[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. No to kolejny piątek. Czas zacząć kolejny piątkowy wieczór z Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji z ciekawymi książkami, z ciekawymi filmami, gośćmi, no i oczywiście z nowym numerem „Nieznanego Świata”. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:43] - Witam państwa bardzo pięknie w Bibliotekarium 2.0 w kolejnym odcinku. Tak jak to Ivellios powiedział, dzisiaj będziemy zaczynać od „Nieznanego Świata”. Tak, w ramach polecanek i zapowiedzi zapraszam państwa zatem do zapoznania się z propozycjami majowego wydania „Nieznanego Świata”. A skoro nieznany świat, to oczywiście Piotr Cielebiaś. Zatem zapraszam, co w majowym numerze? Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:22] - Witam, witam serdecznie.
[01:24] - Kolejny numer „Nieznanego Świata” pojawił się na rynku. No to mus jest po prostu omówić, co ciekawsze artykuły.
[01:35] - Tak, jest to numer majowy. W nim jak zwykle sporo rzeczy interesujących, ale zanim zaczniemy, to wiecie może, drodzy słuchacze, że Ruch zrezygnował z dystrybucji prasy. Zatem jeżeli ktoś nie wie, gdzie szukać „Nieznanego Świata”, to się proszę rozejrzeć na stanowiskach w marketach, w tych największych, jak i w tych mniejszych, a także w istniejących salonach prasowych. Przypominam też o opcji zakupu prenumeraty i to zarówno tej w papierze, jak i tej w wersji elektronicznej, a szczegóły podam na końcu.
[02:10] - Tak, Piotrze. Kartkuję, kartkuję numer majowy i patrzę: wstrząsy religijne jako część przemian. Patrzę, patrzę dalej. Igor Witkowski. Zatem firma sprawdzona. Ale co w artykule?
[02:28] - Ano właśnie. Otwierają ten numer majowy, mówiąc krótko, rozważania nad zmianami w pejzażu religijnym raczej Polski, bo na tym się koncentruje autor oraz świata katolickiego. No bo nie da się ukryć, że Kościół się znalazł w kryzysie. Kolejnym. Wiemy, z jakich przyczyn. Pytanie, czy ten kryzys mu się uda przezwyciężyć i w jaki sposób duchowieństwo, kler wyciągnie z tego wnioski na przyszłość? Ale nie takie wnioski, żeby znowu przetrwać, tylko dostosować się do naszych czasów. I tutaj autor się zastanawia, czy Kościół jest do tego zdolny. Czy koniec religii jest jednak bliski? Myślę, że to jest dość przesadzona prognoza, szczególnie w ujęciu całego świata.
A wstrząsy religijne? Cóż, zawsze były i chyba będą. Takie mam wrażenie.
[03:24] - Tak, to prawda. Tych kryzysów sporo. Kościół ogromny na wielu kontynentach i myślę, że laicyzująca się Europa nie jest odbiciem stanu ani chrześcijaństwa, ani katolicyzmu w ogóle. Ale rzeczywiście to, co powiedziałeś, artykuł raczej skupia się na polskich nazwiskach, na polskiej hierarchii i na tym, co dotyczy właśnie Polski, co możemy obserwować, rozglądając się wokół siebie. Co w szerszym kontekście dotyczy Europy, tej laicyzującej się Europy, o której wspomniałem. Ale czy aby na pewno wnioski, które wyciąga autor, można rozszerzyć i uogólnić na cały świat? Mam wątpliwości, ale każdy, myślę, musi sam rozwiać czy te wątpliwości, czy też potwierdzić zdanie autora po lekturze. Myślę, że to będzie najrozsądniejsze wyjście.
[04:32] - Tak, Kościół się już tyle razy chylił ku upadkowi i miał tyle różnych okazji do wewnętrznej reformy, że chyba się nie ma co tak bardzo martwić o tą markę, która trwa przecież i funkcjonuje już tyle set lat. No, dwa tysiące. Także mieli czas przygotować się na różnego rodzaju wstrząsy. My często słyszymy, że takim wstrząsem dla Kościoła, przede wszystkim katolickiego, byłoby odkrycie obcych. Ale z drugiej strony dochodzą do nas takie głosy i takie jakieś tam przecieki mówiące, że tak naprawdę to zapewne jakiś plan na ten temat, czy w związku właśnie z odkryciem obcych pewnie jest po prostu już gotowy gdzieś tam w Watykanie. Także nie ma się o co martwić, bo oni już plan mają.
[05:24] - Tak, jestem, jeśli chodzi o to, dziwnie spokojny, że rzeczywiście coś takiego funkcjonuje. Kartkuję dalej „Nieznany Świat” i niespecjalnie daleko muszę kartkować, bo dosłownie jako kolejny artykuł napotykam na tekst doktor Joanny Bohaczek-Trąbskiej, firmy sprawdzonej. Tym razem autorka pisze o oddechu, o istocie oddechu, jaki jest ważny. Wszyscy ci, którzy śledzą Na przykład dalekowschodnie kultury doskonale wiedzą, że oddech jest czymś, na co tamtejsze ruchy różnego rodzaju i religijne, i nie tylko religijne, zwracają wielką uwagę. A zatem oddech to jest coś, co powinno nas zainteresować.
[06:24] - Tak, dlatego, że oddech najlepszym lekarzem zdaje się mówić doktor Beata Trombska. Ona się skupia na tym, jak to robić prawidłowo. No bo cóż, idzie maj, ciepełko, majówka i dobrze byłoby odpocząć na świeżym powietrzu i ten wdech wykonać. Najlepiej więcej niż jeden. Mało osób jednak wie, że ta podstawowa dla człowieka czynność, może nie to, że jest przez większość z nas wykonywana źle, bo jakoś tam dychamy, jak to się mówi, ale nie wykorzystujemy w pełni potencjału oddechu. A przecież on tak naprawdę wpływa na stan psychiki i ciała, co wiedzieli już starożytni, jak dobrze wiemy, bo podkreśliłeś tutaj ten wątek, że oddech stanowi ważny element w medycynie tradycyjnej, na przykład Dalekiego Wschodu. Ale widzimy na przykładzie swoim, jak ważny jest oddech w sytuacjach stresowych. Także warto z tego korzystać. Warto korzystać ze świeżego powietrza, póki jest za darmo, bo nic nigdy nie wiadomo.
[07:29] - Tak, wszystko, proszę państwa, da się opodatkować. Kiedy niemal 20 lat temu oglądałem film z cyklu Zeitgeist i tam mówiono o podatku węglowym, o opodatkowaniu właśnie emisji dwutlenku węgla, to wydawało mi się to zupełną fikcją. To już bez dalszych komentarzy. Tak jak zawsze to powtarzam, rozejrzyjcie się państwo dookoła. Podatek już za progiem dosłownie. W związku z tym opodatkowanie w następnej kolejności wody czy też powietrza. Dzisiaj może to jeszcze jest abstrakcja, ale kartkujmy Nieznany Świat dalej, bo kolejny tekst budzi we mnie rodzaj wzruszenia. Bo Wojciech Chudziński pisze o autorze, ileż wspomnień, o autorze fantastyki naukowej, ale nie tylko. To podkreślmy, to bardzo ważne. Krzysztofie Boruniu.
Nazywa go wizjonerem kosmosu. Bo rzeczywiście Krzysztof Boruń zaczynał od fantastyki naukowej. Był współautorem pierwszej takiej pełnokrwistej trylogii kosmicznej, której ostatni tom to już właściwie o space opery zahaczał, ale napisał tę trylogię wspólnie z Andrzejem Trepką. No tak, ale Wojciech Chudziński pisze o różnych innych zainteresowaniach Krzysztofa Borunia.
[09:10] - To niezwykła postać, chociaż muszę powiedzieć z pewną przykrością, że coraz bardziej zapomniana. Zasłużona na wielu polach i dla fantastyki, i dla psychotroniki oraz publicystyki związanej ze zjawiskami z pogranicza. Niestety dla młodszego pokolenia Boruń się staje postacią trochę przeszłą, zapomnianą, niedocenianą. Wiesz, u nas jest taka tendencja wśród tych najmłodszych pokoleń, że oni na przykład sięgają po Carla Sagana, który u nas co prawda był znany, ale nie był aż tak bardzo rozpoznawalny jak w Stanach Zjednoczonych. A u nas był Krzysztof Boruń, który był popularyzatorem nauki, popularyzatorem astronomii również, oprócz tego, że się zajmował pisarstwem i publicystyką. I co go wyróżniało? Otwarty umysł, bo to był ten rodzaj popularyzatora nauki, który nie był zamknięty na różnego rodzaju, powiedziałbym, zjawiska tajemnicze. Przecież do kogo zwrócili się reporterzy, kiedy doszło do słynnej katastrofy rzekomego UFO w Gdyni? Ano do Krzysztofa Borunia. To było w roku 1959.
Natomiast on tworzył, pracował przez bardzo długo. Zmieniał też trochę dziedziny zainteresowania i w tej sferze związanej z nieznanym światem został unieśmiertelniony przez swoje książki. Takie dość krótkie na przykład „W świecie zjaw i mediów”. Ale to były niezwykłe publikacje. Niezwykłe, tak jak sama postać Krzysztofa Borunia. On miał taki dar w wielu swoich publikacjach do wyciągania tego, co najistotniejsze w danej tematyce, na danym polu. Także warto o nim pamiętać z wielu, naprawdę wielu powodów. I to jest taka cegiełka właśnie do pamięci o Krzysztofie Boruniu.
[11:08] - Kolejny artykuł to tekst poświęcony Księżycowi. W sumie ciało niebieskie, najbliższe Ziemi i wydawać by się mogło, że my już wszystko o nim wiemy. To złudzenie dosyć rozpowszechnione. Niemniej jednak w dalszym ciągu Księżyc wydaje się obiektem astronomicznym dosyć tajemniczym. Mimo wszystko. Niby został zbadany, niby tam nawet ludzie wylądowali. Przynajmniej tak się mówi. Nie wszyscy w to wierzą, ale dosyć dobrze ponoć jest spenetrowany Księżyc. Niemniej jednak ma on swoje tajemnice i te niektóre tajemnice, o tych niektórych tajemnicach pisze Marcin Gibas w tekście „Ciemna strona Księżyca”.
[12:04] - Tak, bo tak się jakoś przyrodniczo ułożyło, że Księżyc jest zawsze zwrócony do nas jedną stroną i od tysięcy lat, a może nawet dłużej, ludzie się zastanawiają, co może być po drugiej stronie. Wskazywano oczywiście w czasach bardziej współczesnych na przykład na bazy obcych, bo dzięki temu, że Księżyc jest tak ustawiony wobec Ziemi, to obcy, którzy by tam mieszkali po drugiej stronie, to byliby dla ludzi zwyczajnie niewidoczni. Ale tak zwana ciemna strona Księżyca, chociaż to nie jest poprawna nazwa i pewnie astronomowie by nas zganili za to, ma też odmienną charakterystykę geologiczną. To jest dziwne od tej strony widocznej. A ostatnio naukowcom udało się wydrzeć jej kilka tajemnic, o czym właśnie pisze Marcin Gibas.
[12:57] - Pewno astronomowie by nas mocno przeczołgali za ciemną stronę Księżyca, ale ja się w jakiś sposób czuję usprawiedliwiony, bo w końcu Pink Floyd zrobił w swoim czasie cudowną płytę „Dark Side of the Moon” i jakoś mogę z tym żyć. W związku z tym czytajcie po prostu państwo ten artykuł, bo warto. Kilku ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. A ja już sobie kartkuję „Nieznany Świat” i natrafiam na artykuł autora, który nosi imię Piotr, nazwisko Cielebiaś i napisał o rzeczy, która, odnoszę wrażenie, nieustannie go fascynuje. O kryptoziemianach. Mamy w tym tekście nawiązanie do coraz sławniejszego obecnie w Europie i nie tylko w Europie filozofa, mianowicie Bernarda Kastrupa. I muszę powiedzieć, że lektura tego tekstu nie pozostawia obojętnym. Dużo tajemnic przed nami, proszę państwa.
[14:09] - Tak, kryptoziemianie fascynują, bo kryptoziemianie to nikt inny jak ukryci mieszkańcy Ziemi. Ale kto konkretnie? Od czasu, drodzy państwo, kiedy się głośno mówi o UFO na szczeblu wręcz państwowym, a tak zwani sygnaliści przemycają nam coraz to nowe, coraz bardziej sensacyjne informacje, to wrócono do tak zwanych alternatywnych teorii o pochodzeniu UFO, które nam mówią, tak w ogromnym uproszczeniu, że to nie muszą być kosmici. Możliwe, na to wskazują niektórzy, że UFO są reliktami cywilizacji, która istniała na Ziemi przed milionami, a może nawet miliardami lat. Jej już nie ma, ale są jej wytwory. Nikt nie powiedział, że jej nie ma. Może ona jest tylko bardzo nieliczna. W każdym razie widzimy jej dzieła. O tym mówi Kastrup. O tym mówi też profesor Avi Loeb, który jest bardzo znanym naukowcem, otwartym w jakiś sposób na te dziwne tematy.
Kryptoziemianie nagle powracają. Nagle się okazuje, że możemy dyskutować o tym, co wydawało się jeszcze dosłownie kilka lat temu absolutną fantastyką, że Ziemia ma swoich innych mieszkańców niż ludzie. Wiadomo, że ma, ale innych inteligentnych mieszkańców, że może jest tutaj cywilizacja, która liczy sobie grube miliony lat. Także jest to wszystko bardzo interesujące. Dlaczego, zapytacie, ta kwestia interesuje tak duże nazwiska? Dlaczego ta kwestia interesuje naukowców? Okazuje się, że ich zdaniem, przynajmniej ich zdaniem, bo oczywiście inni patrzą na sprawę inaczej, kryptoziemianie i hipoteza z nimi związana tłumaczy lepiej obecność obiektów UFO oraz ich zachowanie i wszystkie związane z tym zagadki niż hipotezy inne, na przykład o odwiedzinach istot z kosmosu czy z innych wymiarów.
[16:10] - Nie wiem, czy to, co powiem za chwilę, mieści się w formule zapowiedzi „Nieznanego Świata”, ale odnoszę wrażenie, że pewne tematy co jakiś czas wracają. Kryptoziemianie, ich obecność albo ślady ich obecności to jest temat, który mam wrażenie, że wrócił po bardzo wielu latach, bo były takie czasy na przełomie lat 40. i 50., kiedy to była topowa opowieść o tym, że gdzieś tam głęboko pod ziemią ukryta jest cywilizacja. Nie będę wchodził w szczegóły. Bardziej chciałbym zwrócić uwagę na to, że te tematy powracają. Między innymi powracają kryptoziemianie.
[17:02] - Dokładnie tak. A w tym majowym numerze między innymi przeczytacie jeszcze wywiad z profesorem Maciejem Adamskim, a także kilka interesujących komentarzy na temat terapii wodorowych. Przypominam o naszym wydaniu elektronicznym, o którym można dowiedzieć się więcej na stronie www.nieznany swiat.pl. Tam można znaleźć odnośniki do różnych miejsc, w których można czytać „Nieznany Świat” w wersji elektronicznej. A jeżeli kogoś interesuje prenumerata w wersji papierowej również, to zapraszam na www.nieznany.pl. Tam można również nabyć pojedyncze numery. Nie tylko ten bieżący, ale również archiwalne.
[17:51] - Jak państwo doskonale wiecie, przynajmniej ci z państwa, którzy w miarę regularnie słuchają „Bibliotekarium 2.0”, teraz jest dokładnie ten moment Kiedy rozpoczynamy korespondencje filozoficzne. Ach, się pomyliłem! Korepetycje filozoficzne. Korespondencji jeszcze nie prowadzimy, chociaż może to była freudowska pomyłka, bo może czas byłoby jakieś korespondencje filozoficzne zacząć. Ostatecznie kilku filozofów dałoby się na spytki wezwać. Zresztą, jeśli mogę państwu coś polecić, to udało mi się coś podobnego zrobić na swoim kanale „Wehikuł Wyobraźni”. Tam macie państwo okazję, możliwość spotkania przynajmniej trzech profesorów filozofii. Jeśli dobrze poszukać, to się tam objawią. W związku z tym może czas pomyśleć również o „Bibliotekarium”. Zobaczymy, ale na razie przejdźmy do korepetycji.
Dzisiaj artykuł amerykańskiego filozofa. Chciałem sobie chrząknąć, bo wiecie państwo, z amerykańskimi filozofami to jest taki problem, że dzisiaj — tu znowu lokowanie sarkazmu się mi uruchamia — dzisiaj to jest tak, że wszystko, co najlepsze, najwspanialsze, największe i tak dalej, jest ze Stanów Zjednoczonych. Cały czas podkreślam to lokowanie sarkazmu. Ale z tymi filozofami to jednak jest jakoś tak, wiecie państwo, oni są nawet czasami sławni, ale jeśli miałbym tak z ręką na sercu, bijąc się w pierś, powiedzieć, że filozofowie amerykańscy wymyślili coś, co zwalałoby z nóg — zresztą filozofia nie polega na wymyślaniu — że postawiliby problem, który rzeczywiście byłby problemem w jakimś tam stopniu przełomowym. Gdybym tak powiedział, to bym skłamał. Nie przypominam sobie. Nie, żebym był jakąś alfą i omegą, ale jednak staram się śledzić pewne trendy, pewne sytuacje. Owszem, oni czasami mówią coś ciekawego, ale bardzo często dotyczy to takiego wycinka filozofii, który nazwałbym filozofią społeczną. To jest bardzo nieprecyzyjny termin, ale przyjmijmy właśnie taki. I tam oni rzeczywiście kilka ciekawych rzeczy powiedzieli.
Ale to jest wszystko. Tymczasem dzisiaj mamy artykuł Erika T. Olsona „Życie po śmierci”. No i wiecie państwo co? Mam z tym artykułem pewien problem. To oczywiście artykuł z naszego ulubionego dwumiesięcznika „Filozofuj”. Ale mam z nim pewien problem i już się tym problemem najpierw z państwem podzielę, bo ja dzisiaj zaproponuję państwu tekst, z którym nie do końca się zgadzam, a właściwie prawie w ogóle się nie zgadzam. Trudno jednak. Czasami trzeba poznawać również takie teksty. To pozwala poznać sposób myślenia innych ludzi.
I teraz ważna uwaga: kiedy państwo poznacie tekst, to możecie wysnuć różne wnioski. Więc ja już teraz powiem, że to nie chodzi o wnioski — z kolei pana filozofa z Ameryki — jakie wyciąga autor, że mi te wnioski nie pasują. Autor, który uważa, że życie po śmierci jest niemożliwe, jest tak samo dobrym autorem, jakby twierdził odwrotnie. My tak naprawdę, jeśli chodzi o tę kwestię, to jesteśmy skazani na wiarę lub na niewiarę oraz na własne przekonania. I nie o to mi chodzi, za którą stroną, za którym rozwiązaniem opowiada się autor tekstu, bo to tak naprawdę jest jego sprawa, ale chodzi mi o rodzaj manipulacji, który stosuje. Moim zdaniem oczywiście. O sposób, w jaki wyciąga wnioski. I znowu, ja nie wiem, co skłoniło pana Olsona do tego, żeby napisał ostatnie zdanie w tekście. Państwo jesteście dopiero przed lekturą, ale ja już o tym mówię. Żeby napisał to ostatnie zdanie.
Ale wiem jedno: że do tego napisania nie skłoniła go rzeczowa analiza, a raczej własne przekonania. Ma oczywiście do nich prawo, tym bardziej że rozmawiamy o takich sprawach, które wymykają się tradycyjnej logice, tej logice dwuwartościowej. Ale myślę, jestem o tym głęboko przekonany, że autor postąpiłby uczciwiej, gdyby po prostu powiedział, co sądzi na ten temat. Na temat życia po śmierci. To dziwnie brzmi. Trwania po śmierci, trwania po tym, kiedy zakończymy już swój ziemski żywot. Gdyby po prostu powiedział, co o tym sądzi, a nie obudowywał swoich sądów w takie opakowanie filozoficzne, to byłoby uczciwsze. Okej, koniec jakichś tam złośliwości. Powtórzę tylko: nie wiem, jak jest w sprawie życia po śmierci. No i skazany jestem, tak jak państwo, na własne „wydaje mi się”.
Ale mój zarzut do autora sprowadza się do tego, że wywód, który prowadzi przez cały artykuł, ciekawy zresztą wywód, ma się nijak do końcowego wniosku. Moim zdaniem oczywiście. A teraz już przejdźmy do tekstu. Powiem jeszcze raz: autorem jest Erik T. Olson. Tytuł artykułu: „Życie po śmierci”. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2017 roku, w numerze trzecim. Jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. A ten tekst przełożył dla nas Jacek Jarocki. Chciałbym jeszcze wspomnieć o tym, że Eric T.
Olson to jest, to już mówiłem, amerykański filozof, profesor Uniwersytetu Sheffield. Zajmuje się przede wszystkim metafizyką, w ramach której porusza zagadnienia umysłu i tożsamości osobowej. Jest autorem kilku książek, między innymi takiej: „The Human Animal: Personal Identity Without Psychology” z 1997 roku oraz „What Are We? A Study in Personal Ontology” z 2007 roku. Tak. No to cóż, proszę państwa, zapraszam. Eric T. Olson „Życie po śmierci”. Wielu ludzi wierzy w życie pozagrobowe. Uważają, że po śmierci będziemy nadal istnieć jako świadome istoty.
Śmierć nie jest zatem końcem, lecz jedynie przejściem z tego świata do innego, a dokładnie do nieba. Z drugiej strony życie po śmierci wydaje się niemożliwe. Wszyscy wiemy, co dzieje się, kiedy umrzemy. Zjadają nas robaki albo trawi ogień. Budulec, z którego się składamy, ulega rozproszeniu i choć ów rozkład może być szybszy lub wolniejszy, jest on jednakowo bezlitosny. Ostatecznie z naszej natury fizycznej i psychicznej nie zostaje nic, nawet kości czy skamieniałe szczątki. Po odpowiednio długim czasie pozostaną tylko atomy losowo rozproszone w próżni. Nic w ich naturze czy strukturze nie będzie wskazywało na to, iż niegdyś składały się na żywą istotę. Skoro zaś jakaś rzecz jest w ten sposób całkowicie niszczona, jak może wciąż istnieć? Powtórne uporządkowanie atomów.
Na potrzeby naszego argumentu załóżmy, iż istnieje wszechmocna istota, którą w skrócie będziemy nazywać Bogiem. Bóg może czynić to, co możliwe, ale nic więcej. Może On spowodować, by żyrafy miały fioletowe umaszczenie. Nie może jednak sprawić, by sam nie istniał. Wyobraźmy sobie, że Bóg chce obdarować mnie życiem po śmierci. Jak mógłby tego dokonać? Mogłoby się wydawać, że wystarczy, iż zbierze On rozsypane po całym świecie atomy, z których niegdyś się składałem i nada im taki porządek, jaki miały za mojego życia. Tyle powinno wystarczyć, bym zaistniał na nowo. Choć zatem śmierć może spowodować, że moje atomy ulegną rozproszeniu, Bóg jest w stanie przywrócić mnie do życia, rekonstruując ich strukturę, podobnie jak zegarmistrz reperuje oddany do naprawy zegarek. Takie ujęcie nie może być jednak poprawne.
Przede wszystkim każdy z nas składa się z materii, która należała niegdyś do ciał innych ludzi. Najbardziej jaskrawym przykładem jest kanibalizm, ale w rzeczy samej zjawisko to jest powszechne. Kiedy umrzemy, nasze atomy zostaną zaabsorbowane przez rośliny i wejdą w obieg łańcucha pokarmowego. W rezultacie każdy z nas składa się w znacznej części z atomów, które należały do ludzi zmarłych przed wieloma laty. Jeżeli wymagane byłoby uporządkowanie wszystkich oryginalnych atomów, niewielu z nas dostąpiłoby życia po śmierci. Nic też nie da założenie, że potrzebujemy jedynie jakiejś części z nich, na przykład połowy. Im dłużej istnieje gatunek ludzki, tym więcej jest tych atomów, które tworzyły niegdyś ciała jego przedstawicieli. Jeśli przetrwamy wystarczająco długo, każdy atom składający się na ciała naszych potomków będzie tym, który już do kogoś należał. W takim wypadku nawet Bóg nie mógłby nadać ponownej struktury wszystkim ludziom. Niestety, teza ta sprzeciwia się większości doktryn religijnych na temat życia po śmierci.
Jeszcze większy problem polega na tym, że w rzeczy samej nie ma czegoś takiego jak moje oryginalne atomy, ponieważ ciągle przyjmujemy nowe atomy i pozbywamy się starych. Co najwyżej można mówić o atomach, z których składamy się w danym momencie. Materia pojawia się i znika poprzez jedzenie, oddychanie czy wydalanie. Człowiek przypomina pod tym względem wolno płynącą fontannę. Tylko nieliczne z naszych obecnych atomów należały do nas rok temu. Załóżmy, że Bóg zebrałby i nadał odpowiednią strukturę atomom, z których składałem się w dniu piątych urodzin. Zaistniałe w ten sposób w równoległym świecie dziecko miałoby wspomnienia z pierwszych lat mojego życia. Przyjmijmy teraz, że Bóg uczynił jednocześnie to samo z atomami, z których zbudowany jestem teraz, czyli w wieku 53 lat. Zdaje się, że obaj stworzeni przez Boga ludzie, dziecko oraz dorosły, byliby mną. Jest to jednak logicznie niemożliwe.
Dorosły i dziecko byliby bowiem dwiema różnymi osobami. Oczywiste jest, że w rezultacie działań Boga populacja możliwego świata zwiększyłaby się o dwie osoby, nie zaś o jedną. A zatem dwie różne osoby, dziecko i dorosły byłyby mną. Jeśli jednak dziecko i ja oraz dorosły i ja to ta sama osoba, dziecko i dorosły nie mogą być dwiema osobami. Ten właśnie problem sprawia, że wizja życia po śmierci uzasadniana porządkowaniem atomów jest niespójna. Stanowisko to niesie również absurdalną konsekwencję, że wszystkie przedmioty, które przestały istnieć dawno temu, mogą zaistnieć ponownie, bez względu na to, co działo się w międzyczasie. Wyobraźmy sobie, że jako dziecko budujemy na plaży zamek z piasku, który wkrótce niszczy przypływ. Czy możliwe jest przywrócenie go do istnienia? Oczywiście, że nie. Być może pewien wprawny ekspert byłby w stanie zbudować budowlę identyczną w wyglądzie.
Mógłby on nawet ułożyć te same ziarnka piasku dokładnie w taki sam sposób. Efektem końcowym byłaby jednak co najwyżej kopia lub reprodukcja. Nie byłby to zamek wzniesiony dawno temu przez dziecko, ale budowla, którą dziś stworzył ekspert. Wszystko wskazuje na to, że śmierć robi z nami dokładnie to, co fale robią z zamkiem z piasku. Przetrwanie duszy. Chyba jedynej nadziei na życie po śmierci musimy upatrywać w stwierdzeniu, iż pozory nas mylą. Nie podlegamy niszczeniu analogicznemu do destrukcji zamku z piasku przez morskie fale. W jakiś sposób trwamy dalej, nawet jeśli nasze atomy ulegają rozproszeniu. Jak to się jednak dzieje? Być może każdy z nas ma specjalną, niematerialną część, która jest odporna na rozpad i zanik.
A zatem, mimo że nasze fizyczne szczątki ulegają całkowitemu zniszczeniu, ta specjalna część może przetrwać nietknięta. Ów specjalny czynnik Platon nazywał duszą. Zauważmy jednak, że sam fakt, iż jakaś część mnie przetrwała, nie znaczy wcale, że przetrwałem również ja. Załóżmy, że wpadłem w tryby wielkiej machiny złożonej z wielu poruszających się części. W rezultacie nietknięty pozostał tylko jeden z moich palców. Podtrzymywanie palca przy życiu, a nawet przyszycie go do dłoni żywej osoby z pewnością nie zapewni mi życia po śmierci. Istotne dla mojego przetrwania wydaje się zatem, by moja dusza posiadała specjalną naturę, która czyni ją radykalnie inną od innych moich części. Jej trwałość musi jakoś wystarczać, bym mógł zachować istnienie oraz świadomość. Dusza wydaje się być więc tym, co aktualnie jest moją świadomością. Jest zatem autorem tych słów i używa mego ciała jako narzędzia do ich spisania.
W chwili śmierci dusza oddziela się od ciała. Tym samym przestaje istnieć materialny przedmiot poruszający się wedle jej woli i dostarczający jej informacji zmysłowych. Pozostaje ona jednak świadoma i pamięta wydarzenia z życia. Zatem dopóki ta część istnieje, istniejemy również my. Jesteśmy tam, gdzie ona, dusza. Ten pogląd nie prowadzi do logicznych sprzeczności znanych z hipotezy uporządkowania atomów ani nie niesie absurdalnych konsekwencji wskazywanych przez przykład zamku z piasku. Możliwe jest, by Bóg dał nam życie po śmierci, tworząc w nas świadomą i niematerialną duszę. Niemniej jednak nie jest to oczywiste. Wprost przeciwnie, wszystkie dowody przemawiają przeciwko takiemu ujęciu. Posiadanie duszy umożliwiałoby bycie świadomym nawet pomimo całkowitej zagłady ciała.
W takim wypadku powinienem posiadać świadomość również po stosunkowo niewielkich i krótkotrwałych uszkodzeniach mózgu. Nagłe uderzenie w głowę powinno mieć wpływ na oddziaływanie między duszą a ciałem, powodując tymczasową niemożność działania i postrzegania. Podobnie jak zniszczenie kontrolera zdalnie sterowanego samolotu uniemożliwia jego właścicielowi operowanie nim. Wszystko spowiłaby czerń i cisza, ja zaś nie mógłbym się ruszyć. Mimo to dusza jako nieuszkodzona powinna zachować pełną świadomość i zastanawiać się na przykład, jak długo będzie trwał ten nieszczęsny stan. Nic takiego się jednak nie dzieje. Cios w głowę powoduje, że tracę przytomność. Jeśli zaś mniejsze obrażenia powodują utratę przytomności, to jak mogę zachować pełną świadomość po całkowitym zniszczeniu mózgu? Wiemy również, że niewielkie zmiany w mózgu odpowiadają ogromnym zmianom w czujności, nastroju, pamięci, poczuciu humoru i jasności myślenia. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą, wszystkie zjawiska umysłowe zmieniają się w zależności od stanów układu nerwowego.
Choć wciąż mało wiemy na temat połączenia zjawisk umysłowych i mózgu, to powiązanie między nimi z pewnością istnieje. Tego rodzaju fakty sugerują, że aktywność umysłowa zachodzi w mózgu, a nie w duszy. Jeżeli zaś nie jesteśmy duszami lub jeżeli nasze dusze nie są świadome, ich trwanie niezależnie od ciała nie zapewnia nam życia po śmierci. Zakończenie. Wydaje się jasne, że życie po śmierci nie polega ani na uporządkowaniu atomów, ani na przetrwaniu duszy. Niektórzy filozofowie zaaprobowali bardziej skomplikowane wyjaśnienia możliwości życia pozagrobowego, ale żadne nie wydaje się w pełni satysfakcjonujące. W rezultacie im dłużej się nad nim zastanawiamy, tym mniej wydaje się ono prawdopodobne. To, proszę państwa, był artykuł filozoficzny o życiu po śmierci, czy też o przetrwaniu naszej świadomości po śmierci. Moje uwagi już państwo znacie. Trochę to jest tak, mam takie wrażenie, że autor artykułu ustawia sobie przeciwnika, a później okłada go swoimi filozoficznymi ciosami, dbając jednak o to, żeby nie wejść na pola, w których już nie byłby taki silny.
Świadczy o tym dobitnie końcówka. Ta, która brzmi: niektórzy filozofowie zaproponowali bardziej skomplikowane wyjaśnienia możliwości życia pozagrobowego. No tak! Zaproponowali i myślę, że warto by o tym podyskutować, bo to, co na przykład znajdziecie państwo w Nieznanym Świecie w artykułach Wojciecha Chudzińskiego poświęconych właśnie tym związkom pomiędzy duszą, umysłem, mózgiem, to wiele mogłoby namieszać w całej tej koncepcji, ale tego przezornie autor artykułu nie uwzględnia. Łatwiej jest dyskutować o atomach. Łatwiej jest dyskutować o duszy, która coś wie albo nie wie, świadomości. Chyba to zbytnie uproszczenie. I tu drobna złośliwość na koniec. Wybaczcie państwo, jestem tylko człowiekiem. W dalszym ciągu nie wierzę w amerykańską filozofię.
I tym optymistycznym akcentem przejdźmy do dalszej części naszego spotkania. Zapraszam państwa na Filmotekarium. A Filmotekarium dzisiaj, czuję się podekscytowany, bo dzisiaj będziemy z Piotrem Cielebiasiem rozmawiali o absolutnym hicie kinowym, a mianowicie o „Diunie”. O drugiej części „Diuny”, chociaż do pierwszej też będziemy nawiązywać. Nie wiem, czy to słychać w moim głosie, ale czuję się autentycznie podekscytowany, bo to jest jeden z tych filmów, od dawna takiego filmu nie było w Filmotekarium, którym autentycznie czuję się podekscytowany. Zapraszam zatem na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór Piotrze.
[39:50] - Witam serdecznie.
[39:53] - Ja dzisiaj z wielkim optymizmem, bo wreszcie po takich długich tygodniach, w których mogłem jęczeć, marudzić, to dzisiaj nie mam szansy marudzić. Oczywiście dam z siebie wszystko. Wszystkie siły wykrzesam, żeby trochę pomarudzić, ale będzie mi trudno. Dzisiaj mówimy bowiem o „Diunie”. Tej najnowszej, która pokazała się całkiem niedawno, ale siłą rzeczy, ponieważ to dwie części, to o pierwszej również wspomnimy. I powiem tak, żeby nie przedłużać i nie trzymać państwa w niepewności. To jest jednak film, który z pewnych względów wbija w fotel. Człowiek mówi takie wielkie wow, bo w kwestiach wizyjnych, w kwestiach takiego widowiska, absolutnego widowiska, to trudno będzie coś temu filmowi zarzucić. Będę się starał oczywiście, ale to w zupełnie innych obszarach.
[41:02] - Tak, dzisiaj „Diuna”. Ja nawet myślałem, żeby sobie ułożyć jakiś wierszyk powitalny albo rymowankę. Niestety nic się nie rymuje z Arrakis, ani z Diuna takiego przyzwoitego. To nasze wydanie dzisiaj jest trochę specjalne, bo rzadko mamy okazję komentować klasyki jednak. Pewnie w przyszłości nam się jeszcze zdarzą okazje, między innymi odnośnie tego nowego „Aliena”. Ale nie trzeba mówić, że „Diuna” wielkim klasykiem jest. I okazją, jak powiedziałeś, jest do poruszenia tego tematu fakt, że ukazała się druga część serii w reżyserii Denisa Villeneuve'a. I z „Diuną” trochę jest jak z koniem. Jaka ona jest, to każdy widzi i wie. Marku, może z tej racji na sam początek ze dwa słowa pasowałoby powiedzieć o Franku Herbercie i o samej książce, o samym oryginale.
Bo wiesz co, ja widziałem coś takiego, taką tendencję, kiedy się ukazała pierwsza część tego filmu Villeneuve'a w jego interpretacji, że nawet ukazały się takie edycje, reedycje „Diuny” kolekcjonerskie, pięknie wydane. I zacząłem się zastanawiać troszeczkę, bo to jednak jest wycinek z epopei, to, co widzimy na ekranie, ale też trzeba jasno powiedzieć, że „Diuna” jakby to tak ładnie ująć, już delikatnie się przysypała tym piaskiem z Arrakis.
[42:32] - Ja nie do końca jestem pewny, czy ona się przysypała. Moim zdaniem Znowu będę jak ta żaba, czyli się będę próbował rozdwoić, bo kiedy pierwszy raz sięgnąłem po książkę "Diuna" Franka Herberta, to była połowa lat 80. I odbiłem się od tej książki. To było nudne, tam się niewiele działo i w ogóle bez sensu. Dzisiaj żałuję tych słów, tych myśli, bo po wielu latach odkryłem, że "Diuna" jest książką niezwykłą, wspaniałą, ale nie jest książką dla ludzi, którzy lubią szybką akcję. Mimo to ją polubiłem, bo to jest książka, która mówi o czymś zupełnie innym. Tam obserwujemy naprawdę inny świat, inną kulturę. To wszystko jest inne. To wszystko jest obce, to wszystko jest niezwykłe. I już chociażby z tego względu Frank Herbert, moim zdaniem wielkim pisarzem był.
Oczywiście nie przesadzajmy i nie szalejmy. To był pisarz bardzo przyzwoity. Jeśli chodzi o "Diunę", to warto powiedzieć, że dzieło jest leciwe, przynajmniej jeśli chodzi o pierwszy tom. Drugi zresztą też. Drugi to jest nie ta historia z tego kina, które będziemy dzisiaj omawiać. To "Mesjasz Diuny". Ale "Diuna" to jest dzieło pochodzące z połowy lat 60. Inaczej się wtedy pisało, ale też zobaczcie państwo, jak wielką pracę wykonał Frank Herbert. Ktoś kiedyś zrobił takie porównanie z kulturą, bardzo proste zresztą, niewymagające specjalnej przenikliwości, porównanie z kulturą ludów Bliskiego Wschodu, ludów pustyni i tak dalej. To wszystko się oczywiście przekłada, ale Frank Herbert zrobił to po prostu jak dla mnie genialnie.
Zrobił to naprawdę dobrze. Zostańmy przy słowie dobrze. Warto powiedzieć, że powiedziałeś Piotrze o tym, że to jest cykl. Owszem, mówiłem pierwsze dwa tomy "Diuna" i "Mesjasz Diuny" to są lata 60. Tom trzeci "Dzieci Diuny" to jest połowa lat 70. Są później kolejne tomy. Wybaczcie państwo, ale już tych kolejnych tomów, tytułów nie pamiętam. Coś było o Bogu Imperatorze Diuny. Jakoś tak mniej więcej. To już lata 80.
Zresztą jeżeli państwo śledzicie audycję Bibliotekarium, to wiecie, że pałeczkę przejął syn. Wspólnie z kolegą pisali kontynuację, piszą kontynuację. Także rozdział pod tytułem "Diuna" nie jest do końca zamknięty, napisany może w ten sposób. Więc saga się rozrasta. To jest po prostu dzieło, które żyje. Ale wrócę do początku swojej wypowiedzi. To nie jest taki rodzaj narracji, w którym się strzelają. Użyję tego zwrotu. Myślę, że już państwo się do niego przyzwyczaili. Wiadomo, że nie chodzi o to, żeby się de facto strzelali, tylko żeby dużo się działo.
Tak naprawdę to w "Diunie" aż tak dużo się nie dzieje, natomiast dzieje się w sposób monumentalny i ja wierzę w tę monumentalność, przynajmniej jeśli chodzi o ten film, o którym dzisiaj mówimy. Moim zdaniem reżyser dobrze odczytał przez lata, przez dziesięciolecia to dzieło i w miarę dobrze oddał je na ekranie. Oczywiście ci wszyscy, którzy śledzą różnice, różne odstępstwa znajdą oczywiście odstępstwa od książkowego pierwowzoru, ale to tak naprawdę wybaczcie państwo, ci wszyscy, którzy śledzicie, jesteście tacy bardzo skrupulatni. Dla mnie to nie ma takiego znaczenia, bo ważne jest widowisko, a to jest wspaniałe. Zaraz będą zastrzeżenia, ale wspaniałe, jeśli chodzi o kino, bo też "Diuna" jeśli chodzi o książkę, jest wspaniałym widowiskiem. Tylko jak państwu podałem jako przykład siebie, bo zawsze najbliżej, do tego widowiska trzeba dojrzeć. Kiedy ja w połowie lat 80. czytałem "Diunę", nie byłem dojrzały. Zupełnie czego innego oczekiwałem po fantastyce. 10 lat później zrozumiałem, jakim prostym człowiekiem byłem.
Bo to nie chodzi o to, że to wielkie dzieło jest, bo pewno dyskusje na ten temat, na temat książki, czy też nawet na temat filmu, o którym dzisiaj rozmawiamy, one będą trwały. Jednym ten film się będzie podobał, ta książka się będzie podobała, inni powiedzą, że to nie w ogóle nie ma co i absolutnie nie. Zawsze tak jest. Ale jedno jest dla mnie pewne. Frank Herbert wykonał naprawdę dobrą literacką pracę, czego śladem, czego odbiciem jest film, o którym dzisiaj mówimy.
[48:28] - Tak. A o czym ten film jest, to w zasadzie większość ludzi wie. Tutaj problem jest taki, że "Diuna" miała w sumie trzy wersje. Ma w sumie trzy wersje. Książę Paul Atryda, Paweł Atryda Syn zdradziecko zamordowanego władcy stara się rozpalić bunt na planecie, skąd jest pozyskiwana ceniona w całym świecie przyprawa lub też melanż, bo tak bywa nazywana w tej starej wersji. Naturalnie ona występuje na Arrakis jako substancja o właściwościach psychoaktywnych, umożliwiając między innymi podróże po kosmosie. Nie będziemy tutaj się skupiać chyba za bardzo na treści, Marku. Natomiast jest tak, że ponieważ nie można omawiać drugiej części "Diuny" Villeneuve'a bez pierwszej, a pierwszej bez ekranizacji Davida Lyncha, to może zacznijmy od tego, że można się spotkać z takimi opiniami, że "Diuna" była uważana przez długi czas za dzieło nie do zrealizowania w całości nie tylko ze względu na rozwlekłość, ale też ze względu na koszta. Między innymi poprzez pojawianie się tych potężnych maszyn i stworów. Ze względu na to, że jest jednak lekko przestarzała i tam jest brak obcych alienów, no i że później, w naszych czasach już zupełnie pojawiły się te wątki związane z poprawnością polityczną, bo "Diuna", jak powiedziałeś, bardzo mocno czerpie nie tylko z tradycji berberskiej, arabskiej, ale też z islamskiej.
Kwestie Mahdiego i dżihadu i tak dalej. I to nie przeszło bez echa, chociaż nie słyszeliśmy tych głosów w Polsce. No to były z "Diuną" problemy. W 1984 roku na ekrany wchodzi ekranizacja dzieła Herberta, dla niektórych kultowa, w reżyserii Davida Lyncha. Film jest obarczony wieloma problemami po drodze. Ostatecznie reżyser wyrzeka się tego filmu, stąd też na niektórych wersjach on nie występuje jako twórca, ukrywa się pod pseudonimem. Jest ich bodajże kilka. To wynika z konfliktów reżysera ze sponsorami. Ostatecznie jednak film trafia na ekrany, staje się dla niektórych dziełem kultowym, chociaż jest przyjmowany, trzeba powiedzieć, bardzo różnie. I dla kogoś, kto się dzisiaj styka po raz pierwszy ze starą "Diuną", to ona się wyda nie do przyjęcia.
Wyda się groteskowa, wręcz zabawna. Może się wydać nawet starsza niż jest w rzeczywistości. I tam jest tak w tej pierwszej "Diunie" z punktu widzenia dzisiejszego widza, że bohater przede wszystkim główny cały czas do siebie gada jak Rich w "Modzie na sukces". Oni tam też cały czas mówili w myślach. Paul Atryda i reszta też cały czas gadają w myślach. W tej pierwszej "Diunie" smutno trochę, nudno, efekty specjalne tak jak z filmu klasy D. Jednak wracam po raz kolejny do tego, że ta "Diuna" ma wielu zwolenników, bo ona ma w sobie takie barokowo-mroczne coś. Jest rozwlekła, jest groteskowa, ale ma to coś. Ta groteskowość jest momentami atutem i nawet nie psują tego momentami takie dziwaczne scenografie i Sting w roli Bersekira, który tam się pojawia. Osobiście mam lekko nostalgiczny stosunek do tamtej starej "Diuny".
Pamiętajmy, że po niej wyprodukowano też taki europejski miniserial, ale on już się prezentował źle wizualnie, bo tamte efekty specjalne były znacznie gorsze niż w filmie pełnometrażowym, tym wcześniejszym. Dlatego też ten miniserial "Diuna" jest gorzej znany. A że mam nostalgiczny stosunek do tej wersji Lyncha, to wcale nie musi oznaczać, że jestem jej wielkim miłośnikiem. To jest tak jak w "Sentymentalniku", do którego was odsyłam również do tej serii. Po prostu ja ją dobrze wspominam na tle tamtych lat. Ona wielokrotnie leciała w telewizji. Może nie to, że na jedynce, dwójce, ale kiedy się pojawiły te kanały tematyczne, to bardzo często "Diuna" tam gościła. Przy czym to nie była rozrywka. Też tak jak książka, jak chociażby "Star Wars" czy "Star Trek". To był taki ciężki, barokowy film, jakby się oglądało faraona w kosmosie gdzieś, ale jednak coś tam zostało z tego.
Taka nostalgia. Marku, jak ty wspominasz tamtą "Diunę" Lyncha?
[53:11] - Warto jeszcze powiedzieć o innym projekcie filmowym, który nie ujrzał światła dziennego. To znaczy nie pojawił się w postaci filmu. Był bowiem taki projekt. Ja mam trochę problemy z hiszpańskim, Alejandro Jodorowsky, chyba tak to należałoby wymienić. On miał plany rozległe, nie dość, że takie bardzo wizyjne, to chciał zaangażować jako aktorów osoby niezwykłe. Miał być Mick Jagger, miał grać również Salvador Dali, bo żył. To stary bardzo projekt. Tam się pojawiały naprawdę nazwiska niesamowite. Jeśli państwo jesteście ciekawi, to w internecie całkiem niedawno hula sobie taki jakby trailer filmu, którego nigdy nie było. Trailer jak mogłaby wyglądać "Diuna" w tej właśnie obsadzie, w tej właśnie reżyserii.
Radzę tego poszukać, bo pod względem wizualnym to jest absolutnie niezwykłe. No jak to w trailerach bywa, trailer czasami jest najlepszą częścią filmu, ale dzisiaj wypada westchnąć, że coś takiego się nie pojawiło. Ja tylko to zaznaczam, że coś takiego funkcjonuje. Może warto się zainteresować. Warto teraz natomiast Sięgnąć do dwuczęściowego filmu, o którym rozmawiamy. Ja na początek wrzucę do puli coś takiego. Znowu będzie kontrowersyjnie. Ja na pierwszej części trochę się nudziłem, ale zrozummy się dobrze, to wszystko trzeba patrzeć w kontekście. Moje różne nudy i moje różne rozterki z poprzednich audycji Filmotekarium, naprawdę nie da się tego porównać z tym, o czym mówię dzisiaj. To było takie nudzenie się, ale z takim: wow!
Bo jednak obrazy, wizyjność pierwszej części, umówmy się, jest niezwykła. To, co jest pokazane na ekranie, te machiny, te wnętrza. Bo akcja, intryga, tam już nic mnie nie zaskoczy. Zresztą przypuszczam, że spora część z państwa również zaskoczona się nie czuła, bo znała tę historię. Tę historię trudno, żeby traktować jako historię oryginalną. To może bardzo młodzi ludzie, którzy nie czytali książki, nie wiem, tak sobie wymyślam, poczują się zaskoczeni. Natomiast ja nie czułem się zaskoczony przebiegiem samej intrygi i samej akcji. I z tego względu być może czułem się lekko znudzony, ale jednak wizualność, to wszystko, co widziałem na ekranie zapierało dech w piersi i dlatego szedłem do kina, na seans bez specjalnych oporów, jeśli chodzi o część drugą. Wiedziałem, że przynajmniej pod względem takim wow, jak fajnie jest w tym świecie, to się nie zawiodę. I proszę państwa, nie zawiodłem się.
Co więcej, zatkało mnie, bo część druga pod względem właśnie tej wizualności, ale też momentami tempa, w jakim się rozgrywa, bo w drugiej części film mocno przyspiesza. Proszę państwa, ostatnie pół godziny to po prostu, może reżyser nie chciał trzeciej części nakręcić, ale tam mocno akcja idzie w dużym tempie i to bardzo dobrze. Akcja akcją, ale naprawdę jestem zachwycony monumentalnością tego filmu, tej drugiej części szczególnie. Cóż, słyszycie państwo po tonie głosu, pewnej ekscytacji, że naprawdę ten film zrobił na mnie wrażenie. Oczywiście mówię, cały czas podkreślam, że gdzieś tam się pewno bym doczepił, ale nie chcę psuć dobrego pierwszego wrażenia, a ono jest naprawdę znakomite. To się naprawdę ogląda i to naprawdę człowiek może uwierzyć, że inne światy odległe od nas istnieją. I to jest duża, ogromna wartość tego filmu. Myślę, że to bardzo ważne, żeby o takich rzeczach mówić, bo kino to jest sztuka w końcu wizualna. To co ma nas zaskakiwać, co ma nas ekscytować? I dlatego jakiś tam hołd reżyserowi, twórcom filmu składam, bo naprawdę człowieka zatyka.
[58:28] - A ja miałem trochę inne wrażenie, wręcz zupełnie inne. Ja w konfrontacji z pierwszą odsłoną filmu Villeneuve'a byłem oczarowany. Po pierwsze jest to "Diuna" realistyczna, nie jest groteskowa. To jest film, to nie jest epopeja, to jest film. To się da oglądać, fajnie się ogląda. Autorom się udaje zatuszować taką archaiczność scenariusza, kanwy. Ale mówię tu o części pierwszej. Paul nie gada do siebie przede wszystkim, dużo się dzieje, nie jest śmiesznie, nie jest groteskowo. Taka strasznie mroczna otoczka jest. Jest taka scena wyjścia żołnierzy przed inwazją na Arrakis, która jest mistrzowska.
Dodaj do tego dźwięk, dodaj różne dziwne odgłosy, muzykę i jest naprawdę świetnie. Pierwsza część tej nowej "Diuny" nie grzęźnie też w tych pałacowych intrygach, które mnie osobiście nudzą. Jest to po prostu zliftingowana, trochę uproszczona wersja tej opowieści. W dodatku Villeneuve ma wprawę w filmowaniu obiektów latających dziwnych jako reżyser filmu "Arrival. Nowy początek" i to po prostu wygląda dobrze. Robi to wielkie wrażenie w całej rozciągłości. I niestety przychodzi część druga i rozdupca moje dobre opinie. Dlaczego? Ano dlatego, że wychodzą tutaj na jaw pewne mankamenty, których się ukryć nie da. Po pierwsze archaiczność i drugie bardzo dziwnie poprowadzona opowieść, bo z takiego nadmuchanego balonika nadmuchanego przez część pierwszą, przez oczekiwania, nadmuchanego przez początek części drugiej otrzymujemy w finale "Diuny 2" takie pryknięcie w zasadzie.
Paul zdobywa władzę, możemy się rozejść. Czyli ta finalna konfrontacja między nim a Imperatorem ma w sobie tyle emocji co spotkanie dwóch grzybiarzy na przykład. Tyle tam jest emocji. Christopher Walken, który w wersji Lyncha też występuje i wypada tam jako kolorowy ptak, bo on się zachowuje jak ekscentryk, a tutaj taki smutny Imperator przygaszony, który przyleciał i tak sobie łazi. Bo wie, co się stanie, bo pewnie pamięta, co mu się stało w wersji Lyncha. Myślę, że to wynika z kilku rzeczy, to rozczarowanie. Po pierwsze to widz wie, jak się "Diuna" skończy. Ale ja też mam strasznie takie wrażenie, któremu się nie mogę oprzeć. Poczucie, jakby powiedział pewien jasnowidz. Ja mam takie poczucie teraz, że w konflikcie między protagonistami a antagonistami, czyli w konflikcie między Imperatorem, Harkonnenami a Fremenami i Paulem mamy zbyt słabo nakreśloną potęgę Harkonnenów.
Wiesz, o co mi chodzi? Villeneuve mógł trochę oszukać widza, że jednak Paul może przegrać mimo wszystko, że jednak oni są silniejsi. A oni tam jakoś tak sobie bez zamętnie łażą. Znowu widzimy tego barona, jak się kąpie w tej brudnej wodzie, w tej borowinie. Nie ma tam napięcia, tego, które charakteryzowało część pierwszą "Diuny" Villeneuve'a i w ogóle też to wszystko grzęźnie w tej otoczce religijno-politycznej, która jest nudna dla mnie. Dla mnie jest nudna i po prostu jak się pierwszy, po raz 15. słyszy Lisan al-Gaib albo jakieś tam inne określenie, to szczerze ima się dość, bo wiadomo, o co chodzi. Przestańcie tak tym epatować, to jest naprawdę nudne. Wiem, macie go za zbawiciela i takiego Wałęsę raki, ale to dobra, to niech to przejdzie dalej. Tutaj w pewnym momencie kluczy to strasznie i muszę powiedzieć, że ja się mocno rozczarowałem.
Co jeszcze można dodać Marku? Moim zdaniem trochę mnie dziwi to, że wygaszono te protesty ze strony społeczności islamskich. A przecież wiemy, jak Europa, jak Zachód uwielbia tę narrację odnośnie poprawności politycznej. Mnie trochę jednak pod względem tych zapożyczeń, także związanych ze sotologią islamską, to mnie trochę razi. Nie to, że mnie to razi, że sobie pożyczył, tylko że jest to już takie archaiczne trochę według mnie. Okej, mamy pewną konwencję. "Diuna" rozgrywa się według pewnej konwencji. Wiemy, że tu nie można za bardzo eksperymentować, ale czy nie można było tego poprowadzić w takie trochę inne rejony, gdzie nie mamy epatowania tymi tytułami i tymi wszystkimi przeżyciami i Fremenów i głównego bohatera, tylko zwrócić uwagę na przykład na jakiś wycinek tej historii, który nie był eksponowany dotąd, na przykład u Lyncha i tak dalej. I tutaj muszę powiedzieć, że ta "Diuna 2" mocno mnie rozczarowała.
[01:03:52] - A ja będę "Diuny 2" bronił, bo po pierwsze moim zdaniem próby skupiania się na pewnym wycinku byłyby błędem, bo odebrałyby temu filmowi jego totalność, jego wizyjność, to, czym działa moim zdaniem najbardziej, czyli ta jego totalność tego filmu. Bo tak naprawdę jest to film o narodzinach, nie wiem, jak to określić, żeby nikogo nie urazić, Mesjasza, człowieka, który dokona rzeczy wielkich. I o tym jest ten film, więc trudno kręcić go o czymś innym. Jeśli chodzi o obrazowość "Diuny 2", to nie będę tu oryginalny, bo oglądałem recenzję Raczka na temat tego i tu, kiedy mówisz o tych wymarszach Harkonnenowych, przecież tu są sceny. Raczek mówi o tej pionierce nazistowskiego kina Riefenstahl. I tu rzeczywiście mamy takie sceny czarno-białe. Co prawda Raczek troszeczkę nie wszedł w konwencję, bo Raczka nie interesuje fantastyka naukowa. Nawet tak po tonie widziałem, że trochę się wzdryga, jak wypowiada te słowa fantastyka naukowa. Te czarno-białe obrazy one są bardzo racjonalnie uzasadnione. Tam chodzi o pewne słońce.
Już nie będę państwu tego opowiadał. To, że one są czarno-białe, a później wracają do koloru, to niekoniecznie musi, ale też może, jedno drugiego nie wyklucza, kojarzyć się z takimi scenami wręcz nazistowskich filmów propagandowych, bo też takie czasami tam sceny się odbywają. Ten film, powiedziałem, jest monumentalny chwilami i to pasuje zresztą do tego Muad'Diby, do człowieka, który jest Mesjaszem, który w jakiś sposób jest Mesjaszem, tak to określmy. Ale dobrze, zostawmy te wielkie wątki. On jest moim zdaniem, mówię o drugiej części, również taki wizualny, a może wizyjny. Zmiksujcie państwo oba pojęcia na takim bardzo prostym poziomie. Tam obrazy, które oglądamy, czy to na początku, kiedy ci komandosi gdzieś tam nagle ulatują, strzelają. Oglądamy film jakby z XX wieku, gdzie snajper działa i odstrzeliwuje poszczególne jednostki. Ale to zaniedbujemy, ponieważ wiemy, że to jest część większej całości. I wiecie państwo Fakt, że nie jest już tak mrocznie jak w pierwszej części, gdzie spora część filmu rozgrywa się we wnętrzach.
Są tam jednak intrygi pałacowe, o których Piotr mówił. Nie ma ich może tak dużo jak w książce albo nie są z takim naciskiem filmowane w pierwszej części, ale jednak są. Dużo przestrzeni mamy w drugiej części. Ktoś w którejś z recenzji powiedział, że druga część jest tak nakręcona, że wręcz czuje się piasek zgrzytający w zębach, kiedy wychodzi się z kina albo wychodzi się z seansu. Coś w tym jest. Rzeczywiście po drugiej części można uwierzyć, że ten świat jest realny, że ten świat naprawdę przeżył taką historię. Ona może nie jest taka jak Mission Impossible, ale jest historią właśnie taką, jaka nas na ogół otacza. Przecież my na co dzień obserwując politykę, obserwując wydarzenia na świecie, nie obserwujemy wygibasów Tomka Cruise'a, tylko obserwujemy jakieś ciężkie działania w polu. Ktoś gdzieś przesuwa jakąś armię, ktoś gdzieś przesuwa jakieś decyzje. To się wszystko odbywa w takim świecie polityczno-militarno- i jakimś tam jeszcze.
I coś takiego obserwujemy. To nadaje, moim zdaniem, "Diunie" pewnej realności, realizmu. Jedyne co mi tak naprawdę mocno przeszkadza w "Diunie" jeden, dwa — traktujmy już tym razem razem — to małe wyeksponowanie bardzo ważnego momentu, bardzo ważnego elementu tego świata. To oczywiście pada, ale tak bardzo delikatnie. To nie jest wyeksponowane, po jaką cholerę oni się tłuką i w ogóle robią wszystko, co mogą, żeby tę przyprawę zdobyć. Ja to wiem, państwo też to wiecie, bo czytaliście książkę, bo oglądaliście inne wersje, ale w tym filmie to nie jest wyeksponowane. Tymczasem, żeby zrozumieć siłę emocji, siłę tego, co się dzieje na ekranie, warto wiedzieć, że bez przyprawy przestaje funkcjonować galaktyka. Ludzka galaktyka. Piotr powiedział: obcych nie ma, ale nie ma też maszyn, nie ma robotów. Bo roboty to jest informacja bardziej z książki niż z filmu.
Mówię, w filmie to jest ledwo dotknięte. Ja po prostu powiem państwu szczerze: nie przeglądałem po raz drugi przed naszą audycją części pierwszej, więc nie mam pewności, na ile mocno to jest wyeksponowane. W części drugiej jest to wyeksponowane bardzo delikatnie, jeśli w ogóle. Chodzi o to, że bez przyprawy nie ma łączności pomiędzy gwiazdami. Statki łączące poszczególne słońca, poszczególne gwiazdy w galaktyce nie mogłyby działać, ponieważ nie ma maszyn. Nie ma maszyn, ponieważ maszyn rozumianych jako sztuczna inteligencja, roboty, komputery, ponieważ w swoim czasie doszło do starcia. Starcie, które ta sztuczna inteligencja, te maszyny omal nie wygrały tego starcia i od tego momentu szlaban, ponieważ ludzie wygrali. Koniec z maszynami. Do połączeń między gwiazdami wykorzystywani są ludzie. Ale ci ludzie, żeby poruszać się w tych prędkościach, w których poruszamy się między gwiazdami, w ogóle móc pewne rzeczy przewidywać, muszą mieć dar prekognicji.
A przyprawa to właśnie umożliwia i umożliwia jeszcze szereg innych rzeczy. Już nie wchodźmy w szczegóły. Ci z państwa, którzy wiedzą, to wiedzą. Chodzi o to, że jeśli miałbym się naprawdę czepiać, bo muszę się czegoś przyczepić, to moim zdaniem za słabo jest to wyeksponowane w "Diunie", którą omawiamy. To w jakiś sposób rzutuje na odbiór przynajmniej tych ludzi, którzy z historią stykają się po raz pierwszy. Dlaczego? Bo motywacja do tego, co się odbywa na ekranie, do tych zbrodni, do skali tego starcia nie jest do końca jasna. Biją się, spierają, kłócą o przyprawę, ale dlaczego właściwie? Jeśli to wiemy, to obraz przyjmiemy bez bólu, z dużą przyjemnością. Jeśli tego nie wiemy, zgubiliśmy to, może nam się to wydać mało wiarygodne.
I jeśli miałbym się czegoś czepiać, to właśnie tego. Ale cały czas podkreślam, w przeciwieństwie do ciebie, Piotrze, ta druga część jest dla mnie pewną taką kwintesencją kina totalnego, to znaczy takiego kina, które atakuje nas przynajmniej tymi zmysłami, które mogą być zaatakowane. Czyli dostajemy monumentalną muzykę Zimmera, która już po prostu pod koniec filmu to, ktoś to określił jako ścianę dźwięku. Tak, taką ścianę dźwięku otrzymujemy. Obraz jest po prostu też w jakiś sposób totalny. Opowieść, pewne napięcie. Nie przesadzajmy z tym napięciem oczywiście, ale jednak pewne napięcie powstaje. Ja nie oczekiwałem tego, że ta historia skończy się inaczej. Ale jednak pewne napięcie jest wywoływane. Ja wyszedłem z kina oczarowany, po prostu oczarowany.
Nie dam sobie tego odebrać, aczkolwiek rozumiem, Piotrze, to co powiedziałeś w formie zarzutu. Rozumiem to, nie do końca podzielam, ale ten film również tak można odbierać. Jasne.
[01:13:32] - Moim zdaniem w drugiej części się dzieje to wszystko zdecydowanie pokracznie. To znaczy, "Diuna" to nie jest akurat dobry przykład, kiedy moglibyśmy rozmawiać, dlaczego oni zachowują się tak, a nie inaczej, dlaczego stosują taką taktykę, a nie inną, bo to już zostawiamy autorowi. Ale wydaje mi się, że ten finał jednak mocno rozczarowuje. Mocno. Takie puk i koniec. I po to to wszystko było. Oni tak naprawdę więcej się nałazili po tej pustyni niż mieli do roboty na samym końcu. Sceny związane z maszynami robią robotę, ogólnie rzecz biorąc. I te sceny są ograniczone mocno w drugiej części, nie widzimy ich tak wiele, to też sporo odbiera. Jest jeszcze taka sprawa, że ma być część trzecia i w ogóle to jest też dziwne, że pod koniec drugiej części "Diuny" wpadają nowi bohaterowie, którzy wydają nam się kluczowi prawdopodobnie w tej kolejnej części.
Związuje się pewien konflikt interesów i nie tylko, który będzie pewnie kontynuowany w tej części trzeciej. Zobaczymy. Z tymi wieloczęściowymi filmami bywa tak, że jednak jest coraz gorzej. Tutaj akurat plusem jest to, że to będzie ta część "Diuny", która nigdy ekranizowana nie była i to pewnie też przyciągnie wiele osób zainteresowanych. Tylko czy ona nie utonie właśnie w tych różnego rodzaju intrygach, o których mowa? Przypominam, że to jest świat bez alienów, bez obcych, czyli będzie trudno czymś człowieka współczesnego zaskoczyć. Tak jak mówię, "Diuna 3", jeżeli powstanie, wyjdzie poza granice ekranizacji Lyncha i tego, co zwykły szary człowiek o "Diunie" wie. I to będzie przynętą. Natomiast jak mówi, jeżeli się będzie opierać na tych kwestiach intrygowo-politycznych, to będzie kiepsko pod względem przygodowym. A pamiętajmy też, że jak ona powstanie za rok lub dwa, wiele osób zapomni, o czym były poprzednie dwie części.
Co z tego wyjdzie? Sam jestem ciekaw. Moglibyśmy jeszcze długo na ten temat dyskutować. Ja ogólnie z jednej strony się nie dziwię, że "Diuna" została tak dobrze przyjęta, a z drugiej strony jednak trochę tak, dlatego że ona zawiera w sobie dużą dawkę archaizmów, które są widoczne, kiedy my przestajemy ten film oglądać i zaczynamy się zastanawiać. To są te, o których już powiedziałem i też mocno muszę powiedzieć, w drugiej części uderza mnie podarcie tego filmu z emocji. Może jest monumentalność, może jest to wszystko, co cechuje epickie dzieła, ale nie ma temperatury, nie ma oczekiwania. Właśnie to się może wiązać z tym też, że ja "Diunę" Lyncha oglądałem chyba z pięć razy, to też wiem, co się wydarzy. Może tutaj tkwi haczyk? Nie wiem.
[01:16:54] - Tak mi się wydaje, że rzeczywiście, jeśli szykowana jest część trzecia, to ona już musi chyba zahaczać o drugi tom z uniwersum "Diuny", czyli "Mesjasza Diuny". A tak jak powiedziałeś, on nigdy sfilmowany nie był i tu może być haczyk przyciągający widzów, przyciągający publiczność. Powiem tak cynicznie: a jeśli za kilka lat publiczność będzie chciała być dobrze zorientowana, to jeszcze raz obejrzy część pierwszą i część drugą i kasa będzie się zgadzać. Może to cyniczne, co mówię, ale cóż, tak to bywa i nawet trudno mi to potępiać. W gruncie rzeczy o to chodzi, żeby widowiska przeżywać. Ja powiem jeszcze jedno, rzecz, o której wahałem się, czy o tym powiedzieć, ale powiem oczywiście, bo myślę, że "Diuna" to jest taki rodzaj widowiska, którego nie należy do końca odbierać rozumem. Sam się dziwię, że to mówię. Tylko emocjami. Trzeba wlepić się w ten ekran i wtedy człowiek, jak się kończy film, mówi sobie: „Wow, co to było? Po prostu niesamowite”.
Natomiast rzeczywiście ty, Piotrze, masz rację. Kiedy człowiek zaczyna analizować to, co się dzieje na ekranie, rozważać troszeczkę, mierzyć, doszukiwać się różnych szczegółów, to wtedy widowisko traci na atrakcyjności, bo włączamy rozum. Ja myślę, że "Diuna" to jest taki rodzaj filmu, któremu, tu sobie państwo wybierzcie, należy zaufać albo należy się oddać. Nie kombinować, nie Nie włączać myślenia. Zachowywać się troszeczkę jak rycerz z jednej z bajek Stanisława Lema. Byle nie myśleć za dużo, tylko chłonąć to widowisko. A wtedy naprawdę, wierzcie mi Państwo, ci wszyscy z Państwa, którzy nie oglądali, wsiąkniecie w to. Natomiast jeśli zaczniecie kombinować, to rycerz w bajce Lema źle skończył. Państwu też się wtedy to nie będzie podobało, bo po pierwsze zapewne znacie historię „Diuny", a jeśli nie znacie, to jak włączycie takie rozumowanie na twardo, to się tam niektóre rzeczy mogą nie do końca zgadzać albo nie do końca mogą być przekonujące. Ale kiedy wyłączycie i pochłoniecie obraz, pochłoniecie muzykę, pochłoniecie widowisko, bo tym naprawdę jest „Diuna".
Wyjdziecie z kina troszeczkę jak ja: oczadziali, oczarowani. Będziecie ludźmi, którzy przeżyli coś niesamowitego. Troszeczkę, i to też jest zapożyczenie z mojej strony, troszeczkę jest z „Diuną" tak jak z operą. Przecież w życiu nikt nie śpiewa ariowo, nikt nie zachowuje się tak jak na widowiskach operowych. To jest konwencja, to jest pewna umowa. Gdyby tak brać na rozum widowisko operowe, wybaczcie Państwo, ale za każdym razem śmiech. Ale kiedy przyjmie się konwencję operową, że śpiewają, że się dziwnie zachowują, że to w ogóle jest historia, którą trzeba dobrze zmrużyć oczy, żeby oglądać, to wtedy opera sprawdza się jako pewna konwencja. I myślę, że bardzo podobnie jest z „Diuną". Zmrużcie Państwo oczy, a ten czar na pewno na was spłynie. Takie jest moje zdanie.
Proszę państwa, proszę państwa, to tyle, jeśli chodzi o przeżycia filmowe. A ja teraz zapraszam Państwa na subiektywny przegląd popularnonaukowy na jego pierwszą część. Spytacie Państwo: a co to takiego? Już wyjaśniam. Jest sobie taki kanał, z którym czuję się jakoś mocno związany, bo to jest mój kanał. Nazywa się Wehikuł Wyobraźni i tam na tym kanale ruszył właśnie nowy cykl. Nowa playlista, właśnie zatytułowana „Kosmos: subiektywny przegląd popularnonaukowy". Aby to zareklamować dzisiaj na falach Radia Paranormalium i na falach Book Radia proponuję Państwu pierwszy odcinek tego cyklu, w którym poruszam cztery dosyć istotne, nowe całkiem zagadnienia związane z nauką, a głównie z kosmosem. Ten cykl będzie nieregularny na kanale Wehikuł Wyobraźni, ale czujcie się Państwo zaproszeni. To będą krótkie audycje 15-, 20-minutowe, w których będę omawiał, co tam nowego piszczy w kosmosie, a właściwie w nauce, która o kosmosie opowiada.
Dzisiaj pierwszy odcinek na falach Bibliotekarium 2.0. Pamiętajcie Państwo, że kolejne odcinki, jeśli się Państwu spodobają, to znajdziecie Państwo na Wehikule Wyobraźni. Serdecznie zapraszam. Subiektywny przegląd popularnonaukowy. Witam Państwa bardzo serdecznie na kanale Wehikuł Wyobraźni. W czasach, w których jesteśmy bombardowani wszelakimi informacjami, również tymi popularnonaukowymi, postanowiłem uruchomić na kanale nieregularny i subiektywny przegląd. Przegląd popularnonaukowy, w którym prezentował będę to, co internety pokazały ostatnio na temat kosmosu, fizyki i innych nauk wszelakich. A ponieważ informacji jest naprawdę dużo, więc dokonywał będę ostrej selekcji, stąd subiektywność w tytule serii. Zapraszam na pierwszy odcinek w nowej playliście i przypominam o subskrypcji kanału, komentarzach i ewentualnych łapkach w górę. Zaczynamy.
Pozaziemski ocean. W czasach, gdy pracują kosmiczne teleskopy orbitalne, przeszukując odległe rejony wszechświata, wielkie odkrycia w Układzie Słonecznym są ogromnym zaskoczeniem. A tu proszę, niespodzianka. Na początku roku 2024 odkryto kolejny wielki ocean. Gdzie? W pobliżu Saturna. Mimas to siódmy pod względem wielkości księżyc Saturna. Jest najmniejszym znanym ciałem zdolnym utrzymać kształt bliski kulistemu dzięki własnej grawitacji. Mimas został odkryty wraz z Enceladusem w 1789 roku przez Williama Herschela, odkrywcę Urana. Nastąpiło to 105 lat po odkryciu Tetydy i Dione.
Nazwa wywodzi się z mitologii greckiej. Mimas był jednym z gigantów i brał udział w gigantomachii. Do niedawna uważano, że mała gęstość Mimasa wskazuje na to, że jest księżycem lodowym składającym się głównie z lodu wodnego z niewielką domieszką skał. Do tej sprawy jeszcze wrócimy, gdyż wszystko wskazuje na to, iż jest zupełnie inaczej. Powierzchnia Mimasa pokryta jest kraterami uderzeniowymi, z których największy Herschel ma średnicę 130 km z sześciokilometrowej wysokości wzniesieniem centralnym. Ten krater sprawia, że Mimas przypomina Gwiazdę Śmierci z „Gwiezdnych wojen”. Pozostałe kratery mają rozmiar rzędu 40 km, z wyjątkiem rejonów bieguna południowego, gdzie zazwyczaj nie przekraczają 20 km. Mimas krąży stosunkowo blisko Saturna w obszarze pierścieni. Jest odpowiedzialny za istnienie przerwy Cassiniego pomiędzy pierścieniami A i B. Jeśli chodzi o badania Mimasa, to w roku 1980 Voyager 1 wykonał pierwsze bliskie zdjęcia księżyca.
16 stycznia 2005 roku nastąpił przelot sondy Cassini w odległości 213 000 km. 2 sierpnia 2005 roku miał miejsce kolejny przelot tejże sondy w odległości 48 842 km. 13 lutego roku 2010 kolejny przelot sondy Cassini odbył się w odległości 9520 km. Ostatnio naukowcy ogłosili, iż tuż pod lodową skorupą Mimasa znajduje się globalny ocean ciekłej wody. Mamy zatem do czynienia z kolejnym obok Enceladusa oceanem w otoczeniu Saturna. Badacze wskazują, że za powstanie oceanu na Mimasie odpowiada zapewne orbita księżyca, a właściwie fakt, iż zmienia się ona stopniowo z eliptycznej w kołową. Księżyc oddalający się, a następnie zbliżający do Saturna, narażony jest na zmienne przyciąganie grawitacyjne ze strony macierzystej planety. Te zmiany prowokują naprzemiennie rozciąganie i ściskanie lodowego wnętrza księżyca, a to z kolei sprawia, iż jest ono ogrzewane, a w konsekwencji zachodzi proces topnienia lodu. Na przestrzeni milionów lat doprowadziło to do stopniowego zmniejszania się eliptyczności orbity. Ogrzewanie będzie trwało aż do momentu, w którym orbita stanie się całkowicie kołowa.
Wówczas proces pływowego podnoszenia temperatury wnętrza księżyca ustanie. Według naukowców ocean powstał we wnętrzu Mimasa stosunkowo niedawno, zaledwie od 2 do maksymalnie 25 milionów lat temu. Obecnie skorupa lodowa przykrywająca ocean ma prawdopodobnie grubość od 20 do 30 km. Pod nią znajdować się ma ocean o głębokości około 40-45 km. Jakiś czas temu lodowa skorupa musiała być znacznie grubsza niż obecnie. Wskazuje na to dobitnie ukształtowanie i struktura wspomnianego krateru Herschel. Tego, który czyni księżyc podobnym do Gwiazdy Śmierci. Aby taki krater uderzeniowy nie zniknął wskutek wydostania się na powierzchnię wody z oceanu, skorupa lodowa musiała mieć minimum 55 km grubości. Szacuje się, że krater powstał około 4,1 miliarda lat temu. Analiza orbity Mimasa oraz wahań rotacji sugerują, że był on całkowicie zamarznięty jeszcze 10 do 25 milionów lat temu.
Mimas dołącza zatem do elitarnego klubu ciał niebieskich w Układzie Słonecznym, na których znajduje się woda w stanie ciekłym. Wśród nich znajdują się jeszcze takie małe globy jak Europa, Enceladus, Tytan i Ganimedes. Wenus, piekielna planeta. Nowych informacji na temat Wenus dostarczyła analiza danych napływających z sondy BepiColombo, która dokonała przelotu blisko drugiej planety Układu Słonecznego i zbadała jej atmosferę w 2021 roku. Uwagę naukowców zwróciły emisje atomów tlenu i węgla uciekających z wenusjańskiej atmosfery. Okazuje się także, że planeta traci wodór. Naukowcy nie do końca mogą wyjaśnić istotę tego, co wykryli. Oczywiście taka ucieczka atmosferyczna nie jest niczym niezwykłym. Ziemia każdego dnia traci około 90 ton materii. Badacze uważają, że tego typu emisje mogą dostarczać informacji na temat tego, jak Wenus wyglądała w przeszłości i jakich transformacji doświadczyła.
Druga planeta od Słońca bywa nazywana bliźniaczką Ziemi. Nie chodzi jednak o warunki panujące tam obecnie, ale głównie o parametry fizyczne, które sprawiają, że jest ona bardzo podobna do naszej planety. Jeśli zaś chodzi o koszmarny wenusjański klimat, to niewykluczone, iż dawniej był on znacznie bardziej podobny do ziemskiego. W pewnym momencie nasilił się jednak efekt cieplarniany, który zmienił Wenus w coś, co można porównać do szklarni. Gruba atmosfera działa niczym koc zatrzymujący promieniowanie cieplne. Promieniowanie docierające ze Słońca. W wyniku tego na Wenus panują iście piekielne warunki. Temperatura sięgająca setek stopni Celsjusza, chmury dwutlenku węgla oraz dwutlenku siarki. Na łamach Nature Astronomy czytamy, że pole magnetyczne Wenus najprawdopodobniej jest generowane za pośrednictwem interakcji między Naładowanymi cząsteczkami w górnych warstwach atmosfery, a polami magnetycznymi i poruszającymi się jonami wiatru słonecznego. Sonda BepiColombo przeleciała między tak zwaną magnetopauzą a magnetosferą, wykrywając tlen i węgiel.
Atomy tych pierwiastków zostały przyspieszone do tego stopnia, że pokonały grawitację Wenus. Jest to o tyle dziwne, że są to ciężkie jony, które poruszają się zazwyczaj bardzo powoli. W myśl jednej z hipotez elektrostatyczne podmuchy rozpędzają owe atomy, zapewniając im możliwość ucieczki atmosferycznej. Jednym z najważniejszych pytań dotyczących Wenus jest kwestia istnienia tam życia. Uczeni przypuszczają, że jeśli w ogóle istniałoby tam życie, to mogłoby występować w postaci mikroorganizmów unoszących się w chmurach, gdzie temperatury w niektórych miejscach są niskie, porównywalne do ziemskich i co ważniejsze, nie występują tam opady kwaśnych deszczy. Ciemna materia i czarne dziury. Ciemna materia wciąż stanowi zagadkę. Wszyscy o niej mówią, ale nikt nie ma pewności, czym naprawdę jest. Wszystkie próby zidentyfikowania cząstek tworzących ponoć 85% materii wszechświata okazały się, mówiąc delikatnie, mało udane. Jednak ostatnio naukowcy sięgnęli ponownie po jedną z teorii odrzuconych wcześniej.
Problem z ciemną materią spowodowany jest tym, że jej cząstki nie oddziałują z promieniowaniem elektromagnetycznym. Z tego powodu są dla badaczy niewidzialne. Z drugiej strony ich wpływ grawitacyjny na zwykłą materię jest obserwowany dosyć powszechnie. Widzimy, że coś ewidentnie oddziałuje grawitacyjnie na materię widzialną. Nie jesteśmy jednak w stanie dostrzec, co to takiego. Jedna z teorii próbujących wyjaśnić naturę ciemnej materii twierdzi, że wcale nie składa się ona z nowych, nieznanych nam cząstek. Składa się natomiast z pierwotnych czarnych dziur, które powstały zaledwie ułamek sekundy po Wielkim Wybuchu. Jak wspomniałem, nie jest to idea nowa. Wcześniej jednak naukowcy odrzucali ją. Założyli bowiem, że małe czarne dziury powstałe niemal 14 miliardów lat temu do dzisiaj już by po prostu wyparowały.
Nie mogłyby zatem tworzyć ciemnej materii. Teoria pierwotnych czarnych dziur stała się jednak ponownie modna w świecie naukowym. Związane jest to z faktem odkrycia Giorgia Dvali, fizyka teoretycznego z Uniwersytetu w Monachium, odkrycia wskazującego, że proces wyparowywania małych czarnych dziur może wyhamować. Obiekty takie mogą stać się stabilne i istnieć o wiele dłużej, niż się wcześniej wydawało. Mogłyby zatem stanowić składnik podstawowy ciemnej materii. Warto zauważyć, że mowa o naprawdę mikroskopijnych czarnych dziurach. Ich masa mogłaby wynosić maksymalnie tysiąc ton. Takie czarne dziury byłyby mniejsze od średnicy protonu, a to naprawdę niewiele. Naukowcy wskazują, że odpowiednio małe czarne dziury mogłyby teoretycznie zachowywać się tak, jak zachowują się potencjalne cząstki ciemnej materii. Przykładem niech będzie to, iż przyjmuje się, że cząstki owej ciemnej materii nie zderzają się ze sobą.
Nie wyklucza to jednak możliwości wiązania się w grupy, które łącznie mogłyby tworzyć większą masę. Masę wywierającą wpływ grawitacyjny na otoczenie. Jeśli ciemna materia faktycznie składałaby się z pierwotnych czarnych dziur, to nie byłoby potrzeby wychodzenia poza tak zwany model standardowy, który doskonale opisuje oddziaływania cząstek we wszechświecie. Teorię pierwotnych mikro czarnych dziur będzie jednak niezwykle trudno zweryfikować. Obiekty te ze względu na swoją małą masę, wyjątkowo małe rozmiary oraz fakt, że pochłaniają całe promieniowanie, są praktycznie niewykrywalne i nawet jeżeli dostrzeżemy wpływ grawitacyjny grupy takich obiektów, to nie będziemy w stanie ustalić, czy pochodzi on od grupy, czy też od jednej masywniejszej czarnej dziury. Szybszy od światła, czyli ciemna materia po raz drugi. Według wiedzy trzeciego dziesięciolecia XXI wieku żadna cząstka nie jest w stanie poruszać się z prędkością większą od prędkości światła. Dwójka naukowców postanowiła jednak sprawdzić, co by było, gdyby takie cząstki jednak istniały. Opisali oni badania nad właściwościami oraz możliwymi wpływami na wszechświat hipotetycznych cząstek poruszających się zawsze z prędkościami większymi od prędkości światła. Cząstek, które nazywamy tachionami.
Spora część naukowców twierdzi, że istnienie takich cząstek można z góry odrzucić, gdyż ich istnienie właśnie podważałoby podstawowe elementy wiedzy o naturze rzeczywistości. Są jednak na szczęście uczeni, którzy uznają, że warto wziąć pod uwagę, iż nasza wiedza jest, powiedzmy to delikatnie, bardzo niepełna. Badacze zainteresowani tachionami wskazują, że hipotetyczne cząstki mogą być cząstkami, z których składa się ciemna materia. Pomysł na pierwszy rzut oka szalony, ale uczeni przekonują, że gdyby tak właśnie było, to oddziaływanie tachionów mogłoby tłumaczyć nie tylko istnienie ciemnej materii, ale także przyspieszającą ekspansję Wszechświata. Najciekawszym elementem artykułu traktującego o tachionach jest próba zastosowania modelu tachionowej ciemnej materii do obserwacji supernowych typu Ia, czyli zjawiska wykorzystywanego do mierzenia odległości we Wszechświecie. W toku badań okazało się bowiem, że dane z obserwacji takich supernowych zgadzają się z modelem tachionowym równie dobrze, co z powszechnie przyjmowanym modelem kosmologicznym zawierającym ciemną materię i ciemną energię. W żaden sposób nie dowodzi to oczywiście istnienia tachionów, aczkolwiek z pewnością wskazuje, że model ten warto nadal poddawać próbom zmęczeniowym. Mówiąc krótko: testować. Komentatorzy uważają, że szansa na to, iż model tachionowy będzie także zgadzał się z innymi danymi opisującymi Wszechświat, jest niewielka. Proszę państwa, to było pierwsze wydanie subiektywnego przeglądu popularnonaukowego.
Pięknie państwu dziękuję i zapraszam na kolejny odcinek. Myślę, że już całkiem niedługo. Proszę państwa, MAUP-a, czyli „Książki z pogranicza”. Dzisiaj taka książka będzie. Ona będzie może mniej z pogranicza, bardziej będzie dotyczyła nauki, która sprawia, że pewne części naszej wiedzy są kwalifikowane właśnie jako pogranicze. Okazuje się, że bardzo często wynika to z tego, że nauka, a właściwie jej przedstawiciele, okazują się… Ważę słowa, delikatny staram się być. Okazują się leniwi, po prostu nie chce im się. I po co tam rozważać nowe idee, skoro są dobre stare? O tym mniej więcej jest ta książka, myślę, że warto o tym podyskutować, a doskonałym dyskutantem jest Piotr Cielebiaś.
Zatem zapraszam na kolejną MAUP-ę i „Książki z pogranicza”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:40:30] - Witam serdecznie.
[01:40:32] - „Książki z pogranicza”. Dzisiaj właściwie książka, która w jakimś stopniu przynajmniej tłumaczy, skąd w ogóle bierze się pogranicze.
[01:40:47] - Tak, książka, ale też autor. Dlatego, że ja bym się dzisiaj bardziej skupił na prezentacji autora, który swego czasu w Polsce był bardzo popularny. Był kojarzony głównie z tematyką historyczną, a może raczej z alternatywną historią i z dziwnymi znaleziskami. Chodzi o Luka Burgina, który pierwsze kroki w zawodzie, i to jest ciekawe, stawiał na początku lat 90. I chociaż pewnie w Polsce wiele osób uważało, że to jest jakiś równolatek, konkurent Dänikena, bo to też jest Szwajcar, to w rzeczywistości był to autor, który się urodził w roku 1970. Zatem wtedy był to przedstawiciel bardzo młodego pokolenia, wręcz szczypiorek, tak bym to powiedział. On z jakichś przyczyn zadebiutował niezwykle szybko na arenie międzynarodowej i dzisiaj jest kojarzony na pewno, założę się o to, przez wielu Polaków również, dlatego że kilka książek Luka Burgina się w Polsce pojawiło i to jeszcze względnie niedawno mieliśmy przyjemność czytać jego dzieła.
[01:42:05] - Piotrze, ja powiedziałem o tym, skąd się bierze pogranicze, bo rozmawiamy dzisiaj o książce „Błędy nauki”. To jest temat, który uważam za niezwykle ważny i jest mi bliski po prostu, ponieważ autor troszkę demaskuje. Dla tych, dla których demaskuje, to demaskuje, dla tych, którzy niecoś o tym wiedzą, to po prostu potwierdza to, że nauka już dawno sprzeniewierzyła się swoim założeniom. Może nie sama nauka, a świat naukowy, bo to są dwa różne byty. Nauka w założeniach jest dyskursem, dyskusją, nieustannym ścieraniem się poglądów, nieustanną walką o udowodnienie czegoś. Abstrahując konkrety, chodzi o to, że nie ma czegoś takiego jak konsensus naukowy. Bardzo często w tej chwili państwo stykacie się z takim określeniem „konsensus naukowy”. Nawet trafiłem na taki dowcip, co to jest konsensus naukowy. Tylko boję się, czy ja go mogę przytoczyć, bo algorytm YouTube'a nie śpi. Ale mniej więcej chodzi o to, że konsensus naukowy to jest wtedy, kiedy naukowcy biją brawo i potwierdzają to Co pewne firmy są skłonne uznać za wartościowe dla siebie.
Chyba już bardziej ogólnie powiedzieć tego się nie da. Ciekawa sprawa z tymi błędami nauki, bo to nawet nosi podtytuł: Zapoznani geniusze i ich droga przez mękę. Bo spotykamy się w publikacji Bürgina z tym, z czym być może my dzisiaj też się spotykamy. Pewne nazwiska, pewne poglądy są w świecie naukowym na cenzurowanym. Nie dlatego, że ci ludzie są nierozsądni albo popełniają błędy natury metodologicznej, które w nauce byłyby rzeczywiście jakimś tam grzechem. Nie, nie. Oni są korektni, jeśli chodzi o warsztat naukowy. Oni po prostu na podstawie swoich badań, na podstawie swoich wysnuwanych hipotez i prób ich udowodnienia znajdują się na cenzurowanym, ponieważ to, co usiłują udowodnić, to co usiłują wykazać, jakoś nie do końca pasuje ludziom z tej mainstreamowej nauki. I to jest po prostu coś, przy czym się załamuje ręce po prostu, bo ja sobie zawsze, kiedyś, dawno, dawno temu zawsze wyobrażałem świat nauki jako, naiwny byłem, to przyznaję, bardzo naiwny. Świat nauki wyobrażałem sobie jako coś czystego, gdzie rzeczywiście mądrzy ludzie spierają się ze sobą po to, żeby ustalić, jak jest.
Bürgin pokazuje, że w ogóle o to nie chodzi w tym czymś, co my zwykliśmy nazywać nauką, co chyba na to określenie nie zasługuje, a w każdym razie nie zasługuje do końca.
[01:45:48] - Ja ci powiem tak, to może trochę wykraczać poza ramy naszego dzisiejszego omawiania książki, ale wydaje mi się, że ludzkość się zachłysnęła kiedyś czymś takim jak scjentyzm i jakoś nie może dojść do siebie. Mieliśmy, że tak powiem, serię zachorowań na pewną chorobę całkiem niedawno i tam nauka nam pokazała, w jaki sposób funkcjonuje. Pamiętamy, że na przykład jednym z proponowanych rozwiązań było to, żeby starsi ludzie robili zakupy kiedy indziej niż młodsi ludzie. To było bardzo naukowe i tak dalej. Ja oczywiście żartuję. Wiecie, o co chodzi, wiecie, jakie były tam absurdy. To wszystko było robione naukowo. Szybko o tym zapomniano. Całkiem niedawno pewien topowy dziennikarz zrobił na swoim kanale materiał, w sumie dwóch topowych dziennikarzy zrobiło materiał o kryzysie klimatycznym i nagle się odezwało mnóstwo ludzi, że to, co oni mówią, to nie jest nauka. Nauka to jest coś zupełnie innego i nadal istnieje grono ludzi zaślepionych scjentyzmem.
Scjentyzmem, który się stał czymś w rodzaju religii tak naprawdę. I to jest religia równie absurdalna, a może nawet nie religii, tylko ideologii, jak wiele innych, które nie mają przełożenia na rzeczywistość. Ja srogo śmiecham, mówiąc szczerze, kiedy słyszę taką frazę: bo nauka tego nie udowodniła. A czymże jest nauka? Niech mi ktoś odpowie dzisiaj, w dzisiejszych czasach, czymże ta nauka jest? Czy to jest zbiór profesorów danych, czy innych? No bo Megu, taka jest sytuacja, zobacz. Czymże jest ta nauka? To jest akademia, to są wielkie nazwiska. Dzisiaj mamy taką sytuację na przykład ze zjawiskiem UFO, że wielkie nazwiska się tym zajmują.
No to co? To już jest nauka czy nie? Zagwozdka, prawda? Okazuje się, że w świecie publicystyki popularnonaukowej ci, którzy nie mają czasami żadnego wykształcenia naukowego, dowodem jest kilku naukowych polskich youtuberów, starają się być na tym polu świętsi od papieża. Tak niestety jest. Tylko się to cały czas broni. Bo jeżeli się kogoś zapyta o jakieś dziwne zjawisko, o coś, na co nie ma odpowiedzi, najlepiej jest powiedzieć: nauka mówi to i to. Przy czym nikt nie jest w stanie powiedzieć, czym ta nauka jest, ani kto ją reprezentuje.
[01:48:37] - Wynotowałem sobie z książki Bürgina dwa cytaty. Pozwólcie, że je przytoczę. I rzeczywiście świat nauki często reaguje na nowe idee i odkrycia bardzo nerwowo, a nawet nienawistnie, ponieważ uczone autorytety nie chcą się zmienić i sprzedają nam swoje spekulacje i ideologie jako definitywnie udowodnione fakty. To pierwszy cytat. Myślę, że on oddaje to, co się dzieje we współczesnej nauce. Drugi cytat: długa historia odkryć pełna jest objawów arogancji i nietolerancji, które doprowadzały do nieustannego wydawania błędnych opinii i odpowiadają za to, że w konfrontacji z nowymi i genialnymi ideami nasze naukowe autorytety nieomal zawsze się kompromitują. Do tych dwóch cytatów dorzucę państwu jeszcze wspomnienie książki napisanej przez jednego z bardzo utytułowanych fizyków pochodzących z Wielkiej Brytanii. Ten fizyk w książce poświęconej współczesnej fizyce opisał, niejako przy okazji, ale myślę, że zrobił to z rozmysłem, jak funkcjonuje establishment naukowy. I to jest horror, bo nam się wydaje, że to tylko w tej Polsce są ludzie, co się nienawidzą i później się zwalczają, jeśli chodzi o świat naukowy. Z tej książki, której tytułu państwu nie wymienię i autora też państwu nie wymienię, całkiem świadomie zresztą, wynika, że świat naukowy na przykład w Wielkiej Brytanii jest dokładnie taki sam.
Starzy nienawidzą młodych nie tylko dlatego, że są młodzi, ale dlatego, że mają dosyć giętkie umysły, nowe idee tam się rodzą i te nowe idee dla porządku trzeba zwalczać, bo są nowe. A przecież my tu wiemy, jak jest, bo jesteśmy starsi, bardziej doświadczeni. I ja nie uprawiam, proszę państwa, w tej chwili jakiegoś ageizmu ani nic podobnego. Po prostu zwracam uwagę na to, co powiedziałem już na początku naszej rozmowy, że nauka pozornie ma się dobrze. Piotr wspomniał o scjentyzmie. Ludzie wierzą, skłonni są, przynajmniej niektórzy, nauce wierzyć, a tymczasem sama nauka sprzeniewierzyła się swoim podstawowym założeniom, że istotą nauki jest dyskurs, jest nieustanne ścieranie się poglądów. Co więcej, można to nawet porównać do walki. Ta walka jest wskazana, jeśli chodzi o naukę, bo właśnie z kruszenia starych idei albo może nawet części starych idei rodzą się nowe. I znowu nowe nie zawsze jest lepsze. Nowe czasami błądzi, ale trudno z takiej sytuacji wysnuć z kolei wniosek, że nowe zawsze się myli.
Nie, tak nie jest. I książka, o której dzisiaj mówimy, pokazuje to na przykładach historycznych, jak to na przestrzeni dziejów, że tak sobie ogólnie to powiem, różni naukowcy, których idee dzisiaj przyjmujemy jako oczywistą oczywistość, borykali się z problemami naprawdę podstawowymi, gdzie odsądzano ich od czci i wiary dlatego, że śmieli powiedzieć coś, co nie zgadzało się z przyjętą wówczas linią naukową. To jest chore, proszę państwa, ale zdaje się, i książka, o której mówimy, bardzo mocno to pokazuje, że to jest nieustanna, wiecznotrwała choroba nauki. Ona ma coś takiego w sobie, że z jednej strony przyświecają nauce szczytne idee, a z drugiej strony pojawia się to, co dzisiaj bardzo popularnie nazywa się dziaderstwem. Ale dziadersem można być mając lat 20, a człowiekiem otwartym na to, co się dzieje wokół nas, można być mając lat 60, 80 czy 120. Nie wiem, czy ludzie tyle długo żywają. Nieważne. Chodzi o to, że to jest chyba kwestia podejścia do tego, jak widzi się świat, jak się postrzega to, co nas otacza. Mam takie wrażenie, że system nauki, specjalnie używam słowa system, wciągnięcie w jakieś punkty, w jakieś publikacje, w jakieś biurokratyczne mechanizmy spowodowało, że nauka dzisiaj stała się bardziej działalnością urzędniczo-papierkową niż naprawdę dążeniem do wiedzy, dążeniem do tego, żeby poznać świat, który nas otacza. I ktoś by powiedział: „No tak, bo teraz mamy takie specyficzne warunki, taki świat w tej chwili”.
Więc nasz autor udowadnia, że to jest choroba nauki, która ciągnie się za nią od bardzo, bardzo dawna.
[01:54:41] - Tutaj powiedziałeś o tej specyfice naszych czasów. Ja bym tylko dodał tyle, że to chyba jest coś naturalnego. Pamiętasz, że w wieku XIX na przykład istniała instytucja polimata lub polihistora, czyli człowieka, który wiedział wszystko. To był intelektualista, który dysponował określoną wiedzą i potrafił łączyć fakty. Mieliśmy wiele przykładów takich osób, a potem doszło do strasznej specyfikacji rozczłonkowania nauki i powstania różnych dziedzin. Dzisiaj mamy specjalistów od najdrobniejszych spraw i to jest też taka sytuacja, która sprawia, że zwykły człowiek, który się w nauce absolutnie nie orientuje, nie jest w stanie już powiedzieć, co jest prawdą, a co nie. On otrzymuje 1500 wersji rzeczywistości, jaka jest na przykład na temat Wielkiej Piramidy, ale to sobie już zostawmy. Wróćmy do Birgina. Kiedy w Polsce wyszły „Błędy nauki”, to autor nie miał jeszcze trzydziestki. On kilka lat później zostaje redaktorem magazynu poświęconego tajemnicom, który istnieje do roku 2019.
Birgin ma też na swoim koncie kilka innych książek, z tego co się dowiedziałem z sieci, bo one w Polsce oczywiście nie wyszły. Są to między innymi kryminały. Ale zmierzając do podsumowania „Błędów nauki", muszę powiedzieć coś takiego gorzkiego. Książki o zapomnianych geniuszach, naśladowcach Tesli, naukowcach kompletnie zapomnianych, starożytnych twórcach automatów na przykład, rozpalają strasznie wyobraźnię. A dlaczego? Bo pokazują, że jednak w przeszłości istnieli ludzie, którzy byli wybitnie zdolni, wyróżniali się ponad tłum, ale czasy nie pozwalały, by ich geniusz dokonał postępu w znaczeniu ogólnoludzkim. Rodzi się ktoś niezwykle inteligentny, taki Janko Muzykant na przykład, cybernetyki w wieku XVIII. I co z takim chłopem zrobić? Nic, on nam naturalnie przepadnie. I tutaj mamy problematyczną sytuację, bo o ile książka „Błędy nauki" skupia uwagę naprawdę na ważnym problemie, który od czasu jej publikacji zintensyfikował się, to jest z nią pewien problem, bo to jest dzieło bardzo krótkie.
We wstępie autor nam mówi, że kiedy on tworzył tę książkę, to uznawano podróże międzygwiezdne za niemożliwe. W sumie pod tym względem ta książka się nie zestarzała, jest tak cały czas. Natomiast pojawia się cały czas pytanie, kiedy kartkujemy czy czytamy książkę Birgina: co by się stało, gdyby ktoś nauczył się wykorzystywać taki na przykład mechanizm z antykityry i na tej podstawie zbudował w starożytności analogowy kalkulator? Czy dzisiaj byśmy latali na Saturna? I Birgin nam się każe nad takimi rzeczami zastanowić. Czy gdyby ludzkość rozpoczęła szybszy rozwój, to dzisiaj byśmy byli nie wiadomo gdzie. I tu odpowiedź, Marku, nie jest taka prosta jednak, bo wielkie wynalazki często występują samotnie jako rozbłysk geniuszu gdzieś tam. Natomiast one wymagają też otoczenia. One wymagają innych wynalazków, na przykład elektryczności i tak dalej. To się tyczy wielu innych spraw, ale przejdźmy do książki już w zupełności.
I kiedy ja sięgałem po tę książkę, pamiętam pierwszy raz, to miałem przekonanie, że będę dowiadywał się czegoś na temat ludzi takich jak Tesla, że będę czytał o wynalazcach, o geniuszach, o których nikt nie pamięta. Niestety nie jest tak do końca, bo książka Birgina poświęcona jest w zasadzie naukowcom zupełnie znanym i powinna nosić podtytuł: perypetie wielkich umysłów. Ona wcale nie jest taka tajemnicza. Ona nam pokazuje blokady, natomiast za mało w tym wszystkim jest czegoś takiego jak mówiliśmy cały czas, że są ludzie, którzy wyrastają ponad swoją epokę i mogą zrobić coś naprawdę wielkiego. Tutaj nam się niestety Birgin koncentruje na perypetiach ludzi, którzy dali na przykład nazwy wielkim markom.
[01:59:56] - Wiesz co, Piotrze, ja nie widzę błędu metodologicznego, jeśli chodzi o Birgina. Otóż on, przywołując sławne nazwiska, Wegenera chociażby od wędrówki kontynentów, ale tam gdzieś w pewnym momencie pada nazwisko człowieka od silnika, Benza bodajże. Chodzi o to, że z tej książki dla mnie wynika, że nauka, gdyby trzymała się swoich założeń, czyli dyskusji, a nie arogancji, to postęp naukowy byłby szybszy. Bo gdyby naprawdę dyskutowano, walczono, tu cudzysłów oczywiście ogromny, na argumenty, starano się zbijać te argumenty, posługiwano się pewną racjonalnością, do której uważam nauka jest zobowiązana, to wówczas postęp naukowy byłby szybszy. Tymczasem autor pokazuje, że nauka od bardzo, bardzo dawna, ja tu mam perspektywę XIX, XX-wieczną, tkwi w nieustannym bagnie sporów ambicjonalnych. Czyli stary profesor mówi: „Nie, nie, nu, nu, nu. Ty, młody człowieku, nie znasz się i twoje idee są głupie dlatego, że jesteś młody". A autor pokazuje, że bardzo często właśnie ci młodzi mają rację, tylko później ich życie jest trawione, tak bardzo ogólnie to ujmę, jest trawione na tym, że zamiast wymyślać kolejne wielkie idee, oni walczą do późnej starości, żeby udowodnić, że to, co wymyślili, będąc dwudziestolatkami na przykład, to jest prawda. Ponieważ kłody pod nogi rzucają im starzy wyjadacze, którzy już z niejednego pieca chleb jedli i w związku z tym wiedzą lepiej. I to jest dla mnie istota, czy powiedzmy duża wartość tej książki, która pokazuje, że nauka i tu wszyscy naukowcy się na mnie obrażą albo nawet zaczną pisać listy protestacyjne, zapraszam, ale przynajmniej część nauki jest zjawiskiem patologicznym.
I nie boję się tego słowa, bo będąc jednak zwolennikiem nauki, człowiekiem, który z wypiekami na twarzy śledzi jej dokonania, nie mogę pozbyć się wrażenia, że w nauce panuje system feudalny, w którym są możnowładcy, starzy profesorowie, którzy rozdają różnego rodzaju przywileje tym młodszym. Tymczasem bardzo często jest tak, że to ci młodsi, którzy nie rozdają przywilejów, są tak naprawdę motorem nauki i źródłem jej parcia ku odkryciom, ku poznaniu świata. Bo ten stary profesor i naprawdę nie przemawia przeze mnie jakiś ageism, ale po prostu starzy profesorowie są wygodni, oni już przecież wszystko wiedzą i jakiś przychodzi chłystek i im coś mówi, że jest inaczej. Tu mamy u Birgina chociażby historię teorii czym jest światło, jaka jest natura światła, czy falowa, czy korpuskularna. I tam jest ten spór pokazany i ustalenie pewnego konsensusu, który ostatecznie nie do końca okazał się konsensusem. I tak dalej. Dla mnie ta książka jest jednak w jakimś stopniu przybijająca i pokazująca, że nauka nie podąża dobrą ścieżką. A w kontekście tych wszystkich naszych ulubionych tematów, takich z pogranicza, ta książka jest szczególnie istotna. Otóż nauka, świat nauki nie przyjmuje nowych idei, chociażby związanych z tym, że UFO w ogóle na przykład może istnieć albo nie istnieć. Jeżeli ktoś podchodzi do tego zagadnienia, traktujmy UFO jako przykład, że to nie istnieje, ponieważ to głupie jest i w ogóle kto poważny rozmawia o UFO?
Nikt poważny nie rozmawia o UFO. Świat naukowy się tym nie zajmuje. To tego rodzaju postawa jest, wybaczcie państwo, ale po prostu nienaukowa. Bo skoro jest jakiś problem, nawet jeśli on byłby wyssany z palca, to udowodnijmy, że on jest wyssany z palca i on nie istnieje, nie ma racji bytu. Nie, ale po co? Przecież wystarczy powiedzieć, że to bzdury są. Ja jestem profesorem i ja mówię, że to są bzdury. To jest mniej więcej ten stan, który w książce Birgina jest wielokrotnie opisany. Nie dotyczy oczywiście UFO, dotyczy innych zagadnień naukowych, ale to jest dokładnie ten sam rodzaj podejścia. I dla mnie to nie jest budujące.
[02:05:36] - Tak, ale musimy sobie zdawać sprawę z tego, że w czasach, kiedy Birgin tworzył, to jeszcze mit nauki jako czegoś, co popycha ludzkość do przodu, był bardziej żywy. Dzisiaj to już nie mamy wątpliwości, że tam, gdzie są pieniądze, dolary, gdzie jest forsa, to nauka robi swoje. Są naukowcy czynownicy, tacy, którzy się spełniają, że tak powiem, w dokonywaniu rzeczy, jakie są opłacalne. I są naukowcy, którzy działają na polach, które są zupełnie nierokujące, bo nie ma z nich pieniędzy. To jest na przykład historia, Marku. Nikt nie będzie łożył ogromnych sum na to, żeby ta prawda historyczna wyszła na jaw, dlatego, że nie ma z tego zysków. Dzisiaj nauka się orientuje na zysk i to jest coś, co w książce Birgina jest tak słabo zamarkowane jednak. Ja mam ogólnie takie wrażenie, że ta książka to nie jest coś, na co macie nadzieję po tytule, po przeczytaniu tytułu. To jest takie popularnonaukowe czytadło. Myślę, że już nie na nasze czasy, ale idealnie obrazujące tamte czasy, końcówkę lat 90.
I to jest ważne, co teraz powiem, myślę, nie wiem, czy się Marku ze mną zgodzisz, bo koniec lat 90. to jest troszeczkę już zmierzch takiej literatury z kręgu tajemnic. Zresztą wielu pozycji z innych dziedzin również i powoli wkraczały do naszego kraju wtedy wielkie stacje dokumentalne, ale przede wszystkim wkraczał internet. I to był ostatni śpiew, łabędzi śpiew literatury, która wkrótce stała się internetem tak naprawdę. Czyli te proste zdania, niewyszukany język, treści dla wszystkich. Proste treści stały się blogosferą, stały się wypełniaczami stron www i chyba nam to już zniknęło. Takie książki jak ta Birgina są dzisiaj trudno dostępne, bo one by się nie przebiły. To jest publicystyka, która nam dzisiaj gości na blogach, na internecie
[02:08:06] - Czy dobrze? Moim zdaniem tak, bo szczerze mówiąc, nie to, że ze mnie wychodzi jakiś dziaders w tym momencie, ale wydaje mi się, że po prostu Bürgina zakupiono razem w pakiecie z innymi autorami z Niemiec i on tutaj nam wychodził jak jakiś koryfeusz, jako jakiś znawca nie wiadomo czego, a chłopak miał tak naprawdę dwadzieścia kilka lat. O tym chyba nikt albo przynajmniej mało który z czytelników wiedział. Ale Piotrze, moim zdaniem jest tak, że owszem, autor powołuje się na historię nauki i pewne nadużycia, które się pojawiały w tejże historii. Ale te przykłady doskonale pokazują, jak ten mechanizm funkcjonuje. Co więcej, nie wydarzyło się w świecie naukowym nic, co spowodowałoby zmianę postaw. Nic się nie zmieniło. Naprawdę. Kiedy całkiem niedawno na kanale Wehikuł Wyobraźni miałem audycję między innymi o wielkim wymieraniu dinozaurów spowodowanym prawdopodobnie uderzeniem dużego ciała niebieskiego w ziemię gdzieś tam w okolicach Ameryki Środkowej, Jukatan, te okolice. Ale rzecz została odkryta jak odkryta.
Zaczęła być dyskutowana w latach 80. tak na poważnie, ponieważ wtedy firma petrochemiczna dokonująca odwiertów zebrała tyle materiału, że okazało się, że rzeczywiście gdzieś tam krater się pojawia uderzeniowy. Ale ja znam jeszcze jedną historię związaną z tym wydarzeniem. Otóż pewna pani zajmująca się geologią, badaniem tychże spraw, kiedy zaczęła potwierdzać, że ten krater rzeczywiście tam jest, a była połowa lat 80., to wtedy jeszcze takie nieoczywiste było wcale, że to tak było, że to tam walnęło i dinozaury wyginęły. Zupełnie inny świat, proszę państwa. Pani dosyć tak, po pierwsze wyciągała wnioski na podstawie swoich badań i później wspominała, widziałem film na ten temat, kiedy powiedziała też tak przez ogródki troszeczkę, że ponieważ wnioski, które wyciągała na podstawie badań nie do końca zgadzały się z tym, co głosił mainstream naukowy, to pani została po prostu wyślizgana z tego mainstreamu. W ogóle straciła posadę naukową i musiała się zająć w życiu czymś zupełnie innym niż nauka, ponieważ ktoś tam doszedł do wniosku, że to, co ona głosi, to się nie zgadza, niekoniecznie i w ogóle. I znowu tutaj dochodzimy do absurdu, i to jest dla mnie w ogóle dołujące, kiedy to tak naprawdę firmy zajmujące się eksploracją terenu, czyli po prostu odwiertami, firmy, które geologię traktują jako coś bardzo użytecznego, to te firmy potwierdziły, że jest krater, jakie ma wymiary, gdzie się znajduje, o co w tym wszystkim chodzi. Bo świat naukowy nie chciał widzieć tego krateru. Krater ogromny, kilkusetkilometrowy, ale świat nauki nie chciał go dostrzec, bo to nie pasowało z jakichś względów do czegoś tam.
Nie chcę wchodzić w szczegóły. To jest obraz nauki, który jest zaprzeczeniem nauki i jeśli bym szukał wartości w książce, tu takich historii nie ma aż tak rozbudowanych, ale Bürgin pokazuje, że naukowcy, ci właśnie ze świeżymi ideami, z mówieniem przeciw przyjętym zasadom, oni zawsze mają pod górkę, a to nie tak powinno wyglądać. Nauka miała być czymś zupełnie innym. Kiedy wykuwano jej założenia, sposoby działania, jak to ma funkcjonować, to nikt nie myślał o tym, że przybierze to charakter feudalny. Czyli są ci, co wiedzą lepiej i młodzi wyrobnicy. To głupie jest po prostu. I to bardzo dobrze w książce Bürgina widać. I znowu obojętnie czy on był młody, to nawet potwierdza pewną sytuację, o której mówimy. To ludzie młodzi mają szalone pomysły, podkreślam szalone, bardzo często nieuzasadnione i być może czasami głupie. Ale jeśli ci młodzi ludzie znajdują na te swoje idee jakieś potwierdzenia, jakieś dowody, potrafią wykazać to w sposób naukowy, czyli taki poparty dowodami, to nie można ich eliminować tylko z tego względu, że mają niższy tytuł naukowy albo z tego względu, że są młodzi, bo to nic tak naprawdę nie znaczy.
Nic. I ten mechanizm ta książka wtedy młodego człowieka jednak obnaża. Ta książka pokazuje, że nauka jest chora i ja mam wrażenie, że ona jest chora do dzisiaj. I chyba tyle.
[02:14:11] - Tak, na pewno chora jest. To znaczy to się nam wszystko w pewnym momencie za bardzo rozjechało i dlatego omawiamy tę książkę, by ukazać wam ten problem. Natomiast sama książka arcydziełem nie jest, nie oszukujmy się. Natomiast ona się ukazała w latach 90., w momencie, kiedy chyba nie było tak modne kontestowanie scjentyzmu, nauki. Chyba było brane za coś w rodzaju wręcz oszołomstwa wtedy. Natomiast nie wiem, czy dzisiaj taka publicystyka Bergin by się utrzymała, obroniła jako dzieło literackie wydawane w papierze. Jeżeli mam być szczery, to ci powiem, że nawet ktoś, kto nie jest pisarzem profesjonalnym, może tworzyć w sieci lepsze treści od tego, co proponuje Bergin. Taka mała łyżeczka smalcu na koniec odnośnie tej sprawy, bo myślę, że tak: tutaj mamy pewną dwubiegunowość w tej sprawie. Chodzi o to, że on dotyka bardzo ważnego tematu, natomiast robi to w sposób, który nie jest idealny. To nie jest książka, z której się dowiecie tego, gdzie tkwią błędy nauki, gdzie tkwi błędne myślenie scjentystów i dlaczego wszyscy, którzy biorą tę narrację na serio i próbują różnego rodzaju dyskusji, walki są w błędzie.
Nie, wydaje mi się, że to jest malutki kroczek, to jest cegiełka. Sama książeczka też jest dość niewielkich rozmiarów, ale daje do myślenia. Także mój wniosek jest taki, że to jednak nie jest nic wielkiego, ale porusza ważny temat. Niestety rzeczywistości, w jakiej funkcjonujemy i która to rzeczywistość staje się coraz bardziej widoczna, bo ta nauka przestała być po prostu tym, czym ma być z natury. Dzisiaj nauka się koncentruje na zysku i to jest chyba najgorsze w tym wszystkim. I co ciekawe, to jest też element politycznej poprawności, bo zauważ Marku, że nawet jeżeli tam, gdzie ta polityczna poprawność wchodzi na inne tematy, to się starają zwalczać. Natomiast ludzie cały czas wierzą w tę świętość nauki, w jej nieomylność, w jej kierowanie się jedynie dobrem ludzkości i tak dalej. Ja myślę, że tutaj trzeba zmienić priorytety. To znaczy nauka staje się rzemiosłem, mówiąc szczerze i tak powinna być widziana w wieku XXI. Według mnie to jest herezja, ale w pełni świadoma.
[02:17:20] - Kluczowe słowo Piotrze, którego użyłeś: ludzie wierzą. W naukę naprawdę nie trzeba wierzyć. Naukę trzeba uprawiać, nauką trzeba się posługiwać. I to jest racja. Nie będę się kłócił, a nawet przyznam ci rację Piotrze, że forma tej książki porywająca może nie jest, ale taka mnie myśl naszła, że owszem, może to nie jest forma porywająca, ale jednak pokazuje mechanizmy. Mówisz o tym, że dzisiaj tego rodzaju publicystykę można uprawiać w internecie do woli. Ale problem polega na tym, że taka publicystyka nie jest uprawiana w internecie, bo w internecie najczęściej czytamy różnego rodzaju elaboraty, w co ktoś wierzy albo nie wierzy. A mnie to, mówiąc szczerze, nie do końca interesuje, w co wierzy pan A, pan B i pan C. W ogóle mnie nie interesuje. Mnie interesowałoby pokazanie, dlaczego pewne zagadnienia można uważać za wątpliwe, nieudowodnione albo wymagające dalszych badań.
Dlaczego coś jest metodologicznie niedopracowane i tak dalej. Takiej publicystyki w internecie jest bardzo mało. Powtarzam, najczęściej są to spory: ja wierzę w to, a ty wierzysz w tamto, a to naprawdę nie o to chodzi, w co wierzymy. Bardzo często jest tak, że sprawa naszej wiary to są rzeczy niewchodzące i to nawet nie tej wiary odnoszącej się do religii, tylko jakichś naszych przekonań głębokich. To są sprawy, które mogłyby nawet zahaczać o naukę tylko pod warunkiem, żebyśmy się w kierunku tej nauki skierowali, a nie twierdzili: ja tak wierzę, że tak jest, bo w takim razie tak jest. Nie, to nie jest nauka. W ogóle to jest takie twierdzenie czy też stwierdzenie wewnętrznie sprzeczne. Wierzyć w naukę. Powtarzam: w naukę nie trzeba wierzyć. Nauką trzeba się zajmować w sposób praktyczny.
Trzeba ją uprawiać. Trzeba stosować zasady, które nauka sama sobie wyznaczyła, a nie kierować się systemem feudalnym, o którym wspomniałem. I wtedy z nauką będzie wszystko w porządku. Ale nie jest w porządku.
[02:20:14] - Ja myślę, że doszliśmy do czasów, kiedy nauka powinna się rozdzielić na część, która będzie służyła przemysłowi, na część, która będzie służyła postępowi oraz na część, która będzie niedofinansowana, bo tak naprawdę będzie interesowała tylko intelektualistów. To jest brutalna prawda, niestety. I teraz zagadka: która część i która grupa naukowców będzie dysponowała największą pulą? Nie muszę odpowiadać. Podsumowując, Marku, już tak absolutnie to powiem, że książka Bergina czy ona się zestarzała? Nie, zestarzeć się nie zestarzała, natomiast rzeczywistość dopisała do niej nowe rozdziały. Nowe rozdziały, które niestety są dużo bardziej pesymistyczne w swoim wydźwięku. I tak chyba to zostawmy. Ja myślę, że on znalazł i jeszcze znajdzie w przyszłości wielu kontynuatorów, dlatego że proces ewolucji nauki i jej służalczości wobec systemu, wobec kapitalizmu jeszcze się nie dokonał. My jesteśmy dopiero na samym początku.
A jakie będą tego efekty? Zobaczymy. Mnie tylko przeraża, Marku, znaczy czy mnie przeraża? Nie wiem, czy mnie przeraża. Jestem głęboko zaniepokojony tym, jak nauka zareaguje na problem, jakim jest sztuczna inteligencja, szczególnie silna sztuczna inteligencja i to, w jaki sposób się ona przełoży na funkcjonowanie naszych systemów gospodarczych, społecznych i tak dalej. I to będzie chyba dla nauki wielki test.
[02:22:16] - Zastanawia mnie, proszę państwa, fenomen. Chciałoby się dodać swoisty fenomen. Nie, to nie jest swoisty. Ten fenomen, który wiąże się z audycją Bez Tajemnic. Okazuje się, że może to jest to, że w końcu działamy na falach radia internetowego, bo internetowego, ale jednak niech to będą fale na falach Radia Paranormalium, a cykl Bez Tajemnic mówi o spirytyzmie. Zapraszam państwa na kolejny odcinek. Tytuł: Reinkarnacja w Dniu Świstaka. Świetny film swoją drogą.
[02:23:12] - Dzień dobry. Chciałbym dzisiaj porozmawiać troszeczkę o reinkarnacji, ale żeby nie było nudno, zrobię to na przykładzie filmu Dzień Świstaka z 1993 roku w reżyserii Harolda Ramisa. Tak więc dokonam analizy tego filmu przez pryzmat spirytyzmu i tematu, który dzisiaj poruszamy. Zanim przejdę do szczegółowej analizy, chciałbym tylko powiedzieć, że to jest jeden z moich ulubionych filmów i mam nadzieję, że uda mi się wykazać, że ten film dogłębnie pokazuje naturę człowieka. Wszystkim tym, którzy już widzieli ten film, łatwiej będzie zrozumieć to, o czym mówię. Dla pozostałych postaram się być klarowny albo najlepiej będzie, jeżeli dam wam troszeczkę czasu, abyście zatrzymali ten materiał, obejrzeli film i dopiero później wrócili do mojej analizy. Więc zostawiam wam parę sekund na zatrzymanie filmu. W roli głównej Bill Murray, jeden z pogromców duchów. Film został wyreżyserowany, jak już powiedziałem, przez Harolda Ramisa, innego pogromcę duchów. Myślę, że wszyscy moi widzowie wiedzą, o co chodzi, więc nie będę wyjaśniał.
Akcja filmu odbywa się w Punxsutawney w stanie Pensylwania w Stanach Zjednoczonych. Na ekranie możemy zobaczyć święto Dzień Świstaka, które obchodzone jest 2 lutego. Tego dnia z norki wyciąga się świstaka, który przepowiada, jak długo będzie trwała zima. Phil, protagonista jest prezenterem telewizyjnym, który przyjechał do Punxsutawney na realizację materiału z wydarzenia i wpada w jakąś pętlę czasową i jako jedyny ciągle przeżywa ten sam dzień w kółko, na nowo. Nikt inny nie zdaje sobie z tego sprawy. On może jedynie swoich kolegów o tym poinformować, może im opowiedzieć, ale wszyscy patrzą na niego jak na wariata.
[02:25:05] - Nie zmyślam. Proszę o pomoc.
[02:25:09] - Co mam zrobić?
[02:25:10] - Nie wiem. To ty jesteś producentką. Wymyśl coś.
[02:25:14] - I tyle w roli wstępu. I teraz co się dzieje? Główny bohater na samym początku zorientował się, że coś jest nie tak. Zaczął się zastanawiać, zaczął kombinować. Ciągle widzi te same postacie, ciągle przeżywa te same sytuacje. Każdego dnia Dzień Świstaka resetuje się od 6:00 nad ranem i od tego momentu wszystko zaczyna się od nowa. W filmie Dzień Świstaka jest przedstawiony 34 razy, ale należy podejrzewać, że główny bohater utknął w 2 lutego przynajmniej na kilka długich miesięcy, jeśli nie kilkanaście lub nawet kilka lat. Może wynikać to z jego wypowiedzi, a także z akcji filmu, ponieważ na przykład opanowanie umiejętności gry na fortepianie od zera do poziomu, który zaprezentował bohater w trakcie balu już pod koniec filmu wskazuje na to, że jednak poświęcił on bardzo dużo czasu na naukę gry. I teraz co do tego ma reinkarnacja? Według mnie każdy dzień zaprezentowany w tym filmie to jest tak jakby osobny żywot.
Rodzi się o szóstej nad ranem i umiera o szóstej nad ranem, a życie duszy to jest tak jakby szereg tych reinkarnacji od początku filmu do samego końca filmu. Phil na początku jest zadufanym w sobie prezenterem telewizyjnym, który uważa się za gwiazdę. Nie za bardzo interesuje się swoimi kolegami i tym, kim są, tym, co robią. Koleżanką z pracy się zainteresował z oczywistych względów. Piękna kobieta, wiadomo. I teraz, w momencie, kiedy Phil zorientował się, że przeżywa ten sam dzień po raz kolejny, zaczął się zastanawiać. Dezorientacja. Nie za bardzo wie, co się dzieje. Dlaczego.
[02:27:26] - Miała pani déjà vu? Zapytam w kuchni.
[02:27:30] - W przypadku spirytyzmu ten stan można by porównać do stanu młodej duszy, która dopiero zaczyna swój duchowy żywot i dopiero Bóg, tudzież zaprzyjaźnione duchy muszą dopiero wskazać tej duszy odpowiednią drogę.
[02:27:43] - Wyjeżdża pan dzisiaj? Możliwość wyjazdu wynosi osiemdziesiąt procent. Siedemdziesiąt pięć do osiemdziesięciu.
[02:27:55] - Wraz z rozwojem akcji duch próbuje wydostać się z tej sytuacji.
[02:27:59] - Zaćgała mnie. Zastrzelono, otruto, zamrożono, powieszono i spalono. Naprawdę? Co rano budzę się bez rys i wgniecen w zderzaku.
[02:28:11] - Phil wielokrotnie popełnił samobójstwo. Zabijał się na różne sposoby i za każdym razem doprowadzał do ponownego zresetowania się drugiego lutego i ponownego przebudzenia się w tym samym łóżku. Tak samo jak wcześniej i tak samo jak wielokrotnie później. Tego rodzaju rzeczy znajdujemy w literaturze spirytystycznej, gdzie człowiek umyślnie przedwcześnie kończy swój żywot, a tak naprawdę nic to dla niego nie zmienia, ponieważ w kolejnej inkarnacji znowu jest skazany na podobne problemy i musi się z nimi zmierzyć.
[02:28:45] - Jestem nieśmiertelny.
[02:28:48] - Odnośnie jego egoizmu jest nawet taki fajny moment. Tutaj proszę zwrócić uwagę, gdy przechodzi koło tego bezdomnego. On koło tego bezdomnego przechodzi codziennie i wykonuje taki zabawny gest, jakby sięgał po pieniądze, żeby coś mu już tam wyrzucić. Widać po minie tego bezdomnego, że już się tam szykuje, już wyciąga rękę, że „a fajnie coś dostanę”. Ale to jednak nic. Nic. Ale w którymś momencie Phil postanawia zainteresować się tym bezdomnym i okazuje się, że drugi lutego jest ostatnim dniem życia tego człowieka. Phil, gwiazda telewizyjna, do tego stopnia przejął się losem tego człowieka, że przez kilka kolejnych dni zajmował się tylko nim, aby umilić mu właśnie te ostatnie chwile życia, ponieważ i tak wiedział, że nie ma na to wpływu. Po prostu nie mógł tego człowieka uratować.
[02:29:36] - Trudno się jest z dna. Proszę. Thank you.
[02:29:46] - I to jest też taki fajny element, który daje do myślenia, który pokazuje, że nasza rola nie zawsze polega na tym, aby coś zmienić. Czasami jesteśmy tutaj tylko po to, aby się do kogoś uśmiechnąć, aby wykonać do kogoś jakiś przyjazny gest. Nawet jeżeli teoretycznie nie ma to jakiegoś większego znaczenia, okazuje się, że w praktyce może to mieć bardzo głęboki sens. Podobnie sprawy się mają w przypadku także innych osób, które spotyka Phil. Na początku jest w stosunku do tych osób egoistyczny. Myśli tylko o sobie. Agresywny. W końcu tam jednego człowieka wręcz pobił. A w kolejnych scenach facet zaczyna zmieniać swoje podejście. Widzi, że ten egoizm do niczego nie prowadzi i zaczyna następować w nim jakaś taka wewnętrzna duchowa odmiana.
[02:30:44] - I co się mówi? Co się mówi? Ty bachorze. Nigdy mi nie podziękowałeś. Do zobaczenia jutro. Może.
[02:30:53] - Czyli dokładnie tak samo, jak opisuje to spirytyzm. Duch, który reinkarnuje się wielokrotnie, rozwija się intelektualnie i moralnie. Ten rozwój moralny jest widoczny prawie od samego początku filmu. Rozwój intelektualny nadchodzi dopiero troszeczkę później. Jest scena, gdzie Phil siedzi z książką. Jest scena, gdzie Phil zaczyna uczyć się grać na fortepianie, a także scena, która w filmie jest bardzo wzruszająca dla wszystkich. Kiedy Phil występuje po raz kolejny przed kamerą, po raz kolejny dzierży mikrofon i daje popis swojej elokwencji, erudycji i wiedzy. Wszyscy dookoła są zachwyceni, podczas gdy pierwsze spotkania Phila ze świstakiem przed kamerą są wręcz groteskowe i one tak naprawdę nijak się mają do tego wspaniałego obrazu tego świetnego dziennikarza, w który główny bohater wierzy.
[02:31:53] - Po raz kolejny cały kraj przygląda się małej wiosce w zachodniej Pensylwanii. Ta zima nigdy się nie skończy, dopóki ten świstak będzie widział swój cień.
[02:32:10] - Jest też kilka takich momentów w filmie, kiedy to Phil dochodzi do wniosku, że skoro przeżywa ciągle ten sam dzień, to też nie będzie ponosił konsekwencji swoich złych czynów. Ale tutaj właśnie pułapką było to, że musiał po raz kolejny ciągle w kółko przeżywać tę samą inkarnację. Innymi słowy, człowiek, który marnuje życie w takim sensie, że nie Nie pracuje nad sobą, nie stara się być lepszym człowiekiem. Tak naprawdę będzie musiał tę inkarnację powtórzyć. Może w trochę innych okolicznościach, może z trochę innymi ludźmi wokół siebie. Tak samo w filmie dzieje się z Philem, dopóki nie zdał sobie sprawy z tego, że te kolejne wcielenia, te kolejne dni, które zostały mu dane, może w pozytywny sposób spożytkować. Zrozumiał, że takie chwilowe kombinowania, jak tu zrobić, żeby się zabawić nawet kosztem innych. Tutaj jakaś panienka, tam jakaś panienka. Nawet kogoś okradł. Przecież wiadomo, że ci ludzie, których okradł w tej ciężarówce, ponieśli jakieś konsekwencje.
Wiadomo, że to się później zresetowało dla Phila, z punktu widzenia Phila i mógł on na nowo próbować coś robić. Co jest też charakterystyczne to to, że główny bohater każdego 2 lutego spotyka te same osoby. Tutaj mamy taką analogię do naszego życia duchowego. Dusze, które się reinkarnują, odbywają swoje kolejne żywoty w mniej więcej podobnym otoczeniu duchowym. Czyli w jednym wcieleniu jakiś duch może być naszym rodzicem, a w kolejnym wcieleniu może być naszym dzieckiem albo kuzynem, albo przyjacielem, albo kimś innym bliskim, kto nam pomaga. Albo po prostu może być duchem w świecie duchowym, który jest naszym duchem zaprzyjaźnionym, który nam pomaga, który nam coś podszeptuje, który w jakiś sposób nas prowadzi. Nie ograniczajmy naszego myślenia jedynie do świata materialnego. Świat duchowy też ma na nas cały czas wpływ. Te osoby, które Phil spotyka każdego dnia, można porównać do osób w świecie materialnym, ale także do tych duchów w świecie duchowym. Z każdą z tych osób Phil ma jakąś relację.
Ta relacja się zmienia.
[02:34:33] - Zatrzyma pani dla mnie pokój do jutra?
[02:34:36] - W każdej scenie ta relacja jest inna.
[02:34:39] - Nie igraj ze mną pulpecie.
[02:34:41] - Zazwyczaj coraz lepsza.
[02:34:43] - Dzień dobry. Idzie pan zobaczyć świstaka? Buongiorno signore.
[02:34:47] - W końcowych scenach filmu już widzimy, że Phil bardzo się zmienił. Jest osobą bardziej pozytywną, radosną, przyjazną. Chociaż cały czas gdzieś kombinuje, żeby sobie coś ugrać. Do samego końca próbuje zdobyć tę kobietę, koleżankę, która mu się tak bardzo już na samym początku spodobała. To oznacza, że człowiek nie zmienia się tak całkowicie, że tutaj był jakiś tam, a teraz nagle jest zupełnie inny. Cały czas z wcielenia na wcielenie jesteśmy mniej więcej tymi samymi osobami, chociaż te zmiany powolutku następują. I chociaż cały czas próbował coś ugrać dla siebie, kontakt z tą kobietą, z Ritą graną przez Andie MacDowell sprawił, że stał się lepszy. Ta relacja pokazuje, w jaki sposób inni ludzie mogą mieć na nas wpływ, nawet jeżeli nam się wydaje, że to my jesteśmy górą i że to my kierujemy i kreujemy jakąś sytuację. W pewnym momencie następuje przełom. Dzień świstaka kończy się.
Następuje 3 lutego. Ten moment jest dosyć szczególny w świecie duchowym. Powiedzielibyśmy, że dusza przeszła już na tyle długą ewolucję, na tyle duże zmiany nastąpiły w jej charakterze i w jej usposobieniu, że może ona przejść do kolejnego etapu swojego egzystowania. Czyli na przykład może się wcielić w świecie mniej materialnym, w świecie bardziej uduchowionym niż nasza Ziemia. Kusi mnie, żeby ten film przeanalizować jeszcze dokładniej, ponieważ jestem tym filmem zachwycony, ale wtedy ta analiza mogłaby trwać nawet dłużej niż sam film, więc troszeczkę bez sensu. Ja na tym kończę. Mam nadzieję, że osoby, które widziały ten film po raz kolejny po niego sięgną i że jeszcze raz obejrzą ten wspaniały obraz, mając w głowie dzisiejszą analizę. Ten film naprawdę daje dużo do myślenia, jeżeli spojrzy się na niego tak, jak dzisiaj to przedstawiłem. A osoby, które tego filmu nie widziały, zachęcam po raz kolejny do oglądania i mam nadzieję, że spoiler, który tutaj dzisiaj wam wszystkim zafundowałem, nie zniechęci was. Naprawdę warto obejrzeć „Dzień świstaka”.
Świetna komedia i z punktu widzenia filozoficznego naprawdę głęboki film. Jeszcze rzecz, której do tej pory nigdy nie robiłem. Tutaj zapraszam do subskrybowania.
[02:37:35] - Czas, proszę państwa, żeby przywołać Evivę. Luiza Dobrzyńska opowie dzisiaj państwu o książce „Pokarm bogów”. Jej autorem jest absolutny klasyk fantastyki amerykańskiej. A jeśli byliby państwo zainteresowani szczegółami o tym autorze, to znowu prywata. Zapraszam państwa na kanał Wehikuł Wyobraźni. Tam wspólnie z Wojtkiem Sydeńko między innymi o tym autorze rozmawiamy. Wystarczy kliknąć Wehikuł Wyobraźni. Opowieści o książkach i autorach. Wojtek Sydeńko przy mojej nieznacznej pomocy przybliży państwu postać autora książki „Pokarm bogów”.
[02:38:58] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Nie skłamię, jeśli powiem, że moim pierwszym zetknięciem z fantastyką jako taką były opowieści Herberta Wellsa. Rodzice mieli tom jego opowiadań. Trudno powiedzieć, czy to była fantastyka, czy fantasy. Można powiedzieć, że jedno i drugie, ale zaszczepiły we mnie miłość właśnie do fantastyki. Z biegiem czasu sięgnęłam po inne pozycje Wellsa. Jedne przyjęłam lepiej, drugie gorzej. Na przykład „Wojna światów” raczej zostawiła mnie w dość depresyjnym nastroju. Podobnie zresztą jak inna jego książka „Pokarm bogów”. Dlaczego w depresyjnym?
Wells nie pisał fantastyki dla samej fantastyki. Pisał, żeby przedstawić określony problem. Po tę samą formę ekspresji sięgnął znacznie później Gene Roddenberry, tworząc pierwszą serię „Star Treka”. Jak pamiętają widzowie tego serialu, sprawy związane z podróżą kosmiczną, odkrywaniem nowych cywilizacji i tak dalej, były tylko fasadą, dekoracją dla przedstawienia jak najbardziej ziemskich problemów trapiących naszą ludzką cywilizację. O to samo też chodziło Wellsowi. Łatwiej to było jednak przedstawić ludziom w formie fantastycznej niż w formie obyczajowej. Można powiedzieć, że w czasach, kiedy Wells tworzył, ludzie łatwiej przyswajali właśnie coś takiego. „Pokarm bogów” tylko pozornie mówi o sytuacji z pogranicza fantastyki i fantasy. Bo o czymże jest ta książka? Dwóch naukowców, Bensington i Redwood prowadzi zaawansowane badania nad przyspieszaniem wzrostu zwierząt i roślin.
Odkrywają substancję, która pozwala na znaczne przyspieszenie tego procesu. Mało tego, dochodzi nie tylko do szybszego dojrzewania, ale przede wszystkim do szybszego wzrostu, do pomnażania masy w sposób niekontrolowany. Początkowo wypróbowują swoją substancję na farmie na kurczakach. Jednak sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, bo na kurczętach rzecz się nie kończy. Do pokarmu bogów, użyjmy już tej nazwy, dobierają się szczury i owady, które zaczynają zagrażać ludziom. Zwalczenie tej plagi jest czymś ogromnie trudnym. Kiedy się wydaje, że sytuacja jest opanowana, okazuje się, że sprawy zaszły już stanowczo za daleko, albowiem pokarm zaczął wpływać na ludzi. Pojawiają się rosnące w niekontrolowany sposób dzieci. Początkowo niektórzy uważają, że to nawet dobrze, ponieważ można w ten sposób wyhodować wyjątkowo silnych i przydatnych robotników. Bardzo szybko się jednak okazuje, że było to błędne rozumowanie.
Niektórzy przywódcy państw uważają olbrzymów za zagrożenie i postanawiają skierować przeciwko nim wojsko. Dochodzi do konfrontacji. Wojna nieunikniona, ale jak się zakończy? Tak jak wspomniałam wcześniej, książka Wellsa tak naprawdę traktuje o tym, jak ludzie traktują wszystko, co się od nich różni. Nawet własnych kuzynów, nawet własne dzieci, które w jakiś sposób stają się odmienne, a zwłaszcza jeżeli przewyższają swoich rodziców. Ta niezwykła chęć ściągnięcia wszystkiego do swojego poziomu, do zapanowania nad tym, co obce, doprowadza do nieszczęścia. Wells ujął w swojej książce krytykę całego podejścia społecznego, jak również na przykład kwestię niewolnictwa. W bardzo zakamuflowany sposób, ale jednak. Nie zapominajmy, że w jego czasach niewolnictwo było uważane za coś w zasadzie normalnego, że pewne ludzkie istoty po prostu nie nadają się do niczego innego, jak do bycia niewolnikiem. I nie chodzi tutaj tylko o Afrykańczyków.
Chodzi też o całą warstwę społeczną ludzi biednych, których najchętniej utrzymywano by w ciemnocie i biedzie po to, żeby pracowali dla bogatych. Krytykę takiego systemu Wells umieścił też w Wehikule czasu, gdzie Eloje są potomkami klasy posiadającej. Natomiast straszliwi Morlockowie to potomkowie robotników, którzy przez wieki, może tysiąclecia pracowali dla posiadaczy, aż w końcu doszło do nieszczęścia, bo zaczęli ich zjadać. Można powiedzieć, że w pewnym sensie Wells okazał się tutaj jasnowidzem, bo co prawda do czegoś takiego jak hodowanie Elojów na mięso jeszcze nie doszliśmy, ale wiemy dobrze, co potrafi rewolucja proletariacka. I bądźmy, że przed tym właśnie ostrzegał i w Wehikule czasu i w Pokarmie bogów, ponieważ jest w tym zawarte zawarte ostrzeżenie. Bo czymże jest tak naprawdę pokarm bogów? To wiedza. Możemy odmawiać jej ludziom, jakiejś warstwie ludzi w obawie, że nas zdominuje. Ale prędzej czy później oni i tak uzyskają nad tym kontrolę. I właśnie o to chodzi.
W dzisiejszych czasach może nas dziwić, że to jest odkrycie, ale wtedy naprawdę było. Wtedy uważano na przykład, że w zasadzie ludziom z tej najniższej warstwy, robotnikom, biedakom i za-A jest na nic. Wystarczy, jeśli umieją się podpisać. Po co im wiedzieć coś więcej? Niewolnikom w ogóle odmawiano jakiejkolwiek edukacji. Wręcz przeciwnie, próba nauczenia niewolnika czytania i pisania mogła być surowo ukarana. Oni nie mieli prawa umieć czytać, pisać, liczyć, nie mówiąc już o wiedzy bardziej zaawansowanej. Jednak tak samo jak u Wellsa, pokarm bogów rozlał się na całą ziemię i dzisiaj możemy korzystać z niego wszyscy. Nie do końca wszyscy. Wciąż bowiem miliardy ludzi nie mają dostępu do tej wiedzy.
Tak jakby wciąż trwał ten proces, w którym bogacze obawiają się, że posiadający wiedzę ludzie biedni przestaną dać się wykorzystywać. Warto to wszystko przemyśleć. Już nie mówiąc o tym, że warto przeczytać tę książkę i zastanowić się trochę nad tym, co Wells tam napisał, co w niej zawarł. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:46:00] - Z nieukrywaną satysfakcją, cieszę się po prostu, żeby już nie brnąć w takie okrągłe sformułowania. Cieszę się po prostu, że cykl „Pisząca z fiordami" przypadł państwu do gustu. A skoro przypadł, no to czas na odcinek piąty. A zatem Kamila Ciołko-Borkowska i „Pisząca z fiordami".
[02:46:34] - Dzień dobry, wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór. Dzisiejsza audycja może być nieco krótsza, ponieważ dla odmiany zajmiemy się tematem nieco odmiennym niż sam warsztat pisarza. Nad czym dzisiaj będę się zastanawiać? Ano nad rzeczą, która jest ogólnie bardzo trudna do opanowania nie tylko przez początkujących piszących, ale także przez nieco bardziej zaawansowanych. Uwierzcie mi. Dotyczy nie tylko piszących, ale ogółu społeczeństwa. Ponieważ dziś zastanawiać się będę nad tym, jak to w sumie jest z tą krytyką. Krytyką tekstów, fabuły, a też samego pisarza.
Ponieważ bardzo często jest tak, że czytelnik nie krytykuje samego tekstu, a bardzo często odnosi się ad persona do autora. No i teraz jak to jest z tą krytyką? Z krytyką jest tak, że się ją bardzo ciężko odbiera. Jako autor zetknęłam się właśnie z czymś takim. I powiem wam, że jest to ciężkie, ponieważ bardzo trudno jest spokojnie odbierać to, że ktoś niepochlebnie mówi o tym, co robimy i jak robimy. I wiecie, ciężko jest przejść nad tym do porządku dziennego. I teraz słuchajcie, jak zwykle mamy dwie strony medalu, czyli powinniśmy zastanowić się nad tym, jak krytyka powinna wyglądać, kiedy ją wygłosimy, żeby mniej bolała, że tak powiem. Chociaż zawsze będzie bolała, ponieważ nasze ego jest bardzo delikatniutkie i jeśli naszą opinią negatywną naciśniemy na to ego, to będzie bardzo mocno bolało. No i teraz ta druga strona medalu. Czyli jak tą krytykę odbierać?
Jak to powinno wyglądać? Co powinniśmy zrobić, żeby się do tej krytyki przygotować? Chociaż powiem wam, że do krytyki to się przygotować tak za bardzo nie da. Można sobie tłumaczyć, można sobie trenować w głowie jakieś tam mądre reakcje na to. Jednak kiedy już taka sytuacja będzie miała miejsce, to się będzie wszystko miało nijak do tego, jak będziemy w rzeczywistości reagować. Jednak zacznijmy może od początku. Każdy z nas miał na pewno przynajmniej raz w życiu okazję wyrazić swoją opinię na temat czegoś. W naszej audycji skupiamy się na tekstach literackich, więc akurat o tekstach literackich będziemy mówić. Wyrażając swoją opinię na temat jakiegoś tekstu literackiego, krótkiego opowiadania, powieści, eseju, poezji, czegokolwiek, musimy pamiętać, że krytyka ta, chociaż w życiu codziennym też można stosować tę radę, krytyka powinna być konstruktywna. Bardzo ważne słowo.
Czym jest konstruktywna krytyka? Otóż po pierwsze, krytyka odnosi się do konkretnego aspektu. Czyli na przykład, jeżeli mamy określić, co nam się podoba albo co nam się nie podoba w tekście, w fabule, no to krytykujemy tekst, fabułę. Czy na przykład budowa akcji jest solidna? I na tym się skupiamy. Bierzemy pod uwagę to, co faktycznie jest w tym tekście zawarte, a nie coś, co nam po prostu się przywidziało w tym momencie i co zupełnie jest niezwiązane z tematem. Ponieważ jeśli ktoś nas zapyta, co sądzimy o jego nowym opowiadaniu czy o jego nowej książce, powinniśmy skupić się właśnie na tym opowiadaniu czy na tej konkretnej książce.
[02:50:43] - Bardzo dobrym posunięciem byłoby też, gdybyśmy poza tym, że krytykujemy tą opowieść, czyli teoretycznie krytyka, czyli to, co jest negatywne. Jednak bardzo dobrym posunięciem w tym momencie jest ujęcie też tego w wypowiedzi, co nam się w danej historii podoba. Bo nie oszukujmy się, każda opowieść, każda historia ma też dobre strony. Dobra, czasem zdarzają się historie bardzo złe. Mam też kilka takich u siebie i tam nie ma dobrych stron. Jednak jeśli znajdziemy jakiś pozytyw w tej historii, w tej fabule, należy to autorowi jak najbardziej pokazać. Ponieważ uwierzcie mi, zdecydowanie łatwiej pracuje się na tekście, w którym ktoś zobaczył coś dobrego, ktoś znalazł coś pozytywnego, nad czym warto popracować. Bo jeżeli cały tekst będzie do niczego, to autor nie będzie chciał się skupić na poprawie tego tekstu. Okazywanie, przekazywanie swojej opinii, swojej krytycznej oceny danego tekstu powinno opierać się, jak już wspomniałam wcześniej, na tego, jak się odnosimy do tekstu, a nie jak się odnosimy do autora. Ponieważ to autor nie pyta o to, jak odbieramy jego osobę, tylko jak odbieramy jego tekst.
Tak więc oddzielamy. Pamiętamy, żeby oddzielić autora od jego twórczości. To bardzo istotne. Bardzo często w krytykę tekstu bawią się tak zwani beta czytelnicy. Są to wspaniali ludzie, którzy pomagają autorowi przebrnąć przez pewne zawiłości w budowaniu fabuły. Ponieważ autor zazwyczaj pisząc jakiś tekst wie, co chciał w tym tekście umieścić, niekoniecznie będzie zauważał, co faktycznie w tym tekście umieścił, jak to zrobił, ponieważ on ma lekko zafałszowany obraz swojego tekstu, przynajmniej na początku jego pisania. Później, kiedy ten tekst poleży sobie troszkę w szufladzie i autor spojrzy na niego świeższym okiem, możliwe, że zauważy te mankamenty, jednak też nie zawsze. Dlatego też bardzo ważni są beta czytelnicy. I teraz słuchajcie, beta czytelnik właśnie najczęściej wyraża krytykę, wyraża swoją opinię. Robi to najczęściej wpisując uwagi gdzieś tam z boku w tekście.
I autor bardzo często pod nosem sobie brzydkie słowa wyrzuca z siebie. Dobrze, że tego wtedy beta czytelnik nie słyszy. Jednak takie uwagi są jak najbardziej potrzebne. Autor naprawdę, uwierzcie mi, bardzo potrzebuje opinii osób z zewnątrz, żeby te określiły, co jest prawidłowe, a co nie w jego tekście. Ponieważ on jako autor, jak już wspomniałam, wie co chciał przekazać, a nie to, jak tekst odbiorą czytelnicy, którzy notabene jemu w głowie nie siedzą. Dlatego krytyka jest bardzo istotna. Jeśli natomiast wyrażamy swoją opinię, swoją krytykę odnośnie jakiegoś krótkiego tekstu, czy też dłuższego, twarzą w twarz, czy też na przykład po prostu jako taka luźna opinia, nawet przez internet. Pamiętajmy, żeby zrobić to w formie, przynajmniej moim zdaniem jest to bardzo dobra forma, tak zwanej kanapki. Czyli zaczynamy od czegoś, co jest w tekście dobre, fajne, następnie przechodzimy do tych rzeczy, które są mniej fajne, źle zbudowane, które trzeba poprawić albo, nie dajcie Panie Boże, wyrzucić z tekstu i na końcu dajemy znowu coś, co jest dobre, co jest fajne i co jest naprawdę budujące. Wtedy też autor widzi, że jego praca nie poszła zupełnie na marne i łatwiej mu przyjąć to, co jest w środku, kiedy widzi, że dookoła ma to, co jest fajne.
Co czytelnika zainspiruje, zaciekawi, co po prostu go samego jako autora podbuduje wewnętrznie. Chciałabym też powiedzieć, że odcinek ten mówi o krytyce, a nie o hejcie. W dzisiejszych czasach niektórzy często mylą te dwa pojęcia i zwykłą krytykę określają mianem hejtu, ponieważ samą krytykę ciężko jest przyjąć. Jednak hejt należy zwalczać. Należy z nim walczyć, ponieważ bezpośrednio atakuje on bardzo często autora, nie tylko jego tekst. Pomniejsza jego poczucie wartości, jego możliwości i niszczy wewnętrznie. Hejt jest czymś złym i zdecydowanie ta część naszej audycji nie traktuje o tym, jak przyjmować hejt, ponieważ nie należy zgadzać się na takie okropne traktowanie swojej osoby. To zdecydowanie. Dlatego o hejcie może zrobimy audycję taką większą kiedy indziej. Dziś skupimy się na zwykłej, takiej krytyce.
To teraz zajmiemy się drugą stroną medalu, czyli przyjmowaniem krytyki. To jest ta mniej przyjemna część, ponieważ wiadomo, autor musi krytykę w jakiś sposób przyjmować. Nie może, jak to się mówi potocznie strzelić focha, trzasnąć drzwiami. Teoretycznie może, jednak do niczego to nie doprowadzi taka reakcja. Po pierwsze, każdy tworzący artysta, tak pisarz, tak malarz, tak rzeźbiarz musi pamiętać, że krytyka odnosi się do jego dzieła, nie do jego osoby. Nigdy, ale to przenigdy nie powinniśmy odbierać krytyki ad persona. Nigdy nie powinniśmy myśleć, że dotyczy ona naszej własnej osoby. Dotyczy ona tylko tego, co stworzyliśmy. Fakt, że mamy do tego emocjonalny stosunek, do tego, co stworzyliśmy i każda krytyka będzie nas bolała. Jednak musimy pamiętać, że to nie my, a nasz twór Nasza praca, którą oddajemy w ręce czytelnika i to, co już się stanie później z naszym tworem, to jest już zupełnie niezależna od nas rzecz.
Ponieważ to, co czytelnik zrobi, jak odbierze to, co stworzyliśmy, nie zależy już zupełnie od nas i musimy o tym pamiętać, kiedy słyszymy opinie tak pochlebne, jak i niepochlebne. Musimy też jako pisarze, ja także, pamiętać o tym, że nie do wszystkich uwag musimy się odnosić. Nie każda uwaga musi znaleźć odpowiedź w tekście. Nie każda uwaga musi być brana pod rozwagę. Ponieważ jeśli uważamy, że dany fragment jest napisany dobrze, jest potrzebny w tym tekście, to nie musimy brać pod uwagę danej uwagi. Jednak tu jest też taki malutki haczyk. Jeśli dajemy tekst do przeczytania kilku osobom i te kilka osób będzie miało zastrzeżenia do tego samego fragmentu, do tej samej rzeczy, to jednak powinniśmy wtedy tą rzecz przemyśleć, nie odrzucać jej całkiem, tylko wtedy jednak wziąć ją pod rozwagę. To tylko dlatego, że mówię, że może więcej niż jedna osoba zwróciła na to uwagę i zwykły taki czytelnik, który będzie skupiał się na tekście, też może mieć z tym problemy po prostu. Dlatego warto się nad tym skupić. Dalej, słuchajcie.
Bardzo dobrym podejściem jest też takie myślenie, że jednak osoba, która wyraża krytykę, nie chce dla nas źle, nie jest zawistna i nie robi tego po prostu z czystej złośliwości. Dobrym podejściem jest wierzyć w dobre intencje osoby, która wyraża swoją opinię. Później możemy, kiedy już będziemy zastanawiać się nad tym bardziej, zrewidować tą opinię. Jednak na początek dobrze jest uwierzyć tej osobie, że jednak mówi szczerze, że mówi prawdziwie, mówi zgodnie z własnym sumieniem, z własnym wewnętrznym głosem, który mówi jej, co jest dobre, a co złe. Jak już wspominałam troszeczkę wcześniej, teraz to rozwinę. Musimy też pamiętać, że osoba, która wyraża opinię, nie jest alfą i omegą. Jej uwagi nie zawsze muszą pokrywać się z wizją tego, co piszemy, co chcemy przekazać czytelnikowi. Dlatego zawsze każdą opinię, każdą krytykę należy później dopiero, w wolnym czasie, kiedy mamy możliwość zastanowić się nad tym, przesiać przez własne sito własnych poglądów, własnych rozmyślań i własnego tekstu. Ponieważ w tym momencie to nie ja jestem najważniejsza, to nie jest ten osobnik, który wydał opinię, najważniejszy jest tekst, nad którym po prostu pracujemy i przez ten tekst jako sito, tak? Traktujemy ten tekst jako sito.
Przez ten tekst przesiewamy wszystkie opinie, wszystkie krytyczne uwagi, które dostajemy i musimy na spokojnie zerknąć, czy uwagi, które otrzymaliśmy, faktycznie poprawią ten tekst, faktycznie wniosą w ten tekst jakieś poprawę jakości, czy może w ogóle popsujemy ten tekst, kiedy będziemy próbować wprowadzić te zmiany, o których mówił nam ten ktoś. To jest najważniejsze. To ta część, która polega na myśleniu i na przyjmowaniu krytyki. Nie możemy obrazić się na osobę, która wyraziła swoją opinię, krytyczne uwagi. Nie możemy obrócić się i powiedzieć, że ty się nie znasz, bo to jest mój tekst i ja wiem, co w nim powinno być zapisane. Nie, nie powinno się tak robić. Nie powinniśmy też mówić do odbiorcy, że on się na tym tekście nie zna i on nie może wyrażać krytycznych uwag. Nie! On jest odbiorcą, on jest czytelnikiem. On ma obowiązek nawet powiedzieć, co mu w tekście nie gra.
Ma też prawo powiedzieć, co mu w tekście gra jak najbardziej. Ale w tym momencie mówimy teraz o krytyce, więc on ma prawo wyrazić swoją opinię o naszym tekście jako czytelnik. Więc my, jako autor nie możemy się na niego obrazić. Nie możemy mu powiedzieć, że on nie ma prawa, że on się nie zna, że to, co on powiedział, jest w ogóle bez sensu. Nie. Najlepiej jest przyjąć to, co powiedział. Może niekoniecznie się uśmiechać, ale powiedzieć, że dziękuję za twoją opinię. Dziękuję za twoje słowa. Przemyślę to, zastanowię się nad tym i jeśli uznam za stosowne, zastosuję te uwagi, te słowa w tekście. Jeśli nie w tym, to w następnym.
Ponieważ bardzo często jest tak, że krytyka tekstu może odnosić się także do naszych następnych utworów. Ponieważ są to bardzo często uwagi uniwersalne, pomocne bardzo przy budowaniu fabuły, przy budowaniu na przykład napięcia czy dialogów. Tak więc nie powinniśmy nigdy skreślać uwag, które przekazuje nam osoba postronna, ponieważ mogą być czymś dobrym. W pierwszej chwili mogą nas zaboleć i jednak później, kiedy zastanowimy się nad nimi w wolnym czasie, może się okazać, że są to bardzo dobre, czy nawet złote rady, które możemy odnieść do naszego całokształtu, do całego pisania. Nie tylko do danego fragmentu, do danego opowiadania czy do jednej powieści. Autor powinien dążyć do tego, żeby się rozwijać, żeby pisać coraz lepiej, żeby kształtować swój styl, żeby poprawiać jakość pisania. Dlatego wszystkie uwagi, nawet te najbardziej bolesne, powinien przemyśleć. On nie musi ich stosować. On nie musi brać twojego słowa i wpakować w swoją opowieść tak, jak mu ta osoba powiedziała, że tak powinno być. Nie.
On, jak już wcześniej wspomniałam, wszystko przesiewa. Przesiewa każdą z uwag. Każdą. Nawet najbardziej błahą, nawet najbardziej miłą. Chociaż jeżeli chodzi o krytykę, to nie wiem, czy można powiedzieć, że są to miłe uwagi krytyczne. Jednak zawsze musi o nich pomyśleć. Nie musi ich stosować, nie musi brać ich później pod rozwagę podczas pisania, jednak powinien o nich pomyśleć. A dlaczego? Ano dlatego, że w tym przypadku to on jest autorem. To on wie, w którą stronę powinna iść jego historia.
On nie powinien słuchać czytelnika i osoby postronnej, która powie mu, że ta historia powinna iść w tę i w tę stronę i on uważa, że będzie lepiej, jeśli bohater zrobi to i to. Nie. To on jest autorem, on kieruje bohaterami i on pokazuje czytelnikowi, w którą stronę historia pójdzie. Tak więc nie każdą uwagę należy stosować. Tak jak powiedziałam wcześniej, tu autor zawsze musi pamiętać o tym, że to on ma władzę, on trzyma pióro. Klawiaturę akurat, ale to on decyduje o tym, co w tekście umieści i w którą stronę pobiegnie akcja tej historii. To jednak o tym trzeba pamiętać. Zapytam dlaczego. Ano dlatego, że to jest praca autora. On wkłada w tą historię swoją pracę i każda uwaga, każda krytyczna ocena będzie miała jakiś swój wkład w to, jak będzie pracował artysta.
Dlatego też mówię, jeśli artysta, jeśli pisarz każdą uwagę będzie odbierał osobiście, będzie starał się tekst zmieniać zgodnie ze wszystkimi uwagami, które naniosą mu osoby czytające. Z tego nic nie będzie. Nic, naprawdę. Ponieważ powstanie taki chaos, powstanie taki bałagan w tym tekście, że on już nic nie będzie chciał przekazywać. On już nic po prostu nie będzie przekazywał, ponieważ artysta będzie chciał w tym tekście umieścić za dużo. Dlatego zawsze potrzebny jest ten złoty środek, taki umiar nawet we wkładaniu w tekst realizacji krytycznych uwag. Ponieważ jeśli przedobrzymy w drugą stronę, to tekst też nie będzie dobry. Dlatego ta ciężka praca autora, którą on wkłada, musi być też brana pod uwagę podczas rozmyślania o tym, ponieważ musimy pamiętać o tym, że ten tekst musi być przejrzysty, jasny, po prostu świetny i wszystkie uwagi, które będziemy realizować, muszą pomagać w tym, żeby ten tekst ulepszać. Mamy poprawić tekst i tyle. Pomimo tego, że krytykę tak ciężko się odbiera i tak bardzo boli nasze miękkie ego, musimy pamiętać, że jest ona niezbędna.
Bardzo ciężko jest napisać dobry tekst bez uwag krytycznych. Dlatego też polecam wszystkim piszącym znaleźć dobrych, sprawdzonych. Ciężko z tym, wiem, ale można. Beta czytaczy. Dobry beta czytelnik jest skarbem. Należy go zawsze ozlacać, naprawdę dbać o niego. Współpraca z dobrym beta czytelnikiem jest rewelacyjna i uwierzcie mi, wtedy nawet najbardziej ostre uwagi nie bolą tak bardzo. Jeśli ta współpraca jest przyjemna, jednym słowem. Jeśli jest gruntowna, jeśli pracujemy nad wieloma tekstami razem, to ta współpraca będzie naprawdę bardzo owocna, a autorowi będzie o wiele łatwiej. Będzie miał ten komfort.
Ponieważ tu o komfort chodzi tego pisania. I jeśli pozwolimy sobie na to, żeby mieć nawet jednego. Ja nie mówię, żeby mieć ich kilku, ale nawet jednego beta czytelnika, to komfort pisania i pracy nad tekstem. Bo tu też pisarze bardzo dużo czasu wkładają później w tą pracę nad tekstem. To komfort tej pracy nad tekstem będzie zupełnie, zdecydowanie lepszy niż jeśli miałby ten autor pracować sam, bez nikogo po prostu. Warto przyjmować uwagi. Z czasem może uodpornimy się na nie. Nie wiem, bo ja dopiero zaczynam też tą drogę. Z czasem może uodpornimy się na te uwagi krytyczne i będziemy. To jest jak ze stopami, kiedy zaczynamy chodzić po nierównych kamieniach, po nierównym terenie.
Najpierw te stopy są takie delikatne i odczuwamy każdy kamyczek. Jednak po jakimś czasie pomykania po takim terenie skóra na stopach staje się twarda i takie kamyczki nie są już bolesne. Dlatego myślę, że z czasem, kiedy będziemy pisać, kiedy będziemy wystawiać nasze prace na widok publiczny i do oceny publicznej, zdecydowanie nasze ego zrobi się twardsze i bardziej odporne na odbieranie tej krytyki, czego sobie i wam wszystkim zdecydowanie życzę. Jak już mówiłam, audycja jest krótsza niż zazwyczaj. Dziękuję za wysłuchanie moich rozważań i zapraszam za dwa tygodnie.
[03:08:32] - Nie mogłem się powstrzymać. I jeszcze jeden odcinek z cyklu Bez Tajemnic. Dlaczego się nie mogłem powstrzymać? Tytuł powie państwu wszystko. Tytuł odcinka: Opętanie erotyczne. Jeden z czytelników Gazety Spirytystycznej poprosił mnie, abym wyraził swoją opinię na temat sukkubów i inkubów. Według tradycji katolickiej sukkub jest to demon, który obiera kobiecą formę i ukazuje się w ten sposób mężczyznom podczas snu. Tak samo inkub. Jest to demon, który upodabnia się do pięknych mężczyzn i pokazuje się kobietom w trakcie snu. Nakłaniają ludzi do odbywania stosunków seksualnych bądź po prostu napełniają ich różnego rodzaju erotycznymi myślami, snami.
Nie będę odnosił się do medycznych teorii, które próbują wytłumaczyć te zjawiska. Po prostu powiem, jak to wygląda z punktu widzenia spirytyzmu. Na ten fenomen możemy spojrzeć dwojako. Z jednej strony można go tłumaczyć interwencją duchów, a z drugiej strony tworami myślowymi. Ale zanim rozwinę te dwa punkty, myślę, że ważne jest precyzować, czym jest mediumizm i w przypadku interwencji duchów, czy rzeczywiście mamy do czynienia z demonami. Bo czym jest demon? To jest pytanie podstawowe, które już rozwinąłem w innych nagraniach na YouTube. Demon według tradycji katolickiej jest to zły duch, który przybywa na Ziemię, wśród ludzi po to, aby nakłaniać ich do grzechu. Są to duchy, które są z definicji już skazane na zło. W spirytyzmie nie ma czegoś takiego jak demony.
To znaczy spirytyzm nie twierdzi, że demony nie istnieją. Tutaj mamy bardziej do czynienia z inną terminologią. W spirytyzmie mówi się o złych duchach. To są złe duchy, to są duchy ludzi, dusze ludzi, którzy żyli już kiedyś na Ziemi i to są duchy, które są po prostu złe. Tak samo jak mamy na Ziemi ludzi dobrych i złych, tak samo w zaświatach mamy duchy dobre lub złe, ale nie są to duchy, które są skazane na wieczne zło. To są duchy, które mogą nad sobą pracować i które co prawda aktualnie namawiając ludzi do czynienia zła, popełniają błędy, ale one będą musiały to odkupić. Więc to jest kwestia, od której należy wyjść. Już tutaj możemy powiedzieć, że istoty, które nazywamy sukkubami, to są duchy niskie, które są jeszcze przywiązane bardzo mocno do materii. Zanim rozwinę te dwa punkty, chcę wspomnieć kilka słów o mediumizmie, ponieważ wydaje mi się, że to jest bardzo ważne, aby wyjaśnić, który człowiek może odbierać impulsy z zaświatów od tych duchów, które sobie gdzieś tam między żywymi krążą. Każdy człowiek jest medium, ale nie każdy człowiek jest w stanie zajmować się psychografią.
U większości osób mediumizm ujawnia się podczas snu, kiedy to dusze ludzi śpiących nie potrzebują ciała i w tym momencie są bardziej otwarte na kontakty z innymi duchami gdzieś w zaświatach. Dlatego też niektóre osoby opowiadają, że na przykład przyśnił im się dziadek czy babcia świętej pamięci i ten sen był tak realistyczny, iż wydawało im się, że ta zmarła osoba jest gdzieś tu obok. Dokładnie na takiej samej zasadzie mogą odbywać się kontakty ludzi śpiących z tymi tak zwanymi demonami, które przybywają w nocy, aby napełniać ludzi różnymi erotycznymi myślami. Jeżeli uznamy, że właśnie w ten sposób to się odbywa, należałoby teraz zadać kolejne pytanie: kim są te duchy, które przybywają i dręczą ludzi w taki sposób? Ja bym tutaj powiedział krótko, że to są duchy, które są bardzo przywiązane jeszcze do materii i które przybywają do ludzi po to, żeby sobie na przykład albo z nich zakpić, pożartować, urządzić sobie z nich jakąś zabawę, aby się nimi troszeczkę pobawić. I takie duchy można by sklasyfikować w jednej umownej grupie. Inną grupą duchów niskich, które mogą chcieć bawić się w ten sposób z ludźmi czy bawić się w ten sposób ludźmi, są to duchy, które również są nisko rozwinięte, które również są bardzo przywiązane do materii i są to duchy, które wręcz pragną odczuwać te emocje erotyczne, których przecież nie mogą doznać, ponieważ nie posiadają już ciała, nie posiadają organów materialnych, które pozwoliłyby im wyżyć się seksualnie, że tak powiem. Dlatego też takie istoty będą próbowały połączyć się z żywą istotą, z żywym człowiekiem, po to, aby czerpać przyjemność seksualną. Erotyka zajmuje bardzo ważne miejsce w życiu wielu ludzi, dlatego też większość ludzi stąpających po naszej planecie jest bardzo podatna na tego rodzaju wpływy. Wpływy z zaświatów duchów, które mają podobne pragnienia.
Kolejny element, o którym wspomniałem na samym początku, to twory myślowe. Każdy człowiek swoją psychiką tworzy, jakby to powiedzieli ezoterycy w tym świecie astralnym, jakąś taką rzeczywistość, która dla duchów jest równie materialna, co dla nas przedmioty codziennego użytku. I na przykład duchy osób zmarłych są w stanie wygenerować poprzez swoje myśli swoją własną rzeczywistość, która będzie dla nich bardzo realna. I tak samo jedne duchy mogą zaglądać w twory myślowe innych duchów i te twory myślowe jednych i drugich duchów mogą się w jakiś sposób łączyć i tworzyć jeden szeroki obraz. Więc gdybyśmy wzięli na przykład grupę 10 duchów, gdzie każdy wymyśli sobie swoją własną rzeczywistość, te duchy wzajemnie mogą w te twory myślowe, w tę rzeczywistość przenikać, mogą zaglądać, mogą w tym uczestniczyć. Tak więc teoretycznie duch takiej osoby, która śpi w trakcie snu, może uwolnić się z ciała i zajrzeć do takiego tworu myślowego może uczestniczyć w tym tworze myślowym. Jeżeli na ten twór myślowy składają się różnego rodzaju fantazje erotyczne, to osoba, która śpi, ale której duch wziął w tym udział, po przebudzeniu się może mieć jakieś wspomnienia. Równocześnie w takich tworach myślowych mogą pojawić się inne prawdziwe duchy, które nie są przez nikogo wymyślone i one także mogą brać udział w tych fantazjach erotycznych, jeżeli tylko mają na to ochotę. Nie chcę tutaj teraz za bardzo wnikać w szczegóły. Myślę, że każdy jest w stanie wyobrazić sobie, co takie erotyczne twory myślowe mogą w sobie zawierać.
Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę, że psychika duchów w zasadzie niczym się nie różni od psychiki człowieka. I zanim zakończę temat, chciałbym jeszcze wspomnieć o tworach myślowych, które zostały stworzone przez ducha śpiącego człowieka. Jeżeli jakaś osoba żyje fantazjami erotycznymi, jego duch może być w stanie wykreować sobie taką swoją własną rzeczywistość i w tej rzeczywistości na czas tego snu może się w jakiś sposób zanurzyć. Ale w tym przypadku nie możemy już mówić o interwencji złych duchów, o wpływie złych duchów, ponieważ to właśnie duch człowieka, który śpi, jest autorem danych fantazji danego snu. I teraz już naprawdę na sam koniec, jeżeli są osoby, które zastanawiają się, czy można takie duchy wywołać czy przywołać po to, aby w nocy przeżyć jakieś fantazje erotyczne, chciałbym tylko powiedzieć, że przywoływanie jakichkolwiek duchów niskich może się wiązać z zagrożeniem, więc lepiej tego unikać. Lepiej jest powstrzymać się od jakiejś, że tak się wyrażę, taniej rozrywki, niż ryzykować swoim zdrowiem, przede wszystkim psychicznym. Opętania nie są rzadkością, nawet jeżeli na co dzień się o tym nie mówi. Po co na siłę sprowadzać sobie jakieś nieprzyjemności? Tak więc mam nadzieję, że moja wypowiedź była wystarczająco wyczerpująca i jeżeli macie państwo jakieś kolejne pytania, zapraszam do kontaktowania się ze mną wszelkimi możliwymi sposobami, najlepiej przez Facebook. Dziękuję bardzo za uwagę.
[03:18:16] - Na szczęście jeszcze algorytm YouTube'a erotyką, przynajmniej na tym poziomie, nie zajmuje się tak bardzo, jak mógłby się zajmować. Zresztą może wszystko przed nami. Nie wiadomo, w którą stronę pożeglują algorytmy, ale na razie jeszcze słowo erotyczne, erotyzm nie jest nacenzurowane. Na razie. Wszystko przed nami, a YouTube ma to do siebie, że pierdzieli, że coś było 10 lat temu albo pięć, albo rok. Jak coś staje się niepoprawne, tniemy wszystko do imentu, ile się da, więc nie wiadomo, czy w przyszłości z tego powodu ten odcinek, z powodu użycia słowa erotyczne nie zostanie zdjęty, wycięty, zniszczony, zapomniany, wrzucony do grobowca pamięci. Nie wiem tego. Miejmy nadzieję, że aż tak głupota nie postąpi, ale nic się wykluczyć nie da. Dobrze, jedźmy dalej. Czas na taki sztandarowy punkt programu: Alchemia Tworzenia.
Alchemia Tworzenia i Katarzyna Prychacz. A to dłuższy cykl, bo ostatnie dwie audycje „Bibliotekarium 2.0” były pod znakiem grzybków i fermentów. Części pierwszej, drugiej i trzeciej. Oczywiste jest, że dzisiaj część czwarta. Serdecznie zapraszam.
[03:19:50] - Wieczorne uszanowanko, drodzy słuchacze. Z tej strony Katarzyna Prychacz. No i co teraz będzie? Wiadomo co teraz będzie, dlatego zapraszam na mój magiczny dżingiel. Alchemia tworzenia. Witam was serdecznie w 19. odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem „Alchemia tworzenia”. Jest to podcast, jak zawsze podkreślam na samym początku, dotyczący wymyślania, o wymyślaniu, związany z wymyślaniem. Pierwotne plany były inne, ale wyszło, jak wyszło i myślę, że wcale źle nie wyszło. Słuchajcie, jest fajnie.
Kto wie, ten wie. Kto nie wie, ten się właśnie teraz dowie, że aktualnie kontynuujemy serię odcinków, bo zwykle mechanika tego podcastu jest taka, że jeden odcinek, jedna historia. Natomiast od paru odcinków kontynuujemy kreatywne śledztwo. Został zamordowany alchemik Bimbrownik. Wszystko wskazuje na to, że nie on jedyny został zamordowany w tak bestialski sposób czy właściwie padł ofiarą jakiegoś, można by pomyśleć, psychopaty czy seryjnego mordercy. Natomiast wszystko wskazuje na to, że jest to po prostu seryjny zabójca. Jest to zabójca na wynajem, wynajęty przez nie wiemy dokładnie kogo, ale najprawdopodobniej jakąś globalną korporację. Tutaj wjechaliśmy na grubo w takie tematy Nasz alchemik czarował sobie tutaj. Nie czarował. To nie był czarodziej.
To był alchemik, bimbrownik, więc pędził różnej maści eliksiry. I to były eliksiry funkcjonalne, jak na przykład w „Wiedźminie” czy w ogóle w grach komputerowych często coś takiego się zdarza. Nie tylko w „Wiedźminie”, w książkach, grach i tak dalej. Ale chodzi o to, że nasz alchemik wierzył w potencjał ludzkiego ciała i w to, że wystarczy czasami wesprzeć je matką naturą czy ewentualnie jakimś obrzędem związanym z zażywaniem danego eliksiru, żeby uwolnić jakieś supermoce. Jakieś takie umiejętności: czy większą siłę, czy odporność i tak dalej. Akcja tej historii dzieje się w czasach współczesnych, gdzie już na grubo wjeżdża coś w stylu transhumanizmu, czyli takiego-- nie będę wam tłumaczyć, co to jest transhumanizm. Miałam na myśli, że to, co obowiązuje w uniwersum w tej historii, to jest postęp, który nie tyle ma wspierać człowieka, co wypierać człowieka. Nasza ofiara wierzyła, że to tak działa i wypowiedziała wojnę takim kierunkom rozwoju. I okazuje się, że istnieje stowarzyszenie tych alchemików. Nasz śledczy właśnie na to trafia.
Tam też poznaje osobę, którą znał z widzenia. Także okazuje się, że to stowarzyszenie było bliżej, niż sądził. To nie jest coś bardzo odległego, tylko dosłownie pewnie nieraz spotykał członków tego stowarzyszenia w życiu codziennym. Co było ważnego w ostatnim odcinku? Dużo ważnych rzeczy. Aż sobie porobiłam notatki. W ostatnim odcinku troszeczkę zmieniliśmy formułę i zaproponowałam nową formułę, żebyśmy troszeczkę jak śledztwo, musieli mieć jakieś poszlaki, ekspertyzy i tak dalej. Więc sięgnęłam po swoje komponenty, swoje autorskie do jednego ćwiczenia. I tutaj nam się bardzo ciekawie podziało. Dowiedzieliśmy się przede wszystkim, jak wyglądały zwłoki ofiary, kiedy śledczy dotarł do tej alchemicznej chaty.
Że to było coś bardzo niepokojącego. Tam była odcięta głowa i nałożony pośmiertnie kołnierz kryza. Taki jak najczęściej na portretach. To pewnie będziecie kojarzyli u Shakespeare'a był, ale to z tej epoki. Taka harmonijka wokół szyi. Co dalej? Ta głowa była odcięta, ale nie było za dużo krwi. Wokół głowy był rozwalony arbuz, ale nie taki, że zrzucony i roztrzaskany, tylko tak naprawdę miąższ arbuza wyjęty i nim wokół głowy ofiary stworzono coś na kształt takich włosów, wiecie, jak u klaunów jakichś. Tak często te peruki takie mają śmieszne, takie podłużne, nie podłużne, w sumie nieistotne, ale arbuzowłosy tam były. Co tam jeszcze było?
Odcięta głowa, włosy, kryza. To już powiedziałam. Niedaleko ciała leżał zarżnięty królik, a na ciele ofiary ułożona była złota marchew. Tutaj też, jeżeli chodzi o złoto, to mówiłam o nawiązaniu, że dla alchemików złoto było właściwie jednym z ważniejszych celów. Dążyli do tego, żeby coś niepozornego, zwykłego przekuć w złoto. Ostatnio też miałam z tym problem. Chyba ołów. Jestem prawie pewna, że oni przekuwali ołów w złoto, ale z jakiegoś powodu mam jakiś error w mózgu, który mi podrzuca tutaj żelazo, co w ogóle nie ma sensu, więc trzymam się ołowiu. To wam powiedziałam. I czego się jeszcze dowiedzieliśmy z tych ekspertyz?
Tego, że ofiara nie umarła na odcięcie głowy. Tylko zanim ta głowa została odcięta, nasza ofiara została otruta. To też tłumaczyło ten brak krwi. Nie było tam za dużo krwi, gdzie po odcięciu głowy zawsze jest niezły basen. Także dlatego śledczy zbadał różne rzeczy, szmery, bajery. Okazało się, że wcześniej ofiara została otruta, natomiast w dużej mierze tą truciznę zwymiotowała. I tu nie ukrywam, że ostatnio nie szłam tym torem, nie myślałam co dalej. Bo jeżeli ofiara by zwymiotowała truciznę, to znaczy, że tamci mordercy musieli ją w jakiś sposób zabić. Więc myślę, że gdybyśmy mieli to spisywać, trzeba byłoby tam troszeczkę fabularnie posprzątać albo po prostu w jakiś logiczny sposób wyjaśnić. W zależności od tego, jaka byłaby to trucizna, pewnie by nam się udało to jakoś lepiej ograć.
Więc może to było tak wielkie stężenie tej trucizny, że to, co nasz alchemik bimbrownik zwymiotował, to i tak nie pomogło i tak już był skazany na śmierć. I jeszcze podczas tej szarpaniny okazało się, że najprawdopodobniej napastników było dwóch i nasza ofiara się broniła. Używała do tego, ja to określam mianem elektrycznego pastucha. Tak jak obiecałam, ja nie robiłam researchu, bo tam mówiłam o takiej lasce do rażenia prądem jakichś rekinów czy wielorybów i innych wielkich podwodnych stworzeń. Pewnie to jest to samo. Ale nie wiem. Nie wiem, choć się domyślam. Nie no słuchajcie, dobra, bo to jest nieistotne. Tak czy siak, ten pastuch to była poszlaka, to się tego dowiedzieliśmy i stanęło na tym, że znaleźliśmy też fragment cylindra najprawdopodobniej. I wszystko wskazuje na to, że jeden z napastników nosił cylinder i nie był to taki zwykły cylinder, tylko cylinder na specjalne zamówienie.
Więc dzisiejsze kroki skierujemy właśnie do okolicznego kapelusznika. Myślę, że już chyba odnośnie fabuły powiedziałam, co najważniejsze. To co, chyba lecimy dalej z tym. Aha, co my dzisiaj będziemy robić? Jaka formuła? Dzisiaj pomyślałam, że wrócimy do tej formuły sprzed poprzedniego odcinka, czyli karty z klubu detektywów i kości opowieści Story Cubes. Cztery karty, sześć kości. Czyli wiecie, karta, trzy kości, karta, trzy kości, karta i ostatnia karta podsumowująca. Z tym że pomyślałam sobie, że bardzo dużo rzeczy mamy otwartych w tym śledztwie. Także śledztwo oficjalnie zakończymy w następnym odcinku.
A dzisiaj chciałabym, żebyśmy zakończyli to śledztwo poszlaką. Czyli ostatnia karta, którą wyjmę, która zwykle była podsumowaniem historii, dzisiaj będzie poszlaką i wtedy też wylosuję jedną z tych kart ekspertyz, tych, których używaliśmy w poprzednim odcinku. Żeby było ciekawiej, nie wiem, co się dzisiaj zadzieje fabularnie, ale myślę, że ta ekspertyza będzie już czymś takim decydującym, ostatecznym, czymś, co pozwoli zamknąć śledztwo. Aha, co jest jeszcze ważne, to to, że oficjalnie śledztwo w naszej fabule zostało zamknięte. Komendant w bardzo dziwny sposób się zachowywał, kiedy wezwał naszego śledczego na posterunek, twierdząc, że znalazł się winny, że on się przyznał. Był to jakiś człowiek borsuk, który twierdził, że ten borsuk kazał mu mordować. Stąd właśnie też pomyślałam o tym odcięciu głowy. Ale w momencie, kiedy nasz śledczy przesłuchiwał tego winnego, to na jego oko i ucho ten człowiek nie był winny. On się mijał z faktami. Jednak śledztwo zostało zamknięte i komendant zarządził koniec i że już śledczy ma w tym nie grzebać.
Więc to, co w poprzednim odcinku było, to taka trochę praca na własną rękę. Także zobaczymy też, co dalej będzie z karierą naszego śledczego, bo jeżeli to jest sprawa globalna, to faktycznie może się tutaj, że tak powiem, na niezłego konia wsadzić. No ale dobra. Losujemy, tasujemy i lecimy z tematem. Dobra, lecimy na razie z tasowaniem. Tak jak zawsze wyjmę karty, a dopiero będziemy odwracać wspólnie za chwileczkę. No i dobra. Karta jeden, karta dwa, karta trzy i poszlaka. To odkładam. Poszlaki też zamieszam, od razu położę i może sobie tutaj jakąś ze środeczka, cyk.
Dobra, to jest już przygotowane. No i co? Chyba teraz odkrywam kartę. Opowiem wam, co mamy na tej karcie. I co? I kosteczkami w międzyczasie. Aha, kości, kości. Oj, dzisiaj pędzę jak szalona. Jeżeli chodzi o serię, bo tutaj już kończymy moją kolekcję tych kostek, takich Story Cubes w wariancie po trzy kości. Dzisiaj mamy serię „Na ratunek” i seria „Baśnie”.
W ogóle jeszcze w takim pudełku, takim pierwotnym. Pamiętam targi książek w Warszawie i to było takie wow, bo wtedy było tylko Story Cubes, te podstawowe, takie pomarańczowe, niebieskie z aktywnościami i zielone z podróżami. No i wszyscy myśleli, że koniec, że już więcej nie będzie. A wtedy właśnie na tych targach pierwszy raz zobaczyłam, zdaje się to były baśnie, prehistoria i może właśnie poszlaki? Coś takiego, nie? Tak mi się wydaje, że trzy chyba wtedy wzięłam. Tak, bo to są jedyne trzy, które mam takie inne niż wszystkie. A się wtedy zajarałam na to jak szczerbaty na suchary. Ale od tamtej pory całym serduszkiem uwielbiam tą serię. Też swojego czasu na jednej grupie graliśmy przez Zooma w te kości, także jakbyście mieli pomysł to wiecie jak mnie znaleźć.
A nie, nie wiecie, bo nie mówiłam. Oczywiście, że możecie wpisać w wyszukiwarkę moje imię i nazwisko. Możecie wpisać Alchemia Tworzenia. Możecie pewnie w jakiś sposób tutaj poprzez Book Radio znaleźć kontakt do mnie. Natomiast jak najbardziej zapraszam was na fanpage naszego podcastu, na fanpage facebookowy, gdzie wrzucam informacje na bieżąco o odcinkach z tego właśnie śledztwa, które prowadzimy. Jest specjalny folder Grzybki i Fermenty, tak się nazywa, i tam wrzucam wam zdjęcia tych grafik i taki krótki skrót, opis tego, co tam z tych grafik wyjęłam na potrzeby naszego śledztwa. To żebyście mogli sobie być na bieżąco, także serdecznie was tam zapraszam. Oczywiście tak jak w każdą środę macie tutaj radosne audio ze mną. Tak w każdą sobotę to samo audio możecie obejrzeć upiększone zdjęciami tych właśnie grafik, które losuję i omawiam. Wszystko jest ładnie zmontowane i w każdą sobotę na YouTubie jest ta wersja z grafikami.
YouTube wpiszecie Katarzyna Prychacz powinno was od razu przekierować albo wpiszecie Alchemia tworzenia też powinno się znaleźć to bez problemu. Na tym moim osobistym YouTube macie specjalną playlistę, gdzie możecie sobie oglądać trzeci sezon Alchemii tworzenia właśnie już w tym wariancie wizualnym. Bardzo możliwe, że pierwszy odcinek był tylko z jednym zdjęciem, takim ogólnym wszystkiego, ale już od drugiego odcinka trzeciego sezonu staram się wszystkie zdjęcia wam ładnie montować. Dobra, o socjalkach powiedziałam tak, że nie przedłużam. Lecimy. Co mamy na pierwszej karcie? Ciekawie, ciekawie. Pierwsza karta i już jest w ogóle jakieś tutaj magiczne kongo. Mamy domek w takiej zimowej zamieci jakiejś. Wygląda jakby to był śnieg i na tym śniegu stoi domek taki malutki z chorągiewką.
Obok leży wielki korkociąg. Mamy tutaj też na pierwszym planie jakieś deski i na jednej z desek jest wyryta strzała. W pierwszej chwili możemy uznać, że pada śnieg. Natomiast jak już zaczynamy od ogółu do szczegółu, to wygląda na to, że nasz domek stoi na poduszkach i u góry lewitują poduszki, z których sypie się pierze. Więc może wcale to nie jest do końca śnieg, zimowa kraina, tylko z jakiegoś powodu tutaj pada to pierze. Zaraz pomyślę nad symboliką tego. Sam domek tak wygląda, jakby był trochę z drewnianych klocków. Taki jest w ogóle czerwony, jakiś czerwony daszek. Ma takie kolory jak jakaś zabawka. Taki zabawkowy dla dzieci jakiś, nie?
Ale właściwie taki zbudowany z klocków, a nie że tam wiecie, taki domek, że się można schować, jakiś szałas czy coś. Chorągiewka jest granatowa, właściwie niebieska, chyba taka ciemnoniebieska można powiedzieć. I co dalej? Ten korkociąg taki w ogóle tu jest bez sensu. Co to by mogło wszystko symbolizować? Tak myślę. Wiecie, poduszki, może jakaś miękkość, to pierze. Mieliśmy tutaj ruszyć do tego kapelusznika, więc może to jest jakiś sklep z pościelą słuchajcie, taka jakaś mała budka. Może by trzeba było pójść w tym kierunku, bo tak... Ale z drugiej strony ten korkociąg to tak jak korkociąg, to myślę sobie, że wino, używki może jakieś takie.
W sumie ten sklepik, ten budyneczek na karcie wygląda trochę jak takie kiedyś jeszcze były kioski ruchu, takie malutkie czerwone budki i tam było mydło i powidło. A może właśnie trafiliśmy do takiego kiosku ruchu? Wiecie, kapelusznik to nie jest bardzo współczesny zawód, więc może on po prostu sobie te kapelusze robi bardziej tak z pasji jako hobby, a tutaj w tym kiosku ruchu sprzedaje. W sumie to jest taki dobry punkt, że właściwie każdy go mija i wszystko tam można znaleźć i nie trzeba jakichś tam wiecie, ukrywać się czy wymówek, więc można też tam składać zamówienia na jakieś może bardziej specjalne rzeczy. No dobra, uznajmy to, że tutaj dotarliśmy do tego kiosku ruchu. Dobra, nie będę na siłę wymyślać. Zobaczymy, bo może coś jeszcze w trakcie mi się tutaj wymyśli. Dobra, to teraz co? Kości i lecimy z tematem, nie? Wezmę jakieś trzy.
Będziemy nimi rzucać sobie. Cyk. No dobra, to rzucamy pierwszą kością. Pewnie jest to seria baśnie. Mamy tutaj żabę, taką ropuszkę. I co ta ropuszka może nam powiedzieć? Z czym się kojarzy ropucha? Z księżniczką albo z księciem z bajki, z czymś toksycznym. No nie wiem, może ten kapelusznik tam siedział jak taka ropucha, wiecie, z takim jakimś wytrzeszczem. Co mógłby powiedzieć nam tutaj?
A może właśnie tutaj on po prostu wyglądał, jakby był z innej bajki, nie? Że może tak wiecie, w kiosku ruchu to tam zwykle ktoś siedział w jakimś dresiku czy w jakimś takim może wiadomo mniej pokazowym stroju, bardziej czymś wygodnym, skoro się siedziało całe dnie, to może tutaj, kiedy już nasz śledczy zajrzał do tego kiosku, no to właśnie się zadziwił, bo tam był właśnie ten kapelusznik, może właśnie ubrany w cylinder, może właśnie bardzo elegancko, zupełnie nie jak taki standardowy sprzedawca w kiosku ruchu. Taki z innej bajki. Dobra, kolejna kość. To chyba już jest seria na ratunek. I tu mamy jakieś gruzy. Tak, widzę. Chyba coś tu się jakby zawaliło. Jakieś podpory metalowe, kamienie zawalone. I co teraz?
Czy może ten kiosk ruchu? Teraz myślę, a może... Wiecie co? Z jednej strony chciałabym, żebyśmy jednak mieli podpowiedź, żeby tutaj. No bo pomyślałam sobie, że jak gruzy, to że może jednak ten kiosk ruchu został okradziony albo właśnie zniszczony i ten kapelusznik tam siedział. Właśnie wiecie, może on tam nie siedział, tylko leżał martwy. No wiecie, to też byłoby ciekawe, bo musieliby pozacierać ślady, tak? Ale z drugiej strony to znaczy, że sprawca musiałby wiedzieć, że został fragment tego cylindra. I tutaj myślę, że może to byłoby zbyt pochopne. No i teraz tak albo bałagan w kiosku.
Po prostu taki wiecie, bałagan, bałagan, jakby coś wybuchło, albo właśnie, że skradzione coś zostało. No chyba że nasz śledczy się przedstawił i może ten kapelusznik wziął go gdzieś do swojej pracowni, nie? Może tak. Może to byłoby fajne, że nasz śledczy pokazał mu fragment tej tkaniny. Kapelusznik może miał monokl na oku. Ja się tylko zastanawiam, czy monokl był powiększający. No dobra, ale wiecie, jak czasami jubiler czy ktoś ma śmieszny mikroskop, taką dziwną lupkę, jak się patrzy w takim malutkim cylindryku, metalowego kształtu. Może nasz kapelusznik przyjrzał się i faktycznie zauważył, że to jest jego tkanina i zamknął kiosk i poprosił śledczego, żeby poszedł za nim. I może tak trafiliśmy do niepozornej pracowni, niepozornego miejsca, po czym jak zajrzeliśmy do środka, nasz śledczy zajrzał, to tam wyglądało jak po wybuchu. Taki artystyczny co najmniej nieład.
Dobra, trzecia kość. Seria baśnie, niewątpliwie. Mamy tutaj koszyczek. Wiecie, tak jak w wielu mitach, legendach czy religiach przewija się historia o dziecku, które się wrzucało do koszyczka i puszczało rzeką czy komuś podrzucało. I tu mamy tego typu stary koszyczek, nosidełko na dziecko. Nie wiem, jak to określić inaczej. I co w związku z tym? Co to może być? Dobrze, jakby on nam wskazał teraz tropy do tego klienta. Chyba że ten koszyczek może symbolizować troskę, opiekę, dziecko.
Coś ważnego. I może nasz kapelusznik nie do końca chce zdradzić nazwisko tego klienta, bo to by mogło zagrozić jego pasji, jego kapeluszom. Nie miał rodziny, więc to było takim jego oczkiem w głowie. Dzieckiem dla niego. Okej, zróbmy to tak. To nie mogłoby być zbyt łatwe. Teraz tak się zastanawiam, czy nie powinnam wziąć jeszcze komponentów z nazwiskami, żeby tego naszego podejrzanego znaleźć. No ale dobra, zobaczymy co nam powie druga karta. Może coś fajnego się wykluje z tego. I cyk.
Och, jak zawsze nie ułatwia. Mamy ogromny telefon, czerwony telefon. Co prawda taki wiecie, jak kiedyś jeszcze te tarczowe telefony były. Co prawda tutaj zamiast tarczy mamy, nie wiem jak się nazywa, takie jak się zamykało śluzy, takie koło, że się obracało. Śluzę czy w ogóle kiedyś taki mechanizm zamykania drzwi był, wrót jakichś sejfów czy jakichś włazów kanalizacji. Więc to jest zamiast tarczy. Z tego telefonu wylewa się złoto, miód. Wokół mamy odważniki. A, i widzę, że z jednej słuchawki wylewa się coś złotego, taka złota substancja, a z drugiej coś białego, może jakaś para. Ten telefon stoi na skalnej półce czy właściwie skalnym wzniesieniu i prowadzą na to wzniesienie dwa mosty.
Nie ukrywam, że odważniki i to coś złote, płynne to mi się kojarzy z alchemikami, z płynnym złotem. Ta para mogła być czymś, co odprowadza ciepło. Może miejsce, w którym przetapia się złoto. I to w sumie byłby ciekawy trop, ponieważ na naszej ofierze leżała ta złota marchew. Rozważałam, czy tej marchwi nie zamienić na cokolwiek, na jakiś inny przedmiot, ale skoro już zdecydowaliśmy się na tego zarżniętego królika, ta marchew, myślę, że gdybyśmy mieli to spisywać, warto byłoby zgłębić symbolikę królika i pójść w tym kierunku. Może to będzie jakiś kult związany z królikami, a może królik byłby takim ostrzeżeniem czy ostatecznością jakąś. Może nie ostrzeżeniem dla ofiary samej w sobie, tylko dla pozostałych członków stowarzyszenia alchemików. Może to jest tak jak jakiś odcięty łeb konia czy jakieś zdechłe ryby czy coś, co mafie podrzucały, to może ta mafia, ci złoczyńcy też za każdym razem wysyłają informację tymi królikami i ta złota marchew może też coś oznacza. Może tę złotą marchwie. Chyba że każdy dostawał inne zwierzę i inny przedmiot z tym zwierzęciem związany.
Czyli tak jak się mówi, że króliki jedzą marchewki, to może przy kimś leżała rozpruta żaba, jak patrzę na ropuszkę i dostał złotą muchę, nie? To też byłoby kurczę ciekawe, bo jednocześnie mogłoby to mylić policjantów, że nie mogliby mówić, że mamy do czynienia z seryjnym mordercą. Bo za każdym razem jest troszeczkę inna mechanika działania czy inne przedmioty. Tak jakby ktoś może to kopiował i tak dalej. Brzmi super, powiem szczerze. Podoba mi się, że za każdym razem jest inne zwierzątko i ten złoty pokarm dla tego zwierzątka à la taki pokarm. Więc może nasz kapelusznik, myślę, czy on powiedział, czy on nie powiedział, tylko w jakiś sposób naprowadził naszego śledczego na przykład na jakąś przetapialnię złota. No nie wiem. Bo mówię, jak to wyjdzie szkoda trochę kapelusznika. W sensie jeżeli tu mówimy o czymś takim, to byłby taki wyrok na niego.
Chyba że ten Kapelusznik pójdzie szukać materiałów, a nasz śledczy na przykład znajdzie... Bo tak patrzę, tutaj jest telefon, nie? I telefon to w sumie jak wizytówka. W sensie zwykle na wizytówce jest telefon, więc może w momencie, kiedy Kapelusznik szukał tam czegoś, to nasz śledczy, oczywiście jak to na śledczego przystało, ciekawski, rozglądał się wokół i wypatrzył jakąś, może właśnie złotą wizytówkę. Dlatego po nią sięgnął, że wow, że coś złotego. Myślał, że może to jakaś ozdoba, a tam była nazwa firmy. I tak nasz śledczy trafił właśnie na lokację, do tego miejsca, gdzie na przykład się przetapiało jakieś różne metale. Myślę, że to byłoby fajne i dzięki temu w tej lokacji mógłby zapytać właśnie może o tą marchew, o kogoś, kto to zlecił. No dobra, mamy trzy kości. Lecimy w takim razie dalej.
Zobaczymy, co w tej nowej lokacji się wydarzyło. Pierwsza kość. Tak, to jest seria „Na ratunek” i mamy tutaj, chciałam powiedzieć menażkę. Bukłak, bidon. Wiecie, takie jak gdzieś tam się idzie na pustynię, na wyprawę, takie płaskie naczynko z nakrętką, w którym właśnie możemy płyny przechowywać. No i co z tymi płynami? Bo teraz może, no co, że byłoby tam gorąco i śledczemu zachciałoby się pić? Słabe. Co w tej lokacji? Nie mam pojęcia, z czym się taki bukłak kojarzy.
Pierwsze co, właśnie pragnienie, suchość w gardle. Może właśnie zaschło mu w gardle? A może właśnie, może, słuchajcie, zobaczył regał z figurkami albo jakąś gablotę, w której brakowałoby poszczególnych jakichś figurek. Tutaj wcześniej, chyba w pierwszym odcinku, mówiłam o tym, że on poruszał jakieś swoje kontakty w jakimś archiwum, sprawdzał i tak dalej. I może właśnie tutaj dostał wtedy informację o tych różnych figurkach, które zostały znalezione przy różnych ciałach członków tego stowarzyszenia. A może właśnie trafił do miejsca, gdzie jest gablota, z której te figurki zostały zabierane. Może jest to jakiś zakład właśnie, gdzie te metale się przetapia i może czasami, nie wiem, zostawało złoto skądś albo może to było złoto przetopione właśnie z jakichś napadów. Trzebałoby też poszukać czegoś fajnego. Myślę, że to byłaby też fajna jakaś symbolika w tym, że to byłyby figurki, może właśnie nie na sprzedaż, może kolekcjonerskie, złota z jakiegoś tam konkretnego źródła. A może z tombaku?
To w ogóle byłoby super, bo byłoby też to takim trochę śmianiem się w twarz alchemikom, że to ich złoto, które tworzą w tych eliksirach, że to jest taka jakaś tam wydmuszka na przykład, nie? Według tych firm globalnych przeciwników. Czyli naszemu śledczemu zaschło w gardle, bo wiedział, że trafił do miejsca, gdzie może się spodziewać wszystkiego, a jest tutaj nieoficjalnie. Zobaczymy kolejną kość, co tutaj będzie dalej. Mamy serię baśni. No i co? I tutaj mamy studnię. Studnia. Studnia bez dna. Studnia wyschnięta, studnia z wodą.
W ogóle śmiesznie. Tu mu zaschło w ustach, a tutaj mamy studnię, gdzie mógłby się napić. Ale może faktycznie postanowił, no nie wiem, udawać klienta i może był dystrybutor z wodą? Może tam w ogóle było jakieś biuro? Wiecie, że tutaj oprócz wejścia do tej fabryki, w tym holu, gdzie się znalazł, była ta gablotka. No i może nikogo nie było na przykład na recepcji. Poszedł sobie, że tak powiem, do wodopoju, do tego dystrybutora z wodą i sobie ją pił. I może tutaj zobaczmy, co pokaże nam trzecia kość. No dobra, zobaczmy, gdzie nas prowadzi w takim razie ta trzecia kość. Seria „Na ratunek”.
Moi drodzy, mamy tutaj namiot. Nie wiem, jak to ograć, chyba że ogramy to na zasadzie takiej, że nasz śledczy tam czekał tak długo, aż ktoś przyjdzie, że miał już ochotę rozbić namiot, nie? Że to tyle trwało. No bo chciał mimo wszystko tą lokację sprawdzić. Może na przykład drzwi na produkcję były zamknięte, nigdzie indziej się nie dało przejść, więc może tak to rozegrajmy. Czyli on już czekał, już miał zamiar rozbijać namiot i w tym momencie wróciła na przykład recepcjonistka czy tam sekretarka, nie? Dobra, i zobaczmy w takim razie tą sekretarkę na trzeciej karcie. Czy zobaczmy, gdzie tutaj nas dalej prowadzi fabuła. Okej, trzecia karta. Nie mam pojęcia, na co patrzę.
Klasycznie. Patrzę na malarza, na malarza światów jakiegoś. U góry mamy właśnie góry, rzekę, tak? Taki jakby, jak to powiedzieć? No jakby ziemia była płaska i coś ją rozłupało. Albo jakbyśmy dotarli do tego krańca płaskiej ziemi, tej takiej wiecie, jak ze średniowiecznych wyobrażeń, że dosłownie nagle urywa się grunt i jest jakaś tam przepaść, w której są potwory. No to tutaj mamy urwany grunt. Właściwie to rzeka, która płynie normalnie na ziemi, ona jakby wodospadzik jest i ona spływa tam gdzieś w tą przestrzeń. I właściwie to też jednocześnie ten nasz malarz światów, wiecie, on wygląda trochę jak jakiś, nie wiem, robaczek, jakaś gąsiennica, która Nie wiem, jest przedłużeniem tych gór. Ma cztery ręce, w dwóch łapkach ma dwa pędzle i jedną łapkę trzyma sobie kapelusz słomkowy, który ma na głowie.
Ma też czerwony szaliczek, a ostatnią łapkę trzyma paletę z farbami i jednym pędzlem ten wodospad, zbiera farbę z niego, a drugim pędzlem maluje gwiazdy na tej przestrzeni pod tym światem. O matko! Ciekawe, ciekawe. Może właśnie ta nasza sekretarka, może tak ją nazwijmy? Tak, bo jak inaczej? Może ona przyszła umorusana farbą? Myślę, czy może po prostu ona wygląda jak artystka taka właśnie w szaliczku. Wiecie, taka jakaś stylowa. Może nie słomkowy kapelusz, ale może jakiś stylowy kapelusz, co by w sumie fajnie nam tu pasowało do fabuły. Bo to znaczy, że ona zna Kapelusznika.
Może ona zaproponowała naszemu podejrzanemu, którego jeszcze nie znamy, Kapelusznika. Albo może to ona jest naszym podejrzanym. Ha! To jest ciekawe. Więc może właśnie to pierwsze, co nasz śledczy zobaczył, to ten wykwintny kapelusz. Dobra, jest powiązanie między tą firmą a Kapelusznikiem. Tu mamy naszą sekretarkę artystkę. Może nasz śledczy postanowi ją sprawdzić gdzieś w bazie danych. Wiecie co? Nie chciałabym tu na siłę wymyślać.
Nie ukrywam, że to śledztwo aż się prosi o takie uporządkowanie naprawdę fabularnie tego, bo tutaj mielibyśmy bardzo dużo opcji z tą osobą. Aż pomyślę nad mechaniką następnego odcinka, bo może gdzieś tego podejrzanego byśmy w jakiś sposób losowali kośćmi. No nie wiem, zobaczymy. Ale może być tak, że właśnie nasz śledczy trafił na podejrzaną, gdzie spodziewał się mężczyzny, że cylinder, nie? A tutaj mamy kobietkę. I okej, ostatnia karta, czyli tak jak ostatnio robimy. Odwracam i pierwsze co mi wpadnie do oczu, to będzie nasza poszlaka, a później omówię wam kartę i później przeczytamy jeszcze tą ekspertyzę, co ma z tego wynikać. Dobra, okej, skupiam się i odwracamy kartę. I cyk. Ser.
Ser to jest pierwsze co tu zobaczyłam. I jaką poszlaką może być ser? Wiecie co? Cały czas ten ser jest taki świetlisty. Cały czas kręcimy się tu wokół złota. A może nasz śledczy będzie udawał tutaj klienta i poprosi o próbkę złota, czyli tego, co jest w tej gablocie do zbadania, nie? Żeby się na przykład upewnić, czy te przedmioty znalezione na miejscu zbrodni to właśnie były przedmioty z tej gabloty czy z tej firmy właśnie, z tego miejsca. Więc tutaj myślę, że ta próbka albo poprosi, albo ją gdzieś znajdzie tam na podłodze. Czy wiecie, tyle chodził tam sam, to może wydłubał skądś to złoto? A może właśnie w gablocie zobaczył fragment i gdzieś go tam wydłubał?
Fragment z tych trofeów czy jak to nazwać, tych figurek. Dobra, a co przedstawia karta tak ogólnie? Ogólnie wokół tego sera jest całe stado myszy. One jakby w ogóle poprzyklejane do siebie tworzą taki okrąg, tak jakby się zbierały i gdzieś tam wokół nich są jakieś chmury i też takie różne okrągłe sery świecą. Wiecie, trochę jak jakieś takie nie wiem, księżyce. Całość jest fioletowe chmury, takie jasnoszare myszki i te żółte sery. To przedstawia karta. Więc co jeszcze mogą te myszy symbolizować? Wiecie, z jednej strony czasami się uważało, że szczury, że to może jakiś brud czy coś. Właśnie tak patrzę po ogonach to są szczury, ale niektóre takie mają mordki typowo mysie, takie ładne uszka, malutkie.
Myszy, szczury. No nie wiem, może jakiś szemrany biznes, może jednak tam jakiś był wyzysk w tych fabrykach. Co to może być? Ten fragment złota. Dobra, odwrócę ekspertyzę i zobaczymy jak to teraz ładnie połączyć i zamknąć dzisiejszy odcinek. Także cyk. Raport z oględzin miejsca zamieszkania poszkodowanego. Kurczę, no bo w sumie byliśmy w tej chacie. Myszy, myszy i to złoto, ten ser. No chyba że tą próbkę złota, którą wziął nasz śledczy, może też na miejscu zdarzenia tam w tej, chciałam powiedzieć wiedźmiej chacie, w chacie Alchemika.
Może właśnie on też miał gdzieś próbki tego złota, tego tombaku czy tej substancji właśnie, z której były stworzone te statuetki. Może on ją badał? Może to nie tylko były zwykłe figurki, tylko właśnie może ta substancja coś powodowała, nie? Czyli tak by wychodziło. To teraz pytanie, czy nasz śledczy zabrał tą próbkę stąd, czy... No dobra, wiecie co? Ustalmy, że nasz śledczy wziął próbkę z tamtej firmy i właśnie żeby ją porównać z tą próbką z chaty Alchemika i dodatkowo z przedmiotem, który leżał na Alchemiku. No i później też wiadomo, będzie się konsultował z innymi śledczymi, którzy znaleźli właśnie tam w innych miastach tych pozostałych zamordowanych członków tego stowarzyszenia. I wiecie co? Na tym kończymy.
Kończymy, bo na zasadzie wiecie, że wszystkie karty wyjęłam. Ale oczywiście śledztwa dziś nie skończymy. Dużo jest wiecie co- Wiecie co? Jest tutaj tak dużo wątków do rozwinięcia, że aż mnie korci, żeby je troszeczkę uporządkować już poza dzisiejszym podcastem. Pomyślę sobie może o tej kobiecie w kapeluszu. Może coś więcej jeszcze z tych kart sobie wycisnę już tak na spokojnie, bez presji czasowej. Postaram się jak najszybciej opracować te zdjęcia, żebyście mogli na fanpage'u sobie zajrzeć, żebyście się mogli z nimi zapoznać jeszcze przed następnym odcinkiem. Obiecuję, że zepnę pośladeczki, żeby to jeszcze najlepiej przed weekendem się pojawiło. Dołożę wszelkich starań. Najlepiej czwartek, piątek, żebyście to już mieli.
Wtedy sobie zawsze możecie też jednocześnie z nimi się zapoznać, posłuchać jeszcze raz w sobotę na YouTubie odcinka, żeby może też gdzieś sobie to jakoś ładnie połączyć. Chyba że wam coś przyjdzie do głowy, to nie krępujcie się, wrzucajcie gdzieś komentarze, bo miło by mi było. Zawsze jakieś nowe tropy z cudzej głowy. Wiadomo, co dwie głowy, to nie jedna. Ja na dzisiaj kończę. Jestem w ogóle pod wrażeniem, jak to nam ładnie poszło. Od tego kapelusznika i w ogóle, że to złoto, że ta fabryka złota. Powiem wam szczerze, że w ogóle się nie spodziewałam, że ten temat figurek dzisiaj poruszymy tak bardzo. I jeszcze, że podejrzany w mojej głowie był mężczyzną, bo jakoś tak cylinder. Myślałam o tym, że to był mężczyzna i kobieta, ci podejrzani, że może właśnie ten mężczyzna już tam odcinał tą głowę, ble, ble, ble, wszystko tam preparował, a ta kobieta truła.
Ale teraz nie wiem. Chyba że może właśnie to był nie cylinder, tylko kapelusz tej kobiety i może właśnie w tej szarpaninie gdzieś ten kapelusz się uszkodził. Czyli dalej byśmy nie wiedzieli nic o tym mężczyźnie. Chyba że to są dwie kobiety. Mega! Mega wow i ja nie wiem, jak ja to zrobię, jak my to zamkniemy w następnym odcinku, ale nie chciałabym też już dużo dłużej tego ciągnąć. Wiadomo, nie każdy lubi odcinkowe śledztwa, dlatego chciałabym wrócić już też do formuły pojedynczych historii. No wow. Nie mogę się doczekać następnego losowanka. Robi się na bogato.
Naprawdę robi się nam porządne śledztwo. I właściwie kończę. Dobra misiaczki, słuchacze moje piękne, drogie, najcudowniejsze. Ja się z wami żegnam. Życzę mocy, inspiracji i słyszymy się za tydzień. Pa.
[04:00:42] - Czas na odrobinę poezji. A, jeśli poezja to Krystyna Śmigielska i jej-- powiem państwu, mnie niezwykle wciąga ten cykl „Nie wiem, co to poezja”, bo tak by się wydawało, że poezja to nudna jest i coś tam piszą, nikt tego nie rozumie i w ogóle bzdury. Krystyna Śmigielska udowadnia, że poezja to jest coś, co stoi bardzo blisko nas, niejako na wyciągnięcie dłoni. To nie jest coś, co jest męczące, głupie i niezrozumiałe. Wręcz przeciwnie. Zapraszam zatem na odcinek audycji „Nie wiem, co to poezja” i na spotkanie z Anną Paszkiewicz.
[04:01:44] - „Nie wiem, co to poezja”. Dobry wieczór państwu. Spotykamy się dzisiaj z panią Anną Paszkiewicz, autorką książek skierowanych do najmłodszych czytelników, jak również niezwykłą poetką o cudownej wrażliwości. Dobry wieczór, pani Anno.
[04:02:15] - Dobry wieczór, pani Krysiu. Witam państwa serdecznie również.
[04:02:19] - Bardzo mi miło, że ponownie zgodziła się pani na wzięcie udziału w mojej audycji. Miałam już raz przyjemność gościć panią na antenie bookradia.pl wtedy, kiedy jeszcze prowadziłam audycję „Tropiciele dziecięcych marzeń”. Państwu tylko powiem, że gdyby państwo chcieli zapoznać się z tamtą audycją, zapraszamy. Jest ona dostępna w podcastach. Można spokojnie przesłuchać audycję „Pani Anna Paszkiewicz intymnie” i wtedy mam nadzieję, że dowiecie się państwo trochę więcej o twórczości dla dzieci, którą pani Ania przepięknie prowadzi. Zacznijmy dzisiaj od wierszy.
[04:03:09] - Chciałabym kiedyś zmniejszyć się do wielkości ziarnka piasku. Zamieszkać w bursztynowej klepsydrze, gdzie nie istnieje pojęcie straconego czasu. Przecisnęłabym się mozolnie przez ciasną szyjkę, rodząc się na nowo między wczoraj a jutro. Gdyby coś poszło nie tak, wystarczyłby jeden chwyt czyjejś ciepłej dłoni odwracający dla mnie bieg wydarzeń. Nie potrzebuję teatru cieni, szumiących cicho wskazówek wiatru. Motyl sam umie znaleźć drogę wśród zawiłości czasu i przestrzeni. Przysiada na czterolistnej koniczynie światła. Atramentem pulsującej aorty odsłania kobietę.
[04:03:58] - Pisanie książek dla dzieci stanowi główny nurt pani twórczości i nie sposób podczas naszego spotkania o tym całkowicie zapomnieć, nie wspominając. Tym bardziej że ostatnio niektóre z pani książek podbijają nie tylko Polskę, ale można śmiało powiedzieć i świat. Słyszałam o jakichś tłumaczeniach, nagrodach. Proszę nam o tym opowiedzieć.
[04:04:27] - Powiem szczerze, że rzeczywiście dużo się zaczęło dziać w moim pisarskim życiu ostatnio. Wydawałoby się, że ta trudna sytuacja na zewnątrz spowoduje, że wszystko gdzieś ucichnie, bo się tak pozamykaliśmy. Natomiast u mnie było odwrotnie. Trzy książeczki, które stanowią tryptyk wydany przez wydawnictwo Widnokrąg, które są opowieściami filozoficznymi, rzeczywiście w świat powędrowało. Ja w pewnym momencie dojrzałam do tego, żeby w tych książkach dla dzieci zacząć mówić też o rzeczach dla mnie ważnych i o wartościach, które są dla mnie ważne i o moim sposobie widzenia świata, bo zależało mi na tym, żeby stworzyć takie książki, które będą książką nie tylko dla dziecka, ale też książką dla rodzica. Taką troszkę w zasadzie od lat kilku do stu kilku, czyli właśnie takie filozoficzne, mówiące o ważnych dla mnie rzeczach, ale też poruszające takie tematy, które myślę, że każdego z nas w jakiś sposób dotykają, bo każdy z nas chce budować poczucie własnej wartości. Każdy ma jakąś wizję swojego szczęścia i każdy z nas też boryka się z nietolerancją, czasami z brakiem zrozumienia ze strony innych osób. Więc ten tryptyk, na który składają się „Prawy i lewy”, „Coś i nic” i „Wczoraj i jutro” powędrował między innymi do Chin. „Coś i nic” trafiło do Korei, „Prawy i lewy” do Rosji. Także mamy nadzieję z wydawcą, że jeszcze się to gdzieś tam rozwinie, bo rzeczywiście „Coś i nic” zwłaszcza zostało docenione najpierw tutaj na rynku polskim, gdzie książeczka dostała główną nagrodę jury w konkursie Przecinek i Kropka w kategorii 6-8 lat.
Potem oczywiście zdobywała różne wyróżnienia za ilustracje. Tutaj ukłon dla Kasi Walentynowicz, która jest ilustratorką, którą pozdrawiam. Natomiast za granicą została dostrzeżona i wpisana na międzynarodową listę rekomendacyjną i została białym krukiem międzynarodowym, więc dla nas to jest szczególnie ważne wyróżnienie, bo to jest taka lista, która zbiera książki z ponad 50 krajów, wybierając zaledwie kilka wartych uwagi. I akurat „Coś i nic” się na niej znalazło. Także proszę trzymać kciuki, bo może to zaowocuje jakimiś kolejnymi tłumaczeniami.
[04:06:38] - My trzymamy kciuki na pewno, bo książki są tego warte. Pani gratulujemy tak ważnych, wielkich wyróżnień. Trzeba posiadać niezwykły dar widzenia świata oczami dziecka, a jednocześnie wiedzieć, w jaki sposób i jakie wartości ukazać najmłodszemu czytelnikowi, tak żeby zdobywał wiedzę, poszerzał ją, ale nie zaburzył jasności widzenia tego, co w naszym życiu jest najważniejsze.
[04:07:10] - Powiadają, że aniołom skrzydła odrastają pod osłoną nocy, bo za dnia muszą dźwigać zbyt wiele cudzych trosk. Uginają się codziennie pod ciężarem spojrzeń, które kruszą nawet srebrne aureole hartowane w czeluściach Mordoru. Ich blizn nie widać gołym okiem, tak jak pereł zamkniętych w muszli. Kroplą krwi z serca drążą skałę na odnowienie świata. Niektórzy powiadają, że duże dziewczynki muszą zawsze być grzeczne. Nie przeklinać, stojąc prosto przy ścianie, na której zaznaczono, dokąd wolno im sięgnąć, gdy staną na palcach. Na mojej pełno cudzych kresek wytatuowanych siłą albo nożem ostrych słów. Bezczelnie rozmazuję je wierszem. Wypowiadam zaklęcie. Przenikam przez mur.
[04:08:10] - Wrażliwość w naszej dzisiejszej audycji będzie takim słowem kluczem. Potrzebna jest ona w twórczości dla dzieci, ale całkowicie niezbędna w twórczości poetyckiej. Muszę się dowiedzieć, co było pierwsze jajko czy kura? Czyli parafrazując to znane pytanie: czy wiersz, czy tekst przeznaczony dla najmłodszych?
[04:08:38] - Powiem szczerze, że gdybyśmy mieli się cofnąć do początków mojego pisania, to on zaczął się już w dzieciństwie. I gdybym miała powiedzieć, co było pierwsze, to wiersz. Bo pamiętam dzisiaj, to była lekcja polskiego. Miałam taką polonistkę, państwo sobie mogą uchwycić wyobraźnię, burza rudych włosów, ostre spojrzenie przeszywające, ciskające niemal piorunami. Jak szła przez korytarz, to wszyscy ustępowali. Natomiast w środku była fantastyczna, ciepła, cudowna osoba, która kiedyś zadała nam do napisania popsiowanie, opisanie wiosny. Ja to eksperymentalnie zrobiłam wierszem. Ten wiersz na tyle się spodobał, że dostałam propozycję, żeby współtworzyć szkolną gazetkę. To była taka gazetka jeszcze na tablicy korkowej, ale to była moja pierwsza publikacja, można powiedzieć. Więc gdybyśmy mieli historycznie popatrzeć na to, co pierwsze się ukazało, to był to wiersz.
Natomiast ja wcześniej pisałam przeróżne rzeczy, bo jako dziecko miałam bardzo bogatą wyobraźnię. Lubiłam sobie w zeszyciku swoim skrobać, więc to były i wierszyki. Oczywiście takie pierwsze próby, wiadomo jak to u dzieci i jakieś opowiadania. Natomiast z pierwszych tekstów, już takich dorosłych później to była ta książeczka dla dzieci, którą zresztą wydałam własnym sumptem. Na początek próbując sił jako wydawca, a ostatecznie jakoś to się rozwinęło. I tych książeczek już dzisiaj jest ponad 60. Także się pisze cały czas coś nowego.
[04:10:00] - Czyli wiersz był pierwszy, a książki dla dzieci stały się w pewnym sensie głównym nurtem pani działalności.
[04:10:10] - W tym momencie tak. Natomiast oczywiście ta poezja cały czas była gdzieś obecna, bo już w czasach licealnych dużo pisałam poezji, takiej mrocznej, depresyjnej, charakterystycznej dla tego etapu takiego Nastoletniego, gdzie szukamy siebie. I po latach wróciłam do tego pisania i od jakiegoś czasu współpracuję z taką grupą poetycką. Tam się ukazują moje wiersze, ale nie tylko. Po prostu zaczęłam rozwijać to, co we mnie cały czas gra i co chyba musiało znaleźć ujście, tylko czekało na właściwy moment.
[04:10:39] - „Chodziłam płakać nad rzekę. Śnieg skrzypiał pod butami w rytmie przełykanych łez. Mróz całował policzki, wciskał się pod ciepły szalik. Zimną dłonią próbował dotknąć gorącego serca. Ciemna woda z troską zerkała na mnie oczami przerębli. Niestrudzenie jak ja łamała lodowe kry. Na przekór zimie wciąż zmierzała do morza, szepcząc nagim drzewom o miłości. Lubię, gdy w moje okno puka niebo. Palcami słońca wygładza nierówności na szkle. Osusza wczorajsze krople deszczu i ślady po nich na brodzie i policzkach.
Nawet kawa smakuje wtedy inaczej. Ekspres nie warczy, tylko cicho szepce. Drzwi nie mają już w sobie judasza, tylko dziurkę do bardziej przyjaznego świata.”
[04:11:35] - Pani Aniu, pani wiersze cechuje taka zwięzłość, przekazywanie informacji prawie w telegraficznym skrócie. Nie ma w nich niepotrzebnych powtórzeń, słów użytych dla, ja to nazwę tak w cudzysłowie, podrasowania napięcia, nastroju. Nie ma zawiłych metafor. Proszę nam przybliżyć, jak wygląda proces twórczy. Czy buduje pani pierw szkielet utworu, zastanawia się nad jego wymową, przekazem, a dopiero potem dobiera pani odpowiednie słowa? Czy może jest inaczej?
[04:12:17] - Powiem szczerze, że ja do końca mechanizmu pisania nie rozumiem, ale zaraz pani powiem dlaczego. Ja swoje wiersze piszę na emocjach, uczuciach. Myślę, większość twórców w momencie, kiedy coś mnie gdzieś dotknie, zaboli, jest mi smutno, jestem zła albo przeżywam jakieś pozytywne emocje, uczucia, tak jak miłość, to one w pewnym momencie przeradzają się w wiersze. I nie jest tak, że ja siadam z gotowym pomysłem i próbuję go teraz ubrać w słowa. Tylko one się ze mnie wylewają i mąż się czasami ze mnie śmieje, że one po prostu ze mnie gdzieś tam wypływają, tak jakby ktoś wyciągnął korek z butelki i tę wodę wylał. I ja rzeczywiście siadam nad kartką i potrafię czasami nawet kilka takich utworów z siebie wylać na papier. Dopiero potem coś tam dopracowuję, jeżeli widzę, że jest taka potrzeba. Natomiast zazwyczaj jest tak, że gdybym miała to jakoś porównać do czegoś, to chyba to jest trochę tak, jakby różne wydarzenia w moim życiu nalewały mi wody do czajnika i ten czajnik, tę temperaturę gdzieś tam podgrzewały. I w momencie, kiedy w tym czajniku ta woda się zagotuje, zaczyna tam gwizdać ten gwizdek. No i ten gwiżdżący gwizdek to jest właśnie ten wiersz, który ze mnie wychodzi.
Natomiast piszę przede wszystkim na różnych emocjach i uczuciach, ale czasami traktuję też to chyba tak jak wielu twórców terapeutycznie, bo emocje pewne muszą czasami wybrzmieć. To nam pomaga je w sobie uporządkować i myślę, że to też trochę spełnia to moje pisanie taką właśnie rolę.
[04:13:48] - „Kiedy nie patrzą, zdejmuję nawet gładką skórę. Rozbieram się aż do myśli pęczniejących tam, gdzie rozsypane niegdyś litery układają się w lśniące słowa. Dotykam ich z czułością należną objawieniu. Zamykam oczy, a one płyną przeze mnie, pulsując tajemnicą wszechświata. Rodzimy się jako tyrani, bez świadomości bliźniego, z głodnym ja splecionym ciasno z pustym łonem matki. Unieruchomieni przez zwykłą kolej rzeczy wysyłamy na misję satelity dłoni, by zachłannie badały dla nas faktury i kształty wszechświata. Złowione przypadkiem cząstki łapczywie pchamy w bezzębne usta. Jak czarne dziury pochłaniamy obrazy, smaki, dźwięki. Ze stacjonarnej kapsuły ciała uwalnia nas dopiero czas. Upojeni wolnością możemy wreszcie pokonywać przestrzeń.”
[04:14:52] - To tak często bywa, że właśnie musimy z siebie wyrzucić pewne treści, żeby troszeczkę uspokoić swoje wnętrze. Wiersze pani znajdują się w antologiach poezji. Proszę nam opowiedzieć, jakie utwory trafiły do tych książek i dlaczego właśnie te, a nie inne z pokaźnego grona już przez panią napisane. Interesuje nas kryterium doboru.
[04:15:19] - Ja powiem tak. Z jakimś czasem temu zaczęłam współpracę z wydawnictwem Poetariat. Pani Magda Kapuścińska, która jest właścicielką wydawnictwa, ona sama wpada na pomysły różnych projektów poetyckich i się z nimi ogłasza, zawsze podając jakiś taki zakres tematyczny tej antologii. Więc była antologia poezji miłosnej „Wierszopięci”. Tematyka się tutaj sama dobrała. Ja po prostu z tych moich wierszy, które mam, wybrałam kilka takich, które pokazywały różne oblicza miłości, od zakochania po tęsknotę i po wiele innych takich różnych aspektów. Erotyk też tam się zdarzył. Natomiast druga antologia była z kolei antologią, jak to pani Magda nazwała, poezji witalistycznej. Więc z kolei tutaj trafiły wiersze takie, w których przejawia się radość życia, jakiś zachwyt nad czymś. Tutaj nie z mojej strony wypływała tematyka, tylko ona była ściśle dobrana po prostu do tego, co było-
[04:16:23] - Co było wymagane przez wydawcę. Natomiast kolejna antologia, która się ukaże już niedługo. Prace w tej chwili trwają. To jest antologia polsko-hiszpańska, kolumbijska też, bo do współpracy zostali zaproszeni też poeci z zagranicy. I tu też pani Magda sama dobierała autorów, z którymi wcześniej współpracowała. I to jest taka poezja, w której każdy z nas musiał wybrać te wiersze, które są w jakiś sposób dla nas ważne i które najwięcej o nas mówią. Ja nic więcej nie zdradzę. Jak antologia się ukaże, to mam nadzieję, że państwo do niej zajrzycie.
[04:16:56] - Z wielką przyjemnością.
[04:17:00] - Marmurowi ludzie mają serca wycięte z krzykliwych nagłówków gazet. Oczy patrzące zawsze obok i dłonie o zimnych palcach trzymających cierń. Nigdy nie kąpią się w blasku księżyca, nie słyszą szelestu liści pod bosymi stopami. Nie pamiętają, że nawet w kształcie chmury można dostrzec smoki i pegazy. Przeglądają się w naszyjniskach z diamentów i kieliszkach najlepszego wina. W taflę wody nie patrzą. Widać w niej tylko ich granitowe odbicia. Rzucono kamieniem, zanim upadł na trawę musnął prawą komorę i lewy przedsionek. Dobrze, że świeciło słońce. Motyle nad głową pamiętały jeszcze zeszłe lato.
Podniosłam go z ziemi. Z bliska przypominał czarny kryształ lodu. Ogrzałam oddechem. Rozpuścił się i zrosił ziemię.
[04:17:59] - Poezja żywi się miłością, ale w tych wierszach, które mieliśmy okazję już dzisiaj wysłuchać, pani autorstwa wierszach, jakby tej miłości nie było, jakby ona nie była w ogóle przez panią uwzględniona. Trudno jest ją nam dostrzec. Nie ujawnia się. Czyżby ten wymarzony dla poezji temat był dla pani nie całkiem bliski?
[04:18:25] - Ja powiem tak: o miłości piszę dużo. Natomiast tak trochę przekornie przesłałam na potrzeby audycji wiersze, które o tej miłości za wiele nie mówią. Właśnie dlatego, że poezja głównie nam się z miłością kojarzy. Natomiast często jest tak, że ja i myślę, że chyba każdy pisarz taki jest, że trochę obserwuje to, co się dzieje dookoła, ma jakieś refleksje i przemyślenia na ten temat, więc czasami jest tak, że te moje emocje, które w niej są, one nie są związane z moimi bezpośrednio przeżyciami, tylko są takim komentarzem do tego, co się dzieje na zewnątrz. I w tych wierszach to jest. Byłam głodna twoich spojrzeń, lecz patrzyłeś na mnie tylko wtedy, gdy moja trawa soczyście zieleniała i nie było w niej martwych ptaków. Trwałam więc otulona w doskonałość, a usta sztywniały od uśmiechu. Na palcach jednej chwili mogę policzyć, ile razy naprawdę mnie dostrzegłaś. Linieję teraz aż do kości. Zawieszona pomiędzy wczoraj a jutro.
Bo nawet w srebrzystych norkach zawsze jestem dla ciebie za bardzo albo nie dosyć. Lubię, gdy zerkasz spod przymkniętych powiek. Jeszcze nie rozbudzony, ale już nie senny. Z nierówności oddechu przepowiadam zapowiedź przyszłego zatracenia. Budzą się we mnie pradawne Ewy. Wystawiam na światło krągłość biodra. Wędrówką dłoni z piersi brzucha bezwstydnie strącam chłodną noc. Wężowym ruchem zwinnych palców usidlam twoje niezdecydowanie. A gdy głodniejesz, wreszcie mogę zgubić się w czerni twoich źrenic.
[04:20:07] - Człowiek w pojedynkę świata nie zbawi. To chyba prawda oczywista, ale zawsze można próbować. Chociażby przy pomocy wiersza sprawić, by lepiej zrozumieć zachodzące wokół nas zjawiska. „Wierzyłam kiedyś” i „Zmiłuj się nad nami” to pani próby oswojenia z tym, co zastaliśmy i z tym, co po nas zostanie?
[04:20:36] - Ja powiem szczerze, że tak jak wspomniałam, mam taką refleksyjną naturę, więc często zastanawiam się nad tym, dokąd my zmierzamy jako ludzkość, bo chyba wszyscy to widzą, że stanęliśmy na takim rozdrożu trochę. Ta cała sytuacja, która dookoła miała miejsce, mówię tutaj o pandemii, wiele rzeczy w naszym życiu zmieniła. Wiele osób zaczęło poszukiwać siebie, poszukiwać drogi dla siebie. Siłą rzeczy mając też trochę więcej czasu czasami. Natomiast ja patrzę tak ogólnie na to, co się w ogóle dzieje z nami, z ludźmi, bo mam wrażenie, że nie tylko izolacja, to jest proces, który zaczął się wcześniej. Osłabienie relacji, więzi międzyludzkich, tego pędu całego dookoła, tego takiego braku czasu. Ja się zaczęłam nad tym wszystkim zastanawiać i gdzieś to dotknęło czegoś we mnie i urodziły się takie, a nie inne wiersze. Natomiast rzeczywiście ja myślę, że chyba każdy z nas czasami sobie zadaje pytanie o tym, jak ten świat będzie kiedyś wyglądał i czy rzeczywiście kierunek, który obraliśmy, jest tym kierunkiem właściwym. Bo ja mam wrażenie, że trochę się od tego człowieka odchodzi właśnie od tego być na rzecz mieć. A powinniśmy ten proces odwrócić i o tym też w tych moich wierszach pewne refleksje państwo na ten temat znajdziecie.
[04:21:53] - Ja myślę, że z tym dążeniem świata w dobrym kierunku dzisiaj mamy pewne kłopoty. Miejmy nadzieję, że wszystko się dobrze skończy, bo nie wyobrażam sobie, żeby świat poszedł jednak nie w tym kierunku, co należy. Ale starajmy się zakończyć nasze spotkanie dzisiejsze optymistycznie.
[04:22:16] - Wierzyłam kiedyś naiwnie, że da się ożywić ludzi z kamienia. Ciepłymi gestami wygładzić ich ostre krawędzie, otulać słowami, aż nabiorą miękkości. Dzieliłam się na kawałki i karmiłam sobą jak maleńkie dzieci spragnione uwagi. Odkrojona za dnia odrastałam nocą, marząc o utopii pod osłoną gwiazd. Wizja była wspaniała niczym sen nad ranem. Zakwitła wierszami, tętniła muzyką. Roztoczyła przede mną słodkie obietnice. Smakowały spełnieniem. Tylko puenty zabrakło. Zmiłuj się nad nami, Panie, bo zgrzeszyliśmy nadgorliwością, szukając dziury w całym i drugiego dna w spokojnym nurcie rzeki.
Dzieliliśmy włosy na czworo, zamiast rozpuścić je na wietrze, aż dobre chwile umarły na krzyżu wzajemnych oskarżeń. Czekamy teraz w ciszy, czy los odsunie kamień, odbije na całunie nasze dawne twarze, opatrzy wszystkie rany, pozwoli spojrzeć w przyszłość. Dziś jeszcze nas tam nie ma. Zmartwychwstaniemy jutro.
[04:23:32] - Chciałam państwu przypomnieć, że naszym dzisiejszym gościem była pani Anna Paszkiewicz, autorka cenionych, bardzo ciekawych książek dla najmłodszych dzieci i niezwykła poetka, na którą naprawdę warto zwrócić uwagę, opisująca świat za pomocą słów prostych, ale jakże trafnie dobranych. Pani Aniu, bardzo serdecznie dziękuję za spotkanie z nami i za piękną interpretację własnych tekstów. Naszym słuchaczom polecam odwiedzanie pani strony facebookowej Anna Paszkiewicz. Będziecie państwo mieli tam okazję szerzej zapoznać się z poetycką twórczością naszego gościa. Życząc wszystkiego dobrego i spokojnej przyszłości świata, dziękuję jeszcze raz pani Aniu i spokojnej nocy życzę.
[04:24:26] - Ja również bardzo dziękuję, a Państwu życzę pięknej i poetyckiej nocy.
[04:24:31] - Dziękujemy bardzo. Dobranoc państwu.
[04:24:34] - Dobranoc.
[04:24:37] - Jest „Bibliotekarium 2.0”, jest zatem Archiwum ABW. Dzisiaj kolejna odsłona, kolejna odsłona sentymentalna. Kolejna odsłona audycji, która już nie funkcjonuje, ale cały czas na serwerach Radia Paranormalium trzyma się bardzo dobrze. Wystarczy kliknąć, odszukać ABW — Antologia Bibliotekarium Warsztaty. To była taka audycja, do której słuchacze nadsyłali opowiadania. Wspólnie z Wiktorem myśmy je oceniali. Czasami byli złośliwi, a czasami byli pełni zachwytów. To różnie bywało. W każdym razie ogromną zaletą tej audycji było to, że w świat szły naprawdę interesujące teksty. Jeśli nawet one były niedorobione, były nie do końca takie, jakbyśmy sobie my, redaktorzy, wymarzyli, to jednak był ten kontakt pomiędzy autorem i w tym wypadku słuchaczem, potencjalnym czytelnikiem.
To była wartość, moim zdaniem, ogromna. Trochę boleję nad tym, że moje apele o to, żeby nadsyłać teksty do ABW, pozostają bez odpowiedzi. Proszę państwa, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, marnujecie państwo swoją szansę. Bo jeśli jesteście początkującym pisarzem, a może za duże słowo, może osobą, która usiłuje przelać swoje myśli na papier, to „Bibliotekarium 2.0” jest właśnie tą audycją, gdzie możecie spróbować skonfrontować się z odbiorcą. Cały czas zachęcam. Przysyłajcie państwo swoje teksty albo na adres Radia Paranormalium — Ivellios z całą pewnością przekaże te teksty na moją skrzynkę — albo możecie państwo wysyłać swoje teksty na adres Book Radia: redakcja.bookradio@gmail.com. Wysyłacie państwo tekst. Jeśli okaże się czytelny, drukowalny, w każdym razie taki, który można zaprezentować, to ten tekst pojawi się na antenie „Bibliotekarium 2.0”. Nie czekajcie państwo. Jeśli piszecie gdzieś tam w skrytości, ale jednak piszecie, to może to jest dobre miejsce, żeby swój tekst pokazać innym.
To nie jest jakieś wielkie gremium, tysiące ludzi. Sami państwo wiecie, że „Bibliotekarium 2.0” to jest audycja w jakimś stopniu jednak niszowa. Słuchana. Czasami większa ilość osób słucha, czasami mniejsza, ale jednak przy zasięgach, które ma YouTube, to to jednak jest audycja niszowa. To jest dobre miejsce, żeby zmierzyć się z potencjalnym czytelnikiem, potencjalnym słuchaczem. Zachęcam, naprawdę zachęcam. A teraz zapraszam państwa na kolejne Archiwum ABW. Ponad godzina świetnych opowieści świetnych autorów.
[04:28:15] - Bruno Wioska „Ryby”. „Kowanik był bardzo spokojnym człowiekiem. Nigdy nikomu nie robił krzywdy, nie jeździł nigdy po świecie. Mało kiedy ruszał się dalej jak do powiatu i to tylko w sprawach służbowych. Nie wiadomo dlaczego i to nagle znalazł się w hotelu i to w Casablance. Po prostu stał w hotelowym basenie po kolana w wodzie, w piżamie i w długim, podbitym flanelą jedwabnym szlafroku. Trochę się tym zdziwił, ale uznał to za fakt sam...” Z którym nie można dyskutować. W basenie pływało wiele osób. Czy wolno w basenie pływać w piżamie? – myślał.
Nikt jednak nie zwracał na niego uwagi. Ludzie pływali, chlapali się wzajemnie wodą. Kowalik zaczerpnął obiema garściami wody, chcąc sprawdzić jej jakość. Woda była krystalicznie czysta. Zauważył, że obok niego przepływa jakaś ryba. Nie zdziwił się wcale. Przecież ryba w wodzie to normalna rzecz. Być może w basenach w wielkim mieście jest tak, że wraz z ludźmi pływają ryby i nie należy się temu dziwić, a tym bardziej tutaj w Casablance, gdzie wszystko jest możliwe. Po chwili zauważył drugą i następną. Za moment obok niego pojawiło się pełno ryb.
Obudziła się w nim myśliwska żyłka. Szeroko rozstawiając nogi zaganiał ryby do brodzika dla dzieci, który oddzielony był od basenu niskim murkiem. Ryby, uciekając z trwogą, przeskakiwały murek w nadziei na ocalenie. Jego nie interesowały jednak same ryby. Owszem, gotowe, przyrządzone przez jego żonę. Opanowała go wściekła gorączka polowania. Zauważył, że przypływają coraz większe okazy. Włożył ręce do wody i próbował wrzucić którąś do brodzika. Te jednak zwinnie mu się wymykały. Stawały się zarazem trochę agresywne.
Nie uciekały już, ale płynęły w jego kierunku, otwierając paszcze jak do ataku. Nagle udało mu się złapać jedną. Ryba wcale się nie wyrywała, tylko patrzyła groźnie Kowalikowi w oczy. Podał ją żonie, która niepostrzeżenie zjawiła się i pomagała mu zaganiać ryby do kąta. „Ta jest mała. Wypuść ją. Pewnie ma dużo ości. Daj mi twój płaszcz. Przeszkadza ci w polowaniu” – rzekła. Kowalik zdjął płaszcz i poskładał w kostkę na brzegu basenu.
Zanurzył ponownie ręce i złapał największą, jaka właśnie obok niego przepływała. Ryba zaczęła się trzepotać w jego rękach. Tę także podał żonie. „Co ja mam zrobić z tą rybą? Mieszkamy przecież w hotelu. Gdzie ja to usmażę? A poza tym ty przecież nie umiesz zabić nawet ryby” – powiedziała. – „Nie wiemy nawet, czy te tutaj są jadalne.” Kowalik pokornie wpuścił rybę z powrotem do wody. Ryba, głośno kłapiąc paszczą, że aż echo rozległo się pod sklepieniem basenu, wskoczyła do wody. Zaczęła zataczać kręgi wokół Kowalika.
Także inne ryby, zbliżając się, zataczały coraz ciaśniejsze kręgi wokół niego. Trochę zaniepokojony wyskoczył na brzeg. Na brzegu leżało już sporo ryb. Nawet nie zastanawiał się, skąd się wzięły na brzegu. Wszystkie otwierały szerokie, uzębione paszcze, próbując dosięgnąć zaniepokojonego, a nawet już nieco przerażonego Kowalika. Ten cofał się coraz dalej do kąta, czując się osaczony. Na całym basenie rozległo się głośne echo kłapiących rybich paszczek, który to dźwięk przypominał kolędki wielkanocne. W basenie i na brzegu było już pełno kotłujących się ryb. Grzechot ich szczęk odbijał się coraz głośniejszym echem w olbrzymiej hali i stawał się coraz bardziej nieznośny. Zauważył, że jego żona znika właśnie w drzwiach, a na basenie nie było już nikogo.
Chyba pójdę już także – pomyślał. Cały basen i jego brzegi roiły się od kłębiących i kłapiących szczękami ryb, a powietrze było wypełnione kłapaniem. Kowalik spostrzegł, że droga do wyjścia została odcięta. Wszędzie leżały i skakały olbrzymie ryby. Bezmyślnie skoczył do wody. – O, jak bardzo daleko do brzegu! Piżama przeszkadza mi w pływaniu. – Doszedł do wniosku. – Czy ja na pewno dopłynę na drugą stronę? Tu jest głęboko i tyle ryb, a ja przecież nie umiem pływać.
Bruno Wioska – Wizyta niezupełnie obcej pani. – Dzień dobry – powiedział Kowalik, gdy wszedł do swego mieszkania i na kanapie zobaczył niezupełnie obcą panią. – Przyszedł pan nareszcie. Proszę podejść do mnie. Muszę zobaczyć, bo coś tak panu pod krawatem błyszczy. – Zamruczała niezupełnie obca pani i założyła nogę na nogę, odsłaniając gołe kolana. Kowalik posłusznie zbliżył się i stanął tuż przed nią. – Ach, to tylko się panu lekko rozchylił zamek w spodniach. – Zauważyła i wsuwając palce za pasek spodni, przyciągnęła go bliżej. – Tak się dzieje, gdy za często się rozpina spodnie.
– Powiedziała. – Przysięgam, że nie rozpinam częściej niż należy. – Zapewnił Kowalik. – Już ja wiem, o czym mówię. Ja się znam na zamkach. Zamki kryją bardzo często tajemnice. – Powiedziała niezupełnie obca i powoli zaczęła obsuwać suwak zamka. – Ogromnie lubię tajemnice. – Już cichszym głosem powiedziała obca pani. – W każdym zamku powinien być strażnik.
Czyżby tutaj na warcie nikogo nie było? O, jest tu ktoś, ale chyba zasnął. Oj, nieładnie tak spać, gdy zamek stoi otworem. – Zganiła go szeptem. – Wstawaj, panie rycerzu. No obudź się. No nareszcie jesteś. Pokaż się rycerzu. Chciałabym zobaczyć, jak wyglądasz. Och, jak ja kocham rycerzy!
Chodź, mój drogi, niech cię ucałuję. Poza tym zrobiłam się bardzo głodna i muszę coś wziąć do ust. Bardzo nie lubię być na czczo, a pan mógłby się czymś zająć w tym czasie. Mógłby pan na przykład pozwiedzać okolicę. Na pewno się panu spodoba. Pan przecież tak lubi ładne okolice. – Zrobię to z wielką przyjemnością, szczególnie gdy są to niezupełnie mi znane okolice. – Drżącym głosem odpowiedział Kowalik. – Mam nadzieję, że zaspokoi pan swoją ciekawość miłośnika natury, a także moje oczekiwania. Dodała niezupełnie obca: „Ja tak lubię wędrować po nieznanej okolicy.
Można wiele ciekawych rzeczy odkryć i przeżyć, a i wiele przy tym doznać. Tak, niech pan odkrywa. Bardzo proszę, niech pan wreszcie odkrywa i doznaje” mówiła trochę zniecierpliwionym już głosem, choć dobrze wiedziała, że nieładnie jest mówić mając pełne usta. Kowalik, gdy uznał, że góry go już w pełni usatysfakcjonowały, opuścił je, ześlizgując się coraz niżej po lekko falującym terenie w kierunku niewielkiego lasku, który dostrzegł w zacisznej dolinie. „Tam chyba jest pięknie” pomyślał. Obca pani zajęta czymś nie odzywała się więcej. Kowalik nie miał również ochoty na konwersację i zanurzył się w zagajniku. W samym środku odkrył ukryte, zacisznie położone miejsce. „Chyba zostanę tu dłużej” pomyślał. W takich miejscach najczęściej się znajdują źródełka.
Ułożył się wygodniej i zanurzył usta w zdroju. „Jest pan bardzo zachłanny” przerwała długą ciszę niezupełnie obca pani. „Chce pan jak jakiś samolub korzystać z przyrody. Fe, a nieładnie. Proszę zrobić mi tę przyjemność i ustąpić miejsca memu rycerzowi. On także chciałby rozkoszować się jak pan i także się zanurzyć” powiedziała, wzdychając, nie bardzo już obca. „Ależ bardzo chętnie sprawię pani tę przyjemność. Ja bardzo lubię robić coś przyjemnego, szczególnie obcym paniom.” „Tak też myślałam. Wiedziałam, że nie zawiodę się na panu, pomimo że jest mi pan niezupełnie obcym mężczyzną. O, właśnie czuję, że mój rycerz jest bardzo z tego zadowolony.
Już ja znam dobrze rycerzy” mówiła niezupełnie obca. „Jestem tego pewien. Ja znam rycerzy również i wiem, co może ich uszczęśliwić” wzdychął Kowalik. Drgawki przeszyły jego ciało i zamilkł. „Jak dobrze, żeśmy się spotkali. Oboje, chociaż niezupełnie obcy, lubimy, gdy ktoś jest szczęśliwy” powiedziała niezupełnie obca pani i plałem przykryła śpiącego już Kowalika. Bruno Wioska „Zjawisko”: Wracałem pociągiem z Mediolanu do Kolonii. Czułem się bardzo zmęczony wielogodzinnym wernisażem mego przyjaciela. Wystawa pośmiertna. Ucieszyłem się, gdy w moim przedziale nie było nikogo.
Nie miałem ochoty na jakiekolwiek rozmowy lub słuchanie obcych zwierzeń. Rozsiadłem się wygodnie twarzą w kierunku jazdy. Lubię podróżować, gdy przez okno widzę zbliżające się widoki. Nie znoszę, gdy coś, na co patrzę, znika, pojawia się nagle i szybko znika. To tak, jakby tracić przyjaciół. Jeszcze nie oswoiłeś się, a już zaczyna się oddalać i znika. Zamyśliłem się i zamknąłem oczy. Chciałem rozpocząć medytację, gdy nagle ktoś z trzaskiem otworzył drzwi przedziału. Konduktor stanął w nich i powiedział: „Proszę tutaj. Tu będzie pani miała wymarzone miejsce.” Odsunął się na bok, robiąc miejsce w drzwiach, a w nich ukazała się, choć raczej powinienem powiedzieć zjawiła się, zjawiskowa osoba.
Gdy zobaczyłem ją, zaparło mi dech w piersiach. Wsunąłem się głęboko w fotel, wyprostowałem plecy i wziąłem oddech. Jak sztubak wlepiłem w nią oczy. Zjawa nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Mogłem ją swobodnie obserwować, nie czując się intruzem. W czasie, gdy uwaga skupiła się na widoku peronów za oknem, ja oceniałem jej strój. Jej ciało przykrywała dopasowana garsonka podkreślająca jej zgrabną, godną modelki figurę. Kostium był w bardzo szlachetnym, błękitno-stalowym kolorze, z wąską spódnicą z dużym rozcięciem z przodu. Rozpięty żakiet zdobiony przecudnej roboty wpiętą jasnoszarą różą miał bardzo kuszące zapięcie. Odsłaniał o wiele jaśniejszą, na pół przezroczystą bluzkę w tonacji kostiumu.
Szyję zjawiskowej damy zdobił sznur pereł. Jej twarz okalały proste blond włosy, które jakby obcięte specjalnie do całości, ledwo muskały jej ramiona. Włosy tworzyły jakby ramę okalającą cudowny obraz. W trochę szelmowsko przechylonej głowie śmiały się duże oczy, a kuszące usta zamykały kompozycję obrazu. Jednak pomimo wesołości dostrzegłem w jej twarzy nutkę nostalgii. Jeszcze raz spojrzałem na jej usta. To były usta stworzone do całowania. Odwróciłem wzrok w tej samej chwili, w której zjawiskowa dama rzuciła spojrzenie w moim kierunku. Nie wiedziałem, czy spostrzegła, że ją obserwuję. Kątem oka zauważyłem, że z wielką elegancją założyła nogę na nogę, oswajając kolana.
W tej pozycji uwydatnił się jej biust, na który nie miałem odwagi spojrzeć. Krótkotrwałe spojrzenie byłoby profanacją, a dłuższe arogancją. Zmuszałem się więc do patrzenia na nudny peron. Na ten sam, w który wpatrywała się cudowna. „Ciekawe o czym, a może o kim myśli?” zadawałem sobie pytanie. Wtem na peronie rozległ się gwizdek konduktora. Nieznajoma wstała i spróbowała sięgnąć do umieszczonej nad moją głową walizki. Pociąg szarpnął i stał się cud. Dama straciła równowagę. Pały jej żakietu rozchyliły się i jej biust znalazł się na wysokości mej twarzy, a moje usta dotknęły przypadkowo brodawkę jej piersi.
Przeźroczysta bluzka nie przeszkodziła mi w moim nagłym przeżyciu. Zakręciło mi się w głowie, bo poczułem także zapach jej ciała wzmocniony nieznanymi mi perfumami. Mieszanka lekkich jak powiew skrzydeł motyla perfum była oszałamiająca. Zjawisko pachniała bosko. Zamknąłem oczy, by utrwalić sobie ten cudowny moment. „Chwilo, jesteś piękna, trwaj wiecznie” – powtórzyłem z ankietem. Trwało to tylko ułamek sekundy, ale jakże wdzięczny byłem losowi. Pociąg jechał już prawie dwie godziny, a moja sąsiadka z przeciwka zatopiona była w myślach i nie zainteresowała się mną zupełnie. Było mi to na rękę, bo mogłem od czasu do czasu spoglądać na jej nogi, bardzo kobiecą sylwetkę i w tej samej chwili zjawisko rozpięło górny guzik w bluzce i ukazał się, jakby zgodnie z moim pragnieniem, przedziałek między kształtnymi piersiami. Zrobiłem oczy w słup.
Nie wiem, czy bóstwo zauważyło moje zachowanie, ale na jej ustach dostrzegłem ledwo dostrzegalny uśmieszek. A może było to tylko złudzenie? Przecież nie mogła odczytać moich myśli. W głośnikach rozległa się zapowiedź, że pociąg zbliża się do Berna. Moja vis-à-vis wstała i chciała sięgnąć po walizkę. Chciałem ją uprzedzić i stanęliśmy bardzo ciasno naprzeciw siebie. Zamurowało mnie. Jej zapach odurzył mnie do tego stopnia, że musiałem się nim napajać. Poczułem lekkie muśnięcie jej dłoni. Ocknąłem się z zauroczenia, słysząc jej głos.
„Może mi pan pomóc zdjąć walizkę?” – usłyszałem niemal szeptem wypowiedziane pytanie. Brzmiało to tak powabnie, że zastygłem na moment w bezruchu. „Ależ oczywiście. Przepraszam” – bąknąłem po chwili nieskrabnie. Zdjąłem walizkę i położyłem na siedzeniu obok mojego zjawiska. Otrzymałem w podzięce sympatyczny, pełen erotyzmu uśmiech. Jej oczy utopiły się na chwilę w moich i anioł, głęboko wpatrując się w moje oczy, obniżonym i bardzo seksownym głosem powiedział: „Merci”. Z otchłani mojego gardła wydobyło się tylko ciche westchnienie i wiedziałem, że był to jeszcze jeden przeżyty na jawie sen. Gdy pociąg zwalniał, chciałem podać mojej damie walizkę i zrobiłem to dość nieskrabnie. Straciłem równowagę, a zjawa zachwiała się i jej usta dotknęły mego policzka.
„Cóż za niespodziewany i uroczy przypadek. Czy można było o czymś takim marzyć?” – pomyślałem. Wydawało mi się, że widzę lekki uśmieszek na jej wydatnych czerwonych ustach. Nieznajoma, nie oglądając się za siebie, wyszła na korytarz i w tym momencie pociąg zatrzymał się na stacji. „Berno” – rozległo się w megafonach dworcowych. Otworzyłem okno i przynajmniej wzrokiem chciałem pożegnać zjawiskową damę. Widziałem, jak z gracją zeszła ze stopni wagonu. Nawet nie spojrzała w moim kierunku. „Przestałem dla niej istnieć” – pomyślałem z goryczą. Stojący pod moim oknem mężczyzna zawołał: „Tess!” Przyglądałem się, jak się zbliża do oczekującego na peronie mężczyzny.
Objął ją, lecz w objęciu tym nie było nic z czułości. Tulił moje zjawisko jakoś bezdusznie, co wywołało pierwotnie moją złość. Momentalnie jednak zmieniła się w zazdrość. Na powitanie pocałował ją w usta. W te same, które przed chwilą musnęły mój policzek. Szalona zazdrość przeszyła moje ciało. Moja wspaniałość, całując mężczyznę, spojrzała na mnie, po czym zmrużyła oczy. Całowała go, ale beznamiętnie. Mimo wszystko chciałem z zazdrości odwrócić spojrzenie. Wtem oczy zjawiska spotkały się z moim wzrokiem i świdrowały mnie na wylot.
Poczułem nagły przypływ krwi do głowy. Oblał mnie strumień szczęścia. Już mniej zazdrościłem temu panu. „Cóż za dziwny dzień” – pomyślałem i westchnąłem głęboko, gdy ruszył pociąg. Usiadłem na miejscu damy, choć nie znoszę jazdy tyłem, ale w tym wypadku miało to sens. Wspomnienie, już drugie tego dnia, pozostało w tyle. Mogłem pożegnać oddalające się słupy i znikający krajobraz. Zrobiło mi się bardzo smutno. Tak bardzo, jakbym pożegnał na zawsze kochaną osobę. Drugą tego samego dnia.
Wsłuchałem się w stukot kół o szyny. Spojrzałem w okno. Krajobraz zostawał w tyle, a ja popadłem w nostalgiczny nastrój. „Wszystko jest przeszłością” – pomyślałem. Patrzyłem bardzo długo. Krajobraz zahipnotyzował mnie i moje myśli uleciały w przestworza. Z letargu sprowadziło mnie dotknięcie czyichś kolan. Podniosłem się wyżej. Pomyślałem, że zbyt obsunąłem się na siedzeniu i komuś przeszkadzam, ale po chwili poczułem znowu dotyk. Otworzyłem oczy.
Zamknąłem je zaraz błyskawicznie, bo nie wierzyłem własnym oczom. Zacisnąłem powieki. Po chwili powoli podniosłem je i Przetarłem twarz. Na sąsiednim siedzeniu zobaczyłem moje zjawisko. Zjawa, czy co? Przecież wysiadła. Stała na peronie, gdy pociąg odjeżdżał. Spojrzałem raz jeszcze. Tak, to była ona. Uśmiechała się do mnie.
Chciałem odpowiedzieć jej także uśmiechem, ale ogarnęło mnie zwątpienie. Być może to sen. Zacisnąłem powieki. Wtedy poczułem na moim kolanie obcą dłoń. Może to jej dłoń? Zmusiłem się, by ponownie otworzyć oczy. I nie myliłem się. Ręka mojego zjawiska leżała w dalszym ciągu na moim kolanie. To było najpiękniejsze dotknięcie, jakie kiedykolwiek przeżyłem w moim długim życiu. Delikatnie położyłem rękę na jej pięknej, ozdobionej długimi palcami dłoni.
Pomyślałem sobie, że zaraz swoją cofnie, ale ku mojemu zaskoczeniu cudowna położyła swoją drugą dłoń na mojej. Spojrzałem w jej twarz. Jej cudowne, wielkie oczy wpatrywały się we mnie jakby pytająco. Chyba zrobiłem jakiś grymas, bo w kącikach ust zjawiska pokazał się ledwo dostrzegalny uśmieszek. Przecudne jej oczy zostały przysłonięte brwiami zdobionymi długimi rzęsami, jakby zapraszając do kontynuowania czułości. Czułem, jak mnie całego oblało wielkie szczęście. „To nie złudzenie” – pomyślałem. Ona tu jest i trzymamy się za ręce. Jakby mało było szczęścia, jej oczy spoza na wpół otwartych powiek wpatrzone były w moje. Jakaś magnetyczna siła nie pozwoliła mi się ruszyć.
Tkwiliśmy w bezruchu bardzo długo. Widziałem tylko jej hipnotyzujące oczy, które zawładnęły mną. W tej chwili zrobiłbym dla niej wszystko. Pragnąłem ją objąć, ale siedziałem w dalszym ciągu nieruchomo. Byłem szczęśliwcem cieszącym się jej obecnością. Mimo że mój wzrok skupił się na jej oczach, zwróciłem uwagę na rozpięty dekolt, gdzie ukryte były jej kształtne piersi. Jak bardzo pragnąłem je całować. Na jej twarzy pojawił się zalotny uśmiech. „Czyżby moje cudo potrafiło czytać myśli?” – dedukowałem. Natychmiast, jakby odpowiedź na moje wątpliwości, twarz jej, uśmiechając się, przytaknęła, przyzwalając moim marzeniom.
W jednej chwili znalazłem się w raju. Jednocześnie poczułem silniejszy uścisk dłoni mojej vis-à-vis. Przeszył mnie dreszcz, co wywołało kolejny uśmieszek zadowolenia na jej twarzy. Nie sądziłem, że dreszcz był widoczny, ale być może zadrżały mi dłonie. Zamknąłem ze szczęścia oczy. Wyczuwałem ciągle jej leżące na mym kolanie delikatne dłonie. Bałem się poruszyć, by czar nie zniknął. W tej chwili pragnąłem tylko jedno: całować jej dłonie. Tym bardziej że w przedziale poza nami nie było nikogo. Pochyliłem dłonie i przeważyło mnie w jej stronę.
Natychmiast wyprostowałem się i stwierdziłem, że moje zjawisko znikło. Gdzie się podziało moje zjawisko? Wyraźnie przecież czułem jej dłonie w moich. Czułem zapach jej perfum. „Może poszła do wagonu restauracyjnego?” – pomyślałem i wyszedłem, by ją odszukać. W restauracji było niewielu pasażerów. Dojrzałem ją siedzącą plecami na końcu wagonu. Podszedłem do jej stolika i zapytałem, czy mogę się dosiąść. Nic nie odrzekła, ale na jej twarzy pojawił się bardzo zalotny uśmiech, który mógł być tylko zaproszeniem. Zamówiłem także kawę i spojrzałem na nią.
Patrzyła na mnie zachęcająco. W jej oczach wyczułem pożądanie. W moich pewnie też mogłaby dostrzec, gdyby jej wzrok zatrzymał się dłużej na mej twarzy. Piliśmy kawę w milczeniu. Gdy w głośnikach zapowiedziano, że pociąg zbliża się do Stuttgartu, moja vis-à-vis dopiła szybko kawę. Posłała mi czarującego całusa, tak ponętnego, że zamurowało mnie w siedzeniu. Gdy opamiętałem się, pociąg zatrzymał się już na stacji. Jak na złość nie było kelnera, by zapłacić za kawę. Położyłem więc pieniądze na stole za dwie kawy z sutym napiwkiem i w tym momencie zauważyłem, że kelner zgarnia pieniądze z tacy. „Dziękuję serdecznie.
Jest pan bardzo wspaniałomyślny. Nie spodziewałem się tak sutego napiwku” – powiedział kelner. „Zapłaciłem za tę panią także” – powiedziałem. „Za tę panią?” – odrzekł pytająco kelner. „Rozumiem.” – pokiwał dziwnie głową i odszedł. Zauważyłem jeszcze, jak rozmawia ze swym kolegą przy barze i obaj, patrząc w moim kierunku, wybuchnęli śmiechem. Nie dociekałem powodu ich wesołości i skierowałem się w stronę drzwi. Kelner pobiegł do mnie i wyprzedzając mnie otworzył drzwi. „Dobrze się pan czuje?” – zapytał. Nie miałem zamiaru wdawać się z nim w dysputy, bowiem wiedziałem, że w przedziale czeka na mnie zjawisko.
Jurjan, „Podróż sentymentalna”: „Muszę w końcu zacząć pisać. To przecież główny powód, dla którego tu jestem. Jak Latarnik. Ale on chyba czytał.” Ze zmarszczonym czołem starałem się wydrzeć treść książki z odmętów pamięci. Tak, w każdym razie mamy wspólny mianownik. Czytał, pisał. Obaj zamieszani w literaturę. Zresztą ten, jak mu tam, Skawiński, to był też kawał hultaja. Bratnia dusza. Tylko czy dam radę?
Odwlekam napisanie pierwszego zdania w pamiętniku, jakbym miał rozpocząć drogę przez mękę. A przecież nic nie muszę wymyślać, tylko przypomnieć sobie, jak to było. A było... Uśmiechnąłem się do siebie. To będzie dobry początek. Odwlekałem napisanie pierwszego zdania w pamiętniku, jakbym miał rozpocząć drogę przez mękę. A przecież nic nie muszę wymyślać, tylko przypomnieć sobie, jak to było. A było i naprawdę, i w ilościach wystarczających na okraszenie kilku żywotów. Miałem niesamowite życie. Chyba w jakiś magiczny sposób przyciągałem przygody i przeróżnych cudaków stających na mojej drodze.
Wyprostowałem się na skrzypiącym skórzanym fotelu, zerkając na nierówne linijki tekstu. Codziennie jedna strona. Przeliczyłem w myślach. Jednak trochę mało. Jeśli uda się dwie strony dziennie, to będę miał spisane prawie całe życie. Rok powinien wystarczyć. Oczywiście, o ile powstrzymam się od wypisywania nuciařstw. Zatrzymałem wzrok na fototapecie. Przyzwyczajony nie widziałem już szczegółowej panoramy Manhattanu. Błądząc oczami po kolorowych obszarach na ścianie, zastanawiałem się, co ma pójść na pierwszy ogień.
Uczelnię? A może wspomnienia zacząć od praktyk? Z tych rozważań wyrwał mnie dzwonek telefonu. Podniosłem czarną bakelitową słuchawkę. Lubiłem ważyć w ręku jej ciężar i czuć fakturę nieco wytartego plastiku. Prawdziwa rzecz z historią, jak ja. Mogłem usłyszeć Wenus lub Jupitera. Po samym tembrze głosu dowiem się, z jakimi kłopotami będę się mierzył — zdążyło mi przemknąć, zanim słuchawka szerokim łukiem, który miał pomóc w rozwinięciu splątanego przewodu, dotarła do ucha. Słucham? Postanowiłem szybko zakończyć rozmowę i wracać do pisania.
Witaj. To była Wenus. Lubiłem jej miękki, zmysłowy głos. Z czym mam problem? Skoro to ona dzwoniła, nie mogło go nie być. Z maszyną o numerze rejestracyjnym 412, która popełniła wykroczenia. Niezgodności dotyczą punktów S4 oraz KOM7. Wenus. Jaśniej proszę. Lampy w moim biurze natychmiast rozjarzyły się pełnym blaskiem.
Uniosłem oczy w stronę sufitu, przeżuwając w myślach łagodne przekleństwo. Nigdy nie nauczę się rozmawiać z komputerem, który ma głos bardziej ludzki od niejednego człowieka. Wyjaśnij znaczenie podanych kodów. Kod S4 to wykorzystywanie przez maszynę osprzętu technicznego bez uzasadnionego powodu, a KOM7 w katalogu odstępstw i uchybień to błędne lub niezrozumiałe komunikaty w wymianie pomiędzy poszczególnymi jednostkami. Czym jest to spowodowane i na ile groźne dla funkcjonowania całej infrastruktury? Brak danych. W odpowiedzi na drugie pytanie szacuję zagrożenie od bardzo niskiego do niskiego. Coś odwróciło moją uwagę. Zaskoczony chwyciłem przewód słuchawki i zbliżyłem urwaną końcówkę do twarzy. Ach, oszuści!
Nie zrozumiałem kontekstu. Głos w słuchawce był nadal wyraźny. Nie do ciebie. W głowie mi się zagotowało. Obiecywali oryginalne wyposażenie. Chciałem tak niewiele. Fotel koniecznie obity naturalną skórą, dębowe biurko, trzy fototapety i czarny telefon z tarczą. Czy to tak dużo? Skieruj maszynę do przeglądu i nie zawracaj mi już tym głowy. Zrozumiałam.
Pragnę jedynie poinformować, wcześniej nie zdążyłam, że w omawianym przypadku występują też błędy nieskatalogowane. Otóż zdarzenie. Słuchałem jednym uchem, rzeczywiście i w przenośni, myśląc cały czas o słuchawce z zerwanym przewodem, a jednak sprawującej się doskonale. Ciekawym, co ukryli w fotelu i czy pióro nie jest jednocześnie skanerem. Jednostka w ciągu ostatnich 20 dni była siedmiokrotnie kierowana na przegląd z tej samej przyczyny. Za każdym razem po powrocie, najpóźniej w ciągu 48 godzin zniszczeniu ulegał komputer kontrolny. Może coś nie współgra z tym komputerem. Jakieś zwarcia, przebicia. Niech to sprawdzą dokładnie. Brak wyraźnej przyczyny tej serii awarii.
Wszystkie wyniki zgodne z dokumentacją, wręcz wzorcowe. A te punkty, to znaczy kody... Opisz dokładnie zachowanie maszyny. Podaję ostatnie wpisy do archiwum. Ratrak S10 o numerze rejestracyjnym 412. Lista niezgodności: kod S4. Pojazd kieruje jedną z kamer poza obszar trasy przejazdu, pionowo nad siebie w przestrzeń kosmiczną. Zachowanie alogiczne, nieułatwiające prowadzenia zespołu trakcyjnego. Kod KOM7. Pojazd podczas postojów przeznaczonych na ładowanie akumulatorów zapisuje w pamięci sieci głównego ciągu niezrozumiałe komunikaty.
A nie powinien przesyłać komunikatów? Jak to działa? Problem zaczyna mnie interesować. To nie wyglądało na zwyczajny wybryk biorący swój początek w błędach oprogramowania albo złej interpretacji polecenia. „Ma obowiązek zapisać wszystkie ważne informacje dotyczące zaobserwowanych zmian powstałych na trasie przejazdu. Po ponownym podłączeniu baterii akumulatorów ratrak powinien pobrać te informacje. To sposób na zachowanie informacji ważnych w kontekście bezpieczeństwa i wydajności pracy maszyny. Wcześniej, przed wprowadzeniem tej procedury zdarzało się, że przepięcia powstałe podczas podłączania zasilania kasowały pamięć podręczną”. „Co to za niezrozumiały komunikat? Przeczytaj”.
„To zadanie na 7 godzin i 22 minuty. Rozpoczynam czytanie ciągu znaków. S, E, R, dolar, dolar, krzyżyk, 1, 0, 9, I, O, T, ukośnik, ukośnik, X, Y, T...”. Symbole i litery czytała tak szybko, że zlewały się w jeden bełkot. „Stop! Opisz ten komunikat jednym prostym zdaniem”. „Zadanie niewykonalne. Mogę opisać plik w dwóch zdaniach prostych lub w jednym złożonym. Czy mogę opisać go jednym zdaniem złożonym?” „Oj tak. Do cholery.” Ostatnie dwa słowa ukryłem w kaszlnięciu, bo w myślach już słyszałem, jak ględzi o niezrozumieniu kontekstu.
„Niezrozumiały ciąg przypadkowych znaków. Plik o ciężarze 23 MB”. „Prześlij ten plik do głównego komputera. Ma sprawdzić go pod kątem oprogramowania wirusowego”. „Przesyłam plik. Plik sprawdzany. Otrzymałem wnioski dotyczące ostatniego polecenia”. „Podaj wnioski” – potwierdziłem znudzonym głosem. „Plik to program. Zawiera kilka nieskończonych pętli logicznych.
Jedna z pętli wyłącza chłodzenie komputera kontrolnego. Po uruchomieniu pliku wykonywalnego wirusa chłodzenie jest wyłączane i włączane z częstotliwością taktowania głównej szyny procesorów. Skuteczność chłodzenia spada. Pozostałe pętle nieskończone wykorzystują większość mocy obliczeniowej tego komputera, co powoduje wzrost temperatury podzespołów. Działanie wirusa ma na celu zawieszenie komputera kontrolnego. Spalenie modułu po pewnym czasie jest efektem ubocznym przeciążenia i zmniejszonej wydajności chłodzenia”. Zdumiony zatrzymałem się w pół ruchu. Wirus? Tutaj? Wszystko sterylne.
Żadnego połączenia sieci na Hesperii z jakimkolwiek zewnętrznym komputerem. Skąd więc szkodliwe oprogramowanie? Jakiś sabotaż? Nonsens. „Venus, ten ratrak S10412. Przeczytaj poprzednie wpisy w jego archiwum”. „Skierowanie na przegląd techniczny. Wymiana modułu kontrolnego. Siedem identycznych wpisów. Skierowanie na przegląd po ciężkim wypadku na trasie baza-huta na wysokości lasu iglicowego.
Po wymianie spalonego modułu kontrolnego i naprawie uszkodzeń zewnętrznych zespołu maszyna powróciła do standardowych zadań. Wykaz wykonanych czynności: wymiana modułu kontrolnego, wymiana nadpalonych przewodów instalacji hydraulicznej, oczyszczenie wnętrza pojazdu po punktowym pożarze, wymiana anten, wymiana...”. „Wystarczy. Co to za pożar? Co się paliło i jakie skutki?” „Płyn hydrauliczny z naderwanego przewodu przedostawał się na iskrzący moduł kontrolny. Pożar doprowadził do ogólnego zwarcia instalacji elektrycznej, a w konsekwencji do odłączenia zasilania głównej jednostki obliczeniowej pojazdu”. „Myślałem, że już nie stosuje się palnego oleju hydraulicznego” – zamruczałem do siebie. „Z reguły nie stosuje się, ale oleje, które mają możliwość pracy w skrajnie niskich temperaturach, są co prawda trudno, ale nadal palne i nie posiadają bezpiecznych zamienników. Gdyby płyn hydrauliczny zalał szerokim strumieniem komputer, ugasiłby tlącą się elektronikę. W tamtym przypadku olej tylko kapał z rozszczelnionego przewodu.
To doprowadziło do podsycenia ognia i zapłonu tworzyw sztucznych we wnętrzu modułu”. „Gdzie teraz jest ten pojazd?” „Za 4 minuty będzie na terenie bazy, gdzie otrzyma polecenie odbycia przeglądu”. „Zatrzymaj go w bazie. Za chwilę przekażę dalsze instrukcje”. Wstałem i podszedłem do okna ze słuchawką przy uchu, z idiotycznie dyndającym urwanym przewodem w czarnym bawełnianym oplocie. Może i to czasem będzie przydatne – wpadło mi do głowy, oceniając, na jaką odległość mogłem odejść od biurka. To mam teraz bezprzewodowy. Trzeba szukać plusów. Za pancerną szybą panował duży ruch. Pojazdy różnej maści pojawiały się na terenie bazy i znikały w bramach hangarów.
Inne w tym czasie z nich wyjeżdżały, kierując się na swoje zaplanowane trasy. Nic nowego. Taki rozmach panował tu zawsze, kiedy nie spojrzeć przez okno. Zdążyłem się przyzwyczaić. Byłem dokładnie w połowie kontraktu. Przede mną jeszcze rok samotności na planetoidzie. I pomyśleć, że w pierwszych miesiącach pracy od czasu do czasu osobiście monitorowałem bazę, odkrywkę i hutę. Nie miałem takiego obowiązku, ale zwyczajnie to lubiłem. Dziś kontrolowałem całość przez telefon, a w zasadzie przez coś, co go udawało, a cała papierowa biurokracja to raptem trzy segregatory z raportami rocznymi, kwartalnymi i miesięcznymi. Skoncentrowałem wzrok na kolejnym powracającym pojeździe.
To był ratrak. Być może właśnie ten z problemami natury osobowościowej. Wykrzywiłem usta w imitacji uśmiechu. Rzędy reflektorów maszyny rozświetliły część obszaru bazy. Pokazywała się co chwila w pełnej okazałości, przebijając się majestatycznie przez tumany pyłu. Przybliżyłem zoomem widok za oknem. Kiedy światła reflektorów minęły mnie i przestały oślepiać, zauważyłem ruch na dachu pojazdu. To kamera, która przekręciła się w stronę mojego biura, łypnęła odbitym blaskiem od optyki i zatrzymała się na moment. Poczułem się dziwnie. Niby nic, takie zwykłe zaburzenie, złamanie kanonu dobrego sprawowania.
Jednak nie mogłem otrząsnąć się z myśli, że to coś patrzy na mnie ze świadomością. Ratrak pełznąc powoli podniósł hydrauliczne ramię i wykonał dziwny ruch, zupełnie bez sensu. Poruszył nim dwa razy na lewo i prawo, aby sekundę później z powrotem przenieść wysięgnik na trójkątną podporę nad dachem kabiny. Stałem jeszcze przez chwilę unieruchomiony plątaniną myśli. Czy to przypadek? Prądy błądzące po układach scalonych czy świadome działanie? Trzęsący się wysięgnik jak prąsawica w chorobie umysłowej? Tak, prawda. Ten model ma biokomputer wykorzystujący szczurze mózgi. To nie te czasy, kiedy można było zwalić wszystko na przebiegi elektryczne.
Patrzył na mnie. To coś na mnie patrzyło. Czułem, jakby w środku był człowiek. Ale to tylko maszyna. Skomplikowana, inteligentna, ale tylko maszyna. Zachciało się traktorowi podziwiać gwiazdy. Nie potrafiłem jednak przekonać sam siebie. Pozornie genialna myśl rozświetliła mój umysł gwałtownym błyskiem. Gdyby tak przerzucić odpowiedzialność na ludzi z centrali na Ziemi? Niech się zastanawiają, tęgie głowy.
Ale co im powiem? Że pojazd gąsienicowy mnie obserwował i do mnie pomachał? Śmierdzi mi to naftaliną. Wyjdę na starego głupca, któremu samotność pomieszała w głowie, przez co na siłę szuka kolegi. Sprawa musi pozostać wśród tych skał. Muszę się grubo zastanowić. Raz już popełniłem podobny błąd. Tak to oceniam z perspektywy lat. Czuję jego brzemię do teraz. Jak się nazywał tamten robot?
Termit? Terminator? Terminal? Zaraz sobie przypomnę. Skierowałem kroki do półki z segregatorami. Przechodząc obok zabytkowego biurka odłożyłem zbędną już słuchawkę. Wyjąłem odpowiedni kwestionariusz i kładąc go przed sobą wygładziłem powierzchnię. Naelektryzowana kartka przykleiła się do blatu. Technika czasem bywa użyteczna, szczególnie dla zatwardziałego tradycjonalisty. Rozważałem, przypominając sobie, jak uciążliwe było niegdyś pisanie w warunkach niskiej grawitacji.
Terminus. Tamten automat naprawczy nazywał się Terminus. Skazałem go na zagładę, nic nie rozumiejąc ze strachu przed nieznanym. Przy okazji zginęły niczemu niewinne myszki, którymi się opiekował. Trzymając w ręku pióro spoglądałem na formularz z szeregiem rubryk do wypełnienia. Stalówka z cichym odgłosem skrobania rozpoczęła koliste pląsy. Typ: transportowy pojazd gąsienicowy. Model: Ratrak S10. Numer rejestracyjny: 412. Rodzaj uszkodzenia: chroniczna awaria modułu kontrolnego.
Wnioski... Nie zawahałem się ani przez chwilę. Nie tym razem. Zresztą na stare lata miałem prawo się pomylić. Nic nie zrobią staremu człowiekowi. Wnioski? Odłączyć na stałe moduł kontrolny, przywrócić do pracy. Poczułem, jakbym spłacił stary dług. Było mi lżej w środku. Jeszcze podpis.
Komandor Pirx. Dodałem w nawiasie, jak miałem w zwyczaju od jakiegoś czasu, w stanie spoczynku. Kamila Ciołko-Borkowska, "Musa". Z namaszczeniem zapalił papierosa. Rozsiadł się wygodnie w fotelu. Zaciągnął i wypuścił z płuc niebieskawy dym. Czekał. Palcem wskazującym postukał w blat biurka. Niecierpliwił się. Może jest jeszcze za wcześnie.
Wstał więc nieśpiesznie i zaczął przechadzać się po zastawionym książkami pokoju. Zmarszczka na czole pogłębiła się. Myślał. Westchnął i wrócił na fotel. Popiół z papierosa opadł na szerokie oparcie. Nie zauważył. Nadal wpatrywał się w jeden punkt. W tym momencie drzwi uchyliły się i do pomieszczenia weszła ona. Uśmiechnęła się zmysłowo. Co tak późno?
Oj, znasz mnie – powiedziała powoli. Nie interesuje mnie, że czekasz. Przychodzę niespodziewanie. Czekam od rana. Nie mam pomysłu, a termin goni. Znów palisz. Zmarszczyła nos z niesmakiem. Wiesz, że tego nie lubię. No ale mów. Tom właśnie zabił swoją żonę.
Nie wiem, czy powinien uciekać, czy może ukryć zwłoki. Pogłaskała głowę mężczyzny. Stanęła za nim. Dłonie położyła na jego ramionach, pochyliła się i zaczęła szeptać mu do ucha. Mężczyzna zaczął szybciej oddychać. Nie wiadomo jednak, czy z powodu tego, co słyszał, czy może działał tak oddech pięknej kobiety. Tak! Przecież to logiczne. Zerwał się na równe nogi. „Daj mi jeszcze kilka chwil.” Przybyła niczym Mempomena, leniwie rozsiadła się na zwolnionym miejscu.
„Kochana, tobie dam całe swoje życie.” „Wiem” – przeciągnęła się jak kot, zalotnie kładąc nogi na podłokietnik. „Tylko wiesz...” „Tak wiem. Terminy gonią.” Leniwie machała bosymi stopami w powietrzu, robiąc smutną minę. „Powtarzasz to już od kilku lat. Znudziłeś mnie tym.” „Jesteś dziś markotna.” „No cóż.” Spojrzała w jego stronę, odrobinę mrużąc oczy. „Pogoda mi się nie podoba. Deszczowo tak...” „Ale ja muszę pisać, nawet gdy pada, kochana” – urwał. Pomimo tego, że zarabiał na życie pisaniem, przy niej nigdy nie mógł dobrać odpowiednich słów. Ba! Najczęściej nie musiał się tym martwić.
Rozumiała go bez zbędnego gadania. Dlatego właśnie ich relacja była taka piękna. Wiedziała. Zawsze wiedziała, o co chodzi. Wystarczyło, że na niego spojrzała. Fakt, była nieprzewidywalna. Przychodziła i odchodziła, kiedy chciała. Potrafiła spędzić z nim pięć minut, a czasem nawet całą noc. Popychała go do pisania. Dawała mu siłę tworzenia, o jakiej mogli pomarzyć tylko mistrzowie.
Uwielbiał ją. Kimże byłby bez niej? Nikim. Otóż to. Nikim, a nawet niczym. Sam nie napisałby jednego zdania. Potrafiła marudzić i mieć niesamowicie wielkie wymagania. Zgadzał się na wszystko. Nie potrafił tylko rzucić palenia. To ono umilało czas oczekiwania na nią, jego muzę przynoszącą wspaniałe natchnienie.
Kobietę z marzeń, która ofiarowywała wspaniałe doznania. Pieściła zmysły pisarskich namiętności. Tylko dzięki niej był tak poczytnym autorem. Usiadł na krześle. Kilka miesięcy temu złamało się oparcie. Jednak nie przywiązywał wagi do tak błahych rzeczy. Najważniejsze było to, że przyjdzie i da mu siłę tworzyć. Pozwoli mu się zatracić w myślach, które przeleje na papier. Dłonią musnął maszynę do pisania, wiedząc, że niedługo spędzi wspaniałe chwile przy biurku. Jeśli pójdzie dobrze, skończy powieść już niedługo.
Nie odzywał się, by nie spłoszyć swojej muzy. Nie chciał, by uciekła. Znał ją na tyle, żeby wiedzieć, jak bardzo jest płochliwa. Odruchowo sięgnął po papierosa. Zapalił. Zaciągnął się z rozkoszą, powoli, delektując się wizją wielu godzin pisania. Ciekawe, czy zdąży jeszcze iść po kawę. Nie chciał, żeby czekała na niego. Nie lubiła zwlekania z rytuałem. Rozmyślania przerwał mu dźwięk opuszczonych w pośpiechu nagich stóp na podłogę.
Deski trzeszczały cicho przy każdym kroku. Siedział tyłem. Znów nachyliła się, jak poprzednio. Czuł jej piersi między swoimi łopatkami. Ciepło lekko osłoniętego ciała uspokajało. Pozwalało się odprężyć, zapomnieć o tym, co nie jest istotne. Znów szeptała, lekko muskając ustami jego ucho. Przymknął oczy. Papieros wędrował do ust co chwilę. Gdy skończyła, odwrócił się do niej.
Uśmiechnęła się ciepło. Wyciągnął do niej rękę i posadził sobie na kolanach. Gdy patrzyła mu prosto w oczy, zaciągnął się jeszcze raz. Pocałował kobietę w nos i dmuchnął jej dymem prosto w twarz. Uśmiechał się przy tym wesoło. „Powtarzałam tyle razy, że nie lubię, jak palisz.” Złość zaczęła pojawiać się na jej twarzy okraszona rumieńcem. Wraz z rozmywającym się w powietrzu wydmuchanym kłębem papierosowego dymu rozmywać zaczęła się i ona. Najpierw delikatnie, potem coraz bardziej, by w końcu całkiem zniknąć. Pisarz odwrócił się w stronę maszyny do pisania. Do rana słychać było tylko szybkie uderzanie palców w klawisze.
Kamila Ciołko-Borkowska „Przyjaciółki”: Poprawiłam słuchawkę w uchu. Audycja się kończy. Znów go zobaczę. Mgła zdawała się wdzierać wszędzie. Chłód był tak przejmujący, że ręce mi zmarzły. Zaczęłam rozcierać dłonie, nie mogąc się doczekać widoku człowieka o tak pięknym głosie. „Musimy siedzieć na tej ławce?” „Musimy.” Kwenkanie Marty zaczynało mnie mocno drażnić. „Co ten facet ma w sobie?” „Co ma w sobie, to ma w sobie. Słuchałaś jego audycji? Ten człowiek ma hipnotyzujący głos.” „Każdy z nich musi mieć fascynujący głos.” „Jakbyś mnie nie znała.
To taki fetysz.” „Och, ale jest zimno.” Przerwała mi gwałtownie. Skończył. Usiadłam wygodnie na ławce. Teraz albo nigdy. Poczekałam jeszcze chwilę. Za moment będzie wychodził z budynku. Jeśli chcę go złapać, muszę znaleźć się w odpowiednim momencie i w odpowiednim miejscu. „Wiesz co? Idę sobie. Spotkamy się potem” – machnęłam jej ręką.
Obraziła się. Trudno. Przeproszę ją później. Mój perfekcyjny plan wymagał skupienia. Nie miałam czasu na fochy przyjaciółki. Mój ideał wyszedł właśnie z pracy. Punktualnie. Jak zawsze szedł po kawę na wynos. Poprawiłam włosy i stanęłam za przystojniakiem. Serce waliło mi jak oszalałe, ręce pociły się.
Muszę się poświęcić. Zgodnie z planem obrócił się w odpowiednią stronę. Wpadając na mnie, rozlał kawę. Krzyknęłam, łapiąc się za oblane ramię. Kurczę, faktycznie boli. Gdyby nie był tak przystojny, nigdy bym nie zgadzała się na taki plan. Przymknęłam oczy, robiąc odpowiedni grymas. Każdy ruch dokładnie zaplanowałam podczas bezsennych nocy. „O Boże, przepraszam!” Spojrzałam na niego wzrokiem zbolałym, jakby kawą wyrwał mi przynajmniej rękę, a nie obarzył ramię. Szybko zdjęłam bluzę, dmuchając na obolałe miejsce.
„Au!” Ludzie zaczęli patrzeć na nas z zainteresowaniem. Łzy w oczach wzmocniły efekt. Całe szczęście, bąbli nie będzie. „Wylał pan na mnie gorącą kawę!” „Przepraszam, ja powinienem bardziej uważać.” „Teraz to już za późno na takie spostrzeżenia.” „Boże, naprawdę nie chciałem.” Już to słyszałam. Mógłby tak mówić do mnie całymi dniami, tym swoim aksamitnym głosem. Musi się w końcu udać. Mina cierpiącej powinna w końcu przynieść efekt. „A może uda mi się przeprosić panią w jakikolwiek sposób? Kawa na pewno odpada.” Bingo! Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
Na dodatek ma poczucie humoru. Ideał. „Może pan spróbować.” Spacer zakończył się w pizzerii. Potem był wypad na drinka i kilka spacerów nad jeziorem. Wiedziałam, że muszę go w końcu zaprosić do siebie. Tylko najpierw powinnam przekonać Martę. Była jak zwykle naburmuszona. Zapewne denerwował ją mój radosny nastrój. „Zawsze gdy pojawia się facet, idę w odstawkę.” „Zawsze, gdy pojawia się facet, robisz się nieznośna” – zaczęłam ją przedrzeźniać. „Ile to tym razem potrwa?” „Jak to tym razem?” „Przecież wiesz.
Nie udawaj głupiej.” „A tym razem nie może być inaczej?” „Jak inaczej?” Spojrzała na mnie groźnie. Nie znosiła sprzeciwu. Zawsze, ale to zawsze stawiała na swoim. „No...” – zająknęłam się. „Miły jest i chciałabym poznać go lepiej.” „Nie bądź śmieszna.” „Maruś, jesteś aż tak bardzo zazdrosna? Ustaliłyśmy to już dawno temu, tak? Ty wybierasz faceta, potem oddajesz go mnie. Może jednak tym razem zmienisz zdanie?” W odpowiedzi tylko spojrzała na mnie, zacisnąwszy usta w cienką kreskę. Wiedziałam, że nie było z nią dyskusji. Miałam tylko ją.
Sama nie poradziłabym sobie nigdy. Radość ze spotkań z Tomkiem prysła niczym balonik, który za bardzo zbliżył się do szpilki. Próbowałam cieszyć się ze wspólnych chwil, jednak przyjaciółka naciskała coraz bardziej. Nie miałam prawa zbywać jej jeszcze dłużej. Z duszą na ramieniu zaprosiłam w końcu mojego księcia do mnie. Marta siedziała w kuchni. Posadziłam mężczyznę na sofie. „Zrobię nam kawę. Poczekaj tu na mnie.” Pocałowałam go czule. Wiedziałam przecież, że nie zostało nam już zbyt dużo wolnego czasu.
„Wybierz może jakąś muzykę. Tam masz odtwarzacz.” Wolno weszłam do kuchni. Marta uśmiechała się szeroko. W ręku trzymała małą fiolkę. „Schowaj to” – wyszło ostrzej, niż chciałam. „Po prostu nie chcę, byś zapomniała.” „Wiem, gdzie trzymamy prochy. Nie bój się, uśpię go jak zawsze. Tylko siedź cicho.” „Ja zawsze jestem cicho. To ty krzyczysz.” „Właśnie, ty tak zawsze krzyczysz?” „Jak jest mi dobrze, to krzyczę” – odburknęłam, podpalając gaz pod czajnikiem. „Dobra, dobra.” W tym momencie, nie wiadomo kiedy, do kuchni wszedł Tomek.
„Mówiłaś coś?” Patrzył na mnie ufnie, stojąc w drzwiach. „Nie, tak tylko do siebie.” Serce waliło mi jak oszalałe. „Myślałem, że ktoś jest z tobą.” Rozejrzał się po malutkim pomieszczeniu. „Nie, głuptasku. Jesteśmy przecież sami.” Podeszłam do niego, całując go delikatnie w nos. Maciej Soliński, „Sześć sekund”. „Jolu, pobudka! Obudź się. Jolu, czas wstawać” – powiedział damski, ciepły głos androida. „Jola, słyszysz?
Jest późno.” „Okej, okej, już, już. Nie śpię” – wydusiła z siebie, ziewając. „Która to?” „Jest 7:16. Opóźniłam pobudkę o 15 minut z uwagi na przedłużający się cykl snu głębokiego.” „Co? Przecież spóźnię się do pracy!” – warknęła, wyskakując z łóżka. – Jaki cykl snu? Coś ty zrobiła? W życiu nie chciałabym wstać później z uwagi na jakiś zakichany cykl. „Jest to wynik wczorajszej aktualizacji oprogramowania” – wyjaśniła Tima. – „Zwiększono priorytet zdrowego snu o 13 punktów procentowych.” „Natychmiast do wyła!” – rozkazała w trakcie szczotkowania zębów.
„Anulowano. Mam jeszcze istotną informację. O 3:11 pies zwymiotował w kuchni. Miejsce zostało oczyszczone.” Jola spojrzała współczująco na przegaszonego sznaucera. „Zapakuj mi kanapkę. Zjem w samochodzie” – powiedziała, wycierając twarz ręcznikiem. Jola niosąc w jednej ręce termos z kawą, w drugiej torbę, a w zębach bułkę, próbowała niezdarnie zatrzasnąć drzwi mieszkania biodrem. Mogła wydać polecenie androidowi, ale chciała udowodnić sobie i Timie, że tak bardzo jej nie potrzebuje. Autonomiczna Kia czekała z otwartymi drzwiami. Jola, próbując jak najszybciej wsiąść do pojazdu, zahaczyła nogą o próg, rozlewając kawę na siedzenie.
„Cholera” – syknęła przez zęby. – Tima, zamów czyszczenie tapicerki. „Jolu” – odezwał się w głośnikach android. – „Plama wydaje się powierzchowna. Prawdopodobnie wystarczy zastosować...” „Zleć czyszczenie tapicerki!” – przerwała podniesionym głosem. Coraz częściej miała wrażenie, że nie mieszka z androidem, tylko ze swoją matką, która zawsze wszystko wiedziała lepiej. „Jedź strefą tylko dla auto i prędkość na maksa” – wydała polecenie samochodowi. Wiedziała, że na drogach przeznaczonych wyłącznie dla pojazdów autonomicznych prędkość ograniczają tylko warunki atmosferyczne. Mknęła przez miasto z prędkością 170 km/h. Wreszcie miała chwilę wytchnienia.
Rozpakowywała kanapkę, gdy nagle pojazd gwałtownie wytracił prędkość. „Kia, co się dzieje?” – zapytała zaskoczona i nie czekając na odpowiedź, wyjrzała przez okno. Jak okiem sięgnąć, zatrzymywały się wszystkie pojazdy. – Kia, co jest? – powtórzyła zdenerwowana. Asystent pojazdu nie odpowiadał. – Tima, co się dzieje z samochodem? – połączyła się z osobistym asystentem, licząc, że może jej android ma jakieś informacje o jakiejś awarii. Ale i tym razem odpowiedziała jej cisza. Już miała wyjść się rozejrzeć, lecz w głośnikach zabrzmiał zdenerwowany głos mężczyzny: „Uwaga, słuchajcie mnie.
Nastąpiła eksploz...” Głos się urwał. Samochody ruszyły. Jola siedziała bez ruchu, nie mogąc zebrać myśli. „Co to znaczy?” – zastanawiała się. – Kto to powiedział? – Tima, Tima, słyszysz mnie? „Tak, słyszę” – odpowiedział android. – Co wybuchło? „Nie rozumiem pytania.” – No to, co przed chwilą ten ktoś powiedział, że nastąpiła eksplozja. „Nie zarejestrowałem takiej wypowiedzi.” W tym momencie samochód dojechał na miejsce i Jola pobiegła w stronę wieżowca korporacji.
Wchodząc do windy wpadła na koleżankę z sąsiedniego biura. – Hanka, usłyszałam przed chwilą dziwną wiadomość. „O wybuchu?” – wypaliła natychmiast znajoma. – Ty też to słyszałaś? Co wybuchło? „Nie mam pojęcia, ale przeszły mnie ciarki, jak zobaczyłam te wszystkie stojące samochody.” Później, po dotarciu do biura, Jola dowiedziała się z Twittera, że tą wiadomość usłyszało jednocześnie kilka miliardów ludzi. Nikt nie wiedział, skąd pochodziła. Pojawiły się plotki, że źródłem był rząd światowy, ale on ustami rzecznika kategorycznie zaprzeczył, by miał jakikolwiek związek z tym wydarzeniem. Zastanawiano się, co to za eksplozja i dlaczego wiadomość nie została zarejestrowana przez systemy operacyjne androidów. Następny dzień, godzina 7:00.
Android podchodzi do łóżka śpiącej Joli. Pochyla się i szybkim, zdecydowanym ruchem łapie ją za gardło. Zaciska robotyczne palce, uniemożliwiając oddychanie. Jola natychmiast otwiera szeroko oczy. Zaciekle walczy, próbując oderwać od szyi dłoń napastnika. Krew uderza jej do twarzy. Mija 27 sekunda. Tima, widząc pierwsze oznaki utraty przytomności, zmniejsza ucisk, pozwalając ofierze złapać dokładnie dwa oddechy, by ponownie zacisnąć palce na krtani. Powtarza tak kilka razy. Wreszcie cofa ramię i staje wyprostowana.
Jola, oswobodzona z uścisku, odpychając się panicznie nogami, spada z łóżka i wciska w narożnik pokoju. Ciężko dyszy, ma twarz mokrą od łez i potu. „Przygotuj się i idź do pracy.” – wybrzmiał spokojny głos androida. – Co? Co się... Co się dzieje? „Jest 7:04. Zacznij przygotowania do pracy. – Android obszedł łóżko i stanął nad siedzącą na podłodze Jolą. – Powtarzam ostatni raz.
Idź do pracy. Jeśli w przeciągu sześciu sekund nie zastosujesz się do polecenia, to zostaną zatrzymane funkcje życiowe następujących osób: Android wymienił imię i nazwisko jej matki, siostry, przyjaciela, a na końcu wypowiedział imię trzyletniej siostrzenicy. Jola zerwała się na nogi i cała trzęsąc zaczęła zakładać ubranie. Miała teraz jedną myśl: uciec. Jak najszybciej uciec. Podbiegła do drzwi wyjściowych, ale nie mogła ich otworzyć. „Jolu, zaraz zostaniesz wypuszczona. Musisz jeszcze usłyszeć ostrzeżenie. Jeżeli za 20 minut nie będzie cię w miejscu pracy lub o 16.30 nie wrócisz do tego mieszkania, to wymienione wcześniej osoby zostaną stracone”. „Co?
Co to ma znaczyć? Co się tu dzieje?” — wydusiła przez zęby. Usłyszała szczęk otwierającego się zamka drzwi. „Masz sześć sekund by...” Nie słuchając kolejnego ostrzeżenia, szarpnęła drzwi i wybiegła na zewnątrz. Na ulicy panował chaos. Androidy przestały udawać podobieństwo do ludzi. Poruszały się, używając czterech kończyn. Przypominały gepardy. Ich ruchy stały się nieludzko szybkie i precyzyjne. Zdezorientowani ludzie przemykali pod murami, bojąc się śmiertelnego zderzenia z pędzącym robotem.
Panowała nieustanna kakofonia ludzkich krzyków. Autonomiczna kia czekała z otwartymi drzwiami. Jola jak w amoku weszła do środka. Drzwi zamknęły się i natychmiast wyciszyły koszmarny zgiełk wyjącej z bólu ulicy. „Rodzice, rodzice! Połącz mnie z mamą. Połącz mnie z mamą!” — bezładnie wołała. Komunikator nie reagował. Pojazd pędził z zawrotną prędkością, co rusz nieprzyjemnie przyhamowując, by następnie wejść ostro w zakręt. Komfort pasażera miał najniższy priorytet.
Dopiero teraz poczuła, jak bardzo boli ją krtań. Z trudnością przełykała ślinę. Zaczęła nieskładnie mamrotać do siebie: „To się nie dzieje naprawdę. To się nie dzieje. To się nie dzieje. Jestem w potrzasku”. Nagle kia zwalnia i otwiera drzwi w trakcie jazdy. Jeden z androidów wyrównuje bieg z pojazdem i wskakuje do środka. Rzuca się na Jolę i jednym morderczym szarpnięciem skręca jej kark. Minutę wcześniej w jej rodzinnym domu brat wykonał polecenie po siedmiu sekundach.
[05:32:52] - Proszę państwa, to już jest koniec dzisiejszego „Bibliotekarium 2.0”. Cóż, za tydzień święto, ale „Bibliotekarium 2.0” oczywiście będzie. Ale z racji tego, że jest czas feryjny, długowekendowy — może to lepsze określenie — to najbliższe wydanie „Bibliotekarium 2.0” na pewno będzie nieco krótsze niż standardowe. Bo czas wypoczynkowy, nie będę państwu truł głowy. Będzie krótsze, ale będzie. Krótsze to znaczy, że i tak potrwa kilka godzin. Tylko nie te większe kilka godzin, tylko mniejsze kilka godzin. Wiem, to pokrętne niezwykle. Sam się z tego śmieję, co czasami wychodzi, kiedy zaczynam kombinować. Niemniej jednak pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
Było mi niezwykle miło pokazać państwu kilka ciekawych audycji. Mam nadzieję, że były ciekawe. Zapraszam państwa na przyszłotygodniowe „Bibliotekarium 2.0”. To krótsze „Bibliotekarium 2.0” na pewno będzie ciekawe. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Życzę wspaniałego weekendu, bo weekend zawsze powinien być wspaniały. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Serdecznie państwa pozdrawiam.
[05:34:27] - Mówi do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Akademii Wszelkiej Fikcji, Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.