[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Miłośników audiobooków wszelakich, a szczególnie space oper, zachęcamy do zasiądnięcia przed komputerami bądź ze smartfonem w ręku, założenia słuchawek i spędzenia najbliższych, co najmniej pięciu, a może nawet i więcej godzin z Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:54] - Dzień dobry wieczór państwu. Tych godzin będzie zdecydowanie więcej, bo sam audiobook trwa ponad pięć. I to w dodatku, uwzględnijmy to, że Żelkowski jest na urlopie, przynajmniej teoretycznie. Piotr Plebaniak też jest na urlopie, bo nagrywa Festiwale Aborygenów na Tajwanie i dzisiaj niszczenia i budowania imperiów nie będzie. Zresztą, proszę państwa, gdyby było niszczenie i budowanie imperiów, to audycja by trwała niemożebnie długo. Katarzyna Prychacz też ma siłą rzeczy urlop, bo audycja by się przedłużyła zbyt mocno. Obiecuję, że zarówno Piotr Plebaniak, jak i Katarzyna Prychacz wrócą. Katarzyna Prychacz wróci za tydzień. Piotr Plebaniak wróci za dwa tygodnie. A my dzisiaj przygotowaliśmy kilka innych smakowitych kąsków.
Tak to się, proszę państwa, jakoś plecie, że obiecałem na początku wakacji, że audycje będą krótsze, bo wakacje, te rzeczy. Jakby to państwu delikatnie powiedzieć, krótsze jakoś ostatnio nie są. Fakt jest faktem, że skraca się nieco lista pozycji w czasie audycji. To jedyne, co udało się nam osiągnąć. Od razu państwu powiem, że dzisiaj będzie prezentowana w audycji pierwsza książka Piotra Witolda Lecha. Nie pierwsza w ogóle napisana przez niego, tylko pierwsza w cyklu. Nosi ona tytuł „Poliamoria. Space story”. A już za tydzień zapraszam państwa, jak wszystko dobrze pójdzie, na drugi tom owej wielotomowej opowieści. Tom zatytułowany „Łzy Koa”.
To za tydzień. A teraz, proszę państwa, co to się w ogóle dzieje, to aż strach pomyśleć. Wczoraj wielkie przesłuchanie w Stanach Zjednoczonych w Kongresie. Wszyscy się nakręcili, że to o UFO będą mówić, będą się cuda działy. Tymczasem niektórzy są zachwyceni, że w ogóle coś powiedziano. Ja jakoś zachwycony jestem średnio. O szczegółach może nie będę mówił, bo świetnym miejscem, żebyście państwo posłuchali o szczegółach jest kanał Piotra Cielebiasia. Przypomnę: UFO_historie. Tam relacje możecie państwo wysłuchać. Piotr to wszystko skondensował, wycisnął wodę i w sumie niewiele pozostało.
Niemniej warto tej pogadanki Piotra posłuchać, ponieważ będziecie państwo wiedzieli kto, co, dlaczego, po co. Po co, to nie wiem, ale w każdym razie więcej szczegółów Piotr Cielebiaś państwu zapewni. A przede mną nieco smutna historia. Otóż w zeszłym tygodniu zmarł Lech Jęczmyk. Na początku obecnego tygodnia odbył się jego pogrzeb. Lech Jęczmyk to osoba, która od czasu do czasu pojawiała się tutaj na antenie. Nie osobiście, ale w naszych rozmowach z Wiktorem, w różnych innych moich wspomnieniach Lech Jęczmyk pojawiał się. To był człowiek, który naprawdę, nazwanie go takim ojcem fantastyki zachodniej, zresztą nie tylko zachodniej, ale w ogóle świetnych tłumaczeń, tłumaczeń świetnej literatury nazywanej kiedyś w PRL-u zachodniej. To były niesamowite rzeczy. Zresztą o tym za chwilę.
Mówiłem od czasu do czasu o Lechu i pewno jeszcze nie raz powiem. Wiecie państwo, życiorys Lecha Jęczmyka, jego dokonania redakcyjne czy też dokonania w dziedzinie tłumaczeń są powszechnie znane. W każdym razie jak ktoś byłby bardzo ciekawy, to one są dostępne w internecie. Tak sobie myślałem, co mądrego albo mniej mądrego mogę powiedzieć, wspominając Lecha Jęczmyka. I doszedłem do wniosku, że w ramach wspominek o tym niewątpliwie wielkim człowieku, mogę zaoferować garść swoich prywatnych wspomnień. Wspomniałem, że Lech był wielkim człowiekiem. Moim zdaniem to jest taka oczywista oczywistość i jak każdy wielki człowiek budził liczne kontrowersje. Sam się o tym przekonałem, kiedy wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem zrobiliśmy takie „Bibliotekarium” o książce Lecha Jęczmyka. O książce wspomnieniowej zatytułowanej „Światło i dźwięk. Moje życie na różnych planetach.” I tam pod audycją, i nie tylko pod audycją, w wielu komentarzach ludzie śledzący „Bibliotekarium” odnosili się wprost do poglądów Lecha.
Uśmiecham się, bo oni się nie zgadzali z tymi poglądami i to dla mnie nic dziwnego. Poglądy Lecha na różne sprawy były czasami dziwne, ale kiedy omawia się książkę, o której wspomniałem, to tak naprawdę przecież nie chodzi o poglądy, o to, żeby się z kimś zgadzać albo nie zgadzać, nie zgadzać się albo piętnować kogoś, że nie lubił komuny albo i tak dalej. Nie chcę w te szczegóły wchodzić. Kto ciekawy, niech sobie te komentarze odszuka. Ja w każdym razie dochodzę do wniosku, że niektóre wnioski pod audycją były krzywdzące. Może nie tyle krzywdzące, co one po prostu nie przystawały do klasy i pewnej intelektualnej wielkości autora tłumaczeń Philipa Dicka, Josepha Hellera, Kurta Vonneguta, Ballarda. Nie przystawały tym bardziej, że Jęczmyk nie był takim prostym translatorem. Te jego tłumaczenia cechowało głębokie zrozumienie treści utworu i może nie zawsze te tłumaczenia były idealne, takie tip top. Ale zawsze były zrobione z pewną klasą i z takim szacunkiem dla czytelnika. Ponieważ te poglądy Lecha Jęczmyka, który nienawidził szczerze komunizmu...
Dobrze. O tym jeszcze za chwilę. W każdym razie postanowiłem, że wspominając Lecha Jęczmyka, nie będę opowiadał o sprawach, które każdy, tak jak już powiedziałem, może sobie wygooglać. Opowiem natomiast o swoim pierwszym spotkaniu z Lechem. Był rok 2010, może 2011. Przygotowywałem wówczas książkę składającą się z wywiadów z takimi zapomnianymi pisarzami science fiction lat 70. i 80. Ta książka, kiedy wyszła, nosiła tytuł „Lista nieobecnych”. W tamtym czasie, o którym mówię, o którym wspominałem, czyli ten rok 2010 tudzież 2011 zdobyłem numer telefonu do Lecha Jęczmyka. Numer stacjonarny, a jakże, bo takiego używał.
Ale trochę mi przeszkadzał ten nimb wielkości, jakim był otoczony Lech Jęczmyk. On mnie skutecznie zniechęcał do skorzystania z owego numeru, co jest o tyle dziwne, że ja od lat nie mam takich problemów tego rodzaju. Te problemy komunikacyjne już są dawno za mną. Ludzie, którzy korespondują ze mną w formie mailowej albo na przykład na Messengerze, doskonale o tym wiedzą, że kiedy dialog, taki pisany dialog zaczyna się przedłużać, to ja na ogół proponuję połączenie telefoniczne. Szybciej i łatwiej można przekazać w ten sposób myśli. Po prostu szybciej można się dogadać. A wracając do Lecha Jęczmyka. Czułem się taki malutki, mało ważny. Jak taki robaczek. I ja, ten robaczek, będę zawracał głowę wielkiemu tłumaczowi, wielkiemu Lechowi Jęczmykowi.
I to nie jest żadna kpina z mojej strony. Ja naprawdę tak myślałem. I tak naprawdę myślę. Ale jak to często w życiu bywa, z pomocą przyszły mi znajomości, a konkretnie jedna bardzo ważna znajomość w moim życiu, czyli Wiktor Żwikiewicz. Obaj panowie przez wiele lat kumplowali się. Ten stopień kumpelstwa był naprawdę bardzo duży. Wiktor przez długi czas pomieszkiwał w mieszkaniu Lecha. Panowie wspólnie biesiadowali, toczyli dyskusje filozoficzne, dyskusje literackie, a także dyskusje o życiu. Ten kontakt obu panów urwał się na dobre tak mniej więcej na przełomie wieków. Wiktor przestał jeździć do Warszawy, zatem nie musiał już waletować u Lecha Jęczmyka, za to miał inne życiowe i to bardzo poważne kłopoty.
A Lech z racji wielu, bardzo wielu zajęć zajął się swoimi sprawami. Miałem zatem numer. Miałem też na podorędziu Wiktora i podstępnie, i przewrotnie zapytałem więc Żwika, czy nie zechciałby zatelefonować do Lecha i umówić się z nim na spotkanie. Takie spotkanie po latach. W dodatku służyłem podwózką prosto do Warszawy, do określonej dzielnicy, na określoną ulicę. Miałem oczywiście swoją małą prośbę, aby Wiktor przy okazji tej rozmowy wspomniał o tym, że jest tam taki Marek Żelkowski i chciałby wykonać małe nagranie, mały wywiadzik. To nagranie i ten wywiadzik to na potrzeby książki. I ku mojemu nieopisanemu szczęściu Wiktor się zgodził. Wycisnąłem zatem na komórce numer do Lecha, wręczyłem telefon Wiktorowi i, proszę państwa, czekałem. Po kilku dzwonkach zgłosił się Lechu.
Nastąpiła wówczas przedziwna reakcja. Otóż Wiktor był tak przejęty owym spotkaniem telefonicznym z długo niewidzianym przyjacielem, tym spotkaniem po latach, że nie zdołał zapanować nad emocjami. Usłyszałem potok najprzeróżniejszych przekleństw, z których najłagodniejsze brzmiało: „Lechu, ty stara pieprzona cholero, nareszcie się słyszymy”. Z tym że ten monolog z wulgaryzmami się lekko przedłużył. Ta rynsztokowa mowa trwała dobrych kilka minut. Z tym że wypowiadana była sympatycznym, przyjacielskim tonem. Tak, jak zwykli mówić do siebie kumple. Tak jak powiedziałem, ten monolog trwał kilka minut. W każdym razie w końcu, kiedy Wiktor przestał, zaczęli ze sobą normalnie rozmawiać. Panowie rozmawiali przez dobre pół godziny na tematy różne, zupełnie niezwiązane z moim bardzo ważnym wywiadem.
Ale w końcu się udało. Umówili się panowie na spotkanie. O moim wywiadziku Wiktor również powiedział. Lech pomyślał, zgodził się. Zatem pojechaliśmy do Warszawy. Lech udzielił mi wywiadu. Opowiadał o swojej pracy przy redagowaniu książek w różnych wydawnictwach. Opowiadał o promowaniu fantastyki naukowej, o sztuce tłumaczenia, w ogóle o czasach PRL-u. Był takim człowiekiem, który promował fantastykę rosyjską i zachodnią. Zachodnią było promować w PRL-u łatwo.
Gorzej było z rosyjską, a w tej rosyjskojęzycznej było bardzo często sporo perełek, które z racji tego, że były rosyjskie, były odrzucane trochę tak na ślepo. Bo w końcu zaborcy czy też takiego pseudozaborcy nie lubi się na ogół. I tak to mniej więcej w PRL-u funkcjonowało. Pomijam już, czy to miało sens, czy nie miało. Lech starał się przy całym swoim dystansie do komunizmu, a w każdym razie do tego, co nazywano komunizmem, może to będzie bardziej precyzyjne, starał się jednak dobrą literaturę promować. Ten wywiad, którego mi udzielił Lech Jęczmyk, był stosunkowo krótki, bardzo treściwy, ale nie znalazł się tak naprawdę w książce, która została wydana kilka lat później. Bo na etapie autoryzacji pojawiły się problemy. I to nie były problemy natury takiej, że Lech powiedział coś, co ja później napisałem, a później mu się odwidziało. Te problemy miały naturę techniczną. Były związane z tym, że Lech Jęczmyk uznawał stare sposoby komunikacji i coś takiego jak maile, jak inne elektroniczne gadżety w ogóle go nie interesowało.
Konsekwentnie korzystał z tych starych środków łączności. Można było z nim załatwić różne sprawy za pomocą takiego starego analogowego telefonu. Ale już za pomocą maila to absolutnie nie. To powodowało pewne, właściwie całkiem spore problemy. Jeżeli ktoś kiedyś dokonywał autoryzacji tak analogowo, to wie, że to najlepiej trzeba wysłać listem. Może faksem, ale już nawet w tamtych czasach faks to była rzecz dosyć unikalna. Żeby autoryzować wywiad, to musiałem wysłać go do jednego z członków rodziny Lecha Jęczmyka. On musiał tę moją pisaninę wydrukować, później przekazać Lechowi i tak dalej. W każdym razie w rezultacie nie udało się i wywiad nigdy się nie ukazał, aczkolwiek jest w moich zbiorach. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Lechem Jęczmykiem.
Zresztą ja państwu powiem: wywiad jak wywiad. Lepszy, gorszy, może nie taki ważny. Powiem szczerze, że znacznie ciekawsze rzeczy niż ten wywiad zaczęły dziać się, kiedy skończyłem. Kiedy rozpoczął się dialog Wiktora i Lecha. Byłem jego świadkiem. Panowie mnie na szczęście nie wyprosili, a rozmawiali przez kilka godzin tak, jakby te ponad 10 lat przerwy w ogóle nie istniało. Te ich kontakty jakby zostały sklejone. Ten czas, w którym się nie widzieli, przestał istnieć, a ten poziom rozmowy mógł wpędzić w kompleksy wielu ludzi, wielu domorosłych erudytów. Panowie rozmawiali, że tak powiem skrótem myślowym o wszystkim. Od bieżącej, właściwie ówczesnej polityki Poprzez środowiskowe ploteczki dotyczące różnych ciekawych ludzi związanych z science fiction.
A kończyli na wyżynach literatury czy interpretacji literatury. Pojawiły się też oczywiście tak zwane teorie spiskowe. Tak zwane. Jak ktoś kiedyś zwrócił mi uwagę pod audycją, ta nazwa bywa drażniąca. Ona i dla mnie jest drażniąca. Ona jest drażniąca szczególnie w obecnych czasach, kiedy wiele teorii spiskowych okazuje się po prostu prawdą. Ta nazwa, teoria spiskowa, ma jednak jedną, ale za to zasadniczą zaletę. Wystarczy wypowiedzieć te magiczne słowa „teorie spiskowe” i wszyscy mniej więcej wiedzą, o co chodzi. Z tego względu używam tej zbitki słów. Lech Jęczmyk bardzo wiele z owych teorii spiskowych uznawał za prawdę i muszę to powiedzieć, po latach przekonałem się, że często miał rację, ale nie zawsze.
Wiele z tych teorii jest do dzisiaj niewiadomą, z tych, o których mówił. Ale jest jedna rzecz zastanawiająca przy okazji opowieści Lecha Jęczmyka o teoriach spiskowych, czy też tych opowieściach dziwnej treści, że tak sobie to sparafrazuję. Otóż zastanawiające jest to, że kiedy Lech Jęczmyk opowiadał o tajemnicach tego świata, robił to w taki sposób, że człowiek, jeśli nawet był nastawiony do niektórych z owych tajemnic sceptycznie, zaczynał rozważać owe teorie jako całkiem realną możliwość. Lech potrafił argumentować. Lech potrafił wypowiadać się z naciskiem, z pewną edycją i potrafił przekonywać do swoich racji. Bo Lech miał dar opowiadania, snucia historii. Takich historii pełnych dygresji, odwołań, nawiązań. Takich wtrącania historii, które pasowały do tej narracji. Później wielokrotnie jeszcze spotykałem Lecha Jęczmyka głównie na Sadeconach. I wierzcie mi państwo, to zawsze było doświadczenie niezwykłe, ponieważ Lech Jęczmyk pamiętał mnie i potrafił zapytać o sprawę sprzed wielu lat.
Może się państwo dziwicie, że ja byłem taki podekscytowany tym, że mnie pamiętał. Otóż Lech Jęczmyk miał setki, jeśli nie tysiące znajomych. W dodatku prowadził dosyć intensywne życie towarzyskie. Zatem to, że spotkaliśmy się po trzech latach od wywiadu i on potrafił zapytać o jakiś szczegół, a właściwie nawiązać do czegoś, co powiedział, rozwinąć tamtą myśl, był dla mnie pewnym zaskoczeniem, pewną oznaką tego, jakim umysłem był Lech Jęczmyk. Potrafił zapytać o sprawę sprzed wielu lat. Czasami była to sprawa ważna, czasami jakiś drobiazg zupełnie nieistotny. I dalej ja w jego towarzystwie czułem się malutki. Ten człowiek miał niesamowitą charyzmę. Tego się tak naprawdę nie da opisać czy też przekazać w radiu. Musicie mi państwo trochę na słowo wierzyć.
Był oczywiście człowiekiem, który łączył w sobie pewne sprzeczności, bo oprócz pewnej konserwatywności swoich poglądów potrafił jednocześnie zaprezentować taką zadziwiającą śmiałość wizji. Ja do dzisiaj pamiętam jego wykład o współczesnych Chinach. Taki wykład, który zmienił moje postrzeganie tego kraju. Lech był zafascynowany rozmachem, siłą i szybkością rozwoju Państwa Środka. To oczywiście nie oznacza, że nie widział tych wszystkich komunistycznych przegięć, które w tym kraju miały i mają miejsce, ale jednocześnie widział i potrafił wskazać, jak zachodnia propaganda przeinacza pewne wydarzenia i pokazuje Chiny w krzywym zwierciadle nawet w tych miejscach, w których to zwierciadło pokazuje obraz absolutnie fałszywy. Twierdził, że w Chinach jest tyle spraw autentycznie bulwersujących, że nie trzeba jeszcze dorabiać różnych nowych, które nic wspólnego z prawdą nie mają. Lech nie miał złudzeń co do moralności. Właściwie braku moralności w polityce. Być może dlatego tak bliski był mu Kościół katolicki. W nim widział ostoję wartości naszej cywilizacji.
Powiem tak: dzisiaj trzeba mieć odwagę, aby głosić taki, a nie inny pogląd. I pewno czas pokaże, kto miał rację. Wiem jedno. Takich ludzi jak Lech Jęczmyk nie spotyka się na swojej drodze zbyt często i nie spotyka się zbyt wielu. Ja miałem to niewątpliwe szczęście i cieszę się z tego Udało mi się spotkać Lecha. Lech był człowiekiem, który zmienił wiele ludzkich życiorysów, a o tym przekonałem się zerkając chociażby na Facebook. Państwo również zerknijcie. Zerknijcie chociażby na profil Szczepana Twardocha. Doskonale rozumiem, że wiele osób nie lubi tego twórcy. Macie państwo do tego prawo, ale jeśli nawet tak jest, to odrzućcie państwo choćby na chwilę swoje pretensje i uzasadnione żale.
Na chwilę to, państwo, odrzućcie i przeczytajcie na profilu Szczepana Twardocha wspomnienie o Lechu Jęczmyku. Ono jest datowane na 17 lipca. Cudowne wspomnienie Szczepana Twardocha, niezwykłe i poruszające. I chyba bardzo prawdziwe, bo taki właśnie był Lech Jęczmyk, jak to opisał Szczepan Twardoch. Do tematu pewno jeszcze wrócimy, bo pod ostatnią audycją padła propozycja, aby o Lechu Jęczmyku porozmawiać z Wiktorem Żwikiewiczem. Uważam, że to jest bardzo dobry pomysł, bo tak jak mówiłem, obaj panowie znali się świetnie. Lata całe spędzili w tych samych okolicach, tak to określmy. Więc dla państwa postaram się to przedsięwzięcie, tę rozmowę z Wiktorem Żwikiewiczem o Lechu Jęczmyku zorganizować i zrealizować. I to tyle na temat Lecha. Może te wspomnienia były trochę chaotyczne, może były trochę zwariowane, ale były na pewno szczere.
Ja mam w sobie naprawdę wielki podziw dla tego człowieka. Wiem, że go bardzo trudno przekazać, bo jak państwo nie znaliście Lecha, to bazujecie na tak zwanych obiegowych opiniach i wierzcie mi państwo, one nie oddają tego, jakim był naprawdę człowiekiem. Ale tego już państwo po prostu nie nadrobicie. Jedźmy dalej, bo tak jak powiedział mi tu w słuchawkę Ivellios, to będzie bardzo długa noc. Powiedział to w dodatku po angielsku, więc już się zaczynam bać. Proszę państwa, żeby nie przedłużać, zapraszam teraz na polecankę, a polecanką jest kolejny numer „Nieznanego Świata”. Dzień dobry wieczór. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[27:20] - Dzień dobry i dobry wieczór jednocześnie, Marku.
[27:24] - To taka nowa formuła. Piotrze, przykro mi powiedzieć, ale minął kolejny miesiąc. O tyle mi przykro, że dla człowieka w moim wieku to już jest zawsze jakaś oznaka, że coś ucieka bezpowrotnie. Dobrze, pomińmy te wątki.
[27:47] - Masz rację. Zleciał kolejny miesiąc. Jeszcze niedawno był luty, pamiętam, a tu już sierpień niebawem. Niedługo wszystkich świętych, jak to mówią sylwester i Nowy Rok. Tak to leci.
[27:59] - Tak. A kiedyś się śmiałem ze swojego dziadka, który mi powiedział w lipcu, że idzie zima i czas kupić węgiel. Jakoś dzisiaj mniej się z tego śmieję. Ale Piotrze, spotkaliśmy się jak co miesiąc, żeby porozmawiać o najnowszym numerze „Nieznanego Świata”. Zaczynajmy w takim razie.
[28:18] - Numer jest bardzo bogaty w treści i pozwól, że odwrócimy role po raz kolejny. Ja cię zapytam znowu, bo numer otwiera twój wywiad z Piotrem Plebaniakiem. Wywiad jest bardzo długi i trochę wielowątkowy, ale takim kluczem słowem jest ultrakooperacja, o której między innymi rozmawiacie. Tak się dzisiaj wiele mówi na świecie o złej sytuacji, o pogłębiającym się kryzysie klimatycznym i tak dalej, a tu okazuje się, że ludzkość mogłaby współpracować na wielu poziomach. Ale problemem, jak się okazuje, nie są różnice kulturowe, tylko konflikt interesów niezwykłych ludzi.
[28:58] - To chyba aż tak proste nie jest, że ludzkość byłaby w stanie ze sobą konkurować, bo nie w wywiadzie, ale w wielu innych miejscach Piotr Plebaniak, który jest w tej chwili mieszkańcem Tajwanu, ale w ogóle jest Polakiem, socjologiem, który z Polski wyjechał, bo na Tajwanie znalazł wiele ciekawych wyzwań dla siebie, między innymi naukę języka chińskiego. Ta nauka bardzo sprawnie mu poszła, bo w tak zwanym międzyczasie przetłumaczył bezpośrednio z języka chińskiego „Sztukę wojny” Sun Tzu. To o tyle ważne, że wcześniejsze tłumaczenia, które trafiały na rynek polski, to były tłumaczenia via język angielski. Tymczasem to jest bezpośrednio z chińskiego i okazuje się, że ta „Sztuka wojny”, którą znaliśmy za pośrednictwem języka angielskiego i ta, która jest tłumaczona bezpośrednio troszeczkę się różnią, a nawet bardzo troszeczkę. Ale to nie jest głównym tematem. Mówmy dalej o wywiadzie. Ten wywiad jest niezwykle ciekawy. Wspomniałem o tym, że Piotr Plebaniak podkreśla jedną ważną rzecz, że szeroko rozumiana kultura to jest coś, co nie da się ze sobą krzyżować, co nie da się ze sobą pogodzić. Właśnie multikulti to jest coś, czego Piotr Plebaniak nie rozumie i absolutnie odrzuca. Nie da się wprowadzić na jednym miejscu dwóch kultur.
Zawsze jedna będzie zjadała drugą i ten dosyć agresywny język, którego używam, jest adekwatny do tego, co się dzieje, jeśli chodzi o zjawiska społeczne. Ale wróćmy do tej ultrakooperacji. Ultrakooperacja, czyli taka współpraca, wiąże się też z innym pojęciem: asabija. To są takie pojęcia, które mówią o tym, że w ramach jednej kultury wytwarza się pewien mechanizm współpracy, w której jednostka jest w stanie poświęcić swoje dobro dla dobra ogółu. Ja wiem, że to, co w tej chwili mówię, wydaje się przynajmniej niektórym z państwa dosyć egzotyczne, bo w naszym społeczeństwie obserwuje się to coraz rzadziej. Tymczasem to jest cecha silnego społeczeństwa. Tak przynajmniej Piotr Plebaniak to udowadnia i pokazuje, że to, z czym mamy do czynienia obecnie w naszej zachodnioeuropejskiej kulturze, to jest raczej schyłek i upadek niż jakakolwiek próba podniesienia tej kultury do takiego stadium, jak przeżywała je w ostatnich wiekach. Dzisiaj wszyscy jesteśmy świadkami i obserwujemy to z pierwszych rzędów, że europejska kultura, kultura białego człowieka, z którą, nie oszukujmy się, spora część świata walczy, po prostu ginie. Ginie na naszych oczach, a w dodatku my przyczyniamy się do tego, czasami świadomie, czasami nie, że ona upada.
[32:17] - Tak. Jak mówiłem, wywiad jest wielowątkowy, skupia się też na kulturze Tajwanu, ale to każdy sobie może o tym przeczytać. Przejdźmy, Marku, do kolejnych punktów „Nieznanego Świata”, tego nowego numeru. Kolejny godny uwagi artykuł zatytułowany „Tylko jazień nie śpi” wyszedł spod pióra Wojtka Hudzińskiego. Jest częścią jego cyklu poświęconego świadomości. Tutaj Wojtek odwołuje się do trzech wielkich nazwisk dla mechaniki kwantowej: Heisenberga, Bohra i Schrödingera, którzy wyjątkowym szacunkiem darzyli, jak się okazuje, Wedy. Ta fascynacja kosmologią hinduistyczną i tamtejszymi eposami jest wśród fizyków dość powszechna, bo Oppenheimer, o którym jest tak głośno za sprawą filmu, który bije rekordy popularności, też się fascynował Bhagavadgitą i opisem cudownych broni. Ja ci powiem, że ja tego Oppenheimera oglądałem.
[33:15] - A ja też i za chwilę o tym powiemy.
[33:17] - Tak. Dobrze, ale wróćmy do tej kwestii, o której pisze Wojtek. Bo otóż Schrödinger, który jako fizyk prowadził też bardzo bujne i kontrowersyjne życie, postulował, że we wszechświecie istnieje de facto jeden umysł, ale ten jeden umysł wyraża się na wiele sposobów. To w pewien sposób rozwiązuje nam różne paradoksy świadomości, także te związane z jej rolą w mechanice kwantowej. Oczywiście to skierowało dyskusję na zupełnie inne tory i otworzyło drogę takim myślicielom jak na przykład Bernardo Kastrup, o którym jeszcze będzie mowa. Muszę powiedzieć, że ten cykl Wojtka ma wyjątkowy charakter, wyjątkowo go cenię. Ja mam nadzieję, że on się tak szybko jeszcze nie skończy, bo to jest podsumowanie naszej obecnej wiedzy na temat świadomości i alternatywnych hipotez na jej temat.
[34:10] - Tak. Przewracam strony i niejako sąsiaduje z artykułem Wojtka Hudzińskiego artykuł, który popełniłeś wspólnie z naszą znajomą z „Bibliotekarium 2.0”, Joanną Bohaczek-Trąbską, a w dodatku artykuł o Jasnej Górze. To się teraz tłumaczy.
[34:31] - Tak. Jako że z Joanną jesteśmy reprezentantami miasta ze świętą wieżą, to taki artykuł popełniliśmy. A że oboje się zajmujemy też zjawiskami z pogranicza, to zwróciliśmy uwagę na mniej omawiane i często przemilczane kwestie związane ze wzgórzem, z klasztorem. Na przykład wiele osób się nie zastanawiało nad tym, czy to jest przypadek zupełny, że taką krainę jak Jura Krakowsko-Częstochowska od jednej strony zamyka ogromny energetyczny punkt, jakim jest słynny Czakra Wawelski, od drugiej właśnie Jasna Góra. Piszemy też o tym, co odkrył w tej sprawie znany radiesteta Leszek Matela, z którym się konsultowaliśmy. Oprócz tego zgłębiamy krążącą od dawna hipotezę, że Jasna Góra mogła być przedchrześcijańskim centrum kultu razem z kilkoma sąsiednimi ośrodkami, na których też być może zbudowano potem chrześcijańskie świątynie. Bo ten wianuszek sanktuariów otaczających Jasną Górę jest naprawdę duży. Ja też tam dodałem wątek o Jasnej Górze jako dawnym centrum egzorcyzmów, bo się okazuje, że w epoce staropolskiej takim właśnie była. Mało kto o tym dzisiaj pamięta. Na co jeszcze chciałbym zwrócić uwagę w tym numerze.
Jest tam tekst o klątwie petersburskiego kanału obwodowego. To jest taki, jak sama nazwa wskazuje, kanał w mieście Sankt Petersburg. Marek Ochem analizuje tam pewną bardzo ciekawą miejską legendę związaną z tym obiektem. Otóż co dekadę w latach zakończonych trójką kanał pożera dużą liczbę ofiar, samobójców. Natomiast obecnie jakimś przypadkiem klątwa znowu ma o sobie dać. Rosja znajduje się w takiej sytuacji, w jakiej się znajduje, a Petersburg jest centrum putinistów. Jak na to patrzeć z perspektywy legendy miejskiej? O tym pisze autor. Wiem, Marku, że tam cię jeszcze zainteresował Igor Witkowski ze swoim felietonem.
[36:37] - To prawda, bo Igor Witkowski. Powiem tak: znam osoby, które się z Igorem Witkowskim nie zgadzają i ciągle polemizują. Znam osoby, które właściwie spijają z ust tego publicysty każde słowo. Jedno nie da się ukryć. Naprawdę teksty Igora Witkowskiego ja pochłaniam zawsze na pierwszym miejscu, niemalże.
[37:08] - On tutaj pyta w sposób bardzo otwarty, co czeka naszą cywilizację. I tutaj wskazuje na kolejny analizowany przez siebie wątek. Ja nie będę go zdradzał specjalnie, dlatego że w kolejnych numerach mamy bardzo podobne do siebie publikacje pana Igora, ale zwracające uwagę na bardzo różne treści, często pomijane w takim oficjalnym dyskursie. Ale mamy jeszcze jedną ciekawą rzecz związaną z tajemnicami kosmosu. Otóż Marcin Gibas w tym numerze opisuje tajemnicę słynnej gwiazdy Matuzalema. To jest jedna z wielkich zagadek astronomii. Według przeróżnych obliczeń, jakie poczyniono na przestrzeni lat, ta gwiazda górowała wiekiem nad wiekiem całego kosmosu. Otóż jeżeli wszechświat liczył sobie 13,6 miliarda lat, to gwiazda Matuzalem według analiz astronomów była starsza. Jak zatem możliwe jest, że coś, co się ukształtowało długo po Wielkim Wybuchu, mogło być starsze od samego Wielkiego Wybuchu? Na to pytanie postanowili odpowiedzieć uczeni.
I muszę powiedzieć, że często im wychodziło, że ta gwiazda jednak starsza jest. Jakie metody stosowali, to sobie przeczytacie. Ale ostatnio rzucił mi się w oczy taki artykuł, że to, co myśleliśmy o wieku wszechświata, to też jest jakaś tam mrzonka, bo on sobie liczy przynajmniej dwa razy tyle. Nie 13 miliardów lat, a 26 z hakiem, jak to się mówi. To oczywiście jest wąski wycinek tego, co znajdziecie w numerze. Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej, to odsyłam was na stronę www.nieznanyświat.pl, a także na www.nieznany.pl, jeżeli interesuje was na przykład zakup numerów archiwalnych.
[38:55] - Cóż, Piotrze, a my jak zwykle słyszymy się za miesiąc.
[38:58] - Za miesiąc. Tak. Do usłyszenia.
[39:02] - Proszę państwa, dzisiaj będzie dużo Żelkowskiego, bo Żelkowskiego zawsze jest dużo w tej audycji, ale będzie też dużo Piotra Cielebiasia, bo niniejszym chciałem państwa zaprosić na niespodziankowy „Filmotekarium”, a właściwie „Filmotekarium Extra”, bo będzie też to zwykłe „Filmotekarium” zapowiadane o serialach. A „Filmotekarium Extra” będzie o nowej nowości, że tak się wyrażę, czyli o filmie „Oppenheimer”. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem zapraszamy. Dzień dobry wieczór, Piotrze, po raz pierwszy, a właściwie po raz drugi, bo wcześniej nasi słuchacze odsłuchali polecanek „Nieznanego Świata”. Więc witaj po raz drugi.
[39:56] - Witam.
[40:00] - Teraz gratka niesłychana, bo właściwie jesteśmy bardzo trendy, bardzo na bieżąco, bo za chwilę będziemy mówić o najnowszej nowości, że tak sobie zażartuję, czyli o „Oppenheimerze”. Leci to dopiero tydzień w kinach. Byłem wczoraj na sali. Tłumy. Film długi. Niektórzy mówili przy wyjściu, że nudny. A tłumy walą. Czyli reklama działa.
[40:29] - Ten człowiek, który wychodził i mówił, że nudny, to byłem ja. Może tylko mnie nie poznałeś. Drodzy państwo, witamy w niecodziennych okolicznościach i niecodziennym formacie, bo suplemencie do „Filmotekarium”.
[40:43] - Przedsuplemencie właściwie.
[40:45] - Przedsuplemencie. Jest okazja, bo jak mówi Marek, tak się złożyło, że obaj widzieliśmy „Oppenheimera”. Nie tego żywego fizyka, ale film. Ja nawet napisałem z niego recenzję dla „Nieznanego Świata”. I tak żeśmy doszli do wniosku tutaj z profesorem Żelkowskim, że powiemy parę słów, bo jesteśmy na szczycie fali, może nawet trochę opadającej już. Warto po prostu parę słów na temat „Oppenheimera” powiedzieć, bo to też jest taki film, który chociaż zawiera jakieś wątki, powiedzmy, mistyczno-ezoteryczne, lekkie, to raczej nie trafiłby nigdy do „Filmotekarium” jako takiego.
[41:28] - O, proszę pana, końcówka, której oczywiście nie zdradzimy, otwiera takie możliwości interpretacyjne, że zupełnie spokojnie bym się dał namówić, żeby jednak ten film w ramach takiego „Filmotekarium” zwykłego omówić jak najbardziej.
[41:51] - Nie wiem, czy ja bym się dał namówić. Nie ma wątpliwości, że jest tak zwany hype. To się nie zdarza często przy zwykłych filmach. Często jest tak na przykład, że są filmy Marvela czy jakieś kolejne części „Gwiezdnych Wojen” i to zainteresowanie jest ogromne. Natomiast trudno to zainteresowanie takie masowe wywołać zwykłymi filmami, co nie? On nie był nawet tak bardzo promowany, jak zaczął być po prostu modny. Jest teraz w dobrym tonie „Oppenheimera” zobaczyć. Też masz takie wrażenie?
[42:22] - Tak.
[42:22] - Bo nawet „Indiana Jones” cieszył się znikomym chyba zainteresowaniem w stosunku do tego, co się dzieje z filmem o wielkim fizyku. Jak myślisz, z czego ten fenomen kulturowy, chyba tak to możemy nazwać, się bierze?
[42:40] - Ja myślę, że jednym z istotnych powodów jest postać reżysera. Christopher Nolan to jest człowiek, który stał się ostatnimi czasy niezwykle modny. A zatem grzech by było na film Nolana nie pójść. I to moim zdaniem jest jeden z powodów, dla których ludzie walą drzwiami.
[43:08] - Jest też druga sprawa. Ktoś mi się zdaje nakręcił tutaj korbkę marketingową, bo z jednej strony tych filmów teraz nie ma za dużo w kinach. Ja ci powiem, że przeglądając co jakiś czas repertuar, to jestem w szoku. 75% to są jakieś bajki, jest badziewny horror, na który się nie opłaca iść, a potem jest duża pustka. A nagle wylądowały dwa duże filmy. Tym drugim filmem jest, nie wiem, dlaczego tak wszyscy o tym mówią, „Barbie” Srabi. I chyba sobie wymyślili marketingowcy, że zestawią te dwa filmy i rozpoczną taki wyścig pomiędzy widzami. Teraz w dobrym tonie jest zobaczyć dwa i mieć osobisty stosunek do dwóch zupełnie chyba niepodobnych filmów. Nie rozumiem tego fenomenu Oppenheimera, szczerze ci się przyznam. Ale by jakoś streścić i uporządkować dyskusję o tym filmie, podzielmy ją tak: może niech każdy powie o nim dwie rzeczy dobre i dwie rzeczy złe, jeżeli oczywiście na tyle ich znajdzie.
[44:22] - Znajdzie, znajdzie, aż tak źle nie jest. Zanim powiem o dobrych rzeczach, to powiem państwu ciekawostkę. Film jest wykonywany, nagrany na taśmie kolorowej i na taśmie czarno-białej. Ta taśma czarno-biała się tam nie znalazła przypadkowo. Ona ma tworzyć wrażenie zdjęć dokumentalnych z lat 50. I tu się pojawił problem. Przeczytałem to na jednej ze stron internetowych. Otóż Nolan chciał to koniecznie nakręcić na prawdziwej taśmie i to w systemie IMAXowym, czyli ta klatka jest bardzo szeroka. I się okazało, że nie ma czarno-białych filmów tej szerokości. I nawet nie wiedziałem, że jeszcze firma Kodak istnieje, ale firma Kodak czy też to, co z niej zostało, wyprodukowała specjalnie na potrzeby tego filmu taśmę filmową IMAXową czarno-białą, na której można było te fragmenty filmu nakręcić.
To o tyle ważne, że Nolan wskazał na pewną bardzo ważną rzecz. Oczywiście można było nakręcić to na taśmie kolorowej i później to elektronicznie pozbawić kolorów. Niemniej zwrócił uwagę na to, że jak coś jest nagrywane na taśmie światłoczułej i to tej oryginalnie czarno-białej, to inaczej się rozkładają te światłocienie, te bliki i tak dalej. Ja jestem mało wrażliwy na tego rodzaju sztukę przez duże S, i to sztukę filmową.
[46:12] - Nie wiem, czy jest ktoś wrażliwy na tą sztukę filmową, na takie efekty, kiedy ten film trwa aż tak długo.
[46:21] - Tak, można dostać, proszę państwa, odcisków zdecydowanie, bo film trwa bite trzy godziny z hakiem. Niewielkim, ale jednak. Niemniej jednak odnotowuję tę ciekawostkę o czarno-białej taśmie. Ileś tam kilometrów tej taśmy Kodak musiał wyprodukować. A teraz przejdźmy do tych zalet. Jedną z tych zalet już wymieniłem. Być może jest to kwestia mojej wyobraźni, kwestia tego, że chciałem to tam widzieć, ale końcówka tego filmu, moim zdaniem, może nie jest warta trzech godzin siedzenia w kinie, ale jest świetna, kiedy padają pewne słowa i człowiek się zastanawia, jak je rozumieć. Czy wprost, czy nie wprost i na ile jest to przenośnia, a na ile jest to zaproszenie do pewnej jak najbardziej science fictionowej opowieści. Zostawiam tę sprawę zawieszoną, ale ta końcówka, dla mnie przynajmniej, warta była, tak jak powiedziałem, może nie trzech godzin siedzenia w kinie, ale tego, żeby jednak odnotować to, że to jest coś, co było dla mnie ważne, co mi w jakiś sposób wynagrodziło te godziny w kinie, które nie były lekkie. Ja to od razu powiem.
Ten film ma różne momenty, niektóre bardziej dynamiczne. Nie strzelają się od razu zaznaczę. Strzelają z atomu, ale to w pewnym momencie filmu. Da się to oglądać momentami tak, momentami troszkę gorzej. W każdym razie trzy godziny to jest zdecydowanie narażenie człowieka na jakieś nieodwracalne zmiany w kośćcu albo w aparacie mięśniowym. Ale wróćmy jeszcze do zalet. Powiedziałem o końcówce. Powiem o drugiej zalecie, powiem jeszcze i o trzeciej. Druga zaleta to jest pewien bardzo prosty zabieg filmowy polegający na utrzymywaniu tajemnicy. Otóż w pewnym momencie filmu, gdzieś zaraz na początku, pojawia się scena Niemego dialogu z Einsteinem głównego bohatera, czyli Oppenheimera z Einsteinem.
Oni o czymś gadają i później przychodzi trzecia osoba, która też w filmie odgrywa dosyć ważną rolę i Einstein odchodzi z tego miejsca oburzony, w każdym razie wzburzony. I my przez cały film nie wiemy, co tam padło pomiędzy Oppenheimerem a Einsteinem. Od razu państwa uspokajam, dowiadujecie się państwo tego pod koniec filmu. I ten motyw, to zagranie w sumie bardzo proste, żeby nie powiedzieć prostackie, ono może nie ujęło mnie, ale też mnie w jakiś sposób przykuło. Też nie przykuło. Bardziej po prostu wzbudziło moje zainteresowanie. To jest taki zabieg prosty, tak jak powiedziałem, może prostacki, ale jednak zadziałał w moim wypadku, bo ja prostym człowiekiem jestem, niespecjalnie skomplikowanym i te dzieła sztuki filmowej na mnie działają, ale bez przesady, proszę państwa. A ten prosty zabieg jakoś na mnie zadziałał i powiedziałem, że powiem o trzeciej zalecie. Wyłamię się, więc powiem o trzeciej zalecie. Ja lubię atmosferę starej Ameryki, dlatego lubię Indianę Jonesa w tych wydaniach takich, gdzie on się po tej starej Ameryce kręci.
Nawet jak to będzie Ameryka z 1969 roku, to jeszcze też lubię, ale tę starszą lubię bardziej. W tym filmie o Oppenheimerze macie państwo Stany Zjednoczone lat 40. i 50. odmalowane ze szczegółami. Ja oczywiście nie mogę tego weryfikować, nie mam aparatu, żeby to zrobić, ale ta wizja tamtych lat, przeniesienie mnie w tamte lata, zrobił to Nolan na tyle sprawnie, że dałem się temu uwieść. To oczywiście nie może być uwiedzenie na trzy godziny, proszę państwa, zachowajmy miarę. Niemniej jednak oglądałem te sceny ze starej Ameryki z pewną fascynacją. Tu przerwę i zapytam cię, Piotrze, o twoje dwie zalety, zanim przejdziemy do druzgotania tego filmu.
[51:21] - Tak, powiedziałeś o tej scenie, kiedy Oppenheimer podchodzi do Einsteina, coś mu tam mówi. Każdy sobie tutaj może wstawić w zasadzie, co chce. Na przykład, że Oppenheimer podchodzi i mówi: „Górnik Zabrze”, a Einstein mówi: „Legia Warszawa” i wtedy odchodzą. Ale tak już na serio zupełnie, bo ten film jest troszkę za bardzo na serio. Pierwszy plus, ujmę bardziej całościowo te moje plusy. Pierwszy to taki wątek fizyczno-mistyczny, jednocześnie filozoficzno-mistyczny. W „Oppenheimerze” sceny z życia i działalności są przeplatane z tym, co nazwano tam słyszeniem fizyki. Główny bohater nie tylko spisuje wzory na tablicy. On także fizykę słyszy albo ją sobie wyobraża w głowie. Czuje ten wszechświat, jak mu się manifestuje we wszystkich skomplikowanych, fraktalnych fikołkach.
Jest to ciekawe i w miarę widowiskowe i nie ma tego za dużo, także to jakoś ubogaca ten film na pewno. Niektórym to może przeszkadzać. Też mam chyba trzy plusy w sumie. Drugi to taki, że ukazuje się w tym filmie postaci wielu osób, o których się często słyszy, często się czyta. W internecie to są pomimo wszystko bardzo często popularne postacie, ale do kinematografii trafiają rzadko albo wcale. To między innymi wspomniany Einstein, ale i Enrico Fermi i wszyscy ci wielcy fizycy, którzy się tam gdzieś przewijają. O tych nazwiskach się mówi sporo, ale niewiele o nich wiemy jako o ludziach. A jest taka jakaś niewytłumaczalna tendencja do zainteresowania na przykład mechaniką czy fizyką kwantową. Mówię niewytłumaczalna dlatego, że dla chyba 90% populacji to są tematy, które są zrozumiałe tylko jakoś powierzchownie albo wcale. My bardziej chyba podziwiamy te wielkie, piękne mózgi aniżeli to, co oni mówili.
Dobra, nie będę męczył. Trzeci z dwóch plusów to obsada. Wspaniali aktorzy praktycznie po całości. Trudno ich zapomnieć. Wszyscy wypadają świetnie. Zobaczcie kto to sobie, jak nie wiecie. I tu chodzi zarówno o tę rolę pierwszoplanową, rolę drugoplanowe i nawet epizody. Mam, Marku, taką kontrowersyjną tezę, że fabułę tego filmu łatwiej zapomnieć niż postaci, niż nawet stronę aktorską. Tak mi się wydaje. I będzie być może nawet tak, że Oppenheimera będzie się wspominać po kreacjach, a nie po tym, co tam przedstawiono.
Ja już czytałem wiele komentarzy, które mówią, że można przewidzieć, do kogo Oscar powędruje za kilka miesięcy.
[54:21] - Tak, coś w tym jest. Nawet ta kreacja główna, czyli Oppenheimera mnie kupiła. To znaczy ja kupiłem tę postać. Natomiast tam, tak jak powiedziałeś, pojawia się Teller, pojawia się na krótko prezydent Harry Truman, wyjątkowy dupek, przynajmniej w tym wydaniu nolanowskim. I tak dalej. Tam rzeczywiście tych superkreacji, super ról, których się nie zapomina, jest naprawdę sporo.
[55:03] - Tak. Poza tym to są wielkie nazwiska też. Ale zróbmy może teraz tak: po jednym minusiku. To może ty zacznij.
[55:11] - Okej, po minusiku. Ja pójdę po linii najmniejszego oporu. Otóż o ile jeszcze historia z budową bomby atomowej w Los Alamos może być ciekawa, to ona jest pokazana przez pryzmat późniejszej akcji, późniejszych przepychanek urzędniczych w latach 50. związanych z pewnym bardzo wysokim stanowiskiem. I tam pewna osoba, która Oppenheimerowi szkodziła, się stara o stanowisko i w ten sposób mamy powody do retrospekcji rozmaitych. One sięgają mniej lub bardziej. I wiecie państwo, mnie to zupełnie nie kupiło, te przepychanki urzędnicze. W związku z tym, żeby te przepychanki jakoś unaocznić, to trzeba pewną podbudowę zrobić. I Nolan to robi. Oczywiście pokazuje, skąd się wzięły pewne niesnaski, pewne konflikty, ale ten wątek jest absolutnie nieciekawy i na tle tego wszystkiego nie wiem, po co to jest zrobione tak naprawdę.
Być może po to, żeby tę historię powiązać ze sobą, te supły, te punkty węzłowe uchwycić, ale myślę, że można to było zrobić atrakcyjniej. Nie wiem, czy jakieś przesłuchanie przed kolejną komisją parlamentarną, nie wiem, czy to była kongresowa, jakaś komisja w każdym razie, oni tam ciągle powoływali w tamtych czasach komisje, więc kolejne przesłuchanie jakiegoś urzędnika i w związku z tym te retrospekcje moim zdaniem to w ogóle nie jest ciekawe. Już ciekawsze jest przesłuchiwanie Oppenheimera przy okazji, co jest retrospekcją w stosunku do tego przesłuchania przed komisją bardzo ważną, senacką albo jakąś inną, jest przesłuchanie Oppenheimera przy przyznawaniu mu kolejnego certyfikatu, już po wybudowaniu bomby, po odpaleniu tej bomby, po zrzuceniu jej na japońskie miasta. On w pewnym momencie rzeczywiście zaczynają kombinować, czy mu ten certyfikat przedłużyć, czy mu go przyznać na nowo. I się okazuje, proszę państwa, to nie jest żadna tajemnica, o tym można powiedzieć, że ten Oppenheimer, który zbudował Stanom Zjednoczonym bombę atomową, nagle tego certyfikatu nie dostaje. Jest szereg niezwykle ważnych powodów. Zresztą sama komisja przyznaje, że owszem, nie dało się wykazać, że on był antyamerykański, niemniej jednak jego znajomości, które utrzymywał, powodują, że tego certyfikatu otrzymać nie może. I człowiek się zaczyna zastanawiać, po co ten gąszcz, w który nas reżyser wpuszcza, tych kolejnych retrospekcji, kiedy można by zrobić całkiem fajny film o tym, jak się bombę atomową budowało. Ale ja jestem, podkreślam, prostym człowiekiem. Być może nie trafia do mnie ta głębia.
[58:35] - Jest tam też wątek komunistyczny, ale to już jest poza moim minusem, który też jest dość nieczytelny. Mamy tam powiedziane, że są komuniści, z którymi się Oppenheimer kuma w jakiś sposób i nawet w pewnym momencie zakłada jakąś radę komisarzy ludowych przy jakimś laboratorium. Oczywiście nie dosłownie. Ale dobra, to przejdźmy do mojego minusa. Uwaga, nuda. Minus numer jeden: nuda. Jeżeli ktoś lubi filmy typu political fiction, thrillery polityczne połączone z dramatami psychologicznymi, super. I to jest film dla tego typu widzów. Ale jeżeli ktoś się na przykład interesował historią, powiedzmy, i zna dzieje projektu Manhattan albo nawet pamięta film „Projekt Manhattan” z końca lat 80., to muszę powiedzieć, że to nie będzie jakaś jazda bez trzymanki. Gdyby chcieć podsumować „Oppenheimera” od tej strony, to z przykrością przyznam, że lepiej się bawiłem kiedyś na takim dokumencie bardzo fajnym, nie pamiętam, jak się nazywał.
To był film dokumentalny, który opowiadał o tym, jak Chińczycy budowali swoją bombę atomową, ale za bardzo nie wiedzieli jak. I tam naprawdę było więcej emocji niż w „Oppenheimerze”. Nie wiem, mogę rzucić numer dwa, Marku, od razu?
[59:58] - Proszę.
[01:00:00] - To mój minus numer dwa odnosi się do charakteru tego filmu. Otóż cały czas macie wrażenie, że to jest tak, jakby dzieci bawiły się petardami zakupionymi gdzieś na odpuście w tym Los Alamos. Cały czas buduje się napięcie związane z detonacją bomby plutonowej. Wszyscy są podnieceni. Wystrzeli czy nie, czy zapali atmosferę, czy nie, co z tego będzie. Koniec końców mamy ten moment eksplozji, dość widowiskowy, ale też bez przesady. No i w sumie koniec. Koniec, przychodzi pora na konsekwencje. I teraz wracam do tego, co powiedziałem w punkcie pierwszym. Jeżeli się ktoś interesował historią, to pewnie kiedyś to przerabiał, więc to nie będzie dla niego film ani odkrywczy, ani rozrywkowy.
Pytam: po co kręcić nudne filmy? Wiele osób... Czytałem komentarze, czytałem, co mówią ludzie. Niektórzy sugerowali, że ten film poszedł w złym kierunku. Nolan coś sobie wymyślił i za dużo srok za ogon pociągnął. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że ten film nie daje do myślenia, bo daje. Jednak tylko wtedy, jeżeli się o dziejach Projektu Manhattan zapomniało albo się ich nie przerabiało. Teraz czekam z niecierpliwością na twój minus numer dwa.
[01:01:28] - Mój minus numer dwa dotyczy elementarnej psychologii. Ja nie mówię, że te sytuacje przedstawione w filmie są niemożliwe czy że nie zaistniały. Być może. Psychologia ma to do siebie, że właściwie zniesie wszystko i różne zachowania ludzi, różne relacje pomiędzy ludźmi. To wszystko zniesie. Natomiast ja odnoszę wrażenie, że widz jest na pewne sytuacje nieprzygotowany i one wyskakują trochę jak diabeł z pudełka. Głównie mam na myśli relacje pomiędzy ludźmi, pomiędzy głównym bohaterem a kobietami, pomiędzy głównym bohaterem a przedstawicielami wojska, przedstawicielami nauki. Tam są fajne dialogi. W gruncie rzeczy to mnie bardzo ekscytowało, ale mamy mówić o minusach, więc to zmilczę. Natomiast psychologicznie to jest film zrobiony troszeczkę na zasadzie: domyśl się widzu, co mogło spowodować, że ci panowie albo ten pan z tą panią w ten sposób gada, w ten, a nie inny sposób.
To oczywiście może być niezła zabawa, natomiast to nie jest zabawa, znowu to podkreślę, na trzy godziny. Troszkę zaczyna to w pewnym momencie męczyć, że te złe lub dobre relacje wyskakują czasami jak diabeł z pudełka. I my oczywiście przyjmujemy: tego lubi, tego nie lubi, ale nie zawsze wiemy, dlaczego on tak, a nie inaczej reaguje, tak, a nie inaczej odnosi się do pewnych postaci. Czy to może być minus? Dla mnie jest to minus. Ja lubię filmy, w których wiem, jakie są motywacje bohaterów. Tu znowu Nolan każe nam zapomnieć o dziejach Projektu Manhattan. Mamy mieć amnezję i nie wiedzieć, co się działo. Z drugiej strony Nolan nakazuje nam absolutną odporność i absolutną niedociekliwość w kwestiach między ludzkich. Dla mnie ten film pod względem kontaktów pomiędzy głównym bohaterem a innymi ludźmi w ogóle nie jest ciekawy.
My się bardzo szybko orientujemy, że on jest trochę aspołeczny, lekko upośledzony pod tym względem, ale wielcy ludzie tak mają. To nas niespecjalnie dziwi. Natomiast tam pojawia się szereg postaci, które można było czy to w dialogu, czy to w toku dziania się filmu jakoś bardziej podkręcić to wszystko. A tu mamy na przykład fajną postać bohatera, który nadzoruje od strony wojska projekt Manhattan. Oppenheimer zarządza całymi sprawami naukowymi, ale jest też człowiek od wojska, który jest fajny, postacią niejednoznaczną. On ma swoje różne pomysły i wymysły, ale jednocześnie to jest moim zdaniem postać, którą ja bym zakupił, zaakceptował. Ale też są tam takie dziury. Ja właśnie nie wiem, czy ja się mam domyślać, skąd się pewne relacje biorą, czy też nie. Mnie tego brakowało w tym filmie. Przyjmowałem go w bardzo wielu momentach na wiarę.
Po prostu te relacje, ta psychologia moim zdaniem jest tu bardzo uproszczona.
[01:05:16] - Tak, uproszczony. I to jest mój trzeci z dwóch minusów. Uproszczony jest też rys historyczny, bo jeżeli się dużo mówi o makkartyzmie, jeżeli się dużo mówi o II wojnie światowej, o panujących wtedy ideach, to mniej się mówi o tym, dlaczego na przykład Oppenheimer miał poglądy takie, jakie miał. Pokazuje się go, jak studiował w Europie, co tam niby kształtowało jego myślenie. Natomiast mało mówi się o tym, kim on był z pochodzenia, z jakiej rodziny pochodził. I to też jest wyrwanie tej historii z kontekstu. Otrzymujemy strasznie długi materiał o tym, jak oni maglują przed komisją, a nie otrzymujemy tak zwanego backgroundu. Może nie to, że nie otrzymujemy, ale on jest nie za bardzo podkreślony w tym wszystkim. Koniec końców dochodzę do takiego dziwnego wniosku, że modnie jest obejrzeć "Oppenheimera". Modnie jest powiedzieć, że on jest super, zarąbisty, ale czy w ogóle ludzie zrozumieli, o co w nim chodzi?
Bo on tak naprawdę nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt porywający. Oczywiście znajdą się tacy, jak przy każdym filmie, którzy będą analizować jakieś ukryte wątki czy symbole. Nie lubię tego. Nie wiem, czy ty.
[01:06:33] - Też nie lubię, bo film do tego nie nakłania. A trzeci u mnie, trzeci z dwóch minusów jest taki... Już się odnosi stricte do polityki. No proszę pana, ta partia komunistyczna amerykańska to ona jest przedstawiona "To właściwie świetni ludzie są, super! Oni właściwie dobrze chcą, to są pozytywni ludzie". Nie żyłem w tych czasach, nie wiem, ale ci, którzy się może dali ogłupić, to rzeczywiście byli ludźmi pozytywnymi. Ale na przykład nie ma tam nic na temat tych, którzy pociągają za sznurki marionetek. To, że do lewicujących organizacji należeli intelektualiści, którzy chcieli jakiejś zmiany, ja w to wierzę nawet chętnie. Natomiast szkoda, że nie jest tam powiedziane nic na temat tych, którzy trzymali w ręku sznurki marionetek. To było środowisko bardzo niejednoznaczne, które z jednej strony gromadziło ludzi chcących dobrze, nie bardzo wiedzących, czego chcą, ale chcieli dobrze.
Chcieli pokoju, równości, sprawiedliwości i tak dalej. Ale ktoś tam jednak był w tym środowisku, kto za te sznurki pociągał. I wydaje mi się, że konsekwencją tego jest później postawa Oppenheimera, że on przecież nie rzuca się w objęcia lewicowych organizacji. On owszem, z nimi bywa, on ich słucha. Jest takim wzorem człowieka, który przygląda się światu bardzo uważnie, co nie znaczy, że z pełną aprobatą. On po prostu patrzy i wyciąga wnioski. Aż tego mi brakowało. Ale teraz to we współczesnym świecie może jest niemodne, żeby pokazać, że ktoś ma swoje czarne interesy, wredne interesy i gdzieś tymi ludźmi manipulował. Sądzę, że Oppenheimer się w pewnym momencie, mówię już o historii, a nie o filmie, zorientował, że to towarzystwo jest zmanipulowane i on nie chciał być manipulowany. Chyba był na to zbyt inteligentny, ale też nie chciał być manipulowany przez drugą stronę, czyli powiedzmy tak umownie zupełnie przez wyznawców makkartyzmu, którzy widzieli komunizm pod każdym kamieniem.
To jest tragedia ludzi środka. Ludzi, którzy nie chcą się zapisywać do żadnej partii. Taka trochę tragedia jak w "Śpiewaku z Murów", że on był sam tak naprawdę. Nie chciał być z jednymi, być z drugimi. Nie opowiadał się po żadnej stronie. Chciał iść swoją ścieżką. W związku z tym był sam i dostał po krzyżu.
[01:09:33] - Dokładnie. Mnie się jeszcze przypomniał, to już tak na zupełnie sam koniec, taki motyw, który był obecny w kinie PRL-u, czyli dobry komunista. Często tego dobrego komunista na przykład w filmie "Dom", ale też w takich filmach, które są trochę zapomniane, grał taki bardzo znany aktor. Kojarzycie go bardziej z twarzy niż z nazwiska. Wergiliusz Gryń się nazywał. On by pewnie też zagrał fajnie dobrego komunistę w "Oppenheimerze". To są wszystko jajca. Ale powiem jeszcze jedną komunistyczną rzecz, Marku. Otóż tak. Na premierze "Oppenheimera" w Londynie doszło do takiego spektakularnego zdarzenia.
Otóż Murphy, czyli odtwórca głównej roli oraz Emily Blunt wyszli na znak protestu ze strajkującymi w Hollywood aktorami. To strajkowali aktorzy. Wcześniej jeszcze zaczęli strajkować scenarzyści. Patrz, zobacz, taki dobrobyt tam w tym Hollywoodzie, a ludzie strajkują. Może i my powinniśmy zastrajkować.
[01:10:36] - Nie, strajkować nie będę, ale powiem ci, ja już to raz chyba mówiłem, jak patrzę na scenariusze niektórych filmów wypuszczanych w Stanach Zjednoczonych, to ja bym bardzo prosił, żeby część z tych scenarzystów strajkowała do końca świata i o jeden dzień dłużej, żeby weszli na ich miejsce ludzie, którzy są spragnieni sukcesu, spragnieni sławy, spragnieni pisania świetnych scenariuszy, bo może to by dało jakiś oddech kino.
[01:11:09] - Ja tam będę strajkował. Nie będzie "Filmotekarium" za tydzień. Przekażę ci moje postulaty. Do usłyszenia za chwilę.
[01:11:22] - Jako się rzekło skończyło się "Filmotekarium Extra". Czas zatem na to prawdziwe "Filmotekarium". Zatem zapraszam. Dzisiaj mówimy o serialu "Diabeł w Ohio". Słowo się rzekło, zatem meldujemy się u państwa po raz drugi. Tym razem już nie z extra, a z tym zwykłym "Filmotekarium". Wakacyjnym "Filmotekarium", które dotyczy seriali. I tak jak gdzieś tam już wspomniałem, dzisiaj będziemy mówili o diable, a konkretnie o diable, który był się zalogował, objawił czy też w każdym razie zameldował w Ohio.
[01:12:12] - Tak, witamy was w kolejnym serialowym "Filmotekarium", w którym prezentujemy wam najciekawsze produkcje naszym skromnym zdaniem. Dobry wstęp zrobiłeś, Marku, bo słyszałem o diable łęczyckim, słyszałem o diable stadnickim Stanisławie. Mówiąc o Oppenheimerze wspomniałeś o diable w szczegółach. Na upartego można mówić o diable warmińskim, ale o diable w Ohio kto słyszał? Nim przejdziemy do konkretów, jak zwykle jakiś tam mały wtręt. Otóż zainteresowanie horrorami opartymi o motywy tajemniczego kultu czy też sekty od lat nie słabnie. Zwykle są to dość powtarzalne schematy, które wykorzystuje z lubością zarówno kino, jak i telewizja. Powiem ci tak, że nieco bardziej skomplikowana historia oparta o inny rodzaj kultu pojawia się w filmie "Hereditary", nie pamiętam, jak on się nazywa po polsku. Jeszcze jego nigdy nie omawialiśmy, ale chyba będzie warto, bo filmom Ariego Astera poświęcimy osobny odcinek w tym "Filmotekarium" kanonicznym. Natomiast moglibyśmy wymienić jeszcze kilka seriali z wątkiem kultystycznym, ale chyba nie warto, bo będziemy o nich jeszcze mówić.
Może was czymś zaskoczymy. Jak myślisz, dlaczego ten motyw sekciarski jest tak popularny? I to zawsze w tych sektach eksponowany jest mocno motyw, powiedzmy sobie szczerze, ezoteryczno-okultystyczny.
[01:13:55] - Moim zdaniem wyjaśnienie jest proste. W każdym razie dosyć proste. Otóż tajna organizacja i w dodatku diabeł. Panie, trudno o lepsze połączenie, bo z jednej strony mamy ludzi, którzy gdzieś tam działają, tajne związki tworzą, a jednocześnie czuwa nad tym wszystkim zły. Proszę pana, to jest świetne środowisko, żeby robić jakieś seriale, jakieś horrory. Ale w przypadku "Diabła z Ohio", kiedy obejrzymy pierwszy odcinek, możemy mieć wrażenie, że będzie właśnie to wszystko, o czym przed chwilą powiedziałem. Tajna sekta, mniej lub bardziej tajna. W dodatku jeszcze wątek ezoteryczny, ewidentnie. Pentagram, te rzeczy. Panie, czysta poezja.
Tymczasem bardzo szybko okazuje się, że film "Diabeł w Ohio" chyba nie do końca jest horrorem. Takim horrorem klasycznym, w którym to te wątki ezoteryczne odgrywają dużą rolę. On jest jednak, ten serial, dreszczowcem. Thrillerem, który działa bardzo sprawnie. Trzeba to powiedzieć, że są takie momenty w filmie, że człowiek rzeczywiście mówi sobie: "Wow, rzeczywiście jest groźnie", ale to nie jest horror z wątkiem paranormalnym. Ewidentnie nie. Chociaż bądźmy uczciwi, on tam gdzieś przemyka pod ścianami, jednak sugerowane pewne rzeczy paranormalne są, ale nigdy do końca. Bardziej tu jest położony nacisk, znowu na tym, czego brakowało mi w "Oppenheimerze", czyli na relacjach. Na relacjach pomiędzy ludźmi, pomiędzy uciekinierką z sekty, na pewnych motywacjach, czasami bardzo dziwnych. Bo mamy w końcu do czynienia z uciekinierką z sekty, która gdzieś tam w domyśle czci szatana, oddaje mu pokłony.
W związku z tym ona trafiając do "normalnego" środowiska, musi wywoływać konsternację, musi dziwić. Sama też musi czuć się dosyć dziwnie. I taki oto serial otrzymujemy.
[01:16:46] - Tak, to jest taki lekki horrorek obyczajowy. Przejdźmy do konkretów. "Diabeł w Ohio" to ośmioodcinkowy serial produkcji amerykańskiej emitowany na Netflixie, oparty o książkę pani Darii Polatin. Tak to się chyba wymawia.
[01:17:04] - Ale z innym zakończeniem, od razu mówię.
[01:17:06] - Tak. I tam ogólnie jest tak, że ona jest scenarzystką, ale chyba nie wszystkich odcinków. Mamy dotąd jeden sezon, ale pamiętam, kiedy "Diabeł" był tak popularny, że był na pierwszych miejscach na Netflixie, to pojawiły się głosy, że to nie jest koniec, że będzie kontynuacja. Tym bardziej, że ta końcówka otwiera nam takie możliwości.
[01:17:33] - Otwiera ewidentnie. Chociaż jak pamiętasz, w zeszłym odcinku "Filmotekarium" wyraziłem nadzieję, że to jednak jest koniec. Nie wiem, na ile ona będzie płonna, ale ja bym życzył temu serialowi, żeby to był jednak koniec, bo on w formie tego jednego sezonu ośmioodcinkowego miniserialu się broni. Ja boję się, że w związku z tym, co się dzieje pod koniec całej serii... Nie, nie mogę powiedzieć. W związku z tym, co się dzieje, to ciągnięcie tego w drugi sezon może spowodować katastrofę. Ja wiem, że amerykańscy scenarzyści są najzdolniejsi na świecie i najlepsi i w ogóle są wspaniali. Niemniej jednak czasami dobrze dla historii jest, jeśli ona się kończy pewnym niedopowiedzeniem, pewnym niedookreśleniem, pewnym wpuszczeniem nas w naszą własną wyobraźnię. A ten serial to robi. My sobie możemy różne rzeczy wyobrażać.
Dlaczego stało się to, co się stało? Czy to, co się stało w rodzinie głównej bohaterki, nie uciekinierki, ale pani psycholog, która opiekuje się uciekinierką Czy to, co się stało, było przypadkiem, czy może jednak świadomym działaniem? I to, że to się stało, że to się tak rozstrzygnęło, a nie inaczej, moim zdaniem dramatycznie, ale jednak rozstrzygnęło się na pewien konkretny sposób. Moim zdaniem, gdyby scenarzyści zostawili ten stan w spokoju, to byłoby bardzo dobrze dla tej historii. Ale ty możesz mieć rację, Piotrze. Ja nie wierzę w racjonalność producentów, a w związku z tym racjonalność scenarzystów. Jak się da dopisać, a od razu państwu powiem, że zawsze się da dopisać, nawet jeśli uśmiercimy głównego bohatera. Coś takiego nie następuje, ale jeśli nawet uśmiercimy głównego bohatera, ba! Jeśli nawet uśmiercimy wszystkich głównych bohaterów, to i tak się da napisać dalszą część, kontynuację danego obrazu. W związku z tym, jeśli coś takiego nastąpi, to ja będę bardzo ostrożnie podchodził do ewentualnego drugiego sezonu, bo nie wiem, czy mi nie zniszczy dosyć pozytywnego obrazu całego „Diabła w Ohio”.
To z jednej strony, czy mi tego przypadkowo nie zniszczy, a z drugiej strony mam taką obawę, że jak zacznie się pewne rzeczy doprecyzowywać, wyjaśniać, to nie tylko zepsuje mi zabawę, ale też rozwali cały pierwotny pomysł.
[01:20:34] - Tak, w tym serialu w zasadzie bardzo mocne i bardzo ważkie dla całej fabuły rzeczy się już wydarzyły. Ale zakończenie jest otwarte. Otwarte do tego stopnia, że jestem pewien, że znaczna część widzów powie, że jest pewna, że to nie jest koniec, bo to się nie może tak zakończyć. Nie wiem, czy możemy coś więcej powiedzieć. Korci mnie, ale nie chcę. Fabuła koncentruje się na dziewczynie imieniem Mae, która wywodzi się z rodziny należącej do okultystycznej sekty. Trafia ona do szpitala z bardzo specyficznymi obrażeniami. Rzecz się dzieje oczywiście gdzieś na amerykańskiej prowincji.
[01:21:16] - Czytajmy: zadupiu.
[01:21:19] - Tak, jeszcze nie takim najgorszym, powiem ci. Ja jestem fanem takich kanałów na YouTubie, gdzie pokazuje się prawdziwą amerykańską prowincję i na przykład jestem zawsze bardzo zaskoczony widokiem okolic, ale też na przykład tego, że ratusz na takiej prawdziwej prowincji amerykańskiej mieści się w przyczepie na przykład, albo w takiej melaminie. U nas koła gospodyń wiejskich mają większe. Ale dobra, to już jest taka podrasowana prowincja.
[01:21:51] - Panie, bo pan czytasz za mało sensacji. Jakbyś pan czytał Lee Childa, to amerykańska prowincja jest straszniejsza niż państwo sobie to wyobrażacie. Wystarczy poczytać Lee Childa i jego bohatera. Rachel trafia do różnych takich zadupi, to chyba tak się odmienia, zadupi w Stanach Zjednoczonych, które są straszne, a nawet jeszcze straszniejsze.
[01:22:23] - Tak, coś w tym jest. Natomiast tutaj mamy takie całkiem fajne przedmieście. Nie jest tam tak źle. Dziewczyna trafia z obrażeniami bardzo widowiskowymi do szpitala i pod wpływem matczynych instynktów przygarnia ją doktor Susan Mathis. Z biegiem czasu Marku, Mae staje się pełnoprawnym członkiem jej rodziny.
[01:22:49] - O, ja wszystko ci rozwalę, bo od razu powiem, że obrażenia. Ma na plecach wydziargany pentagram, więc wszystko jest jednoznaczne. Znowu niewiele państwu mówię. Natomiast specjalnie ci wszedłem w słowo, tak jak lubię, ale z drugiej strony specjalnie, ponieważ ta część historii wydaje mi się nieco naciągana, że ona trafia do rodziny pani psycholog, bo tam nie ma miejsca. Najpierw trafia do rodziny zastępczej, od razu to powiedzmy, w której w ogóle to jest szaleństwo, jak pokazana jest amerykańska rodzina wielodzietna. Ogólnie syf, malaria jest w tym domu, do którego trafia główna bohaterka. Pani psycholog ją stamtąd wyciąga, bierze do siebie do domu, do domu cywilizowanego. Ma przecież dzieci, ma męża, mąż ma swoje kłopoty. Niemniej jednak trafia główna bohaterka do tej rodziny. I panie, zaczynają się problemy, bo ona jest kompletnie z innej bajki.
Kompletnie. Ona sama siebie szokuje w zderzeniu z normalnymi ludźmi, ale też szokuje tych normalnych ludzi i to zarówno tych dorosłych, jak i tych niedorosłych.
[01:24:13] - Tak, to jest taki mocno bajkowy element. Tutaj proste pytanie: co bierze górę w pani doktor? Litość czy instynkty? Bo jakby nie było, to widać, że ta dziewczyna, chociaż zdrowa na ciele, to jest albo będzie ciężkim przypadkiem. Wiele osób w komentarzach zwracało uwagę na to, że pod kilkoma względami im się diabeł nie klei. To znaczy się, że tutaj widać pewną lukę. Ale czy to się nie mogło wydarzyć? Oczywiście, że się mogło wydarzyć. No i dobrze. Dziewczyna o dość niejasnej przeszłości i zamiarach nawiązuje potem relacje z domownikami w domu Mathisów.
Mamy takie straszne skrajności. Z jednej strony na początku jest odrzucana i to przez dzieci w tym domu i nowe szkolne otoczenie, a potem jest nie tylko pełna akceptacja, ale ona staje się nagle czymś w rodzaju, zapomniałem, jak to się nazywa, gwiazda socjometryczna? Chyba.
[01:25:20] - W każdym razie w miejscowej szkole robi furorę. A przecież furorę ma budzić córka pani domu, czyli tej pani psycholog. I ta córka ma mieszane uczucia w stosunku do swojej nowej koleżanki, czy też przyszywanej siostry. Tamta relacja jest napięta, ale w pewnym momencie, jak się już pojawia laleczka z kukurydzy, dobrze chyba to mówię, to człowiek czuje takie ciarki na plecach. Bezpiecznie ani spokojnie to nie jest. Absolutnie nie jest. W dodatku, Piotrze, wyczytałem i jedna rzecz mi przyszła do głowy, pojawiające się w filmie ptaszyska. Nie wiem, czy to kruki, w każdym razie krukowate jakieś takie się pojawiają. Różne skojarzenia literackie są jak najbardziej wskazane. Tam się też pojawia taki specyficzny strach na wróble z elementami świńskimi.
Prosięcią? Zostańmy przy świńskich. To też pewne skojarzenia nasuwa, literackie jak najbardziej. Szukajcie państwo w literaturze.
[01:26:46] - Wiesz, ludzie mogą nie zrozumieć. Świńskimi, że tam sprośnymi czy świńskimi wieprzowymi?
[01:26:55] - Wieprzowymi. Jak najbardziej. Dzięki za to naprowadzenie, ale szukajcie tego państwo w literaturze. Te drogowskazy są dosyć oczywiste. Może nie, ale dają się wyłuskać. Te wieprzowe drogowskazy.
[01:27:15] - Ale to zabrzmiało, panie, wieprzowe drogowskazy. Ty wiesz, że to mógłby być potencjalny tytuł hitowej powieści fantasy dla młodzieży? Ja już gorsze słyszałem.
[01:27:31] - Wieprzowe drogowskazy. Tak. Rzeczywiście, ująłeś mnie tym. Rzeczywiście piękny tytuł.
[01:27:38] - Jest na przykład "Sześć szkarłatnych żurawi", to wieprzowe drogowskazy są dużo lepsze, przynajmniej dla Polaka.
[01:27:46] - Wieprzowe drogowskazy. Dobrze, ale w każdym razie coś takiego następuje. Chociaż ptaszyska są właściwie od początku. Pamiętasz, tam jest taka podhistoryjka, w której ptak rozbija się o okno. To zawsze zły znak, proszę państwa, jak się wam ptak rozbija o okno, ale dycha jeszcze. I takie maleństwo, taka córka, taka słodka Amerykanka, maleńka, może nie maleńka, ale z dolnych podstawówkowych klas, prosi tatusia, żeby zawiózł do weterynarza. Tatuś zawozi, ale kuźwa, oczywiście weterynarz nawet w Stanach Zjednoczonych zamknięty. To też ma swoje konsekwencje. W ogóle same ptaszyska mają swoje konsekwencje. Proszę państwa, ta córeczka malutka też nie jest tak pokazana.
W ogóle to wszystko w tym filmie, i to jest na plus tego filmu oczywiście, ma swój sens. I to w przeciwieństwie do wielu filmów, w których bywa sporo rzeczy chaotycznych, to w "Diable w Ohio" te niby wątki poboczne, jakieś tam właśnie małe siostrzyczki, to wszystko się w pewnym momencie zaczyna kleić. Ja przyznam, że jestem pod dużym urokiem scenariusza, to znaczy tego, jak on się ładnie w pewnym momencie zaplata. Zaplata się coś, co na początku sprawia wrażenie chaosu, rzeczy takich z różnych bajek wziętych. I to się jednak, proszę państwa, splata. Tu duży szacun. Może bez bicia pokłonów czy jakichś tam specjalnych hołdów, niemniej jednak to nie wszystkim amerykańskim scenarzystom się udaje. W tym wypadku, moim zdaniem, udało się całkiem nieźle.
[01:29:44] - Tak, wy możecie myśleć, że "Oppenheimer" nam się podobał trochę, trochę nie podobał, a tutaj są jakieś hołdy dla serialiku z Netflixa. Nie, to nie o to chodzi. On jest zrealizowany w sposób taki, żeby trafiał w pewne gusta, żeby nie męczył.
[01:30:01] - Tak, bardzo prosty i bardzo taki książkowy powiedziałbym.
[01:30:06] - Nie można się zawsze zamęczać wielką literaturą i wielkim filmem. Czasami trzeba coś obejrzeć dla odmóżdżenia. Ja nie mówię, że to akurat "Diabeł" jest czymś takim, co wpasowuje się w te tematy. Nie, to jest dobre. Może momentami średnie, ale dobre. Co chciałem powiedzieć? Tam mamy wiele takich elementów, które nie wiem też, jak odczytywać. Czy to są takie wtręty stylistyczne, które mają nam podnieść trochę temperaturę lub nawiązać do niektórych scen z historii kina? Mamy taką fasadowość tej amerykańskiej prowincji, to jedno, ale chciałem nawiązać do tego, że tak naprawdę fajnie się to ogląda. Fajnie się to ogląda z powodu aktorów.
To nie są aktorzy jacyś z pierwszych stron gazet. To są aktorzy chyba telewizyjni. Tak się to nazywa w Stanach. Oni tam mają taką gradację swoją. Ale to wszystko wypada dobrze. Wiele osób mogłoby się przyczepić, że mówimy o nastolatkach, o rywalizacji w szkole i tak dalej, co jest tematem większości filmów dla młodzieży. Ale tutaj to jest naprawdę ciekawe. To jest w miarę realistyczne, nie jest przesłodzone, nie jest naiwne. Wypada to naprawdę ciekawie.
[01:31:30] - A czasami nawet groźnie.
[01:31:32] - Tak, momentami te emocje się jakoś człowiekowi nawet udzielają. Czyli jak na początku powiedziałeś, że to nie jest horror, to ja bym powiedział, że jeżeli będzie druga część, to będziemy mieli do czynienia z horrorem obyczajowym, bo ja myślę, że jeżeli ta druga część powstanie, to na pewno nam się ukaże mocodawców Mae, czyli te wszystkie demony i tak dalej. A na razie to mamy skoki po emocjach, ale i tak jest wszystko fajne na tle wielu filmów, które widziałem, filmów i seriali. Pytanie takie kluczowe: wiele osób nam może zarzucić, że tutaj promujemy seriale dla młodzieży. Czy to jest serial dla młodzieży twoim zdaniem? Bo moim, to on jest gdzieś pośrodku. To znaczy ten wątek emocji przeżywanych przez bohaterów, bohaterki jest silnie zaakcentowany, natomiast końcówka porusza. I gdybyśmy sobie wytworzyli w głowie coś takiego, że to się dzieje w życiu realnym, to powiem ci, że to jest dopuszczalne i to naprawdę rodzi ciarki. Ja już oglądałem mnóstwo historii o amerykańskiej prowincji, o tym co się tam działo i tak dalej, i to się zawsze jakoś źle kończyło. Natomiast tutaj mamy takie wrażenie, że ta historia nie tyle może być na faktach, co nie jest tak bardzo naciągana jak w niektórych horrorach.
[01:33:08] - Kiedy zapytałeś o to, czy to jest serial dla młodzieży, to już chciałem krzyknąć w mikrofon, że nie. Ale później doprecyzowałeś i tu pełna zgoda. Rzeczywiście tak może być, że młodzież on może przyciągać. Niemniej on jest chyba jednak adresowany do szerszego spektrum. I ta historia ma szereg ciekawych podwątków. Mamy motyw policjanta, który jest zdegradowany z większego miasta, przybywa na zadupie, na amerykańską prowincję. Prowadzi śledztwo, ale to śledztwo takie prowadzi, że to się ciągnie i ciągnie, i on jakoś do wniosków szybko nie dochodzi. Niemniej w końcu dochodzi. Mamy podwątek pana domu, męża pani psycholog, który ma swoje kłopoty. Jest architektem czy budowlańcem w każdym razie.
Coś tam wybudował, co się nie sprzedaje i wchodzi w różne mętne interesy. To się wszystko tak ciągnie, proszę państwa. Mamy główną bohaterkę, tę uciekinierkę z pentagramem, która staje się miejscową gwiazdą szkolną. I to też jest ciekawe. Mamy, charakterystyczne dla seriali współczesnych, szereg równocześnie prowadzonych wątków, które gdzieś tam się mają spleść i oczywiście się splatają. Niejednoznaczne jest to wszystko, tak jak Piotr powiedział o tej drugiej części hipotetycznej bardzo, że ona się może właśnie przerodzić w rasowy horror, bo na razie jednak to jest bardziej dreszczowiec niż horror z elementami przemykającego opławkami horroru. Tak jak Piotr powiedział, dużą zaletą tego filmu jest to, że serial jest po prostu ciekawy. On przykuwa, przywiązuje do siebie i człowiek chce obejrzeć następny odcinek i w miarę jak się oddalamy od początku i widzimy, że coraz bliżej końca, mówimy sobie: „Kurczę, to już zaraz koniec? Ale tego nie wiem, tego nie wiem, tamtego nie wiem”. I żal taki człowieka ogarnia.
Rzeczywiście koniec jest dosyć mocny, ale co mnie najbardziej ujęło w tym filmie, to to, że on każe nam się zastanawiać, czy przypadkowo nie jest tak, że wszystko, co obejrzeliśmy w tych odcinkach, co jest skutkiem, a co przyczyną? Tak to ujmę. Znowu, żeby nie spoilerować za mocno. Czy uciekinierka z sekty sobie po prostu wymyśliła swoją dalszą przyszłość w rodzinie, a właściwie już nie w rodzinie. Więcej powiedzieć nie mogę. Ona sobie wymyśliła pewien model życia i sukcesywnie go zrealizowała, bo osiąga swoje cele. To jest skutek różnych działań i tych wcześniejszych, kiedy ona żyje w tej rodzinie i późniejszych, kiedy dochodzi do dramatycznych scen, naprawdę dramatycznych. Ale ona osiąga pewien cel, coś, czego ona chciała tak naprawdę: być z panią psycholog. To było chyba coś, co od początku rzucało się w oczy, że te dwie kobiety, bardzo młodą i dojrzałą już, wiąże jakaś nić. Nie mam dobrego słowa, lepszego nie mam niż porozumienie, ale to nie do końca o to chodzi.
Raczej takiego zrozumienia niż porozumienia. I tu każe zadać pytanie Co takiego w swoim życiu przeżyła pani psycholog, że tak silna więź psychologiczna pomiędzy uciekinierką z pentagramem na plecach a panią psycholog się pojawia? Bo to jest pewna zagadka tego filmu. Ona nie jest wyjaśniona, a jednocześnie bardzo mnie nurtuje.
[01:37:32] - Tak. I może lepiej, żeby nie była, bo dostalibyśmy dużą dawkę powtórek. Jeżeli jest jakiś minus, bo przy "Oppenheimerze" mówiliśmy o minusach, tak że niech się diabłowi dostanie, nie podobał mi się ten cały wątek sekciarski. Nie to, że mi się wątek nie podobał. Nie podobali mi się sekciarze. Bardzo tacy sztampowi, przewidywalni i tak dalej. Jak na samym początku powiedziałem, wyrodziło się dużo filmów z tym wątkiem okultystycznego kultu. Ale to zabrzmiało prawie jak wieprzowe drogowskazy. Na przykład "Paranormal Activity" ostatnie było w bardzo podobnym tonie utrzymane. Jeżeli sobie przejrzycie Netflixa i horrory, to zobaczycie, jak wiele z nich jest opartych o ten okultystyczny wątek.
Tak że tutaj mimo wszystko udało im się. Nie odeszli od pewnych utartych schematów. Przechodzimy chyba do końca naszych rozważań o "Diable".
[01:38:43] - Ale coś dodam. Rzeczywiście masz rację. Tu podpisuję się w pełni. W tej sekcie za mało jest szaleństwa. Oni są wszyscy tacy, jak wyjęci z jakiegoś horroru Guy N. Smitha. Czyli oni gdzieś tam się kłębią, coś robią, chodzą, coś chcą spalić albo podpalić, więcej powiedzieć nie mogę. W każdym razie są do bólu sztampowi. Piotr to delikatnie ujął. Do bólu sztampowi.
Ta sekta to jest chyba najgorszy element tego filmu. Ona jest jeszcze ciekawa, kiedy są retrospekcje odnoszące się do życia głównej bohaterki w tejże sekcie. Jak ona jest zaślubiona, jak żyje, jak sobie poczyna, bo przecież jakąś historię ma. I to jest jeszcze ciekawe, ale kiedy dochodzimy do momentu, kiedy odbywa się pewien rytuał, to on, tak jak Piotr powiedział, jest do bólu sztampowy. Takich scen to już widzieliście państwo, może nie dziesiątki, ale dużo. Na pewno dużo. I to jest słabość tego filmu. Nikt nie poszedł w kierunku jakiejś odrobiny szaleństwa, jakiejś odrobiny niesztampowości, czegoś, co by zryło banie, sprawiło, że rzeczywiście powiedziałoby się: "Wow! Szatan, ale jaki?"
[01:40:14] - Czasami jest tak, jak na przykład w filmie "Midsommar", który też opowiada o jakiejś sekcie pogańskiej w Szwecji, kiedy to wszystko jest przedstawione w sposób z jednej strony perfekcyjny i naprawdę budzący przerażenie, ale w pewnym momencie mamy za dużo. Za dużo tego folkloru, za dużo tańców, za dużo tych wirujących korowodów i tak dalej. Jest to jednak odskocznia od takiego sztampowego przedstawiania wszelkiego rodzaju kultów. Z drugiej strony mamy taki bardzo ciekawy film i o nim kiedyś powiemy. On się nazywa "The Endless". To jest film, który zrealizowali twórcy filmu, który żeśmy omawiali. Ten film się nazywał "Coś wspłazł het ku Ziemi". Pamiętasz, Marku? Było coś takiego.
[01:41:03] - Tak, zgadza się.
[01:41:04] - "The Endless" to jest opowieść o kulcie, który niby jest taki typowo amerykański, że mieszkają ludzie w jakiejś komunie nad ludźmi, ale jednak jest dziwnie i z każdym momentem robi się coraz dziwniej. Główni bohaterowie też są uciekinierami.
[01:41:24] - Ale jeszcze nie powiedziałem, Piotrze, co dla mnie było słabe, ewidentnie słabe w tym filmie. Chyba najgorsza scena, aczkolwiek miała grać bardzo racjonalną, najgorszy pewien ciąg myślowy w tym filmie, to jest to, kiedy policjant odkrywa, że te farmy, które tam są, które należą do tej sekty, są ułożone w pentagram. Proszę państwa, nie użyję słów powszechnie uważanych za wulgarne, ale to już jest takie udowadnianie nam jednak, że jesteśmy debilami, skoro oglądamy pewien film. Bo nagle się pojawiają farmy, które się układają w pentagram i pan to na mapie sobie wykreśla. Mówi: "Wow, one się układają, proszę pani, w pentagram". I tłumaczy to zresztą pani psycholog. Ona mówi: "Wow, faktycznie. To odkryliśmy, jaka jest..." Robię sobie jaja oczywiście, tak dialog nie przebiega, ale mniej więcej taki jest poziom tego. To jest dla mnie ewidentnie słabe, ewidentnie niedopracowane i takie idące właśnie po linii najmniejszego oporu. Czyli musimy pokazać, że to sataniści.
To heja, farmy były ułożone w pentagram.
[01:42:51] - Tak. To powiem ci, że jest ogólnie samo z siebie głupie, bo na przykład gdybym był diabłem i bym zobaczył, jakich mam wyznawców, zobaczył, jakie hocki odstawiają, to ja bym się po prostu z żenady Załamał.
[01:43:11] - No tak, jakbyś miał wyznawców idiotów, to musiałbyś się załamać.
[01:43:16] - Naprawdę nie ma co robić, tylko farmy ustawiać w kształt pentagramu.
[01:43:22] - A w dodatku te farmy stare były, to jak oni je postarzyli sztucznie?
[01:43:27] - Co to ma niby dać? To bez sensu jest ogólnie, nawet z takiej perspektywy, jeżeli się przyjrzycie historii diabła, historii tego, jak kształtowała się myśl o księciu ciemności na przestrzeni wieków, to zauważycie, że on nie był głupi. On był paradoksalnie bardzo inteligentny i on nigdy nie wyrażał ludzkiej głupoty. Zawsze jakiś rozsądek lub był tak zwanym tricksterem, czyli kimś, kto był na pograniczu i mędrca, i błazna. Robienie takich ukłonów w stronę zupełnie bezsensownych akcji w tego typu filmach zawsze mnie zastanawia, bo to pokazuje, że twórcy za bardzo o okultyzmie nic nie wiedzą. To znaczy jest to taki satanizm stodołowy, czyli ludzie, którzy składają w ofierze koty i tak dalej. Od strony historycznej to jest naprawdę ciekawe. Jeżeli filmowcy kiedyś po to sięgną, to będzie naprawdę dobrze. Na razie nas raczą jednak scenami bardzo peryferyjnego, wręcz śmiesznego okultyzmu, który przez ten film się też przebija. Co nie oznacza, że ten film jest zły, bo jest-
[01:44:51] - Właśnie chciałem cię o to, Piotrze, zapytać. Powiedzieliśmy tutaj sporo słów krytycznych, sporo słów takich, które raczej wskazywały na to, że jednak film da się obejrzeć. To jakbyśmy mieli zrobić takie krótkie podsumowanie: oglądać czy nie oglądać?
[01:45:13] - Oglądać, dlatego że po pierwsze: od czego by tu wyjść? Od tego, że nie wszystko jest sztuką w filmie, a szczególnie w serialu telewizyjnym. W obsadzie nie ma gwiazd. Ten film nie pretenduje do tego, żeby być sztuką, natomiast jest czymś dla oka. Nie jest arcydziełem i nigdy nie będzie. Ale nie jest też czymś, co pozostawia zły posmak. On jest gdzieś zawieszony na takiej międzyserialowej granicy. Nawet nie wiem za bardzo, jak to określić, dlatego, że powiem ci, że kiedy się przyglądałem, jak ludzie oceniają „Diabła”, to były to skrajne reakcje: od pięciu gwiazdek po jedną. To też jest dobre, dlatego, że on w coś uderzył, skoro wywołał tak różne opinie. Ale jeżeli macie ochotę na coś lekkiego, coś, co nie obciąża za bardzo i przede wszystkim jeżeli jesteście fanami seriali, to „Diabeł” wam nie zaszkodzi tak jak rutinoscorbin.
[01:46:21] - A historia jest poza tym dosyć spójna. My już wielokrotnie trafialiśmy w naszym „Filmotekarium” na historie idiotyczne. Ta historia taką historią nie jest. Ona się splata, składa. Ona nie ma większych dziur. Tak, zostanę przy tym zdaniu. Nie ma większych dziur. Tam się dziury pojawiają, ale proszę państwa, to nie są dziury radykalne. To znaczy da się uzupełnić własnym pomyślunkiem, że teoretycznie mogło się tak wydarzyć. Więc to jest serial, który tak jak Piotr powiedział, może nie pretenduje, a nawet na pewno nie pretenduje do miana sztuki.
Niemniej jednak dla mnie w przypadku seriali największą zaletą jest spójność i pewna konsekwencja w opowiadaniu historii. I ta historia, którą spotykacie państwo w tym serialu, „Diabeł w Ohio” jest spójna i jest konsekwentna. I ode mnie duży plus właśnie za to.
[01:47:29] - Tak, pod warunkiem, że to się wszystko skończy na pierwszym sezonie.
[01:47:34] - Czego sobie wszyscy życzmy, ale w sumie, Piotrze, przekonałeś mnie. Ja już jestem pełen obaw, że jednak drugi sezon powstanie. Ja go oczywiście jako taki człowiek, który lubi się sam katować, oczywiście obejrzę po to, żeby jednak dojść do nieuchronnego wniosku, że niepotrzebnie.
[01:48:01] - Tak tutaj trochę się pociągając za język obiecałeś, że przeczytasz „Powrót babiszczura”.
[01:48:10] - Jeszcze nie zdążyłem go znaleźć w swojej bibliotece, bo ja go tu w bibliotece mam i przejrzałem już część półek, ale jeszcze go nie znalazłem. Natomiast ja to zobowiązanie podtrzymuję, a w sumie zachęciłeś mnie do dalszych poszukiwań. Będę szukał. Ja już państwu o tym chyba mówiłem. Ja pamiętam, że to się nie czytało źle, a w każdym razie dysonans pomiędzy filmem a książką z perspektywy czasu — nie wiem, jak będzie dzisiaj — ale wydaje mi się ewidentny. Książka to było coś. To był taki film, o którym już mówiliśmy, więc nie katujmy go dalej.
[01:49:04] - Tak, to by było na tyle. Do usłyszenia w kolejnym serialowym „Filmotekarium”. Czekaj Marku.
[01:49:10] - Pozdrawiamy.
[01:49:11] - Marku, jak to było? Wieprzowe drogowskazy. To by chyba było-
[01:49:14] - To jest genialne. Sam nie wiedziałem, że jestem tak genialny. Wieprzowe drogowskazy. Zapamiętajcie państwo ten tytuł. Pod tym się będzie kryło jakieś arcydzieło. Tak, proszę państwa, Filmotekarium niniejszym się zakończyło. No to cóż, to ja państwa zapraszam na absolutnie najdłuższą część dzisiejszego programu, czyli cały audiobook z książki Piotra Witolda Lecha zatytułowanej „Poliamoria. Space story”. Tu od razu przypomnę, że za tydzień będziecie państwo mogli wysłuchać tomu drugiego. Mam to przez autora obiecane, więc się państwo nie niepokójcie.
„Łzy Koa” za tydzień. A dzisiaj „Poliamoria. Space story” Piotra Witolda Lecha.
[01:50:21] - Piotr Witold Lech przedstawia „Poliamoria. Space story”. Czyta Grzesław Krzyżanowski. Produkcja Audioteka. Kobietom Wszechświata. Prolog. Wielki gazowy olbrzym Nakihari roztaczał się na trzy czwarte horyzontu. Emanował błękitem tak intensywnym, że malował nim nawet pierzaste obłoki, nieśpiesznie płynące pogodnym tego dnia niebem Singulianu. Światło odległej gwiazdy rzucało na księżyc blask przyjemnego, ciepłego dnia. Rześka bryza niosła się od strony niezmierzonego przestworu Morza Artak.
Uderzała w konstrukcję platformy, zawodząc cicho. Śpiewała w jej stalowym olinowaniu. Większe w tym miejscu fale rozkołysały ciężką, masywną konstrukcję, która protestowała cichym skrzypieniem. Wiatr niósł zapach wodorostów i ryb. Tłumił krzyki ptaków krążących nad wieżą bezobsługowej latarni morskiej. Białe, czerwone i żółte żagle singuliańskich łodzi łopotały na wietrze przy każdym manewrze zwrotu wykonywanym przez roześmiane załogi. Ścigłe i smukłe, pękate i ciężkie, duże i małe. Setki kolorowych kwiatów na błękitnej łące morza. Krążyły pomiędzy platformami, a młodzi Singu machali do nas, krzycząc: „Usami atuna gari uszai!” Turyści, których wozili, powtarzali ten okrzyk z akcentem wzbudzającym wesołość przewodników. Bez translatora wiedziałem, że żeglarze nam błogosławią.
Od kiedy wyruszyliśmy do świętego miejsca, wciąż słyszałem od wszystkich przygodnie spotkanych Singu: „Usami atuna gari uszai”. Spojrzałem na niewielką grupkę stojącą na platformie. Wiatr tarmosił włosami Nataszy i Iriquaneny, poruszał ogromnymi skrzydłami Rahanana, Erwina i Erisa. Łopotał połami płaszcza Artemis i uporczywie starał się zerwać z głowy Sławka bejsbolową czapeczkę z dużym daszkiem. „Aka idei do łabinu?” — zapytał kapłan. „Czy jesteście gotowi?” — przełożył na angielski translator. Mocniej zacisnąłem swoją dłoń na dłoni o długich palcach. Wyczuwałem miłą w dotyku, aksamitną błonę. Spojrzałem w ogromne, czarne, przepastne jak kosmos oczy istoty trzymającej mnie za rękę. „Jestem gotowy” — powiedziałem.
Skinęła głową. Nazywam się Matt Brzozowski. Anglojęzyczne imię nadała mi mama, która z jakiegoś powodu twierdziła, że będzie ono pasować do mojego życia i przeforsowała to w kłótniach z tatą, prostym góralem upierającym się, żebym miał na imię Władek. Okazało się, że mama miała rację. Urodziłem się w Euroregionie Polska, w małej miejscowości pod Krościenkiem. Wprawdzie samo Krościenko też nie jest wielkie, ale dla nas, dzieci z podhalańskich wsi, było już jakimś centrum życia od kilku wieków stanowiącym przedsionek Szczawnicy, sporego uzdrowiskowego kurortu. W czasach mojego dzieciństwa obie te miejscowości były już praktycznie połączone, gdyż z każdym rokiem coraz gęstsza zabudowa wdzierała się w łąki i lasy Pienińskiego Parku Narodowego. Rosnące zaludnienie, a jednocześnie rozpaczliwe próby utrzymania turystycznego charakteru regionu to swoista schizofrenia Podhala. Sytuację ratowały jeszcze zdeptane niemiłosiernie Pieniny, wciąż sączący się Dunajec z jego przełomem i flisakami oraz z uporem godnym lepszej sprawy rewitalizowany Zbiornik Czorsztyński. Wielkie jezioro między Hubą a Niedzicą posiadało już warstwę mułu i śmieci zalegających dno wyższą aniżeli głębokość lustra wody.
Wymagało corocznego czyszczenia i przygotowywania do sezonu, ale wciąż pływały po nim statki i promy wodne z turystami chcącymi obejrzeć z bliska rezerwat Zielone Skałki i wciąż łowili wędkarze. Tylko dzieci już nie mogły się kąpać. Dla nich ustawiono liczne sezonowe baseny nad brzegami. Niszczenie z jednej strony, a turystyczny lans z drugiej nie były jedynym absurdem góralszczyzny. Tym bowiem, co na pewnym etapie mojego życia okaże się najistotniejsze, było niesłabnące przywiązanie całego regionu do katolicyzmu. Regularnie chodziłem do kościoła, byłem nawet przez pewien czas ministrantem. Obchodziliśmy rodzinnie wszystkie święta. Uczestniczyłem w procesjach, czuwaniach, naukach, a w wigilijną noc wraz z innymi dzieciakami biegłem na pasterki. Przestrzegałem postów i wszelkich tradycji. Chodziłem na lekcje religii.
Katolicyzm ukształtował fundament moich poglądów i pomimo że dalsze lata dzieciństwa mnie nie rozpieszczały, trwałem w nim niezachwiany. Wierzyłem, że rodzina składająca się z ojca, matki i dzieci jest wartością najwyższą i że nie jest ważne, jak bardzo ktoś w tym układzie czuje się nieszczęśliwy, bo układ jest nie do ruszenia. Należy w nim trwać. W przeciwnym razie dotkną człowieka srogie konsekwencje i od Boga, i od ludzi. Każdy inny związek jest po prostu niemoralny, a najbardziej spośród niemoralnych związków obrzydliwe jest obcowanie z istotami z innych planet. Tych ludzie powinni się szczególnie wystrzegać, ponieważ prowadzą do zatracenia dzieła Bożego. Tak często słyszałem to na każdym kazaniu i na koniec każdej katechezy, aż uwierzyłem. Tak, długo w to wierzyłem. Choroba mamy szybko zamieniła moje dzieciństwo w koszmar. Jako trzynastolatek nie rozumiałem, na czym polega depresja.
Te nagłe oddalenia się mamy, jej nieobecność i chłód. Jakby odlatywała myślami gdzieś daleko poza Ziemię, na inne planety. Wpatrywała się wtedy w niebo, a największym jej zainteresowaniem cieszyły się ogromne międzygwiezdne krążowniki, które zniżały się do lądowania na balickim kosmodromie. Lubiła też wpatrywać się w różnobarwne wstęgi autostrady i patrzeć na tysiące pięknych, nowoczesnych stradolotów, którymi waliły kolejne fale turystów z Warszawy i znad Bałtyku, chcących zobaczyć prawdziwe góry. Wtedy mama, choć nieobecna, stawała się cicha i łagodna. Być może dlatego tak bardzo zapragnąłem zostać astronautą. A być może dlatego, żeby uciec od wspomnień jej ataków, podczas których rzucała meblami i ruszała na wszystkich z nożem, po czym sama się okaleczała, jeżeli ktoś w porę nie wyrwał go jej z ręki. Potem były policja i pękaty stradoambulans pogotowia ratunkowego, którym przewozili mamę do szpitala. Nigdy nie zapomnę tych wizyt w szpitalach. Najpierw nowotarskim, a potem, kiedy jej stan się pogarszał, w Klinice Psychiatrii imienia Babińskiego w Krakowie i tego raniącego moje serce widoku najdroższej osoby spętanej kaftanem bezpieczeństwa.
Świat trzynastolatka walił się w gruzy. W końcu mama dopięła swego. Przez dwa tygodnie udawała przed nami, że wszystko jest pod kontrolą i że nadszedł tak zawsze przez nas wszystkich oczekiwany stan remisji. Tata dał się nabrać. Nie czekając, aż z siostrą wrócimy ze szkoły, poleciał do Nowego Targu załatwić dwie zaległe sprawy. Jak to w urzędzie bywa, sprawy przeciągnęły się na wiele godzin. Kiedy wrócił, znalazł mamę leżącą na podwórku, gasnącym wzrokiem wpatrzoną w niebo. W dłoni ściskała fiolkę po psychotropach. Druga fiolka, także już pusta, leżała na kuchennym stole. Był szpital i płukanie żołądka, ale za późno.
Wiem, że tata nigdy sobie nie wybaczył tego wyjazdu i nigdy nie przestał zadawać pytania, czy naprawdę chciała wtedy odejść, czy jak zwykle coś zamanifestować, licząc na jego szybki powrót i ratunek. Po samobójczej śmierci mamy, której podłoża nie rozumiałem, musiałem na gwałt znaleźć coś, co pozwoli mi uporać się z całkowicie wówczas zdruzgotaną psychiką. Chociaż ojciec tłumaczył nam i chyba w równym stopniu sobie, że nie można było dla mamy zrobić niczego ponad to, co robiliśmy, potrzebowałem natychmiastowego wyciszenia. Martwej mamy mi nie pokazali, dlatego z uporem wpatrywałem się w zdjęcie Evelyn MacHull otuloną karoserią samochodu niczym kołdrą po skoku z 86. piętra Empire State Building. Znalazłem to zdjęcie w internecie i już na zawsze pozostało ze mną. Wyobrażałem sobie, że mama, umierając, też wyglądała tak pięknie. Pocieszałem się, że nie cierpiała i że odnalazła zgubiony podczas krótkiego życia spokój. Dopiero teraz rozumiem, jak bardzo mnie ta wizja niszczyła. Zajmująca się mną wówczas szkolna psycholog, pani Dagmara, wprowadziła mnie w jogę.
Była to jej pasja i zdobyła nawet na studiach tytuł dyplomowanego instruktora, dzięki czemu mogła w szkole założyć grupę wsparcia poprzez jogę dla dzieci z problemami emocjonalnymi. Praktykowałem ćwiczenia pod okiem pani Dagmary, która z zapałem prowadziła naszą sekcję i przemycała nam wartości niekoniecznie całkiem katolickie. Z tego powodu po dwóch latach popadła w konflikt z miejscowym proboszczem i została ze szkoły usunięta. Ale było to już w czasie, kiedy po skończeniu podstawówki dostałem się do liceum astronomicznego w Krakowie. W pierwszej klasie liceum usłyszałem o metodzie medytacyjnej Icemana, czyli Wima Hofa, legendarnego człowieka z XXI wieku, który pokonał wszelkie bariery wytrzymałości ludzkiego organizmu na zimno. Zobaczyłem filmy i zacząłem treningi. Najpierw przyzwyczajałem ciało do niskich temperatur. Robiłem to podobnie do członków klubu Morsów. Ubierałem się lekko, otwierałem okno w pokoju stancji, a potem zostawiałem je otwarte nawet w zimie. Wkrótce doszedłem do etapu, w którym ku przerażeniu nauczycieli chodziłem zimą w podkoszulku, a kiedy na krakowskie Błonia spadał rzadki śnieg, ściągałem buty i próbowałem jak najdłużej chodzić po nim boso.
I wcale nie zniechęciły mnie dwa odmrożenia i liczne infekcje. Odwiedzałem też zimą otwarte kąpielisko Bagry i tam wraz z członkami klubu Morsów, do którego oczywiście szybko się zapisałem, taplałem się w wodzie o temperaturze zero stopni. Potrzeba coraz bardziej ekstremalnych doznań na chłodzie powodowała, że chętnie jeździłem do naszej miejscowości odwiedzać samotnego tatę. Siostrę studiującą już wtedy na Akademii Ekonomicznej w Berlinie widywałem bardzo rzadko. Tylko w święta Bożego Narodzenia, które do śmierci taty staraliśmy się rodzinnie celebrować. Biegałem wtedy po górach, zapadając się w głęboki po kolana śnieg, który jeszcze od czasu do czasu gęsto pojawiał się na Podhalu. Ale wciąż było mi mało. Zapragnąłem spróbować u źródła i pewnego dnia uciekłem na swoiste wagary w Karkonosze, do ośrodka imienia Wima Hofa, założonego półtora wieku wcześniej przez samego mistrza. Początkowo nikt nie zadawał pytań. Pozwolono mi uczestniczyć w zajęciach za dobrą monetę, biorąc moje tłumaczenie, że wkrótce pojawi się mój pełnoletni opiekun.
Dopiero po dwóch tygodniach, kiedy rzekomy opiekun się nie pojawiał, ośrodek zawiadomił policję, a policja szkołę i rodzinę. Dzwonili kolejno roztrzęsiony tata, wściekła siostra i zatroskana wychowawczyni z liceum. Kazano mi wynosić się do Krakowa. Dostałem za swoje, ale nigdy nie żałowałem tych dwóch tygodni. Metoda Icemana została mi na całe życie, niejeden raz ratując psychikę, a nawet, jak się miało okazać, ciało i życie. Zanurzałem się w lodzie po szyję w środku zimy, kiedy wielkie płatki śniegu opadały mi na głowę. Zwalniałem oddech i wszystko wracało na swoje miejsce. Potężna dawka dimetylotryptaminy opanowywała mój umysł. Dotykałem młodym życiem śmierci i wówczas przez kilka chwil wszystko widziałem jaśniej. Wspominam o tym, ponieważ technika Icemana pozwoliła mi wówczas nie tylko powrócić do psychicznej formy, ale także z powodzeniem osiągać wysoki poziom nauki, szczególnie z przedmiotów ścisłych, które zawsze uwielbiałem.
Astronomia, matematyka i informatyka na poziomie licealnym nie miały przede mną tajemnic. Uczestniczyłem w ogólnopolskich, a potem ogólnoeuropejskich olimpiadach, dwa razy nawet wygrywając. Innym dodatnim wpływem mroźnych medytacji był fakt, że z powodzeniem mogłem uprawiać sztuki walki. Postawiłem na boks. Zapisałem się do sekcji bokserskiej już w liceum pod wpływem kilku kumpli, którym wprawdzie imponowało moje chodzenie boso po śniegu, ale generalnie uważali jogę za mało męskie zajęcie. Zacząłem trenować boks na odczepnego. Szybko jednak okazało się, że i do tego mam niemałe predyspozycje. Pomagała mi tutaj wrodzona góralska siła i mocna postura. Uderzenie miałem naprawdę potężne. Wystarczyło tylko popracować nad techniką, żebym zaczął z łatwością nokautować w ringu swoich rówieśników.
Już kończąc liceum byłem pretendentem do tytułu mistrza Małopolski wagi półciężkiej juniorów. Nie skoncentrowałem się na robieniu kariery bokserskiej, ponieważ nawet ku własnemu zaskoczeniu zdałem skomplikowane testy na Akademię Astronautów NASA. Ze Stanów przyszedł list, w który wgapiałem się pół dnia, nie wierząc we własne szczęście. Leciałem do Houston. Już wówczas zapotrzebowanie na pilotów astronautów wzrosło niewspółmiernie do lat poprzednich. Minął okres dyplomatycznych rozgrywek i tworzenia się Międzyplanetarnej Ligi wraz z jej międzyrasowym parlamentem w Tsung Ang na Singulian. Kończył się czas napięć, a rasy, z których każda przecież przeszła długi proces ewolucji społecznej i historycznej po to, ażeby osiągnąć technologiczną i cywilizacyjną doskonałość, wreszcie się dogadały. Ruszały połączenia turystyczne i handlowe z innymi planetami zamieszkiwanymi przez inteligentne cywilizacje. Rozpoczynała się nowa era w dziejach Drogi Mlecznej. W Akademii poznałem wielu kolegów i chyba był to do czasu wejścia w poliamorię mój najszczęśliwszy okres w życiu.
Uczyłem się mnóstwa fascynujących rzeczy. Trenowałem i jeszcze raz trenowałem. Wciąż, niestrudzenie. Moje młode ciało rozkoszowało się bezustannym katowaniem. Nie przestałem też ćwiczyć boksu, ale w Stanach kilku czarnoskórych chłopaków pokazało mi, jak mało jeszcze potrafię. Byłem na tyle zdolny, że szybko nauczyłem się od nich tego, czego nie potrafiłem. Na tyle, żeby u szczytu moich możliwości pokonać większość z nich i zostać wicemistrzem akademii. Mój umysł wspiął się na wyżyny i pracował niczym komputer. Uwielbiałem bawić się w wyliczenia kursów, rywalizując tym z androidowymi pracownikami NASA lub w gry pamięciowe polegające na zapamiętywaniu nazw wszystkich gwiazd, którym przez dwa ostatnie wieki nadano imię. W akademiku robiliśmy sobie turnieje pamięciowe i z fascynacją uczyłem się o obcych.
Pierwszy kontakt miał miejsce jeszcze w dwudziestym pierwszym wieku, dokładnie 15 września 2075 roku czasu ziemskiego. Wówczas to prototypowy statek badawczy wykorzystujący prędkość nadświetlną, nazywaną też na cześć kultowego serialu Star Trek prędkością warpową, zatrzymał się w celach badawczych w okolicach Proxima Centauri. Załoga natknęła się tam na bardzo podobny pojazd, ale niebędący tworem człowieka. Już sam ten fakt był wystarczająco sensacyjny, ale prawdziwy szok czekał załogę kapitana Erika Jansena, kiedy po zadziwiająco łatwym rozszyfrowaniu języka obcych, którzy ze wszystkich ziemskich języków wybrali do deszyfracji japoński i wietnamski, porozumiano się z dowódcą pozaziemskiej jednostki. Kiedy dostrojono eksnawa do częstotliwości obcych, na ekranie interkomu ukazała się postać najbardziej zbliżona do człowieka. Wprawdzie innego, o oczach bez białek, ciemnoniebieskim, niemal sinym kolorze skóry, błonach między nieproporcjonalnie długimi palcami, zbyt wydatnych ustach i zbyt małym nosie nadających mu żabiego wyglądu, ale z całą pewnością człowieka. Jakby przedstawiciela rasy, której z jakichś powodów zabrakło na Ziemi, ale której istnienie każdy Ziemianin mógłby sobie wyobrazić. Wielu pisarzy science fiction podobnie obcych przedstawiało. Inny, ale jednak bez żadnej wątpliwości nasz bliski krewny, bliższy od goryli i szympansów. Jakby kolejne brakujące ogniwo do rozszyfrowania zagadki powstania inteligentnych humanoidów.
Istotą, która ukazała się na ekranie interkomu, był kapitan Yaiku Lee, dowódca singuljańskiej jednostki, która także w celu badawczym zapędziła się z macierzystego gwiazdozbioru Hiad w stronę układu Proximy Centauri. Teoria panspermii przez ostatnie dwa wieki będąca w odwrocie powracała efektownym: „Tadam! No i co, niedowiarki?” Na gwałt rozpoczęto jej odgrzebywanie. Naukowcy, którzy jeszcze kilka lat wcześniej w programach holowizyjnych nabijali się z teorii jednej przyczyny powstania życia we wszechświecie, nabrali wody w usta. Panspermiiści tryumfowali. Odtwarzano całą długą drogę tej koncepcji. Przypominano jej piewców od starożytnego Greka Anaksagorasa, poprzez XX-wiecznych Svante Arrheniusa, Freda Hoyle'a do Neila deGrasse'a Tysona czy ostatniego walczącego z wiatrakami Arta Fiema Wołkowa Sterlinga. Ten ostatni, przygarbiony i ledwie już chodzący, z płaczem wzruszenia witał na Ziemi pierwszą delegację Singu, a wkrótce potem także skrzydlatych Jelantów. Panspermia głosi, że życie zostało po wszechświecie rozniesione przez podróżujące po nim ciała niebieskie, meteoryty, kawałki skał czy też gwiezdny pył. Wedle panspermistów spełniły one niegdyś rolę podobną do kwiatowego pyłku niesionego setki metrów przez wiatr i osadzającego się na pręcikach odpowiednich roślin.
Pręcikami były tutaj starannie wyselekcjonowane światy, planety i księżyce owinięte troskliwą atmosferą, pełną wody, tlenu i innych pierwiastków chemicznych potrzebnych do eksplozji życia. A odległość, na którą rozciągają się chmury gwiezdnego pyłu, liczy się w tysiącach lat świetlnych. Życie na Ziemi nie jest szczególnie wyjątkowe pod względem chemicznym. Cztery zasadnicze pierwiastki tworzące na niej życie: wodór, hel, węgiel i tlen są bardzo powszechne w kosmosie. Dlatego można z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że życie na innych planetach także składa się z mieszaniny tych składników. Ponadto istnieją przekonujące powody natury konstrukcyjnej, dla których obcy nie powinni wyglądać zbyt okazale i dowodzące, iż rozmiar zbliżony do naszego będzie uniwersalny niezależnie od rozmiaru świata, który będą zamieszkiwać. Panspermia mocno chwyciła się tych koncepcji i przy nich trwała. Wprawdzie uczeni jak Neil deGrasse Tyson twierdzili, że obcy wcale nie muszą być do nas podobni. Na dowód tej tezy podawał liczbę gatunków zamieszkujących Ziemię, które nie wykształciły mózgu potrafiącego dokonywać tak skomplikowanych jak ludzie procesów umysłowych, ale przy zaistnieniu sprzyjających okoliczności, na przykład na innej planecie, mogłyby to zrobić. Czyli obcy mogliby nie wyglądać jak ludzie, ale z dużym prawdopodobieństwem ich postura, sylwetka, sposób poruszania się, a nawet komunikowania nie byłby nam całkiem nieznany.
Niemniej ogólna koncepcja była jedna — wspólny mianownik dla całego życia w kosmosie. Okazało się więc, że życie, które prawdopodobnie roznoszone jest przez siły kosmosu, pochodzi z jednego źródła. Ale jakiego? Nie wiadomo. Pomimo szybkiego odkrycia innych światów, częściowo już znanych Singu i Jelantom, pomimo stwierdzenia przez naszych naukowców tak samo zaawansowanych badań nad istotą kosmosu u obcych, ani oni, ani my nadal nie mogliśmy odpowiedzieć na fundamentalne pytania istot inteligentnych. Skąd się wzięliśmy i gdzie tak naprawdę jesteśmy? To właśnie po licealnych lekcjach o panspermii, po raz pierwszy, jeszcze zupełnie instynktownie i bez tak głębokiej, jaką miałem potem przyczyny, pomyślałem, że miłość naprawdę nie jest tylko wszechobecnym gwiezdnym pyłem mknącym przez zimną przestrzeń, wypełniając jej pustkę, nadając sens jej istnieniu, ale także oddechem prawdziwego demiurga wszechświata. I ucieszyłem się, że w mojej religii jest tyle prawdy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że prawda ta jest we wszystkich religiach wszystkich światów, na które wkrótce polecę. Nieoczekiwanie największą niespodziankę sprawił nam z siostrą tato.
Zupełnie się po nim takiego gestu nie spodziewaliśmy. Nie dlatego, że był sknerą, ale jako typowy góral wyznawał tylko dwa kierunki podróży: do Krakowa i do Chicago. Byłem wtedy w drugiej klasie liceum, a siostra na drugim roku studiów. Podczas Wigilii tata oświadczył, że przez kilka ostatnich lat odkładał kredyty i że latem zaprasza nas na wycieczkę na Jelant. Szaleliśmy ze szczęścia. Pierwsza międzyukładowa podróż. Ba! W ogóle nasza pierwsza wyprawa w kosmos. Wiedzieliśmy, że tata jako zapalony wędkarz muchowy marzył o tym, żeby chociaż raz w życiu zarzucić wędkę w cudowne górskie rzeki tamtej planety. Byliśmy wówczas w świeżo otwartym dla Ziemian ośrodku wczasowym nad rozległą i wartką Kilhillien.
I chociaż potem setki razy odwiedziłem planetę aniołów, nie mogłem wiedzieć, że następny raz Kilhillien zobaczę wiele lat później w bardzo wyjątkowym towarzystwie. Tak się więc złożyło, że spośród obcych ras pierwszych z bliska zobaczyłem Jelantów i zafascynowany tą kulturą po powrocie na Ziemię zacząłem uczęszczać na lekcje języka Eloan. Nie miałem jednak, pomimo że byłem już młodzieńcem dojrzewającym, jakichś szczególnie niemoralnych myśli związanych z Hakanem, jelanckimi kobietami. To miało przyjść dużo później. Zupełnie inaczej było z Singu, rasą zamieszkującą Singulian, wodny księżyc orbitujący wokół gazowego olbrzyma Nakihari w systemie gwiezdnym Hiad. Być może dlatego, że z bliska zobaczyłem ich żeńską przedstawicielkę trzy lata później, już na studiach w Houston, będąc nabuzowanym seksualnością niczym kogut w kurniku za sprawą pierwszych łóżkowych podbojów. Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Koa, singuliańską kobietę, w moim umyśle i spodniach coś się podziało. Owszem, widywałem wcześniej holowizyjne relacje z częstych kontaktów dyplomatycznych, wizyty Singu i rewizyty naszych. Widywało się już grupki nielicznych jeszcze turystów zwiedzających Florydę, ale nigdy z tak bliska i nigdy tak atrakcyjnych. Już na pierwszym roku akademii nauczyciele zaprosili na spotkanie ze studentami ładniejszą przedstawicielkę Singu, celebrytkę zaczynającą międzyplanetarną karierę.
Nie wiem, jaka tu dodatkowo zadziałała okoliczność, ale chcąc być uczciwym, muszę przyznać, że to, co poczułem, mogę określić jedynie jako popęd. Coś, czego bynajmniej czuć nie chciałem. Zafascynowany nie mogłem oderwać wzroku od Aiki Ick, gwiazdy serialu „Miłość z obcej planety”, którego pierwsze odcinki w ramach ruszającej wymiany kulturalnej właśnie wyświetlano na Ziemi i Marsie. I nie było to li tylko zainteresowanie naukowe. Nie przyznawałem się nikomu, bo miałem całkowitą kulturową blokadę na jakiekolwiek związki matrymonialne z mieszkańcami innych planet. A kiedy w przypływie fantazji w nocy i pod kołdrą moja ręka dokonała seksualnego aktu z Aiki Ick, stojąc potem pod prysznicem, widziałem w wyobraźni, jak ze srogą miną patrzy na mnie stary proboszcz z mojej podhalańskiej parafii. Tata, czerwony ze wstydu, spuszcza oczy i wbija wzrok w ziemię, a ludzie ze wsi w milczeniu mijają mnie, śmiejąc się lub spluwając za moimi plecami. Chcąc szybko udowodnić sobie, że nie jestem jakimś cholernym egzofilem, przejrzałem liczne katalogi zdjęć Singu po to tylko, żeby z ulgą stwierdzić, iż 80% z nich jest po prostu brzydka. Aiki Ick należała do wyjątków, ale jednocześnie nie mogłem zaprzeczyć, że wyjątki te zdarzały się często. Pozostałe 20%.
I że zaledwie kilka rysów dzieli singuliańską brzydotę od jej niewyobrażalnego piękna. To oczywiście ocena subiektywna, dlatego nie zwierzyłem się z tych spostrzeżeń kolegom z akademii. Oni zresztą, nawet jeżeli mówili o erotycznych kontaktach z obcymi, przede wszystkim mieli na myśli Jelantów, jak większość ludzkości. Chcąc sobie jeszcze bardziej udowodnić własną normalność, rzuciłem się w wir studenckiego życia erotycznego, używając do woli z naszymi pięknymi ziemskimi dziewczynami. Jak było do przewidzenia, bardzo mi się to spodobało. Szczególnie, że nie miałem problemu z poznawaniem kolejnych łóżkowych partnerek. My, gwiezdni chłopcy z Houston, jak nas nazywano, ogólnie mieliśmy branie. Byliśmy przystojni i wysportowani. Potrafiliśmy rozmawiać nie tylko o muzyce, serialach i stradolotach. Moim towarzyszem w erotyczno-poznawczych wypadach na Florydę i Karaiby był Sławek Kętrzyński.
Studiował dwa lata wyżej, ale był wówczas jedynym poza mną Polakiem w akademii. Rozumieliśmy się dobrze i nawet kiedy nie wypaliło z dziewczynami, mieliśmy sporo sobie do powiedzenia. Najlepiej oczywiście przy kuflu chłodnego okocimskiego piwa, które serwowała polska knajpa w Orlando. Sławek był z Warszawy, a więc ocierał się o wielki świat już od dziecka. Opowiadałem mu o górach, zwyczajach i kulturze góralskiej. Rozśmieszałem wesołymi historiami z wesel i popijaw, wciąż na Podhalu hucznych. Zaciągałem gwarą, której uwielbiał słuchać. On natomiast często mówił coś, co skłaniało mnie do myślenia. Kiedyś zwierzyłem mu się z moich kulturowych blokad wynikających z tradycyjnego wychowania. „Oczywiście” – odparł wtedy.
– „Przywiązanie do tradycji może mieć zbawienny wpływ na życie człowieka, ale tylko pod warunkiem, że nie rusza się on poza swoje środowisko, miejscowość, społeczność, kraj, a w końcu planetę. A potem? Potem wszystko musisz przewartościować. Wchodzisz na inny poziom, na którym wszystko, o czym opowiadano ci na lekcjach religii, staje się piękną historią o smokach, aniołkach i dobrym tatusiu z długą brodą siedzących wśród obłoków na niebieskim tronie. Są inne anioły i inne smoki. I Bóg Ojciec w obłokach jest, a jakże, tylko inny. W obłokach gwiezdnego pyłu lub pary powstałej w wyniku śmierci gwiazd, w deszczu meteorytów nagle spadających na twój statek, w gąszczu planetoid, o które możesz roztrzaskać się w chwili szybszej aniżeli mgnienie światła, jeśli tylko o jedną dziesiętną ułamka źle obliczyłeś trajektorię lotu, w rozbłyskach gamma mknących przez wszechświat w niszczycielskim pędzie, w czarnych dziurach pochłaniających całe układy słoneczne, w planetach, gazowych olbrzymach, śnieżnych kulach, skalistych superziemiach i ich księżycach. W końcu w istotach, które spotykasz na tych planetach. Niektórych podobnych do ludzi, innych tak różnych, że tylko wyobraźnia pozwala zrozumieć sens ich istnienia”. Długo byłem pod wrażeniem tych słów i postrzegałem Sławka jako osobę na wskroś tolerancyjną.
Do czasu, kiedy wiele lat później odkryłem, że w związkach partnerskich jest on z jednej strony totalnym alienofobem, jednocześnie z drugiej będąc najbardziej postępowym świrem, jakiego poznałem. To naprawdę skomplikowane. Ale nie uprzedzajmy faktów. W tamtym czasie najistotniejszym dla mojego społecznego rozwoju było to, że Sławek wprowadzał mnie w tajemniczy i zupełnie mi nieznany świat nowoczesnych związków. Bardzo chciał uchodzić za eksperta w tej dziedzinie. Niestety sam znał je tylko teoretycznie. Już w akademii bardzo pragnął zostać poliamorystą. Niestety zazwyczaj wychodziło mu mono z dodatkiem swingu, co początkowo mnie bawiło, ale potem zaczęło mi go być żal. Szukał wyzwolonych, nowoczesnych dziewczyn, które by go pokochały, ale które jednocześnie kochałyby innych. Sam także pragnął mieć więcej miłości naraz.
Kończyło się na tym, że miał zazwyczaj jedną, z którą chodzili na swing party. Nurzali się w orgiastycznym seksie, a kiedy znudził się partnerce, bo na przykład znalazła lepszego w łóżku, zostawał sam. Strasznie te poszukiwania Sławka wydały mi się wtedy głupie i przede wszystkim mało efektywne. Dlatego pomimo pewnego zainteresowania poliamorią, które już wówczas zdołał we mnie zasiać, związki te wydały mi się teoretyczną utopią. Nie przykładałem więc do nich wagi i nie traktowałem poważnie sporej części społeczeństwa deklarującej się w mediach społecznościowych jako poliamoryści. Uważałem ich wszystkich za zwykłych poligamistów lub poliswingersów chcących dorobić sobie do swojego wielobzykania jakąś modną ideologię. Ja ideologii żadnych nie dorabiałem. Zaliczałem kolejne dziewczyny, nie wnikając w istotę związków. Wydawało mi się wtedy, że nie potrzebuję żadnych głębokich relacji. Długo potem zorientowałem się, że ten brak potrzeby uczucia miał inne podłoże i wynikał z traumy w dzieciństwie.
W mojej podświadomości toczyła się wojna o miłość. Kobiety kojarzyły mi się z nieuchronnym cierpieniem, odejściem, kiedy najbardziej ich potrzebujesz, emocjonalnym chłodem i obojętnością. Nawet jeżeli się starasz. Nawet jeżeli walczysz. Wszystkie były martwą Evelyn McHale owiniętą karoserią samochodu. Wszystkie były martwą mamą leżącą na podwórku z fiolką psychotropów w dłoni. Wolałem się nie wiązać. A prawdziwy dramat zaczął się w chwili, kiedy spróbowałem zmienić zdanie. Po akademii trafiliśmy ze Sławkiem do różnych eskadr ziemskich myśliwców stratosferycznych F-1000. Była to normalna procedura przed lotami na prawdziwych międzyplanetarnych statkach bojowych.
Szybko spotkaliśmy się ponownie, bo jak się okazało, byliśmy na tyle dobrzy, że razem wrzucono nas do grupy pokazowej. Braliśmy więc udział we wszelkich uroczystościach, robiliśmy skomplikowane ewolucje, beczki i kobry Pugaczowa. Popisywaliśmy się na defiladach, paradach i pokazach. Po roku przeszliśmy do sił międzyplanetarnych. Poznaliśmy wtedy wielu pilotów z nowo utworzonej Międzygalaktycznej Ligi. Zawarłem pierwsze znajomości z Singu, Jelantami, Kun-Fu, Paramianami, a nawet alienami z Gani. Zaczynałem być obywatelem wszechświata. Szybko trafiłem do myśliwców warpowych. To był szczyt mojej kariery. Znalazłem się wśród elity galaktycznego lotnictwa.
Nie miałem żadnych problemów finansowych. Byłem zdrowy, silny i przystojny. Przekroczyłem trzydziestkę i zapragnąłem się ustatkować. I nagle okazało się, że to, co dla milionów ludzi jest naturalne i łatwe, u mnie urasta do rangi jakiegoś niewyobrażalnego wyczynu. Pierwsza kobieta, Jennifer, Amerykanka z Arizony, pracująca jako cywilna obsługa kosmodromu na przylądku Canaveral, wydawała się być bardzo trafioną kandydatką na żonę. Inteligentna i spokojna wiedziała, czego chce. Lubiła domowe pielesze, gotowanie, sprzątanie i wspólne oglądanie wideo, co u Amerykanek od dawna należy do rzadkości. Chodziłem z nią dwa lata. Dla mnie wszystko wyglądało dobrze, ale teraz wiem, że zbytnio trzymałem ją na dystans. Podobnie jak wszystkie kolejne kobiety, z którymi chciałem się związać.
Stosowałem rodzaj emocjonalnej blokady. Nie potrafiłem się otworzyć, a wyznanie miłości przychodziło mi z tak niewyobrażalnym trudem, jakbym miał zdradzić najważniejsze tajemnice NASA. Wciąż bardziej potrzebowałem psychologa niż stałej partnerki. Teoretycznie można liczyć na cud, że trafisz na kobietę, która zechce bawić się w terapeutę. U mnie ten cud wydarzy się wiele lat później w związku, o który nigdy bym się nie podejrzewał. Ale zazwyczaj sytuacja jest odwrotna. To kobieta potrzebuje wsparcia i pewności. Tym bardziej, jeżeli wiąże się z facetem będącym pilotem Floty Galaktycznej. To tylko moje teorie i prawdę mówiąc, długo nie mogłem zrozumieć, dlaczego pewnego wieczoru, kiedy jak na ironię już miałem kupiony pierścionek zaręczynowy, Jennifer oświadczyła, że zrywa ze mną, ponieważ z jej punktu widzenia cały nasz związek jest wielkim nieporozumieniem. Była przynajmniej uczciwa, nie owijała w bawełnę i dopiero po zerwaniu pokazała się publicznie z Bobem McCormackiem.
Chociaż Sławek dowiedział się od Josha, który dowiedział się od Olega, który dowiedział się nie pamiętam od kogo, że ten romans rozwijał się już wcześniej i że dobrze się kryli. Popchnęło mnie to o krok w stronę depresji. Szczególnie, że już pół roku później Jennifer z Bobem pobrali się, a ja z uśmiechem musiałem składać im życzenia przed urzędem w Orlando. Catalina stanowiła przeciwieństwo Jennifer. Była Meksykanką z pochodzenia i temperamentu. Pracowała w dowództwie jako asystentka generał rezydent Uus Sul, przedstawicielki Qwerków na Ziemi. Codziennie obsługiwała biuro pająkowatej istoty z ludzko-owadzią głową, z wyglądu strasznej, ale w relacjach interpersonalnych bardzo sympatycznej, a nawet empatycznej. Dzięki wynalezieniu w tamtym czasie tabletek Color Explosion zmieniających w kilka minut kolor włosów, trudno było mi nadążyć za fryzurami Cataliny. Tabletki Baxter Sona odmładzające cerę i nadające jej pożądany kolor oraz soczewki Opti Trans zmieniające kolor oczu stanowiły w rękach Cataliny już straszliwy oręż. Bardzo ją bawiło, kiedy tkwiłem przed kinem, rozglądając się za swoją dziewczyną, a ona stała obok, całkowicie odmieniona i udawała, że jest napaloną na mnie lalunią.
Poczucia humoru Catalinie nie mogłem odmówić, niemniej i w jej przypadku nie udało się stworzyć głębszego związku. Chciałem mieć już trochę spokoju, jakieś dalsze plany, rozejrzeć się za domem, a nawet zacząć rozmowy o dzieciach. Catalina pragnęła kolejnych imprez, wyjść, atrakcji. Znała grafik wszystkich festynów i uroczystości na Florydzie z miesięcznym wyprzedzeniem, co poniekąd należało do jej zawodowych obowiązków. Miała też bardzo nieunormowany czas pracy. Często wyjeżdżała gdzieś z generał Uus Sul. W końcu, pewnie pod wpływem doświadczenia z Jennifer, zacząłem podejrzewać ją o zdrady. Nie wiem, czy słusznie, bo tutaj nie dotarły do mnie żadne informacje, ale strasznie to Catalinę wkurzyło. Stwierdziła, że jestem nudziarzem z ukrytą depresją. Po roku odeszła.
Niestety Catalina musiała coś powiedzieć o mojej depresji w nieodpowiednim towarzystwie. Często brała udział w spotkaniach z generalicją, więc nie wykluczam, że wyrwało się jej zapewne głupio i niechcący pod wpływem kolejnego drinka przy którymś z naszych ziemskich komandorów. Tylko tym tłumaczyć mogę nagłe wezwanie na badania psychologiczne, które otrzymałem miesiąc później z Centrum Zdrowia Floty Międzygwiezdnej Ligi w Miami. Nie skończyło się na standardowych testach. Robili jakieś badania krwi i szpiku, badali rezonansem i tomografem. W końcu zaczęli grzebać dogłębnie w mojej psychice. Dali do wypełnienia dziesiątki testów. Przeprowadzili mnóstwo rozmów. Kilku zmieniających się psychiatrów i psychologów wzięło mnie w krzyżowy ogień pytań. Wałkowali tak przez dwa tygodnie, aż w końcu pewnego dnia zostałem wezwany do komandora Francisa Raya.
„Matt, z przykrością muszę ci zakomunikować, że będziemy musieli się rozstać.” „Ale dlaczego? Przecież nie jestem świrem.” Czułem, jak mój dotychczasowy świat się wali. „Owszem, twoje testy psychologiczne nie były jednoznaczne, dlatego przeprowadziliśmy kilka testów genetycznych. Istnieje ryzyko, że możesz zachorować na depresję.” Chciałem zaprotestować, ale uniósł dłoń. „Ja wiem. Nie możemy tego jednoznacznie stwierdzić. No i można prewencyjnie zadziałać po zauważeniu pierwszych objawów. Są dziś odpowiednie leki, dlatego nie eliminuje cię to z latania w ogóle. Możesz sobie znaleźć robotę we flocie cywilnej. Niestety armia odpada.
No, chyba że chcesz pracować w służbach naziemnych.” Jeżeli nie chcieli, żebym popadł w depresję, to właśnie zrobili milowy krok w tym kierunku. Oczywiście nie chciałem pracować w żadnych pieprzonych służbach naziemnych. Odszedłem z armii i z otwartymi ramionami zostałem przyjęty do Space Expedition, firmy zajmującej się transportem międzyplanetarnym. Space Expedition działa w Europie i skuszono mnie bazą w Krakowie, gdzie w Balicach na terenie dawnego lotniska powstał nowoczesny kosmodrom obsługujący część Europy Środkowo-Wschodniej. Opuszczałem Stany z mieszanymi uczuciami, nostalgią i ulgą. Początkowo nawet nie było źle, ponieważ w Krakowie poznałem Sylwię. To już naprawdę była poważna znajomość, trwająca niemal pięć lat. Wydawało mi się, że Sylwia, nauczycielka yellanskiego języka eolan, otacza mnie miłością. Potem zastanawiałem się, dlaczego od razu nie wpadłem na to, że zafascynowana kulturą aniołów może w sprawach związków partnerskich mieć podobne do nich poglądy. Podobne, lecz nie takie same.
Szczerość i bezpośredniość Jelantów zastąpiła krętactwem i obłudą. Przez pięć lat pilnowała mnie okrutnie, wciąż powtarzając, że jestem zbyt przystojny, żeby pozwolić mi na jakiekolwiek relacje z innymi kobietami. Nie mogłem nawet z żadną rozmawiać, a już broń Boże spotykać się nawet na stopie koleżeńskiej. Nie protestowałem. Po doświadczeniach z Jennifer i Cataliną odbierałem to jako wyraz głębokiej miłości. Nabrałem przekonania, że Sylwia jest tą kobietą, z którą założę rodzinę i będę mieć dzieci. Wcale nie potrzebowałem kontaktu z innymi kobietami. Do czasu, kiedy po wcześniejszym powrocie z Fukanaka zastałem ją w łóżku z uczniem. Pryszczatym i chudym wypłoszem z maturalnej klasy. Nawet bałem się go uderzyć, zdając sobie sprawę, że mój cios niegdysiejszego wicemistrza bokserskiego Akademii Astronautów NASA mógłby go zabić.
Spokojnie odczekałem, aż zbierze swoje dziurawe majtki i zniknie za skrzeczącymi pożegnanie inteligentnymi drzwiami. Potem, kiedy już znałem Nataszę, Lai Lan i Iriquanenę, zastanawiałem się, jak niewiele trzeba, żeby ta sama sytuacja wydała się zabawną i zupełnie nieszkodliwą. To jest jeden atom innego stanu świadomości, jeden oddech Icemana. Całkowita i bezgraniczna szczerość i zaufanie. Sylwii nie wybaczyłem właśnie dlatego. Miałem gdzieś, że przespała się z chłoptasiem. Po niewiernej nauczycielce wszedłem jeszcze w kilka relacji, które jednak szybko kończyłem, bojąc się, że będzie podobnie. Mój lęk przed odrzuceniem narastał. Wizja mojej mamy opuszczającej nas w bezsensownym akcie niosącym wszystkim cierpienie nałożyła się na Jennifer spokojnie i rzeczowo oświadczającą mi, że zrywa, bo nasz związek nie ma sensu. Catalinę wrzeszczącą, że jestem depem i nagą Sylwię płaczącą i proszącą o wybaczenie.
Prewencyjnie zacząłem proponować moim partnerkom pewien układ, rodzaj związku otwartego, w którym zezwalałem im na seks z innymi pod warunkiem, że mi o tym powiedzą. Nieświadomie stawiałem pierwsze kroki w stronę poliamorii, ale robiłem to swoim kosztem. Dziwne, że jakoś zawsze spotykałem się z oburzeniem, tyradami o zaufaniu, zapewnieniami wierności i troską o stan mojej psychiki lub normy seksualnej. Po czym szybko okazywało się, że partnerki znikały bez pożegnania albo na pożegnanie fundowały mi widok siebie w pościeli z jakimś facetem lub babką, o których zapomniały mi powiedzieć. Teraz wiem, że po prostu miałem pecha, bo szukałem nie tam, gdzie trzeba. Byłem jak Burt Reynolds w „Mistrzu kierownicy”, starym, oldschoolowym filmie. Chciałem być samcem alfa. W rzeczywistości jednakże byłem pionkiem beta. Proponując zgodę na niewierność moim partnerkom, jednocześnie wzruszałem ramionami, słysząc o prawdziwych związkach otwartych, które już praktykowała duża część społeczeństw Ziemi i Marsa. Miotałem się w poszukiwaniu prawdziwej miłości, robiąc jednocześnie wszystko, żeby ją z mojego życia przepędzić.
Wyobrażałem sobie siebie albo jako pozornie tolerancyjnego głupka godzącego się na bycie kimś mniej ważnym, niewolnika liżącego damskie szpileczki, albo samca alfa z haremem zapatrzonych tylko i wyłącznie we mnie samic. I byłem coraz bardziej nieszczęśliwy, że nie realizuje się żaden z wymyślonych przeze mnie, coraz bardziej patologicznych scenariuszy. Doprowadziło mnie to na skraj przepaści. Przestałem szukać związków. Po pięciu latach bez jakiegokolwiek uczucia miałem dość. Przestałem nawet odwiedzać burdele. Nie cieszyły mnie mechaniczne orgazmy powodowane przez patrzące w sufit i jęczące w udawanych ekstazach prostytutki. Wszystko jedno, kobiety czy androidy dla mnie nie różniły się niczym. Momentem przełomowym stał się pierwszy prawdziwy epizod depresyjny, którego doznałem w kosmosie. Na szczęście czując, że coś się święci, przekazałem wcześniej stery Heliosowi, wiernemu komputerowi pokładowemu, bo nie wiem, jak by się to skończyło.
Przez trzy dni leżałem pomiędzy fotelami, puszczając w kółko oldschoolowy kawałek „I can't” W.A.S.P. i wykrzykując z blekiem na całe gardło, że nie mogę się śmiać, nie mogę płakać, nie rozumiem samego siebie, nie mogę się pieprzyć i nie mogę czuć. Jestem skurwysynem. Co jest, kurwa, wewnątrz mnie? Potem było opamiętanie, kilka solidnych dawek diazepiny i gorączkowe wykasowywanie tych dni z pamięci protestującego Heliosa. Chociaż nie czarujmy się, gdyby w naszej firmie technicy przykładali się do roboty, na pewno by to wykryto. A wtedy bye, bye międzygwiezdny kurierze. Idź na kozetkę wpatrywać się w krowie ślepia psychoterapeutów. Przestraszyłem się nie na żarty. Wiedziałem już, że mam genetyczną skłonność do depresji, co odkryli psychiatrzy w Miami.
Byłem w stanie zapanować nad chorobą, ale tylko mając pod ręką lód, mróz lub śnieg. Medytowanie w nagrzanym wnętrzu starego transportowego Challengera Warp 2117 CHW nie dawało pożądanego efektu. Zacząłem więc brać zlecenia na U351A, planetę Śnieżynkę z dobrą atmosferą i grawitacją, którą sześć międzyplanetarnych zespołów przygotowywało do kolonizacji. Dostarczałem uczonym niezbędnych towarów, a w zamian mogłem kilka godzin pomedytować w wyrytych przez świdry badaczy przeręblach podlodowego oceanu. Bardzo mi ta krioterapia pomagała. Stawiała na nogi na całe tygodnie. Zachęcony dobrymi efektami metody Icemana powróciłem do klubu Morsów, który opuściłem wyjeżdżając do Stanów. Zastałem tam jeszcze wiele osób z tych, z którymi zaczynałem. To także podniosło mnie na duchu. Znów zacząłem zanurzać się w zamarzającej wodzie krakowskich zbiorników rekreacyjnych, co dodatkowo, niestety tylko zimą, chroniło mnie przed ewentualnymi atakami choroby.
Kolejnym efektem epizodu depresyjnego była moja decyzja zamontowania w przejściu do ładowni drążka, na którym zacząłem z pasją ćwiczyć. Uprosiłem też chłopaków z ekipy serwisowej, w czym bardzo pomogła skrzynka jelanskiego wina, żeby wymyślili, jak do podłogi w obszernej sterówce mojego CHW przykręcić gruszkę bokserską. Wszystko to, krioterapia i ćwiczenia sprawiło, że moje ciało poczuło się o wiele lepiej. Na tyle, żeby skutecznie powstrzymywać popadający w czarną otchłań mózg. Ale każdego dnia bałem się, że może nadejść chwila, kiedy cała ta zapora zostanie sforsowana. Wtedy ukazywała mi się Evelyn McHall owinięta karoserią samochodu. Ratunek nadszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony. Mniej więcej w tym samym czasie do Space Expedition trafił Sławek. Nasz wcześniejszy kontakt urwał się z mojej przyczyny. Nie miałem ochoty ani nie znajdowałem w sobie tyle siły, żeby słuchać o fajnym życiu pilota astronauty floty Ligi.
Chciałem się od tego zdystansować. Po Sylwii jednak w jakimś spontanicznym odruchu odnowiłem tę znajomość. O dziwo, Sławek nie pogniewał się za kilkuletnie milczenie i odświeżył przyjaźń ze mną w sposób tak naturalny, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Wiedziałem więc, że po kilkuletnich poszukiwaniach i wielu porażkach udało mu się stworzyć poliamoryczny związek z dwoma kobietami Nataszą pochodzącą z Międzynarodowej Republiki Marsa i Artemis, ziemianką, obywatelką świata jak ją nazywał, tłumacząc, że ma bardzo skomplikowane pochodzenie. Pokazał mi ich fotki. Obie kobiety były bardzo atrakcyjne, szczególnie Natasza, której poza fotografiami Sławek miał jeszcze holofilmiki. Od razu poczułem w niej coś wyjątkowego. Coś, co bardzo mnie pociągało, a wykraczało poza urodę. Sławek to zauważył. „Podoba ci się?” — zapytał, kiedy pewnego dnia rozmawialiśmy przez komunikator.
„Kto?” Udałem, że nie wiem, o czym mówi. „Natasza. Czy podoba ci się?” „Daj spokój, To twoja dziewczyna”. „Owszem, ale to nie znaczy, że nie może być też twoja”. „Co?” „Widzę, że przez ten czas w ogóle nie odrabiałeś zadań”. „Jakich zadań?” „Z poliamorii”. Wzruszyłem ramionami. Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. „Ona szuka jeszcze jednego partnera”. „Zmieńmy temat”.
„O, widzę, że Bart Reynolds się odezwał” — roześmiał się. „A ty pewnie jesteś po kolejnym miłosnym Waterloo”. „Jakbyś zgadł”. I tradycyjnie opowiedziałem mu o jakiejś nieistotnej i przelotnej znajomości. Sławek słuchał, ale ze swoich planów nie zrezygnował i na nowo zaczął mnie werbować do poliamorii, tym razem zasypując filmikami i literaturą. Miał już zdecydowanie większe doświadczenie. Owszem, teoretycznie mnie to pociągało. Szczególnie wszelkie kwestie szczerości, które o wiele bardziej są w poliamorii eksponowane i ważne. Bez niej bowiem prawdziwy, wielomiłosny układ jest właściwie niemożliwy. W praktykę jednak nie wkraczałem mocno.
Okopałem się na pozycji pechowego depa i ostrzeliwałem się niczym flota Singu osaczona przez alienów. Wkrótce Sławek doznał bardzo poważnego wypadku. W serialu Pecha, którego stał się wtedy aktorem miał to jedno szczęście, że zdarzenie miało miejsce nie na myśliwcu warpowym, ale w chwili, kiedy oddelegowano go do ćwiczenia młodzieży na odrzutowcach stratosferycznych. Jego F-1000 odmówił posłuszeństwa. Zgasły silniki, których nie mogli odpalić ani on, ani kontrola naziemna. Musiał się katapultować. A że nieszczęścia chodzą parami, linki spadochronu splątały się i kilka kilometrów leciał na trzech czwartych rozwartości czaszy. Wpadł do morza, z którego został szybko podjęty przez kopter ratowniczy, ale miał totalnie połamane nogi i uraz kręgosłupa. Rekonwalescencja trwała kilka miesięcy. Najpierw szpital, potem ośrodek rehabilitacyjny NASA w Santa Ana w Kalifornii.
Niestety do służby go już nie dopuścili. Miałem z nim wtedy dobry kontakt. Rozmawialiśmy przez komunikator codziennie. Pocieszałem go, jak mogłem, a nawet dwa razy poleciałem do Stanów odwiedzić w kalifornijskim ośrodku. Za drugim razem osobiście poznałem Nataszę. Zbliżając się do obszernego ogrodu ośrodka rehabilitacyjnego zobaczyłem, że Sławek kuśtyka o kuli podtrzymywany pod ramię przez kobietę. Już z daleka oceniłem, że jest doskonale proporcjonalnie zbudowana. Nawet zacząłem zastanawiać się niedorzecznie, czy nie rozszerzyli już formuły tabletek Baxtersona na modyfikację szkieletu, o czym słyszało się od kilku lat. Ale Natasza tak ma genetycznie uwarunkowaną doskonałą figurę. Nawet dużo nie ćwiczy, czym wzbudza zazdrość innych kobiet, które przekroczyły trzeci krzyżyk życia.
No i ta uroda. Słowiańskie rysy, pozostałość po rosyjskich przodkach, podkreślona wizerunkami osiąganymi przez nowoczesne wspomagacze. Jednym z jej ulubionych jest długowłosa blondynka o opalonej cerze i ciemnych, piwnych oczach. Ma jeszcze dwa inne, które potrafi wykreować za pomocą Color Explosion, Baxtersona i Optitrans. Rudzielca o piegowatej cerze i błękitnych oczach oraz roboczy. Bardzo grzecznej szatynki o oczach szarych. Teraz nie odpowiem wam, który najbardziej uwielbiam. Już nie jestem w stanie. A uprzedzając pytanie, które pewnie zakreśliłaby w tym miejscu mojej opowieści gorliwa redaktorka, odpowiem: bo uwielbiam wszystkie. Przywitałem się z nimi.
Już przy pierwszym uściśnięciu dłoni nie potrafiłem się powstrzymać przed pożarciem wzrokiem Nataszy, niczym Jabba Desilijic Tiure swoich wrogów. „Natasza, to jest Matt. Matt, poznaj Nataszę” przedstawił nas Sławek. Był bardzo rozbawiony moją reakcją. Grań. Znał mnie dobrze. Posiedzieliśmy u Sławka cały dzień. Wspólnie zjedliśmy obiad w restauracji ośrodka rehabilitacyjnego. Dużo rozmawialiśmy o przyszłości, ponieważ przywiozłem Sławkowi gotową propozycję pracy od Space Expedition. Kiedy tylko dowiedziałem się, że w Wojskowym Lotnictwie Międzyplanetarnym nie będzie już dla niego miejsca, poprzez szefa spedycji Space Expedition Brunona Zamrowskiego dotarłem do prezesów i przedstawiłem im sytuację Sławka.
Od razu z otwartymi rękami zgodzili się go zatrudnić, biorąc na siebie koszty dalszych rehabilitacji. Wciąż był deficyt na pilotów astronautów, a międzyplanetarne firmy kurierskie rozwijały się szybciej niż szkolnictwo w tym zakresie. Warunki finansowe wprawdzie nie były już tak dobre jak we flocie Wojennej Ligi, ale wciąż było to dużo wyżej od najwyższych granic średniej ziemskich zarobków. Sławek na razie trzymał się mocno nadziei, że coś się zmieni. Znałem ten stan, więc nie nalegałem. Wiedziałem, że tak wielkie życiowe zmiany trzeba dobrze przetrawić. To mnie nie irytowało. Irytowała natomiast zupełnie niechciana i irracjonalna zazdrość ogarniająca mnie, kiedy patrzyłem, jak Sławek obejmuje i całuje Nataszę. Coś się we mnie działo. Coś, czego zupełnie się nie spodziewałem.
Mocne emocje. Zbyt mocne. Byłem nimi zdumiony, więc z coraz większym zainteresowaniem łypałem na poliamoryczną dziewczynę Sławka. Widziałem jej inteligentną i piękną twarz, mądre, orzechowe oczy, które nawet podczas luźnej rozmowy zdawały się wwiercać w człowieka, badać reakcje, analizować. Od razu skojarzyły mi się z oczami psychoterapeuty i wrażenie to, tak bardzo trafne, pozostało mi na zawsze. Kiedy słuchała rozmówcy, zdawała się poświęcać mu całą uwagę. Cierpliwie czekała, aż skończy i nie była pochopna w odpowiedzi, ale nie była też powolna. Dialog z nią toczył się rytmem spokojnym, ale żywym, znamionującym jej niebagatelną inteligencję. W ogóle sprawiała wrażenie dużo dojrzalszej, aniżeli wskazywała jej fizyczność. Przestraszony nagłym zafascynowaniem postanowiłem od razu sobie ją obrzydzić.
„Pamiętaj Matt” myślałem. „To jest poliamorystka. Kobieta, która mówi, że cię kocha, całuje na pożegnanie, a godzinę później idzie do łóżka z innym i mówi mu to samo. Kim jest taka kobieta? No niestety, Matt. Określenie jest jedno.” Czułem, że całe to rozumowanie jest błędne i bardzo niesprawiedliwe. Coś przecież już czytałem. Od pewnego czasu, z powodu Sławka przede wszystkim, interesowałem się poliamorią. Wiedziałem, że to, co myślę, nijak ma się do prawdziwego, poliamorycznego związku. Bo nawet jeżeli tak się dzieje, to dzieje się nie tylko za przyzwoleniem i wiedzą wszystkich stron, ale także w szczerej miłości obejmującej całą trójkę.
Takie przynajmniej były założenia i tego szukali prawdziwi poliamoryści. Ale prymitywizm i prostactwo ubrane w ludową mądrość miały mi pomóc w osiągnięciu celu: wybiciu sobie Nataszy z głowy. Wyszliśmy od Sławka dopiero wieczorem, kiedy wygoniły nas pielęgniarki. Natasza wynajęła pokój w pensjonacie po przeciwnej stronie miasta. Mój hotel znajdował się w centrum. „Odprowadzisz mnie?” zapytała nagle. „Oczywiście. Zamówić taksówkę?” „Myślałam raczej o przejażdżce chodnikami. Muszę odetchnąć.” Zauważyłem, że jest zmęczona. „Źle się czujesz?” zapytałem, widząc pot na jej czole.
„Ciężko” westchnęła. „Może bierze cię jakaś infekcja?” „Owszem” roześmiała się. „Ta infekcja to Ziemia.” Uzmysłowiłem sobie, że Natasza jest Marsjanką. Należała do trzeciego już pokolenia urodzonego na Czerwonej Planecie. Różnica grawitacji Ziemi i Marsa powodowała, że Marsjanie, jak ich nazywamy, pomimo specjalistycznych farmaceutyków ułatwiających podróże i pobyt na innej planecie, nie czują się dobrze na Ziemi. Paradoksalnie lepiej znoszą pobyt na Singuliand lub Yelland oddalonych setki lat świetlnych od Układu Słonecznego, ponieważ masa tamtych planet jest zbliżona do Marsa. Wtedy też zrozumiałem, że wizyty Nataszy u Sławka były dla niej sporym poświęceniem. To jeszcze bardziej wzbudziło moją zazdrość. Też chciałem być tak kochany. „Weź mnie pod rękę” powiedziałem, kiedy znaleźliśmy się na ruchomym chodniku, żwawo mknącym przez śródmieście Santa Ana.
Chwyciła mnie mocno. Naprawdę była osłabiona. "Może jednak wezwę stradolot?" "Nie" – pokręciła głową. "Jakoś dotrzemy. Na kwaterze mam leki, a jutro o świcie odlatuję. Chciałam z tobą pogadać." "Słucham z uwagą." "Sławek dużo mi o tobie opowiadał. Zaintrygowała mnie twoja historia." "Nic szczególnego." "Nie przerywaj." Cała Natasza. Niby spokojnie, niby bez emocji. Ale jakże zdecydowanie. "Myślę, że wiem, co przeżywasz" – ciągnęła.
– "A nawet jestem pewna, że wiem. Zmagałam się z tym przez wiele lat. Nawet z tego powodu poszłam na psychologię." "Jesteś psychologiem?" "Nie." Machnęła ręką. "Nie skończyłam psychologii. Na trzecim roku, kiedy już wyleczyłam się ze swoich demonów, opamiętałam się i trafiłam na politechnikę. Ale ty znowu przerywasz" – upomniała, ale z uśmiechem i mocniej ściskając moje ramię. Te drobne gesty, tak dla niej charakterystyczne. – "Powiem może coś przykrego, ale jednocześnie dam ci natychmiastowy sygnał, że nie chcę cię zranić, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym." "Przepraszam." To jedyne, co mogłem odpowiedzieć. "Nie mam zwyczaju zwierzania się z moich najskrytszych tajemnic przygodnie spotkanym mężczyznom, więc to, co powiem, wymaga ode mnie pewnego wysiłku. Na dodatek nie ułatwia mi sprawy grawitacja planety, z której pochodzili moi przodkowie.
Ale słuchaj. Kiedy miałam siedem lat, zostałam..." Zawahała się. Czekałem. "Zostałam zgwałcona przez ojczyma." "Jezu!" – wyrwało mi się. "Teraz mogę o tym mówić spokojnie, ponieważ już dawno wszystko zostało przeze mnie przetrawione, przeanalizowane i ze wszystkim się pogodziłam. Ojczym nie poniósł wtedy konsekwencji, ponieważ matka, chociaż wyrzuciła go z domu, nie zawiadomiła policji. Zbyt go kochała, co jest jednym z miliarda dowodów na to, że miłość nie ma nic wspólnego z rozumem. Ale ojczym nie pożył długo. Zginął rok później. Znaleziono jego ciało ze śrubokrętem w sercu.
Było śledztwo, ale policja na pewnym etapie odpuściła. Dopiero po latach dowiedziałam się, że prawdopodobnie zabił go ojciec jednej z dziewczynek, której ten drań zrobił to samo co mnie. Widocznie sprawę prowadził też jakiś ojciec. Nikt nie zadawał pytań. Tam na Marsie mamy trochę inne podejście do prawnych interpretacji." "Tak mi przykro." Czułem potrzebę powiedzenia czegoś. "Wiem, że czujesz potrzebę powiedzenia czegoś, ale proszę, słuchaj." I ponowny, mocniejszy uścisk ramienia, prawie przytulenie. "Wyjawiam ci to wszystko, ponieważ przez wiele lat mojej młodości zmagałam się z symptomami depresji. Nie miałam zdiagnozowanej jednostki chorobowej. Byłam przez psychiatrów klasyfikowana jako borderline, chociaż teraz widzę, że to także nie były precyzyjne diagnozy. Pomogła mi psychologia, z którą nie zerwałam kontaktu pomimo zmiany kierunku studiów.
Ale najbardziej zmienił moje życie pierwszy prawdziwy poliamoryczny związek, który miałam kończąc politechnikę. Nie zanudzam cię?" "Nie, skądże. Wręcz przeciwnie. Mów proszę dalej." "Zaczęło się od poznania Ani. No co tak patrzysz? Tak, jestem biseksualistką." "Przecież ja nic nie mówię." "Spojrzenia czasami mówią więcej niż słowa. Ale mniejsza. Nie winię cię. To normalna reakcja. Początkowo myślałam, że w ogóle jestem lesbijką.
Tak wielki miałam wstręt do mężczyzn. Poznanie Ani zmieniło wszystko. To ona, poliamorystka i biseksualistka właśnie, powoli wyprowadziła mnie z depresji, a potem zachęciła do związku z jej męskim partnerem Łukaszem. Stworzyliśmy taki niewielki, jeszcze nierozbudowany związek poliamoryczny. Dzięki Łukaszowi, bardzo inteligentnemu i delikatnemu, rodzaj męski odzyskał moje ciało i psychikę. To był naprawdę fajny związek, trwający do czasu, kiedy Ania zaszła w ciążę. Wtedy, chcąc im ułatwić sprawy formalne, podjęliśmy wspólną decyzję, żeby się pobrali. Niby to miało niczemu nie przeszkadzać, ale kiedy urodziło się dziecko, odsunęli się i co bardzo charakterystyczne dla poliamorycznych relacji, w sposób naturalny przeszli w strefę mono. Wciąż mamy dobry kontakt, ale już na innych zasadach. Potem długo szukałam.
Całe lata i nie zdołałam znaleźć podobnego związku. Nie będę cię tutaj zanudzać szczegółami kolejnych relacji. Po prostu nie wypalały i tyle. Ale spokój, który wówczas osiągnęłam, pozostał. Nabrałam też dużego doświadczenia w związkach otwartych. Nie są one dla wszystkich. Trzeba mieć albo bardzo silną, albo bardzo pokaleczoną psychikę. Kiedy poznałam Sławka, wiele rzeczy się zmieniło. Naprawdę się zakochałam i wiem, że z wzajemnością. Ale nie jestem przyzwyczajona do miłości mono.
Mam poliamoryczne serce, które mimo wszystko nadal poszukuje." "Dlaczego opowiadasz mi to wszystko?" Podjechaliśmy pod jej pensjonat. "Sławek mówił mi o tobie, a ja dużo na twój temat myślałam, chociaż wcale się nie znaliśmy. Wiem jednak, że jesteś dla niego bardzo ważny. Jak brat. I że bardzo martwi się twoimi kolejnymi porażkami. Ale kiedy dzisiaj cię zobaczyłam, stwierdziłam, że jesteś..." Zastanowiła się nad słowem. "Tak?" "Atrakcyjny." "Dziękuję." Poczułem próżność i szybko się zrewanżowałem. "A ty jesteś bardzo piękna." "Nie chodzi o fizyczność. Jesteś atrakcyjny z jakiegoś innego powodu, którego nawet ja sama nie do końca rozumiem. Na tyle atrakcyjny, że mogłabym spróbować.
Ale niczego nie obiecuję." "Naprawdę?" Chciałem przytulić ją do siebie i pocałować, jak to robiłem z dziesiątkami innych kobiet. Odsunęła się zdecydowanie. "Źle mnie zrozumiałeś." To o co chodzi? Pomyśl. To twoje zadanie domowe do następnego razu. Zeskoczyła z ruchomego chodnika. Do zobaczenia Matt. Miło było cię poznać. Odjeżdżałem od wejścia do pensjonatu ruchomym chodnikiem. Widziałem, jak Natasza pozdrawia portiera otwierającego jej drzwi i znika w obszernym holu.
Nie byłem całkowitym kretynem, żeby nie domyślić się, do czego zmierzała. I nagle poczułem lęk. Był to ten rodzaj strachu, który czujesz, kiedy po tysiącu przetoczeń trzech kostek wypadają trzy szóstki, a ty wiesz, że teraz od wygranej dzieli cię już tylko jeden rzut. Przeczucie, że nadchodzi coś, co może się udać, bo właśnie poznałeś odpowiednią kobietę. Jak większość rzeczy w życiu, które przedstawiają sobą wartość, mój związek z Nataszą rodził się długo, a nasze wzajemne zafascynowanie wystawione zostało na próbę. Następny bowiem raz, który w Santa Ana wyznaczyła Natasza, zdarzył się dopiero cztery miesiące później w strefie kawiarnianej balickiego kosmodromu. Było to jakiś czas po tym, jak Sławek już w pełni sił zaczął pracę w Space Expedition. Jego staż we flocie wojennej Ligi od razu postawił go wysoko w hierarchii międzygwiezdnych kurierów. Dali mu bardzo nowoczesny transportowiec, prototypowego Enterprise Warp 2180, nazywanego w skrócie E-warpem. „A ja wciąż latam na starym, rozklekotanym CHW” – stwierdziłem gorzko, kiedy oglądaliśmy jego piękną maszynę.
„Taki statek jak i kapitan” – drażnił się ze mną. „Szczęki jeszcze złamanej nie miałeś?” Było nam wesoło. Sławek pogodził się z myślą, że armia to nie wszystko. Dostrzegł wreszcie plusy życia w lotnictwie cywilnym. Chociaż pracy wcale nie mieliśmy mniej niż w wojsku, poziom wolności był nieporównywalny. „Natasza znów cię pozdrawia” – powiedział jak zwykle z głupkowatym uśmiechem przylepionym do twarzy. „Dziękuję. Z wzajemnością.” Kiedy Sławek przekazywał mi pozdrowienia od Nataszy, czułem się nieswojo. „No co się tak szczerzysz?” „Na co wy jeszcze czekacie?” „To twoja dziewczyna.” „A ty znowu swoje” – machnął ręką Sławek. „Bart Reynolds w oldschoolowej maszynie.” „Nie mogę tego ogarnąć.” „Widzę.” „Nic na to nie poradzę.” „Ja też, stary.” – wzruszył ramionami.
Przez kolejne dwa miesiące praktycznie w ogóle się ze Sławkiem nie widywałem. Zawalili nas kursami do Proximy Centauri i dalej do Hyad i Plejad. Ja latałem na Paramę i Jelant, a Sławek na Singulian, Gani i Najdin. Mijaliśmy się tylko na chwilę w strefie spedycyjnej balickiego kosmodromu. Z trudem udało nam się umówić na piwo. „Tylko nie nawal” – wołał Sławek, biegnąc korytarzem do wyrzutni. „Tak się stęskniłeś?” – odkrzyknąłem ze śmiechem. „Nie tylko ja.” – zdołałem usłyszeć, jeszcze zanim wskoczył do windy opadającej na płytę kosmodromu. Zrozumiałem, co miał na myśli i ogarnęło mnie miłe podniecenie. Z Nataszą wymienialiśmy całkiem bogatą korespondencję mailową, a kilka razy rozmawialiśmy przez komunikator.
Najbardziej cieszyło mnie, że od czasu poznania jej nie miałem praktycznie żadnego poważniejszego epizodu depresyjnego. Owszem, czarne myśli kłębiły się w głowie, ale teraz łatwiej było mi nad nimi zapanować. Kiedy było już bardzo źle i nie pomagały joga i ćwiczenia bokserskie, a na mroźną terapię Icemana nie było warunków, dzwoniłem do Nataszy. Nawet jeśli była zajęta, oddzwaniała szybko. Błogosławiłem powstanie Intergalacticonu, międzyplanetarnej sieci wykorzystującej satelity i kwanty czasoprzestrzeni. Było to zwieńczenie pięćdziesięcioletnich prac połączonych zespołów ludzi, Singu, Jelantów i Paramian. Stronę Ziemi i Marsa reprezentowało od dwóch wieków zajmujące się zagadnieniem międzyplanetarnego Internetu Jet Propulsion Laboratory, jedno z centrów badawczych NASA znajdujące się w Pasadenie w Kalifornii. Na akademii zorganizowali nam wycieczkę do JPL. Oglądałem ogromne kompleksy naukowe, w których powstało wiele kapitalnych wynalazków. Jakość połączeń zależała od odległości i kolejnych satelitarnych przekaźników.
Na trasie do Hyad było ich naprawdę sporo i połączenia z Marsem nie stanowiły problemu. Rozmawialiśmy z Nataszą o sprawach codziennych i przyziemnych. Pracowała jako inżynier operator androidowych stewardes w Marsjańskich Międzyplanetarnych Pasażerskich Liniach Lotniczych, potocznie zwanych M-lotkami. Większość więc czasu spędzała na Marsie. Trochę mi opowiadała o życiu codziennym na Czerwonej Planecie, bo mało o nim wiedziałem. Ja opowiadałem o planetach, które odwiedzałem. Chociaż ze wstydem musiałem przyznać, że przez stany depresyjne wcześniej mało poświęcałem czasu na zwiedzanie. Chciałem to zmienić i coraz częściej, chociażby po to właśnie, żeby mieć o czym opowiadać Nataszy, wychodziłem poza strefę spedycyjną. „Wiem, że się zobaczymy” – powiedziałem do Nataszy po tamtej rozmowie ze Sławkiem. „A mówią, że to kobiety nie mogą utrzymać języka na wodzy.” – roześmiała się.
„Miał nie mówić.” – domyśliłem się. „Mniejsza z tym.” – machnęła ręką. „Niespodziankę diabli wzięli. Cieszysz się, że mnie spotkasz?” Patrzyłem w jej błękitne tego dnia oczy, piękne pukle płomieniście rudych włosów i bladą, lekko piegowatą cerę. „Nawet nie wiesz, jak bardzo”. „Matt” spoważniała. „To będzie czas na odpowiedź”. „Wiem”. „Pamiętaj, ja nie zrezygnuję z niczego. Ani ze Sławka, ani z poliamorii”.
„Wiem” – powtórzyłem. „Dobrze.” – pokiwała głową. Spotkanie zapowiadało się świetnie. Cieszyliśmy się, że znów widzimy się w tym składzie. Sporo było żartów i przekomarzań podlewanych niezłym, jak na podrzędną knajpę strefy kosmodromu, winem. Niestety, nie było okazji, żebym mógł swobodnie porozmawiać z Nataszą. Wgapialiśmy się sobie w oczy, czekaliśmy na odpowiedni moment, ale ten złośliwiec Sławek udawał, że niczego nie zauważa. Chciał się z nami podrażnić. A kiedy zniecierpliwiona już Natasza nachyliła się i gniewnie szepnęła mu, żeby zostawił nas na chwilę w knajpie, nagle wybuchła awantura. Jakiś facet w uniformie NASA, okazało się potem, że to technik z sekcji astogeodezji, zalany już dobrze, podszedł do nas i zaczął przystawiać się do Nataszy.
Jego trzech kumpli, w tym jeden obrzydliwiec z kung-fu, rechotało bardzo tą akcją rozbawionych. Wtedy stwierdziłem, że coś tam pamiętam z praktycznego boksu. Rozkwasiłem nos technikowi i jeszcze jednym ciosem zdołałem usadzić na podłodze jego kumpla, grubasa niezdarnie spieszącego na ratunek. Pozostałych zastopował wyszarpnięty z kabury stary colt, który Sławek z upodobaniem kolekcjonera dawnej broni nosił przy pasku. Ale i tak była z tego afera, bo jak wiadomo wszystko, nawet sarny w lesie, jest już na ziemi monitorowane. Skończyło się na połajankach Zambrowskiego, naszego szefa spedycji. Potem Natasza źle się poczuła. Grawitacja Ziemi plus stres dały o sobie znać. Okazja przepadła. Na następną musiałem czekać kolejne dwa miesiące do urodzin Sławka zorganizowanych dla niego przez Nataszę na Marsie.
A tymczasem w balickim kosmodromie wylądował piękny singuliański transportowiec Kai777, należący do spółki handlowej Inland Tarak Sołuk Sołur. Ostatni skrót to w saolatek odpowiednik naszego „zoo”. Kiedy opadła winda, z wnętrza międzygwiezdnego potwora wyszła Li Lan. Od tego czasu nic już nie było takie samo. Jak powiada stare przysłowie: o gustach się nie dyskutuje. Już od tamtego studenckiego spotkania z Aiki Ik nabrałem pewności, że wśród wszystkich ras obcych najbardziej działają na mnie niektóre Koa Singu. Chociaż większość żabowatych humanoidów z oddalonego o 151 lat świetlnych gwiazdozbioru jest w kryteriach ziemskich raczej brzydka, zdarza się pewien procent, który tę naszą estetykę odwraca o 180 stopni. W moim odczuciu u Singu istnieje bardzo cienka granica pomiędzy brzydotą i absolutnym, nieprawdopodobnym wręcz pięknem. Pięknem tak niesamowitym, że przyćmiewa wszystkie Hatanen Yeland. Ja wiem, większość z was, ziemskich i marsjańskich facetów i niektórych kobiet, czytając to, popuka się teraz w czoło.
Anielice cieszą się ugruntowaną opinią międzygwiezdnych celebrytek. Ale ja uważam i z uporem to powtarzam, że piękna Koa przyćmiewa Hatanen. Singu mają często zbyt wydatne usta i zbyt małe nosy. To burzy nasze poczucie piękna, ale zdarzają się takie, u których wszystko jest idealnie proporcjonalne. W przypadku Koa powstają wtedy naprawdę niezłe laski, patrzące na ciebie z chłodem japońskiej gejszy, od którego ciarki przebiegają po plecach. Wrażenie to podkreśla anatomia. Singu nie mają białek i ich czarne oczy wyglądają jak wytatuowane. Te oczy to ich wizytówka, jedyna i niepowtarzalna, nigdzie w kosmosie niespotykana w zestawieniu z niemal całkiem ludzkim ciałem. Patrzący w nie rozmówca odbija się jak w lustrach. Niczego nie można z nich wyczytać, ale jednocześnie nie pozostają bez wyrazu.
Zdają się przewiercać cię na wylot, a czasem pochłaniać jak czarna dziura pochłaniająca gwiazdę. Trzeba dobrze poznać Singu, żeby nauczyć się wyczytywać emocje z ich oczu. Są drobniejsi od ludzi. Średnia ich wzrostu jest mniejsza od naszej o 10 centymetrów, ale jednocześnie rzadziej spotyka się osobniki grube lub anorektyczne. Mają bardziej od nas uniwersalną i jednorodną przemianę materii, co wynika zarówno z ich genetyki, jak i z menu. Zawsze, gdziekolwiek by byli, zamawiają produkty pochodzenia wodnego. Źle trawią mięso lądowych ssaków. Mogą je zjeść, ale robią to bez smaku, bo po spożyciu ich często cierpią na zaburzenia żołądkowe. Nie znoszą pustynnych planet. Omijają je jak zarazę.
Koa mają niewielkie, ale kształtne piersi, nogi natomiast długie i jednocześnie mocno, choć proporcjonalnie umięśnione. Przypominają nieco nogi ziemskich biegaczek długodystansowych. To nogi właśnie, poza innymi cechami anatomicznymi, sprawiły, że zasłużyły sobie na pieszczotliwy przydomek Green Frogs, co bardzo szybko skrócono do nic nieznaczącego Geffi. Podobieństwo to podkreśla dodatkowo sposób poruszania się Singu. Kroki ich kojarzą się z małymi skokami. Przy każdym wybijają się mocno w górę, co jest jakimś atawizmem z wodno-lądowej ewolucji. Ze względu bowiem na charakter ich planety są istotami o wiele bardziej od nas związanymi z wodą. Cywilizacja Singu rozkwitała jednocześnie na nielicznych, za to bajecznie pięknych lądach, jak i w głębi niezmierzonych oceanów, przy których ziemski Atlantyk wygląda mizernie. Wciąż świetnie pływają. Potrafią wstrzymywać oddech na godziny, a z anatomicznych cech poza wielkimi oczami bez białek pozostały im błony między palcami wielkich stóp i dłoni o długich palcach oraz niebieski i zielony, zależy od rasy, kolor skóry.
Podobnie jak u Ziemian, rasy mieszają się, zatracając swoją pierwotną czystość. Powstają więc Singu o różnych odcieniach. Lai Lan była szmaragdowa. Zawsze widywałem ją ubraną w obcisły kombinezon z jantaleku, bardzo wytrzymałej, a zarazem lekkiej tkaniny singuliańskich osko — zwierząt najbardziej zbliżonych do naszych fok. U boku nosiła wielki pistolet laserowy, właściwie kombinację pistoletu z blasterem, który obijał się jej o udo przy każdym energicznym krokoskoku. Na głowę narzucony miała kaptur, ale wiedziałem, że ukrywa pod nim gęste, czarno-zielone dredy. Bo czasem, ale rzadko widywaliśmy ją bez kaptura. Dredy te nie są wynikiem wielotygodniowych zabiegów fryzjerskich, ale naturalnymi włosami Singu. Tego chyba najbardziej zazdroszczą im ziemskie i marsjańskie hipsterki. I była piękna, piękniejsza nawet od Aiki Ikke.
Należała do tych 20% Singu, które przekroczyły cienką granicę brzydoty i absolutnego piękna. W mojej ocenie. A o gustach przecież się nie dyskutuje. Musiałem jednak nie być odosobniony w swoich spostrzeżeniach, skoro chłopaki z ekip technicznych także łypali na nią, śmiali się i dogadywali. Nie robili tego jakoś bardzo jawnie. Międzyplanetarna Komisja do Spraw Równości Rasowej to najbardziej skurwysyńska instytucja w galaktyce i nikt nie chce z nią zadzierać. Ale kiedy znajdowaliśmy się w strefie załadunku, gdzie wstęp mieli tylko technicy i astronauci, pozwalali sobie na rzucane niby w powietrze docinki. „Patrzcie jaka fajna dupeczka. Hej, mała gefi, jak leci?” A czasem posuwali się dalej. „Umówimy się na analny wieczór?” Ich docinki związane były ze sposobem, w jaki Singu współżyją z innymi rasami.
Koa mają bardzo małe narządy rodne. Rodzą dzieci wielkości fasoli, za to odbyt mają spory, dobrze ukrwiony i unerwiony. Nie wiadomo, kiedy wpadły na to, że można go używać nie tylko do wydalania, bo penetracje analne znały i lubiły długo przed kontaktem z ludźmi i Yelantami. Wkurzały mnie te docinki techników, dlatego postanowiłem zareagować, ale nie zdążyłem, ponieważ Lai Lan bez niczyjej pomocy i bardzo skutecznie uporała się z problemem. Już podczas drugiego jej pobytu w balickim kosmodromie Rysiek Kowalski, wielki chłop z infantylnym poczuciem humoru, którym jednakże strasznie cieszył innych techników, postanowił się zabawić. Ośmielony faktem, że jak dotąd Lai Lan nie reagowała na zaczepki, mrugnął porozumiewawczo do kompanów, podszedł i przez translator zapytał: „Koa, chcesz się pieprzyć w dupę?” Ledwie urządzenie przy uchu mężczyzny wyszczekało w saolatek: „Koa, oishiri uka itai de?” zdarzyła się rzecz niesamowita. Mała Lai Lan, niższa o głowę od Ryśka, doskoczyła do niego błoniastą dłonią, chwyciła za gardło i z siłą, która wszystkich wprawiła w osłupienie, rzuciła nim o ścianę. Nim technik zdążył zareagować, już miał przyłożoną do przyrodzenia lufę wielkiego blasteropistoletu. „Omedero atá utsukuya wa utsuseido?” Translator przetłumaczył na angielski: „A ty chcesz mieć jeszcze jaja, parszywa świnio?” Pozostali technicy zamierzali zareagować, ale wszedłem pomiędzy nich a Lai Lan, wciąż trzymającą za gardło Kowalskiego. „Nic z tego, panowie.
— pogroziłem im palcem. — Niech załatwią to sami”. Miałem już na kosmodromie ugruntowaną pozycję, a dodatkowo było to świeżo po bójce w knajpie i z tego, co wiedziałem, wśród techników zaczęły krążyć legendy o moim prawym sierpowym, niesione wiatrem męskiej plotki od strony sekcji astrogeodezji. Zapewne dlatego odpuścili. Poprzestali na obserwacji, co będzie dalej. Kowalski nie należał do strachliwych, ale te niesamowite, czarne i zimne oczy wpatrywały się w niego bez mrugnięcia powiek. Na gardle czuł obcęgi dużej dłoni, w kroku lufę blastera, który w każdej chwili mógł zmienić jego klejnoty w zgliszcza. No i do czynienia miał z Singu. Wiedział, że poważnie przegiął, zwracając się tak do Koa, bo na punkcie honoru mają jobla. Jak my wszyscy stojący tam wówczas nie wiedział, czego może się spodziewać po wkurzonej singuliance.
Teraz, z perspektywy czasu, kiedy dobrze znam Koa, szczególnie te, mogę powiedzieć, że Rysiek podjął dobrą decyzję. „Przepraszam” — wydusił przez ściśnięte gardło. „No sami” — głośno powiedział translator. Lai Lan nie zwalniała uchwytu. Wyglądała jak kobra, która zatopiła już jadowe kły w ofierze. Odniosłem wrażenie, że naprawdę ma ochotę zrobić użytek z blastera. Atmosfera robiła się gęsta. Sytuację rozładował gniewny głos Brunona Zamrowskiego, który nagle rozległ się z głośnika w korytarzu: „Kowalski, do jasnej cholery, widać was na kamerach. Co wy, kurwa, tam wyrabiacie?” A następnie chyba to samo powtórzył w saolatek. Wrodzone poczucie szacunku dla przełożonych, jakie z mlekiem matki wysysają Singu, sprawiło, że Lai Lan się opamiętała.
Puściła Kowalskiego, zakręciła na palcu blasterem jak Clint Eastwood coltem, wsunęła broń do futerału i odeszła nieśpiesznymi krokoskokami. Technicy rozsunęli się grzecznie. Nikt nie pisnął ani słowa. Myślę, że to już wtedy zaczął się we mnie tlić drugi płomień. Miesiąc później na grillu zorganizowanym z okazji 45. urodzin Sławka, nasza relacja z Nataszą przerodziła się wreszcie w mój pierwszy poliamoryczny związek. Sławek doszedł wieku dojrzałego, jak to pięknie się określa. Przestawał być młokosem, stawał się statecznym facetem, cokolwiek by to u niego nie znaczyło. Miał jeszcze przed sobą co najmniej trzy razy tyle, ponieważ jak podawał International Statistical Institute, średnia długość życia dla ziemskich mężczyzn w ubiegłym 2190 roku osiągnęła 125 lat. Ale praktycznie dbając o siebie z łatwością osiągamy już 140.
Grill odbywał się na Marsie, ponieważ organizowała go Natasza, która już dość miała przygód z ziemską grawitacją. Marsjanie nie lubią Ziemi. Na krótko wpadają na starą planetę, zazwyczaj tylko w jakichś urzędowych sprawach, na uroczystości rodzinne lub święta. Zdawałem sobie sprawę, jak bardzo Natasza poświęcała się poprzednio, ale dla nas, urodzonych na Ziemi Mars jest okej. Nie przeszkadza nam grawitacja. Wręcz przeciwnie. Czujemy się tam lżej i jakby młodziej. To dobre miejsce do imprezowania. Tym bardziej że świeża zieleń i krystalicznie czyste wody nowych, dziewiczych jeszcze rzek, jezior i mórz napełniają młodą atmosferę ogromną ilością tlenu. Jakże malowniczo wyglądają teraz Phobos i Deimos ponad wyżyną Tarsis, wielkimi wulkanami Arsia Mons, Pavonis Mons, As Janus Mons, no i przede wszystkim monumentalnym, majestatycznym i wiecznie spowitym chmurami Olympus Mons, największą górą w Układzie Słonecznym.
Było sporo osób, ale znałem tylko garstkę gości z Ziemi. To byli piloci i kilka osób obsługi naziemnej. Ze strony Marsjan była mocniejsza ekipa. Sporo inżynierów obojga płci z Emplotka, sąsiedzi Nataszy, a nawet para młodych i bardzo brzydkich Singu. Okazało się, że to praktykanci przebywający na Marsie na szkoleniu prowadzonym przez Nataszę. Zastanawiałem się, dlaczego nie ma na imprezie Artemis, ale Sławek wytłumaczył ją zarażeniem koronawirusem. To było solidne usprawiedliwienie i wtedy jeszcze nie wzbudziło moich podejrzeń, że coś z tym związkiem jest nie tak. Z Nataszą świetnie mi się gadało i nawet się nie spostrzegliśmy, jak siedzieliśmy przy sobie kolano przy kolanie i znów wgapialiśmy się sobie w oczy z bardzo jednoznacznym przekazem. Wciąż było mi głupio, bo to przecież dziewczyna Sławka, ale kiedy speszony spojrzałem na niego, on tylko z uśmiechem pokiwał głową. Niby wiedziałem, że jest na tak, ale z drugiej strony nie mogłem oprzeć się natrętnym myślom, czy jednak nie stwierdzi, że okazałem się świnią.
A mnie tak bardzo marzyło się po prostu przebywanie z kimś, kto obdarzy mnie uczuciem. Po pięciu latach bez jakiejkolwiek bliskości zdrowy, młody, czterdziestoparoletni facet dochodzi do takiego momentu, w którym samo przytulenie się do kobiety, poczucie jej ciepła i zapachu urasta do rangi misterium. I wtedy pomyślałem, że być może jestem idiotą, bo oni po prostu bawią się moim kosztem. „Poczekaj chwilkę” powiedziała nagle Natasza i podeszła do Sławka dyżurującego właśnie przy grillu. Zaczęli przyciszoną rozmowę, a mówili na pewno o mnie, bo zerkali w moim kierunku. O co im chodzi, do cholery? Siedziałem, wpatrując się w swojego drinka z miną zbitego psa, kiedy ponownie poczułem zapach perfum Sabbat. Szczupłe palce ujęły mnie pod brodę i uniosły głowę. Natasza przy wszystkich pocałowała mnie w usta. „Sławek oficjalnie się zgodził” powiedziała.
Proszę. Nie zrozumiałem. „Zadałam mu oficjalne pytanie, czy wyraża zgodę na mój związek z tobą. Zgodził się. Powiedział, że jesteś fajnym gościem i cieszy się, że ciebie wybrałam.” Zerwaliście ze sobą? Nadal nie chwytałem. „Nie, głuptasie. Dlaczego miałabym zrywać ze Sławkiem, skoro go kocham?” Przyjrzała mi się. „Hej, nie przerabiałeś zadań domowych, jak prosiłam?” Zadań? Z czego?
„Poliamorii.” Dopiero teraz zrozumiałem. Teoretycznie przerabiałem, ale ja jeszcze nigdy. „Wiem” uśmiechnęła się. „Miło mi być twoją pierwszą poliamoryczną dziewczyną. Jeśli oczywiście zgadzasz się na wszystkie zasady.” No zgadzam się. Zająkałem. Pocałowała mnie po raz drugi, ale tym razem dłużej trzymała swoje usta przy moich. To wystarczyło, żeby pojawił się niezręczny namiot. „Oj” roześmiała się. „Widzę, że musimy zwiedzić pięterko.
Chodź.” Wzięła mnie za rękę. Kiedy mijaliśmy Sławka, lękliwie zerknąłem w jego twarz, ale on tylko skinął szklaneczką whisky w moją stronę. „Bawcie się dobrze Matt.” Dzięki bąknąłem. Pozostali goście zaproszeni na imprezę zareagowali różnie. Jedni ze zdumieniem, a nawet zgorszeniem, drudzy, podobnie jak Sławek, wznosili trzymane szkło, gratulowali i życzyli powodzenia. Potem zrozumiałem, że podział ten determinowało praktykowanie poliamorii. Natasza zaprowadziła mnie na górę domu w stylu marsjańskim: półokrągłej, przysadzistej budowli przypominającej z daleka bunkier lub wielkie igloo. Weszliśmy do pokoju z dużym łóżkiem. Natasza zaczęła rozpinać sukienkę. „Zaczekaj” – powiedziałem i po prostu mocno ją przytuliłem.
Ona natychmiast zrozumiała i także mocno owinęła ramiona wokół moich pleców, a otwartą dłoń położyła na tyle mojej głowy. Kiedy poczułem jej ciepło i zapach, wszystkie lata samotności wylazły z mroków, w których je poupychałem. Po prostu nie mogłem się powstrzymać. Trząsłem się i płakałem. Jakaś inna, pusta idiotka pewnie byłaby bardzo zdegustowana i w tym miejscu zakończyłaby się nasza znajomość. Ale nie Natasza. Ona rozumiała. „Cii” – szeptała, trzymając mnie mocno w ramionach. – „Już wszystko będzie dobrze”. Potem kochaliśmy się do rana.
Wtedy całkowicie i bez żadnych dodatkowych wątpliwości zakochałem się w Nataszy. Powie ktoś, że kilka rozmów i łóżko to za mało na prawdziwą miłość. Ale po pięciu koszmarnych latach samotności i masturbacji każde ciepło, przyjazny gest, chęć zrozumienia podane przez piękną i namiętną kobietę na tacy szczerości musiały wzbudzić moje uczucie. To był rodzaj syndromu sztokholmskiego. Na szczęście obiekt mojego uczucia okazał się nie oprawcą, ale najlepszym przyjacielem. A co czuła Natasza? Długo testowała i mnie, i swoje uczucia. Nie dziwiłem się. Wiedziałem, że także jest pokaleczona i że podobnie jak ja potrzebuje czasu i dowodów. Przystąpiłem do skomasowanego szturmu z całą energią tradycjonalisty i z mentalnością monogamisty.
Kupowałem kwiaty, mówiłem dużo czułych słów, dawałem jej odczuć, że jest na piedestale. Natasza obserwowała bacznie, wnikliwie. Naprowadzała mnie na właściwą drogę. Kiedy zapędzałem się w niebezpieczny kicz, za którym wyczuwała, tak jej się wydawało, nieszczerość, stawała się czujna i mówiła: „Zacznij wysyłać inne sygnały, Mat”. To było jej powiedzenie klucz, rodzaj rady i ostrzeżenia. Cofałem się więc, ale tylko po to, żeby zaatakować z innej strony. Wcale nie było łatwo zdobyć jej serce. Jeżeli ktoś oceniłby ją jako łatwą tylko na podstawie faktu, że jest poliamorystką, grubo by się pomylił. Nawet tytuł słynnej pierwszej książki o poliamorii z połowy XXI wieku „Puszczalscy z zasadami” Dossie Easton i Janet W. Hardy nie całkiem do niej pasował.
Ona po prostu miała w sobie jedną wielką miłość składającą się z dwóch części: mnie i Sławka. A wkrótce wystarczy jej też na trzecią istotę. Moje starania odniosły skutek. Jeszcze w liceum kumple mówili, że start mam bardzo dobry. Zdołałem sforsować obronę, nie bardzo nawet zdając sobie sprawę, jaki odniosłem sukces, zdobywając głębokie uczucie poliamorystki. A Natasza stała się najwspanialszym przewodnikiem po nowych dla mnie relacjach. Świetnie mnie rozumiała. Wyczuwała moje myśli z wyprzedzeniem. Stała się opoką, na której zbudowałem wszystkie inne relacje. Miałem ogromne szczęście, że była tą pierwszą.
Pomimo że za każdym razem zapewniała mnie o swoim uczuciu i namiętnie to udowadniała, zadbała także, żebym nie zapomniał o zasadach poliamorii. Konsekwentnie wdrażała je do naszego związku. Po kilkunastu spotkaniach na Marsie i jednym na Ziemi poinformowała mnie nagle, patrząc mi uważnie w oczy, że leci ze Sławkiem na miesięczne wczasy na Singulian. Poczułem ukłucie zazdrości. Natychmiast to zauważyła. Błyskawiczna reakcja na mój stan i zastosowane od razu działanie prewencyjne to wizytówka Nataszy. „Pamiętaj o zasadach” – powiedziała. – „Nie do końca jestem twoja ani ty nie do końca jesteś mój. Jestem też ze Sławkiem. Poza tym mam jeszcze kogoś na oku, z kim chciałabym bliżej się poznać, ale na razie nie podjęłam decyzji.
Jeśli się zdecyduję, zostaniesz poinformowany i poproszony o akceptację.” „Oczywiście, jasne” – bąknąłem. „Hej Mati, nie zwieszaj tak nosa. – pocałowała mnie. – Przecież nic się nie zmieniło. Nadal cię kocham.” „Wiem. Tylko na razie trudno mi się w tym wszystkim połapać.” „Pamiętaj, szczerość jest najważniejsza. Możesz też rozejrzeć się za kimś jeszcze. Będzie ci łatwiej.” „Nie masz nic przeciwko?” „Pod warunkiem, że będzie to ktoś, kto jest ciebie wart. Ocenię to i zweryfikuję.” „Gdzie znajdę taką drugą?” „Mam nadzieję, że nigdy nie znajdziesz takiej drugiej, ale drugą inną.” „Co jeszcze mógłbym dostać?” „Co jeszcze mógłbyś dać?” „Czy wystarczy mi serca?” „To pytanie godne poliamorysty.” „Czyli?” „Czyli powinieneś to sprawdzić.” „Dlaczego powinienem?” „Bo teraz jesteś dzieckiem prawdziwej, wolnej miłości.” „Gdzie mam szukać?” „Zacznij od Intergalacticonu.” Chodziłem struty przez dwa dni, a potem przyszła refleksja. Uświadomiłem sobie, że przecież tym, co najbardziej ujęło mnie w poliamorycznych układach, jest właśnie szczerość.
Fakt, że możecie bez owijania w bawełnę pogadać z partnerką, partnerem o tym, że podoba wam się ktoś jeszcze. Ktoś, z kim chcielibyście spróbować głębszych relacji, a po otrzymaniu akceptacji możecie wejść w ten kolejny związek, nie rezygnując wcale z pierwszego. Nie istnieje więc zdrada w sensie tradycyjnym, ponieważ głównym jej paliwem jest kłamstwo. Nie oznacza to, że w poliamorii nie ma zazdrości i zdrady. Są oczywiście, ale definiowane jedynie na poziomie emocjonalnym. A kiedy wygasa uczucie, wtedy uczciwie, bez niepotrzebnych dramatów i właściwie samoistnie poliamoryści kończą związek. Najciekawszym efektem poliamorycznych relacji jest stworzenie kręgu kochających się bezpośrednio lub pośrednio osób, które, jeśli tylko wszyscy reprezentują odpowiedni poziom dojrzałości, wzajemnie sobie w życiu pomagają. Problem samotności zostaje więc w tym układzie praktycznie wyeliminowany, co dla mnie od wielu lat samotnego, zmagającego się z depresją i niepotrafiącego ułożyć sobie życia osobistego pilota międzygalaktycznego transportowca Space Spedition stanowiło okoliczność zasadniczą. Trzeba było tylko odrzucić całe to kulturowe zniewolenie, łańcuchy monogamicznej tradycji cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Odświeżyłem więc swoje konto na Intergalaktikonie i bez entuzjazmu zacząłem surfować w poszukiwaniu innych poliamorystów.
Ale na międzyplanetarnym portalu społecznościowym panował straszliwy chaos. Na dodatek po 12 latach praktycznie nie miałem znajomych, a tych, którzy mi zostali z dawnych czasów, nie chciałem już mieć. Koniec końców wyrzuciłem wszystkich i zaprosiłem tylko Nataszę i Sławka. Zastanawiałem się przez chwilę, co wpisać w rubrykę stan cywilny. A co mi tam, pomyślałem i wpisałem poliamorysta. O dziwo, bardzo szybko pojawiły się zaproszenia do grona znajomych od innych poliamorystów. Było ich naprawdę sporo i co mnie zszokowało, nie tylko na Ziemi i Marsie. Wprawdzie z licznych zamieszkałych światów pojawiły się zaproszenia jedynie od Jelantów i Singu, ale i tak była to dla mnie nowość. Zaznaczam, że chodziło mi o poliamorię, czyli wielomiłość, nie o uwarunkowane płciowo, religijnie lub kulturowo wielobzykanie, częste w różnych cywilizacjach ziemskich i pozaziemskich. Chętnych na wolny seks był legion i odniosłem wrażenie, że biblijna Sodoma i Gomora były klasztorami o zaostrzonej regule w porównaniu z obecnymi miastami Ziemi, Marsa, Singulianu i Jelant.
O Paramie i innych planetach obrzydliwców nawet nie wspominam. Zacząłem więc odkrywać dziwne zjawisko, nie do pomyślenia dla mnie jeszcze pół roku temu. Uświadamiałem sobie, że poliamoryści są w istocie konserwatystami XXII wieku. To humanoidalne istoty, dzieci panspermii, wciąż szukające miłości po wszechświecie. Jedyna różnica między nimi a monogamistami polegała na liczbie kochanych partnerów. Poczułem się dużo lepiej. Wszystko w mojej głowie zaczynało z powrotem trafiać na swoje miejsce. Dokonałem wzlotu, upadku i wzlotu, ale ten upadek miał miejsce na poziomie wyższym od poprzedniego. Dlatego wiedziałem, że obecny wzlot także musi być wyższy. Kiedyś uczyłem się filozofii dziejów, a to było jak corso i ricorso w koncepcji Vico, tyle że na poziomie jednostki.
Zaakceptowałem kilkadziesiąt zaproszeń i moje konto ożyło. Ważną okolicznością związaną z odkryciem, że humanoidzi z innych planet także interesują się szeroko pojętymi związkami uczuciowymi było to, iż coraz odważniej spoglądałem w stronę Lai Lan, a los jakby pchał nas ku sobie. Już trzy tygodnie po konflikcie z Kowalskim odważyłem się powiedzieć jej więcej, aniżeli zamierzałem. Stałem wówczas w strefie spedycyjnej kosmodromu w Tsungang, największego miasta Singulianu, usytuowanego na wyspie Hairo. Obserwowałem z platformy ponad lądowiskiem, jak niewielcy niebiesko-zieloni pracownicy obsługujący pneumatyczne wózki grawitacyjne pakowali ostatnie chłodnie do ładowni mojego CHW. Jak zwykle fracht stanowiły niespotykane na Marsie i Ziemi gatunki ryb i tony egzotycznych owoców morza. Od ogromnego oceanu Gusin niosła się chłodna bryza, orzeźwiająca, nasycona tlenem i zapachem ryb. Błękit bijący od zajmującego pół horyzontu Naki Hari malował nawet gęste tego dnia pierzaste chmury. Słychać było krzyki podobnych do ziemskich albatrosów ptaków, których nazwy nie pamiętam. Wielkich białych z żółtopomarańczowymi dziobami i nogami.
Nadlatywały od strony oceanu, wrzeszczały, biły się o resztki ryb znalezione na brzegu, kołowały niespokojnie i z powrotem odlatywały szukać przygód gdzieś indziej. Z kosmodromu nie widać było wody, ale jej obecność czuło się tutaj wszędzie. Patrząc na uwijających się w dole Singu, po raz kolejny zastanawiałem się nad fenomenem ich urody. Nie widziałem tam żadnego, który mógłby mi się podobać. A jednak jeszcze przed chwilą, kiedy załatwiałem formalności w biurze, ponownie trafiłem na śliczną Koa. Są one rzadkie na tyle, że od razu wyróżniają się z tłumu. Ale czy Singu postrzegają tę kwestię tak samo? Ich standardy są inne. Na świetlistych reklamach w Tsung Ang widziałem niczym mnie nie zachwycające żabie twarze lokalnych gwiazd. Zdałem sobie sprawę, że Singu, rasa sprytna i inteligentna, do seriali i reklam, które mają być puszczane na innych planetach, wynajdywali aktorki o uniwersalnej urodzie.
Musieli więc w poprzednim stuleciu, które dzieliło pierwszy kontakt od nowej ery, dobrze odrobić lekcje z międzyplanetarnego marketingu. Przypomniałem sobie, że przecież podobnie robią ziemscy Azjaci, których aktorzy i aktorki zawsze mają rysy bardziej europejskie od autochtonów i w kanonach azjatyckiego piękna wcale nie muszą być na pierwszym miejscu. „Ichat yu, Mat” usłyszałem nagle obok. Spojrzałem. Stała oparta tak jak ja o poręcz balkonu. W ogóle nie słyszałem, kiedy podeszła. „Ichat yu, Lailan” Odwzajemniłem pozdrowieniem w saolatek. Nie wiedziałem, że zna moje imię. „Podoba ci się na Singulian?” Ku mojemu zaskoczeniu przeszła na płynny angielski. Tylko akcent miała bardzo charakterystyczny, jakby mówiąca po angielsku uczennica wietnamskiego liceum.
A więc specjalnie nie ujawniła się przed nami, pomyślałem i od razu uświadomiłem sobie, że musiała dobrze rozumieć wszystkie wcześniejsze docinki techników. Teraz nie dziwiłem się, że straciła wtedy cierpliwość. „Nie miałem jeszcze okazji dobrze go zwiedzić”. „Dlaczego? Przecież długo już latasz dla Space Expedition”. „To skomplikowana sprawa”. „Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie”. Ależ ona jest piękna — myślałem, wpatrując się w czarne, nieprzeniknione i głębokie jak kosmos oczy. I nim ugryzłem się w język, wypaliłem: „W zakłopotanie wprawia mnie twoja uroda”. „Co jest z moją urodą nie tak?” „Jesteś piękna”.
Myślałem, że zaraz poczuję lufę blastera w kroku albo lecę z balkonu na płytę lądowiska. Ona jednak wciąż wpatrywała się we mnie nieruchomym wzrokiem. Tylko usta jej drgnęły jakby w kpiącym, przekornym uśmiechu. „I to wprawia cię w zakłopotanie?” „W pewnym sensie”. „Bo jestem Singu?” Trafiła bezbłędnie. Czułem, że czerwienieję. Z opresji uratował mnie sygnał jej holosmartfonu. Odebrała i na hologramie rozpoznałem Seku Ai, szefa spedycji Inlan Tarak, z którym czasem także miałem do czynienia. Wymienili kilka krótkich zdań w saolatek. „Muszę startować” powiedziała Lailan, kiedy spedytor zniknął z przestrzeni.
„Może kiedyś wrócimy do tej ciekawej rozmowy”. Znowu kpiący uśmiech. „Teraz chciałam ci podziękować za tamtą sprawę z Kowalskim”. „Ja niczego wyjątkowego nie zrobiłem. Sama sobie poradziłaś”. „Zawsze sobie radzę, ale gdyby tamci się wtrącili, ktoś mógłby zginąć”. Wiedziałem, że nie mówi o sobie. „Nie ma sprawy”. „Jeszcze raz dzięki i ryukeio, Mat”. „Ryukeio, Lailan”.
Odwzajemniłem pożegnanie w saolatek. Szybkimi kroko-skokami oddaliła się w stronę windy. Potem obserwowałem, jak wskakuje do samobieżnego poduszkowca transportowego i drogami wewnętrznymi wieziona jest w stronę odległego o kilka kilometrów statku. Pół godziny później w niebo wzbił się potężny Kai 777. Z hukiem nuklearnych silników parł przez atmosferę. Dźwięk ucichł, kiedy statek osiągnął kosmiczną przestrzeń. Przejścia w prędkość warpową oczywiście już nie słyszałem. „Do zobaczenia na Ziemi” — mruknąłem i poszedłem do bufetu na rybę z grilla. Miałem jeszcze kilka godzin czasu. Po trzech tygodniach wylądowałem w Balicach.
Wyładowałem się i z konany wziąłem z parkingu mój stradolod. Nie zapomniałem o tradycyjnym upominku dla starego Wieśka Bachledy, ziomka z Krościenka, który zarzucił kotwicę w Krakowie i tutaj na balickim kosmodromie dorabiał do emerytury jako parkingowy. „Co by ci się dazyło, Juchasie miły?” Wiesiek z radością ucałował butelkę singuliańskiego lagera. „Na zdrowie, gazdo”. Moje kochane zielone Subaru odpaliło od kopa. Byłoby miło, gdyby nie te cholerne wszechobecne korki i na dole, i na górze. Ledwie wszedłem do mieszkalni i otworzyłem zimnego okocimia, zadzwonili Natasza ze Sławkiem. Odebrałem holofon i na środku pokoju zobaczyłem ich nagie ciała wylegujące się na jednej z bajecznych plaż kurortu Yoku nad Singuliańskim Morzem Artak. „Hej Mat” — pozdrowił mnie Sławek. „Hej Sławo” — starałem się trzymać fason.
„Jak sobie radzisz, kochanie?” — ze swobodą zapytała Natasza, zupełnie nie przejmując się leżącym obok Sławkiem. „Tęsknię” — wypaliłem. „Teraz Nati jest moja”. Sławek ostentacyjnie położył rękę na jej wzgórku łonowym, objął i pocałował w usta. „Poczekaj”. Natasza uwolniła się z jego objęć. „Nie widzisz, że nasz biedny Mat jest skołowany i markotny? Mat, dlaczego nas nie odwiedziłeś, skoro byłeś na Singulian?” „Nie chciałem przeszkadzać”. „Przecież wcale byś nie przeszkadzał”. „Jasne, chłopie, byłoby miło, gdybyś wpadł” — przytaknął Sławek.
„Nie wiem. Gubię się jeszcze”. „Stary, naprawdę musisz sobie to przerobić w głowie” — zaczął Sławek. „Okej, dobra, nie prawcie mi tu komunałów. Zalogowałem się na Interze”. „Widzieliśmy. No i jak poszukiwania?” — zapytała Natasza. Jeszcze nikt interesujący się nie pojawił. Wzruszyłem ramionami. Wiedzieliście, że poliamorią interesują się Jelalnd i Singu?
Sławek machnął ręką. Tak, ale jeszcze nie widziałem takiego długotrwałego międzycywilizacyjnego związku. Jesteśmy na Singulian dwa tygodnie i jedyne co naprawdę tu kwitnie, to seksturystyka. Seksturystyka? No tak. Nasi, to znaczy Marsjanie i Ziemianie lubią tu przyjeżdżać, bo Singulianki chętnie dają im w kakao. Skąd wzięło się to ich szczególne upodobanie? Naszych czy Singulianek? — roześmiał się Sławek. Poważnie pytam.
Pewnie stąd, że Koa inaczej tego z naszą rasą nie zrobią — powiedziała Natasza. Ani z Jelantami, ani z Kaanpekanami. Okej, ale było to już u nich rozpowszechnione w czasach przed nawiązaniem kontaktów z innymi kosmicznymi humanoidami. Dlaczego? Tego nie wiedzą nawet najstarsze żaby — śmiał się Sławek. Natasza wzruszyła ramionami. Z mojego kobiecego punktu widzenia to przy takich pisiekach ich facetów same na to wpadły jeszcze w okresie pre-Singuliańskim. Sławek trząsł się rozlewając trzymany w dłoni jakiś zielony napój. Sławuś, nie rozlewaj wanbu — śmiała się z nim Natasza. Co to jest?
— zapytałem, żeby skierować dyskusję na inne tory. Zirytowały mnie te ich żarty. Wanbu? To tutejszy specjał. Oczywiście jak większość spożywczych rzeczy na Singulian zrobiony na bazie traw morskich. Naprawdę bardzo smaczny, ale niestety nietani. Nie próbowałeś? Tego jeszcze nie. Wstyd mi było przyznać się, że podczas przerw w moich kursach spędzanych na innych planetach rzadko opuszczałem hotel w strefie spedycyjnej. W takim wtedy byłem stanie.
Po raz kolejny od czasu poznania Nataszy docierało do mnie, co depresja robi z człowiekiem. Wreszcie mogłem spojrzeć na samego siebie z dystansu. Zaczynałem widzieć się nie tylko na tle innych ludzi, ale także między nimi. To były pierwsze, nieśmiało kiełkujące pędy całkiem nowego światopoglądu. Ale jest jeszcze jedna sprawa. Natasza spoważniała. Co się stało? — zapytałem. Nosi ją — machnął ręką Sławek. Bardzo przepraszam.
Ty wszystko sprowadzasz do jednego — prychnęła na niego Natasza, a do mnie powiedziała: Pamiętasz, jak mówiłam ci, że jeszcze mam kogoś na oku, z kim chciałabym nawiązać relację? Pamiętam. Nie byłem zachwycony, że powraca do tego tematu. Sławka tolerowałem, bo był moim kumplem, a poza tym to ja wpakowałem się w ich związek. Ale ktoś trzeci? Mam nadzieję, że chodzi tylko o seks — powiedziałem. Wtedy nigdy bym się na to nie zgodził — zaprotestował Sławek. Dlaczego tak mówisz, Matt? Natasza spojrzała na mnie z wyrzutem. Matt nauczył się swingerskiej patologii w nieudanych związkach — wyjaśnił jej Sławek.
Nie wierzę, że swingersów nazywacie patologią — poczułem się dotknięty. Sławek może nie do końca był precyzyjny. Natasza od razu wyczuła napięcie i zadziałała prewencyjnie. Chodziło mu o to, że poliamoria jest czymś więcej aniżeli rozrywkowym sypianiem z przygodnymi osobami. Wypuściłem powietrze. Przepraszam, jeszcze się gubię. To normalne, kochanie. Natasza była spokojna i opanowana. Wciąż masz mnie jedną. Dla ciebie ten związek tylko teoretycznie jest poliamoryczny.
Ale to się zmieni. Skąd wiesz? Wiem. Machnąłem ręką. Mniejsza z tym. Jeszcze raz przepraszam. Chodzi o Jelantkę — brutalnie wpadł nam w słowo Sławek. Zatkało mnie. Raz, że mówiliśmy o obcej, a dwa, że o Hatanen. Co w jelandzkim języku „elen” znaczy kobieta.
Ale moje odczucia były zupełnie inne niż Sławka. Nataszka jest egzofilką — dodał Sławek. Wyczułem w nim jakąś nieudolnie skrywaną pogardę. Natasza także musiała to wyczuć, ale co bardziej mnie zdziwiło, wcale nie wyglądała na urażoną. Wtedy jeszcze nie wiedziałem dlaczego, ale ja poczułem się jakoś osobiście dotknięty. Musiałem zareagować. Sławek, tysiące Ziemian i Marsjan jest egzofilami. Co jest z tobą? Przed chwilą swingersi, teraz obcy. Czyżbyś przejął ode mnie kapelusz Barta Reynoldsa?
Mniejsza ze swingersami — machnął ręką. Ale egzofilia? Ja tego nie rozumiem — wzruszył ramionami. Dla mnie to jest obrzydliwe. Cholera, Sławo, jesteś astronautą. Bardzo szanuję inne cywilizacje. Najlepszy dowód, że na Singulian spędzam urlopy. Szanuję dokonania obcych. Kulturę, technologię, historię. Mam wielu przyjaciół Singu, Jelantów, Kwerków i Alienów, ale uważam międzyrasowe parzenie się za dewiację.
Dlaczego? To jest taka seksualna fanaberia. Nie chcę używać porównań, żeby nikogo nie obrazić. A ja nie widzę niczego złego w kontaktach międzyrasowych. Doprawdy? Tak. Uważam, że seks u humanoidów przynajmniej jest jednym ze znakomitych sposobów stwarzania nowych, silnych więzi. O proszę, następny, któremu odbiło na punkcie aniołków i teraz dorabia do tego ideologię. Nie chciałem wyprowadzać go z błędu. Pewnie jeszcze bardziej by się nabijał.
Jesteś nietolerancyjnym dupkiem, Sławuś. Natasza pogłaskała go po twarzy. A ty, Matt? Jaką dasz odpowiedź? Odpowiedź? No musicie to zaakceptować tak lub nie. Takie są zasady. Akceptuję — powiedziałem. Gdyby to była Ziemianka lub Marsjanka, pewnie nie byłbym już taki zgodny, ale chyba jeszcze wówczas bardziej podświadomie chciałem zrobić sobie furtkę. Wciąż nie mogłem zapomnieć tych niesamowitych oczu bez białek.
Czarnych, głębokich jak kosmos. Sławek ponownie wzruszył ramionami. No dobra, nie chcę wychodzić na tego złego i jak to byłaś uprzejma stwierdzić nietolerancyjnego dupka. Odlatuj sobie z twoją Hataną. „Dziękuję. — Natasza pocałowała Sławka. — Ty Mati dostaniesz, jak wrócimy”. „Licząc z podróżą, to dopiero za miesiąc” — zmarkotniałem. „Cierpliwości, kochanie”. Hologram Nataszy pochylił się do mnie i udawał, że także daje mi całusa.
„Mam krótki kurs do Proximy Centauri” — powiedziałem. — Wrócę za dwa tygodnie. „A jak rupieć?” — zapytał Sławek. „Po tamtej awarii wszystko jest w porządku”. „Niczego nie znalazłeś?” „Jeszcze poszukam przed wylotem na Proximę”. „Koniecznie. Bardzo się zmartwiłem tym resetem”. „A co się stało?” — zapytała Natasza. — Może mnie ktoś oświecić? Mówicie tak dziwnie, że zaczęłam się denerwować.
„Stary CHW Mata zakaszlał w kosmosie”. „Jak to zakaszlał?” „Komputer pokładowy zresetował napęd”. „Co to znaczy?” „To, że Mat mógł nagle stanąć w przestrzeni”. „O rany!” „Myślę, że to była drobna anomalia. — Starałem się ją uspokoić. — Sprawdziłem wszystko. Niczego nie znalazłem”. „Uważaj na siebie”. „Jasne, stary, trzymajcie się”. Chciałem się rozłączyć, kiedy Natasza powiedziała: „To Irikuanena”.
„Kto?” — nie zrozumiałem. „To moja nowa partnerka z Jeland. Irikuanena. Podobno wysłała ci zaproszenie na Intergalacticonie”. „Może. Dostałem kilkanaście zaproszeń od obcych”. „Obejrzyj ją sobie”. „Jasne”. Na tym zakończyliśmy rozmowę, po której znów poczułem się samotny. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, o co w tym całym poliamorycznym bałaganie chodzi.
Wszystko odbierałem po staremu. Monogamicznie. Faktycznie miałem tylko jedną Nataszę. I bardzo egoistycznie. Przed odlotem na Proximę musiałem jeszcze dwa razy wpaść na kosmodrom. Miałem zaległe badania okresowe. Na szczęście nawet w połowie nie tak restrykcyjne jak w armii. Przy okazji chciałem wziąć ze spedycji nowe zlecenie i poprosić techników, żeby spojrzeli na CHW. Ze zdumieniem zobaczyłem Lai Lan rozmawiającą sobie jak gdyby nigdy nic z Kowalskim i innymi chłopakami z technicznego. Stali w kręgu na płycie kosmodromu.
Przez chwilę nawet pomyślałem, że znów szykuje się afera, ale toczyli dialog spokojnie. Lai Lan coś tłumaczyła, a Kowalski z namaszczeniem notował w swoim służbowym holotabie. Reszta, bardzo skupiona, potakiwała głowami. „Co oni tam robią?” — zapytałem Brunona Zamrowskiego, naszego szefa, obserwującego ze mną tę scenę z okna biura spedycji. „Uczą się głąby, jak naprawiać statek kosmiczny” — roześmiał się Bruno. „Jak to?” „Jaja jak Pluton”. „Opowiesz?” „Tydzień temu wylądował Hadeiro Lo na Kai777. Niestety podczas przygotowań do startu okazało się, że silniki nuklearne dławią się i że istnieje niebezpieczeństwo spierdolenia się czegoś podczas przechodzenia przez atmosferę. Trzeba było na cito uruchomić naszą ekipę, ale orły Kowalskiego poległy w zetknięciu z Kai777. Stękali i drapali się po łbach cały tydzień.
Inland Tarak dostawało już kurwicy. Wydzwaniali do mnie codziennie. Chyba wszystkie satelity na trasie do Hiats zamienili w czerwone karły. A jakby tego było mało, od strony naszych atakowało mnie z dziesięć firm, które miały już załadowany towar na Singulian. Mówię ci, afera międzyplanetarna”. „No dobra, ale co ma z tym wspólnego Lai Lan?” „Poczekaj, bo teraz będzie najlepsze” — śmiał się Zamrowski. — Bóg wszechświata ulitował się i wczoraj zesłał nam Lai Lan. Przyleciała z Gani, wyładowała towar i chciała iść do strefy trochę odpocząć, bo już pojutrze ma ciężki kurs na Najdin. Ale patrzy, a tam Hadeiro Lo łamie ręce, a dziesięciu naszych geniuszy pod wodzą Kowalskiego, urąbanych smarami, potem, kurzem i własną niemocą walczy z Kai777”. „Podeszła sama?” „Tak, ale początkowo traktowała naszych jak powietrze.
Gadała tylko z Hadeiro Lo. Potem ruszyła do swojego statku i przytargała jakąś wielką torbę. Okazało się, że był tam najnowocześniejszy system antyawaryjny dla jednostek Kai. To ponoć jest taka nowość, że nawet w Singu mają tylko jeden na stu pilotów. Cholernie drogi. Wiem, bo spojrzałem na ceny. Nie mam pojęcia, skąd ona wzięła na to kasę”. „Pewnie w Inland Tarak normalnie im płacą” — nie darowałem sobie. „Bardzo śmieszne” — parsknął Zamrowski. — Ale zabaweczka jest naprawdę super.
Znalazła usterkę w... No, zgadnij w ile?” „Godzinę?” „Dziesięć minut, rozumiesz? Dziesięć minut, kurwa. Żałuj, że nie widziałeś mordy Kowalskiego”. „Żałuję”. „Ale jedno trzeba przyznać. Nasi chłopcy bywają chamami, ale potrafią docenić fachowość. Sami podeszli, zaczęli przepraszać za tamto. Chcieli kupować flaszki, czego oczywiście im zabroniłem. Zaczęli ją traktować z szacunkiem.
Lai Lan pomyślała i zrobiła coś, dzięki czemu jest teraz ich bogiem”. „Dała im tester”. „Dokładnie. Stwierdziła, że zdobędzie nowy, a tester musi być na każdym kosmodromie. Teraz od godziny tłumaczy im podstawy obsługi”. „Chyba jest dobrym astronautą”. „Dobrym? Chłopie, to jest najlepszy pilot w galaktyce” — powiedział Bruno. Doprawdy? Ona potrafi zrobić trasę z Singulian w równe 14 dni.
Jak to możliwe? Naprawdę się zdziwiłem. Przecież nikomu z naszych nie udało się to w mniej niż 16. Nie wiem. Sam ją zapytaj — zachichotał Bruno. Co cię tak bawi? Wszyscy pamiętają, jak ją broniłeś. No i co z tego? A wiesz, o co ona się teraz pierwsza zapytała? No?
Czy Brzozowski już wrócił? Poczułem przyjemne ciepło. Naprawdę? Nie wiem. Może cię wkręcam. Bruno był dzisiaj naprawdę w dobrym humorze. No dobra, mniejsza z tym. Udałem, że przestało mnie to interesować. Potrzebuję chłopaków do CHW. Dzisiaj?
Nie ma mowy. Bo? Mają robotę przy myśliwcu Jonathana Bradleya. Tego marsjańskiego aktora? Dokładnie. To jest polecenie z góry i choćbym chciał, nic nie poradzę. A ty masz jakiś kłopot z CHW? To może zostaniesz na przegląd? Dam komuś twoje loty w tym miesiącu. „Tylko tego brakowało” — pomyślałem.
— „Jeszcze mnie uziemicie na cholera wie jak długo, a potem wypłacicie na waciki”. Nic się nie dzieje. Tylko chciałem, żeby zrobili przegląd Heliosowi. Gada od rzeczy? Czasem. To najstarsza nasza SI. Może czas ją wymienić. Tego też nie chciałem. Zżyłem się ze starym zrzędą. Okej, Bruno, nie było rozmowy.
Sam go sprawdzę. Na pewno? Na pewno. Kiedy zszedłem na płytę lądowiska, Lai Lan już nie było, a ekipa Kowalskiego zaczynała rozgrzebywać maszynę Bradleya. Nie wiedziałem, gdzie nocuje Koa, a nie chciałem się zbytnio dopytywać Zamrowskiego. Już i tak wzięli mnie na języki. Wciąż byłem na etapie ukrywania moich uczuć. Jeszcze bałem się łatki kosmicznego zboka, egzofila lub jak ostatnio częściej mawiano alienfila przyklejanej ludziom zadającym się z singu. Niby nie było to już coś, za co można było się spodziewać ostracyzmu, ale przyjaznego szyderstwa owszem. Co ciekawe, w przypadku mniej humanoidalnych Jelantów już tak nie szydzono.
Ale tam, jak wiadomo, górę biorą inne przyczyny i ludzie, szczególnie faceci, bardzo chętnie bzykają się z aniołami. Gardziłem tą hipokryzją własnej rasy. Na drugi dzień przyjechałem do kosmodromu spojrzeć na Heliosa, bo ostatnio dziwnie się zachowywał. W połowie trasy do Alfa Centauri zintegrowany z Heliosem komputer napędu warpowego nagle zamrugał wszystkimi diodami i wyglądało, jakby postanowił się zresetować. Na szczęście nic takiego nie wpadło do elektronowego łba, a anomalia trwała na tyle krótko, że stary, wysłużony Challenger Warp 2120 nie zdążył się zadławić. Chłopaki z brygady serwisowej wciąż mieli priorytetową robotę przy maszynie Jonathana Bradleya, więc sam zabrałem się za przegląd, mając do pomocy tylko wierną SI. Miałem pewne obiekcje, czy Helios powinien sprawdzać sam siebie. Niby były to standardowe procedury, ale ja już w armii przekonałem się, że wiele z tych procedur pisanych jest przez dupków, którzy kosmos widzieli tylko z okna wycieczkowców. Jednak co technik to technik. Niestety, póki co byłem zdany na siebie.
Po całym dniu sprawdzania kolejnych systemów, cholernie zmęczony, poszedłem do kantyny dla pilotów coś zjeść i strzelić piwko albo dwa na dobry sen. W kantynie poza androidową barmanką znajdowały się tylko trzy osoby. W odległym kącie Jonas Andropulos i Błażej Woźniak, zalani w trzy dupy, dyskutowali o ciężkim położeniu mężów, których gnębią wiecznie niezadowolone żony. A po przeciwnej stronie sali, przy oknie z widokiem na kosmodrom siedziała Lai Lan. Złożyłem zamówienie i podszedłem do Koa. „Mogę się przysiąść?” — zapytałem. Translator wyszczekał w saałatek. „Akronnoj takaraj?” Spojrzała na mnie tymi niesamowitymi czarnymi oczami bez białek. Po co się wygłupiasz z tą skrzynką? — odpowiedziała najczystszym angielskim.
Tylko ten akcent uczennicy liceum w Hanoi. Wskazała mi krzesło naprzeciwko. Usiadłem i powiedziałem: Miło cię widzieć, Lai Lan. Cześć, Matt. Nie powiesz, że ci miło? Nie. Ten uśmieszek błąkający się w kącikach ust. Ranisz mnie. Ty jednak przyszedłeś się wygłupiać. Na serio, to chciałem ci pogratulować.
Słyszałem już o Kai i brygadzie Kowalskiego. Rozumiem, że to, co powiedziałeś poprzednio, było nie na serio. Masz na myśli dzisiaj czy to w Tsung Ang? A jak myślisz? Ripostowała szybko i celnie. Wszystko było na serio, Lai Lan. Niesamowite oczy wwiercały się w moje. Hipnotyzowały. To dobrze, Matt. Ale chciałem prosić o radę.
Radę? Mam problem z transporterem. Dlaczego przychodzisz z tym do mnie? Po tym, co zrobiłaś wczoraj, jeszcze pytasz? Tester załatwił całą robotę. Miałam po prostu przewagę techniczną. Na CHW się nie znam. A Zamrowski nie może pomóc? Chłopaki mają robotę przy ścigaczu pewnego nadzianego dupka, więc pomyślałem o tobie. Zrzuciła kaptur.
Piękne, ciężkie dredy rozsypały się wokół ramion. Dopiero potem, kiedy analizowałem to krótkie spotkanie, zrozumiałem, dlaczego to zrobiła. Cholernie trudno jest wyczytać coś w twarzy singu. Trzeba patrzeć na gesty. No więc co się dzieje z twoim transportowcem? Opowiedziałem jej o awarii w przestrzeni. Skończyłem akurat w chwili, kiedy androidowa kelnerka podała moją obiadokolację. Lai Lan siedziała przez chwilę w milczeniu. Doszedłem do wniosku, że się zastanawia, więc jej nie przerywałem. „Niestety Matt, nie pomogę ci, bo nie wiem.
To może być wszystko. Ja na twoim miejscu nie leciałabym w kosmos bez sprawdzenia tego porządnie”. Wstała, zabrała swoją tacę z pustymi talerzami i ruszyła do okienka zwrotu naczyń. Słyszałem, jak dziękuje androidom za jedzenie. Byłem zawiedziony. I próbuj tu człowieku dogadać się z Sindgu. Ale potem poczułem przyjemny zapach mieszaniny wody morskiej i delikatnych perfum. Dredy musnęły mój policzek. „Tu masz na wszelki wypadek mój numer wywoławczy”. Przyłożyła swój holosmartfon do mojego i przesłała plik.
„Jeśli coś się wydarzy, a będę w pobliżu, postaram się pomóc. Tylko nie dawaj nikomu”. Odwróciłem się i uśmiechnąłem. „Dziękuję Lai Lan”. Wtedy zdarzyła się rzecz niesamowita. Odwzajemniła uśmiech, ale taki prawdziwy, radosny i ciepły. Byłem w szoku, bo nie przypuszczałem, że potrafi okazywać takie emocje. Jakby nagle speszona, odwróciła się i szybko ruszyła do wyjścia. Patrzyłem, jak jej niewielka sylwetka pięknie porusza się na długich, ale umięśnionych nogach przypominających nogi ziemskich biegaczek długodystansowych. Nogi z jednej strony kończyły się wielkimi stopami odzianymi w ciężkie lotnicze buciory, z drugiej przy wypiętym kształtnym tyłeczku, a więc tej części jej ciała, który z wiadomych względów najbardziej przykuwa uwagę chłopaków z bazy.
Jej kroki kojarzyły się z małymi skokami. Jak wszystkie Sindgu wybijała się mocno w górę jedną nogą i opadała miękko na drugą. Po raz kolejny myślałem, jak fajnie byłoby… Ale na tamtą chwilę wydawało mi się to takie nierealne. Cóż, w ogóle nie znałem się na Koa. Leciałem do Proximy bez przygód. CHW sprawował się dobrze. Mknął w nadświetlnej, zupełnie niczego nie robiąc sobie ze stu ton towaru, którym go doładowano. Wiozłem czeskie piwo, francuskie wino i rosyjską wódkę. Słowem alkoholowe zaopatrzenie dla wszystkich knajp w Fukanaka, stolicy obrzydliwców na Paramie.
Po raz dziesiąty osobiście przejrzałem wszystkie systemy, a potem kazałem Heliosowi zrobić to jeszcze dziesięć razy. „Wszystko w porządku” — zameldował po czterech godzinach skanowania. „Przejmij stery” — rozkazałem. „Tak jest. Przejmuję stery” — odpowiedział ciepłym głosem radiowego prezentera, w którego zaopatrzono. „Kurs Parama Fukanaka Proxima Centauri”. „Kurs Parama Fukanaka Proxima Centauri” — powtórzył. Był dobrą i do niedawna niezawodzącą starą SI. Mogłem wreszcie zająć się innymi sprawami. Otworzyłem podręcznego holotaba, wszedłem na Intergalacticon i zalogowałem się do swojego konta.
Znów miałem kilkanaście zaproszeń od innych poliamorystów, najczęściej z Marsa i Ziemi, ale jedno było od Jelanki imieniem Irikuanena. Kliknąłem jej zdjęcie profilowe. Przede mną pojawił się rozedrgany przez kosmiczne zakłócenia hologram. No cóż, tak jak spodziewałem się, zobaczyłem prawdziwe seksualne zwierzę. To chyba najlepsze określenie dla Hatanen Jeland. Wysoka na metr dziewięćdziesiąt plus szpilki na długich, zdających się nie mieć końca nogach, co czyniło ją wyższą od większości Ziemian. W pończochach, których końcówki zachęcająco wyglądały spod spódniczki mini. Widać też spod niej było koronkowe majtki obciskające coś dużego, jakby penisa transwestyty. Ale to nie był penis, tylko lejkowata pochwa. Obiekt marzeń wszystkich ziemskich i marsjańskich facetów.
Podczas stosunku pochwy Hatanen dosłownie zasysają penisa partnera i wykonują intensywne, ale delikatne skurcze, co nadaje skojarzenie seksu oralnego. Zresztą nie będę się nad tym rozwodził, bo wszyscy oglądają holoporn portal intersjalny. Nawet ci, co nie oglądają. A jak mają kasę, to latają na seks wakacje na Jeland. Ale góra Hatanen także jest ciekawa. Kształtne i duże piersi, ledwie przykryte teraz bezrękawnikiem z futra Dalea Madalan, czyli rodzaju jelanskich jaków. Dwie pary rąk. To jest ten element anatomii, który obok skrzydeł i uszu najbardziej odróżnia Jelantów od innych humanoidów. Obie widoczne teraz, bo tak nakazywał regulamin Intergalacticonu i grzecznościowym zwyczajem Jelantów ułożone w sposób najbardziej chyba przypominający chasty aktorów z teatrów hinduskich. Ręce aniołów wyrastają z jednych barków, ale różnią się między sobą.
Para wyższa niczym nie różni się od rąk Ziemian. Smukłe, szczupłe ramiona zakończone ładnymi, delikatnymi dłońmi. Za to para niższa to atletyczne muskuły i łapy ze szponami dającymi skojarzenia jedynie z ogromnymi szponami ziemskich harpii. Jelanci zawsze trzymali parę niższą założoną na plecach pod skrzydłami i przykrytą ubraniem. Prawie się nie widywało łap harpii. Dlatego widok tego drapieżnego elementu anatomii Hatanen trochę mnie zmroził, ale tylko do momentu, kiedy spojrzałem w jej piękną elfią twarz. Rysy Hatanen mają wręcz doskonałe. I jeśli u Singu tylko niektóre Koa bywają piękne, chociaż wtedy efekt jest piorunujący, to chyba nie ma yellandzkiej Hatanen, która by się ziemskim i marsjańskim facetom nie podobała. Miały uniwersalną urodę aktorek lub modowych celebrytek. Nie widziałem Yelandki, o której można byłoby powiedzieć, że jest brzydka.
Długie srebrne włosy opadały niekończącym się deszczem aż do pasa, niczym połyskujący w słońcu strumień. Znajdowały drogę pomiędzy skrzydłami z tyłu i apetycznie sterczącymi piersiami z przodu. Spomiędzy włosów natomiast wystawały delikatne końcówki szpiczastych elfich uszu. Migdałowe oczy ze źrenicami w różnych kolorach patrzyły na świat bardzo żywo i uważnie. Zresztą twarze Yellantów w ogóle pełne są emocji. Wciąż uśmiechnięci, a uśmiechu znają kilkadziesiąt rodzajów i bardzo bezpośredni. Łatwo także wyczytać, kiedy się gniewają, są źli lub smutni. Może też jest to kolejny obok seksualnych fantazji powód, dla którego pomimo mniej humanoidalnej postaci aniżeli Singu bardziej są przez ludzi akceptowani. Yellandzi występują tylko w dwóch kolorach: czarnym i białym. I żeby było ciekawiej, pomimo że oczywiście czarni z białymi się krzyżują, nie powstają kolorystyczne mieszanki.
Dzieci są albo czarne, albo białe, o czym decyduje tylko Dillaheim. W luźnym tłumaczeniu siła kosmosu, niedająca się naukowo zdefiniować pomimo wysiłku sztabu naukowców. Najpierw z samego Yeland, a potem z innych poznanych światów, którzy traktowali tę tajemnicę jako jedno z największych wyzwań biologicznych w poznanym kosmosie. Nie decydowały o Dillaheim wcale płeć, ani łańcuch genetyczny, ani miejsce zamieszkania na planecie, ani warunki bytowe, ani pożywienie. Po prostu dziecko rodziło się białe lub czarne. Na dodatek rodzice do końca nie wiedzieli, jaki kolor będzie mieć potomstwo, ponieważ w łonie matki wszystkie dzieci są szare. Nic więc dziwnego, że Dillaheim jest jednym z najważniejszych elementów religii aniołów. Całość anatomii dopełniają błoniaste skrzydła kojarzące się z gigantycznymi skrzydłami nietoperzy. W przypadku czarnych Yellantów dodatkowe skojarzenia z diabłami lub demonami piekielnymi ze średniowiecznych wizji Sądu Ostatecznego narzucają się same, ale tylko do momentu spojrzenia w żywą i przyjaźnie uśmiechniętą twarz. Iriquanena była piękną czarną Hatanen o niebieskich oczach.
Jej uśmiechnięty hologram drgnął nagle silniej. Poruszyła się i spojrzała na mnie. Ręce harpii schowały się natychmiast do tyłu pod skrzydła. Po drugiej stronie Intergalacticonu ktoś był. „Hej Matt” spojrzała na mnie z żywym uśmiechem. „Miło cię poznać” „Ciebie też Iriquaneno” Odwzajemniłem uśmiech. „Natasza ma dobry gust” Mówiła w Eloan. Widocznie Natasza powiedziała jej, że znam ten język. „Jesteś ziemskim przystojniakiem, chociaż zaniedbanym”. Miała bardzo przyjemny kobiecy głos.
Nie udawała niczego, nie modelowała, a jednak wszystko: głos, twarz i cała sylwetka zdawała się krzyczeć: „Weź mnie”. „Nie widziałaś mnie przed poznaniem Nataszy. To był dopiero dramat. Teraz powoli dochodzę do formy” „Opowiadała mi” Hologram Iriquaneny podszedł do mnie i usiadł mi na kolanach. „Ale jeszcze jest sporo do poprawy. Nie martw się, popracujemy nad tym” „Po...pracujecie?” Zatkało mnie. „Czyżbyś nie chciał, żebym była twoją yellandzką Hatanen?” Złożyła usteczka w ciup. „Nie podobam ci się?” Starałem się opanować zaskoczenie i odnaleźć się po tym nagłym, ale jakże charakterystycznym dla Yellantów ataku szczerości. „Nie myślałem o tym” wydukałem. „Natasza nie wspominała, że chciałabyś też ze mną” „Natasza jest bardzo mądra” holograficzna, drobna i bardzo kobieca dłoń przesunęła się po moim policzku.
„Wie, że przy twoich zapędach do depowania będziesz zwlekał ze znalezieniem drugiego partnera. A w poliamorii to ważne, szczególnie kiedy twoja jedyna partnerka ma innych” „A ty masz innych partnerów?” Dopiero kiedy zadałem to pytanie, zdałem sobie sprawę, jak absurdalnie jest pytać o te rzeczy Yellantkę. Iriquanena roześmiała się. „Natasza miała rację. Jesteś słodki” „Pewnie masz z dziesięciu” Iriquanena spoważniała. „Nie traktuj mnie w ten sposób. Owszem, my yellandzkie Hatanen mamy większe potrzeby i czwórkę, a czasem nawet piątkę partnerów z łatwością ogarniamy. Ale to nie znaczy, że ich nie kochamy. Nie jesteśmy prostytutkami” „Przepraszam, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało” Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo mogła poczuć się urażona i co tak naprawdę znaczyła jej propozycja. Niczego nie wiedziałem o miłości Hatanen, ale miałem się dowiedzieć.
Tymczasem uśmiech powrócił na elfią twarz. Widocznie przyjęła przeprosiny. „Połóż dłoń na moim udzie” powiedziała. „Ale to hologram” „Połóż dłoń na moim udzie” powtórzyła. Udałem więc, że kładę dłoń na jej smukłej nodze, tuż obok koronek kończących białe pończochy. „Przesuń w górę do majteczek” „Ale-„ „Matt, nie bądź sztywniakiem” Przesunąłem więc dłoń w górę, a ona podsuwała coraz wyżej spódniczkę, aż całkiem odkryła koronkowe majtki. Były wypchane wielkim lejkowatym sromem. Nie wiem, jak to działa, bo u normalnego heteroseksualnego faceta powinno to nasuwać co najmniej dwuznaczne skojarzenia, ale ogarnęła mnie fala nagłego podniecenia. Gdybym nie wiedział, że u innych Ziemian i Marsjan w kontaktach z Yelantami jest dokładnie tak samo, może doszukiwałbym się u siebie zalążków rozszerzonej orientacji seksualnej. Ale tak mieli wszyscy.
I chyba nie tylko była to kwestia dziwnego feromonu ze znaną ziemskim urologom prostaglandyną. To musiało być coś jeszcze. „Jest namiocik.” Iriquanena śmiała się bardzo z siebie zadowolona. „I co ja z nim teraz zrobię?” Podjąłem grę. „Praca ręczna albo twój android osobisty.” „Nie mam osobistego androida, a mój komputer pokładowy Helios, chociaż potrafi wyliczyć najlepszą trajektorię trasy z Marsa do Plejad z prędkością warpową, na tych sprawach chyba nie bardzo się zna. Poza tym jest facetem.” Śmiała się perliście. Była naprawdę piękna. Od tego momentu wszystko potoczyło się szybko, jakby Iriquanena, szybka w decyzjach, pozornie nawet pochopna, nadała życiu tempa. Było to wrażenie właściwe, ale zrozumiałem to dużo później. Kiedy lądowałem w Fukanaka na Paramie w Proxima Centauri, teoretycznie miałem już dwie dziewczyny.
Natasza, z którą połączyliśmy się holoczatem, byli ze Sławkiem w podróży powrotnej z Singulian, potwierdziła, że wymyśliła ten układ i oczywiście proforma udzieliła nam, mnie i Iriquanenie, uroczystej zgody. To była moja pierwsza poliamoryczna zgoda partnera, więc doznałem wielu sprzecznych ze sobą uczuć: od wstydu, poczucia winy i zażenowania do podniecenia, ciekawości i radości. Miałem więc, można rzec, związek nieskonsumowany. I to z kim? Z Yelandką. Związki z Hatanę zaczynały się zupełnie inaczej. Ale nie bez znaczenia był fakt, że Iriquanena wchodziła też w związek z Nataszą. To ułatwiało mi bardzo przejście przez pierwszą fazę poliamorii i okrzepnięcie w jej niełatwych układach. Jak to się mówi, wszystko na razie pozostawało w rodzinie. W tamtym momencie niczego nie czułem do Iriquaneny i zastanawiałem się, czy w ogóle dobrze zrobiłem tak szybko i bez głębszej refleksji, godząc się na formalne nazwanie tego niby związku.
Bardziej zadziałała tu ciekawość i presja Nataszy, której nie chciałem sprawić przykrości. Paramianie zajęli się wyładunkiem towaru, a ja postanowiłem nie siedzieć w kantynie dla pilotów w strefie spedycyjnej, ale wreszcie pozwiedzać. Ruszyłem więc w miasto w poszukiwaniu restauracji. Kiepsko chodzi się humanoidowi po chodnikach w Fukanaka. Paramianie są ślimakowatymi obrzydliwcami i swoje wielkie tłuste cielska przesuwają po ścieżkach wypełnionych bieżącą wodą. Nie mają nóg, ale tylko wyrastające nieopodal głowy mackowate ręce. Ich stroje stanowią suknie, których końce, także mokre, wloką się za nimi. W tych swoich kolorowych czapkach przypominających cylindry wyglądają dość zabawnie. Wiedziałem jednak, że nie ma z nimi żartów i potrafią być naprawdę wredni. W interesach z Paramianami trzeba cały czas mieć się na baczności.
Fukanaka było przystosowane do kontaktów międzycywilizacyjnych, dlatego obok kanałów z bieżącą wodą ciągnęły się bardzo zadbane i suche chodniki. Mijałem Marsjan, Ziemian, Singu, Yelandów czy Kaenpekan o wieprzowatych mordach, ale także sporo było obrzydliwców z dalszych części Drogi Mlecznej, szczególnie pająkowatych Kurków, skorpionowato-mrówkowatych alienów z Gani czy jaszczurów z Kunfu. Byli też inni, rasy, których nie znałem. Jakieś stwory rodem z horrorów lub groteski, do których planet nigdy nie miałem jeszcze kursu. Owszem, uczyłem się o nich na studiach, ale kiedy to było? Ponad tym tłumem przesuwały się w korkach pojazdy przypominające nasze ziemskie i marsjańskie stradoloty, a w przestrzeni pomiędzy nimi a chodnikami wisiały mobilne posterunki policji. Rozbawił mnie widok ślimaków w pomarańczowych sukniomundurach i czapkach na łysych głowach z groźną miną łypiących to w górę, to w dół. Fukanaka jest centrum handlowym Proximy Centauri. Mieszają się tutaj rasy i kultury. Jeżeli chcesz spotkać kogoś z innych, nawet tak bardzo oddalonych układów jak Plejady, to jest najwłaściwsze miejsce.
Bywałem tutaj setki razy. Widziałem, jak zmieniają się stosunki międzygatunkowe, jak przedstawiciele dziesiątek ras zawierają znajomości, relacje handlowe, a nawet przyjaźnie i związki matrymonialno-seksualne. Jako astronauta miałem z obcymi sporo kontaktów, jeszcze będąc pilotem myśliwców NASA. Szybko więc przyzwyczaiłem się do tej nowej międzyplanetarnej multikulturowości. Tylko poglądy na związki partnerskie miałem zbyt długo konserwatywne. Dlaczego? Teraz zupełnie tego nie rozumiem. Zastanawiam się, analizując tamten mój stan i jedyne, do czego dochodzę, to ogromna siła kulturowo-religijnego wychowania, podsycana przez ludzi takich jak Sławek. Niby postępowych i wykształconych, szanujących inne rasy i kultury, ale jednocześnie z niechęcią patrzących na ich matrymonialne kontakty z ludźmi. Co tak bardzo im przeszkadza?
Może jest to kwestia przedłużenia gatunku, wciąż możliwa jedynie z przedstawicielami własnych ras. Chociaż i tutaj lada chwila wszystko się zmieni. Eksperymenty genetyczne w Międzyplanetarnym Centrum Genetyki i Mieszania Ras na Księżycu o znamiennej nazwie Human idą pełną parą i wyciekły już do mediów informacje, że kwestią najbliższych miesięcy jest ogłoszenie sukcesu w krzyżowaniu ludzi z Singu. Zawsze w duszy byłem egzofilem. Wiedziałem o tym, ale teraz nie boję się o tym mówić. Nie przyznawałem się do tego przed nikim. Byłem jak nieujawniony homoseksualista. Udawałem oburzenie, że ziemianie i Marsjanie jeżdżą na seks wakacje na Yeland i Singulian. W sumie byłem nawet nie tyle jak Burt Reynolds, ile Humphrey Bogart. Teraz więc, kiedy odważyłem się posunąć kilka kroków dalej, nie tylko do związku otwartego, ale do akceptacji, w głowie przede wszystkim związku z Hatanem, spojrzałem na deptak w Fukanaka inaczej: z zainteresowaniem, a nawet fascynacją.
Poczułem naprawdę, że staję się częścią tego świata i świadomość ta bardzo mnie podekscytowała. Zauważyłem więc kilka par Ziemianek czy też Marsjanek trzymających się za rączkę, mackę z Paramianami lub ziemskich facetów z morderczo wyglądającymi alienkami. Na tym tle pary Ziemianie Singu lub Ziemianie Yeland prezentowały się całkiem normalnie. I ktoś tu robi z nas z Nataszą zboczeńców. Pomyślałem o głupich obiekcjach Sławka. Przez chwilę zastanawiałem się, na czym polega pożycie seksualne, na przykład Marsjanki z Paramianinem, ale będąc przed obiadem porzuciłem tę wizję. Przy chodnikach stały niskie, przysadziste budynki. Wiedziałem jednak, że posiadają one kilka kondygnacji wiodących pod ziemię, bo taki właśnie podziemny żywot prowadziła cywilizacja Paramian. W budynkach położonych najbliżej kosmodromu mieściły się przede wszystkim sklepy i mnóstwo knajp opisanych w dwudziestu głównych językach galaktyki. Holograficzne szyldy zmieniały się w sekwencjach co pięć sekund.
Stanąłem przed jednym z takich lokali, którego zewnętrzny wygląd wydał mi się najbardziej przyjazny. „Restauracja u Moa. U nas zjesz znakomicie. Międzyplanetarna kuchnia z wielu układów słonecznych. Nasza specjalność: pierożki Tum Tum. Wejdź, zjedz, odpocznij.” Przekroczyłem więc próg lokalu i rozejrzałem się po jedynej sali umieszczonej ponad poziomem ziemi i posiadającej okna. Była zatłoczona i już miałem się wycofać, kiedy zauważyłem, że od niewielkiego stolika tuż przy oknie ktoś daje mi znaki. Podszedłem. „Cześć, Lai Lan.” Spojrzałem w czarne i nieprzeniknione jak kosmos oczy bez białek. „Siadaj Matt.” Wskazała miejsce naprzeciwko.
„Dzięki. Strasznie tłoczno.” Rozejrzałem się po sali i dopiero teraz zauważyłem, że zajmują ją przede wszystkim humanoidzi. „Na dole jest luźniej” — powiedziała — „ale tutaj przyjemniej.” Zdjęła kaptur i rozsypała te piękne czarno-zielone dredy upięte teraz w wysoki kok. Podjechała kwadratowa metalowa skrzynka z tacą na górze. „Dzień dobry panu” — zaskrzeczała po angielsku. Robot zaopatrzony był w system rozpoznawania ras. — „Pan jest zdecydowany czy podać kartę z menu?” Spojrzałem na talerz Lai Lan. „Dobre te pierożki Tum Tum?” — zapytałem ją. „Da się zjeść.” „Poproszę to, co pani. A do picia piwo.” — zamówiłem.
„Piwo lokalne czy eksportowe?” „Eksportowe z Ziemi. W końcu mogę się napić tego, co dla was wożę.” „Przyjąłem zamówienie.” — zaskrzeczał robot i oddalił się w stronę kuchni. „Nie wiedziałem, że też lecisz na Paramę. Zamrowski mówił coś o Naidin.” „Parama wypadła w ostatniej chwili.” „Wiem coś o tych ostatnich chwilach. Taki los międzygwiezdnych kurierów.” „Właśnie.” — przytaknęła i zapytała — „Jak sprawował się twój CHW?” „Nic się nie działo. Tamto to chyba była jakaś chwilowa anomalia.” „Może. Chociaż powtarzam, że firma powinna zrobić porządny przegląd.” „Ale jak widzisz, zamiast przeglądu wysłali mnie z towarem.” „Tu chodzi o życie.” „Wiem, że u was na Singulian inaczej podchodzi się do tych spraw, ale nasi mają w dupie moje życie. Mogę się rozwalić, byle bez towaru. Tym bardziej, że latam na starym, nic już niewartym złomie.” Machnąłem ręką. „Lepiej powiedz, z czym tu jesteś.” „Tradycyjnie.
Owoce morza.” „Długo zabawisz w Fukanaka?” „Zaraz lecę na Naidin, potem na Gani, a potem od razu po towar na Ziemię i wracam na Singulian.” „Nieźle.” — pokiwałem głową. — „Z pół roku w kosmosie.” „Niestety.” Pojawił się robot z pierożkami i kuflem zimnego piwa na tacy. „Dziękuję.” Zapłaciłem i pociągnąłem z kufla solidnie. „Rozkosz.” — stwierdziłem. „Singuliański lager też jest dobry. Próbowałeś?” — zapytała Lai Lan, kiedy robot się oddalił. „Próbowałem, owszem, niezły, ale co do piwa jestem tradycjonalistą.” Kąciki jej ust drgnęły, co chyba miało oznaczać uśmiech. „A w czym nie jesteś tradycjonalistą?” Nagle, może pod wpływem piwa, poczułem absurdalną potrzebę zaimponowania jej. „W związkach partnerskich” wypaliłem jak głupek. Wskazała zamkniętego holotopa przed sobą.
„Wiem, że od jakiegoś czasu starasz się być poliamorystą” wyprowadziła celną ripostę. „Tak?” Ja też mam konto na Intergalacticonie, jak pięćset miliardów istot myślących z MW. „Dlaczego twierdzisz, że staram się? Ja jestem poliamorystą”. „Doprawdy? A ile samic kochasz?” Zdumiewał mnie kierunek, w którym toczył się ten dialog. „Dwie” powiedziałem. I wtedy uzmysłowiłem sobie, że wcale nie kłamię. „Tak szybko zakochałeś się w tej Yelandce?” Musiała widzieć zdjęcie Iriquaneny, które przed wylądowaniem zdążyłem dołączyć do rubryki „partnerzy”. „Hatanen są bardzo przekonujące”.
„Ale poliamoria to nie tylko seks. Czymś jeszcze cię przekonała?” „Była miła”. Czułem się przyparty do muru. „Miła” ironizowała. „Miłe to są czai ki. Czai ki to śmieszne, bardzo inteligentne i przyjacielskie ssaki wodne, które dla singu są tym, czym dla nas psy”. „O co ci chodzi, Lai Lan?” „Pytam po prostu, za co pokochałeś tę Yelandkę”. „Ale to chyba nie twój interes”. Niechcący, w samoobronie stałem się szorstki. Od razu tego pożałowałem.
„O, proszę. Czyli już nie jestem piękna?” Ironiczny uśmiech. Nie zdążyłem odpowiedzieć, bo rozdzwonił się jej holosmartfon. Przełączyła jedynie na fonie i przyłożyła urządzenie do ucha. „Hatara i koi naraja” uśmiechnęła się naprawdę, mówiąc radośnie do kogoś po drugiej stronie. Pierwszy raz słyszałem, jak mówi w saolatek jakieś obszerniejsze frazy i brzmiało to o wiele ładniej aniżeli jej wietnamsko brzmiący angielski. Szczebiotała tak radośnie przez kilka minut. Nie poznawałem jej. To była zupełnie inna Lai Lan. Wesoła, roześmiana.
Kiedy skończyła, zapytałem: „Ktoś z rodziny?” „Partner” wypaliła spokojnie i znów bez uśmiechu, patrząc mi w oczy tym swoim nieprzeniknionym wzrokiem. Poczułem nagłe ukłucie zazdrości. „Masz partnera na Singulian?” „Tak. Miałam dwóch, ale dwa miesiące temu zakończyłam jeden związek”. „To ty też jesteś...” „Poli? A co? Biedny Matt czuł się taki strasznie oryginalny”. Zmieszany sięgnąłem po piwo. „Przepraszam, że byłem niegrzeczny” powiedziałem. „A ja, że byłam wścibska.
Ale być może…” „Być może co?” „Teraz to już nieistotne”. „Nieistotne?” Poczułem, że wymyka mi się coś bardzo ważnego. Lai Lan spojrzała na holosmartfon. „Muszę iść”. Wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy ze stolika. „Zaraz mam wolną wyrzutnię startową, a wolę sprawdzić osobiście, czy ślimaki nie zaoszczędzili na czymś, czego zabraknie mi w kosmosie”. „Jasne, z nimi nie ma żartów”. Zrobiła kilka kroków do wyjścia. „Lai Lan” zdecydowałem się nagle. Zatrzymała się i odwróciła z tym swoim drwiącym półuśmiechem.
„Ja nie mówiłem o Iriquanenie”. „Zacznij wysyłać inne sygnały, Matt”. Zatkało mnie. To samo przecież usłyszałem od Nataszy. Nim zdążyłem zareagować, odeszła szybkimi krokoskokami. Jeszcze przez chwilę widziałem, jak jej drobna sylwetka z holotabem pod pachą przeciska się przez tłum na deptaku w Fukanaka. „Jesteś piękna, Lai Lan” szepnąłem to, co powinienem powiedzieć dwie minuty wcześniej. „Najpiękniejsza z Singu”. Byłem skołowany, wściekły na siebie i jednocześnie ogłupiały. Wszystko zrobiłem źle.
Na Ziemi wylądowałem dwa tygodnie później, obładowany kosmetykami paramiańskich firm, które przodowały w wyrobach doskonałych maści ujędrniających ciało humanoidów. Były to produkty bardzo drogie, poszukiwane na Ziemi, Marsie, Singulian i Yeland, dlatego zaopatrzyłem się w pewną ich ilość przede wszystkim z myślą o Nataszy. Po załatwieniu formalności w balickim kosmodromie najbliższym promem pognałem na Marsa. Natasza czekała i na dwa tygodnie zupełnie zapomnieliśmy o bożym świecie. Byłem tak stęskniony jej widoku, zapachu, pieszczot, a nawet głosu, że przez pierwsze trzy sole dosłownie nie wypuszczałem jej z łóżka. „Daj się chociaż wysikać” śmiała się w przerwach. „Dobrze, ale jedzenie do łóżka” całowałem jej śliczną, opaloną teraz singuliańskim słońcem twarz. Obecnie zrobiona była na złotowłosą blondynkę i miałem wrażenie, że wciąż pachnie plażą i Morzem Artak. W końcu po trzech solach stwierdziła, że musimy wyjść z mieszkalni choćby na krótki spacer do centrum handlowego McFerda, bo lodówka jest pusta. Nie dała się przekonać, żeby przysłali robanta zakupowego.
Ty na pewno niczego nie brałeś? Zapytała, kiedy sunęliśmy ruchomym chodnikiem. Podziękuj swojej Iriqanenie. Nieźle mnie podkręciła. No, nasz aniołek to potrafi – przyznała. A tak na serio: strasznie się stęskniłem. Przytuliłem ją. Teraz pachniesz seksem. Przez ciebie zboczeńcu. Nie dałeś mi się nawet wykąpać.
Śmiała się, a potem spoważniała. A ja cię kocham – powiedziała. I choć czułem, że mówi prawdę, nie mogłem pozbyć się tego nieznośnego uczucia niepewności. Było to dziwne i wciąż obce mi wrażenie, że musiałem akceptować kobietę, która mówi, że mnie kocha, a za tydzień czy dwa pójdzie do łóżka z innym mężczyzną i wyzna mu miłość tak samo szczerze jak mnie. Ja cię kocham jeszcze bardziej. Natasza od razu zrozumiała. Myślisz, że moja miłość jest gorsza od twojej? Przepraszam. Zreflektowałem się. Tym bardziej że przypomniałem sobie czarne, przepastne jak kosmos oczy i szmaragdową skórę.
Nie byłem taki czysty, jak mówił mi mój Bart Reynolds. O nie! Wciąż się gubię – dorzuciłem na usprawiedliwienie. To się znajdź. Przytuliła się do mojego ramienia. I jeszcze raz powiedz mi, jak mnie kochasz. Powiedziałem. Wykrzykując sobie w twarze miłosne wyznania, dojechaliśmy do sklepu. Potem przez kolejne trzy sole nie wychodziliśmy z domu. Pewnego razu, kiedy leżeliśmy zmęczeni obok siebie, nie wytrzymałem i zadałem Nataszy pytanie, które kołacze się po głowie każdemu mężczyźnie w poliamorycznym związku: jak jest Sławek?
Roześmiała się. Faceci! Powiedz. Nic z tego. Takich rzeczy się nie mówi. To byłoby nieuczciwe. Chcesz, żebym z nim rozmawiała o twoich walorach? No dobra – odpuściłem. A wiesz coś o tej jego drugiej partnerce, Artemis? Dlaczego pytasz?
Strasznie tajemniczy się staje, kiedy go o nią pytam. Może ma powód. Znasz ten powód? Oczywiście, że znam. Takie są zasady. Ale tutaj też niczego się ode mnie nie dowiesz. Niech sam ci powie. Och, ty tajemniczy świntuchu. Przetoczyłem się na nią. Za karę odbędziemy kolejny stosunek seksualny.
Oj, jaka straszna kara! Śmiała się, odwzajemniając pocałunki. Po tygodniu ktoś zadzwonił do Nataszy. Za kilka soli muszę wracać do pracy – stwierdziła, kiedy wróciła z salonu. – Już dostają świra, bo wszystkie dziewczyny pobrały urlop i brakuje szefowych zmian. Natasza była bardzo ceniona w Mplotku. Sławek powiedział mi, że niedawno chcieli ją wziąć na głównego koordynatora, ale się nie zgodziła. Ceniła swój czas, a czas, jak wiadomo, jest największą wartością dla poliamorysty. Dlatego została na poziomie kierowniczki zmiany. Miała za to kilka darmowych przelotów z Marsa w dowolne miejsce, co wraz z turystycznym pakietem pracowniczym pozwalało jej wozić się po całej MW.
To niesprawiedliwe – burknąłem. Sławek miał cię przez półtora miesiąca. Licząc według kalendarza ziemskiego. Tydzień marsjański jest dłuższy. Nati, ja nie żartuję. Byłem naprawdę rozżalony. Wiem. Przepraszam. Pogłaskała mnie po policzku. Obiecuję, że następne wakacje rezerwuję tylko dla ciebie.
Słowo? Słowo. Pocałowała mnie. A teraz mam dla ciebie niespodziankę. Jaką? Zobaczysz w swoim czasie. Pod koniec tygodnia Natasza zaczęła organizować się po urlopie. Robiła totalne pranie, a ja uruchomiłem robanty sprzątające, od trzech miesięcy zgruzowane w garażu. Faktycznie dom wymagał gruntownych porządków. Poza tym Natasza musiała zapoznać się z aktualizacjami oprogramowania androidów Mplotka.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Spodziewasz się kogoś? Natasza zerwała się i pobiegła otworzyć. Zainteresowany także narzuciłem szlafrok i zszedłem do holu. Helenoicha, Mat. Uśmiechnęła się do mnie Iriqanena. Po raz pierwszy usłyszałem na żywo jej ciepły, przyjemny głos. Uzmysłowiłem sobie, jak jest wysoka. Mnie przewyższała prawie o pół głowy, ale Natasza wyglądała przy niej jak podrośnięta dziewczynka. Na szczęście teraz Iriqanena ubrana była w wysokie za kolano beżowe kozaki na płaskim obcasie.
Czarne, na wpół rozłożone skrzydła sięgały do sufitu. Ręce harpii założone teraz miała za plecami i ukryte pod tradycyjnym yellanskim półkożuszkiem z Dale Amadallan, zarzuconym na niewychodzącą od wieków z mody skórzaną ramoneskę. Całości dopełniały czarne legginsy i skórzana spódniczka do pół uda. O ile zdążyłem się zorientować, był to ostatnio ulubiony strój podróżny Yellantek. Helenoicha, Iriqaneno. Odwzajemniłem pozdrowienie w Ellen. Iriqanena bez żadnego skrępowania, jakbyśmy byli starymi kochankami, podeszła do mnie i pocałowała mnie w usta. Bardzo przyjemnie pachniała. Zbyt przyjemnie. Natychmiast poczułem podniecenie i zrozumiałem, że w tych opowieściach o tajemniczym feromonie z prostaglandyną coś jednak musi być.
Z Nataszą całowała się dłużej. Trochę to zabawnie wyglądało, bo Iriqanena musiała niemal kucnąć. Robant taksówkowy wnosił rzeczy do holu. No i jak niespodzianka? Śmiała się Natasza. Bardzo przyjemna – stwierdziłem. Ale czy dam radę? Tym razem zaśmiały się obie. „Matt, świntuszek myśli o trójkąciku” Natasza poklepała mnie po plecach. Nozdrza Iriquineny rozszerzyły się jak chrapy dzikiego mustanga.
„Ja bardzo chętnie”. „Poczekaj słonko, bo on jeszcze nie wie, o czym mówi. Najlepiej będzie, jak zostawię was na tydzień samych, tak jak było w planie”. „Nas?” Byłem zaskoczony. „Mówiłeś, że na razie nie masz lotów”. „No nie mam, ale za trzy dni zaczynam dyżur pod holosmartfonem. Muszę być na Ziemi”. „Nie dograliśmy tego.” Natasza spojrzała na Iriquinenę. „Trudno. Myślę, że na początek trzy dni wystarczą” „Skoro muszą.” Iriquinena wyglądała na zawiedzioną.
„Tymczasem Mati, mamy prośbę” powiedziała Natasza. „Możesz pozwiedzać trochę Hawkings? Najlepiej do wieczora.” „Jasne” zrozumiałem. Pół godziny później leciałem stradolotem Nataszy w stronę centrum stolicy Międzynarodowej Republiki Marsa. Faktycznie, postanowiłem nadrobić kulturalne zaległości i wreszcie pozwiedzać ogromne i dla międzyplanetarnego pilota bardzo ciekawe Muzeum Terraformowania. W wielkim kompleksie cylindrycznych budynków stylizowanych na pierwsze bazy marsjańskich kolonistów utworzono imponującą multimedialną ekspozycję. Przechodziłem kolejne sale obrazujące następujące po sobie fazy przystosowywania Czerwonej Planety do życia, a właściwie budzenia jej na nowo z trwającego ponad trzy miliardy lat snu. Widziałem więc najpierw zrekonstruowane sondy i orbitery, począwszy od Marinerów 4 i 9, poprzez pierwsze lądowniki Viking i dalej mnóstwo starych fotografii z misji Phobos i Mars Observer i Mars Global Surveyor. Potem jeszcze kilka misji, aż do tych przełomowych. Dwóch łazików Spirit i Opportunity, które ostatecznie udowodniły istnienie w przeszłości wody na Marsie.
Szczególnie Opportunity długo się trzymał, bo aż piętnaście lat, od 2003 do 2018 roku. Kolejne bezzałogowe misje Mars Science Laboratory z łazikiem Curiosity, ExoMars i InSight przygotowywały grunt pod śmiałą decyzję wysłania kolonistów. Pierwszy projekt kolonizacyjny Mars One nie wypalił, ale już kolejne, związane z szerzej zakrojonym programem Wizja Eksploracji Kosmosu oraz półprywatną inicjatywą Mars Society dały efekt w postaci założenia w 2039 roku pierwszej kolonii. Oglądałem prymitywne bazy, panele słoneczne, łaziki i kombinezony. Śledziłem na filmach i zdjęciach ciężką pracę całego pokolenia kolonistów, wśród których był prapradziadek Nataszy, profesor Siergiej Aleksandrowicz Spiczakow. To było pierwsze naprawdę nowe społeczeństwo, pozbawione uprzedzeń rasowych, narodowych, religijnych, kulturowych, tworzące nową jakość, nowego człowieka. Marsjanina, pełnoprawną istotę kosmosu. Już drugie pokolenie tak kazało się nazywać. Nie chcieli słyszeć, że byli Rosjanami, Chińczykami, Amerykanami, Japończykami, Francuzami, Polakami. Te pojęcia przestawały mieć znaczenie, ponieważ z kosmicznego dystansu są one tak samo ważne, jak wpływ starożytnego Egiptu na cywilizację Eskimosów.
A potem były sale poświęcone już bezpośrednio terraformowaniu. Zobaczyłem kilka nieudanych prób utworzenia kokonu gęstej atmosfery poprzez spowodowanie nagłego parowania lodowców na biegunach. Atmosfera powinna być na tyle gruba, żeby nie mogły przedrzeć się przez nią niszczycielskie wiatry słoneczne, które odpowiadały za obumieranie planety miliony lat temu. Dopiero sztuczne poprawienie siły pola magnetycznego sprawiło, że trzecia próba zakończyła się sukcesem. Widziałem więc, jak następują po sobie gwałtowne zjawiska pogodowe, burze, błyskawice i ulewy niespotykane już w takiej skali na Ziemi. A do tego pierwsze od milionów lat erupcje wulkanów i trzęsienia skorupy powierzchni. Prawdziwy Armagedon. I podziwiałem kolonistów, którzy wciąż jeszcze w kombinezonach starali się sadzić pierwsze, najbardziej odporne na brak tlenu rośliny. Ale należało zasadzić ich jak najwięcej, żeby spowodować większą emisję dwutlenku węgla i ogrzanie rodzącej się atmosfery. Tylko wtedy można było być pewnym, że oprze się ona słonecznemu wiatrowi.
Niesamowicie było patrzeć, jak wielkie kaniony Valles Marines napełniają się wodą, która następnie spływa do jezior, mórz i w końcu do głębokiego na pięć kilometrów Oceanus Borealis. Jakież on obecnie pięknie wygląda z tymi wszystkimi miasteczkami, turystycznymi ośrodkami, plażami, łodziami i statkami. Koloniści latali kopterami i wysypywali miliony ton nasion trawy, które z mozołem produkowały specjalnie do tego celu utworzone na Ziemi zakłady. Z każdym rokiem planeta zieleniała. Pierwsze pokolenie, w tym prapradziadek Nataszy, nie doczekało najbardziej uroczystej chwili w dziejach eksploracji przez człowieka kosmosu. Po pięćdziesięciu latach krzepnięcia młodej atmosfery i stopniowego zmieniania jej składu chemicznego, przed kamerami wszystkich telewizji świata kolonista James Week zdjął hełm i odetchnął powietrzem Marsa. Rozpoczynał się etap nieprawdopodobnego rozwoju Czerwonej Planety. Chociaż czerwona pozostała już jedynie z nazwy. Z Ziemi krążyły obładowane promy z gotowymi materiałami budowlanymi, a z Marsa z surowcami do ich wytwarzania. Na terenie dawnej bazy powstało Hawkings, stolica Międzynarodowej Republiki Marsa.
A potem zaczęły powstawać i inne miasta, szybko rozrastające się do wielkości metropolii. Zaczął się też exodus ludzi z Ziemi na Marsa, zachęconych czystym powietrzem, świetnym klimatem, nowymi perspektywami i całkiem dobrymi zarobkami. Tymczasem udoskonalono napęd międzyplanetarnych statków, pokonując wreszcie barierę światła, co skróciło podróż do kilkunastu minut. Nieraz miałem wrażenie, że szybciej jestem na Marsie niż zatłoczoną autostradą w podkopułowym centrum Krakowa. Ziemia była poukładana i wyreżyserowana. Nie sposób było inaczej zapanować nad trzydziestoma miliardami ludzi, ich potrzebami i pragnieniami. Miasta pokryte kopułami, pod którymi wszystko, każdy klomb, drzewko i kwiat starannie przemyślano. Na pierwszy rzut oka robiło to nawet przyjemne wrażenie. Odpowiednia temperatura, sztuczne deszcze, kolorowe ptaki, metapiankowe chodniki sunące pomiędzy żywo pomalowanymi domami, sklepy, centra handlowe, atrakcje, mnóstwo wydzielonych parkingów dla stradolotów, brak pojazdów spalinowych. Ruch kołowy we wszystkich już ziemskich metropoliach dozwolony był tylko za pomocą silników elektrycznych.
Rowery i skutery elektryczne. Poza kopułami ciągnący się w nieskończoność sznur osiedli mieszkaniowych poukładanych przez architektów w wymyślne geometryczne formy. A jeszcze dalej zakłady produkcyjne, fabryki, które każdego dnia poddawane były restrykcyjnej kontroli lokalnych ward regionalnych komisji środowiska. Wielkie, ciągnące się kilometrami parkingi stradolotowe i dziesiątki kilometrów wszechobecnych paneli słonecznych. Świetliste tunele komunikacyjne dla tych, którzy nie chcieli korzystać z własnych stradolotów. I oczywiście restrykcyjne zakazy dotyczące zanieczyszczania środowiska. Ujęte w ramy parków światowego dziedzictwa przyrody lasy, dżungle i puszcze, idealnie monitorowane i strzeżone, z wytyczonymi trasami, na których pobudowano małe wiaty i ogromne stacje z możliwością wygodnych noclegów. Wszędzie, nawet w Amazonii, kontrolowano już każdy metr dżungli i każdy litr wody. Po oceanach pływało tysiące barek śmieciarek polujących zawzięcie na każdą butelkę i papierek. Kary za zanieczyszczenie środowiska były drakońskie, porównywalne z karami za zabójstwo, ponieważ światopogląd ustawodawców ukształtowany został pod wpływem dwudziestodrugowiecznych ekologów.
Żarty z planetą się skończyły. Nawet najbardziej oporne na zmiany regiony musiały się ugiąć i przyjąć nowoczesne rozwiązania. Dobrym przykładem było moje rodzinne Podhale. Wyjścia w góry były teraz monitorowane. Turystę na każdym kroku obserwowano i poddawano licznym obowiązkom. Odpowiednie ubranie, obuwie, torby, holosmartfony z aplikacjami meldującymi co dziesięć minut położenie, a nawet na życzenie służb szczegółowy stan zdrowia. Chodzenie po Pieninach, Gorcach i Tatrach przypominać zaczęło plac zabaw dla dużych dzieci bawiących się pod czujnym okiem opiekunów. Limitowana liczba wyjść. Teraz na pozwolenie na trudniejsze trasy, na przykład Orlą Perć, czekano nawet dwa lata. Kontrolowany stan zdrowia, obowiązek uzupełniania płynów z rozstawionych dystrybutorów i natychmiastowe ewakuacje przez koptery GOPR-u w razie zauważenia jakiejś anomalii pogodowej.
Ale pogoda także była reżyserowana. Rozpędzano chmury tam, gdzie ich nie potrzebowano i wywoływano deszcze podczas suszy. W tej puzzlowej eko układance życia na błękitnej planecie za optymistyczne należało uznać, że Ziemianie nie poszli drogą samozagłady, którą wieszczyli liczni postapokaliptyczni pisarze. Rozum zwyciężył. Ale Mars był inny. Młody, gniewny i dziki. Nieokiełznany i nieobliczalny. Był jak Ziemia dawniej i jak stara Ziemia w dzikości tej był piękny. Zaledwie pół miliarda mieszkańców skupiało się w kilkunastu miastach wokół Oceanus Borealis. Były to miasta duże, ale nie mogły równać się z wielkimi ziemskimi metropoliami.
Hawkings, stolica Marsa, liczył zaledwie dwa miliony mieszkańców. Pozostałe miejscowości nie przekraczały miliona. Pod międzynarodową kontrolą zbudowano trochę kopalń, fabryk i zakładów, ale zdecydowana większość planety wciąż była dzika. Tutaj kopuł już nie tworzono, a przeciwnie, po okresie kolonizacji masowo likwidowano, ponieważ powietrze było znakomite. Od czasu terraformowania eksplodowała zieleń. Drzewa rozrosły się, tworząc przepastne bory, najczęściej mieszane, w których znakomicie miały się wszelkie introdukowane z Ziemi gatunki zwierząt. Niektóre z nich zaczęły nabierać nowych cech, niewystępujących u ich protoplastów z Ziemi. Najgłośniejszym echem swego czasu odbiła się legenda o obdarzonych zdolnościami telepatycznymi pstrągach z rzek u podnóży Olympus Mount. Nie wiem, czy ktoś ją potwierdził. To był nowy, wspaniały świat, pełen tlenu, śpiewu ptaków i odgłosów puszczy.
Kto z Ziemian miał na tyle kredytów, a nie chciał oddalać się od Układu Słonecznego, uciekał na wakacje na Marsa. Zmęczony oglądaniem bardzo ciekawej ekspozycji i multimedialnych projekcji usiadłem w wygodnym fotelu jednej z kilku muzealnych kawiarenek. Zamówiłem jelanską kawę i jakieś ciastko rodzimej produkcji. Nawet niezłe, ale ledwie przystąpiłem do konsumpcji, kiedy rozdzwonił się mój holosmartfon. Matt, do cholery, gdzie ty jesteś? Natasza była naprawdę wkurzona. Zwiedzam muzeum. No pięknie, a ja od godziny czekam na stradolot. Przez ciebie spóźnię się do pracy, nie wspominając o tym – ściszyła głos do szeptu – że Iriquanenie jest przykro. Już lecę.
Poderwałem się. Z Nataszą wymieniliśmy się stradolotem w biegu. Zdążyłem tylko pocałować ją w uśminkowane usta i ze skruchą powiedzieć: „Przepraszam.” Iriquanena czeka na ciebie w patio – rzuciła, sadowiąc się za sterami. Zadzwonię do was potem. Pa. Stradolot z cichym szumem elektrycznych silników wzbił się i wtopił w widoczną teraz jako setki błyskających świateł wstęgę lotostrady. W patio? – pomyślałem. Wiedziałem dlaczego. Przecież jak wszyscy oglądałem holoporn portal intercjalny i nasłuchałem się opowieści znajomych, którzy zaliczyli seks z Yelandkami.
Ale słuchać i oglądać to nie to samo co przeżyć. Poczułem niepokój. Wszedłem do domu. Światła były pogaszone, tylko gwiezdna poświata kładła się srebrną smugą na meblach i nieruchomych teraz robantach domowych. Iriquaneno? Cisza. Poczułem się trochę nieswojo. Ruszyłem więc przez pogrążony w mroku dom. Drzwi do patio były otwarte. Wkroczyłem na niewielki dziedziniec.
Zauważyłem, że szklany dach był rozsunięty. Pośrodku dziedzińca stała naga Iriquanena. Iriquaneno, ja... Nic nie mów, Matt. Rozbierz się i podejdź do mnie. Posłusznie zrzuciłem ciuchy i wszedłem na dziedziniec. Iriquanena wyglądała niesamowicie. Wysoka, z deszczem srebrnych włosów, elfimi uszami i wielkimi skrzydłami, którymi lekko teraz poruszała. Jej oczy połyskiwały w mroku jak ślepia dzikiego zwierzęcia. Ręce harpii założone miała na plecy.
Spojrzałem między jej nogi. To było intrygujące i nie wiedziałem, co mam myśleć o lejkowatej, lekko drżącej teraz pochwie. Nie zdążyłem się nad tym zastanowić, kiedy owinęła drugą parę rąk wokół mojej szyi, pochyliła się i wsunęła swój ruchliwy, długi język do moich ust. Poczułem ten zapach jakby mieszaninę perfum, kawy i czegoś jeszcze. Czegoś, czego nie da się przyrównać do żadnego ze znanych mi zapachów, jakie poznałem na kilkudziesięciu odwiedzonych planetach. Cokolwiek to było, wraz z niesamowitym pocałunkiem, który wypełnił, to chyba najodpowiedniejsze określenie, moje usta spowodowało falę natychmiastowego, ogromnego podniecenia. Nagle poczułem, jak jej nogi owijają się na moich biodrach, a jednak nie czułem wcale jej ciężaru. Ona po prostu lewitowała na lekko poruszających się ogromnych skrzydłach. Sadziłem ręce pod te skrzydła, silnie ją obejmując. Wtedy poczułem, że ręce harpii poruszyły się i także owijają się na moich plecach mocno, ale bardzo ostrożnie, przytrzymując mnie w pasie powyżej oplatających mnie nóg.
Byłem już w najwyższej gotowości i wtedy poczułem, jak mój penis dosłownie zasysany jest przez coś ciepłego, miękkiego, mokrego. Jednocześnie Iriquanena mocniej poruszyła skrzydłami i wzbiliśmy się ponad dziedziniec. Widziałem teraz na czystym marsjańskim niebie miliony gwiazd, wyraziste ramię Drogi Mlecznej. Czułem tak ogromne podniecenie, jakiego nie doznałem jeszcze nigdy z żadną kobietą. Pierwszy orgazm miałem po dwudziestu sekundach, drugi po dwóch minutach. Trzeci... Nie pamiętam. Wisieliśmy wysoko ponad domami, tuż pod wstęgą lotostrady. Po pół godzinie poczułem, że tracę przytomność. Hatanen Yeland tańczyła ze mną swój seksualny taniec.
Emocje i uczucia bywają irracjonalne. Już od momentu śmierci mamy zastanawiało mnie, dlaczego często dzieje się, że mocnym uczuciem darzymy osoby, które tego nie doceniają. Tych natomiast, których powinniśmy kochać, ignorujemy, a nawet ranimy. Leciałem z Singulian z jedną ładownią wypełnioną wyrobami tekstylnymi z Osko, drugą będącą chłodnią zamrożonymi reiki i kirei, czyli rodzajem singuliańskich ośmiornic i krewetek. Oddalałem się z prędkością warpową od Hiatt, pozostawiwszy sterowanie Heliosowi. Miałem przed sobą jeszcze dwa tygodnie kosmicznej samotności. Przypominałem sobie te niesamowite trzy sole spędzone na Marsie z Iriquaneną. Kochanie się bez opamiętania do kilkukrotnego osłabnięcia, po których musiałem sięgać po odżywki dla astronautów. Tych na szczęście w apteczce Nataszy nie brakowało. Początkowo przestraszyłem się.
Nie wiedziałem, jak na dłuższą metę wpłynie to na mój organizm, ale potem zobojętniałem na wszystko. Byłem jak w transie. Pragnąłem kolejnych orgazmów. Seks uzależnia nie gorzej niż narkotyki i alkohol. A kiedy dodasz do tego prostaglandynę zawartą w yelandzkim feromonie, całkiem tracisz kontrolę. Potem dziękowałem opatrzności, że miałem tylko trzy sole. Nie tydzień, jak chciała Natasza. Jeżeli Iriquanena by się nie opamiętała, mogłem przypłacić to zdrowiem. Teraz rozumiałem, dlaczego Ziemianie i Marsjanie latają na Yeland tylko na krótkie, dwudniowe seks wakacje. Drugiego dnia Iriquanena jednak zwolniła.
Nie było wprawdzie widać po niej żadnego przesytu, wręcz przeciwnie, zdawała się być niczym coraz bardziej rozbuchany mustang, który rozpędził się i nic już nie jest w stanie go powstrzymać. Ale chyba gdzieś w przebłysku świadomości zrozumiała, że jeszcze chwila i dojdzie do tragedii. Kazała mi odejść do salonu po drugiej stronie domu, a sama siadła po turecku w patio i medytowała przez trzy godziny. Wiedziałem, że jest to Nahatana Dilahaim, rodzaj yelanskiej jogi. Nawet znałem kilka technik, ponieważ interesowałem się ćwiczeniami medytacyjnymi z wszelkich planet. Wyszła z patio zupełnie uspokojona. „Wybacz Matt, jeszcze nigdy nie miałam ziemskiego mężczyzny” – powiedziała, kiedy wreszcie normalnie siedliśmy w salonie i jedliśmy zamówiony z pobliskiej restauracji obiad. „Nie musisz przepraszać” – odparłem. „To było niesamowite. Musimy tylko być trochę ostrożniejsi.” „O tym właśnie mówię.” „Wszyscy inni twoi partnerzy to Yelanci?” „Nie licząc Nataszy, tak.” Miałem na końcu języka pytanie, jak to robią z Nataszą, ale powstrzymałem się.
„To Rahanan, Erwin i Erhris” – wymieniła Iriquanena. „Dam ci do nich numery, a im dam twój, jeśli pozwolisz.” „Jasne.” Przypomniałem sobie o zasadach. „Będziemy mogli ustalić jakiś grafik.” „Z Erwinem nie będzie problemu, bo pracujemy razem na uczelni. Niestety, Rahanan i Erhris mają zupełnie inne zajęcia.” „Pracujesz na uczelni?” – podchwyciłem, ponieważ niczego konkretnego o niej nie wiedziałem. „Owszem, jestem doktorantem na wydziale filozofii w Nala Talay.” Spojrzała na mnie rozbawiona. „Zdziwiony?” „Trochę.” „A ty skąd znasz Eloan?” „Miałem kiedyś narzeczoną, która była nauczycielką Eloan w liceum.” „Natasza wspominała, że długo byłeś mono.” „Na Yeland nie ma ślubów?” „Nie zawracamy sobie głowy takimi rzeczami. My po prostu kochamy.” „Raczej kochacie się” – wypaliłem. „Już mówiłam ci, żebyś nie wyciągał pochopnych wniosków, ale może kiedyś zrozumiesz.” „Przepraszam.” Potem długo rozmawialiśmy. Była wesoła, ale także bardzo bystra i mądra. Bujne życie erotyczne wcale nie przeszkadza Yelantom w zdobywaniu wiedzy.
Zaimponowała mi perfekcyjną znajomością różnych prądów filozoficznych na kilkudziesięciu planetach z MW. Nic dziwnego, uniwersytet w Nala Talay, stolicy państwa Tu, jednego z największych na Yeland, słynął z najwyższego w galaktyce poziomu nauk humanistycznych. Studiowały tam tysiące młodych z całej MW. Okazało się też, że Iriquanena ma trzydzieści ziemskich lat, co na Yeland dawało pięćdziesiątkę. Anioły żyją krócej od nas. Ziemska sześćdziesiątka to u nich już podeszły wiek. Iriquanena nie była więc wcale młoda. Na zakończenie naszego pierwszego wspólnego pobytu kochaliśmy się jeszcze dwa razy. Początkowo widziałem, że Iriquanena stara się kontrolować, ale wtedy cały akt nie był już tak niesamowity. Różnica była ogromna i czułem wyraźnie, że się męczy.
Odetchnąłem więc głęboko i szepnąłem do elfiego ucha: „Zrób to Iriquaneno.” Cóż, dwa kolejne osłabienia były tego warte. A jednak teraz, wracając z Singulian, wcale nie myślałem o Iriquanenie. Kiedy zobaczyłem w kosmodromie przeładunkowym w Tsung Ang tych wszystkich Singu, od razu przypomniałem sobie Lai Lan i jeszcze bardziej poczułem tęsknotę. To właśnie skłoniło mnie do rozmyślenia nad ironią, którą wcale nierzadko fundują nam uczucia i emocje. Co do Nataszy, nie miałem żadnych wątpliwości. Kochałem ją od pierwszego dnia, kiedy przytuliła mnie mocno i kiedy poczułem jej ciepło i zapach. Ale co do Iriquaneny miałem mieszane uczucia. Owszem, ten niesamowity seks sprawił, że teraz realnie wydawała mi się bliską i z dreszczykiem emocji myślałem o kolejnych spotkaniach. Z pewnością mnie fascynowała, ale czegoś w tych emocjach brakowało. Czy naprawdę mogłem nazwać je miłością?
Wcale tego nie czułem. Pewnie wtedy zacząłbym zastanawiać się nad tymi wszystkimi monogamicznymi teoriami, że naprawdę można kochać tylko jedną osobę i że cała poliamoria jest wymysłem rozbudzonych seksualnie kosmicznych posthipisów, gdyby nie wzrastające z każdym tygodniem uczucie do Lai Lan. Nie mogłem mu się już oprzeć. Wciąż myślałem albo o Nataszy, albo o niej. A kiedy wylądowałem na Singulian, rozglądałem się po twarzach Singu z absurdalną nadzieją, że ją tam spotkam, chociaż dobrze wiedziałem, że mknie teraz gdzieś w kosmicznej otchłani. Dobrze wyliczałem, że powinna być wówczas w drodze z Gani w Plejadach na Ziemię. Nie chciałem już udawać. Byłem zakochany w Lai Lan. Jeżeli więc w sposób ścisły przyjmiemy definicję poliamorii jako stanu wcale nie określającego istniejących w niej relacji seksualnych, ale uczuciowych, to teoretycznie mogę przyjąć, że właśnie dopiero od tamtego czasu zacząłem życie poliamorysty. Chociaż z Lai Lan nie spędziłem dotąd nawet pięciu minut w łóżku, byłem zakochany w niej tak samo, jak w Nataszy.
Poliamoria przestała być utopijną teorią. Sytuacja zupełnie nieoczekiwana i całkiem nowa, której nigdy jeszcze, pomimo czwartego już krzyżyka na karku, nie doświadczyłem. Broniłem się przez jakiś czas. A jakże! Zakochałem się w obcej? Jestem egzofilem? Zakładając, że tak, to czy to dobrze, czy źle? Wracały postkatolickie obiekcje. Gdzieś tam z tyłu głowy tokował głos proboszcza przekonujące, że to my, ludzie, jesteśmy rasą wybraną przez Boga i że strasznym grzechem jest obcowanie z istotami z innych planet. Ale nawet jeżeli były to obiekcje, z którymi mogłem już sobie poradzić dużo łatwiej aniżeli wtedy, kiedy miałem 19 lat, pozostawały bardziej rzeczowe argumenty Sławka.
Czy powinienem się wstydzić? Myśli goniły, walczyły sprzeczne emocje. Trzy tygodnie wcześniej, czekając w swoim mieszkaniu na Ziemi na przydział kursu, zdecydowałem się połączyć z Lai Lan. Nie odebrała. Nie zaakceptowała też mojego zaproszenia do grona znajomych na Intergalacticonie. Nie odrzuciła wprawdzie, ale nie zaakceptowała. Moje zaproszenie zawisło w przestrzeni niepewności. Stwierdziłem wówczas, że jeśli po naszych rozmowach w Tsung Ang i w Balicach żywiłem jakieś nadzieje, to płonne. Wszystko zepsułem w Fukanaka, myślałem gorzko. I próbowałem zapomnieć.
Ale nie potrafiłem. Czując się z jednej strony winnym w stosunku do Irikuaneny, a z drugiej zranionym przez Lai Lan, umówiłem się na piwo ze Sławkiem i opowiedziałem mu o wszystkim. Spodziewałem się, że mnie wyśmieje, ale on pokiwał tylko głową. „No przecież wszyscy widzimy, jak się gapisz na Lai Lan”. Wzruszyłem ramionami. „Wy też się gapicie”. „Przepraszam, mnie w to nie mieszaj. Ja nie mam ciągotek do obcych. Chłopaki, owszem, gapią się na jej tyłek, bo każdy chętnie by spróbował… No wiesz”.
„Zamknij się, Sławo”. Roześmiał się, ale zaraz spoważniał. „Uważam, że przede wszystkim powinieneś o tym porozmawiać z Nataszą”. „Dlaczego?” „Takie są zasady”. „Mam z nią rozmawiać o każdej dziewczynie, która mi się spodoba?” „Nie okłamuj się. Tu już nie chodzi o zwykłe podobanie. Matt, ty się po prostu zabujałeś. A to już jak najbardziej sprawa Nataszy i Irikuaneny także”. Wzruszyłem ramionami. „I tak nic z tego nie będzie”.
„Nieważne, ale powinieneś im powiedzieć o swoich uczuciach. Szczerość, pamiętasz? To jeden z fundamentów prawdziwej poliamorii”. Zmarkotniałem. Nie bardzo miałem ochotę na takie rozmowy z obecnymi dziewczynami. „Cześć” — usłyszeliśmy przyjemny głos. Nad stolikiem stała młoda, około 30-letnia kobieta. Bardzo atrakcyjna. Czarne, krótko przycięte włosy, duże piwne oczy, jasna skóra twarzy z podmalowanymi teraz pudrem rumieńcami, mocno na czerwono uśminkowane usta. Ubrana modnie.
Sukienka z iluzjonu mieniącego się teraz turkusowo, zgodnie z wystrojem knajpy i światłem świec. Na zgrabnych, widocznych od kolan nogach damskie butoloty. Przez bardzo proporcjonalne piersi przerzucony miała pasek inteligentnej torebki. O ile znałem się na perfumach, pachniała modnymi ostatnio Deus Machine. Od razu wszystko wydało mi się w niej doskonale poukładane. „Artemis?” — zerwał się Sławek. Wyglądał na totalnie zaskoczonego. „Nie przedstawisz mnie swojemu najlepszemu koledze?” — uśmiechała się przyjemnie. „Jasne. Matt, to Artemis.
Artemis to Matt”. Podaliśmy sobie dłonie. Miała przyjemną, ciepłą i suchą skórę. „Siadaj, proszę”. Sławek podsunął jej krzesło. Był dziwnie spięty. „Napijesz się oczywiście…” „Coca-coli” — dokończyła, a kiedy usiadła, zwróciła się do mnie. „Sławek sporo mi o tobie opowiadał”. „Mam nadzieję, że same superlatywy”. Roześmiała się.
„Prawie”. „Ja natomiast bardzo mało słyszałem o tobie. Sławek chyba jest zazdrosny i nie chce się tobą z nikim dzielić”. Ponownie się roześmiała. „Obawiam się, że powód jest inny”. „Jaki?” „Już się domyślasz”. „Skąd wiesz?” Spoważniała, patrząc mi w oczy. „Wiem”. Byłem zafascynowany tym, co widzę. Nie, nie jako facet.
Jako astronauta. Zrozumiałem, kiedy się roześmiała. Ukazywała wtedy piękne, doskonałe zęby. Grała mięśniami twarzy, a nawet lekkimi kurzymi łapkami przy oczach. Ale oczy były nieruchome. Tego nie da się wykonać, przynajmniej jeszcze nie przy możliwościach obecnej techniki. Miałem przed sobą absolutnie doskonałego Nexusa 2200. Teraz rozumiałem, dlaczego Natasza nic nie robiła sobie z alienofobicznych wypowiedzi Sławka. Spojrzałem na niego. Był czerwony na gębie.
„Dobrze ci tak” — pomyślałem nie bez satysfakcji. Ale do Artemis powiedziałem: „Tak, teraz już wiem i uważam, że jesteś doskonała”. „Dziękuję. To miły komplement”. Co ona czuje? — zastanawiałem się. I czy w ogóle czuje? Musiała, ponieważ w stosunku do Sławka była bardzo delikatna i kobieca. Wzięła go za rękę, nachyliła się i pocałowała. Nie gniewaj się, kochany.
Przecież wciąż powtarzasz, że szczerość jest najważniejsza. Właśnie — podchwyciłem złośliwie. Dobra, przepraszam was — zaczął Sławek, ale w tym momencie drzwi knajpy otworzyły się z hukiem i wtoczyło się pięciu podpitych i agresywnych kiboli. Jeden uzbrojony był w tradycyjnego drewnianego baseballa. Futbol dobrze się trzymał, a z nim hordy kretynów, którzy uważali, że jeżeli nie zostali kimś, winny jest temu świat, a nie oni sami. Zachowując się hałaśliwie, oblegli bar i oczywiście natychmiast zaczęli szukać ofiar. Najpierw wyciągnęli ślepego Jasia, którego położyli na blacie baru. Od kiedy monitorowano całą przestrzeń życiową, zakłócacz kamer robił karierę wśród chuliganów. Potem przyczepili się do pary młodych, którzy szybko uciekli z lokalu. Następnie namierzyli jakichś singu, których przez chwilę obrażali niewybrednymi rasistowskimi epitetami.
To już mnie wkurzyło, ale po ostatniej bójce z technikami z astrogeodezji NASA i upomnieniu od Zamrowskiego nie chciałem wszczynać awantury. Widziałem, że Sławek jest podobnego zdania. Jednak długo nie musieliśmy czekać. „Ooo, patrzcie jaka lalunia!” — wrzasnął nagle jeden z debili. Patrzył niestety w naszą stronę, a jego uwagę przykuła Artemis. Opryszek zsunął swoje napakowane testosteronem ciało ze stołka przy barze i niczego sobie nie robiąc ze mnie i ze Sławka, podszedł do dziewczyny. Nachylił się i od tyłu, rechocząc obleśnie, chwycił ją za piersi. „No lalunia, pokaż co tam...”. Nie dokończył, bo krótkie, lecz silne wyładowanie elektryczne odrzuciło go na dwa metry. Walnął zakutym łbem o bar i chwilowo został wylogowany z rzeczywistości.
Artemis pokazała, co potrafi. „Kurwa, to android pierdolony!” Pozostała trójka, jak było do przewidzenia, nie wyciągnęła odpowiednich wniosków z przygody kolegi. Rzucili się na nas z rykiem wściekłych żubrów. Tym razem nie czekałem na dalszy rozwój wypadków. Wybrałem największego i wyprowadziłem prawy prosty. Gość był twardy. Zachwiał się. Z nosa puściła mu się krew, ale podjął wyzwanie. Zrozumiałem, że chwilę to potrwa i na razie nie pomogę bardziej Sławkowi i Artemis. Niestety, w tamtym dniu Sławek nie wziął ze sobą colta, a napastnicy byli cwani.
Widocznie nie pierwszy raz chcieli spuścić łomot androidowi. Nie podchodzili już do Artemis, tylko wydelegowali przeciwko niej kolesia z baseballem. Opryszek fachowo krążył wokół androidki, starając się zadać jej celny cios w głowę. Domyślałem się, że Artemis jest jednym z pierwszych Nexusów 2200 wypuszczonych do społeczeństwa w ramach rozpoczynającego się eksperymentu socjologicznego, badającego współżycie biologicznych organizmów z SI. Nie było ich jeszcze wiele, ale obecność androidów na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia od ludzi od razu wzbudziła sporo kontrowersji. Stała się znakomitym paliwem nienawiści dla różnej maści ksenofobów. Dwóch pozostałych obskoczyło Sławka, który w walce wręcz nie był tak dobry jak ja. Obrywał metodycznie po brzuchu i szczęce. Artemis, widząc to, doskoczyła do jednego z oprawców i z zaskoczenia chwyciła go za rękę. Trzasnęło i gość osunął się bez przytomności.
Było 2:0 dla mechanicznej dziewczyny Sławka. Niestety, chwila, którą Artemis musiała poświęcić na ratowanie swojego chłopaka kosztowała ją głowę. Gość z baseballem wykorzystał okazję, doskoczył, zamachnął się jak Longinus pod Bipięta ścinający trzech Turków i wyrżnął Artemis w skroń. Głowa androidki oderwała się z hukiem od tułowia i potoczyła się pod bar. Zatrzeszczały kolejne wyładowania elektryczne. Zadymiło z przepalonych kabli. Korpus osunął się bezwładnie. Na szczęście ja kończyłem ze swoim przeciwnikiem. Słaniał się już na nogach po kilku sierpowych i lewy hak załatwił sprawę. Akurat w chwili, kiedy zobaczyłem lecącego na mnie baseballa.
Uchyliłem się, doskoczyłem i mało po boksersku wyrżnąłem kolesia czołem w nos. Usłyszałem chrzęst łamanych kości. Na ulicy rozległy się dźwięki syreny policyjnej. Barman musiał wezwać pomoc. Ostatni kibol, zgodnie z zasadą wypinania się na kumpli w godzinach próby, rzucił się do wyjścia. Sławek podbiegł do Artemis. Bardzo czule i delikatnie wziął jej korpus na ręce. Znalazłem głowę. Piwne oczy wciąż patrzyły na nas z życiem. Uśmiechnięte usta powtarzały: „Cześć, jestem Artemis.
Jak się masz? Cześć, jestem Artemis. Jak się masz?” Spojrzałem w zakrwawioną twarz Sławka. „Co z nią będzie?” „Muszę szybko jechać do Nexus Underworld Company. Tam ją wyleczą.” „Naprawią” — uściśliłem. Spojrzał na mnie. „Nie czepiaj się Matt. Ja naprawdę...”— wstydził się dokończyć. „Wiem Sławo.” Uścisnąłem mu ramię. Starałem się nie śmiać.
Na drugi dzień spotkaliśmy się ze Sławkiem w kosmodromie. „Jak Artemis?” — zapytałem. „Pracują nad nią w NUC. Powiedzieli, że za tydzień będzie jak nowa.” Sławek wyglądał na szczęśliwego, jakby mówił o narzeczonej, dla której właśnie znalazł się dawca nerki. Zastanowiłem się, czy Natasza nie powinna czuć się zazdrosna, ale Sławek miał dwa oblicza. Technooszołom to było tylko jedno z nich. Zamrowski niczego nie wiedział o wczorajszej bijatyce. Trochę się tego obawialiśmy, ale widocznie głupi Jaś zadziałał tym razem także na naszą korzyść. Dostaliśmy zlecenie na kursy — Sławek na Jeland, a ja na Singulian. Ucieszyłem się absurdalnie, jakbym miał nadzieję, że gdzieś tam w Tsungang trafię na Lai Lan.
Stałem potem na wielkim balkonie jednej z kawiarni w strefie spedycyjnej w Tsungang i wypatrywałem znajomej sylwetki Kai 777, czyli najnowocześniejszego transportowego statku, jaki stworzyła cywilizacja z MW. Cywilizacja Singu oczywiście, chociaż Ziemia starała się dorównać kroku, produkując w ostatnich dziesięciu latach znakomitego E-warpa. Ale to na K777 latali piloci Inlan Tarak. Widziałem ogromne maszyny z różnych stron galaktyki, statki alienów, żądła o sylwetkach drapieżnych jak ich piloci i ociężałe jednostki Paramian, okrągłe i śmieszne igreki, Y1000. Ziemskie i marsjańskie CHW i nieliczne jeszcze E-warpy. Masywne, toporne, wręcz niezgrabne na ziemi, czarne, szare lub srebrzyste, zaopatrzone w systemy ogromnych turbin w odpowiednim momencie tworzących bąbel czasoprzestrzenny. Ale kiedy nadchodziła ich pora, zmieniały się w najszybszą materię we wszechświecie. Szybszą niż błysk światła. Obsługa i piloci krzątający się w dole wyglądali przy międzyplanetarnych monstrach niczym ziarnka piasku. Musiałem używać lornetki, żeby dostrzec twarze.
Patrzyłem po wszystkich, nawet tych należących do operatorów wózków grawitacyjnych. Oczywiście nigdzie jej nie było. Teraz wracałem równie absurdalnie zawiedziony i w poczuciu winy. Byłem wciąż raczkującym poliamorystą. Zadzwoniłem do Nataszy. Niestety pracowała, więc rozmawialiśmy tylko chwilę o rzeczach mało istotnych. Trochę nabijała się ze mnie. Iriqua Nena zdążyła opowiedzieć jej o naszych upojnych trzech solach. Potem zakomunikowała, że najbliższy wolny weekend, czyli za dwa tygodnie, spędzi ze Sławkiem. Już myślałem, że Sławek się wygadał, kiedy stwierdziła: „Pamiętaj Mati, zawsze i wszystko możesz mi powiedzieć.
Ja wyjątkowo, ponieważ to są twoje początki w związkach otwartych, udzielam ci zgody. Poproszę też w twoim imieniu Iriqua Nenę.” Zgody na co? „Nie brnij w kłamstwo, bo mnie zdenerwujesz.” Przepraszam i dziękuję, ale i tak nic z tego nie będzie. „Tak czy inaczej moją zgodę masz. Wyjątkowo. Sam zadzwonię do Iriqua Neny.” Okej, jak chcesz. Zresztą tak będzie lepiej. Skończyliśmy rozmowę, bo Natasza musiała wracać do pracy. Poczułem, że natychmiast muszę pomedytować. Dręczyło mnie to przez kilka dni, aż w końcu, kiedy przelatywaliśmy koło U341A, podjąłem decyzję wylądowania.
Niewielka planeta Śnieżynka leżała na trajektorii z Singulian na Ziemię. Jej nazwa pochodziła od czerwonego karła U341, który był jej gwiazdą. U341 dawał niewiele ciepła, ale wystarczająco dużo, żeby ogrzać leżącą najbliżej egzoplanetę. Dlatego teraz trwały tam badania międzyplanetarnego zespołu nad możliwościami ewentualnego przystosowania U341A do kolonizacji. Należało tylko trochę, o kilka stopni dosłownie podgrzać atmosferę. Przedsięwzięcie na pewno było łatwiejsze od terraformowania Marsa. Wyhamowałem z warpowej i wszedłem na orbitę planety. Tutaj Matt Brzozowski ze Space Expedition. Proszę o pozwolenie na awaryjne lądowanie. Kłamałem nie tyle dla naukowców, kilku Ziemian, Marsjan, Singu, Jelantów, Alienów i Querków, ile dla uwiarygodnienia mojej decyzji w Space Expedition.
Na wszelki wypadek wyłączyłem głos Heliosowi, gdyby przyszło mu do obwodów polemizować. Przebiłem się przez chmury i zobaczyłem arktyczny świat. Lodowe morza, lodowe góry i lądy. Wszędzie jak okiem sięgnąć biel i mróz sięgający tutaj w nocy -80 stopni. Ale atmosfera była dobra, nasycona tlenem. Za dnia, kiedy można było wyjść z bungalowów na zewnątrz i temperatura ocieplała się do -30, a momentami nawet do -23 stopni, po oddychanie tą atmosferą było dla kogoś, kto lubi mróz, ogromną frajdą. Ale ja posunąłem się dalej. Byłem jedynym człowiekiem, który decydował się na zrzucenie ubrania i zanurzenie się w jednej z wielu głębokich na dwa kilometry przerębli wywierconych przez potężne świdry załogi stacji arktycznej U341A. Naukowcy godzili się na to, ponieważ także coś zyskiwali. Przed każdym zanurzeniem oklejali mnie czujnikami i przeprowadzali pomiary wydolności organizmu oraz wpływu planety na organizm Ziemianina.
Mogłem to oficjalnie robić. Posiadałem uprawnienia, ale tylko w czasie misji zaopatrzeniowych U341A. Kiedy wylądowałem, poszedłem do dowodzącego misją profesora Ya Si La, poważnego, starego Singu i powiedziałem mu prawdę. Singu mają bardzo wysokie poczucie obowiązku, ale z profesorem znaliśmy się już bardzo długo. Wiedziałem, że ulegnie pokusie wykonania kolejnych badań, tym bardziej że poza mną nie mieli żadnych ochotników chcących tak regularnie ich odwiedzać. Jakiś czas później wędrowałem w asyście dwóch naukowców, Ziemianina, doktora Ridleya Smitha i Querkówny doktor Tsu O w stronę pobliskich namiotów z przeręblami. Utrzymywano tam temperaturę zera stopni, żeby nie dopuścić do szybkiego zamarzania wody. Już po drodze zacząłem stosować ćwiczenia oddechowe. Nie ubrałem się zresztą w futrzane ubrania. Szedłem w podkoszulku i spodniach.
Na nogach miałem rozwiązane lotnicze glany. Teraz z dołu świat ten wydawał się jeszcze bardziej nieprzyjazny. Wielkie góry na horyzoncie połyskujące martwą bielą. Piętrzące się na zamarzniętym oceanie ogromne seraki, za którymi z pewnością czaiły się przepastne, ciągnące się w niezbadaną otchłań szczeliny lodowe. Weszliśmy do namiotu z przezroczystej folii. Naukowcy rozłożyli aparaturę, a ja zrzuciłem ubranie. Szybko okleili mnie czujnikami. „Gotowe” — zakomunikował Ridley. Od jakiegoś czasu byliśmy na ty. „Temperatura wody do głębokości dwóch metrów zero stopni”.
Dziura w lodzie nie była duża, wystarczała zaledwie na wciśnięcie moich stu kilo i stu dziewięćdziesięciu centymetrów. Tworzył się na niej śryż. Pokonałem pierwszy odruch bólu. Byłem już w odpowiednim przygotowaniu. Mój organizm, jakby z utęsknieniem czekający na tę chwilę, zwalniał stopniowo w rytm coraz spokojniejszego oddechu. Rozpoczynałem medytację icemana. Czułem, jak z każdym oddechem wylatują ze mnie wszelkie niechciane emocje. Myśli odzyskują spokój. Staję się częścią tej planety, która jest częścią wszechświata. Po chwili i ja byłem częścią wszechświata.
Wszystko stawało się jasne i oczywiste. Naukowcy wiedzieli, co dzieje się w moim ciele. Zwiększona zostaje aktywność w układzie współczulnym i zwiększone zużycie glukozy przez mięśnie międzyżebrowe, które ogrzewają krew w naczyniach kapilarnych moich płuc, która następnie rozprowadza ciepło po ciele. Ale ja wiedziałem jeszcze coś, że uwolniona zostaje dimetylotryptamina. Ta sama, która uwalnia się w organizmach wszystkich humanoidów podczas umierania. Przekraczałem pewien próg. Za każdym razem wracałem, będąc o krok bliżej absolutu. Zobaczyłem biegnącego polarnego niedźwiedzia, a potem twarze Natascha, Iriquanena i Lai Lan. Dostawałem jakiś przekaz i wiedziałem, że jest to ważne. Niedźwiedź przebiegł przez twarze.
Wszystko zniknęło. Kiedy wychodziłem z przerębli, zobaczyłem pełen podziwu wzrok Ridleya. „Ile?” — zapytałem, wycierając się ręcznikiem. „Godzina. Twoje serce zwolniło”. Pobiłem swój rekord. Odzyskałem spokój, ale wiedzy na temat tego, co mam zrobić, niestety nie. Byłem przesądny, owszem, i dlatego miałem teraz głowę pełną rozterek. Zazwyczaj, jeżeli podczas medytacji pojawiała się jakaś wizja, podchodziłem do niej poważnie i tym razem otrzymałem wyraźny przekaz, ale inny od spodziewanego. Była w nim Iriquanena.
Dlaczego? Nie mogąc zinterpretować wizji, zwlekałem z połączeniem się z Hatanen. Uznałem, że przed podjęciem nieprzemyślanych kroków lepiej poczekać na dalszy rozwój wypadków. „Dlaczego nie masz do mnie zaufania, Mat?” Ledwie włączyłem głos Heliosowi, zaczął robić mi wymówki. Już dawno przeprogramowałem go na mówienie mi po imieniu. „Bo jesteś gadułą”. „Bardzo przepraszam, ale to są insynuacje”. „A gdzieś ty się nauczył takich słów?” „Dużo czytam”. „Humanista się znalazł”. „Polecam ci poczytać, Mat.
To rozwija aparat mowy”. „Weź się do roboty, aparacie mowy”. Helios coś tam jeszcze zrzędził o przyjaźni i zaufaniu, ale go nie słuchałem. Wiedziałem, że dobry technik z bazy szybko zamieniłby go w konfidenta. Włóczyłem się po starym CHW i odruchowo sprawdzałem wszystko, co należało, kiedy nagle Helios oświadczył swoim spokojnym głosem radiowego prezentera: „Jest awaria w systemie napędu warpowego”. Poderwałem się jak oparzony. „Co się dzieje?” „Nie potrafię zdiagnozować przyczyny, ale za trzydzieści sekund napęd się wyłączy”. Spojrzałem na wskaźniki i mapy. Byliśmy w bardzo wrednym miejscu. Właśnie minęliśmy gęsty pas planetoid otaczających Aldebarana B.
Kiedyś wpadliśmy z Heliosem na pomysł, żeby wykorzystać asystę grawitacyjną Alfa Tauri A w celu uzyskania jeszcze większego przyspieszenia warpowego. Różnica prędkości przy nadświetlnej nie była duża, ale kilka godzin lotu z Hiat zawsze udawało się urwać. Trzeba było tylko minąć niebezpiecznie blisko pas planetoid wokół największej planety towarzyszącej gwieździe. Dobrze, że w ostatniej chwili zdążyłem przypiąć się do fotela, bo bąbel czasoprzestrzenny wokół CHW pękł i statek gwałtownie znalazł się poniżej prędkości światła. Rzuciło wszystkim, co nie było w jakiś sposób przytwierdzone do ścian lub podłogi. Poleciały bezmyślnie przeze mnie pozostawione na wierzchu plastikowe talerze, kubki, holosmartfon i mój podręczny holotablet. Ten ostatni rozprysnął się częściami po całej kabinie. Oberwałem czymś w policzek. Sięgnąłem do przełącznika alternatywnego napędu nuklearnego. Wcisnąłem.
Nic. „Awaria, awaria, awaria” — zaczął bezmyślnie powtarzać Helios. Byliśmy w czarnej dupie. Być może nie przystoi to pilotowi astronaucie dużej, cieszącej się uznaniem międzyplanetarnej firmy spedycyjnej, ale kurwami, które wtedy z siebie wyrzuciłem, można byłoby zapełnić wszystkie burdele Amsterdamu. A przecież pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Nie zmusiłem tych dupków z diagnostyki, żeby zrobili porządny przegląd. Najpierw zawsze mieli jakąś wymówkę, a potem po dwóch udanych kursach do Alfa Centauri olałem temat. Rzuciłem wszystko i popędziłem na Marsa. Kurwa! W bezsilnej wściekłości waliłem pięściami po własnych kolanach, dopóki nie poczułem, że zaraz sam zrobię sobie krzywdę.
A potem było jeszcze gorzej. Zacząłem powoli uświadamiać sobie grozę sytuacji. Gniew zastąpił strach. Zresetowałem Heliosa. Przestał bezmyślnie powtarzać komunikat alarmowy. „Helios?” „Jestem gotowy do działania” — usłyszałem ciepły głos. To mnie nieco uspokoiło. Zacząłem myśleć logiczniej. „Melduj” „Nie działa żaden napęd. Padły silniki Alcubierre’go i napędu nuklearnego” „A co z naszą trajektorią?” „Lecimy siłą rozpędu w stronę Aldebarana B.
Niestety nie mamy czym wyhamować” „Dolecimy?” „Z moich obliczeń wynika, że z całą pewnością. Za osiem godzin przechwyci nas grawitacja planety” „Nadawaj sygnał mayday w odstępach co dwie minuty” „Tak jest” „Kto jest najbliżej?” „Kilka jednostek z Jeland, Ziemi i Paramy, a dalej jeszcze jedna z Singulian” „To nawet sporo” „Owszem, ale problemem jest to, że nim dotrą tutaj, całkowicie odgrodzi nas pas planetoid. Staram się obliczyć, czy któryś z tych statków będzie w stanie go oblecieć” No to pięknie. Teraz zamiast o towary i statek zacząłem już bać się o życie. Pas planetoid wokół Aldebarana B był bardzo wąski, jedynie na 50 000 kilometrów, ale za to wyjątkowo gęsty. Niczym nie przypominał rozwlekłych systemów planetoid, na przykład takich jak pas pomiędzy Marsem i Jowiszem. Tutaj nie dało się przelecieć, nie ryzykując kolizji. Tylko szybkie ominięcie planetoid i dotarcie do nas jakiejś większej jednostki, a potem przydokowanie. Wszystkie transportowce miały taką możliwość i wzięcie nas na hol przy użyciu wolnych silników nuklearnych dawało szansę na wydostanie nas z niebezpiecznego rejonu. W przeciwnym wypadku przyciągnie nas ogromny, ponad sześć razy większy od Jowisza Aldebaran B i spłoniemy w jego gazowej atmosferze, a w najlepszym przypadku padną wszystkie urządzenia, co i tak równać się będzie mojej śmierci.
Nawet gorszej aniżeli na skutek spłonięcia, bo powolnej i w męczarniach. Statki transportowe nie były konstruowane do zmagań z ekstremalnymi atmosferami niezamieszkałych planet. Pomyślałem niezbyt odkrywczo, że kiedy miesiąc w miesiąc prujesz sobie w nadświetlnej po wcześniej wytyczonej trajektorii, chodzisz po statku w bamboszach i nic się nie dzieje, popadasz w rutynę i przestajesz dostrzegać grozę kosmosu. A przecież przestrzeń zabije każdego humanoida w minutę. Nie eksploduje się wprawdzie, jak to z upodobaniem pisali liczni autorzy XX-wiecznej science fiction, ale po prostu w ciągu kilkunastu sekund zostanie wyssany cały tlen z płuc, nastąpi niedotlenienie serca i w konsekwencji zatrzymanie jego akcji. Ślina na języku zacznie się gotować, a potem zamarzać. Od kiedy ludzie i inni humanoidzi zaczęli masowo latać w kosmos, nieliczne wprawdzie, ale zdarzające się wypadki dobrze to unaoczniły. A 99% planet nieposiadających odpowiedniej do życia atmosfery jest jeszcze bardziej bezwzględna niż przestrzeń. Dla przykładu poza Ziemią i terraformowanym Marsem wszystkie planety Układu Słonecznego zabiją w jedną sekundę. Najlitościwszy jest Merkury, bo męczarnia potrwa tam około dwóch minut.
Podobnie jest z planetami tysięcy innych układów w MW. Wszystkie te informacje wylazły teraz z pamięci, bynajmniej nie poprawiając mojego samopoczucia. Nie miałem pomysłów i chyba to było najgorsze. Nagle usłyszałem kilka głosów naraz. „Tutaj kapitan Ulkanan Dog. Jelanskie linie spedycyjne IDE Haland. Podaj swoją pozycję” „Tutaj kapitan Sławomir Kętrzyński. Ziemskie linie transportowe Space Spedition. Odpowiadam na mayday. Zmieniam kurs” „Tutaj kapitan Tumbu.
Paramiańskie linie handlowe Fukanaka. Usłyszałem wezwanie. Lecę” Poczułem ulgę. „Tutaj kapitan Matt Brzozowski. Ziemskie linie transportowe Space Spedition. Mam awarię wszystkich silników. Siła odrzutu pcha mnie na Aldebarana B. Mój komputer pokładowy wyliczył, że za osiem godzin zostanę przechwycony. Potrzebuję natychmiastowej pomocy” „Spokojnie Matt, lecimy do ciebie” — usłyszałem Sławka. „Podaj tylko swoją pozycję” Kiedy Helios przesłał naszą pozycję, odezwał się Ulkanan Dog.
Znałem go. Spotykaliśmy się na różnych stacjach przeładunkowych. „Widzę problem. Coraz bardziej chowasz się za pasem planetoid. Nie możesz użyć chociaż żagla słonecznego? Wiatr Aldebarana mógłby cię trochę odepchnąć. Przynajmniej na tyle, żebyśmy zdążyli cię podjąć” „Nie mam żagla” — powiedziałem, a w myślach dodałem: „Bo latam na złomie”. Rozpiąłem pasy i wstałem z fotela. „Helios do roboty. Może coś jednak znajdziemy” „Tak jest” Upłynęły kolejne trzy godziny.
Nie wpadliśmy na żaden pomysł. „Jesteśmy Matt” — usłyszałem głos Sławka. „Niestety nasze obawy potwierdziły się. Oddziela nas pas planetoid” Jego głos rwał się i ginął w coraz bardziej wzmagających się szumach. Wiedziałem, że zakłócenia te powodują zbliżające się planetoidy. „To już wiem” Chwilę wcześniej taką samą wiadomość przekazał mi Helios. „Nie damy rady oblecieć tego draństwa w pięć godzin” — usłyszałem teraz w głowie Sławka strach. „Spróbuję się przedrzeć” „Nie radzę” — powiedział Ulkanan Dog. „Zdecydowanie” — poparł go Tumbu. Jego zresztą też znałem z różnych portów.
Na monitorze starego eksnawa zobaczyłem trzy punkty za groźnie wyglądającą linią planetoid. Domyśliłem się, że to ich statki "Próbuję" usłyszałem cichy głos Sławka. Nigdy mu nie zapomnę, że chciał wtedy zaryzykować. Zobaczyłem, jak jeden z punktów na monitorze zbliża się i wchodzi pomiędzy pas planetoid. "Uważaj!" — krzyknął Tumbu. "Szlag by to" — to był Sławek. "Uff. Niewiele brakowało" — odetchnął Ulkan and Dog. "Co się dzieje?" "Przepraszam stary, nie dam rady" — mówił zdenerwowany Sławek. — "Ledwie wleciałem w to kurestwo, a już o mało się nie rozbiłem.
Musiałem się wycofać. Nie znam pilota, który by to pokonał." Nagle przestała działać sztuczna grawitacja na moim CHW. Znienacka znalazłem się pod sufitem kabiny, wisząc wraz z setką części z mojego rozbitego holotaba, smartfonem, talerzami i kubkami. Roześmiałem się. Nie wiem, gorzko czy szyderczo. "Nie działa sztuczna grawitacja" — zameldował Helios. "Doprawdy?" — zapytałem z góry. Tamci usłyszeli Heliosa. "Ten statek się sypie" — powiedział Sławek. Nie odpowiedziałem, więc nastała niezręczna cisza.
Docierało do mnie, że nie wyjdę z tego żywy. Wisząc w stanie nieważkości, patrzyłem przez panoramiczną szybę kabiny. Teraz już gołym okiem dostrzegałem gąszcz wielkich, masywnych planetoid, nieśpiesznie wirujących po orbicie wokół Aldebaranu B i oddzielających mnie od wolności. Ogromne, postrzępione, skaliste bryły, pozostałości prastarych planet i księżyców, stłoczone teraz na niewielkiej przestrzeni tak ciasno, że czasem wpadały na siebie i rozpękały się na kolejne kawałki. Bez żadnego dźwięku, w złowrogiej ciszy kosmosu. Kosmiczne śmieci albo sterty gruzu. Rubble pile, jak od dawna nazywali je astrofizycy. O różnym składzie i wyglądzie, często będące dosłownie kupami kamieni, pomiędzy którymi ziała pusta przestrzeń. Niby wielkie objętościowo, ale lekkie w ogólnej masie i śmiertelnie niebezpieczne dla międzygwiezdnych podróżników. Z drugiej strony z każdą chwilą rósł gazowy olbrzym, który wkrótce stanie się moim grobem.
Tylko dobre odepchnięcie się w górę lub w dół, biorąc pod uwagę pozycję statku, dawało szansę na ominięcie planety. Jeszcze pomyślałem o panelach słonecznych leżących teraz w hangarze chłopaków z diagnostyki i bezużytecznym mini M-drive w ładowni serwisowej. Wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie. Doznałem absurdalnego, jak mi się wtedy wydawało, wrażenia, że gdzieś z głębi kosmosu wzywa mnie do siebie mama. Wtedy odbierałem to jako złośliwość upiora, który dręczy mnie przez całe życie. Zniszczył dzieciństwo, skomplikował młodość, a w dorosłości nie pozwalał na szczęście. Znów stanęła mi przed oczami Evelyn McHall, owinięta karoserią samochodu. Poczułem rezygnację. "Sławo, mam prośbę" — odezwałem się. — "Zrobisz coś dla mnie?" "Co tylko chcesz Matt." "Powiedz Nataszy, że..." — poczułem wzruszenie — "że bardzo jej dziękuję za wszystko." "Matt, cholera, sam jej to powiesz." "Nie przerywaj, proszę" — ciągnąłem, nie zważając, że pozostali też słuchają.
— "Powiedz jej, że to ostatnie pół roku z nią było wspaniałe i że w końcu czułem się naprawdę szczęśliwy i kochany. I podziękuj Iriqua Nenie. Jest naprawdę niesamowita. I jeszcze... I jeszcze, jeśli gdzieś tam, w którymś porcie spotkasz... No wiesz kogo. Powiedz jej." "Matt." "Powiesz im Sławo?" "Powiem." "Ale sadzi ten singu" — odezwał się nagle Tumbu. "Co?" — byłem zły, że przerywa w takiej chwili. Obrzydliwcy mieli inne poczucie taktu. "Ten singu powinien zrezygnować i lecieć sobie w swoją drogę, kiedy usłyszał, że na miejscu jest pomoc.
Był przecież o wiele dalej. Ale on wali tu w nadświetlnej już od początku akcji. Zaraz będzie koło nas." "To prawda" — potwierdził Helios. — "Także go obserwuję." "O, jest!" — krzyknął Tumbu. — "Hamuje." "No proszę" — zaczął Sławek, ale jego głos zagłuszył okrzyk Ulkanena Dog. "Kunkar!" co w Eleon znaczy mniej więcej to samo, co nasze "o cholera", "o kurde" albo "niech to diabli". Tumbu wydobył z siebie jakieś chrząknięcie połączone z mlaśnięciem, co u ślimaków było jakimś bardziej siarczystym przekleństwem. "O Boże" — szepnął Sławek. "Co się tam dzieje?" — spytałem. "Włączył silniki nuklearne i wali do ciebie" — krzyczał podekscytowany Tumbu.
— "Nawet się nie zatrzymał po warpowej." Na ekranie Ex Nava zobaczyłem, że czwarty punkt, który pojawił się za pasem planetoid, wpada pomiędzy nie i z wielką szybkością mknie przed siebie. Oczywiście na Ex Navie nie byłem w stanie dostrzec tego, co realnie dzieje się 50 000 kilometrów dzielących mnie od tamtych. Mogłem sobie jedynie wyobrazić, że jeżeli pilot właśnie nie wymiotuje po gwałtownym hamowaniu z warpowej, to jest na skraju utraty przytomności. A to był jego najmniejszy problem. Istotniejszy stanowiło sterowanie w gąszczu kosmicznych śmieci. Skręty tak gwałtowne, że potrafiłby wykonywać je tylko android, przeszkolony alien albo humanoid z tytanowymi nerwami i refleksem, przy którym refleks kierowców Formuły 1 jest refleksem szachisty. Te stu i dwustukilometrowe spadki i niemal pionowe wzloty, przy których największe znane mi rollercoastery są dziecięcą zjeżdżalnią w piaskownicy pod blokiem. Te przeciążenia, po których zwykły człowiek natychmiast straciłby przytomność i decyzje, na które masz tylko ułamek ułamka sekundy. Znałem to wszystko. W wojsku latałem na myśliwcach stratosferycznych F100.
Wykonywałem podniebne ewolucje w grupie pokazowej lotnictwa NATO, a potem także na międzyplanetarnych myśliwcach warpowych. Nie byłem gościem z pierwszej ławki, o nie, ale ten Singu robił jeszcze więcej i to ogromnym liniowym transporterem. Był prawdziwym mistrzem wszechświata. „Modlę się do Dila Heim o powodzenie” — poważnie stwierdził Ulkan and Dog. „A ty, Mat? Modlisz się czasem?” — zapytał Sławek. „Nie.” „To zacznij. Masz o co.” „Jeszcze żyję” — bulgotał zafascynowany Tumbu. Punkt znikał pomiędzy planetoidami, ale po chwili pojawiał się znowu, za każdym razem coraz bliżej. Chyba naprawdę zacząłem się modlić, żeby pilot nie stracił przytomności.
To było najbardziej prawdopodobną alternatywą, zakładając, że refleks ma tylko trochę wolniejszy od światła. Dlaczego tak strasznie ryzykuje? Punkt na eks-navie był coraz bliżej. Singu już miał łatwiej, ponieważ planetoidy od mojej strony rzedły. Teraz wystarczał refleks kierowców Formuły 1. „Zaraz będzie” — spokojnie oznajmił Helios. „Trzymasz się czegoś, Mat?” — znów tajemniczo zapytał Sławek. „Nie. Lewituję.” „To może i lepiej.” Nie zdążyłem zastanowić się nad jego słowami, gdy w tej samej chwili zobaczyłem przez panoramiczną szybę, jak spomiędzy gęstwiny planetoid z ogromną szybkością wypada Kai777, transporter singuljańskiej firmy spedycyjnej Inland Tarak So Uk So Ur. Natychmiast rozpoczął hamowanie, ale i tak trwało to na tyle długo, że nim wygasił prędkość, był już przy mnie.
„Jest” — zwięźle rzucił Helios. „Udało się!” — wrzeszczał do mikrofonu Tumbu. „Dzięki ci, Dila Heim” — wtórował mu Ulkan and Dog. Singu tymczasem podleciał bardzo blisko mnie. Białe światło Alfa Tauri A tańczyło na srebrzystej powierzchni. Statek zawisł tuż przede mną. Wyraźnie widziałem pilota w kabinie. Był w masce tlenowej. Ale przecież ja już wiedziałem. Poczułem tak ogromne wzruszenie, którego nie jestem w stanie opisać.
Po prostu odebrało mi mowę. Odepchnąłem się, poszybowałem do panoramicznej szyby i przyłożyłem do niej otwartą dłoń. Singu, wciąż przyglądając mi się tymi swoimi niesamowitymi, czarnymi i głębokimi jak kosmos oczami bez białek, ściągnął rękawice. Także przyłożył do szyby szczupłą dłoń o długich palcach połączonych na wysokości bliższych paliczków delikatną, aksamitną błoną. Potem sięgnął do twarzy i odpiął maskę. Lai Lan naprawdę się śmiała. Nie wiem, ile trwała ta chwila, bo wpatrując się w jej piękne oczy straciłem poczucie czasu. Do rzeczywistości przywróciło mnie krótkie: „Do roboty, Mat”. Wielką przyjemność sprawiło mi słuchanie jej wietnamsko brzmiącego angielskiego. „Lai Lan, ja chciałem...” „Potem.
Teraz musimy stąd zmykać. Zadokujemy się i wejdziesz przez śluzę do mnie na pokład. Działa ci komputer pokładowy?” „Tak, Helios jest w porządku.” „Dzień dobry, jestem Helios” — grzecznie przywitał się komputer. — „Jest pani, pani kapitan Lai Lan Mani Hukaru, najlepszym pilotem na Drodze Mlecznej.” „Amant” — pomyślałem. „Dzień dobry, Helios” — nieoczekiwanie ciepło odparła Lai Lan. — „Dziękuję za komplement.” Dopiero potem zrozumiałem, jak bardzo poważnie traktuje wszystkie SI. „Dobra, Helios, bierzemy się za dokowanie” — rozkazałem nieco może nazbyt oschle, bo Lai Lan się roześmiała. Chyba po raz pierwszy w mojej obecności. Miała śmiech wesołej dziewczynki. Przedtem jeszcze odprawiliśmy trzy jednostki, które i tak przeze mnie miały opóźnienie.
Sławek chciał zostać, żeby, jak twierdził, zobaczyć moją minę, ale w końcu i on dał się przekonać, że mojemu życiu nie grozi już niebezpieczeństwo. Co do towaru już niestety takiej pewności nie było i poprosiłem Sławka, żeby na wszelki wypadek przygotował centralę na wieści o stracie liniowca z zaopatrzeniem wartym kilkadziesiąt milionów międzygwiezdnych kredytów. Oj, to was zaboli, chytre dupki. Połączyliśmy statki, po czym przez śluzę, w której wyrównana została grawitacja, wszedłem na pokład singuljańskiej jednostki. Ależ tu było czysto, świeżo i schludnie. Mój stary CHW wyglądał przy tym jak garaż rozwodnika siedzącego na kupie sprzętu do naprawy zabytkowych motocykli. Przeszedłem do sterówki. Drobnej sylwetki Lai Lan niemal nie było widać z głębi wielkiego lotniczego fotela. A jednak była tam, opanowana i trzymająca absolutną władzę nad międzygwiezdnym potworem. „Siadaj, Mat” — rzuciła zwięźle, nawet nie spoglądając w moją stronę.
Wpatrywała się w dane na setkach wskaźników. Jej błoniasta dłoń pewnie wystukiwała sekwencje kodów zabezpieczających śluzę, a następnie wyznaczających nową trajektorię lotu. Co jakiś czas pytała o coś w saolatek swój komputer pokładowy, który odpowiadał jej spokojnym, żeńskim głosem. Miał na imię Marika. „Może zapoznam go z Heliosem?” — pomyślałem rozbawiony. Usiadłem w fotelu obok Lai Lan, wciąż nie mogąc oderwać od niej wzroku. Była prawdziwym kosmicznym zwierzęciem, całkowicie zespolonym ze swoim statkiem. Na mnie, międzygwiezdnym pilocie, który pomimo wszystko lubił tę robotę, robiło to dodatkowe wrażenie. W kabinie pachniało delikatnymi perfumami i wodą morską. Zauważyłem też, że Lai Lan wprawdzie nawet na mnie nie spojrzała, ale kiedy wszedłem, jednym ruchem zrzuciła z głowy kaptur, rozsypując na ramiona czarno-zielone dredy.
Teraz już wiedziałem, co to znaczy i nie dałem się nabierać na tę obojętność. Była jak kot, do którego mówisz i wydaje ci się, że cię nie zauważa, bo siedzi wpatrzony gdzieś indziej, ale jednak mruży oczy i nie odchodzi. A kiedy pochylisz się, to usłyszysz, że cichutko mruczy z przyjemnością, wsłuchując się w twój głos. Potem za pomocą silników nuklearnych uciekliśmy z groźnego rejonu. Teraz wydawało się to takie łatwe. Kiedy zostajesz w kosmosie bez napędu, jesteś jak inwalida przykuty do łóżka. Niby istniejesz, ale zupełnie nie masz władzy nad swoim losem. Dlatego na jednostkach powinno być aż tyle napędów alternatywnych. Ja niestety z czterech podstawowych miałem tylko dwa, co było zupełną nonszalancją z mojej strony. Ale rutyna zabija ostrożność.
Dwadzieścia lat latałem bez żadnych problemów. Dopiero kiedy pas planetoid został daleko za nami, Lai Lan przekazała stery Marice. „No, teraz możemy spojrzeć na twój statek.” Odwróciła się z fotelem w moją stronę. Patrzyłem z bliska w te niesamowite oczy. „Najpierw jednak muszę ci podziękować” — zacząłem, ale zerwała się z fotela. „Idziemy” — rozkazała. Tajemniczy półuśmieszek wrócił na jej szmaragdową twarz i nim zdążyłem zaprotestować, energicznie tymi swoimi krokoskokami ruszyła w stronę śluzy. Po drodze zabrała kufer serwisowy. Weszliśmy do śluzy i złapałem uchwyt, przygotowując się na stan nieważkości. „Spokojnie, grawitację już przywróciłam.” „Jak?” „Marika znalazła usterkę.
Zwykły bezpiecznik. Trzeba było tylko przenieść system na inny, awaryjny.” „Jak to Marika znalazła? Przecież tam jest Helios.” „Poznałam ich ze sobą.” „Poznałaś?” — odebrało mi mowę. Wkroczyliśmy na CHW. Faktycznie grawitacja była przywrócona. Strasznie było mi wstyd, kiedy zobaczyłem te brudne ściany i walające się teraz po całej podłodze części mojego holotaba, holosmartfona, nieumyte kubki, talerze, łyżki, a nawet pozostałości niedojedzonej kanapki. Na szczęście Lai Lan nie skomentowała tego. Weszliśmy do maszynowni i od razu podpięła swój zestaw naprawczy do mojego Heliosa. Przy niej jakoś nie protestował, skubaniec. Chwilę przerzucała kolejne pliki i foldery.
„Kiedy po raz pierwszy miałeś te zakłócenia w funkcjonowaniu silników Alcubierre’go?” „Jakieś pół roku temu.” „Skąd leciałeś?” „Od was, z Singulian.” „Dokładna data?” „Zaraz.” Poszedłem po zwykły tablet służący mi za dziennik pokładowy. Przerzuciłem kilka plików. „27 czerwca według czasu ziemskiego.” Coś sprawdziła na swoim holosmartfonie. „Właśnie.” — pokiwała głową. — „Wkrętarkę, proszę.” „Po co wkrętarka?” „Dawaj, nie dyskutuj.” Kiedy przyniosłem pojemnik narzędziowy i podałem jej urządzenie, podeszła do ściany, za którą znajdowały się systemy elektroniczne silników Alcubierre’go. Podrzuciła w dłoni wkrętarkę niczym stary fachman na budowie i w błyskawicznym tempie odkręciła dwadzieścia wkrętów, na których trzymała się klapa obudowy. Potem odłożyła wkrętarkę do pojemnika. Ze swojego kufera wyjęła latarkę na ultrafiolet. Skierowała ją na podzespoły silnika. „Patrz.” Przysunąłem się i spojrzałem.
W ultrafioletowym świetle latarki zobaczyłem setki świecących punkcików pokrywających obudowę silników warpowych. „Co to jest?” „Nakeci.” „Nakeci?” Coś mi świtało. „To są te singuliańskie owady powodujące zakłócenia w funkcjonowaniu elektroniki?” „Tak, ale tylko w okresie godów, które przypadają u nas wczesną wiosną, w połowie miesiąca Koku, czyli mniej więcej waszego czerwca.” „A więc wszystko popsute?” „Nie, bo one nie psują, tylko zakłócają. I to tylko w momencie, kiedy obsiądą niezaizolowane kable. Dziwię się, że zrobiłeś jeszcze dwa kursy do Proximy Centauri. Miałeś farta.” „Masz jakiś patent?” „Zaraz przyniosę od siebie środek na nakeci. Spryskamy i za trzy godziny wszystko odpali.” „Naprawdę?” Nie odpowiedziała, tylko lustrowała kolejne segmenty silnika Alcubierre’go. „Muszę jeszcze odkręcić tamtą pokrywę” — stwierdziła i wróciła po wkrętarkę leżącą w pojemniku narzędziowym. Staliśmy w wąskim przejściu. Przecisnęła się obok mnie i wyraźnie poczułem, jakby mocniej i celowo przycisnęła swoje udo do mojego.
Ale trwało to na tyle krótko, że nie zdążyłem zareagować. Wracając z wkrętarką, zrobiła to samo. Miałem już dość tych gierek i ponownie, zamiast oddać wkrętarkę w moje ręce, zaczęła przeciskać się do pojemnika. Ale ja już byłem czujny. Chwyciłem delikatnie jej błoniastą dłoń i przyciągnąłem do siebie. Byłem przygotowany, że się wścieknie albo w najlepszym wypadku ironicznie mnie wyśmieje, ale na to, co się wydarzyło, przygotowany nie byłem. Wkrętarka wypadła z ręki Lai Lan, a ona po prostu rzuciła się na mnie. Wpiła swoje usta w moje. Poczułem ruchliwy język niemal w swoim gardle. Błoniaste dłonie w szale namiętności chwyciły mnie za włosy, ale ja także dałem upust nagromadzonemu pożądaniu.
Zrywaliśmy z siebie kombinezony, całowaliśmy się po twarzach, włosach i szyjach. A potem po całych ciałach, wszędzie. Chłonąłem ją i przeżywałem. I cudownie było mieć pewność, że ona czuje to także. Potem tarzaliśmy się pomiędzy wkrętarką, kubkami i talerzami. Było nam wszystko jedno. Czułem tylko zapach singuliańskich oceanów i tonąłem w tych przepastnych jak kosmos oczach. W tym miejscu jednak przerwę. Nie będę opisywał szczegółów mojego seksu z Lai Lan. Za bardzo ją kocham, żeby zwierzać się tu z wszystkim.
Mam nadzieję, że zrozumiecie. Technicznie seks z Singu możecie obejrzeć sobie na holopornportalu. Powiem tylko, że z tymi dziurkami to prawda. Ale właśnie to jest wspaniałe. Nie wierzycie? Jedźcie na Singulian i spróbujcie kiedyś sami. „Teraz będę mógł wpisać na Intergalacticonie, że mam trzy partnerki” — zażartowałem, kiedy odpoczywaliśmy z Lai Lan w jej obszernym łóżku. Gdy minęło pierwsze uniesienie, górę wzięło poczucie estetyki i Lai Lan stwierdziła, że jednak lepiej będzie nam u niej. Ze zdziwieniem zobaczyłem, że zamiast ciasnej, klaustrofobicznej koi charakterystycznej dla wszystkich statków, ma spore i bardzo przyjemnie wyglądające łoże. Potem okazało się, że ze względu na brak czasu często brała ze sobą w krótkie kursy recce Lee, swojego singuliańskiego partnera.
Widocznie w Inlantaraq inaczej podchodzono do kwestii dzikich pasażerów aniżeli w bardzo zasadniczym teoretycznie, jak to u nas Ziemian, Space Expedition. „Warunkowo” — odparła. „Dlaczego?” Gładziłem delikatnie aksamitną błonę pomiędzy jej długimi palcami. „Nie kochasz mnie?” „A ty znowu mówisz o miłości, myśląc o seksie.” „A ty znowu mnie ranisz.” Spojrzała czarnym wzrokiem w moje oczy. Z tak bliska miałem wrażenie, że porwany jestem w czarną dziurę daleko poza horyzont zdarzeń. „Nie chciałam cię zranić” — odparła z nieoczekiwaną delikatnością. — „Nigdy.” „Ja naprawdę cię kocham” — powiedziałem. „Wiem.” „Ale?” „Musisz przejść rytuał.” „Rytuał?” „Próbę zaufania Singu.” „Jak to wygląda?” „Zanurkujesz ze mną do Gariushui.” „Tej wyroczni?” „Tak. Zanurkujesz ze mną i zostaniesz do momentu, aż zabraknie ci tchu.” „Ile to metrów?” „Dwadzieścia.” „Dam radę.” „Nie słuchasz mnie. Zostaniesz do momentu, dopóki nie zabraknie ci tchu.
Całkiem. Jedyną istotą, która będzie mogła ci pomóc, będę ja.” „Jak?” „Dam ci oddech.” „Po tym, co zrobiłaś teraz, zaufać ci to pestka.” „Ale musisz to zrobić. Inaczej będą na mnie krzywo patrzeć na Singulian. Tylko obcy, który przejdzie rytuał, może na stałe związać się z Singu.” „A seks wakacje?” „No mówiłam, że mylisz seks z miłością.” — Roześmiała się tym swoim dziewczęcym śmiechem. Pomyślałem o pięknych podwodnych miastach Singulianu, wyszukanej i delikatnej architekturze przypominającej ornamentykę ziemskich mistrzów baroku. Mnóstwo wzorów roślinnych i zwierzęcych, śmiałe kopuły i kolumnady, obszerne dziedzińce i długie, niekończące się schody. Wszystko to niczym gigantyczna bańka otoczona przejrzystym kokonem kopuł. Nie widziałem ich wiele. Tylko raz, jeszcze będąc w Akademii Astronautów NASA, zapisałem się na tygodniową wycieczkę na Singulian. Potem widywałem tylko naziemne kosmodromy i strefy turystyczne Tseung-ang, stolicy Singulianu, siedziby Międzyplanetarnego Trybunału Sprawiedliwości i jednego z największych miast MW.
„Zrobię wszystko, czego zażądasz, mój singuliański kapitanie.” „I to jest właściwa odpowiedź Brzozowski.” — Ze śmiechem przetoczyła się na mnie. Od tamtego czasu rozpocząłem już poważniejsze życie poliamorysty. Powiedzmy od razu, że wbrew pozorom życie niełatwe, skomplikowane zarówno emocjonalnie, jak i organizacyjnie, dużo bardziej od życia w związku monogamicznym. Ale ja już nie zamieniłbym go na monogamiczną udrękę. Zaczynałem czuć się szczęśliwym jak nigdy. Zmagałem się z zazdrością o partnerów moich partnerek, co jest chyba największym wyzwaniem stawianym mężczyźnie przez związek otwarty. Dostosowywałem swoje loty do spotkań. Tutaj dużym ułatwieniem był fakt, że pracowaliśmy ze Sławkiem w jednej firmie, a spotkania z dziewczynami kończyłem z grafikiem w ręku, omawiając terminy kolejnych spotkań, co z kolei z powodu ich pracy i innych partnerów często było i zabawne, i irytujące. I byłoby idealnie, gdyby nie jeden dysonans, który wkradł się w te emocje i powodował rozterkę. Nie do końca jasny był mój stosunek do Iriquaneny i Iriquaneny do mnie.
Nie mogłem zdecydować, czy to, co do niej czuję, jest uczuciem wyższym, czy zaledwie seksualną fascynacją. Owszem, są osoby, szczególnie ludzie, chociaż do pewnego momentu dałbym sobie rękę odciąć, że prym wiodą tu właśnie Yelanci, które mylą chwilową fascynację lub zwykłe pożądanie z miłością albo nawet z premedytacją wchodzą w związki tylko dla seksu. Moim zdaniem jest to zdrada prawdziwych ideałów poliamorii. Bo przecież poli znaczy wielu, ale amor to miłość. Jestem w tym względzie, można przekornie rzec, purytańskim poliamorystą. Uważam, że skoro szczerość, to do końca. Sławek i przede wszystkim Natasza byli wspaniałymi przewodnikami po poliamorii. Dlatego męczyła mnie sprawa Iriquaneny. Na ile jest to uczucie i czy w ogóle? Dodatkowo przekonany byłem, że to Iriquanena właśnie podchodzi do związku ze mną bardzo instrumentalnie i nie darzy mnie afektem innym jak seksualna fanaberia.
Zaczynaliśmy każde spotkanie od odlotu. Dopiero potem rozmawialiśmy. Co do Nataszy i Lai Lan takich wątpliwości nie odczuwałem. Musiałem jednak otrzymać jeszcze jedną naukę. Zgodnie z zapowiedziami Lai Lan silniki Alcubierre’go odpaliły już kilka godzin po spryskaniu ich singuliańskim środkiem dezynfekcyjnym o nazwie Dakarai Naketsi. Dakarai to psaolatek zabójca. Jak widać, w całym wszechświecie copywriterzy bywają mało kreatywni. Przybyliśmy na Ziemię z dużym opóźnieniem. Szczególnie niezadowoleni mogli być zwierzchnicy Lai Lan, gdyż Singu strasznie są pod tym względem wyczuleni. Na szczęście nasi złodzieje ze Space Spedition byli tak szczęśliwi, że przywiozłem statek i towar.
Wcześniej Sławek przygotował ich na najgorsze, że nie tylko nie robili mi żadnych nieprzyjemności, ale skontaktowali się z Inlantarax Soûx Soûr i wystosowali oficjalne podziękowania. Wyemitowały to potem telewizje na dwudziestu głównych planetach MW, a my z Lai Lan byliśmy zapraszani do kilku programów. Stanowiło to dobry pretekst, żeby pobyć razem. Dodatkowo na wniosek Ulcanena Dox z Yeland, Tuum Bu z Paramy i Sławomira Kętrzyńskiego z Ziemi, międzygwiezdny Komitet Nowych Nazw i Określeń przegłosował, że pas planetoid wokół Aldebarana B będzie nosił nazwę Hukaru od nazwiska Lai Lan. Wymierną korzyścią z tego całego medialnego zamieszania było to, że dostałem nowy statek. Stary CHW opuszczałem bez sentymentu. Kazałem tylko wymontować Heliosa, uwspółcześnić i podłączyć do nowych systemów. Enterprise XL Super Warp 7 był już naprawdę świetną i bezpieczną maszyną, zaopatrzoną w pięć alternatywnych systemów napędowych. Musiałem zaliczyć dwutygodniowy kurs w symulatorze. Kurs odbywał się na Marsie, więc oczywiście zakwaterowany byłem u Nataszy.
Dwa pierwsze loty nowym E-warpem, jak w skrócie piloci nazywają ten model, wykonałem na Yeland, gdzie za każdym razem spotykałem się z Iriquaneną. Miałem tylko jednodniowe przerwy, a więc w sam raz, żeby zbytnio nie stracić sił przed powrotem. Spotykaliśmy się zazwyczaj w pokojach gościnnych strefy spedycyjnej. Apartamenty te posiadały wielkie, przepierzone tarasy, które poza widokowymi miały także inne cele, co dopiero teraz, kiedy poznałem już nieco życie erotyczne Yelantów, pojmowałem. Dzięki Iriquanenie miałem też okazję, żeby wreszcie lepiej przyjrzeć się tej niezwykłej planecie. Nazwa Świata Aniołów wywodzi się od zlepka dwóch słów w elan: yel — góry i eland — planeta, i najzwięźlej, jak to jest możliwe, oddaje jej charakter. Pewnego dnia, wciąż kierowany nieufnością i jakąś dziwną przekorą, postanowiłem sprawdzić, czy Iriquanena rzeczywiście jest wykładowcą akademickim i taksówką pojechałem na uniwersytet na Nałatalaj. Potem, zastanawiając się nad moim działaniem, doszedłem do wniosku, że wynikało z braku zaufania. Nie mogłem uwierzyć, że coś do mnie czuje, a to w moim pokaleczonym systemie wartości dawało mi prawo do jej sprawdzania, a nawet do złośliwości. Wtedy też uświadomiłem sobie, że nawet nie wiem, jak się nazywa.
„Ale o którą Iriquanenę chodzi?” — dopytywała się grzecznie biała jak śnieg skrzydlata recepcjonistka. „Nie wiem. Jest doktorantką naastrofilozofii.” „Ach tak, to pani Iriquanena Alekheën.” „Chyba tak” — mruknąłem zakłopotany. „Matt” — usłyszałem z tyłu. Odwróciłem się i zobaczyłem Iriquanenę na czele grupy międzygalaktycznych studentów. „Stęskniłem się” — skłamałem. Patrzyła na mnie z zalotnym uśmiechem. Tak to wtedy odbierałem. Nie mogłem wiedzieć, że ona wie. Niczego mądrego o niej nie wiedziałem.
„Kończę zajęcia” — powiedziała. „Już dawno chciałam zaproponować ci wycieczkę po Yeland. Skoro już sam się tu pofatygowałeś, może zrealizujemy to dzisiaj?” To było coś nowego. „Znakomicie.” „Poczekaj, oddam studentów następnemu wykładowcy i wracam.” Kiedy wróciła, wsadziła mnie do uczelnianej gondoli. Tak nazywają tamtejsze pojazdy dla wszystkich przybyszów z innych planet nieposiadających własnego środka transportu w postaci skrzydeł i kazała lecieć za sobą. Chociaż wielokrotnie lądując transportami, a potem siedząc w hotelu strefy spedycyjnej, widziałem ten niesamowity pejzaż. Dopiero opuściwszy akademickie Nałatalaj mogłem w pełni docenić jego piękno. Jednocześnie prowadzony przez świetnego przewodnika, jakim okazała się Iriquanena, miałem okazję bliżej przyjrzeć się życiu codziennemu aniołów. Wysokie na 15 000 metrów góry ciągnęły się aż po horyzont. Ich końca próżno szukałby ktoś, kto po raz pierwszy znalazłby się na Yeland.
Góry były tutaj wszędzie. Wystrzeliwały w niebo, piętrzyły garbami masywnych grani. Zmieniały się tylko nazwy pasm: Nataleen, Tutoeen, Ingingu, Roanalen, Hattanen-Iri, Tur Elhanen iri i wiele innych, których nazw uczyłem się kiedyś w szkole na lekcjach astrogeografii, ale dawno zapomniałem. Nawet najlepsi astrografowie nie pamiętali tysięcy gór Drogi Mlecznej, chyba że mieli wszczepiony implant. Pasma górskie otaczały monumentalnym kręgiem, jakby planetarnym Stonehenge, jeden niewielki, za to głęboki i czysty ocean Yelmer. Najeżone niczym szpikulce włóczni szczyty błyskały w blasku Chamukui Theta dwa Tauri śnieżnymi czapami. Czasem promienie gwiazdy rozgrzewały śnieg, który zsuwał się z cichym sykiem lawiny. Dopiero huk docierający do uszu obserwatora po bardzo długiej chwili świadczył o sile, z jaką śnieżny pocisk uderzał o ziemię, niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Skały uciekały nagłymi obrywami gdzieś w otchłań, której końca nie było widać. Zamiast dna przepaści ścieliły się kobierce chmur wspinające się i liżące nabrzmiały granit lubieżną mokrością, a pod nimi w dole kolejne tysiące metrów opadające w pokryte dzikim, pachnącym igliwiem sosen, modrzewi i świerków doliny.
Wartkie strumienie powstałe z ukrytych gdzieś w głębi skalnych załomów źródlisk żywo toczyły przejrzyste wody i łączyły się ze sobą, tworząc coraz większe rzeki. Na koniec wielkimi, ale zarazem wartkimi nurtami mknęły rozległymi dolinami ku Yelmer. Z wielkim impetem wciskały się w jego głębiny, tworząc długie na wiele kilometrów delty. Był to raj dla narciarzy kochających długie, szaleńcze zjazdy i wędkarzy muchowych łowiących wielkie ishien — yelandzkie pstrągi o pięknej tęczowo-marmurkowej barwie. Pod te dwie grupy ustawiona była turystyczna infrastruktura poza wielkimi miastami. Malowniczo wyglądające ośrodki z wielkim wyczuciem wtopione w naturę. Wykute w skałach hotele, kawiarnie i restauracje. To właśnie z tą planetą łączyło się jedno z niewielu moich dobrych wspomnień dzieciństwa. Pierwsza międzygwiezdna podróż, kiedy tata zabrał nas z siostrą na ryby na Yeland. To było jego wielkie marzenie.
Odkładał na tę wyprawę pół życia, ponieważ w tamtych czasach podróżowanie między układami wciąż było drogie. Wtedy też zmusił nas do uczenia się elan, przez co potem tak łatwo dałem się oczarować Sylwii. Teraz, lecąc obok unoszącej się na rozpostartych skrzydłach Iriquaneny, wspomnienia odżyły. Ale wspomnienia dobre. Takie, które chcesz zostawić na zawsze. Zabawa na kamienistych plażach rzeki Kilhillien, chłód jej bystrej wody i łagodne ciepło Chamukui. Baseny z otoczaków, radosne pluskania z siostrą i tata w oddali, skupiony na dalekich rzutach. Po raz pierwszy i jak się miało okazać jedyny od śmierci mamy naprawdę szczęśliwy. Od tamtego czasu powstały dziesiątki ośrodków. Niewielkie niegdyś mieściny aniołów ulokowane na stromych, przepaścistych zboczach teraz rozrosły się do rozmiarów miast.
Nadal jednak zachowywały niepowtarzalność i klimat. Cała komunikacja toczyła się ponad dolinami. Nie było dróg ani żadnych pojazdów naziemnych. Yelanci po prostu latali, a ich goście korzystali z gondoli zaopatrzonych w ciche elektryczne silniki. Wszystkie domy i instytucje miały niewielkie lądowiska, restauracje i hotele, szerokie parkingi wykute głęboko w skałach. Nagle zauważyłem w głębokiej dolinie zbiegowisko. Kilkadziesiąt turystycznych gondoli na przemian z yelandzkimi przewodnikami wisiało ponad wielką kwietną łąką, a spomiędzy tego tłumu raz za razem wystrzeliwały w górę smukłe sylwetki pięknych yelandów. Był to rodzaj skoków polegających na jak najwyższym wybiciu się za pomocą jednego tylko ruchu skrzydeł. Podlecieliśmy i przez chwilę podziwialiśmy popisy rosłych neen — mężczyzn. Kojarzyły mi się z rytuałem Masajów, tyle że tutaj wysokość była nieprawdopodobna.
Potrafili jednym odepchnięciem się ogromnych błoniastych skrzydeł wystartować z miejsca na pięćdziesiąt metrów. Po każdym skoku zrywały się oklaski i krzyki uznania. „To tradycyjne zawody tej?” — zagadywałem. „Widziałeś wcześniej?” — zdziwiła się Iriquanena, bo była jedną z moich partnerek, której jeszcze nie opowiadałem o swoim dzieciństwie. „Kiedyś z tatą i siostrą, ale to było tak dawno, że mam wrażenie, jakby w ogóle się nie wydarzyło. Nie wiem natomiast, czy tej to rytuał, czy tylko zawody”. „Teraz zawody, ale obowiązkowe w każdej szkole, od podstawówki do studiów. Kiedyś był to także religijny rytuał”. „Czy tylko neen w nim uczestniczą?” „Ależ skąd!” — obruszyła się na samą myśl, że hatanen mogłyby nie robić czegoś, co robią neen. „Wszyscy skaczą, ale dla turystów robią to zazwyczaj neen, bo potrafią zrobić to wyżej i efektowniej”.
„A ty dobra w tym byłaś?” „Jedną z najlepszych wśród hatanen w moim wieku” — uśmiechała się bez wstydu. „Prawie tak dobra jak neen”. „Przechwalasz się”. „Może trochę” — roześmiała się tym swoim szczerym, rozjaśniającym śliczną elfią twarz śmiechem. Lekki wiatr tego dnia wcisnął mi w nos zapach igliwia i żywicy niosący się od chłodnych dolin. Odetchnąłem głęboko. „Podoba ci się na Yeland?” — zapytała. „Bardzo” — uśmiechnąłem się. To był pierwszy moment, w którym poczułem się przy niej wreszcie tak, jak chciałem się czuć. Niestety, zaraz potem spotkaliśmy Erisa, jednego z przystojnych yelandzkich partnerów Iriquaneny.
Musiałem coś udawać i już sam ten fakt mnie zdenerwował. Znów poczułem się dodatkiem. Czar prysł. Trzeci lot iwarpem, chociaż znów przez Yeland, wiódł mnie dalej, aż na Canpick. Jak pewnie wiecie z lekcji astrografii, jest to planeta także znajdująca się w Hiadach, w ogromnym podwójnym układzie czerwonych karłów Iota Tauri, ale mniejsza od Yeland i Singulian, które krążą wokół sąsiednich gwiazd i niestety nie ciesząca się dobrą sławą. Przez dwa ostatnie wieki stała się siedliskiem wszelkich szumowin, które umknęły przed wymiarem sprawiedliwości, zarówno tym wewnętrznym na swoich światach, jak i tym reprezentowanym przez Międzyplanetarny Trybunał Sprawiedliwości z siedzibą w Zung Ang na Singulian. To prawdziwe kosmiczne dzikie pola, gdzie łatwiej się zgubić niż znaleźć. Są jednak tacy, którzy inwestują w ten niepewny rynek, licząc, że zyski zrekompensują straty. Nasza firma spedycyjna dostała zlecenie od jakiejś yelandzkiej firmy o nazwie Jutnana Solene, co w tłumaczeniu znaczy po prostu Droga Mleczna. Ale wbrew nazwie wcale nie urządzenia astronomiczne, ani tym bardziej mleko czy też inny nabiał były przedmiotem transportu, ale alkohol w ogromnych ilościach.
Część towaru zabrałem z Ziemi, drugą załadować miałem na Yeland. Na pokład wziąłem Nataszę, którą zawieźć miałem Iriquanenie, a dzięki temu mogłem spędzić z nią dwa tygodnie lotu. Nie do końca legalnym było branie pasażerów na łebka, ale wszyscy piloci tak robili i nasza firma przymykała na ten proceder oko, traktując to jako część pakietu pracowniczego. Zawsze, ilekroć ktoś wszczynał awanturę o inne należące się nam przywileje lub nierozliczone kosmogodziny, w księgowości natychmiast wyciągano loty z dodatkowymi pasażerami i w ten sposób kneblowano malkontentowi usta. Dlatego wielu pilotów regularnie brało pasażerów za pieniądze. Ja tak nie robiłem, ponieważ ceniłem sobie chwile spokoju i samotności. Spędziłem z Nataszą dwa wspaniałe tygodnie w kosmosie. Do tej pory kosmos kojarzył mi się z Lailan, z którą kilkukrotnie spotkaliśmy się w ten sposób, że lecąc w dwa przeciwne kierunki, wyznaczaliśmy trajektorię lotów tak, żeby zetknąć się w pewnym punkcie przestrzeni. Potem nasze statki spięte ze sobą śluzami zawisały na kilka godzin, a my kochaliśmy się. A potem, wpatrzeni w kosmos i trzymając się za ręce, rozmawialiśmy.
Piękne to były chwile z Lailan, a teraz mogłem podobne przeżywać z Nataszą. Cóż, jednak naprawdę uwielbiam tę zimną, groźną, ale zarazem nieprawdopodobnie piękną przestrzeń usłaną mgławicami, obłokami, białym światłem gwiazd. Takie poczucie romantyzmu międzygwiezdnego kuriera. „Długo jesteś poliamorystką?” — zapytałem, kiedy leżeliśmy przytuleni na mojej ciasnej koi. Pytałem w Space Expedition, czy nie mógłbym zmienić łóżka, ale oczywiście otrzymałem odpowiedź odmowną. Nie, bo nie i tyle. „To przytyk do wieku?” Roześmiałem się. Kobiety. „No to skąd to nagłe objawienie?” „Refleksja bardziej.” „Że?” „Niełatwo jest trafić udany związek poli.” „Owszem” — przytaknęła. „Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie masz cholerne szczęście, że od razu ci się udało.
Ostatnio rozmawialiśmy o tym ze Sławkiem. Stwierdziliśmy, że jesteś wielkim farciarzem.” „To naprawdę takie trudne?” „Zawsze coś jest nie tak. Albo trafiasz na partnerów, których nie kochasz, albo oni nie kochają ciebie. Uprawiasz seks i wmawiasz sobie, że to jest jakiś szczęśliwy związek. Prawda wychodzi na jaw, kiedy nagle potrzebujesz w życiu pomocy albo kiedy zastajesz swojego partnera z kimś, o kim nie miałeś zupełnie pojęcia. Po Ani i Łukaszu wciąż tak miałam. Moi partnerzy i partnerki nigdy nie byli równoważni, równo kochani i równo kochający. A to już nie jest poliamoria doskonała, prawda?” „Jesteś zazdrosna?” „Każdy jest zazdrosny. Pytanie tylko o co? Poliamoria polega na szczerości.
To fundament. Właśnie po to, żeby partner mógł oswoić się z myślą o tym innym, ale bardzo konkretnym partnerze. Mentalnie się z nim zaprzyjaźnił, wiedząc, że dla ciebie jest tak samo ważny. To także kwestia ogromnego szacunku dla twojej wolności i wyjątkowości.” „Rozumiem.” „Myślę, że jeszcze nie do końca rozumiesz.” Pocałowała mnie. „Ale zrozumiesz.” „Co masz na myśli?” „Mam kolejną niespodziankę.” „Oczywiście nie powiesz.” „Oczywiście.” „Wiesz, jaka jest kara?” „Zniosę ją dzielnie.” „Odraczam wyrok, bo jestem zmęczony.” „Jaka szkoda.” Przekomarzaliśmy się, ale ja myślałem o słowach Nataszy, o szczerości i o Iriquanenie. Pod koniec lotu Natasza poruszyła jeszcze jeden temat. „Myślałeś o dzieciach?” Zatkało mnie. „Kiedyś tak. A dlaczego pytasz?” — odparłem ostrożnym pytaniem. „Iriquanena poruszyła ten temat, a ja...” Zawahała się.
„Co ty?” „A ja uświadomiłam sobie, że też chciałabym mieć dziecko.” Milczałem, bo nie wiedziałem, co odpowiedzieć. „Dlaczego nic nie mówisz?” „Tutaj zaczynają się schody” — stwierdziłem. „No raczej” — potwierdziła. „Dzieci niestety możemy mieć tylko z przedstawicielami swoich gatunków.” Na razie. Podobno genetycy już są blisko, ale tylko w relacji człowiek z Singu. Być może uda ci się kiedyś z tą twoją Lailan. Jednak jesteś zazdrosna. „Przepraszam” — zreflektowała się. — „Ale ty też nie mówisz tego, co bym chciała”. Ale ja jeszcze niczego nie powiedziałem.
„No to powiedz, bo tracę cierpliwość”. Nati. — przytuliłem ją mocno. — Przecież wiesz, że z tobą chciałbym mieć całe przedszkole. „No myślę”. A Sławek? „Ze Sławkiem też chcę mieć. Będę miała dwójkę z każdym z was”. A Sławek jedno, bo z Artemis raczej mu nie wyjdzie. No, chyba że im zrobią w NUC.
Parsknęła śmiechem. „Nie bądź złośliwy. Tym bardziej że jeżeli te optymistyczne zapowiedzi genetyków okażą się ściemą, ty także będziesz miał jedno, egzofilku”. Chyba jednak muszę cię ukarać. „A Łukasz, proszę, zasłużyłam” — śmiała się. Na razie nie powracaliśmy do tematu dzieci, ale myśl została zasiana. Wylądowaliśmy w Nalatalina Jelant zgodnie z planem. Iriquanena czekała na nas w towarzystwie rosłego, białego jak śnieg Jelanta, którego przedstawiła jako Erwin. W ten sposób poznałem kolejnego z jelanckich partnerów Iriquaneny. Czułem się mizernie przy wysokim, ponad dwumetrowym, skrzydlatym Neien z rękami harpii dwa razy grubszymi od rąk Iriquaneny.
Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że stanowię dla Iriquaneny tylko egzotyczny dodatek do jej bujnego życia erotycznego prowadzonego z atrakcyjnymi przedstawicielami własnego gatunku. Poszliśmy na wspólny obiad, a tam okazało się, że czeka mnie kolejna niespodzianka. W pierwszej restauracji niedaleko kosmodromu spotkaliśmy Lailan. Nie była niestety sama, ale spędzała urlop z Reki Lee, swoim partnerem z Singu. On na szczęście nie prezentował się ani tak pięknie, ani okazale jak Erwin. Wedle kanonów ziemskich był raczej brzydki, nieco tylko wyższy od Lailan, ale niższy ode mnie. Mimo wszystko z zazdrością obserwowałem, jak Lailan patrzy na niego czule, śmieje się i całuje co chwilę, ale i w stosunku do mnie zachowała się dobrze. Poderwała się od stołu i z okrzykiem radości wpadła mi w objęcia, długo całując. Singu nie okazał emocji. Patrzył na tę scenę beznamiętnie.
Uścisnęliśmy sobie dłonie. Kolejną niespodzianką z całego szeregu przygotowanych przez Nataszę i Iriquanenę było nagłe pojawienie się Sławka z pięknie odnowioną Artemis. Obserwowałem, jak Natasza zupełnie swobodnie wita się z androidką, jakby były starymi kumpelkami. Lailan natomiast zdawała się być zafascynowana mechaniczną pięknością i zauważyłem nawet u niej pewne symptomy kokietowania. Na przemian spinała i rozpuszczała dredy. Z miny Reki Lee wywnioskowałem, że on także to dostrzega. Czyżby szykowało się rozszerzenie związku Lailan? Nie wiedziałem, jak mam się do tego ustosunkować. Na bardzo spontaniczne prośby Iriquaneny dostawiliśmy stoły i razem siedliśmy do obiadu. Rolę gospodyni przejęła Iriquanena, która zamówiła mnóstwo potraw.
Dla będącej weganką Nataszy kotlet z ziemskiej soczewicy i sałatki z Oel, jelanckiej kapusty, dla Lailan i Reki Lee smażone ishien, czyli rodzaj jelanckich pstrągów. Jak wiadomo, z Singu ryby mogą jeść zawsze, wszędzie i w każdej ilości oraz dla mnie, Sławka, Erwina i siebie pieczenie stalen, ptaków z rodziny kurowatych, stanowiących główny cel polowań jelanckich myśliwych. Artemis tradycyjnie pozostała przy coca-coli. Początkowo było sztywno. My, faceci, łypaliśmy na siebie, chyba instynktownie się porównując. A ja gdzieś tam wewnątrz siebie poczułem znów to niechciane. I może byłby to moment, w którym cofnąłbym się kilka kroków, gdyby w pewnym momencie Natasza nie pochyliła się do mnie i szepnęła: „Matt, popatrz na to inaczej. Jesteśmy tu razem wszyscy, którzy się kochają. Czyż to nie wspaniałe? Chłoń prawdziwą poliamorię.
Oto ona”. Nauczyłem się słuchać Nataszy w tych sprawach. Ma jakieś nieprawdopodobne wyczucie moich emocji i potrafi zadziałać prewencyjnie. Bez przesady mogę ją nazwać moim osobistym psychologiem. Przełamałem się. Zagadnąłem do Reki Lee. On natychmiast podjął konwersację, jakby tylko na to czekał. Po chwili już rozmawialiśmy jak starzy znajomi, a po kolejnej zawołaliśmy do siebie Erwina, stwierdzając ze śmiechem, że chcemy wypić w męskim gronie za zdrowie pań. Sławek ochoczo dosiadł się do nas, tym bardziej że Lailan nie odstępowała Artemis. Androidka oczywiście posługiwała się płynnym solatek.
Po godzinie wiedziałem już wszystko o jedynym poza mną partnerze Lailan i jednym z trzech Iriquaneny. Reki Lee pozytywnie mnie zaskoczył. Okazał się właścicielem sporego przedsiębiorstwa rybackiego. Zatrudniał tysiąc osób, w tym dwustu pracowników kontraktowych z Ziemi, a pływało dla niego aż sto pięćdziesiąt kutrów. Nie zdziwiło mnie więc, że materialnie radził sobie znakomicie, ponieważ ryby i owoce morza były główną gałęzią handlu Singulianu. Poza firmą, której jako szef poświęcać musiał dużo czasu, jego hobby były małe międzyplanetarne ścigacze. Należał do klubów miłośników warpu. To w klubie poznał Lai Lan. Zrobiła na nim wrażenie jej fachowość w dziedzinie kosmicznych maszyn i podróży. Rozumiałem go doskonale.
Właśnie takim pięknym na Hirohinaki ścigaczem warpowym dalekiego zasięgu przylecieli na wakacje na Jeland. Teraz też jasnym dla mnie stało się, skąd Lai Lan posiadała bajońsko drogi tester do Kai 777. Rekki Lee miał jeszcze dwie inne partnerki, jedną z Singu i jedną Ziemiankę zatrudnioną u niego na stanowisku menedżerskim. Wiem, ja też się nad tym do dziś zastanawiam. Ze zdumieniem usłyszałem, że Lai Lan poprosiła go o zgodę na związek ze mną już po rozmowie na kosmodromie w Tsung Ang. Obserwowała mnie prawie pół roku! „Wiesz Matt” po kilku głębszych język Rekki Lee całkiem się rozwiązał. „Powiem szczerze, że może Lai Lan nie jest najładniejsza, ale na pewno jest najlepszym pilotem w galaktyce. I za to ją kocham”. Nie jest najładniejsza?
Chłopie, o czym ty gadasz? Jest najpiękniejszą istotą, jaką poznałem. Chciałem wykrzyczeć mu w żabią gębę, ale na szczęście nie wypiłem jeszcze tyle, żeby podejmować wiodące donikąd dyskusje o guście. Utwierdziło mnie to natomiast w poprzednich spostrzeżeniach, że kanon kobiecego piękna Singu znacznie odbiega od naszego. To może i dobrze. Brzydkie ziemskie i marsjańskie dziewczyny powinny być zachwycone. Ja wiem, nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina i tak dalej. Erwin natomiast był kolegą z uczelni Iriquaneny. Wykładał kosmiczną historię, a więc świetnie orientował się w przeszłości Ziemi, Marsa i Singulian. Opowiadał bardzo ciekawie.
Dowiedziałem się sporo rzeczy o Jelantach i Singu, o których nie miałem pojęcia. Niestety, w związku z tym, że posiadał sześć partnerek, nie był w stanie mieć żadnego hobby. Nie miał na to czasu. Zresztą, czego głośno nie powiedział, seks to chyba największe hobby Jelantów. Wśród partnerek Erwina poza Jelantkami znalazła się Marsjanka i alienka. Wprawdzie widywałem już na Paramie dziwniejsze pary, ale jednak ta wiadomość mnie zaintrygowała. Niby alieni są rasą inteligentną, prowadzącą pokojowy tryb współżycia z innymi. Niby Gani jest w Lidze Planet Galaktyki, niby handlują, ale wciąż są po prostu alienami. Najbardziej morderczymi, inteligentnymi z MW. Zagadnąłem o to, ale Erwin uśmiechnął się.
„Może i one są mordercze, ale kiedy z nimi odlatuję, są potulne jak owieczki”. Jednym słowem stwierdził, że babę trzeba dobrze wychędożyć, inaczej zamieni się w potwora. Cóż, prawda znana w całym wszechświecie. „A ty co się tam przechwalasz?” — ze śmiechem krzyknęła do niego Iriquanena. Dziewczyny były w coraz lepszych humorach, lekko już upojone młodym jelandzkim winem. Patrzyłem na nie z przyjemnością. Trzy moje dziewczyny. Niezależnie od tego, że innych także. Ale moje. Nie dlatego, że je zmusiłem do takiego związku, jak do tej pory robią niektóre religijne zjeby.
Nie, nie dlatego. To one mnie wybrały, godząc się na pozostałe. I wtedy na całą sytuację spojrzałem inaczej. Byliśmy społecznością. Uśmiechnąłem się. Natasza, która obserwowała mnie z drugiego krańca stołu, pokiwała głową. Wystawiła kciuk. „Tak trzymać, Matt!” Leciałem w stronę Kan Peak obładowany ziemskim i jelandzkim alkoholem. Przedstawiciele firmy Junta na Solene, zaniedbany Jeland i ulizany Ziemianin nie zrobili na mnie dobrego wrażenia. Przede wszystkim nie pozwolili mi spojrzeć na zawartość kontenerów, tłumacząc się, że zostały już zaplombowane i ponowne otwieranie ich stanowiłoby jakiś strasznie wielki logistyczny problem.
Kurierom często zdarzają się sytuacje, kiedy nadgorliwi pracownicy firm plombują towar, mając w dupie międzyplanetarne przepisy, w myśl których pilot powinien potwierdzić, że to, co wiezie, jest tym samym, co widnieje na listach przewozowych. Nie przykładałbym więc do tego wagi, gdyby nie Iriquanena i Erwin, którzy poprzedniego dnia zasiali we mnie ziarno niepokoju. W pewnym momencie naszego spotkania w restauracji odwróciłem swój kieliszek. „Wystarczy”. „Dlaczego Matt?” — nie rozumiał dobrze już wstawiony Rekki Lee. — „Nie chcesz ze mną pić? Nie szanujesz mnie?” Jak widać, teksty przy biesiadnych stołach także są międzygatunkowe. „Matt jutro leci dalej” — wyjaśniła Natasza. „Gdzie?” — zainteresowała się Iriquanena. „Na Kan Peak” — odparłem.
— „Mam partię alkoholu z Ziemi i towar od jakiejś firmy zarejestrowanej tutaj na Jeland. Zaraz, jak ona się nazywa? Junta Sola czy coś takiego?” „Jutnana Solene?” „O, właśnie! Jutnana Solene.” Erwin i Iriquanena spojrzeli po sobie. „O co chodzi?” — zapytałem. „Jutnana Solene to podejrzana firma. U nas mówi się, że to słup mafii z Kan Peak. A wiesz, co wieziesz?” „Jeszcze nie, ale sprawdzę w kosmodromie. Mam do tego prawo.” „Uważaj Matt, to niebezpieczni osobnicy.” „Okej, nie martwcie się, nie takie imprezy się kładło.” Dowcipem starałem się dodać sobie animuszu, ale ziarno niepokoju zostało zasiane. Dlatego kiedy zażądałem otworzenia choćby jednego kontenera dostarczonego przez Jutnana Solenę, wszczęła się spora awantura na kosmodromie.
Nawet dyspozytor marudził, żebym dał sobie spokój. W końcu ulegli i rozplombowali ostatnią skrzynię. Rzuciłem okiem. Wszystko wydawało się być w porządku. Rzędy skrzyń, z których połyskiwały butelki jelanskiego wina. „Zadowolony?” — zaczepnie rzucił ulizany Ziemianin. Miałem ogromną ochotę wejść głębiej i sprawdzić, co jest za skrzyniami, ale stwierdziłem, że skoro się ugięli, nie będę upierdliwy. To był błąd. Podróż przebiegła spokojnie. Wkrótce wyhamowałem z nadświetlnej w okolicy dwóch malowniczych czerwonych karłów, stanowiących dziwny, podwójny system słoneczny dla kilkudziesięciu niewielkich planet.
Tylko jedna z nich nadawała się do kolonizacji. Kan Peak było niewielką planetką, niemal o połowę mniejszą od Ziemi. Przewagę stanowiły tu rozległe równiny, na których niegdyś sporo było lasów i czystej, słodkiej wody w jeziorach. Teraz jednak, po niemal stu latach wydobywania platynowców lekkich, takich jak ruten, rod i pallad, a co za tym idzie ogromnego zużycia wody przerabianej zarówno na paliwo, jak i potrzebnej do produkcji, planeta wyjałowiała. Ogromne jej połacie zamieniły się w pustynię, na obrzeżach której wegetowało kilkanaście miast. Na dodatek Liga Międzyplanetarna Galaktyki nie inwestowała w ten rejon, porzucając jego mieszkańców na pastwę losu i, co gorsza, bandyckich karteli. Postanowiłem, że zaraz po zrzuceniu towaru wynoszę się z powrotem. Siadałem na starym, poniszczonym lądowisku, zaraz obok pasażerskiego promu, który do odprawy opuściło kilkunastu zaledwie podróżnych. Zdecydowanie nie był to najchętniej obierany kierunek. Podróżnych zabrał jakiś pasażerski kopter, który młócąc wirnikami ciężko jak tłusty bąk poleciał w stronę miasta.
Na wszelki wypadek przypiąłem do pasa kaburę z laserowym browningiem i opuściłem E-warpa. Zdezorientowany rozglądałem się w poszukiwaniu jakiegoś budynku strefy spedycyjnej. Zobaczyłem mnóstwo kontenerów ciągnących się bez końca w głąb pustyni i grupę osobników różnych gatunków zmierzających w moją stronę. „Ty jesteś od Jutnana Solenę” — zaskrzeczał mały obrzydliwiec z Kunfu. Był to stojący na dwóch kończynach jaszczur ubrany w kombinezon moro, wojskowe buciory i czapkę z daszkiem. Krótki ogon wystawał ze spodni na siedzeniu. Towarzyszyło mu dwóch ludzi. Ziemian o latynoskich cechach. Jeden strasznie brzydki singu oraz wysoki, człekopodobny i uzbrojony po zęby osobnik z rogatą głową i twarzą, czy raczej ryjem zbliżonym do wieprza. Był to Kan Pikanin, czyli przedstawiciel rodzimej rasy.
„Niezła ekipa” — pomyślałem i postanowiłem mieć się na baczności. Dyskretnie odpiąłem kaburę browninga. „Jestem ze Space Expedition” — odparłem. „Ale wiozę towar z Ziemi i od Jutnana Solenę z Jelant”. „Witaj bracie”. Dopiero teraz gadzią mordę zniekształciło coś w stylu uśmiechu, a jaszczurza łapa z małymi, ale wrednie wyglądającymi szponami wyciągnęła się do mnie w powitaniu. „Onczok” — przedstawił się. „Jesteśmy do rozładunku”. „Brzozowski”. Bez serdeczności uścisnąłem szorstką gadzią kończynę.
Zza kontenerów wyjechały dwa inteligentne, bezobsługowe podnośniki, a za nimi, wzbijając tumany kurzu, wytoczył się ogromny transporter na gąsienicach prowadzony przez ślimaka z Paramy. „Pan podpisuje listy przewozowe?” — zapytałem. „Nie, bracie. Do podpisu musisz udać się do pana Furşimuntak”. „A gdzie jest ten pan Furşimuntak?” „Tam” — wskazał oddalone dobrych parę kilometrów miasto. „Czeka w pierwszej knajpie w ogródku. Łatwo trafisz”. „A niby jak mam się tam dostać? Pieszo?” „Za kontenerami stoi skuter powietrzny. Jest do twojej dyspozycji”.
„Nie powinniście niczego ruszać, dopóki nie wrócę”. Nie wiadomo dlaczego Onczok zarechotał. „Jasne, ale musisz pokazać towar”. Sięgnąłem do pagera i zdalnie otworzyłem ładownię. „Dobra, leć bracie podpisywać te listy, a my obejrzymy towar. Zadzwonię potem do pana Furshimuntaka, czy wszystko w porządku”. Znów zarechotał głupkowatym śmiechem. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Czułem, że powinienem brać nogi za pas, ale musiałem dopełnić formalności, bez których firma nie zaliczy mi tego kursu. Znalazłem za kontenerem stary, wysłużony i mocno już rozklekotany dwuosobowy skuter.
Zawył jak potępieniec, kiedy go uruchamiałem, ale działał. Poleciałem w stronę miasta, trzymając się nisko, żeby nie stracić z oczu kierunku, który wskazał Onczok. Knajpę faktycznie łatwo można było namierzyć. Przed miastem stał szeroki, niski budynek i przylegający do niego obszerny ogródek otoczony jeszcze niższą palisadą, za którą widniał bar i stoliki. Zostawiłem skuter na parkingu. Stało tu kilkanaście stradolotów i skuterów oraz pasażerski kopter, który przywiózł podróżnych ze statku. W wejściu drogę zastąpił mi wieprzowaty wykidajło. „Oddaj pistolet” — zakwiczał przez translator. „Po co?” „Takie mamy tutaj zasady. Wszyscy wchodzący do lokalu muszą zdeponować u mnie broń.
Nie martw się, tutaj będzie bezpieczny”. Chcąc nie chcąc oddałem mu browninga. Położył go na ladzie zaimprowizowanej portierni obok kilkunastu innych gnatów. Gdzie znajdę pana Furshi Muntaka? „Czeka na ciebie.” Wieprzowaty wskazał największy stolik tuż pod ścianą niskiego budynku knajpy. Siedział tam mały obrzydliwiec z Kumfu w peruce wyżelowanych kruczoczarnych włosów i marynarce z wpiętą w butonierkę różą. Pasował do tego miejsca jak stringi do paramianki. Otoczony był przez dwie samice: bladą, piegowatą ziemiankę o farbowanych na pomarańczowo afrykańskich warkoczykach i przedstawicielkę własnej rasy w peruce z długich blond pukli. Domyśliłem się, że to Hatanen. Za nimi stało dwóch rosłych i wrednych alienów, zapewne ochroniarzy.
Ubrani byli w koszule i spodnie z demobilu, co wskazywało na ich militarną przeszłość. Pewnie byli dawnymi komandosami z sił specjalnych Ligi. Wielkie i niebezpieczne ogony zakończone żądlami sterczały im zza głów. Muskularne łapy zakończone pazurami wielkimi jak szpony harpi jelantów i te podłużne jajowate głowy z pyskami najeżonymi morderczo wyglądającymi kłami. W bezpośrednim starciu nikt z nimi nie miał szans. Tak przynajmniej mi się wydawało. Zawahałem się i rozejrzałem po knajpie. Większość klientów stanowiło kilkunastu przybyłych przed chwilą podróżnych. Jakaś para Ziemian czy też Marsjan. Trudno było rozróżnić na pierwszy rzut oka.
Grupka robotników z Paramy i Singulianu, samotna jelantka pod ścianą. Tylko po posturze oceniłem, że to Hatanen, chociaż ostatecznie nie mogłem tego rozstrzygnąć, ponieważ narzucony miała na głowę kaptur skórzanej podróżnej kurtki. Trójka Kumfu hałaśliwie skrzeczących i syczących w swoim niezbyt przyjemnym dla ucha języku podczas burzliwej gry w karty, para starych alienów wyglądająca na emerytów podczas jakiejś rocznicowej podróży i kolejni jelanci wyglądający na przedstawicieli handlowych. Furshi Muntaka dawał mi znaki, żebym podszedł. Z tabletem pod pachą ruszyłem przez salę. Pan Furshi Muntaka? Wyciągnąłem rękę na przywitanie. Nie zareagował. Patrzył na mnie zimnym, gadzim wzrokiem. „Siadaj, Brzozowski” — syknął do translatora.
Usiadłem, opanowując wkurzenie. Gnojek. Chciałem prosić o podpisanie — zacząłem, ale przerwał mi. „Dlaczego kazałeś otwierać kontenery?” Takie są procedury, proszę pana. „Doprawdy? A mnie się wydaje, że chciałeś mnie okraść.” Stukał po blacie małymi, wrednymi pazurkami. Okraść? „Właśnie dzwonił Onczok. Brakuje palety towaru.” Wydało mi się dziwne, że Onczok zdążył już zapoznać się z ładunkiem. Poza tym nie widziałem, żeby Furshi Muntak z kimś rozmawiał.
Zaczynałem nabierać pewności, że chodzi o coś zupełnie innego. Szybko uzyskałem odpowiedź. „Ale jestem wspaniałomyślny i dam ci szansę na spłatę długu.” O czym ty bredzisz? Traciłem cierpliwość. Zastanawiałem się, czy lepiej grać na czas, czy iść va banque. „Zadowolę się twoim statkiem.” Po pierwsze to nie jest mój statek. Po drugie niczego ci nie ukradłem, a po trzecie od kiedy statek kosmiczny kosztuje tyle, ile paleta gównianego browca? Roześmiał się. „Wyszczekany jesteś, ale mam dla ciebie nowinę. Tu nie chodzi o browca, ale o tonę czystego anka i marihuany.” Co do anka, najnowszego narkotyku przenoszącego domyślałem się.
Zaskoczył mnie jednak marihuaną. Plułem sobie w brodę, że nie kazałem porządnie rozpruć palety w kosmodromie na Latalai. Postanowiłem iść na całość. Spieprzaj Muntaka — warknąłem i wstałem od stołu. Miałem nadzieję, że Furshi także blefuje i odpuści, widząc, że niczego nie wskóra. Myliłem się. „Jaki hardy! Dzielny pilot międzygalaktyczny” — krzyknął z udawanym przestrachem, łapiąc się łapkami za obleśny gadzi pysk. Jego dziwki roześmiały się. Ziemianka hałaśliwie i wulgarnie.
Kumfu sykliwie, cicho i nieprzyjemnie. — „Widzę, że się spociłeś” — ironizował dalej Furshi Muntaka. — „Tak, mój przyjacielu. Niestety, nasza biedna planeta jest gorąca i sucha. Dlatego jako gościnny gospodarz zapraszam cię do naszego spa. Może po odnowie biologicznej zmienisz zdanie.” Dziwki śmiały się coraz głośniej, nawet pyski alienów drgnęły w rozbawieniu. Tymczasem Muntak szczeknął coś po kumfiańsku i z zaplecza wyszło dwóch wieprzowatych toczących przed sobą na wózku grawitacyjnym przeszkloną kabinę. W kabinie były zamrożone zwłoki. Na znak Muntaki otworzono prymitywne drzwi zamykane sztabą. Buchnęły kłęby oparów, kiedy zimne powietrze zetknęło się z gorącym.
Sztywne i nagie zwłoki Kanpikanina z otwartymi w przerażeniu oczami i rękami wyciągniętymi przed siebie, kiedy do ostatniej chwili usiłował wydostać się z kriokabiny, uderzyły o panelową podłogę. Grupa robotników z Kumfu, Paramy i Singulianu zaszurała krzesłami, chcąc opuścić lokal. „Nikt nie wychodzi” — warknął krótko Furshi Muntaka i rzucił w stronę jednego z ochroniarzy krótki rozkaz. Alien, wysoki i silny, wyzywająco spoglądając po sali, ruszył do wyjścia z ogródka. Tam wraz z wieprzowatym wykidajłą odcięli drogę ucieczki wszystkim gościom. — „Państwo pozwolą, że zaproszę was na małą atrakcję.” — Muntaka znów mówił ironicznym, z pozoru spokojnym głosem. — „Wspólnie przeprowadzimy małe doświadczenie. Zobaczymy, jak bardzo wytrzymałe jest ciało Ziemianina.” — Tutaj urwał, spoglądając na mnie. Bo jesteś Ziemianinem, nie Marsjaninem, prawda? Nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej: Tym razem sprawdzimy odporność na niskie temperatury.
Jak państwo widzą, Kanpikanie są bardzo mało odporni. Widoczny obiekt eksperymentu uległ całkowitemu zamrożeniu w ciągu dziesięciu minut w temperaturze minus czterdziestu stopni. To słaby wynik. Alieni potrafią wytrzymywać takie temperatury godzinami, ale pomiędzy nimi są jeszcze Singu i Jelanci, którzy wytrzymują nawet czterdzieści minut. Widziałem, że obecni w knajpie podróżni są przerażeni. Nagle znaleźli się w epicentrum mafijnych porachunków i nie wiedzieli, czy wyjdą z tego cało. Mafia z Canpik, kiedy zaszła konieczność, nie wahała się zabić jednorazowo nawet po kilkaset osób. Od czasu do czasu znajdowano zbiorowe mogiły na pustyniach lub w lasach. Wszyscy obecni w ogródku nie mogli mieć pewności, co po dokonaniu egzekucji na mnie postanowi zrobić Muntaka ze świadkami. I wtedy zobaczyłem Iriquanenę.
To ona była samotną Jelandką w kapturze. Widziałem, że przygotowuje się do działania. Pokręciłem głową. Nie teraz Iriquaneno. Nie wiem, czy w jakiś znany Jelantom sposób usłyszała moje myśli, czy tylko zrozumiała mój plan. Niemniej lekko skinęła głową i z powrotem opadła na stołek. Czy byli też inni? Nie wiedziałem. Do lodówki z nim — padł rozkaz. Dwójka wieprzowatych, którzy wtoczyli kriokabinę, zerwała ze mnie ubranie.
Słyszałem śmiech dziwek Muntaka. Nagiego i upokorzonego wepchnięto mnie do ciasnego wnętrza. Drzwi zatrzasnęły się i zostałem odgrodzony od wszelkich dźwięków grubym, pancernym szkłem. Kriokabina była konstrukcją prymitywną i surową, pozbawioną wewnątrz jakichkolwiek systemów awaryjnych czy alarmowych. Właściwie była to zamrażarka z przeszkloną przednią ścianą. Jak się domyślałem, jej jedynym zadaniem było dostarczenie chorej rozrywki bandziorom. Oczywiście okoliczność, że postanowiono pozbyć się mnie w taki sposób, była dla mnie korzystna. Od razu zrozumiałem, że będę miał pole manewru, jeśli tylko dobrze to rozegram, a obecność Iriquaneny dodała mi otuchy. Poczułem atak niskiej temperatury. Zbiry się nie patyczkowały.
Chcieli załatwić sprawę szybko. Usiadłem po turecku i rozpocząłem medytację Icemana. Wdech. Wydech. Wdech. Spokojnie. Uciszyć wszystkie emocje. Znaleźć przyjemność w coraz mocniej otaczającym mnie zimnie. Odnaleźć jego ducha. Po chwili już nie widziałem szyby i przyglądających mi się rozbawionych i przerażonych twarzy.
Zobaczyłem biegnącego białego niedźwiedzia. Wydawało mi się najpierw, że jestem na U341. Otacza mnie biel niekończących się seraków arktycznego morza i cisza zamrożonej planety. Na niebie widziałem płynące kry zamrożonych chmur. A potem przeniosłem się w polskie Karkonosze. Miałem wrażenie, że mam czternaście lat i stoję zanurzony po szyję w lodowatej wodzie, ale nie czuję zimna, tylko przyjemne, życiodajne iskry przebiegające wewnątrz mojego ciała. A jeszcze potem zobaczyłem piękną twarz kobiety. Chociaż nie widziałem jej od trzydziestu lat, poznałem od razu. Mama gładziła mnie po policzku. Uśmiechała się czule.
Jestem z ciebie taka dumna Mati. Ogarniało mnie ciepło jej miłości. Jesteś mężczyzną, którego pokocha każda kobieta we wszechświecie. Ciepło. Mogłem teraz siedzieć w tym mrozie nawet dwie godziny. Będziesz przy mnie, mamo? Zawsze byłam przy tobie — odparła. Dlaczego nigdy tego nie czułem? Ponieważ nie myślałeś o mnie. Nie chciałem o tobie myśleć.
Wiem, synku. Tak bardzo cierpię, że was zostawiłam. A czy teraz zostaniesz? Nie mogę. Dlaczego? Ponieważ teraz musisz się obudzić. Poczułem powracający chłód. Wiedziałem, że siedzę w komorze już bardzo długo i wiedziałem też, co muszę zrobić. Nie otwierając oczu, nadając mojemu ciału sztywności, jakby zamrożony, upadłem na jeden bok. Po chwili usłyszałem zgrzyt otwieranej sztaby.
Buchnęły kłęby oparów, które na chwilę spowiły całą salę. Powrócił śmiech dziwek Fursi Muntaki. Wykorzystałem sytuację dobrze. Odczekałem, aż jeden z wieprzowatych pochyli się nade mną zobaczyć, w jakim jestem stanie. Zerwałem się z energią, jakbym przed chwilą leżał na rozgrzanych piaskach Miami Beach. Był kompletnie zaskoczony. Zdołałem wyrwać mu zza cholewy wysokiego buta sztylet i wepchnąłem go do kabiny. Zakręciłem sztabę i podkręciłem pokrętło niskiej temperatury do maksimum. Walił w szybę, ale żadne dźwięki nie docierały z hermetycznego pudła. Krrrek — zakwiczał po kanpikańsku jego kumpel, po omacku przedzierając się przez opary.
Uderzyłem nożem i okazało się, że dobrze pamiętałem, gdzie wieprzowaci mają serca. Niestety zakwiczał za głośno. Co jest, do cholery? — usłyszałem głos Fursi Muntaki. Moment zaskoczenia minął. Poprzez rzednące opary zobaczyłem, że gad w garniturze syknął coś do Aliena stojącego u wejścia do knajpy. Wiedziałem, co powiedział. W wojsku uczyliśmy się komend we wszystkich językach galaktyki. Alien miał mi urwać głowę. Cofałem się, ale alien nieśpiesznie obszedł stoły i zagrodził mi drogę.
Patrzył na mnie tym mrożącym krew, morderczym spojrzeniem. Drzemiąca wrodzona agresja obudziła się w nim teraz. Odsłonił rzędy paskudnych kłów. W starciu wręcz nie miałem żadnych szans, a mój browning leżał w portierni. Wiedziałem, że za sekundę będę martwy. Pamiętałem o Iriquanenie, ale zdałem sobie sprawę, że nie chcę jej skazywać na pewną śmierć. Nie chciałem, żeby robiła cokolwiek. I pokręciłem głową, widząc, że szykuje się do działania. Ale ona miała na ten temat własne zdanie. Zerwała się i skoczyła przez stoły.
Lekko i zwinnie przesadziła dwa z nich, nawet zbytnio nie zrzucając szklanek i talerzy. Od trzeciego mocno się odbiła. Rozpostarła ogromne skrzydła i lotem koszącym dopadła zdezorientowanego aliena. Zanim się opamiętał, wisiał w powietrzu chwycony w obcęgi szponów harpii. Wtedy Iriquanena odbiła się mocno i po dwóch potężnych uderzeniach skrzydeł byli już sto metrów nad ziemią. Alien zdołał zwinąć się błyskawicznie, celując paskudnie wyglądającym żądłem w tył głowy Hatanen. Chybił, a w tym samym momencie szpony harpii rozwarły się i alien zwalił się na bar. Wśród dźwięku rozbijanego szkła wyraźnie słychać było trzask łamiącego się karku. Jelonka lotem nurkującym dopadła Phur Shimuntaka. Trzy błyskawiczne ruchy ramion i szpony harpii wyrwały niemal połowę szpetnego gadziego pyska.
Obrzydliwiec przestał istnieć, zanim zdał sobie sprawę z tego, co się stało. Zwalił się na ziemię jak worek kukurydzy. Dziwka ziemianka zaczęła piszczeć. Dziwka kung-fu syczeć. Jelonka zasłoniła mnie swoim ciałem. Kaptur zsunął się jej z głowy. Strumień srebrnych włosów rozpłynął się po skórzanej kurtce, aż pomiędzy rozłożone teraz na całą szerokość skrzydła. „Iriquaneno” — krzyknąłem, jakbym chciał się upewnić, że naprawdę jest przy mnie. Rzuciła mi przelotne spojrzenie. W jej twarzy nie było niczego, co widywałem wcześniej.
Gdzieś znikła ta wesoła, słodka, czasem nawet lekko infantylna zalotność. Źrenice oczu miała teraz zwężone jak oczy kota, nozdrza jak hraby, ale tym razem nie rozszalałego mustanga, ale przyczajonego do skoku tygrysa. Zauważyłem strużkę krwi sączącą się po plecach. A więc alien trafił. W knajpie zrobił się wrzask. Singu, ludzie, Jelanci, alieni i obrzydliwcy z różnych stron galaktyki zareagowali w ten sam sposób. Każdy chciał się ulotnić. Jedni, bo woleli nie mieszać się w nie swoje sprawy, drudzy, bo zbyt wiele mieli za uszami, a trzeci z obu tych powodów. Wokół mnie i Iriquaneny zrobiło się pusto. Rozejrzałem się gorączkowo.
Mój pistolet leżał wraz z innymi na blacie przy wejściu, a tam tłoczyli się teraz wszyscy. Niemniej trzeba było zaryzykować. Drugi alien opadł na przednie kończyny i zaczął biec. To był przerażający, ale zarazem piękny widok. Iriquanena skoczyła mu naprzeciwko z rozpostartymi skrzydłami i wyciągniętymi drapieżnie szponami harpii. Zwarli się z takim impetem i szybkością, że trudno było nadążyć okiem. Tym razem alien nie dał się zaskoczyć. Od razu sprowadził walkę do parteru. Utworzyli wirujący kłąb demolujący stoliki i krzesła. Słyszałem wysoki krzyk Iriquaneny i sykliwy ryk aliena.
Wieprzowaty Wykidajło, zablokowany na chwilę uciekającym tłumem nie spuszczał mnie z oka. Przeciskał się przez uciekających, dobrze wiedząc, że moim celem jest leżący na blacie browning. Kiedy wyrwał się z tłumu, ja byłem dopiero w połowie sali. Bardzo pewny siebie, z triumfalnym uśmiechem na świńskim ryju podniósł swój pistolet. Rzuciłem sztyletem w biegu. Byłem w tym niezły, chociaż Sławek był lepszy, bo nie raz w akademii robiliśmy zawody w posługiwaniu się bronią białą. Przełożeni powtarzali często, że to może się przydać. Mieli rację. A więc dzieciaki, słuchajcie nauczycieli. Sztylet głucho uderzył w szeroką pierś Wykidajły.
Zachwiczał i wystrzelił, padając, ale niecelnie. Dopadłem blatu z zaimprowizowanej portierni i porwałem mój pistolet. Odwróciłem się w ostatniej chwili. Ziemianka mierzyła do mnie z małego damskiego pistoleciku. A więc nie wszyscy musieli oddawać broń. Poczułem ugryzienie kuli w lewe ramię. Rzuciłem się w bok, jednocześnie oddając strzał z browninga. Czerwone warkocze utworzyły wraz z mózgiem krwawą eksplozję. Dziwka kung-fu leżała na podłodze i syczała coś do holosmartfonu. Nie stanowiła na razie bezpośredniego zagrożenia, więc wolałem skoncentrować się na pomocy dla Iriquaneny.
Spojrzałem na salę. Na środku trwała mordercza walka wręcz. Pełno tam było krwi. „Iriquaneno” — krzyknąłem w elan — „wystaw mi go”. Oderwali się od siebie. Iriquanena była ciężko ranna. Krew waliła jej z rozharatanej głowy, brocząc karminem srebrne włosy. Miała złamane jedno skrzydło, uszkodzone prawą rękę harpii i lewą nogę. I mnóstwo ran na całym ciele. Skórzana kurtka i spodnie były porozrywane w kilkudziesięciu miejscach.
To cud, że tak długo wytrzymała starcie z samcem aliena. Alien natomiast wyglądał na nieuszkodzonego. Z jednym wyjątkiem. Nie miał oczu. Ich strzępy zwisały ze szponów harpii. Alien potrafiłby walczyć także w ciemnościach, ale ta chwila dezorientacji, którą dało mi jego okaleczenie, zupełnie wystarczyła. Zastrzeliłem go z łatwością. Dla pewności poprawiłem trzy razy. „Musimy uciekać”. Doskoczyłem do Iriquaneny i wsparłem ją ramieniem.
Zupełnie nie pamiętałem, że także jestem ranny. Nie czułem tego. „Jesteś goły. Nie wiem, czy się powstrzymam” — zażartowała słabym głosem. „Na dodatek masz złamane skrzydło. Zyskałem przewagę”. Odwzajemniłem żart, chociaż nie było mi do śmiechu. Kuśtykając wyszliśmy z knajpy. „Patrz” — wychrypiała Iriquanena, wskazując grupę skuterów powietrznych szybko zbliżających się od strony miasta. Domyśliłem się, że to posiłki ściągnięte przez dziwkę kung-fu.
A więc to nie koniec kłopotów, pomyślałem i przypomniałem sobie jeszcze o grupie Onchoka okupującej mojego E-warpa. Sytuacja nadal wydawała się beznadziejna. „Podaj mi ten blaster.” Iriquinena wskazała na karabin w kaburze przypięty do jakiegoś skutera. Prawdopodobnie była to maszyna Wieprzowatego. „Siądę tyłem, a ty zasuwaj Matt.” Byłem zdumiony jej odpornością. Nie skarżyła się na ból ani słowem. A przecież kiedy usadowiliśmy się na skuterze, ja przodem, ona z blasterem w zwykłych dłoniach, tyłem do kierunku jazdy, powiedziała spokojnie: „Weź moje skrzydło i przerzuć sobie przez ramię. Inaczej nie damy rady.” Zobaczyłem, że bezwładne skrzydło zwisa niebezpiecznie blisko silnika. Zrobiłem, jak kazała. Krzyknęła krótko.
Przy jej cierpieniu poparzenie mojego tyłka przez rozgrzane pustynnym gorącem siedzisko skutera wydało mi się niewarte uwagi. Pierwsze błyski przemknęły obok naszych głów. Pościg był coraz bliżej. Odpaliłem rozklekotańca i od razu dałem całą naprzód. Sadziłem, ile tylko potrafiłem wyciągnąć z wyjącej jak potępieniec maszyny, ale wiedziałem, że to za mało. Z tyłu słyszałem głęboki pomruk blastera, z którego osłaniała nas Iriquinena, a z przodu widziałem coraz bliższy kosmodrom, mojego E-warpa i linię ludzi Onchoka oddzielających nas od statku. Co robić? Mogłem odbić na pustynię, ale zakładając nawet, że nie dogonią nas na swoich nowoczesnych skuterach, to i tak Iriquinena wykrwawi się bez natychmiastowej pomocy kapsuły medycznej. A kapsuła była na E-warpie. Musieliśmy tam dotrzeć.
Już miałem wzbić się gwałtownie, żeby górą oblecieć linię Onchoka, kiedy oberwaliśmy w silnik. Skuter zakaszlał i znacząc trasę smugą czarnego dymu spikował w dół. Byliśmy niewysoko, niemniej prędkość spowodowała, że wysadziło nas z siodełka na kilka metrów. Potoczyłem się po spalonej ziemi, ale nic szczególnego mi się nie stało. Dopiero długo potem, kiedy opadła adrenalina, odkryłem, że mam złamane dwa żebra, nie licząc paskudnych otarć na całym ciele. Rozejrzałem się. Iriquinena leżała nieprzytomna nieopodal dymiącej maszyny. W odległości pięciuset metrów widziałem kilkadziesiąt skuterów ze zbrojnymi zbirami wszelkich gatunków, a po drugiej stronie nieśpiesznie zbliżała się mała tyraliera ludzi Onchoka. Już nie strzelali. Byli przekonani, że nas mają i obedrą żywcem ze skóry.
I w sumie nie zakładałbym się z nimi w tamtej chwili. Kiedy już żegnałem się z życiem, najbardziej chyba żałując, że Iriquinena piękna, seksowna i tak niesamowicie wierna — jakże było mi wstyd — podzieli mój los, usłyszałem kanonadę głębokich, armatnich wystrzałów. Potężne wybuchy zakołysały ziemią. Spojrzałem za siebie. Bliskie już na dwieście metrów skutery dziesiątkowane były przez eksplozje. Nawet do moich uszu dotarły wrzaski zbirów i zgrzyt miażdżonego metalu, kiedy kolejne maszyny uderzały o ziemię i koziołkowały, zamieniając się w kupę bezużytecznego złomu. Zadarłem głowę i zobaczyłem wiszący nad nami międzyplanetarny ścigacz. Piękny, nowoczesny singuliański Nahiro Hinaki. Prawdziwe cacko, na które stać tylko naprawdę nadzianych pasjonatów. Lai Lan bez żadnych emocji na twarzy demolowała bandę zbirów z dwóch małych działek pokładowych.
Siedząca obok niej Natasza dawała mi gwałtowne znaki. Zrozumiałem i podbiegłem do Iriquineny. Wziąłem ją na ręce. Spodziewałem się, że przy jej wzroście będzie ciężka, ale tak nie było. Jelanci, podobnie jak ptaki, główne kości mają puste, co znacznie ujmuje im wagi. Kłopoty sprawiały tylko bezwładne skrzydła i długie, czerwone teraz od krwi włosy ciągnące się po ziemi, wchodzące mi pod nogi. Nahiro Hinaki odwrócił się i laserowy karabin w ułamku chwili zdmuchnął uciekającą z powrotem w stronę kosmodromu grupę Onchoka. Następnie śmigacz opadł i zawisł niemal nad samą ziemią. Wysunęła się platforma z dającą mi znaki Nataszą. „Muszę do E-warpa” — krzyknęłem do Nataszy.
— „Tam mam kapsułę medyczną.” Coś odpowiedziała, ale huk silników zagłuszał jej słowa. Domyślając się tylko, co mam robić, z Iriquineną na rękach wskoczyłem na platformę, ale nie wchodziłem do środka. Lai Lan nieśpiesznie przesunęła ścigacz w kierunku E-warpa. Przez tę chwilę zdołałem zauważyć, że kilka skuterów umknęło z pogromu. Uciekały teraz na pełnym gazie w stronę miasta. Zastanawiałem się, czy mają w zanadrzu jeszcze jakieś niespodzianki. Natasza wbiegła ze mną do E-warpa. „Szybko, Matt” — popędzała mnie. Płuca chciało mi rozsadzić, ale nie dbałem o to. „Helios, odpalaj silniki!” — wrzeszczałem, biegnąc ile sił w stronę pomieszczenia zabiegowego.
Dopadłem kapsuły medycznej i ułożyłem w niej Iriquinenę. „Dobra, zostaw mnie z nią” — rozkazała Natasza. Wiedziałem, że Natasza jako operator stewardes mplotka lepiej ode mnie zna się na kapsułach medycznych. Zresztą ja miałem inne zadanie do wykonania. Rzuciłem się do sterówki. Silniki już działały. Włączyłem interkom. „Halo, Lai Lan, słyszysz mnie?” Przez okno widziałem Nahiro Hinaki wyglądającego przy E-warpie jak mały szerszeń. Obracał się czujnie we wszystkie strony. „Hej Matt” — usłyszałem z głośnika wietnamską angielszczyznę.
— „Żyjesz?” Ja tak. Ale nie wiadomo co z Iriquineną. „Mam wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Chyba mają jakąś małą flotę na ukrytych lądowiskach. Lepiej zmykajmy.” Wzniosłem E-warpa. Musiałem wyjść na orbitę, zanim odpalę warpową. Nahiro Hinaki krążył wokół mnie czujnie. Byłem już w stratosferze, kiedy z atmosfery Kan Peak wypadły trzy ścigacze plujące ogniem laserowych działek. Lai Lan tylko na to czekała. Z okrzykiem „Harae singu!” rzuciła się im na spotkanie.
Wyobraziłem sobie, jak bardzo tamci musieli być pewni siebie. Myśleli, że uporają się z małym Nahirohinaki bez trudu. Biedacy. „Helios, przygotować skok w prędkość warpową. Kierunek Yelland” — rozkazałem. „Tak jest. Kierunek Yelland” — spokojnie potwierdził komputer pokładowy. Skupiłem się na odczytywaniu danych. Po kilkunastu sekundach silniki Alcubierre’go były gotowe, a trajektoria wyznaczona. Akurat wtedy, kiedy drugi ścigacz zbirów z Canpeak eksplodował po celnych strzałach Lai Lan.
Trzeci nie czekał na swoją kolej, tylko pomknął z powrotem w atmosferę planety. Ale moja singuliańska piękność była w szale walki, wrzeszcząc okrzyk wojenny Harai Singu, rzuciła się za uciekinierem. Chciałbym być jego spadkobiercą. Zawołałem do Nataszy, żeby się przypięła na moment przechodzenia w nadświetlną. Wcisnąłem mrugający czerwony przycisk. Huknęło. Ciała niebieskie wokół nas zlały się w jedno pasmo białego światła. Czasoprzestrzeń została zakrzywiona. Odpiąłem się od fotela i pobiegłem do pomieszczenia zabiegowego. Zastałem tam Nataszę troskliwie pochyloną nad otwartą kapsułą.
Iriquanena odzyskała przytomność. Leżała już rozebrana i przygotowana przez Nataszę do sekwencji zabiegów leczniczych. Dopiero teraz zobaczyłem, ile ran zadał jej alien. Wszystko było we krwi. Twarz, włosy, ciało i wnętrze kapsuły. Kiedy wszedłem, piękne, migdałowe oczy Hatanen spojrzały na mnie. Teraz dopiero wiedziałem, ile miłości jest w tym spojrzeniu. „Iriquaneno” — głaskałem te krwawe włosy i całowałem blade usta. — Wybacz mi. „Wiedziałam” — szepnęła.
— „Wiedziałam, że nie wierzysz”. Żal zakneblował mi usta. „Nigdy już nie zwątpię” — zdołałem powiedzieć. — „Ale nie poddawaj się”. „Musisz coś wiedzieć, Mat” — krwawą dłonią chwyciła moją dłoń. — „Chociaż wydaje się, że Yellanci mają bardzo swobodne podejście do seksu, wcale tak nie jest. Przy odpowiednim nastawieniu, po modlitwie do Dalehalaj stosunek równa się zakochaniu. Nie wiemy, jak to działa, ale tak jest. Miłość i seks u nas naprawdę są jednością. To także jest elementem naszej religii”.
„Myślałem, że to tylko mity”. „To nie mity” — pokręciła głową. — „Kiedy Yelandka wybiera partnera i odlatuje z nim w modlitwie do Dalehalaj, kończy zakochana. Dlatego kocham cię od pierwszego spotkania na Marsie, ponieważ tam poświęciłam nasz związek”. „Iriquaneno…” „Dobrze już, Mat” — Natasza siedziała już przygotowana przy panelu obsługującym kapsułę medyczną. — „Musimy działać”. Odstąpiłem i patrzyłem, jak przeźroczyste wieko kapsuły zamyka się, a następnie wnętrze zasnuwa mgiełka gazu usypiającego. Potem setki małych mechanicznych ramion wysunęły się w stronę Hatanen. Rozpoczął się wielogodzinny zabieg. „Dasz sobie radę?” — zapytałem Nataszy.
„Nie wiem” — westchnęła. — „Strasznie oberwała. Przydałby się prawdziwy lekarz”. Kontrolując działania kapsuły, Natasza opatrzyła mi rany. Najpierw paskudne otarcia na całym ciele od nóg do policzka spowodowane uderzeniem o pustynne klepisko po zestrzeleniu skutera, a potem ranę postrzałową, o której już niemal zapomniałem. Przy okazji odkryła, że mam złamane żebra, więc założyła mi także opatrunek na klatkę piersiową. Dopiero wtedy się ubrałem i wróciłem do sterówki. Włączyłem ex-nava. „Halo, Mat?” — usłyszałem w głośnikach wietnamską angielszczyznę. „Wszystko w porządku, Lai Lan?” „U mnie tak, ale Rekili nie będzie zachwycony.
Solidnie uszkodzili jego zabaweczkę”. „Dasz radę?” „Spokojnie, do Yelland dolecę”. „Muszę podziękować Rekili, że dał ci Nahirohinakiego. Skąd w ogóle wiedziałyście?” „Natasza się domyśliła, kiedy odkryła, że Iriquanena nagle znikła. Kiedy się z nią w końcu skontaktowała, okazało się, że leci na Canpeak promem pasażerskim”. „Faktycznie. Prom przyleciał niemal równocześnie ze mną”. „Wtedy poprosiłam Rekili, żeby mi pożyczył ścigacz. Nawet nie trzeba go było długo prosić. Chyba cię polubił.
Zamierzał lecieć ze mną, ale w tym pudełku są tylko dwa miejsca, a Natasza nawet nie chciała słyszeć o pozostaniu na Yelland”. „Znów ratujesz mi tyłek, Lai Lan”. „Lubię twój tyłek”. „A ja twój” — wypaliłem, ale roześmiała się. „Za taki tekst zastrzelę każdego, kogo nie kocham”. „A mnie?” „Ty będziesz żył”. „Ja też cię kocham, Lai Lan”. „Wiem, Ofermo”. Przez chwilę, przekomarzając się z Lai Lan, zapomniałem o smutku. Kiedy jednak rozłączyliśmy się, znów pobiegłem do zabiegowego.
Trwała tam operacja. „I jak?” — zapytałem Nataszę. „Nie jest dobrze. Muszę wprowadzić ją w stan śpiączki. Na Yelland zajmą się nią ich lekarze. Oni mają jakieś swoje szamańskie sposoby. Trzeba mieć nadzieję. Yellanci są odporniejsi nawet od alienów”. „Dziękuję” — pocałowałem Nataszę. „Masz nas teraz wszystkie trzy” — pozwoliła sobie na uśmiech.
„Lai Lan w ścigaczu, Iriquanena w kapsule medycznej, a ty smutna i podenerwowana. Z seksu grupowego nici”. „Faceci” — pokręciła głową. „Jeszcze będziesz miał ten seks grupowy, obiecuję. Tylko żebyś wtedy nie uciekał”. „Nie dbam o seks grupowy” — objąłem Nataszę. — „Najważniejsze, że jesteście”. Natasza puściła muzykę. Tak jak ja lubiła oldschoolowe kawałki. Puściła Julię Me, gwiazdę kobiecego popu z euroregionu Polska z XXI wieku.
Kawałek Recovery pasował do tej chwili. Usiedliśmy i trzymając się za ręce patrzyliśmy na śpiącą Irikuanenę. Wiedzieliśmy, że przeżyje. Zakończenie. Cztery ziemskie miesiące później stałem na samej krawędzi platformy zawieszonej pośrodku morza Artak na Singulian. Na twarzy miałem maskę do nurkowania, a na nogach płetwy. Wszędzie, gdzie sięgałem wzrokiem, nie dostrzegałem końca niezmierzonej wody. Morze Artak stanowiło w rzeczywistości część Oceanu Gu-Sin spowijającego całą planetę. Nazwy mórz wyodrębniano tutaj tylko na podstawie dwóch geograficznych odniesień: kilkunastu niewielkich lądów, z których każdy był mniejszą lub większą wyspą, setek małych wysepek albo o wiele większych podwodnych płycizn wznoszących się ponad niezmierzone, dziesiątki kilometrów liczące głębiny. Morze Artak zawdzięczało swoją nazwę płycie tektonicznej najwyżej wznoszącej się spomiędzy głębin Gu-Sin.
Była to płycizna sięgająca niespełna dwustu pięćdziesięciu metrów z podwodnymi górami, których wierzchołki wspinały się zaledwie do dwudziestu metrów pod lustro wody. Kto nie znał Singulianu, ten doznawał szoku, zanurzając się tutaj pod powierzchnię. Najpierw widziało się szczyty gór przypominających zminiaturyzowane ziemskie Alpy. Na najwyższej z nich stała piękna, ogromna rzeźba z bursztynu w stylu pre-singuliańskim. Był to posąg istoty posiadającej wszelkie cechy Singu: twarz o wydatnych, trochę rybich ustach, oczy bez zarysowanych źrenic, włosy opadające na plecy gąszczem splątanych dredów. Jednakże podobieństwa anatomiczne do współczesnych Singu kończyły się od pasa w dół. Zamiast nóg istota miała rybi ogon, a zamiast dłoni płetwy. Był to więc rodzaj tutejszej syreny, którą Singu czcili pod nazwą Gariushui. To tutaj odbywały się wszelkie ceremonie. Śluby Singu, w przeciwieństwie do Jelantów posiadali instytucję małżeństwa, nie definiowały ich charakteru.
Naturalna u nich była poligamia lub związki jednopłciowe. W Gariushui dokonywano ceremonii przejścia młodych w stan dorosłości wszelkich ślubowań, które Singu strasznie lubili składać, a w ostatnim stuleciu także specyficznych rytuałów dla wszystkich obcych, którzy pragną związać się z autochtonami życiem matrymonialnym. Potem, płynąc dalej w dół, wyłaniała się ogromna, majestatyczna kopuła pokrywająca kokonem niezwykłej urody miasto. Piękna architektura, której większość stanowił styl hariu-har, do złudzenia wręcz przypominający ziemski barok. Sztaby naukowców, szczególnie astrosocjologów, zastanawiały się, dlaczego humanoidzi z różnych, tak bardzo oddalonych od siebie światów mają bardzo podobne ścieżki cywilizacyjnej, a w tym także artystycznej ewolucji. Teoria panspermii, która na Ziemi i Marsie tuż przed nawiązaniem kontaktów z obcymi była w odwrocie, teraz zdawała się odżywać ze zdwojoną siłą. Musieliśmy z Singu i Jelantami, a także w pewnym sensie wieprzowatymi z Canpig mieć jakichś wspólnych przodków. A może wszystkie istoty w galaktyce miały te same korzenie? Ucichli ci, którzy śmiali się z pisarzy science fiction przedstawiających obcych w bardzo humanoidalny sposób. Już nie mówiono, że Star Trek to była bajka o ludziach z podoklejanymi nosami i uszami.
Jeżeli jednak ktoś nadal miałby wątpliwości, to właśnie Gariushui Toda — Toda to w Saolatek miasto — musiałoby rozwiać wszelkie wątpliwości. Piękne budowle sakralne, które od razu przywodziły na myśl najlepsze dokonania Berniniego, Juvara, Maderno czy Boroniniego. Kopuły, łuki, fasady, kolumnady, rzeźby i place — co ciekawe, z fontannami — ornamenty, efektowne, a momentami nawet efekciarskie malarstwo, płaskorzeźby, zdobienia. Przepych, który od razu wielbiciela architektury baroku oszałamiał i uskrzydlał, ale miłośnika form skąpych i regularnych przytłaczał. A pomiędzy nimi wąskie uliczki i niezliczona liczba kawiarni. Rozejrzałem się po raz ostatni. Widziałem kilkadziesiąt mniejszych platform przymocowanych, podobnie jak platforma Gariushui, do zboczy podwodnych gór. Stanowiły one przede wszystkim porty dla tysięcy żaglówek, które Singu kochali i bez których żadna rodzina nie mogła się obejść. Żaglówki, chociaż wolniejsze od innych współczesnych środków lokomocji, były tutaj tym, czym na innych planetach gondole, poduszkowce lub stradoloty. Stradoloty nazywane tutaj transoceanami oczywiście też były, ale duże, międzykontynentalne, zabierające naraz większe grupy pasażerów.
Platformy stanowiły także porty dla turystycznych batyskafów, którymi grupy z innych planet udawały się do Gariushui Toda. Poza obecnością Wyroczni i starożytnego podwodnego miasta, okolicznością, dla której tak dużo tutaj było żaglówek i większych wycieczkowych statków, także napędzanych wiatrem, ponieważ z ciężkich mazutowców Singu dawno zrezygnowali, była bliskość niewielkiej wyspy ze znanym kurortem Yoku. To tam ostatnio wczasowali Natasza ze Sławkiem. Piękne, smukłe i ścigłe żaglowce. Te małe, dwuosobowe i wielkie majestatyczne trójmasztowce mknęły po lekko rozkołysanej tego dnia powierzchni Morza Artak. Słychać było śmiechy młodzieży i nawoływania w różnych językach Galaktyki. Bajkowości tej scenografii dodawało światło. Atmosfera tutaj za sprawą niezmierzonych wód i światła błękitnego gazowego olbrzyma Naki Hari, którego Singulian jest księżycem, oszałamia błękitem. Czegoś równie pięknego, jak zamieszkały wodny księżyc z wiszącą na horyzoncie olbrzymią planetą nie znalazłbym w znanych mi zakątkach MW. Jeszcze raz obejrzałem się i popatrzyłem na grupkę zgromadzonych.
Byli tam wszyscy: Natasza, Sławek, Artemis, Rahanan, Erwin, Erhris i całkiem już zdrowa, choć wciąż wychudzona Irikuanena. Najbliżej stał Reki-Li, który zgodził się zostać świadkiem ceremonii. „Aka idei do łabinu?” — zapytał kapłan. „Czy jesteście gotowi?” — przełożył translator. Mocniej zacisnąłem dłoń na dłoni Lai Lan i spojrzałem w czerń ogromnych oczu bez białek. Widziałem w nich odbijającą się moją twarz w masce do nurkowania. Wyczuwałem aksamitną miękkość błony pomiędzy długimi palcami. Naga, z upiętymi dredami w wysoki kok, szmaragdowa. Taka piękna. Uśmiechnąłem się.
Odwzajemniła uśmiech. „Jestem gotowy” — powiedziałem. Lai Lan tylko skinęła głową. „Niechaj Gariushui uświęci wasz związek!” — patetycznie krzyknął kapłan, wznosząc błoniaste dłonie. — Zaczynajcie. Odbiliśmy się mocno, idealnie zsynchronizowani, jakbyśmy ćwiczyli to setki razy. Polecieliśmy pięć metrów w dół i wpadliśmy w wodę. W ostatniej chwili przypomniałem sobie o masce i zdołałem ją przytrzymać, inaczej zerwałaby się z twarzy. Wtedy nasze dłonie rozłączyły się i mocno ruszając nogami popłynąłem w dół. Nurkowanie nie było mi obce.
Zajęcia w wodzie to jedne z podstawowych ćwiczeń astronautów. Dodatkowo uprawiałem mroźną jogę icemana. Potrafiłem wstrzymać oddech niemal na jedenaście minut, co było już czasem ocierającym się o aktualne ziemskie rekordy. Ale przy Singu byłem kijanką, nieporadnie walczącą z żywiołem. Lai Lan w wodzie zamieniła się w szybką i zwinną istotę. Niczym foki albo wydry poruszała się bez najmniejszego wysiłku. Dopiero teraz widziałem, jak szeroko potrafi rozłożyć palce, szczególnie stóp, tworząc z nich rodzaj niewielkich, ale mocno i szybko młócących wodę płetw. Ręce ułożyła wzdłuż tułowia, ale dłonie, jakby niezależne od reszty kończyny, także popychały dodatkowo jej niewielkie ciało, służąc jednocześnie za stery. Od razu zobaczyłem wielką rzeźbę Gariushui, niemal dotykającą czubkiem bursztynowej głowy powierzchni. Teraz na żywo i pod wodą wyglądała nieporównywalnie bardziej okazale aniżeli na setkach astrogeograficznych filmów o Singulian.
Pierwotny Singu zdawał się śledzić mnie zimnym wzrokiem bez białek, jakby zastanawiał się, czy ma przebić mnie wielkim trójzębem trzymanym w prawicy. Płynęliśmy wzdłuż posągu dwadzieścia metrów w dół, aż do niewielkiego, ozdobionego kolumnadą placu rozpościerającego się u jego stóp. Wokół wisiało kilka batyskafów z turystami, które na nasz widok natychmiast podpłynęły. Widocznie przewodnicy, kiedy tylko dostrzegli Koa Singu i ziemskiego mężczyznę nurkujących przy Gariushui, natychmiast domyślili się, że chodzi o rytuał zaufania i postanowili skorzystać z okazji, żeby unaocznić go turystom. Nie zastanawiałem się nad tym, bo na głębokości dwudziestu metrów zacząłem odczuwać działanie ciśnienia. Dopłynąłem do czekającej już na mnie Lai Lan. Wskazała mi krąg w centrum placu i siadła w nim po turecku. Zrobiłem tak samo, przytrzymując się metalowych uchwytów wmontowanych w kamienną posadzkę. Rzuciłem okiem w dół, w otchłań rozświetloną milionem świateł kopuły. Połyskiwały tam zdobne w motywy roślinne i zwierzęce dachy i fasady Gariushuitoda.
Dzięki iluminacji mogłem z tej odległości dostrzec nawet postaci turystów przesuwające się ulicami podwodnego miasta lub siedzące w ogródkach setek kawiarni. A pomiędzy kopułą a górą Wyroczni kursowały liczne batyskafy, rozgarniając ławice milionów małych ryb zwabionych światłem. Zauważyłem też kilkanaście policyjnych skuterów podwodnych, czujnie kręcących się dookoła. O tym, co zamieszkiwało otchłanie oceanu Gusin wolałem nie myśleć. A przecież wiadomo, że drapieżniki zawsze lokują się w pobliżu jedzenia. Podniosłem wzrok. Trafiłem na oczy Lai Lan, nieruchome, wpatrzone we mnie. Gęste, długie dredy unosiły się teraz w wodzie niczym wodorosty, nadając jej jakiegoś demonicznego wyglądu. Ale nie widziałem po niej najmniejszych oznak braku tlenu czy wpływu ciśnienia. Wiedziałem, że dla Singu nurkowanie na głębokość dwustu metrów jest codziennością, a pod wodą potrafią przebywać ponad dwie godziny bez żadnej aparatury.
Pod tym względem bliżej im jest do wielorybów niż ludzi. Ja natomiast zaczynałem mieć dość. Czułem coraz większy ucisk na klatkę piersiową. Płuca domagały się oddechu. Nie zastosowałem wcześniej ćwiczeń oddechowych. Zbytnio byłem rozproszony ceremonią, dlatego nie wytrzymałem nawet dziesięciu minut. Po chwili całe moje ciało wołało o natychmiastowe wypłynięcie. Każda komórka pragnęła tlenu, ale nie uciekałem. Wpatrywałem się w te niesamowite oczy. Czarne, głębokie jak kosmos.
Ufałem im. Po następnej minucie wiedziałem, że już jest za późno i że nawet gdybym teraz podjął próbę ratowania się, utonę. Zobaczyłem czerwone płatki przed oczami. Po kolejnej przerażająco krótkiej chwili ogarnęła mnie słabość. Odlatywałem. Wtedy poczułem mocne objęcie drobnych ramion. Usta Lai Lan przywarły do moich. Musiałem ufać. Chciałem ufać. Wziąłem głęboki wdech, wciągnąłem powietrze z płuc Koa, a kiedy zrozumiałem, że to działa, łapczywie wziąłem kilka kolejnych wdechów.
Płuca znów wypełniły się tlenem. Wtedy, wciąż nie odrywając swoich ust od moich i nie wypuszczając mnie z mocnych objęć, Lai Lan odbiła się i poszybowaliśmy w toni w górę, ku powierzchni. Kątem oka zobaczyłem uśmiechnięte twarze istot w batyskafach. Niektórzy klaskali. Dopiero podczas wypływania dostrzegłem Reki Lee, który także zanurkował z nami, ale trzymał się w pewnej odległości. Był świadkiem ceremonii i jego zadaniem było kontrolowanie, czy wszystko przebiega zgodnie z rytuałem. Kiedy dotarliśmy do powierzchni, wciąż złączeni ustami, usłyszałem oklaski i pogwizdywania radości. Poczułem się jak w hollywoodzkim filmie. Takim miłym, z happy endem. Nie miałem nic przeciwko temu.
Tylko prawdziwa miłość może zamienić chwilę w hollywoodzki film z happy endem. Reki Lee wynurzył się po nas i krzyknął w stronę kapłana: „Wszystko odbyło się zgodnie z wolą Gariushui”. Kapłan wzniósł ręce i uroczyście zwrócił się do mnie z Lai Lan: „Zatem został uświęcony wasz związek. Od tej pory ty, Koa Singu, możesz kochać tego oto Ziemianina”. Potem była impreza. Stawiał Reki Lee i moim zdaniem przesadził. Ale kto bogatemu zabroni? Na pewno nie miałem mu tego za złe. To moja opowieść o końcu długiej samotności i początku pięknej wielomiłości. Każdy niech wyciągnie z niej morał dla siebie.
Są ptaki kochające wolność i termity żyjące w miliardowych kopcach, w których pragnienia jednostki nie mają żadnego znaczenia. Możesz zapijać żal i nienawidzić kogoś, kto dzieli z tobą łóżko, ale możesz także zupełnie trzeźwy codziennie upijać się miłością do kogoś, kogo zobaczysz dopiero za tydzień. Ty zadecydujesz. Przecież nikt za ciebie tego nie zrobi. Pora się żegnać. Nazywam się Matt Brzozowski. Jestem poliamorystą. Mam trzy wspaniałe partnerki: inżynier Nataschę Jason Spichakow, kobietę rasy ludzkiej z Marsa, kapitan Lai Lan Mani Hukaru, Koa rasy Singus z Singulian i doktor Irikuanene Alek Haen, Hatanę rasy Yelant z Yelant. Bardzo kocham je wszystkie. Czytał Grzesław Krzyżanowski.
Piotr Witold Lech. Dziękuję za wysłuchanie audiobooka. W audiobooku wykorzystano piosenkę „Recovery” w wykonaniu Juliemi.
[07:19:17] - Tak proszę państwa, późna noc, późna noc, ale z perspektywami, bo tak jak mówiłem w trakcie audycji już w przyszłym tygodniu drugi tom powieści Piotra Witolda Lecha. Tom drugi nosi tytuł „Łzy Koa”. No cóż, a teraz pięknie się z państwem żegnam, życzę dobrej nocy i zapraszam za tydzień.
[07:19:45] - A mówił do słowa do państwa jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk Ivellios Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki Bibliotekarium 2.0 znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.