[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Halo, halo. Książkowo-filmowo-radiowi słuchiwatkie wieczorem. Mamy nadzieję, że zdrowymi jesteście, bo po tej stronie łącza to tak różnie z tym bywa ostatnimi czasy. Zresztą czy jesteście zdrowi, czy nie jesteście, czy macie urlop planowany, czy też wymuszony sytuacją zdrowotną. Mamy nadzieję, że zostaniecie z nami na najbliższe kilka godzin z kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:57] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór. Ja bym się tak na państwa miejscu, nawet jeśli jesteście lekuchno chorzy, to bym się za bardzo nie przyznawał, bo w ostatnim czasie dosyć nisko nad ziemią krąży doktor G. Doktor G, który został w tej chwili bardzo ważną personą i mówi, że wszystkim nam zrobi dobrze, że dostaniemy to, co nam się należy i co powinniśmy. I w ogóle będzie pełna szczęśliwość, bo wszyscy wokoło będą mieli w sobie zbawienny preparat. Ja coś tak czuję, że to się niestety tak skończy, że wróci stare. Wiecie państwo, to zabawne określenie, że nowe idzie, a stare jedzie. No to jakoś tak mi się nasunęło.
[01:53] - Coś mi to bardzo podejrzanie jedzie, że to tak ujmę.
[01:58] - No tak, właśnie chciałem powiedzieć, że to pewno nasi słuchacze mają różne poglądy na ten temat. W związku z tym już nie drążę głębiej tematu. Natomiast o jednym warto sobie pomyśleć: jak to się dzieje, że wtedy, kiedy gdzieś tam ktoś dojdzie do wniosku, że jakaś tam epidemka, to wiecie państwo, jest taki dowcip, że mąż woła do żony: „Epidemko, epidemko”. Ona mówi: „Dlaczego pan tak dziwnie woła? Co mam krzyczeć 'zarazo'?” Zupełnie nie à propos, ale jakby troszeczkę jednak. Zostawmy ten temat. Każdy jest w Polsce lekarzem, każdy się zna lepiej, każdy dokonuje wyboru sam. Natomiast ja i tak nie mogę wyjść z podziwu, że wtedy, kiedy niektórym osobom ta przypadłość wydaje się potrzebna, to przypadłość jak gdyby nigdy nic pojawia się i jest. A w każdym razie mówi się nam, że jest i że tylko coś zbawiennego może nas uratować. To myślę starczy tego wstępu, bo ja nawet nie wiem, czy przypadkowo, proszę państwa, nie wchodzimy w trendy polityczne, bo to już nawet mówi się, że to polityka jest.
Więc jak to jest polityka, to sobie na razie odpuśćmy. W momencie, kiedy słuchacie państwo moich słów, trwa już w Łodzi Kapitularz. To jest konwent, duży konwent w centrum Polski, konwent fantastyki. No a jak konwent fantastyki, to wiadomo, że wszystkiego wokoło jest dużo. Nie tylko samej fantastyki, ale też różnych ciekawych teorii, różnych ciekawych prelekcji. Tego tam jest całe multum. Ja oczywiście zapraszam także w swoim imieniu. Mam na tym konwencie trzy prelekcje. Jedna jest poświęcona książce, którą jakiś czas temu wydałem, a która czeka na wznowienie. To jest książka, znaczy wznowienie i rozszerzone wydanie.
To jest książka „Lista nieobecnych”, która zawiera wywiady z pisarzami science fiction, ale takimi, którzy byli głośni, sławni w latach 70. i 80., a później zmiotło ich troszeczkę z szachownicy, bo czasy stały się inne. Sporo takich osób odnalazłem. Teraz odnalazłem ich jeszcze więcej. Będę o tej książce opowiadał, o moich doświadczeniach, o tym, jak zdobywałem te wywiady. Myślę, że będzie ciekawe. To jest pierwsza prelekcja. Druga prelekcja dotyczy światów Everetta. Kto ciekawy może oczywiście zajrzeć na stronę Wehikuł Wyobraźni, a właściwie na kanał YouTube'owy Wehikuł Wyobraźni. Tam o światach Everetta znajdziecie państwo audycję, podcast.
Sporo rzeczy z tego podcastu powtórzę właśnie na Kapitularzu, bo to ciekawy temat zahaczający o fizykę, ale i o filozofię. Dlatego ja zawsze zaczynam takie spotkanie o wszechświatach Everetta od tego, że gdybym przyszedł na spotkanie, które w sprawach fizyki prowadzi absolwent filozofii i nauk społecznych, to byłbym nieufny. I doradzam moim słuchaczom nieufność, ale jednocześnie śpieszę zakomunikować, że kiedy po raz pierwszy wygłaszałem tę prelekcję, na sali był obecny profesor fizyki, notabene też pisarz science fiction Andrzej Drzewiński i on większych zastrzeżeń do moich wywodów nie miał. Raczej zastrzeżenia dotyczyły pewnych skrótów myślowych i z taką prośbą, sugestią o rozwinięcie pewnych tematów, żeby było bardziej przejrzyście. Więc może warto mi chociaż na chwilę zaufać i posłuchać o wszechświatach Everetta. No i wreszcie trzecia prelekcja to jest prelekcja poświęcona mało znanemu w Polsce pisarzowi science fiction, o którym kilka razy mówiłem na swoim kanale, o którym mówiliśmy również wspólnie z Piotrem Cielebiasiem na kanale UFO Historie. To jest niejaki Shape Shaver, który mówił o tym, że gdzieś tam pod ziemią żyje wroga ludzkości cywilizacja. Co więcej, on te swoje opowieści przekształcił w całkiem dochodowy biznes. Biznes, który w latach 40. nie tylko jemu przyniósł spore dochody, ale również mocno podbił nakład czasopisma pulpowego Amazing Stories.
Tam naprawdę przyrosty były kilkudziesięciotysięczne, jeśli chodzi o ilość sprzedanych egzemplarzy. To były trzy prelekcje, które wygłoszę. Pierwsza z nich już jutro. Państwo słuchacie audycji, a ja już też jestem po prelekcji. Pierwsza prelekcja właśnie dotyczy listy nieobecnych. W sobotę mam prelekcję dotyczącą wszechświatów Everetta, a jeśli ktoś zainteresowany jest ShapeShifterem to zapraszam w niedzielę. Ale to jeszcze nie wszystko, bo poprowadzę również w sobotę spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem. Tak proszę państwa, udało się. Odpukajmy w niemalowane. Ja to mówię do państwa w czwartek, więc jeszcze jestem przekonany, że Wiktor jedzie, co mi zresztą dzisiaj potwierdził, więc jest wielka nadzieja, że Wiktor będzie do spotkania w Łodzi.
W sobotę prowadzę spotkanie z Wiktorem. Porozmawiamy o tym, co było, co jest i co będzie zarówno w życiu Wiktora, jak i tak ogólnie nieco, może jak to zabrzmi w dziejach świata. O mój Boże, jak to patetycznie zabrzmiało. Wreszcie wspólnie z Wiktorem będziemy brali udział w panelu dotyczącym kontaktu nas Ziemian, ludzkiej cywilizacji z obcymi. Jakie mogą być tego konsekwencje? Dobre, złe, w ogóle co nam obcy mogą przynieść? To tyle jeszcze, co miałem do powiedzenia, jeśli chodzi o Kapitularz. Oczywiście te pięć pozycji, które wymieniłem to jest ułamek tego, co na samym Kapitularzu się odbędzie, bo tam program jest nabity od rana do wieczora. Tych prelekcji to tam, proszę państwa, multum. I owszem, moje bardzo ciekawe.
Jakżeż mógłbym się nie pochwalić, ale z zazdrością pewną spoglądałem również na innych uczestników Kapitularza, bo ich prelekcje są też bardzo ciekawe. Czujcie się państwo zaproszeni. Kto ma blisko, kto by chciał. Myślę, że warto. Bardzo warto. To tyle, jeśli chodzi o Kapitularz. A teraz tradycyjne zapowiedzi wydawnicze. Dzisiaj będą zapowiedzi z wydawnictwa Rebis. 1 października, to jakiś czas, ale pojawi się na rynku wznowienie kultowej powieści science fiction Johna Windama „Kukułcze jaja z Midwich”. Nie wiem, czy państwo znacie powieść.
Ona się ukazywała kilka razy w Polsce, ale pojawiły się również w filmosferze dwa filmy o tym tytule. Jeden zrobiony bodajże w latach 60. Drugi, jeżeli mnie pamięć nie myli w 90., ale tu się proszę na mnie nie powoływać, bo mogę się mylić. W każdym razie nie tak dawno ten drugi film. „Kukułcze jaja z Midwich” to, jak to określić? Była to książka nazywana arcydziełem Windama. Mówi się, że to legendarna i wciąż jeszcze niepokojąca, klasyczna powieść science fiction. O co chodzi? Pewnego dnia wszyscy mieszkańcy Midwich w Anglii w niewyjaśnionych okolicznościach zapadają równocześnie w sen, a cała wioska zostaje na krótki czas całkowicie odcięta od świata. Kilka tygodni później okazuje się, że w Midwich ponad 60 kobiet jest w ciąży.
Dzieci, które się rodzą, są bardzo do siebie podobne, a jednocześnie obdarzone jasnozłocistymi, niemal fluorescencyjnymi oczyma. W miarę upływu kolejnych lat ujawniają się niezwykłe zdolności dzieci oraz łącząca je telepatyczna więź. Zaczynają też coraz bardziej zdecydowanie te dzieciaki narzucać swoją wolę mieszkańcom Midwich. Tak jak pisze wydawca, to kolejna klasyczna opowieść o obcych wśród nas. O tym, jak my ludzie zareagujemy w obliczu konfrontacji z istotami, które przewyższają nas pod każdym względem. To, proszę państwa, jest powieść, która pokaże się 1 października „Kukułcze jaja z Midwich”. Autor John Wyndham. Kolejna pozycja również ukaże się 1 października. Tym razem zmieniamy klimat. To powieść polityczna?
Nie, to nie powieść przede wszystkim. To książka trochę o polityce, ale chyba bardziej o historii. Tytuł „Finlandia kontra Stalin”. Jej autorem jest Kimmo Rentola. „Pionierska praca o stosunkach radziecko-fińskich” tak napisał o tej książce Norman Naimark. Czytamy dalej u wydawcy: „Dramatyczna i bardzo aktualna opowieść o nieudanym najeździe Związku Radzieckiego na Finlandię w roku 1939 oraz o późniejszych latach wojen i napiętych stosunków. W listopadzie 1939 roku wojska Stalina zaatakowały Finlandię. W konflikcie, który stał się znany jako wojna zimowa, cała potęga Armii Czerwonej runęła na małą północną republikę. A jednak, pomimo przytłaczającej przewagi militarnej, Sowieci ponieśli ciężkie straty i...” I nie zdołali opanować kraju. W tej przełomowej pracy Kimmo Rentola kreśli obraz epokowych zmian w stosunkach radziecko-fińskich.
Od wojny zimowej, wyjścia Finów z II wojny światowej w 1944 roku po planowany przez Sowietów w 1948 roku zamach stanu i zimnowojenne rozgrywki Moskwy. W jaki sposób Finlandia ocalała i przetrwała w skrajnie niekorzystnych warunkach, mierząc się z zakusami politycznymi oraz terytorialnymi Stalina? Cóż, proszę państwa, zerknijmy, co o tej książce napisali inni. „Pionierska praca o stosunkach radziecko-fińskich w krytycznym okresie pomiędzy wojną zimową a śmiercią Stalina. Wykorzystując materiały z archiwów całego świata, Rentola niezwykle szczegółowo odtwarza skomplikowaną historię ocalenia Finlandii” — napisał Norman Naimark, autor „Ludobójstw Stalina”. Kolejna notka: „Unikatowe opracowanie. Rentola traktuje Stalina jako wytrawnego stratega i ukazuje nam, jaki był pragmatyczny, elastyczny i bezlitosny” — Ronald Gigor Sanny, autor książki „Stalin”. Tak, proszę państwa, to była zapowiedź książki. Książki, tak jak powiedziałem, o historii i o polityce. Książki, która ukaże się na rynku 1 października tego roku.
Kimmo Rentola „Finlandia kontra Stalin”. I tradycyjnie już zapraszam na jeszcze jedną pozycję. Ta pozycja ukaże się nieco wcześniej, 24 września. Zapowiedź. Zapowiedź, jakby ją sformułować? Może zacznijmy po prostu od tytułu. „Krótka historia sztuki”. I już widzę, jak państwo się krzywią. „Ee, tam sztuka i jeszcze krótka historia. Nie ma co czytać”.
To posłuchajcie państwo. A jeszcze tylko uzupełnienie. Autorka Charlotte Mullins. Inspirująca podróż w czasie obejmująca tysiące lat ludzkiej kreatywności i setki dzieł sztuki. Dlaczego nasi przodkowie tworzyli sztukę? Co dla nich znaczyła i co znaczy dla nas dzisiaj? Dlaczego w ogóle sztuka jest ważna? Ta krótka historia zabiera nas w fascynującą podróż przez 100 000 lat ludzkiej kreatywności. Autorka zaczyna od znaków zostawionych przez ludzi prehistorycznych i pokazuje nam pierwsze arcydzieła, między innymi malowane amfory, terakotową armię. Pasjonująco opowiada dzieje renesansu, zapoznając nas z Giottem i Donatellem, van Eyckiem i Michałem Aniołem.
Przemierzając burzliwy wiek XX, tropi grupy artystyczne, ich powstanie i rozpad oraz przygląda się pionierom, między innymi Fridzie, Jacobowi Lawrence'owi i Georgii O'Keeffe. Wreszcie przybliża współczesnych artystów, rzucając światło na sztukę tworzoną w odpowiedzi na problemy, przed którymi stoi społeczeństwo. Ta nowa, pulsująca życiem historia wędruje od Japonii i Indii po Amerykę Południową i Bliski Wschód. Prezentuje mnóstwo marginalizowanych artystów i artystek, wskazując na niepodważalną rolę sztuki w rozumieniu naszej współczesnej kultury. Ja myślę, proszę państwa, że nie ma się co krzywić. Jeśli ktoś chociaż trochę toleruje sztukę, to po tę pozycję koniecznie powinien sięgnąć. „Krótka historia sztuki”. Tak, proszę państwa, i to by było na tyle, jeśli chodzi o zapowiedzi dotyczące książek. W przyszłym tygodniu oczywiście tradycyjnie zapraszam na kolejne. No a teraz niespodzianka.
Pamiętacie państwo, zarówno w naszej audycji „Bibliotekarium 2.0”, ale również na antenie Radia Book Radio pojawiały się przez długi czas audycje realizowane, tworzone, wydreptane. Tak, wydreptane jest to też ważne, ponieważ żeby je przygotować, trzeba było sporo się nachodzić, a w każdym razie sporo maili napisać. O czym mówię? Mówię o audycjach Krystyny Śmigielskiej. To były wywiady z poetami, były też wywiady z pisarzami, „Literackie tête-à-tête”. Przez ostatnich kilka tygodni prezentowałem państwu archiwalne nagrania z Book Radia, ale w tym sezonie Krystyna Śmigielska wraca. Wraca do tej formuły. Wszystkie kłopoty zdrowotne już za naszą autorką i zaprezentuję państwu dzisiaj pierwszy wywiad, który w nowym sezonie przygotowała Krystyna Śmigielska. A jest to wywiad niezwykły. Jeżeli kojarzycie państwo Kabaret Moralnego Niepokoju, to tam poza Robertem Górskim jest jeszcze taki najwyższy człowiek.
I to właśnie on poza uprawianiem kabareciarstwa uprawia również pisanie książek. Pisze kryminały, chociaż nieobca jest mu również proza dotykająca SF. To jego pierwsza książka gdzieś tam tego SF mocno dotykała. Teraz skupił się ten autor na kryminale. Tym autorem jest Przemysław Borkowski. A więc zapraszam państwa na spotkanie z Przemysławem Borkowskim w audycji Krystyny Śmigielskiej „Literackie tête-à-tête”. I jeszcze jedno wytłumaczenie. Długo było tak, że te audycje w naszym programie w Bibliotekarium 2.0 były poprzedzone dżinglem muzycznym. Podobnie zresztą jak spotkania z naszą drugą autorką. Autorką, która z kolei prowadzi recenzje - z Luizą Evivą Dobrzyńską.
Ale tak się jakoś, proszę państwa, porobiło, że chociaż ta muzyka, którą wykorzystano w dżinglach, jest muzyką free, do dzisiaj funkcjonuje w pewnym serwisie jako wolna, i którą można wykorzystywać bez skrępowania. Ciotka YouTube'a ostatnio się dopieprzyła. Przepraszam, zgrzeszyłem złym słowem. Przypierdzieliła po prostu, że to jest niestety zagwarantowane i to jest objęte prawem autorskim. Nie wolno. Sprawdziłem. Wolno. Jest napisane, że free. Nie będę się, proszę państwa, kopał z koniem. Tym bardziej że YouTube natychmiast karze za straszliwe przestępstwo.
Karze bardzo surowo. W związku z tym ciachamy dżingle zarówno przy audycji Krystyny Śmigielskiej, jak i później, nie zdziwcie się państwo, kiedy nadejdzie czas Evivy, również będzie bez początku. Bo po co się kopać z koniem? Po co się kopać z ciotką YouTube'ą i z wujkiem algorytmem? Zapraszam państwa zatem na spotkanie z kabareciarzem i pisarzem Przemysławem Borkowskim. Prowadzenie Krystyna Śmigielska.
[20:21] - Dobry wieczór. W literackim tête-à-tête mam zaszczyt zaprezentować państwu gościa wyjątkowego, który prawdopodobnie miałby realne szanse na wygranie wyborów prezydenckich, bo jest wysokim, przystojnym, okazałym i rozpoznawalnym mężczyzną. Do wyborów mamy jeszcze trochę czasu, dlatego porozmawiam z naszym gościem nie o polityce, a o literaturze i kabarecie. Przedstawiam państwu Przemysława Borkowskiego. Bardzo mi miło pana gościć, panie Przemysławie, w naszym radio. Dzień dobry.
[20:56] - Dzień dobry, dobry wieczór. Mi też jest bardzo miło gościć u pani. Od razu chciałem powiedzieć, że zgodziłbym się zostać kandydatem na prezydenta tylko dlatego, że jestem pewien, że bym nie wygrał. Obawiam się, że nie miałbym zbyt dużo czasu na pisanie, a to jest chyba najważniejsze.
[21:11] - Jest pan absolwentem filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim i jednym z założycieli Kabaretu Moralnego Niepokoju. Ale jest pan też autorem wierszy, opowiadań, powieści. Miłośnicy sceny kabaretowej znają pana doskonale jako tego najwyższego i często mającego możliwość kończenia poszczególnych skeczów kabaretu bystrym, krótkim komentarzem czy morałem. Rozmawiając z panem nie mogę nie dopytać, czy uważa pan siebie za twórcę czy odtwórcę? Z którą funkcją pan się bardziej utożsamia?
[21:50] - Wie pani co? Jestem i twórcą, i odtwórcą, i to zależy od tego, czym się aktualnie zajmuję. Jako pisarz jestem twórcą i to można powiedzieć pełną gębą twórcą, bo pisarz to jest ktoś taki, kto w zasadzie tworzy całe odrębne światy i jest za nie tylko i wyłącznie odpowiedzialny. Produkt końcowy, czyli książka, powieść w całości jest moim dziełem, więc jestem jak najbardziej twórcą. W kabarecie jestem w zasadzie odtwórcą, bo skecze pisze kto inny, Robert Górski, ja je tylko wykonuję. Oczywiście wiadomo, że każdy aktor też jest w jakimś sensie twórcą, bo nadaje swoim postaciom jakieś własne cechy i tworzy je w jakiś sposób. Ale w kabarecie bardziej traktuję się jako odtwórcę i niewątpliwie ta pierwsza rola jest mi bliższa po prostu. Chociaż bardzo lubię występować w kabarecie i na nic bym tego nie zamienił, ale jednak gdy się faktycznie tworzy te światy, ma nad nimi pełną kontrolę, jest to o wiele bardziej satysfakcjonujące, o wiele bardziej przyjemne i o wiele bardziej ekscytujące niż wtedy, gdy jest się jedną z części zespołu, bo w kabarecie, podobnie jak w wielu tak naprawdę sztukach, takich jak teatr, film, jeden artysta, jeden człowiek jest zaledwie częścią machiny pewnej. Produkt końcowy, czyli występ kabaretu, spektakl teatralny czy film jest dziełem rzeszy ludzi, więc daje się z siebie coś, ale też nie jest się jedynym twórcą. Ja zdecydowanie wolę tą pierwszą sytuację, w której to ja panuję nad wszystkim i to ja za wszystko odpowiadam.
[23:26] - Gdybym zadała panu pytanie, które aż mi się ciśnie na usta: co by pan robił na bezludnej wyspie? Czy pisałby pan swoją powieść, czy układał skecze kabaretowe? Myślę, że ja już znam odpowiedź, ale proszę jednak o potwierdzenie.
[23:42] - Tak, pisałbym powieść. Oczywiście. Tym bardziej że jak już mówiłem, skecze nie piszę. Skecze pisze ktoś inny, pisze je Robert, więc zająłbym się niewątpliwie pisaniem powieści i w jakiś sposób byłaby to idealna sytuacja, bo miałbym mnóstwo czasu i nikt by mi nie przeszkadzał. Pod warunkiem oczywiście, że miałbym co jeść i co pić i na czym pisać.
[24:02] - Czy pierwszym wydanym drukiem jako debiutanckie pańskie dzieło można uznać „Zeszyty w trzy linie” wydane w 2000 roku wspólnie właśnie ze wspomnianym już Robertem Górskim i Mikołajem Cieślakiem? Zeszytem, w którym ukazały się wiersze.
[24:21] - Nie, nie wie pani co to. To był tomik poetycki stricte. Tam były wiersze trzech poetów, czyli moje, Roberta Górskiego i Mikołaja Cieślaka. I to był debiut poetycki tak naprawdę i też jedyna publikacja poetycka i moja, i moich kolegów, bo wszyscy tak naprawdę zajęliśmy się potem czymś innym. A ten tomik Który wydaliśmy własnym sumptem. Raczej traktowaliśmy jako takie podsumowanie. Natomiast dla mnie prawdziwym debiutem, debiutem prozatorskim była „Gra w pochowanego”. I tak to traktuję, czyli pierwsza moja wydana drukiem powieść.
[24:58] - I ta opowieść ukazała się dopiero po dziewięciu latach. Bardzo mnie interesuje, czy przez te dziewięć lat od wydania zeszytu w trzylinie a ukazania się „Gry w pochowanego” czy pan wtedy zbierał doświadczenia literackie, poszukiwania literackie, intensywnie pracował na scenie, czy po prostu zbierał pan normalne, zwyczajne doświadczenia życiowe?
[25:26] - Raczej to pierwsze. Oczywiście występowałem na scenie, bo występuję na scenie od trzydziestu lat i to jest moje główne zajęcie i główna praca. Natomiast zbierałem doświadczenie literackie. Pisałem też. Pisałem opowiadania głównie i przymierzałem się do napisania powieści, bo pisanie książki, napisanie powieści było czymś, o czym marzyłem od zawsze, tylko trochę bałem się czy też nie czułem się na siłach, by to zrobić. I właśnie w 2007 roku dopiero stwierdziłem, że jestem gotowy, że mam fajny pomysł, że nauczyłem się nieco, pisząc opowiadania różnego typu, tego fachu i chciałbym wreszcie to swoje wielkie marzenie spełnić. Zacząłem wtedy pisać „Grę w pochowanego”. Chyba nawet wcześniej zacząłem pisać. Nie pamiętam dokładnie, tylko pisałem dosyć długo, ze dwa lata. Potem oczywiście jeszcze przez jakiś czas szukałem wydawcy.
To dla debiutującego pisarza zazwyczaj nie jest łatwe. W 2009 roku udało mi się to swoje marzenie spełnić i wydać swoją pierwszą powieść.
[26:35] - Czyli jest pan w jakiś sposób sentymentalnie związany z tą książką. Przemysław Borkowski. „Noc poślubna”.
[26:44] - „Naprawdę mamy wesele w Lesie Wisielców? – spytała. Przymknął oczy. Nie tak powinna wyglądać ta podróż. To tylko głupia wiejska legenda, kochanie – odparł. Nie psujmy sobie tego dnia takimi bzdurami. Nie odpowiedziała. Wyglądało to bardziej, jakby jechali na pogrzeb. Poza tym nie w Lesie Wisielców, tylko gdzieś koło niego. Usiłował zbagatelizować sprawę.
O ile coś takiego w ogóle istnieje. Jak mogłeś tego wcześniej nie sprawdzić? Kto w ogóle stawia hotel w takim miejscu? Znał ten ton głosu. Raczej nie będą się dziś dobrze bawić. Skąd miałem to wiedzieć? – próbował się bronić. Na ich stronie internetowej nie ma o tym ani słowa. Pewnie nawet sami tego nie wiedzą. Gdybyś tego gdzieś nie wyczytała, my też nie mielibyśmy o niczym pojęcia.
Świetna wróżba na naszą wspólną przyszłość – skomentowała. Szczerze gratuluję wyboru. Najpierw mój ojciec nie dotarł na nasz ślub, a teraz to. To akurat nie moja wina – odparł z irytacją. Nie mam wpływu na strajki kontrolerów lotniczych. Mówiłem ci, że powinien przylecieć dzień wcześniej. Na to również nie odpowiedziała. Spojrzał na nią. Patrzyła w okno. Nie widział nawet jej twarzy, tylko biały upięty na głowie welon.
Czy da się to jeszcze jakoś odkręcić? – pomyślał. Wrócić do kościoła i powiedzieć, że chce się skorzystać z prawa do odstąpienia od umowy? Błękitny zabytkowy mercedes przyozdobiony szarfami, kwiatami przyklejonymi do maski zaczął kołysać się na wybojach. Przed chwilą skręcili z asfaltowej drogi. Przez przednią szybę dostrzegł otwartą kutą bramę i wznoszący się tuż za nią budynek niezbyt dużego pałacu. Podobno pochodził z końca XIX wieku. Wyglądał jednak, jakby zbudowano go wczoraj i to z niezbyt drogich materiałów. Menadżer mieszczącego się w nim hotelu zaproponował jednak bardzo dobrą ofertę, o wiele tańszą niż w innych podobnej klasy obiektach. Samochód objechał z chrzęstem opon kwietny gazon i zatrzymał się przed neoklasycystyczną fasadą.
Gdzie jest orkiestra? – spytała jego nowa żona. Miała nas witać orkiestra. O mało nie westchnął. Dzięki Bogu powstrzymał się w porę. Wyjdę i zobaczę, o co chodzi – zaproponował. Siedź – syknęła z irytacją. Wychodzimy dopiero, jak zaczną grać. Kurwa, wszystko jest nie tak.”
[29:07] - Proszę mi powiedzieć, bo czytając recenzje miałam pewne wątpliwości, czy jest to kryminał, czy fantastyka, czy może gdzieś tam jednak zakamuflowana troszeczkę powieść obyczajowa. Jak by pan określił jej gatunek?
[29:22] - Myślę, że jest to kryminał ubrany w szaty fantastyki naukowej. I szczerze powiedziawszy, z dzisiejszej perspektywy trochę dziwię się sam sobie, że wybrałem taką formę. To była jedyna książka science fiction, którą napisałem w życiu i raczej do tego nie wrócę. Dlatego sam się sobie dziwię, że coś takiego wybrałem na swój debiut, ale mam do niej oczywiście wielki sentyment. Uważam, że nie jest najgorsza. Jak na debiut całkiem zgrabnie mi on wyszedł, ale raczej dalej nie szedłem w tym kierunku. Potem skupiłem się na współczesności, a do kryminału gatunkowego doszedłem dopiero przy trzeciej swojej powieści.
[30:08] - Powiem panu, że myślę, że troszeczkę ta fantastyka wynika z tego, że myślimy, że możemy się za tą fantastyką schować, że gdybyśmy coś zrobili nie tak, to zawsze możemy powiedzieć: a to nam wolno, bo to fantastyka. To może dlatego przy pierwszej powieści gdzieś jednak staramy się jeszcze przerzucić odpowiedzialność, tak bym to nazwała.
[30:36] - Być może. Chociaż u mnie, z tego, co pamiętam, chodziło po prostu o pomysł. Przecież wpadłem na taki pomysł. U mnie zawsze zaczyna się od tego, że mam pewną wizję początku książki, co się wydarzyło na początku akcji. I tam ta wizja działa się w jakimś mieście przyszłości. Niedalekiej co prawda być może, ale jednak. I dalej po prostu za tym poszedłem. Natomiast oprócz tego fantastycznonaukowego kostiumu to w zasadzie był kryminał, bo jego bohaterem był też policjant, w zasadzie dwójka policjantów. Intryga, która była intrygą kryminalno-sensacyjną, tak bym to określił.
[31:19] - Przemysław Borkowski. „Noc poślubna".
[31:26] - Naraz pomyślał, że może to o to w tym wszystkim chodzi. Właśnie o to, że zmarli przyszli na jego wesele. Duchy przodków, upiory, dusze niepomszczone, płonące w czyśćcowym ogniu nieodkupionej winy. Kto je tutaj przywołał? Same by nie przyszły. Musi być zaproszenie. Zmarli są nieśmiali. Leżą w ziemi cichutko, nie wadzą nikomu. Żywi muszą ich zbudzić, odkopać z zapomnienia. Nagle poczuł przemożną chęć, by otworzyć okno, wpuścić trupka do środka, zaprosić demona.
Niech to się wreszcie przewali. Niech to się wszystko skończy. To może jedyne wyjście. Uwolnić to, co zamknięte. Wyciągnął rękę przed siebie, chwycił mosiężną klamkę. Twarz w szybie się uśmiechnęła. Był pewien, że to zobaczył. Chwilę jeszcze się wahał z dłonią na żółtym metalu. Kiedy to zrobi, nie będzie już odwrotu ani ucieczki. Obejrzał się za siebie.
Nikt oprócz niego nic nie zauważył. Goście siedzieli przy stołach, dwie pary wolno tańczyły. Jedni i drudzy wyglądali, jakby już także pomarli. Wesele żywych trupów pomyślał. A on jest jednym z nich.
[32:37] - W wydanych w 2011 roku opowieściach Central Parku pokusił się pan na bardzo ciekawy zabieg stylistyczny. Opublikował pan opowiadania, które praktycznie nie były ze sobą powiązane, a jednak mocno ze sobą korespondowały. Występują w tej powieści te same postaci w różnych sytuacjach, opowiadają różne historie, a potem czytelnik te historie może złożyć sobie w konkretne już widzenie świata, w konkretną powieść. Duży nacisk jest tam położony na samo miejsce Nowy Jork. Jestem bardzo ciekawa. Był pan w Nowym Jorku? Pisał pan z autopsji? Zna pan mieszkańców? Klimat? Zapach tego miasta?
[33:23] - Teraz już tak, bo byłem w Nowym Jorku nawet parę razy, ale co ciekawe dopiero po opublikowaniu tej książki. Gdy ją pisałem, to wszystko była kwestia wyobraźni. Zresztą tak naprawdę te opowiadania dzieją się nie w prawdziwym Nowym Jorku, ale w Nowym Jorku mitycznym, takim, jaki znamy z filmów gangsterskich, z seriali. Nowy Jork jest jednym z kilku miast obok Paryża, Londynu, Rzymu czy Wenecji, które wszyscy znają, nawet jak nigdy w nich nie byli. Potem oczywiście odwiedziłem Nowy Jork i popatrzyłem, jak to naprawdę wygląda, ale to dla tych opowiadań nie ma specjalnego znaczenia, bo one się dzieją dawno temu, w latach 20., 30. i 40. ubiegłego wieku. Są to opowiadania gangsterskie, dosyć groteskowe, trochę komediowe, ale moim zdaniem groteska jest tu lepszym tropem. To też jest specyficzna książka w moim dorobku. Też mam do niej bardzo duży sentyment.
Ja trochę pomyślałem ją jako taki rodzaj ćwiczenia literackiego, czyli pisałem te opowiadanka tak naprawdę po tym, jak wydałem swoją pierwszą powieść, czyli „Grę w pochowanego" i stwierdziłem, że chciałbym dalej się bawić w pisanie powieści, w literaturę. Poczułem, że powinienem potraktować tą rzecz trochę poważniej, bo pierwszą książkę napisałem tak trochę na hura, czyli po amatorsku. Natomiast teraz stwierdziłem, że warto jednak czegoś się nauczyć, coś poznać, przećwiczyć coś. I te opowiadanka w zasadzie były takimi ćwiczeniami z pisania, które potem oczywiście wydałem, bo dlaczegoż by nie? To jest jedyna w zasadzie książka w moim dorobku, która w jakiś sposób łączy i literaturę, i kabaret. To jest jedyna książka, która jest zabawna w jakiś sposób, która ma taki kabaretowy może nie, ale właśnie komediowo-groteskowy sznyt. Potem już tego nie robiłem. Moje książki są książkami zupełnie na poważnie, ale tam coś takiego, to połączenie dwóch światów było. To jest pierwszy i jedyny.
[35:26] - Kiedy pan już był w tym Nowym Jorku, nie poczuł pan jednak podobnego zapachu gdzieś jak umieszczony w pana książce? Nie rozpoznał pan jednak tego miejsca?
[35:36] - Tak, wie pani co? Nowy Jork jest miastem tak sfilmowanym ze wszystkich stron, że tak naprawdę rzeczywiście, gdy się do niego przyjeżdża, to ma się wrażenie, że się go już zna. I nasze wyobrażenie filmowo-książkowe Nowego Jorku jest bliskie rzeczywistości. Więc tak, chodziłem po jego ulicach i absolutnie miałem wrażenie, że moi bohaterowie mogli tam chodzić.
[36:04] - Przemysław Borkowski. „Noc poślubna".
[36:11] - Jestem duchem. Jestem upiorem. Jestem dybukiem. Krążę naokoło. Zaglądam w okna. Chodzę pośród ludzi. Nikt mnie nie widzi, nikt mnie nie poznaje. Patrzę i słucham. Czekam na swój moment. Czasem popycham, rzucam jakieś słowo.
Psoce, tak, psoce. Sikam krowom w mleko. Nogi podstawiam. Plączę koniom grzywy. Klucze zamieniam. Ślę fałszywe listy. Umawiam schadzki, lecz nikt nie przychodzi. Jestem złośliwy. Jestem niebezpieczny. Jestem tu diabłem.
To moje królestwo. Ktoś mnie obudził. Ktoś mnie wyczarował. Ktoś mnie przywołał. Zaprosił do środka Teraz za późno na plucie przez ramię. Potrójne żegnanie. Szepty skuśna dziada. Jestem tu. Będę. Łupu nie wypuszczę.
Ksiądz mnie nie przegna. Srebrna kulaminie. Udaję, zwodzę, boczną ścieżką chodzę, mylę tropy lisie. Czy mnie nie widzicie? Maskuję się głupstwem. Kłamię w żywe oczy. Kto mnie nie przeoczy, temu mieszam w głowie. Odwróćcie spojrzenia. Mnie tu przecież nie ma.
[37:18] - W 2017 roku rozpoczęła się edycja wydawana przez Czwartą Stronę trylogii pana: „Zakładnik", „Niedobry pasterz", „Widowisko". Edycja kryminalna, która była połączona postacią psychologa prowadzącego śledztwo Zygmunta Rozłuckiego. Skąd pomysł na tego typu bohatera i czy mógłby nam pan wskazać może pierwowzór tego bohatera? A może wiele pierwowzorów?
[37:50] - Raczej wiele. Była pierwsza seria w moim dorobku i pierwszy taki bohater, który przetrwał więcej niż jedną powieść i on niewątpliwie jest najbardziej wzorowany na mnie. To jest takie moje prawie klasyczne alter ego. Potem już nie tworzyłem takich postaciek, które byłyby aż tak bardzo podobne do mnie, że ja jestem jego wzorem najbliższym. Pomysł na tą postać wziął się z tego, że ja się też od zawsze psychologią interesowałem i to zawsze była jedna z pasji i zawsze też mnie interesowało, do tej pory mnie to interesuje, w literaturze kryminalnej interesuje mnie motywacja sprawców, czyli to, dlaczego ludzie stają się mordercami, to dlaczego przechodzą na stronę zła. I dlatego psycholog, który w pierwszej książce, czyli w „Zakładniku", zostaje wplątany w intrygę kryminalną przypadkiem, wydawał mi się dobrą postacią do prowadzenia śledztwa. Nie klasyczny policjant, tak jak w większości literatury kryminalnej, ale właśnie psycholog, który jest w stanie prowadzić śledztwo, skupiając się na nieco innych rzeczach, niż robią to policjanci, czyli nie na dowodach i klasycznym policyjnym śledztwie, ale raczej na próbie zrozumienia, skąd i dlaczego ta zbrodnia została popełniona. Skąd się wziął ten trup przysłowiowy. Bardzo mi się to podobało, muszę przyznać i uważam, że to jest fajne podejście do literatury kryminalnej, bo Zygmunt Rozłucki nie był takim typowym też profilerem, jakich literatura kryminalna jest już dosyć pełna. Profiler zawsze jest też policjantem i też tak naprawdę nie bierze udziału bezpośredniego w śledztwie.
Natomiast Zygmunt Rozłucki był psychologiem, był amatorem i prowadził to śledztwo trochę nieoficjalnie. Trochę można by to porównać do takich cykli, gdzie na przykład do ojca Mateusza, który jest księdzem, a zajmuje się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych. Oczywiście to daleko idące porównanie, bo ojciec Mateusz jest zupełnie oczywiście inny, ale powiedzmy, chodzi kogoś, kto nie zajmuje się profesjonalnie, zawodowo rozwiązywaniem zagadek kryminalnych, ale raczej robi to jako pasjonat.
[39:58] - Mówił pan też o tym, że interesuje pana, skąd się bierze zło. Czy uważa pan, że w każdym z nas jest jednak ten czynnik zła i tylko potrzebna jest odpowiednia sytuacja?
[40:12] - Nie uważam, żeby w każdym z nas było zło, ale uważam, że każdy z nas przy odpowiedniej sytuacji mógłby zostać mordercą. To nie do końca to samo jest. Uważam i nauka też popiera to moje przekonanie, że gatunek ludzki jest gatunkiem z natury agresywnym. Agresja jest sposobem rozwiązywania konfliktów wśród ludzi. To jest rzecz pierwotna. I oczywiście staramy się sobie z tym radzić. Czyli wszystkie systemy religijne, prawne, normy społeczne próbują to jakoś skanalizować, ograniczyć i ucywilizować, ale odruch, impuls agresywny w nas jest, w nas wszystkich. Pewnie o wiele bardziej w mężczyznach, też z punktu widzenia biologii jest to zrozumiałe, ale nie tylko. Dlatego każdy z nas, gdy zostanie postawiony w odpowiednio niekorzystnej sytuacji, zwłaszcza takiej, która trwa dosyć długo, czyli jakiejś sytuacji kryzysowej, może dojść do takiego momentu, w którym nie będzie w stanie tego impulsu agresywnego opanować. Zresztą statystyki policyjne też mówią bardzo wyraźnie, że większość morderstw popełniają tak zwani zwykli ludzie, czyli nie psychopaci, nie gangsterzy, tylko właśnie tacy ludzie jak my.
I tak naprawdę najbardziej mnie to interesuje. Mnie nigdy nie interesowali ludzie zaburzeni psychicznie, którzy dokonują morderstw, bo są nienormalni. Bardziej interesowali mnie właśnie normalni, zwyczajni ludzie, którzy z jakichś powodów i to jest właśnie ciekawe pytanie, z jakich, przechodzą na tę drugą stronę.
[41:53] - Czyli starajmy się, żeby nasze życie było jednak w miarę zrównoważone, żebyśmy po tej dobrej stronie zostali. Ale to pan mówił, że pana bohater to właściwie pana alter ego. Ja się zastanawiam, jak to jest, bo w następnym cyklu już nie mamy psychologa bohatera. Mamy panią prokurator Gabrielę Seredyńską. Książki o Seredyńskiej ukazywały się od 2020 do 2023 roku i również były one edytowane przez Czwartą Stronę Kryminału. Były to powieści o tytułach „Rytuał łowcy", „Śmierć nie ucieknie", „Wieża strachu", „Diabelski krąg". Tu był mężczyzna, tu mamy kobietę. Czy pan uważa, że kobiety jako ta słaba płeć we współczesnym świecie, tak bardzo właśnie brutalnym, są w stanie sprostać zadaniu, jak choćby funkcja prokuratora?
[42:55] - Oczywiście, że tak. Zresztą zawody prawnicze Są dosyć mocno sfeminizowane. Sam znam panią prokurator. Sformułowanie słaba płeć jest mylące, bo rzeczywiście kobiety są słabsze od mężczyzn w sposób fizyczny i to nie podlega dyskusji. Natomiast pytanie, czy są słabsze w innych kategoriach? Raczej nie. Wręcz mi się wydaje, że są silniejsze psychicznie od mężczyzn w wielu aspektach, więc nie widzę żadnych powodów, dla których musielibyśmy traktować kobiety jako płeć słabszą we współczesnym świecie, w którym siła fizyczna jest coraz mniej istotna.
[43:31] - Jaki jest pana stosunek do pani prokurator?
[43:35] - Bardzo pozytywny. Lubię ją, dlatego ciągle piszę o niej książki. Robiła się już czterech tomów, a na pewno jeszcze pojawi się piąty. Wie pani co? Z Zygmunta Rozłuckiego zrezygnowałem z tego samego powodu, dla którego na początku go tak lubiłem, czyli właśnie dlatego, że on był moim alter ego, takim bardzo silnym. I to w pewnym momencie stało się dla mnie trochę męczące i miałem ochotę na stworzenie bohatera, który nie jest aż tak bardzo mną. Więc wtedy właśnie pojawiła się prokurator Gabrysia Serdyńska. To się zbiegło z czasami, kiedy poznałem moją żonę, wtedy oczywiście nie była moją żoną, więc miałem bardzo dobry wzór, taką postać. Gabrysia Serdyńska bardzo wiele cech przyjęła właśnie z imieniem. Także chodziło o kolor włosów.
I też taki rodzaj mądrości, zadziorności i nieustępliwości. Wszystko cechy, które obserwowałem u swojej obecnej żony i także z tego powodu mam do tej postaci stosunek bardzo ciepły i bardzo pozytywny. Ale też muszę przyznać, że to jest taki rodzaj wyzwania, które mi się bardzo spodobało, bo pisanie książek z bohaterem głównym, który jest innej płci niż my sami, jest trudne, ale bardzo ekscytujące i wydaje mi się, że jest to taki rodzaj wyższego wtajemniczenia pisarskiego, że musimy stać się kimś innym niż jesteśmy. Bo psychologiem też nie jestem i też nie prowadzę spraw kryminalnych. Natomiast wejście w skórę i widzenie świata osoby, która jest innej płci niż my sami, jest bardzo ekscytujące i ciekawe. Przede wszystkim to jest fajne. Podobało mi się to i podoba do tej pory.
[45:27] - Właśnie tak czekałam, kiedy pan ten wątek poruszy. Niby się znamy, niby mężczyźni i kobiety codziennie ze sobą obcują, ale jednak coś nas różni. I ciekawe jest to spojrzenie z tej drugiej strony, przynajmniej próba wejścia, jak to mówią, w cudze buty, prawda?
[45:46] - Tak.
[45:46] - Trzymam kciuki za najnowszą pana powieść. Książka ukazała się w lipcu tego roku, znowu nakładem wydawnictwa Czwarta Strona i nosi tytuł „Noc poślubna” i w polskiej tradycji noc poślubna to jest noc, która występuje po zawarciu związku małżeńskiego. Przeważnie jest to przyjęcie weselne organizowane przez najbliższych państwa młodych dla rodziny i znajomych. Ta noc poślubna ma też swoją nazwę w naszym języku po prostu wesele. I to wesele znowu jest trochę problematyczne, bo niby wesele wesołe, niby wesele radosne, niby świętujemy, a my Polacy jak słyszymy wesele, to z tyłu głowy mamy co? Mamy „Wiejskie wesele”, „Wesele” Wyspiańskiego, no i już „Dwa wesela” Smarzowskiego. Czyli już wiemy, że wspomnienia po takim weselu nie zawsze bywają dobre. Wręcz przeciwnie, często wiążą się one z dużymi problemami. Proszę zachęcić mnie i naszych słuchaczy, żebyśmy poznali, co wydarzyło się w noc poślubną Justyny i Kamila. Czym zaskoczy nas pan?
Czego my, Polacy, jeszcze nie zaznaliśmy, obudziwszy się po polskim weselu?
[47:14] - Nie wiem, czy chodzi tu o polskie wesele, czy o wesele w ogóle. Oczywiście sam miałem wesele i też na kilku weselach byłem, więc zauważyłem taką jedną rzecz, że wbrew temu, co mówimy i myślimy o weselach, to jakieś dosyć traumatyczne wydarzenie w życiu pary młodej, bo po prostu wiąże się z bardzo dużym stresem. Wesele to też jest taki moment, kiedy dzieje się dużo niespodziewanych, często niezbyt przyjemnych rzeczy. Słyszy się o bójkach na weselu, czasami o morderstwach, wręcz o jakichś katastrofach, o wujku, który gdzieś tam się przewrócił i nogę złamał. Dużo się rzeczy dzieje. To jest taki moment, w którym wiele osób w zasadzie sobie nieznanych. Mówimy o dwóch rodzinach. Do tej pory sobie obcych. Spotyka się w jednym miejscu. Siedzą w tym miejscu cały wieczór i większą część nocy.
Piją alkohol i wtedy naprawdę wiele rzeczy się może wydarzyć. Wesele w mojej książce jest właśnie czymś takim. Czyli oto spotykają się dwie rodziny, zupełnie sobie obce. W obrębie tych rodzin są jakieś tajone, zadawnione konflikty. Nagle też okazuje się, i to jest najważniejszy moment, że ojciec pana młodego i ojciec panny młodej znają się od dawnych lat. To się okazuje dokładnie na weselu, bo ojciec panny młodej spóźnia się na ślub, bo przylatuje z zagranicy. Ze swojej winy nie dociera na ślub, więc dopiero w czasie wesela oni po raz pierwszy się widzą i poznają. Widzimy to wszystko oczami pana młodego, który widzi, że coś jest na rzeczy. Widzi, że jego ojciec i ojciec jego żony się znają, że nie pałają do siebie sympatią, ale nie wie, o co chodzi. I my poznajemy tę tajemnicę, która się za tym kryje.
Ta tajemnica potem narasta, pączkuje i przywołuje bardzo traumatyczne i dramatyczne wspomnienia z przeszłości. Mamy motyw zemsty po latach, mamy zbrodnie z przeszłości. Wszystko to dzieje się w jednym miejscu i w jednym czasie. Podlane jest dużą ilością alkoholu. Alkoholu. Młoda para staje się nieświadomymi na początku i niewinnymi ofiarami tego wszystkiego. Oni chcieli tylko wziąć ślub, spędzić, jak to się mówi, najszczęśliwszy dzień w swoim życiu. Tymczasem wszystko idzie nie tak, począwszy od prostych rzeczy, aż po bardzo istotne i dramatyczne. Ich wesele, ich noc poślubna staje się jedną wielką, narastającą z minuty na minutę, z godziny na godzinę katastrofą, która ma oczywiście swoje rozwiązanie, do którego pan młody i młoda pani dochodzą na sam koniec. Zachęcam bardzo czytelników, aby udali się w tę podróż.
W pewnym momencie pojawiają się różne zjawy z przeszłości. To są niejako w nawiązaniu do „Wesela” Wyspiańskiego pojawiają się duchy czy upiory, ale to są oczywiście nie prawdziwe duchy i nie prawdziwe upiory. Raczej pewne wyobrażenia, pijackie nawet widy, które nawiedzają weselników, przypominając o zbrodniach, których kiedyś dokonali.
[50:18] - Przemysław Borkowski. „Noc poślubna”
[50:25] - Dłonie miał wreszcie wolne. Wykorzystał je tak, jak umiał. Zaczął walić pięściami na ślepo, bezładnie przed siebie w dół. W zasadzie już nie wiedział, co robi. Jego umysł właśnie się wygaszał. Najstarsze gadzie instynkty kierowały ruchem jego rąk. Trafił raz, potem drugi i trzeci. Bardzo mocno, aż trzasnęła kość. Czuł na kłykciach resztką świadomości jakąś mokrą, lepką, ciepłą maź. Jeszcze chwilę i zgaśnie.
Odpłynie. Już w zasadzie to się wydarzyło. Prawie umarł. Może nawet całkiem. Jeden procent życia. Albo i to nie. Nagle coś się strasznie rozjaśniło. Białe światło, jakby palił się magnez. Zamarł. Struchlał.
Całkiem znieruchomiał. Co to było? I gdzie teraz jest? Już nie walił pięściami na oślep. Był gdzieś indziej, lecz nie wiedział gdzie. Czy już nie żył? Tamten człowiek zniknął. Dotknął szyi. Już nie było na niej cudzych rąk. Stał nad wodą.
Chyba nad jakąś rzeką. Nurt był silny. Widział cienie drzew. Drugi brzeg był o kilka metrów. Porastała go bujna roślinność. Poczuł wilgoć. Spojrzał na swe nogi. Stał po łydki w wodzie. Ciepłej wodzie, jakby brodził w tropikalnym morzu, a nie w chłodnej mazowieckiej rzece. Bose stopy zagłębiały się w piasku.
Podpływały do nich duże ryby, długie, lśniące, mieniące się w słońcu. Wszystkie miały kolor czerwony. To nie ryby — zorientował się po chwili. Każda z nich miała małą ludzką twarz. Zamiast płetw wyrastały im nogi i dłonie. Widział skórę pomarszczoną od wody. Już nie tylko one były purpurowe. Rzeka także miała kolor posoki. Małe twarze przyglądały mu się spod powierzchni, patrząc w górę jak ciekawskie psy. W końcu jedna podpłynęła do niego i dotknęła niemal nosem jego nogi.
Wąskie wargi rozchyliły się nieco. Dostrzegł zęby, potem poczuł ból. To był sygnał. Woda aż zawrzała. Śliskie cielska wystrzeliły w przód. Głodne paszcze wpiły mu się w skórę, szarpiąc mięso niczym stado hien.
[52:34] - Czuję się zachęcona. Mam nadzieję, że nasi słuchacze również. Książka jest świeża, nowa do nabycia. Bardzo serdecznie Państwa zachęcam. Udajcie się do księgarni, udajcie się do bibliotek. Tam już też powinna być i myślę, że wszystkie książki pana Przemysława Borkowskiego są warte przeczytania. Na koniec zadam panu jeszcze jedno pytanie. Proszę mi odpowiedzieć. Jak pan uważa, czy odbiorcę literackiego dzieła najłatwiej jest zmusić do refleksji, przestraszyć go, czy może rozbawić?
[53:12] - Wie pani co? Z tym ostatnim nie mam specjalnie doświadczenia, bo tak jak mówiłem, nie piszę raczej książek, które są zabawne. Wiem, jak się rozśmiewam na scenie. To jest trochę co innego. Więc myślę sobie, że żadna z tych rzeczy nie jest wcale prosta. To tak jak ze wszystkim jak się człowiek nauczy to robić, to jest mu zrobić łatwiej, a jak nie potrafi, no to jest to robić trudniej. Mnie wydaje się, że już może nie tyle łatwo, ale potrafię. Potrafię już zaciekawić czytelnika, wciągnąć go w świat swojej powieści, zaintrygować, utrzymać jego uwagę. Moje książki dobrze się czyta. To są jakby powszechne opinie czytelników, że one wciągają od pierwszej strony, utrzymują to zainteresowanie.
Często czytelnicy mi potem piszą, że przeczytali je w jeden wieczór czy w jedną noc, bo nie potrafili przestać. Te wszystkie opinie bardzo mnie cieszą, że taka jest opinia o moich książkach, więc jakoś pod tym względem nauczyłem się to robić. Wydaje mi się, że dla mnie to już nie jest trudne, ale nie jest to łatwe, żeby ciekawiej utrzymać tą uwagę czytelników i ciekawić ich do ostatniej strony.
[54:20] - Jeszcze raz przypomnę gościliśmy w Literackim Ted'a Ted pana Przemysława Borkowskiego, pisarza, bo myślę, że jednak gdybym tak chciała wyciągnąć z pana dzisiaj takie konkretne deklaracje, to jednak to pisarstwo byłoby tutaj bardzo wysoko postawione u pana, ale też kabareciarza, członka Kabaretu Moralnego Niepokoju. Odwiedzajcie Państwo występy kabaretu, sięgajcie Państwo po książki. Naprawdę warto. Bardzo serdecznie dziękuję panu za miłą i pouczającą rozmowę, za otworzenie się przed nami, bo to bardzo ważne. Powiedział pan tu dużo interesujących rzeczy, które czasem artyści starają się jednak gdzieś tam dla siebie zostawić, a ja myślę, że warto je przekazywać dalej, żeby ludzie, którzy potem z naszą sztuką mają gdzieś kontakt, wiedzieli, w jaki sposób ta sztuka powstawała. Wszystkiego dobrego, panie Przemysławie, życzę wielu, wielu, wielu literackich i nie tylko sukcesów. I cóż, zostaje mi tylko życzyć Państwu miłej i spokojnej nocy. Dziękuję panu. Dobranoc.
[55:30] - Dziękuję bardzo i pani, i wszystkim naszym słuchaczom. Było mi bardzo miło gościć w tym programie.
[55:37] - Dziękujemy. Dobranoc.
[55:38] - Dobra noc.
[55:45] - Tak, proszę państwa, myślę, że było ciekawie. Idźmy za ciosem. Piotr Cielebiaś już czeka, a ja zapraszam państwa na Filmotekarium, na Perły Filmotekarium. Proszę państwa, dzień dobry wieczór. Dzisiaj zrobi się bohatersko, a nawet fantasy, bo dzisiaj omawiamy perłę Filmotekarium, czyli filmy o Conanie, a właściwie film o Conanie, bo będziemy dzisiaj mówić o "Conanie Barbarzyńcy". Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[56:29] - Witam. Myślałem, jak zacząć nasze dywagacje o Conanie i przyszły mi do głowy dwie rzeczy: albo zaśpiewam fragment piosenki z filmu animowanego "Conan ma wichru moc", który był moim pierwszym zetknięciem z tą postacią tak naprawdę, albo opowiem żart z cyklu: przychodzi baba do lekarza i mówi: „Jestem z Conana", a doktor na to: „Ja z Gwiezdnych Wojen". Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy. Pora rozpocząć nasze Perły. Powiem ci tak, Marku, trudne zadanie jest mówić o "Conanie". Bardzo trudne. "Conanie Barbarzyńcy" w szczególności, bo to jest film lubiany przez bardzo wiele osób. Z drugiej film, o którym się ciężko opowiada. Oczywiście można opowiedzieć historię, ale po co, skoro każdy może ten film sobie zobaczyć? W "Conanie" surowizna absolutna przeplata nam się z monumentalnością, z epickością.
Krew się leje na świat mrocznego fantasy, które lubię, ale zawsze mam taki problem, że nigdy mi się nie podoba, jak je portretują. W "Conanie" było trochę inaczej, o tym za chwilę. Przygotowując się do dzisiejszego odcinka, uświadomiłem sobie nie tylko to, jak trudno się mówi o "Conanie", ale też to, że był jednym z ulubieńszych filmów fantasy dla wielu osób. Dopiero kiedy wyłonił się "Władca Pierścieni", to ponoć w opinii wielu gdzieś omsknął, musnął tego Conana. Najlepiej jest oczywiście "Conana Barbarzyńcę" obejrzeć, bo nie da się ukryć, że mamy do czynienia z kinem reprezentującym pewną minioną epokę, który jednak pomimo wszystko jest w stanie zaoferować współczesnemu widzowi coś, szczególnie temu, który jest zainteresowany kinem fantasy. Tutaj wracamy może na sekundkę do naszych częstych rozważań na temat tego gatunku. Z fantasy to jest tak, że Tolkiena lubi wielu, natomiast reszta to często są środki. Są hardcorowi fani i tak dalej, są straszne gnioty fantasy. "Conan" wybija się jednakowoż na tle innych filmów, których tak naprawdę, jeżeli chodzi o takie filmy kultowe, klasyki jest mało, jeżeli chodzi o ten gatunek. Tak mi się przynajmniej wydaje.
Marku, jaki był twój pierwszy kontakt z Conanem? Czy przez film, czy gdzieś tam mignął ci ten Conan w starej fantastyce?
[59:10] - Muszę powiedzieć, jak bardzo często mówię: to skomplikowane. Ale zanim powiem swoją historię, to jedna ważna uwaga. Conan to jest taki podgatunek fantasy, heroic fantasy. Nie da się ukryć, że ponieważ heroic fantasy ma taki charakter bohatersko-bitewny, to ten podgatunek cieszy się wielkim powodzeniem. To jest zupełnie inny sposób opowiadania, inna historia niż na przykład we "Władcy Pierścieni", choć i to, i to, to świat fantasy. Co ważne, zanim zacznę opowiadać swoją historię, a to będzie element tej historii, ważne jest, żeby nie pomylić kilku rzeczy. Są dwa filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem, który świetnie pasuje. Stał się właściwie twarzą Conana tak naprawdę. Ten stosunkowo młody wówczas Arnold Schwarzenegger pasował świetnie do tej roli. Są dwa filmy z Arnoldem Schwarzeneggerem: "Conan Barbarzyńca", który jest moim skromnym zdaniem absolutnym arcydziełem tego rodzaju fantastyki i kompletne moim zdaniem nieporozumienie, ale do obejrzenia, film akcyjny, dużo się dzieje, ale to jest jednak nie ta klasa, to jest "Conan Niszczyciel".
Powtarzam, da się to obejrzeć, dużo się dzieje, nawet ciekawie, ale to w ogóle oba filmy z tym samym aktorem przez innych reżyserów robione i to widać. "Conan Barbarzyńca" to jest, powtarzam, arcydzieło, a film "Conan Niszczyciel" nie. Teraz moja historia. Powiem państwu szczerze, bo film "Conan Barbarzyńca" jest z 1982 roku, ja w latach 80. dosyć często chodziłem w Bydgoszczy na giełdy fantastyki. Tam za nieprawdopodobne ceny kupowało się zarówno klubówki, jak i książki, które były poza zasięgiem, jeśli chodzi o księgarnie, bo się je przegapiło albo nie dopilnowało. Tam można było uzupełnić swoje kolekcje. I tam zawsze po giełdzie odbywał się absolutnie piracki, ale w komunie to była norma, pokaz filmowy. I tam na magnetowidzie odtwarzany był właśnie "Conan Niszczyciel". Obejrzałem.
Nawet mi się tak na początek podobało, bo ten "Conan" robił wrażenie. Jeszcze wówczas dosyć popularna piosenkarka brała w tym filmie udział, Grace Jones. Grała tam taką wojowniczkę. Okej. I dobrze. Przez długi czas, bo lata 80. nie sprzyjały oglądaniu filmów, żyłem w przekonaniu, że jest taki film o Conanie. Okej. Później pojawiły się książki. Te książki, które zostały napisane przez Twórcę postaci Conana Barbarzyńcy, czyli Roberta Howarda.
Ukazały się trzy tomy w wydawnictwie Alfa. Trochę fantastyka napisała o Conanie. Dalej żyłem z tą świadomością, że „Conan Barbarzyńca” to fajne opowieści. Lubiłem tę postać, pomimo tego, że ten trójksiąg w Alfie był strasznie przetłumaczony. Pod koniec lat 80. już też na kasecie VHS obejrzałem „Conana Barbarzyńcę” i mnie po prostu zatkało. Bez żadnej przesady powiem, że „Conan Niszczyciel” odszedł w zapomnienie. To po prostu różnica klasy jest... Nie potrafię tego oddać tak naprawdę, żeby tutaj nie mnożyć przymiotników, to powiem, że natychmiast o „Conanie Niszczycielu” zapomniałem, a „Conan Barbarzyńca” stał się moim absolutnie ulubionym filmem, ponieważ widać było, że poza wielką przygodą wielkiego bohatera z epoki hyboryjskiej czy hyperborejskiej, różne są zdania na ten temat, to poza tym jest w tym filmie jakaś głębia. Jakaś dodaję przez pewną ostrożność, w tym wypadku może nie procesową, a bardziej erudycyjną.
Tak zabezpieczam się, ale to jest film, który poraża tym, że jest połączeniem wielkiej przygody i głębi. Może nie aż takiej, jak w filmach Bergmana. To żarcik taki, ale jednak pewnej filozofii, pewnego spojrzenia na świat. Ja bym życzył wielu osobom, żeby takie spojrzenie na świat miały. O tym, że magia nie jest bezkarna, o tym, że za wszystko trzeba zapłacić i czasami trzeba płacić rzeczami najcenniejszymi. I tak dalej. Nie chcę mnożyć państwu tych opowieści. Ale to jeszcze nie koniec, bo kiedy już wsiąkłem absolutnie w „Conana Barbarzyńcę”, to w latach 90. pojawił się Amber i okazało się, że o „Conanie” pisał nie tylko Howard, ale pisało dziesiątki autorów. Najpierw wychodziły te książki w niszowym wydawnictwie, a później przejął wydawanie książek z Conanem w tle albo z Conanem w roli głównej Amber.
Czarne tomy z ilustracjami. I tam po pierwsze byli autorzy mniej znani, ale była też plejada wielkich nazwisk science fiction i fantasy. Naprawdę topowe nazwiska pisały książki o „Conanie”. To jest uniwersum rozdęte do granic i to rozdęte w całkiem udatny sposób. Oczywiście są jeszcze spin offy do tego wszystkiego. Całkiem niedawno wyszedł taki spin off w Polsce autorstwa Bartka Biedrzyckiego. Poszukajcie państwo w sieci. Najnowsza książka dzieje się właśnie w świecie, w którym pomykał sobie Conan. Jakby to państwu powiedzieć? To jest ogromne uniwersum, ale ja cały czas podkreślam: „Conan Barbarzyńca” to jest naprawdę wielki film.
Co tu powiedzieć w reżyserii całkiem niezłego magika od tych spraw. Mianowicie ja tak przeciągam, bo zapomniałem nazwiska. Milius w każdym razie się nazywał reżyser, a zapomniałem imienia po prostu. Ale naprawdę wielki film.
[01:06:27] - Tak, opowiadać wam „Conana Barbarzyńcy” nie będziemy, bo ta historia tak naprawdę nie jest tak bardzo skomplikowana. Mamy-
[01:06:35] - Przerwę, przerwę, bo sprawdziłem John Milius.
[01:06:39] - Mamy tam wątki zaczerpnięte z kilku opowiadań do scenariusza, a ja przejdę do filmu. O „Conanie” już dużo zostało powiedziane. Przyszło mi jeszcze, przypomniało mi się jeszcze, jak wielokrotnie odwiedzałem takie dwie... Jedna to była księgarnia, drugi to był antykwariat w Częstochowie i pamiętam te tomy z „Conanem” bardzo charakterystyczne. Ale dobra, przejdźmy do filmu. Jednym z mocnych punktów „Conana Barbarzyńcy” są scenografie i w ogóle wykreowany świat. Ja bardzo lubię tak zwane dark fantasy, bo on też reprezentuje ten podgatunek akurat, ale mam zawsze obiekcje w stosunku do produkcji, które pokazują nam te światy. Pamiętacie może naszą rozmowę na temat „Pierścieni władzy”, gdzie narzekałem, że wszystko wygląda jak w serialu „Herkules” albo „Xena”? Jest takie udawane średniowiecze, że Mordor nie wygląda tak jakoś strasznie dark. To nie jest mroczne.
W „Conanie” jest to o stopień wyżej, trzeba powiedzieć. Dlaczego rzadko się udaje dark fantasy w filmie? Z prostej przyczyny. Jest to kosztowne względem realizacji. Zresztą to widać nawet w tych nowych „Pierścieniach władzy”, gdzie cały ten mrok się próbuje jakimś żużlem i dymem zastąpić. Ale „Conan” wyróżnia się właśnie tym, że nie do końca mamy wrażenie, że oglądamy kolejną autorską wersję średniowiecza. Ten świat jest dziwny, ten świat jest inny. Momentami oczywiście jest przaśny i jest to jednak na plus. To jest trochę tak jak w pierwszym filmie „Mortal Kombat”. Wszystko jest takie przaśne, wszystko jest takie wiadomo, ale jednak jest inne.
To nie jest takie średniowiecze jak w większości produkcji z gatunku fantasy. To jest jednak pewien dziwny świat, w który wchodzimy. Nie na wszystko się patrzy przyjemnie, ale to w „Conanie” sprawia, że możemy go jednak zapamiętać. Dodam może, że „Conan” wkracza nam tak naprawdę na kilka podgatunków fantasy. To dark fantasy, heroic fantasy, o którym Marku wspomniałeś. I jest jeszcze tak zwany magia i miecz. Coś takiego, co się często wspomina, kiedy się mówi o "Conanie". Druga bardzo charakterystyczna rzecz dla tego filmu to surowość głównego bohatera w połączeniu z bardzo monumentalną muzyką, co tworzy z tego filmu specyficzne, momentami prawie operowe widowisko. Dzisiaj "Conan" w takiej formie chyba nie miałby za bardzo szans. Myślę, że dzisiejszy "Conan", ale z ambicjami, gdyby był stworzony, to byłby nudny dla współczesnego widza.
A tutaj jednak udało się połączyć wiele elementów, by opowiedzieć nieskomplikowaną, choć bardzo konkretną historię. I tutaj może małe odniesienie do recenzji, bo ja zawsze sobie czytam recenzje i na forach, i na portalach odnośnie filmów, które omawiamy. Otóż okazuje się, Marku, że niektórzy fani "Conana Barbarzyńcy" nie mogą się pogodzić z tym, że podoba im się coś tak niewyszukanego i dorabiają do tego filozofię. Zresztą o tym można nawet poczytać sobie, kiedy przeglądamy Wikipedię, angielski artykuł o "Conanie Barbarzyńcy". I spotkałem się oczywiście z różnymi nadinterpretacjami, co niby ten "Conan" nam pokazuje, co symbolizuje, jak to się wiąże na przykład z ówczesną polityką, jak to się wiąże z ówczesnym społeczeństwem, co gani, co wychwala. Nawet, wyobraź sobie, możemy się spotkać z opiniami, że "Conan" tak naprawdę jest filmem propagandowym. Takich głosów nie brak. Myślę, że to jest gruba przesada. Coś, co momentami staje się już niesmaczne, kiedy próbuje się na siłę osadzać pewne wartości ideologiczne w filmach. Mamy z tym do czynienia także w dzisiejszych czasach.
Dodam jeszcze coś takiego: "Conan Barbarzyńca" był jednym z niewielu bohaterów, nie wiem, czy się tutaj zgodzisz ze mną, ale to taka moja konstatacja, był jednym z niewielu bohaterów, którzy odnieśli sukces na srebrnym ekranie, a wywodzili się z twórczości tak naprawdę pulpowej. Można powiedzieć też, że "Conan" przez wiele lat był wyznacznikiem tego, jak kręcić fantasy do czasu pojawienia się właśnie "Władcy Pierścieni", chociaż to tak naprawdę nie są podobne produkcje. Dodatkowo, ale to o tym chyba mówiłem, "Conan" jako jeden z niewielu filmów z gatunku dark fantasy odniósł sukces komercyjny. Osadzony w podobnym świecie chociażby "He-Man" czy późniejszy "Warcraft" nie osiągnęły już takiego sukcesu. Zostały skazane tak naprawdę na pożarcie, ale ja już się wyciszam i oddaję ci głos. Nie wiem, czy ta pulpowość "Conana" nie jest przypadkiem też gwoździem do jego trumny w dzisiejszych czasach. Czy świat jeszcze potrzebuje "Conana Barbarzyńcy"?
[01:11:45] - Myślę, że nie wiem, czy świat, ale w Polsce "Conan" jest w dalszym ciągu popularny. Świadczy o tym taki chociażby fakt, że kiedy zaczęła się ukazywać seria komiksów w twardej oprawie, to teraz bardzo modne, właśnie z Conanem w roli głównej, ona była trudna do dostania. To w dzisiejszych czasach jest, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, to jest jednak pewien ewenement, żeby coś było trudne do nabycia drogą kupna. A jednak tak się zdarzyło. Cóż mogę jeszcze o "Conanie"? Powiem tak, żeby nie było tak różowo, to oczywiście Amerykanie nie mogli darować przybyszowi z Europy, Arnoldowi Schwarzeneggerowi, którego w pierwszych filmach, jeszcze przed "Conanem", trzeba było chwilami dubbingować, tak źle mówił po angielsku. Nie mogli mu darować nawet moim zdaniem sukcesu kasowego, ale nie tylko kasowego. I oczywiście za film "Conan Barbarzyńca" był nominowany Arnold Schwarzenegger do Złotej Maliny. Wiecie państwo, antynagroda. Tymczasem nie żebym jakoś specjalnie wychwalał zdolności aktorskie Schwarzeneggera, niemniej jednak pewna oszczędność ekspresji aktorskiej w tym wypadku znakomicie pasowała do postaci.
Znakomicie. Więc ta chęć przypierdzielenia aktorowi, który śmiał się wedrzeć na salony, moim zdaniem jest absolutnie niesprawiedliwa. Absolutnie niesprawiedliwa, bo "Conan Barbarzyńca" w wykonaniu Arnolda Schwarzeneggera w "Conanie Barbarzyńcy" znakomicie wpisał się w to, co działo się na ekranie. Powiedziałeś, Piotrze, o tej filozofii. Być może ktoś próbuje dobudować filozofię do tego filmu. Ta filozofia tam jest, ale ona nie dotyczy tej bieżączki z lat 80. Raczej dotyczy tego, o czym już wspomniałem, że można się z tą filozofią zgadzać albo nie, ale to jest filozofia, która mówi, że nie ma w życiu nic za darmo, że żeby osiągnąć pewne cele, czasami trzeba poświęcić coś, co jest dla nas ważne, czasami coś, co jest dla nas najważniejsze. Że magia w przeciwieństwie do baśni nie działa w ten sposób, że wszystko można. Że tak jak to bywało na przykład u Ursula Le Guin, w magii zawsze się płaci. Tak było w cyklu "Ziemio, morze", tak jest w "Conanie" Howarda, a właściwie nie Howarda, tylko w tym wypadku Milliusa, kiedy widzimy wyraźnie, że Conan płaci cenę bardzo wysoką za to, że na przykład wykonuje zlecenie.
To, proszę państwa, moim zdaniem ktoś może uznać, że ploty w tej chwili kocopały, takie oczywiste oczywistości Być może, bo ten film nie ma skomplikowanej akcji, ale ma akcję, którą określiłbym głęboką. On mocno uderza w to, co gdzieś się czai w naszej podświadomości, ale może nie tylko w podświadomości. Głęboko w naszej uczuciowości to jest, że bohater oznacza nie tylko sprawne machanie mieczem, co Conan z racji postaci wykonuje bardzo sprawnie. Poznajemy też historię, jak to się stało, że stał się takim wielkim człowiekiem w sensie fizyczności wielkim i że tak sprawnie posługuje się mieczem. Tego się dowiadujemy z tego filmu, ale dowiadujemy się też, co kształtowało tę postać. Jak czasami prosty system wartości, chociażby taki, że nie zostawia się przyjaciół, że jest się lojalnym, chociaż czasami brutalnym, że się z przeciwnikami rozprawia w sposób, nazwijmy to, totalny. Rozprawia się w sposób niepozostawiający wątpliwości, ale jednocześnie jest się wiernym przyjacielem, człowiekiem, który ma uczucia i co więcej, to nie są uczucia prostackie. I tak dalej. Ja bym o tym mógł bardzo dużo mówić, tylko ponieważ przyjęliśmy zasadę, że nie opowiadamy filmów, więc byłoby mi trudno. Czy jest mi trudno.
Niemniej, proszę państwa, "Conan Barbarzyńca" to jest film, który do dzisiaj oglądam co jakiś czas, że tak sobie to wypowiem, bo to jest film, który za każdym razem wzbudza jakieś tam moje dreszcze. On oczywiście ma pewne śmieszności w sobie. Nie do końca jestem powalony sceną przekształcania się jednego z kapłanów w gada, tak to ujmę. To już dzisiaj, jeśli chodzi o efekty specjalne, może nie do końca satysfakcjonujące jest, chociaż nie jest tak złe, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka, na pierwszy rzut ucha wydawać. Nie jest tak złe. Jest jeszcze kilka innych scen, które mogą trącić troszeczkę kiczem, ale jest też kilka scen, które zapadają w pamięć i to jest chyba najważniejsze, żeby z kina czy też z seansu na VHS-ie wyjść absolutnie oczarowanym. I ja i za pierwszym razem, kiedy obejrzałem "Conana Barbarzyńcę", przypomnę, to był koniec lat 80. Gdzieś tam w tyle głowy miałem "Conana Niszczyciela" i natychmiast o nim zapomniałem, bo "Conan Barbarzyńca" to jest dzieło osobne, chociaż z tym samym bohaterem.
[01:17:56] - Jeżeli chodzi o to zapominanie, to ja dodam jeszcze może tyle, że nie wiem, to akurat jest moje zdanie, że chociaż "Conan Barbarzyńca" zdobył popularność i spopularyzował przede wszystkim Schwarzeneggera i oczywiście uniwersum Conana z Cimmerii, ale tego pierwszego bardziej, to wydaje mi się, że dzisiaj jest produktem trudnym do sprzedania. Nie wiem, takie mam wrażenie. Ale tak, żeby nie być gołosłownym, pojawił nam się w 2011 roku Conan z takim aktorem, który się nazywa Jason Momoa. Taki przypakowany jest. Straszny film, okropny. Coś jak klon "Herkulesa" z Kevinem Sorbo. Absolutnie nie do oglądania. Nienawidzę takich filmów. Połączenie Xeny z "Piratami z Karaibów" i z jakimiś baśniami à la Tolkien. Ten "Conan" nie przypomina filmu ze Schwarzeneggerem, ale ładnie powiedziałem po angielsku i szczerze mówiąc dobrze, że został Jason Momoa zakopany w zbiorowej pamięci jako Conan.
Mieliśmy też filmy animowane z Conanem, ale mam wrażenie, że ta Cimmeria, świat potomków Atlantów, gdzie magia sobie funkcjonuje gdzieś obok życia codziennego lub czarnoksięstwo, bo magia to się kojarzy dobrze, to jest akurat czarnoksięstwo. To trochę przestało ludzi kręcić. Nie wiem, co wypaliło Conana. Może trochę Schwarzenegger. Można go nie lubić, można go lubić. Ja akurat jego fanem nie jestem, ale wiesz, Marku, jego jest trudno powtórzyć. Właśnie z "Conana Barbarzyńcę" jego jest trudno powtórzyć i nowym Cononom jest trudno wejść w stare buty. Ale kto wie? Streaming potrzebuje sprawdzonych bohaterów, dobrych historii. Może Conan z Cimmerii kiedyś nam się tam objawi.
[01:19:47] - Ja jeszcze coś dodam na koniec. Proszę państwa, być może sukces "Conana" i to, że dzisiaj jednak część widzów wraca do tego filmu, nie mówię, że to jest powrót masowy. Rzeczywiście ten film nie przystaje do dzisiejszych standardów, ale być może za to, że ludzie wracają do tego filmu, jest jego monumentalność. Bo "Conan Barbarzyńca" jest takim kinem, ktoś powie: "No jak? Napakowany facet biega z mieczem, trzaska tym mieczem we wszystkie strony i co to jest film monumentalny?" Tak, proszę państwa, bo dzięki muzyce, dzięki opowiedzianej historii to jest film monumentalny, absolutnie monumentalny, trwający, proszę państwa, to jest długi film. To między innymi dlatego Powiem tak: „Conan Niszczyciel” nie jest monumentalny. To jest prosta historia o zapomnianym Bogu i o tym, że bardzo chce się odrodzić, ale oczywiście ktoś mu przeszkadza, a tym kimś jest Schwarzenegger, a właściwie Conan. Nie, ta historia się nie sprzedaje. A „Conan Barbarzyńca” to jest kino monumentalne, co mocno jest podkręcone muzyką, o której Piotr już mówił. To jest muzyka, która towarzyszy nam.
Wybaczcie Państwo, nie zanucę. Nie tylko dlatego, że YouTube mógłby to zakwestionować, ale też dlatego, że talentu poskąpiło mi uniwersum. W związku z tym nie zanucę. Ale ta muzyka jest wstrząsająca, pasująca do obrazu, co też nieczęsto się zdarza, ale momentami ona jest wstrząsająca. Ja nie znam autora tej muzyki, mówiąc szczerze. Czy ja pamiętam nazwisko Poledorius? Chyba jakoś tak się nazywał. Wybaczcie Państwo, to już musicie sprawdzić. Nie znam tego autora, ale to jest absolutnie muzyka, którą dzisiaj można by w filharmonii odtwarzać i chyba mniej wyrobieni słuchacze nie mieliby pretensji, że w filharmonii ta muzyka się znalazła. To takie moje refleksje na koniec.
Czas, proszę Państwa, na recenzarium Evivy. Przypomnę, nie będzie muzyczki na początku, bo znowu przypomnę, ciotka YouTube się bardzo zdenerwowała. Obciążyła Radio Paranormalium, Book Radio za grzechy straszliwe, które popełniliśmy.
[01:22:35] - Ciotka YouTubina albo tak jak ja czasami mówię wielki YouTubeusz.
[01:22:41] - Tak, proszę Państwa, to jest zawracanie głowy. Zaręczam Państwu, że jeśli sięgniecie do Book Radia, tam te dżingle będą, a YouTube niech się rządzi swoimi prawami. Niniejszym zapraszam Państwa na recenzarium Evivy. Dzisiaj „Przyjaciel z piekła”.
[01:23:03] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Są takie książki, co do których ma człowiek wątpliwości, dlaczego zostały w ogóle wydane. Ściśle rzecz ujmując, dlaczego zostały wydane w tej rzeczywistości, w której powstały. Do takich książek należy na przykład „Eden” Lema. Cenzorzy jakoś przegapili fakt, że stanowi on parafrazę stalinowskiej Rosji. Ale jest jeszcze inna książka, tym razem braci Strugackich. Właściwie trudno mówić, że jest to osobna książka. Jest to nowela i to dość krótka. U nas ukazała się jako „Przyjaciel z piekła”, chociaż tłumaczenie powinno brzmieć „Chłopak z piekła”. I trudno naprawdę o bardziej celną, bardziej przejrzystą książkę właśnie o Rosji.
Nie tylko o ZSRR, tylko po prostu o Rosji. O czymże mówi „Przyjaciel z piekła”? Oto Gak, żołnierz z elitarnej jednostki bojowych kotów Księstwa Alai, które znajduje się na planecie Giganda. Podczas wojny z Imperium zostaje śmiertelnie ranny. W ostatniej chwili znajduje go Kornej Jaszma, wysłannik Ziemi i przenosi na swoją planetę, gdzie chłopak zostaje wyleczony. Ziemia stanowi rodzaj utopijnego raju, bardzo rozwiniętego technicznie, pozbawionego wojen, głodu, chorób, w ogóle wszelkich nieszczęść. Gak nie może uwierzyć w to, gdzie się znajduje. Początkowo myśli, że to urojenie, potem, że go oszukują, jeszcze później, że jest przygotowywany do jakiejś misji. Mimo że wychował się w skrajnie ciężkich warunkach, pragnie wrócić do siebie. Nie rozumie miejsca, w którym się znalazł i nie akceptuje go mimo wszelkich udogodnień.
Po jakimś czasie okazuje się, że nie tylko on został przeniesiony do tego miejsca wielkiej szczęśliwości. Właśnie starcie z drugim Gadjaninem uświadamia mu, że coś przegapił, czegoś nie zrozumiał. Jednak czy w ogóle jest możliwe, żeby ktoś taki jak on mógł przystosować się do życia w miejscu wspaniałym, ale jednocześnie pozbawionym wszystkiego, do czego przywykł? „Przyjaciel z piekła” stawia wiele pytań na temat natury człowieka, na temat tego, do jakiego stopnia można kogoś urobić, żeby żyjąc w piekle i będąc z niego wyrwanym, pragnął do niego wrócić. Dlaczego właściwie Gak nie chce zostać tam, gdzie nie ma żadnych wojen, gdzie już nic mu nie grozi, ma w bród jedzenia i nawet własnego służącego robota? Tak, właśnie dlaczego? Nie, on nie chce tam zostać. On chce wracać do swojej ojczyzny targanej wojnami i nędzą. Gdzieś, gdzie człowiekowi śmierć grozi w każdej chwili. Może się to wydawać czymś absolutnie absurdalnym.
Ale czy naprawdę? Wystarczy prześledzić wojenne losy opisywane w wielu książkach. Nieraz jest tak, że ludzie, którzy znaleźli bezpieczny azyl w kraju bogatym i spokojnym Zostawiają wszystko, co tam mają zaoferowane i wracają do siebie, do swojego zburzonego domu, żeby go odbudowywać własnymi rękami. Właściwie trudno w tym momencie jednoznacznie ocenić i myśli, i zachowanie Gaga. Albowiem ten chłopak, którego służba w elitarnej jednostce ocaliła od umierania z głodu na ulicy, który przeszedł ciężką tresurę, bo trudno to inaczej nazwać, wspomaganą swoistym praniem mózgu, jak w każdym wojsku. Czy on w ogóle jest w stanie myśleć inaczej niż schematami, które mu wpojono? Albo jeszcze inaczej, czy może nauczyć się myśleć w odmienny sposób, niż mu nakazano gdzie indziej niż właśnie w swojej ojczyźnie, do której tak bardzo pragnie wrócić? Kiedy spotyka drugiego Gigadianina i ten nie chce z nim rozmawiać, nazywa go potworem, albowiem rozpoznaje w nim żołnierza, a ma z żołnierzami bardzo złe wspomnienia związane. Gag reaguje agresją. Po prostu go bije.
I w tym momencie przychodzi jego pierwsza refleksja. Po co on to robi? Dlaczego? Co jest z nim nie tak? Dokonuje się w nim pewna przemiana. Co nie znaczy, że chce zostać. Ziemia, którą prezentują Strugaccy w tej książce, tak jak powiedziałam, jest niczym rodem ze Star Treka. Zintegrowana, pozbawiona wszelkich tarć, z obfitością dóbr doczesnych. No i właśnie — kolejny motyw ucieczki z raju. Bo Gag nie chce być w raju.
On chce być wśród swoich. Chociaż jego planeta, jego świat jest określany jako piekło. Ale widzimy w nim właśnie stalinowską Rosję, agresję Rosji na inne kraje, sposób, w jaki wychowywano przyszłych żołnierzy, co im wpajano, w co kazano im wierzyć, kogo kazano im kochać, kogo nienawidzić, jak ich urabiano. Tak, właśnie to widzimy. Nawet opisywana przez Strugackich panująca tam nędza. To właśnie było w Rosji, którą nam wtedy w PRL-u przedstawiano jako kolejny raj. No właśnie. Raj, który był piekłem. I właśnie to piekło opisują Strugaccy na odległej planecie, a więc bezpiecznie. Czyżby cenzorzy byli aż tak głupi, że tego nie zauważyli?
Trudno mi powiedzieć. Wydaje mi się, że z jakiegoś powodu przepuścili to celowo, ponieważ wierzyć mi się nie chce, żeby nie zrozumieli, o czym naprawdę jest ta książka. Bo mówiąc szczerze, pojąłby to nawet szympans z małpim mózgiem. A jeżeli mi państwo nie wierzycie, sięgnijcie po tę pozycję. Dużo wam nie zajmie, to cieniutka książka, ale myślę, że po jej przeczytaniu inaczej będziecie patrzeć na świat. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:29:06] - Myślę, proszę państwa, że teraz jest dobra pora. Szczególnie, że Piotr Cielebiaś jeszcze nie wyszedł ze studia. Był. To jest dobra pora na Sentymentalnik. Dzień dobry, wieczór. Dzień dobry wieczór. Proszę państwa, zaczynamy Sentymentalnik. A dzisiaj? Dzisiaj mój imiennik Marek. Marek Piegus.
[01:29:34] - Tak. I jego niesamowite przygody. Dzisiaj-
[01:29:37] - Nawet niewiarygodne.
[01:29:41] - Tak. Dzisiaj kolejny serial dla dzieci i dla większych dzieci, który, i tu jest pewien problem, Marku, bo w przeciwieństwie na przykład do standardu, czyli Wakacji z duchami i Podróży za jeden uśmiech i Tolka Banana, był serialem mniej znanym. Natomiast jest coś jeszcze. Otóż Przygody Marka Piegusa, ja będę używał tego skróconego tytułu, to jest chyba jeden z tych przypadków, o których często możemy usłyszeć: książka była lepsza. To był troszeczkę taki eksperyment filmowy, tak mi się wydaje, który być może nie to, że zakończył się fiaskiem, ale kiedy się pyta ludzi i szuka opinii o tym, jak zapamiętali ten serial, to słyszymy to, co powiedziałem przed chwilą. Czy ta książka Marku rzeczywiście była lepsza, czy tylko mi się tak zdaje?
[01:30:30] - Trudno mi ocenić. Powiem tak: książka była inna i to być może waży na opinii, którą zacytowałeś. Książka była kompletnie inna. Ja już pomijam szczegóły. Pewne rozbudowanie tego, może nie uniwersum, ale tej opowieści. Ona tam jest bardziej szczegółowa. Więcej tam dowiadujemy się o tym zarówno świecie przestępczym, jak i świecie szkolnym. Natomiast film siłą rzeczy pewne rzeczy upraszczał, ale też dostarczał pewnych nowych bodźców albo nowych obrazów. I powiem państwu, że film lubię jako film, jako opowieść zupełnie osobną, bo do dzisiaj przypominam sobie i nie mogę powstrzymać się od śmiechu, odcinek, w którym śledzimy losy Marka Piegusa w szkole. To jest taki szkolny odcinek i tam są rzeczy nieprawdopodobne.
Ja już pomijam to, że jako dyżurny miał obowiązek golić swoich kolegów drugoroczniaków czy tam trzecioroczniaków, że miał szereg innych dziwnych obowiązków. Ale kiedy później zaczyna się lekcja, ja dostałem tam ataku śmiechu i to nie tylko-- w dzieciństwie mniej. Właśnie śledząc ten film po latach dostałem tam ataku śmiechu. Tam jest mniej znany aktor. Ja do dzisiaj nie wiem, aktor starszego pokolenia, przedwojenny zapewne Fenomenalnie tam gra nauczyciela starej daty, który absolutnie nie rozumie, co się wokół niego dzieje. W końcu melduje dyrektorowi, który pojawia się na lekcji, że w klasie jest nienormalny uczeń. Absolutnie nienormalny. I to się zresztą, przynajmniej widzimy na ekranie, potwierdza. Marek nie zachowuje się normalnie, bo wszystkiemu jest winny pech, który prześladuje głównego bohatera, tytułowego bohatera. To jest fenomenalny odcinek, ale takich odcinków jest tam całkiem sporo.
Takich scen jest tam całkiem sporo. Co więcej, być może państwo na to nie zwrócili uwagi, ale mamy okazję oglądać Warszawę. To są oczywiście przebitki, urywki krótkie bardzo, oglądać Warszawę z lat 60. To, proszę państwa, też jest swoiste doświadczenie, niezwykłe doświadczenie. Mówiłeś, Piotrze, o tym, że to nie był serial aż tak popularny. Ten serial pokazał się, zanim jeszcze trafiły hity, które wymieniłeś, na ekran telewizorów, czyli zanim były „Wakacje z duchami”, zanim pojawiły się inne filmy, „Podróż za jeden uśmiech”, to były „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” i wtedy to było emitowane. Już nawet nie pamiętam, w jakim programie, ale wtedy to był, proszę państwa, hicior, absolutny hicior.
[01:33:53] - O tej humorystycznej stronie tego serialu jeszcze sobie za chwilę powiemy. Natomiast tak naprawdę to był serial przygodowo-kryminalno-komediowy opowiadający o zmaganiach głównego bohatera z szajką przestępczą. Chociaż rzeczywiście przyznam ci rację, że te odcinki z perspektywy sentymentalnej rzeczywiście emanują takim specyficznym humorem. Chociaż widzimy, że ja sobie nawet nie to, że przeczytałem „Marka Piegusa. Przygody” na potrzeby naszej dzisiejszej audycji. Oczywiście to czytałem jako dziecko, ale sobie tak przekartkowałem, przewertowałem. Rzeczywiście powiem ci, że pierwsze, co rzuca się w oczy, kiedy konfrontujemy serial i książkę, to odmiana humoru w książce jest bardziej lekka, ma więcej polotu. W serialu jest różnie. I pytanie, czy to się nie dało w 100% przełożyć na serial? A może po prostu to były takie czasy, kiedy jednak eksperymentowano w Telewizji Polskiej z tymi serialami.
On nie to, że jest jakiś nieudany i odpychający, bo myśmy już mówili w „Sentymentalnie” o kilku polskich serialach, nie tylko dla dzieci, ale i dla młodzieży, które nie były tak do końca udane. „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa” mają wiele sympatycznych elementów, ale mają też trochę w sobie coś takiego drętwego momentami. Jest tam pewna drętwota, która się zakrada. Być może. Tylko że ja nie chcę przesądzać, bo ja to oceniam z perspektywy swojego pokolenia i z dzisiejszych czasów, bo czasami to jest tak, kiedy mówimy o tych rzeczach sentymentalnych, że dzisiejsza popkultura mi nachodzi trochę na te oceniane produkcje. Ale może to właśnie wynika z tego, że taki był wtedy styl. Wtedy się tak robiło seriale, a w zasadzie, jak mówię, eksperymentowano z ich tworzeniem. Nie dostrzegasz trochę tej drętwoty tam?
[01:35:54] - Tak, ale wiesz co? To troszkę może wynika z pewnej maniery grania młodych bohaterów, bo tam rzeczywiście śledzimy losy Marka Piegusa. Grzegorz Roman tak się nazywał odtwórca tej roli. On jeszcze się pojawił w kilku filmach. Na pewno się pojawił w jednym z odcinków „Klossa”. Ale to nie był aktor tej klasy, którzy się pojawiali z tych młodzi aktorzy później w filmach takich właśnie jak chociażby „Podróż za jeden uśmiech” czy „Wakacje z duchami”, czy nawet w serialu „Gruby”. Ostatnio czytałem, że reżyser filmu „Gruby” zastosował prosty myk. Wziął głównego bohatera, przyszłego głównego bohatera, nagrał kilka scen i pokazał mu w kinie, jak te sceny wyglądają i zapytał go: „Czy to jesteś ty?” I główny bohater powiedział: „Nie, absolutnie nie”. To mówi: „To przestań grać, zacznij być człowiekiem naturalnym”. I to zresztą głównemu bohaterowi „Grubego” wyszło bardzo dobrze.
Później ja na przykład, jeśli wspominam ten serial przy okazji naszego dzisiejszego spotkania, to po to właśnie, żeby pokazać tę różnicę. Aktor młody w „Grubym” i inni aktorzy, zresztą większość z tych aktorów grali naprawdę koncertowo. Natomiast Marek Piegus i jego koledzy czasami miałem wrażenie, że deklamują pewne fragmenty wyuczonego tekstu i to nie było naturalne. Wiecie państwo, to jest tak, a być może to jeszcze kontrastowało bardzo mocno z plejadą aktorów w tym serialu, bo ten serial naprawdę zgromadził kwiat ówczesnego aktorstwa. Mamy Bronisława Pawlika, mamy Ludwika Benoua, mamy Romana Kłosowskiego, Janusza Kłosińskiego, Stanisława Milskiego, mamy Krzysztofa Litwina, Mieczysława Czechowicza, mamy Lecha Ordona, Włodzimierza Skoczylasa, Wojciecha Siemiona. Proszę państwa, Barbarę Kraftównę, Hankę Bielicką. To zaledwie część aktorów wymieniłem. Być może ten rozdźwięk pomiędzy odtwarzaniem ról przez bardzo młodych ludzi a tym kwiatem aktorstwa powodował ten dysonans. Może to z tego wynikało, tak mi się wydaje.
[01:38:39] - Tak. I to samo mogło, w sumie teraz do tego doszedłem, uderzać w inne seriale, gdzie żeśmy jednak narzekali, że było tak sobie. Bo jeżeli chodzi o te PRL-owskie seriale dla młodzieży i dla dzieci, to było tak, że trochę chyba dla kontrastu, może dla popularności dobierano z tych doświadczonych aktorów. Tutaj, jak mówisz, mamy spory ładunek tych celebrytów tamtych czasów. Jeszcze Czechowicza wymieniłeś. Chyba nie pamiętam, ale była tam jeszcze jedna osoba, Jadwiga Chojnacka.
[01:39:15] - Tak, to prawda. Była oczywiście.
[01:39:18] - Zapomniana może aktorka. Pewnie większości dzisiaj to nazwisko nic nie mówi, ale to jest słynna Dominikowa z „Chłopów”. To jest jedna z najbardziej charyzmatycznych aktorek tamtego okresu.
[01:39:32] - Tak, ciocia Dora, którą oblazły pchły.
[01:39:37] - Tak. I właśnie w tych serialach PRL-owskich dla dzieci było tak, że ci dorośli aktorzy ciągnęli je jakościowo, bo dzieci rzeczywiście deklamowały, czytały. Tutaj niestety momentami też tak jest, ale powiedziałem, że to był taki trochę eksperyment może i polegało to na tym, że bohater się zwraca bezpośrednio do widza. To też było pewne novum. Na pewno przełamywało dystans, potęgowało wrażenie, że to jest bardziej kabarecik. Czy to się udało? Nie wiem. Moim zdaniem serial do końca nie jest tak zabawny, jakim mógłby być. I chyba to sprawia, że on dzisiaj ma marne szanse, żeby bawić osoby wywodzące się z młodszych pokoleń. Bo tak jak powiedziałeś, widzimy w nim Warszawę pewnego okresu.
Ale zobacz, na przykład taka „Wojna domowa” zestarzała się dużo lepiej niż przygody Marka Piegusa. Tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy się dzisiaj ogląda „Wojnę domową”, to ona jest, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, ale to jest na tyle uniwersalne, że nawet bawi dzisiaj tak naprawdę. Tak samo jak „Czterdziestolatek”. Natomiast Marek Piegus już tak nie do końca i się zastanawiam dlaczego.
[01:40:57] - Myślę, że odpowiedziałeś częściowo. Dlatego, że to aktorstwo nie było takie jak sobie można wyobrazić, ale też ten serial chwilami próbowano uczynić niezwykle dydaktycznym. I tam był, jak się nazywał ten policjant? Jaszczur chyba, grał go Siemion i ta nie policja, milicja obywatelska. To wszystko było takie prawomyślne. Byli źli przestępcy, trochę groteskowi, jak sobie dzisiaj na nich patrzymy. To jest zresztą zabawne, że ci straszni przestępcy z Warszawy z naszego punktu widzenia są groteskowi. I to jest akurat zabawny element „Marka Piegusa”. Natomiast ta milicja obywatelska, ten Jaszczur, to jest, wiecie państwo, że trzeba współpracować z milicją obywatelską. To jest oczywiste dla Marka Piegusa i jego zastępu.
Chyba to zastęp był. I oni wszyscy są jacyś tacy prawomyślni i w ogóle. Ja pamiętam dwie rzeczy, jedną z odległej przeszłości, że kiedy oglądałem ten film, to niezwykle przeżywałem te odcinki, gdzie oni są w podziemiach pewnego kościoła. To już jest nowe miasto w Warszawie. Kościół Świętego Jacka sąsiaduje ze starym miastem, ale już to nowe tak zwane miasto. I tam w podziemiach tego kościoła się dziwne rzeczy dzieją, proszę państwa. To bardzo przeżywałem. Ja zawsze mam od dzieciństwa jakiegoś takiego fioła kompletnego, że uwielbiam części podziemne, wszelkie piwnice, wszelkie lochy, kazamaty i tak dalej. Ja to tam pierwszy jestem. Jako dziecko przeżywałem tę część serialu bardzo mocno.
Bardzo to mi mocno uderzało na psyche, że tak się wyrażę. Do tego stopnia, że ja byłem w sumie takim małym grzdylem, kiedy obejrzałem ten serial i już sięgnąłem po książkę na podstawie tego serialu. Odwrotnie, to serial był na podstawie książki, ale sięgnąłem po tę książkę i ona mnie wtedy trochę odrzuciła, bo byłem za mały, bo była za poważna. Bo książka jest, powiedziałeś zabawna, ona jest inaczej zabawna, ale jednocześnie była nie tak naskórkowa. Tam jednak się działo. Dosłownie kilka lat później z wypiekami na twarzy przeczytałem, bo wtedy pierwszy raz odpadłem. Było to dla mnie za poważne. Dosłownie dwa, trzy lata później z wypiekami na twarzy pochłonąłem książkę, bo tak jak powiedziałem na początku, to dwa różne utwory. Na podstawie, ja rozumiem, film był kręcony na podstawie, ale bardzo mocno na podstawie. Książka jest ciekawsza, książka jest bardziej zajmująca, ale do dzisiaj.
Mówiłeś o eksperymencie, Piotrze. Tak, bo nawet tytuły odcinków. Ja oczywiście nie będę czytał wszystkich dziewięciu tytułów, ale na przykład „Przygoda druga, czyli niesamowite i niewiarygodne udręki, które nawiedziły mnie w klasie”. To jest ten odcinek szkolny, który uwielbiam. Albo „Przygoda czwarta, czyli nieprawdopodobne skutki wagarów pospolitych, czyli powtórne spotkanie ze złodziejem tornistrów”, albo na przykład „Przygoda szósta, czyli akcja Lwia Paszcza prowadzi śladami nieszczególnego nie do kryjówki Cześka Parkerta, lecz do...”. Wybaczcie państwo, nie będę cytował kolejnych tytułów, ale to pokazuje pewną poetykę tego serialu. Która, myślę, że Piotrze to dobrze wyczuwasz, ona się mocno zestarzała. Chociaż nic nie jest jednoznaczne, bo kilka lat temu swoim siostrzeńcom zaprezentowałem ten film z takich odcinków trosзку archiwalnych, które gdzieś tam miałem w zasobach swojego twardego dysku. I oni się na tym nieźle bawili. Byli w wieku około dziesięciu lat, kiedy trafiali na ten serial za moim pośrednictwem i się nieźle bawili, bo to jest chyba taki wiek, w którym jeszcze to może bawić.
Chociaż najbardziej ubawiło mnie to, kiedy dostałem pytanie od jednego z siostrzeńców, czy świat kiedyś był czarno-biały, bo oni oglądali czarno-biały serial i to w ogóle do nich: jak czarno-biały może być serial? Czy świat kiedyś miał inne kolory? Jako dzieci dopuszczali taką możliwość. Musiałem później tłumaczyć, że świat wtedy również był kolorowy, czarno-biały był tylko film. To tak à propos eksperymentów, które wykonywałem z tym właśnie serialem.
[01:46:15] - Ja przeglądając książkę doszedłem do takiego wniosku, że ona zestarzała się mniej. Ona jest w stanie nadal bawić, tylko że doroślejszego czytelnika, tak naprawdę. Nie wiem, z czego wynika. Nie wiem. Wiesz, przypadek, sprawa serialu "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa", że on się nie cieszy, jednak się nie cieszy taką popularnością jak inne. Wydaje mi się, że to wynika właśnie z tego, że to jeszcze nie był ten okres, kiedy kręcono seriale na takim luzie, na takim lajcie, z taką łatwością, że to jednak było wyzwanie dla twórców, dla odbiorców też. Nie wiedziano, jak zostanie ten serial przyjęty. Mimo wszystko Niziurski nadal ma wielu fanów. I żeby było jasne, bo chyba o tym nie powiedzieliśmy, on był scenarzystą. To nie było tak, że jego dzieło zostało przeczochrane.
[01:47:18] - Współscenarzystą.
[01:47:20] - Że zostało przeczochrane i on o tym wiedział. Także tu widzimy, że nie zawsze jest tak, że da się przełożyć to, co fajne w książce i takie lekkie. Właśnie to jest dziwne w Marku Piegusie, że coś, co jest tak w stu procentach tak naprawdę serialowe i filmowe, nie udało się do końca. Czy przygody Marka Piegusa są atrakcyjne dla dzisiejszego widza, czy raczej tylko dla sentymentalnikożerców? Wydaje mi się, że jednak to drugie. Serial jest lekko archaiczny pomimo swoich plusów i dzisiejsze dzieci, może poza wyjątkami, nie zrozumieją do końca tamtejszych realiów. Może te bardziej świadome, może te bardziej otwarte na pewne rzeczy, ale jako dzieło popkultury to dla współczesnego odbiorcy jednak on się nie obroni. Nawet naszła mnie taka refleksja, że dla dzisiejszych odbiorców, którzy są w wieku Marka Piegusa, tamte czasy, w których żyje główny bohater, to między innymi mniej więcej taka zaszłość jak zabory.
[01:48:31] - Ja powiem Piotrze jeszcze jedną rzecz, że ja to podkreślałem. Niziurski był współscenarzystą. Drugim scenarzystą był Mieczysław Waśkowski. Ja mam takie podejrzenie, że drugi z tych panów był dołożony po to, żeby wytłumaczyć naprawdę bardzo sprawnemu pisarzowi, którym był Edmund Niziurski: no widzicie, rozumiecie, język filmowy jest inny. No bo jest inny, to prawda. Ale też chodziło o to, żeby ten serial wpisał się w pewne czasy, bo warto powiedzieć, nie wiem, być może już to mówiliśmy, ale serial powstał w roku 1967. No to wiecie państwo, schyłkowy Gomułka, ale do tego schyłku to jeszcze trochę zostało. I to był z jednej strony czas małej stabilizacji, ale z drugiej strony takiego, wiecie państwo, troszeczkę pierdolamento, takiego komunistycznego pierdolamento pod tytułem: widzicie, musi być tak a tak i musicie to zrozumieć. I troszeczkę w tym filmie to widać, że musicie to zrozumieć, bo warto też o Niziurskim powiedzieć, że ja odnoszę wrażenie, że serial "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa" był kierowany do takich dzieciaków, nie wiem, druga, trzecia, czwarta, może piąta klasa, a potem to już może nawet niekoniecznie. Tymczasem książka jest jakby troszeczkę do wyższych klas kierowana, bo ewidentnie inny rodzaj humoru, inny sposób narracji to po prostu widać.
Zresztą Niziurski w ogóle, jego książki jak się prześledzi, to one są właśnie do troszeczkę starszej młodzieży kierowane. Do dzisiaj moją taką ukochaną książką jest "Siódme wtajemniczenie". Ja w tej książce absolutnie zakochałem się, nie wiem, chyba w szóstej klasie, może w siódmej. I to do dzisiaj jest książka, którą uważam za pewne arcydzieło. Bo z jednej strony to jest książka, która się świetnie wpisuje w pewną poetykę ... szkolno-młodzieżową, a z drugiej strony, jak się dobrze przeanalizuje treść tej książki, ja wiem, że odbiegam od treści dzisiejszego sentymentalnika, ale jeśli państwo przeanalizujecie, o co chodzi w „Siódmym wtajemniczeniu”, to będziecie państwo wstrząśnięci, że taka książka dla dzieciaków mówi o rzeczy absolutnie pierwszorzędnej dla czasów, w których powstawała. Że też Nizurskiemu cenzura nie zdjęła tej książki, mówię o „Siódmym wtajemniczeniu”, to cud jest prawdziwy, bo to jest książka o tym, jak jesteśmy manipulowani. W czasach komuny to jest rzecz nie do przyjęcia. A wracając do Marka Piegusa, to jest książka... Dobra, książkę zostawmy.
To jest film, w którym wszystko kończy się oczywiście dobrze. Zło zostaje ukarane. Harcerze, bo harcerze są bohaterami tego filmu, odnoszą sukces i to śledczy, ale też moralny. Powiem państwu, że tak naprawdę w pamięć zapadła mi rola Litwina i w ogóle wszystkich tych bandziorów, ponieważ oni są absolutnie rewelacyjnie odgrywani. Ta plejada aktorów, która się pojawia, właśnie Krzysztof Litwin, Chryzostom Herlawy, czy Czechowicz, tak zwany Bosman Teofil, o ile dobrze pamiętam, to członek bandy Alberta Flasza. To są postaci, dla których ten serial warto obejrzeć. Rewelacyjne! Zresztą wiecie państwo, Krzysztof Litwin to aktor wybitny. Czechowicz zresztą również. Jak się to dzisiaj ogląda, to te ich role to są wybitne role w takim jakimś młodzieżowym serialu.
To aż się nie chce wierzyć.
[01:52:54] - Dzisiaj tego nie uświadczymy. Niektórzy mogą myśleć, że to jest takie pierdzielenie z mojej strony, ale taka jest prawda. Czechowicz był facetem, który miał duże doświadczenie w odgrywaniu bandziorów. Pamiętamy Weryho w „Szatanie z siódmej klasy”, pamiętamy jego słynny skecz, piosenkę „Tanie dranie” i tak dalej. Ale Krzysztof Litwin to nie był, ogólnie rzecz biorąc, aktor komediowy, tak jak Czechowicz, bo Krzysztof Litwin, pamiętamy kluczową rolę w „Psie cywilu”. Pamiętamy jego bardzo smutną rolę na przykład w serialu „Czterej pancerni”. Pamiętamy jego liryczną rolę w filmie, chyba „Pieczone gołąbki” to się nazywało, Marku, tak? To był aktor oczywiście, który jest trochę niedoceniany dzisiaj. Może nie jest tak bardzo pamiętany, ale tak, oni na tych małych przestrzeniach, jakimi były seriale dla dzieci, pokazywali pełnię swoich możliwości. A dzisiaj znajdź wybitnego aktora w „A niech miłość” na przykład albo w tych innych gniotach.
Oni tam może się pojawiają, natomiast ich kreacje nie są tak wyraziste. I to jednak jest siłą, jakby nie było, kinematografii PRL-u, która traktowała młodego widza dość poważnie. Dzisiaj mi jest trudno, Marku, powiedzieć, czy TVP oferuje coś tak zwanym większym dzieciom i młodzieży. Chyba nie. Może jeszcze do niedawna coś oferowało. Natomiast tak, czy przygody Marka Piegusa są atrakcyjne dla dzisiejszego widza? Nie wiem. Chyba nasi widzowie sami to ocenią, ale kiedy się o tym mówi, kiedy się mówi o tym serialu oczywiście, to wydaje się, że nie można w tym chociaż przypadku pomijać literackiego pierwowzoru.
[01:54:52] - Tak, to prawda. I kiedy wspominam ten serial, to zawsze ta kwestia Krzysztofa Litwina: „Świerszczyku ty mój” chyba na zawsze już ze mną pozostanie. Kto ciekawy, niech na ten serial zerknie, chociażby dla tej kwestii warto. Naprawdę warto. No tak, ale masz rację, Piotrze. To jest serial, który powoli odchodzi w niebyt, w przeszłość. On jeszcze, tak myślę, najbardziej interesuje wszystkich sentymentalnikowców. Ale to dobrze, niech on jeszcze przez jakiś czas trwa. To teraz udamy się w obszary ogarnięte spirytyzmem. To dziwnie brzmi to, co mówię.
Dobrze, to powiem prościej. „Bez tajemnic” to cykl, który niezmiennie cieszy się powodzeniem. To dobre, jak mawiają niektórzy youtuberzy. Dobre. W takim razie ływ karmy na zdrowie.
[01:56:09] - Każdy, kto interesuje się spirytyzmem bądź szeroko pojmowaną ezoteryką, wie, na czym polega Prowokarma i chyba tego tłumaczyć nie muszę. A jeśli jednak spośród was znalazł się ktoś, kto nie wie, o co chodzi, to najpierw, zanim obejrzycie ten materiał, zobaczcie sobie moje nagranie o reinkarnacji. W moich materiałach bardzo ochoczo operuję określeniem prawa karmy, ale tak naprawdę w spirytyzmie powinno się mówić bardziej o oczyszczeniu.
[01:56:54] - Prawo karmy jest to określenie, które kojarzy się bardziej z filozofią Wschodu i powszechnie kojarzy się z jakąś formą kary. Czyli jeżeli ktoś był zły, to w kolejnym wcieleniu będzie ponosił konsekwencje swoich czynów. Na przykład, jeżeli ktoś był bogaty i nie chciał się dzielić z innymi, był egoistą, to w kolejnym wcieleniu będzie uciskanym. Jeżeli ktoś był sadystą, to w kolejnym wcieleniu będą się nad nim znęcać. I tak dalej. Natomiast oczyszczenie według nomenklatury spirytystycznej kładzie akcent bardziej na pozbywaniu się własnych wad. Jeżeli dokładnie przeanalizujemy sobie prawo karmy i spirytystyczne oczyszczenie, tak naprawdę to wszystko sprowadza się do tego samego punktu. To znaczy ponosimy konsekwencje własnych czynów. Mówię o tym wszystkim, ponieważ chciałbym podkreślić, że prawo karmy nie musi być formą kary. Dlaczego?
Jeżeli na przykład człowiek nie pracuje nad sobą i przenosi ze sobą swoje wady, to w kolejnym wcieleniu jego nerwowość, złośliwość będzie do niego wracała. Ale w takim sensie, że to jego własny organizm biologiczny, jego własne ciało będzie ponosiło konsekwencje tego nieoczyszczenia. Ale pomijam tutaj w tym momencie wszystkie wszelkiego rodzaju interakcje ze społeczeństwem, z innymi ludźmi i chcę się skupić tutaj tylko na subiektywnym odbieraniu naszej własnej karmy. Żeby ładnie zobrazować to, co próbuję wam przekazać, chciałbym wprowadzić sztuczny podział. Duch przed reinkarnacją może sobie zaplanować własne wcielenie, okoliczności, rodzinę, czas, kiedy chce się narodzić ponownie na planecie, konkretne miejsce, czyli na przykład czy chce się urodzić w Europie, czy w Afryce, czy w Ameryce i tak dalej. To wszystko w zależności od potrzeb, jakie ten duch odczuwa w stosunku do swojego własnego rozwoju i do próby, którą postanowił sobie zaplanować. Więc to nie jest takie, że widzimy się i: „O, w kolejnym wcieleniu chcę być Murzynem, bo tak”. Nie, to wszystko ma jakiś głębszy sens. Duchy inaczej spoglądają na życie niż my tutaj, gdy już jesteśmy zakorzenieni i musimy się z tym wszystkim borykać. Czasami sobie myślimy: „O, gdybym mógł, to bym sobie wybrał lepsze życie”.
Ale nie, bo takie życie, jakie mamy, z reguły sami sobie wybieramy. Oczywiście to wszystko w dużym uproszczeniu. Dobra, ale nie o tym chciałem mówić. Taki duch może sobie zaplanować jakieś wcielenie, czyli na przykład wybiera sobie rodzinę A. Reinkarnując się w jakiejś rodzinie, rodzice przekazują mu jakiś kod genetyczny, czyli na przykład kolor skóry, wielkość ust, wielkość palców i tak dalej. Różnego rodzaju oczywiście także choroby przekazywane genetycznie. Czyli jakaś rodzina może się na przykład specjalizować w zawałach serca, jakaś inna rodzina może mieć na przykład problemy z płucami albo problemy z głową. W każdym razie taki duch może sobie wybrać rodzinę, która ma do swojej dyspozycji jakiś kod genetyczny. Jeżeli duch chce być, powiedzmy, pianistą, to może sobie wybrać rodzinę, w której wszyscy mają długie palce. A jeżeli ktoś potrzebuje być na przykład intelektualistą, to wybiera sobie rodzinę, gdzie członkowie tej rodziny mają duże zdolności intelektualne, są inteligentni i mają łatwy dostęp do wiedzy, bo są majętni, mogą studiować na uniwersytetach i tak dalej.
A jeżeli ktoś potrzebuje pracować fizycznie, to wybiera sobie rodzinę, gdzie ta tężyzna fizyczna jest bardziej powszechna. Tak to obrazuję po prostu. W każdym razie duch wybiera sobie rodzinę z jakimś kodem genetycznym, łącznie z chorobami, które może dany duch przyjąć na swoje ciało, aby lepiej przejść próbę, którą sobie zaplanował. Każdy duch posiada swój bagaż emocjonalny, swoje doświadczenia. W momencie, kiedy duch inkarnuje się w ciele. I tutaj przechodzę na drugą stronę tabelki. Z jednej strony był kod DNA, a teraz będę mówił o samych cechach ducha. Duch ma jakieś swoje cechy. Ten duch wybrał sobie już jakieś ciało z kodem genetycznym i wskakuje w to ciało jak w garnitur, gdzie garnitur jest szyty na miarę, ale w momencie, kiedy ten garnitur się ubierze, to on albo lepiej troszeczkę leży, albo troszeczkę gorzej w którymś momencie i tak dalej. Albo jeszcze inny przykład: rękawiczka.
Kupujemy sobie na targu rękawiczkę, skórzaną. Ta rękawiczka ma swoje zalety, wady też, ale ma jakąś swoją budowę, ponieważ krawcowa to wszystko obszyła i to jest ten kod DNA. W momencie, kiedy na przykład ja założę tę rękawiczkę, to ta rękawiczka będzie lepiej leżała na mojej dłoni. A jeżeli założy tę rękawiczkę mój kolega, to ta rękawiczka może inaczej się układać na tej dłoni. I mimo że rękawiczka jest ta sama, dłoń, czyli ten duch, który wskakuje w tę rękawiczkę, tę rękawiczkę deformuje w taki czy w inny sposób. I tak samo jest z ciałem biologicznym. Jest ciało, które posiada swój kod genetyczny i w momencie, kiedy w to ciało, obrazowo ujmę, wskoczy duch, ten duch nada temu ciału materialnemu, ciału biologicznemu jakiś kształt, czyli wyposaży to ciało biologiczne cechami, które ten duch sam od siebie wnosi. Prosty przykład. Mówi się, że oczy to jest zwierciadło duszy. Jeżeli patrzymy komuś w oczy, potrafimy określić charakter danej osoby.
Z rysów twarzy możemy określić, czy ktoś jest łagodny, pogodny, czy może ktoś jest nerwowy. Nieraz spoglądając na czyjąś twarz, możemy określić, czy ktoś jest dobrym bądź złym człowiekiem. Ja oczywiście teraz to wszystko bardzo upraszczam, ale generalnie chyba wiemy, o co chodzi. Dlatego, że duch nadaje cechy ciału materialnemu. Tak samo kod genetyczny może, o czym już kilka razy wspomniałem w tym materiale, zawierać jakieś choroby. Ale fakt, że ktoś ma zaprogramowaną chorobę, nie oznacza, że ta choroba musi się ujawnić, ponieważ dopiero duch i życie, jakie prowadzimy, życie emocjonalne, może uaktywnić dany gen z jakąś chorobą bądź nie. Dlatego w jednej rodzinie, mimo że wszyscy mają podobny kod genetyczny, ktoś może zachorować na raka trzustki, a ktoś inny nie zachoruje na raka trzustki. I to nie będzie miało związku tylko ze sposobem żywienia i tak dalej, tylko jest ten element karmiczny zakodowany w duszy człowieka, który może jakiś stan chorobowy aktywować. Zresztą chyba nie jest rzeczą odkrywczą, jeżeli powiem, że nasze życie emocjonalne wpływa na nasze zdrowie fizyczne. Czyli jeżeli ktoś jest nerwowy, może mieć problemy z żołądkiem.
Jeżeli ktoś jest na przykład neurotyczny, może mieć problem z układem trawiennym i tak dalej. Tych chorób można by wymieniać bardzo dużo. Chyba nie ma sensu, abym teraz ten temat jeszcze bardziej rozwijał. O tych rzeczach bardzo fajnie pisał Andre Moreira w książce, która jest dostępna na polskim rynku: „Leczenie i samouzdrawianie”. W tej książce możemy znaleźć bardzo dużo fajnych wyjaśnień, przykładów, w jaki sposób duch, nasza dusza i nasze życie emocjonalne wpływa na nasze zdrowie. W jaki sposób leczyć pacjenta, żeby autentycznie wracał do zdrowia. Andre Moreira pisze o tym, że trzeba najpierw wyleczyć duszę, a potem dopiero ciało. Jeżeli weźmiemy się za rzecz od drugiej strony, to efekty będą tylko pozorne. Z drugiej strony mieliśmy psycholog z polskimi korzeniami, która nazywała się Alice Miller. Ona ze spirytyzmem nie ma nic wspólnego, ale wiele lat swojej pracy zawodowej poświęciła na badaniu wpływu emocji na życie różnych znanych osób, pisarzy, polityków i tak dalej.
Wywnioskowała, że nawet jakieś urazy psychiczne, które wynosimy z dzieciństwa, mogą nawet znacząco skrócić życie człowieka, ponieważ złe emocje niczym rak zżera człowieka od środka i na przykład osoby dorosłe, które nie uporządkowały swoich emocji z dzieciństwa, które miały związek na przykład z ich relacją z rodzicami bądź ze swoim środowiskiem. Takie osoby nawet w późnym wieku odczuwają te negatywne emocje. Czyli wszystko to, co robimy, wszystkie emocje, wszystko to, co przeżyliśmy, cały bagaż doświadczeń, które nasza dusza transportuje ze sobą z wcielenia na wcielenie, ma wpływ na nasze życie, na nasze zdrowie. Przede wszystkim na nasze zdrowie. Bardzo duży wpływ na stan zdrowia wielu ludzi ma popełnione samobójstwo. Jeżeli w poprzednim wcieleniu ktoś skrócił swój żywot w taki czy inny sposób, ten fakt ma wpływ na to, co z nim się dzieje aktualnie. Na przykład jeżeli ktoś zastrzelił się, może mieć problemy mentalne. Jeżeli ktoś otruł się, może mieć problemy z układem trawiennym albo z układem pokarmowym, albo z układem oddychania. Mówi się także o takich sytuacjach, gdzie na przykład na ciele jakiegoś człowieka możemy znaleźć ślady jakiejś charakterystycznej śmierci, czyli na przykład blizna albo rana, która przypomina ranę postrzałową, albo jakiś uraz na przykład na głowie. I potem okazuje się, że dana osoba na przykład w poprzednim wcieleniu wpadła pod pociąg albo została zastrzelona i tak dalej.
Ja osobiście podchodzę z dużą rezerwą do takiej historii. Uważam, że gdyby to było normą, to każdy człowiek posiadałby na własnym ciele oznaki, które wskazywałyby na to, w jaki sposób umarł w poprzednim wcieleniu. A przecież tak nie jest, ponieważ większość z nas jednak nie ma takich śladów. Więc ja doszedłem do wniosku, że jeżeli ktoś posiada taki ślad wskazujący na sposób śmierci w poprzednim wcieleniu, to są to naprawdę wyjątki, które mogą wskazywać, że dany duch przeżył duży szok emocjonalny w związku z jakąś konkretną sytuacją. Ale absolutnie nie robiłbym z tego reguły. I tutaj jeszcze chciałbym na moment wrócić do prawa karmy, czyli na przykład co się dzieje z sadystami. Jaki wpływ na ciało człowieka może mieć jego sadystyczne zachowanie w poprzednim wcieleniu? Czytałem kiedyś o przypadku ducha esesmana, który reinkarnował się w zdeformowanym ciele jako inwalida. I osoby, które miały z nim do czynienia twierdziły, że mimo że ten człowiek siedział na wózku inwalidzkim, od urodzenia powyginany we wszystkie strony, nie mógł nic wokół siebie zrobić, to na jego twarzy rysowała się jakaś duma, jakaś złość, wewnętrzna złość. I później okazało się, że to był duch byłego esesmana.
Więc to nie jest nic nadzwyczajnego. Myślę, że takie przypadki są częstsze niż nam się może wydawać. Nawet w „Księdze duchów” jest taka informacja o tym, że w zdeformowanych ciałach inkarnują się osoby, które muszą doświadczyć takiego poniżenia w pewnym sensie, czyli takiej niemocy, bardziej bym powiedział. Muszą doświadczyć takiej niemocy, aby to doświadczenie wpłynęło na ich rozwój, aby oni sami coś zrozumieli. Bądź, i to też jest przykład z literatury spirytystycznej, pewien duch opowiadał, iż reinkarnuje się bądź reinkarnował się w zdeformowanym ciele po to, aby nie mógł po raz kolejny popełnić samobójstwa. Ponieważ mówię tutaj o duchu, który już kilka razy skrócił sobie życie. Ale oczywiście w większości przypadków konsekwencje prawa karmicznego nie są aż tak uciążliwe. To znaczy na ludzi spadają, w cudzysłowie spadają, kary bądź konsekwencje. Cały czas powtarzam to słowo konsekwencje, które nie są aż tak dotkliwe. Czyli na przykład ktoś, kto w poprzednim wcieleniu źle wykorzystywał swoją inteligencję, w aktualnym wcieleniu na przykład może być tej inteligencji pozbawiony, ale to może być jakieś minimalne pozbawienie.
W takim sensie, że człowiek chciałby więcej, ale na przykład nie może. I zdaje sobie sprawę z tego, że jest lekko upośledzony, ale po prostu nic nie może z tym zrobić. Troszeczkę na wzór melomana, który ma wadę słuchu i nie może w pełni kontemplować pięknej muzyki. Albo ktoś, kto, wspomniałem o pianiście na samym początku. Ktoś chce grać na pianinie albo na gitarze, ale ma za krótkie palce, tak jak ja. I to są problemy karmiczne, które mogą się nawet wydawać troszeczkę śmieszne, ale one się wydają śmieszne z zewnątrz, dlatego, że dla człowieka, który przeżywa daną sytuację, tak jak na przykład za krótkie palce, to może być naprawdę życiowy dramat. I to jest w zasadzie temat, który chciałem dzisiaj poruszyć pod wpływem jednej z moich widzów, która kilka razy nalegała, abym coś o tej karmie opowiedział. Nie wiem, czy powiedziałem coś odkrywczego. Mam nadzieję, że nie przynudzałem, ale skoro i tak w związku z tym całym koronawirusem siedzicie w domu, to możecie sobie posłuchać troszeczkę mojego gadania. Mam nadzieję, że troszeczkę wam to umiliło siedzenie w domu i patrzenie się w cztery ściany albo w monitor komputera.
Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale.
[02:13:17] - Niniejszym zapraszam państwa na Alchemię Tworzenia. Katarzyna Prychacz dzisiaj opowie o ożywianiu i projektowaniu. Zapraszam. To myślę, pomimo tego, że w tej chwili powtarzamy za Book Radiem pierwsze odcinki. One jeszcze nie były takie dynamiczne jak te, w których Katarzyna Prychacz tworzyła historie. Te raczej omawiają pewne zjawiska okołoliterackie związane z pisaniem, ale omawia je Katarzyna niezwykle przenikliwie. To chyba najlepsze słowo. Przenikliwie. No to zapraszam. Ożywianie i projektowanie.
[02:14:01] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. No to cytacik na rozgrzewkę. Oczywiście Salvador Dali: „Statek, który wygląda na coś najswobodniejszego i najlżejszego na świecie, jest tylko rygorystycznym systemem wiązań”. Okej, okej. Jak zapewne wiecie, dzisiaj dam enigmatyczny tytuł: ożywianie i projektowanie. Jak najbardziej porozmawiamy o jednym i o drugim i nie o nekromancji także bez obaw.
Co do cytatu, dlaczego akurat wybrałam ten cytat? Kiedy go znalazłam i tak sobie przeglądałam te wszystkie aforyzmy i mądrości Salvadora, pomyślałam, że kurczę, coś jest w tym i to bardzo głębokiego, że tym efektem końcowym procesu tworzenia statku jest statek, który jest dla nas czymś fenomenalnym. Niby tak wielki i ciężki obiekt, na którym znajduje się tyle ludzi, tyle załadunku, a jednak z taką łatwością płynie po wodzie i nie tonie. Jak ktoś się nie zna na budowie, nie wnika, to nie będzie wnikał. Natomiast z drugiej strony żyjemy w takich czasach, że w większości przypadków mamy pojęcie o czymś takim i wiemy, że ten statek nie jest ze styropianu, tylko jest z ciężkich blach albo z jakiegoś drewna, odpowiednio impregnowanego i tak dalej. Oczywiście to nie musi być prom czy jacht, może to być łódka. Nawet sama w sobie tratwa też się unosi na wodzie. Ale gdyby ktoś nie wymyślił tego patentu na tą tratwę, na ten statek, tej całej konstrukcji, gdyby nie przeprowadzono wielu testów, gdyby ktoś tego nie rozpisał, gdyby ktoś nie przekazał dalej tej wiedzy, to zwyczajnie tego by nie było. Nie mielibyśmy tego pięknego efektu końcowego. Pomyślałam sobie, że właściwie tak jest z naszym pisaniem.
Jeżeli dobrze coś zaplanujemy, stworzymy taki, tutaj padło słowo rygorystyczny system wiązań. Natomiast do tego też zaraz przejdziemy. Ta rygorystyczność wcale nie musi być czymś złym i niewygodnym, z czym nam się najczęściej to jednak kojarzy, czyli z jakimś przymusem. Bardziej może to polegać na takim obejściu samego siebie. Co do projektowania, jak najbardziej chciałabym dzisiaj porozmawiać, opowiedzieć wam trochę o świadomym projektowaniu, w naszym wypadku fabuły. Natomiast ożywianie będzie samo z siebie wynikało z tych zagadnień. Także zapraszam. O co mi w ogóle chodzi z tym świadomym? Żeby ktoś nie pomyślał, że mam na myśli jakieś duchowe sprawy. Więc powołam się na definicję ze słownika języka polskiego.
Definicję słowa świadomy i zaraz przejdziemy dalej. Świadomy, czyli zdający sobie dokładnie z czegoś sprawę, uświadamiający sobie coś, wiedzący o czymś. Także nie trzeba tu nam żadnych duchów wplatać w to wszystko, jako że w projektowaniu my jesteśmy autorami, stwórcami, twórcami i to jest bardzo istotne, żebyśmy my wiedzieli jak najwięcej. I do tego będę tutaj dążyć. Podpowiem wam też, jak się zabrać za takie świadome projektowanie i później wam omówię, dlaczego nam się opłaca projektować świadomie, mimo że takie projektowanie będzie na samym początku wymagało od nas więcej pracy. W dużym uproszczeniu im więcej wiemy, tym więcej mamy narzędzi, tym więcej będziemy mieli opcji w naszym danym projekcie. Czy to będzie powieść, czy to będzie opowiadanie. I tutaj oczywiście, że będą takie trzy filary główne tego. Pierwszy z nich to jest postać. Wzięłam to na pierwszy ogień, ponieważ myślę sobie, że gdybyśmy nie mieli w naszych powieściach i opowiadaniach bohaterów, niezbyt daleko byśmy ujechali z naszym przekazem czy z historią, którą chcemy zaprezentować.
Jakby nie patrzeć, nawet najlepsze spektakle muszą mieć aktorów. Bez aktorów to trochę słabo, nie? A przecież u nas, w naszym fachu, w naszej branży, takimi aktorami są bohaterowie naszych produktów, postaci ogólnie. Uwaga, nie chodzi mi tylko o głównych bohaterów, bo często odnoszę wrażenie, że większość pisarzy skupia się najbardziej na tym głównym bohaterze, troszeczkę czasami zapominając o tym, że wbrew pozorom jego sojusznicy, towarzysze, czy nawet czarny charakter to też są postaci, o które warto zadbać, czy nad którymi warto się pochylić, a nie traktować je jak manekiny, jak coś przejściowego, nieistotne. Właśnie istotne. Oczywiście tak jak zawsze, róbcie jak chcecie. Jeżeli wam działa, to tak działajcie. Jeżeli waszym odbiorcom się to podoba, to tak róbcie. Natomiast nie zaszkodzi zerknąć troszeczkę na inne podejście do tego tematu. Myślę, że bez dobrej postaci, takiej w 3D, czy w ogóle bez dobrych postaci, tak jak bez dobrych aktorów cały spektakl nam się będzie sypał albo po prostu będzie nudny, czy co najgorsze nie wykorzysta potencjału naszej historii, czy naszego potencjału, który chcemy przekazać czy pokazać.
Jeżeli chodzi o takie świadome projektowanie postaci, bo od tego zaczniemy. Oczywiście ja wam podpowiem tutaj najważniejsze aspekty tego, bo nie ukrywam, że o samej postaci to pewnie byśmy mogli mówić i z 20 odcinków oddzielnych po 40 minut i pewnie też byśmy jeszcze nie wyczerpali tematu. Natomiast najważniejsza rzecz, pierwsza, jaka jest funkcja naszej postaci, tego bohatera w fabule. I tutaj, jeżeli zajmowaliście się bardziej rzeczami technicznymi, czy czytaliście może jakieś poradniki, pewnie trafiliście na takiego autora jak Joseph Campbell czy na przykład Christopher Vogler. Oni obaj zajmowali się właśnie postaciami, kreacją, rozbudowywaniem takich typów postaci. Oczywiście Campbell był pierwszy i Vogler się na nim wzorował. Obaj też poruszali tematy ogólnie związane z konstruowaniem fabuły. Czy tam gdzieś też ten legendarny schemat podróży bohatera. To Campbell zapoczątkował, a Vogler też troszeczkę to w trochę inny sposób ograł i dobudował parę rzeczy. Także oczywiście zachęcam.
Moją taką biblią pisarską jest „Podróż autora". To Vogler popełnił tę książkę, tę pozycję. Naprawdę zachęcam. Natomiast do Campbella też jak najbardziej warto zajrzeć, ponieważ Campbell zrobił kawał ogromnej roboty, jeżeli chodzi o rynek pisarski, rynek bardziej taki techniczny, pisarski. On po prostu analizował różne rzeczy pod różnymi kątami. Brał na tapet wiele mitów, wiele legend i tam dopatrywał się różnego rodzaju takich typów postaci, które Właściwie to się przewijały. I one też nie bez powodu w niezależnych od siebie źródłach były takie same i też się przewijały. Chodziło tutaj o ich funkcje w fabule. Także zachęcam, żebyście się zapoznali z tymi źródłami, a jeżeli wam się nie chce, to żebyście pomyśleli, po co ten bohater jest. Oczywiście główną funkcją głównego bohatera jest przeprowadzenie czytelnika przez całą historię czy doprowadzenie go do jakichś wniosków, przekazów i tak dalej.
Natomiast pozostałe postaci warto, żeby też miały swoje funkcje, żeby chwilę nad nimi się zastanowić. Później przejdziemy do ich wpływów na siebie czy na bohatera. Ale nawet jeżeli macie scenę wojny i macie mięso armatnie, dobrze, żeby też zastanowić się, po co to mięso armatnie jest. I uwaga, nie chodzi mi tu o epicki, przaśny, wielki, z patosem powód związany z fabułą, tylko czasami nawet taki najzwyklejszy techniczny powód, że bohatera numer 47 zabiłem w tej wojnie po to, żeby na przykład pokazać, na jakim gruncie fizycznie, czy były kamienie, czy była trawa, ale na jakim gruncie odbywała się bitwa. A może chciałem pokazać bestialskość innego wroga, czy jakiejś rasy, która w konkretny sposób zabija, torturuje i tak dalej. Dobrze, żebyście to wiedzieli, żeby to też nie były z pozoru przypadkowe zgony, bo wtedy troszeczkę tracicie potencjał danej sceny. Jak najbardziej w takich scenach bardzo dużo można rzeczy dorzucić. I właśnie, po co je dorzucać? W imię zasady „nie dolewaj, bo nie zjemy”. Oczywiście nie ma co przesadzać, ale czasami warto zastanowić się, czy scena czyjejś śmierci, czy scena bitewna, czy nawet jakakolwiek scena, malutka, rodzajowa, gdzieś pomiędzy.
Czy ona faktycznie coś wnosi do fabuły? I dalej, co ona daje czytelnikowi? Bo jak już będziemy wiedzieli, co ona wnosi do fabuły czy po co my jako autorzy jej użyliśmy. Czyli chcieliśmy pokazać, że bili się na gruncie, na ziemi iłowej. Okej, a co dodaje czytelnikowi? Oczywiście w przypadku ziemi to będzie tożsame, że czytelnik dzięki temu będzie mógł lepiej sobie zwizualizować środowisko tej bitwy, wojny i tak dalej. Natomiast czasami warto poświęcić na te rzeczy więcej niż trzy zdania. A czasami nie warto. Musicie wyczuć troszeczkę to, jak to będzie wpasowywało się w waszą fabułę i jak to będzie pasowało do waszego stylu, do waszego warsztatu, bo może nie czujecie się na siłach, może nie macie jeszcze jakichś umiejętności. Nie wiem, co tam możecie w głowie jeszcze sobie mówić.
Natomiast zatrzymajcie się czasami przy tych scenach i zadawajcie sobie pytanie: po co? Dlaczego? Co to mi da? I dalej pamiętajcie za każdym razem, co to da czytelnikowi. Bo często mam wrażenie, że to się gubi, że bardziej piszemy tylko ze swojej perspektywy. A należy pamiętać, że potem będzie to ktoś czytał. Ktoś, kto ma zupełnie inne rzeczy czy przemyślenia w głowie, doświadczenia i tak dalej. Dlatego warto, żebyśmy byli jak najbardziej klarowni w naszym przekazie czy w świecie, który chcemy pokazać. Dobra, nie rozwlekam się. U Voglera i u Campbella, tak jak mówiłam, mamy te funkcje dane, czyli na przykład właśnie trickster, sojusznik, cień czy jakieś pułapki i tak dalej.
To są właściwie kamienie milowe fabuły bardzo często. Natomiast jest jeszcze jedna rzecz. Jest coś takiego jak profil psychologiczny postaci. Niektórzy mają po prostu taki dryg. Naturalnie wymyślają bohatera i nawet nie do końca pewnie się nad tym zastanawiają, że wymyślili mu jakąś psychologię, jakieś cechy. Ale czasami jest tak, że ten bohater jest trochę niestabilny. Nagle jest nieśmiały, po czym używa na przykład w dialogu takich sformułowań czy takich wypowiedzi, które absolutnie kłócą się z jego zachowaniem. I teraz uwaga, bo może taki mieliście zamysł. Tylko jeżeli mieliście zamysł, że ktoś ma bordera czy chorobę dwubiegunową, czy inne jakieś zaburzenia, to warto byłoby dać więcej przesłanek ku temu wcześniej lub zrobić do tego jakieś wprowadzenie, żeby czytelnik odbierał to faktycznie jako kreację bohatera, a nie jako jakiś błąd czy taki dysonans. Taki czytelnik zamiast skupić się na czytaniu dalej, to będzie gdzieś w tle miał taki proces w głowie uruchomiony, że: „Ale on jest nieśmiały czy nie?”.
A może na przykład ta nieśmiałość bohatera będzie miała później istotną rolę w fabule. Na przykład sprawi, że popełni błąd, ale jego wypowiedzi w dialogach sprawią, że czytelnik nie będzie absolutnie odbierał tej osoby jako osobę nieśmiałą. Na przykład nawet nie zauważy tych zachowań, tylko się skupi na dialogach. I potem w tej najważniejszej chwili czy najważniejszej scenie będzie miał taki error. Czy jak to Pikachu się mówi teraz? Czyli co się stało? Jak? Tutaj był taki kozak, taki chojrak w tych dialogach, a po czym zachował się jak taki miękiszon. Warto nad takimi rzeczami myśleć. Żeby unikać takich błędów, takich dysonansów, to warto, zanim przejdziemy do tego.
Wiadomo, jedni z nas sobie wcześniej robią jakieś notatki, planują. Inni po prostu siadają, mają flow i piszą. Oczywiście, że jedna i druga metoda jest super. Działa wam, róbcie. Jak ktoś planuje, to ten profil psychologiczny łatwiej zamontować sobie w te notatki. Natomiast jeżeli piszecie takim tym flowem, to albo macie natchnienie, siadacie i piszecie, czy wcześniej sobie układacie wszystko w głowie, a później siadacie i piszecie. To albo wcześniej pomyślcie układając nad cechami tego bohatera, nad tym, kim on jest. I uwaga, nie tylko głównego. Tych pobocznych też, czy tych epizodów też. Albo jak macie flow, to napiszcie daną partię tego waszego flow.
Jak już siedliście, przywiodło was do klawiatury, notesów i tak dalej. Przejdźcie przez ten flow, natomiast później troszeczkę wróćcie i przeanalizujcie. Później też powiem, dlaczego warto te rzeczy robić na początku, a nie na końcu. Jeżeli chodzi o profil psychologiczny, co się mieści pod tym magicznym hasłem? Bo dla niektórych to może nie być wcale jasne. Takie najważniejsze punkty to na przykład samo takie usposobienie bohatera, to jak on się ogólnie zachowuje, czy jak jest postrzegany przez innych. Są ludzie, którzy na przykład wiecie, że to jest awanturnik od razu. Po prostu widać po tym człowieku. Albo znacie go dłużej i wiecie, czego się po nim spodziewać. A na przykład widzicie, że to jest człowiek taki, że do rany przyłóż.
Tak samo język tego bohatera, żeby ten język był spójny z tym usposobieniem. Jeżeli nie chcecie głęboko wchodzić w taką analizę psychologiczną, to weźcie takie ogólne pierwsze wrażenie czy ogólne to coś, z czego słynie ta postać. I dobierzcie do tego czegoś język. Tak jak mówiłam, żeby nie było tego dysonansu, że ktoś jest nieśmiały, a zachowuje się jak kozak. Chyba że jakoś to dalej uargumentujecie w powieści, ale nie żeby to wyszło przez przypadek, bo nie przemyśleliście. Sam język wypowiedzi na przykład też może być taki, że ktoś będzie mówił mało albo ktoś będzie mówił pojedynczymi słowami. Może będzie miał jakieś powiedzonko, a może w tym dialogu po prostu będziecie dopisywali, że mówił takim tonem głosu, że aż nawet największy awanturnik siedział i czuł się uspokojony. Czy wystarczyło, że ta osoba powiedziała jedno słowo i nagle z awanturnika schodziło powietrze i słuchał. Nie trzeba było go poduchą w łeb, żeby się na chwilę zresetował, tylko po prostu się uspokajał. To są też fajne smaczki, które mogą wam pozwolić troszeczkę bardziej rozpisywać czy trochę zabawiać czytelnika.
A może też sami zainspirujecie siebie, żeby coś więcej z tą cechą zrobić. Może jakąś retrospekcję, a może jakiś wątek poboczny, kto wie. Dalej w profilu psychologicznym możecie myśleć nad wszystkim naraz, a możecie sobie wybrać, nad czym chcecie. Czyli na przykład nad takim brakiem, potrzebą. Bo jeżeli na przykład wymyślicie bohatera, który będzie przez całe życie na przykład szukał matczynej miłości, bo jej nie zaznał w dzieciństwie, to już sam ten fakt może wam bardzo dużo powiedzieć o bohaterze. Czy wam jako autorom podpowiedzieć, w jakim kierunku iść w kreację tego bohatera. Że to będzie taka jego niespełniona potrzeba z dzieciństwa czy właśnie jakiś taki brak. A może nie będzie wiedział, kim jest. Może miał jakiś zanik pamięci, ale za wszelką cenę będzie czuł wewnętrznie, że musi znaleźć odpowiedzi czy musi sobie przypomnieć. I wtedy też zupełnie inaczej taka postać będzie się zachowywała, więc warto się nad tym zastanowić.
I uwaga, to też nie musi być brak, który będziecie opisywali w powieści. Uwaga, wchodzimy na te rzeczy czasami pokrętne. Natomiast ważne, żebyście wy to wiedzieli. Wy, pisarze, żebyście mieli to w głowie. Czytelnik wcale nie musi się o tym dowiedzieć. Nie musicie wcale pisać o tym braku, chyba że wam się to faktycznie przyda. Natomiast jeżeli wy wymyślicie taki brak, potrzebę tego bohatera, to właśnie po to, żeby sobie ułatwić kreację tego bohatera. Kolejna rzecz tego typu też w profilu. Możecie sobie na przykład pomyśleć o takiej traumie bohatera. Tak jak tutaj wspominałam, ten zanik pamięci.
A może nie zanik, tylko sam wypadek, który miał miejsce. Może bohater go spowodował, może w tym wypadku ktoś zginął, a może jakiś wróg spowodował ten wypadek i ta trauma będzie w bohaterze generowała na przykład chęć zemsty czy pomszczenia ukochanej i tak dalej. Wiadomo, na szali, tak jak mamy traumy, mamy też takie bardzo istotne wspomnienia. Mogą to być wspomnienia sprzed paru dni fabularnych, mogą to być wspomnienia z dzieciństwa tego bohatera. I uwaga, też nie musicie na siłę pchać tego w jakieś retrospekcje. Warto, zachęcam, ale nie musicie. Jeżeli wy będziecie wiedzieli, to będziecie wiedzieli, w jakim kierunku ta trauma czy takie wspomnienie, jakaś mantra, morały od przodków, w jaki sposób mogą wpływać na bohatera i gdzie go pchać fabularnie. Może się okazać, że mieliście jakiś pomysł na to, jak on ma sobie poradzić z tym problemem fabularnym. A może dzięki temu, że wymyślicie, jaką miał traumę, to może jednak poradzi sobie z tym problemem trochę inaczej. Fajne ćwiczenie, ale przy tym też pozwala ubarwiać troszeczkę nasze fabuły.
I tu mam jeszcze oczywiście wpisane archetypy osobowości. Oczywiście na grupie, ja wam wrzucę link, bo miałam przyjemność trochę pogadać więcej o tych archetypach na YouTubie swoim, trochę tam omówić archetypy. Oczywiście jak nie chce wam się słuchać mojego ględzenia, bo tam oczywiście, że gadam z ponad pół godziny, bo tych archetypów takich podstawowych mamy 12. To zachęcam, żebyście po prostu wpisali sobie to w przeglądarkę i poszukali w internetach, poczytali. I teraz tak: archetypy osobowości to są archetypy akurat nie bezpośrednio do używania w pisaniu, tylko to są narzędzia właśnie psychologiczne, coachingowe i tak dalej. To są narzędzia przede wszystkim stworzone po to, żeby pracować na żywych ludziach, nie na bohaterach. Natomiast jak najbardziej powiem wam szczerze, że w momencie, kiedy zderzyłam się z tym ćwiczeniem, oczywiście sama też na sobie to robiłam, to przecież to aż się prosi, żeby zacząć tego używać w pisaniu. W ogóle taka śmieszna ciekawostka i paradoks tego polega na tym, że zanim to się stało takim ćwiczeniem psychologicznym Czy narzędziem. Oczywiście, że zostało to wyjęte z literatury, jakby nie patrzeć. Ponieważ to chyba zapoczątkował, z tego, co pamiętam, Jung i też chyba Freud tego używał.
Jung miał pacjentów, oglądał ludzi i dopatrywał się w tych pacjentach tych cech, ale też zestawiał to właśnie z literaturą czy z mitami i tak dalej, z bajkami. Natomiast Freud, to wiadomo, on upatrywał tego w sennych wizjach, w snach swoich pacjentów. Ciekawy temat. Archetypów jest 12 i powiem szczerze, że same w sobie archetypy już są inspirujące, a dodatkowo często macie tam charakterystykę danej postaci. Na przykład najprostszy, pierwszy z brzegu: mamy archetyp mędrca. Podobny typ też się pojawiał u Campbella czy Voglera. Natomiast tak jak mówiłam, tam chodzi o funkcję, czyli to, że ten mędrzec pomoże bohaterowi czy nauczy bohatera. Natomiast od strony psychologicznej może być tak, że nasz główny bohater będzie w archetypie mędrca i to będzie po prostu chodziło o to, że na przykład będzie miał rozwinięty umysł analityczny, a może będzie słynął z tego, że udziela porad innym bohaterom. Wszystko zależy, jak to ogracie. Czyli możemy mieć wtedy całą powieść pokazaną z takiej perspektywy.
A oprócz tego oczywiście, że sam archetyp funkcjonalny mędrca też się może pojawić. Mamy tam też archetyp błazna. Błazen też jest jako trickster u Voglera, czyli taki dośmieszniacz scen. Natomiast błazen w życiu to też jest osoba inteligentna. To są ci wszyscy magiczni ludzie z naszego otoczenia, którzy zawsze mają jakąś ciętą ripostę czy rzucają takim tekstem, czasami nawet śmiesznie głupawo prostym, a jednak wszystkich kładzie ze śmiechu, bo było to idealnie trafne. Natomiast myślę jakiś archetyp, żeby się nie pokrywał jako przykład lepszy. Na przykład archetyp odkrywcy. Badacz, naukowiec to jest taki typ bohatera, który na przykład będzie musiał wiedzieć wszystko, musiał znaleźć wszystko. On zawsze będzie drążył, zawsze będzie szukał odpowiedzi. I możecie się też bawić później konwencją i stworzyć bohatera, który absolutnie nie będzie szalonym naukowcem, nie będzie się tym zajmował zawodowo, ale na przykład będzie miał taką mentalność, że za cokolwiek się nie weźmie, to zawsze będzie szukał dziury w całym, a co więcej, będzie zastanawiał się, jak tą dziurę załatać, czy jak tą dziurę usprawnić lub wykorzystać na swoją korzyść.
Także zachęcam. Korzystajcie z linków, które wam wrzucę albo sobie googlujcie. Nie obchodzi mnie to, jaką drogą, ale fajnie, jakbyście poświęcili chociaż chwilę, żeby nawet sobie znaleźć gdzieś i przeczytać nawet same nazwy tych archetypów. To na pewno już wam sporo ułatwi i może wtedy nawet nie będziecie musieli zastanawiać się nad jakimś tam usposobieniem, brakiem czy traumą, tylko wybierzecie sobie jakiś archetyp i już wasza głowa dorobi do tego resztę. Pomyślicie, jak to fajnie zostawić. I tak jak mówiłam wcześniej, jeżeli chociaż chwilę poświęcimy na ten profil psychologiczny, to unikniemy rozchwiania emocjonalnego czy takich dysonansów wręcz między zachowaniem a wypowiedziami bohatera, które faktycznie mimo wszystko się bardzo często pojawiają. Natomiast wiadomo, nie każdy czytelnik na to zwraca uwagę. Natomiast uwaga, jeżeli czytelnik nawet nie zwraca na to uwagi, to ten dysonans dalej może być. To dalej może zaburzać przekaz. Czy może sprawiać, że ten czytelnik będzie czuł jakąś niechęć albo odłoży waszą książkę, a nawet sam nie do końca będzie wiedział dlaczego.
A może właśnie dlatego, że mu się tam w głowie to nie kleiło, czy miał wrażenie, że nie przyłożyliście się do tego, czy nie odrobiliście lekcji. Także próbujcie, bawcie się, sprawdzajcie, bo może wam to jest zbędne na przykład w tym, co wy piszecie. Aha, to właśnie tu, że ta spójność wypowiedzi. Dalej w profilu jeszcze może wam pomóc coś takiego jak jedna cecha. To Lovecraft mówił o czymś takim od strony porad pisarskich, że jeżeli jakiegokolwiek bohatera konstruujecie, nie zawsze musicie zrobić mu całą kartotekę i rozpisywać wszystko, a czasami wystarczy jedna, absolutnie jedna bardzo charakterystyczna cecha. Zwłaszcza jeżeli chodzi o postaci drugoplanowe czy epizodyczne. Co prawda główny bohater też mógłby się odznaczać jakąś jedną tylko cechą i nawet czasami nieważne, jak wygląda, a ważne co robił, czy jakie miał swoje przywary, nałogi i tak dalej. Bo już samo to, jak napiszecie, że ktoś był alkoholikiem, to w większości przypadków w każdej głowie pojawi się jakiś obraz. I oczywiście, że to będą bardzo różne obrazy. Natomiast mimo wszystko to będzie jakiś obraz tego alkoholika.
I pytanie, czy wam jako autorom to robi różnicę, jak będzie widział czytelnik tego bohatera? Czy was to nie obchodzi i bardziej chodzi o to, żeby każdy sobie to wytłumaczył, jak chce, a ważniejsza jest fabuła i przekaz? I później na przykład problemy związane z takim nałogiem czy z powikłaniami później po tym, czy może trudności z wychodzeniem z tego nałogu. Też jest coś takiego jak plan ramowy przemiany bohatera. Nie wiem, czy to stosujecie, natomiast warto, żeby sam główny bohater przeszedł jakąś zmianę. Coś w nim się zadziało. Czy w punkcie startowym był taki i taki, a na przykład na samym końcu coś zrozumiał albo czegoś właśnie nie zrozumiał i stał się jeszcze bardziej taki, jaki był, a nawet gorszy. Więc nawet jeżeli piszecie mając ten flow, to po prostu napiszcie ten dany fragment, a później sobie poświęćcie chwilę i nawet w punkcikach rozpiszcie. Czy może krótkie backstory bohatera. Jeżeli nie lubicie punktów, a lubicie zdania i to dla was jest łatwiejsze, to może w tym kierunku.
Wspomniałam o wielkich katalogach postaci. Jak macie ochotę oczywiście na grupie też wam dorzucę link. Stworzyłam takie narzędzie, właściwie studium bohatera, ale przede wszystkim jest to narzędzie do konstruowania głównego bohatera w 3D. Oczywiście jak macie ochotę, możecie się też nim bawić w kierunku epizodycznych bohaterów. Natomiast to jest narzędzie, zdaje się z tego, co pamiętam, składające się z dziewięciu stron konkretów, czyli właściwie tabelek. Możecie sobie tam powpisywać daną rzecz związaną z bohaterem, jak na przykład jego wspomnienie, jego trauma, jego sekret. Może przeszłość tego bohatera, teraźniejszość czy na przykład schemat błędów w jego myśleniu. Zresztą to wszystko na tym wideo też omawiam. Jeżeli macie naprawdę ochotę na taki gruby kaliber, w kaliber w planowaniu postaci, to zachęcam, bo tam zarówno cechy wizualne, jak i cechy psychologiczne można ładnie opisać i co więcej te cechy mogą później was inspirować czy pozwalać nawet użyć ich niespodziewanie w jakiejś scenie. Może nawet nigdy nie planowaliście o takich cechach pisać, a tu się wam akurat na przykład w danym tym jednym projekcie przyda.
I teraz dalej. Zauważcie to wszystko, co powiedziałam odnośnie tego profilu psychologicznego, czy w ogóle odnośnie tych elementów, z których może składać się postać. Zauważcie, że jeżeli faktycznie byście to wszystko wypisali, to ile wy będziecie wiedzieli o tej postaci. Ile będziecie mieli źródła, ile informacji, ile punktów zaczepienia. Czyli właśnie tak jak ten system wiązań, z którego się składa statek. Więc wtedy nawet jak wam coś nie pójdzie za bardzo, czy gdzieś zabłądzicie, czy będziecie mieli słabszy dzień, to mimo wszystko macie już całą bazę, całą konstrukcję stworzoną. Podobna sprawa ma się jeżeli chodzi o uniwersum. Im więcej będziecie wiedzieli na temat waszego uniwersum, tym lepiej. Oczywiście tutaj uwaga, bo wiadomo, że nie w każdej powieści, czy nie w każdym opowiadaniu to uniwersum jest najważniejsze, czy to uniwersum jest na przykład jakieś oddzielne, czy bardzo się rozwija. Natomiast mimo wszystko warto jakieś sygnały z tego uniwersum czytelnikowi przesłać, troszeczkę zdradzić pewne rzeczy.
Czyli na przykład najważniejsze dominanty tego uniwersum. Takie szybkie wprowadzenie. Czy to są zamki, smoki i rycerze, czy to jest post-apo, czy chodzimy po trawie, czy chodzimy po kamieniach, czy jest gorąco, czy jest zimno. Może jest wszędzie śnieg, może jest wieczna zmarzlina. Cokolwiek. To najczęściej się pojawia. Najczęściej gdzieś tam dajemy małe opisy otoczenia. Natomiast warto też później pomyśleć nad zasadami tego świata. Na przykład jakiś ustrój polityczny czy może jakieś zależności. Czy w tym świecie jest magia, czy jej nie ma.
Nawet jeżeli załóżmy, że macie uniwersum, w którym jest magia, ale jej nie używacie, to też warto to wiedzieć, bo może akurat w trakcie pisania pojawi wam się jakaś taka scena, która aż się sama będzie prosiła o to, żeby zrobić jakieś tło historyczne uniwersum, czy zrobić jakieś wtrącenie, czy na przykład, żeby wyjaśnić jakieś zachowanie bohatera, który znalazł magiczny artefakt, ale postanowił z niego nie korzystać. I teraz, czy artefakt po prostu nie działa, bo tu nie ma magii, to jest tylko jakieś bredzenie jakichś tam szamanów. Czy ten artefakt faktycznie działa, natomiast nasz bohater ma jakieś postanowienia, albo może coś go blokuje, że w jego rękach ten artefakt na przykład nie będzie działał. Jedna rzecz, jeden aspekt, który wy wiecie wcześniej, przed startem, a już możecie w trakcie tworzenia, w trakcie projektowania ograć to, czy zrobić z tego w ogóle jakąś nową jakość, którą włożycie w treści. I tak samo tutaj, jeżeli chodzi o uniwersum, też fajną sprawą są takie legendy miejskie z tego uniwersum czy jakieś backstory tego uniwersum. Może jakiś ważny pomnik, może jakiś punkt, może jakieś wydarzenie, które miało kiedyś miejsce. Czy nawet jeżeli macie uniwersum bez magii, to może tutaj będziecie mieli legendę o jakimś magicznym bóstwie czy jakimś potężnym czarodzieju. Czy na przykład macie topór wbity w kamień i tego toporu nikt nie może wyjąć. I legenda jest, że to czarodziej zaczarował, a na przykład może się okazać, że topór jest metalowy, a ten kamień ma po prostu silne właściwości magnetyczne. I może wystarczyło, że ktoś uderzył w ten kamień piorun i ten topór sam wypadł.
Wiecie, możecie bawić się konwencją, ale warto właśnie tutaj wiedzieć o takich rzeczach. Też zależy, jakie macie postacie, bo na przykład może macie głównego bohatera, który ma bardziej analityczny, ścisły umysł i jego nie interesują historyjki, ale na przykład towarzyszy mu jakiś bard czy jakiś poeta, czy ktoś, kto uwielbia takie rzeczy i będzie go na siłę uraczył takimi historyjkami. Zobaczcie, jak nawet możecie takimi rzeczami wpływać na samych bohaterów. Czy może stworzyć jakiś jeden dialog, który właściwie będzie takim rozluźnieniem między jedną bitwą a wojną, a będzie na przykład humorystyczny. To też jest ważne, jeżeli chodzi o takie emocjonalne wpływanie na naszych czytelników. I jak już mówię o relacjach, to kolejna ważna rzecz w świadomym projektowaniu to właśnie są te relacje i wpływy. I tutaj słuchajcie, jak dana postać oddziałuje na inną postać. To jest podstawa. Czyli nawet jeżeli mamy jakiegoś epizoda, jakieś mięso armatnie, to pytanie, czy ten konkretny zgon, ta konkretna postać czy manekin, który zginął w tej konkretnej scenie, czy on miał jakikolwiek wpływ A na głównego bohatera, B na tą całą sytuację, czy C może później wrócimy do tego, bo mamy na przykład postać drugoplanową jakiegoś towarzysza naszego bohatera i może się okazać, że w tamtej scenie, w tamten sposób Na przykład zginął jego dawny przyjaciel. I wtedy z takiego mięsa armatniego, postaci manekina, który był po to tylko, żeby zginąć, na przykład pokazać rodzaj gleby, możemy dodatkowo jeszcze zrobić fajną retrospekcję czy wspomnienie, które na przykład tylko czytelnik wyłapie, bo był świadkiem tej śmierci.
A na przykład ten towarzysz będzie myślał, że jego przyjaciel zaginął czy wyjechał. A jak czytelnik dobrze się połapie, to będzie miał trochę więcej tej wiedzy, bo będzie wiedział, że on zginął w tej bitwie na przykład. Też jak dana postać wpływa na uniwersum. Czy coś się zmieni? Może ten, który zginął, był jakimś kowalem i może po jego śmierci załamie się przemysł. Nikt nie będzie broni wytwarzał, bo ten kowal nie zdążył przekazać wiedzy. Może w jakiś sposób to będzie wpływało na samo uniwersum i też na same zdarzenia. Może taki coś à la efekt motyla. W sumie taki zabity kowal i upadek przemysłu czy niedobór broni w trakcie wojny to jest problem i to będzie wpływało na zdarzenia, bo może wymusić na naszych bohaterach, że będą musieli albo robić na własną rękę miecze, które na przykład będą się rozpadały po jednym uderzeniu, albo będą musieli znaleźć nowego kowala, albo będą musieli zrobić broń zupełnie z czegoś innego. Inne miecze, a może nie miecze, może zrobią katapulty.
Każda rzecz w fabule może wam robić fajną furtkę do czegoś dalej. Jeżeli wcześniej będziecie o tym myśleć, to nawet w trakcie pisania, mimo że tego nie zaplanowaliście wcześniej, to mając taką wiedzę, bo sobie to już przemyśleliście, pomyśleliście w tym kierunku, to w waszej głowie się uruchomi ta furtka, którą już otworzyliście wcześniej i popłyniecie jeszcze dalej z tym tematem. Może coś innowacyjnego wprowadzicie, co samych was zaskoczy. Tutaj też można pomyśleć jeszcze o czymś takim, jak fabuła wpływa na uniwersum. Zaczynamy czytać waszą powieść. Ja i mój zespół natręts. Sięgam po waszą powieść. Już na dzień dobry spotykam się z jakimś bohaterem. Coś widzę. Widzę go w jakimś stanie i przy tym widzę uniwersum w jakimś stanie.
Potem sobie z nim spędzam trochę czasu. Trochę akapicików spędzimy razem. Ja czytam. On się może zmienia, może nie. Natomiast warto czasami też dać takie rzeczy, jak się zmienia uniwersum. Może się zmieniła pora roku, może jakaś pogoda inna, a może nastąpiło jakieś wydarzenie, które sprawiło, że to uniwersum dzisiaj, czyli wtedy, kiedy ja czytam. Ja jako czytelnik jestem w akapitach i dzisiaj jest mi pokazane takie uniwersum. A może faktycznie to uniwersum było zupełnie inne kiedyś? To też jest ciekawa rzecz. To są też ciekawe elementy, które mogą wam pozwolić ubarwiać jakieś sceny.
Czy nawet wplatać gdzieś w dialogi albo nawet dopiski. To też zależy, jak konstruujecie dialogi, ale na przykład, że ktoś powiedział: „Lubię zapach napalmu o poranku”. Ktoś klasyczny. Inaczej. Może na przykład ktoś powie: „Pamiętam, jak w dzieciństwie budziłem się rano i czułem zapach napalmu. Uwielbiałem ten zapach”. Jakaś taka wypowiedź. Wy się zastanawiacie tym bohaterem na przykład: o co ci chodzi? Jaki napalm? Dlaczego?
To jest też idealne miejsce, żeby na przykład gdzieś w dopiskach napisać, że Antoni powiedział o tym napalmie, ponieważ faktycznie trzy eony temu w tym uniwersum był wybuch atomowy, były wojny i ogólnie napalm się unosił w powietrzu i każdy czuł ten napalm. A Antoni był tak stary, że właściwie nikt nie wierzy już, że on jest aż tak stary. Bawcie się konwencją. Czasami to są małe z pozoru rzeczy, które się wydają nieistotne, ale na przykład z takiej nieistotnej rzeczy, z takiego małego detalu możecie naprawdę zrobić prawdziwe złoto w waszej powieści. Może nawet czytelnikowi nie podejdzie sam pomysł fabularny. Może stwierdzi, że to było przewidywalne, że było naiwne i tak dalej. Może tak być, mimo że na przykład według was tak nie było. Ale na przykład te sceny czy te smaczki, czy ta scena z tym napalmem sprawiła, że najpierw się roześmiał, bo gdzieś złapał nawiązanie do klasyki, a dalej aż tak było to opisane, że aż sam poczuł zapach napalmu, mimo że nigdy go nie czuł i nie wie, jak to pachnie. Zawsze możemy gdzieś to zrównoważyć. Zwłaszcza że będziemy mieli różnych czytelników.
Będziemy mieli czytelników, którzy są nastawieni na akcję. Będziemy mieli czytelników, którzy są nastawieni na emocje. Czy właśnie czytelników, którzy uwielbiają patrzeć, oglądać jakieś widoczki, obrazki, zwłaszcza w jakichś na przykład fantastycznych uniwersach. Dobrze jest to wszystko wypoziomować i przemyśleć. Nawet jeżeli wy nie do końca to czujecie, to poświęćcie chwilę i dajcie chociaż namiastkę tego. Jeżeli nie lubicie opisywać otoczenia, to oczywiście, że to nie muszą być jakieś elaboraty, że na sześć stron będziecie opisywali dziurę w płocie. Nie o to chodzi. Bardziej chodzi o to, żeby na przykład napisać, z czego był płot, jak wielka była dziura albo co było widać przez tą dziurę. Możecie to zamknąć w trzech, czterech zdaniach, a już to bardzo dużo da czytelnikowi. Nawet taką chwilę oddechu.
Czy może coś istotnego przez tą dziurę w płocie będzie widać. Oczywiście, że się nagadałam o tym wszystkim, całym dobrobycie. I teraz słuchajcie, dlaczego warto? W dużej mierze parę razy już wam o tym powiedziałam, że można uniknąć paru małych potknięć, ale przede wszystkim myślę o czymś takim jak utylitaryzm elementów. Chodzi mi o coś takiego, że każdy element, który sobie zaplanowaliśmy Żeby on miał swój cel i swój sens w fabule, tak żeby nic się nie marnowało. Bo tak jak mówiłam, czasami ten potencjał może nam uciekać, bo stwierdzimy, że to nie w naszym stylu. Nie lubimy tego. Nie chce mi się tego robić. Szkoda mi czasu na robienie researchu czy szkoda mi czasu na myślenie o jakichś tam psychologicznych bzdetach w jakimś bohaterze. Okej, nie chcesz, nie rób.
Natomiast spróbuj przejrzeć te bzdety psychologiczne, bo może akurat będzie jakiś jeden mały fragment, który ci się spodoba i mimo że nie będziesz zwracał uwagi, czy pochylał się jakoś długo nad tą psychologią bohatera, to może nawet spodoba ci się trauma bohatera. W sensie planowanie traumy, tak? Czy obdarzanie swojego bohatera jakąś traumą z przeszłości i to może już wystarczyć. Taki jeden aspekt, który pozwoli wynieść twoje pisanie na wyższą jakość. Co więcej, dzięki temu będziesz miał szansę trafić do większej puli czytelników. Bo w momencie, kiedy będziesz pisał takimi dysonansami, na przykład psychologicznymi, że tak powiem, to będziesz miał część czytelników, która się będzie zniechęcać. Tak to w biznesie działa, że jak jest jeden zadowolony klient, to nierzadko trzeba się napracować, żeby ten klient przyniósł innych czy polecił. Natomiast jak jest jeden niezadowolony klient, to nawet ciężko zatrzymać tę falę, gdzie ktoś zacznie wam robić czarny PR i mówić, jacy to wy jesteście źli i w ogóle. I tak samo jest na rynku pisarskim. Także po co sobie zabierać okazje?
Oczywiście, jeżeli piszecie do niszy, to też nie ma co się naginać. Macie swoją niszę i celujcie w swoją niszę. Czyli na przykład w tym wypadku, załóżmy niszę czytelników, którzy nie dbają o jakieś psychologiczne bzdety, tylko chodzi o akcję, akcję czy o przekaz, przekaz. Dalej. Redukcja ryzyka błędów logicznych. Nie wiem, jak dla was. Dla mnie osobiście poprawianie błędów logicznych, które na przykład się okazują gdzieś po iluś scenach, to jest po prostu takie trochę fatality. To jest najgorsze, nawet nie chce mi się o tym myśleć. Dlatego bardzo szybko nauczyłam się tak pisać, planować, żeby nie musieć tego poprawiać. Bo z tymi błędami to jest tak, że tak jak błędy warsztatowe, to gdzieś tam korektor, redaktor poprawi, coś tam my wyłapiemy.
Natomiast błąd logiczny będzie od nas wymagał dużo więcej pracy. Bo to będzie trzeba na przykład sceny wszystkie albo jakąś większość scen modyfikować, a może sceny dopisywać czy kasować. A to też nie tędy droga. Natomiast jeżeli się ubezpieczycie wcześniej, gdzieś na początku procesu konstruowania waszego tekstu, czy pomiędzy jednym flow a drugim, jeżeli ubezpieczycie się w tą dodatkową wiedzę, takie zastanowienie się, czyli w to świadome projektowanie, to na pewno dużo łatwiej będzie wam unikać takich błędów. Bo siłą rzeczy wy już to przemyśleliście, więc z automatu też wasz umysł będzie wam kreował tutaj ciąg logiczny. Będziecie też pamiętali o jakichś rzeczach, które były. Chyba że nagle w trakcie pisania wpadniecie na jakiś epizod i potem o nim zapomnicie. Tego nie przeskoczymy. Aczkolwiek jeżeli dobrze wcześniej zaplanowaliście świadomie wszystko, to jest spora szansa, że nawet ten taki niezaplanowany, przypadkowy, może nie przypadkowy, ale taki naturalnie wynikający z sytuacji epizod może się okazać tak samo wartościowy jak reszta i nie trzeba tam nic poprawiać. Wszystko jest spójne.
Dalej. Postaci. Wasze postaci, jak poświęcicie chwilę na ich psychologię, będą właściwie jak realne osoby. One będą tak jakby osobą, która kiedyś istniała. Oczywiście, że nie istniała tutaj, w naszej rzeczywistości, w realu, ale mogła gdzieś w waszej głowie, w tej rzeczywistości tego uniwersum istnieć. I wy ją opiszecie jak taką namacalną istotę, która ma swoje jakieś cechy typu wady, zalety, problemy. I takie podejście do naszych bohaterów dodatkowo też kreuje coś takiego, że dużo łatwiej będzie się z nimi zżyć. A to z kolei, tak jak mówiłam, nie tylko główny bohater. Jeżeli zadbacie o epizody, to też to z kolei będzie pozwalało wam bardziej wpływać na emocje czytelnika i też na jego doznania. Czyli na przykład będziecie kreowali przez trzy rozdziały postać poboczną czy na przykład towarzysza waszego głównego bohatera i tak realnie go stworzycie, że czytelnik może nawet nie będzie lubił głównego bohatera, ale zapała sympatią do tego właśnie towarzysza.
A wy co zrobicie czytelnikowi? Na przykład w ósmym czy dziewiątym, czy w ostatniej scenie powieści wy go uśmiercicie, zostawiając czytelnika po prostu z dziurą w sercu. I to też w tym wszystkim o to chodzi. Wiadomo, nie wszystko musi się kończyć happy endem, ale też nie wszystko musi się kończyć tragicznie. Natomiast chodzi o to, że im więcej wzbudzicie w czytelniku emocji czy różnych doznań związanych z waszą książką, to nawet jeżeli ta książka mu się nie będzie podobała pod względem technicznym czy czytelnik stwierdzi, że tam było mało opisów, to zawsze jednak dopowie: ale koleś mnie zniszczył mentalnie. Przepłakałem trzy dni czy miałem kaca takiego po przeczytaniu książki. Uważam, że to też jest wszystko na plus. My jako pisarze w dużej mierze właśnie tak wpływamy na naszych odbiorców. A dzięki świadomemu projektowaniu będziemy wpływać na nich jeszcze bardziej z poziomu emocjonalnego. Bo oni będą się zżywali nie tyle z nami jako autorami, nie tyle z naszą książką, bo ma fajną okładkę, ale z tymi bohaterami.
Będą mieli wrażenie, jakby oni naprawdę żyli gdzieś tam. I tak jak też wspominałam, jeżeli chodzi o samo uniwersum, jeżeli świadomie będziemy jakieś rzeczy tam przemycać, dorzucać Uda nam się w ten sposób uwypuklić klimat naszego uniwersum. Może nie musimy od razu pisać, że to było postapo, tylko w miarę przebiegu fabuły, po pojedynczych malutkich scenach opisu Ziemi czy opisu tego, że nie ma roślin na przykład, nie ma zwierząt czy zwierzęta są zmutowane, to już sam czytelnik będzie mógł sobie w głowie wyłapywać tropy i generować wizję tego postapokaliptycznego uniwersum. To tak trochę, jakbyście ubrali gogle VR, tylko że bez gogli. Czyli taka klasyczna, najważniejsza myślę zaleta książek czy treści pisanych, że jesteśmy w stanie te światy kreować. A im o więcej detali zadbacie wcześniej, to tym bogatsze i łatwiejsze do wykreowania sobie w głowie przez czytelnika uniwersum. Czy sama przygoda, emocje, wszystko, co on tam przeżyje, to mimo że nie miał gogli czy różnego rodzaju elektrod na ciele, które mają wpływać na to, że to, co widzimy w tej wirtualnej rzeczywistości na nas wpływa. A jednak ten człowiek dzięki takim opisom czy takim detalom, będzie sam mógł kreować te odwołania do swojego życia. Będzie mógł czuć gdzieś i w swoim ciele, i w emocjach i wszędzie, gdzie tylko zechce wasze uniwersum, wasze fabuły i to, co stworzyliście, czy przekaz, który mu daliście. I ostatnia rzecz, to furtka na gorsze dni.
Będziecie mieli czasami może jakieś słabsze samopoczucie, może jakieś problemy prywatne i tak dalej. Wydawca was będzie gonił, że macie już dostarczyć nowe treści. A może sami będziecie siebie gonić, czy macie jakieś terminy. Może piszecie coś na konkurs. I szkoda byłoby marnować ten dzień. Czy bać się tego, że z tym słabszym nastrojem napiszecie fragment, a później i tak będziecie musieli go wyrzucić czy poprawiać, bo wyszedł nie taki jak trzeba. Jeżeli wcześniej uruchomicie w głowie takie furtki i trochę to zaplanujecie, czy może stworzycie sobie jakiś oddzielny zeszyt na tę powieść, czy jakieś notatki, jak wolicie pracować, to to słabe samopoczucie nie będzie torpedowało jakości waszej historii czy waszego przekazu. Ewentualnie może to wpływać na jakość waszego warsztatu, bo będzie wam się nie kleiło. Może te słowa będą jakieś takie trudne i tak dalej, ale to będzie łatwiej poprawić niż błędy logiczne czy inne szmery bajery. Bo tam czasami po prostu trzeba będzie podmienić synonim, zmienić konstrukcję zdania, ale już na przykład nie zniszczycie sobie historii czy nie zapomnicie o niczym, bo będziecie mieli to wcześniej skonstruowane w jakiś sposób świadomie.
Okej, słuchajcie, to na tyle mojego wywodu. Jak zawsze bawcie się konwencją. Oczywiście, że to wszystko, o czym mówiłam z początku, może wydawać się naprawdę trudne i zawiłe. Natomiast jak poświęcicie temu chwilę, to jest jak z każdym nawykiem. Im częściej będziecie coś ćwiczyli czy w czymś sobie tam siedzieli i grzebali, to tym łatwiej to wejdzie nam w automat. To co? Tak jak mówiłam, zapraszam was serdecznie na grupę na Facebooku Alchemia Tworzenia. Tam po każdym odcinku wrzucam posty. Miejsce, gdzie możecie podzielić się swoimi wrażeniami, uwagami. Może macie jakieś pytania, może jakąś rzecz trzeba bardziej rozwinąć.
Tak dzisiaj też będzie zadanko oczywiście na koniec takie malutkie, może dzisiaj w inny sposób kreatywne. I tak jak obiecałam linki do YouTube'a. Jeżeli ktoś będzie ciekawy, można sobie kliknąć, obejrzeć całość. Czy jak chcecie krócej to sobie trochę poskakać po tym nie ma problemu. To wszystko jest dla was, żebyście mogli sobie to użyć i się bawić konwencją i rozwijać. Dobra moi drodzy, serdecznie dziękuję za uwagę. Słyszymy się za tydzień niezmiennie. Dużo inspiracji wam życzę i leci zadanko. Efektem końcowym tego ćwiczenia ma być nowa scena, krótka scena, a twoim zadaniem jest jej świadome zaprojektowanie. Możesz napisać ją w całości, a równie dobrze możesz stworzyć do niej notatkę lub konspekt.
Powodzenia.
[03:02:26] - Proszę państwa, pewno państwo myśleli, że zapomniałem o powtórkach. Nie zapomniałem. Mieliście państwo na początku audycji spotkanie z przedstawicielem świata literatury i kabaretu. To nowy sezon prowadzony przez Krystynę Śmigielską, ale my dosyć konsekwentnie zaglądamy również do archiwum i dlatego teraz dla państwa powtórkowa audycja z tego samego cyklu, czyli Literackie tête-à-tête. A dzisiaj gościem Krystyny Śmigielskiej będzie Hanna Greń.
[03:03:06] - Dobry wieczór państwu. W naszym literackim tête-à-tête spotykamy się dzisiaj z gościnią, która przez długie lata uprawiała zawód zupełnie niezwiązany z jej pasją, ponieważ zajmowała się ona suchymi, bezdusznymi liczbami. Obecnie należy do grona najbardziej poczytnych w naszym kraju kryminalistów. Tu muszę państwu powiedzieć, że tak troszeczkę z humorem chciałam nazwać w ten sposób twórców powieści kryminalnych. Mili państwo, będę dzisiaj rozmawiała z panią Hanną Greń, autorką 19 powieści, o ile dobrze policzyłam i wielu opowiadań, w których zbrodnia nie jest jedynie dalekim tłem. Dobry wieczór pani Hanno, bardzo dziękuję za przyjęcie zaproszenia do mojego programu.
[03:03:59] - Dobry wieczór, miło mi bardzo. Dziękuję za zaproszenie.
[03:04:02] - Myślę, że uda nam się tutaj uchylić dzisiaj rąbka tajemnicy i przybliżymy naszym słuchaczom, jak powstają te mrożące krew w żyłach powieści kryminalne. Dawniej nazywano je detektywistycznymi. W dzisiejszej nomenklaturze to po prostu kryminały.
[03:04:23] - Pracowała pani w księgowości i z całą pewnością to nie tam poznawała pani techniki śledcze czy typy przestępców. Proszę nam powiedzieć, kiedy i od kogo pobierała pani korepetycje, chcąc zgłębić arkana policyjnej służby?
[03:04:43] - Korepetycje pobieram od mojego męża, który przez długie lata był policjantem i służył w różnych jednostkach. Wie, co w danym wydziale się robi. Natomiast nie nazwałabym tego przypadkiem, że ze świata cyferek weszłam w świat kryminału, bo to nie tak, że te cyferki są niepotrzebne. Owszem, moje powieści rodzą się w chaosie, ale cyferki mi pomagają do uporządkowania tego chaosu.
[03:05:11] - Czy mąż prowadził śledztwa kryminalne? Był policjantem śledczym?
[03:05:16] - Był policjantem pracującym praktycznie cały czas w pionie dochodzeniowym, wobec czego, chcąc nie chcąc, prowadził śledztwa i dochodzenia w różnych sprawach, również zabójstwa.
[03:05:28] - Można powiedzieć, że ze zbrodnią spotykała się pani na co dzień.
[03:05:33] - Tak, spotykałam się, a poza tym zawsze kryminał był moim ulubionym gatunkiem literackim, wobec czego już w podstawówce zaliczyłam całą Agathę Christie, Arthura Conana Doyle, polskich pisarzy kryminalnych.
[03:05:50] - Czy mąż jest pierwszym recenzentem pani obecnych dzieł?
[03:05:54] - Tak, pierwszym czytelnikiem. Dostaję tak zwaną surówkę, którą rozbiera na czynniki pierwsze. Analizuje przede wszystkim procedury śledcze, których tam użyłam, ale również śledzi, można powiedzieć, tekst pod kątem nielogiczności. Wyłapuje błędy logiczne, merytoryczne, nie tylko związane z kryminalistyką, ale również z takimi prostymi sprawami, jak na przykład w jednej scenie bohaterka ma samochód zepsuty, a w następnej odjeżdża samochodem. Mąż się wtedy pyta: „No, ale chwila, skąd ona wzięła samochód?”. „Od rodziców”. „No to to napisz”.
[03:06:32] - Czyli śledzi i podpowiada. Powiem pani, że taki pierwszy wnikliwy czytelnik to jest skarb. Pozdrawiam pani męża, bo to jest trudna funkcja do sprostania, pomagać twórcy. Wiem, że to na pewno go dużo kosztuje, ale myślę, że to też jest jakaś taka przyjemność wewnętrzna i duma z żony, prawda?
[03:06:54] - To na pewno. Zwłaszcza że z każdą książką tych błędów jest mniej. Prócz tego ja bardzo sobie cenię to, że jest bardzo surowym krytykiem i nie przepuszcza żadnych najmniejszych niedociągnięć. Po prostu nie ma „zmiłuj się”, nie ma, że jestem żoną. Coś mu się nie podoba, to mówi to wprost. I właśnie o to mi chodzi, żeby kogoś takiego mieć na podorędziu. I mam.
[03:07:16] - Debiutowała pani stosunkowo nie tak dawno, bo w grudniu 2014 roku, powieścią „Cień sprzedawcy snów”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Novae Res. Dlaczego zdecydowała się pani na debiut książką o psychopatycznym mordercy i czy właśnie tak wyobrażała sobie pani początek swojej pisarskiej kariery?
[03:07:41] - Szczerze mówiąc, kiedy pisałam tę książkę, w ogóle nie myślałam, że będzie to początek jakiejkolwiek kariery. Po prostu kolega, taki młody, powiedział mi o konkursie na opowiadanie. Wiedział, że ja piszę troszkę różne rzeczy i zaproponował mi, wręcz mnie namawiał, żebym wzięła udział. Pomyślałam: czemu nie? Ale okazało się, że ja się nie nadaję za bardzo do krótkich form i fabuła, którą wymyśliłam, była tak obszerna, że kiedy skończył się limit znaków, to ja byłam dopiero nawet nie w imię ojca. To było takie chudziutkie, maleńkie „W”. I miałam do wyboru albo ścieśnić ten mój temat, pociąć go, albo napisać książkę. Zdecydowałam się na to drugie. Nie dla kariery. Chciałam udowodnić samej sobie, że potrafię dokończyć cokolwiek, że potrafię ją napisać.
Udowodniłam. Napisałam. Byłam z siebie dumna. Przez przypadek też mnie namówiono, żebym wysłała do wydawnictw. Nie liczyłam na nic, ale myślę, fajnie by było mieć jakąś taką własną książkę na półce. O dziwo przyjęli, wydali, a w tym momencie już pisałam drugą, bo stwierdziłam, że moi bohaterowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. I dopiero kiedy wydałam drugą książkę, pomyślałam, że może warto by było postawić tutaj na pisanie. Zwłaszcza że wtedy akurat rezygnowałam z prowadzenia biura rachunkowego i byłam, jak to mówią, bogatym próżniakiem, co było całe życie moim marzeniem. Z bogactwem mi nie wyszło. Liczyłam na to drugie, też mi nie wyszło, bo zajałam się pisaniem książek.
[03:09:19] - A czy ta książka, która była pani debiutem, została jeszcze wydana przez inne wydawnictwo?
[03:09:25] - Tak, „Cień sprzedawcy snów” jest praktycznie niedostępny na rynku, bo miałam umowę tylko na trzy lata z wydawnictwem Novae Res. Później ta książka została wznowiona przez Replikę, pocięta troszkę, podpisywane są fragmenty, pozmieniana nieco, poprawiona. Została wydana pod tytułem „Uśpione królowe”. Jest to pierwszy tom cyklu beskidzkiego, inaczej mówiąc w Trójkącie Beskidzkim. „Gasnące światło. Wtem dotarło do niego, że jej głos brzmi całkiem inaczej niż głos Roszczyny. Jakkolwiek również był niski i lekko zchrypnięty, to jednak zupełnie różny, nie ostry i nieprzyjemny, na wykwint rozkazywania, lecz miękki, melodyjny. Jasna cholera. Puścił jej nadgarstek i poderwał się na nogi, po czym krzyknął z bólu, gdy celnie wymierzony kopniak trafił go w przyrodzenie, a właściwie tylko mu snuł, gdyż w ciemnościach źle oceniła odległość.
[03:10:26] - Ale wystarczył, by Ramir odczuł go w całym ciele. Podskoczył i wtedy rozbłysło światło, a od drzwi rozległ się zimny głos Adriana. To już koniec, gospoża Roszczina. Suj spokojnie rączki do góry albo strzelę ci głowę. Olbrycht zmrużył powieki, by blask lampy go nie oślepiał i spojrzał w stronę kobiety, która zastygła z na wpół niesioną stopą, nie odrywając przerażonego wzroku od pistoletu w ręce Szymika. Teraz już nie miał żadnych wątpliwości. To z całą pewnością nie była Alika Roszczina. Kim ty do cholery jesteś i co tu robisz? Pytanie podziałało na tamtych jak włącznik mocy, ożywiając trwające w bezruchu ciała. Podkomisarz opuścił dłoń z pistoletem.
Ona postawiła nogę na podłodze i obróciła się w stronę Ramira. Jak w zwolnionym tempie widział jej źrenice rozszerzające się w zdumieniu, panikę na twarzy i nagłą bladość. To pan — szepnęła. Nagle ugięły się pod nią nogi i gdyby nie zareagował błyskawicznie, uderzyłaby głową o umywalkę. Zdążył ją złapać dosłownie milimetry wcześniej. To nie jest Roszczina? — spytał zaskoczony Adrian, który nigdy wcześniej nie widział Rosjanki będącej obiektem ich zainteresowania. Nie i nie mam pojęcia, kim jest ani skąd się tu wzięła. Pewnie należy do personelu szefowej — odparł Olbrycht. Do łazienki zajrzał Grubala.
Zaczął coś mówić, lecz na widok zemdlonej umilkł zaskoczony. Komisarz nie dał mu czasu na zastanowienie. Powiedz chłopakom, że to koniec działań. Jeden zostaje i pilnuje drzwi. Reszta niech wraca do firmy. To wszystko.
[03:12:16] - Pani Hanno, zdecydowana większość pani książek to historie morderstw mniej lub bardziej brutalnych i śledztw związanych z wyjaśnieniem tych strasznych zbrodni. Czy przed zaśnięciem, zamiast liczyć owieczki, obmyśla sobie pani kolejne fabuły?
[03:12:37] - Oczywiście. I wtedy miełam najlepsze pomysły, bo w ogóle liczenie owieczek to jest pomysł taki, za który powinien jego twórca zostać zamordowany. Bo kiedyś próbowałam liczyć te cholerne owieczki. Przy tysiącu doszłam do wniosku, że to jest bez sensu, bo cały czas kombinowałam, żeby mi żadna nie umknęła, więc tym bardziej nie mogłam zasnąć. Natomiast tutaj zawsze przed zaśnięciem wymyślam sobie jakąś fabułę i w zależności od tego, czy jest dobra, czy nie, albo ją rano pamiętam, albo nie pamiętam. Jeśli nie pamiętam, znaczy, że nie była godna zapamiętania, więc nie rozdzieram szat nad tym, że zapomniałam.
[03:13:20] - Bo to jest prawda. Widocznie coś jednak tam nie zagrało. Ale są takie, które po obudzeniu zapisuje pani i wchodzą na karty książek?
[03:13:31] - Tak. Ja po prostu wtedy siadam i piszę daną scenę, którą zobaczyłam wieczorem. Bo ja mam coś takiego, że nie piszę moich książek po kolei, tylko opisuję sceny ujrzane w wyobraźni, a potem z tych scen sklejam całość. Także nie wiem, czy dana scena trafi na początek, czy na środek książki, czy może na koniec, czy w ogóle trafi do tej książki, bo bywało i tak, że trafiała do pliku nadmiar ostateczny i zostawała wykorzystywana w innej powieści.
[03:14:02] - Czy uważa pani, że kryminał to taki rodzaj opowieści, w których fabuła jest tak bardzo misternie, precyzyjnie tworzona, dokładnie można by powiedzieć jak koronka, a zgodność szczegółów jest bardzo ważna. Skądś trzeba czerpać wiedzę, żeby te kryminały pisać. Opowieści męża to może jednak nie wszystko. Ja chciałam się zapytać, czy była pani kiedyś podczas oględzin zwłok pochodzących z przestępstwa i w jakim charakterze pani w takich oględzinach uczestniczyła?
[03:14:37] - Nie uczestniczyłam w takich oględzinach, byłam nieprzegoniona. Byłam jako świadek, bo znalazłam zwłoki człowieka, który został utopiony w rzece. Miałam wtedy chyba dwanaście lat. Szliśmy z kolegą do szkoły i zobaczyliśmy pływającego pana, takiego znajomego moich rodziców, zresztą mojego też znajomego. Wtedy polecieliśmy do szkoły, żeby wezwali milicję, ale przy oględzinach nie uczestniczyłam niestety nigdy.
[03:15:06] - To takie dosyć traumatyczne przeżycie. Musiało się ono bardzo dużym echem odbić na tak młodej osobie, jaką pani wtedy była.
[03:15:14] - Przez pewien czas w ogóle się bałam tamtędy chodzić, ale życie mnie zmusiło, żeby się pozbyć traumy, bo była to jedyna droga. To było tuż przy moście, wobec czego musiałabym wpław pokonywać Białą Wisełkę. To było niemożliwe. Wobec czego musiałam przechodzić przez ten most. Nie było innej możliwości i się wyleczyłam z traumy.
[03:15:35] - Czy to był tragiczny wypadek, czy rzeczywiście jakieś morderstwo?
[03:15:40] - Do dziś dnia nie wiadomo dokładnie, czy został tam wrzucony, czy sam wpadł.
[03:15:45] - Czyli sprawa niewyjaśniona. Czy ten epizod z pani życia znalazł się w którejkolwiek z pani książek?
[03:15:54] - Mniej więcej się znalazł, ale tak mniej więcej w „Piątym przykazaniu", gdzie opowiedziałam właśnie historię pana, który został zrzucony z mostu lub spadł z mostu, podobno po wygraniu dużych pieniędzy, bo takie też chodziły plotki o tym moim znajomym.
[03:16:11] - Wygraniu w karty podejrzewam.
[03:16:13] - Nie, nie w totolotka. Czy to była prawda, to nie wiadomo. Plotkarze podejrzewam, że wiedzieli, ale nie dzielili się tą wiedzą z publicznością.
[03:16:22] - Interesująca historia. Podziwiam, że po takich przejściach jednak pani mierzy się ciągle z kryminałem.
[03:16:30] - Cóż, ja jestem bardzo odporna psychicznie.
[03:16:34] - Czwarta część z cyklu „W trójkącie beskidzkim". Wilcze kobiety.zykotała ze strachu, niezdolna do wykonania najmniejszego ruchu, a w głowie kołatała tylko jedna myśl: „Znalazł mnie". Nagle pogodzona z nieuniknionym, odetchnęła głęboko, odwracając się w stronę głosu. I aż zachłysnęła się ze zdumienia. Mężczyzna był nagi. No, prawie nagi, jeżeli zamotany wokół bioder kusy ręczniczek można uznać za ubranie. Jedno było pewne: nigdy dotąd go nie widziała. Znów odetchnęła głęboko, tym razem z ulgą. Wzięła jeszcze kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. „Kim pan jest?" Na wszelki wypadek zrobiła parę kroków w stronę drzwi, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki.
Nieznajomy wprawdzie nie wyglądał na mordercę czy gwałciciela, ale podejrzewała, że oni raczej nie miewają swoich skłonności wypisanych na twarzach. Gdyby tak było, wszyscy siedzieliby w więzieniach. „Nazywam się Jan Legierski. A kim pani jest?" Nie próbował się do niej zbliżyć, a jego spokojny i lekko śpiewny głos sprawił, że nagle lęk minął i zanim zdążyła pomyśleć, podała prawdziwe imię. „Jestem Una. Unisława Zarad" – dorzuciła bez zastanowienia. Już w następnej chwili zasłoniła usta dłonią. Za późno. Mężczyzna zmierzył ją wzrokiem najpierw z niedowierzaniem, potem w niebieskich oczach pojawił się błysk, który mogła odczytać tylko w jeden sposób. Słyszał o niej i właśnie ją rozpoznał.
Unisława S. Tak nazywano panią w mediach. Kobieta, która sprzedała kochanka w zamian za wolność. Dla jednych bohaterka, dla drugich szmata. Dalej mówił spokojnie, lecz ton rozmawiania zniknął, a wzrok stał się zimny, odpychający. Było oczywiste, do której grupy należał mężczyzna.
[03:18:40] - Przejdźmy do stworzonych przez panią cykli. Wymienię: „W trójkącie beskidzkim", „Polowanie na Pliszkę", „Dioniza Rymańska", seria bielska, „Śmiertelne wyliczanki". Nie podałam ich chyba w kolejności powstawania, ale to nie jest takie ważne. Proszę nam opowiedzieć, jak pani te cykle tworzy. Czy zaczyna pani jeden cykl i pisze tak długo, aż czuje pani, że cała sprawa już jest kompletnie zamknięta? Czy może powstaje książka z cyklu o Dionizie, a następnie sięga pani po utwór o Pliszce? Czy może po prostu te serie gdzieś tam się mieszają jedna za drugą? Jak to się dzieje?
[03:19:29] - Wszystko to zależy od tego, co mi w danym momencie w duszy zagra. Kiedy pisałam beskidzki cykl, bo od niego zaczęłam, w trakcie pisania czwartej części przyszedł mi pomysł na Pliszkę. Kornelio, ja Pliszka do tego stopnia mnie opętała, że musiałam przerwać pisanie tamtej książki i napisać historię Pliszki, po czym wróciłam do rozpoczętej książki, konkretnie do „Wilczych kobiet". Potem z kolei pisałam wyliczanki. No to było okej. W trakcie trzeciej „Wilczycy" wyliczanki zaczęłam pisać serię o Dionizie Rymańskiej. Napisałam, o ile się nie mylę, trzy tomy. Później dokończyłam właśnie trzecią wyliczankę „Rolnik sam w dolinie". Napisałam czwarty tom, po czym napisałam książkę niezwiązaną z żadnym cyklem, czyli „Gasnące światło". Dokończyłam potem piąty tom, a w międzyczasie jeszcze się pojawiła właśnie seria bielska, o której zapomniałam.
Ona się pojawiła dlatego, że gdzieś tam pomiędzy „Wyliczankami" napisałam „Północną zmianę", która czeka na wydanie. Została wydana, wobec czego też po napisaniu chyba piątego tomu napisałam „Imię śmierci", drugą część o Dionizie Rymańskiej i ostatnio pisałam szóstą część o Dionizie Rymańskiej i trzecią część bielskiego cyklu.
[03:20:56] - To jest zastanawiające, w jaki sposób to pani wszystko pamięta. Skoro rozmawiamy o cyklach, chciałam zapytać, jak pani się identyfikuje ze swoimi bohaterami i czy którykolwiek z pani bohaterów posiada jakieś takie pani wewnętrzne cechy? Czy na przykład Dioniza Rymańska to jest pani alter ego? Pani Hanno, z kim pani się tak najbardziej identyfikuje pisząc książki? Z ofiarami, z mordercami, czy może z osobami prowadzącymi śledztwo?
[03:21:31] - Może zacznę od drugiego pytania.
[03:21:33] - Proszę bardzo.
[03:21:33] - Identyfikuję się po kolei z każdym, dlatego, że pisząc z perspektywy danej osoby, można powiedzieć wchodzę mu w głowę. Obojętne, czy to jest zabójca, czy ofiara, czy śledczy, czy osoby postronne. I przyznam się, że przychodzi mi to dość łatwo. Tak samo jak wychodzenie z głów tych ludzi. Natomiast miałam problem jedynie z matką katującą własne dziecko w „Mieście głupców", bo tutaj nie mogłam potem wyjść po prostu z głowy tej kobiety.
[03:22:04] - Ta bohaterka wywarła na pani jako autorce duże piętno. Dobrze rozumiem?
[03:22:10] - Tak, tak, bardzo mnie to, że tak powiem, przeczołgała. Pisanie z jej perspektywy sceny znęcania się nad synem. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego, że mogłabym robić.
[03:22:22] - To może tutaj uchylimy takiego rąbka też tajemnicy. Powiemy naszym słuchaczom, że ta praca twórcza wcale nie jest łatwa i przyjemna, że niejednokrotnie przeżywamy losy, myśli naszych bohaterów tak bardzo, że tak jak pani mówi, nie możemy potem sami się w jakiś sposób psychicznie-
[03:22:42] - Otrząsnąć. Tak
[03:22:43] - I to jest chyba najtrudniejsze w tej pracy. Też tak pani uważa?
[03:22:47] - Tak, bardzo to jest trudne. Natomiast wracając do pierwszego pytania, to każda z moich bohaterek dostała jakąś część mnie. Z tym że najwięcej dostała Inga w „Północnej zmianie", bo to jest w zasadzie częściowo książka biograficzna. Tam użyłam drogi Ingi do zostania księgową. To jest moja droga, mój zakład pracy opisany i tak samo mój dziadek, który zawędrował do Kanady, by stamtąd sobie przywieźć żonę pół Indiankę, bo było bieży światem, tylko nie było mapy do złota, nad czym ubolewał długi czas. Dużo Inga dostała ze mnie, ale inne bohaterki tak samo. Kornelia dostała moją drogę do umiejętności szycia. Dioniza ogólnie taką niezłomność i niepoddawanie się. Z kolei Petra nieumiejętność okazywania uczuć, nieumiejętność płakania.
[03:23:44] - Czy ja dobrze zrozumiałam, że w pani żyłach płynie indiańska krew?
[03:23:49] - Mocno już rozmyta. Ta moja babcia była półkrwi Indianką, wobec czego w moim przypadku to jest chyba jedna szesnasta, o ile się nie mylę już. Mój tata przypłacił to pochodzenie indiańskie sześcioma latami więzienia, bo chciał wyjechać do Kanady. Trafił na prowokatora i dostał sześć lat. Siedział od '50 do '56 roku we Wronkach i Rawiczu, bo chciał zdradzić na rzecz rządu Kanady tajemnice powstawania rolniczych spółdzielni produkcyjnych.
[03:24:22] - Nie wiem, czy nasi młodsi słuchacze sobie takie rzeczy wyobrażają. Tylko pragnę, żeby takie czasy nigdy nie powróciły.
[03:24:31] - Ja też.
[03:24:32] - To jest jedyne moje marzenie, jakie w tej chwili mam właściwie. Dużo się dowiedzieliśmy o pani, bardzo interesujących rzeczy.
[03:24:41] - Trzecia część bielskiego cyklu. Zły wybór. „Z jaką sprawą do nas przyszedłeś?" Młody człowiek sięgnął pod pulower i wydobył z kieszeni na piersiach złożoną na czworo kartkę. „Tu jest napisane, panie." Zająknął się i popatrzył bezradnie na naramienniki. Najwyraźniej gwiazdka tkwiąca nad belką nic mu nie powiedziała. „Podkomisarz Milewski" przedstawił się Reiner. „A ten facet na dyżurce? Jaki to stopień?" „Sierżant." Chłopak sprawiał wrażenie zbitego z tropu. Pokręcił głową. Wreszcie powiedział cicho, jakby do siebie: „Dziwne.
Sierżant to przecież winkiel w opówce, a takiego stopnia jak podkomisarz w ogóle w Milicji nie było." Milewski od dłuższego czasu domyślał się powodów wizyty młodego człowieka na komisariacie, a teraz zyskał pewność. Wyciągnął rękę po rozprostowaną z niejakim trudem kartkę, lecz nawet na nią nie spojrzał. „Widzę, że ostatnie trzy lata zdecydowanie ci uciekły. Od kwietnia '90 roku mamy w Polsce policję" — wyjaśnił. Zmieniły się dystynkcje i stopnie. Zamiast chorążych jest aspirant. Zamiast poruczników są komisarze. Kapitan to nadkomisarz. Niespodziewanie zmienił temat. „Jak długo siedziałeś?" „Trzy lata, trzy miesiące i siedemnaście dni" odpowiedział chłopak automatycznie.
„Skąd pan wie?" Reiner posłał mu nieodgadnione spojrzenie.
[03:26:22] - Czytając recenzje pani książek spotykam się z różnymi opiniami. Oczywiście pierwsza z nich, która się wybija, to jest taka, że książki czyta się bardzo łatwo, szybko, przyjemnie i to uważam, że jest bardzo duży komplement, ale zdarzają się recenzje: owszem, może kryminał, ale lekki, aż za lekki. Inne jeszcze opinie mówią o tym, że raczej pani książki jednak zmierzają w stronę książek obyczajowych. Proszę mi powiedzieć, czy pisząc zastanawia się pani, do jakiego gatunku pani dzieło zostanie zaliczone, czy jest to pani zupełnie obojętne? Pisze pani to, co pani uważa za słuszne.
[03:27:08] - Zastanawiałam się na początku nad tym, jak powinnam pisać, ale wyszło mi tak, że i tak nie dogodzę wszystkim, wobec czego będę pisała takie książki, które ja lubię czytać, a mam nadzieję, że się znajdą tacy, którzy również takie książki lubią czytać. Co do opinii o obyczajowym kryminale, to to wygląda tak, szczerze mówiąc, że nawet o „Imieniu śmierci" pisano, że: „A, bo to taka obyczajówka z wątkiem kryminalnym". No to już nie wiem, co tam mogło być obyczajowe. Znęcanie się nad żoną, gwałcenie jej czy morderstwa, bo naprawdę nie wiem, co tam by mogło być obyczajowego, ale wygląda to chyba tak, że jeżeli podobną książkę pisze mężczyzna, to on wtedy zrobił głęboki psychologiczny portret bohatera, jego stosunki z otoczeniem. Natomiast jeżeli napisała to samo kobieta, jest to taka sobie obyczajóweczka. Tak zauważyłam, że jest taka tendencja.
[03:28:09] - Czyli uważa pani, że jednak mamy pod górkę?
[03:28:13] - Tak, zdecydowanie mamy. Kiedy nawet Jo Nesbø pisał o Rachel czy Rachel, nie wiem, jak się to po norwesku wymawia i wzdychał Harry Hole do niej przez ileś tam książek, to nikt jakoś nie mówił, że to jest obyczajówka. Tych wątków tam było dość sporo na ten temat.
[03:28:31] - Pani mężczyźni mogą pisać o kobietach, prawda? To się wydaje naturalne, że oni znają kobiety i mogą o nich pisać. Ale skoro kobieta pisze o mężczyznach, to już nie jest takie proste do oceny. Opowiadania, krótka forma literacka, chętnie stosowana przez dzisiejszych twórców i chętnie po nią sięgają czytelnicy. Pani kryminalne historie ukazywały się na przykład na portalu opowiadania.pl i tam nawet otrzymała pani wyróżnienie za jedno z nich, które stało się opowiadaniem miesiąca. Czy po takiej publikacji obserwowała pani większą poczytność swoich dłuższych form? Jak pani uważa, czy forma ta jest mniej absorbująca dla twórcy, czy łatwiejsza do okiełznania?
[03:29:21] - Nie wiem, nie zauważyłam, ale też nie śledziłam tego, czy opowiadanie ma wpływ na poczytność książek autora. Natomiast co do łatwości, dla mnie na przykład straszna katorga pisać opowiadanie i nienawidzę pisać opowiadań. Napisałam ich chyba pięć i po prostu się męczyłam strasznie, bo nie umiem się zamknąć w tej ilości znaków, która jest bardzo, po prostu wręcz potwornie mała. Dla mnie to jest po prostu straszne, że trzeba aż tak zwięźle pisać. Mimo że moje książki nie są jakimiś cegłami wielkimi, pasłymi tomiszczami, ale jednak co innego jest napisać czterysta tysięcy, pięćset tysięcy, sześćset tysięcy znaków, a co innego czterdzieści i opowiedzieć w tych czterdziestu całą historię. Nie jest to dla mnie łatwe, niestety. Także ja uważam, że dużo łatwiej jest pisać powieści.
[03:30:21] - Twórca nie lubi ograniczeń, bym to tak podsumowała.
[03:30:24] - Zawsze mi się wtedy kojarzy piosenka „Piąty bieg” Budki Suflera i fragment, który mówi: „W dwóch zwrotkach życia nigdy nie opowiesz”. Tom szósty cyklu o Dionizie Romańskiej, „Zabójcza terapia”. „Przestań się zamartwiać, będzie dobrze. Zobaczysz. Podniosła na niego smutne oczy, a nikły uśmiech zmienił się w pęgo ryczy grymas. Jak mam się nie martwić? Niezbawna ręka i ciągła zadyszka to mało? Są chwile, kiedy żałuję, że mnie nie dostrzelił. Ratier przypomniał sobie uczucie dojmującej pustki, które objęło go we władanie, kiedy błędnie odczytał gest chirurga i był pewien, że przyjaciółka nie przeżyła operacji. Miał ochotę wrzasnąć, żeby przestała kusić los podobnymi uwagami i sam siebie zadziwił, gdy zdołał się opanować i odpowiedział całkiem spokojnie: Nie mówię, że jest fajnie, ale chyba trochę przesadzasz.
Dionka, przecież to cud, że w ogóle żyjesz. Według operującego cię lekarza powinnaś była nie doczekać nawet przyjazdu karetki, a ty nie dość, że wywinęłaś się śmierci, to ostatnio nawet zdążasz już do kibla. Ostatnia uwaga wywołała wreszcie tak długo oczekiwaną reakcję i Dioniza roześmiała się serdecznie. Okej, wygrałeś. Możesz w nagrodę poukładać w szafie moje rzeczy, a potem zrobić mi herbatę. Radio wymownym gestem postukał się zgiętym palcem w czoło. Chyba śnisz. Zapomniałaś o przykazaniach lekarza. Masz zrobić wszystko samodzielnie i prosić o pomoc wyłącznie w sytuacjach kryzysowych.”
[03:32:10] - Festiwale, targi, spotkania to są takie historie, w których musimy uczestniczyć. Wiem, że pani teraz też jest po cyklu spotkań autorskich. Czy pani uważa takie formy kontaktu z czytelnikiem za czas stracony? Czy może jest to dla pani jakaś forma takiego cudownego nabierania siły, odradzania się, poczucia misji swojej pracy? Proszę nam powiedzieć, kiedy czuła się pani na takiej imprezie zagubiona, a kiedy poczuła pani tę wenę, te skrzydła, które unoszą panią i już w głowie kłębiły się następne projekty powieści.
[03:32:54] - Zagubiona byłam przed moim pierwszym spotkaniem, bo byłam pewna, że nikt na mnie nie przyjdzie. I byłam zdziwiona, że jest pełna sala ludzi, bo to spotkanie w Bibliotece Publicznej w Wiśle. Pierwsze moje spotkanie autorskie. Natomiast zawsze dla mnie to jest niesamowite przeżycie, kontakt z czytelnikiem, rozmowa i nie tylko to, co ja opowiadam, bo to w sumie dla mnie żadna nowość. Ja to wiem. To dla słuchaczy jest nowością. Natomiast dla mnie najwspanialsze są te rozmowy w tak zwanych kuluarach, czyli po części oficjalnej, kiedy podchodzą czytelnicy i mówią po prostu od serca swoje uwagi, swoje przemyślenia. To jest niesamowite przeżycie wręcz.
[03:33:43] - A czy umiałaby pani nam powiedzieć, ile spotkań autorskich pani odbyła?
[03:33:47] - Oj, niestety nie. Niestety nie, bo ich tyle, że nie jestem w stanie tego zapamiętać.
[03:33:54] - Którą z tych form uważa pani za taką najciekawszą, że pani naprawdę tak się dobrze czuła? Była pani taka, powiedzmy sobie, pełna dobrych twórczych przewidywań.
[03:34:09] - Najfajniejsze są te spotkania, kiedy w zasadzie nie ma czegoś takiego, że autor mówi od siebie, tylko cały czas jest jak gdyby rozmowa z czytelnikami, czyli zadają pytania, dyskutują między sobą, autor też się włącza do tej dyskusji. Jest to wtedy taka jak gdyby ogólna rozmowa na temat danych książek i dla mnie to jest najfajniejsze wtedy. Coś niesamowitego.
[03:34:38] - Pani Hanno, zbliżamy się do końca naszej rozmowy, dlatego chciałabym troszeczkę wprowadzić taki element zabawowy. Zabawmy się w skojarzenia. Odpowiedzi podświadomości dają obraz naszej osobowości. Dlatego chciałam, żeby odpowiedziała mi pani na kilka pytań, ale tak szybko, bez zastanowienia, dobrze?
[03:35:03] - Dobrze.
[03:35:03] - Zobaczymy, co też pani intuicja podpowiada. Jeżeli ja powiem: ptak.
[03:35:11] - Rudzik.
[03:35:12] - Królowe.
[03:35:14] - Nocy.
[03:35:16] - Wilcze.
[03:35:17] - Kobiety.
[03:35:19] - Więzy.
[03:35:23] - Krwi.
[03:35:23] - Wioska.
[03:35:25] - Kłamców.
[03:35:26] - Piąte.
[03:35:28] - Przykazanie.
[03:35:30] - Terapia.
[03:35:32] - Skuteczna.
[03:35:33] - W dolinie.
[03:35:35] - W dolinie ciemnej.
[03:35:37] - A państwo już będziecie mogli sobie sprawdzić, ile tu padło tytułów powieści naszego dzisiejszego gościa. Mam nadzieję, że niektóre z nich odgadniecie państwo bezbłędnie. A ja serdecznie dziękuję za tę zabawę. Bardzo miło spędziliśmy dzisiaj czas i bardzo dużo dowiedzieliśmy się o pani, co nas niezwykle cieszy. Mam nadzieję, że to nie będzie nasze ostatnie spotkanie.
[03:36:05] - Też mam taką nadzieję.
[03:36:06] - A ja myślę, że w takim cyklu jesiennym spotkamy się jeszcze raz i będziemy mogły porozmawiać o współczesnej literaturze nie tylko kobiecej, ale tej literaturze, którą piszemy przecież dla obu płci: i męskiej, i żeńskiej. Proszę państwa, było mi niezwykle miło. Gościliśmy dzisiaj panią Hannę Greń, autorkę powieści kryminalnych, ale też z nutką obyczajowości, takim współczesnym spojrzeniem na pracę policji. Myślę, że warto sięgnąć po te książki i cieszyć się nimi. Ja tymczasem zapraszam państwa do czytania, ale też do śledzenia wiadomości na temat naszego gościa, pani Hanny, na stronach internetu. Myślę, że znajdziecie państwo na Facebooku. Czy na Instagramie też jest pani, pani Hanno?
[03:37:06] - Oczywiście, że tak.
[03:37:07] - I strony na Instagramie. A swoją stronę autorską pani posiada?
[03:37:12] - Też posiadam.
[03:37:14] - Proszę państwa, myślę, że bez trudu państwo odnajdziecie, błądząc po internecie. Ja serdecznie dziękuję. To było naprawdę wyjątkowo miłe spotkanie i myślę, że z przyjemnością wysłuchali państwo dzisiaj literackiego tête-à-tête, rozmowy z panią Hanną Greń. Dobranoc, pani Haniu.
[03:37:35] - Dobranoc. Dziękuję bardzo.
[03:37:36] - Ja bardzo dziękuję za tak miłe spotkanie. Dobranoc państwu.
[03:37:42] - Dobranoc.
[03:37:46] - I cóż, proszę państwa, co by nie powiedzieć, kolejna audycja „Bibliotekarium 2.0” niniejszym dobiegła końca. Ja już dzisiaj pozdrawiam państwa i zapraszam na kolejny odcinek w przyszłym tygodniu. Zawahałem się, kiedy mówiłem „już dzisiaj”, bo ja właściwie nie wiem, kiedy jest to dzisiaj, bo dla mnie dzisiaj to jest czwartek. Dla państwa dzisiaj, kiedy słyszycie te słowa, to jest piątek. No więc w państwa dzisiaj ja już jestem w Łodzi, już jestem po pierwszej prelekcji i już szykuję się do prelekcji następnej. W ten mało zwiewny i mało subtelny sposób przypominam po prostu, że w Łodzi odbywa się duży konwent fantastyki. Konwent, który nosi nazwę Kapitularz. Zapraszam. Kto może, niech przyjeżdża do Łodzi. A ja powtarzam: za tydzień spotykamy się w kolejnym odcinku „Bibliotekarium 2.0”, 102.
I powiedzcie państwo, że się państwu to nie skojarzyło z Rudym 102. Bo mnie się skojarzyło. To raczej świadczy o mojej metryce, roczniku, a nie o niczym innym. Znowu zagaduję. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pięknie życzę, żeby weekend nadciągający, chociaż już wrześniowy, to dalej był letni i pełen letniej przygody, letniego nastroju i wszystkiego, co letnie. W dalszym ciągu można się kąpać, w dalszym ciągu można grillować i robić wszystko to, co państwo chcecie. Ale za tydzień nie zapomnijcie zajrzeć do „Bibliotekarium 2.0”. Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[03:39:40] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.