[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc zaczynamy. Mamy nadzieję, że wszyscy zdrowi i suchy jesteście. Rozpoczynamy kolejne spotkanie z książkami, filmami i ciekawymi gośćmi, czyli Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu w 102. wydaniu Bibliotekarium 2.0. Emocje Kapitularza już za mną. Muszę powiedzieć, że to był bardzo fajny konwent. Trochę się napracowałem, ale to przyjemna praca. Państwo wiecie, że ja tak gadać i gadać mogę długo. Mam nadzieję, że z sensem, że przynajmniej z sensem było to na samym Kapitularzu. Trochę ciekawych spotkań, trochę ciekawych refleksji. W ogóle było bardzo ciekawie. Ale to już za mną.
Za tydzień mamy Kopernicon. To też ciekawe spotkanie wszystkich, którzy lubią fantastykę. Tym razem Kopernicon w randze Polconu, a więc, proszę państwa, będzie się działo. Kto żyw i kto lubi fantastykę, tę szeroko pojętą fantastykę od fantasy poprzez science fiction po jakieś wątki horrorowo-weirdowe i tak dalej, to myślę, że do Torunia powinien zajechać przynajmniej na jeden dzień. Ale to dopiero w przyszłym tygodniu. A w tym tygodniu ruszamy z Bibliotekarium 2.0. Tradycyjnie na początek polecanki. Dzisiaj przyszedł czas na wydawnictwo SQN. Pierwsza zapowiedź jest na 9 października. Państwo powiedzą, że to jeszcze sporo czasu.
Uśmiechnę się, bo pamiętam, kiedy na początku wakacji zapowiadałem książki, które ukażą się we wrześniu, to też odnosiłem wrażenie, że przesadzam, że to jest jeszcze tak daleko, że może za wcześnie. Okazało się, że wrzesień nadszedł jak zwykle niespodziewanie i już jest, i to, co wydawało się odległym czasem, wcale odległym czasem już nie jest. Podobnie będzie z tymi zapowiedziami na październik. W każdym razie 9 października tego roku w wydawnictwie SQN ukaże się książka Juana Gomeza-Jurado „Todo arde”. Wszystko płonie. Zerknijmy na okładkę tej książki, aby przekonać się, cóż to za historia. A jest to historia trzech kobiet, które straciły wszystko, nawet strach. Dlatego są tak niebezpieczne. To historia zemsty niemożliwej, bez najmniejszych szans powodzenia. To historia trzech kobiet, które mają odwagę zrobić coś, co wszyscy inni mają odwagę sobie tylko wyobrażać.
Cel? Narobić niezłego bałaganu tym, którzy na to zasługują. Juan Gomez-Jurado w „Todo arde. Wszystko płonie” dociska pedał gazu i uzależnia, wypełniając każdą stronę rytmiczną akcją i błyskotliwym humorem. Przypomnę, 9 października ukazuje się w wydawnictwie SQN książka Juana Gomeza-Jurado „Todo arde. Wszystko płonie”. To sięgnijmy po następną książkę. Ta książka ukaże się 25 września. To w sumie już niedługo. To jest zbiór opowiadań.
Tytuł „Arde Bestie”. Autor? No nie. Autorki i to dużo autorek. Przeczytam. Agnieszka Hałas, Aleksandra Janusz, Aleksandra Zielińska, Aneta Jadowska, Anna Krycyszyn, Anna Kańtoch, Anna Nieznaj, Ewa Białołęcka, Krystyna Chodorowska, Magdalena Kubasiewicz, Marta Kisiel, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz. Tak, to jest grupa Harda Horda i Harda Horda co jakiś czas wydaje zbiór opowiadań, tym razem „Arde Bestie”. Czytam to, co na okładce. Harda Horda znów w natarciu. 13 utalentowanych autorek, 13 niezwykłych historii, jedna wyjątkowa antologia.
„Arde Bestie” to czwarta odsłona wspólnego projektu najważniejszych polskich pisarek fantastycznych. Tkają opowieści, tworzą światy, zachwycają dziką wyobraźnią. Tym razem w ich tekstach roi się od istot, które nazywamy bestiami. Niezwykłe i przerażające, zrodzone z żywiołów, lecz także niepokojąco ludzkie. Powrót w rodzinne strony zsyła sny, w których kłębi się mrok. Makabryczny dowcip daje początek krwawej serii. W pewnej wsi ktoś sprzed lat zatarł ślady zbrodni i liczył, że uniknie zemsty. Misja wojskowa w odległym kraju okazuje się mieć nieoczekiwany finał. Nawet na innej planecie nie sposób umknąć przeznaczeniu. Przekonajcie się, ile prawdy tkwi w plemiennych opowieściach.
Poczytajcie, co przytrafiło się pewnej starszej pani, gdy zeszła do piwnicy. A jeśli macie nerwy ze stali, sprawdźcie, czym grozi zadarcie ze znudzoną miodożerką. Nostalgiczne, przewrotne, fantastycznie niepoprawne. Harde autorki po raz kolejny dowodzą, że w grupie siła. Przygotujcie się na potężną dawkę rozrywki i podróż po fascynujących światach. W tym tych najmroczniejszych, które drzemią wewnątrz nas. Przypomnę to książka wydawnictwa SQN „Harde bestie”. Autorki, tak jak wymieniłem wcześniej, całkiem sporo tych autorek. Książka ukaże się 25 września. I jeszcze tradycyjnie trzecia książka, również z wydawnictwa SQN.
Również ta książka ukaże się 25 września. Tytuł „Pato and influencerzy. Twoje dziecko lubi to”. Autor Mariusz Sypioło. Tym razem to nie beletrystyka. Posłuchajcie państwo opisu z okładki. Poniżanie, wyzwiska, przemoc na żywo dla każdego. Wystarczy kliknąć. Kim są ludzie, którzy ekranów smartfonów kształtują gusta i postawy naszych dzieci? Mariusz Sypioło zagląda za kulisy zgniłego, zdemoralizowanego świata internetowych gwiazd.
Jako pierwszy dziennikarz w Polsce zagląda do akt sądowych, w których oskarżeni i skazywani byli influencerzy z czołówek plotkarskich portali. Wchodzi do mieszkania, w którym właśnie trwa patostream. Rozmawia z youtuberami, patostreamerami i influencerami. Dociera dalej pod powierzchnię, gdzie są poważne przestępstwa, narkotyki, wielkie pieniądze, seks i śmierć. Oddaje również głos drugiej stronie — psychologom społecznym i socjologom oraz menadżerom agencji, którzy współpracują z internetowymi twórcami. To opowieść o świecie dostępnym za jednym kliknięciem. To historie młodych ludzi, którzy stali się idolami swoich rówieśników, choć nie byli przygotowani do tej roli. To również pytanie o to, ile naprawdę wiemy o naszych dzieciach, ich problemach, marzeniach, lękach i wartościach. Niekiedy zaglądamy im przez ramię i zerkamy na rozświetlony ekran. A co tak naprawdę dostrzegamy?
Przypomnę, to książka Mariusza Sypioło „Pato and influencerzy. Twoje dziecko lubi to”. Data wydania 25 września tego roku. I wiecie państwo co? Taka mnie naszła refleksja. Owszem, wśród książek, które państwu dzisiaj polecałem, była książka, która zahaczała o sensację i kryminał. Były autorki, które serwowały fantastykę, różnego rodzaju fantastykę, ale nie mam pewności, czy ta ostatnia książka nie dostarczy państwu więcej emocji niż te dwie pierwsze. Nie wiem. To tylko hipoteza robocza. Wszystko się okaże.
Proszę państwa i to koniec dzisiejszych zapowiedzi. A skoro koniec zapowiedzi, to znaczy, że niniejszym ruszamy z programem. Proszę państwa, zaczniemy od rozszyfrowania dzisiejszego tytułu. Jeśli się państwo jeszcze nie domyślili, skąd tak dziwny tytuł, o tych trzech stygmatach i oku na niebie, to jak dorzucę do puli nazwisko Philip Dick, to część z państwa będzie już wiedziała, o co chodzi. Powiem w ten sposób. Od jakiegoś czasu wspólnie z Wojtkiem Sedeńką na kanale Wehikuł Wyobraźni prowadzimy co dwa tygodnie audycję, która nosi tytuł „Wojtka Sedeńki opowieści o książkach i autorach”. To są oczywiście opowieści o fantastyce, o szeroko pojętej fantastyce. Jest o fantasy, horrorze, jest o czystej fantazji i oczywiście o science fiction. Jedna z tych audycji poświęcona była Philipowi Dickowi. Doszedłem do wniosku, że „Bibliotekarium 2.0” to jest dobre miejsce, aby udostępnić państwu, tym wszystkim, którzy na Wehikuł Wyobraźni jeszcze nie dotarli, żeby tytułem zachęty udostępnić ten podcast i oczywiście zaprosić na Wehikuł Wyobraźni, na opowieści o kolejnych autorach.
Dotarliśmy wspólnie z Wojtkiem do literki E. Tak, do literki E. Z tym że trzeba pamiętać, że część literek miała wydania wieloodcinkowe. Także tych audycji się już zebrało naprawdę całkiem sporo. Cała armia autorów już przedefilowała, a wielka armia stoi jeszcze w kolejce. Tak jak powiedziałem, dzisiaj zapraszam państwa na spotkanie z Wojtkiem Sedeńką i oczywiście ze sobą. Porozmawiamy o kimś, kto przez Lecha Jęczmyka był nazywany Dostojewskim science fiction. Nie wiem, czy to trochę nie nadmiarowe porównanie. Niemniej jednak Philip Dick wielkim pisarzem był. Z tym że czasami mu odbijało, ale to chyba czyniło jego powieści jeszcze fajniejszymi.
Żeby nie przedłużać, zapraszam. Dzień dobry wieczór Wojtku.
[11:40] - Dobry wieczór.
[11:41] - Literka D przed nami. A to jest literka, która może nam przysporzyć nie tyle kłopotów, co dużej ilości odcinków, że tak pozwolę sobie zażartować, bo dzisiaj startujemy od jednego z tuzów fantastyki naukowej. Mam na myśli Philipa Dicka. A co dalej? To się jeszcze zobaczy.
[12:08] - Zobaczymy. Myślę, że w trzech odcinkach powinniśmy skończyć. Chociaż komentarze do podcastu są takie, że czemu nie powiedziano paru słów o tym lub o tamtym. Proszę państwa, nie da się powiedzieć o wszystkich autorach, którzy pisali fantastykę. Nie da się powiedzieć o nawet większości znanych pisarzy SF. Po prostu były ich setki, jeśli nie tysiące. Nie należy ograniczać się tylko do amerykańskich, brytyjskich autorów, ale sięgać po Rosjan, Ukraińców. Myślę, że sięgnę też w opowieściach po Japończyków, po Niemców i Francuzów, więc jest naprawdę o czym mówić. Na pewno nie będziemy mówili o wszystkich, bo po prostu fizycznie się nie da. Philip Kindred Dick to jest autor mający w Polsce bardzo dobrą opinię, ale spotyka się i ludzi, którzy jego książek wręcz nie cierpią.
Ja przyznam się, jestem tutaj podzielonym czytelnikiem. Niektóre książki jego mi się podobają, inne nie. Kilka było genialnych, a to już predysponuje tego pisarza, żeby o nim powiedzieć w podcaście. Oczywiście Dick nazywany przez Lecha Jęczmyka Dostojewskim science fiction. Był to pisarz, na którego twórczość wielkim cieniem położyło się jego życie. I może najpierw właśnie o samym Dicku, który był uważany za pewnego dziwaka w tym środowisku science fiction. On miał troszeczkę znajomych. Przyjaźnił się na przykład z Robertem Heinleinem. Pod koniec życia z Timem Powerthem, który był jego sąsiadem. Oni we wspomnieniach mówią, że był to człowiek bardzo genialny, ale schorowany i dziwaczny.
Niektórzy uważają, że cierpiał na schizofrenię paranoidalną, ale biograf Dicka, Lawrence Sutin w swoim bardzo dobrym biograficznym dziele „Boże inwazje” zaprzecza tej teorii. Raczej uważa się, że był lekomanem, był narkomanem Dick, że branie leków spowodowało, że cierpiał na różne stany lękowe, bo po prostu te leki w ten sposób działają. Był pisarzem, który debiutował w latach 50. Napisał mnóstwo powieści. W momencie, kiedy miał apogeum brania, testowania, bo właściwie on próbował różnych środków chemicznych, farmakologicznych. Potrafił napisać w ciągu jednego roku jedenaście powieści, kilkanaście opowiadań, w tym jedną przynajmniej bardzo dobrą powieść. Więc był to człowiek, który pisał bardzo dużo, ale praktycznie w Stanach Zjednoczonych on był do lat 90. postacią bardzo mało znaną. Znali go fachowcy. Te książki wychodziły nie w hardcoverach, a w paperbackach.
Były to książki pisane taśmowo. Są głosy krytyczne krytyków, którzy uważają, że praktycznie Dick pisał jedną powieść, którą ciął później na kawałki i tak sprzedawał. Musiał z czegoś żyć. On bardzo wiele dorabiał sobie pisaniem opowiadań i nie powiem, wiele z tych opowiadań jest po prostu znakomitych, ale często są to kalki. Kalki poprzednich utworów i musiał w jakiś sposób żyć. W dodatku był człowiekiem notorycznie żonatym. Miał pięć żon. Z tych związków miał trójkę dzieci, więc wydatki miał spore. Właściwie pierwsze pieniądze tak naprawdę Dick zobaczył w roku swojej śmierci. Było to honorarium za „Blade Runnera”, czyli film Ridleya Scotta, który wchodził bodaj w 1982 rok na ekrany.
Film kultowy, który na pewno w wielkim stopniu przyczynił się do późniejszej popularności Dicka, która rozpoczęła się na kampusach uniwersyteckich w latach 90. w Stanach Zjednoczonych. A z kolei Dick miał już bardzo dobrą markę w Europie, w Niemczech, we Francji. Jego książki były bardzo popularne w Polsce, chociaż wtedy jeszcze znaliśmy zaledwie chyba dwie. Później ukazało się właściwie wszystko, co Dick napisał. Są jakieś niewielkie, drobne nowele czy opowiadania, które się jeszcze w Polsce nie ukazały. Tu też trzeba powiedzieć, że często opowiadania jego miały kilka wersji. Na przykład to, co jest oferowane przez agentów, nijak się ma do wersji opublikowanych w pulp magazine'ach, do których te opowiadania sprzedawał. Dick był dopiero w latach 90. XX wieku uznany za genialnego autora.
Zaczęto go zaliczać właściwie nie tyle do nurtu fantastycznego, a nawet do nurtu postmodernistycznego. Myślę, że to takie połączenie mainstreamu z fantastyką, z rozważaniami teologicznymi, z takim specyficznym psychodeliczno-solipsystycznym klimatem jego książek spowodowało popularność wśród czytelników i krytyków. To miało na pewno wielkie znaczenie. Myślę, że ponieważ w swoich powieściach bardzo często brał ze swojego życia, czerpał garściami, opowiadał pewne epizody ze swojego życia, które były epizodami jego bohaterów. On chciał pisać główny nurt mainstream, ale te powieści, one wyszły w Polsce. Rebis je wydał. Te powieści głównonurtowe niestety są słabe. Jemu się nie udało przez agentów i przez wydawców zdołać opublikować w jakichś wielkich wydawnictwach te swoje książki. I myślę, że dlatego po prostu odchodził w stronę fantastyki, gdzie pisanie szybkie opowiadań z dobrym pomysłem i puentą, a w tym był mistrzem świata, spowodowało, że musiał po prostu żyć i spowodowało, że w tą stronę tej fantastyki poszedł. Gdyby dwie jego pierwsze powieści mainstreamowe zdobyły popularność i zdobyły czytelników i krytyków, myślę, że Dick wcale by fantastyki nie pisał.
Takie jest moje zdanie. Na początku swojej drogi twórczej Dick w kręgach fantastycznych był uważany w Stanach Zjednoczonych za zbyt ambitnego, trudnego. A z kolei w mainstreamie był odrzucany za pisanie częste pod szyldem SF, co go natychmiast wykreślało. Jest to człowiek z getta, nie ma sensu się nim zajmować. Ale dwie jego opowieści, które napisał w latach 60. przyniosły mu dosyć duże uznanie krytyczne. Jedną z tych powieści jest "Człowiek z Wysokiego Zamku" z 1961 roku. Opublikował tę powieść w roku moich narodzin i w roku startu Gagarina w kosmos. Jest to troszeczkę inna opowieść z tych, które nam serwował przez całe swoje życie, bowiem jest to powieść o alternatywnej rzeczywistości, ale poprzez pewne jego ciągoty do tego, że opisuje nasz świat jako jedną z warstw cebuli. On był zawsze przekonany, że nasz świat nie jest rzeczywisty, że gdzieś tam za jakąś zasłoną istnieje drugi świat, który jest bardziej rzeczywisty, a może za nim jest jeszcze kolejny.
Od razu mi się przypomina teoria nadistot Adama Wiśniewskiego z "Nerga", czy cykl Strugackich o wędrowcach, którzy też uważali, że istnieją jakieś nadistoty, które nas kontrolują. "Człowiek z Wysokiego Zamku" to jest powieść po części nietypowa, dlatego że sięgnął po motyw alternatywnej historii, w której Hitler i Japonia, państwa Osi wygrały II wojnę światową, pokonały Amerykę. Mamy Amerykę podzieloną na trzy strefy, czyli strefę buforową pośrodku, która jest strefą państwa Vichy, które jest państwem kontrolowanym przez zaborców. Wybrzeże kalifornijskie należy do Japonii, do Imperium Japońskiego, a wybrzeże wschodnie należy do III Rzeszy. Oba te imperia już ze sobą zaczynają rywalizować. I to jest bardzo ciekawy wątek, którego niestety Dick nie pociągnął w tej powieści. Mianowicie powieść zaczyna się z chwilą, kiedy schorowany jest Adolf Hitler, zaraz ma umrzeć i zaczyna się walka o schedę po nim. Więc oczywiście natychmiast jakieś wojny dyplomatyczne i tak dalej. I w tej strefie wolnej istnieje książka science fiction nieznanego pisarza, który napisał powieść, w której opowiada historię alternatywną do ich rzeczywistości, w której państwa Osi wojnę przegrały. Jest to powieść uznana za bardzo niebezpieczną zarówno przez Japończyków, jak i przez III Rzeszę i autor mieszkający właśnie na Wysokim Zamku jest poszukiwany i ścigany.
Ten bestseller jest tylko jedną z fasad tej powieści. Bardzo dobry motyw był i to było fascynujące w tej książce, mianowicie podejście Japończyków do kultury amerykańskiej. My to widzimy i Dick miał pewne rozeznanie, że Japończycy bardzo interesowali się kulturą amerykańską, będąc pod zaborem, pod armią amerykańską w Japonii. I on to tutaj przekuł na bardzo ciekawą historię. Mianowicie Japończycy poszukują różnych artefaktów z tej starej kultury przedwojennej amerykańskiej, mianowicie jakichś zegarków z Myszką Miki, jakichś artefaktów z Dzikiego Zachodu i tak dalej. Jest to dosyć fascynujące zderzenie takiej wysokiej samurajskiej kultury japońskiej z popkulturą amerykańską z lat 20. Trudno zrozumieć tę fascynację. Dodatkowo w powieści pojawia się Księga I-ching, gdzie Japończycy różnego rodzaju wizje, problemy rozwiązują poprzez układ i przepowiednie starej chińskiej Księgi I-ching. Na podstawie tej znakomitej naprawdę powieści w tłumaczeniu Lecha Jaczmyka powstał serial, który został całkiem przyzwoicie zrobiony. Ja podchodziłem do tego jak do jeża, a jak już usłyszałem, zanim obejrzałem pierwszy sezon, że chcą kręcić drugi, to mówię: o czym oni będą kręcili ten drugi?
A okazało się, że można było pewne wątki pociągnąć. I naprawdę jest to powieść warta przeczytania nawet wręcz wielokrotnego. Zwłaszcza że główny bohater ma takie wątpliwości, jak to jest, czy on naprawdę żyje w tym świecie rzeczywistym, czy może ta podziemna powieść człowieka z Wysokiego Zamku jest powieścią, która mówi prawdę i bohaterowi, panu Tagomi w końcu jakby się ta prawda prawie objawia. On jest dosłownie o krok od tego objawienia. Bardzo powieść tę polecam, chociaż podejrzewam, że 90% czytelników w Polsce już tę książkę zna. Książka, w ogóle dzieła Dicka są cały czas dostępne w pięknej edycji. Wydaje to Dom Wydawniczy Rebis z Poznania. Bardzo polecam.
[22:48] - Jeśli chodzi o serial, o którym mówiłeś. Tak, to całkiem udany serial, pod warunkiem, że nie ogląda się połówki ostatniego sezonu. To taka moja rada dla wszystkich, którzy zafascynują się tym serialem, bo rzeczywiście jest się czym zafascynować. Ten serial jest fajnie pociągnięty, tak jak Wojtek powiedział, rzeczywiście wychodzi poza to, co napisał Dick. No ale widać, że w ostatnim sezonie komuś się spieszyło. Może pieniędzy nie było, nie wiem czego zabrakło, ale te pół sezonu ostatnie można sobie spokojnie, absolutnie spokojnie darować.
[23:29] - No właśnie, ale myślę, że warto zobaczyć. Ja akurat nie obejrzałem trzeciego sezonu, tylko drugi i to mi się podobało. Ja nie jestem człowiekiem serialowym, więc również cykli powieściowych raczej nie lubię. Jeżeli słyszę, że ma być 10 tomów jakiejś serii fantasy, to raczej powoduje, że po tę książkę nie sięgam.
[23:51] - A ta powieść, która takim powodzeniem się cieszyła w tej strefie buforowej amerykańskiej, zresztą nie tylko na tych podbitych terenach również, nosiła tytuł „Utyje szarańcza”. Zapamiętałem to, ponieważ ta książka to była jedna z moich młodzieńczych fascynacji. Ja tak czekałem na ten moment, że ta kurtyna zostanie podniesiona. I tu moim zdaniem Dick mistrzowsko to zrobił, bo niby coś już widać. W pewnym momencie jest taka scena, gdzie już prawie, i to tak przechodzi, tego nie ma. Ale to jest fascynujące. Ja wiem, że poddałem się temu absolutnie. Poza tym jest szereg ciekawych obserwacji. Mamy gdzieś taką scenę, gdzie Niemcy lądują na Marsie, gdzieś to się w telewizji pojawia. W ogóle ten świat mocno pobudzał wyobraźnię.
Świat narysowany, nakreślony, napisany przez Dicka. To była jedna z tych powieści, które może nie są tak bardzo SF. Oczywiście weźmy to w cudzysłów, ale jak ktoś oczekuje, że będzie tam tak bardzo na przykład kosmicznie albo już naprawdę tak bardzo science fictionowo, to nie. To jest powieść, której fascynacja Dicka głównonurtową literaturą tu jest dosyć wyraźnie widoczna, ale jednocześnie to jest piękne połączenie, bo Dick ma takie zwykłe obserwacje zwykłych ludzi, a jednocześnie cały czas poruszamy się w takiej rzeczywistości, w której jest niezwykle. To moim zdaniem bardzo udana powieść, ale powieść, tak jak powiedziałeś, z lat 60. My w Polsce znaliśmy Dicka jeszcze w latach 80. właściwie jeszcze z dwóch powieści. Z jednej świetnej, którą dzisiaj wszyscy w pewnym roczniku wspominają tak bardzo och i ach. Ona się ukazała jeszcze w latach 70. w takiej miniserii „Stanisław Lem poleca”, to jest „Ubik”, a później w pierwszej połowie lat 80.
pokazała się „Słoneczna loteria”. To jedna z pierwszych powieści Dicka i to widać, że to jest jedna z pierwszych powieści.
[26:10] - Tak. Myślę, że tutaj poruszyłeś też sprawę science fiction u Dicka. Ja myślę, że w ogóle science fiction u niego było niewiele, a on to traktował po prostu jako zwykłą gadżetownię, czyli taki lamus, który mamy pod sufitem, z którego wyjmujemy jakiś gadżet i się nim zajmujemy. Tak to u Dicka było. On w ogóle porzuca pomysł. To, co mówisz, wspomniałeś o locie hitlerowców na Księżyc. Na podstawie takiego tylko pomysłu powstały filmy, a nawet książki innych autorów. A on po prostu tylko rzuca w jakimś akapicie taki pomysł i w ogóle go porzuca. Przecież to wątek bardzo ciekawy do pociągnięcia, bo w powieści „Człowiek z Wysokiego Zamku” ta różnica między technologiczną cywilizacją hitlerowską a taką opartą na wierze, na konfucjanizmie, na shintoizmie, japońską kulturą jest zupełnie inna. Wspomniałeś „Ubiku”.
To faktycznie była taka seria „Stanisław Lem poleca”, w której ukazała się powieść Strugackich, ukazał się Grabiński, ukazały się „Opowieści starego antykwariusza”, ukazał się właśnie „Ubik” z bardzo dobrym wstępem Stanisława Lema. Zanim przejdę do „Ubika”, warto tutaj powiedzieć taką historię, że ponieważ Lem załatwiał prawa autorskie do tej książki, więc kontaktował się listownie z Philipem Dickiem. Dick był wtedy w tym apogeum narkotycznym i on uważał, że człowiek nie może się nazywać Lem, że to jest na pewno jakiś skrót. I on pomyślał, że to najprawdopodobniej jakaś grupa partyjna komunistyczna zza żelaznej kurtyny, która działa pod kryptonimem Lem i nawet napisał do FBI donos. Dzisiaj to się trochę inaczej nazywa. Donosiciel to sygnalista według ostatnich dyrektyw Unii Europejskiej. Więc ten „Ubik” również zawierał kilka takich pomysłów zupełnie od czapy, które wręcz ryją zwoje mózgowe. To była powieść, w której na przykład pojawia się kapitalny i też porzucony pomysł moratoriów, czyli takich miejsc, gdzie można rozmawiać ze zmarłymi osobami, gdzie ich dusza tak powoli umiera, ale wciąż jeszcze, jeżeli ich za często się nie budzi z tego snu wiecznego, to można z nimi porozmawiać, poprosić o radę i tak dalej. Świetna rzecz.
[28:34] - Więcej! Tam jest nawet wrzucony motyw zanikania tej duszy i przechodzenia dalej, czyli motyw tak naprawdę reinkarnacji, że ta dusza zanika i gdzieś się potem znowu wciela. Więc Dick był mistrzem robienia z rzeczy oczywistych, które my na co dzień obserwujemy, robienia fantastyki. Moim zdaniem pierwszorzędna umiejętność. Już się nie wcinam.
[29:02] - Reinkarnacja to też jest przechodzenie do kolejnych warstw tego świata, który nie wiadomo ile tych warstw posiada i kto wie, co ta dusza później dalej robi. Ale jeszcze pewnie wrócimy do „Urażenia różowym promieniem” pana Philipa K. Dicka w ’74 bodajże roku. I ten „Ubik” to jest taka powieść, gdzie ten świat jest zupełnie obłędem porażony. Tam nawet sama chronologia poszczególnych zajść, akcji ulega zmianie. Zaczynamy być w pewnym momencie zdezorientowani, co jest przed, co teraz, a co potem. Dick poddaje swoich bohaterów dosyć przeraźliwej próbie, gdzie narażona jest sama psychologia bohaterów. Oni tam walczą, ale te dickowe światy biorą się chyba właśnie stąd, że jemu się myliła jawa ze snem i po prostu te wszystkie zwidy, które miał, zostały przełożone na tę powieść. Moim zdaniem „Ubik” raczej nie jest do sfilmowania, a Dick jest pisarzem, który może się pochwalić naprawdę dosyć dużą liczbą filmów, ekranizacji, głównie na podstawie opowiadań, bo za jego rzeczy brali się nie tylko Ridley Scott, ale i Steven Spielberg. Więc jeżeli tutaj już o tych filmach i jego kontaktach.
Wspomnieliśmy o „Blade Runnerze”. Powieść nazywała się „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”. Jest to świat, który jest po części podobny do tego, który zrealizował Ridley Scott. Wiadomo, film rządzi się trochę innymi prawami od dzieła literackiego. Nie jest to zapis książki. Zostało wziętych tylko kilka pomysłów. Przede wszystkim to, że na świecie mamy androidy, które bardzo trudno jest odróżnić od ludzi. Zajmują się ich wyłapywaniem, ponieważ roboty powinny znajdować się na koloniach i tam wykonywać ciężkie prace, do których zostały zbudowane, ale przedostają się na Ziemię. Więc są ci blade runerzy, czyli policjanci, detektywi, którzy potrafią odróżnić robota od człowieka czy człowieka od robota i zajmują się likwidacją tychże androidów. W książce jest chyba dużo więcej tych motywów, ponieważ wyginęły wszystkie zwierzęta na Ziemi.
Ziemia jest mocno zniszczona. To dobrze widać w drugiej części „Blade Runnera”, która powstała kilka lat temu. Nie jest to tak dobry film jak ten pierwszy „Blade Runner” Ridleya Scotta, ale oglądałem go z przyjemnością. Bardzo dobry wizualnie. Nieźle też zagrany, chociaż z pewnymi nielogicznościami. Nie wiem, co by Dick na to wszystko powiedział. W każdym razie ludzie za wielkie pieniądze kupują imitacje tych zwierząt, żeby móc się nimi pochwalić. Bardzo też szalony świat. Dick ostrzegał tutaj: „Zobaczcie, co robimy z naszą Ziemią. Spójrzcie, w którą stronę świat zmierza.” Tu też trzeba powiedzieć, że Dick pisał swoje powieści w latach 60., 50., 70.
jeszcze i ta przyszłość, w której umieszczał akcję swoich powieści, jest przyszłością nieodległą. My już żyjemy w świecie, w którym „Blade Runner” kilka lat temu miał miejsce i to się dzieje najczęściej na początku XXI wieku. My te lata już mamy za sobą. Jak wspomniałem, jemu chyba nie zależało na tym, żeby te jego powieści mogły być poddane przez krytyków czy futurologów jakimś badaniom i po prostu, żeby te wszystkie jego pomysły, które on na karty swojej powieści rzucał, żeby były prawdziwe, żeby wychodziły z jakichś podstaw i miały faktycznie prawo do zaistnienia. Było mu to naprawdę zupełnie obojętne. Jego interesowała psychologia postaci, to, w jaki sposób ludzie reagują na dziwną rzeczywistość. Tak myślę wyglądają bohaterowie jego powieści. „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” jedna z jego głównych i bardzo dobrych powieści. Tam jest takie zdanie reklamujące książkę, że Bóg obiecuje wam życie wieczne, a my je dajemy. Tak mówi Palmer Eldritch, który po prostu poraża ludzkie umysły narkotykowym ersatzem zbawienia.
Nie wiadomo, czy jest rządnym władzy biznesmenem, czy kalekim bogiem, czy w ogóle galaktycznym pasożytem. I to jest też taka powieść, gdzie pojawia się kolejny wątek, bardzo popularny u Dicka, czyli jasnowidzowie. Oni się w kolejnych powieściach inaczej nazywają, niekoniecznie jasnowidze, ale to też jest związane z tym, że on w trakcie brania narkotyków uważał, że widzi w jakiś sposób przyszłość.
[33:43] - Ja powiem tak, że jeszcze nawiązując do poprzedniej książki, małe ostrzeżenie. Jeżeli państwo jesteście skuszeni filmową atmosferą „Blade Runnera” i sięgniecie po książkę „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, to możecie być państwo zawiedzeni. Jeśli się państwo nastawiacie, że będzie to samo, to zupełnie jest coś innego. Bo myślę, ty to Wojtku powiedziałeś. Dicka nie da się sfilmować jeden do jednego. To byłoby szaleństwo. Dlatego książka i film to są dwa zupełnie inne utwory. Bazuje jeden na drugim, ale to zupełnie inna twórczość. Natomiast jeśli chodzi o Palmera Eldritcha, to jest w końcu książka, którą chwalił sam Lem. Lem w swoim opus magnum dotyczącym science fiction, fantastyki w ogóle chwalił tę książkę, aczkolwiek zauważał, że w pewnym momencie jej akcja, która na początku sobie pomyka tak niby normalnie, w pewnym momencie wszystko się rozpada.
Mamy mniej więcej połowę książki i po prostu następuje rodzaj literackiej eksplozji. Przestajemy przez jakiś czas wiedzieć, o co w ogóle chodzi. Później się to wszystko oczywiście poskłada, bo tak jak Wojtek mówił, mamy tam tego nieudanego Boga, ale mamy też sytuację, gdzie ludzie żyją w jakichś koloniach na innych planetach. Są tam trudne warunki egzystencji. No i masowo jest używany Środek zmieniający świadomość. Już państwo wiecie, że algorytm YouTube'a nie lubi słowa na N. Więc środek zmieniający świadomość, który jest właściwie rozwiązaniem pewnych problemów. Co więcej, tam w pewnym momencie pojawiają się dwa narkotyki. To związane jest z działalnością głównego, tytułowego bohatera. Ale tam mamy ciekawy zabieg, kiedy ludzie pogrążają się w światach narkotycznych, spędzają tam szczęśliwe chwile, mają wizje wspaniałego życia i wydaje im się, że są tam bardzo długo, a tak naprawdę to trwa wszystko kilka sekund.
Kilka sekund szczęścia? Nie, całe długie dni szczęścia, bo czas płynie po prostu w obu rzeczywistościach inaczej. I to jest stały motyw u Dicka, prawie we wszystkich albo w sporej części utworów. U Dicka nierzeczywistość, czy to wywoływana halucynogenami, czy to wywoływana w inny sposób, to jest coś, co jest obecne właściwie bez przerwy. I tak jak powiedziałeś, Bóg obiecuje życie wieczne, my je dajemy. Jak to Dick ładnie, prosto tłumaczy: można w kilka sekund przeżyć bardzo wiele i przeżyć właściwie długie, szczęśliwe dni. To jeden z takich motywów, który fascynuje. W wielu powieściach zresztą ten motyw nierzeczywistości, tej zasłony, o której mówiliśmy wcześniej, ale też takiego mrugnięcia okiem do czytelnika. Słuchaj, nie wiadomo, jak jest naprawdę. Może jest zupełnie inaczej niż przypuszczasz.
Może to, co widzisz, to jest wszystko tylko pewna ułuda, pewna nierzeczywistość. Ja jeszcze tylko o jednej rzeczy chciałbym powiedzieć, bo Dick miał szczęście do ekranizacji, ale powiedziałeś na początku o opowiadaniach, zupełnie na początku naszej rozmowy. Te opowiadania wyszły w Polsce i to kilka tomów tych opowiadań wyszło. Tam jest między innymi takie opowiadanie, jakżeż dzisiaj aktualne, o aborcji. Już nie pamiętam do którego, w każdym razie dzieci chyba do siódmego czy dziewiątego roku życia można było abortować, ponieważ biegały po ulicy, ale mogły być nieudane, to można je było abortować.
[37:44] - To jest opowiadanie, jedno z ulubionych opowiadań Lecha Jaczymka „Przedludzie”. Bardzo dobre teksty. W opowiadaniach był świetny Dick, ale nie jesteśmy w stanie w podcaście, byśmy musieli za dwa odcinki o Dicku zrobić.
[37:57] - O jednym opowiadaniu chciałbym powiedzieć. „Przypominamy panu hurtowo”, bo to taka kolejność była. Było opowiadanie „Przypominamy panu hurtowo”, które później stało się podstawą do nakręcenia filmu z Arnoldem Schwarzeneggerem, czyli „Pamięć absolutna”, a później Piers Anthony przerobił, sfabularyzował, nie wiem, jak to się nazywa. W każdym razie napisał powieść na podstawie filmu, więc taka była kolejność. Dick naprawdę dał podstawę do nakręcenia „Pamięci absolutnej”. Kolejne opowiadanie, które naprawdę zrobiło furorę. Ja pamiętam, jak pierwsza „Pamięć absolutna” wchodziła do kin i stawała się trendy, to naprawdę było co oglądać. Wtedy tamte efekty specjalne, to co się działo na ekranie budziło szacunek. Dzisiaj się możemy uśmiechnąć, kiedy to oglądamy, ale wtedy to było coś. To tyle, jeśli chodzi o opowiadania, ale myślę, że przynajmniej jeszcze o kilku utworach Dicka warto byłoby wspomnieć.
[39:03] - Tak. Powieści napisał tak dużo, że nie będziemy się tutaj zajmowali wszystkimi. Ja mam kilka ulubionych książek Dicka. O trzech już powiedziałem. Na pewno do nich się zalicza powieść „Nasi przyjaciele z Frolixa 8”. Powieść, gdzie właściwie pojawia się na czele obcych osoba, która właściwie jest Bogiem, ponieważ potrafi robić rzeczy dzięki tej obcej cywilizacji, której mogłyby pozazdrościć nawet Pan Bóg. To jest taka powieść, w której Ziemia znajduje się już pod całkowitą kontrolą nowych, genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Pozostałych traktują jako podrzędny gatunek, ponieważ ci ostatni, ci ludzie nie są telepatami i jasnowidzami, więc normalnie nie mają z tymi nadludźmi najmniejszych szans. To jest też kolejny z jego standardowych pomysłów i bardzo tę powieść polecam. Warto jeszcze wspomnieć o sprawie warsztatowej.
Dick nie był dobrym warsztatowcem i te powieści były pisane faktycznie ciągiem, dialogiem. Opisy bardzo skromne, jakby bez znaczenia. Więcej dywagacji, które się dzieją w głowie głównego bohatera, co czasem przypominało migawki ze „Sztirlitza”, jeżeli ktoś pamięta ten serial radziecki już w polskiej telewizji za czasów PRL, anegdotyczny wręcz. Ale miał umiejętność nieprawdopodobnego zwrotu akcji. Na przykład główny bohater podchodzi do drzwi, a drzwi nagle klamka coś do niego zaczyna mówić ni stąd, ni zowąd. I już wiemy, że to jest powieść science fiction i coś się zaczyna dziać. Albo w jednej z powieści potrafił, pamiętam, że to nastąpiło w środku akapitu, przejść z jednej rzeczywistości do drugiej w połowie zdania. Ja do tego zdania musiałem kilkukrotnie wrócić, bo on po prostu w połowie zdania przeniósł bohatera do innej rzeczywistości. I to przejście jest tak znakomicie wplecione w to zdanie, że naprawdę dopiero po paru akapitach się zorientowałem, że coś tu jest nie tak. Jestem po prostu w innej książce w tej chwili.
I to jest coś nieprawdopodobnego. Jeżeli chodzi o jego incydenty z narkotykami, to jest też jedna powieść, która mi się bardzo podoba. Również sfilmowana z Keanu Reevesem, robiona nową techniką animacyjno-fabularną, czyli „Przez ciemne zwierciadło”, w której bohater handluje śmiertelnie niebezpiecznym narkotykiem. Każdy jest śmiertelnie niebezpieczny. Ten narkotyk nazywa się Substancja A. Agent policji ma oczywiście aresztować tego bohatera, ale policja, żeby się wtopić w środowisko narkotyków, które ma infiltrować, sama zaczyna przyjmować coraz większe dawki tej Substancji A i jej mózg się rozszczepia na dwie odrębne schizo-części, które zaczynają ze sobą rywalizować. I powieść może jeszcze mniej znana w Polsce, było chyba tylko jedno wydanie w Amberze. Rebis jeszcze w dziełach tego nie wznowił. To jest powieść absolutnie już science fiction, bo o podróżach w czasie. Jest to powieść „Doktor Futurity”, którą lubię.
Ona jest dosyć sprawnie napisana. Ona w rankingu powieści Dicka nie zajmuje wysokiego miejsca, a szkoda. To jest powieść o bohaterze, który ulega w drodze do pracy wypadkowi samochodowemu i zostaje przeniesiony do XXV wieku i trafia na świat, który musi zrozumieć, bo on się rządzi zupełnie niezrozumiałymi prawami, ale zna sztukę podróżowania w czasie i może go z powrotem do swojego świata przenieść. Ciekawa powieść z dobrymi wątkami. Może jeszcze taka nowela „Kosmiczne marionetki”, gdzie główny bohater trafia do miasteczka ze swoich narodzin i to miasteczko zupełnie inaczej wygląda. Wydaje mu się dziwne. Tu był sklep, ale teraz jest jakoś inaczej. Tu była ulica, ona się inaczej nazywa. Tu był pomnik, teraz już go nie ma. Tutaj mieszkał taki, a nie inny bohater.
Nikt o nim nie słyszał. I okazuje się, że ktoś u góry działa tak, że wymazuje z pamięci mieszkańców pewne elementy rzeczywistości. Gunkuje je po prostu. Ale ludzie bronią się w ten sposób, że sobie o tych rzeczach przypominają i one z wyobraźni ponownie się pojawiają w rzeczywistości. „Kosmiczne marionetki” to jest jedna z bardziej udanych powieści. Bardzo króciutka, ale niezwykle trudna do odmalowania. To, co przed chwilą próbowałem streścić. Tam naprawdę dzieją się bardzo ciekawe rzeczy. Dick, trzeba od razu powiedzieć, że umarł bardzo przedwcześnie, bowiem urodził się w 1928 roku, w 1982 zmarł, więc umarł naprawdę w wieku, kiedy jeszcze mógł napisać sporo powieści. Jego twórczość jest w tej chwili przez wielu krytyków rozpatrywana, przesiewana, dyskutowana.
Mamy w Polsce, oczywiście na świecie jest tego znacznie więcej, ale mamy w Polsce kilka książek o Philipie Dicku. Mamy biografię Lawrence'a Sutina „Philip Dick. Boże inwazje”. Mamy książkę „Bóg w sprayu” Macieja Kaczmarskiego, mamy książkę Lenkiewicza „Śmiech. O machinie wszechświata”. Mamy książkę „Człowiek, który pamiętał przyszłość” Anthony'ego Pika. Mamy też taką książkę ciekawą, bo zawiera ostatnie rozmowy z Philipem Dickiem. Mianowicie tytuł dosyć długi. Muszę do ściągi sięgnąć. „A jeśli nasz świat jest ich rajem?
Ostatnie rozmowy z Philipem Dickiem.” Autorkami są Gwen Lee, Doris Elaine Sotero. Książka ukazała się w 2008 roku, polskie wydanie. Rzecz nie do dostania, a dosyć ciekawa z tego względu, że zawiera rozmowy o Dicku. Wspomnieć też trzeba o kilku jeszcze ekranizacjach. Powiedzmy „Raport mniejszości”, też na podstawie bardzo dobrego opowiadania o policji, która dzięki jasnowidzom potrafi przewidzieć zabójstwa pierwszego stopnia i przeciwdziałać im. Aczkolwiek tutaj natychmiast się pojawia pytanie: skoro zabójstwa nie dokonano, to czy można tę osobę za to ukarać? Ciekawe dylematy Dick poruszał. Wyraźnie cierpiał. On w pewnym momencie, w 1974 roku, twierdził, że trafił go taki różowy promień i zaczął być chrześcijaninem. Uważał się za chrześcijanina prześladowanego w starożytnym Rzymie, a cały współczesny świat zaczął uważać za iluzję.
Były to rzeczy niezwykle ciekawe i na pewno twórczość Dicka jest taką, do której można sięgać, odczytywać jego książki na nowo wciąż. Należy odrzucić oczywiście książki pisane tylko i wyłącznie po to, żeby dostać parę dolarów na czynsz, bo i takie książki po prostu pisał.
[45:52] - Ale Wojtku, ja bym jeszcze chciał chwilę o Philipie Dicku, ponieważ wspomniałem powieść „Słoneczna loteria”. To była właśnie jedna z tych powieści, które były pisane dla kasy.
[46:02] - „Słoneczna loteria” to debiutancka powieść Philipa Dicka.
[46:05] - No tak i to widać. Po prostu widać, ponieważ nie będziecie państwo zachwyceni tą powieścią. Wtedy, w latach 80., kiedy ona się ukazała, wszystko, co napisał Dick, było cudowne, wspaniałe, absolutne i w ogóle. Można przeczytać, żeby później podziwiać, że on jednak czasami wspinał się znacznie wyżej. Cóż, takich powieści jest zresztą sporo. Całkiem ostatnio czytałem jedną z nich. Natomiast ja bym jeszcze— mam dużą potrzebę, żeby wspomnieć o takiej powieści Jak wspomniałeś zresztą o końcówce jego życia, pojawiła się powieść „Walis”. Ona była ściśle związana z tym trafieniem różowym promieniem i w ogóle z tą jego obsesją, która się pojawiła pod koniec życia. „Walis” to jest książka, którą warto przeczytać, aczkolwiek znowu nie oczekujcie państwo takiej gigantycznej porcji SF. To co powiedział Wojtek, Dick traktował SF jako taki gadżet, czasami potrzebny, przydatny, umożliwiający pewne rzeczy, ale to nie było to, co go najbardziej ruszało i w „Walis” to widać.
W kontynuacjach zresztą też. Tam chodzi o coś zupełnie innego. Ja na przykład bardzo bym polecał państwu „Walis”, ale jeszcze mam jedną książkę, do której mam pewien sentyment. „Płyńcie łzy moje” rzekł policjant. Tam główny bohater to jest taka osoba publiczna. Ten główny bohater zostaje uwięziony w innej rzeczywistości. Tam, w tej rzeczywistości, pomimo że jest osobą publiczną, nikt go nie zna. A tajemnicą jest to, że taką osobą odpowiedzialną za przeniesienie owego człowieka do innego, no właśnie, wszechświata? No może. Jest jedna z fanek tego człowieka, ale jej śmierć sprawia, że bohater wraca do swojego świata.
Jest jeszcze jedna powieść „Oko na niebie”. Powieść, w której też ta obsesja Dicka się właściwie pojawia nagminnie. To też jest kompletne szaleństwo. Wchodzimy w światy tworzone w umysłach innych ludzi, przedziwne światy. Mamy świat fanatyczki religijnej, mamy też inne światy. One są wszystkie ułudą, ale przez tę ułudę trzeba przejść. I pewno tak bym jeszcze mógł wymieniać całkiem sporo, bo Dick to jest postać fascynująca. Mnie szczególnie fascynuje ta jego fascynacja środkami zmieniającymi świadomość, czyli halucynacje, które człowiek przeżywa oraz to, co Wojtek określił pewną cebulowością świata, czyli kolejne warstwy, że to nie jest tak, że to, co widzimy, to jest wszystko. I mnie ta obsesja Dicka bardzo odpowiada. Dlaczego?
Dlatego, że Dick zbliżał się, nie wiem, czy świadomie, czy nieświadomie. Chwilami mam wrażenie, że jednak świadomie, a chwilami jednak, że nie. Zbliżał się do jednego z zagadnień filozoficznych wałkowanych od kilkuset lat. Do tego, czy człowiek jest w stanie poznać otaczającą go rzeczywistość, czy nie. Każdy, kto kiedykolwiek czytał Berkeleya i jego kumpli, wie o tym, że to wcale nie jest takie pewne, że to, co widzimy, to, co postrzegamy, to jest to, co jest naprawdę. Z tym że Berkeley traktował to jako eksperyment, eksperyment myślowy, pewną wariację na temat tego, kim jest człowiek, a właściwie czym jest jego umysł. Natomiast Dick poszedł dalej. Potraktował to chwilami, przynajmniej w prozie, bardzo dosłownie. I wtedy zaczyna się zabawa. Zabawa Dicka z rzeczywistością.
To jest absolutnie fascynujące.
[50:11] - No to może kończymy o wielkim Philipie Dicku, chociaż to dziwnie brzmi, o wielkim Dicku.
[50:17] - To zdecydowanie źle brzmi. Myślę, że nie słuchają nas jacyś dwujęzyczni Amerykanie na przykład, bo może być nieprzyzwoicie.
[50:27] - No jest nieprzyzwoicie. Mi się zdarzyło takie faux pas właśnie, ale już nie będę o tym mówił. Chyba na tym zakończymy dzisiejszy odcinek.
[50:36] - Tak, a jeszcze wielu autorów na literkę D przed nami, ale to już za dwa tygodnie.
[50:45] - Tak. Dziękuję bardzo za uwagę.
[50:46] - Pięknie ci Wojtku dziękuję i do usłyszenia. Proszę państwa, myślę, że spotkanie z Dickiem wielu z państwa mogło zachęcić do sięgnięcia po książki tego autora. Przed rozpoczęciem audycji powiedziałem, że był szalony. No był szalony. I co z tego? Literatura chyba na tym zyskała. Ale żeby nie przedłużać, ponieważ Piotr Cielebiaś już czeka, no to startujemy z „Filmotekarium”. Dzisiaj wersja serialowa. No i będziemy rozmawiać o hicie, o absolutnym hicie ostatnich dni, o serialu „Chaos”. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[51:34] - Witam serdecznie w odcinku, gdzie nam się wkradnie pewien chaos.
[51:40] - O, zdecydowanie się wkradnie. W dodatku ten chaos będzie podzielony na odcinki, stąd państwo wnioskujecie bardzo słusznie, że zaczynamy „Filmotekarium. Seriale”. Powiem tak: zaskoczył mnie ten serial. A czy pozytywnie, czy negatywnie? To się dopiero okaże.
[52:01] - Tak, ja też chciałem zacząć jakoś tak inaczej, bo Marek był osobą, która mnie namówiła do obejrzenia tego serialu, to powiem coś takiego. Mitologia antyczna jest niewyczerpalną kopalnią pomysłów, inspiracji, wzorców i mądrości. I postanowili to zepsuć twórcy serialu „Chaos”, który zagościł na Netflixie. W roli głównej wypadający w tym cyrku najlepiej Jeff Goldblum, człowiek mucha, a w tym przypadku człowiek Zeus. W roli Eurydyki córka głównego bohatera innego serialu, który żeśmy omawiali, Aurora Perrineau. To jest córka tego faceta, szeryfa z serialu „From.” No i cóż można powiedzieć? Jest to serial inspirowany mitologią, chyba to już wszyscy wiedzą, pokazujący nam ją w krzywym zwierciadle. Uwielbiam to sformułowanie. W krzywym zwierciadle pokazujący nam ludzkie przywary i tak dalej. Ale tak naprawdę to nie do końca.
Ja mam z tym serialem, Marku, ogromny problem, bo reinterpretacje, rekonstrukcje, parabole, hiperbole i mnóstwo innych zabiegów, które mają nam w tym serialu uatrakcyjnić, unowocześnić mitologiczny przekaz, one nam pokazują, jakim rzeczywiście doskonałym źródłem i podstawą jest mitologia. Tylko że coś mi tu nie zagrało. Nie wiem, jak było u ciebie.
[53:33] - Było różnie. To znaczy ja się już pogodziłem, że żyjemy w czasie upadku. Upadku cywilizacji, upadku kultury. Proszę tego nie traktować jako jakieś proroctwo ani wizję. Ja nie jestem od tego rodzaju aktywności. Natomiast jak się prześledzi historię, to kiedy kultura zaczyna sama siebie cytować, to jakiś jest sygnał końca. Końca przynajmniej kultury. A tutaj, jakby to państwu powiedzieć, są całe działy literaturoznawstwa i filmoznawstwa, które zajmują się śledzeniem tego cytowania, tej intertekstualności w przypadku książek, że cytat z cytatu poparty cytatem — to jest moje ulubione powiedzenie podsumowujące współczesną kulturę. Nieustannie coś jest cytowane albo twórczo przekształcane. Właśnie, czy aby na pewno twórczo?
Czy opowiedzenie czegoś na nowo zawsze daje pożądany efekt? Ja nie jestem przekonany. Co mnie do tego serialu ściągnęło i co mnie trochę zawiodło, to obraz świata. Bo ten świat, który śledzimy w serialu „Chaos”, jest alternatywą naszej rzeczywistości. Mamy świat, w którym zapewne grecka kultura, ta antyczna, nigdy nie upadła. Przeszła płynnie z antyku poprzez... Sam się zastanawiam, jak wyglądało tamtejsze średniowiecze. Ale jakoś wyglądało. A teraz mamy czasy niemalże współczesne. „Niemalże” jest tu ważną różnicą, ponieważ to wszystko nie jest dociągnięte do naszych czasów.
Telefony są jakby starsze, ale są. Samochody jakieś takie podobne, ale nie do końca. Wszystko niby jest, a to jest jednak rzeczywistość alternatywna. A ponieważ ja lubię rzeczywistości alternatywne, to mnie do tego serialu przyciągnęło. Okazało się, że to jednak nie było przedmiotem zainteresowania twórców serialu, a w każdym razie nie wybijali tego na pierwszy plan. Ich raczej interesowała reinterpretacja mitów albo nawet zastanawiam się, czy to była reinterpretacja. To raczej było opowiedzenie ich na nowo. No cóż, proszę państwa. I to takie charakterystyczne. Posłużę się tylko wyrywkiem, przykładem.
Wyrwę coś z serca serialu, żeby unaocznić, ale ja naprawdę nie jestem przekonany, czy opowiedzenie mitu o Orfeuszu i Eurydyce jeszcze raz w taki sposób, żeby pokazać, że w gruncie rzeczy to nie była wielka miłość, tylko to było wielkie nieporozumienie. Eurydyka wcale nie kochała zakochanego w niej Orfeusza. Właśnie, czy aby zakochanego? Ale życie chciał poświęcić i tak dalej. Ale troszeczkę to tak odbieram, jakby głównym celem współczesnej kultury było spaskudzenie tego wszystkiego, co było wcześniej. Czyli na przykład jak mamy miłość niemalże idealną, to trzeba ją spaskudzić, żeby już taka niemal idealna nie była. I tak dalej. Ja nie jestem entuzjastą tego rodzaju działań, ale z drugiej strony trudno twórcom zabronić. Jest w tym serialu kilka momentów, w których się uśmiechnąłem i jakbym miał powiedzieć, czy jestem zwolennikiem tego serialu, czy nie, to nie będę się wypowiadał, a właściwie umknę trochę w bok. Jeśli pojawi się drugi sezon, a wszystko na to wskazuje, że się pojawi, to ja obejrzę ten sezon.
Nie wiem, czy będę zadowolony. Nie wiem sam w tej chwili, czy jestem zadowolony po pierwszym sezonie. Wiem jedno: serial cieszy się ogromną, ale ogromną popularnością, co dla mnie nie jest żadnym wyznacznikiem. I zastanawiam się, czy ta popularność owego serialu bierze się z tego, że współcześni Europejczycy — Polacy wypadają lepiej, bo starożytne mity są im wkładane do głowy, po prostu młotkiem wbijane — to już w przypadku Europejczyków nie mam pewności i być może ta historia zawarta w serialu jest dla nich czymś nowym. Oni nigdy po prostu owych mitów nie słyszeli. I dlatego, ponieważ ten główny trzon, mitologia, pewne opowieści, pewne powiązanie tych opowieści... Umówmy się, już właśnie Grecy odkryli, jeśli chodzi o opowieść, niemal wszystko. A zatem te ich mity to są świetnie skonstruowane opowieści z morałem. Opowieści, które naprawdę mogą służyć jako odbicie naszej rzeczywistości, w sensie na przykład moralnym, w sensie po prostu opowieści o tym, jak się w danych sytuacjach zachować albo jak się nie zachowywać. I tak dalej.
Podsumowując, zastanawiam się, czy przypadkowo serial „Chaos” — a cholera wie, jak to się wymawia. „Chaos” po prostu. Czy on nie jest przypadkiem sporą nowością, to już mówiłem, dla Europejczyków, nowością opartą na świetnym materiale?
[59:33] - Tak, w większości się tutaj z tobą zgadzam. Te reinterpretacje, wiesz, do tego przejdę na końcu. Odniosę się teraz do tego, co powiedziałeś o mitologii ogólnie. U nas rzeczywiście jest wkładana do głów. Nie wiem, jak jest teraz. Za moich czasów tak było, za twoich chyba też, że Parandowski był podstawą. I potem te wszystkie symboliczne odniesienia zarówno z mitologii greckiej, jak i rzymskiej się ciągnęły przez całą edukację. Korzysta się z tej mitologii często z naszego polskiego punktu widzenia. Gry wideo. Pamiętam, jak grałem w „Zeusa, Pana Olimpu”.
Pamiętam też „Amerykańskich Bogów”. Oczywiście pamiętam też serial „Herkules” i „Xena”, które się oglądało, bo nic innego nie było.
[01:00:22] - Wiesz, „Amerykańscy Bogowie” to jest dzieło osobne. Gaiman po prostu wie, jak to robić i „Amerykańscy Bogowie” w wersji literackiej — growej wersji nie znam — ale to jest dzieło Które ma swoją głębię i amerykańskich bogów będę bronił.
[01:00:43] - Tak, wszystkie te produkcje, bez względu na to, jaki miały poziom, korzystały z tego dobrodziejstwa, jakim jest mitologia i ten wielki rezerwuar postaci, wątków, symboli i tak dalej. Oczywiście tych produkcji było więcej. Mieliśmy seriale o przygodach Jazona, Odyseusza i wiele innych. Zacząłem się zastanawiać, odpalając "Kaos", czy ten serial jest w stanie zaskoczyć. No jest. Ta dynamika i nutka humoru sprawiają, że to nawet jest lekko wciągające. Choć muszę powiedzieć, że pierwszy odcinek jest, jak w wielu przypadkach zresztą innych seriali, odpychający. Nie zachęca tak naprawdę. Może pierwsza część pierwszego odcinka. A potem myślę, że ta konwencja męczy, po pewnym czasie męczy.
Mnie zmęczyła do tego stopnia, że nie dotrwałem do końca. Przyznaję się. Niestety z serialami na streamingach bywa tak, że one przypominają bigos trochę. Czyli w nich wrze, różne wątki się przeplatają. Czasami jest tego bardzo dużo. Wzbierają te seriale, buchają parą, a na koniec ta kapusta się przypala, bo się wygotował cały sok, czyli sens z takiego serialu. I było takich wiele, też z nutką horrorową. Ja pamiętam, że nie dotrwałem do końca wielu seriali. Na przykład był taki serial "Brand New Cherry Flavor". Nie potrafiłem wytrwać do końca na przykład "Feria".
Pamiętasz, omawialiśmy to. Nie potrafiłem wytrwać do końca serialu "Kuron" i naprawdę wielu innych. I tutaj też u mnie nastąpiło zmęczenie materiału, chociaż muszę powiedzieć, że jeżeli chodzi o kwestie realizacji poziomu, nie wiem, jak go nazwać, artystycznego, to jest dużo lepiej niż gdzie indziej. Tutaj zrobili dobrą robotę. Tylko że zaczął mnie uwierać trochę po pewnym czasie infantylizm tego wszystkiego i nachalne promowanie pewnych rzeczy. Jeżeli dokonujemy reinterpretacji, to w tylko jedną możliwą stronę i jedną poprawną stronę. Bo w jaką stronę można zinterpretować mit? Ja wiem w stronę... sam wiesz jaką i wy też wszyscy wiecie. To jest Netflix.
Wiadomo, w którą stronę pójdą. I to też męczy. Męczy do tego stopnia, że ja nie chcę dokańczać, nie chcę czekać na drugi sezon. Tych postaci z serialu, zauważyłem to po sobie, nie wiem, jak było u was, nie traktowałem do końca poważnie i po kilku obyczajowo-filozoficznych rozkminach i zakrętach po prostu odpadłem. To nie jest dla mnie z różnych powodów. Tak po prostu czasem jest, że coś się nie podoba. Nie wkręciło mnie, nie wciągnęło mnie. Może to wynika właśnie z tego, że jestem przyzwyczajony do odbioru tej mitologii w jakimś patosie, a tutaj to tak jakoś jest dziwnie. Chociaż rzeczywiście ten świat wykreowany jest dość interesujący. Nie powiem, lubię takie sytuacje.
[01:03:53] - Wracając do postaci. Proszę państwa, czasami ciężko jest pogodzić się z tym, że Zeus, władca bogów, gromów władny, jest zwykłym paranoikiem. Delikatnie rzecz ujmując paranoikiem i to takim dosyć groźnym. A z drugiej strony jest tam kilka takich scen straszno zabawnych. Na przykład kiedy Zeusowi zginął zegarek elektroniczny i to taki stary, wiecie państwo, jaki się nosiło, nie wiem, na przełomie lat 80. i 90., z tym że złoty. To ważne. I ginie mu ten zegarek, a właściwie jest zginięty, używając formy niepoprawnej przez... Nie wchodźmy w szczegóły. W każdym razie Zeus ma dosyć specyficzny sposób ustalania prawdy, kto ten zegarek zajumał.
Po prostu tak jak normalnie strzelał wcześniej do rzutków, tak teraz zarzutki robią jego służący, w ogóle jego służba. On do nich po prostu strzela, ustalając, kto jest winien zaboru mienia. I kiedy ja to państwu opowiadam, to jakimś horrorem trąci. Ale właśnie pewna magia serialowa polega na tym, Piotr o tym wspomniał i powiedział, że mu to nie pasuje. No właśnie, bo ten serial jest cały zrobiony nie do końca poważnie. To jest pewna konwencja. Oczywiście to nie jest tak, że po prostu tak wyszło. To jest od początku do końca zamierzone. Tu nie przejmujemy się rzeczami strasznymi czasami, ponieważ doskonale rozumiemy, że to jest jakby z przymrużeniem oka, to wszystko jest na niby. I Hades jest na niby.
Też ciekawy zabieg, ale niespecjalnie odkrywczy, żeby wszystko to, co dzieje się w podziemnym królestwie, było filmowane na czarno-biało. Ja wiem, czy to... Tak jest po prostu. Ale wszystko, co tam się dzieje, wszystko, co dzieje się na ziemi, co jest okrutne, bo mamy też okrutnego władcę, jak najbardziej ziemskiego, trochę skumplowanego z bogami, ale nie do końca. Mamy Minotaura, mamy brata i siostrę i tak dalej. Tam jest dosyć pokręcona intryga, ale to wszystko, do czego prowadzę, to że my nie traktujemy, to się nie dzieje naprawdę. Od początku to wiemy. Jeśli tę konwencję przyjmiemy, to nas interesuje wówczas, o co chodzi, gdzie to się zapętli i z czym to się zapętli. Dostajemy odpowiedź. Jednocześnie dostając tę odpowiedź, mamy wyjście do drugiego sezonu.
Dlatego powiedziałem, że ja to chętnie zobaczę, ale mam wrażenie, że zupełnie spokojnie będziemy z Piotrem mogli zrobić upadek, w tym wypadku nie wielkich serii, tylko upadek dobrze albo średnio, albo nawet źle zapowiadających się seriali, które jednak zostały przyjęte entuzjastycznie i trzeba było pociągnąć drugi sezon. Ja się zastanawiam, czy ta konwencja odpali w drugim sezonie. Podobno ten serial jest przewidziany docelowo na trzy sezony. Być może tam jest jakaś metahistoria. Chętnie w to na razie wierzę. Czy tak będzie? Nie wiem. Podobają mi się postaci Zeusa. Ten człowiek mucha gra naprawdę. To jest naprawdę dobry aktor.
On dobrze wszedł w tę konwencję Zeusa paranoika. W ogóle mam wrażenie, że aktorzy do tego serialu są zbyt dobrzy. Przynajmniej jakaś część tych aktorów są zbyt dobrzy na ten serial. Ja mam takie wahania przez cały czas, bo z jednej strony trochę drażni mnie wspomniana wcześniej konwencja reinterpretacyjna, czyli opowiemy państwu mit na nowo, a z drugiej strony jest jakoś tak, że pewne gagi, pewne mrugnięcia okiem, pewne przejaskrawienia bawiły mnie. Bawiły mnie. Tylko to jest niebezpieczna zabawa, bo zastanawiam się, jak długo one będą mnie bawić. Bo znając mitologię i przyglądając się temu, co się dzieje na ekranie, człowiek się zastanawia. Są takie myki jak z tą zakochaną parą, z Orfeuszem. Eurydyka okazuje się bardzo znudzona tym związkiem. Co więcej, perfidnie robi fiki-miki pod nieobecność Orfeusza.
I to z kimś takim, właśnie to, co powiedział Piotr. Robi to fiki-miki z kimś takim, co Netflix jest zachwycony, proszę państwa, jakżeż to jest piękne, jak to jest inkluzywne, jak to jest wspaniałe, że ona coś takiego robi. Jakoś mnie to cholera nie zachwyciło zupełnie. To są wątki w tym serialu, które w ogóle mnie nie kręcą. Ale widocznie tak musi być, bo jak Piotr powiedział, to Netflix. Uff.
[01:09:33] - Tak. Równie dobrze może być tak w niedalekiej przyszłości, że jak nakręcą nową wersję "Stawki większej niż życie" na przykład, to potajemnie Brunner i Hans Kloss będą kochankami na przykład tak naprawdę.
[01:09:47] - A to byłoby świetne, bo był taki komiks w specjalnym wydaniu Szpilek w latach 70., gdzie Brunner i Hans Kloss są kochankami, tylko Kloss o tym nie wie i później się okazuje, że to Brunner przebrał się za ponętną brunetkę. I wtedy Hans Kloss mówi do niego: Brunner, ty świnio! Ale to była zabawa. To był komiks narysowany dla zabawy. Ja się boję tej sytuacji, w której to zostanie zrobione na poważnie.
[01:10:21] - Ja bym nie był taki zdziwiony, gdyby się to stało. Grzebiąc w internecie odkryłem, że serial Chaos, Kejos, Chaos, jak to tam zwał tak zwał, podobał się bardzo wielu ludziom. Owszem, jak mówię, miał prawo, gdyż akcja jest wartka. Ten subtelny humorek też się pewnie podoba w jakiś sposób. Nie ma dużo takich produkcji, nie oszukujmy się. Jedyny plus, który w tym serialu znajduję, w sumie dwa plusy. Pierwszy to Goldblum, drugi zwrócenie uwagi na naturę religii i bóstw. Ja zwykle nie lubię sięgać do tych symboli, odniesień. Mnie to nie bawi. Natomiast tutaj naszła mnie taka refleksja.
Bogowie jacy są, każdy widzi. Są bardzo ludzcy wszyscy, na których nie zwrócimy uwagę, to będą albo ludzcy, albo zwierzęcy. Mają przywary. O tym nam mówi mitologia. I nie chodzi mi tutaj tylko o to, że nagle się ludzie pastwią nad bogami greckimi, że ich tam jakoś lubię. Ale zobacz, że bogów greckich jeszcze obrażać wolno. Można ich pokazać w pewnym krzywym zwierciadle, że tak powiem, bo wiecie, oni już tacy są nieaktualni, jakby nie było. Ale jak sobie przypomnicie "Żywot Briana" na przykład, jaka była chryja wtedy, w sumie jest do dzisiaj. Jak sobie przypomnicie "Szatańskie wersety", to skierujemy się właśnie w stronę, o której mówię, że są takie religie, są tacy bogowie, którzy zachowują się identycznie jak Zeus, których prorocy zachowywali się jeszcze gorzej i tak naprawdę można o nich dużo powiedzieć. Ale nie, o tym mówić nie wolno, bo to wiecie, uczucia religijne są, polityka poprawności, Charlie Hebdo był ucinany i tak dalej.
Zobacz, jaki paradoks. Bogów greckich wolno przedstawić w krzywym zwierciadle, ale już tam jest taki prorok jeden, którego nie, bo to już jest obraza na 100%. I pod tym względem Chaos trochę mnie właśnie rozśmieszył. Że spójrzcie na religie dzisiejsze. Czy gdyby nakręcić wersję chrześcijańską, dobra, już powstał "Żywot Briana", ale gdyby nakręcić wersje inne, to byśmy mieli wojnę chyba ogłoszoną. Reasumując, Chaos nie moja bajka, nie mój mit. Czy mi się podobało? Pod względem realizacji owszem, ale potem to mnie wszystko troszeczkę zmęczyło i sprawiło, że jakoś nie dotrwałem do końca. A najlepszy oczywiście Jeff Goldblum pokazujący nam Zeusa. Chyba właśnie takim, jakim go rysują mity.
Po zdjęciu tych wszystkich symboli, po zdjęciu tych masek pokazują nam się tak naprawdę i to nie w serialu, tylko właśnie w mitologii bardzo ludzcy bogowie.
[01:13:18] - A kiedy sobie przypomnę, jakie hasło przeciw bogom było wznoszone przez przeciwników, to jakoś tak czkawką odbija mi się polska polityka. Dokładnie takie hasło zostało tam wznoszone. Co z tymi bogami należy robić? To po pierwsze rzecz, którą trochę się uśmiechnąłem. Okazuje się, że tak, że wszystko wolno, pod warunkiem, że to są odpowiedni bogowie, tak jak to Piotr powiedział przed chwilą. Jest tam kilka takich scenek, z których ja nie wiedziałem, czy się śmiać, czy płakać, co mam tak naprawdę robić, ale zgodnych z pewną poetyką, czy może nawet to za słabe słowo, z pewnymi normami, które w starożytnej Grecji obowiązywały. To nie jest główny wątek, więc mogę powiedzieć, jak zobaczyłem, że Hera wychędożyła kochankę Zeusa, to, proszę państwa, po pierwsze rzeczywiście zgodne z zachowaniami bogów greckich, a po drugie na jakimś tam poziomie jednak zabawne, bo Zeus przyszedł do tej kochanki z butelką wina. Wiecie państwo, to jest w jakiś sposób jednak zabawne. Jakoś uderza w moje poczucie humoru, ale pozytywnie uderza. Przyszedł z butelką wina do swojej kochanki i zastał tam swoją żonę Herę, która właśnie chwilę wcześniej, tak jak powiedziałem, wychędożyła mu kochankę, a później w akcie zemsty zamieniła ją w pszczołę.
Życie pszczół w starożytnej Grecji też nie było lekkie, o czym przekonujemy się w dalszej części serialu. I tak dalej. Ja mam takie wrażenie, Piotrze, że ten serial składa się z mieszanki, z takiego miksu fajnych scen. Nie wiem, może z tego sitcom należało zrobić, a nie serial. Z takich scen, które mogą ubawić. Natomiast jako serial, w którym śledzimy akcję, która zmierza od punktu A do punktu Z poprzez wszystkie litery alfabetu, to ja nie jestem przekonany, że ta intryga, którą musimy śledzić, jest godna tak długiego w sumie serialu ośmioodcinkowego. Ale powtarzam, ja mam mieszane uczucia. Jeśli miałbym coś państwu doradzać, to w przeciwieństwie do Piotra ja dotrwałem do ostatniego odcinka. Nie, nawet słowo dotrwałem jest w jakimś stopniu pejoratywne. Obejrzałem bez bólu, ale też bez wybuchów ekscytacji.
Obejrzałem i tak jak powiedziałem, czekam na drugi sezon. Obawiam się, że to będzie nieporozumienie, ale mogę się mylić. Mogę być złym prorokiem. I powiem jeszcze jedną rzecz, przynajmniej ode mnie na koniec. Ja się wcale nie dziwię, że ten serial cieszy się powodzeniem, ale dziwię się, że nasza kultura zabrnęła, doszła, doskrobała się do tego momentu. Po rozmowie z Piotrem tradycyjnie już niejako zapraszam na recenzarium Evivy na odcinek poświęcony publikacji "Nieśmiertelność zabije nas wszystkich". Tu drobna uwaga dla stałych słuchaczy. Od ostatniego wydania audycje ukazują się bez dżingli, ponieważ ciotka YouTube'a już zdaje się kompletnie odjechała i nie życzy sobie nawet darmowej muzyki, ponieważ dochodzi do wniosku, że nawet ta darmowa muzyka też nie może być i tak dalej. To wszystko państwo wiecie. YouTube'a ciotka sobie robi różne jaja, w związku z tym to kolejny z nich.
Żeby nie przedłużać recenzarium Evivy i "Nieśmiertelność zabije nas wszystkich".
[01:17:48] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Czy kiedykolwiek myśleliście o tym, żeby być nieśmiertelnym? Myślę, że niejeden raz. Prawda jest taka, że wcale nam się nie chce umierać. Oczywiście można zostać nieśmiertelnym na tej zasadzie, na jakiej osiągali to Strulbrógowie z "Podróży Guliwera" Swifta. I było to mało, że tak powiem, wabiące, albowiem po pierwsze nie wybierali tego, po drugie w ich przypadku nieśmiertelność oznaczała, że starzeli się właściwie bez końca. Jeden wielki koszmar. Ale gdy nieśmiertelność oznaczała wieczną młodość, nie sądzę, żeby ktoś powiedział: "Nie, ja tego nie chcę". No właśnie. I to jest punktem wyjścia książki Drew Magary'ego "Nieśmiertelność zabije nas wszystkich".
Przewrotny tytuł, ale jak się okazuje w miarę czytania bardzo dobry. O co bowiem chodzi w tej książce? Grupa naukowców opracowuje rodzaj sztucznego wirusa, który wprowadzony do ciała człowieka zapewnia mu wieczną młodość. Jak możemy się domyślać, oddziałowuje na poziomie chromosomalnym, albowiem starość jest efektem nakładania się na siebie błędów reduplikacyjnych DNA. Gdyby powtarzalność procesów, o których tu mowa, była bezbłędna, nie starzelibyśmy się w ogóle. To właśnie postanowiono wykorzystać. Początkowo kuracja wirusem jest nielegalna, ale mimo to John Farrell, młody prawnik, postanawia z niej skorzystać. Płaciwszy odpowiednią sumę pieniędzy zostaje poddany zabiegowi. Razem z nim decyduje się na to jego dziewczyna Katie. Jednak nie dotarłszy na miejsce ginie w zamachu.
Wkrótce potem kuracja wirusowa zostaje zalegalizowana i od tej pory każdy, kto tego chce, może się poddać utrwaleniu. Szybko jednak dochodzi do pewnego ograniczenia. Powstaje prawo mówiące, że tylko do pewnego wieku można to zrobić. Także ludzie, którzy są na to zbyt starzy, zostają zepchnięci na margines nowego społeczeństwa. Konflikt między nieśmiertelnymi a tymi, którzy zostali skazani na śmiertelność, to tylko jeden z problemów. Przewartościowaniu ulega cały system moralny. Religie okazują się niepotrzebne, związki międzyludzkie rozpadają się, a to dopiero początek koszmaru. Jak się okazuje, nieśmiertelność stanowi straszliwą pułapkę. Drew Major nie jest pierwszym, który podejmuje taki temat. W swoim czasie Henry Kuttner napisał powieść pod tytułem „Nieśmiertelny”.
Tam też mamy dwie kasty: ludzi śmiertelnych oraz stanowiący elitę nieśmiertelni, którzy tak naprawdę nieśmiertelni nie są, ale żyją znacznie dłużej i się nie starzeją. Na naszym terenie podobny temat podejmował też Stanisław Lem, Janusz Zajdel. Wszystkie te wizje były dość ponure, jednak Drew Major przebił wszystkich. Jego książka jest niezwykle pesymistyczna, a przy tym napisana tak dobrze, że człowiek nie może się od niej oderwać. Chcąc nie chcąc uczestniczy więc w rozkładzie społeczeństwa zdominowanego przez ludzi obdarzonych wieczną młodością, w konsekwencji teoretyczną nieśmiertelnością, którzy w końcu mają tego serdecznie dosyć. Kiedyś, dawno temu, kiedy jeszcze byłam w liceum, czytałam książkę pod tytułem „Koniec końców” i to był ten sam temat. Społeczeństwo podzielone na tych, których określone cechy fizyczne pozwoliły na unieśmiertelnienie i na tych, których to ominęło. Czy zawsze wizja musi być taka sama? Cóż, rozwój medycyny pokazuje aż nazbyt jasno, że wiele rzeczy dostępne jest tylko dla bogatych. Ludzi, których nie stać na kosztowne zabiegi, jest oczywiście wielokrotnie więcej.
I mamy właśnie taki podział. Tylko że jak na razie operacje plastyczne, transplantologia i cała reszta nie gwarantują nieśmiertelności. Przeciwnie, są w zasadzie tylko zabiegami kosmetycznymi, albowiem człowiek i tak umiera. Nawet Rockefeller, któremu przeszczepiano serce bodajże siedem razy, przez co biorąc pod uwagę standardowe procedury, ma na sumieniu co najmniej pięciu ludzi, którzy z jego winy nie doczekali przeszczepu. Umarł, przekroczywszy setkę, ale umarł. Ponieważ śmierć jest jedynym sprawiedliwym na tym świecie. Nie zważa na to, czy ktoś jest biedny, czy bogaty, sławny czy niesławny, dobry czy zły, piękny czy brzydki. Nie ma to dla niej znaczenia. Przychodzi i koniec. I nie ma z nią żadnej dyskusji.
Może dlatego uczeni od początku powstania czegoś takiego jak nauka, usiłują z nią walczyć. Już założyciel Chin był pojony przez swoich lekarzy eliksirami mającymi zapewnić mu nieśmiertelność. Co prawda mocno się zawiódł, ponieważ wtedy nie wiedziano o wielu rzeczach, a składnikiem tych eliksirów była głównie rtęć, więc nie tyle mu to przedłużyło życie, co po prostu je skróciło i to dość znacznie. Ale od tego się zaczęło. Cała alchemia, poszukiwanie kamienia filozoficznego miało w podtekście szukanie eliksiru nieśmiertelności. Ludzie pragnęli być nieśmiertelni za wszelką cenę. Ale czytając takie książki jak „Nieśmiertelność zabije nas wszystkich” zadajemy sobie pytanie: po co? Po co? To prawda. Boimy się śmierci, nie chcemy przestać istnieć, ale nie jesteśmy gotowi na nieśmiertelność.
Nie wiadomo, czy w ogóle potrailibyśmy ją udźwignąć. Tak, to tak właśnie wygląda. Być może tak bardzo cenimy nie tylko życie, ale również to, co ze sobą niesie. Miłość, przyjaźń, wszystkie kruche i przemijające rzeczy. Właśnie dlatego, że mamy w perspektywie odejście z tego świata. Kiedy to się skończy, kto wie, jakim tropem podąży nasz rozwój duchowy. Cóż, wszyscy miłośnicy postapo, miłośnicy fantastyki powinni znać tę powieść. Jest bardzo dobrze napisana i świetnie ujmuje sedno problemu. Polecam ją z czystym sumieniem. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:24:48] - Tak, Piotr Cielebiaś jeszcze nie poszedł do domu, bo czas, proszę państwa, na UAP. A w MAUPie dzisiaj klasyk. Klasyk, na którym oczywiście się potknę, bo robiłem nawet mały research, jak naprawdę wymawia się to nazwisko i wszyscy mówili swoją wersję, ale nikt nie był na 100% pewny. Więc ja użyję tej formy: Sitchin. A może Sitchin? Nieważne. W każdym razie jeśli powiem, że dzisiaj wspólnie z Piotrem mówimy-
[01:25:23] - Tak jak chyba Arnold Mostowicz pisał: Sitchyn.
[01:25:26] - A może Sitchyn? Naprawdę, już słyszałem, proszę państwa, te wersje przytoczone przez Ivelliosa i przeze mnie to są wersje lightowe. Już się zetknąłem w YouTubie. Jakie?
[01:25:40] - Sitchyn.
[01:25:41] - Może Sitchyn. W każdym razie ja się na YouTubie i nie tylko na YouTubie zetknąłem już naprawdę z dziką wymową tego nazwiska. No cóż, jak ma się takie trudne nazwisko, to trzeba się z tym liczyć. Ale jeśli powiem, że dzisiaj mówimy o książce „Dwunasta planeta”, to powinno być wystarczające, aby państwa zachęcić. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:26:14] - Witam. Jest 12 września, właśnie tego dnia nagrywamy i zupełnym przypadkiem dziś porozmawiamy o „Dwunastej planecie” i o jej autorze Zecharia Sitchinie. I tutaj ciekawa rzecz. Słyszałem chyba z pięć wersji tego nazwiska: Sytczyn, Sicin, Sitkin i różne inne. My dzisiaj chyba będziemy używać wersji Sitchin.
[01:26:42] - Tak, to była taka wstawka dla wszystkich purystów albo pseudopurystów językowych, którzy wiedzą jak. Przyznam się państwu, że ja już różnych osób pytałem, nawet native speakerów anglojęzycznych, bo to w końcu ten język. Nie bardzo. Kręcili nosami, nie podejmowali się, nie byli pewni, jak to właściwie należy wymawiać. W związku z tym hulaj dusza, piekła nie ma. Mówimy jak chcemy. „Dwunasta planeta”. Nie wiem, od czego zacząć. Może od małego hołdu lennego. To dobry będzie hołd, ponieważ na początek trzeba chyba mówić o rzeczach dobrych, bo jeśli coś zrobiło w tej książce na mnie wrażenie, to głębokość analizy porównawczej bogów z różnych okresów historii, z różnych kultur.
Moim zdaniem jest to zrobione świetnie. To jest zdanie laika, od razu sobie o tym powiedzmy. Nie siedzę aż tak głęboko w mitologiach, w przekazach kultur z Bliskiego Wschodu, żebym autorytatywnie stwierdził: tak, on ma rację albo nie, absolutnie się myli. Nie wiem. Natomiast w pierwszej części „Dwunastej planety”, tej książki, jest drobiazgowe zestawienie, jak to przedstawiali jedni, drudzy, trzeci, poszczególne kultury, które w tym pasie, na tym obszarze żyły. I to dla mnie było porażające w tym sensie, że robi wrażenie. Nie jestem w stanie, powtarzam, zweryfikować tego, ale te wszystkie nawiązania do bogów z rogami to bardzo ważny element, który Sitchin podkreśla. Bogowie z rogami, porównanie opowieści z różnych kultur. To naprawdę robi wrażenie. I ja wiem, że nasz autor ma tak zwaną złą prasę, mówiono, że on tych języków tak naprawdę nie znał albo znał je nie tak, jak trzeba i źle tłumaczył, źle interpretował, w ogóle wszystko robił źle.
Być może, ale ja dochodzę do wniosku, że mimo wszystko, być może pisał pod tezę, nie wykluczam tego, ale wykonał ogrom pracy. I często jest tak, ja to często spotykam w internecie, wielu ludzi Sitchina skrytykowało, po czym okazuje się, że bardzo często powołują się na jego argumentację, na jego studia porównawcze poszczególnych religii, poszczególnych przekazów. I to mnie troszeczkę zastanawia.
[01:29:49] - Od czego tu zacząć? Odniosę się do tego, co powiedziałeś w związku z analizą porównawczą. Ogólnie w tej tematyce, po której się Sitchin poruszał, mamy pewien problem. Problem wynika z tego, że kolejne kultury dziedziczyły po tajemniczych Sumerach ich wierzenia, ewentualnie coś do nich dodawały. I mamy pewną ciągłość od Sumerów po Babilon tych wzajemnych zapożyczeń. I chaos się totalny wkrada wtedy, kiedy zaczynamy operować imionami na przykład, bo nagle się okazuje, że de facto mówimy o jednym bogu, ale tak naprawdę nie. I dopóki sobie tego nie uświadomimy, to też nie zrozumiemy specyfiki tej, że tak powiem, mezopotamskiej mitologii. Ja lubię ten termin, bo on nam to bierze wszystko w taką pewną ciągłość, w taki zbiór. Bo gdybyśmy nagle mówili o różnicach między Akadem a Asyrią, a Babilonią, a Sumerem, to już jest naprawdę kwestia wysokiej specjalizacji. Ale ja zacznę od czegoś takiego: co nowego można w ogóle powiedzieć o tej postaci, o „Dwunastej planecie”, o którym przecież tyle razy już w różnych audycjach rozmawialiśmy?
Pomyślałem sobie o czymś takim, że gdzieś pod koniec pierwszej dekady tego wieku kontaktowałem się z Sitchinem. Robiło się to przez jego sekretarza. Kontaktowałem się w kwestii wywiadu. On już wtedy był osobą mocno leciwą, w złej formie był. Pewnie podyktował maila, że okej, ale za jakiś czas, bo nie może. I niestety zmarł. Napisał jeszcze dwa zdania o królowej Puabi, o której swoją drogą nagrałem materiał. To był taki ostatni projekt, można tak chyba powiedzieć, Sitchina, próba podsumowania jego życia badawczego, jego twórczości. On chciał przebadać szczątki pewnej arystokratki, która mogła mieć jego zdaniem pozaziemskie geny, mogła być trochę Annunaczką. Oczywiście nic z tego nie wyszło.
Sitchin zmarł w roku 2010. Nie doczekał on renesansu dziedziny, którą się zajmował. Nastała ona dzięki serialowi „Starożytni kosmici". Serial wystartował w 2009 roku. Sitchin zmarł rok później. Ja nie pamiętam, szczerze mówiąc, czy on tam wystąpił, czy nie. Możliwe, że był. Może. Nie wracałem już do pierwszego sezonu „Starożytnych kosmitów", natomiast był jednym z głównych inspiratorów tej serii. „Dwunasta planeta", jego klasyczne dzieło, de facto ciągnie się za nami cały czas, bo kiedy się przyjrzymy temu, jakie ona wywołuje, nie wiem jakiego słowa użyć, emocje to może nie, ale jakie są echa tej książki, to się zorientujemy, że Sitchin jest jednym z najbardziej kulturotwórczych i oddziałujących na popkulturę autorów XX wieku i XXI też.
Dlaczego? Zauważcie ostatni przykład. Kiedy się okazało, że zaczyna się mówić na poważnie o obcych, kiedy się mówi o tych ukrywanych obiektach UFO, o hipotezie kryptoziemskiej, to się wszystko strasznie zmieniło. Narracja na temat UFO, obcych się strasznie zmieniła w ciągu roku. Tak naprawdę koniec końców zawsze nam wraca gdzieś koncepcja Sitchina. Mowa tu nie tylko o koncepcji idei starożytnych astronautów, która i tak nie jest jego autorstwa, ale o tych różnych możliwych scenariuszach mówiących o tym, jak obcy na Ziemi mogli się pojawić i co mogli tutaj robić. Bo Sitchin miał dużo większy wpływ na paleoastronautykę i na internet niż na przykład Däniken. Anunaki, istoty kierujące ludzkością z tylnego siedzenia. To jest coś, o czym czytamy w internecie do dzisiaj. Tutaj używam takiego zbiorczego słowa w internecie, to znaczy istnieją pewne popularne przekonania, na które się natykamy na różnego rodzaju serwisach.
To są takie teorie zwane spiskowymi, które krążą bardzo często, mają wielu zwolenników, ale przecież to nie tylko Annunacy, Anunaki, to jest Sumer, to jest planeta X. To wszystko nadal gdzieś nam krąży w sferze internetowej. I chociaż nie wszyscy biorą to na poważnie, a Nibiru ma raczej taki wydźwięk stuprocentowej teorii nienaukowej, to kiedy spojrzymy na to z boku z perspektywy badacza, obserwatora kultury, to widać dorobek Sitchina. Co ciekawe, Marku, on sprawiał takie wrażenie albo dawał takie wrażenie, że o tym wszystkim mówi i pisze na poważnie. O ile Däniken to był taki pędziwiatr, trochę przygodowe te książki były, lubiał sobie farmazonu puścić, to Sitchin wydawał się na jego tle tak naprawdę naukowcem. Ja nie mówię, że Däniken jest jakąś wyrocznią, natomiast kiedyś mówiliśmy o jego książce i tam padły takie ważne słowa, że to jest najbardziej, nie może zasłużony albo najbardziej poczytny autor. I jak powiedziałeś, Sitchinowi wiele zarzucano. Mówiono, że nie jest tak naprawdę ekspertem od języków starożytnych, że jest samoukiem, że z braku wiedzy on źle interpretuje pewne informacje i źle odczytuje konteksty. To szczególnie mówiono w kwestii dosłownej niekiedy interpretacji mitów, przez niego mitów i eposów. Jednak sukces „Dwunastej planety" był duży, pomimo że nie jest ona łatwą książką w odbiorze i momentami, zaryzykuję stwierdzenie, nie jest nawet atrakcyjna.
[01:35:39] - Zdecydowanie nie jest atrakcyjna. Mówię to i biorę w cudzysłów. Dlaczego? To wszystko zależy, co państwa kręci. Ja akurat lubię, po pierwsze lubię grube książki. Ta nie jest gruba, ale to tak zaznaczam, że w jakimś tam stopniu jestem niestandardowym czytelnikiem. Po drugie lubię takie zabawy porównawcze. Może to pejoratywnie brzmi, w każdym razie takie akcje porównawcze, które Sitchin robi i na mnie to wywiera spore wrażenie. Nie potrafię oczywiście zweryfikować, ile w tym wszystkim prawdy, ile tej interpretacji Sitchina jest rzeczywiście takiej prawdziwej, a ile to jest wszystko wyssane z palca. Nie, ja w ogóle nie zajmuję się tym.
Zajmijmy się materią książki. Weźmy ją tak literalnie, jak to sobie czytamy, to to naprawdę jest lektura powalająca. Oczywiście i tu od razu zaznaczę, Piotr to powiedział, ja jeszcze dobiję do końca. Jeśli państwo nie lubicie historii, ale takiej napakowanej faktami, napakowanej różnymi szczegółami, to to nie jest książka dla was. Natomiast jeśli taka drobiazgowa analiza państwa nie przeraża, gdzie tam czasami się porównuje fragmenty, strzępki jakichś mitów, jakichś przekazów, to jest fascynujące dzieło. Tak, słowa dzieło używam jak najbardziej świadomie. Tak Ponieważ mnie w jakiś sposób odbiera głos, kiedy porównuję te wszystkie, musiałem się wrąbać oczywiście w takie porównania. Porównuję porównania. Dobrze, niech będzie. Porównuję porównania, które przekonuje Sitchin poszczególnych kultur albo takich podkultur, które się pojawiały w Mezopotamii.
Dla mnie to jest absolutnie fascynujące. Nie wiem, powtarzam, muszę to podkreślić, nie wiem, jak było z fachowością Sitchina. Nie wiem, czy on to znał, czy wydawało mu się, że znał, czy interpretował poprawnie, czy niepoprawnie. Nie wiem. Natomiast „Dwunasta planeta” to jest dzieło w jakiś sposób pełne. Jeśli przyjmiemy, że Sitchin naszym przyjacielem jest i przeczytamy tę książkę, to coś nam się w głowie przestawi. Nie mówię, że zmieni, ale przestawi. Zaczniemy patrzeć na pewne sytuacje, na pewne przekazy troszeczkę inaczej. Nie wiem, czy właściwie, ale wierzcie mi państwo, być może brak atrakcyjności dla niektórych tej książki wynika z tego, że Sitchin posługuje się metodą naukową charakterystyczną dla nauk humanistycznych, czyli porównuje, porównuje, porównuje i jeszcze raz porównuje. I to z punktu widzenia odbiorcy przyzwyczajonego do łatwych treści, jakie na przykład serwuje Däniken i inni autorzy opowiadający o paleoastronautyce albo na przykład treści, jakie podawane są w serialu „Starożytni kosmici”, to Sitchin wypada mało atrakcyjnie, bo on dłubie, dłubie, dłubie, porównuje, porównuje, porównuje.
I w pewnym momencie, co słabsi nerwowo mogą krzyknąć: „Do cholery, ile można porównywać, ile można zestawiać ze sobą?”. Okazuje się jednak, że tego rodzaju metoda ma swoje plusy, żeby powiedzieć o Sitchinie, że on się nie zna, w ogóle głupie to jest i w ogóle teoria może nie spiskowa, ale jakaś taka, o kosmitach pisze. Bzdura. Ciężko jest to zarzucić Sitchinowi, ponieważ ogrom pracy, ogrom materiału porównawczego sprawia, że trzeba się postarać, żeby mu wykazać, że się myli. I ja podkreślam, ani brat, ani swat ten Sitchin dla mnie. Natomiast myślę, że warto powiedzieć o tym, czy go lubimy, czy nie lubimy, że jednak kawał pracy w tej książce widać.
[01:40:30] - Tak, tutaj zauważyłeś bardzo dobrze, bardzo trafnie, że widać, w jaki sposób podchodzi on do tematu, a szczególnie to chyba dobrze widać, kiedy oglądamy serial „Starożytni kosmici”, który stał się chyba karykaturą samego siebie. Ale polega to na tym, że kiedy oglądacie ten serial, kiedy go znacie, to pewnie to zauważyliście, że tam mamy wstawki kilkunastosekundowe, kilkudziesięciosekundowe, kiedy im więcej ktoś macha rękami, im więcej opowiada niezwykłych rzeczy, tym lepiej. Sitchin dawał podbudowę, podbudowę, na której oni się wszyscy ślizgają tak naprawdę, bo żaden z tych autorów, większości tych stałych gości serialu „Starożytni kosmici” tak naprawdę nie ma pojęcia o tym, o czym mówi. Tam im krzykliwsza historia, im krzykliwszy materiał wejściowy, tym lepiej. Ale od tego trzymajmy się na razie z dala. „Dwunasta planeta” pokazywała, że można poszukiwać śladów interwencji obcych w mitach i legendach. W kolejnych swoich książkach Sitchin oczywiście rozwijał temat, interpretując eposy jako chociażby zapisy wojen na Ziemi pomiędzy Anunnakami toczonych. Anunnakki mieli tutaj spędzić setki tysięcy lat. Mieli oczywiście stworzyć człowieka jako swojego niewolnika. Popadli z czasem w uczłowieczenie, stali się bardzo ludzcy.
I w konflikty. Koniec końców opuścili Ziemię. I tutaj już się nam robią meandry i koronki. Ja myślę, że o tym, co zapoczątkowała „Dwunasta planeta”, też warto powiedzieć. Przybywało krytyków mówiących, że jednak mitów, eposów nie należy traktować dosłownie i że niekiedy Sitchin nadinterpretuje. Ale skoro miał materiał wyjściowy, to chyba mógł sobie na to pozwolić. Nie mówię, że miał rację, ale skoro się powoływał na materiał źródłowy, to była to po prostu jedna z interpretacji. Ale pojawiał się kolejny problem. Gdzie są fizyczne dowody na jego scenariusz dziejów? On oczywiście pisał o tym głównym kosmoporcie Annunaków, o kopalniach gdzieś tam na południe Afryki, ale jakoś archeologów to nie za bardzo przekonywało.
Kiedy natomiast, moim zdaniem, przyszedł dla Sitchina trudny okres? W roku 2012, kiedy w powszechnym mniemaniu internautów w ramach teorii spisku miało powrócić Nibiru. Pamiętacie. Ale to był czas trudny, ale paradoksalnie też taki, kiedy wiele osób odkryło już pośmiertnie twórczość Sitchina na nowo. Uważam, pomimo to, pomimo w miarę, nie wiem, czy laurki, jaką mu wystawiłem, bo to też nie jest tak, że ja Sitchina oceniam jakoś bardzo pozytywnie. Z jednej strony uważam, że „Dwunasta planeta” otworzyła bardzo duży, bardzo gruby rozdział w historii popkultury, przede wszystkim w historii ufologii, ale też doszło do pewnych nadinterpretacji. I pomimo że Wiesz Marku, kiedy mowa o popkulturze, o tej sferze nawet kultury internetowej, trudno powiedzieć, że się kogoś ceni. On zasiał pewne ziarno. Tutaj może się trochę zapętliłem. Natomiast chodzi mi o to, że pomimo że jakoś doceniam jego wkład, uważam, że jego książki są trudne.
Im dalej, tym bardziej są monotonne i choć są skrupulatne i konsekwentne w tłumaczeniu pewnych rzeczy, w pewnych uzasadnieniach, to niekiedy jest tak, że nie ma zabawy. Nie jest to fajna zabawa dla czytelnika. Nie każdy to lubi, nie oszukujmy się. Poza tym w pewnym momencie, na pewnym stopniu uniwersum Sitchina stało się tak rozbudowane, o tym już wspominałem w różnych audycjach, że powstał nawet przewodnik po tym świecie dla tych, którzy nie umieli tego ogarnąć. Bo te zależności między poszczególnymi bóstwami, anunakami, półbogami, jak ich zwał, tak zwał, były tak rozbudowane jak u jakiegoś Tolkiena albo jeszcze bardziej. I tutaj była pewna pułapka. Tutaj był bardzo gląski grunt tak naprawdę, bo moim zdaniem „Dwunastej planety” nie możemy oceniać w odcięciu od tego, co ona wywołała, bo to był tak naprawdę wstęp. Wstęp do pewnego uniwersum, wstęp do pewnej historii. Niestety, im ten kłębek się bardziej rozwijał, tym to wszystko stawało się bardziej zawiłe, paradoksalnie. Niemniej jednak Sitchin, czy się z nim zgadzamy, czy nie, jest jednym z pisarzy ufologicznych, którzy odcisnęli największe piętno na tej dziedzinie, ale i na internecie, a przynajmniej na tej części internetu, w której my się poruszamy.
Na pewne teorie spiskowe, na pewne wyobrażenie o historii on też miał niezwykle wielki wpływ. I zobacz po raz kolejny na paradoks. Pomimo tego, że wylewano mu kubły na głowę pomyj, mówiono, że on tam nie ma o tym pojęcia, to koncepcje Sitchina wracają regularnie. Za każdym razem, gdy mówi się o planecie X, o dziewiątej planecie, o obcych, to chciał nie chciał, idąc tropem, zgłębiając temat, w którymś momencie zawsze natkniemy się na Zecharia Sitchina.
[01:46:04] - Westchnę sobie, bo przypomniałem, jak rozbudowany jest to uniwersum Sitchina. Przypomniałem sobie, w swoim czasie na ostatnią stronę Nieznanego Świata pisałem takie polecanki i pewnego dnia Marek Rymuszko zlecił mi, żeby zrobić całą tę stronę, czyli tam się mieściło na ogół kilkanaście tytułów, zrobić właśnie o Sitchinie, o jego książkach. I wtedy, chcąc nie chcąc, musiałem w dosyć szybkim tempie przewertować jego twórczość. I ja wtedy mówię: „Wow, niesamowite, po prostu niesamowite”. Zrobiłem tę stronę, ale wtedy zdałem sobie sprawę z tego, o czym powiedział Piotr przed chwilą, że „Dwunasta planeta” otworzyła puszkę Pandory, czy też z Pandorą, jak chcieliby politycy. Otóż wywołała naprawdę ruchy tektoniczne, jeśli chodzi o pewną świadomość, o to, co ludzie sobie wyobrażają. I bardzo dobrze. Ale tak jak Piotr powiedział, bo jak Däniken pisze, to mamy wrażenie, że czytamy przez porównanie dalekie „Władcę Pierścieni”. To się wszystko toczy, bitwy i tak dalej. Ale pamiętajcie państwo, że Tolkien stworzył również „Silmarilliona”, co poniektórzy, a konkretnie Wojtek Sedeńko, „Silmarilliona” nazywa książką telefoniczną fantasy.
No bo tak to tam w tym „Silmarillionie” niestety jest, że tam nazwiska, nazwiska, nie, imiona, imiona, imiona i w ogóle pełno faktów. Troszeczkę tak jest u Sitchina, że on w przeciwieństwie do Dänikena nie idzie w tę łatwą narrację, tylko trochę taką metodą naukową. Powoli fakty gromadzi. Czy coś z tego wyjdzie? A to się okaże. W każdym razie miejmy świadomość tego, że mamy do czynienia z wielką pracą i cały czas to podkreślam. Nie jestem w stanie tej pracy ocenić, ale jestem pod dużym wrażeniem. „Dwunasta planeta”, tak jak Piotr powiedział, otwiera pewien rozdział, pewien cykl, pewne uniwersum. Ważne, żeby mieć świadomość tego, że to istnieje. No bo „Dwunasta planeta” to jest taka książka, a może warto sprawdzić, dlaczego dwunasta planeta?
To chociażby pytanie. Bo troszeczkę inaczej starożytni postrzegali kosmos, wszechświat, planety. Dlatego ona była dwunasta. Co więcej, mam takie wrażenie, kiedy mówimy o Sitchinie, że bardzo łatwo rzuca się kamieniem w tego autora. Ja już czytałem takie komentarze w internecie: „Sitchin głupi był, nie wiedział, co pisze, źle to wszystko rozumiał” i tak dalej. Chyba bym się nie odważył. Nie wiem, podkreślam to po raz enty, nie wiem, co wiedział, a czego nie wiedział Sitchin, ale musimy przyjąć dwie hipotezy robocze. Albo Sitchin był kompletnym wariatem i po prostu tak jak wariaci pisał i bez sensu to wszystko. Albo też miał pewną ideę, miał pewną wiedzę i starał się tę ideę za pośrednictwem tej wiedzy nam przekazać. Ja przychylam się do tej drugiej interpretacji.
Mam wrażenie, że jeśli nawet Sitchin w jakichś momentach mylił się, źle interpretował, to dobrze, pomylił się, ale myślę, że jeśli chodzi o całość, to może mieć sporo racji. I jeszcze jedna sprawa. Otóż my bardzo łatwo rzucamy takim argumentem, że Sitchin źle interpretował mity. Interpretacja mitów to jest osobna sztuka albo nauka, to, co sobie państwo wybierzecie. Jeśli sięgniecie po klasyczne dzieło George'a Jamesa Frasera „Złota gałąź”. Otóż grubaśny tom poświęcony jest pewnej interpretacji pewnego mitu. Ale czy ta interpretacja jest prawdziwa? To już jest zupełnie inna sprawa. Fraser daje nam swoją interpretację i troszeczkę byłoby głupio, gdybyśmy powiedzieli: „Ale on nie wie, o czym pisze, nie wie, o czym mówi, w ogóle nic nie wie”. Być może ta jego interpretacja jest zła, niepoprawna, nadinterpretowuje, ale zarzut, że on nie wie, o czym pisze, jest co najmniej zabawny i troszeczkę per analogiam jest w przypadku Sitchina.
Naprawdę państwo wierzycie w to, że on klechdy nam opowiadał, bajki? Myślę, że nie.
[01:51:16] - Tutaj jest pewna pułapka wynikająca z perspektywy historyka zawodowego, bo po pierwsze musimy zadać pytanie, jaką ten Sitchin miał specjalizację, jeżeli idzie o te języki starożytne, jakie miał rozeznanie w badaniu pewnych niuansów. Te niuanse są często bardzo znaczące. Przy czym ja nawet na studiach będąc, spotkałem się z opiniami starożytników, którzy mówili: „A wiecie, to tak naprawdę nie do końca są żarty”. Oni nie mówili zwykle więcej, dlatego, że sami nie mieli dobrego rozeznania akurat w tych wąskich wycinkach historii. Co trzeba wiedzieć? Jeżeli mowa o starożytności, w ogóle jeżeli mowa o źródłach, to trzeba mieć świadomość, że są często specjaliści od najdrobniejszych rzeczy, najdrobniejszych opisów, najdrobniejszych okresów literatury. I tak naprawdę bardzo jest trudno zrobić jakąś syntezę, bardzo jest trudno napisać coś, co nam podsumuje pewne tematy. Wiesz, Marku, o co chodzi. Chodzi o to, że zauważ, jak jest mało opracowań, które nam odpowiedzą konkretnie na pytanie, jak ta religia mezopotamska wyglądała. Bo łatwiej się jest skupić na wycinku, na pewnym szczególe, na przykład uczesanie boga w jakimś wieku, niż na syntezie, na całości.
Niestety tak wygląda praca historyków, że oni się czepiają tych szczegółów. Bo spojrzeć na całość z perspektywy, to jest już pewna sztuka. Trzeba mieć ogromną wiedzę i się trzeba zawsze przygotować na krytykę. Sitchin się na to porwał. Czy on znał te języki, czy nie? Nie wiem, ale dopuścił się pewnej interpretacji. Miał do tego pełne prawo. Tylko że kiedy zaczął wchodzić w te meandry, w te szczegóły, to pewnie już zwrócił uwagę tych, którzy byli specjalistami od tych najdrobniejszych rzeczy. I oni mu wtedy mówili, że tu był błąd, tu był błąd, tu był błąd. Okej, absolutnie się z nimi zgadzam, ale pomimo wszystko było to uderzenie w pewne struny.
Była w tym też pułapka. Pułapka polegała na tym, że hipoteza Sitchina, w ogóle to, co nazywamy jego uniwersum, było bardzo rozbudowane. Odnosiło się do rzeczy tak naprawdę bardzo ważnej. To nie były jakieś zaszłości, które dało się ukryć. To była mowa o funkcjonowaniu na Ziemi cywilizacji, która istniała kilkaset tysięcy lat, która miała określone cele. Gdzie są jej pozostałości? To jest chyba pierwsze pytanie, które się ciśnie na usta, kiedy ktoś czyta Sitchina. On nam tam odpowiada. On nam pokazuje, gdzie one mogą być. Sugeruje, co się mogło z nimi stać.
I to można już kupić, można tego nie kupić. Reasumując, podsumowując, na pewno był najpoważniejszym, jeżeli idzie o, nie chcę powiedzieć sferę badawczą, ale najpoważniejszym, jeżeli idzie o pewne analizy porównawcze, autorem z tej dziedziny. I nie wiem, czy się znajdzie drugi taki. Ja, ponieważ poruszam się w internecie i ponieważ widzę, w co ludzie wierzą, jak do pewnych rzeczy podchodzą, w którą stronę idą ich interpretacje związane na przykład z historią starożytną, to doceniam bardziej. Jak mówię, ja tego nie doceniam, ja to widzę. Bo kiedy powiem, że doceniam, to tak, jakbym się z tym zgadzał. Ale widzę straszny wpływ kulturotwórczy Sitchina na pewne koncepcje, które się szerzą w internecie. I on zostanie zapamiętany. To będzie taki Charles Fort naszych czasów. Charles Fort to był facet, o którym zrobiliśmy kiedyś z Markiem odcinek.
Nazywany jest jednym z ojców współczesnej paranormalistyki, a także ufologii, ale mało kto o nim pamięta. I Sitchin dla przyszłych pokoleń, które będą powtarzać pewne koncepcje, pewne hipotezy, oczywiście takie z pogranicza, będzie właśnie takim Charlesem Fortem, dawnym wujkiem, kolesiem, który kiedyś o tym pisał, ale też takim, który te koncepcje tak naprawdę zapoczątkował i wymyślił. A czy one są prawdziwe, czy nie? Oho, to już musicie sami zadecydować.
[01:55:47] - A ja na koniec chciałbym powiedzieć coś, co się wyda państwu troszeczkę od czapy. Otóż dawno, dawno temu, w latach 80. wyszła książka profesora Tadeusza Grudzińskiego „Bolesław Śmiały, Szczodry i biskup Stanisław. Dzieje konfliktu”. Książka napisana w- W końcu przez, powiedziałem, profesora naukowca. Proszę państwa, to był ktoś. A jednak ta książka była napisana na podstawie szczątkowego materiału źródłowego, bo innego nie mogło być. Bo te czasy, o których mowa, były ogólnie słabo opisane. Raczej to takie notki się na ten temat znajdowały, a jednak profesor był w stanie stworzyć na ten temat całkiem solidną, jeśli chodzi o objętość, książkę. Na pewno ta książka mogłaby być porównywalna z „Dwunastą planetą”.
Na podstawie, powtarzam, skromnego niezwykle materiału źródłowego, a więcej było w tym wszystkim interpretacji i takiego myślenia, którego podobno historycy nie lubią. Wydaje mnie się, że to było tak albo inaczej. Okej, to jeśli chodzi o Sitchina, to on tego materiału miał do interpretacji znacznie, nieporównywalnie więcej niż profesor Grudziński. Warto również o tym pamiętać.
[01:57:23] - Ja tylko dodam, że jeden z wiodących polskich mediewistów napisał kiedyś bardzo znaczącą książkę z bardzo znaczącą hipotezą, która opierała się tak naprawdę o poszukiwaniach w książce telefonicznej. To jest chyba dobre zamknięcie. I to już było naukowe.
[01:57:47] - Cóż, nie minęły jeszcze wakacje, ale powoli czas przywyknąć do szarej codzienności niewakacyjnej. Dlatego, żeby tak państwu delikatnie wprowadzać rok akademicki, to postanowiłem dzisiaj wrócić do audycji, którą tworzyła i tworzy w dalszym ciągu Kamila Ciołko-Borkowska. To jest audycja zatytułowana „Pisząca z fiordami”. Dzisiaj kolejny odcinek, już 14., zatytułowany „Dylematy początkującej pisarki”. Nie, to nie jest tytuł. To właściwie jest podsumowanie tego, o czym Kamila Ciołko-Borkowska mówi w swojej audycji. Właściwie w wielu odcinkach o tym wspomina, bo Kamila już pisarką jest, ale w dalszym ciągu szereg dylematów musi na swój prywatny użytek, ale także dla państwa roztrząsnąć, rozstrzygnąć. W każdym razie musi o nich opowiedzieć. Przypomnę Kamila Ciołko-Borkowska „Pisząca z fiordami”. Zapraszam.
[01:59:02] - Dobry wieczór, zapraszam na kolejne spotkanie z dylematami początkującej pisarki, czyli mnie oczywiście, w których jak najbardziej możecie odnaleźć też swoje własne dylematy, swoje własne rozterki. Dziś weźmiemy na tapetę, znaczy ja wezmę, a wy posłuchacie. Na tapetę wezmę coś dość istotnego w pisaniu, bo siadamy sobie do pisania i to nie jest tak, że usiądziemy i napiszemy historię od początku do końca, bez żadnych przerw, bez żadnego zastanowienia, bez żadnej refleksji. Tak to nie ma. I dziś chciałabym porozmawiać na temat wątków. Kiedyś już ten temat był poruszany, jednak był on jako element składowy któregoś ze spotkań. Już teraz dokładnie nie pamiętam którego. Jednak kilka razy chyba temat wątków przewinął się w naszych spotkaniach i dziś postanowiłam troszkę bardziej zagłębić się w ich temat, w ten problem. Dlaczego? Ano dlatego, że spotkać się można bardzo często z wątkami płytkimi, źle poprowadzonymi, niedokończonymi w opowiadaniu czy w powieści.
Chociaż w powieści zdarza się to zdecydowanie częściej niż w opowiadaniach. W opowiadaniach łatwiej jest poprowadzić wątki, ponieważ opowiadanie to jest krótka forma pisarska i tam, o ile łatwiej jest wyłapać wszelkie błędy i nieścisłości, o tyle trudniej jest spaprać, że tak powiem brzydko, jakikolwiek wątek. Można? Ja nie mówię, że nie. Można, ale jest to trudniejsze niż w powieści. I zapytacie zapewne, skoro o tym mówię, czy ja nie mam takich problemów? Podczas pisania nie robię błędów podczas tworzenia wątków? A gdzieżby! To jest także mój problem i ja się ciągle tego uczę. I wy też powinniście bardzo skrupulatnie podejść do tej części tworzenia waszej historii.
Ponieważ nie sama historia, nie tylko ten wątek główny jest najważniejszy, ale te wszystkie wątki poboczne są też bardzo istotne, a czasami powiedziałabym, że mogą być na równi z tym wątkiem głównym, ponieważ bardzo często, gdyby nie wątek poboczny, wątek główny nie zostałby na przykład rozwiązany czy nie zostałby prawidłowo poprowadzony. Różnie z tym bywa. I zaczniemy od tego, że w opowiadaniu najczęściej mamy jeden wątek i to spaprać to jest naprawdę skomplikowana rzecz. Bardzo rzadko mamy dodatkowe wątki, jakieś tam gdzieś poboczne. Już sprawa inaczej się ma z powieścią, w której wątków powinno być zazwyczaj więcej. Zdarzają się powieści jednowątkowe, jednak nie oszukujmy się, jest to rzadkość. I teraz pytanie: jak autor powinien pracować nad tym, żeby te wątki jakoś scalały się? Bo to nie może być tak, że prowadzimy jakieś wątki i jakieś dodatkowe elementy historii i my to prowadzimy, prowadzimy, jest fajnie, pisze nam się super ekstra, ale na koniec książki okazuje się, że te wątki nijak się nie przenikają w sumie na koniec, nic nie wprowadzają do historii, do niczego czytelnika nie doprowadzają podczas czytania. To po co nam takie wątki? W tym, co piszemy, wszystko musi mieć jakiś sens.
I jeśli czytelnik nie widzi tego sensu gdzieś na początku, to musimy tak lawirować, żeby na końcu stuknął się w czoło i powiedział: „Kurczaki, to tutaj leży pies pogrzebany”. I to są te wątki, które teoretycznie na początku nijak się mają do całej historii, ale później gdzieś tam na końcu się wszystko wyjaśnia. I tak powinniśmy poprowadzić naszą opowieść, żeby wszystkie wątki w którymś momencie miały jakieś znaczenie. Bo jeśli przykładowo poprowadzimy wątek i mamy naszego głównego bohatera, który teoretycznie co może robić? Sprzedaje dom. I on ten dom sprzedaje, ale nie chce mówić, że w piwnicy ma duchy. I w międzyczasie prowadzimy też wątek sąsiadki, która wyplata swetry. Wszystko byłoby pięknie, ładnie, nie ma problemu, to można bardzo ładnie połączyć, ale na końcu okazuje się, że sąsiadka te swetry wyplata i one nie są w ogóle związane z tą naszą piwnicą, w której są duchy. Bum! Ten wątek trzeba wywalić.
I tutaj dochodzimy do pewnej najważniejszej rzeczy. Otóż jak pracować z wątkami? Wywalać. Jeśli widzimy, że wątek nie leży, to cały trzeba wywalić. Jeśli widzimy, że wątek się nie klei, musimy go wywalić. A przede wszystkim, jeśli mówimy teraz o pisaniu, to podczas tej pierwszej autorskiej redakcji, kiedy zdaje nam się, że wszystko ma ręce i nogi, odłóżmy tekst na jakiś czas. Ja o tym już tyle razy wspominałam podczas naszych spotkań. Odłóżmy tekst, niech on sobie poleżakuje, niech on sobie odpocznie, niech autor odpocznie. Niech my odpocznijmy sobie od tego tekstu, żebyśmy mogli na świeżo potem rzucić na niego okiem. Bo to jest tak, że we własnym tekście nigdy nie znajdziemy błędów, we własnym tekście nigdy nie będzie baboli i jakichś potknięć.
Ponieważ ja jako autor wiem, co ja chciałam napisać. Ja jako autor wiem, co chciałam przekazać. Czytelnik nie ma mojej wiedzy. Czytelnik czyta tylko to, co ja mu podałam na talerzu. Fakt, że on to sobie odbiera zupełnie przez swoje własne emocje, przez własne przeżycia. On przegląda to, co my napisaliśmy. On to czyta przez swoje własne soczewki i odbiera to zupełnie inaczej. Ale on nie ma tego, co ja miałam w głowie podczas przelewania tego na papier, tej historii. Dlatego jeśli podczas tej przerwy, podczas tego leżakowania i po tym leżakowaniu przede wszystkim, ja podczas czytania zauważam, że jakiś wątek kuleje, to mam dwa wyjścia z tego ambarasu. Albo siadam i poprawiam i tak to robię, żeby ten wątek miał ręce i nogi.
Ale jeśli ja widzę, że on w ogóle kuleje i przez niego cała historia kuleje i za moment się przewróci, wywalam. Fakt, że to jest sporo roboty. Ja w swojej książce miałam pewien wątek do wywalenia. Chciałam go poprowadzić i na początku faktycznie, kiedy ja widziałam tą historię w głowie, ten wątek miał sens. Ten wątek miał ręce, nogi, po prostu był boski. Tylko się nie śmiejcie, broń cię Panie Boże. W mojej nieboszczce miałam wątek nieboszczki zakonnicy, która ma masę kotów. I pierwotnie ona miała mojej nieboszczce, mojej bohaterce miała pomóc. I ja to widziałam, naprawdę. To był naprawdę bardzo fajny pomysł, ale w trakcie pisania okazało się, że w książce nie ma miejsca dla tej bohaterki, że jej wątek po prostu jest w sumie niepotrzebny, bo jej zadanie może poprowadzić zupełnie inna bohaterka poboczna, mająca zupełnie inny wątek.
Po prostu mogę połączyć dwa wątki i nic się książce nie stanie, a nawet będzie lepiej, bo nadmiar bohaterów może rozpraszać czytelnika i może sprawiać wrażenie pewnej sztucznej, nie wiem, jak to teraz nazwać, takiej tłoczności w książce, takiego nadmiernego zaludnienia, które w sumie nie jest potrzebne. I przeglądając tych bohaterów stwierdziłam, że wątek tej jednej bohaterki mogę spokojnie usunąć i zrobić to tak, że jej rolę oddam zupełnie innej bohaterce, która też jest dość istotna dla całej historii. Dlatego jeśli możemy zrezygnować z pewnego wątku i nie będzie szkody dla książki, bo to nie jest tak, że my tylko usiądziemy i napiszemy tą książkę. My musimy nad nią pomyśleć. Musimy ją analizować i nad nią się zastanawiać, czy ten wątek, który chcę wprowadzić, czy ta historia poboczna jest istotna dla mojej historii, czy ona w ogóle jest tylko zapchajdziurą i do niczego nie będzie prowadzić ani bohaterki, ani czytelnika, ani nawet mnie jako autora. Jeśli tak będzie, to się nie wahać. Ja wiem, że to boli. Bo ja naprawdę byłam do tej zakonnicy przywiązana bardzo mocno, ja wiem, że to boli, ale takie ciachanie może wyjść na plus dla książki. Ja spotkałam się też z negatywnymi opiniami o mojej książce, że to takie bla bla ble ble o niebie i takie pierdu pierdu za przeproszeniem, ale ogólnie książka ma pozytywne opinie i powiem wam, że bardzo się cieszę teraz, z perspektywy czasu, kiedy już ta książka jest na rynku powiedzmy z półtora roku. Będzie z półtora roku, może ze dwa, jakoś tak.
Już ja nawet nie pamiętam. W każdym razie ona już jakiś czas na rynku jest. Teraz to nawet nie wiem, czy ona jest kupowana, czy niekupowana, ale w każdym razie czytelnicy ją czytają, czy to w formie jakiejkolwiek e-booka, audiobooka, czy drukowanej. I ja się bardzo cieszę, że ja ten wątek wywaliłam. Fakt, że nadal ten wątek jest u mnie w głowie i ja go może wykorzystam w którejś książce, gdzieś tam w jakiejś historii, bo ta zakonnica ze stadem kotów bardzo mi się spodobała i może się przydać do jakiejś innej książki. Dlatego nie wyrzucajcie całkiem wątków, które wam się nie przydadzą. One mogą być przydatne w innych historiach, czy nawet tylko w opowiadaniach, bo czasem jakieś wątki są dobre tylko i wyłącznie na opowiadania, na jakieś nowelki albo coś. A jako wątek do historii mogą nam się niekoniecznie przydać, chyba że do innej książki, do innej historii, do czegoś zupełnie innego. Wtedy jak najbardziej. Nie bójcie się eksperymentować, bo to tak samo jak w kuchni.
To nie jest tak, że przepis, który dostaliście jest święty i nietykalny. Można go zmodyfikować. Jeśli macie przepis na ciasto, możecie dodać rodzynek, orzechów czy czegoś tam. Zależy jeszcze jakie ciasto, ale można z jedzeniem eksperymentować. Tak samo jest z literaturą. Czasami dodając coś, zabierając, modyfikując, wychodzi nam takie cudo, że naprawdę aż zapiera dech w piersi. Wiem, że nam, pisarzom tak średnio przy każdym pomyśle w piersi zapiera dech. Bo dla nas każde z naszych utworów jest takie wspaniałe. Później te klapki opadają po jakimś czasie, kiedy nasza twórczość odleżakuje swoje. Ale na początku wszystko jest dla nas piękne i cudowne.
Ale jeśli dla czytelnika coś jest takie piękne, cudowne i wychodzi takie cudo polane miodem i orzechami. Chyba że akurat jesteście uczuleni to nie. Ale jeżeli wychodzi nam coś takiego wspaniałego, to dlaczego nie bać się eksperymentować z tymi wątkami, nie wyrzucać, nie modyfikować tego wątku? Tylko to jest sporo roboty, bo zanim ja usunęłam tą bohaterkę, bo ona się kilka razy już pojawiła w tej książce, zanim ja ją usunęłam, zanim jej imię zniknęło całkiem z tej pierwszej wersji mojej książki, trochę to potrwało, bo trzeba każdą ze stron na nowo przeczytać, przejrzeć, czy gdzieś tam jakaś myśl nie nakierowuje na tą bohaterkę, która ma zostać usunięta w moim przypadku, czy na cały wątek, na jakieś wspomnienie na przykład, na jakąś sytuację, którą chcemy wywalić. Musimy bardzo uważnie poprzeglądać całość, żeby dopasować, żeby poprawić, żeby przepisać. To jest żmudna robota, ale powiem wam, że się opłaca. Bardzo się opłaca. No dobra, skoro sobie pogadałam na temat wywalania, dopisywania, to teraz jak te wątki łączyć? Bo mamy ten główny wątek, mamy kilka wątków pobocznych, które się może przeplatają, może nie, może się spotkają dopiero na końcu. Bo nie może być też tak, że są dwa wątki, które spotykają się, łączą się na przykład na początku i później na końcu już nic.
Dobrze jest, jeśli one na przykład się nie spotykają na początku i potem jest takie wielkie bum na końcu. Ale odwrotna kolejność to jest marnowanie czasu czytelnika i naszego, bo my to piszemy i marnujemy. Może nie papier, bo przecież piszemy na komputerze, ale jeśli to zostanie wydrukowane, to marnujemy ten papier, marnujemy czas redaktora, marnujemy czas beta czytelników, którzy to będą przeglądać i którzy będą załamywać ręce nad tym, że w ogóle po kiego grzyba ten wątek poprowadzony. Chyba że mamy w planach taki zamiar, żeby ten wątek w sumie tylko się łączył na początku. Później nie było żadnej styczności z głównym bohaterem, ale poprzez jakieś działania naszych bohaterów z tego wątku pobocznego jakiś wpływ był na naszego głównego bohatera. W sumie ten wątek się łączy, jakby nie patrzeć gdzieś tam w trakcie, jednak nie bezpośrednio. On się łączy jakoś pośrednio. Czyli na przykład jeśli nasz bohater sprzedaje dom z duchem w piwnicy, nasza sąsiadka dzierga swetry i nasz główny bohater kupił sweter od sąsiadki i okazało się, że ten sweter bardzo mu pomógł w czymś. Na przykład sweter działa jak zbroja przeciw złym urokom. Czyli ten duch jest mu niestraszny w momencie, kiedy on ma na sobie ten sweter.
Teoretycznie te wątki się nie łączą, bo sąsiadka sobie wyplata swetry tam. Oni się spotkali gdzieś na początku, bo on kupił od niej sweter, ale bezpośrednio one się tylko związały te wątki na początku. Bo on ten sweter ma i dla przykładu sąsiadka wie, jakie działania mają jej swetry. Ona może go obserwować. Może patrzeć przez okno, może zerkać. Te wątki się ogólnie nie łączą, bo ona tylko obserwuje. Ona mu sprzedała sweter, obserwuje i poza tym nic więcej nie robi. On korzysta ze swetra, który kupił od niej. I fabuła kręci się dalej, ale te dwa wątki w sumie się już więcej nie będą łączyć. Aczkolwiek ten sweter połączył dwa wątki poboczne.
I zaproponowałabym później, żeby ten wątek z sąsiadką zakończyć w jakiś sposób, ponieważ będzie on nam już niepotrzebny. Ona mu sprzedała sweter, pogapiła się na niego i wątek można w jakiś sposób zakończyć. Kulturalny jakiś. On się wyprowadza i koniec. Nie ma. Wątek się urwał, ale musimy go jakoś ładnie zakończyć, bo nie może być tak, że pozaczynamy masę wątków, które się będą gdzieś tam łączyć w międzyczasie i nic z nimi nie zrobimy. Przyznam się szczerze, że spotkałam się z jedną opinią, w której zarzucono mi, że mam niedokończone wątki w mojej „Marysi” w pierwszej części. Druga nadal czeka. Może nadejdzie jej czas, więc nie mogę nic o niej powiedzieć i recenzji na jej temat. Mogę mówić tylko na temat pierwszej części.
I spotkałam się z taką opinią, że mam tam niedokończone wątki. Próbowałam zrozumieć, które wątki są niedokończone i nadal nie wiem. Może powinnam jeszcze raz tę książkę przeczytać. Dlatego czasami jest tak, że dla nas, autorów, wątki są zakończone. My widzimy sens, a czytelnik niekoniecznie to wszystko łapie. Zdarza się i tak. Dobrze jest pokończyć. Znaczy dobrze jest. Powinno się kończyć wszystkie wątki. To nie jest tak, że w dobrym tonie zaleca się autorowi kończenie wątków.
Nie. Autor musi skończyć wszystkie wątki, które są w historii. Chyba że planuje w przyszłości napisać na przykład drugą część, która będzie tłumaczyła urwany wątek. Wtedy zostaje to wybaczone, ale czytelnik czytając pierwszą część będzie czuł pewien niedosyt i może w recenzji na przykład wytknąć autorowi to jako błąd. Autor nie ma możliwości odpowiedzieć na każdą recenzję. Może to i lepiej. Zdecydowanie to lepiej. I powiem wam, że takie niedokończenie wątków może czytelnika trochę zniechęcić, ale wiedząc, że na przykład autor planuje drugą część, może po nią sięgnąć właśnie w tym celu, żeby sobie wytłumaczyć, dokończyć właśnie ten wątek, który został urwany w pierwszej części. Jeśli planujemy takie rzeczy, to dobrze jest o tym czytelnikowi gdzieś tam w międzyczasie napomknąć. Ponieważ niedokończone wątki irytują czytelnika.
Są takie denerwujące. Bo jak on może zostać bez dokończonej historii? Chyba że mamy plan na takie zakończenie. Urwanie wątku i koniec. I niech sobie czytelnik sam domyśli resztę. Niech sobie sam wymyśli, niech sobie sam dopisze resztę. Nie ma problemu. Są i takie zakończenia powieści czy opowiadań. Takie otwarte. Jednak nie wiem, czy czytelnicy lubią otwarte zakończenia, czy lepiej jest zrobić zakończenie takie już zamknięte, żeby nie było żadnych niedomówień.
To już jest indywidualna sprawa autora i to się łączy z tym domykaniem wątków, bo wszystkie te poboczne powinny zostać zamknięte. Wszystkie poboczne powinny zostać poprowadzone tak, żeby czuło się takie Pełnię przeczytania książki. Takie spełnienie czytelnicze. Jeśli decydujemy się na otwarte zakończenie, to jest to też niedokończenie wątku, ale musi być to zrobione umiejętnie, a nie tak, że czytelnik rzuci książką w kąt i powie, że książka jest nieskończona. Nie. Musimy to tak zrobić, żeby czytelnik wiedział, że to jest koniec, a nie, że kupił książkę, w której brakuje trzech ostatnich kartek. I tyle. Nie będziemy tutaj udawać, że jest inaczej z tymi wątkami, bo one powinny być pokończone. To jest tak jak z życiem. Jeśli robicie coś, na przykład uczycie się do egzaminu, to ten egzamin musi być skończony.
Musicie napisać, zdać, dostać certyfikat. Tak samo jest z napisaniem wątku w opowieści. Musicie usiąść, napisać, zakończyć i poprawić. I na końcu macie certyfikat w postaci skończonej historii. To jest wasz certyfikat. Nasz, bo mój też, który pokazuje, że podołaliśmy tej historii, że te wszystkie wątki, które napisaliśmy, dają radę. One są na pięć z plusem albo cztery z plusem. Niżej nie schodzimy. Niżej niż cztery z plusem nie schodzimy, bo wtedy nie szanujemy siebie i czytelnika. Dlatego to nie jest tak, że piszemy i to ma być idealne dla wszystkich, najlepsze na świecie.
Nie. To ma być coś, co zrobiliśmy najlepszego na naszym aktualnym poziomie. Dlatego się uczymy. Dlatego bardzo ważne jest, żeby pracować nad historią i nad tym, żeby te wszystkie elementy składowe historii składały się w jedną całość, łączyły się i tworzyły jedną historię, ewentualnie dwie historie, które potem się będą uzupełniać. Dlatego bardzo ważne jest, żeby tę historię później przeczytać jeszcze raz. Ja to już tyle razy powtarzałam, ale to jest bardzo ważne. Czytanie swojej własnej historii i poprawianie jej, wywalanie tego, co nie pasuje. Wywalanie jest bardzo bolesne, ale jest bardzo konieczne. Przyznaję bez bicia. Wiem, o czym mówię, bo musiałam to robić nie raz i nie dwa.
I kombinowałam, bo to jest bardzo często samo kombinowanie, żeby może zostawić ten tekst, bo zanim ten wątek, o którym wspomniałam, wywaliłam, planowałam go przerobić na coś zupełnie innego, żeby może tę bohaterkę zostawić, ale żeby ona w jakiś sposób w innym momencie się pojawiła. I naprawdę spędziłam masę czasu nad tym, żeby dopracować ten wątek, żeby on w ogóle mógł wejść do tej książki, ale niestety nic z tego nie wyszło, bo suma summarum za dużo było w tej historii bohaterów, za dużo zamieszania i ten wątek był niepotrzebny. A teraz pisząc drugą część okazało się, że ten wątek już by w ogóle nic nie wnosił. O ile pozostałe osoby pojawiają się przez chwilę przynajmniej w drugiej części, o tyle ta jedna bohaterka za nic w świecie by tam już nie weszła. A szkoda. Kiedy mamy w planach pisać kontynuację danej historii czy historie z danego uniwersum, dobrze jest, żeby ci bohaterowie, których planujemy trzymać w naszej książce, żeby oni się trzymali w kupie razem, w komitywie i żeby bohater ich znał. Ja nie mówię, że nie można, bo jak najbardziej można modyfikować ilości bohaterów, można zmieniać, można dodawać w następnych częściach, można zostawić tylko jednego bohatera, a całą resztę wymienić. To jest jak z szafą z ubraniami. Możemy modyfikować jej zawartość według własnych upodobań. Możemy wywalić wszystkie ubrania poza tym jednym bohaterem, bo to ma być kontynuacja, więc dobrze by było, żeby jakaś jedna stała była niezmienna.
To nie musi być bohater. To może być dom, o którym piszemy, który nasz bohater chciał sprzedać i to on może być osią, wokół której kręci się cała historia. Więc jeśli na przykład piszemy o tym bohaterze i chcemy następną część poprowadzić, to możemy wymienić wszystkich bohaterów, ale zostawić sobie ten dom z duchem w środku. Ja nie mówię, że nie, bo to ten dom może być w sumie głównym bohaterem, tą osią najważniejszą. Więc wywalamy wszystkie ubrania z szafy, zostawiamy tylko szafę. Możemy zmienić część, możemy całkiem wymienić styl ubrań w tej szafie. Zupełnie. Nawet możemy zostawić tylko jedną bluzkę, jeden T-shirt na przykład. I nikt nie będzie miał nam nic do zarzucenia. Chyba że napiszemy kulejącą historię.
Wtedy owszem. Ale jeśli poprowadzimy tę historię w sposób dobry, w sposób dający czytelnikowi dobre samopoczucie, takie spełnienie czytelnicze, o którym już wcześniej mówiłam, to nikt nam nie zarzuci tego, że wymieniliśmy całą obsadę, że wywaliliśmy wszystkie ubrania z szafy. Nie. To będzie zupełnie inna historia i ona może się toczyć tylko w jednym pomieszczeniu, w tej piwnicy. Przychodzi bohater i cała książka może toczyć się tylko w tej piwnicy. Jeden bohater plus duch. Nie ma problemu. To też jest dobry pomysł, tylko musi być dobrze poprowadzony. Fakt, że dodatkowe wątki dodają historii smaczku. Są jak dodatki do ubrań, przyprawy do zup czy do innych dań w kuchni.
Bo pisanie można porównać do wszystkich innych czynności. Czy do szafy, jak to mieliśmy tutaj dzisiaj, czy do gotowania, jak też mieliśmy tutaj dzisiaj. I dodatkowe wątki robią, porównując pisanie do gotowania, za surówkę, za przyprawę. Bo bez tego może być trochę łyso. Bo jeśli podamy na przykład samego kurczaka na stół, wszyscy będą zadowoleni, zwłaszcza jeśli będzie dobrze przygotowany. Ale jeśli podamy go z ziemniaczkami, z surówką, z sosem i jeszcze do tego będzie jakiś wypasiony napój, wtedy uczestnicy będą klaskać z radości. Będą przeszczęśliwi. Dlatego jeśli damy im tego kurczaka, czyli historię, w tym przypadku, jak to dzisiaj używamy tej historii z domem, damy im tylko historię z domem. Główny bohater, duch w piwnicy, wszystko w porządku. Będzie fajnie.
Ale jeśli dodamy dodatkowe wątki typu sąsiadka ze swetrem, listonosz, który przyniósł jakiś list magiczny czy tajemniczy, który miał jakieś znaczenie w całości. Babcia, która ma historię z przeszłości, której nie zdradziła nikomu, dopiero na łożu śmierci opowiedziała swojemu wnukowi i dotyczyła właśnie tego ducha w piwnicy. Jeśli połączymy wszystkie te wątki dodatkowe, to będzie ten niesamowity obiad z kurczakiem, surówką, ziemniakami i tym wszystkim super ekstra, które wprowadzają czytelnika w zachwyt. Traci z obłędu, z radości oddech i jest przeszczęśliwy. Dlatego nie możemy zapominać o tym, żeby wszystkie wątki przemyśleć bardzo uważnie, bardzo ostrożnie. Ponieważ jeśli przedobrzymy i damy na przykład za dużo surówki, to kurczak straci na ważności, a nie chcemy. Dlatego musimy tak ułożyć wątki, żeby ten główny był główny. Chyba że jest naszym zamysłem, żeby nie główny wątek był głównym wątkiem, a poboczny wątek był tym głównym wątkiem, ale na przykład wytłumaczymy to w następnej części. Taka zmyłka dla czytelnika. To też jest dobry pomysł.
Ja nie mówię, że nie, ale to już jest wyższa szkoła jazdy. Ponieważ jeśli zmylimy czytelnika na początku i damy mu historię tego domu z duchem, poboczna będzie historia sąsiadki ze swetrem. Ale w sumie to ta historia ze swetrem okaże się być najważniejsza, ponieważ w następnej części to ten sweter odegra najważniejszą rolę. I tu będzie takie zaskoczenie, taki plot twist. To jest bardzo fajna rzecz. Czytelnicy to bardzo lubią, ale to jest czasem ciężkie do poprowadzenia. Co tu jeszcze? Czy ja mam coś jeszcze do powiedzenia? Czekajcie, zerknę na moje magiczne notatki, które sobie zrobiłam. No i wychodzi, że wygadałam wszystko, co na nich było.
No i dobrze. Cieszę się bardzo. Patrzę, że mniej więcej mamy tyle czasu co zazwyczaj przegadanego, więc nie będę wam tu więcej zajmować wieczoru. Życzę wam udanego pisania. Nie bójcie się więc, jak mówiłam wcześniej, eksperymentować. Przejrzyjcie co macie i nie bójcie się też wywalać niepotrzebnych wątków. Wiem, że to boli. Jak już wspominałam, boli bardzo. Jak takie zacięcie papierem. Ale to przechodzi.
Przechodzi, mija, kiedy widzimy efekt końcowy i czytelnik mówi, że jest efekt wow. Betaczytelnik mówi: „Jest efekt wow”. Redaktor, korektor mówią: „Jest efekt wow”. Wydawnictwo mówi: „Jest efekt wow”. Trzymajmy się tego. Życzę wam wszystkim interesujących wątków, przenikających się wątków, dokończonych, sensownych i po prostu niesamowitych historii. Teraz mówię już wam dobranoc i do zobaczenia następnym razem za dwa tygodnie. Dobranoc.
[02:31:40] - No to, proszę państwa, teraz czas na audycję „Bez tajemnic”. Dzisiaj odcinek zatytułowany: „Ksiądz Jerzy Zameczn o spirytyzmie”.
[02:32:03] - Dzięki wsparciu moich patronów mogłem pozwolić sobie na zakup książki pod tytułem „Znaki tamtego świata w zjawiskach spirytyzmu”. Autorem jest ksiądz Jerzy Zameczn. Książka została wydana w 1946 roku, więc sam z własnego budżetu ciężko by mi było sobie na taką książkę pozwolić. To był niemały wydatek. Także moim drogim patronom bardzo dziękuję. Jako że kupiłem tę książkę przede wszystkim po to, aby uczynić z niej użytek właśnie tutaj na moim kanale YouTube, postanowiłem fragmentami tej książki z wami się podzielić. Już po przeczytaniu wstępu książki moglibyśmy sobie zażartować, że ksiądz Jameze polubiłby się z Allanem Kardecem, ponieważ ksiądz ten wykorzystuje spirytyzm na korzyść katolicyzmu. Allan Kardec zarzucał duchownym, że posiadając tak wspaniałe narzędzie, jakim jest właśnie spirytyzm, nie potrafią tego narzędzia wykorzystać na swoją korzyść, a wręcz atakują to narzędzie. Atakują spirytystów, zarzucając im kontakty z demonami. A tutaj mamy nagle księdza Jameze'a, który już od pierwszej strony swojej książki twierdzi, że skoro duchy kontaktują się z ludźmi, to znaczy, że to jest jasny dowód na istnienie życia pozagrobowego, a nawet podaje, że duch w wyjątkowych sytuacjach zezwala na kontakt z ludźmi.
Na kontakt tych duchów czyśćcowych. Nie robi tego często, ponieważ wychodzi z założenia, że ludzie posiadają Kościół katolicki i Biblię, aby te dwie rzeczy wyznaczały ludziom drogę, którą powinni podążać. Więc te duchy po prostu przychodzą tylko w wyjątkowych przypadkach. No, ale my spirytyści wiemy, że te wyjątkowe przypadki są częstsze, niż to się wydaje, ponieważ te duchy, które do nas przychodzą, to nie zawsze są te istoty, które katolicy nazywają demonami. I ksiądz Jameze właśnie w tej książce, o której teraz mam przyjemność wam opowiedzieć, tak właśnie ten temat przedstawia. Uczony niemiecki Zellner oraz inni mężowie nauki stwierdzili wiele wypadków tajemniczego pisma. Pisma te zjawiały się na tabliczce położonej w oddali od uczestników i medium. Takie pisma ukazywały się w sposób tajemniczy od środka, na tabliczkach związanych ze sobą i opieczętowanych albo w zamkniętych i opieczętowanych skrzynkach. Jest w tej książce kilka fajnych historii, które po prostu opowiem. Pierwsza z nich opowiada o tym, że czterech starszych, inteligentnych panów spotkało się na seansie spirytystycznym, który sobie zorganizowali.
Trzymali się za ręce i próbowali tam wywołać jakiś efekt. Nagle fotel, który znajdował się w pomieszczeniu, uniósł się, zaczął lewitować i krążyć nad ich głową. Oni oczywiście przestraszyli się, ponieważ nie wiedzieli, co się dzieje. Chcieli z jednej strony przerwać ten krąg tych zamkniętych dłoni, ale z drugiej strony wzajemnie do siebie nawoływali, żeby nie przerywać, nie przerywać, nie przerywać. I ten fotel zaczął, wirując nad ich głowami, spadać, opadać powoli na stół, przy którym siedzieli. Oni wytrwali w odwadze. Fotel ten wylądował na stole w ten sposób, że nogi fotela umiejscowiły się pomiędzy rękami tych czterech panów, nie robiąc nikomu krzywdy. Pewnego razu cesarz Napoleon III, cesarzowa Eugenia i książę Montobello siedzieli ze spirytystą Home, szeroko znanym jako medium. Na stole były przygotowane papier, pióro i atrament. Oto nagle ukazuje się tajemnicza ręka.
Bierze pióro, zamacza w atramencie i pisze wyraz Napoleon. Charakter pisma był bardzo podobny do charakteru pisma Napoleona I. Daniel Douglas Home, znane brytyjskie medium, które potrafiło lewitować i wykazało to wielokrotnie na seansach w Londynie i w Paryżu. W trakcie lewitacji zaznaczało on na suficie, zaznaczało na suficie ołówkiem różne znaki, żeby przekonać wszystkich, że nie są ofiarami złudzenia. I te znaczki oczywiście po seansie pozostawały na tym suficie, a w trakcie lewitacji ludzie przechodzili pod jego nogami. Protokoły i podpisy świadków stwierdzają to wszystko. Na seansach z medium politym uczestnicy otrzymywali w sposób tajemniczy rozmaite przedmioty, a porty te doglądał i prawdziwość ich poręcza profesor mój Angelo Zacchi, Włoch. W książce swej Spirytyzm i życie pozagrobowe. Między innymi najciekawsze były dzwonek, wachlarz z kości słoniowej i obraz Najświętszej Marii Panny z Dzieciątkiem. Wachlarz na skrzydłach ma misternie wyrzeźbione kwiaty i zwierzęta.
Obraz jest prawdziwe dzieło sztuki rysunkowej. Oblicze Matki Najświętszej nadzwyczajnie miłe, a na obrazie widnieje napis Mater Amabilis, co znaczy po polsku Matka Najmilsza. Zdarza się, że na seansach spirytystycznych istota bezcielesna dowodzi swojej obecności odpowiedziami w językach obcych albo odpowiedziami danymi pismem i literami odwróconymi, które można odczytać łatwo tylko w lustrze. Medium Eusapia Palladino, władająca tylko jednym językiem włoskim i to tylko w narzeczu swojej prowincji, podczas seansów zdradzała znajomość innych języków europejskich. W miesięczniku Misje Katolickie został opublikowany artykuł, w którym opisano sytuację, gdzie misjonarz katolicki został odwiedzony przez indyjskiego fakira, który to zapewniał, że jest w stanie doprowadzać do różnych dziwnych zjawisk. Misjonarz oczywiście nie wierzył, ale pomyślał sobie: a co? A nuż widelec. Spróbujemy, zobaczymy. I powiedział do fakira: Panie fakir, jeżeli pan rzeczywiście mówi prawdę, to może by pan sprowadził z sąsiedniej misji mój parasol, który po prostu zapomniałem miesiąc temu. I jak pan to zrobi, to panu uwierzę.
No i nagle fakir wpadł w jakiś trans. Zaczął się tam obracać, lewitować. Zresztą jakieś dziwne rzeczy się działy. I po chwili przez okno do misji, do tego pomieszczenia, w którym oni się znajdowali, wpadł parasol. Właśnie ten parasol, który misjonarz zapomniał gdzieś tam u sąsiadów jakiś czas wcześniej. Po kilku minutach fakir po prostu wybudził się z tego transu. Wziął ten parasol i przekazał misjonarzowi. W Ilustrowanym Kurierze Codziennym z dnia 10 października 1929 roku znany badacz zjawisk dziwnych, pan Szmurło, przytacza bardzo ciekawy i pouczający komunikat z tamtego świata pod tytułem „Prośba zza grobu”. Rzadki komunikat mogący wytrącić z równowagi największego sceptyka przytoczył niedawno na odczycie zamieszczonym następnie w Bulletin de la Société d'Études Psychiques de Nancy znany i poważany spirytysta francuski pan Meiluson, którego przed czterema laty poznałem osobiście na kongresie w Paryżu. Na jednym z seansów przejawił się zmarły żołnierz nazwiskiem Jeunet, zamieszkały za życia, jak się potem okazało, w Lyonie.
Na zapytanie obecnych, czego pragnie i czy nie można mu w czymś dopomóc, odpowiedział za pośrednictwem medium: „Owszem, zostałem zabity podczas wojny, a obecnie przychodzę do was z powodu mej biednej żony. Za wszelką cenę należy ją powstrzymać od samobójstwa z nędzy i zgryzot. Miałem 300 franków oszczędności, których w żaden sposób nie można teraz znaleźć. Ja tylko bowiem jeden wiem, gdzie są ukryte. Byłem rzemieślnikiem i w podwójnym dnie lampy zalutowałem na czarną godzinę trzy banknoty po sto franków. Jestem przekonany, że nikt o tym nie wie. Dotychczas udało mi się jakoś zapobiec sprzedaży owej lampy”. Odszukano wdowę Jeunet pod wskazanym przez nieboszczyka adresem. Po śmierci męża wpadła ona w nędzę i powoli zmuszona była spieniężyć cały swój dobytek, z wyjątkiem tylko stołu i lampy. Jak się okazało z rozmowy, istotnie myśl o samobójstwie coraz częściej ją napastowała.
Wyjaśniono jej cel przybycia i z trudnością przekonano, żeby pozwoliła posłać po pobliskiego blacharza i odlutować podwójne dno lampy, gdzie znaleziono trzy nietknięte asygnaty stofrankowe, o istnieniu tam których nikomu nawet się nie śniło. Ksiądz Jamais opisuje tutaj także seanse spirytystyczne z udziałem duchów, które były, że tak powiem, topione w parafinie i następnie uzyskiwano gipsowe odlewy. Fajnie, że ten temat tutaj się pojawił, ponieważ pada też nazwisko Geleia, który zajmował się tego rodzaju badaniami i który powiedział, że na takich seansach oczywiście nie zawsze pojawiają się w pełni zmaterializowane postacie. Najczęściej są to pojedyncze kończyny, bądź nawet tylko głowa ducha. Można by się przerazić. W każdym razie ci spirytystyczni naukowcy mogli na spokojnie przebadać te ukazujące się kończyny i stwierdzali, że ta imitacja ludzkiego ciała jest wręcz idealna. Czyli mogli oni badać układ kostny, tkanki miękkie i tego typu rzeczy. Ja zrobiłem kiedyś troszeczkę taki zabawny odcinek na ten temat, więc zapraszam do oglądania. W końcu tego krótkiego opisu zjawisk spirytystycznych zwróćmy uwagę na ukazywanie się całych postaci ludzkich. Na seansach z mediami ukazują się postacie żywych ludzi.
Mężowie nauki, jak Crookes, nocig, Richet, Ochorowicz i wielu innych oglądają te zjawy, ważą je, badają ich układ kości, oddech i obieg krwi, rozmawiają z nimi i fotografują. Dla mocniejszego przekonania się o prawdziwości tych zjawisk i na pamiątkę ucinają kawałki tajemniczych ubrań i loki włosów. Te dziwne postacie ludzkie ukazują się w sposób tajemniczy w zamkniętym pokoju i tak samo znikają. Ukazują się, chodzą po pokoju, a czasem chodzą pod rękę z uczestnikami seansów, kiedy medium dla kontroli jest związane powzorami i przylakowane sznurkami i włosami do ściany albo zamknięte w drucianej klatce. Zjawiają się postacie mężczyzn i kobiet i to bez względu, czy medium jest kobietą, czy mężczyzną. Ukazują się te postacie ludzkie przeważnie wtedy, kiedy medium śpi. Zdarzają się jednak wypadki i takie, że ukazują się te zjawy jeszcze przed rozpoczęciem seansu, gdy uczestnicy seansu nie zdążyli usiąść. I teraz przeskakuję na sam koniec książki, gdzie autor napisał takie krótkie podsumowanie i myślę, że to podsumowanie również spodobałoby się Alanowi, ponieważ ksiądz Jamais napisał, że nie wolno wywoływać duchów, nie wolno brać udziału w seansach spirytystycznych, jeżeli nie mają one na celu prowadzenia badań naukowych, więc nie wolno bawić się tymi sprawami. I z tego też wynika, że wówczas było to oficjalne stanowisko Kościoła. Ale żeby nie było wątpliwości, to po prostu przeczytam.
Nie wolno zaś dlatego brać udziału w seansach, że Pismo Święte Starego Testamentu uważa takie praktyki za rzecz niedobrą i naganną, zakłócającą spokój umarłych, a Kongregacja Officios Kościoła rzymskokatolickiego dekretem z dnia 17 kwietnia 1917 roku zabrania urządzania seansów spirytystycznych i uczestniczenia w nich w celach nienaukowych. No cóż, nie ma w tej czterdziestokilkustronicowej broszurze niczego, czego my dzisiaj byśmy nie wiedzieli. No ale trzeba przyznać, że ta broszura to jest tak jakby początek nowej ery spirytyzmu polskiego po wojnie, gdzie wiemy, dwudziestolecie międzywojenne było bardzo bogate w różnego rodzaju zjawiska spirytystyczne, bogate w aktywność spirytystów bardziej powinienem powiedzieć. W okresie wojny oczywiście wszystko się przerwało, ucichło. W 1946 roku została wydana ta broszura napisana przez księdza, co jest też takim ewenementem, chociaż współcześnie mieliśmy księdza François Brune, który już niestety nie żyje i który również parał się spirytyzmem. W każdym razie ja traktuję tę broszurkę jako ciekawostkę. Fajnie, że mogłem ją kupić. Jeszcze raz powtarzam dzięki wsparciu patronów, bo samemu troszeczkę byłoby mi ciężko wydać pieniądze na taki stary egzemplarz, który tak naprawdę nie wnosi niczego nowego, ponieważ od tamtej pory, kiedy ta książka została wydana i tak w świecie spirytystycznym zdarzyło się bardzo wiele i jesteśmy znacznie mądrzejsi dzisiaj niż w tamtych czasach. Przynajmniej jeśli chodzi o wiedzę spirytystyczną. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:46:48] - Teraz, proszę państwa, literackie tête-à-tête. Dzisiaj Krystyna Śmigielska będzie rozmawiała z Izabelą Frączyk. I znowu przypomnę, że tradycyjnie— nie, to jeszcze nie jest tradycja. To dopiero drugi odcinek Bibliotekarium 2.0, w którym tniemy dżingle na początku, ale tak sobie ciotka YouTube'a życzy. Teraz już zapraszam na literackie tête-à-tête.
[02:47:20] - Dobry wieczór państwu. Zastanawiam się często nad ludzkimi losami. Stojąc z boku i biernie obserwując, ogarniam wzrokiem szerszą życiową perspektywę znanych mi osób i doskonale widzę, że poczynione przez nich w młodości założenia, którą drogą najlepiej iść, aby odnieść upragniony sukces, niejednokrotnie sprawiają im zawód. Po pierwszych wyborach, ukończeniu odpowiednich szkół, podjęciu pierwszej pracy rozpoczyna się wyścig po szczeblach awansowej drabiny. Coraz wyżej i wyżej. Często jednak okazuje się, że chcąc poczuć się szczęśliwym, musimy zmienić wszystko w swoim życiu: zawód, środowisko i zupełnie inaczej postrzegać otaczającą nas rzeczywistość. Dywagując w ten sposób, chciałam państwu przybliżyć szlak, który przeszła nasza dzisiejsza gościni, pani Izabela Frączyk. Serdecznie witam, pani Izabelo, w literackim tête-à-tête i dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie.
[02:48:27] - Witam serdecznie panią, witam państwa, pozdrawiam słuchaczy. Również bardzo serdecznie dziękuję za zaproszenie. Czasem nie mamy wpływu na to, co się dzieje w naszym życiu. Czasem po prostu życie podejmuje decyzje za nas. Czasem sami jesteśmy zbyt słabi na to, żeby zrobić takie jedno wielkie ciach i zmienić swoje życie o 180 stopni, zmienić zawód, podjąć świadomą decyzję. W moim życiu zazwyczaj te decyzje podejmują się same. Ja podejmuję decyzje bardzo szybko. Decyzję o przeprowadzce z centrum miasta na wieś podjęliśmy z mężem w ciągu dosłownie pięciu minut i tę decyzję wdrożyliśmy w życie, więc wiem, że to może nie brzmieć normalnie, ale my za bardzo włosa na czworo nie dzielimy.
[02:49:14] - Proszę powiedzieć naszym słuchaczom, jakie studia pani ukończyła, jakie zawody pani wykonywała aż do chwili, kiedy postawiła pani wszystko na jedną kartę i poświęciła cały swój czas literaturze. Pierwotnie jako pisarz, a obecnie również jako wydawca.
[02:49:31] - Ja jestem ekonomistką. Mam jeszcze nieszczęsne ekonomiczne wykształcenie podwójnie, bo skończyłam dwie uczelnie ekonomiczne: Wyższą Szkołę Handlu i Finansów Narodowych w Warszawie i Akademię Ekonomiczną, w tej chwili Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. Pracowałam w korporacji, robiłam karierę menedżerską, typową, korporacyjną, właściwie klasyczną dla lat 90., kiedy to wszystko się rozwijało, raczkowało. Wtedy się fajnie awansowało, bo to były wszystko nowe, świeże struktury. Pracowałam w ten sposób przez kilka ładnych lat. Zmieniałam pracę, zarządzałam mniejszymi, większymi firmami. Tworzyłam dla tych firm programy naprawcze. Urodziłam dzieci, jeszcze bliźniaki, więc już nie byłam aż tak mobilna i tak dyspozycyjna, żeby pracować, powiedzmy, 500 kilometrów od domu, jak też tak się zdarzało. Zaczęłam właściwie szukać sobie innej ścieżki i przez przypadek po prostu udało się mi napisać książkę. Tak się jakoś poskładało.
Wiele takich nitek musiało się spleść, żeby ta książka powstała. Tak właściwie mi zostało.
[02:50:31] - Zadebiutowała pani powieścią „Pokręcone losy Klary”. Książka ukazała się w 2010 roku. Kiedy po raz pierwszy właściwie pani taką pisarską moc w sobie poczuła? Po raz pierwszy pani sięgnęła po pióro i chciała określonej grupie opowiedzieć jakąś historię?
[02:50:50] - Wydarzeń było wiele. To był splot wielu zdarzeń, ale tak naprawdę już myślałam o pisaniu dosyć długo, ponieważ udzielałam się na forum internetowym w czasie, kiedy miałam małe dzieci. Tam zaczęłam opisywać przygody mojego psa. Znaczy nie opisywać je tworząc fikcję, tylko rzeczywiście je opisując, to, co ten pies wyprawiał. I na forum często słyszałam, że powinnam pisać książki, bo nawet jak piszę coś o odkurzaczu, to się dobrze czyta. Ja w ogóle nie brałam tego do siebie w żaden sposób. W ogóle nie brałam tego na poważnie, aż się okazało, że pewnego dnia przeczytałam taką strasznie mądrą książkę. Ona była taka mądra, że ja w ogóle nic z niej nie zrozumiałam. A jak się dowiedziałam, że to jest książka kandydata do Literackiej Nagrody Nobla, to się złapałam za głowę i mówię do męża: „Wiesz co, ja mam tyle takich fajnych obserwacji, takich fajnych historii, że jak ja bym to opisała, to ludzie by rozumieli, co czytają”. I on mówi: „Słuchaj, to- W dalszym ciągu nie czułam się godna takiego zawodu.
Dla mnie pisarz to był nadczłowiek. To był lepszy człowiek, który stąpa po innej ziemi, oddycha innym powietrzem. I niby jakim cudem ja miałabym się stać pisarką? Już tak zaczęłam sobie wmawiać, że tę książkę rzeczywiście powinnam napisać, że może ja umiem. Że może mi się uda. I zaczęło się tak naprawdę od Jagny Rolskiej, do której później zapewne wrócimy. Poznałyśmy się na tymże forum i ona już wtedy pisywała opowiadania, pisywała felietony. I już tak sobie rzeczywiście wmawiałam, że ja już naprawdę piszę książki, tylko jeszcze nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Do tego dochodziło, że na przykład poznaliśmy na wakacjach nowych znajomych i oni pytają: „Czym się zajmujesz?” Ja mówię: „Wiecie co? Piszę książki.” Oni: „O wow, fantastycznie!
A co napisałaś?” Ja mówię, że nic. Stwierdziłam, że jak takich głupot ludziom nagadam, to się w końcu zbiorę i faktycznie coś napiszę. Pewnego wieczora na forum Jagna opublikowała link czy opublikowała okładkę swojego e-booka, który w tamtym czasie wydała. Moja ambicja już tego nie zniosła. Mówię: „Nie, jak ona napisała i wydała, to ja też muszę”. I tamtego wieczora usiadłam i napisałam pierwszych 20 stron mojej debiutanckiej powieści. Tak mi się spodobało, że potem to już właściwie poleciało samo.
[02:52:54] - Samo poleciało. Tych książek jest naprawdę dużo.
[02:52:57] - Chyba 25.
[02:52:59] - Gratulujemy serdecznie, bo jest to już naprawdę spory wydawniczy dorobek.
[02:53:04] - Na kolanie. Izabela Frączyk. Fragment felietonu „Niebezpieczne obowiązki”. No i wpadłam na pomysł, żeby kichać z zupą w ustach. Nabrałam zupę, a że wzięło mnie na kichanie w trakcie przełykania, postanowiłam zrobić to tak, żeby sobie nie zapaskudzić świeżo posprzątanej kuchni. Może dla wielu jest to mało istotne, ale dla chwilowo odrobionej matki małych dzieci taka wypucowana na połysk kuchnia to uświęcony prawem błogostan. Cóż, nie da się. Nie dość, że zupa poszła w pełnym rozbryzgu na pół kuchni, to na dodatek w ustach wytworzyło się takie ciśnienie, że ogłuchłam. Pomyślałam, że pewnie się zaraz odetka, ale niestety. Następnej doby zmuszona byłam odwiedzić laryngologa i wyznać, że grzybowa poszła mi w uszy.
Musiałam znieść pełen politowania wzrok i z pokorą przyjąć na klatę diagnozę, że mi się zassały błony bębenkowe i sprawa jest poważna. Kazali łykać jakieś osuszające tabletki i postraszyli sterydem. Jak niewyszna wróciłam do domu i łyknęłam podwójną dawkę, bowiem po południu miałam w szkole zebranie. Poszłam, ale w sumie to nie wiem po co, bo ludzka mowa sprawiała, że czułam się jak ktoś, komu nałożono na głowę cynowe wiadro i walono weń młotkiem. Szaleństwo. No ale skoro już przyszłam, to chciałam się czegoś dowiedzieć. Zatem ryknęłam tak, że wystraszeni rodzice o mało nie pospadali z krzeseł. Bez sensu zapytałam, bo i tak nie usłyszałam odpowiedzi, ale przynajmniej odfajkowałam się na liście obecności. Tyle dobrego. Następnego dnia nadal nie doczekałam się poprawy, więc tym razem ryknęłam na domowników, żeby zeszli na obiad.
Nalałam gorącą zupę i jak ostatnia sierota wetchnęłam palec do talerza. Omal nie upuściłam wszystkiego na podłogę, ale że chciałam jak najmniej nachlapać oraz jak najszybciej ochłodzić oparzenie, rzuciłam się w drugą stronę, w kierunku zlewu. Niestety po drodze zaatakowała mnie otwarta zmywarka i oparzyłam się zupą po sam łokieć. Granatowy siniak na goleni i zafajdana cała kuchnia to przy tym pryszcz. Nadal głucha, z ruchu warg domyśliłam się, co myśli o mnie mój mąż, ale pokornie przyjęłam okłady z lodu, modląc się, by mi w uszach wreszcie popuściło, bo następnego dnia szliśmy na Andrzejki. Przy posiniaczonych nogach z żalem odwiesiłam ulubioną sukienkę na wieszak i na imprezę wybrałam jakieś spodnie. Nazajutrz z ulgą przyjęłam fakt, że chyba znowu coś słyszę i jak z motorkiem ruszyłam do sprzątania łazienki. Na wszelki wypadek, w obawie o ciśnienie w uszach, grzecznie przykucnęłam przed toaletą i otworzyłam deskę. Opadła. Otworzyłam drugi raz.
Też opadła, więc potraktowałam ją nieco bardziej agresywnie i łupnęłam nią o ścianę, wcale nie licząc, że znów nie opadnie. Ale tym razem nie opadła, tylko z impetem odskoczyła od ściany. Tamtego dnia nie poszliśmy na Andrzejki. Deska sedesowa pobiła mi oko.
[02:56:04] - Obecnie jest pani właścicielką wydawnictwa Bookentent. Czy uważa pani to przebranżowienie za całkowicie naturalne i potrzebne, aby osiągnąć kolejny, wyższy poziom wtajemniczenia twórczego, czy też praca w wydawnictwie odbija się jednak w jakiś sposób negatywnie na pani pisarskich zamierzeniach?
[02:56:26] - To znaczy i jedno, i drugie. Dobrze tutaj dotknęła pani obu tematów, bo chcąc się w pełni zaangażować w wydawanie książek nie tylko własnych, ale także cudzych, to jednak doba ma tylko 24 godziny. A ponieważ jeszcze to wszystko się zbiegło z wyprowadzką na wieś i w dalszym ciągu jesteśmy tutaj nowi, zadomawiamy się, urządzamy ogromny ogród i robimy plantacje, uprawy, więc to też nas ogromnie angażuje. Do tego jeszcze wydawnictwo, do tego jeszcze inni autorzy. Bardzo starannie selekcjonujemy, kogo możemy wydać, bo jesteśmy malutkim wydawnictwem, ale mimo wszystko pracy jest dużo, a wiadomo, że odbija się na pisaniu. Doba ma tylko 24 godziny. A dlaczego taka decyzja? Rachunek był prosty. To była czysta kalkulacja finansowa. Poza tym chciałam spróbować czegoś nowego.
W końcu po kilkunastu latach na rynku wydawniczym sporo rzeczy się wie. I tak nie wiedziałam wszystkiego. Wielu rzeczy trzeba się było nauczyć mimo wszystko.
[02:57:18] - I właśnie chciałam się zapytać, co takiego przytrafiło się może przez ten czas funkcjonowania wydawnictwa BookEnd? Czego się pani nie spodziewała? Z czym przyszło się zmierzyć i dopiero uczyć się tego nowego fachu? Bo wiadomo, każda nowa firma ma jakąś swoją specyfikę. Przystępując do działania wydaje nam się, że damy sobie radę, a potem jednak jakieś trudności się na tej naszej drodze pokazują.
[02:57:47] - Trudności to za dużo powiedziane. Po prostu kwestia wiedzy i takiego posiadania know-how, jak to zrobić, żeby było dobrze. Oczywiście na pierwszą książkę poświęciłam na wydanie jej praktycznie pół roku. Ja wiedziałam, że wielu rzeczy nie wiem, dlatego ten okres był taki długi. Co mnie zaskoczyło? Zaskoczyło mnie to, że proces wydawania książki i prowadzenia wydawnictwa ogólnie składa się z nieprawdopodobnej ilości drobnych czynności, o których pisarz, który wydaje w innym wydawnictwie po prostu nie ma pojęcia. Jaka to jest mrówcza praca, jakie to jest wszystko skomplikowane, jak wiele rzeczy, wiele drzwi trzeba otworzyć, jak wiele rzeczy i umiejętności trzeba posiąść. Chociażby taka prosta rzecz, na przykład egzemplarze cyfrowe. Zamieszczenie egzemplarzy cyfrowych e-booków, audiobooków na platformach streamingowych typu Audioteka, Legimi, Storytel, Virtualo, Publio, BookPoint i tak dalej. Sześć czy siedem tych platform jest.
To tak naprawdę zajmuje cały dzień, ponieważ każdy z tych operatorów ma inny panel wydawcy. Ten sobie życzy, żeby mu zamieszczać bezpośrednio na serwerze. Ten życzy sobie WeTransferem pliki przesłać, tamten życzy sobie coś tam jeszcze innego. Każdy ma inny panel, inny system logowania, inny system obsługi wydawcy. Naprawdę strasznie czasochłonna praca plus wpisywanie wszystkiego ręcznie: numerów ISBN, ilości stron, minut trwania audiobooka. Cyfrowy trzeba zamieścić w repozytorium Cyfrowej Biblioteki Narodowej. Cały bity dzień pracy i to bardzo takiej skrupulatnej i uważnej.
[02:59:19] - A proszę mi jeszcze powiedzieć, czy to wydawnictwo jest taką rodzinną firmą? Czy na przykład mąż panią wspiera w tej pracy?
[02:59:27] - To jest firma rodzinna.
[02:59:29] - Ma pani wsparcie w rodzinie przy tych działaniach.
[02:59:32] - Ależ oczywiście, że tak, bo jedna osoba nie byłaby w stanie prowadzić takiej działalności. To jest praca rzeczywiście, takie wydawnictwo, które chce wydawać, powiedzmy kilka, kilkanaście książek rocznie. To jest praca na pełny etat na dwie i pół, trzy osoby.
[02:59:47] - „Sekretny składnik” Izabela Frączyk, Jagna Rolska. Prawda ekranu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Właśnie taką lekcję dostaje od życia zakopiański kucharz amator, który wskutek dramatycznych wydarzeń podejmuje w swoim pensjonacie grono gwiazd kulinarnego show. Przystrojący od ludzi Klemens odnajdzie się przed telewizyjnymi kamerami? Co zrobi z niechcianym uczuciem do Liliany, bezwzględnej, frącej jak taran celebrytki? Czy mądrość ludowa babci Marii zdoła ostudzić skrajne nastroje panujące w telewizyjnej ekipie? Witajcie w piekiełku stołecznego show-biznesu przeniesionym wprost na spływające błotem przedwiosenne Podhale, gdzie zaroiło się od kulinarnych osobowości. Wielu telewidzów zabiłoby za możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia, a tymczasem celebryci zabijają się sami. Zapraszamy do lektury. A proszę nam w takim razie powiedzieć, gdzie nasi słuchacze mogą odnaleźć pani książki.
Już tu pani podała nam platformy, to już wiemy, że tam możemy po nie sięgnąć. A w wydaniu takim książkowym książki wydawnictwa BookEnd można znaleźć w jakichś księgarniach? Gdzie o nie pytać, żeby wejść w ich posiadanie?
[03:01:00] - Wszędzie można pytać, w każdej księgarni internetowej. Czy w każdej księgarni takiej mniejszej? Tego nie umiem powiedzieć, bo to już jest decyzją księgarza. Natomiast książki można też nabyć w naszym sklepie internetowym, szczególnie książki właśnie z autografem. Na bookend.pl też są dostępne od ręki. Praktycznie także można zamówić sobie do salonu Empik, zamówić do odbioru w punkcie Bonito. Właściwie nasze książki są praktycznie wszędzie. My mamy tych samych dystrybutorów co inni wydawcy.
[03:01:29] - Proszę sprawdzać, szukać, pytać o te książki, bo autorzy są rzeczywiście bardzo ciekawi. Na swoim artystycznym koncie posiada pani książki pisane w duecie. To bardzo interesująca forma. Mówię tu o powieściach, które współtworzyła pani ze wspomnianą już wcześniej panią Jagną Rolską. Interesuje mnie, w jaki sposób powstawały te dzieła. Która z pań czuwała nad fabułą, a która nad warsztatem twórczym, pilnując, aby przekaz był spójny, czytelny?
[03:02:05] - Pisanie w duecie było dla mnie pewnym wyzwaniem, ponieważ moje książki wszystkie od początku do końca, niezależnie od tego, czy to jest powieść pojedyncza, czy pięciotomowa seria, powstają bez planu. Bez planu, bez konspektu, bez pomysłu. Właściwie ja spotykam bohatera, on się przede mną pojawia, jego okoliczności, uniwersum, w którym funkcjonuje, jego tu i teraz. I właściwie ja się w tym momencie do niego przysysam jak taki pasożyt trochę i zaczynam opisywać to, co się dzieje w jego życiu. I ze strony na stronę to mi się wszystko jakoś tam kleci. Do tej pory, przez ileś tam naście lat ten system u mnie działa. Natomiast w duecie niestety nie da się pisać ze strony na stronę. To już musi być mocno dopracowane i konspekt musi być dosyć szczegółowy. Tym zajęła się Jagna, ponieważ ona potrafi to robić i się z tym świetnie czuje. I ona musiała również oprócz stworzenia konspektu zarządzać ruchem, czyli pilnować mnie, żeby mnie nie poniosło.
Ja dostawałam od niej jakiś tam fragment czy scenę, czy rozdział do napisania i mówi: „Słuchaj tu i tu ma być to i to i żeby cię tam gdzieś nie poniosło. Nowych bohaterów mi tu nie wprowadzaj.” To było dla mnie pewnym wyzwaniem, bo ja nie umiem w ten sposób tworzyć. Ale nauczyłam się w końcu i powstały w związku z tym trzy części takiej trylogii erotycznej „Kaprys milionera”, „Upadek milionera” i „Powrót milionera”.
[03:03:25] - Proszę mi powiedzieć, o co się panie najczęściej spierały?
[03:03:30] - My się nigdy o nic nie spieramy. Właśnie taki fenomen naszej przyjaźni. Przyjaźnimy się od nastu lat. Przyjaźniłyśmy się wyłącznie wirtualnie. Osiem lat minęło, zanim się spotkałyśmy w realnym świecie. Nigdy w życiu nie zaliczyłyśmy żadnej sprzeczki, żadnej awantury ani czegoś takiego. Absolutnie. Jesteśmy osobami kompletnie różnymi. Wysoka, niska, brunetka, blondynka. Uposobienie jakieś kompletnie inne.
Jedna lubi siedzieć w ogóle z domu nie wychodzić, druga by tylko latała od radia do radia i od spotkania do spotkania. Kompletnie różne gusta, dwie przeciwności. Natomiast mamy taki jeden wspólny zwój w mózgu, tak identycznie skręcony, który nam pomaga myśleć tak samo. I my przez tą naszą wirtualną przyjaźń spotykałyśmy się z tym, że w jednej sekundzie pisałyśmy to samo. I skoro myślimy tak samo, to było nam stosunkowo łatwo napisać książkę.
[03:04:20] - „Upadek milionera” Izabela Frączyk, Jagna Rolska. „Kurde, ale norę. — mruknął Emil na widok ich nowego lokum.
[03:04:28] - Pomieszczenie było nieduże i duszne, umeblowane bardzo skromnie, jedynie w podstawowe sprzęty. Dwa wąskie łóżka nakryte niebieskimi narzutami, szafa ze skrzypiącymi drzwiami i lekko kulawy stolik. A ten taboret pamięta chyba wojny jońskie. Emil przesunął stopą wiekowy mebel i postawił na nim zabraną z lotniska cudzą walizkę. No się wydziwiaj. Przynajmniej jest łazienka i piękny widok. Pomyśl, że jesteś na Złotej. Jasne. Tylko spójrz na to. Emil z nieszczęśliwą miną wyjął z walizki hawajską koszulę i plażowe klapki z napisem Kubota.
Do zestawu dołączyły też trzy koszulki z krytyńskimi napisami, na szczęście jeszcze nierozpakowane z foliowych torebek, dwie pary tanich szortów w dziwaczne desenie, kilka par skarpet oraz męskich stringów. Ale się gościu wystroił na wczasy. Niemal co. Danka na widok zdobyczy Emila ryknęła niepohamowanym śmiechem. Z trudem opanowała łzy. Trzymając się za brzuch, opadła na łóżko. Sześć wspólnie spędzonych miesięcy sprawiło, że poznała upodobania towarzysza. Wszystko w jego otoczeniu musiało być najwyższej jakości, a cena nie grała roli. Tym razem jednak przyszło mu przywdziać coś, co było szczytem obciachu i tandety. Prysznic na szczęście działał, a uprzejmy gospodarz podrzucił im czyste ręczniki.
Emil, zdegustowany faktem, że na noc musi założyć cudze ciuchy, ze zwieszoną głową poszedł do łazienki. Pod prysznicem starannie uprał swoje slipy z mikrofibry, warte mniej więcej tyle, ile zdobyczne ubrania wraz z walizką.
[03:05:56] - Pieniądze to taki niezwykły magnes i właściwie chyba większość ludzi o tych pieniądzach marzy, a panie pisały o milionerze. Artyści chętnie sięgają po motyw bogacza, kryzusa. Czy jego postać budowana była na podstawie przeżyć, doświadczeń autorek? Czy może jedynie ukazał się paniom w sferze marzeń, wyobrażeń?
[03:06:19] - Nie wiem, czy tak za bardzo jest o czym marzyć poza paroma zerami na koncie, ponieważ każdy ma problem finansowy, tylko jest kwestia tutaj ilości zer, prawda? To naprawdę każdy, każdy z nas ma jakiś tam finansowy problem. Emil Kastner został stworzony przez Jagnę. Ja tutaj w ogóle nie miałam nic do gadania, jakby to była jej postać i to była postać taka mocno przerysowana, tak? Bo cała ta właściwie powieść to miał być taki Kopciuszek dla dorosłych. Zaczyna się od tego, że właśnie Emil Kastner, po prostu znudzony, rozkapryszony bogacz. Już go nic nie cieszy, już wszystko ma w nosie. On już wszystko posiada, co tylko może. Hotele, jachty. I jemu się naprawdę w głowie przewraca z tego wszystkiego i z tego bogactwa i z tego znudzenia.
I zakrapiany alkoholem imprezy zakłada się ze swoimi przyjaciółmi, że nawet z najbardziej nieatrakcyjnej i mówiąc tak kolokwialnie zapuszczonej kobiety, przy odpowiedniej dozie pieniędzy można z niej zrobić po prostu królewnę, księżniczkę. I on się zakłada o grube pieniądze. Oczywiście rano tego zakładu w ogóle nie pamięta. No ale potem sobie przypomina, co zrobił i teraz szuka odpowiedniej kandydatki, żeby przemiana była spektakularna. I trafia na skutek ogromnego zbiegu okoliczności na naszą taką poczciwą Danusię Popiołek. Dziewczynę taką bardzo poczciwą, bardzo fajną, bardzo sympatyczną, przez czytelników bardzo lubianą. I Danusia jest dziewczyną skromną, zahukaną, ubogą, jeszcze mającą w życiu pecha przed tym wszystkim. I ona się idealnie nadaje do projektu Emila. No i tak się dzieje, że życie ich ze sobą łączy. I teraz ona ma być tym Kopciuszkiem, on ma być tym księciem.
I wydawać by się mogło, że ten temat, zawsze modny, doprowadzi do szczęśliwego finału i będzie jedno wielkie wow. Tylko należy zadać sobie pytanie, jak na tym całym interesie wyjdzie książę. Bo to, że Kopciuszek wyjdzie dobrze, bo na tym rzecz jasna skorzysta. Tutaj nie będzie żadnego zaskoczenia, bo Danka będzie takim materiałem dosyć plastycznym. Ale co będzie po drodze? Co się wydarzy? Na ile ona pokaże rogi? Na ile ten milioner będzie mógł sobie pozwolić na ingerencję w ciało i duszę drugiego człowieka, tak? Bo jemu się wydaje, że on ma jakby do wszystkiego prawo, że jego pieniądze stanowią przepustkę do każdego skrawka czyjejś jakby podświadomości, psychiki, do wnętrza. A to wcale nie jest wcale tak prosto.
I tutaj wydawać by się mogło, że będzie szczęśliwy finał, a tu okazuje się, że niespecjalnie. Ponieważ ja bardzo nie lubiłam Emila Kastnera i jak tylko wracał do mnie tekst, to ja zawsze robiłam tak, żeby on był taki niefajny, ten Emil. No i dzięki temu powstały trzy tomy zamiast jednego.
[03:08:53] - Co się tutaj, do jasnej cholery, wyprawia? Nic. Mamy gości — rzuciła niedbale Eliza. Jasne. W pokoju obok mojego właśnie ma miejsce jakaś zbiorowa orgia. Ci ludzie zachowują się jak jaskiniowcy. A to pewnie przez to opium — skwitował Julek z miną znawcy. Ja rozumiem, ale żeby aż tak się naćpać? To ma być pielgrzymka, przecież to jakaś hucpa. Karol przysiadł na kanapie na wprost recepcji, w świetle rzuconym przez stojącą lampę.
Eliza i Julek jak na komendę ryknęli śmiechem. No i z czego się tak cieszycie? — rozzłościł się Karol. Że jakiś goły hipis właśnie wyważył drzwi do mojego pokoju. Wprowadził tam gołą hipiskę, a ta idiotka na mój widok zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Nie dość, że mi się władowali do numeru razem z drzwiami, to jeszcze zaczęli hałasować. Przeglądałeś się dzisiaj w lustrze? Eliza dostała spazmów. Karol nie zdążył odpowiedzieć. Ratunku!
Całą trójkę poderwał dochodzący z piwnicy rozpaczliwy okrzyk. Boże dopomóż, uchowaj ode złego! Pleć, siło nieczysta. Po kilkunastu sekundach w holu pojawił się przerażony konserwator. Ledwie trzymał się na nogach. Panie Karolu, co się stało? Diabeł, pani Elizo, chciał zerwać moją kołdrę. Ja przysięgam, ja na Boga, ja nigdy więcej. Co pan przysięga? Ja od dzisiaj nie piję — wybełkotał uroczyście mężczyzna i osunął się na podłogę, przy okazji uderzając o nią twarzą.
Ja nie mogę. Eliza przewróciła oczami. Co się tutaj dzieje? Ja nie mogę. Eliza przewróciła oczami. Co się tutaj dzieje? Julek, leć do kuchni po lód. Kaziu chyba przyda się okład, głównie na głowę. Niby jeszcze dużo wypił? A czy coś się stało?
Iga wyrosła jak spod ziemi. Koniec świata. Taki mały armagedon — wyjaśniła ze stoickim spokojem Eliza. Nasi spokojni pielgrzymi naćpali się po grillu, który urządzili sobie na parkingu i teraz zbiorowo się gwałcą. Już zdążyli wyłamać drzwi do pokoju Karola i wystraszyć pana Kazia, który wcześniej mocno się zamytrzeźwił. Nasza złota roczka rozbiła sobie twarz o posadzkę, a Karol wypłoszył nagą hipiskę. To tyle. Julek właśnie powrócił z kuchni ze sporym workiem lodu w kostkach i owinąwszy go wcześniej w ściereczkę, przyłożył do rozbitego nosa pijanego konserwatora. Wczoraj wieczorem był na imieninach u kolegi — powiedział. Dziś rano miał kaca, więc postanowił poprawić piwem.
Tak mocno się utrwalił, że do jutra go pewnie podtrzyma. A za kozę to ja osobiście przepraszam. Za kozę? — zapytały unisono przyjaciółki. Za kozę — przytaknął. Kazała mi ją pani gdzieś ulokować. No i? Wszystkie pomieszczenia gospodarcze mamy nieogrzewane, a na zewnątrz jest minus 20. Na noc zapowiadają aż 30 stopni mrozu, więc postanowiłem umieścić ją w piwnicy. Jakoś musiała otworzyć sobie drzwi do przyziemia, bo to chyba ona chciała zjeść hodrę pana Kazia.
O kurde! Iga wybuchła tak zaraźliwym śmiechem, że reszta towarzystwa nie wytrzymała. Po chwili płakali ze śmiechu wszyscy zgromadzeni w recepcji, włączwszy nawalonego Kazia. Dobry humor udzielił się nawet wkurzonemu Karolowi. Jego twarz mieniła się intensywnie wszystkimi kolorami tęczy, ale błyskawiczna interwencja przyjaciółek i markowy puder w kremie zrobiły swoje. Ciemne sińce zostały skutecznie zatuszowane. Wcale się nie dziwię tej biduli, że zaczęła krzyczeć — nabijała się bezlitośnie Iga, wyciskając z tubki beżową emulsję. Fachowo obróciła poobijaną twarz Karola w stronę okna i porównała odcień podkładu z odcieniem karnacji. Jest dobrze, tylko za bardzo się nie tapetuj, bo będziesz wyglądał jak tajski trans z pyta. To świnia.
Wiesz jak to boli? Wiem. Najbardziej boli odbicie w lustrze, co? No dobra, koniec fetcy — wtrąciła Eliza. Widzieliście gdzieś kota? Widziałam go rano. Ganiał po pierwszym piętrze. Ot, par Karol. O matko! Przeraziła się Eliza.
Numer. Numer. Kici, kici, numerek. Kici, kici. Boisz się, że go pielgrzymi zeżarli? Rozbawienie Igi sięgnęło granic. Cholera ich wie. Eliza obróciła się na pięcie i udała się do biura.
[03:13:03] - Chciałam zapytać, ponieważ domeną pani są powieści obyczajowe, czy byłaby pani gotowa napisać książkę kryminalną? Czy może wpisać się taką opowieść obozową? A może taki naprawdę silny, mocny erotyk? Tylko i wyłącznie dlatego, aby wpisać się w główny nurt mody, jaki teraz panuje w literaturze i tym samym przyciągnąć do siebie większą liczbę czytelników.
[03:13:31] - Ja piszę to, co mi w duszy gra. Ja nie patrzę na mody. Moją domeną są powieści obyczajowe z takim puszczeniem oczka w stronę komedii. Czasem się rzeczywiście zdarzy trup, jakieś przestępstwo. Seks się wiadomo też zdarza. No właśnie takim erotykiem klasycznym był właśnie "Milioner", ale dlatego powstał w duecie, tak trochę z przekory, żeby czytelnik nie wiedział, która z nas to napisała, która z nas pisała które sceny. Tak że myślę, że udało nam się trochę czytelników przechytrzyć. I to jest rzeczywiście pełnokrwisty erotyk. Natomiast tak, literatura obozowa zupełnie mi się nie podoba i kompletnie nie moja bajka. Ja się w modę nie wpisuję, ja mogę co najwyżej po prostu odrobineczkę się w jakiś sposób, nie wiem, nagiąć, odrobinkę odmłodzić bohaterów czy też ich postarzyć.
Mogę okoliczności jakieś im, powiedzmy tutaj stworzyć takie, które z jakąś modą są związane, ale zauważmy to, że jeżeli pojawia się moda, to wszyscy piszą na jedno kopyto. I tych książek jest już tak dużo, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna być po prostu znudzony i szuka czegoś innego. Proszę sobie przypomnieć sukces "Domu nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej. Nagle się okazało, że powstała taka książka i co się podziało? To spowodowało nieprawdopodobny wysyp rodzimej kobiecej literatury tworzonej przez kobiety, gdzie 90% to była kobieta po przejściach, wynosi się na wieś albo ze wsi do miasta, albo z miasta na wieś. Tam ma jakiś romans z weterynarzem, z gajowym czy kto tam jej wpadnie w ręce i tam zaczyna życie od nowa. Nagle wzięła cała masa książek. Ja nie chcę się wpisywać w kolejną taką rzecz, bo jak już przebrzmiały te wszystkie rozlewiska i tak dalej. Ja stworzyłam na przykład bestsellerową serię, która się strasznie czytelnikom podobała. "Stajnia w Pieńkach" aż pięciotomowa seria, taka moja druga flagowa obok "Kobiet z odzysku".
Tutaj mogłoby się też wydawać, no mówię, nowej tu nie wymyślimy, bo to wszystko już było, tylko kwestia formy, w jakiej to czytelnikowi podamy, w jaki sposób tego bohatera umieścimy, w jaki sposób skomplikujemy mu życie, w jaki sposób-- no każdy to zrobi na swój sposób, ale motyw wiadomo, motywy się powtarzają.
[03:15:45] - One nawet powinny się powtarzać, bo są jakimiś takimi kodami, którymi możemy z czytelnikiem też się porozumiewać. To, że czytelnik szuka tych odnośników, to jest tylko plus w takim dziele, mi się wydaje. Motyw jest bardzo ważny, żeby był czytelny też, że jest ta ciągłość, prawda? Cały artyzm na tym polega, co dany autor włoży w tą książkę nowego, czyli doda coś od siebie.
[03:16:14] - "Kobiety z odzysku" Izabela Frączyk. Czy zastanawiasz się, jak często życiem rządzi przypadek? Trzy kobiety. Młoda wdowa, była żona bigamisty oraz doświadczona przez życie rozwódka nawet nie przypuszczają, jak wiele w ich życie mogą wnieść wspólne egipskie wakacje. Leniwy urlop na leżaku
[03:16:36] - Tyle nic bardziej błędnego. Niesamowite zbiegi okoliczności sprawią, że ich świat stanie na głowie i po powrocie do kraju już nic nie będzie takie jak przedtem. „Kobiety z odzysku” fragment powieści czyta autorka. Czy wy do reszty powariowaliście z tymi cholernymi wielbłądami? O co tu chodzi? Mamy XXI wiek. Płaci się kartą kredytową, a nie wielbłądami. Myślałam, że Polska jest jeszcze zacofana w porównaniu z wielkim światem, ale u nas nikt nikomu za żonę nie płaci krowami i nie oblicza wartości narzeczonej wedle aktualnej ceny skupu żywca. Pomijam już fakt, że małżeństwa zawiera się z miłości i uczuciami się u nas nie handluje. Zuzka rozsierdziła się nie na żarty.
Chciałem dobrze — zdołał się wtrącić Ahmed. Posłuchaj, lubię cię, ale nic z tego nie będzie. Ja już mam swoje miejsce na ziemi i bynajmniej nie jest to Egipt. Mam swoją pracę, swoje zainteresowania, swój dom i swojego mężczyznę. Poza tym jestem katoliczką. Nie smakuje mi wasze żarcie, nie podoba mi się wasza pustynia. Nie kocham cię i nie jestem na sprzedaż. Czy to jasne? Tak. W takim razie bardzo cię proszę, żebyś poszukał sobie jakiejś miejscowej, dobrze urodzonej dziewicy i dał mi święty spokój.
[03:17:55] - Spotkania, festiwale czy targi książek są formami reklamy coraz modniejszą zarówno wśród czytelników, jak i literackich twórców. Książka stała się produktem, który podlega normalnie marketingowi. Pani zdaniem to dobrze? Jakie są pani wspomnienia z czytelniczych imprez?
[03:18:17] - No cóż, książka jest produktem, w dodatku jest produktem masowym. Jakbyśmy się cofnęli o kilkadziesiąt lat, ile się książek wtedy wydawało? Kilkadziesiąt rocznie. Każda książka była wydarzeniem, miała gigantyczne nakłady. Natomiast w tej chwili praktycznie nie ma dnia, żeby nie było przynajmniej jednej premiery. Jest na tym rynku rzeczywiście bardzo ciasno i niestety rynek jest dosyć brutalny. Książka żyje na tym rynku bardzo krótko. Żyje jakieś dwa tygodnie przed premierą i jakieś trzy tygodnie do miesiąca po premierze. I tak naprawdę to jest ten moment, kiedy można sprzedać najwięcej. I trzeba się w tej chwili, w takiej sytuacji, na tym etapie wydania książki, trzeba się po prostu rozpychać łokciami.
Trzeba książkę promować, trzeba o książce mówić, trzeba o tej książce opowiadać. Ta książka powinna się pojawić wszędzie, autor powinien się pojawić wszędzie. Tutaj ogromną rolę teraz odgrywają social media wszystkie. Więc jeżeli praktycznie autor nie jest zaangażowany mocno w promowanie siebie samego na profilach na Facebooku, na Instagramie, na TikToku i tak dalej, wydawca też ma związany ręce. Autor musi współpracować z wydawcą. To jest taki niepisany obowiązek. Trzeba się naprawdę rozpychać. To jest smutne. Oczywiście są autorzy, którzy mają swoich już wiernych czytelników i wystarczy, że gdzieś tam pojawi się jakaś zajawka w internecie, że ukaże się nowa książka, ta kolejka już się do tego autora ustawia. Ale autorom z niewielkim dorobkiem, w dodatku autorom, którzy siedzieli sobie gdzieś tam zamknięci, coś tam tworzyli do szuflady i nagle teraz chcą błysnąć, wystartować, nie ukrywam, jest bardzo trudno.
Tak się tego dużo wydaje, że ja nie wiem, ile książek teraz debiutant musiałby napisać, żeby móc się wreszcie z pisania utrzymywać.
[03:20:12] - A proszę mi powiedzieć, jak pani ocenia takie spotkania środowiskowe, różne festiwale, gdzie spotykają się twórcy?
[03:20:21] - Oceniam bardzo dobrze, ponieważ to są imprezy głównie towarzyskie, tak bym to określiła, ponieważ jest to środowisko bardzo fajne, w którym jest stosunkowo mało wzajemnych niesnasek i zatargów. Oczywiście jest to środowisko liczne, więc nie ma cudów, żeby się tam wszyscy bardzo kochali, lubili i głaskali po głowach, ale w przeważającej części jednak głównie pisarki, bo ten babiniec jest pisarski, dosyć liczny, sobie pomaga. My się naprawdę wspieramy, my sobie pomagamy, my się odwiedzamy, my się spotykamy na festiwalach, nocujemy u siebie w domach. My naprawdę się lubimy. Ale wiadomo, jak w każdym środowisku jedni bardziej, drudzy mniej.
[03:21:04] - „Kobiety z odzysku. Podłe intrygi” tom piąty. Izabela Frączyk. Nie było człowieka, który na dłużej nie zawiesiłby wzroku na czekoladowym amerykańskim krążowniku szos. Gdy wreszcie nadeszła jej kolej pod ostrzałem fleszy, by siąść wprost na czerwony dywan rozłożony przed wejściem, licznie zgromadzeni paparazzi w pierwszej chwili rzucili się do fotografowania samochodu, a dopiero później zajęli się pasażerką. Zuzka już dawno nie czuła się tak przejęta. Oślepiona błyskiem fleszy, skupiona na tym, by się nie potknąć o własne nogi, z ostrożnością pokonała odległość do wejścia. W ogromnym holu recepcyjnym kłębił się rozgadany tłum. Jak okiem sięgnąć widać było same znane twarze — od polityków, biznesmenów z listy najbogatszych, przez aktorów, sportowców i prezenterów telewizyjnych, aż po pozostałych celebrytów znanych z tego, że aktualnie są znani. Gdzieś w tle dyskretnie przygrywał kwartet smyczkowy.
Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że bywalcy dobrze się znają. Czy mogę prosić panią o zaproszenie? Przed Zuzką jak spod ziemi wyrosła długonoga hostessa przepasana szarfą Miss Polski. Oczywiście. Zuzka zadarła głowę do góry i machinalnie sięgnęła do torebki. Niestety w tej samej chwili do niej dotarło, że kompletnie zapomniała o takim drobiazgu jak zaproszenie, które spokojnie sobie leżało na jej biurku w firmie. A imię i nazwisko nie wystarczy? — zapytała skonfundowana. I dowód osobisty? Niestety nie.
Dziewczyna uśmiechnęła się miło, a Zuzka poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Najgorsze, że nie mogła mieć do nikogo pretensji. Przygotowania tak ją pochłonęły, że zapomniała o najważniejszym. Dlaczego nie? Jestem tu z inicjatywy Edwarda Racewicza i chyba wie, kogo zaprosił, prawda? A skoro mnie zaprosił, to muszę być na liście. Mogę pokazać dowód osobisty. Proszę pani, ja tu tylko jestem na zleceniu i nie wolno mi nikogo legitymować – odparła dziewczyna. – Więc albo pokaże mi pani imienne zaproszenie, albo będę musiała panią wyprosić. Co takiego?
Zuzka zagotowała się z oburzenia. Hostessa wymownie spojrzała ponad jej głową, tym samym dając czytelny znak, że spowalnia kolejkę stale napływających gości i dyskretnie skinęła na kogoś z ochrony. Rosły mężczyzna w czarnej marynarce wyrósł przy nich jak spod ziemi. Czy ja wyglądam na oszustkę? Zuzka uśmiechnęła się uroczo, choć na widok ochroniarza o nalanej twarzy, niezmąconej żadną głębszą myślą, zęby zgrzytały jej same. Nie wiem. Ja tu tylko pracuję. Może da pani radę podesłać choćby zdjęcie zaproszenia? Może do kogoś zadzwonić? Nie dam rady, bo zaproszenie jest w biurze, a w weekend tam nikogo nie ma.
Poza tym nie mam przy sobie telefonu. Gdyby nie fakt, że tyle starań włożyła w przygotowania, Zuzka już dawno odwinęła by się na pięcie i z podniesioną głową opuściła budynek. Ale przecież nie po to tak się starała, żeby wszystko poszło na marne. Proszę mnie natychmiast wpuścić – powiedziała głośniej, niż miała zamiar i wyszarpnęła ramię ochroniarzowi, który najwyraźniej planował własnoręcznie odprowadzić ją do wyjścia. Stojący w pobliżu ludzie zaczęli z zaciekawieniem przyglądać się scence. Ale ja... Łapy przy sobie troglodyto. Słyszałeś o nietykalności osobistej? Zuzka wściekła się na całego. Co to się dzieje?
Czy mogę w czymś pomóc? Naraz tuż obok pojawił się blondyn w smokingu. Ta pani nie ma zaproszenia, a ja nie mogę jej wpuścić – powiedziała hostessa. Proszę zostawić to mnie i zająć się pozostałymi gośćmi. Ta pani idzie ze mną. Ale szefuniu. Ochroniarz usiłował coś dodać, jednak Zuzka posłała mu takie spojrzenie, że gdyby mogło zabijać, osiłek padłby martwy. A ty się koleś zamknij i lepiej zajmij się myśleniem, bo słabo ci idzie – parsknęła i uznawszy, że nie podoła wszechobecnemu oporowi materii, postanowiła sobie pofolgować. Ależ proszę się nie denerwować. Mężczyzna w smokingu wziął Zuzkę pod ramię.
Z dwójka złego lepiej było być wyprowadzonym przez blond przystojniaka niż przez dębowego osiłka, któremu myślenie przychodziło z trudem. Jak się mam nie denerwować? Zuzka głęboko zaczerpnęła powietrza i spojrzała na blondyna. Nagle coś zaczęło jej świtać. Czy my się przypadkiem nie znamy? Blondyn przystanął w pół kroku i spojrzał na nią uważnie. Odniosłam podobne wrażenie. Ale zaraz, ja naprawdę cię znam. Tylko nie mogę skojarzyć skąd. Matko!
Zuzka zapomniała o perfekcyjnym makijażu i pacnęła się otwartą dłonią w czoło. Przecież to jasne, że to musisz być ty. Nie leciałeś ostatnio samolotem ze Szwajcarii? Czy to nie tobie podsiadłam stolik na lotnisku? Przepraszam, że tak pytam. Ty jesteś... Zaraz, jak masz na imię? Przemek. Na dźwięk tego imienia Zuzka rozpromieniła się jak stuwatowa żarówka. O Boże, co za zbieg okoliczności!
Blondyna wreszcie olśniło. No jasne, że to ty. Przepraszam, że nie poznałem cię od razu, ale wyglądasz zupełnie inaczej. Wtedy wyglądałaś... Przemek nie mógł znaleźć dobrego określenia. Wcale wtedy nie wyglądałam. Nazwijmy rzecz po imieniu. Ale cóż, dres i smoking to też dwie różne bajki. Nie pozostałam mu dłużna.
[03:26:21] - 23 maja 2023 roku odbyła się premiera pani najnowszej powieści zatytułowanej „Kodro intrygi". Jest to piąty tom „Kobiet z odzysku". Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Bookend. Proszę mi powiedzieć, na czym polegała różnica w opracowaniu tego tomu od wcześniejszych pozycji cyklu? Jest pani zadowolona z edytorskiej pracy swojego wydawnictwa?
[03:26:52] - Pierwsze trzy tomy książki, historii czy cyklu „Kobiety z odzysku" zostały wydane przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. A jeszcze wcześniej, w 2011 roku ukazała się na rynku powieść „Kobiety z odzysku". To była powieść jednotomowa. Ja w ogóle nie myślałam o tym, że ona będzie kiedykolwiek kontynuowana. Po sześciu czy siedmiu latach napisałam jednak kontynuację, czyli tom drugi. No i później już poleciało tom trzeci, czwarty, piąty. Z tym że trzy tomy, czyli „Kobiety z odzysku" zostały wznowione przez wydawnictwo Prószyński i S-ka jako tom pierwszy w serii. Później pojawiły się na rynku „Kobiety z odzysku. Trudne wybory", następnie „Kobiety z odzysku. Ryzykowne decyzje" i na tym jakby tutaj ingerencja wydawnictwa Prószyński i S-ka w tę serię się skończyła do momentu, kiedy nasze drogi się rozeszły.
Niemniej ja chciałam tą serię kontynuować, ale dogadaliśmy się w ten sposób, że w niczyim interesie jest robić jakieś tutaj zamieszanie i ustaliliśmy, że jednak będziemy kontynuować ten layout okładkowy, że na przykład na mojej okładce, okładce wydawnictwa Bookend, na czwartym tomie na okładce pojawią się książki, wcześniejsze tomy wydane przez Prószyńskiego. To jest właściwie ewenement na rynku wydawniczym, że takie porozumienie nastąpiło. Ja na przykład okładkę każdego tomu czwartego czy piątego przesyłam na przykład do mojego poprzedniego wydawcy, żeby sobie zobaczył, czy jest okej wszystko, czy mu się podoba. Także pełna współpraca ma miejsce i
[03:28:25] - Na tyle zależało nam, żeby ta książka, ten czwarty tom „Kobiet z odzysku”, który był takim pierwszym naszym tytułem wydawanym w wydawnictwie Bookend, nie odstawał od reszty. Ten sam grafik, ten sam zespół opracowujący tekst, redakcja, korekta, skład, łamanie, okładka, ten sam grafik, ten sam layout okładkowy. Mało tego, ten sam rozmiar, nawet gramatura papieru była identyczna i ta sama drukarnia. Wszystko było to samo, żeby czytelnik miał książkę pasującą do poprzednich tomów, żeby ta seria była spójna. To się udało zrobić. Mamy bardzo fajną serię, tylko znaczkiem wydawcy i okładki się różnią tak naprawdę.
[03:29:09] - Czyli współpraca niewiele się zmieniła, rozumiem, skoro większość osób pracowała nad wcześniejszymi tomami i nad obecnym.
[03:29:20] - Jest to wszystko zrobione tak, żeby czytelnik nie poczuł żadnego zgrzytu czy dysonansu pomiędzy tymi dwoma ostatnimi tomami a tą pierwszą trójką.
[03:29:28] - Czytelnik szybko się przywiązuje nawet do szaty graficznej. Trzymamy kciuki za pani powieść. „Podłe intrygi”, proszę państwa, już do nabycia. Proszę już o nią pytać w księgarniach i w bibliotekach. W „Literackim tête-à-tête” gościliśmy dzisiaj kobietę niezwykle przedsiębiorczą, wytrwałą, dążącą do swoich obranych celów i dzięki temu osiągającą sukces. Pani Izabella Frączyk nie tylko obdarzyła nas swoim talentem, ale od niedawna propaguje również twórczość innych interesujących pisarzy. Życząc powodzenia w tych zamiarach, państwu przypominam, że książki wydawnictwa Bookend można już zakupić na stronie wydawnictwa u samego edytora i będą to również książki do nabycia z autografami. Szukajcie też państwo ich w księgarniach, pytajcie w bibliotekach. Pamiętajcie o tym, że im częściej w bibliotekach o daną książkę zapytacie, tym bibliotekarki szybciej ją państwu sprowadzą. Zaglądajcie też państwo na strony internetowe zarówno wydawnictwa, jak i naszego dzisiejszego gościa.
Polecam stronę www.izafraczyk.pl oraz autorskie strony na Facebooku i Instagramie. Pani Izabelo, bardzo serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas. Było mi niezwykle miło gościć panią w programie „Literackie tête-à-tête” i życzę wielu sukcesów zarówno pani pisarskich, jak i wielu sukcesów wydawnictwu Bookend. Dziękuję bardzo za rozmowę.
[03:31:12] - Ja również serdecznie dziękuję. Było mi ogromnie miło spotkać się z państwem i z panią.
[03:31:17] - Dobranoc państwu.
[03:31:19] - Dobranoc.
[03:31:22] - Jakby to państwu powiedzieć? Zdaje się— nie, nie będę udawał. Na pewno jesteśmy już przy końcu audycji, ale nie żeby tak dramatycznie, bo jeszcze jeden odcinek nam został. Jeszcze jedna część. Tym odcinkiem, tą częścią będzie „Alchemia tworzenia” Katarzyny Prychacz. Dzisiaj odcinek „Uważność i inspiracja”. Zapraszam.
[03:31:53] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Oto dzisiejsze dalijskie słowa na start: „Miękkie zegarki to nic innego jak paranoiczno-krytyczny camembert. Miękki, ekstrawagancki i samotny w czasie i przestrzeni.” Jak zapewne już widzieliście, dzisiaj na tapet bierzemy inspirację. Myślę, że jest to bardzo ważny element życia każdego artysty, a zwłaszcza pisarza. Zanim zacznę dzielić się z wami swoimi wnioskami w tym temacie, myślę, że warto sięgnąć po definicję słowa, żebyśmy mieli punkt odniesienia. Oczywiście słowa inspiracja.
Po tę definicję sięgam do Słownika Języka Polskiego PWN. Tak że klasyka, nawet do wersji papierowej. W sumie to nie wiem, co jest w internetowej, ale fajnie, jakby było to samo. Okej, pierwsze znaczenie. Inspiracja: natchnienie, zapał twórczy. Drugie znaczenie: wpływ wywierany na kogoś, poddawanie myśli, sugestia. Jak widzicie, trochę tu mamy niby oczywiste oczywistości, a jednak myślę, że można dużo sobie z tego wyciągnąć. W dzisiejszym odcinku chciałabym skupić się na inspiracjach bardziej płynących z zewnątrz. Chodzi o inspiracje, po które możemy sobie sięgać w każdej chwili, czy w słabszych momentach, czy na przykład, żeby nie marnować czasu, czy w autobusie, czy w kolejce. Zawsze możemy sobie pozyskiwać coś z zewnątrz.
Co mam na myśli, mówiąc z zewnątrz? Przede wszystkim to są wszystkie te rzeczy, po które sięgamy czy które nas otaczają, z których możemy coś wyciągnąć, jeżeli chodzi o nasze emocje. Czyli rzeczy, które na nas wpływają. Na przykład jakiś film. Może byliście w kinie, może coś oglądaliście. Dzisiaj ciężko być w kinie, więc może byliście w kinie domowym jakimś. Może coś oglądaliście w sieci. Niemniej chyba wiecie, o co mi chodzi. Czasami jest tak, że oglądamy jakiś film i czy to jakiś bohater, czy któraś ze scen To jest po prostu coś, co nas poruszy, może nas właśnie wzruszy, a może sprawi, że będziemy jeszcze przez kolejne dni przeżywali to, co tam się wydarzyło. Oczywiście takim samym, że tak powiem, inspiratorem, czyli takim wzbudzaczem emocji, wyzwalaczem w nas inspiracji może być muzyka.
To chyba jest jedno z częstszych narzędzi inspiracyjnych, po które sięgamy w trakcie pisania. W sumie to jest ciekawe. Może dajcie znać, czy faktycznie w trakcie pisania odpalacie gdzieś w tle jakąś muzyczkę, czy to związaną ze sceną, czy z klimatem, czy może macie jakąś taką ogólną, czy może właśnie piszecie w ciszy. Natomiast bardzo często nie chodzi tu też o tą muzykę, którą jeśli już używacie w trakcie, ale na pewno macie jakieś swoje ulubione zespoły czy swoje gatunki muzyki. Może słuchacie jej na słuchawkach w autobusie, może po prostu w trakcie sprzątania mieszkania, ale zawsze jest to jakaś taka fajna nuta, którą lubicie w tle. A może sami tworzycie też muzykę oprócz pisania? Może sami tą muzyką żyjecie, czy po prostu nie musicie mieć radia, chodzicie po mieszkaniu i śpiewacie. Ale to już wyzwala w nas emocje i to też może nas zainspirować. Czy to będą konkretne dźwięki, czy może będzie to podmiot liryczny z tekstu tej piosenki? A może to poezja śpiewana?
No to tutaj mamy nawet z poezji te podmioty liryczne. To wszystko jest też w tej muzyce. Oczywiście, że taką inspiracją z zewnątrz może być też drugi człowiek, więc może to być wasz któryś z domowników, może ktoś z rodziny, może wasz ukochany, ukochana, może to po prostu jakiś sąsiad, który przechadzał się osiedlem i coś zrobił. W którymś z odcinków wspominałam o ogrodniku i złotych grabiach. Chyba to były grabie. Chodzi o to, że taka inspiracja może być wszędzie i nawet wystarczy czasami rozmowa telefoniczna. Może podejmiecie jakiś temat, może wywiąże się jakaś spontaniczna dyskusja, jakaś gruba rozkmina, ale to dalej są stymulatory naszego mózgu i wyzwalacze naszych emocji. I to są też sytuacje, które jak najbardziej możemy gdzieś później użyć czy wykorzystać w rzeczach, które piszemy. Zarówno same sytuacje, jak i wnioski. Zresztą do tego jeszcze przejdę.
Oczywiście inspiratorem, takim zewnętrznym też jest nasze otoczenie, te nasze codzienne, ale też otoczenie, w którym możemy się znajdować okazjonalnie, czyli właśnie kolejka w sklepie, autobus, a może jakiś wyjazd nad jezioro, może szybki wypad na działkę czy odwiedziny u babci, u cioci i tak dalej. A może idziecie ze zwierzakiem do weterynarza? Może tam w poczekalni coś się dzieje? Wszędzie, gdzie się znajdziecie, coś was otacza i z tego czegoś, co was otacza, też możecie czerpać. No i oczywista oczywistość. Jak już mówiliśmy o ludziach domownikach, no to też oczywiście natura. Więc zarówno tutaj mam na myśli właśnie jakieś drzewa, krzewy, wiatr, chmury, słońce, jezioro, morze i tak dalej, ale też zwierzaki, które możecie zobaczyć gdzieś dziko. I zapewniam was, że nawet jeżeli mieszkacie w bloku, to na osiedlu też mogą być inspirujące zwierzątka. U mnie czasami pojawiają się zające i dziki. Teraz myślałam, że to sarna, ale jednak to chyba był zając, ale dalej nie jestem pewna.
Chociaż podobno sarny też były. Także kto wie. Natomiast mogę się z wami podzielić, że taką moją ostatnią radością z osiedla, jeżeli chodzi o zwierzątka, to są dzikie gołębie. Nie wiem, czy wiecie, które to są. Jeżeli jesteście z młodszych roczników, to może już tak nie widzieliście, ale kiedyś w wielu amerykańskich różnego rodzaju animacjach czy kreskówkach były takie wielkie gołębie, takie grubasy. One miały zawsze taką białą obręcz jakby na szyi, w sensie wiecie, kolor biały paseczek. No i były dosyć ciemne, szaro-zielone, no i dziobki miały pomarańczowe. I to są dzikie gołębie. One też w Polsce od jakiegoś czasu są. No i właśnie wypatrzyłam...
No dobra, moje koty wypatrzyły, a ja patrzyłam, gdzie patrzą koty. No i słuchajcie, latają takie dwa wielkie po osiedlu i zauważyłam, że zrobiły sobie gniazdo w tui pod moim oknem, także też teraz codziennie sobie tam patrzę, zaglądam w te drzewa i obserwuję. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Także widzicie to też właśnie jeszcze nie wiem, dokąd mnie ta inspiracja zaprowadzi, ale na pewno jest to taka miła stopklatka w ciągu dnia. Taka wiecie, trochę odskocznia, że sobie siedzę w oknie i razem z kotem obserwujemy sobie grubasa gołębia. No, a może niedługo się tam coś wykluje z tego gniazda. Kto wie? Dobra, wracam do tematu. Dlaczego warto się rozglądać? No mówiłam o tych wszystkich różnych rzeczach z otoczenia, czy z bliższego, czy z dalszego.
No i słuchajcie, właśnie dlaczego? Tak jak też wspominałam, możecie czerpać ze wszystkiego i wszędzie, i w każdej chwili. I choćby właśnie pozyskiwanie nowych postaci. Na przykład jeżeli piszecie jakieś książki dla dzieci, no to może taki gołąb właśnie byłby czymś ciekawym. Czy jakaś sarna biegająca między blokami. Tu mamy niby miasto, może jakieś futurystyczne miasto, po czym nagle wyrwała się nie wiadomo skąd jakaś sarna, a może jakaś futurystyczna sarna? Kto wie. Tak samo wspomniany wcześniej i dzisiaj ogrodnik ze złotymi grabiami. Sorry, że się powtarzam, ale po prostu ja go widzę od momentu jak się pojawił w mojej głowie, bo nawet się nie pojawił na moim osiedlu. Chociaż mam taką tutaj grupę zacnych ogrodników, także może można byłoby któregoś wyposażyć w złote grabie.
Ale wiecie, właśnie o to chodzi. Wzięłam sobie jakiegoś ogrodnika z osiedla i sobie wymyśliłam artefakt do niego. Więc zauważcie, to nie jest jakaś tam inspiracja, to nie jest jakaś gruba rozkmina czy coś, nad czym musiałam siedzieć. Po prostu ileś godzin. Tylko czasami wystarczyło odejść od komputera czy od notesu i zerknąć przez okno. Dalej. Możecie też z takiej obserwacji wyłapać sobie nowe relacje. Mam na myśli tutaj relacje między postaciami, a konkretnie może nawet jakieś sceny. Czy to będzie kłótnia na osiedlu, kłótnia w autobusie, może będzie w autobusie jechał ktoś, kto będzie rozmawiał przez telefon, więc będziecie słyszeli tylko tak naprawdę jedną stronę tej rozmowy. Ale to już może być ciekawy wątek.
Może ciekawa jakaś zajawka, może ta osoba powie jakiś zlepek słów, czy będzie miała śmieszne powiedzonko. To wszystko możecie sobie zagarnąć i umieścić gdzieś w którejś waszej postaci. A może właśnie w waszym projekcie rozpisać jakąś scenę, która tam się gdzieś wydarzy. Dalej. Możecie pozyskać nowe widoki. Wiadomo, że warto opisywać gdzieś fragmenty otoczenia. Jeszcze zależy co piszecie, ale warto. I nawet jeżeli piszecie coś w klimacie futurystycznym, to nawet jeżeli zerkniecie przez okno i zobaczycie jakiś widok, ten nasz tutaj, nasz w realu, to przecież możecie go przerobić na widok futurystyczny. A możecie też zrobić może w tym waszym uniwersum retrospekcję, może nawiązanie, może przekształcenie. Może to będzie jakaś legenda miejska, że kiedyś było coś takiego jak sarna.
Właśnie przypomniał mi się film „Sarnie żniwo” . Jak lubicie takie głupie, śmieszne filmy polecam. To był bardzo wyjątkowy film. Naprawdę klap klask dla twórców, bo to, co się tam działo . Dobra, koniec o tych sarnach. Także myślę, że wiecie, o co mi chodzi z widokami. Dalej. Nowe zależności w kontekście uniwersum, czyli samego świata, samego otoczenia. I tutaj bardzo fajnie sprawdza się obserwacja natury. Jeżeli mieszkacie w jednym miejscu przez rok, to też widzicie, jak to miejsce się zmienia w zależności od pory roku.
Może od pogody samej w sobie. Inaczej będzie wyglądał chodnik pokryty gradem, inaczej mokry, a inaczej suchy czy wysypany piachem po zimie, gdzie już na przykład śnieg topnieje i jest błoto. To niby są oczywiste rzeczy i takie małe bzdeciki, które gdzieś nas mijają, ale jednak możemy ich użyć. Na przykład mam rybiki cukrowe w łazience i też w jednym z uniwersów, które tworzyliśmy na potrzeby szkoleń z kreatywności mamy miasteczko Bredni i tam jedna z dzielnic tego miasteczka hoduje coś takiego jak błyszczak. Tam to jest taki skorupiak i z jego muszelki robi się lustra na przykład czy jakieś różne takie błyszczące rzeczy. A oczywiście eksportuje się gdzieś samego w sobie skorupiaka bez muszelki jako jedzonko. Natomiast jak po prostu padło gdzieś to w dyskusji, wymyśliliśmy te błyszczaki, to za każdym razem, kiedy gdzieś tam w łazience wieczorową porą kursuje jakiś rybik, to od razu ja na niego mówię błyszczak. Od razu mi się kojarzy. Pewnie gdybym miała wizualizować te nasze skorupiaki z uniwersum, to myślę, że mimo muszelki, którą mają, to i tak by tak szybko kursowały jak te tutaj . Także to są małe rzeczy, a możecie w bardzo fajny sposób gdzieś to sobie porozwijać.
Dalej. Dlaczego jeszcze warto? Nazwy, imiona, określenia. Tutaj wrócę trochę do takich trochę podsłuchanych, zasłyszanych rozmów. Ja wiem, że większość z was zapewne uwielbia mieć te słuchaweczki w uszach i ulubioną muzę. Mam wrażenie, że to teraz jest bardziej taki trend, norma. Natomiast ja uwielbiam, jak gdzieś jadę komunikacją czy BlaBlacarem z kimś, czy po prostu idę do sklepu, stoję w kolejce, cokolwiek. Uwielbiam słuchać tego, co się dzieje naokoło. Nawet czasami jakieś urywki rozmów. Czasami ktoś się do kogoś zwróci w bardzo taki czuły sposób.
Na przykład jak jest jakaś para i użyje jakiegoś określenia, na które bym sama nie wpadła na przykład. To są rzeczy, które naprawdę można w bardzo fajny sposób zagarnąć, tylko trzeba je usłyszeć. Niestety mając nutkę na uchu, nie da się jednego i drugiego słyszeć. Jeżeli uwielbiacie słuchać muzy, to co jakiś czas sobie zróbcie taki quest na przykład bez słuchawek, żeby posłuchać, zobaczyć. Może to ja żyję w jakimś świecie, w którym ludzie rozmawiają. Może w waszym świecie nic się nie dzieje . Nie no, słuchajcie, na pewno coś się dzieje, także warto mieć oczy i uszy na baczność. No właśnie, i teraz jak jesteśmy w uszach na baczność, to też same słowa to jest jedno, wypowiadane przez jakichś tam obcych ludzi, ale na przykład sposób mówienia, może głos. To też są fajne dodatki, jak na przykład później opisujecie jakiegoś bohatera. Trafiła się w kolejce osoba o wybitnie piskliwym głosie, wręcz raniącym uszy i może nawet ona nie krzyczała w tej kolejce, ale wszyscy ją słyszeli.
Przecież to jest idealny głos do włożenia w jakąś postać. I nawet już jak sami zastanowicie się nad tym, jaki ten głos jest, jak będziecie na przykład świadkami czy doświadczycie jakiegoś takiego zdarzenia, to już w głowie zaczynacie generować epitety. Więc już nawet macie zrobiony wstępny opis takiego czegoś. Dalej. Wiecie, czy was to na przykład denerwuje, czy może obudziło was to, bo przysnęliście. Już jak jesteśmy przy tym piskliwym głosie A może wręcz ten głos jest w pewnym sensie dla was kojący, że mimo że to jest dosyć głośne, to jakoś tam wam było miło. A może to wam się kojarzy z kimś z przeszłości? I zobaczcie, ile tu już macie informacji z takiej jednej sytuacji. Właściwie to nawet nie jest sytuacja, to jest rzecz. Można w kontekście głosu mówić o tym?
Załóżmy, z jednego tematu, z jednej rzeczy macie już ileś epitetów, ileś opisów przeżyć wewnętrznych. Może pomysł na jakąś retrospekcję. Możecie się mega bawić konwencją, a wystarczyło, że na przykład jakaś bardzo irytująca czy bardzo zirytowana pani, może tak mówmy o niej, zaczęła krzyczeć na męża w kolejce. Czy krzyczeć na kogoś, kto się wepchał w tę kolejkę. Więc absolutnie nie musicie myśleć o tej sytuacji, ale weźcie sobie głos, a może weźcie ripostę osoby, która na przykład odpowie takiej pani. A może odwrotnie, może ktoś będzie miał tak miły, sympatyczny głos. Może na przykład kasjerka powie do was „Dzień dobry” w taki sposób, że aż wam się zrobi ciepło na sercu w tym nieciepłym czasie dla wszystkich. To weźcie głos tej kasjerki i go uwiecznijcie gdzieś w czymś ładnym. I tak samo różnego rodzaju dźwięki. A może właśnie będziecie mieli dzień bez słuchawek i na przykład będziecie jechali autobusem i będziecie siedzieli koło kogoś, czy stali niedaleko kogoś, kto będzie miał swoje słuchawki i będzie tak głośno słuchał tej muzyki lub będzie miał po prostu słuchawki, które wyrzucają ten dźwięk lepiej na zewnątrz, że poznacie nową muzę, nowy styl.
A może też będziecie mieli jakieś emocje z tym związane. Może was to zirytuje, że siedzicie koło kogoś, kto słucha muzyki, która w ogóle nie jest wasza, a jesteście na to skazani. To wytrzymajcie chwilę, zanim włożycie swoje słuchawki i na przykład spróbujcie nazwać te emocje. Czy to was drażni? Czy to was złości? Czy to was zasmuca? Czy to was wkurza? Wszystko będzie dobre, każde słowo będzie dobre. To, co wam przyjdzie do głowy. I to już jest też coś, czego możecie użyć, żeby sprawić, żeby wasze sceny, wasi bohaterowie czy wasze uniwersa były bardziej żywe.
Zresztą odsyłam was też do poprzedniego odcinka, gdzie mówię trochę o takim ożywianiu czy takim bardziej świadomym projektowaniu. Tam między innymi też wspominałam o tym, że warto sobie takie rzeczy wyłapywać z zewnątrz. Jak już mówimy o zmysłach, słuchu tutaj akurat, to słuchajcie, zmysł smaku to też jest coś niesamowitego. Nawet jeżeli jecie coś, po prostu lubicie to jedzenie, znacie ten smak, to następnym razem, jak będziecie to jedli, to zastanówcie się, dlaczego wam to smakuje, jak to smakuje. Jakbyście na przykład mieli opisać komuś, kto nigdy nie będzie miał na przykład możliwości zjedzenia tej waszej ulubionej potrawy, to pomyślcie, jak byście opisali smak tej potrawy tej osobie. Może właśnie porównacie do czegoś, a może opiszecie to w jakiś inny sposób. I mówię, wydaje się to zbędne. Natomiast jestem przekonana, że gdzieś tam czasem może w waszym tekście znajdzie się miejsce na opisanie jakiegoś dania narodowego w waszym uniwersum na przykład. Może jakaś scena uczty. Może to będzie uczta w jakiejś konkretnej lokacji, gdzie na przykład będzie tylko tego typu jedzenie podawane i już będziecie mieli taką fajną ciekawostkę, taką perełkę gdzieś tam, żeby umieścić, żeby ten czytelnik, mimo że sobie tylko to czyta, to na przykład żeby poczuł smak potraw, które jedzą wasi bohaterowie w tej scenie.
I oczywiście zmysł dotyku, czyli różnego rodzaju faktury czy tam tekstury. Nigdy nie wiem. Jedno jest do jedzenia, jedno jest do desek chyba. Natomiast chodzi mi o to, że ja wiem, że dzisiaj się może nie poleca dotykania różnych rzeczy gdzieś, jak jesteście poza domem, ale zawsze można ręce umyć, odkazić i tak dalej. Natomiast dotykajcie rzeczy. Może niekoniecznie ludzi. Dopiero za ich zgodą. Natomiast idziecie obok budynku. Dotknijcie ściany, dotknijcie poręczy. Jesteście gdzieś w lesie.
Dotknijcie jakieś drzewo ścięte, drzewo rosnące. Może dotknijcie jakiegoś grzyba. Chodzi o to, że jak tego doświadczycie sami, to będzie wam łatwiej znaleźć w waszej głowie trafne słowa i określenia na opisanie czegoś takiego. I właśnie może ten obleśny, lepki grzyb. Tylko potem jak dotykacie grzybów, to nie oblizujcie palców. Wtedy koniecznie myć ręce. Dobra, na przykład mamy maślaki, które są jadalne. Tylko nie. Myjcie ręce po grzybach. Myjcie.
Dobra, może nawet nie musimy wchodzić do lasu. Kupujecie sobie boczniaki w jakimś tam markeciku. Będziecie jedli obiad. To już sam ten grzyb też jest jakiś w dotyku. Więc zanim go pokroicie, weźcie go w rękę i przez chwilę zastanówcie się, jaki on jest. Bo to są rzeczy, które pewnie nawet teraz, jakbym was zapytała, pewnie wiecie, jaki ten grzyb jest w dotyku. Jeżeli kiedykolwiek na przykład kroiliście boczniaki czy tam je myliście, cokolwiek. Czy jedliście jabłko na przykład. A wiecie, że są różne rodzaje jabłek. I teraz pytanie, czy każde jabłko jest takie samo w dotyku?
Jesteście w sklepie czy jesteście może gdzieś w sadzie, kupcie sobie trzy różne jabłka na próbę i sobie je w domu pomacajcie i zastanówcie się, czym one się różnią. Może się różnią kolorem. A może zauważycie wzór, że jabłka w takim kolorze zawsze są takie w dotyku, a jabłka takie są takie. A może jedne mają plamki, a może jak mają plamki, to są chropowate, a drugie są śliskie, bo nie mają plamek. Wiem, że to się może wydawać zbędnym detalem. Natomiast wierzcie mi, że detale, które później umieścicie w waszych tekstach, będą robiły po prostu zacną robotę, bo dzięki temu czytelnik będzie mógł jeszcze bardziej wejść w ten świat. Może on właśnie lubi jabłka, które są chropowate, a wy napiszecie, że to jabłko było takie w dotyku albo że wasz bohater uwielbiał takie jabłka i może dzięki temu ten czytelnik też wejdzie jeszcze bardziej w to, bo będzie już nawet czytając ten fragment czuł we własnych palcach mrowienie czy dotyk tej rzeczy. Także naprawdę zachęcam was do czasami takiego przystanięcia i uruchomienia któregoś ze zmysłów, posłuchania, popatrzenia na coś, podsłuchiwania może. Jeszcze myślę sobie z takiego życia w bloku, nie wiem, jak na przykład u was z wentylacją, u nas jest różnie. Dobra, nie chcę mówić o zapachach.
Z zapachami na szczęście jest okej u nas. Natomiast u nas bardzo dużo można usłyszeć, będąc w łazience. Nawet pamiętam sytuację, jak raz naprawiali kominy i byłam w szoku, że jak się dobrze wsłuchałam, to słyszałam fragmenty rozmów, a wiedziałam, że tego dnia na dachu było parę osób i przy tym kominie rozmawiali. Także wiecie, fajna sytuacja, ale to tylko dzięki temu, że zatrzymałam się na chwilę, zanim wyszłam z tej łazienki i mówię: „Ty, co tam słychać? Weź stój i słuchaj”. No i kurczę, nie wierzyłam, że mieszkając na parterze – dobra, to nie jest wielopiętrowy blok, ale mimo wszystko słyszałam skrawki rozmowy z tego dachu. Zresztą czasami u nas też w kuchni w okapie coś słychać. Także mówię, posłuchajcie, może u was też słychać. A może ktoś na przykład u was śpiewa w łazience z sąsiadów? Może ktoś uwielbia sobie podśpiewywać i może właśnie podłapiecie jakąś melodyjkę.
A może właśnie jakieś emocje związane z tym, co ten ktoś tam sobie śpiewał. Wiecie, to wszystko to jest takie coś właściwie w stylu kolekcjonowania. Ja sobie tak lubię o tym myśleć, że oprócz tego, że wiadomo, mamy różnego rodzaju życiowe doświadczenia, szkolimy swój warsztat czy nawet mamy doświadczenia związane z warsztatem, czytając innych autorów na przykład. Natomiast oglądając otoczenie i w momencie, kiedy naprawdę zaczęłam robić te nawet parę sekund zatrzymania, stopklatki w tym moim pośpiechu codziennym, życiowym, tylko na przykład się zatrzymałam, bo jakiś ptaszek sobie biegał po trawie, to sobie chwilę popatrzyłam na tego ptaszka. Albo gdzieś coś usłyszałam, to nawet się gdzieś tam uśmiechnęłam czy nawet komuś czasami odpowiedziałam, czy powiedziałam, że super tekst na przykład. Wiadomo, nie każdy jest na tyle otwarty, że będzie do obcych ludzi gadał. Ale samo to, że te momenty sprawiły, że naprawdę mam wrażenie, jakby poszerzył mi się wachlarz różnych takich sytuacji, że nawet czasami jak w trakcie pisania wychodzi mi jakiś mały epizod, że coś by mi się tam przydało, tak jakby mój umysł od razu podrzuca mi jakiś gotowy schemat, gotową sytuację, którą zanotowaliśmy wspólnie w czasie tej stopklatki w pędzie codzienności. Potem mogę sobie dowolnie z tego czerpać, to analizować. Czy jeżeli myślę o jednej sytuacji, to może zaraz pojawia mi się druga i sobie wybieram, która tu lepiej pasuje. A może tu będzie pasował jakiś dźwięk?
Może jakiś zapach? Także naprawdę zachęcam do poszerzania takich waszych kolekcji. Wiecie co? Nie bójcie się tego kolekcjonowania, bo pamiętajcie, że im większa kolekcja, tym więcej wariantów później do łączenia. Więc tak jak mówiłam, bierzecie sobie trzy sceny i robicie z tego combo i macie jedną scenę. Albo bierzecie dwie wasze sceny z tej waszej inspiracyjnej kolekcji i na przykład sięgacie po jakieś wasze notatki z kiedyś. A może fragmenty tekstu, który mieliście wyrzucić? Także pamiętajcie, opcji jest wiele. I teraz kolejna rzecz: kolekcjonujcie na każdym kroku. Gdziekolwiek byście nie byli, kolekcjonujcie.
I teraz, żeby wam to nie uleciało, to serdecznie zachęcam was, żebyście zapisywali te wasze zdobycze. Czy to będziecie nosili zawsze przy sobie notes, czy uruchomicie w smartfonie jakiś program, czy wyślecie sobie na komunikator wiadomość sami do siebie, czy wyślecie sobie mail. Cokolwiek. Może macie dyktafon, może po prostu nagracie na dyktafon. Ale zachęcam was, żebyście właśnie na świeżo opisywali te emocje, żeby też te epitety czy gdzieś tam jakieś może takie mikro emocje, które były pomiędzy tymi dużymi, żeby wam to nie uciekło. Podsumujmy to kolekcjonowanie. Wróćmy do tej definicji. Jeżeli inspiracja jest naszym zapałem twórczym, czyli to już jest ten moment, w którym przejdziemy, ten moment, w którym zaczerpniemy z naszej kolekcji. Natomiast tutaj jeszcze było to drugie znaczenie, czyli wpływ wywierany na kogoś czy poddanie myśli, sugestia. Oczywiście, że tak jak możecie inspirować innych, ale możecie też inspirować sami siebie, wywierać właśnie taki wpływ, taką sugestię.
I mając tą kolekcję będzie wam dużo łatwiej nawet sobie sami czasami coś zasugerować. Czy właśnie poddać jedną myśl, która z automatu, jak poćwiczycie troszeczkę, pobawicie się taką konwencją, to zauważycie, że wywołujecie w głowie jedno wspomnienie, jedną myśl, a wasz umysł zaraz wam będzie kolejkował czy podsuwał kolejne, które może właśnie się z tym kojarzą, czy mają jakieś punkty wspólne. Mówię wam, nasz umysł to jest piękna rzecz. I teraz wspominałam jeszcze w tytule o czymś takim jak uważność. Zanim przejdę do uważności samej w sobie, to zerknijmy w ogóle w definicję słowa „uważać”. Oczywiście też ze Słownika Języka Polskiego. Także lecimy. Znaczenie pierwsze: uważać. Mieć skupioną uwagę, patrzeć na coś, słuchać czegoś pilnie, z uwagą. Znaczenie drugie: zwracać na coś uwagę, obserwować, zauważać.
Znaczenie trzecie: być ostrożnym, uważnym. I znaczenie czwarte: sądzić, mniemać, poczytywać. Jedno słowo, ile ma znaczeń, co? Za to uwielbiam język polski, ale też przez to nauczyłam się właśnie czasami dopytywać innych o definicje słów czy co mieli na myśli, używając jakiegoś słowa, żebym dokładnie wiedziała. Natomiast tutaj skupmy się. No czy skupmy się? No właśnie, skupmy się. Chodzi mi o te znaczenia właśnie jak mieć skupioną uwagę, słuchać czegoś pilnie albo ze znaczenia drugiego. Zwracać na coś uwagę, obserwować, zauważać. To są złote rzeczy.
Być ostrożnym. Oczywiście, słuchajcie, żeby nie było tak, że się zapatrzycie, zamyślicie i stworzycie sami sobie jakieś zagrożenie. Także tutaj też bądźcie ostrożni. No i też później, co sądzicie, co mniemacie. Czyli też poniekąd to jest też to właśnie, co wam się pojawia w głowie, co właśnie też może wpływać na wasze poglądy czy nastawienie do jakiejś rzeczy, nie? I samo słowo uważność, bo takie coś nie występuje. Jeszcze sprawdzę, czy was nie okłamuję, ale sprawdzałam już kiedyś. W słowniku języka polskiego nie ma do końca takiego słowa jak uważność. Myślę, że już dzisiaj pewnie gdzieś się pojawia. Natomiast do czego zmierzam?
Uważność jako słowo najczęściej pojawia się właśnie w kontekście różnych filozofii, na przykład w buddyzmie czy nawet właśnie w jakichś teoriach związanych z poszerzaniem samoświadomości i tak dalej. I teraz spokojnie, nie chcę w te tematy wchodzić, bo wiem, że nie każdy jest na to otwarty, nie każdy chce o tym słuchać i tak dalej. Natomiast pamiętajcie, że nie musicie zajmować się żadnym z tych tematów, żadną tam filozofią i tak dalej, czy jakąś tam świadomością, podświadomością, żeby używać i rozwijać swoją uważność. Bo widzicie, uważność to właściwie jest nic innego jak to, co wymieniłam wcześniej. Jak to takie właśnie zrobienie małej stopklatki i rozglądanie się naokoło. No i oczywiście, że w kontekście tych filozofii, no to tam to się robi w innym celu. Natomiast jeżeli wam nie leżą te właśnie jakieś duchowe czy tam jakieś coachingowe, rozwojowe sprawy, no to przecież nie ma problemu, możecie sobie to poćwiczyć i używać na swoją korzyść tej uważności właśnie w kontekście robienia researchu na przykład do scen czy do waszych postaci, czy po prostu gromadzenia zapasowych materiałów pisarskich, czyli na przykład właśnie gotowych scen, gotowych opisów przeżyć wewnętrznych czy gotowych jakichś wyzwalaczy emocji. Wiecie, wszystko to, co wymieniłam wcześniej. Także nie musimy tutaj włazić w jakieś tam miejsca czy poglądy, które nie są z wami spójne. Po prostu weźcie sobie to i stosujcie to tak, jak wam pasuje, nie?
Poćwiczcie sobie to i zobaczycie, że też będziecie mieli z tego korzyści. I to nie muszą być właśnie jakieś tam korzyści związane ze świadomością, czy może nazwijmy to wtedy świadomością waszą pisarską, tak? Czy świadomością waszego warsztatu i tak dalej. Może to będzie po prostu dla was lepszy kierunek, a nie wchodzenie w jakieś tam metafizyczne na przykład rzeczy, nie? Także wiecie, no nawet nie wiem sama, czy to trzeba właśnie oddzielne słowo na to. Nie wiem. Może powiem wam tak: ja samą w sobie uważność, że w ogóle, żeby było śmieszniej, zanim odkryłam, że to się w jakichś tam filozofiach przewija, to faktycznie używałam sobie tego słowa. Myślałam, że stworzyłam neologizm, a to nie, bo już mnie ktoś tu wyprzedził. Ale wiecie co? Faktycznie myślałam o tym jako bardziej o takim uważnym rozglądaniu się.
Wiecie, że ja tu sobie żyję, a w międzyczasie się tam gdzieś rozglądam na boki. I dzięki temu z czasem zauważyłam, że jakoś tak ja nawet się nigdy nie uczyłam czytać mowy ciała, nie? Nie wiem, czy wiecie, że coś takiego jest, ale jest. Też zachęcam. Świetne narzędzie, żeby dużo lepiej opisywać swoich bohaterów czy ich emocje, nawet czasami nie nazywając tych emocji, tylko wykonując bohaterem jakieś ruchy. Natomiast właśnie tego się nauczyłam, obserwując i zestawiając właśnie jak ktoś coś do mnie mówi, to z automatu zaczęłam też jakby jednocześnie zauważać to, jak on się porusza. Także świetna sprawa. Myślę, że dalej to się wydaje oczywistą oczywistością, ale spróbujcie kiedyś, bo naprawdę też czasami samym ciałem mówimy więcej niż słowami, nie? Może nawet wtedy, jak dobrze patrzymy na ciało, to często nie trzeba bardzo precyzować definicji jakichś słów, bo wiemy, o co chodzi komuś, nie? Mimo że sami byśmy w ogóle użyli innych słów do określenia tego, o czym mówi ta osoba.
I wiecie co? Tak sobie myślę, że dzisiaj na tym skończę, bo faktycznie dzisiaj chciałam się skupić na tych takich inspiracjach z zewnątrz. Także rozglądajcie się i inspirujcie się. I tu jeszcze myślę sobie nad tym cytatem z początku. Dlaczego w ogóle wzięłam ten cytat? Nie wiem, czy kojarzycie ten chyba najbardziej znany obraz Salvadora Dalego. To jest „Uporczywość pamięci”. To chyba też ma jakieś-- wiem, że jakieś dwie nazwy są, nieistotne. Nie ukrywam, że przed historią sztuki znałam ten obraz jako „Uporczywość czasu”. Także wiecie, pewnie co osoba, co tłumaczenie to inny wariant.
Natomiast chodzi o te takie płynne zegary, nie? Tak pewnie kojarzycie, że tam takie dziwne drzewa, taka trochę ni to abstrakcja, ni to surrealizm. Znaczy to jest surrealizm, ale wiecie, jak ktoś się nie zna, to pewnie nazwie to czymś nienormalnym. No ale wiecie, takie są tam schody, z których spływa taki zegar. Z tego cytatu tutaj Dali wspomina: „paranoiczno-krytyczny”. No to jest cały Dali. To jest-- jedyne, co go różniło od wariata, to to, że nim nie jest. On tak zawsze powtarzał. W ogóle złoty cytat. Natomiast pewnie znajdzie się tutaj wiele różnych analiz w sieci.
Nawet zachęcam, jeżeli chcielibyście zapoznać się z taką profesjonalną analizą tego obrazu. Natomiast ja sobie tak myślę, ten paranoiczno-krytyczny pewnie miał głębsze znaczenie. Camembert myślę, że dobra, powiem to, bo może są osoby, które nie jedzą sera i nie wiedzą, ale jest to rodzaj sera pleśniowego, który zwykle im bardziej nabrał mocy i czasami ma woń bardzo charakterystyczną. Natomiast często wtedy jest w środku taki rozciągliwy. Oczywiście jak go podgrzejemy, to ta skórka, jeżeli jest dosyć świeża, ta pleśniowa skórka naokoło, też może ten ser spływać. Może to było tak, że Dali sobie jadł taki ser. Lubił. Zjadał sobie takiego camemberta, popatrzył na niego i sobie pomyślał: „Kurczę, a gdyby tak zegarek był taki płynny?” Może miał wtedy jakąś rozkminę, może miał dyskusję z kimś na temat pamięci, na temat upływu czasu. To są czasami jakieś małe, oczywiste rzeczy pojedyncze. Może to w ogóle było przy jakimś zwykłym, codziennym śniadaniu, ale wtedy go trafiło.
I okej, on był malarzem, więc sobie namalował te płynne zegary, ale może wy, jedząc kanapkę z szynką zobaczycie w tej kanapce magiczny artefakt. Cokolwiek. Może jakąś ambrozję. Może macie bogów w waszym uniwersum. Nie chcecie korzystać z gotowej jakiejś tam ambrozji i tak dalej. To może dla waszych bogów kanapka z jakąś specjalną szynką będzie pokarmem, który daje mocy czy daje nieśmiertelność i tak dalej. Ja wiem, że to brzmi jak absurd i ja rzucam wam takie przykłady, ale myślę, że wiecie, o co mi chodzi, żeby tą kalkę przerzucać na swoje rzeczy. Byłam zachwycona tym, że pojawił się ten ser w kontekście zegarków. Może to jest ciekawy trop na źródło, dlaczego te zegarki były roztopione. I właśnie o to chodzi, że czasami najprostsza rzecz, totalnie niepozorna, ale jeżeli ją sobie weźmiecie ze swojego otoczenia i połączycie z czymś innym, czy może dopiszecie do niej jakąś historię, czy jakieś wytłumaczenie, dlaczego takie coś jest w waszym uniwersum, czy dlaczego wasz bohater nagminnie jadł kanapkę z szynką.
Może to coś miało, a może on wierzył w to, że kanapka z szynką daje nieśmiertelność, bo kiedyś dowiedział się o jakiejś legendzie. Nawet jeżeli piszecie poważniejszą literaturę i tak dalej, że ta kanapka byłaby zbyt absurdalna, to może to jednak jest ciekawy trop na to, żeby chociaż jednego bohatera, który może będzie pełnił funkcję takiego trochę trickstera, takiego dośmieśniacza scen. A czemu nie? Nawet jeżeli macie jakąś ciężką literaturę, raz na ileś warto może takie coś przemycić. Na pewno będzie to takie trochę zbicie z tropu czytelnika albo nawet taka stopklatka, jeżeli faktycznie mieliście bardzo ciężką scenę wcześniej. Może dużo się działo emocjonalnie z bohaterami, to może taką stopklatkę czy taką głupotę na koniec rozdziału. Wszystko zależy od was. Ja tylko podrzucam tematy i pomysły. Dobra, słuchajcie, to co? Zbliżamy się ku końcowi.
Przypominam, że jest na Facebooku grupa, nazywa się Alchemia Tworzenia. Serdecznie was zapraszam i naprawdę nie mogę się doczekać, jak tam nas się trochę zbierze, żebyśmy sobie podyskutowali, bo na razie to są takie moje monologi, a naprawdę chciałabym poznać wasze opinie. Może się z czymś nie zgadzacie, może macie inne przemyślenia, może coś wam fajnie zadziałało z tego, co mówię, a może wręcz uważacie, że dla was to absolutnie nie. Jakbyście się chcieli dzielić tymi opiniami, ja bym bardzo chciała się zapoznać z nimi, żebyśmy mogli czasami, nie ma problemu, żeby nagrać jakiś inny odcinek, a może pomyśleć nad jakąś inną formą. Możemy zrobić gdzieś czasami jakiegoś live'a, może się spotkać na jakimś Zoomie, przedyskutować jakieś rzeczy, może macie jakieś problemy konkretne, które chcielibyście omówić trochę od strony pracy nad sobą czy takiej trochę psychologicznej. Może to za duże słowo, ale jak dotrwaliście do tego odcinka i do tego momentu tego odcinka, to też wiecie, o czym tutaj mówię i w którym kierunku zmierzam tymi wywodami. Dobra, oczywiście za chwilę zadanko jak zawsze poleci. Życzę wam serdeczności. Życzę wam, żebyście mieli oczy i uszy szeroko otwarte. Jeżeli uwielbiacie chodzić w słuchaweczkach, to życzę wam wytrwałości, żebyście chociaż chwilę dali radę bez nich przeżyć na przykład w autobusie.
Trzymajcie się i do usłyszenia za tydzień. Pa, pa. Ćwiczenie: 15 minut dla świata. Wybierz miejsce, czy to w domu, czy to poza nim, ale takie najlepiej przy oknie lub tam, gdzie przechadzają się inni ludzie i daj sobie 10, 15 minut na to, żeby wsłuchać się w otoczenie. Zanotuj wszystko, co usłyszałeś, zobaczyłeś i poczułeś.
[04:10:28] - No cóż, Katarzyny Prychacz nikt nie przegada, ale najfajniejsza audycja kiedyś musi się w końcu skończyć. To właśnie ten czas nastąpił. A koniec Alchemii Tworzenia dzisiaj zbiegnie się z końcem Bibliotekarium 2.0. Na szczęście tylko na tydzień. Zapraszam za tydzień na 103. wydanie Bibliotekarium 2.0. Zapraszam również, przypomnę w każdym razie o tym, że za tydzień rozpoczyna się Kopernikon. No i cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiaj, za dzisiejsze spotkanie, za odsłuchanie przynajmniej części. Tej części, która państwa w Bibliotekarium 2.0 interesowała. Jeszcze raz kłaniam się.
Życzę fajnego weekendu, bo to jeszcze jest taka pora, że już wakacji niby nie ma, już nie jest tak gorąco, nie jest tak wspaniale, ale nawet jak pada, to jeszcze nie jest źle. Te marne, ponure dni to dopiero za jakiś miesiąc, może półtora. Zobaczymy, co nam aura przyniesie. A więc pięknie państwu dziękuję, dobrej nocy życzę i do usłyszenia za tydzień.
[04:11:41] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.