Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, oświadczam, że ogrody wykańczają. Szczególnie, gdy w ogrodzie trzeba coś posprzątać, poobcinać, czasem się posiłować z jedną czy drugą gałęzią. Ogrody wykańczają szczególnie letnią porą. Dlatego dzisiaj zapraszamy was do LOF, Letniego Ogrodu Wyobraźni w Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:57] - Dzień dobry wieczór państwu. Powinienem teraz zanucić piosenkę Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”, bo moje doświadczenia są bardzo podobne. Mnie mój ogród wykończył koszeniem trawnika. Może nie samego trawnika, czy nie sam trawnik mnie wykończył, tylko nieustannie psująca się kosiarka. Ale w sumie składa się na to, że ogród to jest miejsce niebezpieczne, wrogie człowiekowi i sprzyjające-- człowiek się narobi, spoci, a i tak później ta trawa odrośnie, a kosiarkę trzeba kupić nową, bo ta już niestety była sobie zeszła. Cóż, proszę państwa, to są problemy, które dla niektórych mogą być istotne, ale pewno nie dla wszystkich. To zaczynamy. Zaczynamy tradycyjnie od polecanek książkowych. Dzisiaj dwie polecanki z wydawnictwa Skarpa Warszawska, dwie nowości plus kilka polecanek wstecznych. O co chodzi z tymi wstecznymi polecankami?
To za chwilę. Otóż Skarpa Warszawska całkiem niedawno, bo na początku lipca tego roku wydała książkę Krzysztofa Bohusa zatytułowaną „Boski znak”. Tradycyjnie sięgamy do opisu wydawnictwa. Redaktor Adam Berg zostaje wynajęty przez grupę miliarderów, aby odnaleźć skarby ukryte pod koniec wojny na zamku Czocha. Niemal natychmiast dziennikarz staje się obiektem tajemniczych prześladowań. Ktoś bezcześci grób jego matki, włamuje się do mieszkania, podrzuca narkotyki. Kim jest nieuchwytny wróg? Rywalem w dotarciu do skarbu? Misyjnym zabójcą? A może naśladowcą seryjnego mordercy?
Mordercy, którego zdemaskował niegdyś Berg. Bohater rozpoczyna dziennikarskie śledztwo. Jego dochodzenie wykracza daleko poza granice Polski. Nic nie jest jednak oczywiste. Nikt też nie jest tym, za kogo się podaje. Ktoś nieustannie uprzedza ruchy Berga. W makabrycznych okolicznościach giną ludzie. Ludzie, którzy mogliby naprowadzić go na właściwy ślad. Rozpoczyna się pojedynek na śmierć i życie. Bohater zaczyna rozumieć, że gra idzie o stawkę większą, niż początkowo sądził.
Proszę państwa, to tyle, jeśli chodzi o nowość. Natomiast jeśli potrzeba dodatkowej rekomendacji, to powiem, że Krzysztof Bohus napisał też takie książki jak „Lista Lucyfera”, „Kruchy lód” i „Dolina gniewu”. Ja myślę, że warto wymienić także taki tytuł jak „Czarna krew”, „Martwy błękit”, „Szkarłatna głębia”. To jeszcze wymienię: „Wirtuoz”, „Zabójczy pocisk”, „Wachmistrz dogrywka”. To tyle. Myślę, że tych książek wymieniłem na tyle dużo, że znajdziecie państwo — czy to we wspomnieniach — jakieś czytelnicze refleksje, czy też po prostu sięgniecie państwo po tego właśnie autora. To była pierwsza książka. Przypomnę, ta, o której przytaczałem uwagi wydawcy. Nosiła tytuł „Boski znak”. Czas na drugą polecankę.
Druga polecanka nosi tytuł „Głębia”. Autorem tej książki jest Andrzej Wardziak. Ta książka pojawiła się w połowie czerwca tego roku. Cóż czytamy o książce? Może to: podwarszawskie Łomianki końcówki lat 90. Kamil nie ma lekko w życiu. Najpierw traci ojca, później ślad ginie po jego młodszej siostrze. Nierozwiązana przez lata sprawa spędza mu sen z powiek, odbijając się na wszystkich aspektach życia. I gdy zaczyna dochodzić do wniosku, że powinien to po prostu zostawić i spróbować iść dalej, zdarza się coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Trafia na ślad, który może mu pomóc rozwiązać zagadkę i zamknąć sprawę.
Sprawę, którą już wszyscy odpuścili. Musi się jednak śpieszyć. Poziom wody zagrażającej wylaniem Wisły wzrasta z dnia na dzień. Opowieść, gdzie tajemnica splata się z poświęceniem, a główny bohater odkrywa, że obsesyjne grzebanie w przyszłości może mieć czasem naprawdę opłakane skutki. Proszę państwa, to były moje dwie polecanki. Polecanki z natury sensacyjne. Lubię taką literaturę, więc wybaczcie państwo. W każdym razie ci wszyscy z państwa, którzy lubicie literaturę nieco bardziej romantyczną. Tak już mam, że jak nie sensacja i kryminał, to fantastyka naukowa. Cóż poradzę?
De gustibus non disputandum est. Jedźmy dalej z kolejnymi pozycjami programu. Na początek proponuję Ulubioną, przynajmniej przez niektórych, audycję „Bez Tajemnic”. A w tej audycji pojawią się Misjonarze Światła. To jest oczywiście fragment większej całości, ale myślę, że fragment zachęcający.
[07:11] - „Misjonarze Światła” spisane pismem automatycznym przez Chico Xaviera. Podyktował duch doktora Andre Louisa. Czyta Agnieszka Krzemień. Medialność to nie cud. Liczna grupa wcielonych przyjaciół, którzy przybyli tymczasowo uwolnieni od fizycznego ciała dzięki śnieniu, zajęła przestronny salon. W pierwszym rzędzie przy stole dyrektorskim, gdzie zasiadał Aleksander podczas pełnienia swoich obowiązków, usiedli uczniowie, których hojny i mądry nauczyciel otaczał stałą opieką. Pozostali, podzieleni na grupy, zajmowali dalsze miejsca. Doliczyłem się ponad setki towarzyszy. Oprócz nich w sali znajdowała się bardzo duża reprezentacja odcieleśnionych istot. Poza grupą brata Franciszka, która przyprowadziła podopiecznych, także inne drużyny pojawiły się ze swoimi wychowankami, aby wysłuchać prelekcji.
Zaobserwowałem pewną szczególną okoliczność. Tylko uczniowie Aleksandra mogli wyrażać swoje wątpliwości, prośby i pytania, choć nie werbalnie, tylko zapisane na karteczkach, które następnie były przekazywane opiekunowi. Widząc moje zaciekawienie, Sertorio pospieszył z wyjaśnieniem: „Jest wiele podobnych szkół dla wcielonych, które wykorzystują czas fizycznego snu. To normalne, że stali uczniowie związani z każdą z nich mają prawo do zadawania pytań. Zobaczysz, że nie chodzi o prywatę. To kwestia porządku przynależności do określonej szkoły. Więc ci uczniowie, którzy dzisiaj nie mogą zadawać pytań, będą mieli do nich prawo na łonie swojej grupy”. Podziękowałem za wyjaśnienie i zapytałem: „Jaki jest temat dzisiejszego spotkania? Czy istnieje wcześniej ustalony program?” „Praca zawsze organizowana jest według planu. Jednakże tematy improwizuje Aleksander i są one odpowiedzią na pytania i prośby o porady, które otrzymuje od stałych podopiecznych.
Dokładnie analizuje pytania większości, ale wybiera temat w taki sposób, aby również odnieść się do sugestii mniejszości.” „Czy wiesz, jaki został wybrany na dzisiejsze zebranie?” „Wydaje mi się, że będzie odnosił się ogólnie do zjawiska medialności.” Następnie mój towarzysz zaprosił mnie, bym dołączył do zgromadzenia i usiadł razem z pomocnikami opiekuna, który w tej chwili zajął miejsce na trybunie, by rozpocząć wykład. Bardziej niż w innych okolicznościach jego postać była imponująca i promieniowała własnym światłem. Aleksander górował nad pracownikami i uczniami, ale nie za sprawą charyzmy zaangażowanego mówcy, tylko dzięki prostej dobroci i niekwestionowanej naturalności. Uwaga wszystkich była skupiona na nim, gdy rozpoczął spotkanie modlitwą do Boga, błagając go o dar rozumienia odbiorców i bycia przez nich rozumianym. Nigdy wcześniej nie słyszałem tej wzruszającej oracji, głęboko duchowej i pozbawionej jakichkolwiek akcentów osobistych. Im bardziej Aleksander starał się być bezosobowy, przedstawiając siebie jako zwykłe narzędzie woli Bożej, tym bardziej stawał się w moich oczach uosobieniem mądrości, pokory, roztropności, wierności, zaufania i światła. Po zakończeniu wzruszającej modlitwy zwrócił się do słuchaczy w mocnych i bezpośrednich słowach: „Bracia, kontynuując naszą pracę, odnieśmy się dzisiaj do waszych próśb o wyjaśnienia dotyczące kontaktów z naszą sferą, w których na co dzień napotykacie trudności i uznajecie je za przeszkody natury psychicznej i fizjologicznej. Pragniecie szlachetnych odkryć w królestwach wyższego objawienia. Marzycie o chwalebnych zdobyczach i wzniosłych osiągnięciach. Jednak byście mogli zwyciężyć, najpierw powinniście poprawić mentalne odniesienie do własnego życia.
Jak budować bez fundamentów? Osiągać cele bez przestrzegania zasad? Wiara nie ogranicza się do błyskotliwych obietnic, a niepokojące udręki, które czujecie w sercach, w żadnym razie nie są aktem duchowej realizacji. Wzniesienie wewnętrznego królestwa z boskim światłem wymaga nieustannej i spokojnej pracy. Nie za cenę słów wzniesiecie świątynię żywej wiary. Podobnie jak to się dzieje, gdy budujecie dom na ziemi. Najpierw trzeba wybrać materiały i wykonać wysiłek, żeby je przywieźć. Obowiązkowo wcześniej należy uzgodnić plany, które zapewnią budowli solidność, odwzorują równowagę projektu, pokażą pewność ręki architekta, nadadzą harmonię całości i doskonałość wykończenia.” Aleksander zrobił małą pauzę. Spojrzał z uwagą na audytorium, jakby chciał mu przekazać silne fale stwórczego magnetyzmu i kontynuował. „Zgromadziło się tutaj wielu braci, którzy chcą rozwijać percepcję medialną.
Poszukują jednak wyłącznie wrażeń związanych z samym zjawiskiem, błędnie przyjmując, że duchowość wpisana jest w mechanizm ślepych i nieuchronnych sił, że nie zależy od przygotowania, dyscypliny i kreatywności. Oczekują jasnowidzenia, jasnosłyszenia, pełnej integracji i wymiany z wyższymi wymiarami. Ale czy nauczyli się widzieć, słuchać, a przede wszystkim służyć w codziennym życiu? Czy potrafią zapanować nad wszystkimi negatywnymi impulsami, żeby znaleźć się na ścieżce do wyższych stref? Czy płód może chodzić i mówić? Czy te same prawa, które przysługują dorosłemu żyjącemu pół wieku, powinniśmy dawać pięcioletniemu dziecku? Jeżeli ludzkie prawa, ciągle przemijające i niedoskonałe, wyznaczają sposób kontroli nad nierozgarniętymi, to czy boskie prawa, niezmienne i wieczne, mogą pozostawać na łasce nieokiełznanych ludzkich życzeń i zachcianek? Przyjaciele, istnieje wiele rodzajów medialności w świecie materialnym, w którym żyjecie. Nie zwlekajcie i cieszcie się pracą przed odpoczynkiem. Przyjmujcie obowiązki z uznaniem.
Realizujcie małe z pozoru zadania, zanim zaczniecie niepokoić się wielkimi dziełami, a także zaufajcie zamysłom Pana, że są ponad waszymi wszystkimi osobistymi zmartwieniami. Czym prędzej uciekajcie od niezasłużonego przywłaszczania w wymiarze z niewidzialnymi siłami. Ukryjcie się przed chwilowym zauroczeniem i przed perwersyjną obsesją. Działajmy wspólnie, bo nie jesteśmy dwiema walczącymi rasami albo dwiema armiami oddzielonymi linią demarkacyjną wyznaczoną przez życie i śmierć. Jesteśmy wielką i nieskończoną wspólnotą żywych, których różnią między sobą jedynie inne wibracje, ale jednoczy to samo zadanie ostatecznego odkupienia. Nie sądźcie, że śmierć ciała uświęca istotę, która je zamieszkiwała. Jeżeli promień słońca nie brudzi się dotykając bagna, również zbuntowany pacjent jest tym samym chorym, który tylko zmienia miejsce zamieszkania. Ciało fizyczne jest tylko naczyniem, którego używamy w pewnym określonym czasie, a jego uszkodzenie nie oznacza odkupienia lub rozwoju tymczasowego użytkownika. To oznacza, że mieszkaniec sfery niewidzialnej dla waszych oczu jest bratem, ale nie zawsze bardziej rozwinięty duchowo niż wy sami jesteście. Elektrony i fotony, które stanowią waszą fizyczną odzież, umożliwiają także nasze przejawianie się, a jedyną różnicą jest częstotliwość wibracji.
Trzeba zatem zatroszczyć się o wasze wewnętrzne możliwości, cuda waszej potencjalnej boskości. W waszej niepohamowanej chęci wymiany z niewidzialnym naturalne jest ogromne pragnienie zbliżenia się do niebiańskiej społeczności. Czekacie na objawienie boskiej prawdy i połączenie ze spokojną pewnością. Aby tego doświadczyć, niezbędne jest poznawanie i rozwijanie boskich walorów, które macie w sobie jako niebiańska istota. Cała armia pracowników Jezusa działa w każdym miejscu, w którym odbywają się praktyki duchowe, inspirując do uczciwości, prawości, do rozwoju. Macie silną skłonność do materializowania wszystkich przejawów ducha, ale zapominacie o uduchowieniu materii. Prosicie o światło, prawie zawsze pozostając w cieniu. Oczekujecie szczęścia, siejąc cierpienie. Prosicie o miłość, dążąc do separacji. Szukacie wiary, wątpiąc nawet w samych siebie.
Możliwość obcowania ze sferami niewidzialnymi, które was otaczają, w żaden sposób nie musi jeszcze oznaczać duchowego spełnienia niezbędnego dla rozwoju. Ponieważ chwała z możliwości medialnych nie polega na byciu narzędziem pewnych inteligencji, lecz na byciu wiernym narzędziem Boga. Żeby wcielona dusza realizowała swój program, nieodzowne jest rozwijanie w sobie boskich zasad. Żołądź to potencjalny dąb. Garść maleńkich nasion to jutrzejsze pole pszenicy. Niewielki zarodek będzie w ciągu kilku dni potężnym ptakiem przecinającym przestworza. Aleksander był z każdą chwilą coraz bardziej porywający i piękny. Z góry spływały na jego czoło tęczowe nitki światła. Medialność - kontynuował, chwytając nas za serca - jest sposobem komunikacji i sam Jezus nam powiedział: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze mnie, będzie zbawiony.
Wejdzie i wyjdzie i znajdzie paszę”. Przez jaką niezrozumiałą śmiałość wyobrażacie sobie wzniosłe spełnienie, jeśli nie poprzez upodobanie się do Ducha Prawdy, którym jest sam Bóg? Posłuchajcie mnie, moi bracia, jeśli oddajecie się w boską służbę, nie ma innej drogi, jak tylko On, który jest nieskończonym światłem prawdy i niewyczerpanym źródłem życia. Nie istnieje inna brama do niebiańskiej medialności, do zjednoczenia z boską harmonią niż przez gorące pragnienie ukryte w sanktuarium serca. Tylko przez niego, żyjąc jego wzniosłymi lekcjami, osiągniecie świętą wolność, aby wejść do królestw duchowości i opuścić je, zdobywszy wieczny chleb, który zaspokoi wasz głód na zawsze. Bez Jezusa medialność jest zwykłym środkiem komunikacji i niczym więcej. Prostą umiejętnością uzyskania informacji, taką jak wiele innych, którą także mogą posiąść stworzenia zainteresowane szerzeniem chaosu i pomnażaniem niszczących zdobyczy. Przypominam wam, że boskie prawo nigdy nie popierało niewoli i nigdy nie przyzwalało na niewolnictwo. Zapomnieliście o słowie Bożym, które powiedziało: „Wy sami jesteście bogami”. Wymawiając te ostatnie zdanie, nauczyciel przyjął całkiem inną postawę.
Wydawało mi się, że pośrodku jego klatki piersiowej zapaliło się subtelne światło w kolorze indygo. Światło, które do nas wszystkich wysłało promienie niewyrażalnej radości. Jego spojrzenie stało się bardziej wzniosłe i głębokie. Wielu z nas, odcieleśnionych i wcielonych, płakało z wdzięczności i radości pod wpływem niewytłumaczalnego wzruszenia. Po krótkiej pauzie kochany i mądry nauczyciel kontynuował: „Przyjaciele, niszczy was uleganie zwierzęcym instynktom. Jesteście duchową koroną na obliczu ziemi, bo zostaliście nagrodzeni przez Pana Wszechświata. Blask boskiego umysłu oczyszcza sanktuarium waszych świadomości. Wzniosłość zaprasza was do dalej. Starsi bracia wzywają do społeczności Ojca. Wam tymczasem bliższy jest prymitywizm i brak rozsądku.
W wibracjach ludzkiego umysłu można poczuć jad obrzydliwych żmij, krwiożercze instynkty wygłodniałych wilków i żarłocznych tygrysów, próżność i pychę lwów. To nie są atrybuty śmiertelnego ciała, tylko cechy, które istota rozwija w sobie, gdy zapomina o boskim dziedzictwie. Śmierć fizyczna zaskakuje stworzenia w postawach, które praktykują. Zmienia się częstotliwość wibracji, ale duchowa istota pozostaje ta sama. Stąd biorą się liczne wizyty duchów z niższych sfer w waszych doświadczeniach medialnych. Często stajecie do rywalizacji o zwykłą sensację, zamiast realizować piękne dzieła z Jezusem. Zdezorientowani wierzycie, że możliwe jest wyzwolenie z piętna niskich wibracji utrwalonych przez stulecia uzależnienia wyłącznie za pomocą siły mechanicznego ruchu komórek. Bez żadnego przygotowania próbujecie przekroczyć granicę wymiarów, powołując się na niewidzialną moc i trening sił paranormalnych. Zachowujecie się jak lekkomyślny człowiek, który zażąda wskazówek od przypadkowych osób z tłumu, zapominając, że nie wszyscy przechodnie są w stanie pomagać, prowadzić i nauczać. Jeśli nawet najprostsze ziemskie maszyny wymagają szkolenia operatora, żeby produkcja nie straciła na jakości i ilości, to jak oczekiwać, że możliwość kontaktu z wyższymi wymiarami sprowadza się do automatycznej czynności, do zwykłego fizjologicznego mechanizmu, który nie ma nic wspólnego z nauką i odpowiedzialnością?
Zawsze będzie istniała możliwość otwarcia komunikacji pomiędzy wami i sferami, które są dla was niewidzialne. Ale nie zapominajcie, że podobieństwo jest ostatecznym prawem, które decyduje, kogo spotykacie w nieskończonych królestwach ducha. Bez właściwego przygotowania nieuchronnie natkniecie się na towarzystwo tych, którzy uciekają od boskich nauk. Gdy wyrzekacie się błogosławieństw odpowiedzialności, spotkacie nieodpowiedzialnych. Sprzeciwiacie się cudom na polu eksperymentów naukowych. Tymczasem nieistniejące musi zostać przywołane, aby mogły powstać nowe teorie. Poszerzona perspektywa pozwala dostrzec, jak wasze drogi na Ziemi rozwijają się wśród wspaniałych cudów. Czy już rozszyfrowaliście tajemnicę połączenia wodoru i tlenu w kropli wody? Czy odkryliście sekret oddychania roślin? Czy wiecie, dlaczego natura wydaje plon z cykuty, która zabija i pszenicy, która żywi?
Co powiecie o łodydze pełnej kolców, na której ziemia ofiarowuje wam kwiat pełen niebiańskiego zapachu? Czy potraficie rozwiązać wszystkie biologiczne problemy każdej formy życia zamieszkującej ten świat? Jaka jest wasza definicja promienia słońca? Czy widzieliście kiedykolwiek oś kuli ziemskiej, która utrzymuje planetę w równowadze? Czemu podobne cuda, które nie mają końca na Ziemi, nie budzą uśpionych dusz, potwierdzając istnienie Boga? Co jeszcze musi się stać, żeby zniknął wielowiekowy bunt człowieka, który żąda wciąż nowych przejawów wyższej duchowości? Drodzy przyjaciele, opuszczajcie czym prędzej świat hałaśliwych warunków zewnętrznych i skupcie się na wewnętrznym rozwoju boskich talentów. Zakochanie w zewnętrzności może być tak uzależniające i destrukcyjne dla duszy, jak alkohol jest zabójczy dla ciała fizycznego. Wasze wątpliwości w większości przypadków są niczym więcej jak makabrycznym tańcem rozumu, który w ten sposób ucieka przed realizmem i odkłada na czas nieokreślony prawdziwy rozwój ducha. Zgadzamy się z wami, że doświadczenie jest nieuniknione.
Bez wątpienia mentalne poszukiwania są punktem wyjścia dla wielkich przedsięwzięć ewolucyjnych. Z pewnością zdrowa ciekawość jest matką naukowych odkryć. Bezwzględnie każdy proces poznania wymaga obserwacji i pracy tak jak w każdej szkole niezbędne są materiały dydaktyczne. Jednak nie zwlekajcie z rozpoznaniem, których lekcji uczeń nie powinien zamieniać w zwykłą zabawę i rozrywkę. Co więcej, nawet jeśli uczący się rozumie lekcje, pamiętajcie, że informacja to nie wszystko, ponieważ wyjaśnienie jest jedynie częścią nauki. A co z uczniami, którzy ciągle studiują, ale nigdy nie stosują wiedzy w praktyce? A co z towarzyszami, którzy tak pięknie przemawiają do innych, ale nigdy nie oświecają sami siebie? Spisywanie wartości nie oznacza życia nimi. Wyznaczanie drogi podróżnikom nie oznacza osobistej, głębokiej wiedzy o podróżowaniu. Istnieją znakomici statystycy, którzy nigdy nie odwiedzili miejsc, skąd czerpią dane i wybitni geografowie, którzy rzadko opuszczają dom.
Jak widać, można przeżyć swoją krótką egzystencję na Ziemi, unikając poznawania się przez doświadczenia. To nie jest możliwe w nieskończonym królestwie duchowego życia, w którego żywych kręgach istniejecie także teraz, choć związani ze światem niskich wibracji. Medialność nie jest zdolnością przemijającego ciała, a wyrazem nieśmiertelnej duszy. Naturalnie wymiana między dwoma wymiarami wymaga, aby święte naczynie, które powierzył wam Bóg, było zdrowe i miało możliwości fizjologiczne. Ciało powinno być wzniosłym instrumentem w rękach boskiego artysty. Jeśli pragniecie rozwijać się duchowo, nie posługujcie się niskimi wibracjami. Jeśli chcecie wymieniać się z mędrcami, wzrastać w zrozumieniu, doceniać doświadczenia, rozpalcie światło umysłu. Jeśli oczekujecie wzniosłego towarzystwa świętych, uświęcajcie każdy dzień. Istoty anielskie nie żyją wyłącznie niebiańską radością, lecz pracują, udoskonalając świat i czekają z nadzieją na waszą anielskość. Jeśli chcecie mieć wokół siebie dobrych ludzi, sami stańcie się dobrzy.
Bez uprzejmości i słodyczy, bez braterskiego zrozumienia i budujących postaw nie będziecie w stanie zrozumieć łaskawych i przyjaznych istot, wzniosłych i konstruktywnych. Czy wyobrażacie sobie Platona, który naucza filozofii dzikie i prymitywne plemiona? Albo Franciszka z Asyżu, który współpracuje z rozbójnikami? Niemożliwa jest integracja oświeconych i świętych dusz z innymi, przywiązanymi do niższych i najgłupszych przejawów cielesnej egzystencji. Przypominam wam, że praktyki duchowości nie oznaczają zaangażowania w doktrynę sekty, której członkowie przebywają przejściowo na Ziemi. Uczestniczycie w światowym, boskim ruchu wyzwolenia świadomości, we wzniosłym objawieniu życia wiecznego i nieśmiertelnych wartości wszystkim istotom dobrej woli. Przyjmując to przekonanie, chronicie się przed arogancką postawą tych, którzy w medialności widzą wyłącznie szósty zmysł. Medialność nie jest darem uprzywilejowanych, ale wyrazem jakości wszystkich ludzi, którzy mają szczere pragnienie duchowego rozwoju. Na razie niewątpliwie potrzebna jest inspiracja, a zadaniem wcielonych towarzyszy, którzy zostali powołani na świadków tego zbiorowego oświecenia, jest szerzenie pozytywnej i budującej wiary. Przyszłość pokaże, że taka służba jest domeną każdej istoty, bo wszyscy jesteśmy nieśmiertelnymi duszami.
Nie miejcie wątpliwości. Nie pozwólcie, aby świat materii zgasił zwycięskie światło Bożej pewności, że ten moment nadejdzie. Kochani przyjaciele, każdy z nas w kręgu własnej ewolucyjnej teraźniejszości stoi przed nieskończoną duchowością, aby uwolnić się z wielowiekowych, energetycznych uzależnień w procesie transformacji, której nie jesteście w stanie sobie wyobrazić. Wzrastajmy w duchu Bożym, który już dzisiaj zaprosił nas na bankiet światła. Wyjdźmy naprzeciw przeznaczeniu, nie lekceważąc życia na Ziemi, ale doskonaląc nasze indywidualne cechy, aby być naprawdę użytecznym dla siebie w przyszłości. Kochajmy się mocno nawzajem i wypełniając ewangeliczne przykazania, rozwijajmy się każdego dnia, aby osiągnąć ostateczne odkupienie. Na zakończenie swojego wspaniałego wykładu Aleksander zrobił dłuższą pauzę i powiedział: „Zjednoczmy się wszyscy w świętym dziele zgodnej współpracy z Jezusem. Jeśli ludzka ręka potrafi zmienić strukturę geograficzną planety, wyznaczając nowe drogi, konstruując wspaniałe miasta i zmieniając koryta rzek, wzmocnijmy nasz wysiłek duchowy, aby zgasić zwierzęce impulsy w człowieku. Budujmy solidne ścieżki dla zgodnego braterstwa i działajmy na rzecz rozwoju uczuć i umysłów, aby tworzyć solidne chrześcijańskie fundamenty, które uzdrowią ludzkie relacje. Nie rozwijajcie w sobie przedwcześnie takich psychicznych umiejętności.
Widzenie bez rozróżniania albo słyszenie bez zrozumienia może spowodować poważne nieszczęścia w sercu. Przede wszystkim rozwijajcie cnotę i pogłębiajcie uczucia. Budujcie w sobie równowagę, a Pan Bóg otworzy przed wami bramę do nowej wiedzy. Jeśli chęć zmiany bliskiego będzie męczyć waszą duszę, przypomnijcie sobie, że istnieje tysiąc sposobów pomocy bez narzucania swoich przekonań i że dopiero dojrzały owoc wydaje nasiona, które można dalej rozsiewać. Zaniechajcie nadmiaru słów bez czynów. I nie mówię wam tutaj tylko o dobrych uczynkach w świecie fizycznym, ale przede wszystkim o cichych aktach wyrzeczenia, codziennej pracy w duchu Jezusa Chrystusa, o cierpliwości, nadziei, przebaczaniu, które są bramą wewnątrz duszy do wielkiego kraju naszych wewnętrznych doświadczeń. We wszystkich ziemskich trudach przemieńcie się w wolę naszego Ojca. W swej służbie w wierze nie usiłujcie zniżać wyższych istot do waszego poziomu, ale nauczcie się piąć do nich. Wiedzcie, że drogi wymiany są te same dla wszystkich i że więcej znaczy wznosić serce, aby otrzymać nieskończone dobro, niż żądać ofiary od dobroczyńców. Nigdy nie zrywajcie nitki światła, która łączy każdego z Duchem Świętym.
Nie pozwalajcie, żeby egoizm i pycha, pokusy cienia i tyranie ego odebrały wam zdolność odbijania boskiego światła. Pamiętajcie, że w naszej zdolności służenia i w naszej pracy jesteśmy dla Boga jak szlachetne kamienie ziemi dla stwórczego słońca. Im większa czystość kamienia, tym piękniej odbija słoneczny blask. Wspaniałe owoce waszej pracy pozostawcie na drugim planie, pamiętając, że to dusza jest najważniejsza. W tym momencie Aleksander zamilkł i pozostał w niemej modlitwie. Pełen podziwu, wzruszony zauważyłem, że szlachetny instruktor przemienia się właśnie na naszych oczach. Po raz pierwszy, odkąd znalazłem się w nowym wymiarze, patrzyłem na tak wyjątkowe zjawisko. Jego szaty zmieniły się w promienisty śnieg. Czoło jaśniało intensywnym światłem, a z wyciągniętych rąk wydostawały się lśniące promienie, które dotykając nas wzbudzały niewytłumaczalne oczarowanie. Ogarnął mnie głęboki błogostan i prawie każdy z nas, nie szukając przyczyny tych boskich wibracji, płakał ze szczęścia, uwalniając z piersi niespodziewaną radość.
Po kilku momentach wzniosłej ekstazy zobaczyłem, że Sertorio zrozumiał moje zdumienie. To prawda, że wiele razy byłem obecny podczas modlitw wyższych istot o racji, którym zawsze towarzyszyły piękne zjawiska świetlne, ale nigdy dotąd nie widziałem podobnej przemiany. Dotykając lekko mojego ramienia powiedział: „Wszystkie moce wyższego dobra zgromadziły się wokół Aleksandra, przekształcając go w pośrednika, który przynosi nam ich dary. Dlatego promienieje i świeci z taką intensywnością”. Zrozumiałem piękno tej sceny i wzniosłość lekcji. Po kilku sekundach wielki instruktor powrócił do zwyczajnego wyglądu. Zmówił modlitwę dziękczynną do Pana i radośnie zamknął boskie spotkanie.
[33:49] - Proszę państwa. Wiadomo, że jak już był pierwszy i drugi punkt programu, to jako trzeci pojawi się audycja, dla której spora część słuchaczy Bibliotekarium tak naprawdę włącza audycję. Tą częścią jest Filmotekarium, a dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem rozmawiamy o kolejnym serialu. A zatem jest to Filmotekarium Seriale. Jaki to serial? Serial „Ciała”. Nie wiem, jakiś powinienem dżingiel wprowadzić typu da-dam, da-dam. Ale dżingla nie ma, to powiem tylko tyle, że zaczynamy Filmotekarium Seriale.
[34:41] - Dokładnie tak. A w dzisiejszym odcinku serial nowy, wieloaspektowy bym powiedział i trochę trudny w ocenie. Chodzi o serial „Ciała” – „Bodies”. Thriller sci-fi albo kryminał sci-fi, jak kto woli, który zagościł na jednej z platform. Jest to produkcja brytyjska. To taki wielowątkowy serial opowiadający historię kilku osób, które spaja ciało. Tajemnicze ciało, tajemniczy denat pojawiający się na jednej z bocznych uliczek w Londynie. Te ciała noszą te same obrażenia. Pojawiają się w odstępie wielu lat i tak naprawdę okazuje się, że to jest jeden i ten sam człowiek noszący dziwne rany. Bardzo nawet dziwne.
[35:35] - One niekiedy są troszkę jednak różne. To zresztą znajduje uzasadnienie w wyjaśnieniu, bo jedno z tych ciał na przykład ma przestrzelone oko, a drugie nie. Ale rzeczywiście ich fizyczność ogólna, tak to określmy, jest niemal jednakowa.
[35:59] - Tak. I zagadkę tych ciał próbuje rozwiązać grupa detektywów, tylko że grupa z różnych epok, w tym nawet osobniczka z przyszłości. Tropy prowadzą na ślad tajemniczego sprzysiężenia, które ma doprowadzić do przejęcia przez jednego człowieka władzy nad światem. Marku, „Bodies. Ciała” to jest bardzo złożona historia. Przedstawia się nam kilka opowieści tak naprawdę. Tutaj będę konsekwentny w mówieniu, że mamy kilka opowieści doklejonych do tego serialu. One mają się nam zazębiać i krzyżować. Mają. Bywa różnie.
Wśród tych bohaterów są policjanci, detektywi, współczesna policjantka wywodząca się z rodziny imigranckiej, detektyw działający w czasie wojny, detektyw z epoki wiktoriańskiej i wiecznie skwaszona detektyw z przyszłości, która kolaboruje z władzą. O Boże. I ten serial jest dość pokręcony. Jest taki dysonans. Jego się z jednej strony dobrze ogląda i to jest strawne, tylko że
[37:19] - Mamy mieszane uczucia odnośnie sensu, bo jak powiedziałem, to się powinno zazębiać, ale ta chwila nam się odwleka. Nie mówię, że ona się nie staje, ale jednak się odwleka. Odwleka się i to bardzo poważnie. Ja powiem tak: serial liczy osiem odcinków. Przez pierwsze cztery będziecie mieli państwo duże problemy ze zrozumieniem, o co w ogóle chodzi. Same historie w poszczególnych bańkach czasowych toczą się i są w miarę okej, ale szukacie państwo połączenia. Tym bardziej, że do szukania tych połączeń jesteście państwo ewidentnie prowokowani przez twórców filmu. Co jakiś czas oni podtykają nam jakieś dziwne sytuacje i mówią: „Zobaczcie, spróbujcie zgadnąć, o co tu chodzi”. My próbujemy i ni hu hu, to nie wychodzi. Absolutnie.
Kombinujemy i mniej więcej od połowy, gdzieś od piątego odcinka, to zależy, na ile uważnie państwo oglądacie serial, zaczyna się nam sprzedawać coraz większą liczbę informacji. Tych informacji przyrasta, nam się zaczyna układać pewien wzór. Jeszcze jest niepełny, jeszcze brakuje niektórych klocków, ale coś już wiemy, już się domyślamy. Tak mamy przez dwa odcinki, później już wiemy, ale, i to jest zaleta akurat, dostajemy jeszcze – jakby to powiedzieć, tak żeby nie zdradzić za dużo – pewną wersję alternatywną. To nie jest dokładne odwzorowanie tego, co się w serialu dzieje, ale wybaczcie państwo, jeszcze nie podjęliśmy z Piotrem decyzji o spoilerowaniu. To pewnie od nowego sezonu, po dżinglu i tak dalej, z zachowaniem wszelkich zasad. Na razie tego nie ma, więc nie będę się rozpędzał w opowiadaniu serialu. Jakbym miał ten serial skomentować? On mimo wszystko, pomimo tego, że przez pierwszą połowę nie bardzo wiemy, o co chodzi, jest wciągający. To już mówiłem.
Te historie się plotą. Jedna się plecie pod koniec XIX wieku, w roku 1890. Druga dzieje się w latach wojny, bodajże 1941 rok. Kolejna toczy się now, czyli 2023. I jest jeszcze historia z przyszłości, a tu już nie pamiętam. Pewno coś koło 2060 roku. Wybaczcie państwo, nie pamiętam. Ta skwaszona policjantka z przyszłości. Nie, to nie policjantka, ta skwaszona pani to też policjantka właściwie. Jej status jest niejasny, bo ten świat przyszłości jest nie do końca jasny, więc zostawmy to.
Ta pani jest skwaszona. I tu wybaczcie państwo mało polityczny dowcip, bo ona jest daleką. Ale dzięki technologii tu widzimy obraz przyszłości, ona może funkcjonować w społeczeństwie zupełnie normalnie. To pokazuje nam, że to społeczeństwo przyszłości jest społeczeństwem wspaniałym. Tak przynajmniej sądzimy na początku. Później troszeczkę zmieniamy zdanie, ale tylko troszeczkę, bo Piotr powiedział o tym pewnym spisku, o tej potrzebie zmiany. Na naszych oczach ktoś, wykorzystując technikę, technologię, paradoksy czasowe, próbuje zbudować utopię przyszłości. I ktoś powie: a cóż w tym złego? Utopia to samo dobro. Właśnie nie.
Okazuje się, że w utopii jest tyle samo fałszu i grozy co w antyutopii. Ktoś powie: zaraz, zaraz, ale jak to? Tak, proszę państwa, bo przeczytajcie sobie państwo chociażby oryginalną utopię, ten tytuł i odpowiedzcie sobie państwo, czy chcielibyście żyć w takim społeczeństwie, jak to zostało przedstawione w utopii. Czy chcielibyście państwo żyć w mieście słońca Campanelli? Czy w ogóle chcielibyście na przykład żyć w państwie, które proponował Platon? Chyba nie. A to wszystko były utopie, które miały zapewnić szczęśliwość wiekuistą i w ogóle powszechną radość i wspaniałość. Nie. Utopie są po to, żeby pokazać pewne możliwości, ale nie po to, żeby w nich żyć. Ale niektórzy ludzie mają takie pomysły, żeby z utopii uczynić rzeczywistość.
I wtedy zaczyna się groza.
[43:14] - Tak, do tej wizji przyszłości w tym serialu jeszcze może przejdziemy za chwilę. Natomiast Coś by tu wypadało powiedzieć. To są detektywi, którzy udają się w pościg za pewnym naukowcem i pewnym złoczyńcą, i celem tego złoczyńcy jest zamach stanu i wprowadzenie dyktatury pod hasłem: jesteś kochany. To trochę brzmi dziwnie. Szczerze mówiąc, jak słuchałem tego hasła jako ich heil, to było dziwne. Mówiąc prościej, ten złoczyńca pomyka po liniach czasu, aby nastroić historię tak, by mu umożliwiła przejęcie władzy nad światem. Kluczem do tego przejęcia jest detonacja pewnego ładunku atomowego w centrum Londynu. I nasza współczesna bohaterka, ta współczesna detektyw żyje zarówno przed detonacją, jak i po, bo tam w sumie mamy dwa sprzysiężenia, dwa spiski. Jest też antyspisek i tak dalej. Sami już widzicie po naszej narracji, że tak powiem, jak to wszystko jest skomplikowane.
Ale jak już ktoś lubi filmy o liniach czasu i o paradoksach, to będzie to coś dla niego, dla niej. Problem w tym, że w serialu "Buddies" jest się cholernie łatwo pogubić, bo tam oprócz wątku głównego związanego ze znalezieniem ciała, bo to jest początkowo główny wątek, mamy wątek drugi związany z tym sprzysiężeniem, z tą utopią, ale są też wątki poboczne i osobiste. A ponieważ wątek ze znalezionym ciałem staje się z czasem dość zawiły i musimy mocno myśleć, to w zasadzie, Marku, jest tak, że wątki, które miały być poboczne, schodzą nam trochę na pierwszy plan. Te wątki dramatyczne związane są z nieznaczącymi dla serialu wydarzeniami. Ja miałem takie wrażenie, że wkradł się pewien chaos. Rozumiem, że nie dało się stworzyć pierwszej części tego serialu, czyli tych pierwszych kilku odcinków bez wikłania się w historie osobiste bohaterów, ale potem doszło do takiej sytuacji, kiedy one nam zaczęły przybijać na sens tego serialu. Rozumiem, że niektórzy twórcy chcą pozawierać w serialach, w filmach, szczególnie tych związanych z paradoksami czasowymi, takie zagadki, żeby sobie ludzie potem wyszukiwali w internecie, o co chodziło albo oglądali daną produkcję jeszcze raz, żeby zobaczyć te kluczowe momenty. Ja nie wiem, czy ja bym był w stanie jeszcze raz przebrnąć przez "Ciała". Raczej nie, chociaż nie uważam, że to było aż tak bardzo złe.
[46:14] - Nie, złe nie było absolutnie. Ten serial ma swój urok, ma swoją niezłą grę aktorską, ma naprawdę niezłe wątki, wynikające z tego, że tak jak powiedziałem, dzieje się w różnych ciekawych epokach. Wiecie państwo, koniec XIX wieku, lata wojny. To jest bardzo dobrze pokazane. Twórcy filmu nieźle oddali, takie mam wrażenie. Nigdy nie byłem w tamtych czasach, ale dla mnie to było przekonujące, kiedy oglądałem Londyn roku 1890, Londyn czasów II wojny światowej, współczesny Londyn to oczywiste, ale ten przyszły Londyn jeszcze z XXI wieku, z tym że z takich odleglejszych od nas dziesięcioleci, to też było interesujące, a nawet bardzo interesujące. I to jest wszystko okej. My, a w każdym razie ja chwilami grzązłem w tych historiach, chwilami podążałem za nimi, ale one mnie porywały, zaciągały za sobą i to było fajne. Ja przyznam się, że nie rozumiejąc, o co w tym wszystkim kaman, jednak podążałem. Nie zrezygnowałem.
Co więcej, chciałem wiedzieć, o co w tym chodzi. Nie zgadłem tak do końca, bo to jest dosyć ważne, bo my się jakoś domyślamy, że coś nie teges i że tam jest namieszane, ale miałem pewne problemy z takim ścisłym określeniem, o co naprawdę chodzi. I to zawsze jest dla mnie zaleta, jeśli nie potrafię przewidzieć końcówki, nie potrafię przewidzieć w ogóle, w którą stronę tak do końca powędruje serial. I to są te pozytywy. Za chwilę uznacie mnie państwo za obsesjonata, ale może to nie ja jestem obsesjonatem, tylko coś złego dzieje się z produkcjami filmowymi, a już z serialowymi to z całą pewnością. Otóż kiedy sobie zajrzałem na różnego rodzaju fora internetowe, nie tylko w języku polskim, to tam eksponowany był, przynajmniej na niektórych, pewien wątek. Wątek związany z końcem XIX wieku, z rokiem 1890 powtórzę, wątek homoseksualny. Oczywiście właśnie w ostatnim programie, który poświęciliśmy serialom, również się wypowiedziałem na temat takiego wątku i tu mamy dokładnie coś takiego. Powtarzam, deklaruję to i chciałbym być dobrze zrozumiany Ja jestem w stanie zaakceptować wątek tego rodzaju w filmie, w serialu pod warunkiem, że on czemuś służy, że poza tym, że mi mu się mówi, że pod koniec XIX wieku również byli w Anglii homoseksualiści, ja to wiem bez tego serialu, bo oni byli, są i będą i to ani żadna dla mnie ujma, żaden problem dla mnie, nic. To po prostu jest fakt.
Natomiast jeśli się usiłuje w serialu wyeksponować ten wątek jako niezwykle ważny, to okej, w porządku, przyjmuję to, tylko oczekuję, że ten wątek będzie naprawdę ważny, że bez tego wątku serial się zawali, że nie da się zrobić serialu, nie da się zrobić tego obrazu bez tego wątku. Tymczasem okazuje się, że ten wątek można by równie dobrze pominąć i nic by się nie stało. Absolutnie nic by się nie zmieniło. To po co jest ten wątek? Ktoś powie: bo można, bo dlaczego nie ma być? Zgoda. Przyjmuję ten argument, ale zadaję jedno pytanie. Czy naprawdę w każdym serialu tego rodzaju wątek musi się pojawić? Proszę państwa, moim zdaniem nie. I ja nie wiem, być może błądzę, być może powinienem zostać poddany jakiejś zmasowanej reedukacji.
Na pewno takie czasy jeszcze nastąpią, nie wiem, ale ja nie widzę powodu, żeby każdy serial, niemal każdy, zawierał tego typu wątki, bo to się po prostu statystycznie nie zgadza. Nie, po prostu nie. To jest pewna mniejszość. My nie mamy nawet prawa dawać im żadnych praw. Oni po prostu są i mogą sobie istnieć. I tak jak my sobie możemy istnieć. Tylko jeśli zaczynamy wkraczać w ideologię, w której okazuje się, że musi to być w każdym serialu, to ja się biję z myślami: dlaczego musi? Przepraszam państwa, że się uniosłem, ale po prostu ja nie trawię wątków, które znajdują się w serialu nie dlatego, że służą fabule, że popychają, w jakiś sposób kształtują narrację, tylko są tam, ponieważ muszą tam być, ponieważ taki jest obraz naszych czasów, takie są zalecenia. Przepraszam, ale ja już to przerabiałem, może nie do końca świadomie w czasach komunizmu, gdzie też pewne wątki w każdym serialu się musiały znaleźć, że na przykład lud walczył zawsze o wolność i to już w „Czarnych chmurach" jest pokazane, może niespecjalnie eksponowane, ale jest. Po co tam jest?
Cholera wie. Ale jest. I w innych różnych serialach też te komunistyczne wątki walki ludu o różne rzeczy się pojawiały. To teraz mamy inną odsłonę tego rodzaju postępowania. I mnie się to, deklaruję to, nie podoba. Co nie eliminuje tego serialu. Po prostu zwróciłem na to uwagę, bo serial moim zdaniem jest okej. On pokazuje pewne zabawy z czasem i te zabawy pokazują, jak skomplikowaną materią jest czas. Bo w przeciwieństwie do Simaka, takiego pisarza science fiction, nie uważam, że czas jest najprostszą rzeczą, że pisać o czasie, o paradoksach czasowych jest łatwo, że łatwo jest pisać scenariusze. Ci, którzy wiedzą, o czym powiem, to „Powrót do przyszłości" zawiera w sobie, szczególnie druga i trzecia część, taki bubel czasowo związany z paradoksem czasowym, że aż trudno sobie to wyobrazić, że on się tam pojawił i niemal nikt go na początku nie zauważył.
Szczególnie, że główny bohater, czyli ten profesorek zwariowany, w pewnym momencie mówi do głównego bohatera, że musi się nauczyć myśleć przestrzenno-czasowo i inaczej. Nie patrzeć tylko w kategoriach następstwa, tylko troszeczkę inaczej. Po czym scenarzyści walą bubel, ale taki, że po prostu człowiek się zastanawia, jak to w ogóle mogło przejść. Serial, o którym dzisiaj mówimy, „Ciała", chyba uniknął większości pułapek związanych z produkcjami o podróżach w czasie. W większości. On jest w miarę spójny, to się wszystko trzyma i ja myślę, że pomimo różnych zastrzeżeń warto ten serial obejrzeć.
[54:44] - Ja się tylko odniosę do tego zastrzeżenia twojego, bo ja rozumiem, że można wpleść jakiś wątek tam wiadomo jaki.
[54:54] - Ja też powiedziałem, że absolutnie rozumiem to.
[54:56] - Ale tutaj to idzie w stronę taką już wykonawczą. Może nie każdy chce oglądać, z jednej strony. Poza tym nie wiem, nie pasowało mi to też do końca. Co to niby miało oznaczać? Dwóch chłopów się spotkało i nagle się jeden w drugim zakochał. Nagle.
[55:21] - I w porządku, niech się zakochują. Tylko czemu to służy? Niczemu.
[55:28] - Dobra, niech się zakochują, ale przecież w tamtych czasach to też trochę romantyzmu było więcej w tym wszystkim. Oni tam od razu szuru buru.
[55:38] - I mechaniczne to było. Tak, to prawda.
[55:41] - I nagle nasz detektyw odkrywa, że on tak naprawdę nie jest tym, kim jest, bo on przecież ma rodzinę i ma córkę, która gra na pianinie i jemu jest głupio. I potem mówi swojej żonie, że on nie jest tym, kim jest. To jest już przesadyzm trochę. Ja rozumiem, że niektórzy się mogą oburzyć, że tam: o Boże, dobra, dajmy spokój. Dla mnie takim zarzutem wobec tego serialu jest też to, że bohaterowie są bardzo wyraziści, muszą być wyraziści. Tam mamy ogólnie dużo bohaterów pierwszoplanowych, nie tylko tych detektywów, ale mamy też naukowca, mamy tego złodupa i jest tam wątek wśród tych detektywów Karla Weissmana. To jest detektyw pochodzenia żydowskiego, który zajmuje się sprawą tego tajemniczego ciała w czasie wojny. Serial "Buddies" ukazuje nam problem historyczny związany z pochodzeniem tego bohatera bez zbędnego zadęcia. Oni się bardziej koncentrują na to, w kim się zakochał ten bohater z XIX wieku niż na tragedii Weissmana. Tutaj nie ma lukrowania, jak w przypadku polskich filmów, przeżywania, dopisywania czegoś, czego może nawet nie było.
Powiem ci, że jest to w miarę realistyczne. Dodatkowo to jest chyba najlepszy wątek. On nie jest postacią kryształową, wcielający się w tą rolę aktor po prostu dobrze robi swoją robotę. Początkowo wydawało mi się to takie trochę słabe kino gangsterskie. Koniec końców wyszło naprawdę fajne. Mój chyba ulubiony bohater z wielu bohaterów w tym serialu. Ten wątek postępowy już sobie pomińmy. Jeżeli zaś chodzi o tą panią detektyw z przyszłości, w którą się wciela pewna izraelska aktorka, ona kolaboruje z naszym głównym złoczyńcą i jest irytująca. Pewna maniera i takie widoczne skwaszenie, ale taka maniera przede wszystkim. Ona jest taka zblazowana cały czas.
To sprawia, że ma się tej postaci dość. Taka mała mi-z-- powiedziałem skąd, która po prostu nie do końca pasuje do tej roli, miota się tam. Powiem ci, że błąd zrobili akurat z dobraniem tej aktorki. Paskudnie. Po prostu paskudnie. Niefajnie się ją ogląda. Mogli znaleźć lepszą aktorkę na 100%. Kolejny zarzut wobec tego filmu i chyba najmocniejszy moim zdaniem: świat przyszłości. Kluczowy w jakiś sposób, ale praktycznie zarysowany, tylko zarysowany, nieprzedstawiony, nawet nieliźnięty. Zarysowany.
Widzimy tam tylko część realiów po wybuchu bomby i przejęciu władzy przez tego demonicznego Mannixa. Widzimy ruch oporu przeciwko niemu i tak naprawdę po pewnym czasie sobie zdajemy sprawę, o co im chodzi. O co chodzi jemu z tym hasłem "z miłością". To mi przeszkadza. Mamy ludzi zepchniętych do nizin, ale też jakąś grozę, której nie odczuwamy, jakąś opresję, której nie odczuwamy. Mannix ma być takim Vaderem, kimś pokrewnym. Wychodzi taki miękki despota, taki ślimaczek, któremu nie wiadomo, o co chodzi. I to mocno działa. Bo oni niby zmierzają w stronę jakiejś apokalipsy, z jednej strony takiej prawdziwej, związanej z wybuchem tej bomby, z drugiej strony takiej apokalipsy społeczno-politycznej z nowym porządkiem świata. Ale tak w zasadzie to, co nas powinno przerażać, nie bardzo nas przeraża.
Widzimy kilka przebitek, kilka scen z Londynu przyszłości i tylko tyle. To jest takie dość kiepskie. Nie wiem, nie miałeś takiego wrażenia, że oni się tam powinni bardziej postarać nas tym Mannixem przestraszyć? Bo on tak wychodzi chaotycznie i gdybyśmy się bardzo uparli, Mannix to jest ten główny złoczyńca, który podróżuje przez czas pod różnymi imionami i nazwiskami. Gdybyśmy się na dobrą sprawę mocno uparli, to tak naprawdę kiepsko to wszystko wypada. Kiepsko wypada ta postać, kiepsko wypada sens tego serialu. Jak mówię, tam się jest łatwo pogubić, ale koniec końców dochodzimy do wniosku, że to jest tragedia ludzka albo komedia ludzka. W sumie nawet nie wiem. Za dużo jest tych wątków związanych z tymi przeskokami, z tymi alternatywnymi scenariuszami. Jak mówię, w pewnym momencie zaczynasz się gubić, bo naoglądałeś się akurat tej części dramatycznej, naoglądałeś się tej historii danego bohatera i nagle masz coś, co absolutnie nie pasuje do kontekstu albo musisz sobie przypomnieć.
Musisz się cofnąć tak naprawdę jakieś dwa, trzy odcinki, żeby złożyć to z tym. Przeszkadzało to.
[01:01:23] - Wiesz co, Piotrze, ja nie do końca się z tobą zgadzam, bo miękkość tego głównego złola w filmie, Mannixa, pozwala wyobrazić sobie To, co jest dla mnie dosyć przerażające, że współczesny totalitaryzm, który gdzieś tam zza rogu wygląda od czasu do czasu, nie będzie totalitaryzmem, jaki zwykliśmy sobie wyobrażać. To znaczy, że będą jakieś masowe rozstrzeliwania, obozy koncentracyjne, doły z wapnem, te rzeczy. Nie. Współczesny totalitaryzm albo ten totalitaryzm przyszłości będzie pełen miłości. To dlatego tam się pojawia ten wątek, żeby być kochanym, bo tam jest pełno miłości, tam jest pełno zapewnień, że wszystko jest okej, że jest wspaniale, że jest cudownie. A rozejrzyjcie się państwo po współczesnym świecie. Co i rusz słyszycie, że jest cudownie, musimy się kochać, tolerować, szanować. Z wykonaniem bywa różnie. Często od osób, które mówią nam o tym, że ważna jest miłość i tolerancja, słyszymy takie bluzgi, takie wiązki, które świadczą o tym, że one nie bardzo te osoby wiedzą, czym jest tolerancja, czym jest akceptacja. To dwa różne terminy wbrew pozorom.
Czym w ogóle jest patrzenie na innego człowieka nie jako na przedmiot, tylko jako na jednostkę, która ma prawo do swoich poglądów, do tego, żeby być taką, jaką jest. I wiecie państwo, to jest dla mnie w tej łagodności przyszłości, że tak sobie zrymuję, niezgrabnie zresztą, jest pewna groza. I w przeciwieństwie do ciebie, Piotrze, mnie to nie przeszkadza. Ja jestem skłonny podejrzewać, że to, co uznamy za opresyjny system przyszłości, będzie właśnie miał głównie miłość na ustach. Moim zdaniem scenarzyści serialu dobrze to wychwycili. Dobrze pokazali właśnie tę fałszywość, która do nas podpełza. Jeśli chodzi o ten wątek z lat wojennych, kiedy powiedziałeś o tym detektywie policyjnym żydowskiego pochodzenia, to mi się podobało. Właśnie tego bardzo mało jest w różnych serialach, bo natychmiast się pojawiają zarzuty, że nie można tak nietolerancyjnym być. A o co chodzi? O to chodzi, że jeden z kolegów głównego bohatera niemal na każdym kroku powtarza mu, że jest zwykłym Rzymianinem.
Tak z tego wybrnijmy, bo algorytm czuwa. Że jest zwykłym Rzymianinem i on nie ma ochoty i w ogóle uważa go za coś gorszego. I to jest w sumie bardzo prawdziwe. Myślę, że bardzo prawdziwe. Dla tamtych czasów charakterystyczne. I tak jak powiedziałeś, Piotrze, tam nikt tego nie ukrywa, że tak kiedyś było, że to było tak powszechne, że nawet niezauważalne. I w ogóle, kiedy myślę o serialu, o którym rozmawiamy, to ja o nim jednak myślę przy wszystkich zastrzeżeniach, które wygłosiłem, jednak pozytywnie. Bo te historie, czy je połączymy w całość, czy je oderwiemy od siebie, one się kleją, one są obyczajowo do przyjęcia. I tak narracyjnie, ponieważ tworzą pewną całość, tworzą pewien obraz. Dla mnie, znowu będę pewno musiał gdzieś niebezpiecznie zbliżyć się do spoilerowania, ale ten główny złol tego serialu, on przecież jest pokazany w taki sposób nie jako człowiek, który chce wygubić ludzkość albo uczynić jej krzywdę.
On autentycznie jest człowiekiem, który chce zbudować utopię. O tej utopii już państwu mówiłem i chce tę utopię zbudować, żeby ludzie byli szczęśliwi. Dopiero w pewnym momencie, pod wpływem pewnych wydarzeń, w ogóle to rozbudowany wątek, zdaje sobie sprawę, że budowanie utopii jest czymś potwornym, jest czymś, co w gruncie rzeczy sprawi, że jego imię i nazwisko będzie przeklinane, a nie wynoszone pod niebiosa. A przecież intencje miał dobre. Doświadczenia jego życia, młodzieńcze doświadczenia sprawiły, że on chciał uczynić ludzi szczęśliwymi. Oczywiście drogę wybrał taką, że musiał najpierw zabić kilkaset tysięcy ludzi. Mój Boże, ale czymżeż jest kilkaset tysięcy ludzi? Mam nadzieję, że państwo rozumiecie, że w tej chwili mówię to z sarkazmem. Czym jest ta śmierć wobec tego, że pozostali uczynieni będą ludźmi szczęśliwymi? I na początku on to łyka.
On to przyjmuje jako pewien swój program, który będzie realizował. I coś w pewnym momencie, znowu nie będę spoilerował, ale coś w pewnym momencie sprawia, że on rozumie, że to nie tędy droga, że to jest szaleństwo, że absolutnie To może tylko i wyłącznie unieszczęśliwić ludzi, ale przecież on ich chciał uszczęśliwić. Myślę, że jak na serial rozrywkowy, który opowiada o paradoksach czasowych, całkiem sprawnie moim zdaniem, chociaż chwilami może nie do końca, to jak na taki serial poruszenie tych wątków, o których powiedziałem, takiej niejednoznaczności, tego, że dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane, dosłownie piekło, to moim zdaniem świadczy jak najlepiej o tym serialu. I tak jak powiedziałem, pomimo wszelkich zastrzeżeń, które dzisiaj wygłosiłem, ja jednak jestem zwolennikiem tego serialu. On mi pasuje, że takiego skrótu myślowego użyję. Pasuje i uważam, że warto po niego sięgnąć. Będziecie się państwo złościć przy nim. Gwarantuję, że się będziecie złościć, czy to z tych względów, o których opowiadałem, czy może z zupełnie innych. On jest irytujący chwilami, ale tak summa summarum ja bym obejrzał.
[01:09:11] - Tak, chyba to jest najlepsze podsumowanie. Zabiłeś mi trochę ćwieka z tym miękkim despotą. Rzeczywiście coś tutaj pasuje. Tylko wydaje mi się, że zachodni twórcy tego serialu, w tym przypadku Brytyjczycy, oni by się nie wiem, czy ośmielili na przekazanie nawet symboliczne czegoś takiego. Problem z "Ciałami", z "Bodies" jest taki, że jeżeli macie zbyt duży odcinek czasowy, odległość między kolejnymi odcinkami, to się można pogubić naprawdę. Dlatego, że sobie trzeba przypominać, co było gdzieś tam, kto był kim, bo mamy postaci, które się nam duplikują trochę w czasie. Ja podtrzymuję swój wniosek mówiący o tym, że można się tam pogubić. Wątków jest momentami dużo, ale tych wątków związanych z podróżami w czasie można zboczyć, można czegoś nie zrozumieć i może być problem. Sam serial natomiast nie jest na tyle niesamowity, żeby go sobie potem drugi raz serwować, żeby go posklejać, te wszystkie wątki. Ale nie jest zły.
To jest paradoksalnie, pomimo tego, co powiedziałem, jeden z lepszych seriali science fiction ostatnich lat. Plusem jest tempo, minusem duża polityczna poprawność. Może jest taka też zakamuflowana niepoprawność, kto wie. Jak powiedziałeś, plus też za postać Weissmana, minus za świat przyszłości, moim zdaniem nie za mocno zarysowany. Można to było pokazać może trochę mocniej. Czy ja podzielam zachwyt nad tym serialem, który nie jest czymś rzadkim, sądząc po ocenach w internecie. Zachwytu może nie podzielam, ale nie uważam, żeby to było złe. Nawet powiem więcej, można to obejrzeć i się nie skwasić, nie znudzić. Jest też jeden niezaprzeczalny atut serialu "Ciała", czyli koniec. Nie będzie drugiego sezonu.
Historia jest zamknięta.
[01:11:35] - Proszę państwa, czy lubicie państwo prozę Stanisława Lema? To jest takie pytanie prowokujące, bo jak to państwu tak delikatnie powiedzieć... Lema czytać trzeba nie dlatego, że jest specjalnie porywający. Dla jednych jest, dla drugich nie jest. To oczywiste. I są tacy, którzy Lema kochają i są tacy, którzy Lema nienawidzą. Wiem, co mówię. Rozmawiałem z takimi właśnie osobami. Uważają, że to słaby pisarz był. Nie podpisuję się pod tym, ale wiem, że tak jest.
Lem to była wielka postać, bez względu na to, jak oceniamy jego prozę. I to była postać, która stworzyła naprawdę kilka kultowych opowieści. Jedną z takich opowieści jest "Kongres futurologiczny". Jeżeli jesteście państwo zainteresowani, to ja zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni. To drobna prywata, ale tam jest filmik, w którym pojawia się Marta Kładź-Kocot i drugi nasz gość Artur Olchowy. Tam rozmawiamy o symulacji, ale w sporej części rozmawiamy właśnie o "Kongresie futurologicznym". "Kongres futurologiczny" to jedno z tych dzieł Stanisława Lema, które zrobiło sporo zamieszania w czasach komuny, ponieważ "Kongres futurologiczny" był odczytywany jako wielka krytyka socjalizmu. Dzisiaj "Kongres futurologiczny" odczytywany jest zupełnie inaczej. Nie żeby jakoś specjalnie pozytywnie, wręcz przeciwnie. Chyba dzisiejszy wydźwięk "Kongresu futurologicznego" jest jeszcze bardziej ponury niż ten z czasów socjalizmu.
Ale zostawmy. Zapraszam na kanał Wehikuł Wyobraźni, odcinek z Martą Kładź-Kocot i Arturem Olchowym. Dlaczego o tym wszystkim mówię? Dlatego, żeby zaprosić państwa na recenzarium Evivy, bo dzisiaj Luiza Dobrzyńska opowiada właśnie o "Kongresie futurologicznym" Stanisława Lema.
[01:14:25] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Jak już nieraz mówiłam, z polskich pisarzy fantastyki oczywiście najbardziej cenię Stanisława Lema. Jak najbardziej. Dlaczego? No właśnie. Wielu ludzi uważa, że jest po prostu nudny. Ale ja właśnie lubię taką prozę. Nie opierającą się na wielkich strzelaninach, na jakichś kosmicznych Conanach czy Chuckach Norrisach w kosmosie. Prozę, która jest science fiction z naciskiem na science. Właśnie takie są książki Lema.
Mamy tam bardzo dużo, czasami przemycanych dosłownie, spraw, które zatrącają nawet o satyrę polityczną. Mamy również coś, co bardzo rzadko się zdarza w fantastyce. Lem, jeżeli pisał na poważnie, bo oczywiście „Cyberiada" to taka troszeczkę kosmiczna satyra, coś na wesoło. Otóż kiedy pisał na poważnie, wtedy starał się dbać o to, żeby opisywane przez niego sytuacje miały jakiś sens, możliwość rzeczywistego zaistnienia, żeby kwestie naukowe zgadzały się z tym poziomem nauki, jaki istniał w momencie, gdy pisarz tworzył. Zdarzały mu się również przebłyski geniuszu wręcz, bo w końcu w takich powieściach jak „Obłok Magellana" albo „Powrót z gwiazd" opisał wynalazki, które za jego czasów były nie do pomyślenia. Nie tylko nie do skonstruowania, ale nawet nie do pomyślenia, które już dzisiaj funkcjonują. Przykładem jest choćby czytnik e-booków, ale było tego znacznie więcej. Nie chcę teraz tego wyliczać. Zdarzyło się jednak, że i w prozie z natury mającej mieć zacięcie komediowe możemy znaleźć przewidywania futurystyczne, które dzisiaj wydają się czymś na kształt może nie proroctwa, ale sprawiają wrażenie, jakby Lem posiadał taki mały telewizorek, w którym mógł sobie podejrzeć, jak pewne sprawy będą wyglądały w przyszłości. Weźmy właśnie dzisiejszą książkę, właściwie nowelę „Kongres futurologiczny".
Cóż tam mamy? Ijon Tichy, wdróżnik, przylatuje na Ziemię na kongres poświęcony przyszłości planety. Zatrzymuje się w hotelu Hilton, przy czym bardzo go frapuje tabliczka na drzwiach pokoju: „Dyrekcja Hiltona gwarantuje brak bomb w tym pomieszczeniu." W dzisiejszych czasach powinna figurować wszędzie. Tak. Co mamy dalej? Cóż, opis zachowania delegacji Stanów Zjednoczonych. No naturalnie, nawet nie mógł być inny. W końcu wtedy Stany Zjednoczone to był wróg, zgniły kapitalista. Ale odrzućmy uprzedzenia. Taki drobny fragment: „Mała uroczystość odbyła się niemal bez zakłóceń, jeśli nie brać pod uwagę obrzucenia zgniłymi pomidorami delegacji Stanów Zjednoczonych." I dalej mowa jest o tym, że porwano dyplomatów.
Kto porwał? No oczywiście terroryści. Ekstremiści, jak twierdzi Lem. I uwaga teraz: „Dysonanst ten nie zakłócił jednak ciepłej atmosfery rannego koktajlu. Bawił na nim osobiście ambasador USA i wygłosił króciutkie przemówienie o potrzebie współpracy międzynarodowej. Tyle że mówił otoczony przez sześciu barczystych cywilów, którzy trzymali nas na muszce. Wyznaję, że byłem tym nieco zdetonowany, zwłaszcza że stojący obok mnie ciemnoskóry delegat Indii ze względu na katar chciał sobie wytrzeć nos i sięgnął po chusteczkę do kieszeni. Rzecznik prasowy Towarzystwa Futurologicznego zapewniał mnie potem, że zastosowane środki były konieczne i humanitarne. Niemniej widok człowieka walącego się u waszych stóp pod skoncentrowanym ogniem nie należy do miłych, nawet gdy chodzi o zwykłe nieporozumienie." Czy trudno nam wyobrazić sobie dzisiaj taką scenę? Według mnie jest nawet bardzo prawdopodobna.
Dalej mamy spotkanie Iona z facetem, który zamierza zastrzelić papieża, żeby wstrząsnąć sumieniami ludzkości. Przypominam, że książka powstała w 1975 roku. Tak, odnotujmy to sobie. Wstrząśnięty Ijon Tichy próbuje rozmawiać na ten temat z dziennikarzem z AFP, lecz ten się nie przejął. Mruknął tylko, że w ubiegłym miesiącu pewien australijski pątnik strzelał już w Watykanie, ale z zupełnie innych pozycji ideowych. Powiedzmy, że Lem nie był prorokiem. Powiedzmy. Na konferencji Towarzystwa Futurologicznego omawiane są sposoby zapobieżenia globalnej katastrofie demograficznej na przykład. Różne sposoby, jako przymusową onanizację albo w ostateczności kastrację. Oczywiście wszystko jest opowiadane w bardzo lekki sposób, no ale trochę pomyślmy o tym, czy z czymś się nam nie kojarzy.
Potem mamy projekty domów będących właściwie osobnymi miastami, tak wielkich, że właściwie wszyscy mieszkańcy nie byliby w stanie ich opuścić naraz. Te domy mają mieć własne muzea, biblioteki, własne sklepy oczywiście i tak dalej, i tak dalej. Takie domy, moi państwo, już są budowane, choć oczywiście za czasów Lema ich nie było. Nie było nawet planów. Dalej ofiaruje się uczestnikom konferencji w formie próbek różne przysmaki uzyskane, hmm Z ekskrementów. Tego jeszcze nie mamy, ale biorąc pod uwagę, że każe nam się jeść robaki, to tego też się możemy doczekać. Ostatecznie przerobić odchody na coś jadalnego przy dzisiejszym stanie techniki nie może być aż tak trudne. Podejrzewam, że maluczko dojdziemy i do tego. Co dalej mamy? W trakcie, kiedy Kongres Futurologiczny obraduje nad przyszłością ludzkości, w tym samym hotelu mamy zlot właścicieli prasy dla dorosłych.
Tu już sobie Lem pohulał. Opisał przystawki w formie genitaliów. Kojarzą się państwu z czymś? Nie widzieliście? Poszukajcie sobie w internecie. Jak również uroczy wierszyk śpiewany na tym zlocie: „Tylko łobuz i kanalia lekceważy genitalia, bo to dziś najbardziej modne, by reklamować części rodne.” Tak. Tego rodzaju piosenki są dość częste obecnie. Potem oczywiście zaczyna się robić gorąco. Dochodzi bowiem do zamieszek, w których po raz pierwszy zostaje użyta chemia szczególnego rodzaju, mianowicie zniewalająca umysł do bezprzedmiotowej radości oraz pozytywnych uczuć w stosunku do wszystkich i wszystkiego. Cóż, połowa ludzkości faszeruje się teraz Prozakiem.
Nie jest on co prawda wpuszczany do sieci wodociągowej, ale licho wie, czego się doczekamy w przyszłości. Nieraz ono nas zaskakuje. I właśnie Ijon Tichy, otumaniony specyfikami, ląduje w przyszłości. Co było dalej? Najlepiej poczytajcie sobie sami, bo na pewno wyłapiecie tam dużo więcej rzeczy, które wydadzą się wam dziwnie znajome, które znamy z codzienności. Tak jak powiedziałam wcześniej, Lem jest moim ulubionym pisarzem i przede wszystkim był niezwykle inteligentny. Nie wiem, jaki miał iloraz inteligencji. Podejrzewam jednak, że bardzo wysoki. Umiał nie tylko doskonale skomentować to, co widział, ale również postawić prognostyki, które dzisiaj wydają się nam nieprawdopodobnie wręcz celne. Oczywiście można mu zarzucić to, że chwilami pisał pewne rzeczy, żeby się przypodobać ówczesnej władzy.
Nie mógł pisać przeciwko niej, bo by mu tego zwyczajnie nie wydano. Potrafił jednak przemycić pewne rzeczy. Trzeba to tylko umieć znaleźć i zrozumieć. Przede wszystkim zdajmy sobie sprawę z jednego: Stanisław Lem nie pisał dla ludzi głupich, ani nawet tylko miernych. Pisał dla inteligentnych. Dlatego właśnie tak wielu czytelników go nie lubi. Przyzwyczajeni są do papki, którą łatwo sobie przemielić i przyswoić. Czytając książki Lema trzeba myśleć, a to niektórych niestety boli. Cóż, zachęcam państwa do lektury „Kongresu futurologicznego” i do głębszego zastanowienia się nad tym, co Lem w tej noweli zawarł. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:23:06] - Tak. Sentymentalnie się zrobiło? Niekoniecznie, bo trudno mieć sentyment do tego, co zostało przedstawione w „Kongresie futurologicznym”. Raczej można odczuwać jakieś takie dreszcze grozy oczywiście. To zostawmy. To nie te klimaty. Ja zapraszam państwa teraz na Sentymentalnik. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem będziemy mówili o serialach nieoczywistych w czasach PRL-u. Dlaczego dodałem, że nieoczywistych? Bo to nie będą te najbardziej kultowe.
Dzisiaj porozmawiamy o serialu „Ucieczka-wycieczka”, o serialu „Dziewczyna i chłopak” i serialu „Szaleństwo Majki Skowron”. Dziwne zestawienie? Zdecydowanie dziwne, ale posłuchajcie państwo. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:24:08] - Witam.
[01:24:10] - Sentymentalnik. Najwyższy czas zacząć.
[01:24:14] - Tak. A w dzisiejszym Sentymentalniku powrót do seriali dla dzieci i młodzieży. Myśmy ich kilka już, że tak powiem, przetrzepali, ale dzisiaj seriale mniej kultowe bym powiedział. Chociaż będą tacy, którzy się z nami nie zgodzą. Ogólnie PRL miał to do siebie, że kręcił takich filmów, seriali chyba bardziej dla młodzieży sporo. Nie wiem, czy teraz się w Polsce takie coś kręci. Raczej chyba nie, ale wtedy te seriale były bardzo różne. Od przygodowych, które jak „Wakacje z duchami” zostały bardzo dobrze zapamiętane, po takie, które poruszają trudniejsze tematy społeczne, na przykład, czyli „Tolek Banan”. Nie oszukujmy się, w wielu serialach, także tych, o których dzisiaj powiemy, jest taka zakamuflowana warstwa edukacyjno-wychowawcza. Ale ja tu tak gadam, gadam.
Zmierzam do tego, że mamy seriale kultowe, ale mamy takie trochę przykurzone, zapomniane z różnych względów. I dzisiaj powiemy o tych trzech, przynajmniej dwóch mocniej zakurzonych z wątkiem wakacyjnym w tle. Są to: „Ucieczka-wycieczka”, „Dziewczyna i chłopak” oraz „Szaleństwo Majki Skowron”. Te seriale, trzy historie. Jak je, Marku, zapamiętałeś? Co o nich możemy w ogóle dzisiaj powiedzieć? Bo to nie tylko są trzy seriale, ale to są też trzy adaptacje. Mamy bardzo różne pierwowzory literackie. Mamy bardzo różnych autorów książek, w oparciu o które te scenariusze powstały. To nam też pokazuje, że chyba w PRL-u, że tak powiem, literatura młodzieżowa stała bardzo silnie.
[01:25:44] - Myślę, że tak. Pierwsza z książek, na podstawie której powstał serial, to książka Stanisławy Fleszarowej-Muskat „Ucieczka wycieczka”. Serial miał ten sam tytuł. To jest serial z 1974 roku i taka zmiana ogromna. Pięcioodcinkowy, a zmiana polegała na tym, że on został wyemitowany w czerwcu 1974 roku pomiędzy 2 a 30 czerwca. Ja to nawet pamiętam, chociaż jakby mnie ktoś zapytał, czy to był czerwiec, to już bym nie potrafił powiedzieć. To oczywiście są wiadomości zaczerpnięte z internetu, ale zobaczcie państwo, obecnie w telewizjach wszelkiego sortu czerwiec to jest już martwy sezon. Żadne programy nie są tworzone. Powtórki, powtórki, powtórki i jeszcze raz powtórki. Wtedy emitowano normalnie „Teleranek”, bo ten serial był emitowany w „Teleranku” i premierowa emisja całego serialu nastąpiła.
To taka zmiana, która pokazuje różnicę, ale w sumie to chyba nie najważniejsze. Ten serial może nie jest aż tak atrakcyjny jak te hiciory PRL-owskie, czyli „Wakacje z duchami”, czy chociażby „Stawiam na Tolka Banana”, czy omawiany już serial „Podróż za jeden uśmiech”. Nie, to jest troszkę poważniej, ale w gruncie rzeczy wakacyjnie. Serial „Ucieczka wycieczka” zaczyna się od tego, co młodzi ludzie zwykli kombinować w czasie wakacji. To jest dziewczyna i dwóch chłopaków, o ile dobrze pamiętam. Wykorzystują nieobecność rodziców i postanawiają wybrać się na wycieczkę rowerową. Może dobrze się stało, ale sprawą zainteresowała się babcia. Nie żeby jakoś tak restrykcyjnie, tylko postanowiła uczestniczyć w ucieczce-wycieczce. Nie zabroniła, tylko się przyłączyła. I tak się rozpoczyna pięcioodcinkowy serial, który właściwie jest dosyć prosty.
Opiera się na pewnych paradoksach życia miejskiego i wiejskiego. A skąd to się bierze? Otóż podczas ucieczki-wycieczki ta wyprawa młodzieżowo-babcina natrafia na pewne gospodarstwo, na pewną zagrodę i tam postanawia przenocować. Okazuje się, że chyba dobrze się stało, bo gospodarzy zabiera pogotowie, bo się struli grzybami. Gospodarstwo zostaje na głowie tychże ucieczkowiczów, wędrowców. Dzisiaj to pewno by się odbyło inaczej, ale wtedy babcia oraz jej wnuki postanawiają, że trzeba by się tym gospodarstwem jakoś zająć. Problemy, proszę państwa, niemal natychmiast się pojawiają. Bo jak dziecko z miasta ma wydoić krowę na przykład? Dzisiaj, proszę państwa, to by się tragedia odbyła, ale już wtedy ta różnica była na tyle znacząca, że dzieci nie potrafiły tej krowy wydoić, a im dalej, tym było, chciałem powiedzieć gorzej, ale dziwniej. Po prostu w tym sensie dziwniej, że nowe wyzwania narastały.
[01:29:23] - Tak. Cóż, jak powiedziałeś, w wyniku zwrotu akcji oni ruszają na te wakacje rowerowe. W ogóle tam się pojawia instytucja dość ciekawa, która dzisiaj już chyba nie występuje. Instytucja letnika tak zwanego, czyli sytuacja, kiedy na wieś do gospodarstwa, często zupełnie zwykłego, przyjeżdżali ludzie z miasta, jacyś tam zaprzyjaźnieni, tacy, którzy płacili i sobie tam korzystali z uroków wiejskich. Ta grupka miejska przejmuje jako kolektyw, chciałoby się powiedzieć, to gospodarstwo. Uczą się pracy, zbożą siano, doją krowy. Pomaga im tajemniczy Słowik, który z tego, co pamiętam, okazuje się uciekinierem z domu dziecka. I ten serial sobie tak niemrawo płynie, płynie do równie niemrawego, znaczy ja wiem, czy niemrawego, zaskakującego pewnie wtedy i takiego słodkiego finału. Osobiście nie pamiętam, żeby go zbyt często puszczano w telewizji w moich czasach. Może pamiętam raz, a przecież dawniej to było tak, że tych kanałów za dużo nie było.
Oglądało się to, co puszczali, a tego jakoś tam nie było, nawet w wakacje. No cóż, letnicy na gospodarstwie wydawali się okej i pewnie to była dla nich przygoda. Natomiast powiem ci tak: dla dzieci ze wsi praca na gospodarstwie była codziennością. Z opowieści wiem, że jedni ją chwalili, inni jej nienawidzili. Oczywiście musimy sobie tutaj wyjaśnić, że to zależało od areału i od tego, czy ktoś był tylko chłopo-robotnikiem i miał tam małe gospodarstwo i po prostu pracował, czy był pełną gębą rolnikiem, utrzymywał się z pracy na roli i tam już te obowiązki wchodziły znacznie głębiej. Także w każdym razie może, tak sobie to tłumaczę, to zaważyło trochę na popularności tego serialu, że on był taki trochę był nie za bardzo. Można tam się było czepiać pewnych realiów, ale on też nie był zły z perspektywy rozrywkowej. Taki kameralny, dzisiaj byśmy powiedzieli będący w spektrum produkcji rodzinnych. Coś, co go cechuje na tle pozostałych dwóch, które dzisiaj będziemy omawiać, to brak znanych aktorów. Może poza małżeństwem tych Paciorków, zatrutych właścicieli gospodarstwa, bo w tej roli Znani aktorzy, naprawdę.
Barbara Lachalska grająca tradycyjnie gospodynię wiejską oraz Aleksander Sewruk. Dzisiaj może mało znany aktor, ale jak ktoś spojrzy na tą twarz, to od razu rozpozna co, gdzie i kiedy. Muszę powiedzieć, że bardzo go lubiłem.
[01:32:00] - Ja muszę jeszcze powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze zagalopowałem się, bo owszem, serial był emitowany w '74 roku, ale ja miałem do tego dodatkową historię i oczywiście spaliłem, bo powiedziałem, że serial powstał w '74 roku. No właśnie nie. Serial powstał w roku '72 i trochę mnie zastanawia, jak to się stało, że wyemitowano go tak późno. Bo dwa lata w PRL-u, proszę państwa, kto tak długo trzymał film na półce? Oczywiście pierwsze podejrzenie, które się pojawia, że tam było coś, co się władzy nie spodobało, ale też ciężko uwierzyć, bo to były pierwsze lata Gierka, kiedy wszystko szło podobno jak po maśle. Co tam mogło być takiego? Nie wiem, proszę państwa, nie wiem. Wykorzystałem po prostu okazję, żeby pokazać, że minęło trochę czasu, zanim serial został wyemitowany. Czy w nim mogło być coś niepoprawnego?
Nie wiem. Wtedy to nawet gospodarze na wsi, prywatni gospodarze byli nie po linii i nie na bazie, bo przecież wiadomo, trzeba PGR-y tworzyć, a nie indywidualne rolnictwo. Ale nie, wydaje mi się to szukanie teorii spiskowej, więc to pewno tak nie było. Coś tam po prostu w maszynie biurokratycznej, w maszynie filmowej czy też serialowej po prostu się zacięło. A druga rzecz, o której chciałem powiedzieć, to że nawet w takich produkcjach nie pierwszoligowych, nierozchwytywanych i nie takich dzisiaj powiedzielibyśmy kultowych, to jednak zważcie państwo, że muzykę, właściwie piosenkę otwierającą każdy odcinek napisał Wojciech Młynarski. Czyli dbano o to, żeby bez względu na kategorię w serialu on miał jednak, to nawet już nie chodzi o nazwiska, żeby tworzyli go fachowcy. Bo to było trochę tak, że Wojciech Młynarski to lewą ręką o 5:00 rano na ciężkim kacu mógłby napisać piosenkę i to by się słuchało. Nie wiem, jak pisał piosenkę do filmu „Ucieczka-wycieczka”, ale ktoś mógłby powiedzieć, że kto wie, że może to najlepsza część tego serialu. Nie, to byłaby przesada. Ja powiem tak: nie przepadałem za tym serialem.
To jakoś tak mnie niespecjalnie porywało, bo to, co Piotr powiedział, akcja tam toczy się trochę z szybkością poruszania się sparaliżowanego żółwia. To mniej więcej tak wygląda. Oni oczywiście snują się po tym ekranie, bo mają problemy. Te problemy rozwiązują dzięki okolicznej ludności, dzięki wspomnianemu Słowikowi. W ogóle rozwiązują, bo o to w gruncie rzeczy chodzi, żeby pokazać, że da się, że to taka szkoła przetrwania. I rzeczywiście wtedy jeszcze obozów survivalowych nie było, a to można by tak z mrugnięciem oka, ale o tej „Ucieczce-wycieczce” tak powiedzieć, że nagle bardzo młodzi ludzie z babcią, bo z babcią, ale jednak młodzi ludzie zostali rzuceni na głęboką wodę. Tak po ludzku po prostu, bo trzeba się tym gospodarstwem zająć, bo są zwierzęta. Bo tak po prostu. Czy ja lubiłem takie dydaktyczne seriale? Już powiedziałem, że nie za bardzo.
Były co prawda gorsze i były seriale, które mnie odrzucały. Ten mnie nie odrzucał, ale niespecjalnie wzruszał.
[01:35:47] - Ja sobie lubię poczytać opinie w internecie, często właśnie na temat tych sentymentalnych produkcji. I powiem ci, że rzeczą, która się wybija, jest to, że pojawia się taki motyw, znaczy nie motyw, pojawia się taka wzmianka, że nie lubiłem tego serialu wtedy, ale kiedy sobie obejrzałem, obejrzałam, to się okazywało, że to... No cóż, działa magia sentymentu. Przejdźmy do numeru dwa.
[01:36:11] - Ja tylko zanim przejdziemy do numeru dwa, potwierdzę. Ja mam dokładnie tak samo. Wtedy, tak jak powiedziałem, nie pałałem radością, kiedy ten serial miał być w telewizji, kolejne odcinki, a dzisiaj patrzę zupełnie inaczej. A zatem Piotr sobie tej opinii nie wyszukał tendencyjnie, bo ja, nie wiedząc o tym, całkowicie ją potwierdzam.
[01:36:36] - Przejdźmy do tej „Dziewczyny i chłopaka”. Tutaj jest już trochę, że tak powiem, ostrzej. Typowa zamiana ról bliźniąt. Mówiąc krótko, sytuację mamy taką, że dziewczyna musi odgrywać chłopaka i trafia w męskie towarzystwo, a chłopak odwrotnie. Nie czytałem książki, przyznam się, ale wydaje mi się, że chyba w założeniu miało być trochę komiczniej, a serial to już taki śmieszny nie jest. Cóż, mamy tam, jak mówię, brata i siostrę. Brat jest taki dość czupurny, bije się i to sprawia koniec końców, że dochodzi do takiej sytuacji, że następuje pomyłka tych dzieci i wujostwo, które je odbiera, myli, który jest który. I stąd cała komedia się bierze, że tak powiem. Te dzieci mają zupełnie inne temperamenty i muszą odgrywać swoją rolę w innej płci. Powiem ci, gdyby Marku, taki serial dzisiaj to by zyskał nagrodę imienia Włodzimierza Czarzastego albo tej posłanki Żukowskiej, bo to trafia bardzo w dzisiejsze gusta.
Nie chcę być złośliwy, ale zobacz, że już oni wtedy to wymyślili.
[01:37:49] - Piotrze, to nie jest takie po pierwsze proste, bo Kilka rzeczy należałoby skomentować. Po pierwsze taką, że uśmiecham się złośliwie, ale powiem: książka jest znacznie lepsza. Książka jest zdecydowanie lepsza. To jest książka Hanny Ożogowskiej i ja tę książkę czytałem. I wierzcie mi państwo, „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na czternaście fajerek” wtedy, ale dzisiaj po fragmentach wydawało mi się to naprawdę zabawne i chwilami było po prostu takie bezpretensjonalne, ale też dzisiaj byśmy nawet chyba powiedzieli dzieciakom, że brutalne, bo tam ten, jak powiedziałeś, czupurny chłopak w roli dziewczyny wyprawia rzeczy niesamowite na tej swojej wsi. A ta dziewczyna w roli chłopaka trochę się snuje i w książce, i w serialu, ale też bywa zabawnie. Ja mam do tego serialu kilka pretensji. Pierwsze... Jeszcze jedną rzecz miałem powiedzieć. Tam w ogóle to, że oni się zamieniają, to w ogóle jest sprawa honorowa.
Bo siostra zachowuje lojalność w stosunku do brata, bo brat się urywa. Tam jest w ogóle ciężka sprawa, bo brat ma poprawkę z historii i ojciec go dosyć traktuje, jakby to powiedzieć, ostro go potraktował, a tymczasem brat ma poważne zobowiązania. Tak to określmy. I dziewczyna kryjąc jego różne ciemne sprawki, tak to określmy, trafia w rezultacie do tej leśniczówki, do której trafia i musi odgrywać chłopaka. Ale ja do tego serialu mam podstawową pretensję taką, że te bliźniaki, które są podobno łudząco do siebie podobne, w ogóle w tym serialu do siebie podobne nie są. Absolutnie. A wszyscy dają się nabrać, łącznie z ojcem. I to mi jakoś tak wtedy nie pasowało i dzisiaj mi nie pasuje. Ktoś powie: „To magia kina. Tak musiało być, żeby się lepiej oglądało”.
Nie wiem. Jakoś tak niespecjalnie jestem. Jeśli akurat o to chodzi, to niespecjalnie jestem przekonany. Jeszcze jak czytam o bliźniaczo do siebie podobnym rodzeństwie, to pusty śmiech mnie ogarnia.
[01:40:20] - Tak. Ojcem tych dzieci był nikt inny jak kapitan Kloss.
[01:40:26] - Hans Kloss.
[01:40:27] - Hans Kloss oczywiście. Nie naprawdę, tylko grał go Mikulski. Ten serial ogólnie jest dobrze obsadzony. Tu już chyba zrozumiano, że seriale dla młodzieży powinny mieć mocną obsadę dorosłą. I mamy Mikulskiego, mamy Teresę Lipowską, mamy dużo aktorów drugoplanowych, znanych, Płotnickiego na przykład. Co ten serial znacznie podciąga. I jest coś, co chyba było takim novum. Ja nie wiem, nie oglądałem telewizji w latach tamtejszych.
[01:40:55] - Wuj Stefan jest.
[01:40:58] - Michał Sumiński jest. Gwiazda telewizji, gwiazda programu „Zwierzyniec”. I szczerze mówiąc, to nie jest gwiazda tylko tamtych lat, bo ja pamiętam, że Sumiński się pamiętał po telewizji jeszcze w swoich latach późnych, także on paradoksalnie do końca był jakoś z telewizją związany, nie tylko tą PRL-owską. Ale sam serial, tak jak „Ucieczka-wycieczka”, jakoś obecnie często wznawiany nie jest. Pamiętam go może kilka razy z dzieciństwa i pamiętam, że on zabawny nie był.
[01:41:28] - Nie był. Właśnie nie był. To prawda.
[01:41:31] - Że on miał być śmieszny z założenia. Rozumieliśmy kontekst, że mieliśmy sytuacje, które powinny być komiczne, ale był bez becki, jak to się dzisiaj mówi. Nie było to zabawne, a mogło być. Gdyby to wypaliło od tej strony, to pewnie byłoby, powiem ci, dużo lepiej. A tak to jest jakoś tak dziwnie.
[01:41:52] - Wśród aktorów warto wymienić jeszcze Bogusława Bilewskiego, Tadeusza Plucińskiego, Jerzego Turka. To, co mi przychodzi do głowy. Także, tak jak Piotr powiedział, dobra obsada to było coś. Wiecie państwo, brak zabawności chyba wynikał z tego, być może grzeszę, nie powinienem tego mówić, ale ja mam wrażenie bardzo subiektywne i dyskutujmy o tym. Ja mam wrażenie, że młodociani aktorzy byli tak sobie dobrani. Nie bawiły mnie te postacie. To nie to, żebym postulował, żeby Henryk Gołębiewski grał jedno z tych bliźniąt. Może nie, może aż tak to nie. Natomiast mam wrażenie, że ci bardzo młodzi ludzie wkładali masę umiejętności, masę serca w to, żeby zagrać. Ale ja tej gry już wtedy, na etapie bardzo młodzieńczym chyba nie kupowałem.
Ja czułem w tym fałsz, bo jak oglądałem „Pikadora”, jak oglądałem „Dudusia”, „Poldka”, to wszystko było dla mnie prawdziwe. A „Dziewczyna i chłopak” chyba nie. Ja tego nie kupowałem. Mnie się to podobało średnio. Nie żebym ja wiedział, o co w tym wszystkim chodzi, bo wtedy przecież nie zajmowałem się czymś takim jak gra aktorska. Czy młodzi ludzie ciągną i dociągną, czy nie? Raczej wyczuwałem rodzaj fałszu. I ten fałsz chyba w tym serialu jest. Tylko jest taki paradoks, proszę państwa, co bym nie powiedział Dobrego i złego o dziewczynie i chłopaku, to znowu odzywają się sentymenty. Nie żebym jakoś tak głęboko wzdychał, ale jednak.
Jednak w końcu była moja młodość i pamiętam, kiedy wspominam serial "Dziewczyna i chłopak", to wracają chwile młodości, wraca przeszłość. To taki wehikuł, może nie wyobraźni, wyobraźni też, ale wehikuł czasu swoiście pojęty. No i wiecie państwo, od tego się nie uwolnimy w sentymentalniku. Tu nie zawsze ocena merytoryczna, czy to ówczesna, czy dzisiejsza, daje nam pełen obraz. Tu trzeba dorzucić do puli sentyment, wspomnienia, czas młodości. I to sprawia, że nawet seriale, które nie są pierwszej wody, nie są na topie, nie są wybitne, nagle okazują się super. Obejrzyjmy to jeszcze raz.
[01:44:41] - Super, tak jak superpotwór, który po latach wcale taki super nie jest. Powiem ci, że może ja bym przeżył tą "Dziewczynę i chłopaka" jeszcze raz oglądając to, ale jest serial, o którym powiemy sobie teraz i to jest "Szaleństwo Majki Skowron". O Boże!
[01:44:58] - Ja tylko jedną rzecz powiem. To jest serial, trochę zaburzyliśmy kolejność, bo się nam obu trochę pomyliło. Niestety to jest serial, który powstał w 76 roku. Powinniśmy zrobić chronologicznie, ale nam się nie udało. Jest młodszy od "Dziewczyny i chłopaka". Czy coś z tego wynika? To o tym za chwilę. A teraz westchnij Piotrze, powtórz to westchnięcie, bo jest nad czym wzdychać.
[01:45:29] - O Jezu. Zawsze miałem takie wrażenie oglądając go, bo jakby nic nie było, to co tam było oglądać? Takie były realia lat 90. na przykład. Miałem takie wrażenie, które cały czas się za mną ciągnie, że on jest utrzymany w klimacie seriali sensacyjnych PRL-u. "07 zgłoś się", "Życie na gorąco" i tak dalej. To jest taka już mocno zawiła intryga i to jest serial dla starszej młodzieży. Nie oszukujmy się, wiadomo dlaczego. Nie tylko poprzez wątki okołopolityczne, bo to jest taki serial i to warto podkreślić, gdzie młodzi się pytają, dlaczego starsi postępują tak, a nie inaczej. I to jest dość odważne.
Czyli milicja, lokalni działacze, układy. No i tam mamy chłopaka, który się nazywa Ariel, jest synem milicjanta. I w ogóle co to jest za imię? Nie to, że się czepiam Arielów, ale wydaje mi się, że nadanie bohaterowi w PRL-u takiego imienia to dziwne było, powiem ci. Nie zrozumcie mnie źle, ale po prostu autor przez nadanie mu takiego oryginalnego, rzadkiego imienia trochę go stygmatyzuje. My się na niego cały czas patrzymy, a on taki se jest. Oczywiście tam poznaje Majkę Skowron. Jeszcze dodam tylko, że ten Ariel ma kosę ze swoim ojcem milicjantem. Majka Skowron też ma kosę ze swoim ojcem, który jest chyba, Marku, dyrektorem przedsiębiorstwa.
[01:46:57] - Tak, bardzo poważnego przedsiębiorstwa i cała intryga, to może za duże słowo, cały problem Majki Skowron polega na tym, że ojciec nie do końca godzi rzeczywistość ze słowami, z opisem tej rzeczywistości, że powiedział, co powiedział, a powinien powiedzieć inaczej i że nie jest... Właściwie mogliśmy powiedzieć, że ona zarzuca ojcu, że nie jest do końca moralny, bo słowa rozmijają się z czynami. Ale jak państwo poznacie istotę problemu, to śmiać się chce po prostu. I ja się dziwię, bo autorem książki, na podstawie której powstał serial, jest w sumie bardzo zdolny pisarz, który naprawdę kilka fajnych książek w życiu napisał, mianowicie Aleksander Minkowski. On w PRL-u pisał sporo książek dla młodzieży. Niektóre były, jakby to delikatnie powiedzieć, dydaktyczne. To tak, żeby nie rozwijać. No i ten serial, proszę państwa, nosi wszelkie znamiona tego dydaktyzmu. Jest po prostu potworny. Bo o co Ariel ma kosę z ojcem?
O to, że matka umarła, a ojciec znalazł sobie dziewczynę, panią lekarkę i w ogóle bardzo sympatyczną osobę. Ale Ariel ma pretensje. Ojciec powinien pozostać starym kawalerem, bo Ariel ma taką ochotę na przykład. To są problemy. Ja rozumiem, że to wtedy były problemy młodych ludzi, a Majka Skowron uciekła z domu, bo ojciec nie powiedział jej prawdy albo rozminął się z prawdą i ona nie mogła tego znieść. Ja nie wiem, czy ja dostatecznie wyraziście wyrażam, że tak sobie to określę, pewną miałkość problemu, który pojawia się w serialu.
[01:48:56] - Ja bym tylko chciał dodać, że tam jest jeszcze wątek, nie wiem, jak go nazwać z dzisiejszej perspektywy, taki trochę polityczny, bo tam drugą osią kosy Ariela z ojcem, którego gra taki dość niewykorzystany aktor, niestety zapomniałem, jak się nazywa, grał Bardosa w "Janosiku", tyle mogę powiedzieć. I tam jest taki drugi plan tego konfliktu, że ojciec szuka haków na jakiegoś miejscowego bossa, który według Ariela jest uczciwym człowiekiem. To już takie jest naprawdę dziwne, powiem wam. I w to wszystko wpleciona jest natura, Mazur. Nie wiem, powiem ci, że dla mnie to było strasznie niestrawne.
[01:49:42] - Oczywiście najważniejszego żeśmy zapomnieli, że ten Ariel się zakochał w tej Majce całej.
[01:49:48] - O Boże.
[01:49:50] - A ona cały czas mówi: takim go się robi. Zrozumiesz mnie, ale nie zrozumiesz i w związku z tym czy mógłbyś jednak bardziej mnie rozumieć? I tak pierdzielą przez te wszystkie odcinki. Ten aktor, o którym wspomniałeś, to Czesław Jaroszyński. A powiem tak, ja mam największą pretensję do serialu o to, że nakręcił go nikt inny, tylko Stanisław Jędryka. Po tych wszystkich filmach, o których mówiliśmy wcześniej, nagle coś takiego, proszę państwa, jaki ja byłem zawiedziony. Po pierwsze nie było już Henryka Gołębiewskiego tak jak w poprzednich filmach. Nie było w ogóle. Jacyś nowi aktorzy. W dodatku ta piszcząca nieustannie młoda przyszła aktorka.
Nie, proszę państwa, nie została aktorką. Została artystką plastyczką i dobrze, w porządku. Chyba polskie kino jednak zostało uratowane.
[01:50:55] - Ona tam ostre dymy kręciła potem.
[01:50:58] - To bardzo dobrze, ale nie w filmie na szczęście.
[01:51:02] - Tak. Ogólnie ten film jest taki zadęty strasznie. Tam za bardzo przeidealizowani są ci bohaterowie, którzy, i tu trzeba coś powiedzieć, nie są w większości sympatyczni. Mówię o tych głównych bohaterach. Ariel i Majka nie są sympatyczni, nie oszukujmy się, bo pozostali to nawet względnie okej.
[01:51:23] - Ale zakochani są. Oni nie muszą być sympatyczni, bo są młodzieńczo zakochani. I to tłumaczy wszystko. Absolutnie wszystko.
[01:51:34] - Nie, to nie przemawiało nigdy do mnie. W każdym bądź razie tam jest-
[01:51:37] - Do mnie chyba też nie.
[01:51:40] - Tam jest Kowalewski w roli ojca Majki Skowron i oni ten film ciągną, nie oszukujmy się za bardzo. Przyznaję się, nie czytałem tej książki, tego autora tak średnio znam, ale chyba robił coś, za co go drukowano, czyli wplatał młodych ludzi w świat spraw dorosłych i konfliktów dorosłych, trochę też wyidealizowanych. Czy to jest takie do końca udane? Nie wiem. Ten serial ogólnie rzecz biorąc ma swoich fanów, chociaż może niedużo, ale ma. Ale ciekawi mnie to, że kiedy sobie przeglądałem komentarze, to się okazało, że wiele osób, nie chcę powiedzieć, że większość, ale wiele osób bardziej ciekawiło to, jak wyglądały Mazury w latach 70. Na przykład Mikołajki, gdzie ten film kręcono, jak to wszystko wyglądało niż sama fabuła. Chociaż ja ci też powiem, nie wiem, czy ten serial nie pokazuje rzeczywistości w takim trochę krzywym zwierciadle, bo tam mamy i motorówki i tak dalej. To w konfrontacji z chociażby pierwszym serialem, który żeśmy dzisiaj omawiali, to jest inne. To jest zupełnie inny PRL, nie taki, który znamy.
Są jeszcze charakterystyczne rzeczy dla w sumie wszystkich tych seriali. Zresztą wspomniałeś tutaj o warstwie muzycznej. W co najmniej dwóch, czyli w "Dziewczynie i chłopak"u i w "Majce Skowron" muzyka jest chwytliwa, do dziś rozpoznawalna. Te czołówki też pewnie były w jakiś sposób tworzone przez profesjonalistów. Kolejna sprawa, nie wiem, czy z czym się zgadzać, ale chyba nikt z dziecięcych aktorów z omawianych przez nas seriali nie zrobił potem kariery w kinie ani w teatrze. Ale że od każdej reguły jest wyjątek, to tutaj wyjątkiem był Marek Sikora, czyli ten Ariel od Majki Skowron, który został aktorem, ale niestety zmarł przedwcześnie. Jak powiedziałeś, odtwórczyni głównej roli jest artystką wizualną, która swoją drogą kręciła różnego rodzaju afery i prowokacje. Dobra, pomińmy ją. Ale tak się zacząłem zastanawiać, co się stało, że w dzisiejszych czasach nie kręci się w Polsce seriali dla dzieci i młodzieży. Czy oni już po prostu wyrośli?
Nie będzie żaden stary pryk mówił im, jak mają żyć. Nie będzie tam żaden stary pierdziel mówił, jak wygląda ich rzeczywistość. W latach 90. co ciekawe, powstało jeszcze kilka produkcji dla dzieci i młodzieży, może bardziej dla młodzieży, z wątkiem fantastycznym w tle. My do tego kiedyś powrócimy. Na przykład "Wow" czy "Tajemnica Sagali". Ale to były już koprodukcje, chyba z Niemcami, także to były seriale, które zostały trochę podkręcone przez Zachód. To był już koniec takiej typowej epoki, powiedziałbym, którą reprezentują seriale PRL-u. Ale tak już na koniec moje finalne słowo. Te seriale, o których żeśmy dzisiaj opowiedzieli, nie mają raczej statusu kultowych, chociaż ktoś o "Majce Skowron" może powiedzieć inaczej.
Ale kultowe pozostają "Wakacje z duchami", "Pan Samochodzik", "Podróż za jeden uśmiech", "Tolek Banan". To była wyższa liga. A te, o których dzisiaj opowiedzieliśmy, przynajmniej dla mnie, chyba dla ciebie też, trochę od tych wymienionych odstają. One się gorzej zestarzały, bardziej im widać zmarszczki. Zastanawiać się można dlaczego. Przecież one portretują tą samą PRL-owską rzeczywistość. A ja myślę, że tutaj takim winowajcą albo inaczej takim kluczem do zrozumienia, dlaczego tamte są lepsze, a te są trochę gorsze i dlaczego te, jak na przykład "Wakacje z duchami" można nadal oglądać, jest po prostu poziom przygodowości i wartkości akcji, liczba zagadek, zagrożeń. I to chyba przeważyło. Te seriale, o których dzisiaj mówimy, są takie mdłe.
[01:55:47] - Zgadzam się. Jeszcze na chwilę o Aleksandrze Minkowskim. To był autor kilkudziesięciu książek W tym takiej, którą właściwie serial na podstawie tej książki pewno z czasem omówimy. To serial „Gruby”. I proszę państwa, to był naprawdę zdolny pisarz, który potrafił w historię czegoś, co się działo na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych wpleść naprawdę. „Gruby” się oglądał, bo tam się coś działo, była akcja i to był serial w moich czasach lubiany, a z „Majką Skowron” było inaczej. Co więcej, Minkowski był dydaktyczny w bardzo wielu swoich produkcjach, ale czytałem znacznie lepsze jego książki. „Majka Skowron” i jej szaleństwo to jest niestety takie kawoławiczne tłumaczenie konfliktu dorośli – młodzież – dzieci. Próba mówienia, że po prostu dzieci są szczere, tylko że nie rozumieją, że życie jest szare i czasami wymaga kompromisów. I są tacy ci młodzi ludzie czarno-białe i to jest w nich piękne, aczkolwiek muszą z tego wyrosnąć z czasem.
Wiecie państwo co? Być może w czasach PRL-u istniała taka potrzeba, żeby w ten sposób kształtować młodych ludzi albo przynajmniej próbować to robić. To się chyba nie udawało. I to zostawmy, każdy musi sobie to rozważyć sam. A propos Mikołajek, w których kręcone były sceny do filmu. Tak, serial był kręcony w ’76 roku. Ja w Mikołajkach po raz pierwszy w dramatycznych okolicznościach pojawiłem się w roku ’82. Te dramatyczne okoliczności kiedyś być może państwu przybliżę. Fakt jest faktem, że z takich soczystych kąsków powiem tyle, że o dwunastej w nocy na rynku w Mikołajkach jadłem wspólnie z kolegą kolację, ponieważ byliśmy po całym dniu jazdy na rowerze, bo zwiedzaliśmy Mazury. Był rok ’82.
Jak tam z tym stanem wojennym było, to nie wiem. Był lipiec i myśmy w tych Mikołajkach, które wtedy były, jakby to delikatnie powiedzieć, dziurą i to kompletną, nieprzypominającą tych Mikołajek z hotelem Gołębiewski, jakie państwo możecie zobaczyć dzisiaj. Tam, gdzie dzisiaj są tereny hotelu Gołębiewski, to jakiś czas później, po tym epizodzie na rynku w Mikołajkach rozbijaliśmy z kumplem, mniej więcej godzinę później, czyli gdzieś o pierwszej w nocy, po ciemku, przy latarkach rozbijaliśmy namiot. Nie ma już tamtych czasów, ale muszę powiedzieć, że kiedy się znalazłem w Mikołajkach, to było tak, że jak już zobaczyłem owe Mikołajki i okolice, bo to jest ważne, w świetle dziennym, to mi się zrobiło sentymentalnie, bo ja pamiętałem, znałem te obrazy, pamiętałem je i byłem w filmie. Może nie najlepszym, może nie takim, który należałoby jakoś specjalnie gorąco wspominać, ale byłem w filmie. I cóż, Piotrze, to chyba na dzisiaj koniec sentymentalnika.
[01:59:14] - Chyba tak. Dodajmy tylko, że mówiąc o hotelu Gołębiewskim, tutaj nie mamy na myśli Henryka Gołębiewskiego. Kurtyna.
[01:59:25] - Proszę państwa, Katarzyna Prychacz. Jeżeli powiem, że to dla niektórych jest gwóźdź programu, a dla innych jest to gwóźdź do trumny tego programu, to nie przesadzę. Budzi ta seria, ten cykl różne opinie. Jakoś tak się dziwnie składa, że te dziwne opinie niejako pokładają się, a w każdym razie w jakiś sposób utożsamiają z ludźmi, którzy albo chcieliby pisać prozę, albo nie mają takiego zamiaru. Dla tych drugich to są audycje, które: „Nie no, nie słuchajmy tego. Coś tam opowiada. Nie no, po co sobie to robić?” Okej, ale ci pierwsi, którzy chcieliby spróbować, słuchają tego z zainteresowaniem. Miałem tego nie tylko potwierdzenia mailowe, ale całkiem niedawno rozmawiałem face to face z osobami, które nas słuchają i to bardzo uważnie tych odcinków, w których Katarzyna Prychacz bawi się literaturą. Tak, myślę, że kluczowe słowo: bawi się. Bo ja znałem kiedyś poetkę, właściwie znałem ją tak przelotnie, ale dużo o tej poetce później rozmawiałem.
To była poetka, która pisała niezłe wiersze, a nawet bardzo dobre wiersze. Ale nigdy, jak pamiętam ją, to nigdy nie miała dystansu do siebie. Ja często słyszałem w jej wykonaniu takie oto słowa: „Bo wiesz, kiedy ja tworzę, kiedy ja myślę o tym, jak ma powstać kolejny mój utwór...”. No kurczę, a znałem innych poetów, równie wybitnych, którzy mówili: „Wiesz, bo jak sobie pierdyknę ten wierszyk, to się zaraz lepiej czuję.” A ten pierdyknięty wierszyk był porównywalny z tym wierszykiem, który nasza nieznajoma autorka wierszy tworzyła w pocie czoła i z wielkim namaszczeniem. Bo rzecz nie w słowach, jak człowiek odnosi się do swojej twórczości, czy ją bardzo szanuje i uważa, że jest wielka, czy też po prostu realizuje swoje potrzeby. To jest w gruncie rzeczy nieważne to podejście. Ważne, czy powstaje utwór, który inni chcą czytać, którym inni się wzruszają. Który pobudza ich emocje. Nie, ja wolę słowo uczucia, które pobudza ich uczucia. No to ja państwa teraz zapraszam na niezłą zabawę.
Alchemia tworzenia. Katarzyna Prychacz. Miasteczko Bredni. Część trzecia.
[02:02:25] - Halo, halo! Po raz przedostatni w tym sezonie tutaj przy odbiorniku Katarzyna Prychacz. I oczywiście, że wiadomo, na co was zapraszam, także lecimy z tematem. Alchemia tworzenia. Witam was w trzydziestym pierwszym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. Prężnymi krokami zbliżamy się do końca sezonu. Właściwie to do wakacji moi drodzy, do wakacji. Już jest słoneczko, już jest och, ach. Także nawet ten szelestunek, który słyszycie, to właśnie mój kot, który się tutaj domaga czegoś. Domagasz się?
Nie wiem, czy to będzie słychać. Odpowiedział po kociemu, także za chwilę pewnie zrobię cięcie, żeby mu dać, czego on się domaga. I wracam do was za tą chwileczkę, żebyśmy sobie porozmawiali w dalszym ciągu o kolejnej z dzielnic miasteczka Bredni. Także okej. Idę sprostać oczekiwaniom kota. Za chwilę wracam. Oto jestem. Koty zadowolone, drugi też się załapał, także żrą niczym kwasy metal. Dobra, co my dzisiaj mamy? Nie będę przypominać, znaczy już przypomniałam.
Omawiamy sobie miasteczko Bredni. W dużym skrócie jest to mój produkt, taki wykwit z mojej głowy, uniwersum szkoleniowe. Wskrzeszam moje treningi, także gdzieś tam mnie najlepiej obserwujcie albo obserwujcie miasteczko Bredni. Jakieś tam podwaliny w internetach gdzieś już są. Będziemy z tego robić fajne rzeczy. To są treningi kreatywności, ale w postaci nietypowo treningów, tylko właściwie właśnie gry fabularnej. Poruszamy się po miasteczku. W jednym wariancie sobie chodzimy po planszy właśnie, oglądamy te dzielnice, o których tutaj wam mówię. Natomiast mam też wersję taką typowo projektową i wtedy trochę schodzimy na dół do można i tam rozwiązujemy problemy takiej trochę niższej klasy ludności w tym miasteczku. Jeżeli w ogóle możemy mówić tu o podziale klasowym.
A właściwie skoro mówimy o takim wywyższaniu się, czy o właśnie lepszych, gorszych, to myślę, że dzisiaj idealna dzielnica do omówienia przed nami, jako że będziemy mówili o dzielnicy Kryształowej Rady. Tutaj, jak sama nazwa wskazuje, a właściwie to nie wskazuje. Słuchajcie, to miała być inna nazwa kiedyś pierwotnie. Mi się kryształ kojarzy z lodem, z chłodem, z taką czystością i bielą. Więc okej. Tutaj poleciałam swoim skojarzeniem, że nazwa wskazuje. Więc jak już trochę tutaj zaspoilerowałam, ogólny klimat w tej dzielnicy to jest chłód, lód, taka wieczna zima. Tam jest śnieg. Wiecie, tutaj mam tę moc. Także jest lód, jest śnieg.
Oczywiście mamy też dużo właśnie kolorów srebra czy typowo kryształów, które tutaj też są jako kruszec i są też właśnie jednym... Dobra, do tego przejdę, bo to jest fajna gałąź przemysłowa tutaj, ale oprócz tego mamy tutaj taki bijący prestiż, takie pałace. Tutaj mamy jeszcze widzę, a przede wszystkim są tutaj bezimienne góry. Ale jeżeli chodzi o ludność, to tutaj ludność to jest taka arystokracja, takie wyższe sfery. Ludzie, którzy się naprawdę uważają za wyższych i lepszych niż wszyscy inni tutaj w miasteczku. I do takiego stopnia, że tak jak wam mówiłam, że każda tutaj z czterech dzielnic ma swojego radnego, tak sama dzielnica Kryształowej Rady ma też, jak sama nazwa wskazuje rady, więc oni też mają tam swoją radę. Tam oczywiście jest mianowany jeden radny, który tutaj reprezentuje tą dzielnicę, ale jednocześnie w obrębie samej dzielnicy oni też są tam podzieleni i też zarządzają tam częścią ludności i jakimiś częściami tej dzielnicy. Można powiedzieć, że mamy tutaj taką, nie wiem, monarchię? W sumie to by czyniło tego radnego królem, ale to też nie do końca. Tu mamy taką radę starszych, jakby starszyznę, tylko w takim myślę ujęciu troszeczkę toksyczniejszym.
Ale wiecie, wszystko jest możliwe w miasteczku Bredni, także to jest i tak wszystko jeszcze też fajnie do rozpisania każda z dzielnic, cała mechanika. Powiem wam szczerze, że też jak wam tutaj o tym opowiadam, ostatnio dużo siedzę w tych dzielnicach, no to chyba jednak dojrzałam, że czas najwyższy popełnić coś w rodzaju, nie chcę użyć słowa podręcznik, bo w typowym RPG-u, w grach RPG mamy podręczniki. Pewnie to się na tym skończy. Nie będę tutaj szukać chyba innej nazwy. Natomiast zależy mi na tym, żeby jakoś może to zrobić w formie takiej bardziej interaktywnej czy łatwiejszej do odbioru, a nie żeby to była typowa książka ze spisem treści i tak dalej. Chociaż ja osobiście powiem szczerze, jeżeli chodzi o książki, zwłaszcza takie nie tyle rozrywkowe, co bardziej takie naukowe, to ja jestem fanem spisów treści. Jak jest indeks, to już jest w ogóle magia. Ale jak nie ma gdzieś spisu treści, a zdarzają się czasami takie kwiatki, to ja się czuję zagubiona. A tak: pokaż mi spis treści, a powiem ci, czym nie interesujesz. W sumie każdy człowiek mógłby mieć spis treści.
Tylko to nam ułatwia komunikację i budowanie relacji. Dobra, wracając do naszej kryształowej rady. Podręczniki zostawmy, nad tym pomyślę. A wracamy dzisiaj, żebyście czuli dalej ten klimat. Jeżeli wam jest za gorąco, to czujcie dzisiaj chłodek, śnieżek. I teraz tak, co my tutaj mamy dalej? Mamy przemysł. I chyba tak najlepiej, bo już o klimacie wam powiedziałam. Jeżeli chodzi o przemysł w tej dzielnicy, to przede wszystkim, jak wspomniałam, że srebro, kryształy, mamy tutaj lustra. One są wręcz, można powiedzieć, główną gałęzią przemysłową.
Ogólnie tutaj jest bardzo rozwinięty przemysł. Jest tutaj dużo produktów importowanych nie, ale eksportowanych jak najbardziej. I lustra, wiadomo. Lustereczko, powiedz przecie. Tutaj nasi piękni rządzący, każdy nosi ze sobą takie lustereczko z rączką. Także lustra to jest coś bardzo istotnego. Mamy też kolorowe lustra. Tutaj mamy technologię barwników. Później też jeszcze do kolorów wrócimy. Jest też berło uderzeniowo odporne.
Mamy różnego rodzaju tkaniny. Jeżeli chodzi o stroje ludności tej dzielnicy, wręcz nazwałabym je kostiumami. Nie w sensie, że spodnie z bluzką, tylko takie jak teatralne kostiumy: przepych, falbany, kołnierzyki, kryzy, żaboty, wszystko. Taka kumulacja szlachecka z różnych epok. Mamy też błyszczaki bez pancerzyków. I jeżeli chodzi o przemysł, chociaż do błyszczaków przejdziemy, to wam wtedy o nich opowiem, co to i o co chodzi. Mamy też połów błyszczaków jako atrakcję, ale dosyć przemysłową, ponieważ jest to wydarzenie odpłatne. Oczywiście różnego rodzaju suknie, produkcja wytwornych sukien. Rowery, moi drodzy. Rowery to jest środek transportu.
Ta dzielnica wręcz ma swój własny środek transportu. Mamy też wino z Potatonii, które z kolei jest importowane. Oczywiście jak z Potatonii, jak wino, to wiadomo, że pochodzi ono z dzielnicy Przerdzewiałej Blachy, o której właśnie powiemy sobie na zakończenie tego sezonu za tydzień. Mamy też koraliki na szprychy, bo jak rowery, wiadomo, nie mogą być takie zwyczajne. Muszą też być piękne kryształy, jakieś a la diamentowe wręcz, ale i też zwykłe kolorowe szkiełka. Mamy chlipacz destylowany, który też jest produktem właśnie z tych ziem. No i taki surowiec. Lustra, ciężko mówić o surowcu, więc tutaj wiadomo, one z kryształów i sreber powstawały. Natomiast mamy tutaj złoża węgla, dlatego też to wszystko jest takie paradoksalnie czyste, jako że węgiel ma właściwości oczyszczające. Też myślę, że tutaj, ja nie wiem, czy ja to wypisałam w moich notatkach, a teraz mi się przypomniało, że to jest bardzo istotne, bo patrzę sobie na mapkę i tutaj mamy rzekę.
I ja tego nie zaznaczyłam w notatkach. Co za niedopatrzenie, Katarzyno. Otóż tak jak wiecie, w poprzednim odcinku mieliśmy dzielnicę Złotego Kranu i tam było też dużo wody. Co prawda gęstej, radioaktywnej, ale wody. Z kolei w tej dzielnicy mamy lód, śnieg, wiadomo węgiel, więc mamy bardzo krystalicznie czystą wodę. Też wspomnę od razu, jak już tu jestem na mapie, to ta dzielnica sąsiaduje z dzielnicą Zmechaconej Paproci, o której też już mówiliśmy w pierwszym odcinku z tej serii. I mamy tutaj pomiędzy tymi dwiema dzielnicami Biały Zagajnik, więc mamy tutaj połączenie tych pięknych, bujnych lasów i między innymi część rzeki tutaj wpływa i w tym Białym Zagajniku mamy takie czyste jeziorko. Więc każdy, kto jest wtajemniczony i odważył się zabłądzić na te tereny pomiędzy, może raczyć się tą wodą. Każdy z dzielnicy Zmechaconej Paproci, a jest ich niewielu. Oni raczej, bo tam chyba też tego nie wspomniałam, bazują na burcejkowanej wodzie, którą z kolei kupują właśnie z dzielnicy Złotego Kranu.
Więc niestety, ale ta woda galaretowata jest w użyciu. No cóż, coś musi się dziać w dzielnicach. Nie może być za łatwo, nie? I tutaj wracam do tej rzeki. A zresztą do dalszej części tej rzeki też nawiążę za tydzień, bo po drugiej stronie ta dzielnica sąsiaduje właśnie z tą dzielnicą Przerdzewiałej Blachy. Dobra, więc temat rzeki chyba na razie zostawimy. Do lokacji na mapie jeszcze pewnie sobie tutaj za chwilę przejdziemy. Więc mamy czystą, piękną rzeczkę i węgiel i wszystko się ładnie składa. No i właśnie tutaj też surowiec. Patrzę, kolejna kategoria, więc mamy kopalnię węgla.
To już wam o tym powiedziałam. Sztabki węgla można sobie tutaj zakupić. Jeżeli chodzi o lokacje, to mamy archiwum dzielnicy, mamy Arenę Kruszonego Lodu. Tak jak mówiłam, w każdej dzielnicy jest arena. Więc jeżeli sobie gramy w ten wariant typowo fabularny, planszowy, to każda z drużyn Ma szansę odbyć pojedynek. Jeżeli ktoś trafi na lokację którejś z aren, to tam już wam nie będę zdradzać dalszej mechaniki, ale z drużyną przeciwną można wejść w epicki pojedynek, stoczyć batalię. Oczywiście po to są artefakty, o których przy każdej dzielnicy wam mówię, jako że wśród tych wszystkich artefaktów jesteście w stanie w trakcie gry trafić, zdobyć artefakt, który będzie wam ułatwiał pojedynek, a właściwie wygraną z pojedynku. Bo to nie znaczy, że od razu wygracie bez niczego, ale możecie w razie przegranej zgarnąć część nagrody albo w razie wygranej zgarnąć trochę większą nagrodę. Także warto być czujnym na artefakty, warto wykonywać zadania. Wracając do lokacji.
Każda dzielnica ma swój główny, najważniejszy punkt spotkań. Takie centrum dzielnicy. I tutaj jest Lustrzana Góra. To jest ogromna góra w centrum. Na niej też się dzieje dużo różnych ciekawych rzeczy. Więc góra jest. Co my mamy tutaj dalej? Mamy też szklany budynek, porzucony, szklany budynek, na którym jest tajemniczy szyld. To jest skrótowiec i nikt nie ma pojęcia, co oznacza dokładnie ten skrót, co tam się znajdowało w tym budynku. Natomiast jeżeliby przeczytać ten skrótowiec bez kropek jako słowa, to mamy tutaj napis: „Zmora”.
Dalsze lokacje to o kopalni mówiłam. Arena też. Mamy też Kryształową Cepeliadę. To jest taka cepeliada. Można tam się zaopatrzyć w różne ciekawe, fajne suweniry, gifty. Taki kram, ale trochę bardziej prestiżowy, wyskokowy. I oczywiście mamy też pałac radnego. I jak już mówię o radnym, to możemy przejść do radnego. Mamy też tajemniczy kontener, ale myślę, czy nie omówić go wam... Albo nie.
Powiem wam teraz pół prawdy o kontenerze, bo to jest bardzo duża teoria, à la spiskowa wręcz nawet niekiedy w tym miasteczku. Kontener pojawia się już na terenach pomiędzy dzielnicą Kryształowej Rady a Przerdzewiałej Blachy. On jest jeszcze na pograniczu dzielnicy Kryształowej, ale już wchodzi w teren neutralny, który się nazywa Szklane Bezkresy, jak już wspomniałam. I ten kontener polega na tym, że siłą rzeczy, mimo że tam jest śnieżnobiały śnieg, wszystko pięknie, czysto, to jednak ten węgiel pyli i niestety te piękne kostiumy, piękne ubrania się brudzą tym węglem. A że mieszkańcy nie zaprzątają sobie głowy czymś takim jak pranie tych ubrań, mają tych tkanin na pęczki, sami wytwarzają te tkaniny, szyją ubrania, to te brudne od węgla ubrania wrzucają w kontener, nawet nie zastanawiając się, co dalej się z tym dzieje. Po prostu tam jest wielki zbiornik. Każdy wie, że tam trzeba to ubranie wrzucić i tyle. I nikt nie wnika, co się z tym dzieje dalej. O tym wam powiem więcej za tydzień. Wracając, jak już mówiłam o radnym, bo lokacje wszystkie te najważniejsze wam powiedziałam, to mamy tutaj postaci, bardzo ważne postaci w tej dzielnicy.
Powiem wam szczerze, że jeżeli chodzi o radnych Kryształowej Rady, tych w środku, to jest wszystko jeszcze do wymyślenia. Także jak ktoś z was miałby ochotę przyłączyć się do tworzenia, do rozbudowywania miasteczka, to jak najbardziej nie krępujcie się, znajdźcie mnie w internetach. Skutecznie znajdźcie. Skontaktujcie się ze mną i wtedy możemy razem. Nie ukrywam, że im więcej głów, tym ciekawiej, tym więcej absurdów. Także can't wait na kontakt od kogoś. Tutaj naprawdę myślę, że każdy coś sobie znajdzie, żeby rozbudować którąś z lokacji czy nawet może któryś wynalazek, którąś gałąź przemysłu. Wszystko jest tak naprawdę dla mnie, dla was, dla każdego, kto zechce odważyć się wejść do miasteczka Brednie i coś tutaj podziałać. Dobra, wracamy do postaci. Mamy tutaj Euzebiusza Głuchego jak Pień.
To jest taki, można powiedzieć, dosyć szanowany starzec, który może nawet niekoniecznie zamieszkuje gdzieś. Można go napotkać gdzieś na swojej drodze. Oczywiście, jak już wspomniałam, jest tutaj radny Księżna Ezra. To jest bardzo barwna postać, ale w sumie nie mówiłam wam aż takich szczegółów o radnych, to tutaj też może wam nie będę spoilerować. I jeszcze mamy potentata artykułów wytwornych. Ale tak jak mówiłam, prestiż, więc wiadomo, że tutaj wszelkiego rodzaju dobra są przecież tylko wytworne. Jak postaci to już tu widzę od razu, to tu mamy zwierza. Zwierzęta różne. I jeżeli chodzi tutaj, pierwszy z nich jest wypisany jako Przebrzydły Yeti. I ten Przebrzydły Yeti, tak jak też wspominałam, każda dzielnica ma strażnika na wejściu, gdzie trzeba opłacić myto.
I tutaj właśnie jest nim Przebrzydły Yeti. Także Bójcie się Yethiego. On jest czujny, wielki i nie zawaha się użyć swojej brzydoty, swojej głównej cechy. Teraz przechodzimy do błyszczaków, o których już trochę wspomniałam. Są to małe robaczki o srebrno-lustrzanych pancerzykach, więc jak możecie się domyślić, to właśnie one wpływają na ten lustrzany przemysł. Mogę wam przypomnieć, że w Przemyśle same w sobie błyszczaki nigdzie nie są odsprzedawane. One wręcz, można powiedzieć, są ściśle chronione i nie mają prawa wydostać się poza tereny tej dzielnicy. Natomiast błyszczaki bez pancerzyków jak najbardziej mogą sobie iść na handel. Nie wiem, czy wspomniałam wam o tym przy Zmechaconej Paproci, bo te notatki to były wszystko co najważniejsze z kart wypisane. Był!
Ale mówiłam o tym. W dzielnicy Zmechaconej Paproci, w Przemyśle mamy coś takiego jak błyszczak pieczony. Jako że oni wszystko na ciepło odkrywali, to doszło do podpisania kontraktu między radnym dzielnicy Zmechaconej Paproci a radnym dzielnicy Kryształowej Rady, że mogą brać surowe błyszczaki i je sobie później po przerobieniu odsprzedawać jako swój własny produkt. Bo oni nie władają ogniem w Kryształowej Radzie, więc oni się ogniem nie interesują, ich to nie interesuje, a według nich jak coś jest spalone, to jest spalone, to się nie nadaje, to jest odpad, więc oni w to nie wnikają. Grunt, że zapłacili za te surowe błyszczaki. Co prawda w tym białym zagajniku też się zdarza napotkać jakiegoś błyszczaczka, więc ktoś cwany może sobie gdzieś podkraść wytworne dobra, bo przecież wiadomo, że błyszczak w formie żywej występuje w swoim pancerzyku. Mamy też wilgotne ptaki, legendarnego złotego błyszczaka, którego nikt nie widział, ale każdy słyszał, że on gdzieś tam istnieje. To trochę jak ten niebieski homar. Nie wiem, czy znacie tę historię. Nie pamiętam, na których wodach.
Jak sobie wpiszecie, to jest poławiacze homarów, co jakiś czas udaje się komuś gdzieś wyłowić homara dosłownie w kolorze takim... Nie wiem, czy to się nie nazywało w paletach malarskich royal blue. To jest wręcz niebieski. To nie jest błękit, to jest taki ładny, nasycony niebieski. Śliczny ten homar. Polecam sobie wygooglować. Bardzo inspirujące stworzonko. Jak wszystkie, powiem wam szczerze. Czasami wystarczy się pochylić nad jakimś krzakiem. Teraz mamy na przykład sezon lęgowy, wylęgowy biedronek.
Jak nie wiecie, jak wygląda larwa biedronki, to koniecznie obejrzyjcie, bo jak pierwszy raz zobaczyłam, absolutnie nie miałam pojęcia, czym jest ten predator biegający po liściach. A z tego później biedrona wychodzi. Bardzo fascynujące stworzenia. Najczęściej jak mieszkacie w mieście i zdarza się, że macie... Bo nie wiem, chyba nie w każdym mieście w Polsce jest taka tradycja sadzenia takiej róży. To nie jest dzika róża. Ona ma takie okrągłe pączki, małe krzewy i najczęściej białe albo różowe płatki. Ślicznie pachnie. One też niestety są ulubionym jedzonkiem mszyc, w tym roku liście błyszczą z daleka i uginają się pod tymi mszycami, więc nic dziwnego, że biedrony sobie mają tam żerowisko. Zarówno larwy, jak i dorosłe osobniki jedzą mszyce.
Też taka ciekawostka. Jak macie w jakichś roślinkach mszyce, a jest sezon biedronkowy, niezależnie od tego, czy to polska, azjatycka, czy jakaś inna biedronka i czy larwa, czy dorosły osobnik, weźcie sobie, nawet larwa lepiej, bo jest bardziej żarłoczna, i sobie zaaplikujcie na roślinkę, to zobaczycie w parę godzin, max jeden dzień. Zależy jak dużo macie mszyc, jak dużo dacie biedronek. Po prostu znikają mszyce. To jest piękne. Obserwowałam w internecie jak dorosła biedronka zjada. Ona bierze dosłownie w te łapki, jeden za drugim, jak cukierasy. Tak teraz gadam, zastanawiam się, czy nie zdziwię się, jak tydzień temu wam o tym mówiłam, bo ja się od paru tygodni jaram tymi biedronkami. Idę na spacer i robię zdjęcia krzaków. Wracamy jeszcze do złoty błyszczak, homar.
O matko, jak ja odpłynęłam! I jeszcze tutaj, jeżeli chodzi o zwierzęta, mamy śnieżne wilki. Wiadomo, śnieżek, białe wilki muszą być. Właściwie to chyba w każdej z dzielnic... Trąbią za oknem. W każdej z dzielnic mamy wilki. To też wam już zaspoileruję. Co dalej? Patrzę, co my tu mamy. Lokacje mamy omówione.
Wartości. Każda z dzielnic ma takie trzy główne wartości. W dzielnicy Kryształowej Rady tymi wartościami są: gwiazdy, szycie, lustro. To są mocne wartości. Jeżeli chodzi dalej o ważne rzeczy, to może przejdźmy do różnych ważnych świąt w kalendarzu dzielnicowym. Oczywiście spotkanie radnych, jak w każdej z dzielnic, bo wtedy do każdej z dzielnic radni się zjeżdżają i trzeba wykonać specjalną opaskę. Bywa, że często tematyczną, ale trzeba ją wykonać, żeby można było wejść, przekroczyć próg zarówno na tą zamkniętą radę, jak tu sami radni, ale i później też na tą część, gdzie może być publiczność. Oczywiście wielki melanż, bardzo prestiżowa maska to jest coś, bez czego nie wejdziecie Nie ma to tamto. Nie masz prestiżowej, wręcz bardzo prestiżowej maski, to sorry Memory, nie wchodzisz. Wielki bal.
Przecież kostiumy, arystokracja, lustra, piękno, przepych. Wiadomo, że wszelkiego rodzaju bale to jest coś regularnego tutaj. Imieniny radnego. Jak każdy z radnych, tak i ten obchodzi. I też taki rytuał tłuczenia luster, więc bardzo ciekawy rytuał i bardzo istotny dla mieszkańców. Tutaj od razu skojarzyło mi się te lustra. Przejdę do pogody i przy okazji też wam powiem, bo nie będziemy omawiać w bardziej szczegółowy sposób Można, czyli tej niższej dzielnicy, niższej części miasteczka wręcz, nie dzielnicy. O tym wam troszeczkę powiedziałam w poprzednim odcinku. Natomiast mam też do tego spisane notatki, jeżeli chodzi właśnie o pogodę, która jest ściśle uzależniona od tego, co się dzieje właśnie w Nie ma, czyli w tych czterech dzielnicach. Jeżeli chodzi o pogodę, tutaj mamy deszcz wafloidów i ten deszcz też zahacza tutaj, bo te wafloidy możemy też obserwować właśnie będąc piętro niżej, będąc w Można.
Jeżeli dotrzemy na takie, jak to można by określić, bezdroża, na obrzeża tej dzielnicy i na przykład zapuścimy się na coś takiego jak pustynia kruszonej nadziei, to tam właśnie docelowo lądują te wafloidy. Natomiast tutaj, będąc sobie w dzielnicy Kryształowej Rady, możemy właśnie sobie ten piękny opad obserwować. Tak jak mamy deszcz meteorytów czy spadające gwiazdy. Na przykład w sierpniu mamy Perseidy w naszym realnym życiu, nie w miasteczku Bredni. Tak w miasteczku Bredni właśnie możemy sobie obserwować wafloidy. Mamy też parujący śnieg. Różnie bywa. Czasami się temperatura podnosi i tutaj po prostu ten śnieg sobie paruje. I tu zaczęłam pisać lustrzany opad i wykreśliłam, ponieważ z rozpędu, jako że ten opad nie występuje w tej dzielnicy, tylko w rejonach Można pod tą dzielnicą. I właśnie jest to związane z tym, że kiedy odbywa się rytuał tłuczenia luster w dzielnicy Kryształowej Rady, to siłą rzeczy te tłuczone lustra, te odpryski gdzieś też lecą i zostają wywiewane poza te lewitujące grunty Nie ma.
No i wiadomo, rozpadają do Można. Wszystko można. Można i też rzucać w nich stłuczonymi lustrami. Także życie. Dobra, to pogodę mamy omówioną. Zanim tu przejdę czy coś tu jeszcze, lokacje, wszystko wam powiedziałam. Właśnie zagrożenie. Takie największe zagrożenie tej dzielnicy to jest kolorowa szprycha skład. To jest gang rowerzystów. Jak można się domyślić, oni tutaj charakteryzują się tym, że mają kolorowe szprychy, więc każdy, kto należy do tego składu, do tego wręcz można powiedzieć gangu, to rozpoznamy go właśnie po tym, że na swoim rowerze będzie miał koraliki w różnych kolorach.
Nie tak jak zwykle prestiżowe diamenty czy jakieś węgle, tylko właśnie tutaj kolorowe jakieś kulki. Nie wiem, czy pamiętacie, czy jesteście aż tak starzy jak ja, żeby pamiętać. Albo starsi. Ale wiecie co? Do tej pory gdzieś mi mignęło, że można sobie kupić te kolorowe kulki na szprychy, także z daleka było słychać, jak ktoś jechał z tym. Dobra. Co dalej? Składniki. Składniki, czyli też tak jak mówiłam, każda z dzielnic ma różne cuda, które można znaleźć, z których można później zrobić jakieś napary, eliksiry. Oczywiście też w dedykowanej do tego dzielnicy.
Tak, dobrze pamiętam, że mieliśmy tutaj właśnie... Tak. Dzielnica Złotego Kranu i dzielnica Zmechaconej Paproci to są dzielnice, gdzie mamy alchemików. Mamy takie stacje alchemiczne ludzi, którzy zajmują się właśnie tutaj cieczami, więc tam możemy wykonać różnego rodzaju eliksiry. Natomiast właśnie dzielnica Kryształowej Rady i dzielnica Przerdzy Białej Blachy to są dzielnice typowo właśnie przemysłowe, kupieckie. Więc tutaj mamy różne kramy. I tak jak mówiłam, tutaj mówiłam o Cepeliadzie. Za tydzień też powiemy o tych miejscach, gdzie można coś kupić, sprzedać czy wymienić w tej ostatniej dzielnicy. Dobra, więc przechodzimy do składników. Mamy tutaj tak: kropla esencji z błyszczaka modrego, wiadro zdrowej wody, gluten biały, błyszczak nie taki mały, śmietana i masło, kruszone lustro, błyszczak mały oraz śnieg.
To są składniki, z których można tutaj dużo podziałać. Z tego, co pamiętam, był też żółty śnieg. Nie wiem, gdzie on zniknął. Żółty śnieg to jest podstawa pułapek w życiu. Dobra. Minałam składniki. Mamy tutaj też taką kategorię niezbadanych rzeczy, różnych cudów, które możecie, podróżując po tych dzielnicach, napotkać i właściwie spokojnie powołać się odkrywcami. Wystarczy stworzyć właśnie opis tego, cóż to jest, jak to wygląda, jak to działa, czym się charakteryzuje i tak dalej. Jak prawdziwy odkrywca, badacz. Znajdujecie coś i prowadzicie obserwacje.
Tykacie to patykiem i patrzycie, co się zadzieje, nie? Więc przechodząc do tych cudów. Wachlocieplasz, solopat, gburczak złośliwy, człapacz dziki, chłodochód redukcyjny, paralug, palitorba, wyżowniczak niskopienny. Klamizer pospolity. Pożegnalnik tabelaryczny. Flafluki. Licochlapacz spalinowy. Siorbitrol. Hat szpadzika. Trzeszczak ogoniasty.
Także na bogato. Do wyboru, do koloru. I co? Mamy chyba wszystko. Ble, ble, ble. Zwierzęta. Wartości. To wszystko powiedziałam. No to co najlepsze na koniec i lecimy z artefaktami. Mamy tu oczywiście, moi drodzy, narty z bagażnikiem, walonki z cyrkoniami do przemierzania śniegów.
To są takie, wiecie, a la siedmiomilowe buty. Każda dzielnica ma swoje tutaj obuwie. Obuwie super specjalne, które też właśnie możecie zdobyć, więc jesteście wtedy troszeczkę bardziej uprzywilejowani. Prestiżowy alarm antywłamaniowy. Voucher na operację plastyczną. Waltornia Euzebiusza to jest brat Eustachiusza. Aha, i tutaj mam dopisek, bo to jest właśnie jeden z tych artefaktów, który może wam się przydać na arenie i nawet mam tu działanie tej waltorni, że to są kakofoniczne dźwięki, które wysysają energię witalną. Także groźny, groźny artefakt. Kolejne pudełko po lodach, lustereczko i kryształ Hermenegildy. Więc on działa w ten sposób, że zamienia każdy węgiel w wodę.
Także też musicie, mając ten artefakt, musicie bardzo, bardzo uważać na swoje zasoby, jako że każda sztabka węgla może zostać zamieniona w sztabkę wody. Więc wiecie, to są nie przelewki moi drodzy. Trzeba pilnować swoich zasobów, bo kto wie, może zechcecie sobie wybudować jakąś tutaj nieruchomość w którejś z dzielnic, więc warto mieć te zasoby. Dobra, mamy to, mamy to. Mamy omówioną Kryształową Radę. Powiem wam, że tak jak wiecie, czuję nadchodzące wakacje. Tak, jednak też taki czuję taką melancholię. Ale no wytrzymaliśmy ze sobą trzydzieści jeden odcinków. Za tydzień będą trzydzieści dwa. Także bardzo ładny sezon.
Także fajnie, fajnie, ale też z drugiej strony przyda mi się odpoczynek, coś podziałam dalej. Myślę, że czas wreszcie zebrać rzeczy, które tu padły na podcaście. Zarówno niektóre z pomysłów, czy te bardziej rozwinięte serie, jak i przede wszystkim cały farsz, całą wartość z pierwszego sezonu pogrupować. Może właśnie pospisywać. Może niedługo alchemia tworzenia będzie nie tylko tytułem tego podcastu, a czymś, co każdy z was może będzie mógł mieć w domu. A jak nie, nie to zawsze będzie mógł się zaopatrzyć w to gdzieś. No dobra, powiedziałam chyba wszystko, co najważniejsze. Rzucam wam tropy, także wypatrujcie i Alchemii i Miasteczka Bredni. Trochę się będzie działo w tym roku. Myślę jeszcze w tym roku także.
Także no idę sobie, idę sobie bo, bo jak za starych dobrych czasów zaczęłam przedłużać te zakończenie, a to nie tędy droga. Trzymajcie się cieplutko albo chłodniutko jak ktoś potrzebuje i co? I słyszymy się za tydzień. Pa!
[02:36:01] - To teraz zrobi się troszeczkę poważniej. Zapraszam na kolejny odcinek cyklu Krystyny Śmigielskiej Literackie Tet-a-tet. Dzisiaj. Dzisiaj spotkanie z Agnieszką Korol.
[02:36:24] - Literackie Tet-a-tet. Dobry wieczór państwu. W dzisiejszym literackim Tet-a-tet gościć będziemy panią Agnieszkę Korol, byłą nauczycielkę, instruktorkę tańca, pisarkę tworzącą bajki o smokach, powieści obyczajowe, scenariusze filmowe i teatralne. Pani Agnieszka Korol jest autorką i tu państwu wymienię: Bajki o smokach podróżnych, Przygód smoka Smakosława w Ząbkowicach Śląskich, Leksykonu smoków, Truskawkowego smoka, Niegrzecznej księżniczki, Rycerzy Eoni oraz powieści historyczno-fantastycznej zatytułowanej Zamczysko. Jest również autorką groteski Jak wydać książkę w krainie smoków, a także powieści obyczajowo-kryminalnej przeznaczonej dla dorosłych czytelników Listy z jeziora. Dobry wieczór pani Agnieszko. Bardzo mi miło panią gościć w literackim Tet-a-tet.
[02:37:40] - Dobry wieczór, Mi też bardzo miło.
[02:37:43] - Proszę powiedzieć nam skąd ta miłość do smoków i bardzo odległych czasów, bo o takich pani też często pisze. Kiedy dała ona o sobie znać pani pierwszy raz i jak się rozwijała przez lata? Czy członkostwo w zespole tańców dawnych ma z tym coś wspólnego i to ono zapoczątkowało rozmiłowanie w literaturze fantasy?
[02:38:08] - Rozmiłowanie w literaturze fantasy jest znikome. Bardziej kocham fantastykę jako taką fantastykę. Z literatury fantasy to właściwie najbardziej lubię Ursulę Le Guin z Źiemi Omożem i paroma innymi książkami. Jeżeli chodzi o smoki, to ta literatura jest przeznaczona dla dzieci W formie bajki, gdzie bardzo ważny jest morał, a postacie takie jak smoki, krasnoludki czy czarownice są jedynie pretekstem do opowiedzenia pewnych historii. Jeśli chodzi o taniec Zespół Tańców Dawnych. Przez wiele lat uczestniczyłam właśnie w różnych takich organizacjach typu właśnie Zespół Tańców Dawnych, bractwo rycerskie czy zespół muzyki dawnej. A więc śpiewałam i tańczyłam muzykę dawną. Poznawałam w ten sposób czasy dawniejsze, a głównie okres średniowiecza, który na pewno jest ważnym jakimś punktem zaczepienia dla literatury fantasy. Ona głównie jest zwrócona do osób dorosłych lub młodzieży. Akurat mnie specjalnie nie interesuje.
I tutaj chciałam powiedzieć, że przez wiele lat prowadziłam też kluby fantastyki, więc temat ten zgłębiłam dosyć szczegółowo. No i przez wiele lat czytałam fantastów takich jak Stanisław Lem, bracia Strugaccy, Isaac Asimov, Frank Herbert, Emma Popik, która ukazuje wizje apokaliptyczne czy Michaił Bułhakow z wszystkim nam chyba znanym „Mistrz i Małgorzata”, „Psie serce”. Tutaj można wymienić czy Janusza Zajdla. Z polskich autorów również można by wymieniać i wymieniać autorów fantastyki i tylko z nich wszystkich właściwie Urszula Le Guin jest autorką tylu fantastyki zwanego fantasy. Aczkolwiek ona to robiła w sposób mistrzowski. Na pewno wielu osobom jest znana jej „Ziemia morze”, według którego zresztą były kręcone filmy. Poznawszy średniowiecze, no bawiłam się w średniowiecze, co uwieczniłam w powieści „Zamczysko”, która to powieść jest, no taką troszeczkę groteskowym przedstawieniem średniowiecza. Niektórzy zaliczają tą książkę do fantastyki historycznej i można by to było tak nazwać, aczkolwiek ja tego nie zaliczam akurat do fantasy, ponieważ nie ma tutaj żadnych czarów, żadnych smoków. Jedyną, jedyną fantazją tutaj jest miejsce, które sama wymyśliłam, czyli wielkie Zamczysko. Postacie są nakreślone nieco groteskowo, ale sama akcja jest w miarę realistyczna, bym tak powiedziała, więc z jakichś powodów niektórzy zaliczają tą książkę do fantastyki.
Nie będę się spierać.
[02:41:20] - No dobrze, to może w takim razie usystematyzujemy pani twórczość. Dobrze?
[02:41:26] - Tak, tak. No tak. No bo tutaj czysto kapusta w tej chwili.
[02:41:30] - Którą z wymienionych przeze mnie pozycji pani uznaje za swój literacki debiut? I proszę nam powiedzieć, co było bodźcem do jej powstania.
[02:41:39] - Na początku powstawał „Leksykon smoków”. On powstawał dosyć długo, bo jak pracowałam jako nauczycielka klas jeden—trzy i przedszkola, nie miałam siły ani czasu, żeby jeszcze cokolwiek pisać. Więc jeżeli miałam na przykład okres wakacyjny, wówczas zdarzało mi się usiąść na chwilę i napisać o jakimś smoku. I w ten sposób powstawał leksykon. To była pierwsza rzecz, którą napisałam, aczkolwiek został wydany znacznie później. Najwcześniej została wydana książka „Bajki o smokach podróżnych”. Wykorzystałam w tej książce właśnie smoka podróżnego, czyli jednego ze smoków z leksykonu. Smoki podróżne poszukują przyjaciół, a jedynym ich pożywieniem są piękne krajobrazy. A więc żeby zmieniać menu, ciągle zmieniają miejsce, podróżując, a do tego potrzebują przyjaciół. Czy to krasnoludki, czy to ludzie, czy elfy.
Te osoby po prostu siedzą im na grzbiecie i razem przeżywają różne przygody. Także jeszcze wykorzystałam tą postać smoka podróżnego w innych swoich książkach dla dzieci. Tutaj był wymieniany „Turówkąowy smok” i „Niegrzeczna księżniczka”. Obie te książki powstały z „Bajki o smokach podróżnych”.
[02:43:04] - A proszę mi powiedzieć, który to był rok, kiedy ukazał się smok podróżny?
[02:43:09] - 2005 rok.
[02:43:11] - Jest pani również autorką scenariuszy filmowych i teatralnych. Proszę powiedzieć, czym praca nad takimi formami różni się od tej nad tradycyjnymi powieściami czy bajkami?
[02:43:25] - Może zacznę od tego, że ja przede wszystkim chciałam właśnie pisać scenariusze. Dopiero potem zorientowałam się, że trudniej zrealizować scenariusz niż wydać książkę. Dlatego skupiłam się na pisaniu książek, ale powstało też sporo scenariuszy i różnica między tymi książkami a scenariuszami jest duża, ponieważ scenariusze pisze się w formie dialogów i przedstawieniu kolejnych scen. Można powiedzieć, że dla mnie jest to prostsza praca niż tworzenie całej fabuły, łącznie z pisaniem narratorem i tak dalej. A tutaj mamy tylko dialogi. Ja bardzo lubię właśnie pisać dialogi i tak jak właściwie obie moje powieści, czyli „Listy z jeziora” i „Zamczysko” mają bardzo dużo dialogów. Obie te powieści praktycznie są gotowymi również scenariuszami. Niewiele trzeba by było tutaj pracy wykonać, aby je zamienić na scenariusze filmowe.
[02:44:25] - Ale jednak ta tradycyjna powieść daje autorowi więcej możliwości do omówienia postaci, pokazania jej z różnych stron, prawda? Bo jednak w samych dialogach wydaje mi się, że jest to trochę trudniejsze zadanie.
[02:44:43] - Na pewno, na pewno. Ale ponieważ jestem wielką wielbicielką kina I pisząc te scenariusze od razu obsadzam role aktorskie w swojej wyobraźni i po prostu bawi mnie to. Bawi mnie to i sprawia dużo satysfakcji właśnie pisanie tych scenariuszy. Aczkolwiek tylko jeden do tej pory został zrealizowany. Jest to scenariusz pod tytułem „Kimkolwiek jesteś”. Tutaj, gdzie mieszkam, niedaleko jest Kwidzyn, a wcześniej tu nie mieszkałam. Nie wiedziałam nic o pewnej błogosławionej Dorocie z Montów, która była przedziwną postacią. Była niesamowitą postacią. Była sumieniem zakonu krzyżackiego, bo to działo się w czasach krzyżackich, a więc moje ulubione czasy średniowiecza. Skupiłam się, żeby poznać dzieje tej osoby, ponieważ jest ona bardzo tajemnicza i niezwykła.
Zdobyłam wszelkie możliwe materiały na jej temat i napisałam scenariusz do przedstawienia, które to przedstawienie zostało zrealizowane przez bardzo uzdolnioną grupę amatorską w Kwidzynie. Akcja dzieje się w katedrze kwidzyńskiej. Właściwie takiej izdebce przy katedrze, gdzie owa błogosławiona była zamurowana. Premiera tej sztuki właśnie odbyła się w tym samym miejscu, gdzie to się działo, czyli w katedrze kwidzyńskiej.
[02:46:18] - To bardzo piękne wydarzenie i podejrzewam, że bardzo takie klimatyczne, prawda?
[02:46:24] - Bardzo, bardzo. Było wtedy bardzo zimno pamiętam. Wszyscy bardzo ciepło poubierani. Było mnóstwo ludzi, cała katedra ludzi. I były też tam dzieci. To zostało sfilmowane zresztą. I mimo to wszyscy do końca słuchali z zainteresowaniem, również dzieci. I byłam na tej premierze. Było to dla mnie ogromne wydarzenie. Później to przedstawienie zostało pokazane jeszcze w kilku miejscowościach.
[02:46:52] - W którym roku to się odbyło?
[02:46:54] - Nie pamiętam dokładnie, ale chyba w dwa tysiące trzynastym. Tak mi się wydaje, że chyba w dwa tysiące trzynastym roku.
[02:47:02] - No to gratulujemy. Piękne wydarzenie.
[02:47:04] - Tak, dla mnie to było po prostu bardzo ważne.
[02:47:08] - Pani Agnieszko, zapytam jeszcze teraz, kto jest pani pierwszym recenzentem? Zwłaszcza bajek, które pani pisze dla dzieci. Czy testuje je pani na członkach odpowiedniej grupy wiekowej, tej, do której pani daną książkę kieruje, przeznacza, czy po prostu no bierze pani to na swoją pierś i sama, że tak powiem, sprawdza, czy będzie to zrozumiałe dla danej grupy wiekowej.
[02:47:37] - Oczywiście sprawdzam teksty właśnie na zaprzyjaźnionych dzieciach. Czy to rodzinnych, czy znajomych. Konkretne teksty kieruję do konkretnych grup wiekowych i sprawdzam. Sprawdzam, daj-- czy czytam im na głos, czy jeżeli umieją już czytać, sami czytają. Nie mam wątpliwości wtedy. Jeśli chodzi o dzieci, no to mam naprawdę dobry słuch. Co one lubią, bo jeszcze w czasie swoich, swojej pracy dydaktycznej niejednokrotnie opowiadałam im przez siebie wymyślone bajki. Cieszyły się one, no podobały się dzieciom.
[02:48:14] - A jak były jakieś głosy, jakieś uwagi na przykład do tekstu?
[02:48:19] - No nie było tego typu uwag. Przyznaję. Nie było. Niczego, niczego nie zmieniłam, bo nie było. Nie było po prostu takich uwag. Często spotykam się właśnie z młodymi czytelnikami na różnych spotkaniach. Czytam im na głos fragmenty. Zresztą niedawno, właśnie w Rąbkowicach też czytałam w szkołach. Często dzieci po takim spotkaniu podchodzą do mnie i słyszę takie głosy, że jeszcze takich ładnych bajek to żeśmy jeszcze nigdy nie słyszeli.
[02:48:50] - To rzeczywiście musi być bardzo, bardzo miłe.
[02:48:54] - No tak i tak. Tak napisałam właśnie bajki o smokach podróżnych, ale przekonałam się, że oprócz mnie samej, oprócz dzieci muszą się te bajki podobać też dorosłym. Natomiast te bajki są konkretnie skierowane właśnie do młodszej grupy wiekowej i niekoniecznie są rozumiane przez dorosłych.
[02:49:14] - Słyszałam już o takich książkach dla dzieci, które bardzo lubili dorośli, którzy czytają tego typu la-
[02:49:21] - Tak.
[02:49:21] - Literaturę, ale dzieci jednak mniej były tymi bajkami zainteresowane.
[02:49:26] - Na przykład „Alicja w Krainie Czarów”.
[02:49:28] - O tak, no to jest taka bajka rzeczywiście chyba skierowana już do trochę starszej grupy. Ale jeżeli bajki dla dorosłych, jeżeli w ogóle książki skierowane do dzieci, to też i ilustracje. Interesuje mnie, jak wygląda pani współpraca z ilustratorami. Czy ma pani swojego jakiegoś ulubionego ilustratora i kto go zatrudnia? Czy pani, czy wydawnictwa?
[02:49:55] - No, głównie zatrudniają wydawnictwa. Ja mam taką ulubioną ilustratorkę, Jolę Jaworską, która zilustrowała praktycznie wszystkie moje książki dla dzieci, bo znakomicie rysuje również smoki. To był przypadek, że ją poznałam. W każdym bądź razie żeśmy się poznały i zaprzyjaźniły. I znalazłam w niej właśnie to, czego szukałam, czyli osobę, która dobrze rysuje smoki i lubi to robić. Natomiast ostatnia książka pod tytułem „Rycerze Eoni”, która jest skierowana do dzieci i do młodzieży. Zresztą dorośli też chętnie ją czytają. Została zilustrowana przez Rafa Fabrowskiego. Tego ilustratora proponowało mi wydawnictwo Agrafka.
[02:50:47] - I jest pani zadowolona z wyników tej współpracy?
[02:50:51] - Tak, aczkolwiek musieliśmy troszeczkę, że tak powiem, troszeczkę pozmieniać, ale Telefonicznie żeśmy się tylko kontaktowali. Doszliśmy do wspólnych wniosków.
[02:51:01] - To najważniejsze właśnie, żeby te wspólne wnioski ustalić. Wtedy to jest na korzyść dla naszego dzieła. A mnie wie pani co zainteresowało? Zainteresowała mnie groteska „Jak wydać książkę w krainie smoków?". Proszę mi powiedzieć, czym się różni wydanie książki w świecie realnym od tego samego procesu w krainie smoków? I czy ten tekst, ta groteska jest jakby odzwierciedleniem pani starań wydawniczych tutaj u nas, w realnym świecie?
[02:51:36] - Ale jest jak najbardziej na faktach, bym powiedziała. Natomiast dodałam do tego wątek bajkowy. Napisałam ją według naprawdę własnych, własnych przeżyć związanych z wydawcami. Nawet można rozpoznać, o których wydawnictwach piszę. Tylko zmieniłam nazwy tych wydawców w taki humorystyczny sposób. Także jeżeli ktoś będzie czytał tą groteskę dosyć, dosyć skrupulatnie, to sam się domyśli, o jakich wydawcach tu jest napisane. Zresztą jest to okres czasów, kiedy jeszcze autor chodził od wydawcy do wydawcy na żywo. Obecnie wysyła się teksty drogą mailową. Jeśli chodzi o okładkę do książki „Listy z jeziora", przy drugim wydaniu szukałam ciekawej ilustracji i zorientowałam się, że moja przyjaciółka, która jest bardzo utalentowaną malarką, jeden z jej obrazów z serii kawą malowane przedstawia piękny krajobraz właśnie związany z jeziorem. I poprosiłam ją, czy zgodzi się właśnie, aby jej ilustracja została wykorzystana na okładkę.
Ona chętnie się zgodziła i właśnie jej piękna ilustracja malowana kawą znalazła się na okładce tej książki.
[02:52:59] - To bardzo dobrze, że powiedziała nam pani teraz o książce dla dorosłych czytelników, bo ja właśnie chciałam zapytać panią. Była pani nauczycielką klas początkowych. Rozumiem, że skierowanie swoich utworów do dzieci uważa pani za sprawę całkowicie naturalną i właściwie przy pisaniu tych książek nie miała pani większych kłopotów, jeżeli chodzi o znajomość odbiorcy, ale odważyła się pani również napisać książki dla dorosłych. Mówię odważyła, no bo to jest jednak duża różnica w samym procesie twórczym. Kierowanie książek do danej grupy wiekowej zmusza nas do pewnych już zasad pisania. Czy przed podjęciem pracy nad książką dla czytelników dorosłych miała pani trochę tremy? Czuła pani taką niepewność, czy się uda doprowadzić ten projekt do szczęśliwego końca?
[02:53:58] - Podczas pisania cały czas odczuwam ogromną tremę. Nieważne, jaką książkę piszę, cały czas zastanawiam się, czy użyłam odpowiednich słów, odpowiednich zdań. Nieustannie kontroluję, nieustannie zmieniam. I właśnie to, co mi najbardziej utrudnia pracę, to jest ta nieustająca trema. Taka niepewność, czy dobrze napisałam i czy w ogóle dalej napiszę i skończę to, co zaczęłam. To jest najtrudniej właśnie napisać powieść, dlatego że jest to najdłuższy tekst. Też trzeba się połapać we wszystkich wątkach, bo jeżeli pisze się krótszy tekst, wtedy można się skupić praktycznie na samym pisaniu i nie trzeba ciągle sobie przypominać, co było w innym miejscu. Także mam dosyć dużą tremę właśnie podczas pisania dłuższych tekstów, aczkolwiek nie ma znaczenia, czy to jest książka dla dorosłych, czy to jest książka dla dzieci. Odczuwam taką samą tremę.
[02:55:02] - Wiadomo, że im tekst dłuższy, tym tych elementów, na które musimy zwracać uwagę, jest coraz więcej, prawda? I połączyć te wszystkie wątki, wszystkie nici ze sobą jest jakby trudniej. No a jeszcze w dodatku w książce dla dorosłych jest taka specyfika, że możemy odwoływać się do niektórych przeżyć, niektórych wiadomości, jakie nasi czytelnicy posiadają. A gorzej jest to z kolei przy pisaniu książek dla dzieci. Pani Agnieszko, a proszę mi powiedzieć w takim razie, który z etapów powstawania książki od pomysłu, aż jak książka dotrze do czytelnika, jest pani zdaniem najtrudniejszy i dlaczego?
[02:55:51] - Najtrudniejsze znaleźć odpowiedniego wydawcę, który nie będzie skupiał się tylko na swoim zysku, na przykład swoich preferencjach. To co chce widzieć. Takiego wydawcę, który nie narzucał na przykład zmian imion bohaterów, czy też w ogóle nie będzie chciał zmieniać treści. Wydawcę, który podpisuje ze mną uczciwą umowę. Z tym chyba najwięcej właśnie problemów mają autorzy, ponieważ wiele rzeczy nie mogą kontrolować, a przecież ich praca nie jest łatwa. Traktują swoje utwory jak własne dzieci, które oddają pod zarząd wydawcy, który czasami mam wrażenie, może obciąć rączki i nóżki takiemu dziełu. Dlatego samo wydawanie książki jest bardzo trudne dla autora.
[02:56:43] - Czyli nie proces tworzenia pani zdaniem, lecz proces wydawniczy sprawia autorom większą trudność?
[02:56:51] - No trudno powiedzieć. To zależy od autora. Bo jeżeli autor ma już wydawcę dobrego, to nie musi się tym tak bardzo martwić. Ale jeśli chodzi o proces twórczy, to jest to często bardzo mozolna praca, szczególnie dla autorów, którzy bardzo krytycznie, tak jak ja, podchodzą do tego, co robią. Bo są też osoby, które Się tak bardzo. I czasem właśnie efekt ich pisania jest bardzo dobry. Nie zawsze oczywiście, ale różnie to bywa. Jedni piszą szybko. Zresztą zauważyłam taki trend ostatnio, że jeżeli jakiś autor jest już dosyć dobrze znany, to wydawca żyluje go w nieskończoność, podpisując z nim umowy na kolejne książki. Tak dużo, że niektórzy nawet piszą kilka książek rocznie.
No i ci autorzy widzę, że są po prostu przemęczeni taką pracą.
[02:57:47] - No ja myślę, że nie tylko oni są przemęczeni, ale też tak jak pani mówi, nie zawsze ten efekt jest zgodny z oczekiwaniami, zwłaszcza oczekiwaniami czytelników. Chociaż biorąc pod uwagę, że im więcej książek się wydaje, tym się cieszy większą popularnością. To są takie czasy. Nie jest człowiek rozliczany za jakość, a bardziej za ilość, tak bym powiedziała, ponieważ wydawnictwo jest normalnym przedsiębiorstwem, które po prostu na siebie musi zarobić, a autor no w jakiś sposób się do tego zarobku dokłada. Ale nie jest też tak strasznie źle jak mówimy, ponieważ na stronie facebookowej widziałam niedawno film nakręcony przez pani czytelniczkę. Postanowiła w ten sposób złożyć pani podziękowania. To bardzo piękny wyraz uznania. Proszę nam zdradzić, czy często ma pani przyjemność przyjmowania podobnych wyrazów sympatii?
[02:58:53] - Zdarzają się podobne sytuacje, filmiki, zdjęcia. Mam już pewne grono czytelników, które tylko czeka, co będzie następnego, co następnego wydam. Nieważne czy to jest dla dzieci, czy dla dorosłych. Tak samo są zainteresowani. No można powiedzieć, że trochę swoich czytelników wychowałam, bo jeżeli pierwszą książkę dla dzieci wydałam w dwa tysiące piątym roku, to te osoby zdążyły już dorosnąć i czytają dalsze moje książki. W tej chwili właściwie mam książki napisane dla każdego wieku: od małego dziecka do, no już bardzo dorosłego człowieka. Także każdy może sobie tutaj znaleźć coś dla siebie w swoim przedziale wiekowym. Akurat tak jak mówię, wszystkie te książki są chętnie czytane. Oczywiście dwie powieści: „Zamczysko” i „Listy z jeziora” są za trudne dla małego dziecka, ale już w średniej szkole mogą spokojnie te książki przeczytać.
[02:59:55] - Czyli ma pani swoich własnych wychowanych czytelników na swoich własnych książkach. Od dwa tysiące piątego roku to rzeczywiście czytelnicy rosną wraz z pani dziełami. Jaką formę reklamy literackiej uważa pani za taką najbardziej trafną, skutecznie dającą autorowi szansę, że jego produkt dotrze do odbiorcy?
[03:00:23] - Wydaje mi się, że najlepszą reklamą są bezpośrednie spotkania autorskie z czytelnikami. Czy to, czy to po prostu w szkołach, bibliotekach, w domach kultury. Bezpośrednie właśnie spotkania. To czytelnicy zapamiętują na całe życie takiego autora. Oczywiście inne formy reklamy też są bardzo dobre, aczkolwiek to bardzo rzadko się zdarza. To się zdarza już tylko autorom, którzy są naprawdę znani, ponieważ taka reklama jest bardzo droga i wydawców nie stać na tego typu reklamy.
[03:00:55] - Czyli mówi pani, że ta bezpośrednia pani zdaniem najlepiej działa. Ja również uważam, że bezpośredni kontakt z czytelnikiem daje pożądane efekty. I muszę pani powiedzieć, że pamiętam swoje pierwsze spotkanie autorskie, w którym brałam udział. Byłam wtedy może dziesięcioletnią dziewczynką. Mieszkałam na Pomorzu i do naszej szkoły przyjechał poeta, pisarz. Nazywał się Czesław Kurjata. Kilka dni temu dowiedziałam się, że pan Kurjata odszedł od nas na zawsze. Było mi bardzo przykro, ponieważ to był pierwszy żywy pisarz, z którym się zetknęłam. To jest bardzo silne uczucie. Dużo pani ma już wykonanych takich spotkań?
[03:01:41] - No nie potrafiłam tego policzyć, ale sporo.
[03:01:46] - Pani Agnieszko, ja chciałam bardzo serdecznie pani podziękować za naszą dzisiejszą rozmowę. Miałyśmy tutaj, proszę państwa, pewne perturbacje, ale mam nadzieję, że państwo nam wybaczą. Może nie za dobrą jakość naszej rozmowy. Natomiast myślę, że tematy, jakie poruszałyśmy z panią Agnieszką były bardzo ciekawe. Pani Agnieszka Korol, pisarka, nauczycielka, instruktorka tańca. Bardzo serdecznie dziękuję za to spotkanie, pani Agnieszko i mam nadzieję, że nasi czytelnicy będą dalej poszukiwali pani książek. A ja proszę, żeby słuchacze odwiedzali pani stronę facebookową Agnieszka Korol, gdzie znajdziecie państwo wiadomości na temat działalności pani Agnieszki, jej spotkań autorskich i tego, co nowego można znaleźć na księgarskich półkach jej autorstwa. Życzę pani wielu cudownych czytelników, którzy będą wyrażali swoją sympatię. Trzymam kciuki za następne pozycje i życzę też trafienia na tego jednego wspaniałego wydawcę, choć sama wiem, że jest to rzecz bardzo trudna. Miło mi było panią gościć i dziękuję za to, że pani zgodziła się ze mną porozmawiać.
Państwu dziękuję za uwagę i jeszcze raz zapraszam do książek autorstwa pani Agnieszki.
[03:03:14] - Dobranoc. Bardzo dziękuję za rozmowę i pozdrawiam wszystkich słuchaczy.
[03:03:19] - Dziękujemy bardzo i dobranoc państwu.
[03:03:22] - Dobranoc.
[03:03:25] - Pamiętacie Państwo? W ostatnim odcinku Bibliotekarium 2.0 odpaliłem pierwszą serię audycji Katarzyny Prychacz. Ta pierwsza seria ma nieco inny charakter. Ona ma charakter już niezabawowy. Już nie bawimy się literaturą, już nie puszczamy wodzy fantazji, tylko badamy pewne możliwości. Badamy. Robimy rodzaj takiej autodiagnozy. Czym twórczość jest? Jak powinniśmy do niej podchodzić? Z czym to się wszystkim wiąże?
To jest pierwsza seria. Zapraszam zatem na drugi odcinek owej pierwszej serii, noszący charakterystyczny tytuł: „Hejty i oceny”. Bo proszę państwa, każdy, kto sięga po pióro lub klawiaturę, musi się liczyć z tym, że wytwór jego fantazji, jego wyobraźni, jego pisarskiego talentu będzie oceniany. I uwierzcie mi państwo, to są cudowne momenty, kiedy was chwalą. Ale bądźcie gotowi, że ten sam utwór, który przez jednych wychwalany, wynoszony jest pod niebiosa, przez innych będzie oceniany krytycznie, a nawet hejtowany.
[03:04:53] - Halo, halo ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie witam was na zajęciach z Alchemii tworzenia. Skoro ja już jestem i wy już jesteście, to myślę, że możemy zaczynać. Alchemia tworzenia. Tak jak w poprzednim odcinku pozwolę sobie zacząć od cytatu. Oczywiście tym razem również zagości w audycji Salvador Dali: „Równie kocham swoich inteligentnych wrogów, jak nie znoszę głupców, którzy mnie bronią.” Jak zdradził wam tytuł odcinka, a także myślę, że w pewnym sensie cytat. Dzisiaj na tapet bierzemy oceny. Oczywiście też przy okazji hejty. Ale zanim o tych legendarnych hejtach, porozmawiajmy faktycznie o tym pierwszym, który wymieniłam. O ocenach.
Słuchajcie, warto, żebyśmy sobie uświadomili sami sobie jedną taką rzecz, że ocena jest właściwie czymś naturalnym. To jest taki swoisty odruch, który następuje po tym, co na przykład zobaczymy, po czymś, czego doświadczymy. Wiecie, tak po zestawieniu u nas w głowie obserwacji, którą poczyniliśmy wraz z konkretnymi wskaźnikami. No i teraz te wskaźniki to jest właśnie taka rzecz bardzo indywidualna. Każdy z nas zapewne posiada trochę inne zestawy. Natomiast tymi wskaźnikami to między innymi mogą być: nastawienie, nasze doświadczenie, różnego rodzaju traumy czy zwyczajnie nasze poglądy na daną rzecz, w danej kwestii. Co z automatu sprawi, że wiecie jak to jest, co osoba, to inna ocena. Było chyba kiedyś takie powiedzenie, że gdzie Polaków dwóch, tam trzy zdania. Wiecie, ogólnie zdaje się, że to powiedzenie miało oznaczać to, że naród polski jest rzekomo kłótliwy. No wiecie, czy to prawda, czy to nieprawda, każdy z nas sam już oceni.
Ale właśnie słuchajcie. No właśnie, dlaczego kłótliwy? Tak się teraz, jak już to powiedziałam, zastanówmy się chwilę nad tym. W dużej mierze właśnie pewnie nieraz się zdarzyło, że na przykład patrzyliście z kimś znajomym czy wręcz nawet nieznajomym, może to samo oglądaliście, a każdy z was zrozumiał to zupełnie inaczej. No i oczywiście potem doszło do dyskusji, czy do nawet nie dyskusji, tylko jakiejś bitwy na argumenty, czy może właśnie wręcz jakiejś walki o to, kto ma rację, a kto nie. No słuchajcie, prawda jest taka, że każdy z was, z osobników po jednej i po drugiej stronie miał rację. Ta nasza racja wynika właśnie z tych wskaźników, o których powiedziałam wcześniej. I tam też właśnie dzieją się nasze oceny. To tak naprawdę wszystko, co widzimy, przechodzi przez pryzmat tego właśnie, co mamy w głowie i tych wszystkich programów, poglądów i tego, co sobie tam w głowie pozbieraliśmy, sami ustawiliśmy czy czasami też nam ustawiono. I właśnie o te ustawienia tutaj chodzi i o tym dzisiaj będę wam mówić, między innymi o ustawieniach ze szkoły.
Ale zanim to, to jeszcze chciałam wam tylko zaznaczyć jedną rzecz. Pamiętajcie, tak jak mówiłam, to jest naturalny odruch. Ocenianie kogoś, czy tak samo jak ktoś nas ocenia, to jest coś naturalnego, ale przede wszystkim to jest w naszej głowie. A skoro jest w naszej głowie, to znaczy, że możemy tym zarządzać. Także tego się trzymajcie i o tym nie zapominajcie. No i co do szkoły. Słuchajcie, mamy system edukacyjny, jaki mamy. Nawet na przestrzeni lat widzę, że się zmienia. To nie temat na ten odcinek myślę, w którą stronę to się zmienia. Natomiast tak czy siak ta rzecz się nie zmienia, ponieważ często szkoła pokazuje nam, znaczy ona właściwie generuje w nas taki lęk przed oceną.
Może ja mam jakieś błędne odczucia, ale też zdarzało mi się nieraz na ten temat rozmawiać z innymi. Zresztą jeżeli wy macie też jakieś inne odczucia, to dawajcie znaka gdzieś tam w komentarzach czy mnie ścigajcie po sieci, z chęcią podyskutuję jeszcze. I teraz tak często System ocen, który mamy, pokazuje nam, że im ktoś ma wyższe oceny, tym jest lepszy, bardziej wartościowy, ważniejszy i tak dalej. A wiecie, nikt w szkole nie mówi o tym na przykład, że są różne rodzaje percepcji, że są różne metody uczenia i inaczej będzie się uczył wzrokowiec czy słuchowiec, a inaczej na przykład dotykowiec i kinestetyk. Ale niestety system tego nie przewiduje, więc najczęściej taki kinestetyk czy właśnie dotykowiec będzie miał utrudnione szanse w zdobywaniu tych wysokich ocen. A do tego czynnik ludzki, czy też to naturalne, że nauczyciel też jest człowiekiem i też ma prawo kogoś lubić lub nie lubić. Może ktoś zrobił złe pierwsze wrażenie. Sprawa złożona bardzo. Jest w psychologii coś takiego jak kotwica psychologiczna. Najprostszym przykładem na wytłumaczenie tego, cóż to jest, za chwilę powiem wam hasło, jakieś zdanie, które najprawdopodobniej każdy z was słyszał wielokrotnie w swoim życiu i zakładam, że większość z was odczuje podobne emocje.
Okej, tym zdaniem jest: „Wyciągamy karteczki”. Już kręcimy się wokół szkoły. Nie wiem jak wy. Ja na to hasło, to powiem szczerze, że nawet w życiu dorosłym, jak czasami na konferencjach ktoś sobie zażartował i powiedział: „Wyciągamy karteczki”. Przecież mieliśmy robić tylko notatki dla siebie, a jednak gdzieś w środku już się zrobił taki świst we mnie, jakby ktoś miał mnie teraz sprawdzać, oceniać, a w ogóle to wystawić te złe oceny. Oprócz takiej kotwicy, którą podałam za przykład, z pewnością w swoim życiu będziecie mieli wiele innych tego typu kotwic i to nie tylko ze szkoły. To może być coś, co może mama mówiła w domu, a może ktoś znajomy wam powtarzał. To też nie znaczy, że wszystkie są złe. Żadna nie jest zła w sumie. Mają tylko różne emocje.
Są takim nośnikiem, a to emocje później definiują, czy to jest dla nas fajne czy niefajne. Ale jak najbardziej mogą być też takie pozytywne kotwice, które faktycznie w waszym życiu wiązały się z czymś naprawdę niesamowitym. Oczywiście kotwicą może też być właściwie to wszystko, bo myślę, że i muzyka. Muzyka to jest też jedna z prostszych właściwie i chyba może nawet najbardziej znanych kotwic. Czyli coś, co przywołuje w nas jakieś emocje, takie zatrzymane jakby w czasie czy w tamtej chwili. Ale dobra, bo nie chciałam tak do końca o tych kotwicach. Na podstawie tych kotwic chciałam wam wytłumaczyć, że tak samo został w większości z nas zaprogramowany, zaszczepiony taki ten właśnie podprogowy lęk przed oceną. Takie coś, że muszę być najlepszy, czy muszę mieć same pozytywne oceny. Otóż słuchajcie. Nie.
Może wy sami tego doświadczyliście. Może też znacie osoby, które są przykładami na to, że wcale nie trzeba mieć najwyższych ocen i jakiegoś tam super hiper wykształcenia, żeby być wartościowym człowiekiem, czy żeby w ogóle osiągnąć gdzieś jakiś sukces. Słuchajcie, świat wygląda tak, że wartość obroni się sama, bo można mieć najlepsze oceny, już nawet nie tyle w dzienniku, co nawet opinie. Natomiast myślę, że jesteście świadomi tego, że opinie też można kupić. I teraz co mi po tym, że będę mieć najlepsze jakieś tam oceny napisane: „fajnie, brawo, super, podoba mi się”, kiedy na przykład nie będą szczere? Właśnie tak to działa. To w sumie trochę jest w tym cytacie z początku, że ta druga część: „Jak nie znoszę głupców, którzy mnie bronią”. Słuchajcie, bo czasami też przynajmniej mi się zdarzało zauważyć takie coś na przykład w dobie Facebooka, to przecież sporo osób się uzewnętrznia czy pokazuje swoją twórczość i tak dalej. I wiecie, czasami było tak, że zapoznając się z tą twórczością, to wcale nie było dobre. Nie chodzi mi teraz o to, od strony technicznej, czyli było tam na przykład dużo niedoróbek, coś nie grało.
I nie mówię tu teraz o pisaniu. Ewidentnie słychać było tam błędy. I teraz tak. Oczywiście, że super, że ktoś zaczął coś robić i się tym dzieli i pokazuje. To jest naprawdę mega. Natomiast komentarze pod tym wszystkie były takie, że: „wow, super, pięknie” i w ogóle tego typu rzeczy. Nic tam, żadnych uwag, które mogłyby coś wnieść, bo nawet mówi się o konstruktywnej krytyce i o negatywnych uwagach. O tym też zaraz porozmawiamy. Natomiast pozytywne uwagi mimo wszystko też mogą coś pokazać. A jeżeli ktoś napisze tylko: „ale ładne”, to w sumie to nam też dużo nie daje feedbacku czy jakichś informacji większych.
I tak sobie pomyślałam, że przez takie komentarze, tylko takie, bo nikt się nie odważył chyba napisać komentarza jakiegoś neutralnego, czy może gdzieś jakiejś uwagi, co by można było poprawić, to ta osoba trwała w przekonaniu, że ona jest super, że ona już nic nie musi poprawiać i że to jest gotowe, że to się nadaje, żeby gdzieś dalej z tym pójść. To jest bardzo szkodliwe, bo ludziom się wydaje, że: „przecież to jest mój znajomy, to będę miły. Pochwalę go. Nieważne, że mi się nie podoba, ale pochwalę go, żeby mu było miło”. Może mu będzie miło przez chwilę, ale później będzie żył w jakimś zakrzywionym obrazie siebie lub właśnie usiądzie na laurach. Stwierdzi, że już jest pięknie, idealnie i nic więcej nie będę robił. Także wiecie, wszystko ma oczywiście swoje dobre i złe strony. Dobra, bo odbiegłam, więc wracam teraz do takiego zagadnienia. Jak już ustaliliśmy, że z tymi ocenami – myślę, że to temat taki, który gdzieś każdego z nas dotyka lub dotykał – jest to coś niekoniecznie przyjemnego. To jest też coś, co może sprawiać, że będziemy wstydzili się zwyczajnie opublikować swoje opowiadanie, bo co ludzie powiedzą?
A może tam było coś nieodpowiedniego i tak dalej. I już sami sobie w głowie generujemy jakieś potencjalne oceny. To są właśnie programy, które sobie wgrywamy, moi drodzy. Ale wszystko to ma gdzieś swoje źródło. Najczęściej wszelkie takie nasze, nazwę to może niedomaganiami, niezdarnościami, może nie. Niedomaganiami takimi, jeżeli chodzi właśnie o te programy w głowie, czy jakieś nawyki, czy odruchy. Większość z tych rzeczy ma swoje źródło właśnie w lęku. Lęk może mieć różne oblicza i może być wywoływany różnymi rzeczami. Tutaj ewidentnie jest to lęk przed tym, że ktoś nas źle oceni, a jeszcze, nie daj siła stwórcza, ktoś inny zobaczy tą ocenę i też o nas będzie myślał źle. I taka spiralka się nakręca.
To, co wam bym tutaj poleciła, to co też sama praktykuję, bo to nie tylko ten lęk z ocenami, to już gdzieś tam jednak mam poniekąd trochę za sobą, ale zawsze się coś znajdzie. Słuchajcie, to jest to, żeby spróbować rozpocząć relację ze swoim lękiem. Bo uwaga, jest wielu mądrych ludzi, którzy mówią, że z lękiem trzeba walczyć. Bierzecie miecze, tarcze, idziecie i walczycie z tymi demonami naszymi wewnętrznymi. Okej, jeżeli komuś to działa, proszę bardzo. Z tym że często ta walka nie jest równa, bo wy chcecie ją wygrać już, a ten lęk w was rozrastał się latami na przykład. Więc to i tak jest żmudna, ciężka praca, walka, a jak wiadomo, oprócz energii walka też zżera nas bardzo emocjonalnie. I to, co ja bym chciała wam zaproponować, to troszeczkę taki przewrotny system. Właściwie ja nie wiem, czy to nie jest takie trochę podejście analityczno-naukowe. Czyli mamy sobie jakieś coś i teraz warto się temu przyjrzeć i zastanowić się, co z tym dalej zrobić.
A że tutaj mówimy o emocjach, to moją propozycją jest właśnie rozpoczęcie takiej relacji. I teraz pierwszy punkt, który warto zrobić, to przede wszystkim zejść do tej swojej takiej otchłani. Mocne słowo, a już wcześniej padły demony. Słuchajcie, otchłań to jest coś, co pozornie, chyba nawet definicyjnie to jest czymś strasznym. Kojarzy się nam z czymś takim, że jest ciemno, duszno albo właśnie zimno, głucho. Tu każdy już z nas będzie tą otchłań pewnie czuł inaczej. Natomiast z pewnością chyba w większości przypadków każdy z nas będzie wiedział, że jest to jedna wielka niewiadoma. Nie mamy pojęcia, jak tam dokładnie jest, co tam będzie lub czego tam nie będzie. Ale że to, jak wcześniej było z procesem w naszej głowie, tak samo to jest jednak nasza otchłań. To jest część w nas, do której często sobie nie zaglądamy.
Zresztą często nam się mówi, żeby tam lepiej nie zaglądać. Po co? Można to ominąć. I oczywiście, że tak jest. Wszystko można. Pamiętajcie, wszystko można, dopóki wam to działa. Natomiast jeżeli chcecie zrobić coś porządnie, to polecam jednak ubrudzić ręce. Tutaj cudzysłów. Słuchajcie, o co mi chodzi z tą otchłanią? To w dużej mierze jest nic innego jak namierzenie źródła tego naszego lęku.
Oczywiście, że najprawdopodobniej myślę, że w większości z nas jest to ten lęk wyniesiony ze szkoły. Natomiast może to też być efekt właśnie jakiejś takiej traumy z dzieciństwa. I uwaga, bo większość ludzi słowo trauma kojarzy z czymś naprawdę katastrofalnym jakimś czy wypadkiem w ogóle dosłownie, jakimś drogowym czy coś. Natomiast traumą może być cokolwiek. Cokolwiek, co wywoła w nas taki wstrząs emocjonalny i to niekoniecznie pozytywny. Więc to wystarczy, że byliście bardzo mali, może ktoś w przedszkolu wam coś powiedział. Może wasza ulubiona nauczycielka była dla was niemiła, a może najlepszy kumpel was obraził. Zresztą tak też często powstają jakieś tam magiczne kompleksy i inne cuda-wianki. No dobra, ale nie o tym. Nie o tym, bo kurczę, ja tu jeszcze nie w połowie, a tu już tak dużo gadam do was.
A więc pomyślcie, co wywołuje w was ten lęk. I zaznaczam, że to może być jedna z najtrudniejszych części w tym całym procesie. Natomiast jeżeli poświęcicie chwilę i zadacie sobie te pytania, to gwarantuję wam, że wasz umysł zacznie wam podrzucać różnego rodzaju odpowiedzi, a sami już dalej będziecie czuli, o co tak naprawdę chodzi. A że przeprowadzacie, że tak powiem, ten dialog sami ze sobą, to też nie musicie niczego ukrywać czy się czegoś wstydzić, bo to jest po prostu wasz wewnętrzny dialog i nikt tego nie słyszy. Okej, słuchajcie, jak już namierzycie sobie takie to źródło lęku, to teraz warto przejść do takiego drugiego punktu, którym jest nic innego jak obserwacja. Czyli warto się tutaj zastanowić, czy te źródło lęku to ono w ogóle jest faktycznie aktualne. Wiecie, to może brzmieć tak trochę współcześnie z tą aktualizacją, ale najprawdopodobniej może się okazać, zakładając, że na przykład to jest związane z tą kotwicą ze szkoły, no to słuchajcie, przecież już nie jesteście w szkole, nie? Czyli te emocje były aktualne w szkole, ale teraz już nie jesteście w szkole. Jesteście dorosłymi ludźmi. Pewnie większość z was.
Tak prowadzicie swoje życie, kreujecie swoją rzeczywistość, swoje projekty i tak dalej. Może właściwie to już nie ma sensu, nie? A może na przestrzeni lat pojawiło się nowe, podobne źródło. Także zadawajcie pytania i szukajcie. Na pewno te odpowiedzi znajdziecie, bo w końcu są wasze. I dalej. Jak już zaobserwujecie sobie, spojrzycie, czy to jest aktualne, czy to jest nieaktualne, może to jest już zmienione, to warto teraz spróbować to zrozumieć. Tutaj mam takie pytanko pomocnicze: co mógłbym zrobić, żeby już tak się nie czuć? No i pewnie odruchowo często na takie pytania słyszę odpowiedzi: „No nic się nie da. Przecież gdyby się dało, to już bym coś zrobił”.
No pewnie tak, ale z drugiej strony, ile razy wcześniej o tym myślałeś? Ile razy sobie zadałeś takie pytanie? Albo ile razy w ogóle podjąłeś próbę zrobienia czegoś i sprawdzenia, czy to działa, czy to ci pomaga? A tutaj, skoro jest to takie trochę gdybanie, co mógłbym zrobić, to nic was nie ogranicza. Tu po prostu możecie sobie wypisać wszystko, co wam przyjdzie do głowy. Czy to będzie realne, czy to będzie nierealne, czy to będzie odpałowe, czy nie. Wypisujcie wszystko, co wasz umysł wam podrzuci, bo czasami można zrobić z tego całkiem realne combo. Kiedy już zrozumiemy bardziej tą istotę, ten nasz lęk, to warto byłoby się trochę do niego przekonać. Wiecie, to jest praca na naszym wewnętrznym przekonaniu czy takim właściwie nastawieniu i trochę poglądzie, bo często wydaje nam się, że lęk jest czymś złym, że to jest coś strasznego, złego i że nie powinno tego być. Natomiast doskonale wiecie, że lęki są i będą.
Natomiast to od was zależy, jak sobie do tego podejdziecie. Bo możecie się po prostu bać lęku. Jakie to poetyckie, nie? Możecie od tego uciekać, ale możecie się zatrzymać i dobra, chwila. Skoro jesteśmy na siebie, że tak powiem, skazani, to nawiążmy relację. Zobaczmy. I teraz jak się do tego przekonać? To proste pytanie. Co dobrego wynika z tego lęku? I pamiętajcie, zasada jest taka: bierzcie kartkę, wypisujcie i nie oceniajcie.
To jest coś takiego, co oceniać sobie będziecie później. Robić korektę tak, jak piszecie opowiadanie. Pierwszy szkic jest pierwszym szkicem. Potem się robi edycję czy gdzieś tam jakieś korekty, czy w ogóle się jeszcze tam jakieś rzeczy zmienia. Tak samo tutaj. To, co ci przychodzi do głowy, co dobrego ten lęk może nieść. Bo gwarantuję wam, że niesie dobre, że to może działać na waszą korzyść. Więc spróbujcie pomyśleć o tym jak o czymś właśnie, co wam sprzyja, a nie co was ma przestraszać, nie? I dalej, skoro już powoli zaczynacie się przekonywać do tego lęku, to czas wejść na taki poziom sympatyzowania. No i tutaj mam pytanko: jak ten lęk może mnie wesprzeć?
Czy cała ta sytuacja? Czyli to trochę podobne. Tak jak tam było szukanie tych dobrych cech, tak tutaj bardziej jakbyście chcieli te cechy użyć w terenie, czyli w tym, co robicie. Tam bardziej zastanawiacie się „ja jako człowiek, co czerpię z tego lęku?”. A tu na przykład możecie zastanowić się, jak taki lęk mogę użyć na przykład w rzeczach, które robię. I oczywiście bardziej w kierunku wspierania nas, tak? No i słuchajcie, to już jest taka nasza wstępna relacja. Trochę się już z tym lękiem zakumplowaliśmy. No i ostatnie mam takie pytanko. Właściwie takie aspekt jak akceptacja.
Bo pamiętajcie, ten lęk jest w was, jest częścią was i bardzo często jest bardzo ważną częścią was. Więc tak jak wcześniej mówiłam, nie ma co tego zabijać, bo to tak, jakbyście zabili kawałek siebie. Tylko warto to zrozumieć i zaakceptować. Ale oczywiście nikt wam nie każe akceptować tak po prostu, nie? Bo macie pełne prawo stawiać warunki, negocjować i tak dalej. Ale jak już zaobserwowaliście, przeanalizowaliście, zrozumieliście, zobaczyliście pod innym kątem, to teraz zaakceptujmy, co tam jest i o co w tym chodzi. No i tutaj pytanie pomocnicze: co lub kto ułatwi mi radzenie sobie z akceptacją oceny niezależnie od jej treści? Bo tu mówiliśmy o tym lęku przed oceną. No i sami wiecie, jakie emocje wam towarzyszą. I jeżeli faktycznie są to te negatywne emocje i coś, co naprawdę chcielibyście zmienić, bo może oceny was napędzają i to jest coś dla was pozytywnego, więc myślę, że nie do końca ten problem was dotyczy po prostu.
A może jeszcze coś trzeba podszlifować, to spróbujcie, zastanówcie się. No i właśnie może macie kogoś w otoczeniu, może potrzebujecie mieć kogoś w otoczeniu. Tak? To doprecyzujcie, kim by miała być ta osoba. A może potrzebujecie jakiejś grupy wsparcia? Może jakiegoś beta readera czy jakiejś osoby, która będzie sobie wasze projekty testowała, ale wiecie, że będzie wam dawała konstruktywną krytykę, a nie klepała was po pleckach i mówiła, że wszystko jest super, bo ona przecież was lubi i nie chce was skrzywdzić, nie? Pomyślcie nad tym. Akceptacja oceny, niezależnie od jej treści, też jest istotna. Tak jak mówiłam wcześniej, oceny mogą być pozytywne i negatywne. Te pozytywne oceny też mogą nie być do końca budujące dla nas.
Taki paradoks. Jeżeli sobie przeanalizujecie wasz problem na podstawie tych pytań, które podałam, czy tymi poszczególnymi podpunktami, czyli ta otchłań, źródło lęku, problemu, obserwacja, zrozumienie, przekonanie, sympatyzowanie i akceptacja, to już i tak wam zrobi robotę. Dobra, słuchajcie, i teraz dalej. Obiecałam, że jeszcze będziemy mówić o hejcie. To mówmy. Ja ogólnie jestem z tego obozu, że uważam, że hejtu nie ma, że są opinie, a że niektóre są mniej poetycko wygłaszane, to inna sprawa. Mówiąc o hejcie, warto byłoby zaznaczyć jedną ważną rzecz, o której mam wrażenie, że dzisiaj zapominamy. Hejt nie jest polskim słowem, a jednak został dzisiaj tak wchłonięty, że wszędzie każdy rzuca na lewo, na prawo tym hejtem, że już w pewnym momencie hejtem nazywana jest konstruktywna krytyka. Chyba nie o to chodziło, nie? Hejt to jest nienawiść.
Po angielsku to słowo oznacza nienawiść, a nienawiść jest uczuciem, nie? I teraz uwaga: jeżeli jakieś uczucia w jakimś kierunku wytwarzamy, to często wymaga to naszej uwagi. Z kolei nasza uwaga wymaga naszego czasu. Nie wiem, czy wiecie, ale czas jest najcenniejszym dobrem, które możemy komuś podarować. Nie musicie się oczywiście z tym zgadzać, niemniej ja lubię tak o tym myśleć. Jeżeli pomyślicie o hejcie w ten sposób, jak o tej nienawiści i jeżeli to faktycznie będą komentarze, które będą pisane tylko po to, żeby wyznać wam nienawiść, to czemu macie się na to złościć? Bo ja mam wrażenie, że ludzie na ten hejt reagują agresją. Ale pomyślcie sobie, ile taki hejter musiał poświęcić czasu i uwagi. Może nie zawsze się zapoznają z naszym dziełem, ale jednak gdzieś musiał chociażby usiąść, otworzyć program i zacząć pisać ten swój magiczny komentarz. On wam ofiarował, moi drodzy, swój czas.
Może zamiast się na niego złościć, warto by mu podziękować za jego opinię, uwagę i czas i się nie złościć. Nie generować w sobie niepotrzebnych złych emocji. Co więcej, takie zachowanie może niektórym się wydawać naiwne, ale często jest to zbiciem przeciwnika z tropu, bo zwyczajnie reagujecie niestandardowo. Przecież zapewne ten jadowity komentarz był napisany po to, żeby was sprowokować, żebyście się zezłościli, żebyście wygenerowali te złe emocje i tak dalej. Stąd te magiczne hasła „nie karm trolla”. Wszyscy wiemy, o co chodzi, a jednak większość z nas daje się porwać tym emocjom. Warto nie zapominać, że póki co po drugiej stronie ekranu w większości są ludzie. I nie ma co psuć sobie krwi. Powiem wam, że dosłownie, bo wszystkie te negatywne emocje wpływają na nasze ciało fizjologicznie. Zmienia się nam chemia.
Tak jak podczas zakochania mamy inny skład chemiczny, inne rzeczy się aktywują, tak samo podczas stresu, złości i tak dalej. Zadbajcie o siebie i starajcie się zrozumieć, że nie ma co się złościć, bo to wam najzwyczajniej w świecie nic nie da. Nikomu to nic nie da. Co najwyżej może dać takiemu hejterowi radochę. To jedyne dobre, co z tego może wyjść. Ale nie dla was. Tak jak mówiłam, po co psuć sobie krew z powodu, że ktoś myśli inaczej? Pamiętajcie: ten człowiek, ten hejter ma inne doświadczenia, inne przeżycia, inne traumy, inne lęki i tak dalej. Wiecie już chyba, do czego zmierzam. To oznacza, że on jak najbardziej ma pełne prawo reagować inaczej niż wy.
Niezależnie od tego, z jaką intencją to robi, bo intencja też tu robi swoje. Natomiast tak czy siak to są jego problemy, jego lęki, jego intencja, jego komentarz. To znaczy, że one was nie dotyczą, bo nie są wasze. Ale warto mu podziękować. Wykonał pracę, napisał coś. Podziękować i tyle. Myślę, że tak można wyjść z tego z twarzą, bo wiecie Oczywiście, że wy też macie pełne prawo reagować tu emocjonalnie. Jeżeli tak czujecie, chcecie, to wchodźcie w tę dyskusję. Natomiast pewnie już większość z was wie z doświadczenia, że to nie ma sensu, że ta dyskusja się może toczyć właściwie w koło. Jak to mawiał klasyk: „I koło zatoczyło okrąg”.
Dosłownie, bo ta dyskusja, ta wymiana zdań nie będzie prowadziła donikąd, a będzie tylko generowała w was niepożądane emocje. Także pomyślcie, jeżeli chcecie odpisać na taki komentarz, czy faktycznie miks waszych emocji z emocjami waszego hejtera przyniesie wam cokolwiek dobrego, pozytywnego czy produktywnego? Czy to faktycznie popchnie was do przodu? Bo może warto sobie nie zawracać tym głowy. Oczywiście, że można banować, usuwać. Natomiast ja uważam, że to chyba nie tędy droga, bo każdy z nas ma prawo chyba jeszcze wydać jakąś opinię i nawet jeżeli to będzie opinia pokroju: „To jest do chrzanu, umrzyj”. Przecież to nie rozkaz. To nie jest wpis do akt. To jest po prostu jakiś komentarz w internecie człowieka, który może ma jakiś problem, a może wręcz jest tak samotnym człowiekiem, że potrzebuje jakiejkolwiek uwagi, a jedyne, co wydaje mu się najprostsze i jedyne, co mu się wydaje, że potrafi zrobić, to jest właśnie takie zaczepianie ludzi w internecie. Może właśnie pomyślcie o nim jako o kimś, kto sobie trochę zabłądził w życiu i to wiadomo, jego życie i on sobie tam będzie błądził albo nie błądził.
Ale wy to, co możecie zrobić, to po prostu okazać mu wdzięczność i zrozumienie i powiedzieć: „Dziękuję panie hejter za pana czas i uwagę”. Dobra, tak trochę to pół żartem, pół serio. Oczywiście jeszcze mi się dużo nie zdarzyło nie wiadomo jakiego hejtu czy czegoś. A może się zdarzyło, tylko nie zauważyłam. Na pewno w życiu nieinternetowym mi się zdarzyło. Ale szybko nauczyłam się po prostu sobie to przekładać na coś takiego, że to są czyjeś oczy, czyjeś doświadczenia i to jest czyjś obraz w jego głowie. I to wcale nie znaczy, że ja mam mieć taki sam i ja się mam z nim zgadzać. Także pamiętajcie, każdy z nas widzi świat inaczej, czuje świat inaczej. I tak samo jeden będzie mówił pięknym językiem i napisze bardzo ładną krytykę, a inny ma bardzo ograniczony zasób słów i napisze trzy słowa albo jedno. Możecie oczywiście podziękować, możecie spróbować dopytać, czy może zechciałby napisać, co takiego złego tam było, bo może faktycznie ta osoba powie wam coś.
Może jednak coś się da z tego wykrzesać, ale to sami będziecie też wiedzieli, na ile jesteście gotowi. Bo może macie też jednak inne rzeczy w sobie gdzieś nieprzepracowane, które by się mogły nakładać, ale to sami doskonale będziecie wiedzieli. Ja polecam takie rozwiązanie. Od kiedy zaczęłam je stosować, to w ogóle dużo więcej takiego luzu, dystansu i właściwie to mnie nie obchodzą oceny. To jest to, że ja nie reaguję na nie emocjonalnie. Po prostu czytam i szukam konkretów. Jak nie ma konkretów, no to nie ma. Jak są super, myślę nad tym i zastanawiam się, jak mogę je zastosować albo czy się z nimi w ogóle zgadzam i czy uważam, że one są potrzebne. Czy to faktycznie ta uwaga, jeżeli ją zastosuję, to czy ona faktycznie wyniesie mój projekt na wyższy poziom? Także też nad tym myślcie, bo nie każda krytyka...
Nie da się wszystkim dogodzić, ale przede wszystkim to jest wasz projekt i to wy macie być z niego dumni i zadowoleni. Także wszelkiego rodzaju ulepszenia mają tylko wspierać ten projekt, a nie go, tak jak lubię mówić, mają go rozwijać, a nie zwijać. I tutaj jeszcze pod koniec też taka podpowiedź, że może myśleć bardziej o komentarzach jak po prostu o feedbacku. Nieważne, czy to będzie pochwała, krytyka, ocena, opinia, hejt, czy tam dopiszcie sobie jeszcze jakieś inne synonimy i określenia. Pomyślcie o takim feedbacku, czyli o takiej dosłownie odpowiedzi z otoczenia, jakiejś reakcji. Także też niepolskie słowo, ale myślę, że ono jakoś tak brzmi chyba lepiej niż hejt. Tak myślę. Może się mylę, a może po prostu ja to tak czuję. Co do wdzięczności i zrozumienia, to tak jak mówiłam, podziękujcie, ale też uwaga, żebyście mimo wszystko nie wchodzili później w dyskusję, bo sami będziecie wiedzieli, jeżeli faktycznie ta osoba się otworzy i jednak napisze coś więcej, no to okej. Natomiast jeżeli dalej będą leciały w waszą stronę jakieś tam obelgi czy jakieś dziwne teksty, to już nie traćcie czasu.
To jest to, że nie inwestujcie czasu zwyczajnie w rzeczy i sytuacje, które was nie rozwijają. Podjęliście jedną próbę, okazaliście wdzięczność. Dziękuję, do widzenia. Prosto. To też, tak jak mówiłam wcześniej o tej naiwności, to trzeba po prostu się pilnować, żeby też... Są ludzie tacy o tak dobrym sercu, że oni do ostatniej chwili będą walczyli i walczyli, i próbowali. Sami wiecie, że po prostu jak ktoś nie chce tej pomocy, to nie ma co o niego walczyć, bo to on sam ma o siebie zawalczyć. Tak samo wy w tym wypadku musicie zadbać o siebie, ale nie agresją. Pamiętajcie, każde banowanie, usuwanie dla mnie osobiście to jest agresja, to jest takie Coś jest niewygodne, to przykryję to kocem, żeby tego nie widzieć. Co to jest za problem zrobić kolejne konto?
Z tego, co wiem, na YouTubie można mieć jedno konto i wystarczy generować nowe kanały i tak można w nieskończoność komuś uprzykrzać życie. Ale każdy z nas ma swoją strategię. Trochę mówiłam o tym, co do drugiej części cytatu, czyli „głupcy, którzy mnie bronią” z początku. Tak jak mówiłam o tym klepaniu po pleckach, bo kogoś lubię. Nie powiem mu, że coś jest złe, że robi źle, bo przecież nie zrobię mu przykrości. Tak jak Dali zasugerował, on pewnie mówił w innym kontekście, ja to sobie tak zrozumiałam. To są głupcy, mimo że ci ludzie chcą dobrze dla was, ale nie myślą o późniejszych konsekwencjach tego działania, bo to będzie dobre chwilowo, ale później może was wprowadzić w dziwny stan, w takie przekłamanie. Ale najgorsze w tym jest to, że możecie przez takie komentarze przestać się rozwijać. Oczywiście jak ktoś ma ochotę, proszę bardzo. To nie znaczy, że każdy z nas ma się rozwijać.
Natomiast myślę, że sami wiecie, że im dłużej nad czymś się pracuje i im dłużej czemuś się człowiek poświęca, to zwyczajnie ma lepszą jakość. Myślę, że zbliżamy się ku końcowi. Za chwilkę, pewnie jeszcze po mojej audycji, tak jak ostatnio, będziecie mieli jakąś zacną muzyczkę. Oczywiście zachęcam, żebyście może i uruchomili swoją. A tymczasem ja was zostawię z zadankiem, tak jak ostatnio, z ćwiczonkiem, który może pozwoli wam łatwiej do tej waszej otchłani wejść. Ja już się powoli z wami żegnam. Dziękuję serdecznie za waszą uwagę i czas. Mam nadzieję, że jak będą komentarze, opinie czy hejty, również dziękuję i zachęcam do śledzenia audycji. Póki co plan jest raz w tygodniu, tak że myślę, że widzimy się za tydzień. Trzymajcie się, dużo ciepełka, zdróweczka, cieszcie się śnieżkiem, póki jeszcze jest.
O ile jest, bo w sumie nie wiem, czy jest i u kogo, gdzie. Do usłyszenia. A tymczasem ćwiczenie. Będąc w otchłani, wybierz któryś ze swoich lęków i nadaj mu nowe imię i nowy wygląd i cokolwiek jeszcze zechcesz. Wszystko to, co sprawi, że będziesz chciał poznać się z nim lepiej. To tak trochę może jak ten bogin z szafy z „Harry'ego Pottera”. Tylko pamiętajcie, nie idźcie w kierunku ośmieszenia, tylko w kierunku zakumplowania się. Ubierzcie ten lęk, nadajcie mu imię i wybierzcie się gdzieś na dobry trunek do baru. Trzymajcie się i powodzonka. Pa!
[03:43:08] - I proszę państwa, to już koniec na dzisiaj. To już koniec kolejnego odcinka „Bibliotekarium 2.0”. Oczywiście za tydzień odcinek 96. Dziwnie się te cyfry układają. No dobrze. 96. odcinek „Bibliotekarium 2.0”. Zapraszam bardzo serdecznie. Znowu będziemy podróżować po oceanie literatury, ale nie tylko, filmów. W przyszłym tygodniu filmów.
Być może na chwilę zrobimy odstępstwo od rytmu wakacyjnego, serialowo-perłowego. Tego jeszcze nie wiemy. Jeszcze trwają negocjacje, jeszcze kombinujemy z Piotrem Cielebiasiem, jak to będzie. Zobaczy się w przyszłym tygodniu. Ja już dzisiaj pięknie państwu dziękuję za spotkanie. Polecam się na przyszłość. Życzę wspaniałego wakacyjnego weekendu i do usłyszenia za tydzień. Pozdrawiam i dziękuję.
[03:44:20] - A mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.