawdę sporo działają w sieci i naprawdę są rozpoznawalni w tych tak zwanych internetach, w social mediach. Jednak moje działania są zakrojone na trochę mniejszą skalę. Jednak coś tam zawsze jest. Moje opowiadania pojawiły się w jednej antologii, w drugiej antologii, w trzeciej antologii.
Tu jakiś konkurs, tu jakieś wiersze opublikowane na stronie wydawnictwa, tam jakiś warsztat, tu jakieś inne wiersze opublikowane w innym miejscu. I w momencie, kiedy zaczęłam wysyłać teraz następne propozycje, czyli następną książkę i następny tomik, to już nie chodzi o to, żeby dostawać same pozytywne odpowiedzi i przebierać w odpowiedziach jak w ogórkach, bo jak już powiedziałam, trzeba mieć dużo cierpliwości i dużo odporności w ogóle na brak odpowiedzi i na negatywne odpowiedzi. To w tym momencie, kiedy już mój taki życiorys literacki, takie CV literackie było troszkę bardziej rozbudowane i wysyłając swoją propozycję wydawniczą napisałam: „Byłam tu, tu, tu, tu, tu, tu, tu, to, to, to, to. To też zrobiłam. Jestem tu, tu, to, to, tam, tam, siam, siam, siam”. No więc zaczęłam dostawać odpowiedzi. Fakt, że to są odpowiedzi negatywne. „Dziękujemy, nie jesteśmy zainteresowani propozycją” albo „Nie ujmiemy pani propozycji w naszym planie wydawniczym, jednak życzymy powodzenia”. Powiem wam, że ja osobiście nie płaczę za każdym razem, jak dostaję nawet negatywną odpowiedź. W sumie dla mnie negatywna odpowiedź jest lepsza niż brak odpowiedzi, ponieważ to znaczy, że ktoś zajrzał do tego pliku, który ja wysłałam.
Ktoś zajrzał, ktoś poświęcił czas i poświęcił czas na to, żeby napisać mi, że dobra, spoko, ale nie jesteśmy zainteresowani. Tak więc to mnie satysfakcjonuje, taką moją własną, prywatną, wewnętrzną potrzebę kontaktu z wydawnictwem. Można powiedzieć też, że próżność może autorską, że ktoś tu zerknął, ktoś na to zerknął, ktoś to zobaczył. No i powiem wam, że teraz dostaję więcej tych odpowiedzi negatywnych. To trochę dziwnie brzmi, ale w sumie odpowiedzi negatywnych jest zdecydowanie więcej. Znaczy ogólnie jest więcej niż pozytywnych, to ja już nawet nie mówię, że nie, ale chodzi o to, że one się pojawiły. Nie ma takiej ciszy, że jak wrzucę kamyczek do studni To nie słychać nic. Ten kamyczek się odbija. Plum, plum, plum, plum, plum, plum, plum. Dźwięk do mnie wraca.
Odpowiedź tego wysłanego maila, tej wysłanej propozycji wraca do mnie i to mnie już satysfakcjonuje, bo jakiś kontakt został nawiązany. To z mojej perspektywy, więc możecie sobie skorzystać z tego, skopiować i naprawdę nie stresować się za każdym razem, jeśli nie dostaniecie odpowiedzi, jeśli ta odpowiedź będzie negatywna. Co zrobić, jeśli odpowiedź wydawnictwa będzie negatywna, a wam bardzo zależy na tym, żeby książkę, czy to prozatorską, czy to poetycką, jakąkolwiek, czy też zbiór jakichś esejów, cokolwiek, żeby to wydać, proponuję najpierw wysłać do beta czytelników. I jeszcze raz, jeśli te książki nie zostały dobrze dopracowane, bo może my myślimy, że jest wszystko w porządku, ale trzeba jeszcze wysłać do beta czytelnika jednego, drugiego, trzeciego. Jeden to trochę mało. Dobrze jest wysłać do kilku. Na temat beta czytelników było już spotkanie. Mieliśmy już pogadankę na temat beta czytelników. Ona gdzieś tam jest. Zapraszam serdecznie do archiwum.
Przejrzyjcie sobie, co tam jest. Tam było chyba bodajże całe spotkanie na temat beta czytelników i naprawdę bardzo polecam. Jeśli dostajecie w odpowiedzi milczenie albo negatywne odpowiedzi, wtedy polecam skorzystać z usług beta czytelnika. I teraz jak ten kontakt powinien wyglądać? Na pewno polecam wam nieowijanie w bawełnę. Przede wszystkim jasno określić, czego oczekujecie od beta czytelnika. Czyli piszecie, że proszę cię, żebyś zerknął na tekst, znalazł nieścisłości, niespójności, opisał, czego brakuje w historii albo wskazał mocne i słabe strony mojego tekstu. I wtedy beta czytelnik wie, na co zwrócić uwagę. O szczegółach nie będę tu mówić, ponieważ była cała pogadanka na ten temat. Odsyłam was jeszcze raz do tego i przede wszystkim było tam chyba nawet też gdzie szukać beta czytelników, jak ich wyłapywać w cudzysłowie, bo przecież nie będziemy robić łapanki na beta czytelników gdzieś na mieście.
Powtórzę jeszcze raz, co jest bardzo istotne w pracy nad tekstem, żeby to były osoby dla was neutralne. Nie znajomi, którzy zerkną na tekst, poklepią po ramionkach i powiedzą, że wszystko jest w porządku, wszystko jest wspaniale, cudowny tekst, pisz dalej. Nie. Potrzebna jest osoba, która jest dla was neutralna, która nie będzie kierowała się emocjami, która będzie potrafiła spojrzeć na tekst jak na tekst zupełnie dla niej obcy, jak na tekst osoby nieznanej. I to jest najlepszy sposób na pracę nad tekstem, ponieważ im więcej emocji, tym bardziej subiektywnie patrzy się na tekst, tym mniej jest się czytelnikiem obiektywnym. Dobra, mamy naszego beta czytelnika. Tekst wraca, nanosimy poprawki zgodnie ze wszystkimi wskazówkami, które do tej pory omówiliśmy we wszystkich pozostałych pogadankach. Bo na przykład beta czytelnik napisze nam: „Boże, ale dialogi to masz sztywne jak kijki. Popraw dialogi, bo tego się nie da czytać”. Więc siadamy i poprawiamy wszystkie dialogi jak leci, żeby były bardziej wiarygodne, żeby były bardziej wyglądające jak żywe dialogi, jak wyciągnięte z życia, żeby nie wyglądało to jak dialogi w klanie, gdzie jest naprawdę sztywno, jest nierealnie i w ogóle po prostu jest strasznie.
Dlatego jeśli mamy problemy z pisaniem dialogów, dobrze jest przeczytać je na głos albo poprawić i odesłać jeszcze raz do beta czytelnika. Nie bójmy się odsyłać poprawionego tekstu. Jeśli oczywiście beta czytelnik wyraził taką zgodę, bo czasami jest tak, że beta czytelnik czyta raz i koniec, powie, że więcej nie będzie się bawił w ten tekst. Czasem natomiast beta czytelnik jest w stanie zerknąć jeszcze raz na tekst poprawiony i powiedzieć, czy jest lepiej, czy jest tak samo jak poprzednio, bo te dialogi dalej leżą, czy opisy dalej leżą. Ja mam zawsze problem z opisami. Ja piszę bardzo oszczędnie i wiem, że czasem te opisy potrzebne są troszkę bardziej rozbudowane. Dlatego zawsze kiedy siadam do poprawek, muszę te opisy rozbudowywać, bo wiem, że są zbyt suche i będą problemem dla czytelnika. Dlatego większość pisarzy wykasowywuje treści. Ja znowu dopisuję. Wykasowywuję także, bo to jest niezbędna część pracy pisarza, kasowanie tekstu, usuwanie niepotrzebnych rzeczy.
Ale ja muszę też sporo dopisywać, sporo pracować nad dopisywaniem, bo jak mam ten moment pierwszego pisania, tworzenia pierwszego tekstu, to wtedy piszę bardzo oszczędnie, bardzo sucho i czytając to beta czytelnik, czy już nawet jak ja czytam to za drugim razem, wtedy widzę, że jednak jest czegoś brak. Dlatego jeśli poprawimy tekst, odeślemy do beta czytelnika. On nam powie: „W sumie dobra, nie jest źle, ale czegoś tam jeszcze brakuje w tych dialogach”. I wtedy dostaniemy jeszcze odpowiedź od drugiego beta czytelnika, od trzeciego beta czytelnika. Powiedzmy, że część tych wskazówek będzie podobna, więc na tym się skupiamy. Nie wolno nigdy dopasowywać się do wskazówek każdego z czytelników, ponieważ po pierwsze nigdy nie zadowolimy wszystkich czytelników. Po drugie, to ja już wiem sama po sobie. Dostałam kiedyś opinię, że mam wiele niedokończonych wątków w mojej „Marysi”. Naprawdę próbuję ogarnąć, w którym momencie jest ich tak aż wiele, ponieważ są wątki, które są może faktycznie niedokończone, ale zostały zostawione, ponieważ ich dokończenie nie było priorytetem. Ewentualnie ich dokończenie będzie istotne na przykład w drugiej części, która teraz będzie wydawana.
Nie ma co na siłę kończyć wszystkiego, co chcemy na przykład uzupełnić w drugiej części, bo mamy plan. Praca z beta czytelnikami. O tym więcej już chyba nie będę wam tutaj marudzić, bo nie ma sensu. Przejdziemy sobie dalej. Wysłaliście po raz kolejny ten tekst, o którym mówimy. Okazał się poprawiony na tyle, że wydawnictwo czy też czasopismo, redakcja, czy ktokolwiek inny jest zainteresowany opublikowaniem czy opowiadania, czy całej książki, czegokolwiek. I teraz następuje kolejny etap. Oj przepraszam, chyba za dużo gadam, bo zaczęła mi się pojawiać jakaś chrypka. Kiedy dostajecie wiadomość, że wasza twórczość zostanie opublikowana, to jest wielka radość. I teraz następuje okres wzmożonej pracy, ale już nie indywidualnej.
Wzmożonej pracy z pracownikami wydawnictwa. Czyli mamy redaktora, mamy korektora. Pierwszą osobą, podejrzewam w większości wydawnictw, która decyduje o tym, czy wasz tekst zostanie przyjęty, czy nie, to jest bardzo często recenzent. W czasopismach, w redakcjach czasopism mamy najczęściej grupę ludzi, która decyduje o tym, czy tekst zostaje przyjęty, czy nie. Nie tylko jedna osoba. W wydawnictwie najczęściej jest tak, że jest jakaś jedna osoba, która ocenia, czy ten tekst to jest dobra rzecz. To jest dobry materiał, żeby wydrukować, sprzedawać pod szyldem tego wydawnictwa. Jeśli na przykład recenzent zajrzy do tekstu i się okaże w sumie, że ten tekst nie spełnia wymagań, o których rozmawialiśmy dwa tygodnie temu, to już nawet nie będzie zaglądał. Bo jeśli to będzie tak: wydawnictwo prosi, żeby wysyłać teksty Timesem 12, interlinia 1,5, a wy wysłaliście plik w Calibri w 10, interlinia -1. Tego się w ogóle nie da czytać.
Nie uprzykrzajmy życia biednemu recenzentowi czy grupie ludzi, którzy muszą spędzać godziny nad tekstami, żeby wyłapać jakieś perełki. Z automatu zostaniecie skreśleni. I to jest pierwsza osoba, która ma styczność z naszym tekstem i ona najczęściej pomaga redakcji. Całej redakcji, redaktorowi pomaga podjąć decyzję, czy tekst zostanie opublikowany, czy zostanie odrzucony. To jest pierwsze sito przesiewania naszych tekstów. Jeśli recenzent otwiera tekst, widzi, że plik otwiera, widzi, że po prostu jest sieczka, taka totalna sieczka. On tego nie będzie czytał. Zamyka, wywala, usuwa. Nie ma tekstu. Jeśli tekst jest dobrze napisany według wytycznych wypisanych na stronie, to już pierwsze sito mamy przesiane.
Zostaliśmy. Jeśli recenzent czytając książkę uzna, że to jest dobry tekst faktycznie, to przechodzimy dalej. Następne sito. Dostajemy maila, potwierdzenie. I tu się zaczyna ten moment, o którym wspominałam. Ta współpraca. W wydawnictwie mamy redaktora. Czym się zajmuje redaktor? Redaktor właśnie zajmuje się, jak sama nazwa wskazuje, redakcją tekstu. Żeby nie było zbyt pięknie: redakcją tekstu.
Czyli poprawianiem tego tekstu, żeby on wyglądał dobrze, żeby on kompozycyjnie wyglądał tak, jak trzeba, żeby poprawki stylistyczne były zorganizowane wszystkie. Może nie wszystkie, bo zawsze jakiś babol się trafi Nawet najlepszym redaktorom, bo człowiek jest tylko człowiekiem. Nawet komputer potrafi zwabolić jakiś kawałek tekstu, też nie poprawi wszystkiego. Człowiek też. Do tego język polski jest językiem dość dynamicznym w swoich zmianach. Pewne rzeczy się zmieniają, pewne rzeczy są płynne i wszystkie reguły języka polskiego znać to trzeba mieć głowę jak sklep. Nie wszystkie zmiany gdzieś tam się zauważy. Redaktor zajmuje się też poprawnością tekstu. Sprawdza, czy wszystko się zgadza, czy nie ma jakichś baboli merytorycznych, czy coś tam nie leży, nie spina się. Jeśli się nie spina, dostajecie uwagę: „Dopnij ten fragment, przypnij, połącz.
Tu coś się nie łączy”. Jeśli mamy jakieś zdjęcia w tekście, jakieś grafiki, to też on się tym zajmuje, żeby to wszystko wyglądało tak jak należy. Redaktor to jest człowiek, który siada i nadaje waszemu tekstowi, znaczy naszemu tekstowi, bo ja też swoje teksty wysyłam do wydawnictwa, pracuję z redaktorem. On dopracowuje wasz tekst. Wy wysyłacie, znaczy my, ja też wysyłam, ale wysyłamy ten tekst w takim stanie, żeby wyglądał dobrze, jak najlepiej, a redaktor dopracowuje, doszlifowuje, żeby ten diament, który żeśmy wysłali, błyszczał jeszcze bardziej, żeby on zwalał z nóg totalnie, całkowicie. I tu jest bardzo potrzebny dialog. Pamiętajcie, o tym też już wcześniej mówiłam. To nie jest tak, że mamy zgadzać się na wszystkie uwagi, jakie dostajemy od redaktora. Wszystkie uwagi, notatki, wskazówki, które dostajemy od redaktora musimy przemyśleć i między nami powinien być dialog. Żadnych fochów z naszej strony nie powinno być.
Żadnej zranionej ambicji, żadnych pretensji. Normalny dialog, taki wyważony, z argumentami dlaczego uważam na przykład, że ten fragment powinien zostać. Dlaczego uważam, że nie powinniśmy zmieniać tego fragmentu. Dlaczego jest ważny. Dlaczego to, dlaczego tamto. Powinniśmy wymieniać się informacjami w sposób spokojny i jak wspominałam wcześniej, pełen argumentów, ponieważ nikt nie chce pracować z autorem, który będzie tylko i wyłącznie się wywyższał, strzelał fochy i będzie krzyczał, że on jest autorem, on wie lepiej i że redaktor ma nic nie zmieniać. Ponieważ, jak już wspominałam, redaktor ma doprowadzić wasz tekst do najwspanialszej wersji, jaka tylko będzie mogła się pokazać. Dlatego autor powinien być otwarty na wszelkie uwagi. To nie jest tak, że powinien zgadzać się na wszystkie uwagi, na wszystkie zmiany, ale powinien być na nie otwarty i powinien potrafić normalnie rozmawiać na temat zmian, które na przykład nie mogą być dokonane. Logiczne.
Dlatego bez żadnych fochów, bez żadnych pretensji, bez wyzywania, bez wyzwisk, bez niczego. Na spokojnie. Jeśli ponosi was złość, bo redaktor raczył zwrócić uwagę, że fragment, nad którym pracowaliście dwa tygodnie należy w ogóle wywalić, a wy uznaliście, że jest on niezbędny dla książki, ponieważ coś tam, to zamknijcie plik, idźcie na spacer, pójdźcie spać, przemyślcie na spokojnie i odpiszcie dopiero następnego dnia albo za trzy dni, jeśli wam nie przejdzie. Bo dyskusja nie powinna być nigdy podejmowana w gniewie. Nie przeczę, praca z redaktorem może być też bardzo mozolna, ponieważ jeśli mamy fragment, nad którym nie możemy dojść do porozumienia, będziemy go sobie wysyłać między sobą bez przerwy. Przerzucać się na przykład argumentami, dlaczego nie może być zmieniony. To różnie bywa. Taka praca może trwać dość długo i dość mozolnie, dość ciężko może być, ale należy brać też pod uwagę to, że redaktor chce jak najlepiej dla tekstu. Ale musimy pamiętać, że redaktor jest tylko czytelnikiem. On nie jest autorem.
On odbiera ten tekst jak czytelnik. On nie wie, co my chcieliśmy przekazać. Dlatego warto mu zawsze, redaktorowi, odpisać, co chcieliśmy przekazać przez ten fragment, przez ten dialog, przez ten opis. Dlaczego uważamy, że jest to niezbędne? Nigdy nie strzelajmy focha, bo tak. Bo to nie jest żaden argument. Potrafmy opisać. Potrafmy to trochę bez sensu, ale spróbujmy opisać. Skoro jesteśmy pisarzami, jesteśmy w stanie bardzo ładnie, bardzo jasno, bardzo czytelnie odpisać redaktorowi konkretnymi argumentami, dlaczego ten tekst, ten fragment uważamy za niezbędny. Tak.
Bardzo często jest też tak, już przechodzimy do następnej kwestii, że redaktor jest też w wydawnictwie z automatu korektorem. A korektor, tu was zaskoczę, na pewno tego nie wiedzieliście. Korektor zajmuje się korektą. Ha! To znaczy mniej więcej, a nawet bardziej więcej niż mniej, że jest to praca odnośnie błędów ortograficznych, interpunkcyjnych, stylistycznych, literówek, wszystkich błędów, których nie powinno być, a które są. Czyli wiecie, taka norma. Staramy się dopracować tekst do perfekcji, ale zawsze, jak wspomniałam, znajdą się błędy typu jakieś literówki, jakieś ortografy, których nie zauważyliśmy, braki przecinków, nadmiary przecinków. Ja na przykład tak mam, tak się czasem czuję, że przychodzę do tekstu z wiaderkiem przecinków. Tu rozrzucę, tam rozrzucę, bo jak się ma dysleksję, to ciężko trochę z tymi przecinkami. Czasami patrzę na zdanie i zdaje mi się, że wiem, gdzie powinien być przecinek.
Wstawiam go. Potem się okazuje, że jest zupełnie niepotrzebny. Tak więc chwała wszelkim korektorom za ich pracę, bo bez nich ja bym nie wydała wcale dobrej książki. Chwała też betaczytelnikom za ich ciężką pracę, chociaż oni to robią za darmo bardzo często, czasem za jakąś kawę i ciasto. Ale chwała im za to, bo ja bym bez nich daleko nie zajechała. Potem korektor wyłapuje to, czego redaktor nie wyłapał. To jest to kolejne sito. Jeśli to jest ta sama osoba, to ona stara się jeszcze raz spojrzeć świeżym okiem na ten tekst. Odesłaliśmy tekst, kolejny raz sprawdza już na spokojnie, przegląda ten tekst, już nie patrzy na to, czy tekst ma ręce i nogi, tylko czyta go, zwracając uwagę na zupełnie inne rzeczy. Bo to jest istotne.
Czytając tekst, zwracam uwagę na coś tam. To jest jak czytanie lektury do szkoły. Próbujemy zapamiętać rzeczy, które będą istotne. Tutaj korektor zerka na wszelkie babole, które nie zostały wyłapane wcześniej. Im bardziej my dopracujemy tekst, tym mniej roboty będzie miał redaktor. Im bardziej redaktor przyłoży się do swojej pracy, tym mniej roboty będzie miał korektor. To taka piramida. Od samego dołu do samej góry. I co jeszcze? Poczekajcie, niech ja pomyślę, czy o czymś nie zapomniałam.
Żeby potem nie było, że nie powiedziałam. Chyba wszystko, co mi przyszło do głowy. Tak więc. Tak, wiem, nie zaczynamy zdania od „tak więc”. Z mojej strony to będzie na dzisiaj wszystko. Do usłyszenia za dwa tygodnie. Zastanowię się jeszcze, czy czegoś tutaj nie pominęłam, ale zdaje mi się, że na dzień dzisiejszy powiedziałam wszystko, co wiem. Wiem w sumie niewiele, jak sami zauważyliście. Ale coś może ta moja wiedza pomogła komuś ruszyć z miejsca. Zostaje mi tylko życzyć wam wszystkim udanego wieczora, miłego pisania, poprawiania i redakcji autorskiej.
Życzę wam wielu sprawdzonych i rzetelnych betaczytelników. Do zobaczenia za dwa tygodnie. Trzymajcie się.
[04:20:21] - Było spotkanie z panią Kalicińską na początku naszej audycji i sądziliście państwo, że to koniec „Literackiego tête-à-tête” na dzisiaj. Dla niektórych mam znakomitą informację, a dla niektórych może gorszą. Co kto lubi. Ja akurat lubię. Dzisiaj jeszcze jeden odcinek „Literackiego tête-à-tête”. Krystyna Śmigielska będzie rozmawiała z panią Agatą Bizuk.
[04:20:53] - Dobry wieczór państwu. Do naszego „Literackiego tête-à-tête” zawitała dzisiaj autorka na co dzień mieszkająca na irlandzkich wyspach, ale tworząca w języku polskim. Pani Agata Bizuk. Serdecznie witam cię, Agato.
[04:21:09] - Dzień dobry, dobry wieczór, witam wszystkich państwa i dziękuję bardzo za zaproszenie.
[04:21:14] - Od 2006 roku mieszkasz w Irlandii. Chciałabym wiedzieć, czy to z tęsknoty za ojczystym językiem, obcowaniem z nim i korzystaniem z jego wielkich możliwości w wyrażaniu naszych emocji oraz opisywaniu rzeczywistości rozpoczęłaś zmagania z piórem, klawiaturą?
[04:21:33] - Tak naprawdę ja pisałam od zawsze i zawsze wydawało mi się, że to jest normalne i naturalne i że każdy tak umie. A kiedy tu przyjechaliśmy do Irlandii, to był taki moment, kiedy było bardzo trudno dostać polskie książki. Jeszcze nie bardzo się orientowaliśmy w tym wszystkim i pomyślałam sobie, że skoro nie mogę czytać, a wtedy mój angielski był, jaki był, to postanowiłam sobie napisać książkę. Więc zamiast czytać, siedziałam wieczorami i pisałam swoją pierwszą książkę tak naprawdę.
[04:22:02] - Taki samograj dla siebie.
[04:22:04] - Tak, to miała być książka do szuflady. Ja kiedyś, już dawno, dawno temu też pisałam, ale wtedy to było jeszcze chyba za wcześnie i nie wyszło. Gdzieś mam nawet to napisane, ale to zapisywałam jeszcze na dyskietce trzy i pół cala. I z hasłem. Hasła oczywiście nie pamiętam. Dyskietki już nie mam nawet gdzie włożyć. Także przepadła ta moja pierwsza książka. A tutaj pomyślałam sobie, że skoro nie mogę czytać, to napiszę i niech sobie będzie.
[04:22:31] - Książka zainteresowała, o ile wiem, wydawnictwo Skrzat.
[04:22:35] - Tak, to była bardzo długa droga, bo dopiero po roku od wysłania pliku do różnych wydawnictw dostałam odpowiedź, że tak, wydamy pani książkę. I tak naprawdę to wszystko się stało dzięki Michałowi Wyszowskiemu. Michał był dziennikarzem Gazety Wrocławskiej, Radio Wrocław. My się znaliśmy jeszcze z czasów, kiedy ja mieszkałam w Polsce i właśnie wtedy Michał wydał swoją pierwszą książkę. I tak mnie popychał bardzo mocno do tego, żebym wysłała tę swoją książkę i żebym coś z nią zrobiła. Więc po długich namowach zgodziłam się i zdecydowałam się wysłać ją do wydawnictwa. No i rzeczywiście tak się ukazał mój debiut.
[04:23:12] - Gratuluję serdecznie. Tylko muszę powiedzieć, że trochę się zdziwiłam, bo swoją literacką karierę rozpoczęłaś książką „Piątek 13”. Jak po 12 latach oceniasz tę decyzję? Czy nadanie takiego tytułu debiutanckiej powieści to dobry znak, czy może fatum, jakiś omen?
[04:23:34] - Nie, myślę, że to była dobra decyzja. Zresztą temat był chwytliwy i tytuł był chwytliwy, więc myślę, że to nie wyszło jakoś źle. A zanim w ogóle powstał tytuł do tej książki, ja się naczytałam różnych opracowań i wskazówek, jak pisać tytuł do powieści. Wyszło mi z tego, że tytuł powinien być na jedną z pierwszych liter alfabetu. Absolutnie nie na końcową, bo wtedy się lepiej sprzeda. Że powinien być chwytliwy, że nie powinien być kontrowersyjny. No więc biorąc pod uwagę te wszystkie rady, napisałam, że to „Piątek 13”. Zupełnie odwrotnie, zupełnie na opak. Ale chyba nie wyszło tak najgorzej.
[04:24:12] - Tak, ale coś w tym jest, że tytuł jednak powinien się zaczynać na jedną z pierwszych liter alfabetu. Nie dotarłam do źródeł, które to potwierdzają. Natomiast po latach pracy stwierdzam autorytatywnie, że tak być powinno. Sama teraz staram się tytuły nadawać takie, żeby one się zaczynały właśnie tymi pierwszymi literami. Problem emigracji, tęsknoty, nostalgii opisujesz w wydanej Nakładem Dlaczemu powieści „Emigrantka”. W znajdujących się na Lubimy Czytać recenzjach czytelnicy porównują tę książkę do pamiętników. Ile jest ciebie w bohaterce powieści i czy można by w jakiś sposób uznać tę pozycję za autobiograficzną?
[04:25:01] - Oj, zdecydowanie to nie jest powieść autobiograficzna i ja się od tego zawsze odcinam. A ile jest mnie w mojej bohaterce i właściwie we wszystkich moich bohaterkach? Myślę, że dużo. Nawet jeżeli to nie jest historia o mnie, to ja przecież przekazuję swoje myśli i swoje uczucia, swoje jakieś tam tęsknoty. Nawet jeżeli, powiedzmy, jest to bohater męski i nawet jeżeli nie do końca mi przypada do gustu, to też ja go widzę swoimi oczami, więc nie mogę tak powiedzieć, że w książce nie ma mnie. Jestem tam zawsze i w każdej książce, i w każdym bohaterze, ale troszeczkę staram się puszczać ich wolno i troszeczkę staram się, żeby żyli swoim życiem. Ale tak jak mówię, moje opinie to moje opinie i zawsze nimi będą.
[04:25:43] - To wszystko gdzieś jest jednak przemielone. Dobrze rozumiem?
[04:25:47] - Zawsze tak jest i chyba zawsze tak będzie, bo tak jak mówię, nawet jeżeli ktoś mi się bardzo nie podoba, to i tak ja tworzę tego bohatera przez pryzmat siebie i przez pryzmat tego, co mnie się może nie podobać.
[04:25:59] - Jeden z czytelników nazwał cię Hanną Ożogowską dla dorosłych. Ciekawa jestem, czy wiesz, o którą powieść chodziło i czy nadanie takiego miana uważasz za komplement, czy może uszczypliwość.
[04:26:14] - Myślę, że to komplement. Hanna Ożogowska była fajną pisarką i super potrafiła pisać, ale powiem szczerze, że nie wiem nawet, kto mógł powiedzieć i o której z moich książek mógł tak powiedzieć. Także bardzo proszę o zdradzenie tajemnicy.
[04:26:28] - Chodzi o „Zieloną 13”.
[04:26:31] - Może coś w tym jest.
[04:26:33] - Rozumiem, że była to lektura łatwa i przyjemna, skoro miano Hanny Ożogowskiej zostało ci nadane.
[04:26:40] - Tak, jest to lektura łatwa, przyjemna i lekka, ale ja zawsze w moich nawet tych najbliższych powieściach przemycam troszeczkę takiego dziegciu i troszeczkę daję do myślenia, więc staram się jednak gdzieś tam poruszać trudne tematy nawet w lekkich książkach. Więc nie do końca one są takie lekkie i ktoś, kto czyta, może uznać: „O, fajnie się czytało, bardzo łatwa”. Ale jak się głębiej nad tym zastanowić, to jest dużo takich pisanych małym druczkiem rzeczy, które myślę, że trzeba przemyśleć.
[04:27:12] - To jest prawdziwa sztuka, żeby tak stworzyć postaci i całą fabułę, żeby czytelnik z przyjemnością przebrnął przez wszystkie meandry dzieła, ale potem jednak się nad nim chwilę zastanowił. To już jest prawdziwe, że tak powiem, mistrzostwo. Gratuluję.
[04:27:30] - Dziękuję.
[04:27:32] - Jesteś pracowitą pisarką. Wydajesz niejednokrotnie dwie, trzy pozycje rocznie. Powiedz mi, w jaki sposób godzisz życie prywatne, życie zawodowe, bo wiem, że jesteś zawodowo czynna, i jeszcze życie twórcze.
[04:27:50] - Nie godzę. Powiem szczerze, że jest to dla mnie ogromnym wyzwaniem za każdym razem, kiedy mam deadline, ale ten deadline siedzi mi z tyłu głowy i wiem, że muszę napisać do końca okresu danego książkę, więc niestety muszę się spiąć. A ja jestem typem, który lubi zostawiać sobie rzeczy na ostatnią chwilę, więc później, tak mniej więcej dwa tygodnie przed deadlinem, uczę się spać i stwierdzam, że nie. Spanie jest w ogóle dla cieniasów, a ja tutaj będę- Szaleć i będę pisać. Ostatnie dwa tygodnie przed deadlinem zamieniam się w zombie i poświęcam pisaniu każdą wolną chwilę. Już mam większość napisane, ale spinam się wtedy mocno i piszę, dopieszczam, głaszczę. Robię wszystko, żeby ta książka była jak najlepsza.
[04:28:36] - Zadebiutowałaś w 2012 roku. Od tego czasu współpracowałaś z kilkoma wydawnictwami. Jak myślisz, co powoduje, że z jednymi edytorami pracuje się chętnie, przyjemnie, a z innymi jednak trochę mniej?
[04:28:54] - To chyba musi coś kliknąć. Mnie kliknęło bardzo mocno z Izą Frączuk, z wydawnictwem Bookend, z tym najnowszym. I mam nadzieję, że zostanę z Izą na dłużej. Tak naprawdę pracuje się z ludźmi. Nie pracuje się z wydawcą, tylko pracuje się z ludźmi i jeżeli z tymi ludźmi nie można się dogadać, albo jeżeli ci ludzie okazują się nieuczciwi, to wiadomo, że trzeba się z nimi rozstać. Jeżeli chodzi o wydawnictwo Bookend, Iza przyjęła mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza, z moimi głupimi czasami pomysłami, z moimi szalonymi pomysłami. Wszystko doskonale toleruje. Więc ja przesuwam te granice coraz bardziej i zastanawiam się tylko: „Matko Boska, czy ona mnie nie zabije?”. Ale jest dobrze. Jeżeli się na coś umawiamy, to tak jest.
To jest naprawdę fajna i dobra współpraca, gdzie my się nawzajem szanujemy. Ja szanuję ją jako wydawcę, ona szanuje mnie jako autora. A to niestety nie zdarza się za często z mojego doświadczenia. Oczywiście nie mówię, że nie ma fajnych wydawnictw, bo jest ich mnóstwo, ale zdarzają się też takie, które po prostu nie szanują ludzi.
[04:30:00] - Myślę, że to wynika też z tego, że pani Iza jest pisarką, jest też twórczynią i ma doświadczenie z drugiej strony barykady i może dlatego ta współpraca z nią wypada tak dobrze. Trzymam kciuki, żeby była jak najlepsza i jak najdłużej trwała.
[04:30:22] - Dziękuję. Iza jest przede wszystkim charakterną osobą i jest taką, która jak coś powie, to tak musi być i to uwielbiam w niej. Dlatego myślę, że to, że jest pisarką, też ma duży wpływ, ale my po prostu się dogadujemy i to tak fajnie, zwyczajnie i po ludzku. Dlatego tu myślę, że jest duży plus.
[04:30:42] - Jak ogólnie oceniasz polski rynek wydawniczy i czy próbowałaś może już swoich sił na irlandzkim gruncie? Chodzi mi o to, czy jakieś książki twoje zostały przetłumaczone na obojętnie jaki język.
[04:30:57] - Jeszcze nie. Czekam i marzę sobie, żeby została przetłumaczona książka „Głodni”, ale to chyba zostanie w sferze marzeń. A co do polskiego rynku wydawniczego, to myślę, że jest dość trudny, bo teraz jest tak wielu debiutantów i tak wielu ludzi, którzy dobrze piszą, że my jesteśmy zalewani tymi książkami. Niby tutaj się mówi, że nikt nie czyta, a tak naprawdę jest tyle tych premier, że czytelnicy nie bardzo wiedzą, z czego wybrać. Myślę, że rynek nie jest prosty i nie jest łatwy. I nie tylko z mojej perspektywy jako autorki, ale też z perspektywy wydawcy. Ja się nasłuchałam dużo od Izy i chyba mam obraz tego, jak wygląda ten rynek z punktu widzenia wydawcy. Wydawcy nie ma wcale łatwo i to, że autor w jakiś sposób chce partycypować w promocji, czy chciałby, żeby ta książka była bardziej promowana, czasami się po prostu nie da. Więc my z Izą robimy to, co się da, a jak się nie da, to się po prostu nie da. I to też jako autorka muszę zrozumieć.
Ja swoją książkę traktuję tak jak swoje dziecko, więc ja bym chciała dla mojego dziecka jak najlepiej. A wiadomo, że wydawca traktuje moją książkę jako produkt, który się musi sprzedać. Więc tu są takie dwie wizje i jeżeli one się nie zepną, to niestety nie będzie sukcesu książki, a jeżeli się zepną, to wtedy może wyjść z tego coś fajnego. Ale tak jak mówię, to, że my autorzy wierzymy w swoją książkę, to nie znaczy, że wydawca widzi ją w ten sam sposób. Więc i z jednej, i z drugiej strony to jest naprawdę ogrom pracy i ogrom serca włożonego w to, co się robi.
[04:32:37] - Mieszkasz w Irlandii. Chodzisz tam czasem do księgarni? Jak tam wygląda ten rynek wydawniczy?
[04:32:43] - Nie chodzę do księgarni, powiem szczerze, dlatego że wzięłam sobie za punkt honoru czytanie tylko po polsku i czytam tylko po polsku. Mam kilka książek w języku angielskim, ale raczej nie jest mi po drodze z nimi. Nie to, że nie rozmawiam po angielsku, bo rozmawiam, ale wolę chyba kultywować ten nasz język i bardzo się boję, że kiedyś go po prostu zapomnę. Więc staram się czytać po polsku i staram się rozmawiać po polsku, jak tylko mogę najczęściej. Oczywiście gdzieś tam zawsze mijam księgarnie i sobie patrzę, co jest w nowościach i patrzę, jak to wszystko wygląda. Tutaj wydawanie książek wygląda troszeczkę inaczej, dlatego że to jest w dużej mierze self-publishing, więc autor partycypuje w kosztach albo wręcz płaci za to, żeby książka została wydana. Na to mogą sobie pozwolić tylko nieliczni, więc nie ma w Irlandii wielu takich autorów, którzy się wybijają. Ale są tacy, którzy istnieją, którzy fajnie piszą. Zresztą jednym z nich jest północnoirlandzki autor Steve Cavanagh, którego uwielbiam. Jest prawnikiem, który pisze kryminały prawnicze, doskonale pisze i bardzo go lubię.
I to jest taki mój irlandzki akcent w czytaniu. Ale ten rynek wydawniczy tutaj jest dużo trudniejszy niż w Polsce.
[04:34:02] - To my narzekamy, ale tak właściwie mogłoby być jeszcze gorzej.
[04:34:07] - Lepiej nie. Lepiej ich nie będzie.
[04:34:10] - To trzymamy kciuki w takim razie teraz same za siebie, żeby gorzej nie było. Przejdźmy do tej twojej najnowszej pozycji, bo tu już opowiadamy o wydawnictwie Bookend, które taką piękną nazwę nosi. Można by było to przetłumaczyć: podpórka do książek. Nazwa mnie fascynuje. Pozdrawiamy panią Izabelę Frączyk jeszcze raz, zarówno autorkę powieści, jak właścicielkę wydawnictwa. A ja bym chciała, żebyś nam opowiedziała o tych pozycjach, które z panią Izabelą wydajesz, a właściwie to o cyklu „Potomkowie”. Wiem już, że ukazały się pierwsze dwa tomy. Chciałabym wiedzieć, ile jest planowanych w ogóle tomów. O czym jest książka? Niby ja wiem, ale chciałabym, żeby autorka opowiedziała sama o losach swoich bohaterów, by zachęcić naszych słuchaczy do zdobycia tej powieści i zapoznania się z jej fabułą.
[04:35:09] - „Potomkowie” to seria trzyczęściowa, na razie trzyczęściowa. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Rzeczywiście ukazały się już dwa tomy, za chwilę będzie trzeci. Jest to powieść domowa. Jest to powieść o rodzinie Kręciszów, z czego najbardziej wyrazistą postacią jest Ingrid Kręcisz, czyli seniorka rodu. Ingrid jest babcią. Jest taką babcią, którą każdy chciałby być. Ingrid nie siedzi w fotelu i nie dzierga na drutach. Ingrid nie robi tego wszystkiego, co zwykle robią babcie. Ingrid ma czwórkę dorosłych dzieci i sama stwierdza, że wychowanie nie wyszło najlepiej, bo każdy jest samolubny i każdy w jakiś sposób nie jest idealny.
Ale Ingrid już nie zamierza interweniować i nie zamierza jakoś się z tymi dziećmi rozprawiać. Aczkolwiek doskonale wie, jakich gagatków wychowała i doskonale wie, jak ich ogarnąć. Ingrid jest osobą, która na swoje urodziny zamiast galarety z nóżek stawia na stole sushi. Ingrid doskonale zna się na technologii. Ingrid ma Tindera, ma Facebooka i doskonale potrafi ogarnąć wszystko, co w dzisiejszych czasach ogarnąć należy. Tak jak mówiłam, w ogóle nie wtrąca się w życie swoich dzieci, ale doskonale wie, jak je ogarnąć. Więc kiedy przychodzi czas emerytury i kiedy przychodzi do niej listonosz z pieniędzmi, Ingrid doskonale wie, że zaraz przy drzwiach staną jej wszystkie dzieciaki, które będą wyciągały rękę po pieniądze. Więc Ingrid udaje, że ma demencję, że się bardzo źle czuje, że ona nie wie, ile ma tych pieniędzy i cały czas ich oszukuje po to tylko, żeby po prostu postawić na swoim. Niestety to wszystko, co Ingrid robi, ma swoje konsekwencje, bo jej dzieci uważają, że Ingrid ma demencję i że powinna iść do domu opieki. Ingrid się oczywiście tam nie wybiera, więc to nie ma o czym w ogóle mówić, ale każdy tak naprawdę czeka na to, aż mamusia łaskawie pójdzie do domu opieki, ewentualnie gdzieś dalej w ostatnią drogę, żeby położyć łapę na spadku.
A spadkiem jest przepiękna willa Wandzia, która jest w Szczawnie-Zdroju, która istnieje naprawdę i w której cała fabuła się toczy. Więc jak to zwykle bywa, dzieci już czekają, aż mamusia sobie pójdzie, żeby zagarnąć rodzinny majątek. Ingrid nigdzie się nie wybiera.
[04:37:43] - Taki trochę smutny wydźwięk ma ten cały cykl, skoro te dzieci jednak nie są, powiedzmy sobie, lojalne, a tylko dybią na pieniądze. Dobrze to odczytuję?
[04:37:57] - Tak jest w życiu. Jak mamusia czy tatuś ma pieniądze, to wiadomo, że ma najlepsze dzieci na świecie. Oczywiście to nie jest tak w 100% przypadków, ale zwykle tak to bywa. Rodzeństwo między sobą też potrafi się dobrze kłócić o spadek po rodzicach, którzy jeszcze żyją, więc to takie codzienne, myślę.
[04:38:16] - Zgadzam się. Bywa tak może nawet w większości przypadków. Rzeczywiście może ta książka pomoże niektórym zrozumieć sprawy związane ze starzeniem się, z przemijaniem, z odchodzeniem i jednak z wartościami rodzinnymi, takimi jak rodzinna miłość, rodzinna bliskość i trzymanie się razem. To już zależy od czytelników i ich interpretacji. A tak jak wiemy chyba z doświadczenia, czytelnik decyduje właściwie, co w dziele jest najważniejsze. Ja myślę, że tutaj jest bardzo ważna willa Wandzia w Szczawnie-Zdroju, jak już powiedziałaś. A ta willa miała też niedawno ciekawe wydarzenie. Odbył się tam bowiem najazd sympatyków Kręciszów. W połowie lipca 2024 roku sympatycy Kręciszów nawiedzili Szczawno-Zdrój. Mieli okazję również spotkać się z tobą.
Chciałabym, żebyś nam opowiedziała o tym zlocie miłośników swoich książek i swoich bohaterów przede wszystkim. Co tam się działo? Jak to się odbyło? Ile osób przyjechało i czy willa podobała się im? Bo podejrzewam, że większość osób już znała przynajmniej pierwszy tom twojej książki.
[04:39:40] - Tak, był zjazd przyjaciół Ingrid Kręcisz i tak naprawdę ja nazwałam to spotkanie specjalnie w ten sposób, dlatego że myślałam sobie, że do mnie to mogą nie przyjechać, ale Ingrid to nikt nie odmówi, bo Ingrid kocha każdy, więc ludzie nie odmówią, żeby przyjść i posłuchać o niej troszeczkę. Było sporo osób. Na początku rano mieliśmy spacer po Szczawnie śladami Ingrid i to też było takie troszeczkę inne zwiedzanie, bo oprócz tej części historycznej, gdzie opowiadałam o danych budynkach, o danych miejscach, przechodziliśmy koło takiej kawiarni I mówiłam na przykład, że tutaj jest herbaciarnia teatralna i opowiadałam całą historię herbaciarni teatralnej, ale mówiłam na przykład: „Zamknijcie teraz oczy i wyobraźcie sobie, że przy tym stoliku siedzi moja Ingrid z Jadwigą, ze swoją przyjaciółką i one tutaj właśnie rozmawiają”. I to było takie fajne, bo moje czytelniczki mogły sobie wyobrazić scenę, którą ja sobie wyobraziłam w tym miejscu i scenę, która tak naprawdę mogła się wydarzyć. Więc to było takie troszeczkę inne zwiedzanie. Później pojechaliśmy do Zamku Książ pozwiedzać Zamek Książ, a później była wielka impreza w restauracji À Propos już w Wałbrzychu i tam na scenie, właściwie pod sceną siedziałam ja i opowiadałam o Ingrid, a na scenie później był koncert fajnego zespołu Jacek Świderski Trio Plus. Wyśpiewali bardzo ładnie. Można było potańczyć, można było się pobawić. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni i później jak wróciłam do restauracji, to nawet ludzie, którzy tam pracują, mówili, że byli zaskoczeni, że było tak dużo ludzi i że tak fajnie to wyszło. Także ja jestem bardzo wdzięczna tym wszystkim ludziom, którzy mi pomogli i którzy włożyli w to serce i którzy przyjechali przede wszystkim z całej Polski, z Irlandii nawet miałam gości.
Przyjechali tak naprawdę dla mnie, żeby posłuchać, co mam do powiedzenia, więc było niesamowicie i to muszę przyznać. I do dzisiaj uśmiecham się na samo wspomnienie.
[04:41:50] - A nie miałaś takiego wrażenia, że gdzieś tam jednak ta postać Ingrid przemyka gdzieś świńkiem za tobą?
[04:41:57] - Tak, Ingrid żyje. Oczywiście, że Ingrid żyje i każdy sobie ją wyobraża tak, jak chce. Ale tak, ona jest żywa w stu procentach. Potem jeszcze mieliśmy spotkanie, bo część osób spała w Willi Wandzia i była naleweczka babci Ingrid i było dużo śmiechu. Więc tak, ona była z nami.
[04:42:18] - To bardzo ciekawe i bardzo piękne, że jednak te powieści nasze, nasi bohaterowie gdzieś tam potrafią zaistnieć w realnym świecie. Bo to było takie przejście z powieści do świata realnego. Bardzo miło, że tyle osób przybyło na tę imprezę i że są te osoby zadowolone, bo ja to wiem ze swoich źródeł również, że impreza była udana i bardzo się podobała. Na koniec chciałam cię, Agato, poprosić o taką zabawę. Dzisiaj bardzo modne są takie krótkie pytania, krótkie odpowiedzi, więc pobawmy się i my również. Chciałam się ciebie zapytać: lato czy zima?
[04:43:01] - Oj, zdecydowanie lato. Ja mogłabom mieszkać w piekarniku i to takie lato, żeby było ponad trzydzieści stopni, poproszę.
[04:43:07] - Aha, to jeszcze potrwa. Mam nadzieję. Pies czy kot?
[04:43:12] - I pies, i kot. Oba mam w domu, więc nie mogę wybrać, bo jedno by było smutne.
[04:43:17] - To prawda, jak najbardziej. Książka czy film?
[04:43:22] - Książka. Zdecydowanie książka. Nie oglądam telewizji. Na filmach zasypiam dokładnie po piętnastu minutach. Nie da rady.
[04:43:30] - Kawa czy herbata?
[04:43:31] - Kawa. Zdecydowanie kawa. Z mlekiem najlepiej.
[04:43:35] - Komedia czy tragedia?
[04:43:37] - A to zależy od nastroju. Zależy od humoru, ale bardziej komedia, bo ja jestem takim osobnikiem, który się lubi dużo śmiać, więc zdecydowanie komedia, byle dobra.
[04:43:47] - Fikcja czy fakty historyczne?
[04:43:49] - Kiedyś fikcja, teraz coraz bardziej fakty historyczne. Kiedy byłam w szkole, kiedy chodziłam do szkoły, nienawidziłam historii, a teraz coraz bardziej mnie ona kręci. Więc myślę, że tak w tej chwili siedemdziesiąt do trzydziestu dla fikcji jednak, ale to się zmienia.
[04:44:06] - Powieść czy opowiadanie?
[04:44:09] - Powieść. Nie umiem w krótkie formy. I jak ktoś mnie prosi o napisanie czegoś krótkiego, nie da rady.
[04:44:17] - Książka czy audiobook?
[04:44:19] - A to trudne, bo i jedno, i drugie. Też zależy od sytuacji. Normalnie książka i normalnie nawet e-book, ale kiedy gdzieś jadę, zwłaszcza kiedy jadę pociągiem czy jakimś transportem publicznym, to wtedy słuchawki do uszu i wtedy audiobooków się słucha doskonale.
[04:44:39] - Serdecznie dziękuję za nasze dzisiejsze spotkanie. Było mi niezwykle miło gościć w naszym literackim tête-à-tête. Zapraszam wszystkich naszych słuchaczy do najnowszego cyklu „Potomkowie”. Myślę, że to jest ciekawa pozycja i naprawdę warto ją przeczytać, posłuchać również, bo ona chyba też będzie w takiej wersji. Na pewno będzie można ją znaleźć na różnych stronach internetowych również. Życzę, żeby Kręcisze dali sobie radę i jednak pokochali tą swoją matkę. A że Ingrid chyba jest mądrą kobietą, to chyba do tego w końcu doprowadzi. Takie mam przeczucie, ale może całkowicie mylne. Państwo przeczytacie i dacie mi znać, jak właściwie skończyła się cała historia potomków Agaty Bizuk. Serdecznie ci, Agato dziękuję.
Życzę wszystkiego dobrego, dużo ciepła, dużo kawy i wszystkiego co najlepsze. Pozdrowienia dla twoich zwierzaków.
[04:45:39] - Dziękuję bardzo i pozdrawiam serdecznie z dzisiaj wyjątkowo niedeszczowej Irlandii.
[04:45:45] - Państwu życzymy spokojnego i miłego wieczoru. Dobranoc.
[04:45:49] - Dobranoc.
[04:45:51] - No cóż, proszę państwa, za każdym razem, w każdym tygodniu stanowi to dla mnie zaskoczenie. Tak, jeszcze przed chwilą zaczynaliśmy audycję i już ją właśnie kończymy, chociaż minęło kilka godzin. To powinno być oczywiste. To, co się zaczyna kiedyś trzeba skończyć. Taka tania filozofia. Ale to nie zmienia faktu, że ilekroć siedzę tutaj przed sitkiem i mówię do państwa, zapowiadam kolejne części programu, to kiedy pojawia się ostatni punkt Tu jestem zaskoczony. Widać taka specyfika umysłowa. Nie wiem, czy to dobrze, czy to źle. Będę się nad tym zastanawiał.
[04:46:32] - Najsmutniejszy etap konsumpcji dobrego deseru po prostu.
[04:46:36] - Coś w tym jest, Marku. Więc cóż, ja mogę powiedzieć to, co mówię zawsze. Pięknie państwu dziękuję za wysłuchanie dzisiejszej audycji. Życzę fajnego weekendu. Ja wiem, że jest jesień i w dodatku mamy przełom października i listopada, i w dodatku mamy zmianę czasu i w ogóle. Wiecie państwo, trzeba jakąś odrobinę optymizmu wykrzesać z tego wszystkiego, co nas otacza. Chociaż czyzna się państwu tak zupełnie na koniec, powinienem to właściwie szeptem mówić, ale nie wiem, jak to mikrofon złapie, że troszeczkę się przeraziłem, kiedy w ostatnim odcinku prezentowałem państwu audycję dotyczącą doświadczeń eksperymentów Zimbardo i Milgrama. I w tym dniu, kiedy była emitowana audycja, przyszła informacja, że Zimbardo odszedł, zmarł po prostu. Ta koincydencja jakoś mnie jednak zaskakuje. Zastanawiam się od tamtego czasu nie tak do końca poważnie, ale jednak zastanawiam się, o czym powinienem robić audycję, a o czym audycji absolutnie robić nie powinienem.
Cóż, jeszcze raz pięknie państwu dziękuję za wysłuchanie dzisiejszego odcinka „Bibliotekarium 2.0”. Tak jak powiedziałem, pięknego weekendu życzę pomimo jesieni i do usłyszenia w przyszłym tygodniu.
[04:48:12] - Marku, że tak nawiążę jeszcze do tego, od czego dzisiaj zaczęliśmy ten odcinek, to może warto byłoby zrobić audycję o zastępowaniu żywych prezenterów i ich gości odpowiednikami takimi AI. Może to magicznie spowoduje, że jakoś tak umrze ten pomysł.
[04:48:30] - Ivelliosie, chylę czoła. To jest naprawdę petarda na koniec. Dzisiaj ukradłeś całą audycję i bardzo dobrze.
[04:48:40] - Skoro ukradłem, to wypadałoby ją zwrócić. A więc mówił do państwa przed chwilą gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Akademii Wszelkiej Fikcji Marek Żelkowski, a audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.