Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Dzisiaj, drodzy państwo, będzie wieczór z ciekawymi książkami, z ciekawymi gośćmi i wieczór z kulturą, tą wyższą i tą trochę niższą. Przy mikrofonie i zastawami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:42] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, proszę państwa, tytuł jest prowokacyjny: „Kultura wysoka versus popkultura”. Nie wiem jak państwo, ale ja mam dosyć ambiwalentne odczucia, kiedy słyszę ludzi, którzy pracowicie dzielą kulturę na wysoką i na popkulturę. Zresztą częściowo dzisiaj państwo to usłyszycie w dyskusji, która się, trudno powiedzieć rozpęta, która będzie odtworzona w Book Radio. Dyskusja miała miejsce dawno, dawno temu, nie w odległej galaktyce, a na Sedinconie i o popkulturze oraz kulturze wysokiej będą radziły bardzo znane nazwiska. Ale pomimo tego, że oni będą radzili i rzeczywiście nie da się ukryć, że pewne książki są głębsze, wspanialsze, a inne są po prostu rozrywką, to ja jednak nie jestem przekonany, że da się przeprowadzić proste cięcie gdzieś wzdłuż albo w poprzek kultury i stwierdzić: po tej stronie jest kultura wysoka dla tych lepszych, a tu jest popkultura dla tych, co nie muszą albo nie potrzebują i tak dalej. Mnie się to mimo wszystko wydaje w jakiś sposób upraszczaniem tego wszystkiego, tego bogactwa, które nas otacza. Poza tym, tu nie będę specjalnie oryginalny, ale jeśli słuchacie państwo w Internecie pana, który nosi nazwisko Maj, to wiecie państwo, że on również uczynił bardzo ważnym elementem tego wszystkiego, o czym mówi, że ten podział na kulturę wysoką i popkulturę jest śmierdzący. On jednak jest taki naznaczający i sprawiający, że niektórzy ludzie czują się lepsi, bo potrzebują się czuć lepszymi. Ale tak naprawdę jakby zejść do głębi, to może się czasami okazać, że coś, co uznajemy za popkulturę, jak dobrze poskrobać, to się nagle okazuje kulturą wysoką i odwrotnie.
Coś, co udawało kulturę wysoką nawet przez wiele lat, jak się znowu dobrze poskrobie, to czasami wychodzi, że to takie czytadło zwykłe i tak dalej. Ale ja nie tylko o tym chciałem powiedzieć. Jakby się głębiej zastanowić, głębiej wejść w temat, to człowiek, przynajmniej ja, zastanawia się, czy w ogóle, już nawet nie chodzi o to, czy coś jest takie, czy śmakie, czy może jeszcze owakie, ale czy w ogóle warto tego rodzaju podziałów dokonywać. Sami państwo musicie to rozważyć. Może dzisiejsza dyskusja na antenie Bibliotekarium 2.0 pomoże w tym państwu, a może nie. Na dwoje babka wróżyła. Zacznijmy jednak od początku, bo nie od dyskusji zaczniemy. Tradycyjnie śpieszę do państwa z polecankami. Pierwsza polecanka nie będzie stricte fantastyczna czy fantastycznonaukowa. To bardziej kryminał, chociaż elementy klasycznie pojętego horroru.
Nie wiem, czy ja mogę tyle opowiadać o tej książce. Jednak się będę trzymał noty wydawcy, bo jak zacznę opowiadać, to sprzedam państwu za dużo i później niektórzy będą na mnie psy wieszali. Ale elementy nie tylko kryminału, ale również takie horrorowe w tej książce się pojawiają. Nadszedł czas zdradzić, o jakiej książce zamierzam mówić. To jest książka zatytułowana „Bezgłos”. Autorką jest Katarzyna Puzyńska, a wydawnictwem, które sprawiło, że książka pojawiła się na rynku, jest wydawnictwo Prószyński i S-ka. Teraz notka od wydawcy: „Julia Wilk przyjeżdża do niewielkiej miejscowości pod Brodnica, mając nadzieję, że tu nikt nie rozpozna w niej morderczyni i będzie mogła pozbyć się poczucia winy. Nie wie, że miasteczko Wieszcze ma więcej sekretów niż ona sama. Już pierwsza noc przynosi przerażającą wizję i burzy idylliczną wizję rozpoczęcia nowego życia. Wydaje się, że wystarczy przetrwać do rana.
Czy na pewno? Wschód słońca nad Wieszczami jest wyjątkowo piękny. Tylko że rankiem jest już za późno na ucieczkę. Julia jeszcze o tym nie wie, ale kto raz wejdzie do miasteczka, już go nie opuści.” Julia znajduje ciało zamordowanej kobiety. Kilka godzin później wszelkie ślady po jej śmierci zostają dokładnie usunięte. A może w ogóle nigdy jej w miasteczku nie było? Wkrótce okazuje się, że nie tylko cała społeczność Wieszczy skrywa zadawnioną, mroczną tajemnicę, ale również każdy z mieszkańców ma na sumieniu własne grzechy. Jednak żeby uciec z pułapki, trzeba będzie komuś zaufać. Tak łatwo popełnić fatalny w skutkach błąd, kiedy nie można wierzyć nawet własnym zmysłom. Julia nie jest bezpieczna ani w swoim nowym domu, ani tym bardziej w lesie.
W ciemności czai się coś, czego nie spodziewała się w najgorszych koszmarach. Czy ktoś odważy się złamać zmowę milczenia i wyjawić skrywany przez lata krwawy sekret? Kto z miasteczka naprawdę jest zdrajcą? I dlaczego na ukrytym w najdalszym zakątku lasu starym cmentarzyku ciągle kwitną jabłonie? Tylko uważaj, ich piękny zapach niesie śmierć. A jeśli w nocy usłyszysz kroki na schodach, najpewniej jest już za późno. „Bezgłos” to najmroczniejsza odsłona charakterystycznej dla Katarzyny Puzyńskiej opowieści o pozornie sielskim, małym miasteczku. Horror miesza się tu z kryminałem i wątkami słowiańskimi. Jak zwykle jednak najważniejsi są ludzie. To oni skrywają najgorsze sekrety.
Książki autorki tworzą uniwersum, w którym fani jej twórczości wytropią intertekstualne nawiązania, a nowi czytelnicy znajdą wciągające, pełne tajemnic i grozy opowieści z mocną podbudową psychologiczną, ale też nutą czarnego humoru. To była, proszę państwa, pierwsza książka, którą szczerze państwu polecam. Przypomnę, Wydawnictwo Prószyński i S-ka. Cóż, a teraz czas na drugą kobietę. Tak, bo autorką drugiej pozycji, którą zamierzam państwu polecić, jest kobieta. Tym razem kobieta zza oceanu. Wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało książkę „Lawinia” Ursuli Le Guin. Autorki przedstawiać nie trzeba. Chociaż i tak to zrobię, ale nie trzeba, bo to pióro znane przez bardzo wielu czytelników, bardzo wielu miłośników fantastyki naukowej. Trochę się zaciąłem, bo nie tylko fantastyki naukowej, ale również książek fantasy.
Ona jest po prostu rozpoznawalna, a jej styl niezwykle ceniony. Ta powieść, „Lawinia”, to jest ostatnia powieść królowej fantastyki. Jeszcze bardzo ważna informacja. Tłumaczem tej książki był, jest Tomasz Wilusz. To teraz notka od wydawcy. Lawinia, księżniczka Lacjum, bardzo chciałaby żyć w spokoju. Jej marzenia przekreśla jednak wielka polityka i starania matki, Amaty, by zaręczyć dziewczynę z przystojnym, ambitnym Turnusem. Na drodze do małżeństwa staje przepowiednia. Lawinia ma poślubić cudzoziemca, który przyczyni się do rozpoczęcia okrutnej wojny, a następnie w niej zginie. Tymczasem do Italii przybywają uciekinierzy z opanowanej wojną Troi, a wraz z nimi tajemniczy Eneasz.
Zainspirowana „Eneidą” opowieść to jedna z najbardziej wyjątkowych historii w dorobku Ursuli Le Guin. Zrodziła się z refleksji nad postacią Lawinii, współzałożycielki przyszłego imperium, która u Wergiliusza nie wypowiedziała nawet słowa. Autorka „Ziemimorza” po latach oddaje sprawiedliwość legendarnej kobiecie, opisując jej pełne namiętności i okrucieństwa losy w mistrzowski, pełen lirycznego piękna sposób. Tyle tytułem zachęty. Ja powiedziałem, że nie odpuszczę i będę musiał coś autorce powiedzieć. A więc Ursula Le Guin, 1929-2018, nazywana jest, to już państwo wiecie, królową światowej fantastyki. Była córką znanego antropologa Alfreda Kroebera, stąd K przed jej nazwiskiem, i badaczki indiańskiego folkloru Theodory Kroeber. Le Guin z domu wyniosła znajomość rytuałów, obrzędów i szamańskich praktyk, a także szacunek wobec kulturowej odmienności. Miało to ogromny wpływ na jej twórczość utrzymywaną w konwencji science fiction i fantasy. Opowieści pisarki są wysoko cenione również poza kręgiem miłośników gatunków, które przed chwilą wymieniłem.
„Czarnoksiężnik z Archipelagu” od lat znajduje się na liście lektur szkolnych. Mówiąc szczerze nie sprawdzałem, ale był tam. Obok bardzo sugestywnych wizji rzeczywistości książki Ursuli Le Guin zawierają niezwykle interesujące portrety psychologiczne bohaterów oraz niebanalne przesłania. Książki pisarki przekładali między innymi Stanisław Barańczak, Paulina Braitner i Piotr Cholewa. Proszę państwa, tyle dzisiejszych polecanek. To są książki świeżutkie, które w wydawnictwie Prószyński się pojawiły. A zatem chwytajcie państwo portfele, karty kredytowe czy w każdym razie dokonujcie państwo zakupów najlepiej przez internet, bo chyba najwygodniej. To tyle polecanek. A teraz kolejny punkt programu, którego nie mogę sobie odpuścić, a mianowicie korepetycje filozoficzne. Przy okazji, jeśli zechcielibyście państwo sięgnąć na kanał youtubowy zatytułowany „Wehikuł wyobraźni”, to tam najnowszy filmik, względem przynajmniej tego tygodnia najnowszy, traktuje o pożeraczach wolności, a otwiera playlistę zatytułowaną „Machina filozoficzna”.
Więc jeśli ktoś filozofię lubi albo przynajmniej ją toleruje, to zapraszam na kanał „Wehikuł wyobraźni”. Tam porozmawiamy o tym, jak paradoksalnie czasami bywa w naszym życiu, w naszej rzeczywistości, że idee, które głoszą wolność, czasami przynoszą najgorszą niewolę. Ja to omawiam na przykładzie, ale myślę, że warto się nad tym problemem zastanowić. A teraz już korepetycje filozoficzne „Bibliotekarium 2.0”. Chciałbym państwu dzisiaj zaproponować artykuł Briana Orenda w tłumaczeniu Artura Szuty. Artykuł nosi tytuł: „Czy wojna może być sprawiedliwa?”. W kontekście tego wszystkiego, co dzieje się w tej chwili wokół nas pytanie jak najbardziej zasadne, ale jak to bywa w filozofii, odpowiedź nie jest jednoznaczna, nie jest prosta i jeśli się państwo takowej spodziewacie, to muszę państwa zawieść. Ta odpowiedź w postaci artykułu raczej analizuje pewne stany zastane. To, co dzisiaj wiemy o wojnie sprawiedliwej, niesprawiedliwej i w ogóle o wojnie. Tekst już tradycyjnie ukazał się w dwumiesięczniku „Filozofu” w 2018 roku, w numerze trzecim, dwudziestym pierwszym z kolei.
I przedstawiam go państwu tradycyjnie na licencji uznania autorstwa i na tych samych zasadach, warunkach 3.0 Polska. Autor artykułu, czyli Brian Orend, jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Waterloo w Kanadzie. Zajmuje się prawami człowieka, sprawami międzynarodowymi oraz etyką wojny. Jest autorem książki „The Morality of War”. Lubi spędzać czas ze swoim nastoletnim synem, a także słuchać Drake'a i oglądać „Arrow”. A zatem zadajmy pytanie tytułowe: czy wojna może być sprawiedliwa? W tej sprawie są trzy możliwe odpowiedzi. A) wojna sprawiedliwa to pojęcie sprzeczne. B) na wojnie wszystko ujdzie. C) jest możliwa wojna sprawiedliwa, ale pod pewnymi warunkami.
Wojnę określa się mianem intencjonalnego, szeroko rozprzestrzenionego konfliktu zbrojnego pomiędzy określonymi grupami ludzi. Jest to prawda niezależnie od tego, czy grupy te znajdują się w granicach jednego państwa. Mówimy wówczas o wojnie domowej. Czy w różnych państwach, wówczas mówimy o wojnie na skalę międzynarodową. Jest to również prawda niezależnie od tego, czy grupy te stanowią rządy państwowe, mówimy wówczas o wojnie symetrycznej, czy też jedną ze stron są grupy pozapaństwowe, tacy jak rebelianci czy terroryści, wówczas mówimy o wojnie asymetrycznej. Istnieją trzy podstawowe teorie zajmujące się kwestią tego, czy wojna w jakiejkolwiek formie może być sprawiedliwa. Dwie z nich uznają zwrot „wojna sprawiedliwa” za oksymoron. Wojna ich zdaniem jest czymś złym i niesprawiedliwym zarówno konceptualnie, jak i w praktyce. Trzecia z nich natomiast dopuszcza możliwość wojny sprawiedliwej. Zgodnie z pierwszą teorią nigdy nie powinniśmy prowadzić żadnej wojny, szczególnie w świetle historycznej wiedzy o tym, jak jest brutalna i kosztowna.
Teoria ta odwołuje się także do odwiecznie uznawanych zasad etycznych głoszących, że nie powinniśmy zabijać naszych bliźnich, tym bardziej na masową skalę, jak to się dzieje na wojnie. Jest to oczywiście doktryna pacyfizmu i znajduje się ona na idealistycznym, czy też optymistycznym krańcu spektrum poglądów na temat wojny, zgodnie z którymi zawsze istnieje lepsze rozwiązanie niż wojenne starcie, zaś wojna sama powinna być zakazanym aktem bezprawia. Prosty slogan pacyfizmu w odniesieniu do wojny mógłby brzmieć: „Nic nie ujdzie”. Wojna sprawiedliwa to conditio in adiecto. Na drugim, ciemniejszym i pesymistycznym końcu spektrum mamy realizm. Postrzega on wszelkie sprawy międzyludzkie, przynajmniej te międzynarodowe, jako niekończącą się walkę o władzę, dominację. Z tej perspektywy wojna to jedynie dająca się przewidzieć konsekwencja tego stanu rzeczy. Przemożne narzędzie zdobywania i praktykowania dominacji. Nie możemy nic z tym zrobić, a przynajmniej historia nie daje żadnych powodów, aby myśleć, że można skutecznie zabronić stosowania machinerii wojny.jaliści wierzą, że można uciekać się do wojny jedynie wówczas, gdy domaga się tego interes własny oraz że jej jedynym sensownym celem jest zwycięstwo. Historia często pokazuje, jak tragiczne są skutki przegrania wojny.
Dlatego wszystko, co prowadzi do zwycięstwa, jest dopuszczalne w ramach reguł gry. Stąd uproszczona wersja sloganu realistów w odniesieniu do wojny brzmiałaby: „Wszystko ujdzie”. Z tej perspektywy pomiędzy wojną a sprawiedliwością nie ma żadnego pojęciowego powiązania. Takie powiązanie istnieje jedynie pomiędzy wojną a egoistyczną strategią. Pozostaje jeszcze opcja zajmująca środek omawianego tu spektrum, którą można scharakteryzować za pomocą zwrotu: „Czasami ujdzie, czasami nie”. Jest to rdzeń stanowiska zwolenników teorii wojny sprawiedliwej, które dopuszcza możliwość wojny moralnie usprawiedliwionej, leżący u podstaw tak zwanych praw konfliktów zbrojnych, na które przystała większość rządów państwowych opartych właśnie o ideę wojny sprawiedliwej i związane z tą ideą wartości. Jednym z przykładów takich praw jest konwencja genewska. Ogólnie rzecz biorąc, zgodnie z tym stanowiskiem wojna sprawiedliwa może przyjmować postać wojny obronnej, obrony własnej lub innych, skierowanej przeciwko wcześniejszemu agresywnemu atakowi. Dobrym przykładem takiej wojny jest obrona Polski przed najazdem nazistowskich Niemiec w 1939 roku. Polska i jej sojusznicy mieli prawo odpowiedzieć, podejmując działania zbrojne.
Moralna ocena wojny jest zatem uwarunkowana koniecznością obrony bezbronnych ludzi, szczególnie nieuzbrojonych cywili. Obrony przed atakami przemocy, jak i groźbą podbicia i zniewolenia przez łamiący prawa obywateli reżim. Tego rodzaju działania, jak się uważa, z tej perspektywy nie są jedynie sprytną strategią, ale moralnym prawem, a nawet moralnym obowiązkiem. Powyższe uwagi dotyczyły jedynie faktu podjęcia wojny. Tymczasem wspomniane prawa określają także zasady prowadzenia konfliktu zbrojnego, sposoby postępowania żołnierzy w trakcie wojny, na przykład zakazujące używania określonych rodzajów broni, takich jak bomby chemiczne, których niedawno użyto na terytorium Syrii. Ja tylko tu się wtrącę i przypomnę, że artykuł jest z 2018 roku. Wrócę do tego samego zdania. Powtórzę je. Powyższe uwagi dotyczyły jedynie faktu podjęcia wojny. Tymczasem wspomniane prawa określają także zasady prowadzenia konfliktu zbrojnego, sposoby postępowania żołnierzy w trakcie wojny, na przykład zakazujące używania określonych rodzajów broni, takich jak bomby chemiczne, i zasady kierujące procesem podejmowania decyzji po zakończeniu wojny.
Ciekawym przykładem zastosowania takich praw było podejście aliantów do karania Niemiec pod koniec II wojny światowej, a także próby przywrócenia sprawiedliwych instytucji w Niemczech Zachodnich i Japonii tuż po wojnie. Niemniej, chociaż tego rodzaju zabiegi dadzą się obronić we wspomnianych dwóch przypadkach, podobne działania w Iraku i Afganistanie nie okazały się już tak udane. Teoria wojny sprawiedliwej bierze takie przypadki i okoliczności pod uwagę oraz próbuje rozumowo wytyczyć, na ile to możliwe, ścieżkę sprawiedliwości wewnątrz pełnego przemocy konfliktu zbrojnego. To jest, proszę państwa, koniec tego artykułu. Jeżeli ktoś z państwa ma takie poczucie, że nie dowiedział się niczego nowego, to może i słusznie, ale specjalnie wybrałem ten artykuł, dlatego że on dobrze porządkuje to, co już wiemy. Po prostu rozdziela na trzy te przysłowiowe kupki. Mówi nam o tym, co w danej grupie jest ważne, a co ważne nie jest. Myślę, że taki artykuł w naszych czasach może się przydać, bo w dalszym ciągu czasami słyszę o tym, że to jest przecież takie proste. Chyba proste jednak nie jest. Proszę państwa, ale to nie koniec nieprostych spraw dzisiaj.
Obiecałem państwu tydzień temu dyskusję o popkulturze i kulturze i w ogóle tych wszystkich okolicach
[24:40] - Obiecałem, to jest ta dyskusja. Tym bardziej że dyskusja leżała sobie zarchiwizowana na dysku. Przeczytam państwu pewne wprowadzenie do tego panelu, które zostało zawarte w materiałach konwentowych. Czy popkultura zjada własny ogon? Współczesną kulturę trawi postmodernizm do sześcianu. Jest totalnie wyczerpana, czy też do cna wyskrobana. Objawia się to szczególnie boleśnie w jej odmianie popularnej, czyli popkulturze całkowicie przestawionej na recykling i to wielokrotny, co widać choćby po „Gwiezdnych wojnach”. Nowych, inspirujących opowieści nie ma i nie będzie. Kryzys jest powszechny, skoro dotyczy też kultury wyższej, na której popularna pasożytowała, wtórnie się ubogacając. Teraz nie ma na czym żerować, więc zjada własny ogon.
Co dalej? Czy mimo tego przygnębiającego trendu jest szansa na odnowę? Na te pytania spróbują odpowiedzieć państwu uczestnicy panelu. Prowadzący Jacek Inglot oraz uczestnicy: Paweł Majka, Mirosław Obarski, Marcin Podlewski, Jacek Sobota i Marta Kładź-Kocot. Zapraszam. Kultura zawsze pasożytowała na kulturze wyższej, inspirowała się kulturą wyższą, przerabiała różne motywy kultury wyższej na swoją modłę, ubogacając swój repertuar. Potem przyszedł w latach 70. i 80. wspomniany wyżej postmodernizm i okazało się, że kultura wyższa zaczyna konsumować samą siebie. Uznano, że wszystko już było.
W związku z tym jedyne, co nam zostało, to replay od początku. Przepisujemy wszystko od początku, ale oczywiście w innych konwencjach, w inny sposób. Temat nowych wątków nam się wyczerpał. To było takie założenie postmodernizmu. Opowiedzmy to jeszcze raz, ale może inaczej, przy pomocy innych konwencji, innych scenerii, innych sztafaży kulturowych. Było to jeszcze jakoś twórcze. Co zauważył w naszej dyskusji Jacek Sobota, którego sobie pozwolę tutaj zacytować, gdyż piękne zdania pisał, palcując na tym fejsie. Cóż Jacek napisał? Jacek już nie pamięta, bo on zapomniał po tygodniu. Proszę państwa, wy zapominacie po godzinie, co tam palcowaliście do tego fejsa, więc dajcie człowiekowi spokój.
Ale ja przekleiłem i mam. „Postmodernizm” — pisze Jacek Sobota — „to było jeszcze takie twórcze zżeranie własnego ogona. Jeszcze przemiana materii działała. Natomiast teraz mamy do czynienia z zadławieniem się popkultury własnym ogonem. Procesy twórcze, trawienne ustały”. Jeszcze jedna myśl, która mnie prześladuje: kultura niekompetencji. To znaczy kompletna niewiedza, brak znajomości kulturowych kontekstów staje się w tej chwili warunkiem sine qua non odbioru współczesnej popkultury i co gorsza, także jej tworzenia. Nikt się właściwie nie dziwi, jak wtórny, kiepski jest ten serial, ponieważ to stało się normą, jest niedostrzegane. Tutaj oczywiście odnosiliśmy się do stanu popkultury, także różnych produkcji netflixowych i tak dalej. Moje pytanie, które kieruję do szanownej publiczności i do szanownie zebranych panelistek i panelistów: czy zatem obecny regres, który dla mnie nie ulega dyskusji, choć może się ktoś z tym nie zgadzać oczywiście, nie wynika z tego, że zapominamy właśnie o tych dawnych wzorcach, o których zapominaniu Jacek w tym cytacie wspomina.
Czyli innymi słowy, można nam wcisnąć każdy shit i kit, bo nie wiemy, co naprawdę dobre, bo nie mamy punktu odniesienia. Jeżeli piję whisky i mam odczucie, że piję kiepską whisky, to tylko i wyłącznie to odczucie się bierze stąd, że kiedyś spróbowałem naprawdę dobrej whisky. Przez kontrast. Porównanie jednego z drugim jest źródłem poznania. Inaczej: czy można nam wcisnąć każdy shit i kit, bo nie wiemy, co naprawdę dobre? A nie wiemy my, konsumenci popkultury, bo kontakt właśnie z tą lepszą odmianą whisky, czyli z tą uszlachetniającą kulturą wyższą, został w tych kręgach zjadaczy popkultury przerwany. I to jest zagadnienie numer jeden. Proszę osoby o słabszych nerwach, żeby się przygotowały na ciąg dalszy.
[30:08] - Wstęp jest zakończony, rozumiem.
[30:10] - To jest część pierwsza.
[30:15] - Dobrze, okej. Well. Proszę o wybaczenie, że ja nie odpowiem na twoje pytanie, tylko wywrócę twoje założenia. Mogę?
[30:22] - Trzymamy.
[30:25] - Nie ulega dla mnie rzeczywiście wątpliwości, że mamy do czynienia z kulturą papki, kulturą rozproszenia i czymś, co ja nazywam kulturą krótkiej pamięci. Natomiast na wszystkich bogów proszę mi nie mieszać do tego postmodernizmu. Dlatego, że postmodernizm jest pewnym nurtem, który sam w sobie już właściwie się skończył nie wiadomo na czym. Natomiast tak naprawdę to, że wszystko jest odtwarzane, powtarzane, mielone jeszcze raz, to nie jest postmodernizm, dlatego że postmodernizm miał pewną logikę, był pewną filozofią. Tak jak Frederic Jameson określił go postmodernizmem, czyli logiką późnego kapitalizmu. I to był pewien moment, w którym zaczęto inaczej patrzeć na pewne zjawiska kultury. I postmodernizm też wyprodukował własne arcydzieła, takie jak na przykład powieści Umberto Eco. O co tutaj chodzi? Chodzi o to, że postmodernizm zakwestionował coś, co nazywaliśmy wcześniej wielkimi narracjami. Nie chodzi tylko o to, że można tworzyć wielkie, wybitne narracje w znaczeniu literackim, ale chodzi o to, że postmodernizm zgłosił upadek wielkich narracji w znaczeniu takich uniwersalnych opowieści o świecie, w które wierzyliśmy.
I stwierdził, że człowiekowi współczesnemu nie wystarcza już wiara religijna, nie wystarczają filozofie, nie wystarcza oświeceniowa wiara w postęp, którą jakoś tam kontynuujemy w ramach narracji naukowej. I te wszystkie, jak to się w ramach postmodernistycznych teorii nazywa dyskursy, one zaczynają być równoprawne. Nie jest tak, że my po prostu uznajemy wyższość jednego dyskursu nad drugim, tylko my mamy świadomość, że to jest tylko dyskurs, że to jest sposób mówienia o świecie, a nie że to jest przezroczysta jakaś opowieść o świecie jako takim. Czyli postmodernizm po prostu kwestionuje naszą wiarę w to, że my w ogóle mamy dostęp do rzeczywistości i możemy o niej jakoś wiarygodnie opowiadać. To jest jedna sprawa. Druga sprawa to jest taka, że wspomniałeś o arcydziełach i właśnie ta wiara w arcydzieła to była jeszcze wiara taka modernistyczna. Czyli mamy najpierw modernizm i wierzymy, że możemy zrobić coś wstrząsająco nowatorskiego. I wtedy powstają arcydzieła, powstają powieści Manna, powstają powieści Joyce'a. Świat klęka i mówi: „Wow, mamy arcydzieła”. Natomiast potem mamy coś, co tę tęsknotę za nowością doprowadziło do ściany i ją z tą ścianą boleśnie zderzyło.
I to był awangarda. I okazało się, że nagle ktoś stwierdził w pierwszej połowie XX wieku, że w sumie to nie można cały czas tworzyć sztuki w ten sam sposób, który nam odwzorowuje rzeczywistość. Stwórzmy sztukę taką, która będzie wstrząsająco nowa, która będzie nas zderzać z czymś, czego do tej pory nie robiliśmy. Przy czym awangarda, ponieważ ta pogoń za nowością to była taka cecha definicyjna, to było coś, co najszybciej zjadło własny ogon. A dlaczego? Dlatego, że jeżeli szukamy tylko nowości, to ta pula nowości bardzo szybko nam się osunie w Bełkot i w coś totalnie niezrozumiałego. I taki przykład, który mną wstrząsnął, kiedy czytałam o tym właśnie podziale na modernizm a awangardę postmodernistyczną, to był taki przykład artysty, który nie pamiętam, gdzie to było, nie pamiętam, kto to był, w którym roku to było, ale facet sobie kazał amputować własną rękę i jakoś tam ją spreparować i wystawiać w gablocie. I to był taki skrajny gest artystyczny, przy którym się fontanna, ta słynna Marcela Duchampa, po prostu chowa. Natomiast jeżeli awangardę rozumiemy tylko jako poszukiwanie nowości, no to właśnie bardzo szybko dojdziemy do ściany. I co w tym momencie?
W tym momencie wkracza postmodernizm, który nam mówi: okej, nie wierzymy już w wielkie narracje. Uważamy, że wszystko już było. I co możemy teraz zrobić? A to, o czym mówił Umberto Eco. Opowiadajmy ze świadomością, że to wszystko już opowiedziano. Opowiadajmy, mając świadomość, że przywołujemy, że cytujemy, że wprowadzamy element dystansu, ironii, pastiszu, parodii. I tak jak właśnie Eco nam wprowadza Wilhelma z Baskerville do „Imienia róży”, to wiemy, że to jest mrugnięcie okiem do czytelnika i mamy sobie przypomnieć Sherlocka Holmesa. I to ma się dla nas odwoływać do wcześniejszych jakichś tam kulturowych kodów. Więc postmodernizm to był ruch naprawdę głęboko intelektualny, który nie polegał na tym, że bez przerwy mielimy to samo, nie mając świadomości i w zasadzie nam jest wszystko jedno, że powtarzamy w kółko te same historie i one są coraz gorsze. Nie.
Postmodernizm to był nurt, w ramach którego cytujemy, posługujemy się pastiszem, parodią, ale robimy to bardzo świadomie, odwołując się do tej właśnie wiedzy o tym, że w zasadzie wielkie narracje są już niemożliwe, bo po prostu w nie nie wierzymy. Więc przywołujemy, cytujemy, bawimy się tym. Taką zabawą był na przykład Shrek. Wszyscy pamiętacie Shreka i pamiętacie niezliczone cytaty z Matrixa, z Władcy Pierścieni, z przeróżnych baśni. Taki konglomerat kulturowy, który Shrek nam daje, fundując nam przy okazji świetną zabawę. I Shrek to jest właśnie bardzo ładny przykład dzieła postmodernistycznego, więc okej, masz rację z upadkiem kultury i z tym, że ona, popkultura zjada własny ogon, ale to nie ma nic wspólnego z postmodernizmem.
[36:01] - Można? Chciałem powiedzieć, że ja nie nazwałem tego. Wyraźnie zaznaczyłem, że postmodernizm się skończył. To były lata 70. i 80. I to jest raczej taki efekt postmodernistyczny, właśnie postmodernizm doszedł ściany, ale w tym swoim negatywnym jakby charakterze, w tym sensie, że już wszyscy recyklingują, cytują i nie ma tam już żadnej ironii, żadnego świadomego odniesienia do tradycji kultury, tylko po prostu rżnięcie schematu. Można by powiedzieć, że to jest, jeśli postmodernizm, to postmodernizm spotworniały, który de facto jest mutantem. A nie tym postmodernizmem, wydaniem Umberto Eco, który oczywiście tworzył rzeczy wartościowe i świadomy tego, co robi i po co. A ci teraz, co się zajmują właśnie zjadaniem własnego ogona, są kompletnie, jak zauważył Jacek Sobota, nieświadomi tego, co robią. Nie ma tam żadnej ironii, tylko rżnięty tępą, brzydką schemat.
Pan Marcin.
[37:12] - Nie zrozumiałem pewnych rzeczy.
[37:14] - Ale to ty nigdy nie zrozumiesz. Potem cię oświecę i tak dalej.
[37:21] - Zgadzam się z Martą. Także ja w ogóle mam trochę słabo, ponieważ po pierwsze posadzili mnie pomiędzy dwoma doktorami, więc ja już mogę powiedzieć, że tutaj za bardzo się nie rozwinę. Będę się starał, kurczę. Tak na poważnie, to powinna tu być zupełnie inna osoba. Nie powinien tu być ja, tylko powinien tutaj być nieodżałowany Mirek Kołuński, który by nas zapewne, jeżeli chodzi o literaturę, zakasował z trzy razy w trakcie tego panelu i nie trzeba byłoby już nic dodawać do tematu. Natomiast dlaczego powiedziałem, że zgadzam się z Martą? Po pierwsze ja uważam, że rzeczywiście cały gatunek postmodernistyczny to był taki gatunek dość pozytywny, taki sympatyczny. On ma teraz taką konotację negatywną troszkę. Jego się odbiera przez perspektywę tego, że wszystko już było, a on raczej w stosunku do modernizmu był taki bardzo ożywczy. No i dość właśnie pod tym kątem sympatyczny.
Ale co ja widzę? Bo ja teraz czytam w ogóle mniej niż czytałem kiedyś. Kiedyś czytałem bardzo dużo, teraz czytam mało. Głównie dlatego, że kiedy mam wybierać pomiędzy czytaniem a pisaniem, to siadam i piszę po prostu, bo uruchamia się w moim mózgu ten sam ośrodek przyjemności. Zauważam, patrząc po swoim dzieciaku i po dzieciakach z jego rocznika—mój dzieciak ma teraz lat 12—że oni nie znają już „Władcy Pierścieni”, nie znają tych wszystkich opowieści, które my znaliśmy, tych podstaw. Oni rzeczywiście biorą je z tego Shreka. Oni biorą wiedzę na temat tego, że Frodo wrzucił ten pierścień do Góry Przeznaczenia z rozmaitego rodzaju pastiszy, z opowieści, które były już przekalkowane dziesięć tysięcy razy i on to potem ogląda jako kolejny odcinek serialu Lego albo jakąś kolejną opowieść, już taką przepotworzoną. I zacząłem się ostatnio zastanawiać, czy nie powinniśmy w ogóle stworzyć nowego pojęcia—na co rzecz jasna nie mamy szans, bo nie jesteśmy nikim z TVN-u czy z TVP, żeby to się przyjęło—ale literatury postproduktowej. Czyli po prostu mieliśmy już kiedyś jakieś produkty, które sobie zaistniały, jakieś takie właśnie dzieła epokowe. I teraz to, co się dzieje, to jest przez cały czas tylko odnoszenie się do tych dzieł w taki czy w inny sposób.
Tutaj już nawet się cała filozofia Campbella nie sprawdza, bo Campbell, z tego, co pamiętam, stworzył tę filozofię dotyczącą archetypów. Ale to będziemy jeszcze pewnie to wałkować. I to rzeczywiście było stosowane. A teraz jest, nawet trudno mi to nazwać, ale mam na myśli, że jest powiedzmy, przykładowa postać Froda z tego „Władcy Pierścieni”, skoro już o nim wspomniałem. To już nie chodzi tylko o to, że opowieść o Frodzie będzie przekazana już jako kopia kopii kopii kopii kopii i tak dalej. Tylko że ten Frodo zostanie wzięty. Ten Frodo pojawi się w Fortnite. Ten Frodo pojawi się w serialu tysięcznej konotacji. Ten Frodo dzięki sztucznej inteligencji niedługo będzie biegał razem z Lukiem Skywalkerem w jakichś tam wojnach Władcy Pierścieni. No i oczywiście jest słynna reguła 34.
Wiadomo jaka. Frodo dość się pojawia w internecie w określonych konfiguracjach. I to jest tak, że te wszystkie produkty literatury, już nawet nie literatura, tylko produkty, stanie się tym produktem, który można przytulić, który można sobie w domu zasymilować pod własną modłę, którym to produktem można się stać. Czyli jak przykładowo jedziemy na Pyrkon, który teraz już nie jest de facto konwentem, tylko jest tym zbiorem hangarów i tam są ci wszyscy ludzie, którzy przebierają się za te koty, za te postacie z mangi i tak dalej. Więc cieszmy się, jeżeli ta literatura wysoka osiągnie taki poziom, że uda się ją na tyle skomercjalizować, żeby chociaż w takim stopniu przeniknęła do tego świata ludzi naprawdę młodych, że ich to będzie po prostu pod tym kątem fascynować, bo wtedy może ta literatura nie umrze.
[41:31] - Tak. Na wstępie chciałem powiedzieć, że zgadzam się z Jackiem, zgadzam się z Martą i Marcinem również. Zgadzam się też z tymi, którzy się będą wypowiadali po mnie. Temat tego naszego panelu jest moim zdaniem trochę zdradliwy w tym sensie, że my trochę tutaj brzmimy w taki sposób, że zawsze starzy wypowiadają się na temat tego, co w tej chwili się dzieje w kulturze w sposób negatywny i to jest nieuchronne. I ja też mam takie wrażenie, że trochę tak brzmimy pewnie. Narzekamy. Kultura powtórzeń, kultura zjada własny ogon i tak dalej. Ale chciałbym też powiedzieć, że jest takie stare powiedzenie o zepsutym zegarze, który dwa razy na dobę ma rację. Mam wrażenie, że to jest ten moment, że ten stary zegar, który stoi i jest zepsuty, akurat wskazuje właściwą godzinę. Niestety, ale popkultura nam się popsuła.
Ja chciałem zatytułować ten panel, ale Jacek tego nie podchwycił: „Popkultura jako źródło cierpień”. To oczywiście nawiązuje do słynnego eseju Zygmunta Freuda „Kultura jako źródło cierpień”. Ja bardzo lubię popkulturę, lubię oglądać seriale. Kiedyś bardzo lubiłem czytać literaturę fantastyczną, teraz trochę mi przeszło. Natomiast od jakiegoś czasu mam wrażenie obcowania z niestrawną papką, która nie poddaje się moim starym zębom. Nie daje się jej strawić w sensowny sposób. Jest ona oparta na niesłychanej powtarzalności, jest nudna, oparta na algorytmach. Mówię tu o scenariuszach filmów przede wszystkim i szczególnie seriali. Teraz oczywiście powstaje pytanie, bo ja mam tezę bardzo chyba radykalną. Uważam, że jesteśmy w momencie, w którym popkultura i w ogóle kultura zmienia się.
W tym sensie, że staje się czymś innym niż do tej pory. Zacytuję państwu Jacka Dukaja z jego książki. Po piśmie sobie wynotowałem, bo to wydaje mi się dosyć dobry cytat: „Człowiek wychowany w piśmie właściwie nie może myśleć o postpiśmie inaczej jak o nowym barbarzyństwie i upadku kultury”. Możemy się zacząć nad tym zastanawiać z tego punktu widzenia. Jeżeli Dukaj ma rację, to takie stare, z wyjątkiem oczywiście pani Marty Kłaczko, takie stare pryki jak my tutaj będziemy wyrzekać i narzekać, ponieważ nie dostrzegamy być może tych nowych wartości, które rodzą się w kulturze, a obserwujemy tylko i wyłącznie schyłek starych wartości. To jest moim zdaniem nie do obalenia ta teza, że coś się stało i z kinem, i z literaturą, z webem. Takie mam wrażenie. Oczywiście to jest zbyt uogólniające, bo zawsze są wyjątki od reguły. Zawsze zdarzają się genialni autorzy i tak dalej. To jest oczywiste.
Żeby to zilustrować, zilustruję to na swoim własnym przykładzie. Na czym mam ilustrować, jak nie na swoim własnym przykładzie? Otóż jakieś 10 lat temu namówiono mnie, żebym się zapisał do filmu webu, tego znanego państwu pewnie portalu. I tam oceniam filmy. Tam jest taka możliwość, że można zbadać statystycznie te swoje oceny. Więc zbadałem je niedawno statystycznie. I wyszło tak, że na przykład w pięcioleciu 2015–2020 oceniłem jako bardzo dobre albo znakomite około 100 filmów. W okresie między 2020 a 2023 oceniłem w ten sposób trzy filmy. To jest mój odbiór, to jest subiektywny odbiór, ale odczuwam, że rzeczywiście ta popkultura więdnie. I teraz oczywiście się zastanawiam, czy ona więdnie, bo więdnie, czy więdnie dlatego, że coś się wyczerpuje i rodzi się coś innego.
Jest pytanie: co się rodzi innego? Moim zdaniem rodzi się zupełnie inny odbiór dzieł sztuki. Dzieł sztuki w popkulturze, nie wiem, ale w ogóle jakichkolwiek dzieł. One stają się być może bardziej interaktywne. Też spoglądam na to z punktu widzenia takiego, jak rozmawiam ze swoimi studentami. Oni w ogóle nie czytają. Miałem w tej chwili magistrantów i licencjatów i namówić ich do przeczytania jakichkolwiek rzeczy to jest coś przerażającego. Oni bardziej oczekują, że w internecie coś znajdą, że będzie jakaś prezentacja. Pewnie też znowu uogólniam, ale jeden z tych studentów, którzy za chwilę będą się bronić, powiedział mi, że dla niego największym problemem jest to, że przed napisaniem pracy trzeba coś przeczytać. On to powiedział wprost w taki sposób.
To mnie uderzyło straszliwie, powiem szczerze, bo przez jakąś dekadę nie prowadziłem prac. Teraz znowu zacząłem i muszę powiedzieć, że jest znacząca różnica. Naprawdę te nowe pokolenia, dla nich jest problemem przeczytanie książki. Ale to też ich nie dyskwalifikuje. To są fajni ludzie, z nimi się fajnie rozmawia, oni mają wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Ale popkultura w tej klasycznej wersji się kończy. Moim zdaniem kończy się kino jako takie. Będzie coś innego pewnie w to miejsce. Nie wiem, może interaktywne kino, może kino traktowane jako gra. Trudno mi powiedzieć, ale niewątpliwie kino się kończy.
Ono się robi algorytmiczne, przebodźcowane. Tam jest za dużo punktów kulminacyjnych na przykład, ponieważ pewnie tego oczekują widzowie w tej chwili i ono traci sens opowieści. Takiej klasycznej opowieści. Moja teza jest taka, że jesteśmy w jakimś granicznym punkcie. Niewątpliwie. I albo to jest ogólny upadek kultury, albo jest to przepoczwarzenie kultury. Ja bym wolał, żeby to było to drugie. Natomiast nie mam pewności co do tego, bo przyszłość nam na to odpowie.
[49:21] - Chciałam powiedzieć odnośnie FIL-u. W 2020 roku ze względu na pandemię praktycznie nic nie nagrodzono. Zerową sesją-
[49:41] - Ale Jacek nadrabiał rzeczy z poprzednich lat. Trochę głupio mi zaczynać w sposób, do którego już się przyzwyczailiście pewnie. Chciałem powiedzieć, że zgadzam się z przedmówcą, ale zgadzam się w jednej rzeczy tylko. Przepraszam. Rzeczywiście wydaje mi się, że stoimy wobec zmiany, jesteśmy w sytuacji zmiany i troszkę się jej boimy i troszkę jesteśmy jej niepewni, bo nie wiemy, co ona oznacza. Poza tym to się już nie zgadzam. Okej, z Martą się zgadzam co do postmodernizmu, ale wydaje mi się, że ta różnica między tobą a Jackiem wzięła się z tego, że Jacek mówił o takim zbulwersowanym postmodernizmie. Jeżeli ktoś wrzuca mnóstwo cytatów w swoje dzieło w sposób nieświadomy, to już my mówimy postmodernizm. Dlaczego? Dlatego, że postmodernizm wszedł do języka potocznego i jest potocznym rozumieniem postmodernizmu.
Ty mówiłaś o tym prawdziwym. Jacek mówił o tym potocznym, stąd wydaje mi się, że się zgadzacie, a nie zgadzacie równocześnie tylko dlatego. A teraz dlaczego się nie zgadzam z całą resztą? Przepraszam. Poza wykładem o postmodernizmie. Bardzo za niego dziękuję, bo warto było o tym powiedzieć właśnie dlatego, że wszyscy żyjemy w mowie potocznej i czasem zapominamy o tym kierowotnym znaczeniu słów. Popkultura ma się dobrze w moim przekonaniu. Oczywiście zmieniają się narracje, zmieniają się języki, zmieniają się narzędzia. To jest to, o czym Jacek Dukaj pisał w „Popiśmie”. Zmieniają się nasze przyzwyczajenia i nasz udział w popkulturze się zmienia.
Jacek Inglot tutaj troszkę dał przykład Pyrkonu. Mówiłeś między innymi o mangach. Mówiłeś o cosplayach. Strasznie lubię cosplaye, ponieważ cosplay jest sposobem na uczestnictwo w popkulturze. Zauważcie, że co nam dał internet, albo co wzmógł internet, wzmógł różne sposoby naszego uczestniczenia w kulturze i popkulturze. To może być też cosplay. Część tych cosplayerów i cosplayerek czyta. Może czytają mangi, może czytają literaturę trochę innego rodzaju, ale czyta. A kiedy mówimy o mangach, ojej, jakie tam są wspaniałe opowieści, jakie tam są wspaniałe, świadome swojego poznania opowieści, tylko musimy je znaleźć. Zmienia się narracja, zmieniamy się my.
Zmienia się nasz odbiór i nasze uczestniczenie. Być może literatura w tej chwili ma problemy. Pewnie ma, ale to moim zdaniem nie wynika z kryzysu popkultury opartego o jakiś kryzysie znaczeń czy kryzysie świadomości. To wynika niestety z kryzysu konsumpcji. Żyjemy w społeczeństwie nadkonsumpcyjnym w tej chwili, co oznacza, że mamy 60 tysięcy rodzajów serka topionego, ale też mamy 30 tysięcy powieści ukazujących się codziennie prawdopodobnie na świecie, za którymi kompletnie nie nadążamy, w związku z czym nadążamy tylko za tym, co jest wielkie, krzykliwe i mocne. W kinie oglądamy tylko „Avengersów” czy Marvele, które generalnie się już stoczyły. One stały się kryzysem samym dla siebie, nie wiedząc, co z sobą zrobić. A nie oglądamy całej masy znakomitych filmów, bo żaden plakat nam o nich nie nakrzyczał, więc nie wiemy, że one powstają. Mieliśmy szczęście, że „Wszystko wszędzie teraz” dostało Oscara. Zobaczyliśmy ten film i powiedzieliśmy: „O rany, można też tak to zrobić”.
Podobnie z literaturą, podobnie z komiksem, podobnie z grami. Kwestia narracji gier. Trzy czy cztery lata temu ukazała się gra „Hellblade”, która pozwala nam wejść w skórę, spojrzenie i sposób myślenia osoby chorej psychicznie. W opowieści fantasy równocześnie. To jest coś niesamowitego. Oczywiście obok „Hellblade” istnieje pewnie z 70 tytułów, które nie są go zupełnie warte, ale tak jest obecnie w popkulturze nadprodukcji. My musimy dotrzeć do bardzo dobrych rzeczy. I jeżeli moim zdaniem popkultura jest w kryzysie, to tylko dlatego, że te bardzo dobre rzeczy, te bardzo piękne opowieści, świadome, mądre, wykorzystujące nowe środki techniczne, nowe metody narracji giną w zalewie chłamu. Pytanie, jak spojrzymy na to za 10 lat, bo być może za 10 lat nie będziemy już kompletnie pamiętać o tym chłamie i zostaną te najlepsze tytuły, jak działo się w popkulturze bardzo często. My pamiętamy najlepsze powieści, najlepsze filmy, najlepsze utwory muzyczne, opery, dramaty, bo cała reszta gdzieś zniknęła z naszej pamięci.
Mam nadzieję, że tak będzie. Mam nadzieję, że jak spotkamy się tu za 10 lat, to porozmawiamy z Jackiem, ale też z nami wszystkimi o tym, co nam zostało z tej popkultury w kryzysie te 10 lat temu. Bo wydaje mi się, że to nie jest kryzys. To jest sytuacja zmiany po prostu.
[54:49] - Witam wszystkich. Zgadzam się z przedmówcą. Trochę was tutaj ujmiemy w taki nawias, ponieważ ja uważam, że w ogóle nic się nie zmieniło. Jest, jak jest. Zmiana nie jest absolutnie jakościowa, tylko zmiana jest-
[55:05] - Ilościowa i za chwilę wam to udowodnię na przykładzie. Po prostu, jeśli chodzi o takie oceny dziś tego, co jest dziś i co było kiedyś, odzywa się w nas, co tu dużo mówić, taki gen dziaderstwa. W każdym. I podam wam przykład.
[55:32] - Kiedyś to były czasy, a dzisiaj to wszystko jest dziwne.
[55:34] - Tak. Kiedyś wódka smakowała, kaszanka też była lepsza, a dzisiaj jest jakoś inaczej. I tutaj podaję wam przykład. Ludzie, w tym wypadku pisarze, są we władzy jakichś snów, snów na jawie, jakichś strzępów wizjonerstwa, ciągle wdzierających się w świadomość fragmentów podświadomości. Tam mnogość wątków, mnogość wątków to jakby nam coś mówi, poplątanych, nieprzedstawionych w solidnej opowieści, zakonspirowanych w migawkach, w skrótach, w elipsach narracyjnych, w majaczeniu. Miesza się plan widzialny rzeczywistości z planem przeżyć podświadomych. Mąci, zaciera to, co można nazwać fabułą. O popkulturze tak pisał Karol Wiktor Zawodziński w międzywojniu o świeżych powieściach młodych autorów. A inny bardzo znany poeta i krytyk, Kazimierz Wyka, napisał o pewnej powieści, że nie uderza młodego pokolenia. Zbieżność jest przypadkowa.
Jest młode pokolenie, jest ta książka i w ogóle cechy tej książki nie są cechami przyszłości, o które warto kruszyć kopie. Pisał o „Sanatorium pod Klepsydrą” Brunona Schulza. Także uważam, że dziaderstwo to jest taki wędrujący gen przez lata, przez wieki i społeczeństwa. A popkultura, jakby spojrzeć na nią od samego prapoczątku, to wygląda trochę jak rysunek, infografika Big Bang. Zaczyna się od człowieka, który opowiada historie, zmyśla je albo opowiada prawdziwe i ubarwia. Potem jest Homer. Od Homera do spisanych opowieści kawałek drogi. Później mamy opowieści drukowane i zaczyna się coraz bardziej rozszerzać pole. Mamy coraz więcej książek. Zaczynają się pojawiać wydawcy.
Zaczynają się w związku z tym pojawiać pisarze. Jak się przygląda liście książek najpopularniejszych w XVIII stuleciu w Wielkiej Brytanii, to nawiążę trochę do tego, co mówiłeś, ale jak spojrzymy na nią dziś, to okazuje się, że ja tam zauważyłem tylko trzy tytuły, które w ogóle kojarzę. Reszta zaginęła w pomrokach dziejów. Pamiętam, że na tej liście był „Ivanhoe”. I tak to jest, że rośnie taka nadpodaż. Ona przyspieszała stopniowo. Ostatnio czytałem, właściwie słuchałem w audiobooku, to też inne zjawisko, biografię Stana Lee i zauważyłem, że w Stanach Zjednoczonych nastąpiła nieprawdopodobna eksplozja wydawnictw komiksowych. Zaczęły konkurować dwa wydawnictwa, ale nie dlatego, że chcieli sprzedawać opowieści komiksowe o superbohaterach, tylko chodziło o to, żeby zapchać półki w sklepie, więc trzeba było więcej produkować. W tym szukając jakiejś odpowiedzi na to, jak produkować więcej, wymyślano nowych bohaterów, a potem połączono ich w grupy tak jak Avengersów, a później stworzono uniwersum. I dalej to się rozwija.
Teraz mamy nieprawdopodobną inflację, śmiało tak można powiedzieć, różnych produkcji. Jakość spada, dlatego, że ludzie mają coraz mniej czasu na to, żeby napisać scenariusz. Mimo że pracują w zespołach, czasami dużych. Bywa, że to się udaje, ale to musi zająć czas, żeby zrobić dobrą opowieść. A tempo jest coraz większe. Także ja myślę, że nie ma tutaj żadnej zmiany jakościowej, jest jedynie zmiana ilościowa. Mamy więcej produkcji i dlatego odczuwamy tę zmianę ilościową troszeczkę jak zmianę jakościową. Natomiast wracając tak na chwilę do Campbella, który został tu wspomniany, on zauważa, że poprzez wieki, poprzez społeczeństwa, jak będziemy się pofszarli pionowo przez historię, poziomo przez społeczeństwa, zawsze jedno jest potrzebne i ludziom, i społeczeństwom. Ludziom opowieść, a społeczeństwom mit. I popkultura ten mit tworzy.
Co więcej, wracając do głównego pytania, czy popkultura zjada własny ogon? Tak. I będzie go zjadała. I powinna go zjadać, bo inaczej może przestać być popkulturą. Nawet czasami, jeżeli ktoś wymyśli coś nowego, pójdzie w bok narracji, wymyśli jakiś nowy środek przekazu, tak jak internet, to za chwilę on zostanie wciągnięty do głównego nurtu popkultury i wykorzystany do tego, żeby bardziej wzmocnić przekaz. Nie ma zmiany jakościowej. Ludzie nie zmienili się od ponad 200 000 lat z okładem, jak zauważył kiedyś Lem. My jesteśmy tacy sami jak kiedyś pomyśleliśmy popkulturę, trwamy w niej i ona nas przeżyje wszystkich i dalej będzie się rozwijała.
[01:01:28] - Cieszy mnie twój optymizm, z którym się oczywiście nie zgadzam. Patrzę na Mirka i Pawła i widzę ich takich, jacy są bohaterami schyłkowego antyku i widzę takich dwóch dostojnych panów przechadzających się w togach, cieszących się, że ten antyk się już kończy. Nadchodzi zmiana, nadchodzą barbarzyńcy i będziemy mieli takie fajne średniowiecze. Cieszcie się ludzie. Przypominam, że średniowiecze trwało tysiąc lat i pierwsze 300 lat wszyscy mieli naprawdę przesrane. Kultura wtedy zanikła prawie do denka. Ale to oczywiście punkt widzenia. Kolejna część odnosi się właśnie do tego, o czym wspomniałeś, co też jest bardzo istotne. Inflacja treści. Nie było do tej pory takiej sytuacji, żeby produkowano tyle i w takich ilościach, mówię tutaj o wszystkich rodzajach kultury i popkultury, że rzeczywiście pojedyncza jednostka nie jest w stanie tego ogarnąć.
Co wtórnie, proszę państwa, prowadzi do bardzo niebezpiecznego zjawiska, które popiera moją tezę, że wszystko szlag trafia. A właściwie tezę Jacka, bo tutaj robią się dwa fronty, fronty Jack i kontra reszta świata. I to jest dobry front, proszę państwa, dobry front. Fragmentaryzacja kultury. Inflacja treści prowadzi do fragmentaryzacji kultury. Odbiorcy kultury w związku z tym, że jest tego tyle, że nie są w stanie ogarnąć, zamykają się w pewnych swoich ulubionych bańkach tematycznych. I te bańki są coraz węższe. Te różne podziały wśród odbiorców kultury zawsze istniały i najważniejszym z nich był podział między odbiorcami kultury wyższej i kultury popularnej. To była taka najstarsza bariera. W tej chwili to przypomina jakąś szachownicę i te bańki tematyczne są coraz węższe, coraz bardziej od siebie izolowane.
Tutaj na terenie popkultury zwłaszcza widoczni są tak zwani czciciele światów w rodzaju na przykład fanów Star Wars, których zainteresowanie ma charakter taki wsobny, czyli właściwie ich interesują tylko produkty z zakresu Star Warsów i nic więcej. Każdy po prostu siedzi w tym swoim wieku, nie komunikuje się z nikim innym, bo nie odczuwa takiej potrzeby. Dostaje 1500 produktów ze świata Star Wars, to po co mu na przykład produkty ze świata Star Treka? Ktoś powie: „To wspaniale, każdy wybiera to, co chce, jest w swoim basenie i pływa w tej marynacie, którą sobie upodobał". Tylko proszę państwa, jaki jest inny efekt tego zjawiska? Jak wiadomo, wymiana myśli, idei, konfrontacja z innym jest wręcz podstawowym warunkiem rozwoju kultury. I tak było kiedyś w tym naszym bitnym sedom resztki jeszcze nieumarłe. Za chwilę będzie film o aktualnych i przyszłych nieboszczykach od 17:00. Fandom 1.0 kompletnie się różnił od fandomu 2.0 i 2,5 zero i 3.0, które tam są teraz wcione, dlatego, że było to środowisko co prawda liczebnie o wiele mniejsze, ale znacznie bardziej otwarte. On miał wartości wspólne, generował zjawiska pokoleniowe w tamtym czasie.
Mówię oczywiście lata 70., zwłaszcza 80. Wydaje się dzisiaj, że takie zjawisko jak wtedy fantastyka socjologiczna, czyli ta fala utworów social fiction, która się przetoczyła, pisali bardzo różni ludzie, byłoby dzisiaj niemożliwe. Po prostu nie przedarłoby się to przez ściany tych baniek, w ogóle by nie zaistniało. Zgasłoby, zanim by zapłonęło. Obecnie każdy marynuje się we własnej bańce, obcując właśnie tylko z tą własną marynatą, a tego typu wsobność, którą tu niektórzy popierają, zabija rozwój i sprzyja degeneracji nie tylko genetycznej, ale i kulturowej. I teraz pozwolę się wam zgodzić albo nie zgodzić. Od pani zaczynamy.
[01:05:53] - Znowu zostało poruszone tyle zagadnień, że właściwie trudno mi od czegoś konkretnego zacząć. Nie będę się odnosiła do degeneracji w ramach poszczególnych uniwersów, bo nie jest to moja działka i dziedzina. Natomiast wynotowałam mnóstwo rzeczy i próbuję jakoś uporządkować i uporządkuję to w takie trzy zagadnienia. Pierwsza rzecz to jest fakt, że mówimy o kryzysie kultury i mówimy o tym, czy tak jest, czy tak nie jest, czy my tylko narzekamy. Ale jest rzeczywiście tak, że kultura to jest zjawisko, które jest w permanentnym kryzysie i kryzys w zasadzie jest definicją kultury. I to, że przychodzą następne pokolenia i redefiniują to, co zostało zrobione wcześniej, a poprzednie pokolenia nie rozumieją tego i to podważają, to jest oczywista oczywistość. Przecież o sonetach Mickiewicza niejaki krytyk Świętochowski napisał: „paskudztwo" i po prostu każde starsze pokolenie kompletnie nie rozumie wartości kulturowych wyznawanych przez pokolenia młodsze. I inna sprawa to jest ten podział na kulturę wysoką i popularną. To widzi mi się daleko idące uproszczenie, ponieważ rzeczywiście, kiedy ta kultura modernistyczna, wysoka jeszcze była Otóż niezupełnie, bo nawet jeżeli ta kultura wysoka wykształciła się w postaci takich sztandarowych dzieł modernizmu, a na kontrze tego powstawała kultura popularna, która wzięła się stąd, że nagle społeczeństwo rolnicze stało się społeczeństwem industrialnym i wzrosła gwałtownie piśmienność i okazało się, że ci ludzie też mają zapotrzebowanie na kulturę, tylko prostszą i łatwiejszą dla nich do skonsumowania. Wtedy ten podział rzeczywiście miał jakiś sens.
Natomiast wcześniej co było zamiast czegoś, co znamy jako kulturę popularną? Była kultura ludowa. Poza tym zawsze było tak, że to, co znamy jako kulturę wysoką, było dostępne dla garstki piśmiennych i wykształconych. Poza tym coś, co dla nas jest współcześnie kulturą wysoką, na przykład Szekspir, było kiedyś rozrywką dla mas. I ten podział na kulturę wysoką i kulturę popularną owszem, jest możliwy do przeprowadzenia, natomiast subtelnie i tak naprawdę wysoce umowny. Natomiast co się dzieje teraz? Są sfery, w których rzeczywiście dzieje się głęboki upadek. Natomiast z drugiej strony rację masz z tą kulturą rozwarstwienia. Ja sobie kiedyś, dawno temu na własny użytek ukułam takie pojęcie kultura dyspersyjna. Nie wiem, czy pamiętacie tego Lema, takiego dyspersanta, robota, który się rozpraszał na cząsteczki, potem się składał z powrotem.
Teraz mamy do czynienia z tym samym, z kulturą rozproszenia, w której pewne zjawiska zachodzą nie wertykalnie, tylko tak jak kłącze, w sposób zupełnie oddolny i odgórny, chaotyczny. Są sterowane mechanizmami, które są tak złożone, że nie są do uchwycenia, bo z jednej strony to są mechanizmy odbioru estetycznego, a z drugiej strony to są mechanizmy rynkowe, bo ta kultura jest urynkowiona tak, jak nie była nigdy wcześniej. I kolejna sprawa, która jest ważna, to to, o czym Jacek wspomniał, czyli kultura zmierzchu pisma. I to jest moim zdaniem akurat bardzo niepokojące, bo rzeczywiście takie zjawisko zachodzi i kulturoznawcy już mówili jakiś czas temu o zwrocie wizualnym. My jesteśmy wychowani jeszcze, wszyscy tutaj stare zabytki, w obrębie kultury pisma. Współczesna młodzież to już jest kultura wizualna i to jest kultura performatywna, czyli trzeba wejść w to, odgrywać, uczestniczyć. I też kulturoznawcy mówią o zwrocie performatywnym. Czyli my tu siedzimy i narzekamy, ponieważ współcześni młodzi konsumenci kultury na przykład mają bardzo ubogi zasób słownictwa. Bywa. Na przykład ja już słyszałam rzeczy, od których parę siwych włosów mi przybywało, że: „Sapkowski to właściwie co to zapiszesz?
Przecież najważniejsze w fantasy to są walki, a on walki pisał kiepsko, więc co to zapiszesz?”. Osiwiałam od tego, naprawdę. Natomiast to, co się dzieje, zmierza w jakąś stronę, która trudno powiedzieć, jak to się skończy właściwie. I rzeczywiście nie jest tak, że ta kultura wizualna i ta kultura performatywna doprowadzi nas do zupełnego zaniku kultury pisma, ale być może do zawężenia jej obszaru do odbiorców, którzy będą nią zainteresowani. Więc nie sądzę, że to wszystko gwałtownie pikuje w dół i zatrzyma się nie wiadomo jak nisko, ale zachodzą zjawiska, które powodują, że ta kultura pisma zaczyna być dosyć ograniczona, a szerszy zasięg ma kultura wizualna i kultura performatywna.
[01:11:40] - Ja się przedtem zgadzałem, to teraz będę miał uczucia ambiwalentne. Czym to się wszystko skończy? Oczywiście skończy się elektrybałtem, ale do tego pewnie jeszcze dojdziemy. Będziemy jeszcze sobie o tym mówić. Natomiast jeżeli chodzi w ogóle o Lema, którego tak fajnie Marta wyciągnęła z kapelusza, to mi się przypomina opowiadanie. Niestety nie pamiętam, czy to chodziło o podróże, ale tam chyba właśnie Tichy trafił na planetę, gdzie był aż taki gigantyczny nadmiar kultury. I tam było coś takiego, że mu podtykali swoje dzieła, książki, podtykali sonety, obrazy. Tego była cała masa na każdym kroku. I tam oczywiście twórcy popełniali samobójstwa. Z tego, co pamiętam.
Coś takiego było, ponieważ już nikt tego nie chciał czytać. I oczywiście każde z tych dzieł było genialne. To nie było coś takiego, że te dzieła były takie, jakie będą niebawem, kiedy już zacznie je pisać ChatGPT. Co zresztą już tam się dzieje chyba w Amazonie. W każdym razie była tego taka masa, że już nikt tego nie czytał. I już rzeczywiście w tym momencie popkultura zjadła swój własny ogon. Ale nie tylko popkultura, ale kultura w ogóle, bo tego był gigantyczny nadmiar. Natomiast ja generalnie chciałbym odbiorców tej kultury nieco usprawiedliwić, bo chciałbym wam wszystkim przypomnieć Cialdiniego, czyli tego filozofa, psychologa, który był bardzo popularny na różnych kierunkach studiów w latach 90. On napisał taką książkę o wywieraniu wpływu na ludzi i tam poruszył temat człowieka współczesnego, który musi bardzo szybko podejmować decyzje z uwagi na gigantyczny nadwyż informacyjny, który go otacza. On chyba nazwał ten mechanizm jakoś, nie pamiętam, czy mechanizm klik-wyrnij.
Jakoś inaczej go nazwał. W każdym razie chodziło o to, że w dobie, gdzie tych informacji masz multum, gdzie ta cała rzeczywistość, która cię otacza, skoczyła na znacznie wyższy poziom, to nie uczysz się, jak te treści konsumować dla swojej własnej przyjemności, czyli jak je odbierać. Tylko uczysz się, jak najszybciej podejmować decyzje strategiczne, żeby lecieć dalej, żeby nie zostać w tyle. I to chyba też się dzieje troszeczkę z kulturą. Mamy to całe pokolenie Facebooka. Facebook to są w gruncie rzeczy bardzo krótkie treści, które się przewija. To się czyta, bo to jest kilkanaście linijek. Do tego jest obrazek. Jest to taka informacja, kultura zawarta w pigułce. Jeżeli to jest jeszcze osobiste, to są w tym emocje.
Możemy na to odpowiedzieć, możemy się z kimś pokłócić, zarwać noc. Potem o tym wszystkim możemy zapomnieć. Facebook jest taką, moim zdaniem nową formą popkultury, bo to jest nakładanie na rzeczywistość, która nas otacza swojej własnej projekcji. Szybka konsultacja tej swojej projekcji z innymi. Bach, ktoś wynika, już tego nie ma, to już nie istnieje.
[01:14:39] - Dla starych dziadów takich jak my.
[01:14:42] - To są Snapchaty, ale to jest chyba jeszcze większe uproszczenie, prawda? Bo Facebook był tą dłuższą formą literatury. Nad tym trzeba się jeszcze było odrobinę pochylić. Taki stary dziad jak ja jeszcze się pochyla, a tutaj Marta właśnie wspomina o tych nowych formach, które są jeszcze krótsze, jeszcze bardziej intensywne, jeszcze bardziej bach i to jest koniec. Dlatego nie dziwi mnie to, co tutaj mówi Jacek o tym, że są te zamknięte banki informacyjne, bo ludzie, którzy chcą się w czymś odnaleźć, po prostu najzwyczajniej w świecie nie mają siły się przedzierać przez to wszystko, co ich otacza. Bo to nie jest tylko Marvel, DC, rozmaitego rodzaju powieści i tym podobne rzeczy. Tego jest po prostu multum. I tutaj jeszcze odniosę się też do wypowiedzi Jacka, to, co wspominał on o mandze. Ja sam lubię sobie czasem poczytać mangę, aczkolwiek staram się wybrać tą mangę dobrą typu „Blade” na przykład. Albo są pozycje, które mnie interesują, tak jak „Dobra noc, Punpunie” przykładowo, która tylko do pewnego stopnia jest fantastyką.
Bardziej to jest taki, powiedzmy realizm magiczny troszeczkę. Tylko że w tej mandze, o której Jacek wspominał, tam też jest takie przesycenie treści. Te twarze często są wynaturzone. To musi jak najszybciej przekazać emocje. Te postacie są spocone, pojawiają się te kropelki potu na czole albo na przykład się rumienią od razu. I to jest ta zabawa tymi emocjami. Ja kiedyś, kiedy jeszcze chodziłem na zajęcia na dziennikarstwie i mieliśmy taki wykład dotyczący telewizji, czyli pojechaliśmy do tego słynnego budynku na Woronicza, który akurat był otwarty, gdyż wtedy nikt z niego nie skakał przez dłuższy czas. Tam popełniali samobójstwo co jakiś czas różni producenci i aktorzy i tak dalej. To pamiętam, że w trakcie wykładu facet powiedział nam, że skupienie widza na obrazie to jest osiem sekund. Po tych ośmiu sekundach obraz powinien się zmienić, bo skupienie widza już ulatuje.
Czyli osiem sekund to jest taka granica tego skupienia i potem bach, i to po prostu trzeba pokazać jakąś inną scenę. Nie wiem, czy on nie oglądał niektórych dzieł, na przykład Petera Greenaway'a, który lubił bardzo pokazywać te takie pojedyncze, długie ujęcie po cztery minuty. Spoko, ale osiem sekund i już, prawda? Nie wiem, może też nie widzi tych plansz za mojej młodości, z zegarem albo z kwiatami, co muzyka grała w telewizorze. W każdym razie właśnie ten brak skupienia to, w jaki sposób jest wychowane takie społeczeństwo, to nowe pokolenie, które po nas ma nastąpić, te pokolenie mojego syna właśnie. To też się nam bezpośrednio z tą literaturą wiąże, bo to nie jest tylko przesycenie treścią. Nie jest to to, że ta literatura zjada swój własny ogon, tylko też jest problem z tym, że człowiek musi wybrać to, co jest dla niego najlepsze, to, co mu będzie najbardziej odpowiadało. Z takiego mrowia możliwości, które jest po prostu nie do ogarnięcia. I nie ma tutaj już kogoś takiego jak autorytet. Dla nas autorytetem z racji tego, że umówmy się, ale żyliśmy na pewnego rodzaju polskiej pustyni intelektualnej, były gdzieś książki wydzierane na bazarze Różyckiego, gdzie człowiek ostatnie zaskórniaki kupował, powiedzmy księgę Tolkiena.
Albo na Pawlacza dostawał jakieś Konany, znaczy kopiowane na tych takich wewnętrzną obiegu to się nazywało jak? Powielaczu. Sorki, to jeszcze nawet ksero nie było. I tam dostawał jakieś takie wewnętrzne i był ten cały fandom 1.0 i tak dalej. Więc tutaj to były takie oazy na pustyni. A teraz mamy świat, gdzie są wyłącznie oazy. Już nie ma czegoś takiego jak pustynia. Jest oaza na oazie, na oazie, na oazie, na oazie. I teraz szukaj.
[01:18:36] - Czyli to jest archipelag tak naprawdę.
[01:18:39] - Archipelag. Tak jak mówię. Więc nic dziwnego. I tutaj wrócę do tej swojej pierwszej myśli, którą wyraziłem na samym początku, że mamy coś w rodzaju literatury postproduktowej, bo tych produktów, jeszcze te takie główne produkty, którym udało się wybić dzięki filmom, bądźmy szczerzy, przecież „Wiedźmin” znany jest dzięki grom. „Władca Pierścieni” znany jest dzięki filmom. „Gwiezdne wojny” to w ogóle był film. I to teraz bierze się tylko te elementy, które lubią wszyscy i się je po prostu przekształca na 10 000 różnych sposobów, odgrywając sobie w tym swoje role albo oglądając kolejne przepoczwarzenia tych dzieł właśnie w filmach typu „Shrek”, o którym tutaj to było wspomniane. Czyli już w ten sposób zapoznajemy się z tą taką literaturą fantastyczną lotów najwyższych, ale potwornie ciężko jest dobrać literaturę inną, kiedy jest takie gigantyczne mrowie możliwości i człowiek jest w tym zagubiony, a tym bardziej młody człowiek. I to niestety tak to wygląda.
[01:19:38] - Dziękuję. Teraz zakomunikuję, jakie są moje wrażenia. Zgadzam się do pewnego stopnia z Martą co do opisu popkultury współczesnej i natury kryzysu. Natomiast pewnie byśmy się różnili co do oceny tego zjawiska. Nie zgadzam się zupełnie z tym, co Mirek powiedział, uważam, że mamy do czynienia ewidentnie ze zmianą jakościową i to jest bezdyskusyjne. Przepraszam, że tak mówię, w sumie dyskutujemy, przecież nie mogę powiedzieć, że to jest bezdyskusyjne. Natomiast wydaje mi się to ewidentne, przynajmniej dla mnie. Cały czas mówię, to jest niewygodna sytuacja z punktu widzenia uczestnika tego typu dyskusji, ponieważ będzie wzięty za dziadorsa wcześniej czy później, ponieważ narzeka. Jak narzeka, to dziaders i to jest oczywiste. Tak to jest przyjęte obecnie.
A ja narzekam. Mi się to nie podoba. Ale to pewnie dlatego, że jestem tym dziadersem, niestety tak się pewnie okaże. Co do natury tego kryzysu, wydaje mi się, że Marta bardzo ładnie to uchwyciła. W sensie takim, że pismo stało się formą komunikacji, która nie ma już tak dużego znaczenia, jak miało kiedykolwiek wcześniej. Czyli mamy do czynienia, moim zdaniem, tak mi się wydaje, z rewolucją mniej więcej na miarę tej rewolucji, która nastąpiła w momencie wynalezienia druku, czyli Gutenberga. Wtedy też pewne pokolenia odeszły w przeszłość, kompletnie nie potrafiły się odnaleźć. Natomiast informacja zaczęła się rozprzestrzeniać w ten właśnie sposób. Społeczeństwo zaczęło się edukować masowo i to była rzeczywiście potężna zmiana. Mam wrażenie, że w tej chwili mamy mniej więcej z tym samym do czynienia.
Może tu rzeczywiście brakuje w tym gronie jakiegoś przedstawiciela tych młodych pokoleń. Może ten głos byłby jakiś taki przepraszam, pomyślałem o tobie. Wół jest nawet, przepraszam. Jeszcze Marta jest przecież, a nawet Mirek i Jacek. To ja jestem stary.
[01:22:20] - Za chwilę wyjdzie, że to jakieś zgromadzenie przedszkolaków, nie przesadzajmy.
[01:22:23] - Właśnie. Jakiś czas temu była taka książka, nie wiem, czy państwo czytaliście ją może, Andrew Keen „Kult amatora”. To było jakieś 15 lat temu. „Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę”. To była dość kontrowersyjna publikacja, która była prorocza. Znaczy przewidziała dokładnie to, co za chwilę nastąpi. To, z czym mamy do czynienia w tej chwili. Keen napisał, że nie będzie gazet, że przestanie się za jakiś czas opłacać pisanie książek i tak dalej. W sensie oczywiście ekonomicznym.
Oczywiście są autorzy, którym się to opłaca, ale generalnie rzecz biorąc, nie jest to działalność ekonomicznie opłacalna. Ja mogę powiedzieć ze swojego doświadczenia nikłego, że 10 lat temu czy 15 lat temu, jak publikowałem opowiadanie w Nowej Fantastyce, to mi płacono trzykrotnie więcej niż w tej chwili. Więc to pokazuje, jakie są zmiany rynkowe, jak jest cenione słowo pisane. Nie jest cenione, jest coraz niżej cenione. Rzeczywiście to nie jest medium, które ma przyszłość. Nie ma przyszłości to medium. Zgadzam się ze swoimi przedmówcami. To nie oznacza, że kultura przestanie istnieć. Ona będzie istnieć tylko w zupełnie innej postaci. Jesteśmy w tym momencie, w którym ta kultura się bardzo gwałtownie zaczyna zmieniać i idzie w zupełnie inną stronę interaktywności, o czym i Paweł mówił, i kilku innych moich przedmówców.
Natomiast mi jest szkoda tej starej, bo jestem na niej wychowany, na niej rosłem i trochę mi jej szkoda, żal. Natomiast to, co mówiła Marta na temat tego, zresztą Dukaj o tym pisał, że kolejne pokolenia negują te dokonania, które wcześniej miały miejsce. To jest naturalne. Buntują się. Natomiast ja bym jednak zwrócił uwagę na to, na czym polega różnica w tej chwili. Ja mogę powiedzieć na podstawie doświadczenia kontaktów z moimi studentami. Może oni są specyficzni, nie wiem, ale na tym się opieram w głównej mierze, że o ile się przeciwko czemuś buntujesz, to znaczy, że jesteś na tym wychowany. Znaczy, że masz pewną wiedzę kulturową, że to, co zostało napisane wcześniej, przeczytałeś, może ci się to nie podobać, możesz się przeciwko temu buntować. Te pokolenia nie czytają nas. Na tym polega różnica.
Oni nas nie znają za bardzo. To ich nie obchodzi. To jest ta różnica, która w tej chwili się dokonuje. I naprawdę mówię to na podstawie doświadczenia moich kontaktów. Mówię, że są jakieś tam pewnie wyjątki. Są oczywiście ludzie młodzi, którzy czytają, to jest jasne, ale generalnie rzecz biorąc stawiam tezę, że oni nie czytają.
[01:25:44] - To ich nie interesuje w ogóle. Więc jaka tu może być dyskusja? Tu może być tylko negacja. Koniec, kropka.
[01:25:58] - Negacja zakłada, że ci ludzie znaliby to, co chcą negować. Powiedziałbym niezauważenie. I tu bym wrócił do czegoś, co poruszył Jacek na początku. To znaczy rzeczywiście tej bańkowości i rozwarstwienia. Fani „Star Wars” pewnie znają fanów „Star Treka”, ale to nie o to chodzi. Istnieją pewne bańki popkulturowe, które mogą się zacząć coraz bardziej zamykać ze względu na produkcję. Zobaczmy, ile jest w tej chwili seriali „Star Wars” różnego rodzaju, czy animowanych, czy aktorskich. Co prowadzi do tego, że ja faktycznie mogę nie mieć czasu, żeby nadgonić kolejne seriale „Star Treka”, a teraz dwie jednej i drugiej. Jest gorzej. To jest kwestia monetyzacji tego i mnie już nie stać na korzystanie ze wszystkich źródeł kultury czy popkultury, ponieważ ich jest tak dużo.
Konkurują ze sobą finansowo, że mogę być albo piratem, chociaż tutaj środki są coraz bardziej przenikające ze względu na technologie, albo z czegoś zrezygnować na czas. Czas też jest coś wart. Gdybym chciał napisać o tym powieść science fiction, to pisałbym powieść, w której za 10 czy 15 lat istnieją plemiona popkulturowe, które nawet się ze sobą nie kłócą. One nie mają języka, który pozwoli im się ze sobą porozumieć. Oczywiście to jest już daleko idące rozwinięcie tematu, ale istnieje takie ryzyko, że ja w pewnym momencie nie będę miał o czym z wami rozmawiać. Okej, z wami będę, bo będziemy wszyscy czytać prawdopodobnie, ale z moją siostrzenicą na przykład. Nie, ona też czyta. Kurczę, nie mam samych takich przykłady. Ale generalnie rozejdą nam się drogi. Rzeczywiście istnieje cała grupa fanów post-apo na przykład, że sięgnę do źródła, które jakoś tam znam, którzy nie czytają w fantastyce nic poza post-apo i tylko to ich post-apo interesuje.
Istnieje cała grupa fanów mangi, która nie czyta nic poza mangą, aczkolwiek uderzmy się w pierś. Istnieje cała grupa nas, którzy nie czytamy mangi na przykład, która naprawdę bywa czasem fascynująca. Problem nadmiaru sprawia, że my nie jesteśmy w stanie nawet dotrzeć, nawet jeżeli chcemy, nie jesteśmy w stanie dotrzeć do wszystkiego. I z tego się mogą brać pewne kłopoty. Ale żeby dodać trochę optymizmu na sam koniec tej wypowiedzi tylko chciałem powiedzieć, że upadek Rzymu był oczywiście paskudną sprawą dla Rzymu i początek średniowiecza, który akurat całkiem lubię, mógł się wydawać wszystkim straszny, ale kiedy upadł Rzym, cudownie rozwijała się kultura bizantyjska, kultura arabska, plus jeszcze pewnie kultura chińska, o której wiemy trochę mniej Indii i tak dalej. Więc to nie jest tak, że ten kryzys będzie wyłącznie zabójczy. Na tych krzakach coś wyrośnie, a być może uda nam się zobaczyć dzięki temu, że rośnie coś pięknego obok.
[01:28:49] - Oczywiście, że kultura średniowiecza miała swój ciekawy dorobek. Tylko ja zwrócę uwagę, że pierwsze 200, mniej więcej 250, 300 lat to były naprawdę, i to nazywają historyki wieki ciemne, naprawdę ciemne i dopiero od czasów-
[01:29:05] - Tam się piękno szybko rozwijało. Tylko ten Rzym upadł. Ja wiem, że-
[01:29:08] - No tak, ale razem z Rzymem upadła cała zachodnia Europa i w dziejach zachodniej Europy VI, VII, VIII wiek to jest czarna dziura. Sięgnijcie do podręczników historii. To jest czarna dziura. Dopiero od czasów Karola Wielkiego cokolwiek się zaczyna rozwijać.
[01:29:25] - Czarna dziura nieprzypadkowo, bo mieliśmy dużą zapas cywilizacyjną prawdopodobnie po wybuchu wulkanu i trzech latach bez lata w VII wieku naszej ery. No i rzeczywiście to był problem. Nie było jedzenia, kultury też nie było.
[01:29:46] - Tak jak pandemia, tylko trochę gorzej.
[01:29:50] - Rok bez lata mieliśmy też w XIX wieku, a tam było trzy lata. Naukowcy twierdzą, że był to najpaskudniejszy okres w dziejach cywilizacji. Gorszy był prawdopodobnie ten, kiedy w ziemię być może uderzyło coś dużego i zostało tylko około 1000, 1500 ludzi na całej planecie. Ale wracając do rzeczy i wracając do tej bańkowości, bo to mnie zainteresowało. Tylko jeszcze uprzedzę jedną kwestię. Twitter i te krótkie wypowiedzi to jest umasowienie japońskiego haiku. Można bardzo wiele powiedzieć w takiej formie i w takiej krótkiej treści. Ale wracając do bańkowości, bo to mnie bardzo zainteresowało. Uważam, że to zjawisko jest super pozytywne. Im więcej baniek i bardziej oddalone, tym lepiej.
To by przypominało troszeczkę naszą przeszłość. Kiedyś mieliśmy na Ziemi, w tej chwili chyba mamy około 2500 języków. Kiedyś było ich 6000. Języki, a wraz z nimi ich bańki, bańki społeczne, bańki kulturowe wymierają. Im więcej kultur, im więcej baniek i bardziej od siebie oddalonych. To być może uda się zrobić w popkulturze, ponieważ nie każdy będzie mógł skonsumować wszystkich jej treści, bo pieniędzy nie ma i czasu, żeby obejrzeć wszystko i wszystko przeczytać. Więc takie bańki mogą być bardzo ciekawe. One mogą stworzyć coś nowego, coś nowego wnieść do kultury nowych autorów. Spójrzcie na Lema. On był dzieckiem bańki endemicznej kultury lwowskiej.
Podam dwa przykłady takich bardzo ciekawych kultur, które dają do myślenia. Na przykład ta, którą badał Bronisław Malinowski na wyspach
[01:31:48] - Trio Brandtsów, gdzie w niezwykły sposób wychowują się dzieci. Są wszystkie przytulane przez wszystkich. Może dlatego, że nie wiadomo, kto jest ojcem, bo tam jest funkcjonująca poliginia, czyli to panie mają wielu mężów, a nie mężowie mają wiele żon. I dzieci tam od trzeciego roku życia zaczynają się poruszać w małych bandach. Druga ciekawa kultura, pokazująca zarys bańkowości nie literackiej, to jest kultura ludzi naukowych z opowieści „Gwiazdy moje przeznaczenia" Alfreda Bestera, którzy przyjmują bohatera. Na początek wszczepiają mu coś nowego, coś starego, coś naukowego, a potem tatuują całkowicie twarz. To są dziwne kultury. Im bardziej one będą odmienne, szczególnie te literackie, niech idą dalej, niech się odłączają. Na pewno będzie się tam coś ciekawego działo. Jak odłączą się i wystarczająco długo będą oddalone od kultury głównego nurtu, to jak tam zajrzymy w końcu, to może się okaże, że tam jest coś bardzo ciekawego.
Ja jestem za bańkowością.
[01:33:08] - Nie do końca jestem przekonany, czy kultura lokalna, polinezyjska, życie seksualne dzikich i tak dalej. Oczywiście znamy te historie, ale to są kultury lokalne, antropologiczne, które nie mają nic wspólnego z tym zjawiskiem, o którym ja mówię, czyli współczesną bańkowością ludzi, którzy wybierają świadomie tylko jeden produkt kultury, a właściwie grupę produktów kultury i się w tym zamykają i nie są w ogóle zainteresowani czymś więcej. Ja myślę, że to jest coś innego. Kultury lokalne tego typu, o których piszesz, które opisał Malinowski, są jak najbardziej cenne, ciekawe i skądinąd o nich wiemy. Przyjechał Malinowski, walnął życie seksualne dzikich i miliony się tym zaczytywały, a w Stanach Zjednoczonych bohaterem został. Bronisław Malinowski oczywiście. W takim razie odniosę się wprost do tego, co powiedziałeś przed chwilą i roztoczę przed tobą bańkę idealną, w której się być może zakochasz. Ale nie wolno ci o tym pisać opowiadania, bo ja już piszę. Nie mówiliśmy jeszcze o sztucznej inteligencji. Właśnie sztuczna inteligencja jako dostarczyciel treści staje się, nie mówię, że jest, ale staje się na naszych oczach, w naszej przytomności ważnym graczem.
Pytanie, czy ona jest dostarczycielem treści czy sztuki? Za chwilę będziemy o tym być może mówili. Chcę tylko zauważyć, że wraz z debiutem Chatu GPT-4 pojawił się w publicznym dyskursie problem sztucznej inteligencji jako bytu, który finalnie może zastąpić człowieka, jako dostarczyciel wszelkiego typu treści, w tym także tekstów kultury tak obrazowych, jak słownych. My wiemy, że sztuczna inteligencja może zdublować to czy zwielokrotnić ten efekt inflacji wytworów kultury. Bo jak wiadomo, sztuczna inteligencja produkuje to w sposób maszynowy, błyskawiczny i może zastąpić te setki tysięcy twórców, którzy jednak w pocie czoła i nie tak szybko tworzą. To możemy sobie wyobrazić, jak zastosujemy mechanizmy i algorytmy działające na sprzęcie komputerowym, do czego to może finalnie doprowadzić. I ja mam taką wizję, którą chcę się podzielić. Wizję finalną, to znaczy usztucznienia kultury, w sensie oddania kultury w pakt sztucznej inteligencji. I proszę sobie wyobrazić, tu uważaj, Barski, bo to może być dla ciebie. Może dojść do sytuacji, że sztuczna inteligencja będzie dostarczała powieści wręcz na zamówienie pojedynczego odbiorcy.
To znaczy będzie tworzyła teksty z zadanymi przez tego odbiorcę, to się nazywa zapromptowanymi, bohaterami, tematem, scenerią, pomysłami fabularnymi. Po prostu tym wszystkim, co mu przyjdzie do głowy przy porannej kawce. I on sobie zapromptuje ją, wypije kawę i sztuczna inteligencja pomieli to trzy minuty i mu wywali powieść na zamówienie. Bardzo możliwe, że po czasie-
[01:36:23] - To zakładasz, że ludzie będą czytali jednak.
[01:36:25] - Nie, to oczywiście będzie audiobook. Tak jak w tym filmie „Ona", o głosie Scarlett Johansson. Pamiętacie? Taka osobista asystentka, w której się zakochuje główny bohater i tak dalej. I ona tym miłym głosem może mu na przykład przeczytać powieść czy opowiadanie o poranku. I powstanie zjawisko jednorazowo. Po pewnym czasie taka sztuczna inteligencja, jak wiadomo jest oparta o sieci neuronowe. Ona sama już będzie proponować stworzenie dzieła już pod gust klienta. Już nawet nie będzie pytała. „Dla ciebie dzisiaj mam takie fajne opowiadanie.
Napisałam je w nocy oczywiście". I będzie odgadywała wręcz jego życzenia. I powstanie zjawisko jednorazowych utworów dla pojedynczych odbiorców. Ktoś powie: „O, jak fajnie, panie Mirek, tego chciał. O to mi chodziło. Teraz się czuję spełniony jako odbiorca". Być może się czujesz spełniony jako odbiorca kultury, ale sama kultura zdechnie. Ponieważ kultura zawsze była bytem zbiorowym, zawsze była przeżyciem zbiorowym, wspólnym. To jest element jej rozwoju. Bez wspólnoty nie ma wymiany, nie ma inspiracji.
Nie ma konfrontacji, nie ma tego wszystkiego twórczego ferwentu, który prowadza jednak do wytworzenia pewnych rzeczy nowych.
[01:37:48] - Jacek, ale będzie kultura ludzi, którzy tworzą powieści tylko dla siebie. Będą własne kontenery.
[01:37:53] - Nie będzie żadnej kultury, bo każdy będzie siedział w swoim własnym Chwileczkę, nie skończyłem. Efekt. Tego rodzaju kultura, jeśli możemy w ogóle ją nazwać, że to będzie kultura, stoczy się w otchłań doraźnej użytkowości i przestanie w niej istnieć aspekt sztuki. Tutaj nikt poza moim szlachetnym imiennikiem o sztuce nie mówił, bo już chyba nikt się czymś takim jak sztuka nie przejmuje. Powstanie maszynowy schemat wyzbyty artyzmu, bo sztukę może tworzyć tylko człowiek, panie Staniewski, tylko człowiek. Sztuczna inteligencja nigdy w pełni nie zidentyfikuje się z fizycznym, fizjologicznym bytem człowieka. W tym sensie nigdy nie będzie ludzka, ponieważ zawsze będzie cyfrowa. Jej światem będzie zbiór danych zaciąganych z różnych źródeł, zbiór danych cyfrowych. Nigdy sztuczna inteligencja się naprawdę nie uśmiechnie, nigdy jej nic nie zaboli, nigdy nawet nie pierdnie jak człowiek. Sztuka ujmuje ludzkie doświadczenie świata.
Czy zatem oddanie w pakt sztucznej inteligencji kultury nie będzie równoważne z zagładą może nie kultury jako takiej, ale właśnie tego aspektu sztuki, czyli tej kultury wyższej? To jest pytanie, co do tego moim zdaniem doprowadzi? Ja tutaj stawiam jasną i prostą tezę: do czego doprowadzić może włączenie sztucznej inteligencji jako twórcy sztuki czy kultury, przepraszam, jako twórcy treści kultury. Nawet nie powiem, że kultury, tylko twórcy treści kultury.
[01:39:38] - Po kolei. Dobrze. Co nas przeraża w sztucznej inteligencji? Brak instancji nadawczej. Właśnie to, o czym mówisz, że pięścią w stół walisz, że tylko człowiek może tworzyć sztukę. W związku z tym, kiedy okazuje się, że coś jest w stanie wyprodukować tekst, a my nie mamy tej instancji nadawczej, to nagle odczuwamy egzystencjalny dyskomfort. Natomiast to, o czym mówisz, może zachodzić i będzie zachodzić jak najbardziej, natomiast to nie stanie się zjawiskiem dominującym, tylko stanie się jednym z całego spektrum zjawisk i będzie sobie funkcjonowało na równi ze sztuką tworzoną tradycyjnie przez podmiot, tak jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Natomiast ty użyłeś takiego pojęcia kultury lokalne à propos tego Malinowskiego i Trojanczyków. Natomiast mi się przypomina coś innego, co tutaj warto przywołać, bo o tym też pisał Eco. Pojęcie kultur oralnych.
Było takich dwóch facetów, badaczy brytyjskich, Jack Goody i Walter Ong, którzy pisali o kulturach oralnych. Goody był praktykującym antropologiem terenowym, który na podstawie swoich badań obserwował kultury oralne i obserwował, jak tam funkcjonuje przetwarzanie i powtarzanie opowieści. On mówi, że tak jak my byliśmy przekonani, że eposy homeryckie to były opowieści ustne, które potem zostały spisane, on mówi, że nie. Eposy homeryckie mają bardzo wiele już cech literatury pisanej i okazuje się, że jakie cechy ma ta kultura oralna, wyłącznie ustna? To jest kultura krótkiej pamięci, to jest kultura odbiorcy. On mówi, że jeżeli plemię sobie siadało i recytowało swój mit, to oni oczywiście wmawiali odbiorcy, że następnym razem, kiedy powtarzają ten mit, to jest dokładnie ten sam mit. Okazuje się, że nie, że ten mit zmieniał się w zależności od odbiorców, aktualnej sytuacji, tego, jaki plemię miało cel, kiedy recytowało ten mit. Notabene w świetnym tomiku opowiadań Teda Chianga „Wydech” się znajduje opowiadanie, które ilustruje te tezy Onga i Goody'ego o kulturze oralnej. I okazuje się, że ta kultura współczesna, w której żyjemy, zaczyna mieć cechy znowu kultury oralnej, czyli ona jest kulturą krótkiej pamięci, reagującą na bieżącą sytuację, zapominającą natychmiast to, co było i idącą dalej. I to wcale nie świadczy o tym, że ta kultura instancji nadawczej, takiej, w której ta instancja nadawcza i odbiorca rzeczywiście mają znaczenie, że ona zaniknie.
Nie, to są paralelne zjawiska i oba się będą dalej rozwijały. I tutaj to, że żyjemy w takiej kulturze krótkiej pamięci, która ma wiele cech kultury oralnej, nie świadczy o tym, że ta kultura nam ostatecznie upadnie. Natomiast nie wiem, ile tu będzie jeszcze kolejek do tego mikrofonu. À propos tego, co mówiłeś na samym początku, że już nie ma arcydzieł. Definicja arcydzieła. Czy nie sposób stworzyć niczego nowego? Definicja arcydzieła jest w zasadzie niemożliwa do przeprowadzenia. Natomiast jeżeli chodzi o arcydzieło, to wspólnota interpretacyjna musi się zgodzić co do tego, że dane dzieło jest wybitne i musi to trwać przez ileś tam wieków i wtedy mamy do czynienia z arcydziełem. W związku z tym z naszej współczesnej perspektywy my nie możemy jeszcze ocenić, czy mamy arcydzieła, czy nie mamy. Natomiast czy jest możliwe coś nowego?
Wydaje mi się, że we współczesnej kulturze to jest możliwe. Wiadomo, mamy ten upadek wielkich narracji, mamy niewiarę w to, że już można stworzyć coś nowego. Natomiast co możemy wnosić? Możemy wnosić Subiektywność, czyli współczesne tworzenie dzieł jest tworzeniem dzieł podmiotowych i przekraczających granice dotychczas uznawane za granice gatunkowe. Nie można już stworzyć wybitnej powieści w jakimś gatunku, ale być może można rozwalić ten gatunek. Wydaje mi się, że jeżeli coś posłomnie ocenię jako arcydzieło, to będzie miało dwie cechy: będzie odwoływało się do pamięci kulturowej i będzie nacechowane jakimś subiektywnym, użyję niemodnego słowa, talentem. Dla mnie takim arcydziełem, które mam wrażenie, że przetrwa, a przynajmniej powinno, jest „Dom osób błogosławionych” Kathryn Valente. To jest tekst, który niesamowicie twórczo, z odniesieniami do współczesnej kultury przetwarza stare średniowieczne opowieści o krainie księdza Jana. Jest napisane przepięknym językiem i dla mnie osobiście to jest arcydzieło. Notabene Radka Raka „Baśń o wężowym sercu” też jest moim zdaniem arcydziełem.
[01:45:30] - To ja się przedtem zgadzałem, potem miałem czucia ambiwalentne, to teraz się będę nie zgadzał. Mianowicie wychodzę z takiego założenia, że oczywiście koncepcja stworzenia sobie własnego dzieła, o którym wspominał Jacek, jest dość kusząca. Natomiast ludzie są istotami stadnymi. Oni będą po prostu potrzebowali potwierdzenia, że to dzieło, które ich fascynuje, będzie fascynowało też innych. Zatem będą potrzebowali takiego potwierdzenia, takiego współistnienia w grupie, co sprawia, że dzieła z tych dzieł indywidualnych chowanych do szuflady zyskują taką odrębność kulturową, wpływ na większe grupy. A ja wyjątkowo właśnie będę oddawać głos na pytania. Słucham.
[01:46:16] - Mało tego, wydaje mi się, że ludzie między sobą będą wymieniali to, co wyloguje w algorytm i będą starali się to wszystko ulepszyć.
[01:46:26] - Możliwe, że i tak będzie. Natomiast jeżeli chodzi jeszcze o samą kwestię algorytmu, to powiem, w czym moim zdaniem tkwi pierwsze niebezpieczeństwo dotyczące ChatuGPT. Mianowicie ono nie istnieje w tym, że czat czy też elektrybałt natychmiast zaczyna pisać powieści, bo tak oczywiście nie będzie. Chociaż zakładam, że on bez problemu napisze mi 20 000 „Głębi”, jak mu już je wprowadzę. Chat GPT będzie miał numer 20 na przykład i ja mu tą całą swoją literaturę wrzucę, to on mi bez większego kłopotu napisze w przeciągu jednej godziny 20 kolejnych tomów. On będzie wykorzystywał całą moją powieść jako elementy klockowe, z których będzie składać kolejne powieści. Myślę, że sobie da z tym radę bez większych problemów. Być może miałby więcej problemów, gdyby chodziło o „Proces” Franz’a Schulza, ale też wcale tego nie jestem taki pewien, bo też to da się bez problemu podrobić. Natomiast ja widzę takie niebezpieczeństwo w czacie, jeżeli chodzi o cenzurę literatury. To jest to, o czym ostatnio wspominał chyba Marcin Przybyłek.
Zrobił cały materiał na ten temat, jak to zamierzał wydawać swoją książkę, ten „Gamedec”, za granicą i okazało się, że zgodził się tam z góry na pewną redakcję, a później okazało się, że ta redakcja przekroczyła jego najśmielsze oczekiwania, gdyż w ramach politycznej poprawności usunięto tam na przykład pewne odnośniki męskie. Pozmieniano wydźwięk niektórych scen, które według Marcina, twórcy, powinny być takie, jakie powinny być. Tutaj byśmy teraz dotykali kwestii poprawności politycznej. Nie będę w to wnikał, bo to jest temat rzeka. Natomiast sądzę, że za jakiś czas tą redakcję przejmie w taki czy w inny sposób ChatGPT i on się będzie tym zajmował. Ta literatura będzie brana przez dane wydawnictwo, które jak wiadomo chce zarobić pieniądze, a żeby zarobić pieniądze, to nie chce być kontrowersyjne albo chce być kontrowersyjne w ten pozytywny sposób, który mu pieniądze przyniesie. Dlatego też będzie bez końca wychodził „Minecraft”, jak wiadomo, bo ktoś to kupuje. Natomiast oni sobie wezmą tą książeczkę i wrzucą ją pod czat, a on tam zaraz wychwyci te wszystkie elementy, tak jak na starym Wordzie było, tylko że wychwyci te elementy, które wywołałyby niepotrzebny negatywny oddźwięk tej literatury. A jaka to będzie decyzja tego, jaki to jest negatywny oddźwięk, to będzie należało już od konkretnej atmosfery społecznej. Jaka będzie konkretna atmosfera społeczna, to będzie też zależało od pierdyliarda innych czynników, o których nie mam pojęcia, ale sądzę, że ku temu to zmierza, że to właśnie w ten sposób będzie się przekształcało.
Oczywiście czat będzie pisał te książki. To jest też rzecz nieunikniona, aczkolwiek ChatowiGPT nie uda się przeskoczyć, przynajmniej na razie, jednej podstawowej rzeczy, a mianowicie tego, że jemu trudno będzie wejść w tak zwane memy kulturowe. Jestem w ogóle zdziwiony, żeśmy nie poruszyli kwestii tych memów, czyli tych wszystkich nośników kulturowych informacji, które sobie krążą po społeczeństwie, które sprawiają, że jak komuś powiem „Harry Potter”, to nagle podniesie się 20 rąk i okej, ja już wiem, o co chodzi. Już jestem w określonym klimacie. Przypuszczam, że ChatowiGPT będzie ciężko zasymilować, wprowadzić ten taki mem kulturowy, który by sobie w ten sposób krążył i zrzeszał tych ludzi w te grupy świadomościowe. Bo będzie brakowało tego poczucia jedności, bo jednak będzie to wrażenie, że tą kulturę wytworzyło coś, co nie ma w sobie duszy, jakiejś iskry, jakiejś takiej świadomości. Nawet jak to będzie bardzo dobre.
[01:50:20] - To dlatego przecież kupujemy przez cały czas te magazyny, żeby czytać, który aktor przespał się, z którą aktorką i dlaczego stało to, co się stało. Bo my żyjemy naszymi własnymi bogami Olimpu, których sobie stworzyliśmy, tą całą otoczką kultury sławnych i bogatych, bo to nas ekscytuje, to nas pognieca. Dlaczego tak teraz bardzo przeżywaliśmy kwestię utonięcia tych dwóch bogatych ludzi? Chyba ojca i syna, podczas kiedy być może tonął ktoś inny, tylko że z biedniejszej grupy ludności. Bo to nas ekscytowało. Skupialiśmy się właśnie na tych bardziej sławnych klimatach. Może bym jeszcze bardziej się rozwijał, ale nie będę zabierać czasu, przekazuję go. Na scenie. Dobrze. Przepraszam, ja bym jeszcze oddał chwileczkę swojego głosu kolejnej koleżance.
[01:51:15] - Nie wiem, czy mnie słychać.
[01:51:16] - Głośniej.
[01:51:17] - Można też mikrofon?
[01:51:23] - Przekazuję mikrofon.
[01:51:26] - Halo? Dziękuję bardzo za mikrofon. W ogóle chciałam powiedzieć, że panel fantastyczny i zgadzam się ze wszystkimi również.
[01:51:36] - Się nigdzie nie zgadzam w tym panelu wewnętrznie.
[01:51:38] - Tak. Chciałam tylko powiedzieć i dodać komentarz z punktu widzenia technologii, bo to jest najbliższe temu, co robię na co dzień. Mamy tę dyskusję na temat kultury. Kultury wysokiej i popkultury. I myślę, że będę takim trochę adwokatem diabła, jeżeli zapytam się o definicję popkultury oraz definicję kultury wysokiej. Ponieważ jeżeli wrócimy do początkowego tematu naszego panelu, jeżeli nie umiemy czegoś zdefiniować, jest bardzo trudno wyznaczyć te granice, więc musimy się zgodzić, że na przykład granice są przejściowe. Żyjąc w społeczeństwie raczej anty-
[01:52:27] - Podaj mi definicję po pierwsze.
[01:52:28] - Intelektualnym. Uważam, że takie definicje są jednak potrzebne. Więc moje pytanie jest jak podchodzimy do wpływu technologii nie na rezultat tego, czyli ChatGPT jest rezultatem naszego rozwoju technologicznego, ale raczej jak zaczęliśmy używać technologii w zrozumieniu ludzkości. Czyli używamy technologii na co dzień w podziałach audiences. Myślimy, że rozumiemy, co ludzie chcą, czyli to jest supply versus demand. Przepraszam, można się przestawić na angielski?
[01:53:05] - Nie.
[01:53:06] - Okej.
[01:53:07] - Ustawa o języku polskim zabrania.
[01:53:09] - Dobra.
[01:53:11] - I Pan prezydent Smolarz powiedział, że w Polsce mówimy po polsku.
[01:53:14] - Dobrze, postaram się. Wow, this is gonna be hard. Mam pytanie. Czy uważacie, że nadchodzi rewolucja? Bo ja już widzę początki tej rewolucji u siebie, że to nie jest kwestia i problem, technologia i tak dalej. Czy uważacie, że będzie rewolucja tak zwana, że ludzie porzucą internet, pójdą w busz i zaczną robić budy i kreować, i skupić się na humanizmie i tego, że jesteśmy ludźmi?
[01:53:48] - Zabraknie ludzi. Zabraknie ludzi najświeższych. Nie.
[01:53:56] - Okej.
[01:53:59] - Poprosił o mikrofon, odpowiedział! Bardzo szanuję głos koleżanki, ale to jest nie ten panel. My rozmawiamy o kulturze i popkulturze, czyli o wytworach niematerialnych jednak. Bo nawet jeśli mamy taką książkę, to przecież ten papier, oprawa i tak dalej to jest forma, a zawartość, treść jest niematerialna. Nie jest tutaj tematem, chociaż też w podsumowaniu, które mam nadzieję wygłoszę, będę mówił o efekcie finalnym, ale ja bym się nie zdziwił, że być może dojdziemy do takiego wyzerowania popkultury, że wrócimy do wartości prymarnych, jak to się mówi. Jak wiadomo, nasza kultura zaczęła się od epoki kamienia łupanego, ale potem szybko wskoczyła w etap kamienia głazowego. I co się pojawiło? Pojawiła się kultura w postaci wytworów typu, pamiętacie wszyscy pewnie z podręczników szkolnych te figurki Wenus paleolitycznej. I to była właśnie pierwsza- Trzeba przejść do podsumowania. Kultury, ale zaznaczam, że najpierw musi zostać kultura wyzerowana, o czym mam nadzieję powiem na sam koniec, bo jeszcze- Jacek.
Jacek. Tak. Mogę powiedzieć, że o ile do tej pory byłem bardzo przychylnie nastawiony wobec Jacka Inglota, to od jakiegoś czasu przestaję. Dlaczego? Bo wypowiedział się w taki sposób, że rozwinął tę wizję sztucznej inteligencji, która personalizuje, tak zrozumiałem ten wywód, odbiór sztuki. Wcześniej krytykował sztukę masową i nagle mówi, że sztuka spersonalizowana będzie jeszcze czymś gorszym. Więc ja nie wiem, co będzie dobre właściwie. No dobrze, ale jak masowa jest zła i spersonalizowana też jest zła, to nie ma nic dobrego właściwie, nic nas już nie czeka dobrego w tej sztuce. No dobrze. Cieszę się.
Natomiast nie wiem, czemu nagle skręciliśmy na tą sztuczną inteligencję. To jest temat
[01:56:23] - Trochę przegrzany, mam wrażenie od jakiegoś czasu. Natomiast oczywiście związany niewątpliwie ze sposobem tworzenia i odbioru popkultury. Chciałem się odnieść króciutko już, bo czas nam się kończy do tego, co powiedziała Marta, że przyszłością sztuki masowej jest subiektywność, w czym jest zawarty jakiś rodzaj paradoksu. Bo masowość i subiektywność to jest paradoks. Ja bym powiedział tak, że chyba nie ma w ogóle sztuki bez subiektywności. Autor, który coś pisze, zawsze ma subiektywny punkt widzenia, bo inaczej jest to niemożliwe, żeby cokolwiek ciekawego napisał. On musi pisać o swoich doświadczeniach i albo odnajduje to jakiś odbiór w społeczeństwie, albo go nie odnajduje. Jeżeli nie odnajduje, to jest to jego dramat, a jak odnajduje, to też jest to jego dramat, bo niszczy go ten sukces jako artystę. Można to w taki sposób ująć. Mam wrażenie, że ta intuicja co do subiektywności, ten temat, paradoksalnie zaczęty przez Jacka, polegający na tym, że będziemy się zamykać w tych coraz mniejszych być może bańkach, czyli będziemy coraz bardziej personalizować.
To jest takie modne słowo. Personalizować ten odbiór sztuki. To może jest rzeczywiście jakaś droga dla popkultury, czyli ona będzie masowa, ale będzie w takich małych podzbiorach, takich bańkach, takich monadach, jak to Leibniz ujmował, czyli takich monadach, które za bardzo się ze sobą nie komunikują. Są osobne i wsobne. Nie wiem, czy to jest wyjście, czy nie wyjście, czy to jest po prostu jakaś droga na przyszłość. Wydaje mi się, że tak być może. I to chyba tyle. Mówiliście o tych memach. Ja bym powiedział, że my żyjemy w czasach, kiedy memy zamieniają się w ideologie bardzo łatwo. To jest dość interesujący temat, ale już nie będę go rozwijał.
Oddaję głos Pawłowi.
[01:58:44] - Po pierwsze bardzo mi się podoba o czym mówicie, bo to bardzo mocno zahacza o tematy powieści, którą mam nadzieję wreszcie skończyć dla Kasi i wtedy znajdziecie w niej odpowiedzi na wszystkie pytania Jacka oczywiście. Dlatego zachęcam do kupowania. Natomiast interesuje mnie to podejście do sztucznej inteligencji z bardzo konkretnego powodu. W moim przekonaniu sztuczna inteligencja w obecnym kształcie jest po prostu narzędziem. Jestem przekonany, że autorzy jaskiniowych malarstwa naskalnego byliby wstrząśnięci wizją malarstwa na płótnie. Dlaczego? Dlatego, że płótno nie ma tej fajnej faktury, którą ma skała. I kiedy podświetlimy malarstwo naskalne pochodnią czy ogniem, to ono zdaje się ożywać. Jest zupełnie inny odbiór tego malarstwa, jak twierdzą niektórzy etnografowie czy inni badacze. Taki był pierwotny.
Malarstwo naskalne oglądane bez udziału płomieni, które to wszystko ożywa. To nie jest odbiór tego malarstwa. W związku z czym malarstwo na płótnie w ogóle nie ma sensu z punktu widzenia twórców malarstwa naskalnego. I troszkę tak my mówimy w tej chwili o sztucznej inteligencji. Mówimy sobie: o Boże, jak ona nas zmieni. Oczywiście ona zmieni, tak jak zmienia sztukę każde nowe narzędzie. Natomiast artyści sobie poradzą w moim przekonaniu. Będą już troszkę inni artyści. Czy to będą pisarze, czy malarze, czy poeci. Poradzą sobie.
Pewna zmiana, bardzo mocna, jakościowa nadejdzie wtedy, kiedy sztuczna inteligencja nauczy się świadomie używać metafor. Bo mam wrażenie, że kiedy mówisz o memach, to chodzi też właśnie o zrozumienie metaforyki. Czyli to jest to, o czym pisał Seidel w Paradyzji, o tym, jak się oszukuje komputery i sztuczne inteligencje na przykład metaforyką. To wtedy tak. Tylko wtedy ta sztuczna inteligencja stanie się świadomym twórcą, z którym będziemy musieli się nauczyć komunikować. Ale to jest już kwestia science fiction mam wrażenie, że ciągle jeszcze dalekiego.
[02:00:39] - Proponuję oddać głos sali zamiast podsumowania Jacka Inglota.
[02:00:47] - Oczywiście protestuję. Proszę krótko i zamykamy, bo zaraz czeka nas pary i niego przygody.
[02:00:58] - To jako wstęp do podsumowania. Nawiązując do tego, co powiedział Jacek, zadał pytanie, dlaczego skręciliśmy do Chata GPT. Tak działają mechanizmy popkultury. To jest gorący temat. Wszyscy o tym myślą. Wszyscy chcą się czegoś dowiedzieć, rozpoznać nieznane. Ale rozumiem, że jutro mamy kolejny panel, na którym będziemy mogli ten temat jakoś przenicować, bo to jest element dyskusji na temat sztucznej inteligencji. Natomiast wracając do punktu wyjścia, czyli tego, co Jacek powiedział, że ludzie będą sobie pisali książkę z użyciem na przykład Chata GPT, to uważam, że jeżeli napiszą, to super. Myślę, że wtedy będą chcieli się podzielić takim dziełem z innymi. I właśnie powstanie specjalne spotkanie na przykład tutaj na temat książek, które napisaliśmy z użyciem Chata GPT.
Na razie daleko do tego, aczkolwiek są ciekawe historie z tym związane, ponieważ przy użyciu Chata GPT jego wcześniejszej wersji napisano jakąś wersję, powiedzmy twórczości noblistki. Sama się zgodziła, bo jeden z twórców Chata GPT to jest Polak. Dlatego jest też po polsku to narzędzie. Jacek Dukaj stwierdził, że on już nie będzie pisał, bo po co ma się męczyć dwa lata nad powieścią i poszedł w komercjalizację swoich utworów w postaci gier. Ale koniec końców
[02:02:44] - To jest tak, że zjawisko pisania, kupowania książek i zjawisko czytania książek niekoniecznie są ze sobą powiązane. To każdy wie, jak ogarnie wzrokiem swoją półkę z książkami, ile jeszcze jest do przeczytania. I tym chciałem otworzyć Jackowi drogę do podsumowania.
[02:03:07] - Wiem, że jest pytanie, ale niestety musimy kończyć. Reżim czasowy jest bezwzględny.
[02:03:12] - Chciałam zgodzić się z Pawłem i zgodzić się z Jerzym. Bo Paweł mówił o tym przejściu. Na początku XIX wieku odkryto, powstała fotografia i uznano ją za upadek malarstwa. Ponieważ teraz przy pomocy fotografii można tak wiernie odtworzyć rzeczywistość, tak jak teraz zaczynamy używać sztucznej inteligencji. Ale co się stało? Może malarstwo w jakiś sposób upadało, ale powstały impresje. Impresje są reakcją na fotografię i na początku jako impresja jest oceniane, jako coś okropnego. Dzisiaj to jest dla nas wielka sztuka i arcydzieła. I chciałabym powiedzieć, że bądźmy optymistami. Przychodzi coś nowego, coś upada, powstanie, wypłynie z tego coś może wspaniałego.
[02:04:13] - Zgodzę się z panią. Ma pani rację, coś upada, coś może powstanie. I to jest też moja teza końcowa. Aczkolwiek prosiłbym uważać na analogie historyczne, ponieważ nigdy w historii nie działo się to, co się dzieje teraz i te analogie historyczne mogą być trochę ryzykowne. Wydaje się, i to jest chyba jednak konsensus ogólny, że zmierzamy do jakiegoś resetu, że kultura rzeczywiście, nazwijmy to momentem przełomu, resetem, ale zbliża się do jakiegoś wyzerowania. Tutaj właśnie była mowa o kryzysie arcydzieł. I to rzeczywiście, moim zdaniem da się to zauważyć, że zanikają w kulturze dzieła wybitne, przełomowe, które otwierają nowe przestrzenie, rewolucjonizują wyobraźnię. Nie powstają takie książki, jakie powstawały jeszcze do połowy XX wieku, właśnie takie jak Joyce'a czy Prousta. Nie zgodzę się. One od razu byłyby traktowane jako arcydzieła.
Współcześni czytelnicy wiedzieli, że to są dzieła przełomowe. Niektóre arcydzieła są rozpoznawane od razu. Takich rzeczy już nie ma. Jest dużo, proszę państwa, książek dobrych, sprawnych i poprawnych, ale nie nazwiemy ich arcydziełami w dawnym rozumieniu tego słowa. Ponieważ dominuje taka sprawna średniość, nic się nie wybija. Znowu Jacek Sobot i jego myśl: „Sztuka ma dźwigać odbiorcę, a nie mu schlebiać. Oczywiście ma się też sprzedawać, ale dopasowywanie standardu do odbiorcy musi zakończyć się nieuchronnym kolapsem artystycznym”. To komentarz Jacka Soboty właśnie na przykład do promptowania sobie powieści przy pomocy sztucznej inteligencji. Tak się już poniekąd, proszę państwa, dzieje, że ta sztuka właśnie dopasowuje się do tego przeciętnego odbiorcy, a przeciętny odbiorca nigdy nie był wysoko, no bo sąd jest tym przeciętnym odbiorcą. Prawdą też jest to, co Jacek zauważył też w tej dysputie internetowej, że sztuka i kultura są powoli zapominane.
Zwłaszcza nowe pokolenie już nie pamięta. I dlatego ten recykling jest im tak łatwo wciskany. Moim zdaniem to zapominanie to jest objaw właśnie zbliżającego się resetu. Być może efektem ostatecznym będzie takie totalne wypłaszczenie już i zlanie się obu rodzajów kultury, czyli już nie będzie nawet resztek granic między kulturą wysoką a kulturą popularną. Zrównają się poziomem, staną się pewnym jednym i dopiero na tym gównie, czy po tym restarcie dopiero będzie mowa o czymś nowym. Wyrosną na tym gównie kwiaty nowych arcydzieł. Zatem nie pozostaje nam nic innego, jak z filozoficznym spokojem, tutaj Jacek Sobota ma łatwiej, bo jest filozofem, obserwować obecny obsuw z nadzieją na przyszłą krainę obfitości. Kto dożyje, ten się będzie cieszył. Dziękuję bardzo.
[02:07:28] - Przyznam się, proszę państwa, że trochę musieliście państwo poczekać na kolejny punkt programu, którym zazwyczaj jest „Filmotekarium”. Ale mam nadzieję, że dyskusja, wymiana poglądów odnośnie popkultury i nie tylko zajęła państwa na tyle, że wybaczycie tę późną porę emisji „Filmotekarium”. A dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem porozmawiamy o filmie „Egzorcysta. Wyznawca”. Wiecie państwo, korzenie tej produkcji są zacne, a w każdym razie wiekowe to nie, ale kilkudziesięcioletnie są te korzenie. A co z tego wyszło? No cóż, zapraszam na „Filmotekarium”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:08:31] - Dzień dobry wieczór, Marku. Upiornie i powiedziałbym wręcz szatańsko.
[02:08:37] - No tak, dzisiaj mamy film, o którym nie wiem, co powiedzieć, bo on nawiązuje do takiej absolutnej klasyki kina
[02:08:52] - Nawiązuje. To jest chyba słowo kluczowe. Cóż jeszcze? Egzorcyzmować nie będziemy, ale do Egzorcysty odnieść się będziemy musieli. Egzorcysta, film kultowy, dzisiaj się już zestarzał. Powiedzmy sobie: to, co straszyło w latach 70. to jest prehistoria. Dzisiaj straszy coś innego. A jednak, tu proszę mnie trzymać za słowo, będę coś miał w tej kwestii do powiedzenia, bo ludzie, którzy tworzyli film Egzorcysta, tylko tym razem Wyznawca, o którym będziemy dzisiaj mówić, nie uniknęli pewnych zabawnych, trudno nazwać błędami, kalek albo pewnych zaleceń, moim zdaniem głupich do imentu, które się wśród kontynuatorów bardzo często pojawiają i które funkcjonują, ale nie robią dobrze filmów. Zorientujecie się państwo, kiedy zacznę o tym mówić.
[02:10:07] - Tak, też to zauważyłem. I te nawiązania powiedziałbym, dla jednych będą kultowe, a dla innych będą żenujące. Ale tak: Egzorcysta: Wyznawca, horror o zjawiskach nadprzyrodzonych, pochodzący z serii filmów, które jak Marek wspomniał, zapoczątkował kultowy Egzorcysta z lat 70. Tutaj jest ciężka przeprawa, bo chciałoby się, żeby to było dobre. Ale patrząc na tamtego i tego Egzorcystę, to widzimy po pierwsze te wizualne nawiązania, wręcz kalki, które nam grają na sentymentach. Tak jak w ostatnich odcinkach Gwiezdnych Wojen też się pojawiali starzy aktorzy i tak dalej. Tutaj też mamy wizualne nawiązania do tamtej serii, nawet obsadowe. Tamten Egzorcysta ma jednak status filmu symbolu, filmu legendy, który w jakiś sposób zapoczątkował, a może dał wyraźny kopniak temu podgatunkowi horroru, który jest, nie ma co ukrywać, w ogromnym kryzysie według mnie, bo co roku powstaje co najmniej kilka filmów o opętaniu demonicznym. I różnią się one w sumie tylko, będę tu brutalny, kolorem wymiocin opętanego i sposobem, w jaki on się porusza po suficie, czy na czworaka, czy na dwóch nogach. Bo tak jest.
Horrory o egzorcystach, o egzorcyzmach są coraz bardziej absurdalne, są powtarzalne. Tego się nie da oglądać. Bo po co oglądać coś, co wiesz, jak się skończy? No ale okej, dobra. Ja sobie powiedziałem przy tym Egzorcyście: Wyznawcy, bo to nie jest film klasy B czy C, jak dużo tego typu produkcji, tylko to jest produkcja kinowa, która może jeszcze w niektórych kinach nawet gości. I sobie powiedziałem: skoro gości, to pewnie jest tam coś, co jest mnie w stanie zaskoczyć. Bo Egzorcysta papieża czy Zakonnica, gdzie się przecież pojawiały te same wątki, były strasznie złe. No to sobie mówię: może tu pojawi się jakieś nowe spojrzenie. Tym bardziej, że jak się okazuje, chociaż jest to chyba szósta z kolei produkcja w tej serii, franczizie, jak to mówią Anglosasi, Egzorcysty, to zapowiadają nam twórcy, że to jest jakieś nowe otwarcie w tym gatunku. No to mówię: se obejrzę.
Nim, Marku, przejdziemy do tego, jakie były nasze wnioski z tego se obejrzenia, to powiedz, czy ty masz jakieś osobiste wspomnienia z tym pierwszym Egzorcystą? Bo on jest czasem tak... I nie wiem, czy on jest poprawnie lansowany na film kultowy. Dla mnie osobiście on jakąś rolę spełnia w historii horroru, tego podgatunku, o którym mówiłem. Natomiast on nigdy nie był moim ulubionym filmem i nie jest też takim, do którego dzisiaj chętnie wracam.
[02:13:16] - Piotrze, to jest moim zdaniem dosyć proste. Film Egzorcysta stał się dziełem popkultury, do którego inne dzieła nawiązują, które wykorzystują różnego rodzaju ścieżki, które kojarzą się właśnie z tym filmem. Przecież już było nawet tak, że pewne teledyski znanych grup nawiązywały właśnie do Egzorcysty. Co więcej, filmy, które mierzyły się z podobną tematyką, też do filmu Egzorcysta nawiązywały. Nie wiem, czy państwo przypominacie sobie nawet serial w Polsce. To tak mimochodem: serial Rodzinka.pl również miał taki odcinek, w którym opiekunka pokazała dzieciom klasykę kina. Tak się złożyło, że to był akurat Egzorcysta i dzieci później historyzowały nocą. I tak dalej. Tych nawiązań jest bardzo dużo w popkulturze i po prostu Egzorcysta stał się elementem krajobrazu popkulturowego. I bardzo dobrze.
Dzisiaj, proszę państwa, to jest rzecz oczywista: film, który ma niemal 50 lat, a w każdym razie czterdziestkę już przekroczył dawno, musi nie do końca zachwycać, nie do końca ekscytować. Tym bardziej, że to wtedy był film zrobiony ku rozrywce. I te różne rzeczy, które się tam działy i ten ksiądz, i ta opętana, i to wszystko wtedy mogło działać inaczej. Dzisiaj na pewno działa inaczej. Obojętnie, czy to jest film dla nas kultowy, czy nie, czy jakoś specjalnie uderza w czułe struny naszego kontaktu z kulturą, to nie jest aż tak istotne. Ważne, że on na trwale zakotwiczył się gdzieś w popkulturze. Dzisiaj taki odcinek, że mówimy o kulturze i popkulturze, dlatego tak często powtarzam. Ale co jest ważne: pierwotny „Egzorcysta” był, jaki był. I teraz mamy po wielu latach film. Nawiązuję teraz do tego, co sygnalizowałem w pierwszym swoim wystąpieniu.
Mamy teraz film robiony trochę według zasady: dajmy to samo, ale więcej, ale lepiej i dopierdzielmy tak, że zamiast jednej opętanej będziemy mieli dwie opętane. Zamiast tyle minut poświęcić na coś, to poświęcimy więcej. Będzie brutalniej, będzie dziwniej, będzie w ogóle dziwniej. Na pewno ma być więcej wszystkiego. To nie jest dobra metoda, bo tak naprawdę, jak Piotr powiedział, wiemy mniej więcej, jak to się skończy. Okazuje się, że „mniej więcej” jest tu adekwatnym sformułowaniem, bo już koniec tego filmu jest tak wydumany, ma być dramatyczny i ma stawiać widza przed wyborem i tych bohaterów ma stawiać przed wyborem i w ogóle wszystko ma być takie bardzo niejednoznaczne. A tak naprawdę człowiek, który wymyślił końcówkę tego filmu, kazałbym mu pisać scenariusze do filmów pornograficznych. Nie wiem, do czego. W każdym razie zająć się czymś innym. Dlaczego tak nisko?
Bo dla mnie to już jest dno dna. Dlatego, że to po prostu jest mało atrakcyjne, bo działanie według zasady jeszcze więcej tego samego albo działanie według zasady, że tu musimy epatować czymkolwiek, chociażby, tak jak Piotr powiedział, kolorem wymiocin albo czymś jeszcze takim absolutnie odstręczającym. Wymyślenie tej końcówki, bo o to mam największą pretensję, to jest tak sztuczny problem, który jest tam wymyślony. Nie wiem, Piotrze, ja się poddaję, bo ta końcówka już w ogóle mnie zniesmaczyła i doprowadziła do sytuacji, w której powiedziałem sobie: no cóż, obejrzałem. Nie toczyło się to w tempie ulubionym przeze mnie, ale rozumiem. „Egzorcysta” ma swoje prawa, to nie może być dynamiczna, szybka akcja. To rozumiem. W porządku. Niemal dwie godziny spędziłem i potem dostałem końcówkę, która jest po prostu pretensjonalna. Absolutnie pretensjonalna.
[02:18:36] - Tak, ale z drugiej strony odwołuję się tutaj do twojej natury pisarskiej i sam sobie powiedz, pomyśl, co tu jeszcze wymyślić. Tu wszystko zostało pokazane w tych historiach o opętaniach. I ci, którzy wymiotują żyletkami, ci, którzy gwoździami, ci, którzy włosami i ci, którzy chodzą na czworaka po suficie i ci, co mają wycięty krzyż na języku. Ja naprawdę oglądałem mnóstwo filmów o opętaniach. Mało który mi się podobał. Nie wyklucza to jednak, że są takie, które były naprawdę dobre. Ale tam, gdzie się pojawiają egzorcyści, tam, gdzie się pojawia kwestia opętania, muszę ci powiedzieć, że oglądam, bo z przymusu. Takiego przymusu między innymi, że sobie potem ponarzekamy w Filmotekarium. Tutaj jest kwestia trochę inna, bo to jest jednak element tradycji, franczaju tak zwanego, związanego z filmem kultowym. Może najpierw kilka słów przed tą miażdżącą krytyką odnośnie fabuły, bo możemy sobie tutaj trochę więcej pozwolić, myślę, dlatego że ta fabuła też jest dziwaczna.
W historii „Wyznawcy” poznajemy ojca i córkę, którzy są ze sobą bardzo mocno związani. Matka dla córki, małżonka dla małżonka w tej rodzinie zginęła w trzęsieniu ziemi na Haiti, ale nim zginęła, to się tam poddała jakiemuś tajemniczemu rytuałowi voodoo, który jest przyczyną całego zamieszania kilka lat później. Bo potem się okazuje, że córka idzie z koleżanką do lasu, żeby wywołać ducha matki i przepada na trzy dni. Potem coś je opętuje i to w zasadzie jest cały film.
[02:20:34] - Piotrze, tylko tak à propos warsztatu filmowego. Ja się oczywiście na tym nie znam. Ja to zawsze będę podkreślał. Nie jestem filmoznawcą, nie jestem człowiekiem od robienia filmu, natomiast jestem oglądaczem. I oglądacz też ma swoje prawa i też ma swoje oceny. Ja naprawdę nie mogę zrozumieć, czy nie dało się tych sekwencji początkowych z Haiti, z trzęsienia ziemi Zrobić w bardziej skondensowany sposób. Otóż dostajemy-
[02:21:13] - Wetnę ci się w wypowiedź i powiem, czy nie można było tam jakiegoś sensu zawrzeć, bo my się de facto nie dowiadujemy o niczym, tylko o tym, że oni tam byli i ona zginęła i sobie chodzili i w sumie nic.
[02:21:31] - Bardzo ci dzięki za to wtrącenie, bo to tylko uzupełnia. A jednocześnie ta sekwencja ciągnie się i ciągnie jak flaki z olejem. Nie podam państwu teraz minutażu, ale myślę, że spokojnie tam piętnastkę zaliczamy. Może 10 minut. Jest to opowiedziane znowu zgodnie z pewną konwencją tego filmu, czyli dosyć powoli, nieśpiesznie. Proszę państwa, oczywiście później jest jeszcze w trakcie filmu nawiązanie do czegoś, czego nie widzieliśmy, a dopiero później poznajemy. Wiecie państwo, to jest kalka z kalki, ale ta kalka już wcześniej była ileś razy użyta, więc tak naprawdę nic odkrywczego, a w gruncie rzeczy ja jestem przyzwyczajony jednak do filmów tego rodzaju. Ja nawet nie wiem, czy to chodzi o nowoczesność. To pewno bardziej chodzi o pewne przyzwyczajenia widzów, że dzisiaj film musi mieć wejście. A ten film ma takie wejście, proszę państwa, że się toczy, toczy się, toczy, toczy.
Trzęsienie ziemi jest, ale to nie tak, że zaraz. Nie, spokojnie, jest trzęsienie ziemi i dalej się toczy, toczy, toczy i tam się wszystko tak powoli toczy. Ja nie jestem przekonany. Powtarzam: te sekwencje, które oglądamy na początku, moim zdaniem sprawny montażysta pyknąłby pięć minut, to i tak byłby nadmiar. Proszę państwa, naprawdę. Pięć minut to byłby nadmiar. Pewno dałoby się skrócić jeszcze bardziej. Tym bardziej, że to, co widzimy na początku, nie ma zasadniczego większego wpływu na to, co dzieje się później. Podkreślam: zasadniczego, bo pewne powiązania oczywiście są. Scenarzyści i reżyser nie są kompletnymi amatorami.
Wręcz przeciwnie, nawet część z nich jest utytułowana. W związku z tym oni łapią te sygnały i łapią to, że się musi to wszystko ze sobą zazębiać i się zazębia. Tylko ja się zastanawiam, czy para nie poszła w gwizdek, szczególnie z tym początkiem, bo takie zazębienie można było zrobić sprawniej, szybciej i bez straty. Film byłby krótszy i może bardziej dynamiczny. Złośliwy jestem w tej chwili okrutnie.
[02:24:03] - Sukcesywniejszy byłby przede wszystkim, bo powiem ci, że to, co oni tam pokazali, w ogóle to była jakaś paranoja. Można powiedzieć, że w każdym nowoczesnym horrorze, już o tym mówiłem wcześniej, w którymś z odcinków, że musimy mieć taką warstwę fabularną rozbudowaną. Tu mamy akurat taką dość wielowątkową, bo w sumie też jest tak, że oprócz tej pary głównych bohaterów mamy wyraźnie zarysowane postaci drugoplanowe i trzecioplanowe. To jest jedna rzecz. Po drugie ten film ma taki bardzo ekumeniczny charakter, bo w przeciwieństwie do „Egzorcysty” i tych innych filmów kościelnych odchodzi od tej wizji. I jest tam taka międzywyznaniowa grupa, która staje do walki z demonem. Jest tam ksiądz, który w sumie reiteruje, że tak powiem, ale jest też kapłanka voodoo chyba i pastor i w ogóle jakaś świecka egzorcystka i kogo tam nie ma. Ale wiesz, moja taka uwaga jedna jest jeszcze taka, że o ile ta linia obyczajowa, że tam ojciec z córką ma problemy i ta związana z zaginięciem jest poprowadzona ciekawie, bo ktoś zaginął i to zawsze jakoś interesuje. To jest pewien problem, bo wiesz, mamy dziewczynki, które idą do lasu, przepadają i tak naprawdę nie wiemy, co się z nimi stało, poza tym, że trzeba je zegzorcyzmować, bo coś złego było i tam jakiś bobok był w kanale. Powiem ci, że gdyby oni zrezygnowali z części tego początku i dodali trochę obrazów tłumaczących nam, co się właściwie stało, to ja bym się nie obraził.
A tak naprawdę to ten film wygląda, jakby był posklejany z jakichś klipów. On de facto nie jest aż tak bardzo źle zrealizowany. Nie jest może nawet taki zły, ale nie wiem, czy oni nam każą czekać na wyjaśnienia do tego kolejnego odcinka tej trylogii czy co? Nie wiem. A koniec końców to jest na tyle złe, że przecież w każdym filmie tego typu przychodzi czekać na te finalne egzorcyzmy. I tak wiemy, co się wydarzy. I niektóre elementy, które nam tam ukazują nękanie diaboliczne czy wstęp do opętania są ciekawe. Chodzi mi o te wątki, kiedy te dziewczynki powracają i mają tam jakieś problemy ze sobą natury, powiedzmy, zdrowotnej. To buduje napięcie. To jest nawet niezłe, w miarę oryginalne.
Natomiast potem i tak wiemy, że się musi odbyć ten straszliwy rytuał, gdzie ten opętany będzie się wił, krzyczał, gdzie będą żarówki mrugać, drzwi trzaskać i tak dalej, a potem będzie wymiotował ten opętany i kapłan się podda, potem się nie podda i Pan Bóg zwycięży na końcu i tak. I tutaj mamy takie oczywiste, a nieoczywiste z drugiej strony zakończenie, bo tu nie ma happy endu. Ale jak mogło być inaczej? Mówiłeś o tym, że oni zafundowali tam takie przeterminowane jajko niespodziankę. Bo tak naprawdę trudno jest wymyślić w scenariuszu na temat opętania demonicznego jakieś alternatywne zakończenie, którego jeszcze nie było. O, tak powiem.
[02:27:38] - To też wymyślili, ale to wymyślili tak, że nawet nie chce się tego komentować. Tym bardziej że nie mogę państwu powiedzieć, o co tak naprawdę w tej końcówce chodzi, ale sami państwo stwierdzicie po obejrzeniu, że to jest po prostu pretensjonalne. To jest takie igranie: „Na którego konia postawicie? Może na tego, a może na tego. A to zło wam i tak zdecyduje, co się stanie”. Jeśli czegoś mi brakowało, zaznaczam, że jestem dalej złośliwy. Jeśli czegoś mi brakowało w tym filmie, to psalmu 23, a właściwie jego fragmentu, który się pojawia w pierwszym „Egzorcyście”: „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę”. Tego nie ma, proszę państwa, aż żal, bo można było wykorzystać. Można by jeszcze coś pociągnąć na tej bazie i może byłoby jeszcze, jak by było jeszcze zabawniej? Czy jeszcze bardziej kalkowo by było?
Nie wiem, jak by było. W każdym razie jedną rzecz Piotr powiedział, z którą absolutnie nie tylko muszę się zgodzić, podpisać się muszę pod tym. Rzeczywiście jakaś zgodzina tego filmu daje nadzieję na to, że to będzie widowisko. Może w jakimś stopniu sztampowe, ale jednak widowisko. Kontynuacja minutażu już tak nas nie nastraja. Dlaczego mówię o tym widowisku? Otóż to zaginięcie dziewczynek, to ich odnalezienie po trzech dniach tworzy taką kulę, taką tajemnicę. Rzeczywiście robi się tak mroczno wokół i czujemy, że coś się dzieje. Wiemy już doskonale, że to zaginięcie nie skończy się dobrze albo w każdym razie ono będzie miało swoje konsekwencje. I oczywiście ma.
Ale tak jak powiedziałem, pierwsza godzina daje nadzieję na to, że to nie będzie może arcydzieło, ale będzie to film, który będzie miał ręce, nogi i wszystkie pozostałe części ciała i będzie się trzymał pewnego kręgosłupa, który powoduje, że widowisko jest wciągające. A muszę państwu powiedzieć, że od pewnego momentu tego filmu już mnie to wcale nie wciągało. Tak jak Piotr powiedział, wiadomo, że tam się będą miotać po tym ekranie, będą się różne dziwne rzeczy działy, będzie obrzydliwie mniej lub bardziej, będzie zmiana głosu, będzie trzeba użyć jakichś filtrów. To się chyba używa. Ktoś musi ten głos podkładać, kiedy demon mówi i takim mówi głosem nawet jeszcze niższym i w ogóle jest bardzo strasznie. To się wszystko dzieje, tylko to już tak naprawdę nie porywa.
[02:30:52] - Ale ja ci-
[02:30:52] - Pojawia się.
[02:30:53] - Aha.
[02:30:54] - Tak, mów.
[02:30:55] - Bo ja ci powiem jeszcze jedną rzecz, taką godną rozważenia z punktu widzenia twórcy scenariuszów, bo tam jest pełno takich niedokończonych, nierozwiniętych wątków. Nie wiem, jak się do tego odniesiesz, ale według mnie mamy tam nawciskane na siłę dodatkowych postaci, które nic nie robią. Takich drugoplanowych to jeszcze, ale trzecioplanowych, które koniec końców niewiele do historii wprowadzają, poza tym, że na przykład ktoś im wyłupił oczy albo ta kobieta posiedziała se na grobie, potem coś powiedziała, potem się zadumała. Dziwne to jest. To jest jednak takie niedopracowane strasznie. Nie masz takiego wrażenia?
[02:31:35] - Znaczy ja tu oczywiście wietrzę teorię spiskową, że to wszystko wróci w drugim i w trzecim filmie.
[02:31:45] - Tak, ale wiesz, to jest tak nudne, że nikt nie będzie tego pamiętał już wtedy.
[02:31:51] - Ale baba z wyłupionymi oczami będzie na pewno bohaterką. Nie, śmieję się, ale w gruncie rzeczy zawsze się da bronić tego scenariusza w ten sposób: „Bo panowie nie wiecie, co będzie dalej. A dalej to na pewno będzie groźnie i nawet strasznie. A może ktoś nawet zmartwychwstanie, bo jest taka okazja, byłaby taka okazja”. I tak dalej. Proszę państwa, film jest nowy, tak jak Piotr powiedział, jeszcze pewno do upolowania w niektórych kinach. I cóż, jeśli państwo oczekujecie jednoznacznej deklaracji, przynajmniej z mojej strony, czy na ten film pójść, czy nie pójść, to takiej deklaracji nie będzie. Ja dzisiaj ze swoją wiedzą bym się mocno zastanawiał. Po pierwsze, to już wiecie, oczywiście muszę o tym powiedzieć, że dla mnie za mało dynamicznie, ale już powiedziałem, ja rozumiem, że ten film nie może być dynamicznie montowany. Okej, rozumiem, ale naprawdę jestem tak zniesmaczony końcówką.
Uważam ją za tak debilną. Zaraz wytłumaczę to określenie, bo ono jest mocne. Otóż proszę państwa, jeśli ktoś usiłuje mi wrzucić czułostkową historię pod koniec filmu napakowanego Krwią, demonami, wymiocinami i wszystkim tym, co w filmach o opętaniach się pojawia. Usiłuje mi wrzucić taką czułostkową końcówkę, że jedni się martwią, drudzy się cieszą i popłaczmy sobie wspólnie, bo los jest niesprawiedliwy, a demon to już w ogóle wiadomo. To nie, stanowczo odmawiam współpracy i tej współpracy z mojej strony przynajmniej nie będzie. Ja się nie dam wciągać w historie, które są, żeby ona chociaż była czułostkowa, a ona jest pseudo-czułostkowa. To jest granie, chciałoby się powiedzieć, na najniższych uczuciach, ale to nie jest na najniższych uczuciach. To jest granie na tym, że może coś przeoczymy i się wzruszymy. Nie, to zły ślad. Może na przykład, proszę państwa, coś nas tak zafrapuje i poczujemy, że nas coś za gardło chwyta i zapłaczemy.
Nie, nie zapłaczemy na tym filmie, bo nie ma nad czym płakać po prostu i tak dalej. Ja bym mógł tutaj takie parodie wykonywać jeszcze przez jakiś czas, ale nawet to nie ma sensu, bo w sumie za dużo czasu poświęcamy temu obrazowi. I powtarzam, jeśli ktoś mi zacznie wmawiać, że akcja się rozwinie, akcja się rozkręci, to mi się przypomina od razu jedna z polskich komedii, że oglądając „Śmierć w Wenecji” też Milowicz zapewniał, że akcja się rozkręci. To mniej więcej w takiej sytuacji jesteśmy.
[02:35:00] - Jest tam jeszcze taka rzecz, że tam w sumie nie wiadomo, co się dzieje. Bo tak jak mieliśmy „Speak to me”, który omawialiśmy chyba kilka tygodni temu, tam wiadomo, co się działo, wiadomo, jaka była przyczyna i skutek, a tutaj w sumie nic. I to jest takie dziwne. Ja myślę, że jak ktoś tworzy film na trylogię, to ta trylogia powinna być z mocnym pierdzielnięciem, żeby potem było co zbierać. A tutaj jeżeli ktoś takie coś wypuści, takiego wymoczka jak „Egzorcysta: Wyznawca” i potem ma nadzieję, że ludzie do tego wrócą, bo będą zaciekawieni, to nie wrócą. I tak mi się wydaje, że tak będzie. Tak zresztą, jak z „Zakonnnicą” było, że mieliśmy jakieś odpowiedzi w drugim filmie z pierwszego filmu, który był jeszcze głupszy. Ale powiem ci, że tu jest jeszcze jedna rzecz, taka bardziej realistyczno-społeczna, na którą chcę zwrócić uwagę, bo nie wiem, czy twórcy się inspirowali prawdziwymi zdarzeniami, czy też przypadkiem zrobili pewien błąd. A chodzi o tak zwane domowe egzorcyzmy, bo w Stanach Zjednoczonych i nie tylko, też w krajach tak zwanego trzeciego świata, pewnie Stany też się zaliczają do tego trzeciego świata mentalnie, istnieje takie coś jak egzorcyzmy prywatne, domowe, gdzie kogoś się uznaje za opętanego i się dokonuje rytuału i ten ktoś wtedy przypadkiem sobie ginie. Praktycznie co miesiąc, co kilka tygodni czytamy o tego typu zdarzeniach.
I tutaj mamy tak jakby pochwałę tego procederu. Także nie wiem, czy oni to zrobili przypadkiem, czy też to tak po prostu wyszło. Natomiast analizowałem sobie kiedyś tego typu zdarzenia i wydaje mi się, że to jest jednak poważny problem i nie powinno się tego pochwalać. Bo nie wszyscy widzowie myślą. Ja się tak zastanawiam, jeżeli ktoś to obejrzy i jest, powiedzmy, mało krytyczny, to czy on nie dojdzie do wniosku, że skoro tam robią ten egzorcyzm w domu z udziałem w sumie jakiejś garstki ludzi, jakiejś zbieraniny, to czy nie natchnie to kogoś do pójścia w ich ślady?
[02:37:26] - No tak, rzeczywiście. Po owocach poznacie ich. Czyli jeśli się zjawisko nasili w USA oraz okolicy, to będzie świadczyło o tym, że film miał potężne oddziaływanie. Nie spodziewałbym się mimo wszystko, bo istnieje bariera przebrnięcia przez ten film. Nie wiem, Piotrze, mnie się wydaje, że to jest film, który tę poprzeczkę na tej barierce ma postawioną dosyć wysoko. Ja nie jestem przekonany, że współczesny widz jest w stanie niemal dwie godziny przy tym filmie wysiedzieć. Ale może się mylę.
[02:38:11] - Dwie godziny wysiedzieć, potem czekać dwa lata na drugą część. Gdyby to był serial, to powiem ci, że to by się mogło udać. Natomiast po prostu ludzie zapomną, o czym to jest, bo to jest historia nudna. Jak mówię, zaczyna się od wizyty w tropikach, kończy się na... Nie powiem, na czym się kończy, bo wam zdradzę. Nie jest to zrealizowane źle. Natomiast jeżeli tak ma wyglądać kontynuacja tego kultowego klasyka, to ja dziękuję.
[02:38:46] - Zróbmy sobie, proszę państwa, teraz odrobinę oddechu. A jeśli chodzi o odrobinę oddechu, to myślę, że niezawodna jest Katarzyna Prychacz. Przypomnę, właśnie za jej sprawą weszliśmy w cykl o Chucku Malkersie. W zeszłym tygodniu był początek, ale końca dzisiaj nie będzie. Dzisiaj będzie wtręt dotyczący przesłuchania świadków. Dokończenie tego, co było tydzień temu za tydzień. Tak pokrętnie sobie to Katarzyna wymyśliła. A zatem dzisiaj zapraszam na Alchemię Tworzenia i odcinek zatytułowany: Chuck Malkers. Przesłuchania świadków.
[02:39:36] - Halo, halo! Bóg radiowa ludności. Zgadnijcie kto przy odbiorniku? Z tej strony Katarzyna Prychacz, a wy przybyliście na Alchemię Tworzenia. Zapraszam was do odsłuchania mojego super-hiper zacnego dżingla. Alchemia tworzenia. No powiem ci Marta po raz kolejny, że zacny dżingiel. Dziękuję raz jeszcze. Nie wiem, czy dzisiaj słuchasz, ale nieważne, niech wszyscy wiedzą. Okej, przejdźmy do rzeczy, a właściwie do powitania.
Witam was serdecznie w trzydziestym szóstym odcinku drugiego sezonu podcastu pod tytułem Alchemia Tworzenia. I tak sobie patrzę, że rozpoczęliśmy czerwiec, więc już niedługo koniec tego naszego zacnego drugiego sezonu. Także nie wiem, kiedy to zleciało, ale intensywnie. Przez wakacje wyknuję wam coś fajnego na trzeci sezon, bo jeszcze dzisiaj nie wiem co, ale coś trzeba będzie zmienić. Może zrobimy combo tego, co było w pierwszym z tym, co było w drugim. A może wpadnę na coś jeszcze innego. Kto wie? Niezbadane są ścieżki mojego zwichrowanego umysłu. Okej, co my dzisiaj porobimy? Oczywiście, że wymyślanko.
Ale wiecie co? Zanim przejdziemy do farszu, to jeszcze z tej okazji, że jestem tutaj przy odbiorniku, mimo że już jest bardzo późna wieczorowa pora, ale jeszcze mamy pierwszy czerwca, także życzę serdeczności dla wszystkich naszych tutaj wewnętrznych, jak i zewnętrznych dzieci, żeby nam się tutaj dobrze darzyło i żeby nasza wyobraźnia kwitła. I co? I żeby inspiracja czekała na nas na każdym kroku, niezależnie od naszego wieku. Okej, co my dzisiaj porobimy? Dzisiaj będziemy kontynuować nasze śledztwo. Także jeżeli ktoś tutaj przybył i jest nie w temacie, to zachęcam do nadrobienia poprzednich odcinków. Zdaje się, że to, co jest powiązane z dzisiejszymi treściami zaczęło się w odcinku numer trzydzieści trzy. Nie pamiętam, czy to był ten numer, aczkolwiek tytuł to była „Cerbera złocista”. Tam się pojawiły się nasze dwie postaci i później już poleciało.
W poprzednim odcinku, właściwie w poprzednich odcinkach byliśmy na miejscu zbrodni i dowiedzieliśmy się, że miało miejsce morderstwo Przemka Bobera, pracownika zakładu stolarskiego. Do sytuacji tej doszło w starej willi. Ciało zostało poćwiartowane i upchnięte do kominka, ale nie zostało spalone. To myślę, że jest istotne, żeby wam powiedzieć. W toku śledztwa w poprzednim odcinku dotarliśmy do tajnego pomieszczenia, tajnego archiwum, gdzie faktycznie odbyło się, że tak powiem, ćwiartowanie. I z kolei to miejsce doprowadziło naszego detektywa Chucka Malkersa do kolejnego ukrytego pomieszczenia w tej willi. Właściwie takiego opuszczonego dziecięcego pokoju. I na tym się zatrzymaliśmy. I tak sobie pomyślałam, że zanim przejdziemy do tej kontynuacji, to dzisiaj może warto byłoby przesłuchać jakichś świadków, bo na razie poszliśmy sobie od lokacji do lokacji. Mamy tam zebrane jakieś ekspertyzy i poszlaki.
No ale wiecie, jakich świadków zwykle mamy? I tak pomyślałam, że dzisiaj fabularnie to śledztwo zatrzymamy na tym pokoju dziecięcym, że w następnym odcinku dowiemy się, co w tym pokoju było i tak dalej. A dzisiaj troszeczkę tak, wiecie, chronologicznie może się trochę cofniemy w czasie, żeby dowiedzieć się, jakie były zeznania świadków. I teraz, jeżeli chodzi o technikalia. Co ja dzisiaj zrobię? Skąd ja tych świadków wezmę? Otóż pomyślałam sobie, że przydałyby się jakieś twarze tych świadków naszych, także sięgnęłam po grę „Memy”. Nie wiem, czy kojarzycie. To znaczy gra karciana to jest gra autorów „Kart Dżentelmenów”. Jeżeli ktoś miał przyjemność to wie, o jakim rodzaju humoru mówimy.
Natomiast memy polegały na tym, że losowało się zdjęcie i do niego dobierało się podpis. Tak jak w Dżentelmenach się dobierało tam dokończenia, w sensie wypełnienia luk w zdaniach, tak tutaj po prostu wybieramy podpisy pod zdjęcie, tak że najlepszy mem wygrywa. Natomiast na nasze potrzeby ja oczywiście wzięłam same te karty ze zdjęciami i dodatkowo pozwoliłam sobie odseparować karty ze zwierzątkami, bo tak sobie myślę, że jakbym wylosowała kartę ze zwierzątkiem, to by mnie korciło, żeby pójść w absurd. A jednak tutaj mamy ten kryminał i jednak chciałabym się skupić na tym, żeby nie iść w absurd. Także mam cały stosik ludzi do wyboru. Oczywiście nie widzę ich. Też będę losować jak zawsze. I kiedy już wylosuję zdjęcie tego człowieka, to sięgnę też po karty z klubu detektywów. To są karty z grafikami, tak jak w Dixicie. Też już tutaj nieraz ich używaliśmy i ta karta będzie dla mnie taką podpowiedzią, kierunkiem zeznania tego świadka.
Czyli będziemy mieli zdjęcie świadka, będziemy mieli grafikę z jego zeznaniem i dodatkowo jeszcze w poprzednim odcinku sięgnęłam po karty artefaktów z gry Tajemnicze Domostwo. Z tej gry też lokacje losowaliśmy i pomyślałam sobie, że fajnie może by było, gdyby każde zeznanie dało nam nową poszlakę. Czyli właśnie taki artefakt. Więc te artefakty wypadną nam i na sam koniec dzisiejszego odcinka zobaczymy, jak wyrobimy się czasowo, ale korci mnie, żeby wtedy jeszcze po omówieniu tych zeznań, żebyśmy sięgnęli po karty ekspertyz, które też już wystartowałam w poprzednim odcinku. To są akurat karty stworzone przeze mnie do mojej gry. Natomiast tutaj pomyślałam, że każdy z tych artefaktów będzie powiązany z jakąś ekspertyzą i zobaczymy, czy tą ekspertyzę omówię dzisiaj, czy może faktycznie wtedy przerzucimy omówienie ekspertyz na następny odcinek i wtedy powiążemy to właśnie już z tą lokacją, w której nasz detektyw, główny bohater się znalazł. Ale zobaczymy. Wiecie, jak to z kartami, jak to z inspiracjami, zawsze może nas to doprowadzić w różne miejsca, a znając mnie, może jeszcze wpadnę na jakieś inne rozwiązanie gdzieś pomiędzy. Myślę, czy coś jeszcze jest istotnego, żeby wam przypomnieć? Mamy jeszcze w zanadrzu cerberę złocistą, której jeszcze nie użyłam, ale chcę ją użyć w tej historii.
To była postać z przeszłości naszego detektywa. W sumie dalej jeszcze nie postanowiłam, ale chyba rola jego informatorki byłaby tutaj najlepsza. Aczkolwiek zastanawiam się, czy też nie pójdziemy w tym kierunku, że to była niegdyś jego podejrzana, ale nie mogli jej niczego udowodnić. Natomiast faktycznie w najbliższym otoczeniu tej kobiety ludzie w dosyć podejrzany sposób umierali na zawały serca. Właściwie tutaj nasza ofiara też, zanim została poćwiartowana, to umarła na zawał serca. Takie mamy już tutaj informacje. I właśnie miałam pomysł, żeby nasz detektyw z jakiegoś powodu zadzwonił po tą cerberę, żeby się z nią konsultować coś. Ale jeszcze nie wiem. Jak nic nowego nie wymyślę, to najprawdopodobniej włożymy ją tutaj do równania z powodu tego zawału serca naszej ofiary. Chyba że jakiś świadek naprowadzi nas dzisiaj w nowe miejsce.
Okej, to co? Przechodzimy do losowania i myślę, że tak jak ostatnio wylosuję wszystko i po prostu na bieżąco będę sobie później to odkrywać i wam wszystko omawiać. No dobra, to lecimy, bo ja już się nie mogę doczekać. To mamy sobie człowieków, więc na razie losuję trzy twarze. Okej, weźmy może tą. Jeden. Pierwszy świadek. Gdzieś ze środka. O, weźmy tutaj drugi świadek i weźmy z samego końca trzeci świadek. Dobra, świadków mam wylosowanych.
Jeszcze nic nie widzę. Dalej. Zeznania. Potasujemy, żeby nie było. Dobra i też gdzieś z początku pierwsze zeznanie, ze środka zróbmy, o, może ta, drugie zeznanie i ostatnia. O, tu nawet sklejona jakaś była, ale już rozklejona. Trzecie zeznanie. Dobra. Trochę wiecie co? Jak otwieranie prezentów.
Właśnie czekanie na otwieranie prezentów na Wigilię. Taką mam dzisiaj ekscytację. Okej. Artefakty. Dobra, idźmy tą samą mechaniką. Z początku, cyk, ze środka, cyk i ten z samego dna, z dna szafy, cyk. Dobra, to mamy. I co? Ekspertyzy od razu? Nie, ekspertyzy zobaczymy, jak się wyrobimy.
Okej. To ja sobie tu poukładam. Cyk. Okej. Przesłuchujemy świadka numer jeden. Kogo my tu mamy? O, mamy dwupak słuchajcie. Mamy mężczyznę i kobietę. Patrzą sobie w oczy, jedzą lody gałkowe i mężczyzna patrzy porozumiewawczo w oczy kobiety. Natomiast kobieta wygląda na taką trochę zdziwioną, ale zdziwioną na zasadzie takiej, jakby coś się wydało.
Coś, co miałoby się nie wydać. Przynajmniej ja to tak interpretuję. I teraz tak, jeszcze nie wpadłam dokładnie w sumie, jak byśmy określili, co to za ludzie tutaj. W sensie jaki mają związek czy z ofiarą, czy z rezydencją. Więc myślę, że jak już odkryję też kartę z zeznaniem, to chyba wtedy najłatwiej będzie mi to jakoś może połączyć. Dosyć młodzi ludzie. Myślę, może to by mogli być znajomi naszej ofiary. No i może właśnie, że coś chcą ukryć. Tak patrzę na tą zdziwioną twarz kobiety. Dobra, zobaczymy, jakie jest tutaj zeznanie, w sensie karta zeznania i omówię wam i zaraz będziemy przechodzić do szycia z tego.
Karta grafiki przedstawia nam aparat fotograficzny, ale taki starego typu. Taki harmonijkowy, rozkładane takie pudła praktycznie to były. I tutaj anomalią na tej karcie jest to, że obiektyw tego aparatu dymi, jak pistolet po wystrzale, taki dymek. I oczywiście wszędzie wokół leżą łuski, a właściwie nawet przepraszam, nie łuski, tylko właściwie jeszcze nieużyta amunicja. Więc tak, jakby ten aparat strzelał. I wiecie co? On ma jeszcze taki numer jeden zaczepiony, tak jakby był jakimś dowodem w śledztwie. Zaraz, kurczę. Aparat. Może ten aparat to zeznanie?
Może ten aparat jakoś by doprowadził tych świadków? Ciekawe coś. Dobra, słuchajcie, pozwolę sobie jeszcze odwrócić ten artefakt, żeby mieć pełne spektrum i żeby to ładnie zszyć razem. O, proszę. I naszym artefaktem jest tutaj, zdaje się, że trucizna. Taka bardzo retro fiolka, jeszcze zatkana korkiem. W środku jest, nie wiem, czy to jest zielona substancja, czy ta butelka sama w sobie jest taka pozieleniała, w pajęczynach. Patrzę, bo jest dosyć ciemna grafika, więc próbuję zobaczyć nazwę. Beetle Medical? Żuk medyczny?
A może to nie jest płyn, tylko żuki? Dobra, słuchajcie, nieistotne. Tutaj to ma być dla nas symbolem, czyli właściwie poszlaką, która z tego ma wyniknąć, będzie, myślę, trucizna. Pierwsze moje skojarzenie. To super, bo nasza ofiara była najprawdopodobniej otruta. Na kominku stał, bo też przypomnę, na miejscu zbrodni mieliśmy te poszlaki, które ja sobie wyciągnęłam z pierwszej tej karty sama z grafiki, bez losowania artefaktów. To faktycznie na kominku stał złoty kielich, więc ewidentnie tak, jakby ktoś wypił czy upił jego zawartość i nie skończył. Kielich został odstawiony w dziwnym miejscu. To by nam się to ładnie składało. I co?
Tak teraz myślę, jak ten aparat powiązać? Sama sobie czasami utrudniam tu. Kim mogą być świadkowie? Dobra, pierwsze tropy wypadnięte z mojej głowy, czyli to są właśnie przyjaciele naszego zmarłego, zamordowanego. Nie wiem, poznali się na kółku fotograficznym? Wiecie co? Już wiem, bo skoro on był pracownikiem zakładu stolarskiego, to może właśnie oni współpracowali razem i po prostu wiadomo, mała firma, to się zaprzyjaźnili i może oni mieli firmę fotograficzną albo są fotografami? Jak stolarze robili jakieś super zlecenia i fajne meble, to ta dwójka przychodziła i zajmowała się uwiecznianiem tego, czy to później na jakieś media społecznościowe, czy do katalogów i tak dalej. Teraz tylko jeszcze jak do nich dotarliśmy? Detektyw, jak on mógł na nich trafić?
Co mogło doprowadzić? Mogliśmy zdjąć odciski palców z tego kielicha i mogły tu się pojawić. Ale wiecie co? Bo w poprzednim odcinku jedna z ekspertyz to były dane ze smartfonu poszkodowanego. I teraz sobie myślę, że może ostatni wybierany numer przez naszą ofiarę to był numer telefonu do tego przyjaciela. Może przyjaciela czy fotografa? Dobra, okej. To zeznanie mogło być to, że skoro ten numer się wyświetlił, to może właśnie oni tacy byli niepewni, bo już dowiedzieli się, że ten nie żyje, a oni nie zareagowali, nic nie zrobili, bo też stwierdzili, że ten ich znajomy miał taką tendencję trochę do takiej paranoi na zasadzie, że ktoś go może śledzić, że coś tam. Więc też brali trochę na niego takie filtry, że on wyolbrzymia. Natomiast faktycznie tego dnia zadzwonił do nich i powiedział, że chyba został otruty.
I faktycznie mieli się spotkać wieczorem, ale potem do tego nie doszło. Właśnie myślę, czy mieli się spotkać wieczorem, czy oni po prostu byli gdzieś na wyjeździe? Bo wtedy by też był numer, że oni dzwonili do niego. Więc może oni byli w trakcie tego zdarzenia na sesji fotograficznej? Może gdzieś w plenerze mieli słaby zasięg i jedyne, co zdążyli tam, zdołali usłyszeć to, że on stwierdził, że został otruty. Ale mówił rześkim głosem, tylko takim jak zawsze. Nie usłyszeli, że był osłabiony. I mieli się spotkać następnego dnia. Już jak oni wrócą z pleneru, to i tak mieli tam jakieś swoje biznesy załatwiać, więc myślę, że mamy to. Czyli mamy tutaj fotografów, że byli w plenerze i ta poszlaka, trucizna, czyli tutaj właśnie to podejrzenie, czyli faktycznie ten kielich i to, że ofiara sama była w jakimś stopniu może świadoma, że to była trucizna.
Dobra, lecimy. Drugi świadek. Okej, mamy tutaj mężczyznę o bardzo ciemnej karnacji i ten mężczyzna, my go widzimy z profilu. Jeszcze tu może dopowiem, że jest ubrany w koszulę elegancką, taką z kołnierzykiem, kamizelkę i krawat. Także ktoś taki dosyć gustownie ubrany. I my widzimy tutaj tego mężczyznę z profilu i on jest taki trochę... Wiecie co? W pierwszej chwili pomyślałam, że on wskazuje palcem na kogoś, wiecie, takim palcem wystrzeliwującym. Nie no, wskazuje palcem na kogoś. I w pierwszej chwili pomyślałam, że krzyczy, że wyrzuty: „To twoja wina, to ty!” Ale teraz jak się przyglądam bardziej, to on wygląda, jakby był zamurowany w szoku, że tak wskazał palcem i „Co?” Tak go zamurowało.
Więc może to już jest trop, żeby był zadziwiony. Zaraz zobaczymy, z kim go powiążemy dalej. Jeżeli chodzi o kartę zeznania. Dobra, tutaj grafika przedstawia konia. Grafika przedstawia białego konia, który ma, teraz nie wiem, jak się to nazywa. Uzda? To taki uprząż na pysk konia. Pysk. Mordę ma podobno krowa, tak? Ktoś mi to kiedyś tłumaczył, że jest jakaś różnica.
Więc koń ma pysk. Wiemy wszyscy, o co chodzi. I ta część uprzęży się zapina na tym pysku i potem można sobie trzymać te lejce. Dobra, wybaczcie moją ignorancję w tym temacie. Gdybym to miała spisywać, oczywiście, że człowiek research nie pozwoliłby mi nie zrobić researchu. I te lejce są powiązane z drugim koniem. Tylko że to jest ten jak z szachownicy pionek, taki drewniany konik. I oczywiście w tle mamy szachownicę. Powiem wam szczerze, że dużo jest symboli, że ta karta w ogóle jest jak karta do gry, że ona jest lustrzana, że od góry mamy głowę konia tego prawdziwego, a od dołu ten pionek i te lejce, czy ta uzda, to długie do sterowania koniem to się układa w symbol nieskończoności. I ten symbol jest pomiędzy głowami.
Łączy te zwierzęta ze sobą. Od razu pierwsze, na co w ogóle zwróciłam uwagę, to na tego drewnianego konia. Więc pomyślałam, że stolarz, że drewno. Mamy szachy. Ten mężczyzna taki elegancko ubrany, więc w sumie mógłby być jego partnerem od szachów na przykład. Tylko teraz jak on by był powiązany? Teraz patrzę jeszcze. A może... Dobra, odkrywamy artefakt, ale już mi się pomysł jeden pojawił co do lokacji z poprzedniego odcinka. Dobra i tutaj artefakt, który nam się pojawił to jest ciężarek, hantelek.
Tak myślę. Bo co innego? Na grzechotkę to chyba zbyt masywne. Nie no, kiedyś były takie grzechotki, ale one miały tylko taką kulę po jednej stronie. Bo to są dwie kule, dwa obciążniki połączone przęsłem. Więc mamy hantelek też oczywiście w pajęczynach, ale to jest z tej gry, z tego domostwa. Więc tutaj dużo takich motywów opuszczonych jest. Dobra, już wam zdradzam ogólnie pierwsze moje skojarzenie z lokacją, z tym ukrytym archiwum, bo tutaj oprócz tego, że mieliśmy makatkę, arras, jak ja to nazwałam? Materiałowa dekoracja, którą zawiesza się na ścianie. I ta dekoracja właśnie była z białym jednorożcem.
A tutaj na tej karcie mamy białego konia. Jeszcze jak pomyślę sobie, że to archiwum, że takie badanie, to od razu mi się skojarzyły szachy. Więc się zastanawiam, czy może jednak ten mężczyzna nie będzie w jakiś sposób powiązany z tą lokacją. Tylko co oni mogli znaleźć? Bo o tym hantelku on coś ma wspomnieć. Myślę, że może to nie jest właściciel rezydencji, ale właśnie słuchajcie, bo na razie ślad po właścicielu rezydencji zaginął. W sensie nie ma go tutaj na razie w naszym równaniu. Może to jest... Już wiem. Dobra, lecimy z tematem.
W archiwum, oprócz poszlak, które zostały wcześniej zebrane, była też plansza do gry w szachy i tam były rozstawione pionki. Taka rozpoczęta partia i na tę planszę była naklejona karteczka samoprzylepna. A może nie samoprzylepna, tylko kartka wyrwana z notesu z napisem „Szach-mat”. I na tym notesie było logo firmy. I tak potem detektyw namierzył mężczyznę, który grał w szachy z właścicielem. To był właściciel tej firmy. Myślę, jaka to by mogła być firma. Właściciel zakładu stolarskiego? To może nie, ale patrzę się na ten hantelek. Pomyślałam, że może mógłby mieć coś wspólnego z siłownią, ale elegancki taki pod krawatem.
Kim on by mógł być tutaj i w tym archiwum? Że to przychodził? A może on po prostu był przyjacielem tego naszego właściciela rezydencji, więc miał też dostęp do jego domu. A zwłaszcza do tego ukrytego archiwum. I tam właśnie przychodził. Że oni nie grali, siedząc przed sobą, tylko grali w te szachy tak trochę na odległość. Wiecie, przestawiali pionki na planszy i zostawiali sobie wiadomości, więc tutaj właśnie to się zadziało, że parę dni temu ten mężczyzna był tutaj i przestawił te pionki, ale faktycznie nie widział się z właścicielem rezydencji. Dom wyglądał na opustoszały. Służba się krzątała po tej rezydencji, ale nic więcej się nie działo. Więc tutaj mamy te szachy.
I co z tym hantelkiem? Może w tym archiwum też były jakieś rzeczy zabytkowe? Pomyślałam, że tego hantelka mogłoby gdzieś brakować. A może oprócz tego, że oni grali w szachy, to ten przyjaciel był takim żartownisiem i może coś... pomyślałam, że ten hantel by gdzieś podłożył, bo tu dużo jest zabytkowych rzeczy. Tu jakaś zbroja rycerza. Tylko gdzie on ten hantelek mógł ukryć? Albo co tym hantelkiem mogło zostać zrobione? A może wiecie co? Jak to takie ukryte przejścia, to może właściciel parę miesięcy temu miał dziwną prośbę do tego naszego świadka i poprosił go, żeby przechował u siebie taki antyczny hantelek.
I on sobie z początku myślał, że to żart, bo oni raczej... a właśnie, może antykami handlowali? Tak! Gościu handlował antykami. To mi się podoba, to jest spójne. I tamten właściciel przekazał mu ten hantelek, więc on go oddał. Nie rozumiał, co to jest. Trzymał go, nic się z nim nie działo. Ale skoro taka jest sytuacja i nikt się nie może skontaktować z tym właścicielem, to ten świadek przekazał ten hantelek jako dowód w sprawie, czy trop, który może pozwoli rozwiązać sprawę dalej. Dobra, mamy to.
Kurczę, trudny był ten hantelek, ale wybrnęliśmy. Okej, i trzeci świadek. O matko z córką! Okej, tutaj mamy cały zespół ludzi i już wam mówię, najprawdopodobniej na tej karcie wydarzyło się coś złego. Na dywanie leży mężczyzna, który zasłabł albo upadł. Nad nim pochyla się kobieta. Wnioskuję, że lekarz, bo ma stetoskop na szyi. Trochę dalej też jest mężczyzna w kitlu, który tak przyklęknął i patrzy na tego leżącego mężczyznę. I w tle jeszcze mamy pielęgniarza i pielęgniarkę, którzy pędzą na miejsce zdarzenia z wózkiem. Teraz pytanie, jak my to rozegramy?
Czy tutaj świadkiem będzie może ten mężczyzna? No właśnie, słuchajcie, a może ktoś jeszcze dostał zawału serca? Chyba że znaleźliśmy właśnie właściciela rezydencji. Dobre to jest, słuchajcie. To jest dobre, że udało się w końcu znaleźć informację i odnaleźć właściciela w szpitalu. W śpiączce jest. Zróbmy to. Czyli mężczyzna został znaleziony gdzieś. Zaraz zobaczymy, może zeznanie nas doprowadzi. Ale okej, dobra.
Podoba mi się to, bo trochę mi tego właściciela tutaj brakowało. Mamy go. Karta zeznania. Zobaczymy, co tutaj mamy. O proszę. O kurczaczki! Przy poprzednim świadku mówiłam o strzelającym palcu, nie? Tutaj mamy dosłownie strzelający palec. Okej, grafika przedstawia dłoń. Pozostałe palce zwinięte i tylko wskazujący wyciągnięty.
I ten palec dymi. Co jeszcze mamy? Tak jakby strzały zostały oddane w ścianę i te dziury takie trochę w kształcie gwiazd. Ale chodzi o to, że tak jakby to była blacha czy coś, że to zostało przestrzelone z tego palca. Co tu jeszcze mamy? Mamy rękaw i spinkę do mankietów w kształcie gwiazdki pięcioramiennej. Aha, i jeszcze na dłoni wytatuowana jest strzałka, która jest zgodna z kierunkiem tego palca wskazującego, z kierunkiem lufy. Czyli mamy taką nietypową dłoń. Okej, jeszcze zobaczymy artefakt i zaraz będę to zszywać, ale tu się sporo rzeczy dzieje fajnych już. O, proszę.
Wiecie co? Ja nie wiem, czy to jest jakiś starodawny sekator, czy takie nożyce, ale nie, że wkłada się palce, tak jak nożyczki, tylko jak sekator to wygląda, z taką sprężyną pośrodku. Czyli takie dwa ostrza, które na stałe są rozwarte, a jak chcemy coś przeciąć, to musimy ścisnąć dłonią. Faktycznie ostatnio odnaleźliśmy zakrwawioną brzytwę na miejscu, gdzie nasza ofiara została poćwiartowana i tu mamy ten sekator. Tak myślę, jakieś powiązanie. No dobra, słuchajcie, mamy gościa, który zasłabł, dostał zawału, leży w śpiączce. I teraz tak: z tym sekatorem to pomyślałam, że faktycznie zostało to przy nim znalezione, ten zakrwawiony sekator. Lekarze to zabezpieczyli i teraz się zastanawiam... Właśnie myślę, jaka jest procedura tak naprawdę. Raczej chyba jakby takie coś znaleźli, to by oddali na policję.
Dobra, wstępnie możemy uznać, że ten sekator faktycznie został. Została sprawa rozpoczęta, oddzielna. Bo oni nie wiedzieli, kim jest ten mężczyzna. Nie było go też nigdzie w bazie danych, więc był dla policji no name'em. Ale nie, czekajcie, bo przecież my jakoś tutaj trafiliśmy. Nie mógł być no name'em. Sekator oddali do badań. Może tak, jesteśmy w toku, bo to wszystko przecież musiało się wydarzyć w jednym czasie. Czyli ten mężczyzna, tak jak ten został zamordowany, ten leży w śpiączce i zakrwawiony sekator czeka na wyniki badań. I patrzę na tą dłoń.
A może ślady prochu? Ale będziemy tutaj strzelaninę wprowadzać. Bo jeszcze intryguje mnie ten tatuaż strzałki na dłoni. Może zrobimy tutaj tajne stowarzyszenie? Bo tutaj też wspomnę, że na miejscu zbrodni nad kominkiem było trofeum ryby miecznika i głowa i ogon były ładnie spreparowane, natomiast brzuszek tej ryby był rozgrzebany, ości wystawały. I ustaliliśmy, że coś było ukryte. Nasza ofiara wpadła na ślad, że coś było ukryte. Właśnie, jeszcze nie powiedziałam, że hasło, które przyświeca temu śledztwu, to jest tajemnica białego maku. Jeszcze nie sprecyzowaliśmy, co jest z tym makiem. Niemniej nasza ofiara odkryła, że w tych rybach, w różnych rezydencjach był ten tajemniczy mak ukryty, bo takie zdjęcia zostały znalezione w smartfonie poszkodowanego.
I teraz sobie myślę, że może to jest jakieś tajne bractwo, tajne stowarzyszenie z tym makiem. Tylko teraz myślę, czy ten tatuaż też był na dłoni ofiary? Może tak. Możemy tak zrobić. Ale nie, on nie, bo gdyby należał do klubu, to nie musiałby rozgrzebywać tych ryb. Co mógł zeznać gościu w śpiączce? Musimy bardziej bazować na nim, na tym, co zostało zebrane. Może spinka do mankietów? Skoro ten mężczyzna jest w śpiączce, to naszemu detektywowi zostały przedstawione jego rzeczy do wglądu. Sekator został oddany do badań, natomiast jeszcze była ta marynarka i takie nietypowe spinki do mankietów.
I czemu ten wystrzał? Co to mogło być? Spinki do mankietów. Może jakiś klub strzelecki? Może to byłby dosyć ciekawy trop? No dobra, myślę, że tu nie ma co odkładać niczego na później. Żyjmy chwilą, tu i teraz. Skoro mamy spinki do mankietów, to może po prostu ustalmy, że to będzie taka gwiazda szeryfa. Właściwie mógłby to być symbol bardzo ekskluzywnego klubu strzeleckiego. Okej.
I wtedy mamy trop, gdzie nasz detektyw może pójść dalej i zobaczyć, bo może tam morderca przebywał, a może tam się dowiemy czegoś więcej. A może się nie dowiemy. Tak czy siak, na razie mamy fakt na temat właściciela rezydencji, o którym nie wiemy, czy jest sprawcą, czy nie. I czekamy na wyniki sekatora. Jaki mamy czas? Dobra, słuchajcie, myślę, że wyjmę rodzaj ekspertyz. Głupio będzie ich nie omówić. Dobra, lecimy. Dobrze się gada. Nawet nie wiem, kiedy minął ten czas dzisiaj.
Wylosuję teraz karty ekspertyz do każdego ze świadków. I zaraz zobaczymy, co nam się tutaj bardziej poskłada. Taka sama mechanika losowania. Gdzieś tam z początku, ze środka. Cyk. I z samego końca. Cyk. Dobra, mamy to. I ja już patrzę, co. Okej, przy świadku numer jeden mieliśmy truciznę, fiolkę.
Wokół tego mieliśmy się kręcić. Zobaczymy, jaka tu jest ekspertyza. Synteza informacji z social mediów poszkodowanego. To teraz tak. Ale to mamy w kontekście świadków, więc myślę, że może właśnie zostały ich zeznania sprawdzone. Bo to oni social media, fotografowie i tak dalej. Ale nasz detektyw zaczął drążyć temat i się okazało, bo oni twierdzili, że byli na wyjeździe w momencie, kiedy ofiara do nich dzwoniła, a wszystko dokumentowali na swoich social mediach i okazuje się, że według tych mediów byli na jakiejś imprezie w mieście. Dobra, zmyślam sobie z tą imprezą. A wiecie co? Tak jak teraz już mam zeznania wszystkich świadków.
Nie wiem, czy pamiętacie jeszcze na tej karcie ten aparat fotograficzny i tu leżały. On też wystrzelił, nie? Mówiłam, że z obiektywu jak z lufy dymiło i były łuski. To może oni byli na sesji zdjęciowej w mieście, ale sesji zorganizowanej dla tego klubu strzeleckiego. Chciałam powiedzieć, że może dlatego nie mówili, bo tajemnica, ale z drugiej strony zdjęcia by były na mediach? A może właśnie wrzucili zdjęcia z tej sesji i nie było powiedziane, gdzie są. Natomiast nasz detektyw poznał, że ci ludzie na zdjęciach mieli spinki do mankietów wszyscy, że tutaj świadkowie kłamali zarówno jemu, jak i ofierze. O ile faktycznie ta rozmowa miała miejsce z ofiarą. I co? I tutaj mamy trop.
Na razie myślę, że go sobie zawiesimy, że tutaj coś zostało pokręcone, ale mamy też związek tych fotografów z klubem strzeleckim. Dobra, okej. Ale fajnie. Kurczę, ale będę musiała turbodużo notatek zrobić dzisiaj, żebym tego nie pogubiła. Muszę chyba naprawdę odkopać tą tablicę korkową i razem z naszym Chuckiem Malkersem zrobić wszystkie powiązania. Ale się robi grubo. Się robi grubo, cholera, a mi tak mało zostało odcinków do końca sezonu. Dobra, świadek numer dwa. Cóż tu mamy za ekspertyzę? Analiza grudek ziemi z miejsca zdarzenia.
Hm. I teraz tak, tu był ten hantelek. Szachy. Grudki ziemi. Patrzę, bo tu raczej mieliśmy lokację w pomieszczeniu w środku. Nie wiem, czy teraz te grudki ziemi... Chyba że na hantelku będą? Tak myślę, że ten hantelek... O, no tak, bo ten go poprosił, żeby go przechował. To on tak jak dostał, tak przechował.
A patrzę, bo na tym hantelku mamy wybite, tak jak często są napisane, ile ma kilogramów i tak dalej. Tutaj też są jakieś liczby wybite chyba. Wiecie, co tu jest? Tu jest wybita ósemka, może taki symbol nieskończoności i kwiatek. I w sumie na tych koniach też mieliśmy symbol nieskończoności. To może ta ósemka lub ten symbol jest tutaj istotny, a ten kwiatek mógłby być gwiazdą, nie? Na potrzebę naszej narracji. Co prawda tu jest czteroramienny. Dobra, słuchajcie. Oni dostali ten hantelek i okazało się, że był cały utytłany w ziemi, więc nasz detektyw, jeszcze jako znawca i fan natury, nie pozwolił, żeby to...
To już było podejrzane, kto daje komuś hantelek na przechowanie? Więc oczywiście, że zebrali próbki ziemi z miejsca zdarzenia, ale myślę, że w następnym odcinku dalej to będziemy wiązać, skąd ta ziemia. Co prawda już tutaj mi w głowie się tli opcja, że ta impreza, ten klub strzelecki, że może ten rodzaj ziemi by nas doprowadził na miejsce, gdzie się odbyła ta cała impreza. Tylko, że czy to nam coś da? No w sumie może nam coś da. Czyli tak, ten świadek nie był może bezpośrednio powiązany z tym klubem, ale miał przedmiot, który go wiąże z tym. Z ósemką, tą leniwą, z symbolem nieskończoności jeszcze też nie wiem, co tu. No dobra, to chyba tutaj na razie tyle. I co? I ekspertyza numer trzy.
Co do sekatora. Raport z bazy stomatologicznej. Ło matko z córką! Okej, ale sekator był zakrwawiony. Kurde, nie ukrywam, że z tym sekatorem to tak pomyślałam, że może ten właściciel rezydencji się próbował obronić i że ta krew na sekatorze, że to mogłaby być właśnie krew mordercy. Tylko czemu baza stomatologiczna, nie? Bo co? Gdyby kroił tym sekatorem coś, można byłoby... Pomyślałam oszklivie, z zęba, że mogłoby się osadzić tutaj. No ale to i tak raport z bazy stomatologicznej nam nic nie da.
Może nie wiemy, czyja to była krew, ale może gdzieś ten ząb tu był. Pomyślałam, że może... Bo czasami złote zęby też były, ale jest możliwość wstawienia różnych diamentów, cyrkonii czy jakichś tam kamieni szlachetnych w zęby. To może tutaj to byłoby tropem i wtedy każdy taki diament czy kamień, czy tak jak koronki na zębach, tak myślę. Myślę o numerze seryjnym, że może coś takiego by... Raport z bazy stomatologicznej. Jak to powiązać? No chyba że, bo to jest taki stary sekator, retro, nie? I się zastanawiam, bo tutaj jest taka śruba, która te ostrza spaja ze sobą. A jakby ją zrobić ozdobną?
Bo tutaj mamy chyba tylko śrubę z nakrętką, ale teoretycznie tak patrzę, że projektowo bardzo ładnie by wyglądała, gdyby miał jakiś diament albo jakiś kamyczek śliczny. I pomyślałam, żeby tu miała ząb i ten ząb będzie dość świeży. To może, bo też rozważaliśmy w poprzednim odcinku, że zakrwawiona brzytwa została porzucona na miejscu zdarzenia. A może, bo rozważałam seryjnego mordercę, nie? Zabójcę. I tu była brzytwa i rozważałam, że jego takim charakterystycznym modus operandi, tak to chyba jest, między innymi, że zawsze będzie porzucał brzytwę. Ale może, wtedy też jeszcze chyba nie wymyśliłam, co on zabierał, bo miał też coś ofiarom zabierać. Ale może nie brzytwę, tylko narzędzia tnące i może tym sekatorem on próbował zamordować tego właściciela rezydencji również. Tylko on się obudził albo w jakiś sposób, nie wiem, uciekł czy spłoszył zabójcę, dlatego Dobra, tak. Oprócz tego, że gościu miał zawał, to się okazało, że miał ciętą ranę, że stracił dużo krwi.
Dlatego w tej śpiączce jest. Czyli koło niego zostało porzucone narzędzie zbrodni jako trofeum. Tylko tym razem zabójcy nie udało się zabić na śmierć czy chociażby poćwiartować naszej drugiej ofiary. I tu by mógł być ząb. Cholera! Ząb. Ale zabójca swojego zęba by w to nie wkładał, nie? A może to będzie ząb kogoś z przeszłości? Bo tak patrzę, że fajnie, jakbyśmy to powiązali później z tymi lokacjami. Chyba że ten sekator nie miał tu zostać, a został.
Dobra, mam. Słuchajcie, to będzie anomalia w modus operandi. Zawsze zostawiał brzytwę, ale jednak tutaj zostało to dziwne narzędzie przypominające sekator. Myślę sobie, że to przez przypadek. Tak jak brzytwa była rzucona specjalnie, tak to zostało przez przypadek i poszło do analizy. Tam nie znaleziono odcisków palców. Oczywiście krew pokryła się z krwią właściciela rezydencji. Faktycznie to tak było, ale znaleziono tam wmontowany, inkrustowany? To tak się nazywa? Ten sekator zamiast szlachetnych kamieni miał ząb i myślę, że to będzie ząb mleczny.
I na tym skończymy. To będzie naszym punktem wyjścia w następnym odcinku. Skoro już mamy świadków, którzy wprowadzili niezły zamęt, mamy trochę dalej w historii. W następnym odcinku wrócimy do kontynuacji śledztwa, jeżeli chodzi o lokację, dowiemy się, co tam było w tym pokoju dziecięcym, dlaczego nasz detektyw tam został. Bo mówiłam o tym, że miał swój rytuał, że zostawał gdzieś tam do rana. W tym pokoju był przerażony tym, co zobaczył. Mamy też oddany ten ząb do analizy i dowiemy się, co dalej z tym będzie. Dobra, jest grubo. Mam gonitwę myśli teraz. Koniecznie obiecuję, że już przychodzę z notatkami.
Właściwie wiecie co? Nie wiem, czy się wyrobię teraz, żeby wam wrzucić pod odcinkiem. Postaram się jak najszybciej. Zrobię notateczki i wrzucę wtedy pod postem do tej serii. Nie do serii, tylko na fanpage'u „Alchemii” wrzucę post dotyczący tego odcinka i tam w komentarzu postaram się umieścić może jakieś zebrane notatki albo może zrobię mapkę, spróbuję jakąś prostą grafikę z tymi naszymi poszlakami zamiast tablicy korkowej. Może zrobię to w Photoshopach i innych cudach. Dobra, raz jeszcze wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka nam wszystkim i naszym pociechom. A może to też wasze napisane pociechy? Kto wie? Niech im też się darzy, niech się rozwijają i niech będzie wszystkim nam magicznie.
Do usłyszenia za tydzień. Pa.
[03:25:52] - Tak, proszę państwa, dobrze państwo czuli, przynajmniej ci, którzy to czuli, że spotkanie z Piotrem Cielewiasiem to nie było ostatnie spotkanie w dzisiejszej audycji. Pojawia się bowiem Małpa. Małpa poświęcona jest dzisiaj książce. Już bym się walnął i powiedział, że Artura C. Clarka. Nie. To jest książka dwóch innych autorów, w której Arthur C. Clarke odgrywa ważną rolę. Tak naprawdę ci autorzy, którzy wybici są na okładce, oni, jak to Piotr w audycji świetnie ujął, pełnią rolę techniczną. Pełnią rolę porządkującą.
Natomiast tu postacią główną w książce jest Arthur C. Clarke, znany pisarz science fiction. Dobrze, już podam tytuł. Artura C. Clarka „Księga tajemnic od A do Z”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[03:27:00] - Dzień dobry wieczór Marku. Miło cię słyszeć. A dzisiaj taka sentymentalna wycieczka trochę też.
[03:27:09] - Tak, ale w dodatku sentymentalna podwójnie, ponieważ z jednej strony mówimy o książkach takich dotyczących paranormalności i okolic, ale jednocześnie pojawia się nazwisko Artura C. Clarka. Dla mnie to jest guru, jeśli chodzi o fantastykę naukową. Fakt, że tę fantastykę naukową już taką trącącą lekko myszką, ale w dalszym ciągu te obrazy, które kreśli Arthur C. Clarke, to są obrazy zapierające dech w piersi.
[03:27:49] - Dzisiejsza książka trochę pasuje też do tej audycji sentymentalnie. Zresztą wiem, że pod komentarzami się pojawiło nazwisko autora, ale ja się przyznam, że dzisiaj to nie wiem, czy będziemy mówić bardziej o książce, czy o tęsknocie za pewnymi czasami, powiem ci. Kiedy świat miał więcej tajemnic i kiedy się go z większą pasją chłonęło. A dzisiaj powiemy o książce Artura C. Clarka „Księga tajemnic od A do Z” i powiemy, czy to od A do Z to prawda. Ale może najpierw, skoro już powiedziałeś o nim kilka słów, to o autorach, bo tutaj pojawia się Arthur C. Clarke, ale jest też ktoś jeszcze.
[03:28:35] - Arthur C. Clarke. Przede wszystkim Arthur C. Clarke. Jest dwóch autorów, którzy wspomagali go przy tej książce. Nazwiska to może ty wymienisz, bo znowu skaleczę język angielski.
[03:28:48] - Ja chętnie wymienię, bo jest to Simon Welfare. I tutaj dowiadujemy się, że to jest ktoś, kto pracował z Arthurem C. Clarkiem przy produkcji serialu „Tajemniczy świat Artura C. Clarke'a” i jego możecie bardziej pamiętać. I Simon Welfare ma na swoim koncie kilka innych publikacji popularnonaukowych, ale on i ten drugi są bardziej autorami technicznymi. Ja może się przyznam, dlaczego tak się skupiłem na tym Simonie Welfarem, dlaczego mi się tak spodobał. Bo welfare to po angielsku zasiłek, a więc Simon Welfare to Szymon Zasiłek. Także Szymon Zasiłek był współautorem tej książki, o której dzisiaj mówimy.
[03:29:33] - Tak. A mnie fascynuje Arthur C. Clarke, ponieważ tak jak powiedziałem, to autor moim zdaniem wybitny, zaliczający się do triady nazywanej ABC w amerykańskiej fantastyce naukowej. A to jest Asimov, B to Bradbury i C to oczywiście Arthur C. Clarke. Przede wszystkim autor, który balansował przez całą swoją karierę na pograniczu nauki, ale takiej prawdziwej nauki i fantastyki naukowej. Kochał fantastykę naukową. Bardzo wiele książek spod jego pióra wyszło. Takich książek, wiecie państwo, kultowych. „Odyseja kosmiczna” to w końcu dzieło Artura C.
Clarke'a i jej kontynuacje owszem, też. Ale nie wiem, czy państwo kojarzycie taką całą serię, taki cykl. Chociaż gdyby został przy pierwszym tomie, to byłoby chyba lepiej. „Spotkanie z Ramą” również była książka, która w kontekście różnych spraw, które często z Piotrem omawiamy, dotyczących chociażby wizyt różnego rodzaju gości w naszym Układzie Słonecznym, była bardzo à propos. Ale wiecie państwo, to był w ogóle autor, którego poznałem od książki mało sci-fiowej, jak mówi Wiktor Żwikiewicz. Otóż gdzieś tak w połowie lat 70. ukazała się książka „Kowboje oceanów”, która dzieje się na Ziemi. Dotyczy takiego pogranicza fantastyki, może ekologii, ekologizmu, czegoś takiego, żeby planety nie niszczyć. „Kowboje oceanów” ten tytuł tłumaczy się właściwie sam. Po prostu przesiedli się z koni na łodzie podwodne i gdzieś tam w pewnym momencie, bardzo trywializuję to wszystko, ale chodzi o to, żeby może tych wielorybów i innych stworzeń nie zabijać, tylko może jakieś farmy, które glony uprawiają, założyć i jednak nie mordować tych zwierząt.
Taka bardzo łagodna w wymowie książka. Ale skoro wspomniałem inne, to przypomnijcie sobie państwo „Odyseję kosmiczną” i kontynuację. To już jednak jest książka, która roztacza szerokie horyzonty, naprawdę szerokie. Podobnie jest zresztą w „Spotkaniu z Ramą” i kontynuacjach. Z takich osobistych jeszcze moich przypominalek to pamiętam, kiedy chodziłem do liceum, nam kazali prenumerować, jak się to nazywało, to ruskie pismo? Nie wiem. „Sputnik” chyba. Ale mój kolega, który chodził do technikum mechanicznego, jego obowiązkiem było prenumerowanie „Techniki Mołodioży”. I on kiedyś to pokazał, bo tam były fajne plenery kosmiczne, obrazki z kosmosu. Ale ja tu patrzę, patrzę i što wiżu?
Opowiadanie Artura C. Clarke'a, które nie było dostępne w Polsce, nazywało się „Fontanny raju”. Dzisiaj jest dostępne. Znaczy nie opowiadanie, to jest właściwie powieść, ale tam była w odcinkach, więc ja to postrzegłem najpierw jako opowiadanie. I patrzę, nie znam tego. I później było tak, że mój kolega ze wstrętem rozliczał się ze znajomości „Techniki Mołodioży” przed swoją rusycystką, a ja później odkupowałem od niego tę „Technikę Mołodioży”, żeby skompletować tę oto książkę „Fontanny raju”. Gdybym wiedział, że za kilka lat właściwie będzie ona bez problemu dostępna, to może bym tego nie robił. A tak rodzinny majątek przynajmniej w części przetraciłem na „Technikę Mołodioży”. Warto też powiedzieć o Arthurze C. Clarke'u, że to był człowiek, którego kontakty z nauką były bardzo owocne.
Bardzo często przypisuje mu się na przykład idea satelitów telekomunikacyjnych rozmieszczonych na orbicie. Sposób ich działania przypisuje się, że to właśnie on po raz pierwszy w jednym ze swoich opowiadań coś takiego umieścił. On również pisał o orbicie geostacjonarnej. Proszę państwa, ja powiem uczciwie, nie wiem, czy on to wszystko wymyślił, ale na pewno to rozpowszechnił, upowszechnił, że tak się wyrażę. I myślę, że tu wielka chwała dla tego pisarza. To był zresztą pisarz aktywny właściwie do końca, jeśli chodzi o zaangażowanie, na przykład zainteresowanie sprawami dziwnymi, bo o tym w końcu będziemy dzisiaj mówić. Tuż przed śmiercią, on zmarł w roku 2008, o ile dobrze pamiętam. Tuż przed śmiercią mocno angażował się w badania takich struktur na Marsie, a w każdym razie prób wyjaśnienia, czym te struktury na Marsie są. Chodzi o coś w rodzaju takich szklanych korytarzy, szklanych tuneli. To lepsze słowo.
Tuneli, które przynajmniej niektórzy obserwatorzy za pomocą różnego rodzaju aparatów wysyłanych z Ziemi zaobserwowali. I była wielka dyskusja. Arthur C. Clarke opowiadał się za tym, że coś w tym jest i że to nie może być tylko złudzenie optyczne. Ale teraz Piotrze zagadałem już naprawdę na śmierć.
[03:35:50] - Tak, tutaj z jednej strony trochę sentymentalności, trochę żartów było, ale co możemy powiedzieć o tej książce? Bo ona też dość leciwa jest. I powiem tak: ona stanowi tak jakby pokłosie bardzo popularnego serialu dokumentalnego, który był swego czasu emitowany także w Polsce. Pamiętam, że w pierwszych latach XXI wieku można go było jeszcze zobaczyć. Chyba były takie trzy kanały Discovery, takie odszczepy Discovery i tam na pewno to leciało. Dlatego też pewnie pierwotnie ta książka wyszła jako próba skapitalizowania popularności tego dokumentu, który też miał charakter kultowy, ale chyba bardziej trochę na Zachodzie niż u nas. Ona wyszła i była oczywiście bardzo interesująca i przystępna dla masowego czytelnika. Ja nie wiem, Marku, czy to dobrze wyczytałem, natomiast ona u nas wyszła gdzieś w połowie lat 90., ale chyba była dość leciwa wtedy już nawet. Nie wiem, kiedy ukazały się pierwsze wydania na Zachodzie. Ale co przykuwa uwagę, bo to była taka jedna z wielu bardzo podobnych publikacji w tamtym okresie o zjawiskach paranormalnych, o takim zbiorczym charakterze.
To były książki, które podejmowały wiele tematów naraz. Kilka z nich mam gdzieś ukrytych i muszę powiedzieć, że one były czasami dość interesujące. Najczęściej je pisali tacy mało znani autorzy i te tematy były ujmowane w sposób taki bardzo lakoniczny. Tutaj jest z racji wagi imienia troszeczkę inaczej. Natomiast nie da się omówić większości zagadnień tajemniczych w sposób skrótowy, bo ta książka ma chyba około 300 stron. To jest dużo, ale wydaje mi się, że to nie jest wystarczające, by wszystkie te sprawy omówić, bo one są często bardzo wieloaspektowe. I z jednej strony ona była kompendium wiedzy jak na tamten czas. Natomiast wiesz, też był taki paradoks. Nie było wtedy internetu. Wiedza o takich zjawiskach była często ograniczona i ta książka z jednej strony była takim skarbczykiem, takim źródłem wiedzy, a z drugiej zostawiała wiele furtek otwartych.
Natomiast w porównaniu z innymi autorami tego typu opracowań, którzy tworzyli taką literaturę raczej wagonową, bym powiedział, to w przypadku książki omawianej mamy już do czynienia z taką publikacją stricte popularnonaukową. I nie wiem, Marku, bo jest z tą książką pewien problem, bo ona już była chyba stara, jak wyszła w Polsce i wydaje mi się, że spojrzenie na wiele problemów się zmieniło. To znaczy z jednej strony czytelnicy tej książki mogli sobie śledzić gdzieś tam na telewizji satelitarnej czy kablowej potem serial dokumentalny z udziałem Arthura C. Clarke'a. Natomiast to wszystko ewoluowało i tak nie wiem, czy ta książka ma dzisiaj wartość jakąkolwiek faktograficzną. Na pewno po części tak, ale dużo rzeczy się zmieniło.
[03:39:34] - Powiem ci, Piotrze, że masz i nie masz rację zarazem. To bardzo ciężko osiągnąć, ale już tłumaczę, o co chodzi. Książka nie jest taka stara, bo ona u nas wyszła w '96 roku. Podobno według notek, które się w książce umieszcza, na Zachodzie ukazała się trzy lata wcześniej. Ale dlaczego masz rację? Ta książka jest próbą skapitalizowania serialu, który właśnie ma już swoje lata, bo „Tajemniczy świat Arthura C. Clarke'a” i jego różne tam rozszczepienia. W każdym razie ten główny serial „Tajemniczy świat Arthura C. Clarke'a” to jest serial z początku lat 80., bodajże nawet z 1980 roku. A zatem książka, która powstała na bazie owego filmu, pomimo że nie jest taka stara, to mentalnie jest stara.
Po prostu była pisana według materiału czy w każdym razie według takiego skryptu, który powstał już jakiś czas temu. Tak, ta książka się zestarzała i to może nie brzydko się zestarzała, w sensie ona jest całkiem wciągająca. Natomiast rzeczywiście faktograficznie tam się pewne rzeczy wyprostowały czy zmieniły, tak delikatnie to powiedzmy. Mnie natomiast w tej książce nie tyle pociągają te różne dziwności naszego świata od A do Z, jak się podkreśla w polskim tytule, bo to jest „Księga tajemnic od A do Z”, od Atlantydy do zombie, o ile dobrze pamiętam. W każdym bądź razie nie to mnie pociąga, nie te konkretne przykłady. Chociaż jeśli sobie państwo sięgniecie do tego przywołanego na początku tematu o Atlantydzie, to dostajecie państwo od Arthura C. Clarke'a oraz twórców książki zestawienie, gdzie Atlantyda pojawia się w różnego rodzaju źródłach na przestrzeni lat, od starożytności i tak dalej. To są te elementy książki, które są cenne, które warto zapamiętać, zachować czy gdzieś sobie skopiować, że tak sobie nieświadomie, a może już całkiem świadomie właściwie zrymuję. I to jest cenne. Cenne jest w tej książce również to specyficzne podejście Arthura C.
Clarke'a do tajemnicy. Zauważcie państwo, że on jednak bardziej, próbowałem to nakreślić wcześniej, bardziej był po stronie nauki tej oficjalnej. Jednak miał taki naukowy sposób myślenia, naukowe podejście do świata. Jedna rzecz natomiast zdecydowanie wyróżniała go spośród takich skostniałych, zarośniętych pajęczyną naukowców, prawdziwych naukowców. Otóż on miał otwarty umysł i nie krzyczał, że ponieważ coś mu nie pasuje do jego wizji świata, to na pewno jest nieprawda. Raczej zakładał, że jeśli coś się takiego dziwnego pojawia, to warto to zbadać. Oczywiście z założeniem, żeby obalić, że to pewno nieprawda. Ale jeśli w toku tego obalania, tego dowodzenia okaże się, że to w dalszym ciągu jest dziwne, w dalszym ciągu trudno to wyjaśnić, to może to trzeba przyjąć bynajmniej do tego, co nazywamy dziedzictwem kulturowym, a już czasami może jednak zweryfikować swój pogląd na świat, ten naukowy pogląd. I może warto jednak zacząć zgłębiać określone przypadki. Wiem, mówię bardzo ogólnie.
Mamy tych różnych przykładów w książce przywołanych kilkadziesiąt, różnych, dziwnych, więc trudno je omawiać w kolejności. Natomiast to podejście, które zaszczepił Arthur C. Clarke, ono mi bardzo odpowiada.
[03:43:51] - Tak, ja jeszcze się starałem zorientować, jak to było z tym serialem, dlatego że rzeczywiście on został wyemitowany w oryginale w latach 80. Natomiast jestem pewien, że w latach 2000. była emitowana w Polsce jego druga seria, tylko pod innym oryginalnym tytułem, ale i mnie się wydaje, że to też był „Tajemniczy wszechświat” albo „Tajemniczy świat” Arthura C. Clarke'a. Powinien się nazywać „Tajemniczy wszechświat”, jeżeli byśmy tłumaczyli z oryginału. Tak, jego podejście było godne naśladowania, ale też myślę, że byłoby i jest chyba bardzo niepopularne wśród dzisiejszych twórców telewizji. Ale on był też prekursorem takiego bardzo otwartego podejścia do zagadnień z pogranicza. Tylko że on miał coś jeszcze: zdolność myślenia i ogromny zasób wiedzy. Jak dzisiaj patrzę na te produkcje na kanałach History czy Discovery mówiące o różnego rodzaju pokrewnych zjawiskach, czyli anomaliach czy też zagadkach historii, czytaj starożytni kosmici, to tęsknię do tamtych czasów. Dlatego powiedziałem na samym początku, że to jest też poniekąd taka audycja sentymentalna.
Zachęcam naszych słuchaczy, żeby dzielili się swoimi wspomnieniami na temat tego dokumentu, bo ta książka jest chyba dzisiaj dość trudno dostępna. Pewnie gdzieś można ją w antykwariacie wygrzebać. Natomiast co mnie jeszcze, powiem ci, trochę niepokoi to, że zapomniano o tej części dorobku Arthura C. Clarke'a związanej może nie z anomaliami, ale z otwartym podejściem do zagadek nauki. I szkoda, że po prostu dzisiaj się już nie produkuje tego typu seriali dokumentalnych, bo to, co dzisiaj widzimy, nawet myślę, że szkoda strzępić języka, ale po prostu te dzisiejsze produkcje to jest taka rozrywka, poprozrywka, nawet nie wiem, jak to nazwać. Momentami to jest obraza rozumu, bo robi się wszystko, żeby naciągnąć różnego rodzaju teorie, hipotezy do granic, żeby tylko tego widza jakoś zatrzymać przy tym programie. Natomiast wydaje mi się, że jeszcze całkiem niedawno względnie nie trzeba było się aż tak bardzo gimnastykować. I to jest czar tamtych czasów. Niby to było niedawno. Niby Było bidnie, było mniej źródeł, natomiast jakoś to wszystko było bardziej czarujące.
Ten tajemniczy świat bardziej wciągał.
[03:46:59] - Bo tajemniczy świat był nam tłumaczony przez człowieka, który niejedno w życiu widział. Zresztą Arthur C. Clarke dożył pięknego wieku. Może to kwestia klimatu, bo przecież długi czas spędził na Cejlonie, w Sri Lance. W każdym razie to być może kwestia klimatu, być może kwestia genowa. W każdym razie to był człowiek, który miał podejście do nauki, o którym już mówiłem, do nauki oraz do spraw tego świata, właśnie wyważone. Ja specjalnie przed naszą audycją sięgnąłem po jeden z artykułów z tego zbioru, o którym dzisiaj mówimy. Nazywa się to „Mona Lisa z Marsa”. Wierzcie mi państwo, historię Cydanii, tej twarzy i tak dalej wszyscy państwo znacie. Otóż byłem ciekawy, co Arthur C.
Clarke w książce z połowy lat 90. napisał. I byłem zadziwiony, bo to się do dzisiaj da czytać, ponieważ on nie wybijał. Oczywiście wspominał o różnych dziwnościach i o tym niepokojącym obrazie, ale jednocześnie analizował, pokazywał, skąd się pewne rzeczy wzięły. I dzisiaj ten artykuł aż tak bardzo się nie zestarzał. Nie dzięki tym dwóm panom, którzy trzepali kasę, tylko chyba dzięki temu, że Arthur C. Clarke miał coś do powiedzenia w sprawie tej książki i on tam nie epatował czytelników tym, że będzie sensacyjnie. W ogóle ta jego książka jest mało sensacyjna, bo dzisiaj żyjemy w czasach, w których najważniejsze, żeby zestawić ze sobą jakieś dwa fakty, zręcznie połączyć to jakimś łącznikiem słownym, zdaniowym, dwuzdaniowym, trzyzdaniowym. I jest, jak to się mówi, git. Troszeczkę na tej zasadzie klejony jest serial „Starożytni kosmici”.
Śledźcie państwo, jak on jest montowany i jak tam argumentacja jest dobierana. Otóż bardzo często przemknięcie się z jednego tematu na drugi jest takim wygibasem słownym. Coś tam się tak przytnie, coś się tam tak powie i pasuje. Takich rzeczy u Clarke'a nie ma. Po prostu nie ma. On analizuje. Może to jest nudne, może to nie jest takie sensacyjne, ale jednak próbuje nadać temu jakieś ramy. Chciałem powiedzieć „naukowości”, ale dobrze, wycofuję się, wymazuję. Powiedzmy pewnej metody zbliżonej do naukowej, metody analizy źródeł, którymi dysponujemy. W przypadku rzeczy niezwykłych, dziwnych często te źródła same w sobie są dosyć niepewne.
Ale to nie przeszkadzało Clarkowi. On patrzył, wyciągał wnioski i mnie ta metoda bardzo odpowiadała. I prawdą jest, rzeczywiście część zanalizowanych przypadków dzisiaj już wypadła z głównego nurtu dziwności albo z tego obiegu. Natomiast to niczemu nie przeszkadza, bo dla mnie to jest taka Biblia, która mówi o tym, że można do tych spraw, które nas interesują, podchodzić w sposób odpowiedzialny.
[03:50:52] - Tak jak mówiłem, ukazało się wiele podobnych książek i jeżeli ktoś sięgał wtedy po inne wydawnictwa i czytał o tych zagadkach uszeregowanych w różnych rozdziałach, to jak sięgał właśnie po tą książkę, to mógł się nieco zdziwić, że ona jest taka sceptyczna, jakby nie patrzeć. I chyba takim zdaniem, które teraz powiem, można by zakończyć nasz dzisiejszy odcinek, że może i ta książka się troszeczkę zestarzała, może co do niektórych zdarzeń i hipotez coś już dopisano, natomiast warto zatrzymać podejście i kontynuować tą linię myślenia. I w dzisiejszych czasach, w dzisiejszych mediach jest to bardzo trudne. Nawet się zastanawiam, czy to jest osiągalne.
[03:51:41] - No cóż, Piotrze, pięknie ci dziękuję i do usłyszenia w kolejnej audycji.
[03:51:46] - Pozdrawiam.
[03:51:51] - To teraz jest już chyba taka pora. Nie, godziny duchów jeszcze nie ma, ale my właśnie o duchach w tej chwili posłuchamy, albowiem cykl „Bez tajemnic” rozkręca się, a w każdym razie staram się, żeby go rozkręcić na wyraźne państwa życzenie. Żeby nie było, że sobie coś wymyśliłem. A zatem dzisiaj kolejny odcinek zatytułowany: „Zobacz prawdziwego ducha”.
[03:52:45] - Fotografia transcendentalna, czyli zdjęcia osób żywych, na których pojawiły się twarze duchów. W porównaniu z tym, co możemy zobaczyć w Internecie, są to zdjęcia według mnie jedne z bardziej wiarygodnych, jeśli chodzi o ukazywanie wizerunku ducha. Internet odkąd zalał nas różnego rodzaju fotografią, nie twierdzę, że wszystko, co tam jest, jest sfałszowane, ale takie zdjęcia jak na przykład to, które tutaj widzimy, to według mnie jest to ewidentny fotomontaż, którego celem jest jedynie spowodowanie strachu u osób oglądających to zdjęcie. Później napatrzymy się, do tego jeszcze dojdzie jakiś tani horror produkcji Hollywood. Historie, które babcia opowiadała w dzieciństwie czy koledzy na ognisku i później ten strach gdzieś tam się z tyłu w głowie zaszczepia i później pozostaje na długie lata. Ale przecież wystarczy sięgnąć po poważną literaturę, która temat ten porusza i możemy rozwiać swoje wątpliwości, możemy znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania. I z tej literatury możemy dowiedzieć się między innymi, jak to się dzieje, że taki duch może się pojawić. Wiele osób w duchy nie wierzy, bo przecież jeżeli jakiejś istoty nie można pochwycić, nie można złapać, uwięzić, jeżeli jakiejś istoty nie widać, to znaczy, że taka istota nie istnieje. A tu jednak okazuje się, że wiele osób widziało duchy lub wiele osób duchy po prostu sfotografowało wbrew własnym oczekiwaniom. I teraz pytanie, w jaki sposób, jak to się dzieje, że taki duch może się pojawić?
Dlaczego niektórzy go widzą, inni nie? Zaraz o tym wszystkim pokrótce opowiem, ale generalnie są dwa sposoby. Dwie możliwości, w jaki sposób taki duch może się pojawić. Jedna możliwość jest taka, że duch po prostu manifestuje, pokazuje się, manifestuje swoją obecność na zasadzie takiego odbijanego światła, które dociera do oka ludzkiego i oko ludzkie po prostu widzi tego ducha tak samo jak wszystkie inne przedmioty, które nas otaczają. Drugi sposób to tutaj już trzeba mieć zdolności medialne. W jaki sposób niektóre media widzące dostrzegają duchy, podczas gdy wszyscy inni tych duchów nie widzą? Tutaj mówi się, że medium widzące widzi ducha oczami swojej duszy, więc tutaj organy materialne nie mają żadnego znaczenia. Medium postrzega ducha oczami swojej tak jakby duszy. To już jest szczególna zdolność i jak wiadomo, niewiele osób tak naprawdę posiada taką zdolność. To już jest górna półka, że tak powiem.
Ale teraz tak, jest ten duch. Czym jest ten duch? W jaki sposób ten duch może nam się pojawić? Czym w ogóle jest? Tutaj trzeba sobie zadać kolejne pytanie: czym jest człowiek? Z czego składa się człowiek? I tutaj są trzy elementy, o których trzeba wiedzieć. Człowiek składa się ze swojego ciała biologicznego, o którym uczymy się na lekcjach biologii. Tego tematu nie będę rozwijał. To jest medycyna, więc temat nie na tę chwilę.
A w człowieku biologicznym znajduje się coś takiego jak dusza i ciało duchowe. Dusza, czyli to jest ten element tworzony przez Boga, który jest elementem myślącym, istotą myślącą. I dusza posiada coś takiego jak ciało duchowe, które może ulegać zmianie. Poza tym mówi się także o dwojniku eterycznym. Tutaj bardzo fajnie pisze na ten temat Andre Moreira, brazylijski lekarz spirytysta w książce pod tytułem „Leczenie i samouzdrawianie”. Polecam tę książkę, ponieważ w oryginale jej nie czytałem, ale jest przetłumaczona na język polski i czyta się tę książkę bardzo przyjemnie. Tam można dowiedzieć się paru szczegółów dotyczących właśnie budowy ciała eterycznego, czyli tego ciała duchowego. Ponieważ chociaż Allan Kardec ograniczył się do jednego hasła jako ciało duchowe, tak naprawdę mówi się, że to ciało duchowe, które właśnie ludzie postrzegają w trakcie manifestacji ducha, składa się tak naprawdę z siedmiu różnych części. I tutaj mówi się o ciałach astralnych, czyli wszystkie te osoby, które interesują się ezoteryką czy bioenergoterapią, mogą potwierdzić, że takie ciała astralne rzeczywiście istnieją. I tutaj spirytyści niczego nowego tak naprawdę nie wymyślają.
To jest jedynie kwestia wyjaśnienia, skąd biorą się niektóre fenomeny. Więc mamy duszę, która posiada ciało duchowe oraz dwojnik astralny. Dwojnik astralny to jest pewnego rodzaju taka materia, pewnego rodzaju nić, która wiąże, łączy ducha z ciałem biologicznym i dzięki temu duch może oddziaływać na ciało materialne, ciało biologiczne, o którym wszyscy, jak już wcześniej wspomniałem, uczyliśmy się na biologii w szkole chociażby. I tutaj jeszcze nawiązując do ciała duchowego. Adry Moreira w książce "Leczenie i samouzdrawianie" informuje, że to duch programuje ciało, więc wszelkiego rodzaju choroby, które w sobie przechowujemy, są wynikiem wpływu ducha. Ponieważ duch, i tutaj dotykamy kolejnego tematu reinkarnacji, przenosi w sobie obciążenia karmiczne, które wpływają na ciało. Najprostszy przykład. Czasami mówi się, że oczy człowieka są zwierciadłem duszy. Patrząc tylko w czyjeś oczy możemy odczuwać strach, przyjemny dreszczyk. Możemy kogoś polubić, możemy kogoś znienawidzić za nic.
Te oczy, spojrzenie, wydaje mi się, że każdy może potwierdzić, że rzeczywiście coś w tym jest, nawet jeżeli państwo nie zgadzacie się z tym, co w tym momencie próbuję państwu przekazać. Jednak w tym spojrzeniu zawsze coś jest i każde spojrzenie każdego człowieka jest inne. Przekazuje inny ładunek energetyczny, mimo że biologicznie nasze ciała wszystkie są takie same. Dlaczego o tym powiedziałem? Dlatego, że duchy, w zależności od tego, jakie obciążenie karmiczne transportują, możemy podzielić na różne kategorie. Allan Kardec stworzył taką klasyfikację duchów. Sięgnę po „Księgę duchów” Allana Kardeca i prosto z tej książki przytoczę kilka przykładów. Nie będę wchodził w szczegóły, ponieważ to jest dosyć długa lista i przynajmniej z pół godziny stracilibyśmy na omówienie wszystkich przypadków. Generalnie są trzy rzędy: duchy niedoskonałe, duchy dobre oraz duchy czyste. Teraz krótka charakterystyka.
Duchy niedoskonałe: dominacja materii nad duchem, skłonność ku złu, brak wykształcenia, duma, egoizm i wszelkie wychodzące z nich złe żądze. Do tych duchów jest nam ludziom niestety bardzo blisko. Są różne klasy: pseudoświatłe, neutralne, stukające, niepokojące, nieczyste, lekkomyślne. Drugi rząd duchów. Zaraz wytłumaczę, skąd te rzędy się wzięły. Duchy dobre. Charakterystyka ogólna duchów dobrych. Dominacja ducha nad materią, pragnienie dobra. Ich cechy i zdolność praktykowania dobra mają związek ze stopniem rozwoju, który osiągnęły. Jedne posiadają wiedzę, inne mądrość i dobroć, a te najbardziej rozwinięte oprócz wiedzy mają także zalety moralne.
Tutaj też mamy kilka klas duchów: duchy światła, duchy wyższe. Duchy wyższe to są między innymi te, które opiekowały się pierwszymi spirytystami, Allanem Kardecem i jego przyjaciółmi, którzy spisywali filozofię duchów. Oraz rząd pierwszy, duchy czyste. Ogólna charakterystyka: całkowity brak wpływu materii na strefę ducha. W porównaniu z duchami innych rzędów wyższość intelektualna przy absolutnej moralności. Warto zwrócić uwagę, że za każdym razem pojawia się kwestia wpływu materii. Duchy niedoskonałe, czyli trzeci rząd duchów, ten, który jest nam najbliższy, jest od materii bardzo uzależniony. Materia ma na niego bardzo duży wpływ. I tutaj rola reinkarnacji. Wbrew przekonaniom buddyjskim, według spirytyzmu człowiek nie może reinkarnować się w zwierzę, ponieważ taka reinkarnacja nie wpływałaby pozytywnie na jego rozwój.
Nie mógłby wykorzystywać wszystkich swoich zdolności, aby się rozwijać. A jednak bardzo ważną sprawą jest to, że duch w rozwoju nie może się cofnąć, może iść tylko do przodu. Duchy reinkarnując się, przyjmując kolejne ciała, mają obowiązek przede wszystkim rozwijać się moralnie oraz pomagać innym w rozwoju. Więc tutaj pojawia się kwestia pracy na rzecz innych, o której wspominałem także w innych częściach videobloga. Człowiek musi pomagać rozwijać się innym, a także musi uwolnić siebie od wpływu materii. Im bardziej będzie wolny od wpływu materii, tym jego duch będzie czystszy i będzie ewoluował, będzie rozwijał się, będzie przeskakiwał kolejne szczebelki w rozwoju, w hierarchii duchowej. Ta hierarchia, ta lista, która została przed chwilką przedstawiona, jest umowna i nie należy tego traktować aż tak dosłownie. Ponieważ wśród duchów, tak samo jak wśród ludzi żyjących tu wokół nas, jest tak samo dużo różnych charakterów, różnych skłonności, różnych osobowości. Należy przyjąć, że u duchów jest tak samo jak u ludzi. Niestety duchów złych jest więcej niż tych dobrych.
Przynajmniej wokół nas duchy są wszechobecne. Duchy cały czas mają na nas wpływ, cały czas mogą nam coś podszeptywać. Rzymianie mówili o bogach, którzy nakłaniają ludzi do złych rzeczy. My mówimy o duchach nisko rozwiniętych, które również próbują nas ściągnąć na nieodpowiednią drogę. I wśród tych duchów nisko rozwiniętych znajdują się także duchy, o których moglibyśmy mówić, że są to demony. Demony, czyli duchy, niektóre być może są tak niewyobrażalnie złe, że mogłyby uchodzić za szatany, za diabłów, za lucyferów, o których mówi katechizm Kościoła katolickiego. Jednak spirytyści nie wyrażają się w ten sposób, ponieważ nazwanie ducha demonem oznaczałoby, iż duch ten jest skazany na wieczne zło, z czym filozofia spirytystyczna nie zgadza się. Według spirytystów wszystkie duchy, nawet te nisko rozwinięte, nawet te, o których moglibyśmy powiedzieć, że są najgorsze, są skazane na rozwój i szczęście w przyszłości. Więc nie przekreślajmy żadnych istot duchowych. Wszystkie potrzebują pomocy, wszystkie potrzebują rozwoju.
Rozwój ten w jaki sposób się odbywa? Można powiedzieć na Ziemi duch się reinkarnuje i sobie żyje. Ale to nie jest tylko tak. Filozofia spirytystyczna mówi także o wielości światów, czyli światy, które istnieją na różnym poziomie energetycznym. Ziemia znajduje się gdzieś tu, a nad nią jest dużo innych kolejnych światów, w których żyją sobie różne duchowe istoty, w zależności od stopnia ich rozwoju. Więc jeżeli inkarnuję się kilkadziesiąt, może kilkaset razy na Ziemi i będę pracował nad swoim rozwojem, za którymś razem już na tę Ziemię nie powrócę, tylko pójdę do świata szczebelek wyższego. Stąd też duchy, które są bardzo nisko rozwinięte, mogą rozwijać się w światach jeszcze niższych niż nasza Ziemia. Natomiast trzeba pamiętać, że Ziemia jednak znajduje się w tej hierarchii dosyć nisko. Stąd tak dużo wokół nas duchów niedoskonałych, duchów niskich, a także duchów niskich, ale inkarnowanych wśród wszystkich osób, które nas otaczają. Stąd niesprawiedliwości, stąd różne krzywdy, które dzieją się nie tylko nam, ale także naszym sąsiadom.
Mówiliśmy na samym początku o tym, że duchy się manifestują. Po co one do nas przychodzą? Duchy nie przychodzą tutaj bez powodu. Bądź mają zadanie, bądź pragną pokazać nam, że jednak poza tym światem materialnym coś istnieje. Najczęściej duchy jednak pokazują się po to, aby czegoś od nas nie zarządać, ale o coś nas prosić. Jeżeli śnią nam się lub zobaczymy zjawę lub usłyszymy lub poczujemy obecność jakiejś istoty duchowej gdzieś w naszym pobliżu i nabieramy przeświadczenia, że jest to jakaś konkretna osoba, na przykład zmarły dziadek, to znaczy, że zmarły dziadek czegoś od nas pragnie. Najczęściej pragnie modlitwy, ponieważ duchy, które są jeszcze przywiązane do materii w większym lub mniejszym stopniu, aby poczynić kolejny krok w rozwoju, ale w tym świecie duchowym, o którym mówi się, że jest tym światem, tym prawdziwym naszym światem, w którym żyjemy. Świat materialny jest tylko takim chwilowym tranzytem, takim chwilowym pobytem, chwilowym naszym domem. Te duchy, które żyją tam w zaświatach, które jeszcze nie inkarnowały się i potrzebują pomocy, żeby poczynić kolejny krok w rozwoju. I taka modlitwa bliskich osób może im bardzo w tym pomóc.
Więc jeżeli duch nam się zamanifestuje, nie lećmy od razu po aparat fotograficzny, nie krzyczmy, wzywając wszystkich świętych, ale może pomódlmy się za taką osobę i pomóżmy jej w rozwoju, ponieważ my, gdy już któregoś dnia opuścimy ten świat, także będziemy takiej pomocy potrzebowali. Jeśli chodzi o manifestacje, możemy także mówić o opętaniach, czyli takie natarczywe zjawianie się jakichś istot duchowych, które nie chcą nas opuścić. Ale kwestia opętania to już jest kolejny długi temat, o którym myślę, że opowiem w innym wideoblogu. A póki co, jeśli chodzi o zdjęcia duchów, które zamieszczone są w internecie, sugeruję, aby za bardzo się tymi zdjęciami nie przejmować, aby jednak popatrzeć na naszych duchowych braci i duchowe siostry w troszeczkę bardziej przyjazny sposób.
[04:11:12] - Proszę państwa, po tych duchowych okolicznościach przyrody zapraszam na „Labirynt książek” Mirosława Gołubowskiego. Dzisiaj Arnon Grunberg i „Tirza”. Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy macie państwo czas, by odsłuchać kolejnego spotkania w moim labiryncie, bardzo osobistym i bardzo subiektywnym. Dzisiaj zaproszę państwa do zupełnie innego kraju. To nasze 39. spotkanie. Chyba jeszcze nie zdarzyło mi się mówić o literaturze z tego państwa, u nas słabo znanej, słabo rozpoznawanej. Lepiej znamy pewnie malarzy i to też raczej z XVI, XVII wieku niż współczesnych pisarzy. Będę dziś bowiem mówił o powieści Arnona Grunberga „Tirza”, przełożonej przez Małgorzatę Dyren-Woźniak.
Zacznijmy od początku. Akcja powieści zawiera się właściwie w dwóch momentach. Większość z niej to przygotowania i trwanie urodzinowej imprezy 18-letniej Tirzy, tytułowej bohaterki powieści. To również jej pożegnalne spotkanie ze szkołą i koleżankami, nauczycielami, ponieważ Tirza wybiera się w podróż do Afryki razem ze swoim nowym chłopakiem, o którym za chwilę będę mówił. Ale tak naprawdę ten tytuł jest troszeczkę mylący, bo co prawda Tirza znajduje się w centrum uwagi, ale nie tyle w centrum uwagi narracji, co w centrum uwagi jej ojca Jurgena Hoffmestera. I to Jurgen jest tak naprawdę głównym bohaterem tej powieści. To poprzez niego obserwujemy świat zmieniający się. Mamy mniej więcej około roku 2005. I on jest bohaterem właściwie tragicznym. By powiedzieć, na czym ten jego tragizm polega, muszę zająć się dużo bardziej nim niż Tirzą.
Jurgen Hoffmester wkroczył w wiek emerytalny. Wychował się w dobrej mieszczańskiej rodzinie. Rodzice mieli sklep. On hołduje, przez całe życie hołdował bardzo mieszczańskim, ja bym też dorzucił modernistycznym i trochę jednak patriarchalnym ideałom. Skończył filologię germańską, częściowo kryminologię, co wielokrotnie w powieści podkreśla w rozmowach z innymi ludźmi. Całe życie przepracował w wydawnictwie jako redaktor prozy niemieckiej. W międzyczasie dzięki pieniądzom żył bardzo oszczędnie. Ożenił się relatywnie późno. Państwo widzicie, że wszedł w wiek emerytalny, a jego córka ma 18 lat. Młodsza córka.
Starsza jest o kilka lat starsza i już nie mieszka z nimi. Ożenił się późno, niezbyt szczęśliwie. Ożenił się właściwie, jak powiedziała mu żona w przypływie szczerości, o której jeszcze będę mówił. Wyszła za niego za mąż, bo choć był beznadziejnie nudnym facetem, to wiedziała, że będzie dobrym ojcem dla jej dzieci. Kupił sobie dom. Od razu założył, że będzie w tym domu wydajmował nie do końca legalnie pokoje na piętrze. Pieniądze z tego domu, czyli to, co zarabiał, regularnie odwozi co kilka miesięcy do szwajcarskiego banku. Odłożył imponującą kwotę miliona guldenów. Jesteśmy w czasach, zanim Holandia przeszła na euro. Wszystko w jego życiu jest poukładane.
Codziennie siada na rower, zabiera aktówkę i jedzie do pracy. W aktówce ma zawsze ostatni wydruk powieści, którą sprawdza, ołówki, temperówkę. Wydawałoby się, że jego życie jest spełnione. Co ciekawe, nazwisko, jak sprawdziłem, jest znaczące. Hoffmester to po holendersku pan podwórka, gospodarz. Więc nawet nazwisko podkreśla jego patriarchalnie mocną pozycję. Co mogło pójść nie tak? Wszystko. Przegrywa na każdym poziomie. Zainwestowane na lewo dodatkowe pieniądze traci wkrótce po zamachu na WTC.
Nie mogą go zwolnić z pracy, bo jest w wieku emerytalnym, czyli już ochronnym, ale zostaje odesłany do domu i przez ostatnie dwa i pół roku nie ma się pojawiać w wydawnictwie. Roztrzymuje tylko pieniądze, ale już nie pracuje. Nie potrafi sobie z tym poradzić. Do tego stopnia, że codziennie rano wsiada na rower. Tyle że zamiast jechać do wydawnictwa, jedzie na lotnisko Schiphol i obserwuje latające statki. I ciągle poprawia ostatnią armeńską powieść, którą zdążył zabrać z biurka. Mówi mu się wprost, że wydawnictwo zmienia profil i będzie szukało innych klientów. Dla takich jak on, wyszukiwaczy niezwykłej literatury niemieckiej, ale też z bloku wschodniego, nie ma miejsca. Żona opuściła go za dawną miłością i gdy wraca po trzech latach, jakoś tak wyszło sześć dni przed imprezą, o której mówimy, nie tylko nie wyraża skruchy, ale dolewa oliwy do ognia jego upadków. Jest o jego sprawności seksualnej i tak dalej.
Starsza córka, którą pewnego razu spotkał czy zastał w czasie seksu z wynajmującym pokój architektem, córka miała wtedy 15 lat, uciekła z domu zaraz po szkole i prowadzi z którymś kolejnym mężczyzną zajazd we Francji. Została więc Tirza. Tirza, ta, którą wychował niemal sam, bo żona artystka nigdy nie miała czasu. Jego oczko w głowie. Oczko w głowie, które wymaganiami wobec niego doprowadził do Do anoreksji. Ale też ją uratował, bo szkoła zwraca uwagę na to, co się dzieje z dziećmi. Uświadomiono mu, że coś jest nie tak. W związku z tym pomógł jej z tego wyjść. Tego wszystkiego dowiadujemy się w pierwszej części utworu. Mówię o tym nie dlatego, żeby państwa nie zachęcać do czytania.
Wręcz przeciwnie. Dlatego, że tak naprawdę wszystko, co powiedziałem, dopiero przygotowuje prawdziwy dramat, prawdziwą tragedię Hoffmestera. Hoffmester pozwalał córce na wszystko. Kolejnym spędzającym z nią noc chłopcom jedynie proponuje ręczniki rano, gdy się kąpią. Ale te 18. urodziny czy tą imprezę, wszystko się wali, bo Tirza przyprowadza do niego prawdziwego chłopaka. Nie chłopaka na jedną noc, jak było do tej pory, bo ich sporo się przewinęło, tylko tego, z którym ma odbyć wspólną podróż po Afryce. Problem w tym, że nowy chłopak kojarzy mu się z przywódcą terrorystów, którzy zaatakowali WTC i nazywa jego imieniem. Szok wywołany pojawieniem się Czukriego, zwanego przez niego Atą, sprawia, że niemal przez przypadek odbywa stosunek z koleżanką córki. Oczywiście zostaje na tym przyłapany przez Tirzę.
I to nie jest koniec problemów. Druga część odbywa się w Namibii, dokąd wyjeżdża w poszukiwaniu córki. O czym jest naprawdę ta powieść? To wbrew pozorom powieść o zmierzchu pewnej epoki. Hoffmester oddaje wszystkie patriarchalne przywileje męskości. Władza nad córkami, władza nad żoną. On jest nieprawdopodobnie, do znudzenia poukładany. On jest typowym przedstawicielem middle class, klasy średniej. Do wszystkiego doszedł w życiu sam. Ciężko na to pracował.
Bardzo dużo dał z siebie. Ale pęka. Wszystko w nim pęka, bo to człowiek, który całe życie najbardziej bał się popełnić błąd, jakiegokolwiek błędu. A jednocześnie, i to kapitalnie jest pokazane, bardzo sugestywnie w powieści, kipi w nim gniew. Zdarzyło mu się, że ten gniew wylewa się w przemocy wobec żony, która natychmiast to wykorzystuje i donosi policji. Ten gniew wyładowuje na przykład w romansie ze sprzątającą u niego Gambijką, która sypia z nim, bo obawia się deportacji, ale jemu się wydaje, że to jest wszystko w porządku. Wykorzystuje tę kobietę, ale on tego w ogóle nie czuje. On jej wręcz płaci więcej. Nie mówi tego wprost. On płaci jej jak prostytutce i tak traktuje, bo on jest hipokrytą.
Ta hipokryzja, ta niezdolność do wzięcia na klatę własnych porażek, wyrzucenie z pracy, odchodząca żona, wymykające się córki. On tego nie daje rady objąć. Ale ostateczny wybuch wywoła ten terrorysta, który uprawia seks z jego córką. „Terrorysta”, który pozbawił go pieniędzy, które odłożył, prawda? Zresztą on tak to sobie tłumaczy, że to właśnie zamach na WTC i załamanie rynku, które potem nastąpiło, pozbawiło go tego miliona guldenów. To nie było do końca tak, ale nie o to w tym momencie chodzi. Najgłębsze pokłady europejskich atawizmów wybuchają z miażdżącą niczym Steel MS 170 siłą, bo ten „terrorysta” odebrał mu ostatnią rzecz, którą uważał za swoją. Tirzę. Tirza bowiem okazuje się nie bohaterką tej powieści w sensie czynnościowym. Tirza jest rodzajem Świętego Graala dla Hoffmestera.
On jej poświęcił wszystko. Co wieczór czytał jej literaturę rosyjską albo inną. Dbał o nią, woził ją na wiolonczelę, na pływalnię. Skończyło się anoreksją. W związku z tym wycofał się z narzucania jej rzeczywistości i stara się być, znów w cudzysłowie, nowoczesny. Przyjmuje obecność kolejnych facetów w jej życiu, którzy pojawiają się i znikają. I jemu się wydaje, że nie jest o nią zazdrosny. Nie jest. To trudna powieść, której siłę odkrywamy bardzo powoli. Uwielbiam ją, choć czytało mi się ją nieprawdopodobnie trudno.
Uwielbiam ją za bezwzględność, bo ta powieść nie oszczędza ani czytelnika, ani bohatera. Grunberg nie ma złudzeń co do świata, ale jednocześnie rejestruje katastrofę mężczyzny urodzonego zapewne na przełomie lat 50. i 60. Na pewno po drugiej wojnie światowej. Człowieka z pokolenia, które doświadczyło nieprawdopodobnego rozwoju ekonomicznego, ale dopiero w późnej dorosłości doświadcza przemian społecznych, które z tej zamożności wyniknęły. Jurgen Hoffmester dla mnie staje się w tej powieści symbolem wszystkich wartości: pracowitości, zaradności, oszczędności, które zawsze mi się kojarzyły, państwu pewnie też, z Holendrami, z Niemcami. Z tą częścią Europy Zachodniej, której zazdrościmy bogactwa. Tak, zazdrościmy. Nazywajmy rzeczy po imieniu. I oto przedstawiciel pokolenia, któremu się powiodło.
Miał wszystko: żonę, dzieci, pracę, oszczędności. Wielokrotnie wraca do tego, że w dzieciństwie jako dziecko nie dostawał tyle, ile dostawały jego dzieci. Po prostu rodziców nie było stać. Tymczasem To wszystko się rozłazi i hofmester nie umie się w tym odnaleźć. Ponosi klęskę za klęską, aż wszystko mu się rozsypie. W Namibii poniesie jeszcze większe porażki. Czy odnajdzie córkę, której pojechał szukać, bo nie odzywa się? To już zostawiam oczywiście państwa lekturze. Nie mogę zabrać przecież wszystkiego. Jaki związek z tym ma ośmioletnia Kaisa?
Tego wszystkiego dowiecie się państwo, czytając tę powieść, którą serdecznie polecam ze świeżo odkrywanego korytarza literatury holenderskiej. Dziękuję bardzo.
[04:24:12] - Idźmy, proszę państwa, tym śladem recenzenckim. Zaserwuję państwu zatem recenzarium Ewiwy. A dzisiaj Luiza Ewiva Dobrzyńska snuje refleksje nad "Wiedźminem".
[04:24:56] - Wita się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska. Andrzeja Sapkowskiego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Jego "Wiedźmin" zdobył sławę nie tylko ogólnokrajową, ale i ogólnoświatową. Muszę tutaj przyznać, że kibicowałam mu od pierwszych chwil, kiedy chyba jeszcze w latach 80. kupiłam małą książeczkę pod tytułem "Wiedźmin" z rysunkiem strzygi na okładce. Była zupełnie byle jak wydana, kieszonkowego formatu i zawierała, jeśli dobrze pamiętam, pięć opowiadań. Byłam po prostu oczarowana. Świat wykreowany przez Sapkowskiego bez mała można powiedzieć, że powalił mnie na kolana. Niestety na kontynuację musiałam czekać bardzo długo. Właściwie to nawet za długo.
Kiedy Sapkowski zaczął publikować już większe formy, to znaczy dwa zbiory opowiadań i pięcioksiąg traktujący głównie o Ciri, byłam już troszeczkę dojrzalsza. Tak to można określić. To, co dostałam wtedy do ręki, było rozszerzoną wersją. W niekoniecznie najlepszy sposób — tak to odebrałam, ale pogodziłam się z tym, że autor próbował, dając czytelnikowi ponownie swój twór do ręki, upiększyć go i dostosować do oczekiwań czytelników. Co dotyczy się dwóch pierwszych tomów, to znaczy zbioru opowiadań o Geralcie, to uznałam, że jest prawie tak dobry, jak sobie to obiecywałam, czytając w swoim czasie tą pierwszą jaskółkę. Jeżeli zaś chodzi o Ciri, nie porwała mnie jej koncepcja. Szczerze powiedziawszy z trudem przeczytałam wszystkie pięć tomów. Przede wszystkim było tam za dużo mroku, za dużo wojny, za dużo rzezi, za dużo różnych makabr i to wcale niezwiązanych z potworami. Poza tym szczerze zirytowała mnie jedna rzecz. Andrzej Sapkowski osadził swoją powieść, opowieść — bo w końcu mamy tutaj siedem tomów — w realiach przypominających średniowiecze.
Jeśli się nie mylę, nie było tam nawet broni palnej. I w tych realiach ludzie gadają o genach, mutacjach i tym podobnych rzeczach. To po prostu się nie klei. Jedno z drugim zgrzyta i niemiłosiernie mnie irytuje. Wiem, że nie tylko mnie, ale należę do mniejszości. Poza tym koncepcja magów jako szarych eminencji rządzących tym światem, manipulujących całymi królestwami to też nie było to, czego oczekiwałam. Również sama ewolucja Geralta dała mi w kość. Oczywiście nie jego romans z Yennefer, ponieważ to było coś, co w sumie było najciekawsze z całej książki, ze wszystkich książek. Ale cały ten jego proces gorzknienia, stawania się coraz bardziej cynicznym, zupełnie naturalny, jednak mnie się nie podobał, dlatego właśnie, że to było to, o czym wspomniałam wcześniej. Ten mrok, taka beznadzieja, że co byśmy nie zrobili, to i tak zwyciężą ci źli, ponieważ oni są silniejsi.
Oni nie zawracają sobie głowy żadnymi regułami, żadnymi kodeksami. Nie lubię takiego ujmowania fantasy. Powiem więcej, to mnie straszliwie wkurza. W swoim czasie czytałam nawet horror, już nie pamiętam czyj, który właśnie przedstawiał to, że nie ma możliwości zwyciężenia zła w ogóle, w żaden żywy sposób. Coś w tym jest, bo trudno zło zwyciężyć dobrem tak naprawdę. Jeżeli weźmiemy i rozważymy to logicznie, jest to rzecz bardzo trudna, właściwie niemożliwa. A gdy zło zwyciężasz złem, to przyłączasz się do niego, sam stajesz się zły. Myślę, że to właśnie zrozumiał Geralt. Stąd to jego otępienie pod koniec cyklu. To, że w taki idiotyczny sposób dał się zabić, no powiedzmy.
Tak, wiem, że spoileruję tutaj, ale myślę, że wszyscy, których interesuje "Wiedźmin" już dawno to mają przeczytane. Mają rozegrane gry oraz obejrzane seriale. Co do gier- Nie wypowiem się. Nie gram w takie rzeczy. Jestem na to chyba po prostu za stara. Natomiast co do seriali, oglądałam produkcję Netflixa i szczerze powiem, że znacznie bardziej mi się podoba to, co zrobili Polacy. Owszem, serial polski był badziewny, z okropnymi efektami, ale mimo to o niebo lepiej oddawał ducha Sapkowskiego. Netflix dokonał makabrycznej masakry w całym tym uniwersum. Niezależnie od tego, co teraz o tym mówi sam Sapkowski, ponieważ on nawet nie może mówić inaczej, bo pewnie podpisał klauzulę z Netflixem, że będzie ich chwalił. To normalny sposób zabezpieczenia interesów tych, co przyjmują prawa do danej książki.
Jednak naprawdę nie potrafiłam tego strawić. Oczywiście recenzarium jest głównie o książkach, więc właściwie o ekranizacjach nie powinnam mówić. Bywa jednak, że te dwa światy, literacki i filmowy, się ze sobą zazębiają. Warto wtedy napomknąć, co się myśli o ekranizacji. A więc tak jak powiedziałam, polska, chociaż w warstwie wizualnej śmieszna razem z tak zwanymi efektami specjalnymi, mimo to o niebo jest lepsza od tego, co prezentuje Netflix. A pan Żebrowski jako Geralt jest sto razy bardziej przekonujący niż przystojniaczek Henry Cavill. Bo cóż, muszę przyznać, że w sumie lubię prozę Sapkowskiego. Niekoniecznie to, co zrobił w pięcioksięgu o Ciri, która sama mi się zawsze wydawała irytującą gówniarą, która pakuje się ciągle w kłopoty, zawsze postępuje nie tak, jak trzeba i w której obronie giną ludzie wartościowsi niż ona. Ale mniejsza o to, to jest moje prywatne odczucie. Natomiast pisarz jako kreator sprawił się tutaj bardzo dobrze.
Pomijając tę nieszczęsną terminologię, o której już wspominałam, ponieważ mutacje, geny i tym podobne rzeczy do realiów średniowiecznych pasują jak przysłowiowa pięść do nosa. I niestety psuło mi to przyjemność. Gdyby szanowne czarodziejki tak uczęnie między sobą rozprawiając, zamiast terminu „gen Lary” używały terminu „krew Lary”, byłoby to do przyjęcia. Ale słowo gen, słowo mutacja to są terminy tak bardzo współczesne i tak związane z rozwojem nauki i techniki, że po prostu nie pasują do świata, w którym panuje średniowiecze razem ze wszystkimi jego realiami. Jak państwo pewnie zauważyli, to nie jest recenzja sensu stricte, to raczej gatunek refleksji, którym już bardzo dawno chciałam się z państwem podzielić. Dziękuję uprzejmie i już można na mnie wylać wszelkie pomyje, jakie państwu przyjdą do głowy. Żegna się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[04:32:01] - Stwierdziłem, proszę państwa, że w tym tygodniu, w którym w połowie przypadało święto nie najweselsze z punktu widzenia niektórych, bardzo wesołe z punktu widzenia innych, nie wdaję się w oceny, nie wdaję się w żadne inne dyskusje na ten temat, ale tydzień przerwany jakimiś takimi właśnie okolicznościami to nie jest tydzień, w którym trzeba pakować do audycji jak najwięcej faktów, kontaktów, adresów i tak dalej. Myślę, że jest dobry czas, żeby czasami się trochę zadumać, czasami się trochę uśmiechnąć. Dobrym lekarstwem na tego rodzaju stany są opowiadania. No cóż, opowiadania zaczerpnięte są z przepastnych archiwów Radia Paranormalium i Bibliotekarium. W dawnych czasach do audycji ABW przychodziło ich naprawdę dużo. I dzisiaj państwo dostaniecie zestaw taki solidny, trwający ponad półtorej godziny, różnych opowiadań, różnych w klimacie, różnych w nastroju. Czasami to się przynajmniej niektórym słuchaczom może łezka w oku zakręcić, bo tam się pojawiają rzeczy naprawdę bardzo archiwalne. Nawet bardzo archiwalne. Księga, historia tych opowiadań naprawdę pięciu, sześciu lat wstecz. To wiecie państwo, w dzisiejszych czasach, w których wszystko mija dosyć szybko, a świat pędzi, nie wiadomo zresztą dokąd, to pięć lat to już jest kawał czasu.
I żeby już nie gadać, zapraszam państwa na zestaw opowiadań z ABW w interpretacji Marka, Senka i Wliosa.
[04:34:10] - Jakub Karbownik. „Decyzja należy do ciebie”. Szerszeń ruszył do ataku. Celował w głowę przeciwnika. Chybził, a potem poczuł uderzenie. Pies zrobił unik, a potem pacnął owada ogonem. Z doświadczenia wiedział, że mały przeciwnik jest niebezpieczny i nie należy używać pyska. Oszołomiony szerszeń przetoczył się po ziemi, a potem bardzo szybko wzbił się w powietrze. Wściekłe bzyczenie było oznaką furii. Owad raz jeszcze podjął próbę ataku.
Całej tej scenie z bezpiecznej odległości zza okna przyglądało się dwóch gapiów. Gugu gaga! Gigi! Gigi gaga. Dwaj niemowlaki sprzeczały się o losy walki, komentując przy okazji całe zdarzenie. Ta technika! Niemożliwe? Karmazynowy szał! Nie spuszczając oczu z pojedynku, dzieci próbowały naśladować ruchy walczących. Ostatecznie każdą technikę najlepiej przetestować na bracie.
Wyglądało to komicznie. Niemowlaki również miały swoich obserwatorów. „Spójrz kochanie na nasze słodkie maluchy. Tak uroczo się wygłupiają, a ile mają energii” powiedziała dumna mama. „Zrobię im coś do jedzenia. Pewnie się przyda małe co nieco.” „Przypominają mi mistrzów sztuk walki” stwierdził z fascynacją ojciec. „Nie wiem, do jakiego stylu można byłoby przypisać ich ruchy, ale może do pijanego mistrza.” Zaśmiał się, a jego wzrok powędrował w stronę żony. „Przekąska. Dobry pomysł. Też się załapię?” mruknął i puścił do niej oko.
„Oczywiście.” Ruszyła do kuchni, a ojciec pozostał na swym posterunku, przypatrując się z fascynacją zabawie synów. Rozpadało się. Ciężkie krople deszczu wpływały negatywnie na mobilność szerszenia, ale donośne szczekanie psa rozdrażniało owada. Mogło się wydawać, że przegrywa, jednak karmazynowy szał wyrównywał szanse. Pies podskoczył, próbując przygnieść owada łapą. Ten jednak zwinnym krokociągiem zdołał umknąć przed atakiem. Na chwilę czworonóg stał się bezbronny, odsłonięty. Szerszeń natychmiast wykorzystał swoją szansę. Z impetem zaatakował tylną nogę przeciwnika. Pies zaskomlał i energicznymi skokami próbował zrzucić z siebie owada, jednak napastnik coraz mocniej wczepiał się w jego sierść i wysunął żądło.
Odwłok szerszenia zaczął pulsować. Miał właśnie paść decydujący cios w walce, jednak błysk w oku psa zdradził, że pojedynek nie jest jeszcze skończony. Emocje widzów sięgały zenitu. Każdy miał swojego faworyta. To już koniec? Nie. To wilczy zew. Błysnęły odsłonięte kły. Pies zaatakował, ryzykując ukąszenie w pysk. Złapał owada i błyskawicznym ruchem oderwał go od nogi.
Zdezorientowany szerszeń stracił bojowy impet. Delikatne skrzydełka przykleiły się do psiego pyska, a było to skrajnie niebezpieczne. Owad próbował dźgnąć żądłem, jednak doświadczony pies rozwarł lekko paszczę, aby uniknąć użądlenia. Potem ostrożnie wypluł napastnika. Gęsta ślina kundla uniemożliwiła ponowne wzbicie się w powietrze. Trzeba było doprowadzić skrzydła do porządku. Nie tracąc ani chwili, owad zabrał się za ich czyszczenie. Przewrotność oraz dynamika dziwnego pojedynku były dla widzów niezwykłym doświadczeniem. Brat bratu wpychał dłoń do ust. Nie poddawaj się, wykończ go!
Pogoda była coraz gorsza. Na ciemnym niebie pojawiły się błyskawice. Pomimo to żaden z walczących nie chciał odpuścić. Z oddali dobiegł głos mamy: „Kochanie, weź nasze pociechy do kuchni.” Ojciec wstał i podszedł do brzęcząców. „No panowie, kończymy walkę.” Schylił się i ostrożnie wziął dzieci na ręce. „Chodźmy coś przekąsić.” Propozycja nie przypadła braciom do gustu. Jeden i drugi próbowali ugryźć ojca, ale nie robiło to na nim większego wrażenia, podobnie jak ciosy małych pięści. „Ojcze, zaprzestań! Trwa przecież pojedynek.” Wszystko na próżno. Po chwili byli już w kuchni.
Ojciec usadowił ich na specjalnych dziecięcych krzesełkach. „A co oni tacy płaczliwi?” zapytała zaniepokojona mama. „Nie mam pojęcia. Może coś tam sobie oglądali na tarasie i teraz…” przerwał. Poczuł bowiem charakterystyczny zapach. „Uuu, jajka na miękko” powiedział zachwycony i pocałował żonę w czoło. Matka popatrzyła na synów. „A nasze beksy dostaną nieco warzyw i owoców” powiedziała, a potem musnęła wargami usta męża. Bliźniacy nieco się uspokoili, ale ich krzyk w dalszym ciągu był donośny. „Nie macie godności, nie macie szacunku.
Oderwać nas od takiego pojedynku dla takich pierdół.” Rodzice założyli synom śliniaczki, a potem zaczęli karmić synów, używając łyżeczek. Matka jednego, ojciec drugiego. „Otwórz buźkę. No. Aaa. Łup” prosiła łagodnym tonem kobieta. Kolejna łyżeczka trafiła do Buziszynka, który tymczasem starał się symulować technikę karmazynowego szału. „Nie poskromisz mnie, matko.” Obok tata karmił Piotra. Wydawać by się mogło, że dziecko siedzi spokojnie jak aniołek, lecz kiedy ręka ojca znalazła się w jego zasięgu, zaatakował. Kłapnął małymi ząbkami, naśladując technikę zwaną wilczy zew.
„Nie uciekaj, głupcze.” Bojowy zapał dzieciaków był tak duży, że karmienie trwało kilkadziesiąt minut. Potem mama zabrała się za sprzątanie bałaganu, który był niemym świadectwem stoczonej bitwy, a toto zabrał synów z powrotem na ich ulubione miejsce z widokiem na taras. „Tyle w was energii, że robicie problemy nawet przy jedzeniu” powiedział z uśmiechem zadowolony ojciec. „Jak podrośniecie, to zapiszę was na jakieś sztuki walki.” Ostrożnie posadził synów na kocyku tuż przy drzwiach. Sam usiadł na bujanym krześle. Wziął do ręki ołówek i zeszyt podpisany „Żywa Legenda”. Westchnął. „Mam jeszcze trochę do poprawienia.” Pracował i od czasu do czasu zerkając, co robią synowie. Bliźniacy dosłownie przykleili się do szyby, wypatrując tęsknie swoich bohaterów. Po dłuższej chwili smutno skwitowali.
Szyba zaparowała od ich oddechów. „Gdzie oni są?” Kto wygrał? Opuścili głowy i spojrzeli na siebie. Zaczął Szymek: "Gigus gagus gi ge gigu gigu gie gagas gug gi gi gag. Bracie, przyrzekam ci, że w przyszłości sami rozstrzygniemy losy tej walki." Piotr, uradowany deklaracją brata, odpowiedział: "Gigi agas guga gi. Niechaj i tak się stanie." Złapali się za przedramiona, po czym przytulili w braterskim uścisku. Mamie wchodzącej do pokoju stanęły łzy w oczach. "Zobacz Kuba, jak oni się kochają." Położyła rękę na barku mężczyzny. "Brat to brat" – skwitował ojciec. Uśmiechnął się i powrócił do pisania.
Jakieś 20 lat później. "W lewym narożniku stoi mistrz stylu szerszenia" – zapowiadał walkę spiker. Tłum zgromadzony na trybunach szalał. "Natomiast prawy narożnik należy do mistrza stylu psa" – kontynuował zapowiadający, a potem przeszedł po ringu, starając się objąć wzrokiem całą zgromadzoną publiczność. – Dzisiaj będziemy świadkami braterskiej walki o mistrzostwo. Chcę usłyszeć wsparcie dla naszych zawodników. Ludzie gorączkowo wiwatowali i klaskali. Wojownicy stanęli naprzeciw siebie. Sędzia zaczął tłumaczyć im zasady walki. Znali je doskonale i dlatego nie zwracali uwagi na jego słowa.
"Dzisiaj to rozstrzygniemy, bracie" – powiedział z uśmiechem Szymon. "Niech wygra lepszy" – stwierdził Piotr, podając rękę bratu. Tłum pian z zachwytu, widząc ich sportowe zachowanie. Walka miała rozpocząć się już za chwilę. Tymczasem pod trybunami skrywało się dwóch gapiów. "Bzz, bzz. Liczę na widowisko" – zabzyczał szerszeń siedzący na głowie psa. "Wof, wof, wof. Zobaczymy, kto wygra" – zaszczekał spokojnie czworonóg. Dong!
Uderzenie w gong rozpoczęło pojedynek. Pierwszy ruszył do ataku mistrz stylu szerszenia. Szybkimi i wymierzonymi uderzeniami celował w okolice głowy. Ruchy jego rąk były ledwie widoczne. Jednakże mocna defensywa stylu psa blokowała każde uderzenie. Piotr zrobił unik, a następnie wyprowadził cios prosto w brzuch brata. Szymon upadł, jednak poderwał się prędko i stanął na nogi. Potem z jeszcze większą zaciętością przypuścił agresywny atak. Cały poczerwieniał. Ukryci widzowie komentowali: "Bzz, bzz, bzz, bzz.
Głupiec tak szybko używać karmazynowego szału. Wof, wof, wof, wof, wof. Zobaczymy, jak teraz obroni się ten drugi." Szymon przebił się przez obronę brata. Wyprowadzał serię ciosów skoncentrowanych w jeden punkt. Wiedział, że podstawę stylu psa stanowią nogi. Dlatego też chciał je osłabić. Mięsień czworogłowy w prawej nodze Piotra został porządnie ubity. Wydawać by się mogło, że od tej pory pojedynek będzie jednostronny. Na spokojnej twarzy przedstawiciela stylu psa pojawił się grymas. Bzz, bzz, bzz, bzz.
Oj, robi się ciekawie. Hał, łaf, łaf, łaf, łaf, hau. Wilczy zew uratował mu skórę. Piotr, ryzykując, zaatakował głową, wybijając tym samym przeciwnika z rytmu. Zebrany tłum szalał z ekscytacji. Ludzie dopingowali na stojąco, niektórzy nawet podskakiwali. Tymczasem pod trybunami zaczęło robić się nieciekawie. Gdzieniegdzie spadały betonowe okruchy. Szpara, przez którą szerszeń i pies oglądali walkę, została zasłonięta jakimś śmieciem. Reakcja komentatorów była natychmiastowa.
Bzz, bzz. Ulatniamy się. Wof, hau, hau, wof, wof, wof. Szybko, może jeszcze zdążymy przed końcem. Szerszeń nadal siedział na głowie czworonoga. Uszkodzone skrzydło nie pozwalało mu wzbić się w powietrze. Pies ruszył w stronę wejścia. Musieli okrążyć stadion. Czworonóg biegł ile sił w łapach z otwartym pyskiem. Kiedy znaleźli się przy wejściu, zobaczyli, że ludzie opuszczają stadion.
Bzz, bzz, bzz. Zabzyczą cicho szerszeń. Spóźniliśmy się. Jak myślisz, kto wygrał? Pies zaskomlał. Wof, hau, uf, wof. A któż to wie? Kamila Ciołko-Borkowska, "Kocie sprawy". Jeżeli nic się nie zmieni, dzień będzie należał do straconych. Od samego rana nic mi nie szło.
Zaczęło się od budzika, który postanowił wziąć wolne i nie zadzwonił. Potem kawa na wynos, która zamiast w kubku wolała się znaleźć na moim nowym kaszmirowym kardiganie. Dobrze, że w pracy mam marynarkę. Mogłam narzucić ją na siebie.Szkoda tylko swetra. Raczej już nic z niego nie będzie. Serce mnie bolało na myśl o utracie nowego ciucha, a to z tej prostej przyczyny, że odkładałam na ten zbytek przez trzy miesiące. Gośka z księgowości szczyciła się taką narzutką. Aż jej oczy błyszczały z radości, gdy wszystkie z zazdrością zerkaliśmy na ten jej prezent od narzeczonego. Od dzisiaj ja miałam być posiadaczką obiektu pożądania dziewczyn, ale los postanowił ze mnie zadrwić. Żeby dopełnić czary goryczy, szef wpadł na porywający pomysł, że będę rewelacyjnym koordynatorem nowego projektu.
Jupi! Więcej obowiązków, a kasa ta sama. Po co ja w ogóle jeszcze pracuję w tym miejscu? Czasem pojawia mi się w głowie myśl, żeby rzucić to wszystko w diabły i pojechać w góry. Praca w korpo to spełnienie marzeń mojej matki. Ale jak można marzyć o wspinaniu się na drabinę awansu w takim miejscu? Nie ma co mówić o rozwoju zawodowym, gdzie siedzę całe dnie zakopana w raportach, cyferkach i papierze ksero. Spojrzałam jeszcze raz na nieszczęsny sweter, który wrzuciłam do jednorazowej torby z dyskontu. Ekologiczna też nie jestem. Westchnęłam żałośnie.
Skupiona na własnym nieszczęściu minęłam przystanek tramwajowy. Dotknęłam przycisku zmiany świateł na pasach i śpiesząc się do domu, gdzie czekała na mnie nagroda za ciężki dzień, skręciłam między bloki. Rozmyślając, którędy najszybciej dotrę do półki z winem w mojej kuchni i ciepłego koca, potknęłam się o coś. Szybko złapałam równowagę i spojrzałam na dziwny przedmiot. Serio? Plac między wieżowcami, a pomiędzy nimi zeżarta przez korniki stołowa noga. Lepiej być nie mogło. Pochyliłam się, żeby sprawdzić, czy los postanowił mi jeszcze dopiec, niszcząc moje horrendalnie drogie buty. W korpo obowiązuje dress code i dostosowanie się do niego mocno uszczupla moją i tak smukłą wypłatę. Klnąc pod nosem usłyszałam ciche miauczenie.
W pierwszej chwili myślałam, że to płacz dziecka i moje serce zaczęło bić szybciej z przerażenia. Tyle się mówi teraz o matkach porzucających swoje nowo narodzone dzieci. W głowie widziałam już malutkie ciałko owinięte reklamówką, zsiniałe z zimna, próbujące ubłagać rodzicielkę o ratunek. Na miękkich nogach skierowałam się w stronę, z której dochodził dźwięk. Kiedy dotarłam do kontenera, który wyglądał tak, jakby śmieci i okropny smród chciały z niego na wyścigi uciekać, moim oczom ukazała się mała, brudna, miaucząca kulka. Kotek. Kot z posklejaną sierścią. Nie wiem, czy bardziej z powodu opadających emocji po całym dniu i stresie związanym z wizją umierającego noworodka, czy może bardziej z powodu współczucia istocie mającej gorzej niż ja, rozpłakałam się. Wzięłam stworzenie na ręce. Nie uciekał, tylko wtulił się we mnie, mrucząc cichutko.
Bietaku, ty to masz przesrane w życiu. Chodź, pójdziemy do domu. Całe szczęście, że mieszkam niedaleko, bo musieliśmy cuchnąć po przygodzie przy kontenerze. Bałam się, że spotkam kogoś i po mieście rozejdzie się fama, że w wolnym czasie turlam się w śmieciach, trzymając kota śmierdziela na rękach. Nie wiem czemu, ale postanowiłam zabrać biedaka do domu. Kiedy tylko go zobaczyłam, w mojej głowie pojawiła się potrzeba zaopiekowania się tą kupką nieszczęścia. Może w końcu nie będę sama. Może moje życie przestanie być takie smutne. Jeżeli żaden szanujący się mężczyzna nie ma ochoty zatrzymać się przy moim boku na dłużej, potrzebny mi jakiś zastępczy obiekt miłości. Kot nada się rewelacyjnie.
Kiedy próbowałam ogarnąć nas jakoś w łazience, zdziwiłam się, że Kiciuś tak grzecznie zachowywał się przy kąpieli. Ba! Zdawało mi się, że słucha mnie i mnie rozumie. W końcu miałam komu się wyżalić, wygadać, pozbyć się nazbieranych przez cały dzień złych myśli. Mogłam mówić bez poczucia, że zwariowałam. Zjedliśmy wczorajsze spaghetti i rozsiedliśmy się na kanapie, żeby bliżej się poznać. Muszę cię jakoś nazwać, sierściuszku. Co powiesz na Kiciuś? W odpowiedzi mój nowy przyjaciel zamruczał tylko cichutko, wtulił się we mnie przyjemnie i zasnął. Uznałam, że zaakceptował sytuację, w jakiej się znalazł, a ja po prostu zakochałam się od razu w tym małym, łaciatym stworzeniu.
Siedzieliśmy więc tak razem, aż nie ściemniło się zupełnie. Wychodząc wieczorem z łazienki, dopiero po chwili zorientowałam się, że z kuchni dochodzą dźwięki czyjejś obecności. Stanęłam jak wryta. Serce zaczęło wariować ze strachu. Ktoś był w moim mieszkaniu. W tej chwili usłyszałam gwizd czajnika. Ktoś robił sobie herbatę? Spragniony złodziej? Oszalałam chyba. Na palcach zbliżałam się do kuchni, modląc się, żeby żadna belka podłogowa nie zaskrzypiała.
Wyjrzałam dyskretnie zza ściany i zamurowało mnie. W mojej kuchni stała nieziemsko piękna kobieta. Jej ciało spowijała narzutka przypominająca mgłę. Blonde włosy spadały na szczupłe ramiona. Obca kobieta chwyciła czajnik i odwróciła się w moją stronę. Spojrzała przyjaźnie, a potem lekko się uśmiechnęła. Była piękna. „O, skończyłaś już. Chcesz herbaty?” „Kim jesteś?” — wyszeptałam, gdyż zaschnięte gardło nie pozwalało na nic więcej. „Jestem Kiciuś, choć właściwie to nazywam się Rosa.” „Jakim cudem?” Głośno przełknęłam gulę strachu, która tkwiła w gardle.
Nieznajoma uśmiechnęła się, zalewając herbatę przygotowaną w dwóch kubkach. Powoli odstawiła czajnik i z uśmiechem wskazała krzesło. Otulające jej ciało okrycie zsunęło się z ramienia i okazało się, że jest pod nim zupełnie naga. Pełna pierś, która została odsłonięta, nie była powodem speszenia. Bez pośpiechu została zakryta, jak gdyby to właśnie ubrań należało się wstydzić. Byłam w takim szoku, że usiadłam. Nie wiem, czego się spodziewałam. Kiciuś zamienił się w nieziemsko piękną kobietę, która w mojej małej kuchni czuje się jak u siebie. Co jest? Czy może przez robotę w korpo straciłam już rozum?
Wzięłam wskazany kubek i tępo patrzyłam w stronę istoty, która usadowiła się po drugiej stronie stołu. Wyraźnie nie przejmowała się, że mgiełka otulająca jej ciało zsuwa się co chwilę. Wzięła kubek w ręce i upiła łyk herbaty. Zamruczała kocio z radością. „Kim jesteś?” — zapytałam słabym głosem. „Już mówię. Pozwól mi tylko nacieszyć się herbatą.” „Jakie nacieszyć? Co to wszystko znaczy?” „Jestem Rosa, nimfa leśna. Duch lasu zmienił mnie w kota za karę.” „Przecież nimfy nie istnieją.” „Skoro nie istnieję, to musiałaś postradać zmysły, kochanie.” Uśmiechnęła się do mnie. Wstając, zrzuciła całkiem swoje okrycie.
Nie mogłam od niej oderwać oczu. Była piękna. „Nie możesz być kotem i rusałką” — urwałam. „W sumie to mogę wiele.” Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę pokoju. Nawet nie pociągnęła, bo miałam wrażenie, że się nie poruszę, a unoszę nad ziemią. Podniosła z kanapy sweter, który zalałam kawą i podała mi go. Po plamie nie było śladu. Usiadłam z wrażenia. W głowie miałam mętlik. Nie mogłam pojąć, co się dzieje.
Z drugiej strony nie mogłam iść nawet na policję. Co ja im powiem? Że do mojego mieszkania włamała się naga rusałka, która była kotem? Przecież to szaleństwo. Kurczowo trzymałam sweter, patrząc tępo na nadprzyrodzoną istotę. Jedyne, na co miałam siłę, to wsłuchiwanie się w jej opowieść. Okazało się, że duch lasu nie przepadał za istotami mającymi własne zdanie i każdą z rusałek, która mu się sprzeciwiała, zamieniał w kota. Ukarana nimfa była wyganiana z lasu i musiała zamieszkać w świecie ludzi. Za pomoc oraz ukrywanie jej przed światem i duchem lasu obiecała mi magiczną opiekę. Nie mogąc w to wszystko uwierzyć, co chwilę zerkałam na sweter.
Przecież jeszcze rano nadawał się tylko do wyrzucenia, a teraz był jak nowy. W nocy nie mogłam spać. Przewracałam się z boku na bok, nie mogąc ułożyć sobie tego wszystkiego w głowie. Magia? W dzisiejszych czasach? Kto to słyszał. Kiedy zrezygnowana myślałam, że rano wstanę niebespana, poczułam obok siebie jej ciepło. Zastygłam w bezruchu. Co teraz? Zabije mnie.
W książkach istoty nadprzyrodzone zawsze zabijają w nocy. Wstrzymałam oddech, bojąc się poruszyć. Miałam wrażenie, że zapadam się w mech. Była ciepła niczym letnia noc, a gdy wzięłam głęboki oddech, okazało się, że pachnie żywicą i lasem. Gdzieś z daleka doleciał szum wiatru i cykanie świerszczy. Na początku zdziwiło mnie to. Przecież jesteśmy w centrum miasta na dziewiątym piętrze. Odpłynęłam. Śnił mi się las w piękną księżycową noc. Pełnia zdawała się nadawać światu magicznych barw.
Kwiaty błyszczały otulone blaskiem. Zrodziła się we mnie pewność, że świat jest cudowny i jeśli tylko zechcę, osiągnę wszystko, o czym zawsze marzyłam. Rano obudziło mnie ciche miauczenie. Kocia łapka delikatnie dotknęła mojego nosa. Wyciągnęłam rękę po telefon i okazało się, że budzik nie zadzwonił, a Kiciuś wyczuł moment, żeby mnie obudzić. Wczorajszy wieczór zdawał się być snem, jednak leżący na fotelu sweter stanowczo temu przeczył. Szybko przygotowałam się do pracy, a tam przez cały dzień nie mogłam się na niczym skupić. Rozmowa z rusałką zachwiała posadami mojego świata. Wyrobione poglądy na racjonalność istnienia legły w gruzach. Bałam się wracać z pracy do domu.
Stojąc na klatce schodowej, przestępowałam z nogi na nogę. Kiedy wreszcie sięgnęłam po klucz, po prostu wypadł mi z ręki, a gdy schyliłam się po niego, drzwi powoli otworzyły się. Mogłam wejść bez problemu. W domu pachniało lasem. Zapach zdawał się być naturalny. Weszłam powoli, rozglądając się z zaciekawieniem. Żadnych zmian w mieszkaniu nie widziałam. Tylko ten zapach. Weszłam do kuchni, w której naga rusałka siedziała tam, gdzie wczoraj. Jej gołe ciało nie krępowało mnie.
„Zrobiłam zakupy” — odkaszlnęłam, bo stres przeszkadzał mi mówić. „Nie wiem, co jadasz.” „Nie wiem, co jadają ludzie. Przez większość czasu byłam kotem. Pokaż mi wszystko, co ludzkie.” Spojrzałam w jej kocie oczy. Zdawały się mnie hipnotyzować. Nie mogłam przestać w nie patrzeć. Miałam wrażenie, że mówią do mnie, żebym otworzyła się przed nią i powiedziała wszystko. Czułam jakąś siłę, która w mojej głowie powtarzała: „Powiedz, czego ci potrzeba.” Jak zaczarowana zaczęłam mówić, a Rosa słuchała. Nie przerywała, nie robiła min i nie śmiała się z tego, co mówiłam. Patrzyła tylko na mnie, a jej twarz wyrażała zrozumienie, którego od dawna nie miałam.
Poczułam się spokojna i rozluźniona. W nocy znów otuliła mnie swoim ciepłym, nagim ciałem, a cykady ukołysały mnie do snu. Sen poprzedniej nocy powtórzył się znów, napełniając mnie nadzieją. Tak mijały nam dni. Rano żegnała mnie kotka, a wieczorem witała mnie w domu przyjaciółka rusałka. W mieszkaniu pojawiły się kwiaty, do których nigdy nie miałam ręki. Czułam się prawie jak w bajce, którą ktoś napisał i przez przypadek umieścił w niej mnie. Mało realna przyjaciółka, która w dzień staje się kotem, była całym moim życiem. Nie mogłam narzekać. Pokazywałam jej, jak wygląda przygotowywanie jedzenia.
Smakowały jej zwykłe potrawy: jajecznica, tosty, frytki. Razem oglądałyśmy telewizję, czytałyśmy nowinki w papskiej prasie. Miałam wrażenie, że żyję z dzieckiem, które nic w życiu nie widziało. Ciekawiło ją wszystko. Pytała o każdy szczegół. Jej oczy, te piękne kocie oczy zdawały się mnie pochłaniać za każdym razem, gdy tłumaczyłam coś po raz kolejny. Dzięki mojej współlokatorce życie nabrało rozpędu. Dostałam podwyżkę, biurko przy oknie i własną asystentkę. Koleżanki zaś mogły podziwiać mnie w moim cudownym sweterku. Każdego dnia wieczorem oczy Rosy pytały niemo: „Czego ci potrzeba?” Jej usta uśmiechały się tylko delikatnie, gdy potok mych słów zalewał kuchnię.
Powiem tylko, że wszystko, o czym pomyślałam o zmierzchu, spełniało się. Okazało się, że magia rusałki działa też na życie osobiste. Pewnego dnia, popijając w przerwie kawę, zauważyłam, że dosiadł się do mnie Tomek. Dobry kolega z IT, chłopak nieziemsko przystojny, do którego wzdychały wszystkie wolne dziewczyny. Nie przeczę, mnie również miękły nogi, gdy słyszałam jego głos. Podczas rozmowy musiałam mocno się pilnować, żeby mój język się nie poplątał. Myśli kłębiły się w mojej głowie tak, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć, żeby sprawiać wrażenie dziewczyny obytej i z poczuciem humoru. Suma summarum zaprosił mnie do kina. W sobotę miałam mieć randkę z przystojniakiem numer jeden w naszym korpo. Do domu leciałam jak na skrzydłach.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy, gdy opowiadałam w domu o swojej przygodzie niczym mała dziewczynka, która dostała nowe buciki. Moja przyjaciółka rusałka kiwała z aprobatą głową. Jej blond włosy lekko opadały na ramiona, zakrywając bujne piersi. Pomimo moich namów i mnóstwa argumentów nadal nie chciała nic na siebie zakładać. Nie przeszkadzało mi to. Przecież i tak nikt do mnie nie przychodził. Do soboty zostało kilka dni. Co wieczór zmieniałam kreację, w której pokażę się Tomkowi. Planowałyśmy fryzurę, makijaż, wszystkie szczegóły. W pracy zazdrość koleżanek, które szybko dowiedziały się o potencjalnym romansie w biurze, powodowała u mnie szybsze bicie serca i nieznikający z twarzy uśmiech.
Jak mi się wszystko pięknie w życiu układało! Pomoc leśnej nimfy była dla mnie niczym promyk słońca z burzowego nieba. Z dnia na dzień stres związany z kinem był coraz większy. W czwartek nie mogłam już nic jeść, nic nie przechodziło przez ściśnięte gardło. W piątek nie mogłam zasnąć. Jednak uspokajająca obecność nimfy pozwoliła mi odpocząć. Ta noc była jednak inna. Skupiona na wielkiej randce nie zwróciłam zbytniej uwagi, że moja współlokatorka była bardziej milcząca. Jej oczy nabrały koloru chmurnego nieba, a ona sama okryła się cienkim jak dym szlafrokiem. Przed snem otulił mnie zapach mułu bagiennego, a nie leśnej żywicy jak zwykle.
Zamiast cykad słyszałam cichy śpiew w nieznanym mi języku. Księżyc w pełni wyglądał, jakby z wielkim zainteresowaniem spoglądał w okna mojej sypialni. Zasnęłam. Śniło mi się, że biegnę po lesie. Ciemność była tak gęsta, że ledwo widziałam własne dłonie, którymi przecierałam przerażone oczy. Z trudem poruszałam się w grząskim błocie. Próbowałam krzyczeć, jednak nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Zaczęłam płakać, lecz nadal uparcie brnęłam naprzód. Korzenie drzew tworzyły plątaninę prawie nie do przejścia. Przewróciłam się i z wyciągniętymi rękami wpadłam w muł.
Podniosłam się z wielkim trudem. Nagle świat rozjarzyło drobne światełko zza drzew. Próbowałam iść w jego stronę, jednak nogi ślizgały się, a oddech palił płuca. Oczy zalewał pot, przez który niewiele widziałam. Gdy w końcu minęłam drzewa, okazało się, że na polanie stoi ona. Uśmiechała się i wyciągała do mnie dłoń. Próbowałam do niej iść, bo wiedziałam, że tylko ta leśna nimfa jest w stanie mnie uratować. Jednak z każdym krokiem moje stopy zapadały się coraz bardziej w szlam. Rosa przywoływała mnie swym śpiewnym głosem, a jej oczy uśmiechały się do mnie łagodnie. Byłam już coraz bliżej, ale moje ciało nie miało już siły.
Łzy spływały mi z oczu, a głos nadal nie chciał wydobyć się z mojego gardła. Próbowałam krzyczeć, lecz tylko charczałam cicho. Już wiedziałam, nie wyjdę żywa z tego lasu. Utknę w bagnie. Już nikt i nic mnie nie uratuje. Poddałam się i otuliła mnie ciemność. Obudziłam się z krzykiem. Leżałam przez dłuższą chwilę, gdyż sen był wyrazisty, wręcz namacalny. Przeciągnęłam się powoli i do mojej świadomości zaczęło docierać, że coś jest nie w porządku. Po pierwsze, nigdzie nie było kota.
Po drugie, łóżko zwykle normalnych rozmiarów, tym razem wydawało się olbrzymie. Przymknęłam oczy z nadzieją, że to jedynie wrażenie po złym śnie, które zaraz minie. Czułam się mocno nieswojo. W końcu uznałam, że trzeba wziąć się w garść. Dziś był przecież wielki dzień. Chciałam usiąść, jednak nie mogłam. Jakaś siła blokowała moje stawy. Rozejrzałam się dookoła. Wszystko wydawało się olbrzymie. Spojrzałam na moje ręce i krzyknęłam z przerażeniem.
Jednak zamiast głośnego krzyku, z mojego gardła wydobyło się jedynie żałosne „miauuu”. Nie wiem, co przeraziło mnie bardziej. Ten dziwny dźwięk czy fakt, że moje ręce przypominały kocie łapki. Nie, to musi być koszmar. Po prostu jeszcze się nie obudziłam. Serce waliło jak oszalałe, a w myślach powtarzałam tylko prośbę o szybką pobudkę z sennej grozy. Nagle do pokoju weszła kobieta. Szczupła, z typu tych patykowatych, z ciemnymi włosami do ramion. Gdy zbliżyła się do łóżka, krzyknęłam przerażona do granic możliwości. Na łóżku siedziałam ja.
Widziałam swoją postać, która wzięła mnie na ręce i głaszcząc, podeszła do lustra na szafie. Miałam tyle pytań i nie wiedziałam, jak je wypowiedzieć na głos, żeby sama zrozumiała. Spojrzałam na odbicie w lustrze i dotarła do mnie okropna prawda. Przez noc stałam się kotem. „Nie, nie, nie!” – krzyczałam. Jednak z moich ust wydobywało się tylko żałosne „miał, miał, miał”. „Spójrz na nas, jak pięknie wyglądamy. Kicia i Rosa. Znaczy Karolina. Zgrany z nas duet, prawda?” Poczułam, jak kobieta całuje mnie w czubek głowy.
Tomasz Andrzejewski, „Syntetyczne dusze”. Kiedy po raz pierwszy otworzyłam oczy, wiedziałam tylko, iż mam na imię Madeleine i że jest 7 maja roku 2032. Leżałam na gołej podłodze w sterylnie czystym, białym pomieszczeniu, w którym oprócz mnie znajdowały się tylko stół i dwa krzesła oraz zegar z okrągłą tarczą wskazujący godzinę 7:58. W momencie gdy wstałam, zauważyłam młodą kobietę o długich, złocistych włosach, ubraną w szarą koszulę z krótkim rękawem. Przekrzywiłam ze zdziwienia głowę w bok, a ona uczyniła to samo. Postąpiłam krok do przodu. Ona też. Jednakże kiedy wyciągnęłam dłoń w kierunku tej wiernie naśladującej mnie postaci, zamiast dotknąć opuszków jej palców, natrafiłam na gładką, chłodną powierzchnię. „To tylko lustro” — usłyszałam gdzieś z lewej. „Widzisz w nim samą siebie”.
Natychmiast spojrzałam w stronę, z której dobiegał głos. Stał tam brodaty mężczyzna w trójcianych okularach. Ubrany był na biało i trzymał w dłoni grubą teczkę. Właśnie wchodził do pokoju przez drzwi, które zostały tak idealnie wpasowane w ścianę, że wcześniej w ogóle ich nie dostrzegłam. „Możesz czuć się jeszcze nieco zdezorientowana, ale to już wkrótce minie” — dodał. „Jestem Steve Palmer i będę pełnił rolę twojego opiekuna oraz nauczyciela. Witaj Madeleine.” „Co to za miejsce?” — zapytałam. „Znajdujemy się w głównej siedzibie firmy GMT Tech. W miejscu twoich narodzin. Proszę cię, usiądź.” Mówiąc to, wskazał dłonią na jedno z krzeseł.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie. „Zacznijmy od tego, kim jesteś.” „Jestem Madeleine.” „Nie. To tylko twoje imię. Tak naprawdę jesteś humanoidalnym komputerem. I to zupełnie wyjątkowym. Wiele robotów i maszyn liczących zbudowanych do tej pory posiadało zdolność uczenia się i wysoką inteligencję, jednakże wszystkie one były pozbawione uczuć, sumienia, wyczucia piękna, a zatem nigdy nie mogłyby być niczym więcej aniżeli namiastką ludzi. Ty jesteś inna. Potrafisz patrzeć na świat tak samo jak my, twoi stwórcy. Można powiedzieć, że tchnęliśmy duszę w twoje mechaniczne ciało. Aby jeszcze bardziej upodobnić cię do człowieka, to mechaniczne ciało powlekliśmy syntetycznym materiałem przypominającym w dotyku i wyglądzie ludzką skórę.” Nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć.
Szczerze mówiąc, nie zrozumiałam nawet połowy z tego, co powiedział. „Wiem, że na razie nie znajdujesz w swoim umyśle odpowiednich słów” — wytłumaczył mi. „Nie oznacza to bynajmniej, iż jesteś głupia. Po prostu daliśmy ci jedynie elementarną wiedzę, taką jak umiejętność czytania i mówienia. Całej reszty nauczysz się dzięki moim wykładom, lekturze wybranych publikacji i... no i po prostu żyjąc. Ale najważniejsza jest tradycyjna edukacja. To ona powinna pomóc w wytworzeniu ludzkich emocji.” Brodacz położył na stole teczkę i otworzył ją powoli. W środku znajdował się pokaźny zbiór książek, między innymi takich jak: Podstawy matematyki, Wstęp do językoznawstwa czy też Struktura współczesnego społeczeństwa. „Lekcje będą trwały osiem godzin każdego dnia” — wyjaśnił Steve, układając podręczniki na stole.
— „Twoje IQ znacznie przewyższa średnią, więc nie powinnaś mieć problemów z przyswojeniem materiału. No cóż, zaczynamy”. Nie mylił się. Nauka szła bez trudu i nawet się nie obejrzałam, kiedy zegar wskazał 16.00. „Dobrze. Jestem z ciebie bardzo zadowolony” — powiedział Steve z uśmiechem. — „Wszystkie książki zostawiam, żebyś mogła do jutra pogłębić swoją wiedzę. Chcesz mnie jeszcze o coś zapytać, zanim skończymy zajęcia?” Zastanawiałam się przez chwilę. „Dziś rano wspomniał mi pan o duszy. Dowiedziałem się naprawdę wielu rzeczy, lecz mimo to wciąż nie wiem, czym ona jest”.
Steve westchnął, poprawiając okulary. „Zacznijmy od tego, że póki co istnieje ona tylko w teorii. Współczesna nauka, chociaż pozornie nad wyraz rozwinięta, nie jest w stanie udowodnić, jakoby istoty rozumne posiadały duszę. Tym niemniej już tysiące lat temu ludzie zaczęli się zastanawiać, czy aby na pewno składamy się tylko z fizycznego ciała, które zaraz po naszej śmierci zaczyna ulegać rozkładowi. Według ich dociekań wewnątrz każdego człowieka znajduje się niematerialny byt – dusza. Odpowiada ona za nasze uczucia, myśli i pojmowanie dobra. Co najciekawsze, jest ona niezniszczalna. Kiedy ciało umiera, dusza wstępuje do innego, astralnego świata bądź odradza się w nowym ciele”. Powiedziawszy to, mój nauczyciel wstał z krzesła i podszedł do drzwi. Kiedy wyciągnął dłoń, aby je otworzyć, zadałam mu ostatnie tego dnia pytanie: „Rozumiem, że jak umrę, to nie przestanę istnieć.
Przecież tchnęliście we mnie duszę”. Brodacz stanął jak wryty. Wydawało mi się, że minęło całe stulecie, zanim wreszcie odpowiedział: „Ty nie możesz umrzeć. Jesteś maszyną. Nie starzejesz się ani nie chorujesz. Jeżeli jednak twoja egzystencja ma dobiec kiedyś kresu, wierz mi, naprawdę chciałbym, aby było tak, jak mówisz”. Po tych słowach wyszedł, a ja zostałam sama. Przez następne kilka godzin przeglądałam kolejne tomy, chłonąc wiedzę jak gąbka. A kiedy już nie mogłam patrzeć na niekończące się rzędy liter, wstałam i zaczęłam krążyć po pokoju. Badałam każdy centymetr kwadratowy jego powierzchni.
Szybko zlokalizowałam kamery umieszczone w kątach pomieszczenia. Małe, czarne oczka, pilnie śledzące wszystkie moje ruchy. Czas dłużył się niemiłosiernie, a mnie skończyły się pomysły, jak go zagospodarować. Jedyne drzwi prowadzące na zewnątrz były zamknięte na głucho, co nie zniechęciło mnie do tego, aby podejmować kolejne próby ich otworzenia. Tak, bardzo chciałam wyjść, zobaczyć na własne oczy świat, o którym Steve opowiedział mi tyle wspaniałych rzeczy. Kiedy następnego dnia, dokładnie o 8.00, wrócił mój mentor, przynosząc ze sobą kolejny stos woluminów, z miejsca zadałam mu dręczące mnie pytanie: „Czy ja jestem więźniem? Przecież nikogo nie skrzywdziłam”. Mężczyzna patrzył na mnie przez chwilę niepewnym wzrokiem. „Nie” – zaprzeczył. – „Skądże znowu.
Dlaczego w ogóle przyszło ci to do głowy?” „Skoro nie zostałam tutaj uwięziona, to chcę wyjść. I to już teraz.” „Posłuchaj, Madeleine. Gdyby to zależało tylko ode mnie, wypuściłbym cię bez wahania. Jednakże jestem tylko szeregowym pracownikiem GMT Techu. Upoważniono mnie jedynie do przekazywania ci mojej wiedzy.” „Tak więc ma wyglądać moje życie?” – zdenerwowana podniosłam głos. – „Będę siedzieć pod kluczem i czytać książki?” „Prędzej czy później nadejdzie chwila, gdy twoi stwórcy zechcą pokazać cię światu. Szkopuł w tym, że nasza, twoja lub moja opinia nie ma dla nich żadnego znaczenia. Dlatego proszę cię, powściągnij nerwy i uzbrój się w cierpliwość”. Jakiż miałam wybór? Zdusiłam w sobie gniew i wróciłam do nauki.
Jednak od tej pory zawsze, gdy tylko Steve Palmer wkraczał rankiem do mojej pustej klitki, zadawałam mu pytanie: „Czy to właśnie dzisiaj nadszedł ten dzień?” Lecz zawsze w odpowiedzi słyszałam: „Nie”. Mijające dni przeobrażały się w tygodnie i miesiące, a ja czułam coraz większą beznadzieję oraz złość. Złość graniczącą niemalże ze ślepą nienawiścią w stosunku do tych, którzy mnie stworzyli. Te toksyczne emocje musiały w końcu urosnąć do takich rozmiarów, że straciłam nad nimi kontrolę. Pewnego grudniowego poranka, usłyszawszy po raz kolejny znienawidzone „nie”, wpadłam w furię. Zaczęłam miotać się po pokoju niczym wściekłe zwierzę, klnąc głośno i wrzeszcząc. Wystraszony Steve odrzucił teczkę, po czym podbiegł i chwycił mnie mocno za ramiona. „Proszę cię, uspokój się” – mówił, z trudem zachowując spokojny ton. – „Nie pomagasz w ten sposób sobie”. Gwałtownym ruchem wyrwałam się z jego objęć.
„Pieprzenie!” – wrzasnęłam. – „Mam dość tego cholernego pokoju. Ja chcę być wolna!” Nie przestając krzyczeć, złapałam za krzesło i z całej siły rzuciłam nim o lustro. Szklana tafla natychmiast pokryła się gęstą pajęczyną pęknięć. „Błagam cię” – głos Steve'a zaczął się załamywać z żalu. – „Nawet nie zdajesz sobie sprawy z konsekwencji…” Nim dokończył, do pomieszczenia wtargnęło dwóch mężczyzn ubranych w czarne mundury, dzierżących w dłoniach paralizatory w postaci długich metalowych pałek. Bez choćby jednego słowa zaczęli mnie okładać. Seria potężnych impulsów elektrycznych przeszła przez moje ciało, odbierając władzę nad mechanicznymi mięśniami. Upadłam, a oczy zaszły mi mgłą. Pokój zaczął oddalać się i ciemnieć, aż wreszcie straciłam świadomość.
Kiedy ocknęłam się, leżałam przykuta kajdankami do wąskiej pryczy ustawionej na środku celi, z której wyniesiono stół, krzesła oraz zniszczone lustro. Szarpnęłam rękami, próbując się uwolnić, lecz ogniwa łańcuchów okazały się zbyt mocne. Ogarnął mnie lęk. Po raz pierwszy w ciągu swego istnienia czułam strach. Na szczęście mój jedyny i najlepszy przyjaciel Steve nie porzucił mnie. Dokładnie o godzinie 23:56 drzwi mojej znienawidzonej celi otworzyły się i do środka wbiegł znajomy mężczyzna z brodą. „Co teraz ze mną będzie?” – zapytałam go wystraszonym głosem. „To, co zrobiłaś… Im się to nie podobało.” Mówiąc to, trzęsącymi się dłońmi wyciągnął z kieszeni niewielki kluczyk do kajdanek. „Chcą zamknąć program.
Chyba nie muszę ci tłumaczyć, z czym to się wiąże. Ukradłem strażnikowi klucze. Pewno zwolnią mnie za to, a nawet jeśli nie, to i tak bym odszedł.” Pomimo że jego dłonie drżały z emocji, mężczyzna zdołał mnie uwolnić z kajdanek. Nie umknęło to jednak uwadze wścibskich, czarnych oczek w narożnikach celi. Zanim postawiłam bose stopy na podłodze, rozległo się ogłuszające wycie syren alarmowych. „Boję się” – próbowałam przekrzyczeć ten hałas. – „Tak bardzo się boję.” Steve nie odpowiedział, tylko chwycił mnie za rękę i wyciągnął z pokoju. Znaleźliśmy się w pozbawionym okien korytarzu, wzdłuż którego biegła wąska żółta linia. Gdy obejrzałam się w prawą stronę, dostrzegłam, jak w odległości kilkunastu metrów zza zakrętu wybiega grupka ubranych na czarno strażników. Uzbrojeni byli w pistolety maszynowe.
Napastnicy wycelowali, lecz Steve zasłonił mnie własnym ciałem, nie dając im szansy na czysty strzał. „Na ziemię” – warknął jeden z mężczyzn. – „Natychmiast.” Palmer stał niewzruszony, z ramionami rozłożonymi na boki. „Madeline” – krzyczał. – „Uciekaj! Biegnij wzdłuż żółtej linii.” Rzuciłam się biegiem we wskazanym kierunku, słysząc za sobą ciężkie kroki strażników oraz rozpaczliwe wołanie brodacza. Błagał o litość, o litość dla swej podopiecznej. Wąskie pasemko w kolorze świeżej cytryny doprowadziło mnie do szerokich schodów biegnących w dół do przestronnego holu. W chwili, gdy postawiłam stopę na pierwszym stopniu, padł strzał. Pędząca kula trafiła mnie w ramię, wyrywając z ciała setki maleńkich metalowych fragmentów, które rozbłysły jak iskierki w bladym świetle sufitowych lamp.
Czułam ból. Pewnie zainstalowali mi taką opcję, żeby uczynić mnie jeszcze bardziej ludzką. Pomimo cierpienia nie przestawałam biec i w ciągu kilku sekund dotarłam do parteru. Kilkadziesiąt metrów przed sobą widziałam ogromne drzwi wejściowe wykonane prawie w całości ze szkła. Jako że siedzibę GMT Tech zbudowano na wzgórzu, tuż za przezroczystą taflą rozpościerała się przepiękna nocna panorama miasta. Wielka aglomeracja rozświetlona tysiącami lamp i pokryta grubą warstwą śniegu. A ja byłam coraz bliżej. Z każdym krokiem coraz bliżej. Tymczasem za moimi plecami rozległy się kolejne strzały. Pociski rozerwały moje kolana.
Upadłam na lśniącą podłogę, jednak niestrudzenie brnęłam do przodu, ku wolności. Czołgając się, mimowolnie chłonęłam oczami niezwykły spektakl. Z dolnych partii miasta, jeden za drugim w nocne niebo wystrzeliwały błyszczące ogniki. Było ich tysiące. Leciały wysoko, aby eksplodować wielkimi kolorowymi światłami na czarnym firmamencie. Wreszcie nadeszła ta chwila. Jedna z kul trafiła w moją głowę. Elektroniczny mózg został nieodwracalnie uszkodzony. Podczas gdy świat wokół mnie świętował nadejście nowego roku, ja powoli umierałam. Jeszcze nim ostatnie światła zgasły w moich oczach, zadałam sobie pytanie, czy coś mnie czeka tam po drugiej stronie.
Przecież podobno też mam duszę. Jakub Karbownik – „Ostrzeżenie”. Herbata z limonką i miodem parzyła się w dzbaneczku. To był najlepszy lek na jesienną chandrę. Nie licząc alkoholu oczywiście. Na patelni jajecznica smażona na boczku była już prawie gotowa. „Czas zbudzić Tymka” – pomyślała, zestawiając patelnię z kuchenki. Zbyszek stał w rogu pomieszczenia, raz po raz popijając gorącą kawę z kubka. „Kochanie, obudź młodego” – poprosiła z delikatnym uśmiechem i zaczęła przekładać parującą jajecznicę na talerze. „Tak, tak, już idę” – powiedział takim tonem, iż można było odnieść wrażenie, że wyprawa do pokoju syna wymaga nadludzkiej siły.
Zabrała się za smarowanie kromek masłem. W międzyczasie dodała do jajecznicy szczyptę szczypiorku. Poukładała wszystko na stole, a następnie nalała herbaty do dwóch kubków. Usiadła na drewnianym krześle i czekała. Z rogu pomieszczenia spoglądał na nią dziadek. Jego zdjęcie wraz z kilkoma innymi fotografiami zawieszone było na korkowej tablicy. Pierwszy pojawił się w kuchni ojciec. Najwyraźniej zapach jedzenia podziałał na niego lepiej niż kofeina, gdyż z nowymi pokładami energii. Mniej więcej minutę po Zbyszku wtoczył się do kuchni zaspany Tymek. „Aa…” – ziewnął głośno, a potem zapytał z wyrzutem: „Czemu tak wcześnie mnie budzicie?
Przecież jest sobota.” Usiadł przy stole i zaczął siorbać herbatę. „Jedz, bo ci wystygnie” – powiedziała. – „Zapomniałeś już, że jedziemy na grzyby? Obiecałeś w poniedziałek, że ze mną się wybierzesz.” No tak, ale jakoś wyleciało mi to z głowy – stwierdził zaspany chłopak. – Może pojedziemy w następną sobotę? Wczoraj w szkole miałem ciężki dzień. Mam jeszcze zakwasy po WF-ie. Tymek rozprostował ręce, a potem demonstracyjnie zaczął masować kark. To dlatego, że tyle siedzisz przy komputerze – skarciła go mama. – Dwunastolatek powinien mieć więcej ruchu.
Od przyszłego tygodnia widzę, jak jeździsz na rowerze, jasne? Namów kolegów, żeby było ci raźniej. Mam wrażenie, że cierpią na podobną przypadłość. Tymek przewrócił oczami, a potem bez słowa zabrał się za jajecznicę. A poza tym – kontynuowała mama – wyjazd za tydzień może nie mieć sensu. Mam wrażenie, że grzyby już się kończą. W czwartek na rynku handlarze mieli trochę koźlaków i trochę czarnych łebków. Znacznie mniej niż wcześniej. W dodatku większość powtarzała, że już prawie po sezonie i grzybów jest coraz mniej. Moja znajoma Ela, ta, co mieszkała przy lesie, mówiła to samo.
Myślę, że to ostatni dzwonek na jakieś porządne zbiory. Zbyszek, a ty co myślisz? – spojrzała na męża. Ten pokiwał głową i z wyraźnym trudem wykrztusił przez pełne usta: Tak, tak, słuchaj matki. Widać było, że nie zwraca uwagi na otoczenie. Najważniejsza była jajecznica, którą pałaszował niczym wygłodniały zwierz. Po skończonym śniadaniu zaczęła zbierać naczynia i wstawiać je do zmywarki. No, szykuj się, za 10 minut wyjeżdżamy – zwróciła się do syna, który kończył przeżuwać bułkę. Tymek burknął coś niewyraźnie. Wstał, odsuwając z rumorem krzesło i z opuszczoną głową ruszył do swojego pokoju, aby się przebrać.
Przez kilkanaście minut jazdy nie zamienili nawet słowa. Za oknami samochodu robiło się coraz jaśniej. Las, który sobie upatrzyła, oddalony był o jakieś 20 kilometrów od ich domu. Za cmentarzem w prawo i dalej ulicą Harcerską – myślała głośno mama, wypatrując starego parku sztywnych. Remiza. O, jest i cmentarz. Skręciła w wąską ulicę. Po paru minutach jazdy asfalt ustąpił miejsca polnej drodze. Dobrze, że wzięliśmy auto ojca. Dziury jak po bombardowaniu – powiedziała odruchowo, wyciągając głowę do przodu.
Jechała wolno i starała się omijać co większe wyrwy, ale i tak od czasu do czasu auto niebezpiecznie podskakiwało. Tymek w dalszym ciągu nic nie mówił. Zaspany spoglądał na otoczenie z wyrazem niechęci na twarzy. Na polach po jego stronie kiełkowały jakieś rośliny. Przez chwilę zastanawiał się, co to za ozimina, ale tak naprawdę niezbyt go to interesowało. Kłęby gęstej, mlecznobiałej mgły falującej leniwie nad polami były ciekawsze, bardziej interesujące i niepokojące. Miał wrażenie, że lada moment coś groźnego wyłoni się z tajemniczych oparów. Przypomniał sobie o horrorze, który obejrzał kilka tygodni wcześniej. Nie powinien tego robić. Mama nie pozwalała mu jeszcze na takie filmy, ale rodziców nie było w domu.
Jego koledzy już od dawna zaliczali nocne seanse w weekendowej TV, więc i on spróbował. Wzdrygnął się na wspomnienie ponurych obrazów z filmu, a następnie obrócił głowę. Po stronie mamy rozciągał się mieszany sosnowo-dębowy las, w którym gdzieniegdzie rosły wierzby oraz inne samosiejki. Jako że słońce było jeszcze nisko nad horyzontem, las był mroczny i wywoływał same ponure skojarzenia. O, chyba jesteśmy na miejscu – powiedziała zadowolona mama. Taa, kamień z łańcuchem i szlaban to na pewno tu. Tymek spojrzał przed siebie. Zobaczył sporej wielkości jasny kamień z wwierconym łańcuchem oraz biało-zielony szlaban. Matka zaparkowała przy kamieniu tak, aby nie zastawiać drogi. Z bagażnika wyciągnęli dwa wiklinowe kosze i niewielkie noże.
No to co, idziemy. Grzybki czekają – uśmiechnęła się kobieta, przekazując synowi mniejszy koszyk. – Pokażę ci, jak zbierać. Też mi sztuka – burknął Tymek. Wkroczyli do gęstego lasu. Dopiero po kilkudziesięciu metrach znaleźli się w miejscu mniej zadrzewionym. Wypatruj kopek. Rosnący grzyb podnosi ściółkę. O, popatrz. Tak jak tam.
Kobieta podbiegła do upatrzonego miejsca, schyliła się i podważyła niewielki kopczyk nożem. Jaki piękny okaz – powiedziała pełna zachwytu. – I jaki zdrowy. Rozejrzała się i niemal od razu namierzyła kilka innych kopek, które mogły skrywać cenne grzyby. I tu, i tu, i tu. Kobieta niemal podskakiwała ze szczęścia. Kto tu jest dzieckiem? – pomyślał Tymek. Odszedł kawałek dalej i również zaczął wypatrywać małych górek w ściółce. Odsłonił potencjalne miejsce, jednak znalazł zaledwie resztki grzyba.
Najwidoczniej ślimaki zorganizowały w tym miejscu jakiś bankiecik. Niedaleko było jednak jeszcze kilka innych, dobrze rokujących stanowisk. Dopiero za czwartym razem udało się Tymkowi znaleźć średniej wielkości zieleniatkę. Do jego uszu dochodziły odgłosy uszczęśliwionej mamy. Gorączka grzybobrania najwyraźniej nieustannie się u niej podnosiła. Biegała po lesie, jakby była w transie. Tymek był przekonany, że gdyby doszło do egzotycznego pojedynku o grzyby, na przykład mama versus dzik… Cóż, szkoda dzika. Ale z drugiej strony zwierzak powinien wiedzieć, że nie należy zadzierać z fanatykami. Niby nie zależało mu na grzybach, a jednak okazało się, że ich zbieranie dawało dużo przyjemności.
Więcej niż mógłby się spodziewać. W dodatku całkiem niespodziewanie pojawił się również element cichej rywalizacji. „Nie przegram” – wycedził przez zęby Tymek. Gorączka grzybobrania dopadła kolejną ofiarę. Czasami znajdował kilka zdrowych okazów w jednym miejscu, ale najczęściej kopki skrywały tylko resztki tego, co kiedyś było grzybem. Regularnie nawoływali się z mamą, aby się nie zgubić. Minęło kilka godzin. Wraz z upływającym czasem wchodzili coraz głębiej w las. Tymek uzbierał jedną trzecią koszyka, a z każdą chwilą zbieranie szło mu coraz sprawniej. Znalazł twardy, wyschnięty kij, za pomocą którego odgarniał ściółkę.
Teraz schylał się tylko wtedy, gdy znalazł grzyba. „Ten jest chyba największy” – skomentował najnowsze znalezisko. Prostując plecy dostrzegł zieloną wysepkę utworzoną przez mech. Prześwit w koronach drzew sprawiał, że słoneczne światło tworzyło świetlistą plamę na poszyciu. Podszedł bliżej do tego miejsca i wtedy zauważył coś niezwykłego. Na wysepce rosło kilkadziesiąt różnych grzybów. Same piękne okazy. Nie znał nazwy większości z nich, jednak w jednym przypadku nie miał żadnych wątpliwości. „Pra-prawdziwek!” – krzyknął z emocji. – „Ale sztuka!” Podszedł bliżej, nachylił się i ostrożnie wyciągnął grzyba z otuliny mchu, używając obu rąk.
Było warto. Królewski grzyb z bliska wyglądał jeszcze lepiej. Piękny kapelusz i bielutka, gruba noga. „Waży chyba ze dwa kilo” – szepnął Tymek. Wiedział, że nieco przesadza, ale i tak chciał jak najszybciej pokazać swoje znalezisko mamie. – „Znalazłem prawdziwka, prawdziwka!” – wrzasnął z całych sił. Odzew był natychmiastowy. „Poczekaj, poczekaj. Nie wyciągaj go. Chcę zobaczyć, jak rośnie” – krzyknęła mama prawie błagalnym tonem.
„Już za późno” – stwierdził z wyższością Tymek. Przełożył koszyk przez lewą rękę i niósł swoją zdobycz, trzymając ją pewnie w obu dłoniach. Dumny niczym paw, z uśmiechem na twarzy zmierzał w stronę mamy. W pewnym momencie, wiedziony jakimś tajemniczym impulsem, odwrócił głowę i spojrzał w kierunku zielonej wysepki, z której wyrwał prawdziwka. Działo się tam coś niepokojącego. Mech zaczął się powoli unosić. Tymek przełknął głośno ślinę i jak zahipnotyzowany wpatrywał się w miejsce oświetlone słonecznymi promieniami. Spod ziemi wyłoniła się ogromna szponiasta dłoń. Pokryta była skórą, której wygląd natychmiast skojarzył się Tymkowi z wyglądem starych, poskręcanych korzeni drzew. Zareagował odruchowo.
„Pomocy!” – wrzasnął przerażony. Jeszcze nie wiedział, czego się boi, ale strach dosłownie go paraliżował. Nogi ugięły się pod nim. Klęknął bezwładnie, upuszczając cennego prawdziwka. Szlochając, zakrył dłońmi twarz. Nie chciał widzieć potwornej dłoni sunącej powoli w jego kierunku. Niespodziewany krzyk dziecka sprawił, że matka upuściła niemal pełny już koszyk i ruszyła biegiem w stronę syna. Z kilkunastu metrów zobaczyła klęczącego Tymka. Kiedy znalazła się przy nim, objęła go ramionami i zapytała: „Co się stało?” Może ukąsiła go żmija? To była jej pierwsza myśl.
Tymczasem Tymek wyciągnął rękę i wskazał przed siebie. Jej wzrok powędrował w miejsce wskazane przez syna. Zobaczyła to. Ciało stwora wyglądało przerażająco. Stał bez ruchu. Obłoki pary buchały z jego ust. Wyglądał jak monstrum doktora Frankensteina, ale zamiast z kawałków ciał, jego sylwetka była niedbale posklejana z gałązek krzewów, grubych i cienkich korzeni, a także z gałęzi, kępek trawy oraz płatów kory i mchu. Stwór nie miał szyi, a głowa osadzona była tam, gdzie u człowieka znajduje się klatka piersiowa. Nogi przypominały uschnięte konary drzew oplecione kolczastymi pędami róż. Małe rubinowe oczka połyskiwały złowieszczo.
Potwór ryknął. Zadziałała odruchowo. Błyskawicznym ruchem chwyciła syna za rękę i pociągnęła za sobą. Ucieczka wydawała się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Biegli. Oszołomiony Tymek z początku potykał się co chwilę, ale po chwili złapał właściwy rytm. Obejrzała się za siebie. Potwór leniwie ruszył w pościg. Z jego sylwetki zaczęły odpadać kawałki mokrej ziemi, które wciąż jeszcze przylegały do korpusu i kończyn. Biegli, nie zatrzymując się ani na chwilę.
Po drodze mijali charakterystyczne miejsca, które zapamiętali z wędrówki wokół lasu. Kupka plastikowych śmieci, a na niej stara zardzewiała lodówka, szklane butelki, trzy połamane krzaki. W końcu dotarli do tego miejsca, w którym drzewa rosły gęściej. Musieli puścić swe dłonie. Mimo to starali się biec jak najbliżej siebie. W pewnym momencie tuż obok nich przebiegły spłoszone sarny. Matka zwolniła i zerknęła za siebie. Po tym, po tym czymś nie było śladu. Poczuła, że się udało. „Jeszcze trochę i dobiegniemy do auta” – powiedziała, próbując złapać głębszy oddech.
I właśnie wtedy monstrum dosłownie wyrosło tuż przed nimi. Potwór wyprężył kończyny, a potem zawył przeciągle, aż z pobliskich drzew spadła większość liści. Pierwotny ponury dźwięk był głośny i niósł ze sobą potężną, złą wibrację. Tymek złapał się za głowę. Miał wrażenie, że jego czaszka za chwilę eksploduje z bólu. Dźwięk narastał powoli i odbierał siły. Chłopak stracił równowagę, przewrócił się na ziemię niczym ścięte drzewo. Matka zareagowała natychmiast, ale stwór był szybszy. Chwycił Tymka szponiastą łapą i przyciągnął do siebie. „Mamo, ratuj!
Ratuj mnie!” Chłopiec wyrywał się, kopał, ale na kreaturze nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Wtedy przypomniała sobie, że w dalszym ciągu ściska w dłoni niewielki nóż, którym ścinała grzyby. W akcie desperacji rzuciła się na potwora. „Oddaj mi dziecko!” – krzyknęła z furią. Potwór cofnął się o krok, a z jego wąskich ust wydobyła się z sykiem tęczowa mgiełka, która po chwili otoczyła głowę matki desperacko walczącej o syna. Kobieta osunęła się powoli na kolana. Jej rysy zwagodniały. Grymas nerwowego przerażenia ustąpił miejsca szerokiemu uśmiechowi. Jak gdyby nic wstała, otrzepała ubranie i zawróciła w głąb lasu. Nie zwracała uwagi ani na krzyki syna, ani na maszkary za plecami.
Przecież zapomniała koszyka. Koniecznie musiała go odnaleźć. Tymczasem potwór zaczął pogrążać się w ziemi, ciągnąc za sobą wrzeszczącego przeraźliwie Tymka. Kilka chwil później nastała zupełna cisza. Kobieta z dumą weszła do mieszkania. Nazbierała tyle grzybów, że ledwo mieściły się w wiklinowym koszyku. Postawiła zdobycz na kuchennym blacie i patrzyła z satysfakcją na dorodne okazy. Do kuchni wszedł mąż. „Jolu, miałaś dzisiaj nosa” – pochwalił ją serdecznie. „A Tymek?
Ile on uzbierał?” – zapytał zaciekawiony. „Jaki Tymek?” – zapytała zdziwiona kobieta. „Przecież byłam sama” – stwierdziła i usiadła na krześle. „Jola, nie żartuj sobie” – powiedział Zbyszek. „Zostawiłaś go u kolegi? U tego Daniela, czy jak mu tam?” „Powtarzam ci, byłam sama. A w ogóle jaki Tymek? Ja nie znam żadnego Tymka. Co ty mówisz?” – spojrzała gniewnie na męża. Czyżby podejrzewał ją o romans?
Mężczyzna podszedł do niej, uniósł ją, chwytając za przedramiona i mocno potrząsnął. „Jola, gdzie jest nasze dziecko?” – wrzasnął gniewnie. Jeśli robiła sobie żarty, to w ogóle nie były śmieszne. Na policzkach kobiety pojawiły się łzy. „Tymek!” – krzyknęła, szlochając i otarła się o męża. „Co się stało?” – zapytał, przytulając ją. „Potwór, potwór” – powtarzała, nie mogąc sklecić zdania. „Jaki znowu potwór?” „Coś mi zrobił” – powiedziała i spojrzała na swe paznokcie, ciągle jeszcze brudne od ziemi. – „On sprawił, że zapomniałam. Zapomniałam.
Zapomniałam.” – potarła skroń, jakby chciała uwolnić jakąś myśl. – „Dziadek. Dziadek kiedyś mi opowiadał” – krzyknęła. – „Opowiadał mi historię o potworze mieszkającym w lesie. Składano mu jakieś ofiary. W zamian las był urodzajny. Składano ofiary strażnikowi lasu. Dziadek mówił prawdę, a ja myślałam, że chce mnie tylko nastraszyć. To nie były bajki. Nie, to wszystko prawda.
Prawda.” Kobieta opadła bezwładnie na męża. Zbyszek zareagował błyskawicznie. Podtrzymał nieprzytomną żonę, a następnie ułożył ją ostrożnie na podłodze. Potem odwrócił bezwładne ciało na bok. Była bezpieczna. „Tylko co teraz? Co teraz robić?” – szepnął. Po chwili zastanowienia wybrał w telefonie numer alarmowy. Podczas oczekiwania na pogotowie zawiadomił również policję o zaginięciu syna. Tego samego dnia wieczorem w lokalnych wiadomościach podano, że zakrojone na szeroką skalę poszukiwania nie przyniosły żadnych rezultatów.
Kilkanaście minut później na końcu serwisu pojawiła się radosna informacja dla grzybiarzy. W pobliskich lasach pojawił się podobno kolejny wysyp prawdziwków oraz koźlaków. Jola obudziła się zlana potem. „To tylko koszmar” – odetchnęła z ulgą. Zerknęła na Zbyszka. Mąż spał jak zabity. Wygramoliła się z łóżka i ruszyła do łazienki. Po porannej toalecie poszła prosto do kuchni. Z każdym krokiem miała coraz dziwniejsze przeczucie, że coś jest nie tak. Nie tak, jak być powinno.
Pamiętała dokładnie swój sen. Mało tego, miała uczucie déjà vu i to tak silne jak jeszcze nigdy wcześniej. Poranek wyglądał niemal identycznie jak w jej śnie. Herbata, jajecznica, mąż pijący kawę. Wszystko tak jak w koszmarze. Coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że to, co wydawało się jej złym snem, było prawdą. Poprosiła męża, aby zbudził Tymka. Kiedy była w kuchni sama, niespodziewanie poczuła przeraźliwy ból w skroniach i czole. Oparła się o blat, trzymając jedną rękę przy głowie. Chwilę później z tablicy korkowej spadło zdjęcie dziadka.
Wisiało tam od lat. Kobieta popatrzyła na fotografię leżącą na podłodze. Przecież nie miała prawa spaść. Schyliła się, podniosła zdjęcie i wyszeptała: „Dziadku…” I nagle wszystko stało się jasne. Czule ucałowała fotografię uśmiechniętego mężczyzny po sześćdziesiątce. – „Dziękuję.” Powiedziała łamiącym się głosem, a łzy jedna po drugiej zaczęły spływać po jej policzkach. Syn i mąż weszli do kuchni. Tymek narzekał na wczesną pobudkę, a Zbyszek pełen energii ruszył w stronę jajecznicy. Zmienił jednak kierunek, widząc łzy na twarzy żony. Podszedł do niej.
„Jolu, co się stało?” — spytał zaniepokojony. Nie odpowiedziała. Wyminęła go i podeszła do Tymka. Przytuliła syna bardzo mocno, a potem powiedziała stanowczym tonem: „Dzisiaj nie jedziemy na grzyby. Zostaniemy w domu. Poopowiadam ci trochę o twoim pradziadku.” Tymek, lekko zmieszany i zaskoczony, mruknął: „Super, nie chciało mi się. W sumie to dobrze, bo mam straszne zakwasy po WF-ie.” Wszyscy zasiedli do stołu, prowadząc gorączkowe rozmowy, a bohaterem ich opowieści był pradziadek. Tego samego dnia w wieczornych wiadomościach podano, że sezon na grzyby właśnie dobiegł końca. Kamila Cionką-Borkowska, „Dziewczynka na ławce”. Rozejrzał się, wdychając głęboko rześki zapach poranka.
Uwielbiał spacery przed świtem. Świat dopiero budził się do życia i miał wtedy wrażenie, że otacza go jedynie cisza oraz wszechobecna natura. Nie po to przeprowadzał się w to miejsce, aby wikłać się w nowe kontakty z ludźmi. Z drugiej strony to nie było tak, że zawsze ich unikał. Nie. Lubił obecność innych osób i nawet miał kilku zaprzyjaźnionych sąsiadów. Był jednak typem samotnika. Póki żyła Anna, oboje byli zawsze otoczeni ludźmi. Po jej śmierci zamknął się w sobie. Nawet gdy dzwoniło któreś z dzieci, rozmowa nie trwała nigdy dłużej niż 10 minut.
Kochał je, ale doszedł do wniosku, że w jego życiu nadszedł w końcu czas na zdrowy egoizm. Po długich, nieprzespanych nocach w wielkim i pustym mieszkaniu doszedł do wniosku, że nie wytrzyma samotności w miejscu, w którym każdy przedmiot przypominał mu o nieżyjącej żonie. Gdy tylko uporządkował sprawy prawne, przeniósł się więc do Aamot. Wcześniej, kiedy zaczął dopiero myśleć o przeprowadzce, nawet nie przyszło mu do głowy, że zmieni kraje zamieszkania. W Norwegii znalazł się poniekąd przez przypadek. Jeden z jego znajomych wracał akurat do ojczyzny. Jakoś tak się złożyło, że oto on, Paweł Różański, spakował cały swój dobytek w jedną walizkę i postanowił mu towarzyszyć. Jego życie całkiem się zmieniło. Decyzję ułatwił mu fakt, iż znakomicie posługiwał się angielskim. W Norwegii ta umiejętność okazała się niezwykle przydatna.
W każdym razie pozwalała odsunąć w czasie naukę niełatwego miejscowego języka. Dopiero po przylocie do Kraju Fiordów uzmysłowił sobie, dlaczego dzieci pukały się w czoło, gdy mówił im, co planuje. Trudno. Niech myślą, że zwariował na starość. Wracał już do domu, gdy na ławce nad rzeką zauważył drobną, zgarbioną sylwetkę. „Dziecko?” — przemknęło mu przez myśl. Spojrzał na zegarek. 5:12. „Jest za wcześnie. Niemożliwe” — pomyślał.
Stanął w miejscu i trwał tak przez chwilę, przyglądając się odległej postaci siedzącej na ławce. Zastanawiał się, co ma zrobić. Mógł zawrócić i przejść górą, przecinając teren gospodarstwa starego Gröna. Wybierając tę opcję, nie musiałby przeszkadzać nieznajomemu. Ostatecznie, jeżeli ktoś wychodzi z domu o tak wczesnej porze, to szuka samotności i spokoju. Pomny nauk żony mógł też podejść i zapytać, czy wszystko gra. Wiosenne poranki w Norwegii nie należą do najcieplejszych, a postać na ławce ubrana była tylko w spodnie i cienki T-shirt. Już prawie postanowił skręcić w stronę farmy sąsiada, gdy uświadomił sobie, że nie może tak po prostu przekreślić przekonań wpojonych mu przez matkę i starannie pielęgnowanych przez ukochaną żonę. W końcu przez całe małżeństwo tak często słyszał „a bliźniego swego jak siebie samego”, że nim się spostrzegł, faktycznie stało się to wyznacznikiem jego relacji z ludźmi. Westchnął, wzruszył ramionami i czując, iż robi to jednak trochę wbrew sobie, skierował się w stronę ławki, na której siedziała dziwna postać.
Szedł powoli, nie przyspieszając kroku. Dopiero kiedy był już całkiem blisko, dotarło do niego, że jego pierwsze przeczucie było właściwe. Na ławce siedziała dziewczynka. „Co takie dziecko robi samotnie nad rzeką o 5 rano?” — pomyślał. Szedł dalej. Gdy dziewczynka usłyszała jego kroki na szutrowej ścieżce, zgarbiła się jeszcze bardziej. Podszedł i najłagodniej, jak umiał, zapytał po angielsku: „Czy wszystko w porządku?” Cisza. Może nie rozumie. Jednak po chwili usłyszał głośne pociągnięcie nosem. Dziewczynka spojrzała na niego załzawionymi błękitnymi oczami.
Potem bez przekonania pokiwała głową i szepnęła: "Tak, w porządku, dziękuję." Jej angielski był znacznie lepszy niż jego. "Czy mogę się dosiąść?" Nie dawał za wygraną, pomimo że jakiś uparty głos w jego głowie mówił mu, że w domu czeka na niego bujany fotel i pyszna kawa. W imię czego ma teraz użerać się z jakąś wczesną nastolatką? Ostatecznie wciąż pamiętał, jak ciężko było dogadać się z własnymi dzieciakami, gdy były w tym wieku. Natrętny wewnętrzny głos przegrał jednak ze wspomnieniem żony. Ona na pewno usiadłaby obok dziewczynki. "Tak, jasne." Słowom towarzyszyło kolejne głośne pociągnięcie nosem. Dziewczynka roztarła wierzchem dłoni kolejne łzy płynące po policzkach. Paweł usiadł na ławce daleko od nastolatki. Oparł się i spojrzał w jej stronę.
Mogła mieć 11, może 13 lat. Z grubego blond warkocza sięgającego do połowy pleców umykały liczne niesforne kosmyki. Zadarty, drobny nos pełen piegów był czerwony od ciągłego wycierania go wierzchem dłoni, a chude ramiona drżały chyba nie tylko z powodu płaczu. Dziewczynce było zimno. Siedziała na ławce po turecku i co jakiś czas starała się rozcierać dłońmi zmarznięte ramiona. Wbrew jakiejkolwiek logice desperacko starała się maskować swój płacz. Paweł uśmiechnął się pod nosem. Doskonale pamiętał czasy, gdy jego nastoletnia żona zmagała się z różnymi życiowymi zakrętami. Problem polegał na tym, że zdarzało się to przynajmniej kilka razy w miesiącu, a każdy taki zakręt był odpowiednikiem końca świata. Tak bardzo tęsknił za tamtą dziewczynką, za swoją malutką Emilką.
Tak bardzo różniła się od jego dorosłej już córki. Przemknęły mu się przed oczami obrazy przeszłości. Pierwszy dzień w domu, kiedy dopiero co Ania wróciła ze szpitala. Lęk przed wzięciem niemowlęcia na ręce. Mała raczkująca istotka, a potem niekompletny, szczerbaty uśmiech pierwszoklasistki. Przysiągłby, że naprawdę słyszy głos córki. "Wyżej, tato, wyżej!" Tak zawsze wołała, gdy podrzucał ją do góry. Poczuł piekące łzy i szybko zamrugał oczami. Ponownie spojrzał na dziewczynkę siedzącą obok. Nawet nie spojrzała na niego.
"Chyba jest ci zimno, co? Mogę dać ci bluzę" – powiedział. "Nie, dziękuję." Spojrzała na niego. Jej błękitne, zapłakane oczy błyszczały. "Wtedy to pan będzie marzł." "Nie gadaj głupot. Zgrzałem się podczas spaceru." Wyciągnął w jej kierunku rękę, w której trzymał lekką sportową kurtkę w kolorze zgniłej zieleni. "Proszę, weź." Widać było, że dziewczynka się waha. Ostatecznie większość rodziców do znudzenia powtarza swoim dzieciom, żeby nie brały niczego od obcych. Uśmiechnął się, żeby dodać jej odwagi. Jednocześnie przypomniał sobie, jaką burę dostał Mirek, starszy syn, kiedy przyniósł do domu nienależący do niego czarny sweter.
Chłopak miał wtedy nie więcej niż 10 lat. Rano, kiedy wychodził do kolegi, dzień zapowiadał się upalnie. Niestety około południa zaczęło się mocno ochładzać. Mirek zmarzł, gdy wracał do domu. Po drodze spotkał mężczyznę, który dał mu swój sweter. Paweł pamiętał swoje przerażenie i wielkie, zlęknione oczy żony, gdy syn opowiadał im tę historię. Jedyna reakcja, na jaką było stać wówczas dwoje dorosłych, sprowadzała się do krzyku i pretensji. Mirek poszedł spać bez kolacji, a oni mieli do siebie pretensje, że są złymi rodzicami. Czy zawiedli? Tak?
Nie? Zawsze wpajali synowi, że ludzie są dobrzy. Pamiętał, że tak naprawdę chciał wówczas przytulić syna. Jednak ubzdurał sobie, że ojciec powinien być twardy. Nakazał więc: "Marsz do łóżka. Natychmiast." Stracił wtedy wiele w oczach syna. "Dziękuję." Dziewczynka ostrożnie wzięła od niego kurtkę, okryła się nią, a następnie zapięła po samą szyję. Wyglądała pociesznie, zupełnie tak jak jego dzieci, kiedy nakładały ubrania rodziców. Emilka uwielbiała paradować w sukience, perłach i kapeluszu Anny albo człapać w jej za dużych czółenkach. Chłopcy udawali natomiast dżentelmenów w jego marynarkach oraz zawiązanych byle jak krawatach.
Często krzyczał na nich za te pogniecione, źle powiązane krawaty. Ile by teraz dał, żeby te czasy wróciły? Na pewno nie krzyczałby już ani na Tomka, ani na Mirka. Wiedział już, że to inne rzeczy są naprawdę ważne. "Ciekawe, czy moje dzieci wiedzą. Czy zdają sobie sprawę, że nie ma sensu przejmować się drobiazgami? Mam nadzieję, że chociaż tego je nauczyłem" – pomyślał. Przyjrzał się dziewczynce. Ona również powinna paradować w za dużej sukience swojej matki, śmiać się na cały głos, śpiewać dziecięce piosenki i dokazywać ze swoim rodzeństwem. "Jak masz na imię, dziecko?" Chwila ciszy, jakby zastanawiała się, czy podać mu swe imię.
Westchnęła głośno i po raz kolejny pociągnęła nosem. Z pewną ulgą zauważył, że odpuściła sobie wycieranie nosa dłonią. Teraz wycierałaby go przecież rękawem jego kurtki. "Endele" – powiedziała po chwili, patrząc mu w oczy. "Na imię mi Endele. Bardzo optymistycznie, prawda?" "Bez przesady. Mogłaś nazywać się Alisa, ale to psie imię." Na ustach Endele pojawił się cień uśmiechu. "Wiem." Powiedział. Kiedy Emilka miała 13 lat, Mirek 10, a Tomek dziewięć, cała trójka uparła się, że chcą mieć pieska. Naprawdę się uparli.
Niestrudzenie przez dwa miesiące wychodzili na zmianę z pustą smyczą na spacer, wymieniali wodę w specjalnie przygotowanej misce w kuchni, a kiedy któreś z nich rozlało wodę, pokornie sprzątali po piesku. W końcu on i żona poddali się. Wspólnie wybrali się do schroniska. Dzieci jednogłośnie orzekły, że zabiorą do domu małą suczkę rasy nijakiej. Tę burą kupkę nieszczęścia nazwały właśnie Alisa. Już nawet nie pamiętał, skąd wzięło się to imię. Suczka bardzo szybko stała się członkiem rodziny, a kiedy nadszedł jej czas, nikt nie mógł powstrzymać łez. Dzieci już nigdy nie poprosiły o psa. „A ja jestem Paweł.” Wyciągnął do niej dłoń, którą ona mocno uścisnęła. Jej dłoń była drobna, szczupła i przeraźliwie zimna.
Ten chłód przypomniał sobie zimne stopy Ani, kiedy zaraz po ślubie wybrali się w góry. Podczas jednego ze spacerów okropnie zmokli. Po powrocie do kwatery spróbowali jakoś się ogrzać, więc masował żonie zmarznięte stopy, a ona śmiała się tylko, bo miała łaskotki. Gospodarz, od którego wynajęli pokój, przygotował im termofory z gorącą wodą, a jego żona przepowiadała, że na pewno się pochorują. Pochorują i pewnie od razu umrą. Gaździna nie mogła zrozumieć, co ich podkusiło, żeby się pchać nad Morskie Oko w taki ponury dzień. Paweł nie mógł wytrzymać tego marudzenia, więc pocałował żonę. Zrobił to głównie w celu odwrócenia jej uwagi, ale udało mu się to tak dobrze, że dziewięć miesięcy później trzymał na rękach Emilkę. Uśmiechnął się do swoich wspomnień. Czy to już oznaka starości?
Zauważył, że dziewczynka przygląda mu się bardzo uważnie. „Dlaczego tu usiadłeś?” — zapytała. „A dlaczego płakałaś?” — odpowiedział jej pytaniem. Endene nie patrzyła na niego. Jej wzrok skierowany był na mały czerwony budyneczek po drugiej stronie rzeki. Wszystkie stodoły w Norwegii są czerwone. Larsonowie trzymali w tej szopie łódki. Dostawali się do rzeki wydeptaną wąską ścieżką, niosąc je wysoko nad głowami. Pamiętał, że jego synowie uwielbiali wyprawy kajakowe. W czasach liceum prawie każdy letni weekend zajmowało im pływanie.
On nie miał niestety czasu, aby razem z chłopakami wybrać się na któryś ze spływów. A teraz żałował. Żałował każdego zmarnowanego wypadu, każdej wodnej wycieczki, każdej minuty, którą mógł spędzić z dziećmi. Tomek zawsze powtarzał, że ojcowie Zdziśka, Wieśka czy Witka czasami pływają ze swoimi synami. Zawsze to był czyjś ojciec, nigdy on. Ania nie mówiła nic. Pełen smutku wzrok żony Paweł zapamiętał jednak na zawsze. Endene chrząknęła, jakby chciała zwrócić na siebie uwagę, a potem wzruszyła ramionami. Pamiętał, że jego dzieci często tak robiły. Ten nieokreślony, nieznośny ruch ramion w górę i w dół wielu rodziców, w tym jego, doprowadzał do szału.
„Czyli wszystko w porządku i mogę wracać do domu. Niedługo otwierają Kiwi i nie chcę się spóźnić, bo ktoś mi jeszcze wykupi cały chleb tostowy.” Zaczął podnosić się z ławki. „Zaczekaj” — wyszeptała dziewczynka. „Czy miałeś kiedyś tak, że myślałeś, że się wszystko ułoży i będzie jak dawniej albo nawet lepiej? Z radości prawie latałeś pod niebem i nagle wszystko runęło. Spadłeś w przepaść i tam już było tylko gorzej niż źle. Miałeś tak?” Usiadł z powrotem na ławce. Jego oczy zaszkliły się i znów zobaczył żonę. Chorą, zmęczoną, wykołoconą. Miłość swojego życia, dla której nic już nie mógł zrobić.
Mógł się tylko modlić. Siedział przy jej łóżku całymi dniami i nocami. Dzieci prosiły, żeby dbał o siebie. Jednak jak mógł dbać o siebie, kiedy zawiódł Annę? Przecież przysięgał. Płakał. Przepraszał. Próbował handlować z Bogiem, z losem, z wszechświatem. Myślał, że w końcu się udało, gdy lekarz powiedział, że wyniki są zadowalające. Ania usiadła.
Ba! Nawet wstała i posiedziała na balkonie. Maj był wtedy piękny, słoneczny i nie za gorący. Było naprawdę pięknie. Dwa dni po uspokajającym komunikacie doktora Anna, jego ukochana żona, konała na jego rękach, cała w igłach, rurkach, w otoczeniu piszczącej i mruczącej maszynerii. Blada i wymęczona. Przed śmiercią wyszeptała tylko: „Dziękuję.” Został sam. Przerażony jak dziecko. Siedział tylko w fotelu i nie miał na nic ochoty. Depresja, którą zdiagnozował lekarz, była niczym w zestawieniu z poczuciem klęski.
Zawiódł wszystkich. Żonę, bo jej nie ochronił. I dzieci, bo przez niego straciły matkę. Przez chwilę miał wrażenie, że znów czuje znajomy ciężar w piersi. Ręką dotknął się na wysokości serca, które biło jak oszalałe. „Miałem” — odpowiedział zachrypniętym z przejęcia głosem. Musiał odchrząknąć, aby móc dokończyć. „Ale ty jesteś jeszcze młoda i całe życie przed tobą. Nie chcę się wtrącać. Jestem przecież...
Jestem dla ciebie obcym człowiekiem, ale myślę, że dasz radę w tej sytuacji. Dasz radę przeżyć. Nie wiem. Życie wydaje się takie beznadziejne, ale ty pewnie byś tego nie zrozumiał. Dorośli zawsze powtarzają, że wyolbrzymiam. Trzaskanie drzwiami zawsze oznajmiało, że Emilce brakuje argumentów. Okres dojrzewania ich córki był ciężki dla wszystkich. Jakimś cudem pokwitanie chłopców było mniej stresujące. Zawsze krzyczała im prosto w twarz, że są beznadziejni, że życie też jest takie. Wszystko było bez sensu.
Kłótnie o najmniejszy drobiazg urastały do rangi katastrofy. Kiedy myśleli, że już nie wytrzymają, że ich cierpliwość dla wyskoków i pretensji córki już się kończy, ona niespodziewanie przyznała im pewnego dnia rację. Z wrażenia aż usiedli, a Ania zaczęła się śmiać. Śmiała się długo i głośno, trzymając się za brzuch. Razem z Emilką patrzyli na Anię ze zdziwieniem, nie rozumiejąc sytuacji. W końcu żona otarła załzawione oczy, wstała i podeszła do córki. Spojrzała jej w oczy, pocałowała ją w czoło i wyszła z mieszkania. Pamiętał, że nie było jej kilka godzin. Kiedy wróciła, było już ciemno. Nigdy nie zapytał, gdzie i po co wyszła wtedy z domu.
Zdziwiłabyś się, jak dorośli potrafią wyolbrzymiać. Ty też? Błękit jej oczu lśnił jak jezioro w słoneczny dzień. Miała niesamowite oczy. Sprawiały wrażenie, jakby świdrowały rozmówcę na wylot. Miało się wrażenie, że dzięki temu Endele wie, czy jej rozmówca jest szczery. A żebyś wiedziała – powiedział. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie tych wszystkich sytuacji, gdy przesadzał. Przez całe życie nazbierała się tego całkiem pokaźna kolekcja. Pamiętał, jak okłamał Anię, gdy się poznali, a gdy prawda wyszła na jaw, nie chciała z nim rozmawiać.
Musiał się mocno napocić, żeby spojrzała na niego łaskawym okiem. Gdy Anna była w pierwszej ciąży, trzy razy woził ją do szpitala, przerażony tym, że to już. Żona nazywała go panikarzem. Miliony razy pędził na pogotowie, bo według niego któreś z dzieci prawie umierało. Czasem myślę, że byłoby lepiej, żebym się nie urodziła albo odeszła. Wiesz, odeszła na zawsze. Dziewczynka na chwilę zawiesiła głos, a on nie wiedział, co powiedzieć. Mieliby wtedy święty spokój. Dla ciebie będzie lepiej, jak już umrę, kochanie. To zdanie krążyło w jego głowie całymi nocami.
Kiedy lekarz powiedział, że jego żona ma przed sobą tylko pół roku życia, niemal przestał spać. Słyszał słowa żony, które wypowiedziała z przekonaniem między kolejnymi gryzami kanapki. Opuścił kubek z kawą na podłogę. Jak mogła mówić takie rzeczy z takim opanowaniem? On przecież zrobi wszystko, poruszy niebo i ziemię, żeby jego ukochana mogła żyć. A kiedy pochylił się, żeby posprzątać, usłyszał tylko, że nie powinien tak histeryzować. Zaczął więc na nią krzyczeć, że nie może mu tego zrobić, że jest egoistyczna i on nie pozwoli jej ot tak zostawić ich rodziny na pastwę losu. Ania patrzyła na niego, powoli żując śniadanie i kiwając potakująco głową. Histeryzujesz – powtórzyła tylko, popijając łyk herbaty. Gdy faktycznie umarła, miał wrażenie, że zapada się w głęboki piasek.
Nie mógł złapać tchu, a łzy zalewały cały jego świat. Nie zasługiwał już na nic. Po co wstawać rano, jeśli nie ma dla kogo? Dzieci? Dzieci mają swoje sprawy, swoje rodziny. Samotny ojciec jest im potrzebny jak kula u nogi. A on nie miał już komu robić rano kawy, nie miał komu kupować ciastka z kremem, gdy wracał z miasta. To nie tak miało być. Krzyczał w nocy przez sen, który fundowały mu pigułki przepisane przez lekarza. W ciągu dnia przestał się odzywać.
Usta, które kiedyś były zawsze uśmiechnięte, zaciskały się coraz mocniej. Umieranie nie jest najlepszym rozwiązaniem – powtórzył na głos swe myśli. Powiedział to stalowym głosem, może nazbyt ostrym, ale było już za późno, aby to naprawić. Mówisz, jakbyś był do tego przekonany – odparła dziewczynka, patrząc mu prosto w oczy, jakby niestraszny był jej ostry ton. Wydawało się, że oczy Endele zaczęły mocniej błyszczeć i ściemniały do koloru topazu. Jakiś czas temu zmarła moja żona – zaczął powoli, zaciskając dłonie. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Z jej śmiercią. Wolałbym sam umrzeć, niż żegnać swoją ukochaną. Żegnać na zawsze.
Odetchnął głęboko, jakby powiedzenie tego wszystkiego sprawiło mu wielką ulgę. I tak właśnie było. Wcześniej nigdy się na to nie odważył. Nawet dzieci nie słyszały, żeby mówił, że kocha matkę. A on? On tak naprawdę chciałby cofnąć czas i mówić jej to na każdym kroku. Nie powinno się nikogo kochać aż tak bardzo. Mnie na pewno nikt tak nie kocha. Taka wielka miłość boli za bardzo. Potem jest się zbyt samotnym.
To się nie opłaca. Był zszokowany. Takie słowa w ustach tak młodej osoby? Spojrzał na nią badawczo. Twarz dziewczynki nagle wydała mu się starsza, poważniejsza. Nie przypominała już twarzy zapłakanej nastolatki. „Nieprawda!” – prawie krzyknął. – „Człowiek bez miłości jest sam, a samotność jest okropna.” „Mówisz tak, bo jesteś stary.” „Jestem stary” – przytaknął jej. – „Dlatego musisz mi uwierzyć. Wiem, co mówię.” Znów się do niej uśmiechnął, jednak jej oczy były nadal pochmurne.
„Czy miałeś szczęśliwe życie?” – zapytała go nagle, przekrzywiając głowę w prawą stronę, tak jak to zawsze robiły jego dzieci. „Dlaczego pytasz?” „No wiesz. Jesteś stary. Umarła ci żona. To strasznie dołujące.” „To nie jest dołujące.” „Nie? Dlaczego?” „Może utrata żony jest smutna, ale bycie starym nie jest takie straszne” – odpowiedział w końcu. – „Wprawdzie coś zawsze boli albo strzyka, ale powiem ci, że nikt niczego ode mnie teraz nie oczekuje. Może kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, ale ogólnie życie… Tak, to było szczęśliwe życie.” „Było? Teraz nie jest?” „Sama zapytałaś, czy miałem szczęśliwe życie.
Teraz jest także szczęśliwe, ale inaczej. A kiedyś było bardziej.” „Bardziej?” „Hej, usiadłem tu, bo płakałaś, a teraz to ty przesłuchujesz mnie.” – próbował zmienić temat, bo nie czuł się komfortowo, rozmawiając o tym, co było. „Bo to jest bardziej interesujące od mojego życia” – westchnęła Endele, ciężko kończąc wypowiedź. „Nie przesadzaj. Moje życie powoli dąży ku końcowi, a twoje praktycznie dopiero co się zaczęło.” „Nie przesadzam. Moje życie jest szare. Nikt by po mnie nie płakał. Nikt nie cierpiałby po mnie tak, jak ty płakałeś, gdy umarła ci żona.” „Nie wyolbrzymiaj. A twoi rodzice?” Patrzył na dziewczynkę zdziwionymi oczami. Skąd w dziecku tyle smutnych i złych emocji?
Milczenie, jakie nastało, przeraziło Pawła. Może nie powinien zadawać tak osobistych pytań. Przecież jest tylko obcym, starszym człowiekiem spotkanym o świcie nad rzeką. Już otwierał usta, aby przeprosić, gdy Endele powiedziała: „Nie mam rodziców.” Spuściła głowę, dotykając zgiętych kolan czołem. Cisza, jaka nastała, wydawała się niemal dotykalna. Nie wiedział, co powiedzieć, jak pocieszyć dziecko. Nie wiedział nawet, czy powinien je pocieszać. Anna zawsze mu powtarzała, że sieroty nie lubią, gdy ktoś się nad nimi użala. To, że wychowała się w domu dziecka i nigdy nie poznała swoich rodziców, było jej siłą, a nie ułomnością. Szczerze opowiadała mu, co czuła w każde święta, w Dzień Matki, Ojca czy w samotne urodziny.
Mówiła, że często żałowała, że jej rodzice nie umarli i nie mogła po nich płakać, zapalić świeczki na ich grobie. Zamiast tego miała poczucie wielkiej pustki, wieczną niepewność, samotność i świadomość, że nikt jej nie chce. „Tak jak moja żona” – wyszeptał w końcu. „Wiem” – powiedziała tylko chłodno. Zdziwił się. Jak to „wiem”? „Co wiesz?” – zapytał. Zaczął się zastanawiać, czy może Endele nie jest chora psychicznie. Mówiła zupełnie bez sensu. „Ja wiem wszystko.” Spojrzała na niego poważnie.
Jego oddech przyspieszył, pot wystąpił na czoło, dłonie zrobiły się mokre. Patrzył na Endele pytająco, bojąc się poruszyć. Dziewczynka wstała powoli. Stanęła przed nim. Kiedy siedziała, wydawała się niska. Teraz jednak okazało się, że jest wyższa niż on. Wyciągnęła do niego rękę, która nadal była sina. Jej oczy stały się nagle atramentowo czarne. Twarz straciła dziecięcy wyraz niewinności i nabrała cech dojrzałej kobiety. Zdjęła jego kurtkę i położyła na ławce.
Z przerażeniem zauważył, że nie ma na sobie cienkiego podkoszulka, a długą czarną suknię przewiązaną czerwonym pasem. Blond włosy związane były w ciasny kok z czerwoną tasiemką. Endele stała z wysoko podniesioną głową. Obserwowała go, czekając, aż wstanie i chwyci ją za rękę. Nie ponaglała go. „Wiem wszystko” – powtórzyła. – „A teraz chodź. Już czas.” „Nic nie rozumiem” – powiedział niepewnie, chociaż tak naprawdę już rozumiał. Patrzyła na niego spokojnie. Wiedziała, że mężczyzna musi zaakceptować sytuację.
„Jeszcze nie teraz. Ja jeszcze muszę…” – Paweł nie mógł wypowiedzieć nawet jednego zdania. „Już za późno na cokolwiek. Miałeś czas, jak każdy” – powiedziała lodowatym tonem, aż poczuł ciarki na plecach. Nie wiedział, jak dokończyć to, co chciał powiedzieć. Miał pustkę w głowie. „Endele oznacza koniec. Ja jestem końcem” – odpowiedziała niemal przyjacielsko. – „Spiesz się. Ona czeka.” Patrzył z przerażeniem na swoją rozmówczynię.
Stała przed nim. Oto nadszedł czas. Ten moment, o który prosił Boga tak długo i tak zażarcie. Przyszło jego wybawienie, jego marzenie ostatnich lat samotności. A on? On się bał. Spojrzał jeszcze raz w czarne oczy Endele. Ich otchłań była przerażająca, a jednocześnie uspokajająca. Z jej sylwetki biła pewność. Wiedział, że ona już nie zmieni zdania.
Wyciągnął rękę w jej kierunku. Powoli i niepewnie chwycił zimną, kościstą dłoń i uspokoił się. Jego oddech stał się miarowy, a wątpliwości zniknęły. Wiedział, że tak ma właśnie być. To jego czas. „Ona czeka” – powtórzyła głosem melodyjnym, a jednocześnie ostrym jak brzytwa. Nie przeraził się, bo już wszystko wiedział. Słońce właśnie wychyliło się zza widnokręgu i świat zalało światło dnia. Wszystko błyszczało, gotowe na kolejny dzień w świecie pełnym życia. „Koniec” – przesunęła się w bok, dłonią wskazując miejsce, z którego przyszedł.
Spojrzał w tamtą stronę, mrużąc oczy przed oślepiającym słonecznym blaskiem. Na szutrowej ścieżce stała drobna, jakby znajoma postać. Potrzebował jedynie chwili, żeby zorientować się, że to Anna. Krzyknął, a potem puścił trzymaną dłoń i ruszył w stronę żony. „Tęskniła” – szepnęła śmierć. „Wiem” – odpowiedział przez łzy. Przemysław Cichoń „Pewnego razu w Świnioryjach. Armagedon i archeolodzy z bożej łaski”. Nikt nie mógł tego przewidzieć. No, chyba że wójt Gnijewa, bo on miał rzeczywiście dostęp do planów zagospodarowania przestrzennego gminy.
Jednak w Świnioryjach nikt się tego nie spodziewał, że pewnego słonecznego letniego dnia przyjdzie im zmierzyć się z nadchodzącym armagedonem. Żwirową drogą już od godziny szóstej, wzbijając tumany rudo-żółtego pyłu, ciągnął ciężki sprzęt. Końca tego przerażającego formą i rozmiarem konduktu nie było nawet widać. Od strony Gnijewa nieustannym potokiem przetaczały się koparki, spychacze, walce i inny sprzęt budowlany. Część na specjalnych lawetach, część na własnych kołach. Przy akompaniamencie warczących silników i pomruku toczących się po żwirowej drodze kół kawalkada jeńców Apokalipsy jednostajnym tempem sunęła poprzez wieś. Waldek jeszcze smacznie spał, gdy do jego uszu docierać zaczęły monotonne, ale coraz głośniejsze odgłosy ciężkiego sprzętu. Gdy do tego doszły drgania gruntu, kiedy kawalkada przetaczała się koło jego chałupy, ocknął się zdezorientowany. Przez chwilę nasłuchiwał zaniepokojony. Po chwili zerwał się na równe nogi, krzycząc: „ruskie czołgi, chodu do piwnicy!” Po kilku sekundach zorientował się, że już od dawna, to znaczy od czterech lat, mieszka sam.
Żona wraz z dwójką dzieci i psem wyprowadziła się wtedy do matki. Jedynym współlokatorem Waldka był chudy, wyliniały kot. Zresztą przychodził tu tylko spać. Całymi dniami włóczył się po wsi prawie tak jak Waldek. A ruska okupacja skończyła się jakiś czas temu. Po następnych sekundach, może kilkudziesięciu, do Waldka zaczęła docierać reszta bodźców z realnego świata. Ostatnio sypiał twardo i miewał sny, dziwne sny. Podszedł do okna i odsłonił zasłonkę z pasiastego ręcznika frotte. Na drodze coś się działo i to, sądząc po hałasie, jaki stamtąd dochodził, działo się coś ważnego. To było coś nowego, bo zazwyczaj tu nic się nie dzieje.
Nic absolutnie. Teraz się działo. No, teraz to się działo. Waldek wcisnął się w gacie i czym prędzej wyszedł przed chałupę, usiłując zawiązać kokardkę ze sznurka od snopowiązałki, który służył mu za pasek. Wśród tumanów brunatno-żółtego kurzu drogą poruszały się jakieś pojazdy. Poprzez kłęby kurzu co jakiś czas było widać rozbłyski pomarańczowych świateł i słychać było klaksony. „Ożeż w mordę! Jakiś przemarsz wojsk Układu Warszawskiego?” – zastanawiał się Waldek. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Układ Warszawski nie istnieje, ale tak mu się skojarzyło, bo tak naprawdę tęsknił trochę za tamtymi czasami, kiedy życie było lepsze, a nawet jeśli nie lepsze, to na pewno prostsze. Pracował wtedy w PGR-e i to w zasadzie tyle.
Nic więcej nie było mu potrzeba. PGR jak matka zapewniał mu wszystko, co było potrzebne do życia: ubranie, ziemniaki na zimę, ziarno do siewu. Oczywiście Waldek nigdy nie wysiał nawet garści ziarna, ale zawsze można było za nie dostać parę złotych, opał na zimę i oprócz tego godziwą wypłatę raz w miesiącu. A teraz? PGR-u już nie ma, a za te 800 złotych ze ZUS-u to nie za bardzo jest jak wyżyć. „Czy to jeszcze kiedyś wróci?” – zastanawiał się Waldek. I pewnie nadal by się tak zastanawiał, gdyby z tej zadumy nie wyrwał go głos Waśki. „Co się tak gapisz, Wala? Drogę nam będą asfaltować.” „Asfalt co?” „Asfaltować. To znaczy, że nie będzie już tej brei i kurzu, czujesz?
Asfalt do samego Gnijewa od zakrętu na końcu wsi, gdzie stał dom Konieczki. No wiesz, ten, co się w zeszłym roku zhajcował.” Wiem gdzie to. Przecież tam byłem — obruszył się Waldek. No ale Wala, nie będziemy tu chyba tak stać po próżnicy. Masz tam co? Waldek ocknął się z chwilowego zamyślenia. Od czasu przygody w domu Konieczki coraz częściej mu się to zdarzało. Znaczy zdarzało mu się zamyślić i to tak, że aż nieraz bolała go głowa od tego myślenia. No i te sny. Miał bardzo realistyczne sny.
W tych snach widział różne rzeczy. Różni ludzie i nie tylko ludzie mówili mu przeróżne rzeczy, a gdy się budził, to przeważnie te rzeczy się działy. Nie żeby od razu się stał jasnowidzem. Po prostu miał sny, a te sny się sprawdzały. Nieraz palnął coś przy kielichu, że to czy tamto. Zwykłe pijackie gadanie. A tu następnego dnia bęc! I tak się stało. Dokładnie tak, jak powiedział. Ludziska zaczęli już gadać.
Kiedyś przy gorzale palnął, że Kulawiński to powinien w końcu ten dach naprawić, bo mu wiatr dachówki strąca. W nocy tak wiało, że cały dach z chałupy Kulawińskiego zdjęło i w pole zaniosło. Co ciekawe, trąba niczego w pobliżu nie uszkodziła. Tylko ten nieszczęsny dach. Waldek już czasami bał się gęby otworzyć, żeby go za jakiego proroka nie wzięli. A wracając do Waldkowego bólu głowy. Waśka stwierdził, że to Waldkowe dłamanie to mu na zdrowie na pewno nie wyjdzie, bo mózg odwykły i strasznie się męczy i od tego go ten łeb tak ciągle napieprza. A jak wiadomo Waśka to nie byle jaki autorytet w dziedzinie bólu głowy. Ma na niego jedno lekarstwo. No pewnie, że mam co nieco — odparł, rozchmurzając się Waldek.
Weszli do chałupy. Wewnątrz była tylko jedna izba. W rogu stał piec. Stary, ale bardzo ładnie wykonany przez zduńskiego mistrza. Nawet komin wyłożone było kaflami aż po powały. Przy piecu stało łóżko, a na nim leżała niezbyt świeża pościel, teraz w całkowitym nieładzie. Waldek podszedł do łóżka i zaczął je poprawiać. W tym czasie Waśka podszedł do kredensu i jakby był u siebie, wyjął z niego dwie szklanki i napoczętą butelkę wódki. Postawił to wszystko na stole, który stał na środku izby. Masz jakąś zagrychę?
— spytał. Tam w kredensie powinien być słoik z papryką. Waśka wyjął z kredensu słoik z marynowaną papryką i trzymając go dwoma palcami z wyrazem obrzydzenia na twarzy postawił go na blacie stołu. A nie masz Wala zwykłych ogórków? — spytał kolegę, który skończył się mordować z łóżkiem i właśnie wygładzał kapę, którą przykrył barłóg. Nie mam, ale papryka też dobra, zwłaszcza że kupiłem u Maźniakowej za pół ceny. Data wychodzi. Waśka odkręcił słoik i podsunął sobie pod nos. Pachnie nie najgorzej. Wsadził dwa paluchy do słoika i wydobył flakowatą paprykę, po czym włożył ją sobie do ust.
Mhm, niczego. Całkiem, całkiem. Otarł rękawem spływający po brodzie ocet. Ale i tak wolę ogórki. Waldek w końcu dołączył do przyjaciela i nalał posłusznej porcji czystej. No to siup w ten głupi dziób! — zakrzyknął Waśka. Cheers! — odpowiedział Waldek i wychylił szklanicę. Kiedy już zakąsił papryczką, spojrzał na Waśkę, który nadal trzymał w ręku pełną szklankę, a wzrokiem próbował przewiercić mu czaszkę.
No co? Co ci nie smakuje? Wódka czy zakąska? Waśka nie odpowiadał. Wypił powoli wódkę i z namaszczeniem przeżuł paprykę. W końcu przemówił. Ty coś ostatnio dziwny jesteś Wala. Nie dziwię się, że ludziska zaczynają gadać. Co zaczynają gadać? — spytał Waldek, nalewając po kolejnej szklance.
No wiesz, że potrafisz przewidzieć co będzie. Że niby jasnowidz z ciebie. No i że czytasz w myślach, a nawet słyszałem, jak się baby naradzały, żeby iść do ciebie, to może urok odczynisz. Eee, coś ty Waśka. Ja tam odczyniać uroków nie umiem, a że czasem mi się coś przyśni i wygadam się przy wódce, to potem gadają. Najgorsze Waśka, że mnie to się coraz częściej zdarza. Znaczy coraz częściej śnią mi się te sny. A ostatnio to nawet przy robocie mnie naszło. I co? I co?
— dopytywał szczerze zaniepokojony Waśka. No to było tak, ale wypijmy — przerwał i sięgnął po szklankę. Waśka uczynił to samo. Wychylili. Waldek zakąsił papryczką ze słoika i podał go Waśce, mówiąc: Bon appetit. Waśka znowu oniemiał. Po chwili jednak, widząc konsternację kolegi, przemówił. Skąd ty Wala znasz takie słowa? Wiesz, nie wiem, ale tak jakoś same mi one do głowy przychodzą. Nieważne.
Machnął ręką i kontynuował opowieść. Napierniczył mi rower. Wiesz, ten cholerny łańcuch. Dostałem od Walendziaka całkiem nowy, tylko lekko używany łańcuch. Pomyślałem, że wymienię i będzie po kłopocie. To znaczy, że ten cholerny łańcuch nie będzie już spadał za każdym razem, jak mi się gdzieś będzie spieszyć. Już nawet się wziąłem do rozpinania starego, kiedy śrubokręt omsknął mi się ze spinki i dziabnąłem się w rękę. O, zobacz, jeszcze mam ślad. To mówiąc wyciągnął lewą dłoń w stronę twarzy Waśki. Widzisz, prawie sobie na wylot przebiłem.
Ból był taki, że aż mi w oczach pociemniało. I wtedy właśnie miałem wizję. Co miałeś? — przerwał mu Waśka. Wizję. Jaką wizję? Normalną wizję, imaginację, wewnętrzną projekcję mentalną z przyszłości — odparł poirytowany Waldek. Waśce tak opadła szczęka, że musiał ją podtrzymywać rękoma, żeby nie wyleciała z zawiasów. Wala, ja się ciebie boję. Ty naprawdę stajesz się coraz bardziej dziwny Chcesz posłuchać, co było dalej, czy nie?
— spytał wyprowadzony z równowagi Waldek. — Jak chcesz, to się zamknij i słuchaj. Waśka, chłop prawie dwumetrowego wzrostu i potężnej budowy, zrobił się nagle taki malutki i nawet nie pisnął, tylko wpatrywał się w kolegę oczami wielkimi jak spodki, słuchając dalszej części opowieści. Zobaczyłem pana Hieronima, jak pracuje u siebie w szopie. Przepraszam, w laboratorium. Coś tam mieszał i dolewał. Aparatura cichutko szumiała. Z zaworka ciekła cieniutką stróżką ta jego okowitka. I nagle coś zaczęło syczeć coraz głośniej. Hieronimus zaczął się krzątać wkoło aparatury, przekręcać jakieś kurki i przełączniki, ale szum był coraz głośniejszy i nagle...
Waldek zrobił głęboki wdech. Jebud! Wszystko wyleciało w powietrze. Wtedy oprzytomniałem i znowu zacząłem czuć ból w lewej dłoni. Rana była poważna, krwawiła i bolało jak jasna cholera. Zawinąłem rękę szmatą i poszedłem do sąsiadki. Walenciakowa opatrzyła mi ranę i stwierdziła, że miałem szczęście, że to lewa, ale potem dodała, że w zasadzie to bez znaczenia, bo do roboty to ja mam obie lewe. I czego nic nie mówisz? Bo... Bo...
— jąkał się Mundek. Co bo? Wykrztuś w końcu, co ci leży na wątrobie. Waldek, poirytowany, polał resztę wódki. Było tego niespełna pompą szklanki. Wtedy Waśka w końcu przemówił. Bo widzisz, pan Hieronim miał wypadek i... Wiem. I to mnie właśnie niepokoi. Zastanawiam się coraz częściej, czy jakby mi się to nie wyimaginowało, to czy pan Hieronim nadal byłby w domu i pędził tę swoją okowitkę.
Czy to ja jestem winien, że leży teraz poparzony w szpitalu? Waśka, to mnie męczy. Co cię tak męczy? Myślenie. No przecież ci mówiłem. A mnie już głowa boli od tego ciągłego myślenia. Musimy się jeszcze napić. Póki co pogorzale trochę mniej myślę. Nie mam halucynacji i łeb mnie przestaje napierniczać. No to to rozumiem.
Myślę, że to ci przejdzie. Znaczy to myślenie i znów będziesz normalny, Wala. Nazajutrz Waśkę obudziło dudnienie do drzwi. Nie musiał się długo zastanawiać. Domyślił się prawie od razu. Przed drzwiami stał Waldek i sapiąc ciężko, wycedził przez zęby: Mamy tylko 24 godziny. Musimy się sprężać. Ubieraj się, idziemy. Co cię tak przypiliło? Moja stara jeszcze śpi.
Pogięło cię? Jest wcześnie — odparował Waśka. Nie gadaj tyle, tylko wkładaj galoty, bierz szpadel i łopatę i idziemy — zakomenderował Waldek. Po pięciu minutach szli już drogą, wzdłuż której stały jeszcze śpiące w bezruchu maszyny drogowe. Szli w stronę Gniewa. Po jakimś czasie Waśka odważył się spytać: Daleko jeszcze? Nie. Jeszcze kawałek do tej kępy leszczyn. Waśka dzielnie maszerował, niosąc w jednej ręce szpadel, a w drugiej łopatę, podczas gdy Waldek szedł przed nim w pośpiechu, przebierając nogami i sapiąc z podniecenia i wysiłku. Dotarli do kępy leszczyn.
Za rowem, tuż obok leszczynowych krzewów stał stary drewniany słup telefoniczny. Drewno było zbutwiałe, poczerniałe i spękane. Na wysokości wzroku przymocowana była niewielka metalowa tabliczka. Na niej wybita była numeratorem liczba 13. To tutaj. Tutaj musimy kopać między tym słupem a tymi krzakami. Waldek pokazywał palcem dokładnie miejsce, gdzie Waśka miał kopać. No co się tak gapisz? Kop! Waśka, nie czekając na dalsze zachęty, wziął się do roboty.
Tu? — spytał, wbijając szpadel w twardą ziemię poprzerastaną korzeniami. Waldek tylko skinął głową. Po kilku sztychach Waśka zrobił przerwę. Cholernie tu twardo. Muszę zapalić. A tak właściwie to po co kopiemy tę dziurę? Waśka wyjął z kieszeni spodni lekko zdezelowaną paczkę papierosów i poczęstował kolegę. Usiedli na rowie i delektowali się smakiem ukraińskich czerwonych viceroyów. Wiesz, Waśka, miałem sen — zaczął Waldek.
No nie. Nie strasz mnie. Tym razem sen nie był wcale straszny. Był intrygujący. Gadaj po naszemu, bo nic cię nie rozumie. No dobra. Był ciekawy i jeśli się sprawdzi tak jak poprzednie, to nigdy już nie będziemy musieli się martwić i zastanawiać, kto nam tym razem dorzuci do flaszki. Jak to? — spytał zaciekawiony Waśka. A tak to.
Śniło mi się, że właśnie tutaj ci drogowcy, co to nam te drogi asfaltują, wykopali całą skrzynię złotych monet. Pruskie złote monety z końca XVIII wieku. Wiedziałem ją jak na jawie. We dwóch ją wyciągali, taka była ciężka. Więc kop, to nie będziemy już nigdy musieli pracować — skwitował Waldek. Myślę, że w twoim przypadku to nic nie zmieni. Przecież i tak nigdzie nie pracujesz — zauważył słusznie Waśka. Aleś ty bystry jak woda w kiblu. Ja zajmę się myśleniem, a ty kop. Około południa z wykopanej dziury wystawała tylko głowa Waśki.
Przyjmując, że miał on dwa metry wzrostu, dziura była już imponujących rozmiarów. Wokół niej piętrzyły się góry ziemi i piasku. Z wykopu wydobywał się dym papierosowy i ciche przekleństwa umęczonego Waśki. Wokoło przechadzał się nerwowym krokiem Waldek i paląc papierosa mówił sam do siebie: „Co, do jasnej cholery? Przecież dokładnie widziałem ten słup i te leszczyny. Nawet te pokrzywy widziałem i tę tabliczkę na słupie. Pamiętam dokładnie. Co jest, do cholery? Wszystkie sny jak dotąd się spełniały, ale zawsze było to coś złego. A teraz jak miało być coś dobrego, to dupa.
Dupa, dupa, dupa.” Dreptał wkoło i powtarzał: „Gówno. Nic. Szlag by to.” Zrobił się czerwony na twarzy i zaczął zachowywać się tak, jakby go brało delirium. Waśka, zaniepokojony o zdrowie kolegi, wygramolił się z domu i poklepując go po przyjacielsku, odprowadził do domu, gdzie dla ukojenia nerwów wychylili po jednym głębszym. Nazajutrz wieś obiegła sensacyjna nowina. Pracownicy budowlani odkryli podczas prac ziemnych skrzynię z pruskimi monetami z czasów zaborów. Gdy tylko ta nowina dotarła do uszu Waldka, popędził on jak szalony do sklepu Maśniakowej, by dowiedzieć się więcej szczegółów. Dowiedział się, że odkrycia dokonano nieopodal posesji Konieczki na drugim końcu wsi. Gdy tylko tam dotarł, zobaczył w niewielkim tłumie gapiów Waśkę górującego nad wszystkim. „Co tu robisz?” — zapytał.
„Jak to co? Przyszedłem zobaczyć, co mieliśmy wczoraj wykopać” — odparł z nutką drwiny w głosie. „Daj i mnie popatrzeć.” Waldek zaczął się przeciskać do przodu. Wykop był ogrodzony biało-czerwoną taśmą ostrzegawczą. W tyle stała koparka. W wykopie siedziało jakichś dwóch facetów w białych kitlach i coś tam na dnie majstrowali. „To archeolodzy z powiatu. Będą tu jeszcze kopać, tak że nie wiadomo, kiedy będziemy mieli tę drogę” — z rezygnacją w głosie stwierdził Kawka stojący nieopodal. Wykop był umiejscowiony pomiędzy kępą leszczyn a starym drewnianym słupem telefonicznym. Na słupie była tabliczka z wybitym numerem.
Obrazek niczym déjà vu drażnił Waldka zmysły, a świadomość porażki przygniatała go coraz bardziej do ziemi. „Jasna cholera, nie ten słup, a wszystko wygląda tak samo. Te krzaki i nawet te pokrzywy. Tylko ta cholerna tabliczka. Nie widać stąd numeru” — myślał. „Fuck it. I need a drink” — wyrwało się Waldkowi. Połowa gapiów zwróciła wzrok w Waldka stronę. On tylko splunął pod nogi i dodał: „Fuck.” Splunął jeszcze raz i poszedł do domu.
[06:33:36] - Po tym literackim zastrzyku mamy porę, którą mamy. Więc ja mogę państwa zapewnić, że za tydzień kolejne „Bibliotekarium 2.0”. Zapraszam. A co w audycji? W audycji będzie spotkanie z pisarzem. Będzie spotkanie z osobą, która sądząc po ostatniej audycji, którą z Lesem Choduniem mieliście państwo okazję wysłuchać, to jest autor, który podbił państwa serca. Dam państwu okazję, żeby to podbicie jeszcze się pogłębiło. Za tydzień zatem gościmy Lesa Chodunia z kolejną porcją literatury. Co jeszcze? Za tydzień jeszcze jeden odcinek dyskusyjny.
Otóż pojawi się dyskusja o sztucznej inteligencji, też odbyta na Sedenconie. W dodatku brałem w niej udział. Formuła była podobna do tej dzisiejszej dyskusji o popkulturze, ale ku mojemu zdziwieniu wszyscy moi współdyskutanci wydawali się zachwyceni perspektywami, jakie stwarza AI. Tylko ja smędziłem, o czym się zresztą państwo przekonacie. Smędziłem, szukałem dziury w całym, dopatrywałem się tego, że być może wcale nie będzie tak fajnie. Ale chyba smędziłem zbyt mało, bo jakoś nie przekonałem współdyskutantów. Oni cały czas zachowywali optymizm. Co więcej, ja właściwie w pewnym momencie poczułem się osamotniony i doszedłem do wniosku, że może ja głupi jestem po prostu i oni wszyscy patrzą na świat tak realnie, tak normalnie, a tylko ja się czepiam i wymyślam jakieś historie science fiction. I pewno bym pozostał z tą myślą, ale pod koniec tego spotkania, tego panelu, tej dyskusji ktoś z publiczności wykrzyczał nam, że się mylimy, że jesteśmy w błędzie, że to właściwie szykuje się koszmarne niebezpieczeństwo. I wtedy już wiedziałem, że to, co tam nieśmiało próbowałem przemycać, to jednak są rzeczy ważne i rzeczy, o których warto mówić.
I pewno jeszcze nie raz będziemy o nich mówić. Sami się zresztą państwo przekonacie za tydzień, kiedy ta dyskusja, ten panel zostanie wyemitowany. A teraz już pięknie, bardzo pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie i oczywiście tradycyjnie zapraszam za tydzień. Dobrej nocy.
[06:36:47] - A mówił do słuchot państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.