[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Koniec wakacji to wbrew pozorom chyba jeszcze nie koniec, a przynajmniej nie w Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:38] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór w setnym wydaniu Bibliotekarium 2.0. Sporo, a jeśli dodać do tego jeszcze 150 odcinków tego zwykłego Bibliotekarium, to, proszę państwa, robi się poważnie. Ale nie idźmy w tę stronę, nie róbmy jakichś podniosłych uroczystości, a już broń Boże żadnych akademii. Pojedźmy przetartym szlakiem. Zatem zaczniemy od polecanek. Dzisiaj zapowiedzi wydawnicze wydawnictwa Skarpa Warszawska. To są zapowiedzi na dzień 11 września tego roku. Cóż mogę powiedzieć? Wszystkie trzy książki, które dzisiaj państwu zaprezentuję, będą na rynku z tą datą.
Pierwsza z tych książek to tytuł „W imię ojców”. Autorem jest Tomasz Duszyński. Zima w Kotlinie Kłodzkiej, płynącej przez malowniczy Lądek Zdrój Białej Lądeckiej odnalezione zostają nagie i okaleczone zwłoki małżeństwa. Młodszy syn zamordowanych zdołał ukryć się w pobliskiej szopie. Starszy zniknął w tajemniczych okolicznościach, prawdopodobnie porwany przez sprawcę lub sprawców okrutnej zbrodni. Miejscowa społeczność jest wstrząśnięta tymi wydarzeniami, tym bardziej że przypominają identyczną zbrodnię, która wydarzyła się w tym miasteczku kilkadziesiąt lat wcześniej. Tamta sprawa nie została wyjaśniona mimo wysiłków miejscowej policji i pracującego wtedy w Lądku komisarza Adriana Kuczki. Tuż przed tymi wydarzeniami do Lądka przyjeżdża aspirant Anna Rzecka. Miejscowy komendant prosi o pomoc przy sprawie Ankę, a za jej pośrednictwem Konrada Cicheckiego, który jako policjant pracujący do niedawna w policyjnym krakowskim archiwum X ma doświadczenie w prowadzeniu równie skomplikowanych spraw. Kotlinę Kłodzką pokrywa coraz grubsza warstwa śniegu.
Czy przykryje wszystkie ślady i kolejna zbrodnia pozostanie niewyjaśniona? Przeszłość zaczyna się przenikać z teraźniejszością. Konrad Cichecki odkrywa mozolnie karty z przeszłości, mając świadomość, że jedna z nich może okazać się dla niego równie niebezpieczna, jak dla śledczego sprzed lat. To, proszę państwa, była pierwsza książka w moich polecankach w zapowiedziach wydawniczych wydawnictwa Skarpa Warszawska. Przypomnę: Tomasz Duszyński, „W imię ojców”. To teraz szukamy następnej książki. Przypomnę, kolejna premiera również 11 września. Tym razem Anna Lee Huber, „Siostry Titanica”. Opowieść oparta na prawdziwej historii trzech sióstr Fortune, które wyruszyły w życiową podróż na pokładzie legendarnego RMS Titanic. Kwiecień 1912 roku.
Siostry Fortune wchodzą na pokład największego i najbardziej luksusowego liniowca, jaki kiedykolwiek zbudowano. A Lee targają złe przeczucia po tym, jak wróżka ostrzegła ją przed podróżowaniem. Lora, która wkrótce ma poślubić zamożnego bankiera, mierzy się z nowymi uczuciami. Jej myśli zajmuje inny czarujący mężczyzna. Najmłodsza siostra, Mabel, w sekrecie przed rodziną zgłębia ideę prawa wyborczego i możliwości przeprowadzania politycznych reform, nawet jeśli miałoby to doprowadzić do rozłamu w rodzinie. Barwna, zaskakująca, pełna emocji powieść o tęsknocie za niezależnością i miłością. Opowieść o chwilach, które nieodwołalnie zmieniają nawet najlepiej ułożone plany. Jak dziewiczy rejs odmieni ich życie w głęboki i nieoczekiwany sposób? To, proszę państwa, była druga polecanka. Przypomnę: Anna Lee Huber, „Siostry Titanica”.
Premiera 11 września. Tego samego dnia ukaże się na rynku książka zatytułowana „Wirtuoz”. Książka Krzysztofa Bohusa. Od Warszawy powstania styczniowego po współczesną Majorkę. Autor bestsellerowej serii o Adamie Bergu zabiera czytelnika w kolejną sensacyjną podróż, w której nic nie jest oczywiste. Berg otrzymuje zlecenie odnalezienia zaginionych pamiątek po pewnym wybitnym Polaku. Jeśli mu się uda, historię polskiej kultury trzeba będzie pisać na nowo. We wrześniu 1863 roku narodową relikwię niszczą Kozacy w odwecie za zamach na carskiego namiestnika. W 1939 roku, tuż po kampanii wrześniowej, z pewnej kamienicy warszawskiej w tajemniczy sposób znikają unikatowe portrety geniusza i jego rodziny. Bezcenne artefakty zostają bezpowrotnie utracone.
Czy na pewno? Co łączy oba te dramatyczne zdarzenia? Dochodzenie przypomina morderczy tor przeszkód. Rozpoczyna się pojedynek, w którym wszystkie metody są dozwolone. Zdrada, podstęp, zbrodnia, mistyfikacja. Kto jest rywalem Berga w dojściu do prawdy? Swoi czy obcy? Gra idzie o wielką stawkę. Jest nią nie tylko splendor, ale także życie bohatera i najbliższej mu osoby. Tryumf i upadek, chore fascynacje i ludzkie słabości, zagadki historii i szyfry.
Perfekcyjny splot fikcji i prawdy historycznej rodem z najlepszych powieści detektywistycznych w stylu Artura Péreza-Reverte. Przypomnę Państwu, to książka „Wirtuoz” Krzysztofa Bohusa. Tak, proszę Państwa, to były polecanki. Już we wrześniu, 11 września te książki, jak to się mówi, będą do Państwa dyspozycji. No cóż, proszę Państwa, a teraz zapraszam Państwa na spotkanie z długo nieobecnym na antenie Bibliotekarium, Bibliotekarium 2.0, nieobecnym Wiktorem Żwikiewiczem. A ponieważ u zarania tej audycji, w tym jeszcze zwykłym Bibliotekarium, Wiktor był osobą niezbędną, nieodzowną, tworzącą na równi ową audycję, jej pierwsze odcinki, jej pierwsze 150 odcinków, umówmy się, to dzisiaj jest dobry moment, żeby z Wiktorem Żwikiewiczem się spotkać. Ja taki moment postanowiłem sprokurować ściągając do Bibliotekarium 2.0 pewien podcast ze swojego kanału Wehikuł Wyobraźni, na który notabene nieustająco Państwa zapraszam. Tam znajdziecie sporo, mam nadzieję przynajmniej, ciekawych filmów, filmików, podcastów tak naprawdę. Jest i trochę o fantastyce naukowej, jest trochę o zagadkach naszego świata, trochę o UFO, a myślę, że jest po prostu ciekawie. A dzisiaj rozmowa z Wiktorem Żwikiewiczem trochę o symulacji, trochę o tym, jak to jest z naszym światem.
Zresztą sam tytuł powinien Państwu powiedzieć bardzo wiele. Wiktor zdaje się pytać, czy może my wszyscy jesteśmy simsami? Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. Inaugurujemy dzisiaj playlistę „Symulacja dialogi”. W jej ramach będę Państwu prezentował rozmowy z osobami, które zgodziły się przyjąć moje zaproszenie i porozmawiać o temacie tak abstrakcyjnym, jakim jest symulacja. Zaczynamy od dialogu z Wiktorem Żwikiewiczem, znanym pisarzem science fiction, który brylował w świecie SF w latach 70. i 80. Okazuje się, że już wtedy symulacja nie była tematem tabu. Wręcz przeciwnie. Wiktor jest wolnym ptakiem i nakłonienie go do rozmowy o symulacji nie było zadaniem prostym.
W dodatku w kilku miejscach tej rozmowy ewidentnie uciekał, zbaczał, starał się skierować rozmowę na trochę inne tory. Mam nadzieję, że okazałem się twardy i wycisnąłem z Wiktora tyle, ile się dało na temat symulacji. A przy okazji pojawiła się cała masa myśli intrygujących, myśli niepokojących i takich, które zostają z człowiekiem. Zostają na długo. Dlatego myślę, że dzisiejszy dialog o symulacji, ale nie tylko o symulacji, warty jest odsłuchania i warty jest zapamiętania. W ramach playlisty „Symulacja dialogi” będą pojawiały się rozmowy z przedstawicielami nauki, z przedstawicielami sztuki o tym, jak oni odbierają ideę symulacji, o tym, jak oni starają się zajrzeć za kurtynę wszechświata. A teraz już zapraszam Państwa na spotkanie z Wiktorem Żwikiewiczem. Życzę wielu miłych wrażeń i cóż, do usłyszenia w kolejnym odcinku Wehikułu Wyobraźni. Wiktorze, w czasach, kiedy pisałeś fantastykę naukową, pogląd, że nasz świat jest jedynie symulacją, nie był specjalnie popularny i mógł człowieka narazić na śmieszność, a nawet na podejrzenie, że z jego umysłem jest coś nie teges. Niby część ludzi wiedziała o tym, że Platon, Kartezjusz, Berkeley czy Lem głosili podobne poglądy, ale traktowali to w kategoriach eksperymentu myślowego.
Nikt nie traktował przecież poważnie opowieści o tym, że nasz świat jest rodzajem symulacji, rodzajem filmu wyświetlanego jakiejś nieznanej widowni. Był oczywiście Wiśniewski „Snerk”, był Philip Dick czy Stanisław Lem, ale to byli fantaści, a to wówczas była łatka w stylu: „Mówią ciekawe rzeczy, ale nie można tego traktować poważnie”. Tymczasem dzisiaj naukowcy zaczynają mówić o tym
[12:30] - Że świat symulowany nie musi być jedynie eksperymentem myślowym. Jak to wszystko, Wiktorze, wygląda z twojej perspektywy?
[12:39] - Troszkę się uśmiechnąłem na samym początku, jak zacząłeś mówić o tym, że w moich czasach ten światopogląd był mało popularny. Ja uważam wręcz odwrotnie. W moich czasach ten światopogląd był absolutnie rozpowszechniony w naszej cywilizacji. Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Wtedy jeszcze mocną pozycję zajmowała religia. A cóż to jest innego, jak stworzenie świata przez bogów, Boga i tak dalej, jak nie pewne skonstruowanie rzeczywistości. Innej rzeczywistości nie boskiej, ale ziemskiej w tym wypadku. Czyli ja uważam, że wszyscy wręcz wierzyli w to, że świat może być stworzony, czyli skonstruowany.
[13:29] - No tak, ale to byłaby kreacja. Tymczasem kiedy mówimy o symulacji, to mówimy o takiej sytuacji, że nasze zmysły są oszukiwane, że my sobie tkwimy tak jak w Matrixie Neo, gdzieś tam w jakiejś wieży, w której oddaje się energię, a wyświetlany nam w naszym mózgu jest film o pewnej rzeczywistości. Jest jeszcze druga wersja, że wszyscy my jesteśmy tworami w ramach wewnątrz symulacji, więc to troszeczkę inna sytuacja.
[13:58] - Tak, ale zwróć uwagę, że te nasze oszukiwanie zmysłów, to my bardzo te zmysły umiejscawiamy jako ten odnośnik czegoś, co jakąś tam prawdę odkrywa lub zakrywa. To może jest zupełnie na marginesie, przypominam sobie stare, dawne opowiadanko takiego Rosjanina Szalimowa o tym, jak jacyś tam archeolodzy, kosmonauci wylądowali na jakiejś planecie, która była podobna do Diuny. Wiał tam straszny wiatr, była pustynia, całą pokrywała i tak dalej. Na tej pustyni znaleźli dwa posągi, olbrzymie, ogromne posągi, jakieś humanoidalne, ale gigantyczne, do chmur sięgające i zupełnie ludzkie po prostu, ale niesamowicie ogromne. One tam stały w tej pustyni, pustynia omiatała je piachem. Oni je badali, prześwietlali, któryś tam z archeologów odłupał kawałek tego posągu do analiz i tak dalej. Wrócili do statku i tak dalej. Nie pamiętam zupełnie teraz historii. Kończyło się to tym, że jeden z nich chyba, który latał nad planetą, robił zwiad, wrócił jakiś oszalały zupełnie i do tego drugiego, który badał akurat tam te całe próbki pobrane, mówi: „Słuchaj, wiesz co odkryłem?”. On mówi: „Co?”.
„Słuchaj, to z lotu ptaka tylko widać. Te posągi stoją, ale od nich w stronę gór ciągną się ślady. Oni idą”. „Słuchaj, jak mogą iść? Przecież oni stoją”. „Nie, tam są ślady tak, jakby oni szli przez tą pustynię”. No i teraz tak, spotkały się dwie cywilizacje, jedna nasza i coś, co jest w innym czasie osadzone. Czym my jesteśmy dla nich? Niczym. Wiatrem, deszczem, jakąś korozją, która tam odłupuje kawałek od czegoś.
My nie istniejemy dla nich. Oni są zupełnie inni. Oni żyją w innej rzeczywistości. Dla mnie ta oczywistość symulacji była od dziecka prawie oczywista. Może dlatego, że miałem jakiś sentyment dla wynalazku religii. Natomiast przypomnę ci takie moje opowiadanko „Jaka ing w oliwnym gaju”, gdzie nasi przylatują też na jakąś planetę i też absolutnie martwą i tak dalej. Natomiast tam fabuła jest taka, że jest cały świat istniejący, żyjący, który jest generowany. Są ich tam teorie tych ludzi, że to jest jakieś jądro, jakieś elektromagnetyczne anomalie, że tak powiem. Ten cały świat jest stworzony i tam żyją istoty. One cierpią, żyją, umierają, rodzą się na nowo i tak dalej.
My dla nich nie istniejemy zupełnie, bo my nasze zmysły wspomagamy aparaturą. To fakt. Aparatura, urządzenia potrafią przedłużyć. Dzięki tym urządzeniom widzimy wszechświat taki, jaki wydaje nam się, że jest. I tak dalej. Ciężko mi na ten temat, ale dla mnie ludzie, którzy nie dopuszczają możliwości wykreowania czy stworzenia, czy symulowania innej rzeczywistości, to są ludzie pozbawieni wyobraźni. A co za tym idzie ułomni, bo tak jakby chodzili na jednej nodze wyłącznie.
[18:07] - Zaraz, zaraz, Wiktorze. Ty dużo chodzisz po obrzeżach. Ja zapytam wprost, czy ty dopuszczasz możliwość, że prawdziwy Wiktor Żwikiewicz leży sobie w wieży razem z Neo albo jest tworem jakiegoś programisty z innego wymiaru i że wszystko to, co widzisz, to co na co dzień postrzegasz To, czego dotykasz, to jest tylko iluzja. Tego tak naprawdę nie ma, a właściwie jest, bo twoje zmysły to odbierają. Ale przecież tak jak mówili filozofowie, my nie oglądamy świata mózgiem. My świat oglądamy za pośrednictwem zmysłów. Pomiędzy zmysłem a mózgiem jest przesył informacji. Jeśli ktoś opanuje tę możliwość i będzie odpowiednio drażnił ten nerw, na przykład wzrokowy, ale każdy inny, to będzie mógł twojemu mózgowi dostarczyć dowolny obraz, dowolną informację. I jeśli to będzie zrobione bardzo dobrze, to ty będziesz postrzegał to, co masz postrzegać. Zatem pytanie brzmi w ten sposób: czy ty dopuszczasz, że tego Wiktora, który tutaj siedzi naprzeciwko mnie, tak naprawdę nie ma?
Żelkowskiego również nie ma, a jest tylko świat, który jest nam, tu cudzysłów, wyświetlany.
[19:40] - Ja wzruszam na to ramionami, bo ja jestem tutaj. Jestem ja, ten, który jest być może oszukiwany i tylko to się dla mnie liczy. A tamto to jest sprawa niczego. Jak mówiłeś o tym manipulowaniu, to się w skali globalnej odbywa już dzisiaj ze zwykłymi pionkami ludzkimi, przez polityków, przez macherów od informacji i tak dalej. Czy my mamy jakiekolwiek światopoglądy? Nie. On nam jest wrzucany do głowy, że tak powiem, jaki jest świat, na kogo należy głosować, kogo wybierać przy wyborach. To wszystko jest. My jesteśmy oszukiwani w każdym calu. I jakby ci to powiedzieć, dlaczego ja wzruszam ramionami?
Bo jeżeli ja mam świadomość, że jestem oszukiwany przez mass media i tak dalej, to liczy się tylko to właściwie, że jak sobie pójdę nad jeziorko, usiądę przy ognisku, zapalę papierosa mojego ukochanego albo będę łowił rybkę, to tam jestem ja po prostu.
[20:51] - Ale jeśli tego jeziora nie ma i tego ogniska nie ma i nie ma tej rybki.
[20:55] - Jest, bo ja to widzę. I to jest mój taki mały, malutki świat. A jeżeli tam rzeczywiście jakiś trupek, czy jakiś Żwikiewiczowy leży gdzieś w jakimś sarkofagu, to co mnie on obchodzi po prostu? Być może tak. Piękne rzeczy na ten temat pisał choćby Stanisław Lem w Kongresie fizjologicznym, gdzie były te progi wtajemniczenia, progi odkrywania przesłonek. Kolejna kotara, kolejna. Wydaje nam się, że znamy prawdę. To jest tak, nieprawda, bo to jest jeszcze następna zasłona, następna, następna. To samo robił Snerg Wiszniewski i to samo jest ta świadomość. Właściwie chyba to jest świadomością uczonych, którzy wiedzą, że to, co wiedzą, jest tylko malutkim ułamkiem tej sceny teatralnej, którą obserwują, na której się coś tam dzieje, a gdzieś tam za kotarą są inni aktorzy, inna akcja.
No i tak dalej. Brednie, ale to mniej więcej tak wygląda, już nie mówiąc o tym suflerze w teatrze.
[22:16] - Nie, nie, to nie takie brednie, bo wbrew pozorom w całej historii ludzkiej kultury, a właściwie ludzkich kultur, to porównanie do teatru pojawiało się niezwykle często. Było obecne w starożytnej Grecji, było obecne w wiekach późniejszych. Było też inne spojrzenie. Twój ulubiony Daleki Wschód, Chiny. Tam jest opowieść o pewnym mędrcu i o motylu. O mędrcu, który śnił, że jest motylem, a potem obudził się i już nie wiedział, czy jest mędrcem, który śnił o motylu, czy jest motylem, który śni o tym, że jest mędrcem. Przyznam się, że jeśli to się połączy jeszcze z pewnymi symbolami i tak dalej, i tak dalej, to o tym będziemy jeszcze na Wehikule Wyobraźni, na tym kanale będziemy jeszcze mówić, to muszę powiedzieć, że ta świadomość, że być może nasz świat nie jest do końca realny, ona towarzyszy człowiekowi od bardzo, bardzo dawna. To dlaczego twoim zdaniem spora część współczesnych ludzi wzrusza ramionami i mówi: „Ee, to bzdura. Tego nie ma. Na pewno”.
[23:39] - To, że to jest bzdura, mogą sobie wszyscy mówić. Natomiast nie ta końcówka. Nie na pewno. Na pewno nikt nie może nic powiedzieć, bo ja akurat jestem kiepsko zorientowany w aktualnej sytuacji, stanie niewiedzy naszej cywilizacji, bo wolę używać stan niewiedzy niż stan wiedzy. To jest bliższe prawdy. Natomiast nie wiem, jak śledzę właściwie jedynie gry komputerowe, tam się pojawiają webci ludzie, którzy mają świadomość taką wyskakującą ponad te nasze tutaj rozważania. Dla nich pewne rzeczy są już oczywiste po prostu. No ale to przy okazji.
[24:35] - Wiktorze, powiedziałeś o jednym ze swoich opowiadań o happeningu w oliwnym gaju. Ale ja mam tu przygotowane pytanie, czy nie kusiło cię częściej, aby o takim temacie jak symulacja, czy też oszukiwanie naszych zmysłów, oszukiwanie naszej świadomości. Czy nie kusiło cię, żeby pisać o tym częściej? A może to po prostu robiłeś?
[25:00] - Mareczku, robiłem to bez przerwy. W każdym opowiadaniu, praktycznie biorąc, jest jakieś odniesienie do tego. W moim takim pierwszym, gdzie otworzyłem, że tak powiem, te skrzydła, to w „Wołaniu na Mlecznej Drodze” jest cywilizacja taka. Ale to jest zupełnie zapomniane przeze mnie również opowiadanko. Cholera, nawet nie pamiętam, jaki to był tytuł. Było to opowiadanie, w którym jakiś mężczyzna, że tak powiem, szukał swojej miłości, swojej partnerki. On chodził, siedzieli razem nad jeziorem. To była taka wyidealizowana miłość i tak dalej. On znajdował jej ślady na piasku, na brzegu nad jeziorem, gdzie on chodził, szukał ją, gonił i tak dalej. I kończyło się to tym, że w pewnym momencie nie mógł jej dogonić.
No kończyło się to tym, że on nagle gdzieś tam naparł na jakieś drzwi. Otworzył. To był właz do rakiety. To stała rakieta na jakiejś martwej planecie, a on był rozbitkiem na tej całej planecie. I cóż on robił? On oszukiwał samego siebie, tak jakby była jego miłość, jego świat, jego życie. On żył w innym świecie, po prostu. Żył w swojej wyobraźni, w swojej pamięci, w rozpaczy za tym utraconym światem i tak dalej. I nie było tej rakiety, martwych gwiazd naokoło, niczego. A był to zwykły kosmonauta, który po prostu oszukiwał samego siebie.
[26:43] - Ja wrócę jeszcze na chwilę, bo porzuciłeś opowieść o swoim pierwszym ważnym opowiadaniu, czyli o „Wołaniu na Mlecznej Drodze”. A tam rzeczywiście obraz pewnej symulacji, który kreślisz, jest bardzo ciekawy. Jakbyś go przytoczył, to będę bardzo wdzięczny.
[27:02] - Tam jest po prostu, nasi, że tak powiem, ale przyszłościowcy dolatują do planety. Jest tam jakiś rozbitek, który tam wędruje i tak dalej. Na tej planecie są tylko czarne obeliski jakichś miast ogromnych, puste zupełnie. I oni powoli dochodzą do tego, co jest. Okazuje się, że opowiadanie przedstawia dwa modele cywilizacji i to jest wprost napisane. Jeden model naszej cywilizacji, która swoją ekspansję skierowała w przestrzeń oraz cywilizacji tamtej, na tej planecie, która zamiast w przestrzeń poszła w głąb, w mikroświat. Świat stworzony, że tak powiem, w jakimś świecie kwantów i tak dalej. I oni, że tak powiem, zniknęli z tego świata, bo oni po prostu odeszli. Powędrowali po prostu w świat tamtych kamieni wewnątrz, w głąb po prostu do tego.
[28:06] - No i żyli tak naprawdę w symulacji ewidentnej.
[28:10] - Symulacja. To nie była symulacja. Oni, że tak powiem, wybrali drogę rozwoju taką... My zresztą co wiemy o naszej drodze rozwoju? Mnie to bardzo bawi nawet to stwierdzenie, bo my przecież nie wiemy, w jaką stronę my zmierzamy, czym my jesteśmy. Myśmy zbudowali taką śliczną piramidkę, gdzieś tam jakieś kwarki, jakieś tego dalej, jakieś enzymy, jakaś tam chemia, jakieś pierdółki, atomki i tak dalej. Dalej komórki, dalej były dinozaury, ale są jeszcze jakieś tam rybki, ptaszki i tak dalej. A na samym szczycie tej piramidy siedzi okrakiem homo. O, wspaniałe!
[29:02] - Korona stworzenia.
[29:03] - Korona stworzenia. To jest według mnie myślowy błąd. My po prostu wynosimy na piedestał samych siebie, że tak powiem, za nasze ego i tak dalej. Ale my naprawdę, nie ma takiej piramidy. Jest jakaś płynna, ja mówię tak na rybkę w tej chwili. Rzeka, strumień, który gdzieś, w którąś stronę płynie. I my jesteśmy jakimś tam, już te wszystkie światopoglądy Dalekiego Wschodu są o wiele bliższe takiemu patrzeniu na świat, a nie budowaniu tej prymitywnej dosyć piramidy. Tam czas, życie ludzkie, wszystko to jest właśnie coś płynące gdzieś, idące gdzieś. No i tak dalej. Nie jestem macherem od tego.
I tak zawsze było z tymi moimi opowiadankami. Nie tylko zresztą z moimi, ale nawet naszymi. Bo jak żeśmy zaczęli skrobać razem, mieliśmy taki furiacki rozpęd, co napisaliśmy sporo shortów zajebistych i ta ich zajebistość przeszła do tytułu naszej takiej mikroprawie powieści, nieskończonej co prawda. „Zajebisty singiel”. Pierwsza część była drukowana w „Fantastyce”. Natomiast tam dokładnie w tą stronę żeśmy zmierzali. Tam nie w taki prymitywny sposób Bo dla mnie mówienie już dzisiaj o wirtualnej rzeczywistości jest prymitywizmem zupełnie. To już jest zupełnie archaiczność i tak dalej. I oczywistość, że można sobie coś takiego zrobić i można sobie takie coś tam konstruować i komputerowcy to prędzej czy później zrobią, a do tego czasu już i tak przestaną istnieć komputery, bo nie będą do niczego potrzebne. Natomiast jakoś to zrobią.
No i myśmy też do tego zmierzali i właściwie dobrze by było, żebyśmy zrobili tą drugą stronę tego singla, bo cholera jasna, tamto opowiadanie było jednak krok do przodu wobec albo krok w bok od wszystkich współczesnych rozważań na temat właśnie takiej symulacji.
[31:31] - Powiem dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy mówiłeś o tym, że komputery przestaną istnieć, to takie niedopowiedzenie. One po prostu staną się czymś innym. Rolę komputerów przejmą zupełnie inne urządzenia, które dzisiaj nawet nie mamy pojęcia, jak będą wyglądać. Coś będzie w zamian. Tylko to wyobrażanie sobie, że komputer dalej będzie wyglądał tak, jak wygląda teraz, jest dosyć naiwne. To jest pierwsze.
[31:58] - Chociażby tak na rybkę rzucę, że wszystkie funkcje komputera może przejąć ładnie przekonstruowany nasz sam organizm po prostu. Nie musimy mieć tego na zewnątrz, możemy mieć to w sobie.
[32:12] - A druga rzecz, o której chciałem powiedzieć, to jeszcze do tego zajebistego singla nawiązać. Tak, użyłeś tam takiego słowa, że to był jakiś taki absolutny odjazd. Tak, bo tam w pewnym momencie troszeczkę jak u Dicka świat się rozpada. Na początku mamy wszystko takie realne, wszystko normalne. Jest człowiek, jest drugi człowiek, odwiedza jeden drugiego gdzieś w chatce na uboczu, a później ten świat się rozpada w kompletną imaginację. A może nie imaginację, a może właśnie światy takie symulowane. Tych symulacji się tam pojawia przynajmniej kilka. Można to różnie interpretować. Można myśleć, że to nie symulacje, chociaż tak jak to sobie planowaliśmy, to jednak chyba symulacje były.
[33:03] - Zróbmy to, zobaczymy, co sami chcemy powiedzieć.
[33:10] - Okej, czyli pozostawiamy naszych czytelników w pewnej jednak niepewności. Okej, ja mam kolejne pytanie dotyczące twojego zachowania, na które zwróciłem w swoim czasie uwagę. Bardzo często, kiedy my rozmawiamy o tym, jaki dziwny, żeby nie powiedzieć dziwaczny, jest świat, który nas otacza, to ty często używasz skrótu myślowego i mówisz: „my Simsy", czyli zakładasz, że symulacja nie musi być tym kompletnym wariactwem, że pewna analogia pomiędzy naszym światem a rodzajem gry komputerowej jest niemal pełna, bym powiedział.
[33:59] - Jest pełna, bo jeśli będziemy uwzględniali we właściwy sposób pojęcie nieskończoności, to odrzucanie, że pewna możliwość jest niemożliwa wobec nieskończoności, jest zupełnym paradoksem i zupełną śmiesznością. W nieskończoności musi się zrealizować praktycznie biorąc wszystko, bo inaczej nie ma nieskończoności po prostu. No może nie ma. Natomiast ja jestem trochę jak zwierzę. Zwierzę ma instynkty i jakby ci to powiedzieć, muszę zwrócić uwagę, że przecież te religie, te koncepcje wieloświatów, innych światów i tak dalej, zostały stworzone jeszcze co najmniej w neolicie, jeśli nie dużo, dużo wcześniej. Nie wiem, jaki światopogląd mają psy i koty na nasz temat, że tak powiem. Czym my jesteśmy, kim my jesteśmy, jaki jest świat dla nich, jaki jest świat dla roślinek, które w doniczce podlewamy. Przychodzi deszcz, przychodzi pora pogody, to my ją podlewamy po prostu. No i podobnie jest z naszym organizmem, co kiedyś wspomniałem. Jak wszystkie nasze komórki w amoku falczą czy już padają na kolana, zebrzą od deszczu, my pijemy kapkę albo herbatkę.
Zdychają z głodu, że tak powiem, te drobne ustroje w naszym żołądku, to my je karmimy, jak Bóg zsyłamy mannę z nieba, wcinamy jakiś pasztecik, jakiegoś chipsa i tak dalej. I oni wielbią nas za to. Nas, nie nas, ale jakąś siłę wyższą przecież, która ich karmi, która ich zadowala. Czy oni żyją w wirtualnej rzeczywistości? Nie. Oni żyją w naszej rzeczywistości. My mamy wspólną rzeczywistość. Wszystkie kwarki, atomy, elektromagnetyzmy i tak dalej, i my to jest jakaś jedna wspólna rzeczywistość. Tylko że my nie mamy pojęcia o niej i nigdy pojęcia nie będziemy mieli. Natomiast mamy świadomość i ta świadomość jest właśnie taką świadomością religijną.
Wierzymy w to, że jakoś tak jest po prostu. A jeżeli ktoś potrzebuje wiedzy, to się do tego technicy inżynierowie zabierają i konstruują nam podobieństwo tego.
[36:49] - A jak te twoje bakterie w tym żołądku I te inne przykłady, które podałeś są tylko imaginacją, są tylko symulacją. To coś zmienia?
[37:02] - Nic nie zmienia. Ja siedzę tutaj, ty siedzisz tutaj, siedzimy razem, gadamy o czymś. To jest nasz chwilowy ułamek rzeczywistości.
[37:14] - Ale zainteresowało mnie to, co powiedziałeś, że to podejrzenie, iż nasz świat nie do końca może wyglądać tak, jak my go postrzegamy, że ono się już pojawiło w neolicie. Na czym to opierasz? Na jakiej podstawie?
[37:31] - Z jakiegoś powodu budowali te Stonehenge, z jakiegoś powodu obserwowali gwiazdy, z jakiegoś powodu próbowali. My nie wiemy nic na temat ich wiedzy, ich światopoglądu, w co wierzył albo co wiedział taki Dogon czy jakiś tam Australopitek jeszcze dużo wcześniej. Bardzo mnie rozbawiło to, teraz się uśmiechję. Jest to taki przykład zupełnie ni z gruchy, ni z pietruchy może, ale on daje nam świadomość, jak się my różnimy w obserwacji i w tym, co rzeczywiście jest. Wszyscy w Europie znają te rysunki na skale w Lascaux czy gdzie tam we Francji czy w Hiszpanii, które prawdopodobnie jeszcze Neandertalczyk namalował. Cudowne absolutnie sceny polowań, zwierząt i tak dalej. Przepiękne na skałach i tak dalej. Wszystko jest piękne. My badając, odkrywając to, doszliśmy do wniosku, że to oni tam malowali, bo mieli taką potrzebę, twórczą jakąś i tak dalej. Malowali.
Gdzieś w 2000 którymś roku jacyś wariaci wleźli do tych jaskiń i porozstawiali czujniki i zbadali coś, co nie jest widoczne. Zbadali akustykę tych jaskiń. I co wyszło? Wyszło na to, że to nie te rysunki były ważne. Nie po to oni tam włazili, żeby tam malować i upiększać te ściany. Oni tam wchodzili po to, żeby śpiewać. Akustyka tych jaskiń jest nieprawdopodobna. Dokładnie nadaje się do śpiewu. Czyli tam odbywały się jakieś nabożeństwa, rytuały. Oni tam, być może, oczywiście to jest też pewna interpretacja, jakiś kult.
A to były tylko dekoracje na ścianach po prostu. Myśmy na początku myśleli, że to było strasznie ważne. To był margines, bo tak naprawdę oni robili tam zupełnie co innego.
[39:58] - Tak ciebie słucham, Wiktorze, i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dla ciebie sama historia związana z pojęciem symulacji rzeczywistości jakoś bardzo blisko stoi spraw religijnych, związanych z religią, ale też związanych z tą boską stroną jakby. Tak to ujmijmy, bo nie mam lepszego słowa w tej chwili. Zatem bardzo wiążesz te dwie rzeczy ze sobą, tę ulotność świata, być może jego nieprawdziwość i tę boskość.
[40:38] - Bo to jest następny krok nieznany, że tak powiem. Dzisiaj, tak jak powiedziałem, ktoś, kto nie wierzy, że można nas ludzi skonstruować, to jest oszołom zupełnie. To jest człowiek, pterodaktyl jakiś. Ktoś, kto nie wierzy, że można nas skonstruować. My jesteśmy zupełnie taką samą maszynką do chodzenia, do myślenia i tak dalej, jak każda inna maszynka. Można to skonstruować, ale między konstruowaniem a stwarzaniem siłą woli to jest totalna przepaść. To jest zupełnie co innego. I dla mnie wyzwaniem jest nie dopuszczenie, nie cackanie się tymi naszymi aktualnymi, że tak powiem, zachwytami, czyli wirtualnymi rzeczywistościami, udoskonalaniem i tak dalej, ale ugryźć wszechmoc, to znaczy to pojęcie w jakiś sposób zaakceptować, to jest cholernie trudne po prostu, bo to nie przystaje do naszego mózgu. Przecież nie można z niczego stworzyć wszystkiego, nie? Ale przecież nawet fizycy mówią, że nasz wszechświat powstał z niczego.
[41:54] - Nauka jakoś to zaakceptowała.
[41:56] - Zaakceptowała, tak.
[41:58] - Wiktorze, taki paradoks. Z jednej strony naukowcy parający się naukami ścisłymi chcą uchodzić za takich gości super poważnych, racjonalnych do przesady. Przed chwilą mówiliśmy, że racjonalność racjonalnością, a jednak dopuszczają creatio ex nihilo. Czyli tak w stronę religii też siłą rzeczy czy siłą logiki podążają. Zostawmy to na razie. W każdym razie chcą uchodzić za gości poważnych, racjonalnych. Racjonalnych do przesady tak naprawdę. Żadna tam transcendencja dla naukowców, przynajmniej dla sporej ich ilości, żadna magia. A z drugiej strony pojawiają się filozofowie, ale co ważniejsze, pojawiają się fizycy, którzy aspirują do tego, żeby być filozofami. I otrzymujemy od nich takie teorie, które ja pozwolę sobie nazwać najdzikszymi, w rozumieniu klasycznej nauki najdzikszymi.
Osobiście to uważam, że w sumie dzieje się całkiem nieźle, gdyż zyskujemy artykuły w stylu tego, który napisał na przykład Philip Goff. Nosił tytuł „Czy wszechświat jest świadomym umysłem?” Albo też możemy się pochylać nad koncepcjami Everetta o wielości światów czy nad wieloświatem Tegmarka. Tych wszystkich słuchaczy, którzy poczuli się zaniepokojeni faktem, iż nie słyszeli o owych koncepcjach, to uspokajam, że dojdziemy do tych koncepcji z czasem i na kanale Wehikuł Wyobraźni na pewno się pojawią. A teraz pytanie do Wiktora. Czy te pojawiające się pęknięcia, pęknięcia w gmachu owej poważnej, bardzo poważnej nauki, które ocierają się wręcz o pola, które od dawna eksploatowane są przez science fiction. Czy twoim zdaniem to jest dowód tego, że nauka staje się silniejsza i bardziej otwarta, czy może dowód jej upadku?
[44:22] - Ta rzeka dla mnie płynie po prostu dalej przed siebie. Nie jest to żaden upadek. Mogą być jakieś zawirowania, że tak powiem, bo jak rzeka płynie, to przy brzegach i przy kamieniach wiry powstają i jakiś tam oszołom planktonowy może swoją żer wygłosić doraźnie. Natomiast tak to wszystko zmierza ku czemuś. Nie ku czemuś, zmierza po prostu. Rzeka płynie, jakoś tam jest.
[44:57] - No tak, w sumie nie pytamy nigdy, w jakim celu płynie rzeka. Ona po prostu płynie.
[45:03] - Płynie, płynie, gdzieś tam dopływa. Już dzisiaj wiemy, dokąd dopływa i po co płynie, i dlaczego płynie.
[45:12] - No po czym się nie wie.
[45:14] - No właśnie, grawitacja ją tam ściąga z wyższego do niższego, po prostu i tak dalej. Natomiast tak to mówisz o tych pęknięciach, żeby cokolwiek narodziło się nowe, musi umrzeć stare. To jest prawda stara jak świat. Nie narodzi się nic bez śmierci tego, co było. Dotyczy to tak samo koncepcji i tak dalej. Nasza wspaniała żyzna gleba, w której rosną te całe tam roślinki, które nas karmią i tak dalej, to jest coś, co pozostało z korozji trupów naszych przez tysiące lat odkładanych na powierzchni ziemi, a następnie pługami. My dzisiaj żyjemy dzięki naszym przodkom, którzy złożyli tutaj kości i swój pot i miłość, jakąkolwiek tam oddali ziemi. Po co? Cholera wie po co. Oni po prostu...
My jesteśmy glebą, na której coś tam, gdzieś tam wyrośnie, nie?
[46:27] - Ale Wiktorze, nie uwzględniasz jednej rzeczy, o której chyba musimy porozmawiać. I ja nawet nie wiem, czy skończymy tę rozmowę dzisiaj. Bo gdybyśmy założyli, że symulacja naprawdę istnieje, to musielibyśmy, przynajmniej powinniśmy przyjąć również taką możliwość, że symulacja powstała na przykład wczoraj. A wszystko, co pamiętamy, całe losy cywilizacji, ci jaskiniowcy śpiewający w tych jaskiniach i to wszystko, co niby pamiętamy, właśnie specjalnie mówię niby, to tego tak naprawdę nie było. To jest coś, co porównam to do twojej ulubionej gry, do „Cywilizacji”. Otwierasz ją i ona już ma jakąś swoją historię, a ty tworzysz historię dalej. Ale tam już coś było. I gdyby te istoty, które pomykają po ekranie, były świadome, to one by ci tę historię opowiedziały i byłyby przekonane, że tam wieki całe upłynęły. Tymczasem one żyją, trwają od momentu, kiedy włączyłeś komputer, kiedy włączyłeś grę.
[47:40] - Tak, ale one mi kiedyś opowiedzą to, co mówisz, bo one będą miały świadomość. Zwróćcie uwagę, że tutaj są dwa takie rozwarstwienia. My, jak dzisiaj patrzymy, przede wszystkim te symulacje wyciągamy z gier komputerowych, porównujemy je z grami komputerowymi, z tworzeniem tamtych światów i tak dalej.
[48:02] - Szukamy analogii.
[48:03] - Szukamy takich analogii, ale to jest jedna strona medalu. Gry komputerowe to jest margines dla ludzi. Są jeszcze ludzie, którzy zajmują się właściwie szukaniem boskości, zmierzają ku tej koncepcji. Którzy to jest? Nie ci, którzy tworzą światy wirtualne, nie autorzy gier komputerowych, ale konstruktorzy, którzy budują silniki, na których później tamci tworzą swoje rzeczywistości. I te silniki zmierzają ku naprawdę temu, żeby niedługo, bardzo niedługo, żebyśmy czuli na sobie powiew wiatru w tej jaskini czy na tej pustyni, żebyśmy czuli smak wody słonej w jakimś morzu, żebyśmy mogli wszystkiego dotknąć. To są silniki. Oczywiście jest bariera naszych zmysłów, bardzo prosta do obejścia. Wystarczy to wszystko przesyłać wyłącznie do mózgu.
[49:13] - O czym już zresztą mówiliśmy. Ale co, jeśli ta gra już powstała, a my jesteśmy aktorami w tej grze?
[49:21] - No to co? To jesteśmy. To jest tak samo, jak zadajesz mi pytanie: a co, jeżeli Bóg stworzył ten świat i my już jesteśmy? No jesteśmy, trudno. On zrobił swoje, poszedł i zapomniał o nas. I my teraz mamy swoje wojenki, szabelki i różne inne rzeczy. Co z tego? To jest takie porównanie z Lema. Dla ślimaka liczy się listek, do którego jest przyklejony na drzewie i nic poza tym nie ma. Dla robaczka w jabłku istnieje wszechświat, którym jest jej jabłko i dla niej to jest jej życie.
Tak samo, jak życie dzisiaj każdego młodego człowieka. To jest jego życie. Czy to jest oszustwo? Nie. Każdy garnitur ma swoją podszewkę.
[50:23] - Okej, Wiktorze, to teraz mam pytanie. Czasami słychać takie głosy, że pewni wariaci wymyślili sobie teorię symulacji i teraz zmuszają porządnych, rozsądnych ludzi, aby z tą teorią polemizowali, przynajmniej polemizowali. Ja pomijam fakt, że do tych wariatów zaliczane są często całkiem sprawne umysły, które w historii naszego świata sporo namieszały, intelektualnie namieszały. Na tym się nie skupiajmy może. W każdym razie przeciwnicy symulacji, jak powiedziałem, uważają ją za wymysł i porównują do próby refleksji nad tym na przykład, czy istniał Czerwony Kapturek. Czy istniał naprawdę, czy tylko jest sprawnie wymyśloną baśnią, historią, imaginacją? Czy my skazani jesteśmy na jałowe spory w tej kwestii? Ostatecznie dosyć zgodnie twierdzi się, że jeśli twórca czy też operator tej wyimaginowanej, przynajmniej na razie, symulacji nie będzie chciał, abyśmy odkryli prawdę, zdobyli dowody, to tych dowodów nie zdobędziemy. A może to nasz rozum, fantazja jest tak naprawdę kluczem do odkrycia, czy symulacja jest i czym ewentualnie jest?
[51:56] - Jak mówiłeś o tym, że jacyś ludzie zmuszają do przełknięcia tego pastetu wszystkich innych zdrowo myślących, to ja sobie pomyślałem, że przed chwilką mówiłem o nieskończoności, że w nieskończoności musi się zmieścić wszystko, czyli również wymysł tego faktu, że to jest bzdura. To również w nieskończoności musi się zdarzyć. A to teraz jest problem. Jak może współistnieć ze sobą coś, co jest oraz coś, czego nie ma i być nie może? Myślę, że dla Dalekiego Wschodu to jest naturalne. Natomiast dla nas, my koniecznie chcemy, żeby coś, co może być, na pewno było. Wziąć ten kamień do ręki, bo mam go, chwyciłem. A jeśli chwyciłem powietrze? Nie, broń Boże, ja trzymam kamień w ręku. A może to jest również powietrze?
Nie wiem. Myślę, że ci wszyscy ludzie dzisiaj młodzi, którzy maszerują tą ścieżką, po prostu maszerują i gdzieś tam dojdą do jakiegoś El Dorado. Nie, nie dojdą. Zawsze mówiłem, że Bóg może nie istnieć. Natomiast droga do Boga zawsze będzie istniała. Tak samo nie ma prawdy, ale droga do prawdy zawsze będzie istniała.
[53:39] - Tak naprawdę bardzo ciekawe jest to, co powiedziałeś o kamieniu i powietrzu. Bo kiedy sobie uświadomimy, że ciało stałe, coś, co wydaje się bardzo materialne, twarde i dla naszych zmysłów oczywiste, tak naprawdę w większości swojej objętości składa się z pustki, to w tym momencie przyznaję, że po pierwsze ta oczywista oczywistość, za którą bierzemy nasz materialny świat, trochę się zaczyna sypać, a po drugie, zobaczcie państwo, jak to jest. Ściskamy w ręku kamień, a tak naprawdę ściskamy może nie do końca powietrze, ale pustkę.
[54:26] - Tak, nic nie mamy tak naprawdę.
[54:30] - Wiktorze, czy o tym, że symulacja istnieje, może świadczyć dziwność naszego świata? Już tłumaczę, co mam na myśli. Zatem takie zjawiska jak te, które nazywane są zjawiskami paranormalnymi, różnego rodzaju duchy, UFO, błędy w Matrixie, jakieś glicze i tym podobne. Czy to może być jakiś może nie dowód, może poszlaka tego, że symulacja istnieje? A jeśli tak, to czy przypadkiem zwolennicy takiej tezy Nie zastawiają pułapki na samych siebie. Ostatecznie wymienione przeze mnie dziwności, zdaniem oficjalnej nauki w ogóle nie istnieją. Nie ma takich zjawisk jak te, które wymieniłem, chociażby duchy. Zatem rozumując w miarę logicznie, symulacja też nie istnieje.
[55:32] - W każdym konstruowaniu istnieje prawdopodobieństwo błędów, anomalii, błędów, przeskoków. Przypomina mi się stara gierka „Master of Orion". Otóż ludzie, którzy robili silnik do tej gry, ja mówię, może się mylę, może taka jest amerykańska matematyka po prostu, bo oni popełnili jeden błąd. Później oni pisali programy do bankowości, duże programy, którymi zasilali banki, bazy danych wielkie i tak dalej. Oni w tym „Master of Orion" popełnili jeden błąd, ale przecież programu tego źródłowego kodu się nie sprawdza, jedzie się dalej. Oni się tym nie zajmowali. Ten błąd przekoczował później do baz danych. Ja mówię prawdopodobnie, bo nie wiem, nie mogę nic na ten temat powiedzieć. Natomiast wydaje mi się, że to poszło dalej. A cóż oni takiego zrobili?
W naszej świadomości europejskiej, ja mówię, może amerykańska matematyka jest inna, w naszej świadomości 100% to jest 100%. W 100% jest coś skonstruowane albo w 100% coś zniszczone. Jeśli jest zniszczone, to tego nie ma. Po prostu nie ma. Ale w tym programie, tocząc bitwę ze statkami obcych, niszczysz ten statek obcych, on schodzi do zera wytrzymałości, jest w 100% zniszczony, ale dalej leci i dalej strzela, gdyż on musi mieć 101. To znaczy musi być 1% powyżej 100. Ja mówię, może taka jest amerykańska matematyka. To zostało i to przeszło do paru gier, które ja znam, do „Cywilizacji" również, bo to jest ten sam ciąg i tak dalej. To jest błąd i podejrzewam, że wielu ludzi korzystających z jakichś bankowych manipulacji na świecie straciło fortunę dzięki temu, że mieli na przykład uzupełnić jakieś konto w 100%, ale oni to zrobili w 100%, a bank mówi, że niestety nie spełnili warunku, bo należało 101 zrobić. I to jest błąd nie do odkrycia.
To jest proste. Grzech pierworodny. To jest grzech pierworodny, który później wędruje i takich błędów prawdopodobnie namnożyło się w programowaniu, tym klasycznym mnóstwo, których my nie dostrzegamy, bo prawdopodobieństwo ich zaistnienia jest bliskie zeru. Ale one istnieją. Zwróć uwagę, że podobnie działa przyroda. W naszym genotypie też jest mnóstwo błędów, mnóstwo rzeczy albo zbędnych, niepotrzebnych, przestarzałych i tak dalej, które przyroda nie zdążyła wymienić. Zresztą nie warto. Szkoda się tym zajmować, bo my jedziemy do przodu, konstruujemy dalej. I teraz takie błędy mogą co pewien czas właśnie zachwiać tą rzeczywistością naszą w pełni racjonalną, w której wszystko pasuje. 100% to jest 100%, zero to jest zero i tak dalej, a nagle się okazuje, że zero nie jest zero, 100% nie jest 100% i tak dalej.
Czyli nagle się pojawiają gdzieś jakieś duchy, nagle się pojawia jakaś anomalia, nagle UFO na niebie fruwa i tak dalej. Może to są po prostu błędy programowania albo błędy, jeszcze dalej, stwarzania, tworzenia. Jak mówimy o tworzeniu światów, to bardzo chętnie bym tutaj dowiązał, że przecież cała nasza robota, czyli pisarze, to również jedni z pierwszych twórców innych rzeczywistości. Każda książka opisująca jakiś świat, w który trzeba się wczuć, zrozumieć, to jest próba stworzenia jakiejś rzeczywistości, która w naszym odbiorze, jeśli ta wizja w książce jest wiarygodna albo porywająca, ona w naszym mózgu staje się rzeczywistością. My śnimy w nocy przejęciem jako dzieci o tym Czerwonym Kapturku, krasnoludkach i Śródce Marysi, i tak dalej. My tutaj po pograniu w tego całego naszego „Wiedźmina", śnimy po nocach o wikingach jakichś i tak dalej. Po prostu rzeczy niezwykłe, wyłamujące się prawom, zasadom tego, według mnie muszą się pojawiać. Muszą po prostu się pojawiać. Czy z tego wynika jakaś reguła? Nie wiem.
Takie błędy mogą być czasami wielką pożytką dla odkrywców, bo może on odkryć, że Taki błąd można wykorzystać. Nie mówiąc o tym, co można na giełdzie zrobić czy w internecie, posługując się anomaliami wpuszczanymi jak ulotne piórko, niedostrzegalne dla rzeczywistości internetowej. To tylko jest coś, co ma zadziałać gdzieś, w jakimś tylko momencie. A przyroda też tak robi. Może ten koronawirus to też był taki jakiś puszczony na próbkę, że tak powiem, jak się zachowamy, co zrobimy i tak dalej, co ocaleje i tak dalej. Dał radę, to pójdziemy dalej. Zobaczymy.
[01:01:59] - Tego pójdziemy dalej trochę się boję, mówiąc szczerze. Ale zwróć, Wiktorze, uwagę, powiedzieliśmy przed chwilą o błędach, ewentualnych błędach, ale z drugiej strony zwolennicy symulacji przytaczają argument, że nasz świat, a właściwie nasz wszechświat jest skonstruowany niesamowicie precyzyjnie. Podają przynajmniej kilka wartości dotyczących fizyki i chemii, które dotyczą tysięcznych części. To jest przykład, gdyby tam jest wartość, powiedzmy 0,008, gdyby było 0,007, to wszechświat by się nie udał i gdyby było 0,009 też by się nie udał.
[01:02:54] - Marku, dobre piwo jest dobrze skonstruowane w 100%. Gdyby było odrobinę nie w tą albo tego, to by było złe piwo po prostu. Tak samo jest z wszechświatem. Zawsze bardzo lubię tą moją taką anegdotyczną powiedzonko: jaki ma kształt piwo w butelce? Kształt butelki. My jesteśmy, cały wszechświat zawiera nas, gwiazdy, nas, Żykiewicza i Żelkowskiego i tak dalej, i paru innych i tak dalej. My jesteśmy zawartością tej butelki. I teraz jaki mamy kształt? Musimy, nie ma innego wyjścia. My mamy kształt butelki.
Wszystkie prawa, które można zobrazować kształtem, dotyczą również wszystkiego, co zawiera wewnątrz ten wszechświat. Stąd dla mnie oczywiste jest, że jeżeli jest jakiś parametr taki, a nie inny, który dotyczy kształtu całej butelki, to on się musi sprawdzać na każdym poziomie wewnątrz tego, żeby piwo było piwem dobrym.
[01:04:12] - I tym optymistycznym akcentem kończymy. Pięknie ci, Wiktorze, dziękuję. To nie była rozmowa o twardej symulacji, ale myślę, że wiele ciekawych wątków, wiele ciekawych przemyśleń w trakcie tej rozmowy się pojawiło. Jeszcze raz dziękuję.
[01:04:31] - Dziękuję.
[01:04:31] - Proszę państwa, dochodzę do wniosku, że teraz jest najlepszy moment, żeby odwołać się do świata filmu. Piotr Cielebiaś już czeka, a mamy dzisiaj dla państwa „Filmotekarium: Seriale”. Serial nieoczywisty dzisiaj, ale myślę, że bardzo ciekawy. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:05:02] - Witam serdecznie.
[01:05:04] - Tak, seriale, seriale, seriale. Dzisiaj, jak by to państwu powiedzieć, będzie serial, ale serial inny niż państwo sądzicie, bo serial dokumentalny. Aż się zastanawiam, czy on jest dokumentalny. W każdym razie odwołujący się do wydarzeń ponoć prawdziwych. W sporej części tak, chociaż ostatni odcinek tego serialu, będą tacy, którzy będą mieli wątpliwości, ile tam było faktów, a ile było tam fantazji i imaginacji.
[01:05:46] - Tak. A w dzisiejszym odcinku przyglądamy się najnowszej czwartej serii dokumentalnej Netflixa pod tytułem „Niewyjaśnione tajemnice”. Tak, dzisiaj, jak powiedziałeś, omawiamy serial dokumentalny, bo przecież tak naprawdę nigdy nigdzie nie wspominaliśmy, że będziemy się zajmować tylko serialami fabularnymi w tej naszej podserii. A omawiamy go z takiego szczególnego względu, bo na tle takich ogólnych rozważań, których dokonamy, ogólnych rozważań nad dokumentami, które zalewają streamingi przecież, to przyjrzymy się sprawie opisanej w ostatnim odcinku, sprawie Mothmana z Chicago albo jak niektórzy mówią z Czekago, która to sprawa została do niewyjaśnionych tajemnic serii, która jest poświęcona zupełnie czemuś innemu, doklejona, bo tak naprawdę jest to serial o zbrodni. Ale jak mówię, wybraliśmy to z powodu Mothmana, którym pewnie wielu z was się interesuje, a już Mothmanem z Chicago to pewnie się zainteresuje bardziej niż tym zwykłym, bo to jest coś nowego wreszcie. Ale chciałbym, Marku, żebyśmy też dzisiaj trochę takiej ogólniejszej refleksji nad dokumentami albo quasi-dokumentami dokonali, bo odkąd powstały streamingi, ich właściciele oferują, widząc sporo seriali dokumentalnych z bardzo różnych dziedzin, od sportu przez seriale o celebrytach, historyczne, ale na takim Netflixie mamy spory wybór też dokumentów poświęconych UFO na przykład. Czy to jest wymóg? Nie wiem. Czy to jest takie prawo naszych czasów, ale możemy zauważyć, że często te dokumenty na streamingach są dobierane według takiego klucza zainteresowania opinii publicznej, tak mi się wydaje. Czyli to, co jest popularne, trafia na dokument.
Jak była Taylor Swift, to było Taylor Swift. Chyba to teraz jest na topie. Jak był Lewandowski, to był Lewandowski i tak dalej. Ale Marku, czy te dokumenty z Netflixa i z innych streamingów, chociażby te omawiane dzisiaj „Niewyjaśnione tajemnice", one twoim zdaniem wypełniają definicję filmu dokumentalnego? Czy to są po prostu, albo inaczej, czy to nie są przypadkiem takie przydługie reportaże?
[01:08:01] - Słyszałeś, że się zawahałem w pierwszych swoich zdaniach, czy to są dokumenty. To właśnie jest źródło tego zawahania, że ja nie do końca jestem przekonany, że to są typowe filmy dokumentalne. Pewno w trakcie audycji rozszerzymy argumentację. Natomiast ja bym chciał jeszcze coś powiedzieć o samym serialu. Po pierwsze, on jest robiony według pewnego klucza, bardzo prostego, polegającego na tym, że na końcu każdego odcinka pojawia się komunikat pisany, że jeżeli państwo coś wiecie na temat przedstawiony w danym odcinku, to prosimy o kontakt. Jest podana strona internetowa. Kontaktujcie się państwo, jeśli wiecie coś więcej. Czyli prosta metoda przyciągnięcia ludzi, a z drugiej strony być może próba wyjaśnienia rzeczywiście zagadkowych spraw. Ale ja bym chciał powiedzieć coś jeszcze, bo Piotrze, skupiłeś się na ostatnim odcinku tej serii czwartej o Mothmanie. Natomiast ja jestem przekonany, że pozostałe filmy z tej serii również zawierają w sobie pierwiastek, i tu się waham, niech będzie paranormalny.
Zaraz to uzasadnię. Otóż pierwszy z tych odcinków dotyczy bardzo znanej sprawy, czyli Kuby Rozpruwacza. Mamy wiek XIX, końcówkę i przedstawiona jest cała historia z różnymi jej odgałęzieniami oraz rzeczywiście z takim apelem jak to było. I przyznacie państwo, że jeśli nawet zerknąć do motywów literackich, to na temat Kuby Rozpruwacza powstało multum książek, multum opowiadań. Każdy z autorów próbował to przynajmniej literacko jakoś wyjaśnić. Inni autorzy piszący bardziej może nie prozę, a bardziej jakiś dokument czy jakieś inne formy literackie, ale takie bardziej paradokumentalne, oni również poświęcali Kubie Rozpruwaczowi sporo materiału, sporo książek powstało. Ale to jest jeszcze nic, bo pomiędzy pierwszym odcinkiem mówiącym o Kubie Rozpruwaczu a odcinkiem piątym o Mothmanie są jeszcze trzy poświęcone pozornie zwykłym zbrodniom. Wiecie państwo, jak to się w Stanach Zjednoczonych zdarzają. Ale ja się przyjrzałem tym zbrodniom, tym odcinkom bardzo uważnie. Niektóre nawet oglądałem fragmenty po kilka razy i mam wrażenie, że zdolny autor piszący prozę taką kingowską albo taką prozę gdzieś z pogranicza kryminału, sensacji i fantastyki szeroko pojętej, to byłby dobry materiał na twórczość.
Dlaczego? Bo tam w poszczególnych odcinkach pada szereg pytań, na które nijak nie można odpowiedzieć tak po prostu. Jest tam historia morderstwa kobiety, której mąż wyjechał. Był daleko, a ona zmarła w piwnicy. Zmarła, miała uszkodzenia ciała, rozmaite, brutalne i tak dalej. Nie wykryto sprawcy. Tam jest szereg śladów, które powinny być, a ich nie było. W dodatku w domu był pies, który zawsze schodził do piwnicy, a tym razem nie zszedł przez dwa dni, dwie doby i tak dalej. To się wydaje pozornie normalne, ale jeśli próbuje się ułożyć te fakty podawane w filmie w jakiś logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy, który na przykład dla prozy jest rzeczą charakterystyczną i wręcz wymaganą, to ciężko jest to zrobić bez użycia jakiegoś elementu fantastycznego. Nie mówię fantastycznonaukowego.
Może być element paranormalny. To jest przykład tej młodej mężatki. To jest też przykład pewnej studentki zamordowanej w nieczynnym teatrze, w którym ona spędzała noc i tam sobie ćwiczyła. Została zamordowana. Wszystkie te trzy odcinki naprawdę, jak się dobrze w nie wgłębić, gdzieś tam powiewa taka flaga pod tytułem: jak nie użyjesz paranormalium, to nic z tego wyjaśnienia nie będzie. Ja oczywiście trochę nadinterpretowuję, robię to specjalnie, ale myślę, że te zbrodnie da się prościej wytłumaczyć właśnie z użyciem jakiegoś paranormalnego narzędzia niż w sposób rzeczowy, naturalny, policyjny czysto. Zresztą policja próbowała to robić. To są śledztwa, które trwały latami i absolutnie nic z tego nie wynikało. I dlatego ten serial przykuł mnie do siebie. Oczywiście klasą samą dla siebie, jeśli chodzi o sposób opowiadania, bo zaraz powiemy o Mothmanie i o tym odcinku o Mothmanie, ale już właśnie klasą taką w tej kategorii opowiemy państwu historię, która was zainspiruje, bo ja też tak patrzyłem na ten serial.
To właśnie odcinek ostatni, odcinek piąty o Mothmanie był takim odcinkiem, który mógłby napędzać jakiegoś człowieka piszącego historie niezwykłe. Jak to się ma do faktów, to jest zupełnie inna sprawa.
[01:13:59] - Ten renesans dokumentów, Marku, on też ma swoją cenę i tą ceną jest rzetelność i chwytliwość, plus stopień fabularyzacji czasem. Ja, szczerze mówiąc, powiem ci, skłaniam się do takiego wniosku, że ten serial, o którym dzisiaj mówimy, on ma w sobie elementy dokumentu mimo wszystko. Natomiast ja się cofnę trochę w czasie do początku wieku XXI. I przypomnę wam i sobie filmy produkcji Discovery z początku, lata dwutysięczne, początek lat dwutysięcznych. Powiem tak: bomba to była, bardzo wysoki poziom, ogromna dawka wiedzy. A dzisiaj? Dzisiaj widzimy, że takie kanały jak History czy Discovery prezentują w większości papkę, jakieś paradokumenty czy programy typu na przykład „Pojedynek kowali” czy „Pojedynek bimbrowników”. Przecież flagowy dokument History, czyli „Starożytni kosmici” to też nie jest dokument, bo on się posługuje pewnymi chwytami retoryczno-obrazowymi, że tak powiem, które mają przekonać widza do tego, jaki ten świat przedstawiony według autorów jest. Czyli nie jest to po prostu obiektywne. Ale wszystko ma swoją cenę, prawda?
Ogólnie można tutaj też zacząć dyskusję nad tym, gdzie leży granica między filmami edukacyjnymi a dokumentami. Bo w przypadku filmów starego typu, takich popularnych, telewizyjnych, to się łączyło jedno z drugim. Często filmom o zwierzętach na przykład, jak pamiętacie, czy o historii towarzyszyły kulisy takiej codziennej pracy naukowców, którzy się zajmowali jakimś problemem na przykład. I opowiadanie o kulisach jakiejś zbrodni, jak w przypadku dzisiejszego serialu, spotkania ze śledczymi czy osobami, które te śledztwa kontynuują, to też jest takie zahaczenie o film dokumentalny. Bo zresztą fajne w tym jest to, że pokazuje się bohaterów, rodziny bohaterów. Bohaterów to rzadko, bo bohaterowie niestety nie żyją głównie, ale pokazuje się rodziny świadków, ludzi, którzy byli w to zaangażowani. Ale wiesz, przejdźmy do tego Mothmana, bo wielu naszych słuchaczy i moich, i twoich zaintrygował ten Mothman z Chicago. Dawno o nim żeśmy nie słyszeli, a to jest sprawa, która była głośna, ja wiem, może niecałe 10 lat temu, kiedy te pierwsze relacje zaczęły się ukazywać. Do całej serii historia Mothmana z Chicago pasuje jak kwiatek do kożucha. Nie wiem, czy się zgodzisz.
Nie wiąże się w żaden sposób ze sprawami kryminalnymi jeszcze, ale autorzy postanowili go tam jakoś wpleść. Nie wiem po co. Natomiast dowiadujemy się z tego ostatniego odcinka o całej serii obserwacji dziwnych latających stworzeń. I to jest fajne, że wyjaśnia się w tym serialu, iż one zostały tylko na potrzeby, że tak powiem, może nie dokumentu, tylko zostały nazwane Mothmanem przez prasę, przez opinię publiczną. Natomiast tak naprawdę może być to coś innego niż ten słynny Mothman z Point Pleasant. Ta istota albo te istoty raczej, bo z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że ich jest więcej, co wynika zresztą z samych relacji świadków. One się pojawiają w bardzo różnych miejscach: i na terenie miasta, i na przedmieściach gdzieś tam, i nad osiedlami. Ale też dowiadujemy się, że na przykład te stworzenia były widziane nad słynnym chicagowskim lotniskiem O'Hare, gdzie też ponoć są bardzo wiarygodne relacje mówiące o tym, że ktoś widział te czarne, ciemne stworzenia ze skrzydłami, które stoją na pasie startowym. Powiem ci, że kiedy sobie oglądałem ten ostatni odcinek, wróciła pasja. Wróciły wspomnienia o kryptozoologii, o pierwszej dziedzinie, którą się tak naprawdę interesowałem.
Ale też nam pokazuje ten odcinek, jaka to jest trudna sfera tak naprawdę, bo tam mamy pokazanych badaczy, między innymi założyciela bloga „Phantoms and Monsters”, którzy próbują dociec prawdy i nagle się okazuje, jakie to jest wszystko trudne.
[01:18:13] - Piotrze, ale jeśli miałbym mówić na razie dobre rzeczy, to powiem tak: że to jest odcinek, który nie zasklepia tematu, nie czyni go płaskim, jednowymiarowym. Mówisz, że pasuje trochę jak kwiatek do kożucha. Ja myślę, że klucz tego serialu zaczyna się powoli przesuwać w kierunku po prostu spraw niewyjaśnionych, tak jak jest w tytule. Ale to nie muszą być tylko i wyłącznie sprawy kryminalne. Tak że ten stosunek cztery do jednego trochę przemawia nie do końca za moją interpretacją, ale być może w kolejnych sezonach będzie inaczej. A wracając do Mothmana powiedziałem, że nie spłaszcza tematu, bo my słyszymy w tym odcinku różne teorie, różne domniemania może bardziej, odwołujące się do historii Mothmana. Czyli z jednej strony istota, która wieszczy jakieś nieszczęście, może istota prawie piekielna, ale tam się pojawia motyw innego wymiaru, równoległej rzeczywistości. W pewnym momencie, kiedy mowa jest o takich obserwacjach, takich Mothmanów trochę bez skrzydeł, takich istot, które są jakby sylwetką człowieka unoszącą się gdzieś w przestworzach, to mamy dodatkowy element, który wzbogaca tę historię o takie pytanie. Ono nie jest wypowiedziane, ale może to w ogóle jest zupełnie coś innego. Nie wiadomo, czy z tego świata, a może równoległego, a może to przyleciało z daleka?
To jest dla mnie, jeśli miałbym, na razie jesteśmy w fazie chwalenia, więc jeśli miałbym chwalić, to właśnie to, że udało się scenarzystom odcinka nie stłamsić tematu, nie doprowadzić go do tego: „A wiecie panie, to są takie istoty, co one jak gdzieś przylecą, to zaraz się jakiś most zawali albo jakaś wieża rozpierdzieli”. Nie. Powiedziano o tym, to wszystko gdzieś tam przebija, ale to jest moje odczucie, że nie spłaszczono tematu. Co zresztą bardzo prosto, to tak jak powiedziałeś Seriale dokumentalne czy paradokumentalne. Co więcej, posługujące się na przykład materiałami ze śledztwa. W różnych odcinkach używane są zdjęcia, a nawet filmy z poszczególnych wizji lokalnych i tak dalej. Tutaj też mamy wywiady z osobami. Oczywiście są pewne sceny inscenizowane, ale one mają nam przybliżyć sytuacje, które się wydarzyły. Mnie się to w sumie podobało. Dalej będę trzymał się tego, że to rzeczywiście nie są te filmy, które z zapartym tchem w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku za pośrednictwem Discovery oglądałem.
To jest zupełnie inna produkcja już dzisiaj. Trochę żałuję, że tamto nie wraca i chyba nie ma szans, żeby wrócić. Ale dobra, mamy to, co mamy i jeśli chodzi o serial, o którym dzisiaj mówimy, to to nie jest sieczka i to nie jest najgorsze moim zdaniem.
[01:21:52] - Chociaż niektórzy mogą powiedzieć, że to jest fajne dlatego, że są historie, które są fajne. Są proste historie, nie trzeba tam za dużo wkładać wizualnie, żeby one bardziej przemawiały do wyobraźni. Po prostu są ciekawe opowieści i tyle. Ale wracając do tego Mothmana chicagowskiego, to jak mówiłeś, on jest opisywany bardzo różnie. Raz jako latający człowiek, innym razem jako monstrum humanoidalne. Jeszcze inne relacje podkreślają podobieństwo do ptaków, do nietoperzy. On się manifestuje przed świadkami po to, żeby ich wystraszyć. Tak z tego wynika, żeby wzbudzić przerażenie, najczęściej zwraca ich uwagę na siebie dziwnym dźwiękiem, który przypomina skrzek. Stworzenie z tego, co oni mówią, pojawia się głównie wieczorami, ale były też obserwacje dzienne, bardzo tajemnicze. I w zasadzie to tyle.
Przypadki przedstawione w dokumencie, opowieści ludzi są interesujące co najmniej. To trzeba docenić. Ja myślę, że oni ich tam nie podkupili w żaden sposób, ale nagle się znajdują ludzie, którzy mówią o czymś takim. I to nie są, na pozór, nie można ocenić człowieka na pierwszy rzut oka, ale wydaje się, że to byli w miarę ogarnięci ludzie, którzy opowiadali o swoich spotkaniach z czymś niezwykłym nawet bardzo. Albo inaczej, czymś, z czym raczej się nie idzie dzisiaj do mediów. Potrzeba jednak sporej dawki odwagi, żeby o czymś takim mówić. Co innego, kiedy nawet miałbyś jakieś zdjęcia, co innego opowiadać historię o czymś, co w sumie nawet nie wiadomo jak sklasyfikować. Bo co to było? Nikt nie wie. Ile z tych relacji można sobie wytłumaczyć na przykład obserwacjami dużych ptaków, bo to też jest w jakimś stopniu możliwe.
To wszystko jest ciekawe, muszę powiedzieć, i to bardzo. Dodatkowo, jeżeli weźmiemy pod uwagę innych Mothmanów z innych części świata, to daje to do myślenia. Chciałbym natomiast wreszcie doczekać takiego momentu, kiedy pojawią się jakieś materiały wizualne, jakiekolwiek. Bo z drugiej strony mamy sytuację wręcz paradoksalną, że w jednej z największych metropolii w Ameryce, pośrodku niezliczonych komórek, na oczach monitoringu wszechobecnego dzieją się takie rzeczy związane z istotą nie z tego świata. To skoro nie ma zdjęcia, ludzie to widują, to może źródło tkwi gdzie indziej. Ale wiesz co? Z tym dokumentem to jest tak, że myśmy go tutaj trochę pochwalili, a wiele osób się może nie zgodzić. Pamiętajcie, że my mówimy o czwartej serii dzisiaj tylko, bo nas zainteresowały historie. Przyznam, niektóre były fajne, inne mniej. Zaczęcie serii od Kuby Rozpruwacza nie było dobrym pomysłem, dlatego że moim zdaniem to jest temat tak rozwałkowany już, że naprawdę trzeba znaleźć coś bardzo nowatorskiego albo przykuwającego uwagę, żeby to pociągnąć.
Natomiast te pozostałe historyjki były dobre. Historyjki, historie, to były opowieści o ludziach, którzy zginęli. To nie były takie sobie historyjki i to są sprawy niewyjaśnione. Może ocenę, powiem ci Marku i powiem wam, drodzy słuchacze, tej serii i tego serialu całego przyćmiła ta ostatnia część, że to po prostu wpasowało się w pewne moje zainteresowania i pewnie wielu z was też. Natomiast jeżeli chodzi o technikalia, o filmach dokumentalnych można dyskutować bardzo długo. Są tacy, którzy uznają, że my się na tym pewnie w ogóle nie znamy i prawdziwy dokument, taki autorski, aspirujący, z ambicjami to jest coś w ogóle innego i Discovery to nawet nie leżało nigdy koło filmów dokumentalnych. Ale my się dzisiaj skupiamy na czymś dla gawiedzi. Nie skupiamy się na produkcjach, które są pokazywane na festiwalach filmów dokumentalnych, nie skupiamy się na nowatorskim ujęciu pewnych rzeczy. Pokazujemy coś, co w opinii mas i też streamingów uchodzi za dokument. Wykonanie oceńcie sami.
To jest wszystko robione maszynowo. Ciekawe jest to, że docierają do ludzi, którzy z jednej strony byli świadkami pewnych zdarzeń, brali udział w pewnych historiach. To jest na plus. Natomiast jeżeli chodzi o samą warstwę wizualną, to można sobie tutaj długo dyskutować. Natomiast to wszystko, jak mówię, jest robione maszynowo, to jest robione dla widza, żeby miał czym zapchać oczy tak naprawdę. I tyle. A czy można zrobić w przypadku Mothmana coś więcej od wysłuchania świadków? Niestety wątpię, bo przecież samej kryptydy czy samego demona na tak zwany interview zaprosić się nie da.
[01:26:50] - Wiesz Piotrze, ja mam kilka jeszcze takich obserwacji Bo w tym serialu bardzo często gra się emocjami, bo chociażby w tym ostatnim odcinku o Mothmanie nagle wyskakuje jakiś cmentarzyk gdzieś w pobliżu lotniska, na którym ponoć te Mothmany się zbierają. To nie jest rozszerzone, to jest tak rzucone. A teraz sobie państwo przeżyjcie to sami i niech to w waszych głowach pracuje. W mojej głowie zaczęło to pracować. Rzeczywiście to są filmy, które moim zdaniem mają pobudzić wyobraźnię, dlatego są mi bliskie, bo one troszeczkę tak działają. Z drugiej strony na plus znowu muszę powiedzieć, że w pewnym momencie pojawia się przecież motyw czapli i tego, że człowiek, który mówił, że widział coś tam, widział, że leciało, to Mothman pewno był. A tu się nagle jak zbliżenie się robi i w ogóle jest cały fragmencik poświęcony czaplom w tych okolicach, że one rzeczywiście w pewnych warunkach mogą być brane za tego Mothmana właśnie. I to też jest na plus, że oni nie idą tak na rympał, że wiecie panie, tu mamy Mothmana i nic więcej. Jednak jakiś element takiego zapytania. Być może on jest zrobiony tak z czystej przyzwoitości, żeby to już nie było tak jednostronne, ale jednak warto, żeby czasami w takim huraoptymistycznym materiale, że tu już gdzieś ta krypteda sobie polatuje nad nami, żeby taką łyżkę dziegciu wrzucić w to wszystko, że może niekoniecznie, że może my po prostu czasami widzimy to, co chcemy widzieć, że zmysły w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo przyzwyczajeni do tego, że jak coś widzimy, to widzimy.
I czasami, kiedy nam ktoś później pokazuje, że to, co widzieliśmy, to było zupełnie coś innego, to nam jest trudno uwierzyć. Ja po swoich licznych różnych doświadczeniach niezwiązanych z paranormalnością, tylko z życiem, wiem już dokładnie, że ufanie własnym zmysłom jest zwodnicze bardzo często. I to się nie wiąże z tym, że im człowiek starszy, tym ma gorszy wzrok, może gorszy słuch i w ogóle zmysły mu siadają. Raczej z tym, że nasz mózg obrabia informacje, które dostajemy i czasami je obrabia w taki sposób, żeby był pan zadowolony. To nie do końca tak działa i myślę, że zarówno ten odcinek o Mothmanie, ale te inne odcinki. Przecież tam przynajmniej w dwóch odcinkach jest mowa o tym, że śledczy byli przekonani, że wyjaśnili sprawę. Wszystko się zgadzało, absolutnie wszystko. Właściwie należało gościa skazać, a potem się okazywało, że nie, że to zupełnie bzdura, chociaż wszystko się zgadzało. Prawie wszystko, bo później się nie zgadzał jeden element, który absolutnie wykluczał to, do czego oni wcześniej doszli i trzeba było po części przynajmniej zaczynać śledztwo od nowa. Więc ten serial pokazuje również, że łatwe wyjaśnienia to są wyjaśnienia, które w przypadku tych spraw przedstawionych nie działają.
One bardzo często działają, bo policja jest doświadczona, czy to w Stanach, czy to w Polsce, czy może gdzie indziej. Oczywiście ta policja ma swoje ciemne strony, o których może dzisiaj nie mówmy, ale jednak doświadczeni śledczy potrafią czasami niejako intuicyjnie pewne rzeczy wyłowić i idą po nitce do kłębka. A tu dostaliśmy sprawy różne, w których intuicja zawiodła śledczych. To wszystko nie przebiegało tak, jak się układało w ich głowach. Wręcz przeciwnie, szło to zupełnie inaczej. I proste wyjaśnienia, jakieś stosowanie brzytwy Ockhama absolutnie nie działało. Tu by trzeba właśnie zapomnieć o brzytwie Ockhama i próbować mnożyć byty ponad miarę, bo być może tylko to byłoby w stanie owe śledztwa doprowadzić do końca. Ale oczywiście żyjemy w czasach racjonalnych i takich rzeczy się nie robi. W każdym razie ja ten sezon serialu wspominam dobrze, nawet powiem ci Piotrze, ten Kuba Rozpruwacz rzeczywiście to chyba najsłabszy odcinek. Jak na otwarcie sezonu to słaby pomysł, ale nawet on był zrobiony na tyle przyzwoicie, że nie odstraszał.
A to już jest dużo w przypadku tego tematu.
[01:31:44] - Tak. Ja tylko dodam na koniec, że przyszło mi zapoznać się z kilkoma dokumentami Netflixa na temat zjawisk paranormalnych. I rzeczywiście powiem ci, że konwencja, w której Mothman jest przedstawiony jako część serialu tak naprawdę o śledztwach kryminalnych, gdzie przyglądamy się różnym rzeczom, nie jest tak najgłupsza. To znaczy nie poszło to wszystko w stronę aż takiego absurdu, jak w tych innych produkcjach, które mam nadzieję kiedyś sobie tu czy pod innym szyldem omówimy.
[01:32:18] - Tak, proszę państwa, to myślę, że dobrym materiałem na teraz będzie recenzarium Ewiwy. Dzisiaj książka, właściwie bardziej komiks. Zresztą co państwo lubicie, bo są też filmy rysunkowe i filmy z aktorami. W każdym razie zapraszam na opowieść o Asteriksie.
[01:33:10] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Mamy 52. rok przed narodzeniem Chrystusa. Cała Galia jest podbita przez Rzymian. Cała? Nie. Tak się zaczyna właściwie każda opowieść o przygodach Asterixa i Obeliksa. To chyba najsławniejsza para w komiksach, a także ostatnio w filmie. Bazuje na dość znanym stereotypie. Jeden jest mały i sprytny, a drugi wielki, silny, ale dość tępy.
Jednak Asterix i Obelix to wyjątkowa para. Skąd się w ogóle wzięli? Należałoby pomyśleć. W swoim czasie opowiadałam o naszym polskim odpowiedniku, to znaczy o Kajku i Kokoszu. Janusz Christa początkowo wypierał się inspiracji francuskim komiksem, potem jednak przyznał, że stamtąd właśnie wziął pomysł. Chociaż to, co stworzył, w zasadzie niewiele miało wspólnego z pierwowzorem. Jednak ten pierwowzór też musiał się skądś wziąć. Myślę, że dla Francuzów Asterix i Obelix odreagowują pewne francuskie traumy. Fakt jest taki, że Juliusz Cezar nie tylko podbił Galię, ale również urządził tam rzeź nie gorszą niż Hitler w Polsce i w ogóle w Europie. Nie zapominajmy, że to były zupełnie inne czasy.
Wtedy tym większym byłeś bohaterem, im więcej zostawiłeś za sobą trupów, im więcej ludzi zniewoliłeś. My teraz mamy na ten temat zupełnie inne zdanie. Francuzi do dzisiejszego dnia chyba nie pogodzili się z tym, że Rzymianie przejęli kontrolę nad Galią. Szczególnie że mało brakowało, a udałoby się im obronić swoją ziemię. Na przeszkodzie stanęła rzeczywiście cecha wytykana nieraz w komiksach, czyli po prostu kłótliwość. Ale nie tylko. Chodziło o to, że Galia była podzielona na wiele różnych plemion, często ze sobą skonfliktowanych. Ich współpraca musiała się w końcu załamać, szczególnie że każde z plemion chciało przewodzić. Wódz Wercyngetoryks, nieraz wspominany na kartach komiksu, miał dostatecznie dużo charyzmy, żeby zjednoczyć te plemiona, ale niedostatecznie dużo, żeby to zjednoczenie mogło przetrwać. Cała Galia zapłaciła za to straszliwą cenę.
Niestety nie mieli magicznego napoju i nie istniała też wioska, która by stale i wciąż stawiała opór najeźdźcy. Na pewno przykro o tym wspominać. Stąd Asterix oraz jego przyjaciele, którzy napędzani magicznym napojem co i raz sprawiają niezłe manto Rzymianom. Ciekawe swoją drogą, co by powiedzieli sami Rzymianie, gdyby jakimś magicznym sposobem dostali ten komiks do ręki. Może by pękali ze śmiechu, a może by się śmiertelnie obrazili. W każdym razie przygody Gala Asterixa to rodzaj kompensaty tamtych wydarzeń. No i trzeba przyznać, że też doskonała zabawa. Przeniesiono komiks na ekran początkowo w formie kreskówki, potem w formie filmów aktorskich. Nie zawsze udanych. Jednak dlaczego właściwie tak się stało, że przygody dzielnego Gala interesują nie tylko Francuzów, dla których stanowią, tak jak powiedziałam wcześniej, podstawę do przepracowywania bardzo dawno odniesionej traumy.
Po prostu w pewnym sensie jest to komiks nie tylko ponadczasowy, ale i przekraczający z powodzeniem granice państw. Przetłumaczono go na bardzo wiele języków, co wcale nie było proste, ponieważ należało charakterystyczne dla Francji żarty słowne i sytuacyjne niejako przełożyć na inne kulturowo. Na pewno to niełatwe, ale możliwe do wykonania, co wskazuje liczba tych przekładów. Chyba na wszystkie języki przetłumaczono ten komiks, bo też zawiera on poza walką z Rzymianami. Bo oczywiście Francuzi bardzo by chętnie uczyli się na historii, jak to dzielni Galowie sprali Rzymian na marmoladę, zamiast uczyć się, że sami im ulegli. Zawiera jednak też pierwiastki, które przemawiają do wszystkich, jak właśnie humor, lojalność, honor. To wszystko jest na kartach tych komiksów. Asterix i Obelix są przyjaciółmi na śmierć i życie. Obaj są nieco infantylni. Oczywiście dość wspomnieć, że są przyjaciółmi na takiej samej zasadzie, na jakiej kumple z podwórka, czyli przyjaźnią, która na przykład zupełnie nie uwzględnia związków między płciowych.
Nawet można by się, co teraz jest bardzo modne, doszukiwać czegoś nie bardzo dla dzieci w tej ich przyjaźni, co oczywiście nie byłoby prawdą. Ale nie tylko to jest takie ciekawe. Myślę, że wielu z czytelników tego komiksu chętnie by się przeniosło do ich wioski. Co prawda mieszkańcy strasznie się kłócą, dochodzi między nimi nawet do bójek, ale zawsze potem się godzą i wyprawiają wielką ucztę. Są ogromnie skonsolidowani i mają też wiele pozytywnych cech. Mimo nie tylko kłótliwości, ale też pewnej mizoginii można się dopatrzeć akcentów rasistowskich oraz wszelkiej możliwej nietolerancji. Aż dziw, że teraz nikt tego nie wziął na warsztat, skoro obrywa się nawet niewinnej Pipi. Myślę, że jak poczekamy, to się doczekamy. Chociaż uważam, że byłoby Wielką szkodą, gdyby ten niewinny komiks zniknął, gdyby padł ofiarą cancel culture, którą teraz obserwujemy. Mam nadzieję, że tak się nie stanie.
Jego ogromna popularność spowodowała, że nawet po śmierci twórców inni kontynuowali ich dzieło w mniej lub bardziej udany sposób. I oby było tak dalej. Bo tak naprawdę Asterix i Obelix to nie tylko skarb narodowy Francji, ale i całego świata. Myślę, że się zgodzicie ze mną. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:39:44] - Proszę państwa, to teraz Piotr Cielebiaś jeszcze nie poszedł sobie był. W związku z tym zapraszam na małpę. A dzisiaj śmieję się, ale powiem to: najnowsza nowość, czyli książka pana Elizondo. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:40:11] - Witam, witam i jeszcze raz witam.
[01:40:13] - Ja powiem w ten sposób: użyję świadomie zupełnie pewnego zwrotu, który mnie normalnie odrzuca, ale będziecie państwo teraz mieli w naszym wykonaniu najnowszą nowość. Jakby mogła istnieć najstarsza nowość. Ale dobrze. Najnowszą nowość na rynku książek poświęconych zjawisku UFO, UAP. Książka, która jeszcze zanim pokazała się na rynku, obrosła legendą. Książka, której w języku polskim na razie państwo nie uświadczycie, ale jest dostępna w języku angielskim. Jest napisana tak prostym językiem, że nawet ludzie, którzy za pan brat z tym językiem nie są, dadzą radę.
[01:41:04] - Tak. A ta książka to „Imminent”, która miała premierę 20 sierpnia i miała wyważyć drzwi w procesie disclosure, miała ujawnić niespodziewane fakty, miała też zabić ćwieka sceptykom i tak dalej. A to dlatego, że jej autor Luis Elizondo przez dobrych kilka lat brał udział w programach badań nad UFO, a jednemu nawet przewodniczył. Tutaj się potem okazały takie dziwne rzeczy, ale o tym na koniec. O czym jest w ogóle ta książka? Tego się możecie dowiedzieć tak szczegółowo z mojego godzinnego podsumowania na kanale UFO Historie. Ale dzisiaj kilka takich luźnych, ale bardzo ważnych moim zdaniem refleksji na temat „Imminent”, bo szczerze ci powiem Marku, im więcej czasu mija od lektury, to w moim przypadku jest tak, że jestem coraz bardziej zniesmaczony. Obiecano nam książkę faceta, który przez w sumie dziewięć około lat zajmował się zjawiskiem UFO na co dzień. To była jego robota. I ja wcale nie przesadzam w tym momencie.
Tymczasem gdyby z tych ponad 200 stron chcieć wyciągnąć kwintesencję tego, czym jest UFO, skąd może przybywać, jaka jest jego natura, jakie są jego cele, to Elizondo tak na dobrą sprawę miałby nam do powiedzenia może ze trzy karty. I to jeszcze jakby się wypełniło to dobrym farmazonem. Tak, jestem rozczarowany na dłuższą metę, tym bardziej, że kiedy zobaczyłem, jak ta książka jest wysoko oceniana, jak została wyhypowana, to doszedłem do takiego wniosku, że ludzie w ogóle chyba lubią być oszukiwani. Ja bym się spodziewał czegoś więcej, naprawdę czegoś więcej. Bo to, co usłyszeliśmy, to, co otrzymaliśmy, to są po prostu sprawy może trochę postawione w innym świetle, ale takie, które doskonale znamy i które się przewalały tak naprawdę przez środowisko ufologiczne różnymi falami co kilka lat. Ale powiem jeszcze tak: po publikacji oczywiście się pojawiły bardzo różne głosy. Szczególnie krytyczna była Europa i stąd płynęły głosy rozczarowania, że jak powiedziałem, Elizondo jak na kogoś, kto się stykał z UFO na co dzień, to mówi bardzo mało. Po drugie i ja, i inni pewnie też spodziewali się więcej wzmianek typu: „Z naszych analiz wynika, że?”, „Udało nam się ustalić, że?”. A tutaj nie. Tutaj mamy przełomowe informacje, takie, które przyciągają uwagę, które mogą coś nowego wnosić, zaczynają się od słów: „Powiedział mi ten a ten, ale nie mogę powiedzieć kto, że”.
Mniej więcej tak. Jest też coś w stylu: „Widziałem na przykład implant” albo „Słyszałem taką a taką opowieść”. I to masz przyjąć. Z tym masz nie dyskutować. Elizondo mówi, obora słucha, jak to się mówi. I im dalej od lektury, im bardziej się przyglądam poczynaniom autora w internecie, takim, które mają powiększyć ten hype, to tym mocniej tą książkę odradzam. Nie opłaca się.
[01:44:18] - Oj tam, oj tam. Uważam, że przesadzasz. Nie, miałem tak powiedzieć, ale nie. Będę teraz złośliwy, bo jeśli państwo chcecie się dowiedzieć bardzo dużo o życiorysie Elizondo, to to jest świetna książka. Dowiecie się państwo dużo o jego dzieciństwie, nielekkim, o jego mamusi, tatusiu i w ogóle jego przeżyciach rozmaitych w ciągu historii. Proszę państwa, nie jest łatwo żyć w Stanach Zjednoczonych. Dowiecie się państwo bardzo dużo o karierze, która meandrowała troszeczkę i tam raz było lepiej, raz gorzej. To oczywiście wiem. Ten fragment miał uwiarygodnić autora, że on wie, o czym mówi, bo tu wiecie panie, tu w Pentagonie i tak dalej. Co zresztą powiem państwu szczerze, było dla mnie ciekawe, nie pod względem UFO, UAPów, tylko pod względem tego, jak Stany Zjednoczone, administracja, szczególnie administracja wojskowa działa.
To ciekawe było tak naprawdę, kiedy Elizondo opowiada o różnych swoich meandrujących elementach kariery, czy to związanej chociażby z tym więzieniem na Guantanamo. W każdym razie to na G, że on był tam bardzo źle nazywany. Tam się podobno zasłużył negatywnie. Drudzy powiedzą, że pozytywnie, bo terrorystów należy traktować tak, jak należy traktować terrorystów. Nie wchodźmy, proszę państwa, w to, bo rozmawiamy o książce, która miała nam przynieść informacje o UFO, UAP. I tych informacji wbrew pozorom wcale aż tak dużo nie ma, a jeśli są, to one są raczej powtórzeniem informacji, które znajdziecie państwo w wielu innych miejscach. Co więcej, ja powiem tak, Piotrowi może nie wypadało tego mówić, to ja to mogę powiedzieć. Ja z audycji na kanale UFO Historie dowiedziałem się o różnych rzeczach, o których na przykład nie wiedziałem, bo akurat jakoś tak nie dotarłem, znacznie więcej niż z książki Elizondo. I to jest moim zdaniem coś, co warto zapamiętać. Bo owszem, Elizondo wielkim pisarzem jest, jak chce nam powiedzieć infosfera, jak chcą nam powiedzieć różni ludzie w internecie.
Na szczęście nie wszyscy, ale to się jednak nie sprawdza. Nie, on czasami rzuci jakimś ciekawym zdaniem. Ja się co do niektórych jego wywodów zastanawiam, a nawet kiedy się z nim zgadzam, kiedy on mówi o tym, że raczej obcy nie są nam przyjaźni, to pewno rozwiniemy w dalszej części, to tu akurat on trafia w moje czułe elementy, które dobrze czuję w tym sensie, że one mi pasują. Ale umówmy się od razu, że w to, co wierzymy, w to, z czym się zgadzamy, w takiej sytuacji, kiedy opisujemy rzecz bardzo trudną do obudowania faktami, to znowu jest kwestia bardziej wiary i przekonań niż tego, że coś jest powiedziane na pewno. I tak, ja zgadzam się z takim wątkiem wywodów Elizondo, kiedy on mówi, że raczej obcy to nam nic fajnego nie przyniosą, chociaż być może zupełnie inaczej się zdarzyć, ale on tak podejrzewa, że to są przygotowania do inwazji. To ja lubię go za to, że on tak mówi, bo to mi akurat pasuje. Ale pytanie, które należy sobie zadać, to jak on obudowuje te swoje twierdzenia jakimiś, trudno mówić o faktach, jakimiś argumentami. I tu bywa różnie z tymi argumentami. Czasami jest to taka argumentacja na zasadzie: mówię do was to wam mówię, to mi wierzcie. To ja takich książek i ja takich wywodów nie kupuję, bo znowu oczywiście to jest coś, co ja też podejrzewam, że nie będzie dobrze, ale to ja bym jednak szukał.
Sam usiłuję to robić. Mniej lub bardziej udane są to poszukiwania, ale Elizondo po prostu rzuca nam: będzie źle. Łapcie ten fakt. Jest tak i tak. To też łapcie. Nie wiem. Ta książka, powtarzam, jeśli chodzi o opis administracji wojskowej Stanów Zjednoczonych jest świetna. Jeśli chodzi o życiorys Elizondo naprawdę można by wzruszającą historię napisać. Ale jeśli chodzi o UFO, o UAPy, o to co, kto, gdzie, kiedy, z kim, dlaczego to słabe jest po prostu.
[01:49:35] - Powiem tak, jeszcze tutaj się odniosę do dwóch rzeczy. Wiesz co? Elizondo jak na kogoś, kto sobie przypisuje taki życiorys, to ma bardzo mało do powiedzenia. Nawet gdyby chciał, to nie wiem, przemyciłby jakieś historie z pola walki, tak? Tam nic. W sumie bardzo mało. Tu był, tu był, tam coś widział, ale był bardzo długo, w każdym bądź razie. No kiepsko. Jeżeli chodzi o te historie rodzinne, to też jest tak jakoś dziwnie. Tutaj jego pape przybył z Kuby.
Tutaj tak brzydko może powiedziałem, ale okazuje się, że Elizondo w ogóle niby jest Kubańczykiem z pochodzenia, ale został wychowany w tradycji hebrajskiej. W sumie tak niewiadomo dlaczego, bo jego matka też tak nie do końca, ale został. Może na coś liczyli, nie wiem. Wiesz, jak dochodzimy do momentu, kiedy on mówi, że tam kule się w jego domu pojawiały i żona widziała, wszyscy widzieli, on siedział przy komputerze i starał się ignorować, to nie wiem, czy on jest pełna rozumu, bo przecież w dzisiejszych czasach każdy zapyta: „Luis, a co ty aparatu nie masz? Co ty fotki nie zrobiłeś?” Im bardziej zastanawiam się nad tym, co ten człowiek mówi, tym bliżej jestem wniosku, że to jest totalny farmazon. Ale miałem jeszcze jedno zdanie powiedzieć na sam koniec, które padło z ust Erika Davisa, którego tak bardzo chwali Elizondo w książce. Davis chyba ma na to wywalone. Davis, astrofizyk, który tam z nim współpracował. Otóż Davis twierdzi, że w ogóle Elizondo to nie był tym, za kogo się podaje Nie był szefem żadnego programu tak naprawdę, ale to nie przeszkodziło mu napisać książki i założyć kanału na YouTubie, który jest opatrzony hasłem „W sercu Disclosure”. Coś jak z kamerą wśród zwierząt.
Jeżeli chodzi o konstrukcję, to ja się bardzo często spotykałem już w czasie, gdy ta książka była reklamowana na kilka miesięcy przed wydaniem, że to są wspomnienia, to jest pamiętnik. Nikt tak pamiętników nie pisze, uwierzcie. To może być jakiś memuar, to mogą być jakieś wspominki. W ogóle też ważna rzecz, podtytuł nam mówi, że książka ukazuje badania nad UFO od środka. I co? I tak naprawdę guzik. Bo pomimo wielu odniesień do osób, pola działań miałem srogi problem ze zwizualizowaniem sobie tego, co oni tam przez większość czasu w tych projektach robili. Okej, był ten drugi projekt AATIP i wiadomo, tam analizowali filmy i nagrania. Coś to jest. Doniesienia.
Ale wcześniej w ramach projektu OSLAB, tego bardziej paranormalnego, to z perspektywy Elizondo to taki bardzo wylewny nie jest. Oni tam dochodzą do przełomowych wniosków na temat paranormalnej, demonicznej natury UFO. Ale ja sobie tak zacząłem zastanawiać się nad tym. Tam był ten James Lacatski, który niby tym kierował i on tam miał takie przełomowe wnioski, ale pasowałoby powiedzieć, jak ten James doszedł do wniosku, że da się od strony naukowej wyjaśnić zjawisko UFO, używając takich terminów jak na przykład archaniołowie czy demony. To jest przykład, który użyłem u siebie, ale go powtórzę. Jak naukowo wykazać, gdzie się zaczyna archanioł, a gdzie się kończy demon? To jest strasznie podejrzane, to wręcz śmierdzi, muszę powiedzieć. Tam się to nam wszystko rozmywa. On nie mówi żadnych szczegółów. Nie wiem.
Dla mnie to jest taka popelina, że powiem ci, że mnie jest szkoda pieniędzy teraz, które wydałem na tą książkę. Ale jeżeli ktoś nie wie, o co chodzi, bo tutaj powiedziałem o dwóch programach, to wspomnę tylko, że Elizondo brał udział w dwóch. Najpierw go w 2009 poproszono o dołączenie do programu, który się zajmował UFO w sposób taki szerszy, łącznie z takimi hasłami typu psi, demony i tak dalej. To się nie za bardzo spodobało władzom. Tak że ten program został zwinięty, Lacatski został wykopany, został Elizondo i grupa chłopaków, którzy zajmowali się badaniami nad UFO w taki sposób, jak my sobie to wyobrażamy. Czyli jakieś tam doniesienia analizowali, filmy i tak dalej. Elizondo tak naprawdę i to jest kolejny zarzut z mojej strony, Marku, nie wiem, czy się zgodzisz. On nie przedstawia spójnej wizji zjawiska UFO. To jest tak potężny chaos, że trzeba naprawdę kilku dni, żeby sobie to ogarnąć. Bo są i tic taki, są i oddziaływania na psychikę, są zjawiska paranormalne, szereg anomalii, demony.
Okej, nie raz mówiliśmy, że zjawisko UFO może mieć różne źródła, ale facet, który spędził przy tym dziewięć lat, to mógłby powiedzieć coś więcej. On pracował z szeregiem specjalistów, a wnioski ma takie i on, i oni, które są słabe, są bardzo słabe. Trudno z tego wyczytać jedną wizję, jeden obraz tych przybyszów. Natomiast co sobie też mocno uświadomiłem tutaj, odnosząc się do tego, co powiedziałeś o inwazji, to też wspominałem u siebie na kanale. Elizondo stosuje taką metodę cherry picking, czyli dobiera sobie jakieś historyjki pod odgórnie postawioną tezę. Jest to możliwe dlatego, że zjawisko UFO jest bardzo szerokie, ma bardzo różne sposoby manifestacji, jest bardzo rozległe. Inną dobrą sprawę, dobierając odpowiednie przypadki z bardzo szerokiej grupy, ale to bardzo można dojść do różnych wniosków. I tutaj już kończę, dam tylko przykład. On akurat twierdzi, że być może jesteśmy w momencie przedinwazyjnym, że te obiekty coś robią i wkrótce się pojawią w większej liczbie, że one nas obserwują, że interesują się potencjałem militarnym i jądrowym w konkretnym celu, żeby go unicestwić kiedyś albo wyłączyć. I że coś się zbliża.
Stąd ten tytuł „Imminent”, który oznacza coś nadciągającego, zbliżającego się. Swoją drogą, Marku, zacząłem się zastanawiać, jak by ta książka była zatytułowana po polsku. Ale dobra, skoro obcy obserwują arsenał jądrowy, skoro obserwują samoloty, statki, to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że się na coś szykują, żeby coś kiedyś odwalić w przyszłości. Ale na drugą sprawę, jak już stosujemy szerszy dobór spraw, szerszą optykę, to zauważymy na przykład taką rzecz. Ile jest relacji od myśliwych? Ile jest na przykład w Polsce relacji od grzybiarzy? Przecież ja sam zrobiłem na UFO Historie program „Relacje grzybiarzy” i tam dobrałem tylko kilka spraw z bardzo szerokiego archiwum. I gdybym był Elizondem, to bym powiedział tak: sądząc po mojej głębokiej analizie, którą prowadziłem dziewięć lat, dochodzę do wniosku, że ilość relacji złożonych przez grzybiarzy świadczy dobitnie, że obcy są zainteresowani naszym potencjałem grzybowym i że w przyszłości może dojść do sytuacji, że oni się pojawią tylko po to, żeby nas pozbawić grzybów. Tak to wygląda. Przecież tych relacji różnych o obserwacjach UFO w miejscach zupełnie odludnych, po obserwacje w lasach, koło szkół i tak dalej mamy mnóstwo.
W zależności od tego, jak sobie na to spojrzymy, to możemy taki wniosek wysnuć. Tym bardziej że Elizondo wcale w tej swojej książce nam nie mówi czegoś takiego: zebrałem na przykład tysiąc przypadków i jestem pewien, że oni się przygotowują. Nie, to jest taki wniosek na rympał. Równie dobrze można powiedzieć, że obcy widywani w lasach czy na łąkach zbierają sobie materiał do zielnika. Tak jak w tym memie słynnym z internetu, czyli dziesiąta wieczorem, a ty mówisz, że musisz mieć rośliny z ziemi na jutro. Tak to wygląda. Powiem ci, że humor humorkiem, ale nie da się na to reagować inaczej niż właśnie w ten sposób.
[01:57:38] - Powiem ci, Piotrze, że ten taki żart, że emocje jak na grzybach w kontekście tego, co powiedziałeś przed chwilą, nabiera to nowego wymiaru. Okazuje się, że na grzybach również emocje mogą być i to na bardzo wysokim poziomie. Taki nieudany żarcik. Ja powiem w ten sposób, że odnoszę wrażenie, że Elizondo powiedziałeś, że tam nie ma spójnego obrazu, bo moim zdaniem Elizondo tego spójnego obrazu nie ma. I to jeszcze nie byłby zarzut, bo wobec wielu różnych dziwnych, niewyjaśnionych okoliczności on w swojej głowie mógł również wyhodować chaos i tym chaosem się z nami podzielić. Czyli nie wiem, co to jest, ale ogólnie to jest coś, co mnie zastanawia i bierzcie, łapcie, może coś wymyślicie. I to by jeszcze był jakiś sposób na tę książkę, ale tak nie jest. On stara się nam wmówić, że on wie, o czym mówi. Oczywiście są sprawy, których do końca nie wie, nie rozgryzł, ale generalnie wie jak jest. Nie wie.
Moim zdaniem nie wie. A dalej jest coś ciekawego w tej książce. Zwrócił moją uwagę fragment, w którym on mówi o tym, że badania nad UFO, UAP są hamowane, stopowane przez fundamentalistów religijnych. On odwołuje się głównie do chrześcijańskich, szeroko z różnych nurtów chrześcijańskich. Odwołuje się do takich doświadczeń i mówi o tym, że bardzo często ludzie wysoko postawieni w administracji w USA po prostu mówią: „Nie, tak nie może być, bo tu, widzicie, rozumiecie, są pewne pryncypia. Tu mamy chrześcijaństwo. My nie możemy o takich rzeczach, proszę pana, rozmawiać absolutnie”. I to jest wątek ciekawy, bo tak uznałem, że w tej książce, jeśli coś w ogóle ma być ciekawe, to szukajmy. Więc znalazłem i to był wątek, który mnie zastanowił. Ale jak zacznę rozwijać to, co mnie zastanowiło, to nam tę audycję YouTube wygasi, bo się nagle okaże, że mówimy o politykach rzeczy, których o politykach absolutnie mówić nie wolno, obojętnie, czy są to politycy polscy, czy też amerykańscy.
Więc tak powiem ogródkami troszeczkę, że z tego, co napisał Elizondo, wynika, że rządzą nami kretyni po prostu, którzy nie kierują się jakimś dążeniem do prawdy. To może za dużo powiedziane, ale w ogóle jakimś podążaniem za faktami, za obserwacjami, ciekawymi teoriami. Może zaburzą mózgów, tylko mówią: „Widzicie, rozumiecie, tu są pryncypia i te pryncypia mówią nam, że to nie może być tak, jak wy mówicie. W związku z tym nie badamy, nie interesujemy się”. Jeśli miałbym wskazać w książce Elizondo naprawdę bardzo ciekawy wątek, to jednym z nich byłby właśnie ten fundamentalizm religijny. On to podkreśla dosyć mocno. I to mnie zastanowiło, że naprawdę to jest tak, że o pewnych sprawach, o badaniu bądź niebadaniu pewnych zjawisk decydują ludzie, którzy pojęcia zielonego o tym nie mają, ale kierują się, tu cudzysłów, ogromny cudzysłów, wartościami, panie. Słabe.
[02:01:44] - W Stanach Zjednoczonych jest to moim zdaniem dopuszczalne, bo jeżeli ktoś nie zna głębokich struktur tego kraju, nie musi wcale tam jechać. Wystarczy, że się trochę zapozna z historią i kulturą inną niż filmy emitowane na Polsacie, to zobaczy, że jest to absolutnie możliwe, że można tak myśleć. Tylko że w tej książ-
[02:02:05] - Przerwę, Piotrze. To, że to jest możliwe, to ja wiem. Natomiast to, że on to podkreśla, to moim zdaniem jest dosyć ważne, bo wiemy, z czym mamy do czynienia. To jest pewne zjawisko, które należy brać pod uwagę, myśląc o UFO, UAP.
[02:02:24] - Tak, tylko że wiesz, można na nich psioczyć, że oni geografii nie znają i tak dalej, ale oni myślą do przodu. I tu nam się pojawia pewna zagwozdka i paradoks, bo z jednej strony Elizondo nam próbuje wmówić, że oni się UFO nie zajmują i nie interesują, bo myślą, że to są demony i że to ma być tak silne przekonanie, że to właśnie blokuje postęp. On nam przecież wielokrotnie w tej swojej książce wspomina o czymś takim, że tu przychodzą raporty, tu przychodzą filmy, tu są ekspertyzy mówiące, że to jest coś dziwnego i że tak naprawdę to mogą być na przykład Chińczycy. Ale Pentagon najpierw udaje, że się interesuje, potem ma to w nosie. Wynikałoby z tego na przykład to, że tak naprawdę wierchuszka, rząd, najwyżsi oficerowie, dowódcy wiedzą, czym jest zjawisko UFO, wiedzą, czym są te anomalne incydenty I z jakichś przyczyn nie reagują. Nie sądzę, żeby nie reagowali z tego, że są mega poprawnymi protestantami, że noszą Biblię w kieszeni i tak dalej. Nie. Problem i sedno musi być bardziej utylitarne i musi być praktyczne. I zacząłem się zastanawiać, dlaczego oni się nie interesują. Pierwszy mój wniosek jest taki, że być może to wynika z długotrwałej obserwacji.
Nie potwierdzono na przestrzeni prawie 80 lat, że to zjawisko atakuje. Ono może prowokować, ale nie atakuje. Ono czasem może być niebezpieczne, ale to jest takie niebezpieczeństwo, o którym się mówi, kiedy coś pojawia się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie i w sposób nieautoryzowany. To jest takie niebezpieczeństwo, o którym się mówi często bardziej w trybie przypuszczającym. Natomiast zawsze są też te sprawy, o których zresztą też Elizondo pisze, że UFO oddziałuje na ludzi i od stopnia biologicznego jest niebezpieczne, może manipulować przy arsenale jądrowym i tak dalej. Ale w kwestii tych 80 lat nic się nie stało. I też może nie ma po co tego zjawiska atakować. A może lepiej jest nie atakować, a kiedy nie będziemy atakować, to może któryś z nich kiedyś spadnie, przejmiemy go i zobaczymy, co ma w środku. Powiem ci, że to jest chyba jedyne racjonalne wyjaśnienie zachowania tej wierchuszki, o której mówi Elizondo, jakie mi przychodzi do głowy. Bo innych poza tym, że to są wszystko pojazdy ziemskie, wojskowe, nie potrafię wymyślić.
Elizondo akurat stoi na tym stanowisku, że część tych obiektów to są obiekty anomalne, nieznanego pochodzenia. Ale gdyby to były na przykład obiekty chińskie, rosyjskie, automatycznie by się nimi interesowano. Gdyby to były obiekty amerykańskie, testowe, wtedy by się nimi nie interesowano. Ale skoro one są anomalne i się nie interesują, to musi być przyczyna. I ta przyczyna musi być praktyczna. Do takiego wniosku doszedłem, bo Elizondo pomimo dziewięciu lat obecności przy samym korycie, nie udziela nam żadnych odpowiedzi. To mnie zirytowało. Dochodzę też do takiego wniosku po przeczytaniu „Imminent”, że chodzi autorowi o utwierdzanie pewnych mitów, miejskich legend i teorii spiskowych. Na dobrą sprawę on się nawet z tym nie kryje, bo powiedziałeś o tej elicie Collinsa, tak zwanej grupie oficjeli, którzy wierzą w demoniczną interpretację zjawiska UFO. Przecież Elizondo mówi wprost: ona istnieje.
Coś, co było uznawane jeszcze niedawno za teorię konspiracji. On mówi: ona istnieje. To jest prawda. Czyli dochodzimy do takiego wniosku, że to jest jeden wielki paradoks tak naprawdę. Gdybyśmy chcieli wyciągnąć z książki Elizondo cokolwiek konkretnego, to nam się nie uda. I nie wiem, czy autor nie jest na tyle sprytny, żeby w jakikolwiek sposób się nie wytłumaczyć. Nie dodać czegoś na samym końcu w typie: kiedy będziecie mieli pytania, to musicie wiedzieć, że na przykład nie mogę o wszystkim mówić, bo by mnie zamknęli. A tutaj nic. Jestem totalnie rozczarowany po raz kolejny i myślę, że w miarę dobrze powiedziałem dlaczego.
[02:06:50] - A ja mam jeszcze coś do powiedzenia. Najpierw od rzeczy, która mnie rozśmieszyła, kiedy czytałem relację z tego, jak Amerykanie prowokowali pojawienie się UFO, UAP, wysyłając lotniskowce z obstawą, z grupą uderzeniową. I ponieważ ta grupa uderzeniowa miała jednostki poza samym lotniskowcem, również jednostki napędzane reaktorami jądrowymi, to była nadzieja, że się UFO, UAP pojawi, bo oni są bardzo łasi na te reaktory jądrowe, w ogóle na energię jądrową. I to był taki rodzaj pułapki, bo to lotniskowiec, startują samoloty, mogą próbować przechwycić, a w każdym razie sfilmować i tak dalej. To było takie supermocarstwo prowokuje UFO w ten sposób, że wysyła lotniskowca w obstawie, w osłonie pośród grupy uderzeniowej i w ten sposób ściąga UFO. Naprawdę. To taka zabawa prawie szkolna.
[02:08:05] - Chciałbym ci przerwać na chwilę i zadać jedno pytanie. Ogólnie nie tobie, ale wszystkim, którzy książkę Elizondo czytali. Elizondo mówi, że były setki incydentów w pobliżu lotniskowców. No i nic. W sumie były, nie były. A tam panie, mieliśmy inne rzeczy niż badanie UFO. No ale przecież skoro zdanie na to, że setki razy coś zwraca ich uwagę, bo jest, bo się pojawia, to po jakiego grzyba wywabiać to po raz 101? Przecież oni mieli naprawdę wiele okazji do tego, żeby te obiekty nawet strącić. W przypadku Amerykanów to jest pierwsza rzecz, która przychodzi do głowy. Skoro krąży coś wokół tego lotniskowca i krąży i tak prowokuje, to aż się chce coś odpalić.
Nie, nie wolno, bo to jest demokracja. To jest w ogóle tak, że oni nie powinni strzelać, bo nie wiadomo, co to jest. Nie wiadomo. To nie strzelaj, bo oni nie od tego są w ogóle na tym statku. To w ogóle wojsko nie jest. Poziom absurdu jest tak ogromny w tym, co nam stara się powiedzieć Elizondo, że ja się zastanawiam, czy on umyślnie pewne rzeczy przemilczał, umyślnie o pewnych rzeczach nie napisał, czy po prostu jest tak głupi. Tak, to jest coś, o czym chcę tutaj powiedzieć głośno. Jest tak głupi.
[02:09:28] - To ja mam jeszcze kilka uwag. Po pierwsze nawiążę do tego, o czym powiedziałeś Nie wierzę w to, że Stany Zjednoczone ze swoimi grupami lotniskowcowymi wobec powszechności ponoć zjawiska UFO, UAP, które interesuje się tymi lotniskowcami, że Stany Zjednoczone jako państwo poważne nie podjęłyby te Stany Zjednoczone jakiegoś konkretnego działania. Co mam na myśli mówiąc o konkretnym działaniu? Nie, nie, nie zestrzelenie tego, tylko sporządzenie, wytworzenie pewnych jasnych, czystych procedur dotyczących zachowania się w przypadku manifestacji UFO, UAP. Elizondo o tym nie mówi, bo ja sobie to wyobrażam tak: dowódca lotniskowca całej grupy uderzeniowej wie, że jeśli się coś takiego pojawia, to postępuje tak, tak, tak i tak. Elizondo nam tego nie relacjonuje, nie mówi o tym, że dowódcy grupy uderzeniowej, dowódca lotniskowca ma określone procedury. Bo wiecie państwo, u nas się w Polsce przyjęło, że Amerykanie to idioci są. To wiecie państwo, często związane z polityką. Nie sądzę, żeby amerykańska armia to była banda idiotów. Możemy ich nie lubić za to, co robią na świecie.
To jest zupełnie inna sprawa, ale to idioci nie są. I jeśli jakieś zjawisko zaczyna być uciążliwe, przeszkadzające, to na pewno pewne procedury by się pojawiły i dowódca grupy uderzeniowej wiedziałby doskonale, co robić, jakie działania mają być podjęte, gdyby tego rodzaju sytuacja zaszła. Szczególnie że dowiadujemy się, że to było dosyć nagminne, że się UFO, UAP pojawiały w okolicach lotniskowców. Nie ma czegoś takiego, nie dowiadujemy się. I tu przyszedł mi do głowy taki ząb troszeczkę. A może Elizondo nie jest tym, za kogo się sam uważa? Może te jego informacje wcale nie są takie hot? Nie są takie, wiecie państwo, nie chodzi o to, że z pierwszej ręki. Tylko że ta ręka wcale nie jest pierwsza. Być może on jest w takiej grupie, która coś wie, ale tak naprawdę wie bardzo niewiele.
Może on wcale nie był w tym kręgu, który wiedział coś naprawdę. Może było bardzo daleko do tego kręgu i ludzie, którzy tak naprawdę podejmują decyzje, którzy naprawdę nie tylko decyzje podejmują, ale układają pewne scenariusze, byli bardzo daleko od naszego autora i on coś tam wiedział. Ale to, co jest wiedzą prawdziwą, dotyczącą faktów, czyli jeśli rzeczywiście coś się pojawiało w okolicach lotniskowca, to były pewne działania podjęte. On tego nie wie. On tego po prostu nie wie. I dlatego pisze takie rzeczy, jakie pisze w książce. Tymczasem powiem to krótko: być może Elizondo wcale nie jest tak dobrze poinformowany, jak usiłuje to przedstawić. Być może to jest kreacja. Mnie słuchajcie, ja wam powiem. A być może my w dalszym ciągu musimy czekać na człowieka, który rzeczywiście wyjdzie do nas z wewnętrznego kręgu i powie nam, jak jest.
Bo może Elizondo to nie jest człowiek z tego wewnętrznego kręgu. On coś obserwował, coś wiedział, jakieś informacje do niego docierały. Ale to nie jest ten gość, który nam powie, jak jest. Tego się obawiam po tej książce, którą dzisiaj dla państwa omawiamy.
[02:13:32] - Żeby pokazać jeszcze, jaki chaos panuje i jak pełna paradoksów jest książka „Imminent”, to przytoczę coś jeszcze. W kilku przypadkach Elizondo mówi: „Nie mogę więcej napisać”. To są akurat przypadki takie mało spektakularne, dotyczące tego, kto zachorował po spotkaniu z UFO na przykład. Mamy nawet w tej książce wycieniowane fragmenty. Wycieniowane chyba dlatego, że autor nam chce dać takie wrażenie, że ktoś na niego naciskał, żeby to usunąć. To trochę dziwne, Marku, prawda?
[02:14:07] - Piotrze, to jest w ogóle tak moim zdaniem prymitywny zabieg. Ja pamiętam, jak tuż po przełomie 89 roku wyszła książka, wywiad rzeka z Edwardem Gierkiem i pierwsze wydania były takie czyste, a później się pojawiły fragmenty w tej książce zadrukowane właśnie bardzo podobnie, tak jak jest to u Elizondo. No i tam ja jeszcze rozumiałem, bo to był 89. rok i jeszcze cenzura działała cały czas, pomimo że był już czerwiec i coś tam się niby zmieniło, to urząd cenzury cały czas działał. No i takie zadrukowania, zaczernienia były normalne. No to odpowiedzcie mi państwo teraz na pytanie. Minęło od tamtego czasu ponad 30 lat. I co? Mamy inny kontynent i mamy taką samą sytuację? Ale przecież tam, w Stanach Zjednoczonych ponoć nie ma cenzury.
Co więcej, zadrukowanie pewnych rzeczy już w gotowej jakby książce świadczy o tym, wręcz potwierdza: patrzcie, jest cenzura! Bo to tak, proszę państwa, w PRL-u było, że do 81. roku, a właściwie do 80. któregoś, kiedy wyszła ustawa o kontroli publikacji i widowisk, ingerencje cenzury nie były zaznaczane w ogóle. Czyli cenzura nie istniała oficjalnie, w PRL-u nie było cenzury. Ona się pojawiła później, kiedy się pojawiła ta ustawa i zaczęto w artykułach zaczerniać albo zaznaczać w nawiasach kwadratowych, że tu była ingerencja cenzury. Ja do dzisiaj mam takie książki, w których ta ingerencja cenzury jest zaznaczona. Ale cały numer polega na tym, że takie zaznaczenie w gruncie rzeczy przyznaje, że cenzura istnieje. W tym wolnym kraju, gdzie można różne rzeczy o różnych osobach mówić i to w Polsce jest nawet niespotykane, bo mamy artykuł 212 i można każdego zgnoić z 212, to w Stanach Zjednoczonych coś takiego nie istnieje. Można komuś nawrzucać, ile się podoba.
Najwyżej będziemy przeżywali proces cywilny, bo ten ktoś nas oskarży o obrazę i wtedy będziemy musieli ponosić konsekwencje. Ale nie ma zamykania ust ludziom, którzy coś mówią. Tymczasem Elizondo sugeruje nam, że tak naprawdę urząd cenzorski w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje w najlepsze. Można mieć różne zdanie na temat kondycji Stanów Zjednoczonych. Sam nie mam najlepszego zdania, ale czy tam naprawdę tacy idioci pracują, którzy sami przez te ingerencje cenzury, to zaczernienie przyznają: tak, tu jesteśmy my, cenzorzy. Co prawda w konstytucji Stanów Zjednoczonych jest wolność słowa, ale mamy w nosie wolność słowa. Właśnie wam zaczerniliśmy część tekstu. Nie kupuję tego. Oczywiście ktoś może powiedzieć, że tak, ale to nie cenzura. To sam Elizondo już w ostatniej chwili doszedł do wniosku, że może tego jednak nie publikujmy, bo będę kajdanami pobrzękiwał, w związku z czym wyczernijmy to.
Być może. Ale ja mam jednak nieodparte wrażenie, że to tak naprawdę chodzi o public relation i tyle.
[02:17:39] - Tak. I tutaj mamy z jednej strony wzmianki, że nie mogę mówić. Są te zaczernione fragmenty, ale z drugiej strony on, może z trzeciej nawet, jak z rękawa wymienia firmy, które mają posiadać nieziemskie artefakty. I to są duże firmy. To są ogromne firmy. Czyli tutaj wam nie powiem czegoś, ale wam upublicznię coś, za co mogą mnie pospać. To jak? Nie możesz powiedzieć, na co się pochorował twój kolega, ale możesz powiedzieć, kto ma szczątki obcych na przykład.
[02:18:13] - Albo że Boeing ma fragmenty pojazdów.
[02:18:17] - Tak. I to już jest okej. Tylko że to też polega na tym, że kiedy on rzuca te hasła, że tu Boeing ma fragmenty, TRW ma fragmenty, Monsanto ma, kto to zweryfikuje? Nikt. I to będzie się przeradzało w kolejną legendę miejską, tak jak on mówi, że na przykład szczątki obcych są w Fort Derrick. Fort Derrick to było takie miejsce, gdzie przez kilkadziesiąt lat rozwijano broń biologiczną w Stanach Zjednoczonych.
[02:18:42] - O, i nowe miejsce! Nowe miejsca na mapie Stanów Zjednoczonych.
[02:18:46] - Tak. I powiem ci, że żenujące to jest momentami. Nie wiem, to jest tak pozbawione sensu ta publikacja Elizondo, że gdyby to pisał ktoś, kto chce uniknąć sromoty, to by powiedział, co nim kieruje. Na przykład by napisał: wiecie, nie mogę pewnych rzeczy mówić, bo mnie zamkną, ale mogę wam pewne rzeczy powiedzieć, bo mnie nie zamkną, bo mi prawnik powiedział i tak dalej. A tutaj mamy pójście po takiej linii najmniejszego oporu tak naprawdę. Druga rzecz, która zwraca uwagę, to w momencie, kiedy się pojawia GRUŚ, czyli w ubiegłym roku Elizondo siedzi cicho, jest niewidoczny przez prawie rok. Pytanie, dlaczego on nie zeznawał przed Kongresem? Dlaczego oni wszyscy, i Hal Puthoff, i wszyscy współpracownicy Elizondo są tacy cholernie tajemniczy? Dlaczego oni odpowiadają półsłówkami? Dlaczego żaden z nich nie powie: panie, nie wiem, jak jest.
To są nasze hipotezy. Może jest tak, może inaczej, nie da się ustalić. Oni wszyscy, i Gary Nolan, i nawet ci, którzy mają tytuły naukowe, często odpowiadają pytaniem na pytanie. Moim zdaniem, jeżeli ktoś chce rozwiązać jakąś sprawę, to mówi prostym językiem. A tutaj co jeden to większy filozof tak naprawdę. Co jeden, i Puthoff, i Mellon, i ta cała grupa z Disclosure związana to większy Don Pedro tak naprawdę. Czemu nie ma prostych wniosków? Czemu nie odpowiedzą na proste pytania? Wnioski są dwa: albo po prostu chcą zarabiać ciągle na tym zainteresowaniu, albo chcą zarabiać przez to, że będą ujawniać powolutku co rok jakąś nową informację, żeby napisać nową książkę. Ta książka, jak powiedziałeś na początku, jest napisana bardzo prostym językiem, ale nie ma w niej prostych wniosków.
Dodatkowo widzimy, że w pewnym momencie pod sam koniec Elizondo traci rezon i traci farmazon, traci gadkę. On nie ma o czym mówić pod koniec. Zauważyłeś to? Że tam, gdzie jest napisane, kiedy on się zwolnił z projektu AATIP, kiedy się zwolnił z Pentagonu, to chłop już nie ma o czym mówić. Nic. Zobacz, on pisze książkę z jednej strony, w której ujawnia jakieś sekrety. Potem w ostatnich rozdziałach opisuje nam, co się wydarzyło później. Dlaczego w tych późniejszych rozdziałach nie ma odniesienia do bieżącej sytuacji, nie ma odniesienia do innych sygnalistów, nie ma odniesienia do innych przecieków? Ktoś złośliwy by powiedział, że Elizondo swoim wkładem dziwnych historii po prostu zrobił robotę i on więcej już się nie odezwie. Jestem głęboko zaszokowany tym, że ta książka ma tak wysokie oceny i skłania mnie to tylko do jednego wniosku: że ludzie lubią być poszukiwani.
To znaczy napompowano balonik tak, że każdy teraz, kto się przedstawi, że był członkiem jakiegoś projektu, a może nawet nim nie być, będzie przywitany przez środowiska ufologiczne, przez entuzjastów jako ktoś, kto wnosi coś nowego. Jako objawiciel nowych teorii, nowych prawd. Uderzmy się w piersi i powiedzmy, co Elizondo tak naprawdę napisał. Nie napisał nic nowego
[02:22:06] - Czy zaspokoił publiczną ciekawość? Wydaje mi się, że na chwilę, ale to co robi, to jak się zachowuje, to jaką taktykę przyjął, to jest bardzo ryzykowne i myślę, że odbije mu się to tak zwaną czkawką w przyszłości. Ja mam wrażenie, Piotrze, że on doszedł do ściany w pewnym momencie, bo tak oczywiście duża część książki, ja to mówiłem wcześniej, jest poświęcona uwiarygodnieniu. Mam w ogóle wrażenie, że pierwsza połowa tej książki to jest jedno wielkie uwiarygodnienie autora. Gdzie był, co robił, z kim przestawał, przez kogo został zatrudniony, z kim współpracował. Fakty, fakty, fakty. No, co najmniej tak to przedstawia, że to fakty. A w każdym razie dużo, dużo nazw, dużo, dużo nazwisk, dużo, dużo relacji. I to nam ma przedstawić człowieka, który no wiecie, rozumiecie, wiem, o czym mówię. A tymczasem dostajemy historie, które no, wiecie państwo, jest wiele kanałów w polskim i obcojęzycznym internecie, które te rzeczy, o których mówił Elizondo, od dawna już mówiły.
Tylko Elizondo ma tę jedną przewagę, bo on się uwiarygodnił, uwiarygodnił tymi wszystkimi opowieściami o tym, jak to on działał w różnych miejscach. Tylko ja nie jestem do końca przekonany, że to będzie działało. To znaczy tak, jak Piotrze powiedziałeś, ta książka ma wysokie oceny. Ludzie chcą dostać coś świeżego, nowego i jak już wyszła ta, pojawiła się książka z taką ogromną nadzieją. Chcieli to przyjąć i przyjęli. Ale myślę, minie trochę czasu i ktoś dojdzie do wniosku, spora część entuzjastów owej książki dojdzie do wniosku, że tam naprawdę niewiele jest rzeczy nowych. Pojawiają się materiały jak dla sztyglica do przedyskutowania, do przemyślenia. I owszem, to prawda. Pojawiają się. Pojawiają się materiały do, no właśnie nie wiem do czego.
Do podbicia swojego ego. Tak podbiłem swoje ego tym, że Elizondo też myśli o inwazji, która nas czeka. Nie, nie podbiłem swojego ego tak naprawdę. Bo tak, mamy wspólne przekonania. Tylko ja wiem, czy on je tak dobrze uzasadnił? Nie jestem, po prostu nie jestem przekonany. I żebyśmy się Piotrze i w ogóle, żeby się z naszymi słuchaczami dobrze zrozumieć. To nie jest książka totalnie odjechana, zła i w ogóle nie powinniśmy o niej rozmawiać. To, że rozmawiamy o niej tak długo, świadczy o tym, że ona bardziej nie spełniła oczekiwań. To przede wszystkim ona nie spełniła oczekiwań.
Natomiast ona, pojawiają się takie momenty, pojawiają się takie stronice w tej książce, które prowokują, które stują, które mówią nam: no zastanów się, jak to jest właściwie. Tylko tych stronic jest w gruncie rzeczy bardzo mało. I nad tym tak naprawdę boleję, że Elizondo albo bardzo chciał wydać tę książkę i troszeczkę się nie wiem, nie zastanowił, ktoś mu nie doradził albo w ogóle jakby nie dostrzegał tego problemu, że dzisiaj w internecie, w różnych miejscach tego internetu, tego rodzaju wniosków, tego rodzaju hipotez jest całe multum. Tam rzeczy naprawdę nowych, odkrywczych, takich świeżych w książce jest niewiele, jeśli w ogóle. Tak się zastanawiam w tej chwili. Ale powiem, powiem tak jeśli państwo możecie, sięgnijcie po tę książkę albo dojdziecie do wniosku, że to, co mówimy dzisiaj, jest kompletnie pozbawione sensu, bo wy wiecie, że on jednak otworzył wam oczy. Albo dojdziecie do wniosku, że my tutaj dwa zgredy, w gruncie rzeczy chyba dobrze go wyczuliśmy. Mówię o Elizondo. Czas na alchemię tworzenia. Ta alchemia tworzenia to już nie jest ta alchemia, do której państwo tak bardzo przywykli.
Już nie będzie historii układanych przez Katarzynę, układanych czasami, o proszę państwa, odklejały się te historie od rzeczywistości i bardzo dobrze, że się odklejały. Nie, nie. Ta seria Alchemii tworzenia to jest seria, którą gdzieś tam sobie prywatnie nazywam serią techniczną. Katarzyna mówi o różnych zjawiskach, które towarzyszą pisaniu, które każda osoba pisząca powinna wziąć pod uwagę. Dzisiaj zapraszam na odcinek Eksperci i omnibusy.
[02:27:28] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz. Witam was serdecznie na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Tak, tak, oczywiście tym razem też cytat i oczywiście, że Salvador Dali. A zatem cytuję: "Jeżeli nie chce ci się studiować anatomii Sztuki rysunku i perspektywy, zasad estetyki i wiedzy o kolorach. Pozwól sobie powiedzieć, że to bardziej oznaka lenistwa niż geniuszu. Koniec cytatu. Jak już wiecie, dzisiaj będziemy mówić o ekspertach i omnibusach.
Natomiast o co mi chodzi z tym tytułem? Tym razem postanowiłam wziąć na tapet nic innego jak spoczywanie na laurach. Tak jak w tym cytacie Dalego, jeżeli nam się nie chce zgłębiać różnych tajników. Wiadomo, on tutaj wypowiadał się jako malarz i raczej do malarzy, do tego typu artystów mówił. Natomiast mechanika jest ta sama. Tam mamy sztukę rysunku, anatomię, perspektywę. Jakby nie patrzeć w pisaniu też mamy anatomię, też mamy perspektywę, sztukę rysunku, jeśli trzeba też. W pisaniu mamy dużo więcej rzeczy, ponieważ często musimy się wcielać w różne role. Teraz dochodzę do wniosku, że nasz fach to takie combo wszystkich pozostałych. Dobra, ale nie o tym.
Dlaczego o tych laurach chcę mówić? Zaraz oczywiście przejdziemy, bo jest też bardzo fajne zjawisko, które w zależności od naszego charakteru i od naszego podejścia do nas samych będzie objawiało się albo spoczywaniem na laurach, albo wręcz bieganiem w kołowrotku. Ale wiecie co? Postanowiłam dzisiejszy podcast zacząć od czegoś, co jakiś czas temu trafiło mi gdzieś tam w internetach w oczy. Otóż problem młodego pisarza. Wiadomo, są te dwa obozy, że warto czytać jak najwięcej, jeżeli chce się dobrze pisać. A drugi obóz często mówi, że nie trać czasu na czytanie, lepiej pisz jak najwięcej. Wiecie, dzisiaj też nie jest to czas na taką rozprawę. Natomiast tam pisarz zapytał, jak ma zacząć, jak powinien się przygotować, jak powinien ćwiczyć i tak dalej. I wiele osób mu tam polecało: słuchaj, czytaj książki.
Jeżeli wiesz, w jakim klimacie chcesz pisać, to najlepiej czytaj książki z tego klimatu. I ten młody pisarz napisał, że on próbował, ale mu się nie chce czytać tych książek, bo właściwie wszystkie są nudne. Jeszcze nie trafił na żadne, które by go zaciekawiły. Po prostu je zaczynał i odrzucał. To mu się nie podobało. On woli się skupić na pisaniu swoich historii. I tak pomyślałam sobie, że to właściwie jest całkiem powszechna rzecz. Myślę. On nie jest jedyny na świecie, który ma takie podejście i nie chcę tu oceniać, czy ono jest właściwe, czy nie, bo jeżeli mu działa, to znaczy, że jest właściwe dla niego i niech mu działa. Natomiast bardziej zaczęłam się zastanawiać nad samą tą niechęcią.
Jak on powiedział, że to jest nudne i że on nie jest w stanie się wkręcić w te książki, a sięgał po różne, różnych autorów. No to zaczęłam sobie zadawać pytania, co powoduje taką niechęć, skąd to się mogło wziąć. Ja też się zgadzam, że lepiej rzeczy jakieś robić niż nie robić. Natomiast to też nie tędy droga, żeby się wiadomo, zarzynać. Natomiast pomyślałam sobie, bo sama też miałam taki etap w swojej karierze. Dobra, nie nazywajmy mojego pisania karierą jeszcze. Natomiast piszę już od wielu lat i na początku też mi wszyscy mówili: czytaj książki. Ja zaczynałam i owszem, były książki, które mnie ciekawiły, ale właściwie to ja nic z tego nie miałam. W sensie wiecie, zauważyłam, że to czytanie w żaden sposób nie wpływało na moje pisanie. I myślę sobie, że tak jak pewnie ten młody autor stwierdził, że on się tam nudzi podczas tych książek.
Ja na przykład właśnie z kolei wchodziłam w tamte historie bardzo. Mam wiele swoich ulubionych serii, natomiast zauważyłam, że nie czytałam ich świadomie. Znaczy ja je czytałam jako czytelnik, a nie jako pisarz. I właśnie tak z tą niechęcią pomyślałam, że w sumie zamiast zakładać czy oceniać, że czyjś pomysł jest nudny i że nie mogę się wkręcić, to może warto zacząć po prostu czytać te książki z innym nastawieniem i patrzeć od strony pisarza. Więc ja, pisarz, sięgam po książkę innego pisarza i sobie tam podbieram rzeczy. Nie wiem, może styl, może sformułowania. Obserwuję wręcz, w jaki sposób ten autor coś rozpisuje, w jaki sposób podchodzi do opisów, do dialogów, do postaci i tak dalej. Tak sobie myślę. Nie wiem. To musiałby pewnie każdy z was, kto też uważa, że cudze książki są nudne, sobie spróbować po jakąś sięgnąć od tej strony.
Natomiast tak mi się wydaje. Tak myślę. Wiem, że mi to dużo dało. Z kolei w drugą stronę. Czyli przestałam się bardzo wkręcać. Jednocześnie przeżywałam historię, ale też patrzyłam sobie i się zatrzymywałam i myślałam sobie: kurczę, jak fajnie ta scena jest opisana. Albo jak ślicznie te emocje czy gdzieś na przykład relacja między bohaterami, jak świetnie to jest naprawdę tak napisane. Wiecie, że wiadomo, o co chodzi i można się wzruszyć, ale też nie jest kiczowato na przykład. Oczywiście zależy, w jakim stylu piszemy. Natomiast bardzo często na przykład ciężko jest trafić na fantastykę, która będzie miała bardzo dobrze rozpisaną akcję.
Będzie się tam dużo działo, ale na przykład, żeby jednocześnie były dobrze opisane emocje czy na przykład miłość, która często, gęsto jak mi się trafiała gdzieś jak czytałam, to albo akcja była infantylna, albo emocje i ta cała miłość była w taki właśnie infantylny sposób pokazana. Natomiast faktycznie zdarzają się serie, zdarzają się autorzy, którzy naprawdę dają radę bardzo ładnie to połączyć i wręcz na przykład ten opis emocji czy ten rozwój relacji bohaterów, czy właśnie tam jakaś ich miłość i tak dalej, czy ten związek to wręcz nie ujmuje akcji. On to wręcz właśnie tak jeszcze na taki piedestał wynosi, że to wszystko ładnie się dopełnia. Raz tak spróbowałam i już od tej pory, jeżeli cokolwiek czyjegoś czytam, to właśnie w ten sposób. I tak sobie pomyślałam, że wiecie, żeby nie zasłaniać się tym, że nasze pomysły są super świetne, a inne są nudne, żeby nie osiadać na tych naszych laurach, tylko żeby właśnie dobra- Sięgam po tą książkę, ale nie dla rozrywki, tylko będę robił teraz badania. Będę sondował konkurencję czy po prostu będę się uczył od autorów, którzy już mają jakiś dorobek, wydają książki, wydają serie, cykle, mają swoich fanów. Z jakiegoś powodu ich mają. Teraz bierzemy książeczkę, analizujemy i wybieramy, co może nam podpasować od strony warsztatowej, technicznej. Jak najbardziej możemy taką analizę sobie robić. Weźmy zeszyt czy odpalmy dokument tekstowy w laptopie, w telefonie, co wolicie.
I faktycznie wypiszmy sobie czy zaznaczmy w książce, a później wypiszmy, zacytujmy. Dobierzcie do siebie metodę i wypisujmy na przykład, co mi się podobało, co mi się nie podobało i przede wszystkim dlaczego. Zdaje się, w odcinku szóstym wspominałam o twórczej kradzieży, więc zachęcam. Jeżeli nie słuchaliście, to sobie zapuśćcie gdzieś w głośniczku, ewentualnie namierzcie książkę „Twórcza kradzież”. Bo to o to chodzi, żeby nie patrzeć na to. Ja też miałam w pewnym momencie coś takiego, że jak już wpadłam w wir pisania, to czytanie cudzych książek w pewnym momencie zaczęłam rozpatrywać jako marnowanie czasu. Że zaniedbuję swoje projekty, a właściwie samo pisanie też mi dostarcza rozrywki, to dlaczego ja mam w tym momencie nie pisać swojego, tylko czytać cudze? Ale w momencie, jak zmieniłam myślenie, jak zauważyłam, że czytanie cudzej książki to nie jest marnowanie czasu, tylko to jest wręcz dla dobra mojego warsztatu pisarskiego, to słuchajcie, świat się zmienił. Także raz na ileś planuję sobie czas na czytanie innych rzeczy i za każdym razem mam taką zasadę, że po jakąkolwiek książkę czy opowiadanie, czy zbiór opowiadań, nieważne, po cokolwiek sięgam, to zawsze staram się przynajmniej jedną rzecz stamtąd wybrać. Taką, która pozwoli mi się rozwinąć.
Nie chodzi o to, żeby podbierać wszystko naraz wszędzie, tylko żebym faktycznie świadomie czytała i wiedziała, że tu jest na przykład ta miłość pięknie opisana, a tu będę miała świetnego bohatera czy wojownika, czy pokazanie poświęcenia życia dla wyższego dobra i tak dalej. Bo wiecie sami, że można to na różne sposoby rozpisywać. Dobra, ale słuchajcie, to było w ramach trochę dygresji, która mnie zainspirowała do podchwycenia tego tematu. I teraz wspominałam trochę o tych laurach. Tu też padły słowa w cytacie geniuszu. Zanim przejdę do meritum na dobre, to chciałabym, żebyśmy się jeszcze zatrzymali przy słowie ego. I teraz uwaga, bo będę pewnie dzisiaj używać tego słowa i będę chciała od tego wyjść. Natomiast chciałabym, żebyśmy nie patrzyli na to ego tak stricte, jak to w psychiatrii i psychologii jest, bo to ma troszeczkę inną definicję z tego, co pamiętam. Natomiast tutaj ego będę miała na myśli może nie tyle taką naszą próżność, bo próżność to też jest coś jeszcze innego, ale bardziej będę się odwoływała do wewnętrznego przekonania, że jest się lepszym niż inni, że to ja się liczę, ja jestem najlepszy i ogólnie to mów do ręki. Mnie to nie interesuje.
Żadne argumenty mnie nie przekonają. Ja jestem najlepszy. Oczywiście z góry zaznaczam, że wiem, że nie każdy ma takie podejście do samego siebie i wiem też, że zdecydowana większość osób, które mają takie podejście do siebie, głośno się do tego nie przyzna. Ale to jest okej. Każdy wie, co ma i każdy sobie robi z tym, co tylko zechce. I co do panowania trochę nad tym ego. Dobra, już przywołałam wam moją definicję tego słowa na potrzeby tej audycji, więc będę jej używać. Dobra, słuchajcie, i teraz tak: jeżeli chodzi o to, jak sobie z tym radzić, to na jednym ze szkoleń związanych z marketingiem, ze sprzedażą trener powiedział nam coś bardzo ciekawego. Powiedział nam o trzech słowach, które zabijają sukces. On nas zapytał, czy je znamy.
Zachodziliśmy w głowę, ludzie rzucali różnymi, każdy kombinował. I w końcu trener nas oświecił i powiedział, że te trzy słowa, które zabijają sukces, to są takie słowa, uwaga, cytuję: „Ja to wiem”. Koniec cytatów. I tutaj chodziło o to, że jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że coś wiemy, że coś znamy, to bardzo często jesteśmy zamknięci na różne argumenty, na różne rzeczy z zewnątrz. A z automatu, skoro mamy takie podejście, to przecież się nie będziemy rozwijać, bo nie będziemy szukać dalej wiedzy, nie będziemy słuchać argumentów. Bo przecież my już to wiemy, my już to umiemy. I wtedy jak mamy odnieść sukces, skoro się nie rozwijamy? Skoro spoczęliśmy na laurach, uważamy się za ekspertów omnibusu w tej dziedzinie, w danej rzeczy i koniec, kropka. My czasami odruchowo mówimy to zdanie czy mówimy: „Wiem, wiem. Tak, tak, tak.
Słyszałem o tym”. Natomiast dalej nic z tego nie robimy. To tak, jeżeli z kimś dyskutujemy. Jeżeli będziemy często tego zdania używać, może zajść u nas takie coś jak podprogowe zamykanie się na nową wiedzę. Bo w momencie, kiedy będziecie słyszeli już ten temat, to zamiast się skupić na tym, co ta druga osoba do nas mówi, a może powie coś nowego, a może miała jakiś przebłysk, może coś odkryła, na co my na przykład nie wpadliśmy czy nigdy tego nie słyszeliśmy. Ale słyszeliśmy większość z tej teorii. Ale my już się z automatu zamykamy, bo my to wiemy. Tak, tak, tak. Czytałem o tym. Ile można słuchać?
I tak się troszeczkę sabotujemy. Moi drodzy, czasami to nasze ego i wiele innych czynników oczywiście nas blokuje, ale to bardzo często się w tym trzyma. Na to się składa. I jeszcze jedna rzecz tutaj, tak jak mówiłam o tej próżności, to tutaj bardziej do tego ego jeszcze dobudowałam coś takiego jak trochę „niezdrowa” Pewność siebie, która wynika z różności i silnego przekonania o swojej nieomylności. Mamy takie combo pod hasłem ego. Możemy sobie zwizualizować to jako personę takiego człowieka. Słuchajcie, dlaczego ja w ogóle wspominam o tym, skoro tak naprawdę to wcale niekoniecznie wpłynie negatywnie na nasze pisanie? Bo jeżeli jesteśmy przekonani o tym, że coś robimy dobrze, to przecież mamy motywację i robimy dobrze. Nie będę czytał, szkoda mi czasu na innych. Siadam i robię swoje.
Jeżeli mamy takie zdrowe podejście i jesteśmy otwarci na to, że rynek nas zweryfikuje, czy opinie nas zweryfikują, to okej. Natomiast bardzo często w takich sytuacjach nie do końca jesteśmy otwarci na weryfikację ze strony czytelników i wtedy może dojść do bardzo nieciekawych rzeczy. U nas w środku. Jeden będzie szedł w zaparte, a drugi się będzie zwijał i będzie się umartwiał w środku. Zaraz o takich typach osobowości powiem dalej. Natomiast chciałabym jeszcze wspomnieć o zagrożeniach wynikających z podejścia osiadania na laurach, czyli tego, że nie będę studiował anatomii, sztuki rysunku, perspektywy, zasad estetyki, bo ja już to wiem, jestem geniuszem. I teraz uwaga: jeżeli spoczniemy na laurach, może się zdarzyć tak, że będziemy sabotować research, który robimy do naszych treści, do naszych tekstów. Research, oczywiście mam tu na myśli poszerzanie wiedzy, poszukiwanie różnych zależności. Zależy, o czym piszemy. Może to być zarówno budowanie bohatera od strony psychologicznej.
Jeżeli bierzemy patologa sądowego, to będziemy potrzebowali chociaż trochę zaplecza wiedzy, czegokolwiek, żeby ten bohater był realny. Natomiast jeżeli uznamy, że my już wszystko wiemy albo wiemy trzy rzeczy i to wystarczy, to może być tak, że w ogóle nam się nie będzie chciało tego researchu robić i po prostu napiszemy coś na czuja, a potem czytelnik, który się zna troszeczkę na tym temacie, a może on jest patologiem, może nas wypunktować. Kolejnym zagrożeniem może być powierzchowna psychologia postaci. Trochę się prześlizgamy albo nagle będziemy mieli trzech bohaterów i właściwie jeden będzie wyraźny, a dwóch będzie się czytelnikom myliło albo nie będą ich rozróżniali, albo w ogóle nie zrozumieją, o co nam chodzi i po co jest ten trzeci bohater, skoro jest taki sam jak drugi. Tak że w psychologię też warto zaglądać. Dalej. Może się w nas zrodzić coś takiego jak chęć do bohaterów, których stworzyliśmy, a zwłaszcza jeżeli chodzi o bohaterów epizodycznych czy takich bohaterów-manekiny. Załóżmy, że opisujemy jakąś wojnę czy masakrę. Załóżmy, że to jest fantastyka. Nie chcę się odwoływać do rzeczy historycznych, bo tam też trzeba robić research, i to gruby.
Natomiast jeżeli mamy fantastykę, mamy scenę, mamy wielką bitwę i ogólnie mamy bohatera, który się pojawił przed bitwą i chcemy go uśmiercić i chcemy poprzez jego śmierć pokazać sposób, w jaki wróg zabija. Ma demony, które mają kolec jadowy i chcemy to pokazać. Warto byłoby chwilę poświęcić temu bohaterowi, mimo że my wiemy, że on za chwilę zginie, ale warto byłoby mu dać jakiś atrybut. Coś, co sprawi, że my go zapamiętamy i że potem, jeżeli będziemy opisywali ferwor tej walki, to żeby dać czytelnikowi szansę, żeby on zdążył załapać, że bohater, który będzie za chwilę w następnym akapicie ginął, to że czytelnik już się z nim zetknął sześć akapitów wyżej. Ale jeżeli my będziemy uważali tego bohatera za mięso armatnie, że to jest tylko manekin, który ma zginąć, to z automatu, jak my się tak do niego nastawimy, nie będziemy się starali go napisać wyraźnie. Bo po co? On jest nieistotny. On nam tylko tu przeszkadza, a nie pomaga. Tak trochę wyolbrzymiam, ale może się takie coś zdarzyć, że potraktujemy takich bohaterów po macoszemu. Oczywiście też nie tędy droga, żeby rozpisywać całą książkę czy sobie robić 10 stron notatek na temat tej postaci.
Chociaż polecam. Czasami ciekawie, warto, ale nie o to chodzi. Natomiast chodzi o to, żeby jakkolwiek tę osobę opisać, tę postać bohatera zarówno od strony wizualnej, jak i od strony psychologicznej. Dalej. Możemy przez podejście powierzchowne i że ja to wiem, możemy bardzo spłycić przekaz w naszych treściach. Bo skoro my to wiemy, to przecież nie będziemy tego pogłębiali. Albo założymy, że nasz czytelnik wie to samo, co my, albo stwierdzimy, że i tak jest idiotą i właściwie to obojętnie. Grunt, żebym ja był zadowolony. Ja wiem, o co chodzi w moim przekazie, a jeżeli ktoś go nie rozumie, to go nie rozumie. Jest za słaby.
Warto tutaj sobie te rzeczy wypośrodkować i jednak skupić się, żeby ten przekaz był tak napisany, niezależnie od tego, czy po naszą książkę sięgnie prosty człowiek, czy na przykład profesor. Dalej. Wjeżdżamy już na bardzo poważne rejony zagrożenia. Chyba jedno z większych zagrożeń. Jeżeli nasze ego i nasze poczucie własnej wartości będzie tak bardzo zawyżone, to może być taka sytuacja, że w chwili Kiedy ktoś nas krytykuje, to po pierwsze nieważne jak konstruktywna byłaby ta krytyka, możemy jej nie zauważyć. Nie zauważyć konstruktywności, a możemy to potraktować jako atak. Dosłownie. To jest atak personalny czy atak fizyczny. Chodzi o to, że w takich sytuacjach w naszym mózgu uruchamia się taka odpowiednia furtka, która bardzo często zamyka nasze słuchanie, wnioskowanie i rozumowanie logiczne. Tylko nam się uruchamia taki instynkt pierwotny i z automatu wchodzimy w fazę bronienia się.
Bardzo często takie zjawisko może wystąpić, jeżeli ktoś jest w dysonansie poznawczym. Nie chcę bardzo tutaj porównywać, natomiast faktycznie sami możemy się w taki dysonans na swój temat wprowadzić i wtedy jest ciężko sobie czasami zrobić taką stopklatkę i odizolować się emocjonalnie, bo faktycznie nasze emocje będą od razu uderzały w te pierwotne nuty i my będziemy dosłownie fizjologicznie czuć. Ta cała chemia nam się uruchomi taka, która właśnie jakby dosłownie ktoś nas uderzył. Wtedy w momencie, kiedy ktoś nas uderza, to my się nie zastanawiamy nad tym, co on miał na myśli, jakie są nasze emocje, tylko wtedy albo się bronimy, najczęściej się bronimy, albo atakujemy, albo uciekamy. Dlatego warto zadbać też o swoje wnętrze i pilnować się, żeby właśnie nam te nasze ego za bardzo się nie rozrosło. I teraz docieramy właśnie do momentu, bo to nie jest nic innowacyjnego, to nie jest coś, co sobie sama wymyśliłam. To, o czym wam teraz mówię, te nasze podejście, bo tak jak może nasze ego wyjechać poza skalę, tak samo może wyjechać poniżej tej skali. Czyli będziemy mieli, tak jak wspominałam na początku, będziemy mieli grupę osób, która jest: „Ja to wiem” i grupa osób, która się nie czuje godna. Ona jest zbyt mała, żeby cokolwiek osiągnąć czy żeby cokolwiek zrobić. Oczywiście, że jest też grupa pomiędzy, natomiast grupa pomiędzy sobie radzi.
Dzisiaj chciałam odwołać się trochę do osób zarówno z jednej strony, jak i z drugiej strony skali. Ja nie będę dużo o tym mówić. Ja wam tylko sygnalizuję. Zachęcam, żebyście zrobili research i zajrzeli, poszukali sobie w sieci informacji na temat czegoś takiego jak efekt Dunninga-Krugera. Dwóch mądrych ludzi opracowało bardzo ciekawą teorię. Ja tutaj tylko podam wam esencję, więc to mniej więcej polega na tym, że im mamy mniejszą wiedzę, tym wyżej oceniamy swoje kompetencje. I teraz właśnie tutaj rodzą nam się dwie grupy. Czyli będziemy mieli takiego osobnika A, który wyznaje taką zasadę jak „nie wiem, że nie wiem”. Czyli dosłownie on po prostu ma małą wiedzę, dlatego wydaje mu się, że ma super wysokie kompetencje, bo zwyczajnie nie wie, ile jeszcze rzeczy nie wie. Natomiast osobnik B z kolei to jest osobnik, który wie, jak wiele nie wie i z automatu sam będzie wprowadzał się w taki stan, że jest jeszcze tyle rzeczy, o których on nie wie, że on jest niegodny.
On sobie nie poradzi, bo on jeszcze tego wszystkiego nie wie i będzie się też nakręcał w drugą stronę. I tutaj jeszcze chciałam troszeczkę więcej odnośnie takich smaczków psychologicznych. Taki osobnik A on będzie rósł na tej skali. On po prostu z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Im dłużej będzie sobie tkwił w takim stanie, to on będzie tak wewnętrznie się budował. Nie będzie słuchał. Tak jak wcześniej mówiłam przy tym ego. On będzie po prostu głuchy na argumenty i co gorsze będzie patrzył na ludzi z góry. Właśnie on będzie takim omnibusem, nie takim tutaj, że „ło ło ło co to nie ja?” I nie przemówisz do tego człowieka, bo on po prostu zwyczajnie nie jest świadomy tego, że mógłby na przykład się rozwinąć czy mógłby poszerzyć swoje kompetencje. Natomiast jeżeli chodzi o wyznaczniki tego osobnika B, to taki osobnik będzie miał tendencję do spadania, zapadania się w sobie w kierunku troszeczkę destrukcyjnym.
Wszystko, co też dostanie z otoczenia, co ktoś mu powie, bardzo często będzie to rozumiał nie na zasadzie, żeby z tego skorzystać i się rozwinąć, tylko żeby sobie jeszcze dowalić, że on przecież jest zbyt mały, niegodny i tak dalej, i tak dalej. No i właśnie tutaj też widzę w notatkach, że cały czas czuje się nie dość dobry. I wiecie, paradoks tego polega na tym, że osobniki A w tym efekcie, te osobniki A generują osobniki B. Przez to, że jedna strona i druga strona zapędza się w te skrajne rejony skali, to one się po prostu napędzają jedne drugich. I bardzo często tych osobników B jest dużo mniej i oni nawet nie mają siły się przebić, mimo że na przykład mają dużo większą wiedzę. Bo to też jak sobie prześledzicie ten efekt polega na tym, że ten osobnik A ma jakąś szczątkową wiedzę i się zatrzymuje na tej skali. Z perspektywy społeczeństwa ten osobnik stoi w miejscu, natomiast on cały czas prze do przodu. Rodzi się w nim rodzaj takiej charyzmy, ale nie do końca w takim wspierającym, że tak powiem, kontekście. Taki osobnik właśnie będzie pokazywał się jako ekspert, jako omnibus. I bardzo często ludzie będą szli za tym osobnikiem, mimo że on tak naprawdę będzie mówił ogólnikami i będzie trochę serwował watolinę.
Natomiast osobnik B, który ma bardzo, bardzo dużą wiedzę i on cały czas sobie wmawia, że ona jest nie dość dobra i albo właśnie będzie chował rzeczy do szuflady, sobie pisał na przykład do szuflady, albo po prostu się nie przebije. Bo nie będzie miał tej charyzmy, bo sam będzie się, mówiąc kolokwialnie, dissował i z automatu też nie zbuduje społeczności i ciężko mu będzie trafić do tej grupy. Tak sobie napisałam zagrożenia zarówno z jednej strony barykady, jak i z drugiej, mimo że chyba już same przez się wam tutaj dużo sugeruję, jak to wygląda. I właśnie taki osobnik A, jego treści zarówno te pisane, jak i same wypowiedzi będą bardzo powierzchowne. Tam będzie dużo ogólników, dużo ładnych fraz ogólnie brzmiących i właściwie nic z tego nie będzie wynikało. Sama jakość jego treści będzie niska. To wiadomo. Jeżeli będzie powierzchowna, to też nie będzie zbudowana struktura tych treści, tylko będzie na przykład początek i koniec. Dobra, bo tu byśmy musieli schematy rozrysowywać, nieistotne. Dalej jego treści będą przewidywalne.
Zresztą on sam będzie bardzo łatwo przewidywalny. Z automatu research, który będzie robił też będzie ubogi, no bo po co? Przecież on już to wie. I tutaj on będzie miał też trudność w budowaniu i rozwijaniu społeczności, bo tak jak ta społeczność sama w pewnym momencie się pojawi wokół niego, to jednak taka społeczność nie zostanie długo. To będzie takie nowe mądre słowo internetowe, będzie taki chwilowy hype na tę osobę, na to, co ona robi. Natomiast później ta społeczność będzie się rozpadała, bo tego typu osoba nawet nie będzie w stanie zorganizować dla swojej społeczności takich warunków, żeby ta społeczność się zbudowała w silny sposób. Jeżeli chodzi o osobnika B, to tutaj też polecam wam zerknąć na coś takiego jak syndrom oszusta. To jest też jedna z takich pułapek, że często nie wiemy nawet, że w niej tkwimy i takie osoby będą bardzo narażone na zapadanie na taki syndrom. W dużym skrócie to jest tak naprawdę takie trochę podprogowe, podświadome, nieświadome podkopywanie swojej wartości. Takie trochę oszukiwanie samego siebie, że jest się nie dość dobrym.
To jest trochę szerzej. Polecam, doczytajcie. Tak jak wspominałam, taka osoba będzie się wstydziła, nie będzie chętnie pokazywała swoich treści, będzie je sobie pisała do szuflady, bo przecież one nie są dość dobre, nie są godne i tak dalej. I też ta osoba będzie żyła w przekonaniu, że nie jest w stanie osiągnąć sukcesu, że ona będzie tak się sprowadzała na dno i cały czas na przykład będzie poszerzała wiedzę, szlifowała warsztat, rozwijała się, natomiast nie będzie publikowała, nie podejmie nawet próby gromadzenia społeczności, bo przecież nie zasługuje na nią, bo jest nie dość dobra, wie za mało. I dochodzimy do takich sytuacji, że jedna i druga strona barykady jest dosyć ciężka do wyjścia, myślę, ale nie niemożliwa. I słuchajcie, przede wszystkim jak tego unikać? Jeżeli uważacie, że tkwicie po takiej stronie gdzieś po którejś z tych dwóch stron, to słuchajcie, to już wam gratuluję, skoro sobie to uświadomiliście. Jeżeli sobie coś uświadomiliście, to jesteście spokojnie w stanie z tego wyjść. Siądźcie i pomyślcie, jak to by można zrobić. I teraz tak, tutaj mam oczywiście, jak to ja zawsze mam pytania pomocnicze dla was.
Ale przede wszystkim najważniejsza rzecz cokolwiek byście nie robili, nieważne, czy to dotyczy pisania, czy to dotyczy waszego życia codziennego. Przede wszystkim bądźcie szczerzy sami ze sobą. Nie musicie nikomu się przyznawać, ale przede wszystkim sami ze sobą bądźcie szczerzy i sobie się przyznajcie do wszystkiego, bo wtedy będzie wam dużo łatwiej nad tym pracować i gdzieś tam szukać odpowiedzi na to. I dodatkowo będziecie też bardziej uważni sami na siebie i na rzeczy, które robicie. Możecie sobie takie pytanka weryfikacyjne zadać i sobie sami szczerze odpowiedzieć na nie. Między innymi na przykład na coś takiego jak: czy jestem otwarty na wiedzę? Nie musi być nowa, zaznaczam. To równie dobrze może być coś, co już wiecie. Czy jesteście na przykład w stanie wysłuchać osobę, która wam powie to, co już wiecie i oczywiście aktywnie słuchać, a nie że po prostu będziecie towarzyszyć jej w trakcie monologu. Dalej.
Czy zwykle staram się udowodnić swoją rację? Pomyślcie, jak na przykład prowadzicie dyskusję, to czy staracie się przeforsować swoje poglądy, czy na przykład ulegacie cudzym poglądom? Jak to wygląda u was? Dalej. Jakie emocje czuję wobec kogoś o odwrotnych poglądach do moich? Czyli wiecie, spotykacie takiego tutaj „wroga", wroga w dyskusji. Mimo że to nawet nie zawsze oponent, to jest po prostu zwykle towarzysz naszej dyskusji. Ale mamy takie czasy, że odruchowo, jak spotykamy się z kimś o odwrotnych poglądach, to bardzo często widzimy w nim wroga i zamiast skupić się na tym, co on mówi, to my już jesteśmy skupieni na tym, jak odparujemy cios i jak będziemy się bronić, bo przecież wiemy, że on nas atakuje. A może wcale tak nie jest? Więc pomyślcie.
A może macie w drugą stronę? Może wy od razu wiecie, że ktoś was będzie atakował i was przekrzykiwał, a wy nie macie siły się przebić. Pomyślcie, sprecyzujcie takie odpowiedzi właśnie zastanówcie się nad emocjami, nad tym, jak robicie, nad mechanizmami, które powtarzacie. I też wtedy się zastanówcie, czy wam one pasują, czy może chcielibyście je zmienić. Jeżeli będziecie chcieli je zmienić, to dalej kolejne pytanie: co muszę zrobić, żeby to zmienić? Co musiałoby się zadziać? Wiecie, pytania, im głębiej, tym więcej odpowiedzi znajdziecie. No chyba że już wszystko wiecie i nie interesuje was nowa wiedza. Ej, słuchajcie, tutaj jeszcze jedna rzecz. Co prawda o tej rzeczy powiemy, myślę też więcej gdzieś w kolejnych odcinkach, bo to jest bardzo potrzebne.
Zwłaszcza w świecie kreatywności i jeżeli zajmujemy się swoimi twórczymi rzeczami. Ale jak już będziecie szczerzy ze sobą, to żebyście też pamiętali o czymś takim jak nasza wewnętrzna pokora. I nie chodzi tu o to, żeby się kajać przed ludźmi i tak dalej, tylko żebyście sami pochylili się przed sobą i pozwolili sami sobie dać tę wiadomość. Jeżeli nie chcecie słuchać innych, to zadawajcie sami sobie pytania i sami rozprawiajcie się z takimi rzeczami i pokornie wtedy się też stosujcie do wniosków, do tego, do czego doszliście. I się przede wszystkim szanujcie. Trochę jak wspominałam też gdzieś poprzednio odnośnie cech. Wiecie, że są takie suwaki jak na konsolecie i możecie sobie to przesuwać w jedną lub w drugą. To zależy, gdzie na skali jesteście bardziej. Czy przy osobniku A, czy przy osobniku B, to sami będziecie wiedzieli, w którą stronę ta wasza pokora czy wasz szacunek ma się przesuwać. Bo jeżeli z automatu się będziecie uważali za niegodnych, to też nie ma co przesadzać z pokorą.
Ale jeżeli uszanujecie siebie takim, jakim jesteście, to zupełnie łatwiej będzie wyjść z tego i zacząć budować swoją wartość na nowo. I uwaga, nie wartość w cudzych oczach, tylko w waszych własnych. Jeżeli zadbacie o to, jak wy sami siebie postrzegacie, to opinie innych to będzie sprawa drugorzędna. Jeżeli wy sami będziecie widzieli w sobie godnych ludzi i nie osiądziecie na laurach, to zupełnie łatwiej też będzie wam tworzyć treści w 3D, bo ten research będzie po prostu wam wchodził na miękko. Research będzie dla was czymś naturalnym. To nawet nie będzie coś: „E, muszę to zrobić”, tylko to po prostu będzie się robiło. Bo chcę dać dobrą jakość, chcę dać dobrą treść mojemu czytelnikowi. Chcę zrobić bohatera w 3D. Chcę naprawdę opisać coś porządnie. No to sięgam, idę i to robię.
I research to też nie jest nic bardzo skomplikowanego, bo im więcej zbierzecie detali i ciekawostek z danej dziedziny. Czyli mamy tego patologa sądowego. Czasami wystarczą te parę rzeczy, czy jakaś jedna ciekawostka, czy jakieś trzy teorie albo trzy sposoby, mechaniki. Zależy, co tam potrzebujecie i co z tym patologiem będziecie robili w treści. To będziecie mieli większą wiarygodność w oczach czytelnika, bo wtedy jeżeli traficie na laika, to on będzie zachwycony, że nauczył się czegoś z waszej książki. A jak traficie na osobę, która zna się na temacie, to będziecie mieli szacunek tej osoby, bo stwierdzi, że odrobiliście lekcje. Że wykazaliście się pracą, żeby chociaż znaleźć jakieś małe smaczki z tego zawodu czy z tej dziedziny. I oczywiście, że możecie sobie szukać tego w internecie. Zachęcam też, żebyście szukali sobie ekspertów z tych dziedzin. Czasami po kontaktach, które macie.
Dzisiaj mamy dobę internetu, to tam można znaleźć wszystko. Jeżeli chcecie opisywać patologa sądowego, to znajdźcie patologa sądowego. W Polsce też takich mamy. Natomiast jak najbardziej możecie też sięgnąć po literaturę fachową. Jest też literatura popularnonaukowa. Można gdzieś różne książki sobie upolować, wypożyczyć jakieś rozprawy naukowe, artykuły. Nawet czasami w jakimś artykule będziecie mieli case, prawdziwą rzecz, prawdziwą sprawę, która się wydarzyła, to może ją troszeczkę ubierzecie w inne określenia, w inne rzeczy i może też zastosujecie to u siebie. Jeszcze też możecie stosować sobie coś takiego przy researchu jak eksperymenty myślowe. To na przykład przydaje się, jeżeli budujecie uniwersum, zwłaszcza jakieś takie bardzo fantastyczne lub futurystyczne, to czasami warto tworzyć problemy, jakieś eksperymenty, wrzucać coś w to uniwersum i zastanawiać się. Bo z jednej strony niby możemy mieć magię, fantastykę i tak dalej, ale czasami też warto trochę sięgnąć po realizm, bo pamiętajcie, że czytelników macie tu i teraz.
I z automatu każdy czytelnik będzie przekładał to na rzeczy, które on sam wie lub rzeczy, które uczymy się w szkołach, które są ogólne. Więc czasami warto gdzieś zastosować jakieś porównanie, żeby za bardzo też nie odlecieć, żeby się czytelnik po prostu nie pogubił w tym. I tak samo dyskusje. Wtedy właśnie czy macie eksperta? Może macie po prostu w swoim otoczeniu pasjonatę. On nie musi wcale pracować w zawodzie, ale wiecie, że ten człowiek w wolnych chwilach kolekcjonuje znaczki i jest ekspertem w tym. Dobra, może to niekoniecznie dobry przykład w tym momencie, ale jeżeli macie w swoim otoczeniu takie osoby, to wiadomo, że bądźmy już przy tych znaczkach. Jeżeli ten człowiek od 10 lat zbiera znaczki, on zna wszystkie kolekcje. Może też zna historię tych znaczków czy historię w ogóle poczty jako takiej. To po co macie biegać i robić na piechotę research od nowa, kiedy może wystarczy zadzwonić i pogadać chwilę albo umówić się na jakiś dobry trunek i posłuchać, niech on tam nam poopowiada.
Skoro on 10 lat na to poświęcił, to dzięki jednej rozmowie możecie wyłapać smaczki i faktycznie też zaoszczędzić czas, bo bardzo możliwe, że do takich smaczków nawet byście nie dotarli albo musielibyście ileś godzin poświęcić na przykład na wertowaniu książek czy surfowaniu gdzieś po stronach internetowych, żeby w ogóle się do tego dokopać. A koleś jest tym zafascynowany i on pięć czy siedem lat temu już na to trafił. I w ogóle to jest super historia. Więc też pomyślcie, rozejrzyjcie się kogo macie wokół i się po prostu wspierajcie tymi ludźmi. I słuchajcie, ja tak sobie myślę, że dzisiaj trochę zaczęło się groźnie, ale myślę, że Jak sobie doczytacie o tych efektach, o syndromach, to będzie wam dużo łatwiej sobie radzić z jakimiś rzeczami. Tak jak mówiłam, ja nie zakładam, że wy jesteście na tych skrajnych końcach skali, bo wiadomo, że statystycznie to jednak zwykle więcej osób jest gdzieś pomiędzy. Natomiast na pewno idziecie w jakimś kierunku i warto się zastanowić, w którym i czy to jest dla was dobry kierunek. Bo może być. Może nic nie musicie zmieniać. Pamiętajcie.
Pomyślcie tylko, czy to faktycznie was rozwija i czy to faktycznie sprawia, że treści, które robicie, mają wysoką jakość dla czytelnika. Bo dla was będą miały zupełnie inną jakość, inną wartość, a jeszcze inną wartość będą miały dla osoby, która nie jest w waszej głowie, nie ma pojęcia co myślicie, co przeżyliście i o co wam chodzi. Także tu dużą robotę robi research i uwaga, bo też skupiłam się na tym researchu rzeczy eksperckich spoza waszej wiedzy. Natomiast jeżeli odwołujecie się do emocji, do jakichś uczuć czy przeżyć waszych własnych, to też warto sami w sobie zrobić taki research. Trochę zastanowić się bardziej czy przeanalizować nasze wspomnienia albo zacząć się zastanawiać na przykład, jeżeli była jakaś sytuacja, to co mogło sprawić, że ta sytuacja miała miejsce? Co wpłynęło na to, że się zadziało tak, jak się zadziało, czy że tak zareagowaliście? Bo jeżeli tak, zaczniecie pogłębiać też takie analizy, to zupełnie inaczej będziecie pisali bohatera. Ten bohater będzie jak żywy, jakby naprawdę istniał. Także warto. Dobra, słuchajcie, ja nie ględzę dłużej.
Trochę pogadane mamy. Dajcie znaka gdzieś. Oczywiście tradycyjnie na grupie będą posty, więc będzie też miejsce, jakbyście chcieli się podzielić swoimi przemyśleniami, a może nie zgodzić się z czymś, co tu mówię. Może gadam głupoty, więc też byłoby mi miło, gdyby ktoś zwrócił mi na to uwagę. A tymczasem życzę wam jak zawsze mocy inspiracji. Działajcie, róbcie researche. Ja uwielbiam uczyć się z książek, zwłaszcza nie z naukowych. Jak już mówię o nauce z książek, to na przykład jeżeli lubicie sensację, to polecam wam Simona Becketta. Dla mnie to jest po prostu niesamowity człowiek właśnie od strony pisarskiej. Bardzo dużo rzeczy tam się nauczyłam.
Także oprócz rozrywki, sensacji naprawdę porządnie pisana, zwłaszcza ta seria o detektywie Hunterze. Ale naprawdę pomyślę tyle takich fajnych smaczków, niuansików tam było i które okazały się faktami, a nie, że to sobie autor nawymyślał. Życzę nam wszystkim, nam pisarzom, żeby nasze książki takie były, żebyśmy mieli czytelników, którzy będą wdzięczni do końca swojego życia, tak jak ja będę wdzięczna Beckettowi za to, że sięgnęłam po książkę rozrywkową, a przy okazji się czegoś nauczyłam. A to życzę nam wszystkim, żeby nasze książki też takie były. Dobra, ja milknę. Tymczasem leci do was takie zadanko kreatywne, czy dzisiaj może bardziej filozoficzne. Trzymajcie się. Pa. Spotykasz wszechwiedzącego omnibusa, który zna odpowiedź na każde pytanie. Gdybyś mógł zadać mu jedno dowolne pytanie, to jak by ono brzmiało?
[03:08:15] - Myślę, że sporo cennych uwag Katarzyny mogli państwo odnotować. Ja w każdym razie z nieustającą fascynacją słucham tych wywodów. Nie dlatego, żeby to była dla mnie nowość, ale pewna maestria w przedstawianiu zagadnień. Muszę przyznać, że mi imponuje. To tyle hołdów poddańczych. Teraz zapraszam na cykl, który cieszy się niezwykłym powodzeniem. Cykl „Bez Tajemnic”. O, dzisiaj odcinek ciekawy. Zapraszam.
[03:09:08] - Reynald Russill jest francuskim medium spirytystycznym, kardycjańskim medium spirytystycznym, o którym już wielokrotnie wspominałem na moim kanale YouTube. Jeżeli ktoś jeszcze nie słyszał o tym człowieku, prześledźcie sobie moje materiały i w którymś momencie gdzieś tam traficie na tego osobnika, o którym troszeczkę opowiadam. Jest to medium, jak już wspomniałem, kardycjańskie. To jest to już takie, można powiedzieć, odchodzące pokolenie tych mediów, które wychowały się na „Księdze duchów” i „Księdze mediów” Alana Kardeca, a także na innych dziełach tego francuskiego spirytysty. Tak jest. W każdym razie jest to osoba, która zajmuje się także voyance, czyli przepowiadaniem przyszłości. I co jest warte podkreślenia to to, że nie pobiera opłat w ogóle za usługi mediumiczne. To znaczy, gdy jakieś seanse odbywały się na sali z publicznością, oczywiście tam trzeba było za wstęp zapłacić, ponieważ są koszty, trzeba wynająć salę, zapłacić prąd i tak dalej, zjeść jakiś obiad na mieście. Ale poza tym jego usługi mediumiczne są za darmo i to podkreślam, ponieważ to jest oznaką dobrego medium, które nie kieruje się w swojej pracy zawodowej potrzebami materialnymi, a to bardzo oczyszcza umysł. W każdym razie ten człowiek utrzymuje się z innych rzeczy, które również są związane z taką parapsychologią i tak dalej.
W każdym razie to może tyle wstępu. Aha, no to oczywiście mieszka we Francji, w Paryżu i powoli odchodzi na taką mediumiczną emeryturę. Organizuje coraz mniej spotkań, ale jakiś czas temu zaczął organizować nagrania na YouTubie. Otworzył sobie kanał YouTube i tam po prostu nagrywa i od jakiegoś czasu podbieram, podkradam jego niektóre materiały i przekładam na język polski. W każdym razie to może tyle wstępu i teraz przejdźmy do meritum. Do zasadniczego tematu dzisiejszego odcinka: modlitwa. Jako że ja już wielokrotnie opowiadałem o modlitwie, opowiadałem o Bogu i tak dalej, ale kimże ja jestem? Dzisiaj chciałbym się oprzeć na autorytecie medium z wieloletnim doświadczeniem. Medium, które we Francji cieszy się bardzo dużym poważaniem. Pod koniec materiału dodam może kilka własnych spostrzeżeń odnośnie modlitwy.
A na razie zapraszam do obejrzenia i wysłuchania nagrania Reynalda Russella o sensie modlitwy.
[03:11:50] - Boga nazywamy jak chcemy. Bóg jest wszechświatem, a my jesteśmy stworzeniami, które stamtąd pochodzą. Modlitwa jest czymś magicznym. Wiem, że niektórzy powiedzą: „Ale ja się modlę i to nie działa”. Właśnie tak, to nie działa za każdym razem. „Próbowałem testować i nie działa”. Nie, Boga się nie testuje. Bogu trzeba ufać. Do Boga mówi się z zaufaniem. Modlitwa jest wzniesieniem się naszej duszy do światła.
To jest aż tak proste, ale trzeba umieć się tym posługiwać. Modlitwa jest czymś magicznym. Często korzystałem z modlitwy i nadal to robię. Ale nie mówię o modlitwie katolickiej czy jakiejś innej religii. Jeśli chodzi o modlitwę katolicką, gdy czasami idę na mszę i widzę ludzi powtarzających paciorki jak papugi, znane „Ojcze nasz”, bez pojmowania znaczenia słów. Nie, modlitwa od serca musi wydobywać się z naszej głębi. Musi być czysta, szczera i bezinteresowna. Podam wam troszkę dziwny przykład, ale jeśli chcecie dostać pracę w jakiejś firmie, gdzie nie ma wolnego etatu i pomodlicie się o to, chociaż nie ma dla was wolnego stanowiska, to jasne, że modlitwa nie zostanie wysłuchana. Nikt nie zwolni pracownika, aby przekazać wam jego stanowisko. Więc gdy w modlitwie prosicie o coś, trzeba być poważnym.
Teraz powiecie, że wszystkie błagania są poważne. Nie, niektóre tylko są poważne, a pozostałych nie potrzebujemy. Trzeba na to uważać. W rzeczywistości nie potrzebujemy wszystkiego, o co prosimy. Nie wszystkie prośby są wysłuchiwane. W przeciwnym razie mielibyśmy duży problem z ogarnięciem tych wszystkich otrzymanych rzeczy. Musielibyśmy bardziej zastanawiać się, zanim czegoś zapragniemy. Więc modlitwa jest magicznym kluczem. Należy dobrze się zastanowić, czy rzeczywiście potrzebujemy danej rzeczy i jeśli naprawdę coś jest nam niezbędne i będziemy potrafili z tego skorzystać, modlitwa zostanie wysłuchana. Niebo wystawia nas na próbę.
Nasza prośba jest wysłuchiwana w ostatniej chwili. Modlitwa nie może być egoistyczna. Trzeba również przewidzieć wpływ naszej modlitwy na nasze otoczenie. To ważne. Czasami ktoś mówi do mnie: „Panie Russell, nie chcę, aby moja córka wyszła za tego czy tamtego. Czy mogę się o to pomodlić?”. Jeśli waszej córce ten mężczyzna jest przeznaczony, modlitwa nie będzie skuteczna. Pomijam, że byłoby to ingerowanie w czyjeś życie. Tak więc modlitwa jest czymś osobistym. Należy najpierw modlić się dla siebie.
Gdy już się otrzymało spokój dla własnego ciała, duszy i umysłu i odnalazło się pełnię spokoju, można zacząć modlić się za innych, ale tylko w takim sensie, aby ich prośby zostały wysłuchane w zależności od woli niebios. Ale nie należy prosić, aby otrzymali to, czego chcą. Modlitwa nie musi dotyczyć tylko duchowości. Może również skupiać się na sprawach materialnych, ponieważ żyjemy w materializmie. Niebo ma nam dostarczyć siłę, abyśmy jak najlepiej doprowadzili do końca naszą ziemską próbę. Teraz, czy modlitwa musi być długa? Niektórzy mi mówią, że nie mają czasu na modlitwę. Nie, modlitwa nie jest długa, może trwać kilka sekund. Ja każdego ranka modlę się o spokój dla ciała, duszy i dla umysłu. Te trzy słowa zawierają wszystko.
I dzisiaj mogę powiedzieć, że odnalazłem spokój ciała, duszy i umysłu. Spokój ciała to inaczej zdrowie. Spokój umysłu to spokój od wszystkiego, co może zdenerwować nas na ulicy albo nas zmartwić. Znajomi, rodzina, praca, politycy. Chodzi o to, aby mieć odpowiedni dystans do tych wszystkich rzeczy. Wtedy dopiero możemy żyć w spokoju. Do tych wszystkich zaleceń dotyczących modlitwy dodaję: czytałem o czymś takim, aby dodać: „Proszę o coś, ale według uznania najwyższego”. Najwyższy brzmi trochę po religijnemu, ale chodzi o górę. Mogę was zapewnić, że to może zmienić życie. Można prosić o zaufanie do samego siebie.
Jest jeszcze coś, z czym sam mam wielki kłopot, ale ostatnio troszkę mi się udaje. Muszę jeszcze nad tym troszkę popracować. Gdy mamy z kimś na pieńku, aby modlić się, by nasz przeciwnik czuł się jak najlepiej. Później mamy modlitwę o uzdrowienie. To jest bardzo skomplikowane. Możemy uzyskać uzdrowienie cielesne i człowiek znowu zaczyna normalnie funkcjonować, ale też można wyzdrowieć na duszy. To oznacza, że osoba odnajdzie wewnętrzny spokój, spokój spiritualny. To znaczy, że umrze. Skrócimy jej cierpienie, ale odnajdzie wewnętrzne ukojenie. Trzeba najpierw to zrozumieć, gdy w modlitwie prosimy o uzdrowienie.
Można więc uzyskać uzdrowienie, ale trzeba być w prośbie bardzo dokładnym. Trzeba się określić, czy myślimy o zdrowiu fizycznym, aby chora osoba nadal z nami żyła. Modlitwy o uleczenie są bardzo skomplikowane. Poza tym modlitwa jest czymś magicznym, co karmi duszę. Nawet gdy niczego nie potrzebuję, każdego ranka z moim okropnym charakterem, każdego ranka modlę się i mówię: „Dziękuję za to, że się obudziłem i żeby ten dzień nie był zbyt skomplikowany”. Modlitwa musi być naturalna, musi wychodzić z serca. Więc każdego ranka mówię: „Dziękuję za to, że się obudziłem i proszę, aby ten dzień nie był zbyt skomplikowany”. Natomiast wieczorem, ale też nie zawsze, tak po prostu myślę sobie: „To był dobry dzień. Dziękuję”. Nawet jeśli w ciągu dnia miały miejsce jakieś drobne próby, to są tylko drobiazgi.
A to, co się liczy, to pozostanie zdrowym. To, że dzisiaj do was mówię. To, że w południe będę mógł zjeść obiad. To, że mam dach nad głową. Tak więc trzeba o to wszystko prosić i otrzymujemy mniej więcej to, czego pragniemy. Niektórzy powiedzą mi: „Modlę się, ale to nie działa. Chyba nie zasłużyłem”. Ależ tak, każdy zasługuje. Później wiele zależy od próby, jaką wybraliśmy sobie jeszcze przed narodzinami. Tym, którzy tak do mnie mówią, odpowiadam, aby modlili się szczerze i proście, aby wasze prośby złagodziły wam waszą ziemską podróż.
Modlić się to oddychać. Modlić się to żyć. Niektórzy mówią, że się nie modlą, tylko wyrażają życzenie. Ale to jest to samo. Można sobie życzyć, ale to jest jednak troszkę jak wymaganie czegoś. Od Boga się nie wymaga. „Chciałbym pojechać do Stanów Zjednoczonych. Chcę pojechać”. Wysyłamy myśl, ale mimo wszystko również troszkę narzucamy.
[03:18:42] - Ja tak ze swojej strony to chciałbym jedynie potwierdzić, że wszystko to, co powiedział Reynald Dresselle w tym odcinku, jest według mnie autentyczne. Ja sam wielokrotnie przekonałem się w moim życiu, że modlitwa ma bardzo wielką siłę. Bóg nie jest od tego, aby spełniać nasze zachcianki. Bóg daje nam jedynie to, czego potrzebujemy do spełnienia naszego życiowego planu. Każdy z nas po coś się urodził. I teraz mógłbym podać kilka takich przykładów z własnego podwórka, ale podam tylko jeden, który jest taki najbardziej interesujący w moim odczuciu i taki można by nawet powiedzieć najbardziej spektakularny. Można by o tym nawet nakręcić film. Ale dobra, to może tak. Śmieję się, ponieważ teraz wyobrażam sobie, że po tym, co zaraz opowiem, ktoś wpadnie na pomysł, żeby anulować mój dyplom uniwersytecki, ponieważ korzystałem z dodatkowej pomocy podczas egzaminów. A ta dodatkowa pomoc polegała na tym, że ja w ogóle na egzaminach na studiach, przynajmniej na początku, to jeszcze przed licencjatem, byłem bardzo strachliwy i przed egzaminami po prostu strasznie się bałem.
Więc jak trwoga, to do Boga. Przed każdym egzaminem po prostu człowiek wznosi ręce do nieba i prosi o litość i wybaczenie wszystkich win. No to ja robiłem tak samo, bo w końcu czym się różnię od wszystkich innych bojaźliwych człowieczków na tej planecie? W każdym razie oczywiście zawsze bardzo dobrze starałem się przygotować do egzaminów. Wiadomo, że zawsze gdzieś tam czegoś człowiek nie doczytał przed takim egzaminem. No i na egzaminie był strach, żeby właśnie wykładowca egzaminator nie zapytał akurat o to, czego się człowiek nie nauczył. Na moich studiach jeszcze licencjackich miałem bardzo dużo, bo to właśnie w tamtym czasie to się działo, miałem bardzo dużo egzaminów ustnych. Czyli ci, którzy studiowali to, wiedzą, jak to wygląda. Siada się przy stole, na stole są rozłożone na takich małych papierkach powycinanych pytania, które są odwrócone pytaniami w dół, żeby student nie mógł zobaczyć, o co jest. No i student musi sobie sam wylosować na przykład jeden papierek i drugi papierek, skoro ma odpowiedzi na dwa pytania.
Później dostaje 20 minut na przygotowanie się z reguły i następnie należy udzielić odpowiedzi. W każdym razie tak wyglądały egzaminy na moich studiach i ja przed każdym egzaminem wznosiłem ręce do Boga. Oczywiście nie dosłownie, ale trzeba było się troszeczkę pomodlić, że tak powiem, bardzo intensywnie, emocjonalnie i wielokrotnie mi się to zdarzyło. Wielokrotnie mi się zdarzyło, że w noc poprzedzającą egzamin śniło mi się, skąd mam ciągnąć pytania, jak ta kupka będzie z tymi pytaniami rozłożona. I o dziwo, ponieważ jednak uważam, że to jest rzecz wręcz niesamowita, po prostu gdy szedłem na egzamin, losowałem pytania w taki sposób, w jaki miałem to wskazane we śnie i na te pytania zawsze trafiałem. Nigdy nie zdarzyło się, abym źle wypadł na egzaminie, na którym po prostu wylosowałem pytanie w taki sposób. Ktoś może mi powiedzieć, że jest duże prawdopodobieństwo i tak dalej, że przecież skoro się przygotowywałem, no to przecież było mało prawdopodobne, że trafię akurat na pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. No to prawda. Mogło tak być, więc nie mówię, że jest inaczej, ale jedna rzecz to jest takie spojrzenie z boku, a druga rzecz to jest po prostu jakieś moje subiektywne odczucia. I o tych subiektywnych odczuciach ja w tym momencie opowiadam.
Nie musicie w to wierzyć. Ja w to wierzę. W każdym razie jeden z ostatnich egzaminów, kiedy zdarzyło mi się coś takiego, to było językoznawstwo. A językoznawstwo na moich studiach filologicznych to była dla mnie zmora. To była zmora. Ja po prostu cierpiałem. To była katorga. To była sala tortur. W każdym razie poszedłem zdawać egzamin z wykładowcą, która była wymagająca, ale nie była też jakąś taką, że tak powiem, jędzą. O, użyję takiego słowa.
Nie była taką osobą. Była raczej osobą pozytywnie nastawioną. Więc pamiętam jedno pytanie wylosowałem o Ferdynandzie de Saussure. To był językoznawcy, tak. Ferdynand de Saussure. Miałem opisać jego metodologię badań, a następne pytanie i to miałem wylosować tylko dwa pytania. Następne pytanie dotyczyło Hjelmsleva który również był językoznawcą i również miałem opisać jego metodologię badań. Jedno i drugie opisałem bez problemu, ale pani doktor mówi mi nagle: „Panie Struczyk, a ja chcę być absolutnie pewna, że pan na pewno dobrze się przygotował. Proszę wyciągnąć trzecie pytanie”. A ja sobie pomyślałem: „Jasny gwint, skąd mam ciągnąć trzecie pytanie?
Przecież we śnie przyśniły mi się tylko dwa”. I po prostu byłem zbity z tropu. Zamiast wyciągnąć karteczkę i normalnie zacząć odpowiadać, to zastanawiałem się, co mam zrobić. Nie wiem. Nie dostałem wskazówki. Jak to? Przecież wszyscy ciągną dwa pytania, a tu ja nagle mam ciągnąć trzy. Z jakiej racji? Ale trzeba było pociągnąć. Wyciągnąłem trzecie pytanie i trzecie pytanie dotyczyło dwóch wcześniejszych, o których już odpowiedziałem i należało dokonać porównania Hjelmsleva i de Saussure'a.
I wszyscy obecni w tej sali zaczęliśmy się śmiać, łącznie z panią doktor i z koleżankami, które też się przygotowywały, które miały odpowiadać za mną. Zaczęliśmy się wszyscy śmiać. Ja również. Kamień mi spadł z serca i pani doktor tylko powiedziała coś w stylu, już tak dokładnie nie pamiętam, że albo mam dużo szczęścia, albo ktoś nade mną czuwa, bo trzecie pytanie, którym miała się upewnić, że na pewno jestem bardzo dobrze przygotowany do egzaminu, zawierało odpowiedzi dwóch wcześniejszych. Od tej pory sobie żartuję, że gdzieś tam na górze Opatrzność po prostu sobie zrobiła ze mnie żart. Ale taki przyjemny żart. Po latach z tego się śmieję. W danej sytuacji, kiedy należało pociągnąć to trzecie pytanie, oczywiście nie było mi do śmiechu, a wręcz otarłem się o jakieś lęki, jakąś panikę prawie że. Ale wszystko się dobrze skończyło. I teraz oczywiście ktoś może powiedzieć, że statystycznie było duże prawdopodobieństwo wyciągnięcia pytań, na które znałem odpowiedzi.
Ale ten trzeci przypadek jednak powinien dać do myślenia, że żeby trzecie pytanie nieprzewidziane zawierało te dwa wcześniejsze, to jednak... Dobra, nie przedłużam. W każdym razie to tyle chciałem powiedzieć o sensie modlitwy i mógłbym takich przykładów różnego rodzaju z mojego życia jeszcze przytoczyć kilka, ale po co? Przecież każdy ma jakieś swoje doświadczenia i każdy, kto chociażby raz przekonał się, że modlitwa rzeczywiście ma siłę oddziaływania, to już chyba nigdy więcej w tę moc modlitwy nie wątpi. To tyle. Nie przedłużam. Dziękuję za oglądanie i zapraszam na kolejne odcinki. Zachęcam do subskrybowania konta i zezwalam na powielenie materiału wideo oraz jego publikację w całości na innym kanale. Proszę państwa, cykl Krystyny Śmigielskiej „Literackie tête-à-tête” to jest cykl, który muszę powiedzieć, że cieszy się powodzeniem, chociaż zmiennym. To znaczy macie państwo wyraźne preferencje.
Jedni danych autorów lubią, drudzy ich nie lubią. Głosy są bardzo zróżnicowane. Czasami mnie to zaskakuje, mówiąc szczerze, aż sam jestem ciekawy. Dzisiaj zapraszam na kolejny odcinek z Anną Musiałowicz.
[03:28:03] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Czeka nas mroczne, tajemnicze literackie tête-à-tête. Zaprosiłam do udziału w programie osobę nietuzinkową, otoczoną niezwykłą aurą. Pani Anna Maria Musiałowicz z wykształcenia jest pedagożką, resocjalizatorką. Z natury, jak sama o sobie mówi, włóczykijem. W chwilach wolnych lubi odwiedzać zamki, grywać w szachy lub malować odzież. Pisze opowiadania i powieści. W 2020 roku nakładem wydawnictwa Dom Horroru ukazał się „Diabeł za okna”. W 2021 roku „Kuklany las”, a rok później „Śnieg jeszcze czysty”.
Obie te pozycje zostały wydane przez wydawnictwo Stara Szkoła. Dzień dobry pani Anno.
[03:29:12] - Dzień dobry.
[03:29:13] - Cieszę się, że będę mogła zadać pani kilka pytań, a tym samym przybliżyć pani sylwetkę naszym słuchaczom i sprawić, aby bez niepotrzebnego strachu sięgali po napisane przez panią horrory.
[03:29:28] - Dzień dobry, witam wszystkich.
[03:29:30] - Proszę nam opowiedzieć, jak to z tym pani debiutem było. Oficjalnie podaje pani rok 2016, ale tak naprawdę
[03:29:41] - Tak naprawdę ta historia sięga właściwie czasów mojego dzieciństwa. To tak bardzo górnolotnie brzmi, kiedy mówię, że pisałam właściwie od zawsze, odkąd tylko i wyłącznie poznałam litery i nauczyłam się je składać. Ale taka była prawda, ponieważ już taką pierwszą moją książką, która została przeczytana przez kogoś więcej niż moich rodziców, była kamieni bajeczka bracia przygotowana na konkurs do szkoły. Ona pojawiła się w bibliotece, uczniowie również mogli po nią sięgnąć. I to moje pisanie to była nie tylko ta bajeczka, to było później różnego rodzaju opowiadania, różnego rodzaju artykuły pisane do gazetek szkolnych. Natomiast taką pierwszą poważną, jak ja mówię, publikacją była antologia młodzieżowa. Ona ukazała się bodajże w dziewięćdziesiątym piątym roku. Niestety nie mogę tego sprawdzić. Wiem, że gdzieś mam schowaną tą antologię tak, żeby jej nie szukać oczywiście. Mam nadzieję, że kiedyś ją znajdę i będę mogła ją pokazać jak wyglądała.
Natomiast tak bym powiedziała, że wtedy właśnie była moja taka pierwsza poważna publikacja, taki mój debiut. A potem sobie zrobiłam na dwadzieścia lat przerwę.
[03:30:48] - Często tak jest, że musimy sobie zrobić przerwę na życie takie normalne, żebyśmy potem mogły znowu usiąść i pogrążyć się w swoim świecie fantazji.
[03:31:00] - Dokładnie. Więc tutaj się trzymajmy tego, że ten oficjalny debiut był w dwa tysiące szesnastym roku, kiedy to moje pierwsze opowiadanie ukazało się na portalu Kostnica, a później w magazynie Histeria. Już jako dorosła osoba mogłam, powiedzmy to tak świadomie pisać.
[03:31:17] - Opowiadania to właściwie chyba pani ulubiona forma przekazu literackiego. Uważa pani, że krótki tekst jest łatwiejszy pod względem warsztatowym? Łatwiej go okiełznać niż powieść?
[03:31:30] - Nie wiem, czy opowiadanie jest łatwiejszą formą. Na pewno jest formą, którą łatwiej się pisze ze względu na czas, który poświęcam na pisanie. Natomiast to jest zupełnie inna forma pisania, ponieważ jeżeli mówimy o opowiadaniu, my musimy tutaj baczyć na każde słowo i baczyć na każdy detal. To nie jest tak, że opowiadanie jest, jakby to powiedzieć, powieścią upchniętą w kilkaset słów, kilkanaście stron. To jest zupełnie inny styl pisania. Na zupełnie inne rzeczy się zwraca uwagę i o epizodzie w życiu danego bohatera. Natomiast powieść pozwala na dużo szerszą możliwość rozwinięcia się i nawet wrzucania na to tak brzydko nazwę pewnych niepotrzebnych wątków tylko i wyłącznie po to, żeby utrzymać czytelnika, żeby dać mu czasem odetchnąć. Opowiadanie musi być skondensowane. Na pewno opowiadanie pisze mi się łatwiej ze względu na to, że ja lubię pisać na raz, tak? Skupić się, oderwać całkowicie od życia, zamknąć się w pokoju i zarwać tą przysłowiową noc i skończyć jeden temat.
Zamknąć to wszystko w krótkiej formie i żeby już było. Powieść wymaga ode mnie takiej większej samodyscypliny, planu, tego, że jednak muszę pilnować sama siebie, żeby codziennie usiąść i te kilkaset znaków napisać.
[03:32:42] - Te dłuższe formy. One też nie są takie długie, bo mają chyba po siedemdziesiąt stron, prawda? Może ta ostatnia jest dłuższa, prawda?
[03:32:52] - Dłuższa. Tak. Ja nie lubię gadać po próżnicy i to, co mówię, chciałabym, żeby każde słowo miało sens. Jednak ten styl opowiadaniowy, od którego zaczynałam, wciąż jest jakoś tak głęboko zakorzeniony we mnie i pisania powieści w dalszym ciągu się uczę. Rozwijania wątków i spajania ich w jedno. Powieść to taka jakby panorama. Natomiast opowiadanie to szczegół. To skupienie się na to takie zbliżenie, skupienie się na szczególe.
[03:33:19] - Zdjęcie jakby, prawda?
[03:33:20] - Dokładnie.
[03:33:21] - Jedno. A już powieść to już musi być cały film. Gościłam nie tak dawno tutaj panią Hannę Grę. Ona z kolei pisze kryminały. Nie wiem, czy pani zna jej twórczość. Pani Hania twierdziła, że ona nie pisze opowiadań. Napisała ich w życiu bardzo mało, bo dla niej to jest za mało. Ona musi się rozwinąć. No i tu państwo widzicie na tym przykładzie tych dwóch pisarek, jak różnie twórcy podchodzą do materii, jak różne są sposoby i jak różne przyzwyczajenia przy powstawaniu dzieła. Pierwsza pani powieść odniosła naprawdę spory sukces.
Jak to się stało, że rywalizując ze starszymi, doświadczonymi pisarzami zdobyła pani przychylność czytelników?
[03:34:09] - Tu bardziej powinni się raczej czytelnicy wypowiedzieć. Ja mogę tylko domniemywać. Diabeł za oknem był powieścią króciutką, właściwie prawie nowelą. Być może po prostu czytelnicy uznali, że to jest taki dobry przerywnik. Książka na jeden wieczór. Ona była inna od tego, co dzisiaj się na rynku wydawniczym promuje, żeby te powieści właśnie były jak najdłuższe, jak najbardziej opłacalne oczywiście dla wydawcy, bo powiedzmy sobie szczerze to też jest biznes. Natomiast to, co mi się wydaje, co mogło ująć czytelników, to to, że zabrałam ich do krainy dzieciństwa, że wzbudziłam sentyment, że przypomniałam im stare czasy. A stare czasy, jak wiadomo, we wspomnieniach są zawsze dobre. I mimo że prawdopodobnie w swoim dzieciństwie żadnych diabłów nie widzieli albo ewentualnie uznali, że w dorosłym życiu, że te diabły wcale tymi diabłami nie były, wzbudziłam w nich po prostu taką nutkę nostalgii. Sprawiłam, że chcieli wrócić do tamtego świata, który zmienił się, przestał istnieć, a tak jak wspomniałam, on był zawsze w wspomnieniach dobry.
[03:35:09] - A proszę mi powiedzieć, jakieś nagrody ta książka otrzymała?
[03:35:13] - Ona była nominowana w plebiscycie Lubimy Czytać.
[03:35:17] - To już jest duże osiągnięcie.
[03:35:18] - Duże osiągnięcie. Tak, to było bardzo duże osiągnięcie dla mnie, zwłaszcza debiutantki. Zupełnie się go nie spodziewałam i nawet byłam zaskoczona, że potem w głosowaniu czytelników też nie był gdzieś tam na samym końcu, a się uplasował całkiem wysoko.
[03:35:34] - No to gratulujemy.
[03:35:35] - Dzięki.
[03:35:36] - Dom mojej babci jest niesamowity i budzi lęk
[03:35:41] - Mam osiem, na pewno nie więcej niż dziesięć lat. Późny wieczór ginie w ramionach nocy. Ciemność gęstnieje, przepływa pomiędzy moimi palcami. Stoję na ganku wpatrzona w księżyc. Jego poświata ma w sobie coś niepokojącego. Czuję parcie na pęcherz. Zbieram się na odwagę, by wejść w mrok i przebiec kilka metrów do budynku gospodarczego, w którym mieści się ubikacja. Zastanawiam się, dlaczego dziadkowie upierają się, by za potrzebą chodzić na zewnątrz. Przecież w domu jest bieżąca woda. Ścieki odprowadzane są do szamba.
Ale wtedy przypominam sobie wywody dziadka, że porządni ludzie nie srają we własnym domu. Nie jego broszka, że miastowym się w głowach przewraca. W otynkowanej komórce, do której nawet doprowadzono elektryczność, daleko do typowej zbitej z dech sławojki. Wycięte w drzwiach serduszko jest tu jedynie ukłonem w stronę niepisanej tradycji oznaczania toalet. Taki kibelek to luksus dla moich dziadków. Tylko dlaczego ten stoi tak daleko? Księżyc hipnotyzuje mnie. Podbrzusze boli jakoś tak mdło i ciepło, a ja wciąż nie mogę się ruszyć. Pies jeszcze nie spuszczony na noc z łańcucha skamle w nadziei na zabawę. Merda ogonem.
Słyszę uderzenia o piach. Boję się. Ta droga jawi mi się tak długa. Zaledwie kilka metrów dzielących mnie od budynku gospodarczego w mroku rozciąga się w nieskończoność. Ciemność sprawia, że podwórko zdaje się zapadać, jakby przed domem ziała wielka dziura, a w niej tylko czerń, która chce mnie pochwycić. Powtarzam sobie, że to w mojej głowie. Przecież znam to miejsce co do centymetra. Ale noc nadaje mu inny wymiar. Słyszę szczekanie psa sąsiada. Głośno grają świerszcze i cykady.
Delikatny wiatr dotyka mojej skóry, przenikając przez niezbyt grubą piżamkę i założony nań babciny wełniany sweter. Nie mogę oderwać oczu od księżyca. Jego tarcza mnie urzeka. Wiatr przynosi aromaty wsi. W tej nocnej wcale nie ciszy zdają się intensywniejsze. Najmocniejszy jest smród obornika i ptactwa. Kury śmierdzą w dziwny, pierzasty sposób. W kurniku cicho. Jutro będę zbierać z babcią jajka.
[03:38:10] - Proszę wytłumaczyć naszym słuchaczom, co znaczy kuklany.
[03:38:16] - O, kuklany to taki neologizm wymyślony przez mojego syna. Tutaj czytelnikom, którzy jeszcze nie mieli okazji czytać Kuklanego lasu troszeczkę zdradzę tajemnicę, którą w epilogu mogą przeczytać. Kuklany las był poniekąd pomysłem mojego syna. Co prawda mój syn zupełnie inaczej go sobie wyobraził. Kiedy opowiedziałam mu o tym, jak ja poprowadziłam fabułę tej powieści, był bardzo rozczarowany, więc często się śmieję, że za dziesięć lat być może czytelnicy będą mogli przeczytać książkę Konrada Kuklany las historia prawdziwa. Kuklany to przymiotnik właściwie od kukiełki, od kukły, która jest bohaterką Kuklanego lasu. Natomiast przymiotnik kukiełkowy, kukłowy one nie brzmią ładnie. I kiedy usłyszałam w ustach mojego syna to słowo kuklany, ono mi się tak bardzo podobało. Zastanawiałam się, czy w ogóle ten tytuł mi przejdzie, bo niegramatyczny zupełnie. A tak ładne słowo musiało się pojawić i na szczęście zostało zaakceptowane przez wydawcę.
I wydaje mi się, że bardzo mocno wpisuje się w klimat książki. Biegał. Goniły go zmory, potwory, złośliwe krasnoludy. Stopy odbijały się od miękkiego podłoża zbyt szybko i lekko, by w nim ugrzęznąć. Pędził przed siebie bez wytchnienia, a bestie podążały jego śladem. Czasem drobne gałęzie chłostały go w twarz, a kamień czy konar pod butem zakłócały rytm biegu. Nic to. Mknął pomiędzy drzewami, miażdżył grzyby, szarpał liście paproci, rozgniatał mech. Jakaś muszka wpadła mu do oka. Przetarł je.
Popłynęły łzy, ale nie spowolnił biegu. Muszka chyba wyleciała. Chłopiec gnał co sił w nogach, uciekając przed strzygami, czupakabrami i czym tam jeszcze, co tata wymyślił. Dogonił go ryk tak straszny, że chłopiec aż się wzdrygnął, ale zaraz parsknął śmiechem. Tata umiał udawać potwora. Obejrzał się za siebie. Nie zobaczył nikogo, lecz nie miał wątpliwości. Goniły go. Biegły po niego wszystkie obrzydliwe stworzenia. Metrowe pająki, duchy, zombiaki.
Da im radę. Zatrzymał się. Miał nadzieję, że zanim tata go dopadnie, to znaczy zanim dopadną go te wszelkie bestie, znajdzie odpowiednią gałąź, która dzięki magii zamieni się w miecz. Taki ekskambir. Ekskalindr. Ekskaliber. Nie mógł sobie przypomnieć nazwy usłyszanej wczoraj pierwszy raz w opowieści, którą mama przeczytała mu przed snem. Rozejrzał się. Chłodne, jesienne powietrze owiało mu spoconą twarz. Rozluźnił szalik, zgrzał się.
Najchętniej zdjąłby teraz kurtkę, ale tata nie byłby zadowolony. Marudziłby o przeziębieniu. Czym jest katar w porównaniu z inwazją leśnych krasnoludów z kosmosu albo mikrobaziliszków kłujących w brzuch, żeby wywołać kolkę? Chyba jeden go dopadł. Chłopiec głęboko wciągnął powietrze. W oddali dostrzegł czerwoną kurtkę ojca migającą pomiędzy brzozami. Maciek, dopadnę cię! Czym był teraz tata? Chyba skrzydlatym gadem z krainy mroku. Ech, Ekskaliber.
Trzeba znaleźć Ekskaliber, chociaż na gada lepsza byłaby wyrzutnia. Szybka analiza otoczenia pozwoliła chłopcu stwierdzić, że odpowiedniego na miecz patyka nie ma w zasięgu wzroku. Natomiast pod nogami wala się bez liku szyszek. Czerwona kurtka była coraz bliżej. Ryk stawał się głośniejszy. Potworny gad zwęszył zwierzynę. Maciek szybko napchał szyszek do kieszeni i schował się za drzewem. Wprawdzie zmęczenie rosło, ale chęć zabawy wciąż była silniejsza niż potrzeba złapania oddechu. Przecież potwór wykorzysta każdą chwilę słabości.
[03:41:47] - Mówiła już pani o wydawcy. To ja teraz pociągnę temat, że tak powiem. Oprócz „Kuklanego lasu” wydała pani „Śnieg jeszcze czysty” w wydawnictwie Stara Szkoła.
[03:42:00] - Tak.
[03:42:01] - Czy czytelnicy mogą spodziewać się następnej pozycji, która wyjdzie w tej kooperacji pani Anna Musiałowicz i Stara Szkoła? Jeżeli tak, to jaka to będzie powieść? Czego możemy oczekiwać? I oczywiście jakieś może w przybliżeniu terminy pani już zna.
[03:42:22] - Stara Szkoła to dobre miejsce. Zresztą podpisując umowę wiedziałam, że to nie będzie krótkotrwała przygoda ze Starą Szkołą, że uda nam się troszeczkę dłużej pracować. I przygotowujemy kolejną książkę. Jeżeli chodzi o terminy, to troszeczkę boję się tutaj mówić, ponieważ pierwotnie ten termin miał być zupełnie inny. Ta książka miała się ukazać w pierwszej połowie tego roku. Już wiemy, że to jest niemożliwe, ale w tym roku pojawi się kolejna powieść. Ciut inna niż poprzednie. To znaczy staram się za każdym razem pisać inaczej. Za każdym razem inne wątki poruszać, inne emocje wywoływać w czytelnikach. Ale co to będzie?
Nie chciałabym zaspoilerować za mocno.
[03:43:07] - Nie. Proszę nam tylko powiedzieć, jaki rodzaj to będzie powieści. Czy zrezygnowała pani z mrocznych-
[03:43:15] - Nie.
[03:43:15] - Powieści horrorów? To są książki, które są opisywane jako horrory, prawda?
[03:43:20] - Tak.
[03:43:21] - Chciałam się dopytać, czy to będzie kolejny horror, czy może obyczajowa książka, czy może kryminał?
[03:43:29] - Ja mam zawsze problem z klasyfikacją moich własnych powieści. To będzie mroczna powieść. Dużo obyczaju, ale również wątki fantastyczne, troszeczkę horroru. Kryminału nie i romansu nie. Romans może i tam się znajdzie. Można podciągnąć. Ja czekam na to, aż czytelnicy sklasyfikują, ponieważ nawet z moimi poprzednimi powieściami było tak, że na samym początku opinie były niezgodne co do tego, do jakiego gatunku przykleić moją książkę. Bo nawet „Śnieg jeszcze czysty”, który nie jest horrorem, chociaż ma wątki fantastyczne, też został uznany za jeden z 10 najlepszych horrorów na Halloween bodajże na jednym portalu. Zupełnie inna opowieść. Więc każdy znajdzie to, czego szuka, mam wrażenie.
Natomiast ta powieść będzie troszeczkę inna, ale ja lubię oszukiwać troszeczkę czytelników i tam, gdzie wydaje się, że jest lekko, łatwo i czasem nawet zabawnie, staram się wbić szpilkę, która wprowadzi stany niepokoju, że to, co się wydaje, że się dzieje, nie do końca jest tym, co widać. Że to ma wszystko drugie dno. Więc nie jest to powieść jednoznaczna gatunkowo. Może najbliżej temu weird fiction, ale trudno to ocenić, ponieważ każdy czytelnik tak naprawdę pisze tę książkę jeszcze raz na podstawie własnych doświadczeń, na podstawie własnych upodobań.
[03:44:57] - A tytuł nam pani może zdradzić?
[03:45:00] - Nie. Jeszcze chwila.
[03:45:01] - Wydawca zawsze trzyma czytelników w niepokoju, niewiedzy do ostatniej chwili.
[03:45:08] - Mogę zdradzić, że jest okładka i okładka jest prześliczna, bardzo moja. Jestem nią zauroczona i myślę, że to jest jedna z najpiękniejszych okładek moich książek. Chociaż nie zawsze mamy z wydawcą na ten temat wspólne zdanie.
[03:45:22] - Powiedziała pani kiedyś: „Uważam, że pisanie jest sztuką kłamania. Opowiadam o rzeczach, które się nie wydarzyły, czasem tak nieprawdopodobnych, że nie ma miejsca na nie w naszej rzeczywistości”. Ja tu przekornie panią zapytam, czy na pewno tak jest? Myśli pani, że czytelnicy sięgnęliby po horrory czy w ogóle inne książki, obojętnie jakiego typu, czy fantasy, czy inne, gdyby nie mogli w nich znaleźć znanych z normalnego, codziennego życia i emocji, i sytuacji, i charakteru, powtarzalności niektórych wydarzeń. Gdyby te książki w ogóle nie odzwierciedlały życia, czy byłyby interesujące?
[03:46:14] - Oczywiście, że odzwierciedlają życie. Zresztą jeżeli mówimy nawet o definicji horroru i myślę, że pod inne gatunki również możemy troszeczkę to podciągnąć. Fabuła jest zawsze budowana na wzór otaczającej nas rzeczywistości. Tyle tylko, że w grozie ona wygląda w ten sposób, że w tą rzeczywistość, te znane nam prawa nią rządzące zostaje wprowadzony czynnik, który zaburza nam te wszystkie prawa. Czytelnicy usiłują oczywiście odnaleźć siebie tam i im bardziej są w stanie zidentyfikować się z daną postacią, im bardziej odnajdują własne wątki, własne doświadczenia jakieś w powieści, tym bardziej oni się zbliżają i tym bardziej ta opowieść będzie dla nich adekwatna. Tym bardziej im się będzie podobała. Zresztą już sam Jossa mówił o tym, że dobra książka sprawia, że kłamstwo staje się prawdą. Zła książka sprawia, że prawda staje się kłamstwem. Staram się, żeby moi czytelnicy w te wydarzenia, które nie miały czasem nawet prawa się wydarzyć, uwierzyli, że one miały miejsce bądź mogą mieć miejsce gdzieś obok nich. To jest właśnie kłamstwo.
Zamotanie rzeczywistością tak, by czytelnik się w niej znalazł i w nią uwierzył. Ale oczywiście musi mieć odniesienie do życia realnego. Nie wiem, czy w ogóle jakikolwiek pisarz jest w stanie napisać coś w zupełnie oderwaniu od życia. To właśnie i Ernesto Sabato o tym się wypowiadał, i właśnie Mario Vargas Llosa, że tak naprawdę każdy z nas pisze o sobie. Pisze o sobie w mniej lub bardziej zawoalowany sposób, że każdy pisarz stara się pisać o sobie tak, by inni uwierzyli, że się nie stają tym człowiekiem albo piszą o innych tak, że on sam staje się tą swoją postacią.
[03:47:53] - Ja myślę, że bardzo często piszę nieświadomie o sobie, wie pani.
[03:47:58] - Ale częściej.
[03:47:59] - Że wyobraża sobie zupełnie jakiś inny świat, a potem okazuje się, że występuje nie w jednej postaci, a w wielu postaciach.
[03:48:07] - Piszemy o sobie takim, jakim chcielibyśmy być, a czasami o tej osobie, której w sobie nie zamieścimy tak naprawdę.
[03:48:14] - Zgadza się i zawsze piszemy dalej o sobie.
[03:48:17] - Dokładnie.
[03:48:18] - Czyli mogłybyśmy tutaj wysnuć taki wniosek, że właściwie pisarz to jest bardzo egoistyczny, właściwie egocentryczny, zakamuflowany-
[03:48:27] - Egocentryk taki bardzo próżny.
[03:48:29] - Próżny dziwak. Tak.
[03:48:31] - Dokładnie.
[03:48:32] - Na to by nam tu teraz wyszło, prawda?
[03:48:34] - Jest w tym naprawdę dużo prawdy.
[03:48:37] - Ale cichutko, niech czytelnicy tego nie usłyszą.
[03:48:41] - Nie, nie, absolutnie nie przyznamy się. To jest wersja nieoficjalna.
[03:48:44] - Tak.
[03:48:45] - „Mamo?” — jęknęła cicho, wiedząc, że powietrze za piecem zafaluje i pojawi się rozmyty obraz jej matki. Tak też się stało. Gabrysia przyzwyczaiła się do obecności zmarłej i traktowała to jak najzupełniej zwyczajną sprawę. Tak jak kiedyś nie dziwiło jej to, że babcia rozmawia z dawno nieżyjącym dziadkiem Jankiem. Różnica była taka, że stukania dziadka słyszeli wszyscy. Nikt go natomiast nie widział. Mamę dostrzegała tylko ona, dokładnie taką, jaką ją zapamiętała z trumny. Na początku myślała, że to wyobraźnia płata jej figle, a potem ciąg dziwnych wydarzeń sprawił, że zrozumiała, iż mama nie odeszła. „Mamo?” — jęknęła ciut głośniej i poczuła znajomy chłód z kąta pokoju. Czy to już?
Czasem obwiniała się o to, że mama nie poszła do nieba. Gdyby tamtej nocy się nie wystraszyła i mama zabrałaby ją ze sobą, obydwie może hasałyby na niebiańskich polanach. A tak miały dom ogrzewany piecem, lecz zimny, jakby mu duszy zabrakło. Ściany z łuszczącą się farbą odchodzącą od tynku jak strupy od skóry i podłogę skrzypiącą, jakby użalała się na ciężar stąpających po niej stóp. Postać przyniosła ze sobą zimno, które dreszczem rozeszło się po plecach Gabrysi, lecz uspokoiło dygot nóg. Blada twarz, niemal niebieska, spojrzała smutnymi oczami i pokręciła głową. Gabrysia poczuła tęsknotę i cierpienie niemal rozrywające jej trzewia. To nie były jej uczucia, lecz tej, która czuwała nad nią z kąta pokoju. Od tamtej nocy, gdy nie poszła za mamą, śniła spokojne sny, lecz dzień był pełen niepokoju. Wiedziała, że mama nie odejdzie, dopóki ona nie podąży za nią.
Bała się śmierci, gdyż ta wyglądała jak duch jej mamy. Wcale nie wzniosły, nie anielski i nie piękny, jak to chciała sobie wyobrażać i jak opowiadała koleżankom w szkole. Śmierć była smutna, pełna lęków, cierpliwa i bezwzględna. Zawieszona pomiędzy światami, gdyż żywych musiała odbierać z tego i oddawać tamtemu, więc nie należała do żadnego. Była samotna aż bolało.
[03:51:03] - Proszę opowiedzieć nam o pani wędrówkach po twierdzach, zamkach. Wiem, że to jest takie pani hobby. Lubi pani odwiedzać stare budowle.
[03:51:14] - Tak.
[03:51:15] - Czy wyobraża sobie pani wtedy, że jest pani małą księżniczką, która spaceruje po krużgankach? Na dole gdzieś tam krąży na białym koniu już młody rycerz. Próbuje, prawda, czy będzie umiał w turnieju wygrać. Może to są jakieś inne powody. Zbiera pani konkretne, takie bardzo przyziemne informacje historyczne jakieś. Odkrywa pani sensacje. Co panią do tych zamków ciągnie? Po co pani tam jeździ?
[03:51:51] - Ciągnie mnie historia. Być może kiedy byłam dziewczynką, chciałam być księżniczką, ale szczerze mówiąc bardziej pamiętam, że podobały mi się zbroje i wolałabym być rycerzem. Tak, jednak te miecze to, to było to, co mnie tak naprawdę mówiąc kolokwialnie rajcowało. Wolałam być rycerzem. Wolałabym być rycerzem i nie czekać na tego, który mnie uratuje. Ponieważ jeżeli ktoś ma sobie poradzić, to jestem to ja.
[03:52:16] - To pani bardzo konkretnie podchodziła do sprawy, ponieważ no zbroja jednak chroni. Sukienka księżniczki nie daje żadnych szans do obrony.
[03:52:28] - Nie. To jest bardzo niewygodne, natomiast bardzo ładnie się wygląda, więc można na chwileczkę ją założyć, popatrzeć na siebie przed lustrem. Ale jednak ta zbroja jest czymś porządniejszym i sama możliwość bycia silnym, walecznym, a nie omdlewającą damą bardziej mi się podobała. Lubię stare miejsca. W ogóle lubię różnego rodzaju budynki. Nie tylko zamki, ale również opuszczone miejsca. Ja nawet w moich powieściach robię tak, że szukam miejsca i dokładam do niego legendę. Natomiast w przypadku miejsc, które już mają swoje legendy, swoje historie, czyli właśnie te zamki, nie mam potrzeby wymyślania czegoś nowego. Natomiast staram się wątki z legend przemycać do moich opowiadań czy powieści. Nawet teraz niedługo ukaże się jedno właśnie z moich opowiadań, jeszcze w antologii.
Też za dużo jeszcze nie mogę mówić na ten temat. Gdzie opisałam historię katowskiej głowy, to znaczy nie głowy kata, tylko głowy, która spadła przez kata ucięta. Czyli przekształciłam tą opowieść i ta głowa faktycznie się znajduje. Natomiast jest to tylko i wyłącznie taka szpileczka, jakby to powiedzieć. Mówię główka od szpilki, która tylko i wyłącznie nadaje rys opowiadaniu, a którą wykorzystuję na mój własny sposób. To mnie inspiracje. Lubię historie, lubię legendy. Zresztą to jest nasza przeszłość i to sprawiło, że i my indywidualnie, i my jako społeczeństwo jesteśmy tym, kim jesteśmy.
[03:53:50] - Proszę mi powiedzieć, czy pani jakoś tak systematycznie to sobie ułożyła, że wiekami będę jeździła, oglądała na przykład pierw gotyckie zamki, będę pierw jeździła, oglądała warownie, które zostały w ruinach, a potem dopiero te, które są odbudowane. Czy to tak po prostu gdzieś tam pani znajduje w internecie wzmiankę o jakimś zamku. Pojadę, zobaczę.
[03:54:16] - Nie, nie, to jest wszystko przypadkiem. To znaczy przypadek przemyślany tak nawet mogłabym powiedzieć. Mój tata, moja mama zresztą też zawsze tym interesowali się historią. Mój tata pochodzi z Dolnego Śląska, które jest zagłębiem zamków, więc każde wakacje gdzieś w tych zamkach czy w okolicach spędzałam i wyssałam tą miłość po prostu od nich, od moich rodziców. Jeżeli jeżdżę na zamki, z reguły mój wybór jest podyktowany tym, gdzie się znajduje dany zamek i ile mam czasu, ponieważ zupełnie inaczej wygląda sprawa, kiedy mogę sobie gdzieś tutaj pół godzinki autem podjechać, a zupełnie inaczej, kiedy gdzieś na Pomorzu chcę pozwiedzać. To już jest wyprawa kilkudniowa, a nie takie zagrywki spontaniczne. Natomiast duże zamieszanie w tym zwiedzaniu zamków moim sprawiła pandemia, ponieważ wtedy większość rzeczy była niedostępna, większość obiektów do zwiedzania, w związku z czym zaczęłam jeździć nie tylko na ruiny, ale na urbexy, czyli opuszczone domy. Tam narodziło się najwięcej pomysłów na książki, chociażby właśnie ta, która będzie wydana.
[03:55:23] - Rozmawiajmy o warsztacie twórczym i procesie powstawania dzieła literackiego. Interesuje mnie, czy brała pani udział kiedyś w jakichś kursach pisarskich. Czy ma pani może takich beta czytaczy, którzy zawsze czytają pierwsi pani powieści, opowiadania i potem wytykają błędy, prawda? Coś im się tu nie podoba, tutaj coś nie gra, a tutaj bym zmienił czy zmieniła. W jaki sposób w ogóle przystępuje pani do pisania? Już wiemy, co jest inspiracją, że zamki bywają inspiracją, ale interesuje nas w ogóle tak normalny tok pisania powieści czy opowiadania. Od godziny tej do tej pani siada przy biureczku i pisze. Czy są to jakieś takie dni, że dzisiaj coś napiszę? Czy może troszkę pani się tam od tego wzdryga, że dzisiaj to nie może kiedy indziej, jak to u pani jest?
[03:56:23] - To znaczy tak nigdy nie brałam udziału w żadnym kursie pisarskim. Niestety. Natomiast nie jest tak, że się nie kształciłam sama w tym zakresie. Jeżeli słuchają nas osoby, które chcą zacząć pisać, bardzo bym polecała sięgnięcie właśnie mistrzów literatury. Takimi książkami, które nakierowały mnie na moją drogę pisarską, była książka „Pisarz na jej sentymentalny” Orhana Pamuka, „O pisaniu” Margaret Atwood, Ernestu Sabato książka „Pisarz i jego zmory”, Mario Vargas Llosy „List do młodego pisarza” czy już nie mówiąc o „Pamiętniku rzemieślnika” Kinga. Dużo czytam i staram się uczyć i staram się wyciągać z tego, co czytam, jak najwięcej dobrego dla mojego pisania, dla mojego stylu. Beta czytaczy mam. Oczywiście mam, ponieważ sobie sama nie wierzę. Tylko że czasem jest tak, że piszę kilka dni i ona mi się bardzo podoba. Ja się z nim tak zwiążę i dopiero tak naprawdę po paru miesiącach, których nie mam czasem, żeby odczekać czytając, dochodzi do mnie bezsens danej wypowiedzi.
Mam beta czytaczy, dwóch stałych i niekiedy przychodzi ktoś dodatkowo, tak dla pewności. Ja nie lubię w ogóle, jeżeli się mnie poprawia, więc staram się oddawać książkę w jak najlepszej formie już do wydawnictwa. Nie ukrywam, że jedyna sytuacja, w której oddałam wydawcy surowy tekst, bo termin gonił, to było przy „Kuklanym lesie". Jeżeli chodzi o moje pisanie, o to, jak pracuję nad tekstem, jeżeli to jest opowiadanie. Opowiadanie to jest takie moje pisanie kompulsywne. Siadam rano i jeżeli nie skończę, to po prostu nie schodzę z fotela i piszę tak długo, aż opowiadanie nie będzie gotowe. Tego niestety nie mogę zrobić przy powieści. Przy powieści muszę się pilnować. Kiedyś miałam zwyczaj wstawania o czwartej rano i pisania przez godzinę. Wtedy mnie świat nie obudzi.
Natomiast dzisiaj staram się pisać przynajmniej godzinę dziennie, cokolwiek pisać, żeby te myśli nieujarzmione gdzieś sobie zachować. Przy czym opowiadania najczęściej piszę w zeszycie. Jeszcze tak tradycyjnie długopisem czy piórem i dopiero potem wrzucam je do pliku. Z powieściami już jest troszeczkę trudniej, bo to by było troszeczkę dużo czasu na to wszystko, więc one faktycznie od razu są spisywane w pliku. Staram się być po prostu konsekwentna, jeżeli chodzi o powieści. Pisze mi się trudniej. Ta samodyscyplina czasem jest niewygodna dla mnie, ale jeżeli nie będę się sama pilnować, to po prostu to nie wyjdzie. To nie wyjdzie. To muszą być takie jasne zasady i muszę ich przestrzegać sama dla siebie, dla dobra swojego i dla dobra dzieła, które tworzę.
[03:59:08] - Czy robi pani jakieś notatki w trakcie pisania, czy ewentualnie po napisaniu koryguje pani tekst? Ile razy pani czyta tekst, zanim zostanie wysłany wydawcy?
[03:59:21] - Oj, wiele razy. Notatki robię przed. Taki główny rys powieści muszę mieć przed. Zawsze mam punkt A i punkt B. Punkt Z właściwie, ponieważ mam początek i koniec. Kiedyś pisałam konspekty i to takie w miarę szczegółowe konspekty, tylko zazwyczaj okazywało się, że po trzecim punkcie, zakładając, że tych punktów było pięćdziesiąt, powieść zaczyna iść w zupełnie inną stronę, bo moi bohaterowie nie chcą się zachowywać tak, jak ja im nakazuję. Bo nagle okazuje się, że mają własne charaktery, własne zdanie na różne tematy i trzeba pozwolić im się rozwijać tak, by byli najbardziej autentyczni, a nie tacy, jak ja bym chciała, żeby byli, bo mi będzie wygodniej tak napisać. Więc z konspektów w którymś momencie zrezygnowałam. Natomiast faktycznie taki ogólny mam. Przy czym mam moje notatniki.
Oczywiście każdy notatnik musi mieć okładkę z czarnym kotem na szczęście. I tam mam spisanych bohaterów, to jak oni wyglądają. Jeżeli mają jakieś powiedzonka, to powiedzonka. Często robię drzewa genealogiczne, jeżeli jest potrzeba, kto z kim. Łącznie z tym, że rozrysowuję plany budynków, w których mieszkają bądź często piszę o wsiach, więc plany wsi. To wszystko mam gdzieś w zeszycie wpisane. Czytam mnóstwo razy. Nie czytam całości od początku do końca, tylko wyrywkowo. Zdarzyło mi się kilka razy wyłapać to, że postać, która piła herbatę, upuszczała kubek z kawą bądź coś podobnego.
[04:00:50] - Od tego też już są redakcje, żeby tego pilnowały.
[04:00:54] - Ja chcę tak, żeby było ciągle z ich.
[04:00:57] - Tak, tak powinno być oddane rzeczywiście, żeby być zadowolonym jako twórca ze swojego dzieła. A gdyby pani zaproponowano, pani Anno, napisanie powieści w duecie, to z którym współczesnym pisarzem chciałaby pani współpracować i dlaczego?
[04:01:15] - Zastanawiałam się, czy byłby to bardziej Neil Gaiman czy Orhan Pamuk, ponieważ Orhan Pamuk jest dla mnie mistrzem nad mistrzami, ale myślę, że gdybym miała z nim pisać, to bym była onieśmielona. Natomiast Neil Gaiman, który jest bliski mi stylistycznie, tak bym nawet powiedziała, że w podobnej konwencji piszemy obydwoje fantastykę. On był pisarzem fantastycznym, w którym jako pierwszym się zakochałam. Jego twórczość trafiła do mnie dosłownie jak wichura i od samego początku jest to autor, do którego twórczości wracam cały czas. Nie mam zwyczaju przeczytać książek dwukrotnie, dlatego że jest tyle książek do przeczytania, że brakuje mi czasu na to, żeby wracać do starych, więc ciągle szukam nowych. Natomiast Neil Gaiman jest tym, którego mogę czytać wciąż i w kółko i cały czas. Chyba z Neilem Gaimanem bym chciała napisać, jeżeli byłaby taka możliwość.
[04:02:14] - A gdyby to miał być polski pisarz?
[04:02:17] - Teraz myślę, czy to miałoby być wyzwanie, czy coś, co by mi sprawiało największą przyjemność. Największą przyjemność myślę, że by mi sprawiło z moimi koleżankami, z Agnieszką Kuchmistrz albo z Dagmarą Adwentowską. To są również twórczynie horroru. Natomiast polski, kto by stanowił dla mnie wyzwanie? Wojciech Kuczok.
[04:02:39] - Proszę państwa, możemy już spokojnie odetchnąć. Nasze spotkanie z horrorem jest już za nami. Widzicie państwo, że wcale nie było tak źle, bo nasza gościni okazała się miłą i całkiem spokojną osobą jak na pisarkę horroru. Nie przeszkadzały nam ani strzygi, ani duchy, ani zombie, ale nie wiadomo, czy nie przyśnią się one nam w nocy. Moim gościem w literackim tête-à-tête była dzisiaj pani Anna Maria Musiałowicz, autorka książek i opowiadań, fanka horroru, zamków i wędrówek. Zapraszam państwa do sięgnięcia po pozycje jej autorstwa i śledzenia aktualności dotyczących kolejnych książek i opowiadań na Facebooku i Instagramie. Czekamy też na nową powieść i już trzymamy za nią kciuki. Pani Anno, bardzo serdecznie dziękuję za czas poświęcony nam i odwiedzenie naszego literackiego tête-à-tête. Było mi niezwykle miło panią gościć i porozmawiać. Mam nadzieję, że niejednokrotnie się jeszcze spotkamy.
Państwu przypominam, że rozmawiałam z panią Anną Musiałowicz, pisarką, malarką, pedagożką. Dobranoc, pani Aniu.
[04:04:03] - Dobranoc.
[04:04:04] - Dobranoc państwu.
[04:04:08] - Proszę państwa, nie da się ukryć. Wszystko na to wskazuje. Patrzę sobie na playlistę, na to, co dzisiaj miało być wyemitowane i odnoszę wrażenie, że już wszystko było. To jest prosty wniosek. Zatem setne wydanie „Bibliotekarium 2.0” niniejszym dobiegło końca. To jest wydanie wakacyjne. Ma to wydanie wakacyjne swoje prawa. Myślę, że kiedy nastanie czas październikowy, to szereg niespodzianek się pojawi. Już dzisiaj te niespodzianki są szykowane, ale to jeszcze przed nami. Na razie wydanie wakacyjne, wydanie setne niniejszym dobiegło końca.
Ja pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Tak jak zawsze jestem wdzięczny, że w internecie, który jest przepastny, w którym różnych pokus jest bardzo wiele, ciągle jeszcze są ludzie, którzy chcą słuchać o tym, co jest pisane, o tym, co jest nagrywane, co jest filmowane. Że tacy ludzie ciągle jeszcze są. Bardzo się z tego cieszę. Dziękuję państwu za to tak naprawdę. I cóż, życzę państwu wspaniałego weekendu, bo „Bibliotekarium 2.0” to dla mnie przynajmniej zawsze jest początek weekendu, a więc pięknego weekendu państwu życzę. Taki oficjalny to ostatni weekend wakacji, chociaż u nas przypominam wakacje trwają jeszcze we wrześniu, a więc życzę Państwu tego pięknego weekendu. Zapraszam za tydzień na 101. wydanie „Bibliotekarium 2.0”. I cóż jeszcze raz dziękuję i do usłyszenia.
[04:05:58] - A mówił te słowa do Państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.