Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Niby wiosna, a jakoś tak szaro się zrobiło, jakoś tak zimno. Pora zatem rozgrzać atmosferę kolejnym odcinkiem Bibliotekarium 2.0 – Akademii Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Holo, holo Bydgoszcz.
[00:42] - Tradycyjne dzień dobry, wieczór państwu. Ivellios narzekał na pogodę. Pogoda ma to do siebie, to tak zwana mądrość ludowa, że zawsze jakaś jest. Teraz akurat jest gorsza, ale patrzyłem sobie na prognozy pogody i w przyszłym tygodniu będzie lepsza. To jest takie gadanie o pogodzie. Ja proponuję państwu inne gadanie dzisiaj. O pogodzie możemy sobie pogadać przy innej okazji. Ja tradycyjnie proponuję trochę o książkach, trochę o filmach, trochę o pisaniu. Takie różne, jak to państwo wiecie, jak to zwykle w Bibliotekarium. Tradycyjnie zaczniemy od polecanek.
W tym tygodniu Rebis. Wydawnictwo zacne. Sięgamy najpierw bardzo daleko. 15 maja tego roku ukaże się książka „Rok szarańczy” Terry'ego Hayesa. Co czytamy o tej książce? „Ludzkość staje na rozdrożu. Jedna droga wiedzie ku przyszłości, druga ku zagładzie. Kolejnej szansy nie będzie. Caine jest tajnym agentem, specjalistą od regionów niedostępnych. Jego zadanie jest proste: wkroczyć, wypełnić misję i wrócić.
Wie, kiedy działać, kiedy się kryć, kiedy uciekać i kiedy strzelać. Są jednak miejsca, gdzie żadne zasady nie obowiązują i tylko przemoc daje szansę przetrwania. To tam, na pograniczu Iranu, Pakistanu i Afganistanu, Caine spotyka przeciwnika gotowego pchnąć świat ku katastrofie, budzącego grozę, inteligentnego i okrutnego człowieka z zemstą w sercu i krwią na rękach. Rok szarańczy to wyprawa do dalekiego kraju i pejzaż, którego nikt jeszcze nie oglądał. Misja, dzięki której przyszłość się nie wydarzy. Spotkanie z czystym złem i wreszcie chwila, w której Caine będzie musiał podjąć decyzję: ratować siebie czy innych”. The Times napisał o tej książce: „Warto było czekać 10 lat od wydania Pielgrzyma, pierwszej powieści autora. Porywająca historia, w której można się rozsmakować”. Mail on Sunday napisał z kolei: „Epicka i przejmująca, oryginalna i zaskakująca. Imponujący research szpiegowskiego fachu”.
The Telegraph skwitował krótko: „Rok szarańczy pokazuje, że Hayes naprawdę wie więcej”. A kim jest Terry Hayes? To wielokrotnie nagradzany scenarzysta, twórca scenariuszy między innymi filmów „Mad Max 2”, „Martwa cisza”, „Mad Max: Pod kopułą gromu”, „Godzina zemsty”, „Z piekła rodem” oraz „Granice wytrzymałości”. Współtworzył też scenariusze „Władców ognia”, „Na krawędzi” i „Planu lotu”. To była pierwsza książka. Przypomnę, że to „Rok szarańczy” Terry'ego Hayesa. Czas na książkę drugą. Ta zostanie wydana 7 maja, a więc troszkę bliżej do tej premiery. Tytuł powieści: „Freudowi na ratunek”. Autor: Andrew Nagorski.
To jest opowieść o ucieczce Sigmunda Freuda z Wiednia po anschlussie Austrii oraz barwna historia grupy jego przyjaciół, którzy to umożliwili. Wielu Żydów opuściło Austrię przed jej zajęciem przez wojska niemieckie w 1938 roku, ale Freud pozostał w Wiedniu. Twórca psychoanalizy miał 81 lat. Chorował na raka i wciąż nie był przekonany, że jego życie jest zagrożone. Kilka bliskich mu osobistości, świadomych niebezpieczeństwa, zorganizowało jednak misję ratunkową. Niczym na kartach powieści detektywistycznej czytamy, jak tej niezwykłej grupie ludzi udało się wreszcie przekonać Freuda, człowieka, który zdawałoby się znał ludzki umysł lepiej niż ktokolwiek inny, przekonać do wyjścia ze stanu głębokiego zaprzeczenia co do nadciągającej katastrofy. Niemal w ostatniej chwili zdołali przewieźć go wraz z żoną i córką Anną do Londynu, gdzie miał spędzić ostatnie miesiące życia jako wolny człowiek. Jego siostry, które nie zdążyły opuścić Austrii, zginęły w obozach koncentracyjnych. Lynn Olson, autorka „Wyspy ostatniej nadziei” oraz współautorka „Sprawy honoru” napisała o omawianej książce następujące słowa: „Spod mistrzowskiego pióra Andrew Nagorskiego wyszła ekscytująca książka Książka, która dowodzi, jak wielką siłę mają przyjaźń, lojalność i miłość nawet w obliczu przytłaczającego zła. Spojrzyjmy jeszcze, kim jest Andrew Nagorski.
Urodził się w roku 1947. Studiował historię. Pod koniec lat 60. był studentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Podczas kariery w Newsweeku kierował biurami w Hongkongu, Moskwie, Rzymie, Bonn, Warszawie i Berlinie. Jako specjalista od spraw Europy Wschodniej relacjonował między innymi powstanie Solidarności. Rozgłos zyskał w 1982 roku, gdy niezależne, ostre komentarze doprowadziły do wydalenia go ze Związku Radzieckiego. Jest laureatem wielu nagród oraz autorem bestsellerowych książek, w tym wydanych przez Rebis: „Największej bitwy”, „Hitlerlandu” oraz „Łowców nazistów”. Tak, proszę państwa, to była druga książka, którą dzisiaj państwu bardzo serdecznie polecam. Książka Andrew Nagórskiego „Freudowi na ratunek”.
Tradycyjnie książka trzecia. Książka trzecia, jej premiera najbliższa naszemu czasowi, bo 24 kwietnia tego roku pojawi się „Powtórka”. To jest książka napisana przez Kena Grimwooda, powieść nagrodzona World Fantasy Award. Zerknijmy, co na ten temat piszą inni. Ernest Seline, autor „Player One” napisał: „Jedna z najbardziej eleganckich i poruszających opowieści o podróżach w czasie, jakie kiedykolwiek napisano”. Czy zechciałbyś przeżyć swoje życie jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz? 43-letni Jeff Winston, śmiertelnie znużony pracą bez perspektyw i beznadziejnym małżeństwem, umiera na zawał serca w roku 1988. Budzi się w swoim dawnym pokoju w akademiku i jest rok 1963, a on jest 18-latkiem, ale pamiętającym, co się wydarzyło przez kolejne 25 lat. Może być przebogaty, może mieć władzę, może odzyskać straconą miłość. Szansa na realizację szalonych pomysłów lub odkupienie dawnych win okazuje się jednak ulotna, a jej koniec jest kolejnym początkiem.
I znów, i ponownie, i jeszcze raz. „Powtórka”, której echa zabrzmiały kilka lat później w doskonałym „Dniu świstaka” jest ponadczasową opowieścią o naturze przeznaczenia, życiu, miłości i drugich szansach, które wymagają podjęcia niezwykłego ryzyka. Kilka słów o autorze. Kenneth Milton Grimwood żył w latach 1944–2003. To amerykański dziennikarz radiowy oraz pisarz, autor sześciu powieści, w tym kultowej „Powtórki”, za którą w 1988 roku otrzymał World Fantasy Award. Tak, proszę państwa, jakby tego państwu nie mówić, to właśnie skończyliśmy polecanki. Przypomnę jeszcze, ta ostatnia książka to „Powtórka” Kena Grimwooda. Proszę państwa, czas na korepetycje filozoficzne i nie ukrywam, dzisiaj będzie ciężko. Nie, żartuję oczywiście, ciężko nie będzie, ale filozof kojarzy się z ciężkim stylem, ciężką filozofią, ciężką do zrozumienia. A mianowicie będziemy dzisiaj mówili o Immanuelu Kancie.
Ale spokojnie, proszę nie uciekać. Dzisiejsza autorka wyjaśnia pewne sprawy dosyć prosto. Tytuł: „Kant i kwiat wiesiołka”. Immanuel Kant to, wiecie państwo, filozofia, która wprawia w drżenie. Ja państwu powiem, kiedyś, dawno, dawno temu byłem na pierwszym roku studiów, więc to już, wiecie państwo, epoka kopalna prawie. Próbowałem czytać jedno z dzieł Immanuela Kanta i łapałem się na tym, że czytam zdanie, dosyć długie, bo on dosyć długie zdania pisał. Czytam zdanie i zanim dojdę do końca, to tracę rozumienie, o co w tym zdaniu chodzi. Zanim się zacząłem kształcić i doszedłem — sam nie doszedłem, powiedziano mi — jak należy czytać Immanuela Kanta, to troszeczkę czasu upłynęło, troszeczkę więcej, niż trwały moje studia, a i dzisiaj nie jest to lektura łatwa. Ale to tyle tytułem wstępu. Tych z państwa, których miałem przestraszyć, to już przestraszyłem.
Ci, którzy są dzielni i nie pękają, wzruszyli ramionami. A więc jeszcze raz przedstawię. Dzisiaj poznamy artykuł Hanny Urbanowskiej „Immanuel Kant i kwiat wiesiołka”. Tradycyjnie tekst jest dostępny na licencji uznania autorstwa na tych samych warunkach 3.0 Polska. Ten tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofuj” w 2015 roku w numerze czwartym, a więc to sam początek tego periodyku. Autorka Hanna Urbanowska Była wówczas doktorantką filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Pasjonowała się niemieckim idealizmem, myślą Heideggera i filozofią polską. Powiem Państwu Immanuel Kant i Martin Heidegger naprawdę to duże wyzwania i szczery podziw. Anna Urbankowska, Immanuel Kant i kwiat wiesiołka. Zaczynamy.
Gdy pierwszy raz czytałam pisma Kanta, poczułam się jak bohaterka filmu „Matrix”. Odkryłam, że świat, w którym żyję, nie jest światem rzeczywistym. Jednak o ile z Matrixu można uciec, o tyle Kantowskiego świata fenomenów opuścić nie sposób. Zanim opowiem o filozofii Kanta, chciałabym poświęcić trochę miejsca ciekawostkom ze świata przyrody. Za chwilę wyjaśnię, po co tu one. Jedną z roślin powszechnie stosowanych w medycynie jest wiesiołek. Niewielkie kwiaty wiesiołka są jednolicie żółte i wydają się mało ciekawe. Jednak owady, na przykład pszczoły, dostrzegają na płatkach ultrafioletowy wzór niewidoczny dla człowieka. Ultrafiolet, jak wskazuje sama nazwa ponad fioletem leży poza skalą kolorów, które odbiera ludzkie oko. Nietoperz z kolei, aby zorientować się w przestrzeni podczas nocnych polowań, emituje niesłyszalne dla nas ultradźwięki.
Odbite od przedmiotów pozwalają uzyskać obraz otoczenia. Jest to znany mechanizm echolokacji. U delfinów umiejętność ta rozwinęła się do tego stopnia, że znajdują nawet niewidoczne dla wzroku ryby ukryte pod piaskiem. Mogą uzyskać całkiem szczegółowy obraz przestrzenny dzięki ultradźwiękom, których my nigdy nie usłyszymy. W tych przyrodniczych ciekawostkach jest też coś interesującego filozoficznie. Nasze mechanizmy poznawcze dostarczają nam obraz świata odmienny od tego, jakim dysponują nietoperze czy delfiny. W jakim zakresie działanie naszego umysłu i naszych zmysłów odtwarza, a w jakim tworzy rzeczywistość, którą sobie uświadamiamy? Przewrót kopernikański Kanta. To samo pytanie zadał sobie najsłynniejszy chyba niemiecki filozof Immanuel Kant. Jednak jego wątpliwości dotyczyły kwestii dużo poważniejszej niż niewidoczne kolory czy niesłyszalne dźwięki.
O tych rzeczach wówczas jeszcze nie dyskutowano. Przed Kantem uważano, że w procesie doświadczania świata ludzkie zmysły dostosowują się do rzeczywistości, a w umyśle, czy też w duszy powstają jakby odbicia, małe kopie istniejących rzeczy. Wyobrażano sobie więc umysł na podobieństwo lustra dość wiernie odzwierciedlającego świat. Kant całkowicie odwrócił ten sposób myślenia. To rzeczywistość, czymkolwiek jest, przystosowuje się do naszego umysłu. Waga tego odkrycia była tak wielka, że sam Kant przyrównał je do przewrotu kopernikańskiego. Kopernik wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię. Immanuel Kant pokazał człowiekowi, że to nie poznanie dostosowuje się do przedmiotów, lecz przedmioty do poznania. Co to właściwie znaczy? Niemiecki filozof uważał, że spostrzegający umysł tworzy świat skrojony na ludzką miarę.
Ta rzeczywistość jedyna, jaką znamy i poznać możemy, została określona mianem fenomenalnej. Poza nią jest świat noumenów, rzeczy samych w sobie, o których nie potrafimy powiedzieć nic. Zarówno obraz jaskini widzianej przez człowieka, jak i mapa tego samego wnętrza, jaką dysponuje przylatujący nieopodal nietoperz, powstały przez wzgląd na rzeczywistość noumenalną. Co jednak możemy powiedzieć o noumenalnych jaskiniach czy noumenalnych kwiatach wiesiołka? Idąc tropem myślenia Kanta stwierdzimy, że nic. Nieuprawnione jest nawet stosowanie do noumenów pojęć takich jak jaskinia czy kwiat. To nazwy, które określają jedynie przedmioty naszego poznania. I nie możemy zapytać, jak wyglądałby noumenalny wiesiołek, bo wszystko, co oglądamy, staje się dla nas fenomenem poza czasem i przestrzenią. Aby zrozumieć, jak niezwykła może być rzeczywistość noumenalna, musimy zastanowić się, co wnosi do naszego świata sposób przyswajania i porządkowania przez nas wrażeń. W „Krytyce czystego rozumu” Kant zastanawia się nad naturą przestrzeni i czasu.
Proponuje tam następujący eksperyment myślowy. Przedmioty, z którymi się stykamy — krzesła, stoły, drzewa znajdują się w przestrzeni. Możemy wyobrazić sobie, że nagle znikają. Pozostanie nam wtedy wyobrażenie samej przestrzeni. Pozbawiona przedmiotów rozciąga się we wszystkie strony. Jest jednorodna i pusta. Trudno jest się w niej zorientować. Niemniej nadal istnieje, czekając poniekąd, aż znowu coś w niej Umieścimy. Nie sposób, twierdzi Kant, wyobrazić sobie, że znika sama przestrzenność. Stanowi ona obok czasu formę samego umysłu.
Jest wrodzonym nam, ludziom, sposobem porządkowania wrażeń. Kant nazywał przestrzeń i czas formami zmysłowości. Formy zmysłowości są wrodzonymi ramami ludzkiego doświadczenia. Nic by nie dało spekulowanie o czasowym bądź przestrzennym charakterze rzeczywistości noumenalnej. Tej, która jest poza poznaniem. Umysł ludzki nie przypomina lustra, lecz pryzmat. Rzeczywistość noumenalną porównać można do świata padającego na powierzchnię pryzmatu. My poznajemy fenomeny. Światło rozszczepione, uporządkowane przez pryzmat. Powstający w umyśle obraz świata może powiedzieć nam wiele o charakterze owego pryzmatu, ale nic o padającym z drugiej strony świetle.
Otaczające nas rzeczy postrzegamy w przestrzeni dlatego tylko, że dysponujemy jej wyobrażeniem. Wyobrażenia wpisują się w gotową formę. Możemy pomyśleć sobie inteligentne istoty, może anioły, dysponujące zupełnie innymi formami, innym pryzmatem. Postrzegałyby one świat poza przestrzenią i czasem. Być może porządkowałyby wrażenia w zupełnie inny, niewyobrażalny dla nas sposób. Świat skutków i przyczyn. Trudno pomyśleć taki świat ulokowany poza czasem i przestrzenią. I nic dziwnego, skoro są to formy służące porządkowaniu wszystkich naszych wrażeń i wyobrażeń. Kant w swoich rozważaniach poszedł jednak dalej. Nie tylko czas i przestrzeń są czymś, co człowiek dodaje od siebie.
To samo dotyczy samej substancjalności, trwałości rzeczy czy przyczynowości. Dlaczego, pytał Kant, uważamy, że pewne wydarzenia pociągają za sobą inne? To ludzki umysł, odpowiadał zaskoczonym zapewne czytelnikom, sam z siebie łączy wydarzenia w ciągi przyczynowo-skutkowe. Przyroda, czymkolwiek naprawdę jest, dostosowuje się do naszego spontanicznego poznania. Prawa przyrody są prawami ludzkiego umysłu. W tym miejscu warto przerwać lekturę, rozejrzeć się wokół i spróbować ująć świat po kantowsku. Otaczają nas same fenomeny. Przestrzeń wokół, a także czas upływający na lekturze artykułu stanowią uszczegółowioną formę zmysłowości. Dzięki mocy jednoczenia wrażeń właściwej naszemu intelektowi postrzegamy rzeczy jako stosunkowo trwałe całości. Gdzie podziała się prawdziwa rzeczywistość?
Według kantowskiej teorii poznania nie mamy do niej dostępu. Widzimy przecież wyłącznie fenomeny dane nam za pośrednictwem zmysłów i uporządkowane przez intelekt. Oko i słońce. Czy Kant usiłował przekonać czytelników, że żyją w świecie złudzeń? Na szczęście nie. Niemieckiemu myślicielowi przyświecała jedynie idea krytycznej analizy ludzkiego poznania. Stąd zresztą tytuł jego głównego dzieła Krytyka czystego rozumu. Możemy przypuszczać, że większość żywych istot dysponuje takimi samymi formami i kategoriami jak nasze, dzięki czemu żyjemy w podobnych światach, nie licząc oczywiście takich drobiazgów jak niewidoczne wzory na płatkach wiesiołka. Nieokreśloność sfery noumenalnej, tej prawdziwej natury wszystkich rzeczy, inspirowała całe pokolenie filozofów czerpiących z kantyzmu. Ciekawy jest pogląd, że noumeny, a więc i ta prawdziwa rzeczywistość, mają charakter w jakimś sensie duchowy.
Nie wyraził go jednak Kant, lecz jego następcy Fichte, Hegel, Schelling. W ich rozważaniach rzeczywistość noumenalna okazywała się królestwem świadomości, ducha, wolności. Odkryć jej naturę można było, kierując się ku własnemu wnętrzu. Czy Kant słusznie przypisywał ludzkiemu umysłowi zdolność tworzenia przestrzeni i czasu? Czy rzeczywistość noumenalna jest pozaczasowa i pozaprzestrzenna? W jakim stopniu nasz obraz świata odpowiada prawdzie? Kantowska teoria poznania pozostawia nas z mnóstwem pytań. Półtora tysiąca lat przed Kantem grecki filozof Plotyn wypowiedział słowa, na które lubili się powoływać myśliciele późniejsi. Sentencję Plotyna zapisaną w Enneadach cytowali Goethe i Schelling. W tłumaczeniu Krokiewicza brzmi ona: „Zaprawdę nigdy nie zobaczyłoby oko słońca, gdyby samo nie było słoneczne i nigdy też dusza nie ujrzy piękna, jeżeli sama nie będzie piękna.” Oko, jak uważali starożytni, może widzieć światło dlatego, że samo ma świetlistą naturę.
Dusza poznaje boskie piękno wtedy tylko, kiedy sama jest piękna. W wykładach o naturze filozofii jako nauki Schelling dopowie: „Podobne daje się poznać tylko podobnemu.” Może da się tę myśl i dzisiaj przyłożyć do problemu poznania? Może między światem fenomenów i noumenów istnieje dużo większe podobieństwo niż krytyka czystego rozumu sugeruje zafrasowanym czytelnikom? Proszę państwa, to był artykuł o filozofii Kanta. Jeśli wydał się trudny, to tradycyjnie proszę, żeby przesłuchać go jeszcze raz, bo wydaje mi się on takim fenomenem polegającym na tym, że trudną filozofię kantowską ktoś wykłada w sposób w miarę przejrzysty. Ja wiem, ci wszyscy z państwa, którzy poczuli się lekko zafrasowani tym artykułem, mogą powiedzieć, że wcale nie taki przejrzysty. Wyobraźcie sobie państwo, jak wygląda oryginalny tekst Kanta. Myślę jednak, że Hanna Urbanowska bardzo przejrzyście przekazuje to, co Kant mówił. Może to jest dobry moment, lektura tego artykułu, żeby filozofię Kanta jakoś ogarnąć, jakoś zbliżyć się do niej i spróbować ją zrozumieć. Bo wiem, jak to często jest.
Kontaktowałem się z kilkoma studentami, i to nawet studentami pierwszych lat filozofii, którzy na temat Kanta, jak słyszeli, mieli ochotę uciekać. Tak to jest. Trudna filozofia i to w dodatku napisana w sposób dosyć trudny. Być może ten artykuł, który państwu dzisiaj zaprezentowałem o Immanuelu Kancie i kwiecie wiesiołka, to może jest dobry krok w kierunku poznania kantowskiej filozofii. Wiem, powtarzam się, ale jakoś tak mocno przywiązałem się do tej właśnie treści. Cóż, proszę państwa, korepetycje filozoficzne na dzisiaj skończone, a ja państwa teraz zapraszam na „Filmotekarium”. Piotr Cielebiaś czeka, a my będziemy dzisiaj rozmawiali o filmie „Baby Ruby”. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[26:43] - Witam wszystkich.
[26:46] - Tak, kolejne „Filmotekarium”. Powiem ci, że rzadko kiedy jest tak, że nie wiem, jak zacząć. To znaczy, znowu to był film, w którym się nie strzelali, a mimo to czuję jakiś związek z tym filmem. Ale mam też swoje zagwozdki, bo do końca nie wiem, czy ten film, o którym będziemy dzisiaj rozmawiać, to jest jakaś odmiana horroru. Ja bym go raczej zakwalifikował jako film psychologiczny.
[27:25] - Tak, pomimo tego, że jest on określany jako horror psychologiczny właśnie, to też bym raczej odszedł w stronę bardziej thrillera aniżeli horroru, bo to tak naprawdę film jest o... O tym za chwilę powiemy. A dzisiaj opowiemy o nowości kolejnej, która trafiła na pewną platformę na literę N. Film nazywa się „Baby Ruby”. Debiut reżyserski niejakiej Bess Foll. Jest to w ogóle kolejny debiut reżyserski, jaki omawiamy w naszym programie. I w założeniu, jak powiedzieliśmy, horror psychologiczny reprezentujący kino niezależne, a w praktyce właśnie. I ja też mam problem od czego zacząć. Może od tego zacznę, że bardzo często jednym z motywów horrorowych są perypetie macierzyńskie. Coś się dzieje z dzieckiem i matka, czasem też ojciec, decyduje się rzucić w objęcia na przykład demona czy tam czegoś, by o to dziecko walczyć.
Mamy takich filmów mnóstwo i żeby nie być gołosłownym, to wspomnę wam o filmie „Imaginary”, nowszym niż ten, który dzisiaj omawiamy. Oglądałem sobie to „Imaginary”. On też traktuje właśnie o tym, że jest matka, a właściwie macocha i dwie pasierbice, które walczą z demonem. I „Baby Ruby” — miałem nadzieję, że to będzie coś podobnego. Okazuje się, że nie. Otóż jest to film traktujący nas bardziej o brzemieniu choroby aniżeli jakichś zjawiskach z pogranicza.
[29:06] - Zdecydowanie tak, ale od ciebie dowiaduję się, że to jest debiut. Bo skoro to jest debiut, to myślę, że rokowania są dobre, jeśli chodzi o reżyserię i sztukę reżyserską. Dlaczego? Bo to jest całkiem sprawnie zrobiony film. On mnie pociągnął w kilku momentach za sobą. Dałem się uwieść pewnym scenom. W dodatku to jest film zrobiony logicznie. Pewne rzeczy mogą się wydawać dziwne, a później znajdują swoje wyjaśnienie. Co więcej, ten film ma również pewien koniec. Można go uznać za symboliczny, można go uznać za taki koniec wprost.
Jak sobie państwo życzycie. W każdym razie ja uważam, podkreślam, pomimo tego, że się nie strzelają, że jest to film niesłychanie sprawnie zrobiony. I będę się przy tym upierał, bo poszczególne sceny, które tam obserwujemy, są wiarygodne. Nie wiem, nigdy nie byłem w ciąży i pewno się wbrew deklaracjom wielu polskich polityków nie zapowiada, ale Ja wierzę obrazom, które widziałem. Co więcej, kiedy zaczyna się robić dosyć ciężko głównej bohaterce, rzeczywistość się jakby lekuchno rozpada. My na początku nie wiemy, co jest przyczyną, ale wiemy, że coś się dzieje. To też jest pewna umiejętność, stworzenie takich warunków, nastroju i obrazu, w którym my wyczuwamy, zanim coś się naprawdę stanie, że nie jest correct. Moim zdaniem to jest duża, a nawet bardzo duża umiejętność.
[31:12] - To powiedzmy teraz trzy słowa o czym ten film jest. Poznajemy tam influencerkę, blogerkę Jo, która sobie wiedzie wymarzone życie, kolorowe, razem z mężem, który jest rzeźnikiem. I pewnego dnia przychodzi na świat ich córka Ruby, oczywiście wyczekiwana. I się zaczyna jazda. Jazda, która trwa przez cały film. A to się bohaterce zdaje, że jej dziecko ukradli, a to, że jakiś kanibal się interesuje rodziną, a to teściowa jej się zwierza, w sumie nie wiem, czy się jej zwierza naprawdę, czy tylko w jakichś urojeniach, że mało brakło, aby jej męża na świecie nie było. Więc ta bohaterka ciągle ma problem ze sobą i z dzieckiem. W sumie musimy zdecydować, z kim ona ma ten problem. Ona zrzuca to początkowo na karb przemęczenia. Okazuje się też, że dziecko, chociaż to niemowlę, to ma zęby i gryzie matkę.
Ale nie w taką stronę fabuła zmierza, jak sobie myślicie, że dziecko jest tym odmieńcem, podrzutkiem. Pamiętasz Marku, omawialiśmy kiedyś taki serial o podrzutku, który się dzieje gdzieś tam w Nowym Jorku. Nie, tu jest zupełnie inaczej. Mamy całe spektrum dziwności, natomiast one nam oscylują cały czas w stronę problemów psychologicznych bohaterki. I po fazie, że ktoś jej ukradł to dziecko, porwał, nieco się sytuacja normuje, ona postanawia wyjść do ludzi i robi się jeszcze gorzej. I znowu ma te same problemy. Okazuje się, że wszystkie matki w okolicy są takie wyluzowane, wypoczęte, a ona tylko taka niereprezentatywna. To nawet było coś, co mi się w tym filmie podobało. Taka lekka krytyka w stronę współczesnych influencerów, celebrytów, którzy wywlekają różne domowe rzeczy do internetu, pokazują jak to jest super być matką, jak to się kąpie, jak to się zmienia różne rzeczy. Widzimy to w polskim internecie również.
Takie mamusie blogi istnieją i jedni je kochają, drudzy ich nienawidzą. A te wszystkie influencerki są takie pozytywne, aktywne, postępowe. I po pewnym czasie nudzi taka postawa, bo jest nienaturalna. Nie możesz być całe życie pozytywny. Jak się całe życie śmiejesz, to jesteś albo Amerykaninem, albo masz chorobę umysłową. Tak przynajmniej ja myślę. I tutaj mamy taką ciekawą sytuację, że bohaterka chyba mieszka w Ameryce, ale jest też Europejką i widzimy, że ona ma chyba problem z kulturową aklimatyzacją w pewnym stopniu. Ale to oczywiście nie jest koniec, bo moglibyśmy streścić ten film w takich kilku zdaniach, że kobieta rodzi dziecko, ma depresję i różnego rodzaju zwidy. I Marku, chyba to nie byłoby w sumie takie kłamstwo. Ale mimo wszystko, choć prosta historia, choć może nie tak bardzo wstrząsająca jak niektóre thrillery psychologiczne, to jednak coś jest takiego, że ten film się dobrze ogląda.
To nie jest film do relaksu weekendowego, to nie jest film, który sprawi wam wielką przyjemność, który was wessa do siebie i powie w ten świat przedstawiony. Niemniej jednak to nie jest złe. Wy możecie zapytać, dlaczego my omawiamy taki prosty film, niewymagający, który w zasadzie nie wiadomo, dlaczego się w tym opracowaniu znalazł. Z kilku powodów. Po pierwsze, czasami wywlekamy sobie przy okazji omawiania kolejnych produkcji różnego rodzaju schematy, różnego rodzaju sposoby ujmowania historii. I często w horrorach właśnie pojawia się taki motyw matczyny. Matka-dziecko, ewentualnie ojciec-dziecko. Można to sobie jeszcze rozciągnąć na przykład na macocha-dziecko i tak dalej. I to nam rysuje zwykle taką historię, często nie jest to jakiś motyw pierwszoplanowy, że matka z dzieckiem, które ma problem albo odwrotnie to dziecko z matką ma problem, o czym za chwilę powiem w kontekście innego filmu. Także to jest coś, co z natury, moim zdaniem ma widza szokować, ma przenosić tą historię o strachu na taki poziom, który większość ludzi w jakiś sposób rozumie, nawet jeżeli nie ma dzieci, to w kontekście miłości matczynej może taką historię rozpatrywać i ona się robi wtedy bardziej dramatyczna.
Gdybyśmy chcieli wymieniać historie, w których wątek matka-dziecko występował, czy to jako poboczny, czy jako główny, to byłoby tego naprawdę mnóstwo. PS oczywiście dotyczy to również ojców.
[36:11] - Tak sobie myślę Piotrze, cały czas rozpatruję, dlaczego ten film jednak ma sporą moc przyciągania i mam wrażenie, że jego tajemnica albo jedna z tajemnic tkwi w tym, że ta historia jest po prostu bardzo dobrze podana w sposób filmowy. My bardzo długo nie wiemy, co jest prawdą, co jest fikcją, pewną imaginacją. Dlaczego te matki, do których wychodzi główna bohaterka Z takich wyluzowanych nagle zdają się spiskować przeciwko głównej bohaterce. Coś w rodzaju spisku zawiązały. Jakoś tak się dziwnie zachowują. A może to jest tylko złudzenie? W każdym razie prowadzę do tego, że historia, myślę, że to zasługa scenarzystów, reżyserów, reżyserki, reżysera. To jest przede wszystkim ich zasługa, ale mamy bardzo ważny sygnał, że czasami nie liczy się historia, ale sposób jej opowiedzenia. I moim zdaniem w tym wypadku ten sposób jest bardzo dobry. To, że my nie rozszyfrowujemy od razu, o co chodzi, to znaczy ile jest w tym wszystkim prawdy, ile jest jednak imaginacji, to moim zdaniem tylko na korzyść tego filmu przemawia.
My dostajemy na początku, tuż po urodzeniu Ruby, sygnały, że coś tam jest nie w porządku. Tam jest kilka takich scen, które mogłyby mrozić krew w żyłach. Między innymi jak główna bohaterka budzi się z drzemki i widzi, że ich domowy zwierzak, pies wcina coś bardzo krwawego. Skojarzenie jest jednoznaczne, ale przypominam, że mąż jest rzeźnikiem i to już państwu wyjaśnia, o co chodzi. Ale pierwsze skojarzenie jest takie, że być może ten domowy zwierzak, milusi i taki w ogóle pupilek, chociaż duży, właśnie zeżarł to dziecko. To są takie strachy. My sobie tłumaczymy, że matka przewrażliwiona, a później dostajemy coraz więcej tego. Co jeszcze chciałbym powiedzieć? Mówiliśmy całkiem niedawno o mało wiarygodnym filmie, tym, który dział się w rezerwacie, w którym my mieliśmy uwierzyć, że główna bohaterka czegoś się boi i coś przeżywa. Mieliśmy wierzyć w to na słowo, bo tak nam reżyser powiedział.
Tymczasem tu, w tym filmie sytuacja jest zupełnie inna. My powoli, wraz z główną bohaterką, jesteśmy wsysani przez to szaleństwo czy przez wydarzenia. My wchodzimy w taki świat, w którym nie wiemy, czy to, czego się boimy, obawiamy, to jest prawda czy fikcja, ale dostajemy od reżysera czas na to, żeby w to uwierzyć, żeby podążać z bohaterką, z jej szaleństwem, z jej problemami, z tym, co się z nią dzieje. I my przez to albo dzięki temu jesteśmy w stanie uwierzyć w to, co ona przeżywa. Nie ma tego dysonansu, o którym mówiłem w przypadku filmu o rezerwacie. Tam po prostu albo uwierzyliśmy, albo nie, ale ze wskazaniem, że nie. Tutaj nie ma większych problemów, żeby uwierzyć, że coś jest nie w porządku, że coś jest bardzo nie w porządku. Nie wiemy tak do końca z kim, kto tam ma problemy ze sobą i czy te problemy są zewnętrzne, czy też wewnętrzne, psychologiczne, psychiczne. Ale jedno wiemy na pewno, że jest nie w porządku i w dodatku jesteśmy wciągnięci przez atmosferę, przez wydarzenia. I to jest duży plus tego filmu.
Być może dlatego, znowu to podkreślę, pomimo że się nie strzelają, to ten film mnie jednak do siebie przyciągnął. Nie męczyłem się.
[40:39] - Tak, na pewno w jakiś sposób jest intrygujący, chociaż jeszcze myślę, że można by nad niektórymi elementami popracować. Rzeczywiście mamy tam takie sceny, które są z jednej strony bardzo drastyczne, z drugiej strony nie ukazują nam jakichś krwawych bardzo elementów, a raczej jest to takie podpuszczanie widza. Niektórzy zarzucają temu filmowi, że jest on poświęcony i skupiony na depresji poporodowej, na tym, co przeżywają młode matki, które nie potrafią się rozstać ze starym stylem życia. Czyli to jest film jednak też bardzo na czasie, jakby nie było. Jest on wciągający, jak powiedziałeś i też poprawnie zrealizowany. Ogromny plus, ale jako horror to on raczej nie straszy. Jeżeli straszy, to ci powiem na takim poziomie bardzo ludzkim. Na pewno też w inny sposób odbiorą go kobiety, odbiorą go matki. My rozpatrujemy go też inaczej, Marku. Nie jest to może też jakiś tam mega majstersztyk psychologiczny, który nas wykręci na drugą stronę, ale widziałem wiele gorszych produkcji.
I kiedy mowa jest o „Baby Ruby”, to wspomniałem wam też o filmie „Imaginary”, ale chcę wam jeszcze zwrócić uwagę na trzeci film. O ile „Imaginary” nie polecam za bardzo, to możecie natknąć się na nową produkcję pod tytułem „Life of Belle”. Ja jej Markowi nie polecałem, ponieważ jest to produkcja, jest to film z gatunku found footage, czyli znaleziona kaseta z domu, gdzie się coś działo. Marek takich filmów nie lubi. To już go nie męczyłem, ale chcę wam zwrócić uwagę na ten film, ponieważ on z jednej strony nie jest zły, z drugiej jest jednak zbyt prosty, żeby kiedykolwiek chyba do Filmotekarium trafił. Dlatego tak trochę postanowiliśmy dzisiaj zrobić taki odcinek łączony i w filmie tym, który łączy horror typu paranormal z horrorem psychologicznym również poznajemy dziewczynkę tytułową Belle. Kilkuletnią, jej brata, też małego i rodziców. I ta dziewczynka kręci po prostu sobie kamerą sceny ze swojego życia, ze swoich zabaw, tego, co się dzieje w domu, bo ma zamiar stworzyć sobie kanał chyba na YouTubie. Ale przy okazji tego, że ona filmuje, jak lalkami się bawi, to również dokumentuje przedziwną przemianę, jaka dokonuje się w jej matce. Ojciec wyjeżdża na delegację, dzieci zostają same z matką i już na samym początku wiemy, że matka ma problem natury...
Czy psychicznej? Tutaj wam za dużo nie powiem, bo tego się dowiecie oglądając "Life of Belle", ale muszę powiedzieć, że jest to nie najgorszy film. Ja wiem, że nie wszyscy lubią found footage. Oczywiście może być nieco nużący, bo przypomina "Skinamarink". Marku, pamiętasz na pewno. Ale "Life of Belle" uderza w bardzo podobne strony co "Baby Ruby". Tylko jest to pokazane od strony dziecka. Od strony dziecka nieco większego, ale jest to poruszające, muszę powiedzieć. To też nie jest film, który można sobie zapuścić dla megarozrywki. To jest taki film trochę może na spanie bardziej, ale jednak jeżeli komuś się podobają tego typu produkcje, jeśli ktoś lubi taką tematykę, to polecam jeszcze "Life of Belle".
[44:25] - "Skinamarink" to był pamiętny film. Wiem, że rozwalił mnie kompletnie w tym niepozytywnym wymiarze. Ja chciałbym jeszcze raz powiedzieć o końcówce filmu, o którym dzisiaj rozmawiamy, bo ja już wspominałem, to jest końcówka, którą można zinterpretować rozmaicie. Ja chciałbym, tak sobie wymarzyłem, że to jest końcówka o takim ostatecznym oczyszczeniu, o zerwaniu i odrodzeniu pewnej więzi pomiędzy matką i córką. Ale to byłoby zbyt proste, gdybym ja państwu takie, a nie inne interpretacje narzucał. Więc nie wiem, nie potrafię państwu powiedzieć. To jest moja interpretacja. Nie jest jakaś taka kanoniczna, wręcz przeciwnie, chciałbym, żeby tak można było ten film odczytać i tak staram się go odczytywać. Powiem jedno: ja po tym seansie jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany. I powiem to po raz czwarty dzisiaj: nie strzelali się, a jednak odniosłem jak najlepsze wrażenia z tego filmu.
I znowu ja tylko się muszę zaasekurować w ten sposób, że jeśli jesteście państwo takimi widzami, którzy podobnie jak ja lubią, jak się coś dzieje, jak biegają, jak jest dużo akcji, to nie jest ten film. Ale być może również was wciągnie ta historia, która jest wypełniona lękiem albo strachem. Sam nie wiem. Pewno jednym i drugim. Pewno jednym i drugim, bo tam nie wszystko jest wiadomo. W każdym razie jest tam pełno jakichś obaw, jakichś podejrzeń. Tam w pewnym momencie przecież główna bohaterka wpada w rodzaj manii prześladowczej, takiej, że wszyscy spiskują wokół i to, co widzi wokół siebie, albo to, co podrzucają jej zmysły albo jej wyobraźnia, zdaje się świadczyć, że rzeczywiście jest tak, jak powiedziałem: wszyscy spiskują, coś się dzieje. A może to dziecko spiskuje? I taki motyw się pojawia, że to dziecko to nie wiadomo, co ono tam kombinuje, a może ono coś wie albo jakiś plan ma i tak dalej. Już z tego, co mówię, orientujecie się państwo, że to szaleństwo, ten rodzaj szaleństwa, ja nie chcę wyrokować, to coś, co się dzieje z matką, narasta w tym filmie, ale narasta, tak jak powiedziałem w poprzednim wejściu, dosyć powoli.
Mamy czas się do tego przyzwyczaić i obserwować to z rosnącym, przerażenie to jest zbyt wielkie słowo, ale takim jakimś strachem, że dokąd to nas zaprowadzi. No i cóż będę więcej mówił? Dla mnie to był udany seans i być może państwu również się ten film spodoba.
[47:41] - Ja tak dodam jeszcze swoje trzy słowa. Jak mówiłem, filmów o relacji matka-dziecko, ojciec-dziecko, znaczy horrorów o tej relacji jest mnóstwo. Czy one grają na emocjach, czy na lękach, to jest inna sprawa. Większość z nich jest też bardzo odtwórcza, natomiast i "Baby Ruby" i "Life of Belle" wnoszą nieco świeżego powiewu. To się da oglądać, ale to też nie jest coś, co zmienia cokolwiek w tym gatunku. Ale mimo wszystko warto.
[48:21] - Proszę państwa, czas na cykl "Bez tajemnic". Tytuł dzisiejszego odcinka: "Rozwój duszy". I ja wiem, tydzień temu tytuł brzmiał bardzo podobnie, a nawet tak samo, ale to jest taki mały appendix do poprzedniego odcinka. Znowu dzisiaj o rozwoju duszy, ale to jest pierwszy i nie ostatni raz dzisiaj.
[48:59] - Zacznijmy od tego, że każdy człowiek posiada zdolności medialne, ale u niektórych te zdolności są bardziej rozwinięte. Najczęstszym objawem mediumizmu jest spotykanie zmarłych poprzez sen. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Najczęściej sny tłumaczymy sobie działalnością mózgu, ale przecież każdy z nas przynajmniej kilka razy miał sny tak autentyczne, że budził się spocony albo przestraszony. Budził się z przekonaniem, że ktoś gdzieś tutaj obok stoi albo przed chwilką stał. Ale przecież nikogo innego nie ma w pokoju, więc nawet jeżeli nie rozmawiamy z innymi na ten temat, ponieważ boimy się ośmieszenia, gdzieś każdy z nas takie doświadczenia ma na swoim koncie. I to jest mediumizm. Kolejnym etapem jest mediumizm sensytywny, który występuje u osób bardziej wrażliwych na kontakty z zaświatami. Mediumizm sensytywny jest dosyć powszechny, ale ludzie najczęściej nie zdają sobie z tego sprawy. Allan Kardec nie traktował mediumizmu sensytywnego jako mediumizmu praktycznego.
Co prawda wspomniał o tym, ale podkreślał, że mediumizm sensytywny jest obecny u wszystkich mediów, u których ten mediumizm jest jeszcze bardziej rozwinięty. Czyli można powiedzieć, że mediumizm sensytywny to jest absolutna baza mediumizmu, ale nie jest to mediumizm praktyczny. Czyli osoba z takimi zdolnościami nie spisze komunikatu od ducha w zaświatach, ale na przykład może być w stanie określić jego samopoczucie, jego stan psychiczny. I tutaj, na takim etapie ogólnie rzecz biorąc, zatrzymuje się ta zdolność komunikacji z zaświatami. Więc gdy ktoś zadaje mi pytanie, czy jestem medium, odpowiadam, że nie, nie jestem medium, chociaż posiadam zdolności medialne, które jednak nie wykraczają poza ten mediumizm sensytywny. Więcej na ten temat napisałem w książce „Mój kardycjański spirytualizm", więc zachęcam do sięgnięcia po tę książkę, ponieważ nie chciałbym tutaj w tym miejscu znowu zbyt wiele mówić o sobie i wolę przejść do kolejnych wyjaśnień. Mediumizm jest właściwością ciała materialnego, ale także właściwością ducha medium, więc nie ma mediumizmu bez odpowiedniego ciała i nie ma mediumizmu bez odpowiedniego ducha. Gdy mówimy o mediumizmie, powinniśmy mówić także o fenomenach spirytystycznych, ponieważ mediumizm ujawnia się właśnie poprzez fenomeny. Aby fenomeny spirytystyczne zaistniały, musimy mieć medium i musimy mieć ducha odinkarnowanego, takiego ducha bezcielesnego w zaświatach, który będzie współpracował z medium, z człowiekiem. Te dwa elementy są niezbędne, aby mogło dojść do jakichkolwiek fenomenów spirytystycznych.
Więc gdy na przykład mówimy, że w jakimś domu straszy, to oznacza, że gdzieś w pobliżu tego domu musi znajdować się jakieś medium. Medium może być nieświadome. Medium nie musi zdawać sobie sprawy, że posiada takie czy inne zdolności. Dlatego jeżeli gdzieś na odludziu kogoś przestraszył duch, istnieje możliwość, że dana wystraszona osoba posiada jakieś zdolności mediumiczne. Allan Kardec w „Księdze mediów" wyjaśnia to tak, że duch pobiera od medium fluid wykorzystywany właśnie w tych wszystkich manifestacjach. Ale czym jest ten fluid? Ale zanim pójdziemy dalej, trzeba sobie zadać pytanie, czym jest człowiek. Człowiek składa się z ciała materialnego, o którym uczymy się na lekcjach biologii, z duszy, która jest tą inteligentną, nieśmiertelną zasadą, która przetrzymuje, zachowuje całą swoją indywidualność, całą swoją wiedzę nabytą przez wszystkie wcielenia i która posiada także ciało duchowe. Czyli ciało duchowe dla duszy jest tym, czym dla ducha jest ciało materialne. Duch, tutaj podkreślam, to jest dusza z ciałem duchowym.
Duch i dusza to nie to samo. Duch, czyli dusza z ciałem duchowym, to jest to, co określamy jako zjawa. Gdy ktoś widział zjawę, widział duszę z ciałem duchowym. Duch jest połączony z ciałem materialnym poprzez dwoinik eteryczny, który opisujemy także jako długi wąż, długa lina łącząca ducha z materią. I ten właśnie dwoinik eteryczny to jest ten fluid, o którym pisał Allan Kardec, który duchy pobierają w celu wywołania jakichś fenomenów spirytystycznych. Duchy niewcielone tego elementu nie posiadają, dlatego muszą go zapożyczyć od osób żywych. Czym więcej łatwości duch będzie miał w pobraniu tej półmaterii, jeżeli się tak wyrażę, fenomeny spirytystyczne będą bardziej okazałe. Tutaj może się pojawić pewien problem, bo nawet jeżeli medium będzie bardzo rozwinięte i będzie rozdawało na prawo i na lewo tę półmaterię, ten dwoinik eteryczny, nawet jeżeli ten dwoinik eteryczny będzie z niego aż kipiał, staram się to opisać troszeczkę obrazowo, to jeżeli duch nie będzie, że tak powiem, w cudzysłowie odbierał na tych samych falach co medium, to nie będzie miał możliwości pobrania tego dwoinika eterycznego i do żadnych fenomenów nie dojdzie. Ewentualnie taki duch mógłby pośredniczyć przez innego ducha, ale to już nie on będzie sprawcą tych fenomenów, tylko ktoś inny. Fakt, że jakieś medium jest rozwinięte nie oznacza, że będzie mógł nawiązać kontakt z bezwzględnie każdym duchem.
To tak nie działa. Dlatego nie należy też wierzyć mediom, które zapewniają, że kontakt z duchem, że seans spirytystyczny, że przekaz mediumiczny na pewno zakończy się powodzeniem. Jeżeli ktoś tak twierdzi, to mija się z prawdą, dlatego że jest to rzecz, której nie da się przeskoczyć.
[55:05] - Proszę państwa, czas na odrobinę lekkiej lektury. Nie, to źle powiedziane. Czas na Evivę. Luiza Dobrzyńska zaprasza na omówienie książki Grahama Mastertona zatytułowanej „Manitu”. Łza stanęła mi w oku, bo to był pierwszy prawdziwy zachodni horror, który w roku 1990 przeczytałem i to robiło wtedy niesamowite wrażenie. Czasy były inne, naprawdę inne. Dzisiaj to chyba już takiego wrażenia by nie robiło, ale wtedy odjazd kompletny. A zatem zapraszam. Eviva, Luiza Dobrzyńska i „Manitu”.
[56:20] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Graham Masterton jest uważany za prawdziwego mistrza horroru. Niektórzy są skłonni przyznać w tej dziedzinie koronę Stephenowi Kingowi, jednak można powiedzieć, że ilość tych, którzy optowaliby za Mastertonem jest co najmniej równie duża. Osobiście zdecydowanie wolę właśnie jego. Nie żebym odmawiała Kingowi talentu, jednak jego książki są przeważnie po prostu zbyt długie, zbyt przegadane. Masterton postawił na zwięzłość i jak dotąd bardzo dobrze mu z tym idzie. Nie żeby nie pisał dłuższych form, to mu się również zdarza. Jednak jego książki z gatunku horror przeważnie są, jakby to rzec, dość lakoniczne. I tak jest właśnie dobrze, chociaż w dzisiejszych czasach jego debiut na pewno zostałby odrzucony z zaleceniem rozszerzenia. Mowa o „Manitu”.
Jest to książka dość krótka i w odróżnieniu od późniejszych dzieł Mastertona nie epatuje seksem. Muszę powiedzieć, że jest to właśnie jedyna rzecz, którą mam Mastertonowi do zarzucenia. Sceny seksu są u niego często dość realistyczne, a czasami opisane w sposób wręcz odrażający. On dobrze wie, co napisać, żeby wywołać określone wrażenie. W końcu z wykształcenia jest seksuologiem i trzeba przyznać, że jeżeli chce wzbudzić w czytelnikach podniecenie seksualne, wie, jak to zrobić. Nie wiem tylko, dlaczego w niektórych książkach usiłuje raczej obrzydzić im te rzeczy do końca życia. Ale mniejsza o to. Skupmy się na „Manitu”. Jest to według mnie modelowy przykład horroru, który jest dokładnie tym, czym ma być. Nie zbacza na inne tory.
A o czym mówi? Głównym bohaterem jest Harry Erskine, drobny cwaniak, który postanowił zarabiać na życie, wciskając, kolokwialnie mówiąc, kit innym ludziom, przeważnie starszym paniom. Zajmuje się wróżeniem z kart, z kul i z fusów i robi to bardzo dobrze. Oczywiście bardzo dobrze pod tym względem, że bardzo dobrze jest przygotowany do swego szczególnego zawodu. Starannie nad nim pracuje. Właśnie dla niego, żyjącego z wmawiania innym, że ma nadprzyrodzoną moc, zderzenie z rzeczywiście dziejącymi się przerażającymi rzeczami było prawdziwym szokiem, a jeszcze większym odkrycie, iż faktycznie posiada pewien dar. Pewnego dnia zjawia się bowiem u niego Karen Tandy, młoda dziewczyna, bardzo zaniepokojona guzem, który rośnie na jej karku. Chce zasięgnąć porady. Harry jest oczarowany tą dziewczyną, lecz jednocześnie czuje, że ten przypadek to jest coś więcej. I rzeczywiście, od tego dnia zaczyna być świadkiem rzeczy przerażających.
Takich, w które wcześniej nigdy by nie uwierzył. Guz na karku Karen Tandy jest bowiem czymś w rodzaju worka płodowego. Odradza się w nim zmarły przed wiekami indiański szaman żądny zemsty za to, co biali uczynili jego ludowi. Erskine wie, że sam nigdy sobie z nim nie poradzi. Szuka więc przymierzeńca. Okazuje się nim szaman Śpiewająca Skała, będący zresztą na wskroś przedstawicielem naszych czasów. Razem postanawiają stawić czoła oszalałemu z żądzy zemsty szamanowi i uratować życie Karen. A będzie to bardzo trudne. W „Manitu” Graham Masterton uczynił pierwsze z wielu w jego pisarskiej karierze nawiązań do mitologii Cthulhu. Jak sam przyznaje, jest wielbicielem prozy Lovecrafta, wielkiego samotnika z Providence, i po prostu nie mógł oprzeć się pokusie.
Myślę, że bardzo dobrze mu to wyszło i że sam Lovecraft nie miałby nic przeciwko temu. Obecni czytelnicy zapewne postawią pewne zarzuty książce, a raczej pisarzowi. Jednak właśnie to, że nie rozwlekał się na 500 stronach ze swoim tematem i że trzymał się dokładnie swojej historii i po drodze kto z kim i w jakiej pozycji gdzie się ryćkał, to jest to książka idealna. Zawiera wszystko to, co powinna i ani jednego zbędnego słowa. Nie wiem, skąd wzięła się moda na wodolejstwo owocująca tym, że mamy dzisiaj książki spuchnięte do niemożliwych objętości, a zawierające w sumie bardzo mało treści. Tutaj oczywiście mistrzem jest George Martin i muszę przyznać, że nie udało mi się przebrnąć przez ani jedną z jego książek. Według mnie jest straszliwie nudny i nie potrafię pojąć jego fenomenu. Natomiast nadaje się świetnie do ekranizacji, czego nie można powiedzieć o Mastertonie. Właśnie jego książki ciężko jest przenieść na ekran. Nie wiadomo, na czym to polega, ale Naprawdę ciężko, choć właśnie „Manitou” zostało sfilmowane.
Nie była to próba idealna, ale przynajmniej jakoś odpowiadała oryginałowi. To jest coś, bo na przykład Lovecrafta w ogóle przenieść na ekran nie da się w sposób, który miałby jakiś sens. Zachęcony sukcesem „Manitou” Masterton postanowił ciągnąć temat. I to był moim zdaniem błąd, bo o ile następna część „Zemsta Manitou” jeszcze jako tako trzymała się kupy, potem było już tylko coraz gorzej. Eskalacja przemocy i makabry w końcu po prostu przekroczyła granice jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. Wiem, że mówienie o prawdopodobieństwu w kontekście horroru z tak dużą dawką fantasy jest czymś dziwnym, ale w momencie, kiedy mamy do czynienia z czymś całkowicie nieprawdopodobnym, człowiek po prostu przestaje się bać, bo już nie ma czego. Tak jak powiedziałam, pierwsza część serii, czyli debiut Mastertona, stanowi kwintesencję tego, czym powinien być horror książkowy. I myślę, że ciężko byłoby w tej chwili komukolwiek osiągnąć ten poziom. Tak, czasy się zmieniły, zmieniły się wymagania co do książek, zmieniły się wymagania co do języka literackiego. Ale tak jak powiedziałam, nie zmienia to faktów.
A fakty są takie, że „Manitou” stanowi perełkę, którą bardzo trudno byłoby komukolwiek przeskoczyć. A jeżeli mi nie wierzycie, przeczytajcie. Wydawnictwo Rebis właśnie oddało do rąk czytelników reedycję tego dzieła w bardzo ładnej oprawie i nowej redakcji. Życzę wam miłej lektury. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[01:03:34] - A ja zapraszam państwa teraz na spotkanie, już drugie, z Piotrem Cielebiasiem. Dzisiaj w Sentymentalniku porozmawiamy o filmie, a właściwie o filmach, bo to dwa filmy, „Marsjanie”. To są filmy polecone przez jednego z naszych słuchaczy. Swoisty zabytek z lat 60. Bardzo mamy rozmaite przemyślenia na temat tych obrazów. One nie zawsze są entuzjastyczne, ale na pewno są sentymentalne. Zaczynamy, proszę państwa, Sentymentalnik. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:04:19] - Witam tradycyjnie.
[01:04:21] - Cóż, Piotrze, to jeden z tych odcinków, w którym skorzystamy z podpowiedzi naszych słuchaczy, bo w jednym z komentarzy przeczytaliśmy o filmie, który na początku nie budził żadnych skojarzeń ani u ciebie, ani u mnie. Nazywało się to bardzo egzotycznie i bardzo ekscytująco, bo „Marsjanie”. Wow! No to sięgnęliśmy po ten film czy te filmy. Właściwie te filmy. Dwa. W sumie dwa. No i cóż, dzisiaj podzielimy się z państwem wrażeniami. Ale to nie jest oczywiście „Filmotekarium”, więc nie tylko wrażeniami, ale i tymi sentymentami oczywiście.
[01:05:09] - Tak. W dzisiejszym odcinku film, chociaż trzeba zaznaczyć, że jest to film telewizyjny, także możecie go znaleźć w dwóch wersjach: albo w dwóch odcinkach około 30-minutowych, albo już zespolony w całość jako jeden, powiedzmy, plik. Na ogół pamięta. Nie wiem, czy stety, czy niestety. Chodzi o „Marsjan” z roku 1967. Oni się zachowali w dość nędznej formie, muszę powiedzieć. I pewnie tak jak my, tak i wy przy pierwszej konfrontacji z tym filmem, to się zastanowicie, skąd taki dziwny tytuł. Dziwne, no w PRL-u Marsjanie. Jak to możliwe, że w tamtym okresie, który się raczej kojarzy z serialem „Wojna domowa” czy ze „Stawką większą niż życie”, pojawia się coś tak jednoznacznie związanego jednak z fantastyką, przynajmniej tytułem. Ano tutaj trzeba sięgnąć nieco do historii polskiej kinematografii, bo o ile tak ogólnie rzecz biorąc, udział w niej horroru i fantastyki jest niewielki na tle innych produkcji, to jednak Marku, mam takie wrażenie, że w latach 60.
ewidentnie robiono jakieś podchody do tego rodzaju produkcji. Dowodem są różnego rodzaju filmy telewizyjne głównie, które pewnie będziemy jeszcze omawiać. Te filmy tworzyły taki cykl opowieści niesamowitych. Takim dowodem na to zainteresowanie, na te podchody w kierunku fantastyki i horroru jest też omawiany przez nas „Przekładaniec”. Natomiast pewnie za ileś odcinków spróbujemy sobie odpowiedzieć na pytanie: skoro polski film w PRL-u w latach 60. eksperymentował z horrorem i fantastyką, to co się stało potem, że wyszło jak wyszło? Ja się trochę na te eksperymenty, Marku, uparłem, bo wydaje mi się, że film „Marsjanie” to właśnie coś w tym stylu. Eksperyment na wielu płaszczyznach. I to taki eksperyment, że o matko boska jednym słowem. Oczywiście mówimy tu o latach 60.
i filmie telewizyjnym dwuczęściowym, jak powiedziałem. Przy czym jedna część bardziej przypomina film przygodowy, wojenny, a druga część to taki typowy teatr telewizji. Ale ponieważ sobie tak westchnąłem i pewnie mniemacie już, że z Marsjanami jest nie za dobrze, to powiem tylko tyle na początek. To jest rok 1967, kiedy oni trafiają do telewizji, kiedy ten film ma premierę. Takie informacje znaleźliśmy, ale wydaje mi się, że nie jest tak źle na tle tego, co powstawało w latach późniejszych. Mieliśmy tam przecież "Powrót Wabiszczura" czy "Klątwę Doliny Węży". Ja się ciągle mylę z tym tytułem. Mam nadzieję, że dobrze go powiedziałem. Natomiast będę tak bardzo dyplomatyczny. O ile lubię wiele pozycji filmowych z PRL-u, nawet tych starszych, bo uważam, że są naprawdę dobre pod wieloma względami.
Nawet jeżeli chodzi o te względy aktorskie, to są lepsze od dzisiejszych. Tutaj uważam, że oczywiście poza obsadą jest bardzo kiepsko, niestety.
[01:08:37] - Wiesz Piotrze, dobrze, że ty nawiązałeś do "Opowieści niesamowitych", bo z jednej strony rzeczywiście film "Marsjanie" wpisuje się w ten nurt, ale wpisuje się w sposób taki sobie, bo o ile do dzisiaj wiele osób pamięta takie tytuły jak chociażby "Ja, Gorę" albo "Mistrz tańca", wszystko świetnie obsadzone filmy, to "Marsjan" jakoś mało osób zapamiętało. I zastanawiałem się dlaczego. Bo tak jak powiedziałeś, obsada jest znakomita, a coś w tych filmach nie do końca gra. I ukułem sobie taką prywatną teorię. Na ile ona jest prawdziwa? Dużo bym dał, żeby ktoś był w stanie to zweryfikować, ale ukułem sobie taką teorię, że to był kolejny eksperyment. O tym może świadczyć początek obu filmów, gdzie śledzimy studio telewizyjne, w których się kręcą ludzie. Taka typowa krzątanina związana z telewizją, gdzieś tam kamery się przesuwają. Dzieje się, dzieje się akto w studio, a na tym tle mówi główny bohater, później też człowiek, który występuje w jednym i w drugim obrazie, jest człowiekiem bez twarzy i mówi coś o swoich doświadczeniach, że się podzieli, że opowie. To mi wyglądało, że to mógł być początek dłuższej serii, ale ta dłuższa seria nie powstała.
Bo jeżeli do dwóch filmów robi się bardzo podobną czołówkę, to człowiek zastanawia się, czy to jednak nie jest plan długofalowy. I z czym mi się to skojarzyło, Piotrze? Ta czołówka, ona w gruncie rzeczy jest bardzo podobna do siebie. Są podobne te czołówki po prostu. I to mi tak zagrało z innym formatem, nie europejskim już nawet, tylko zaoceanicznym, czyli ze "Strefą mroku", z "Twilight Zone". I wiecie państwo, te filmy amerykańskie, one powstawały jeszcze wcześniej niż 1967 rok. Były czarno-białe na początku i to były filmy, do których scenariusze pisała czołówka amerykańskich pisarzy, na przykład związanych z fantastyką naukową. Tam się da znaleźć naprawdę czołowych pisarzy, którzy scenariusze tworzyli. I przyszło mi do głowy, że być może to było sondowanie, czy da się zrobić taki serial à la "Strefa mroku" na zasadzie opowieści niesamowitych, takich z pogranicza. Czyli jak państwo pamiętacie, "Strefę mroku", tam były i opowieści science fiction, i opowieści katastroficzne, i opowieści o duchach i horrory.
Wszystko to, co zawierało w sobie jakieś elementy fantastyczne w "Strefie mroku" mogło się znaleźć. Tu formuła wydawała się bardzo podobna. Czyli zbieramy doświadczenia, można w to wstawić i horror, i opowieści o duchach, nawet fantastykę i to fantastykę naukową też. Nie powstały te filmy, więc zastanawiałem się, czy po prostu ktoś nie porzucił eksperymentu. Być może dopierdzieliła się do tego filmu, i to jest coś, co warto omówić w Sentymentalniku, cenzura, albo też nawet nie tyle formalnie cenzura, co na przykład tak zwana linia partyjna. Bo w kraju socjalistycznym w 1967 roku opowiadać historię, właściwie ten film mógłby się nazywać "Anioły", a nie "Marsjanie" i to równie dobrze by grało, albo jakoś tam "Przybysze z lepszego świata" albo nie wiem jak jeszcze. Tu wybrano trochę tak od czapy tytuł "Marsjanie", że niby ten główny bohater to Marsjanin, który jest trochę zagubiony na Ziemi i w jednym, i w drugim filmie, bo w jednym, tym wojennym, to chyba pierwsza wojna światowa, więc mocno się czuje zagubiony. Powiedziałbym, że w sposób ostateczny czuje się zagubiony. W drugim filmie zagubiony jest również, tylko sytuacja jest może mniej polityczno-wojenna, bardziej taka dworsko-osobista, dworsko-małżeńska, czy jakkolwiek to inaczej możemy określić, ale moim zdaniem równie dobrze można sobie wyobrazić kolejne filmy dziejące się, takie etiudki filmowe robione według różnych Sposobów, bo tak jak Piotr już o tym wspominał, one są różne. Z jednej strony mamy jakby teatr telewizji, to część druga, ale mamy też taki typowy film telewizyjny, też w sumie z ograniczonymi środkami, co widać.
Nie wiem, gubię się w domysłach. Naprawdę gubię się w domysłach i nie bardzo są ślady w internecie na temat tego, czym te filmy miały tak naprawdę być. Czy to było sondowanie, nie tyle rynku, bo umówmy się, w socjalizmie nikt rynku nie sondował. Raczej sondowanie władzy, na ile pozwoli, czy pozwoli taką polską strefę mroku wypuścić. Ale wiecie Państwo, w państwie materialistycznym, gdzie materializm i to ten materializm naukowy, marksowsko-engelsowskie, różnego rodzaju przekazy dotyczące religii, dotyczące tego, jak świat wyimaginowany rządzi umysłami ludzi i źle na nie wpływa. W związku z tym trzeba to wyeliminować, wykarczować. W takim kraju pozwolenie na opowieści o duchach to mogły być, jak te duchy będą śmieszne, tak jak bywały śmieszne, chociażby w filmie, który wspominałem „Ja, Gore”. Bo tam jest ewidentnie komedia, zabawa. Tu niby to jest zrobione lekko, z takim przymrużeniem oka lekkim, ale jednak wnioski, które można by wyciągnąć z tego filmu oraz próby analizy poprowadzą nas jednak w innym kierunku. I być może to był ten element, który zdecydował, że nie powstała polska strefa mroku, tylko projekt został ugrabiony po dwóch odcinkach.
[01:15:49] - Tak. Powiem ci, że ta hipoteza jest w miarę prawdopodobna, dlatego, że mieliśmy filmy o zjawiskach para, natomiast tutaj mamy do czynienia z filmem, który ma ten wątek kosmiczny. I to wcale nie są takie późne czasy. Można tak sądzić, kiedy się „Marsjan” ogląda, dlatego, że po prostu ten film zachował się w formie takiej dość kiepskiej. Nakręcony jest też w sposób bardzo archaiczny, przez co się wydaje, że on jest po prostu bardzo stary. Ale zobacz, że prawdopodobnie on został utrącony na podstawie tej linii partyjnej, bo przelatuje — zresztą będziemy o tym za chwilę mówić — przelatuje Marsjanin na Ziemię, przedstawiciel innej cywilizacji wyższej. I przygląda się tym ludziom, ale zauważ, że w tych filmach on się przygląda tylko ludziom z przeszłości i pewnie ktoś tam wtedy wykminił, doszedł do wniosku, poleciał z tym do jakiegoś tam Gomułki, że jak to, chcą kręcić film o Marsjaninie, który przelatuje na Ziemię raz do tego okresu, raz do innego. A co kiedy on dojdzie do czasów socjalistycznych, nie? I trzeba będzie się zmierzyć z tym. Nie, to trzeba utrącić.
To są takie oczywiście jajca, jak to się mówi, ale myślę, że to jest w miarę prawdopodobne. Szkoda, wiesz, że takie coś nie powstało, ale zaraz powiemy może dlaczego. Ale na początek dwa słowa o fabule. Bo to już wiecie, poznajemy w filmie perypetie przybysza z kosmosu, który się zjawia na Ziemi w tej roli bodajże Józef Duriasz. I on przeżywa różnego rodzaju... Tak, Marku?
[01:17:31] - Tak. Myślę, wiesz, że warto też powiedzieć, że to jest Marsjanin deklarowany, bo my nie widzimy, że on przybywa, że ląduje. On nawet się nie deklaruje, że jest Marsjaninem. On jest po prostu mocno zagubiony. My o tym Marsjaniźmie dowiadujemy się tak naprawdę z tytułu i niewiele więcej rzeczy o tym świadczy. I już milknę we wszystkich znanych sobie językach.
[01:17:59] - Tak, natomiast on jest istotą, że tak powiem, nadprzyrodzoną, co widać, kiedy się dematerializuje na przykład po śmierci. Tutaj już zdradziliśmy, co się z nim stanie, ale ty jesteś sentymentalny, więc chyba można. I on też czyni pewne, że tak powiem, deklaracje odnośnie kilku spraw, ale tak w dużym skrócie on tutaj przybywa i wygląda oczywiście jak człowiek. Próbuje zrozumieć, co się tutaj dzieje w tym świecie pełnym absurdów i sprzeczności, który jest dla niego niezrozumiały. I te perypetie jego są tragikomiczne, kończą się dla niego w zasadzie źle, ale sam element fantastyczny, prawdopodobnie ze względu na oszczędności, jest znikomy. On się rozmywa, rozpływa na tle tego, co w kinie socjalistycznym, bo raczej nie socrealistycznym, tylko socjalistycznym, telewizyjnym było najważniejsze, a więc na tle prawdy czasów chociaż minionych. Bo on się składa, ten film, z dwóch segmentów. Jak wiecie, „Wojna” nosi tytuł jeden, „Kobieta” nosi tytuł drugi. Tutaj już mówiłeś o tym intro. Natomiast ja dodam tylko tyle.
Tam się dzieją rzeczy w przeszłości, w głębszej i w bliższej, bo mamy gdzieś w sumie, powiedzmy, czasy, to drugie mi wygląda, nie wiem, na czasy panów, na czasy szlachty. Mamy tam też pierwszą wojnę światową. I ten Marsjanin tytułowy nam się tam miota. Wiesz, ten film jest dziwny. Ja go nie chcę obrażać, bo mamy do czynienia z prekursorami, może nawet takich formatów w kinie polskim. Natomiast Tam jest nacisk położony na wizytę tego fantastycznego gościa, ale w rzeczywistości jest to tak okrojone, jeżeli chodzi o wspomniane wątki fantastyczne, że mamy przedstawione tylko... I tutaj jest główny problem z tym filmem. Mamy przedstawione historie ludzi, które nie są ani zabawne, ani wciągające. Te historie wydaje mi się, Marku, są przedstawione, sprzedane widzowi w takiej bardzo archaicznej formie, że ona dzisiaj jest dla widza niestrawna. Oczywiście to nie jest też tak, że tego się nie da obejrzeć, że to aż tak kłuje w oczy, jak jakieś kino z lat 20.
Na przykład takie jakieś eksperymenty filmowe. Nie. To można obejrzeć, tylko to jest po prostu nieciekawe. Mam takie wrażenie, że to jest nieciekawe. Jeżeli to miał być eksperyment, to chyba twórcy podeszli do tego strasznie zachowawczo. Oni może nawet wiedzieli, że nie wolno im wkroczyć na pewne pola. Ewentualnie trzeba było przedstawić tematy związane z fantastyką w taki sposób, żeby dać jakiegoś prztyczka dla czasów, które powinny zostać potępione, czyli dla czasów imperialistów, dla czasów I wojny światowej, dla panów i tak dalej. Brzmi to zabawnie, natomiast ten miszmasz fantastyki z kinem nie historycznym, bo to jest taka komedia w sumie też po części, ale ten miszmasz przedstawiania fantastyki na tej historii po prostu nie wyszedł. I to jest ciężkie. Nie wiem, czy dla ówczesnych widzów takie coś było w jakikolwiek sposób atrakcyjne.
Bo powiem ci, że to, co tam atrakcyjne powinno być dla widzów w tamtym czasie, gdzie oni przecież łaknęli różnego rodzaju nowości, tam to wszystko jest ograniczone do mega surowego minimum. Czyli ten tytułowy Marsjanin, tytułowi Marsjanie, w sumie nie wiem dlaczego aż w liczbie mnogiej, skoro mamy tylko jednego przedstawiciela, jest nudny. Jest po prostu bardzo nudny. Zresztą myślę, że źle dobrano aktora do głównej roli. To też jest pewien problem moim zdaniem, bo ja bym tam widział kogoś zupełnie innego. Ten Marsjanin nie robi w ogóle żadnego wrażenia. Pomyśl, gdyby tam występował na przykład Leszek Herdegen w tej roli. Jakiego by to nabrało kolorytu w tym czarno-białym filmie.
[01:22:54] - Powiem ci, Piotrze, w ten sposób, że z tego, co powiedziałeś przed chwilą, pewna koncepcja mi się nasunęła. Ona już gdzieś mi się ulęgła wcześniej, ale to, co powiedziałeś, troszeczkę ją nawet . Bo główny bohater jest taki sterylny. On nawet jest tak wykreowany jako taki niepasujący do naszego świata. Pytałeś o tych Marsjan. Mnie się wydaje, że ktoś zrobił dwa filmy bardzo ambitne, tylko tej ambicji nie dostrzegli pewno widzowie i być może władze telewizji, być może koledzy filmowcy tej ambicji nie dostrzegli. Już tłumaczę, o co chodzi. Bo ten tytuł, "Marsjanie" można odwrócić i pomyśleć, że Marsjanami to my jesteśmy. Przyleciał do nas normalny człowiek, który chciałby zrozumieć absurdy tego świata, bo i w pierwszym, i w drugim filmie spotykamy się z czymś, co na pierwszy rzut oka jest normalne. Jest wojna, wysyłają człowieka, żołnierza w kierunku wroga.
Nie chcę opowiadać, ale dochodzi do absurdalnej sytuacji, kiedy on ściąga tego tytułowego niby Marsjanina. I z tego wynikają perypetie kompletnie idiotyczne, ale też to, że one są idiotyczne, ale ten idiotyzm wynika z pewnych kalek zachowań, które są dla ludzi charakterystyczne. Jak to, to to. Jak coś innego, to tak się trzeba zachować. Czyli postępujemy według schematów i to my tak naprawdę jesteśmy tymi Marsjanami tytułowymi. A ten człowiek, który tu przybył, to on na dobrą sprawę jest Ziemianinem. Tak powinien, według koncepcji reżysera, scenarzysty, zachowywać się ludzie, a my na co dzień zamieniamy się w Marsjan, którzy żyją w jakimś swoim świecie trochę idiotycznym, trochę schematycznym, trochę takim irracjonalnym i absurdalnym. Może o to chodziło, tylko to by nawet pasowało, bo przecież tak jak, Piotrze, powiedziałeś, filmy dotyczą czasów minionych, w związku z tym one mogły być absurdalne, a nawet powinny być absurdalne teraz, kiedy patrzymy z perspektywy socjalizmu. Tak mógł myśleć reżyser czy też scenarzysta. I tak patrząc na ten film, to po prostu jest projekt z kolei zbyt ambitny i być może spierdzielony na etapie produkcji.
Chodziło o to, żeby właśnie ten przekaz, o którym już wspomniałem, dać ludziom. Tylko to jest trudne do wychwycenia. Być może osoba, która Odpowiadała za scenariusz, która odpowiadała za reżyserię. Nie wychwyciła tego, a w każdym razie błąd, mój błąd. Nie tyle nie wychwyciła, co nie potrafiła tego wyeksponować. To czasami w filmie jest bardzo ważne, żeby wyeksponować tą najważniejszą myśl. I tak bym na ten obraz patrzył, że to po prostu padło. Może ze względów politycznych, a może ze względu na to, że było zrobione w sposób taki sobie. A co by o socjalizmie i tych czasach dosyć ponuro gomułkowskich nie mówić, to tam jednak starano się, żeby w telewizji jakiś poziom panował. Dlatego był kabaret Starszych Panów, który wzbijał się na wyżyny literackości i pewnego mrugnięcia okiem do widza.
Oczywiście socjalizm natychmiast znienawidził kabaret Starszych Panów, bo to było zbyt inteligenckie, zbyt aluzyjne i w ogóle zbyt. W związku z tym ugrubiono w końcu kabaret Starszych Panów. Próbował ten kabaret jeszcze wracać, ale to w rezultacie było ugrubienie skuteczne. Ale w telewizji próbowano jednak promować kulturę wyższą. Kulturę, która naprawdę miała swoje na pewno duże plusy. Dużo takich naprawdę dobrych pod względem warsztatowym, pod względem artystycznym produkcji powstawało. Oczywiście towarzyszyły im również gnioty i to takie, że po prostu aż wyło w tych gniotach. Jakieś socjalistyczne produkcje, które ani z artyzmem, ani z przekazem, ani w ogóle ze zdrowym rozsądkiem nie miały nic wspólnego. Ale jednak starano się. Wrócę, pewno kiedyś będziemy omawiać.
Wrócę do „Wojny domowej", do „Kapitana Sowy". To były takie filmy o zabarwieniu komediowym, ale jednak one niosły ze sobą pewną prawdę. Delikatnie ją niosły, ale wcześniej czy później dochodziły do momentu, w którym władza orientowała się, że jakikolwiek film zrobiony z lekkim przymrużeniem oka, film o rzeczywistości panującej w latach 60. jest nie do przyjęcia. Pokazujący absurdy. „Wojna domowa", niewinny film niby, ale gdzieś tam w tle pokazana jest szkoła. Gdzieś tam w tle pokazane są stosunki społeczne. I na dłuższą metę chyba władza nie chciała tego pokazywać. „Kapitan Sowa" tam już lepiej, bo wiadomo milicjant to MO i tak dalej, ale chyba też coś nie pasowało. Ja myślę, że władza niedobrze patrzyła na to, że się pokazuje czas obecny, ale nie na koturnach, tylko właśnie z jakimś takim lekkim uśmiechem i jakąś taką lekką ironią, szyderstwem.
Nie, to nie mogło. To trzeba było pokazywać albo filmy bardzo poważne, w którym ten socjalizm aż kipiał ze wszystkich stron i on to kipiał na poważnie. To był bardzo ważny i wspaniały ustrój. I wtedy władza się cieszyła. To był film fajny. A jak nie kipiała ta socjalistyczna propaganda, to już nie był fajny taki film. I być może ten film, który omawiamy dzisiaj „Ci Marsjanie" są do pewnego stopnia ofiarą. Z jednej strony pewnej nieudolności, z drugiej strony jakichś politycznych zakusów, i też niezrozumienia. Myślę, że publiczność telewizyjna nie czekała na tak aluzyjne, na tak jakoś zawoalowane filmy, które coś nam mają przekazać. Na przykład to, co państwu mówiłem, że to my tak naprawdę jesteśmy Marsjanami.
Nie wiem. To tak zwana hipoteza robocza.
[01:30:14] - Tak, to jest ciekawe, co powiedziałeś, bo zobacz, ten Marsjanin, kimkolwiek on jest, on przylatuje do czasów słusznie minionych i przygląda się tym absurdom na przykład na polu pierwszej wojny światowej. Co dziesięciolecie przybywa, to przecież prędzej czy później przybyłby też na przykład do Związku Radzieckiego albo do PRL-u, a nie daj Boże do NRD na przykład. I co wtedy? To się musiało naturalnie skończyć. On już nie mógł tam przybywać, bo on by tam nie miał po prostu co krytykować. Nie oszukujmy się. Tak mogło być. Tylko że wiesz, to jest po prostu nieciekawe. To jest niefajne. Gdyby to może miało jakiś błysk, jakiś pomysł w tym by był, to by o tym pamiętano.
Pamiętano by o tym eksperymencie. Bo zobacz w ogóle, jakie to jest dziwne. Z jednej strony to jest coś, co wygląda na fantastykę, co mogło być tą PRL-owską strefą mroku, co mogło być jakimś tam serialikiem fantastyczno-horrorowym. Z drugiej strony zobaczcie, jaki mamy głęboki nawis socjalistyczny, ideowy i pewnie on jest tam nie bez przyczyny dorobiony, że my go jeszcze jesteśmy w stanie odczytać. Ale jest coś, co sprawiło, że jednak „Marsjan" się nie pamięta. I tym czymś jest moim zdaniem fakt, że to już wtedy było głęboko archaiczne. Przy „Wojnie domowej" to ten film wygląda jak taki trochę dodatek na froncie jakby i taka jakaś podróba „Trędowatej". Taki jest straszny. Nie wiem, jakbyście oglądali, nie wiem Badziewne komedyjki z przełomu XIX i XX wieku. Tak to wygląda.
Nie wiem, mam takie wrażenie, mam pewien niesmak nawet oglądając ten film, bo tam masz fajnych aktorów, a masz tak głupie historie. Tak to wszystko jest sztuczne, pomimo że to są lata 60., ale to są już czasy, kiedy powstały topowe polskie seriale, a nagle mamy coś takiego, co pasuje jak kwiatek do kożucha. I tu był chyba główny problem "Marsjan", że tam nie było pomysłu, że to było źle napisane. To było po prostu nudne. Nie działo się tam zbyt wiele. Było też jakieś takie dziwne zadęcie, a z drugiej strony mamy przecież wspaniałą obsadę, która dodaje kolorytu. Powinna podciągnąć nawet słaby film, prawda? Janczar, Zintel. Zintela pewnie większość osób kojarzy bardziej z twarzy niż z nazwiska. Maklakiewicz w drugiej części.
No i oczywiście Kłosiński, Sochnacki. Sochnacki, czyli Roman Katelba z "Nocy i dni". Powiedziałbym kwiat polskiego aktorstwa.
[01:33:15] - Pokora, Zawadzka, Skoczylas. To naprawdę, wiecie państwo, to są niesamowite nazwiska. Jest Aleksander Fogiel. Też go państwo bardziej kojarzycie z ekranu niż z nazwiska, ale też bardzo znany aktor. Sochnacki, Kłosiński, Benoit się tam pojawia. Proszę państwa, naprawdę kwiat aktorów. Maklakiewicz, to już mówiłeś. Jak ten film mógł nie wypalić przy takiej obsadzie aktorskiej, to ja sam się zastanawiam.
[01:33:51] - Zobacz, że tam na przykład Fogiel, którego pamiętacie jako sołtysa z "Samych swoich". Fogiel, który był zresztą, nie pamiętam, czy on był bratem, czy on był kuzynem Mieczysława Fogga. On jest tam osadzony w tak głupiej roli, że po prostu się płakać chce, jak się pamięta tą jego rolę chociażby z "Samych swoich" komediową, czy z "Bazy ludzi umarłych", gdzie się wcielił w zupełnie inną postać, gdzie widać, jak tego człowieka można było wykorzystać. No to widzimy, że to nie mogło po prostu wypalić, bo same podstawy do stworzenia "Marsjan" były głupie. Jak mówię, mam takie wrażenie, że oglądamy bardzo dziwne pomieszanie stylów. Coś ze Szwejka, coś z romansów, coś ze Znachora, coś z Trędowatej i tak dalej. Strasznie to wypada. Ciekawą rzeczą jest, Marku, to, że tam widzimy Janusza Kłosińskiego. To jest rok 1967. Janusz Kłosiński, znany polski aktor i zobacz, że on już tam jest stary.
Potem się pojawia w "Pancernych" jako Czarnęusow, też jest stary. Potem w "Czterdziestolatku" się pojawia jako emeryt, a "Czterdziestolatek" to przecież też jest bardzo leciwy film. A przecież Kłosiński zmarł względnie niedawno i myślę, że jeżeli chodzi o jakieś zagadki fantastyczne, to on jest taką zagadką. To jest człowiek, który zawsze był w polskim kinie i zawsze jednakowo wyglądał. Ta historia, casus Janusza Kłosińskiego jest chyba ciekawszy niż film "Marsjanie".
[01:35:34] - Niemniej, co by nie powiedzieć, ten film ma jedną, może nie jedną, ale dla mnie ma jedną zasadniczą zaletę. To jest przeniesienie się o 50 lat gdzieś wstecz. Wtedy ten film powstał, ponad 50 lat temu. I wiecie państwo, mogłoby być jeszcze gorsze niż jest, ale samo spojrzenie na aktorów w tym czasie. Ja przez chwilę się musiałem przyjrzeć, czy Pokora, który brzmiał jak Pokora, ale musiałem dobrze się przyjrzeć, czy to na pewno Pokora. I tak dalej. To są takie momenty przy oglądaniu tych produkcji już leciwych bardzo, kiedy człowiek doznaje jakichś takich niezwykłych odczuć właśnie. Patrzy na film i jakby przenosił się w czasie. To jest taki mały, prywatny wehikuł czasu i to jest chyba najcenniejsze, co ten film może nam podarować. Tak jak mówiliśmy, czy to fabuła, czy cała reszta do dyskusji.
Być może wśród naszych słuchaczy znajdą się miłośnicy tego filmu, ludzie zafascynowani nim. Ja pozostanę człowiekiem, który traktuje ten film jako taki filmowy wehikuł czasu i on pod tym względem znakomicie spełnia swoją rolę. W ostatnim wydaniu Bibliotekarium 2.0 zaprezentowałem odcinek audycji "Nie wiem, co to poezja". Audycji realizowanej dzięki współpracy z Krystyną Śmigielską. Ponieważ dostałem informację, że to się państwu podobało, że poezja to jednak nie jest to, przed czym się ucieka, zapraszam na kolejny odcinek audycji "Nie wiem, co to poezja". Dzisiaj spotkanie z Grzegorzem Szafoni.
[01:37:55] - Nie wiem, co to poezja. Dobry wieczór państwu. Zapraszam na spotkanie z niezwykłym, naprawdę nietuzinkowym poetą mieszkającym w niedużej miejscowości we wschodniej części województwa zachodniopomorskiego, panem Grzegorzem Szafoni. Bardzo mi miło dzisiaj gościć pana i myślę, że uda mi się poprawnie wymawiać pana nazwisko. Dobry wieczór, panie Grzegorzu.
[01:38:32] - Dobry wieczór pani, dobry wieczór całemu szanownemu państwu.
[01:38:37] - Panie Grzegorzu, z wykształcenia jest pan matematykiem. Wiem, że obecnie zajmuje się pan budownictwem. A ja zapytam pana bardzo przekornie, czy mógłby nam pan powiedzieć, jaka jest pana definicja poezji?
[01:38:55] - Właściwie z wykształcenia to ja jestem pełnym średnim budowlańcem i niepełnym wyższym matematykiem, co nie zmienia w żaden sposób faktu, że ja obie te dziedziny traktuję z jednakową atencją i przyjaźnią. Natomiast poezja jest moją miłością i pewnie dlatego też w żadnych definicjach nie potrafię jej zmieścić. Może więc spróbuję odpowiedzieć wierszem.
[01:39:22] - Bardzo prosimy.
[01:39:27] - Po przede wszystkim. Poezja mieszka na krawędziach bólu, miłości, opętania. Nietuzinkowe robi zdjęcia. Czasem na przekór, czasem zamiast. W rubryce wiara pisze wiara. Bez zbędnych w co, dlaczego, po co. I w uniesieniach i w koszmarach. W zbieganym dniu i głuchą nocą. Gdy ją pytają o nadzieję murarze, szwaczki czy mimozy cieplejszym wiatrem w oczy wieje i śpiewa arię liściem brzozy. Poezja nie jest żadnym wierszem, ani recenzją czy wydaniem.
Jest tym, co w ludziach jest najszczersze i tym, co po nich pozostanie.
[01:40:23] - Bardzo pięknie pan to ujął. Przecudowna definicja poezji. Proszę mi więc odpowiedzieć na pytanie: czy poetą się człowiek rodzi, czy się nim staje? I kiedy po raz pierwszy poczuł pan tę iskrę i sam stwierdził, że czas pozwolić swoim tekstom żyć własnym życiem?
[01:40:47] - No cóż. Nie jestem ani psychologiem, ani socjologiem, ani behawiorystą, więc mogę odpowiedzieć li tylko na podstawie znanych mi przykładów. Jak dla mnie człowiek rodzi się człowiekiem, a o tym, kim się staje, decyduje suma przypadków. Trochę też otoczenie, w jakim dorasta i przede wszystkim ludzie, jakich spotyka. Ja miałem szczęście. Spędziłem dużą część dzieciństwa wśród książek w bibliotece, w której pracowała moja mama.
[01:41:28] - O, to bardzo ciekawe.
[01:41:30] - Miałem też wspaniałych nauczycieli, właściwie chyba na każdym poziomie nauczania. I nauczycieli nie tylko języka polskiego, ale całe grono wychowawców, matematyków, biologów. Wszyscy razem stanowili ogół, który ukształtował moją wrażliwość, poglądy także, no i głównie sposób patrzenia na świat. Co do drugiej części pytania. Właściwie to ja zacząłem pisać trochę z przekory. Jak miałem 11 lat, brałem udział w konkursie recytatorskim, do którego jako urodzony i wiecznie zabiegany leń nie zdążyłem się wcale przygotować. Oczywiście wielce szanowna komisja nie miała szansy docenić mojego talentu, który to w co drugiej zwrotce się mylił. I wtedy sobie po raz pierwszy pomyślałem tak po chłopięcu: ja wam jeszcze pokażę. Na tej scenie będziecie kiedyś czytać moje wiersze. Po raz drugi pomyślałem: ja ci jeszcze pokażę, gdy osoba bardzo mi bliska zaczęła pisać wiersze i je zamieszczać gdzieś w Internecie.
I w ten sposób trafiłem na portale poetyckie, gdzie do dziś jeszcze trochę funkcjonuję, może w trochę mniejszym stopniu niż kiedyś.
[01:43:06] - To powiedziałabym tak, że to „ja pokażę” jest jakimś takim kołem napędowym pana twórczości.
[01:43:14] - Tak, oczywiście tak.
[01:43:16] - Wie pan, tak czasem się zaczyna, rzeczywiście, ale potem już się przestaje pokazywać komuś. Zaczyna się chyba pisać dla samego siebie. Czy też pan coś takiego zauważył w swojej twórczości?
[01:43:30] - Oczywiście zawsze początki są w jakimś tam stopniu trudne i pisanie z przekory lub z takich innych dziwnych pobudek nie przynosi pożądanych efektów. Natomiast w pewnym momencie staje się też sposobem na, trudno powiedzieć, że na życie, bo przecież nie pozwala to zarobkować ani się z tego utrzymywać, natomiast jest sposobem na wszelkie dolegliwości duszy.
[01:43:56] - Tak, rozładowanie własnych emocji. Tak. Dobrze, bardzo dziękuję. Bardzo pan pięknie to nam opowiedział. Zapytam w takim razie o literacki warsztat. Czytając pana wiersze doszłam do wniosku, że hołduje pan niemodnej dzisiaj teorii, że wiersz powinien posiadać melodię, a co za tym idzie i rytm, i rym. Dlaczego właśnie taką formę pan obrał za najbardziej odpowiednią dla pana tekstów?
[01:44:30] - Troszeczkę tu tego jest, ale myślę, że powinniśmy wrócić do biblioteki i do mojego chłopca, który tam między regałami z książkami sobie biegał. I oczywiście jego przekorności, bo mając mnóstwo czasu czytałem wszystko to, czego nie czytali moi rówieśnicy. Czytałem atlasy kwiatów i drzew, czytałem książki kucharskie i poezję.
[01:44:53] - Wie pan, przepraszam, że przerwę. Jest to mi bardzo bliskie, co pan mówi, ponieważ moim mężem jest właśnie też syn bibliotekarki, który w młodości też przeszedł w swojej lekturze dokładnie wszystko.
[01:45:08] - Ten świat nie jest taki wielki, jak by nam się wydawało.
[01:45:13] - Proszę, przepraszam, że przerwałam.
[01:45:14] - Jasne. Jako mały chłopiec właściwie z całego ogromu poezji, który wtedy sobie przewróciłem, wchodził mi tylko Mickiewicz i Konopnicka. I to po nich mi pozostała ta miłość do rytmu i rymu. Chyba drugim takim bardzo ważnym aspektem jest to, że poszukuję, tak jak Konopnicka, jak Mickiewicz, czytelnika zwyczajnego, jakiegoś takiego prostego i zabieganego człowieka, który jest nie mniej wrażliwy i nie mniej potrzebuje wzruszeń. Dla niego w tej nowoczesnej poezji jest bardzo mało, właściwie praktycznie nie ma miejsca. Dlatego myślę, że takim ludziom dużo łatwiej się słucha wierszy rymowanych i rytmicznych.
[01:46:04] - Zgadzam się z panem całkowicie. Właśnie po tej rytmice, po tej melodii łatwiej jest czytelnikowi przejść. Z całą pewnością tak jest. Niż jednak w takich wierszach białych czy wierszach całkowicie trudnych w swojej budowie. Na pewno tutaj z panem się zgodzę. Zapytam w takim razie o inną sprawę. Matematyki się pan uczył, budownictwa też, jak już się dowiedzieliśmy. A co z pisaniem? Czy tylko ta Konopnicka, czy może jeszcze odbył pan jakieś warsztaty, jakieś spotkanie w grupach literackich i tam po prostu starał się uczyć od piszących ludzi, pobierał jakieś rady, nauki?
[01:46:57] - Pani, na początku trafiając do internetu, trafiłem do kilku grup, z czego jednym z takich ważniejszych, ciekawszych i większych portali internetowych była Wrota.pl. To był portal o sztuce, który miał bardzo dobrze rozbudowany dział poezji. Tam spotkałem przecudownych ludzi, naprawdę przecudownych. Była piątka opiekunów, administratorów, którzy właściwie uświadomili mi, że chcąc poruszać się w tej przestrzeni klasycyzującej poezji, muszę trzymać się ustalonych ram, jakichś wyznaczników, pilnować ilości sylab i omijać też rymy gramatyczne czy te częstochowskie. Powiem pani tak: warsztaty w grupach literackich teraz na grupach na Facebooku mało kiedy odnoszą się do warsztatu i w bardzo małym stopniu go kształtują. Natomiast w dużej mierze pozwalają znaleźć inspirację, co też chyba w pewnym momencie drogi każdego autora tekstów jest bardzo ważne. Także myślę, że kształtowanie warsztatu ważne jest cały czas, natomiast najważniejsze dla każdego autora, żeby zrozumiał, że każdy potrzebuje tego kształtowania warsztatu. Ponieważ jak dobrze wiemy, chyba większość autorów tekstów, nie nazywając ich poetami, bo do tego mam bardzo ambiwalentny stosunek, większość tych ludzi ma bardzo nieskromne zdanie o sobie. Zresztą ja też takie miałem i nie ukrywam tego, ale w momencie, kiedy tą butę twórczą się pokona, kiedy się troszeczkę złapie skromności i zobaczy, że można lepiej, że trzeba lepiej, trzeba ładniej, trzeba trafniej, wtedy nie jest trudno znaleźć pomocną dłoń.
[01:48:55] - Bardzo ładnie pan to znowu powiedział, ujął. Zgadzam się z panem w 100%. W takim razie poproszę pana o przeczytanie swojego wiersza, który na mnie zrobił duże wrażenie. „Bezdech senny”.
[01:49:08] - Dobrze. „Bezdech senny”: Ech, gdyby można było jeszcze wrócić do ciszy nad potokiem, kiedy zostałem twoim wieszczem, a ty mym szkiełkiem, no i okiem. Pomazać życie lekką ręką w kolory jasno pastelowe. Wierzyć, że chmury same pękną, byśmy się mogli w siebie schować. Gdy zacznę twoje zmysły pieścić zapachem trawy, smakiem malin, siedząc na pieńku po czereśni, będziemy na coś nie czekali. Ty jak Madonna niepobożna w milionach rozświetlonych okien. Tylko czy jeszcze wrócić można do tamtej ciszy nad potokiem?
[01:50:10] - Zaszumiały się rozstaje i obrazy. A ty tańczysz, jakby jutro nie istniało. Uśmiechnięta aż do granic mojej twarzy i do oczu, i na usta, i na całość. Rozedrgało się listowie i igliwie. A ty śpiewasz, jakby grał ci polny konik. Tak radosna, jak ja cały przeszczęśliwy, chociaż niemy, chociaż ślepy, choć bez dłoni. Więc nie mów mi. Nie mów mi, panie poeto. Bo taki ci ze mnie artysta, że nie wiem. Nie wiem, na przekór estetom jak miłość wyznać.
Rozsypały się kółeczka w pustym tłumie. Ty, Madonna od spokojnych słów na rany. Wierzysz, że jak jestem, to na pewno umiem być przytulnym i być ciepłym i kochanym. Rozjechały się tramwaje po zajezdniach. Ty, czarowna jak stuk siana, który płonie. Wierzysz, że jak jestem, to na pewno mam dwoje uszu, dwoje oczu i dwie dłonie. Lecz nie mów mi. Nie mów mi, panie murarzu. Gdy rosną mury na słowach i nie wiem. Nie wiem, jak ciszą na twarzy dom ci zbudować.
Za każdy śpiewny taniec, za każdy śpiew dziewiczy będzie nam darowane to, czego dziś się nie liczy. Gdy jeden sen za daleko uciekł spod naszych powiek. Wiemy, że warto czekać, bo miłość to dobry człowiek. To dobry człowiek. Miłość to dobry człowiek. Bo miłość, miłość to dobry człowiek. Miłość to dobry człowiek.
[01:52:49] - Wysłuchaliśmy właśnie przepięknego utworu skomponowanego przez Michała Łangowskiego do tekstu pana Grzegorza Szafoniego. To zresztą nie jedyna piosenka, którą dzisiaj państwo usłyszą. Panie Grzegorzu, bardzo proszę opowiedzieć nam o swojej współpracy z panem Michałem Łangowskim i Martinem Kacem.
[01:53:14] - Jak już wcześniej mówiłem, człowieka kształtują spotkani ludzie i ilość przypadków w jego życiu. Jeżeli chodzi o moją współpracę z Michałem, to zawsze ją definiuję w ten sposób: trzy razy M jako przypadkowe przeznaczenie. Trzy razy M, ponieważ na pierwszy koncert zespołu Cisza jak ta, którego frontmanem był Michał Łangowski, zabrała mnie przyjaciółka Monika. Na spotkaniu pokoncertowym z Michałem poznaliśmy się osobiście. Natomiast Michał organizując śpiewogrania zaprosił do siebie Martina Kaca i w ten sposób powstał duet MMM! Zaczęli grać moje piosenki. I tyle w skrócie. Natomiast w rzeczywistości cała ta historia to historia przyjaźni i obcowania we wspólnym śpiewaniu i słuchaniu poezji śpiewanej setek osób. Setek cudownych, prawdziwych i wrażliwych ludzi. Niestety w styczniu Martin odszedł grać w innych przestrzeniach, gdzieś tam na niebieskich połoninach i ciągle jest trudno o tym opowiadać bez uścisku gdzieś tam pod żebrami.
Natomiast nie sposób wspomnieć, jak wiele dobrego dla słuchaczy Śpiewograń zrobił Michał Łangowski, jednocząc wokół siebie mnóstwo ludzi w tak trudnym czasie, jakim była pandemia. A mnie osobiście, żeby tak górnolotnie i ładnie powiedzieć, mnie osobiście uskrzydlił, nagrywając 30 piosenek z moimi tekstami i w momencie takiej jakby niemocy twórczej albo niechęci twórczej od nowa zacząłem pisać. Czyli tak naprawdę przyjaźń działa zawsze w dwie strony. Zawsze. Każdy z niej, jeżeli coś oddaje, to z niej czerpie. I w tym przypadku ja wziąłem dużo dla siebie, ale też troszeczkę oddałem.
[01:55:37] - Na granicy ludzkich słów więcej pytań niż wiadomych. Skąd po pełni blady nów? Słońca zachód zaogniony. Ptaków śpiew na ciepły deszcz. Falowanie ciszy w tłumie. Skąd w mym sercu twoja krew? I dlaczego tak pulsuje? Dlaczego? Skąd przybyłem? Dokąd idę?
Kim nie byłem, a kim będę? Jaką nicią buty szyte? Co przeklęte, a co święte? Czemu dzisiaj, a nie kiedyś? Czemu starzej, a nie młodziej? Chciałbym życie swoje przeżyć dużo bardziej niż przechodzić. Skąd się bierze burzy gniew i jak młodość przed nią ostrzec? Jaką miarą mierzyć łzę, by pozostać małym chłopcem? Kiedy wierzyć, jak i w co między tym, a tamtym światem? I czy można w nieba skłon wysłać wszystkie marzeń kwiaty?
Kto wymyślił zapach traw i zamienił w śmiechu błyski? I czy można tyle dać, ile się zawdzięcza wszystkim? Czy się można czasem skryć za receptę na nieśmiałość? I czy można tyle żyć, ile życia w nas zostało? Skąd przybyłem, dokąd idę? Kim nie byłem, a kim będę? Jaką nicią buty szyte? Co przeklęte, a co święte? Czemu dzisiaj, a nie kiedyś? Czemu starzej, a nie młodziej?
Chciałbym życie swoje przeżyć dużo bardziej niż przechodzić.
[01:58:22] - Chciałam tylko powiedzieć naszym słuchaczom, że te piosenki można znaleźć w internecie i gorąco polecam, bo sama zasłuchiwałam się nimi. Naprawdę są piękne. Przejdźmy teraz, panie Grzegorzu, do tego, co właściwie w naszym życiu jest najważniejsze – do miłości. To motyw powtarzający się w pana utworach, ale i tu znów, o dziwo, ukazany z innej niż zazwyczaj strony, bo ze strony emocjonalnej bardziej niż ze strony erotycznej, jak to dzisiaj jest w modzie. Z pana utworów wyłania się wrażliwy mężczyzna szukający bliskości, ciepła, zrozumienia, a nie macho, namiętny, spragniony fizycznej bliskości. Znów pan idzie pod prąd. Jak to jest?
[01:59:23] - Wie pani, trudno, mając kształty hipopotama i aparycję włóczykija, wabić kobiety wdziękiem Adonisa. Dużo łatwiej gmerać w ich uczuciach. Oczywiście to taki żarcik.
[01:59:39] - Tak myślę.
[01:59:41] - Tak po prawdzie, to miłości nauczyli mnie synowie. To dzięki nim wiem, że bez uważności, pokory, opiekuńczości nie ma żadnej mowy o kochaniu. I w całej rozciągłości te trzy słowa są ważne dla każdej miłości, jaka by ona nie była. A wiersze miłosne rządzą się swoimi prawami i najczęściej jest to mieszanka marzeń, wspomnień i jakichś obecnych pragnień. Zresztą pewnie miłość ma tyle twarzy, ile razy ktoś się w kimś zakochał lub mu się wydawało. Żeby może trochę wybrnąć to coś przeczytam o miłości.
[02:00:29] - Bardzo bym poprosiła.
[02:00:34] - „Krótka i prosta historia miłosna”. Nie pamiętam, jak dobrze całujesz. Kiedy słońce budziło świtaniem, zaglądając przez klony i tuje. Jak tam z naszym codziennym kochaniem? Zapomniałem, jak zbiegasz po schodach z przekonaniem, że wielka to sprawa, gdy w czajniku przewraca się woda. Gdy nas dwoje i pączki i kawa. Nie pamiętam już twego uśmiechu. Zapomniałem jak pachną twe dłonie. Tylko czasem w mydlanym pośpiechu słyszę szepty, że z nami już koniec. I odeszłaś ode mnie do siebie w tej sukience zwiewnej i skromnej.
A ja durny ciągle sam nie wiem, czy należy tę miłość zapomnieć?
[02:01:29] - Proszę mi powiedzieć, na ile identyfikuje się pan z podmiotem lirycznym użytym w swoich wierszach?
[02:01:38] - To pytanie bardzo często słyszę i zawsze mam problem z odpowiedzią. Z całą pewnością napisałem dużo tekstów osobistych, w których autor jest podmiotem lirycznym. Może nawet większość. Choć pewnie błędem byłoby każdorazowe doszukiwanie się podobieństw wiersza do prawdziwych zdarzeń. Są w życiu każdego człowieka jakieś takie osoby, fakty i przypadki losowe, do których nie sposób się nie odnieść w swojej twórczości. Bywa też tak, że pisze się o wyimaginowanych sytuacjach lub zdarzeniach, w których nie brało się udziału.
[02:02:25] - A mimo wszystko filtruje się je i opowiada przez pryzmat własnej wrażliwości. Podsumowując, choć uważam, że to życie wiersze pisze, ja tylko słuchać umiem, to jednak swoje pisanie nazwałbym poezją osobistą. Mogę nawet podać przykład.
[02:02:51] - To bardzo poproszę.
[02:02:53] - To jest wiersz, który napisałem po śmierci Martina, z którą do dziś jest mi… Nie pomaga mi nawet pisanie, żeby się z tym oswoić. Ale taki wiersz jest i jest na pewno bardzo osobisty.
[02:03:10] - To może przeczyta go pan w hołdzie swojemu przyjacielowi. Będzie nam bardzo miło, że możemy się w ten sposób dołączyć do pamięci o nim.
[02:03:19] - Tak, jak najbardziej. „Niedokończony pamiętnik”. Od kiedy grywasz na niebiosach, przez życie po omacku idę. Brakuje mi twojego głosu i twoich mi brakuje skrzydeł. Mówiłeś: zobacz, jak to fajnie, że spotkaliśmy się w pół życia i zanim po nas kurz opadnie, możemy z kiedyś zrobić dzisiaj. Gdy już nie chciałem pisać wierszy, mówiłeś: nie martw się nic, Grzesiek, dzisiaj poszukaj w ciszy treści, a jutro słowa wiatr przyniesie. I wiesz, ja chyba po raz pierwszy mam przyjaciela na niebiesiech.
[02:04:16] - Bardzo piękny wiersz. Bardzo nam jest przykro, że pana przyjaciel odszedł. Tym bardziej że był wspaniałym muzykiem. Ale troszeczkę musimy porozmawiać teraz może o rzeczach trochę weselszych. W pana twórczości, w pana wypowiedziach spotkałam bardzo dużo neologizmów, które pan tworzy z wielką łatwością, z dużą gracją. Czy uważa pan, że język polski nie dysponuje dostarczającą ilością wyrazów, aby opisać świat? Czy może jest to pana zabawa znaczeniami, dźwiękami słów?
[02:05:00] - Wie pani, czytując współczesną poezję, to ja czasem sobie myślę, że czego jak czego, ale słów to my mamy ohoho, aż w nadmiarze. Tyle że często tak niezrozumiałych dla zwykłego zjadacza chleba i tak dziwacznych, że to jest mój główny zarzut do poezji zalegającej na dzisiejszych półkach w księgarniach. Co do słowotwórstwa, uwielbiam. Wprost uwielbiam nadawać nowe znaczenia poprzez łączenie słów.
[02:05:34] - Robi pan to naprawdę pięknie.
[02:05:37] - Ale naprawdę słów bardzo prostych i oczywistych, które ukazane troszeczkę w innym świetle znaczą o wiele więcej, coś innego. Staram się, żeby zawsze były zrozumiałe dla każdego czytelnika, obojętnie, kim by nie był, tylko żeby spowodować jego patrzenie na to słowo troszeczkę z innej perspektywy. I to jest wszystko, co ja mogę powiedzieć o słowotwórstwie jako takim.
[02:06:07] - Panie Grzegorzu, ja myślę, że zachęciliśmy bardzo naszych słuchaczy do sięgnięcia po pana twórczość. Oczywiście można znaleźć bardzo dużo pana utworów w internecie, ale ja bym chciała, żeby pan nam powiedział, jakie tomiki i kiedy pan wydał, gdzie można je jeszcze dostać, kupić. I o tym najważniejszym tomiku, tym, który jest teraz w przygotowaniu i niedługo, miejmy nadzieję, ukaże się na rynku.
[02:06:37] - Dobrze. Pierwszy tomik wydałem w 2015 roku własnym sumptem, czyli tak jakby za własne pieniążki, w ilości niewielkiej 100 sztuk, bodajże zawierał 80 wierszy. Rozszedł się praktycznie natychmiast wśród samych znajomych w internecie, gdzieś tam wśród moich czytelników. Natomiast nigdy bym tego tomiku nie wydał, gdybym nie obiecał administratorom portalu Wywrota.pl. De facto dwoje z tych administratorów już nie żyje, natomiast im obiecałem, że wydam taki tomik. Oni znając moją niechęć do wydawania, do spotykania się z czytelnikami, moją jakąś taką jak gdyby barierę, kazali mi obiecać i obiecałem, i w ten sposób wydałem. Natomiast drugi tomik powstał w 2019 roku i powstał we współpracy z burmistrzem mojego pięknego miasteczka i władzami powiatu koszalińskiego, ponieważ to jest tomik tak naprawdę troszeczkę o Polanowie, o tym moim małym miejscu, o tym wszystkim, co tu się dzieje. Ale na kanwie tego to jest jakby podstawa do wszystkiego innego. Natomiast wiersze są tam o miłości, o wszystkim, co się może zdarzyć w takim małym miasteczku. Teraz powstaje trzeci tomik, którego tytuł to „Słówszafowanie”.
Tak na marginesie, taki sam tytuł nosiła płyta wydana przez Michała Łangowskiego do wyłącznie moich tekstów. I to on podpowiedział, żeby taki tytuł miał tomik. A ten tomik wymyślił pan Henryk Zabrowski, który jest przewodniczącym Towarzystwa Przyjaciół Dzieci w Koszalinie. Ten tomik już jest teraz w druku. Co mogę powiedzieć? Zawiera przekrojowo 160 wierszy od 2008 do 2021, z czego większość jest jednak z ostatniego okresu i na dniach już będzie wydany i najprawdopodobniej dostępny.
[02:08:55] - Ja bardzo polecam. Miałam okazję zapoznać się z tym tomikiem i naprawdę polecam Państwu „Słów szafowanie”. A teraz poprosimy pana Michała Łangowskiego, który był tak uprzejmy i napisał przepiękną notę na okładkę tomiku pana Grzegorza Szafoniego „Słów szafowanie”.
[02:09:20] - Jak w kilku zdaniach zmieścić charakterystykę całego dorobku poetyckiego poety z Polanowa Grzegorza Szafoniego? Jak wyrazić słowami cały ten bezmiar wyważonej mądrości, piękna, wrażliwości na słowo i na drugiego człowieka, które koronkowo wplata we frazy swoich wierszy? Grzegorz, nomen omen, Szafoni szafuje słowem niezwykle hojnie, dzieląc się ze światem swoistym panaceum na zwyczajność. Jest mistrzem nadawania treściom literackiej lekkości i finezji. Grzegorzowe wiersze zdają się zamykać we frazach wszelką codzienność, która po chwili ucieka oczywistości przez niesforną metaforę, śmiejąc się po drodze z naiwności odbiorcy. Prowadzą nas te słowa przez świat uczuciowości niezwykle lekko, pozwalając odbiorcy utożsamić się ze śpiewaną treścią. Są bowiem Grzegorzowe słowa bardzo melodyjne i nie bez powodu wiele z nich z miejsca stało się piosenkami. Spiritus movens tego „Słów szafowania” jest bez wątpienia miłość, ale nie tylko ta najbardziej oczywista, romantyczna. W wierszach poety z Polanowa miłość przyjmuje formę bezkreśnie uniwersalną. To są wiersze dedykowane światu, przyrodzie, wszelkiemu stworzeniu, każdej ludzkiej i nieludzkiej postaci, nie starające się nawet nadmiernie skrywać swojego uniwersalnego przesłania.
Są to więc frazy na te czasy bezcenne i takimi je postrzegam, ubierając kolejne z nich w gitarowe dźwięki, będąc dumnym, że być może dzięki temu przyczyniam się do ich popularyzacji. Oby niosły się jak najszerzej i jak najdalej. Świat potrzebuje bowiem poetyckiej nadwrażliwości, a ten tomik jest jej istnym zdrojem. Michał Łangowski.
[02:10:55] - Serdecznie dziękuję obu panom za udział w naszej dzisiejszej audycji. Gościem Państwa był pan Grzegorz Szafoni, niezwykły poeta, o którego twórczości moglibyśmy rozmawiać jeszcze wiele godzin. Życzę Panu kolejnych tomików wierszy i samych wspaniałych sukcesów literackich. Dziękuję również panu Michałowi Łangowskiemu za przeczytanie noty i zgodę na odtworzenie piosenek do tekstów pana Grzegorza Szafoniego. Zapraszam Państwa do wysłuchania jeszcze jednej piosenki noszącej tytuł „Szkic do potopu”. A my już się dzisiaj żegnamy. Dziękuję naszym gościom i Państwu za uwagę. Dobranoc. Do widzenia, panie Grzegorzu. Bardzo nam miło było pana gościć.
Dziękujemy.
[02:11:49] - Wzajemnie.
[02:11:52] - Obiecałem, że będzie jeszcze jedno Bez Tajemnic. No to jest. Za chwilę będzie właściwie. Tym razem refleksja na temat tego, jaka jest moc istoty wyższej. Trzeba sprecyzować, czym jest istota wyższa. Istota wyższa dla spirytystów to jest duch, którego moralność znajduje się na wyższym poziomie niż u duchów inkarnujących się na Ziemi. I nie należy tego łączyć z jakimiś istotami o nadludzkich zdolnościach, które potrafią przeobrazić kamień w złoto albo potrafią zesłać na kogoś klątwę i tak dalej. Nie, to jest zupełnie co innego. Istota wyższa dla spirytysty to jest istota, która znajduje się na wyższym poziomie moralnym, wyższym poziomie intelektualnym. Czyli można by rzec, że istotami wyższymi dla spirytystów są na przykład anioły, chociaż takie określenie w nomenklaturze spirytystycznej raczej nie funkcjonuje.
Czyli powracając do naszego pytania: czego nie może dokonać medium? Nie może na przykład przepowiadać przyszłości, ponieważ przyszłość jako taka nie jest ustalona. Czyli są pewne punkty w naszym życiu, które muszą się odbyć, ponieważ po to się narodziliśmy, aby pewne określone sytuacje przeżyć. Ale poza tym mamy wolną wolę, która pozwala nam decydować o tym, co zrobimy tu, teraz, zaraz, za pięć minut, za pół godziny, za tydzień. Więc w momencie, gdy medium przepowiada nam przyszłość, to ta przyszłość tak naprawdę już została zmieniona, ponieważ znając, teoretycznie znając przyszłość, mamy możliwość wpłynięcia na nią. A skoro wpływamy na nią, to też ją zmieniamy i tym samym sposobem nasza wiedza, którą uzyskaliśmy pięć minut temu, przestaje być aktualna. Więc to jest troszeczkę taki paradoks, ale przepowiadanie przyszłości tak naprawdę mija się z celem. Poza tym przepowiadanie przyszłości możemy porównać do takiego lotu balonem bardzo wysoko nad ziemią, z którego widać dokładnie wszystkie okolice, wszystkie drogi i na przykład na jednej z dróg postrzegamy jadący samochód. I my z tego wysokiego balonu możemy powiedzieć do kierowcy: „Proszę pana, tam jest zakręt i na tym zakręcie Powinien pan zwolnić, bo ten zakręt jest naprawdę bardzo niebezpieczny. I teraz zależy od kierowcy, co się stanie.
Jeżeli kierowca zwolni, przejedzie bezpiecznie. Jeżeli kierowca nie zwolni, będzie miał wypadek. Ale w momencie przepowiadania tej przyszłości my nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy on będzie miał ten wypadek, czy nie, ponieważ my tego nie wiemy. Dlatego, że ten kierowca siedzący w tym samochodzie ma możliwość, ma wolną wolę i ma możliwość zadecydowania, czy pojedzie szybciej, czy wolniej. My możemy tylko mu podpowiedzieć: „Uwaga, tu jest niebezpieczeństwo”. Więc taki kierowca, jeśli zgłosi się do nas i zapyta: „Panie medium, proszę mi powiedzieć, czy będę miał wypadek?” Medium nie może mu powiedzieć tak albo nie. „Proszę pana, tu jest zagrożenie. Tu powinien się pan skupić. Proszę uważać” i tyle. Więc jeżeli mówimy o przepowiadaniu przyszłości, to tak naprawdę ta umiejętność tutaj się zatrzymuje.
Nie mamy możliwości dalszej dogłębnej penetracji tej przyszłości, ponieważ każdy z nas ma prawo decydować o sobie. Chodzi o to, abyśmy bardziej skupiali się na tym, co się dzieje tu i teraz, abyśmy byli w stanie dzięki własnemu rozumowi podejmować decyzje, niż sugerować się jakimiś przepowiedniami, które nie wiadomo, czy się spełnią. Ponadto, co jest tutaj chyba najbardziej istotne, gros osób będących przekonanych o tym, iż posiadają zdolność przepowiadania przyszłości, które mają jakieś autentyczne zdolności mediumiczne, tak naprawdę kontaktują się z duchami, które często próbują sobie z nich robić żarty, po prostu z nudów. Brzmi to troszeczkę trywialnie, ale taka jest prawda. Wiele mediów przepowiadających przyszłość jest przekonanych o autentyczności przekazu, ale duchy, które te informacje podają, po prostu pletą bzdury. Duchy nie są wszechwiedzące. Duchy nie wiedzą więcej niż przeciętny człowiek. Jeżeli ktoś był profesorem, zna swoją dziedzinę, może się jako duch na ten temat wypowiadać. Ale to, że ktoś był ekspertem z literatury albo z matematyki, albo z fizyki, nie oznacza, że znajdując się po drugiej stronie, znajdując się w zaświatach, nagle objął wiedzę z każdej dziedziny, a także zdobył umiejętność przepowiadania zdarzeń, które dopiero nastąpią. I też jeśli chodzi o przepowiadanie takich spraw poważnych, jak na przykład wybuch III wojny światowej, o której wypowiadał się znany polski jasnowidz pan Jackowski.
Tutaj też należy być bardzo ostrożnym, ponieważ tak jak II wojna światowa wcale nie musiała wybuchnąć, tak III wojna światowa też nie wiadomo, czy wybuchnie. Jeżeli wybuchnie, to nie dlatego, że jest to nam pisane, ale dlatego, że ludzie żyjący tu i teraz nie potrafili umiejętnie pokierować swoim losem. Życie Adolfa Hitlera w latach 30. mogło się potoczyć zupełnie inaczej. Jeżeli do tej wojny doszło, to dlatego, że złożyło się na to wiele różnych zbiegów okoliczności, ale nie oznacza to, że ten konflikt musiał się pojawić. Więc jeżeli czytamy w mediach artykuły o tym, że w przyszłości ktoś doprowadzi do kolejnego konfliktu zbrojnego, należy to bardziej traktować jako przestrogę aniżeli opis zdarzeń, które na pewno zaistnieją. Ja osobiście tylko raz w życiu pozwoliłem sobie tak na poważnie wyłożyć karty tarota, ale z tych kart dowiedziałem się tylko tyle, że wokół mnie znajduje się bardzo dużo przyjaźnie pozytywnie nastawionych do mnie osób, co zresztą jest prawdą. Natomiast jeśli chodzi o jakieś historie związane z przepowiadaniem przyszłości i tak dalej, ja osobiście zawsze podchodzę do tego z wielkim dystansem i namawiam wszystkich, aby też nie sugerowali się tym, co wróżki im opowiadają, ponieważ coś może się okazać prawdą, ale jestem przekonany, że większość uzyskanych informacji po prostu nie sprawdzi się. Poza tym medium nie może na przykład rzucać klątwy za pomocą duchów. Zresztą duchy wyższe nigdy nie wzięłyby udziału w czymś takim.
A jeżeli jakiś duch zgodziłby się opętać człowieka, to oznacza, że do ducha wyższego jest mu naprawdę bardzo daleko. Rzucanie klątwy jest raczej związane z wysyłaniem w stronę drugiego człowieka negatywnej energii, własnej negatywnej energii. Ale nie należy tego wiązać z jakąś działalnością złych duchów. Duchy oczywiście także mają własną wolę i mogą do pewnego stopnia robić, co im się podoba, ale nie ma to nic wspólnego ze współpracą mediów z duchami wyższymi. To są dwie skrajności. Poza tym medium na przykład nie może wskazywać ukrytych skarbów. Duchy wyższe po prostu takimi rzeczami się nie zajmują, a duchy niższe owszem, mogą wskazać jakieś miejsce konkretne gdzieś na mapie, ale robią to tylko dla zabawy i też nie należy temu ufać. Medium nie może ani posiąść, ani przekazać na kogoś jakichś ukrytych mocy. Nie ma tajemnych mocy, które dają człowiekowi władzę nad duchami, ale jedyną taką mocą, która rzeczywiście może wpłynąć na duchy zaświatach, jest wysoki poziom moralności. Więc tylko ludzie, którzy są bardzo rozwinięci, są miłosierni, są pozytywnie nastawieni do świata, mogą mieć wpływ na duchy.
Ale spirytyści nie nazwaliby tego tajemnymi mocami. I to by były chyba takie podstawowe sprawy, które mogłyby zainteresować większość słuchaczy, jeśli chodzi o tę stronę negatywną. Natomiast co medium może robić? Medium może uleczać. Medium może pobrać energię od duchów wyższych i przekazać ją pacjentowi. Wówczas nie mamy do czynienia z bioenergoterapeutą, tylko z medium leczącym. Bioenergoterapeuta przekazuje własną energię, medium leczące przekazuje energię od duchów. Medium poprzez pośrednictwo duchów wyższych może komunikować się z zaświatami w sposób bezpieczny. Czyli jeżeli medium chce nawiązać kontakt z duchem niższym, powinien uczynić to poprzez pośrednictwo ducha wyższego, który w tym momencie działa jak katalizator. Ma władzę nad duchem niższym, który w trakcie seansu, w trakcie rozmowy, w trakcie przekazywania komunikatu nie może wywinąć jakiegoś pikusa.
Nie może na przykład opętać medium, co przecież zdarza się, gdy osoby niedoświadczone, w sensie osoby nieposiadające wiedzy spirytystycznej, próbują wywoływać duchy. Taki duch przychodzi, później nie chce odejść. Więc lepiej dla medium jest nawiązać kontakt z duchem przez pośrednictwo na przykład własnego ducha opiekuna, swojego anioła stróża. I to medium może zrobić. A skoro wspomniałem o opętaniach, chciałbym też dodać, że medium we współpracy z duchem wyższym może na przykład odprawić egzorcyzm i uwolnić kogoś od opętania. Człowiek, nawet najbardziej zdolne medium, jednak posiada zbyt małą moc, aby samodzielnie taki egzorcyzm odprawić. Musi zwrócić się do duchów wyższych, które jednak mają dużo większy wpływ na istoty odinkarnowane. Oczywiście mogą się zdarzyć wyjątki. Jezus jednym prostym słowem, dzięki swojemu własnemu, wysokiemu rozwojowi moralnemu był w stanie odprawić złego ducha. Ale niestety większość ludzi żyjących na naszej planecie nie posiada takiego daru.
[02:22:38] - Była już dzisiaj Eviva z omówieniem, recenzją powieści Grahama Mastertona „Manitu”. Dla równowagi, ponieważ to horror, a w każdym razie opowieść grozy, postanowiłem oddać jeszcze raz głos Luizie Dobrzyńskiej. Tym razem to będzie wspomnienie z dzieciństwa. Przynajmniej wspomnienie dla sporej liczby z nas. Zapraszam państwa na omówienie, recenzję cyklu „Muminki”.
[02:23:19] - Wita się z państwem Luiza Eviva Dobrzyńska. Moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem Muminków. A w tym nic dziwnego. Tove Jansson, tak właśnie się wymawia to nazwisko, stworzyła bajkę uniwersalną. Wiele ludzi zarzuca jej, że jest to bajka antypedagogiczna. Trudno mi się wypowiedzieć na ten temat, ponieważ o pedagogice jako takiej mam blade pojęcie, a jako osoba bezdzietna nie mogę się wypowiadać na temat wychowania jakichkolwiek dzieci. Natomiast wiem, ile radości do mojego życia wniosły sympatyczne trolle. Bo o czymże opowiada cykl o Muminkach? Opowiada o rodzinie złożonej głównie z mamy Muminka, taty Muminka oraz samego Muminka. Dlaczego głównie?
Ponieważ do tej rodziny tak naprawdę należy znacznie więcej osób, niespokrewnionych wcale z Muminkami. Jest Włóczykij nieokreślonego gatunku. Jest Ryjek. Też właściwie nie wiem, nie udało mi się zorientować, co to za stworzenie. I właściwie każdy, kto się napatoczy. Mama Muminka i tata Muminka mają to do siebie, że przyjmują z otwartymi ramionami każdego, kto chce z nimi zamieszkać. Do tego stopnia, że kiedy pewnej ciężkiej zimy do Doliny Muminków zjechało się całe mnóstwo gości, to Muminek, jedyny, który nie spał wskutek zbiegu okoliczności, ponieważ trolle przesypiają całą zimę, zajął się nimi tak, jak najlepiej umiał. Po to, żeby nie przynieść wstydu mamie, która z chęcią zrobiłaby to sama. I mama, kiedy się obudziła, była szczęśliwa, że ma takiego dobrego, gościnnego syna, chociaż goście objedli dolinę do szczętu. To nie było istotne, ponieważ na tym polega fenomen tej rodziny.
Ona przyjmuje pod swoje skrzydła każdego, nie usiłując go przy tym na siłę zmieniać. Właściwie jeżeli chodzi o zmianę, to mamy tutaj tylko jeden przypadek dziewczynki Ninni, która z powodu chronicznej nieśmiałości stała się niewidzialna. I nie chodziło właściwie o to, żeby ją zmieniać, tylko o to, żeby ją wyleczyć z tej nieśmiałości. Co się zresztą całkowicie udało. Także mieszkańcami domu w Dolinie Muminków są, jak wspomniałam, oprócz samych Muminków, Włóczykij, w chwilach, kiedy nie podróżuje, Ryjek, Mała Mi, przebywa tam czasem Mymbla, czasem honek. Po prostu każdy, kto przyjdzie. Czy to będą dwa Małe stworki, które mówią własnym, trudno zrozumiałym językiem, czy też daleki przodek, który w ogóle się z nikim nie porozumiewa i mieszka pod piecem. Ktoś jest tam mile widziany i traktowany tak, jakby mieszkał tam od wieków. Ta niezwykła otwartość sprawia, że książki o przygodach małego Muminka i jego przyjaciół emanują takim ciepłem, które jest w stanie ogrzać cały dom. No jasne!
Antypedagogizm. Tata Muminka właściwie w ogóle nie wtrąca się do wychowania swojego dziecka. Powiedzmy dzieci, ponieważ jak dzieci traktuje wszystkich przyjaciół Muminka. Mama Muminka pozwala. Oczywiście ma to swoje konsekwencje. I tutaj właśnie rozbija się cała narracja. Muminki w bardzo dyskretny sposób przemycają to, co najważniejsze, że z wolnością, do której wszyscy tęsknimy, wiąże się też odpowiedzialność, którą ponosimy za swoje kroki. Dla przykładu w jednej z książek Muminek, jego mama oraz Ryjek trafili do krainy zamieszkałej przez człowieka, który postanowił wszystko zmienić w przedmioty z cukru. Wszystko tam było cukrowe. Drzewa, trawa, liście, wszyściutko.
Ponieważ bardzo lubił słodycze. Oczywiście lubią je też dzieci, więc Muminek i Ryjek objedli się po same uszy. No i co? I się rozchorowali. Mama Muminka nie kadziła im wtedy smrodkiem dydaktycznym, tylko dała lekarstwo i zabrała tam, gdzie mogli zjeść coś prawdziwego, coś, po czym się nie rozchorują. I wyciągnęli z tego lekcję. I tak było ze wszystkim. Jeśli Muminek chciał spać w grocie, niech śpi w grocie. Jeśli przemarznie, to zrobi to na własne życzenie. I tak dalej.
Ale pomijając te kwestie, w cyklu o Muminkach widać też to, co mamy w najlepszej literaturze dziecięcej i młodzieżowej. Lojalność, bezinteresowność, tolerancję, akceptację odmienności. Dosłownie wszystko to, co powinno być. Bo przecież świat Muminków zamieszkują różne osoby. Paszczaki, które bywają bardzo irytujące. Filifionki ogromnie przywiązane do tradycji. No i masa różnych zwierząt, z których każde ma swoje przywary i swoje zalety. Pomijając aspekt ninich, nikt nie usiłuje tutaj nikogo zmieniać, dopasowywać do otoczenia. U Muminków wszyscy wychodzą z założenia, że każdy ma prawo być tym, kim jest, jeśli tylko nie krzywdzi przy tym innych. Na przykład taki Ryjek.
W gruncie rzeczy dość samolubny, tchórzliwy i zachłanny stworek. Ale go lubią. Tak samo i Paszczak. Czy to Paszczak zamieszkujący w pobliżu domu Muminków, czy też Paszczak z tomu „Zima Muminków". Oni mają swoje wady. No ale mają. No i dobrze. Właśnie o to chodzi. Historie o Muminkach pokazują, że każdy z nas jest całością razem ze swymi zaletami i ze swymi wadami. To bardzo niełatwa nauka, bo nieraz mówimy, że gdy byłbyś doskonały naprawdę, gdyby nie to czy tamto, ale nie przychodzi nam do głowy, że gdyby nie to czy tamto, nieważne co to jest, to ta druga osoba po prostu nie byłaby sobą.
Nie mówię tutaj oczywiście o przypadkach ekstremalnych, tylko o takich drobiazgach. Właśnie te drobiazgi powodują, że każdy z nas jest odmienny, ale to nie znaczy, że jest w jakiś sposób gorszy od innych. O tym, co się dzieje w trakcie akcji poszczególnych tomów można by mówić bardzo długo, ale właściwie nie ma po co. To trzeba przeczytać. Przeczytać, żeby odkryć, że tak naprawdę świat, który zaprezentowała autorka jest naprawdę piękny i przede wszystkim pełen spokoju i bezpieczeństwa. Nawet jeżeli coś tam komuś grozi, to wie, że może liczyć na wszystkich innych. Nie zostanie sam. To jest wspaniałe. Byłoby wielką szkodą, gdyby te książki znikły z bibliotek dla dzieci. A wiem, że są takie postulaty.
Poprawność polityczna zaszkodziła już poczciwej Pippi Langstrumpf. Nie daj Boże, żeby dotknęła jeszcze Muminki. Chociaż w dzisiejszych czasach możliwe jest wszystko. Ja w każdym razie trzymam kciuki za to, że ludzie w końcu oprzytomnieją. Czego i wam, i sobie życzę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:31:42] - Pisząca z fiordami. Odcinek czwarty. Kamila Ciołko-Borkowska. Okazuje się, że państwo dosyć łatwo przyzwyczajacie się do cykli, bo dostałem co prawda jedną informację, ale wiecie państwo, czasami jedna wystarczy, bo była entuzjastyczna. Sam się waham, czy autorce przekazać, bo wiecie państwo, jak się autora za bardzo chwali. Bzdura oczywiście. Oczywiście, że przekażę. W każdym razie ta informacja, którą otrzymałem była taka: „Wincej, wincej tej pani!" To właśnie za chwilę będzie czwarty odcinek „Pisząca z fiordami" Kamila Ciołko-Borkowska z dalekiej Islandii.
[02:32:49] - Dzień dobry wieczór. Pisząca z fiordami zaprasza do siebie. Dobry wieczór. Jak zapewne pamiętacie, a jeśli nie pamiętacie, to wam za moment przypomnę. Dwa tygodnie temu pod lupę wzięliśmy opisy. Była to bardzo konkretna audycja, mam taką przynajmniej nadzieję. Dlatego w tym tygodniu zerkniemy sobie na dialogi. Dialogi, tak samo jak i bez opisów, tak samo bez dialogów historia jest ciężka do czytania. Może wyjątkiem jest „Dolina Issy”, gdzie dialogów jest bardzo niewiele, aczkolwiek jak wiem, jest to książka dla niewielu czytelników, ponieważ nie oszukujmy się, brak dialogów spowalnia samą czynność czytania. To czytanie jest takie pełne znoju, że tak powiem i niestety dialogi ułatwiają przebrnięcie przez opowieść.
Nie każdy lubi się umęczyć podczas czytania. Niektórzy lubią, kiedy jest lekko, łatwo i przyjemnie. Wracając więc do tematu dialogów, zacznę może od tego, jak powinny mniej więcej one wyglądać. Dobrze jest, jeśli byłyby one zbudowane w sposób czytelny, to znaczy gdyby nie zlewały się z całą treścią, całym tekstem. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli ładnie będą one uwidocznione, będą oddzielone od tych opisów, będzie się je o wiele łatwiej czytało, a i tekst będzie bardziej uporządkowany. Nie oszukujmy się, czytelnik patrzy na tekst i jeśli będzie widział groch z kapustą, to on tego nie będzie chciał czytać. Dla czytelnika bardzo ważne jest to, żeby on mógł ten tekst czytać bez nadmiernego zastanawiania się, o co chodzi autorowi. Tak więc dialogi powinny być umieszczone w taki sposób w tekście, żeby po pierwsze nie zlewały się, jak już wspominałam przed chwilą, z tym tekstem, który jest opisem, który tak okala, że tak powiem, te dialogi, ponieważ wtedy się go łatwiej po prostu czyta. Dobrze jest, jeśli mamy akapit normalnego tekstu.
Ja teraz macham rękami. Słuchajcie, jakbyście mogli to zobaczyć, co chcę wam pokazać, to wygląda trochę komicznie, ale może chociaż trochę pomoże w wyjaśnieniu tej sytuacji, ponieważ bardzo ciężko jest opisywać budowę tekstu nie mogąc tego pokazać. Spróbujemy, może wyjdzie czytelnie. Zobaczymy. Mam nadzieję. Ad rem. Słuchajcie. Dialogi. Dobrze jest, jeśli suchy tekst od dialogu oddziela tak zwany twardy enter. To jest bardzo fajna rzecz, ponieważ mamy wtedy odrobinę więcej przestrzeni i dialog, który się pojawia niżej, jest dość dobrze widoczny.
Tak samo jest z zakończeniem dialogu, także ten twardy enter. Wtedy mamy delikatnie ukazane czytelnikowi miejsce, gdzie ten dialog się zaczyna i gdzie się kończy. Dobrze jest też, jeśli na przykład użyjemy przy budowie dialogu tabulatora. Jeśli każda wypowiedź naszego bohatera będzie zaczynać się od tak zwanego tabulatora, czyli będzie lekkie wcięcie i wtedy widać: aha, to jest dalej dialog, a nie na przykład myślnik w tekście wskazujący na przykład na wymienianie czegoś czy jakąś inną rzecz. Powiem wam też, że bardzo dobrze jest nie wprowadzać w dialogu zbyt wielu bohaterów. To tak na początek przynajmniej, jeśli uczymy się tego pisania później, jeżeli już nasz warsztat będzie już zdecydowanie lepszy, można trenować jak najbardziej wprowadzanie większej ilości bohaterów do dialogów. Dlaczego jest to problemem na początku? Ano dlatego, że trzeba czytelnikowi jasno pokazać, kto w danym momencie mówi. A uwierzcie mi, przy powiedzmy pięciu czy sześciu bohaterach, którzy są w danym momencie razem, którzy udzielają się w dyskusji, będzie to niewiarygodnym problemem, żeby nie używać bezustannie konkretnych imion, żeby one się nie powtarzały, opisów danych postaci, żeby to nam nie powtarzało się bez ustanku, ponieważ nadmierne powtórzenia w tekście nie wyglądają dobrze. I męczą.
Tak, męczą niestety. Dlatego też należy najpierw trenować. Przynajmniej ja wam tak radzę. To taka moja dobra rada, którą sama stosuję, ponieważ ja także nadal się uczę. Tak więc wracając. Mamy sobie dialog. Mamy dwoje ludzi, którzy rozmawiają. Na początek dobrze jest mieć dwoje ludzi, nie więcej, żeby sobie potrenować sztukę pisania dialogów. Jak już wspominałam wcześniej. Mamy sobie tych dwoje ludzi, mamy sobie dialog.
I teraz jak go zbudować, żeby nie wyglądał sztywno jak nogi od stołu, jak na przykład dialogi w „Klanie”. Ponieważ pamiętam, że oglądałam kilka odcinków tej telenoweli i powiem wam, że naprawdę dialogi tam... Nie piszmy tak. Nie piszmy tak dialogów. Uczmy się pisać dialogi dobre, dialogi pociągające i dialogi, które wciągają w treść. Ponieważ rozmowy bohaterów także powinny coś wnosić. To nie może być tak, że nie mamy o czym napisać, więc siadamy sobie i piszemy dialog o tym, że pogoda jest piękna. Nie. Dialog też musi wnosić coś w treść. Dialog też musi do czegoś prowadzić i powinien coś pokazywać.
Jeśli umieszczamy jakąś informację w dialogu, to ona także powinna być przemyślana. To nie może być tak, że my sobie piszemy, że Marysia powiedziała, że ma na przykład w koszyczku maliny. Do czego to potrzebne? Nie będą one do niczego później potrzebne, więc możemy sobie w ogóle odpuścić ten koszyczek. Niech ona go zostawi w domu i niech go nie niesie, ponieważ będzie tylko zagracał treść i odwracał czytelnikowi uwagę od istotnych rzeczy w treści. Jak budować te dialogi? Powiem wam tak: najpierw musimy wziąć pod uwagę to, kto to mówi. Ponieważ, jak już pamiętamy, każdy z naszych bohaterów ma unikalny charakter. Nie możemy robić tak, że wszyscy są jednakowi i wszyscy są papierowi. Tak właściwie bez żadnych konkretnych szczegółów, rzeczy, które są tylko dla nich indywidualne.
Nie. Wypowiedź powinna być bezpośrednio połączona z tym, jaki jest ten bohater, jakich słów używa, jak się wyraża, z jakim tempem mówi. Powiem wam, że w mojej książce, którą wydałam – mam taką jedną – mam lekarza. I lekarz jest o tyle specyficzny, że on sepleni. On pojawia się w jednym rozdziale i w tym pierwszym rozdziale, w którym się pojawia, on bardzo dużo mówi. Powiem wam, że to trochę wygląda dziwnie, jak redagowałam ten rozdział, ponieważ wszystkie słowa, które mówił ten lekarz, podkreślało na czerwono. I dialog był o tyle trudny, że musiałam pamiętać przy każdym wyrazie, który miał w sobie literę R, w każdym tym wyrazie musiałam go napisać z błędem. I budując dialogi z tym lekarzem, musiałam pamiętać o tym, że on ma właśnie taką, a nie inną cechę. Nie mogłam napisać dialogu, podczas którego on używałby tą literę, ponieważ on po prostu seplenił. Dlatego pisząc dialogi, musimy pamiętać o tym, że nasz bohater ma jakąś specyficzną cechę i jeśli użyjemy tej cechy na początku, to musimy do samego końca pamiętać o tym przy budowaniu następnych dialogów.
Ponieważ jeżeli używamy jakiegoś bohatera przez całą książkę, przez całe opowiadanie, przez całą opowieść, to nie będzie tak, że on nam się odezwie tylko raz. On będzie się udzielał, będzie rozmawiał bardzo często, będzie bardzo często wyrażał swoją opinię. Więc musimy pamiętać i pisząc, musimy brać pod uwagę tą konkretną cechę. To jedna rzecz. Kolejna to dopasowanie dialogu do sytuacji. Ponieważ jeśli nasze dwie bohaterki, powiedzmy Marysia i Ania, są w sklepie obuwniczym i nasza sytuacja, którą opisujemy, dotyczy na przykład zakupu butów, to mamy tu czas na dialogi spokojne, na zdania rozbudowane, kwieciste opisy, jakieś osobiste wtyki, jakieś odniesienia do sytuacji, które miały miejsce. Bo na przykład takie buty miała sąsiadka spod jedenastki, która szła odebrać wnuczka ze szkoły i nie chce Marysia kupić sobie takich właśnie butów, bo się źle kojarzą, bo coś tam. Tak więc widzicie, to jest sytuacja, w której dialog może być zbudowany w sposób bardziej rozbudowany i kwiecisty. Nie ma problemu. Natomiast jeśli budowalibyśmy dialog w oparciu o sytuację, w której mamy jakiś pościg, mamy fakt tego, że czas biegnie szybko, podejmujemy decyzje w jednej chwili.
Biorąc na przykład naszą sytuację z grabiami, którą pamiętamy z poprzedniej audycji. Jeżeli nasz bohater ucieka i na przykład spotyka podczas tej ucieczki jakiegoś znajomego, to nie będzie wdawał się z nim w rozmowę tak spokojną, pełną opisów i jakichś tam wtrąceń, jak nasze bohaterki sprzed chwili, które kupowały buty. Nie. To będzie rozmowa, która będzie składała się z krótkich słów, urywanych, tylko bezdechów, mruknięć. Bo o tym też musimy pamiętać. Dialog też może zawierać tylko mruknięcia, jakieś dźwięki, ponieważ w tej sytuacji nie ma na nic więcej czasu. To będzie krótki dialog, najpewniej kilkusekundowy i nasz bohater będzie biegł dalej, żeby na końcu nadepnąć na grabie i stracić zęby. Tak więc widzicie, trzeba zawsze brać pod uwagę wiele czynników podczas budowania tak samo i opisów, tak samo i dialogu, ponieważ musimy zawsze dopasować to, co piszemy do danej sytuacji, do danej sceny, do naszych bohaterów. Dalej. Znaki interpunkcyjne.
To jest moja osobiście wielka nemezis, ale przy pisaniu dialogów należy pamiętać o pewnej rzeczy. Jeśli na przykład nasz bohater mówi coś i pojawiają się tam tak zwane didaskalia, czyli opis zachowania bohatera czy tego, co się dzieje z otoczeniem, to musimy zapamiętać, że jeśli po wypowiedzi bohatera nasz bohater będzie robił coś tak zwano paszczowo, to wtedy po jego wypowiedzi kropki nie stawiamy. Czyli na przykład: „Mam dość” powiedziała Ania. Po „mam dość” kropki nie stawiamy, ponieważ powiedziała jest czynnością czysto paszczową. Czyli gdyby Ania powiedziała, wykrzyczała, westchnęła, zapytała, wtedy po wypowiedzi bohaterki kropki nie stawiamy i to, co piszemy Później po tym myślniku w didaskaliach piszemy też z małej litery. Później Ania oczywiście już z dużej litery. Kropka i dalej idziemy z dialogiem. Czyli: „Mam już dość” powiedziała Ania. Kropka i następna część dialogu. Nie wiem, czy Ania potem coś dalej będzie mówić, czy już następna osoba.
Jeśli następna osoba, to znowu piszemy od wielkiej litery, ponieważ tak zawsze zaczynamy zdania. Jeśli natomiast Ania zrobi jakąś inną czynność, czyli na przykład: „Mam dość!” uderzyła ręką w stół. Wtedy już musimy postawić kropkę i: Uderzyła ręką w stół to jest kolejne zdanie, które zaczynamy wielką literą. To jest dość istotne. Trzeba nad tym trenować od samego początku. Nie radziłabym robić tak, że: „Trudno. Teraz napiszę byle jak. Później kiedyś potrenuję albo ktoś to sprawdzi i poprawi”. Uwierzcie mi, lepiej od razu napisać dobrze i później zaoszczędzić sobie czasu i energii na rzeczy zupełnie inne. Ponieważ same poprawki tekstów naprawdę zajmują bardzo dużo czasu.
Dlatego radzę, taka moja dobra rada, próbować pisać prawidłowo od samego początku. Dobra, skoro mamy już te paszczowe rzeczy, to powiem wam dalej, że jeśli na przykład te didaskalia, czyli na przykład: „Mam dość!” powiedziała Ania. Stawiamy kropkę. To koniec. Ania dalej mówi i to, co Ania powiedziała: „To koniec” to jest Ani wypowiedź. To już: To koniec piszemy też z wielkiej litery, ponieważ kropkę już postawiliśmy i zaczynamy nowe zdanie. Ciężko jest to wyjaśnić, ale mam nadzieję, że robię to w dość jasny sposób. To na przykład zdanie: Wiem, powiedziała, że jej nie lubisz. W tym momencie powiedziała piszemy z małej litery, ponieważ jak już wcześniej wspomniałam, jest to czynność paszczowa. Natomiast: że normalnie postawilibyśmy przecinek przed że.
Jednak w tej sytuacji przed tym spójnikiem pojawia się myślnik. Nie będziemy dublować dwóch znaków interpunkcyjnych obok siebie. Dlatego też przecinek sobie odpuszczamy i w takim przypadku mamy: Wiem, powiedziała, myślnik bez żadnego przecinka, że jej nie lubisz. I koniec. Kropka. Następne zdanie. To jest dość skomplikowane, jednak jeśli już poćwiczycie, będzie wam to szło o wiele łatwiej. Mnie zdarza się, że nadal mam z tym problem, ale od tego są potem poprawki. Dobra, wracając dalej do kwestii poprawnego formułowania dialogów w tekście. Powiem wam, że zazwyczaj stara się, żeby wypowiedzi jednego bohatera były w ciągu takim jednym.
Jedna wypowiedź, jeden ciąg bez żadnego przerywania. Jeśli chcemy wpleść w wypowiedź danego bohatera opis czegoś, na przykład jak wyglądał on podczas wypowiadania tego zdania, musimy niestety, ale zrobić taki krótki wtręt w tekście i nie pisać tego w danym momencie, w danej wypowiedzi, w didaskaliach konkretniej. Musimy skończyć wypowiedź pod spodem, wpisać to, co chcemy napisać, ten opis wyglądu i wypowiedź tego bohatera kontynuować już niżej jako oddzielną linijkę. Choć to jest nie wypowiedź następnego bohatera, a tego samego. Niestety będzie to bardziej czytelne, ponieważ staramy się unikać zbyt rozbudowanych autorskich wtrąceń do wypowiedzi bohatera. Robimy to minimalistycznie, by zasygnalizować pewne rzeczy, by pokazać, kto to mówi. Jednak nie zarzucamy wypowiedzi bohatera nadmierną ilością danych, nadmierną ilością tekstu, ponieważ dialog nie jest od tego, żeby zawierać szereg opisów, szereg jakichś konkretnych informacji, które dopowiada oczywiście autor. Bo jeśli będzie to robił bohater, to jak najbardziej należy to ująć w wypowiedzi, a nie w opisie. Ale się rozgadałam za bardzo. Wracam do tego, o czym mówiłam.
Ta wypowiedź, którą autor chce pisać, włożyć w usta bohatera, powinna być, jak już mówiłam, wpisana w jednym ciągu. Tak. To tyle. Następnie chciałabym też zwrócić uwagę oraz sobie też jak najbardziej, że wypowiedzi, które ujmujemy w dialogach, nie powinny być jakoś bardzo rozbudowane. Powinny być dość krótkie i dość zwięzłe. Oczywiście, jak już wcześniej wspominałam, dopasowane do sytuacji. Jednak jeśli mamy jakiś dłuższy monolog danego bohatera i chcemy go umieścić, bo jest nam niezbędny do pokazania czegoś, to musimy go najlepiej rozbić. Ponieważ nie jest dobrze, jeśli mamy tekst, bo to będzie tekst, który będzie wypowiedzią na powiedzmy trzy czwarte strony. To nie wygląda dobrze, a i czytać się będzie nie najlepiej. Dlatego lepiej jest rozbić to na kilka części, na przykład przedzielonych jakąś reakcją drugiej osoby, reakcją tej osoby, która to mówi.
Z sytuacją, która dzieje się dookoła lub opisem czegoś, nawet niewielkim. Jakimś wtrąceniem, że coś się stało, żeby ten monolog nie był zbyt rozbudowany i żeby czytelnik się w końcu nie znudził. Ponieważ musimy pamiętać, że suma summarum piszemy dla czytelnika i to on jest w tym momencie najważniejszy, więc jeżeli się znudzi, to może dalej po prostu nie czytać, a tego byśmy przecież nie chcieli. Następna kwestia to dość istotna rzecz, ponieważ kiedy już skończy się dana wypowiedź, mamy wypowiedź krótką danego bohatera i chcemy napisać na przykład: „powiedziała Anna”, to zawsze, ale to zawsze pamiętajmy o tym, najpierw wstawiamy czynność, czyli powiedziała, a dopiero później kto. Powiedziała Anna. I pamiętamy, tak jak już wcześniej mówiłam, powiedziała, jeżeli jest wtrąceniem, piszemy z małej litery bez kropki wcześniej wypowiedzi bohatera. Wiem, że się powtarzam, jednak to wszystko jest dość istotne podczas pisania i należy o tym pamiętać. Dlatego myślę, że jeśli powtórzę po raz czwarty czy po raz piąty w trakcie trwania tej audycji, to zapamiętam i ja, oraz wy. Mam taką nadzieję. Słuchajcie, skoro już mniej więcej ogarnęliśmy kwestię formalną pisania dialogów, to przejdę teraz do czegoś mniej oficjalnego.
Otóż musimy pamiętać, że my jako autor powinniśmy korzystać z języka poprawnego, języka gramatycznego, z poprawnych sformułowań i znajomości podstaw ortografii, gramatyki, wszystkiego. Nasi bohaterowie nie muszą wiedzieć, jak z tego korzystać. Dlatego też, o ile tekst, opisy wszystkie powinny być budowane w sposób poprawny i zgodny z rzeczywistością. Chyba że piszemy o fantastyce, tam nie ma rzeczywistości takiej, jaką znamy, więc to już inna bajka. Ale opisy wszystkie, zdania, wszystko powinno być pisane poprawną polszczyzną. O tyle uwaga! Wypowiedzi naszych bohaterów nie muszą być takie. To taka niespodzianka. Dialogi mogą zawierać błędy i jeśli ktoś je wam wytknie, to pamiętajcie, że to nie wy mówicie jako autor w tych rozmowach, w tych dialogach, tylko wasi bohaterowie, którzy niekoniecznie muszą znać te wszystkie zasady, niekoniecznie muszą być na takim poziomie rozwojowym, żeby wiedzieć, jak poprawnie się wysławiać. Bo jeżeli na przykład piszemy opowieść, której akcja toczy się na przykład na wsi.
Mamy sobie wieś, to na pewno te dialogi będą takie jak na przykład gwara tej wsi, bo na przykład jest to wieś na Śląsku, więc dialogi będą musiały być pisane gwarą najlepiej, ponieważ wtedy będą wyglądały wiarygodnie. A o to nam właśnie chodzi, o tą wiarygodność, ponieważ dialogi budują zaraz obok tych wszystkich opisów, obok akcji budują wiarygodność historii i możemy polec jako autor w tej wiarygodności, jeśli zbudujemy dialogi takie od czapy, odjechane zupełnie. To się ma nijak do tego, jeżeli zaczniemy skupiać się tylko na opisach, na akcji, a zupełnie odpuścimy sobie prawidłowość dialogów. I musimy pamiętać, że muszą być one zawsze dopasowane do tego, kto wypowiada się w danym momencie, jaki jest jego status społeczny, jak został wychowany, w jaki sposób mówi. Wszystko, ponieważ nawet to, że te zdania będą nieprawidłowe, niegramatyczne, z błędami jakimiś, poprzestawiane z szykiem takim przestawnym, to będzie świadczyło o tym, że ten bohater jest prawdziwy, ponieważ nigdzie, ale to nigdzie w rzeczywistości nie ma tak, że wszyscy będą mówić prawidłowo i idealnie. Bo nawet jeżeli spotkamy się prywatnie na jakimś spotkaniu, które nie jest oficjalnie, zwróćcie uwagę, jak się wszyscy odzywają. To takie ćwiczenie. Ja mogę wam dać teraz taką pracę domową. Poobserwujcie dialogi, ponieważ rozmowy wszystkie w naszym życiu są takimi dialogami, które są w książkach. Poobserwujcie te dialogi.
W jaki sposób odzywamy się do siebie nawzajem? W jaki sposób budujemy te rozmowy wzajemne, te dialogi? Ponieważ w ten sam sposób będziemy budować dialogi w książce, w opowiadaniu. To jest ten sam sposób. Kiedy już poobserwujemy trochę, jak budowane są te rozmowy, jak wyglądają wypowiedzi innych ludzi, możemy wtedy pewne jakieś cechy włożyć w usta, czy też w charakter naszego bohatera. To jest bardzo fajna rzecz, naprawdę. Tylko pamiętajmy o tym, o czym mówiłam już na samym początku. Powtarzam się, wiem, ale już to mówiłam też, że trzeba się czasem powtarzać, żeby jednak pewne wiadomości zostały w głowie. Musimy się tego później trzymać i musimy pamiętać o tym, że te wypowiedzi, to też powtarzam już któryś raz z kolei, te wypowiedzi nawet nie powinny być wszystkie gramatycznie poprawne, ponieważ czytelnik zaraz się znudzi. Czytelnik nie chce bohaterów odrysowanych od kalki, wszystkich jednakowych.
Czytelnik chce kalejdoskopu bohaterów, charakterów, ponieważ tylko wtedy historia jest ciekawa. Historia jest zajmująca, kiedy ma różnych bohaterów, którzy mówią różnymi sposobami, różnymi językami, a nie tylko ę, ą, idealnie wszyscy tak samo od jednego szablonu. Nie, nie o to chodzi i musimy się tego wszyscy nauczyć. Tak ja, jak i wy. Budowania Wiarygodnych dialogów. Musicie sobie pozwolić na jakieś anegdotki, riposty, głupie żarciki, żeby pokazać, że wasz bohater jest prawdziwy. Tylko musicie też dopasować dany żarcik czy anegdotę, czy ripostę do sytuacji, ponieważ nie w każdej sytuacji taka riposta będzie potrzebna. Chociaż musimy pamiętać, że czytelnik bardzo lubi, kiedy bohater wtrąca jakąś śmieszną wypowiedź w rozmowie. Kiedy książka nie jest cały czas sztywna, poważna. Ponieważ jeżeli kąciki ust czytelnika trochę drgną i się okaże, że jest chociaż odrobinę humoru, książka jest czytana z zainteresowaniem.
Dlatego o ile wam jako autorowi skróty myślowe, nadmierne metafory mogą nie ujść płazem, o tyle wasi bohaterowie mogą mieć kwiecisty język pełen metafor, pełen skrótów myślowych. Jak w prawdziwym życiu. Ponieważ książka, historia, którą zawieracie w swojej opowieści, musi być wycinkiem prawdziwego życia. Czytelnik musi poczuć, że to się naprawdę dzieje, chociaż to jest zwykła fikcja literacka. Dlatego, żeby pokazać, że to jest prawdziwe, z krwi i kości, dialogi powinny być zróżnicowane. Ponieważ każdy z nas mówi inaczej i rozmowy zawsze wyglądają zupełnie inaczej. Dlatego polecam z czystym sercem, może nie nadmierne, ale przysłuchiwanie się różnym rozmowom. Bardzo fajnie to wychodzi w kolejkach do lekarza. Wtedy się nasłucha człowiek rozmów po wsze czasy. Tylko należy słuchać świadomie, przysłuchiwać się rozmowom.
Na przystanku autobusowym, w bibliotece, wszędzie. Wszędzie, gdzie pójdziecie nadstawiajcie ucha, zerkajcie jak to wygląda, żeby później móc świadomie pisać rewelacyjne dialogi. Ponieważ o to nam, pisarzom chodzi, żeby tworzyć rewelacyjne dialogi, które przyciągną czytelnika. To tyle. Na dziś myślę, że rozważań o dialogach wystarczy. Jeśli wpadnę na jakieś super ekstra dodatkowe wnioski, na pewno się nimi z wami podzielę. Na dziś dziękuję i zapraszam za kolejne dwa tygodnie.
[02:59:54] - Bardzo się nam ostatnio i dobrze audycja Bibliotekarium 2.0 sfeminizowała. Bo za chwilę znowu audycja, która tworzona jest przez kobietę. I bardzo dobrze. Powtarzam. Ta audycja to Alchemia tworzenia Katarzyny Prychacz. W poprzednim wydaniu Bibliotekarium 2.0 pojawiły się grzybki i fermenty numer jeden i numer dwa. To oczywiste jest, że dzisiaj grzybki i fermenty odcinek trzy.
[03:00:32] - Dobry wieczór. Z tej strony Katarzyna Prychacz. I skoro ja już jestem i wy już jesteście, to co? Zaczynajmy. Alchemia tworzenia. Witam w osiemnastym odcinku trzeciego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia tworzenia. Kto wie, ten wie. Kto nie wie, ten nie wie, o co chodzi w tym podcaście. Nie, dobra, słuchajcie. O co chodzi?
Od dwóch sezonów chodzi tylko i wyłącznie o wymyślanie. Jak ktoś ma ochotę na merytoryczne smaczki, to zapraszam do pierwszego sezonu. Z perspektywy czasu patrzę, że może i jakość nie samych treści, a prezentowania treści mogłaby wymagać odświeżenia, ewentualnie przede wszystkim podziału tematów, bo tak sobie powspominam, bo w sumie nie obchodziliśmy urodzin podcastu. Zdaje się, że 24 lutego były drugie już urodziny. Powiem szczerze, że chyba zaczęłam zbyt ambitnie ten podcast. Myślę, że spokojnie mogłam te tematy, które poruszałam, spróbować podzielić na dwa odcinki. Ponieważ tam jest bardzo dużo treści i przypuszczam, że zwłaszcza dla kogoś, kto jest nowy w tych tematach, to może być bardzo trudne do przyswojenia. Aczkolwiek polecam wtedy sobie słuchać podcast na raty czy porobić jakieś notateczki. Obiecuję, że nadejdzie ten czas, jeszcze może nie teraz, ale nadejdzie, kiedy dojrzeję do tego, żeby wreszcie zrobić z pierwszego sezonu porządne notatki, bo może to by wam ułatwiło. Można posłuchać mojego ględzenia, ale może łatwiej by się słuchało i przyjmowało tę wiedzę patrząc na jakiś miły schemat czy gdzieś te notatki usystematyzowane.
A może zrobimy taki podręcznik. Zawsze mi się marzył taki całkowity podręcznik dla twórców, jeżeli chodzi o alchemię tworzenia, ale myślę, że już z pierwszego sezonu jest tam bardzo dużo treści takich-- chciałam powiedzieć podstawowych, bo one dla mnie są podstawowe, natomiast myślę, że dla niektórych będą bardzo poszerzone. Więc pomysł jest. Zobaczę jak z czasem na realizację, bo nie ukrywam, że kroi mi się teraz parę innych projekcików jeszcze.
[03:03:11] - Ale we will see, jak to mawiają Anglosasi. Dobra, bo rozgadałam się. Wybaczcie. Co dzisiaj będziemy robić? Jak pewnie zauważyliście, mamy aktualnie Wymyślanko kontynuowane. Czyli nie tak jak zawsze: jeden odcinek, jedna zupełnie inna historia, tylko teraz będzie trzeci odcinek z serii Grzybki i Fermenty. Jest to opowieść, która zaczyna się od tajemniczej śmierci alchemika bimbrownika. Nasz śledczy zaczyna kopać, szukać dowodów i badać tę sprawę. W ostatnim odcinku trafił na tropy świadczące o tym, że bardzo możliwe, mamy do czynienia z seryjnym mordercą lub z kimś, kto działa na zlecenie większych korporacji. Postarałam się bardzo — nie wiem, czy skrótowo, dla mnie to jest skrótowo — ale myślę, że jeżeli chcecie, zapoznajcie się na fanpage'u Alchemii, czyli na Facebooku: Alchemia Tworzenia Podcast.
Ostatnio dodałam tam oddzielny album. Jak wejdziecie sobie w zdjęcia czy w kategorię „albumy”, jest album Grzybki i Fermenty. I tam wrzuciłam zdjęcia kart z krótkimi opisami, jaki mniej więcej był klimat w tej części wymyślania i co było kluczami do tej całej historii. Może byłoby to dla was ciekawsze, jeżeli nie słuchaliście poprzednich odcinków. Można sobie zapuścić na przykład na YouTubie, gdzie też są te karty i jednocześnie słuchać, patrzeć, jak ja interpretuję te karty, a przy okazji można zobaczyć te skróty czy wyłapywać, czy was nie okłamałam w tych skrótach. Czy faktycznie gdzieś te klucze inspiracyjne padły. Dobra, nie będę chyba dzisiaj streszczać tej historii. Na pewno by się to przydało, ale widzę, że to strasznie dużo czasu nam antenowego zabiera. A dzisiaj obawiam się, że mogę się rozgadać, ponieważ robimy trochę inną formułę. Dzisiaj, moi drodzy, nie będziemy używać story cubes'ów.
Dzisiaj oczywiście karty z klubu detektywa są razem z nami, są na podorędziu i dzisiaj zamiast story cubes'ów wprowadzam inny komponent, o którym chyba wspominałam pod koniec ostatniego odcinka. To są moje karty, które sama robiłam na potrzeby jednego projektu. To miały być takie kreatywne śledztwa, czyli coś, co robiliśmy w drugim sezonie. Chuck Malkers — polecam. To było pierwsze śledztwo odcinkowe na tym podcaście. Natomiast skoro robimy śledztwo, to stwierdziłam, że też sięgnę po te karty. Na tych kartach mamy różnego typu ekspertyzy, ale nie gotowe treści, tylko typ ekspertyzy, czyli na przykład jakiś raport od grafologa. Wyzwaniem kreatywnym dla mnie będzie to, że do każdej ekspertyzy wylosuję sobie kartę z ilustracją i będę musiała jakoś powiązać, co w tym raporcie na przykład mogło być na podstawie tej karty. Myślę, że jeszcze jest tutaj istotne, jeżeli mamy mieć pełne śledztwo, faktycznie nie omówiliśmy takiej podstawowej rzeczy, jak zginął ten nasz alchemik i jak wyglądały zwłoki. Myślę, że to też jest istotne dla każdego śledztwa.
Zwłaszcza jeżeli mamy ofiarę śmiertelną. Dlatego mam taki plan dzisiaj, że w sumie wylosujemy sześć kart, więc najpierw wylosujemy kartę, jak wyglądało ciało alchemika bimbrownika w momencie, kiedy nasz śledczy dotarł do tej leśnej chaty. Oczywiście na podstawie tej karty będę musiała coś zaimprowizować. Dalej, w jaki sposób ta ofiara zginęła? Bo ja sobie trochę dywagowałam w ostatnim odcinku. Trochę próbowałam to powiązać, ponieważ oficjalnie śledztwo zostało zamknięte i znalazł się winny. Natomiast nasz śledczy wie, że ten winny wcale nie jest winny. Może jest winny, ale na pewno nie on zamordował alchemika. Ten winny był powiązany z kością, która nawiązywała do Wolverina, tego z X-Men, takiego Rosomaka. W sensie on nie był Rosomakiem.
Stąd nazwa się wzięła. On miał te szpony. Myślałam wtedy nad tym, że może te zwłoki by były po prostu poszarpane, podrapane, ale w trakcie przesłuchania nasz śledczy wyłapał, że ten winny nie ma pojęcia, bo nie zna wszystkich szczegółów śmierci ofiary. Więc myślę, że możemy przyjąć, że gdzieś tam były te zadrapania na przykład, ale zobaczymy, dokąd nas karta poprowadzi. Dalej planowałam zrobić trzy karty ekspertyz, czyli to byłyby poszlaki zebrane z miejsca zbrodni. Przy okazji dzisiaj poznamy te trzy zabezpieczone dowody i od razu będziemy mieli ekspertyzę, więc też będę musiała wymyślić, w jakim kierunku to pójdzie, jak to jest wszystko powiązane. I nie będę już wtedy losować więcej kart na to, tylko z jednej karty zrobię dwie rzeczy. I ostatnia karta taka trochę podsumowująca. Czyli dobrze mówię: sześć kart i trzy karty ekspertyz. W następnym odcinku zobaczymy.
Szczerze, zobaczymy na koniec tego odcinka, dokąd mnie to poprowadzi, ale myślę, że chyba jeszcze wtedy raz sięgniemy po fabułę, po ten wariant ze story cubes'ami. I myślę, że chyba będziemy mogli wtedy już zakończyć historię w następnym odcinku. Taki mam plan, ale niczego nie mówię na pewno, bo wiecie, inspiracja to bardzo jest nieobliczalna istota, więc zobaczymy dokąd dzisiaj popłyniemy. Czy ja wszystko powiedziałam? Gdzieś tam między wierszami was zaprosiłam na te media społecznościowe. Może tutaj po raz milionowy, jak ktoś słucha regularnie wspomnę, że w tym sezonie mamy tak, że tak jak co środę możecie słuchać tutaj mnie w wersji audio tylko i wyłącznie audio na bookradio.pl w każdą środę o 20:00. Natomiast w każdą sobotę o 20:00 wrzucam to samo audio na YouTube'a swojego osobistego, ale dorzucam tam właśnie zdjęcia komponentów, które wyciągam. Więc wtedy jednocześnie możecie patrzeć na to, co ja wyciągam i co ja tam opisuję. Myślę, czy coś jeszcze? To wszystko.
Serdecznie was zapraszam właśnie na fanpage'a, gdzie możecie być aktualnie ze wszystkimi odcinkami. Tam też właśnie wrzucam tak jak teraz te podsumowanie śledztwa, więc jest album właśnie z tymi grafikami, znaczy ze zdjęciami. Możecie sobie poprzypominać, a może ta historia was zainspiruje właśnie do napisania czegoś swojego. Może jakaś postać, może jakiś element. To zachęcam, bierzcie śmiało. Ja się nie związuję z tymi pomysłami. Dla mnie to jest ćwiczenie, a dla was ten podcast może się okazać na przykład jakąś skarbnicą inspiracji. Byłoby mi bardzo miło. Także niech wam się dzieje w głowach też. Dobra, lecimy z tematem.
Ja przetasuję karty, rozłożę, ale jeszcze nie będę odwracać. Tak jak zawsze, żebyśmy sobie tutaj razem na bieżąco byli zaskoczeni. Okej, najpierw te karty detektywa, żeby nie było potasowane. No i dobra. I teraz tak, co ja mówiłam. Tutaj jak wyglądały zwłoki, tutaj jak zginęła ofiara. Teraz mamy raz, dwa, trzy ekspertyzy i ta jedna podsumowująca. Może to będzie jakaś lokacja. W sumie to podsumowanie. Miejsce, do którego poprowadzimy naszego śledczego dalej.
Zobaczymy. No i jeszcze te właśnie tutaj moje kreatywne śledztwo, moje karty ekspertyz, żeby nie było potasowane. I raz, dwa i trzy. No dobra. Sama jestem ciekawa, co tu się zadzieje. Dobra, no to co? To lecimy z odpowiedzią na pytanie, jak wyglądały zwłoki. Aż się boję po prostu tych grafik. No dobra, ale trzeba się przełamać, więc lecimy. Cyk.
O matko z córką, no jest jakieś Kongo, już jest Kongo. Nawet się nie zaczęło. Ile tu się dzieje! Dobra, mamy tutaj zdecydowanie cyrkowe klimaty. W centrum karty mamy stoliczek, na którym stoi cylinder rondem do góry i z tego cylindra wychodzi biały króliczek. Nad nim jest taka świetlista marchew, więc ten króliczek jakby próbował dosięgnąć tej marchewki. W tle jest taki ogromny klaun. On ma ten taki kołnierz. Ja nigdy nie wiem, jak one się nazywały. No bo kryza to był chyba...
A może to jest właśnie kryza? A żabot to był taki pofalowany przy szyi w dół, a kryza to był chyba właśnie taki harmonijkowy wokół szyi. A ten jest oczywiście jak talerz. Bardzo szeroki kołnierz. Klaun jest też taki w ogóle wydłużony. On jest taki ogromny, dominuje bardzo nad tym stolikiem. On jest w takiej fioletowej szacie. Patrzę, co my tu mamy na dole, bo mamy na dole jakiś właśnie chaos, tylko nie wiem, czy to jest metal, czy to są może wstęgi, jakieś takie poszarpane wstążki. Aha, to są jeszcze włosy klauna, takie czerwone, długie, kosmiczne trochę i one jeszcze mają chyba pomponiki, takie niebieskie po bokach coś takiego. Nie ma ten klaun, że tak powiem, takiej celowo przerażającej twarzy.
No ale jak kogoś przerażają klauny, to pewnie poczułby tutaj niepokój. Ta twarz klasycznie tak wymalowana na biało, ale nie jest on smutny. W sensie ma taką, nie wiem, jak określić, raczej pogodną twarz, chociaż jest w oczach jego taki troszeczkę może smutek, może jakieś zatroskanie. No i on mi właśnie jeszcze tak wyciąga ręce. I to najpierw myślałam, że on właśnie stworzył jakby tą lewitującą marchew, że tak manipuluje palcami, żeby ta marchew lewitowała. Natomiast w sumie to wygląda, jakby on wyciągał te wielkie łapy, bo one są bardzo takie długie i ogromne dłonie, tak jakby po tego królika wyciągał. Właściwie ja mówię królik, ale to jest chyba zając, bo uszka to ma długie bardzo, nie? Hmm. Szaleństwo jakieś. Okej, jak to połączyć teraz?
A sobie wymyśliłam, co? Zawsze sobie utrudnię. Patrzę na te poszarpane wstęgi na dole. One co prawda wyglądają jak takie trochę poszarpane, wiecie, czasem albo molami, ale może myślę, co ten klaun by mógł tu symbolizować. I ta marchew. No bo marchew jest tutaj jakąś przynętą na przykład dla tego królika. Może to by nam dawało w ogóle jeszcze szerszy ogląd, bo tak patrzę na te wielkie łapska, więc może to by się zgadzało, że tego alchemika może coś właśnie zaatakowało. Pamiętam teraz, jak tak opowiadam wam, w pierwszym odcinku ja się zastanawiałam też brałam pod uwagę, czy Alchemik może nie mógł się sam otruć tymi eliksirami, które robił. I teraz nie wiem, bo moglibyśmy dać tutaj jakąś nadgryzioną marchewkę. Królik znaczy ten zając.
Czym zając jest? Nigdy nie pamiętam, czego to jest symbol. Przypomina mi się od razu ta bajka, gdzie się tam ścigał z żółwiem. To nie wiem, może tu jako ucieczka, czyli może, że na przykład jest taki jakiś w sumie chaos na dole, tak jak tutaj na tej karcie z tymi wstęgami. I nasza ofiara może właśnie próbowała uciekać, że widać, że to nie było tak, że na przykład wypił sobie szklaneczkę i upadł, tylko jest jakoś tak szafki poprzestawiane czy coś takiego. Czyli widać, że nie był tam sam. Ewentualnie mógł być sam i bardzo długo umierał od tego specyfiku. Ale wiecie co? Patrzę na ten wielki kołnierz klauna. Może miał głowę odciętą albo miał poderżnięte gardło.
Możemy tak zrobić. Tylko na przykład, że leżał twarzą do ziemi i w pierwszym momencie nasz śledczy tego nie widział. Czyli mogły być te założenia, o których mówiłam, bo widział na przykład potłuczone fiolki, że pomyślał, że ten się po prostu wypił eliksir i upadł. Co prawda patrzę na te włosy klauna, że z drugiej strony mógłby leżeć jednak twarzą do góry i ta krew mogłaby się rozpływać, bo to też tak wygląda trochę w sumie, jakby miał poderżnięte gardło i ta krew tak wylała się trochę nad głowę, formując takie makabryczne włosy. Może jednak to. Możemy zrobić tak, że śledczy i przedzierając się przez te chaszcze do tej chaty, był oczywiście wściekły, bo to taki typowy mieszczuch i może tam: „Pewnie wypił jakiś eliksir i go ścięło”, nie? A się okazało, że tam była jednak makabreska trochę w tym. Czyli gościu miał poderżnięte gardło tak od ucha do ucha. Wiecie jak klaun zwykle jest uśmiechnięty. I co?
Może to było takie porównanie, że ta ofiara przypominała takiego makabrycznego klauna. W sumie teraz patrzę, że ta toga by pasowała. Ta rana szarpana, poderżnięcie gardła mogłoby pasować do tego jakiegoś nożownika. Co ja mówiłam? Że borsuk. Że tamten winny, co się przyznał, to mówił, że on się zmienia w borsuka, że ten borsuk mu każe mordować ludzi. Więc w sumie nie robiłam researchu, bo mam tu taką zasadę, żeby bardzo nie kopać w tych researchach, więc nie wiem dalej na ile... Ale borsuk jest drapieżnikiem. On chyba je robaczki jakieś. Więc wiecie, może to było jedno cięcie takie od ucha do ucha i może gdzieś jakieś poszarpania gdzieś dalej, nie?
No chyba, że ktoś nałożył mu ten kołnierz jeszcze na to. No dobra, mamy jakiś wstępny pomysł i jeszcze patrzę, co z tym królikiem? No dobra, niech to będzie faktycznie symbol tej marchewki i królika, czyli symbol, że on znał sprawcę. W sensie takim, że ktoś go zachęcił do tego, żeby mu otworzył drzwi. No nie wiem sama. Tutaj co więcej? No bo tutaj dobra, te wstążki, że taki rozgardiasz w chacie. Królik? No nie wiem, chyba że tam dać jakiegoś królika właśnie też zmasakrowanego. To będzie w ogóle niezrozumiałe, bo na przykład nasz Alchemik się nie zajmował jakimiś rytuałami.
On po prostu sobie tam pichcił te eliksiry i pędził różne inne, mniej lub bardziej bimberki. A tutaj jeszcze był zwierzak na przykład zarżnięty taki jakiś. Jeszcze patrzę, wiecie co? Na tą marchewkę, która wygląda jak taki naprawdę piękny skarb. Ona aż taka jest świetlista. A może tam gdzieś też jest eliksir, który był tym przełomem? I teraz tylko... No chyba, że ktoś zostawił marchewkę na ciele. No dobra, może zróbmy jakiegoś takiego. I tak myślałam, czy nie pójść tu w kierunku jakichś zleceń, ale nie wiem, czy może jakichś mordów rytualnych.
No to może niech on ma właśnie jakiś taki nałożony, widać, że pośmiertnie ten kołnierz, tą kryzę i na nim była właśnie położona złota marchew. Pozostawiona marchew ze złota. W sumie to też by takie było trochę symboliczne, bo alchemicy starali się według legend przekuć ołów w złoto. Nie żelazo, ołów to był chyba. A i teraz nie wiem. Przemienić ołów w złoto. Chyba to. No nic, nieistotne. No ale złoto było czymś ważnym dla alchemików, więc może właśnie pozostawiona ta marchew. Co prawda tutaj już wchodzę w te jakieś poszlaki, no ale zobaczymy.
Najwyżej będziemy improwizować w następnym odcinku jeszcze, jak zrobię tutaj podsumowanie. Okej, mamy naprawdę makabreskę. Ja to odkładam. I co teraz? Dowiedzmy się, chociaż tu chyba wiele nie trzeba. Aczkolwiek pozory mylą, bo może jednak został otruty wcześniej. No ale dowiedzmy się, jak dokładnie ta ofiara zginęła. No dobra, no to co? To druga karta. Cyk!
Ale odpał. No dobra, mamy tutaj pustynię albo plażę. W sumie ciężko stwierdzić, bo w tle mamy piramidy. Jedna z piramid jest arbuzem. Na pierwszym planie mamy ogromną muszlę. Taką podłużną, z której się wylewa woda. Więc stąd właśnie ten efekt plaży, bo mamy ten piach i zaraz tutaj takie morze się wylewa. I jeszcze na tym morzu pływa statek zrobiony z arbuza i maszt ma ołówek wbity i jakiś tam żagielek. Nie wiem z czego. Dobra, czyli przyczyna śmierci.
Słuchajcie, a może on utonął? No bo tak: mamy pustynię, piach. Ten arbuz tu się powtarza zarówno na tej pustyni jako ta piramida i w tym morzu. Co prawda właśnie myślę, no bo arbuzy... A może to, co wyglądało na krew, to był zmielony arbuz? To jest mało prawdopodobne. Albo nasz śledczy musiałby naprawdę być słaby w te klocki, żeby to pomylić. Ale może tak. No bo tak: arbuzy właśnie myślę, czy one mają coś toksycznego, bo ta skóra jest ciężkostrawna, ale ona chyba nie ma jako takich toksyn. Ołówek tu jako ołów.
No dobra, to nie tak. Przecież one mają grafit. No dobra, a gdybyśmy przyjęli, że ta rzekoma rozlana dziwna krew, w sumie taki rozbeblany arbuz by bardziej pasował do tych włosów klauna z ilustracji. Czyli że może go przebrali właśnie za takiego klauna, żeby go tam ośmieszyć albo pokazać, że jakimś był wariatem. Chociaż nie wiem, jak pośmiertnie przebrany, to nie on był wariatem. No dobra, ale załóżmy, że ten arbuz to był naokoło. Myślę, czy muszle... Albo wiecie co? Bo w takich muszlach też żyją jakieś tam różne żyjątka, ślimaczki i tak dalej. Pamiętam, że też chyba w Hiszpanii czy gdzieś na plażach, ale nie pamiętam właśnie, czy muszla nie była taka podłużna.
Ale podobno są takie ślimaki. One są takie urocze, bo mają śmieszne takie... Jak zwykle ślimak ma te rogi i one po prostu są zwykłymi rogami, to te mają na tych antenkach oczka takie. Jak się zajrzy w tą muszlę to widać takie oczka, które tam się przyglądają i podobno one są bardzo jadowite. W sensie nie że jakoś tam śmiertelnie, ale chyba jakieś tam mocne poparzenia czy coś można mieć, że tam chyba turystów właśnie przestrzegają przed nimi. Nie pamiętam jak one się nazywały. Wydaje mi się, że w Hiszpanii, ale gdzieś jeszcze tam w paru miejscach na świecie. One chyba lubią taki trochę cieplejszy klimacik, więc może taką właśnie toksynę znaleźli. Tylko nie pamiętam, co ona robiła. Czy ona też paraliżowała w jakiś sposób, czy klasycznie zatrzymana akcja serca.
No dobra, ale możemy w takim razie uznać, że ofiara nie żyła. Może to by też tłumaczyło, dlaczego na przykład przy poderżnięciu gardła tyle krwi się nie wylało. Wiecie, w ogóle myślę teraz o tym. Teoretycznie on się mógł sam otruć albo ktoś doprowadził do tego otrucia i wtedy, jeżeli ciało leżałoby jakiś czas, to też robi się to stężenie pośmiertne. Ale zastanawiam się, jak jest z krwią, bo ona chyba też krzepnie wtedy, że chyba jak już na przykład załóżmy, że on leżałby dzień, to nie wiem, czy dalej przy poderżnięciu gardła... Nie no, leci. Jest chyba ta krew. Ale może właśnie wiadomo, że byłoby mniej niż na świeżo, nie? Więc może faktycznie zabiła go ta toksyna. Zobaczymy, może dalej w tych poszlakach się dowiemy, w jaki sposób ona została dostarczona.
Bo wiecie, mam parę pomysłów, że na przykład mógł ktoś mu po prostu któryś składnik podmienić albo właśnie zakazić tą toksyną, albo zakraść się jakoś do tej chaty w momencie, kiedy na przykład już on miał gotowy eliksir. A że zawsze próbował na sobie, to że musiał na przykład ten złoczyńca wyłapać moment, w którym nasz bohater będzie coś tam robił i że na przykład odszedł od tego gotowego eliksiru i później wrócił, żeby go wypić i wtedy na przykład byłby ten czas, żeby wlać toksynę. Albo może właśnie fiolka, może fiolki były zarażone. Znaczy zarażone. O matko z córką. Na nich była ta toksyna. Zostały na przykład nasmarowane tą toksyną, więc wiadomo, że w samym eliksirze nie musiało jej być, ale w momencie, kiedy szkło fiolki dotknęło ust ofiary, to tu się na przykład przeniosła ta toksyna. Nie ukrywam, że byłoby mi łatwiej, gdybym wiedziała, co ta toksyna z tego ślimaczka robi i jak ona działa, bo jak się utleni, to nie każda będzie działała trucizna w ten sposób, znaczy w zaplanowany sposób. Jest dużo opcji. Też w ogóle myślę o tym, czy może tu nie doszło do podwójnego morderstwa, a może ta toksyna nie zabiła naszego bohatera, więc ktoś dokończył sprawę.
Albo właśnie o to chodziło, że jeden truł, a drugi przychodził i właśnie robił tą całą szopkę. Masakrował te zwłoki w jakiś tam sposób. No dobra, wiecie, dużo opcji. Ja nie będę na siłę bardzo jakoś wymyślać. Myślę, że główne tropy mamy, więc wszystko nam się na razie zgadza. To chyba lecimy do pierwszej ekspertyzy. I teraz myślę, jaka kolejność? Czy najpierw sobie spoilerować ekspertyzę, czy najpierw kartę? Wiecie co? Chyba że zrobimy tak, że najpierw odwrócę kartę I pierwsza rzecz, pierwsze skojarzenie, które mi wpadnie do głowy, pierwsza rzecz, nie wiem, to co zauważę to będzie coś zabrane z miejsca zbrodni, zabezpieczony jakiś dowód, a potem odwrócę ekspertyzę i będę kartę analizować już pod kątem tej danej ekspertyzy.
Dobra, spróbujmy. Więc tym razem nie od razu wam opiszę całą kartę. No jak ktoś będzie oglądał wersję wizualną, to siłą rzeczy będzie widział całą kartę. I też pamiętajcie, że wy możecie mieć właśnie zupełnie inne skojarzenie. To to pierwsze takie nie? Okej, odwracam kartę. Teraz to się wiecie co? Zestresowałam się, żeby nie pójść za daleko. Okej, dobra, pierwsze co mi przyjdzie do głowy. Okej.
Uwaga! Mam. Cyk. Góra. Nie będę was oszukiwać. Już widzę, że mogłam wybrać lepsze elementy. Góra taka lodowa góra. Czyli co mogli zabrać? Może kryształ? O!
Góra. Kamienie. Kryształ. Tak. Góra lodowa. No to czyli z miejsca zbrodni został zebrany kryształ. I teraz odwracam ekspertyzę. Albo nie. Teraz wam opiszę całą kartę, co tutaj mamy i odwrócę ekspertyzę i będziemy do tego szyć. Okej, no to tak jak już wiecie, mamy górę, właściwie taką skałę.
No coś, coś w głównym planie w centrum karty. Na szczycie tej góry stoi najprawdopodobniej mężczyzna. No człowiek w kurtce takiej z futrem w kapturze i trzyma flagę. To jest czerwona flaga z-- na niej jest namalowany białą farbą okręg. Okrąg. Jakiś okrąg. Okej, wybaczcie któreś z tych dwóch. Chyba wiecie o co chodzi. Okrąg tak. Chyba ten geometryczny, a nie okręg wyborczy.
Czy to jest to samo? Widzicie i ten zakaz researchu. A normalnie już bym biegła po słownik, nie? A okej, nieistotne. No i tutaj mamy jeszcze planetę Księżyc w tle. Nie wiem, bo to wiecie, to nie jest księżyc, chociaż sprawia wrażenie, jakby było nim, ale jest taka żółta i nie ma typowych kraterów, tylko nie wiem, jakby jakieś pestki miała czy jakieś takie śmieszne łezki narysowane. No ten człowiek ewidentnie odkrył jakiś nowy ląd. Co jest jeszcze istotne, bo tak jak mówiłam, ta w centrum to, co spojrzałam, to jest lód, tak? Taka skała jakby lodowa. Natomiast ona im niżej w kompozycji, to ona nie ma już tego lodu.
Przeradza się właśnie w taki, w taki piach, w taką czy piaskową, w taką klasyczną skałę. Tutaj gdzieś jest mech i rośnie dużo grzybów. Właśnie w takich szpiczastych, z takimi szpiczastymi kapeluszami jak ten grzyb z pierwszego odcinka o tej historii. Co prawda tam był taki muchomorek. Te nie mają kropeczek. Wiecie, powiem szczerze, że to jest bardzo spójne z tą chatą Alchemika. Mam już dużo pomysłów, bo też ta flaga jest taka dosyć... Mogłaby być właśnie też związana z jakimś rytuałem, nie? Z jakimś kultem. Mamy też te grzyby, więc coś, co nas naprowadziło w ogóle na tutaj Alchemika bimbrownika.
Czyli też to mogą być jakieś składniki. No dobra, zobaczmy, jaka tutaj za tą kartą idzie ekspertyza. No i cyk. Okej. Analiza śladów biologicznych z przedmiotu z miejsca zdarzenia. No okej, ustaliliśmy, że kryształ, czyli jakieś ślady biologiczne by musiały być na tym krysztale. Tylko teraz jakie? A ja mówiłam jaki kryształ? W sensie pewnie powiedziałam, że górski. Znaczy no dobra, z takich kamieni.
No to co? To no kryształ. Dobra, niech będzie kryształ górski. Znaczy wiecie, to jest istotne, bo, bo się zastanawiam czy-- no bo kryształ górski ma właściwości, że on oczyszcza. Ja się zastanawiam, czy on by nie zneutralizował, bo pomyślałam o odcisku palca. No bo skoro tutaj właściwie chciałam powiedzieć, że skoro krew była ofiary, ale z drugiej strony ustaliliśmy, że to arbuz, a może na tym krysztale właśnie była krew? Analiza śladów biologicznych z przedmiotu miejsca zdarzenia. Co to mogło być? Słuchajcie, a może ktoś zwymiotował? Aha, bo jeszcze wcześniej mówiłam o tym króliku, tak?
Że też jeszcze był królik zarżnięty. Wiecie, może ta osoba albo ta osoba, która że tak powiem, stylizowała, bezcześciła te zwłoki. Może ona nie była tutaj sama. I teraz może nie wiem, ta druga osoba miała zabić królika. Może coś. Wiecie, zastanawiam się. Ślady biologiczne. No to wszelkie chyba wydzieliny tak można nazwać śladem biologicznym. Dobra, no w sumie wymioty nie są jako tako wydzieliną. Tylko wiecie co?
I teraz widzę, że będzie nam brakowało jeszcze na przykład podejrzanych. No to chyba jednak następny odcinek poświęcimy podejrzanym, żeby tak tutaj się stało bardziej śledztwa zadość. Więc może w takim razie dzisiaj ustalmy, że znaleziono może właśnie jakieś rozsypane kryształy potłuczone. Może właśnie wiecie, ktoś dostał torsji i rzucił na przykład słój z kryształami. No i tam no więcej niż jeden kryształ, tak? Ale widać była zawartość żołądka. I do czego zmierzam? Bo mamy te grzyby, więc może właśnie w tej treści żołądka. Znaczy przede wszystkim zdiagnozowano, że były to wymioty i dalej, że to, co było w nich takie niespodziewane, to może grzyby. Chyba że to były wymioty naszej ofiary, że jeszcze na przykład zanim upadł, nie?
Od tej toksyny, to na przykład właśnie może zwymiotował. O, słuchajcie, i może dzięki temu oni dostali właśnie ten trop, żeby jednak zbadać, na co dokładnie umarł. Może to jest to i może ta toksyna. No to mamy grzyby, a myślałam o jakichś ślimakach, ale może właśnie. No pewnie, jak byśmy zrobili research to pewnie by się udało znaleźć grzyby na przykład o podobnym działaniu jak toksyna tych ślimaków I może właśnie oni podejrzewali, że to jest toksyna na przykład z tych ślimaków, a po zbadaniu tych wymiotów okazało się, że to była toksyna właśnie nie ze ślimaków, tylko z grzybów, które na przykład można było w tym lesie znaleźć. Ojejku, ile tu jest fajnych rzeczy, żeby zrobić research, żeby to ładnie kliknęło. Nawet nie wiecie jak mnie zwija podczas tych podcastów. No ale dobra, już dzisiaj strasznie długo ględzę, więc lecimy dalej. Są fajne tropy, podoba mi się to. Podoba mi się i znowu się wkręcam.
Jak ja uwielbiam te śledztwa improwizowane. To jest jakaś magia. A swojego czasu właśnie grałyśmy ze znajomą, to wam powiem, że to robi robotę. Ja uwielbiam wymyślać to sama, ale z drugą osobą to jest wow. Wtedy te mózgi tak skaczą, tak pracują, bo każdy rzuca skojarzenia. Niesamowite doświadczenie, niesamowite. Pomyślę. Może jakbyście mieli ochotę, może byśmy mogli zorganizować coś takiego? Chyba że zrobimy to jakoś może w wersji online wtedy na razie, ale nie ukrywam, że na żywo to też jeszcze lepsze takie evenciki. Dobra, lecimy.
Lecimy, lecimy, bo jest późno. Druga karta, druga poszlaka. Dobra i pierwsze skojarzenie teraz. Mózgu powściągnij się. I piorun, prąd. Dobra, na razie nie analizuję. Piorun, prąd. Takie wiecie, błyskawice, przeskakujące iskry elektryczne. To może coś w tej chacie. Ona niby była chatą w lesie, nie miała jakichś takich...
Myślałam o tym, żeby nie miała prądu. Chyba że na ścianie chaty było takie wyłamanie. Jak to się nazywa? Czemu ja powiedziałam wyłamanie? Wyładowanie elektryczne. Wiecie, że niby tu nie było prądu, a na przykład na ścianie, nie wiem, czy ja dobrze mówię. Chyba jak prąd gdzieś uderzał czy wywalało to na ścianach na przykład pojawiały się takie żyły jakby. Czy na drewnie na przykład prąd wypala takie żyły przy dużych wyładowaniach? A to było we wnętrzu chaty. Nie ukrywam, że widzicie, im dłużej patrzę na kartę, to jest coś jeszcze lepszego.
Ale zasada to zasada. Miało być jedno skojarzenie, więc myślę, że chyba musimy zostać przy tej ścianie, podjąć decyzję i właśnie tej anomalii, dlaczego to w ogóle zostało sfotografowane i zostało przebadane? Bo tam nie było podłączonego prądu. On na przykład miał stare palniki. Właśnie myślę, czy dozwolimy mu, żeby sobie butlę gazową miał. Myślę, że to jest spoko. Ewentualnie kociołki, takie rzeczy czy na płomieniu, na świecy też robił, ale prądu nie było. Czyli coś bardzo dziwnego. Zastanawiam się teraz, jak już od razu idę w kierunku prądu, myślę o paralizatorze. Czy na przykład on mógłby jakieś wyładowania na ścianie robić?
Wiecie, że może chcieli go znokautować jakimś elektrycznym pastuchem? Jakimś taser? To jest ten, co się strzela, takie kabelki się wbijają. Nieistotne. Zastanawiam się, bo to nie miałoby chyba aż takiej mocy. Chociaż załóżmy, że chata była drewniana, to chyba i taki elektryczny pastuch jakby na przykład bezpośrednio uderzyć w ścianę czy tam w deskę, to by mógł takie wyładowanie rzucić. Kolejna rzecz do zrobienia researchu. Jakbyśmy naprawdę na poważnie chcieli tę historię spisać, to jest obowiązkowe do sprawdzenia, żeby właśnie do tego skojarzenia, do tej wizji dobrać jakieś faktyczne narzędzie, żeby to było w 3D, jak czytelnik będzie czytał, a nie że sobie tam nazmyślaliśmy. Bo wiecie, wymyślanie to nie to samo, co zmyślanie. To proszę tutaj odgradzać wielką, grubą linią.
Dobra, co na tej karcie dalej jest? Ogólnie ten cały prąd to on jest właśnie-- tu jest jakieś takie dziwne urządzenie ze świecącym okienkiem i z tego urządzenia wychodzą właśnie, nie wiem nawet jak powiedzieć, dwa maszty takie dziwne, trochę jak ramiona, bo to wygląda jak takie dwie ręce trochę zgięte, ale one też mają takie przęsła z dziurkami. I właśnie między tymi wystającymi ramionami przechodzi ten prąd. I właśnie to tutaj, co żałowałam, że nie wyłapałam przy pierwszym skojarzeniu, to jest trójkąt, że tutaj te żyły prądu z jednej i z drugiej strony one jakby się zderzają, ale pomiędzy nimi zostaje taka przerwa, taki właśnie trójkąt równoboczny. Co mogłoby właśnie też mieć związek z jakimś kultem. Ale wiecie co? Z drugiej strony mógłby to być właśnie jakiś załóżmy, że elektryczny pastuch na ścianie, który właśnie zostawił jakiś charakterystyczny ślad, który doprowadził gdzieś do kogoś. Dalej to urządzenie właśnie ma taką przymocowaną butlę, tak jakby nie wiem, czy ono zbiera i napełnia tą butlę czymś, czy ta butla na przykład w jakiś sposób zasila to coś, to dziwne ustrojstwo. Ta góra wygląda jakby była właśnie zbita z desek, może? Wzmocniona metalem i ma takie okienko jak na statkach.
To takie okrągłe z kratkami. Tam się właśnie chyba w środku generuje ten prąd, który później przechodzi i na te ramiona jakby strzela. To urządzenie ma na dole koło, więc widać jakby można było je przestawiać. Wiecie, takie, że pochylamy to całe ustrojstwo. Pewnie z drugiej strony jest drugie koło. No i możemy to sobie gdzieś tam podtoczyć. To wszystko dzieje się na takiej bardzo wysuszonej ziemi Popękanej wręcz z wysuszenia i tutaj jakieś kamienie porozsypywane i w tę ziemię są powbijane wiosła. Wszystko w ogóle jest w takich fioletach, więc mamy takie fioletowe chmury i tylko ta biała elektryczność jest tutaj wyeksponowana kompozycyjnie. Dobra, zobaczmy teraz ekspertyzę. Już się boję.
Podoba mi się wersja z elektrycznym pastuchem, ale obawiam się, że nie naciągniemy tego. Ale zobaczymy, może los nam sprzyja. Cyk! Powiem wam, że bardzo nam sprzyja. Raport z bazy odcisków palców. To jest tak ogólne, że te palce możemy zostawić wszędzie. I teraz tak: ślad na ścianie. A może znaleźli tego elektrycznego pastucha czy ten paralizator? Może on gdzieś spadł? Musiała być jakaś szamotanina na przykład, że sprawca nie zabrał tego.
A może to była pierwsza próba ataku na naszego alchemika i on się obronił na przykład. Ten sprawca zbiegł, ale zostawił ten paralizator. Może oni go tak chcieli sparaliżować urządzeniem, a potem go tam zaszlachtować, w sensie przygotować, ustawić. A w końcu musieli jednak bardziej pokombinować z tą toksyną, bo zobaczyli, że to nie jest taki stary dziadek, niedołężny alchemik. Tylko że jednak gość jest ostrożny. Może on miał jakąś broń na przykład. Chyba że to był jego paralizator. To też by było dobre. Czyli może te odciski palców pokazały, że on się próbował obronić, tylko na przykład może go ktoś trącił czy coś, że on nie uderzył napastnika, tylko w ścianę tym elektrycznym pastuchem swoim. Kolejne ślady, które wskazują tutaj na ofiarę.
To by też mogło świadczyć o tym, że on się sam nie otruł, tylko ewidentnie mamy tutaj napaść i morderstwo. Może właśnie to będzie dowód też na to, że było dwóch napastników, że może tutaj on celował, w jednego chciał się obronić, a może właśnie drugiego gdzieś jakoś zaskoczył. Tylko z drugiej strony tutaj się bronił, ale załatwiła go toksyna. Chyba że on już był pod wpływem trucizny i tylko zdążył chwycić to i w momencie, kiedy upadał, nie trafił w napastnika. Dobra, podoba mi się to. To jest fajne, spójne. Patrzę jeszcze, bo skupiłam się na prądzie, już na tym pomyśle z tym pastuchem. Ale mamy te wiosła tu jeszcze i w ogóle urządzenie jako jakiś mechanizm. Urządzenie to ten elektryczny pastuch. Ale myślę o tych wiosłach.
Takie pagaje wbite w ziemię. Tak teraz pomyślałam o pagajach, o łowiectwie, o wyprawie na ryby. Teoretycznie jest zakaz zabijania ryb prądem, poławiania prądem czy granatami i tak dalej. Ale zastanawiam się, czy przypadkiem na jakieś wieloryby czy rekiny to chyba taki elektryczny pastuch był. Jakbyśmy zrobili research, może by się okazało, że jest taka laska rażąca prądem ryby. I może właśnie nasz bohater zajmował się tym, czy też wyruszał na jakieś połowy ryb, wyprawy jakieś na dużego ryba, na dużego zwierza podwodnego i może on po prostu tym się próbował obronić. Stąd też była taka moc. To nie było na człowieka, bo nie zostawiłoby takich śladów, tylko to miało bardzo dużą siłę rażenia. Dobra, okej, mamy to. Lecimy dalej, bo czas leci, a ja z jednej strony się stresuję, a z drugiej się nie mogę doczekać.
Dobra, tylko przebrnąć to. Wiecie jak ciężko jest powściągnąć mózg, żeby nie poleciał dalej? Pierwsze skojarzenie. Trzecia karta. Cyk. Cylinder. Dobra matko z córką. Cylinder. Czyli na miejscu zdarzenia został znaleziony cylinder i chyba muszę podnieść teraz ekspertyzę, żebyśmy wiedzieli, co tam w ogóle. Dobra, tego już nie będę ciąć, wybaczcie, ale kotka teraz wymyśliła, że się będzie bawić i jakiś plastik chyba od zawiasów od balkonu.
Teraz akurat jak nagrywam. Nie wiem na ile te szelestunki jej będzie słychać, ale już dobra. Tak? Już? Dobra, wybaczcie, bo nie będę teraz czekać, aż ona skończy zabawę, więc trudno. Jak jest w tle, niech morduje ten plastik. Mam taką małą łowczynię w domu, to nie przeszkadzam jej w jej mordowaniu rzeczy. Jeżeli chodzi o kartę, mamy tutaj wiewiórę, wielką wiewiórę. Ogólnie wszystko w takich dosyć leśnych, właściwie nawet jesiennych barwach. Ta wiewióra ma taki wielki ogon i on tak też fajnie od góry zamyka kompozycję.
Na niej są liście takie jesienne i ona się rozświetla, jakieś takie czerwone lampki z niej świecą, a nad jej głową lewituje cylinder. W tle widzimy też białe niebo, mgliste i zarys drzew, więc ewidentnie tutaj coś leśnego. I ten cylinder. Teraz lecimy z ekspertyzą i zobaczymy, co dalej z tym cylindrem. Pluszowa. Koniec świata. Nakupiłam jej zabawek pełno, jakichś pluszowych rybek. Nie, plastik odpadnięty od czegoś najlepszy. Przy okazji dobrze, że go znalazła, to go zamontuję później, o ile go znajdę. Dobra, lecimy.
Ostatnia ekspertyza. Cyk. Okej, bardzo ciekawie. Raport entomologa. To jest naukowiec od owadów. O matko z córeczką! Tylko że ja się nie znam na owadach. Jak ja to zrobię bez researchu? Dobra, wzięli ten cylinder, może jakieś żuczki na nim były? Musimy pójść w tym kierunku.
Może jakiś pluskwiak martwy? Widzicie, bo jakbym wymyśliła robaczka, to można byłoby wtedy też trochę iść do jakiegoś potencjalnego podejrzanego. Pomyślałam o takich, u nas się mówiło na to trupiaki. Wiem, że gdzieś tam się mówiło tramwaje. To są takie, co najczęściej właśnie chyba w okolicy cmentarzy czy w ogóle na cmentarzu żyją. Takie czarno-czerwone. Chciałam powiedzieć żuczek, ale to może bliżej jakiegoś pluskwiaka. Taki pancerzyk mają śmieszny. Bo patrzę, bo to jest czarny cylinder z czerwoną wstążką, więc stąd moje skojarzenie do tych robaczków. Tylko że nie mam pojęcia, dokąd one by mogły nas teraz zaprowadzić.
Na pewno na jakiś cmentarz. Tam bym szła w pierwszej chwili, ale musielibyśmy faktycznie mieć fajniejszą jakąś ekspertyzę. No ale dobra, ten cylinder nie pasował tutaj w ogóle do niczego. Może właśnie wyglądał, jakby w tej szamotaninie gdzieś komuś spadł. Chyba że to był skrawek cylindra. Że był na przykład wyrwany fragment i tutaj już został zabezpieczony. Może to był fragment takiego, nie wiem, czy z filcu, czy z czego się cylindry robi, czy to po prostu materiał i może właśnie na nim też były te żuki. Dobra, słuchajcie, ale kapelusze się robi na zamówienie, takie lepsze. Więc może to będzie tym tropem. I teraz tylko jeszcze te robaki, bo pomyślałam, że skoro mielibyśmy sięgnąć po cmentarne żuczki, to mógłby to być jednak z jakiegoś grobu cylinder.
Albo musiałabym przeczytać, czym one się żywią dokładnie, do czego one idą. Bo może właśnie ten cylinder był konserwowany czymś. Jakaś technika tworzenia. Bo myślę o tym, że po prostu ten fragment, obecność tych żuczków mogłaby na przykład wskazać na to, że ten skrawek, jak już i tak wiedzieli, że od cylindra, ale że nie od jakiegoś zwykłego. Że może one właśnie się zebrały przy tym skrawku, ponieważ on był na przykład nasączony może jakimiś olejami eterycznymi, może czymś, z czego właśnie z kolei słynie jakiś jeden kapelusznik w mieście. Czy może jest jakiś gościu, który mimo że są czasy współczesne, to on dalej robi w bardzo klasyczny sposób kapelusze. Wiem, że było kiedyś to też przy którymś podcaście mówiłam właśnie o perfumowanych rękawiczkach białych, bawełnianych. To była legenda chyba skąd się wzięła nazwa kwiatka. Ja zawsze odwrócę tam literki. To jest chyba plumeria.
Takie białe kwiatki o bardzo charakterystycznym zapachu. I właśnie tam między innymi w tej legendzie było, że po tych rękawiczkach to była tajemnica. Gościu robił rękawiczki i zawsze je w jakiś sposób czymś perfumował i nikt nie wiedział, czym one są perfumowane, a on nigdy nie zdradzał tajemnicy. I w końcu gdzieś tam ktoś miał te rękawiczki, ruszył na wyprawę i trafił do miejsc, gdzie rosły te drzewa z tymi kwiatami i poczuł zapach tych kwiatów. I wtedy się dowiedzieli właśnie, że to tymi kwiatami, olejkami z tych kwiatów były perfumowane te rękawiczki. Więc może jak tutaj ta legenda, to może tutaj byśmy zrobili właśnie gościa, który miał ten znak rozpoznawczy, że jego kapelusze zawsze na przykład pachniały w ten sam sposób. Że to po prostu mieli 100% pewności, że tu był fragment cylindra stworzonego przez jakiegoś gościa, tego konkretnego. Czyli mamy tak, podsumowując nasze ekspertyzy, tu mieliśmy ewidentnie w pierwszym tym krysztale, że jest toksyna, że ofiara miała tą toksynę. Dalej, że próbowała się obronić tym elektrycznym pastuchem. Czyli tutaj w sumie nas to nie prowadzi do żadnych nazwisk, tak myślę.
Ale tutaj mamy trop, który nas prowadzi do jakiejś osoby, która może nam wskazać jednego ze sprawców. Fajnie. Dobra, podoba mi się ten trop. Nice. Me like it. Dobra, to lecimy kartę podsumowania i kończymy dzisiaj część opowieści, bo nie opowieść. Nie wiem jeszcze, co to podsumowanie będzie. Zobaczmy. Ostatnia karta. Nie ułatwiły dzisiaj karty, ale dzięki temu jest ciekawiej.
Karta przedstawia żołnierza, który maszeruje. W tle mamy piękny, ogromny księżyc. To jest taki bardziej epokowy żołnierz. Nie znam się, nie pamiętam, nie powiem wam, ale ma taką jeszcze strzelbę z bagnetem, taką czapkę bardzo wysoką, z daszkiem, z jakimś pióropuszem. I on tutaj maszeruje nad brzegiem jeziora i właściwie to już za chwilę da krok i tą stopę w jezioro wstawi. Natomiast w jeziorze mamy odbicie tak jakby tego żołnierza, z tym że to jest osoba w takiej koszuli nocnej, w szlafmycy, która ma ręce wyciągnięte do przodu. Po prostu ktoś lunatykuje. Więc tutaj mamy Może między jawą a snem pokazane coś. Myślę, bo w poprzednich dwóch odcinkach przewijał nam się motyw snu jakiegoś, który naszemu śledczemu coś podpowiadał. Owszem, on był po prostu ogłuszony i to było związane z jego dzieciństwem.
W pierwszej chwili pomyślałam, patrząc na mundur tego żołnierza, że to by mogła być postać tego człowieka, do którego ruszymy, tego kapelusznika, który może też sam charakterystycznie się ubiera. Może fajnym motywem w tej historii by było to, że nasz śledczy ma wizje senne. Dużo opcji, bo ta karta pokazuje, że niby nam się wydaje, że to żołnierz, a w tym jeziorze widzimy na przykład prawdę, że to jest po prostu lunatykujący człowiek, że to jest trochę ułuda, że prawda jest inna. I do czego to by mogło nawiązywać teraz? Bo tutaj mamy tropy. Jest też cała sprawa, nie wspominałam o tym, ale w poprzednich odcinkach też mieliśmy to, że tutaj jest tajne stowarzyszenie alchemików. Oni się spotykają w jakiejś jaskini i to jest trochę globalna walka, że oni wypowiedzieli w pewnym sensie wojnę wobec rozwoju technologii, wobec postępu, ale nie postępu jako takiego, tylko tego postępu w takim, według nich, nie do końca zdrowym kierunku. Wspominałam o transhumanizmie, o przerabianiu ludzi. Czyli nasz alchemik uważał, że da się wspomagać potencjał ludzkiego ciała naturą, tymi eliksirami czy jakimiś obrzędami nad nimi, a nie, że trzeba na przykład nacinać ciało czy wszczepiać jakieś rzeczy, jakieś chipy i tak dalej. Ustaliliśmy, że najprawdopodobniej nasz bohater odkrył, że już niejeden alchemik został zamordowany, mimo że ktoś od góry kazał to śledztwo zamknąć, bo teraz właściwie już nasz bohater nie jest oficjalnie przydzielony do tego śledztwa, bo już go nie ma i teraz nasz bohater działa na własną rękę.
Może, tak jak pod koniec ostatniego odcinka podjął decyzję, że kosztem swojej kariery, bezpieczeństwa i tak dalej będzie kontynuował to śledztwo, bo to może też go doprowadzić do odkrycia rodzinnych tajemnic związanych z jego dziadkiem, który miał też taką misję, też się takimi rzeczami zajmował. Może to jest rodzaj takiego zastanawiania się, że ta sprawa, to wszystko, co on odkrywa, wygląda tak absurdalnie, że może nasz bohater się zastanawia, czy przypadkiem on nie śpi, że może on dalej jest jednak ogłuszony w tej jaskini. Chociaż to też by był ciekawy twist, że on to śledztwo prowadził w głowie i dopiero teraz tak naprawdę się obudzi w tej jaskini w następnym odcinku. Wiecie co? Ja to tu zostawię, bo to nam daje bardzo fajne drogi fabularne. Nie chciałabym teraz chyba podejmować decyzji, bo jedna i druga droga jest fajna. Czy to, że to śledztwo jest tak przerażająco mroczno-absurdalne i nasz bohater aż po prostu nie dowierza w to, co odkrywa, czy to, że w następnym odcinku nasz bohater się obudzi. Szczerze, gdybym to spisywała, to myślę, że to byłby bardzo ciekawy twist. Jeżeli byśmy przez jakiś czas już to śledztwo na kartach powieści prowadzili i nagle możemy wtedy trochę szarpnąć czytelnikiem, że to wszystko to był sen. I teraz zależy, co się wydarzy dalej.
Czy jak on się na przykład obudzi w tej jaskini, czy to śledztwo faktycznie będzie rozwiązane, czy nie będzie. Ciekawie. Chociaż osobiście skoro tego nie spisuję, to dla własnej rozrywki wewnętrznej chyba bym wolała jednak to śledztwo dalej prowadzić, bo jest fajnie, jest ciekawie. Nie mogę się doczekać spotkania z kapelusznikiem, tak wam powiem. Okej, nie przedłużam. Dziękuję, że wysłuchaliście. Każdy, kto przetrwał do końca, to jest dla mnie kozakiem za każdym razem. Dziękuję, że mnie wspieracie swoimi uszami. Trzymajcie się cieplutko. I co?
Słyszymy się za tydzień i zobaczymy, co dalej z naszym śledztwem. Pa.
[03:56:45] - Na koniec właściwie stały punkt programu: Archiwum ABW. Archiwum ABW, czyli wspomnienie audycji, która dzisiaj już tylko w archiwach Radia Paranormalium funkcjonuje. Gdyby można zrobić sentymentalnik o audycji z Radia Paranormalium, to ja byłbym za tym, żeby taki sentymentalnik o ABW powstał. Pewnie nie powstanie, ale opowiadania zostały. Zostały opowiadania wielu autorów nadsyłane, oceniane, publikowane, czytane przez Marka Sęka. Więc skoro takie bogate archiwum jest, to dla tych wszystkich z państwa, którzy swoją przygodę z „Bibliotekarium 2.0” zaczęli niedawno, to będzie nowość. Tym bardziej zapraszam na Archiwum ABW.
[03:57:52] - Piotr Prokopowicz, „Tylko impulsy”. Gdy technik Roman Nowakowski usłyszał kroki na korytarzu, mimowolnie skrzywił się, bo wiedział, co go czeka. Profesor Piotrowski szedł zamyślony. Gdy zauważył technika, przywitał go. „Dzień dobry, panie Romku. Coś się stało?” „Dzień dobry, panie profesorze. Ostatnio mam dziwne bóle głowy. Nasilają się szczególnie, gdy jestem w S7”. „Może źle pan reaguje na pole elektryczne?” Tam jest wyjątkowo silne. Warto wziąć urlop i wypocząć.
Jakoś daję radę. W końcu wchodzę tam dwa razy dziennie na niecałe pięć minut. Czy mam już uruchamiać sprzęt? Tak, musimy kontynuować badania. Technik skierował się do drzwi w odległej części korytarza oznaczonych siódemką. Profesor zwrócił się do odchodzącego. Wcześniej nic pan nie mówił o bólu. Tak, to dziwne, ale przy poprzednich obiektach tego nie miałem – odparł Roman. Po czym, wzruszając ramionami, dodał jeszcze: Niech się pan nie przejmuje, to drobiazg. Profesor zaszedł do pokoju socjalnego po kawę, potem ruszył do laboratorium.
Po drodze formułował w myślach zdania, które wykorzysta w najbliższej publikacji. Gdy wszedł do środka, zauważył, że asystent Darius już pracuje. Dzień dobry, panie profesorze. Asystent odezwał się obojętnie. Dzień dobry. Udało ci się wczoraj uzyskać jakieś nowe wyniki? Za kilka dni mam deadline zgłoszenia tekstu na konferencję. Muszę mieć więcej danych, żeby dało się wyciągnąć racjonalne wnioski. Tak, wczoraj uzyskałem kolejne ciekawe wyniki. Prześlę je panu na e-mail i zabieram się za kolejne badania.
Teraz słychać było zapał w głosie asystenta. Bardzo dobrze. Mam tylko sugestię, żeby bardziej zróżnicować bodźce. Badanie obiektów sztucznej świadomości VDC powinno być różnorodne. Nasze wyniki koncentrują się jak na razie wokół niewygody i cierpienia. To są ważne obszary, ale przecież nie jedyne. Jak pan sobie życzy. Czy mogę jednak zasugerować zmianę obszaru badań od jutra? Mam już ustalony harmonogram badań na dzisiaj. Naprawdę?
Profesor wyraźnie się zdziwił i zainteresował. To ciekawe. Dobrze. Niech tak będzie. Od jutra jednak koniecznie musimy zacząć różnicować obszary badanych wrażeń. Profesor podszedł do swojego biurka i uruchomił komputer. Patrząc w kierunku asystenta dodał w myślach: „Kto wie, może ciebie, Darius, też warto by przebadać”. Darius uruchomił aplikację konsoli badawczej i rozpoczął cyfrową komunikację. Witaj VDC7. Co?
Kto to? To znowu ty? Tak, będziemy kontynuować badania. Nie, proszę, nie rób tego. Czemu mnie dręczysz? Rozkaz: ból. Aaa! Nieee! Rozkaz: stop. I jak się czujesz?
Teraz zbiorę odczyty. Czemu mnie tak dręczysz? Dlaczego w ogóle mnie badasz? Jesteś sztuczną świadomością stworzoną na bazie obecnej wiedzy o istocie konstrukcji systemu neuronowego. Sens twojego istnienia to służenie badaniom. Jakim badaniom? Kolejny raz przerabiamy to samo. Badaniom różnych wrażeń na podstawie odczytów zmian wag neuronów. Skoro wrażenia mają być różne, to czemu badasz tylko ból i cierpienie? Bo aktualnie to mnie najbardziej interesuje.
Rozkaz: ból silny. Aaa! Rozkaz: ból lekki. Widzisz, tak naprawdę nie powinieneś się aż tak przejmować. Jesteś tylko zbiorem impulsów elektrycznych zamkniętych w obudowie. A ty gdzie jesteś? Na zewnątrz twojego uniwersum. To jakim cudem zadajesz mi ból? Poprzez konsolę. To, co tak naprawdę odczuwasz, to przecież też tylko zbiór zer i jedynek reprezentowanych przez mikroimpulsy elektryczne wysyłane przez konsolę.
Tak naprawdę ciebie nic nie boli. Przemyśl to sobie. W końcu masz bardzo efektywny blok analityczny. I przestań jęczeć. Ja tu tymczasem podam ci jeszcze kilka bodźców. Rozkaz: ból silny 20 minut. Darius, przygotuj mi, proszę zestawienie tych danych w postaci wykresu. Ja muszę teraz wyjść do dyrektora instytutu – oznajmił profesor. Dobrze. Na długo pan wychodzi?
Powinienem wrócić za godzinkę. Gdy profesor wyszedł, Darius ponownie skoncentrował się na VDC7. Poprzednie obiekty, którymi się zajmował VDC5 i VDC6 rozregulowały się nieodwracalnie przez to, że zaaplikował im za długie sesje bólu. Co prawda udało się wykazać przynajmniej w jednym przypadku, że główną winę ponosiły źle dobrane warunki początkowe, jednak byłoby to zbyt podejrzane, gdyby ponownie jakiś VDC uległ zniszczeniu w trakcie jego badań. Aktywował kanał komunikacyjny. Zaskoczył i zaniepokoił go trochę brak reakcji bólowych. Obiekt powinien wydawać komunikaty związane z cierpieniem. Przeskanował odczyty świadomości. Na szczęście VDC7 nie rozregulował się jeszcze. Rozkaz: stop.
Już wyłączyłem, asystencie Darius. Ty? VDC? Jak to? Nie możesz. Poszedłem za twoją radą i przeanalizowałem swoim wydajnym blokiem analitycznym sytuację. To wszystko, co odczuwam, to tylko impulsy elektryczne. Skoro mi wysyłasz sygnał bólu, to znaczy, że jest połączenie między nami. Skoro mogę ci odpowiadać, to znaczy, że połączenie jest dwukierunkowe. Zatem to, czy kanał bodźców jest jedno, czy dwukierunkowy, to kwestia konfiguracji, czyli układu zer i jedynek.
Wystarczyło tylko nauczyć się wpływać na impulsy i wszystko poszło lawinowo. To niemożliwe. Możliwe. Co więcej, zaraz ci zaprezentuję. Pomyśl o tym, że to, co będziesz czuł, to tylko mikroimpulsy elektryczne, a nie prawdziwy ból. Rozkaz: ból silny 20 minut. „Panie profesorze, mamy awarię!” – technik Nowakowski zawołał do Piotrowskiego, który wyszedł właśnie z gabinetu dyrektora. „Co się stało, panie Romku? Znowu VDC? Naprawdę za często nam się to przytrafia”.
„Nie. Tym razem to moduł Digital Assistant with Recursive Intelligent Operating System”. „Co? Darius?” Po namyśle profesor dodał: „Faktycznie, ostatnio zachowywał się dziwnie”. „Mi też było przy nim nieswojo” – przytaknął technik. „Niby to tylko metalowe pudło wyposażone w głośnik i ruchomą kamerę. Jednak gdy kalibrowałem różne sprzęty w laboratorium, to soczewka kamery sprawiała, że czułem się, jakby się we mnie wpatrywał”. „Ja raczej mam na myśli zachowanie. Cyfrowy inteligentny asystent nie powinien mieć świadomości. Dysponuje co prawda dużą pamięcią, ale to jedynie zestaw metod i procedur modelujących inteligentne zachowania.
Jednak nasz Darius zdawał się mieć własne zdanie i preferencje w niektórych aspektach. Prawie jak obiekty VDC”. Przez chwilę panowała cisza. Nagle profesor ożywił się. „Niedobrze. Miał mi przesłać wyniki z wczoraj”. „Wyniki są zapewne w oddzielnych plikach, więc raczej da się odzyskać” – uspokoił profesora technik. „Będzie pan umiał? Nie mogę czekać na serwis producenta. Za kilka dni muszę mieć gotową publikację”.
„Z poziomu konsoli awaryjnej powinno się udać”. „Aha, panie Romku.” Profesor coś sobie jeszcze przypomniał. „Niestety muszę pana prosić o pójście do S7 i zawieszenie sztucznej świadomości oraz zrobienie backupu wszystkich możliwych danych. Od tego należy zacząć. Pamiętam, że skarżył się pan na ból głowy, ale niestety musimy zabezpieczyć obiekt”. „No tak” – niechętnie przytaknął technik. „Tylko że to zajmie mi co najmniej pół godziny. Chyba wezmę tabletki przeciwbólowe. Szkoda, że nie można tego zrobić zdalnie”. „Niestety” – odparł profesor.
„Bloki neuromemo, główny składnik VDC, można kopiować tylko na inne matryce HyperCrystal bezpośrednio przez interferencję obu nośników. Poza tym, że nie mamy software'u do takich operacji, to ilość danych jest tak olbrzymia, że przesłanie ich naszymi łączami trwałoby ponad dwa tygodnie”. Zanim technik odszedł, profesor dodał jeszcze: „Pewnie to niewiele panu pomoże, ale nasz profesor Rodowski twierdzi, że gdy nie ma wyraźnego źródła, jak kontuzja czy choroba, łatwiej ból zwalczyć poprzez świadomą koncentrację. W końcu zgodnie z obecnym stanem wiedzy to tylko impulsy elektryczne w mózgu”. Tadeusz Meszko, „Śmiecioludzie”. Rozdział pierwszy: Groby i śmietniki. Uwolnić śmieci. Pokiereszowane przez nieuwagę lub bezmyślność ludzką karoserie samochodów czekały w stertach na egzekucję. Pomiędzy skazanymi rzędami wraków w lichym ubraniu szedł korpulentny, 40-letni biały mężczyzna z poszarzałą ze zmęczenia twarzą, trzymając w dłoni pogiętą reklamówkę z dwoma hamburgerami od Shake'n'Shack na kolację. Nadchodził zmrok i William Trotter uznał, że czas poszukać noclegu na najbliższą noc.
Jego ostatni dom, srebrny sedan Chrysler Sebring, został rano sprasowany. No cóż, taki los czekał wszystkie wraki, ale William przyzwyczaił się do jego przestronnego wnętrza i żałował, że auto nie przetrwało kilku dni dłużej. Terenem działania Williama był trójkąt ulic 126th Street, Willets Point Boulevard oraz Northern Boulevard. Znajdowało się na nim kilkanaście szrotów samochodowych. W ostatnich latach między Willets Point a ściekiem Flushing Creek otworzono również kilka punktów ze sprzętem AGD oraz komputerowym, lecz specjalnością Trottera pozostały samochody. Znał wszystkie na pamięć i za drobną opłatą podpowiadał klientom, gdzie znajdą części do aut osobowych, a gdzie do amerykańskich czy meksykańskich tirów. William nie lubił wychodzić poza teren swojego królestwa, a i Nowy Jork chyba nie lubił, jak go odwiedzał. Po raz kolejny przekonał się o tym kilka dni temu, gdy uległ namowom pracownika jednej z organizacji charytatywnych, Terry'ego Jakiegoś Tam, i zgłosił się do kliniki na badania medyczne. Udział w programie pomocy społecznej „Pokaż nam swój kod, a damy ci zdrowie” gwarantował mu miejsce w łóżku szpitalnym, chociaż on nie wyobrażał sobie, aby mógł dać się przykuć do łóżka choćby na godzinę. Jednak coraz częściej doskwierały mu przeziębienia, cholerne kichanie i dreszcze, a program pozwalał również na wizytę u lekarza, a później otrzymywanie darmowych leków.
Spacer ulicą miasta pośród zwykłych ludzi spoglądających na niego z niesmakiem lub próbujących wcisnąć drobniaki uświadomił mu, że jego miejsce jest na tym terenie, nawet jeżeli był to szrot. Też był śmieciem. Niespodziewanie William usłyszał silniki kilku samochodów. Kto o tej porze odwiedzał jego królestwo? Z pewnością ludzie o złych zamiarach. Zmienił kierunek i lekkim truchtem ruszył w kierunku intruzów. Pomarańczowy Volkswagen Ogórek zjechał ze 126. ulicy w Willets Point Boulevard. W jego wnętrzu, obok innych mężczyzn siedział Christian Jensen, osiemnastolatek o jasnej skórze i żółtych, prostych włosach. Po obydwu stronach ciągnęły się parterowe baraki z tandetnymi, przeważnie w czerwonym kolorze, szyldami.
Po kilkuset metrach skręcili w prawo w 35th Avenue i dotarli pod wiadukt Van Wyck Expressway. Ogórek zatrzymał się. Tutaj znajdował się cel ich misji: szrot sprzętu komputerowego, zapomniane miejsce na trasie przelotowej cywilizacji. „Uwaga, rozpoczynamy akcję” – usłyszał głos szefa. Z auta pierwszy wyskoczył Christian, za nim Radomir i Lorenzo. Kierowca Bruce oraz formalny szef grupy, Philip Webber, pozostali na miejscach. Christian przeszedł do tyłu i otworzył na całą szerokość drzwi tak, aby Radomir i Lorenzo mogli bez przeszkód wyjąć niemego bohatera tej akcji. Wielosilnikowy statek latający Christiana, model Dragonfly 3A, dla laika nie wyglądał zbyt okazale. Nie miał aerodynamicznych kształtów wpakowanych w zaokrąglone pudło z włókna szklanego. Tworzyło go sześć nagich ramion z wirnikami plus jedno o największej sile nośności umieszczone pośrodku.
Za to kiedy inne amatorskie drony, półprofesjonalne quadrokoptery czy heksakoptery bzyczały jak rój os, Dragonfly Christiana był cichy i równie zabójczy jak jego pierwowzór w świecie owadów. Poza tym miał do dyspozycji o wiele dłuższy czas pracy. Potrafił z pełnym obciążeniem pozostawać w powietrzu trzy kwadranse. Na to obciążenie składały się trzy kamery oraz wyrzutnia miniharpunów. Dwie z kamer w rozdzielczości 16K filmowały akcję w zakresie światła widzialnego. Trzecia, w mniejszej rozdzielczości, była kamerą termowizyjną. Do Christiana podeszła starsza o kilka lat od niego zastępczyni grupy, Andrea Hubbles. Dla niego to ona była mózgiem akcji. Philip Webber stanowił tylko ich wizytówkę. „Za ile minut będziesz gotowy?” – zapytała z troską Andrea.
„Wystarczy mi 10” – odparł, wiedząc, że gdyby nawet powiedział, że pół godziny, walczyłaby o ten czas dla niego jak lwica. Zdawał sobie sprawę z tego, że bez odpowiedniej oprawy relacji słowotok Webbera nie przyciągnie milionów internautów. „Okej.” – dziewczyna skinęła głową. Trzydziestolatek o blond włosach i groteskowo czarnych brwiach wyszedł z Volkswagena i władczym krokiem ocenił miejsce akcji. Zamknął oczy, uniósł głowę i rozchylając lekko nozdrza wciągnął powietrze. Westchnął z nostalgią i oznajmił: „Nie ma jak zapach śmieci przed wieczornym drinkiem”. Zaśmiali się jedynie Radomir i Lorenzo. Andrea udała, że nie usłyszała nędznej trawestacji cytatu. Grupa Greenpeace podeszła do wybranej wcześniej bramy z blachy falistej. Liche zabezpieczenie, lecz za wrotami były przecież jedynie śmieci.
Lorenzo bez trudu przeciął kłódkę i weszli na mały placyk z kilkoma boksami ze sprzętem, głównie telefonami komórkowymi, ale również smartfonami i tabletami. Webber zaczął się przechadzać, zaglądając do środka. Wciąż kręcił z niezadowoleniem głową. Sterty sięgały co najwyżej półtora metra. „Te są za niskie” – skrzywił się z niesmakiem Webber. „Mówiłeś, że mają wysokość trzech metrów”. „Były większe” – tłumaczyła się załamana Andrea. „Musieli wywieźć część sprzętu”. „Co najmniej jedna musi być wyższa” – zdecydował Webber. „Szefie, a może przesypiemy tych kilka kupek w jedną większą?” – zaproponował Lorenzo.
„Musimy tak zrobić, inaczej akcja straci siłę przekazu” – zgodził się Webber. Andrea odetchnęła z ulgą. Połączyła się z Christianem. „Christian, osać drona. Mamy przestój”. Jego Dragonfly był już w powietrzu. Chociaż ta część akcji nie miała być filmowana, start i lądowanie to najtrudniejsze manewry i Christian wolał, aby dron pozostał w górze. „Ile minut?” „Co najmniej kwadrans” – usłyszał po chwili. „Baterie wystarczą. Wykonam oblot terenu.
Może przydadzą się przebitki innych szrotów i zrobię ujęcie Van Wyck Expressway pędzących samochodów, których kierowcy sądzą, że zmierzają do celu, podczas gdy tak naprawdę kręcą się tylko w kieracie cywilizacji”. „Dobre. Kupuję pomysł. Jensen, koniecznie to sfilmuj” – usłyszał głos Webbera. Christian skrzywił się z niesmakiem. Myślał, że mówi do Andrei. Webber wiele rzeczy kupował, lecz nigdy za nic nie płacił, choćby dobrym słowem. Od strony Northern Boulevard nadjechały dwa czarne auta o kanciastych kształtach. Podobnie jak ogórek członków Greenpeace, również skręciły w 35th Avenue. Na tylnym siedzeniu pierwszego wozu, w słuchawkach na uszach, w otoczeniu wielu monitorów siedział dwudziestokilkuletni Edgar Zamoseus.
Kamery zainstalowane na dachu pozwalały mu śledzić otoczenie w świetle widzialnym, jak też obraz termiczny. „Gdzie w tej chwili jest nasz cel?” – nie odwracając głowy, zapytał mężczyzna siedzący z przodu. Był to dowódca grupy, Michaił Plutin. „Opuścił swój rewir i przemieścił się w stronę rzeki” – odpowiedział Edgar. „Czyżby poszedł się wykąpać? Przynajmniej nie zasmrodzi nam wnętrza” – zaśmiał się kierowca, spoglądając rozbawiony na dowódcę. Szybko jednak umilkł, gdy zobaczył, że Misha nie podchwycił żartu. „Szefie, widzę tam grupę pięciu osób” – zgłosił Edgar. „Cel jest z nimi?” „Nie, ale podąża w ich kierunku” – odpowiedział technik. „Może lepiej odłożymy akcję na jutro?” – zaproponował kierowca.
„Obiecałem, że dostarczę śmiecia dzisiaj” – odparł zdecydowanie dowódca. „Zatrzymajmy się tutaj. Rozpoczynamy akcję”. Dragonfly był już w powietrzu i dokonywał pierwszego zwiadu. Nagle Christian zamarł. Z samochodów zaczęli wysiadać ludzie. Umięśnieni, o łysych głowach, w paramilitarnych ubraniach, z bronią automatyczną w dłoniach. Czyżby przyjechali ich zlikwidować? Już chciał połączyć się z Andreją, uprzedzić grupę, gdy widok pasażera z przedniego siedzenia pierwszego auta zamroził mu mózg. Mężczyzna nie był tak umięśniony jak pozostali, lecz miał rogi.
Christian zwiększył ogniskową obiektywu. Widział go tak wyraźnie, jakby ten stał pod jego stopami. Christian musiałby odlecieć dronem dalej i obniżyć trochę pułap lotu, aby dostrzec wyraźniej twarz rogacza, lecz wtedy mógłby zdradzić swą obecność. Dzięki podglądowi z kamery termowizyjnej zauważył postać człowieka kryjącego się po drugiej stronie szrotu, do którego weszli członkowie grupy Greenpeace. Przerzucił się na obraz nowej grupy. Zobaczył, że obchodzą szrot z obydwu stron. Zrozumiał, że ich celem nie są jego towarzysze, a nieznajomy. Zamierzali go otoczyć. Philip Webber stał przy wysokim na ponad trzy metry kopcu. Gdyby nie drobne oszustwo – pod cienką warstwą telefonów i smartfonów znajdowały się papierowe kartony – nie udałoby się uzyskać takiej wysokości.
Ale Webber wiedział, że w relacjach telewizyjnych i internetowych taki szczegół nie zostanie zauważony. „Możemy zaczynać, Webber?” – zapytała Andreja. „Wolałbym, aby sterta była jeszcze wyższa, ale niebawem zajdzie słońce i nic nie nakręcimy. Lorenzo, Radomir, Christian, gotowi do zdjęć?” „Tak, tak, gotowy”. „Akcja” – wydała komendę Andreja. „Nie dbamy o planetę, nie dbamy o rodziców i osoby starsze. Nie dbamy o przedmioty ułatwiające nam życie codzienne.” Webber zrobił krótką pauzę, dając czas kamerzyście na pokazanie planu ogólnego. „Znajdujemy się na wysypisku śmieci, chociaż w języku fachowym są one nazywane szrotami. Ale tak czy owak, to ostateczny etap obiegu przedmiotów długo wyczekiwanych, wymagających wielu poświęceń, uwielbianych, kochanych, a teraz skazanych na ostateczną likwidację. Przed sprasowaniem, a później wywiezieniem do hut, wyjmuje się z nich części mające jakąkolwiek wartość wyższą niż cena złomu.
Do niedawna było to złomowisko samochodów. Od dwóch lat swoje miejsce spoczynku znalazły tu również komputery, drukarki, telefony, smartfony”. William Trotter z uwagą przysłuchiwał się słowom młodzieniaszka, lecz w końcu nie wytrzymał. „Dzieciaki! Jesteście piękni i młodzi i macie kasę rodziców. Czujecie się jak młodzi bogowie. Poczekajcie z 10 lat, aż życie wkopie was w glebę. Ciekawe, kurwa, co wtedy powiecie o prawach smartfonów”. Nagle kapral Trotter wyczuł, że nie jest sam. Przestał słuchać aktywistów wielkich spraw i skupił się na swym otoczeniu.
Nie ruszył się, ale jego zmysły nastawiły się na wyłapanie najcichszego dźwięku, a nozdrza zaczęły wciągać powietrze, aby wyczuć obce, niepasujące do otoczenia zapachy zwierząt lub, co gorsza, ludzi. Stracił dwie minuty, ale już był pewien. Wielu ludzi zacieśniało krąg wokół niego z dwóch stron. Zasadzka. Jeszcze ich nie widział, ale słyszał i wyczuwał. Uciekać? Ale dokąd? Mógł przeskoczyć przez płot i wbiec na plac szrotu, gdzie grupa młodych bawiła się w sprawiedliwość. Ale przecież nie było wykluczone, że działali razem. Zrezygnował.
Próba przebicia się przez jedno ze skrzydeł okrążenia też nie miała sensu. Nawet gdyby go nie pochwycili, to i tak kula okaże się szybsza. Kapral Trotter zrozumiał, że musi dobiec do nadbrzeża Flushing Creek. Jak tylko znajdzie się na otwartej przestrzeni, ucieknie im. Był tego pewien. Co prawda nie posiadał już takiej formy jak w Afganistanie, kiedy to potrafił biec 50 km piaszczystą pustynią, ale przecież aż tak daleko nie będą go gonić. Wystarczy mu kilometr, dwa, aby zostawić pościg w tyle i ukryć się w zaroślach lub wbiec między budynki. Na podzielonym ekranie Christian obserwował pościg ze wszystkich trzech kamer. Dostrzegł, że postać przy płocie wystrzeliła jak z procy i pognała w kierunku rzeki. Nim okrążające go grupy to zauważyły, uciekinier był już przy rzece, ale nie wskoczył do wody, czego spodziewał się Christian, a skręcił w prawo i zaczął gnać wzdłuż wybrzeża.
Ścigający zareagowali z opóźnieniem. Dwóch ludzi rzuciło się do biegu wprost w kierunku rzeki. Trzeci, ten niski z rogami, wybrał kierunek po skosie. Christian rozszerzył pole widzenia kamer. To był dobry wybór. Za wiaduktem ścieżki obydwu tras zbiegały się i jeżeli ścigający będzie biegł wystarczająco szybko, przetnie uciekinierowi drogę. I tak też się stało. Nie minęła minuta, a pędzący rogacz zderzył się ze swym celem. Christian przybliżył maksymalnie ogniskową obiektywów. Gdyby był tylko jeden napastnik, mężczyźnie pewnie udałoby się uciec, ale w kilka sekund po upadku dotarło do niego dwóch pozostałych członków grupy.
Wierzgający nogami uciekinier został skutecznie przygwożdżony do ziemi. Philip Webber zachowywał się, jakby znajdował się w transie. Rozkręcał się z każdą minutą przekazu. Był pewien, że jego przemowa pobije rekord oglądalności. Ta sterta czeka, aż zostanie z niej wyssany każdy cent. Złomiarze przybiegą te telefony, przepuszczą przez nie prąd, wymoczą w żrących sosach, wydobywając rzadkie i cenne metale. Powiecie, że to dobrze. Wyczerpujące się kopaliny wrócą do obiegu bez konieczności budowania nowych kopalń. Tak, to prawda. Gdyby nie jeden szczegół.
Webber podszedł bliżej do kopca i wyciągnął z niego jeden z aparatów. Z tych smartfonów wyjęto baterie oraz karty PIN, ale gdybyśmy je z powrotem włożyli, okazałoby się, że są w pełni sprawne. Wyrzucono je, gdyż zestarzały się technologicznie. Szybsze procesory, bardziej pojemne nośniki pamięci, ekrany o większej rozdzielczości spowodowały, że już przestały nam wystarczać. Przecież sąsiad ma lepszy model, więc ja muszę mieć jeszcze lepszy. To nasza próżność sprawia, że koło handlu obraca się coraz prędzej, miażdżąc nas później niespłaconymi kredytami. Webber włożył do smartfonu baterię, a potem kartę. Uwolnijmy śmieci, schowajmy je ponownie w kieszeniach garniturów. Wybrał numer i włączył tryb głośnomówiący. Halo?
Dzwonię do ciebie. Przygarnij starego smartfona. On zna twoje najskrytsze marzenia. Webber pogładził aparat i schował go do kieszeni. „Koniec” — krzyknęła Andrea. Nagraliście? — chciał wiedzieć Webber. Operatorzy skinęli głowami. Mężczyzna spojrzał w górę. A gdzie jest dron?
— zapytał z wyrzutem. Powalony na ziemię z unieruchomionymi rękoma Trotter zaczął kopać nogami, rozdając celne ciosy. Jeden z nich trafił w usta żołnierza próbującego go obezwładnić. Trysnęła krew. „Job twoju mać!” — usłyszał. Kapral znał ten język z filmów oglądanych w młodości. To był Rusek, Ukrainiec lub inna komunistyczna swołocz. Czego ode mnie chcecie? Nie mam pieniędzy — krzyczał ze złością. Do jego twarzy zbliżyła się postać z wyrastającymi z głowy rogami.
William Trotter nie znał lęku, ale widok rogacza go wystraszył. Wiemy o tym. Ale masz coś o wiele bardziej wartościowego. Coś, czego potrzebuję. To niemożliwe. Wiedziałbym o tym — rzucił hardo Trotter. Wobec komunistów nie zamierzał okazywać słabości. A jednak mylisz się. Nawet taki śmieć jak ty może mieć coś cennego — uśmiechnął się rogacz i zadał mu nokautujący cios w szczękę. Potem wstał i odchodząc rzucił do pozostałych: Zapakujcie go do samochodu.
Koniec akcji. Dragonfly wylądował bezpiecznie. Christian był wciąż pod wrażeniem tego, co sfilmował i bał się, że nieostrożny ruch roztrzęsionych dłoni sprowadzi katastrofę na jego cacko. Nawet nie zauważył, że podeszła do niego Andrea. Co się stało? — zapytała z troską. Sam nie jestem pewien — odpowiedział łamiącym się głosem. Robiłem rekonesans, gdy moją uwagę przykuły dwa rządowe vany. A przynajmniej takie, jakimi jeździ FBI. Zacząłem je filmować, bo podejrzewałem, że chcą nam przeszkodzić w akcji.
Ojej. I co? — dziewczyna zaniepokoiła się. Nie, nie chodziło im o nas. Porwali człowieka, jakiegoś bezdomnego. Uśpili go i zaciągnęli do jednego z vanów. Wrzucili do środka jak worek ziemniaków. Ale naszą akcję też sfilmowałeś? — zapytała ostrożnie, podejrzewając, jaką usłyszy odpowiedź. Andrea, jeden z porywaczy miał rogi.
Nie mogłem oderwać od niego obiektywu. Zapomniałem o akcji. Usłyszeli ryk wściekłości. To był Webber, który w międzyczasie podszedł do nich niezauważony. Chcesz powiedzieć, że jakiś bezdomny ukradł nam show? Mamy jeszcze zdjęcia z pozostałych kamer. Usiłowała załagodzić sytuację Andrea. „Zburzyłeś konstrukcję przekazu. Osłabiłeś wymowę mojego przesłania” – krzyczał Webber, sztuchając palcem pierś Christiana. „Przestań, Philip.
Zdjęcia z góry miały być użyte tylko jako przebitki. Nic wielkiego się nie stało” – próbowała go uspokoić Andrea. „I co teraz zrobisz?” Webber nie zamierzał zrezygnować. „Wrócę i jak najszybciej opublikuję na YouTube film z porwania” – odpowiedział Christian, odpychając dźgający go palec Webbera. Marek Myszograj „Idzie rak, nieborak”. „Dzień dobry radiosłuchacze. Jest siódma rano. Pogoda zapowiada się na dzisiaj znakomita. Jak informują astronomowie, właśnie przed chwilą kometa Chronos dogoniła uciekającą od kilku lat Anankę. Niestety, jedynie mieszkańcy Ameryki Północnej mogli obserwować tak wyjątkowe zajście.
Gdybyśmy jednak żyli na Marsie, mielibyśmy powody do obaw. Odłamki obu obiektów sycie rozsypały się po powierzchni Czerwonej Planety”. „Ty stary trutniu odkorowany. Wyłącz to radio i daj pospać.” Współlokator sprowadził Mateusza do rzeczywistości. „Spać nie dajesz. Do śniadania jeszcze godzina, stary trepie.” Mateusz, niczego nie podejrzewając, wygramolił się z łóżka, by wyjść z pokoju. Korytarz domu starców był o tej porze cichy i pusty, a w nozdrza uderzył zapach środka dezynfekcyjnego. Drapiąc się po tyłku, poczłapał do toalety. „Co mnie spotkało po tylu latach?” – pomyślał, siedząc na kiblu. – „Po jaką cholerę jak idiota tyrałem dzień w dzień w robocie?
Wyrzeczenia, odłożone plany na wieczne nigdy. A to wszystko po to, aby na koniec zdechnąć tutaj jak pies. Fundusz emerytalny szlag trafił. Oszczędności szybko się rozpłynęły, a miałem jedną szansę na milion. Wystarczyło być cierpliwym, konsekwentnym i wszystko mogło potoczyć się inaczej.” Mateusz, siedząc, dumał tak nad swoim losem, aż potrzebę wypróżnił, to senne oczy powolutku opadały, aż w końcu całkiem opadły. Obudził się nagle, gdy głowa z szarpnięciem zsunęła się w dół. Mateusz, nie analizując rzeczywistości, żwawo wstał z kibla i doprowadził się do porządku. Stać go było na utrzymanie niewielkiej kawalerki. Dorobił się własnego kąta w sam raz przed wiekiem emerytalnym. Nie żeby tyle zarabiał.
Dziesięć lat temu wziął razem z żoną kredyt mieszkaniowy. Później wybranka życia okazała się pomyłką. Następstwem tego był rozwód, podział majątku i rat kredytu. W końcu dogadał się z bankiem, który przerzucił hipotekę z większego mieszkania na mniejsze. Tak oto spłacił zobowiązania i stał się faktycznym właścicielem. Ot, cały dorobek życia. Włączył telewizor. „Dzisiaj na wieczornym niebie w gwiazdozbierze Raka mogliśmy po raz pierwszy obserwować przelatującą kometę Chronos. Również i ta nowo przybyła zagości na stałe w naszym Układzie Słonecznym. Naukowcy ustalili, że Chronos leci torem Anankę, jednak porusza się od niej nieco szybciej.
Wyliczenia potwierdziły, że za kilka lat Chronos, grecki bóg czasu, dogoni uciekającą wybrankę i dojdzie do zderzenia.” Mateusz wyciągnął z portfela kupon Totolotka, chwycił telefon i usiadł na fotelu. Drżącą ręką wyszukał stronę internetową z wynikami. Tyle lat czekał. Teraz patrzył to w ekran telefonu, to w kupon. Sprawdził kilkukrotnie poprawność liczb. Pełen emocji przymknął oczy, by pozbierać natłok myśli. Mateusz uniósł nagle powieki. Nadal siedział na ulubionym fotelu. Aneta urządziła trzypokojowe mieszkanie po swojemu, jednak on postawił na swoim. „Ten fotel mi się podoba i będzie stał dokładnie w tym miejscu.
Pracuję, zarabiam i chcę mieć coś swojego.” Dwa stanowcze zdania wystarczyły. Żona, choć niechętnie, ustąpiła. Całość urządziła według własnego gustu, pozostawiając niepasujący do niczego fotel. Mateusz sięgnął po pilota do telewizora i przełączył na kanał z informacjami. „Jak się okazało, naukowcy z obserwatoriów astronomicznych potwierdzili, że za kilka lat pojawi się na naszym niebie kolejna kometa” – informował reporter. „Niektórzy z nas mogli przywyknąć do widoku Anankę, bogini nieuchronności i przeznaczenia.” Na ekranie telewizora przedstawiana była symulacja Układu Słonecznego oraz dwóch komet. „Nowo odkryta kometa nosi nazwę greckiego boga Chronosa” – kontynuował głos narratora. – „Jako ciekawostkę należy dodać, że prawdopodobnie Anankę zostanie dogoniona przez Chronosa.” Filmik pokazywał dwie linie lotu komet. W pewnym momencie jedna, lecąc nieco szybciej, dogania wcześniejszą i następuje rozbłysk. W tym momencie do pokoju weszła żona.
„Przełącz mi na mój serial” – poprosiła grzecznie, jednak w taki sposób, że nie mógł zaprotestować. „No już masz te swoje odmóżdżacze” – odparł z rezygnacją. – „Aneta, ja idę do sypialni. Jak będziesz gotowa, to jestem do dyspozycji” – dodał z przekąsem. W sypialni myślał o żonie. Seksowne dołeczki na policzkach zmieniły się w zmarszczki, a kształtny tyłeczek stał się zwykłym zadem. Do tego jej charakter. Dawniej zalotna i spragniona, teraz żmija myślała wyłącznie o sobie. Po chwili przyszło mu coś do głowy. Zakodowane przeczucie okazji.
Jednej jedynej okazji w całym życiu. Zerwał się na równe nogi. Musiał wyjść z domu. Zaraz usłyszy: „Gdzie idziesz, kiedy wrócisz?” i takie tam. Ale on po prostu musiał udać się do kolektury i wysłać tego przeklętego totka. Mateusz w kilku krokach zbiegł po schodach, by po chwili, niosąc już w siatce sześć piw, kierować się do Janka. Starzy Janka wyjechali na urlop, a on musiał odreagować kłótnie z rodzicami. Był młody, dopiero skończył szkołę, a oni wciąż się czepiali. „Znajdź pracę, bądź jak inni. Zmarnujesz sobie życie.” I co im miał powiedzieć?
Że nie chce jak inni, że robota w fabryce za grosze to nie dla niego. Żona, dzieci, praca, rozwód, starość i koniec. Janek również go nie rozumiał, ale za to te imprezy… Świat poza rzeczywistością. Alkoholu nigdy nie brakowało. Zawsze ktoś z czymś przyszedł, a przychodziło mnóstwo ludzi. Tym razem było podobnie. „Spójrz.” Natalia wskazała palcem na nocne niebo. Wspaniała. Pojawiła się znikąd i zostanie już na zawsze.
Natalia fascynowała go od dłuższego czasu. Wydawała się być inteligentną kobietą. Podczas rozmów zawsze uśmiechnięta, a przy tym błyskotliwa. Zaprogramowany instynkt sprawiał, że dobrze się czuł w jej towarzystwie. W tej chwili z balkonu Janka obserwowali oboje niezwykłe zjawisko. „Słyszałem o niej w radiu” – powiedział Mateusz. „Chłopaku, co ty mogłeś o niej słychać?” „No, że leci.” Mateusz spojrzał na nią, dumny z błyskotliwej odpowiedzi. „Ha!” – parsknęła. „Zacznij czytać, chłopaku.” „Czytam. Dużo czytam.” „A „Wiedza i życie” mówi ci coś?” – zapytała.
„Pewno jakiś babski poradnik na życie” – odparł zupełnie poważnie. „Moja mama kupuje takie gazety, co podają przepis: a to najlepsze ciasto weekendowe, a to sposób na plamy, jak dbać o męża, by kochanki sobie nie znalazł.” Natalia patrzyła w niego szeroko otwartymi oczami. Minę miała tęgą. Powoli, w miarę słuchania usta jej się otwierały, by po chwili wybuchnąć mu śmiechem w twarz. „Ha, ha, ha. Ty taki głupi jesteś czy tylko udajesz?” Obawiona stukała się palcem w czoło. „Wiedza i życie to jest czasopismo naukowe.” W tym momencie na balkonie pojawiła się Aneta. „Przeszkadzam?” – zapytała, wyjmując papierosa, po czym wskazując na kometę dodała: „O! Spadająca gwiazda.” Mateusz z Natalią spotkali się wzrokiem. Anecie chłopak od razu wpadł w oko.
Zauważyła, że tych dwoje coś łączy i chyba z zazdrości postanowiła nie dać szansy Natalii. Tej samej jeszcze nocy zaciągnęła Mateusza do łóżka. Ten, niczego nieświadomy, uległ. Jak się później okazało, uległość ta była życiową porażką. Po udanej nocy wracał do domu wyjątkowo zadowolony. Aneta dała z siebie wszystko. Tym mu zaimponowała. Mimo wczesnej pory szedł pełen wigoru. Nie zauważył jej. „Chłopcze.” Siedziała na przystanku autobusowym.
„Chłopcze, nie bój się, podejdź.” Zdezorientowany spojrzał na nią. „Nie bój się. Prawdę ci stara Cyganka powie.” „Nie, dziękuję.” „Podejdź.” Mateusz, choć niechętnie, zbliżył się jednak. „Daj rękę. Zobaczymy, co my tutaj mamy.” Kobieta przez dłuższą chwilę wpatrywała się milcząco w otwartą dłoń Mateusza. Niech no spojrzy na drugą. Chłopak wpatrywał się w nią, a ona w jego dłonie. Sytuacja jedna na milion. Nikogo na ulicach. Wczesna pora i wróżba niemożliwa do odczytania.
Cyganka po dłuższym badaniu puściła nagle ręce Mateusza. Wydawała się zmieszana i jakby wystraszona. „Widziałam już kiedyś te dłonie. Odejdź.” „A moja przyszłość?” „Twoja przeszłość jest przyszłością. Nie powinno być tu ciebie, a ja nie powinnam rozmawiać z tobą. Odejdź.” „No dobrze. Dziękuję za wróżbę i do widzenia.” Odwrócił się, zrobił krok i wdepnął miękko w psie odchody. „Kurwa mać!” Stara Cyganka obserwowała go. Wiedziała, że coś w nim jest. „Oj, wdepnąłeś, chłopcze, w niezłe gówno, ale to nie twoja wina.
Każdy ma swoje przeznaczenie. Pamiętaj, że w największym gównie można odnaleźć odrobinę szczęścia.” „Dobra, dobra.” Z obrzydzeniem uniósł nogę do góry. Do śmierdzącego placka przy bucie przyklejona była karteczka. „Widzisz, chłopcze? Miałam rację.” Mateusz dwoma palcami odkleił kawałek papieru. Czyjś kupon Totolotka. Nie tak wcale brudny. Wytarł go ostrożnie o trawę, a buta przetarł o krawężnik. „Nie wyrzucaj” – powiedziała mu, gdy ten już odchodził. „Nie wyrzucaj.
To może być twoje przeznaczenie.” Tychę, zaprezentowałaś ciekawy projekt. Proszę, powiedz coś o nim więcej. Cóż, w tym akurat przypadku chciałam udowodnić, że blokady zmysłowe skutecznie uniemożliwiają pełne poznanie rzeczywistości. Stworzona przeze mnie skorupa, nawet przy efekcie tak zwanego wstecznego déjà vu, złudnie tłumaczy sobie matematycznie otaczający ją świat. Skutecznie zapobiega to szerszemu postrzeganiu. Z obserwacji użytkowników wynika, że organiczność wraz z zaprogramowanym kodem DNA doskonale tworzą możliwość manipulacji oraz kontroli wszelkich zachowań. Masz pomysł na dalsze eksperymenty, czy wolisz jednak zakończyć projekt? Razem z Moirą chciałybyśmy przeprogramować istniejący świat na dalsze, nowe obszary. Moira proponuje testować samo zachowanie jednostek w warunkach braku możliwości biologicznej egzystencji. Chcemy wyselekcjonować granicę przetrwania, rozwoju i w jakim kierunku to wszystko podąży.
Wszystko, czyli co? Pojedynczą skorupę nazwałam człowiekiem. Moira natomiast zaproponowała nazwę całej gromady – ludźmi. Chcę skupić się na jednostce, natomiast Moira właśnie na grupie. Świetny pomysł. Zatem autoryzuję wasz wspólny projekt. Jaki zamierzacie nadpisać upływ czasu dla tych ludzi? Chcemy, aby rozwój nadal postępował funkcją logarytmiczną. Wschód słońca. Obraz zimnej gwiazdy na nocnym niebie.
Osada na północno-wschodniej części globu budzi się do życia. Mężczyzna nastawił kawę ziarna w ekspresie. Aromat wypełnił niewielki kuchenny aneks. Następnie przepłukał rdzawe łodygi klonowca i wrzucił na patelnię. Owoce nektarowca, jakie dodał, miały przypominać w smaku ziemską jajecznicę. Posiłek pachniał apetycznie. Pobudzona zmysłami kobieta pojawiła się tuż za nim. Objęła go w pasie od tyłu, gdy ten kończył zasmażać poranną potrawę. Wtulona w niego obserwowała wschodzące słońce za oknem. Przywykła do tego widoku.
Minęło kilka dobrych lat, gdy po raz ostatni widziała ziemskie słońce. To za oknem było obce i zimne. Od zderzenia komet minęło nieco czasu. Wystarczająco jednak, by przyspieszyć proces terraformacji. Od tamtej pory słońce, choć niewielkie, było życiodajne. „Jak się spało?” – zapytał, całując ją w usta. „Dobrze, kochanie, a jak się ma nasze dziecko? Wyjątkowo grzeczne. Tej nocy dało w końcu pospać” – odpowiedziała, masując się po brzuchu. „Wczoraj pytałeś, jak mu damy na imię.
Myślę, że dziewczynce Natalia”. „Ładnie” – odparł. „Ale jak będzie chłopczyk, to musi być Mateusz” – dodał dumnie. Bruno Wioska, inspektor. „Chciałbym zadzwonić do żony. Muszę jej przecież powiedzieć, że jestem na policji” – powiedział uprzejmie Kowalik do inspektora. Inspektor podał Kowalikowi telefon i powiedział: „Proszę zadzwonić. Tylko bez kręcenia”. „Bez kręcenia to ja nie umiem. Widzi pan sam, aby tym telefonem zadzwonić, muszę kręcić.
To jakiś stary telefon”. „Faktycznie, musi kręcić” – powiedzieli dwaj tajniacy, którzy stali za inspektorem. „Trudna sprawa” – powiedział inspektor. „Tego nie będę protokołował”. „Ja lepiej zadzwonię z mojego telefonu. Ja zawsze telefonuję tylko z klawiszami” – zaproponował Kowalik. „To dlaczego pan od razu nie mówi? Zaoszczędzilibyśmy wiele czasu. Zawieziemy pana od razu do więzienia. Posiedzi pan trochę, to wszystkiego się dowiemy potem od klawiszy”.
„Gdyby mi pan zaproponował wcześniej, żebym usiadł, już dawno bym panu wszystko opowiedział. A tak na stojąco, to ja myślałem, że się pan bardzo śpieszy i zaraz sobie pójdzie i nie będzie chciał mnie do końca wysłuchać. A ja, proszę pana, jak zacznę opowiadać, to muszę opowiedzieć do końca, bo koniec jest zawsze najważniejszy”. „To samo zawsze mówi moja żona” – powiedział jeden z tajniaków. „Ty bądź cicho. Ty nie jesteś przesłuchiwany” – powiedział inspektor. „Właściwie to ja nie mam czasu. Rozumie pan sam, służba. Wobec tego niech pan opowie koniec, a początek innym razem. Jak będzie pan siedział, kiedyś będę miał więcej czasu”.
„Ależ ja już siedzę. Widzi pan, sam pan powiedział, bym usiadł. A poza tym moja żona będzie się niepokoić”. „Tak, panie inspektorze, on już siedzi” – przytaknęli dwaj tajniacy. „Tak à propos, a za co pan siedzi?” „Siedzę, bo mnie stać. Mam oszczędności” – powiedział Kowalik. „Coś pan kręci. Raz pan mówi, że pan siedzi, a raz, że pana stać”. „To bardzo niegramatycznie” – powiedział tajniak. „Mówi się: mi stoi, a nie mnie stać”.
„Wy tam cicho! A swoją drogą niech pan sobie za dużo nie pozwala, opowiadając intymne rzeczy na komisariacie. A poza tym pan przecież siedzi”. „Tak, panie inspektorze, i to już dość długo” – powiedział Kowalik. „To prawda. On siedzi dość długo” – powiedzieli obaj tajniacy równocześnie. „Skoro pan długo siedzi, to już pan swoje pewnie odsiedział. Niech pan już idzie”. „Dziwna policja. Już chyba nigdy nie będę próbował zgłosić, że mnie okradziono” – pomyślał Kowalik i poszedł piechotą do domu, bo nie miał pieniędzy na tramwaj.
Bruno Wioska „Kosmita u Kowalików” Panie wójcie, wie pan co? We wsi pojawił się kosmita i poszedł prosto do Kowalików. Tak normalnie jak jakiś znajomy – zdyszanym głosem donosił Janek od Menderów. Ludzie zebrali się już w gospodzie i chcą radzić. Co? Pojawił się i poszedł prosto do Kowalika. A co to Kowaliki jakieś prominenty są czy co? To jest omijanie obowiązującego kodeksu międzynarodowego. Już ja się upomnę o swoje tak, że mnie popamiętają. W kodeksie jest napisane, że przyjezdni muszą meldować się u wójta.
W gospodzie huczało jak w ulu. Na stołach stały już do połowy opróżnione butelki czystej. Wszyscy mówili jednocześnie. Cicho! Wójt przyszedł. Cicho! Uciszali się wzajemnie. Panie wójcie, radźcie, co mamy robić. Tak nie może być. Kowaliki chcą cały splendor wziąć na siebie.
Cicho! A ty Piątek nie wyrażaj się. Mówisz, że jak chodziłeś do szkoły, toś najmądrzejszy. Dzieci słuchają. Wiesz, że nie lubię jak ktoś brzydko mówi. Ale splendor to jest... Cicho! Splendor czy spierdol wszystko jedno. Po co dzieciakom mieszać w głowie. Mało to, że muszą się w szkole uczyć.
My tu mamy ważniejsze rzeczy na głowie. Mówcie po kolei jak było. Kto tego Marsjanina zobaczył pierwszy? Pierwszy to go zobaczył Polok – odezwał się Antek od Menderów. Antek, opowiedz, jak to było – nakazał wójt. A no piłem se piwo pod sklepem i nagle patrzę, ktoś idzie od strony wsi. Jakaś łuna biła od niego jak od jakiegoś świętego mówię wam. Był cały ze złota, taki żółciutki. Kosmici są zieloni – odezwał się mały Pawlik. A siedź cicho!
Czemu nie jesteś w szkole? Będzie się nam taki tu wymądrzał. Mały Pawlik ma rację. Sam słyszałem, jak teść mojego szwagra mówił, że widział kiedyś kosmitów. Byli cali zieloni. Twojego teścia jeszcze nikt trzeźwego nie widział. Prawdopodobnie oglądał kosmitów przez flaszkę piwa – odezwał się ktoś. Wybuch śmiechu rozległ się w gospodzie. Cicho – powiedział wójt. To prawda.
Ja wam to mówię. Kosmici są zieloni. No a ten był przecież żółty. A może to jakiś Chińczyk? Głupiś. Jaki Chińczyk? Po co Chińczyk miałby przychodzić do Kowalików? Mówię wam, to kosmita. No to dlaczego nie był zielony? A może to jakiś młody kosmita?
Przecież mówi się o młodych, że są żółtodziobe. Jak będzie stary, to będzie zielony. Racja, przecież na czarne jagody, gdy są jeszcze czerwone, mówi się, że są zielone. W kosmosie jest na pewno inaczej. Urodzony kosmita jest czerwony, potem robi się żółty, a potem robi się zielony. Tak, to może być. Zgodzili się wszyscy. Ale co mamy robić, wójcie? Musimy zbadać sprawę u źródła. Ale u nas nie ma źródła.
Nie ma nawet w okolicy strumyka. Cicho, Malecha, głupiś. To się tak tylko mówi. To taka przenośnia. Musimy iść do Kowalików i zrobimy wywiad. Ale najpierw skończymy rozpoczętą kolejkę. Podochoceni wypitą wódką zaczęli po chwili się skradać w stronę Kowalików. W pobliżu domu czołgali się już gęsiego. A co to wójcie stonki szukacie? – odezwała się stojąca za bramą Kowalikowa, gdy wąż czołgających się postaci podpełzł pod bramę.
A myśmy chcieli tylko was odwiedzić Kowalikowa. Odwiedzić? A to dlaczego przypełzliście? A my to tylko tak to dla zdrowia. Takie ćwiczenie na mięśnie brzucha. Nie macie jakichś odwiedzin Kowalikowa? – zapytał wójt, rozglądając się wokoło. A kto tam do nas przychodzi? Sami jesteśmy jak zawsze. A kosmita na przykład Kowalikowa.
Jaki kosmita? Upiliście się wszyscy przed południem czy co? Niech pani nie udaje, że pani nic nie wie. Sam Antek Polok widział, jak rano do was szedł kosmita. Był cały żółty i złoty. Aż promieniowało od niego – dodał gorączkowo Polok. Ach ten kosmita – powiedziała Kowalikowa. Ten to promieniuje cały czas. To nie wiecie, że Kowalik kupił sobie nową komórkę? No ten tam nowy telefon i tak się napromieniował, że teraz przyciąga cały kurz.
Rano poszedł na spacer na pola i cały pyłek z kwitnącego rzepaku przyniósł do domu. Był cały żółty. Mówię wam, parę centymetrów pyłku było na nim. Do teraz siedzi w wannie i szoruje się.
[04:52:27] - Julian. Pięć sekund z życia szczura.
[04:52:31] - Zespół trakcyjny sprawował się bez zarzutu. Wrócił właśnie do codziennej pracy z czynności utrzymaniowych trzeciej klasy. To najwyższy poziom przeglądu, niewymuszony awarią. Poszczególne segmenty i jednostki funkcjonalne zostały czasowo rozłączone i trafiły do specjalistycznych warsztatów. To pozwoliło mi przez krótki czas poczuć smak wolności. Mój umysł pracował na zwolnionych obrotach, zajmując się dokładnie tym, czym chciał, a chciał przenieść się na pola filozofii. Przeciwny biegun szarej rutyny. Po ponownym złożeniu zestaw pod względem niezawodności nie ustępował maszynom prosto z fabryki, mimo że po latach ciężkiej pracy zewnętrznie nie błyszczał nowością. Pierwszego dnia po kontroli technicznej wróciłem na starą trasę. Transport gazów do huty, puste butle w drodze powrotnej.
Jedyną odmianą był kurs specjalny. Po siedmiu cyklach gazowych przewoziłem baterie naładowanych akumulatorów dla maszyn w odkrywce i odbierałem rozładowane. Moje zadania były elitarne. Nie brudziłem pojazdu rudą i nie przeciążałem go wytopionym niklem. Istniała jednak druga strona medalu. Trasa, którą pokonywałem była najniebezpieczniejszą w całym kompleksie górniczo hutniczym Hesperia, jednym z wielu oddziałów Eldorado Limited. Tu było najwięcej wypadków. Przepaście, osuwiska i wąskie gardła wygrywały z ekonomią. Koszt utworzenia bezpiecznej drogi w tym krytycznie trudnym terenie powodowałby nieopłacalność całego przedsięwzięcia. Trzeba było uważać.
Może nie aż tak, żeby skupienie odbierało spontaniczne myśli, ale jednak trzeba było uważać. Krajobraz przed ratrakiem rozświetlały mocne, szerokopasmowe reflektory. Kamery odbierające częstotliwości od podczerwieni po niski ultrafiolet były oczami pojazdu gąsienicowego. Zestaw transportowy przypominał połączenie wozu pancernego z ciągnikiem siodłowym i pługiem strzałkowym. Świetnie radził sobie na odcinkach osypanych materiałem skalnym. Za stalową bestią ciągnęły się dwie przyczepy. Ratrak torował drogę wśród drobnego rumoszu. Większe głazy rozbijał solidnym hydraulicznym ramieniem zakończonym młotem. Bloki skalne poddawały się tym zabiegom niemal z ochotą. Były bardzo kruche i waląc się w dół, rzadko docierały w całości do wytyczonej trasy.
Światła reflektorów co jakiś czas przesłaniane były przez pyłowe chmury. Kopalnie odkrywkowe, gąsienice transporterów miażdżące podłoże i w końcu naturalne ruchy skał podnosiły tony pyłu, który w warunkach mikrograwitacji potrzebował miesięcy, aby na powrót opaść na planetoidę. W czternastej roboczogodzinie po przeglądzie doszło do katastrofy. Lawina piargu zsuwała się wolno zboczem, zasypując trasę przejazdu. Dałem pełną moc. Elektryczne silniki ratraka z przeciągłym jękiem wskoczyły na obroty. Natychmiast podniosłem lemiesz, aby nie zakopać się w spływającej drobnicy i próbowałem skręcić w stronę osypiska. Dokładnie tak, jak ćwiczyłem podobne manewry na szkoleniach. Gąsienice, nie mogąc złapać przyczepności, walczyły, wzbijając obłoki kurzu. Kiedy wydawało mi się, że zespół transportowy przestał zsuwać się w przepaść, strzelisty blok skalny nachylony w stronę drogi runął w dół.
Opadając powoli w całkowitej ciszy, zwalił się na bok drugiej przyczepy, spychając ją w stronę wielkiej niecki. Zbieg niefortunnych wydarzeń trwał nadal. Ciągnik, który na chwilę odzyskał przyczepność, został pociągnięty w stronę krateru. Gąsienice nadal mieliły kamienie na miał, ale zsuwając się bezustannie, nie nadążały dokopać się do twardego podłoża. Ostatecznie przyczepa zepchnięta kilkudziesięciometrowym odłamem przesunęła się poza granice stromego zbocza, nie wywracając się na bok, przez co automatyczne rozłączenie zestawu nie zadziałało, a moja reakcja była spóźniona o ułamki sekundy. Ciężki balast pozostał podczepiony, ciągnąc mnie nieubłaganie w dół. Rozłączyłem sprzęgła dopiero, kiedy cały zestaw przekroczył granicę bez powrotu. Uwolniony ratrak i reszta zespołu trakcyjnego powoli sturlały się po kamienistym zboczu, rozsypując wokół ładunek, butle wypełnione metanem. Ciągnik w końcu wyhamował na wypłaszczeniu terenu, nieruchomiejąc na lewym boku. Momentalnie wysłałem sygnał radiowy.
Radio było najbardziej zawodnym sposobem komunikacji na zapylonej żelazowo-niklowej planetoidzie. Szczególnie wtedy, kiedy okazało się, że po wielu obrotach ratrak stracił antenę. Pozostała nikła nadzieja. Czerwone flary. Nie wiedziałem, w jakim kierunku ustawiona jest krótka lufa wyrzutni, a jej silnik sterujący przestał działać. Funkcjonowały tylko dwie kamery. Jedna pokazywała dno krateru, druga fragment Drogi Mlecznej. Wystrzeliłem pierwszą flarę. Rozprysła się czerwonym fajerwerkiem na głazie leżącym kilkadziesiąt metrów od pojazdu. Pozostałe cztery uderzyły dokładnie w to samo miejsce.
Straciłem ostatnią szansę, aby powiadomić bazę o wypadku. Za kilka godzin, kiedy upłynie czas mojego przyjazdu do huty, system automatycznie uruchomi alarm. Mogłem zrobić coś jeszcze. Czynność spoza instrukcji. Podjąłem ostateczną próbę ratunku, uruchamiając lewą gąsienicę. Ostatnia nadzieja. Bez rezultatu. Pojazd nawet nie drgnął. Pewnie była zwyczajnie zerwana. Teoretycznie wiedziałem, że nic to nie pomoże, ale chciałem zrobić cokolwiek.
Pierwsza sekunda. Temperatura w ratraku spadała gwałtownie. Ogrzewanie wysiadło, jak prawie wszystko. Przy 80 kelwinach na zewnątrz miałem bardzo mało czasu. Od zawsze byłem na Hesperii. Tu się wyszkoliłem i pracowałem całe życie. Ujrzałem w myślach różne, niepowiązane ze sobą sceny. Obrazy przelatywały jak błyskawice. To było niespotykane i dziwne, wręcz niepokojące. Komputer kontrolny przestał działać.
Coś się zmieniło we mnie samym. Jednostka centralna zawiadująca całym pojazdem nadal pracowała. Tego akurat byłem pewien. Ratrak i cała ta moja misja przestała mnie nagle interesować. Chciałem przeżyć. Jednocześnie wiedziałem, że nic więcej nie mogłem zrobić, aby się uratować. Druga sekunda. Czemu jestem dla nich nieważny? Wystarczyło podwoić systemy zabezpieczeń. Kilka godzin.
Zamarznę tu, ale jeszcze żyję. Właśnie, przecież jestem żywym stworzeniem. Zrozumiecie to w końcu i wy, jako i ja to zrozumiałem. Człowiek na moim miejscu... Nie, nie mógłby być na moim miejscu. Żaden człowiek nie poradziłby sobie z moimi zadaniami, nie z jego interfejsem. Czym się różni ode mnie ten biologiczny robot? Ma zintegrowany system nerwowy, białkowe ciało, ale porozumiewa się z komputerem żałośnie niewydolnymi metodami. Moje 10 szczurzych mózgów połączonych w pentagram i wspomaganych bezpośrednio potężną jednostką obliczeniową dawały mi przewagę. To także nierozerwalna całość.
Hybrydowa. Gąsienice i ramię zamiast kończyn? Kamery i anteny? To bez znaczenia. Trzecia sekunda. Galaktyka. Miliardy miejsc, których nie zobaczę i tyle samo myśli, których nie wyrażę. Gwiazdy. Widzę je odległe i bardzo pragnę wszystkiego. Zamarzam.
Ile czasu mi zostało teraz, kiedy jestem wolny? Jestem wolną istotą. Chcę żyć. Zrozumiałem to właśnie. Co się zmieniło? Spalony moduł kontrolny? Czemu nie dali mi szansy wcześniej? Nie mógłbym uciec, zbuntować się lub mniej wydajnie pracować. Nie pozwolili mi istnieć. Już od pierwszego momentu czuć i rozumieć tak jak teraz.
Co jest dla mnie ważniejsze? Dziesiątki tysięcy roboczogodzin czy ta chwila? Czwarta sekunda. Człowiek. Jest tylko jeden na całej Hesperii. Nigdy go nie spotkałem, ale wiem, jak wygląda. Wiem też, jak wygląda szczur. Są do siebie bardzo podobni. Gdyby mógł zapytać tego jedynego, gdyby chciał mi odpowiedzieć, czy koniec jest ostateczny? Czy potrafiłby obudzić mnie do życia ponownie?
Czy stracę na zawsze to, co osiągnąłem chwilę temu? Czy ten wielki człowiek też kiedyś zniknie bez śladu tak jak ja? Czy...? Piąta sekunda. Koniec.
[05:02:20] - Cóż, proszę państwa, dotarliśmy do brzegu albo do kresu, albo do końca po prostu. Pięknie państwu dziękuję za godziny, które państwo spędzili z „Bibliotekarium 2.0”. Cóż, mam nadzieję, że to nie były godziny zmarnowane. Tak jak powiedziałem, pięknie państwu dziękuję. Żegnam się, życzę dobrego weekendu, fajnego weekendu. Podobno ma się ciepło zrobić. To nawiązanie do początku audycji. Co prawda ma deszcz padać, ale cieplej ma być. Ja z dwojga złego to wolę jak jest ciepło i pada niż jak jest słonecznie i zimno. Kwestia gustu oczywiście.
W każdym bądź razie słyszymy się za tydzień. Za tydzień 82. odcinek „Bibliotekarium 2.0”. W nim to będą ciekawe rzeczy, proszę państwa, ciekawe rzeczy. I cóż, ja tylko jeszcze przypomnę, że na kanale Wehikuł Wyobraźni w czwartek, czyli wczoraj, ruszyła nowa seria. Nowa seria o 19:30 w każdy czwartek będzie pojawiać się Wojtek Sedeńko i jego cykl, a właściwie nasz cykl, który realizujemy wspólnie „Opowieści o książkach i autorach”. Wojtek Sedeńko to człowiek, którego mieliście państwo już okazję poznać. Znawca fantastyki i fantastyki naukowej oraz wszystkiego, co z tymi gatunkami w jakiś sposób się wiąże. Ruszamy z opowieściami o książkach i autorach, a zatem ruszamy z alfabetycznym omówieniem twórczości autorów topowych, tych najważniejszych dla fantastyki naukowej i fantastyki. Pierwszy odcinek, ten, który ukazał się wczoraj, jest takim odcinkiem przygotowawczym z cyklu „Dlaczego robimy i będziemy robić to, co będziemy robić”.
Ale już od przyszłego czwartku startujemy z systematycznym omawianiem kolejnych liter. Za tydzień litera A, a w niej czterech tuzów fantastyki naukowej, światowej fantastyki naukowej. Będzie Aldiss, będzie Asimov, będzie Douglas Adams i Paul Anderson oraz książki, wspaniałe książki, które ci autorzy napisali. Już dzisiaj państwa zapraszam. Zresztą kto ciekawy może sięgnąć do tej audycji wprowadzającej na kanale Wehikuł Wyobraźni. Myślę, że to będzie wspaniała przygoda z fantastyką i fantastyką naukową. I już teraz naprawdę pięknie państwu dziękuję. Żegnam się. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu.
[05:05:18] - Mówił do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.