[00:03] - Audycja z cyklu Debaty Ufologiczne. No dzisiejsza audycja, proszę państwa, będzie bardzo wyjątkowa. Jesteśmy świeżo po sobocie. Ci, co słuchali "Mówią świadkowie", wiedzą, dlaczego tamta audycja była bardzo szczególna. Nie tylko ze względu na frekwencję podczas audycji, ale również ze względu na wagę i ciężar relacji, które zostały tam wtedy zaprezentowane. I ze względu na to, co w tym momencie pokazuje licznik odtworzeń już po premierze. Słuchajcie, 19 300 odtworzeń. To się jeszcze chyba nie zdarzyło w historii Radia Paranormalium, żeby w mniej niż dwie doby po premierze licznik pod audycją tyle akurat pokazywał. Dziękujemy bardzo, że jesteście z nami. Dziękujemy oczywiście świadkom, słuchaczom, którzy zdobywają się na ten akt wielkiej odwagi i postanawiają podzielić się ze światem swoją niezwykłą historią. Niezwykłą to nieraz bardzo mało powiedziane. Dzięki, że jesteście z nami. Dzięki, że jesteście z nami również dziś, podczas tej szczególnej debaty ufologicznej, którą organizujemy dosłownie dzień po 65. rocznicy polskiego Roswell. A przynajmniej tak w niektórych publikacjach to zdarzenie jest opisywane. Katastrofa UFO w Gdyni w 1959 roku. Czy bliżej temu do faktu, czy do legendy miejskiej? Czym tak naprawdę był obiekt, który wpadł do basenu portowego? Co z rzekomym rozbitkiem, którego znaleziono na gdyńskiej plaży? Czy kiedykolwiek poznamy całą prawdę na temat tamtego wydarzenia? Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami prowadzący rozmowę Piotr Cielebiaś z "Nieznanego Świata" i kanału UFO Historie na YouTube. Jest z nami także Arkadiusz Kocik z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej. Z lekkim poślizgiem zamelduje się na Google Meet Marek Żelkowski, autor audycji Bibliotekarium 2.0. Piotrze, oddaję ci głos.
[02:15] - Dziękuję. Witam wszystkich w kolejnej debacie ufologicznej poświęconej, jak powiedział Ivellios, katastrofie UFO w Gdyni, której okrągła 65. rocznica minęła wczoraj. Co my wiemy o tym przypadku? Czy w ogóle wiemy coś pewnego? Czy uzasadnione jest nazywanie tej katastrofy polskim Roswell? A może to wszystko jest kreacja dziennikarsko-literacka albo zasłona dymna skrywająca coś znacznie bardziej tajemniczego? I takich głosów nie brak, że to, co znamy jako katastrofa UFO w Gdyni, jest tylko wersją oficjalną. Tej wersji nieoficjalnej, prawdziwej nie poznamy chyba nigdy. Istnieje też kilka wersji tego zdarzenia, które krążą w literaturze, w internecie. One kładą nacisk na konkretne partie tego wydarzenia. Jedni twierdzą, że ten obiekt przejęty i pasażer znaleziony na plaży wyjechali do ZSRR, oczywiście pod przymusem. Inni mówią albo utrzymują, że ta istota może nadal być przechowywana gdzieś w Polsce. Nie wiemy tylko, w jakim stanie. O tym sobie dzisiaj opowiemy w tym jakże zacnym gronie. Dodam tylko, że krótki odcinek opisujący, co się wydarzyło 65 lat temu w Gdyni, znajdziecie na kanale UFO Historie. Przypomnę, że zdarzyło się wszystko o 5.00-6.00 rano 21 stycznia 1959 roku. Wtedy to do basenu portowego w towarzystwie bardzo intensywnego dźwięku wpadł różowawo-czerwony obiekt, który ciągnął za sobą krótką smugę, krótki ogon. Zgłosił to na milicji jeden ze świadków, a prasa, a konkretnie „Wieczór Wybrzeża”, zajęła się tą sprawą bodajże dopiero 24 stycznia. Co ciekawe, nim się pojawiła relacja o upadku obiektu do basenu portowego, państwo Płączkier -- to jest nazwisko, które zawsze prawie się pojawia, kiedy mowa o katastrofie UFO w Gdyni -- zgłosili obserwację jakiegoś dziwnego latającego obiektu pomarańczowego dokonaną rankiem 23 stycznia. Stąd się później pojawił wniosek, że UFO, które spadło do basenu portowego, było poszukiwane przez inny obiekt. O tym możemy często przeczytać. Natomiast rzeczywiście wydaje się, że w tamtym czasie nad Trójmiastem doszło do co najmniej dwóch obserwacji, przy czym wydaje się, świadczą o tym dość enigmatyczne wzmianki w „Wieczorze Wybrzeża”, że dotyczyły tego obiektu, który spadł do basenu portowego. Kolejna rzecz. Niedługo po publikacji relacji świadków „Wieczór Wybrzeża” podejmuje wspólną akcję z nurkami ochotnikami. Wydobyty zostaje zerodowany fragment żelaza, ale wiele wskazuje, że to jest po prostu złom, który tam bardzo długo leżał na dnie. Oficjalnie wiadomo, że wydobyto jeszcze jeden obiekt pokryty świeżą zgorzeliną, fragment metalu, bardzo duży, ale czym był? Nie wiadomo. Nie wiadomo, czy on odpowiadał za tą obserwację, za ten dźwięk. Jest też trzecia relacja mówiąca, że wydobyto z dna pojemnik przypominający beczkę wypełnioną ciężką substancją, który miał potem zostać skonfiskowany przez służby. Arku, na tym etapie nam się historia nieco rozmywa, bo mamy taką sytuację. Tak wynika z ustaleń opartych o prasę, że dziennikarze z nurkami po prostu łowią sobie w poszukiwaniu latającego talerza. To jest końcówka lat 50. Nikt się tym nie interesuje dziwnym trafem, ale są też takie wersje mówiące, że już nazajutrz w tym basenie portowym poławiali i poszukiwali czegoś przedstawiciele wojska.Ja ci to pytanie już chyba zadałem u siebie na kanale, ale zdarzenie z Gdyni. Polskie Roswell, Arku, czy legenda miejska? Która nazwa bardziej ci tu pasuje?
[06:32] - Ja generalnie nie lubię takich porównań, że polskie Roswell czy coś takiego. Dla mnie każdy taki incydent, takie zdarzenie jest samo w sobie niepowtarzalne. Tutaj bardziej by pasowało polskie Shack Harbor, bo coś takiego miało miejsce po drugiej stronie Atlantyku, gdzie do oceanu wpadł obiekt i tam było duże podobieństwo, tylko że tam wydobywała się piana czy coś takiego. Natomiast tutaj mamy do czynienia z naprawdę czymś dosyć ciekawym. Musimy też narysować chyba troszeczkę tło historyczne, bo to jest 1959 rok i taki kluczowy zamordyzm, jaki panował, to się u nas skończył tak naprawdę około roku 1956. Później była taka troszeczkę odwilż, ale służby w dalszym ciągu penetrowały wszystkie środowiska. A wiem to stąd, że z niektórych jezior tutaj w Warmii zaczęto wyciągać obiekty, które zatonęły, typu czołg, coś takiego i samochody, motocykle się odnajdywało, czasami nawet samoloty jakieś. Z tym że od razu pojawiało się, to trzeba było zgłosić oczywiście, cała była procedura zgłoszeń na milicję i tak dalej. Wszystko odbywało się pod nadzorem smutnych panów w garniturach. I tak jak tutaj wyciągano z Jeziora Bęskiego na przykład, dopóki nie wyciągnięto mercedesa kabrioleta, to wszystko było dobrze. Można było te ciężarówki na potrzeby PGR-u wysłać. Natomiast po wyciągnięciu akurat tego momentalnie służby się znalazły i ten pojazd skonfiskowano. Podobnie zapewne działo się wówczas w Gdyni. Od samego początku, jak tylko było zgłoszenie na milicję, z całą pewnością było od razu SB powiadomione i monitorowały to, co się tam zdarzyło. I teraz tak, właśnie o to chodzi, co się tam zdarzyło? Bo to tak wygląda, jakby z faktu zrobiono niemalże legendę miejską. A to chyba dosyć często się zdarza, jeżeli dziennikarze piszą artykuły w oparciu napisane gdzie indziej artykuły i stąd się to być może rozniosło. Dlatego wydaje mi się, że jedynym takim prawdziwym nośnikiem informacji jest „Wieczór Wybrzeża” bodajże dlatego, że oni się w tym bardzo mocno zaangażowali i to robili. Trzeba by było przypomnieć, że meteoryt, gdyby był metrowej wielkości, kostka powiedzmy, ważyłby bez mała osiem ton, więc taki łatwy do wyciągnięcia by nie był. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że meteory spadają na Ziemię z prędkością od 10 kilometrów na sekundę do 70 kilometrów na sekundę, to powoduje ich rozpad w atmosferze, spalanie się i tak dalej. Ale gdyby taki dotarł właśnie do basenu portowego i z taką prędkością uderzył, to zapewne odczuliby to uderzenie chyba wszyscy w Gdyni. Także raczej wydaje się, że jest to zdarzenie jak najbardziej autentyczne, owiane nutką legendy miejskiej.
[10:33] - W tak zwanym międzyczasie dołączył do nas Marek Żelkowski. Witaj Marku.
[10:37] - Dzień dobry, wieczór wszystkim. Dzień dobry, wieczór współuczestnikom audycji. No i przede wszystkim dzień dobry, wieczór słuchaczom.
[10:47] - Rozmawiamy o katastrofie UFO w Gdyni. Już na samym początku się pojawiają problemy w zasadzie. Mamy fajną historię, Marku. Mamy bardzo fajną historię, każdy, kto się z nią zapoznaje. Ja pamiętam w ogóle, kiedy po raz pierwszy czytałem jako dziecko o tym wydarzeniu, byłem zaskoczony, że takie coś się wydarzyło w Polsce. I ta historia jest fajna. Tylko że im bardziej w nią wchodzimy, im głębiej się przyglądamy faktom, to jest gorzej. Słuchaj, katastrofa UFO w Gdyni twoim zdaniem polskie Roswell czy legenda miejska? Jak byś to określił ze swojej perspektywy?
[11:26] - Ja po raz pierwszy tę historię przeczytałem u Lucjana Znicza i to bodajże jeszcze w „Faktach” w tej rubryce Klub Kontaktów Kosmicznych. I cóż, wtedy to mnie zafascynowało. Wow, jak mi się to wtedy spodobało! Ta historia po prostu jest w tamtym wydaniu, no i w kilku późniejszych niesamowita. Po prostu aż chce się w to wierzyć. Natomiast jak człowiek zanalizuje całą tę opowieść, to dochodzi do wniosku, że ona dalej pozostaje atrakcyjna, ale coraz mniej chce się w to wierzyć. W sensie, że to jest jakaś ingerencja UFO, że tam się wydarzyła rzecz, takie polskie Roswell właśnie. Raczej człowiek zaczyna żeglować w kierunku legendy miejskiej albo innych oddziaływań
[12:27] - Pewnie o nich jeszcze dzisiaj powiemy. Tych możliwości jest troszkę. Natomiast można podejrzewać, czy to polskie wojsko, czy Rosjan i tak dalej. Pewnie jeszcze dzisiaj te wątki się pojawią. Natomiast odpowiadając krótko, to moim zdaniem to żegluje w kierunku legendy miejskiej. Bardzo mi jest przykro z tego powodu, bo wiem, że wielu słuchaczy poczuje taką nutkę rozczarowania. Przecież ja mogę nie mieć racji, to też trzeba uwzględnić, ale sam taką nutkę odczuwam, bo ta historia gdzieś tam we mnie siedzi. Pamiętam, jak ją czytałem i pamiętam, jak ją przeżywałem, jakich wypieków dostawałem. Wow! Coś takiego w Polsce na wybrzeżu. Niesamowite. Z czasem dochodzę do wniosku, że chyba aż tak niesamowite to, to nie było.
[13:27] - Ja dochodzę z kolei do takiego wniosku, że mamy historię, która sobie funkcjonuje. Być może historię, która została specjalnie stworzona do tego, żeby funkcjonować, mającą przykrywać coś, co się naprawdę wydarzyło. Czy to się wydarzyło w porcie, czy to się wydarzyło gdzieś w okolicach? Tego nie wiem. Natomiast wiecie panowie, sama historia jest taka, że „Wieczór Wybrzeża” pisze wprost: „Szukamy nurków, ochotników do tego, żeby wspólnie z kapitanatem zobaczyć, co to jest”. Nie interesuje się tym formalnie nikt. Pytają się Krzysztofa Borunia, który jeździ z prelekcjami po Pomorzu, co to mogło być. On mówi: „Nie wiem. Może to kawałek satelity”. To, że się nikt tym nie interesuje, jest bardzo podejrzane i kieruje nas w stronę wniosku, że może było tak, że tam rzeczywiście coś spadło, coś zestrzelono i ta historia z tym ludkiem na plaży może wcale nie jest jakaś wyssana z palca albo przynajmniej nie tak bardzo fantastyczna. Nie da się natomiast ukryć, że ta katastrofa gdyńska rzeczywiście ma taką grubą warstwę legendarno-mityczną. Może nigdy nie dowiemy się, co się tam naprawdę wydarzyło, ale wydaje mi się, że warto to zgłębiać. Tylko że my nie mamy się już na czym opierać. Ja tylko dodam, że to nie była jedyna katastrofa domniemanego UFO w Polsce w roku 1959. Było też zdarzenie pod Plutyczami na Podlasiu, o którym opowiadam w UFO historiach. Może nie tak bardzo spektakularne, na pewno zapomniane. Koniec końców mamy tutaj przecież sprawę tego rozbitka. Dodajmy jeszcze jedną rzecz. Przecież rok 1958, 1957 to były czasy, kiedy w Polsce dochodziło do bardzo spektakularnych obserwacji UFO. Mniej więcej takich bardzo podobnych do tego, co opisywali ci państwo Płączkier. Tutaj jest strasznie dużo niewiadomych w tym wszystkim. Czy to, co tam spadło, mogło mieć pochodzenie radzieckie? Czy to, co tam spadło, wynikało z jakichś tajnych testów nad Polską? Co mnie natomiast, panowie, dziwi, bo dowiadujemy się od tych naocznych obserwatorów, że kształt obiektu był beczkowaty. Miał on wysokość około metra, ale w prasie, w „Wieczorze Wybrzeża” to UFO, które wpadło, nie jest nazywane UFO, tylko określa się je jako latający talerz. Jest też bardzo interesująca wzmianka. Otóż tam się pisze o tych relacjach naocznych świadków. Tam się pojawiają cały czas te same nazwiska. Stanisław Kołodziejski między innymi. Tak zapamiętałem dobrze Stanisław Kołodziejski, bo to był jeden z moich wykładowców. Oczywiście to był inny Stanisław Kołodziejski, archeolog dość znany, ale dlatego to zapamiętałem. I ten pan Kołodziejski widział ten obiekt, widział, jak on wpada. Ale Arku, dla mnie ciekawsze jest to, że tam się wspomina o bardzo głośnym dźwięku. I ten dźwięk dla niektórych był wskazówką, że to było coś dziwnego. Bo spada kawał żelastwa z nieba, nawet dość duży, akurat z takim hurgotem, z takim łoskotem, jak oni opisują. Oni mówią, że to przypominało tarcie metalu o metal. Koniec końców spada coś z nieba. To coś nie jest wcale takie duże. Wyławia się z kolei coś, co w ogóle nie przypomina jakiegoś kosmicznego rozbitka. Tutaj się włączają astronomowie, którzy mówią: „Dobra, ale ten dźwięk to mógł pochodzić od meteorytu”. Zresztą to zjawisko wiążące się z tym, że meteoryty wydają dźwięki podczas lotu przez atmosferę, ma nawet jakąś tam swoją fachową nazwę. Nie pamiętam jej teraz. Także to wszystko jest bardzo ciekawe. To jest wskazówka na samym początku. Ten dziwny dźwięk, ten hurgot, hałas, o którym oni mówią. Skąd on się mógł wziąć?
[17:44] - Są dwie przyczyny powstawania dźwięku. Albo właśnie przelot meteorytu, który się tam rozpada w międzyczasie i wybucha, i świszcze i tak dalej, bo jest wysoka prędkość i ten opór powietrza, tarcie i tak dalej. Więc to będą różne dźwięki wydobywane. Albo po prostu była to część jakiegoś technicznego obiektu, która była po prostu zepsuta, tarło się i rozświetliło się i wydawało dźwięki tak jak gruchot. Natomiast jeżeli przypomnimy sobie, że przecież nie tak dawno, jeżeli chodzi o rok 1959, zakończyła się wojna i właśnie Niemcy próbowali w ten czy inny sposób zatapiać niektóreNiektóre statki, żeby po prostu nie wpadły w ręce wroga i tak dalej. Tak się przeważnie dzieje i robi. Odnalezienie żelastwa, beczek czy czegokolwiek innego z dziwnymi zawartościami raczej tak powinno wyglądać. Chociaż zapewne oczyszczono z min i z przeróżnych rzeczy baseny portowe i szlak dojścia do portów, ale wiadomo, zawsze pływy coś potrafią nanieść, zawsze coś tam może być. To, że akurat jakieś żelastwo wyłowiono takie czy inne, beczkę, to takie zdarzenia powinny jeszcze być. I są nawet w tej chwili, bo co jakiś czas słyszymy, że wypływa jakaś mina, którą się odholowuje i detonuje na poligonach. Być może wówczas to właśnie odnaleziono. Trzeba by było się przyjrzeć meteorom. Jeżeli byłby to meteor kamienny, które najczęściej spadają, ważyłby około trzech ton mniej więcej, jeżeli weźmiemy średnicę jego. Jeżeli to by był żelazny, ważyłby około siedmiu i pół, ośmiu ton. Tak jak mówiłem, uderzenie z dużą prędkością takiego obiektu, naprawdę by musiał bardzo duży wpaść w atmosferę, by najpierw rozświetlił, podobnie jak w Czelabińsku mieliśmy. Rozświetliłby niebo, więc by był dobrze widoczny. Byłby huk, byłby rozpad na drobniejsze elementy. Z całą pewnością, jeżeli taka energia w takim obiekcie by spadła do wody, zapewne nie byłoby to zwykłe plum, tylko uderzyłaby też i o dno. To, jak mówię, odczuliby chyba wszyscy mieszkańcy okolicy. Po prostu energia. Tak by to wyglądało. Dlatego ten obiekt musiał być albo pusty w środku i najprawdopodobniej byłby obiektem technicznym. Niekoniecznie pozaziemskiej budowy, niemniej jednak wydaje mi się, że coś takiego musiało być.
[21:25] - Tak, tutaj były relacje mówiące, że ta woda wystrzeliła w sumie niewysoko, na około półtora metra tylko. Mamy tu mnóstwo niezgodności, ale z tego, co nam mówi „Wieczór Wybrzeża”, zostało to zgłoszone na milicję. Trochę mi się też nie chce wierzyć, że nie przybyli na miejsce poszukiwacze tego meteorytu, naukowcy. Przecież skoro taka informacja poszła do prasy, pierwsza rzecz, Marku, na którą by akademicy zwrócili uwagę, to jest chyba to, że możliwe, że mamy meteoryt. Wyłówmy go po prostu. Skoro chce go wyłowić prasa, to dlaczego nie astronomowie? To mnie strasznie dziwi, że „Wieczór Wybrzeża” szuka sobie ludzi do nurkowania i robią z tego jakąś szotkę w prasie. Innymi słowy, wiesz, to mi się nie klei. Ja słyszałem już takie historie mówiące, że żadnej katastrofy UFO nie było, że może miał miejsce jakiś incydent, ale został podkolorowany przez prasę. Nie wiem. Osobiście już na tą chwilę zgłupiałem totalnie jeżeli idzie o katastrofę UFO w Gdyni. Zapytam cię jeszcze o ten dźwięk, bo na to właśnie zwracają uwagę świadkowie, którzy się wypowiadają na ten temat dosłownie kilka dni po tym zdarzeniu. Twoim zdaniem jednak meteoryt?
[22:49] - Ja mam jakieś głębokie przekonanie, niepoparte niestety żadnymi dowodami, nawet cieniem dowodów, poszlak czy czegokolwiek, ale takim podejrzeniem, że to mogło mieć charakter związany z jakimś incydentem. Wtedy samoloty odrzutowe, jakieś Migi-15, to były jednak urządzenia, które sobie latały. Człowiek się zastanawia dzisiaj, dlaczego one latały i czy aby na pewno latały. Okazuje się, z historii wiemy, że latały. Natomiast to były jednostki latające, które owszem, były jak na tamte czasy nowoczesne. Przypomnę, Mig-15 to pierwsze koncepcje w oparciu o zachodnie silniki, bodajże z Anglii. Pojawiły się jeszcze pod koniec lat 40. Ten czas, o którym my mówimy, to już był taki pełen rozwój. Migi-15 sobie furwały po tym naszym niebie, aż było miło popatrzeć. Natomiast one jednak miały to do siebie. Kiedyś rozmawiałem, dawno, dawno temu z pilotem, który w latach 50. latał na tych samolotach. On mówił, że to była duża odwaga i człowiek miał sporo stresu. On latał akurat właśnie nad wybrzeżem i czasami nad morzem. Mówi, że one miały pewną zadziwiającą cechę, że lubiły się
[24:27] - ... psuć po prostu. Nie żeby tak od razu wybuchały w powietrzu czy spadały prosto do morza, ale czasami dużo trzeba było poświęcić żelaznej woli pilota, żeby ten samolot doczołgać jakoś do lotniska. Opowiadał mi również o tym, jak te samoloty posiadały, nie wiem, jak to się nazywa, działko czy karabin, w każdym razie coś, co strzelało i to się zacinało, uwielbiało się zacinać, a w dodatku jeszcze zacinało się w tak wredny sposób, że powodowało to zagrożenie dla dalszego lotu. Już o szczegółach nie będę mówił, bo po pierwsze ich nie pamiętam, nie chcę czegoś przekręcić, bo wiem, że wśród naszych słuchaczy są ludzie, którzy się interesują tymi szczegółami. Ja ich niestety nie znam na tyle dobrze, żeby być tu w tym wypadku autorytatywny i w miarę rzeczowy. W każdym razie opowiadał mi ten pilot, że to cholerstwo lubiło się psuć. Chodzi o to po prostu, że ja mam takie przeświadczenie, że tam nad portem mogło się zdarzyć coś. Mógł ten MiG-15 albo cokolwiek, co tam leciało, może to zupełnie inna jednostka, nie migowa, ale mogło zgubić chociażby zbiornik podwieszany albo cokolwiek innego mogło z tej jednostki upaść. Co więcej, ta jednostka wcale nie musiała tam, gdzie to upadło, a tam, gdzie była ta jednostka latająca, to były dwa różne miejsca. Równie dobrze możemy pomyśleć też o tym, że 1959 rok to był czas, kiedy broń rakietowa owszem, ona sobie już funkcjonowała w wydaniu militarnym. Ostatecznie chwilę wcześniej wystrzelony był Sputnik, później w ogóle zaczął się wyścig kosmiczny, ale rakiety były już w użyciu. I te rakiety, umówmy się, ponieważ to były początki, one też nie były doskonałe. W związku z tym coś rakietowego i nie mówię, że sama rakieta, jakaś część tej rakiety mogła tam spaść. Ja raczej poszedłbym w tym kierunku, że coś takiego mogło się tam wydarzyć. Jeśli chodzi o prasę, to jest dla mnie zadziwiające, że prasa, 1959 rok, Gomułka zaczyna się rozpędzać, ale prasa jednak rządzi się, czy to socjalistyczna pod cenzurą, czy tak zwana wolna, zawsze jednak rządzi się pewnym modelem. To znaczy, trzeba zainteresować czytelników, obojętnie, co się pisze ważne, żeby czytelnik gazetę kupił. W związku z tym tu wcale bym nie patrzył, że natychmiast służba bezpieczeństwa musiała się pojawić albo jakieś inne jednostki wywiadu czy kontrwywiadu wojskowego musiały czy mogły zamknąć gęby tym dziennikarzom, żeby cicho siedzieli i nic nie mówili. Ja myślę, że w PRL-u to działało troszeczkę tak bardziej pszenno-buraczanie. To znaczy to moje ulubione słówko, ale chodzi o to, że tylko w niektórych momentach te wszystkie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo doznawały jakiegoś szczególnego wzmożenia. I wtedy rzeczywiście było groźnie. Wtedy rzeczywiście świadkowie milkli i w ogóle nie przypominali sobie tego rodzaju wydarzeń. W związku z tym przypuszczam, że to, co się zdarzyło nad portem, miało charakter po pierwsze incydentalny, po drugie nie jakiś bardzo tajemniczy. To nie była jakaś powiedzmy, nowoczesna czy też taka w ogóle prototypowa jednostka, która gdzieś tam się osunęła do kanału portowego. To raczej był wypadek przy pracy. Nie wiem jaki wypadek, czy związany z lotem samolotu, czy może rakiety, ale raczej stawiałbym na wypadek przy pracy. I stąd te dźwięki. Te wszystkie jednostki natury takiej mechanicznej czy w każdym bądź razie te letadła, które tam się pojawiają, one wydają z siebie dźwięki. A ponieważ były lata 50., to te dźwięki były jeszcze takie, powiedzmy, bardzo mechaniczne.
[29:12] - Tak. Tutaj się pojawiły na czacie komentarze, że to mógł być fragment samolotu na przykład.
[29:18] - No dokładnie.
[29:19] - Sam huk zaś, który był generowany, pochodził z silników. Arku, czy ty byś się zgodził z taką koncepcją? To była godzina 5:00 rano chyba, kiedy się ta katastrofa rzekomo miała wydarzyć. I pogoda była bardzo zła, z tego, co pamiętam.
[29:35] - Nie sądzę, żeby to była część samolotu, a dlatego, że każde takie zgubienie przez samolot zbiornika czy czegokolwiek innego takiego podwieszanego musiałoby być odnotowane i w miarę szybko wyjaśnione by było. Tutaj tego nie było. Jeżeliby był to samolot pasażerski czy tego typu, czy transportowy, bo takie też latały, to też zapewne dziennikarze by do tego doszli. I to już nie były lata powiedzmy przed 1956 rokiem, gdzie mój ojciec kiedyś zażartował na spotkaniu w urzędzie gminy i przesiedział 48 godzin w siedzibie SB na krześle, więc różnie to tam było wtedy. Ale już później, w tych właśnie późniejszych czasachRaczej troszeczkę odpuszczono ludziom i nie do końca był taki mocny zamordyzm, ale wydaje mi się, że mimo wszystko, gdyby coś takiego się zdarzyło, to byśmy o tym wiedzieli. Prędzej czy później by coś takiego wyszło. Ale nie mamy nic takiego. A to, że właśnie pozwolono dziennikarzom kontynuować to, raczej stanowi o tym, że nie wiadomo, co to było wówczas.
[31:18] - Marku?
[31:19] - A ja z kolei myślę, że to prawda. 1959 rok to nie był zamordyzm à la stalinowski. Natomiast, powiem to z sarkazmem: Ludowe Wojsko Polskie nie popełniało błędów. Wojsko ludowe nie mogło zgubić jakiegoś zbiornika. W ogóle nie do pomyślenia. W Ludowym Wojsku Polskim panował porządek, wszystko było okej i nie było takiej możliwości. W związku z tym ja nie jestem przekonany, czy wojsko by się w ogóle przyznało, że jakieś niepowodzenie polegające na przykład na zgubieniu zbiornika. Nie. Wojsko ludowe nie popełniało takich błędów i stąd, moim zdaniem, mogło się wziąć to, co się zdarzyło. Otóż wojsko błędu nie popełniło, w związku z tym nie mogło się tym interesować. Wiadomo było, że oni wcześniej czy później ten zbiorniczek sobie wyłowią albo i nie. Natomiast gdyby za bardzo z kolei ingerowali w przekaz medialny, to tym bardziej by wzbudziło ciekawość. To ludzie by mówili: „O, coś wojsko kombinuje, może zgubili nie wiadomo co. Może nie tylko był to zbiornik, ale może jakąś bombę zgubili albo coś”. Szyję w tej chwili wymyślam, ale tak naprawdę wydaje mi się, że jedno drugiemu nie przeczy. Po prostu to był właśnie czas, kiedy z jednej strony była pewna odwilż, pewne odpuszczenie, pewien brak takiej ścisłej, zamordystycznej kontroli. Ale z drugiej strony, i ja to pamiętam jeszcze w latach 80., wojsko ludowe nie popełniało błędów, zawsze było korrekt, zawsze było na topie, zawsze było wspaniałe. I stąd mogła się wziąć cała ta historia.
[33:17] - Tak. UFO ciągnęło za sobą ogon. Wydawało się niewielkie. Skąd zatem pomysł, który się pojawił i który pokutuje do dziś, że ono kryło w środku pasażera? Robert Leśniakiewicz pisał, że to mogła być jakaś kapsuła, że ten NOL zostaje zestrzelony przez samolot. Kapsuła wpada do basenu portowego. Ba, w takiej publikacji pod tytułem „UFO nad granicą” z roku 2000 to Robert Leśniakiewicz wskazał jeszcze jedną opcję, która mówi, że de facto mogło być dwóch humanoidów znalezionych na plaży po katastrofie UFO w Gdyni. Jeden gdzieś zaraz obok portu, drugi przy kapitanacie portu wojennego. Tę hipotezę miały potwierdzać jakieś wskazania radiestezyjne pewnej pani ezoteryczki z Trójmiasta. Na dobrą sprawę wydaje się to mało realne. Nie dziwi was to, że z taką łatwością się przechodzi do tej historii o humanoidzie, nie zwracając uwagi na to, co mówią świadkowie? A ci świadkowie mówią, że ten obiekt był po prostu mały. Z drugiej strony my nie wiemy, bo przecież te opisy są skąpe, jakiej wielkości był ten humanoid. To mógł być jakiś bardzo niski jegomość, jakiś karzełek wręcz. Natomiast nieuchronnie zmierzamy do tematu właśnie tego humanoida. Ale wydaje mi się bardzo znamienne to, że w tej historii mamy dane głównie dzięki temu, że zachowały się po prostu relacje z „Wieczoru Wybrzeża”. Mamy podane dane wstępne wskazujące, że był obiekt taki i taki, wyglądał tak i tak. I nagle w tym samym źródle, w „Wieczorze Wybrzeża” pisze się o tym obiekcie, oczywiście w cudzysłowie, latający talerz. Oczywiście latający talerz to nie był. Bardziej pasowała do miana latającego talerza relacja tych państwa, którzy zgłaszali obserwacje z Gdyni. Ale były też inne ciekawe rzeczy. Ja pamiętam, że tam były dosłownie wzmianki mówiące o tym, że ludzie tam o 17:30, to wiadomo, ludzie do roboty idą, że ktoś widział ten obiekt w locie, który potem spadł do basenu portowego. Tak że to wszystko było grubymi nićmi szyte od samego początku tak naprawdę, bo z jednej strony mały obiekt, z drugiej strony w gazecie się dowiadujemy, że to był latający spodek, a potem 9 lat później mamy wersję, że tam był jeszcze jakiś humanoid. Marku, tutaj naturalnym tokiem rozumowania spiskowca można się pokusić o wniosek. Oczywiście wniosek, którego się nie da w żaden sposób potwierdzić, ale może po prostu wtedy w Gdyni, wtedy w Trójmieście, bo tam wiemy, że były też obserwacje w Sopocie, wydarzyło się coś, co zostało umyślnie przykryte, czemu nadano inny kierunek, inny ton myślenia, żeby ludzie sobie zaakceptowali tą wersję, która się ukaże w „Wieczorze Wybrzeża”, że coś tam spadło. Tak jest humorystycznie trochę i coś zostało wyłowione, ale nie wiemy co to. My się nie dowiemy, czy tak było, ale cały czas mam takie wrażenie, że w tym samym okresie, kiedyGinie grupa Diatłowa albo ona dopiero zaczyna wyruszać na swoją ostatnią wyprawę. U nas coś wpada, u nas ma miejsce taki dziwny incydent. Jak się potem okaże, jeden z kilku. Pisze o tym prasa. Może było tak po prostu, że widziane to było przez zbyt wielu ludzi. Nie dało się tego ukryć i trzeba było wymyśleć historię zastępczą. Mogło tak być? Mogło, ale chyba nie potwierdzimy tego w żaden sposób.
[37:23] - Na pewno tego nie potwierdzimy. Ja oczywiście nie jestem w stanie tego z żadną pewnością stwierdzić. Skazany jestem, i państwo zapewne też, na snucie różnego rodzaju domysłów, ale tak sobie pomyślałem, że możesz mieć rację, że to jest kwestia przykrycia jakiegoś tam, tu cudzysłów, niepowodzenia Wojska Polskiego, Ludowego w dodatku. Coś tam się wydarzyło, coś im nie pykło, coś im nie poszło. To już lepiej zwalić na latający talerz niż że armii coś się nie udało. W dodatku mam takie przekonanie, że gdyby naprawdę zdarzyło się coś niesamowitego, coś, co samo wojsko zakwalifikowałoby jako wydarzenie groźne, niesamowite, podejrzane, które trzeba absolutnie zbadać, to tam, w tym porcie odbywałyby się sceny, szukam jakiegoś soczystego słowa, żeby te sceny opisać, ale tam by się zakotłowało. Naprawdę. Znowu, ja to jako dziecko pamiętam, ale Wojsko Ludowe Polskie potrafiło odcinać, otaczać kordonem znacznie mniej groźne wydarzenia. Czytajmy wypadek samochodowy z udziałem wojska. To teren był natychmiast odcinany. Cholera wie dlaczego właściwie, ale sam byłem świadkiem takiego wydarzenia. Banalny wypadek drogowy. I tam po prostu tajemnica goniła tajemnicę. Nie wiem, może to jest kwestia danego dowódcy, jakiejś nadgorliwości i tak dalej. I mam wrażenie, że gdyby naprawdę zdarzyło się coś niesamowitego, o czym wojsko naprawdę by nie wiedziało, nie potrafiłoby tego do końca zidentyfikować, to ten port na jakiś czas, na kilka dni zniknąłby, znowu weźmy to w cudzysłów, zniknąłby z mapy Polski. Po prostu został odcięty. Tam by przeszukano centymetr po centymetrze wszystko. I to z taką przesadą, charakterystyczną zresztą dla LWP. Tymczasem z niczym aż tak poważnym nie mamy do czynienia. W związku z czym ja mam wrażenie, być może układam sobie fakty tak, jak mi jest wygodnie, nie jestem w stanie tego wykluczyć, ale mam podejrzenie, że wojsko jednak wiedziało, co tam się wydarzyło. A podanie informacji dla ludu, że to mógł być latający talerz, to w gruncie rzeczy, z punktu widzenia jakiegoś tam politruka wojskowego było całkiem fajne rozwiązanie. Lud się będzie interesował, ale nie tym, co się naprawdę wydarzyło.
[40:40] - Tak. Tym bardziej że tego typu obserwacji przecież w latach 1957-1958 było więcej. Nagle się zgłasza to małżeństwo, które widziało dziwny obiekt. Może potem się wydarzyło coś, co chciano przykryć. Tylko czy strącono wtedy UFO? Czy się stało coś dużo bardziej, nie chcę powiedzieć tajemniczego, bo chyba nie ma nic bardziej tajemniczego od katastrofy UFO, ale coś, co miało nie wyjść na światło dzienne. Jak się, Arku, zapatrujesz na tą pełną niedopowiedzeń historię już od samego początku? Bo tak jak powiedziałem przed chwilą, my niby mówimy o polskim Roswell, mówimy o katastrofie UFO w Gdyni, a jak się przyjrzymy temu, to już od samego początku widać, że tam coś jest nie tak.
[41:30] - Trzeba się przyjrzeć, zastanowić, co mogli widzieć świadkowie. Jeżeliby był to obiekt nieświecący, to pewnie by go w ogóle nie zobaczyli. Dlatego, że między godziną 5:00, 6:00, a nawet około 7:00 godziny 21 stycznia jest jeszcze po prostu ciemno. Ten obiekt musiał zwrócić na siebie uwagę właśnie przez jakiś tam szum, pisk, zgrzyt, ale też i musiał po prostu zaświecić. Zaświeci wtedy, kiedy albo się spala, najczęściej albo się spala, albo po prostu sam z siebie świeci. Więc tutaj jakiś tam zagubiony pylon czy cokolwiek innego przez Wojsko Polskie raczej nie sądzę. Bardziej byłbym skłonny do tego, że był to fragment satelity radzieckiego i wtedy by była właśnie tak, jak Marek mówi, kompletna cisza, bo tam nic nie mogło się zepsuć. Mało tego, nikt nie mógł o tym powiadomić nawet, że coś takiego widział, a tym bardziej, że coś takiego znalazł. Gdyby to był satelita amerykański, to by było po prostu, że
[42:56] - Nie do końca dopracowana technologia amerykańska może zabić kogoś na całym świecie. I to by był bardzo fajny tekst, który by można było rozpowszechniać o wyższości techniki radzieckiej nad amerykańską. I wtedy by było bardzo dużo szumu. Tutaj, tak jak Marek zauważył, pozwolono dziennikarzom zagłębiać się w temat i chyba nawet wiedziano, że nic nie są w stanie znaleźć ani do niczego specjalnie dojść. Temat UFO wyskoczył, podejrzewam, właśnie ze względu na to, że na pewno u nas też było wówczas wśród dziennikarzy głośno o sprawie Roswell i tak dalej, więc tutaj mamy w końcu swoje własne. Oczywiście dodano tam do tego kształt spodka. Tak mi się wydaje. To już zachodzi pod legendę. I resztę dalej się po prostu pisało, żeby wzbudzić sensację, żeby właśnie była poczytność gazety, żeby to się wszystko rozchodziło. A służby wszystkie inne patrzyły na to, co się rozgrywa i w którą stronę to idzie, żeby w razie czego, gdyby poszło za daleko, móc to skorygować. Ale na pewno to nie umknęło obserwacji SB i tak dalej. To nie mogło tak być.
[44:41] - Tak. Wydaje mi się, że tutaj trochę, panowie, psujemy marzenia niektórych. Także nasze. Chyba chcielibyśmy, aby ta opowieść była bardziej konkretna, bardziej fantastyczna. Marku?
[44:56] - A ja z pewną historią biegnę do państwa, którą usłyszałem od pisarza science fiction Tadeusza Meszko. To jest człowiek, który jest uczniem pana Giedrysa. To nazwisko to taki astronom. Jeżeli widzieli państwo film z Kazimierzem Kaczorem „Planeta Krawiec”, to pierwowzorem tego krawca astronoma był właśnie Giedrys. On mieszkał w Szczecinku. Ale historia, która jest pokazana w filmie, jest prawdziwa. On zobaczył w swoim czasie, że radziecka sonda Łuna nie trafiła w księżyc. Nie trafiła w księżyc i odleciała sobie głęboko w kosmos. Ogłosił to. I wtedy zaczęły się jego poważne kłopoty. Jakżeż mogła radziecka sonda w coś nie trafić i nie dolecieć tam, gdzie chciała dolecieć? Tak naprawdę tyłek astronomowi amatorowi uratował jeden z generałów stacjonujących w Bornym Sulinowie. To on doszedł do wniosku, że nie ma co człowieka gnębić. Zresztą Giedrys później zrobił niezłą karierę, ale na jedną rzecz chciałem zwrócić uwagę, bo jest pewna zbieżność. W 1959 roku, w styczniu, zaraz na początku została wystrzelona sonda Łuna 1. Ona według oficjalnych doniesień odleciała sobie naprawdę daleko. To w ogóle był pierwszy obiekt, któremu nadano drugą prędkość kosmiczną. A zatem miała dolecieć do Księżyca. Ale coś tam nie pykło i ona sobie Księżyc minęła w dosyć sporej odległości prawie 6000 km. To było 4 stycznia i to był ten czas, kiedy testowano tego rodzaju obiekty. A zatem nikt nam nie zagwarantuje, że Rosjanie nie próbowali czegoś podobnego. Później numeracja się mogła zmienić, ale ja nie wiem, czy gdzieś tam z kolejną tego rodzaju sondą, tylko już, która w ogóle nie doleciała nigdzie, tylko gdzieś sobie spadła. W każdym razie zdajmy sobie sprawę, że to był czas, kiedy Rosjanie bardzo mocno zintensyfikowali podbój kosmosu. Te działania różnego rodzaju tam naprawdę miały miejsce i kto wie, czy rzeczywiście jakiś obiekt. Ja nie twierdzę, że to akurat ta Łuna była, bo to troszeczkę się czasowo nie zgadza, ale czy jakiś obiekt tego rodzaju. Zatem potwierdzałoby to tezę wygłoszoną wcześniej przez Arka. Właśnie jakiś kosmiczny obiekt spadający z orbity. Tylko że ponieważ był to radziecki obiekt, to nie mogło się wydać, że w ogóle cokolwiek. Kto wie, czy gdyby Giedrys nie zobaczył tego, że Łuna nie do końca pyknęła i nie do końca dotarła do tego księżyca, czy to w ogóle byłoby podane, czy na przykład w innym czasie nie poleciałaby inna Łuna 1. Nie wiem dokładnie, jakie były szczegóły, więc tutaj to naprawdę wymyślam na gorąco, ale chodzi o to, że radziecki program kosmiczny był otoczony, amerykański też, ale to wszystko jest zawsze otoczone pewną tajemnicą. Ale akurat Rosjanie, lud radziecki nie mógł się dowiedzieć o niepowodzeniach, że coś wybuchło na platformie startowej. Nie, tam były tylko sukcesy. W związku z tym, jak coś spadło z nieba i to był w dodatku obiekt zbudowany w Związku Radzieckim
[48:56] - To nic takiego nie mogło mieć miejsca. Nie wiem, jak to połączyć. Za słabo się znam na mechanice poruszania się tego rodzaju obiektów. W związku z tym tu na pewno nie będę się silił na wskazanie. Natomiast rzucam tylko pod uwagę, że to był czas, kiedy Rosjanie bardzo intensywnie starali się eksplorować kosmos i kto wie, czy gdzieś tam właśnie w Gdyni coś takiego kosmicznego à la ZSRR nie pojawiło się po prostu.
[49:35] - Przejdźmy do rozbitka, najciekawszej chyba części tego przypadku. Było tak, że tutaj nie ma niestety konkretnych informacji, że znaleziono jakąś istotę na plaży. Według Leśniakiewicza znaleziono dwie. Panowie, jakie są mocne i słabe punkty tej historii? Ja tylko przypomnę jeszcze raz: krótko po tym, jak spada ten obiekt do basenu portowego, jakieś służby, nawet nie wiadomo kto, odnajdują na plaży ciężko ranną istotę. Dowiadujemy się, że ona ma spaloną twarz. Inne wersje mówią, że ma spalone włosy czy miała włosy. I ta historia nie jest pierwotnie znana. Ona się nie pojawia w tym „Wieczorze Wybrzeża”. Pojawia się po niecałych 10 latach w książce brytyjskiego autora Artura Shuttlewooda. I to jest skomplikowana historia, która mówi, że Shuttlewood, powołując się na pewnego polskiego ufologa w Wielkiej Brytanii, który słyszał tę historię od tajemniczego informatora, mówi, że znaleziono istotę i ta istota była niewysokim humanoidem. Jak mówię, miała jakieś obrażenia. Mówiła w nieznanym nikomu języku. Zabrano ją do szpitala, oczywiście. I tam się okazało, że ma inną liczbę palców. Nie wspomina się, co to znaczy inna. Chociaż ja czytałem opracowanie mówiące, że było palców sześć. Rozbitek miał umrzeć po tym, jak miał przyciętą jakąś obręcz na ręku, która może go utrzymywała przy życiu. On też miał mieć jakiś dziwny kombinezon. I tak dalej. Chciałoby się powiedzieć. Nie wiem, bo gdyby ta historia z ufitą wypłynęła nam w naszej prasie, to byśmy powiedzieli, że jest mocny sygnał do tego, że jednak coś na rzeczy było. Ale Arku, z drugiej strony zobacz: do Wielkiej Brytanii dociera jednak informacja, że katastrofa UFO w Gdyni była. Czyli ktoś to na arenie ufologicznej międzynarodowej jednak zauważył. Pytanie oczywiście, czy dorobiono do tego jakąś historię, czy też tkwi w tym ziarno prawdy, bo jednak potem Bronisław Brzecki otrzymuje jakieś dziwne informacje, że coś w tej historii z tym humanoidem jednak jest na rzeczy.
[52:12] - Do Wielkiej Brytanii trafiały różne gazety. Być może, że w domu Polonii była między innymi gazeta „Wieczór Wybrzeża” i tą drogą najpierw trafiło. Jak mi się ta historia podoba, jak ja bym chciał, żeby miała większe ugruntowanie w faktach, to by było naprawdę coś. Ale jeżeli w owym czasie taka informacja nie wypłynęła, a wypłynąć w zasadzie powinna, bo nie ma jej nigdzie na początku tego zdarzenia. Nic takiego nie było nawet. Poza tym, jak ta postać miałaby się tam znaleźć, skoro mogłaby się znaleźć przy okazji następnych szczątków tego samego obiektu. Ale raczej to jest mało prawdopodobne, bo byśmy o tym też usłyszeli, byłoby o tym napisane. Natomiast nie jest. Wszystkie takie informacje opisywane, nawet wyglądające bardzo rzeczowo, ale opisywane z 10-letnim czy kilkuletnim opóźnieniem raczej są dobrą fabułą do filmu niż faktem, który zaistniał. Fakty zawsze istnieją, ale tak należałoby to powiedzieć. To bardzo romantyczne, że ta istota przeżyła, rozmawiała, a po zdjęciu jakiejś obręczy zapadła w hibernacyjny sen. Nie była ani żywa, ani martwa, więc w dalszym ciągu miałoby to sens, żeby była najpierw przewieziona do Instytutu Marynarki Wojennej, a tam ewentualnie odesłana do Rosji. Chociaż tutaj bym się raczej zastanawiał nad tym, bo u nas troszeczkę ta Marynarka Wojenna była bardziej ugruntowana w poprzedniej Marynarce Wojennej sprzed wojny. Tak jak ja chodziłem, byłem w wojskuCzyli w latach 80., 90. mówiło się o tym, że na przykład marynarze swobodnie mogli chodzić do kościoła, gdzie na piechotę raczej to było trudne do wykonania. Czyli ta odrębność Marynarki Wojennej w Armii Polskiej w jakiś sposób się zaznaczała. Fajnie by było, gdyby jeden z profesorów, który w Akademii Medycznej Marynarki Wojennej badał to, tę istotę ukrył w pokoju i nie udostępnił tego, a do Rosji wysłał, no cóż, nie wiem, co można by było do nich wtedy wysłać. Kogoś, kto wcześniej życie stracił. Tak to mniej więcej romantycznie by wyglądało, ale nie ma to według mnie żadnych podstaw do tego, żeby tak można było stwierdzić.
[56:09] - Tak, mówi się, że wywieziono tego kosmitę w jakiejś chłodni i tak dalej. Marku, zauważ, że kiedy się opisuje tego obcego z Gdyni, to on nie podaje się nam szczegółów niestety, ale mówi się, że to był humanoid w cudownym stroju, poparzony, kilka więcej palców, dziwny układ organów wewnętrznych. No i zobacz jedną historię, że to były czasy ogólnie, kiedy ta historia, książka Szateluta się pokazała, to był rok 1968 mniej więcej. Ona się pojawiła też w późniejszych publikacjach jego, a także w książkach innych autorów. Natomiast wtedy jeszcze nie mówiono otwarcie o katastrofie Roswell. Wtedy też ogólnie nie mówiono za bardzo o katastrofach UFO. Ale zobacz, że my tam widzimy cały czas humanoida, który jest podobny do nas, który się różni tylko niewieloma szczegółami. Bo gdyby Szatelut miał jakieś informacje, że on miał wielkie oczy, szarą skórę, wielką głowę, to by pewnie to podał. Skoro pomylono tego humanoida z człowiekiem, który jest ranny, to musiał wyglądać jak człowiek. A my tutaj jednak nie mamy jakichś takich daleko idących fantastykoopisów tego humanoida, co nam wskazuje, że to był taki okres. Szaraki jeszcze tak nie do końca funkcjonowały. Kosmitów sobie wyobrażano na różny sposób, ale jeszcze nie tak jak my dzisiaj, że niektóre wyobrażenia nie były tak bardzo rozpowszechnione. I to też jest jakaś wskazówka moim zdaniem, że ta historia mogła zostać po prostu dodana do opowieści o UFO w Gdyni. Ta o kosmicie, który się czołgał poparzony. Bo z drugiej strony przecież nie wypadł chyba z tego metrowego obiektu, jeżeli sam przypominał człowieka. Chyba że miał jakieś 10 centymetrów.
[58:16] - Tak sobie myślę, że kiedy ta historia o tym dziwnym przybyszu pojawiła się, to ona się pojawiła rzeczywiście trochę zbyt późno. 10 lat to naprawdę jest bardzo dużo. Ale okej, przyjmijmy, że coś takiego miało miejsce, to zwrócę tylko uwagę, że 1959 rok, początek, to był jednak czas, kiedy i Amerykanie, i Rosjanie, ponieważ udało im się wystrzelić obiekty w kosmos, zaczynali kombinować, jak wysłać w kosmos człowieka. Jakby to ująć? Cały zespół, w którym później brał udział Gagarin, został sformowany w 1960 roku. Nie pamiętam nic na temat jakiegoś zespołu amerykańskiego, ale zanim się pojawili ludzie, to wiadomo, że i Rosjanie, i Amerykanie robili próby różnego rodzaju ze zwierzątkami. Amerykanie z małpami. I o tym Robert Leśniakiewicz pisze, że wtedy nie byliby to Rosjanie, bo rakiety mają tę zdolność czy właściwość, że jak startują z kosmodromu, to jak przybierają prawidłową trajektorię, to lecą na wschód. Nie lecą prosto w górę, tylko w kierunku wschodu się kierują, i później wspinają się, wspinają i się pojawiają na orbicie. W związku z tym obojętnie czy to wystartowała, mogła wystartować amerykańska rakieta. Robert Leśniakiewicz podaje historię, że to mogła być ogolona małpa. Amerykanie testowali, też chcieli wysłać człowieka w kosmos. Testowali jakiś obiekt, w którym taką małpę ogoloną czy nieogoloną, ja tego nie rozstrzygam, umieścili. No i pokłosiem tego wtedy, zauważmy, że gdyby to leciało na wschód, to w naszym kierunku i mogło się tutaj rozpaskudzić właśnie gdzieś nad naszym terytorium. Moim zdaniem to mocno naciągana jest jednak historia, ale wykluczyć jej w pełni nie można. Kierunki się zgadzają. Może zamiast ufity jakiegoś człowieka nie wiadomo skąd, istoty nie wiadomo skąd, to była ta ogolona bądź nieogolona małpa i to dostaliśmy w prezencie od Amerykanów. Ta małpa mogła przeżyć to nieco problematyczne lądowanie. Zauważmy, to był rok 1959. Te wszystkie technikiLądowania, powrotu z orbity czy też niedotarcia na orbitę i lądowania awaryjnego. To wszystko było w powijakach, dopiero się kształtowało. W związku z tym różnego rodzaju wydarzenia mogły mieć miejsce. Ale ja sobie zdaję sprawę, że mówiąc, o czym mówię, to jednak mimo wszystko naciągam, ale to bardzo naciągam różnego rodzaju fakty. Staram się je dopasować troszeczkę tak, jakbym te puzzle układał, ale układał troszkę metodą młotkową. Jak coś nie pasuje, to walnę młotkiem i będzie pasowało. Mam wątpliwości. Jednak przedstawiając tę historię o Amerykanach czy o tej małpie ogolonej bądź nieogolonej, mam świadomość tego, że używam młotka.
[01:02:18] - Tak, bo byłoby zupełnie inaczej, Arku, gdyby „Wieczór Wybrzeża” nam podał w roku 1959, a może nawet trochę później informację, że coś takiego miało miejsce, że znaleziono humanoida. Niestety nic takiego nie było. I może było tak, jak mówisz, że najpierw dotarła informacja o tym, że coś wpadło, a potem ktoś to sprytnie poskładał i posklejał. Co byś tutaj jeszcze dodał do tej sprawy humanoida z plaży gdyńskiej? Bo tutaj są różnego rodzaju hipotezy, inne jeszcze, że on tam cały czas gdzieś jest, że miał jakiś układ krwionośny dziwny i tak dalej, i tak dalej, że tam mógł przybyć z przyszłości. Pamiętam, że bardzo się spopularyzowała historia o Gdyni. To też już mówiłem chyba kiedyś w którymś odcinku albo jakiejś audycji, że ona się spopularyzowała, kiedy nastał w Polsce internet. Wtedy też zaczęto publikować skrótowe artykuły, ale też takie zdjęcie. I to zdjęcie mające przedstawiać, ono tak na pierwszy rzut oka rzeczywiście wygląda, jakby UFO wisiało nad budynkami, nad jakimś rodzajem doków. Ale nie, to jest zdjęcie, które zostało dokoptowane. Ono do dzisiaj często służy jako ilustracja wydarzenia gdyńskiego, ale pochodzi w rzeczywistości z archiwum Kazimierza Bzowskiego i rzekomo jest to zdjęcie UFO z lat 80. z Warszawy. Ale Arku, jest jeszcze taka sprawa, bo może to wcale nie było tak, że to była jakaś kapsuła, jak Leśniakiewicz pisze, że ten obiekt się rzeczywiście rozbił, że go zestrzelono, on spadł, wszystko zatuszowano, a te humanoidy, że tak powiem, się czołgały i wyłazły, jak w Varzinie było. Może wszystko było inaczej. Ja tutaj daję tylko taki przykład. Nie mówię, że to była prawda. Może było tak, że prasa nam podała okrojoną wersję, że coś spadło, wyłowiono jakiś kawałeczek złomku, a prawdziwy obiekt poleciał, spadł w innym miejscu, został ładnie posprzątany. Ale te humanoidy jednak się rozbiegły. Fajna historia. Chciałbym, żeby się pojawiła w roku 1959. Niestety jednak się pojawia z poślizgiem i tu jest problem.
[01:04:49] - Przede wszystkim w jakiś sposób te humanoidy musiałyby do tej plaży dolecieć, że tak powiem, doczłapać się. Ten obiekt, jeżeli miał około metra wielkości, widiany w nocy i z tego powodu widiany, że świecił, w rzeczywistości mógł być troszeczkę mniejszy. Więc mogłaby to być ewentualnie część tego obiektu, który się wcześniej gdzieś tam rozpadł i to co, powiedzmy silnik czy coś takiego, jakiś napęd mógł po prostu uderzyć w wodę, natomiast reszta obiektu gdzieś tam się właśnie nad morzem czy do wody morskiej wpadło. I wtedy te humanoidy czy ten humanoid mógłby ewentualnie się pokazać i wówczas naturalnym by było, że inne osoby widziały coś podobnego. Również można by było wtedy domniemywać, że inne obiekty, chcąc go ratować, po prostu by się pojawiły w tym czasie. Tylko że tego obiektu głównego, tego drugiego obiektu nie mam. Przynajmniej nie znalazłem o nim żadnej wzmianki. Jeżeli oczyścimy tą sprawę i zaczniemy bazować na samych faktach, tych faktów jest naprawdę w sumie bardzo mało. Są tylko relacje właśnie, że coś wpadło do wody w basenie portowym w Gdyni i to wszystko, co mamy na ten temat. Ta sprawa będzie się ciągnęła jakiś czas. Nie tylko przy okazji dostępu do internetu, bo ona była opisywana w gazetach i pewnie co jakiś czas by była opisywana w książkach. Niektórzy by teraz, w tej chwili chętnie się powoływali na to, co napisano w Anglii na temat incydentu gdyńskiego. Plus jeszcze dorabianoby do tego następne zdarzenia czy następne jakieś etapy odnajdywania. Nie pamiętam, żeby się wypowiadał ktokolwiek zJakiegokolwiek instytutu medycznego ani nie było zaprzeczenia, ani potwierdzenia, żeby cokolwiek tam do nich dotarło. Więc nie mamy praktycznie nic. I wielkość obiektu, bo to nie jest tak, że jak w „Doktorze Ł”, że po jednej stronie widać budkę telefoniczną, a jak się do niej wejdzie, to mamy olbrzymi niemalże świat prawie cały schowany. Chyba to tak nie działa.
[01:08:02] - Dziękuję.
[01:08:03] - Tak. Istnieje kilka relacji, o tym już mówiłem, o fragmentach wyłowionych z dna basenu portowego. Mówiliśmy wam, że kawałki złomku, jeden ten ostatni, o którym wspominano, były dwa formalne, wspomniane w prasie. Było też coś, co przypominało beczkę. O tym mówił inżynier Alojzy Data, który się często pojawia w informacjach na temat Gdyni. Tak naprawdę o tych obiektach, o tych fragmentach niewiele możemy powiedzieć. To były fragmenty żelaza, jakiegoś żelastwa. Pisał o nich „Wieczór Wybrzeża”. Ten jeden nawet przebadano i okazało się, że to jest prawdopodobnie złom, który tam leżał. Są też informacje oczywiście takie, że wojsko sondowało dno basenu, że wyłowiono coś, co przypominało beczkę z folii szklanej. O tym mówi też Alojzy Data. I ta beczka była wypełniona jakąś dziwną, ciężką substancją. Wystraszono się, że to może być jakaś pamiątka po Niemcach, ale potem przyjechał ponoć Urząd Bezpieczeństwa, wszystko zabrał. Tyle te beczki widzieli. Potem się pojawiły przecieki od jakiegoś radzieckiego oficera mówiące, że takie beczki z folii szklanej to w Poronim Sulinowie widziano i to mogła być jedna z nich. Wydaje mi się, że cokolwiek tam się stało, to wojsko by z dużą chęcią podjęło się odłowienia tego obiektu. Tym bardziej że jakby nie było, to relacja o wydarzeniach w basenie portowym w Gdyni pojawia się w mediach z pewnym opóźnieniem. Czyli tam ktoś mógł już ingerować, zanim się pojawił „Wieczór Wybrzeża”. To jest jednak Polska, to nie jest duży kraj. Czy waszym zdaniem jest wiarygodna hipoteza, która mówi, że w Polsce można ukryć taką katastrofę UFO i przejęcie obiektu? Grzesz o tym mówi cały czas. W sumie jakbyśmy mieli do niego kontakt, to by się można zapytać, czy wśród tych swoich tajnych informatorów nie ma jakichś danych na temat tego, co się rozbiło w Gdyni. Skoro się rozbiło w Madżencie i tak chętnie o tym mówi, to może też coś o Gdyni wie. Intrygujące jednak, jakby nie było, przez lata pojawiały się informacje, że ponieważ, o czym panowie już powiedzieli, to był tak intensywny okres rozwoju techniki satelitarnej i tak dalej, to co spadło w Gdyni, mogło być obiektem testowym tak naprawdę. Mnie dziwi tylko jedna rzecz, że to wszystko się dostało do prasy. Arku, tam jest taka informacja, że znaleziono 40-centymetrowy fragment metalu, który był pokryty jakąś taką w miarę jeszcze świeżą zgorzeliną. Czyli to był jakiś śmieć kosmiczny, byśmy powiedzieli. Czy twoim zdaniem to mogło wywołać te relacje o katastrofie UFO w basenie?
[01:11:16] - Tak. I wydaje mi się, że to nie musiał być obiekt, który był wystrzelony w tym czasie. Tak, żeby od razu spadał. Bo tak jak Marek mówił, Ziemia się obraca, więc wystrzelone coś do góry de facto leci na wschód zawsze. Z tym jednak, że Rosjanie tych łajek, tych psów do badania wystrzelili kilka albo wręcz nawet kilkanaście. One się pałętały przy tych barakach, gdzie oni mieszkali, po prostu je tam pakowali do tych kapsuł i co jakiś czas wystrzeliwali. Wiadomo, że większość z tych, czy tam jedna tylko przeżyła, czy dwie, część zostało naturalnymi satelitami Słońca podejrzewam, a inne, te, które orbitowały wokół Ziemi, z czasem pewnie spadały gdzieś tam, paląc się bardziej lub mniej. Tutaj mogła zajść właśnie taka sytuacja, w której któraś z wcześniej wystrzelonych tych satelitów z Łajką czy jakiegokolwiek innego, bo przecież na pewno były też i próby z satelitami, które miały nadzorować kraje Zachodu i one by mogły tutaj gdzieś spaść w naszych okolicach, w okolicach Gdańska. Mogłyby oczywiście. To jest wszystko przypuszczenie, ale tak jak mówiłem, gdyby to było cokolwiek amerykańskiego, z jakimkolwiek napisem amerykańskim, z całą pewnością propaganda by na tym bazowała i robiła z tego maksymalne bicie piany. A jeżeli jest to rzecz rosyjska, to raczej niekoniecznie.... dziennikarze ten poślizg, jaki nastąpił wówczas tych paru dni między incydentem a tym, to z całą pewnością było to, czy możemy o tym opisać. Skoro się zdarzyło, to czasami lepiej jest napisać o tym i pójść w stronę właśnie między innymi jakiegoś latającego talerza. I tak jak mówiliście panowie, troszeczkę zwodzić społeczeństwo, niż ma się roznieść wszystko, bo i tak by się rozniosło pocztą pantoflową i urosłoby do rangi tego, że faktycznie wystrzelili jakiegoś człowieka i tutaj on spadł. I to by było przede wszystkim na Rosjan, bo to by było wtedy w ciszy i pomówienie takie, taka ploteczka. Więc z dwojga złego, tak jak mówiliście, wybrano ten właśnie aspekt medialny, lekko zwodzący wszystkich na bok. Ale tak. Z drugiej strony te obiekty metalowe, które były po wojnie, one mogły być spieczone i mogły zalegać tam. Wiadomo, że nie wszystko da się od razu za pierwszym razem usunąć, więc tam mogło coś takiego być jako pozostałość po wojnie. Bądź co bądź nie upłynęło wówczas tak dużo czasu od jej, a węgiel jest dosyć takim, taka zgorzelina jest dosyć trwała, także jeżeli nie uszkodzi się jej mechanicznie, nie rozdrobnieni mechanicznie.
[01:15:11] - Tak, zawsze mnie intrygowało to, w jaki sposób historia UFO z Gdyni i ta opowieść o humanoidzie była związana z taką inną teorią spiskową, która mówiła, że Rosjanie wysłali w kosmos ludzi przed Gagarinem i oni nie wracali. I że jeden z nich mógł gdzieś spaść w okolicach Gdyni. Oczywiście to nie zostało w żaden sposób potwierdzone. To jest tak zwana hipoteza robocza. Ale panowie, jak podchodzicie do koncepcji, że to jednak był satelita amerykański albo pochodzenia sowieckiego? Bo już w 59. roku, w sumie kilka dni po tym zdarzeniu, „Wieczór Wybrzeża”, Marku, pyta bardzo znaną osobę, Krzysztofa Borunię, który jeździ po Wybrzeżu z wykładami na temat astronomii. On wskazuje na dziwaczną zbieżność dat między wydarzeniem gdyńskim a wejściem w atmosferę i spłonięciem satelity SCORE, znanego też jako Zeta 1958. Był to taki prekursor satelitów telekomunikacyjnych. Dość interesujący projekt, na którym zależało Amerykanom. SCORE rzeczywiście tego samego dnia wszedł w atmosferę. Spłonął. Tyle że daleko od Polski, gdzieś nad Pacyfikiem. Borunia twierdzi, że to nie mogło mieć związku, ale też niewiele zrobiono, by to wyjaśnić. Nikomu na tym nie zależało, ale Boruń już wtedy został o to zapytany. A to przecież bardzo interesująca postać, związana także z Bydgoszczą.
[01:16:41] - To prawda. À propos satelity SCORE, ta zbieżność jest naprawdę zadziwiająca, bo on rozpadł się w atmosferze dokładnie 21 stycznia. Dlaczego był ciekawy ten satelita? On wystartował pod koniec, w trzeciej dekadzie albo w drugiej, około 20 grudnia 58. roku i na falach krótkich nadawał przemówienie prezydenta Eisenhowera. Stąd to, o czym mówiłeś, czyli taki prekursor satelity telekomunikacyjnego. Ale bodajże po 12 dniach, gdzieś w okolicach Nowego Roku on zamilkł. Już stracono nad nim kontrolę. Wtedy nad obiektami kosmicznymi dosyć szybko tracono kontrolę. Natomiast jedno wiedziano później na pewno. 21. on rozpadł się w atmosferze. Jak taki rozpad wyglądał? Gdzie on tak naprawdę spłonął? Umówmy się, że 59. rok to nie był ten rok, w którym tak wszystko dokładnie miano opano, jak to oglądamy często relacje z Centrum Badań Kosmicznych, z Houston, że to wszystko jest wyświetlane na ekranach, wszystko się widzi. Nie, wtedy to jednak wyglądało troszkę bardziej na ludowo. I owszem, sporo wiedziano, ale nie tyle, jak my sobie dzisiaj to wyobrażamy. A ta zbieżność, 21., 21., jest naprawdę zadziwiająca. Co prawda to nie tłumaczyłoby, rozpad satelity SCORE, ewentualnie jakieś resztki spadające do basenu portowego, to nie tłumaczyłoby fenomenu tej istoty czołgającej się po plaży. Natomiast to znacząco podkręcałoby całą historię w kierunku prawdopodobieństwa. Naprawdę to, że do basenu portowego w Gdyni spada coś 21 stycznia, a satelita amerykański rozpada się w atmosferze 21 stycznia, to jest rzecz niezwykle ciekawa. Tu pewno trzeba sprawdzić godziny, jeśli to w ogóle jest dostępna informacja, jak to wyglądało. Powiedziałeś, Piotrze, o tym Pacyfiku czy obszarem powietrznym nad Pacyfikiem, ale naprawdę, umówmy się, minęło tyle czasu, że dzisiaj ja się zastanawiam, czy wszystkie teFakty czy też te ślady są do ustalenia? Zapewne tak. Jednak to są rzeczy, które chyba nie przepadają. Natomiast to dla mnie jest zadziwiająca historia, budząca jednak zainteresowanie i taką refleksję, że może jednak coś jest na rzeczy, jeśli chodzi o tego amerykańskiego satelitę. Ta zbieżność dat to naprawdę jest fascynujące.
[01:20:03] - Arku, z drugiej strony, jeżeli to był jakiś radziecki satelita albo cokolwiek radzieckiego, co się zepsuło i spadło, to my się chyba nie dowiemy. Wydaje się też, że Amerykanie nie za bardzo by się chcieli przyznać, że ich eksperymentalny satelita, ja tylko przypomnę, że on ważył chyba niecałe 70 kilo, spadł za żelazną kurtyną. Jak podchodzisz do tej hipotezy satelitarnej? Co na cię bardziej przekonuje niż ta meteorytowa?
[01:20:37] - Zdecydowanie tak. Tutaj zbieżność ta, o której Marek mówił, jest jak najbardziej. Tylko czy ten satelita mógł się znaleźć, jego trajektoria lotu ewentualna, czy on się mógł znaleźć nad nami, nad Polską, nad Bałtykiem? I czy by wydawał brzęczące dźwięki? Pewnie tak, to jest bardzo ciekawe, ale ma się nijak do znalezienia humanoida czy czegokolwiek takiego, co by tam mogło ewentualnie się znaleźć. Zdecydowanie musiało być coś, co spowodowało tą obserwację. Ten ogon, który tam był widoczny, bardziej celuje to w to, że to był jakiś obiekt, który spalał się w tym czasie. Meteoryty spadają z prędkościami równymi 10 kilometrom na sekundę, ewentualnie wyższymi, więc pewnie by był huk i tak dalej. Inaczej by to wyglądało. Satelita zarówno z jednej strony, jak i z drugiej strony tą hipotezę jak najbardziej czyni wiarygodną, że to właśnie było coś takiego. Czy to był amerykański? Z tego względu, że brak takiej medialnej nagonki na Amerykanów i taka cisza, która w tym momencie zapadła, to znaczy pozwolono dziennikarzom badać to. A tak jak Marek mówił, nie o to chodzi, jak wojsko coś tam zgubi albo jest jakieś podejrzenie odnalezienia czegoś wartościowego, to od razu kordon i zakaz wstępu i badamy to wszystko. Tak by pewnie to się odbywało, a tutaj nie mieliśmy tego, więc ciężko powiedzieć. Najbardziej pasuje do tych wszystkich wydarzeń satelita, który się tam spalał, który zlatywał powoli w miarę jak na te możliwości. I stosunkowo musiał być pusty w środku, bo gdyby był pełny, to waga jego by była znaczna, więc całkiem inaczej by się pewnie spalał, inną prędkość by nabrał, więc nie wyhamowałby tyle, jak ten obiekt, który jest lekki, pusty w środku.
[01:23:51] - We współczesnej literaturze mieliśmy do czynienia z dwoma hipotezami racjonalistycznymi. Pierwsza to była ta meteorytowa, druga satelitarna. Ale panowie, za dużo tu było tej racjonalności. Puśćmy wodze fantazji. Fakt faktem to miało być pytanie, natomiast wydaje mi się i chyba się zgodzicie ze mną, że może się wydarzyć tylko coś niezwykłego, co nam wniesie do tej historii jakieś nowe informacje, powiew świeżości, jakieś ujawnienie informacji, jakiś przeciek. Myśmy już mieli takie dziwne przecieki na temat Gdyni, które nic nie wniosły do tematu, ale chciałbym was zapytać, jaka jest wasza ulubiona teoria spiskowa związana z Gdynią 59. Ja mam ich kilka. Moja ulubiona z tych kilku jest taka, że ten humanoid pewnie gdzieś nadal spoczywa w inkubatorze, a może zasuszony już jako mumia w piwnicy któregoś z trójmiejskich szpitali. Ogólnie często, mówiąc o istocie, wskazywano na Szpital Uniwersytecki w Gdańsku, ale tych teorii spiskowych było więcej. Marku, z takich rzeczy, na które odpowiedzi nie ma, z takich rzeczy, które kuszą, co cię w Gdyni najbardziej rusza? Z tych rzeczy nieracjonalistycznych.
[01:25:19] - Nieracjonalnych. Powiem tak: w to, że gdzieś tam sobie ten ufita w Gdyni spoczywa, w to nie wierzęW Polsce by natychmiast go gdzieś przehandlowano na czarnym rynku i mielibyśmy relikwię z niego albo coś tam. Przepraszam od razu za takie porównania. Natomiast ja zawsze lubię sobie posnuć taką opowieść, że jak już był ten obcy, to pierwsza możliwa lokacja, do której Rosjanie by go przywieźli, bo to stosunkowo niedaleko od Trójmiasta, ale najechać się trzeba, to jednak potężna baza rosyjska w Bornym Sulinowie. Ja przypomnę, że dużo później w pobliżu Bornego Sulinowa była też zbudowana mała baza, w której stacjonowały głowice jądrowe oraz nośniki tych głowic jądrowych. Byłem tam, widziałem, wiem, jak to wyglądało. Wierzcie mi państwo, dostanie się do tej części umocnień radzieckich było po prostu niemożliwe. Kiedyś przy okazji mogę o tym opowiedzieć. To naprawdę była tak zwana przygoda życia, kiedy ja się tam pojawiłem, bo pomimo że minęło ileś tam lat od wycofania się armii radzieckiej, to tam było niesamowicie. Dzisiaj już tak niesamowicie nie jest. Większość tam jest wyburzona i zasypana, ale było ciekawie. Do czego nawiązuję? Skłonny jestem uwierzyć, że jeśli był tam jakiś przybysz czołgający się po plaży, to jeśli go gdzieś przewieziono, to właśnie do Bornego Sulinowa. Żebyście państwo też mieli świadomość, Borne Sulinowo to brzmi groźnie. I rzeczywiście było groźne, bo tam stacjonowały nieprzebrane ilości czołgów i wozów bojowych. Tuż po wycofaniu się armii radzieckiej byłem w Bornym Sulinowie i widziałem, jak wyglądał plac manewrowy, na którym stacjonowały czołgi. Tych czołgów już tam oczywiście nie było. Jakby to państwu powiedzieć... Ogromny plac. I ja wiem, że słowo ogromny nie oddaje wielkości, ale naprawdę Plac Czerwony to mniej więcej ta wielkość, gdzie był ten plac w Bornem Sulinowie. To naprawdę przepotężne miejsce, gdzie to wszystko stacjonowało. Zostawmy opowieści o Bornym Sulinowie, ale lubię sobie wyobrażać, że tam właśnie tego obcego przywieziono. Tam jakieś badania podjęto, a później naturalną koleją rzeczy trafił tam, gdzie trafić powinien, czyli gdzieś do Związku Radzieckiego. I dzisiaj, kiedy nadejdzie moment, że Amerykanie zaczną się licytować z Rosjanami i innymi narodami, kto ma więcej obcych i więcej obiektów pochodzenia pozaziemskiego, mam nadzieję, że państwo wyczuwacie pewien sarkazm w tym, co mówię, to kiedy nadejdzie ten moment, to jednym z tych kart przetargowych, tych bijących, będzie właśnie obcy z Gdyni. Rosjanie wyciągną tę kartę i powiedzą: „A my mamy to”. Czym przebiją Amerykanie? Tego oczywiście nie wiem, ale tak lubię sobie to wyobrażać. Wiem, że to trochę absurdalne, ale cóż, taka jest nasza fantazja, że czasami ten wehikuł wyobraźni, do którego notabene zapraszam, lubi nas ponieść w miejsca przynajmniej lekko absurdalne.
[01:29:30] - Arku, słów kilka podsumowania do Gdyni. Czy też tak jak ja chciałbyś, żeby napisano w 59. roku o kosmicie i mielibyśmy teraz znacznie większe podstawy do tego, żeby ta historia po prostu była fajna i żeby ona nam się nie rozjeżdżała w kierunku takich hipotez wojskowo-szpiegowsko-satelitarnych?
[01:29:51] - Zdecydowanie tak. Ja, w odróżnieniu od Marka myślę, że jeżeliby przyjęli tego obcego Rosjanie, zawieźliby go jednak do Kaliningradu dawnego, a obecnie Królewca z powrotem, dlatego, że jest po prostu bliżej. Nawet autostradę by mieli. Więc taki przejazd nie byłby niczym jakimś dziwnym, bo taka wymiana zapewne wtedy jeździła, chodziła. Ale fajnie by było wierzyć, że jakiś profesor wstawił inkubator z obcym gdzieś do małego pomieszczenia. Zamurowano wejście. W dalszym ciągu jest tam podłączony pod aparaturę. I przy okazji jakiegoś remontu, który zapewne kiedyś nastąpi, odkryjemy i będziemy mieli swojego własnego obcego, którego będziemy mogli badać. Być może, że jeszcze będzie w tym stanie katatonii między życiem a śmiercią. Ale będzie. Tak fajnie by było, żeby tak było. W sumie dla tego obcego to niekoniecznie, ale dla nas to tak by było dobrze, byśmy mieli jakąś kartę przetargową w stosunku do tego, o czym mówi Grusch. Nasz prezydent by mógł się wtedy wykazać: „A my mamy tutaj takiego”.
[01:31:32] - Kto wie, czy Grasz o tym kiedyś nie powie? Drodzy Państwo, 65. rocznica katastrofy UFO w Gdyni. Te same pytania co zawsze. Interesujące, ale jednak pokazujące też, że od samego początku ta historia jest troszeczkę skażona. Że ona od samego początku pokazuje nam dwie opowieści. Jedna to jest ta opowieść, że coś się tam jednak wydarzyło i to potwierdzają te relacje prasowe. A druga opowieść to jest to, co byśmy wszyscy chyba chcieli, żeby miało miejsce, że to była taka powtórka klasycznej katastrofy UFO z ufonautą i że nasze służby też się zajmowały jakimś materiałem biologicznym, jak to mówi Grasz. Materiał biologiczny, tak Grasz mówi. Kto wie, może tak było, a może rzeczywiście to było tylko takie maskowanie, zasłona dymna, może w tej Gdyni rzeczywiście się coś stało. Powiem wam, że wiele rzeczy mnie kusi, żeby uważać, że to jednak była taka zasłona dymna. Na przykład te wszystkie relacje mówiące o tym, że tam wtedy widywano te dziwne obiekty, takie same jak w latach 1957-1958. Myślę, że nie dowiemy się szybko nowych rzeczy, chyba że rzeczywiście znajdzie się ktoś, kto wygrzebie pamiętnik swojego dziadka, który był albo lekarzem, albo portierem w szpitalu i okaże się, że rzeczywiście się coś wtedy wydarzyło. Panowie, dziękuję wam za przybycie. Jeżeli, drodzy słuchacze, macie jakieś koncepcje na temat katastrofy UFO w Gdyni to piszcie. Z chęcią tutaj przeczytamy te komentarze. Może też, bo tutaj widzę, że wielu z was pisało, macie jakieś osobiste wspomnienia z tym związane, bo jesteście mieszkańcami Trójmiasta, może pamiętacie krążące w związku z tym pogłoski. Tym chętniej się z nimi zapoznamy. Jeżeli macie jakieś mocne informacje, to piszcie do Radia Paranormalium. No i cóż, Sienkieweliosie, do usłyszenia w kolejnej debacie ufologicznej.
[01:33:45] - Do usłyszenia. Mówił przed chwilą do Państwa prowadzący rozmowę Piotr Cielebiaś z Nieznanego Świata, autor kanału UFO Historie, do subskrybowania którego serdecznie Państwa zachęcamy, szczególnie fascynatów tematyki ufologicznej. Był z nami również Marek Żelkowski, autor audycji Bibliotekarium 2.0 oraz Arkadiusz Kocik z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sienkiewicz. Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie w kolejnych naszych audycjach. Śledźcie zapowiedzi na www.paranormalium.pl oraz na naszych profilach społecznościowych na Facebooku, Instagramie i YouTube. Dzięki jeszcze raz. No i do usłyszenia ponownie już niedługo.
[01:34:38] - Do usłyszenia.
[01:34:40] - Do usłyszenia. Pozdrawiam.
[01:34:42] - Cześć, cześć.
[01:34:44] - Bardziej niż nieprawdopodobne, niemożliwe, niewiarygodne. Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. UFO Relacje Polska baza relacji o obserwacjach UFO www.ufo-relacje.pl. Podziel się już dziś swoją obserwacją. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Wszystkim świadkom zapewniamy pełną anonimowość. UFO Relacje Polska baza relacji o obserwacjach UFO www.ufo-relacje.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium. Więcej dowiesz się w dziale blogi na www.paranormalium.pl. Archiwum Radia Paranormalium. Pełne archiwum audycji najbardziej paranormalnego radia w polskim internecie. Setki gigabajtów wciągających paranormalnych mp3 czekają na ciebie. Słuchaj zawsze i wszędzie, o każdej porze dnia i nocy. Dziel się nagraniami ze swoimi znajomymi i pokaż im świat, o jakim boją się nawet pomyśleć. Archiwum audycji Radia Paranormalium znajdziesz w zakładce „podcasty” na www.paranormalium.pl. Nieograniczona przestrzeń do nieskrępowanej dyskusji na tematy paranormalne, ezoteryczne i nie tylko. Forum Radia Paranormalium. Dołącz do nas na forum.paranormalium.pl. Rozmawiaj z prezenterami i innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata z dala od Facebooka na www.paranormalium.pl.