[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Minął maj i bez jaj zaczynamy kolejny miesiąc w Akademii Wszelkiej Fikcji. 2 czerwca 2023 roku. Witają państwa: techniczny Marek Sęk „Ivellios” i prowadzący Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:36] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. U nas rok akademicki trwa do końca czerwca. Nie wiem, czy to jest przejaw okrucieństwa, czy też może niezgłębionej potrzeby wiedzy, a w każdym razie z mojej strony przekazywania tej wiedzy na różne tematy związane z pisaniem, książkami i tak dalej. Zaczynamy kolejny dzień wykładowy. Ponieważ się już taka nowa tradycja wykształciła, to zaczynamy od polecanek. Będzie w tych dzisiejszych polecankach trochę rzeczy wznowionych, w taki sposób ciekawy. Doszedłem do wniosku, że ciekawy. Zdaje się, że jest też jedna nowość. W każdym razie warto, moim zdaniem, po te tytuły sięgnąć.
Przechodzę zatem szybko do polecanek. Pierwsza polecanka to książka Michała Cholewy „Gra o sumie niezerowej”. To jest książka wydana przez oficynę Warbook. Cóż o niej powiedzieć? Przede wszystkim to, że jest to rasowa space opera, militarna fantastyka naukowa. Ogromne kosmiczne bitwy, walki wywiadów oraz sił specjalnych. Oczywiście genialni bohaterowie, zaskakujące zmiany akcji, ludzie kontra maszyny, intuicja kontra algorytmy. Świat przeminął w dniu, gdy sztuczne inteligencje postanowiły unicestwić ludzkość. Ludzie jednak, jak to ludzie, przetrwali. W dodatku wygrali z oszalałymi maszynami, a teraz w toku akcji powieści walczą o swoje utracone dziedzictwo.
Prym wiedzie współpracujące ze sztuczną inteligencją Azjatyckie Imperium. Sojusz zmęczonych konfliktem Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych rzuca wszystko na jedną szalę. Czwarta flota dowodzona przez genialnego admirała uderza na centralny system Imperium. I tu oczywiście, jak to w rasowej polecance, blurbie, pytania: czy siłom specjalnym pułkownika Brisbane’a i oddziałom Marcina Wierzbowskiego uda się zakończyć wojnę? Ostatni tom cyklu „Algorytm wojny” przynosi wiele odpowiedzi i pytań, na które musimy odpowiedzieć my, ale też kolejne pokolenia. To tyle polecanki. Nie ukrywam, że wsparłem się notkami wydawniczymi, bo szczerze powiem, jeszcze tej książki nie znam, ale ponieważ mam na nią ogromną ochotę, bo ta polecanka właśnie mnie zachęciła, więc postanowiłem trochę w ciemno, ale przyznaję się bez bicia, trochę w ciemno tę książkę polecić. To są te klimaty, które lubię w fantastyce naukowej. Nie tylko, ale te między innymi bardzo lubię. W związku z tym już sobie ostrzę kły i pazury, żeby tę książkę zdobyć.
Kolejna pozycja to już na pewno jest wznowienie. Ursula Le Guin, czy jak sobie państwo to wymówicie, jest od jakiegoś czasu wydawana w takich grubych książkach, które mieszczą w sobie wiele różnych powieści, wiele różnych utworów. Tym razem mamy też taki wielopak zatytułowany „Jesteśmy snem”, wydany przez Prószyńskiego i Spółkę. To jest kilka powieści. Tytułowa „Jesteśmy snem” dzieje się w pełnym przemocy świecie przypominającym lata 70. XX wieku. George Orr, główny bohater powieści, pewnego dnia odkrywa, że posiada zdolność zmiany rzeczywistości. Zmienia tę rzeczywistość za pośrednictwem swoich snów. O pomoc w poradzeniu sobie z tą nową zdolnością prosi doktora Williama Abera, który jest psychiatrą, który szybko zdaje sobie też sprawę, że moc Orra można wykorzystać również do celów zgoła innych, niż sobie bohater wyobraża. Powiem krótko: psychiatra pomyślał po prostu o sobie.
Sam ma kilka celów, które chciałby zrealizować i doszedł do wniosku, że świetnie może to zrobić właśnie za pośrednictwem swojego pacjenta. Więc kolejne próby rozwiązania problemów ludzkości, które są podejmowane przez lekarza, nie kończą się dobrze. Przeciwnie, kończą się tworzeniem coraz gorszych światów alternatywnych. I tu jak zwykle na koniec pytanie: czy George'owi uda się wyzwolić spod wpływu manipulatora i zatrzymać katastrofę? To jest pierwsza powieść w tym wielopaku. Następna nosi tytuł „Miejsce początku”. Mieszkaniec jednego z amerykańskich przedmieść o imieniu Hugh przypadkiem znajduje drogę do idyllicznej krainy wiecznego zmierzchu. Spotyka tam Irenę Panis, dziewczynę, która odkryła ten świat nieco wcześniej. Bodajże siedem lat wcześniej. Zdążyła ten świat pokochać, zdążyła się w nim rozsmakować.
Irena pragnie ochronić ów świat przed intruzem. Przed tym właśnie Hugh. Nie może pogodzić się z faktem, że ktoś poznał jej sekretny azyl. Ale kiedy zostaje poproszona przez tamtejszych mieszkańców o połączenie sił z Hugh, aby pokonać kryjącego się na górze smoka, postanawia wykonać to zadanie. I tu znowu pytanie, musi być na koniec pytanie: czy razem dotrą na szczyt i co zrobią, gdy się już tam znajdą? To była druga powieść w ramach wielopaku, jest jeszcze trzecia. Nosi tytuł „Oko czapli”. Przyznaję, że to jest taka powieść, którą pamiętam jeszcze z pojedynczego wydania. „Oko czapli” rozgrywa się na planecie Victoria. Na tej planecie jako pierwsi pojawili się przestępcy, którzy zostali wygnani z Brazylameryki.
Tam, na tej planecie latami głodowali, chorowali, umierali. Nic przyjemnego w każdym razie. Ale w końcu zbudowali swoją stolicę. Kiedy minęło ponad pół wieku, do miasta przybył lud pokoju, który pragnął schronić się przed okrucieństwami pogrążonej w konfliktach ziemi. I oczywiście pytanie: co stanie się, gdy krucha równowaga między mieszkańcami Wiktorii zacznie się załamywać? Czy obiecana oaza zmieni się w wojenne piekło? Książki Ursuli Le Guin to są książki, które poza treścią, do której wprowadzenie starałem się państwu przedstawić, są pełne nastroju, pełne środków literackiego wyrazu, które trudno zamknąć w takiej gadaninie jak ja w tej chwili uprawiam. One są pełne świetnego języka. Naprawdę tłumacze świetni, a i sam język wyjściowy znakomity. Dużo nastroju, dużo elementów, które sprawiają, że te książki bardzo mocno działają.
Przynajmniej na mnie. Sprawdźcie państwo, może również na was te książki zadziałają. Ja uważam je do pewnego stopnia za magiczne, te trzy tytuły, które wymieniłem. No i wreszcie książka ostatnia to wznowienie książki autora, o którym kiedyś już mówiłem, który gościł nawet w naszej audycji z pewną prelekcją. Chodzi o książkę Marka Baranieckiego „Głowa Kasandry”. Ta książka została wydana przez Supernovą. I wiecie państwo, opowiadanie „Głowa Kasandry” to tak pokrótce opowiadanie o takim magiku, takim człowieku, który w świecie post-apo po wojnie nuklearnej, ale takiej ograniczonej, odnajduje pozostałe w silosach rakiety i robi z nimi porządek. To tak najbardziej ogólnie. Ale to nie jest takie proste, o czym się państwo przekonacie czytając tę mikropowieść, bo książka „Głowa Kasandry” zawiera owszem, tytułową głowę Kasandry, ale też inne opowieści, o których za chwilę. Tytułową głowę Kasandry Gazeta Wyborcza w 2004 roku uznała za jedną z siedmiu najważniejszych światowych książek, dzieł postapokaliptycznych obok utworów takich autorów jak na przykład Jack London, Herbert George Wells czy Stephen King.
Po raz pierwszy ta książka została wydana w 1985 roku. Pamiętam to wydanie, duże, takie zeszytowe A4. To jest powieść, tak jak powiedziałem, post-apo, powieść o końcu naszego świata i pomimo upływu czasu ta książka pozostaje niepokojąco aktualna, tak bym to wyraził. A w dodatku jest to przejmująca wizja świata. „Głowa Kasandry”, warto podkreślić, przyniosła autorowi nagrodę imienia Janusza Zajdla oraz zaowocowała scenariuszem filmowym. Ten pierwszy, w latach 80. jeszcze, jego realizacja nie udała się, ponieważ tak jak kiedyś mówiłem Poszło o to, jakie to będą rakiety w tych silosach, czy z gwiazdą, czy może jednak inne. I o takie głupoty kiedyś rozwalały się kariery. Podobno scenariusz jest na stole, podobno ktoś chce go kręcić. Póki nie zobaczę, jestem niewiernym Tomaszem, nie uwierzę.
Ale coś się ostatnio w kinematografii ponoć ruszyło, więc jest nadzieja. Tak jak powiedziałem, to trzecie wydanie nie tylko zawiera inne opowiadania Marka Baranieckiego, ale sama „Głowa Kasandry” jest lekuchno przeredagowana, poprawiona, uzupełnione niektóre rzeczy, ale też pojawiają się inne teksty. Obok tego nagrodzonego Nagrodą Fantastyki opowiadania „Kalgoro, godzina 18:00” to drugie takie wizytówkowe opowiadanie Marka Baranieckiego, ale pojawia się też uhonorowane Złotą Sepulką opowiadanie „Wynajęty człowiek”. I wreszcie pojawia się nowość. To zawsze jest najbardziej ciekawe. Pojawia się nigdy niepublikowana mikropowieść „Wesele dusz”. Przypomnę tylko: Marek Baraniecki, „Głowa Kasandry”, wydane przez Supernową. Naprawdę sięgnijcie państwo po tę książkę, nie będziecie żałować. To jest autor, który z całą pewnością nie ustępuje autorom zachodnim. Wiem, że część miłośników fantastyki uważa, że prawdziwą fantastykę pisze się tylko na Zachodzie.
Czasami też mam takie wrażenie, ale ono jest przelotne, a na pewno mija przy tego rodzaju książkach. Jest kilka takich książek autorstwa polskich autorów, które zdecydowanie odmieniają mi optykę i wtedy uważam, że też jesteśmy w niezłej lidze. To tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze polecanki. Proszę państwa, zatem czas na korepetycje filozoficzne. Po raz kolejny zostajemy w takiej części filozofii, która dotyczy determinizmu i indeterminizmu. Ja wiem, część z państwa może poczuć się znudzona, ale też dostaję głosy, że te teksty o determinizmie i indeterminizmie cieszą się, przynajmniej u części z państwa, jakimś powodzeniem. Więc nie mogłem sobie odmówić, żeby dzisiaj nie zaprezentować państwu krótkiego tekstu Artura Szuty, którego państwo znacie, już go kiedyś cytowałem. Ten tekst zatytułowany jest „Świat bez wolnej woli”. A zatem naprawdę wracamy do tego, co przerabialiśmy, co pojawiło się w ostatniej audycji. Tekst „Świat bez wolnej woli” pojawił się w dwumiesięczniku „Filozofu” w 2016 roku, w numerze drugim.
Tylko przypomnę, że Artur Szuta to jest filozof, pracownik Uniwersytetu Gdańskiego, który specjalizuje się w filozofii społecznej, a także w etyce i metaetyce. A jego pasje to przyrządzanie smacznych potraw, nauka języków obcych, chodzenie po górach oraz gra w piłkę nożną. I tradycyjnie muszę powiedzieć, że tekst jest dostępny na licencji Uznanie Autorstwa Na Tych Samych Warunkach 3.0 Polska. Jedziemy, proszę państwa, z tekstem, który przypomnę, nosi tytuł „Świat bez wolnej woli”. W świecie, w którym wszystko, jak w układance domino, jest z góry określone przez fizyczne konieczności, trudno znaleźć miejsce dla wolnej woli. Czy jednak w imię fizykalistycznego determinizmu powinniśmy odrzucić istnienie wolnej woli, czy może raczej zastanowić się nad sensownością samego determinizmu? Świat jak domino. Zapewne widzieliście w telewizji lub w internecie film przedstawiający misternie poukładane tysiące płytek domina, które po pchnięciu jednej z nich w spektakularny sposób przewracają się jedna o drugą. Jeśli nie, bez trudu taki film możecie znaleźć w internecie. Otóż zdaniem deterministów fizykalistycznych nasz świat jest jak zbiór klocków domina.
Z tą jednak różnicą, że nikt tego zbioru nie poukładał ku uciesze widzów, a następujące po sobie zdarzenia są jedynie konsekwencją poprzedzających je stanów świata i praw fizyki. Ostatecznie za kształt wszystkiego, co nastąpiło, następuje i nastąpi, wydaje się odpowiedzialne pierwsze zdarzenie, Wielki Wybuch. Tak więc wszystkie zdarzenia są od samego początku ustalone. Wystarczy uważne spojrzenie na mozaikę poustawianych klocków, aby z góry wiedzieć, który kiedy i w jaki sposób się przewróci. Dzięki temu możemy na przykład dokładnie przewidzieć, że w pewnym momencie określony klocek wpadnie do kieliszka wypełnionego winem, zaś wylewające się wino przewróci kolejny klocek domina. Tak samo, gdybyśmy dysponowali pełną wiedzą na temat wszystkich jego elementów i praw fizyki oraz ostatecznie potężnymi mocami obliczeniowymi, moglibyśmy ustalić, jak będzie wyglądał świat w dowolnie wybranym momencie. Tylko państwu przypomnę, wtrącając się trochę w tok artykułu, że to zjawisko nosi nazwę demona Laplace'a. I wracamy do artykułu. Ludzie domino. Zgodnie ze stanowiskiem determinizmu, częścią tej skomplikowanej sieci przewracających się klocków domina, czyli zachodzących po sobie zdarzeń, jesteśmy także my, ludzie.
Jesteśmy w pewnym sensie podzbiorami łańcuchów, a raczej sieci przyczynowo-skutkowych. Wszystkie nasze działania, myśli, pragnienia, przemiana materii to poszczególne podzbiory zdarzeń należące do tego superzbioru układanki domino, którym jest nasz wszechświat. Stąd też, skoro przy założeniu całkowitej wiedzy o świecie moglibyśmy przewidzieć właściwie wszystko, to przewidzieć moglibyśmy także wszystkie nasze ludzkie wybory, działania, choroby i tak dalej. Gdzie jest wolna wola? Ktoś mógłby zaprotestować mówiąc, że przecież jesteśmy wolni. W naszej mocy jest podejmować decyzje, których treść nie jest przesądzona przed ich podjęciem. Tak oto na przykład, kiedy zastanawiam się, czy kupić książkę na temat wolnej woli, czy też może nie kupować jej wcale, obie opcje wydają się otwarte niezależnie od układu atomów w moim ciele, na kuli ziemskiej czy w Drodze Mlecznej. Nic bardziej błędnego, odpowie z lekkim uśmieszkiem politowania determinista. Jeśli wybrałbym kupno książki, oznaczałoby to, że wybór ten był nieunikniony, zdeterminowany, czyli określony przez wcześniejszy stan świata. Nawet gdyby jakimś sposobem czas się cofnął i od nowa stalibyśmy przed wyborem kupić książkę o wolnej woli czy nie kupić, nawet gdyby świat cofał się do tego momentu tysiące albo nieskończoną ilość razy, wynik byłby zawsze ten sam.
Dziwaczne konsekwencje determinizmu. Czy nie mamy innego wyboru, jak przyznać rację deterministom? Zanim, drodzy czytelnicy, odpowiecie na to pytanie, rozważcie dwie sprawy. Po pierwsze, jeśli determinści mają rację, to jaki wpływ na wynik tej debaty ma rozważanie racji i argumentów, skoro ostatecznie to nie one, ale układ elementarnych cząstek i sił fizycznych decyduje o tym, czy w naszym mózgu zrealizuje się akceptacja bądź odrzucenie tego stanowiska. Po drugie, zastanówmy się nad inną, jeszcze bardziej niesamowitą konsekwencją stanowiska deterministycznego. Czytaliście z pewnością wiele książek lub artykułów, których kolejne twierdzenia wynikały logicznie z poprzedzających je przesłanek, zaś autorzy tych publikacji przyjmowali przekonania na podstawie pewnych racji. Podziwialiście być może także wybitne dzieła poetyckie, malarskie lub muzyczne. Chwila refleksji. Jeśli determinści mają rację, to fakt, że w pewnym momencie autorzy książek czy artykułów uznają jakieś twierdzenie, nie zależy od tego, że zrozumieli i uznali przesłanki lub racje wspierające dane twierdzenie, ale od tego, że tak, a nie inaczej, jak w układance domino przebiegały łańcuchy przyczynowo-skutkowe zdarzeń fizycznych określone już w pierwszych chwilach po wielkim wybuchu. To on, ten wielki wybuch, a nie piszący traktaty filozoficzne czy tworzący dzieła sztuki jest ich, być może przypadkowym, autorem.
Jeśli powyższe dwa wnioski brzmią dla was absurdalnie, to może błędne jest założenie determinizmu, przynajmniej determinizmu fizycznego, który do tak niewiarygodnych wniosków doprowadził. A może jednak, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, to wszystko jest prawdą. Proszę państwa, i znów zostawiam państwa z pytaniami, z rozważaniami i namawiam do tego, żeby nie tupać nogą, nie walić pięścią w stół i mówić: „Przecież ja wiem, jak jest”. Cała filozofia polega na tym, żeby się pochylić nad tym, co ktoś napisał, ktoś powiedział i przemyśleć. Jakkolwiek wydaje się to na początku rzeczywiście absurdalne, spróbować to obalić, ale obalić w sensie rozumowania, a nie w sensie stwierdzenia „ja tak uważam, w związku z tym tak jest”. My, państwo, ale ja również mamy taką naturalną tendencję. To dla człowieka jest bardzo charakterystyczne. ... że wydaje nam się bardzo często, wiemy, że coś wiemy. Uważamy: o czym tu dyskutować?
Przecież to jest oczywiste. Filozofia bardzo często pokazuje, że rzeczy, które wydają się nam oczywiste, wcale oczywiste nie są. W każdym razie nie zawsze są oczywiste. I ja tylko do tego państwa namawiam. Nie do tego, żeby uwierzyć, że nie ma wolnej woli, żeby przyjąć ten tok rozumowania. Nie, ale spróbujcie go państwo obalić. Spróbujcie państwo przedstawić argumenty, że tak nie jest i to tak naprawdę będzie największe zwycięstwo filozofii, bo filozofia tak naprawdę doprowadza pewne rzeczy do absurdu. Tak jak w dzisiejszym artykule. Do absurdu absolutnego, ale nie po to, żeby państwa wkurzać. Mnie również, przyznaję, ale po to, żebyście państwo znaleźli argumenty.
Kiedy ktoś później taki artykuł państwu przedstawi, będziecie te argumenty mieli, zamiast złościć się i mówić: „Ale przecież ja wiem lepiej”. Pokażcie państwo wtedy, że wiecie naprawdę, że macie to przemyślane, że przynajmniej te argumenty pokazują, że nie jest to wszystko takie oczywiste. I o to tak naprawdę chodzi. Proszę państwa, czas na kolejną część naszej audycji. Jakiś czas temu polecałem państwu książkę, zachwycając się nią zresztą niezwykle. Książkę Aleksandry Bednarskiej „Brudne sprawki wujaszka Hana”. W dalszym ciągu, pomimo upływu dwóch, trzech tygodni, jestem tą książką oczarowany. Ona nas przenosi w świat absolutnie magiczny. Ja będę często to podkreślał. Magiczny, niezwykły.
To jest książka, która nas z jednej strony straszy, z drugiej strony przenosi w obszar magii. Tak specyficznie pojętej, ale magii. Co ja tu będę państwu dużo gadał? Ja państwa zapraszam na spotkanie z Aleksandrą Bednarską, na rozmowę o książce, ale nie tylko o książce. Krótkie przedstawienie. Aleksandra Bednarska jest absolwentką warszawskiej sinologii oraz studiów azjatyckich. Spędziła trzy lata w Pekinie, pół roku na Tajwanie, a obecnie mieszka w mediolańskim Chinatown. Mówi w wielu językach, ale tylko w polskim ma na tyle do powiedzenia, aby pisać. Tworzy fantastykę, czasami grozę i absurd. Nie stroni też od humoru i czegokolwiek, co wzbudza emocje.
Jest miłośniczką legend miejskich, historii nowożytnej oraz kofeiny. Cały czas mam nadzieję, że o tych legendach miejskich pewno szybciej, niż się nam wszystkim wydaje, będę miał okazję z panią Aleksandrą i nie tylko z panią Aleksandrą porozmawiać. Legendy miejskie to są absolutnie fascynujące opowieści, a jeśli dorzucę do tego, że w różnych częściach świata te legendy miejskie bywają nieco inne, różnią się od siebie, to macie państwo przedsmak tego, co nas w przyszłych tygodniach jeszcze będzie czekało. A teraz już zapraszam na rozmowę z Aleksandrą Bednarską, autorką książki „Brudne sprawki wujaszka Hana”. Dzień dobry pani Aleksandro.
[28:47] - Dzień dobry panie Marku.
[28:51] - Spotykamy się z powodu, który w „Bibliotekarium” jest oczywisty. To znaczy jest autorka, jest książka. Książka w dodatku, tak jak zapowiadałem to w jednej z poprzednich audycji, moim zdaniem absolutnie magiczna. Książka, która mnie oczarowała. Książka, która wciąga swoim klimatem, nastrojem. W ogóle wciąga, co tu wiele mówić. Książka nosi tytuł „Brudne sprawki wujaszka Hana”. Została wydana przez wydawnictwo Planeta Czytelnika. To już chyba formalności stało się zadość. Jeszcze raz bardzo serdecznie panią witam.
I chyba rozpoczynamy coś w rodzaju literackiego przesłuchania.
[29:47] - Na wstępie powiem, że jest bardzo miło, że ma pan takie zdanie o mojej książce, bo zależało mi zdecydowanie na przekazaniu tego dalekowschodniego nastroju, klimatu. Wiem, że nie każdemu do końca może się podobać konwencja, ale jeżeli klimat już kogoś kupił, to jest to dla mnie bardzo dużo.
[30:09] - Ja nie jestem znawcą literatury grozy, ale czy ta książka da się zakwalifikować jako gatunek weird? Czy to jest ten gatunek?
[30:25] - Myślę, że w większości czytelnicy to tak kwalifikują. Natomiast ja nie wiem, bo wydaje mi się, że niektóre z tych opowieści są też takie w nutkę trochę bardziej klasycznej grozy albo takiej grozy pomieszanej. Z jakimś rodzajem niesamowitych opowieści fantastycznych. Więc powiedziałabym, że na pewno weird jest dominującym gatunkiem, jeśli chodzi o ten tomik, ale nie jedynym.
[30:57] - Powiem jeszcze jedno. Pani tworzy w tomie „Brudne sprawki wujaszka Hana” nie bez przyczyny użyłem słowa magiczny, magiczność, bo to jest jakby osobny świat. On niby jest nasz, niby jest rzeczywisty. Nasz mówię w sensie ten tu i teraz. To nie jest świat europejski, świat Dalekiego Wschodu, ale znany czy to z filmów, czy z literatury. Jakby nasz, ale to słowo jakby ma swoje znaczenie, bo on jednocześnie bardzo szybko, już przy pierwszym opowiadaniu, a przy następnych to już w ogóle, zaczyna nam uciekać. Okazuje się, że to nie jest tak do końca nasz świat. Jesteśmy w jakimś takim uniwersum, które rządzi się swoimi prawami. To jest niezwykle interesujące i jakby pani zechciała trochę o tym powiedzieć. Ja podam przykład.
Nagle dowiadujemy się, że są karty umarłych, jeżeli dobrze to pamiętam. Nagle pojawiają się postacie nie z tego świata. To już wtedy dokładnie wiemy, że to jest nasz, ale nie do końca nasz świat.
[32:20] - Przede wszystkim powiedziałabym, że jest to świat, który jest trochę naszym światem, dlatego, że to świat oparty na legendach miejskich. Na pewno słyszeliśmy o czarnych wołgach czy czakramach wawelskich, natomiast legendy, które ja przywołuję, są z innego kręgu kulturowego, więc mogą się wydawać czytelnikowi na początku troszkę takie nie do końca namacalne, ale staram się to gdzieś tłumaczyć, czy w tekście, czy dla bardziej ciekawych poszczególnych terminów, nawet w przypisach albo w ciekawostkach na końcu. Wydaje mi się, że jest to taki świat, który z jednej strony czerpie z tego, jak wygląda obecnie życie w Azji Wschodniej, które ja przynajmniej pamiętam ze swoich pobytów tam, czy wcześniejszych, czy teraźniejszych, ale też funkcjonuje w wyobraźni zbiorowej jako taki zbitek historii, który ludzie sobie opowiadają, że albo słyszałeś, że tam się dzieją dziwne rzeczy w tej restauracji, albo że żółta taksówka to cię zabierze w zaświaty. Oczywiście w naszym kręgu kulturowym opowiada się trochę inne historie, ale koncept rozumiemy jak najbardziej. Tak przynajmniej mi się wydaje. Więc jest to świat, tak jak właśnie pan to dobrze ujął, obcy, ale też trochę nasz.
[33:56] - Mnie niezwykle ujęło w tej książce to, że pani nie tłumaczy tego świata. Z kolei ja wytłumaczę z tego, co mówię. Otóż tam nie ma takich wyjaśnień stricte, czyli bo to jest tak i tak. My się tego dowiadujemy, odwołując się do analogii militarnych, niejako w boju, w marszu, że jeżeli czegoś nie rozumiemy, to idziemy dalej i w końcu rozumiemy, skąd się te rzeczy wzięły. Tego rodzaju narracja wydaje mi się, że jest trudna z punktu widzenia osoby piszącej, bo jednak wymaga zaufania do czytelnika.
[34:46] - Tak, to na pewno. Natomiast wydaje mi się, że obecnie jest duża tendencja na pisanie tak zwane filmowe. Przede wszystkim osoby piszące książki w dużej mierze próbują się wzorować czy na scenariuszach, czy na wartkiej, nazwijmy to, takiej filmowej akcji. Bo czytelnicy mają coraz krótszy i coraz trudniej im podzielić swoją uwagę. Więc jeżeli już udaje im się ich przyciągnąć do lektury, to dobrze dać im coś, co będzie ich trzymało w niepewności. A długi opis, niestety, jak wiemy z literatury klasycznej, to jest idealny sposób na to, żeby czujność czytelnika i w ogóle czytelnika samego w sobie uśpić. Więc ja jestem osobiście fanką opisów dynamicznych, czyli takich właśnie bojów, akcji, jak pan powiedział, albo też takich, które się pojawiają dokładnie w odpowiednim momencie, czyli w momencie, kiedy naprawdę bohater musi coś zrozumieć, musi do pewnych wniosków dojść. Szczerze powiedziawszy, dla mnie jako dla autorki taka narracja jest trochę bardziej intuicyjna ze względu, że ja jako czytelniczka też nie lubię ciężkich, długich opisów. Przyznam się bez bicia. Natomiast lubię, żeby ludzie mogli poczuć konkretną atmosferę, konkretny klimat, więc trzeba je dawkować i rozkładać tak, żeby było to czuć, ale w odpowiednich momentach i żeby te akcenty jednak nie przyćmiewały nam toku akcji.
Oczywiście ktoś powie, że może to być zdawkowe, może to być trudne, ale wydaje mi się, że ogólnie im bardziej pisanie staje się filmowe obecnie, tym większa jest taka tendencja.
[36:47] - Z zapowiedzi nasi słuchacze wiedzą, że jest pani osobą bywałą. Daleki Wschód to nie jest ilustracja, którą pani poznała oglądając, tylko pani tam po prostu była. Czy zechciałaby się pani podzielić jakimiś fleszami, refleksjami ze swoich podróży? Czy to do Chin, czy to na Tajwan, czy w ogóle w te miejsca, które są od nas tak odległe.
[37:24] - Na pewno takie podróże uczą człowieka pokory i w pewnym sensie szacunku do klimatu czy do przyzwyczajeń, jakie my mamy w naszym życiu. Bo my jako Polacy żyjemy w bardzo spokojnym i bezpiecznym, jeśli chodzi o klimat, miejscu na świecie. Nie mamy trzęsień ziemi, które są bardzo odczuwalne, bo jakieś tam ponoć mamy czasem. Nie mamy tajfunów. Wielkie powodzie zdarzają się od wielkiego dzwonu i praktycznie zostają zapisane w historii jako jakieś bardzo traumatyczne i wielkie zdarzenie. Natomiast w Azji i w Chinach, ponieważ są potężnym krajem, który zawiera w sobie góry takie jak Himalaje i znajduje się nad dwoma oceanami oraz ma naprawdę potężny, skomplikowany system rzeczny, na którego wylewach było oparte przez wieki całe życie ludności, to można powiedzieć, że tam ta natura człowiekowi daje czasem w kość i to zdecydowanie częściej niż w naszej części świata. Podobnie zresztą na Tajwanie, gdzie ja na przykład podczas swojego pierwszego pobytu, który był około 10 lat temu, jak byłam na pierwszym roku studiów, pamiętam, że tam przeżyłam jeden z większych tajfunów w ciągu ostatnich lat i to było dla mnie dość traumatyczne przeżycie. Zdecydowanie mniej traumatyczne niż trzęsienie ziemi, które ponoć było bardzo silne, ale nie wiem, bo ja je przespałam. Natomiast wszyscy w moim akademiku biegali po mnie i krzyczeli. Co jest dość osobliwym wspomnieniem, które zawsze będę w sobie nosić i mówić sobie, że jednak mam w sobie ten buddyjski spokój zen, skoro przespałam coś takiego.
[39:36] - Zdecydowanie tak.
[39:40] - Natomiast tajfun już nie dało się przespać, bo to trwało tydzień. To były opady deszczu, których nigdy nie widziałam nigdzie. A na przykład mieszkałam przez jakiś czas również na Wyspach Brytyjskich, gdzie ten deszcz zacina naprawdę mocno. I ten wiatr i jeszcze fakt, że samo wyjście na korytarz, który wychodził na takie otwarte podwórko, to było zmaganie się, jak walka o ogień, bo po prostu wiatr tak rzucał ludźmi o ścianę. Więc jeżeli coś sobie tam zostawiliśmy, to już raczej tego nie braliśmy. Pomijając takie proste rzeczy jak zakupy czy dostawa jedzenia, to było też okropne, bo jak człowiek jest zamknięty w akademiku i nie może po to wyjść, to jest też trochę sytuacja kryzysowa. A w tym też było coś śmiesznego, bo na końcu moi znajomi i rodzina, którzy nie do końca zrozumieli, jak to było poważne, bo w polskiej telewizji się o tym za dużo nie mówiło, zadzwonili do mnie po tygodniu, jak zobaczyli jakiś hotel na drugim brzegu Tajwanu, który spadł do morza. Po prostu 10 pięter się zawaliło do morza i stwierdzili, że u mnie na pewno coś się dzieje, ale to już u mnie się dziać przestało. Taka to była historia.
[41:20] - Mnie zawsze interesuje taki dynamiczny moment, w którym na przykład osoba studiująca sinologię, tak jak pani, ma jakieś wyobrażenie o tych miejscach daleko na Wschodzie, a potem jedzie tam i bardzo by mnie interesowało to zestawienie wyobrażeń i tego, co jest naprawdę na miejscu. Czy to pani jakoś specjalnie przeżyła, czy też te wyobrażenia pokryły się z tym, co było na miejscu?
[42:01] - Myślę, że to jest raczej taka odpowiedź dwutorowa, bo pewne rzeczy na pewno gdzieś mi się pokryły, pewne natomiast były takim nie powiem, że wielkim szokiem, ale z pewnością były niespodzianką. Prawda jest też taka, że pierwszy raz, kiedy ja tam jechałam, to mimo że nawet obecnie mamy firewalle i nie mamy całkowitego dostępu do informacji, jak zawsze i dokładnie jest w Chinach, to mamy na pewno więcej pasjonatów i więcej ludzi, którzy już tam byli i na przykład podzielili się swoimi wrażeniami. Więc to już jest coś więcej. Natomiast w tamtym czasie to jeszcze nie był aż tak popularny poza robieniem biznesu kierunek podróży. Na pewno było wiele rzeczy, które mnie zdziwiły. Przede wszystkim zdziwiło mnie to, mimo że patrząc na mapę Chin, jesteśmy w stanie zrozumieć, że jest to bardzo duży kraj, natomiast to, jaka jest jego różnorodność, to rozumie się dopiero na miejscu. Tam jest tyle różnych kultur, języków, smaków w lokalnych kuchniach i mentalności ludzi. Mimo że jest ona na wskroś azjatycka, zakorzeniona w kulturze konfucjańskiej, to powiedziałabym, że jest zawsze różnica między tymi stereotypowymi ludźmi z południa, którzy są bardziej delikatni, nastawieni na biznes i bycie modnym i tymi z północy, którzy są bardziej koleżeńscy, przyjacielscy, otwarci i serdeczni. Z mojego punktu widzenia ja miałam więcej do czynienia z tymi z północy, dlatego że najwięcej czasu spędziłam w Pekinie. Natomiast z południa też poznałam bardzo ciekawe osoby.
Poznałam też ciekawe osoby, które były z mniejszości chińskich, które czasem w ogóle nie wyglądają tak jak nasze stereotypowe wyobrażenie Chińczyka, bo na przykład Ujgurzy wyglądają, w dużym skrócie, jak ludzie z Kazachstanu, czyli są bardzo różni. Co mnie jeszcze zaskoczyło, to na pewno był fakt, że oczywiście to się wie, że jedzenie chińskie, do jakiego my jesteśmy przyzwyczajeni w restauracjach, to jest jedna rzecz, a jedzenie chińskie w Chinach to jest inna bajka, bo i sposób przygotowania, i sposób podawania, i przyprawy, i fakt, że praktycznie poza restauracjami buddyjskimi tam nie istnieje pojęcie, że jest się wegetarianinem, mimo że na przykład potrawy z tofu czy bezmięsne są szeroko dostępne. Jest dość ciężko dla nich pojąć, jeżeli nie jest się kimś religijnym, bo jest to rzecz związana z byciem bardzo religijnym buddystą. Taki rodzaj, nazwijmy to, postu z własnej woli. Mówiąc o religii, rzecz, która mnie bardzo ruszyła i zainteresowała, to jest fakt, że ludzie z jednej strony bardzo naciskają na to, że są ateistami, że nie wierzą w nic, ale są strasznie przesądni. Potrafią zapłacić krocie za odpowiednie rejestracje do auta, które mają w sobie szczęśliwe liczby. Potrafią wydawać pieniądze na amulety, jakieś błogosławieństwa, mimo że mówią, że nie wierzą w świat duchowy, życie pozagrobowe i generalnie to trzeba po prostu żyć tu i teraz i żyć dobrze. Ale z drugiej strony są też miejsca duchowe, gdzie można zobaczyć ludzi, którzy jednak próbują odnaleźć w sobie tę duchowość, chociaż nie jest to na pewno już to, co widzimy czasem w filmach kung-fu. Kontrast między kulturą klasyczną a kulturą taką, jaka jest, to zawsze ludzi uderza i mnie również to uderzyło, jeżeli mam tak powiedzieć, podsumowując już mój cały wywód.
[46:53] - Wrócę do książki, do „Brudnych sprawek wujaszka Hana”. Bardzo mnie to interesuje, czy te historie, które znajdują się w zbiorze opowiadań, to są historie zasłyszane, gdzieś zaczerpnięte z legend miejskich funkcjonujących na Dalekim Wschodzie? Kiedy pani tam była, czy to w Chinach, czy na Tajwanie, czy pani chłonęła te wszystkie historie grozy? Czy one się tam pojawiały, czy też to jest połączenie pani wyobraźni z pani wiedzą dotyczącą Dalekiego Wschodu?
[47:46] - To też zależy od opowiadania. Natomiast w niektórych z moich historii pojawiają się fakty, można powiedzieć wręcz historyczne, bo na przykład w opowiadaniu „O mały włos” mamy ludobójstwo, którego dopuszczono się w Malezji na mniejszości chińskiej i do tej pory rząd malezyjski sądzi się o to z Wielką Brytanią. Tu mamy historię, która jest przedstawiona jako legenda miejska, ale jak najbardziej to, co jest jej podłoże niestety miało miejsce. Jest też historia w „Dwóch legendach o głodnej ziemi”, gdzie ja praktycznie przytaczam historię odkrywcy wyspy Borneo, więc to są fakty historyczne. Potem w pozostałych historiach powiedziałabym, że to już jest miks tego, co ja wiem z zasłyszanych opowieści, zebranych gdzieś po drodze legend miejskich, które mnie zafascynowały A czasem rzeczy, które może nie do końca, ale mi się zdarzyły, tak jak w opowiadaniu „To nie sąsiedzi, mamy", co prawda tam jest to inaczej troszkę wytłumaczone, ale o handlu organami w celu poprawienia sobie karmy. I ja rzeczywiście zetknęłam się z czymś takim. Słyszałam o ludziach, którzy potrafią sprzedać sobie nerkę tudzież inną część ciała, żeby móc lepiej żyć. A jeszcze ktoś ideologicznie wmawia im, że to poprawia przepływ energii w ich ciele i oni są tak zafascynowani tą ideą, że ta dobra energia będzie lepiej płynąć w ich ciele, że ich życie nabierze kolorów, że zgadzają się na to i uważają, że to jak najbardziej jest dobra praktyka, bo jeżeli jakichś organów ma się po dwa, to czemu nie pozbyć się jednego, jeżeli mamy być potem bardziej szczęśliwymi ludźmi? Dla mnie to był straszny paradoks i chciałam o tym napisać artykuł, ale powiem szczerze, że zebrałam wywiady i nie byłam w stanie, bo to bardzo ciężki temat, jeżeli się tak o tym pomyśli głębiej.
[50:19] - Teraz chciałbym zapytać o wujaszka Hana, bo to jest taka postać w tym zbiorze opowiadań, która jest, ale nie do końca. Ona się gdzieś tam przemyka, właściwie w cieniu bywa czasami. Czasami wręcz jest takim tylko zaznaczeniem, że w tym opowiadaniu ten wujaszek Han gdzieś tam przemyka zupełnie na marginesie. To jest taki element łączący poszczególne opowiadania w zbiorze. Skąd ten pomysł?
[50:58] - Wydaje mi się, że zawsze, jeżeli myślimy o legendach, to myślimy, że gdzieś za tym wszystkim stoi jakiś człowiek, jakiś półbóg, jakaś siła, na którą pozostali nie do końca mają wpływ i w pewnym sensie mogą być wybrańcami albo ofiarami tej siły i w zależności od tego, jaka jest ich pozycja, taki będzie ich los. Ale tragedia tego wszystkiego polega na tym, że my nie wiemy, kim jesteśmy. I wydaje mi się, że właśnie czymś takim jest wujaszek Han. Bo przecież w każdej mitologii, która nawet nie jest mitologią miejską, mamy jakichś bogów, którzy sobie planują różne bardzo niefajne tudzież fajne rzeczy, a ci ludzie, którzy odgrywają ich wolę na ziemi, to są takie pionki w ich dłoniach, które oczywiście do pewnego stopnia mają jakąś wolną wolę, ale są w jakiś sposób też predysponowani do tego, żeby podążać drogą wyznaczoną im przez tą nadistotę. I właśnie coś takiego próbowałam oddać tą postacią. Mam nadzieję, że w jakimś stopniu mi się to udało, bo tworzenie kolejnego arcyzłego człowieka, który będzie opowiadał w każdym opowiadaniu, dlaczego jest taki zły, to wydawało mi się trochę zbyt banalne. Chciałam stworzyć kogoś, kto może nie jest aż tak bardzo zły, jak może szary. I z jednej strony uważamy, że jest paskudny, umoczył się w wielu niedobrych rzeczach, ale z drugiej próbujemy spojrzeć na niego. On też jest człowiekiem. Jemu też coś w życiu nie wyszło.
Jemu też coś w życiu się stało. Przynajmniej kiedyś był jednym z nas.
[53:06] - Wujaszek Han to jest człowiek, który budzi grozę właśnie przez to, że jest człowiekiem z cienia. Gdyby to był taki wielki, zły człowiek, który straszy nas swoją obecnością, to by było w sumie banalne, bo złych bohaterów to literatura popularna, w ogóle literatura napakowana jest złymi, złymi i jeszcze raz złymi. Natomiast wujaszek Han jest przerażający chwilami właśnie dlatego, że jest człowiekiem z cienia. Jest człowiekiem, o którym dowiadujemy się przy okazji. Czasami jest tak, że dowiadujemy się przy okazji. Niewiele o nim wiemy, ale sama jego obecność, samo wspomnienie o tym, że on gdzieś tam jest sprawia, że pojawia się napięcie. Sprawia, że czujemy tę grozę. To tak mniej więcej wygląda.
[54:17] - To można powiedzieć, jest rodzaj jakiejś strzelby Czechowa, która nie wiemy czy i kiedy wypali. Tylko że ja w przeciwieństwie do Czechowa, po prostu postanowiłam na taki wieczny suspens, żeby czytelnik nie wiedział kiedy i czy w ogóle ta strzelba ma zamiar wypalić, ale żeby się bał tego, co to wypalenie może za sobą przynieść. Więc wydaje mi się, że efekt został osiągnięty.
[54:48] - Ja mam pytanie takie czysto warsztatowe. Tak mi się przynajmniej wydaje. Czy kiedy pani była tam na Dalekim Wschodzie, to jakoś pani robiła notatki? Bo- Pani opowiadania są pełne szczegółów. A to poznajemy restaurację, knajpę, której ktoś dostarcza pożywienie, a to poznajemy człowieka, który jest youtuberem, który kręci filmy odnośnie rzeczy niesamowitych. To jest efekt obserwacji, efekt wyobraźni czy też połączenia jednego i drugiego?
[55:38] - Na pewno jest to połączenie jednego i drugiego, bo jeśli chodzi o opisy knajp, świątyń czy mrocznych zakamarków i uliczek, to na pewno byłam w tylu takich miejscach, że jest to we mnie gdzieś głęboko zapisane. Taką uliczkę mogę opowiedzieć komuś, odtwarzając z pamięci pewne szczegóły, które może nie dotyczą jednej konkretnej uliczki, ale mojego obrazu, który mam. Tak na zasadzie, patrząc w naszym kręgu kulturowym, jak ktoś był w wielu kościołach barokowych, jest w stanie opisać kościół barokowy, prawda? Że tu ma kopułki, tam ma złocenia, a aniołki są bardziej pulchniutkie niż szczupłe. Pewne rzeczy, które umknęły mojej pamięci chciałam opisać dokładnie i nie bałam się posiłkowania zdjęciami, których mam multum, czy obejrzeniem sobie filmu, który by mi przypomniał, jak dane miejsce wygląda w ruchu. Jednak obrazy, które mamy zapisane w głowie, nie zawsze są ruchome. Czasami obejrzenie jakiegoś dokumentu z miejsca tudzież fragmentu o miejscu, które chciałam bardzo dokładnie opisać, coś we mnie wzbudzało, coś mi przypominało.
[57:21] - Teraz chciałbym zapytać jeszcze dalej o sprawy warsztatowe, bo w opowiadaniach, przynajmniej takie wrażenie odniosłem, jest bardzo dużo zmysłowości. W tym sensie, że dostajemy zapachy, pracują nasze zmysły. Przy pani opowiadaniach jest tak, że przynajmniej może ja tak miałem, nie wiem, ale rzeczywiście pracowały moje zmysły. Ja sobie Daleki Wschód wyobrażałem wszystkimi zmysłami. To jest świadomy zabieg?
[58:11] - Tak, dlatego że wydaje mi się, że my jako istoty zmysłowe mamy potrzebę wyobrażania sobie pewnych rzeczy multisensorycznie. Ze względu też, że doświadczenie Dalekiego Wschodu jako miejsca, w którym się bywa, wciąż nie jest tak powszechne, jak na przykład pojechanie sobie pociągiem nad morze. Chciałam przybliżyć czytelnikowi nie tylko obrazy, ale też wszystkie czynniki zmysłowe, czy te przyjemne, czy te mniej przyjemne w taki sposób, żeby mógł jak najbardziej poczuć, że on tam jest, że on na poziomie emotywnym łączy się z bohaterami, bo inaczej próg wejścia byłby dość wysoki. Na pewno nie jest też bardzo niski. Tak jak pan mówi, nie inwestuję tutaj w bardzo duże, piętrowe opisy i staram się je wrzucać w odpowiednich dla fabuły momentach. Natomiast staram się to robić tak, żeby czytelnik rzeczywiście poczuł na własnej skórze Daleki Wschód w sposób bardziej dogłębny. Być może niekoniecznie zgodny z wyobrażeniem z filmów czy z pocztówek, bo ja tam nie czaruję. Są rzeczy związane z brudem ulic czy z zapachami, które niekoniecznie są przyjemne i ładne, ale przynajmniej człowiek może poczuć, że doświadcza czegoś prawdziwego, że to nie jest pocztówka czy kadr z filmu promującego wczasy na egzotycznej azjatyckiej wyspie.
[01:00:19] - Ja jako miłośnik science fiction chwilami, kiedy czytałem pani książkę, miałem wrażenie, że jestem gdzieś na innej planecie. To dokładnie tak wyglądało. Pani przedstawia te okoliczności przyrody. To żart oczywiście, ale to wszystko, co tam składa się na wizję tego świata niesłychanie plastycznie. Jednocześnie mamy świadomość tego, że jest to bardzo inne niż to, co obserwujemy wokół siebie. Pytanie- Co nas najbardziej różni? Co nas tak fascynuje w Dalekim Wschodzie, że tak jak ja odbieramy to czasami jak świat z innej planety? Z jakiego powodu? Co jest tak bardzo inne w tym świecie, który pani opisuje?
[01:01:31] - Na pewno jest to fakt, że mamy bardzo wiele wyobrażeń i oczekiwań związanych z tą częścią świata, bo tak jak mówię, ona jest obecnie, powiedzmy to tak kolokwialnie, na topie. Jest wiele zdjęć, wiele filmów wielu ludzi, którzy pojechali tam na tydzień lub dwa i dzielą się z nami swoimi spostrzeżeniami. Natomiast z perspektywy antropologa kultury mogę powiedzieć, że pewne rzeczy rozumie się, dostrzega i czuje dopiero jak człowiek w danym miejscu się zasiedzi, przesiąknie nim, poczuje jego rytm, poczuje to, jak życie w tamtym miejscu właściwie funkcjonuje, na jakich zasadach dla ludzi, którzy są tak naprawdę stamtąd. Tego nigdy nie zobaczymy jako turyści. Jeżeli nie jesteśmy wybitnie zainteresowani podróżą w te konkretne rejony, do nas dociera obraz tych podróżników, nazwijmy to, takich czasowych, niedzielnych, którzy nie jadą tam, żeby robić jakieś konkretne badania czy żeby studiować tę kulturę, a żeby po prostu przyjemnie spędzić czas, zobaczyć coś nowego. Nie ma w tym nic złego, natomiast tacy ludzie przywożą ze sobą zupełnie inny zestaw wspomnień niż ktoś, kto stara się to studiować i zrozumieć. Więc to uczucie, o którym pan tutaj mówi, ta inna planeta z pewnością ma źródło w tym, że jest kontrast między oczekiwaniem, czyli tym, co jest tak szeroko i najbardziej dostępne na temat kultury chińskiej czy kultury wschodnioazjatyckiej, a tym, jak to wygląda w praniu, bo to są często bardzo różne dwie rzeczy.
[01:03:40] - Pani ma, myślę, najlepszy obraz tego, czym różni się groza w wykonaniu europejskim i w wykonaniu dalekowschodnim. Czy my się boimy tych samych rzeczy? Czy jednak sprawy kulturowe decydują o tym, że jednak groza europejska i groza dalekowschodnia to są dwie zupełnie inne grozy? Jakby pani to ujęła? Ja się zawsze zastanawiam, czy człowiek naprawdę te ileś tysięcy kilometrów na wschód czy na zachód jest naprawdę tak inny?
[01:04:34] - Tu znowu podpowiedź jest i tak, i nie. My jako rasa ludzka mamy raczej tak zwane lęki uniwersalne i pierwotne. Boimy się straty, boimy się cierpienia. Boimy się tego, że będziemy ostracyzowani, niekochani. Natomiast to, co jest różne, to jest sposób wyrazu tych emocji i to, jak sobie z nimi radzimy. Takim koronnym, tradycyjnym przykładem grozy azjatyckiej historycznej dla mnie są „Dziwne opowieści” ze studia Laozi. Jest to zbiór opowiadań z okresu mingowskiego, gdzie mamy te wszystkie tradycyjne postaci z grozy chińskiej. Kogo my tu mamy? Kobietę-lisa, czyli taką typową czarownicę, która wykorzystuje swoje wdzięki, żeby omamić i skrzywdzić biednych, nieświadomych mężczyzn. Mamy duchy osób, które wracają, żeby się zemścić czy przypomnieć swojej rodzinie, że powinni o nich pamiętać.
Mamy mnichów opętanych przez demony, z którymi zadali. Myślę, że to są historie, w których gdyby zmienić szczegóły, zmienić kontekst kulturowy i nazwy tych demonów czy wiedźm, szczerze powiedziawszy, możemy je odnaleźć również w polskiej kulturze czy w europejskiej jakiejkolwiek. Natomiast to, co różni te opowieści, to jest sposób wyrazu. Azjatycki i chiński sposób pisania tudzież wyrażania się w sztuce jest trochę bardziej oszczędny w środkach wyrazu. Preferuje się używanie słów, które są krótsze, dosadne, mniejszej ilości tak zwanej opisówki i szukanie piękna w minimalizmie. Im krótsze, im bardziej dobitne będzie dane zdanie, tym powinno wywrzeć na nas większy efekt, tak w dużym skrócie. Podejrzewam, że pisząc też próbowałam, chociaż oczywiście po polsku nie do końca zawsze da się zastosować te zasady, ale też starałam się podążać za tą myślą, żeby tych środków było mniej niż więcej, ale żeby one jednak były dobitne i pozostawiały Na czytelniku swój ślad.
[01:07:23] - Chciałbym zapytać, jak to jest z literaturą dalekowschodnią, chińską powiedzmy. Czy tam również groza jest obecna, jeśli chodzi o wydawców? To z jednej strony, a z drugiej czy Chińczycy, a może szerzej ludzie na Dalekim Wschodzie, boją się tych samych rzeczy, których my boimy się tutaj w Europie? To jest niejako powtórzenie poprzedniego pytania, a może doprecyzowanie.
[01:08:05] - Tak. Patrząc na to, co możemy zaobserwować jako tendencję, groza jest na pewno również w tamtym świecie rzeczą bardziej niszową niż główny nurt literatury. Natomiast jak najbardziej ma się dobrze i mimo że największy boom na grozę azjatycką, głównie związany z kinem, myślę, że przewalił się przez cały świat już jakieś 10 lat temu, to nadal ten gatunek gdzieś się tam rozwija i trzyma bardzo dobrze. Na pewno ludzie boją się podobnych rzeczy i opowiadają sobie podobne historie, bo pamiętam, że nawet podczas praktycznie każdego z moich pobytów wyjazdy gdzieś ze znajomymi na działkę tudzież na wieś kończyły się tym, że robiliśmy duże ognisko i opowiadaliśmy sobie wokół niego straszne historie. Chociażby to, że ludzie w różnym wieku, bo to gdzieś się ciągnęło, odkąd miałam 19 lat do chwili obecnej, są tak zafascynowani tym strachem, że chcą się dzielić właśnie opowieściami na ten temat, a nie na przykład śmiesznymi żarcikami. Jest tam jednak kultura przekazywania tych opowieści, co też być może jest zakorzenione w przesądności ludzi, która w Chinach jest czymś ważniejszym od religii, bo tak jak mówiłam, religia sensu stricte jest na drugim planie. Ważniejsze są te wierzenia, powiedzmy wywodzące się z wierzeń ludowych. Więc ja bym w tym widziała jakiś istotny element, istotny ślad tego. Co do konkretnych pisarzy, szukam właśnie w pamięci jakichś rzeczy, które byśmy też mogli przeczytać po polsku. Niedawno wyszła książka w wydawnictwie bodajże Mowa „Upiorne miejsce” Yanga.
To jest książka, która praktycznie można powiedzieć, że jest weirdem, bo ma motyw powrotu do korzeni osoby, która wyjechała z małego miasteczka ze względów związanych z tożsamością, która tam nie była akceptowana przez tą społeczność. Oddaliła się od korzeni i wróciła tam, żeby zastać bardzo niepokojące rzeczy. Powiedziałabym, że motyw praktycznie jak z klasycznego Lovecrafta, prawda? A mimo to osadzony na Tajwanie. Więc jak najbardziej ta groza jest i nawet możemy ją w dobrym tłumaczeniu przeczytać.
[01:11:12] - A czy boimy się tych samych rzeczy?
[01:11:19] - Na pewno boimy się podobnych rzeczy. Ale czy tak samo mocno? Wydaje mi się, że Azjaci dużo bardziej boją się utraty prestiżu. Tej twarzy, bo w ich kulturze bardzo ważne jest pojęcie twarzy, czyli wizerunku, jaki mamy dla świata. Mówi się nawet, że stracić twarz, to jest stracić więcej, niż gdybyśmy stracili cały majątek i rodzinę. Bo ten wizerunek, który mamy dla świata, jest bardzo ważny. Jest wielką, ogromną presją. Patrząc na kulturę europejską, my jednak jesteśmy troszeczkę większymi indywidualistami, więc nawet jeśli otrzymujemy dużo presji od rodziny, najbliższych, społeczeństwa, żeby być tacy, a nie inni, z reguły to jest tak, że pewnym z tych oczekiwań będziemy chcieli sprostać, pewnym z tych oczekiwań po prostu się oprzemy i powiemy: „Nie, ja nie chcę tak żyć. Mam tutaj gdzieś swoją drogę”. Natomiast w kulturze konfucjańskiej, gdzie całe państwo jest jednym wielkim klanem i systemem połączeń między ludźmi, to tak niestety nadal nie działa, bo człowiek myśli o sobie jako części sieci kontaktów, części społeczności rodziny, przedłużeniu swojego rodu i presja, jaka na nim spoczywa, żeby podtrzymać te wszystkie nadzieje, te wszystkie oczekiwania wobec niego jest dużo mniejsza niż w wypadku kogoś, kto jest wychowany w kulturze, która mówi: „Nie, ty jednak bądź sobą, bądź kim chcesz.
Próbuj się realizować w tym, co chcesz”. Konfucjusz powiedziałby: „Gdzie? Masz się realizować w tym- Czego chce od ciebie twoja rodzina? Czego chcą od ciebie twoi najbliżsi? Bo tak jest dobrze i pożytecznie. Powiedziałabym, że to jest dla mnie największa różnica w tym, czego się boimy. Bo oczywiście wszyscy boimy się duchów czy strasznych odgłosów, ale strach o utratę prestiżu jednak jest tam dużo silniejszy niż gdzieś u nas.
[01:13:55] - Jeśli chodzi o pani książkę, to jeszcze jedno pytanie mi się nasuwa: czy istnieje duża różnica w podejściu do kobiet – to jest trochę pytanie z tezą, ja sobie zdaję z tego sprawę, ale jednak je zadam – w podejściu europejskim i daleko wschodnim?
[01:14:25] - Na pewno kultury Dalekiego Wschodu mają większą emfazę na to, żeby kobieta reprezentowała sobą przypisane tradycyjnie cechy, żeby była ciepła, wspierająca, uśmiechała się, była centrum ogniska domowego. Oczywiście jeżeli przy okazji realizuje się w jakiś sposób kreatywny, zawodowy, nie ma w tym nic złego, natomiast tradycyjnie rzecz ujmując, to nie powinien być jej priorytet, bo jeżeli nim jest, to może przegapić inne ważne rzeczy, takie jak związanie się z odpowiednim partnerem, posiadanie dzieci i może tego potem żałować. To też wynika z kultury konfucjańskiej, w której kobiety nie mają za dobrze. Praktycznie zawsze zależą od kogoś, czy to od starszej stażem macierzyńsko-dorobkowym kobiety, czy to od brata, ojca czy męża. Więc właściwie powiedziałabym, że bycie kobietą w kulturze konfucjańskiej, tej tradycyjnej, nie jest za ciekawe. Jak to wygląda dzisiaj? Dziś z pewnością słyszy się wiele o kobietach, które robią spektakularne kariery w wielkich miastach, ale są też tego ciemne strony, ponieważ z bagażem kulturowym jest im raczej ciężej znaleźć partnerów, którzy na przykład nie będą mieli wymagań, żeby porzuciły swoje dążenia i były bardziej ciepłe i domowe, nawet jeżeli jest to bardziej podświadome. Można to porównać z krajami takimi jak Polska czy południe Europy, gdzie na przykład pewne naciski Kościoła sprawiają, że kobieta też jest troszeczkę w pozycji mniej równoprawnej w stosunku do mężczyzn niż w pozostałej części zachodniego świata. Natomiast wydaje mi się, że w Chinach to uwarunkowanie kulturowe jest znacznie cięższe pod tym względem, że tych obowiązków wobec społeczeństwa kobiety mają trochę więcej i presja, żeby im wszystkim sprostać, jest naprawdę nieciekawa. W Chinach dochodzi do tego jeszcze sytuacja nierówności płci, czyli fakt, że mężczyzn jest dużo więcej niż kobiet, bo kiedyś ludzie woleli mieć synów.
I tak wyszło, że teraz jest bardzo duża dysproporcja, więc kobiety z jednej strony są w mniejszości, z drugiej po prostu są tłamszone przez tradycyjne wzorce w taki sposób, że nie do końca mogą się w tym realizować zawsze tak, jak byśmy powiedzieli: „Powinno to być normalne w obecnych czasach”.
[01:18:04] - Ale w pani książce, w zbiorze opowiadań „Brudne sprawki wujaszka Hana” spotykamy też kobiety twarde. Przykład? Chociażby dziewczyna owego youtubera. To jest kobieta, która wie, czego chce, a w dodatku jej partner... Szukam dobrego słowa. Obawia się, a w każdym razie liczy się z jej zdaniem. To chyba jest najbezpieczniejsze sformułowanie. W ogóle w pani opowiadaniach od czasu do czasu przemyka jakaś silna osobowość kobieca.
[01:18:49] - Paradoks tej kultury polega na tym, że z jednej strony w tradycyjnych wzorcach kobieta powinna być miła, cicha i do rany przyłóż. Natomiast patrząc na to, jak to obecnie wygląda, to jednak silne osobowości kobiece zaczynają być bardziej dominujące i interesujące, jeśli chodzi oczywiście o młodsze pokolenia. Bo staram się pokryć Zmiany, które zaszły na tamtym obszarze w ostatnich 30 latach, a to już jest bardzo dużo. Jeżeli próbujemy to objąć w kategoriach antropologii, tam naprawdę nastąpiła mała rewolucja. I tak, te kobiety są silne, bo pamiętam, że raz na wykładach z kultury chińskiej jeden z wykładowców dopuścił się średnio śmiesznego żartu, że w Chinach, tudzież w krajach kultury konfucjańskiej, przemoc wobec mężczyzn jest częstsza niż wobec kobiet. Przynajmniej ta werbalna. Bo kobiety są tak silnie ugruntowane w roli silnej matki czy silnej kobiety, która wszystkich musi ustawić tak, jak chce, że kochają tym, że oni na swój sposób, a facet może się tylko z tym liczyć i temu podporządkować, jeżeli chce mieć spokój. Jakkolwiek ten żart, patrząc na to, jak wyglądają czasami pewne niemiłe sytuacje, jest mało śmieszny, to prawda jest taka, że silne kobiety jak najbardziej tam istnieją i mają się dobrze. Więc starałam się skupić na takich wzorcach, bo nie przepadam za wzorem mimozy ofiary. Uważam, że promowanie czegoś takiego w pisaniu o innych kulturach z jednej strony może być ciekawą wartością, ale mamy przecież te wszystkie tajemnicze gejsze i delikatne kwiaty.
Chciałam, żeby moje bohaterki były inne.
[01:21:27] - Pani Aleksandro, to jest pytanie, za które przynajmniej część autorów mówi, że nie lubi mnie, ale ja je i tak zadam. To jest pytanie o kolejne plany, bo wyszła książka, mamy „Brudne sprawki wujaszka Hana”, ale ja nie wierzę, że osoba pisząca już nie myśli o następnej książce. To jakby pani zechciała uchylić rąbka tajemnicy, co to będzie za książka, w jakich klimatach i tak dalej.
[01:22:08] - Planów to ja mam bardzo dużo, więc może skupimy się na czymś, co ja już mam na wirtualnym papierze, to będzie łatwiej. Na pewno moim najbliższym planem, moim najnowszym dzieckiem, które mi się udało całkiem niedawno skończyć i teraz jestem w okresie intensywnej pracy nad tekstem, jest powieść grozy osadzona we Włoszech. Nie mówiliśmy o tym, ale ja obecnie mieszkam we Włoszech, więc staram się znowu wykorzystać swoje wrażenia, aczkolwiek historia w ogóle nie jest z mojego życia.
[01:22:54] - Przepraszam, tylko wtrącę. Czyli zupełnie zmieniamy klimaty, zupełnie zmieniamy geografię. W ogóle wszystko zmieniamy chyba.
[01:23:06] - Tak, ale ja do Azji na pewno jeszcze wrócę, bo mam wiele pomysłów z tym związanych i uważam, że ciekawość czytelników z tego, co widzę, jest. Więc na pewno też wrócę. Ale jak pan na pewno wie, pisząc człowiek próbuje też odkrywać nowe klimaty, nowe środki wyrazu, a pisząc o nowym miejscu i nowej kulturze, innych zupełnie ludziach, na pewno można się nie znudzić tym, co się lubi. Bo gdybym pisała o jednym i tym samym, to byłoby takie ryzyko. Natomiast tak sobie różnicuję i jest na pewno ciekawiej dla mnie i mam nadzieję dla czytelników również będzie ciekawiej.
[01:23:55] - Ja pani przerwałem, kiedy pani mówiła o tej powieści włoskiej, tak ją określmy. Ile pani może zdradzić, jeśli chodzi o ten utwór?
[01:24:09] - Mogę zdradzić tyle, że na pewno będzie tam bardzo istotna rola motywu gór i że będą postaci, które będą związane też z Polską.
[01:24:29] - Pani Aleksandro, ja pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Jak rozmawialiśmy poza anteną, wiem, że pani jest zainteresowana niezwykle tym elementem, który pojawił się w pewnym momencie w naszej rozmowie, czyli legendami miejskimi. Zanim skończymy nasze spotkanie, jakby pani zechciała jeszcze na ten temat troszeczkę powiedzieć.
[01:25:03] - W dużym skrócie powiem szczerze, że legendy miejskie są tylko częścią mojego zainteresowania legendami i mitami z całego świata, bo uważam, że ludzi najłatwiej i najlepiej jest zrozumieć, jeżeli nie tylko ich obserwujemy. Bo czasami to, jak my ich obserwujemy przez nasze filtry kulturowe, może być już w jakiś sposób spaczone i inne, bo mamy jakiś obraz, mamy jakieś stereotypy, mamy jakiś pomysł na temat tego, co jest dobre i złe. Jak pewne rzeczy powinno się robić, w jakiej kolejności, nawet jak chodzi o takie czynności zwykłe. Dlatego zrozumienie człowieka przez jego wierzenia, ale nie te takie wierzenia typu do kogo się modli, gdzie chodzi do kościoła, czy może nie chodzi, może w ogóle nie jest religijny. Tylko te takie wierzenia, nazwijmy je ludowe. Jest z pewnością ciekawsze i pozwala na głębszym poziomie zrozumieć, czemu na przykład ktoś odpokuje w niemalowane drewno, a czemu tak jak niektórzy Chińczycy zamawia sobie za grube pieniądze ten, a nie inny numer telefonu, bo są tam same szczęśliwe cyfry. Stąd też zainteresowanie legendami miejskimi, bo wiadomo, że folklor wywodzi się oczywiście z kontekstu wiejskiego, ale świat azjatycki jest zdecydowanie bardziej zurbanizowany niż ten nasz. Dlatego moje myślenie w kierunku, że próbuję zrozumieć tych ludzi, czemu oni tacy są, poszło w tym kierunku. Skoro oni nie są przesadnie religijni, nie potrzebują się modlić, poszczą tylko jeżeli stwierdzą, że mają ochotę bardziej o siebie zadbać, to chcę zrozumieć, dlaczego oni pewne rzeczy robią. Chcę zrozumieć, skąd się wywodzą pewne ich zwyczaje, wierzenia.
Więc idę w tym kierunku legend miejskich, które nie zawsze są tylko tymi strasznymi przerywnikami w ciągu dnia, kiedy mówimy, że: „A czy słyszałeś, co tam się stało dwie ulice temu, dwa tygodnie temu? Bo to była ciekawa historia”. Tak w skrócie powiedziałabym, że chodziło mi właśnie o to.
[01:28:01] - Ja myślę, że stali słuchacze „Bibliotekarium 2.0” czekają jeszcze na jedno pytanie z mojej strony i ja je zadam. Otóż ja bardzo często proszę naszych gości o to, żeby spróbowali sformułować odnośnie książki, którą wydali ostatnio taki prywatny blurb. Gdyby pani miała zareklamować swoją książkę, swój zbiór opowiadań „Brudne sprawki wujaszka Hana”, to jaki blurb wygłosiłaby pani do słuchaczy? Tak mniej więcej.
[01:28:43] - Zapytałabym się na pewno, czy lubią się bać, a jeśli tak, to czy przeraża ich bardziej to, czego nie widzą, czy to, o czym tylko słyszeli i nie do końca umieją to określić. Jeśli to co drugie, to zdecydowanie polecam im „Brudne sprawki wujaszka Hana”, bo tam zło jest zakulisowe, nieoczywiste i z pewnością nie do końca takie, jak się spodziewają. Ponadto jest to książka, która pozwala poznać odległą, mimo że ostatnio dość popularną kulturę dalekowschodnią z perspektywy, która może być nieco odmienna niż ta, którą znamy z mediów społecznościowych czy podróżniczych. Z pewnością to stanowi też wartość dodaną tego zbioru.
[01:29:47] - Pani Aleksandro, pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Mam nadzieję, że przyjdzie nam się jeszcze spotkać przy okazji rozmów na przykład o legendach miejskich. Bardzo na to liczę i jeszcze raz pięknie dziękuję. Dobrej nocy.
[01:30:07] - Również dziękuję. Dobrej nocy i mam nadzieję, że będziemy mogli pociągnąć wątek legend miejskich dokładniej.
[01:30:18] - Proszę państwa, ja się już naprawdę cieszę na tę zapowiadaną przeze mnie już wcześniej audycję o legendach miejskich, której autoaudycji pani Aleksandra będzie jedną z uczestniczek. A teraz czas na spotkanie z Piotrem Cielebiasiem i na bibliotekaryjne „Filmotekarium”. Dzisiaj, tak jak obiecaliśmy w zeszłym tygodniu, będziemy mówić o nowościach w kinie sci-fi. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale nie. Oddaję głos Piotrowi. Oddaję głos sobie. Rozmawiamy o filmach. Dzień dobry wieczór, Piotrze. „Filmotekarium” czas zacząć.
[01:31:14] - Tak, parafrazując znanego youtubera: siemano, siemano, „Filmotekarium TV” otwiera wam do science fiction drzwi.
[01:31:23] - Wow, to już zaczyna poetycko brzmieć naprawdę. Cóż, nie wiem, czy dotrzymam kroku. W każdym razie dzisiaj jedziemy w sci-fi, tak jak to zapowiadaliśmy. I te sci-fi różne są, ci powiem. Różne były. Odnoszę wrażenie, że sci-fi ostatnio, przynajmniej na tej próbce, którą dzisiaj będziemy- Analizować, stały się bardzo kameralne. Co prawda w przypadku "Czarnego Kraba" kameralność to rzecz względna, ale mimo wszystko, jeśli kameralność pojmiemy jako pewną ograniczoną liczbę bohaterów, jednak takie pokazanie relacji międzyludzkich głównie, a dopiero potem świata, to chyba opisałem tendencję w sci-fi, które dzisiaj będziemy omawiać.
[01:32:26] - Tak. Na koniec sobie odpowiemy na pytanie, czy ta tendencja jest na plus, czy na minus. Natomiast w dzisiejszym odcinku tradycyjna garść nowości z odrobinką narzekania. Do tego będzie jeszcze - uwaga - bonus, czyli zapowiedź czekających nas niedługo hitów gatunkowych, o których informacje już się przedostały do internetu. Nie możemy się chyba doczekać, mówiąc szczerze, ale o tym na koniec.
[01:32:55] - Nie mogę się nie wtrącić. Przypomina mi się Kabaret Studio 202 z Wrocławia i tam jak były takie skecze wzorowane na trylogii Sienkiewicza, to jak się pojawiał pan Melechowicz, to było zawsze hue, hue Melechowicz. Albo jak były inne sytuacje, takie dziwne, to też było zawsze hue, hue. To ja dzisiaj też sobie pozwolę tak troszeczkę - à propos tego, co powiedziałeś przed chwilą - też zrobić takie hue, hue à la Studio 202, a później się wyjaśni.
[01:33:35] - Tak. Dzisiaj główną uwagę skupimy na trzech nowościach. Tak się dziwnie złożyło, że to są wszystko europejskie filmy science fiction w stylu post-apo, czyli prezentujące nam cywilizację w momencie, kiedy ona wydaje ostatnie tchnienie albo to już zrobiła i różnego rodzaju niedobitki próbują jeszcze jakoś sobie organizować życie. Zasadniczo, Marku, moglibyśmy powiedzieć parę słów na temat ogólnej kondycji filmowego science fiction, ale to może zostawmy na koniec. Zacznijmy od filmu, który miał premierę najwcześniej, a jest to rzeczony "Czarny Krab", szwedzki thriller sci-fi z elementami akcji z roku 2022, w którym w głównej roli łyżwiarki i żołnierki jednocześnie widzimy znaną z "Prometeusza", między innymi Noomi Rapace. Jeśli ktoś jeszcze tego nie oglądał i myśli, że to będzie film, w którym się wszystko będzie koncentrowało wokół futurystycznych sportów zimowych, to poniekąd ten ktoś ma rację. Ale tak, Marku, zacznijmy od tego, że wszystko się zaczyna źle. Dowiadujemy się, że istniał świat, w którym się zdarzyła wojna. Rzecz się dzieje w Szwecji. To ciekawe w ogóle, bo widz z Polski sobie naturalnie uzmysławia, co w tym czasie się stało nad Wisłą.
Ale to zostawmy. Główna bohaterka zostaje wytypowana do samobójczej wręcz misji, której celem jest przewiezienie tajemniczej przesyłki do bazy, co rzekomo ma zakończyć trwający konflikt. I powiem ci tak: o dziwo, ten film momentami buduje tak zwany klimat i ma bardzo dobry punkt wyjścia. Kiedy sobie przeanalizowałem różnego rodzaju komentarze na portalach, okazało się, że nie jestem odosobniony w tym wniosku. Wiele osób po prostu pisało to samo. "Krab Czarny" miał potencjał, ale niestety, jak to bywa w tych omawianych przez nas filmach, im dalej, tym gorzej.
[01:35:47] - Tak. Domyślacie się państwo zapewne, jako człowiek zdeklarowany, który bardzo często podkreśla, że jak się strzelają, to jest nieźle, to jak zobaczyłem początek, takie klimaty wojskowe, mówię sobie: kurczę, może być nieźle. Jeszcze chwilę później, kiedy powierzono akcję do przeprowadzenia pewnej grupie żołnierzy, mówię: o, naprawdę będzie nieźle. W dodatku miałem skojarzenie. Wybaczcie państwo, ale nie pamiętam tytułu. W latach 80., w drugiej połowie, w Alma Pressie wychodziły takie zeszyty sci-fiowe. W jednym z nich było opowiadanie - znowu autora bardzo przepraszam, ale też nie pamiętam - które miało podobny klimat. Był posłaniec, który przemierzał na łyżwach takie olbrzymie odległości. To mi się natychmiast skojarzyło. Może to jest przekleństwo, że pamiętam tyle różnych treści.
Jak zauważyliście państwo, niekoniecznie tytuły i niekoniecznie autorów, ale treści pamiętam. Mówię sobie: o, może być fajnie. Później film się toczył dalej i niby wojna gdzieś w tle, niby jakaś akcja się odbywa, ale to wszystko jakieś takie... Sam nie wiem, czy to chodzi o to, że reżyser próbował psychologizować, może scenarzysta. Czy też chodzi o to, że za mało się strzelają, czy też może chodzi o to, że tam jest jakaś tajemnica, która się niby rozszyfrowuje.
[01:37:43] - Powiem ci tak, co jest najgorsze w tym filmie, że tam niby jest wojna, ale tak do końca nie wiemy w ogóle o co, z kim, po co? Szkoda, bo to z pewnością dałoby Dałoby to jakiś sens temu filmowi, a to tak wszystko wyszło trochę bez pieprzu, bez soli. Oni gdzieś tam coś robią i to jest śmiertelnie ważne, ale w sumie nie dowiadujemy się dlaczego. Obrońcy tego filmu twierdzą, że to trzeba rozpatrywać na takiej symbolicznej płaszczyźnie, że wojna to jest jednak wojna. Że film nie ma sensu to druga sprawa.
[01:38:20] - Z drugiej strony mamy akty heroizmu w postaci akcji, którą wykonuje główna bohaterka. Rzuca się w pewnym momencie, żeby ratować to, co oni przywożą, a co oni przynoszą właściwie, to musicie państwo film obejrzeć. Rzuca się z poświęceniem, ratuje, oni ratują ją, żeby wyciągnąć, bo to bardzo ważne. A później idą, napotykają na ludzi i ci ludzie coś im opowiadają. Później dochodzi do jakiejś akcji. Jest wymiana strzałów. Jest wymiana dosyć brutalna. Ale to wszystko, wiecie państwo, jak lubicie państwo filmy akcji, że się strzelają, dodam, to nie będziecie mieli państwo zbyt wielu momentów satysfakcjonujących. Ta wojna, tak jak Piotr powiedział, niby gdzieś tam trwa i tutaj nawet się pojawia jakiś taki odłamek tej wojny, ale ta wojna jest jakby jakaś taka niedorobiona, brutalna jak każda wojna. Ale z drugiej strony ja nie do końca w tę wojnę wierzę.
Powiem od razu tak z grubej rury. Ja wiem, że w założeniu całego filmu było tak, że wojna trwa i jest niebezpiecznie i w ogóle straszliwie i po tym lodzie trzeba zapylać, żeby tam dostarczyć przesyłkę. Tak, wszystko to wiem. Natomiast grozy wojny nie czuję. Wojna ma to do siebie, że nawet jeśli jest przedstawiana w postaci Rambo, to ma swoją dynamikę, a jeśli jest przedstawiana w sposób taki prawdziwy, to ma dynamikę, ale przy okazji ma taki dołujący aspekt, który pokazuje, że to nie jest zabawa. Wojna nigdy nie jest zabawą. Jako zwolennik kina militarnego mam tego świadomość i cały czas mam to z tyłu głowy, że owszem, można się nieźle bawić na filmach wojennych albo filmach, w których się strzelają, ale jednak to nigdy, jak ludzie do siebie strzelają, to nigdy nie jest zabawa. Nigdy. Nawet jeśli się dobrze bawimy na filmie. Tu, w tym filmie jest coś takiego, że niby ma być zabawa, a właściwie psychologia wyłazi i to nie jest dobry prognostyk.
[01:41:10] - Tak. Natomiast punkt startowy jest nawet jako taki. Film się zaczyna dobrze i obiecuje. Ale jeszcze takie jedno, Marku, pytanie do ciebie jako do tropiciela takich absurdów i luk w scenariuszach, bo to jest chyba zawodowa choroba każdego pisarza i twórcy opowieści. Co byś miał do powiedzenia o czarnym krabie na śniegu i w ogóle o sensowności tej ich misji? Bo dziury scenariuszowe to jest coś, co w tym filmie jest wytykane.
[01:41:41] - Ja przyjąłem, że głównym motywem filmu jest to, jak oni zapylają na łyżwach po tym lodzie. Ja już przyjąłem, że tego się nie da zrobić inaczej, czyli trzeba koniecznie zrobić to na łyżwach. Co, jeśli się patrzy na koniec filmu, na to, co się dzieje na końcu filmu jakoś nie do końca pasuje. Ja nie chcę zdradzać wszystkiego, co się dzieje na końcu. Jakoś tak nie do końca jestem przekonany, że oni na tych łyżwach musieli zapylać na taką odległość i w dodatku ponosić straty. Ojej, ale też chodziło Piotrze o to, w pewnym momencie oni natrafiają na takie lodowe cmentarzysko, tak to określę. To chodziło o to, żeby takie obrazy pokazać, to chodziło o to, żeby epatować tego rodzaju... Całe to lodowisko, po którym oni się poruszają. Mam wrażenie, że o to chodziło. Przyznam się szczerze, że to opowiadanie, które przywoływałem bez tytułu i bez autora z lat 80.
miało znacznie więcej sensu, bo to był posłaniec, który rzeczywiście informacje przenosił. Może nie było tak dramatycznie, ale było bardziej sensownie. Tu zdecydowanie można się podrapać w głowę i zadać sobie pytanie: okej, mamy na początku taki dystopijny trochę świat, jakieś płoty odgradzające ludzi jednych od drugich. Mamy żołnierkę, która jest bardzo przekonująca i potrafi sobie radzić w trudnych sytuacjach, co od razu na początku widzimy. I to nieźle mnie nastroiło do tego filmu. A potem jest tak sobie. To podążanie, już ta scena później, jak oni natrafiają na pewien posterunek wroga, oczywiście wrogi posterunek. Radzą sobie z tym posterunkiem. Radzą sobie, owszem, to zaspoileruję, poradzili sobie. Ale to jakieś takie, wiecie państwo, ja bym jednak wysłał tam w tę misję ludzi, którzy Nie wiem.
Na wzór naszego Gromu czy na wzór, powiedzmy, SEALs, przenikają niemal jak duchy i radzą sobie prawie bez strat. Wiem, że to nie jest takie filmowe, bo jak trup pada gęsto, to jest fajniej w filmie, ale z drugiej strony po to wymyślono takie jednostki, które są dosłownie jak duchy. Nie ponoszą strat nie dlatego, że są półbogami, tylko dlatego, że są wyszkoleni tak świetnie, że nam się wydaje, że ich się kule nie imają. To bzdura oczywiście. Ale jak sobie przywołamy oddziały SAS brytyjskiego, które na przykład w czasie drugiej wojny irackiej, kilku ludzi, kilku komandosów z tego SAS potrafiło napierdzielić kilkuset żołnierzy irackich i w dodatku wyjść z tego prawie bez szwanku. Byli ranni. Mamy obraz tego. A tu nie mamy takiego obrazu. Tu mamy ludzi, którzy nie dość, że mają problemy, to mają problemy takie czysto militarne, wojskowe i w ogóle mają masę problemów. Ale wiem, że film bez tego żyć nie może.
Jak bohater nie ma problemów, to nie ma filmu. Ale ja nie taki obraz lubię oglądać.
[01:45:45] - Jeżeli mówimy o tych cudownych dokonaniach na polach militarnych, to nie zapominajmy, że Szarik wyprowadził batalion Baranowa z okrążenia, co było wielokrotnie-
[01:45:54] - Tak jest!
[01:45:55] - ... wypominane.
[01:45:57] - Tak. I dlatego pewno stanie się członkiem honorowym SEALs.
[01:46:03] - Tak.
[01:46:04] - Ale to jeszcze przed nami.
[01:46:05] - Tak. Te dzisiejsze narzekania, drodzy państwo, się nie biorą znikąd. Dlatego, że one przenikają nam magicznie do drugiego filmu, który jest osadzony w podobnej wojennej rzeczywistości, tylko na Ziemi, na której poziom wód podniósł się w taki sposób, że zostały nam nieliczne centra cywilizacji.
[01:46:27] - Dwa kontynenty, powiedzmy sobie to szczerze i wprost, dwa kontynenty są na Ziemi. Właściwie kontynenty to brzmi zbyt dumnie. Kontynenciki, że tak sobie zdrobnię.
[01:46:38] - Tak. Czyli mamy takie klasyczne ujęcie, że są dwie strony, które się napierdzielają. Film pod tytułem „Ostatni posterunek” miał premierę w bieżącym roku. Jest produkcją brytyjską. Opowiada o losach grupki żołnierzy, de facto wyrzutków, stanowiących obsadę czegoś w rodzaju strażnicy. Ona jest ulokowana na czymś, co wygląda na nieczynną platformę wydobywczą. To się niestety odbija potem na tym, co się w tym filmie dzieje. Zadaniem tych żołnierzy jest monitorowanie terenu, zgłaszanie ewentualnych ruchów wroga. Ale na co dzień nie dzieje się nic. Tyle że jak się potem dowiemy, to te logi, dzienniki są nieco zafałszowane przez despotycznego zarządcę tejże placówki, tego bastionu na środku oceanu.
Załoga sobie spędza czas na siedzeniu, monitorowaniu, powtarzaniu ciągle tych samych czynności. Ponieważ nie mają za dużo jedzenia, to łapią ryby. Jest to bardzo ważne na samym początku tego filmu. Oczekują oni też zamienników. Niestety ten termin zmiany obsady się nieludzko wydłuża. Żołnierze siedzą tam więc jak na szpilkach, kłócą się, jedzą jakieś papki, które im zostały i czekają na wsparcie tak naprawdę. I w pewnym momencie, Marku, pojawia się statek. Ten statek na początku się wydaje, nie jest tym statkiem, którego oni oczekują. Ten statek nie odpowiada na wezwania. Może to jest jakaś akcja ze strony tego wroga.
Decydują się na desant. Desantu dokonuje Zutki, jeden z żołnierzy, i okazuje się, że ta jednostka, która napływa do nich jest pusta. Kiedy on wchodzi i się rozgląda, to wszystko wskazuje na to, że mieli nią przypłynąć wyczekiwani zmiennicy z jedzeniem, a tymczasem coś ich, brzydko mówiąc, zeżarło. Powiem tak: film może nie jest arcydziełem. Pojawia się klimat na samym początku. Mamy też dobrze zarysowane postaci i jakieś interakcje między nimi. Jednakże istnieje wiele rzeczy, które na pewno nie umkną uważnym widzom. To są detale, ale znamienne, związane chociażby z sensem istnienia tejże strażnicy, którą piekielnie łatwo byłoby zniszczyć. Powiem ci tak: ja mam bardzo mieszane uczucia odnośnie tego filmu. Trudno mi nawet ocenić, czy on jest lepszy od tego „Czarnego kraba”, czy nie.
[01:49:28] - Oj, ty jesteś bardzo delikatny. Ja powiem tak: oczywiście ta strażnica znajduje się mniej więcej w połowie drogi pomiędzy jednym a drugim kontynentem. Tam zgłaszają się ochotnicy. Na początku filmu zaraz widzimy, że część z nich niestety źle kończy, ale zostaje tam czwórka. Jest dowódca i jest jeszcze trzech podwładnych. Z tym statkiem to tak do końca nie wiemy, bo on niby ma być tym statkiem, który ma zmieniać, a z drugiej strony w dalszej części filmu odnosimy wrażenie, że o coś innego chodziło, że ktoś tam coś kombinował. Ale Ten film ma jeszcze jedną przedziwną konstrukcję. Tak, to chyba jest najlepsze określenie: konstrukcję. Otóż, gdyby przyszło co do czego, nie wiem do czego, ale tam jest taka procedura, że oni jakąś bombę otwierają, mają się samozniszczenia dokonać. To jest w ogóle jakieś kuriozum.
Jakby przybywali ci przedstawiciele tego drugiego kontynentu, to oni by mieli jakiejś detonacji dokonać, jakaś bomba się otwiera. Głupie to jest. Właściwie dlaczego? Oni tam siedzą po to, żeby się wysadzić? To można by zdalnie zrobić, proszę państwa. Kompletnie bez sensu. Dobrze, mają też działo. Strzelają. W pewnym momencie dochodzą do wniosku, że może ten statek, co przypłynął, co jest pusty, to może by nim wróciła połowa z tej czteroosobowej obsady. Może by wróciła, a dwójka zostanie.
I tak kombinują, kombinują, ale w pewnym momencie ktoś ten statek, żeby nie spoilerować, zwalnia z cum i nie udaje się odpłynąć do miejsca, do którego chcieli odpłynąć. I tak to się toczy, toczy. Tylko mam takie wrażenie, że owszem, to wszystko jest bardzo psychologiczne i bardzo przeżywają. Notabene zapamiętajcie państwo hasło, które rzucę: ciupcianie po raz pierwszy. Bo to jeszcze będzie bardzo ważne w następnej części. Więc następuje ciupcianie. Bo jest w końcu kobieta na trzech facetów. Specjalnie to tak brutalizuję językowo, bo wierzcie mi państwo, od początku wiedziałem, że coś takiego nastąpi. To jest tak przewidywalne, że oczywiście to ma być psychologiczne, ale jeżeli na tym polega film psychologiczny, to ja się wypisuję z tej bajki i nie będę oglądał filmów psychologicznych, bo to jest taka psychologia dla ubogich moim zdaniem.
[01:52:50] - Tak, ale jeszcze gorsze jest to, że wiele osób, w tym ja, zauważyło, że tam trochę jest coś nie tak z ich łbami. Dlatego, że oni siedzą sobie na jakiejś platformie wiertniczej przerobionej na stanowisko ogniowe. Ale jak to bywa z oceanem, jeżeli siedzisz w pewnym punkcie, to cię mogą osaczyć z różnych stron. Natomiast oni to działo mają, tak mi się wydawało, wycelowane w jedną stronę.
[01:53:21] - W jedną stronę. Tak jest, oczywiście.
[01:53:24] - Czyli akurat wróg będzie nadchodził tylko od tej strony i oni będą tylko tam strzelać. Może po to jest im ta bomba totalnego zniszczenia? Nie wiem. Taka bolączka tego filmu jest następująca: otóż jeżeli oglądaliście trochę sci fi-ów, czytaliście różnego rodzaju literaturę, opowiadań i tak dalej, to zorientujecie się gdzieś tak po 15 minutach, co im się tam przydarzy. A kiedy im się już w ogóle psuje łączność, to macie pewność, że się wydarzy to, o czym myślicie. Natomiast czy ten film jest aż tak bardzo zły? Do pewnego momentu znowu nie. Jest tych pierwszych 40 minut, kiedy się da to oglądać, bo to się rozwija w taki sposób, że możemy się domyślać pewnych spraw. Ale znowu nie czuję sytuacji. Że te wszystkie rozterki, które tam mają miejsce, w tych żelaznych ścianach, w tych zimnych pomieszczeniach, są niepodyktowane niczym namacalnym.
Oni tam cierpią. Oni nam mówią, że jest im źle, ale tego nie widzimy. Nie widzimy tego w żaden sposób. Ta ich tragedia nas w ogóle nie dotyka z tego ekranu. Było wiele filmów, kiedy żeśmy widzieli po prostu tragedię ludzką, nawet jeżeli była to produkcja klasy B. Tylko że nie wiem, gdybym miał wybierać między „Czarnym krabem” a wspomnianą produkcją, co bym wybrał. Trzeci film, chyba że Marku chcesz coś jeszcze dodać na temat-
[01:55:10] - Tak, chciałbym jeszcze dodać.
[01:55:11] - Proszę.
[01:55:13] - Mamy tutaj jeszcze stały element tego rodzaju filmów, czyli psychopatycznego dowódcę, który pomimo tego rysu psychopatycznego, z drugiej strony jest jednak człowiekiem, który ma poczucie obowiązku. Ta psychopatia jest, ale w gruncie rzeczy to jednak w pewien sposób kreuje tego bohatera jako takiego niezłomnego i takiego, który robi pewne rzeczy na siłę, przemocą wręcz w stosunku do swoich podwładnych, ale jednak on ma poczucie misji. Wiecie państwo, takich filmów to ja już na kopy widziałem, w których dowódca jest z jednej strony psychopatą, a z drugiej strony ta psychopatia mu wychodzi na dobre. Znaczy jako dowódcy. Wybaczcie państwo, ale to głupie jest po prostu. Jakbyście państwo porozmawiali z prawdziwymi żołnierzami Z ludźmi, którzy naprawdę ryzykują swoje życie, a miałem taką okazję. Raz co prawda, ale się udało. Z tymi ludźmi się rozmawia, oni to widzą zupełnie inaczej. Dlatego ja tak się trochę śmieję z tego filmu, bo rozumiem, że istnieje język filmowy, którym trzeba pewne rzeczy pokazywać tak, żeby to wstrząsnęło widzem, żeby było okrutnie i tak dalej. Natomiast jak się rozmawiało kiedyś z człowiekiem, który naprawdę się kulom nie kłaniał i do którego strzelano, i tak dalej.
Co ja tu państwu będę opowiadał? I tak nie opowiem tego, co trzeba. Jak się z takimi ludźmi rozmawia, to ta psychologia wojny, psychologia tego, co przeżywają ci ludzie, jest kompletnie inna. Kompletnie inaczej to wszystko się widzi. Nawet tego dowódcę, który czasami musi być twardy, musi być taki zasadniczy, nawet jego postrzega się troszeczkę inaczej. Nie będę kwestii rozwijał, ale moim zdaniem ten film zawiera fałsze psychologiczne, które wydają się prawdą dla wszystkich tych, którzy tak jak my wszyscy żyjemy w czasie pokoju i to nam się wydaje prawdziwe. Bo oczywiście znamy wojnę z „Czterech pancernych” albo z kilku innych filmów, które oglądaliśmy w telewizji albo w kinie. Tymczasem jak się rozmawiało kiedykolwiek z człowiekiem, który był na wojnie, do którego strzelano i który sam strzelał, to ten obraz jest zupełnie inny. I ten obraz w filmie, który omawiamy jest nieprawdziwy. W bardzo wielu miejscach jest nieprawdziwy.
Nie mówię, że cała psychologia tego filmu jest do wyrzucenia. Nie. Ale pewne elementy moim zdaniem scenarzysta powinien bardzo solidnie przemyśleć. To tyle. Przejdźmy do trzeciego filmu.
[01:58:37] - Tak. Ja tylko dodam, że ideałem dowódcy w kinematografii PRL-u był nikt inny, tylko Olgierd Jarosz. Czyli znowu jakieś nawiązanie do „Czterech pancernych”. Ciśnie się Marku na usta pytanie: dlaczego te filmy, które powstają obecnie są takie, a nie inne? Skąd się to bierze? Zmierzamy do punktu kulminacyjnego, ale nim to się stanie, to trzeci film osadzony tym razem u samego schyłku cywilizacji naszej, bo to „Rubikon”. Jest to dramat sci-fi produkcji niemieckojęzycznej, bodajże austriackiej, pokazujący rzeczony dramat załogi stacji kosmicznej, która staje w obliczu nie lada problemu. Film opowiada o stosunkach interpersonalnych i wyzwaniach, przed jakimi stają astronauci, a jednocześnie pracownicy korporacji, która w kosmosie sobie fruwa. Szczerze? Dla mnie to było najgorsze przeżycie z tych wszystkich.
Chociaż jest to film fantastycznonaukowy rozgrywający się na orbicie, osadzony w czasach względnie nam nieodległych, bo w roku 2056. Dramaty osobiste i problemy interpersonalne są wplecione w scenariusz fantastyki. Tylko że ta fantastyka nie jest pełnokrwista. Kiedy jest, to jest okej. Przypomnijcie sobie chociażby wszystkie odcinki „Obcego”. Mój entuzjazm odnośnie tego science fiction współczesnego spada znacznie, kiedy się okazuje, że te problemy psychologiczne - i tu przechodzimy do meritum, jeżeli chodzi o te trzy nowe produkcje - kiedy te problemy psychiczne bohaterów, kiedy ich wewnętrzne rozterki wypełniają całą przestrzeń filmu. Natomiast jedynym dodatkiem, tak jak w przypadku „Rubikonu” są skafandry kosmiczne i pejzaże z ziemskiej orbity. Z orbity okołoziemskiej, tak się powinno mówić. W stosunku do omawianego niedawno filmu „Deus” zarówno „Rubikon”, jak i pozostałe filmy nie jawią się może najgorzej. Natomiast to nie są też obrazy, które w jakikolwiek sposób zmieniają nasze postrzeganie science fiction.
Tutaj może się zapędziłem trochę za daleko, Marku. Co się w tym „Rubikonie” wydarza?
[02:01:20] - Będę trochę cyniczno-sarkastyczny. Obiecałem państwu, więc przywołam. Na pewno jest przynajmniej preludium ciupciania i to takiego spontanicznego bardzo, bo znowu mamy załogę mieszaną, część tam znowu się wykruszyła, ale później mamy przynajmniej taki zrąb tej załogi. Wiecie państwo, powiedziałem, że będę cyniczno-sarkastyczny. Oczywiście ta załoga, tam przybywa pewna kobieta, którą niektórzy podejrzewają od początku, że jest jakimś szpiegiem korporacyjnym, jest żołnierką i tak dalej. Tu już mamy motyw dramatyczny zarysowany. To jedna sprawa, a jednocześnie jak oni są na tej orbicie, to nagle na Ziemi zaczyna się dziać coś Nieprawdopodobnego, coś dziwnego, coś, co sprawia, że oni się poczują zaniepokojeni. W dodatku dochodzą takie sygnały, że ta cała Ziemia, jakaś mgła powstaje, jakiś tuman ogarnia i oni to obserwują z tej orbity i czują się zaniepokojeni i przerażeni. Tak się zawiązuje ta akcja. Ja wiem, drodzy państwo, wspomniałem o tym ciupcianiu.
Nie, żebym miał obsesję, ale ono też jest jakieś takie. Ja rozumiem, że pani żołnierka — w tym wypadku żołnierka, jakiś taki żeński motyw wojskowy się przejawia. Zobacz, trzy filmy i trzy żołnierki mieliśmy. W każdym razie pani żołnierka też nagle poczuła potrzebę i pierwszy z brzegu, w miarę najmłodszy, się nadał. Głupi był i dziwny, ale się nadał. Ona później ma w dodatku jeszcze wątpliwości. Jak już jest po wszystkim, to on się dość dziwny wydaje, przynajmniej jego zachowania niektóre. Jak by tu państwu nie zdradzić, co będzie dalej? W pewnym momencie, jak już ta mgła czy ten tuman, czy to coś, co pokrywa Ziemię, ogarnia tę Ziemię całkowicie, gdzieś przychodzi sygnał, że ktoś tam jednak przeżył na tej Ziemii, a w każdym razie jest w trakcie przeżywania. Może tak.
[02:04:05] - W zasadzie trudno tutaj cokolwiek jeszcze dodać. Powiem ci, że wymęczyły mnie te filmy, chociaż było obiecane nam, że dostaniemy treści science fiction z jakimś entuzjazmem do tego potrzebę. Okazuje się, że to tło fantastycznonaukowe, nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że to jest postapo, gdzieś się rozmywa na tle tych bardzo mdłych, bardzo nieciekawych rozterek personalnych albo interpersonalnych.
[02:04:37] - A jak ci się, Piotrze, podobał koniec? Optymistyczny był, wspaniały i taki naprawdę... Po prostu wzruszony byłem.
[02:04:46] - Ja się nie wypowiem, bo ja już raz powiedziałem, co sądzę o niemieckich filmach i to pewnie wszyscy wiedzą. Powiem tak: co jest przyczyną tego, że takie filmy powstają? Po pierwsze są tanie, dlatego, że można je kręcić w jednym pomieszczeniu. Po drugie szybko się je realizuje. Po trzecie można je łatwo sprzedać dystrybutorowi. Niestety je się ogląda źle. Dlatego byłem pod dużym wrażeniem tego filmu, Marku, który żeśmy omawiali gdzieś po świętach. To była ta "Aniara", bo tam się udało powiązać tą kameralność z fajnym scenariuszem. I pomimo, że mieliśmy tam do czynienia z aktorami, którzy nie są przecież gwiazdami, nie znam nawet żadnego z nich z imienia i nazwiska, to się oglądało dobrze. Czułeś jakieś ciarki.
A tutaj jeżeli są jakieś ciarki, to są ciarki żenady. Tak naprawdę chyba "Czarny krab" przez 30 minut był z tego wszystkiego najlepszy. Nie wiem, jak zakończyć te nasze dzisiejsze rozważania nad trzema nowościami. Mniej psychologii, więcej science fiction chyba.
[02:06:07] - Ja mam inne zakończenie znane z amerykańskich tablic ostrzegających przed wejściem na tereny wojskowe, bo tam jest, że nie wolno wchodzić i tak dalej, i tak dalej, że będzie strzelane i tak dalej, a na końcu jest zawsze: zostaliście ostrzeżeni. Szanowni państwo, zostaliście ostrzeżeni przed trzema tytułami i będziecie je państwo oglądać na własne ryzyko. Tak jak armia amerykańska pisze: zostaliście ostrzeżeni. I to moim zdaniem jest najlepsze podsumowanie tych trzech tytułów.
[02:06:46] - Tak, chociaż też nie wybrzydzajmy, powiem ci, bo nie ma tego za dużo. Dobrze, że się to science fiction rozwija. Tylko czy ono się rozwija w dobrym kierunku? Czasami może lepiej przyoszczędzić na jakimś filmie niż produkować gniot. Niektórzy powiedzą: "Wy tam zawsze narzekacie, że coś jest złe. To sami film zróbcie". Niekiedy jest lepiej, żeby dany film nie powstał, bo nie wnosi nic nowego absolutnie. Ale żeby tak nie zatruwać wam życia do końca, to przejdźmy do drugiej części naszej audycji, bo okazuje się, że w ciągu najbliższego roku będziemy mieli do czynienia z dwoma potencjalnymi hitami. Ten pierwszy to jest "The Creator", film w reżyserii Garetha Edwardsa, którego premiera w Stanach Zjednoczonych jest przewidziana na końcówkę września. Po trailerze, który jest w miarę rozbudowany, już widzimy, że będzie to film akcji osadzony w realiach wojny ludzi ze sztuczną inteligencją.
[02:07:57] - A więc bardzo aktualny.
[02:08:00] - Tak. Celem głównego bohatera, Creatora, będzie zabicie rzeczonego Creatora, czyli twórcy sztucznej inteligencji. Więcej wam nie powiemy, bo pewnie się dowiecie z kolejnych trailerów. Natomiast ukazane tam sceny robią wrażenie. Przywodzą na myśl niekiedy to, co widzimy w "Gwiezdnych wojnach". I nie jest to przypadek, dlatego, że reżyser stoi za filmem "Łotr 1", a także za "Godzillą" z roku 2014. Marku, ty nie ukrywasz, że lubisz takie filmy, w których się strzelają. Może widziałeś trailera "Creatora"? Czy on ma szansę na odniesienie sukcesu na fali tych kontrowersji związanych z rosnącą na potęgę sztuczną inteligencją?
[02:08:50] - Ja się już boję odpowiadać, bo potencjalnie tak. To wszystko znowu zależy od scenariusza, który został tam ukulany. Jedno jest pewne: to, w przeciwieństwie do filmów dzisiaj omawianych, nie będzie film kameralny, bo te trzy tytuły, o których dzisiaj mówiliśmy, miały w sobie jakąś kameralność. Powiedzmy, drugi i trzeci to zdecydowanie kameralne, a "Czarny krab" prawie kameralny. Troszeczkę w plenerach się działo, ale to takie plenery północne, zimne i w ogóle tak wszystko jest. A już końcówka filmu zdecydowanie znowu taka kameralna, bo się dziejąca w pomieszczeniach. Więcej nie powiem. Wracając do "Creatora", tu jest szansa. Mówię to w ciemno, nie znając ani scenariusza, ani poza trailerem, co się będzie naprawdę działo. Ja się zawsze boję trailerów, bo tak często jest, że pokazują najlepsze, co jest w danym tytule.
[02:10:07] - Tak.
[02:10:07] - To jest niebezpieczeństwo.
[02:10:14] - Szczerze mówiąc, jestem pełen obaw o "Creatora", natomiast zasygnalizowano już kilka miesięcy temu, że pojawi się kolejna część "Obcego" pod tytułem "Alien: Romulus". Tutaj reżyserem jest Fede Álvarez, twórca "Don't Breathe". Film ma się ukazać w roku 2024. Tutaj wyjątek pewien, bo ma być dystrybutorem platforma streamingowa. I teraz zaskoczenie. Uwaga! To będzie film, w którym ludzie walczą z ksenomorfem. Naprawdę, Marku.
[02:10:53] - Tak, ale w ogóle mnie zniechęca coś takiego, że film był kinowy, a teraz nagle sobie platforma zawłaszczyła. Okej. W dodatku film, proszę państwa, jest już, powiem tak przewrotnie, nie do uratowania, bo już został nakręcony. Teraz magicy czarują. Będą przez rok czarować, żeby nabrał odpowiednich kształtów, żeby się dało oglądać. Zawsze się boję tego momentu. Mówiono o tym, że był nakręcony. Przywoływano tutaj kraj środkowoeuropejski, że niektóre sceny były nakręcone, ale cała reszta była nakręcona w jakichś takich lokacjach, które nie dają możliwości, żeby przenikły jakieś bardziej szczegółowe relacje na temat tego, co w tym filmie tak naprawdę się znajdzie. Tu mamy odwołania do tego, że znowu, kiedy czytałem artykuł na temat tego filmu, zawsze mnie odstręcza to, kiedy pada słowo "franczyza", kiedy pada słowo, że trzeba coś tam nawiązać albo przywiązać, albo przedłużyć. Bo wiecie państwo, kiedy oglądałem pierwszego "Obcego" w latach 70.
to miałem poczucie widowiska. Jedni go oceniali lepiej, drudzy gorzej. Ja akurat bardzo dobrze. Pierwszy "Obcy" wciągnął mnie i porwał ze sobą. Z kolejnymi częściami było różnie, ale w każdym razie miałem poczucie widowiska. Natomiast w tej chwili mam takie poczucie, że w tak zwanym międzyczasie pojawiły się kolejne części "Obcego", pojawił się "Prometeusz", pojawiły się inne odsłony tego uniwersum. One się troszeczkę rozłaziły i teraz trwają usilne, moim zdaniem przynajmniej, próby, żeby to wszystko jakoś złożyć do kupy, zrobić z tego rzeczywiście uniwersalne uniwersum. A w dodatku, jak wyczytałem w artykule, chodzi też o to, żeby otworzyć drogę do kolejnych części. Kolejnych i kolejnych. Ja nie wiem, czy te próby rozszerzania światów służą tym światom, czy też je po prostu zabijają.
Mocno jestem nieprzekonany, że koniecznie trzeba dokręcać kolejne części, bo teoretycznie zawsze mamy taką nadzieję, kiedy oglądamy film, że one nam coś wyjaśnią. One nie dość, że nam nic nie wyjaśniają albo dają pewną namiastkę wyjaśnienia, to jeszcze bardziej komplikują ten świat. I to się wydaje na początku bardzo atrakcyjne. Następna tajemnica. Ale zawsze zadaję sobie pytanie: według jakiego schematu kręcony jest dany obraz? Czy to jest schemat, mamy pewną wizję, dokąd zmierzamy? Czy też zadajemy sobie bez przerwy pytanie, czy aby na pewno wiemy, dokąd zmierzamy? Mam takie nieznośne przekonanie, że kolejni "Obcy", kolejne części tego cyklu trochę rządzą się tym drugim przesłaniem, czyli Badamy, czy my tak naprawdę wiemy, o co nam naprawdę chodzi.
[02:14:45] - Tak, tutaj dwie rzeczy. Po pierwsze, z tego, co wyczytałem, ma być to próba przeniesienia Obcego w świat literatury i filmu młodzieżowego. To może się zakończyć spektakularną katastrofą. Dlaczego katastrofą? Bo to już są pokolenia, które nie czują w żaden sposób magii pierwszego Obcego ani nawet tych kolejnych części. Druga sprawa jest taka, że jeżeli jesteście fanami Obcego, to wiecie dokładnie, jak to się skończy. To jest zawsze konfrontacja ludzi z jakimś nieznanym bytem. Na końcu musi wygrać czołowy bohater. To wszystko jest strasznie przewidywalne. Myśmy to już niejednokrotnie poruszali i nie jestem w stanie powiedzieć, czy da się reanimować ten format w takim stylu, żeby to jeszcze było w jakikolwiek sposób przyciągalne.
Pamiętacie Prometeusza? Prometeusz wywołał ogólnie bardzo pozytywne... Albo tak: ludzie chcieli czegoś nowego. Pojawił się Prometeusz. Film nie był najgorszy, natomiast ocenia się go różnie. Nie wiem, czy Alien jest w stanie czymkolwiek zaskoczyć po tym, co żeśmy do tej pory widzieli, a naprawdę widzieliśmy dużo. Tu chodzi o kolejne odsłony i nawet, Marku, przecież zrobiliśmy taki program, gdzie omawialiśmy nie tylko filmy, ale i gry na przykład, gdzie omawialiśmy komiksy. I z tego wynika taki wniosek, że jednak tego Aliena jest trudno przeszczepić na dzisiejszy grunt, dlatego, że on nie będzie w żaden sposób zaskakujący.
[02:16:39] - Piotrze, poza tym, tak jak wspomniałeś, rzeczywiście są zakusy, żeby to był film taki dla młodzieży czy też z młodzieżą w tle. To trochę zabija magię tego świata, bo o ile w pierwszej części, tej kultowej części, Obcy to był morderca, wykańczał tam ludzi. To jak teraz sobie wyobrażę ten film, być może błędnie, być może będę musiał to w przyszłym roku odszczekać. Oby! Obym musiał. Ale ja sobie to tak wyobrażam: jak tam będą młodzi ludzie i będą bohaterami, to oni tego Obcego zatłuką siekierą albo jakąś elektryczną siekierą, albo jakimś urządzeniem specjalnym, którym go jednak zatłuką. I trochę to odbiera magii temu światu, bo skoro-
[02:17:37] - Nie, panie, to będzie inaczej. To się nie wpisuje zupełnie w politykę dzisiejszych czasów. Tam będzie tak, że podejrzewam, jak w którymś z tych Alien 1 albo Alien 2 albo 3, że ktoś zostanie zainfekowany, ale się przerodzi w coś, co jest pół człowiekiem, pół alienem. I teraz będzie pytanie, czy jego zaakceptować, czy nie.
[02:18:04] - Tak. I będziemy płakać nad jego losem.
[02:18:07] - Tak już było. Natomiast to nie przeszło, bo to uznane zostało za totalny gniot. Kiedy się pojawiła ta hybryda człowieka i obcego. Pamiętacie? Taki biały-
[02:18:17] - Płakałem na końcu filmu, ale nie z powodu żalu, że taka krzywda dzieje się tej hybrydzie, tylko co zrobiono z tym filmem.
[02:18:29] - Ja bym tutaj patrzył na to właśnie w ten sposób, że nie, oni tam nie będą nikogo wieźć, zaciukiwać. To jest prawda czasu, prawda ekranu. Tam nie ma miejsca na morderstwo. Tam musi być równouprawnienie. O to chodzi w dzisiejszym kinie, a nie tam jakieś Alieny. Ksenomorf ksenomorfem, ale na własnej krwi wyhodowany.
[02:18:53] - Tak właśnie sobie uświadomiłem, że całkiem niedawno oddałem do druku opowiadanie, w którym jest mowa o tym, że zombie należy szanować i należy dopuścić do różnych praw, bo przecież oni nas nie zabijają, nie wyjadają nam mózgów, tylko oni dają nam rodzaj nieśmiertelności. W związku z tym trzeba ich równouprawnić z nami i tak dalej. To było opowiadanie, które napisałem jako rodzaj pastiszu, jako rodzaj komedii, jako rodzaj satyry na współczesne czasy. A tymczasem ty mi opowiadasz mniej więcej coś takiego, co sam napisałem. To jeśli ten film będzie właśnie taki, to ja nie wiem, czy ja go chcę oglądać. No, ale zobaczymy.
[02:19:45] - To znaczy ja jestem pewien w dużym stopniu, że nie obejdzie się bez takich aluzji, bez takich analogii, ale może też zostanie przeprowadzony pewnego rodzaju eksperyment, który będzie nam próbował reanimować klasycznego Obcego w tym środowisku młodzieżowym.
[02:20:06] - Inkluzywność w stosunku do Obcych. Pasjonujące!
[02:20:13] - Mieliśmy już przypadki czegoś takiego w innych seriach, ale jestem w stanie temu przyklasnąć. Chciałbym zobaczyć, jak ten Obcy na serwisie streamingowym się sprawdza. Dlaczego? Dlatego, że mieliśmy już próby przeniesienia, reanimowania Predatora i to było coś zupełnie nieudanego, kiczowatego do tego stopnia, że zostało kompletnie zapomniane. I ciekawe, co tutaj Alvarezowi z tego wszystkiego wyjdzie. Marku, jakieś takie ostateczne podsumowanie tego, co dzisiaj żeśmy omówili, bo wniosek chyba ogólny jest taki: mniej psychologii, więcej science fiction.
[02:20:58] - Więcej widowiskowości science fiction.
[02:21:01] - Nawet niekoniecznie to musi być widowiskowość taka, która zapiera dech w piersiach.
[02:21:06] - Tak, ale jednak widowiskowość. W końcu.
[02:21:11] - Czasami nawet takie efekty specjalne, które pozostawiają dużo do życzenia albo zostawiają miejsce do działania wyobraźni, są lepsze niż rozgrywanie scenariusza na czymś, co jest absolutnie jałowe. Myślę, że wszystkie trzy dzisiejsze produkcje są takie. Tam nie ma żadnej absolutnie podstawy. To jest ziarenko kiczu zasiane na polu o nazwie science fiction.
[02:21:50] - Źle się dzieje w państwie duńskim, a w tym wypadku nie wiem, jak to przerobić na science fiction. W obszarze science fiction wzdycham sobie, bo ja bym naprawdę marzył o tym, żeby ktoś wreszcie zaserwował mi film wizyjny. Może tak jak Piotr powiedział, niekoniecznie taki z wielkimi planami bitew kosmicznych. Nawet nie, ale niech to będzie film w jakimś stopniu przynajmniej wizyjny, który łączy wizję z widowiskowością. Niekoniecznie w szerokich planach, ale widowiskowością, żeby ci główni bohaterowie nie kombinowali, jakie jest życie ciężkie, jak jest w ogóle ciężko, jak jest psychologicznie i w ogóle nie dzielili włosa na czworo. Mamy we współczesnym kinie science fiction takie pęknięcie: albo mamy uniwersum Marvela, w którym bohaterowie są kompletnie wyprani z jakiejkolwiek psychologii. Oni po prostu wiedzą, co mają robić. Łupią, strzelają, trzaskają i w ogóle są superbohaterami. Albo też mamy kino psychologiczne tak ciężkie, że po prostu wszystko się pod nimi zapada, nawet lód, po którym jeżdżą główni bohaterowie pod ciężarem tej psychologii.
[02:23:17] - Powiem ci tak: ja nie wiem, czy to jest kino psychologiczne, bo kino psychologiczne się da oglądać.
[02:23:23] - Żartuję. To jest właśnie pseudopsychologia.
[02:23:26] - Taka hybryda trochę.
[02:23:28] - Tak. A tymczasem ja marzę, żeby było wreszcie kino, które da się oglądać bez cierpienia ani w jedną, ani w drugą stronę. Żeby to z jednej strony nie był kicz, a z drugiej strony, żeby to nie było przegadane, dociążone nie wiadomo po co i żebyśmy nie musieli się różnych rzeczy domyślać. Inaczej, żebyśmy dostali widowisko.
[02:23:56] - Tak. Można na ten kryzys odpowiedzieć na wiele różnych sposobów, na przykład kręcąc produkcje, które są oryginalniejsze w swojej konstrukcji. Ale o tym jeszcze kiedyś powiemy. Marku, a co za tydzień? Za tydzień pewnie jakaś niespodzianka. Na to się szykujcie i do zobaczenia chyba. To by było dzisiaj na tyle. Słyszymy się w poniedziałek na antenie Radia Paranormalium o godzinie 20.00.
[02:24:25] - Tak jest. A zatem wszystkiego dobrego, Piotrze. Wszystkiego dobrego państwu. Czas, proszę państwa, na odrobinę prozy. W zeszłym tygodniu poznaliście państwo pierwsze opowiadanie Przemysława Podolińskiego. Dzisiaj czas na drugie. To drugie jest dłuższe. No i cóż, co tu wiele mówić. Przemysław Podoliński, opowiadanie „Zakładnicy”.
[02:24:55] - Przemysław Podoliński, „Zakładnicy”. Antek inaczej wyobrażał sobie wojnę. Zawsze wydawało mu się, że na całym świecie życie wyhamuje i wszyscy z zapartym tchem będą oczekiwać najnowszych wieści z frontu. Tymczasem ludzie jak zwykle o tej porze wracali z pracy, spacerowali, rozmawiali i śmiali się. „Coś taki nieobecny?” — zapytała Baśka. Słońce przyjemnie grzało. Warkot przejeżdżających aut i gwar tłumu zostały zagłuszone przez dzwony kościoła Matki Bożej Częstochowskiej. „A nic” — odparł, gdy metaliczne echo umilkło. — „Myślę sobie, że mam fart.” — „Niby czemu?” — „Bo taką ładną dziewczynę poderwałem.” Baśka zachichotała, spuszczając wzrok. Dłonią wygładziła niebieską sukienkę.
„Ciekawe, czy po wakacjach o mnie nie zapomnisz.” — zatrzepotała rzęsami. „O tobie? Nigdy. Może wypaść mi z głowy, że mam dziś odwiedzić wuja, ale nie.” „Chłopaku, zrób podarek dziewczynie.” Zgarbiona starucha pojawiła się znikąd. Spod białej chusty wystawały siwe włosy. W dłoni ściskała bukiecik złożony z maków, chabrów, wrotyczy i kąkoli. Wlepiła wzrok w Antka. Jedno oko miała niebieskie, drugie zielone. Chłopak odnosił wrażenie, że to spojrzenie przewierca go na wylot. Wyłapuje wszystkie myśli, lęki i pragnienia.
„Zrób podarek dziewczynie” — powtórzyła skrzekliwie. — „Pokaż, żeś zakochany.” „Ojej, jakie śliczne!” — zachwyciła się Baśka. Antek zaklął w duchu. Rad nierad odpowiedział: „Pokażę, pokażę. Tylko ile pani chce za te kwiaty?” „40 000.” Chłopak zazgrzytał zębami. „Ty cholero” — pomyślał. Spróbował jednak zachować spokój. A za mniej się nie da? Widzi pani, że młodzi jesteśmy. Nie – ucięła, uśmiechając się chytrze.
Zerknął dyskretnie na Baśkę. Jej usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Antek zrozumiał, że musi zainwestować, jeśli chce coś osiągnąć w najbliższym czasie. No dobrze, da pani te kwiaty. Starucha chwyciła banknoty, rozciągając pomarszczoną twarz w uśmiechu. Bóg ci zapłać, chłopaku. Macie tu jeszcze coś ode mnie. Z bukietem wręczyła mu zaśniedziałą monetę. Krążek wyglądał na stary. Z wybitych na nim postaci pozostały tylko niewyraźne, mgliste sylwetki.
To zaczarowany pieniądz. Może dać ci nowe życie. Przyjmujesz? Przyjmuję. Baśka klasnęła w dłonie. Magiczna moneta. Wspaniale! Pokaż ją. Pokaż. Oddał pieniążek dziewczynie.
Starucha nadal nie spuszczała z nich wzroku. Szczerzyła się, ukazując złoty ząb. No to tego – wymamrotał chłopak. Dziękujemy pani i do widzenia. Do widzenia. Uważajcie na siebie, dzieci. Szli w stronę Starego Rynku. Antek obracał się co chwila. Mimo że starucha gdzieś zniknęła, miał wrażenie, że wciąż obserwuje ich z ukrycia tymi swoimi dziwacznymi oczami. Może dałbyś mi wreszcie te kwiaty?
– zaśmiała się Baśka. Tak, proszę bardzo. Bukiecik dla najładniejszej dziewczyny w Zielonej Górze. Ach, dziękuję – udała zaskoczenie. – Piękny. Minęli aptekę i wyszli na plac. Wokół ratusza było tłoczno, jak zwykle. Tłum rozstępował się tylko przed kroczącym wolno milicjantem. To co? Może pójdziemy do parku?
– zaproponował Antek. – Po drodze kupię nam oranżadę. Pewnie. Chodźmy. Chłopak uśmiechnął się. Randka szła po jego myśli. Rozłożyste liście klonu chroniły przed słońcem. Delikatny wietrzyk przyjemnie owiewał twarze. Antek rozparł się na ławce i niby od niechcenia założył rękę za plecy Baśki. Pociągnął łyk ciepłej oranżady.
Przyjemnie tu – westchnął. Dziewczyna nie odpowiedziała. Obserwowała wiewiórkę biegającą w trawie. Nieco dalej alejką szły dwie kobiety. Pchały przed sobą wózki. Dobrze, że nie mam dzieci – mruknął chłopak. A to czemu? – zainteresowała się Baśka. Martwiłbym się o nie. Wojna jest.
To strach. Czyli teraz niczego się nie boisz? – zagadnęła ciekawie. Antek zamyślił się. Bezradności tak – odpowiedział wreszcie. – Ale takiej całkowitej. Uśmiech rozjaśnił twarz dziewczyny. Cieszę się, że jesteś szczery. – Spojrzała mu w oczy. – I cieszę się, że jesteśmy tu razem.
Poczuł, jak serce zaczyna mu mocniej bić. Zadziałał instynktownie. Zbliżył twarz do jej twarzy. Czuł, że to ten moment. I wtedy usłyszeli, jak ktoś siada na ławce obok. Antek spiorunował wzrokiem sapiącego ciężko spoconego grubasa, który wachlował się gazetą. To komuch stary – warknął pod nosem chłopak. Zły tym bardziej, że mężczyzna nic sobie nie robił z jego wściekłego spojrzenia. Znasz go? Nie, ale sama zobacz – mówił półgłosem.
– Brwi Breżniewa, ciuchy z Pewexu, a do tego ulany jak świnia. Wypisz wymaluj. Baśka zachichotała, przez co omal nie zakrztusiła się swoim napojem. Wtedy chłopak poczuł przeszywający ciało chłód. Zadrżał. Wrażenie to potrwało ledwie chwilę, jakby owionął go mroźny podmuch wiatru. Coś się stało? – zapytała dziewczyna. Cienie sczerniały, promienie słońca zbladły, wpadając w matową żółć. Park wyglądał teraz mrocznie i niepokojąco.
Antek natychmiast zamknął oczy i otarł twarz dłonią. Uniósł powieki. Rozejrzał się spłoszony. Wszystko wróciło do normy. Mężczyzna czytał gazetę, kobiety z wózkiem zniknęły za zakrętem alejki, a wiewiórka wskoczyła na pobliską topolę. Antek. Tak, w porządku – odparł, starając się skupić na dziewczynie. – Tak tylko myślę. O czym? Aby zyskać na czasie, opróżnił butelkę, wstał i wrzucił ją do kosza.
O tym, co zrobię, zrobimy po szkole – zmyślił, wracając na miejsce. – Wojna już pewnie się skończy. Amerykanie uwolnią nas od Sowietów. Będziemy mogli ruszyć w świat. Usłyszał lekceważące prychnięcie. Na śmierć zapomniał o grubasie. „Jeśli naprawdę jest partyjny, to się władowałem” – pomyślał. Gdzie wy dzieciaki chcecie ruszać? – odezwał się tubalnym głosem mężczyzna. Nie podnosił wzroku znad gazety.
Gadasz chłopaku, jakby coś od ciebie zależało. A czemu niby ma nie zależeć? – fuknęła Baśka. Zdamy matury i zrobimy co chcemy. Mężczyzna zarechotał. Wielkie brzuszysko podskakiwało rytmicznie. Tak myślisz? – Spojrzał na nich. Antek drgnął widząc dwoje oczu o różnych kolorach. „A tak” odparła zadziornie dziewczyna, wymachując pustą butelką.
„A kto nam wtedy co zabroni?” „Świat, moja panno. Świat. Wam wszystkim młodym to się wydaje, że wystarczy dorosnąć i później już z górki. A to nie tak. Jesteście zakładnikami okoliczności. Jak nie wojna, to zabory, choroba albo bliscy. Zawsze coś się znajdzie.” Przeniósł spojrzenie na Antka. „Trzeba umieć odrzucać, żeby żyć jak się chce.” Chłopak poczuł dreszcz na plecach. Mężczyzna wrócił do czytania gazety. Najwyraźniej uznał temat za zakończony.
„Yy, chodźmy stąd Antek” bąknęła ostentacyjnie Baśka. „Nie chcę słuchać takich smut.” „Tak, dobrze” odparł. Kiedy szli alejką, odwrócił się, by spojrzeć na nieznajomego. Ten nie podniósł już wzroku znad gazety. Siedział pogrążony w dziwnie mrocznym cieniu klonu. Antek był rozczarowany. Okazja do pocałunku już się nie nadarzyła. Stał jeszcze chwilę przed domem Baśki, patrząc na ciemniejące niebo. Nie musiał się spieszyć. Z Lisiej miał blisko.
Wiedział, że bez pośpiechu zdąży wrócić do domu przed godziną milicyjną. Cholera! Wujek Marian – przypomniał sobie. Nie uśmiechał mu się spacer na Wędy, ale ostatecznie nadłożenie paru minut drogi nie było warte wysłuchiwania narzekań rodziców. Wujaszek Rzeźnik odreagowywał trudy swojego fachu alkoholem. Jak zawsze równie wesoły co nietrzeźwy, powitał bratanka serdecznie i próbował zaciągnąć do środka na kieliszeczek. Antek wił się jak piskorz, łżąc, że matka choruje, a ojciec ma nocną zmianę. Podziałało i Marian odpuścił, wręczając mu owiniętą w gazetę szynkę. Chłopak nie uniknął jednak straty kolejnych minut przez pijańskie zapewnienia o szacunku, jakim wujek darzy jego rodziców. Wieczorne podmuchy przegnały mgłę.
Brukowane ulice lśniły odbitym blaskiem lamp. Dalej w mroku budynki wydawały się rozlewać jak gęsta czarna maź. Sceneria przyprawiała Antka o ciarki. Splunął nonszalancko, by dodać sobie odwagi. Nie pomogło. Przycisnął do piersi szynkę, jakby była świętą relikwią. Skręcił w Lisią. Mgła gęstniała z każdą chwilą. Mijał schron, kiedy dostrzegł przed sobą ruch. Wytężył wzrok.
Dwie rozmyte sylwetki kroczyły przed nim dziwnie wolno i nieskrabnie. Owiał go chłód, taki sam jak wcześniej w parku. Szepty poniosły się opustoszałą ulicą. Słyszał je nawet z tak daleka. Nie rozróżniał poszczególnych słów. Brzmiały jednak dziwnie niepokojąco. Zastanawiał się, czy lepiej nie zawrócić. „Muszę wziąć się w garść” tłumaczył sobie. „To pewnie milicjanci.” Z zamyślenia wytrącił go błysk metalu. Na chodniku leżała moneta.
Podniósł ją odruchowo i obejrzał z bliska. Natychmiast rozpoznał podarek od staruchy. Już miał schować znalezisko do kieszeni, lecz w tej samej chwili niewyraźne sylwetki na krążku poruszyły się. Odskoczył jak oparzony, upuszczając wszystko, co miał w dłoniach. Odwrócił się na pięcie i postawił kilka kroków. Zaraz jednak przyszło mu do głowy, że monetę miała Baśka. A co jeśli tamci dwaj porwali dziewczynę? Przyjrzał się uważniej idącym przed nim cieniom. Doszedł do wniosku, że wyglądają, jakby coś ciągnęły. Albo kogoś.
Nie było czasu sprawdzać, czy Baśka jest w domu. Pobiegł, zostawiając wędlinę od wujka i monetę na środku chodnika. Chciał jak najszybciej dogonić nieznajomych. Ci jednak skręcili. Zniknęli za starym domem. Zwolnił przed rozsypującym się budynkiem stojącym na nieogrodzonej posesji, zza którego wyrastała zwarta ściana zaniedbanego żywopłotu. Z pogrążonego w ciemnościach wnętrza rudery dobiegały szepty. Takie same jak wcześniej. Antek podszedł do spróchniałych drzwi. Na samą myśl, że ma przez nie przejść, robiło mu się słabo.
Huknęło. Chłopak podskoczył. Zamarł w bezruchu, nasłuchując. Szepty umilkły, jednak wcale go to nie uspokoiło. Ledwo powstrzymywał się przed rozpaczliwą ucieczką. Po dłuższej chwili zdołał opanować nieco emocje. Zrobił głęboki wdech i ostrożnie uchylił drzwi. Wewnątrz było zaskakująco zimno. Cuchnęło też tanim winem, papierosami i zbutwiałym drewnem. Poświata bijąca z ulicznych latarni rozpraszała mrok na tyle, by dało się rozeznać w układzie pomieszczeń.
Antek stał w korytarzu, na końcu którego plama światła wyłaniała z mroku kilka spróchniałych stopni pozostałości po schodach. Reszta najwyraźniej rozsypała się ze starości, czyniąc piętro niedostępnym. Chłopak zebrał się na odwagę, aby zajrzeć do pierwszego pomieszczenia. Serce waliło mu jak oszalałe, lecz wreszcie postąpił krok. Podszedł ostrożnie do wejścia. Wybałuszał oczy, próbując dostrzec cokolwiek w ciemności. Na progu leżał spłaszczony kartonik po popularnych W porozrzucanych na podłodze przedmiotach rozpoznał szklane butelki. Nic się nie poruszyło, żaden podejrzany kształt nie przykuł wzroku. Im dalej w korytarz, tym chłód stawał się dotkliwszy. Okna następnego pokoju wychodziły na ulicę, więc było w nim całkiem jasno.
Antek już na pierwszy rzut oka mógł stwierdzić, że pomieszczenie jest równie zaśmiecone jak poprzednie. Nie zauważył niczego niezwykłego. Do sprawdzenia zostało ostatnie miejsce. „Może nikogo tam nie ma” – wmawiał sobie chłopak. – „Może poszli gdzie indziej”. Dotarł do trzeciego pokoju. Podłoga zaskrzypiała cicho. Serce Antka zaczęło bić jeszcze szybciej. Wstrzymał oddech, czekając na atak. Nic się nie stało.
Nasłuchiwał. W pomieszczeniu rozbrzmiewało ciche brzęczenie. Bardzo powoli zajrzał do środka. Nie było tam nikogo. Dostrzegł zarysy materaca leżącego przy ścianie i szafy, która stała obok. O dziwo, na podłodze nie walały się śmieci. Chłopak wszedł do pokoju, wciąż nasłuchując. Brzęczenie stawało się wyraźniejsze w pobliżu szafy. Mebel był pozbawiony drzwi. Ukazywał puste wnętrze.
Antek skierował wzrok na materac. Odsunął go stopą, odsłaniając metalową klapę. Nie otworzył jednak od razu. Wahał się. Wizja, że na dole spotka wariatów chcących zrobić mu krzywdę, stawała się coraz wyraźniejsza. Z drugiej strony, jeśli faktycznie była tam Baśka... Decyzję podjął w przypływie impulsu. Uniósł klapę. Poczuł na twarzy zimny podmuch. W dole jaśniało światło padające na stalową drabinkę.
Antek przeżegnał się i zaczął schodzić. Patrzył na betonowe ściany. Oddechem próbował ogrzać zmarznięte od lodowatych szczebli dłonie. Na suficie migotały lampy jarzeniowe. To ich brzęczenie było słychać na górze. „Coś pewnie nie styka w instalacji” – pomyślał chłopak. Szedł powoli, ostrożnie, masując dłońmi zziębnięte ramiona. Korytarz zakręcał dziwacznie to w jedną, to w drugą stronę. Antek wciąż zerkał za siebie, spodziewając się usłyszeć szczęk zamykanej klapy. W głowie kołatała mu myśl, że zmierza prosto w pułapkę.
Po ciągnącym się niemiłosiernie czasie dotarł do stalowych drzwi z otwartym wizjerem. Gruba zasuwa była odsunięta. Złuszczona farba odkrywała plamy rdzy. Będąc bliżej, Antek usłyszał szmery i ciche postękiwania. Dygotał. Miał wrażenie, że koścista łapa strachu chwyta go za wnętrzności i wykręca je niczym mokrą gąbkę. Ale nie mógł się teraz wycofać. Musiał zajrzeć przez wizjer. Pomieszczenie oświetlała samotna żarówka, migocząca jak te w korytarzu. Chłopak widział dwóch mężczyzn.
Jeden z nich, łysy, stał tyłem do wejścia, mając przed sobą stół. Jego spodnie były opuszczone do kostek. Blade pośladki poruszały się rytmicznie. Antek zauważył jeszcze nogi zwisające bezładnie z blatu. Drugi mężczyzna przyglądał się wszystkiemu z boku. Lewą ręką masował krocze, prawa była zasłonięta przez łysego. Miał krótko ścięte włosy i bliznę pod okiem. Uśmiechał się obleśnie. Madłe światło rzucało mu na twarz makabryczne cienie. Antek patrzył na tę scenę, nie mogąc uwierzyć, że dzieje się naprawdę.
„To musi być sen” – powtarzał w myślach. – „Cholerny koszmar”. Łysy stęknął, wyprężając ciało. Po chwili naciągnął spodnie i wycofał się pod drzwi, znikając chłopakowi z oczu. Ten z blizną ściskał pierś leżącej na stole nieprzytomnej Baśki. Z jej niebieskiej sukienki pozostał jedynie strzęp. Antek nie czuł złości ani żądzy zemsty. Pragnął tylko czym prędzej stamtąd uciec. Ciało odmówiło jednak posłuszeństwa. Stał i patrzył bezmyślnie, jak mężczyzna powoli kroczy w stronę drzwi, przesuwając dłonią po ciele Baśki.
Chłopak miał wrażenie, że ogląda pojedyncze klatki filmu. Błyszczące oczy – jedno niebieskie, drugie zielone – świdrowały go na wylot. Po kolejnym mignięciu żarówki twarz o upiornym uśmiechu wypełniła wizjer. Antek otrząsnął się. Całym sobą naparł na drzwi, chwytając zasuwę. Odrzuciło go silne uderzenie. Upadł. Zawiasy jęknęły żałośnie. Chłopak nie czekał. Zerwał się do ucieczki.
Minął zakręt, potem drugi i stanął jak wryty. Patrzył z niedowierzaniem na rozgałęziającą się w trzy strony drogę. W każdej z odnóg dostrzegał trzy kolejne. Korytarz w jednej chwili zmienił się w labirynt. Antek usłyszał za sobą szepty. Popędził środkowym przejściem. Biegnąc, próbował przypominać sobie, jak szedł wcześniej. Prawo, prawo, prosto, prawo, lewo. Zgubił się. Początkowo nie zwolnił.
Parł naprzód bez ładu, byle dalej. Gdy nieco ochłonął, postanowił trzymać się jednej strony. W ten sposób prędzej czy później musiał wyjść na zewnątrz. „O ile ten cholerny labirynt ma koniec” – pomyślał. Poczuł łzy płynące po policzkach. Bezradność i niezrozumienie doprowadzały go do rozpaczy. Wtedy zgasły światła. Wpadł w panikę. Namacał ścianę i biegł niezdarnie, sunąc dłonią po zimnym betonie. Usłyszał kroki.
Ktoś zbliżał się szybko. Chłopak zaczął krzyczeć, wyć jak zwierzę schwytane w klatkę. Próbował spłoszyć pędzące ku niemu zagrożenie. Bez skutku. Kroki stawały się coraz wyraźniejsze. Wycie przeszło w szloch. Ktoś był blisko. Biegł gwałtownie, agresywnie, niczym drapieżnik atakujący bezradną ofiarę. Antek wydał z siebie kolejny wrzask. Wtedy poczuł, jak ktoś chwyta go za ramiona i powala na podłogę.
Usłyszał szept: „Robimy to, żebyś zrozumiał”. Po tych słowach nastąpiło pierwsze uderzenie. Grad ciosów spadł na Antka. Ciemność wypełnił przepełniony bólem skowyt. „Panie, ponoć NRD padnie lada cień”. „A już tam. Toż radio mówiło, że Sowieci stoją pod Berlinem”. „Ta? To po co u nas tyle wojska?”. Antek kątem oka widział rozmawiających staruszków.
Ich głosy dudniły w głowie bolesnym echem. Chłopak ze zmęczenia nie mógł się poruszyć czy wykrztusić choć słowa. Przeniósł wzrok na sufit, gdzie plama wilgoci tworzyła kształt przypominający wielbłąda. „O, patrz pan, chłopiec się obudził. Jak się czujesz młody?”. Nastąpiła krótka chwila milczenia. „Coś nie gada. Zara jakąś pielęgniarkę wypatrzę. To ją tu… Siostro, siostro”.
Krzyk przeszył czaszkę Antka jak nóż. „Czego pan wrzeszczy, panie Kozłowski?” – rozległ się jazgotliwy głos. „Chłopiec się obudził, siostro, ale nic”. „Poczeka” – ucięła gniewnie pielęgniarka. „Nie on jeden tu leży. Później ktoś zajrzy”. Antek przymknął powieki, krzywiąc się z bólu. Po chwili zasnął. Tłum szepczących cieni był coraz bliżej. Chłopak rozpaczliwie próbował rozróżnić poszczególne słowa, jednak nie zdołał.
Bezmyślna fala ciemnych ciał o gorejących czerwienią oczach parła bezlitośnie naprzód. Chciał uciec, ale w tej samej chwili zrozumiał, że nie ma dokąd. Stał w ślepym zaułku betonowego labiryntu. Obudził się zlany potem. Dyszał ciężko. „Kolejny koszmar” – pomyślał. „Spokojnie, synku” – wyszeptała matka, gładząc go delikatnie po głowie. – „Jesteśmy przy tobie”. Stojący za nią ojciec patrzył z troską. Staruszków nie było.
Jednego wypisali wczoraj, drugiego dwa dni wcześniej. „Milicjanci coś przekazywali?” – zapytał słabym głosem Antek. Matka spuściła wzrok. Ojciec odchrząknął. „Baśka powiedziała, że żadnego gwałtu nie było” – mruknął. – „W domu, gdzie cię pobito, trafili na jakichś pijaków. Ale co może powiedzieć byle lump? Nic nie widzieli, nic nie wiedzą”. Chłopak przypomniał sobie pokój z leżącą na stole dziewczyną. Uśmiech faceta z blizną i odgłos kroków w ciemnym labiryncie.
To musiało być prawdziwe. „Może ci się przyśniło, synku” – wtrąciła matka łagodnym tonem. – „Po tym pobiciu ciągle masz koszmary, co? Jak myślisz?” „Pewnie tak” – skłamał. „Rozpoznasz tych, co cię zlali?” – wtrącił ojciec złym tonem. – „Jak ja ich, kurwa, dorwę…” „Romek, uspokój się”. W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. „Dzień dobry”. Antek drgnął mimowolnie, słysząc znajomy głos. „Chodź, Basiu, chodź” – powiedziała matka.
– „My się przejdziemy. Porozmawiajcie sobie”. Rodzice Antka zostawili drzwi niedomknięte. Chłopak nie patrzył na Baśkę. Wbijał wzrok w sufit. Zmrużył powieki w udawanym zmęczeniu. „Jak się czujesz?” – zapytała dziewczyna z troską. „Lepiej”. „Całe szczęście. Ale się przestraszyłam, kiedy twoja mama przyszła i powiedziała, że jesteś w szpitalu.
A później jeszcze ta milicja. Biedaku. Naprawdę myślałeś, że coś mi zrobili?” Spojrzał na nią. Równe brwi, zgrabny nosek, żywe oczy. Wyglądała pięknie jak zawsze. „Ale co robiłaś po tym, jak cię odprowadziłem?” Patrząc na Baśkę, czuł obrzydzenie. Wiedział, że to z jego strony podłe i głupie. Przecież dziewczyna nie była niczemu winna. Mimo to wrócił spojrzeniem do wielbłąda na suficie. „A co miałam robić?” – zdziwiła się.
– „Zjadłam, umyłam się, trochę poczytałam i zasnęłam. Czemu pytasz?” Właśnie, po co? „A moneta?” – drążył dalej. – „Co z nią zrobiłaś?” Milczała przez chwilę. „Jaka moneta?” Spojrzał raz jeszcze na jej twarz. Zrobiło mu się niedobrze. Był wściekły na siebie za swoje tchórzostwo i niesprawiedliwy wstręt do dziewczyny. „No ta, którą dostaliśmy od staruchy”. „Jakiej staruchy? Antek”.
Nie skomentował. Domyślał się, że Baśka udaje. W obawie przed plotkami i obgadywaniem za plecami robiła z niego wariata. „Przepraszam, jestem wykończony” – powiedział głucho, zamykając oczy. – „Zobaczymy się, jak wyjdę ze szpitala, dobrze?” Była zaskoczona. Najwyraźniej jednak uznała, że Antek faktycznie musi czuć się źle. „No dobrze, to idę. Twoja mama mówiła, że za parę dni cię wypuszczą. Wpadnę w odwiedziny”. „Pewnie”.
„No to pa”. Baśka wyszła. Nagle zrobiło się zimno. Antek dostrzegł przez szparę w drzwiach twarz pielęgniarki. Nabrał gwałtownie powietrza. Jedno oko kobiety było niebieskie, a drugie zielone. Patrzył jednak na jej usta, które wypowiedziały bezgłośnie słowo „zrozum”. Zrozumiał. Bezładna gmatwanina słów przerodziła się w jasny komunikat. Odrzuć bezradność, weź życie we własne ręce.
Przestań być zakładnikiem okoliczności. Czerwone ślepia wpatrywały się w Antka. Postacie były coraz bliżej. „Ale wojska w mieście. Aż strach bierze. Idę po zakupy, póki jeszcze kolejka nie duża”. „Może ci pomóc?” – zapytał Antek zaspanym głosem. „Nie trzeba, synku. Odpoczywaj. Wiem, że już lepiej się czujesz, ale zbieraj siły.
Gdzie ja te kartki podziałam?” Uśmiechnął się wymuszenie. Przed matką udawał, że wszystko jest w porządku, bo wiedział, ile nerwów kosztowałaby ją prawda. „Może Basię zaprosimy na kolację?” – zapytała z głupia frant. Ostentacyjnie przewrócił oczami. Temat wracał niczym bumerang. „Nie”. „Przemyśl to. Tyle razy przychodziła, pytała, jak się czujesz, a ty ani razu z nią nie porozmawiałeś. Ja więcej jej nie wyproszę”. „Mhm” – przeciągnął się z westchnieniem.
Łóżko zaskrzypiało. „To ja pośpię jeszcze trochę”. „Śpij, śpij”. Leżał, nasłuchując. Niedługo rozległ się trzask zamykanych drzwi. Antek wstał i przeszedł do kuchni. Przyklejony do szyby w oknie obserwował, jak matka znika za blokiem. Wrócił do pokoju i zaczął się ubierać. Po raz pierwszy od powrotu ze szpitala był sam na zewnątrz. Wcześniej nie wychodził ze względu na stan zdrowia.
Później zawsze towarzyszyli mu rodzice. Na wypadek, gdyby zasłabł. I faktycznie wciąż czuł się okropnie. Szepczące postacie nie pozwalały wypocząć podczas snu. Za dnia męczyły wyrzuty sumienia, że tak źle traktuje Baśkę. Niestety mógł tylko jej unikać. Nie potrafił udawać, że wszystko jest po staremu. Ulicami jeździło mnóstwo wojskowych wąsów. Można było poczuć się jak na poligonie. Wyglądało to niepokojąco.
Antek słyszał, że po walkach duża część RFN i NRD nie nadaje się do zamieszkania. Na Plac Powstańców Wielkopolskich wszedł zdyszany i spocony z wysiłku. Było jeszcze wcześnie, więc nie napotkał tłumów. Zauważył tylko kilkoro spacerujących starszych ludzi i bandę rozwrzeszczanych dzieciaków w podartych ciuchach. Zastanawiał się, czy kwiaciarka już tu jest. Ruszył wolnym krokiem w stronę kościoła, próbując wyrównać oddech. Dostrzegł zamiatającego przy wejściu staruszka. „Dzień dobry”. „Pochwalony” – burknął mężczyzna, prostując plecy. Poprawił kołnierz poplamionej koszuli, która wisiała na nim jak prześcieradło.
„Nie widział pan tutaj może takiej starej kobiety? Handluje kwiatami. Chciałem ją o coś zapytać”. Staruszek oparł się na miotle. Wolną dłonią osłonił oczy przed słońcem. „Panie, ostatnio taka to była z 10 lat przed drugą wojną, a i wtedy miała ze siedem dych na karku, jak nic”. „Nie, nie. Ostatnio ją widziałem. Taką ze złotym zębem”. „No to o niej właśnie mówię.
Stara Zocha. Zawsze po mszy kwiatki jej podkradaliśmy” – zaśmiał się. „Niemożliwe. To jakaś inna. Ja kupowałem tu kwiaty kilka tygodni temu”. Staruszek zaperzył się. „Panie, ja w tej parafii pomagam dobre parędziesiąt lat. Ministrantem byłem, teraz kościelnym. Jak mówię, że nikt tu kwiatami nie handluje, to nie handluje”. „Dobrze, dobrze” – wycofał się Antek.
– „Dziękuję za pomoc”. Nie potrafił uwierzyć w usłyszane słowa. Czy wszystko, co przeżył tamtego dnia, mogło być jedynie snem? Zostało jeszcze jedno miejsce do sprawdzenia – pomyślał. Za dnia sypiąca się rudera nie sprawiała tak złowieszczego wrażenia. Antek mimo wszystko był przerażony. Wolno uchylił połamane drzwi i rozejrzał się. Wyglądało na to, że wewnątrz nikogo nie ma. Ruszył przed siebie, ostrożnie stawiając kroki. Butelki po darze PGR-u, kartoniki po papierosach, niedopałki oraz inne śmieci zalegały podłogi w dwóch pierwszych pokojach.
Ostatni nie był wyjątkiem, choć przecież poprzednio panował tam porządek. Szafa znajdowała się na swoim miejscu. Poplamiony materac również. Chłopak podszedł, aby odkryć właz. Otworzył szeroko oczy. Nie znalazł przejścia. Podskoczył na starych deskach, jednak były one takie same jak w pozostałej części domu. Usiadł ciężko, próbując zebrać myśli. Roztrącone butelki potoczyły się z brzękiem. „Muszę iść do Baśki” – powiedział na głos.
– „Muszę jej o wszystkim opowiedzieć. Tylko ona może coś z tego pamiętać. Przypomni sobie.” Poczuł chłód. W tym samym momencie rozległo się wycie syren alarmowych. Antek znieruchomiał. Po chwili z ulicy zaczęły dobiegać pojedyncze krzyki i nawoływania. Chłopak dźwignął się ciężko i przeszedł do pokoju obok, aby wyjrzeć przez okno. Tłum pędził ulicą w stronę schronu. Antkowi wydawało się, że dostrzegł Baśkę. Dziewczyna biegła wraz z rodzicami.
„Muszę ją dogonić” – pomyślał z rozpaczą. „Nie uda się chłopaku.” Grubas o brwiach Breżniewa wpatrywał się w Antka zielonym okiem. Drugie miał zamknięte. W ustach ściskał papierosa. „Mówiliśmy ci już” – kontynuował. – „Byłeś i jesteś zakładnikiem okoliczności, jak większość. Ale możesz to zmienić. Możesz zostać jednym z nas.” „Jakich okoliczności?” – wrzasnął Antek. – „Kim ty jesteś? Skąd się tu wziąłeś?” Mężczyzna uśmiechnął się, otwierając drugie oko.
Niebieskie. Wydmuchnął szary obłok dymu. „Żyjesz na tyle, na ile pozwala ci świat” – kontynuował, ignorując pytania chłopaka. – „Prawie wszystko zależy od tego, w jakim miejscu i czasie się urodziłeś. Zakazy, nakazy, ograniczenia. Nawet teraz nie możesz zrobić tego, co chcesz. Nie dogonisz dziewczyny.” Zawiesił głos. Po chwili zaśmiał się, widząc przerażoną minę chłopaka. „Źle mnie zrozumiałeś. Nie chcemy cię zabić.” Antek rozpaczliwie próbował pojąć słowa grubasa.
Zastanawiał się, w jaki sposób może mu uciec. Przeniósł wzrok na okno. Wstrzymał oddech. O parapet opierał się mężczyzna z blizną. „Nie dopchasz się do schronu. Są tam ludzie z całej okolicy” – powiedział obojętnym tonem. Syreny wciąż wyły. Uszu chłopaka dobiegł nowy dźwięk. Miarowe buczenie niosące się echem w powietrzu. „Jednak możesz ocalić swoje istnienie.” „Jeśli staniesz się jednym z nas” – dopowiedziała starucha skrzekliwym głosem.
Siedziała na podłodze w korytarzu. Uśmiechała się, ukazując złoty ząb. – „Uciekniesz śmierci. Będziesz wolny.” Antek poczuł znużenie. Strach i bezsilność wyżeły z niego całą energię. Wokół pojawiały się coraz nowe postacie. Łysy gwałciciel Baśki, pielęgniarka i wiele innych, których dotąd nie spotkał. „Pokazaliśmy ci bezsilność i ból” – odezwał się mężczyzna z blizną. – „To, co jest twoim największym strachem, ograniczeniem.” „Czy to było prawdziwe?” – wyszeptał Antek. „To ty decydujesz, co było prawdziwe.
Spełnisz wszystkie pragnienia bez pytania i ponoszenia odpowiedzialności. Bez wyrzutów sumienia. Dajemy ci szansę na doświadczenie pełnego życia. Oczywiście, jeśli do nas dołączysz.” Buczenie zagłuszyło syreny. Bombowce były blisko. „Wybieraj chłopaku.” – grubas wyjął z kieszeni zupełnie gładką monetę. – „Albo przestaniesz istnieć, albo poznasz prawdziwe szczęście. Wystarczy, że wyrzekniesz się dawnego życia.” „Ale do czego jestem wam...” „Do tego” – wszedł mu w oko ten z blizną – „aby postawić kolejny krok ku zmianie. Dać prawdziwą wolność wszystkim, nie tylko wybranym.” Antek patrzył w twarze ludzi, którzy prześladowali go w koszmarach. Ich oczy zaczęły goreć czerwienią.
„Czas ucieka” – zaskrzeczała starucha. – „Łap albo przepadnij na zawsze.” Rzucona przez grubasa moneta frunęła w powietrzu, połyskując w promieniach słońca. Niedługo potem spadły pierwsze bomby. Domem wstrząsnęło. Resztki farby odpadły ze starych ścian. Kłęby pyłu wleciały przez okna. Okoliczne zabudowania zostały zmiecione potężnymi eksplozjami. „O, właśnie do tego kościoła chodziłam, jak byłam w twoim wieku.” – mała Laura wytrzeszczyła oczka na budynek. Barbara opatuliła się szczelniej płaszczem. Plac Powstańców Wielkopolskich pokrywała warstwa białego puchu.
Służby nie zdążyły jeszcze odśnieżyć. Lampki rozwieszone między latarniami migotały wesoło nad głowami nielicznych przechodniów. „Babcia, a mama mówiła, że tu była wojna” – zaszczebiotała Laura. „Była, była. Na Zieloną Górę zrzucili bomby. Mało co zostało. Na szczęście tego miejsca nie trafili. Sporo osób schowało się w kościele i Pan Bóg ich obronił, wiesz?” Aha. Uwagę Barbary przykuła stara kobiecina w sfatygowanym kożuchu. Na głowie miała chustę.
Rozmawiała z parą dzieciaków, próbując sprzedać im kwiaty. „Świeże polne kwiaty zimą?” – zdziwiła się Barbara. Chłopak niechętnie sięgnął do portfela i zapłacił staruszce. Ta szczerzyła zęby, przekazując bukiecik uradowanej dziewczynie. Wyciągnęła jeszcze z kieszeni monetę i wręczyła ją młodzianowi. „Babcia zimno” – zaczęła marudzić Laura. „Tak, tak, kochanie, już idziemy”. Gdy mijały staruszkę, para zniknęła za kościołem. Barbara przyjrzała się kwiaciarce. Szeroki uśmiech obnażył złoty ząb.
Dziwaczne oczy, z których jedno było niebieskie, a drugie zielone, wydawały się dziwnie znajome. „Szybciej” – zaszczebiotała dziewczynka. „Tak, tak”. Kiedy chwilę później Barbara odwróciła się, po staruszce nie pozostał nawet ślad.
[03:04:48] - „Bibliotekarium” to nie było dzisiaj ostatnie spotkanie z Piotrem Cielebiasiem. Czas na „Małpę”, czyli taki nasz mini cykl o ważnych książkach z dziedziny paranormalnej. Tak to najogólniej określmy. Dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem będziemy rozmawiać o książce, która w swoim czasie narobiła sporo hałasu. Tą książką jest „Zakazana archeologia” Michaela Cremo i Richarda Thompsona. Zapraszam. Dzień dobry wieczór Piotrze. Kolejną „Małpę” uważam za otwartą.
[03:05:31] - Witam wszystkich. W dzisiejszej „Małpie” kolejna książka sprzed lat, której oddziaływanie na czytelników jest nadal znaczące, a przez innych pamiętana jest jako pozycja, która była, jest takie modne słowo, swoistym game changerem. Chodzi o „Zakazaną archeologię” Michaela Cremo i Richarda Thompsona, której podtytuł, warto wspomnieć, brzmiał: „Ukryta historia człowieka”.
[03:06:02] - Warto by w tym momencie zadać pytanie, żeby wyjaśnić pewne rzeczy, bo dla mnie też nie ma wątpliwości, że ta książka była tym game changerem, ponieważ bardzo wielu ludzi zaczęło myśleć o przeszłości człowieka w nieco inny sposób. Natomiast to, o czym mówiłem wcześniej, czyli te motywacje, one się wydają nie do końca podyktowane dążeniem do prawdy naukowej. Mam takie wrażenie po lekturze dwuipółkrotnej, to pół to jest takie przerzucanie książki co do ciekawszych fragmentów.
[03:07:00] - O tym za chwilę też powiemy, że tak z nią jest, że jak się chce przejść do tego dżemiku czy miodziku w tej książce, to trzeba trochę powertować.
[03:07:12] - Tak, ale wiesz, te motywacje, bo w gruncie rzeczy ja kiedy ją skończyłem, to najbardziej byłem podekscytowany pewnymi, nie wszystkimi, ale pewnymi przykładami, które panowie przytoczyli. I one były rzeczywiście takie poruszające. Słuchacze „Bibliotekarium 2.0” mieli okazję, a właściwie to nie wiem, czy w „Bibliotekarium”, to chyba w „Bibliotekarium” było. W każdym razie, a może to było w „Facta incognita”. W każdym razie mówiłem o tym czasie, że czas można odwzorować w kilometrach i centymetrach. Kto ciekawy, niech sobie spojrzy. Ta książka bardzo mocno trafiła w te moje rozważania, że rzeczywiście taki ocean czasu nas oddziela od przeszłości, że w tym oceanie mogły się zdarzyć najróżniejsze rzeczy. I pod tym względem obaj panowie trafili w serce mnie zdecydowanie. Natomiast jak się dobrze wczytuję w tę książkę, to nie sposób nie zauważyć, że panowie mieli podłoże ideologiczne w tej książce. Nie tylko walczyli tam z ewolucjonizmem, z Darwinem, ale też nie wiem, Piotrze, czy ja to dobrze odczytuję.
Tu się odwołam do ciebie, ale ja nie mogę się pozbyć wrażenia, że te motywacje były na wskroś religijne.
[03:08:51] - Tak, o tym powiemy na końcu. Niektóre osoby po lekturze i po poznaniu bliższym autorów mogli się poczuć deczko oszukani, ale o tym za moment. Pierwsze wydanie „Zakazanej archeologii”, angielskojęzyczne pojawiło się w roku 1993. W Polsce ta książka ukazała się w 1996 nakładem wydawnictwa Arche. Taka charakterystyczna żółta okładka z czaszką jakiegoś praczłowieka przyciągała uwagę i wywoływała zaciekawienie. Jak to się mówi, jest to też całkiem niezła cegła. Cremo pisał w ogóle, że pełne wydanie „Zakazanej archeologii” miało mieć 1000 stron, natomiast skrócono ją do jednej trzeciej objętości. To jeszcze taka mała reklama. Ogólnie jeżeli chcecie poczytać coś o anomalnych znaleziskach, to polecam czerwcowy „Nieznany Świat”, gdzie Igor Witkowski pisze między innymi o artefaktach, które nie powinny istnieć, a Marcin Kołodziej dodaje coś o elektryczności w starożytności. Natomiast to jest zupełnie inna tematyka u Michaela Cremo.
Książka składa się z kilkunastu rozdziałów, ale jest też nieformalny podział, który tam przebiega, bo tytuł nam wskazuje, że będziemy mieli do czynienia z przedmiotami, które nie powinny istnieć i szokują archeologów. Nie jest tak do końca. Część tej książki, ale dość nieduża, dotyczy właśnie tego, czyli zagadek archeologii, artefaktów, które nie powinny istnieć albo liczą sobie według ocen miliony lat. Natomiast to jest tak naprawdę książka o antropologii, paleontologii i darwinizmie. Pierwsza część skupia się na analizie kamiennych narzędzi czy kości praludzi. Jej celem jest zburzenie w naszym umyśle drzewa genealogicznego homo sapiens i podważenie teorii Darwina. Część ostatnia z kolei analizuje już konkretne znaleziska, konkretne kości i dokonuje głębokiej krytyki niektórych znalezisk, a nawet porusza kwestię jetiego. „Zakazaną archeologię”, co warto podkreślić, otwiera wzmianka o odkryciu dokonanym w Tanzanii w roku 1979, gdzie natrafiono na skamieniałe ślady stóp. Cremo twierdzi, że należały one do istot, których budowa stopy była niemal identyczna jak człowieka współczesnego. Problem był taki, że te odciski liczyły sobie co najmniej 3,6 miliona lat.
Tymczasem kiedy popatrzymy na to, co mówią antropolodzy współcześnie, to człowiek współczesny anatomicznie pojawił się jakieś 300 000 lat temu. Natomiast pod względem społeczno-kulturowym wszystko wystartowało znacznie później, bo jakieś 50 000 lat temu. Cremo i Thompson nie ukrywali, że gros odkryć zostało zatajonych albo zagadanych przez naukowców, aby tylko pasowały do panującego paradygmatu i wizerunku. Natomiast skrótowy wniosek wynikający z długiego i bardzo monotonnego momentami śledztwa autorów mówił, że człowiek współczesny pojawił się na Ziemi dużo wcześniej niż mówi nauka, bo nawet 60 milionów lat temu i spacerował sobie z tymi wszystkimi prehistorycznymi zwierzętami. Ba, nie tylko spacerował, ale nawet rozwinął jakieś formy kultury, a może nawet cywilizacji, o czym mają świadczyć te znalezione w dziwnych miejscach, na głębokości nawet kilkuset metrów artefakty. Marku, nie oszukujmy się, że tak jak powiedziałeś, książka Cremo i Thompsona nie jest ideologicznie obojętna. Nie da się ukryć, że stanowiła łakomy kąsek dla kreacjonistów, których za oceanem nie brakuje. U nas ta dyskusja z teorią ewolucji, poza wybrykami Giertycha seniora, jakoś się nie zakorzeniła. Pojawia się pytanie, czy Cremo to kreacjonista taki, jakich obserwujemy w Ameryce?
[03:13:25] - Chyba nie, chociaż trudno pozbyć się wrażenia. Ja takie wrażenie właśnie miałem, że Cremo i jego kumpel mocno słuchali tych kreacjonistów. Dla potrzeb tej rozmowy nazwijmy ich kreacjonistami protestanckimi. To w jakiś sposób pokaże nam pewien zakres, w którym się poruszamy. Otóż tak się dziwnie, ale to przypadek zupełny, złożyło, że kiedy przeczytałem tę książkę po raz pierwszy, byłem świeżo po oglądaniu wieloczęściowego cyklu wygłaszanego przez pewnego kaznodzieję protestanckiego w Stanach Zjednoczonych na temat dziejów Ziemi. On reprezentował ruch tak zwanej młodej Ziemi. Czyli tak podsumowując, cała Ziemia liczy sobie kilka tysięcy lat, a datowanie, które możemy odnaleźć w Piśmie Świętym, w Biblii, to jest właśnie to datowanie, czyli kilka tysięcy lat i już. Notabene ten człowiek, ten kaznodzieja miał dosyć skomplikowaną historię. Siedział nawet w więzieniu. Według oficjalnych materiałów to dlatego, że głosił zakazaną wiedzę dotyczącą przeszłości Ziemi.
Jak głosiły różnego rodzaju wróbelki, rzecz dotyczyła pieniędzy. Jak było? Nie wiem, więc się nie wypowiadam, tylko sygnalizuję. Natomiast co łączy książkę, o której dzisiaj mówimy z kreacjonistami protestanckimi? Otóż i u jednych i u drugich poddaje się w wątpliwość dzieje Ziemi. Tylko o ile Cremo i Thompson je wydłużają, to znaczy sięgają znacznie dalej w przeszłość, o tyle kreacjoniści protestanccy skracają ten odcinek. I oczywiście wyjaśniają, że te wszystkie skamieliny, które znajdujemy, tam jest ciekawy wątek, kiedy mówi się o tym, że datowanie różnego rodzaju znalezisk polega na tym, że się odnajduje je w określonych warstwach i na podstawie tego datuje się znaleziska, ale też odwrotnie to działa. Czyli właściwie nie wiadomo, co od czego pochodzi, czy też te znaleziska datują warstwy, czy warstwy datują znaleziska. To jest jedna z takich wątpliwości, które przemawiają trochę do wyobraźni. Ale wracając do tych kreacjonistów, to tam jest wyjaśnione całe dzieje Ziemi właśnie tak skrótowo.
Zmienia się ilość tlenu. Tam jest wyjaśniony potop. Tam właściwie cała Biblia jest wyjaśniona bardzo, i tu nawet się waham, czy użyć cudzysłowu, bardzo racjonalnie, ale traktujmy rzeczywiście słowo racjonalnie w sposób taki dla potrzeb rozmowy. O, może tak. Otóż racjonalność polega na tym, że oni nie mówią, że przyszedł Bóg, pach, zrobił cud. Nie. Oni wyjaśniają to po prostu na podstawie zjawisk. Gdzieś tam była woda ukryta w atmosferze, tam była specjalna warstwa. Mają na to odpowiedni cytat z Biblii i stąd się wziął potop. Dlaczego ludzie żyli kiedyś tak długo?
Dlatego, że było więcej tlenu w atmosferze. Zauważcie państwo, że dla potrzeb wyjaśnienia historii biblijnych używa się nauki, a w każdym razie wiedzy naukowej albo odwołującej się do nauki. To chyba najbezpieczniejsze sformułowanie. I tam na przykład dowiadujemy się, że zjawisko kamienienia czy też skamielin wcale nie musi trwać miliony lat, tylko może się odbywać w ciągu kilkudziesięciu lat. Jest kilka dowodów, tu znowu cudzysłów przy tym słowie dowody, przywoływanych na temat tego, jak coś może skamienieć w ciągu kilkudziesięciu lat. I tak dalej. Ja tu nie jestem po to, żeby państwu nauki kaznodziei protestanckiego przywoływać, natomiast widzę te związki pomiędzy jednymi i drugimi. Co więcej, czasami i jeden, czyli ten kaznodzieja, i autorzy książki powołują się na bardzo podobne znaleziska. Nie chcę mówić, że te same, bo tego nie sprawdzałem przed naszą audycją, ale w każdym razie na bardzo podobne. Dla jednych są to dowody tego, że mamy tak zwaną młodą Ziemię i cała historia biblijna jest prawdziwa.
Dla drugich wniosek jest skrajnie odmienny, czyli że dzieje ludzkości należałoby przenieść kilkadziesiąt milionów lat wstecz w stosunku do miejsca, które jest dzisiaj przywoływane przez naukę. To pokazuje, jak z bardzo podobnych przesłanek można wyciągnąć zupełnie inne wnioski.
[03:19:17] - Tak. Natomiast ten kreacjonizm Michaela Cremo a kreacjonizm chrześcijański to są dwie zupełnie różne rzeczy, dlatego że ten nurt, który propaguje autor „Zakazanej archeologii”, się wiąże stricte z cyklicznością w ogóle dziejów. Ale o tym jeszcze na koniec.
[03:19:37] - A więc z czasem kołowym, zupełnie obcym kulturze zachodniej.
[03:19:42] - Natomiast myślę, że jeżeli chodzi, Marku, o błędy w teorii ewolucji, to nie wyczerpiemy tematu, nawet jakbyśmy bardzo chcieli. Jeżeli ktoś sobie chce, może zawsze do „Zakazanej archeologii” sięgnąć, bo to jest książka wydana w takim nakładzie, że dzisiaj nadal można ją śmiało kupić w internecie. Trzeba mieć jednak świadomość, że antropologia i paleontologia poszły ogromnie do przodu. Jeżeli idzie o na przykład rekonstruowanie genealogii homo sapiens, to trzeba pamiętać, że dokoptowane zostały nowe odnogi: denisowianie, neandertalczycy i inne gatunki, które zostały dosłownie wchłonięte przez człowieka rozumnego, ale przekazały nam też jakieś swoje unikatowe cechy. Interesujące natomiast i niepokojące jednocześnie są opisy w „Zakazanej archeologii”, które ukazują nam, jak archeologia i w ogóle antropologia były ciosane toporem nauki, czyli odrzucano to, co nie pasuje do obecnego obrazu dziejów i tego, co jest traktowane jako absolutny dogmat. Cremo i Thompson poświęcają temu sporo uwagi, szczególnie w tej części trzeciej, ale tak jak powiedziałem przed chwilą, gros osób, które pytałem o wnioski z „Zakazanej archeologii”, to mówili tak: „To książka kultowa, wiesz, ale duża jej część to są jakieś tam dywagacje naukowe”. I ona, muszę powiedzieć, że troszeczkę męczy czytelnika, który jest przyzwyczajony do chociażby Dänikena albo Mostowicza, gdzie to jest wszystko wyłożone dużo prościej, ładniej i przejrzyściej. Tutaj to taki troszeczkę podręcznik miejscami do archeologii, który jest przedrukowany wraz z takimi mało zajmującymi znaleziskami jak na przykład narzędzia kamienne i tak dalej. Ale takim crème de la crème „Zakazanej archeologii” I tym, z czym większość ludzi kojarzy tę książkę, są anomalne znaleziska, zarówno paleontologiczne, jak i archeologiczne. Cremo z Thompsonem przywołują tutaj szereg artefaktów, które zostały wydobyte z głębokich pokładów geologicznych wskazujących, że wiek tych przedmiotów należy liczyć na przykład w dziesiątkach milionów lat.
I czymś, co mi utknęło w głowie były takie rury, które rzekomo znaleziono w 1968 roku we francuskiej miejscowości, która się nazywa, zaraz wam powiem, bo mam przy sobie egzemplarz „Zakazanej archeologii”, nazywa się Saint-Jean-de-Livêt. One znajdowały się w pokładach, które liczyły 65 milionów lat. Jak się tam znalazły? Dobre pytanie. Podobnie jest z figurką z Nampa w stanie Idaho, której wiek ocenia się na chyba 2 miliony lat, z tego, co pamiętam. To jest niewielki posążek człowieka z oderwaną nogą, znaleziony gdzieś tam w mule podczas wiercenia studni. Inne ciekawe znalezisko kilka stron dalej to jest moneta lub medalion z Lone Ridge w stanie Illinois, którego wiek Cremo i Thompson podają na 400 000 lat. Ta moneta wygląda dość specyficznie. Polecam się zapoznać z tym znaleziskiem, bo to łatwo znaleźć w internecie. Oczywiście tych anomalnych artefaktów jest więcej i one też budzą sporo wątpliwości odnośnie swojego pochodzenia i datowania.
Niemniej jednak muszę powiedzieć, Marku, że ta część „Zakazanej archeologii” była dla mnie najbardziej porywająca. Dzisiaj patrzę na tę książkę jednak już zupełnie inaczej.
[03:23:38] - Tak, jeszcze trzeba dodać kule żłobione, też sprzed bardzo wielu lat. Mówisz, że patrzysz inaczej. Ja powiem tak: dla mnie wartość tej książki była taka, że skłoniła mnie do... Inaczej, ja w ogóle bardzo rzadko daję się porwać narracji głoszonej tak, jak autorzy tej książki. Czyli mają pewną tezę, której zresztą nie ukrywają i później pracowicie kolejne przypadki mają potwierdzać to, co zgłosili.
[03:24:20] - To jest taka pułapka trochę, bo tam już we wstępie, bo oboje chyba te wstępy napisali, jest powiedziane jasno i wyraźnie, że oni są przedstawicielami takiej szkoły. Tylko że w latach 90., kiedy ta książka wyszła, kiedy się było trochę młodszym i nie wiedziało, z czym to się je, człowiek za bardzo nie kumał, o co biega. Po drugie, tam w kolejnych rozdziałach nie ma nic o Krysznie, nie ma nic o Wisznuizmie, którego są przedstawicielami. Nie, tam jest zakazana archeologia. Czyli tak jakby materiał jest dobrany pod pewną ukrytą narrację. I czy to jest pułapka, czy to jest absolutnie pełnoprawny wywód? Trudno ocenić, jeżeli nie jest się znawcą tematu i nie zna każdego z tych przypadków osobno.
[03:25:11] - Ja myślę, że każda pliszka swój ogonek chwali, w związku z czym będę chwalił swój. To jest tak, że ta książka pobudza do myślenia po prostu. I tak jak powiedziałem, ja się nie za bardzo przywiązałem do tez postawionych, tylko raczej chłonąłem te przykłady. I ja wiem, że te przykłady miały udowadniać pewną tezę, którą panowie tam mniej lub bardziej przejrzyście podali. Natomiast one mnie zainspirowały do tego, żeby sobie o przyszłości naszej planety pomyśleć i niekoniecznie w tym kierunku, który by odpowiadał autorom. I to jest dla mnie zaleta tej książki i pewno tyle samo zasługi autorów, co i ludzi, w tym przypadku mnie, którzy nad tą książką myślą. Ja wiem, zdaję sobie sprawę, ty mi to jeszcze dodatkowo uświadomiłeś, że panowie kierowali się po prostu jakimiś swoimi przekonaniami. Ale to, mówiąc szczerze, przeszkadzało mi chyba najmniej, bo ja mam swoje i gotowy jestem ich bronić, aczkolwiek bardzo chętnie dam się przekonać, dam sobie udowodnić różne rzeczy. Staram się być otwarty po prostu. I ta książka, jeśli człowiek za bardzo się nie przywiąże do tez postawionych, to ona rzeczywiście w jakimś stopniu otwiera nasz umysł na pewne dziwne wydarzenia.
I znowu tylko chciałbym jeszcze podkreślić, że to nie jest tak, że musimy we wszystko uwierzyć i wszystko łyknąć jak przysłowiowy pelikan. Wręcz przeciwnie, stawiajmy, czytając tę książkę, różnego rodzaju pytania, przeciwstawiajmy się, próbujmy zadawać pytania kwestionujące, bo tam, ja takie wrażenie odniosłem, momentami panuje nastrój huraoptymizmu. Otóż wykażemy, że wszystko było inaczej. I ja też takie odniosłem wrażenie, że niektóre z tych przywołanych przypadków
[03:27:45] - Autorzy są skłonni serwować, żebyśmy je przyjęli troszeczkę na wiarę. Jest tam za mało materiału, ale i tak jest go tam taka ilość, że zaczyna się wylewać uszami, więc to ryzykowna teza, że jest za mało. Ale rzeczywiście pewnych odwołań, przypisów, źródeł wydaje się brakować. Poza tym pewien błąd polega na tym, że ona stara się być wyczerpująca, tak jak dzieło naukowe, a dziełem naukowym w gruncie rzeczy nie jest. Jest najwyżej książką popularnonaukową z dużą podbudową różnego rodzaju źródeł. Ale nie przesadzajmy, tych źródeł nie ma tam takiej ilości, do jakiej ludzie czytający prace stricte naukowe są przyzwyczajeni. Jest też inny problem, dlatego że część z tych znalezisk pochodzi z okresu, kiedy kreacjonizm w Ameryce miał dobrą prasę. I to mówię z pełnym przekonaniem. Chodzi o to, że to są znaleziska na przykład opisane w prasie z XIX wieku, z przełomu XIX i XX wieku. Wiele z nich jest nie do zlokalizowania dzisiaj.
Ktoś coś znalazł, to zostało opisane w jakimś periodyku, a potem zniknęło. A potem dowiadujemy się na przykład, że profesor czy jakiś doktor, który to opisywał, był kreacjonistą. To niestety rzutuje na niektóre rzeczy tutaj przedstawione. Ale przejdźmy do końca i do oceny. Może nie tyle do oceny książki, co do naświetlenia sylwetki autorów, bo był taki czas, kiedy Michael Cremo był synonimem dziedziny, którą nazwano zakazaną archeologią. Ja z nim przeprowadziłem dwa wywiady. W żadnym nie był natarczywy i nie przemycał żadnych wątków religijnych. To trzeba powiedzieć jasno. Co do Thompsona, który był tym mniej eksponowanym autorem, był matematykiem, ale też przedstawicielem nurtu hinduizmu znanego jako wisznuizm Gaudija. Był też jednym z propagatorów tego, co określa się obecnie jako wedyjski kreacjonizm.
A cóż to takiego jest ten wedyjski kreacjonizm? To jest dopasowanie pewnych zasad wiary owego wisznuizmu do odkryć naukowych albo inaczej rozpatrywanie tych odkryć w kontekście właśnie wisznuizmu. Od kreacjonizmu chrześcijańskiego różni się tym, o czym już wspomnieliśmy, że o ile w tym chrześcijańskim wszystko zaczyna się kilka tysięcy lat temu, to w tym wedyjskim występują ery różnego rodzaju i w tych erach osadzona jest ludzkość. I ten proces pojawiania się i ginięcia cywilizacji, tak jak i wszechświata trwa w najlepsze. Ale, co już zostało wspomniane, ani Thompson, ani Cremo nie wypierali się tego. To nie była jakaś broszurka Świadków Jehowy. Nie, to był dużo bardziej skomplikowany konstrukt. Krytycy powiedzą natomiast tak trochę apriorycznie, że zakazana archeologia jest z samej perspektywy, że została napisana przez dwóch działaczy religijnych, niewiele warta, bo przecież szukali oni dowodów takich, aby te swoje tezy potwierdzić. Mam tutaj pewien problem, dlatego że gdyby chcieć jednoznacznie obalić „Zakazaną archeologię”, to trzeba przejrzeć każdy z tych przypadków. Zobaczyć, z jakich źródeł pochodzą dowody, na które się oni powołują.
Bo trzeba mieć świadomość, że część może pochodzić tak naprawdę z publikacji amerykańskich kreacjonistów. Osobiście mnie to trochę uwiera. Nie mogę obok tego, Marku, przejść obojętnie. Dlaczego? Dlatego, że to jest jeden z moich ulubionych tematów. Cremo po sukcesie „Zakazanej archeologii” nie zrobił już takiej kariery na rynku pisarskim. W Polsce ukazały się jego co najmniej dwie książki. Jedna bardziej była manifestem jego poglądów. Jej tytuł to „Dewolucja człowieka. Wedyjska alternatywa dla teorii Darwina”.
Ale była też kontynuacja „Zakazanej archeologii”, która się ukazała dużo później pod tytułem „Echa zakazanej archeologii”. To była publikacja składająca się de facto z listów i komentarzy, rozszerzająca dyskusję na ten temat, ale już raczej dla takiego grona fascynatów na pewno mniej licznego niż ci, którzy się interesują jakimiś anomaliami napotkanymi przez archeologów. Jak dzisiaj odbierać „Zakazaną archeologię”? Chyba bardziej z perspektywy nostalgii, ale trzeba podkreślić, że dała ona początek nazwie kategorii albo też dziedzinie publicystyki, która zajmuje się właśnie takimi anomalnymi artefaktami, znaleziskami, tajemnicami historii. Czytając często o tym, słyszymy o tej zakazanej archeologii. Wiesz co, Piotrze, ja jeszcze jednak trochę jak Katon, który twierdził, że Kartagina powinna być zburzona, powtórzę, że dla mnie największa wartość tej książki to jest takie poruszenie umysłu w kierunku tego, żeby nie przyjmować tego podziału dziejów, tego wszystkiego, co serwuje nam oficjalna nauka.
[03:33:53] - Tylko przynajmniej to najmniej, co możemy zrobić. Zadawajmy pytania, pytajmy o rzeczy, które wydają nam się dziwne, niewygodne, wątpliwe. I to jest dla mnie największa wartość tej książki, że ona być może opiera się na źródłach, które są nie do końca sprawdzone. Być może przywołuje przypadki, które przynajmniej nie wszystkie są wiarygodne. Ale nie sprawdzałem tego, więc nie wiem. Natomiast największa wartość tej książki to jest taki ferment umysłowy, który ona siała i myślę, że do dzisiaj sieje. Myślę, że czasami nasz umysł jest bardzo bezwładny. Oczywiście wiem, że wśród naszych słuchaczy i wśród wielu innych ludzi są ludzie natchnieni niemal boską mocą i od początku różne rzeczy wiedzą. Ja jestem gotowy się przyznać, że nie wiedziałem, a w każdym razie nie odważyłem się pomyśleć, że jak tak kwestionować tak ważną naukę jaką jest historia, jaką są na przykład nauki towarzyszące czy geologia, czy jakieś inne. Nie.
Otóż właśnie, róbmy to. Zadawajmy pytania, mieszajmy troszeczkę tym naukowcom szyki. Oni są przyzwyczajeni do feudalnego systemu naukowego zarówno w Polsce, jak i za granicą, w którym naukowcy piją sobie z dziubków i jak ktoś jest na niższej gałęzi, siedzi, bo jeszcze się nie dochrapał odpowiedniego tytułu, to tym bardziej kiwa głową: „Tak, tak, panie profesorze”. Tymczasem my mamy w sobie taką siłę, że co prawda ze strony tych profesorów padnie czasami w naszym kierunku, że jesteśmy ignorantami. Spokojnie to przyjmujmy, ale pytania swoje miejmy odwagę zadawać, bo to w gruncie rzeczy troszeczkę psuje to dobre samopoczucie naukowców, troszeczkę stawia im dodatkowe wymagania. To zależy zresztą od konstrukcji psychicznej człowieka. Niektórzy powiedzą: „Ignoranci, profani, głupcy, zadają jakieś debilne pytania”. Tymczasem ja do tych ludzi, którzy te pytania zadają, mam ogromną sympatię, nawet jeśli błądzą. Jeśli ja z nimi błądzę, to mimo wszystko jest to wartość dla mnie, która paradoksalnie popycha naukę w kierunku jakiegoś rozwoju, a nie stawia jej tamę. Bo niekiedy starają się to tak naukowcy przedstawiać, że takie wsteczne poglądy, takie jakieś tam dziwne teorie, to one tak naprawdę nie są naukowe, a wręcz przeciwnie, są antynaukowe.
Obawiam się, szanowni panowie naukowcy, że nie. Wręcz przeciwnie. To tyle mojego manifestu.
[03:37:03] - Tak. Jeżeli macie jakieś swoje przeżycia czy też opinie związane z „Zakazaną archeologią” Michaela Cremo i Richarda Thompsona, piszcie w komentarzach. Do zobaczenia w następnej małpie za jakiś czas.
[03:37:19] - Tak jest. Życzymy tym wszystkim, którzy na małpę zjawili się w „Bibliotekarium 2.0” spokojnej nocy, a wszystkich innych zapraszamy na kolejne audycje. Czas, proszę państwa, teraz na odrobinę warsztatów literackich. A jak mówimy o warsztatach literackich, to oczywiście na scenie pojawia się Katarzyna Prychacz. Katarzyna Prychacz i jej „Alchemia tworzenia”. Dzisiaj kolejny odcinek brzmi poważnie, ale zaręczam, że jak to u Katarzyny Prychacz będzie nie do końca poważnie, ale zawsze w sposób profesjonalny. Dzisiejszy odcinek nosi tytuł: „Studium bohatera. Inżynier postapokaliptyczny”. Już się bałem, że nie wypowiem tego słowa właściwie. Zapraszam zatem na „Alchemię tworzenia”.
[03:38:22] - Halo, halo! Zgadnijcie kto przy odbiorniku? Oczywiście Katarzyna Prychacz i zapraszam was na: „Alchemia tworzenia”. Witam was serdecznie w 15. odcinku drugiego sezonu „Alchemii tworzenia” — podcaście, który kierowany jest może i do braci pisarskiej, aczkolwiek myślę, że ten sezon, który polega na moich kreatywnych improwizacjach, kierowany jest do wszystkich. Słuchajcie, ja nie chcę dzisiaj przedłużać, bo powiem szczerze, że ostatnio bardzo dużo się działo w tych naszych odcinkach i ta cała trzyczęściowa historia i tyle akcji. I o matko, matko! Powiem szczerze, pomyślałam, że tym razem trochę odetchniemy i wpadłam sobie na taki pomysł, że dzisiaj nie będziemy robić jako takiej historii, że tutaj będą jakieś trzy akty, że będą jakieś sceny, morały i tak dalej. Dzisiaj chciałabym stworzyć bohatera. Niewykluczone, bo tak tutaj skowronki mi wyćwierkały, że szykuje nam się przerwa świąteczna.
Dlatego dzisiaj pomyślałam, że zrobimy bohatera. A może ten ostatni odcinek przed świętami to będzie jakaś trochę świąteczna przygoda? Może właśnie z udziałem tego bohatera. Także co? Lecimy. Aha, zanim polecimy, to jeszcze wam powiem, co ja będę sobie tutaj dzisiaj robić. Oczywiście, że wygrzebałam jakieś swoje ćwiczenia, takie karty pracy. Nie wiem, czy w pierwszym sezonie — jeżeli mówiłam o budowaniu bohatera takiego w 3D i tak dalej — bardzo możliwe, że o tych kartach wspominałam. Natomiast nieistotne. Dzisiaj po prostu będziemy sobie je wypełniać.
O, tak zrobimy. Jeżeli chodzi o te karty, to przygotowałam sobie 10 kart pracy, gdzie będziemy określać właściwie wszystkie fakty na temat naszego bohatera. Począwszy od jego imienia — wiadomo, jakoś trzeba na niego wołać — ale też przez to, jak będzie wyglądał, czy jaką miał przeszłość, tak samo, jaką miał teraźniejszość, czyli ten moment, w którym my się z nim zetkniemy w naszej historii za tydzień. Co ja tu jeszcze mam? Tak sobie zerkam. Może powymyślam jakieś sekrety tego bohatera naszego, może jakąś jego motywację do działania, do tej wyprawy, do tego wezwania do wyprawy, które otrzymał. Mam tu jeszcze coś takiego jak ewolucja usterki. Na bieżąco będę wam to omawiać. Mam nadzieję, że najwyżej prześlizgniemy się, bo jak to ja, mam tutaj bardzo dużo rzeczy do wypełnienia, a też nie chcę, żeby to było za długie. Akurat patrzę, że jeszcze mam coś jak oś zmiany, ale to chyba nie będzie nam tu teraz potrzebne.
Dobra, najważniejsze rzeczy. Także ja sobie będę swoje karty wypełniać i mówić wam, co tu wymyślam. Ale oczywiście, żeby tradycji stało się zadość, ja wam nie raz wspominałam, że bohaterów opieram właśnie na archetypach osobowości. Naprawdę to jest narzędzie, które bardzo ułatwia mi pracę. Myślę, że jeżeli słuchaliście jakieś odcinki z tej serii, z tego sezonu, to sami wiecie, z czym to się je i że właściwie czasami sama charakterystyka już nam kreuje historię danej postaci. Także dobra, słuchajcie, lecimy i od tego zaczniemy. Jeżeli ktoś tu jest pierwszy raz, to ja tylko przypomnę, że archetypy osobowości, na które tu się będę powoływać, a konkretnie opracowanie tych archetypów, jest to opracowanie przygotowane przez Gabrielę Borowczyk. Ja mam po prostu takie narzędzie w postaci kart i sobie będę te karty losować. Także zachęcam, jak lubicie się w takie rzeczy bawić, to są też karty, gdzie możemy sobie zrobić taką właściwie autosesję, autodiagnozę. Tak się trochę może czegoś więcej na swój temat dowiedzieć.
Naprawdę bardzo fajne narzędzie. Polecam. I nie przedłużam. Wylosuję trzy archetypy z tej puli kart, które po prostu będą, jak by to nazwać, filarami naszego bohatera, naszej postaci dzisiejszej, którą stworzymy. Także jestem ciekawa, co tu nam się wylosuje. Dobra, mam potasowane. Na razie wyjmę trzy karty, ale jeszcze nie będę odkrywać, żeby nie psuć niespodzianki. Także lecimy. Pierwsza. Druga może ze środka.
I trzecia, jak już idziemy od lewej do prawej, to gdzieś tam z końca. Dobra, mam trzy karty. Mam trzy archetypy. Zobaczymy jakie tu nam się combo wylosowało. Okej, to odkrywam po kolei i będę wam czytać. Jeżeli mam tu stałych słuchaczy, to pewnie już macie po dziurki w nosie tych archetypów. Wybaczcie mi, ale myślę, że jeszcze dopniemy do końca tego sezonu i wszyscy będziemy znać je na pamięć. Także może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dobra, lecimy. Pierwszy archetyp.
Właśnie myślę, czy może sobie ustalimy, że on będzie taki dominujący. O, wiecie co? Zróbmy coś takiego. Ja sobie położyłam te karty w kolejności, jak losowałam, że ten drugi archetyp, ten środkowy, to będzie taki najbardziej dominujący archetyp, a te dwa pozostałe będą go wspierały. To znaczy, że osobowość naszego bohatera będzie przede wszystkim oparta właśnie na tym środkowym, a te dwa będą takim uzupełnieniem, czasami właśnie mocnymi lub słabymi stronami czy dodatkowymi kompetencjami naszego bohatera. Kurczę, robi się ciekawie, bo prawdę mówiąc z archetypami jeszcze tego ćwiczenia nie robiłam. Dobra, lecimy. Tylko teraz może powinnam właśnie ten dominujący. Nie, już wiem. Dobra, wybaczcie, bo widzicie, ja tu tak improwizuję nawet takie rzeczy, także muszę się tutaj przy was sama ze sobą ustalać.
Dobra, odkrywam teraz pierwszy i odkrywam trzeci, a ten dominujący zostawiamy na koniec, żeby to nam się tak ładnie spięło. I będzie taki suspens i w ogóle. Okej, lecimy. Czytam. O, proszę. Odkrywca. No to jest na bogato. Cechuje go otwartość, niezależność, ciekawość i odwaga. Poszukuje nowych wyzwań i doznań, nie tylko tych daleko poza horyzontem. Gotów jest też do podróży wewnętrznej, by zrozumieć motywy swojego działania i odkryć nowe możliwości.
Ważne dla niego jest poznanie nowego, nawet kosztem ryzyka. Nie boi się zmian i tego, co nowe. Każda zmiana daje nowe możliwości i nową jakość. Nie ma porażek, tylko lekcje na przyszłość. Dobra. I teraz trzeci. O, proszę, tego chyba jeszcze nie było. Matka Ziemia. Tutaj dodam, bo tak domyślnie to tych archetypów jest 12. Natomiast faktycznie Gabriela w swoim opracowaniu dodała od siebie jeden archetyp.
To właśnie jest ta Matka Ziemia. Także to jest taki, można powiedzieć, trochę autorski archetyp. Ekolog zatroskany o losy planety, ekosystemy i najbliższe środowisko. Edukuje i uświadamia. Daje dobry przykład swoją postawą. Angażuje się w działania służące ochronie środowiska, zapewnia równowagę i dostatek. Potrafi też postraszyć tragiczną wizją przyszłości, jeśli dziś nie staniemy w obronie Ziemi. Obfitość, płodność, życie. Okej. I teraz werble.
Kto ma, niech zagra . I nasz dominujący archetyp na dzisiejszą postać to twórca. To tak jak my. Tak jak my wszyscy. Niezależnie od tego, czy piszemy, czy nie, każdy coś tworzy. Okej. Inicjator, projektodawca, wizjoner. Odczuwa potrzebę wyrażania siebie, tworzenia i stworzenia czegoś. Jego drugie imię: kreatywność. Poszukuje twórczych narzędzi, nowej jakości i estetyki.
Nie myśli standardowo. Swobodnie łączy różne dziedziny i techniki. Innowator i przedsiębiorca poszukujący usprawniających życie rozwiązań. No to mamy go lub ją. Nie chcę tych kart dzisiaj z wizerunkiem, bo pomyślałam, że mogłabym wylosować jak ten bohater wygląda, a myślałam, że sobie powymyślam. Tylko teraz myślę. Dobra, twórca. Musimy ustalić, czy kobieta, czy mężczyzna. Próbuję sobie myśleć, kto był ostatnio, ale w sumie to mieliśmy bardzo mieszane towarzystwo, bo teraz mamy tę kartę z imieniem. Chyba że to imię zostawimy na koniec.
A co mamy następne? Bo tu już mamy wygląd. Patrzę tu jeszcze, że Matka Ziemia, odkrywca. Bo co? Twórca to by był taki artysta. Pójdźmy w taki stereotyp , że mamy tutaj artystę. Ale właśnie tu jest projektodawca, wizjoner. Dobrze by było jakąś epokę ustalić. Może w jakiegoś wynalazcę pójdziemy? Ja mam taką ochotę chyba na taki spokój.
To jest moje osobiste odczucie. Natomiast nie chcę chyba iść dzisiaj w nasze czasy tu i teraz, bo w sumie one są bardzo szybkie i głośne. Bo tutaj mamy różne telefony, komunikatory, dużo bodźców, dużo się dzieje. Nawet sama praca, wszystkie branże, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Tak samo sztuka wygląda inaczej. Więc tak sobie pomyślałam, że może ten nasz twórca to tak byśmy się cofnęli do takich... 100 lat to za mało. Myślę, czy do późnego średniowiecza. Ja osobiście całym serduszkiem to też te klimaty jednak steampunkowe, czy ta epoka wiktoriańska. Myślę, może pójdźmy w tym kierunku.
Mamy ochotę tam być, to tam pójdźmy. W końcu to ja tu trzymam kierownicę. Zróbmy inżyniera. Żeby nawet nie pójść za bardzo w twórcę, jakiegoś malarza, w taki stereotyp, tylko zróbmy szalonego wynalazcę może. I to by pasowało. I tutaj jest ten archetyp odkrywcy, czyli ciągle będzie cudował nowe rzeczy, nie będzie miał problemu, żeby ryzykować i będzie tworzył swoje wynalazki, mechanizmy. I tu jeszcze patrzę na archetyp Matka Ziemia, bo mógłby tworzyć mechanizmy, które wspierałyby tę Ziemię. Ale z drugiej strony pomyślałam, że może jednak Matka Ziemia, ten archetyp, może on by był samotnikiem, ale miał swoją jedną roślinkę. Nie kota, psa czy jakieś inne zwierzątko, tylko właśnie jemu towarzyszyłaby roślinka. Tak myślę właśnie, czy kaktus?
Słuchajcie, a może klimaty postapo? Taki ostatni człowiek na Ziemi i on po prostu zbiera cały złom. Wszystko, co znajdzie, konstruuje z tego coś. Cisza i spokój. Wszystko zmiecione z powierzchni ziemi. Może i są gdzieś tam jacyś ludzie, ale nie ma kontaktu, łączności. On nie wie o tym. To to zróbmy. Chciałam ciszę i spokój, to będę miała aż nadto. I kaktus.
To byłoby dobre. To byłoby coś, co w tych spartańskich warunkach dało radę. Więc tak, będzie miał swojego kaktusa. Uprzedzam, nie będę losować archetypów do kaktusa, chociaż mnie to bardzo kusi. Nadajmy imię temu kaktusowi. Wylosuję sobie jakieś z głowy. To, co mi się pierwsze pojawi, to Albert. Nie wiem czemu, ale kaktus naszego bohatera będzie miał na imię Albert. Będzie jego towarzyszem, żeby samotność go nie zniszczyła. A nasz twórca.
Niech to będzie mężczyzna, wynalazca. Jak byśmy go nazwali? Teofil. Nie pytajcie mnie. Czasami jakieś imiona wpadają do głowy, więc stwierdzam, że nie będę szukać głębiej, tylko Teofil też brzmi fajnie. Teofil. Czyli jesteśmy na karcie numer jeden i tu mam takie okienko, żeby wpisać imię czy nazwę naszego bohatera. Mamy roboczego, a będę zapisywać. Jak już to przytargałam tutaj. Teofil.
I tu mam etymologię nazwy. Bo te karty, które przygotowałam, to są właśnie trochę notatki pisarskie, bo ja tutaj wyrzuciłam to imię przypadkowo z głowy i takie coś tu pewnie zapiszę w tej etymologii. Natomiast czasami jest tak, że myślimy nad imieniem dla jakiegoś bohatera, bo może to imię podprogowo będzie coś komunikowało czy mówiło, a może to będzie imię rodowe czy szlacheckie, czy jakieś historie będą szły za tym imieniem. Więc wtedy dobrze sobie zanotować taką etymologię, czy nawet taki ciąg skojarzeniowy, który nam się wtedy pojawił w głowie, taką trochę historię pomysłu naszego na to imię. Ja tutaj już wiadomo, to sobie pominę, ale jeżeli byście robili naprawdę sobie gdzieś te postaci To zachęcam, bo bardzo często mam pod nosem notatki. Tu na przykład mam, że inspiracją do imienia bohaterki jest rodzaj grzybów. Taka nazwa gatunkowa, łacińska. Może inaczej: z łaciny imię mojej bohaterki to jest jakiś rodzaj grzybów. Także tutaj nasz Teofil. Etymologia jest taka, że po prostu Kasi wypadło z mózgu.
Lecimy dalej. Tu mam coś takiego, jak kotwicę wizerunkową. Kotwica wizerunkowa to, w dużym skrócie, coś takiego, że jak poznajecie nową osobę i byście się później głębiej nad tym zastanowili, to jest jedna jedyna rzecz, na którą zwróciliście uwagę. Coś, co wasz mózg na dzień dobry zakodował na temat tej osoby. Można powiedzieć, pod takim hasłem, w takim folderze jest to w waszym mózgu. Najczęściej tak to się dzieje. Ale chodzi o to, że to takie pierwsze spojrzenie. Tak jakbyśmy odwrócili się i zobaczyli naszego bohatera. Tak sobie myślę, nasz twórca. Pomyślałam o niebieskich roboczych ogrodniczkach.
Tak na szybko. Ciężkie buciory. Myślę jak bardzo postapo i w którym kierunku pójdziemy, bo nie wiem jak z atmosferą i oddychaniem, ale może nie róbmy problemu, niech on oddycha normalnie. Czyli nie będzie w kasku, hełmie chodził. Rude włosy, kucyk, niebieskie ogrodniczki i ciężkie buciory. I to Kasi wypadło z głowy. Dobra, teraz tak. Tutaj mam jeszcze dodatkowe rzeczy, żeby poszerzyć sobie tą kotwicę. Bo chodzi o to, że jeżeli sobie wypiszemy takie detale, to dużo łatwiej będzie nam później w tekście nawet czasami zmieniać określenia naszego bohatera. Albo wystarczy czasami gdzieś jeden dopisek, żeby to fajnie nam się połączyło, jak staniemy w martwym punkcie i nie będziemy wiedzieli, jak coś określić.
Zawsze można gdzieś tam wcisnąć sobie fragment kotwicy, czy jakąś cechę, która będzie później wpływała na dalszy przebieg fabuły. Tu mam coś takiego, jak sposób poruszania się. Myślę, że niech on będzie przygarbiony i ciężko będzie stąpał. Właściwie on się nie będzie nigdzie spieszył, ale będzie już przeciążony tym wszystkim. Nieświadomy nawyk. To jest ciekawe. Mógłby gryźć jakiś ołówek albo zawijać locka. Ale myślę, może jakąś brodę będzie miał. Może coś z tą brodą będzie robił. Może będzie zawijał locka na brodzie.
Albo może będzie, jak te długie włosy ma w kucyk związane, to może w momencie, kiedy będzie się zastanawiał, będzie przeczesywał włosy ręką. Będą wiecznie ulizane, przyklepane. To może być jego nieświadomy nawyk. Dalej. Właściwość umysłu. Tutaj chodzi o taką, można powiedzieć, supermoc naszego bohatera. Mimo że wcale to nie musi być osadzone w fantastyce. Wy nie widzicie, ale mamy tu parcie na szkło. Powiesz coś? Nie powiesz.
Kota mnie tu przyszła wspierać, także macie pozdrowienia. Pozdrawiasz wszystkich? Pozdrowiła. Uciekła ze stołu. Ale pozdrawia, zapewniam. Moja bogini z piątego wymiaru. Dobra, wracamy do historii. Właściwość umysłu. Jaką on by mógł tu mieć supermoc? Samo to, że łączy różne rzeczy, że zbiera, że tworzy.
Chyba tutaj nie ma co więcej cudować. Akurat w tym wypadku. Myślę, że dużo już zostało powiedziane. To, że jest niby jedyny na Ziemi, a dalej czuje potrzebę konstruowania czegoś. Myślę, że taki, chciałam powiedzieć upór, ale nie o to słowo mi chodzi. Bardziej, że musi się coś dziać. Taka potrzeba działania. Nie ma, że on siedzi bezczynnie. Mamy to. Teraz jeszcze mamy ostatnią ramkę: sposób mówienia, język wypowiedzi czy jakieś powiedzonko.
W sumie on tu za dużo nie będzie mówił, nie? Do kogo? Przepraszam. Do kaktusa Alberta. To tak, tam może mówić. Ale będzie małomówny. Myślę, że niech on będzie małomówny, ale jakieś powiedzonko. Jakieś takie wykrzyknienie, czy coś, jak się uderzy albo coś mu nie wyjdzie. Tak myślę właśnie, jakie było postapo, bo jak by na przykład było wywołane meteorytem. W sensie walnął meteoryt, to mógłby na jakiś: „Na lecący meteoryt!” Coś takiego.
Może zostańmy przy tym, jak już mi to przyszło do głowy. Ale dużo rzeczy dzisiaj mi wypada tak przypadkowo. Niech będzie. Podoba mi się. Jak to było? Powiedziałam przed chwilą i już zapomniałam. „Na lecący meteoryt”. Dobra, mamy to. Powiedzonko jest. Lecimy na następne karty, żeby dzisiaj nie przedłużać, bo ostatnio konwersowaliśmy.
Właściwie to wy wysłuchiwaliście mojego godzinnego monologu. Także gratulacje wszystkim, którzy przetrwali i wytrwali. Następna karta dotyczy stricte wyglądu zewnętrznego naszego bohatera. Trochę już gdzieś o tym wspomnieliśmy, bo tutaj mam pierwszą ramkę, czyli ubiór i styl. Mówiłam taki roboczy, można powiedzieć bardzo roboczy, klasyczny roboczy. Magazynowy wręcz, taki outfit magazyniera. Rude włosy w kucyku to było. I broda. Ustaliliśmy, że ma brodę. W sumie myślę jaką?
A może zróbmy mu taką trójkątną, kozią bródkę można powiedzieć. Taką też zawsze ulizaną w ten trójkąt. Okej. Jak już postanowiłam, że będzie rudy, to niech ma zielone oczy, żeby tutaj klasyki stało się zadość i genetyki. I co tu mamy dalej? Bo mamy oczywiście ubiór i styl i mamy też detale twarzy. I teraz myślę, w jakim on by mógł być wieku. Jeszcze nie stary, ale już zaraz. Myślę o zmarszczkach. Tylko bardziej może zastanawiam się, na ile to zmarszczki ze starości, a na ile to będą zmarszczki człowieka, który jest w warunkach, w jakich jest.
Suche powietrze może, niedożywiony, więc może te zmarszczki czy ta skóra przesuszona, zmęczona. Może takie zmarszczki kurze łapki w kącikach zewnętrznych oczu. To może właśnie tak z detali. Wąskie usta. Niech ma takie wąskie. Dobra, nie wiem, czy tu więcej trzeba wymyślać teraz. Budowa ciała. Może w tych ogrodniczkach dużo nie widać tej budowy, ale z drugiej strony, jak on tyle tych rzeczy dźwiga, chodzi, nosi, to on będzie dobrze umięśniony, dobrze zbudowany. Chociaż z drugiej strony, jak będzie niedożywiony, to na czym on te mięśnie zbuduje? Dobra, ale niech będzie dobrze zbudowany, bo ktoś musi te wszystkie ciężary nosić, a on przecież jest tutaj samodzielny.
Dalej. Co ja mam? Postawa i chód. Wcześniej przy kotwicy wspomniałam o tym, że będzie ciężko stąpał. Postawa może przygarbiona. Chyba to. Pozostałe cechy wizualne. Myślę, czy coś tu jeszcze jest istotnego. Wielki ogon. Mutacje muszą być w postapo.
Nie, dobra, żartuję. Nie chcę, żeby miał takie mutacje. Nie. To jest ostatni człowiek na Ziemi. Dosłownie człowiek. Właśnie, to może oprócz człowieków mamy tu jakieś kosmity? Kurczę, ciekawa historia będzie. Teraz mi się przypomniało, że miałam robić klimat świąteczny. Będziemy mieli świąteczne postapo za tydzień. Dobrze, jest.
Podoba mi się. Nie mogę się doczekać następnego odcinka. Dobra, pozostałe cechy wizualne. Na razie myślę, że nie jest to potrzebne. Może nam coś się wymyśli gdzieś tam w trakcie. Może jakaś czapka. Patrzę teraz, że odkrywca i wyobraziłam sobie te statki, taką czapkę Napoleona. Nie wiem, trójrąb, czy jak to się tam nazywało. Taka śmieszna. Napoleońska czapka.
W ogóle czapka chyba to była podróżników, odkrywców i tak dalej. Ale nie, takiej mu czapki... A może. Może gdzieś ją wygrzebał w jakichś gratach. Czemu nie? W sumie to będzie fajne. Dobra, niech zostanie. Nie wiem, czy wiecie, o jaką czapkę mi chodzi. Jak powiedziałam, że Napoleona, to już przecież większość z was kojarzy. Nie będę w was wątpić, kurczę.
Jeszcze jest tutaj jedna ramka. Mam tutaj ramkę, która się nazywa „To coś”. I tutaj zanotowałam coś takiego. Jeszcze nie na temat naszego bohatera, ale ogólnie, po co ja tą ramkę wymyśliłam. Czasami różne sceny opisujemy i mówi się, że niektórzy ludzie mają to coś w życiu codziennym, nie tylko w życiu pisanym. I dobrze jest też pomyśleć, co ten nasz bohater by miał. Bo nawet jeżeli nie planujemy robić tu jakiegoś romansu, wielkiej miłości i tak dalej, to jednak każdy z nas, tak samo każda postać, którą kreujemy, ma w sobie to coś, tą jedną cechę. Może emanuje jakąś energią, cokolwiek, ale coś, co pewne grupy ludzi do niego przyciąga. Okej, mamy tutaj dosyć samotnego bohatera, ale jego kaktus dzielnie dotrzymuje mu towarzystwa. Myślę, że tutaj może wprowadzimy za tydzień ludzi, zobaczymy.
Albo jakieś inne istoty. Ale myślę, że skoro on jest twórcą, to może tym czymś byłaby inspiracja. To, że on mimo trudów, mimo tej ciężkiej epoki czy miejsca, w którym się znajduje, się nie poddał. On, że tak powiem może niedelikatnie, ale mógł sobie pójść umrzeć. Bo przecież jest tutaj sam, jest postapo, nic się nie dzieje i to jest przecież koniec świata i tak dalej. A jednak on, zamiast się przejmować tym, poddawać, dalej robił swoje, dalej robił swoje wynalazki. Może też jakieś rzeźby robił, bo nie zawsze wszystko musi być funkcjonalne. Także jeżeliby tam się pojawiły jakieś istoty, to myślę, że byłyby zafascynowane jego osobą, tym, co on tutaj robi czy jego wytworami. Czyli to coś to byłaby taka rozsiewana inspiracja. Okej, kolejna karta.
Myślę, że idzie nam całkiem dobrze. Ja tutaj już tego bohatera widzę. I teraz mam kartę, która dotyczy teraźniejszości bohatera, czyli tak naprawdę tego momentu, jak za tydzień zaczniemy historię o nim, to właśnie to jest ten moment, w którym go spotkamy. I teraz tutaj nie mamy konkretnej sceny, ale może ją wymyślmy. Chodzi mi o taki kadr teraz. Na razie nie będę wchodzić dalej w fabułę, ale On na przykład siedział na kamieniu i myślał. Jest taka rzeźba Myśliciel, co podpiera brodę pięścią i myśli. To może on właśnie tak siedział, wpatrywał się w przestrzeń i myślał, co dalej wymyślić, albo gdzie jeszcze pójść, czy co jeszcze pozbierać i tak dalej. Oczywiście kaktus ustawiony był obok. W takim miejscu myślę, że go spotykamy.
Myślę, jaki by miał nastrój. Jak co dzień. Na razie nic się nie wydarzyło, bo jesteśmy jeszcze przed wezwaniem do wyprawy. Tak że mamy ten świat zwyczajny. Więc on sobie po prostu siedzi jak co dzień i opracowuje plan na dzień dzisiejszy. Teraz dalej. W tej karcie mamy jego talenty do omówienia. Talentami jego to, tworzy coś z niczego. Zbiera różne rzeczy. Też taki talent, chociaż nie wiem, na ile to jest talent, bardziej cecha charakteru taka, że się nie poddaje.
Ale nie ma co na siłę wymyślać. Talent? Myślę, że zbieranie, tworzenie czegoś z niczego. Super. To jest to. Dalej, zwyczaje. Zwyczaj i nawyk to jest trochę coś innego. Zwyczaj to może być to, że on sobie każdego dnia po przebudzeniu siada na ten kamień i myśli. To jest jego rytuał codzienny. Osiągnięcia.
Myślę, że samym osiągnięciem w tym jego pustym, pozbawionym ludzi świecie... Już wiem. Z tych wszystkich rzeczy, które pozbierał, wybudował sobie wielki dom, posiadłość, swoją bazę wypadową. Ona jest bardzo zmechanizowana, są tam różne udogodnienia. Możemy założyć, że od wielu lat jest sam i to wszystko budował od podstaw. Oczywiście ten dom jest otoczony licznymi rzeźbami, tymi, które znalazł, dobudował, rozbudował. Chociaż do nich nie gada, to są tylko posągi. Kaktus to jest jedyny jego towarzysz. Myślę, że to są osiągnięcia naprawdę bardzo duże, jeżeli chodzi o fizyczne osiągnięcia. Psychiczne to to, że dalej działa, się nie przejmuje.
Koniec świata? Nieważne, on dalej robi swoje. Hobby. Skoro jest postapo, to wszystko, co on robi, to jest jego hobby. Ale nie. Myślę, że jakieś nietypowe hobby. Może jakąś piłką by odbijał, coś robił, grał w hokeja między tymi posągami? Tak pomyślałam, że w sumie te rzeźby wokół rezydencji mogłyby być ustawione w takim à la ogrodzie, bo tutaj mało co rośnie. Właściwie nic nie rośnie. Kaktusa ciężko jest rozsadzić.
Teraz te posągi. Hokej na takim piasku, czemu nie? Znalazł gdzieś kij hokejowy i jakimś kamieniem robi slalomy między tymi rzeźbami. To jest jego hobby w chwilach, kiedy nie tworzy. Mamy to z tej strony? Jeszcze nie mamy. Pozycja w społeczeństwie. Jeżeli na razie nie mówimy o społeczeństwie, to on tu jest sobie sterem, żaglem i okrętem. Panem sam dla siebie i tyle. Jeżeliby tu było społeczeństwo, to jego pozycja nie byłaby jakaś szlachecka, wysoka, a sama funkcja to wynalazca.
Do gościa by ludzie przychodzili po różne fajne wynalazki. Jeszcze jeżeli chodzi o moralność, mam takie coś. Myślę, że skoro jest sam, to nie musi się zmagać akurat z jakimiś bardzo moralnymi problemami, bo nawet to, że zabiera rzeczy z tych gruzów, to jeżeli tam już nikt nie żyje, to nawet nie jest kradzież. Nie wiemy, co przyniesie nam historia. Myślę, że to będzie dobry, uczciwy człowiek, który widzi dobro. Z drugiej strony musi widzieć pozytywy we wszystkich sytuacjach, skoro przetrwał. Więc on tak samo w ludziach będzie widział dobro. Tak że ta jego moralność, myślę, że można tak powiedzieć. Dobra, nie przedłużam. Już się trochę wychillowałam, wyciszyłam, że normalnie już jestem w historii, której nawet jeszcze nie znam i dopiero będzie za tydzień.
Przeszłość bohatera. To jest fajne. To jest karta, którą robiłam na zasadzie takiej, że nie musimy używać jej w naszej historii. To może być coś do wglądu nas, pisarzy, autorów, stwórców, twórców, z czego czasami możemy skorzystać, robiąc retrospekcję. Jak nam czegoś zabraknie, można bardzo fajnie jakiś sekret, tajemnicę stworzyć, jeżeli już mamy dłuższą treść. Natomiast przeszłość dobrze jest sobie przemyśleć. Zwłaszcza w przypadku naszego bohatera, to jest idealna rzecz. Zastanawiałam się chronologicznie, czy najpierw było postapo i on dopiero się pojawił na świecie. Ale to jest bez sensu, więc już sobie sama w głowie odpowiedziałam, że on żył w czasach przed postapo. Nie, czekajcie, jak to jest?
Pre-apo? Tak? Dobrze mówię, nie? Czy pra-apo? Nie, pre-apo. Czyli czasy pre-apo to on tam żył i teraz o nich będziemy mówić. Chciałam zapytać, jak myślicie, ale i tak się nie dowiem, więc muszę sobie sama wymyślać. Zastanawiam się, kim mógł być z zawodu, bo chyba nie chciałabym, żeby był wynalazcą. To jest może coś, co on sobie wymyślił jako metodę na przeżycie tego wszystkiego. Ale mamy twórca, odkrywca, Matka Ziemia.
Może on był jakimś botanikiem? Pomyślałam, że mógłby być inżynierem, bo jednak jest tym twórcą, wymyślaczem, wynalazcą, ale może mógłby się zajmować roślinami. Na przykład tworzył jakieś mechanizmy, które pozwolą ulepszyć uprawy albo przeżyć jakimś zagrożonym gatunkom roślin. Jakieś takie patenty na wzmacnianie roślin i może dzięki temu jego kaktus się ostał. Może to był kaktus, na którym on jakieś testy prowadził w swoim mieszkaniu. Na pewno jest taki zawód, tylko nie wiem, jak on się nazywa, ale myślę, że wszyscy wiemy, o co chodzi. To była jego przeszłość i myślę, że on też tak nie wyglądał, jak wygląda. Może był trochę grubszy. Tak się zastanawiam, że te robocze ubrania, ten strój magazyniera, to jest coś, co znalazł w tych domach, coś, co jest dla niego wygodne. Chyba że w laboratorium, ale nie.
Nie wiem, czy taki inżynier od roślin chodziłby w fartuchu à la lekarskim. Nie wiem czemu, widzę go w jakimś laboratorium, jak teraz o tym myślę. Dobrze wyglądał, trochę zapasu miał, w fartuchach na co dzień. Myślę, czy rodzinę miał. Nie, był samotny. Jeszcze nie zdążył, nie miał rodziny. Potem był ten kataklizm i on przetrwał i ileś-naście lat żyje w czasach po kataklizmie. Wiadomo, że teraz już jest, tak jak mówiłam wcześniej, dobrze zbudowany, bo siłą rzeczy ciało musiało skorzystać ze swoich zapasów i to przetopić, przerobić. Dobra, okej, bo ja tu idę już chyba za bardzo. Taką ogólną przeszłość mamy i teraz dalej wchodzimy bardziej szczegółowo.
Tu mam kategorię wykształcenie. Wiemy, że był pewnie po studiach. Dajmy mu jakieś doktoraty. On był ekspertem w swojej dziedzinie. Lekcje życiowe. Kurczę, to jest zawsze złoto w tym miejscu. Natomiast nie chcę na siłę teraz wymyślać, jakie on mógł lekcje w życiu odebrać z przeszłości. Bo na razie nie myślimy o tym, że tu był kataklizm. Może ta ciężka praca, czy może też czasami działanie innowacyjne, że nawet jeżeli ktoś mówi, że czegoś się nie da, to on musi to sam sprawdzić. To nie ma tak, że on się kogoś słucha, tylko żeby być dobrym profesjonalnym, żeby być tym innowatorem, on zawsze musi spróbować.
Nawet jeżeli ktoś uważa, że nie warto, że się nie da. Życie go nauczyło, że ile razy kogoś posłuchał, tyle razy nie wyszedł dobrze na tym. Jeżeli ktoś mówił, że się nie da i on się z tym zgodził. A ile razy to zignorował i zaczął robić, zawsze wyszedł na plus, robiąc te rzeczy. To może taka lekcja. Dalej, ważne wspomnienia. Może coś z dzieciństwa, bo to zamiłowanie do roślin dobrze, jakby się skądś pojawiło. Może dziadek był botanikiem, a może po prostu dziadkowi pomagał w ogrodzie i ta miłość dziadka do roślin została w nim zaszczepiona wtedy. Może dziadek nie eksperymentował, tylko te rośliny były dla niego jak przyjaciele i on się tego nauczył w dzieciństwie. Stąd ten kaktus jest przypomnieniem o dzieciństwie i tym, że dziadek miał rację, że rośliny może nie mówią, ale są świetnymi towarzyszami.
Trauma. Jaką on mógł mieć traumę przed kataklizmem? Z traumami można pójść wszędzie. Ja się zastanawiam, bo wcześniej mówiłam, że nie ma rodziny. A może jak już trauma, to może zróbmy jakąś taką tragedię, że miał narzeczoną albo swoją ukochaną i ona zginęła w wypadku. I od tamtej pory on już nigdy nie wszedł w żaden inny związek, bo to była jego najprawdziwsza miłość, jedyna na świecie. No właśnie. A potem był kataklizm. Okej, trauma. Patrzę, co nam jeszcze tutaj zostało i zostały nam morały od przodków.
To też jest dobre. Żeby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Dobra, to są porzekadła, ale myślę, jaki mógł dostać morał. Może od dziadka. Może to szanowanie roślin. Może taka anegdota, historia ... że dziadek w dzieciństwie albo w czasach młodzieńczych dbał o drzewo przy jego domu rodzinnym. To było chore drzewo i wszyscy już mówili, że trzeba je wyciąć, a dziadek: „Nie ma to tamto”. On szukał sposobów, wzmacniał to drzewo i oczywiście rozmawiał z tym drzewem i tak dalej. Jak to ten dziadek i jego relacje z roślinami.
To drzewo zaczęło zdrowieć. Zmierzam do tego, że fajnie, jakby to drzewo komuś uratowało życie. Może ktoś wypadł z okna albo spadł z dachu? On to drzewo pielęgnował i naprawiał coś na dachu. Poślizgnął się i spadał z tego dachu, a drzewo zamortyzowało jego upadek. Wpadł w to drzewo i zawisł na gałęziach, dzięki czemu się nie zabił, bo to była duża wysokość. Może ta anegdota była morałem, lekcją dla naszego bohatera, że oprócz tego, że nie ma, że się nie da, jednak warto było, żeby on to drzewo wzmacniał, bo gdyby faktycznie było chore, te gałęzie by się złamały i byłoby po nim. A dzięki temu, że dbał o to drzewo, to drzewo odzyskało zdrowie. Poza tym kolejna lekcja to to, że warto nawiązywać relacje z roślinami. Następna karta.
Lecimy, bo już późno. Sekret. Sekret naszego bohatera. Nosi majtki tył na przód. Mózgu, skup się. Co mogło być takim sekretem, mimo że tutaj i tak nie ma komu w tych jego czasach, żeby to się wylało gdzieś? Sekret. Nie wiem. Na szybko, ogólnie mi nie przychodzi. Może wejdźmy w bardziej szczegółowe rzeczy.
Tu jest największy lęk naszego bohatera. Myślę. Po takim kataklizmie co by tu mogło być lękiem? Nie wiem. Może tym lękiem mogło być to, że któregoś dnia on już nie będzie miał skąd zbierać tych rzeczy i będzie zmuszony pójść dalej. Opuścić swój dom, który stworzył, zbudował i się przyzwyczaił, bo już coraz bardziej mu się kończą te różne materiały do zbierania, a boi się, że jeżeli to się skończy, to co on ma robić? On nie ma sensu życia wtedy. On bardzo potrzebuje tych wszystkich rzeczy. Ukryta słabość. Myślę, co mogło być taką słabością.
Jego kaktus? Nie wiem, czy to byłaby ukryta, chyba że ukryta, bo niewidoczna dla wszystkich z zewnątrz. Faktycznie, może ten fakt, że jeżeli coś by się stało z tym kaktusem, to on by się załamał, bo straciłby jedynego swojego towarzysza. Tą słabością faktycznie jest jego relacja z tą rośliną. Nałóg. Myślę, bo tutaj mamy ograniczone zasoby po takim post-apo, więc chyba że on jakiś trunek by robił z czegoś sam. Może być zdziwaczały i na przykład może zbierać czarne kamienie i sobie je ssać. Pomyślałam, że klucz do tego to była guma do żucia czy cukierki jakieś. Ale ukryty nałóg. Coś mógłby zbierać czy jeść.
Niech są te kuriozalne kamienie. Myślę, może będą żółte kamienie. Bez sensu. Ale wiecie co? Z drugiej strony taki głupi nawyk żucia czarnych kamieni. Może to jest jakiś rodzaj węgla czy coś, może dzięki temu on jest w stanie żyć w tych czasach post-apo, bo na przykład te kamienie zabierają z niego jakieś toksyny czy metale ciężkie. Wiem, że niektóre kamienie mają takie możliwości. Niech będzie. Niech on sobie żuje tylko czarne kamienie, które zbierze. Kąsek dla szantażysty.
Taka ramka. Myślę, że wystarczy, że jeżeli taki szantażysta by się dowiedział o jego relacji z kaktusem, to mógłby oczywiście zagrozić kaktusowi. Tu nie ma co na siłę. Już nie chcę za długo się zastanawiać nad tymi rzeczami. To ma po prostu płynąć. Największy powód do wstydu. Wiadomo, może też być to z przeszłości. Myślałam o tej traumie, ale nie, już traumy nie dotykajmy. Nie wiem. Może takim powodem do jego wewnętrznego wstydu byłoby to, że w pewnym momencie swojego życia on sobie zażyczył, żeby ten kataklizm był.
Może coś sobie pomyślał: „A niech to wszystko meteoryt walnie”. Myślę, czy to by nawet nie była dobra trauma dla niego zamiast wypadku ukochanej. Myślę właśnie, czy to byłby wstyd. Może pójdźmy jednak w coś, co dotyczy ciała. Dobra, wiecie co? Nie przychodzi mi nic do głowy, więc pominę to, bo bez sensu tracić czas. Ale jak wy opisujecie swoje postaci, to też bardzo często polecam się nad takimi rzeczami zastanowić, bo może właśnie to jest coś, co wam pozwoli w jakiś sposób ubarwić jego historię. Dobra, słuchajcie, mamy motywację. Ja tak patrzę, bo już strasznie długo gadam dzisiaj. Jak zawsze.
Ja chyba nie potrafię gadać krótko. Wiecie co? Ja chyba zrobię tylko motywację, bo patrzę, że dalej mamy jeszcze błędy w myśleniu, ale to chyba nie jest istotne tutaj, bo to mają być krótkie, proste historie. Więc jeszcze sobie przerobimy motywację i możemy na dzisiaj zakończyć. Także jeżeli chodzi o ogólną motywację, to w sumie trochę już mówiliśmy o tym, że po prostu musi działać, bo inaczej nie widzi sensu życia. Mamy właśnie ten cel. Ten cel to właśnie chyba zbudować jak najwięcej, dopóki nie umrze. Szukać różnych rzeczy, budować rzeźby, rozbudować ten dom. Myślę też na przykład, bo skoro on się boi, że skończą mu się te materiały, to może takim celem tutaj mogłoby być usprawnienie tego domu czy dobudowanie czegoś w taki sposób, żeby ten dom był mobilny. Jakiegoś dużego mechanizmu albo wielki powóz, którym będzie mógł ciągać ten dom, albo właśnie stworzenie możliwości, żeby ten dom mógł się poruszać.
To może byłby też ciekawy cel naszego bohatera. Okej, zostańmy przy nim. Oczywiście ja tutaj w karcie mam nawet siedem punktów. Także spokojnie, jak planujecie bardziej bohatera, to można też zrobić mu różne cele albo właśnie ten cel główny podzielić na przykład na sześć mniejszych etapów realizacji tego celu. I wtedy możemy nawet w sumie na tych etapach postawić historię. Ale dzisiaj po prostu tak ogólnie. Czyli takim celem naszego bohatera jest właśnie umobilnienie jego domu. Brak. Ta ramka bardziej dotyczy takiej ziejącej pustki w naszym bohaterze czy takiej silnej potrzeby. I teraz może nawet takiej tęsknoty.
Może właśnie ta samotność jednak w tym wszystkim, że już od tylu lat nie widział żywej duszy. On właściwie jest przekonany, że jest jedyny, który pozostał i to też dla niego jest w ogóle jakaś abstrakcja. On dalej nie wie, jak to się stało, że to on pozostał. Ale właśnie może nawet nie chodzi o samo poszukiwanie miłości, bo już ustaliliśmy, że jest na to zamknięty, bo miał swoją jedną jedyną. Ale może właśnie to taka chęć czy potrzeba dialogu. Bo do kaktusa może mówić, natomiast kaktus nie odpowiada, a on bardzo potrzebuje, bardzo by chciał, chociaż jeszcze raz przed śmiercią zamienić po prostu z kimś słowo, usłyszeć czyjś inny głos. I co tu jeszcze mamy? Źródło siły. To właśnie chyba ten charakter, to że on się nie poddaje. To chyba tutaj ta cecha będzie bardzo dominowała u naszego bohatera.
To, że nie lubi się nudzić, także cały czas ta potrzeba działania, myślę, że to jest jego główny motor napędowy. Motto bohatera. Tak myślę, że teraz mi jakieś przysłowie na przykład przychodzi do głowy związane z kreowaniem rzeczy czy budowaniem. Może zróbmy takie motto: „Najpierw fundamenty, później ornamenty”. I tutaj chodzi mi o to, że on właśnie jako inżynier jest bardzo dokładny w tym, co robi i uważa, że nawet czasami ta maszyna, którą buduje, ten wynalazek czy na przykład ten jego dom, że to nie musi wcale ładnie wyglądać, ale bardziej chodzi o to, żeby to było bardzo porządnie zrobione, żeby to było sprawne, a dopiero później można przejść do dekorowania. Czyli właśnie do tych ornamentów. Dobra i wiecie co? I mamy to. Mamy bohatera. Myślę, że tutaj dużo rzeczy fajnych się pojawiło.
Powiem szczerze, nie mogę się doczekać historii. W sumie chyba porzucamy kostkami. Myślę za tydzień. To będzie takie najciekawsze, chyba najbardziej dynamiczne. Zobaczę, na co będę miała ochotę. Chyba że tą planszę rozłożymy, którą ostatnio robiliśmy. Ja się zastanowię. Mam jeszcze parę dni na to. Okej, bohatera mamy. Powiedzieliśmy wszystko, co najważniejsze.
Ja sobie idę to trawić w głowie. Wy też sobie potrawcie. Możecie sobie porobić notatki czy spróbować właśnie podobne ramki stworzyć dla swoich bohaterów. Mam nadzieję, że może jakąś inspirację nie tylko od naszego tutaj Teofila, ale może ode mnie też zebraliście na dziś. Ja kończę. Dużo, dużo zdróweczka. Co prawda nie wiem, jak tam u was w miastach. U nas tutaj śnieżek trochę już stopniał, także ja czekam na kolejny. Śnieżek, śnieżek. Ale mimo wszystko dbajcie.
Dbajcie koniecznie o zdrówko, o ciepełko, o witaminki i tak dalej. Ja wam jak zawsze przesyłam moc kreatywności. Trzymajcie się serdecznie. Pa.
[04:28:52] - Proszę państwa. Z Piotrem Plebaniakiem to już jest tak, że co jakiś czas, kiedy prowadzimy audycję „Telegram z krańca świata", nieuchronnie wdajemy się w dyskusje o książkach, filmach i tak dalej. Tak się zdarzyło w ostatniej audycji. Musiało się, proszę państwa, tak zdarzyć, bo ona od początku miała mieć tytuł „Alternatywne linie czasu". Wiecie państwo, nie było możliwości, żebyśmy gdzieś nie zboczyli w kierunku filmów i książek. To jak już zboczyliśmy w kierunku filmów i książek, to ja państwa zapraszam na owoc owych rozmyślań.
[04:29:45] - Telegram z krańca świata.
[04:29:48] - Dzień dobry. Chciałoby się powiedzieć: dzień dobry, panie Piotrze, ale pana Piotra nie ma. Pan Piotr udał się w przeszłość za pomocą eksperymentalnego wehikułu czasu. Misja dla dobra ludzkości. A czy ta misja się powiodła? Wszyscy się przekonamy, kiedy dowiecie się państwo, że po czwartku nastąpi piątek, a Adolf Hitler okaże się, że przegrał wojnę. Panie Marku, niech jeszcze parę sekund się pogłowią, co się dzieje i zaraz zaczynamy. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Żartowaliśmy. Bardzo przepraszamy.
Tak wyszło niechcący. Natomiast słuchajcie, dzisiaj będziemy rozmawiać o alternatywnych wersjach historii i o rozmaitych wydarzeniach, które mogłyby spowodować taką zmianę w tej historii. Zacznijmy od tego, że spytam pana Marka, jaka jest jego ulubiona powieść, książka związana właśnie ze zmianą biegu historii? Książka, ma być książka. Ja się przygotowałem.
[04:31:07] - Film też.
[04:31:08] - Film też. Przygotowałem się na film, że lubię całą trylogię „Powrót do przyszłości". Ale jeśli chodzi o książki, to kiedyś pomiędzy nami nastąpił taki dialog. Mała, niepozorna książeczka wydana w serii z glizdą w latach 80. „Pierwsze podróże w czasie". Autor też mało znany, NRD-owski pisarz, ale trzeba przyznać, że kilka opowiadań z tego tomiku zapisuje się w pamięci. Między innymi takie, w którym mowa jest o tym, że inny sławny pisarz, Herbert George Wells, napisał „Wehikuł czasu", który miał dwie części. Pierwsza z tych części opowiadała o podróży w przeszłość do czasów dinozaurów, a druga to jest ta, co my ją obecnie całkiem dobrze znamy, ale jako jednotomową wersję. To tyle, jeśli miałbym wymienić. Jest jeszcze jedna fajna książka Isaaca Asimova „Koniec wieczności", ale tam już się bardzo rzeczy komplikują, więc to tyle.
[04:32:17] - Właśnie. Nie wiem, troszeczkę miałem zakłócenia, nie wszystko słyszałem, ale ten pierwszy tom „Wehikułu czasu" jest dla mnie absolutnie o całe klasy wyższy od tego drugiego tomu, w którym właśnie podróżuje do przyszłości. Także jedna z moich ulubieńszych książek. Wszystkim polecam. Jak możecie, to od razu sobie doczytajcie. Jeżeli złapaliście tylko drugą część. Natomiast jeśli chodzi o takie książki, które już są napisane przez pisarzy współczesnych, to „Operacja Proteus" Jamesa Hogana. Nie wiem, czy pan czytał.
[04:32:55] - Widzi pan, panie Piotrze, strzela pan, strzela i czasami pan trafia. Nie, nie czytałem. Tej akurat książki nie czytałem.
[04:33:03] - Dobrze. W takim razie robimy tak: pracę domową, czyli lekturę do przeczytania. To jest absolutnie lektura obowiązkowa. Nigdy nie czytałem lepszej książki o alternatywnych wariantach historii. To jest autor, który napisał „Trylogię gigantów". Myślę, że większość osób zna. Bardzo polecam też przy okazji, jeżeli nie. Generalnie „Gwiezdne dziedzictwo", pierwszy tom. Też chyba mówiliśmy kiedyś o tym. Jak chcecie dzieciaka wychować na naukowca, jak chcecie go napompować ambicjami, żeby nauczył się myśleć jak naukowiec albo żeby został naukowcem, to jest absolutnie książka numer jeden.
Natomiast wracając do „Operacji Proteus", intryga jest skręcona wręcz fenomenalnie. Albert Einstein występuje jednocześnie na kartach książki i szereg innych postaci, także jest to absolutnie książka obfitująca w niezwykle innowacyjne, może nie innowacyjne, bez przesady, ale niezwykle kunsztownie jest opracowane przejście od jednej wersji wydarzeń do drugiej. Natomiast zastanówmy się teraz. Ja chciałem zadać parę pytań. Nie mam komu zadać innemu niż panu Markowi, więc on będzie ofiarą. Bardzo przepraszam, nieszczerze oczywiście, jak zwykle. Trzymać się przez chwilę tej II wojny światowej, bo to jest takie najbardziej oczywiste, prawda? Że Hitlera na przykład cofnąć się w czasie do lat 30. i dać mu pieniądze na farby, żeby dalej malował. W latach 20., przepraszam, to nawet jeszcze trzeba by było wtedy.
Pytanie jest następujące: skoro I wojnę światową można traktować jako Pierwszą część jednej wielkiej wojny, z której wyłonił się nowy porządek świata rządzony przez Amerykanów. Jeżeli tak spojrzeć na historię, na to, że te dwa konflikty podzielone były 20-letnią przerwą po to, żeby narody mogły odbudować swoje zasoby biologiczne, żeby być zdolnymi do toczenia kolejnej decydującej fazy tej jednej długiej wojny, takiej dwuczęściowej. Można stwierdzić w pewnym momencie, skoro chodziło o to, że Amerykanie próbowali i skutecznie im się to udało przejąć ten nimb globalnego imperium od Imperium Brytyjskiego. Skoro to było wydarzenie konieczne, niezależne od wszelkich innych pretekstów, przesłanek, obraz majestatu i tak dalej, to te wojny musiały wybuchnąć. Nie wiem, co pan o tym sądzi?
[04:35:55] - Czy musiały? Właściwie tak. Zależy jak na to patrzymy, bo ja mam naturalną tendencję, żeby strząsać z siebie takie paskudne wydarzenia jak II wojna światowa. Ale jak przełączam sobie pstryczek-elektryczek i zaczynam patrzeć na świat trochę z pozycji człowieka, który ocenia te geopolityczne różnego rodzaju wygibasy, to rzeczywiście, skoro ktoś miał w tym interes, to ta wojna wybuchnąć po prostu musiała, tak czy inaczej. Jak to nie byłby Hitler, to byłby jakiś inny ktoś, kto by to rozpętał, ponieważ te wydarzenia były potrzebne. One by się różniły zapewne momentem wybuchu, jakimiś szczegółami, może jakimiś drastycznościami, ale w gruncie rzeczy, skoro coś się miało stać, bo komuś na tym zależało, to nie jestem zwolennikiem takiego determinizmu, że musiało, ponieważ tam się atomy tak zestawiły w kosmosie. Nie, po prostu komuś naprawdę na tym bardzo zależało. Wajcha musiała zostać przełożona. Tak jak pan powiedział, ktoś starał się o przywództwo, o kontrolę nad światem, to odpowiedź jest prosta.
[04:37:16] - Niestety prosta i sprzeczna z wszystkim, czego nas uczono w szkołach podstawowych, średnich i jakichkolwiek innych. Natomiast tutaj z takiego układu sił, który widzimy przed II wojną światową, kiedy aspirowały w zasadzie cztery ośrodki, pięć, ale doliczyłem. Przede wszystkim Japonia starała się zbudować swoje własne imperium. W książce „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie” już niedługo będzie wersja papierowa, tutaj tak na marginesie. Natomiast ja tam napisałem jeden esej, takie rezumowanie, w którym stwierdziłem już w tytule, że Japończycy wybudowali to imperium z konieczności, ponieważ logika jest elementarna, rzecz drogi Watsonie, z prostej przyczyny takiej, że Japończycy nie mają żadnych liczących się zasobów mineralnych, a przede wszystkim surowców energetycznych na Wyspach Macierzystych. To po to, żeby stać się państwem nowoczesnym i zasilać energią przemysł, który jest niezbędny nowoczesnemu państwu. Musieli te zasoby zdobyć na nacjach, które były w pobliżu. Czyli stąd mamy zajęcie niezwykle bogatej w zasoby naturalne Mandżurii, zajęcie Korei, zajęcie Tajwanu, z którego jakby ktoś pierwszy raz słyszał telegram, to rozmawiam, mówię do państwa. Tajwan swego czasu, pod koniec lat 30. dostarczał na macierzyste Wyspy Japońskie 30% konsumowanego tam ryżu.
Czyli Tajwan to nie było jakieś tam po prostu niezatapialne lotniskowiec. Jeszcze w tamtych czasach 20., 30., przede wszystkim na początku XX wieku w takich kategoriach nie myślano. Myślano raczej o bazach morskich, ale przede wszystkim myślano o potencjale rolniczym, który był gigantyczny wręcz, jak 30% zabierali żywności z Tajwanu, ryżu przede wszystkim. Natomiast innym imperium, takim aspirującym do tego, żeby stworzyć potężnego molocha władającego jak największą częścią świata, był Związek Sowiecki, który można zdefiniować na przykład do krzyżówki. Mocarstwo, które sprzymierzyło się po kolei ze wszystkimi innymi mocarstwami uczestniczącymi w II wojnie światowej . Chyba tak jest, bo z Japończykami to nie do końca się dogadywali, ale generalnie na początku z Niemcami przecież, jak napadli na nas w 1939 razem z nimi, potem z Amerykanami i Wielką Brytanią. Z Japończykami nie przypominam sobie, panie Marku, chyba nie.
[04:40:00] - Raczej nie. Zdecydowanie nawet raczej nie. Za to później o tym nie mogli wiedzieć, ale stworzyli przyszłe mocarstwo, a w każdym razie bardzo mu pomogli, czyli Chiny.
[04:40:12] - Natomiast te kolejne mocarstwa to są Imperium Brytyjskie i Imperium Amerykańskie, czyli strażnicy naszego współczesnego pokoju. Przez chwilę tak z przekąsem to zabrzmiało. Zrobiłem to celowo, ale tak naprawdę Pax Americana, które Amerykanie założyli, ustanowili, to jest akt założycielski globalnej cywilizacji, dzięki której byliśmy w stanie posłać człowieka na Księżyc. Bez tych zasobów, które Amerykanie wygenerowali i zaprzęgli do tego wielkiego celu, czyli zrealizowania misji Apollo między innymi, co było jeszcze wspomagane wyścigiem zimnej wojny. To było współzawodnictwo, które po prostu dodawało wszystkim pary w czasie lat 50., 60., 70. Amerykanie co prawda zrobili to, że tak powiem, po to, żeby władać światem, natomiast władali tym światem w sposób daleko bardziej pobłażliwy i lekką ręką, może użyję tego słowa, niż by to robili na przykład Japończycy czy Niemcy. Nasi odwieczni przyjaciele, Krzyżacy chyba kiedyś wcześniej się nazywali, ale to podobno Krzyżacy przylecieli i odlecieli na tej samej zasadzie jak naziści, że przylecieli, zrobili bałagan i odlecieli. Już nie ma nazistów. Natomiast tutaj przechodzimy do ciekawego momentu. Jest taka świetna książka.
Jak pan zgadnie tytuł, to niech pan od razu powie, bo sam jestem ciekaw, w którym momencie pan zgadnie. Jest taka też książka o podróżach w czasie, druga moja ulubiona, w której autor pokazuje, że gdyby nie to, że Europejczycy odkryli Amerykę Południową, to Aztekowie by odkryli Europę i wtedy wyeksponowanie tych mieszkańców rdzennych na nowe choroby zadziałałoby nie na naszą korzyść Europejczyków, tylko właśnie na korzyść tych Azteków, którzy by doprowadzili, że epidemia syfilisu i różnych innych świństw, które tam się w tamtym rejonie świata wylęgały, to właśnie by nas zdziesiątkowało w Europie, w której żyliśmy w brudzie generalnie. Jeśli chodzi o higienę osobistą na zachodzie Europy to było trochę inaczej niż tutaj, w rejonach polskich. Nie wiem, czy ktoś czytał. Jest taka świetna książka „Historia brudu” zresztą. Nie wiem, czy warto polecić. Moim zdaniem bardzo warto, ale nie wiem, czy tutaj warto.
[04:42:41] - Zawsze warto wszystko, co nadaje się do czytania. Tylko zapytam to polski czy zagraniczny autor?
[04:42:48] - Jesteśmy obywatelami świata, tutaj niech pan nie będzie nieinkluzywny. Autor? Nie podpowiem.
[04:42:54] - Ha, ha.
[04:42:56] - Generalnie była taka kwestia, że można było tylko patrzeć wstecz, technologia była nie do końca dopracowana, aż w końcu pojawiło się wydarzenie, w którym patrząc wstecz ta organizacja, która właśnie zajmowała się badaniem historii przeszłości ludzkości, odkryła ingerencję. Ktoś odkrył technologię zdolną do manipulacji przeszłością. Stąd to im dało impuls do tego, żeby tą technologię dalej zgłębiać i spróbować jednak podejść z innej strony do problemu, który uznali za nierozwiązywalny. W rezultacie okazało się, że ta ingerencja, którą zobaczyli przez przypadek, przez natchnione dzieło siedzącego po godzinach maniaka. Natomiast tym dziełem ingerencji to było udawanie anioła, który zstąpił przed Kolumbem i nakazanie mu odkrycia Ameryki. To miało przeciwdziałać temu, żeby doprowadzić do zmiany historii radykalnej, w której to Europa odkrywa Amerykę, a nie odwrotnie. Dzięki temu świat miał być lepszym miejscem.
[04:44:17] - Ja podejrzewam, że nie czytałem tej książki. Tak bardzo mocno podejrzewam.
[04:44:22] - Naprawdę nie?
[04:44:23] - Anioła nakazującego Kolumbowi odkrycia. Jakoś sobie nie przypominam. Albo to było bardzo dawno. Nie, nie.
[04:44:32] - Orson Scott Card, „Badacze czasu”.
[04:44:34] - Nie, nie czytałem. To na pewno.
[04:44:36] - Nie czytał pan?
[04:44:37] - Nie. Widzi pan, dzisiaj pan mocno strzela.
[04:44:41] - Słuchajcie, zaraz otwieramy zrzutkę na Patronite, pana Marka ktoś z nas wybierzemy. Kto da najwięcej kasy, to niech tak będzie. Cofniemy się i Żelkowskiemu wyślemy 30 lat temu anonimowo jakąś parę książek. Właśnie „Operację Proteus”, „Badacze czasu”. Jeszcze zaraz pewnie znowu coś się okaże.
[04:45:02] - Wie pan, to nawet nie usprawiedliwienie, to raczej wytłumaczenie. Ja zdecydowanie zawsze preferowałem te książki, w których kosmos odgrywa badanie przestrzeni albo jej zdobywanie. Czas owszem, troszkę mnie to kręciło, ale tak nie uganiałem się. I być może dlatego jak Orsona Scotta Carda te książki, które dotyczą wojny kosmicznej, to owszem, jak najbardziej tak, natomiast te jakoś nie. Ale tak jak powiedziałem za pierwszym razem-
[04:45:36] - Nie jest pan dostatecznie inkluzywny.
[04:45:37] - To już dawno nie jestem. Ale tak jak powiedziałem, ja zawsze sobie to powtarzam. Tyle wzruszeń przede mną jeszcze.
[04:45:45] - Czyli mówiąc prosto, podsumowując gust pana Marka, jak się nie strzelają laserami w kosmosie, to nie książka, tylko po prostu sterta jakiejś celulozy na podpałkę albo do wyłożenia śmietnika.
[04:45:56] - To akurat na przykład słuchacze „Bibliotekarium 2.0” wiedzą bardzo dobrze, że ja w filmach i w książkach cenię to, jak się strzelają.
[04:46:07] - W kosmosie.
[04:46:10] - Też. Ale mam wielkiego bossa w tym, jeśli chodzi o to zagadnienie, bo Paweł Majka, w końcu osoba znaczna wśród pisarzy science fiction w Polsce, również podziela to zdanie. Oczywiście zawsze mruży przy tym oko, ale jednak zostało wypowiedziane. Jak się strzelają jest dobrze.
[04:46:32] - To podsumowując i wracając niejako do II wojny światowej, gdybyśmy tak zastanowili się, jakie wydarzenia były absolutnie niezbędne. W tym sensie, że są one amutantami. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą. Panie Marku, pamięta pan z „Sił psychohistorii” amutanty?
[04:46:48] - Amutanty? Nie, też nie pamiętam. Widzi pan, a proszę wytłumaczyć to, to akurat bardzo się przyda.
[04:46:58] - Jest taki bardzo stary zbiór opowiadań J.J. McIntosha pod tytułem „Dziesiąte podejście”. Tam z kolei wynaleziono taką technologię, że można cofnąć człowieka w czasie, ale można cofnąć tylko jego osobowość do jego wcześniejszego ciała. Dając mu niejako drugi start, czyli może przejść przez różne wydarzenia swojego życia, ale już wyposażony w doświadczenie. Przykre niestety, skoro się decydował na taki ruch, ale mając właśnie to doświadczenie, które pozwoliłoby mu uniknąć błędnych decyzji. Więc dziesiąte podejście próbował poderwać dziewczynę, którą koniecznie sobie zafiksował. Natomiast w czasie opowiadania właśnie pada definicja amutantów, czyli takich wydarzeń, które cokolwiek by się działo, to po prostu one i tak nastąpią. Po prostu jakieś niespotykane fikołki robi rzeczywistość, ale one są niezmienne.
[04:47:53] - A tu muszę przerwać, bo ten zbiór akurat czytałem. Zapomniałem, byłem-
[04:47:58] - Ale to nie o kosmosie.
[04:47:59] - Tak, ale akurat czytałem, bo to w latach 80. wyszło w wydawnictwie Alfa i wtedy czytałem dużo różnych rzeczy. No cóż, zapomniałem samą nazwę amutanty, natomiast jak pan przypomina treść, to jak najbardziej.
[04:48:13] - Więc jedno z amutantów, już dokończę opowiadanie i nie zdradzę nic z treści, bo jest absolutnie fenomenalne. Jak ktoś ma możliwość dostępu do książki to bardzo polecam. Była walka bokserska, w której po prostu za każdym z tych dziewięciu razy, za dziesiątym też, jeden bokser po prostu zawsze wygrał. Cokolwiek by się nie działo, czy w pierwszej rundzie, czy na punkty, czy przez nokaut. Wszystko się działo, ale zawsze wygrał. Więc to tyle bym powiedział o amutantach. Natomiast zastanówmy się. Ten koncept jest fenomenalny wręcz dlatego, że możemy stawiać sobie hipotezy. Mamy jakieś 10 przełomowych wydarzeń z czasów II wojny światowej albo 10 skutków II wojny światowej. I teraz należałoby sobie zadać pytanie dla każdego z tych skutków, czy to wydarzenie jest amutantem?
To znaczy osiągnięcie danego stanu rzeczy przez zwycięzców oczywiście, bo przegrani nie mają nic do gadania, tylko zostają zbrodniarzami. Natomiast osiągnięcie tego przez zwycięzców jest generalnie celem wojny, niezależnie od tego, czy w podręczniku jest napisane, że to oni wywołali tą wojnę, czy też oni się tylko bronili, bo my się tylko zawsze bronimy. Przypominam, jest to jedna z zasad propagandy wojennej. Też w siłach psychohistorii jest wymieniana. Natomiast jakie byłyby amutanty w II wojnie światowej? Ja powiem teraz trzy. A może dając też niejako bardzo za to jeszcze raz ponownie i nieszczerze przepraszam. Pan Marek spróbuje to skomentować, a może jeszcze doda jakiś własny. W każdym razie zaraz się zwoję trochę, zakotłuję i będzie musiał trochę myśleć nad tym, jak to skomentować. Pierwszym amutantem jest powstanie państwa Izrael.
Ale będzie. Natomiast drugim amutantem jest wstąpienie Stanów Zjednoczonych do roli globalnego hegemona i przejęcie tej pałeczki ze strony upadającego od czasów I wojny światowej Imperium Brytyjskiego, które de facto zbankrutowało w wyniku I wojny światowej. Jakby ktoś nie orientował się na bieżąco, to jasno wynika z sytuacji zadłużenia między innymi wobec Stanów Zjednoczonych i wielu innych czynników. Natomiast trzecim amutantem jest to, że strefa wpływu Związku Sowieckiego będzie obejmowała Europę Wschodnią, włącznie z Polską. Over.
[04:50:49] - Zastanawiam się nad tym pierwszym amutantem związanym z powstaniem państwa Izrael. Nie wiem.
[04:50:57] - Przypominam, przepraszam, że przerwę. Przypominam o akcji osiedleńczej trwającej już od końca XIX wieku, w wyniku której Żydowscy osiedleńcy wykupywali w Palestynie ziemie po prostu i zagospodarowywali ją i generalnie zwiększali swoją populację. Over.
[04:51:19] - No tak, tylko zastanawiam się, co by się stało, gdyby kampania z Afryki Północnej, niemiecka, rozwinęła się nieco inaczej. Czy to rzeczywiście by funkcjonowało? Za dużo zmiennych. Okej, zgoda, niech to będzie. Rzeczywiście tak było, że nawet sami Niemcy przecież kombinowali, zanim wpadli na ten okrutny pomysł po prostu rzezi, którą dokonali na Żydach, to wcześniej kombinowali przecież i czy by przypadkowo nie wysłać tych swoich rodzimych Żydów z Niemiec właśnie na Bliski Wschód. I to było całkiem poważnie podobno rozważane. Dopiero kiedy to się przestało układać, przestało pasować i przestało być wykonalne, to wtedy wymyślili coś, co do dzisiaj pamiętamy, co odcisnęło silne piętno i sprawia, że dzisiaj czasami trudno jest z tą nacją dyskutować, bo zawsze wyciągną właśnie to wydarzenie. To jeśli chodzi o pierwszego amutanta, a pozostałe dwa chyba klepnę. I powiem tak: i tak chyba w naszej wersji rzeczywistości mieliśmy szczęście, bo mogło być chyba tak, że Stalin zaszedłby znacznie dalej, jeśli chodzi o tereny zajęte i kto wie, czy nie zatrzymałby się gdzieś na granicach Francji.
[04:53:04] - Tak. I to właśnie jest bardzo ciekawe, dlatego że strony, między innymi w Jałcie, mówię tutaj o aliantach, czyli Amerykanach i Związku Sowieckim, bo Brytyjczycy się generalnie nie liczyli w tych rozmowach za bardzo. Słabi po prostu. Natomiast Amerykanie się dogadali z Ruskimi, kto zdobędzie Berlin. To zostało ustalone. Stąd wyścig do Berlina, który był instrumentem motywowania żołnierzy walczących we Francji i posuwających się w stronę Niemiec. To wszystko było tylko i wyłącznie zabiegiem propagandowym, bo to, jakie są strefy, że tak powiem, okupacyjne Niemiec, to nie jest tak, że kto zajmie, to jego, tylko po prostu było tak, że jak ich zapędzili, to musieli wracać. Na tej samej zasadzie była kwestia wycofywania się wojsk niemieckich i sowieckich w 1939 roku z terenu Polski. Jak niektórzy posunęli się poza te linie, które zostały ustalone tajnym protokołem, to wtedy musieli się grzecznie, w pełnej dyscyplinie cofać. Jeszcze mogę tutaj polecić film „Sowiecka Historia”, „The Soviet Story”.
Nie wiem, czy pan zna ten film dokumentalny. Litewski chyba reżyser nakręcił, z tego, co pamiętam.
[04:54:29] - Nie, chyba nie. Być może pod innym tytułem, ale myślę, że nie.
[04:54:34] - „The Soviet Story”. Bardzo polecam. Świetna perspektywa, dlatego, że jest nie polska, ale mimo wszystko antysowiecka. Dlatego, że właśnie litewska. Albo łotewska, albo litewska. Przepraszam, nie pamiętam tego w tej chwili, dawno nie oglądałem.
[04:54:47] - Tyle dzisiaj zadań domowych dostaję.
[04:54:50] - Nie, nic nie powiedziałem, żeby oglądać, tylko sugerowałem. Natomiast patrzenie na te wydarzenia polega na wyłapywaniu drobnych szczegółów i na przykład w pamiętnikach polskich żołnierzy walczących we Włoszech, posuwających się z aliantami w stronę północy, czyli w stronę centrum naszej europejskiej kultury, przede wszystkim jesteśmy tam prekursorami sztuki. Na przykład największy przywódca tamtego czasu był malarzem, jakby ktoś nie wiedział. Co prawda tylko akwarelistą, a nie oleistą, bo właśnie nie było oleju w tym kraju. Oleju ropy napędowej. Kiepsko po polsku brzmi ten dowcip. Ale generalnie, wracając już do meritum i zupełnie na poważnie, jak przeczytamy wspomnienia rozmaitych żołnierzy, nie wszędzie to jest, to żołnierzom wciskano propagandę polegającą na tym, że Polska będzie częścią wolnego świata po końcu II wojny światowej. Natomiast wszyscy, zwłaszcza oficerowie, czuli pismo nosem. Były bunty nawet w niektórych. Bunty jak bunty, taka atmosfera już na granicy buntów, dlatego, że ludzie się nagle domyślali, że ci Sowieci idą i zajmą tą Polskę i nie będzie Polski.
I to byli ludzie, przypominam, w dużej części, którzy walczyli w tych armiach polskich we Włoszech, pochodzący właśnie z Kresów Wschodnich, które już do Polski nie należą po II wojnie światowej. Także proszę bardzo, zobaczmy, że to, co jest oficjalnie mówione w propagandzie wojennej czy też antywojennej, to jest kompletnie inna bajka niż to, co rzeczywiście decydenci ustalają gdzieś tam w kuluarach albo po cichu generalnie. I nagle się okazuje, że dzieje się tak, jak oni ustalili, a nie tak, jak wyszło. Mówiąc nieco niezgrabnie, ale celnie.
[04:56:52] - Tak, tylko wie pan, jeśli chodzi o te umowy i te ustalenia dotyczące podziału Europy, było to robione tak naprawdę na zimno i z jakimś takim cynicznym odpałem. To okej. Dawno straciłem złudzenia, że polityka jest czymkolwiek moralnym. Ale jak sobie później przypomnę te konsekwencje, które się z tego zrodziły, podział świata i w sumie rzeczywiste zagrożenie, bo raz w Związku Radzieckim były osoby bardziej zrównoważone przy sterach władzy, raz mniej zrównoważone. Mnie się jednak wydaje, że w pewnym momencie było tak, że zagrożenie tym konfliktem nuklearnym było bardzo realne. To źródło tego potencjalnego konfliktu, który mógł wybuchnąć, jednak było w tym pakcie z diabłem. To moim zdaniem bardzo krótkowzroczna polityka Stanów Zjednoczonych wtedy. Chociaż całkiem nieźle w końcu, tak podsumowując, wybrnęły z tego. Czy też się mylę?
[04:58:04] - To trudno powiedzieć. Można tylko patrzeć, że tak powiem, po owocach ich poznacie, tą metodą. Patrzeć na to, co kto chce. Jeżeli ktoś ma władzę albo jest postrzegany, że ma władzę decydowania, jak się rzeczy mają dziać, co ma się stać i co do kogo należy, jakie strefy wpływów, to Amerykanie generalnie mają zdecydowanie tą władzę na dzień dzisiejszy, przynajmniej oficjalnie. Natomiast to też możemy zrobić oddzielny odcinek o nieformalnych strukturach władzy. To jest coś, co jest domeną wojen hybrydowych i tej tak zwanej sprawczości sektorowej. To też jest termin, koncepcja, którą warto pamiętać. Może zróbmy to. Dlatego, że mówiąc o historii, o rozmaitych wariantach historii, musimy patrzeć nie przez pryzmat koncepcji, które są oswojone i którymi się posługujemy, i których jesteśmy więźniami. Musimy patrzeć przez koncepcje, które dają użyteczne spojrzenie z innego punktu widzenia na te same sprawy, które wcześniej uznawaliśmy za oczywiste.
I o ile zwycięstwo w naszej kulturze zachodniej jest takie zero-jedynkowe, czyli albo zwyciężamy, zdobędziemy stolicę albo zniszczymy armię, rozbijemy armię przeciwnika i w tym momencie już on nie ma efektorów, nie ma czym się bronić Nie ma czym walczyć. W związku z tym następuje szereg rytuałów uznania swojej porażki. Natomiast w wojnach tak zwanych hybrydowych jest coś takiego, że zwycięzca nie musi być we wszystkich możliwych sferach, czyli politycznej, gospodarczej, jakiejkolwiek innej, ale może być wybrane. W tym sensie, że zwycięzca przejmuje bez toczenia wojen, mamy ten aspekt ze „Sztuki wojny”, niemalże ją cytujemy tutaj, bez toczenia wojen zwycięzca przejmuje sektorowo, czyli tylko fragment sprawczości, zdolności decydowania, co się dzieje na terytorium przeciwnika. Na przykład mając z tego punktu widzenia sytuację powstania Unii Europejskiej, która de facto jest folwarkiem niemieckim, jest sposobem niemieckim na polityczne, gospodarcze sterowanie wszystkimi swoimi podwykonawcami. Tutaj przede wszystkim mówimy o Europie Wschodniej, czyli o Polsce. Mając taką definicję, możemy zacząć rozmawiać o tym, jaki jest model rządzenia i zwyciężania w rozmaitych okresach historycznych. I o ile w XVIII, XIX wieku imperium brytyjskie panowało za pomocą jawnej władzy politycznej, czyli przypływamy kanonierkami, bombardujemy kogo trzeba, zamykamy im mordy i mają robić to, co mówimy i nasza flaga wisi, ten Union Jack albo przynajmniej w rogu, albo na całej fladze. Ponieważ taki model był bardzo kosztowny, to już od mniej więcej połowy XIX wieku ten model się zmienia i stąd wynika odejście od kolonializmu jako idei zła, ucieleśnienia zła do rozmaitych innych form sprawowania władzy już nie tyle politycznej, ale właśnie ekonomicznej, czyli jakieś ukryte struktury władzy polegające na neokolonizacji w latach 60., 70. XX wieku, jakie miały miejsce co najmniej w Afryce.
To jest już temat bardzo dobrze opisany w rozmaitych książkach, reportażach opowiadających o tym, że te państwa afrykańskie, które wcześniej były formalnie koloniami politycznie zależnymi od Francji, teraz nadal są zależne od Francji, tylko mają własną niepodległość, mają parlament. Ale co z tego, jak elity są całkowicie skorumpowane i robią to, co im każą korporacje z kraju, który wcześniej był kolonizatorem tego rejonu. Tak to wygląda.
[05:02:12] - Panie Piotrze, chciałbym jeszcze cofnąć się do tych dwóch przypadków, które pan podał. Ten z Izraelem zostawmy, natomiast te dwa pozostałe. Przyszło mi do głowy, chyba że to też będzie wydarzenie niezmienne, zależy jak je opiszemy, ale idę tutaj śladem oczywiście wyobraźni Philipa K. Dicka i jego „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Kto nie czytał książki, może sobie serial obejrzeć, byle nie do końca, bo serial kończy się tak idiotycznie, że to nawet wstyd. Chyba są cztery sezony, to proszę trzy i pół obejrzeć. Jeśli jest pięć, to cztery i pół.
[05:02:59] - Tak, obejrzałem chyba pierwszy i był całkiem dobry, ale gwałtownie się pogarszało, więc stwierdziłem, że nie będę marnował czasu mojego bezcennego życia.
[05:03:06] - Później było jeszcze nieźle, natomiast połowa ostatniego sezonu to jest kompletna porażka. Myślę, że co by było, gdyby rzeczywiście Niemcy nie opóźnili się z tym swoim programem nuklearnym i rzeczywiście dysponowali bombą jądrową. Czy te wszystkie ambitne plany Anglosasów na rozwiązania powojenne, na dominację Stanów Zjednoczonych, na podział Europy z wujkiem Joe i wpędzeniem się w zimną wojnę, to wszystko by nie wypaliło, bo nagle inicjatywa mogłaby, nie mówię, że musiałaby, ale mogłaby przejść znowu w stronę Niemiec. I co wtedy? Rola przypadku?
[05:03:56] - Wtedy Niemcy mieliby tą drugą szansę, że tak powiem, czyli mogliby zwyciężyć, waląc pięścią w stół i rozwalając ten stół w drobny mak. O tym w tylu książkach czytałem, między innymi właśnie w „Operacji Proteus” to było jednym z takich otwierających faktów z tej alternatywnej rzeczywistości. Nie spaliłem, to jest na samym początku książki. Natomiast tak radykalna zmiana zdolności oddziaływania stawia nas w takim punkcie, w którym nie jesteśmy w stanie nawet zarysować, jak potoczą się zdarzenia. Chociażby z tego powodu, że sami ci uczestnicy by nie wiedzieli, ponieważ byliby pod presją czasu, ich decyzje byłyby też chaotyczne. To jest taka stała reguła podejmowania decyzji w chwili, w której jesteśmy w dylemacie. A przypominam jeden z najważniejszych forteli w 36 fortelach, taki meta fortel: nie dawać przeciwnikowi problemu do rozwiązania, bo to zwiększy swoją antykruchość, rozćwiczy swoją zdolność rozwiązywania problemów, tylko należy go postawić przed dylematem, bo kiedy jest przed dylematem, następuje u niego paraliż decyzyjny, czyli opóźnienie podjęcia decyzji albo podjęcie decyzji w sposób losowy. W zależności od momentu, od chwili. Jak wspomniałem wcześniej, stawianie dylematów to jest jedna z moich sztuczek negocjacyjnych, jak jeszcze się awanturowałem z Chińczykami, jak jeszcze jeździłem na awantury do Chin kontynentalnych. Generalnie należało lewarować.
To troszeczkę jest takiej myśli przewodniej książki „Żołnierzu nie pytaj”, pan Marek na pewno czytał, bo się strzelają w kosmosie. O, wiedziałem. Tam bohater powiada, że trzeba wyciągnąć jakąś rzecz, o którą nasz kontrrozmówca ma zaczepione poczucie wstydu, jakieś głębokie poczucie wstydu albo chce to ukryć przed samym sobą. I kiedy zagrozimy wyciągnięciem tego na wierzch, tej kwestii, to tamten od razu mięknie. To znaczy jest bardzo podatny na taki deal, że: „Dobra, my przestaniemy to wyciągać na światło dzienne, a ty w zamian zrób to, co my chcemy”. Bardzo często jest tak, że gdy się podejmuje decyzje na poziomie geopolitycznym, decyzje są niezwykle głęboko przemyślane, ale nagle, kiedy następuje jakieś niespodziewane zdarzenie, niespodziewany czynnik – i to właśnie miało miejsce w operacji Proteus, czyli Niemcy nagle zaczęli rzucać bombami na swoich przeciwników – to nagle w takich momentach ci, którzy są poddani takiemu nagłemu zwrotowi akcji, przestają podejmować decyzje racjonalne. W związku z tym jest jedna taka inna meta zasada, którą też trąbię chyba w każdej książce, że należy decyzje podejmować racjonalnie, nie pod wpływem emocji, natomiast zmusić przeciwnika do tego, żeby te decyzje podejmował on sam, nasz przeciwnik, pod wpływem emocji. I jedna z takich książek, chyba już ostatnia, jaką powiem, jest „Wallenrod” Marcina Wolskiego. Nie strzelają się w kosmosie, więc pewnie pan Marek nie czytał.
[05:07:24] - Inne książki Marcina Wolskiego czytałem, ale też nie wszystkie. Natomiast tej nie. „Wallenroda” nie.
[05:07:31] - Tak, bo on zaczął pisać ćwierć i pół pornosy, jakby ktoś nie wiedział. O ile pierwsze jego książki takie stare naprawdę, na przykład „Agent dołu” to jest klasyka absolutna. Bardzo wszystkim polecam.
[05:07:43] - „Numer” na przykład.
[05:07:46] - Dokładnie. Natomiast potem już odszedł od fantastyki, takiej science fiction bardziej, a zaczął pisać właśnie ćwierć pornosy. Dla pieniędzy podejrzewam. Nie wiem, nie pytam. Natomiast „Wallenrod” jest taką alternatywną rzeczywistością historyczną, która jest absolutnie fascynująca. Tę książkę napisał Marcin Wolski z pozycji absolutnego mistrza, takiego świętego męża chińskiego, który wyjaśnia znaczenie w siłach psychohistorii. Po prostu rozumie, jak mechanizmy geopolityki funkcjonują i jest w stanie nimi manipulować, stwarzając świat, który jest wewnętrznie spójny, a jednocześnie całkowicie odmienny od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Więc w „Wallenrodzie” okazuje się, powiem na samym początku, bo to jest wyjaśnione na samym początku, więc nic nie spalam, a wręcz przeciwnie, zachęcam. Na samym początku okazuje się, że co zrobił Piłsudski, to nie umarł w 36., tak? Dobrze pamiętam?
[05:08:49] - Chyba piątym.
[05:08:50] - Piątym, szóstym, nieważne, ale spotkał jakiegoś tam nie Robespierre'a, tylko jakiegoś natchnionego magika, wróżbitę, który dał mu narkotyki pozwalające mu nie tyle wyleczyć chorobę, od której umarł Piłsudski, ale właśnie ją zaleczyć. Po prostu uśmierzyć ból i kontynuować aktywne życie i kontynuować rządzenie Polską. Ponieważ on nie umarł, to pod koniec lat 30. doszło do próby ekspansji Niemiec i zbliżała się konfrontacja między Związkiem Sowieckim a Trzecią Rzeszą. To, co zrobił Piłsudski, to jest genialne. To jest po prostu genialne. On oddał Gdańsk Niemcom i oddając Gdańsk Niemcom usunął kluczowy punkt, ten amutant, który sprawiał, że Niemcy musiały przejąć tamte rejony z tej prostej przyczyny, że musiały budować swoją potęgę do jakiegoś punktu kulminacyjnego, w chwili którego nastąpiłaby konfrontacja ze Związkiem Sowieckim. Przypominam, że my wszyscy jesteśmy poddani propagandzie historycznej, wedle której Sowieci w żaden sposób nie mieli jakichkolwiek agresywnych czy ofensywnych zamiarów wobec Europy Zachodniej. Nie, to jest Stalin, to jest forrażer pokoju i tak dalej. Natomiast bardzo tutaj znowu muszę polecić, już nie tyle lekturę, ale można sobie przeczytać.
Zresztą nie tylko to Marek Sołonin, ale jak ten pierwszy się nazywał? Zapomniałem. Generalnie Związek Sowiecki planował inwazję na Europę Zachodnią i na Niemcy na rok 42. bądź 43. I generalnie wedle teorii Sołonina, gdyby nie operacja Barbarossa 22 czerwca 1941 roku, to Rosjanie by uderzyli właśnie latem 42., do czego się szykowali i do czego przezbrajali całą swoją armię, reformowali całą swoją armię. Nie wiem, jak pan na to patrzy.
[05:11:15] - Często się o tym mówi, że między innymi dlatego tak błyskawicznie ta wojna postępowała w głąb Związku Radzieckiego, ponieważ byli ustawieni nie w taki sposób, w jaki należało. Czy to jest prawda? Trudno mi to zweryfikować. Są tacy, którzy mówią: jak najbardziej tak. Są inni, którzy niekoniecznie się z tym zgadzają. Nie mam materiału, żeby to zweryfikować. W każdym razie patrząc na to, w jaki sposób Związek Radziecki uprawiał politykę, jestem skłonny w to uwierzyć. Zresztą, jeśli pan pamięta, Suworow, który pisał o tym, jak to wszystko działało, również wspominał o tym, że to zdaje się tak miało się skończyć, że Stalin ruszyłby na Zachód.
[05:12:11] - I tak to by wyglądało. Nie wiem, ile jeszcze mamy minut, bo jeszcze miałbym kilka książek, o których moglibyśmy wspomnieć.
[05:12:17] - Ponieważ zbliżamy się gdzieś do końca, to proszę to seryjnie zrobić. Książki są zawsze mile widziane.
[05:12:25] - Dobrze. W takim razie istnieje wspaniała książka. To nie jest szczyt wiedzy historycznej i warsztatu naukowego, który rzeczywiście można znaleźć w postaci natchnionej w „Wallenrodzie” Wolskiego albo w „Operacji Proteus”. To jest taka książka: „Filmowy wehikuł czasu”. Nie wiem, czy pan to pewnie czytał, bo pisze o tym, że się strzelają w kosmosie. Akurat w tej książce nie, ale przez przypadek pewnie weszła pod rękę, tak?
[05:12:55] - Tak. Fikcja taka. Rzeczywiście w różnych miejscach czasu się znajdujemy. Jak najbardziej. To jest świetna książka.
[05:13:04] - Tak, bardzo polecam. W zasadzie nie da się o niej mówić, nie zdradzając clue całego wątku, więc absolutnie nic o tym nie powiemy. Jak ktoś Harrego Harrisa „Filmowy wehikuł czasu” weźmie do ręki, to czasu nie zmarnuje. Co chyba pan Marek też się zgodzi.
[05:13:17] - Mogę jedną rzecz powiedzieć bez zdradzania takiego, że nie zepsuje zabawy. Otóż, proszę państwa, okazuje się, że kłopoty finansowe, które dotykają różnych produkcji filmowych, mogą dotykać i pewno będą dotykać jeszcze przez długi czas. W tej książce znajdujecie państwo sposób, jak sobie załatwić fajne plenery historyczne bez ogromnych nakładów finansowych. To tyle mogę chyba powiedzieć.
[05:13:46] - Tak, rzeczywiście. A skoro już kończymy, to muszę teraz wyjaśnić, dlaczego tak podśmiechuję się ze strzelania w kosmosie. Dlatego, że to dla mnie raczej jest — dla pana Marka widzę ewidentnie też — ale dla mnie nie ma dobrego filmu bez strzelania się w kosmosie. Moim ulubionym filmem jest „Żołnierze kosmosu”, który oglądałem 35 razy, nie licząc odsłuchiwania samego dźwięku, jeżdżąc sobie na motorze. To o czymś świadczy. Więc proszę, niech nikt nie myśli, że ja w jakiś sposób uwłaczam godności pana Marka. Tu po prostu podkreślamy, że mamy pewne wspólne zainteresowania. Kosmos i mają się strzelać w kosmosie. To jest podstawa.
[05:14:30] - Panie Piotrze, zrobiła nam się audycja polecankowa, jeśli chodzi o książki, ale to bardzo dobrze. Cóż, pięknie zatem dziękuję. Polecam się na przyszłość, a już szczególnie na przyszły tydzień.
[05:14:44] - Tak. Jeszcze skoro tu polecamy i takie są reguły historyczne, jeszcze mogę się odnieść do naszej całej rozmowy. Gdyby państwo byli w pozycji władzy, na przykład byli selekcjonerami kandydatów na Akademii Sztuk Pięknych, to proszę przyjmować wszystkich jak leci, bo inaczej będziecie współwinni wybuchom światowych konfliktów.
[05:15:07] - Tak jest. Gdyby go w swoim czasie — mówię o Adolfie — przyjęli na Akademię Sztuk Pięknych w Wiedniu, to mogłoby być-
[05:15:19] - W Wiedniu, ale nie Austriacy, że tak powiem, go odwrócili. Podobno. Ja nie wiem.
[05:15:25] - Jak było, to się pewno nie dowiemy. Natomiast jedno jest pewne: może byłyby inne problemy, bo jak mówiliśmy na początku, ponieważ Stany Zjednoczone miały swój cel.
[05:15:38] - Hitler nie Hitler. Tak. Albo znaleźliby kogo innego.
[05:15:40] - Dokładnie. Więc to mówienie o tym, że to by załatwiło sprawę. Chyba nie.
[05:15:46] - Właśnie. Tak. To jest jeden wielki dylemat. Tak na marginesie, już zamykając, skoro to jest audycja, w której mogę trochę reklamować własne książki, nawet te nienapisane jeszcze. Mam nadzieję, że napiszę. Zaraz się ukaże. Znaczy ukazała się w zeszłym roku „Siły psychohistorii”, czyli o tym, jak pewne mechanizmy są silniejsze od jednostek. Natomiast już powstaje, wydam ją za rok albo za dwa, albo za trzy lata, w zależności od tego, jak finansowo będę stał i mógł się poświęcić pisaniu. Książka na temat tego, jak jednostki wpływają na historię. Ten pierwszy tom „Siły psychohistorii” musi być zbalansowany drugim, czyli „The Influence of Willpower Upon History”.
Po polsku nie ma dobrego na to tytułu. Już chyba mówiliśmy na ten temat. Czyli jak siła woli wpływa na bieg historii, siła woli tych wielkich jednostek. Także trzymajcie kciuki. Słuchajcie, Hitler przegrał II wojnę światową. Bardzo dobrze. I oby tak zostało. Mam nadzieję, że nikt tego nie będzie próbował zmienić.
[05:16:46] - Panie Piotrze, pięknie dziękuję. Do usłyszenia za tydzień.
[05:16:50] - Ja też dziękuję. Do usłyszenia.
[05:16:52] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.
[05:17:16] - Proszę państwa, pora późna, ale zaręczam, że będzie jeszcze późniejsza w dzisiejszej audycji. A o tej późnej porze czas zająć się troszeczkę recenzjami, a w każdym razie takimi troszeczkę innymi polecankami. Na pierwszy ogień Recenzarium Ewiwy. Luiza Dobrzyńska będzie dzisiaj państwu opowiadała o powieści "Przekraczając granicę". Co to jest za książka? Pewno część z państwa nie słyszała. Spieszę donieść, że to jest książka Ukrainki Oksany Pankiewej. Była polecana przez Luizę Dobrzyńską, jeszcze zanim te wszystkie rzeczy na Ukrainie zaczęły się wydarzać. To jest pierwszy tom cyklu "Kroniki Dziwnego Królestwa". Za chwilę państwo usłyszycie opinię Ewiwy na temat tego cyklu.
Powiem tylko, że w tym cyklu sporo książek się pojawiło. Jak dobrze liczę, chyba 13. Szybko przytoczę tytuły. "Przekraczając granicę" to jest książka, o której głównie będzie dzisiaj opowiadać Ewiwa. Oprócz pierwszego tomu jest jeszcze: "Pierwszy dzień wiosny", "Na przekór przeznaczeniu", "Ludzie i duchy", "Szept mrocznej przyszłości", "Rozśmieszyć bogów", "Droga, która nas wybiera", "Pieśni dla dwojga", "Natarcie władcy", "Drogi i sny", "Odwrotna strona drogi", "Rozdroża: dziedzictwo władcy", "Rozdroża: dobrzy sąsiedzi". Sporo, ale powiem tak: czasami nie opłaca się czytać całych cykli. Czasami warto sięgnąć po pierwszy tom. Enigmatycznie to brzmi. Oddajmy głos Luizie Ewiwie Dobrzyńskiej.
[05:19:47] - Wita się z wami Luiza Ewiva Dobrzyńska. Bywa czasem tak, że po zachwycającym pierwszym tomie pisarz w następnych dosłownie pikuje w dół. Jest to niespodzianka wyjątkowo nieprzyjemna, szczególnie kiedy ktoś po pierwszym tomie obiecywał sobie bardzo wiele. Doskonałym przykładem są tutaj "Kroniki Dziwnego Królestwa" Oksany Pankiewej. Pierwszy tom, noszący tytuł "Przekraczając granicę", wpadł mi w ręce wtedy, kiedy został wydany przez Fabrykę Słów. Przeczytawszy, byłam przekonana, że Fabryka uraczy nas zaraz następnym tomem, a potem jeszcze następnym. Ogromnie rozczarował mnie fakt, że tak się nie stało. Musiało minąć kilka lat, żeby za wydawanie cyklu wzięło się inne wydawnictwo. I wtedy przekonałam się, że Fabryka bardzo rozsądnie postąpiła. Dlaczego?
Zacznijmy od wyjaśnienia, o czym właściwie jest książka. Otóż młoda Ukrainka Olga zostaje napadnięta podczas powrotu nocą do domu. Przed niechybną śmiercią ratuje ją ściągnięcie do innego wymiaru. Z naszego świata wyrwał ją książę Matwiej, półelf obdarzony czarodziejską mocą. W pierwszej chwili zresztą Olga wcale nie jest mu wdzięczna za interwencję. Wręcz przeciwnie. Jest bowiem przekonana, że padła ofiarą uprowadzenia w jakimś niecnym celu. Zresztą w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, gdzie jest. Powoli jednak sprawa się wyjaśnia. Okazuje się, że dziewczyna trafiła do królestwa Ortanu, gdzie panuje bardzo osobliwe przemieszanie średniowiecznych realiów z wysoką technologią.
Dowiaduje się też, że nie jest jedyną mieszkanką naszego wymiaru, która tam trafiła. Istnieje bowiem w Ortanie cały program przesiedleńczy obejmujący ludzi, którzy zostali wyrwani z naszej rzeczywistości. Pogodziwszy się wreszcie z tym, że znalazła się w innym świecie, Olga próbuje jakoś się w nim urządzić. Przede wszystkim poznaje władcę Ortanu, króla będącego jednocześnie policjantem. Dlaczego? Nikt się nie spodziewał, że kiedykolwiek obejmie tron. Jednak wskutek bardzo nieszczęśliwego wypadku cała królewska rodzina zginęła. Z trudem uratował się obecny król imieniem Shellar, jego nieprawego pochodzenia brat Elmar oraz Matwiej, najmłodszy z tego grona. Trzej bracia musieli pogodzić się z tym, że stracili całą rodzinę i jakoś żyć dalej. Olga dowiaduje się tego wszystkiego od Shellara, który z punktu czuje sympatię do przybyszki z innego świata.
Nie jest to sympatia podszyta jakimś głębszym uczuciem. Po prostu przyjaźń. Olga dysponuje tak zwaną nienachalną urodą i nie ma w sobie niczego, co mogłoby przyciągnąć królewską uwagę. Mimo to bardzo szybko znajduje się w centrum intryg prowadzonych przez królewskie dwórki. Albowiem, z czego ona sama sobie nie zdaje sprawy, zarówno król Shellar, jak i inni co mądrsi mężczyźni nie patrzą jedynie na wygląd kobiety. Interesuje ich również coś innego. Jednak akcja powieści nie kręci się tylko wokół Olgi. Królestwo przeżywa dość ciężkie chwile. O ile wątek uprowadzonej dziewczyny, niekonwencjonalnego króla i jego brata, będącego czymś w rodzaju Herkulesa skrzyżowanego z trubadurem oraz Matwieja jest dla mnie bardzo interesujący, o tyle drugi wątek, polityczny, mający za temat szpiegostwo oraz przygotowania do wojny nie podszedł mi w ogóle. Ale w pierwszym tomie było go na tyle mało, że nie zwróciłam uwagi.
Po drugim to Oczekiwałam lepszego rozwinięcia tego, co mnie interesowało. Tymczasem skupił się on prawie wyłącznie na wątku drugim. To znaczy grze wywiadów, przygodach szpiegów i tym podobnych rzeczach, które nie interesowały mnie nic a nic. Tak samo rzecz się miała z trzecim tomem. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek rozczarowała się równie okrutnie i nie zdziwiło mnie, że Fabryka Słów nie zaryzykowała wydania następnych tomów. Mimo to tom pierwszy, „Przekraczając granicę” nadal stoi w mojej biblioteczce pośród ulubionych książek, bo mówiąc szczerze jest bardzo barwny, lekko napisany, naszpikowany humorem i prezentuje czytelnikowi bohaterów, których trudno nie lubić i którzy na dodatek nie są ani konwencjonalni, ani łatwo przewidywalni. O ile nikogo nie namawiam na kontynuowanie przygody z „Dziwnym Królestwem”, o tyle pierwszy tom każdy może przeczytać bez ryzyka, że się zanudzi albo będzie się krzywił. Naprawdę jest ogromnie dobry. Bardzo żałuję, że Oksana Pankiejewa nie rozwinęła go w taki sposób, jaki by sugerowało zakończenie. To znaczy nie to, że zakończenie nie zostało później uwzględnione.
Zostało jak najbardziej. Tylko że zarówno postać Olgi, jak i te perturbacje, które budzą w pierwszym tomie największe zainteresowanie, w następnych tomach zostały zepchnięte na margines. Jest to wielka szkoda. Oczekiwałam, że Oksana Pankiejewa dorówna Alexandrze Rude z jej sagą o wiedźmie, ale niestety tak się nie stało. Bardzo mi z tego powodu przykro. Żegna się z wami Luiza Ewiwa Dobrzyńska.
[05:25:31] - Szanowni Państwo, a teraz będzie „Labirynt książek”. Jeden z tych labiryntów Mirka Gołwińskiego, który zapadł mi mocno w pamięć. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem recenzję opowiadania Andrzeja Sapkowskiego „Maladie”, to mi szczęka, nie żuchwa, to też szczęka, ale żuchwa tryliła o blat biurka. Powiem państwu, warto tej wypowiedzi Mirka posłuchać. Powiem bez owijania w bawełnę. To, co Mirek państwu o tym opowiadaniu opowie, otwiera moim zdaniem nowe horyzonty. Mnie otwarło nowe spojrzenie na ten właśnie utwór. Zapraszam.
[05:26:50] - Dzień dobry albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo macie czas, by zajrzeć do mojego labiryntu i go odsłuchać. Dzisiaj perła. Dość nietypowa, ponieważ mało kto zwracał u nas uwagę na takie teksty. Zamiast mówić o dziewięciu powieściach, będę mówił o jednym opowiadaniu. Dlaczego? Już tłumaczę. Zwykle fani twórczości tego pisarza dzielą się na fanklub „Wiedźmina” albo fanklub „Trylogii husyckiej”. Już wiemy, o kim mowa. Andrzej Sapkowski oczywiście.
A ja proponuję państwu inną lekturę krótkiego opowiadania z tomu „Świat króla Artura” i „Maladie”. I właśnie „Maladie” będzie tym tekstem, o którym chciałbym dzisiaj państwu opowiedzieć. Jak państwo doskonale wiecie, zwykle staram się unikać, jak to dzisiaj młodzi mówią, spoilerowania, czyli opowiadania tekstu. Ale w przypadku „Maladie” nie da się tego zrobić, dlatego, że to opowiadanie jest skonstruowane tak, by jego znaczenie i sens wyłoniły się dopiero w pełnej lekturze. Owszem, nie chcę państwu oczywiście psuć przyjemności z lektury. Raczej zaproponuję jedną ze ścieżek możliwych interpretacji. Dlatego, że niezwykłość, a dla mnie wielkość tego opowiadania, które osobiście uważam za jedno z najważniejszych polskich opowiadań przełomu XX i XXI wieku w kategorii open, czyli bez podziałów na mainstream, gatunkową i tak dalej, siła tego opowiadania leży właśnie w jego, znowu takie modne dziś słówko, ale ja je bardzo lubię, w jego postmodernistyczności. Dlaczego? To tłumaczymy. Wszyscy państwo, mam nadzieję, że kojarzą państwo legendę o królu Arturze, a zwłaszcza jedną z jego podlegend o Tristanie i Izoldzie.
Jak państwo pewnie pamiętają, to była bardzo nieszczęśliwa miłość, taka mityczna. On na początku wyrusza, by bronić królestwa swego wuja, króla Marka, którego formalnie powinien być zresztą następcą, przed koniecznością oddawania niewolników. Tam zderza się zupełnie nie z Minotaurem, a z Morholtem, który reprezentuje zdobywców. Wygrywa ten pojedynek, ale zostaje ciężko ranny. Morholt dostaje w głowę, natomiast rani Tristana zatrutym mieczem. Tristan wsiada na łódź, odpływa, bo myśli, że umrze. Dopływa jednak do innego wybrzeża, do Terru, gdzie ratuje go Izolda. Oczywiście oni sobie nie przedstawiają, za to się w sobie zakochują. On potem wraca do swojej krainy, następnie zostaje przez Marka wysłany po żonę dla Marka. I tą żoną okazuje się właśnie Izolda.
W czasie podróży statkiem Branwen, służąca Izoldy, popełnia błąd. I ponieważ Marek był dużo starszy od Izoldy, jej matka, też czarodziejka, sporządziła napój miłosny. I zamiast, że mieli go wypić przed pierwszą nocą Marek i Izolda, wypili go Tristan i Izolda. Więc ta pierwsza noc odbyła się w trochę nieciekawych warunkach. Brenwen, czując się winna temu błędowi, zastąpiła w noc poślubną Izoldę w łóżku Marka. Oddała więc swoją cnotę. Nie mogła tego znieść i ostatecznie popełniła samobójstwo. Później romans trwa, w końcu zostaje odkryty. Ścigają Tristana czterej jeźdźcy, czterej hrabiowie, którzy oczywiście chcą go wyeliminować z sukcesji po tronie. On ich wszystkich zabija.
Później razem z Izoldą uciekają do lasu. Mamy różne przygody. Ostatecznie rozstają się. Izolda zostaje przy mężu. Tristan wyrusza w podróż i spotyka innego rycerza, który ofiaruje mu ostatecznie swoją siostrę za żonę. Również Izoldę, tyle że ta pierwsza była złotowłosa, ta druga o białych rękach. Gdy w przypadkowej jeszcze walce Tristan zostaje ranny i zaczyna umierać, wysyła sygnał, który ma spowodować, że Izolda, ta prawdziwa Izolda, przypłynie, by go pożegnać. Dalej tego mi tu już opowiadać nie będę, bo to nie ma większego znaczenia dla fabuły. Po drodze jest jeszcze ksiądz, który gdy Izolda ze złotowłosym Tristanem uciekli do lasu, ostatecznie zgłaszają się do pustelnika, który ich namawia do powrotu do świata chrześcijańskiej kultury. Mówię o tym dlatego, że bez tego wstępu opowiadanie będzie kompletnie niezrozumiałe, ale też trzeba sobie zdać sprawę z niezwykłości tego tekstu.
Cała opowieść jest pierwszoosobową narracją, z tym że dopiero mniej więcej na dziesiątej stronie, ósmej powiedzmy z 25, dowiadujemy się, że narratorem jest Morholt. Tak, ten, który zginął w pojedynku z Tristanem. Co więcej, on dla siebie nieoczekiwanie wynurza się z plaży. Jest na plaży, jedzie i spotyka Brenwen czekającą na niego. Dalej jadą razem, następuje napad trzech rycerzy. Trzech? Właściwie nie rycerzy, przesadzałem. Maruderów. Maruderzy chcą pieniądze oraz zgwałcić Brenwen. Brenwen godzi się na to.
Morholt nie. Potem jadą dalej we dwójkę, ale coś się między nimi wydarzyło. Czytelnik, który zna legendę o Tristanie i Izoldzie, po pierwsze jest w konfuzji, co jest grane. Po drugie zaczyna lepiej nawet od Morholta rozumieć, dlaczego ona nie broni swojej cnoty. W średniowiecznym systemie to byłoby oczywiste. A następnie ni stąd, ni zowąd przybywają do zamku i wita ich w nim Izolda o białych rękach. Naprawdę ta fabuła, którą państwu opowiadam, nie jest istotą tej opowieści. Istotą opowieści jest to, co się dzieje między słowami. Na przykład to, że Morholt czuje zapach jabłek. Kolejna aluzja.
Nie. Intertekst. To jest intertekstualność. Dlaczego jabłek? Dlatego, że jabłkami pachnęła wyspa Avalon, na którą odchodziły dusze zmarłych. Ma ranę w głowie, którą nie wie skąd ma i dziwne dziury, luki w pamięci. Bo dostał w łeb. Brenwen wie, że utonęła. Oczywiście mamy mnóstwo takich różnych gierek typowych dla Sapkowskiego. One są wyśmienite, ale nie im chciałbym poświęcić dzisiaj moją uwagę.
Ważniejszy bowiem jest moment, w którym nieoczekiwanie przybywa czterech rycerzy. Już państwo wiecie, skąd oni się biorą. Chcą zabić Tristana. Gdy Brenwen pyta, o co im tak naprawdę chodzi, odpowiadają właśnie w ich imieniu. Jeden z nich odpowiada, że przybyli zabić mit. Przybyli, by nie było grobowca z baru i chalcedonu, by nie było głogu, który ich połączył. Bo miłość ich zdaniem osłabia wolę walki. Mit o miłości poza grób jest nie dla nich. Bo oni chcą, by pamięć o Tristanie przepadła, a Izolda Złotowłosa umarła, rodząc kolejne dziecko Markowi, bo taka ma być prawda. Oni nawet o tym mówią, że oni stają w obronie prawdy.
Ale jaka jest prawda? Jaka jest prawda mitu? Dlaczego oni chcą zabić ten mit? Nie miłość. To ich w ogóle nie interesuje. Oni chcą zabić mit. Mówią o tym, że spalą siedzibę Izoldy. Iseult, bo tak ona się nazywa w opowiadaniu, ale to jest tylko bardziej oryginalne brzmienie. Spalą, by nie został ślad, by żaden ślad tego mitu nie przetrwał. I wtedy, gdy wydaje się, że wykonają swoją misję, zadają pytanie Morholtowi: „Jak masz na imię?” A Morholt odpowiada: „Tristan”.
Miecz do walki z tymi czterema rzuca mu ksiądz. Ksiądz, który tak naprawdę oczywiście jest odpowiednikiem pustelnika, tym intertekstualnym odpowiednikiem pustelnika z legend o Tristanie i Izoldzie. On oczywiście zabije tych czterech, którzy chcieli zabić mit, bo broniąc swojego życia w imieniu Tristana, broni tak naprawdę mitu. Zobaczcie państwo, na jakie wyżyny się wspina to opowiadanie, jak bardzo jest wielopiętrowe. Bez znajomości mitu Tristana i Izoldy to będzie banalna, naprawdę banalna historyjka o tym, jak pewna szlachcianka, Brenwen, zachowuje się nieobyczajnie. Bo oczywiście wcześniej zdążyła spędzić noc już na zamku z Marchautem, a na końcu z nim ucieka. I właściwie jeżeli nie zrozumiemy, jeżeli nie przywołamy tej opowieści o miłości, nie zrozumiemy tej historii, nie zrozumiemy, o czym ona naprawdę jest. Wtedy ten monolog rycerza, hrabiego będzie ot, opowieścią totalitarysty. Nie zrozumiemy tego prostego gestu, w którym ksiądz, z którego Marchot się niemiłosiernie nabija w poprzednich scenach, podaje mu miecz. To jest gest symboliczny.
To nie jest opowiadanie, które czytamy dla samej przyjemności lektury. To jest opowiadanie Który jest opowiadaniem o opowiadaniu historii, tylko tak skonstruowanym. I dlatego uważamy jednym z najlepszych opowiadań polskich w ogóle na przełomie XX i XXI wieku, że jest bardzo głębokie. Ono jest uniwersalne, bo chcąc zabić mit, oczywiście w obrębie opowieści, o czym potem Branwen, która jest mądrzejsza od Marchauta oczywiście i Marchaut też już ma tego świadomość, że oni by też umarli, bo i Marchaut, i Branwen żyją dzięki temu, że istnieje mit, chociaż nie żyją. Trochę romantycznie. Jak ktoś tak ładnie mówi, ich ontologiczna sytuacja jest niepewna. Coś jak wizyta Gustawa w czwartej części Dziadów. Ale gdy Marchaut przyjmuje imię Tristana i w jego imieniu po raz kolejny zabija czterech czarnych hrabiów, powoduje, że ten mit będzie żył dalej. Powoduje, że ten mit nie umiera, że żyje, że ciągnie się, że będzie na nowo powtarzany w innej formule. Bo Branwen i Marchaut nie są w pełni Tristanem i Izoldą.
Tu chodzi właśnie o ten postmodernizm. Oni są swego rodzaju simulakrą, symulacją tamtych postaci, ale dalej żyją jako miłość. Oni też się w sobie zakochują. Na tym polega wartość i waga tego opowiadania. Już państwo pewnie zauważyli moje predylekcje do opowiadania o mitach. Zajmuję się nimi od wielu lat zawodowo i dlatego to opowiadanie jest mi tak bliskie. I dlatego namawiam państwa, by czytając tego typu opowieści, starali się państwo sięgnąć głębiej, zobaczyli ten metapoziom tej historii. Statek, którym miała przybyć Izolda Złotowłosa do swojego ukochanego. Statek miał mieć bandery białe lub czarne, zależnie od tego, czy będzie płynęła, czy nie. To jest oczywiście powtórka mitu o Tezeuszu i Ariadnie, i Minotaurze.
W opowiadaniu jednak te żagle były brudne, nierozpoznawalne. To ostatnie zdanie tego opowiadania domykające fabułę, a przede wszystkim domykające mit, a może inaczej otwierające ten mit na inne rozwiązania. To opowieść o miłości i próbie pozbawienia nas mitu. Państwa domyślności zostawiam refleksję nad pytaniem, dlaczego ksiądz podał ten miecz Marchautowi Tristanowi? Bo to bardzo ważna refleksja, bo to opowiadanie jest bardzo ważne. Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[05:38:54] - Proszę państwa, czas na literackie tête-à-tête. Krystyna Śmigielska zaprasza państwa dzisiaj na spotkanie z Izabelą Frączyk. Proszę państwa, ja sobie nie zdawałem sprawy, ponieważ może to nie jest ten typ literatury, po który sięgam najczęściej, ale pani Izabela Frączyk jest autorką 29 książek. Zerknijcie sobie państwo na portal, niech już będzie nawet na Lubimy Czytać. Zerknijcie tam państwo po prostu. Imponujący dorobek. Książki wydają mi się ciekawe. Może to nie jest ten klimat, który preferuję najbardziej, ale ja cenię sobie niezwykle profesjonalizm. A wierzcie mi państwo, żeby napisać 29 książek, to trzeba być już rasowym pisarzem. Trzeba być po prostu profesjonalistką.
Zapraszam państwa zatem na spotkanie z panią Izabelą Frączyk.
[05:40:13] - Literackie tête-à-tête. Dobry wieczór państwu. Zastanawiam się często nad ludzkimi losami. Stojąc z boku i biernie obserwując, ogarniam wzrokiem jakby szerszą życiową perspektywę znanych mi osób i doskonale widzę, że poczynione przez nich w młodości założenia, którą drogą najlepiej iść, aby odnieść upragniony sukces, niejednokrotnie sprawiają im zawód. Po pierwszych wyborach, ukończeniu odpowiednich szkół, podjęciu pierwszej pracy rozpoczyna się wyścig po szczeblach awansowej drabiny. Coraz wyżej i wyżej. Często jednak okazuje się, że chcąc poczuć się szczęśliwym, musimy zmienić wszystko w swoim życiu: zawód, środowisko. I zupełnie inaczej postrzegać otaczającą nas rzeczywistość. Dywagując w ten sposób, chciałam państwu przybliżyć szlak, który przeszła nasza dzisiejsza gościni, pani Izabela Frączyk. Serdecznie witam, pani Izabelo, w literackim tête-à-tête i dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie.
[05:41:34] - Witam serdecznie panią, witam państwa, pozdrawiam słuchaczy. Również bardzo serdecznie dziękuję za zaproszenie. Czasem nie mamy wpływu na to, co się dzieje w naszym życiu. Czasem życie podejmuje decyzje za nas. Czasem sami jesteśmy zbyt słabi na to, żeby zrobić jedno wielkie ciach i zmienić swoje życie o 180 stopni, zmienić zawód, podjąć świadomą decyzję. W moim życiu zazwyczaj decyzje podejmują się same. Ja podejmuję decyzje bardzo szybko, na przykład decyzję o przeprowadzce z centrum miasta na wieś podjęliśmy z mężem w ciągu dosłownie pięciu minut i tę decyzję wdrożyliśmy w życie. Wiem, że to może nie brzmieć normalnie, ale my włosa na czworo nie dzielimy.
[05:42:21] - Proszę powiedzieć naszym słuchaczom, jakie studia pani ukończyła, jakie zawody pani wykonywała aż do chwili, kiedy postawiła pani wszystko na jedną kartę i poświęciła cały swój czas literaturze. Pierwotnie jako pisarz, a obecnie również jako wydawca.
[05:42:38] - Ja jestem ekonomistką. Mam nieszczęsne ekonomiczne wykształcenie podwójne, bo skończyłam dwie uczelnie ekonomiczne: Wyższą Szkołę Handlu i Finansów Narodowych w Warszawie i Akademię Ekonomiczną, w tej chwili Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie. Pracowałam w korporacji, robiłam karierę menedżerską, typową, korporacyjną, klasyczną dla lat 90., kiedy to wszystko się rozwijało, raczkowało. Wtedy się fajnie awansowało, bo to były nowe, świeże struktury. Pracowałam w ten sposób przez kilka ładnych lat. Zmieniałam pracę, zarządzałam mniejszymi i większymi firmami. Tworzyłam dla tych firm programy naprawcze. Urodziłam dzieci, jeszcze bliźniaki, więc już nie byłam aż tak mobilna i tak dyspozycyjna, żeby pracować 500 kilometrów od domu, jak też tak się zdarzało. Zaczęłam szukać sobie innej ścieżki i przez przypadek udało mi się napisać książkę. Tak się jakoś poskładało.
Wiele nitek musiało się spleść, żeby ta książka powstała. I tak mi zostało.
[05:43:38] - Zadebiutowała pani powieścią „Pokręcone losy Klary”. Książka ukazała się w 2010 roku. Kiedy po raz pierwszy pani pisarską moc w sobie poczuła? Kiedy po raz pierwszy pani sięgnęła po pióro i chciała określonej grupie opowiedzieć jakąś historię?
[05:43:57] - Wydarzeń było wiele. To był splot wielu zdarzeń, ale tak naprawdę myślałam o pisaniu dosyć długo, ponieważ udzielałam się na forum internetowym w czasie, kiedy miałam małe dzieci. Tam zaczęłam opisywać przygody mojego psa. Nie opisywać tworząc fikcję, tylko rzeczywiście opisując to, co ten pies wyprawiał. I na forum często słyszałam, że powinnam pisać książki, bo nawet jak piszę coś o odkurzaczu, to się dobrze czyta. Ja nie brałam tego do siebie w żaden sposób. Nie brałam tego na poważnie, aż pewnego dnia przeczytałam strasznie mądrą książkę. Ona była taka mądra, że ja w ogóle nic z niej nie zrozumiałam. A jak się dowiedziałam, że to jest książka kandydata do Literackiej Nagrody Nobla, to złapałam się za głowę i mówię do męża: „Wiesz co, ja mam tyle fajnych obserwacji, fajnych historii, że jakbym to opisała, to ludzie by rozumieli, co czytają”. I on mówi: „Słuchaj, to pisz”.
W dalszym ciągu nie czułam się godna takiego zawodu. Dla mnie pisarz to był nadczłowiek. To był lepszy człowiek, który stąpa po innej ziemi, oddycha innym powietrzem. I niby jakim cudem ja miałabym się stać pisarką? Już tak zaczęłam sobie wmawiać, że tę książkę rzeczywiście powinnam napisać, że może ja umiem, że może mi się uda. I zaczęło się tak naprawdę od Jagny Rolskiej, do której później zapewne wrócimy, którą poznałam właśnie na tym forum. Ona już wtedy pisywała opowiadania, pisywała felietony. Ja już sobie wmawiałam, że naprawdę piszę książki, tylko jeszcze nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Do tego dochodziło, że na przykład poznaliśmy na wakacjach nowych znajomych i oni pytają: „Czym się zajmujesz?”. Ja mówię: „Wiecie co?
Piszę książki”. Oni: „O wow, fantastycznie! A co napisałaś?”. Ja mówię, że nic. Stwierdziłam, że jak takich głupot ludziom nagadam, to się w końcu zbiorę i faktycznie coś napiszę. Pewnego wieczora na forum Jagna opublikowała link czy okładkę swojego e-booka, który w tamtym czasie wydała. Moja ambicja już tego nie zniosła. Mówię: „Nie, jak ona napisała i wydała, to ja też muszę”. I tamtego wieczora usiadłam i napisałam pierwsze 20 stron mojej debiutanckiej powieści. Tak mi się spodobało, że potem to już poleciało samo.
[05:46:01] - Samo poleciało. Tych książek jest naprawdę dużo.
[05:46:04] - Chyba 25.
[05:46:06] - Gratulujemy serdecznie, bo jest to już naprawdę spory wydawniczy dorobek.
[05:46:11] - „Na kolanie”. Izabela Frączyk. Fragment felietonu „Niebezpieczne obowiązki”. No i wpadłam na pomysł, żeby kichać z zupą w ustach. Nabrałam zupę, a że wzięło mnie na kichanie w trakcie przełykania, postanowiłam zrobić to tak, żeby sobie nie zapaskudzić świeżo posprzątanej kuchni. Może dla wielu jest to mało istotne, ale dla chwilowo odrobionej matki małych dzieci taka wypucowana na połysk kuchnia to uświęcony prawem błogostan. Cóż, nie da się. Nie dość, że zupa poszła w pełnym rozbryzgu na pół kuchni, to na dodatek w ustach wytworzyło się takie ciśnienie, że ogłuchłam. Pomyślałam, że pewnie się zaraz odetka, ale niestety następnej doby zmuszona byłam odwiedzić laryngologa i wyznać, że grzybowa poszła mi w uszy. Musiałam znieść pełen politowania wzrok i z pokorą przyjąć na klatę diagnozę, że mi się zassały błony bębenkowe i sprawa jest poważna.
Kazali łykać jakieś osuszające tabletki i postraszyli sterydem. Jak niepyszna wróciłam do domu i łyknęłam podwójną dawkę, bowiem po południu miałam w szkole zebranie. Poszłam, ale w sumie to nie wiem po co, bo ludzka mowa sprawiała, że czułam się jak ktoś, komu nałożono na głowę cynowe wiadro i walono wań młotkiem. Szaleństwo. Ale skoro już przyszłam, to chciałam się czegoś dowiedzieć. Zatem ryknęłam tak, że wystraszeni rodzice o mało nie pospadali z krzeseł. Bez sensu zapytałam, bo i tak nie usłyszałam odpowiedzi, ale przynajmniej odfajkowałam się na liście obecności. Tyle dobrego. Następnego dnia nadal nie doczekałam się poprawy, więc tym razem ryknęłam na domowników, żeby zeszli na obiad. Nalałam gorącą zupę i jak ostatnia sierota wetknęłam palec do talerza.
Omal nie upuściłam wszystkiego na podłogę, ale że chciałam jak najmniej nachlapać oraz jak najszybciej ochłodzić oparzenie, rzuciłam się w drugą stronę, w kierunku zlewu. Niestety po drodze zaatakowała mnie otwarta zmywarka i oparzyłam się zupą po sam łokieć. Granatowy siniak na goleni i zafajdana cała kuchnia to przy tym pryszcz. Nadal głucha, z ruchu warg domyśliłam się, co myśli o mnie mój mąż, ale pokornie przyjęłam okłady z lodu, modląc się, by mi w uszach wreszcie popuściło, bo następnego dnia szliśmy na Andrzejki. Przy posiniaczonych nogach z żalem odwiesiłam ulubioną sukienkę na wieszak i na imprezę wybrałam jakieś spodnie. Nazajutrz z ulgą przyjęłam fakt, że chyba znowu coś słyszę, jak z motorkiem ruszyłam do sprzątania łazienki. Na wszelki wypadek, w obawie o ciśnienie w uszach, grzecznie przykucnęłam przed toaletą i otworzyłam deskę. Opadła. Otworzyłam drugi raz. Też opadła, więc potraktowałam ją nieco bardziej agresywnie i łupnęłam nią o ścianę, wcale nie licząc, że znów nie opadnie.
Ale tym razem nie opadła, tylko z impetem odskoczyła od ściany. Tamtego dnia nie poszliśmy na Andrzejki. Deska sedesowa pobiła mi oko.
[05:49:11] - Obecnie jest pani właścicielką wydawnictwa Bookent. Czy uważa pani to przebranżowienie za całkowicie naturalne i potrzebne, aby osiągnąć kolejny, wyższy poziom wtajemniczenia twórczego, czy też praca w wydawnictwie odbija się jednak w jakiś sposób negatywnie na pani pisarskich zamierzeniach?
[05:49:33] - I jedno, i drugie. Dobrze tutaj dotknęła pani obu tematów, bo chcąc się w pełni zaangażować w wydawanie książek nie tylko własnych, ale także cudzych, jednak doba ma tylko 24 godziny, a ponieważ jeszcze to wszystko się zbiegło z wyprowadzką na wieś i w dalszym ciągu jesteśmy tutaj nowi, zadomawiamy się, urządzamy ogromny ogród i robimy plantacje, uprawy, więc to też nas ogromnie angażuje. Do tego jeszcze wydawnictwo, do tego jeszcze inni autorzy. Bardzo starannie selekcjonujemy, kogo możemy wydać, bo jesteśmy malutkim wydawnictwem, ale mimo wszystko pracy jest dużo, a wiadomo, że odbija się na pisaniu. Doba ma tylko 24 godziny. A dlaczego taka decyzja? Rachunek był prosty, to była czysta kalkulacja finansowa. Poza tym chciałam spróbować czegoś nowego. W końcu po kilkunastu latach na rynku wydawniczym sporo rzeczy się wie. I tak nie wiedziałam wszystkiego.
Wielu rzeczy trzeba się było nauczyć mimo wszystko.
[05:50:25] - I właśnie chciałam się zapytać, co takiego przytrafiło się przez ten czas funkcjonowania wydawnictwa Bookent, czego się pani nie spodziewała? Z czym przyszło się zmierzyć i dopiero uczyć się tego nowego fachu? Bo wiadomo, każda nowa firma ma jakąś swoją specyfikę. Przystępując do działania wydaje nam się, że damy sobie radę, a potem jednak jakieś trudności się na naszej drodze pokazują.
[05:50:54] - Trudności to za dużo powiedziane. Po prostu kwestia wiedzy i posiadania takiego know-how, jak to zrobić, żeby było dobrze. Oczywiście na pierwszą książkę poświęciłam na wydanie jej praktycznie pół roku. Ja wiedziałam, że wielu rzeczy nie wiem, dlatego ten okres był taki długi. Co mnie zaskoczyło? Zaskoczyło mnie to, że proces wydawania książki i prowadzenia wydawnictwa ogólnie składa się z nieprawdopodobnej ilości drobnych czynności, o których pisarz, który wydaje w innym wydawnictwie u kogoś, po prostu nie ma pojęcia, jaka to jest mrówcza praca, jakie to jest wszystko skomplikowane, jak wiele rzeczy i wiele drzwi trzeba przed sobie otworzyć, jak wiele rzeczy i umiejętności trzeba posiąść. Chociażby taka prosta rzecz, na przykład egzemplarze cyfrowe. Zamieszczenie egzemplarzy cyfrowych e-booków, audiobooków na platformach streamingowych typu Audioteka, Legimi, Storytel, Virtualo, Publio, Ebookpoint i tak dalej. Sześć czy siedem tych platform jest. To tak naprawdę zajmuje cały dzień, ponieważ każdy z tych operatorów ma inny panel wydawcy.
Ten sobie życzy, żeby mu zamieszczać bezpośrednio na serwerze. Ten życzy sobie WeTransferem pliki przesłać. Tamten życzy sobie coś tam jeszcze innego. Każdy ma inny panel, inny system logowania, inny system obsługi wydawcy. Naprawdę strasznie czasochłonna praca plus wpisywanie wszystkiego ręcznie, numerów ISBN, ilości stron, minut trwania audiobooka. Cyfrowe trzeba zamieścić w repozytorium Cyfrowej Biblioteki Narodowej. Cały bity dzień pracy i to bardzo skrupulatnej i uważnej.
[05:52:26] - A proszę mi jeszcze powiedzieć, czy to wydawnictwo jest taką rodzinną firmą? Czy na przykład mąż panią wspiera w tej pracy?
[05:52:34] - To jest firma rodzinna.
[05:52:36] - Ma pani wsparcie w rodzinie przy tych działaniach.
[05:52:39] - Oczywiście, że tak, bo jedna osoba nie byłaby w stanie prowadzić takiej działalności. Takie wydawnictwo, które chce wydawać kilka, kilkanaście książek rocznie, to jest praca na pełny etat na dwie i pół, trzy osoby. „Sekretny składnik”. Izabela Fronczyk i Jagna Rolska. Prawda ekranu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Właśnie taką lekcję dostaje od życia zakopiański kucharz amator, który wskutek dramatycznych wydarzeń podejmuje w swoim pensjonacie grono gwiazd kulinarnego show. Czy stroniący od ludzi Klemens odnajdzie się przed telewizyjnymi kamerami? Co zrobi z niechcianym uczuciem do Liliany, bezwzględnej, pnącej jak taran celebrytki? Czy mądrość ludowa babci Marii zdoła ostudzić skrajne nastroje panujące w telewizyjnej ekipie? Witajcie w piekiełku stołecznego show-biznesu przeniesionym wprost na spływające błotem przedwiosenne Podhale, gdzie zaroiło się od kulinarnych osobowości.
Wielu telewidzów zabiłoby za możliwość zrobienia sobie z nimi zdjęcia. A tymczasem celebryci zabijają się sami. Zapraszamy do lektury
[05:53:46] - Proszę nam powiedzieć, gdzie nasi słuchacze mogą odnaleźć pani książki. Już pani podała nam platformy, już wiemy, że tam możemy po nie sięgnąć. A w wydaniu książkowym książki wydawnictwa Bookend można znaleźć w jakichś księgarniach? Gdzie o nie pytać, żeby wejść w ich posiadanie?
[05:54:07] - Właściwie wszędzie można pytać, w każdej księgarni internetowej. To, czy w każdej księgarni mniejszej, tego nie umiem powiedzieć, bo to już jest decyzją księgarza. Natomiast książki można też nabyć w naszym sklepie internetowym, szczególnie książki z autografem na bookend.pl też są dostępne od ręki. Można zamówić sobie do salonu Empik, zamówić do odbioru w punkcie Bonito. Właściwie nasze książki są praktycznie wszędzie. My mamy tych samych dystrybutorów co inni wydawcy.
[05:54:36] - Proszę sprawdzać, szukać, pytać o te książki, bo autorzy są rzeczywiście bardzo ciekawi. Na swoim artystycznym koncie posiada pani książki pisane w duecie. To bardzo interesująca forma. Mówię tu o powieściach, które współtworzyła pani ze wspomnianą już wcześniej panią Jagną Rolską. Interesuje mnie, w jaki sposób powstawały te dzieła, która z pań czuwała nad fabułą, a która nad warsztatem twórczym, pilnując, aby przekaz był spójny, czytelny?
[05:55:12] - Pisanie w duecie było dla mnie pewnym wyzwaniem, ponieważ moje książki wszystkie od początku do końca, niezależnie od tego, czy to jest powieść pojedyncza, czy pięciotomowa seria, powstają bez planu, bez konspektu, bez pomysłu. Właściwie ja spotykam bohatera, on się przede mną pojawia, jego okoliczności, uniwersum, w którym funkcjonuje, jego tu i teraz. I właściwie ja się w tym momencie do niego przysysam jak taki pasożyt trochę i zaczynam opisywać to, co się dzieje w jego życiu. I ze strony na stronę to mi się wszystko jakoś kleci. Do tej pory, przez ileś-naście lat ten system u mnie działa. Natomiast w duecie niestety nie da się pisać ze strony na stronę. To już musi być mocno dopracowane i konspekt musi być dosyć szczegółowy. Tym zajęła się Jagna, ponieważ ona potrafi to robić i się z tym świetnie czuje. I ona musiała również oprócz stworzenia konspektu zarządzać ruchem, czyli pilnować mnie, żeby mnie nie poniosło. Ja dostawałam od niej jakiś fragment, scenę czy rozdział do napisania i mówi: „Słuchaj tu i tu ma być to i to.
I żeby cię gdzieś nie poniosło, nowych bohaterów mi tu nie wprowadzaj”. To było dla mnie pewne wyzwanie, bo ja nie umiem w ten sposób tworzyć. Ale nauczyłam się w końcu. I powstały w związku z tym trzy części trylogii erotycznej „Kaprys milionera”, „Upadek milionera” i „Powrót milionera”.
[05:56:33] - Proszę mi powiedzieć, o co się panie najczęściej spierały?
[05:56:37] - My się nigdy o nic nie spieramy. Właśnie taki fenomen naszej przyjaźni, bo przyjaźnimy się od nastu lat. Przyjaźniłyśmy się wyłącznie wirtualnie. Osiem lat minęło, zanim się spotkałyśmy w realnym świecie. Nigdy w życiu nie zaliczyłyśmy żadnej sprzeczki, żadnej awantury ani czegoś takiego. Absolutnie. Jesteśmy osobami kompletnie różnymi. Wysoka, niska, brunetka, blondynka, usposobienie kompletnie inne. Jedna lubi siedzieć w ogóle z domu nie wychodzić, druga by tylko latała od studia do radia i od spotkania do spotkania. Kompletnie różne gusta, dwie przeciwności.
Natomiast mamy taki jeden wspólny zwój w mózgu, identycznie skręcony, który nam pomaga myśleć tak samo. I my przez tą naszą wirtualną przyjaźń spotykałyśmy się z tym, że w jednej sekundzie pisałyśmy to samo. I skoro myślimy tak samo, to było nam stosunkowo łatwo napisać książkę. „Upadek milionera”, Izabela Frączyk, Jagna Rolska. „Kurde, ale nora” — mruknął Emil na widok ich nowego lokum. Pomieszczenie było nieduże i duszne, umeblowane bardzo skromnie, jedynie w podstawowe sprzęty. Dwa wąskie łóżka nakryte niebieskimi narzutami, szafa ze skrzypiącymi drzwiami i lekko kulawy stolik. „A ten taboret pamięta chyba wojny jońskie.” Emil przesunął stopą wiekowy mebel i postawił na nim zabraną z lotniska cudzą walizkę. „Weź nie wydziwiaj. Przynajmniej jest łazienka i piękny widok.
Pomyśl, że jesteś na Złotej.” „Jasne. Tylko spójrz na to.” Emil z nieszczęśliwą miną wyjął z walizki hawajską koszulę i plażowe klapki z napisem „Kubota”. Do zestawu dołączyły też trzy koszulki z kretyńskimi napisami, na szczęście jeszcze nierozpakowane z foliowych torebek, dwie pary tanich szortów w dziwaczne desenie, kilka par skarpet oraz męskich stringów. „Ale się gościu wystroił na wczasy. Nie ma co!” Danka na widok zdobyczy Emila ryknęła niepohamowanym śmiechem. Z trudem opanowała łzy. Trzymając się za brzuch, opadła na łóżko. Sześć wspólnie spędzonych miesięcy sprawiło, że poznała upodobania towarzysza. Wszystko w jego otoczeniu musiało być najwyższej jakości, a cena nie grała roli. Tym razem jednak przyszło mu przywdziać coś, co było szczytem obciachu i tandety.
Prysznic na szczęście działał, a uprzejmy gospodarz podrzucił im czyste ręczniki. Emil, zdegustowany faktem, że na noc musi założyć cudze ciuchy, ze zwieszoną głową poszedł do łazienki. Pod prysznicem starannie uprał swoje slipy z mikrofibry, warte mniej więcej tyle, ile zdobyczne ubrania wraz z walizką.
[05:59:03] - Pieniądze to taki niezwykły magnes i właściwie chyba większość ludzi o tych pieniądzach marzy. A panie pisały o milionerze. Artyści chętnie sięgają po motyw bogacza, kryzusa. Czy jego postać budowana była na podstawie przeżyć i doświadczeń autorek? Czy może jedynie ukazał się paniom w sferze marzeń, wyobrażeń?
[05:59:26] - Nie wiem, czy tak za bardzo jest o czym marzyć poza paroma zerami na koncie, ponieważ każdy ma problem finansowy, tylko jest kwestia ilości zer, prawda? Naprawdę każdy z nas ma jakiś finansowy problem. Emil Kastner został stworzony przez Jagnę. Ja tutaj w ogóle nie miałam nic do gadania, to była jej postać i to była postać mocno przerysowana, bo cała ta powieść to miał być taki Kopciuszek dla dorosłych. Zaczyna się od tego, że Emil Kastner to znudzony, rozkapryszony bogacz. Już go nic nie cieszy, już wszystko ma w nosie. On już wszystko posiada, co tylko może. Hotele, jachty i jemu się naprawdę w głowie przewraca z tego wszystkiego i z tego bogactwa i z tego znudzenia. I na takiej zakrapianej alkoholem imprezie zakłada się ze swoimi przyjaciółmi, że nawet z najbardziej nieatrakcyjnej i mówiąc kolokwialnie zapuszczonej kobiety, przy odpowiedniej dozie pieniędzy można z niej zrobić królewnę, księżniczkę. I on się zakłada o grube pieniądze.
Oczywiście rano tego zakładu w ogóle nie pamięta, ale potem sobie przypomina, co zrobił i teraz szuka odpowiedniej kandydatki, żeby przemiana była spektakularna. I trafia na skutek ogromnego zbiegu okoliczności na naszą poczciwą Danusię Popiołek, dziewczynę Bardzo poczciwą, bardzo fajną, bardzo sympatyczną, przez czytelników bardzo lubianą. Danusia jest dziewczyną skromną, zahukaną, ubogą, mającą w życiu pecha przy tym wszystkim. Ona się idealnie nadaje do projektu Emila. Tak się dzieje, że życie ich ze sobą łączy. Ona ma być tym Kopciuszkiem, on ma być tym księciem. Wydawać by się mogło, że ten temat zawsze modny doprowadzi do szczęśliwego finału i będzie jedno wielkie „wow”. Tylko należy zadać sobie pytanie, jak na tym całym interesie wyjdzie książę? To, że Kopciuszek wyjdzie dobrze, bo na tym skorzysta. Tutaj nie będzie żadnego zaskoczenia, bo Danuta będzie takim materiałem dosyć plastycznym.
Ale co będzie po drodze? Co się wydarzy? Na ile ona pokaże rogi? Na ile ten milioner będzie mógł sobie pozwolić na ingerencję w ciało i duszę drugiego człowieka? Jemu się wydaje, że on ma do wszystkiego prawo, że jego pieniądze stanowią przepustkę do każdego skrawka czyjejś podświadomości, psychiki, do wnętrza. A to nie jest wcale tak prosto. Wydawać by się mogło, że będzie szczęśliwy finał, a tu okazuje się, że niespecjalnie. Ja bardzo nie lubiłam Emila Kastnera. Jak tylko wracał do mnie tekst, to ja zawsze robiłam tak, żeby był niefajny ten Emil. Dzięki temu powstały trzy tomy zamiast jednego.
„Co się tutaj, do jasnej cholery, wyprawia? Nic. Mamy gości — rzuciła niedbale Eliza. Jasne. W pokoju obok mojego właśnie ma miejsce jakaś zbiorowa orgia. Ci ludzie zachowują się jak jaskiniowcy. A to pewnie przez to opium — skwitował Julek z miną znawcy. Ja rozumiem, ale żeby aż tak się naćpać? To ma być pielgrzymka? Przecież to jakaś hucpa.
Karol przysiadł na kanapie na wprost recepcji w świetle rzucanym przez stojącą lampę. Eliza i Julek jak na komendę ryknęli śmiechem. No i z czego się tak cieszycie? — rozzłościł się Karol. Że jakiś goły hipis właśnie wyważył drzwi do mojego pokoju, wprowadził tam gołą hipiskę, a ta idiotka na mój widok zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Nie dość, że mi się władowali do numeru razem z drzwiami, to jeszcze zaczęli hałasować. Przeglądałeś się dzisiaj w lustrze? Eliza dostała spazmów. Karol nie zdążył odpowiedzieć. Ratunku!
Całą trójkę poderwał dochodzący z piwnicy rozpaczliwy okrzyk. Boże dopomóż! Uchowaj ode złego! Precz siło nieczysta! Po kilkunastu sekundach w holu pojawił się przerażony konserwator. Ledwie trzymał się na nogach. Panie Kaziu, co się stało? Diabeł, pani Elizo, chciał zerżnąć moją kołdrę. Ja przysięgam na Boga, ja nigdy więcej. Ale co pan przysięga?
Ja od dzisiaj nie piję — wybąkał uroczyście mężczyzna i osunął się na podłogę, przy okazji uderzając o nią twarzą. Ja nie mogę. Eliza przewróciła oczami. Co się tutaj dzieje? Julek leci do kuchni po lód. Kaziowi chyba przyda się okład, głównie na głowę. Nie wiesz, czy dużo wypił? A czy coś się stało? Iga wyrosła jak spod ziemi. Koniec świata.
Taki mały armagedon — wyjaśniła ze stoickim spokojem Eliza. Nasi spokojni pielgrzymi naćpali się po grillu, który urządzili sobie na parkingu i teraz zbiorowo się gwałcą. Już zdążyli wyłamać drzwi do pokoju Karola i wystraszyć pana Kazia, który wcześniej mocno się zanietrzeźwił. Nasza złota rączka rozbiła sobie twarz o posadzkę, a Karol wypłoszył nagą hipiskę. To tyle. Julek właśnie powrócił z kuchni ze sporym workiem lodu w kostkach i owinąwszy go wcześniej w ściereczkę, przyłożył do rozbitego nosa pijanego konserwatora. Wczoraj wieczorem był na imieninach u kolegi — powiedział. Dziś rano miał kaca, więc postanowił poprawić piwem. Tak mocno się utrwalił, że do jutra go pewnie potrzyma. A za kozę to ja osobiście przepraszam.
Za kozę? — zapytały unisono przyjaciółki. Za kozę — przytaknął. Kazała mi ją pani gdzieś ulokować. No i? Wszystkie pomieszczenia gospodarcze mamy nieogrzewane, a na zewnątrz jest -20. Na noc zapowiadają aż 30 stopni mrozu, więc postanowiłem umieścić ją w piwnicy. Jakoś musiała otworzyć sobie drzwi do przyziemia, bo to chyba ona chciała zjeść kołdrę pana Kazia. O kurde. Iga wybuchła tak zaraźliwym śmiechem, że reszta towarzystwa nie wytrzymała.
Po chwili płakali ze śmiechu wszyscy zgromadzeni w recepcji, wyłączywszy nawalonego Kazia. Dobry humor udzielił się nawet wkurzonemu Karolowi. Jego twarz mieniła się intensywnie wszystkimi kolorami tęczy, ale błyskawiczna interwencja przyjaciółek i markowy puder w kremie zrobiły swoje. Ciemne sińce zostały skutecznie zatuszowane. Wcale się nie dziwię tej biduli, że zaczęła krzyczeć — nabijała się bezlitośnie Iga, wyciskając z tubki beżową emulsję. Fachowo obróciła poobijaną twarz Karola w stronę okna i porównała odcień podkładu z odcieniem karnacji. Jest dobrze, tylko za bardzo się nie tapetuj, bo będziesz wyglądał jak tajski transwestyta. To wcipnij się. Wiesz jak to boli? Wiem.
A najbardziej boli odbicie w lustrze, co? No dobra, koniec hecy — wtrąciła Eliza. Widzieliście gdzieś kota? Widziałem go rano. Ganiał po pierwszym piętrze — odparł Karol. O matko! — przeraziła się Eliza. Numer. Numer. Kici, kici, numerek.
Kici, kici. Boisz się, że go pielgrzymi zeżarli? Rozbawienie Igi sięgnęło granic. A cholera ich wie. Eliza obróciła się na pięcie i udała się do biura." Chciałam zapytać, ponieważ domeną pani są powieści obyczajowe, czy byłaby pani gotowa napisać książkę kryminalną? Czy może wpisać się taką opowieść obozową? A może taki naprawdę silny, mocny erotyk? Tylko i wyłącznie dlatego, aby wpisać się w główny nurt mody, jaki teraz panuje w literaturze i tym samym przyciągnąć do siebie większą liczbę czytelników. Ja piszę to, co mi w duszy gra. Ja nie patrzę na mody.
Moją domeną są powieści obyczajowe z takim płuszczeniem oczka w stronę komedii. Czasem się rzeczywiście zdarzy trup, jakieś przestępstwo. Seks się wiadomo też zdarza. Takim erotykiem klasycznym był właśnie „Milioner”, ale dlatego powstał w duecie, tak trochę z przekory, żeby czytelnik nie wiedział, które z nas co napisała. Która z nas pisała które sceny. Myślę, że udało nam się trochę czytelników przechytrzyć i to jest rzeczywiście pełnokrwisty erotyk. Natomiast literatura obozowa zupełnie mi się nie podoba i kompletnie nie moja bajka. Ja się w modę nie wpisuję. Mogę co najwyżej odrobineczkę się w jakiś sposób nagiąć, odrobinkę odmłodzić bohaterów czy też ich postarzyć. Mogę okoliczności jakieś im stworzyć takie, które z jakąś modą są związane, ale zauważmy to, że jeżeli pojawia się moda, to wszyscy piszą na jedno kopyto.
I tych książek jest już tak dużo, że w pewnym momencie czytelnik zaczyna być znudzony i szuka czegoś innego. Proszę sobie przypomnieć sukces „Domu nad rozlewiskiem” Małgorzaty Kalicińskiej. Nagle się okazało, że powstała taka książka i co się podziało? To spowodowało nieprawdopodobny wysyp rodzimej kobiecej literatury tworzonej przez kobiety, gdzie w 90% to była kobieta po przejściach, wynosi się na wieś albo ze wsi do miasta, albo z miasta na wieś. Tam ma romans z weterynarzem, z gajowym czy kto tam jej wpadnie w ręce i tam zaczyna życie od nowa. Na tej kanwie powstała cała masa książek. Ja nie chcę się wpisywać w kolejną taką rzecz, bo jak już przebrzmiały te wszystkie rozlewiska i tak dalej, stworzyłam bestsellerową serię, która się strasznie czytelnikom podobała, „Stajnia w Pieńkach”. Pięciotomowa seria, taka moja druga flagowa obok „Kobiet z odzysku”. Tutaj mogłoby się wydawać, że dynamitu nie wymyślimy, bo to wszystko już było, tylko kwestia formy, w jakiej to czytelnikowi podamy, w jaki sposób tego bohatera umieścimy, w jaki sposób skomplikujemy mu życie. Każdy to zrobi na swój sposób, ale motywy się powtarzają.
[06:08:48] - One nawet powinny się powtarzać, bo są jakimiś kodami, którymi możemy z czytelnikiem się porozumiewać. To, że czytelnik szuka tych odnośników, to jest tylko plus w takim dziele, mi się wydaje. Motyw jest bardzo ważny, żeby był czytelny, że jest ta ciągłość. Cały artyzm na tym polega, co dany autor włoży w tą książkę nowego, czyli doda coś od siebie.
[06:09:17] - „Kobiety z odzysku”, Izabela Fronczyk. Czy zastanawiasz się, jak często życiem rządzi przypadek? Trzy kobiety: młoda wdowa, była żona bigamisty oraz doświadczona przez życie rozwódka nawet nie przypuszczają, jak wiele w ich życie mogą wnieść wspólne egipskie wakacje. Leniwy urlop na leżaku? Nic bardziej błędnego. Niesamowite zbiegi okoliczności sprawią, że ich świat stanie na głowie i po powrocie do kraju już nic nie będzie takie jak przedtem. „Kobiety z odzysku”, fragment powieści czyta autorka. „Czy wy do reszty powariowaliście z tymi cholernymi wielbłądami? O co tu chodzi? Mamy XXI wiek.
Płaci się kartą kredytową, a nie wielbłądami. Myślałam, że Polska jest jeszcze zacofana w porównaniu z wielkim światem, ale u nas nikt nikomu za żonę nie płaci krowami i nie oblicza wartości narzeczonej wedle aktualnej ceny skupu żywca. Pomijam już fakt, że małżeństwa zawiera się z miłości i uczuciami się u nas nie handluje. Zuzka rozsierdziła się nie na żarty. Chciałem dobrze, zdołał się wtrącić Ahmed. Posłuchaj, lubię cię, ale nic z tego nie będzie. Ja już mam swoje miejsce na ziemi i bynajmniej nie jest to Egipt. Mam swoją pracę, swoje zainteresowania, swój dom i swojego mężczyznę. Poza tym jestem katoliczką. Nie smakuje mi wasze żarcie, nie podoba mi się wasza pustynia.
Nie kocham cię i nie jestem na sprzedaż. Czy to jasne? Tak. W takim razie bardzo cię proszę, żebyś poszukał sobie jakiejś miejscowej, dobrze urodzonej dziewicy i dał mi święty spokój.”
[06:10:57] - Spotkania, festiwale czy targi książek są formami reklamy coraz modniejszymi zarówno wśród czytelników, jak i literackich twórców. Książka stała się produktem, który podlega normalnie marketingowi. Pani zdaniem to dobrze? Jakie są pani wspomnienia z czytelniczych imprez?
[06:11:20] - No cóż, książka jest produktem, w dodatku jest produktem masowym. Jakbyśmy się cofnęli o kilkadziesiąt lat, ile się książek wtedy wydawało? Kilkadziesiąt rocznie. Każda książka była wydarzeniem, miała gigantyczne nakłady. Natomiast w tej chwili praktycznie nie ma dnia, żeby nie było przynajmniej jednej premiery. Jest na tym rynku rzeczywiście bardzo ciasno i niestety rynek jest dosyć brutalny. Książka żyje na tym rynku bardzo krótko. Żyje jakieś dwa tygodnie przed premierą i jakieś trzy tygodnie do miesiąca po premierze. I tak naprawdę to jest ten moment, kiedy można sprzedać najwięcej. I trzeba się w tej chwili, w takiej sytuacji, na tym etapie wydania książki, rozpychać łokciami.
Trzeba książkę promować, trzeba o książce mówić, trzeba o tej książce opowiadać. Ta książka powinna się pojawić wszędzie, autor powinien się pojawić wszędzie. Tutaj ogromną rolę teraz odgrywają social media wszystkie. Więc jeżeli autor nie jest zaangażowany mocno w promowanie siebie samego na profilach na Facebooku, na Instagramie, na TikToku i tak dalej, wydawca też ma związane ręce. Autor musi współpracować z wydawcą. To jest taki niepisany obowiązek. Jest tłok i trzeba się naprawdę rozpychać. To jest smutne. Oczywiście są autorzy, którzy mają swoich wiernych czytelników i wystarczy, że gdzieś pojawi się jakaś zajawka w internecie, że ukaże się nowa książka, ta kolejka już się do tego autora ustawia. Ale autorom z niewielkim dorobkiem, w dodatku autorom, którzy siedzieli sobie gdzieś zamknięci, coś tworzyli do szuflady i nagle teraz chcą błysnąć, wystartować, nie ukrywam, jest bardzo trudno.
Tak się dużo wydaje, że nie wiem, ile książek teraz debiutant musiałby napisać, żeby móc się wreszcie z pisania utrzymywać.
[06:13:15] - Proszę mi powiedzieć, jak pani ocenia takie spotkania środowiskowe, różne festiwale, gdzie spotykają się twórcy?
[06:13:24] - Oceniam bardzo dobrze, ponieważ to są imprezy głównie towarzyskie, tak bym to określiła, ponieważ jest to środowisko bardzo fajne, w którym jest stosunkowo mało wzajemnych niesnasek i zatargów. Oczywiście jest to środowisko liczne, więc nie ma cudów, żeby się tam wszyscy bardzo kochali, lubili, głaskali po głowach, ale w przeważającej części jednak głównie pisarki, bo ten babiniec pisarski jest dosyć liczny, sobie pomagamy, się naprawdę wspieramy. My sobie pomagamy, my się odwiedzamy, my się spotykamy na festiwalach, nocujemy u siebie w domach. My naprawdę się lubimy. Ale wiadomo, jak w każdym środowisku jedni bardziej, drudzy mniej. „Kobiety z odzysku. Podłe intrygi. Tom piąty. Izabela Frączyk. Nie było człowieka, który na dłużej nie zawiesiłby wzroku na czekoladowym amerykańskim krążowniku szos.
Gdy wreszcie nadeszła jej kolej pod ostrzałem fleszy wysiąść wprost na czerwony dywan rozłożony przed wejściem, licznie zgromadzeni paparazzi w pierwszej chwili rzucili się do fotografowania samochodu, a dopiero później zajęli się pasażerką. Zuzka już dawno nie czuła się tak przejęta. Oślepiona błyskiem fleszy, skupiona na tym, by się nie potknąć o własne nogi, z ostrożnością pokonała odległość do wejścia. W ogromnym holu recepcyjnym kłębił się rozgadany tłum. Jak okiem sięgnąć widać było same znane twarze: od polityków, biznesmenów z listy najbogatszych, przez aktorów, sportowców i prezenterów telewizyjnych, aż po pozostałych celebrytów znanych z tego, że aktualnie są znani. Gdzieś w tle dyskretnie przygrywał kwartet smyczkowy. Już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że bywalcy dobrze się znają. Czy mogę prosić panią o zaproszenie? Przed Zuzką jak spod ziemi wyrosła długonoga hostessa przepasana szarfą Miss Polski. Oczywiście.
Zuzka zadarła głowę do góry i machinalnie sięgnęła do torebki. Niestety w tej samej chwili do niej dotarło, że kompletnie zapomniała o takim drobiazgu jak zaproszenie, które spokojnie sobie leżało na jej biurku w firmie. A imię i nazwisko nie wystarczy? — zapytała skonfundowana. — I dowód osobisty? Niestety nie. Dziewczyna uśmiechnęła się miło, a Zuzka poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Najgorsze, że nie mogła mieć do nikogo pretensji. Przygotowania tak ją pochłonęły, że zapomniała o najważniejszym. Dlaczego nie?
Jestem tu z inicjatywy Edwarda Racewicza i chyba wie, kogo zaprosił, prawda? A skoro mnie zaprosił, to muszę być na liście. Mogę pokazać dowód osobisty. Proszę pani, ja tu tylko jestem na zleceniu i nie wolno mi nikogo legitymować — odparła dziewczyna. — Więc albo pokaże mi pani imienne zaproszenie, albo będę musiała panią wyprosić. Co takiego? Zuzka zagotowała się z oburzenia. Hostessa wymownie spojrzała ponad jej głową, tym samym dając czytelny znak, że spowalnia kolejkę stale napływających gości, i dyskretnie skinęła na kogoś z ochrony. Rosły mężczyzna w czarnej marynarce wyrósł przy nich jak spod ziemi. Czy ja wyglądam na oszustkę?
Zuzka uśmiechnęła się uroczo, choć na widok ochroniarza o nalanej twarzy, niezmąconej żadną głębszą myślą, zęby zgrzytały jej same. Nie wiem. Ja tu tylko pracuję. Może da pani radę podesłać choćby zdjęcie zaproszenia? Może do kogoś zadzwonić? Nie dam rady, bo zaproszenie jest w biurze, a w weekend tam nikogo nie ma. Poza tym nie mam przy sobie telefonu. Gdyby nie fakt, że tyle starań włożyła w przygotowania, Zuzka już dawno odwinęłaby się na pięcie i z podniesioną głową opuściła budynek. Ale przecież nie po to tak się starała, żeby wszystko poszło na marne. Proszę mnie natychmiast puścić — powiedziała głośniej, niż miała zamiar, i wyszarpnęła ramię ochroniarzowi, który najwyraźniej planował własnoręcznie odprowadzić ją do wyjścia.
Stojący w pobliżu ludzie zaczęli z zaciekawieniem przyglądać się scence. Ale ja... Łapy przy sobie troglodyto. Słyszałeś o nietykalności osobistej? Zuzka wściekła się na całego. Co tu się dzieje? Czy mogę w czymś pomóc? Naraz tuż obok pojawił się blondyn w smokingu. Ta pani nie ma zaproszenia, a ja nie mogę jej wpuścić — powiedziała hostessa. Proszę zostawić to mnie i zająć się pozostałymi gośćmi.
Ta pani idzie ze mną. Ale szefuniu. Ochroniarz usiłował coś dodać, jednak Zuzka posłała mu takie spojrzenie, że gdyby mogło zabijać, osiłek padłby martwy. A ty się koleś zamknij i lepiej zajmij się myśleniem, bo słabo ci idzie — warknęła i uznawszy, że nie podoła wszechobecnemu oporowi materii, postanowiła sobie pofolgować. Ależ proszę się nie denerwować. Mężczyzna w smokingu wziął Zuzkę pod ramię. Z dwójga złego lepiej było być wyprowadzonym przez blond przystojniaka niż przez zękawego osiłka, któremu myślenie przychodziło z trudem. Jak się mam nie denerwować? Zuzka głęboko zaczerpnęła powietrza i spojrzała na blondyna. Nagle coś zaczęło jej świtać.
Czy my się przypadkiem nie znamy? Blondyn przystanął w pół kroku i spojrzał na nią uważnie. Odniosłem podobne wrażenie. Ale zaraz. Ja naprawdę cię znam. Tylko nie mogę skojarzyć skąd. Matko! Zuzka zapomniała o perfekcyjnym makijażu i pacnęła się otwartą dłonią w czoło. Przecież to jasne, że to musisz być ty. Nie leciałeś ostatnio samolotem ze Szwajcarii?
Czy to nie tobie podsiadłam stolik na lotnisku? Przepraszam, że tak pytam. Ty jesteś... Zaraz, jak masz na imię? Przemek. Na dźwięk tego imienia Zuzka rozpromieniła się jak stuwatowa żarówka. O Boże, co za zbieg okoliczności! Blondyna wreszcie olśniło. No jasne, że to ty. Przepraszam, że nie poznałem cię od razu, ale wyglądasz zupełnie inaczej.
Wtedy wyglądałaś... Przemek nie mógł znaleźć dobrego określenia." Wcale wtedy nie wyglądałam, nazwijmy rzecz po imieniu, ale cóż, dres i smoking to też dwie różne bajki. Nie pozostałam mu dłużna.
[06:19:25] - 23 maja 2023 roku odbyła się premiera pani najnowszej powieści zatytułowanej „Podłe intrygi”. Jest to piąty tom „Kobiet z odzysku”. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Bookend. Proszę mi powiedzieć, na czym polegała różnica w opracowaniu tego tomu od wcześniejszych pozycji cyklu? Jest pani zadowolona z edytorskiej pracy swojego wydawnictwa?
[06:19:56] - Pierwsze trzy tomy książki, historii czy cyklu „Kobiety z odzysku” zostały wydane przez wydawnictwo Prószyński i S-ka, a jeszcze wcześniej, w 2011 roku ukazała się na rynku powieść „Kobiety z odzysku”. To była powieść jednotomowa. Ja w ogóle nie myślałam o tym, że ona będzie kiedykolwiek kontynuowana. Po sześciu czy siedmiu latach napisałam jednak kontynuację, czyli tom drugi. Później już poleciało tom trzeci, czwarty, piąty. Z tym że trzy tomy, czyli „Kobiety z odzysku” zostały wznowione przez wydawnictwo Prószyński i S-ka jako tom pierwszy serii. Później pojawiły się na rynku „Kobiety z odzysku. Trudne wybory”, następnie „Kobiety z odzysku. Ryzykowne decyzje” i na tym ingerencja wydawnictwa Prószyński i S-ka w tę serię się skończyła. Do momentu, kiedy nasze drogi się rozeszły.
Niemniej ja chciałam tą serię kontynuować, ale dogadaliśmy się w ten sposób, że w niczyim interesie jest robić jakieś tutaj zamieszanie i ustaliliśmy, że jednak będziemy kontynuować ten layout okładkowy, że na przykład na mojej okładce, okładce wydawnictwa Bookend, na czwartym tomie na okładce pojawią się książki, wcześniejsze tomy wydane przez Prószyńskiego. To jest właściwie ewenement na rynku wydawniczym, że takie porozumienie nastąpiło. Ja na przykład okładkę każdego tomu czwartego czy piątego przesyłam do mojego poprzedniego wydawcy, żeby sobie zobaczył, czy jest okej wszystko, czy mu się podoba. Także pełna współpraca ma miejsce i na tyle zależało nam, żeby ta książka, ten czwarty tom „Kobiet z odzysku”, który był takim pierwszym naszym tytułem wydawanym w wydawnictwie Bookend, żeby on nie odstawał od reszty. Więc tak: ten sam grafik, ten sam zespół opracowujący tekst, redakcja, korekta, skład, łamanie, okładka, ten sam grafik, ten sam layout okładkowy. Mało tego, ten sam rozmiar, nawet gramatura papieru była identyczna i ta sama drukarnia. Wszystko było to samo, żeby tylko czytelnik miał książkę pasującą do poprzednich tomów, żeby ta seria była spójna. To się udało zrobić. Także mamy bardzo fajną serię, tylko tym znaczkiem wydawcy okładki się różnią tak naprawdę.
[06:22:13] - Czyli właściwie współpraca niewiele się zmieniła rozumiem, skoro większość osób pracowało nad wcześniejszymi tomami i nad obecnym.
[06:22:24] - Jest to wszystko zrobione tak, żeby czytelnik nie poczuł żadnego zgrzytu czy dysonansu pomiędzy tymi dwoma ostatnimi tomami a tą pierwszą trójką.
[06:22:32] - Czytelnik szybko się przywiązuje nawet do szaty graficznej. Trzymamy kciuki w takim razie za pani powieść. „Podłe intrygi”, proszę państwa, już do nabycia. Proszę już o nie pytać w księgarniach i w bibliotekach. W „Literackim tête-à-tête” gościliśmy dzisiaj kobietę niezwykle przedsiębiorczą, wytrwałą, dążącą do swoich obranych celów i dzięki temu osiągającą sukces. Pani Izabella Frączyk nie tylko obdarzyła nas swoim talentem, ale od niedawna propaguje również twórczość innych interesujących pisarzy. Życząc powodzenia w tych zamiarach, państwu przypominam, że książki wydawnictwa Bookend można już zakupić na stronie wydawnictwa u samego edytora i będą to również książki do nabycia z autografami. Szukajcie też państwo ich w księgarniach, pytajcie w bibliotekach. Pamiętajcie o tym, że im częściej w bibliotekach o daną książkę zapytacie, tym bibliotekarki szybciej ją państwu sprowadzą. Zaglądajcie też państwo na strony internetowe zarówno wydawnictwa, jak i naszego dzisiejszego gościa.
Polecam stronę www.izafraczyk.pl oraz autorskie strony na Facebooku i Instagramie. Pani Izabello, bardzo serdecznie dziękuję za poświęcony nam czas. Było mi niezwykle miło gościć panią w programie „Literackie tête-à-tête” i życzę wielu sukcesów zarówno pani pisarskich, jak i wielu sukcesów wydawnictwu Bookend. Dziękuję bardzo za rozmowę.
[06:24:16] - Ja również serdecznie dziękuję. Było mi ogromnie miło spotkać się z państwem i z panią.
[06:24:22] - Dobranoc państwu.
[06:24:23] - Dobranoc.
[06:24:26] - Tak, proszę państwa, tak. Już jesteśmy gdzieś bardzo blisko końca, a właściwie na końcu. Kto się na końcu pojawia? Na końcu pojawia się Piotr Plebaniak. I chociaż był już w dzisiejszej audycji, pojawia się po raz kolejny. Po raz kolejny z Piotrem Plebaniakiem będziemy rozmawiać o tym, jak budować i niszczyć imperia. Co tam wiele będę mówił. Zapraszam państwa. Budujemy i niszczymy. Dzień dobry.
Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:24:58] - Dzień dobry, pozdrawiam Stefanu, jak zwykle.
[06:25:01] - No tak, dzisiejsze prawidło jest krótkie, a odnoszę wrażenie jednak, że bardzo treściwe. Cytuję: „Wygra ten, kto jest zdolny dostroić się do rytmu pola walki”. Panie Piotrze, ma pan głos.
[06:25:18] - Dziękuję bardzo. Strategia to jest Sposób zarządzania własnymi decyzjami w dłuższej perspektywie czasowej. I to prawidło, które dzisiaj słyszymy, jest sformułowane właśnie na tym poziomie strategii, ale ono pasuje na każdym poziomie naszej ludzkiej aktywności, do naszych codziennych utarczek z bliźnimi, że tak ogólnie powiem tajemniczo, a skończywszy właśnie na najbardziej strategicznych geopolitycznych grach, w których losy narodów decydują się właśnie dzięki działaniom ludzi, którzy potrafią zrozumieć, co się wokół nich dzieje. Cały czas obracamy się wśród kilku prawideł dotyczących sterowania systemami. Każde państwo, każda armia, tak jak każdy człowiek, jest homeostatem, czyli jest systemem, który jest powodowany wolą przetrwania. Inne systemy, jeżeli nie mają zmaksymalizowanego albo zoptymalizowanego tego parametru instynktu przetrwania, po prostu giną z tymi, które są bardziej zdeterminowane w tej kwestii. Ale oprócz determinacji potrzebna jest też zdolność obserwacji świata zewnętrznego. Stanisław Lem, któremu to dzisiejsze prawidło bardzo by się z całą pewnością spodobało, o ile go nie znał, stwierdził, że wszystkie nasze wynalazki cywilizacyjne, typu na przykład lornetki, mikroskopy, teorie naukowe, wszystko to są takie białe laski ślepca, którymi ostukujemy naszą rzeczywistość i dostrajamy się do tej rzeczywistości po to, żeby przetrwać albo zdobyć pożywienie, albo zdobyć zasoby w przypadku państw. I teraz co się dzieje, kiedy podejmujemy działanie zabezpieczające nasze własne przetrwanie? Otóż my staramy się zrozumieć prawa natury, które rządzą naszym środowiskiem i nami samymi, czyli tym, co się dzieje w środku w nas.
Proszę nie zaglądać, żeby nie było na mnie, że ktoś się rościął i zaglądał, a to prawda, jakbym powiedział. Absolutnie, proszę, wyprę się. Powiem, że nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. Natomiast patrząc na zewnątrz, to jest chyba bardziej bezpieczne, mamy rozmaite parametry. Mamy dzień i noc, mamy cztery pory roku: wiosnę, lato, jesień i nie wiem, czy pan Marek zna te czwarte, jeśli mogę się spytać.
[06:27:47] - Wiosna, lato, jesień, zima.
[06:27:48] - Zima. Tak, świetnie. Dziękuję.
[06:27:51] - Czuję, że to jakiś podstęp. No ale dobrze.
[06:27:55] - Tak, odwrócenie uwagi, dlatego że teraz zacznie się pan zastanawiać, dlaczego ja to powiedziałem, a w międzyczasie zadam jakieś podchwytliwe pytanie i jest bardziej prawdopodobne, że pan się da złapać teraz, kiedy właśnie wytrąciłem pana z rytmu. Natomiast zaraz do rytmów dojdziemy. Jeśli chodzi zaś o parametry środowiska zewnętrznego, w którym działamy, weźmy pod uwagę na przykład jakąś armię, która wkracza na terytorium przeciwnika. Nie taką armię w czasach, kiedy są linie frontu, tylko taką armię średniowieczną na przykład. Do czego musi się dostroić taka armia? Ta armia Aleksandra Wielkiego dostrajała się za pomocą pracy szpiegów do rytmu prac polowych w krainach podbijanych. I dzięki temu ta armia wyruszała w kierunku, żeby podbijać właśnie te miejsca, które obfitowały w świeżo zebraną żywność. Czyli nie szli w ciemno albo nie szli na przednówku do miejsc, gdzie nie ma żywności, gdzie by ta armia po prostu sczezła z głodu, z chorób wynikających z głodu między innymi. I tak dalej. W związku z tym proszę, co robił Aleksander Wielki?
W bardzo niewielu ilościach książek jest to w ogóle napisane. Nie tylko Aleksander Wielki, ale starożytni Chińczycy robili dokładnie to samo. Co robili? Wywiadywali się, w jakich terytoriach jest jaka roślina uprawiana i wyprawiali się z jednego miejsca do drugiego tak, żeby się wyżywić. Generalnie bardzo często słyszymy opinie albo czytamy opinie w książkach historycznych, że armia to jest jedna wielka szarańcza, równie groźna dla własnej ludności, jak dla ludności przeciwnika. No i właśnie to, co musi robić dowódca? Musi się dostroić do tego rytmu prac polowych, czyli rytmu następstwa pór roku, bo to z tym jest związane właśnie to, kiedy dana roślina wydaje owoce albo daje się zerwać i zjeść. Oczywiście nie w całości, bo jabłoni na przykład nie jemy w całości. Gdyby ktoś miał wątpliwość, to uściślam. Same tylko jabłka jemy.
Więc to jest jedno. Drugie: na przykład mamy wylewy rzeki, które potrafią zagrodzić drogę armii. Sun Zi w traktacie „Sztuka wojny” mówi na przykład, że nie należy atakować przeciwnika czy armii, czy jakiejś krainy, która jest położona w górach na wiosnę, dlatego że w górach na wiosnę co się dzieje? Topnieją śniegi i te wody spływają z gór i sprawiają, że rzeki nie dają się przekraczać. Czyli w związku z tym możliwość manewru tej armii, która idzie na podbój takiej krainy, jest znacznie ograniczona i mogą się gorzej orientować niż miejscowi. Nie znają brodów, nie znają jakichś miejsc, gdzie można jakoś się inaczej przeprawić albo gdzie można łatwo wybudować tratwy, którymi można tą armię przeprawić na drugą stronę jakiejś szeroko rozlanej rzeki. No i chyba to wszystko. Dostrajamy się do tego, co się dzieje w naszym środowisku. Żeby się dostroić, to musimy po pierwsze mieć jakieś historyczne zapisy o tym, co się działo. Ale oprócz tego musimy też rozumieć prawa natury, które nas otaczają.
I z tego łatwo można podsumować już na koniec tej bardzo długiej wypowiedzi, za którą przepraszam, ale jest na temat, więc chyba nie cofam przeprosiny. Więc co robi ludzkość? Co robią dowódcy? Co robią wielcy przywódcy? Starają się zrozumieć, w jaki sposób te wszystkie zjawiska natury czy też natury ludzkiej, jeśli to rozszerzymy pojęcie tego, czym jest natura, tak jak robili to Chińczycy- Wielki przywódca, wielki dowódca dostraja się do tych wszystkich rytmów. To są dziesiątki parametrów, które pulsują często w jednym rytmie, a czasami w kakofonii i rozeznać się w tej kakofonii jest niebywale trudno. A ten, który to zrobi, po prostu zwycięża. Over.
[06:31:52] - Panie Piotrze, ja się dzięki panu podszkoliłem w piętrowych konstrukcjach. W związku z tym chciałbym zapytać, czy tę dzisiejszą regułę da się wykorzystać pokrętnie, makiawelicznie bym powiedział. Czy można wpuścić przeciwnika? To jest trochę pytanie z tezą, ale czy można przeciwnika wpuścić na minę w ten sposób, że podaje mu się fałszywe rytmy, za wszelką cenę chce się mu je sprzedać i to jest tak naprawdę droga do pokonania armii, która bardzo chce się dostosować do rytmu pola walki?
[06:32:30] - Nie do końca tutaj będziemy mieli rytmy, natomiast bardzo łatwo można przeciwnika wkręcić na błędną ścieżkę. W tym tygodniu w odcinku „Telegramu z krańca świata” troszeczkę żartobliwie, ale zaraz w drugim nadrobię. Zaraz opowiem o książkach, powieściach z space opera, które pan Marek pisze, bo wyśledziłem to w internecie w ubiegłym tygodniu. Natomiast jest taka właśnie space opera, bardzo króciutkie opowiadanie w zbiorze opowiadań Arthura C. Clarka, nie pamiętam tytułu tego opowiadania, ale pan Marek podejrzewam, że przypomni. Nie wiem, czy na pewno. Było coś takiego, że został poddany i wtrącony do więzienia główny naukowiec jednego z imperiów gwiezdnych, które ze sobą walczyli. A to dlatego, że ten człowiek wynajdywał coraz nowocześniejsze bronie, które rzeczywiście były skuteczne, ale były niesprawdzone, dlatego, że sytuacja wojny sprawiała, że nie było dość czasu do tego, żeby wykryć wszystkie teksty i wszystkie wady tych broni. Nie wiem, czy pan kojarzy, bo ja w tej chwili w życiu nie przypomnę sobie nazwy tego opowiadania.
[06:33:46] - Nie pamiętam tytułu.
[06:33:48] - A pamięta pan to opowiadanie?
[06:33:51] - Tak. Owszem, tak, proszę mnie pokroić, ale nie pamiętam tytułu.
[06:33:55] - Właśnie to samo mamy. Więc wracając, jeden konkretny przykład mi strasznie utkwił jako małemu dziecku, kiedy to czytałem. Otóż ten naukowiec wymyślił technologię, która pomniejszała okręty gwiezdne kilkukrotnie. Dzięki temu mogły chyba łatwiej i z mniejszym wydatkiem energetycznym dokonywać skoków hiperprzestrzennych. Nie pamiętam dokładnie, na czym to polegało. Strasznie przepraszam, jako dziecko czytałem to opowiadanie. Natomiast kiedy te statki wracały do swojej pierwotnej wielkości, to nie wracały idealnie do tej samej pierwotnej wielkości. W związku z tym po kilku skokach na przykład gwinty na śrubach się nie zgadzały i nie było możliwe naprawianie tych statków za pomocą standaryzowanych części. Więc proszę zobaczyć, co się stało. Ten naukowiec akurat został oskarżony o celowy sabotaż, prawda?
Natomiast co możemy zrobić przeciwnikowi? Możemy mu podać jakąś technologię, która dla niego spadnie z nieba, ale nie jako bomba. Uściślę też. Ale właśnie jako coś, co rozwiązuje mu wszystkie problemy i on łyknie to. Czyli zacznie stosować jakąś technologię albo jakąś broń, albo jakiś sposób, procedurę działania. Natomiast może się okazać nie w krótkim terminie, ale średnioterminowo albo długoterminowo, że zastosowanie tej broni albo taktyki ma katastrofalne rezultaty. To może być na przykład jakaś szczepionka, która co prawda przynosi wyleczenie choroby, natomiast powoduje skutki uboczne, które prowadzą do śmierci organizmu osoby, która się zaszczepiła. Jeżeli nie znamy praw natury, jeżeli nie potrafimy dość wnikliwie zbadać albo jeżeli nie mamy dostatecznie dużo czasu, wtedy jesteśmy na niełasce osoby, która ma ten czas albo która wie więcej na temat praw natury.
[06:35:57] - No tak. Czyli panie Piotrze, tak jak sobie myślę o tej dzisiejszej regule, to mimo wszystko pozostaję z przekonaniem, że ona może być obosieczna, że można nią manipulować. To chyba w sumie dobrze, bo nigdy jednak człowiek tej pewności wtedy nie zdobywa, że jest wodzem wodzów i że już wszystko ogarnia.
[06:36:26] - Niestety tak nie będzie.
[06:36:28] - Pięknie dziękuję panie Piotrze, za dzisiejszy wykład. No i cóż.
[06:36:32] - Ja też dziękuję.
[06:36:33] - I cóż, zapraszam-
[06:36:34] - Do usłyszenia za tydzień.
[06:36:36] - Tak jest. Zapraszam za tydzień. Do usłyszenia.
[06:36:39] - Do usłyszenia.
[06:36:43] - I tak 35. odcinek „Bibliotekarium 2.0”, a 185. odcinek „Bibliotekarium” w ogóle dobiegł mniejszym końca. Rany, jak to się stało, że te 185 odcinków powstało? Aż się sam zastanawiam. Ale powstało. Czas byłby chociaż wspomnieć o tym, co w odcinku 36 czy też 186. Zależy jaką chronologię przyjmiemy. A za tydzień przede wszystkim spotkanie z Henrykiem Turem. I znowu odwołam się do polecanek, które robię na początku audycji.
Otóż znowu jakiś czas temu przywoływałem państwu książkę tego autora „W sercu otchłani" W przyszłym tygodniu będziecie państwo mieli okazję wysłuchać wywiadu z Henrykiem Turem. Myślę, że niezwykle ciekawy wywiad, mówiący trochę o warsztacie pisarza, trochę o losach pisarskich człowieka, który debiutował zaraz na początku XXI wieku. O tym, jak ta kariera się rozwija, w jakich kierunkach podąża. Ale ciekawe w tej rozmowie będzie również to, w jaki sposób pisarz radzi sobie ze swoimi pomysłami, w jaki sposób je zapisuje, w jaki sposób gromadzi materiał i w jaki sposób go porządkuje. To wszystko w przyszłym odcinku „Bibliotekarium 2.0”. Bardzo serdecznie na ten odcinek zapraszam. Oczywiście stałe punkty programu to oczywista oczywistość, a gdzieś tam, wspominałem o tym wcześniej, uciera się, szykuje się wielka rozmowa ze znawcami tematu poświęcona legendom miejskim. To jeszcze nie będzie w przyszłym tygodniu, ale ja się już cieszę na tę rozmowę, bo wierzcie mi państwo, to będzie uzupełnienie, suplement do audycji, którą jakiś czas temu prowadziliśmy z Piotrem Cielebiasiem na temat polskich legend miejskich. Tutaj będziecie mieli państwo suplement. A zresztą, co by tu wiele nie mówić, to pewno z Piotrem Cielebiasiem jeszcze do polskich legend miejskich wrócimy.
Może ta audycja, którą państwu zapowiadam, stanie się takim impulsem do tego, żebyśmy temat odkurzyli. Trzeba będzie z Piotrem pogadać. A teraz już pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze towarzystwo, za cierpliwość, za wnikliwe słuchanie audycji, co bardzo często objawia się tym, że pojawiają się komentarze pod filmikiem na YouTubie. Ja sobie cenię te komentarze. Może nie zawsze na nie odpowiadam. I cenię sobie, wierzcie mi państwo, zarówno te, które chwalą, jak i te krytyczne. Taka mała historia. Wiecie państwo, w ostatnim czasie Piotr Cielebiaś gościł u Athora. Ten filmik bije rekordy popularności. Naprawdę jest świetnie oceniany.
Zresztą Piotr tam, jak to się mówi, dał czadu, ale czytałem sobie komentarze pod tym filmem i tam, co prawda nie do Piotra, ale do Athora ktoś się przyczepił, bo Author usiłował opisać płaszczyznę. Przywołał kartkę papieru, powiedział, że jest dwuwymiarowa. Ktoś mu zwrócił natychmiast uwagę, że kartka nie jest dwuwymiarowa, tylko trójwymiarowa, bo przecież swoją grubość ma. To, że mierzoną w mikrometrach, to jednak ma. Trudno nie przyznać temu racji, ale czasami jest tak, że w ferworze dyskusji używa się skrótów myślowych. Kiedy Author przywoływał kartkę, to tak naprawdę miał na myśli płaszczyznę. Znacie to państwo z geometrii. Płaszczyzna ma dwa wymiary. Kartka była niejako symbolem owej płaszczyzny. Trudno jest w języku potocznym przywoływać, za każdym razem podkreślać, że wiemy, że to ma trzy wymiary, ale nam chodzi o dwa, bo to ma tylko symbolizować płaszczyznę ta kartka.
To jest dokładnie tak, jak z punktem. Jeżeli mieliście państwo geometrię, a na pewno ją mieliście, to wiecie, że punkt nie ma wymiarów. Ale kiedy smarujecie państwo długopisem, ołówkiem czy czymkolwiek punkt na kartce, to jak powiększycie ten punkt, to on ma wymiary. Znowu mierzone w mikrometrach, ale ma. Tylko że nie o to chodzi. Ta kropka na kartce coś symbolizuje, symbolizuje pewną bezwymiarowość. To jest to nawiązanie do tego, że ja cenię sobie wszelkie uwagi. Dlaczego? Bo ci państwo, którzy zwracali Authorowi uwagę, że przecież kartka ma trzy wymiary, mieli rację. Tak, mieli rację.
Czepiali się, ja wiem. Czepiali się, ale mieli rację. Tak to jest, kiedy się mówi o sprawach ważnych, że trzeba bardzo mocno pilnować języka. Ja wiem, że nie zawsze się da. W ferworze rozważań, w ferworze dyskusji to nie zawsze jest możliwe. Trudno. Tak się zdarza. Więc cenię sobie zarówno tych, którzy potrafią zwrócić uwagę na takie drobiazgi, ale cenię sobie również tych, którzy przymykają na to oko, bo wiedzą, że nie o to tak naprawdę chodzi. Jedni i drudzy słuchacze są cenni. Jedni pokazują, że podążają za tokiem myśli, drudzy też pokazują, że podążają za tokiem myśli przedstawiającego daną hipotezę, daną teorię, ale przy okazji są niesłychanie drobiazgowi i wymagają, żeby tej drobiazgowości dotrzymywać.
To czasami jest męczące, przyznaję, ale trudno czynić z tego jakikolwiek zarzut. A zatem nie krępujcie się państwo. Czepiactwo jest również mile widziane pod warunkiem, że nie jest to tak ad personam, czyli: „Ponieważ powiedziałeś, szanowny Marku Żelkowski, coś tam, coś tam, to znaczy, że głupi jesteś i w ogóle powinieneś coś ze sobą zrobić, a w każdym razie ogarnąć się konkretnie”, bo chyba nie o to chodzi w komentarzach. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Polecam wysłuchanie audycji z Piotrem Cielebiasiem u Athora. To jest niezwykłe przeżycie, bo tak jak powiedziałem już wcześniej, Piotr tam dał naprawdę czadu, kiedy mówił o UFO, o zjawisku UFO i tak dalej. Rozwijał te różne teorie, te różne próby wyjaśnień związanych ze zjawiskami typu UFO. Wierzcie mi państwo, to taka mini encyklopedia tego, co w sprawie ufologii można powiedzieć. A zatem bardzo państwu tę audycję polecam. Pięknie się z państwem żegnam.
Zapraszam na audycję numer 36. Dobrej nocy państwu życzę. Do usłyszenia.
[06:44:49] - Mówi do słuchaj państwa jak zawsze gospodarz WF Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” z Radia Paranormalium i Book Radio. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.