[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia wszelkiej fikcji. Za oknem trochę słońca, trochę deszczu, a w Radio Paranormalium i w Book Radiu trochę książek, trochę filmów i trochę bardzo ciekawych ludzi. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz, AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:41] - Dzień dobry wieczór państwu. Okazuje się, że takie krakanie do mikrofonu, jak to uczyniłem pod koniec poprzedniej audycji, ma w sobie coś magicznego. Przypominam, że wtedy powiedziałem, że nie opowiem, co będzie w następnym odcinku, bo to dopiero nagranie przede mną i może się nie udać. W związku z tym po co mam robić państwu apetyt? I rzeczywiście wszystko wskazywało na to, że to się nie uda. Nie uda się to nagranie, ponieważ raz zastrajkował program, który służył do łączenia, wyłączał mikrofon dosyć regularnie. Nie można się było porozumieć z gościem. Przez 20 pierwszych minut wszystko było w porządku, a później nagle wszystko się popsuło. Na szczęście gość wykazał cierpliwość. Łączyliśmy się następnego dnia za pomocą innego medium.
W każdym razie nagranie się udało i dzisiaj zaproszę państwa na spotkanie z Michałem Chudolińskim. Ale to za jakąś dłuższą chwilkę. Najpierw odrobina remanentów. W ostatnim odcinku wysłuchaliście państwo ponad dwugodzinnego słuchowiska „Cieć swojego software’u”. Autorem, przypomnę, był Piotr Witold Lech, a to słuchowisko słuchaliście państwo w interpretacji Przemysława Hanisza. Wiele osób dopytywało o ten audiobook, a zatem teraz krótka historia spisana przez autora tekstu Piotra Witolda Lecha. Historia dotycząca tego właśnie. Literackie życie zasadniczo mnie nie rozpieszcza. Są jednak takie chwile, kiedy potrafi zaskoczyć. Takim właśnie momentem, który zdarzył się niemal półtora roku temu, a więc niedługo po wydaniu przez wydawnictwo Stalker Books zbioru moich nowel „Cieć swojego software’u” było spotkanie Przemka Hanisza.
Okoliczności tego spotkania były niecodzienne, ale nie będę ich opisywał. Wystarczy, jeśli tylko zdradzę, iż Przemek związał się przyjaźnią z moją piękną kuzynką Kasią. Przemek z wykształcenia jest informatykiem, ale z zamiłowania i częściowo także wykształcenia muzykiem, a także namiętnym czytelnikiem science fiction. Zaintrygowany faktem, że kuzyn Kasi pisze fantastykę, zakupił świeżo wówczas wydanego „Ciecia swojego software’u” i nieskromnie powiem, że kilka tekstów wywarło na nim wrażenie. Nie był bezkrytyczny. O co to, to nie, ale zasadniczo uważa opowiadania ze świata CWM za wartościowe. A kiedy wreszcie spotkaliśmy się osobiście, było to bodajże przy okazji Świąt Wielkanocnych 2021 roku, odpowiedział na moje westchnienia, że marzy mi się audiobook do „Ciecia” nieoczekiwaną propozycją. Podjął się, nie bardzo chyba zdając sobie wówczas sprawę z tego, na co się porywa, stworzenia domowymi środkami audiobooka wraz z oprawą muzyczną. I od tego momentu zaczęła się Przemkowa droga przez mękę. Musiał zaczynać od podstaw, nawet od stworzenia w swoim domu studia.
Nagrywał tekst, a był to jego debiut w roli lektora. Tworzył muzykę, starał się dopasować ją do konkretnych scen. Wszystko to, zaznaczam, robił hobbystycznie, nieodpłatnie, po godzinach pracy. Często kosztem randek z Kasią, za co i mi się obrywało od niej rykoszetem. Praca trwała długo, ponad rok. Po drodze było całe mnóstwo problemów technicznych, o których może sam Przemek napisze. Najważniejsze, że kilka dni temu, z tym że tekst pisany był rzeczywiście już jakiś czas temu, wszystko się udało. Udało się doprowadzić do szczęśliwego końca. Oddajemy więc w ręce czytelników audiobooka do noweli „Cieć swojego software’u”. Postanowiliśmy, że uczynimy to bezpłatnie, po to, żeby nagranie dotarło do jak największej liczby odbiorców.
W zamian prosimy o rzetelne, pozbawione hejterskiego jadu opinie. Pamiętajcie, to audiobook fanowski zrobiony domowymi środkami, więc bardzo trudno było uzyskać taką czystość głosu lektora, jak na przykład w profesjonalnych nagraniach audioteki. Niemniej myślę, że Przemek poradził sobie znakomicie zarówno jako lektor, jak i dźwiękowiec. Polecam także uwadze jego autorską muzykę, którą efektownie udekorował opowiadanie Okładkę do audiobooka także zaprojektował czytelnik Sławek Mrowiec i podobnie jak Przemek uczynił to bezinteresownie. W tym przypadku nie jest naszym celem zarobienie ani wątpliwe wzbogacenie, ale dotarcie do jak największego grona słuchaczy, czytelników. Dlatego jedno, o co naprawdę uprzejmie prosimy, to rozsyłanie linka do jak najszerszego grona znajomych. Zapraszam do słuchania. Ja wiem, przeczytałem to post factum, ale też przesyłkę od Piotra Witolda Lecha z tymże tekstem dostałem z pewnym opóźnieniem. Niemniej uważam, że nic nie szkodzi, że dociera to do państwa z pewnym opóźnieniem, bo zawsze można cofnąć się do poprzedniego tygodnia, zalinkować audycję, w której ukazał się „Cieć swojego software’u” i spełnić tym samym prośbę autora. W każdym razie pełen podziw dla człowieka, który był w stanie taki długi audiobook wykonać.
Bo to, co dla Ivelliosa, do czego jestem tutaj przyzwyczajony, czyli nieustanne obrabianie tekstów, nieustanne ich tworzenie, to, co jest codziennością w Book Radiu czy w Radiu Paranormalium, dla zupełnie stawiającego pierwsze kroki lektora rzeczywiście może być potężnym wyzwaniem. I tutaj ogromny szacun. To tyle remanentów, proszę państwa. Cóż, teraz powinny być polecanki i pewno powinienem coś wygłosić, ale w końcu mamy wakacje, a polecanki, te moje dotyczące fantastyki, dzisiaj zastąpi spotkanie z przedstawicielką magazynu „Książki. Magazynu do czytania” i to będzie polecanka numeru trzeciego. Zapraszam. Minęły dwa miesiące i naszym gościem ponownie jest Barbara Piegdoń-Adamczyk z dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania”. Dzień dobry.
[08:17] - Dzień dobry. Witam państwa, witam pana.
[08:20] - Zaczynamy omówienie numeru. Widzę, spoglądając na okładkę, że sponsorem numeru jest tym razem piosenkarka Madonna.
[08:30] - Piosenkarka, ale też autorka książek dla dzieci, takich wiktoriańskich, i ikona popkultury. Osoba, do której można się odnieść niezależnie od tego, w jakim człowiek jest wieku. Madonna współtworzyła pejzaż kulturalny i estetyczny współczesności. Już dobrych 30 lat współtworzy świat, w którym my żyjemy. Dlatego pomyśleliśmy sobie: zróbmy coś na wakacje, co jest odrobinę szalone, tak jak odrobinę szalona jest Madonna.
[09:14] - Spoglądam na okładkę i widzę, że bardzo szybko reagujecie państwo na to, co się w świecie literackim dzieje, bo na okładce nie kto inny jak Cormac McCarthy, czyli sytuacja dosyć świeża.
[09:31] - To był przypadek. Cormac McCarthy zmarł, kiedy myśmy już byli w drukarni, kiedy wysłaliśmy okładkę do drukarni. I to był absolutny przypadek. Z tych takich, które jeżą włosy na rękach i na całym ciele. Ale tak naprawdę jest, że czasami rzeczy się dzieją równolegle. Jakoś wszechświat się nam zaplątuje. Myśmy postanowili zrobić okładkę z Cormaca McCarthy'ego, dlatego że Wydawnictwo Literackie opublikowało jego dwie książki i wielki fan, miłośnik i człowiek, który naprawdę świetnie zna twórczość McCarthy'ego, jeden z naszych redaktorów, Łukasz Grzymisławski, zaproponował taki tytuł, że „Cormac McCarthy thrillerem wieńczy dzieło”. Przy czym w ogóle nie mieliśmy na myśli tego typu ostatecznego zwieńczenia dzieła życia. Tak bywa. Gdzieś nam się wszechświat zaplątuje.
[10:43] - To rzeczywiście niesamowity przypadek. Na okładkę patrząc, widzę też Olgę Tokarczuk. Co tutaj możemy powiedzieć?
[10:52] - Możemy powiedzieć, że Olga Tokarczuk ma cykl powieści nie swoich, ale z jej wskazaniem. I to jest jej esej na temat tego, że nie wolno lekceważyć starszych pań. Bardzo zresztą fajny tytuł i bardzo serdecznie polecam ten esej Olgi Tokarczuk. To nie jest też tak, że na co dzień możemy czytać rzeczy, które świeżo wychodzą spod jej pióra, więc tym bardziej rekomenduję. I w ogóle cały ten cykl rekomenduję. Jeszcze chciałabym powiedzieć, że właśnie trwają Góry Literatury. Gdzieś tam w Górach Sowich jest finalny weekend tego przedsięwzięcia literackiego i społecznego nazywanego Góry Literatury. I tam właśnie Olga Tokarczuk jest kuratorem, szefową, spiritus movens całego przedsięwzięcia. W każdym razie bardzo polecam Leonorę Carrington z jej „Trąbką do słuchania”, które wydało Wydawnictwo Literackie w ostatnich dniach, 28 czerwca. Także nie lekceważ starszej pani.
[12:22] - Bieżący numer to również kilka znaczących wywiadów, między innymi wywiad z Pamukiem.
[12:28] - Pamuk też jest w tej chwili autorem świeżej, na dniach wydawanej premiery. To jest kwestia ostatnich tygodni i do niego w związku z tym poleciał Michał Nogaś i razem, patrząc na Bosfor, przeprowadzili taką rozmowę, która była w przededniu wyborów w Turcji, kiedy jeszcze mogło się sporo odmienić, kiedy jeszcze nie było pewne, czy Erdogan wygra. Taka rozmowa z jednym z tych mędrców Europy, mędrców świata, to jest też specyfika „Magazynu Książki”, że my naprawdę rozmawiamy z ludźmi, którzy współtworzą światową kulturę. Rzecz nie jest tylko, że on jest pisarzem, ale on też tworzy takie słupy milowe w myśleniu o na przykład relacji między Wschodem a Zachodem, między tym, co możemy nazwać spuścizną krajów arabskich w relacji z kulturą chrześcijańską i tak dalej. To są takie duże tematy, których nasi dziennikarze nie boją się podejmować i zazwyczaj z tych rozmów wychodzą zwycięsko.
[14:02] - Bieżący numer serwuje również kolejne spotkanie z Wisławą Szymborską.
[14:08] - Tak, bo mamy stulecie jej urodzin, bo 2 lipca obchodziliśmy wielką uroczystość stulecia, bo mamy Rok Szymborskiej i z tej okazji wiele wydawnictw zaproponowało nowe zestawienia tomów wierszy. Na przykład w „Znaku” pojawiło się „Dzieła wszystkie. Wiersze wszystkie” Szymborskiej, w Agorze pojawiły się „Pamiątkowe rubiecie. Biografia Wisławy Szymborskiej” Anny Bikont i Anny Szczęsnej z uzupełnieniami. To nie jest nowa książka, ale na nowo wydana i z dużymi uzupełnionymi fragmentami. Bardzo serdecznie polecam państwu taki zestaw. Bardzo to się dobrze czyta i lekko, a jednocześnie autorki wykonały ogromną pracę faktograficzną, więc mamy wiele rzeczy, których nie wiedzieliśmy o naszej noblistce w tej książce. I mamy opowieść o wakacjach Szymborskiej w tym numerze „Magazynu Książki”. To nie może być przypadek, że od kiedy w jej życiu pojawił się Filipowicz, wtargnęły do niego biwaki, a do wierszy niemal miłosny podziw dla natury. I mamy na zdjęciu Szymborską, która trzyma te słynne borowiki.
To jest takie znane zdjęcie, kiedy ona się uśmiecha, ma dziwny beret i garść borowików w dłoniach. Bardzo to jest fajne i opowieść o tym, że on wędkował i w ogóle on też jest eseistą, autorem, pisarzem i ta jego więź z naturą i to wędkowanie tam u niego w twórczości się pojawia. Natomiast samą Szymborską my sobie wyobrażamy taką damę krakowską z nieodłącznym papierosem w jakiejś Astorii czy w innym domu wczasowym, podczas gdy tutaj rzeczywiście biwak i prawdziwa, głęboka relacja z przyrodą.
[16:23] - W bieżącym numerze, jak zawsze dużo miejsca poświęcacie państwo literaturze popularnej, literaturze pop. Między innymi to, co jest tradycją magazynu, to kryminały, książki sensacyjne. W tym numerze już na okładce widzimy, że polecacie państwo 20 kryminałów wszech czasów.
[16:44] - Tak, zawsze na wakacje staramy się przygotować jakiś zestaw literatury, która może być źródłem nie tylko cierpień, ale też rozrywki. Mamy 20 kryminałów, które nasze autorki, Marta Górna i Marta Bratkowska, uznały za kryminały wszech czasów. Oczywiście tę listę można dowolnie uzupełniać. Można się z nią zgadzać, można się z nią nie zgadzać, ale mamy fajną półkę z książkami, świetnie zilustrowaną zresztą. I mamy takie zwrócenie uwagi na rzeczy, które już nie są w tej chwili wydawane, ale ciągle jeszcze współtworzą naszą pamięć o dobrym kryminale. I my w każdym wydaniu mamy tak zwane ciemne strony poświęcone kryminałowi, thrillerowi i innym, mroczniejszym aspektom ludzkiej duszy. Tutaj te dwie autorki przygotowały dla nas przegląd tego, co uważają, że powinniśmy znać, żeby powiedzieć: „Okej, wiem, czym jest ten gatunek. Lubię go bądź też nie, ale wiem, czym jest gatunek”.
[18:04] - Chciałbym teraz zapytać o bardzo zagadkowe zdanie znajdujące się na okładce, które brzmi: „Jak robić nic i nie zwariować”. Co się pod tym kryje?
[18:18] - To jest bardzo dobre zdanie. I to jest bardzo wielki temat. Przypomnijmy sobie nasze nataczenie: siedzi leń, nic nie robi cały dzień. Jak to? Ja nic nie robię? I tak dalej. My żyjemy w epoce nadproduktywności i w epoce naszego zbyt dużego zaangażowania w sprawy świata, w której wydaje nam się, że jeżeli nie sprawdzimy wiadomości w naszym telefonie czy w komputerze, to świat od tego może przestać istnieć. I nagle mamy taki koncept, że może w wakacje nie róbmy nic. I czy to się w ogóle jeszcze w dzisiejszych czasach da zrobić? Czy można zwolnić?
Czy można w ogóle przystopować i powiedzieć sobie: „Nie robię nic i zobaczmy, co świat na to?” Gorąco polecam ten tekst wszystkim, którym się wydaje, że bez nich, jak się mówi, beze mnie i bez łyżki świat nie zjadłby zupy. Wszystkim, którym się wydaje, że bez ich aktywności świat sobie nie poradzi. Wygląda na to, że sobie poradzi bez nas świetnie.
[19:53] - Chciałbym teraz, ponieważ od początku przepytuję panią o różnego rodzaju teksty, które wzbudziły moje zainteresowanie, odwrócić role, może częściowo przynajmniej, i zapytać, który z tekstów z magazynu nr trzy pani osobiście chciałaby polecić jako taki, po który warto sięgnąć.
[20:15] - Na pewno chciałabym zwrócić uwagę na książki dla dzieci i młodszych dorosłych. To jest nasz stały dodatek, sekcja w magazynie, gdzie my dorosłym rekomendujemy rzeczy z wydawnictw dla dzieci i dla młodzieży. To jest coś, z czego jesteśmy bardzo dumni. Jako nieliczni to w Polsce robimy, żeby pokazywać, co jest ofertą i jak przygotowywać się, my dorośli, do rozmów z dziećmi na różne trudne tematy. Tutaj, w tym wypadku na lato mamy zestaw książek, które mówią na temat ciała. Pozwalają rozmawiać z dzieckiem bez skrępowania, bez zbytniej pruderyjności i o tym, że wychowanie bezpruderyjne już jest w tej chwili koniecznością, żeby przygotować młodego człowieka do życia we współczesnym świecie. I mamy zawsze przegląd wydarzeń literackich dla młodszych czytelników i to bardzo rekomenduję wszystkim, którzy mają kłopot z wyborem książki dla dzieci, którzy stoją przed półką bezradni. To my tutaj właśnie w tym punkcie przychodzimy z pomocą. Przyglądajcie się premierom literackim dla dzieci. Kupujcie książki dzieciom, czytajcie przede wszystkim książki dzieciom.
To jest jedna rzecz, na którą chciałam zwrócić uwagę. A druga rzecz to też jest nic z tej wielkiej literatury, natomiast coś, co pozwala nam się poczuć częścią tej czytającej społeczności. My zawsze w wydaniu mamy tak zwane kalendarium wydarzeń literackich, gdzie zapraszamy w różne miejsca w Polsce na spotkania z literatami, z autorami, z myślicielami, z ludźmi, którzy współtworzą pejzaż kulturalny Polski. Są możliwe, zwykle darmowe i bardzo podnoszące na duchu. I właśnie takie kalendarium wydarzeń literackich, wakacyjnych mamy. Jak zresztą zawsze w wydaniu mamy dwa miesiące opowieści o tym, co dzieje się w świecie wydarzeń wokółliterackich w Polsce.
[22:55] - Czas płynie szybko. Zanim się obejrzymy, kolejny numer, czwarty będzie już na rynku.
[23:01] - Już przygotowujemy.
[23:02] - Właśnie, ja wiem, że to się nie dzieje i nie bierze znikąd i w związku z tym chciałbym poprosić panią, czy można by chociaż rąbka tajemnicy uchylić, co w czwartym numerze się pojawi?
[23:15] - Tak. Mamy kilka rzeczy, które się układają w taki duży temat: jak teraz żyjemy. Taki temat przewodni. Co jest tym, co nas napędza, tym, co nas popycha do przodu, tym, co nas stopuje, tym, czego się dziś boimy albo co jest wielkim wyzwaniem. Istnieje nadzieja, nie mogę zdradzić jeszcze okładki, bo to nie jest jeszcze przesądzone, ale na przykład chcemy poświęcić solidny kawałek przestrzeni na premierę książki, którą Powergraph wydaje, Rafała Kosika na temat „Cyberpunk 77”. To jest coś, co będzie bardzo ciekawą premierą tego lata. To jest początek sierpnia, gdzie razem z CD Projekt Red, w wydawnictwie Powergraph wydaje taką Taką dużą rzecz, która może trochę zamieszać na polskim rynku wydawniczym. Na to czekamy bardzo. Czekamy też na zestaw premier jesiennych, bo jeżeli nowe wydanie, to które przygotowujemy, będzie na rynku od 30 sierpnia, to znaczy, że niemal do końca października będziemy opowiadać o tym już jesiennym boomie wydawniczym. Bardzo kibicujemy wszystkim wydawnictwom, żeby ich plany się powiodły i żeby ich pomysły były tej jesieni zrealizowane i żeby oczywiście czytelnicy, jak zawsze, stanęli po stronie swoich ukochanych autorów i wydawnictw.
[25:19] - Moim i państwa gościem była Barbara Piegdoń-Adamczyk z dwumiesięcznika „Książki. Magazyn do czytania”. Pięknie dziękuję.
[25:27] - Bardzo dziękuję za zaproszenie i serdecznie państwu polecam wakacje, bo jeszcze mamy ho, ho! Tych wakacji przed sobą, wakacje z książką w ręku. Naprawdę nic nie pomaga bardziej się zrelaksować i odpocząć. Wszystkiego dobrego, dobrych wakacji i do usłyszenia jesienią.
[25:50] - Proszę państwa, dzisiejszą audycję zacząłem od takiej reminiscencji dotyczącej tego, żeby nie bawić się w czarnowidztwo. Bo ten tekst, który wygłosiłem odnośnie złośliwości przedmiotów martwych, a konkretnie programów nagrywających, dotyczył właśnie tego punktu programu, który za chwilę państwo usłyszycie. Chodzi konkretnie o spotkanie z Michałem Chudolińskim. Kilka tygodni temu, na początku czerwca ukazała się książka Michała Chudolińskiego „Mroczny Rycerz Gotham. Szkice z kultury popularnej”. To zbiór esejów, z których dowiecie się państwo o genezie powstania ikony amerykańskiej popkultury, mianowicie Batmana, a także o najważniejszych tekstach związanych z obszarem mitologii DC Comics. W książce zarówno komiksy, jak i filmy poddane zostały dogłębnej analizie prowadzonej zwłaszcza przez pryzmat aparatu poznawczego socjologii dewiacji. To również spojrzenie na postać Batmana w dobie politycznej poprawności, pozwalające na odkrycie, w jaki sposób progresywizm zmienia wymowę jednego z najbardziej znanych bohaterów literackich i transmedialnych. Tu proponuję, żebyście się państwo nie niepokoili. Michał Chudoliński nie twierdzi, że to się świetnie dzieje, raczej analizuje zjawisko, którego jesteśmy świadkami.
Moją uwagę zwróciła dedykacja umieszczona w książce, a mianowicie: „Książkę dedykuję moim rodzicom Ewie i Przemysławowi za to, że pozwolili mi być tym, kim chciałem być. W rodzinach lekarskich to wcale nie jest oczywiste”. A teraz ja już nie zawracam państwu głowy, tylko zapraszam na spotkanie z autorem „Mrocznego Rycerza Gotham”, Michałem Chudolińskim. Krytyk komiksowy i filmowy. Człowiek, który w Collegium Civitas w Warszawie prowadzi dla studentów zajęcia o amerykańskiej kulturze masowej. Autor bloga „Gotham w deszczu”. Korespondent The Comics Journal, założyciel i jednocześnie członek Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej. Człowiek, który uzyskał magisterium, pisząc o Batmanie. Mówiąc krótko, przed państwem Michał Chudoliński. Dzień dobry, panie Michale.
[28:36] - Dzień dobry.
[28:38] - Ukazała się właśnie, kilka tygodni minęło, książka „Mroczny Rycerz Gotham”, a z podtytułem oczywiście „Szkice z kultury popularnej”. Na początek najtrudniejsze pytanie. Będziemy później te pytania nieco łagodzić. Tak jak powiedziałem, najtrudniejsze pytanie: jak można scharakteryzować pana książkę, której tytuł przed chwilą wymieniłem? Jedni mówią o niej jako o takim kompendium wiedzy o Batmanie, inni zauważają natomiast, że jest w tej książce coś jeszcze, a mianowicie próby syntez dotyczące kultury, popkultury oraz tak naprawdę próby syntez dotyczące współczesnego człowieka. Te syntezy, dla nich bazą jest oczywiście Mroczny Rycerz. Jak pan się ustosunkuje do tych ocen?
[29:26] - Powiem w ten sposób: napisałem swoją książkę z kilku przyczyn. Po pierwsze, z racji tego, że działam w branży filmowej jako konsultant scenariuszowy, między innymi napisałem tę książkę po to, aby potencjalni scenarzyści przy kreowaniu uniwersów superbohaterskich, które równie dobrze mogą powstawać w Polsce, może niekoniecznie w formie komiksowej, ale na przykład w formie growej. Napisałem dla nich tę książkę, żeby zrozumieli, że mity popkultury oddziałują na odbiorcę nie dlatego, bo ich główni bohaterowie to są bohaterzy akcji, bo dzieją się tam niesamowite rzeczy, wybuchy, tylko dlatego, że w każdym z mitów popkultury Tym najbardziej popularnym, czy to jest "Matrix", czy "Władca Pierścieni", czy "Gwiezdne Wojny", zawsze tkwi jakaś głębsza idea. Z drugiej strony napisałem swoją książkę również dla pedagogów, nauczycieli i psychologów, żeby wiedzieli, że w Ameryce coraz częściej wykorzystuje się superbohaterów w różnych innych konfiguracjach. Dużo w Ameryce jest chociażby psychoterapeutów wykorzystujących komiks do czynnej psychoterapii młodzieży i dorosłych. Tam to działa, ponieważ komiks jest naturalnym folklorem, tamtejszą kulturą, z której można czerpać. Ale i u nas tworzy się popkultura. Mamy przecież "Wiedźmina", mamy świetne komiksy naszych polskich autorów, między innymi "Ćmę" Tomasza Godeckiego, który tutaj widzę, że rozwija skrzydła. Więc chciałem poszerzyć świadomość nauczycieli, czym jest popkultura, czym może być. Jest to niejako związane z próbą zanegowania perspektywy, wedle której popkultura jest czymś, przepraszam za sformułowanie, dziadowskim, czyli poglądem, który wynika z klasizmu, elitarności kultury wysokiej, która zawsze zniżała elementy kultury popularnej, popkultury do czegoś, delikatnie mówiąc, przyziemnego albo niewartego w ogóle głębszej refleksji.
Między innymi po to napisałem tę książkę, żeby zniszczyć przekonanie o popkulturze jako bękarcie kultury, bo uważam, że jest to po pierwsze szkodliwe, po drugie niepotrzebnie antagonizujące. Myślę, że to są właśnie czynniki powstania tej publikacji.
[33:17] - A teraz pytanie z gatunku chyba naiwnych, a może nie. Dlaczego akurat Batman, skoro jest tylu innych superbohaterów do dyspozycji? Na bazie tych opowieści można również było napisać szkice o kulturze popularnej. Dlaczego Batman?
[33:36] - O ile Superman jest uznawany za ojca superbohaterów pozytywnych, związanych z jasną sferą działalności ludzkiej, z pozytywnymi elementami, tak Batman stoi w opozycji do niego. Jest mrocznym odbiciem sprawiedliwości, z którego czerpią inspirację inni twórcy, którzy tworzą superbohaterów. Czy to z Marvela, czy z innych wydawnictw, a teraz nawet i gier. Batman jest uznawany za jedną z ważniejszych postaci literackich ubiegłego wieku. Z racji tego, że za sprawą Mrocznego Rycerza stworzono ideał herosa, który stoi pomiędzy dobrem a złem. Nie jest ani zbyt pozytywny, ani zbyt negatywny, wręcz działa w sferze szarości. Jak spojrzymy na ewolucję tej postaci, to możemy dość łatwo dojść do wniosku, że ta postać się zmieniała wraz z nastrojami w amerykańskim społeczeństwie, jak i tym, co działo się w opinii publicznej amerykańskiej. Myślę, że najlepszym przykładem na dowiedzenie tego jest chociażby film „Mroczny Rycerz” Christophera Nolana, którego trylogia Mrocznego Rycerza bezpośrednio odwołuje się do czasu po atakach terrorystycznych z 11 września i temu, co działo się później, czyli inwazji na Irak i wzmożonej inwigilacji, chociażby przez NSA. W tym sensie można rozpatrywać Batmana jako swoiste zwierciadło nastrojów amerykańskich, ale też można go postrzegać jako swego rodzaju archetyp, którym ludzie się inspirują i motywują, co jest świetnie ukazane w filmie dokumentalnym „Legends of the Knight” Bretta Culpa. Swego czasu przedstawiałem ten film na Festiwalu Filmów Dokumentalnych Docs Against Gravity.
Była tam sekcja filmów superbohaterskich. Jest szereg komiksów, filmów, historii, w których jest ukazany wpływ tego mitu. Filmy o Batmanie, gry wpływają na kolejne pokolenia twórców, czy to sztuki filmowej, czy teraz growej. Ta postać odbiła się szerokim echem, zwłaszcza od roku 1989, jak pojawił się pierwszy film Tima Burtona i rozpoczął drugą falę Batmanii, która Była czymś niespotykanym i do dzisiaj robi niebywałe wrażenie.
[36:58] - Ja sobie teraz trochę popsychologizuję, ale zaręczam, że niespecjalnie głęboko. Czy można zaryzykować taką tezę, że ludzie lubią Batmana, bo się z nim identyfikują, bo w każdym z nas jest trochę światła, trochę mroku? Mówiłem, że to będzie takie proste psychologizowanie.
[37:19] - Ma pan rację, aczkolwiek jeżeli to odnosimy do mojej osoby, to powiem szczerze, że im jestem starszy, tym bliżej mi do Supermana. Z takiego psychologicznego punktu widzenia, gdy jestem coraz starszy, to widzę w Batmanie, w tym micie, taką niedojrzałość wynikającą z faktu, że on podtrzymuje w sobie ten gniew, tą traumę. Jest taki świetny komiks. Nie był u nas wydany totalnie po polsku. J.M. de Matteis „Superman: Speeding Bullets” został opublikowany w serii „Elseworld”, takiej specjalu historii, które opowiadały o znanych herosach DC Comics na zasadzie co by było gdyby. Ta historia opowiada właśnie taką narrację, w której się zastanawiamy, co by było, gdyby to Superman spadł na rezydencję Wayne'ów. I mamy oto historię Bruce'a Wayne'a, który tak naprawdę jest Kal-Elem, który przebiera się za Batmana mając moce Supermana. Ten komiks nie jest szczególnie wybitny przez połowę lektury, ale rozwija się pod sam koniec, kiedy z powodu miłości do kobiety Bruce Wayne odkrywa to, że tak naprawdę bycie Batmanem stanowiło jakiś etap w jego życiu. Ten komiks kończy się tym, że Batman potem przeobraża się w Supermana, kogoś, kto odrzuca ten gniew, tą traumę.
I w tym sensie uważam ten komiks za autentyczny duchowo, prawdziwy psychologicznie, bo ukazuje pewien rozwój postrzegania świata, obcowania z nim, bycia w jakiejś relacji z rzeczywistością.
[39:40] - Teraz na chwilę porzućmy uniwersum Batmana i skupmy się na naszej rzeczywistości. Chciałbym prosić o przedstawienie historii twórców Batmana, bo to jest ciekawa historia. Tym bardziej że ona przez długie lata, to wiem z pana książki, była w jakimś stopniu ukryta. Wiedzieliśmy o jednym twórcy, o drugim było cicho. Czy o tej historii mógłby pan opowiedzieć?
[40:12] - To jest bardzo smutna historia, w której podważa się zaufanie między dobrymi kolegami. I to jest historia pewnej manipulacji, w której opinia publiczna żyła przez niemal 75 lat. Oczywiście w trakcie tych dziesięcioleci było kilka osób, które próbowały szerzyć prawdę. Między innymi rodzina Billa Fingera wielokrotnie walczyła o sprawiedliwość, ale dopiero Mark Tyler Nobleman zawalczył o dobre imię Billa Fingera, dzięki któremu w zasadzie zawdzięczamy postać Batmana. Mówiąc pokrótce, Batman powstał jako odpowiedź na Supermana, który od ’38 roku był niezwykle popularny wśród dzieci. Był fenomenem na niespotykaną skalę w Ameryce i redaktor „Detective Comics” zamówił u Boba Kane'a projekt nowego superbohatera, który miał się niejako odnosić do człowieka ze stali. Przez tydzień Bob Kane wytwarza postać Bat-Cessamana, blondyna w czerwonym kubraczku z czerwonymi spodniami i z takimi sztywnymi skrzydłami nietoperza, które miały odnosić się do Leonarda da Vinci. Ale patrząc na ten szkic, Bob uznał, że tutaj coś po prostu nie działa, nie funkcjonuje ani narracyjnie, nie jest to intrygujące. Po prostu taka łopatologiczna opozycja względem Supermana. W związku z tym Bob poszedł do swojego przyjaciela Billa Fingera, który w wolnym czasie od sprzedawania butów pisał różnego rodzaju opowiadania i historyjki.
Marzył o tym, żeby opowiadać historie i żyć z tego. Bob przychodzi do Billa i mówi mu: „Słuchaj, stworzyłem takiego Batmana, ale coś mi tutaj nie pasuje”. A Bill mu mówi: „Słuchaj Bob, czy ty kiedykolwiek widziałeś nietoperza? Przecież nietoperz to jest stworzenie nocy. Ta postać jest zbyt jaskrawa. Ta cała bluza i spodnie powinny tkwić w jakimś tle szarości. Powinny być szare”. Dlaczego ten Batman nie ma kaptura albo maski, najlepiej z długimi uszami, żeby odnosić się do nietoperza? Dlaczego on w ogóle nie ma rękawic? Przecież wszędzie będzie zostawiał linie papilarne.
Po tych wszystkich poprawkach i usunięciu sztywnych skrzydeł, które zastąpiła peleryna, Bob Kane poszedł do swojego redaktora, ale poszedł sam. Wynegocjował kontrakt, wedle którego Bill miał pracować dla niego, o czym go zresztą poinformował. Bill się zgodził, ponieważ sądził, że po kilku latach takiej pracy zostanie doceniony i będzie w końcu uznany jako współautor tej postaci. A przez kolejne lata stworzył niemalże wszystkie kluczowe kwestie związane z Batmanem. Nazwał miasto, w którym funkcjonuje Batman miastem Gotham. Współtworzył Jokera po tym, jak z Jeremy Robinsonem poszedł na seans kina niemego „The Man Who Laughs" z rolą Conrada Veida. Stworzył Catwomana, stworzył Riddlera, stworzył Scarecrowa, wręcz stworzył koncept Batmobila. Tylko że Bob Kane nie dotrzymał swojej obietnicy. Nie myślał o tym, żeby awansować Figera na miano współtwórcy tej postaci, chociaż tyle miał zasług w kwestii tego komiksu, tej całej franczyzy. Składało się na to wiele czynników.
Tutaj oczywiście spekuluję dość mocno, ponieważ po dziś dzień nie mamy wglądu w umowę pomiędzy DC Comics a Bobem Kanem. Natomiast znamy poniekąd jej okoliczności. W latach 40. doszło do takiej sytuacji, kiedy Kane dowiedział się od twórców Supermana, że ci zamierzają pozwać pana Liebowitza, który wydawał komiksy o Supermanie. Chcieli go pozwać za niesprawiedliwe traktowanie i próbę wykorzystania konceptu Superboya, który pierwotnie nie miał ujrzeć światła dziennego, a po kilku latach w zasadzie pan Liebowitz pragnął wykorzystać ten koncept do stworzenia komiksu oddzielnego od Supermana bez świadomości twórców człowieka ze stali. Bob Kane wykorzystał te informacje w rozmowie z panem Liebowitzem, żeby wynegocjować lepszy kontrakt. Zrobił to ponownie w latach 60., kiedy negocjowano realizację serialu ABC z Batmanem. Serialu, w którym występuje Adam West i Burt Ward, która sprawiła, że Bob Kane do końca życia żył w luksusie, a Finger w zasadzie został przez niego zapomniany i żył w nędzy i rozpaczy. Miał co prawda na koncie próby realizacji kina science fiction, ale to nie było kino ambitne jak „2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka, tylko kino science fiction klasy B. Udało mu się też napisać scenariusz, w zasadzie dwa scenariusze do wspomnianego wcześniej serialu o Batmanie.
Ale poza tym Finger zmarł w totalnym zapomnieniu i w sumie smutnym jest fakt, że o jego sprawiedliwość zawalczyła obca mu osoba parę dekad później. Osoba, która odkryła w sumie przez przypadek, że Finger ma wnuczkę, która uczy matematyki w stanie Teksas i za sprawą swojej upartości, jakiegoś takiego dążenia do celu, wywalczył dla tej córki tantiemy i pewną taką sprawiedliwość. Od premiery „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" teraz niemalże w każdym komiksie, filmie i grze jest napisane, że postać Batmana była stworzona przez Boba Kane'a wraz z Billem Fingerem. Przynajmniej tyle można było zrobić. Aczkolwiek mówiąc szczerze, w amerykańskim rynku komiksowym takie historie niestety dość często się powtarzają, nawet współcześnie. Kilka lat temu Ed Brubaker, współtwórca postaci Zimowego Żołnierza, który występuje w bodajże najlepszym filmie Marvela, czyli „Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz", przyznał się dla „Hollywood Reporter", że nie otrzymuje tantiem za stworzenie Zimowego Żołnierza, który pojawił się w szeregach filmów należących do Marvel Cinematic Universe i raczej nigdy tych pieniędzy nie ujrzy. I widać po jego karierze, że dla niego pisanie scenariuszy Kapitana Ameryki, Daredevila czy nawet znanej serii Gotham Central było niejako trampoliną do tworzenia bardziej prosperujących ofert pisarskich, jak chociażby tworzenie scenariuszy do Westworld do sezonu trzeciego czy chociażby teraz pisanie scenariuszy i przebywanie w the writers room serialu animowanego Batman Caped Crusader, który jest tworzony na zlecenie Amazon Prime. Więc kazus Andrzeja Sapkowskiego, który miał problemy prawne z CD Projekt RED, nie jest jakimś ewenementem tej działalności kreatywnej. I należy mieć świadomość tego, że jeżeli ktoś marzy o tworzeniu superbohaterów dla DC czy Marvela, to jest to praca bardziej korporacyjna, w której komiksy zostały zepchnięte bardzo na bok. Traktowane są już jako materiał źródłowy dla potencjalnych filmów i potencjalnego merchandisingu związanego z tym filmem, który przynosi o wiele większe zyski od samego komiksu.
[50:27] - Świat Batmana to właściwie wiele światów, wielu Batmanów, wielu Robinów, wiele historii, które nie zawsze są zharmonizowane. Jest inaczej niż na przykład w świecie Gwiezdnych Wojen, gdzie od czasu zdobycia praw przez Disneya wszystko jest uporządkowane. Dawne opowieści nazywane są legendami. Wszystko jest odmierzone, odważone, wszystko się zgadza. To inny sposób prowadzenia uniwersum. Jak by pan skomentował te dwa podejścia?
[51:02] - Czy taki inny? Szczerze mówiąc, bym trochę polemizował, bo Gwiezdne Wojny i świat miasta Gotham łączą te same motywy. Mamy kwestie spuścizny, mamy kwestie cienkiej granicy pomiędzy dobrem a złem. Myślę, że różnica wynika z kwestii mikro, makro. To znaczy w Gwiezdnych Wojnach mamy skupienie na tym, jak funkcjonuje państwo w rozmiarze galaktycznym, a komiksy o Batmanie stanowią niejako krytykę instytucji publicznych i form funkcjonowania zawodów pożytku publicznego typu policjant, typu psychiatra. Więc myślę, że rozmiarowo tutaj jest różnica. Natomiast to też jeden z takich powodów, dla którego napisałem tę książkę, bo wydaje mi się, że jesteśmy w newralgicznym punkcie ogromnych zmian, zwłaszcza przeobrażeń w rynku medialnym wynikających z postępu technologii, ale również pewnego zacietrzewienia ideologicznego. I mówię o tym w tym sensie, że napisałem tę swoją książkę z tego względu, że postać Batmana, na której się wychowywałem, już przemija i wynika to z faktu, że jest tyle przeróżnych interpretacji tej postaci, że zatraca się ten trzon archetypiczny wynikający z motywu bajronicznego detektywa. I identyczną sytuację widzimy w Gwiezdnych Wojnach, gdzie po prostu na rzecz całego tego motywu Barrissa dyktuje się warunki całego światotwórstwa Gwiezdnych Wojen, co teraz zresztą dało swoje owoce. Widząc wyniki box office dla ostatniej odsłony Indiany Jonesa.
Co prawda Indiana Jones i Star Wars to nie jest to samo uniwersum, ale obie produkcje ostatnimi czasy produkował Disney, więc sobie to idzie na jego konto.
[53:52] - W świecie Batmana jest bardzo często tak, że przedstawia się różne wersje historii. Na przykład różne są wersje historii śmierci rodziców głównego bohatera i to w niczym nie przeszkadza. Tymczasem w Gwiezdnych Wojnach Disney stara się wszystko uporządkować. Wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, wszystko się musi zgadzać. W Batmanie nie zawsze się zgadza, ale to nie do końca przeszkadza.
[54:18] - Tak jak powiedziałem, to, co obecnie stanowi problem w mitach o Batmanie, to właśnie ta wielorakość interpretacji, że nie ma spójnej strategii przedstawienia tej postaci, że nie ma kogoś takiego, kim był Denny O'Neil, człowiek, któremu mitologia Batmana najwięcej zawdzięcza, bo to był facet, który pisał historie o Batmanie na początku lat 70., a potem z racji tworzenia swojej Legendy w branży. Przeistoczył się w redaktora Bat-serii od 1986 do 2002 roku i starał się pilnować tego, ażeby była swego rodzaju przyczynowość, że jest pewien przyczynek i skutek w prowadzeniu narracji, w prowadzeniu historii, że jedna historia wynika z drugiej. Co zresztą polski czytelnik może przekonać się na własnej skórze, bo te najbardziej klasyczne komiksy o Batmanie z lat 90. są obecnie publikowane. Z „Gwiezdnymi Wojnami” jest o tyle bardziej skomplikowana sytuacja, że jednak podważono zaufanie fanów względem Disneya i to zaufanie zachwiało się na kilku poziomach. Przede wszystkim odrzucono to uniwersum, które było tworzone po „Powrocie Jedi” w formie mnóstwa książek, mnóstwa komiksów publikowanych przez Dark Horse Comics. Wśród nich były absolutne perełki, między innymi „Star Wars Legacy” pisane przez samego Johna Ostrandera, legendarnego twórcę serii „Suicide Squad” dla DC Comics. A to, co zaproponowano w zamian, było zaledwie zalążkiem tego, co odrzucono. Więc ja tutaj się pozwolę nie zgodzić, że są aż tak ogromne różnice. Inną sprawą jest wpływ obecnych ideologii poprawności politycznej na obie te marki i one mają inny wpływ i inny skutek, jeżeli spojrzymy na poszczególne franczyzy.
W Batmanie coraz częściej widać na przykład, że Batman realizuje swego rodzaju psychoterapię, co według mnie jest dość nielogiczne, bo to jest typ bohatera, który jest pogodzony sam ze sobą, który jest zunifikowany, że jest pewna synchronizacja tej jaźni u niego, że jest jakieś pogodzenie między mrokiem a jasnością. Z kolei w „Gwiezdnych Wojnach” mamy skupienie na bohaterce, która praktycznie absolutnie nikogo nie interesuje, tylko dlatego, że jest kobietą. I z tego też wynika pewien poziom irytacji, że przymusza się fanów do uwielbiania czegoś, co w samym swym fundamencie ma jakiś defekt. Nie wiem, czy odpowiedziałem panu na to pytanie.
[58:08] - Tak, myślę, że tak. I bardzo dziękuję za taką, a nie inną odpowiedź. Wróćmy do Mrocznego Rycerza. Gotham, w którym działa, to jest miejsce złe. Takie miasto grzechu i występku. W jednym z wywiadów mówił pan, że to tak naprawdę trochę taki w krzywym zwierciadle albo w mrocznym zwierciadle Nowy Jork. A może to jest w ogóle obraz naszej cywilizacji? Może trochę wykoślawiony, może trochę przesadzony, ale jednak to obraz nas samych, naszego świata, który tworzymy?
[58:44] - Jak najbardziej. Miasto Gotham oczywiście wywodzi się z takiego prześmiewczego nazywania Nowego Jorku miastem kozła albo miastem głupców. Tak pobliskie miejscowości nazywały mieszkańców tego miasta swego czasu, zanim się rozrosło. I absolutnie ma pan całkowitą rację. Widać to zwłaszcza w tych ostatnich komiksach Mari Kotamaki, czy chociażby w serii „Gotham Central”, jak ciężko żyje się w tym mieście, bo to jest w zasadzie moloch, w którym pojawiają się łotrzy i nadludzkie istoty i bardzo ciężko żyje się w takim mieście, gdzie co rusz albo odbywa się jakiś atak terrorystyczny, albo inne zjawiska. Jeżeli ktoś chciałby zgłębić ten temat, to są przeróżnego rodzaju komiksy skupiające się wyłącznie na mieście Gotham. Mam tutaj na myśli chociażby komiksy Scotta Snydera „Wrota Gotham” czy nawet jego cały run dla Batmana, który realizował dla DC New 52. Tam właśnie Snyder wychodzi z takiego bardzo ciekawego założenia, że sama przeszłość tego miasta, to, jak kreowały się elity, może wpływać na atmosferę tego miejsca. I tutaj jest ogromna zasługa właśnie tego scenarzysty przy tworzeniu takich postaci, takich społeczności jak Trybunałów wraz ze Szponami. Właśnie Snyder udowodnił, że niekoniecznie trzeba iść naprzód z historią poszczególnych postaci, ale również można spojrzeć na całe miasto z perspektywy przeszłej, tego, jak to miasto się formowało.
I to jest bardzo nowoczesne podejście do fabuły. Wynikające niejako z gier, gdzie to światotwórstwo przeżywa ogromny rozkwit z tego powodu, że ten świat przedstawiony musi być jak najbardziej wiarygodny i wszelkie elementy świata, w którym funkcjonuje bohater, muszą mieć swój sens, jakąś logikę, muszą z czegoś wynikać.
[01:01:28] - „Wprowadzenie do Batmanologii” taki tytuł nosi jeden z rozdziałów pana książki. Gdyby miał pan przygotować ściągę na taki temat, to co by pan w niej, w tej ściądze napisał?
[01:01:41] - Na pewno skupiłbym się na tym, kim był Bill Finger. Na pewno skupiłbym się na wpływie psychoanalizy w komiksach o Batmanie. Na pewno obecnie kluczowe wydarzenia dla tej marki rozgrywały się pod koniec lat 90., bo w zasadzie wtedy wprowadzono te wszelkie zasady pokroju Biblia scenarzystów i różnego rodzaju rozwiązania marketingowe, które w dużej mierze są dzisiaj realizowane. Oczywiście sama podróż bohatera Josepha Capella i jej wpływ na tworzenie przygód Batmana też jest bardzo kluczowy, ale to jest uniwersalne dla niemal każdej marki związanej z popkulturą. Czy to będą „Dungeons and Dragons”, czy wspomniane wcześniej „Gwiezdne wojny”. I oczywiście ważne są tutaj totalnie niespomniane konsekwencje wynikające z stworzenia serialu animowanego „Batman: The Animated Series”. Bo wciąż mało się o tym mówi, ale ten serial ukazał możliwości światotwórcze, które są wykorzystywane po stokroć we współczesnych serialach. Paul Dini, który napisał najlepsze odcinki dla tego serialu animowanego z lat 90., był przecież potem executive producer przy serialu „The Lost”, który stanowił otwarcie dla złotej ery seriali, więc jest to jak najbardziej kluczowe. Ale tak, skupiłbym się na latach 90. Choćby z tego względu, że bardzo mocno bazują na tej dekadzie gry ze studia Rocksteady, które zyskały tak ogromną popularność.
[01:03:54] - W różnych wypowiedziach podkreśla pan, że Batman tworzony przez Brytyjczyków i Batman tworzony przez Amerykanów to może nie dwie różne postacie, ale że się mocno różnią. To samo zresztą dotyczy miasta, czyli Gotham. Ono również jest inne. Jak by pan to skomentował?
[01:04:15] - Brytyjczycy od zawsze mają ironiczny stosunek do Amerykanów jako do swego młodszego brata niesfornego i Brytyjczycy za sprawą swojej spuścizny kulturalnej i absolutnie mistrzowskich sposobów opowiadania historii potrafią w ironiczny sposób ukazać Batmana jako normalnego człowieka, który ma jakieś tam swoje przywary i wady, jak to widać w komiksach z lat 90. Alana Granta, który wcześniej pisał fenomenalne historie o Judge Dredd. A Amerykanie? Amerykanie wolą popadać w jakiś taki mocniejszy eskapizm. Skupiają się na elemencie przygody. Troszeczkę widać tutaj pewne różnice w tych ostatnich komiksach, jak chociażby przeczyta się komiksy Toma Kinga, byłego agenta CIA, który przez wiele lat pisał główną serię o Batmanie. Niestety z przeciętnym skutkiem. Jeżeli istnieje jakaś różnica pomiędzy amerykańskimi komiksami a tymi komiksami pisanymi przez Brytyjczyków związanych z Batmanem, to różnica jest w zasadzie jakościowa, bo te komiksy z lat 90. pisane przez Brytyjczyków czy pod koniec lat 80., kiedy tam jeszcze współautorem był John Wagner, cechowały się tym, że była ogromna swoboda na linii autor-redaktor, wynikająca z faktu, że ten film Tima Burtona z 89. roku był niesamowitym sukcesem.
Pozwolono wtedy na absolutną swobodę w kreowaniu tych historii, bo i tak się sprzedawały. Z kolei w wranie Toma Kinga ingerencji redaktorskich było co niemiara i ta ingerencja wpłynęła na jakość tych historii i na ich klarowność. Zmuszono niejako Toma Kinga do wprowadzenia wątków, o których on nawet nie myślał i nie miał ochoty wprowadzać. Więc to też coś mówi na temat jakości współczesnych komiksów o Batmanie, które są właśnie Takim tworem korporacyjnym, gdzie wyobraźnia twórcy, jego kreatywność jest mocno ograniczona, jest formą pewnego kompromisu na linii autor, redaktor, ewentualnie władze DC.
[01:07:26] - Jakie są postacie ważne dla uniwersum Batmana? Jest oczywiście Batman, jest Robin, jest Joker. Tyle pewno wymienią osoby, które nie są specjalnie związane z tym uniwersum, nie śledzą jego rozwoju. W ogóle słyszały po prostu o Batmanie. Kogo jeszcze można by wymienić? Jaką inną postać? Jakie inne postacie?
[01:07:50] - Oczywiście rodzice Bruce'a są kluczowymi postaciami, bo bez ich śmierci nie ma absolutnie dalszej fabuły. Oczywiście Alfred jest swego rodzaju sercem tego świata. Widać to zwłaszcza teraz, kiedy czytamy komiksy, w których Alfreda już z nami nie ma. Zmarł w konsekwencji właśnie historii tworzonych przez Toma Kinga. I właśnie teraz okazuje się, że Batman tak naprawdę nie ma z kim za specjalnie rozmawiać, chociaż ma obok siebie armię sprzymierzeńców, uczniów, ale nie ma z nimi takiej relacji, jaką miał z Alfredem. Oczywiście James Gordon to jest bardzo kluczowa postać. Trudno tutaj nie wspomnieć też o Zgubie, czyli Bainie i o całej klasycznej galerii łotrów. Tak się jeszcze zastanawiam. Oczywiście ważną postacią jest Superman, bo relacja pomiędzy Batmanem a Supermanem stanowi kluczowy poziom w ogóle całego światotwórstwa DC Comics. Przynajmniej kiedyś to było bardzo ważne.
Łącznie funkcjonowanie Flasha i całej tej teorii czasoprzestrzennej, którą widzimy w Speedie The Flash.
[01:09:32] - A ważni antagoniści, tacy, którzy odgrywają niezwykle ważną rolę w tym uniwersum. To jakich by pan wymienił?
[01:09:43] - Oczywiście obok Jokera kluczowymi takimi postaciami jest Harley Quinn, która jest obecnie niezwykle popularna jako taki antybohater tego uniwersum DC. Jako taka przestroga dla ludzi, którzy pracują w imię powołania, żeby po prostu nie robić pewnych karygodnych rzeczy. A jak się jest doktorem psychiatrii, to ze wszech miar nie należy dopuścić do tego, że zakochujemy się w swoim pacjencie, bo mogą z tego wyniknąć poważne szkody, nie tylko interpersonalne. Każdy z tych bardziej kluczowych łotrów pokroju Ra's al Ghula, Stracha na Wróble stanowi jakieś krzywe zwierciadło dla głównej postaci bohatera, czyli Batmana. Nawet taka postać, która została stworzona w zasadzie dla jednej historii, czyli Baby Doll, która pojawia się w serialu The Animated Series. Nawet ona stanowi takie krzywe zwierciadło, bo zarówno Baby Doll, jak i Bruce Wayne są w jakiejś mierze dziećmi. Bruce Wayne jest dzieckiem zamkniętym w pancerzu herosa, to znaczy w sensie psychicznym. Jest wciąż takim słabowitym dzieckiem, które nie powstało z tej traumy. A Baby Doll z tego powodu, że ma tę nieuleczalną chorobę, która nie pozwala jej rosnąć, wciąż jest uznawana za dziecko i nie potrafi się z tym pogodzić i po prostu z tego powodu krzywdzi innych, bo inaczej nie potrafi.
[01:11:44] - Zostańmy przy antagonistach. Przeczytałem na jednym z forów, że antagoniści to w Batmanie często postaci bardzo skomplikowane psychologicznie, a ktoś inny złośliwie dodał, że one tylko mają sprawiać takie wrażenie, że wbrew pozorom skomplikowane nie są. Jakby pan to skomentował?
[01:12:08] - Powiem w ten sposób. Internet sprawił, że każdy ma możliwość oddania głosu i ta absolutna demokratyzacja dzielenia się opinią sprawia, że zarówno człowiek, który jest mocno oczytany w temacie może się wypowiedzieć, jak i totalny laik pretendujący do miana kogoś, kto zawsze wie lepiej. Więc trudno mi tak naprawdę odpowiedzieć, skomentować to całe zajście, bo nie wiem ani na jakim forum, ani kto tak powiedział.
[01:12:54] - Ale rozumiem, że się pan z tym zdaniem internetowym nie zgadza.
[01:12:59] - To też zależy od tego, kto pisze dany komiks o Batmanie. Jeżeli czytam klasyczne opowieści Alana Moore'a, Denysa O'Neilla Franka Millera to wręcz jestem przekonany na 100%, że tam jest głębokie stadium każdej z postaci. Natomiast jeżeli czytam teraz komiksy Chipa Zdarskiego, które opierają się wyłącznie na akcji, dzieją się tam nieprawdopodobne rzeczy mogące skutkować tym, że taki normalny śmiertelnik jak Batman powinien w trybiga umrzeć, to trudno uznać mi taki komiks za wiarygodny. To wszystko zależy od autora. Stąd odpowiedź na to pytanie nie może być jednoznaczna. To jest kwestia odpowiedniego doboru materiału. Komiksy o Batmanie są względem siebie nierówne. Są komiksy, które są totalną rozrywką, a są opowieści, które zawierają w sobie pewną głębię. Są one co prawda w mniejszości, ale na przestrzeni lat stworzono kilkadziesiąt opowieści, które warto znać i które reprezentują ze sobą jakiś poziom.
[01:14:42] - Jeden z rozdziałów pana książki nosi tytuł „Batman. Manifestacja postmodernizmu”. O co chodzi?
[01:14:50] - Postmodernizm w Batmanie zaczął funkcjonować w połowie lat 80. i wynikał on głównie z wypracowania takiej historii jak „Powrót Mrocznego Rycerza”, gdzie Frank Miller dosłownie rozprawia się ze sztandarowymi interpretacjami tej postaci. I to w sposób mocno wizualny. Jak przeczytamy ten komiks i spojrzymy na postać Batmana, to mamy przejście w pierwszym rozdziale figurą macho, którą narysował swego czasu Neal Adams w swoich klasycznych komiksach z początku lat 70. pisanych właśnie przez Dennisa O'Neilla. Potem mamy coraz mocniejsze wchodzenie w ten mrok. Przepracowanie tego mitu, które jest znane dzisiejszym fanom Batmana. I w tym sensie postmodernizm oznacza intertekstualność, to znaczy odwoływanie się do tych wcześniejszych interpretacji postaci i po prostu odbrązawianie jej, taką reinterpretację. Ale to była oznaka tych czasów. Jak spojrzymy chociażby na „Strażników” Alana Moora, gdzie poddano analizie ogólnie mit superbohatera, też w kontekście mocno przyziemnym i cynicznym, bo polityki wynikającej z czasów zimnej wojny.
[01:16:33] - Chciałbym teraz pana namówić na odrobinę spekulacji, a konkretnie chciałbym zapytać o przyszłość legendy Batmana. Czy dojdzie do zerwania z przeszłością, czy może pójdzie to w zupełnie inną stronę?
[01:16:46] - Z tego, co widzę, to ta przyszłość nie kreuje się najlepiej. Ogromne uniwersum Matta Reevesa, które miało być intermedialne. Mamy film „The Batman”, miał być serial „The Penguin”, wcześniej prequele książkowe, komiksowe, takie jak „Riddler: Year One”. Ogólnie to uniwersum jest w mocnym zawieszeniu wynikającym ze strajków Gildii Aktorów i Scenarzystów. Ten strajk w ogóle nie wiadomo, czy się powiedzie, skoro czytamy, że producenci studia wyczekują momentu, aż zwłaszcza scenarzyści się wykrwawią i nie będą mieli za co płacić za mieszkanie. Więc żyjemy w czasach ogromnych przeobrażeń na rynku medialnym i sam nie wiem, w jaką stronę to pójdzie. I sam jestem zdumiony tym, na co mogę natrafić w internecie, bo pojawiają się absolutnie imponujące prace grafików 3D wykorzystujących sztuczną inteligencję. Pojawiają się już filmy, które są co prawda niedoskonałe, ale które zawierają pewną spójność fabularną i już na tym etapie jest to jednocześnie fascynujące, jak i przerażające. W komiksach o Batmanie niestety nie widzę takiej postaci, która potrafiłaby, jak Dennis O'Neil, ogarnąć ten świat. Chip Zdarsky, który wcześniej stworzył absolutnie świetne zeszyty „Daredevila” dla Marvel Comics, jakoś nie potrafi się odnaleźć w Batmanie.
Stworzył ciekawego nowego łotra, Failsafe'a, który jest takim androidem stworzonym przez Batmana na wypadek, gdyby ten odebrał komuś życie i przekreślił swoją zasadę. Ale problem z Failsafe'em polega na tym, że on jest zbyt potężny. Jeżeli potrafi w kilka sekund pokonać całą Ligę Sprawiedliwości, to mamy do czynienia z zagrożeniem innego wymiaru. On powinien być jednym z głównych nemezis całego uniwersum DC. I trochę tutaj wydawnictwo ma problem. Jeżeli Gdziekolwiek rysuje się jakaś przyszłość dla mitu o Batmanie, to jest to rynek growy. Można z tą postacią absolutnie zrobić wiele bardzo ciekawych gier i to niekoniecznie gier akcji. I tak właśnie sądzę, że jeżeli mielibyśmy doszukiwać się jakiejś przyszłości tej postaci, to bardziej w tej epoce cyfrowej.
[01:19:54] - A jaka jest polska recepcja Batmana? I mnie chodzi bardziej o tę recepcję popularną, na ile jest postacią popularną. Nie mam na myśli percepcji czy odbioru naukowego, czy też takiego opisowego, tylko właśnie odbiorców, którzy są publicznością.
[01:20:13] - Powiem tak: w sensie naukowym najmocniej przysłużyli się tej postaci tacy uczeni jak profesor Jerzy Szyłak, który swego czasu napisał wybitny esej na temat Batmana Tima Burtona. Trudno tutaj również nie wspomnieć o panu doktorze Dawidzie Przywalnym, który swego czasu napisał bodajże pierwszą książkę o Batmanie po polsku, która jest trudno dostępna w formie papierowej, ale jest łatwa do odnalezienia, jeżeli spojrzy się w Internet. A recepcja Batmana w Polsce... Jest to kluczowa postać w kontekście konwentów komiksowych, jakiegoś cosplayu. Gdy nadchodzi Dzień Batmana w połowie września, to są realizowane różnego rodzaju eventy, spotkania. Nie mają takiego rozmachu jak imprezy tworzone przez fanów „Gwiezdnych Wojen”, ale istnieją. Trudno też nie wspomnieć o osobach przebierających się w kostium Batmana na różnego rodzaju festynach. Wiem, że jest taka osoba w obszarze Bydgoszczy czy Kielc, która ma taki specyficzny motor i pojawia się na różnego rodzaju imprezach, ale myślę, że to tyle.
[01:21:51] - Zacytuję teraz dwa blurbys z okładki pana książki. „Książka wzbogaciła niepomiernie moją wiedzę na temat postaci symbolicznej nie tylko dla świata komiksu, popkultury czy kultury w ogóle. Studium poświęcone nie tyle Batmanowi, a w swojej istocie współczesnemu człowiekowi, który niczym zakapturzony mściciel ukrywa swą wielowymiarową tożsamość pod maską tajemnicy czekającej na odkrycie”. Tak powiedział doktor habilitowany Piotr Kletowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego z Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu. I drugi blurb. „Pan Michał Chudoliński jest znakomitym znawcą kultury popularnej, w tym komiksu. Ujął mnie swoją pracowitością i wiedzą na ten temat. Media związane z kulturą i uczelnie powinny to wykorzystać”. To z kolei zdanie profesora Jacka Dąbały, medioznawcy z Instytutu Dziennikarstwa, Mediów i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ja mam natomiast dla pana trudniejsze zadanie.
Gdyby pan miał napisać blurba do swojej książki, to jakie elementy podkreśliłby pan z dużym naciskiem?
[01:23:09] - No to mnie pan zagiął. Jeżeli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób powstają mity popkultury, jeżeli chcielibyście sprawdzić, jak psychoanaliza oddziałuje na przemysł rozrywkowy w Ameryce, to zachęcam do sięgnięcia po książkę „Mroczny Rycerz Gotham”.
[01:23:37] - Pięknie dziękuję. Ale mam kolejne pytanie, tym razem może nie tyle związane z Batmanem, a z kulturą popularną w ogóle. Pan już częściowo o tym mówił, ale dobrego nigdy dosyć, więc może nawet powtórzyć pewne tezy. Otóż kultura popularna bywa często odbierana jako taka gorsza kultura. Ja wiem, że się pan z tym zdaniem nie zgadza. To jakby pan mógł rozwinąć nieco temat?
[01:24:04] - Sfera kultury w naszym kraju jest obszarem mocno klasistowskim, elitarnym. Poprzez nią stara się tworzyć pewną linię demarkacyjną pomiędzy lepszymi a gorszymi, co zresztą doskonale przedstawia pan Krzysztof Maj na swoim kanale na YouTubie. Wydaje mi się to być totalną iluzją, totalnym nieporozumieniem. Zwłaszcza w kontekście tego, co się dzieje w krajach zachodnich, gdzie w ogóle nie ma takich podziałów. Ale może to wynikać z faktu, że chociażby na takim rynku frankofońskim komiksy inaczej są produkowane niż w Ameryce, gdzie nie ma takiego procesu taśmowego i gdzie jest większa dbałość o jakość prezentowanych historii i mocniejsze dopracowanie poziomu narracji i motywów. I też nad tym komiksem dłużej się pracuje. Stąd taka renoma sztuki komiksowej w takich krajach jak Francja, Hiszpania czy Włochy. Również to może być kwestia tego, na ile mocno my oddychamy tą popkulturą tak naprawdę. Bo jak spojrzymy na społeczeństwo japońskie, które jest bardzo mocno poddane amerykańskim tendencjom, to jednak ten kraj odznacza się Niesamowicie pogłębioną, różnorodną popkulturą, gdzie można przeczytać zarówno mangi obyczajowe, sensacyjne, ale również poradniki kucharskie w formie mangi czy nawet biografie historyczne. Nawet swego czasu historia Polski była realizowana w formie mangi i była tak przedstawiana w Japonii.
Już nie mówiąc o tym, że swego czasu „Mein Kampf” przecież było wydane w Japonii w formie mangowej. Więc to wszystko zależy od podejścia do tematu, jak i pewnej kultury redakcyjno-wydawniczej wynikającej ze stosunku do komiksu. Bo możemy być ograniczeni naszą perspektywą polską, gdzie komiks jest uznawany za backarta kultury, sprawę totalnie niszową. Ale zapewniam, że są kraje, gdzie komiks jest uznawany jako równorzędny środek do opowiadania bardzo ważnych historii.
[01:27:02] - Moje kolejne pytanie nie tyle wypływa z wiedzy, co z pewnego wrażenia. Czy zgodzi się pan z twierdzeniem, że spora część środowiska naukowego po prostu nie lubi popkultury, a komiksu i fantastyki to już nie lubi w szczególności? Czy da się coś z tym zrobić i czy to w ogóle prawda?
[01:27:23] - Odpowiem krótko: tylko praca u podstaw może zmienić cokolwiek. Dobrym tego przykładem jest „Spoiler Master” prowadzony przez pana doktora Michała Oleszczyka, wykładowcę Artes Liberales, który stara się udostępniać wykłady z filmoznawstwa na wysokim poziomie. Jeżeli ktoś oddolnie nie będzie kultywował postulatów i wartości, w które wierzy, to absolutnie nic się nie zmieni.
[01:28:01] - Rozumiem, że nie chce pan za bardzo ciągnąć tego tematu, bo jednak tkwi pan w środowisku naukowym i-
[01:28:10] - Nie, to nawet nie o to chodzi. Po prostu nie da się przekonać nieprzekonanych. Można jedynie dać świadectwo czynem i sprawczością. I tyle. Po prostu więcej robić, mniej mówić.
[01:28:29] - Panie Michale, niedawno wyszła książka o Mrocznym Rycerzu. Ale każda osoba, która zajmuje się nauką, która zajmuje się zgłębianiem wiedzy, ma gdzieś tam z tyłu głowy kolejne projekty. I o te kolejne projekty chciałbym zapytać, czy one będą również związane z różnymi postaciami superbohaterów, czy też może to zupełnie inne plany? Czy to będzie bardziej na przykład skręt w kierunku, pierwszy z brzegu, powiedzmy Supermana, czy też te plany dotyczą zupełnie innych sfer?
[01:29:04] - Myślę, że dotyczą innych sfer. Bardziej teraz skłaniam się w stronę tworzenia własnych rzeczy na polu kreatywnym. Staram się nakreślać swój własny scenariusz. Są tworzone pomysły na serial telewizyjny czy nawet na streaming i bardziej będę kierował się w tę stronę. Jeżeli chodzi o książkę, to kolejny tytuł nie jest ani przesadzony, ani totalnie odrzucony. W najgorszym przypadku, mam taką nadzieję, za 10, 15 lat będzie wznowienie „Mrocznego Rycerza Gotham” z podwójnie obfitym materiałem, gdzie skupię się na sprawach i aspektach, które przeoczyłem w obecnej publikacji. Ale musi minąć trochę czasu i muszę nabyć pewnego dystansu.
[01:30:13] - Panie Michale, na koniec chciałbym zapytać o pytanie niezadane. Ja pana atakowałem dużą ilością pytań, mniej lub bardziej dociekliwych. A czy jest jakieś takie pytanie, którego pan się spodziewał, a którego ja z racji na przykład swojej słabości po prostu nie zadałem, a należałoby udzielić odpowiedzi na to pytanie?
[01:30:34] - Nie odczuwam takiego wrażenia, że pan nie poruszył jakiejś kwestii. Mam nadzieję, że pan jest zadowolony z tej rozmowy i że jakoś układa się ona w logiczną całość.
[01:30:50] - Też mam taką nadzieję. Jeszcze raz pięknie panu dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję na jakąś kolejną część takiej rozmowy w przyszłości o kulturze popularnej w ogóle, o różnych zjawiskach, które się w niej dzieją. Jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:31:10] - Dziękuję. Miłego dnia.
[01:31:13] - Proszę państwa, a teraz na scenę wkracza Piotr Cielebiaś i wspólnie zapraszamy państwa na „Filmotekarium”. „Filmotekarium” w wakacje to jest „Filmotekarium” serialowe. Podobnie będzie i tym razem. Dzisiaj dla państwa „Fundacja”. Zapraszam. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:31:39] - Witam, Marku. Witam wszystkich w kolejnym odcinku wakacyjnej serii poświęconej serialom.
[01:31:48] - Tak, dzisiaj będzie imperialnie. Fundacyjnie i imperialnie. Bo będziemy omawiać serial, który zaistniał dwa lata temu. Pierwsze odcinki się pojawiły. Serial „Fundacja”. Punktem wyjścia i zapalnikiem naszej dzisiejszej audycji jest to, że właśnie pojawił się drugi sezon „Fundacji”. Kolejne odcinki co tydzień pykają. To wiecie państwo, zanim się zacznie oglądać sezon drugi, warto zainteresować się sezonem pierwszym. W tym przypadku to Piotr jest neofitą. Ja już ten serial mam zaliczony od dawna i państwo wiecie, że jestem jego skrytym fanem.
Natomiast Piotr oglądał go na świeżo. To teraz ja mogę zadać pytanie: jak ci się, Piotrze, podobało albo nie podobało?
[01:32:43] - Ja może o tym wszystkim powiem gdzieś pośrodku naszej audycji albo na końcu, bo to bardzo ukierunkuje jej przebieg. Dzisiaj mówimy o „Fundacji”, która oparta jest o prozę mistrza, wręcz klasyka gatunku Isaaca Asimova. Gdybym powiedział, jak mi się to podoba, wiele osób mogłoby się zasugerować i mogłoby się zasugerować niesłusznie, bo moja opinia na temat „Fundacji” jest bardzo subiektywna. Ale wyszedłbym do bardzo ogólnych kwestii, bo rozmowy o serialach to często jest dobra okazja, żeby poruszyć pewne zjawiska, które im towarzyszą. Mówiliśmy w tamtym naszym pierwszym odcinku o szeroko pojętej serialozie, która dotyczy często filmów z wyraźnym wątkiem fantastycznym, horrorowym. Przy czym tutaj zarysowuje się też taki podgatunek jak fantasy czy mystery. Dzisiejszy serial, który będziemy omawiać, kwalifikuje się jako taki typowy science fiction. Nie wiem tylko do końca, w którym podgatunku. Czy to jest space western, czy space opera. Jak oceniasz wszelkie próby podejścia twórców do seriali, które oparte są o klasyki albo są wyodrębnione z wielkich serii?
Bo przecież mieliśmy „Mandalorianina”, mamy zapowiedź serialu opartego o uniwersum „Diuny”, mamy kolejne „Star Treki”, „Picarda”, zbliża się netflixowy „Problem trzech ciał”. Oznacza to, że sci-fi przeżywa jakiś swój renesans dzięki serialom, a światy, które są tam przedstawione, dają się modelować tak, że można z nich tworzyć naprawdę wielowątkowe historie. Czy to jest gatunek, który jest idealny do seriali?
[01:34:41] - Wydaje mi się, że tak. Natomiast ty mimochodem poruszyłeś pewien problem, który nie ukrywam, nurtuje mnie. To jest problem wierności oryginałowi. Od razu powiedzmy, że „Fundacja” filmowa z oryginałem ma coś wspólnego, aczkolwiek to nie jest ekranizacja książki, raczej wzięcie pewnych wątków i potraktowanie ich na nowo, po nowoczesnemu, że tak się wyrażę. I to nie zawsze robi dobrze samej opowieści. Kiedy oglądałem po raz pierwszy „Fundację”, to na początku mi to przeszkadzało, ale w końcu sobie wytłumaczyłem, żeby oglądać ten serial w oderwaniu od pierwowzoru. To znaczy zapomniałem, na ile umiałem, na chwilę o „Fundacji” Asimova i zacząłem oglądać „Fundację” filmową. Tam oczywiście sporo cech zbieżnych jest, ale wiecie państwo, u Asimova na planetę imperialną, centrum ludzkiego świata przybywa chłopak, który jest wezwany, zaproszony przez Seldona, który jest człowiekiem, który zajmuje się tak zwaną psychohistorią i przewiduje rychły upadek imperium. Potężnego Imperium Galaktycznego, obejmującego, jak sama nazwa wskazuje, całą galaktykę, trwającego od tysięcy lat. Przewiduje upadek tego imperium, ale znajduje też środek zaradczy.
Tam przybywa chłopak. Jak się państwo zapewne domyślacie, bo tu nie trzeba specjalnej przenikliwości, w naszym filmie, w naszym serialu oczywiście przybywa dziewczyna. Musi być jakaś sprawiedliwość i środowiska postępowe nie odpuszczą, jeśli w oryginale czegoś nie zmienią, bo właściwie dlaczego nie? To już mamy na początku. Tam od razu widzimy też ciekawy wątek podróży takich nadprzestrzennych. Nie będę państwu za dużo zdradzał, ale to na mnie zrobiło pewne wrażenie, zarówno pod kątem efektów, które tam są użyte. Też bez przesady, ale jednak było to dla mnie ciekawe to poruszanie się. I tak trafia, za przeproszeniem, galaktycznego wypierdziszewa ta dziewczyna do centrum imperium, do planety, na której urzęduje Imperator, a właściwie trzech Imperatorów. To też jest pewna nowość w stosunku do pierwowzoru książkowego.
[01:37:48] - Druga sprawa, jeżeli chodzi o inspiracje literackie, to pewnie wiele osób zachęconych serialem sięgnie po Asimova, po oryginał „Fundacji”. Tutaj pytanie, może bardziej porada: czy warto? Czy się bardzo nie rozczarują? Druga sprawa, czy to wszystko wyszło po polsku? Bo może wiele osób zaskoczyć fakt, że literacki pierwowzór albo początek tego pierwowzoru literackiego liczy sobie ponad 80 lat. Niemniej jednak nie było wielkiego problemu z przeniesieniem tego na współczesny film. Co więcej możesz powiedzieć o historycznych kulisach powstania tej książki? Bo to się zaczęło w zasadzie od zbioru opowieści, które zostały skodyfikowane w pierwszą część sagi.
[01:38:47] - Dokładnie to było tak, że był rok 1941, chyba druga połowa albo nawet koniec tego roku. Gdzieś pod koniec roku 1941 był sobie pan Asimov, popylał metrem nowojorskim i myślał. To czasami jest taka przypadłość, która dręczy pisarzy, więc siedział, myślał i wymyślił. Wymyślił opowieść o upadającym galaktycznym imperium. Tych wszystkich, którzy w tej chwili parsknęli, uprzedzam, że to był rok 1941, końcówka. Wtedy jeszcze takie pomysły były świeże, nowe. Przypomnę, pierwsza książka, którą uważa się za rasową space operę, wyszła pod koniec lat 20. i to był „Skylark” Doca Smitha, więc przestrzeń czasowa niewielka. W tak zwanym międzyczasie trochę książek space operowych wyszło, ale to, co wymyślił Asimov, jeszcze się w fantastyce nie działo. Trudno uznać „Fundację” za taką rasową space operę.
To jest raczej połączenie klasycznej science fiction z jej space operowym dodatkiem. I to dało niezły efekt. Nie powiedziałem tego, że Asimov popylał tym metrem na spotkanie z Campbellem. To był wówczas wydawca jednego z pulpowych magazynów, w którym drukowano fantastykę. I jak Asimov opowiedział Campbellowi juniorowi o tym pomyśle, to Campbell po prostu oszalał z ekscytacji, bo to mu wydawało się tak świeże, tak nowe, tak wspaniałe, że nie mógł się uspokoić. Paradoks polegał na tym, że nie tyle interesował Campbella sam pomysł upadającego imperium, ale rzecz, która dla Asimova była poboczna. Czyli facet, który po pierwsze przewiduje ten upadek, ale nie na zasadzie wieszczenia czy jasnowidzenia, tylko wychodzi mu to z obliczeń, ponieważ facet stworzył coś w rodzaju nauki. Nazywa się to psychohistoria. Taka asimovowska psychohistoria, bo w rzeczywistości psychohistoria też jako pojęcie funkcjonuje, ale dotyczy zupełnie czegoś innego. Więc ta asimovowska psychohistoria miała dawać możliwość przewidywania przyszłych wydarzeń i to z matematyczną dokładnością albo prawie matematyczną dokładnością.
Co więcej, pozwalała przyszłość kształtować. Nie do końca zapobiegać pewnym zjawiskom, bo tym zjawiskiem, które przewidział jeden z głównych bohaterów, Sheldon, profesor od psychohistorii, miało polegać właśnie na upadku imperium i temu zapobiec się nie dało. Próbował różnych obliczeń, ale się nie dało. Natomiast to, co się dało zrobić, to wymyślił taki sposób, żeby upadek Imperium Galaktycznego nie trwał kilka tysięcy lat i żeby w tym czasie ludzie cofnęli się w rozwoju, zeszli do jakiejś, może nie wspólnoty pierwotnej, ale do szeregu wysepek na galaktycznym morzu, każda sobie rzepkę skrobie i nie ma żadnej jedności. Jeśli to trwało przez tysiące lat, to podnoszenie z upadku trwałoby równie długo. Sheldon wymyślił sposób, żeby upadek trwał kilkaset lat i żeby ludzkość nie wyszła zbyt osłabiona z owego upadku. Tym sposobem miała być tytułowa Fundacja. Tu za dużo państwu nie opowiem, ponieważ wtedy bym rozwalił cały projekt i ci, którzy chcieliby obejrzeć, mogliby już nie mieć motywacji. W każdym razie, wracając do historii z Campbellem, jak panowie ustalili, co ich interesuje, Campbell natychmiast zamówił pierwsze opowiadanie u Asimova i ono się bodaj na wiosnę 1942 roku ukazało w pulpowym magazynie. Potem ukazało się jeszcze w tym samym magazynie łącznie osiem opowiadań albo siedem.
Nigdy tego nie mogę zapamiętać, w związku z czym wybaczcie państwo, różnica w końcu niewielka. I te pierwsze opowiadania wychodziły sukcesywnie w latach 40. i w 1950 roku ukazał się pierwszy tom „Fundacji”. I mówiąc szczerze, ludzie, publiczność, czytelnicy zachowali się troszeczkę tak, jak Campbell. Oszaleli na punkcie tej opowieści. Nic więc dziwnego, że dosyć szybko powstał tom drugi, czyli „Fundacja i Imperium”, oraz później tom trzeci, „Druga Fundacja”. Przez długi czas, pierwszą połowę lat 50. i do początku lat 80. to była trylogia. Wtedy to Asimov, starszy już pan, dał się namówić jednemu z wydawców, żeby dopisać dwa kolejne tomy i je dopisał.
Kasa była za to taka, o której nawet dzisiaj, pomimo dewaluacji, człowiek wzdycha sobie, że chętnie by takie pieniądze przytulił. Asimov je przytulił, a co więcej, jak już napisał te dwa tomy, to później zaczął wydawać licencje na to, żeby inni autorzy pisali kolejne części „Fundacji”. Później się to jeszcze rozszerzyło, bo Asimov w tak zwanym międzyczasie pisał jeszcze inne książki, wcześniej połączył to ze swoim uniwersum dotyczącym robotów i tak dalej. Świat się bardzo rozrósł. To wszystko urosło naprawdę do takiego prawdziwego science fictionowego uniwersum. Ale początki to były lata 50. I ja rzeczywiście, Piotrze, zastanawiałem się, jak to, co jednak trąci myszką, jeśli nawet zaniedbamy te opowieści z początku lat 40. i przyjmiemy, że początek to rok 1950, to tak czy inaczej, proszę państwa, to są 73 lata, jeśli dobrze liczę. A zatem morze czasu. Przez 73 lata ludzie żyją i umierają, a tymczasem przełożono to na język filmowy.
I moim zdaniem ta opowieść broni się pod warunkiem, pod jednym zasadniczym, chyba podstawowym warunkiem, że nie macie państwo zbyt mocno w sercu tej asimovowskiej „Fundacji”, bo te dwa dzieła mają ze sobą, tak jak powiedziałem, coś wspólnego, ale niekoniecznie jedno z drugiego wynika w całej rozciągłości.
[01:46:23] - Pamiętacie może, jak w którymś z odcinków rozmawialiśmy o takich niewykorzystanych potencjałach wielkich serii science fiction? To się skupiało na dyskusji, dlaczego na przykład niektórzy autorzy odnieśli sukces. I mamy takie serie jak „Star Trek”, „Gwiezdne wojny”, „Diuna” nawet. A są takie opowieści, które się nie do końca dają przełożyć na język filmowy. Pamiętasz, Marku, taką naszą dyskusję?
[01:46:50] - Tak, to prawda.
[01:46:51] - Żeśmy wymienili, nie pamiętam, co to było. Między innymi taką serię Dana Simmonsa. Zapomniałem tytułu. Tam był taki stworek i tak dalej. Natomiast tutaj „Fundacja” jest przykładem tego, że można próbować nawet ze starszymi-
[01:47:08] - „Hyperion”, Piotrze.
[01:47:10] - Tak, z takim starszym materiałem literackim i osiągnąć pewien sukces. No dobra, ale przejdźmy do konkretów. Załóżmy, że nie macie pojęcia ani o Asimovie, ani o książce „Fundacja” i przechodzicie sobie po internecie, znajdujecie serial sci-fi, no i odpalacie. Pierwsza rzecz, Marku, która mi się strasznie rzuciła w oczy: ogromne podobieństwo intra „Fundacji” do intra „Pierścieni władzy”. Nie jest to może podobieństwo takie toczka w toczkę, ale jest bardzo stylowo zbliżone. Nie wiem, z czego to wynika.
[01:47:45] - Tylko powiedzmy od razu, że jeżeli ktoś z kogoś zrzynał, to „Pierścienie władzy” raczej z „Fundacji”, bo „Fundacja” została zekranizowana, wypuszczona w świat w roku 2021, a „Pierścienie władzy” rok później. Znaczy się to intro do „Fundacji” na tyle się spodobało, że ktoś uznał za stosowne w niewielkim stopniu je powielić, skopiować, zasugerować się tym intrem.
[01:48:20] - A jeżeli ktoś oglądał „Pierścienie władzy” i to zauważył, to zauważył też coś takiego jak podobna konstrukcja serialu. Mnóstwo wątków. Znaczy może nie mnóstwo, dużo wątków, które oczywiście w pewnym momencie wszystkie się ze sobą splotą w jakiś sposób. Ale wróćmy do tego, co otrzymuje przeciętny odbiorca „Fundacji”. Włącza sobie serial, który zaczyna się bardzo obiecująco. A jeżeli jest się fanem science fiction, takiego hardcorowego, kosmicznego, to jest jeszcze lepiej. Wszystko zaczyna się w zasadzie od mocnego uderzenia. Grupa chłopców podchodzi pod jakiś kosmiczny artefakt, który wygląda jak coś pozostawionego przez obcych. Co to jest, to się potem okaże. Do tego czegoś nie da się podejść.
Zakładają się, który podejdzie najbliżej. Mówimy sobie: „To jest coś mocnego już”. Natomiast to, co się dzieje dalej przez pierwsze odcinki, zarysowuje nam problemy i fabułę. Tu trzeba być bardzo uważnym, bo niektóre problemy, niektóre wątki są nam podane na tacy i możemy odnieść wrażenie, że to jest bardzo naiwna historia początkowo. Widzimy główny wątek związany z tworzeniem rzeczonej fundacji albo, jak kto woli, fundamentu, bo do kwestii tytułu też można się jakoś odnieść. Widzimy Harry'ego Seldona. Jednak o tej postaci jeszcze powiemy.
[01:49:49] - Myślę, że ta gra słów jest zamierzona, bo to rzeczywiście jest fundacja, ale ona ma być fundamentem.
[01:49:57] - No właśnie. Natomiast co mnie uderzyło bardzo, ja się napaliłem na ten film, tak go zachwalałeś. Rzeczywiście on się zaczął po tym fantastycznonaukowym trzęsieniu ziemi, jakim jest spotkanie z tym dziwnym artefaktem, mamy ogromną katastrofę, która trzęsie posadami galaktycznego imperium. To nam jeszcze bardziej pobudza apetyt. A potem jednak ten serial się wypłaszcza. Mamy już wątki sentymentalno-uczuciowe, mamy wątek związany z knowaniami na szczytach władzy, czyli taką typowo pałacową politykę i tak dalej. Powiem tak: temperatura tych wątków jest bardzo różna i jeżeli ktoś pragnie tylko takiego mocnego science fiction, jakie zna na przykład z serii „Obce” i takie lubi, takie science fiction połączone z sensacją, to nie do końca coś takiego otrzyma. Innymi słowy, te wątki, które się w „Fundacji” przeplatają, są różne stylowo, mają bardzo różną temperaturę i to niektórych, na przykład mnie, troszeczkę nie to, że raziło, natomiast ja się budziłem na tych wątkach, które obchodziły mnie najbardziej, które były momentami najbardziej interesujące i widowiskowe. Co mnie obchodzi tam, że się ktoś w kimś zakochał, prawda? Marku, sam powiedz, co mnie zainteresuje.
Tu się dzieją takie galaktyczne rzeczy, niepojęte, kosmiczne, a tutaj jakieś melodramaty. Nie wiem.
[01:51:41] - Tak, tylko nie dodałeś tego, że kwestia zakochania albo markowania zakochania ma jednak swoje uzasadnienie w tych intrygach pałacowych, które się tam pojawiają. Powiem tak: możecie Państwo bardzo łatwo wykazać mi pewną niekonsekwencję, bo ja bardzo często do znudzenia, a niektórzy już nawet słuchać tego nie mogą, kiedy ja powtarzam, że się strzelają i to jest dobry serial, a jak się nie strzelają, to jest gorzej. Tu wykazuję pewną niekonsekwencję, bo w „Fundacji” strzelają się stosunkowo mało, a jednak ten serial przykuł moją uwagę, bo to jest po pierwsze serial, który opowiada o pewnych mechanizmach władzy, władzy postawionej w obliczu upadku imperium wieszczonego. Tego jeszcze nie widać. Wiecie państwo, to jest tak troszeczkę jak z tym człowiekiem, który wyskakuje z dziesiątego piętra i kiedy byśmy zapytali człowieka, który leci ku śmierci, na wysokości piątego piętra, jak jest, to by odpowiedział, że właściwie niewiele się zmieniło od tego momentu, kiedy był na dziesiątym piętrze, ale póki co leci i zobaczymy, co będzie dalej. Wiadomo, co będzie dalej. I tu mamy bardzo podobną sytuację. Imperium istnieje, teoretycznie trwać będzie jeszcze bardzo długo, a jednak czuć elementy rozkładu. Czuć, że to wszechpotężne imperium, stolica tego imperium, w której urzęduje władca, imperator oraz jego genetyczne kopie – tak to określmy. On jest też kopią, tak naprawdę.
Zawsze urzęduje trójka imperatorów. Jest Świt, jest Zmierzch, no i właściwy Imperator. Zmierzch rządził jakiś czas temu. Świt, kiedy dojdzie do pełnoletniości, też będzie rządził. Wtedy ten obecny imperator stanie się Zmierzchem. Zmierzch, mówiąc krótko, kopnie w kalendarz i pojawi się nowy Świt i nowy imperator, który sobie będzie dojrzewał, będzie się kształcił i tak dalej. To może się wydawać nieco skomplikowane. To jest pewna nowość. Tego u Asimova nie ma. Tak jak u Asimova nie ma na przykład tego kosmicznego artefaktu gdzieś tam na prowincjonalnej planecie, w której ten artefakt okazuje się tak naprawdę miejscem, w którym ukazuje się Sheldon i opowiada, co będzie dalej, mówi, co już osiągnęli i co osiągnąć trzeba.
U Asimova jest to nieco bardziej kameralnie rozegrane. Sheldon pojawia się co ileś tam lat w pewnej sali, pojawia się jego hologram, on wygłasza swoje tezy i znika. W dodatku powiem tak: w oryginale książkowym od pewnego momentu przepowiednie Sheldona zaczynają się troszeczkę rozjeżdżać z rzeczywistością. Tyle wystarczy. Więcej nie będę opowiadał. Natomiast wrócę jeszcze do tego swojego rozdwojenia, że się nie strzelają, a jednak serial dobry. Bo ten serial uderzył bardzo mocno w drugą moją fascynację, to znaczy fascynację mechanizmami polityki, mechanizmami władzy. To Państwo wiecie, ci wszyscy Państwo, którzy słuchacie moich rozmów z Piotrem Plebaniakiem zarówno w tej wersji krótkiej w „Bibliotekarium 2.0”, jak i w tej wersji wydłużonej w postaci „Telegramu z krańca świata”. Wiecie Państwo, że sprawy związane z władzą, z sprawowaniem władzy, z utrzymaniem władzy to są rzeczy fascynujące i nie da się ich tak ogarnąć, że ktoś rządzi, bo rządzi. To wbrew pozorom jest bardzo skomplikowana sprawa.
Zwróćcie Państwo uwagę, że jedna z ostatnich książek Piotra Plebaniaka nosi tytuł „Psychohistoria”, bo mówi też o mechanizmach osiągania pewnych celów. I ten serial, ta opowieść filmowa „Fundacja” Ona też mówi o tym, jak osiągać pewne cele. Cele, które nie zawsze są oczywiste, bo nie zawsze to, co się mówi, że się chce osiągnąć, naprawdę chce się osiągnąć. Czasami cały numer polega na tym, żeby potencjalnego przeciwnika, potencjalnego agresora, potencjalnego kogoś, kto będzie przeszkadzał, wprowadzić w błąd w taki sposób, żeby to, czego chcemy, stało się po prostu. I z tego punktu widzenia ten serial spełnia oczekiwania. Ale jedna rzecz jest bardzo ważna i Piotr o tym powiedział, ja tylko dobiję to młotkiem. Otóż to nie jest serial, który da się oglądać w momencie, kiedy robi się przy tym wiele różnych rzeczy. Jego albo trzeba oglądać dosyć uważnie i śledzić te wątki, albo trzeba sobie dać spokój. Ten serial nie znosi momentów zawieszenia, zagubienia, bo wtedy stracicie państwo łączniki pomiędzy poszczególnymi scenami. Bo rzeczywiście jest tak na początku, że tu się, proszę państwa, nic nie łączy.
Na początku w ogóle, później niby zaczyna, ale to też nie jest tak, że mówię: „Oczywiście, tu się musi połączyć, tam się pewno też połączy”. Nie, to wbrew pozorom takie oczywiste nie jest. Pojawiają się rzeczy, które się w książce nie pojawiają. Nie będę ich szczegółowo omawiał. Ten serial jest inny. Mówiłem już o tym, że „Fundacja” była tylko punktem wyjścia. Tu się oczywiście pojawiają rzeczy, które mnie osobiście i ciebie, Piotrze, chyba też wyprowadzają z nerw, jak to mawiają niektórzy, bo tu oczywiście wkracza pewna polityczna poprawność, pewien nowy sposób patrzenia na rzeczywistość czy na literaturę. Wszędzie trzeba wstawiać. Zamiast chłopca mamy dziewczynkę, która ma służyć Sheldonowi, ma z nim pracować.
[01:58:06] - To tam można aż tak bardzo nie razi, ale są inne rzeczy.
[01:58:12] - Razić nie razi tych, którzy nie są przywiązani do wersji kanonicznej. Mnie też. Przyjąłem po prostu, że oglądam jakąś opowieść i okej, dziewczynka mi nie przeszkadzała, ale ty powiedziałeś na przykład o kwestii ras i mnie się wydaje to niesłychanie logiczne, co powiedziałeś.
[01:58:29] - Chodzi o to, że mamy Imperium Galaktyczne, które istnieje sobie, tam jest powiedziane, że chyba kilkanaście tysięcy lat, tak?
[01:58:38] - Tak.
[01:58:40] - I dochodzi do wniosku, na dobrą sprawę, jeżeli jakaś rasa, powiedzmy ludzkość, przepraszam, jeżeli jakiś gatunek, powiedzmy homo sapiens podzielony jest na rasy, to przez te kilkanaście tysięcy lat to już się nam trochę to wszystko pozmieniało w stosunku do sytuacji obecnej. Czyli tam nie ma już takich wyraźnych podziałów. Jeżeli ten film chciałby nam odwzorowywać w miarę, to jest science fiction, czyli nie może tego robić w miarę obiektywnie czy wiarygodnie. Ale jeżeli zachowywałby pewien ciąg logiczny, to nie mielibyśmy zaznaczonych pewnych kwestii, które są na przykład dla jednych osób bardzo drażliwe. Na przykład dlaczego osób takich w filmie jest więcej, a takich mniej. Bo takie głosy oczywiście się pojawiły też w „Fundacji” i nie tylko. Nie wiem, czy chcesz dodać tutaj coś.
[01:59:44] - Myślę, że nie ruszajmy tych spraw, bo one są właściwie w tej chwili przy okazji każdego filmu przerabiane. Było tak przy „Wiedźminie”. Cała dyskusja, która trzęsła internetem, dotycząca tego, czy elfy mogą być czarnoskóre, czy nie mogą być czarnoskóre. Ja, mówiąc szczerze, w takie rzeczy się nie bawię, ale z drugiej strony może popełniam błąd, bo to jest takie odpuszczanie, takie pozwalanie na to, że... Widzieliście państwo memy dotyczące tego, jak będzie wyglądała nowa ekranizacja „Lalki” Prusa w wykonaniu Netflixa. I tam widzimy Wokulskiego, który jest również czarnoskóry, Izabelę również czarnoskórą. To oczywiście sprowadzone jest do absurdu, ale wiecie państwo, jest coś chorego. Powtarzam, ja nie mam nic do tego, że się pojawiają aktorzy o takim czy innym kolorze skóry. Naprawdę. Tylko nie zakłamujmy pewnych historii i powiedzmy, jeśli w „Fundacji” to w ogóle nie ma znaczenia, to w niektórych innych produkcjach znaczenie to już ma.
Uwierzcie mi państwo, w średniowieczu nie było czarnych rycerzy. Nie było, nie przewiduje się i nie przewiduje się ich nawet odkryć. I nie widzę powodu, dla którego nagle filmy, seriale miałyby dostarczać takiej nowej rzeczywistości. Nie ma.
[02:01:19] - Ale wiesz, mnie chodzi o dyskusję, która się wokół tego filmu wywiązała, bo nagle pojawiły się na przykład gdzieś tam takie zarzuty, że główny geniusz Hari Seldon jest reprezentantem takiej rasy. Imperator też jest cały czas biały. Nie do końca mi przychodzi łatwo dyskusja nad takimi kwestiami jako odbiorcy. Ja wiem, że to może rozpalać wyobraźnię za oceanem, ale przywołałeś tutaj „Wiedźmina”. „Wiedźmin” jest dobrym przykładem też na to w kontekście rozmowy o „Fundacji”, co powiedziałeś na samym początku, że są gdzieś postawione granice między oryginałem- ... inspirowaniem się, a produktem finalnym. Przecież ta spirala, w którą wpada „Wiedźmin” teraz, też się wiąże z tym, że odchodzi się od pewnych pierwowzorów. Także dyskutując o serialach, będziemy też wskazywać na różne kwestie, które z jakichś powodów są warte uwagi. Zdradziłeś tutaj kilka informacji o Seldonie. Może do nich przejdziemy na końcu.
Ale też powiedziałeś, że nie będziemy rozwijać za bardzo tego, czym jest fundacja. Ale w pewnej chwili powiem tak: że mnie akurat to najbardziej w tym wszystkim zainteresowało. To się wybija na tle pozostałych wątków, które momentami mnie czasami mocno nudziły. Serial sobie płynął, w pewnym momencie następowało tsunami zdarzeń, a potem on sobie znowu płynął. Ale przejdźmy do tej kwestii najważniejszej. Czym jest, może tak wiesz, jeszcze w kilku słowach owa fundacja, bo ta koncepcja jest źródłem tytułu, który dla niezorientowanego widza może być nieco mylący. Mowa tutaj bardziej o fundacji jako wspomnianym fundamencie, a nie organizacji, na przykład jakiejś dobroczynnej. Sama koncepcja fundacji jest bardzo ciekawa, bo ona wykracza poza ten film. Da się ją zastosować do dyskusji o cywilizacjach pozaziemskich, ale nawet do alternatywnej historii naszej cywilizacji. Bo przecież w książce „Magowie bogów”, którą żeśmy przed laty omawiali w którejś z debat, chyba „Niekontrolowanych”, mowa o czymś dokładnie takim, że była pra-cywilizacja, która stworzyła sobie pewną fundację, może w zupełnie innej postaci, ale jednak tak.
[02:03:46] - Ten wątek w fundacji, wydaje mi się, wypływał rzeczywiście z analizy tego, jak to by się mogło potoczyć. Idea tego, że gdzieś na peryferiach imperium, które jeszcze nie upadło, ale chyli się ku upadkowi, powstaje organizacja, która ma same kłopoty. W przypadku filmu z trudem na tej planecie peryferyjnej, w peryferyjnym układzie planetarnym z trudem egzystuje, ledwo wiąże koniec z końcem, a jednocześnie przechowuje wiedzę praktyczną, teoretyczną, przechowuje dorobek ludzkości. Bo okazuje się, proszę państwa, że wiele rzeczy jest ważnych. Ważne są różnego rodzaju wynalazki, ważne są urządzenia techniczne i tak dalej. To wszystko oczywiście jest, ale ważne jest też to, żeby przechować cywilizację. Cywilizację rozumianą jako pomieszanie zarówno tej kultury technicznej, tak to sobie określmy, jak i tej kultury wysokiej, związanej z literaturą, z dziedzictwem, z tym, że coś trwało bardzo długo, wykształciło pewną więź. Bo co to jest tak naprawdę cywilizacja poza tymi wszystkimi wytworami cywilizacji zarówno dotyczącymi sztuki, jak i dotyczącymi techniki? To jest też odczuwanie pewnej więzi, pewnego braterstwa. Nazwijcie państwo, jak chcecie to.
W każdym razie to, że ten drugi człowiek na przykład nie jest moim wrogiem, tylko jest kimś, z kim mogę coś zbudować. Możemy tworzyć coś razem. O to chodziło tak naprawdę w fundacji. Dlatego ona musiała być oderwana od jądra cywilizacji, od jądra imperium, czyli od planety centralnej, tej stolicy imperium. Musiała gdzieś zniknąć w kosmosie. Co więcej, musiano o niej zapomnieć, bo fundacja miała być takim jądrem krystalizacji nowego imperium. Stamtąd miał wyjść ruch jednoczący, scalający to, co się rozpadło, ale to się mogło udać tylko wtedy, kiedy pierwotne imperium upadnie, a fundacja będzie na tyle silna, że będzie w stanie to zrobić. I zauważcie państwo, nie, nie zauważycie tego państwo, jak nie oglądaliście filmu, to zauważ, Piotrze, że tam Sheldon niejako prowokuje pewne kryzysy pomiędzy fundacją, tym światem zajętym przez fundację a sąsiednimi układami gwiezdnymi. Ponieważ o to właśnie chodzi, żeby fundacja została wzmocniona, żeby potencjał, zdolność do, ulubione słowo Piotra Plebaniaka, predykcji, ale też sprawczości, żeby było zrealizowane, żeby fundacja stała się tym ośrodkiem scalenia, o którym wspomniałem, który będzie w stanie tego scalenia dokonać. My oczywiście w serialu „Fundacja” nie idziemy tak daleko.
My na razie obserwujemy kształtowanie się fundacji. I w tym pierwszym sezonie bidnie to, proszę państwa, wygląda, bo ta fundacja to ona, tak jak powiedziałem wcześniej: brud, smród, ubóstwo i bida, panie, bida kompletna. Niemniej jednak nie następuje upadek. Fundacja trwa, potrafi się obronić. Kryzysy, które ją dotykają, przechodzi, chociaż w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że właśnie fundacja została zniszczona. A jednak nie. Jest oczywiście dla wszystkich, którzy nie znają cyklu fundacyjnego, pewna niespodzianka ukryta przez Asimova. Jestem ciekaw, jak ta niespodzianka zostanie wykorzystana w serialu. Nawet nie wiem, czy ona będzie już odsłonięta w drugim sezonie. Myślę, że nie, bo Asimov ją Bardzo pięknie ukrył i bardzo logicznie to zrobił.
Ale dobra, to już jest opowieść o czymś, czego nie ma. Natomiast z tych wszystkich punktów widzenia, o których państwu powiedziałem, ten serial wydawał mi się ciekawy. I masz rację, Piotrze, ja się z tobą zgodzę. Tam są dłużyzny. Na przykład jest taki cały odcinek, w którym Imperator udaje się na jedną z planet i tam odbywa pewną pielgrzymkę. I to jest, proszę państwa, nuda, nic się nie dzieje. Facet biegnie, idzie, ma wizje, pomaga jednym, wdeptuje w ziemię drugich. To już mój dodatek. Nic się teoretycznie nie zmienia. Ale ta pielgrzymka, ta droga przez mękę zmienia tego Imperatora, który jest władcą absolutnym.
On w tym Imperium Galaktycznym może wszystko. A jednak droga przez pustynię, droga pewnym jarem, którym on idzie, droga trwająca sporo kilometrów, ona go jednak przemienia. I to nie tylko na gruncie fizycznym, ale coś się w jego głowie dzieje. On coś nagle odkrywa sam w sobie, w swoim wnętrzu. Powiecie państwo – taki wątek mistyczny, ale nie wiem, czy państwo kiedyś szli w długiej wędrówce trwającej kilkadziesiąt kilometrów, kiedy człowiek jest sam na sam z własnymi myślami. Nic nie mówi, tylko idzie i myśli, i idzie, i idzie. I ten jednostajny ruch sprawia, że my się zapadamy troszeczkę w sobie. Ja podobne doświadczenia mam za sobą i dlatego może bez specjalnej ekscytacji, jednak odcinek, w którym ta pielgrzymka się odbywa, nie wydawał mi się aż tak nudny, jak może się wydawać ludziom bez takich doświadczeń. Jednak on był prawdziwy. Z mojego punktu widzenia psychologicznie był prawdziwy, bo rzeczywiście władca Imperium wrócił stamtąd odmieniony.
On nagle zaczął zdawać sobie sprawę z pewnych mechanizmów władzy, które wcześniej wydawały... To był absolutny racjonalista, człowiek, który uważał, że pewne rzeczy muszą się dziać, bo muszą i już. I nie ma co zmieniać, po prostu jest pewne następstwo genetyczne, są pewne mechanizmy, których nie wolno ruszać. I on po tej pielgrzymce doszedł do wniosku, że koniecznością jest zmiana. Ona nie może być rewolucyjna, ale z drugiej strony żadne imperium nie może się zasklepić samo w sobie. Nie może dojść do tego, że władza trwa, bo jeśli trwa, to truizm. Jak coś stoi w miejscu, to wiadomo, co się dzieje. On to odkrywa. Wiecie państwo, to jest tak, że to odkrycie, jak znam historię fundacji asimovowskiej, da mu pewien obraz rzeczywistości, pewien obraz upadku i pewną orientację w tym, co się dzieje. To jednak nie zmienia losów samego Imperium.
Ono i tak chyli się ku upadkowi.
[02:11:43] - Jeżeli chodzi o te wątki niekanoniczne w fundacji, to można tutaj rozszerzyć jeszcze sprawę tego, co się na początku wydaje, może niektórym widzom, jakimś triumwiratem dziadka, syna i wnuka. W rzeczywistości są to, jak wspomniałeś, klony zmarłego przed wiekami Imperatora. I ten mechanizm sprawowania władzy ma zapobiegać problemom z sukcesją. Natomiast on też sam z siebie wywołuje pewne problemy, które są ciekawym dodatkiem do tych innych kwestii. Wiesz co? Powiedziałeś jeszcze o tym Harim Seldonie, który się objawia w pewnych miejscach. A jak się już słowo rzekło, to możemy powiedzieć, że on jest troszeczkę takim medium, że on raz jest w formie fizycznej, raz jest w formie e-wydania. Nie ma co ukrywać, że Seldon jest tutaj czołową postacią, która jednak w pewnym momencie nam znika troszeczkę z pola widzenia, ale cały czas utrzymuje, nadaje tempo tej historii poprzez właśnie koncepcję psychohistorii. My ją znamy współcześnie już jako połączenie historii i psychologii. O tym pisze między innymi Igor Witkowski.
Natomiast to, co uprawia Seldon, przypomina mi bardziej, Marku, historię matematyczną. Coś, co też znamy i czym wiele osób się para i o czym będziemy pisać w „Nieznanym Świecie” pod koniec roku, także w kontekście wydarzeń, które mają mieć miejsce w Polsce. Co możemy jeszcze dodać takiego, co by przekonało hardkorowych fanów science fiction? Takich, którzy poszukują w serialach tego rodzaju czegoś więcej niż wielowątkowość. Wydaje mi się, że chociaż są dłużyzny, chociaż brakuje w niektórych momentach tempa i zaskoczeń, nie jest to serial najgorszy. Ja mam takie zdanie, że w tym konkretnym przypadku show toczy się, toczy się. Raz fala się wzbiera, innym razem opada, acz jednak nasza uwaga jest cały czas przykuwana. Nasza uwaga jest podsycana przez różnego rodzaju wątki. I tutaj niezależnie od tego, czy jesteście fanem melodramatu czy science fiction. I choć nie wszystko to zawsze przemawia do naszych ...
tutaj sympatii, to nie jest tak źle. Co jakiś czas pojawia się wątek, który podnosi temperaturę. Momentami może "Fundacja" rzeczywiście nudzi, ale dodajmy jeszcze jedną rzecz, bo o tym nie powiedzieliśmy. Aktorzy, którzy robią naprawdę dobrą robotę. I tutaj mowa o między innymi tym panu, który odgrywa postać Harrego Seldona. Minusem natomiast, moim zdaniem, jest scenografia. Nie masz takiego Marku zdania, że w tych wszystkich nowych serialach science fiction jest tak, że czasami przyoszczędza się na niektórych rzeczach i jedną z tych rzeczy są na przykład rekwizyty czy ogólniej rzecz biorąc inne elementy scenografii, bo na przykład trzeba wydać więcej pieniędzy na efekty specjalne. I tutaj czasami oglądając "Fundację", mamy do czynienia z, ja to nazywam efektem Herkulesa. Wiesz, oglądając wiele seriali na przykład "Pierścienie władzy", macie takie nieodparte wrażenie, że oglądacie serial z lat 90. Jeżeli idzie o poziom scenografii na przykład.
[02:15:41] - Wiesz co? Nie wiem. Bardzo bidna scenografia jest na przykład na planecie Fundacji. To są baraki. Ale na przykład dwór cesarski — ja tam nie miałem zastrzeżeń. Trudno mi powiedzieć. À propos scenografii, to nie miałem aż takich dużych oczekiwań. Mnie to w jakimś stopniu przekonywało. Czy to ten statek bojowy, który się w pewnym momencie tam pojawia, to akurat element efektów specjalnych, ale oni kiedy przebywają na tym statku, to już nie są efekty specjalne. Trudno mi powiedzieć.
Ja nie miałem takiego dysonansu, powiem szczerze.
[02:16:37] - Powiedz mi, bo jako taki skryty fan serialu trudno mi cię złapać tutaj na takiej sytuacji, kiedy byś powiedział o nim coś złego. Powiedziałeś o dłużyznach, to fakt, ale jest coś, co byś skrytykował, bo wiem też, że widziałeś już coś z tej serii drugiej.
[02:16:57] - Tak, ale jeszcze na temat drugiego sezonu się nie wypowiem. Wiesz co? To, co jest nie do końca jasne w serialu, to jest jasne wyłożenie tych zasad psychohistorii, które ja państwu za chwilę wyłożę, bo to się może wydawać trochę głupie. Jest psychohistoria, która przewiduje przyszłość, a jednocześnie podkreśla to, że losów jednostek nie da się przewidzieć i że to się opiera na matematyce. To ja państwu powiem tak: ta psychohistoria wydaje się pewnym takim Świętym Graalem. Oni wszyscy o tej psychohistorii mówią, o tym, że się da przewidzieć, że oni to wszystko przewidzieli, ale właściwie nie ma wyjaśnienia, jak oni to robią. Coś liczą, niby tam jakieś zamarkowanie jest. Tymczasem, proszę państwa, myślę, że bardzo państwu ułatwi zrozumienie tego wszystkiego fakt, że Asimov, kiedy produkował w swojej głowie "Fundację" i kiedy wymyślał, jak to ma działać, to on wzorował swoją psychohistorię na kinetycznej teorii gazów. Bo według tej teorii trudno jest przewidzieć zachowanie pojedynczej cząsteczki gazu — w tym wypadku człowieka — ale bez najmniejszego problemu można przewidzieć ruchy wielkiej ilości tych cząsteczek. Jest też niejasno to wytłumaczone w serialu i to jest moim zdaniem też słabość, która mocno ustawiłaby percepcję.
Otóż warunkiem działania psychohistorii, to jest sugerowane, ale nie jest powiedziane wprost, warunkiem działania psychohistorii była niewiedza ludzi o tym, że są obiektem pewnych oddziaływań psychohistorycznych. Bo jak oni o tym wiedzą, to mogą zmienić swoje zachowanie. Są manipulowani, ale o tym nie mogą wiedzieć, bo jeśli będą wiedzieli, to dokładnie tak jak powiedziałem, swoje zachowanie mogą zmienić i wówczas przewidywania Seldona byłyby nietrafne. Ten plan Seldona jest tak naprawdę przecież główną osią fabuły, która jest w "Fundacji" i warto o tym pamiętać. Także to moim zdaniem bardzo ważne. To były słabsze rzeczy, ale tym, co warto pamiętać i co bardzo mi się podoba w "Fundacji", to to, że tym działaniom Seldona bliżej jest do takiej filozofii Sun Tzu od sztuki wojny, koncepcji małych kroków. Czyli nie robimy od razu przewrotu, nie robimy od razu odbudowywania, tylko robimy małe kroki, trafiamy do serc ludzi, do ich umysłu. I nie chodzi o to, żeby wbić w te serca miecz, ale polega na tym, żeby działać subtelnie, bo tylko wtedy osiąga się cel, który tak naprawdę Seldonowi przyświeca, żeby ludzkość powstała po nieuchronnym upadku. To jest bardzo w gruncie rzeczy proste przesłanie i trochę to bogactwo, ale weźmy to bogactwo w cudzysłów, te meandry różnego rodzaju, te różne wątki trochę przesłaniają i w jakimś stopniu czynią niejasnym to wszystko, co przed chwilą powiedziałem. Że Sheldon tak naprawdę nie jest kompletnym wariatem i to nie jest tak, że coś wie, o czym się czytelnik, czy w tym wypadku człowiek oglądający serial nie dowiaduje i on tylko wierzy w to, że Sheldon coś przewiduje.
Ja wiem, że to może nie do wszystkich przemawiać, niemniej jednak teoria gazów, o której powiedziałem, w jakiś sposób jednak może pewne rzeczy tłumaczyć. Tak to ujmę. Ja jestem pod wrażeniem, nie ukrywam, proszę państwa, w przeciwieństwie do Piotra jestem pod wrażeniem tego filmu, ale zauważcie państwo, powtórzę to po raz kolejny, to nie jest film, w którym się strzelają, a jednak mi się podoba.
[02:21:36] - Jestem ciekaw, co oni wymyślą w tej drugiej serii. Zobaczymy, chociaż nie obiecuję, że do tego wrócę. Wszystkie osoby, które zaintrygowała „Fundacja” w wersji serialowej, odsyłamy oczywiście do książek Asimova, chociaż nie jest tu powiedziane, że znajdą tam to, co akurat zobaczyli na ekranie.
[02:21:59] - Tak. Poza tym ja jeszcze muszę jedną rzecz powiedzieć, tak już na koniec rzeczywiście. Wiecie państwo co? Wbrew pozorom to są dwie różne jednak opowieści. Obie lubię, ale za co innego je lubię. Serial za pewną wizję, którą roztacza. Książka jest zupełnie inna i ja mam wrażenie, nie obraźcie się państwo ci wszyscy, którzy kochacie „Fundację” i jest ona dla was czymś bardzo kultowym. Mam na myśli „Fundację” w wydaniu książkowym. Ja mam jednak wrażenie, że „Fundacja” się mocno zestarzała przez te 70 czy właściwie 80 lat. Zestarzała się i pewne wątki tutaj podkręcone w serialu robią dobrze tej opowieści.
Inne oczywiście nie za dobrze. Mówiąc szczerze, ten serial skłonił mnie do tego, żeby do „Fundacji” asimowskiej zajrzeć. To się w dalszym ciągu czyta nieźle, ale to, co jeszcze w latach 80. ryło banie, znaczy ta wielkość, ta wizja, potęga, co się wtedy wydawało niesamowite, dzisiaj już wcale takie niesamowite się nie wydaje. Po prostu ogrom nakładów, ilość, mówię o tytułach wydawanych książek bardzo podobnych, a czasami mało podobnych, w każdym razie traktujących o szerokim kosmosie, o wielkich przestrzeniach. To wszystko sprawiło, że dzisiaj ta wizja Asimowa nie powala i być może to odświeżenie w postaci filmu dobrze robi tej opowieści, bo reżyser tego filmu, scenarzysta sprawili, że opowieść Asimowa nabiera dodatkowego oddechu, nabiera pewnej nowości, tak to powiedzmy. A w każdym razie takiego spojrzenia, jakiego byśmy dzisiaj oczekiwali po opowieści, która traktuje o Imperium Galaktycznym bądź co bądź. I to tyle. Mam nadzieję, że nikogo nie zniechęciłem do lektury „Fundacji”, bo warto, ale warto też pomyśleć, że świat się zmienia bez zwątpienia, że tak sobie zrymuję. Dobrze czy źle?
W każdym razie czytajcie państwo „Fundację” i oglądajcie państwo „Fundację” i nie wkurzajcie się na te niektóre wątki, które mogą rzeczywiście państwa przynudzić.
[02:24:48] - Tak, to są seriale. Trzeba pamiętać, że zawsze się znajdzie taki serial, w którym ktoś chciał to czy owo przeciągnąć z powodów takich, żeby dobić na przykład do wymaganej liczby odcinków i tak dalej. O tym jeszcze będziemy rozmawiać, Marku, a co za tydzień? Za tydzień kolejna ciekawa rzecz, bo w ogóle wkraczamy w taki okres, który zdaniem części komentatorów pewnie się uwydatni dopiero za jakiś czas. Ale zaczyna się strajk scenarzystów, znaczy zaczął się strajk scenarzystów, aktorów. Hollywood rzekomo się trzęsie w posadach. Idzie o wielkie interesy i różnego typu zdarzenia. My o tym chyba powiemy, ale może nie dzisiaj. I ciekawi mnie to, czy to się wszystko odbije w jakiś sposób na tym, o czym my będziemy rozmawiać w następnych odcinkach. Nie chodzi mi o to, co się wydarzy za kilka tygodni, ale na przykład w przyszłym roku, bo niektórzy już wieszczą, że filmów po prostu nie będzie.
Z drugiej strony one są często tak złe, że może by było lepiej, jakby było ich mniej, a byłyby dobre.
[02:25:57] - Właśnie chciałem powiedzieć, Piotrze, że ja tak z przekąsem powiem, że część scenarzystów powinna już strajkować do końca życia. Natomiast części rzeczywiście bym odpuścił, bo ja mam wrażenie, że amerykańska popkultura cierpi na nadmiar. Zdecydowanie na nadmiar powstaje. Przecież to nie jest wina scenarzystów. Ktoś tam ma ssanie na to. W związku z tym te wszystkie platformy streamingowe, ci wszyscy dystrybutorzy, oni po prostu produkują tych filmów na kopy, potem je zawieszają, wyrzucają do kosza i to niestety niedobrze robi temu wszystkiemu, co do nas dociera. Niemniej jednak, Piotrze, za tydzień będziemy omawiać serial Który ma dużą zaletę z mojego punktu widzenia: ma początek, środek i koniec. I mam nadzieję, że zdecydowany koniec to już jest.
[02:27:00] - Ponoć nie do końca właśnie.
[02:27:02] - No wiadomo, oczywiście trzeba będzie zmonetyzować sukces. Dobrze, w porządku.
[02:27:09] - Ja nawet nie wiem, czy on się skończył, bo to zakończenie było takie dość dziwne.
[02:27:14] - Właśnie o to chodzi. Ja lubię seriale, które się nie kończą tak, że dają ci w łeb i już wszystko wiesz.
[02:27:22] - A nie powiemy wam, o co chodzi, ale dodam tylko, że czytałem o tym i okazało się, że nawet aktorzy, którzy w tym grali, nie byli do końca pewni, czy to się kończy tak, jak inne się kończą, na przykład „Czterej pancerni”. Ale o tym już za tydzień.
[02:27:41] - Ale my chyba, Piotrze, nie podaliśmy tytułu za tydzień.
[02:27:43] - A nie będziemy podawać specjalnie.
[02:27:46] - Okej, dobra. Aluzju poniał. W takim razie do usłyszenia, Piotrze, za tydzień.
[02:27:53] - Do usłyszenia. Hej.
[02:27:57] - Tak. To teraz czas na troszkę poważniejsze sprawy. Nie no, żartuję. Nie będzie tak źle. Teraz zapraszam państwa na spotkanie z Piotrem Plebaniakiem, ale to jeszcze nie oznacza, że koniec. To jest to spotkanie, które na ogół jest osobną audycją w Radiu Paranormalium i Book Radiu i nazywa się „Telegram z krańca świata”. Ale ponieważ jeden z ostatnich telegramów w sezonie zimowo-wiosennym dotyczył książek, postanowiłem, że dostępnię ten program publiczności „Bibliotekarium 2.0”. To właśnie to niniejszym czynię i zapraszam.
[02:28:50] - Telegram z krańca świata.
[02:28:53] - Dzień dobry, panie Piotrze.
[02:28:56] - Dzień dobry, pozdrawiam z Tajwanu jak zwykle.
[02:28:58] - Tak, ale stan zdrowia zdaje się nie do końca jeszcze taki, o jaki pan by marzył.
[02:29:04] - Jest, jak jest. Staram się.
[02:29:06] - Panie Piotrze, my dzisiaj robimy audycję. W innych okolicznościach przyrody, w innych stacjach nazywałoby się to „Książki z mojej półki”. U nas się to nazywa „Zrozumieć cywilizację”, ale mniej więcej chodzi o to, że dzisiaj pan Piotr z odległego Tajwanu opowie nam o książkach, które były dla niego inspiracją, były dla niego podparciem, wsparciem podczas pisania książek, o których państwo często słyszycie. Panie Piotrze, to zapraszam w takim razie. Od jakiej książki zaczniemy?
[02:29:42] - Zaczniemy od Stanisława Lema. Od „Summa technologiae”. Zna pan oczywiście.
[02:29:47] - Oczywiście. Zastanawiam się, co pan z tego wyciągnie.
[02:29:51] - Chyba wszystko. Tak jak strzęp starej zelówki podniosę i dam panu i powiem, że w tym strzępie są zaklęte wszystkie tajemnice wszechświata. To jest przykład, który Lem użył w „Summa technologiae”. Przykład ten jest oczywiście zacytowany w „Siłach psychohistorii”. Natomiast odnosi się on do niezwykle poważnego problemu filozoficznego i kosmologicznego, mianowicie takiego, czy z tego, w jaki sposób funkcjonują podstawowe cegiełki materii, da się wydedukować w jakiś sposób, co można z tych cegiełek uzyskać. Lem podając przykład, że gdybyśmy spotkali jakiegoś mędrca z obcej cywilizacji i spytali go właśnie o te wszystkie tajemnice wszechświata, wszystkie prawa, jakimi wszechświat się rządzi, to on by właśnie podniósł ten kawałek starej zelówki, wręczył nam uroczystej i w domyśle, że właśnie tu wszystko masz napisane tak, jak jest. Lem dalej ciągnie ten wywód, że można z tego wydedukować, jak tworzyć i kosmoloty, i maszyny do szycia, i organizmy biologiczne takie jak my. Przede wszystkim na tą książkę trafiłem jako mały dzieciak, mając chyba dziewięć czy osiem lat, już nie pamiętam dokładnie. Próbowałem oczywiście to przeczytać i w oczywisty sposób mogło się to tylko skończyć jedną wielką frustracją. Bo dla kogoś, kto ma osiem lat, ta książka jest jednak za poważna.
Leżała ona bardzo długo na półce, cały czas na nią patrzyłem. I w końcu przeczytałem, będąc w liceum. Wtedy już mogłem to jakoś w miarę zrozumieć. Książka okazała się oczywiście skarbnicą niesamowitych wręcz spostrzeżeń, tak jak podejrzewałem jako mały dzieciak. Bo jako mały dzieciak dowiedziałem się, że tak powiem, z okładki i ktoś mi tam jeszcze powiedział, nie pamiętam nawet kto dokładnie, że „Summa technologiae” to jest nawiązanie do „Summa theologiae”, czyli do „Summy teologicznej”. Nie pamiętam, kto ją napisał w tej chwili.
[02:32:06] - Świętego Tomasza.
[02:32:07] - Świętego Tomasza. Właśnie. Więc zobaczcie, jak długo ta książka czekała. Drugim takim źródłem inspiracji, też Stanisława Lema, była powieść „Niezwyciężony”. „Niezwyciężony” to jest bardzo krótka mikropowieść nawet. Bardzo prosta w swojej konstrukcji. Natomiast to było bardzo śmieszne, dlatego, że w tomie razem było z „Solaris” ten „Niezwyciężony” jako drugi. Ja po prostu w tej książce zakochałem się mając dziewięć, dziesięć lat. Ale pierwszy raz przeczytałem „Niezwyciężonego” kilka lat później, dlatego, że nie odkryłem, że „Niezwyciężony” czeka cierpliwie
[02:32:52] - Za czymś, co było kompletnie niestrawne dla małego dzieciaka, czyli właśnie za „Solaris”, który był niezrozumiały, dziwny. Coś się tam działo, ale ja po prostu nie ogarniałem. Także to jako ciekawostkę powiem, że „Solaris” doczytany do połowy skrywał właśnie tego „Niezwyciężonego”. Tam zapoznałem się z koncepcją homeostatu, która jest de facto głównym wątkiem całej książki „Siły psychohistorii”. Zobaczcie, jakimi krętymi drogami to wszystko szło, żeby stworzyć kolejne dzieło mające dwa wcześniej wymienione jako inspiracje.
[02:33:37] - Tak. Jak sobie pomyślę o tym, co pan powiedział o dziele Lema „Summa technologiae”. W każdym razie jak sobie o tym pomyślę, to uświadomiłem sobie, że Lem był straszliwym deterministą, mimo wszystko. To, co pan opowiedział o tym kawałku buta czy trampka, to właściwie, tak sobie teraz myślę, bardzo przypomina takie zjawisko zwane demonem Laplace’a. Chodzi o to, że sobie wymyślił ten sławny Laplace od różnych teorii kosmologicznych. Wymyślił sobie, że gdyby istniał jakiś taki demon, trochę wzorem demona, który wcześniej buszował po filozofii kartezjańskiej, ale ten sobie wymyślił Laplace w ten sposób, że gdyby był jakiś taki duch, który znał ruchy wszystkich cząstek we wszechświecie, mógł je obliczyć, fizycznie przyłożyć różne miarki do tego, to byłby w stanie właściwie przewidzieć całą historię świata po jego kres. Ponieważ wszystko jest deterministyczne, wszystko wynika jedno z drugiego. Nawet to, co mówimy, to jak działamy, jak postępujemy. To taki oczywiście skrajny determinizm, ale coś mi tu pobrzmiewa właśnie takim determinizmem u Lema.
[02:35:04] - Tak, ale Lem w różny sposób podchodził do tego problemu. Czasami oczywiście prześmiewczo, czasami nie. Natomiast samo skierowanie na te problemy jest olbrzymim kopem, który człowiek dostaje na początku życia, który w jakiś sposób ustawia jego sposób patrzenia na świat. Dlatego, że po lekturze tych bardziej filozoficznych książek Lema, typu właśnie „Niezwyciężony”, który de facto jest powieścią, ale jest to powieść głęboko filozoficzna. Natomiast już ścisłą filozofią jest „Summa technologiae”. To nas prowadzi do tego typu odkryć, czy też tego typu problemów, jak ten dowód na niedowodliwość Gödel’a, czyli słynny teorema Gödel’a, w którym udowadnia niedoskonałość systemów aksjomatycznych. Jak ktoś pamięta, już mówiliśmy o tym, że moja pierwsza powieść, która przyjdzie już w przyszłym roku na świat, ma tytuł „Wyspy na morzu Gödel’a” i jest właśnie nawiązaniem do tego, co pan Marek mówił, do tych wszystkich problemów związanych z determinizmem, z tym, czy jesteśmy w stanie dedukcyjnie osiągnąć wszystko, co jest do osiągnięcia przez ludzkie poznanie. Trzymajcie kciuki i zobaczymy. To jest największa inspiracja, jaką można było dostać. Tak mi się wydaje przynajmniej.
[02:36:34] - Tak, ale warto też powiedzieć, że to nie są takie problemy zupełnie oderwane od naszej rzeczywistości. Kiedyś w „Bibliotekarium 2.0” o tym mówiliśmy, kiedy w ogóle wchodziła w grę na przykład dowiedzenie tego, czy człowiek ma wolną wolę. Bo jeśli przyjmiemy wszechświat deterministyczny całkowicie, to wolna wola nie może istnieć. Natomiast jeśli istnieje wolna wola, to okazuje się, że wszechświat nie będzie deterministyczny. Bardzo to uprościłem oczywiście, ale coś w tym wszystkim jest. Panie Piotrze, to mamy dwie książki mistrza Lema, ale nie wierzę, że to są książki jedyne, które mogły stanowić początek. Ale co było dalej?
[02:37:25] - Dalej było zainteresowanie tym, czym jest w ogóle cywilizacja. To jest cały jeden wszechświat, osobny zupełnie, jeśli chodzi o to, jak patrzymy na świat. Sposób, w jaki rozumiemy cywilizację, po prostu definiuje nas. Kilka spostrzeżeń na ten temat oczywiście było w „Siłach psychohistorii”. Najważniejsze z nich to jest to, że cywilizacje są procesami. Ja kiedyś ukułem, na pewno ktoś to wymyślił wcześniej, natomiast pisząc książkę o cywilizacji chińskiej, która ma w tej chwili tytuł „Pulsujący matecznik cywilizacji”, ukułem takie sformułowanie, wedle którego cywilizacja dla grup ludzi jest takim samym procesem, jakim świadomość jest dla pojedynczego człowieka. Inaczej, to jest proces. To nie jest jakiś stan, do którego ludzie kolektywnie dążą po to, żeby osiągnąć jakiś poziom godnego życia, czy też żeby się uwolnić od konieczności wymuszanych przez bezwzględną naturę, od której chcemy się odgrodzić tymi wszystkimi wynalazkami cywilizacji, czyli komputerami, budynkami ze szkła i stali, i tak dalej. Cywilizacja jest sposobem budowania oprogramowania kulturowego, które umożliwia nam Kontrolowanie naszego otoczenia. I teraz, kiedy wyjdziemy z takiego paradygmatu, to jest nieco poważne słowo, więc kiedy wyjdziemy z takich założeń podstawowych, to okaże się, że my, budując jako jakaś społeczność czy ogólno globalna społeczność, która jest pewnym takim agregatem, który trudno złożyć w jedną całość z rozmaitych względów, między innymi ze względu na kulturę, na historię, ale ta globalna społeczność jest w stanie podtrzymać działanie globalnej cywilizacji i zbudować bazy kosmiczne.
To też kiepsko brzmi, ale oczywiście i sondy kosmiczne, i jakieś stacje kosmiczne krążące dookoła Ziemi. Wszystko to jest możliwe dlatego i tylko dlatego, że jesteśmy osiągnąć w stanie kooperacji na poziomie globalnym. I to jest właśnie to największe osiągnięcie naszej współczesnej cywilizacji początku XXI wieku. Natomiast samą inspiracją do tego, żeby patrzeć na cywilizację jako na homeostat, jako coś, co żyje swoim własnym życiem i chce przetrwać w jakiś sposób, czyli chce podtrzymać swoje istnienie, to na taki wgląd wpłynęła na mnie nie książka, ale jeden prosty film, który gdzieś tam kiedyś w czeluściach internetu odnalazłem. Jest absolutnie fascynujący. I teraz opowiem, co jest na tym filmie. Przede wszystkim zanim to powiem, to, o czym my mówimy. Mówimy o homeostatach, czyli o jakichś konstruktach, o jakichś żywych istotach, które wyposażone są w jeden podstawowy instynkt, instynkt przetrwania. Ten instynkt na poziomie państw i narodów inaczej się przejawia, a inaczej na poziomie poszczególnych produktów biologicznych. Organizmów biologicznych, przepraszam.
I teraz ja oglądałem film króciutki z wydobycia z łona kobiety noworodka, który nie mógł w naturalny sposób zostać urodzony i lekarze wyciągnęli tego noworodka jeszcze w worku owodniowym wypełnionym wodą. Czyli on jak gdyby pływa w takim okrągłym balonie wielkim. Właśnie cały czas oczywiście w pozycji embrionalnej, dlatego że jeszcze nie wybudził się, nie zaczął wrzeszczeć jak po narodzeniu i po prostu sam moment wyjęcia tego worka owodniowego z dzieciakiem w środku, to było wielkości piłki nożnej. To było coś fenomenalnego. Coś, co dla mnie było gigantycznym wręcz szokiem. Bo co my zobaczyliśmy? My zobaczyliśmy homeostat, który zaraz będzie się dopominał jedzenia, czyli zasobów, żeby rosnąć, żeby zacząć dostrzegać to, co się dzieje w świecie, czyli zacząć przejawiać zdolność do pozyskiwania świadomości sytuacyjnej. I zaraz będzie też zdolny do rozrodu, czyli do spłodzenia czy też urodzenia własnego dziecka, czyli kolejnego pokolenia. Natomiast w chwili, w której oglądałem to, niesamowicie to wygląda. Jeżeli ktoś ma chwilę czasu, żeby to znaleźć, to na pewno jest w wielu wersjach w internecie, to bardzo polecam.
Ale wyobraźmy sobie, przełóżmy sobie, przetranslatujmy sobie to, ten obraz z osobnika biologicznego, czyli z organizmu biologicznego, czyli małego dziecka, które właśnie przychodzi na świat. Przełóżmy sobie to na moment taki jak rok 1776, kiedy na świat przychodzi nowy homeostat geopolityczny, czyli Stany Zjednoczone. I co mają wspólnego ze sobą te homeostaty? Jakie mają wspólne instynkty? To była jedna wielka inspiracja do tego, żeby pogłębić tą warstwę filozoficzną książki „Siły psychohistorii”. Także proszę zobaczyć, że największa inspiracja to był właśnie jeden obraz, który w jakiś sposób pozwolił mi dostrzec, że muszą istnieć jakieś paralele i warto te paralele zbadać.
[02:43:28] - Tak, ale muszę powiedzieć, że impuls zgoda jak najbardziej, ale później, żeby tę skomplikowaną materię ogarnąć, żeby to wszystko odpowiednio wywieźć, tam przecież w pana książce jest cała masa różnych niuansów, szczegółów, odwołań do rzeczywistości co najważniejsze, no to musiały się pojawiać kolejne książki i na pewno były takie, które pełniły rolę, no, nazwijmy to taką czysto doradczą, ale na pewno były też takie, które gdzieś tam rozwalały system przynajmniej na chwilę albo go też potwierdzały. Nie wiem, strzelam w ciemno, a pan nam opowie o tym.
[02:44:10] - Więc przechodzimy już teraz ściśle do cywilizacji, bo o tym mieliśmy mówić, ale dygresje, które są potrzebne oczywiście, natomiast tak czy inaczej zajęły trochę czasu. W 2009 roku pojawiła się na polskim rynku książka Felipe Fernándeza-Armsto pod tytułem „Cywilizacje”. Jeżeli ktoś ma jeszcze możliwość nabycia tej książki, to bardzo, bardzo polecam. Na pewno jest w bibliotekach. To jest książka, która jest napisana w bardzo specyficzny sposób, takim podniosłym, jak gdyby epickim tonem objawienia tego, czym jest prawdziwa natura cywilizacji, co jest trochę być może przerysowane przez autora, natomiast rzeczywiście zawiera on w tym tomie masę spostrzeżeń, które są po prostu nieoczywiste i których nie ma nigdzie indziej. Przepraszam, właśnie patrzyłem jeszcze, bo jestem w internecie. W '97 roku pierwsze wydanie wyszło tej książki, z tego, co tutaj widzę. Ale dobrze. Książka Armesto jest zbiorem objawień pokazujących, że do tego, żeby powstała cywilizacja, potrzebna jest konwergencja, zaistnienie w jednym miejscu rozmaitych czynników w dużej ilości, których pojawienie się nie jest wcale oczywiste. W literaturze angielskiej w ogóle jest takie sformułowanie jak cradle of civilizations, czyli kołyska cywilizacji, czyli taki punkt, w którym się wyłania, taki matecznik.
Właśnie ja użyłem w polskiej książce „pulsujący matecznik cywilizacji” o cywilizacji chińskiej pisząc. Takie mateczniki to są miejsca, które są wyjątkowo sprzyjające dla zaistnienia i rozwoju jakiejś nowej technologii. Konkretnie chodzi o rolnictwo, o uprawę roślin stacjonarną. I jest to miejsce korzystne dlatego, że w początkowym okresie rozwoju każdej technologii wydajność jest bardzo słaba i tylko w niektórych miejscach, w których ta wydajność jest nieco wyższa, jest ona opłacalna i jest w stanie wygenerować te nadwyżki żywności, które sprawiają, że gra jest warta świeczki, mówiąc najbardziej obrazowo. Mówimy tutaj o takim modelu cywilizacji, jakoś się nazywa, zapomniałem słowo. Hydro... To było takie bardzo dziwne słowo. To są cywilizacje wodne, to już przetłumaczę na język polski. Natomiast chodziło o to, że żyzność gleb była odnawiana przez doroczne wylewy wiosenne, kiedy śniegi się topiły gdzieś tam w górnej części tych rzek, kolejne warstwy tych żyznych osadów przypływały i dzięki temu rolnictwo mogło rozkwitać bez znajomości tego, w jaki sposób trzeba te rośliny nawozić po prostu. Czyli przez jeden rok gleba się wyjaławiała, ale nie stanowiło to problemu, dlatego że właśnie te kolejne wylewy, na przykład znamy to z cywilizacji starożytnego Egiptu, po prostu kolejne wylewy uzupełniały wszystkie substancje organiczne niezbędne do tego, żeby nadal cieszyć się dużą obfitością plonów.
Tutaj przejdziemy do następnej książki, Jareda Diamonda „Guns, Germs and Steel”, czyli „Działa, zarazki i stal”. On to wyjaśnił w sposób fascynujący, aczkolwiek przestrzegam wszystkich, on swoją książkę napisał pod modę na ekologizm. Ekologizm taki niemający do końca wiele wspólnego z nauką, a bardziej z ideologią związaną z ochroną naszej pięknej planety przed paskudnymi stworami, jakimi my jesteśmy, Homo sapiens. Niemniej Diamond opowiadał rzeczy fascynujące, właśnie pokazywał, w jaki sposób cywilizacja tak zwanego żyznego półksiężyca, czyli współczesnego Iraku, była w stanie zaistnieć dzięki nadzwyczaj żyznym glebom dorzeczu rzeki Eufratu i Tygrysu. Tam powstały pierwsze cywilizacje opierające swoją produkcję żywności, bo mówimy w tej chwili tylko o przetrwaniu. Bez żywności nie ma przetrwania żadnego. Bez wyprodukowania nadwyżek żywności nie da się zbudować cywilizacji, dlatego że nie da się stworzyć społeczności mających nadmiar ludzi, którzy mogą się zająć czymś innym niż uprawą roli. Na tym właśnie polega cały fenomen cywilizacji. W chwili, w której rolnictwo wchodzi na wyższy bieg i potrafi wytworzyć nadwyżki, to w tym momencie społeczność jest w stanie utrzymać rzemieślników, żołnierzy i automatycznie wytwarzają się całe struktury społeczne, które zarządzają całą tą nadprodukcją żywności. I nie tylko już wtedy żywności, ale produktów, powtarzam się, rzemiosła.
Jest w stanie powstawać broń, jest w stanie ta broń ewoluować, czyli stawać się coraz bardziej kosztowna w wykonaniu. Na początku oczywiście mieliśmy kije i kamienie, które sprawdzają się zresztą do dzisiaj. Omawialiśmy taki incydent na granicy chińsko-indyjskiej. Natomiast żarty na bok, wszystkie wydziwiania typu jakaś próba unowocześnienia broni, próba znalezienia jakichś stopów metali, które są twardsze na przykład, to wszystko jest ekstrawagancja możliwa tylko i wyłącznie dzięki temu, że mamy nadwyżki żywności i nie musimy wszystkich zapędzić do produkcji tej żywności. Także w książce Diamonda, którą bardzo polecam, absolutnie jest podstawa, jeżeli ktoś chce zrozumieć, na czym polega cywilizacja. Przy czym zastrzegam ponownie, że nie wszystko tam jest w 100% naukowe. Ona opowiada o tym, w jaki sposób cywilizacje powstają i upadają poprzez wyczerpanie pewnych zasobów, które mają do dyspozycji. I w przypadku cywilizacji sumeryjskich problemem była salinizacja ziemi. Sumerowie zbudowali wspaniałe systemy irygacyjne, natomiast ich niesprawność spowodowała podniesienie się lustra wód gruntowych, a wraz z tymi wodami gruntowymi została wypłukana do góry sól, nasza zwykła sól kuchenna, czyli NaCl. I w związku z tym, że poziom tej soli był coraz wyższy, to właśnie to się nazywa salinizacja, rośliny przestały rosnąć.
W związku z tym upadła produkcja żywności, która jest niezbędną podstawą tego, żeby w ogóle mogły istnieć społeczności ludzkie. Formuła cywilizacji się wyczerpała i upadli. Zresztą taka sama sytuacja nastąpiła w czasie, kiedy budowano Tamę Nasera w Egipcie kilka dekad temu. Również te wszystkie irygacje, jakie budowano poniżej tej tamy, doprowadziły do podniesienia się wód gruntowych i dokładnie ten sam mechanizm nastąpił i nastąpiła salinizacja gleby. Budowa tej tamy, zamiast doprowadzić do rozkwitu rolnictwa w Egipcie, doprowadziła do katastrofy, rolniczej przynajmniej, może nie cywilizacyjnej, bo sobie poradzili. Ale podsumowując, wszystko to, jak widzicie, jest ze sobą powiązane i rozmaite parametry pozwalające na istnienie cywilizacji w danym odcinku czasu wyczerpują się, te zasoby się wyczerpują. Albo formuła tych zmian wymusza, że musi powstać jakaś następna technologia, albo ludzie muszą odejść do jakichś innych miejsc. Więc podsumowując już wpływ tej książki Jareda Diamonda „Działa. Zarazki. Stal", on podaje fascynujące stosy przykładów pokazujących, jak działa cywilizacja i co trzeba zrobić, żeby zapobiec tego typu nieszczęściom.
[02:53:31] - Tak, panie Piotrze, to rozumiem, że jeśli chodzi o taki wykład dotyczący szczegółów, jak czasami wydawać by się mogło na pierwszy rzut oka, bo to tak oczywiście nie jest, ale wydawać by się mogło, że drobiazgi decydują o tym, czy dana cywilizacja wejdzie w czas swojego rozkwitu, a nawet ekspansji, czy też po prostu obumrze, jak się to już wielu cywilizacjom w historii świata zdarzało. Ciekawe, ale będę dopytywał dalej. To, rozumiem, dotyczy historii, a czy da radę, czy w tej książce, czy też później pan to wywiódł, jak to się odnosi do naszego tu i teraz? Co nam się w tej chwili wyczerpuje? Co nam się salinizuje? Jak na to patrzymy dzisiaj?
[02:54:20] - W tej chwili mogę się odwołać do najważniejszego zasobu, jaki mamy do dyspozycji na dzień dzisiejszy, czyli ropy naftowej. Gdyby jeszcze ktoś nie wiedział, w tym tygodniu będzie fizyczna dostępność książki „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie". Jej głównym mottem jest bardzo proste zdanie: energia jest wszystkim. Wszystko to, co nas na dzień dzisiejszy otacza i ten internet, przez który się porozumiewamy, wszystkie produkty materialne, krzesła, na których siadamy, stoły, przy których siadamy. Wszystko to do tego, żeby zaistnieć, potrzebuje ropy naftowej. Czy bezpośrednio, czy poprzez proxy, czyli poprzez to, że maszyny, które wytwarzają przedmioty drewniane, które co prawda z ropą nie mają nic wspólnego, ale są obrabiane przez maszyny, które potrzebują ropy, przetransportowane do sklepów za pomocą samochodów spalających ropę i tak dalej. Więc ta substancja jest na dzień dzisiejszy nam absolutnie niezbędna. Jesteśmy tak głęboko uzależnieni od dostępu do taniej energii, która jest dostępna każdemu, kto tylko za tę energię zapłaci, że nie zdajemy sobie sprawy, co może się wydarzyć, kompletna katastrofa cywilizacyjna, jeśli przestaniemy z tego korzystać. Kiedyś tutaj wyraziłem nie do końca pochlebną opinię, a wręcz przeciwnie nawet wobec tych wszystkich oszołomów z tego Just Stop Oil, czyli po prostu przestańmy używać ropy. To jest organizacja stricte terrorystyczna, ekoterrorystyczna dokładnie, która na Zachodzie polega na tym, że ludzie przyklejają się do asfaltu albo oblewają obrazy jakąś zupą, a potem się przyklejają do ram tego obrazu, nawołując właśnie do tego, żeby zaprzestać korzystania z ropy, co jest kompletnie niemożliwe, bo gdybyśmy rzeczywiście to zrobili, to równałoby się to ze śmiercią wręcz miliardów ludzi, ze śmiercią większości osób, które na dzień dzisiejszy żyją.
W związku z tym do czego jest nam potrzebna ropa? Ile tej ropy jeszcze zostało? Ile zostało tej taniej w wydobyciu ropy? To jest najważniejsze pytanie. Odpowiadając na to pytanie, odpowiemy sobie od razu, jak długo nasza cywilizacja jeszcze przetrwa. Dlatego, że na dzień dzisiejszy nie wygląda na to, żebyśmy mieli jakiekolwiek zdatne do użytku zastępniki tej ropy. Nie tylko dlatego, że to jest kwestia pod względem produkcji energii. Ale też przede wszystkim dlatego, że fizycznie ropa naftowa jest substancją, masą reakcyjną niezbędną do produkcji absolutnie gros wszystkiego, co nas otacza. Także gdybym mógł zachęcić do refleksji nad cywilizacją, to właśnie zastanówmy się, jak gwałtowne byłoby załamanie, gdybyśmy nagle przestali korzystać z tej ropy. Gdyby na przykład Cieśnina Ormuz została zablokowana, przez nią przepływa chyba 60 czy 70% energii zużywanej codziennie na świecie.
To by była absolutna katastrofa.
[02:57:57] - Panie Piotrze, ale przecież pan wie, jakie ja pytanie zaraz zadam albo jaki problem poruszę. Otóż proponuje się nam ni mniej, ni więcej, tylko właśnie dosyć szybkie odejście od ropy. To się dzieje w tej chwili w Europie przynajmniej, i to na masową skalę. I teraz pytanie: czy to jest takie głębokie i przewidujące, właśnie wpuszczono nas w proces odnajdywania zastępników tejże energii pochodzącej z ropy i to zastępników na tyle doskonałych, że cywilizacja będzie się toczyć dalej, czy też jest to ewidentne zaproszenie do katastrofy?
[02:58:40] - Ewidentne zaproszenie do katastrofy. Tutaj cyrk, jaki się dział przede wszystkim w Niemczech po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, jasno pokazał, i to były wypowiedzi szefów niemieckich służb związanych z zarządzaniem bezpieczeństwem państwa. Niemieccy politycy w pewnej ilości, z całą pewnością znacznej, ale powiedzmy, że zostańmy przy pewnej, są uwikłani w grę, w zależności finansowe z podmiotami od strony rosyjskiej, że tak powiem najbardziej ogólnie. I to wszystkie ruchy ekologiczne, które na przykład żądały wygaszenia przemysłu nuklearnego, elektrowni nuklearnych w Niemczech, wszystko to w sposób wręcz jawnie oczywisty było sterowane ze strony rosyjskiej po to, żeby uzależnić Niemcy od gazu, którego Niemcy tak czy inaczej potrzebują w dużych ilościach i tanio, i dostawali go od Rosjan. Natomiast dodatkowe wyeliminowanie z produkcji energii elektrycznej atomu w Niemczech miało pogłębić to uzależnienie. No i na dzień dzisiejszy co mamy? Na przykład teraz Niemcy muszą dokupywać energię elektryczną z Francji, energię elektryczną wytwarzaną z atomu. Dlaczego? Dlatego, że pozamykali swoje własne elektrownie. No i nie włączą ich.
Dlaczego ich nie włączą, mimo tego, że muszą? Nie włączą. Ze względów ideologicznych, ze względów politycznych, ze względu na uwikłanie w dalekosiężne strategiczne kooperacje, w cudzysłowie to mówię, między Rosją a Niemcami, a jednocześnie także i nami. Drugim problemem jest to, że Europa jako obszar poza Morzem Północnym, to jest niewystarczające dla całej Europy, nie ma macierzystych zasobów węglowodorów, czyli surowców energetycznych. W związku z tym Niemcy muszą, przepraszam, nie tylko Niemcy, wszystkie kraje Europy, niezależnie czy Niemcy, poprzez Niemcy. Europa musi zdobyć dostęp pewny do źródeł, do zasobów energetycznych, co jest niemożliwe. W tej chwili ściągamy z Algierii, z Afryki Zachodniej, ze wszystkich krańców świata, z Kataru, skądkolwiek możemy. My, Polacy, teraz importujemy gaz z Norwegii. Bardzo dobrze, że jest taka możliwość. Natomiast podsumowując problem, cokolwiek zdobędziemy z zewnątrz, mówię o surowcach energetycznych, wszystko to jest narażone na jakiś rodzaj przerwania łańcucha dostaw.
Czy to przez na przykład zablokowanie Kanału Sueskiego, czy przez jakieś sankcje, czy przez jakieś awantury, na przykład między Katarem a Algierią. Jest cały rozdział zresztą w tej mojej książce o geopolityce na ten temat. Nasze węglowodory, które przychodzą do Europy, są narażone na odcięcie. Nie mamy własnych. I to jest to, co być może jest główną troską tych decydentów europejskich czy też niemieckich, którzy decydują o tym, że musimy odejść koniecznie od paliw kopalnych. A jeżeli tak jest, to te kwestie dwutlenku węgla, to już jest oddzielna bajka, wyglądają na kompletną ściemę. Jestem w stanie to głębiej uzasadnić, jeżeli będzie taka potrzeba, panie Marku. Natomiast wszystkie te zabawy z dwutlenkiem węgla to jest tylko i wyłącznie instrument do tego, żeby nas przestawić mentalnie na to, żeby mniej używać tych substancji energetycznych, tych surowców energetycznych.
[03:03:00] - Ale panie Piotrze, to może to jest świadome działanie. Będziemy używać ich mniej, to nasza cywilizacja dłużej potrwa, będziemy mieli więcej czasu, żeby wymyślić coś, jakieś inne źródła energii, które będą w stanie tę cywilizację podtrzymać. Zatem może elity europejskie, na które tak narzekamy, o których mówimy, że po prostu pchają nas w szaleństwo, w odmęty szaleństwa, to może to jest działanie dla naszego dobra.
[03:03:31] - To ja dziękuję bardzo.
[03:03:35] - Oj, musiałem, panie Piotrze, trochę pościemniać. Panie Piotrze, to jeszcze w dzisiejszym odcinku poproszę pana o jedną książkę i już widzę, że szykuje się nam odcinek drugi z książkami.
[03:03:51] - Przy takich problemach jak cywilizacja jednym z najważniejszych jest stwierdzenie, co nas nakręca, co jest tą siłą, która sprawia, że ludzie łączą się w grupy po to, żeby zbudować coś większego, żeby stworzyć jakąś cywilizację. I co jest tym czynnikiem, który sprawia, że ludzie opuszczają swoje domy gdzieś na pograniczu imperiów, tak jak na początku mamy w książce „Fundacja” głównego bohatera, który opuszcza zapadłą dziurę, czyli spółukłat słoneczny rolniczy, dlatego że dostał stypendium od Harry'ego Seldona i przyłącza się do projektu polegającego w największym, maksymalnym uogólnieniu na zbudowaniu czegoś wielkiego, czyli tego drugiego imperium. Co motywuje ludzi do tak, że tak powiem, górnolotnych celów? Otóż książka, która to najlepiej opisuje, nie da się tak naprawdę zidentyfikować, dlatego że rozmaite fragmenty, które udało mi się poskładać w jedną całość, w jedną taką wizję zaprezentowaną w „Siłach psychohistorii”, to wszystko był wpływ kilkunastu książek, które przeczytałem, między innymi Jarreda Diamonda, między innymi „The Expectation Effect” — książka o sile sugestii zbiorowej. Mówiliśmy o niej wielokrotnie i bardzo polecam. Natomiast czytałem też masę książek takich polegających na opisie zwykłej propagandy przy budowie imperiów. Na przykład jest taka genialna książka pod tytułem „Dezinformacja. Oręż wojny” Wołkowa. Bardzo, jak ktoś nie zna, to strasznie polecam. On jeszcze napisał „Montaż”.
To jest już typowa powieść, w której on przedstawia swoją teorię dezinformacji. Bardzo polecam ją, jeśli ktoś ma możliwość, to nawet od razu kupować. Zdaje się, że to zostało w wydawnictwach wznawiane i tam jest pokazane, co jest takim największym impulsem. Kluczem jest sprawić, żeby grupa ludzi wierzyła w ten sam sposób w te same idee i w te same zbiorowe cele, i w to, że należy je osiągnąć za wszelką cenę. Wołkow w tej książce „Dezinformacja jako oręż wojny” podawał genialne przykłady pokazujące, w jaki sposób realizowali ten cel naziści w latach 30. w Niemczech w XX wieku. Więc każda cywilizacja, która wstępuje na jakieś wyżyny swojego rozwoju, jest de facto jakąś iteracją jakiegoś imperium czy władzy politycznej, która motywuje ludzi do tego wysiłku, do budowania całego projektu, do którego potem dołączają. Czy to będzie jakaś tysiącletnia rzesza, czy to będzie świat chrześcijański budowany za pomocą idei zawartych w Nowym czy Starym Testamencie. Mówimy tutaj o Europie licząc od mniej więcej V wieku w górę. Wszystkie te procesy budowy cywilizacji są napędzane dziesiątkami czynników, które osiągnąwszy ten tak zwany efekt synergii, czyli poziom oddziaływania daleko większy niż prosta suma arytmetyczna poszczególnych tych składników.
Wszystko to sprawia, że ludzie po prostu dostrzegając, że są częścią czegoś większego, są w stanie wykrzesać z siebie maksimum sił i poświęcić samych siebie, swoje własne, codzienne, bieżące dobro na rzecz budowania właśnie czegoś większego. Czy to będzie poczucie bezpośrednio z punktu widzenia pojedynczego człowieka, czy to będzie zwiększone poczucie bezpieczeństwa, czy to będzie zwiększone poczucie dumy z osiągnięć przodków i z osiągnięć tych przyszłych pokoleń, które my teraz wychowujemy. Wszystko to jesteśmy w stanie wykryć. Te rozmaite parametry psychologiczne decydujące o motywacji kolektywnej i poszczególnych indywidualnych jednostek. Wszystko to znajdziemy, ale musimy chwilę zatrzymać się i popatrzeć, ale wcześniej właśnie przeczytać te kilka książek. Ponieważ rzeczywiście nie udało mi się znaleźć jednej książki, w której było to opisane za pomocą takiego nowoczesnego naukowego języka. No to przepraszam, już tak żartem, bo trzeba poreklamować własne książki. No to napisałem taką książkę i przyznam się, już skoro mówimy o inspiracjach i co do tego doprowadziło, do napisania „Sił psychohistorii” złożyło się przeczytanie dziesiątek książek i cała książka w ogóle „Siły psychohistorii” jest pewnym rodzajem przełożenia na papier portalu gawa.pl. Nie wiem, czy ktoś widział, czy nie widział. To jest taki zbiór rozmaitych fragmentów książek, passusów z tych książek, jakichś cytatów, sentencji, maksym, bon motów.
To jest jeden gigantyczny stos, nie do końca uporządkowany, dlatego stos. Natomiast to jeden zbiór inspiracji, który jest podzielony z grubsza na rozmaite działy, który pokazuje, jak skomplikowanym tworem jest ten homeostat, który nazywamy cywilizacją i jak bardzo przez to skomplikowanie i potencjał, jaki może z tej komplikacji wykiełać, jest on podobny do tego dzieciaczka, który mnie tak zafascynował w tym worku owadnim. Jeszcze bardzo wszystkim polecam. Może to dla niektórych będzie nie do końca widok estetyczny, ale tak niesamowicie daje do myślenia. Bardzo polecam na własną rękę znaleźć jakiś film pokazujący, jak to dziecko jest wydobywane. Niesamowite.
[03:10:28] - Panie Piotrze, dzisiaj czas audycji powoli się kończy. Pan w dodatku w nie najlepszej formie zdrowotnej. Zatem cóż, panie Piotrze, proszę kurować się, a ja naszych słuchaczy oraz pana zapraszam za tydzień. Myślę, że temat ważnych książek, tych, które mogą otworzyć umysł na pewne idee, pokazać, jak to wszystko się w naszym świecie toczy, będziemy kontynuować. Zatem do usłyszenia za tydzień.
[03:11:00] - Do usłyszenia.
[03:11:02] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl. Proszę państwa, czas na odrobinę literatury. Dzisiaj to będzie opowiadanie Przemysława Podolińskiego „Idealny świat”. Czyta Marek Sęk „Ivellios”.
[03:11:44] - Przemysław Podoliński. „Idealny świat”. Weszliśmy w obcy świat. Starałem się stawiać stopy na kępach srebrzystej trawy, aby nie zapaść po kostki w błoto. Stalowoszare chmury pełzły wolno, zasłaniały niebo. Plecak zaczynał ciążyć szybciej, niż się spodziewałem. Westchnąłem ciężko i spojrzałem za siebie. Daleko w tyle zieleniły się łąki. „Gówniany początek, co?” – zagadnął mnie Samuel Kern, gładząc siwy, kilkudniowy zarost. Zmarszczki pod oczami nadawały mu poczciwego wyglądu.
„Nie da się ukryć” – odparłem, poprawiając przypiętą do pasa kaburę z pistoletem. Pokiwał głową. „Mała ta nasza grupa” – podjął. – „Już nie te czasy, że do ogrodu wybierały się kilkudziesięcioosobowe ekspedycje”. Szliśmy wzniesieniem, skąd widzieliśmy Drzewo Poznania, które bardziej przypominało coś na kształt postrzępionego abelisku niż roślinę. „Ta” – mruknął Sam. – „Jak myślisz, Sasza, któremuś z nas uda się wrócić? Nikt tego dotąd nie dokonał, więc perspektywy są marne”. „Ha, też tak sądzę” – zaśmiał się. – „Dobrze wiedzieć, że z ciebie taki sam desperat jak ja.
Mogę liczyć, że nie spanikujesz przy byle okazji”. „Tak swoją drogą, skąd pochodzisz?” „Z Polski, chociaż wychowałem się w Stanach”. „Polak” – ucieszył się Kern. – „Miałem narzeczoną Polkę. Cudowna dziewczyna, tylko wredna”. Parsknąłem rozbawiony. Uśmiech zmazały mi zaraz ponure spojrzenia towarzyszy. Najwyraźniej uznali, że to nie najlepszy czas na żarty. „Popatrz na nas” – kontynuował Sam, już ciszej. – „Siedmiu wspaniałych i tylko dwóch nie ma kija w dupie.
Ciekaw jestem, co ich tu sprowadziło”. Zawiesił głos. „A z tobą jak jest?” – zapytał po chwili. Było w Kernie coś takiego, że chciało mu się zwierzyć. Styl bycia. A może ten życzliwy wyraz twarzy. Mimo to postanowiłem nie dzielić się swoją historią. Przynajmniej na razie. „Zbliżamy się do rzeki” – przerwał nam Alex. Szeroki w barkach, choć niewysoki, krótko ostrzyżony, o kwadratowej szczęce, z blizną nad okiem.
Biła od niego pewność i autorytet. Miałem przekonanie graniczące z pewnością, że dawniej był wojskowym. „Pójdziemy wzdłuż brzegu” – kontynuował. – „Trzymajcie się blisko i bądźcie czujni. Niedaleko jest most, tak, Max?” Tyczkowaty, rudowłosy młodzieniec pokiwał głową. Obok niego szedł Japończyk Daisuke. Opierał dłoń na rękojeści maczety wiszącej mu u pasa. Patrzył na nas z tępym wyrazem twarzy. „A jeśli został zniszczony?” – zapytał łysy kapłan. Kazał nazywać się Aurelianem.
Sądząc po akcencie, pochodził z Teksasu, więc najprawdopodobniej przybrał to imię po wstąpieniu do sekty. Był najstarszy z nas. Wraz ze swoim drobnym akolitą, Philem, nie mieli broni. Nosili długie habity z wyszytym na piersi liściem klonu. Na pierwszy rzut oka obaj zdecydowanie wpisywali się w stereotyp fanatyka. Wraz z pojawieniem się drzewa wyrosło mnóstwo przeróżnych kultów, z reguły mniej niż bardziej poważnych. Ostatnimi czasy zyskiwały sobie coraz większą popularność. „Nie martwcie się na zapas” – odpowiedział dowódca. – „Coś jeszcze?” Nikt nie miał nic do dodania. Zbliżając się do rzeki, słyszeliśmy coraz głośniejszy bulgot.
Koryto było głębokie, przez co nie widzieliśmy wody. Wreszcie stanęliśmy nad brzegiem "Czemu tak wrze?" – szepnął Sam. "Bo ja wiem?" – odparłem. "Może z dna jakiś gaz się ulatnia" – wtrącił cicho Max. "Oby nie trujący" – mruknął Kern. Podążaliśmy za Alexem. Miałem nadzieję, że nie zginiemy od trucizny już na samym początku wyprawy. Głupio by było. Niebawem dostrzegliśmy wiszącą nad wodą stalową konstrukcję. Poczułem ulgę.
Perspektywa przepłynięcia rzeki napawała mnie lękiem. Okazało się, że to most kolejowy. Zardzewiałe tory wędrowały pośród pagórków, przebiegały most, by zniknąć po drugiej stronie rzeki za wzniesieniem. "Dobra, ja pójdę pierwszy" – orzekł Alex. – "Wy pięć kroków za mną. Bądźcie czujni." Ścisnąłem mocniej szelkę plecaka. Nie mieliśmy pojęcia, czego się spodziewać. Wiedza o ogrodzie pochodziła z czasów, gdy porastał ledwie spłachetek terenu, a drzewo mierzyło kilka metrów. Przez ten czas wiele mogło się zmienić. Szliśmy niemal ramię przy ramieniu, ja na skraju.
Wiatr świszczał w uszach, woda bulgotała, buty stukały o metal. Zbliżyłem się do krawędzi mostu i spojrzałem w dół. Miałem nadzieję, że zdołam dostrzec jakikolwiek ślad życia. Rybi szkielet, siedzącą na brzegu żabę czy chociaż muchę. Okolica wydawała się jednak martwa, kiedy nagle: " Biegiem na drugą stronę!" – wrzasnął Alex. Dostrzegliśmy, jak z wody wyłania się olbrzymia macka złożona z segmentów. Przywodziła na myśl bladoniebieski kręgosłup. "Ruszcie dupy do kurwy nędzy!" – darł się dowódca. Pobiegliśmy. Pędziliśmy ile sił.
Wiedziałem, że macka wznosi się coraz wyżej, ciągnąc za sobą lśniące nici kropel. Minęliśmy połowę mostu. Cała konstrukcja podskoczyła. Ledwo zdołałem utrzymać się na nogach. Pchany adrenaliną jeszcze przyspieszyłem. Dopadłem drugiego brzegu. Pozostali pojawiali się obok. Wszyscy poza Alexem, który kuśtykał rozpaczliwie. Brakowało mu około 50 metrów. "Dawaj, dawaj!" – krzyknąłem.
– "Już blisko." Parł naprzód z grymasem bólu na twarzy. Macka tymczasem wyginała stalową konstrukcję. Wiedziałem, że zaraz wszystko runie. Alex upadł. Patrzył na nas przerażony. Most został przerwany. Stalowe elementy zleciały w wodę razem z naszym dowódcą. Macka wyprostowała się. Połyskiwała, celując zaostrzoną końcówką w niebo. Zauważyłem, że woda w rzece przestała bulgotać.
"Co to jest?" – wydukał Max. Nikt nie odpowiedział. Macka tak samo wolno, jak się wyłoniła, zapadła się z powrotem w rzeczne koryto. Znowu usłyszeliśmy tylko wiatr i bulgotanie. "Musimy iść." – wydukał Aurelian. – "Max, daleko stąd do wsi?" "Nie, to już za górką." "W takim razie zbierajmy się. Im szybciej, tym lepiej." Gdy dotarliśmy do opuszczonej osady, zaczęło zmierzchać. Wiatr ucichł. Ciszę rozpraszał tylko szelest ubrań. Po przekroczeniu rzeki kilka razy poczuliśmy drżenie gruntu.
Miałem nadzieję, że to nie rozgrzewka przed trzęsieniem ziemi. Przemierzaliśmy opustoszałe uliczki. Ze spękanego asfaltu gdzieniegdzie wyrastały szare źdźbła. Ponure domy obserwowały nas wypełnionymi mrokiem oknami. W każdej chwili spodziewałem się zobaczyć za szybą bladą twarz człowieka. Nieszczęśnika, który nie zdążył uciec przed powiększającym się ogrodem. "Jutro mamy przejść przez las, tak?" – zagadnął Sam, wpatrując się w srebrzystą gęstwinę widoczną między zabudowaniami. Nikt nie odpowiedział. Póki co musieliśmy przetrwać do rana. Należało wybrać możliwie najlepszą kryjówkę.
"Gdzie powinniśmy zatrzymać się na noc, Max?" – zapytałem. Rudzielec zmarszczył brwi. Zastanawiał się. Odpowiedź ubiegły słowa kapłana: "Poszukajmy piętrowego domu, a najlepiej dwupiętrowego. Zresztą im większy, tym lepszy. Moglibyśmy pilnować na zmianę wejścia na dole, a reszta odpoczywałaby wyżej. Gdyby coś nas zaskoczyło, zdążymy uciec." "Ale jak?" – zapytał Sam. – "Przecież nie wyskoczymy." "Weźmiemy drabinę." "Dobry pomysł." – mruknąłem. – "Max, przychodzi ci coś do głowy?" "Chyba tak." – odparł. – "Chodźcie." Po kilkunastu minutach byliśmy już na piętrze białej willi.
W największym pokoju rozłożyliśmy materace. Zrezygnowaliśmy ze starych łóżek w obawie przed robactwem. O ścianę oparliśmy drabinę. Jedząc konserwę z puszki, rozejrzałem się po pomieszczeniu. Było przestronne. Dawniej służyło za salon. Farba na ścianach zaczęła się łuszczyć od wilgoci, jednakże nigdzie nie dostrzegałem pleśni. Kurz pokrywał meble i podłogę. Poza tym wszystko wyglądało, jakby zaraz ktoś miał tutaj wrócić. Po posiłku podzieliliśmy się na dwuosobowe grupy.
Planowaliśmy czuwać przy wejściu po trzy godziny. Jako pierwsi wartę mieli pełnić sekciarze. Gdy zapadła ciemność, Aurelian i jego pomocnik wyjęli świetliki. Kroczyli ku schodom otoczeni bladoniebieską poświatą. "Jak zobaczycie coś dziwnego, krzyczcie." – powiedział Sam. – "Ogród jest zdradliwy. Lepiej..." "Ogród jest przyszłym rajem." – przerwał kapłan. Wy, ignoranci, traktujecie go jako coś nienaturalnego. Tymczasem znajdujemy się w miejscu pierwotnej harmonii. Trzeba tylko poddać się temu, chcieć zrozumieć, poczuć.
Weszliście z bronią, aby siłą wydrzeć przedwieczne tajemnice. Musicie pojąć, że to miejsce jest szansą, nadzieją, nie zagrożeniem. A widziałeś, co się stało na moście? – prychnął Kern. Alex zginął, bo zawinił pychą. Sądził, że poskromi świętość. Postanowił podnieść rękę na absolut. Ostrzegałem go przed tym. Wybaczcie, ale dopóki nie nabierzecie pokory, dopóki nie zechcecie zrozumieć, będziemy wam tylko partnerami w podróży, nie przyjaciółmi. Chodźmy, Phil.
Pomocnik kapłana popatrzył na nas z góry. Kretyn – mruknął Sam, gdy sekciarze opuścili pokój. A wy co myślicie o tej macke? Odpowiedziała mu cisza. Nie wiem – oderwałem się wreszcie. Bardziej martwi mnie, że już na początku straciliśmy dowódcę. On miał plan na tę wyprawę. Widać słaby – skwitował Max. Więcej o tym nie rozmawialiśmy. Mijały minuty, a ja wciąż nie mogłem zasnąć.
Pstrząsy wydawały się nieco silniejsze niż wcześniej. Wyobrażałem sobie, że macki podobne do tej, którą widzieliśmy, ryją pod nami niczym wielkie dżdżownice. Z przeciwległej strony pokoju usłyszałem głośne chrapanie. Max i Dansuke najwyraźniej nie podzielali moich obaw. Też nie możesz spać? – szepnął Sam. Nie bardzo. To może teraz opowiesz mi o tym, co cię tu sprowadziło. Szybciej zleci nam do warty. Chyba że nie chcesz.
Westchnąłem ciężko. W dzień pewnie bym się na to nie zdobył, ale ciemność sprzyjała zwierzeniom. Miałem żonę – podjąłem. Wszystko między nami układało się świetnie, dopóki nie zaszła w ciążę. Od tamtej pory zaczęła wkurzać się o byle co, rzucać na mnie z łapami przy każdej kłótni. Wrzeszczała tak, że niekiedy nawet sąsiedzi przychodzili sprawdzić, czy wszystko w porządku. Na początku tłumaczyłem sobie, że to hormony, ale kiedy po narodzinach naszego synka nic się nie zmieniło, przestałem mieć nadzieję na poprawę. Proponowałem terapię, jednak żona odmawiała. Igor rósł, przyglądając się tym żenującym scenom. Wreszcie pewnego dnia zabrałem go i uciekłem do swoich rodziców.
Nie wiedziałem innego wyjścia. Czułem wstyd. W oczach Sama pewnie jestem żałosnym pantoflarzem, który uciekł przed babą – pomyślałem. Ale trudno. Niezależnie od tego, jak nasza podróż się skończy, przeszłość przestanie mieć znaczenie. Następnego dnia pojechałem po resztę rzeczy – kontynuowałem. Żona czekała na mnie. Groziła, że jeśli nie wrócę, zniszczy mi życie. Odmówiłem, a wtedy zaczęła krzyczeć i uderzać z całej siły głową w ścianę. Próbowałem powstrzymać wariatkę.
Złapałem ją za ramiona, rzuciłem na łóżko. Wyrywała się, więc przycisnąłem mocniej. Jej krew poplamiła pościel, ściekała ze ściany. Wtedy wszedł sąsiad. Zawiesiłem głos. Nie muszę chyba dodawać, że byłem bezradny wobec oskarżenia. Wyszedłem z więzienia dzięki kaucji wpłaconej przez rodziców. Musiałem uciekać z Polski ze świadomością, że Iggy został z tą psychopatką. Do tej pory podobno nic złego mu nie zrobiła, ale boję się, że to kwestia czasu. Mam nadzieję, że owoc z Drzewa Poznania wskaże mi możliwość odzyskania synka.
Jeżeli nie, zawsze zostają pieniądze z nagrody, które dostaniemy po powrocie. Może wystarczy na dobrego adwokata. Gówniana sprawa – mruknął Kern. A twój mały ile ma lat? Niedługo skończy sześć. Za dużo nie zezna. Cisza przeciągała się. Dobrze, że nie muszę patrzeć na jego zażenowany wyraz twarzy – pomyślałem. A ty? – zapytałem wreszcie.
Czemu tu jesteś? Nabrał tchu, jakby rozważał, czy odpowiedzieć. W końcu jednak zdecydował się. Moja córka była chora od urodzenia, całkowicie sparaliżowana. Robiłem jednak wszystko, co mogłem, żeby zapewnić jej normalne życie. Myłem ją, ćwiczyłem zesztywniałe nogi i ręce, karmiłem, czytałem książki. Patrzyłem, jak rośnie. Przez 12 lat miała ten sam beznamiętny wyraz twarzy. Moja żona nie potrafiła tego znieść. Mówiła, że Izabela, bo tak nazwaliśmy córkę, cierpi, że lepiej, gdyby odeszła z tego świata.
Nie mogłem się z tym zgodzić. Życie to największy dar. Liczyłem na szansę od losu. Myślałem, że może zostanie opracowany lek. Przecież cuda się zdarzają, prawda? Nie odpowiedziałem. Miałem w tym względzie odmienne zdanie. Żona odeszła – kontynuował. Wtedy zrozumiałem, że byliśmy z Izabelą sami już od dawna. Niestety pół roku temu...
Słyszałem, jak przełyka ślinę. Wróciła rozpacz – pomyślałem. I to cholerne poczucie bezradności. Niedługo po jej pogrzebie – ciągnął Sam drżącym szeptem – wpadło mi w oko ogłoszenie o ekspedycji. Pamiętałem historie ludzi, którzy zjedli owoc. O ich wizjach, odkryciach i wynalazkach. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale pomyślałem, że może to sposób, aby przekonać się, czy moja córka była szczęśliwa. Nie mam już nikogo i niczego. Moje życie straciło sens. Chcę tylko wiedzieć, czy kiedykolwiek go miało.
Zastanawiałem się, na ile sam szukam odpowiedzi, a na ile usprawiedliwienia dla samobójstwa. Od dłuższego czasu nie czułem wstrząsów. Leżałem, wpatrując się w ciemność. Wspominałem dawne życie. Nie mogłem uwierzyć, że jeszcze rok temu wykładałem na uczelni. Biegałem w parku, zajmowałem się Igorem i znosiłem napady złości żony. Usłyszałem kroki sekciarzy na schodach. Aurelian i Phil, widząc mnie gotowego do warty, w milczeniu położyli się na swoich materacach. Obudziłem Sama i niebawem siedzieliśmy na schodach naprzeciw oświetlonych niebieskim blaskiem drzwi. „Może zagramy?” – zaproponował Kern, wyciągnąwszy z kieszeni spodni kartonowe pudełeczko.
„Żartujesz” – parsknąłem. – „Karty ze sobą wziąłeś?” „A czemu nie? Rozrzucimy partię. Zawsze to szybciej czas minie.” Sam sprawnym ruchem potasował talię. Wyłożył trzy karty na schodku. Ósemka trefl, szóstka pik, król kier. Nam rozdał po dwie. Dostałem ósemki: karo i kier. Z drugiej kieszeni wyjął woreczek. „A to kasa” – mruknął, wysypując plastikowe krążki i rozdzielając je po równo między nas.
„Chyba lubisz hazard, co?” – zapytałem. „A ty niby nie?” „W życiu nie grałem na prawdziwe pieniądze.” „Tak? A teraz stawiasz o wiele więcej. Wejście za jeden żeton. Zaczynaj.” Rozumiałem, co miał na myśli. Wszyscy byliśmy jak hazardziści, i to tacy niezbyt rozgarnięci. W desperacji zagraliśmy wszystko, co nam zostało, ale mieliśmy marne widoki na zwycięstwo. „Wchodzę” – odparłem. „Podbijam o jeden.” „Dokładam.” Sam odkrył kolejną kartę. As pik.
„Czekam” – mruknął, oddając mi inicjatywę. – „A swoją drogą naprawdę nie wierzysz, że możemy dotrzeć do Drzewa?” „Podbijam o dwa. Nie wiem. Z jakiegoś powodu od 30 lat nikt stąd nie wrócił.” „Wchodzę.” Dziesiątka karo wylądowała na schodku. „No właśnie. A przecież na początku i Ogród był nieporównywalnie mniejszy i chętnych dużo więcej. Czytałem gdzieś, że w ostatnich siedmiu latach łącznie wyruszyły tu trzy grupy.” „Twoja kolej” – mruknąłem. „Czekam.” „Coś musi tu być, Sasha.” „Podbijam o cztery. Może po prostu chodzi o to, że w ogrodzie nie działają urządzenia elektryczne i kompasy. Zdjęć satelitarnych też nie zrobisz.
Ludzie się gubią. My mamy Maxa, który zna okolicę.” „Podbijam jeszcze o cztery. Chyba chodzi o coś więcej. Myślę, że wszystko, co nas otacza, to tak naprawdę jeden organizm. Może ta macka, którą widzieliśmy na moście, jest czymś w rodzaju korzenia. Sam widziałeś, że wydzielała gaz. A jeśli za jego pomocą zmienia kolejne połacie terenu w Ogród? Gdy przed ekspedycją szukałem informacji o tym miejscu, natrafiłem na artykuł o takiej teorii. Profesor Strugiński, Strugacz, jakoś tak, sugerował w nim także, że Drzewo może być inteligentne, a emitowane przez nie promieniowanie jest próbą kontaktu. Wniosek był taki, że okazaliśmy się zbyt głupi na równorzędnego partnera, więc zostaniemy zniszczeni.” Próbowałem odrzucić od siebie tę niepokojącą koncepcję.
„To tylko hipoteza, nie teoria” – stwierdziłem. – „Nie ma co wymyślać głupot o kontaktach. Drzewo pojawiło się tu przypadkiem. Wyjaśnia to inna hipoteza. Dmuchawca.” Sam pokręcił tylko głową. „Mnie bardziej przekonuje profesor Stru-coś tam.” Wróciliśmy do gry. Miałem trójkę. „Ale dałem się podpuścić” – pomyślałem. – „Jeśli Kern pokaże strita, to po mnie. Choć równie dobrze mógłbym blefować.” „Sprawdzam” – zadecydowałem.
„Duży street!” – zaśmiał się Sam, pokazując swoją damę i waleta. „Cholera.” „Jak widać ja lepiej obstawiam” – podsumował, zgarniając żetony do siebie. Zacząłem zbierać karty. „A jeśli to wszystko blef?” – myśl sama wyszła z moich ust. „Co konkretnie?” „Legenda o owocu.” Sam parsknął. „Pewnie zabije mnie promieniowanie albo coś innego. Zginę w chwalebnej misji.” Zapadło milczenie. „W idealnym świecie nie musielibyśmy tu być” – dodałem po chwili. „Żeby żyć w idealnym świecie, sam musiałbyś go najpierw stworzyć” – zadrwił Kern. Uśmiechnąłem się, choć wcale nie czułem wesołości.
Szliśmy lasem skryci w półmroku. Nad naszymi głowami rozpościerały się pełne srebrzystych liści korony drzew. Ogród wciąż milczał. „Jak można nazywać to wymarłe miejsce rajem?” – pomyślałem, wspominając słowa kapłana. „Znowu nie ma słońca” – burknął Daisuke. Popatrzyliśmy na niego jak na idiotę. „Ale ty wiesz, że tu zawsze wiszą gęste chmury?” – zapytał Sam. Przez to nie mamy zdjęć satelitarnych ogrodu ani dokładnych map. „A” – odparł Japończyk. Pokręciłem tylko z politowaniem głową.
Podążaliśmy między fioletowymi pniami. Nie spieszyliśmy się. Należało zachować czujność. W końcu nie odbywaliśmy spaceru w parku. Grunt zawibrował gwałtownie. Zachwiało mną. „Cholera” – zaklął Sam. Z niepokojem zwróciliśmy na niego wzrok. Odpychał się od drzewa, strząsając coś z pańców. „Ja myślałem, że to kora” – jęknął, krzywiąc się z obrzydzeniem.
– „A to jakaś śmierdząca maź”. Na pniu zauważyłem odcisk dłoni, który kurczył się szybko, by po chwili zniknąć zupełnie. „Ale to obleśne” – narzekał Sam. – „Zrzegam się chyba”. „Byle szybko” – mruknął kapitan i podjął marsz. – „Szkoda tracić czas”. Las zostawiliśmy za sobą. Teren wznosił się układam w krwistoczerwony wał rozciągnięty aż po horyzont. Kolor ten nadawały gęsto rosnące zboża przypominające swoim wyglądem skrzyżowanie tytoniu i prosa. Sięgały nam barków, miały szerokie liście, a na ich czubkach hiobały wątłe kłosy.
„I co teraz?” – zapytałem. „Uważam, że powinniśmy iść przed siebie” – stwierdził kapłan. „Może lepiej zawrócić?” – zasugerował nieśmiało Max. – „To nie są tereny, które znałem. Nie wiem, czy...” „Zawrócić?” – przerwał mu Aurelian. – „W połowie drogi, żeby zginąć w rzece? Zastanów się chwilę. Owoc jest naszą jedyną szansą na przeżycie”. Zapadło milczenie. „Ja wytnę drogę” – stwierdził wreszcie Daisuke.
Podszedł do falującego zboża z maczetą w dłoni. Zamachnął się i ciął. W ułamku sekundy trafione rośliny odrzuciły liście i owinęły się wokół ostrza. Usłyszeliśmy zgrzyt. Zaskoczony Japończyk puścił rękojeść i odskoczył. Po chwili wybrzmiał metaliczny trzask. Błyszczące kawałki rozprysnęły się wokół. Dłuższą chwilę staliśmy w niemym zdziwieniu. Kapłan przestępował z nogi na nogę, marszczył brwi, spoglądał na nas nerwowo. Wreszcie wypuścił głośno powietrze i stwierdził: „Spróbuję przejść.
Ruszcie za mną dopiero jak powiem, że jest w porządku”. Zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, Aurelian dotknął jednego z kłosów i wolno przesunął po nim dłonią. Wstrzymaliśmy oddechy. Nic się nie stało. Z przerażeniem patrzyliśmy, jak sekciarz krok po kroku zagłębia się w zboże. „Widzieliście? To jest moc prawdziwej wiary” – powiedział Phil, wchodząc za kapłanem między rośliny. „Stój!” – krzyknął Aurelian. Kolejny wstrząs targnął okolicą. Kapłan z najwyższym wysiłkiem utrzymywał równowagę.
Phil nie zdołał. Powietrze rozdarł przerażający wrzask. Widzieliśmy szamoczące się wśród opadłych liści ciało. Cienkie łodygi owinęły nogi oraz biodra sekciarza. Ściskały coraz mocniej. Usłyszeliśmy głuchy trzask, a potem nieludzkie rżenie. „Przestań się ruszać!” – darł się kapłan. – „Przestań, bo cię zgniecie!” Phil znieruchomiał. Kłosy falowały nieznacznie na wietrze. Max zwymiotował.
„Uważajcie” – ostrzegł kapłan drżącym głosem. – „Musicie iść bardzo powoli, jak ja. Nie możecie wykonać gwałtownego ruchu, inaczej...” Nie dokończył. Odwrócił się i ruszył pod górę, ostrożnie stawiając kroki. „Jak chcecie przejść?” – zapytałem, patrząc przed siebie. – „Przecież w każdej chwili może nastąpić kolejne trzęsienie”. Daisuke obrzucił mnie pozbawionym wyrazu spojrzeniem i poszedł w ślad za kapłanem. Za nim Sam, który próbując udawać beztroskiego, uśmiechał się nieprzekonująco. „Zwariowali” – pomyślałem. Max kaszlał.
Ocierał usta rękawem płaszcza. „Wracać nie ma po co, bo w rzece leży ta cholerna macka” – tłumaczyłem sobie. Phil był nieuważny. Aurelian sobie poradził. Jeśli zachowam ostrożność, będzie dobrze. No, dla innego. Wziąłem głęboki wdech i ruszyłem przed siebie. Ledwo powstrzymałem atak paniki, gdy poczułem, jak coś owija mi się wokół kostki. Stanąłem, zacisnąwszy powieki. Próbowałem myśleć o czymś innym.
Kiedy nieco ochłonąłem, usłyszałem szelest. Otworzyłem oczy. Max stawiał drobne kroki. Był tuż przy mnie. Cały pobladł. Na czoło wystąpiły mu grube krople potu. Drżał. Wyglądał, jakby w każdej chwili mógł stracić nad sobą kontrolę. „A ty, Max, co zrobisz, kiedy zdobędziesz owoc?” – zagadnąłem, ostrożnie wysuwając stopę z pętli. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Byle zagadać, byle zająć czymś myśli. „Rozwalić chcę to... To cholerstwo” – wydukał. Zrozumiałem, że miał na myśli drzewo. – „Jesteś wysiedleńcem, tak? Pewnie dobrze znasz te tereny. Droga do wioski była trochę taka jak kiedyś. Dalej wszystko inaczej wygląda, niż pamiętam.” Zastanowiło mnie to. Czyżby drzewo zmieniało kształt terenu? „A co się z tobą działo?” – pytałem, byle nie dopuścić do dłuższej ciszy.
„Po ewakuacji…” Buty grzęzły mi w miękkim podłożu. Oby się nie zatrzęsło – powtarzałem w myślach. Max, uspokojony nieco, opowiadał: „Wiesz jak jest. Pierwszych wysiedleńców żałował każdy. Później, jak nas przybyło, zaczęliśmy być problemem. Utknąłem z rodziną w przytunku jakimś, niby na chwilę. Miejsca brakowało, jedzenia, prądu, wody, wszystkiego. Ktoś zachorował w końcu, potem następny i następny. Ludzie umierać zaczęli. Moja matka i brat też.
Ja z ojcem jakoś przeżyliśmy. Puścili nas w końcu z ośrodka, ale nie mieliśmy pieniędzy. Roboty brakowało. Żebraliśmy. Rok później i ojciec zmarł. Zostałem sam jeden. Tak łaziłem to tu, to tam. Któregoś dnia na ławce w parku gazetę znalazłem, a w niej ogłoszenie o wyprawie i nagrodzie za przeniesienie nasiona. A może to szansa, żeby los odmienić – pomyślałem i się zgłosiłem. Ale jak was posłuchałem, co te owoce robią, przyszło mi do głowy, że jak taki jeden zjem, dowiem się, czy cholerstwo to, ogród znaczy, zniszczyć można.” Dotarliśmy na szczyt wzniesienia, skąd widziałem szarą łąkę.
Za nią rósł kolejny las. Wyglądał jednak inaczej niż ten, przez który przechodziliśmy. Liście drzew były fioletowe, a między bladoniebieskimi pniami unosiła się dziwna brunatna mgła. Nie czas się nad tym zastanawiać – pomyślałem. Najpierw trzeba zejść na dół. „Jak myślisz, co to wszystko jest?” – zapytał Max. Domyślałem się, że pytał o drzewo i ogród. „Z tego, co czytałem, rodzaj rośliny” – odparłem. „Kosmiczny organizm, który rozmnaża się jak dmuchawiec.” „Dmuchawiec?” „Tak. Ponoć rosło coś takiego na odległej planecie.
A może samo było planetą? Tak czy inaczej, dojrzało i wybuchło, wyrzucając nasiona w przestrzeń kosmiczną. Miliony albo nawet miliardy takich zarodników wędrowały w próżni. Te, które spadły w miejsca sprzyjające życiu, zaczęły rosnąć. Aha, nazywają to hipotezą dmuchawca” – dodałem. Kapłan klęczał już na łące, bezpieczny i spokojny o własne życie. Przynajmniej na razie. Sam oraz Daisuke byli tuż tuż. Nam brakowało 50 metrów, może mniej. Oby nie zatrzęsło – przyszło mi znów do głowy.
Przestaliśmy rozmawiać. Patrzyliśmy pod nogi, w skupieniu stawiając kolejne kroki. Max został nieco w tyle. Wreszcie udało mi się wyjść na łąkę. Przykucnąłem, dysząc ciężko. Wtedy nastał wstrząs. Usłyszałem krzyk. Zerwałem się natychmiast. Max leżał na brzuchu, drapiąc paznokciami trawę, a owinięte wokół jego prawej kostki łodygi zaciskały się bezlitośnie. „Nie ruszaj się!
Nie szarp, do cholery!” – wrzeszczał kapłan. „Przestań, bo ci urwie nogę!” – wtórował mu Sam. Daisuke próbował utrzymać wierzgającego Maxa w bezruchu. Usłyszałem mokry trzask. Pełne bólu wycie przeszyło powietrze. Ludzielec zemdlał. Po jego lewej stopie został tylko krwawy kikut. Czerwona kałuża rozlała się w trawie. Patrzyłem oniemiały. Kern wyjął z plecaka bandaże i środki do dezynfekcji.
Aurelian podwijał nogawkę spodni ludzielca, wykrzykując instrukcje: „Trzeba zatrzymać krwotok. Sam, dawaj to. Tak, właśnie to. Szybciej! Przytrzymaj tutaj. Musisz mocno przyciskać.” Obserwowałem bezradnie, jak moi towarzysze próbują zatamować krwawienie z rany Maxa. Na jego łydce dostrzegłem tatuaż węża. Gad stracił głowę. Kapitan przycisnął do rany grubą warstwę gazy, a Sam mocno owinął ją bandażem. Wątpiłem, że to wystarczy.
„Sasza, nie stój tak. Zdejmij Maxowi plecak” – polecił Aurelian. Zrobiłem, co mi kazał. Potem ułożyliśmy ludzielca na moim zapasowym płaszczu, a sami usiedliśmy wokół. Ciszę mąciły tylko nasze przyspieszone oddechy. Patrzyłem w stronę lasu. Z purpurowych liści opadał brunatny pył, lądując na ciemnym mokradle. Znowu woda – pomyślałem. Siedziałem na trawie i wsłuchiwałem się w ciszę. Obok mnie leżał świetlik, który barwił na niebiesko wszystko, co zdołał sięgnąć swoim bladym blaskiem.
Zastanawiałem się, czy doczekam kolejnej nocy. Podczas gdy z Samem rozstawialiśmy namioty, Daisuke i kapłan poszli wzdłuż linii lasu, by sprawdzić, czy znajdą suche przejście. Wrócili przed wieczorem ze złymi wieściami. Nazajutrz czekała nas przeprawa przez bagna. Z rozmyślań wyciągnął mnie szelest kroków. „Nie mam nastroju na pokera, Sam” – mruknąłem. „To ja” – usłyszałem w odpowiedzi. Zaskoczony odwróciłem się w stronę Aureliana, który z obojętną miną usiadł tuż przy mnie. Milczeliśmy. W zwykłych okolicznościach czułbym się z tym niezręcznie, ale po ostatnich przeżyciach miałem wszystko gdzieś.
„Jutro będzie ciężko” – zaczął sekciarz. „Im dalej w ogród, tym bardziej niebezpiecznie, a ostatniej przygody z wodą nie wspominam dobrze.” „Casus Hioba?” – zakpiłem. „Może” – uśmiechnął się lekko. „Wyznajesz jakąś religię?” „Nie.” „A dawniej?” Prychnąłem. „Religia jest dla słabych, zagubionych ludzi. Nadaje sens ich życiu.” „Albo śmierci.” „Albo śmierci” – przytaknąłem. Po chwili milczenia kapłan podjął na nowo: „A w moim przypadku to coś zupełnie innego.” „Niby czemu?” „Widzę Drzewo Poznania. Jestem w ogrodzie. Doświadczam absolutu. Nie muszę nikomu wierzyć na słowo.” „Absolutu?
To żart?” „Wszystko wyjaśni się, kiedy zjemy owoce.” „Chyba że wcześniej tu zginiemy.” „Raczej odnajdziemy zbawienie.” Miałem dość tej rozmowy prowadzącej donikąd. „Słuchaj” – powiedziałem ostro. – „Jeśli planujesz mnie nawrócić, daruj sobie.” „Nie, nie” – odparł łagodnie. – „Chcę ci po prostu coś zobrazować.” Już miałem zaprotestować, ale uciszył mnie gestem dłoni. „Nie zaprzeczysz, że drzewo to żywy organizm” – mówił. – „Odległy, obcy, ale żywy. Dwadzieścia lat temu byłem członkiem jednego z zespołów badawczych. Polegliśmy przy próbie poznania ogrodu. Jednak co nieco udało się ustalić. Dla przykładu, właśnie my odkryliśmy tutejsze promieniowanie.” Teraz mnie zainteresował.
Nigdy bym nie przypuszczał, że w przeszłości mógł być naukowcem. „Pewnie wtedy też odkryliście, że te czerwone rośliny reagują na gwałtowne ruchy” – domyśliłem się. Skinął głową w potwierdzeniu. „A nie ustaliliście, dlaczego nie działa tu elektryczność? Kompasy?” – dopytywałem. „Tylko tyle, że ogród posiada silne pole magnetyczne. Skupialiśmy się jednak na aspektach mogących pomóc nam w zniszczeniu Drzewa, więc sam rozumiesz.” „Szkoda. Lepiej byłoby, gdybyście wynaleźli kombinezon ochronny. Wtedy pobyt tutaj nie zabijałby nas tak szybko” – dodałem zgryźliwie. „Próbowaliśmy, ale tutejsze promieniowanie w takim samym stopniu przenika wszystkie materiały” – odrzekł niewzruszony.
Zupełnie jak gdyby gęstość nie miała dla niego znaczenia. „Nazwaliśmy je promieniowaniem delta.” „To niedorzeczne. Skąd niby taka właściwość?” „Obowiązuje tu inna fizyka.” Zaskoczył mnie. Jednak ta odpowiedź wbrew pozorom wiele tłumaczyła. „To by oznaczało, że ogród nie tyle zmienił kształt terenu, co rozciągnął przestrzeń” – powiedziałem na głos. – „Z tego powodu ten las czy łąka wydają się sięgać aż po horyzont. Dlatego Max mówił, że okolica się zmieniła. Drzewo rozciąga przestrzeń.” „No proszę, zgadłeś” – potwierdził zaskoczony. – „Czyżbyś zajmował się naukami ścisłymi?” Przytaknąłem. „Nigdy bym nie zgadł.
Nie wyglądasz” – dodał. „To samo mógłbym powiedzieć o tobie.” Uśmiechnął się. „Wracając do tematu, najwyraźniej ogród wytycza drogę, umyślnie prowadzi nas do Drzewa. Zauważasz teraz, z jak niezwykłym organizmem mamy do czynienia?” Milczałem, ale sekciarz nie oczekiwał odpowiedzi. „Znasz zapewne hipotezę dmuchawca” – kontynuował. – „Wyrzucony eksplozją nieświadomy organizm miał dryfować setki lat świetlnych poprzez przestrzeń kosmiczną. Zarodniki Drzewa mogłyby być tak długowieczne? Nie da się tego wykluczyć. A ja, widzisz, sądzę, że jest inaczej. Nieprzypadkowo nasiono spadło właśnie tu.” „Skąd ta myśl?” „Stąd, że nie wychwyciliśmy go, zanim uderzyło w ziemię.” „I co w tym dziwnego?” „Gdyby nie nagrania, które wykluczają taki scenariusz, nic.
Jednak trajektoria lotu obliczona na ich podstawie wskazuje, że obiekt przybył z obszaru będącego w owym czasie pod nadzorem teleskopów. Znajomy z obserwatorium upierał się, że zarodnik nie mógł przelecieć niezauważony aż do ziemskiej atmosfery. Oficjalne przekazy oczywiście nie wspominają o tym. Według mnie nasiono nie leciało przez pół kosmosu. Ono, a może raczej coś, co je wysłało, zakrzywiło czasoprzestrzeń. Dzięki temu zarodnik spadł dokładnie w to miejsce, gdzie znajduje się obecnie. Nie mam pewności, ale wierzę, że Drzewo pojawiło się tutaj z konkretnej przyczyny.” „Może to po prostu zdolność tego naszego dmuchawca” – poddałem. „Nie sądzę. Coś, co nie posiada rozwiniętej inteligencji, miałoby namierzać tak odległe miejsca? Jak niby?
Za pomocą nadnaturalnego instynktu? Przypadkowe rozsianie zarodników byłoby w skali kosmicznej szalenie nieefektywne. Uważam, że ogród jest czymś więcej. Wiadomością i arką jednocześnie. Ktoś przesłał nam enklawę, w której zdołamy przetrwać, nawet gdyby doszło do globalnej katastrofy. Ten ktoś ochroni nas przed nami samymi. Oczywiście, o ile wcześniej zrozumiemy, jak skorzystać z tej pomocy.” Patrzyłem na niego z powątpiewaniem. Zauważył to, więc zaczął tłumaczyć. „Organizm, do którego zmierzamy, stworzył własny, prawdopodobnie niezniszczalny ekosystem, który ciągle się rozrasta, zmienia. Sądzę, że dopiero nadejdzie czas, kiedy zdołamy bezpiecznie tu wejść.
Może promieniowanie po prostu ustanie. Należy się tego dowiedzieć.” Przypomniałem sobie próbę unicestwienia drzewa. Najpierw użyto bomb lotniczych, jednak te nie przebiły się przez chmury. Po prostu zniknęły w szarych kłębach. Później ostrzelano ogród z ziemi, ale pociski dosłownie zapadały się w glebę, nie czyniąc żadnych szkód. Usiłowania podpalenia też spełzły na niczym. W obliczu kolejnych porażek rząd zastosował broń jądrową z podobnym skutkiem. Nie zmieniało to jednak faktu, że teorie Aureliana brzmiały głupio. „A to zboże za nami albo macka na moście?” – zapytałem. – „Są tu, żebyśmy się nie nudzili?
Ogród zaprojektowano, aby stał się idealnym światem. Tak myślę. Proces zmian wciąż tu zachodzi i miną pewnie długie lata, zanim się zakończy. To miejsce dopiero stanie się domem dla nowej, doskonalszej cywilizacji.” Przewróciłem oczami. Nie wierzyłem w te bzdury. „Jasne. Mam tylko jedną wątpliwość. Skoro już wszystko wiesz, po jaką cholerę z nami indziesz?” Westchnął. „Zjem owoc. Wtedy w pełni zrozumiem ogród i będę mógł nauczać innych.” „Takie buty.
Planujesz zostać kluczem do raju.” „Dokładnie.” „A skąd pewność, że owoc zawiera to, czego szukasz? Ci, którzy dawniej zdołali go zjeść, doznawali różnych objawień i odkrywali w sobie zadziwiające talenty, ale nie słyszałem o nowym Mesjaszu.” Uśmiechnął się z wyższością. „Oni nie wiedzieli, czego szukać” – odparł. „Czasami musimy przyjąć pewne założenia. Tak w przypadku wiary, jak i nauki.” Westchnąłem, kręcąc głową. Dziwiłem się, że osoba, która była na tyle szanowana, by brać udział w badaniach rządowych, mogła uwierzyć w wymyślone przez siebie historie. „Właściwie po co mi to wszystko mówisz?” – zapytałem. – „Czego ode mnie oczekujesz?” „Niczego” – zaśmiał się kapłan. – „Opowiadałem to reszcie już wcześniej, ale ty do tej pory skutecznie mnie unikałeś. Jeśli nie dotrę do drzewa, a któremuś z was uda się zjeść owoc, zrozumiecie otrzymaną wiedzę.
Poza tym…” „Poza tym co?” – ponagliłem, gdy milczenie sekciarza przedłużało się. „Chciałem, żebyście zobaczyli we mnie kogoś więcej niż fanatycznego szaleńca.” „Wstawaj, Sam. Twoja kolej.” Próbowałem dobudzić Kerna. Ten zareagował dopiero po chwili. Spojrzał na mnie mętnym wzrokiem. „Tak, tak, już idę.” Podniósł się z trudem i rozchwianym krokiem ruszył do miejsca, gdzie zostawiłem świetlika. „Wszystko w porządku?” – zapytałem. „Jest okej. Idź spać” – odparł. „Nie muszę dwa razy powtarzać.” „I co z nim zrobimy?” – zapytał Aurelian.
Za odchylonymi połami namiotu widzieliśmy nieprzytomnego Maxa. „Trzeba przygotować nosze” – odparł Sam. Uważałem ten pomysł za niedorzeczny, ale milczałem. Nie chciałem, żeby wzięli mnie za bezdusznego gnoja. Moją wątpliwość wyraził kapłan. „Niby jak przejdziemy z nim przez bagna?” – wyraził wątpliwość kapłan. „Nie wiem. Może będziemy nieść na zmianę” – obruszył się Kern. – „Przecież go nie zostawimy.” „Myślę, że powinniśmy.” Twarz Sama przybrała purpurowy odcień. „To taka jest twoja wiara?” – huknął.
– „Żeby człowieka w potrzebie zostawić? Posrało cię chyba.” Zapadło milczenie. Kern oddychał ciężko, jakby wykrzyczane słowa wypompowały z niego wszystkie siły. Wodził wzrokiem od Aureliana do mnie i z powrotem. Czoło miał wilgotne od potu. „Głosujmy” – zaproponował sekciarz spokojnie. – „Kto jest za tym, żeby zostawić Maxa, ręka w górę.” Uniósł dłoń. Daisuke również. Patrzyłem na rudzielca. Rozumiałem, że nie zdołamy go przenieść.
Coś we mnie buntowało się przed takim postawieniem sprawy, ale nie widziałem innego rozwiązania. Również poparłem pomysł Aureliana. Sam pokręcił tylko głową i splunął. „My nie przyszliśmy tu po to, by umrzeć, Sam” – powiedziałem tonem usprawiedliwienia. Popatrzył na mnie z mieszaniną gniewu i obrzydzenia. Splunął raz jeszcze. „Jak chcecie” – warknął. – „Wasze sumienia.” Odszedł wolno do swojego namiotu. Stawiałem ostrożnie kroki, wbijając wzrok w mętną wodę. Musiałem uważać, żeby nie utknąć w błocie.
Od rana nie pojawiły się kolejne wstrząsy. I całe szczęście, bowiem wędrówka była wystarczająco trudna bez nich. Wirujący pył ograniczał widoczność. Osiedlał na naszych ubraniach i twarzach. Z tej czerwonej mgły wyłaniały się rachityczne gałęzie przywodzące na myśl rozcapierzone palce potworów. Miałem nadzieję, że Aurelian prowadzi nas z grubsza naprzód, jednak z każdą chwilą coraz bardziej w to wątpiłem. Zaczęło do mnie docierać, w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy. Spojrzałem na idącego za mną Sama. Odkąd wyruszyliśmy, nie odezwał się ani słowem. Szedł ze spuszczoną głową.
Zauważyłem, że zbladł i ciężko oddycha. „Jak tam Sam?” – zapytałem. – „Wszystko w porządku?” Nie odpowiedział. Brnęliśmy w milczeniu. Myślałem. Przekonywałem sam siebie, że nie mieliśmy wyboru co do porzucenia Rudzieńca. Było to oczywiste i logiczne. Niemniej nie potrafiłem do końca pogodzić się z naszą decyzją. W końcu zostawiliśmy człowieka na pewną śmierć. Z zadumy wyrwało mnie głośne chlapnięcie.
Odwróciłem się. Sam leżał bez ruchu, twarzą w śmierdzącej brei. Natychmiast podbiegłem i obróciłem go na bok. Zakaszlał. „Co ci jest? Co się stało?” – dopytywałem nerwowo. – Ej! – krzyknąłem. – Chodźcie tu szybko. Zwróciłem wzrok w stronę towarzyszy, licząc, że zaraz przyjdą z pomocą.
Pomyliłem się. Aurelian klęczał, wznosząc dłonie ku niebu. Mamrotał coś niewyraźnie. Zapadł się po pas w wodę. Chciałem krzyknąć, wytrącić go z tego dziwnego letargu, ale wtedy zobaczyłem Daisukę. „Pieniądze, wiesz. Wszędzie pieniądze. Zbieraj, ile się da. Wystarczy dla wszystkich” – szeptał, chichocząc jak wariat. Chodził w kółko i co chwilę sięgał niewidzialnej zdobyczy.
Wstałem. Postąpiłem krok ku Japończykowi, ale wtedy coś usłyszałem. „Tato!” Odwróciłem się i ujrzałem wychodzącego z brunatnej mgły Igora. Patrzył na mnie swoimi dużymi zielonymi oczami. Uśmiechał się. „Synku” – wyszeptałem. – „Syneczku.” Igi wpadł mi w objęcia. Przytuliłem go mocno. Płakałem. Wreszcie odzyskałem syna.
Ta chwila była najlepsza w moim życiu. Poczułem, jak ktoś szarpie mnie za ramię. Upadłem tyłkiem w mokre błocko. Z zaskoczeniem spojrzałem na bladą twarz Sama. „Idziemy” – wystękał. Zignorowałem go. Rozejrzałem się za Igorem, ale najwyraźniej zniknął. Ogarnęła mnie rozpacz. „To halucynacje” – tłumaczył Kern. – „Jesteśmy w ogrodzie.
Idziemy do drzewa, pamiętasz? Skąd Igor miałby się tu wziąć?” Tak – pomyślałem. – Ma rację. Musimy iść. Uciekać stąd czym prędzej. „Daisuke, chodź!” – krzyknął Sam. – Pozbierasz kasę po drodze. Pamiętam, że wlekliśmy się przed siebie. Japończyk zbierał wyimaginowane pieniądze. Nigdzie jednak nie widziałem kapłana.
„Tato” – usłyszałem. Spróbowałem się odwrócić. Nie zdążyłem. Zapadła ciemność. Poczułem pieczenie na policzkach. Ktoś mnie bił. Raz z jednej, raz z drugiej strony. „Ocknij się, do cholery!” – wrzeszczał Sam. Wyglądał źle. Poniżej oczu wystąpiły mu sińce.
Pod zaschniętym błotem i pyłem przebijała skóra blada jak u trupa. „Wstawaj i spadamy stąd. Daisuke, nie odchodź.” Pomógł mi wstać. Wszystko wokół falowało. Rozglądałem się, próbując przypomnieć sobie, gdzie jestem. Dostałem kolejny cios w twarz. „Idziemy” – syknął Kern. Ciągnął niemal siłą mnie i Daisukę. Nie wiedziałem, ile to trwało. Gdy wychodziliśmy z lasu, zaczynało się ściemniać.
Uniosłem wzrok. Teren przed nami opadał, przechodząc w pooraną głębokimi wąwozami dolinę. Dalej na piaszczystym wzniesieniu stało drzewo. Poczułem, jak coś ciągnie mnie w dół. Znowu straciłem przytomność. Ocknąłem się z potwornym bólem głowy. Było jasno, co znaczyło, że nie przespałem całego dnia. I tyle z pozytywów – pomyślałem, przekręcając się ostrożnie. Sam leżał nieruchomo z opuszczonymi powiekami. Daisuke spał na siedząco kawałek dalej.
W pierwszej chwili pomyślałem, że nie żyją. „Obudziłeś się” – wyszeptał Kern. Z trudem dźwignąłem obolałe ciało i podpełzłem do Sama na czworakach. Usiadłem. „Cieszę się, że ty też” – odpowiedziałem, strzepując brud z rękawów płaszcza. „Umieram, wiesz?” „Nie gadaj głupot.” „Aurelian utonął. Z uśmiechem na ustach. Chciałem go wyciągnąć, ale nie dałem rady.” Milczałem. „Wszyscy tam powariowaliście, a ja nie. Może to dzięki tej mazi z drzewa.
Uratowała nas. Was. Mnie chyba zabiła.” Jego cichy chichot przeszedł w bolesne rżenie. Pluł krwią. „Nie mów. Odpoczywaj.” „Panie Kern” – odezwał się głos za mną. Daisuke najwyraźniej doszedł do siebie. Stał teraz nade mną z poważną miną. – „Wiesz, jak dotrę do drzewa, zaniosę pana życzenie. Proszę mi je tylko przekazać.” „Dziękuję, ale to nie będzie miało już znaczenia.” „Przestań gadać” – powiedziałem z rozpaczą.
Twarz Sama pokrywały podłużne bordowe smugi pyłu. Wyciągnąłem z kieszeni chustkę, by otrzeć mu czoło. Przyłożyłem ją do mokrej skóry i przycisnąłem. Wtedy Kern zaczął krzyczeć. „Co się stało?” – zapytałem przerażony. – Sam, co ci jest? Oderwałem materiał od jego głowy. Krew zalała mu twarz. Ze zgrozą zrozumiałem, że poza chustką trzymam w dłoni płat skóry. Wyrzuciłem to i też zacząłem się drżeć.
Odpełzłem rozpaczliwie. Zacisnąłem powieki, zatkałem uszy dłońmi. Skowyt Sama świdrował mój umysł. Po chwili nastąpił huk. Wróciła cisza. Otworzyłem oczy. Ujrzałem Daisuke przeładowującego broń. Patrzył smutno na miazgę, która została z głowy Kerna. Zaniosłem się histerycznym śmiechem. „Nie mamy czasu, musimy iść.” Słowa Daisuke dobiegały z daleka.
Uniosłem głowę i zobaczyłem przyglądającego mi się z troską Japończyka. „Chodźmy, Sasha – powiedział. – Sam nie chciałby, żebyśmy tu umarli.” Otarłem wilgotne oczy i wstałem, nie patrząc na Kerna. Poprawiłem plecak. Ruszyliśmy. „Wiesz – mówił dalej Daisuke. – Jakby coś mi się stało, mogę mieć prośbę?” „Tak” – odparłem mechanicznie. „Przekaż moją dolę jako datek dla ofiar tsunami z zeszłego roku. Wiesz, gdybym nie wrócił.” Popatrzyłem na niego zaskoczony. Przez cały czas myślałem, że jest zwykłym kretynem, który postanowił to robić.
Tymczasem wyruszył na pewną śmierć tylko po to, żeby pomóc innym. „Możesz to dla mnie obiecać?” – zapytał, nie otrzymawszy odpowiedzi. Skinąłem głową. „Jasne.” „Dziękuję.” Od tej pory maszerowaliśmy bez słowa. Weszliśmy w jedną z odnóg skalnego labiryntu. Podążaliśmy szerokim korytarzem, otoczeni wysokimi na kilkanaście metrów białymi skarpami. Ciemne chmury kłębiły się na niebie. Wiedziałem, że jesteśmy już blisko celu. Powinienem czuć ekscytację, nadzieję albo niepewność czy strach. Tymczasem byłem pusty.
Nawet wspomnienie martwych towarzyszy nie wzbudzało emocji. Tylko myśl o Igorze trzymała mnie przy życiu. Gdyby nie to, chyba z poczucia bezsensowności strzeliłbym sobie w łeb. Daisuke położył mi dłoń na piersi. Zatrzymaliśmy się. „Czujesz?” – zapytał. Miałem wrażenie, jakby coś ogromnego pod nami próbowało wydostać się na powierzchnię. Wszystko zaczęło drżeć. Z niepokojem popatrzyłem na skarpy. „Musimy biec!” – krzyknął Daisuke.
„Gdzie?” „Wiesz, chyba widzę ścieżkę na górę.” Ruszył pędem. Ja za nim. Wstrząsy narastały. Drobinki skał sypały się nam na głowy. Nie miałem pojęcia, gdzie Japończyk dostrzegł drogę ucieczki. Mimo to rozpaczliwie próbowałem dotrzymać mu kroku. Grunt drżał coraz mocniej. Nagle poczułem, jak coś uderza mnie w łydkę. Upadłem. Daisuke nie zwolnił.
Oddalał się szybko. Próbowałem wstać, ale nie byłem w stanie utrzymać równowagi. Biały kurz przysłaniał widok. Coraz mniej wyraźna sylwetka Japończyka wznosiła się wyżej i wyżej. Trzask pękających skał zawibrował mi w uszach. Spomiędzy kłębów pyłu wyłonił się ogromny kształt. Zawisł ponad skarpami i zastygł w bezruchu. Miałem wrażenie, że słyszę krzyk Daisuke. Olbrzymi głaz spadł tuż obok mnie. Odruchowo skuliłem się i zakryłem głowę dłońmi.
Dookoła uderzały mniejsze kamienie. Turlały się ze stukotem. Jeden trafił mnie w żebra, inny w bark. Syczałem z bólu, ale nie odważyłem się choćby drgnąć. Niebawem wstrząsy ustały. Zakaszlałem, wypluwając ślinę zmieszaną z krwią oraz kurzem. Uniosłem wzrok. Jakieś 100 metrów przede mną ziała przepaść. Nad nią górował fragment czegoś, co widzieliśmy na moście, tylko dużo większego. Segmentowa, bladoniebieska macka tworzyła łuk, którego końce skrywały się pod ziemią.
Wstałem. Czułem pragnienie, aby natychmiast zawrócić. Miałem jednak coś do zrobienia. Teraz nie chodziło tylko o Igora. Wyłaniając się spod ziemi, macka ścięła zbocze wąwozu, tworząc łagodne podejście. Drzewo musiało być tuż, tuż. Obite żebra i łydka doskwierały. Aby nieco sobie ulżyć, zdjąłem plecak. Postękując, pokuśtykałem przed siebie. Stałem przed drzewem.
Swoim rozmiarem dorównywało nowojorskim wieżowcom. Przypominało ogromną kiść winogron o nietypowym kształcie. Porastające je owoce, bąble wielkości grejpfruta pulsowały błękitnym żarem. Podszedłem bliżej. Wyciągnąłem nieśmiało dłoń, ale zatrzymałem ją. W normalnych okolicznościach znalazłbym tysiąc powodów, żeby nie tykać tego świństwa i zrezygnowałbym. Wziąłem głęboki oddech. "Jeśli nie spróbuję go zjeść, czeka mnie pewna śmierć" pomyślałem. Chyba nie po to tu przyszedłem. Zerwałem owoc.
W dotyku przypominał kulę puchu. Okazał się cięższy od grejpfruta. Pulsował światłem na mojej dłoni. Jeszcze raz odetchnąłem, zamknąłem oczy i ugryzłem. Blask wewnątrz owocu natychmiast zgasł. Nie czułem smaku, tylko gorącą lepkość na języku. Przełknąłem. Naraz ból żeber i stopy zniknął. Zacząłem odzyskiwać siły. Dotąd nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo byłem zmęczony.
Uniosłem powieki i drgnąłem przerażony. Olbrzymi obelisk wyglądał inaczej. Owoce opadły, ukazując przeźroczyste ściany, za którymi znajdował się płyn o kolorze i konsystencji krwi. W mętnej czerwieni unosiło się ogromne nagie ciało. Nie miało żadnych włosów, nawet brwi i rzęs. Pod opuszczonymi powiekami można było dostrzec nieznaczne ruchy gałek ocznych. "Witaj, Sasza. – wybrzmiał mi w głowie głęboki głos. – Cieszymy się, że dotarłeś aż tutaj, by dołączyć do nas. Razem postawimy kolejny krok ku naprawie świata." Poczułem, jak w moim umyśle otwierają się nowe ścieżki.
Z początku nie wiedziałem, dokąd prowadzą, ale później przypomniałem sobie rozmowę z Aurelianem i zrozumiałem, czego szukać. Wszystkie dawne problemy wydały mi się tak głupie i nieważne, niewarte uwagi. W owocu zawarta była wiedza o tym, kim jesteśmy. Nie musimy więc niczego tłumaczyć, prawda? Dołącz do nas. Razem stworzymy nową rzeczywistość, nową cywilizację. Zaczniemy od początku. Cofniemy się do samych korzeni ludzkiego gatunku. A świat, który znamy? Igor?
Nie zniknie. Będzie żył w nas i naszym ciele." Przypomniałem sobie, co powiedział mi kiedyś Kern: "Żeby żyć w idealnym świecie, sam musiałbyś go najpierw stworzyć." Uśmiechnąłem się mimowolnie. Postąpiłem krok w stronę drzewa, dotknąłem go i poczułem, jak przenikam w inną powłokę. Moja jaźń spłynęła strumieniem wszechwiedzy, wymieszała się z mętnymi wodami poczucia istnienia. Stałem się jednością z czymś, czego człowiek nie jest w stanie pojąć. Było nas wielu scalonych w jeden wszechmocny byt. Ludzkość, którą znałem, miała zniknąć, zastąpiona nową, doskonalszą wersją siebie. Bez podziałów i różnic. Pozostało tylko czekać.
[04:14:11] - Powtórzę się. Mówię to od jakiegoś czasu w kolejnych Bibliotekariach. Ale dobrego nigdy dosyć, jak mawiali niektórzy. Nie jestem aż tak próżny. Natomiast to, co przed państwem, to jest najwyższa klasa. Otóż po literaturze, warstwie artystycznej czas na teorię. I tą teorią zajmuje się w Bibliotekarium 2.0 Katarzyna Prychacz. To widomy znak, że zapraszam państwa na Alchemię Tworzenia. Dalej zostajemy sam na sam z kościanym buntownikiem. Tym razem będą to postaci główne.
Jest w tej audycji pewna niezgodność czasowa, bo ta audycja powstawała jakiś czas temu. Oho! I anna może i dłuży, jak mawiał klasyk z kabaretu. Na tę niezgodność czasową i pewne odnotowania upływającego czasu proponuję nie zwracać uwagi, bo w audycji są znacznie ciekawsze rzeczy. Zapraszam państwa na Alchemię Tworzenia z Katarzyną Prychacz.
[04:15:31] - A kuku, Bukradiowa ludności. Z tej strony Katarzyna Prychacz i serdecznie zapraszam was na kolejny odcinek Alchemii Tworzenia. Alchemia Tworzenia. Witam was z otwartymi ramionami w 22. odcinku drugiego sezonu podcastu Alchemia Tworzenia. Alchemia Tworzenia to podcast kierowany przede wszystkim do pisarzy, do twórców, do wszystkich wymyślaczy również. Także niezależnie od tego, czy planujecie wydać powieść, czy nie, zachęcam do posłuchania, co mam do powiedzenia. Pierwszy sezon był bardziej merytoryczny, dotyczący pracy nad sobą, nad swoimi różnymi wyzwaniami wewnętrznymi. Także zachęcam, jeżeli kogoś to interesuje, to znajdziecie na pewno na Book Radio archiwalną listę moich odcinków. Jeżeli chodzi o drugi sezon, to tym razem bawimy się konwencją.
Wymyślamy. Właściwie to ja wymyślam. Ja i mój zespół wewnętrzny. Także ja sobie tutaj wymyślam różne cudawianki, różne historie różnych bohaterów. I faktycznie przez parę ostatnich odcinków wałkujemy historię jednego bohatera, a konkretniej elementy fabularne. Także niezmiennie dzisiaj również zajmiemy się, tak jak wam obiecałam w poprzednim odcinku mieliśmy postaci tła, takie troszeczkę bardziej epizodyczne. Dzisiaj wracamy do postaci głównych i drugoplanowych, ale też istotnych. Zobaczę, jak będziemy stać z czasem, bo nie ukrywam, że dzisiaj może dla odmiany zrobimy krótszy odcinek albo przynajmniej spróbujemy. Teoretycznie mogłabym upchnąć dzisiaj też postaci Cienia, natomiast nie wiem, czy jest taka potrzeba. Zobaczymy.
Chociaż nie wiem, czy was to nudzi, czy nie, czy mam ciągnąć tę historię, czy nie. Ja się wkręciłam, więc nie ukrywam, że egoistycznie tym razem działam na swoją korzyść tylko. Mam nadzieję, że wy też korzystacie, że dobrze bawicie się razem ze mną. Zostało nam jeszcze oprócz tych postaci - czy dzisiaj zrobimy wszystko, czy nie, zobaczymy. Myślę, że jeszcze warto byłoby zastanowić się nad artefaktami i nad relacjami fabularnymi między postaciami, między artefaktami. Czy omówić problematykę głębszą, problemy poszczególnych postaci i w jaki sposób będą wpływały na fabułę. Czy mniej, czy bardziej. Może się okazać, że cel tej historii będzie zupełnie inny. A może będę musiała zmienić zakończenie? Kto wie.
Myślę, że jest dużo fajnych elementów, które warto sobie rozplanować, rozpisać, zanim się ruszy z pisaniem, z spisywaniem oficjalnym. Postanowiłam tę historię robić z wami. Co prawda niektóre części muszę sobie przemyśleć na tym poziomie bez was, ale staram się jak najbardziej z wami dzielić wynikami moich przemyśleń. Przejdźmy do wyników moich przemyśleń. Tym razem postaci pierwszoplanowe i drugoplanowe. Czego użyłam do tych przemyśleń? Jednego z głównych bohaterów, czyli naszego tytułowego Kościanego Buntownika, tworzyliśmy troszeczkę inną metodą. Możecie to znaleźć zdaje się w pierwszym odcinku z dopiskiem, jeżeli chodzi o hasło „Kościany Buntownik”. Stworzyłam go na podstawie kart, które przygotowałam, takich kart pracy. Cały odcinek był poświęcony jemu i rozpatrywaliśmy jego postać na różne sposoby.
Potem go puściłam w przykładową historię na podstawie voglerowskiej podróży bohatera. „Podróż autora” - taka książka, polecam. Stamtąd mieliśmy schemacik. Ta historia tak mnie wkręciła, tak mi się spodobała, że podziałałam dalej i mamy to, co mamy. Już dość, nie ględzę. Dzisiaj to, co robię, to jest to, co poprzednio, czyli wylosowałam karty z gry „Klub Detektywów”. To są karty trochę jak z „Dixitu”, czyli karty z ilustracjami. Do każdej postaci dobrałam trzy zdjęcia, trzy karty, na podstawie których rozpisałam troszeczkę więcej o psychologii tego bohatera, czy właściwie o najważniejszych jego cechach. Oprócz, tak jak wspominałam, głównego bohatera, mimo że dla niego też wylosowałam karty. Właściwie same się wylosowały, aż się prosiły o zagarnięcie ich.
Może od tego zacznę. Powiem wam na razie pokrótce. Co prawda tu trochę proces wyglądał inaczej, bo dobrałam karty do tego, co wymyśliłam. W sumie idealnie, jak ktoś jest nie na bieżąco z odcinkami, to dzisiaj się troszeczkę wdroży. Myślę, że najważniejsza rzecz na temat naszego głównego bohatera to jest to, że jest on lewitującą gadzią czaszką. Mam kartę. Pierwsza ilustracja to jest chłopiec, który siedzi na jakiejś skarpie i trzyma za rączkę, za rękę, za łapkę pluszowego misia. Patrzą na świat, na jakieś miasteczko, u góry jakieś balony latają. Niemniej chodziło mi o relację trzymania się za rękę. Otóż nasz bohater był osadzony między innymi w archetypie towarzysza.
Idealnie karta, jak nic. Taki towarzysz, który posiedzi obok, wesprze, potrzyma za rączkę, pospędza razem czas z nami. Zanotowałam sobie jeszcze towarzysz w kontekście przyjaciela, który sprawia, że ramię w ramię z nim wszystko jest możliwe. Także wspierający. Druga karta. Tutaj mamy grafikę. Mamy papierowe żurawie, papierowe ptasiory z origami. Mają zaznaczone tam listy wręcz z jakimiś iksami, z jakimiś notatkami, z których zostały złożone te żurawie. Natomiast na drugim planie mamy miasteczko i w to miasteczko czy różne miasteczka powbijane są szpilki i czerwoną nicią połączone. Taka troszeczkę tablica detektywa, tablica śledczego właściwie.
Pomyślałam też, że jedną z kolejnych cech naszego bohatera było to, że on jest genialnym strategiem. Myślę, że to jest super odwzorowanie tej jego cechy. W poprzednich odcinkach mówiłam trochę o jego przeszłości, o tym, że wcześniej był wojownikiem, strategiem, później został przemieniony w czaszkę. Nie pamięta swojej przeszłości, ale mimo wszystko ta jego kompetencja, ta jego cecha jest bardzo zauważalna i wykorzystywana przez naszego złola z historii. Dobra, patrzę. Świetny strateg. Zaglądam przy okazji w notatki. Oczy dookoła głowy. To jest też u niego istotne. Nic nie umknie jego uwadze.
Mamy jeszcze coś takiego. Mam taką kartę. Mężczyzna, taki latarnik. Mężczyzna w todze trzyma taką laskę. Nie wiem, co to jest. Kółko takie? A, już wiem, o co tu chodzi. On sobie pływa łodzią po takich wielkich kulach, bańkach. Ściąga te bańki z nieba i zdaje się kładzie na dół, żeby móc po nich płynąć. Natomiast tutaj zwróciłam uwagę na mężczyznę w todze, czyli bardziej takiego mędrcę i latarnię, którą trzyma w ręku.
On sobie oświetla drogę. Mieliśmy też w cechach tego bohatera, że jego rady są naprawdę zawsze trafne, więc pomyślałam, że jego rady tak dają do myślenia, że oświetlają drogi, które zwykle wydawały się nieosiągalne, niedostępne. Czy może czasami dopiero się w nas samych tworzą, czy otwierają. Nie będę się rozwodzić więcej na temat tej postaci, bo już dużo o niej mówiliśmy, ale chciałam podzielić się z wami tymi kartami, bo myślę, że całkiem ładne grafiki nam się dobrały. Postaram się też tak jak ostatnio, chociaż w poście zrobić zdjęcie, żebyście mieli najważniejsze karty, a później pomyślę, jak to jeszcze ładnie rozpisać. W razie czego będę wrzucała te wszystkie informacje na fanpage'a podcastu, także serdecznie was tam zapraszam. Natomiast jeszcze teraz myślę, w jakiej formie dokładnie to zrobić. Aktualnie tworzą mi się trzy główne ilustracje. Nie z mojej ręki one będą , natomiast będę chciała, żeby one były połączone z planem wydarzeń. Z tym, co ułożyliśmy, takim podsumowaniem poprzednich odcinków.
Natomiast same postaci faktycznie można zilustrować tymi kartami, więc może te moje notatki rozpiszę przy tych kartach. Zobaczymy. Na pewno zależy mi na tym, żebyście mieli wgląd, bo uważam, że sami moglibyście spokojnie z takich narzędzi korzystać, bawić się konwencją. Nawet jeżeli nie piszecie, nie planujecie być pisarzami, to czemu nie? Zagrajcie w grę z domownikami, ze znajomymi. Jest jedno narzędzie, takie jak Story Cubes. To są kości z obrazkami. Rzuca się i wymyśla się historię. Ja to mam wypróbowane zarówno z dzieciakami, jak i z dorosłymi. I to z dorosłymi w stanie, kiedy wszyscy byliśmy troszeczkę pod wpływem prądów butelkowych .
Zabawa też była przednia. Także polecam i myślę, że z tymi kartami to samo. Dobra, lecimy dalej. Czyli mamy naszego głównego bohatera. Od niego będzie się wszystko zaczynało. Natomiast druga główna bohaterka to będzie nastolatka, rebeliantka, z którą poznają się już właściwie w pierwszej scenie tego wszystkiego. I tutaj oczywiście sorry, tworzymy to razem, czyli wy musicie być od początku w całych zaskokach i twistach fabularnych. Także po raz kolejny spoileruję, że ta nastolatka to tak naprawdę będzie córka naszego bohatera. Oczywiście oboje nie będą mieli o tym pojęcia. Zwłaszcza nasz bohater, który jest przekonany, że on od początku jest artefaktem, że on nigdy nie był człowiekiem i tak dalej.
Co też dopiero na koniec całej historii się okaże, a przez całą historię będzie się powoli okazywało. Jeżeli chodzi o naszego głównego bohatera i jego imię, bo wreszcie postanowiłam ładnie wymyślać imiona bohaterom tym razem . Poprzednie imię głównego bohatera było troszeczkę losowane, wyszukiwane w słowniku łacińsko-polskim, polsko-łacińskim. Jego imię jako czaszki to jest Contubernalis. Natomiast drugie imię, które też mi się podobało, wzięłam je sobie jako lewo i pomyślałam, że to będzie jego imię z przeszłości, czyli kiedy był człowiekiem. Natomiast tutaj mamy naszą nastolatkę. O jej imieniu zaraz wam powiem. A teraz lecimy z kartami, które mam do niej wylosowane. Pierwsza karta to jest ogromne akwarium. Nie będę wnikać w jakieś detale tła, bo to są karty takie dosyć surrealistyczne.
Śliczne karty, naprawdę. Powiem szczerze, mam tam podstawowego Dixita, jakieś inne gry z kartami. „Klub Detektywów” to jest moim zdaniem na razie number one. Także wow, piękne grafiki. Okrągłe akwarium, taka kula w centrum i mamy sobie tam piękne rybki. I oczywiście, że jest kitku. Czarne kitku, które sięga łapką w to akwarium, które jest naprawdę wielkie w stosunku do niego. Pomyślałam o tym, że ta nasza bohaterka będzie niezatrzymywalna. To jest żywioł, to jest ciekawość. Tutaj poznajemy ją właściwie jako złodziejkę, ponieważ nie dość, że wkradła się do zamku, została pojmana, to jeszcze nasz główny złol, niecny skryba zostawia ją samą w swojej komnacie, a dziewczyna jak gdyby nigdy nic uwalnia się i sobie przegląda jego rzeczy.
Bierze sobie jakieś jego rzeczy, jakieś kosztowności i jak gdyby nigdy nic wytrychem otwiera komnatę i wychodzi. I tak też poniekąd, można powiedzieć nieświadomie porywa naszego bohatera. Myślę sobie, że ona trochę tak jak kot. Jeżeli przebywaliście gdzieś kiedyś z kotem czy mieliście okazję obserwować go troszeczkę w kuluarach, w życiu codziennym, to myślę, że wiecie, że nie ma co czasami szukać w tym logiki , ale też z drugiej strony jak już coś wymyśli, to tak ma być. I myślę, że to jest esencja naszej bohaterki. Tu sobie jeszcze zanotowałam takie powiedzenie. Ono akurat w naszym języku chyba nie występuje. To jest już kalka zaczerpnięta z angielskiego. „Ciekawość zabiła kota”. U nas jest to bardziej jako ciekawość to pierwszy stopień do piekła i tak dalej Ale też myślę, że to nie do końca oddaje sens tego.
Bardziej to, że jeżeli coś wymyślę, coś mnie zaciekawiło, to podejmę każde ryzyko. Będę ryzykować nawet życiem, żeby to sprawdzić. Czyli tak jak kot. Co tu jeszcze mam? Nasza bohaterka nie ustaje w zadawaniu pytań i w odkrywaniu świata. To jest coś, co pochłania jej codzienność i zawsze musi gdzieś być. Zawsze musi wszystko sprawdzić. Druga karta to jest drzewo. To jest takie wielkie, stare drzewo w środku lasu. W tle mamy jelenia, tygrysa.
Nie wiem, co tu jeszcze. Grzyby, huby porastają to drzewo. Ale najważniejsze jest to, że w centrum, w pniu tego drzewa mamy stworzone drzwi w kształcie dziurki od klucza. Może to okno. Nie, raczej drzwi, bo tutaj chodzi o portal do innego świata. W tym drzewie jest śnieżyca, a tu mamy piękny las i ten śnieg się wysypuje. Pomyślałam o tym, że nasza bohaterka mogłaby lubić słuchać opowieści o innych światach. I wypisując tę cechę wpadłam na pomysł, że zrobimy coś takiego, że ona nie będzie potrafiła czytać, bo to nam da fajną okazję później w scenach do tego, żeby może w jakiś sposób relacja z jej nieświadomym ojcem bardziej się rozwijała. Może on będzie sobie jako czaszka lewitował za nią. To już padło tutaj, że ona ma też ukraść dziennik tego złoczyńcy.
Ale co jej po dzienniku, którego nie może przeczytać? Przez całą tę wyprawę, bo będą się przedzierali przez las do osady rebeliantów, myślę, że może gdzieś zrobimy sceny, żeby ten bohater lewitował nad nią i zaczął ją uczyć czytać. Taka myśl mnie naszła. Patrzę w notatkach, co tu jeszcze mam. O ryzyku już wam mówiłam. Tu mam, że żadne ryzyko jej nie jest straszne. Jeżeli postanowi coś sprawdzić, to sprawdzi, to już pozamiatane. To w kontekście kota było. Tu mamy, że nie umie czytać. I jeszcze kolejna, ostatnia karta.
To jest lewitujące drzewo na jakimś boksie. Z jednej strony ma ładne, ciepłe kolory, ponieważ ma fioletowy pień i bardzo dużo korzeni, a korona jest czerwona jak taka ognista chmura czerwono-pomarańczowa. Wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby nie to, że w tej koronie jest pełno gałek ocznych. Na tej grafice one lecą w kierunku patrzącego. Natomiast patrząc na tę kartę, pomyślałam sobie, że ona też, tak jak jej ojciec, będzie miała tę cechę, że ma oczy dookoła głowy. Nic nie umknie jej uwadze. Dlatego jest świetną złodziejką, świetnym szpiegiem. Dużo zapamiętuje. Jeżeli chodzi o świadomość otoczenia, pod koniec będzie scena zagrożenia jej życia. Najpierw pomyślałam, że ojciec ją uratuje, ale myślę, że on ją uratuje nie na zasadzie takiej, że zupełnie ją uratuje, tylko podpowie jej czy podsunie jej jakieś rzeczy z otoczenia, które ona już sobie połączy z tym, co widziała i się sama uratuje.
Coś takiego. Taka uważność tu i teraz. Może siedzę i patrzę przed siebie, ale totalnie jestem świadoma tego, co jest za mną. O takiej cesze pomyślałam dla niej. Karty odłożę już te, co mam, a zobaczymy, czy coś tu jeszcze mam zapisane. Mam, że patrzy, ogląda, analizuje. To jest mechanika jej codzienności. Czy jest na jakiejś akcji, czy siedzi w ich osadzie, to zawsze musi wiedzieć wszystko, być świadoma tego, co jest naokoło. Tu jeszcze mam dopisek, że jest zbuntowaną indywidualistką. Jednym z archetypów jej ojca był buntownik.
O ile niczego nie mylę, tak mi się wydaje. Nie wiem, teraz chyba nie znajdę szybko w notateczkach moich. Czekajcie. Żeby tutaj nie było, że ja was okłamuję czy coś. I co ja tu mam? Ładuje się. Okej. Towarzysz buntownik czarodziej. Nie kłamałam. Czyli jeden z archetypów wspierających jej ojca jest buntownik.
Myślę o tym, że to będzie idealne dla niej, dla jej postaci. Okej, mamy to. To są główni bohaterowie, postacie pierwszoplanowe. Jak zawsze jeszcze imię nastolatki, naszej rebeliantki to jest Levana. Jak przejdziemy do postaci drugoplanowych, powiem wam o genezie tego imienia. Jeżeli chodzi o najważniejsze postacie drugoplanowe, to mamy tutaj dwie. Matka nastolatki i lider całej rebelii. Matka, czyli oczywiście kobieta życia naszego głównego bohatera. Oczywiście też nie będzie świadoma. Wszyscy są przekonani, że on zginął i to 16 lat temu.
Zginął, nawet nie wiedział, że jego ukochana jest w ciąży. Nikt niczego nie wie. Jest fajnie, jest moc. Tylko my wiemy. Okej. Matka. Karta, która mi się dla niej jako pierwsza wylosowała, to jest taka karta do gry. Królowa konkretnie, figura na tej karcie. Ta karta jest trochę złożona na pół, a królowa jest przecięta w połowie. Widzimy jej popiersie tak, jakbyśmy oddzielili je lustrem i jest drugie popiersie.
I ta kobieta, która dominuje na tej karcie, to jest taka kobieta, która mimo że w sukniach, w falbanach i w pełnych ozdobach, ale stoi taka zdecydowana, spremedytowana i dzierży w dłoni miecz. A ta druga z kolei również w falbanach, trochę może w innej kolorystyce, ale dzierży w dłoni kwiat. I tamta jest taka delikatna, melancholijna, zamyślona, a tamta ma zaciętą minę. I tutaj pomyślałam, żeby zrobić jej matkę jako waleczną kobietę, która właściwie sprawia wrażenie groźnej i zimnej. Natomiast dla bliskich, czyli tak jak tutaj ta karta z kwiatkiem, dla najbliższych osób jest bardzo ciepła i kochająca. Także tutaj mam taki plan. Myślę, że ta karta doprowadziła mnie na takie tory. Kolejna karta, którą tutaj wybrałam dla niej, to jest okno i przez to okno widzimy gałąź, na której siedzi kruk i ten kruk trzyma w dziobie jakąś jagodę. Czerwoną kulkę. Jest krajobraz zimowy i kruk trzyma tą czerwoną kulkę.
I też na pierwszym planie mamy parapet od tego okna i pełno tych kulek na zewnątrz. To jest chyba jakiś koralik ogólnie. I nie wnikam, co autor miał na myśli, że ten kruk ukradł to, czy nie. Natomiast ja bardziej pomyślałam w tym kierunku, że ten kruk przynosi te koraliki, czyli myślę sobie o tej bohaterce, że ona właśnie trochę jak ten kruk będzie w pewnym sensie groźna czy taka trochę może wycofana, ale mimo wszystko będzie okazywała swoje uczucia poprzez gesty, czy samym dotykiem kogoś, czy dając po prostu coś, czy przynosząc takie coś, co nie będzie do końca oczywiste. To jest moja inspiracja z tego kruka. Patrzę, czy coś jeszcze. I tutaj kolejna, ostatnia karta. Na pierwszym planie jest trawa i rosną kwiaty. Tylko że te kwiaty zamiast główek z płatkami mają żarówki. A w tle siedzi czarne kitku, nawet z jakimś złotym medalionem i taką ma minę zaciętą.
Tutaj też wspomnę, że wcześniej wpadłam na pomysł, żeby bohaterka, czyli matka nastolatki, była tropicielką, więc będzie też w tych najważniejszych postaciach, które nie są w osadzie, tylko wychodzą w teren, idą gdzieś na różne akcje i ona będzie świetna w swoim fachu. I tak pomyślałam, że ten kitku, który zawsze wytropi jakieś bardzo wartościowe rzeczy, czyli można pomyśleć te żarówki. Można by w nich zobaczyć też coś takiego jak może jakieś pomysły, takie niecodzienne, może niecodzienne techniki właśnie tego tropienia, po prostu bycia takim ekspertem. I co ja tu jeszcze mam? Że dobra i zwinna tropicielka. I tutaj jest jeszcze jedna rzecz. Kiedy ona tropi, kiedy jest w trakcie pracy, totalnie nic innego nie ma znaczenia. Stąd właśnie ten pozór, że ona jest taka zimna. Bo faktycznie, kiedy robi swoją pracę, to nie myśli o tym, czy kogoś urazi, czy nie urazi, jaki był ton głosu, albo czy przypadkiem ktoś, kto idzie za nią, a nie powinien, przypadkiem nie zginie, czy nic mu się nie stanie. Ona robi swoje zadanie.
Dobra, mamuśkę mamy. I teraz imię, które wybrałam dla niej, to jest Ana. I miałam wam powiedzieć o genezie imienia naszej nastolatki. Sytuacja jest banalna. Otóż skoro jej ojciec miał na imię Levo, a matka jest Ana, to powstała mi z połączenia ich mocy Levana. Taka geneza powstania imienia nastolatki. Natomiast z matką tak jakoś jedno z tych imion, które po prostu gdzieś wypadło z mojej głowy. Dobra, czyli ją mamy i teraz lecimy do lidera całej naszej rebelii. Karta, która mi się tutaj jako pierwsza dla niego wylosowała, to jest taka wielka wkurzona rzodkiewka. Dosłownie.
Ona lewituje nad płonącą dziurą w ziemi, ale teraz się zastanawiam, może ona spod ziemi wyszła. To chyba jest to, bo w tle widać liście innych rzodkiewek, więc ona w tej całej wściekłości wystrzeliła spod ziemi. Najprawdopodobniej. Tak myślę. I tutaj pomyślałam, że ten nasz lider, bo też wcześniej to padło, że on się bardzo kumplował z tym naszym głównym bohaterem. Właściwie to oni obaj byli liderami tej rebelii. Oczywiście ten nasz lider 1.1 pierwszy. Natomiast ten drugi, który dołączył do rebelii, czyli właśnie Levo, wnosił tam dużo rzeczy strategicznych i właściwie sprawił, że ta rebelia nie upadła po jednej akcji, tylko po prostu wspomógł to organizacyjnie, zarówno od strony planowania strategii, jak i rozdzielania zadań między poszczególnych członków rebelii, jak i o samą taką, można powiedzieć, infrastrukturę tej osady. Dobra, bo się rozproszyłam tymi wstawkami z przeszłości. Rzodkiewka.
I pomyślałam, bo tak jak ten nasz bohater był w pewnym sensie taki dosyć stonowany, dużo miał przemyśleń i analiz, tak tutaj ten jego przyjaciel, ten lider rebelii, nasza wkurzona rzodkiewka. Pomyślałam, że był taki porywczy. Tutaj jak mamy, później gdzieś wrzucę te zdjęcia kart. Tu jest taki dziobek wkurzony tej rzodkiewki. I tutaj patrzę też w notatkach to sobie sprecyzowałam, że on jest porywczy, łatwo go sprowokować i ma takiego w sobie ducha walki i rywalizacji. Czyli- Gdzieś cały czas musi być ta akcja. Dzięki czemu jako duet zarządzający stanowili duet idealny, bo się uzupełniali energiami. Dobra, tu jeszcze mam dopisek, że jest idealistą, że wszystko ma się dziać w imię rebelii. Nic innego się nie dzieje i nic innego nie istnieje w jego świecie, tylko powodzenie, rebelia. Już tu powoli fabularnie dochodzę do wniosku, że chyba chodzi o to, żeby odzyskali swój utracony zamek, swoje ziemie, żeby mogli wrócić do siebie i pokonać tego naszego złola.
Właściwie po prostu zdjąć go z tronu. Kolejna z kart, która uznałam, że będzie idealna. Tu mamy taką pszczółkę, która wpada do mieszkania przez okno. I oprócz tej pszczółki wpadają zapałki. Natomiast wygląda jakby ta pszczółka trzymała tą zapałkę, ale myślę, że to chyba nie był taki zamysł. Ale mój mózg tak zobaczył, tak że koniec, kropka. Patrząc na tą kartę, pomyślałam sobie, że skoro nasz bohater jest takim zapaleńcem, wkurzoną rzodkiewą, ale jednocześnie chciałabym, żeby był nie takim raptusem, który będzie do siebie zniechęcał, tylko to jego zapatrzenie w wartości, w tą rebelię, to bycie idealistą będzie też jednocześnie czyniło go liderem, który będzie inspirował i zapalał do działania. Tak jak ta pszczółka, która tu wrzuciła zapałki. Pomyślałam, że to nie jest tak, że on będzie pokazywał palcem i rozkazywał, tylko on sam pierwszy wleci w ten ogień czy wrzuci te zapałki, zobaczy jak wygląda teren, żeby później jego ludzie mogli wejść tam bezpiecznie czy mogli dalej działać razem z nim. Tutaj mam też dopisek, że zawsze na pierwszej linii frontu, zawsze musi być przed szeregami i prowadzić innych.
I ostatnia karta. Tutaj mamy kawałek gruntu, jakąś skarpę. To jest najprawdopodobniej pole golfowe, bo mamy białą piłeczkę i flagę. Na tym się nie skupiałam. W tle, ale właściwie na większej części tej grafiki są dwa tornada. Białe i czarne. To jest jak żyją w tobie dwa wilki, jeden wariat i drugi wariat. Czyli mamy tutaj białe i czarne tornado. I patrząc sobie na tą grafikę, pomyślałam, że to by się idealnie komponowało z tym, że ten nasz bohater jest takim raptusem, ale jednocześnie zapala, że może będzie wprowadzał coś w stylu chaosu. Chaosu nie takiego niszczycielskiego, jak na przykład byłoby to tylko to czarne tornado, tylko chaosu zrównoważonego.
Jak to brzmi? Zrównoważony chaos. Porządek w chaosie. W sumie chyba kwestii chaosu to my nie omawialiśmy w tym pierwszym sezonie. Może powinnam do niego wrócić, ponieważ dobrze poukładany chaos działa na naszą korzyść. Ale dobra, dzisiaj nie o mądrościach. Dzisiaj się bawimy konwencją. Chodzi mi tutaj o rodzaj chaosu niszczycielskiego, czyli takiego, że niszczymy, ale jednocześnie równoważymy. Niszczymy coś po to, żeby odbudować to ulepszone. Tak jak cała ta rebelia.
Było gdzieś w porządku, ale postanowili zniszczyć teraz to, co się dzieje. To, w jaki sposób zarządza pozostałością ich ludu nasz niecny skryba. I chcą go obalić. Chcą to zniszczyć, żeby móc na nowo zaprowadzić rządy takie, jak wcześniej były, zgodne z ich wartościami. Patrzę, czy coś tu jeszcze mam. Mam dopisek jeszcze taki, że ten nasz lider jest pozornie nieobliczalnym raptusem, ale tak naprawdę jest oazą spokoju. Chodzi mi o to, że mimo tej porywczości czy tego, że on biegnie na pierwszej linii frontu i działa, to mimo wszystko on ma emocje na wodzy. Czyli to nie jest tak, że wpada w jakiś szał i ten szał go prowadzi, czy rządza zemsty, tylko bardziej cel. On sobie obrał jakiś cel, zaplanował drogę i panuje nad sobą, nad swoimi emocjami. Czyli paradoksalnie jest w środku oazą spokoju, mimo że na zewnątrz jest wkurzoną rzodkiewką.
Jest tym raptusem. Myślałam o takim człowieku. Gdyby on nie był ogarnięty, to ta rebelia by się troszeczkę posypała. I to jest wszystko, jeżeli chodzi o te postaci najważniejsze, główne. I teraz myślę, bo jest taki czas, że mogłabym przejść jeszcze do tych kolejnych. Aha, ja nie wiem, co ja mam, że te imiona zawsze zapominam. Tu jest taka sytuacja, że myślałam sobie, jak nazwać tego lidera. Prawdę mówiąc jego imię nie jest tu bardzo istotne. Ale oczywiście, że sięgnęłam do naszego słownika polsko-łacińskiego, bo sobie pomyślałam, że zobaczę, jaka jest rzodkiewka. Dobra, już wam teraz nie będę szukać w słowniku, bo ona ma dwa słowa, dwa określenia.
Może się z nią spotkaliście kiedyś. Radix to jest jedno z określeń tej rzodkiewki. W sumie też byłoby fajne i też pasuje. Natomiast jest jeszcze drugie określenie, już trochę dłuższe: rafanus. I tak się zastanawiam. Myślę, które będzie lepsze. Roboczo wpisałam sobie właśnie tego rafanusa. Aczkolwiek jak ktoś z was ogląda YouTube'y, to się może komuś skojarzyć z podobnie brzmiącym nickiem pewnego YouTubera, można powiedzieć. Na szczęście już nie na YouTubach. Nie wiem jeszcze, nawet nie wiem, czy użyję tego imienia.
Faktycznie, jeżeli chodzi o tego lidera, z racji, że piszemy historię od drugiej strony, to nie wiem, czy on tak naprawdę będzie tutaj w drugim planie. Myślę sobie, jeszcze mniej niż matka nastolatki, bo właściwie to on się tylko w jednym momencie pojawi i tam będzie jedna czy dwie sceny. Także nie związuję się z tym imieniem, ale też myślę, że nie będę się tutaj wydziwiać. Patrzę, że mamy bardzo dobry czas, natomiast myślę, że chyba nie tak dobry, żeby pojechać z tymi postaciami cienia. Aczkolwiek patrzę, ile my tego mamy. Samego Złola mam rozpisanego. Boję się, że wyjdzie nam dzisiaj naprawdę za długo, a nie chcę nawet na raty wam tego dzielić, bo jednak skupienie będzie lepsze tutaj. Patrzę, czy jest coś jeszcze, co mogę wam powiedzieć. Jeżeli chodzi o te postaci, myślę, że to są najważniejsze. W poprzednim odcinku też jeszcze mówiliśmy o tych zwiadowcach.
Ja ich omówiłam ostatnio, zmieściłam się w czasie. Zachęcam was, żebyście sobie tam zajrzeli. Natomiast faktycznie, mimo że ja tych zwiadowców dałam jako postaci tła, to myślę, że one też będą poniekąd drugoplanowymi postaciami. Ponieważ będzie parę scen, kiedy lider i matka nastolatki wracają pierwsi do wioski. Natomiast potem jeszcze mamy zwiadowców, którzy będą robili troszeczkę fabularnego szaszoru. Myślę, że będą bardziej istotni niż jakieś pojedyncze postaci tła. I teraz mam dylemat, bo mamy jeszcze trochę czasu. Dawno nie było krótszych odcinków, to myślę, że dzisiaj nie będę na siłę przedłużać, bo to bez sensu. Dzisiaj zrobiliśmy postaci pierwszo- i drugoplanowe, a w następnym odcinku zajmiemy się cieniem i zobaczę, czy wtedy bym nie dopasowała tych relacji między postaciami, takich koneksji czy wpływów jednych na drugie. Ponieważ faktycznie tworząc postaci tła, wpadło mi do głowy parę fajnych pomysłów czy wątków, które myślę, że nie będzie na nie miejsca w tej głównej fabule, ale byłyby na przykład fajną zajawką może na jakieś dodatkowe coś, a może jakieś małe pojedyncze opowiadania.
Także to zrobimy. Czyli będzie następny odcinek, dokończymy postaci, zrobimy te relacje, a ostatni, kolejny już będzie z tej serii podsumowaniem wszystkich elementów, artefaktów i problematyki. I będziemy mogli się zabrać za pisanie. Konkretnie ja się zabiorę, chyba że będziecie mieli ochotę gdzieś na fanpage'u podzielić się jakimiś pomysłami. Postaram się wrzucać jakieś krótkie fragmenty. Może coś by wam do głowy wpadło, jak poprowadzić to inaczej albo w innym kierunku. A może zrobimy wersje alternatywne. Kto wie? Okej. Ja na dziś się z wami żegnam.
Niezmiennie, jak zawsze życzę wam mocy inspiracji, żeby naprawdę jakieś iluminacje na was spłynęły i żeby wam się wszystko dobrze kręciło. Wasze wszystkie projekty, niezależnie od tego, czy pisarskie, czy niepisarskie. I co? Powoli już kończy się zima, wchodzimy w wiosnę. Przynajmniej zapach taki w powietrzu jest. Ale mimo wszystko dużo zdróweczka i trzymajcie się ciepło. Pa!
[04:51:19] - Teraz dla państwa audycja Krystyny Śmigielskiej „Literackie tête-à-tête”. Dzisiaj gościem pani Krystyny będzie Robert Jasiak. Zobaczycie państwo bibliotekę od drugiej strony. Zapraszam.
[04:51:48] - „Literackie tête-à-tête”. Dobry wieczór państwu. Dzisiejszy program z cyklu „Literackie tête-à-tête” będzie niezwykły, ponieważ zaprosiłam do rozmowy nie twórcę, a promotora literatury. Aby nie trzymać państwa w niepewności, zdradzę, że podczas audycji poznacie państwo faceta od książek. Tego, któremu kartkowanie rąk nie brudzi, a jego życiowe credo podpowiada nam wszystkim: wspieraj kulturę. Moim i państwa gościem będzie dzisiaj częstochowianin, pan Robert Jasiak, obecnie naczelnik Wydziału Kultury i Sportu w Urzędzie Miasta Częstochowa. Dobry wieczór, panie Robercie.
[04:52:44] - Dobry wieczór, pani redaktor. Bardzo dziękuję za takie miłe przywitanie i przedstawienie. Czuję się trochę zakłopotany, ale bardzo mi miło i dziękuję. Jestem promotorem czytelnictwa i to oczywiście się zgadza, ale jestem również twórcą cyfrowym. Z rzemiosłem mam kontakt na co dzień.
[04:52:59] - To jest trochę inna twórczość, ale zawsze w dzisiejszych czasach bardzo pożądana. Jak najbardziej. Ukończył pan administrację publiczną, prawda?
[04:53:08] - Tak, to było bardzo dawno, ale wszystko się zgadza. Z wykształcenia jestem urzędnikiem, jestem pracownikiem administracji publicznej.
[04:53:15] - Ale wie pan, ja się zastanawiałam, bo gdybym miała określić pana zawód, obserwując tylko pana działania w internecie, bez namysłu powiedziałabym, że jest pan animatorem kultury z naciskiem na literaturę. Dlaczego więc administracja publiczna, a nie kulturoznawstwo?
[04:53:34] - Człowiek, który ma 18 czy 19 lat, wybierając swój przyszły zawód, myślę, że nie jest jeszcze na to przygotowany. Nie wie, co chce robić tak naprawdę w życiu. To jest jeszcze taki wiek, gdzie poznajemy siebie. Poznajemy siebie przez całe życie, ale myślę, że w tym wieku nie możemy wyznaczyć swojego kierunku. Znaczy ja nie mogłem podjąć takiej decyzji. Ja zawsze chciałem pomagać, chciałem zmieniać świat. Do tej pory tak jest. Chciałem ratować i zawsze uważałem, że w urzędzie czy to miasta, czy gminy przyda się świeża krew i zupełnie inne spojrzenie, bo Moje życie było skomplikowane, trudne i zmagałem się z wieloma rzeczami. Po prostu chciałem zmieniać otaczający nas świat i teraz się udaje. Już od ponad dziewięciu lat pracuję dla Urzędu Miasta Częstochowy i zmieniam ten świat w swojej dziedzinie na lepsze razem z moim wspaniałym zespołem.
Wcześniej jako dyrektor Ośrodka Promocji Kultury Gaude Mater, a teraz jako naczelnik Wydziału Kultury i Sportu. To jest jedna z tych rzeczy. Druga rzecz jest taka, że zawsze, może rok przed maturą, pokochałem czytać książki i chciałem się dostać na filozofię, ale to się nie udało. Drugim wyborem była właśnie administracja.
[04:54:43] - To jednak była ta filozofia gdzieś w zamyśle.
[04:54:47] - Filozofia z tego względu, żeby po prostu mieć cały czas kontakt z literaturą i czytać. Kolega wtedy powiedział mi: „Jak pójdziesz na filozofię, to będziesz się tylko czytał”. Ja mówię: „To super, idę!” Ale niestety się nie udało. Oczywiście z plusem dla mnie, a z minusem dla uczelni, na którą się nie dostałem, a tutaj mianowicie chodzi o Uniwersytet Wrocławski i Wydział na Koszaliowej.
[04:55:06] - Zacznijmy teraz rozmawiać o bibliotekach. Wiem, że ich funkcjonowanie nie jest panu obojętne. Czy uważa pan, że w dzisiejszych czasach, kiedy właściwie każdą literacką pozycję możemy bez żadnego problemu odnaleźć w sieci, nie wychodząc z domu, przejrzeć ją, przeczytać, przesłuchać, biblioteki mają nadal rację bytu? Czemu obecnie mają one służyć i czy rzeczywiście spełniają tą nową swoją funkcję?
[04:55:34] - Nie podejmowałbym w ogóle dyskusji nad tym, jaka jest nowa funkcja bibliotek. Funkcje bibliotek od zarania dziejów są takie same, czyli żeby zaspokajać potrzeby literackie, czytelnicze mieszkańców danego regionu. Po pierwsze jest to, teraz powiem urzędniczo, zapisane w ustawie, że biblioteki muszą być w gminach i tego nie da się zrobić, chyba żeby rząd zmienił ustawy. To wtedy zamykamy, ale myślę, że to nigdy się nie wydarzy, bo od zarania dziejów wiemy, że biblioteki istniały i istnieć będą. Czy będziemy chcieli z nich korzystać jako mieszkańcy, czy wybierzemy Internet, czy wybierzemy czytniki, to jest wszystko w gestii ludzi, którzy z tego korzystają, czyli czytelników i czytelniczek. Bardzo lubię biblioteki. Czy często z nich korzystam? Tak, ale może nie wypożyczając książki, a biorąc udział w spotkaniach autorskich. To jest coś niesamowitego w instytucjach kultury, i tutaj mam na myśli bibliotekę, że cały ten pęd miasta i ta szybkość, która jest też w Częstochowie, można wejść i na chwilę się zatrzymać z tego szybkiego pędu naszego życia. To jest trochę tak, jakbyśmy nurkowali, a w tej bibliotece możemy złapać trochę oddechu.
Każdy z nas, kto kocha literaturę, inaczej będzie odczuwał, inne emocje. Ja mam akurat takie. I nawet nie wypożyczając książek, czasem chcę po prostu tam wejść, bo to są magiczne miejsca i dzięki temu, co znajduje się na regałach, przenoszą nas do zupełnie innego świata. Kolejna rzecz jest taka, że to, o czym pani powiedziała o Internecie, można znaleźć wszystko. Kocham Internet i media społecznościowe, ale uważam, że niestety nie wszystkie książki można znaleźć w Internecie. Niedawno czytałem książkę, nigdzie indziej nie potrafiłem znaleźć tej książki na żadnych portalach aukcyjnych, a w bibliotece naszej częstochowskiej była, z czego bardzo się cieszę i myślę, że wiele osób również, chcąc pogłębić swoją wiedzę na tematy różne, różne tytuły w różnych odsłonach. Także myślę, że biblioteki to jest też ten plus, że kształcą społeczeństwo. Trzeba się oparzyć i do tej biblioteki wejść. Także one również przechodzą transformację, ale myślę, że powinny trzymać ten główny trzon. On musi zostać niezmienny.
Można to kształtować i tutaj myśleć o jakimś darwinizmie bibliotecznym, ale mimo wszystko trzeba kochać i mówić o tych miejscach po prostu ciepło.
[04:57:49] - W akcji Wspieram Kulturę na pewno pan się stykał z twórcami Częstochowy. A teraz jako naczelnik Wydziału Kultury i Sportu Urzędu Miasta Częstochowa na pewno pan dobrze zna obywateli wybitnie uzdolnionych artystycznie. Mógłby pan tak szybciutko kilka słów o jednej, dwóch, trzech osobach powiedzieć?
[04:58:10] - Tutaj pierwsze nazwisko, które przychodzi mi na myśl, Aleksander Wierny, mój poprzednik, naczelnik Wydziału Kultury i Sportu Urzędu Miasta Częstochowy. Prozaik i poeta. Osoba, z którą można rozmawiać o literaturze i w swoich wierszach pokazuje to, jakim jest człowiekiem, jak ta poezja się zmienia. Następną osobą jest Łukasz Suskiewicz, na co dzień mecenas zaprawny, ale również wybitny prozaik, którego teksty zarówno mnie, jak i moją małżonkę dotykają do głębi. Są naprawdę na bardzo wysokim poziomie. I również poeta Sławomir Domański. I dzięki tym dwóm osobom, mam na myśli Aleksandra i Sławka, to są osoby, dzięki którym mam zupełnie inne spojrzenie na poezję niż taką, którą przerabiałem w czasach licealnych. Zachęcam do tego, żeby znaleźć te teksty i po prostu usiąść i się na chwilę nad nimi pochylić.
[04:59:02] - Pięknie, że pan jednak te nazwiska szybciutko potrafił wymienić, bo nie zawsze
[04:59:06] - Jeśliby pani redaktor miała ochotę, to byśmy mogli mówić do końca tej audycji o twórcach i twórczyniach z Częstochowy, zarówno literackich czy działających na pograniczu tworzenia literatury, ale również w obrazie, w liternictwie. Częstochowa obecnie ma około 200 tysięcy mieszkańców, to porównując to z innymi miastami o większym zagęszczeniu ludności, myślę, że mamy naprawdę bardzo wielu wybitnych twórców. I to jest wspaniałe, bo zarówno jako naczelnik, też wcześniej jako osoba, która stworzyła projekt Wspieraj Kulturę, po prostu miałem przyjemność ich poznać. To są jednak podobne środowiska, często się widujemy i to też myślę, że jest wspaniałe w rzeczy czytania, że tworzymy społeczności, które nie są zamknięte i takie też nie powinny być.
[04:59:45] - Ja jeszcze zapytam, bo o tych bibliotekach rozmawialiśmy, że od 30-40 właściwie lat trwa też taka dyskusja o tym, co dalej z książką. Czy książka przetrwa w takiej formie jak teraz, czy może jej papierowa wersja w ogóle zaginie i zostanie zastąpiona różnymi nośnikami? Tutaj mamy teraz bogate możliwości, jeżeli o to chodzi, bo audiobooki, e-booki, podcasty, filmiki, wszystko, co tylko chcemy. Tak bym powiedziała, że obecnie nie powinniśmy się zastanawiać nad formą książki, ale mamy inny problem. Co stanie się z literaturą, kiedy sztuczna inteligencja szturmem wtargnie na jej pole? Kim w tym nowym literackim świecie będzie pisarz?
[05:00:30] - Pytanie jest dość prosto złożone. Po pierwsze, czy książka przetrwa w takiej formie, w jakiej jest? Tak, przetrwa. To jest moja odpowiedź. Dla mnie przetrwa, bo Pokazuje to historia, że biblioteki były spalane. Straciliśmy wiele dzieł. W papierze przetrwa. Chyba że będziemy się zastanawiać nad kryzysem cieplarnianym, skąd pozyskać papier, to mimo że będzie dużo droższa i stanie się bardziej elitarna jak kiedyś. Druga rzecz, jeśli chodzi o sztuczną inteligencję. Ja jestem fanem nowych technologii i to, co się dzieje ze sztuczną inteligencją, to jest coś wspaniałego.
Nie jestem specjalistą i nie jestem największym fanem, ale tę wiedzę podstawową mam. Jak wchodziły samochody, również ludzie się ich bali. W historii jest wiele takich przykładów, że ludzie tego, czego nie znają, to się bardzo boją. To wynika w dużej mierze z niewiedzy. Dyskusja, tak jak pani wspomniała, 30 lat rozmawiają o tym, czy książka przetrwa. Nie wiem, czy doszli do jakiegoś konsensusu. Ja szybko potrafię odpowiedzieć na pytanie: tak, przetrwa. Jeśli chodzi o sztuczną inteligencję, znakomicie, że ona się pojawia. Kto pierwszy nauczy się wykorzystywać to w swojej pracy, będzie tylko na plus dla tej osoby. Reszta nadal będzie żyła w strachu i dyskutowała przez kolejne 30 lat.
Nowe technologie na pewno pomogą nam w życiu i myślę, że ci ludzie małej wiary snują czarne wizje niczym z „Terminatora” z Arnoldem Schwarzeneggerem, a ja uważam, że to jest doskonały skok i kamień milowy dla naszej epoki, w której żyjemy i to będzie tylko na plus.
[05:02:03] - Czyli uważa pan, że sztuczna inteligencja jest kolejnym narzędziem, które w mądry sposób możemy wykorzystać i ona ma nam tylko pomagać, a broń Boże ma zastąpić nas, ludzi we wszystkich czynnościach.
[05:02:18] - Tak, ale zastępowanie ludzi w różnych czynnościach oczywiście miało miejsce wielokrotnie w historii. Tylko czy jesteśmy na tyle dorozwinięci, że będziemy potrafili się dopasować? Myślę, że wiele osób oczywiście może stracić pracę, mieć z tym kłopot, ale ja przez swoje prawie 40-letnie życie pracowałem w różnych zawodach. Kończąc studia, nie zostałem od razu urzędnikiem. Dążyłem do tego, żeby pokonać konkurencję na konkursach, czymś innym się wyróżniać. Studia nie dały mi tej możliwości, że od razu podjąłem pracę. Wiadomo, niesie ze sobą to jakieś zagrożenia, ale nie znaczy, że dzięki temu nie będzie funkcjonować nasz świat.
[05:02:57] - Od lat prowadzi pan różnego rodzaju akcje, zwłaszcza właśnie akcje czytelnicze. Chciałam się dowiedzieć, czy uważa się pan za reportera, wnikliwego czytelnika czy propagatora czytelnictwa? I chciałam jeszcze wiedzieć, które z działań, które pan podejmował, uważa pan za najbardziej trafione, takie, które przyniosły widoczne rezultaty, a które za mniej dostrzeżone przez odbiorców?
[05:03:27] - Znów złożone pytanie. Ta moja praca trwa tak naprawdę od roku 2012, czyli mamy już 11 lat. Dostałem tę pracę w Urzędzie Miasta w Częstochowie, bo moi szefowie, tutaj mam na myśli prezydenta resortowego od kultury w Częstochowie, dostrzegł we mnie potencjał. Nie bał się tego, co mam do powiedzenia. Tak jak nie możemy się bać nowych technologii. To jest pierwsza rzecz, że trzeba ryzykować, ale te efekty, które dostrzegam również ja, to one są po 11 latach pracy. Ale ostatnie dwa lata, jeśli chodzi o moje działania, codziennie wykonuję bardzo ciężką i trudną pracę. Te filmy, które oglądają tutaj słuchacze i słuchaczki tej audycji, czasem muszę zrobić kilkanaście podejść, żeby to nagrać. Później trzeba to zmontować, trzeba do tego dołożyć napisy, trzeba mieć kontakt ze swoimi odbiorcami. Ale mimo wszystko to jest nadal cały czas ciężka praca i te owoce, które teraz zbieram z tego, że kogoś przekonałem do czytania, bo to jest clou czy ta rzecz, która mnie do tego motywuje, żeby zachęcać coraz więcej ludzi do czytania, to może to być naiwne, ale ja uważam, że jeśli ludzie będą czytać książki, będą się rozwijać, to ten świat będzie lepszy, będzie im łatwiej zrozumieć pewne rzeczy.
To jest też mimo wszystko doskonała rozrywka na trudne czasy, na trudne dni, nawet trudne chwile. Ale też są książki, które powodują to, że potrafimy się rozwijać, potrafimy się lepiej komunikować. Ten wachlarz, ta gama jest po prostu dla mnie na tę chwilę niemierzalna, jest tak ogromna i to jest wspaniałe i magiczne w książkach.
[05:05:11] - Czy nie uważa pan, że sukces akcji „Wspieraj kulturę”, która właściwie ciągle trwa, prawda? Ona się ciągle gdzieś przewija, ona nadal gdzieś żyje. Czy uważa pan, że to jest taki ewenement?
[05:05:25] - Nie, to jest po prostu ciężka praca.
[05:05:27] - Trzeba pracować. Tu pan Robert nam to bardzo ładnie właśnie teraz przedstawił. A jeżeli chodzi o promowanie czytelnictwa, to jest naprawdę bardzo trudna, ale powiem panu też chwilami miła praca, bo te efekty teraz pan przecież widzi, ponieważ stał się pan taką niekwestionowaną ikoną promowania czytelnictwa. Chciałam się dowiedzieć, czy nie odnosi pan czasem takiego wrażenia, że najlepiej wypromował pan samego siebie? Jest pan rozpoznawalny. Czy obecnie łatwiej jest panu przekonać opornych, aby sięgnęli po książkę? Jest pan już nieanonimowym propagatorem literatury, ale osobą publiczną.
[05:06:08] - Zgoda. Zgadzam się z tym, że ta rozpoznawalność pojawia się w jakimś momencie, ale to nadal jest ciężka praca. A mimo wszystko ten termin. Amerykanie to ładnie nazywają, że to jest personal brand, że to jest marka własna i nie da się oddzielić projektu „Wspieraj kulturę” od Roberta Jasiaka. To jestem ja. To jest moja rodzina, która w tym uczestniczy, która też mnie w tym mocno supportuje, bo inaczej to by się nie udało. Nie być marką projektu, którego się tworzyło od zera. My jesteśmy jeszcze przekonani o tym, że trzeba mieć firmę. W Polsce jeśli ktoś jest prezesem firmy, to wtedy ona się nazywa i wtedy pan Kowalski jest prezesem tej firmy. Projekt Wspieraj Kulturę jest marką własną.
Ja jako Robert Jasiak mówię tak czy tak, zajmuję stanowiska w niektórych tematach nie do końca związanych z literaturą. Powiedziała pani takie coś, że ja promuję siebie. Mówię o tym, co kocham najbardziej oprócz mojej rodziny w życiu, czyli literaturę. I ona jest jednym z elementów tego, że mam wspaniałą żonę, że mój syn się urodził, że rozmawiam z panią, że jestem w najbardziej popularnej telewizji śniadaniowej. Ale tym elementem cały czas jest literatura. Nie da się tego oddzielić, czy ja promuję siebie, czy promuję literaturę. Mówię sobą o tym, co mnie boli, jak bym chciał, żeby to wyglądało. Czasem muszę iść na kompromisy, czasem muszę iść trzy kroki do tyłu, bo jestem chłopakiem z ławki i wiem, że trzeba tak postępować. Tak uważam.
[05:07:35] - Muszę powiedzieć, panie Robercie, że u nas bardzo mało jest takich osobowości. Pan jest łączony ze swoimi akcjami, tak jak pan powiedział. Pana pojawienie się to nie jest: „O, pojawił się pan Robert”, tylko „O, Wspieram Kulturę”, „O, kartkowanie rąk nie brudzi” bądź facet od literatury albo człowiek od książek. Pana osoba stała się publiczna przez to. Chciałam w ten sposób troszeczkę pana zmusić do tego, żeby pan nam to powiedział sam, że to pan jest właśnie tą postacią i dzięki temu ma pan chyba ułatwiony kontakt z czytelnikami, z tymi, z którymi pan rozmawia na tych rolkach Literackie Ulice. Jeżeli chodzi o Literackie Ulice, bardzo ciekawy projekt. Oglądam z zaciekawieniem te rolki. Ciągle czekam, że ktoś wymieni mojego bohatera książkowego, ale niestety jeszcze się nie doczekałam.
[05:08:29] - To muszę panią po prostu o to zapytać, kiedy się spotkamy. Całkiem niedawno celebrowaliśmy Światowy Dzień Deskorolki i osoby, z którymi tam byłem, koniecznie związane ze światem literatury. Siedzimy, rozmawiamy. Ja w pewnym momencie wyciągam ten telefon i pytam z zaskoczenia, to mam nadzieję, że tutaj z panią redaktor od razu wyjaśnię cały temat. Jeśli chodzi o Literacką Ulicę, pojawił się zupełnie przypadkowo w pozytywnych emocji. Wymyśliłem sobie takie zdanie po prostu „Kto jest twoim ulubionym bohaterem literackim bądź bohaterka?” Z tego względu, że ulubiona książka to może być zbyt proste i rozbudowane, ale chodziło mi, żeby ta forma też była krótka, żeby ona się nadawała do dzisiejszych czasów. Możemy się z tym zgadzać lub nie. Czy ten film powinien trwać godzinę, czy powinien trwać 15 sekund? Na tamten czas, czyli w roku ubiegłym, to był najlepszy format do tego, żeby pokazać, że ludzie czytają i to jest dla nich rozrywka i chcą to oglądać. Do tej pory to funkcjonuje, ale żeby pani redaktor i słuchacze i słuchaczki miały jasność, czasem jest tak, że z moim synem czy z żoną, jeśli jesteśmy na spacerze, zapytam 10, 12 osób i nie udaje mi się tego nagrać.
Ja nie jestem dziennikarzem czy reporterem, aby cały dzień stać na mieście czy chodzić i pytać o to, bo wiele swoich obowiązków, ale mimo wszystko staram się pracować nad tym, żeby również pokazywać, że wiele osób czyta z różnych środowisk, że to nie jest tylko dla jakichś specjalnych grup społecznych, bo ja jestem ogólnie człowiekiem, który uważa, że te wszystkie podziały, które powstały czy przy literaturze, czy w społeczeństwie, one są sztuczne. Nie wiem, co ludziom dają, ale na pewno nie dają nic dobrego.
[05:10:06] - Powiedziałam już, że pracowałam długo w bibliotece i muszę powiedzieć, że był taki okres, że naprawdę, jeżeli chodzi o literaturę dziecięcą i młodzieżową, mogłam powiedzieć, że poznaję twórców, rozpoznaję utwory. Jak to jest dzisiaj? Pyta pan młodych ludzi, a ja nie wiem, o jakich książkach oni mówią. Czy ma pan takie czasem wrażenie, że pan kogoś pyta i jest pan wkręcany? Ktoś mówi tak, taka i taka książka i taki i taki bohater, a pan tego bohatera nie zna. Czy miał pan taką sytuację, że przyszedł pan do domu i mówił: „Muszę sprawdzić, czy coś takiego w ogóle zostało napisane.”
[05:10:44] - Kilkakrotnie padały imiona bohaterów, których ja nie znałem z błędami w pisowni. To jest tylko i wyłącznie moja wina, oczywiście nie jestem w stanie śledzić tego rynku wydawniczego w taki sposób, jakbym chciał. To, co się dzieje teraz w przeciągu ostatnich trzech lat, jeśli chodzi o rynek wydawniczy i gatunek, który jest nazywany jako young adult, czyli młodzi dorośli, to jest coś niesamowitego i myślę, że wielu wydawców podchodzą do tego tak jak do tematu sztucznej inteligencji, że nie potrafią go za bardzo zrozumieć. Bo ja na targi książki jeżdżę od 10–15 lat na pewno. W swojej kolekcji miałem książkę z autografem Jerzego Pilcha i stałem w kolejce dwie godziny. A teraz do pisarzy i pisarek właśnie tych gatunków młodzieżowych, young adult są kolejki po 15 godzin. Czy to jest literatura, która zmieni ich życie? Odpowiedź moja jest również twierdząca. Tak, bo oni zarówno mogą się rozwijać z tą osobą, która pisze ich ulubione książki, ale będą też z wiekiem sięgać po inne książki. I to jest nieuniknione.
To jest udowodnione, że człowiek przebywa ewolucję i po prostu albo będą dorastać ze swoim twórcą, z takim, jak dorastała pani czy ja, ale ja już nie czytam tych autorów, których czytałem 10 czy 15 lat temu, bo po prostu dla mnie wyczerpał się ten temat i ja potrzebuję czegoś innego i czegoś innego potrzebuję od literatury. I to jest wspaniałe. To, że ja nie znam tych bohaterów, to jest moja wina, ale tak wiele młodych osób. Nie wiem, jaki to jest wiek. Między 13 a 21 albo młodsze osoby 12–21 naprawdę czyta i tego nie zrobiłem ja to zrobili autorzy i ludzie, którzy pisali jakieś swoje opowiadania na platformach w internecie i oni gromadzili społeczność i znają swoich czytelników. I to jest wspaniałe, że to nie jest ktoś, kto siada przy biurku i napisze taką czy inną książkę. To była stworzona społeczność i to jest dla mnie niesamowite i mega kibicuję tym młodym osobom, które czytają te książki, których tych postaci nie znam. I to jest dla mnie też magia literatury. To, co się teraz wydarzyło w przeciągu ostatnich trzech, czterech lat. Moda często też przemija, a tutaj to jest po prostu fala takich czytelników, że zupełnie inne otwarcie niż nawet człowiek, który urodził się w 1985 roku i jest naznaczony jakimś takim lękiem i strachem takim jednak od DNA Tego ustroju poprzedniego.
To, co teraz się dzieje na rynku literackim, to jest dla mnie wspaniała rzecz. Myśląc o tym, jestem dumny z tego, co ci pisarze i wydawcy, mimo wszystko zarabiając na tym pieniądze, zrobili. I to jest super.
[05:13:18] - W takim razie należy tylko kibicować, żeby to czytelnictwo rozwinęło się. Ci czytelnicy potem zajrzeli jeszcze do innych, może troszeczkę odmiennych pozycji.
[05:13:30] - Też chciałem zaznaczyć, że nie muszą. To jest ich piękne, co oni robią. Ja bym chciał, żeby czytali Steinbecka, którego pokochałem też kilka lat wcześniej i mogę mieć do siebie pretensje, że dopiero teraz. Ale dzisiaj, będąc na spacerze w centrum miasta, spotkałem młodą dziewczynę, która niosła trzy książki: „Małe życie”, „Szklany klosz” Sylvii Plath i Fiodora Dostojewskiego „Zbrodnię i karę”. I ja tak patrzę: „Naprawdę chcesz czytać te wszystkie smutne książki?” „Tak, zabieram je na wakacje.”
[05:13:57] - Obecnie wciąż trwa jednak akcja „100 dni promowania literatury” na balkonie, na ulicy, w miejscach do tego oczywistych i nieoczywistych. Uważa pan, że należy wyjść do czytelnika, stanąć z nim twarzą w twarz i w cztery oczy opowiadać, ja bym to tak nazwała, o potrzebie obcowania z literaturą, o korzyściach płynących z faktu czytania.
[05:14:23] - Tak uważam. Stąd ten pomysł. Wiadomo, są lepsze i gorsze dni z moim wymyślaniem tych rzeczy, bo na co dzień muszę funkcjonować zarówno w pracy i w domu, żeby starać się nie zaniedbać niczego, co jest bardzo ważne w moim życiu. Ale myślę, że teraz technologia i to, co się dzieje na świecie, mamy ogromne możliwości mówienia o swoich pasjach. Każdy z nas ma w kieszeni taki sprzęt z taką dobrą optyką, że trzeba się nie bać i nagrywać. A jeśli komuś się to nie podoba, no cóż, takie jest życie, prawda? Ja też się spotykam z hejtem w internecie, ale od dłuższego czasu śmieję się myśląc o tym. Nie wiem, czemu ludzie budują swoje życie na żalu i na goryczy. Mówię o tym z tego względu, że tak, mówmy o swoich pasjach i jeśli udało się przekonać kogoś do czytania albo stworzyłem dzięki temu z kimś relację, to nie ma większej inwestycji w życiu niż relacje z drugim człowiekiem. To jest najistotniejsze i chyba też fundamentalne w funkcjonowaniu ludzi na całym świecie.
I myślę, że o tym zapomnieliśmy. A teraz okazuje się, że dzięki nowym technologiom zaczyna się to zmieniać. I to jest wspaniałe. Myślę, że trzeba robić to, co się czuje i pokazywać to innym osobom. Ja naprawdę dzięki tym działaniom, które robię w internecie, poznałem wielu wspaniałych ludzi. I wielu wspaniałym ludziom też udało mi się pomóc. I to działa w dwie strony i nikt nie oczekuje niczego w zamian. I to jest wspaniałe, ale trzeba potrafić i nie bać się z tego korzystać. Dużo też było rozmów na temat tego, czy krytyka literacka jeszcze istnieje. Też pytanie złożone.
Często staram się na nie odpowiedzieć, ale co ja w swoim życiu zrobiłem, żeby kogoś, kto napisał książkę, ukarać albo napisać mu coś niedobrego? Ja mówię: „Stary, super, że napisałeś. Cieszę się”. O tym często zapominamy, ale ja wiem, że media społecznościowe, pomimo tego, że mówi się dużo o narracji nienawiści w internecie. I tutaj chodzi mi też o literaturę czy o to, jak się pisze o książkach, że to zacznie się zmieniać. Ci ludzie, którzy są przepełnieni tą goryczą, oni przestaną funkcjonować, bo świat ich nie zaakceptuje. I do tego są te moje filmy, w których staram się przekazać jak najwięcej pozytywnej energii i życzliwości. Chociaż oczywiście czasem też się łapię na tym, że nie jestem dobrym człowiekiem, ale przynajmniej mam już tą czerwoną lampkę, która mi się zapala. Także czy to jest internet, czy to jest kontakt na ulicy i czy to jest rozmowa o literaturze, to jest nieocenione. Uważam, że książka jest najlepszym prezentem, nawet jeśli to nie będzie taki autor, który by się pani redaktor spodobał czy komuś, komu ja polecam tę książkę, to ona zawsze może iść gdzieś dalej.
Zrezygnować w ogóle z kupowania w prezencie sama pani wie czego. Napojów wyskokowych. Można to tak nazwać. Zarówno księgarnia, jak i monopolowy znajduje się w zasięgu naszej ręki i myślę, że to zawsze na plus wyjdzie i dla zdrowia, i dla umysłu osoby obdarowanej, i tego, który daje ten prezent.
[05:17:34] - A ja chciałam się jeszcze zapytać, bo mówił pan o krytyce. Wie pan, dzisiaj właściwie każdy może być krytykiem, prawda? Każdy uważa, że ma prawo oceniać. Tak jak pan powiedział, potem niektórzy mają pretensje, że nie tak ocenione, jak należy. Czy odpłatne promowanie literatury sprawia, że w tej masie, która się ukazuje, jest taka szansa i czasem niestety nieodwracalna, że książki wartościowe, bo jednak takich dużo w dzisiejszych czasach nadal powstaje, one gdzieś giną w tym natłoku. Małe wydawnictwa nie mają dużych nakładów na reklamę i dlatego też książki wychodzące z tych oficyn pokazują się, żyją tydzień, dwa, trzy i potem giną. W dzisiejszych czasach myślę, że jednak nie ma takich szans, żeby się samo obroniło to dobre dzieło.
[05:18:28] - Pierwsze pytanie: kiedy tak było, że to dobre, to się samo obroni? Moja odpowiedź jest taka, że nigdy. Współczesnych pisarzy?
[05:18:39] - Tak. Nie współczesnych. W ogóle współczesnych pisarzy, wie pan.
[05:18:47] - To jest bardzo złożony problem, bo tutaj pani wspomniała, że nie mają pieniędzy na promocję czy na jakieś rzeczy, żeby to pokazać w taki sposób, w jaki chcą. Ale też pokazuje, mam na myśli platformę TikTok i pana, który marzył o tym, żeby wydać książkę. Jednak to się udało. Takie rzeczy się dzieją, ale to jest, znowu powtórzę Ciężka praca. To, że autorowi się wydaje, że to jest dobre i to się samo powinno bronić. Albo komuś z jego bliskiego otoczenia. To jest tylko element dużego fragmentu gry. Jest wydawnictwo Cyranka, które wydaje świetne książki. To jest mała oficyna i dają sobie radę. Może nie jeżdżą Lamborghini, ale mimo wszystko pracują i potrafią to znaleźć.
Wiadomo, że brakuje takich ludzi jak Dunin-Wąsowicz z Zamy, który znalazł Orbitowskiego, Masłowską. Ale czy możemy to w jakiś sposób zatrzymać? Myślę, że nie, ale myślę, że pisarze i pisarki za mało przykładają pracy do tego, co robią. Świat jest szybki i konkurencja jest ogromna. I to jest problem, że oni nie potrafią sobie radzić z konkurencją w taki czy inny sposób. Książka zostanie wydana, nie daj Boże, żeby była wydana przez jakieś komercyjne wydawnictwo i wtedy nie będzie sukcesu. To często jest tak, że wina jest wszystkich, tylko nie autora. Ja widzę dziewczyny na TikToku czy młodych chłopaków, którzy mówią o książkach w taki sposób, że trudno ich nie kupić. Nikt nie dostaje za to pieniędzy. Ale jeśli książka jest zła, ja wiem, że ich jest wiele, tak że jak do tej osoby trafić?
Ale autor, jeśli nie ma pieniędzy na promocję, zawsze może do mnie napisać: „Przepraszam, czy pan to przeczyta? Nie mam czasu, to nie jest zupełnie mój gatunek, ale może napiszę do tego gościa. Może jemu to się spodoba.” Wydaje mi się, że autorzy mają znakomite możliwości, ja wiem, że pracują, że powinni napisać, ale mogą też pracować nad swoją marką. Ja mam kolegę serdecznego, który jest pisarzem. Przemek Corso. I on mówi: „Stary, jeśli ja mam jechać do miejscowości X, gdzie jest 200 mieszkańców, to ja wsiadam w pociąg i tam jadę. Będę mówić o swojej literaturze, bo ktoś mnie zaprosił.” A często jest tak: „Może byśmy zapłacili panu tysiąc złotych honorarium. By chciał hotel, taksówkę?” To jest cały czas gra o swoje nazwisko i o swoje dzieło. Robią to ludzie tacy jak ja, którzy mogą pomóc zarówno komercyjnie, czy niekomercyjnie. I to zawsze z takim dziełem, z którym się zgadzam i mogę się z nim utożsamiać.
Ale to trzeba wykonywać ciężką pracę. Ja na co dzień wstaję po godzinie 6:30, zawożę mojego syna do szkoły, idę do pracy. Pracuję tam osiem godzin. Czasem pracuję i 12, i 15, jeśli jest taka potrzeba. Nagrywam codziennie film o tym, jakie są wartości płynące z czytania książek. Staram się jeszcze dograć coś innego. Dzisiaj montowaliśmy podcast z moimi kolegami tutaj u mnie w domu. Nikomu nie jest łatwo. Na przykład bardzo się cieszę, że drugi raz jestem w telewizji śniadaniowej, gdzie mówię o literaturze. Ale często jest tak, że książki, które proponuję do telewizji czy do radia, nie zawsze się spotykają z przychylnością osoby, która jest odpowiedzialna za publikację tego programu.
To czy ja mam się gniewać, bo ja bym chciał mówić o young adult? Polecam słuchaczom, jeśli to się uda zmienić, jest znakomita osoba, która zajmuje się marketingiem, motywowaniem do działania, Gary Vee. I to są rzeczy, które on mówi, one są dla nas na początku może niezrozumiałe i trochę trudne. Ciężka praca, hard work. Chcesz zbierać owoc, musisz pracować. A czasem możesz pracować 10 lat i z tego też nic nie będzie. W samym projekcie, o którym rozmawiamy, Wspieraj kulturę, to on się nie składa tylko z tego, że ja napiszę recenzję, że ja polecę książkę. To jest mnóstwo działań dodatkowych i wtedy to daje efekt. Ja tak uważam. To jest moje zdanie.
To jest moja recepta. Może się ktoś z tym zgadzać albo nie. Ja myślę, że ten, kto tego nie robi, traci swoją szansę. Po pierwsze ciężka praca, a po drugie systematyczność.
[05:22:58] - Teraz takie modne są szybkie pytania i odpowiedzi, więc zabawmy się też w ten sposób.
[05:23:03] - Bardzo proszę.
[05:23:04] - Kiedy ostatnio przeczytał pan książkę tylko i wyłącznie dla swojej własnej przyjemności?
[05:23:10] - Wczoraj.
[05:23:12] - A jaka to była książka? Możemy wiedzieć.
[05:23:13] - Jakub Małecki, „Sąsiednie kolory”.
[05:23:15] - Którego z polskich pisarzy wymieniłby pan jako pierwszego, gdyby miał pan wskazać najwartościowszego twórcę naszych czasów?
[05:23:25] - Jakub Żulczyk.
[05:23:25] - Jaki rodzaj literatury preferuje Robert Jasiak?
[05:23:30] - To zależy od mojego nastroju. Teraz, kończąc rozmowę, miałbym chyba ochotę na jakiś ciepły, wakacyjny romans.
[05:23:36] - I pytanie, które muszę zadać, choć wiem, że to troszeczkę trąci myszką i to jest lekki obciach, ale nie mogę się oprzeć. Panie Robercie, książka na bezludną wyspę to?
[05:23:49] - To nie jest proste pytanie. Wziąłbym sobie Johna Steinbecka, „Granat gniewu”.
[05:23:54] - Państwa i moim gościem był pan Robert Jasiak, niezwykły promotor kultury, a w szczególności literatury, inicjator i pomysłodawca wielu akcji związanych z czytelnictwem, wymienię tutaj jedynie: Kartkowanie rąk nie brudzi, Literackie ulice. Cieszę się, że w literackim tête-à-tête mogliśmy poznać tak wspaniałego promotora, który w dzisiejszych czasach spełnia bardzo ważną rolę, pomagając czytelnikom w doborze odpowiedniej lektury. Szukajcie państwo w internecie rolek, podcastów, filmów autorstwa naszego gościa. Te filmy, które nagrywa, są na tyle wartościowe, że każdy z państwa będzie mógł skorzystać z podpowiedzi naszego dzisiejszego gościa i myślę, że książki, które państwu poleci, będą w państwu wyzwalały wspaniałe wrażenia, emocje, przeżycia estetyczne. Panie Robercie, serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas i życzę, aby pana akcje spotykały się z jak najlepszym odzewem. Tak górnolotnie troszeczkę zakończyłam, ale idee, które pan propaguje i cele są naprawdę bardzo ważne. Bardzo dobrze, że jest taki facet od literatury, który pomaga ludziom w odnalezieniu tego, co jest chyba nam bardzo potrzebne, czyli więzi przekazywanej za pomocą pisma. Gościem moim i państwa był pan Robert Jasiak. Dziękuję jeszcze raz. Dobranoc panu.
[05:25:31] - Bardzo dziękuję za tę rozmowę. Było wspaniale. Dobranoc.
[05:25:33] - Dziękuję bardzo.
[05:25:34] - Proszę pamiętać, kartkowanie rąk nie brudzi.
[05:25:36] - Na pewno i wspierajmy wszyscy literaturę. Dziękuję bardzo. Dobranoc państwu.
[05:25:44] - Dobranoc.
[05:25:44] - Proszę państwa, jakby to państwu powiedzieć? Znowu się zrobiła późna godzina. Te krótsze audycje są niby krótsze, ale nieznacznie krótsze od tych z roku akademickiego. Cóż, mam nadzieję, że przynajmniej są ciekawe. Ale przed nami ostatni punkt programu. To wiadomo, Piotr Plebaniak i nasze knowania jak budować i niszczyć imperium. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:26:24] - Dzień dobry, pozdrawia Tajwan. Umęczony.
[05:26:27] - O, tam, zaraz! Umęczony. To znaczy czym umęczony? Upałem?
[05:26:31] - Nie. Zapraszam niniejszym, nietypowo, jak zwykle nietypowo, czyli typowo, na mojego Facebooka, którego nie lubię, ale do którego użytkowania jestem zmuszony, na te przepiękne zdjęcia Aborygenów. W sobotę byłem na dwóch festiwalach, w poniedziałek byłem na trzech, a w niedzielę byłem aż na pięciu. A jako że jestem zatwardziałym, certyfikowanym introwertykiem i jeszcze nie lubię, jak mi wciskają, każą pić alkohol, a to, co robią nagminnie i wielokrotnie, wiele osób, czasami ta sama osoba kilkukrotnie, zanim się nie odwali, to jestem po prostu nabuzowany, że tak powiem. Ale efekty są niesamowite. Także na Facebooku zapraszam, żeby zobaczyć te przepiękne, maksymalna pozytywna energia, w przeciwieństwie do cierpiącego za miliony, który te zdjęcia robi.
[05:27:18] - No tak. Ale za to album szykuje się niesamowity. Cóż, przejdźmy zatem do prawidła. Dzisiejsze prawidło troszkę długie, ale czytam: „Cechy psychiczne drugiego pokolenia migrantów były przenoszone przez wychowanie, a nie produkowane przez złą jakość systemu politycznego, bezpieczeństwo socjalne, wystawienie na klimat, choroby endemiczne bądź opresje w miejscu zamieszkania rodziców”. Panie Piotrze, oddaję panu głos.
[05:27:55] - Dzisiaj porozmawiamy sobie o sprawach migracyjnych, czyli o kwestiach wybitnie na czasie zawsze i będących jeszcze bardziej na czasie w najbliższej przyszłości z całą pewnością. Mówiłem kiedyś przy omawianiu książki „Siły psychohistorii”, że antropologowie czy antropolodzy boją się mówić niektóre rzeczy, które są oczywiste, niemalże truizmami w świecie wiedzy antropologicznej. Jedną z tych kwestii jest to, w jaki sposób człowiek nabywa swoje trwałe cechy charakteru, przede wszystkim cechy mentalności, czyli czegoś, co z zasady uznajemy, że definicyjnie tak naprawdę, bo mentalności nie da się zmienić, chyba że jakimś niezwykle traumatycznym, silnym wydarzeniem emocjonalnym, na przykład śmierć osoby bliskiej w nietypowych okolicznościach. Natomiast antropolodzy zadawali sobie pytanie i robiono badania, i są te badania cytowane, i w książce swojej te prawidła nasze wyciągamy. Przede wszystkim znowu będę chwalił inną książkę bardziej od mojej własnej: „The Weirdest People in the World” jest to po prostu biblia, jeśli chodzi o tego typu spostrzeżenia. Dlatego zamiast inne książki cytować, żeby już nie zawalać was lekturami, to po prostu powtarzam tą. Otóż robiono badania w Niemczech, w których 24% urodzeń w tej chwili to są dzieci niebiałe. We Francji jest 34%. Właśnie patrzyłem wczoraj na statystyki, ktoś opublikował bardzo fajny artykuł na ten temat. Badano to, w jaki sposób dzieci przejmują oprogramowanie mentalnościowe po tym, jak przeprowadzą się czy to z Bliskiego Wschodu, czy też z krajów typu Pakistan, Bangladesz, Indie do Europy Centralnej, w której my jesteśmy sformatowani pewnym określonym pakietem oprogramowania kulturowego, a oni są, przecież rodzice, którzy przyjeżdżają z malutkim dzieckiem albo te dziecko pojawia się dopiero po tym, jak to małżeństwo osiądzie, czy to w Niemczech, czy we Francji.
I badano, jakie cechy narodowe, że tak powiem bardzo ogólnie. Przepraszam, będę mówił oczywiście w takich kategoriach maksymalnie popularnonaukowych. Odsyłam jeszcze raz do tej książki. Nazwa badania i odniesienie do badania jest w przypisie w książce „Siły psychohistorii”, a poza tym to badanie można znaleźć w internecie. Tylko o nich jest cicho sza. Nawet przeciwnicy tych migracji, przede wszystkim przeciwnicy, precyzując sprowadzania niezweryfikowanych migrantów jak popadnie, bez sprawdzania chociażby tego, czy będą przydatni dla społeczeństwa i czy nie będą mimowolnie dokonywać subwersji wartości kulturowych, które sprawiają, że dane docelowe społeczeństwo jest stabilne. W maksymalnym skrócie i z przymrużeniem oka na rozległość tematyki i kontrowersyjność przede wszystkim. Wracam, przepraszam, do głównego wątku. Łatwo się domyślić: cechy psychiczne, cechy mentalnościowe młodych ludzi wychowywanych od zera, czyli od, że tak powiem, wyjścia na ten padół łez, na świat były, co badania wykazały, dziedziczone nie przez jakieś inne mechanizmy, które moglibyśmy sobie wymyślić, a właśnie przez oddziaływanie rodziców, czy też przez kopiowanie przez małe dziecko zachowań, postaw, procedur wykonywania czynności, opinii na jakiś temat. Najbardziej podstawowe zachowania, które budują naszą mentalność, czyli zawsze używam tego słowa, nasz system operacyjny w mózgu, czy też nasz pakiet oprogramowania kulturowego, w tym wirusy kulturowe, którymi jesteśmy zarażeni przez rodziców w procesie socjalizacji, tej najwcześniejszej od zera do trzech, czterech, pięciu, sześciu lat.
To wszystko jest niebrane ze środowiska, w którym ten dzieciak zaczyna chodzić do przedszkola czy do pierwszej, drugiej, trzeciej klasy, bo mówimy też o młodych ludziach, nie takich najbardziej maleńkich od kołyski do wieku pięciu, sześciu lat, ale tych, którzy już chodzą do szkoły podstawowej w kraju docelowym, czyli w Niemczech te zadania akurat były robione, które ja cytuję w książce o psychohistorii. I niestety na przykład aprobata do pewnych reguł zachowania społecznego, czyli tu jest kwestia prawa naszego chrześcijańskiego, czy też rzymskiego, czy też prawa szaria, czyli to, w jaki sposób reguły tych obu systemów prawnych uznajemy za oczywiste, a z tym jednocześnie przychodzi wartość parametru poczucia sprawiedliwości, które jest elementarnym, przyrodzonym jakimś fragmentem naszej mentalności, który decyduje o tym, w jaki sposób oceniamy, co jest dobre, a co złe, kogo uznajemy za złego, a kogo za dobrego w tych kwestiach najgłębszych takich parametrów. Przepraszam, nawet nie posługujemy się na co dzień słowami, które to dobrze opisują. Chodzi o to, jak patrzymy, co jest sprawiedliwe, co jest dobre, co jest złe, co powinno być, co jest jakimś ideałem, który jest wypisany na sztandarach, którego nieudolnie albo po prostu nam się nie chce, albo jesteśmy zbyt wygodni, albo jesteśmy zbyt egoistyczni, żeby przestrzegać. Niemniej mamy to na sztandarach. Natomiast to, co mamy, jest decydowane właśnie przez rodziców we wcześniejszym okresie życia. I po angielsku jest świetne sformułowanie, świetna fraza, której w polskim języku mi brakuje. Gdyby ktoś znał taką frazę, ale ona nie istnieje w języku codziennie używanym, więc nie istnieje tak naprawdę. Więc pytam tak retorycznie niemalże: formative years, czyli wiek formatujący, formujący czy też okres formujący, dziecięcy okres formujący można to tak przetłumaczyć. Nie spotykamy się na co dzień z tym sformułowaniem w języku polskim, a w debatach anglojęzycznych jest bardzo często stosowana właśnie w tej tematyce.
Otóż w tym okresie formującym, we wcześniejszym okresie socjalizacji, czyli indoktrynacji do norm społecznych w społeczeństwach, w którym się rodzimy, w naszym przypadku w Polsce, a w przypadku właśnie tych badanych ludzi z trzeciego świata de facto. Bliski Wschód jest terenem niestabilnym, w którym te procesy socjalizacyjne są zasadniczo różne od naszego. Mówiliśmy swego czasu o tym badaniu Instytutu Gallupa polegającym na pytaniu we wszystkich krajach świata, czy pytani byliby gotowi do obrony ojczyzny, gdyby zaszła taka potrzeba. Ci z Bliskiego Wschodu mają wyniki powyżej 90%. Niemcy, o ile pamiętam, przepraszam, teraz strzelam z głowy albo 18, albo 24. Chyba 18 to miała Japonia. To w ogóle żenujący wynik. Natomiast Francja i Niemcy to są narody kompletnie mentalnie rozbrojone. Nie wiem, jaki ja mam wynik. Chciałbym, żeby był w granicach 90.
Natomiast generalnie z punktu widzenia właśnie osób z Bliskiego Wschodu, które mają ten, na przykład w Iraku chyba mają z tego, co kojarzę, ten parametr asabiya, tak nazywaliśmy to wcześniej w naszych wcześniejszych rozmowach, rzędu 94, o ile pamiętam dobrze liczbę, generalnie grubo w połowie 90. To proszę zobaczyć, jak ci mentalnie rozbrojeni ludzie, czyli rdzenni mieszkańcy Niemiec, rdzenni mieszkańcy Francji, Wielkiej Brytanii, z jaką pogardą patrzą na nich ci przybysze, którzy wiedzą, że trzeba bronić swojego, swoich wartości, swoich ideałów, swoich systemów oprogramowania kulturowego i przyjeżdżają do kraju, w którym ludzie to są kompletne berbeluchy, przepraszam, popierdółki, zacytuję klasykę polskiej kinematografii. Więc to decyduje o tych narastających konfliktach, których mieliśmy przejaw teraz w czasie tych, chyba dwa, trzy tygodnie temu, tych protestów, kiedy jakiś bandyta z pochodzenia imigranckiego został zastrzelony przez policjanta przy próbie zatrzymania na drodze. I tu tak kontrowersyjnie podam, ale generalnie to fakt, że teoretycznie wszędzie w mediach, szczególnie tych opiniotwórczych, antyimigrancko sprzeciwiających się tej fali migracji z Bliskiego Wschodu, oni mówią, że ci imigranci się nie integrują i nie przyjmują wartości kulturowych kraju docelowego, Francji w tym przypadku. No ale proszę zobaczyć, zjarali tyle samochodów, że powinni dostać złoty medal i obywatelstwo honorowe Francji, prawda? Przecież to francuska świecka tradycja właśnie palenie samochodów, jak popadnie i kiedy popadnie, przy dowolnej okazji, nawet przy braku okazji podejrzewam też, że by te samochody palili. To oczywiście żart. Podkreślam, że to wygłup. Natomiast wracając do głównego wątku, do prawidła, o którym mówiliśmy, o kwestii międzypokoleniowego kopiowania wzorców kulturowych. I dam już na koniec tej mojej długiej wypowiedzi, bardzo przepraszam, że pan Marek nie mógł nic wtrącić.
Zaraz mam nadzieję, że też zechce wtrącić i podzielić się swoim zdaniem. Natomiast to, co dzieje się w trakcie tak zwanych wojen kulturowych, przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, to, co ja widzę tutaj wśród tych Aborygenów, nawiążę do tych przepięknych zdjęć, które właśnie robię w czasie festiwali O ile na Tajwanie z różnych przyczyn, nie chcę tu długo omawiać, ci Aborygeni, młodsze pokolenie poniżej pięćdziesięciu paru lat nie mówi rdzennymi językami w domu. Najmłodsze osoby, które mówią natywnym językiem aborygeńskim mają pięćdziesiąt parę lat. Dlatego, że ze względu na terror polityczny i próbę integracji społeczeństwa tajwańskiego, które jest ultra multikulturowe, to też jest na oddzielną rozmowę, ale jest niezwykle pokojowe i są świetnie tu zintegrowani dzięki temu, w moim przekonaniu, to jest moja osobista opinia, że wcześniej też oczywiście, ale w latach 70., 80. i na początku 90. zaprowadzono terror kulturowy polegający na tym, że wszyscy mają się uczyć jednego języka, co miało właśnie integrować to niezwykle zróżnicowane etnicznie społeczeństwo. Efektem tego terroru był zakaz na przykład mówienia językami aborygenskimi, który został dopiero później zniesiony pod koniec lat 80. Przerwało się te międzypokoleniowe dziedziczenie. I te dzieci, mimo tego, że mają dziadków, którzy mówią płynnie, mają rodziców, którzy mówią płynnie, to ci rodzice nie uczyli swoje dzieci swojej natywnej mowy. W związku z tym za 20 lat nie będzie na Tajwanie oprócz jakichś staruszków siedzących sobie na bujanym fotelu gdzieś w górach, których zresztą odwiedzam, też mam przepiękne opowieści, książkę o tym piszę, więc muszę reklamować, żeby ludzie pamiętali.
Efekt ekspozycji to jest tak na marginesie. Efekt samej ekspozycji, mówiąc precyzyjnie. Natomiast proszę zobaczyć, co się stało z Aborygenami niejako pomimo. Oni teraz próbują rewitalizować te języki. Ja na przykład, jak jestem na jakichś festiwalach, to są konkursy, jakieś małe dzieci się uczą i dostają brawa, jak przeliczą w swoim natywnym języku od jednego do dziesięciu. Dzieci mające 14, 15, 16 lat. Więc to jest kpina i to jest coś, co widzimy w Irlandii. Irlandczycy nie mówią swoim ojczystym językiem, mówią po angielsku, nienawidząc jednocześnie Anglików, którzy ich zakulturowali. To się fachowo nazywa w terminach antropologicznych. Już podsumowując na sam koniec, przekaz międzykulturowy to jest to, oprócz poczucia odpowiedzialności osobistej, drugi element naszego oprogramowania kulturowego, tego jak działa to oprogramowanie mówiąc precyzyjnie, który jest atakowany w wojnach kulturowych i w wojnach hybrydowych.
I skończyłem. Teraz pan redaktor.
[05:40:26] - Panie Piotrze, ja się nie mogę pozbyć wrażenia, że z tej pana reguły, nie z pana reguły, ale z tej reguły, którą cytowaliśmy dzisiaj, którą zamieścił pan w książce, wynika jednoznacznie, że wszelkie próby budowania społeczeństwa multikulturowego są skazane, jeśli nie na niepowodzenie, to przynajmniej na spore trudności. Bo trudno oddzielić młodego człowieka od jego środowiska, od jego rodziny. A zatem zawsze ta rodzina, a zatem bagaż doświadczeń, który w tej rodzinie był, sobie zaistniał, ona będzie oddziaływała. Zatem wszelkie próby tworzenia społeczeństw multikulturowych nie mają prawa się udać.
[05:41:17] - Są dwa wyjątki. Jeden wyjątek to jest Singapur, ale tam Singapur w książce, która właśnie się ukazała, przepraszam, że tak reklamuję te moje książki, staram się robić to dowcipnie, żeby ludzi nie wkurzać. Natomiast w „Prawidłach geopolitycznej gry o przetrwanie" jest rameczka króciutka o Singapurze i ja zazdroszczę osobie, która to wymyśliła sformułowanie. Niestety przyznaję się, że to nie ja wymyśliłem, ale tytuł tej ramki brzmi: „Singapur. Totalitaryzm bez ideologii". I tam ten zamordyzm, w którym były i nadal chyba są, nie wiem, nie sprawdzałem ostatnio, drakońskie kary, na przykład za plucie gumą do żucia na chodnik albo za rzucenie niedopałka. To jest ten terror, który sprawiał, że to ultra multikulturowe społeczeństwo. Przypominam, że tamta okolica to jest źródło tak zwanego amoku. Proszę sobie zobaczyć, co to znaczy amok i jak powstało to słowo. To były czystki etniczne na Chińczykach, którzy tak jak Żydzi u nas dominowali generalnie w życiu społecznym i gospodarczym.
I w końcu się miejscowa ludność malezyjska rzuciła na nich i mocno się porżnęli trochę. Jednokierunkowo to było. Proszę, przeczytajcie sobie na Wikipedii, tam jest w miarę dobrze napisane. Natomiast drugim takim eksperymentem jest Tajwan, ale Tajwanowi się udało z wielu względów. To jest rozmowa naprawdę na dłużej. Jak będzie już premiera tej książki, tego pięknego albumu, to może o tym sobie porozmawiamy. Na Tajwanie udało się to dlatego i tylko dlatego, że w okresie po II wojnie światowej, ale przede wszystkim po tym, jak Czang Kaj-szek uciekł po przegranej wojnie domowej z komunistami na wyspę Tajwan, czyli od 1949 roku, ta nowa ludność, która uciekła z kontynentu, to była administracja rządowa, to byli żołnierze przede wszystkim, to było uzbrojenie i po prostu wzięli tych wszystkich lokalsów za mordy i przydusili do ziemi po to, żeby stworzyć tu bazę wypadową na powrót na kontynent. Podkreślam, że to jest w absolutnie wiarygodnym skrócie myślowym to, co właśnie powiedziałem. Uważam, że bardzo celnym, bo bardzo długo myślałem, jak w paru zdaniach opisać całą tą sytuację, więc chętnie podejmę debatę z kimś, kto się ze mną nie zgadza. Natomiast dzięki temu, że w tych pierwszych dekadach był właśnie totalny zamordyzm, próby unifikacji tego wszystkiego, był zakaz mówienia językiem taj-ju, czyli dialektem tajwańskim, to jest poddialekt dialektu Fukien.
To też jest dłuższa rozmowa. Fascynujące rzeczy, mogę poopowiadać. Ale właśnie dzięki temu terrorowi ustanowiono jedność narodową i sprężono to społeczeństwo tak, że ci, którzy wierzgali, to zostali spacyfikowani, mówiąc nekut, byli znikani, czyli worek czarny na głowę, cytując filmu V for Vendetta i te wszystkie elementy wywrotowe zostały, przepraszam, powtarzam się, trochę gubię się, proszę mi wybaczyć, spacyfikowane. I dlatego Tajwan, mimo tego, że jest multikulturowy, mimo tego, że w metrze jest w czterech czy nawet w pięciu językach, mimo tego, że przez to Tajwańczycy się w karygodny sposób przestali rozmnażać. Nie to, że nie wykonują czynności wskazujących na chęć prokreacji, ale to nie prowadzi do dzietności powyżej nawet jednego. W tej chwili chyba 0,8, z tego, co kojarzę. To jest katastrofa wręcz. I w związku z tym Tajwan importuje, na szczęście dla Tajwanu może to robić. Czy też może na nieszczęście dlatego, że inaczej musieliby wziąć się w garść po prostu. Importują z Indonezji, z Wietnamu, z Filipin siłę roboczą, dlatego że po prostu tej siły roboczej jest za mało.
Ale to już jest kompletnie coś innego niż kwestia przekazu międzypokoleniowego. Dlatego dwie rzeczy powiem na sam koniec, podsumowując, a jeszcze zaraz pan Marek podsumuje. Po pierwsze bardzo polecam moją najukochańszą książkę fantastyki naukowej „Najazd z przeszłości” Jamesa Hogana. Tam jest pokazany genialny eksperyment socjologiczny polegający na tym, że został wysłany statek kosmiczny na Alfa Centauri, w którym pasażerami były embriony. Inaczej, eksperyment polega na tym, że te embriony zostały wychowane przez roboty specjalnie do tego celu skonstruowane i zniknął ten przekaz. Zresztą to jest w książce poruszane wprost, ta tematyka. Ten przekaz międzypokoleniowy został przerwany i powstało zupełnie nowe społeczeństwo, oparte na zupełnie innych systemach motywacyjnych i wartościach. A drugi już na koniec taki aforystycznie. Nie pamiętam, kto to powiedział. Albo Karl Kraus, albo Maria von Ebner-Eschenbach, albo jeszcze jakiś niemiecki filozof albo pisarz.
Przepraszam, w tej chwili nie przypomnę sobie. Natomiast to jest coś, co mi głęboko utkwiło od dzieciństwa w pamięci. Co to są przesądy? Przesądy to poglądy, które nasi ojcowie przekazują naszym dzieciom za naszym pośrednictwem.
[05:46:10] - Panie Piotrze, ja nie tyle będę bawił się w podsumowanie, co chciałbym panu zadać pytanie eksperckie. Wyobraźmy sobie, że ma pan doradzić jakiemuś rządowi, powiedzmy rządowi francuskiemu, w jaki sposób można dokonać integracji albo można by było dokonać integracji. Może być to rząd niemiecki, jak pan sobie wybierze. Czy jeszcze można coś z tym zrobić, co mamy w tej chwili i jakim sposobem? Jakie obostrzenia, jakie normy dodatkowe, jakie wreszcie zamordyzmy musiałyby się pojawić, żeby nad tym zjawiskiem zapanować?
[05:46:47] - Panie Marku, pan próbuje podstępem mnie nakłonić do publicznego ogłoszenia mowy nienawiści tak zwanej. To po pierwsze, a po drugie wydałoby się, że w poprzednim-
[05:46:57] - Już się wstydzę. Już się wstydzę
[05:46:59] - ... że w poprzednim wcieleniu byłem znanym powszechnie mężem stanu pochodzenia zakaukaskiego, gruzińskiego, żeby ludzie nie główkowali, szukali na mapach. I z wąsem zresztą. Teraz jest za późno. Tak jak na początku mówiłem, teraz są statystyki: 34% w całej Francji, dzieci we Francji to są dzieci kolorowe albo w 100%, albo w tych statystykach, które patrzyłem, nie pokazano. To jest już daleko powyżej progu tych 15%, o których wcześniej mówiliśmy. To jest powyżej tego, co było w statystykach Towarzystwa Walki z Anemią Sierpowatą we Francji, które zostało zamknięte przez rząd za publikowanie statystyk, co jest nielegalne we Francji, pokazujących struktury etniczne nowo narodzonych dzieci. Jak ktoś nie wie, to szybciutko powiem: na anemię sierpowatą nie chorują biali i jedno sprytne towarzystwo, które właśnie zostało karnie rozwiązane, bo to jest sprzeczne z francuskim prawem, zakazuje publikowanie statystyk etnicznych rodzących się dzieci. Więc to jest komitet obrony demokracji i powinien tam zostać wysłany. I najlepiej, żeby nie wracał oczywiście i coś z tym zrobił, bo to jest dopiero zaburzenie demokracji.
Natomiast wracając do tych statystyk, właśnie to Towarzystwo Walki z Chorobą Anemia Sierpowata podliczyło, ile dzieci jest testowanych na obecność tego genu. Bo nie wszystkie oczywiście kolorowe dzieci mają tą chorobę, ale te, które są testowane to są po prostu niebiałe i stąd znamy te statystyki. Tam można znaleźć w internecie z 2015, 2016, 2017 i 2018. I potem ich zamknęli. 2018 to był ostatni rok. Jest zresztą ten ostatni w książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie” w rozdziale o dzietności i o broniach demograficznych. Więc tak to wygląda. Jest to za późno. Rząd francuski z premedytacją prowadzi akcję mającą zmienić strukturę etniczną całego społeczeństwa francuskiego, co jest ewidentne i do udowodnienia w ciągu jednej minuty szukania w Google.
[05:49:10] - No to nie zabrzmiało to optymistycznie. Zatem skoro nie można się z tego już wymiksować, te wszystkie proroctwa mówiące o tym, to już nawet trudno mówić proroctwa, te analizy i przewidywania, które mówią o tym, że za jakiś czas Francja nie będzie przypominała tej Francji, która była córą Kościoła i w ogóle była piękną, słodką Francją, organizującą sobie od czasu do czasu jakąś drobną rewolucję i-
[05:49:40] - Palenie samochodów.
[05:49:41] - Teraz palenie samochodów.
[05:49:42] - Palenie dyliżansów to chyba w XIX wieku.
[05:49:47] - Tak, a wcześniej niemal zmitologizowanie urządzenia do zdejmowania głów, zwanego gilotyną. Oni mają takie tradycje, ale powiedzmy, nazwali to Słodką Francją. To o Słodkiej Francji już, zdaje się, nie ma co mówić.
[05:50:04] - Niestety nie. Problem polega na tym, że nie ma procesów demokratycznych, które byłyby zdolne to odwrócić w sposób pokojowy. Już teraz wszystkie żarty na bok. Pół żartem ja oczywiście te wszystkie statystyki cytowałem, jedynie po to, żeby wywołać efekt taki trochę tragikomiczny bardziej. Natomiast sama treść merytoryczna była jak najbardziej na poważnie. Natomiast teraz usuwam z formy wypowiedzi wszystkie elementy satyry. Na dzień dzisiejszy trendy, czy też siły psychohistorii, czy też siły strukturalne, tak jak to nazywał Jacek Bartosiak, mówiąc o geopolityce, nie o kwestiach demograficznych, bo tego jak ognia on unika niemal równie mocno jak ci antropologowie, o których wspominają, którzy boją się publikować swoje wnioski i badania i tak dalej, dlatego że one są sprzeczne z narracją terrorystów hybrydowych, czy też terrorystów społecznych, którzy są pro imigranccy i przyspieszają procesy, o których dzisiaj mówimy. Co jest najważniejsze w tym wszystkim? To to, że nie istnieje proces demokratyczny, który byłby w stanie te trendy odwrócić, a przede wszystkim cofnąć. Bo skoro 30% społeczeństwa francuskiego to są już osoby niebiałe, to gdy tylko te dzieciaki podrosną, zyskają prawa polityczne, czyli prawa głosu, pogłębią te trendy, które są sprzeczne z ogólnie pojętym interesem narodu francuskiego, tego pierwotnego, czyli tego etnicznie francuskiego.
[05:51:42] - Proszę państwa, to teraz chyba macie państwo jakiś jaśniejszy obraz na temat tego.
[05:51:49] - Albo mroczniejszy. Gra słów oczywiście.
[05:51:51] - On jest mroczniejszy, ale przez to jaśniejszy obraz tego, co się wokół nas dzieje i jak państwo na to wszystko możecie patrzeć. I tym, mimo wszystko optymistycznym, bo wiedzowym akcentem kończę. Dziękuję panu pięknie i do usłyszenia za tydzień.
[05:52:09] - Auf Wiedersehen.
[05:52:14] - Tak, proszę państwa, dojechaliśmy do końca. Jakby to państwu powiedzieć? Ja w przyszłym tygodniu jestem na urlopie. Nie, nie będę się wygłupiał. „Bibliotekarium 2.0” będzie. Będzie takie mocno literackie, bo owszem, będzie „Filmotekarium”. Znowu będziemy mówili o serialu kolejnym. Będzie też, co będzie jeszcze? Będzie duża dawka literatury, a mianowicie już teraz profesjonalnie wykonane przez Audiotekę słuchowisko Piotra Witolda Lecha, pierwszy tom z cyklu „Poliamoria”. I to będzie naprawdę sporo słuchania.
Ponad pięć godzin. A zatem, tak jak zacząłem mówić, te krótsze audycje formalnie krótsze są. Ale myślę, że się państwo tym tak bardzo nie martwicie. Pięknie państwu dziękuję za dzisiaj. Zapraszam za tydzień. Do usłyszenia.
[05:53:25] - Zapraszał na kolejne wakacyjne wydanie AWF Akademia Wszelkiej Fikcji Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.