[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. 3 maj - dla konsumentów książek i filmów błogi raj. A więc zaczynamy w tę majówkę 2024 roku kolejne spotkanie w Bibliotekarium 2.0 Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:43] - Dzień dobry wieczór państwu. Dzień dobry wieczór w ten majówkowy wieczór. Tak sobie myślę, czas to jest nieuczelniany, nieakademicki. W związku z tym ta dzisiejsza audycja, tak sobie to zaplanowałem, będzie nieco luźniejsza w sensie godzinowym. Nie będzie się ciągnąć tak długo, co nie znaczy, że się zaraz skończy. Aż tak źle nie. Natomiast nie będziemy jej ciągnąć. Wiem, że w czasie takim feryjnym, wakacyjnym ludzie mają fajniejsze rzeczy do roboty niż słuchanie długich audycji. To naprawimy już w tygodniu następnym. Wtedy będzie normalne Bibliotekarium 2.0, takie pełnowymiarowe, z pełną obsadą, jeśli chodzi o audycję.
Dzisiaj też tak lajtowo. Na przykład za chwilę nie będzie korepetycji filozoficznych, bo w końcu naprawdę to jest czas, w którym należy odpoczywać, oddychać pełną piersią oraz wolnością. W związku z tym korepetycje filozoficzne to może nie jest do końca to, o czym wszyscy marzą, czego wszyscy chcieliby słuchać. Więc sobie dzisiaj korepetycje filozoficzne podarujemy, ale nie podarujemy sobie zapowiedzi wydawniczych, a właściwie nie tyle zapowiedzi, co nowości. Bo książki, które przygotowałem na dzisiaj, to są książki, które wyszły kilka dni temu, ewentualnie kilkanaście, ale tak naprawdę na rynku to są nówki, nie rdzewki, a w dodatku książki, które warto poznać, warto je przeczytać. Wyglądają bardzo interesująco, przynajmniej po zapowiedziach sądząc. A udajemy się dzisiaj, proszę państwa, do wydawnictwa Czwarta Strona. Czwarta Strona przygotowała książek całkiem sporo, ale 24 kwietnia wyszła książka Hanny Greń „Ci, którzy zostali”. Co czytamy na temat tej książki? „Ten, kto wyrządza krzywdę, musi liczyć się z zemstą.
Zaginięcie dziewczynki, tragiczny wypadek motocyklistów, śmierć młodej kobiety, gangsterskie porachunki. Każde z tych wydarzeń wymaga zdecydowanej interwencji policji z Bielska-Białej. Dochodzenia okazują się o wiele bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Pojawiają się konflikty interesów. Kłamstwa przechodzą przez gardło łatwiej niż prawda, a żądze okazują się silniejsze niż rozsądek. Niełatwo odkryć, gdzie czai się największe zagrożenie i zapobiec eskalacji zła. Nadkomisarz Oskar Superson musi podjąć ryzykowną grę. Stawką jest jego kariera i życie dziecka. Jeśli popełni błąd, może doprowadzić do tragedii”. To, proszę państwa, była zapowiedź, a właściwie rekomendacja pierwszej książki Hanny Greń „Ci, którzy zostali”.
Sięgam dalej i przed nami książka, która ukazała się 10 kwietnia. Jakby nie liczyć 20 dni temu. Nie, troszeczkę więcej, bo w końcu trzeci dzień maja. Autorką jest Weronika Mattia. Tytuł: „Szept”. „By poznać prawdę, stań na brzegu jeziora i wsłuchaj się w jego szept. Iława. Na brzegu jeziora znaleziono martwą nastolatkę. Młodsza inspektor Dominika Sajna po trzech latach przerwy ma nadzieję powrócić do wydziału kryminalnego i przyjrzeć się sprawie morderstwa Kai Dolnej. Tym bardziej że znajomy kapelan więzienny podaje w wątpliwość winę aresztowanego Piotra Janika.
Żyjący w swoim świecie, wyobcowany chłopak jest łatwym celem. Ale czy to oznacza, że jest zabójcą? Jedno jest pewne: on i jego rodzina mają wiele tajemnic. Jesienią 1973 roku zaginęła ciotka Piotra, osiemnastoletnia wówczas Anna Janik. Do tej pory los dziewczyny pozostaje nieznany. W tej powieści nic nie jest oczywiste i niełatwo ocenić, kto tak naprawdę jest winnym, a kto ofiarą. Chęć odkrycia prawdy zaprowadzi bohaterów nad brzeg iławskiego jeziora. Weronika Mattia zachęca, by wnikliwie wsłuchać się w jego szept”. Pisarka Ewa Szczedryga napisała o tej książce Szept chwyta za serce. Znajdziesz tam silne emocje i te najczulsze i przepełnione zemstą i chłodem.
Poczujesz, jak ta elektryzująca historia w tobie ożywa i że masz jej bohaterów tuż pod skórą. Gorąco polecam. I tradycyjnie trzecia książka. 10 kwietnia ukazała się książka zatytułowana „Zasady gry” Jay Wildera. On jest gwiazdą hokeja, najlepszym przyjacielem mojego brata i chłopakiem, w którym jestem zakochana od siódmego roku życia. Problem? Nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Tylko dlaczego zakrada się do mojego pokoju, kiedy śnią mi się koszmary? Czemu jest zazdrosny, kiedy idę na randkę? I dlaczego ma na żebrach tatuaż z datą moich urodzin?
O Lucasie Knightcie może powiedzieć wiele rzeczy. Jest zaborczy, zazdrosny i nadopiekuńczy. I możliwe, że po prostu we mnie zakochany. Tak, proszę państwa, ja wiem, że tego rodzaju notki nie sprawiają, że wiemy coś więcej o książce, ale przynajmniej część z nich sprawia, że stajemy się żywo zainteresowani. Ja przynajmniej dwiema książkami z tego dzisiejszego zestawu jestem poważnie zainteresowany. Nie wiem, jak państwo. Myślę, że wszystkie trzy zasługują na uwagę. To, że wybrałem tylko dwie, to raczej sprawa moich prywatnych, osobistych zainteresowań i wybierania takiej poetyki, która najbardziej mi odpowiada. Stąd taki, a nie inny wybór. Ale tak na sucho, tylko po treści zapowiedzi sądząc, wydaje mi się, że wszystkie trzy propozycje warte są grzechu.
A teraz, proszę państwa, w tym feryjnym wydaniu „Bibliotekarium 2.0” czas na „Filmotekarium”. Dzisiaj wojna domowa. Ale nie, to nie o tę wojnę domową serialową chodzi. To chodzi o jeden z najnowszych amerykańskich filmów „Civil War” z plejadą naprawdę niezłych aktorów. I z takim wątkiem political fiction, a więc takim wątkiem, który i Piotra, i mnie zawsze bardzo interesuje. Zapraszam zatem na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór, Piotrze. „Filmotekarium” czas zacząć.
[08:55] - Tak, zacząć z przytupem, bo dzisiaj film, który możecie nadal zobaczyć w kinach i to będzie jedna z tych audycji, w których będziemy omawiać filmy właśnie goszczące na wielkim ekranie. Formalnie jest on prezentowany jako film wojenny. Natomiast że on trafił do „Filmotekarium”, to musi oznaczać, że ma w sobie jakiś ładunek fantastyczny. W tym wypadku mamy do czynienia z historią alternatywną. Reżyserem filmu, o którym dzisiaj opowiemy, jest Alex Garland, a w głównej roli albo chyba w jednej z głównych ról widzimy Kirsten Dunst. I tak naprawdę to jest trochę jak „Północ, Południe” przeniesiona na nasze czasy. Dobrze, niedokładnie, ale film opowiada o wojnie domowej w Ameryce toczonej między stanami lojalistycznymi, jak się je nazywa, a resztą. I na te stany lojalistyczne składa się na przykład Nowa Anglia, taki centralny pas pośrodku, ale są jeszcze trzy armie wrogie: Unia Florydzka, Siły Zachodnie oraz Nowa Armia Ludowa. I oni się tłuką. A film, o którym mowa, to „Civil War”.
[10:20] - Tak, wojna domowa. Już państwo wiecie, że to nie chodzi o serial z lat 60., polski serial, tylko o całkiem nowe dzieło hollywoodzkie. I ja, proszę państwa, muszę się uderzyć w pierś, bo przed obejrzeniem tego filmu postanowiłem sprawdzić, co na jego temat sądzi czołowy publicysta filmowy naszej epoki, przynajmniej w Polsce, czyli pan Raczek. Odpaliłem odnośny film, obejrzałem i nawet mnie te zachwyty przekonały. Potuptałem, żeby obejrzeć film. I dlaczego się chcę uderzyć w pierś? Dlatego, proszę państwa, że ja myślę, że ja nie myślę tak jak pan Raczek. Pan Raczek jest specjalistą od kina, człowiekiem, który o kinie, o filmie wie wszystko albo prawie wszystko. On dostrzega niuanse, dostrzega pewne lekkie drgnienia czy drżenia i w ogóle widzi wszystko artystycznie, wspaniale i cudownie. Okej, to jest pewna perspektywa, o której ja muszę powiedzieć, że ja jej po prostu nie mam.
Ja, jak państwo to zauważyli w toku historii „Filmotekarium” Ja na filmy troszeczkę inaczej spoglądam. Już nie chodzi o zabawowe mówienie, że się strzelają, ale trochę na inne elementy w filmie zwracam uwagę. Tymczasem pan Raczek mówi o wielkiej, wspaniałej historii. O tym, że przemiana następuje, bo ta przemiana ponoć w kinie jest najważniejsza, żeby ta przemiana w bohaterze nastąpiła. I ta przemiana następuje. Mamy młodą fotoreporterkę i starą fotoreporterkę i następuje przekazanie pałeczki. Ja tu częściowo bardzo niedokładnie i z pamięci cytuję pana Raczka, ale mniej więcej o to chodzi. Jest podróż, jest film drogi. To wszystko niby jest prawda. To jest film, który może wstrząsnąć i wstrząsnął mną.
Pełen emocji po tym seansie byłem. Tego się nie da ukryć. To jest film, który zostawia w nas ślad. Pewne sceny z tego filmu pamiętam i chyba już na zawsze je zapamiętam, bo pokazują one nie tylko koszmar wojny, szczególnie wojny domowej, ale też banalność. Tak jak mówiono kiedyś o banalności zła, tak banalność wojny i banalność umierania na tej wojnie jest wstrząsająca. Ta przemiana, do której nawiązywałem, też jest. Tylko nie wiem dlaczego, ale mam takie wrażenie, że coś nie pykło w tym filmie. Szczególnie w drugiej jego części. To jest moja prywatna teoria. Wybaczcie, jeśli ona naruszy państwa wyobrażenia o kinie, o filmie w ogóle.
Mam takie przekonanie, że filmowy mainstream traktuje wszelkie przejawy fantastyki, a tu mamy do czynienia z fantastyką politologiczną, political fiction, alternatywna historia oczywiście. I traktuje tego rodzaju rozwiązania jako: czasami są nam potrzebne, my, artyści, musimy ich użyć, ale z należytym obrzydzeniem. I to niestety widać, że ta Ameryka ogarnięta wojną domową, którą przemierzamy z głównymi bohaterami, momentami jest przytłaczająca, przygnębiająca, ponura i rzeczywiście oddaje atmosferę wojny domowej. Ale są też momenty w tym filmie, co do których nie można oprzeć się wrażeniu, że są zrobione po łebkach, sztampowo. Są zrobione w sposób umowny, takim mrugnięciem oka. To wszystko nie jest na poważnie. Chodzi o to, żebyście wiedzieli, że to się jakoś musi skończyć, ale to jest taki skrót myślowy. Takie odniosłem wrażenie, szczególnie obserwując ostatnie 15 minut filmu, że to jakoś tak nie do końca do mnie przemawiało. Tam jest kilka momentów, które moim zdaniem są absurdalne. One oczywiście pasują do ogólnej koncepcji i ja się wcale nie dziwię, że pan Raczek zachwycił się tym filmem, bo tam musi nastąpić przemiana bohatera, następstwo, musi dojść do jakiegoś katharsis i tak dalej.
To wszystko oczywiście tam jest. Tylko pytanie, czy to wszystko osiągnięto takimi środkami, jakimi należało to osiągnąć. Bo moim zdaniem szczególnie te ostatnie minuty, może nie 15, może 20 albo 30 minut filmu trzeba było zrobić troszeczkę inaczej. Troszeczkę bardziej na poważnie, mniej komiksowo. A wówczas wymowa tego filmu byłaby porażająca. Bo pierwsza połowa filmu to jest podróż przez Stany Zjednoczone, a właściwie już nie Stany Zjednoczone, tylko kraj ogarnięty wojną domową, brutalną, bezwzględną. Taką, w której czasami parszywe jednostki wykorzystują ten czas po to, żeby sobie coś udowodnić, żeby coś udowodnić komuś innemu, żeby dać upust swoim żądzom, swoim obsesjom i tak dalej. Czas chaosu, czas tego, że po prostu życie ludzkie nie ma żadnego znaczenia. To wszystko widzimy, to jest. I później przeskakujemy do drugiej części filmu, która bardziej się nadaje do komiksu.
I ja rozumiem, że Kirsten Dunst kiedyś, dawno temu występowała w "Spider-Manie", ale to jeszcze wcale nie powoduje, że końcówka tego filmu powinna być komiksowa. Wybaczcie państwo, to taka drobna złośliwość, ale musiałem ją z siebie wyrzucić, bo To chyba ze złości zrobiłem, bo moim zdaniem w tym filmie był potencjał na zrobienie czegoś, może nie na miarę "Czasu Apokalipsy", ale zrobienia czegoś, co naprawdę ludźmi wstrząśnie. Myślę, że ten film nie wykorzystał tej szansy. I wiem, że ci wszyscy, którzy wierzą panu Raczkowi, w tej chwili ich już straciłem i już w ogóle jestem nieobecny i się nie znam. Przyjmuję to z pokorą, ale pozostaję przy swoim zdaniu.
[18:55] - Tak, uszczypnąłeś Raczka, chce się powiedzieć. Ale powiem ci, zabawne jest to, że ja też, chociaż żeśmy nie rozmawiali o tym filmie przed nagraniem, też zwróciłem uwagę na to, co on pisze, ale o tym powiem za chwilę, chociaż bardzo go lubię. Po tym nieco przydługim wstępie na temat "Civil War" przejdźmy może do szybkiego opisu, co się tam dzieje, bo tak naprawdę ten film się kręci wokół zamysłu dwójki doświadczonych reporterów, dziennikarzy, jak zwał, tak zwał, którzy się wybierają, żeby przeprowadzić wywiad z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Prawdopodobnie ostatni wywiad, ponieważ się spekuluje, że Waszyngton na dniach upadnie. I oni się wybierają w tą niebezpieczną podróż przez ogarnięte wojną Stany. A główna bohaterka grana przez Dunst to jest doświadczona reporterka wojenna, w zasadzie fotoreporterka. I tutaj tak, Marku, w tym filmie to widać. Wielokrotnie mamy eksponowane kadry, często bardzo brutalne, z walki czy śmierci żołnierzy. Mamy takie przebitki czarno-białe. Do tego jeszcze za chwilę przejdę, ale tej dziennikarce, tej fotoreporterce partneruje Joel, który prowadzi samochód, którym jadą do Waszyngtonu i z tego, co zrozumiałem, to on miał zadawać prezydentowi pytania.
To jest ważne, bo w końcowych sekwencjach filmu widzimy, że ten facet to w zasadzie nie wiadomo po co jest. Na krótko przed tym, jak oni zamierzają wyjechać do stolicy, dochodzi do nietypowej sceny. Dwóch scen. Główna bohaterka ratuje życie młodej fotoreporterce, takiej bardzo młodej. Mamy takie wrażenie, że to jest dziecko z aparatem. Potem rozpoczyna nam się kino drogi, ale nim ono się rozpocznie, to mamy scenę, w której ci dziennikarze siedzą ze swoim starszym kolegą i nagle dyskutują, montują sobie drużynę, jak tam pojadą. Okazuje się, że jadą w trójkę. Nagle ta dziewczynka do nich się doczepia ni z tego, ni z owego. Okej, zabieramy ją, jedziemy. Super.
Wszystko jest okej. To jest nierealistyczne. To jest dziwne już na samym początku. Potem otrzymujemy to kino drogi. Oni jadą i jadą. Mijają opustoszałe domy, ale też regiony, gdzie się wszystko toczy w miarę normalnie, bo dowiadujemy się, że są takie miejsca, które się nie mieszają w konflikt i tam jest w miarę okej. Ale oni też poznają tą brutalną stronę wojny. Widzą, że są fanatycy, którzy dokonują brutalnych czystek. Tam są pokazane czystki etniczne w Stanach Zjednoczonych dokonywane przez osoby, które dzielą kraj na prawdziwych Amerykanów i tych podrabianych. Ogólnie czym to się kończy?
Wiesz co, chyba nie możemy zdradzić za dużo, bo to jest film, który jest w kinach. On pewnie w ogóle będzie jeszcze tematem rozmów przez jakiś czas, dlatego, że zbliża się kampania prezydencka w Stanach Zjednoczonych i naturalnie ten film jest z nią w jakiś sposób związany. Natomiast chyba możemy powiedzieć, że tam zostaje przekroczona pewna bariera psychologiczna. Mówię o tych finałowych scenach. Nie wiem, chyba nie możemy mówić, chyba że nam się wymsknie za chwilę. Ale ja też mam mieszane uczucia odnośnie tego filmu. Najlepiej będzie omówić na przykładzie tych naszych plusominusów chyba, bo cóż, mamy kino drogi, mamy to, że oni jadą. Mogę tylko powiedzieć, że docierają w końcu do celu po wielu, wielu perypetiach. Tylko że tak. Nie wiem.
Przejdę może do tego pierwszego plusominusa i uzasadnienia, dlaczego ten film budzi takie mieszane uczucia. Bo pomysł ogólnie rzecz biorąc jest dobry. Kino drogi zasadniczo u mnie zawsze się sprawdza, ale tutaj to wychodzi nudno. W ogóle zauważ, że kiedy jest tempo narzucone, ten film przechodzi od takich scen monotonnej jazdy nagle po konfrontację ze śmiertelnym zagrożeniem. I często w ogóle tej historii towarzyszą sceny wyjęte z kontekstu. Oni raz sobie jedzą coś gdzieś tam w jakimś obozie dla uchodźców, a potem się fotografują z żołnierzami. Raz się ktoś strzela, oni fotografują, raz im coś blokuje drogę. I taka szarpana jest ta opowieść, to tempo jest szarpane, emocje są szarpane. W pewnym momencie to ci powiem, że to się zrobiło nużące. Ale to też nie jest tak, że ten film się komuś nie spodoba, bo jest nudny, że oni jadą, jadą, jadą do tego Waszyngtonu.
Nie, nie, nie. To jest wszystko przeplatane bardzo mocnymi scenami i- I te mocne sceny z jakichś powodów towarzyszą scenom, które są zupełnie przesłodzone, cukierkowe, absurdalne. W ogóle nie wiem. Ja miałem takie wrażenie w pewnym momencie, że to jest jakaś pochwała, oddanie czci reporterom wojennym. To trochę się kłóci z tym, co napisał Tomasz Raczek, że to jest jakiś manifest pacyfistyczny. W zasadzie to przecież główni bohaterowie żyją z wojny, żyją z pokazywania cierpienia. Ten film jest w ogóle płytki, nie wiadomo, o co w nim chodzi. Tam jest tak wiele wątków poruszonych, tak wiele srok pociągniętych za ogon, że my koniec końców nie wiemy, co chciał nam powiedzieć twórca. Oddam ci teraz głos, zanim przejdę do mojego drugiego plusominusa, bo w sumie to był minus. Plusa muszę sobie jeszcze poszukać trochę w głowie.
[25:30] - A ja wrócę do Tomasza Raczka, bo mam takie nieodparte wrażenie, że my oglądając ten sam film, widzieliśmy dwa różne filmy. Gdzież mnie się porównywać z mistrzem. Ja też cenię sobie niezwykle pewną przenikliwość i rozumienie języka filmowego, do którego ja po prostu nie mam dostępu. Jestem małym żuczkiem, jeśli chodzi o te sprawy. I dlaczego mówię, że widzieliśmy dwa różne filmy? Otóż Tomasz Raczek dokonał syntezy w swojej głowie. Widział ten film. Mówiłeś o tych pacyfistycznych wątkach. To wszystko tam jest. Tylko tak naprawdę trzeba porzucić historię oglądaną na ekranie, do pewnego stopnia oczywiście, trzeba uruchomić swój wewnętrzny projektor w naszej głowie, żeby dostrzec to, co widzi pan Raczek.
Ja tego tam nie dostrzegłem, ponieważ nie jestem tak zaawansowany. Ja szukałem tam historii, uniwersalnej historii. Trochę ją znalazłem. Tam jest rzeczywiście. Ja nie bez przyczyny mówiłem, porównywałem, starałem się porównać ten film do „Czasu Apokalipsy”, bo są momenty, że on epatuje brutalnością, banalnością zła, o czym już mówiłem, takim przeraźliwym przeskokiem pomiędzy „żyjemy, żyjemy” i „już nie żyjemy”. To wszystko widać, że czas chaosu, czas wojny to jest taki czas, w którym nic nie jest pewne. Nasze prawa przestają być naszymi prawami. Do niczego, do żadnej instancji nie można się odwołać. Wszystko decyduje za nas. Ktoś decyduje za nas o wszystkim, a czasami tym kimś, kto decyduje, jest człowiek nie do końca zrównoważony psychicznie.
No dobrze, bo bym zaczął opowiadać film, więc tu się powstrzymam. W każdym razie chodzi o to, że tak naprawdę ja myślę, że Tomasz Raczek miał rację, opisując ten film, ale to jest perspektywa dostępna tylko części widowni. Tylko część widowni pójdzie tak daleko w analizie filmu „Civil War” i zajdzie, może za sprawą przewodnictwa pana Raczka, to pójdzie niektórym łatwiej, prościej. Natomiast mnie tak prosto to nie poszło. Ja zacząłem jednak, zgodnie ze swoją naturą wredną, szukać dziury w całym. I tych dziur jest tam całkiem sporo w tym scenariuszu, czy też w samym filmie właściwie. Bo ja, mówiąc szczerze, miałem taką refleksję. Zastanawiałem się, czy ktoś nie usiłował tego filmu zatrzasnąć w półtorej godziny. Podejrzewam, ale nie mam do tego żadnych materiałów, żadnych podkładek. Podejrzewam jednak, że scenariusz był przynajmniej na dwie godziny, jeśli nie na dwie godziny z hakiem.
Ale wiecie państwo, wicie, rozumicie. Tu jest producent i on tu nożyczki ma, symboliczne oczywiście, i trzeba film zmontować. Trzeba go zmontować tak, żeby trwał te półtorej godziny i nie zawracał ludziom głowy. No i tak, go zmontowano. Te ostatnie końcowe sceny, o których powiedzieć państwu nie możemy, moim zdaniem są najmniej wiarygodne w całym filmie. Brutalne, takie naprawdę mocne. Ale to wiecie państwo, jak to byłby film z Tomkiem Cruisem, to może. Albo jakaś kolejna część Johna Wicka, w którym to filmie bohater zajmuje się głównie strzelaniem ludziom w głowę, bo to najszybciej eliminuje przeciwnika. To tak, to by było do przyjęcia. Tymczasem mamy zupełnie inny kaliber obrazu.
I ja żałuję, bo naprawdę przynajmniej połowa filmu zrobiła na mnie wrażenie i zrobiła takie wrażenie, naprawdę byłem pełen emocji. To było we mnie i czułem tę gorączkę. Ale ta końcówka jest słaba. Jest schematyczna. Po prostu jest schematyczna. Znowu nie mogę państwu powiedzieć, jak to się kończy, ale to jest schemat i to taki, proszę państwa, że przetrzecie oczy. Naprawdę można po raz milion sto pięćdziesiąty ósmy powtórzyć tego rodzaju schemat, jaki powtarza się w "Civil War"? Naprawdę można to zrobić? I tak zupełnie bez konsekwencji? Okazuje się, że można.
[31:19] - W tym filmie jest ogólnie jeden zasadniczy problem, bo my tam mamy bohaterów i mamy konflikt, tylko w zasadzie nie wiemy, o co poszło, kto, co i jak. Wiemy, że jest znienawidzony przez secesjonistów prezydent, ale o przywódcach reszty to jakoś się milczy. I są ci prezydentobójcy pokazani z tej perspektywy, że oni reprezentują te tak zwane siły zachodnie, a konkretnie to Teksas. Tylko że tak: ja wam tutaj powiedziałem, jak się ta Ameryka dzieli w tym konflikcie, tylko że ja to wyczytałem z internetu, nie z filmu. To jest problem. Ogólnie jak lubię tego Tomasza Raczka, to on pisze tak, zacytuję tu, Marku, fragment tej wypowiedzi: "Intensywność koncentratu emocji". Trochę tak, jakby o przecierze pomidorowym było pisane. Ale dobra, teraz dalej. "Piękno świata, poezja śmierci, protest godny humanisty i pacyfisty. Kirsten Dunst gra ścięte serce.
Nie da się zapomnieć." Oj, panie Tomaszu, da się zapomnieć. Wszystko się da. Po pierwsze, Marku, jak się bardzo chce, jak ktoś poprosi, żeby napisać ładnie o filmie, to zawsze można napisać. Natomiast u nas filmotek to jest kuźnia. My mówimy jak jest, bez owijania w bawełnę. Co to jest w ogóle za film, że się trzeba domyślać, co to jest za wojna? Ja tutaj żartuję oczywiście, ale Netflix już raz nam wypuścił kiedyś coś podobnego. "Czarnego kraba". Myśmy to omawiali, pamiętasz? Tam też była wojna w filmie, ale nie wiadomo o co.
I tutaj jest niestety cały problem, bo intensywność koncentratu emocji, poezja śmierci. Tylko że to jest taka poezja śmierci, że tą poezję nam prezentuje poeta, który jest ciekawy jak śnieg zeszłoroczny. Tak niestety jest. Ci aktorzy są naprawdę profesjonalistami, natomiast postaci, w których się wcielają są tak cholernie nudne, są tak sztampowe, tak przewidywalne jest to wszystko. I takie dziwne zbiegi okoliczności w ogóle w tym filmie, że on się staje nierealistyczny. I on się staje, powiem ci, nierealistyczny bardzo szybko, ale o tym jeszcze za chwilę, bo powiedziałem, że nie da się tutaj zrozumieć za bardzo, o czym ten konflikt jest. I nie to, że się czepiam, ale zobacz, przecież dało się ująć z tego filmu trochę scen płonącego lasu, trochę scen tych przebitek i tych pościgów po domach, po blokach, kiedy oni towarzyszą żołnierzom i powiedzieć, o co tam chodzi. Kolejna sprawa: widzimy w tym filmie chaos. Tyle że to wcale nie jest chaos w kraju. To jest chaos w głowie twórców.
Bo zobacz, rozwalone miasta w Stanach. Okej, są. Byłyby obozy wojskowe. Wiadomo, jak jest konflikt, to są obozy wojskowe, ale tam w tym filmie jest brak ludzi. Zauważyłeś, że tam się nie toczy życie w tym filmie, w tych miastach oprócz jednej, dwóch osób? To po prostu moim zdaniem albo zostało obliczone na znacznie bardziej rozbuchany obraz, a trzeba było to zamknąć w jakąś historię kameralną i jedno z drugim się nie zgrało po prostu. Ja w pewnym momencie byłem znudzony tym filmem i to się stało-- znaczy powiem ci tak: znudzony to byłem w trzech czwartych tego filmu, natomiast zauważyłem, że jest z nim coś nie tak w zasadzie już na samym początku, kiedy ci patetyczni do szpiku kości bohaterowie zabierają ze sobą tak sobie po prostu pasażerkę, bo się napatoczyła, to zabierzmy ją na wywiad z prezydentem, a co tam. Naprawdę ten film aspiruje do bycia realistycznym. Dziennikarze jadą na najważniejszą w ich karierze misję i nagle mamy taką scenę. Ale na pewno zauważyłeś tam jeszcze jedną scenę, która jest kwintesencją absurdu.
Bo jak mówiłem, ten film się składa z bardzo dziwnych sekwencji. Raz mamy pokazane rzeczy bardzo brutalne, raz mamy rzeczy, które próbują być śmieszne. I gdzieś, to jest chyba środek filmu, mamy taką scenę pościgu dla żartu. Pościg dla żartu to jest dlatego, że bohaterowie nagle spotykają przyjaciół i oni się ścigają na jakiejś leśnej drodze do tego Waszyngtonu. Tymi przyjaciółmi są chińscy dziennikarze. I tam mamy taką scenę zupełnie od czapy, Marku, że dochodzi do jakichś popisów kaskaderskich, że z jednego samochodu się przesiadają do drugiego. To brzmi jak zaczerpnięte z jakiegoś filmu sensacyjnego klasy B, ale tam tak jest. Ale nawet ta scena, powiem ci, nie jest taka denna, bo potem mamy taką sytuację, że jeden z tych samochodów znika. Przyspiesza i znika. No i gubią się bohaterowie, a potem nagle się odnajdują przy dole z wapnem.
I wiesz, jak to rozłożymy na czynniki pierwsze, to nie ma sensu. To naprawdę nie ma sensu. Bo co? Złapali ich? Wy to zauważycie, jak będziecie oglądać, jeżeli w ogóle sięgniecie po „Civil War”. Ale ta scena była już kwintesencją absurdu, powiem ci. Od tego momentu mi się przestało chcieć to oglądać, a potem to było już tylko gorzej.
[37:18] - No wiesz, Piotrze, mogli ich złapać, bo w tej scenie, tak mi się wydaje, chodziło o pokazanie tej cienkiej linii pomiędzy zabawą a śmiercią. O to tak naprawdę chodziło. Może zastosowane środki nie były adekwatne. Wzdycham sobie, bo mówiłeś o tym, że tam ludzi i że to jest nierealistyczne. To jest jeszcze nierealistyczne w kilku innych miejscach. Miałem to szczęście w życiu, że przyszło mi raz jeden rozmawiać z osobą, która nie była fotoreporterem. Była dziennikarzem, który na wojnie bywał. Ja tam byłem w charakterze człowieka, który chciał się czegoś dowiedzieć i w charakterze petenta. Po prostu miałem to szczęście, że spotkałem człowieka, który wojny widział własnymi oczami. To z tego, co on mówił, to troszeczkę inaczej wygląda.
Tak naprawdę fotoreporterzy czy też dziennikarze, bo on fotoreporterem nie był, głównie zajmują się chronieniem swojego tyłka. Oczywiście bacznie się rozglądają, wszystko notują i starają się zobaczyć jak najwięcej, ale jednak się starają ochronić siebie. Tymczasem w niektórych scenach filmu my obserwujemy coś takiego, że te fotoreporterki, bo mamy dwie, młodą i starszą, one wręcz wchodzą pod kule. One wręcz żeby mieć to dobre ujęcie, w co wierzę, ryzykują życie. One po prostu bez sensu gotowe są zginąć. Czy jestem w stanie w to uwierzyć? W przypadku młodej tak, w przypadku tej starszej niekoniecznie. Ona już po prostu widziała niejedno i wie, że najlepsze zdjęcie świata nie jest warte tego, żeby dostać kulkę w głowę, a w każdym razie nie w tak oczywisty sposób. Tam tymczasem są sceny, w których to, że one nie zginęły, należy uznać jako licentia poetica twórców filmu. Bo normalnie to nie ma sprawy.
To, że one gdzieś tam na ubiorze mają napis „press”. No mój Boże, to z kolei kiedyś jeszcze rozmawiałem ze snajperem i to snajperem wojskowym, który w dodatku nie służył w polskiej armii. I on mi powiedział brutalnie, że tak naprawdę, oczywiście wszystkie konwencje tego zakazują, nie wolno tego robić, ale jedne z pierwszych osób, które się namierza w przypadku snajpera, to są właśnie ludzie z prasy, lekarze, w ogóle służba zdrowia. Absolutnie nie wolno tego robić. Absolutnie. Ale właśnie to się robi po prostu. I to był człowiek wiarygodny, który miał bardzo dużo do czynienia. Był w ogniu walki. Bywał w ogniu walki, może tak. I w związku z tym ja oczywiście byłem tylko słuchaczem, który słuchał z rozdziawioną japą to, o czym opowiadał.
I to mi się wydawało nieprawdopodobne i magiczne. Opowiadał o wojnie, o brutalnej logice wojny. I wtedy, kiedy on to opowiadał, to nagle okazywało się, że strzelanie do ludzi z napisem „press” ma swój sens. Ja go nie będę państwu przybliżał, ale jak się tak posłuchało tego, co mówił, to to miało sens. I podobnie strzelanie do Czerwonego Krzyża, czego absolutnie robić nie wolno. To, czego nie wolno, to właśnie się robi. No mój Boże, jakieś powody są. I teraz, kiedy ja oglądam te sceny, kiedy one włażą praktycznie pod lufy karabinów, kiedy gdzieś są właściwie na pierwszej linii, a właściwie jeszcze przed tą pierwszą linią, to to mi się wydaje po prostu głupie. I takich scen jest tam całkiem sporo.
[42:13] - Ja ci jeszcze chciałbym przerwać tutaj. Zauważ, że tam dochodzi do takiego absurdu pod koniec tego filmu, że mamy taką sytuację, że oni są jedynymi dziennikarzami tam i w zasadzie nawet ta grupa specjalna, która leci po prezydenta. Ja się tutaj chyba wygadałem po raz drugi, jak się ten film kończy, ale- Ona się nie skupia wcale na prezydencie, tylko się skupia na ochronie tego, żeby ona sobie pstrykały te zdjęcia. To jest tak cienkie już wtedy, że nie wiem skąd te wysokie oceny tego filmu.
[42:51] - A ja chyba wiem. Od początku staram się przekazać, że ten film jest oceniany przez dwie grupy ludzi. Przez takich prostych ludzi jak my, którzy oczekują po filmie minimum realizmu i przez ludzi zafascynowanych językiem kina, językiem artystycznym, gdzie kino nie musi być realistyczne, żeby przekazać wielką prawdę. Wielkie emocje i wielką prawdę. I obawiam się, że kiedy wspominałem o panu Raczku, to on właśnie reprezentuje ten typ recenzenta, który po kinie, po filmie oczekuje tej nadbudowy, której my prości ludzie nie rozumiemy. Zdajmy sobie Piotrze z tego sprawę, że my nie dorastamy niestety do artystycznego poziomu. Ten film pewno jest artystyczny, ale realistyczny to na pewno nie jest.
[44:12] - Ale to sobie by można w taki sposób dobudować interpretację do wszystkiego. To tak jakbym obejrzał "Pokémona" na przykład i zauważył, że Pokémony ewoluują i powiedział, że to jest alegoria życia, że to jest o życiu albo o chrześcijaństwie.
[44:28] - Blisko.
[44:30] - Albo o wędrówce dusz, bo Pokémon się wciela. Powiem ci, że im dalej zagłębiamy się w kino, w Filmotekarium, tym bardziej nie lubię takich interpretacji. Kino to jest taka sztuka, która pokazuje. Jakbym się miał domyślać, to bym sobie poszedł na przedstawienie w teatrze cieni, prawda? A ja tutaj chcę zobaczyć coś, co może mną wstrząśnie, ale też da wizualny asumpt do tego, żebym się nad czymś zaczął zastanawiać. Bo jak ja się muszę zacząć zastanawiać, o czym film jest, to po co ten film jest, prawda? Nie chcę być złośliwy. Ja naprawdę lubię pana Raczka, tylko ja myślę, że czasami te recenzje są pisane, żeby było. Nie będę tutaj już za daleko szedł, ale chodzi mi o to, że ten film "Civil War" jest pełen takich dziur różnego rodzaju. Dajmy na to ten jeden z głównych bohaterów, Joel.
On chyba miał przeprowadzić wywiad z prezydentem ostatni i ona miała go fotografować. Ale w ostatnich scenach to on się szwęda po tym ekranie nie wiadomo po co. Ona ani aparatu nie ma, ani mikrofonu nie ma, ani nie wiadomo co. Powiem ci, że to jest absurd. Ten film się w pewnym momencie rozłazi, rozwarstwia, rozszczepia się na sceny absolutnie nieciekawe i te ciekawsze, te szokujące. Może nie ciekawe, tylko szokujące. I to mu nadaje wrażenie nierzeczywistości. To jest tak, jakby to kręcił ktoś, kto nigdy nie oglądał żadnych reportaży wojennych. Dzisiaj to wystarczy włączyć jakieś tam społecznościówki, żeby zobaczyć relacje z wojny na przykład na Ukrainie. A tutaj to mamy tak przedstawione, nawet nie potrafię tego ująć.
Patos się przecina ze scenami, które są naprawdę krwawe. Potem mamy coś, co aspiruje do miana sztuki poprzez te przebitki różnego rodzaju czarno-białe i bardzo wyraziste pozy. I mamy pochwałę, nawet nie wiem czego. Pacyfizmu to ja tam nie widzę. Ale jest coś, co można uznać za w miarę ciekawe w tym filmie, powiem ci, tylko że to się z nim nie wiąże. To jest kolejny w ostatnich latach film, serial i serial na temat alternatywnej historii Ameryki, bo mamy teraz "Fallouta", mieliśmy "Człowieka z wysokiego zamku", ale mieliśmy też nieco podobny wątek o wojnie domowej w filmie "Zostaw świat za sobą". I jest jeszcze taka uwaga moja, bo ten film nas może mniej uwierać, mniej dotykać niż samych Amerykanów. Bo zauważ, że jeżeli tam są przedstawione pewnego rodzaju postawy, także poglądy polityczne, to ja się zacząłem zastanawiać względem tych ostatnich scen, czy "Civil War" nie jest na przykład w jakiś sposób obraźliwe dla Teksańczyków albo dla konkretnych grup, dla przedstawicieli konkretnych ideologii. Także my z tego filmu pewnie rozumiemy też tylko część, bo tam jest ukryty taki symboliczny przekaz związany z tym, co się w Ameryce dzieje. I może tak przejdę do podsumowania jeszcze swojego, bo ten film jest kuriozalny.
To się ogólnie da oglądać, dlatego, że tam widać, że ktoś włożył ogromną pracę, sporo pieniędzy Może na część realizacji tych ambicji brakło, ale jednak to się nadal oglądać da. To, co powinno w "Civil War" przyciągać, gdzieś nam niknie na tle zdarzeń, które nie mają absolutnie żadnego znaczenia dla fabuły. Tak, ten film w połowie jest stworzony ze scen, które są niepotrzebne, bo przechodzenie z auta do auta, o którym przed chwilą wspomniałem i wiele innych podobnych, mogły zostać wykorzystane do tego, żeby nam historię trochę napowietrzyć, żeby nam opowiedzieć, o co w tym konflikcie chodzi. Jeżeli to był jakiś manifest, to okej, ale jako historia to się nie sprawdza. I nawet powiem ci, że mam takie wrażenie, z punktu analizy tej opowieści, że to wygląda, jakby to była historia kilku bohaterów tak naprawdę, że tam nie mamy głównego bohatera. Tam mamy kilku bohaterów, mamy bohatera wiodącego, ale mamy kolektywnego bohatera, de facto kilka różnych historii, które co prawda powinny się spinać na tle pewnego wątku, ale się nie spinają niestety.
[50:13] - Wiesz Piotrze, tak sobie jeszcze myślę, kiedy Tomasz Raczek powiedział o tym, że zostaje przekazana pałeczka międzypokoleniowa, to ja myślałem... Nieważne, co myślałem. Ale później zobaczyłem film. Jak państwo zobaczycie, jak zostaje przekazana ta pałeczka międzypokoleniowa, to westchniecie z żałości, bo to jest tak sztampowe. Ja nie wiem, jak określić tę scenę. Tak słabe, że ja nie wiem, naprawdę nie rozumiem, czym pan Tomasz Raczek się zachwycał. Nie jestem w stanie tego zrozumieć, bo też jestem zwykłym zjadaczem filmów. Co jeszcze? Muszę o tym powiedzieć, bo to mnie gryzie. Być może czegoś nie rozumiem.
Ja wiem, że fotoreporterzy różnie działają, ale jak zobaczyłem, że główna bohaterka ma aparat, który używa w dalszym ciągu klisz, filmów. Nie jest to aparat cyfrowy. To się wzruszyłem, bo ja już dawno nie widziałem aparatu z kliszami i mówienie mi, że z punktu widzenia fotoreportera wojennego klisze są wygodniejsze albo bardziej artystyczne, ja chętnie w to wierzę, ale praktyczne to w ogóle nie jest. Co więcej, mam okazję od czasu do czasu obserwować fotoreporterów. Ja naprawdę nie widziałem ostatnio żadnego fotoreportera. Ja wiem, to nie są fotoreporterzy wojenni, to są fotoreporterzy newsowi, ale jednak żaden z nich nie używa aparatu z kliszą, z filmem. Wszyscy jadą na elektronikę. Ale ja rozumiem. Licentia poetica. Główna bohaterka, jedna z głównych bohaterek używa filmów.
Wolno jej. To fajnie wygląda zresztą, bo ona wywołuje te filmy w warunkach polowych. Ona je suszy. W ogóle jest super. Bardzo filmowe, bardzo takie fajne. Oczywiście, filmów używa, takie codzienne. Ale jak znowu weźmiemy realizm, to niekoniecznie mnie to przekonuje. I od początku naszej rozmowy, Piotrze, ja usiłuję przekazać ten dysonans, który jest we mnie. Bo ten film, mimo wszystko z jakichś niewiadomych, kuriozalnych powodów jednak mną wstrząsnął. To pokazanie, jak blisko jest od naszego uporządkowanego, fajnego, w miarę akceptowalnego świata do świata chaosu, mordu i wszechobecnej śmierci.
To jest obraz wstrząsający. To jest obraz, który sprawia, że nie czujemy się dobrze. Mamy świadomość tego, że to gdzieś jest prawie za rogiem, że to nas może zaatakować, że nie jest bezpiecznie. Znowu cytując jeden z filmów. To jest jeden obraz, który we mnie został i mam świadomość tego, że pod tym względem ten film do pewnego stopnia może być filmem pacyfistycznym, bo właśnie on pokazuje, jak absurdalna i nieobliczalna jest wojna, która nie pyta, czy mamy na nią ochotę i czy chcemy w tym uczestniczyć, w tej zabawie dorosłych. Nie, nikt się nie pyta. Czasami nawet pytanie, które pada, decyduje o twoim życiu albo śmierci. To widzimy na ekranie, kiedy pada pytanie, a nagrodą jest życie albo śmierć. I tak dalej. Więc ten film wstrząsnął mną, ale wstrząsnęła mną ogólna wymowa Tego chaosu, który obserwujemy na ekranie tej przemocy i takiej bezgranicznej pogardy dla ludzkiego życia.
Ale to są banały, proszę państwa. To są banały, które wypowiadam, bo takich filmów w życiu już widziałem kilka. Ten film jest niespójny, jeśli chodzi o jego wymowę, którą myślę, że jakoś tam pojąłem. Dotarła do mnie, byłem w stanie wchłonąć. Więc jest dysonans pomiędzy wymową tego filmu a tym, co widzimy na ekranie. Bo moim zdaniem Piotr to świetnie podsumował. To jest jakieś takie przedstawienie, o którym my nie do końca wiemy, o co chodzi w tym przedstawieniu. Dlaczego? Z jakiego powodu? Jak to w ogóle działa, że to działa?
I tak dalej, i tak dalej. Więc ja zostanę pewno, tak jak na początku naszej rozmowy, zostanę z tym dylematem. Jak to się stało, że film w jakimś stopniu poruszył mnie, a jednak, jeśli chodzi o tę warstwę takich przeżyć czysto takich filmowych, to ja nie jestem usatysfakcjonowany. I gdybym miał państwu polecać albo nie polecać, to obejrzyjcie państwo ten film. Ja jestem za tym, żeby go obejrzeć z tymi wszystkimi zastrzeżeniami, o których mówił Piotr. I może wtedy jakaś dyskusja się wywiąże, chociażby pod filmem na temat tego, co jest w tym obrazie ważniejsze: emocje i przeżycie takie wewnętrzne, nasze, oderwane często od filmu. Czy też ten film jest taki ważny? Bo moim zdaniem ten film był tylko punktem wyjścia do tego filmu, który wyświetla się w naszych głowach. I to nie jest sielankowy film. Proszę państwa, skoro już przy kinie jesteśmy, to spieszę zameldować, że dzisiejszy odcinek cyklu Bez Tajemnic też będzie o kinie.
Co prawda w poprzednim wydaniu Bibliotekarium 2.0 była mowa o wybranym filmie hollywoodzkim Dzień Świstaka, ale dzisiaj będzie o duchach w kinie w ogóle. Zapraszam. Święto Zmarłych to bardzo wyjątkowy dzień. Nie tylko dlatego, że 1. listopada w sposób szczególny wspominamy naszych bliskich, którzy odeszli, ale także dlatego, że odwiedzanie grobów uzmysławia nam, przypomina, że śmierć jest nieunikniona i bez względu na zajmowaną pozycję społeczną i grubość portfela wszyscy skończymy na cmentarzu. W takich momentach z pomocą przychodzi nam myśl, nadzieja, że może jednak brutalna rzeczywistość jest bardziej łaskawa i odwracamy się w stronę spirytualizmu, czyli przekonania, że śmierć ciała przeżywa jakaś cząstka nas. Rozmaite doktryny religijne na różne sposoby próbują wyjaśnić, na czym polega kontynuacja życia po śmierci ciała fizycznego, lecz liczne niedopowiedzenia i nakazy tworzą mętlik w głowach wyznawców, których umysły są zdominowane przez zdroworozsądkowe podejście do świata. Nie można zapominać także o bardzo rozwiniętym ruchu ezoteryków, w tym spirytystów, którzy głoszą swój model zaświatów, nie zawsze zgodny z doktrynami najważniejszych religii. Do tajemniczych historii własne pięć groszy dorzucają twórcy amerykańskiej fabryki snów. Hollywoodzkie produkcje, które kształtują sposób myślenia milionów ludzi w całym cywilizowanym świecie, również nie szczędzą sił, pragnąc ciekawie pokazać zaświaty, a panujące tam prawa wyjaśnić w sposób możliwie logiczny.
Najczęściej reżyserzy nawiązują do rozmaitych wierzeń, ale też nierzadko przedstawiają na ekranach kin owoce własnej wyobraźni. Oglądając jednak niektóre filmy, trudno jest oprzeć się idei, że scenariusze spisały osoby chore psychicznie. Pewna ich część rzeczywiście zrodziła się w głowach ludzi z zaburzeniami i zostały zapożyczone przez filmowców. Przykłady takich realizacji możemy znaleźć w wielu horrorach, których ja osobiście nie znoszę, więc dzisiaj nie zamierzam poświęcać im więcej uwagi. Poza tym według mnie obrazy należące do tego gatunku są tak dalekie od duchowości opisywanej przez rozmaite autorytety teologiczne, że rozsądek każe je odrzucić. Oczywiście Hollywood ma przede wszystkim zarabiać pieniądze, więc nie można mieć pretensji do amerykańskich twórców. Z drugiej strony dzięki temu na tle całej gamy przerażających historii możemy wyróżnić filmy takie jak na przykład Uwierz w ducha, Szósty zmysł, Inni czy nasza rodzima produkcja Body/Ciało. Są również Pogromcy duchów z 1984 roku. Według mnie jest to najlepsza komedia poruszająca temat zaświatów, relacji między człowiekiem a duchem. Ale z tego względu, że moglibyśmy umieścić ten film na szali przeciwległej w stosunku do horrorów, zostanie pominięty.
Dzisiaj o skrajnościach nie dyskutujemy. Ale oto pytanie: jakie kryteria wybrać, aby analiza filmów, do której zmierzam, miała sens? W połowie XIX wieku przez Francję przelała się fala spirytyzmu. W kawiarniach nagminnie organizowane seanse wprawiają z ruch nie tylko stoliki, ale także rozmaite drobne przedmioty. Długo nie było wiadomo, co sprawia, że meble poruszają się samoistnie i reagują na otoczenie. Niektórzy wywęszyli w tych fenomenach oszustwo, a inni nowe, dotąd niepoznane prawa fizyki. Wszak wielu zjawisk nadnaturalnych nie dało się w żaden sposób wyjaśnić.
[01:01:02] - Hippolyte Léon Denizard Rivail, znany wówczas francuski pedagog interesujący się magnetyzmem zwierzęcym, postanowił zbadać niewytłumaczalne zjawisko, wykorzystując metody iście naukowe, czyli eksperymenty i rozsądną, dogłębną analizę. Badacz szybko zauważył, że przedmioty poruszają się tylko w obecności osób, które zaczęto określać mianem mediów posiadających jakieś szczególne uzdolnienia, a niewidzialna siła wprawiająca stoliki w ruch to duchy. W 1857 roku, używając pseudonimu Allana Kardeca, Rivail wydał „Księgę duchów”, a w 1861 „Księgę mediów”, w których zamieścił najważniejsze informacje, jakie udało mu się zebrać podczas obserwacji różnych fenomenów. Od tamtego czasu spirytyści opracowali szereg zasad umożliwiających obserwację zjawisk mediumicznych w warunkach zbliżonych do laboratoryjnych. Na przestrzeni lat to właśnie oni stali się najbardziej zagorzałymi demaskatorami oszustw spirytystycznych. Wśród najbardziej znanych osób dziedziną tą interesowali się między innymi Julian Ochorowicz, Arthur Conan Doyle, Bolesław Prus, Maria Skłodowska-Curie i kilku innych noblistów z różnych dziedzin. I właśnie dlatego, że spirytystyczne metody badań wydają się należeć do najbardziej obiektywnych i naukowych, pozbawionych wpływu zabobonów, a także dlatego, że są one mało znane bądź postrzegane przez pryzmat stereotypów, interesującym będzie przeanalizowanie kilku znanych scen filmowych, spoglądając na nie tak, jakby uczynili to specjaliści od duchów. „Uwierz w ducha” z 1990 roku reżysera Jerry'ego Zuckera z Patrickiem Swayze w roli głównej. Film przedstawia historię młodego mężczyzny, który w wyniku postrzelenia przez rabusia opuścił świat materialny, lecz pozostał u boku swojej ukochanej Molly, granej przez Demi Moore. Za pośrednictwem przypadkowo spotkanej medium, w postać której wcieliła się świetna Whoopi Goldberg, filmowy duch Sam nawiązuje kontakt z ludźmi i próbuje dowiedzieć się, kto stoi za jego śmiercią.
Pierwszy moment, w którym wielu widzów z pewnością zastanawiało się, czy reżyser zdołał oddać na ekranie rzeczywistość, to chwila, w której Sam ginie od kuli podczas szarpaniny ze złodziejem. Najwyraźniej bohater dopiero po kilkunastu sekundach zorientował się, że umarł i spoglądając na swoje ciało, doznał szoku. Według spirytystów nagła śmierć może wyglądać właśnie w taki sposób. Jak twierdzą, szok pośmiertny, który przechodzi duch, jest związany z nagłym opuszczeniem materii. W tej samej scenie Sam ma dokonać wyboru, czy chce przejść na tak zwaną drugą stronę — jak można się domyślać, do nieba — czy może woli pozostać na ziemi. Światło wówczas na niego padające kojarzy się z tunelem, przez który umarli rzekomo przechodzą do świata duchów. Spirytyści traktują ten element czysto symbolicznie jako wewnętrzną przemianę zmarłego i podjęcie przez niego nowych postanowień na przyszłość, gdyż spirytyści wierzą w reinkarnację. Wszystkie sceny, w których zmarły spotyka inne duchy — w szpitalu, na cmentarzu czy w metrze — w dużej mierze odpowiadają spirytystycznemu obrazowi życia po śmierci. Duchy przechadzają się między żywymi, obserwują ich, śledzą, podsłuchują, pocieszają i podobnie jak czyni to protagonista aż do końca filmu, podszeptują ludziom różne pomysły, próbując wpłynąć na ich postępowanie. Motyw ze straszeniem kota przez ducha jest powszechnie znany i jeśli ograniczyć się do analizy spirytystycznej, chyba niczego nowego w tym miejscu nie dodam.
No i wreszcie docieramy do medium, która okazuje się być oszustką z autentycznymi zdolnościami medialnymi. Wygląda na to, że Sam jest pierwszym duchem w jej życiu, który do niej przemówił, chociaż jej matka i babka naprawdę komunikowały się ze światami. Ten fragment filmu mówi nam bardzo wiele. Z jednej strony mamy wróżkę oszustkę i jej nieświadomą podstępu klientkę, a z drugiej strony widzimy kobietę, która nie wie, że posiada dar mediumizmu. Spirytyści utrzymują, że zdolności medialne mogą być uśpione w człowieku nawet do sędziwego wieku i ujawnią się tylko jeżeli będą przydatne do zrealizowania jakiegoś Bożego planu. Z filmu dowiadujemy się także, że zdolność dyskutowania z duchami jest przekazywana genetycznie z pokolenia na pokolenie, co również zgadza się z teorią spirytystów. Następnie mamy zabawne sceny konwersacji Sama z medium, które może go tylko słyszeć i wniknięcie ducha Sama w jej ciało. Jest tu dużo symboliki trudnej do opisania w kilku słowach, ale najważniejsze elementy przedstawionych sytuacji można odnaleźć w analogicznych wydarzeniach opisywanych w literaturze spirytystycznej. W końcowej części filmu dochodzi do... tak, drogi widzu, do opętania.
Opętanie zwykle kojarzy nam się z egzorcyzmami, lewitacjami i wrzeszczącymi demonami, a już niekoniecznie z nieszkodliwym szturchaniem, całonocnym śpiewaniem ducha lub straszeniem stukaniem w klawiaturę komputera. Autor „Księgi duchów” określiłby Sama jako ducha opętańczego należącego do kategorii złych duchów, a katolicki egzorcysta pewnie powiedziałby, że to demon. Ale w gruncie rzeczy Sam cały czas byłby sobą, czyli człowiekiem bez skóry i kości. Kilka drobnych elementów składających się na wizję świata duchowego w tym filmie należałoby potraktować jak czystą fantastykę. Przynajmniej jeśli ocenić je według kategorii przyjętych na początku programu. „Szósty zmysł” z 1999 roku reżysera M. Nighta Shyamalana z Brucem Willisem i Haleyem Joelem Osmentem. Fabuła jest prosta: doktor Malcolm, specjalista w psychologii dziecięcej, leczy małego Cole'a i odkrywa w nim zmysł umożliwiający mu komunikowanie się ze zmarłymi. W zasadzie od początku aż do końca filmu uczestniczymy w rozmaitych sytuacjach, gdzie świat duchowy miesza się ze światem żywych. W „Szóstym zmyśle”, podobnie jak we wcześniejszym filmie, jest dużo elementów zgodnych z teorią spirytystów, jak na przykład kartki z pismem automatycznym lub intuicyjnym, które wyszło spod ręki chłopca, czy scena z nauczycielem w klasie lekcyjnej, w której młody człowiek przekazuje mężczyźnie informacje o jego dawnym życiu.
Protagonista często rozmawia z postaciami okaleczonymi w wyniku jakichś okoliczności, które doprowadziły do ich śmierci. Spirytyści sądzą, że takie rzeczy są możliwe tylko wówczas, gdy duch zmarłego chce dobrowolnie, w szybki sposób określić swoją tożsamość, aby medium nie miało najmniejszych wątpliwości co do tego, z kim ma do czynienia. Tak więc ofiara pożaru może ukazać się spalona, a ofiara wypadku drogowego z kaskiem rowerowym na głowie. Nie należy jednak zakładać, że tego rodzaju deformacja jest stała i sprawia zmarłym ból. Nie jest też zaskakujące to, że filmowe duchy nie mogą widzieć siebie nawzajem. Według klasyfikacji duchów stworzonej przez Allana Kardeca istoty te różnią się od siebie poziomem rozwoju intelektualnego i moralnego, a to sprawia, że nie zawsze mogą kontaktować się między sobą. Interesującym motywem filmu jest pomoc, której protagonista udzielił duchowi dziewczynki zamordowanej przez macochę. Bez niepotrzebnego przedstawiania fabuły warto podkreślić, że według spirytystów umiejętność komunikowania się z duchami nie może służyć rozrywce. W „Szóstym zmyśle" widzimy, jak powoli zamienia się podejście młodego człowieka do własnego mediumizmu. Na początku był zdezorientowany, lecz z czasem zaczął go wykorzystywać, by nieść innym pomoc.
Bohater nie organizuje seansów spirytystycznych, a duchy i tak nieustannie składają mu wizyty. Takich sytuacji wśród prawdziwych mediów jest niemało. Człowiek musi posiadać dużą charyzmę, aby nie pozwolić opętać się przez natarczywych gości z zaświatów. Film „Inni" z 2001 roku reżysera Alejandro Amenábara z niezapomnianą rolą Nicole Kidman. Fabuły filmu świadomie nie opowiem dla tych, którzy tego obrazu jeszcze nie widzieli. Poza tym, że akcja ma miejsce w wielkim, starym domu, który swoim wyglądem aż prosi się o obecność duchów. I rzeczywiście szereg dziwnych sytuacji związanych z główną bohaterką, jej dziećmi i służbą każe sądzić, że budynek jest nawiedzony. Bez wnikania w szczegóły i zakładając, że przynajmniej część naszych widzów zna tę znakomitą i trzymającą w napięciu produkcję, objaśnię, iż sytuacja, w której znalazła się rodzina Stewartów, z punktu widzenia spirytystów jest możliwa, choć przyczyny jej zaistnienia ukazane na ekranie wydają się zbyt uproszczone. Ostatni film, który zamierzam krótko przeanalizować, w zasadzie analizy nie potrzebuje, gdyż reżyserka przedstawiła w nim prawdziwy, a w dodatku polski spirytyzm i autentyczne — według spirytystów — relacje duchów z ludźmi. Mowa oczywiście o filmie Małgorzaty Szumowskiej pod tytułem „Body/Ciało" z 2015 roku, z Januszem Gajosem i Mają Ostaszewską w rolach głównych.
W przeciwieństwie do większości filmów poruszających temat zaświatów, tu mamy ukazaną spokojną, prawie nudną rzeczywistość. Medium Annę, która niczym nie wyróżnia się w tłumie, a jej kontakt ze zmarłymi w żadnym przypadku nie jest spektakularny. W świecie przedstawionym przez reżyserkę zmarli czasami ukazują się medium w pełnej postaci, bez deformacji i krwi płynącej z ran, bez tajemniczych promieni padających z niebios, bez straszenia dziwnymi odgłosami i bez opętań. Filmy, o których dzisiaj zaledwie wspomniałem, zawierają elementy idealnie wpasowujące się w teorię spirytystyczną, która powstała w wyniku chłodnej analizy obserwowanych fenomenów na przestrzeni prawie dwóch wieków. Wydaje mi się, że warto o tym pamiętać, gdy znowu wybierzemy się do kina na film o strasznych duchach, aby wyobraźnia hollywoodzkich twórców nie pozbawiła nas rozsądnego myślenia, ale przede wszystkim nadziei i wiary. Proszę państwa, czas na recenzarium Evivy. Dzisiaj książka, która... Jak to powiedzieć? Dzieciom wydaje się cudowna, wspaniała i taka cool. Naprawdę warto to poczytać.
Chłopczyk, który nie chce nigdy stać się dorosły i tak dalej. Już państwo zapewne domyślacie się, o jakiej książce mówię. O książce „Piotruś Pan". Ale okazuje się, że na tę książkę można spojrzeć okiem Evivy. Luiza Dobrzyńska zaprezentuje państwu nieco inny punkt widzenia. Co więcej, ten punkt widzenia reprezentowany przez Evivę jest niesłychanie intrygujący. Naprawdę zmienia optykę, zmienia nasze spojrzenie na książkę, która dla wielu z państwa, dla mnie na przykład też, była książką dzieciństwa. Okazuje się, że czytana po latach ta książka może zaskoczyć i to chyba zaskoczyć nie do końca pozytywnie. Zapraszam zatem na recenzarium Evivy.
[01:11:55] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Kiedy ktoś rzuci hasło „Piotruś Pan", wszyscy wiedzą, co myśleć. Jednym staje przed oczami animacja Disneya, innym któryś z filmów kinowych, jeszcze innym kontynuacja pod tytułem „Hook". Wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Piotruś Pan, chłopiec, który nie chciał być duży. Autor książki, James Barrie, napisał ją dla swoich siostrzeńców, a właściwie spisał bajki, które opowiadał im na dobranoc, a które sam wymyślał. Bajki. Można teoretycznie tak nazwać. Jak dobrze wiemy, to, co obecnie uważamy za bajeczki dla dzieci, było początkowo opowieściami snutymi przy ognisku i to takimi, które dla dzieci się w ogóle nie nadawały. W zasadzie dopiero w naszych czasach wygładzono je, upiększono i dosłodzono tak, żeby kochane maleństwa się nie bały.
„Piotruś Pan" należy do takich bajek. Oczywiście nie do klasycznych autorstwa braci Grimm. Przy czym bracia Grimm wcale nie są autorami tych bajek, które spisali. Po prostu zebrali opowieści ludowe z różnych stron. Ale mniejsza o to, nie o nich teraz chodzi. Pan Barrie stworzył opowieść o bardzoBardzo, że tak powiem, odstręczającym protagoniście. Chociaż każdy przysięgnie, że Piotruś Pan jest postacią pozytywną, to tak naprawdę nie ma w nim nic pozytywnego. Jest to wzorcowy superegoista. Chłopiec, który ucieka z domu dlatego, bo nie podoba mu się myśl, że rodzice marzą dla niego o dobrej przyszłości. Nie chce takiej przyszłości.
Nie chce być ani lekarzem, ani prawnikiem. Chce na zawsze pozostać dzieckiem i bawić się, co mu się udaje. Tylko że pozostając dzieckiem, nie ma w sobie właściwie żadnych pozytywnych dziecięcych przymiotów. Jest postacią, mówiąc szczerze, przerażającą. W Nibylandii, dzięki pomocy wróżki o imieniu Tinkerbell, zostaje kimś w rodzaju miejscowego tyrana. Przewodzi zagubionym chłopcom. No właśnie, dlaczego chłopcom, a nie dziewczynkom? Barrie to wyjaśniał w jednym zdaniu: po prostu dziewczynki są zbyt mądre na to, żeby się zgubić. Natomiast chłopcy czasem się gubią i wtedy właśnie trafiają do Nibylandii pod przywództwo Piotrusia Pana. Mają za zadanie bezwzględnie słuchać swego przywódcy.
Nie wolno im dorastać. Jeśli któryś zaczyna dojrzewać, Piotruś go zabija. Urocza cecha. Zresztą nie tylko zagubionych chłopców zabija, jeżeli przestają mu się podobać. W ogóle jest to osobnik, dla którego cudze życie nie ma żadnego znaczenia, nie mówiąc już o uczuciach, którymi bawi się, jak chce. Nie na darmo w psychiatrii powstał termin syndrom Piotrusia Pana. Zdarzają się tacy mężczyźni. Mówiąc szczerze, zdarzają się też i takie kobiety, ale dla nich po prostu mówi się trochę inaczej. Jeśli o mnie chodzi, nigdy nie lubiłam tej postaci. Dla mnie dziecko, które świadomie odrzuca swoją rodzinę dlatego, ponieważ chce postępować wyłącznie tak, jak jemu się podoba, jest czymś niewiarygodnie, przede wszystkim dziwacznym.
Jest to daleko posunięta socjopatia, żeby nie rzec psychopatia. No bo popatrzmy, co robi Piotruś Pan. Wszystkich traktuje tak, jakby żyli wyłącznie dla jego uciechy. Nie zastanawia się nigdy nad tym, ile szkody wyrządzi i komu. Jak autor stwierdził, dzieci są do niego podobne. Są wesołe, niewinne i bez serca. No, nie zgodziłabym się z tym tak do końca. Dzieci często nie ogarniają po prostu swoim umysłem konsekwencji pewnych czynów. W przypadku Piotrusia Pana mamy do czynienia z czymś innym. Gdyby istniał rzeczywiście, można by powiedzieć, że jest to po prostu do gruntu złe dziecko, obdarzone na dodatek pewnymi możliwościami, które pozwalają mu spełniać najdziksze fantazje i z niczym się nie liczyć.
Nie ma nic gorszego. W pewnym momencie dostrzegają to wszyscy, bo w końcu kiedy Wendy, którą uprowadza z domu państwa Darling razem z jej braćmi, wraca do rodziny, przyprowadza za sobą zagubionych chłopców. Oni mają dosyć Piotrusia. Przestają wierzyć w to, że życie bez rodziców jest takie wspaniałe, nawet jeżeli można całymi dniami bawić się w Indian i piratów. Z tym że oczywiście Piotruś nie przestaje mącić, bo wiemy, że przeciąga na swoją stronę z czasem córkę Wendy. A z książki „Huk" — z książki i z filmu — wiemy także, że zabrał się również za jej wnuczkę. Ale tutaj się naciął, ponieważ Wendy jako babcia znalazła w sobie wreszcie dość siły, żeby ukrócić jego wybryki. Myślę, że bardziej dojrzali czytelnicy książek Barrie'go właśnie pragnęli takiego rozwiązania, żeby ktoś pokazał rozwydrzonemu bachorowi, gdzie jego miejsce. „Piotruś Pan" jest to bajka, która jak wcześniej powiedziałam, nie budziła nigdy mojego specjalnego zachwytu, a już sama postać głównego bohatera wydawała mi się wyjątkowo odstręczająca. Czytałam ją kilkakrotnie ze względu na Wendy.
Lubiłam tę dziewczynkę. Uosabiała wszystko to, co jest najlepsze w kobiecości, w wydaniu, powiedzmy, małoletnim. Delikatna, uczciwa, opiekuńcza i przy tym bardzo inteligentna. I umiała sobie w końcu poradzić z tym małym potworkiem, który ją opętał. W każdym razie „Piotruś Pan" jest to bajka, która powstała na początku XX wieku. Jest w zasadzie typowa dla bajek angielskich, to znaczy pełna okrucieństwa. I gdybym miała dzieci, raczej bym nie chciała, żeby ją czytały. Mogłyby pomyśleć, że jeżeli ktoś ci się nie podoba albo robi coś, co tobie się nie podoba, możesz go po prostu zabić i dalej iść się bawić. Bo to właśnie można z tej książki wyczytać. Tak postępuje Piotruś i nie ma w niej wyjaśnienia, że on postępuje źle, że nie ma prawa się tak zachowywać.
Nie, jemu wszystko wolno. Właśnie tego typu książek bardzo nie lubię. Może to zabrzmi staroświecko, ale bajka musi mieć wyraźny morał, ponieważ jest skierowana do umysłu ogromnie plastycznego, w którym można wyryć zarówno dobre rzeczy, jak i złe. Temu kiedyś bajki służyły. Służyły uświadomieniu, że pewne rzeczy są złe, a inne są dobre. Fakt, że te bajki często przewyższały „Piotrusia Pana" swoją, że się tak wyrażę, krwistością, swoim okrucieństwem, ale miały pewien cel. A „Piotruś Pan" to jest bajka bez celu. Zupełnie. Powstała ot tak sobie. Jeżeli mimo to zechcecie ją dać swoim dzieciom, no to już jest wasz wybór oczywiście, ale dobrze byłoby, gdybyście omówili ją z nimi i wskazali, co w niej jest niewłaściwe.
Po to, żeby wasz syn nie wyrósł na takiego właśnie Piotrusia. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:19:12] - Proszę państwa, proszę państwa, czas nadszedł na sentymentalnik. A dzisiaj? A dzisiaj ten sentymentalnik Będzie... specjalny to może niedobre słowo, ale myślę, że to będzie sentymentalnik, który przyciągnie nie tylko miłośników przeszłości, ludzi, którzy lubią sobie powspominać, jak to kiedyś było. Czy lepiej, czy gorzej to już jest kwestia gustu, kwestia oceny i kwestia indywidualnych upodobań. Ale kiedyś to było, chociażby byliśmy młodsi. Tak, oczywiście tych z państwa reprezentujących taki pogląd serdecznie zapraszam, ale myślę, że z powodzeniem dołączą do nas również osoby żywo zainteresowane kwestiami UFO. Bo proszę państwa, 10 maja mamy rocznicę wydarzeń w Emilcinie. Czy to już państwu coś mówi? A jeśli nie, to bardzo serdecznie zapraszam na sentymentalnik.
Dzień dobry wieczór Piotrze.
[01:20:35] - Witam tradycyjnie.
[01:20:37] - Tak tradycyjnie. Dzisiaj sentymentalnik taki jak to zwykły sentymentalnik, a jednak niezwykły. Nie da się zrobić zwykłego sentymentalnika o wydarzeniu, które można być sceptycznym, można być entuzjastycznie nastawionym, ale jednak nie da się ukryć, że tego 10 maja 1978 roku wydarzyło się coś, co poruszyło nie tylko ówczesną Polską, czyli PRL-em, ale tak naprawdę porusza nami wszystkimi sprawą UFO i różnych tym podobnych tematów, osobami, które się tymi tematami interesują, porusza do dzisiaj.
[01:21:27] - Tak, tradycyjnie można powiedzieć, że jak jest początek maja, to się zaczyna mówić w mediach o Emilcinie. W dzisiejszym odcinku taki mały blast from the past, jak to się mówi. A że niebawem kolejna rocznica zdarzenia Emilcińskiego 10 maja, to przenosimy się do tamtych magicznych lat, kiedy pod Lublinem mieli wylądować Marsjanie. Według innych wersji ludzie żaby albo potworaki, albo Nurcy. Nurcy tak chyba mówił sam Wolski. Z relacji prasowych, bo na nich się dzisiaj będziemy skupiać, wyłania się bardzo oryginalny obraz tej sprawy, bo on nie jest taki, jak jest przedstawiony w książkach, a konkretnie w książce „Zdarzenie w Emilcinie” Zbigniewa Blanie Bolnara. Z relacji prasowych nam się wyłania trochę obraz szerszy z tego powodu, że się zwraca uwagę również na środowisko, z jakiego się Wolski wywodzi i uważam to za wybitnie ciekawe. My dzisiaj o tych relacjach prasowych, o tym, jak próbowano Emilcin przedstawiać, sobie powiemy. Bo o ile wiecie z naszych audycji, że o UFO w Polsce wcześniej pisano i to nawet przedstawiano relacje świadków przecież, to Emilcin był troszkę inny, dlatego, że człowiek stanął oko w oko z kosmitami. Gdzieś tam dawniej drukowano relacje ludzi, którzy widzieli dziwne obiekty, latające talerze.
Ale tu jednak to wszystko poszło o krok dalej, prawda? Marku, czy takie zdarzenie w naszym kraju było w ogóle do strawienia dla prasy PRL-owskiej? Czy ono było po prostu skazane na zagryzienie przez tych jadowitych pismaków?
[01:23:10] - Skazane to chyba nie, bo w rezultacie zagryzienie się nie udało, ale coś na rzeczy jest. To znaczy, jeśli się prześledzi materiały dziennikarskie z tamtych czasów, widać wyraźnie, że dziennikarze, z których część, nie ukrywajmy, to byli dziennikarze, jeśli powiedzmy nieszczerze wierzący w socjalizm i Marksa i Engelsa, to jednak tacy, którzy starali się władzy zrobić dobrze i to była ta część dziennikarzy, która próbowała wydarzenia w jakiś sposób zdyskredytować. Nie mogli tego zrobić tak otwarcie napisać, że po prostu Wolski zwariował albo coś podobnego, bo prawo wtedy również działało. Można było takiego delikwenta oskarżyć o zniesławienie. Więc starali się to robić tak, trudno mówić w tym wypadku delikatnie, ale tak wrednie, tak żeby nie za bardzo, ale jednak trochę głupka zrobić z tego rolnika. I to była jedna część. O niej pewno powiemy, ale co budujące, pokazało się całkiem sporo pismaków. Tu akurat z pewnym mrugnięciem sympatii mówię to, którzy podeszli do sprawy rzetelnie w tym sensie, że znali warsztat i wiedzieli, że oczywiście można robić propagandę, ale jeśli dzieje się coś ciekawego, to może nie warto. To może warto zrelacjonować wszystko to, co się zebrało i to też w części materiałów widać. Ale sami państwo rozumiecie, że jeśli się takie dwa zbiory wyróżni, oczywiście może tam i nawet części wspólne są, ale jeśli się takie dwa zbiory wyróżni, to cóż, każdy będzie miał swojego bohatera.
To znaczy pozostało z tamtych czasów całkiem sporo fajnych relacji, takich niewydumanych, nieprzekombinowanych i nie Zaprzymiotnikowanych. Specjalnie używam tego słowa, bo zawsze słabością w przypadku dziennikarza czy pisarza jest używanie nadmiaru przymiotników. Jak czytacie państwo jakieś relacje, w których tych przymiotników jest dużo, to wiadomo, że pismak albo niedokształcony, albo niedoświadczony, albo ma jakieś pewne problemy, albo miał zadanie do wykonania. I to niestety widać w tych propagandowych tekstach, w których się usiłuje Wolskiego w jakiś sposób ośmieszyć albo próbuje się zrobić z niego takiego chłopka roztropka, to tam tych przymiotników trochę widać. A u tych rzetelnych dziennikarzy albo próbujących być rzetelnymi to jednak inna klasa materiałów po prostu jest. I to moim zdaniem jest bardzo ważne, żeby patrząc na teksty z tamtych czasów mieć to z tyłu głowy. Tu od razu taka reminiscencja. Mówiłem w poprzednim sentymentalniku, tym sentymentalniku dotyczącym UFO, nawet nabijałem się z tego, że kiedyś pisano o Marsjanie. Proszę państwa, chociażby w przypadku wydarzenia w Emilcinie też mieliśmy panią dziennikarkę, która napisała bardzo długi tekst, w którym słowo Marsjanie pojawia się nad wyraz często i nie wiadomo właściwie z jakiego powodu. Więc to też jest odbicie tego, co się wówczas w prasie, w relacjach działo.
Podsumowując, to dzięki tej grupie rzetelnej mamy dzisiaj masę materiału dosyć spójnego, co też jest dosyć ważne. Dosyć spójny jest ten materiał z różnych źródeł. Widać, że pobierane te informacje były niezależnie, a jednak są w miarę spójne. To pierwsza część. I widzimy też, do czego była zdolna machina propagandowa PRL-owska. Czyli niby tak nie do końca tam obrażamy, bo w końcu to chłop, człowiek pracy żyjący z ziemi, to go tak za bardzo obrażać nie można, ale sugerować, że on może nie wie, co mówi albo może on widział śmigłowiec, chociaż wie, jak wygląda śmigłowiec, ale go nie rozpoznał. Albo że może on po prostu drzemkę sobie uciął, a może pił, a może to, a może tamto. Takich wrednych, nie do końca wypowiedzianych albo dopowiedzianych sugestii pojawia się całkiem sporo.
[01:28:15] - Ogólne podsumowanie części tych relacji na temat Emilcina można podsumować w ten sposób, że są bardzo drobiazgowe. One zwracają uwagę na głównego bohatera, ale przede wszystkim też na tło, na wieś. I jaka była recepcja tego zdarzenia na miejscu. Bo wspomniałem, że o tym należy pamiętać. Wolski się przecież nie wziął znikąd. I my dzisiaj możemy nie doceniać tego, w jaki sposób reagowało jego najbliższe środowisko, które było tak naprawdę jego odbiorcami pierwszymi. To znaczy, jeżeli się Wolski ujawnił na całą Polskę, to zapewne sąsiedzi coś mówili i to musiało na niego mocno wpływać. Ale tak jak powiedziałeś Marku, czasami było tak, zresztą jak to bywa w takich przypadkach związanych ze zdarzeniami, których się nie da wyjaśnić, nawet jeżeli jakiś autor, nawet jeżeli jakiś dziennikarz dawał wiarę osobiście, personalnie w relacje Wolskiego, to nie mógł tego za Boga po sobie dać poznać. I stąd często puenty tych artykułów na temat Emilcina bywają bardzo przewrotne. I tak na przykład w listopadowym numerze Kultury z roku 1978 mamy bardzo głęboko prześwietloną sylwetkę Jana Wolskiego, ale mamy też zwróconą uwagę na hipotezę, która o dziwo zyskała w ostatnich latach ogromną popularność, czyli na ten fakt, że Wolski mógł zostać zahipnotyzowany.
Tam się w tej Kulturze pisze, że to by było nie do wykonania z powodu cech samego bohatera i jego niepodatności rzekomej na hipnozę. Natomiast na samym końcu tego artykułu autor staje w takim symptomatycznym rozkroku, że z jednej strony mamy historię Wolskiego, która się jako tako klei, która prawdopodobnie się wydarzyła, choć nie wiadomo czym jest. Coś mu się przytrafiło. My w sumie do dzisiaj wiemy tylko to, że coś mu się przytrafiło, nie wiadomo co, ale autor tego artykułu przeskakuje nagle na drugą nóżkę i snuje bardzo dziwne rozważania już, że niby to UFO jest, ale interesują się nim dziwni ludzie i w ogóle ludzie się tym interesują jakoś tak podejrzanie. To coś musi być z tym nie tak. I to też jest bardzo charakterystyczne dla publikacji, powiedzmy tych bardziej intelektualnych, prawda? Że one z jednej strony by chcieli, ale z drugiej nie mogą.
[01:30:59] - A ja ci Piotrze powiem, że przeżyłem też rodzaj zadziwienia, bo w tej bazie, którą przetrząsałem Natrafiłem na artykuł z czasopisma z takiego tygodnika „Razem”. To było pismo, jak to powiedzieć delikatnie, młodych komunistów. Panienka rozebrana z tyłu, co w ogóle nikomu nie przeszkadza, mnie w zupełności. Natomiast to było takie typowe pismo. Tu z jednej strony panienka, a z drugiej strony trochę marksizmu, leninizmu w wersji lightowej, żeby się młodzież nie zbiesiła. Wbicie, rozumicie i tak dalej. W mojej pamięci to było pisemko, w którym pokazywały się ciekawe czasami artykuły, na przykład o Bruce Lee. Wtedy Bruce Lee zaczynał być modny, a troszeczkę później zaczynał być modny. Czy o jakichś innych ciekawych sprawach. Tam było trochę materiałów interesujących, ale jednak traktowałem „Razem” jako taką tubę propagandową socjalizmu, która specjalnie się wychylać nie będzie.
Czytam, a tu jest spory artykuł właśnie z tygodnika „Razem”. I muszę państwu powiedzieć, że byłem zdziwiony, bo redaktor tego tygodnika rozwala w pył argumentację sceptyków. Nie dlatego, że jest sceptyczna, tylko że jest po prostu chwilami głupia. I nie daruje ten autor tam, gdzie argumentacja była pozorna, czyli typu właśnie, że rolnik być może widział śmigłowiec. Nie raz Wolski widział śmigłowce i doskonale wiedział, jak śmigłowce wyglądają i po prostu nie mogło mu się tak popierdzielić w głowie, jakby chcieli tego sceptycy. I to „Razem” punktuje. I punktuje jeszcze szereg innych spraw dotyczących tych tak zwanych wątpliwości tam, gdzie one po prostu są, za przeproszeniem, wyciągnięte nie wiadomo skąd. Bo to była też charakterystyczna sprawa dla takich tekstów propagandowych, że nieważne było, czy argument trzyma się kupy, czy się nie trzyma. Ważne, że pada i że w jakiś sposób w tym wypadku posponuje bohatera. To było najważniejsze.
A jeśli ktoś nad tą gazetą zadawał pytanie: „No ale przecież to się nie trzyma, w ogóle to bez sensu jest ten argument”, to sobie mógł to pytanie nad gazetą powtarzać po kilka razy. Nikt nie zamierzał na to pytanie odpowiadać. Po prostu było napisane. Redaktor napisał, znaczy się wie, co napisał i w tym wypadku „Razem” — stąd moje zdziwienie — punktuje te argumenty wyciągnięte nie wiadomo skąd. Sami państwo wiecie skąd. Punktuje je i pokazuje, że są bez sensu. Że to jest próba ośmieszenia. Nie pada to słowo, ale to wyraźnie z kontekstu można wyczytać, że to są próby ośmieszenia człowieka, który coś widział, coś przeżył. I teraz ktoś usiłuje za wszelką cenę dorobić mu gębę, robiąc z niego — wybaczcie państwo, ale to chodzi po prostu o klimat, który wówczas panował — głupka po prostu. A myślę, że sobie Wolski nie zasłużył na tego rodzaju traktowanie.
I tu poznajemy po prostu mechanizmy propagandy, mechanizmy mielenia człowieka. Dzisiaj to zresztą nie trzeba specjalnie analizować, wystarczy sobie do internetu zajrzeć. Te mechanizmy mielenia ludzi są na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba się specjalnie starać, ale wtedy już to również funkcjonowało. Pomimo że o internecie nikt nawet nie myślał, to wtedy również próbowano takich wrednych, głupich w gruncie rzeczy metod, żeby z tego bohatera, rolnika, człowieka, który z całą pewnością przeżył coś niesamowitego, zrobić koniecznie z niego postać taką szemraną. A nie wiadomo, czy nie pił, a nie wiadomo, czy w ogóle jest przy zdrowych zmysłach. A może mu się to wszystko przyśniło, bo zwalony jakimś kielonkiem gdzieś tam sobie przysnął na słoneczku. To są wszystko, proszę państwa, jak pokazuje zresztą „Razem”, ku mojemu zdziwieniu, po prostu bzdury. To są bzdury, które komuś pasowały do jego oglądu sytuacji i to napisał. Myślę, że dzisiaj, jakby to tak przedstawić zainteresowanym osobom, to by się dzisiaj mocno wstydziły tych słów, tych sądów, które tam były wygłaszane.
Dlatego ja zdecydowanie wolę tę grupę materiałów, o której jeszcze mało mówiliśmy, tę właśnie spójną, wyciągającą drobiazgi i takie drobiazgi, które dużo mówią i o tej społeczności, i o samym Wolskim, i o szczegółach samego wydarzenia. To są moim zdaniem bezcenne materiały. A z tych materiałów, które mówią o społeczności, wynika wyraźnie, że zarówno przed wydarzeniem, jak i po wydarzeniu Wolski cieszył się szacunkiem, poważaniem w tej wsi dlatego, że był swoim chłopem. Był człowiekiem, który nie kombinował, nie wymyślał, nie biegał po wiosce i nie meldował co chwilę o jakichś dziwnych wydarzeniach. Był człowiekiem takim jak wszyscy oni tam: zwykłym. Który pewnego dnia przeżył coś niesamowitego i to, że ludzie mieli do niego szacunek sprawiało, że ludzie mu, ci jego najbliżsi z tej najbliższej okolicy wierzyli. Wierzyli, że przeżył coś, co wymyka się takim prostym, trywialnym czasami opisom.
[01:37:41] - Taka druga charakterystyczna rzecz zawiera się w tym, że wiele z tych artykułów, na przykład w Przekroju, ale nie tylko, wyszło spod biura Zbigniewa Blanie Bolara i one stanowią bogaty materiał porównawczy. Poniekąd też można powiedzieć, że źródłowy jakoś tam w kontekście tego dzisiejszego zainteresowania przypadkiem Emilcińskim. Dodatkowo mamy tam zaprezentowane fragmenty wielu rozmów, opisów Wolskiego, a także opinii o samym Wolskim, o których wspomniałeś. Zauważ Marku, że tam się pojawia nawet takie stwierdzenie nieraz, że Wolski wydaje się być zdrowy psychicznie. No cóż, te słowa musiały paść. Ta historia była taka, że musiały paść po prostu. I być może nawet ucieszyły pana Jana, że ktoś publicznie przyznaje, że on jest zdrowy, bo łatwo by go było posądzić o coś innego. Natomiast dzisiaj to już by takie coś nie przeszło, prawda? Pisanie o kimś w ten sposób. Zresztą na przypadku Emilcińskim widzimy, jak się wiele zmieniło w podejściu ludzi do prasy i prasy do ludzi.
Ale chciałbym zacytować jeszcze jeden fragment artykułu. To jest artykuł pani Barbary Wadas z Kulis. Znaczy nie to, że pani Barbara Wadas z Kulis, tylko Kulisy to nazwa czasopisma. I ten artykuł się ukazał w czerwcu 1978 roku, zatem bardzo wcześnie. Tuż w sumie po nagłośnieniu przypadku Wolskiego. I on zawiera bardzo ciekawy opis rodziny, życia, siedliska Wolskich. Tam nie ma też zbyt wielu szczegółów. Dowiadujemy się tylko, że mieszkali w starym domku, który nawet na tą wieś był ewenementem. Wyglądał po prostu jak ze skansenu. Pani Wadas pisze, że Wolski, jak się już czymś interesował, to rolnictwem, pracą na tym swoim siedmiohektarowym gospodarstwie, zatem nie takim małym, że czasem tam przeglądał gazety.
Sztandar Ludu przeglądał, ale telewizji nienawidził, bo raz tam zobaczył kobitę roznegliżowaną i jakieś sceny, jakieś tam fiku-miku. I to go tak gdzieś chyba przestraszyło, że powiedział, że nie będzie oglądał. Takie artykuły pokazują bardzo wiele, bo dzisiaj mamy taki wyidealizowany obraz Jana Wolskiego Emilcina, a wtedy wiesz, chodząc po sąsiadach, chodząc po wsi dziennikarze dowiedzieli się wielu rzeczy. Nie tylko po wsi. Oni przecież nawet na posterunku byli i tak dalej. U sołtysa. Dowiedzieli się pewnie też takich rzeczy, o jakich nie pisali. I to nam pokazuje, że ta historia jest głęboko wrośnięta w kontekst, ale też o tym kontekście się trochę zapomina. Ja powiedziałem, że zmieniło się bardzo podejście prasy do ludzi. Ja jestem pewien na 100%, że dzisiaj jakby się coś takiego zdarzyło, to nikt by z tym nie poleciał do mediów.
Jeżeli już, to pewnie w pierwszej kolejności do jakiegoś portalu internetowego, ale chyba nikomu by nie przyszło do głowy, żeby to nagłaśniać. Wolski gdyby żył, to by się zastanowił, co zrobić ze swoją historią. Dlatego, że po pierwsze zauważ, że dzisiejsza prasa, prasa jak prasa, dzisiejsze media nie są w stanie potraktować tych podobnych historii w sposób poważny. Czyli Wolski, gdyby to się działo dzisiaj, stałby się pewnie bohaterem jakiegoś dziwnego reportażyku, że tam było, nie było Wicie. Ale zauważ, że ten PRL, jaki był, to był i ta prasa też miała swoje mankamenty. Ale często to podkreślam, że jeżeli chodzi o coś takiego jak poziom intelektualny, to jednak to stało dużo wyżej niż to, czego jesteśmy odbiorcami dzisiaj. Chcemy czy nie chcemy. Ale tak było. Tak było. Zobacz, ja jestem sobie w stanie nawet, powiem ci, oczami wyobraźni zobaczyć sytuację, jakby pisały dzisiejsze tabloidy, dzisiejsze gazety o Wolskim.
To by był nagłówek, trzy, cztery akapity, jakaś tam wiążąca wszystko puenta, najlepiej z humorkiem i sugestywne zdjęcie, a w internecie by to było prezentowane jako clickbait. No i to wszystko. A zobacz, że tutaj jednak rozwlekano się, rozpisywano, czasami w sposób nawet taki bardzo mocno ingerujący w życie tego Wolskiego jakoś, ale jednak chyba to było potrzebne nawet dla niego samego. Także tak już reasumując, ten PRL był, jaki był. Emilcin pozostaje legendą. My nie wiemy, co się tam wydarzyło, ale też wiemy, że nic potem o podobnej skali się w Polsce nie powtórzyło. Jan Wolski, jak wielu innych świadków takich zdarzeń, zabrał tą tajemnicę do grobu. Jednak Marku, siła oddziaływania Emilcina jest ogromna. Był komiks, był film Big Bang, o którym jeszcze pewnie kiedyś powiemy. Mocno Emilcinem inspirowany.
Wreszcie z kolei jedna z dużych sieci, platform w sumie internetowych zapowiedziała stworzenie serialu, który będzie miał premierę w tym roku chyba i jeszcze, który jak się wydaje, też jest Emilcinem mocno inspirowany.
[01:43:31] - Tak Dwie refleksje mnie naszły. Pierwsza to taka, że rzeczywiście czasy były inne, bo pierwsze artykuły, wiemy, że wydarzenie miało miejsce na początku maja, 10 konkretnie, a pierwsze artykuły zaczęły się pojawiać pod koniec maja, na początku czerwca. Dzisiaj, proszę państwa, to już po kilku godzinach, jak tylko się pismacy dowiedzieli, to natychmiast by były clickbaitowe różnego rodzaju tytuły, różnego rodzaju analizy. Prawdopodobnie zrobiono by Wolskiemu wielką krzywdę, bo przerobiono by go na jakiegoś chłopka roztropka, który nie wie, co mówi. Na pewno zwariował albo coś. W tej chwili portale internetowe są bezwzględne. Wtedy prasa trzymała jeszcze jakiś poziom. To już nie chodzi o poziom merytoryczny, poziom ludzki, że człowiek to nie był dostarczyciel kolejnego newsa, tylko to był jednak człowiek z krwi i kości, z którym stykamy się i należy mu się szacunek chociażby z tego względu, że jest człowiekiem, a nie jakimś kolejnym newsem. Dzisiaj to w ogóle wypadłoby dosyć paskudnie. To taka pierwsza refleksja moja, że może dobrze, że stało się to wtedy, kiedy się stało.
Druga refleksja to, że wśród tych materiałów nieco późniejszych jest całkiem sporo analiz przeprowadzonych przez Lucjana Znicza, analiz dotyczących wydarzenia w Emilcinie. Okazuje się, że również tego znanego popularyzatora spraw związanych z UFO i nie tylko sama ta sytuacja zainteresowała i poświęcił ileś tam odcinków w tygodniku „Fakty” na to, żeby sytuację przeanalizować. To moim zdaniem też świadczy o tym, że tam było naprawdę dużo materiału do przemielenia, ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Przemielenia, przeanalizowania. Po prostu należało z tym jakoś merytorycznie, myślowo powalczyć i wyciągnąć z tego wnioski. Ale coś jeszcze mi się nasunęło. Otóż ja pamiętam, w PRL-u była taka audycja, to się chyba „100 pytań do” nazywało. I gościem jednej z tych audycji był Mirosław Hermaszewski. On był wtedy dosyć świeżo po locie w kosmos i był oczywiście pytany. To tak troszeczkę, jak astronomowie są ekspertami od UFO, nie wiadomo dlaczego.
Tak wiadomo, że kosmonauta musi się na temat UFO wypowiedzieć. I zadano pytanie dotyczące Emilcina. I powiem państwu, że w mojej pamięci tak się to zapisało. Nie potrafię dzisiaj dotrzeć do tego odcinka, ale jeśli ktoś z państwa potrafi, to będę nawet wdzięczny za zalinkowanie albo pokazanie ścieżki dotarcia, bo w mojej pamięci się zapisało w ten sposób, że Hermaszewski nie był wcale taki wyrywny, żeby się z tego śmiać, żeby mówić: „A to bzdury są. Byłem w kosmosie, widziałem żadnego UFO nie ma”. Nie, to było takie zdystansowane. Bo w końcu wiadomo, pilot wojskowy, członek partii i tak dalej. O pewnych rzeczach może nie mógł, może nie chciał, a może uważał, że nie powinien mówić, ale pamiętam, że ta wypowiedź w gruncie rzeczy, ja dzisiaj pamiętam bardziej nastrój, a nie słowa, ale w gruncie rzeczy zapamiętałem tę wypowiedź Hermaszewskiego jako sympatyczną pod adresem Wolskiego, jako taką niedyskredytującą i niemówiącą: „Nie, bzdury”. Nie. To rzecz, która charakteryzuje, tak mi się wydaje, w to chciałbym wierzyć.
To było podejście człowieka, który jest inteligentny i po prostu wie, że nie wie wszystkiego. Że tak sobie pojadę klasykiem, że nie wie wszystkiego, nie może wiedzieć wszystkiego i nie może a priori odrzucać tylko dlatego, że się z tym, powiedzmy, ideologicznie nie zgadza albo coś mu tam nie pasuje. Nie. Raczej zapamiętałem tę wypowiedź Hermaszewskiego jako taką dopuszczającą w stylu: takie rzeczy po prostu należy analizować i badać. Nie ma innego wyjścia. To w gruncie rzeczy punkt kolejny, że to w ten sposób się odbyło. A zatem starając się o jakąś konkluzję, to ja nie wiem, na jakim szczeblu rozpatrywana była sprawa Emilcina. Mówiąc o szczeblu mam na myśli szczeble partyjne, bo te wtedy się tam liczyły. Czy gdzieś tam w komitecie którymś tam miejskim, wojewódzkim, a może centralnym zapadła jakaś decyzja, żeby sprawę pompować albo żeby jej nie pompować, albo nie wiem. W każdym razie mam wrażenie, że odpuszczono.
To znaczy stwierdzono, że jeśli spróbują z tym walczyć na zasadzie takiej: to bzdury, bzdury i jeszcze raz bzdury, to to się nie uda. Zresztą tak na początku próbowano Część z tych tekstów archiwalnych, które czytałem, na początku próbowała. To były jedne z pierwszych tekstów, ten między innymi, o którym mówiłem, gdzie używane było słowo Marsjanie. To było wszystko w stylu lekko dyskredytującym. To się skończyło w pewnym momencie, bo ktoś, myślę, że rozsądny, doszedł do wniosku, że próba walczenia z tym jest skazana na niepowodzenie. Poza tym jeszcze bardziej roznieci ciekawość ludzi, sprawi, że oni tym będą żyli. W związku z tym odpuszczono. Nie pisano tekstów entuzjastycznych. Oczywiście mówię o tym oficjalnym obiegu. Nie zachłystywano się tym, ale z drugiej strony nie próbowano rzeczy zamieść pod dywan albo, co gorsza, zdyskredytować.
Nie. Po prostu przyjęto, że rolnik podlubelskiej wsi widział coś, a kwestią analizy mogłoby być, co on tak naprawdę widział. I na tym się tak naprawdę skupiono i chyba dobrze, że tak się stało. Proszę państwa i czas na... Ja wiem, miało być friowo, miało być radośnie, nieuczelnianie, a tu ja teraz wyjadę z cyklem „Pisząca z fiordami”. Ale przecież ten cykl Kamili Ciołko-Borkowskiej to nie jest cykl stricte męczący, mający coś wkładać do głowy. To jest raczej cykl, w którym młoda pisarka, nie mylić z młodą lekarką, dzieli się z państwem swoim doświadczeniem. Dzieli się z państwem tymi sprawami, które doprowadziły do tego, że wydała już kilka książek prozatorskich i poetyckich, że zaistniała jako autorka w kilku antologiach opowiadań. Tym wszystkim dzieli się Kamila z państwem. Mówi po prostu, jak zostać pisarzem.
To nie zawsze jest proces trudny, żmudny i bolesny. Czasami bywa. Sami państwo wiecie, że ciężko opisać rzeczywistość jednym celnym komentarzem. To się niektórym udaje, ale tylko niektórym. Sam wiem o tym najlepiej, że mam zawsze kłopoty, żeby coś tak jednoznacznie podsumować. Żeby nie przedłużać, zapraszam państwa na szósty odcinek cyklu „Pisząca z fiordami” i mam nadzieję, że dla ludzi piszących to będzie fajne przeżycie.
[01:52:51] - Dzień dobry wieczór. „Pisząca z fiordami” zaprasza do siebie. Dobry wieczór pisarsko. Zacznę dziś od krótkiej refleksji, jak to w końcu z tym pisaniem jest. Czy pisarz tworzy swoje dzieła tylko przy pomocy ciężkiej pracy, czy tylko przy pomocy tej sławetnej cudownej muzy, która gna na swoich pięknych skrzydłach i jest bardzo kapryśna i nie do każdego przychodzi wtedy, kiedy chciałby tworzyć? Czy znów jest zupełnie inaczej? Nie wiem. Postaram się dzisiaj na to pytanie odpowiedzieć, choć będzie ono trudne. Powiem wam, że spotkałam się z trzema, zdaje mi się, że to były trzy, drogi, trzy spojrzenia na tą kwestię. I teraz przybliżę wam owe trzy drogi.
Pochylimy się nad nimi, podumamy troszeczkę, pofilozofujemy. Ano dlaczego? Dlatego, że jeśli zrozumiemy mniej więcej, co nami kieruje i co jest taką osią czy takim zapalnikiem, dzięki któremu tworzymy, będzie nam, mnie także, aczkolwiek ja już wiem mniej więcej, jak to u mnie wygląda, tak więc teraz bardziej chodzi mi o was. Wiedząc, co jest podstawą mojego pisania, będzie mi łatwiej tworzyć, będzie mi łatwiej pracować nad tekstem, będzie mi ogólnie łatwiej funkcjonować w tym pisarskim świecie. Dobrze, ad rem, jak to się mawia. Słuchajcie, pierwsza droga mówi o tym, że pisanie podporządkowane jest tej właśnie kapryśnej muzie, która nie przychodzi, kiedy jest potrzebna pisarzowi. Nie przychodzi do każdego w takim samym natężeniu. Przychodzi do tych sławnych i bogatych częściej, szybciej, bardziej ochoczo. Do tych początkujących już tak niekoniecznie, więc początkujący musi włożyć więcej wysiłku, a często nawet nie kończy swojej pracy, bo ta wena go opuściła i on taki biedny, samotny żuczek pisarz nic sam zrobić nie może. I w tym oczekiwaniu na muzę, to natchnienie bardzo często jest tak, że mamy takie okresy, kiedy nic się nie robi, bo tej muzy nie ma.
Bo piszę, kiedy mam natchnienie, kiedy mnie olśni naprawdę bardzo mocno, takim obuchem w głowę dostanę od weny. Dopiero wtedy mogę usiąść i przelewać to, co wena łaskawie mi ofiarowała na papier. Podejście jest ciężkie, jeśli chodzi o funkcjonowanie, ponieważ mamy tu bardzo dużą sinusoidę. Okres wytężonej pracy, ciężkiej. Taki szalony zryw pisarski. I wtedy pisarz zarywa noce, pije tysiące litrów kawy i praktycznie stuka w klawiaturę. Nie każdy sobie może na to pozwolić. Wiadomo, z pisania bardzo ciężko jest się utrzymać, zwłaszcza jeśli to jest początkujący pisarz. Dlatego też jest to dość ryzykowna relacja z tą muzą. Aczkolwiek ja na początek w ogóle tego podejścia nie polecam, ponieważ na drugim biegunie tej ciężkiej pracy, tej rzeczywistości znajduje się okres nicnierobienia i wręcz depresyjnego oczekiwania na to, że ta wena się pojawi, że to natchnienie przyjdzie i w końcu będę mógł, mogła coś napisać.
To jest bardzo ciężkie i bardzo niewygodne, ponieważ nie wiadomo, kiedy ta wena się pojawi. To trochę niebezpieczne. Takie pisarskie życie na krawędzi. Drugie podejście to jest podejście skrajne wręcz, które mówi, że nie ma żadnej weny. Wena w sumie nie istnieje. Jedyne, co istnieje, to ciężka praca pisarza, dłubanie w tekście, siedzenie przed klawiaturą, stukanie w nią i wpisywanie tego tekstu cały czas do pliku tekstowego. Nie mogę się nie zgodzić. Tak samo, jak i z tą pierwszą wersją też się nie mogę nie zgodzić, ponieważ to jest też podejście do pisania, aczkolwiek to jest bardziej rzemieślnicze. O ile to pierwsze jest bardziej romantyczne, to jest bardziej rzemieślnicze, bardziej podchodzące do pisania jak do zawodu, który normalnie się wykonuje z dnia na dzień, systematycznie. Co jest bardzo dobrym podejściem.
Jeśli możemy, mamy czas, mamy możliwości usiąść i codziennie klikać w klawiaturę, codziennie pisać kawałek tekstu. Nawet niedużo. Chociaż przynajmniej te 10 minut dziennie podłubać w tym tekście. Nie trzeba tylko stricte pisać nowego tekstu. Można pracować nad starym tekstem, ewentualnie zbierać jakieś informacje do nowego tekstu. To wszystko jest praca pisarska i o tym wszystkim także mówię w tym momencie. To też wszystko obejmuje ta cała tematyka. O ile przy pierwszym przykładzie, o tym, którym mówiłam na początku, praca pisarska to tylko krótkie zrywy polegające na tym, że coś się robi, o tyle tutaj bardziej skupia się człowiek, pisarz na tym, żeby systematycznie, z dnia na dzień coś robić. Wiadomo, jeśli będziemy systematycznie, codziennie chociaż trochę malować pokój, w końcu go pomalujemy. I w ten sam sposób możemy podchodzić do książki.
Jeśli codziennie będę pisać po pół godziny dziennie, jeśli mam czas i możliwości, to w końcu książkę napiszę. I to jest całkiem dobre podejście, może nawet odrobinę lepsze od tego pierwszego, które jest dość chaotyczne. O tyle ja mam ciężkie podejście, ponieważ zanegowanie tej weny, tego natchnienia jest dla mnie trochę smutne, ponieważ wykluczając całkiem wenę z procesu tworzenia nie tylko literackiego, ale także malarskiego czy innego, czy też na przykład rzeźbiarskiego, wykluczając ten element, to powiem wam, że gdzieś najprawdopodobniej, to jest tylko i wyłącznie moje myślenie, może zniknąć radość tworzenia. Ponieważ jeśli zaczynam rzemieślniczo coś robić, wykonywać, to mogę zatracić całą radość. Ja nie muszę, ale mogę. Nie mówię, że to na pewno będzie miało miejsce. Gdzieś może zniknąć ta radość tworzenia, ta radość z odkrywania. Będę tylko zastanawiać się, jak to zrobić i będę pisać te książki, tłuc jedną za drugą, jedną za drugą, bo ja jestem rzemieślnikiem i mogę tworzyć ich coraz więcej. To jest już skrajne. Skrajna sytuacja.
Bardzo rzadko tak się zdarza. Jednak jest i taka wizja. Ja osobiście jestem za tym, żeby zająć miejsce gdzieś pomiędzy. Mówiłam o tym już gdzieś na początku, w pierwszych audycjach. Ta też daleko nie jest. Aczkolwiek mówiłam o tym już gdzieś na początku, że ja wyznaję taką zasadę, że jest wena, której ja nie neguję, ponieważ ona przynosi mi jakieś pomysły, jakieś inspiracje. Ona zapala się jak włącznik. Wiecie, wchodzimy do ciemnego pokoju. Pstryk! I cały pokój zalewa światło.
Tym jest właśnie wena. Jest takim włącznikiem, który przytula pisarza, kiedy ten naprawdę czasem się tego nie spodziewa. Dlatego dobrze jest być zawsze przygotowanym, jeśli mamy taką możliwość, zapisać pomysł i wrócić do niego później. Wena jest naprawdę super rzeczą i ja jej nie neguję. I nawet gdyby ktoś mi powiedział, że ona nie istnieje, no to nie wiem, czy bym się zgodziła. Na pewno nie. W każdym razie wiecie, przyszła wena, olśniła nas, wypiła z nami kawę, pogłaskała po głowie i poszła sobie dalej. I co teraz? Zostajemy z tym sami. Był ten moment, kiedy tak tacy nafaszerowani jej energią usiedliśmy i tłukliśmy w klawisze z zapamiętaniem, ale nagle się okazało, że w sumie sobie poszła, a zostaliśmy sami.
Mamy niby ten pomysł, mamy to wszystko. I teraz słuchajcie. Cały sekret polega na tym, że trzeba wziąć właśnie troszkę z tej pierwszej wersji, o której mówiłam na początku i z tej drugiej, która pokazała się zaraz później po niej i w momencie, kiedy wena już nas opuściła, poszła sobie gdzie indziej. Siadamy, słuchajcie jak rzemieślnicy i pracujemy nad tekstem. Jeśli mamy w głowie to, co wena nam podsunęła, tak? To mamy podwaliny pod to, żeby wykonać ciężką pracę. To jest tak samo, jak siadamy sobie do pracy i mamy zrobić jakiś tam wykres czegoś tam, jakichś danych i mamy te dane przed sobą, więc musimy włożyć pracę, żeby ten wykres stworzyć. Tak samo jest z twórczością artystyczną, literacką, malarską, z jakąkolwiek. Jeśli mamy jakąś wizję, mamy pomysł w głowie, tak? Który chcemy rozwinąć.
Niekoniecznie wiemy, jak chcemy go rozwinąć, ale mamy zalążek taki drobniutki, który ta wena nam zostawiła. To zostaje nam teraz usiąść, zastanowić się nad tym i pisać. To jest najlepsze, co może zrobić pisarz, tak? Kiedy ma jakiś pomysł. Usiąść i napisać. Nie czekać na to, że ta wena przyjdzie znowu i będę mógł, mogła tak znowu popisać. Nie! Ona zostawiła cię z gotowym pomysłem. Taki prezent dała, tak? Taki drobiazg.
I teraz ty jako pisarz masz zrobić z tego coś niesamowitego. Bo to właśnie robi wena. Podsuwa jakieś pomysły, jakieś wiecie, takie inspiracje i sobie idzie. A potem ty masz pracować samodzielnie, ponieważ jesteś już duży, tak? Pisarz czy duża. Jesteś duży czy duża? Pisarz czy pisarka. I możecie pracować sami. No, czasem w parach, jeśli akurat to jest taki projekt, ale ogólnie praca pisarza polega na tym, że się siedzi i się tworzy samodzielnie. Fakt, że poza tym ogólnie praca pisarza nie polega na samotności, to już inna kwestia.
O tym kiedy indziej, a może zaraz, za chwilę. Ale sam proces pisania to jest wiecie, taka randka jeden na jeden. Pisarz z jego myślami, nie z weną, z myślami, z jego własną wizją tego, co ta wena zaproponowała. To nie jest tak, że tylko z weną mogę pisać albo bez niej mogę tylko pisać, tak? Bo to jest rzemieślnicza praca. Nie. To trzeba połączyć. Znaczy moją, moim zdaniem trzeba to połączyć. Jest taki pstryk i później praca nad. Dlatego też pisarz powinien, słuchajcie, skupić się na tym, by wykorzystać swoje własne zasoby i budować na podwalinach tak tego, co zostawiła ta owa wspomniana już niewiasta.
Stworzyć niesamowitą historię. Dlatego ważne jest, by zapisywać pomysły albo mieć jakiś nie wiem, słuchajcie, jakiś plik, gdzie się zapisuje, czy jakiś dźwiękowy plik, gdzie mu się dogrywa, tak? Jakieś zaczątki czy pomysły, czy szablony jakichś nie wiem przyszłych historii. I później, kiedy ta wena się nie pojawia przez dłuższy czas, no bo nie oszukujmy się, to, że pojawiła się raz czy dwa, to nie znaczy, że ona się będzie pojawiać systematycznie ta nasza nieszczęsna wena. I dlatego dobrze jest zapisywać sobie te pomysły, żeby w momencie, kiedy się nie pojawi, tak? Sięgnąć do worka z tymi pomysłami, wyciągnąć jakiś i zacząć nad nim pracować. Wtedy zapewnimy sobie ten wspomniany już wcześniej możliwy proces tworzenia systematycznego, tak? Ten element rzemieślniczy. Ponieważ jak już wspomniałam, dobrze jest połączyć pierwszą wizję z drugą wizją. Dlatego też no nie można też negować tego, że weny nie ma, ponieważ coś nam pomysły do głowy tak podsuwa.
Ja wiem, że to jest mózg ogólnie, no ale jakoś to nazwać należy. I teraz słuchajcie. Można wspomóc pojawienie się natchnienia. Można. Są na to różne sposoby i każdy ma indywidualny. Dlatego należy obserwować się Wypróbowywać jakieś sposoby czy metody, cokolwiek, co może zadziałać. Później już z czasem, kiedy poznamy swój organizm, siebie samych, będziemy wiedzieć, co na nas działa, żeby tę wenę przyciągnąć czy też ją jakoś wezwać. Nie oszukujmy się, jeśli sobie nie zapiszemy pomysłów, a zapomnimy albo pomysły nam się już skończą, wyczerpały się nam wszystkie, a ona dalej nie przyszła i mamy totalny stupor. Nic do głowy nie wchodzi, nic się nie pojawia, żadna wizja, żaden pomysł, żadna iskierka i po prostu tylko usiąść i płakać. A płakać to też niekoniecznie, bo nie wypada.
Dlatego należy siebie obserwować. Ja wam powiem na przykład, że są różne sposoby. Są różne sposoby, metody na to, żeby wpaść na jakiś pomysł. Niektórym wystarczy słuchanie muzyki, innym oglądanie filmu, innym spacer. Naprawdę, czasami jest tak, że idzie sobie człowiek sam, ogląda świat dookoła i nagle bach! Jakiś cudowny pomysł. Świetny, bo wiatr zaszumiał między liśćmi i to będzie świetny pomysł do tego, żeby zbudować jakąś scenę i od tego zacząć opowiadanie czy powieść. Proszę. Można? Można.
Niektórzy potrzebują dalszych wycieczek, jakichś podróży zagranicznych, wojaży takich z przygodami, bo tylko wtedy potrafią naładować głowę pomysłami. Innym wystarczy oderwanie się od rutyny. Czyli na przykład, jeżeli codziennie pracuje od 8 do 16, potem dom, potem dzieci, w weekend na przykład jakieś zajęcia dodatkowe, coś tam. I jeśli raz na jakiś czas człowiek wyrwie się z tej monotonii, to może być tak, że pojawi się jakiś pomysł, ponieważ zobaczy coś nowego, oderwie się od takiej rutyny i będzie mógł zobaczyć świat troszeczkę inaczej, pod innym kątem i to może mu podsunąć jakiś pomysł do nowej fabuły. Może. Też. Dlaczego nie? Niektórzy potrzebują na przykład chwili relaksu, kąpieli z bąbelkami, z jakimiś pachnidłami, z dobrą muzyką. Niektórym wystarczy długi prysznic, podczas którego rozmyślają i budują jakieś światy albo zastanawiają się nad różnymi rzeczami i nagle bach! Pomysł jest.
Jest. Moje gratulacje. Niektórzy na przykład potrzebują oderwać myśli w głowie, gotując. Dlatego każdy ma jakiś swój sposób. Najlepiej wypróbować wiele różnych scenariuszy i na tym zbudować później swój sposób na pisanie. Nie ryzykowałabym jednak z alkoholem i używkami. Ja wiem, Hemingway pisał rewelacyjnie, pijąc naprawdę wielkie ilości różnych alkoholi. Jednak nie jesteśmy Hemingwayem, nikt z nas nim nie jest. I uwierzcie mi, zaczynać swoją pisarską przygodę od eksperymentów z alkoholem i używkami to nie jest najlepszy pomysł. Lepiej trzymać się od tego z daleka.
Znam ludzi, którzy faktycznie podczas pisania lubią mieć na przykład kieliszeczek czegoś tam i sobie piszą, tworzą, popijając. Jednak nie radziłabym zaczynać próbować wzywania weny w ten właśnie sposób. Nie jest on najlepszy. Nie. Radzę zacząć od kawy czy herbaty, czy nawet soku jakiegoś. Jednak z używkami nie szalejmy, ponieważ jak już pokazują biografie pisarzy, którzy już nie żyją, nie zawsze nadmierne spożywanie używek jakichkolwiek jest dobre dla zdrowia. I o ile budowanie historii napędzanych alkoholem może być całkiem owocne, o tyle uwierzcie mi, w życiu prywatnym później może być nieciekawie. Ale nie terapia, nie o tym audycja. I powiem wam też, że dzieła tworzone pod wpływem alkoholu czy innych używek nie zawsze mogą dać się zredagować na trzeźwo, nie zawsze mogą mieć sens, jak już ktoś będzie je sprawdzał nie pod wpływem. Tak więc tego nie polecam, ale zrobicie jak będziecie chcieli.
Radzę wam, że jeżeli o mnie chodzi, to pannę wenę zapraszam poprzez słuchanie muzyki. W moim przypadku muzyka działa bardzo dobrze. Czasem działają też jakieś dłuższe wyprawy samochodowe albo piesze. Wtedy mózg zaczyna pracować zupełnie inaczej. Nie zajmuje się tym, co jest codziennością, takimi zwykłymi rzeczami, które normalnie pojawiają się, kiedy kręcę się po domu, w pracy czy na drodze praca-dom. Podczas jakiejś wycieczki, kiedy mój mózg skupia się na tym, co jest nowe, co mnie otacza, czasem pojawiają się jakieś przebłyski Postaci, sytuacji czy jakichś dialogów nawet, które gdzieś później wykorzystuję. Ciężko jest zapisywać takie rzeczy. Staram się je pamiętać, aczkolwiek bardzo często uciekają i popełniam ten błąd, że niestety, ale nie mam nigdy pod ręką nic do zapisywania. Czasem mam, ale bardzo często jest tak, że wychodzę i nie mam nic do zapisywania. Powinnam chyba zacząć zapisywać w telefonie, ponieważ telefon każdy ma zazwyczaj przy sobie.
Ja też. I może to jest dobre rozwiązanie, żeby wyjąć telefon, zapisać pomysł i trzymać go na czarną godzinę, że tak powiem, do wykorzystania. Bardzo dobry pomysł i polecam go jak najbardziej. Najpierw go oczywiście przetestuję. Czasem jest też tak, że idziemy spać i już prawie śpimy i nagle trach! Pomysł, ale taki pomysł, że po prostu klękajcie narody, lepszego to już nigdy nie znajdziecie. Ale nie wstaniecie, nie zapiszecie. Będziecie pamiętać. Na pewno. Rano się budzicie.
Pomysłu ni śli, ponieważ gdzieś się rozmył. Gdzieś na drodze jawa-sen zniknął razem z tym snem, który pojawił się w nocy. Dlatego jeśli już, to polecam się jednak zerwać, zapisać, bo może jednak faktycznie okazać się ten pomysł niesamowity. A nuż widelec da się z tego zrobić jakąś naprawdę niesamowitą powieść. A pomysł co? Zmarnowany po prostu. Tak to już w życiu pisarza jest, że niektóre pomysły się przesypia. Choć czasem, przyznam się, można mieć taki sen, że po przebudzeniu należy też go zapisać, ponieważ stanowi niebanalną podstawę do zbudowania nieziemskiej fabuły. Oczywiście nigdy nie wyśniłam historii, ale znam takich, którzy mają takie przygody. Czym też dobrą inspiracją do tworzenia swoich własnych, unikalnych historii jest czytanie cudzych książek.
Wiadomo, historie, które już zostały napisane, jeśli zaczniemy pisać takie same, będą nazwane plagiatem. Ale jeśli czytając czyjąś książkę wpadniemy na jakiś zaskakujący pomysł, który będzie na przykład rozwinięciem pobocznego wątku jakiejś bohaterki, czy będzie zainspirowany jakimś problemem dodatkowym głównego bohatera czy bohatera pobocznego, jak najbardziej może być użyty do tworzenia waszej historii, która będzie już zupełnie odmienna. Dlatego nawet czytanie książek może być traktowane jako swoista inspiracja. Tylko to, co jest najważniejsze i to, co jest naprawdę bardzo istotne przy tworzeniu. Musimy pamiętać, że nie możemy być kopią jakiegoś innego pisarza, nie możemy być tacy sami. Nasz styl nie może być identyczny ze stylem kogoś innego, ponieważ wtedy pozbawimy się pewnej autentyczności. A chcemy właśnie, żeby tą autentyczność czytelnik zauważył, zainteresował się nią i był niejako zakochany w tej naszej autentyczności. Dlatego musimy pamiętać, że to, co piszemy, to, jak się inspirujemy, powinno być indywidualne, dopasowane do nas. I nawet jeśli ktoś inny poleca wam zerknięcie na to, na tamto, zrobienie tego czy tamtego, jak najbardziej możecie spróbować. Od tego jeszcze najczęściej nikt nie umarł.
Zależy jeszcze, co będziecie próbować, ale jeśli to jest legalne i nieryzykowne, to najprawdopodobniej nic wam się nie stanie. Ale jeśli ktoś na przykład czerpie inspirację na przykład z jogi, z sesji jogi, dlaczego nie spróbować? Można spróbować, zobaczyć. Może sesje jogi uspokoją myśli i wprowadzą jakiś delikatny porządek, pomogą w porządkowaniu, nie przyniosą inspiracji, ale będą idealnym narzędziem do tego, żeby porządkować myśli związane z pisaniem. Ponieważ to też jest istotne. Nie sama inspiracja, czyli sam ten moment błysku, który wena zrobi wchodząc do ciemnego pokoju. Tylko ten późniejszy, ten czas, który poświęcamy na pracę nad tekstem. On też jest bardzo ważny i też należy znaleźć swój własny sposób, żeby przejść przez to i nie oszaleć. Naprawdę! Ponieważ jeśli będziemy tylko i wyłącznie o tym myśleć i będziemy mieć w głowie totalny bałagan, nieuporządkowane akcje, które będą miały miejsce, nieuporządkowane wątki, bohaterowie luźno biegający i każdy będzie robił zupełnie co chce, to my tej historii nigdy nie napiszemy.
Powinniśmy usiąść i zastanowić się, w którą stronę każdy bohater ma iść. Nawet poboczny, który pojawi się tylko na chwilę. On nie może być przypadkowy. On ma być po coś w książce. Chociażby po to, żeby poznać głównego bohatera, żeby on sam siebie poznał. A nie, że każdy będzie biegał po waszej książce, po waszym opowiadaniu z krzykiem i będzie robił różne dziwne rzeczy, nad którymi wy nie panujecie. Ponieważ to wy jesteście twórcą tej historii i to wy nad nią panujecie i musicie znaleźć sposób, żeby przejść przez to. Od początku, od inspiracji, poprzez ciężką pracę w trakcie tworzenia historii, poprzez redakcję, która później też się pojawi, bo skoro już skończymy książkę, to trzeba nad nią pracować, po sam koniec, czyli wybór okładki i trzymanie książki w rękach. Trzeba znaleźć swoją własną drogę, indywidualną. Bo tak jak nie ma dwóch identycznych istnień, tak samo nie ma dwóch identycznych sposobów na przejście przez drogę tworzenia historii.
Każda jest indywidualna. Dlatego też nie można nigdy powiedzieć, że jest tylko jeden właściwy, święty i niepodważalny sposób na złapanie inspiracji, na tworzenie i na pracę z tekstem. Nie, nie ma. Dlatego też nie powinno się bez pewnej dozy powątpiewania przyjmować za pewnik tego, co mówią inni ludzie. Jeśli chodzi oczywiście o sferę pisarską, ponieważ do wszystkiego powinniśmy dojść sami, aby stworzyć swoją własną, unikalną drogę na to, żeby spotykać się z tą jakże kapryśną panienką, którą nazywamy weną i aby później indywidualnie funkcjonować do następnego spotkania, ponieważ nie wiadomo, kiedy ono się pojawi. Życzę wam jak najczęstszych spotkań z panną weną, jak najbardziej wytrwałego dążenia do pracy przy waszych historiach i jak najszybszego i skutecznego znalezienia swojej własnej drogi do pisania. Tak więc tego wam życzę i do następnego razu. Dobranoc.
[02:27:42] - No i czas, proszę państwa, na tak zwany stały punkt programu, czyli Archiwum ABW. To dzisiejsze Archiwum ABW wymaga zapowiedzi specjalnej. Otóż, ponieważ mamy czas relaksu, czas fiesty... Nie, fiesty nie, otóż w końcu wieczorne godziny. Mamy w każdym razie czas wolny. Mamy czas troszeczkę leniuchowania, trochę grillowania, co kto lubi tak naprawdę. Może wycieczek, może innego aktywnego bądź mniej aktywnego spędzania czasu. Co tam państwo lubicie. Ale to jest chyba dobry moment, żeby zaprezentować państwu jedno z tych opowiadań, tak zwanych kultowych czy takich opowiadań, które gdzieś tam się w historii na przykład polskiej fantastyki odcisnęły. Takim opowiadaniem jest prezentowane w ABW, czyli tej archiwalnej audycji, opowiadanie jednego z twórców ABW, czyli Wiktora Żwikiewicza.
Opowiadanie „Sindbad na RQM57”. Zawsze jest kłopot z tym opowiadaniem, bo opowiadanie krótkie nie jest. Więcej, ono jest całkiem długie. W czytaniu, co Marek wie najlepiej, to ono prawie trzy godziny ma. No i zawsze był problem, żeby w takiej zwykłej, przeciętnej, cotygodniowej audycji zaprezentować państwu to właśnie opowiadanie, które warte jest tego, żeby je zaprezentować. Czas feryjny, czas oddechu. To jest dobry moment. A zatem zapraszam państwa na „Sindbad na RQM57” autorstwa Wiktora Żwikiewicza. To będzie kawał długiego słuchania.
[02:29:36] - Wiktor Żwikiewicz, „Sindbad na RQM57”. Autostrada biegnie po stycznej do krawędzi kamiennego progu. Rząd biało-czerwonych słupków. W dole stromizna urwiska, wparta w łachy burego piachu i pasmo raf przeczesujących zwały żółtej piany. Już dawniej zwróciłem na niego uwagę — ciągnie sierżant Stubbs. Jego opowiadanie nie ma końca ani początku. Po prostu mówi, żeby przemóc senność, która każdemu z nas jednakowo daje się we znaki. Kiedy? Chyba za pierwszym przejazdem z La Grande do Pemacombo. Akurat otworzyli ten odcinek trasy.
Odpowiedzialny za okolicę był wtedy szeryf z Pemacombo i dwa razy w tygodniu woziłem go z miasta do miasta, a on nigdy nie zaszczycił uwagą innych przejezdnych, turystów i tych łazęgów, jakich pełno tu było o każdej porze roku. Zjawiali się czort wie skąd i tak samo znikali. Po nocach wysiadywali przy ogniskach i debatowali o różnych mądrych rzeczach, a potem myszkowali z namiotu do namiotu. Ale tylko w nocy. Po to się pewnie zjeżdżali. Nocne ćmy. W dzień żaden czubka nosa nie wystawił spod zasznurowanego prezentu. Potrafili spać całymi dniami. Zresztą on też przesypiał połowę doby. On?
To znaczy... Nie, nie, nie on. Znaczy ten szeryf z Pemacombo? Tak, ostatnimi czasy całą drogę drzemał na tylnym siedzeniu. Paskudne przyzwyczajenie. Krok do wełnianych skarpetek i bujanego fotela. Jak industrialne szczury. Fotel bujany. Coś takiego nawet przytaszczył do mnie na posterunek w La Grande. Myślałem, że coś z nim nie tego, ale on spokojnie postawił na wprost drzwi i powiedział: „Wygodne”.
Tyle od niego słyszałem. Nigdy się nie zwierzał, ale tak mi się zdaje, że on już wtedy przypuszczał. Co takiego? No, pan wie najlepiej. Przecież w końcu dla takich jak ja zabraknie miejsca. Tylko wywalić się w hamak albo bujany fotel i założyć nogę na nogę. Pewnie nie powinienem o tym mówić, ale już dzisiaj można cały dzień z powodzeniem przedrzemać na słońcu. Fletcher po prostu zaczął za wcześnie i ta senność go pewnie zgubiła. Panie, świeć nad jego duszą. To znaczy, że z tych włóczęgów nikt nie został?
Nawet nie pamiętam, kiedy był ostatni. Jedynie ten gość w knajpce Taroczego. Dziwne, że Fletcher też zwrócił na niego uwagę. Stubbs szczerzy się znad kierownicy. Trudno nie zauważyć, jeśli się pęta samotnie jak palec. Zresztą rzeczywiście, Fletcher zainteresował się pierwszy. Ja dopiero później. Kurcz mięśni zwiera szczęki. Chciałoby się ziewnąć szeroko, ale Stubbs patrzy na ciebie w lusterku i trzeba zachować pozory, że mimo wszystko obchodzi cię coś z tego, co dzieje się za szybą. Paskudnie szary, dżdżysty krajobraz.
Daleko jeszcze? Gdyby nie mżawka, powinniśmy tam być od dobrych 15 minut. Stubbs pewnie prowadzi samochód. Według raportów byłego szeryfa z Pomacombo jest to jedyne, co potrafi. Swoją drogą przyjemnie jest patrzeć na jego łapska oparte na kierownicy. Zupełnie jakby Pan Bóg, tworząc człowieka specjalnie dopasował mu kończyny do sprzęgła, hamulców i kierownicy. Ciekawa symbioza białka i blachy na czterech kółkach. To pierwszy deszcz w tym roku? Pierwszy. Nocą przeszła tędy prawdziwa ulewa.
Teraz siąpi ledwie drobna mżawka. Osiada na przedniej szybie i zacina z boku brudnymi rozpryskami kropel zmieszanych z błotem. Równomierny pomruk silnika. Człowiek cały zapada się w rozlazłe obicie fotela. Wycieraczki chodzą tam i z powrotem. Usypiającym rytmem kołyszą się przed oczyma. Pejzaż za szybami wozu przesłonięty mętną zawiesiną, jakby samochód przebijał tunel w nawarstwieniach brudnej waty i rzadkiej pajęczyny. Stubbs opowiadał, że kilkanaście lat temu o pobliskie rafy wyrżnął tankowiec. Stutysięcznik. Rozlana po wodzie ropa pokryła kamienie i powierzchnię oceanu siną i tłustą, półprzezroczystą błoną.
Kilkanaście lat temu. Zamierzchła prehistoria. Ale potem był jeszcze kontenerowiec ze złomem mosiądzu i dwa zbiornikowce, które w czasie sztormu uraczyły okolicę paroma tysiącami ton nitrobenzenu i herbicydów. Według Stubbsa tak właśnie wygląda rodowód beznadziejnego kolorytu okolicy. Chyba dawno nie wytykał nosa poza swój rejon. Ale w rzeczy samej kiedyś nie było ponoć piękniejszego zakątka. Pielgrzymki turystów ściągały w to miejsce wybrzeża aż z połowy kontynentu. Oczywiście wyłącznie ci, którym jeszcze nie zabrakło odwagi wyruszać na dłuższe wojaże. Przyjeżdżali, żeby po raz ostatni uwiecznić familijne stadło w uroczym tle, którego nie powstydziłaby się Mona Lisa. Głupia legenda.
Jak dziarscy cyrkowi atleci i morskie nimfy wymalowane na kartonie przez prowincjonalnego artystę. Zamiast głowy dziura, gdzie można wetknąć własną gębę i głupkowato uśmiechać się do fotografa. Idiotyczna tendencja kultywowania przegranych mitów. Barwne fotki też się nikomu nie przydadzą. Przynajmniej za to z racji zawodu mogę ręczyć. Kiedy zatrzymaliście się tam po raz pierwszy? Pytam, wracając do poprzedniej rozmowy. Sierżant Stubbs patrzy na mnie z lusterka. Ze zdziwieniem podnosi krzaczaste brwi i pociąga czerwonym, zakatarzonym nosem. Obok lusterka podskakuje na gumce maskotka o krótkich, pałąkowatych nóżkach, w filcowym kapeluszu zasuwniętym głęboko aż po pyzate policzki i ze srebrną gwiazdą wpiętą w wyłóg kamizelki.
Bo ja wiem. Stubbs wzrusza ramionami. Fletcher, ten szeryf z Pomacombo miał różne słabostki. O spaniu już mówiłem. Poza tym czytał książki i kochał dobre piwo. Skąd brał książki? Nie mam pojęcia. A piwo... Hacjenda Taroczego to taka miejscowa oaza. Potem kilkaset kilometrów trasy biegnie przez zupełne odludzie.
Kazał się wozić do knajpy? Budził się dokładnie na sto trzecim kilometrze. Sam szedł przepłukać gardło, a mnie zostawiał na zewnątrz. Dlaczego? Żebym przed dalszą drogą odetchnął świeżym powietrzem. Tfu. Stubbs soczyście spluwa gdzieś obok nogi wspartej łopetą gazu. Ani razu nie zaprosił do środka? Eee, różnie bywało. Czasami wystarczy zadać mu pierwsze z brzegu pytanie, a z miejsca traci ochotę do dalszych zwierzeń.
No a wtedy? Usiłuję pochwycić jego spojrzenie w zapoconym lusterku. Wtedy tak. To znaczy wyszliście razem? Właśnie tamtego dnia zaciągnął mnie ze sobą i nawet częstował piwem. Ale nie wziąłem. Słowo honoru. Na służbie nie piję. Mam żonę, dwoje dzieci i dostaję trochę grosza za prowadzenie wozu. A ktoś przecież powinien prowadzić.
Jedno piwo nie zaszkodzi. Tak się mówi. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął zmiętą chustę. Najpierw trochę zmniejszył szybkość samochodu, potem wysmarkał się hałaśliwie. Połowa twarzy utonęła w bordowo-żółtej kracie, jakby razem z chustką zmiął w garści czubek nosa. Sapnął z zadowoleniem. Potem zerknął na mnie i dodał: Z jednej strony dziękuję Bogu za odrobinę deszczu, z drugiej zaś natychmiast dostaję kataru. Odwykliście tutaj od deszczu. Odwykliśmy od świeżego powietrza. Po dobrej ulewie nawet niebo przejaśnia się nieco.
Wtedy również padało? — zapytałem. Skąd! Chociaż właściwie... Aż się obejrzał przez ramię. Twarz jego była dziwnie gruboskórna, z plamami ciemniejszego pigmentu, nierówno rozłożonej opalenizny. Z nosa jeszcze się nie śczył naskórek. Na policzkach i podbródku głębokie pory ciemniały jak księżycowe kratery wyżarte kwasem albo będące pamiątką po młodzieńczych eksperymentach pirotechnicznych. Musiał mieć kiedyś irlandzkiego protoplastę. Kędzierzawe rude bokobrody biły się koło jego uszu od skroni aż do masywnych szczęk.
Kapelusz trzymał na kolanach, gdyż pomimo deszczu w wozie było wystarczająco duszno i ciepło. Kiedy znów się odwrócił, został mi przed twarzą tylko piegowaty kark ze sztywnym kołnierzykiem koszuli wbijającej się w nabiegłe krwią fałdy skóry poniżej starannie przystrzyżonych, sztywnych włosów, również jakby przyprószonych ceglastym pyłem. Jak pan zgadł? — zapytał. Ostatecznie musiała być przyczyna, że akurat wtedy Fletcher zaprosił cię do środka. Powinni pana przyjąć do policji śledczej. Ja dopiero teraz przypomniałem sobie. Fletcher powiedział nawet coś w tym rodzaju, że nie ma co sterczeć na deszczu. Rzeczywiście. Dlatego poszedłem.
No właśnie. Więc wtedy poznałeś tego gościa? Tak. Powiedz o nim coś więcej. Nie ma o czym mówić. Leniwie rozprostował szerokie plecy. Pan od dawna na tej prowincji? Zależy, jak się patrzy. Normalnie to drugi tydzień, ale zaczynam mieć dość tego zwiadu. Zwiadu?
Tak zaczynają nazywać inspekcję wybrzeża. Wydało mi się, że kątem oka dostrzegłem w lusterku przelotny, chytry uśmieszek na jego twarzy. Dawno tam nie byłem. Kiwnął głową w stronę przeciwną do kierunku, skąd czasem dochodził nas szum oceanu. Jak tam jest naprawdę? Tak samo oni pytają, co naprawdę tutaj się dzieje. Roześmiałem się. Więc nie chcesz mówić o tamtym facecie? Myślałem, że pan zapomniał. Poklepał dłonią obręcz kierownicy.
Nie chcę. Przecież mówiłem już. Po prostu siedział w najdalszym kącie nad kuflem piwa i tylko wlepiał wzrok w wejściowe drzwi. Czekam na kogoś? Nie sądzę. Ale za tamtych czasów wałęsało się tędy sporo ludzi. Jak on właściwie wyglądał? Trudno powiedzieć. Chyba na coś chorował. Może jeszcze w młodości.
Została mu po tym anemiczna bladość i nienaturalna opuchlizna twarzy. Wyglądał z tym jak topielec. A jak sądzisz, kim on był? Dzisiaj nikt o to nie pyta nikogo. A jednak. Normalny gość. Wczoraj wieczorem mówiłeś co innego. Mijał drugi dzień od chwili, gdy przyjechałem do La Grande i zastałem go w opustoszałym miasteczku, żyjącego w zupełnej samotności jedynie z własną rodziną. O żonie i dzieciach nie chciał wspominać. Nie zobaczyłem ich też ani razu.
Podobno mieszkali w domku na przedmieściu. Kiedy zjawiłem się, Stubbs siedział na swoim posterunku w parterowym budynku policyjnego biura i kołysał się na plecionym bujanym fotelu. Z równym powodzeniem mógł tak siedzieć dzień, dwa, nawet rok. Nic się nie mogło wydarzyć, a nikogo nie czekał. Po prostu siedział wyciągnąwszy przed siebie długie nogi i między czubkami butów śledził wędrówkę cieni przemieszczających się po rozpalonym do białości bruku. Posterunek mieścił się na wprost rynku miejskiego i z poziomu werandy, na której był wystawiony fotel, można było ogarnąć wzrokiem całe niemal miasteczko. Leżało nieco w dole, białą wysypką domów rozsypane na skłonie schodzącym do morza. Już jadąc tutaj stwierdziłem, że parterowe okna domów śródmieścia, podobnie jak okna willi pojawiających się czasem wzdłuż nadmorskiej trasy, były na głucho zabite deskami. Jedynie w bramie kościółka stojącego nieco na uboczu dostrzegłem szczelinę cienia, jakby ktoś nie domknął wrót i specjalnie pozostawił je uchylone na wszelki wypadek, jeśli ktoś inny zechce przypadkiem wejść i pomodlić się przed ołtarzem. Na początku mojej trasy zajrzałem do jednego z takich kościółków.
Ołtarz nakryty był szarym pokrowcem, może zwykłym, mocno przykurzonym prześcieradłem. Wszędzie to samo. Za każdym razem nie warto odwiedzać przybytków utraconej wiary. Stubbs również wie coś na ten temat. Następnego dnia po moim przyjeździe tutaj, skoro świt musiałem jechać do Pemacombo, więc pozostaliśmy z sierżantem na posterunku do późnej nocy, rozmawiając o niczym, ślęcząc nad szklanką herbaty zaparzonej po turecku, niemal wróżąc z fusów. Jakby przyszłość kryła cokolwiek niewiadomego. Później spaliśmy na zestawionych taboretach. „No tak” – mruknął Stubbs. – Bo właściwie to sam nie wiem. Czasami myślałem, że to maniak jakiś, fanatyk albo zboczeniec.
Miewał w oczach taką zaciętość, ale tylko wtedy, gdy pojawiał się nowy gość. Za pierwszym razem mnie samemu ręka powędrowała do kabury. Na wszelki wypadek. Wyglądał na człowieka niebezpiecznego dla otoczenia? Gdzie tam! Zachowywał się najspokojniej pod słońcem. Tylko te oczy. Sam pan zobaczy. Zostało mu do dzisiaj, chociaż obecnie mało kto zbacza tam z głównej autostrady. Najwyżej, jeśli trzeba zaskoczyć po paczkę papierosów albo przepłukać gardło.
Przez resztę roku na tym pustkowiu suszy człowieka nie gorzej niż na Gacu. Nie przyszło ci do głowy sprawdzić jego personalia? Próbowałem. No więc? Za pierwszym razem podszedłem do jego stolika i zażądałem dokumentów, ale Fletcher nie pozwolił. Nie pozwolił sprawdzić? – zdziwiłem się. – Co najmniej nietypowe jak na szeryfa. Też tak myślałem. Pamiętam, omal mi kości nie rozgniótł, kiedy złapał za ramię.
Nigdy przedtem nie przypuszczałem, że siedzi w nim tyle siły. Cały wściekły wyciągnął mnie na zewnątrz i grożąc pięścią wysyczał, żebym tego gościa zostawił w spokoju na zawsze. Nawet groził? Powiedział, żebym nie śmiał czepiać się spokojnych, bogu ducha winnych ludzi. Chyba że po jego trupie. To już możesz. O nie. Dlaczego? Wolę nie. Stubbs sprawia wrażenie przestraszonego.
Zadawne zestawienie – strach i jego postura. Gdyby cokolwiek zależało ode mnie, przede wszystkim nie zatrudniałbym w policji ludzi podszytych tchórzem i przesądami. Szczególnie tych ostatnich. Sądzisz, że oni się znali? – zapytałem od niechcenia. Na pewno. Przynajmniej dużo ze sobą rozmawiali. I to niejeden raz. Więc potem, kiedy zabrakło Fletchera i sam patrolowałeś wybrzeże, nie rozmówiłeś się z facetem? Stubbs mocniej wcisnął pedał gazu.
„Fletcher nie kazał” – powiedział niechętnie. Nic dodać, nic ująć. Pomyślałem, że to również był dziwny człowiek. Tamten szeryf z Pemacombo. Były szeryf. Znałem go wyłącznie ze słyszenia i z wiązłych raportów, jakie napływały na moje biurko. Pisał je odręcznie, a nie będąc biegłym grafologiem, cóż można powiedzieć o człowieku na podstawie treści jego meldunków przesyłanych do trzeciorzędnego funkcjonariusza z Econ? Zwięzłe i suche notatki z w miarę przyzwoitą skrupulatnością. Tego nie można mu było odmówić. Styl języka oraz biegły charakter pisma sugerowały jeden fakt, właściwie bez znaczenia, że ich autor ma wykształcenie wyższe nieco niż wymagane na stanowisku okręgowego szefa policji.
Jak to powiedział Stubbs? Właśnie. Czytał książki i kochał dobre piwo. Może na tym odludziu zagrzebał się jeszcze jeden dziwak, któremu nie leży idea zbiorowych mogił reklamowanych przed szpalerem dziarskich orkiestr dętych, rozpromienionych dziewczynek ze sztucznymi kwiatkami we włosach i politycznych działaczy, którzy jeszcze snują mrzonki nowych utopii. Dureń z tego Fletchera, jeśli pozwolił sobie na luksus własnego zdania. Ale tobie lżej za to, gdy gdzieś blisko jest ktoś taki drugi. A raczej był. Jego również niewiele obchodziły obowiązki. Po prostu w zaciszu dożywał swoje dolce far niente w kuflu piwa lub w szklance whisky topił żal po rozkoszach industrialno-urbanistycznego raju. A wystarczyło wyciągnąć rękę.
Bramę do raju ledwie przesłania bliski widnokrąg. Trzy godziny jazdy samochodem i znikasz pod stropem utkanym ze szklanych włókien i stali, zawekowanym szczelnie, gdzie tylko plastikowe arterie tłoczą karmę w białkowe jądra betonowych komórek. Białe larwy w plastrze miodu, który zwartą parenchymą pokrył zasadniczy masyw kontynentu. Jednak niedługo przed śmiercią coś wybiło Fletchera z równowagi i przysłał do mnie dłuższą epistołę. Dzisiaj żałowałem, że wtedy tylko pobieżnie przebiegłem ją oczyma i rzuciłem na dno biurka. Nie pierwszy taki raport. Pisał o zatopieniu zasobników z radioaktywnym złomem w pobliskiej rozpadlinie morskiego dna. Wcześnie się obudzi. Promieniotwórcze cmentarzysko powstało tam dobrych 30 lat temu. Czasami miałem sobie za złe, że nie zdążyłem się z nim na czas skontaktować.
Już dawno nie spotkałem człowieka, z którym można by w miarę sensownie pogadać. Cholernie źle musi być z tobą, jeśli masz pewność, że wspólny język znalazłbyś tylko z takim odszczepieńcem. Jak to z nim było? – spytałem. Z tamtym? – nie zrozumiał Stubbs. Mówiłem przecież. Pytam o Fletchera. Znowu z ociąganiem pokręcił się na przednim siedzeniu. „Moja żona zachorowała” – powiedział wreszcie.
– Poza tym dziecko. Niecały rok. Prosiłem o zwolnienie na ten jeden objazd. Wyjątkowo. Zgodził się? Ani razu. Aż mi trochę dziwne było, bo zawsze zamiast prowadzić wóz, wolał drzemać na tylnym siedzeniu i z dokładnością policyjnego psa budzić się na 103. kilometrze. Potem wysiadał, ziewał i szedł wysączyć kilka piw. Zawsze wiedział, kiedy jest blisko.
Choćbym prowadził 120 mil na godzinę albo wlókł się żółwim tempem. A jak sądzisz, on dobrze prowadził samochód? Kiedy siadał za kierownicą, lubił marudzić, że ostatnio mało ma praktyki. Czyli kiedyś jeździł więcej. Tak, ale w ogóle to prowadził bardzo dobrze. Tak jak ty? Stubbs z zadowoleniem pogładził kierownicę i chwilę trzymał ją unieruchomioną swym naciskiem rozpostartych wielkich łap, również całych w piegach i czerwonych kędziorach wystających spod zawiniętego mankietu. Coś mruknął do siebie, ale potem tylko westchnął i przyznał uczciwie: lepiej. Niemożliwe. Słyszałem, jak inspektor badający przyczynę wypadku napomknął coś, że to niby dziwne, w jaki sposób były kierowca rajdowy nie potrafił opanować poślizgu.
Rzeczywiście tak było? Bo ja wiem, może i tak. Nie jesteś przekonany. Kiedy przy takiej szybkości samochód hamuje, guma zaczyna smarować jak wosk i opony zostawiają zupełnie wyraźny ślad na asfalcie. Mnie nikt o zdanie nie pytał. A wyglądało, jakby samochód wcale nie skręcał. Na pełnej szybkości wyskoczył zza zakrętu i zwalił się w morze. Tam akurat nie było barierki, tylko zwykłe odblaskowe słupki. Ścięło przy samej ziemi. Ciało znaleziono?
Tam nawet samego wozu nie było co szukać. Od razu 400 metrów. Zresztą dzisiaj żaden nurek nie polezie tam nawet na płytszej wodzie. Czemu? Kiedyś przyjechała tutaj pewna rodzina stamtąd. Machnął ręką, jakby owędzając się od muchy. Amatorzy mocnych wrażeń. Ich syn miał może 15 lat i nigdy przedtem nie widział morza. Zaraz na drugi dzień zniknął. Fletcher szukał.
I ja. Po dwóch dniach fale wyrzuciły resztki szkieletu. Wszystko, co się trzymało na ścięgnach. Kości oczyszczone nie gorzej niż w mrowisku. Po dwóch dniach. Tak źle? Przecież pan wie najlepiej, odparł Stubbs. Tylko skinąłem głową. Gdzie to się stało? Zapytałem.
Chodzi o chłopca czy Fletchera? O Fletchera. Pokażę, ale to jeszcze kawał drogi. Na 130. kilometrze za hacjendą, w której urzęduje Taroczy. Zamyśliłem się chwilę. Silnik samochodu pracował równo. Jednostajnie bębniły o szybę krople deszczu. Przypomniałem sobie, jakie wrażenie wywarła na mnie pierwsza fala ulewy, która wczoraj przeszła nad La Grande. Najpierw długo grzmiało gdzieś nad lądem, chociaż niebo do końca w niczym nie zmieniło odcienia mętnej ochry.
Jedynie słońce zgasło na długo przedtem. Wyszliśmy ze Stubbs'em na próg posterunku i wtedy lunęło nagle, zbijając z jezdni żółty pył. Po chwili bez reszty uległem sugestii, że to nie z nieba biją ciężkie krople, lecz strzelają w górę z pękających kamieni i jednolita żółtawa ściana deszczu podnosi się coraz wyżej, coraz dalej odsuwa niskie pułap chmur. Deszcz padał dobrą godzinę. Dokładnie wylizał z nieba żółć podobną do bielma przysłaniającego błękit i wreszcie ustąpił miejsca zwyczajnym, chłodnym kroplom wody. Bębniły przez całą noc i na ciepłym jeszcze bruku rozklepywały rzadkie błoto. Teraz wystarczyło spojrzeć w górę, nawet przez zapocone szyby wozu i mimo siąpającej wciąż mżawki, aby utwierdzić się w realności nieba zawieszonego wyżej niż zwykle. Wszystko wskazuje, że tamtego dnia Fletcher odwiedzał zajazd, powiedziałem. Taroczy zaprzeczał. Trudno stwierdzić.
Tego nieznajomego też nie było ze trzy miesiące. Dopiero tydzień temu pojawił się znowu. Zameldowałeś? Komu? Śledztwo dawno zostało zamknięte. Zresztą Bogiem a prawdą nie było żadnego dochodzenia. Normalny wypadek. Zaczekaj. Zdziwiłem się. Więc ten inspektor ze śledczej nie słyszał wcale o człowieku z knajpy Taroczego?
A jaki to ma związek? Pomyślałem, że Fletcher nie przesadził zbytnio, zaliczając sierżanta Stubbsa w poczet obywateli wierzących święcie w zwrotne sprzężenie zasady kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Policja jest chyba ostatnim miejscem na ziemi, gdzie mogła się uchować podobna poczciwość charakteru. Dziwny zbieg okoliczności, stwierdziłem. Szeryf okręgowej policji, były kierowca rajdowy, wypada z szosy przy szybkości niewiele ponad 80 mil na godzinę. W dodatku zwykle odwiedzając przydrożny przybytek spragnionych, tym razem przejeżdża obok. Brak świadków, że było inaczej. Z drugiej strony trudno mi uwierzyć, że oparł się pokusie kilku głębszych. Wszystko może mieć logiczne wytłumaczenie tylko wtedy, jeśli Fletcher był na lekkim choćby rauszu. Nie tylko wtedy, wtrącił Stubbs.
Ale po natychmiastowym drgnieniu masywnych ramion zrozumiałem, że szybko pożałował nieopatrznego wyskoku. Słucham? Zareagowałem, nie pozwalając mu zmienić tematu. Istnieje inna możliwość? Co będę gadał od rzeczy. Machnął ręką. Przecież nie jestem z komisji śledczej. Uśmiechnąłem się, ale tak, żeby nie dostrzegł tego w lusterku. Nie jestem pewien – niezdecydowanie zaczął Stubbs. Czego?
Mnie? No nie – zastrzegł się natychmiast. Może to przypadek. Kiedyś gadałem z barmanem i rozmowa zeszła na to, co się dzieje w świecie, a on powiedział, że gardzi samobójcami. Wtedy właśnie pomyślałem... Samobójstwo? Tak. Jedną ręką przeczesał ryże kosmyki na tyle głowy. Ten szeryf to był taki smętny gość, jakby go wiecznie coś gryzło. Czasami z byle powodu sumienie szwankuje całymi latami.
Ale on był młody. Aż się dziwiłem, że takiego tu skierowali. I już zaczynał marudzić. Bywało zagada, czy lubię morze albo czy wiem, co jest tam głębiej. Później, zamiast po ludzku wytłumaczyć, w czym rzecz, w połowie rozmowy zmienia temat i potem milczy przez kilka godzin. Tę myśl podsunął ci Taroczy? Ja sam. Taroczy wspomniał o tych, którzy nie wytrzymują. Tak – powiedziałem bardzo powoli. A ten Taroczy co za człowiek?
Typowy w tych stronach barman. Dawniej hodował bydło, dopóki rosła trawa. Dzisiaj go nic nie obchodzi. Tylko piwo, brudne talerze i własny brzuch. Chyba słucha radia, telewizji albo czyta gazety. Jak każdy. Ale gazety docierają coraz rzadziej. Telewizja... Dzisiaj na ekranie migocze tylko taki biały szron. Ale jak masz cierpliwość i szczęście, to coś zobaczysz.
Tutaj atmosfera przepuszcza wyłącznie to, co chce i kiedy chce. A skąd to nazwisko? Raczej obce. Sprawdzałem. Potomek emigrantów. W tej okolicy pojawili się po jakichś zamieszkach na Węgrzech w ubiegłym stuleciu. Jedni z pierwszych osiedleńców. Dawne czasy. Mhm – pomrukiem potwierdził Stubbs. Diabli wiedzą, czego tutaj szukali.
Zresztą kiedyś to było inne życie. Ziewnął szeroko i tak sugestywnie, że sam musiałem osłonić usta dłonią, chociaż zdawało mi się, że dawno przeszła mi senność. Ten ostatni Taroczy sam prowadzi bar? – zapytałem. Dobrze pan powiedział, że ostatni. Nie o tym myślałem. Ja wiem – zgodził się bez przekonania. Ale nawet gdyby... Nigdy nie słyszałem o żadnej kobiecie. Na poboczu drogi mignęła tablica z wyszczerzoną w uśmiechu opasłą gębą.
Piana iskrzyła się na wąsach. Dobra, choć oblazła z farby reklama. Komiksowy rysunek. Dłoń zaciska kufel piwa z podniesioną przykrywką tuż przed wydatnym nosem. Nad pyzatą gębą coś w rodzaju czapki popa albo spłaszczonej kopuły Tempietto przy kościele San Pietro in Montorio w Rzymie. Niemal jednocześnie poczułem pragnienie w przeschniętym przełyku, a do głowy zaczęły się cisnąć wspomnienia. Pragnienie można będzie niedługo zaspokoić, ale co z tym drugim? Zawsze uważałem, że wspomnienia należy odkładać ad acta tak długo, aż ci nic innego nie zostanie prócz ich hołubienia. Pech w tym, gdy dopiero przekraczając trzydziestkę zaczynasz dochodzić do wniosku, że właśnie przyszła ta jesienna, smętna pora roztkliwiania się nad Owidiuszem. Tempora labuntur.
Trzydzieści lat i już jesteś gotów układać panegiryk na własny nagrobek. Co znaczy społeczne zaangażowanie. W tym kontekście okres moich włoskich studiów zaliczyć muszę do najbardziej szczęśliwych. Lubiłem przekraczać granice industrialnej urbanizacji i zagłębiać się w jeden z niewielu, jakie jeszcze zostały, zwykle bezludny interior. Mogłem się wtedy godzinami włóczyć po wąskich uliczkach starego Rzymu, pokonywać strome podejścia schodów między kamienicami w opustoszałych dzielnicach. Kiedyś nawet w samo południe wykąpałem się w fontannie del Tritone. Chyba przez sentyment, jakim darzyłem Berniniego od czasu egzaminów z architektury antycznej, zdanych wyłącznie przez wzgląd na przypadkową znajomość jego osobistego dorobku. Wtedy podczas tej kąpieli nie było akurat turystów, ale nie sądzę, by ich obecność mogła mi przeszkodzić w czymkolwiek. Ostatecznie w fontannie była prawdziwa woda. Nawet złote i srebrne monety przeświecały z mulistego dna jak spoza szyby na jubilerskiej wystawie.
Od wielu lat nietknięta numizmatyczna kolekcja. Dopiero moje barbarzyńskie zapędy zmąciły ustałą toń. Tak, niewątpliwie lubiłem Stare Miasto. Wtedy jeszcze tak. Kiedyś jednak, tuż przed obroną magisterium, pełna seksu spadkobierczyni dobrej reputacji westalek zawlokła mnie na kamienne stopnie schodów przed del Moro. Później w pełnym świetle dnia nieskończoną ilość razy podnosiliśmy się z ziemi, żeby przymglonym wzrokiem podziwiać resztki 𝘛𝘦𝘮𝘱𝘭𝘶𝘮 𝘛𝘳𝘰𝘧𝘪𝘶𝘮𝘪. Wystarczyło mi wyrwać z jej zębów obolały język i dźwignąć głowę ponad włosy rozsypane na bruku, pachnące rdzą i piżmem, aby oczy dostrzegły Bazylikę Świętego Piotra. W gorącym powietrzu drgający miraż. Właśnie wtedy obrzydła mi kurza ślepota, która wciąż jeszcze naiwnym Samarytanom nakazuje balsamować truchła zabytków. Złożyłem akces na stanowisko w SECON, gwarantujące zesłanie w zapomnianą przez Boga i ludzi administracyjną pustynię, gdzie tacy jak Fletcher topią w piwie swoje dolce far niente.
Z perspektywy tamtego czasu trudno mi wierzyć, że gdzieś jeszcze zostało takie miejsce, gdzie gołębie nie szczędzą pomiotu, który wżera się w kamień, a turyści tak samo rzucają do wody srebrne monety. Marmurowe golasy mogą kruszeć i bez gołębi. Wystarczy, gdy judaszowe srebro przetopi się w alchemicznym tyglu i wróci wszechobecnym smogiem. Tynk złazi z domów. Blady naskórek z twarzy i rąk. Wszechobecna łuszczyca. Smród, wilgoć i pleśń. Chociaż kilkanaście lat temu jakiś Giovanni Lorenzo Bernini cierpliwie wydłubuje z kamienia głowy, ręce, tułowia z nagimi piersiami. Projektuje swoje wodotryski. Dłubie i projektuje.
Czas teraźniejszy. Czas się tylko rozwarstwia, lecz każde zdarzenie pozostaje tuż obok. Nawet pracujący Bernini. Czort z nim. Jedyną konsekwencją moich włoskich studiów stała się ta ucieczka, gdyż w przeciwieństwie do większości kolegów po fachu, nie muszę dzisiaj bić głową w mur przed kruszającą Pallas Ateną ani załamywać rąk, kiedy z powierzonego twej pieczy hektarowego zagnika zostaje trochę drewna na opał. Na moim odludziu nikt nie ma podobnych kłopotów. Nawet tamten taroczy pewnie zapomniał, kiedy ostatni raz zgonił bydło z pastwiska. Za to rajski posiew smogu wciąż spływa od lądu, zawisa nad morzem i przyćmiewa pomarańczowy rozbłysk fal. 𝘗𝘭𝘢𝘶𝘥𝘪𝘵𝘦 𝘤𝘪𝘷𝘦𝘴. Jeszcze jeden ostry zakręt.
Kątem oka widzę, jak Stubbs wierci się na swoim siedzeniu. Nie przywykł do pasów bezpieczeństwa. Pewnie zapiął je tylko na moją cześć. Niech się pomęczy. Typowy przedstawiciel prawa w tej głuszy. Trochę w nim Jankesa, trochę tępawego wychodźcy ze Stanego Kontynentu. Od początku drogi czuję doskonale, że chce o coś zapytać, ale tylko rzuca na mnie spłoszone spojrzenia. Wszędzie boją się urzędników z metropolii. O co chodzi? Pytam znienacka.
Zaskoczony zjeżdża nieco na środek szosy. Uśmiecha się głupkowato. Eee nic, ja tylko tak. Co tylko tak? Nie ustępuję. Jak trudno czasami dogadać się z człowiekiem, który wcale do rzeczy rozmawia z tobą od dobrej godziny. Chciałem zapytać, dlaczego właściwie przyjechał pan tutaj. Daje dowód niespodziewanej odwagi. A jak sądzisz? Na początku myślałem, że wszystko jasne.
Napisali, że przyjedzie inspektor z SECON i ja mam wszystko, co trzeba pokazać. Robisz to. A jednak? Znów ten idiotycznie chytry uśmieszek. Pana wcale nie obchodzi to tam. Szczeciniastym podbródkiem wskazuje na szybę. W przelocie migają jakieś słupy, powalone ogrodzenie i drewniane sztachety na przemian z drucianą siatką i przekrzywionymi wieżyczkami najpóźniej instalowanych fotokomórek. Ktoś mieszkał tutaj, ale bardzo dawno temu. Mógłbym niejedno pokazać – ciągnie Stubbs. Znam takie miejsca, gdzie jeszcze parę lat temu całe ławice ryb wyłaziły na brzeg z takimi błotniastymi skrzydłami i łapkami zamiast płetw.
Zostało sporo szkieletów, ale to pana nie obchodzi. Tak samo jak Fletchera. Pan zagaduje od wczoraj, kiedy wspomniałem o tym śmiesznym facecie z knajpy taroczego. Pyta, jak zginął Fletcher i w ogóle. Zabawne jest. Oni wszyscy myślą, że jeśli przyjeżdża ktoś z SECON, to pewnie ma to jakieś znaczenie. A może... Nagle spłoszonym wzrokiem patrzy na mnie z lusterka. Może pan jednak jest ze śledczej? Przegaszone oczy niechętnie zerkają do tyłu.
Lekko wypukła powierzchnia ustawionego pod kątem lustra. Obok wciąż podskakuje na gumce miniaturka szeryfa. Maskotka okręca się wokół własnej osi i coraz częściej wypina w moją stronę różowe pośladki, dwa wydęte policzki i różowy nos wystający ponad opuszczonymi do kolan spodniami. Możesz być spokojny. O Fletchera pytałem prywatnie, tylko przez zwykłą ciekawość – zapewniam go. A poza tym lubię turystyczne wycieczki. Dawno powinieneś zrozumieć, że nie ma znaczenia, czy ktoś z nas przyjdzie, czy nie. Jak to? Normalnie. Coś się zmieniło przez ostatnie lata?
Jeśli nawet, to nie na lepsze. Niewiele już nam zostało. I oni to wiedzą? Kto? Ci wszyscy z góry. Z komitetu SECON. Jasne. Sądzisz, że można coś zmienić? Milczy. „A jednak okresowe kontrole trzeba zaliczać” – dodaje z westchnieniem.
– Każdy jakoś pracuje. Wiesz coś na ten temat. Wiem. Ma taki wyraz twarzy, jakbym mu wyrządził krzywdę, co czasami znaczą pielęgnowane w duchu nadzieje. Człowiek zdaje sobie sprawę, jak niewiele są warte, lecz kurczowo trzyma się złudzeń do samego końca. Może z takimi jak Stubbs nie wolno pozwalać sobie nawet na tyle szczerości. Pal go licho. Już niedaleko. Deszcz jakby zemrzał i zapóźnione krople samotnie bębnią po dachu maszyny. Kiedy przejaśni się niebo, pewnie można będzie zobaczyć kawałek tego pejzażyku, o którym wspominał Stubbs.
Deszcz obmywa wapienne skały przynajmniej z wierzchu, oczyszcza powietrze i ziemię. Spłukuje z asfaltu lepką maź. Oczywiście tylko na krótko. Następnego dnia wszechmogący na odwrót przestawia klepsydrę. Wszechmogący, cywilizowany, który pracowicie, nie popuszczając nikomu i niczemu, wciąż na wszystkim odkłada swoje gówno. Na tych szerokościach graficznych deszcz pada najwyżej dwa razy do roku. Warto skorzystać z okazji. Na nic już nie zwracając uwagi, ziewam szeroko i wreszcie zmorzony sennością jeszcze bardziej odchylam się na podatne oparcie fotela. Oczy bez celu błądzą po wnętrzu wozu. Ściany obite imitacją skóry o jasnym, piaskowym odcieniu.
Po prawej stronie głowy Stubbsa, na poziomie lusterka i podskakującego szeryfa, lecz zupełnie w narożniku panoramicznej, kuloodpornej szyby wisi płaski monitor telewizyjny. Mleczny prostokąt, mocno przykurzony, jakby od dawna dopraszał się bliższego kontaktu z filcową szmatką, która bezczynnie spoczywa pod wyjętym z kabury czarnym pistoletem. Obok słuchawka radiotelefonu i mikrofon radiostacji podtrzymującej łączność z resztą patrolowych wozów w promieniu kilkuset kilometrów. Mnie również uwiera w łokieć grzbiet telefonicznej słuchawki wpuszczonej w obicie fotela. Odruchowo sięgam ręką. Chwilę trzymam ją bezradnie samymi końcami palców. Potem przykładam do ucha. Słuch rejestruje charakterystyczną głębię ciszy sondowaną przez antenę włączonej i sprawnie działającej radiostacji. Silentium universum. Zupełna cisza tylko potęguje przygnębiające wrażenie, że w kartograficznym odwzorowaniu okolicy jesteśmy jedynym ruchomym punktem – czarnym chrząszczem powoli pełznącym wzdłuż trasy oznaczonej na mapie symbolem RQM57.
Żuk opukuje drogę radiolokacyjnym zmysłem swoich czułków i ostrożnie przemieszcza się w pustym continuum, gdzie od dawna nie pozostało śladu innych patrolowych wozów. Na dziesiątki mil wstecz i wprzód pusta przestrzeń, co przekroczyła termiczną śmierć wszechświata. RQM jak requiem. Kiedy szosa obeschnie z deszczu, może pojawi się na niej nieco więcej takich ruchomych robaczków. Może zapędzą się aż tutaj, na peryferie dogrywającej galaktyki od strony industrialno-urbanistycznego masywu, który czarną powłoką nakrył resztę kontynentu. Bywają chwile, gdy nawet białoskóre robactwo ma dosyć szklanego stropu wspartego o szkielet skalistych gór i łożysk rzek przeobrażonych w wewnętrzny krwiobieg stanu. Odkładam słuchawkę. Starannie wciskam ją w elastyczne gniazdo w oparciu. Może za rok ktoś jeszcze ją podniesie. Albo za dwa lata.
Im dalej, tym mniejsze prawdopodobieństwo. Stubbs energicznie wdusza sprzęgło. Hamulce. Opony piszczą cienko. Parking na poboczu. Mamy szczęście. Przed niskim barakiem nie ma innego wozu. Wylazłem prosto w kałużę. Nogawki spodni namokły błyskawicznie i przykleiły się do butów. Zakląłem cicho.
Lekka bryza niosła od morza zapach charakterystyczny dla starych strychów, gdzie pleśń trawi resztki skór zakonserwowanych w naftalinie dawnych futer z wyleniałą sierścią. Nie dziwiłem się zbytnio, że urbanistyczny masyw stroni od wybrzeża i trzyma się raczej wnętrza kontynentu. Szum fal docierał gdzieś z dołu. Przewijał się ponad krawędzią autostrady obrębionej ściegiem biało-czerwonych słupków. Horyzont już się przejaśniał. Miejscami chmury pękały, dając słonecznym promieniom przepust w sinej pokrywie. Jasne kolumny światła biły w ocean jak reflektory samochodu wynurzającego się z mgły. Rydwan Heliosa bezgłośnie pracował motorem spalinowych turbin i rozpraszając półmrok włączał kolejne halogeny. „To tutaj?” – zapytałem nie wiadomo po co. Przy parkingu stał niewysoki barak.
Zabudowania starej hacjendy znajdowały się w pewnym oddaleniu na łysej jak kolano, doszczętnie wyjałowionej polanie. Wolną przestrzeń przed głównym budynkiem otaczało kilka kikutów drzew. Włókniste płaty kory zestrugane z pni przez deszcz i wiatr przesychały teraz na słońcu. Ścieżka z głazów tworzących szczerbate stopnie prowadziła na wierzchołek wzniesienia. Dalej były wyłącznie kamienie i trochę żółtego piasku na świeżo obsuniętym zboczu. Wszystko zapuszczone, raczej ruina niż zamieszkane domostwo. Aż dziwne, że są ludzie, którzy stąd nie odeszli i czort wie, na co czekają, kurczowo trzymając się skrawka tej ziemi. Inercja gatunku przypisanego swojej mikroekosferze. Stubbs trzasnął drzwiczkami. „Przejdę się trochę” – powiedział.
„Rozprostuję kości. Nie zajrzysz do środka?” „Tym razem już nie pada” – zdobył się na żart. „I pan nie musi mnie zapraszać.” „Może jednak?” Uciekł w bok oczyma. „Nie. Poza tym przynajmniej w spokoju może pan porozmawiać z tamtym człowiekiem.” „Sądzisz, że jest tutaj?” „Na pewno. Gdzie by się podziewał o tej porze? Nikt nie lubi wałęsać się w deszczu i błocie. I chyba lepiej, jeśli nie przyjdzie mu do głowy, że ma pan coś wspólnego z policją. Mnie tutaj wszyscy znają doskonale.” W duchu przyznałem mu rację. Do baraku wiódł asfaltowy chodnik.
Nad wejściem oblazły z lakieru reklamowy szyld „Taroce Bistro”. Nacieki rdzy spływają po ścianach smętnymi korzonkami, które okap dachu z falistej blachy zapuszcza w ziemię. Obok zwisa obłamana rynna. Deszcz jeszcze bulgocze w niklowanej tubie. Minąłem kosz na śmieci. Blaszanego niedźwiadka rodem z Disneylandu. Dziura w brzuchu. Śmieci walają się opodal. Niedopałki, opakowania po papierosach, prospekty reklamowe w technikolorze zachwalające powaby miejscowego krajobrazu, kapsle od butelek i firmówki Coca-Coli oraz białe zlepki rozmokłego papieru albo wyplutej gumy do żucia. Zastukałem do drzwi.
Cisza. Klamka zgrzytnęła w zamku i wrota sezamu wjechały do środka. Na powrót nie dając się tak łatwo wcisnąć w krzywą futrynę. Pomogło dopiero energiczne przełożenie obcasem. W kącie zachrobotał osypujący się tynk. Kiedy od progu spojrzałem w niejasny półmrok, nie dostrzegłem w środku nikogo. Pod sufitem samotna mucha tłukła o blaszany klosz. Żółta lampka ledwie jarzyła zwinięty w podkówkę drucik spirali. Blat baru wytarty starannie. Za nim ekspres do kawy, fluordetektor, lodówka, kilka półek z wielogatunkowym asortymentem butelek.
Spłowiała zasłona stanowiąca przepierzenie między zasadniczym pomieszczeniem a kantorkiem barmana. Wyciągnąłem z kieszeni zmięty banknot. Paskudny zwyczaj pakowania pieniędzy do oblepiających ciało, przepoconych w parnej atmosferze i wiecznie wilgotnych kieszeni spodni. Między palce zaplątał się bilon. Zastukałem srebrną monetą o blat baru. Nic. Stuknąłem jeszcze raz. „Słucham” – zaspany głos odezwał się spoza kotary. Dziwnie uprzejmy głos jak na człowieka wyrwanego z pobiednej drzemki. Spojrzałem na zegarek i uświadomiłem sobie, że już czas najwyższy na solidny posiłek przygotowany bez kawalerskiej improwizacji, jak wczorajsza kolacja na posterunku w La Grande.
„Ile razy prosiłem” – pomrukiwał niewidzialny gospodarz – „żeby dolać sobie samemu. Piwa nie ubędzie dla jednej gęby, choćby była bez dna.” Chrząknąłem. Zabawny to właściciel przydrożnego lokalu, który wita gościa zaproszeniem do kontynuowania samoobsługi, kiedy ten od rana nie miał w gębie kropli piwa czy innego, bardziej szlachetnego trunku. Za kotarą rozległo się ciche postękiwanie. Trzasnęły sprężyny i szuranie pantofli wyprowadziło spoza przepierzenia otyłego mężczyznę o nalanej sadłem twarzy. Na mój widok wyprostował się i wyżej podniósł wielką głowę. Pomimo tuszy bez trudu rozpoznałem w nim potomka ugrofińskich plemion. „Moje uszanowanie” – powiedziałem. „Pukałem. Nikt nie odpowiadał, więc wszedłem.
Jak słyszę, nie ma u was kłopotu z czymś na przepłukanie gardła.” Grubas milczał, wciąż wyraźnie zaskoczony, jakby kogoś innego spodziewał się zastać przy barze swego nędznego zajazdu. Na koniec niechętnie odburknął coś i odwrócił się do mnie plecami. Brzęknęły przestawiane kufle. Piwo było z beczki, lecz kiedy barman odkręcił kurek, w kranie tylko mlasnęło zassanym powietrzem i musiał pompą zwiększyć ciśnienie. Chwilę w milczeniu pracował jednym ramieniem. Wreszcie złoty płyn polał się z kranu i Taro czy postawił mi przed nos kufel z mętnego szkła. Przez krawędź pociekło trochę piany. Reszta utworzyła śnieżną czapę i osiadała bardzo powoli. Perliła się warstwą tylko z wierzchu pękających bąbelków powietrza. „Proszę” – powiedział.
„Do szczęścia brakuje mi tylko czegoś ostrego na zagąskę” – stwierdziłem z zadowoleniem. Nie zareagował. „Dostanę coś do jedzenia?” – zapytałem wprost. „Nie.” „Jak? Zupełnie nic?” „A niby skąd?” Wzruszył ramionami. Nawet nie cielił się na uprzejmość. „Dobre i to” powiedziałem pojednawczo. W samochodzie, nawet podczas rzęsistej ulewy, gardło przesycha jak na pustyni. Patrzył na mnie pozbawionymi wyrazu oczyma. Nażarte i tłuste, tępe i pospolite bydle.
Chyba niewiele w nim pozostało z energii pierwszych osiedleńców, którzy w tym miejscu zabrali się do karczowania dżungli. Szwankujące genetyczne perpetuum mobile. Takich jak on znałem tysiące w każdym zakątku ziemskiego śmietnika. Odcięci od świata tępieją z roku na rok. Warząc się we własnym sosie, obrastają w ślimaczą skorupkę, która w miarę przemiany pokoleń gwarantuje im mentalność niewzruszenia tępej, chłopskiej filozofii milczenia. Człowiekowi odechciało się wszelkich dyskusji. Zresztą jak takiego ciągnąć za język? „Nareszcie trochę deszczu” powiedziałem. Zjawisko tutaj raczej nietypowe. Jestem przejazdem.
W odpowiedzi drgnął mu tylko potrójny podbródek z rzadziutką szczecinką czarnego zarostu. Wyglądało na to, że zamiast sięgnąć po brzytwę codziennie rano, zasiada przed lustrem i włosek po włosku wycina tępymi nożycami. Chociaż zawsze to jakieś zajęcie na takim odluciu. Zauważyłem, że skórę twarzy ma taką samą jak Stubbs, z głębokimi porami, jakby kwasem wytrawionymi kanalikami. W każdym można by wetknąć koniec zapałki. Pewnie po dłuższym pobycie w tej okolicy każdy może się pochwalić podobnie dziewiczą gładkością lica. „Dzisiaj niewielu klientów” nie ustępowałem. „W taką pogodę mało kto pojedzie kilkaset kilometrów wzdłuż brzegu. Łatwo o wypadek.” Nawet nie mrugnął powieką, choć uważnie patrzyłem mu w oczy. Niegdyś czarne, dzisiaj zbrudnatniałe, z wąską szparką źrenicy i tęczówką zatopioną w przekrwionym białku.
„Jestem pierwszym gościem?” zapytałem. „Chociaż zdawało mi się… Ktoś był przede mną? Pewnie wyszedł.” Milczał jak zaklęty. Czułem wewnętrznie, że jeszcze trochę i doprowadzi mnie do szewskiej pasji. Nie pozostawało nic innego jak gra va banque. Na szczęście z takim można sobie pozwolić na luksus niewysilania. Przy takiej tuszy większa bystrość umysłu to raczej fenomen. Usprawiedliwiałem sam siebie, choć najwyraźniej coś niezbyt grało w tym rozumowaniu. „Opłaca się ciągnąć ten interes?” Spróbowałem nawiązać do wątpliwej prosperity jego przedsięwzięcia.
Mruknął coś pod nosem. „Nie jestem tu przypadkowo” zmieniłem temat. „Rok temu w Pomacombo poznałem miejscowego szeryfa. Nazywał się Flenter albo Flejcer. Nie ręczę. To było spotkanie przy kieliszku trunku mocniejszego niż piwo.” „Fletcher?” powiedział wreszcie i ospale przymknął powieki. Na sam widok tej opasłej gęby świerzbiła mnie ręka. „Więc go znacie?” Ucieszyłem się. „Wspaniale. Nareszcie mam u kogo zasięgnąć języka.” „Nic nie wiem.” „Przecież o nic jeszcze nie pytałem.
Zresztą pewnie to nic ważnego. Tylko zawracam wam głowę.” Przytaknął obojętnie. „Czego to ludzie nie wygadują pod wpływem alkoholu” kontynuowałem niezrażony. „Zjeździłem kawał świata i wszędzie to samo. Stereotyp. Jestem kombiwojażerem i siłą rzeczy muszę nawiązywać z ludźmi kontakty, a nasi bliźni są spod jednej sztampy. Jeden z drugim wypije nieco i zaczyna pleść od rzeczy. Pewien Meksykańczyk opowiadał mi kiedyś, oczywiście ledwo miląc językiem, o swojej małżonce, do której chadzał duch cesarza Maksymiliana i ile on, biedny chłop, miał z tego gęb do wykarmienia. Cała chałupa aż się roiła od tego drobiazgu, a on z dumą wspominał, ile w ich żyłach błękitnej, arystokratycznej krwi. Albo pewien Bawarczyk z Würzburga i komputer programujący przyrost naturalny oraz udzielający porad w ekscentrycznych chwytach ars amandi.” Pozwalał mi się wygadać.
Czynił to z doskonałą rutyną człowieka zawsze i wszędzie obojętnego. Przestawało mnie dziwić, że Stubbs nie widział przy nim żadnej kobiety. Kolejną powiastkę przyprawiłem pikantną puentą, do której przyszło samemu szczerzyć zęby. On nawet nie drgnął. „I właśnie Fletcher” podjąłem na nowo. „Kiedy raz przesadził z wódką, też zaczął opowiadać o pewnym człowieku, którego spotkał w czasie służbowych patroli wzdłuż wybrzeża od Pomacombo do La Grande. Opowiadał mi różne rzeczy, między innymi o waszej hacjendzie. Podobno spotykali się tutaj przy piwie. Nie wiecie przypadkiem, gdzie się podziewa tamten człowiek?” „Nie wiem kto.” „Taki niewyraźny typ.” „Nie znam.” Przypomniałem sobie wczorajszą rozmowę ze Stubbsem. Kiedy wieczorem zgasiliśmy światło, Stubbs, ośmielony ciemnością, niespodziewanie nabrał elokwencji i długo jeszcze gadał, paląc w półmroku papierosa za papierosem, a ja przez sen ledwie chwytałem oddzielne słowa.
Wciąż wracał wspomnieniami do tego człowieka, raz czy drugi widzianego w przydrożnym zajeździe. Opowiadał, jakie na nim wywarł wrażenie. Zapamiętałem kilka luźnych skojarzeń, które mogły nasunąć się tylko takiemu jak Stubbs za wyłączną lekturę miewającemu trochę komiksów i kryminalizowanych adaptacji klasyków w serii Pocket Book. Był to hybryd filmowego Frankensteina i pół trupa wywleczonego z formaliny albo bladej zjawy z innego świata, niedwuznacznie sugerującej jego kosmiczną przeszłość. Taki obraz powstawał w nocy pod wpływem pogrążających się ciemności, szelestu wiatru za oknem i odoru rozkładających się ryb, krabów i małży. Siła sugestii ciążącej nad bezludnym miasteczkiem. Skoro świt wszystkie strachy odnalazły właściwe proporcje i nawet dla Stubbsa był to zwykły, może nieco od innych dziwniejszy człowiek. „Podobno chorował kiedyś” powiedziałem. „Był zawsze taki śmiertelnie blady. Przynajmniej tak twierdził Fletcher.
Wie pan coś o nim?” „Aha, to ten. Może wiem. Widzi pan, ja mam hobby.” Kłamałem jak najęty. „Kompletuję oryginały. Wyszukuję dziwnych ludzi. Interesuje mnie wszystko, co w człowieku niezwykłe. To bardzo urozmaica przerwy w podróżach. Właśnie dlatego zaintrygowało mnie opowiadanie Fletchera o tym człowieku.” „Co panu powiedział?” „No.” Uśmiechnąłem się znacząco. „To zależy. W każdym razie nie wszystko.
A pan może mi pomóc.” „To zależy” powtórzył za mną. Nie byłem pewien, czy przypadkiem nie zebrało mu się na żarty. Powoli świtało mi w głowie, że pod jego ociężałą, stoicką obojętnością kryje się więcej sprytu i rozumu, niż to przyjąłem na pierwszy rzut oka. Przede wszystkim sprytu. Sięgnąłem do kieszeni po zmięty banknot. Nawet nie zaszczycił go swoją uwagą, tylko uśmiech przelotnie zabłąkał się na jego wargi. Kilka minut temu ich wydatność była dla mnie oznaką łapczywości i słabego charakteru. „Niech pan to schowa” powiedział. „Sprzedaję tylko piwo, whisky i papierosy. Chcę spotkać się z tamtym człowiekiem.
Nic prostszego.” Spojrzał ponad moim ramieniem. Odwróciłem się szybko. Mężczyzna siedział tam w samym kącie. Wszedł niepostrzeżenie albo, co bardziej prawdopodobne, siedział tam cały czas i przysłuchiwał się naszej rozmowie. Kiedy zjawiłem się na progu barku, moje oczy, przywykłe do dziennego światła, nie dostrzegły zgarbionej sylwetki, szarej i nieruchomej. Element wkomponowany w tło odrapanych ścian. Dziwnie ludzki cień zastygł nad stolikiem i niedopitym kuflem piwa. Specyficzna mimika. Wells napisał kiedyś historię o człowieku, który w momencie silnego psychicznego stresu przypadał do ściany i zlewał się z nią tak całkowicie, że nic nie można było odróżnić prócz bladego konturu sylwetki, czasem jeszcze oczu. Ten człowiek w knajpce Taroczego był żywcem wzięty z tamtej nowelki.
Teraz blada plama w miejscu twarzy patrzyła na mnie z półmroku. Wypukły łeb i zapadnięte do środka, jakby puste oczodoły. Zmieszałem się. Barman również mierzył mnie spokojnym, lekko drwiącym spojrzeniem. Szybko podniosłem do warg kufel z piwem i piłem cierpki, lodowaty napój łyk po łyku, aż w piersi zabrakło oddechu. Nad górną wargą zostało mi trochę wilgotnej piany. Strzepnąłem ją na podłogę i, jak na ironię, przypomniałem sobie tamtą twarz na reklamowym szyldzie. Uśmiechniętą twarz błazna z pianą na przyklejonych pod nosem nastroszonych wąsach. „Dwie whisky” powiedziałem do barmana i łokciem odtrąciłem kufel. Wystawił kieliszki, przepłukał wodą i rozlał wódkę.
„Woda, lód?” Zapytał. „Obejdzie się.” Chwyciłem szkła zbyt gwałtownie, aż prysnęło na ziemię i podszedłem do nieznajomego przy stoliku. „Można się przysiąść?” Spytałem. Miał niemożliwie jasne, wodniste oczy. Wodząc nimi za człowiekiem, przekrzywiał całą głowę. Zupełnie jak sinozielona papuga kakadu. „Pytałem, czy nie będę przeszkadzał” odezwałem się po raz drugi. Wydało mi się, że skinął głową w stronę krzesła, więc bez dalszych ceregieli usiadłem za stolikiem. „Proszę mi wybaczyć ciekawość i że wypytywałem barmana” powiedziałem, gdyż niewątpliwie słyszał moją rozmowę z Taroczem. Jednak Fletcher był moim przyjacielem i zaintrygowała mnie zarówno jego śmierć, jak i opowieść o panu.
Spojrzał na mnie dziwnie roztargnionym wzrokiem, w którym nie było jednak odrobiny tego napięcia i obłędnej determinacji, o jakiej wspominał Stubbs. „Fletcher” powiedział, opuszczając wzrok w pusty już prawie kufel. „Nigdy nie sądziłem, że ma innego przyjaciela.” Pierwsze zdanie wymawiał niezmiernie powoli, jakby jego myśli były dalekie od formułowanych słów. Na dodatek ledwie poruszał wargami, co odbierało głoskom wyrazistość artykulacji. „Nie był nazbyt rozmowny” spróbowałem wyjaśnić. „Tym bardziej skory do zwierzeń.” „Też tak sądziłem” mruknął do siebie. „To nie ma związku.” Postawiłem kieliszki na stole. Dopiero teraz spostrzegłem, że cały czas trzymam je w ręku. „O panu dowiedziałem się raczej przypadkowo.” „Kiedy?” „Stosunkowo niedawno. Pół roku temu, może mniej.
Zajechałem do Pemagombo w interesach, a on zostawił mi za wycieraczką samochodu kwit z autografem za złe parkowanie.” Zabawne, co? W całym mieście poza tym był jeden chyba ford. Co mówię, wypruta z silnika stara karoseria rdzewiejąca na pewnym podwórku. Zwróciłem na nią uwagę wjeżdżając gówną autostradą. Oprócz mnie nikt inny nie zapuszczał się w tę stronę. A on wlepił mi mandat, co znaczą nawyki. Nieznajomy obserwował mnie w milczeniu. Wieczorem wybrałem się na posterunek uregulować rachunek. A był to wieczór jego imienin. Sam byłem zaskoczony, jak łatwo przychodzi mi zmyślanie.
To też rodzaj sztuki. Umieć na poczekaniu wzbogacić sobie życiorys. Siedział samotnie, mocno już podpity. Zresztą zawsze pił dużo. Sam pan wie, jako przyjaciel. Ale tamtego dnia naszła go szczególna melancholia i nie minęło pół godziny, kiedy mnie samemu zaczęło szumieć w głowie. On tymczasem osiągnął stan wylewności i zaczął pleść niestworzone rzeczy. Co mówił? Nic specjalnego. Powiedziałem niby od niechcenia.
To był typowy pijacki bełkot. Spojrzał na mnie bardzo uważnie i znowu coś mruknął pod nosem. Nie dosłyszałem. Pamiętam tylko, że w tym wszystkim najczęściej powtarzała się geografia tej okolicy, knajpa Taroczego i jakiś nieznajomy. Skąd pan wziął, że to ja? Nikogo tu nie ma prócz pana. Zresztą Fletcher wspominał, że tamten człowiek był albo jest na coś chory. Dodałem, zwracając uwagę na nienaturalną bladość jego twarzy i kropelki potu ściekające ze skroni aż za uszy. Chory czy coś w tym rodzaju. Może się przesłyszałem, lecz kiedyś wyraził się tak: dłużej już nie pociągnie.
Wyszło mi to jakoś samo przez się i bez udziału woli. On jednak drgnął wyraźnie i zesztywniał w krześle. Pożałowałem tych słów. Może myślę o sobie. Spróbowałem kluczyć, ale sam nie najlepiej wiedziałem, czego się trzymać. To by tłumaczyło jego śmierć. Nie — uciął krótko. W takim razie przepraszam — powiedziałem. Ostatecznie straciłem orientację, gdzie kończy się udawanie i zaczyna przebłysk rzeczywistego zmieszania. Wchodziłem w rolę.
Nie szkodzi — odparł miękko. To by się zgadzało. Umilkł i tylko na kredowo białym czole, blisko lewej skroni pulsowała mu tuż pod skórą nadymająca się ciężko niewidzialna tętnica. Poczęstuje się pan? — zapytałem, podsuwając mu kieliszek. Niepewnie spojrzał na whisky. Wziąłem dla dwóch. Nigdy nie piłem nic mocniejszego od piwa — powiedział. Czasami warto spróbować. Być może.
Teraz, kiedy siedział sztywno i wpatrywał się w kieliszek, mogłem poddać go wnikliwej ocenie. To był rzeczywiście dziwaczny facet. Twarz woskowo biała, rysy jakby świadczące o pewnym umysłowym niedorozwoju idącym w parze z mongolizmem. Głowa z prymitywnie ociosanego kloca albo ulepiona ze świeżego jeszcze gipsu. Pod szyją rozchełstana koszula nie pierwszej świeżości, odcień jasnego beżu. Z wierzchu masywnej sylwetki coś w rodzaju marynarki z szorstkiego płótna. Z przydługich rękawów wystają ręce. Nieodrodne siostry twarzy, równie blade, niemal przeźroczyste, kostropate w miejscach przełamania palców. I to było w nim najdziwniejsze. Twarz i ręce.
Gdy barman był po prostu gruby, nalany sadłem. Człowiek siedzący naprzeciw miał skórę podobną do błony napiętego rybiego pęcherza, który od środka rozsadza ciśnienie woskowego żelu. Wszystko w nim było półprzeźroczyste, jakby pod warstwą innych tkanek zabrakło twardej kości. Zdrowie — powiedziałem i wychyliłem kieliszek. Po chwili wahania wziął ze mnie przykład. Zakrztusił się. Oczy jeszcze bardziej zaszły mu mgłą. Zostawiłem trochę czasu, żeby doszedł do siebie. Nazywam się Benedict Trump — powiedziałem wreszcie. Przez moment bez głosu, jak ryba poruszał wargami podobnymi do płatków zsiniałej cielęciny.
Jestem Gropius. Inchgropius. Skądś znałem to nazwisko. Inchgropius — powtórzyłem. Dawno pan przebywa w tych stronach? Dawno. Podobno kiedyś był stąd przepiękny widok na morze. Rozejrzał się wyraźnie czymś spłoszony i tylko głębiej wcisnął głowę między masywne ramiona. Jego ciało bez reszty wypełniało marynarkę opiętą i wyraźnie nie na miarę. Aż dziwne było, że materiał nie rozłazi się w szwach.
Dopiero kierując wzrok śladem jego spojrzenia zauważyłem barmana. Taroczy dalej stał wsparty brzuchem o blat baru i bacznie się nam przyglądał spod powiek napuchniętych, jeszcze nieprzemytych po głębokim śnie. Podniosłem się, z trzaskiem odsunąłem krzesło i podszedłem do bufetu. Scotch. Whisky — powiedziałem. Butelkę. Ociągając się, sięgnął na półkę. Czego pan od niego chce? — spytał. Moja sprawa.
Może nie tylko pańska — stwierdził bezczelnie. Coś się w nim zmieniło. Już nie był taki potulny i byle zaczepkę zbywający milczeniem. Jeśli pan rzeczywiście znał Fletchera, pewnie zdążył panu powiedzieć, że najlepiej trzymać się z dala od tego człowieka. Jeśli nie, ja to mówię. Zabrzmiało to prawie jak groźba. Co prawda rzucona niby od niechcenia, lecz barman przy tym spode łba świdrował mnie swymi zatopionymi w tłuszczu oczkami i tylko jego dłonie pracowały niezależnie od słów i spojrzeń. Z najświętszym spokojem odkorkowywał butelkę. 0,75 litra. Znowu poczułem, jak mi palce prawej ręki odruchowo zwijają się w pięść.
Nie wiadomo dlaczego, byłem pewien, że rozdzielenie go w napuszony pysk sprawiłoby mi prawdziwą rozkosz. Korek z charakterystycznym odgłosem wyskoczył z szyjki butelki i barman odezwał się znowu. Tym razem niepytany. „Może sierżant Stubbs chciałby już jechać?” – zapytał. „Nie rozumiem.” „Pan mnie rozczarowuje” – mówił ściszonym głosem. Pewnie dlatego, żeby tamten przy stoliku nie dosłyszał. – „To nieładnie zostawiać go samego na dworze.” Komedia skończona – pomyślałem. – Mr Taroccy, mam prośbę. Skorzystałem z przywilejów stróżów bezpieczeństwa, gdyż najwyraźniej i mnie uważał za policjanta. – Niech pan zostawi nas samych.
„Czemu nie?” – ironicznie skinął głową. – Gdyby się panu nudziło, proszę poczytać prasę. Wskazał gazety wiszące na ścianie po drugiej stronie baru. Zaopatrzone w ramę z trawionym uchwytem były ponaczepiane na rząd krzywych haków lub zwykłych gwoździ wbitych w mur. Nawet na pierwszy rzut oka dawno nadawały się do wyrzucenia na śmietnik. Obok, na niskiej półce leżał plik barwnych czasopism. – Skorzystam, jeśli uznam za stosowne – odparłem oschle. – Można tam również znaleźć coś bardziej miłego dla oka. Taroccy rozgadał się i niby uśmiechał w usłużnej kokieterii, lecz nie mogłem wytrzymać jego chłodnego wzroku. – Wszystko do pańskiej dyspozycji.
Polecam. – W porządku – uciąłem. – Dziękuję za troskliwość. Od pana chciałbym już tylko... Aha. Papierosy. Bez pytania o gatunek rzucił na ladę paczkę Philip Morrisów z multifiltrem. – Jego niech pan nie częstuje – powiedział. – Szkodzi mu. – Dobrze.
Płacę. Wydał resztę i zatrzymał się z ociąganiem. – Dziękuję – powiedziałem, nie odchodząc od lady. Zaczekałem, aż zniknie za portierą. Słuchałem, czy znowu zaskrzypią sprężyny, lecz nie. Widocznie został tuż za kołyszącą się jeszcze zasłoną. Wzruszyłem ramionami i żeby go nie rozczarować, z butelką pod pachą poszedłem do ściany po prawej stronie baru. Gazety rzeczywiście nosiły daty dobitnie świadczące o miesięcznym przedawnieniu. Były pożółkłe i dobrze już sfatygowane. Sięgając na półkę obok, niechcący strąciłem dwie na podłogę.
Nie chciało mi się schylać, podnosić i wieszać z powrotem. Taroccy nie cierpi z nadmiaru zajęć. Między magazynami leżało kilkanaście komiksów. Przerzuciłem barwne zeszyty. Było tu nawet wznowienie zamierzchłej staroci. Zapomniany Yellow Kid. Obok nowsza Ballada słonego morza w rysunkach Hugo Pratta z romantycznym kapitanem Corto Maltese w roli głównej. Dalej coś z prymitywnej science fiction, szmirowate fantasy, nawet underground i sporo pornografii. Na samym spodzie zlakierowanych okładek świeciło wyłącznie golizną i rysunkowymi hieroglifami freudyzmu. Na chybił trafił wziąłem trzy zeszyty bardziej z wierzchu, po czym wróciłem do stolika.
Ściany dookoła były puste. Prócz wieszaka dla gazet nic nie zakłócało ich równomiernej szarzyzny. Tylko trochę zadrapań i światło lampy. Jasne u dołu, sufit pozostawiające w cieniu blaszanego klosza. Sceneria w sam raz z komiksu, bez zbędnych rekwizytów odwracających uwagę od akcji. Tylko bohaterowie, zamiast robić dobry użytek z pięści, spokojnie siedzą przy stoliku. Marny komiks. Może akcja rozwinie się lepiej. Uśmiechnąłem się do własnych myśli na wspomnienie niespokojnego świerzbienia prawej ręki, kiedy Taroccy pustym wzrokiem wiercił mi dziurę w piersi, jakby widząc na wylot, przez powietrze. Wszystko wskazywało, że oni doskonale znają tego Gropiusa.
Przynajmniej Taroccy, a przedtem Fletcher. Tylko czego tak się nim opiekują? Sam do czterech zliczyć nie umie? Chyba że facet należy do rzędu typowych w metropolii czcicieli halucynogenów. Tacy co pewien czas muszą się podładować z odpowiedniej baterii. Jest ich coraz więcej, ale nie tutaj. Może zwykła morfina lub hasz. Bzdura. Wystarczy się przyjrzeć, jak on wygląda. Musiałem przyznać, że dotąd niezbyt serio traktowałem nasze spotkanie.
Ot, po prostu sierżant Stubbs podsunął pomysł na urozmaicenie monotonnej inspekcji wybrzeża. A poza tym nie wypada za wcześnie wracać sobie z tu. Jest tajemnicą poliszynela, że błazenada z Komitetem Second i jego mistarną administracją ma mniej racji bytu niż Armia Zbawienia. Jednak trzeba zachować pozory. Tak nakazują reguły gry. My nawet nieboszczyków składamy do trumny w garniturze, w eleganckich lakierkach i z łagodnym wyrazem twarzy. Wystarczy przymknąć zastygłe powieki, nieco wygładzić zmarszczki i podciągnąć do góry kąciki warg. Niech się śmieje. Wbrew pozorom twarz nieboszczyka jest podatna na kunszt plastycznej obróbki, więc po co ma straszyć pośmiertną maską z grymasem agonii? Niech się śmieje.
Dawno wyciągnął nogi ostatni z malkontentów, któremu byłoby to obojętne. Pogrzeb to taki ostatni seans u fotografa. Proszę o przyjemny wyraz twarzy. Pstryk. Dziękuję. Człowiek to społeczeństwo samo w sobie. L'État, c'est l'homme, jak rzekomo określił się Ludwik XIV. Przynajmniej na białym prześcieradle lubimy oglądać bliźnich z uśmiechem sugerującym pozaświatowe postrzeganie rajskiej utopii. Dlaczego to samo nie może dotyczyć całych społeczeństw? To nic, że za życia kuśtykało się z wiecznie wykrzywioną gębą.
Sekon posiada niezbite walory pożytecznej instytucji. Jest dla wszystkich. Tylko czy każdy z osobna ma prawo zdychać z uśmiechem na ustach? Mr Gropius. Zagadnąłem. Napije się pan? Chętnie. Już wcześniej stwierdziłem, że po pierwszym kieliszku jego oczy nabrały żywszego blasku. Głupia historia – powiedziałem – żeby człowiek marnujący pół życia za kierownicą wyścigowych wozów ginął w idiotycznym wypadku samochodowym. Jak pan sądzi, to przypadek?
Nie rozumiem. Trudno mi uwierzyć. Fletcher był nie najgorszym kierowcą. Możliwe. Chyba że pił przedtem. Nie pił. Skąd pan wie? Udałem zdziwienie. Nie uszło mojej uwadze, że niecierpliwie pokręcił się na swoim krześle. Tamtego dnia on zaszedł tutaj?
– spytałem. Znowu zamknął się w sobie. Reagował trochę jak Stubbs, kiedy rozmowa schodzi na śliski dla niego temat. Pociągnąłem łyk scotch whisky. On jednym haustem opróżnił cały kieliszek. Miałem wrażenie, oczywiście bardziej podświadome niż osadzone w realiach, że wcale nie jest taki małomówny. Może nawet czeka, żeby przed kimś wygarnąć całą żółć, jaka zebrała mu się na żołądku. Tylko coś go wstrzymuje. Bądź co bądź pozostawałem obcym człowiekiem. Czyżby naprawdę wiedział coś na temat rzeczywistych przyczyn śmierci Fletchera?
Więc był tutaj – powiedziałem takim głosem, jakby to nie ulegało wątpliwości. Zaskoczony uniósł brwi. Wtedy... Tak – odparł niechętnie. Nawet rozmawialiśmy ze sobą. Tutaj? Tak. Dlaczego nie poinformował pan policji? To była nieostrożność zdradzać się, że jest mi cokolwiek na ten temat wiadome. Na szczęście był zaprzątnięty swoimi myślami.
Musiałem wyjechać na pewien czas – wyjaśnił i zmierzył mnie takim wzrokiem, jakby dla niego samego było rzeczą niepojętą, jak ktoś jeszcze może w to uwierzyć. – Zresztą o czym? Fletcher po prostu miał dosyć wszystkiego. Pan sądzi... – szepnąłem. Ja wiem. Więc to było samobójstwo? Tak. On panu powiedział? On.
Dziwne. Fletcher uważał pana za swego przyjaciela, a pan nie odwiódł go od tego pomysłu? Spojrzał na mnie jak na człowieka niespełna rozumu. Odwróciłem wzrok. Było ponad moje siły z wyrachowaniem znosić tę paskudnie szczerą i łzawą melancholię, z jaką na mnie patrzył. Miał oczy zeszklone i blade jak przecedzony przez watę błękit. Dlaczego mu nie przeszkodziłem? – zapytał. Właśnie. I przecież musiały być jakieś motywy.
Fletcher opowiadał mi kiedyś o swojej rodzinie. Jego przodkowie należeli do niezwykle długowiecznych. Powinien być zadowolony. To zwiększało i jego szanse. Możliwe – westchnął. – On również nigdy nie chorował. Był zdrów i miał przed sobą wiele długich lat. Nie rozumiem – powiedziałem, myśląc jednocześnie, że z tego Fletchera był nie lada szczęściarz. – Więc co mu nagle przyszło do głowy? Mógł odejść z czystym sumieniem.
Dlaczego? Nie miał żony, dzieci. Nic go nie trzymało przy życiu. Ale po co? Nie pierwszy i nie ostatni. Dotknął ręką rozłożonych na stole zeszytów z rysunkami batalii i Dana O'Neilla na poplamionych okładkach. Znam to – powiedział. – Tylko tam się zazwyczaj wygrywa. Ale co to ma wspólnego z nami? Więc to tak wyglądało.
Prozaicznie, najnormalniej pod słońcem. Jeden więcej. Ja sam kiedyś zastanawiałem się nad tym. Wymyśliłem nawet sposób. Wanienka stężonego kwasu siarkowego. Stajesz na baczność, salutujesz, oddając ostatnie honory tym, co zostają, i zaczynasz moczyć nogi cal po calu, aż osiądziesz do czubka głowy. Schizofrenia. Idiotyczny pomysł. Każdy z nas jest chory na swój sposób – powiedziałem ze zwieszoną głową. – Ale to jeszcze nie powód.
Pan nadal nie rozumie? Każdy jest mniej lub bardziej samotny. To już lepiej. Może kiedyś będzie pan miał okazję odczuć to bardziej dotkliwie. Również nie mam nikogo bliskiego. I tak żaden z was nie jest jeszcze sam. Na razie. I na tym polega różnica między nami. Podkreślił to z takim naciskiem, że nie miałem zamiaru oponować. Od kiedy stało się jasne, dlaczego odszedł Fletcher, cała ta dyskusja zaczęła mnie nudzić.
Przekartkowałem jeden z komiksów. Kosmiczny pirat o dobrodusznie szczękatym pysku założył bazę na Ganimedzie. Pełno luksusowych apartamentów, ludwikowskich mebli, dywanów, secesyjnych tapet, kryształowych świeczników pod stropami malachitowych grot, gabinetów kosmetycznej renowacji, girasek i alków w stylu markizy de Pompadour, które stanowiły odskocznię od wypadów w kierunku innych galaktyk. Na kolorowych obrazkach pojawiały się cudaczne rakiety miażdżone w szczękach monstrualnych planet-mąży. Wyrastały miasta innych cywilizacji, żywcem zapożyczone ze „Sprawcy gwiazd” Olefa Stapledona, a zielone potworki bez trudu porozumiewały się z ludźmi uniwersalnym slangiem kosmosu, przemyślnie ograniczonym do zwrotów w rodzaju: „uch”, „trach”, „wrąg” i „bang”. Historia kończyła się metamorfozą czarnego, wielkiego jak gwiazda wehikułu w dogorywającą larwę Yggdla, której agonalne podrygi stanowiły malownicze tło dla barczystej sylwetki człowieka w skafandrze ze złotymi epoletami i znakiem trupiej główki na dumnie wypiętej piersi. Superman ładował odpalony miotacz pramaterii i na pokładzie hiperprzestrzennego krążownika ruszał na nowe podboje. Chciałem już odłożyć zeszyt, kiedy mój wzrok padł na wewnętrzną stronę okładki zamykającą rysunkową powieść. Było tam kilka obrazków pomyślanych jako reklamówka jakiejś innej historii. Jej bohaterką dla odmiany była płowowłosa sexbomba z biustem eksplodującym w coraz to innym perspektywicznym ujęciu.
Rysunki sugerowały sensacyjną akcję, w której kolejne wcielenie Barbarelli w roznegliżowanym stanie zostaje zdane na łaskę stada gigantycznych i gorlogębych, żłobiasookich kosmoprymatów, którym zasadniczych atrybutów nie kryje nawet obfite owłosienie. Uśmiechnąłem się. „W dobrym komiksie prędzej czy później pojawia się taka dziewczyna” – powiedziałem. Pochwyciłem jego wzrok, odruchowo skierowany na drzwi. Chwilę tak trwał z rozszerzonymi źrenicami, jakby sięgał spojrzeniem daleko poza ściany blaszanej rudery w inną przestrzeń. Potem przeniósł wzrok na trzymany przeze mnie zeszyt. „Dziewczyna?” – wydawał się myśleć o czymś zgoła innym. „Warta grzechu” – dodałem. „Ale to już zupełnie inna historia” – zauważył bezbarwnym głosem. „Bywa i tak.
Wypijmy lepiej”. Teraz on zaproponował pierwszy. Wciągał się powoli. Jak dobry żeglarz łapał wiatr w żagle i nawet nie trzeba było zapraszać. „Czemu nie” – przystałem. Z jednej strony od dawna miałem dosyć tej rozmowy o niczym, z drugiej zaś wiedziałem, że nie ustąpię. Trzeźwa logika rozumowania zatracała się stopniowo w grze dwuznacznych pytań i odpowiedzi, równie wykrętnych. Przy ich pomocy miałem nadzieję wyciągnąć z tego człowieka jego osobistą, mnie niedotyczącą historię. A zdążyłem nabrać przekonania, że coś takiego w nim siedzi jak drzazga pod paznokciem. Jednakowo bolesna co trudna do wyciągnięcia.
Potrzeba cierpliwości. Czasami dopiero pod wpływem alkoholu odzywa się w człowieku jego właściwa natura. „Sukinsyn z ciebie” – powiedziałem w myślach do samego siebie. Mógłbyś chociaż zapytać wprost, kim jest i co tutaj robi, zamiast przygotowywać teren żonglerką niedomówień i raz za razem serwowaną wódką. Sukinsyn z ciebie. „Dlaczego sądzisz, że ta dziewczyna to zupełnie inna historia?” – strzeliłem głupim pytaniem. Na szczęście nie zareagował. Horyzont wyznaczony przez światło lampy zawieszonej pod sufitem zaczynał się kołysać powoli niczym pokład małego brygu. Stary kapitan patrzył ze swojego kapitańskiego mostka na mnie, nieudanego sternika. Cierpliwości.
Trzeba tylko zgrabnie sterować i kapitan Gropius na swoim stąku popłynie tam, gdzie zechce. I nawet nie będzie szukał busoli. „Tfu”. Splunąłem na podłogę. Nigdy nie miałem mocnej głowy. Tym bardziej po złamaniu naczelnej zasady, by nie lać wódki na piwo. Efekt przeciwny wylewaniu oleju na wzburzone fale. W dodatku pusty żołądek. Szczęście, że ten Gropius wypił więcej. „Einrich Gropius” – pomyślałem sobie.
Gdzieś już spotkałem to imię i nazwisko. Wiązało się z okresem moich studiów. Tego byłem pewien. Ale gdzie przypasować brakujące ogniwo? Spróbowałem wysilić pamięć. Daremnie. Jeśli kiedykolwiek przychodziło mi wspominać studia, jedynym punktem zaczepienia okazywała się tamta Włoszka sprzed fontanny del Moro, pojawiająca się z obsesyjną natarczywością albo wypchane złotymi foliawami regały czytelni uniwersyteckiej. Ślęczałem tam, zamiast skorzystać z mikrofilmów lub planetarnego trustu komputerowej pamięci. Lubiłem grzebać między książkami, które po raz ostatni otwierał ktoś przed stu, może trzystu laty albo dawniej. Sklejone kartki otwierały się z szelestem uwalniającym odrobinę zapachu i powietrza pochwyconego w pułapkę stron w zamierzchłym średniowieczu.
Stęchła woń butwiejącej wieczności. Lubiłem ją. Nawet palce pozostawały po tym brudne. Nie tylko od kurzu. To było coś jeszcze, pozornie ulotne, nieokreślone żadną daktyloskopią, a przecież zostawiające trwały ślad. Wiedziałem, że jest to dotyk tamtych rąk, dłoni i palców. Spojrzeń dawno umarłych, może przed pół wiekiem albo dawniej. Bzdura – pomyślałem, sam siebie klnąc w duchu. Lepiej było zająć się czymś pożyteczniejszym, choćby raz jeszcze poszukać szczęścia z córką rzymskiego półświatka. Zrezygnowałem z bezowocnego wyciskania pamięci i sięgnąłem po paczkę papierosów.
I wtedy, zwykle tak bywa, przypomniałem sobie. Trzecia półka od dołu, czwarta obwoluta oraz pretensjonalnie złoty nadruk. Wyraźnym blokiem prostym wytłoczone nazwisko autora i tytuł. „H. Gropius. Problemy zachowania ekologicznej równowagi mórz i oceanów”. Pamiętam. Szukałem wtedy materiałów do własnej pracy magisterskiej i nigdzie nie mogłem znaleźć sensownej wzmianki na temat eksperymentu pewnego Francuza, doktora Bombarda, który bodaj w 1953 roku miał przepłynąć Atlantyk na tratwie ratunkowej, żywiąc się w czasie drogi wyłącznie złowionym planktonem i rybami, popijając deszczową wodą. Potrzebowałem szerszego opisu tego eksperymentu w celu udokumentowania, że w owych czasach podobny wyczyn był całkiem możliwy do zrealizowania. Wszystko to znalazłem w książce H.
Gropiusa, profesora i jednego z pierwszych wołających na puszczy. Sęk w tym, że człowiek siedzący przede mną mógł mieć niewiele wspólnego z rzeczywistym profesorem Gropiusem. Dokładnie nic wspólnego. Wniosek był jeden. Nieznajomy podał pierwsze z brzegu nazwisko, jakie mu przyszło do głowy. Czemu akurat to? Nie trzeba specjalnej bystrości umysłu, aby stwierdzić, że mógł to uczynić jedynie ktoś po uszy siedzący w tego rodzaju literaturze. Komu to dzisiaj potrzebne i dlaczego stara się zachować w tajemnicy swoje właściwe nazwisko? Bez słowa usunąłem celofanowe opakowanie z paczki Philip Morrisów. Chciałem go również poczęstować, lecz energicznie machnął ręką i odsunął się do tyłu, na ile pozwalała odrapana ściana tuż za jego plecami.
Żółty płomyk gazowej zapalniczki tylko słabym odblaskiem sięgnął jego twarzy. Światło w niczym nie zmieniło woskowej karnacji skóry. Nie wosk, lecz pośmiertna maska z parafiny. Zaciągnąłem się głęboko. „A panu rzeczywiście coś dolega?” – zagadnąłem. – „W tropikach można się nabawić wszelkiego paskudztwa. Nie grozi mi pylica ani rak. Widziałem inne rzeczy, które z normalnego człowieka w przeciągu kilku godzin potrafią zrobić czarnoskóre monstrum z ospowatą wysypką lub woskowe widmo. Różne bywają alergie”. „Niewątpliwie” – przytaknął.
„Nie sądzę, aby pan mógł się pochwalić genealogicznym drzewem równie zdrowym jak Fletcher, prawda?” „Skąd ta pewność?” „Ma pan niezwykły kolor skóry”. „Widział pan twarz barmana?” „To co innego”. O mało nie powiedziałem, że Stubbs wygląda nie lepiej. „Z mojego punktu widzenia mógłbym to samo powiedzieć o panu” – stwierdził. Nie dostrzegłem w tym zbyt wiele logiki, lecz na wszelki wypadek uśmiechnąłem się jak z dobrego żartu. Sięgnąłem po butelkę i wypełniłem kieliszki aż po samą krawędź. Gropius, czy jak mu tam, bez wahania zajął się swoim i wychylił do dna. Nawet nie zaczekał na mnie. Jego niezdarne ręce drżały wyraźnie, kiedy pocierał dłonią napuchnięte stawy reumatycznie skręconych paluchów. Wystające z rękawów przeguby rąk były pozbawione śladów owłosienia, nagie i gładkie jak u niemowlęcia.
Dopiero teraz stwierdziłem również brak zarostu na jego okrągłej twarzy. Tylko zmokłe czy wyleniałe włosy żółtawym kosmykiem zwisały z czubka głowy jak postrzępiona kępka morskiej trawy. Niżej wypukłe żabie oczy osadzone na styku nosa, wzdętego czoła i obrzmiałych policzków. „Ciekawe” – powiedziałem bardziej do swoich myśli niż do rozmówcy. – „Czasami miewam wrażenie, że Fletcher mówił prawdę”. „O czym mówił?” Gropius znowu poruszył się niespokojnie. Teraz jednak po gwałtownej zmianie pozycji musiał się ręką przytrzymać ściany. Zastanawiające również, że Taroczi przemilczał obecność Fletchera w tym domu niedługo przed pechowym wypadkiem. Świadomie podkreśliłem wypadek, licząc, że jakoś sprowokuje Gropiusa, pomimo jego wcześniejszych wyjaśnień. Nie wspomniał również, że był, a być musiał, świadkiem waszej rozmowy tamtego dnia.
To wszystko wcale mi się nie podoba. Tym razem dał się chwycić na haczyk. Przede wszystkim ocknął się ze stanu sennego zapatrzenia w kieliszek i widać było, że się wewnętrznie zacietrzewił. Nawet żabie oczka zabiegały mu na wszystkie strony. „Kim pan jest?” – zwrócił się do mnie dość żywo, ale już nieco plącząc językiem. – „Czego pan chce ode mnie?” „Ja? Nic”. „W niczym nie przewiniłem przed prawem”. „Nie jestem z policji” – przerwałem mu. – „Jeśli uporczywie wracam do sprawy Fletchera, to wyłącznie przez wzgląd na naszą dawną przyjaźń, a nie wszystko wydaje mi się jasne”.
Kim pan jest? Natrętnie wracał do tego samego. Z zawodu jestem rzeczoznawcą Komitetu SECON, nie nasłanym tajniakiem. Ale co pan robi tutaj? Przecież nie przyjechał pan dla jednego Fletchera. Powiedziałem. Jestem z SECON. Nie rozumiem. Miałem okazję zrewanżować mu się niezbyt mądrym wyrazem twarzy. Na jakim świecie żyje ten człowiek?
Służba Ekologicznego Nadzoru – wyjaśniłem niechętnie. To znaczy... Kiedyś studiowałem historię sztuki i architekturę, później chemię i biologię. Dzisiaj bez konkretnego celu szwędam się po peryferiach industrialno-urbanistycznych masywów. Zajęcie nie nadzwyczaj przyjemne. Orwałem, gdyż nagle wytrzeszczył na mnie gałki oczu i zrobił minę żaby, której zbyt wielka ważka stanęła kołkiem w gardle. Ekspert od...? Kiwnął głową w nieokreślonym kierunku. Od tego tam? Potwierdziłem.
Wtedy niespodziewanie parsknął śmiechem, od którego przeszedł mi dreszcz po krzyżu. Śmiejąc się, nie wydobywał z siebie głosu, lecz trząsł się cały. Dygotał każdym milimetrem opasłego ciała. Jesteś ekspertem? Wreszcie wydusił z siebie i przetarł rękawem załzawione oczy. Kto by się spodziewał. Rachunek prawdopodobieństwa. Można zwątpić. Nie rozumiem, co w tym niezwykłego – rzuciłem raczej opryskliwie. Świat jest jednak bardzo mały – ciągnął swoje.
Tak długo. Nawet Fletcher nic nie zadziałał. A teoria prawdopodobieństwa? O dziwo tak. Zupełne pomieszanie. Tak długo chciałem spotkać takiego człowieka. I kto by pomyślał, że dopiero na koniec. Kołysząc banią głowy, przesunął się na skraj krzesła i zbliżył do mnie napuchniętą twarz. Kiedy poruszał wargami, nie czuło się oddechu, tylko alkohol i specyficzną woń potu. Mocno pociągnąłem nosem.
Ostra i cierpka woń. Tak musi pachnieć dzikie zwierzę. Nie rozumiem – powtórzyłem. Wcale się nie dziwię. Dlatego zgoda. Opowiem ci, kim jestem. Zachwiał się niebezpiecznie na skraju krzesła. Ale wpierw nalej jeszcze. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Pij – powiedziałem, spełniając jego prośbę.
Wychylił kieliszek bez najmniejszego skrzywienia, jakby całe życie nic innego nie robił. Mnie aż wstrząsnęło od ciepłej, mdłej wódki. Nie miałem dziś do niej głowy. W ustach pozostał smak mydła. Byłem kiedyś wielkim uczonym – powiedział Gropius. Odezwał się takim tonem, że o mało nie parsknąłem śmiechem. Znowu przypomniałem sobie autora tamtej książki napisanej przed wiekiem. Jeśli siedzący naprzeciwko mnie człowiek utożsamia się z tamtym Gropiusem, może być tylko nieszkodliwym pomyleńcem. Ale co to znów za wybitna osobistość? Gropius?
Ani Cezar, nie Einstein, a tym bardziej nie Napoleon Bonaparte. Oczywiście. Na wszelki wypadek skinąłem głową. Myślisz, że jestem pijany? – zapytał, z trudem mamrocząc poszczególne słowa. Przysunął się jeszcze bliżej. Jestem. No i co? Nie powiedziałem tego. Ale nie żałowałeś whisky.
Dobry trunek. Wyszło na twoje? Pijanego łatwo ciągnąć za język. Wzruszyłem ramionami. Ja od ciebie niczego nie chcę. Dobrze, w porządku. Wiem, co myślisz. Ja naprawdę... Za późno. Teraz sądzisz, że masz do czynienia ze zwykłym pomyleńcem.
Za godzinę uznasz, że zmarnowałeś masę czasu na wysłuchiwanie nędznego szarlatana. Jeden Fletcher rozumiał naprawdę. Pod wpływem alkoholu zaczynał się rozkręcać, a jego bełkotliwa mowa w miarę trwania tego monologu stawała się jakby płynniejsza. Mówił do siebie, przede wszystkim do siebie. Na mnie już nie zwracał uwagi. A tam, skąd pochodzę, wszyscy mnie znali. Przynajmniej ze słyszenia. Wszyscy. Byłem dla nich ostatnią deską ratunku, jedyną szansą na przetrwanie. Idź.
O czym ty mówisz? Jestem przeklęty, gdyż zawiodłem ich nadzieje i nie zdążyłem. Rozpiął koszulę i zaczął szperać za pasuchą. Usilnie szukał czegoś. Przedmiot poszukiwań zaplątał się gdzieś w fałdy wymiętej, brudnej koszuli. Przez moment zalśniła jego pierś, biała i miękka, jakby nie znajdowała oparcia na sklepieniu żeber, lecz napinała pęcherz skóry wewnętrznym, rozsadzającym klatkę ciśnieniem. Wreszcie, mrucząc z zadowolenia, wydobył z zanadrza jakiś kwitek przewiązany wstążką. Były to ciasno zwinięte różowe kartki. Wysupłał jedną z nich, na pierwszy rzut oka podobną do zwykłego papieru. Starannie wygładził ją na blacie stolika.
W rzeczywistości bardzo była podobna do nawoskowanej, lekko przezroczystej błony. Co to jest? – zapytałem. Nazywacie to corpus delicti. Dowód winy? Czyjej? Patrz. Resztką płynu z kieliszka prysnął na jednolicie różowy blat. Bezbarwny kleks wysunął kilka odnóży i rozpłynął się jak żywa ameba do samych krawędzi. Najwidoczniej ciecz sama rozłożyła się równomiernie po całej powierzchni albo wsiąkła we woskowatą strukturę bibuły.
Pochyliłem się, gdyż trochę pływało mi przed oczyma i pokład brygu coraz mocniej rozhuśtywał pode mną niepewne oparcie krzesła. Miałem wrażenie, że na kartce pojawił się jakiś rysunek. Bardzo szkieletowy, zatarty i brudny, jakby niepewną ręką poprowadzona akwarela. Wystarczyła chwila i obraz uległ wyostrzeniu, jak zanurzony w wywoływaczu uprzednio naświetlony fotograficzny papier. Zdjęcie było tam w rzeczy samej. Stopniowo, coraz wyraźniej unaoczniało pełną gamę nieskazitelnie czystych, choć przytłumionych barw i określało wyraźnie symetrię linii oraz perspektywiczną głębię kształtów. Proszę bardzo. Sam do siebie mruknąłem pod nosem. Corpus delicti. Mogę?
Gropius pozwolił mi wziąć do ręki dziwny papier. Nie powiedział też słowa, kiedy podejrzliwie badałem go pod światło albo gdy wreszcie zająłem się wyłącznie treścią fotogramu. Milczał. Tylko jego wypukłe oczy, jakby wypchnięte z oczodołów, przebudziły się i z zachłanną ciekawością wpijały się we mnie, aż płonęły gorączkowym, pijackim napięciem. Jednak w połyskliwym natchnieniu źrenic nie kryło się nic z tej agresywności, o której wspominał Stubbs. Interesujące. Powiedziałem, żeby go nie rozczarować. To było rzeczywiście podobne do zwykłego zdjęcia, tylko granice kształtów bardziej rozmyte i niewyraźne. Długo przypatrywałem się enigmatycznym pasmom przenikającym się nawzajem rozwarstwionych brył białych i kolorowych, rozmieszczonych w jednolicie poziomym bloku lub wyłamujących się w górę na przekór grawitacji. Dziwaczne parabole, niespokojne asocjacje płaszczyzn i przejrzystych wielościanów do złudzenia przypominały nową architektoniczną fantazję jakiegoś kosmicznego Antonio Gaudi lub pomysłu obłąkanego Le Corbusiera.
W żaden sposób nie potrafiłem określić celowości owej gry światłocieni, barwnych kleksów i konstrukcyjnych węzłów. Nosiły niezbite znamiona porządku, lecz zawiązanego w systemie przystosowanym do specyficznych, a nam obcych warunków przestrzeni. Jednak właśnie charakteru konstant samej przestrzeni nie umiałem ustalić. Próżnia, a jednocześnie nie mniejsze prawdopodobieństwo gęstszego ośrodka, może sprasowana ciśnieniem głębia metanowego oceanu gdzieś w płynnej atmosferze Jowisza. Jedno było oczywiste. Wystarczyło oddalić zdjęcie od oczu, aby w całości ocenić niezaprzeczalne piękno cudacznego miasta. Zafascynowany nie od razu poczułem, że zapomniany niedopałek papierosa parzy mnie w palce. Odrzuciłem go na podłogę. Próbowałem patrzeć na zdjęcie, zmieniając kąt widzenia, gdyż wydawało mi się, że obraz posiada efekt stereoskopowy i można zajrzeć nieco głębiej na drugi plan. Szklane bryły niby domów narastały warstwami pęcherzy, żabim skrzekiem, który w przejrzystej głębi zostaje sprasowany poprzez wzajemny nacisk ścianek sprowadzony do symetrii wielogrannych komórek pszczelego plastra z tunelami tłoczącymi półpłynną masę dziwnych zgęstków świecenia i wślizgującymi się w sztywne rdzenie spiral, które stanowią zazwyczaj nośny trzon stożkowatych ślimaczych muszli.
Zanim ktoś je obłupie z nieprzezroczystej chitynowej skorupki, żeby ubytek ścian dopełnić seledynowym szkliwem. Trudno mi było znaleźć wytłumaczenie, w jaki sposób zdjęcie zostało wykonane. W zwykłych okolicznościach kształty bywają określone przez rzut promieni zewnętrznego światła. Tymczasem tu konkrety były jakby zakonspirowane. Bliższe prawdy wydawało się być przypuszczenie, że to ściany i poszczególne elementy konstrukcji płoną wewnętrznym światłem, a wyciosany w krysztale pejzaż miasta spoczywa w absolutnym mroku. Nocne zdjęcie, pomyślałem. Podobnie wygląda widok najruchliwszych arterii w industrialno-urbanistycznym masywie Standu, gdzie brzask dnia dawno ustąpił przed skorupą betonowego dachu i mrok rozjaśnia powódź neonowych kaskad, wachlarzowatych rozbłysków reflektorów i wędrówek pozycyjnych świateł samochodów, których przebieg na fotograficznym kardiogramie został zarejestrowany długim czasem naświetlania kliszy. Efektowne. Już chciałem zwrócić zdjęcie Gropiusowi, kiedy w czerni otaczającej barwne węzły światostrad i chimerycznych budowli dostrzegłem siny zarys martwego pejzażu, który majaczył w tle makiety tego miasta. Były tam nagie i idealnie gładkie wzgórza, pozbawione roślinnej szaty jak dno księżycowego krateru albo marsjańskie wydmy.
Mogły być też porośnięte krótkim, czarnym jak sadza i pochłaniającym światło mchem, którego szorstkość z daleka trudno odróżnić od nagiej skały. Garby wzniesień tworzyły płytką kotlinę w kształcie cyrkułu z perlistą kipielą barw dojrzewającą we wklęsłej soczewce dna. Interesujące. Powtórzyłem. Byłeś architektem? Czym? Nie dosłyszał lub nie zrozumiał. Nawet ciekawe rozwiązania, ale z realizacją takiego projektu byłoby zbyt wiele kłopotu. Szkoda. Siedział nagle oklapły i bezradnie sondował oczyma opróżniony kieliszek.
Zrobiło mi się go żal. Po raz pierwszy. Niezrealizowane marzenia tego rodzaju maniaków, choćby z największym talentem, w ostatecznym rozrachunku stawiają ich poza społecznym nawiasem. Coraz częściej można spotkać takich wykolejeńców. Szczególnie teraz, gdy nikogo nie interesują bełkoty futurologii, wypociny science fiction i inne przyszłościowe plany. Ale to druga strona medalu. Przypomniałem sobie oryginalny zapis zdjęcia na różowej folii, którą wyświetlała zwykła wilgoć. To też dobry pomysł. Tylko po co tak pilnie strzegł swojej tajemnicy? Ty sądzisz, że to...
Ledwie poruszał wargami i słaniał się nad stolikiem. Oczywiście. Makieta. Stwierdziłem: model miasta przyszłości tylko nazbyt trąci myszką futuryzmu. Nadaje się do filmowego atelier. Ale kto wie, może kiedyś ludzie potrafiliby stworzyć coś takiego. Już nie – powiedział bezbarwnie. Tyle i ja wiem. Nie musieliby tego dopiero tworzyć. I przede wszystkim nie ludzie.
Dlaczego? To miasto już było. Doszedłem do wniosku, jedynie właściwego w tej chwili, że pod wpływem alkoholu znowu zaczynam mówić od rzeczy. Tego miasta już nie będzie. Swoją pewnością jeszcze potwierdził moje przypuszczenia. Ale ono już było. Gdzie? Zginęło raz na zawsze. Bezpowrotnie. Jego mieszkańcy też byli?
– zapytałem sceptycznie. Co z nimi? Wykonał ręką gest, jakim starożytni Rzymianie zatwierdzali wyrok śmierci. Kciukiem w dół, do ziemi. Śmierć. Gdzie on się tego nauczył? Znowu spojrzałem na zdjęcie leżące na stole. Wbrew moim uprzedzeniom, jak magnes przyciągało wzrok. Wilgoć powoli wysychała, parowała z różowiejącej na powrót błony. Już nie można było rozróżnić nic ponad resztkę rdzawych kleksów pośrodku samorzutnie zwijającego się rulonu.
Rzeczywiście. Śmierć – zakpiłem w duchu. Czas na mszę za dusze zmarłych. Nie wiadomo skąd stanęły mi przed oczyma trzy wielkie litery z hebrajskiego pisma. RQM. Samogłoski domyślne. Rebus dziecinnie prosty. Mogłem pozwolić sobie na odrobinę refleksji. Ten pijany człowiek, z którym od dobrej godziny prowadzę rozmowę, może być również niedoszłej sławy archeologiem. Odkrył gdzieś archiwum zaginionej Atlantydy po to jedynie, żeby naukowe sławy, węsząc hoksztaplerstwo, autorytatywnie odsądziły go od czci i wiary.
Paskudna sprawa. Taki zawód prędzej czy później odbije się na psychice. Mógłbym zobaczyć resztę? Wyciągnąłem rękę. Natychmiast pochwycił ze stołu różowy zwitek. Zasłonił się ramieniem i nerwowo upchał pod koszulę drogocenny pakunek. Nie – powiedział ponuro. Czemu? Ty mi nie wierzysz. Wybacz – zgodziłem się.
Nie wierzę w Atlantydę, tym bardziej w mityczne cywilizacje Gondwany. Kto ci powiedział, że to Atlantyda? Sam stwierdziłeś, że to miasto zostało kiedyś zbudowane. Znam starożytność i historię nowożytną. Ten czas pomieści miasta z kręgu kultury Harappy, Babilon oraz ruiny Zimbabwe, egipskie piramidy, Tenochtitlan i Machu Picchu, świątynię Angkor Wat. Zapewne wiele innych cudów. Więcej niż dane nam wiedzieć. Ale nie ma w tym miejsca na takie miasto. Masz rację. Sam to przyznajesz.
Ale znasz tylko historię cywilizacji człowieka. Parsknąłem śmiechem. Niestety z cywilizacji neandertalczyków i pitekantropów do naszych czasów dochowały się tylko krzemienne toporki. Brak danych o innych luksusach. To również byli ludzie. Jak dla kogo. Słusznie, lecz sądzisz, że poza tym nic nie ma? Zastanowiłem się. Jak tylko pamiętam, zawsze pełno było durniów, którzy w byle wykopalisko potrafili wepchnąć kosmitów. Ale w twoje zdjęcie mogę uwierzyć w jednym tylko przypadku.
Jeśli nie jest zręcznym trikiem, wtedy zostało zrobione wyłącznie w kosmosie, na Saturnie lub Transplutonie, na którymś z księżyców Jowisza. Może jeszcze dalej. Znowu przekrzywił głowę jak papuga kakadu i przyjrzał mi się z pogardliwym wyrazem zaciśniętych warg. Jak to łatwo powiedzieć. W kosmosie – zauważył. Jeśli nie tam, to twoje kolorowe obrazki są warte niewiele więcej niż te tutaj. Lekceważąco stuknąłem palcem w barwne zeszyty komiksów namokłe od wódki rozlanej po stole. Różniły się tylko tym, że ich kolorystyka, w przeciwieństwie do zdjęć Gropiusa, blakła pod wpływem wilgoci. Pochwyciłem jego wzrok i niemal natychmiast pożałowałem tych słów. Patrzył na mnie z diabolicznym blaskiem bladych źrenic.
Tak właśnie, jak wspominał Stubbs. Z nienawiścią. Dlaczego nawet nad własnym grobem jesteście tak ograniczeni? – wysyczał i cienka strużka śliny pociekła mu po podbródku. Patrzycie tylko zadzierając głowę od poziomu własnego nosa w górę, choćby jak najdalej. Nic prostszego, jak umywając ręce powiedzieć: w kosmosie. My nie przypuszczaliśmy nawet, że istnieją takie światy jak Mars i Jowisz. Zastanowiło mnie, że powiedział my. My? To znaczy kto?
– zapytałem. Stamtąd, gdzie było to miasto, nie widać gwiazd. Znowu przysunął się do mnie i wściekle przewracał białkami oczu. Przechylił tułów nad stolikiem, aż się przestraszyłem, że pijany runie na podłogę. Jego twarz miałem tuż przed sobą i po raz drugi zaskoczyło mnie, że nie czuję na twarzy oddechu. Pewnie przeciąg idący od nieszczelnego spojenia dachu i ścian kierował powietrze w przeciwną stronę. A co to znaczy my? – nie ustępowałem. Nikt – wyrzucił z siebie. Już tylko ja.
„Uspokój się” powiedziałem. Pojednawczo położyłem mu dłoń na wierzchu drżącej ręki. Wyszarpał ją gwałtownie, lecz przedtem poczułem przejmujący chłód jego skóry, jakbym przejechał palcami po śliskim grzbiecie zdechłej fraszki. Puls jego serca musiał niewiele przekraczać 30 uderzeń na minutę albo mniej. Tacy ludzie są potwornie silni i wytrzymali, ale poza tym zimnokrwiste ciało, mozolne tętno, żołądek jak z lodu. Wzdrygnąłem się. Zauważył to. „Kiedy jechałeś tutaj samochodem” znów przycichł, oklepuł jak przekłuty balon i ledwie rozróżniałem poszczególne słowa, kiedy tak mówił ze zwieszoną głową. „Czy zastanowiłeś się, co tam jest kilka kilometrów od przybrzeżnego szelfu?” Stubbs to samo pytanie usłyszał od Fletchera. „Ocean” odparłem.
Parę tysięcy mil morskich odkrytej powierzchni wody. Sam sięgnął po butelkę, gdzie pozostała jedna trzecia pierwotnej zawartości i chlapiąc na stół, nalał sobie do kieliszka. Tylko sobie. Roztrzęsione ręce nie pozwoliły mu dłużej utrzymać butelki. Kiedy z trudem przełykał whisky, jego otyła twarz odchyliła się do tyłu. Pokazała białe podgardle, jakby zdeformowane obrzmieniem tarczycy. Galaretowata konsystencja ciała maskowała zarys krwionośnych naczyń. Wstrząsnął się po sporym łyku wódki i dłonią otarł wilgotne wargi oraz podbródek. „Wiesz, co tam jest?” zapytał, całym ciałem pływając w krześle. Dwie mile od brzegu zaczyna się jedna z największych oceanicznych głębi.
Rów tektoniczny. Dla was będący bramą w świat wiecznej ciszy i mroku, dokąd nie dociera promień słońca i zgiełku waszej cywilizacji. Czy nie zastanowiłeś się nigdy, że tam na głębokości 11 000 metrów, pod prasą potwornego ciśnienia też istnieje świat istot żywych, więcej – rozumnych. Może stworzyły cywilizację starszą od waszej. „Uspokój się” powtórzyłem. Obydwaj doskonale zdajemy sobie sprawę, że tam na samym dnie nic nie ma i być nie może. Zakrztusił się nagłym paroksyzmem śmiechu i trzasnął ręką o stół, akcentując wybuch wzgardliwej wesołości. Rozległo się miękkie patnięcie jak stuk mokrej packi na muchy. „Ha, ha!” Szarpnął koszulę pod szyją, rozluźniając dławiącą go pętlę kołnierza. „Masz rację, tam nic nie ma.
Tam już nic nie ma.” Był porządnie zamroczony alkoholem. Dopóki trzymał się w garści poprzez wewnętrzne napięcie nie tak łatwo było to zauważyć. Teraz jednak porzucił wszelkie zahamowania, uprzedzenia czy konwenanse. Rozluźnił napięte mięśnie i wreszcie pozwolił mi zobaczyć swoją prawdziwą twarz. W takim stanie człowiek jest zupełnie bezbronny. Można wleźć do środka i wypatroszyć. Każdą komórkę pamięci można przewlec na zewnątrz i wytrzepać z brudu jak podszewkę kieszeni. „Sukinsyn z ciebie” pomyślałem znowu. I skąd ci przyszło do głowy, że właśnie to jest prawdziwa twarz człowieka? Głowa Gropiusa osunęła się na mokry blat stołu.
Wymruczał coś do siebie, ale nie zrozumiałem żadnego słowa. Po czym wsparł się o stół rękoma i potrząsnął żółtym kosmykiem włosów. Unikał mojego wzroku. „To ciekawe, co mówisz” odezwałem się tylko po to, żeby przerwać ciążące milczenie. Szeroko rozstawił łokcie, palce obu rąk zapuścił w kępkę morskiej trawy przyklejoną na czubku głowy i zaczął z poprzednim uporem. O waszym istnieniu dowiedzieliśmy się przed dwoma tysiącami lat. Wtedy po raz pierwszy zaobserwowano, że dziwne przedmioty znajdowane na dnie w rzeczywistości opadają gdzieś z wysoka, gdzie przebiega hipotetyczna granica hydrosfery. Słuchając go, sięgnąłem po drugiego papierosa. Kapryśny płomyk zapalniczki umykał na boki i żeby odpalić, musiałem ująć pudełko w dwie złożone dłonie. Gropius marudził coś o meteorach i świętym deszczu.
O setkach lat mozolnego studiowania kultury nieznanej cywilizacji ze szczątków przedmiotów zaplątanych w poszycie zatopionych trzcinowych i bambusowych traw, potem drewnianych łodzi, galer z resztkami nieznanych istot, żelaznymi łańcuchami przykutych do desek pokładów zmiażdżonych ciśnieniem. Wreszcie, jak można się było spodziewać, nawiązał do bliższych nam czasów. Minęło wiele lat od chwili, gdy nasilenie opadu konstrukcji rozszarpanych wybuchami osiągnęło apogeum. Ciągnął. Zrozumieliśmy wtedy, że na nieznanej wysokości, gdzie zaczyna się niedostępny dla nas świat, skończyła się bezżalosna, przeraźliwa wojna żywych istot zaspawanych w stalowe korpusy. Myśleliśmy, że najgorsze za nami i można pozostać w cieniu, przeczekać bez zwrócenia na siebie uwagi, jak przetrwało się wszystkie inne cywilizacje, które od niepamiętnych czasów rodziły się i umierały na powierzchni ziemi. Pobożne życzenia. „Napijesz się jeszcze?” przerwałem mu, widząc, jak bardzo przeżywa każde słowo. „Nie.” Odepchnął kieliszek. Może więcej nie będziemy wspominać tego, co tam jest na samym dnie.
Pozwól skończyć. Fletcher rozumiał i próbował pomóc. Pisał gdzieś bez rezultatu. Uważniej przysłuchałem się jego szeptowi. Zresztą i tak było za późno. Nie zdążyliśmy na czas nawiązać kontaktu, choćby posłużyć się waszą techniką, której elementy uczeni zdołali przeanalizować. No proszę. Ziewnąłem odruchowo. Kto by pomyślał, że to takie nieskomplikowane? To była stara cywilizacja, starsza niż lądy.
Nie zwrócił na mnie uwagi. Z biegiem czasu dosiędliśmy mądrość doskonałej wewnętrznej równowagi. W zapomnienie poszła ekspansja młodości. Zostało nas niewielu, lecz liczba ta nie zmieniała się od tysięcy lat. Zajęci nauką, troskę o doczesność powierzyliśmy oceanowi. On był najpewniejszym, precyzyjnym, ekologicznym chronometrem, więc stał się naszą wyrocznią, Bogiem, naszym wszechświatem i częścią nas samych. Nic nigdy nie naruszyło naszego spokoju, nie miało wpływu na stan rzeczy równoznaczny wieczności. Zemściło się archaiczne przekonanie, że jeśli cokolwiek zaciąży nad nami, prędzej czy później zachwianą równowagę przywróci do normy homeostat oceanu, jak czynił to zawsze. Tytoniowy dym kładł w nieruchomym powietrzu ciągliwe pasma sinych zęgleń. Zatapiał siedzącego przede mną człowieka i stopniowo nawarstwiał iluzoryczny miraż morskiej głębi.
Nie było więc żadnego przeciągu. Powietrze trwało w absolutnym bezruchu, choć wystarczyło mocniej dmuchnąć skoncentrowanym strumieniem oddechu, aby ustała toń rozpadła się w chaos błękitnych zawirowań. Równie łatwo jak domek z kart, wieża Babel, mury Jerycha i to wszystko, co opowiadał człowiek podający się za Age Gropiusa. Powiem ci, jak minęły ostatnie lata. Dalej majaczą mitem o podwodnej krainie Lotofagów. Na miasto, które widziałeś, osiadał z powierzchni mętny szlam. Skondensowane chmury chemicznego osadu zalegały ulice, oblepiły ściany domów i przeniknęły do wewnątrz. Dusiliśmy się, grzęznąc w szlamie nawarstwiającym się jak popiół nad waszą Pompeją. Smok neutralizował resztki tlenu i jodu zawarte w wodzie niezbędne dla podtrzymania biosyntezy. Potem największą głębię oceanu przeznaczono na śmietnisko radioaktywnych odpadów.
Na dnie spoczęły ocementowane pojemniki, bryły gruzu kryjące nieznaną nam śmierć. Wystarczyło kilka lat działania wody i potężnej prasy ciśnienia, żeby cement skruszał i spowodował pierwsze przecieki promieniowania. Mieszkańcy podwodnego miasta umierali, nie znajdując przyczyn zgonu, gdyż nie znaliśmy jądrowych przemian materii, a przed kosmicznym promieniowaniem miasto było osłonięte stropem pewniejszym niż cienka i przenikliwa warstwa gazowej atmosfery. Lecz nawet to nie było w stanie zniszczyć wszystkiego. Wtedy narodził się nowy biom. Urwał i w milczeniu, niemal błagalnie patrzył mi w oczy, jakby jeszcze nie utracił nadziei, że uwierzę w jego fantasmagorie. Więc twierdzisz, że tam już nic nie zostało? Zapytałem, odganiając sprzed twarzy obłok tytoniowego dymu. Byłem dla nich ostatnią szansą. Kto by pomyślał?
Od lat pracowałem nad sposobem, który pozwoliłby nam wyjść na powierzchnię ziemi. To miał być nasz exodus z kloaki, w którą przeistoczyliście ocean. Nie zdążyłem. Zostałem sam. Posłuchaj Age'a – wtrąciłem, pokonując czkawkę. To nawet jest bardzo ciekawe i byłoby całkiem realne. Niepotrzebnie jednak siebie samego mieszasz w sprawy tamtego świata. Fletcher uwierzył. Nawet Toroczy. Co oni wiedzą?
Im możesz zmyślać, ile dusza zapragnie i każde twoje słowo przyjmą za dobrą monetę. Gdyby nawet na dnie największych oceanicznych głębi w tektonicznych rozpadlinach istniało jakieś życie, nie mogłoby w niczym przypominać fauny i flory reszty ziemi. A już rzeczą zupełnie absurdalną jest twierdzenie, że istoty rozumne tam i tutaj, w tak odmiennych środowiskach są do siebie tak bardzo podobne. Masz słuszność. A ty twierdzisz, że jesteś jednym z nich. Ostatnim. Na jedno wychodzi. Nie dla tych, którzy odeszli i nie mogą być tacy jak ja. No proszę. Niespełniony zbawiciel ma wyrzuty sumienia.
Przestań mnie dręczyć! Wybuchnął i ukrył twarz w wielkich dłoniach. Wybacz. Dla mnie zawsze zostaniesz najzwyklejszym pod słońcem, może nieco schorowanym człowiekiem. Zresztą kto dzisiaj nie choruje? Najczęściej pylica i rak, ale bywają różne schorzenia. Tak, jestem chory – odezwał się głuchym głosem. Niewiele mi już zostało. Siedział przygarbiony, niby podstarzały i starany życiem karykaturalny kapitan Corto Maltese, który dopija ostatnią wódkę w scenerii żywcem wziętej z Conrada w jakiejś obskurnej portowej knajpce w zapomnianej przystani, gdzie już od dawna nie przycumował żaden statek, a wodę pokrył gęsty kożuch zielonkawej szansy. Poza tym nikt z dołu nie mógłby stanąć na powierzchni ziemi – myślałem piekielnie trzeźwo.
Sprężystość wody jest minimalna, lecz sam wspominałeś o tlenie. Wszelkie gazy na samym dnie są sprężone pod ciśnieniem tysiąca atmosfer. Wystarczy, jeśli organizmy tamtych istot zawierają pewny ich procent, a po wyjściu na powierzchnię powinny ulec natychmiastowemu rozerwaniu. Spojrzał na mnie trochę inaczej niż dotąd. Oczywiście – potwierdził. Znasz się na tym. Więc? A jak myślisz, co to jest? Stuknął się w pierś. To ma być nasz kształt?
Organizm człowieka zawiera około 86% wody. W nas było jej jeszcze więcej. Byliśmy bliżsi cieczy niż któremukolwiek z innych stanów materii. Rolę płynów w naszym ciele spełniała cyrkulacja gazów. Aby więc wyjść na powierzchnię, musiałem stworzyć skafander wytrzymujący ciśnienie z zewnątrz. Z politowaniem uśmiechnąłem się nad jego rozchełstaną koszulą i obwisłą u dołu na ramionach, pękającą w szwach marynarką. Zdążyłem wykonać tylko jeden model – kontynuował – kiedy właściwie było już po wszystkim. Ciekawe, jak to rozwiązałeś. Wykorzystałem do tego przeze mnie skonstruowany potencjometr napięcia powierzchniowego wody i stabilizator jej rozciągliwości. Może nie tyle wody, co pewnych koloidów stanowiących naszą otoczkę.
W ten sposób zewnętrzna powłoka naszego własnego ciała przyoblekła nas w zwartą, mocną błonę, która nie poddaje się odśrodkowemu ciśnieniu. I to ma być skafander? Nawet zwykłe ubranie naśladuje właściwą postać, rzeczywisty kształt. Jesteś człowiekiem. Postać człowieka to wygodny kamuflaż. Na co wam on? Łatwiej pozostać niezauważalnym. To brzmi jak wyznanie przygotowań do inwazji. Skrzywił się. Zawsze wszystko bierzecie na własną miarę – powiedział.
Potem zastanowił się chwilę i dodał: Gdyby nie było innego sposobu... Na własną miarę. Wtedy nikt z nas nie myślał o agresji. Ty to powiedziałeś. Ja po prostu miałem wolny wybór. W naszym świecie warunki nie sprzyjały zachowaniu statycznej formy. Byliśmy zgęstkami żywej materii, jak ameby. Dlatego przy wyjściu na powierzchnię trzeba było wybrać optymalny kształt do działalności w nowym środowisku, a przede wszystkim między wami. Nie szukałem innego wzorca. Wybrałem człowieka i taki jestem.
Znów mówił z taką dozą przekonania, że nie miałem sumienia oponować. Tak – powiedziałem i niespodziewanie dla samego siebie zadałem ostatnie pytanie: Tylko skąd wziąłeś nazwisko H. Gropius? Trafiłem celnie. Myślałem już, że zaniemówił, ale on długo i w milczeniu mierzył mnie wzrokiem. Potem machnął ręką. Jesteś spostrzegawczy – rzekł obojętnie. Skąd? – powtórzyłem. Stara historia – powiedział w zamyśleniu.
Tak się nazywał pierwszy i jedyny człowiek, który dotarł do nas. Jego batyskaf utracił możność manewrowania i osiadł na dnie w pobliżu miasta, lecz H. Gropius żył wystarczająco długo, żeby nawiązać z nami kontakt. Nauczyliśmy się od niego wielu rzeczy. Przede wszystkim przełamaliśmy kod języka. Nawet mój obecny kształt jest wiernym odzwierciedleniem jego postaci. Zastanowiłem się, czy przed tytułową stroną tamtej książki rzeczywistego Gropiusa nie było ryciny z portretem uczonego z XX wieku. Nawet jeśli była, to i tak moja pamięć dobrze już szwankowała. Szkoda. Wtedy z czystym sumieniem mógłbym powiedzieć, co o tym myślę.
Bez tego, choć nieznajomy był również porządnie pijany, nie potrafiłem zachwiać logiką jego argumentacji. Chociaż Bogiem a prawdą i tak od dawna wszystko było jasne jak na dłoni. Przesunąłem do niego krzesło, odrzuciłem na bok niedopałek papierosa i przyjacielskim gestem objąłem go za plecy. Chciał się wyswobodzić, lecz przytrzymałem ramieniem. Żal mi było biedaka i nie wiedziałem, jak zareagować. Czy trzeba będzie przysłać po niego ambulans ze stanowego szpitala, czy też lepiej machnąć ręką i zostawić człowieka w spokoju, jak radził Fletcher? Zostawić sam na sam z wybujałą wyobraźnią. Zresztą czego ludzie nie wygadują pod wpływem alkoholu. Jeszcze Taroczemu sam o tym wspominałem. Wszystko byłoby w najlepszym porządku, tylko w głowie łupało od ciągłych przechyłów statku idącego burton do fali.
Cholernie duszno zrobiło się w kubryku. Wierzę ci – usłyszałem swój własny głos i poklepałem go po ramieniu. Myślę, że będziemy przyjaciółmi. Dzisiaj i za nasz świat nikt nie da złamanego centa. Jeszcze parę lat. Co niektórzy przebąkują, że jest szansa przesiedlenia na inne planety. Ale to utopia. Szkoda. Zabijesz nas? Tym razem zdziwiłem się szczerze.
Kogo? – zawahał się. Nie. Żal mi wszystkiego, co żywe. Obydwiema rękoma chwyciłem butelkę i nalałem do swojego kieliszka. On siedział z miną tak markotną, że omal nie parsknąłem śmiechem. Do reszty się rozkleił stary kapitan Gropius. Raz kozie śmierć. Spróbowałem go pocieszyć. Lepiej też łyknij, lżej będzie.
Odmownie pokręcił głową. Słaby masz łeb U was tam wszyscy tacy? Zaśmiałem się. Twoje zdrowie. Przeszło nadspodziewanie gładko i od razu raźniej zrobiło się na duszy. Jakoś weselej. Tylko kapitan wciąż krzywi mroczną gębę. Postawił oczy w słup i o czymś duma z miną nieboszczyka. Trup awansem. Czasami strasznie nudny z niego facet.
Szkoda, żeby zamartwiał się takimi bzdurami. Sięgnąłem po papierosy. Piekielnie trudno wypalić od końca do końca. Jak na złość paczka wyślizgnęła się z palców i rozsypała na podłodze. Kapitan też gdzieś zapodział swoją fajkę. Pewnie spomiędzy szczęk wypadła mu razem z ostatnim zębem. Powiadasz: żal tego, co żywe? Nie warto. Ja ci to mówię. Co komu z tego przyjdzie?
Nam nie pomoże. A po nas choćby potop. Ktoś już to powiedział. Zresztą zielsko i pleśń obędzie się bez tlenu. Gdy nas zabraknie, to dopiero zakwitnie małpi gal. Ha, ha, ha. Pamiętasz? W prehistorii też nie było tlenu, a las był. Teraz nie będzie. A ja ci mówię, że tak.
Pięścią walnąłem w stół. Daj fajkę. Co? Nie mam. Cholera z nim. Gdzie czasy, gdzie każdy z nas potrafił obalić pół baryłki rumu i nie wypuścił steru z ręki. Dzisiaj nawet kapitan majaczy po kilku głębszych. Tylko co zrobił z fajką? Widocznie zgubił w poprzednim rejsie. Przez moment zastanawiałem się, co też za bzdury chodzą mi po głowie, lecz łajbą rzucało na wysokiej fali i trudno było skupić myśli.
Dobrych siedem w skali Beauforta. Szczęście, że w kubryku tak jakoś nie ważko i tylko kołysze. I wkoło jakoś radośnie. I przestrzeń różowa. Ha, ha, ha, ha. Optymistyczny nastrój promieniuje z kiszek i pełną parą pracującego żołądka. Coś mi się zdaje, że przeżyjemy ten sztorm. Kapitan pochylił się nad podłogą i przejechał po deskach wskazującym palcem. Potem wyprostował się z ciężkim westchnieniem i pod sam nos podsunął mi tłuste wiór brudu zdrapany z pokładu. A co ty myślisz?
Zaśmiał się chrapliwie. Że tego starczyło, żebyśmy zgnili? O nie! Zaprotestowałem. Na ten temat mam własną teorię. Zawsze mówiłem: zielsko wyschnie, gdy zabraknie wody i światła. Pozdychają ryby i szczury, a ptaszki zaczną spadać, kiedy im skrzydełka skleją się od chmurek. Tylko człowiek zostanie. Nie wierzysz? Powiem ci dlaczego.
Bo jest rozumny. Rozum trzeba doceniać. Zrobił z nas takie zwierzę, które potrafi przywyknąć do każdego gówna. Ha, ha, ha, ha, ha. Na widok jego miny rzeczywiście można zdechnąć ze śmiechu. Mówię ci, nie tylko przywyknie, ale jeszcze ubije dobry interes. Odrobina reklamy i co? Nie słyszałeś o leczniczych błotkach? Rozum znajdzie rację bytu dla każdego paskudztwa. A ci tam w dole widocznie nie byli zupełnie rozumni.
Nawet się nie obraził. Jeszcze w nim drzemała ta odrobina poczucia humoru. W odpowiedzi namoczył palec w resztkach wódki wylanej z przewróconego kieliszka. Potem starannie przejechał brudną krechą przez środek stolika. Wy nic nie wiecie o życiu – powiedział. Dokonaliście podziału na materię organiczną i nieorganiczną. Z tej pierwszej rodzi się życie. Proste. Jak cię znam, to będziesz chciał coś skomplikować. Nie muszę nic wymyślać.
Prawda jest jedna i obiektywna. Materia wszechświata jest nieorganiczna, lecz nie jest martwa. Jak? Nie ma w tym zbyt wiele sensu. Bardzo żałuję, że nie rozumiesz. Ona nie jest martwa w ten sposób, jak to się wam wydaje. Ciągnął swoje, jakby go wódka natchnęła motywem do filozoficznych refleksji. Wal stary. Pobłażliwie klepnąłem go po ramieniu. Nie krępuj się.
Nigdy nie byłem uczonym. Nie musi być materią wchodzącą w skład organizmów żywych, lecz może nią być. Jest potencjalnie zdolna do wejścia w takie chemiczne reakcje, które utworzą organiczne związki i dadzą początek pierwociną żywych komórek. Choćby cały wszechświat był martwy, zawsze, w każdym swym miejscu ma szansę stworzyć życie. Taka jest właściwość wypełniającej go materii. Chyba normalne. Nie. Jest to szczególne prawo fizyki warunkujące możliwość wystąpienia tego zjawiska. Oho, a ty skąd to wiesz? Przede wszystkim jestem biologiem i zdążyłem się również nauczyć waszej fizyki.
Co ci to dało? Jeszcze raz poprawił grubą, wilgotną krechę na blacie stolika. Ta oś obrazuje aktualny wyjściowy stan otaczającej nas materii. Sama w sobie jest neutralna, tak samo jak neutralny jest stan materii. Dopiero spełnienie pewnych warunków prowadzi do jej wartościowania. Powyżej kreski postawił krzywy plus. Tu u góry mamy organizmy żywe. Coś mi ten jego plus bardziej zagrawa na nagrobkowy krzyż. Zauważ, że nie jest to oś obdarzona wektorem. Stanowi raczej geometryczną oś transformacji.
To znaczy... Próbowałem nadążyć za jego mętnymi wywodami. U góry życie, pośrodku ośrodek neutralny. Co będzie poniżej tej osi? Wy dokonaliście prostego założenia dualizmu materii. W jednym miejscu występuje życie, w innym go brak. Naiwne. Tam, gdzie nie występuje życie, atomy pewnych pierwiastków łączą się z innymi. Zawiązują makrocząsteczki, tworzą białka, tłuszcze i wielocukry, enzymy i nukleoproteiny. Potem pierwsze komórki, wirusy i geny.
A więc musi istnieć jakiś czynnik motywujący istnienie biogenetycznych właściwości tej materii. Gdyby wystąpił jego brak, mielibyśmy do czynienia z trzecim stanem materii. Poniżej brudnej krechy obrazującej oś materii w jego poronionej teorii namazał wielki minus. Dopiero tutaj zaczyna się stan materii prawdziwie martwej – powiedział. Coś w tym można uprościć – zauważyłem. Zamiast tych plusów, minusów i osi transformacji wystarczy postawić... Mówiąc to, nakreśliłem na stole jedno wielkie zero. Ha, ha, ha! Parsknąłem śmiechem. Aż go uniosło.
Chwilę trząsł się tuż przed nosem, wymachując mi zaciśniętą pięścią. Śmiałem się dalej. Usiadł z powrotem i tylko łokciem wściekle zgarnął na podłogę barwne zeszyty komiksów. Jesteś zbyt głupi, żeby zrozumieć – wysapał mi w samo ucho. – Jak wszyscy. U was się nikt nie zastanawiał, dlaczego na Ziemi tylko węgiel jest zdolny utworzyć około miliona różnych związków. O tak, jak wszyscy. U was się nikt nie zastanawiał, dlaczego na Ziemi tylko węgiel jest zdolny utworzyć około miliona różnych związków. O tak, potrafiliście dyskutować, nie wyciągając napraszających się wniosków. Genialna idea musiała czekać na swego geniusza.
Mrugnąłem doń okiem. A przecież jest to wyznacznik poziomu biogenetycznej wydolności materii w ogóle, w całym wszechświecie. Jak w spektralnym rozszczepieniu światła linie widmowe atomów wysyłających światło zajmują charakterystyczne miejsce, tak samo biogenetyczna aktywność danych pierwiastków tworzy własną gradację w skali czasu wszechświata, gdyż materia ulega ewolucji. Przed bilionem lat zdolnością organizacji makrocząsteczek rozporządzał zupełnie inny pierwiastek. Minie następny miliard lat i miejsce węgla zajmie inny: krzem, wolfram lub rtęć. Na tym polega biogenetyczna ewolucja materii. Siedziałem, kołysząc się nad stolikiem. Wkoło nieważki spokój. Tylko wiatr pojękuje za ścianami, a kapitan mamrocze wciąż swoje. Można przywyknąć.
W podświadomości kołacze się motyw jakiejś starej piosenki. Hej ho. Trzeba się skupić i przypomnieć. Wtedy można będzie roześmiać się nad uczoną dysputą kapitana i odezwać się doń po imieniu. Można go będzie nazwać tym prawdziwym imieniem, które tak pilnie skrywa. Całość biomasy stanowi zaledwie jedną tysięczną masy naszej planety, ale to bardzo dynamiczny układ. Tylko podziwiać, jak mu to sprawnie idzie. Jak na uniwersyteckim wykładzie. Nawet głos nie zadrży i język się nie zaplącze. Czego taki facet szuka na tej łajbie?
A wy myślicie, że to takie proste? Wibrują atomy, ocierają się zewnętrznymi powłokami elektronowymi, łączą z innymi, składają większe cegiełki, żeby zbudować tę pierwszą komórkę. Potem szarpią się w mięśniach i ścięgnach. Przewodzą elektrostatyczne napięcia nerwowych włókien. Perforują DNA i RNA. Co trzeba spalają. Rozładowują energię nagromadzoną w makrocząsteczkach i tak aż do produktów końcowych przemiany materii. Minie trochę czasu i można zaczynać od początku. Pobożne życzenia. Na zamówienie stworzyliście sobie perpetuum mobile.
Łatwo tego dokonać mając do dyspozycji źródło energii w niebie. Pewnie u Pana Boga – zakpiłem. Właśnie. Waszym Bogiem jest słońce. Ono jest pierwszym i podstawowym źródłem energii, która w złożonych cyklach pośredniego metabolizmu zostaje w formie przyswajalnej dla organizmu kumulowana w makroenergicznych wiązaniach kwasu adezynotrójfosforowego. Słońce jest ośrodkiem dyspozycyjnym ziemskiej biosfery, lecz poza tym stanowi część składową większej całości. Jest równocześnie dysponentem i ogniskiem podporządkowanym ogólnym prawom wszechświata. Prawo jest prawem – stwierdziłem filozoficznie. Myślisz, że prawa fizyki odkrywane w ziemskich laboratoriach, będąc reprezentatywnymi dla obecnego stanu wszechświata, są również niezmienne w czasie? Ewolucji ulega tak samo materia kosmosu, jak rządzące nią prawa fizyki.
Właściwości atomów są określone przez pewne stałe fizyczne i dla przykładu częstość linii widmowych każdego pierwiastka łatwo obliczyć znając następujące wielkości: masy i ładunki elektronu oraz protonu, prędkość światła i stałą Plancka. Jednak te stałe wielkości też się zmieniają. Ewoluują, gdyż są pochodną nam niewiadomego metabolizmu całego wszechświata. Wy, obserwując gwiazdy, nie zaryzykowaliście nawet twierdzenia, że efekt Dopplera dla przykładu, polegający na przesunięciu ku podczerwieni linii widmowych światła, wcale nie oznacza zawrotnej ucieczki rozbiegających się galaktyk, lecz jest wynikiem zmiany jednej ze znanych nam wielkości stałych: prędkości światła. Po co mi mówisz o tym wszystkim? – zapytałem. Nudne. Lepiej się zastanówmy, czemu utopił się Silver. Kto? Chciałem powiedzieć Fletcher.
Zapomnij o nim albo mnie wysłuchaj do końca. To wszystko się wiąże. Sam zrozumiesz. Ale najpierw musisz zrozumieć i poznać właściwy obraz kosmosu. Nic nie ma w nim stałego. Zmieniają się również sięgające powierzchni Ziemi dyspozycje Słońca. To tylko w skali istnienia waszej cywilizacji prawa fizyki wydają się stałe. My żyliśmy dłużej. Mówiłem ci przecież. To była cywilizacja starsza niż lądy.
Niewiele docierało do nas z makrokosmosu, lecz poznaliśmy prawa mikroświata, a te znajdują swoje analogie również w kosmicznej przestrzeni. Dlatego możesz mi wierzyć. Przez miliardy lat niepostrzeżenie modyfikuje się charakter energii świetlnej i właściwości przestrzeni. Zmieniają się masy elektronów i protonów. Był czas, kiedy nie miała najmniejszego sensu teoria atomu Nielsa Bohra. I znów przyjdzie chwila, gdy trzeba będzie tworzyć nową. Wszystko się zmienia. Panta rei! — zawołałem i znacząco uniosłem do góry wskazujący palec. — Wysłuchaj mnie.
Już dzisiaj na miliardy atomów węgla, które uczestniczą w pozornie wiecznym kołowrocie naturalnej biocenozy, zostaje jeden odrzucony bezpowrotnie. Materia też się zużywa. Tak to przynajmniej można określić. Złuszcza się jak naskórek i każda umierająca istota żywa, każda rozpadająca się makrocząsteczka organicznych związków mikroskopijną część swej masy spisuje na straty. To jest zmęczenie materii, zmęczenie życiem. Już nie tylko na poziomie molekuł, lecz samych atomów. I kiedy umiera człowiek, gdy wysycha drzewo lub rozkłada się inna padlina, pozostaje kilka atomów wyłączonych z biocenozy. Bzdura! Zaprotestowałem na wszelki wypadek. Utkwił we mnie spojrzenie swoich oczu wtłoczonych w oczodół, a jednocześnie jakby ledwie trzymających się na skręconych szypułkach nerwu wzrokowego, gotowych wystrzelić spod czaszki dwa ramiona mątwy zakończone ocznymi gałkami.
Zastanawiałem się, skąd w nim tyle siły, żeby zawracać sobie głowę takimi problemami. Ruina człowieka, w której tylko skrzyp szarych komórek pracuje jeszcze, choć dawno powinien pójść w ślad za resztą obumarłych tkanek, zimnym sercem i pękniętym rybim pęcherzem w miejscu płuc. Na szczęście miałem go w ręku. Wystarczyło pochylić się i zajrzeć pod stół. Zastanowiłem się. Może masz rację. Od razu inaczej zalśniły mu oczy. Zabawny facet. Z zadowolenia nadął się jak balon. Dla niego jedynym źródłem energii jest pewnie świadomość, że ktoś jeszcze wierzy w jego paranoję.
Wrócił palcem do napaćkanego na stole schematu i mocniej rozmazał wielki minus. Dopiero tutaj zaczyna się prawdziwie martwa materia — powtórzył. Nie tam, gdzie istnieje życie i nie tam, gdzie go nie ma, lecz może wystąpić. Tutaj nawet nie ma szansy wystąpienia takiego zjawiska. Doskonale! — zawołałem. Nareszcie do mnie dotarło. Powiadasz, kiedy śmierć? Teraz rozumiem, czemu psy wyją, kiedy ktoś umiera. One wietrzą cząstkę tego paskudztwa.
Wyjałowiona materia. Ha, ha, ha! To musi być okropny zaduch. Brr... Aż się wstrząsnąłem. Ale on dalej brał wszystko za dobrą monetę. Niech mu tam. Za to robi się coraz weselej. W waszym świecie jest to na razie ilość mikroskopijna. Trudno ją wyodrębnić nawet w laboratoriach.
Przecież poszczególne atomy w niczym się dla was nie różnią od tych uczestniczących w trawiennych procesach biosfery. Sprytne. Znacząco skinąłem głową. Nikt nie wiedział, nikt nie słyszał, a jest. Jest. Istnieje w takich miejscach, gdzie nie dociera powierzchniowa dynamika powietrza i hydrosfery. O! — jęknąłem, przeczuwając kolejną anegdotkę z życia morskiej głębi. Na głębokości 11 000 metrów, na dnie tektonicznych rozpadlin panuje absolutny bezruch. Tam przez miliardy lat może odkładać się szlam materii.
Osiadający z powierzchni martwy plankton, przegniłe i wyjałowione resztki, ostateczne produkty rozpadu wszelkiej organizacji. To naturalny śmietnik. Ściek przeznaczony na odchody. Nie tylko przez cywilizację Homo sapiens. Nie wymyśliliście nic nowego. Biosfera to też fabryka. Już miliardy lat przed wami założyła swój własny śmietnik. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. On był niesamowity, ten stary kapitan. Mógł chyba tak ciągnąć w nieskończoność i na poczekaniu tworzyć niestworzone rzeczy.
Śmietnik biosfery. Wyborny pomysł jak na drugą godzinę ślęczenia nad niecałym litrem. Sprytny jest, ale nie przechytrzy prawdziwego morskiego wilka. Wystarczy zajrzeć pod stół. Pewnie dla niepoznaki podgiął pod krzesło jedną nogę. Drewniane szczudło. Jeżeli jest Wtedy on: „Ha, ha, ha! Doskonałe. Od środka piersi rozsadza fala zachwytu. Też wam przyszło żyć na śmietniku.
Znasz przypowieść o Hiobie? I u nas był taki jeden, co siedział na gnoju. Paskudna sprawa. Wypijmy lepiej i nie martw się. Pluń na to. Pamiętasz, jak kiedyś śpiewaliśmy razem: Hej ho, na umrzyka skrzyni.” „O czym ty?” „Tylko się nie wykręcaj. Nareszcie cię mam. Chcesz, to ci powiem, kim jesteś.” „Mój dom był tam, gdzie teraz zostało jezioro martwej wody.” Kluczył z uporem. „Na samym dnie. Tam teraz tylko osad śmierci, popiół.” Palnąłem się w czoło.
Nareszcie. Drewniana noga. „Jesteś kapitan Flint. On leży jak asfalt. Grząski i lepki, pochłaniający każdy żywy atom. Śmierć też jest względna. Naprawdę jest tylko w naszym pojęciu. A tam właściwości atomów były inne przed miliardami lat, a tamte nawarstwiające się na dnie są zalążkiem materii, jaka wypełni kosmos po następnym miliardzie lat. Ona rządzi się własnymi prawami. Dla nas to śmierć, lecz w tamtym nowym wszechświecie zawiązać się może jakaś inna organizacja.” „O tak, na pewno.” „W tym osobliwym jeziorze na dnie już rodzi się coś.
Kiedy wystąpi z brzegów i ogarnie świat, będzie dla was tylko posiewem ostatecznej śmierci. Zostanie martwy glob. Życie wypala się jak wodór w jądrowych reaktorach gwiazd. Lecz samo w sobie to coś...” „Zdumiewające. Termiczna śmierć wszechświata i biologiczna śmierć wszechświata. Dostałeś gorączki, kapitanie Flincie. To tropikalne delirium. Majaczysz. Lepiej zaśpiewajmy razem. Pamiętasz jeszcze?
Gdy wypływał z portu stary bryk, jego losów nie znał wtedy nikt. Nikt nie wiedział o tym, że statkiem widmem stanie się stary bryk. Hej ho, na umrzyka skrzyni. Zapomniałeś?” Zapytałem, celując palcem między oczy kapitana Flinta. „Hej ho!” I butelka rumu. Ziemia to też statek, stary bryk. Żeglujemy sobie w przestrzeni. Hej ho! Co tam śmierć. Jeszcze przeżyjemy niejeden taki rejs.
Tam rządzą inne prawa. Kapitańska papuga łypie naiwnie wytrzeszczonym ślepiami. Ze skrzypieniem, jak zardzewiały zamek kufra otwiera i zamyka dziób. Śmierć jest względna – powtarza. Z pokładów martwego szlamu już narodził się nowy biom i nie ma w nim tłuszczy, węglowodanów ani białek. Nic z tego, do czego przywykliśmy. A jednak on tam jest. Widziałem sam. Leży na dnie, jakby drzemie i tylko cierpliwie wchłania każdy atom, któremu pomogliście wypaść z układu krążenia biosfery.” „Powiadasz, narodził się?” „Na śmietniku. To on pochłonął resztki naszego miasta.
Nasza śmierć była dlań zastrzykiem nowych sił, jak jest nim śmierć każdego człowieka i każdej rośliny, której śmierć następuje poza zawężającym się kręgiem naturalnej biocenosy. Kiedyś zwyrodniała tkanka materii wypełni cały ocean i wypełznie na brzeg. Masa bardziej tajemnicza od plazmy i pramaterii. Pod jej dotykiem rozsypią się resztki żywej pleśni, która do tego czasu przetrwa na powierzchni ziemi. Pożre nas!” „O! Hej ho. Co z załogą zrobił stary bryk, tego też nie zgadnie chyba nikt. Czy zostawił w parcie ją, czy na morza dnie, nikt nie wie gdzie.” Chciało mi się śmiać, śmiać i jeszcze raz śmiać, aż żołądkiem wstrząsały łakotliwe kurcze i do gardła podchodził gorzki sok. Śmiech skręcający każdą komórkę ciała, zachłystujący jaźń pląsaniem widmowych plam. Szara przestrzeń i wiatr, i papuga kapitana Flinta wciąż się kołysze tuż przed oczami.
Gadający ptak. I brygiem zarzuca na stojącej dęba fali. Coraz trudniej utrzymać ster. Pod pokładem żałośnie stękają drewniane wręgi kadłuba, a łby fal zawzięcie łomoczą o burty. Gdy idzie sztorm, można się tylko śmiać. „Hej ho, ha ha ha ha!” Dwóch tylko na starym okręcie. Kapitan i sternik. Dwóch. Choć z kapitana już nie ma pożytku. Flint majaczy w gorączce.
Kiedyś się wszystko skupić musi na nieudanym sterniku. Pech. I nie widać schronienia na samotnej wyspie w osłoniętej przed wiatrem zatoczce. Papuga skrzeczy jak głodna rybitwa. Pluje zieloną śliną. To piana, bryzgi spienionych fal, a dookoła przestrzeń sinych mgieł. I gdzie nie spojrzysz, wszędzie wodny pył zawieszony w powietrzu. Kurz i próżnia. Niby dmie wiatr, a cisza zupełna. Silentium universum.
Strzępy żagli na masztach i łopot czarnych flag. Statek przemieszcza się w pustym kontinuum. Kosmiczny rejs. Przestwór oceanu rozwinięty na miliardy lat świetlnych w przód i wstecz. Jakie to potworne uczucie, kiedy zostałeś zupełnie sam przy sterach wymarłego okrętu. Sam, gdy dziób drąży mrok, trzeszczą pokłady i poszycie burt, a po falach nadbiega kolejny szkwał. „Czasami zdaje mi się” — mamrocze kapitan Flint — „że on posiada świadomość”. W mroku ledwie majaczy jego twarz. Żółty kosmyk włosów i w oczach diabelski blask. Obłęd.
Gdybyś wiedział, jakie to straszne widzieć z bliska ten czarny, gładki grzbiet. Jak nalot sadzy albo zwierciadło asfaltu szeroko rozlane po dnie. Drzemie i czeka. On myśli. Na pewno. Skąd wiesz? Kapitan Flint opiera się o ster i natrętnie podtyka swoją cuchnącą twarz. Wiem. Chichocze w kułak, a on patrzy i czeka, jakby na Bożym sądzie oczekiwał wyroku. On jest wielki jak Żelazna Góra.
Oczy ma pod spodem. Czarne źrenice jak igły wbite w skaliste dno. To jego elektrody. Wypustki termoelektrycznych ogniw, które widzą do samego wnętrza ziemi. Przez gardła podwodnych wulkanów sięgają aż do płynnego jądra globu i czerpią energię. Wysysają ją. Nowy wstrząs. Statek kładzie się na lewą burtę. Maszty z strzępami lin sieką brzuchy fal. Chmury nisko nad wodą ciążą jak smog.
Gonią na białych odnóżach, wiotkich pseudopodiach, na strzępach mgieł. W skołowanym półmroku pęka jasny prześwit. Patrz tam! Jedną ręką wskazuję kierunek, drugą kurczowo trzymam ster. Promienie słońca przebiły szary, kamienny strop. Światło roziskrza się w szklanych kulach piany. Perli się, musuje krwawozłotym płynem. Przez moment rozpala ognisko tęczowych barw i gaśnie nagle. Kapitan Flint powoli obraca się na swym drewnianym szczudle. Przysłania ręką oczy i patrzy w dal.
Promienie słońca wciąż jasną kolumną biją w środek oceanu. Jak zesłany z nieba świetlny znak. Program założony w komputer. Czas się przebudzić. Promień sięga największej głębiny i już z bryzgów piany nie potrafi oderwać się żaden tęczowy kwant. Rozstępują się fale. Wir potwornego golfstromu. Z otwartej otchłani wyłania się czarny grzbiet. Widzisz? Mówiłem.
Staram się przekrzyczeć świst wiatru i huk fal. On jest spragniony. Łaknie energii, której zabrakło w wyssanym jądrze ziemi, więc się oderwał od dna. Wypływa. To on. Słyszysz, jak wyje wiatr? Gorzej niż sfora psów węszących śmierć. Z podkulonymi ogonami będą uciekać, kiedy dosięgnie brzegu i czarną powodzią wypełznie na ląd. I będzie chłonął światło. W swym wnętrzu spowolni jego bieg i zatrzyma na zawsze.
Nie wypuści. Potem rozwinie skrzydła i uleci w przestrzeń, żeby z próżni kosmosu pochwycić peleng światła. Wtedy runie w najgorętsze ognisko. Krzyczałem tak długo, aż cofnął się kapitan Flint. Rozpłynęła się jego sina twarz i słychać tylko było, jak odstępuje, powłócząc nogą i stuka o pokład drewnianą kulą. Puściłem ster i szeroko rozpostartymi ramionami spróbowałem pochwycić wiatr. Na łaskę fal zdany statek leciał wprost na wystający z oceanu grzyb absolutnej czerni. W ryku wichury coraz bliżej był garb magnetycznej góry, która żywe komórki wyrywa z ciała jak gwoździe z poszycia okrętu. I słychać już było trzask, z jakim dziób pęka i łamią się maszty, a ty próżno próbujesz zatrzymać tułów walący się twarzą w przód, nieuchronnie naprzeciw potwornej chmury. Źrenica otwarta w przestrzeni.
Czarna dziura. Kolaps. Śmierć. Tylko na kapitańskim mostku twardo stoi Flint. Jak widmo z Latającego Holendra. Pewnie ma dobrą uciechę. Sterczy na skraju otchłani i śpiewa głosem skrzekliwym niby krzyk mew. Na przekór wichrom, bałwanom i resztkom pieśni, urągając przeznaczeniu i śmierci, chrapliwie rzuca w nadlatującą czerń: „Przepowiednia zła jest, że ho, ho, kto go spotka, marny tego los. Ale my nie martwmy się. Hej, nie martwmy się.
Rum jeszcze fest”. I kiedy jesteś już ledwie resztką jaźni wyrwanej spod czerepu, rozcieńczoną w próżni, w twym otłoku pozbawionym materii lęgnie się stwór trzeci. Lepi obmierzłe ciało na śmietniku energii. W nim dojrzewa ten czwarty, chłonący czasoprzestrzeń, który ostatnią pętlę skręca na twym gardle. I kiedy jesteś ledwie praatomem zawierającym cały wszechświat z zamierzchłej przeszłości, z przestrzeni mierzonej miliardem lat biegu światła, też zaklętej w tobie, słyszysz ciągle te słowa: „Hej ho, na umrzyka skrzyni”. I straszny żal trawi to, co z ciebie zostało w kolapsującej biosferze i mamrocząc pijacką pieśń walisz się twarzą na stół. Wpierając dłonie w mokry blat, uniosłem głowę. Gropius siedział naprzeciw z jakimś dziwnie natchnionym, zastygłym spojrzeniem, jakby tylko co dostrzegł wizję Apokalipsy. Patrzył tak, jakby przez źrenice swych oczu wycofał do środka końce stalowych nici, które uprzednio przeniknęły moje ciało i mózg. Szyderczy uśmiech błąkał się na jego wargach.
„Teraz rozumiesz, dlaczego odszedł Fletcher” – powiedział. Mętnym wzrokiem powiodłem po otoczeniu. Za ścianą warknął motor. Pewnie nas goni motorowy kuter. Przejechałem dłonią po czole, z którego jeszcze ściekały krople wódki rozlanej po stole. Dureń, skończony osioł. Obzdurał sobie łajbę na sztormowej fali, a Gropius tylko patrzy, słucha i śmieje się. „Dlaczego?” – wykrztusiłem, pokonując skurcz gardła i zawroty głowy. – „Fletcher mógł przeżyć wszystkich.” – „To źle? Jest jeden wyjątek, kiedy człowiek nie lęka się śmierci.
Instynkt samozachowawczy. Nie życzę ci, żebyś został ostatni.” Znowu warkot motoru. Myślałem już, że to Stubbs ze zniecierpliwienia daje mi ponaglające znaki. Lecz sierżant był cierpliwy, jak przystało na niższego stopniem funkcjonariusza prowincjonalnej policji. Natomiast źródło dźwięku błyskawicznie zmieniło kierunek. Widocznie inny samochód wyskoczył zza zakrętu i autostradą RQM57 przemknął wzdłuż nabrzeża. Wraca pogoda i na trasę ruszają ci wszyscy, którzy w czasie deszczu nie śmieli wytknąć nosa ze swoich betonowych willi. Schronów, gdzie głęboko pod ziemią mają nadzieję przetrwać nie tylko deszcz. Wypijmy na intencje biednych duszyczek, które już odeszły oraz tych, co niedługo dołączą. Wciąż jeszcze plotwę młód rzeczy.
Tak bardzo się różnimy, ale to w środku... Uderzyłem się w pierś. To w środku to chyba z jednej gliny. Nawet alkohol działa z równym powodzeniem. Nie zwrócił uwagi na kpinę pod jego adresem. „Przypadek” – mruknął bardziej do siebie niż do mnie. – „Ale to dobrze. Ma to swoje dobre strony. Wódka pozwala zapomnieć.” – „No to wypijmy.” – „Ostatni raz” – powiedział. – „Choćbyś chciał” – zauważyłem, smętnie spoglądając na ostatnie krople whisky kapiące z butelki przechylonej szyjką w dół.
Chciałem go objąć, ale tym razem stanowczo wyswobodził się spod mojego ramienia. Odepchnął krzesło, które wywaliło się pod sąsiedni stolik i stanął wyprostowany. Chwiał się lekko, lecz dość pewnie wziął do ręki kieliszek. – „Twoje zdrowie.” – wzniosł toast i dodał jeszcze: – „Przyjacielu.” Zakrztusił się jak za pierwszym razem i dla pewności wsparł ręką o ścianę. Jeszcze wyżej podniósł głowę, niczym królewski grenadier przed zmianą warty. – „Niewiele mi już zostało” – powiedział. – „Ale przedtem chciałbym wrócić tam, skąd przyszedłem.” – „Załatwimy przy okazji.” Jeszcze raz spróbowałem obrócić to w żart. – „Podobno u was nawet zwierzęta umierają w ten sposób.” Sztywnym krokiem ruszył do wyjścia. Patrzyłem za nim z pobłażaniem. Piwo i wódka zrobiły swoje.
Do reszty przewróciły mu w głowie. – „Nie wygłupiaj się” – rzuciłem, ale nie dosłyszał lub specjalnie nie zwrócił uwagi. – „Żegnaj” – powiedział od drzwi. Żałośnie skrzypnęły zawiasy. W najdalszym kącie znowu osypał się tynk. Samotna mucha, co przed godziną przysnęła na lampie, obudziła się i teraz zawzięcie bzykała wokół zabrudzonej żarówki. Trzasnęły drzwi. Chwilowy przeciąg zmącił zawiesinę tytoniowego dymu. Odwrócił przedostatnią stronę komiksu zwalonego na podłogę i jaskrawo podmalowane oczy wampa znów uśmiechały się z okładki. Zdawało się, że Barbarella uwodzicielsko porusza biodrami.
Jak to było? Aha, w dobrym komiksie prędzej czy później pojawia się taka dziewczyna. Pomyślnych wiatrów, Sindbadzie żeglarzu. Ostatkiem sił, hamując czkawkę, powiedziałem do którejś ze ścian i pomachałem w stronę zamkniętych drzwi. Potem wygodniej rozparłem się na krześle i nogi założyłem wysoko na stół. W głowie szumiało. Żołądek co rusz skakał do gardła. Odeszła nawet ochota na papierosa. Pomyślałem, że czas się zbierać. Stubbs pewnie od półtorej godziny przeklina, na czym świat stoi.
Mnie jednak ogarnęło błogie lenistwo i gotów byłem pozostać tutaj choćby na noc, kiedy ten grubas wylezie z nory, żeby z niezmąconą flegmą wyprosić mnie wreszcie. Wtedy dostanie po morcie. Dostanie tak, aż mu dolna szczęka zawiśnie na jednym zawiasie. Na razie przydałaby się jeszcze jedna butelka, choćby setka, żeby rozwiać resztę pijackich wizji. „Cholera!” powiedziałem głośno. „Przecież on jest bardziej pijany ode mnie.” Nagle uświadomiłem sobie, że ten człowiek może naprawdę zrobić głupstwo. Gotów serio potraktować nasze gadanie. Potem skoczy z urwiska i utonie w tej paskudnej bryli, co się kotłuje między rafami. A ja nie chcę mieć na sumieniu nawet takiego pungłówka. Zerwałem się z miejsca, zatoczyłem i roztrącając krzesła, poszedłem do drzwi.
Jakiś stolik poleciał w bok. Trafiłem w ścianę i wodząc po niej rękoma zacząłem szukać drzwi. Są. Spoza portiery wywalił się barman. Wyciąga łapska. „Odwal się!” Trzyma za klapy marynarki. Nie pozwala ruszyć się na krok. „Nie wychodź” — dyszy w samo ucho. Pewnie kanalia podsłuchiwał całą rozmowę. „Zostawcie go w spokoju.
Niech robi, co chce.” Po drugiej stronie drzwi pisk opon. Pewnie znowu jakiś szczeniak z miasta urządził na szosie próbę szybkości. Trzask pękającej dętki lub wystrzał spalin z wydechowej rury. W gardle zbiera się na wymioty, a w mózgu jazgocze coś, jakby panicznie wyło stado psów. Barman zagradza drogę. Czy oni wszyscy powariowali tutaj? Sprzysięgli się przeciwko mnie? Temu też się zdaje, że tłusty brzuch upoważnia do wydawania rozkazów. „Ręce przy sobie.” Nie słucha. Łokieć do biodra, a potem pięścią na odlew w ten głupi, nażarty pysk.
Drzwi. Pusto. Szosa obeschła po deszczu. Tylko jedna wielka kałuża. Na wprost. Samochód na parkingu. Dobra maszyna. Kuloodporne szyby, halogeny, na dachu syrena, na drzwiczkach złotą farbą poprowadzony policyjny znak. Nikogo. Do diabła.
Czyżby za późno? Kilka kroków przez asfalt. Na skraju kałuży wala się jego ubranie. Pomyśleć. Zdejmie łachy, zanim pójdzie się topić. Pijacka logika. Krawędź autostrady. Rząd czerwono-białych słupków z odblaskową gałką na zakręcie. Mruga. Tfu.
Przez barierkę przechylam się nad urwisko. Wysoko. W dole nie ma wody. Zdechnąć z pragnienia. Przecież tego nie weźmiesz do ust. Skalne urwisko i topiel pieniącą się czarnym śluzem rozdziela pasmo piaszczystej plaży. Piasek. Literackie nawyki. Puszki po konserwach, fałdy polistyrenu, deski i plastikowe pojemniki walają się w szarym ile. Jaki tam piasek.
Spadając nie miał szansy dosięgnąć wody, ale też nikt nie przebył wąskiego języka plaży. W tłustym szlamie nie odcisnął się żaden ślad. Cholernie wysoko. Zawrót głowy i żołądek skacze do gardła. Co za różnica. Trochę więcej pomyj w rynsztoku. Ulga. Nareszcie. Jeszcze splunąć resztkami. Tylko gorycz żołądkowych soków pozostaje w ustach i odór alkoholu parujący z lepkiej twarzy.
Szum pod sklepieniem czaszki jak ręką odjął. Coś tylko dalej uparcie ściska krtań i nie chce ustąpić. Powoli odwracam się plecami do szumiącego oceanu. Stabs biegnie, coś krzyczy. Kałuża rozlała się na pół szosy. Wilgotny odcisk karbowanego bieżnika opony wybiega z jej środka i przesycha na dalszym odcinku szosy. Gdzieś tam nawraca lśniąca lakierem maszyna. Odkryty jasnoczerwony kabriolet. Rejestracja industrialno-urbanistycznego masywu. Speszony uśmiech wampa.
Płowowłosa dziewczyna za kierownicą rzuca zdziwione spojrzenie spod poprowadzonych tuszem rzęs. „Zdawało mi się, że ktoś wyskoczył na drogę. Nie zdążyłam nic zrobić.” Jakie to ma znaczenie? Stoję bezradnie nad ostatnią kałużą, jaka została po deszczu. Trochę wody i błota. Czy to wina tej dziewczyny, że znalazło się w tym czyjeś ubranie? Po głowie chodzi mi jedno: ciśnienie. Lepiej będzie, jeśli ta dziewczyna nie zwróci uwagi, że marynarka zapięta na jeden guzik, a z jej rękawów sterczą puste mankiety koszuli. I trzeba szybko zebrać te różowe kartki. Zaczynają ciemnieć, pływając po wodzie.
Już nasiąkły wilgocią. Ujawniają dziwne rysunki. To nic. Kalkomania. Nic niewarte kolorowe obrazki. Koniec komiksu. Tylko dziewczyna patrzy wyczekująco. Na horyzoncie wbita między chmury kolumna słonecznego światła sięga powierzchni oceanu. Świetlna, perforowana karta. Znak dany.
Jeśli niczego nie można zmienić, trzeba przynajmniej dbać o to, co jeszcze zostało. Dziewczyna bardziej niż ładna. Pani do Pemagombo? Trzaskają drzwiczki.
[05:23:56] - Na pustej szosie samotny sierżant Stubbs nic nie rozumie.
[05:24:04] - Proszę państwa, tym kończymy hlawne, wieczorne wysylanie „Bibliotekarium 2.0”. Pięknie państwu dziękuję za towarzyszenie mi w tym wieczornym seansie czytelniczo-pisarsko w ogóle seansie dotyczącym wszystkiego, co się z książkami wiąże. Widzicie państwo, czas późniejszy i już mi zaczyna brakować języka w gębie, że się tak wyrażę. To się zdarza, nieczęsto, ale jednak. To chyba najlepsza wskazówka tego, iż powinniśmy dzisiaj to spotkanie zakończyć. Ja państwa bardzo serdecznie zapraszam jak zawsze za tydzień. Za tydzień kolejne wydanie „Bibliotekarium 2.0”, kolejne niespodzianki. Postaram się, żeby były jakieś niespodzianki specjalne, ale to jeszcze jak zwykle musi się udać, a nie zawsze się udaje. Ale jak się nie uda za tydzień, to się uda za dwa tygodnie. Nic podobno w przyrodzie nie ginie.
Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję. Życzę fajnej kontynuacji bardzo długiego weekendu i do usłyszenia za tydzień.
[05:25:28] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.