[00:03] - Radio Paranormalium prezentuje audycja z cyklu Facta Incognita. W dzisiejszym odcinku Facta Incognita poruszymy temat z kategorii zakazanej archeologii. Przyjrzymy się bowiem pewnym tajemniczym strukturom na dnie oceanu, które niektórzy uważają za autostradę Atlantów. To tak słowem wstępu. Są z nami już po drugiej stronie połączenia internetowego Marek Żelkowski z Bibliotekarium oraz Piotr Cielebiaś z Nieznanego Świata. A ja, Marek Sęk Ivellios, tradycyjnie będę kręcił gałeczkami, będę obsługiwał audycję od strony technicznej. Podam jeszcze tradycyjnie kontakty, pod którymi będzie można wysyłać komentarze do audycji. Można do nas cały czas pisać na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czacie towarzyszącym naszej transmisji na YouTube. Można także wysyłać nam wiadomości drogą SMS-ową pod numer 53620 493. Skype radio.paranormalium.pl.
Jesteśmy także obecni na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium oraz na grupach Radio Paranormalium i Czytelnicy Nieznanego Świata. Mamy także profile na Telegramie. Tam również można do nas pisać, można komentować pod zapowiedzią audycji, a jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Piotrze, oddaję ci głos.
[01:48] - Dobry wieczór. Jak powiedział Ivellios w dzisiejszym kolejnym odcinku Facta Incognita, czyli jednego z formatów, który z Markiem Żelkowskim prowadzimy na Radiu Paranormalium, porozmawiamy o anomaliach z dna oceanu. Na początek jednak tradycyjnie garść ogłoszeń parafialnych. Do kiosków trafia czerwcowy, ciekawy jak zwykle numer Nieznanego Świata, o którym więcej możecie dowiedzieć się na www.nieznany.pl lub www.nieznanyswiat.pl. W nim dwa tematy bliskie zagadnieniom z pola zakazanej historii, o czym dzisiaj będziemy mówić. W czerwcowym Nieznanym Świecie Igor Witkowski pisze między innymi o tajemniczych, wiecznie płonących lampach. Drugie ogłoszenie jest takie, że na kanale Radia Paranormalium możecie odnaleźć piątkowe wydanie Bibliotekarium pod tytułem Cienie Hatta. Tutaj był taki problem w piątek, bo nastąpiły problemy techniczne ze strony YouTube'a i uniemożliwiło to normalną premierę. A posłuchać warto, bo oprócz tematów, jakie zazwyczaj w Bibliotekarium goszczą, opowiedzieliśmy z Markiem o życiu po życiu, o książce Raymonda Moody'ego, o samym autorze, który wywoływał czasami skrajne reakcje, a także o tym, czy zagadka doświadczeń z pogranicza śmierci jest bliższa wyjaśnienia. Był też oczywiście segment o filmach i tam powiedzieliśmy o wilkołakach, ale to tak na marginesie.
Szukajcie tego w Bibliotekarium w archiwum Radia Paranormalium. Ale przejdźmy do konkretów związanych z dzisiejszą audycją. Drodzy państwo, w ciągu kilkunastu miesięcy archeolodzy zajmujący się badaniem dna morskiego lub też inni badacze tej sfery natknęli się w różnych miejscach globu na struktury. Dziwne, bardzo dziwne, leżące na różnych głębokościach. Do złudzenia przypominały one wytwory ludzkich rąk. Czy to ślady zaginionych przed tysiącleciami cywilizacji? W jednym przypadku, o dziwo, naukowcy twierdzą, że tak. Natomiast pozostałe odkrycia budzą więcej spekulacji i są skrzętnie albo też po angielsku zamiatane pod dywan. Powód? Jeżeli uznać by je za dzieło homo sapiens, musiałyby powstać setki tysięcy, jeżeli nie nawet niekiedy może miliony lat temu.
Stąd tytuł naszego odcinka, taki lekko prowokacyjny: Autostrada Atlantydy. Czy mamy do czynienia z wytworami pra-cywilizacji, przynajmniej w niektórych przypadkach? A może to wszystko, jak sugerują niektórzy, jedynie nasze chciejstwo, a tak naprawdę mamy do czynienia z cudami przyrody i geologicznymi anomaliami? Posłuchajcie, oceńcie i komentujcie. Jeżeli nam się uda, to w tej audycji postaramy się przemycić trochę zdjęć, które trafiły do sieci. Mam nadzieję, że Ivellios jakoś sobie z tym poradzi także od tej strony copyrightów, ale to zobaczymy. Pierwsze znalezisko, o którym mowa, to najmłodsze. Zostało ogłoszone, albo inaczej, napisano o nim w mediach, w internecie gdzieś na początku maja. Chodzi o tajemnicze struktury z dna Adriatyku z okolic chorwackiej wyspy Korčula. Na głębokości około pięciu metrów odkryto tam pozostałości megalitycznych budowli.
Początkowo nie wiadomo było oczywiście co to. Natomiast jedna z nich, ta najciekawsza, przypominała szeroką na około cztery metry... drogę ze starannie ułożonych płyt kamiennych. Wkrótce na miejsce wkroczyli badacze. Znaleziono też inne artefakty, fragmenty ceramiki czy też kawałki broni. To pozwoliło Marku na określenie wieku tej drogi na dnie morza. Liczy ona sobie około 7000 lat. Tak przynajmniej stwierdził pan Igor Božić z Uniwersytetu w Zadarze. 7000 lat temu od dziś to jest mniej więcej ten czas, kiedy zdaniem niektórych pierwsi czarnogłowi zaczęli zasiedlać Sumer, stając się Sumerami. Dzisiaj wiemy, że to był okres, który nie był absolutnym mrokiem historii.
Odkrycia takich stanowisk jak Gobekli Tepe czy Karahan Tepe, teraz odkryto jeszcze jedno, które jest dużo starsze, pokazują nam, że wtedy tętniła cywilizacja. My mamy troszeczkę wyniesione ze szkoły inne wyobrażenie. Nie wiem, kiedy chodziliście do szkoły. Pewnie każdy w innym okresie. Normalne. Ja jestem z wykształcenia historykiem ze specjalnością nauczycielską i muszę powiedzieć, że nie poświęca się temu okresowi w dziejach za dużo uwagi. Nie poświęcało się chyba nigdy. On jest w jakiś sposób markowany. Mówi się o Jerychu, mówi się o tych miastach w Anatolii sprzed tysięcy lat, mówi się o cywilizacji doliny Indusu. Natomiast jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej i natrafić na tkwiące w tym zagadki, musisz radzić sobie sam.
Co jeszcze możemy powiedzieć, Marku, o tym odkryciu z Korčuli? Bo ono jest troszeczkę inne niż pozostałe, którymi się dzisiaj zajmiemy. De facto przyznano, tak, jest to pozostałość po późno neolitycznej kulturze.
[08:20] - Tak, przyznano. Jeszcze znaleziono powody, dla których to znalezisko się zachowało. Szczegółowo nam wyjaśniono, że ułożenie tych wysp, które są równolegle do wybrzeża, jest ich tam sporo i dzięki temu, że one tam są, to one przed nadmiernym falowaniem chroniły te stanowiska, na których pozostałości drogi obecnie się znajdowały pod wodą i w związku z tym one nie uległy zatarciu, zniszczeniu i tak dalej. W sumie piękna historia. Chyba po raz pierwszy, chyba nie, ale rzadko naukowcy przyznają, że coś tam jednak pod tą wodą jest. Ja tylko przypomnę, że w różnych regionach świata, od tak zwanego Trójkąta Bermudzkiego poprzez Japonię, wybrzeża Indii znajdowano różnego rodzaju struktury pod wodą i twierdzono, że to są pozostałości jakiejś tam cywilizacji. Wbrew temu wszystkiemu naukowcy nie byli rozentuzjazmowani specjalnie tymi doniesieniami. Tu znowu pewna prywata. Wiem, bo go napisałem. Jedna z części „Pana Samochodzika”, który pisałem konferencji poświęconej archeologii podwodnej, na której jedno z tych znalezisk w pobliżu Indii jest omawiane.
Początek całej historii silnie jest związany właśnie z badaniami podmorskimi. Później rzecz się troszeczkę zmienia, ale to zupełny margines. Ja myślę, że ta prehistoryczna droga, która była chroniona właśnie tymi wyspami, 13 stóp szerokości, czyli tak jak Piotr powiedział około czterech metrów, zbudowana ze starannie ułożonych kamiennych płyt. Dzisiaj co prawda pokryte to wszystko warstwą chyba błota, w każdym razie tych osadów, które są na dnie. Było to wykonanie starożytnej neolitycznej kultury Hvar, która kiedyś zamieszkiwała wschodni Adriatyk. Gdzieś tam w pobliżu znajdowała się osada i tam była ta droga, która łączyła ową osadę z innymi miejscami. Tak jak to napisano w jednym z materiałów, to zawsze tak do wyobraźni bardzo przemawia: „Ludzie chodzili tą drogą prawie 7000 lat temu” — powiedział przedstawiciel jednego z uniwersytetów. To znaczy, że to się chyba już nie będzie odkręcało. Nie pojawi się człowiek, który powie: „Nie, wiecie państwo, to naturalne spękanie skał”. Bo i takie historie już mieliśmy w historii tych odkryć podwodnych, gdzie znaleziska, które były popękane, jak sobie to ujmę bardzo prosto, pod kątem prawie prostym, też uważano, że one sobie tak popękały w wyniku jakiegoś szoku termicznego i w związku z tym wszystko jest jak najbardziej naturalne.
Żadnego odkrycia specjalnego tamNie było. To znalezisko z Korczuli to myślę taki, trudno to nazwać przełomem, trochę się od tego odżegnuję. Natomiast myślę, że ważna rzecz, że wreszcie dopuszczono, wiecie państwo, 7000 lat to jednak są zamierzchłe czasy. Ale nie wiem, czy coś z tego wyniknie. Zresztą dzisiaj to państwu przedstawimy te wszystkie znaleziska. Piotr o tym powiedział. Mam takie wrażenie, że one dosyć szybko spływają z głównego nurtu gdzieś na margines, a później są świadomie zagrzebywane, zapominane, ponieważ one tak nie do końca pasują do oficjalnej wersji historii. Wiecie państwo, tu żartuję w tej chwili, ale oficjalna wersja historii brzmi tak, że gdzieś tam w Tygrysem, Eufratem, gdzie ten żyzny półksiężyc zaistniał, to tam się te pierwsze cywilizacje rozwijały. A gdzie tu nad Adriatykiem jakaś droga? Słabo pasuje.
Może to kolonia, ewentualnie i tak dalej. W każdym razie trochę się martwię, bo to świeże doniesienie, jak to czas zweryfikuje te odkrycia, którymi się dzisiaj tak ekscytujemy.
[13:48] - Tak, z nimi bywa bardzo różnie z kilku powodów. Po pierwsze archeologia morska podwodna jest dość wymagająca i kosztowna. Jeżeli pojawiają się jakieś odkrycia, informacje, to niestety często trzeba czekać na kontynuację, nowe informacje bardzo długo. Inna sprawa, że nie zawsze to, co tam zostało z bliska wygląda tak dobrze, jak na przykład na wizualizacjach czy na fotografiach. Ale jest jeszcze jedna sprawa, Marku, bo tutaj jakby nie było ustalono, że ta droga na dnie morza, która rzeczywiście wygląda jak droga, jak jakieś kocie łby, zresztą bardzo szeroka, to jest dzieło kultury farskiej. Jak wszyscy mówią, sprzed około 7000 lat. I okej, zostało to zaakceptowane i wtłoczone w ramy tej konwencjonalnej historii. Niestety z pozostałymi niemalże analogicznymi i starszymi znaleziskami jest inaczej. O tym za chwilę powiemy. Zresztą wspomniałeś tutaj, że one bardzo szybko znikają z takiej publicznej dyskusji.
Ja rzucę taki przykład, o którym jeszcze powiem na koniec. W roku 2014 pojawiła się w publikatorach naukowych informacja o tym, że kilkadziesiąt metrów pod wodą w okolicach Sycylii natrafiono na coś, co zostało wykonane ręką ludzką. Był to bardzo duży, bo kilkumetrowy monolit, niestety pęknięty na pół z jakimiś żłobieniami. No i co? Jest, tam to jest. Zostało to po prostu w dużej mierze zapomniane. Nawet nie wiem, czy były jakieś badania, które kontynuowały i próbowały zgłębić, co to jest. Ale jeżeli mowa o Adriatyku, Marku, jeżeli mowa o basenie Morza Śródziemnego, to chcąc nie chcąc wkraczamy na przepastne pole atlantologii. I wieść o odkryciu u wybrzeży Chorwacji tego podmorskiego traktu od razu kieruje nas w stronę kręgu kultury antycznej, skąd wywodzi się, i tu mam problem, czy to jest mit, czy to jest raczej taki scenariusz dziejowy? Chodzi o Atlantydę.
We wspomnianym basenie Morza Śródziemnego archeolodzy natknęli się na ślady wielu mini Atlantyd, czyli osad, centrów cywilizacyjnych, miast, których los mógł, a nie musiał lec u podstaw tej opowieści o Atlantydzie. W tym rozumieniu mielibyśmy nie jedną wielką Atlantydę, lecz cały szereg mniejszych, może nie tak bajkowych ognisk cywilizacyjnych, które były sukcesywnie pożerane przez naturę wskutek katastrof naturalnych. Ta Atlantyda do dziś gdzieś tam pobrzmiewa w ludzkich umysłach, rozpala wyobraźnię, chociaż jest troszkę już inaczej niż kiedyś. Troszeczkę archeologia poszła do przodu. Mamy nowe zagadki, mamy nowe odkrycia. Ja na przykład patrzę na tą Atlantydę w ten sposób, że to jest taki model rozwoju niektórych ognisk cywilizacji nad Morzem Śródziemnym i nie tylko. I to wszystko mogło zostać upamiętnione jako jedno wydarzenie w tej opowieści, którą przekazał Platon. Marku, a ty jako filozof i religioznawca, jak odnosisz się do tej relacji o Atlantydzie, której szukano przecież wszędzie, od Boliwii, przez Wielką Brytanię po Indie i wszędzie znajdowano jakieś niewielkie, może jak powiedziałem, nie tak rozbudowane, jak to on opisywał, ale jednak podwodne ślady.
[17:48] - Trudno mnie traktować jako wyrocznię. Wręcz przeciwnie, powiedziałbym. Od razu jeszcze powiem, że ta opowieść Platona, którą zawarł w takim dialogu, który nosi tytuł „Timajos”. Tuż po śmierci Platona rozpoczęły się już dyskusje, czy historia o AtlantydzieJest prawdziwa. To bardzo szybko podzieliło ludzi, którzy czuli się związani z naukami Platona. I tak naprawdę te dyskusje trwają do dzisiaj. Co więcej, miałem okazję zobaczyć, stwierdzić, jak mogą być czasami żywiołowe. Może tak będzie najlepsze określenie tego, co zobaczyłem. W każdym razie część autorów starożytności uważa, że to jest rodzaj legendy, taki piękny filozoficzny mit, ściśle związany zresztą z treścią dialogów, że to miała być taka ilustracja tego, co Platon chciał przekazać. Ja tylko przypomnę, że on w usta bohatera wkłada opowieść, którą ponoć ten bohater, zawsze zapominam, jak on się nazywa, Krytias chyba, miał zasłyszeć u ateńskiego prawodawcy Solona i że to jest ta opowieść o Atlantydzie.
Wiecie państwo, o tej wyspie, a właściwie tych kręgach. Specyficzna budowa. Jest zresztą ta Atlantyda dosyć szczegółowo opisana. Warto też powiedzieć, że wśród tych antycznych autorów byli tacy, którzy wierzyli bez zastrzeżeń w prawdziwość tego platońskiego przekazu i w związku z tym nawet próbowali niejako rysować, odtwarzać. Atlantyda jest na tyle szczegółowa u Platona, że pozwala się zastanawiać, czy to aby na pewno taki zwykły filozoficzny mit, czy też może stało za tym coś bardziej konkretnego. Problem z Atlantydą jest taki, że być może to fantazja Platona, a być może coś innego, ale Platon daje dosyć szczegółowe umiejscowienie owej Atlantydy i przenosi ją na Atlantyk, ponieważ pisze o tym, że ten ląd znajdował się za Słupami Heraklesa. A to tak naprawdę jest to miejsce geograficzne, które dzisiaj zwiemy Gibraltarem i okolicami. A z drugiej strony rzeczywiście Morze Śródziemne jawi się jako takie miejsce, w którym takie małe Atlantydy co i rusz się pojawiają, a w każdym razie doniesienia o nich pojawiają się. W związku z tym to zastanowienie. Żeby wytłumaczyć to, sam Platon ponoć przecież nie widział owej Atlantydy, ale relacjonował jej istnienie na podstawie opowieści, którą zasłyszał on sam z kolei w Egipcie od tamtejszych kapłanów.
W związku z tym ten przekaz szedł przez historię przez długi czas. Można odnieść wrażenie, nawiązując do tego, co mówiłem na początku, że wydał się Platonowi atrakcyjny jako taka figura, nazwijmy to, literacka czy filozoficzna, odwołująca się do treści dialogu i ją po prostu tam umieścił. Może dzięki temu zachowując opowieść datowaną na znacznie wcześniejszy czas, która gdzieś tam wśród egipskich kapłanów przetrwała nie wiadomo jak długo. Tylko zwrócę uwagę, że sama ta egipska cywilizacja, te piramidy i te wszystkie rzeczy, które oni wytwarzali, to sobie potrwało kilka tysięcy lat. Więc z jakich czasów owa opowieść, jak ją należy datować, to trudno właściwie powiedzieć. Więc na tak proste pytanie, jakie Piotrze zadałeś, na ile to może być prawda, a na ile tylko, powiedzmy, mit filozoficzny, to właściwie trudno jest odpowiedzieć. Gdybyś pytał mnie, to wydaje mi się, że dzięki Platonowi przechowana została opowieść, jakiś fragment historii przechowanej przez kapłanów egipskich. A Platon spełnił rolę kronikarza. Jemu ta opowieść o Atlantydzie była potrzebna do rozważań natury filozoficznej, a przy okazji dowiedzieliśmy się o czymś arcyciekawym.
[23:50] - Tak. Mogło być bardzo różnie z tą ewolucją w historii Atlantydy w starożytnej Grecji. Otóż Platon relacjonuje to w ten sposób, że Grecja przy Atlantydzie to jest w ogóle jakaś tam popierdółka cywilizacyjna. Egipt to już jest coś, dlatego, że Egipt miał przechować tę wiedzę o istnieniu Atlantydy. Ciekawe jest jednak to, że Sonchis, czyli ten kapłan ze świątyni w Sais, który jest źródłem tej opowieści, umiejscawia istnienie zaginionego lądu mniej więcej w tym samym czasie, kiedy obecnie datuje się te wydarzenia związane z tą wielką katastrofą, która położyła kres, kiedyś był taki termin „stara Europa”. To nie jest dokładnie stara Europa już, aleTo było IX tysiąclecie p.n.e. Okres, kiedy budowano Göbekli Tepe. Potem, kiedy ono zostało zasypane, wtedy musiało się wydarzyć coś prawdopodobnie za pośrednictwem katastrofy kosmicznej, czyli upadku na przykład rozczłonkowanego jądra komety, co doprowadziło na Ziemi do kataklizmu, który mógł z kolei unicestwić tak zwaną cywilizację matkę, pierwszą cywilizację. Oczywiście niejednolitą, tylko rozbitą na wiele ognisk. Atlantyda może być jakimś odpryskiem tej historii.
Czyli zachowano pamięć, że przed ich światem, tym starożytnym, istniał jeszcze bardziej starożytny świat, o którym się za dużo nie dowiemy. Ale Atlantyda, Marku, to jest zbyt szeroki temat, byśmy go dzisiaj podejmowali.
[25:35] - Jedną rzecz tylko jeszcze powiem. Mówiłem o tym dialogu jednym, ale wspomniana Atlantyda jest jeszcze w drugim dialogu, który nosi tytuł Krytiasz. Więc w tych dwóch dialogach znajdziecie państwo jakieś odnośniki dotyczące Atlantydy. To tak żeby wiedza była pełna. Cóż mi się tam jeszcze przypomniało? Chyba wszystko. Z takich jeszcze ciekawostek, to warto sobie zdać sprawę, że Platon, tak jak powiedziałem, przesuwa Atlantydę gdzieś na Atlantyk. Oczywiście znaleźli się tacy współcześni myśliciele czy badacze nieznanego, którzy zwracają uwagę na jakieś takie zbieżności. Czy z nich coś wynika? Nie wiem.
Moim zdaniem nie za bardzo, ale i tak o tym opowiem. Mianowicie zwracają uwagę owi badacze, że tak zwany śpiący prorok Edgar Cayce też mówił o tym, że coś na tym Atlantyku się ewentualnie znajduje. Więc medium Cayce też zostaje przywoływane przy okazji różnych opowieści o Atlantydzie. Nie mówię tego ani do wierzenia, ani do sprawdzenia, tylko raczej żeby wiedzieć o tym, że bywa to wiązane. Co więcej, nawet usłyszałem, co mnie szczególnie zainteresowało, że dowodem, a może nie, poszlaką bardziej na to, że coś tam na tym Atlantyku było i tam należy szukać, jest chociażby to, że jeśli sobie państwo przypomnicie cykl „Rozrodczy Węgorza”, to te węgorze gdzieś tam też wędrują. A tu przypominam sobie od razu, była taka audycja „Bibliotekarium”, w której o książce dotyczącej właśnie węgorza, ale tak literacko ujęta była ta historia. Ale tam też szereg ciekawostek dotyczących tego, że chociażby nawet dzisiaj tak do końca, tak na perfekt nie wiemy, co się tak naprawdę tam z tymi węgorzami gdzieś w głębinach Atlantyku dzieje. Próbowano to badać, ale te badania są w dalszym ciągu niedokończone. Tak to określmy. A wracając, czy jest jakikolwiek związek?
Ci badacze niektórzy usiłują nam powiedzieć, że gdzieś tam ta Atlantyda istniała i te potężne moce, które stały za tym, że Atlantyda istniała, a potem zniknęła, być może też są w jakiś sposób nie do końca określony i nie do końca jest to wyjaśnione, ale jakoś powiązane z tym, że tam właśnie europejskie węgorze sobie wędrują, żeby z jednej strony dokonać rozrodu, a z drugiej strony tam po prostu odejść, zniknąć, po prostu rozpłynąć się, zakończyć życie. Czy to jest jakoś powiązane? Trudno mi powiedzieć, ale chyba warto wiedzieć.
[29:01] - Ja tylko dodam, że istnieje wiele w ogóle interesujących odkryć, które zostały w ostatnich dwóch dekadach opisane przez archeologów. Mnie osobiście najbardziej zainteresowały pozostałości na słonych bagnach w Parku Narodowym Donana w Hiszpanii, które według jednego z bodajże niemieckich uczonych przypominają jako żywo to, co opisał Platon. Dlatego, że po prostu budową przypominają Atlantydę. Chodzi o takie wały ziemne, których on się tam gdzieś dopatrzył. Wróćmy jednak do autostrad z dna morskiego, tych przysłowiowych oczywiście traktów Atlantów. W maju ubiegłego roku podwodny dron odkrył coś interesującego u wybrzeży pomnika przyrody o skomplikowanej nazwie, uwaga: Papahanaumokuakea u północno-zachodnich wybrzeży Hawajów. W skład tej lokalizacji wchodzi 10 niewielkich wysp, zaś cały obszar, jak się dowiadujemy, ma ogromne znaczenie dla kultury Hawajczyków, także bardzo interesującej. Badacze, którzy tego odkrycia dokonali, operujący łodzią Nautilus, natknęli się na głębokości około 3000 metrów na coś w rodzaju podwodnych kocich łbów. Droga, tak jakby. Struktura o takim żółtawym zabarwieniu wyglądała na w miarę równomierną.
Tak szczerze mówiąc, jak się przypatrzycie temu, to wygląda bardziej na płytki.Płytki na dnie morza, tak. Wykonana była z prostokątnych kawałków kamienia określonych przez badaczy mianem cegiełek. Wyglądało to tak rzeczywiście, jakby ktoś wypłytkował fragment dna morskiego albo rozłożył tam ozdobne kamienie. Czasami są tak naklejane. To wyglądało mniej więcej tak. Ta eksponowana część była niezamulona. To było w ogóle ciekawe. Z drugiej strony po bliższej inspekcji można uznać, że to jest fragment czegoś innego. Bo tam mamy część, która jest pokryta glazurą i mamy część, która jest spękana, ale jest w miarę podobna. Tylko że nie jest żółta, jest po prostu kamieniem.
Pojawiły się od razu komentarze, że to kolejna droga na dnie oceanu została znaleziona. Tak jak, Marku, wspominałem na początku, o ile znalezisko z Chorwacji z Korčuli zostało przypisane kulturze hwarskiej, to w przypadku leżącego trzy kilometry pod wodą nieco analogicznego znaleziska z Pacyfiku już jest nie za bardzo. To już jest be i akademicy nie są tak skorzy do roztrząsania pochodzenia tego czegoś. Albo próbują za wszelką cenę znaleźć jakieś wytłumaczenie. Najczęściej oczywiście szukają ich w geologii. Formalnie znalezisko z Hawajów zostało uznane za twór natury. Ustalono, że to jest hialoklastyt, który pozostaje w wyniku erupcji wulkanu, w tym przypadku oczywiście podwodnego, a pęknięcia pod kątem prostym, czyli te quasi płytki, które się tam pojawiły, powstały zupełnie naturalnie i można to opisać poprzez zjawiska geologiczne. W tym przypadku kluczem miało być stygnięcie i chłodzenie tej powierzchni, co doprowadziło do tych pęknięć. Marku, tutaj pytanie. Okej, w Chorwacji mamy osadę późnoneolityczną.
Natomiast tutaj, kiedy mamy nie pięć metrów, tylko kilka tysięcy metrów pod wodą, już się patrzy na to jak? Nie, w tym wypadku to akurat musi być pochodzenia naturalnego. A co jeżeli ta cywilizacja, która to stworzyła, analogicznie znacznie starsza, budowała sobie właśnie takie drogi?
[33:32] - Pytanie, czy pytasz mnie, że mam się na chwilę wcielić w oficjalnego badacza, czy też mam wypowiedzieć swoje zdanie? Najpierw rozdwoję się i najpierw będę robił za rzecznika owych badaczy. Odnoszę wrażenie, że to nie jest tak, bo mi się tak wydaje, tylko w swoim czasie czytałem jedną książkę na temat stosunków pomiędzy naukowcami na zachodnich uniwersytetach. Ta książka dotyczyła akurat nauk ścisłych, fizyków. Wierzcie mi państwo, kiedy my w Polsce narzekamy na taką strukturę uniwersytecką i mówimy o tym, że ona ma feudalne korzenie, że tam nigdy racji nie może mieć ktoś, kto ma niższy stopień naukowy, wierzcie mi państwo, w tych zachodnich uniwersytetach wygląda to czasami bardzo podobnie. Drugą taką informacją, która dała mi wiele do myślenia, były doniesienia o pani archeolog, która zajmowała się, czy też geolog. Tu akurat nie pamiętam. W każdym razie zajmowała się kraterem uderzeniowym, jednym z tych dużych kraterów. Konkretnie chodzi o ten, który znajduje się w Ameryce Środkowej, który być może to z jego upadkiem związane są kłopoty na przykład dinozaurów. I kiedy ona usiłowała dawno, dawno temu przeforsować tezę, która później okazała się prawdziwa, kiedy dotyczyło to właśnie tego, żeby zbadać ten już dzisiaj mało widoczny, więc należałoby określone badania, i to takie bardzo szczegółowe wykonać, zaangażować w to spore środki, nikt jej nie chciał słuchać.
W rezultacie skończyło się to tym, że jej dobrze zapowiadająca się kariera naukowa przestała się dobrze zapowiadać i pani została wypchnięta ze środowiska naukowego, ponieważ głosiła rzeczy, które wtedy jeszcze nie były trendy i nie były przyjęte przez naukę. W związku z tym znalazła się poza. To, że jakiś czas później do sprawy wrócono i ten krater uderzeniowy rzeczywiście znaleziono, co z tego? Pani nie trafiła na swój czas, na swoje miejsce i to najlepiej pokazuje, jaki stosunek mają tak zwani prawdziwi naukowcy do faktów, ewentualnie do pewnych znalezisk, które należy zbadać i uczynić je faktami. Tu odnosząc się z kolei do tych doniesień, o których, Piotrze, mówiłeś. Cóż, jak coś jest stosunkowo płytko, tak jak tam w okolicach AdriatykuCzasami trudno się dyskutuje, bo sobie ktoś z prostym sprzętem zanurkuje, zobaczy i nawet zdjęcie zrobi. Co to dzisiaj za problem? I będzie trudno. A jak coś się znajduje bardzo głęboko jak w tym przypadku, to może kiedyś nadejdzie czas, że naukowcy powiedzą, tak jak w przypadku tego krateru uderzeniowego: pomyliliśmy się, to jednak jest coś. Ale póki co, żeby nie zmieniać utartego już i przyjętego przez świat nauki kalendarza dotyczącego tego, co było w przeszłości, jak to się wszystko kształtowało, co było po czym, co było przed czym i w ogóle jak to się mniej więcej kitłasiło w tych odległych wiekach, nawet tysiącleciach.
To jak nie trzeba, to na razie żyjmy sobie w ciepełku, żyjmy sobie w spokoju, nie ekscytujmy się rzeczami. Znajdźmy pierwsze, w miarę jeszcze trzymające się kupy wyjaśnienie, chociażby takie, że te podwodne miejsca pękały pod kątem prostym. To w przyrodzie jest możliwe. Nie można mówić, że nie. Mamy właściwie spokój, a być może kiedyś do sprawy się wróci. I jeśli miałbym wypowiadać się na ten temat, aczkolwiek nie byłem tam, widziałem to tylko w postaci zdjęć. Mnie natomiast zawsze martwi, kiedy sami naukowcy przyznają, że rzecz nie jest zbadana z racji chociażby głębokości, na której znajduje się owe znalezisko. Nie jest zbadana dokładnie. To troszeczkę przypomina tę sytuację bardzo częstą w naszych czasach, którą ja nazywam: nie wiem za wiele, ale się wypowiem. Troszeczkę tak zachowują się naukowcy.
Sami przyznają, że nie wiedzą na temat owego znaleziska, owej potencjalnej drogi wybrukowanej czy wykafelkowanej, czy jakkolwiek to określimy. Za wiele nie wiedzą, ale już się wypowiadają, że to na pewno nie jest to, co państwo myślicie, bo to jest zupełnie coś innego. I ja wcale nie twierdzę, że oni na pewno kłamią i że na pewno chcą nas zwieść, ale zawsze nieufnie podchodzę do takich kategorycznych stwierdzeń w sytuacji, w której ja do takich kategorycznych stwierdzeń wcale bym się nie odwoływał. Dlaczego? Dlatego, że rzecz moim zdaniem, tak przynajmniej jak o tym czytałem, wcale nie została zbadana dogłębnie. My posiłkując się różnymi innymi odniesieniami do innych nauk, sami wiemy o tym, że czasami naukowcy mają coś niejako na talerzu podane, a i tak potrafią rozważać, czy to jest może to, a może jest coś innego. Moim zdaniem tym bardziej w przypadku znaleziska leżącego głęboko pod wodą takie kategoryczne wypowiedzi są co najmniej — tak, ja to powiem — nie na miejscu.
[40:14] - Warto dodać, jeżeli w ogóle mówimy o tych wszystkich dzisiejszych znaleziskach, że ich dokonano w pobliżu zamieszkałych obecnie lokalizacji, albo przynajmniej takich archipelagów na przykład, które są zamieszkałe. Albo wysp. Czyli nie są to miejsca gdzieś na środku oceanu, gdzie po prostu znaleziono coś takiego, tylko w pobliżu miejsc, które wystają dzisiaj z wody. Pytanie oczywiście jest do geologów: jak długo dana struktura, albo kiedy musiałaby dana struktura powstać, która leży przykładowo na trzech tysiącach metrów w danej części świata, aby uzwiązać ją rąk ludzkich? Był taki przykład, o którym jeszcze za chwilę powiemy, z Kuby, gdzie znaleziono takie podwodne struktury, dziwne bardzo. No i wtedy jeden z geologów kubańskich powiedział: „No dobra, ale gdyby to zrobił człowiek, to musiałoby, stosując tutaj wszelkie kalkulacje, powstać jakieś 50 000 lat temu. Co najmniej 50 000”. Przypomnijmy, że oczywiście to nie są jakieś niesamowite wartości z punktu widzenia antropologii czy też geologii, natomiast historii cywilizacji już tak. Ale o tym dokładniej za sekundę. Nim przejdziemy, Marku, do tego trzeciego znaleziska z ostatnich kilkunastu miesięcy, które drogą może nie było, ale też było dość interesujące.
To mały blast from the past i coś z przeszłości, bo te trakty dna morskiego odkryte w ostatnim czasie przywodzą na myśl najsłynniejsze tego typu odkrycie dokonane w jeszcze innym rejonie świata. Chodzi tu o tak zwaną Bimini Road, czyli drogę Bimini. I każdy, kto jest wiernym czytelnikiem książek o zagadkach historii, czy też paleonautyce, to wie, o co chodzi. Chodzi o takie wielkie kocie łby na dnie morza w rejonie archipelagu Bimini. Świat o tym usłyszał dość dawno temu, bo już we wrześniu roku 1968. J. Mason Valentine nurkujący w pobliżu wyspy North Bimini, czyli północne Bimini na Bahamach, na dość niedużej głębokości, bo pięciu metrów, bardzo podobnej do tej z Chorwacji, natknął się na coś, co przypominało ogromne... głazy. Niektórzy twierdzą, że to są właśnie kocie łby, wybrukowana potężnymi kamieniami uliczka gigantów. Inni wskazują, że to może być fragment budowli.
To też nie jest do końca określone. Natomiast nazwano to Bimini Road, czyli drogą Bimini. Valentine pisał o tym następująco, pozwólcie, że zacytuję: „To rozległa droga z prostokątnych i wielokątnych kamieni różnej wielkości i grubości, najwidoczniej wyciosanych i dokładnie ułożonych. Tworzy ona wyraźnie zaaranżowany sztuczny układ. Kamienie muszą tam leżeć od bardzo dawna”. Jak się okazało, to nie była jednolita struktura. Ona miała trzy części. Ta, o której pisał Valentine, rozciąga się na około 800 metrów i składa się z kamieni, których długość boku dochodzi do dwóch, trzech metrów. O ile mieliśmy w przypadku Chorwacji i Hawajów do czynienia raczej z maleńkimi kamieniami, to tutaj tę drogę musieli chyba budować giganci. Są one, jak widzimy, znacznie większe niż w przypadku struktury z Korčuli.
Pozostałe dwie odnogi drogi Bimini nie tworzą z tą największą konkretnej formacji. Niemniej jednak, jeżeli sobie popatrzycie na schematy, to ta główna Bimini Road składa się ze swego rodzaju zakrętu, bardzo ostrego, nawet przypominającego haczyk, który potem przechodzi w zwartą część złożoną ze ściśle ułożonych kamieni i potem się troszeczkę dezintegruje. Wygląda to jak ruina czegoś. Trzeba powiedzieć, że wiele osób na poważnie bierze taką hipotezę, że to może być kamienny trakt. Na początku lat 80. doktor John Gifford oraz doktor Mellon Ball ocenili wiek struktury na 14 000 lat, ale nie znaleźli w jej pobliżu żadnych śladów działalności ludzkiej. Tak jak na Korčuli znaleziono fragmenty ceramiki czy broni, tak tutaj oficjalnie nie. Inna hipoteza zwolenników tego, że Bimini Road to jest jednak sztuczny wytwór, wskazuje, że to wcale nie jest droga, żadne kocie łby, tylko wierzchołek muru lub pogrzebanej w mule budowli. Dopatrują się tutaj niektórzy nawet podobieństw do tak zwanych murów cyklopowych znanych z Europy. Chociaż już w latach 80.
lansowano hipotezę, że mamy do czynienia z jakimś tworem naturalnym, to do dzisiaj nie wszyscy są o tym przekonani. Marku, tym bardziej że po pierwsze Bimini Road leży na obszarze Trójkąta Bermudzkiego. To oczywiście w żaden sposób nie potwierdza anomalnego charakteru tego miejsca, ale dodaje zagadkowości. Natomiast pojawiła się jeszcze dziwniejsza opowieść mówiąca o tym, że w tamtym rejonie pod wodą jest piramida.
[46:21] - Tak. Data się zmieniała, ale na początku był to podobno rok 1970 i lekarz z Arizony, Ray Brown, nurkował na Bahamach z grupą przyjaciół. Od razu powiem, że spotkało ich nieszczęście. Oni tam penetrowali, starali się przynajmniej penetrować hiszpańskie galeony. Wiadomo, złoto i tym podobne, zawsze warto galeon spenetrować. W każdym razie, ponieważ tak zwaną chwilę wcześniej był sztorm, stracili aparat i niestety, proszę państwa, za chwilę będę mówił o piramidzie podwodnej, ale zdjęć tej piramidy, owej budowli nie mamy, ponieważ aparat się zagubił w czasie tego sztormu i skazani jesteśmy niejako na relację ustną. Brown opowiadał, że podczas nurkowania oddzielił się od czwórki swoich towarzyszy i próbując za nimi jakoś nadążyć, dołączyć do nich, natknął się na coś, co przypominało podwodną piramidę. Ale to, proszę państwa, nie koniec opowieści, bo to byłoby za słabe. Trzeba było do tej opowieści dołożyć jeszcze coś. W różnych miejscach, między innymi w jednym z wywiadów dla telewizji w '80 roku oznajmił coś takiego: „Ruiny i budynki były wszędzie”.
Mówił także, że wyglądały one jak egipskie lub klasycystyczne. Oszacował, że piramida, na którą się natknął pośród różnych innych budynków, znajdowała się na głębokości około 40 metrów, a jej wysokość to około 35 metrów. Mówił o tym, że dla niego część tej piramidy była ukryta pod dnem morza. Te połączenia bloków skalnych, z których wzniesiona była owa piramida, były niemal niewidoczne i temu przypisywał, że ona przetrwała. To tak mocne połą-Ścisłe połączenie sprawiało, że ona nie uległa, przynajmniej według niego, destrukcji. Ale to jeszcze byłoby za mało, bo Brown mówił też o tym, że podczas swojego samotnego nurkowania odkrył wejście do piramidy. Oczywiście wszedł tam. Znalazł się w takim prostokątnym pomieszczeniu, oczywiście nie miał ze sobą latarki. Wiadomo, jak człowiek nurkuje, to latarki ze sobą nie zabiera, a w każdym razie nie miał, więc troszeczkę działał po omacku. Niemniej jednak zdołał zobaczyć, co znajduje się w środku.
A w środku według niego znajdowały się rzeczy przedziwne. Pomieszczenie nie było porośnięte żadnymi wodorostami, żadnego zielska tam nie znalazł. Ściany nie za bardzo gładkie, nie za bardzo przyciągały jego uwagę, bo z sufitu owego pomieszczenia zwisał metalowy pręt, który według niego miał około ośmiu centymetrów średnicy. Na jego końcu znajdował się przedmiot, który on określił mianem klejnotu. Poniżej, na podłodze pod tym klejnotem stał rzeźbiony kamień, na którym ułożona była płyta, na której znajdowały się dwie wykonane z brązu dłonie, a pomiędzy nimi umieszczona była kryształowa kula, którą Brown postanowił zabrać ze sobą. Wcześniej próbował odczepić wprawdzie ten metalowy pręt od sufitu, ale nie za bardzo mu szło. Nie dał rady. I tu kolejne doniesienie, tak zwane sensacyjne, bo kiedy opuszczał pomieszczenie w piramidzie, usłyszał wewnątrz głowy głos, który go ostrzegał, aby nigdy nie wracał w to miejsce. To jest pierwsza historia. Ona jest oczywiście niesamowita i niezwykła.
Z tym że ta historia ma wiele później narosłych wokół niej podhistorii, a w każdym razie historii, które nazwałbym alternatywnymi. Tam się czasami nie zgadzają daty, bo najpierw to był rok 1970, jak mówiłem, później wypływa data 1968. Podobno też wypłynęło, że wtedy on nurkował, pływał pod wodą ze słynnym badaczem Jacques'em Cousteau, co się nie potwierdziło później ani razu. W każdym razie mniej więcej tak ta historia wygląda. I tu przyznam, że z racji tego, że nie za bardzo jest udokumentowana, opieramy się tylko i wyłącznie na zeznaniach głównego bohatera, jest ona mało wiarygodna. Trudno, proszę państwa. Chociaż warto też podkreślić, że ta kula jednak została w jego rękach. On ją wyciągnął. I tam podobno wewnątrz tej kuli można było dostrzec, w zależności od tego, jak się patrzyło, albo właśnie piramidy, niektórzy dostrzegali tam również oko. W każdym razie te opowieści bardzo pobudzają i do dzisiaj chyba pobudzają wyobraźnię.
Ale zastanawiam się, czy one robią źle sprawie.
[53:11] - Nie wiem przede wszystkim, czy ktoś, kto próbuje sprzedać publice taką historię... Inaczej: gdyby ów doktor ograniczył się do opowieści o tym, że natknął się na jakąś piramidę, ale musiał uciekać, czyli coś, tak jak było w przypadku słynnej Księżycowej Jaskini, że coś znaleźli, ale nie wiedzieli co, to okej, miałoby to jakieś znamiona prawdopodobieństwa. Natomiast tutaj mamy lekarza, doktora. Chyba taki doktor jak doktor Gerard albo doktor Oetker, który nie tylko nie ma źródła światła, ale wchodzi w ogóle po omacku do piramidy, może zginąć. Znajduje jakieś cudowne. Chłop się naoglądał Indiany Jonesa. Ja jestem pewien, że on tę kulę kupił po prostu na jakimś odpuście gdzieś w Arizonie. I tyle z tego. Był taki czas, kiedy dorabiano naprawdę sporo opowieści do różnego rodzaju anomalii, dlatego że Ameryka tak funkcjonuje. Dlatego nie należy do końca nie tyle ufać, ale trzeba zawsze brać poprawkę na to, co się stamtąd słyszy.
Dlatego że oni są w stanie spieniężyć wszystko i czasami im lepsza opowieść, tym większe zyski. Przykładów możemy dać mnóstwo. Chociażby ci słynni Warrenowie, demonolodzy, o których jest teraz tak głośno, którzy przeżywają renesans popularności. To byli naciągacze zwykli, tacy pospolici. Patrick Wilson i Vera Farmiga, którzy grają ich w filmach, to nie są prawdziwi Warrenowie. To są Warrenowie upudrowani. Trochę za daleko może odbiegłem od tematu, ale nie zmienia to faktu, że droga Bimini istnieje. Istnieje, ma się dobrze. Czym jest? Nie wiadomo.
Ja powiedziałem, że tego typu struktury znajduje się gdzieś zawsze prawie w pobliżuZamieszkanych wysp tudzież linii brzegowej. To może też się wiąże z tym, że głębiej dalej nikt nie szuka, bo nie ma powodu. Nikt nie sonduje dna oceanu pośrodku Atlantyku. Ale tutaj wyjątek. Otóż latem ubiegłego roku poinformowano o dziwnym odkryciu na dnie oceanu w rejonie tak zwanego Grzbietu Śródatlantyckiego. Jest to struktura, która się rozciąga od Islandii po Antarktydę i odkryto tam na dnie tajemnicze otworki. One są wykonane w regularnych odstępach. Wyglądają, jakby ktoś je po prostu wykuł, wybił. Są w miarę regularne. Oczywiście nie jestem w stanie tego powiedzieć z dokładnością co do centymetrów.
Poinformował o tym Zarząd do Spraw Atmosfery i Oceanów Stanów Zjednoczonych, który badał to miejsce przy pomocy zdalnego pojazdu podwodnego. Był to kolejny raz, kiedy takie dziurki na dnie oceanu odkryto, bo na coś podobnego natknięto się już w roku 2004 i ukazał się wtedy artykuł na ten temat. Tego akurat znaleziska dokonano na północ od Azorów i te dziureczki na dnie były bardzo drobne. Nie były to takie wielkie głazy jak Bimini Road, bo mierzyły zaledwie sześć centymetrów na półtora centymetra. Sześć centymetrów szerokości, półtora centymetra wysokości i tworzyły takie pasy. Te pasy sięgały ponoć nawet na kilka metrów. W zasadzie do tej pory nie wyjaśniono, czym one mogą być. Pojawiło się wiele hipotez, bo po pierwsze, jeżeli to jest jakaś starożytna struktura, to dlaczego nie jest zamulona? Dlaczego one są ciągle widoczne? Po drugie, mogą to być twory natury, że to zrobiły jakieś żyjątka.
Ale też do końca nie jest to jasne. Pytanie, czy one są dziełem rąk ludzkich, czy były raczej czymś zupełnie naturalnym, pozostaje otwarte. Ale możecie sobie zobaczyć je na zdjęciach. Wyglądają naprawdę ciekawie. Marku, jeżeli mówimy o tym dnie mórz i oceanów i anomaliach, jakie się tam mogą kryć, przychodzi na myśl pytanie wałkowane przez ufologów od lat. Bo jeżeli na Ziemi są miejsca, w których UFO może się ukryć bez problemu, to właśnie są dna oceanów. I nie bez przyczyny, jak się okazuje, część z tych relacji, które były zebrane przez amerykańskich żołnierzy, dotyczy obiektów o zmiennym środowisku ruchu, czyli takich, które albo wystrzeliwały z wody i leciały, albo na odwrót. Czy myślisz, że stwierdzenie, że lepiej znamy powierzchnię Księżyca niż dno oceanu jest przesadą?
[58:32] - Oczywiście nie jest przesadą to, że my jesteśmy w stanie odtworzyć na naszych mapach główne grzbiety oceaniczne, jakieś struktury bardzo wielkie, które się na dnie oceanu znajdują. To jeszcze wcale nie oznacza, że my tak naprawdę coś o tych dnach poszczególnych zbiorników wiemy. Raczej wiemy bardzo niewiele zarówno o faunie, która tam występuje, jak i florze. A jak nie wiemy nic o faunie i florze, to w ogóle niewiele wiemy. Myślę, że nie ma zbytniej przesady w tym, że tak naprawdę o dnach poszczególnych oceanów wiemy stosunkowo niewiele, żeby nie użyć mocniejszych słów. Oczywiście można to wiązać ze zjawiskiem UFO, z tym że to już jest spekulacja na bardzo wysokim poziomie, bo musielibyśmy uwzględnić bardzo wiele czynników. Otóż równie dobrze na dnie oceanów mogą znajdować się bazy obcych, którzy przybywają tutaj do nas, czy to z innych wymiarów, czy to z innych rejonów wszechświata, ale równie dobrze możemy sobie pospekulować, że być może na Ziemi funkcjonuje równa nam, a może przewyższająca nas podwodna cywilizacja. Skoro tak niewiele wiemy o tym, co się na dnie oceanów znajduje, to dlaczego nie? Ona, czyli ta cywilizacja, mogła się kiedyś z ludźmi kontaktować, a w tej chwili przewyższała ich wtedy znacznie, jeśli chodzi o rozwój technologiczny przede wszystkim. Ale od pewnego momentu doszła do wniosku, że nie ma co, tu cudzysłów ogromny, z wariatami pertraktować.
Trzeba przeczekać, zobaczyć, w jakim kierunku to pójdzie. I być może to byłby paradoks ogromny, gdyby okazało się, że zjawisko UFO to tak naprawdę sąJakieś pojazdy obserwacyjne szeroko pojętej obserwacji. Była podwodna cywilizacja. To oczywiście nie byłyby żadne humanoidy, pod wodą miejsce humanoida niespecjalnie miałoby uzasadnienie. Raczej jest to rzeczywiście podwodna cywilizacja. Jak ona wygląda? Jak wyglądają osobniki, które ją reprezentują? Trudno powiedzieć. Należałoby zajrzeć do różnych starych mitów, różnych kultur. Pewno coś by się znalazło, ale moim zdaniem jest to ciekawa koncepcja i prędzej upatrywałbym, chociażby w tych otworkach, o których mówiłeś, Piotrze, równie dobrze upatrywałbym jakiejś działalności ufonautów, ale zadałbym pytanie: kim są owi ufonauci?
Czy tymi przybyszami z daleka, bez względu na to, czy chodzi o przestrzeń, czy chodzi o wymiar? A może są to efekty działalności, staram się to określić, czy siostrzanej cywilizacji. Siostrzanej nie, ale cywilizacji, którą zrodziła również Ziemia. Tylko ta cywilizacja na razie sobie odpuściła. Zauważmy, że ona może zupełnie spokojnie, taka cywilizacja mocno rozwinięta, może zupełnie spokojnie, przy naszym przynajmniej stanie wiedzy i obserwacji świata, może zupełnie spokojnie penetrować kosmos, może w tym kosmosie latać, może w ogóle różne cuda robić i pojęcia o tym mieć nie będziemy. Szczególnie jeśli ona jest rozwinięta bardziej od nas. Ale powtarzam, to są z mojej strony w tej chwili absolutne spekulacje. Ale ciekawe, muszę przyznać, bo to byłoby ekscytujące, gdyby się okazało, że na jednej planecie zrodziły się dwie rasy, które wyposażone są w rozum. I to nawet jest zgodne z różnymi zasadami, na które powołują się biolodzy, że są takie nisze ekologiczne. Jeśli tak jest, jak powiedziałem, czyli jakaś rasa rzeczywiście gdzieś w okolicach dna oceanu funkcjonuje, to my, czyli ludzie i oni ewentualnie, zajmują dwie zupełnie nienachodzące na siebie nisze.
Więc właściwie dlaczego nie?
[01:04:06] - Tak. Czasami to, o czym mówisz, jest ujmowane w literaturze jako koncepcja kryptoziemian lub ultraziemian. Kiedyś poruszymy to w ramach debat ufologicznych, ale wróćmy do tych anomalii z dna oceanów. Te podwodne kocie łby, czy jak kto woli, autostrada Atlantów, to oczywiście nie jedyne odkrycia archeologii morskiej dokonane w ostatnich dekadach. Taki najbardziej znany podmorski monument, który również należy do tej grupy, o której się często wspomina w literaturze, leży jakieś 100 metrów od południowego wybrzeża japońskiej wyspy Yonaguni i do dziś jest przedmiotem żywej dyskusji wśród geologów i archeologów, jako że przypomina po prostu dzieło ludzkich rąk. Konkretniej mamy prawdopodobnie do czynienia z podwodnym monolitem, obecnie podwodnym, kiedyś wystającym nad powierzchnię, który został ukształtowany ludzką ręką. Stąd tam te różne przejścia, tarasy i tak dalej. Yonaguni to kwestia dobrze znana, opisana i obfotografowana. Są też inne znaleziska, mniej popularne i one potwierdzają takie dwa scenariusze historyczne. Pierwszy, klasyczny mówi o tym, że poziom oceanów miał w przeszłości niebagatelny wpływ na rozwój nadmorskich osad i po prostu, jak to się mówi, morze zabrało wiele z nich.
A druga hipoteza bardziej orbituje w kierunku historii zakazanej. Otóż mówi ona, że istnieją podmorskie ślady, których nie da się w żaden sposób wpisać w obecną historię podręcznikową, bo są po prostu za stare dla homo sapiens. Podam dwa przykłady. W zasadzie już o nich wspomniałem, ale nieco to rozwinę. Pierwszy jest nieco podobny do znaleziska z Chorwacji. Chodzi o leżący na głębokości około 40 metrów pomiędzy Sycylią a Tunezją, a dokładnie jakieś 40 kilometrów na północ od wyspy Pantelleria, monolit o wysokości 12 metrów. Morze miało go zatopić blisko dziewięć i pół tysiąca lat temu. Znaleziono go w roku 2012, natomiast dopiero dwa lata później pojawiły się o tym pierwsze raporty. Ta struktura jest pęknięta w ogóle na dwie części i posiada na swojej powierzchni trzy otwory, z których najdłuższy ma chyba 60 centymetrów średnicy. To jest naprawdę dużo.
Zajmował się tym, jak tu czytam, zaraz wam zacytuję, Emanuel Dolo z Krajowego Instytutu Oceanografii i Geofizyki Eksperymentalnej, który uznał, że bezsprzecznie jest to dzieło człowieka.A drugie odkrycie było o wiele bardziej kontrowersyjne. Otóż w roku 2001 kanadyjska firma ADC, która współpracowała z kubańskim rządem w projekcie sondowania i eksploracji dna morskiego w rejonie półwyspu Guanahacabibes w zachodniej części wyspy, odkryła coś dziwnego. Były to takie regularne, prostokątne bloki leżące na dnie morza. Okazało się, że na głębokości, która szacowana jest na 600-750 metrów, znaleziono bardzo rozległe coś. Były to bloki kamienne, nawet coś w rodzaju piramid. I przedstawiciele tej firmy byli otwarci na bardzo różne wnioski. Do sprawy włączyły się nawet popularne telewizje produkujące seriale dokumentalne. I ten wspomniany kubański geolog, który się nazywał Manuel Iturralde, ocenił, że gdyby to było dzieło ludzkich rąk, musiałoby pochodzić sprzed około 50 000 lat. Jeżeli to leżało na głębokości 750 metrów i 50 000 lat, to jak ocenić coś, co znajduje się na głębokości dwóch, trzech kilometrów? Do dziś w sumie niewiele mówi się o tym kompleksie, ale doczekał się on nawet swojej strony na Wikipedii.
Marku, zmierzamy nieuchronnie do wniosku, że na Ziemi istniała jakaś przedludzka cywilizacja w nieznanej nam formie. Jest to temat, którym zajęli się nawet uczeni, poważni uczeni i próbowali ocenić, ile czasu potrzeba, aby zniknęły zupełnie ślady działalności, obecności i wytwory nawet zaawansowanej cywilizacji na planecie Ziemia. Okazuje się, że ten zegar geologiczny w przypadku cywilizacji jest bardziej bezlitosny od tego historycznego, bo hipotetycznie, zdaniem niektórych naukowców, także tych z NASA, możliwe jest, aby na naszej planecie istniała inna cywilizacja. Oczywiście hipotetycznie. I by zupełnie zniknęła. Potrzeba na to jednak bardzo dużo czasu.
[01:09:34] - Potrzeba, ale wbrew pozorom nie aż tak dużo, jak nam się to powszechnie wydaje. My odnosimy takie wrażenie, że ten woreczek foliowy, tak nam zresztą wmawiają różni panowie i panie, panie i panowie od ekologii, że on już będzie się rozkładał i będzie truł naszą matkę Ziemię przez długi czas. Tymczasem w skali istnienia naszej mateczki Ziemi czy w kosmicznym ujęciu, jeśli ten woreczek będzie się milion lat rozkładał, to czym jest milion, skoro miliard to jest tysiąc milionów? W związku z tym warto sobie uświadomić, że my mamy troszeczkę, jakby to powiedzieć delikatnie, zaburzony nasz obraz świata, jeśli chodzi o czas. My bardzo mamy taką tendencję do tego, żeby mówić sobie: „Jednak milion lat to dużo jest”. Tylko cały czas podkreślam, że nasze rozumienie czasu jest jednak zawodne, tak jak rozumienie w pewnej gradacji, pewnej następczości historycznej. Moją ulubioną zabawą, którą kiedyś, dawno temu państwu przedstawiałem, ale to już było tak dawno, że się pokuszę, żeby zrobić to jeszcze raz, jest taka zabawa z przełożeniem czasu na odległości. Bo czas jest trudny do wyobrażenia. Podobno według pisarza Seymaka, ale chyba nie do końca, bo my w tym czasie grzęźniemy troszeczkę. To sobie wyobraźmy w takim razie, że jeden rok to będzie jeden centymetr.
To 100 lat, cały wiek to będzie metr. To jeszcze nie szokuje. 1000 lat, czyli tyle, ile istnieje, troszkę więcej niż istnieje państwo polskie, w każdym razie to miejsce na mapie, które zajmujemy, czyli 1000 lat to jest 10 metrów. 10 000 lat, troszeczkę tuż po tym, jak zlodowacenie minęło, to macie państwo 10 000 lat, to jest tylko 100 metrów. 100 000 lat to już całkiem poważny czas, ale te 100 000 lat to będzie kilometr. Ktoś powie: „Słusznie, to już kawałek drogi jest”. Tak, ale milion lat to jest 10 kilometrów, gdybyśmy to przeliczali w dalszym ciągu przyjmując: jeden rok równa się jeden centymetr. Jeden miliard lat, powtarzam, jeden miliard to tysiąc milionów. Jeden miliard lat to będzie 10 000 kilometrów. Warto teraz rzucić na ten ocean czasu, warto sobie pewne rzeczy uświadomić.
Te dinozaury, które tak lubią dzieci i my bardzo chętnie w filmach oglądamy, pojawiły się w okresie triasu, jakieś 240, 230 kilka milionów lat temu. Jakbyśmy to przełożyli według naszej skali, to będzie 2370 kilometrów.I te dinozaury stanowiły dominującą grupę wśród kręgowców buszujących po lądzie mniej więcej od czasów jury, czyli 201 milionów lat temu, czyli 2000 kilometrów do końca kredy 66 milionów lat temu, 660 kilometrów. Już nie będę państwa katował tymi przeliczeniami, ale warto sobie uświadomić już nawet tylko to, że ten jeden miliard lat to jest 10 000 kilometrów. Zajmijmy się ostatnim miliardem, bo ten jest bogaty w życie. Te pierwsze, tam różne rzeczy się podobno działy, ale jednak Ziemia w tych pozostałych miliardach to nie była jakaś taka planeta, na której byłoby dużo życia. W związku z tym zajmijmy się tym ostatnim miliardem lat. Skoro to jest 10 000 kilometrów w stosunku do naszego tysiąca lat, to 10 metrów. Czy naprawdę w tych 10 000 kilometrów nie ma miejsca, nie ma ponownych kilku metrów, w których mogłaby się rozwinąć cywilizacja taka wysokotechnicyzowana? Uświadommy sobie, że taka technologiczna cywilizacja już tak naprawdę od czasów pary, koniec XVIII wieku, przyjmijmy, że funkcjonuje 250 lat, czyli tak naprawdę 2,5 metra. Znowu odwołując się tak trochę maniakalnie do tego mojego przeliczenia.
Czyli to 2,5 metra w stosunku do 10 000 kilometrów. Wierzcie mi państwo, że mnie ten przykład właśnie najlepiej uświadomił, że gdzieś w tych 10 000 kilometrów zupełnie swobodnie mogły się ukryć przed naszymi oczyma jedna, dwie, co tam trzy, cztery cywilizacje. Nawet byśmy o nich nie usłyszeli. I to się wiąże z pytaniem, które zadał Piotr. W ciągu tego miliarda lat gadzia, może zupełnie jakaś inna cywilizacja mogła tu swobodnie funkcjonować, mogła swobodnie, z naszego punktu widzenia zatruwać na przykład atmosferę, ślad by po tym nie pozostał. To nasze przekonanie, że przecież najwyższe wytwory cywilizacyjne, jakieś skamieniałości, przecież nawet jakieś trylobity odkrywają. No tak, odkrywają trylobity, ale czy aż tak dużo? Jeśli sobie państwo sprawdzicie, ile tak naprawdę całych szkieletów dinozaura odkryto na przestrzeni dziejów, to nie ma ich tak specjalnie za dużo. Bardzo wiele szkieletów jest rekonstruowanych na podstawie częściowych znalezisk. Ale w końcu dinozaury to nie jest kres, do którego możemy sięgnąć.
Przedstawiłem, że one sobie tak hasały od 240 milionów lat od naszego czasu, więc coś było wcześniej jeszcze i wcześniej, i wcześniej. Czyli tak naprawdę ten ocean czasu, który nas oddziela od przeszłości, tam naprawdę mogły się dziać cuda, o których pojęcia nie mamy, bo wszelkie ślady tak naprawdę zniknęły. A właściwie może nie do końca zniknęły, tylko współczesna nauka nie chce przyjąć do wiadomości, że znajdowane. I stąd się bierze na przykład popularność książki „Zakazana archeologia”. Bo być może zachowały się jakieś pojedyncze artefakty, które gdzieś tam są odnajdywane, a one do tego stopnia burzą porządek stworzony przez naukowców, przez ludzi, którzy zajmują się naszą przeszłością, którzy przyjęli pewną gradację, pewien sposób patrzenia na przeszłość, że takie artefakty, które ten komfort uporządkowania niszczą, one są przyjmowane. Znajduje się sto tysięcy powodów, dla których jakieś nastąpiły błędy, coś zrobiono źle, oszukano. Ale dziwi mnie to, że naukowcy, którzy powinni być ludźmi otwartymi, którzy nawet dostając durną hipotezę albo jakąś taką nieprawdopodobną, nie starają się jej zweryfikować, tylko ex cathedra mówią: „To jest nieprawda, bo tak nie mogło być, bo coś tam”. To jest moim zdaniem antynaukowe podejście. I ja rozumiem, że jak się wyrwie kogoś ze strefy komfortu, w której mówi mu się: „A może były inne cywilizacje, może to nie były nawet ludzkie cywilizacje”, to ten naukowiec drapie się w głowę, ale bardzo krótko i później mówi: „Nie, nie, to jest po prostu niemożliwe”. Tymczasem to, co starałem się państwu przedstawić, ten ocean czasu, czyli ten jeden miliard lat, to jest 10 000 kilometrów w stosunku do tysiąca lat, czyli 10 metrów, w jakim funkcjonuje Polska.
To naprawdę są nieporównywalne odległości, nieporównywalne też przestrzenie czasowe. I mówienie, że coś tam, dlaczego cywilizacja, która istniała, powiedzmy, pół miliarda lat temu, nie zostały po niej woreczki foliowe albo fabryki. To jest bzdura po prostu. Nic by nie zostało. To już by się stało warstwą geologiczną roztartą na proch, na nic, na zero.
[01:19:16] - Tak samo jest, kiedy mówimy o geologicznej historii Polski. Na przykład jeżeli się w to zagłębicie, okaże się, że przez terytorium naszego kraju przebiegają pozostałości łańcuchów górskich, które miały kiedyś wysokość większą albo nawet porównywalną do Himalajów, ale zostały po prostu w czasie tych eonów starte na pył. Przeglądam tutaj komentarze. Jeden z naszych słuchaczy pyta o nieznany obiekt na dnie Bałtyku, tak zwaną anomalię bałtycką z Zatoki Botnickiej. To po części się wpisuje w ramy naszej audycji. Natomiast trzeba powiedzieć, że sytuacja jest tak jak z innymi znaleziskami. Mamy coś, nie do końca wiadomo co. Jest to anomalia zarówno pod względem geologicznym, jak i też takim, który interesuje nas w debatach, bo pojawiła się przecież hipoteza, że mamy do czynienia z rozbitym UFO albo ze śladem budowli i tak dalej. Ta historia też nie została do końca wyjaśniona. Na chwilę obecną status quo jest taki, że chyba to jednak jest, przynajmniej zdaniem naukowców, formacja naturalna.
Jakie są wnioski z dzisiejszej audycji? Pierwszy jest taki, że dna oceanów skrywają jeszcze wiele tajemnic. To jest taki kompletny komunał. Niektóre z nich mogą się kryć pod mułem, inne mogły zostać zniszczone przez wodę i są nie do rozpoznania. Dlatego jeżeli gdzieś daleko, głęboko na dnie oceanów są pozostałości Atlantydy, mogą nie przypominać tego, jak sobie ją wyobrażamy. Druga sprawa jest taka, że nie wszystko to, co tam się znajduje, da się wpisać w naukową narrację. Trzeci wniosek mówi, że wydaje się, że relacje o Atlantydzie to w rzeczywistości rodzaj scenariusza dziejów, że wielokrotnie miały miejsce takie sytuacje, że zatapiane były jakoś funkcjonujące miasta, osady czy nawet bardziej zorganizowane społeczności i to wszystko mogło jakoś w pamięci ludzkości się zapisać. Pamięci, która sięga znacznie dalej niż Sumer, Egipt. Bardzo możliwe, że ta cywilizacja matka dała nam albo przekazała nam pewne wzorce, może nawet pewne mity. Jest to bardzo interesujące i pewnie kiedyś się tym jeszcze zajmiemy.
Na dziś to tyle. Marku, co się stało? Wyrobiliśmy się w prawie 90 minut. Ja zachęcam was do sięgnięcia po nowy czerwcowy „Nieznany Świat”, gdzie jak wspomniałem, piszemy o kilku historycznych zagadkach. Polecam wam również piątkowe „Bibliotekarium”, które się nazywa „Cienie Hatta”. Oczywiście Marku, nie byłbym sobą, gdybym cię nie zapytał o „Wojnę cieni”. Co jeszcze możemy powiedzieć naszym słuchaczom o drugiej części twojej powieści?
[01:22:37] - Cóż możemy powiedzieć? Przede wszystkim to, że od początku czerwca ona będzie do nabycia drogą kupna. Ta druga część, co bardzo mocno podkreślam, ona się narracyjnie nie wiąże z częścią pierwszą. Jest to ten sam świat. Oczywiście ten świat buduje, gdzieś przede mną tom trzeci, który pokaże, czym ten świat tak naprawdę jest, ale w tym drugim tomie, o ile pierwszy to była taka klasyczna space opera, kilka rzeczy się w niej nie zgadzało, co zostało zresztą przez czytelników zauważone. Nie zgadzało się. W tym drugim tomie nie zgadza się jeszcze więcej. Mamy w pewnym momencie wrażenie, taką mam przynajmniej nadzieję, że czytelnicy będą mieli taką nadzieję, że ten świat coraz bardziej z jednej strony dzieje się, strzelają się między innymi i różne rzeczy się dzieją, ale kiedy się wchodzi w świat drugiego tomu, to nagle człowiek ma wrażenie, że tam coś się nie zgadza. To zaczyna, myślę, bardzo dręczyć czytelnika, bo te sygnały są bardzo wyraźne. Dostajemy komunikaty, że ten świat, chociaż go już właściwie znamy, to chyba go jednak nie znamy tak do końca, bo on w kilku miejscach odmawia współpracy.
I z bohaterami, i z czytelnikiem coś się nie zgadza. Można oczywiście odpowiedzialność złożyć na autora, który zwariował i dlatego się nie zgadza. Niemniej zaryzykowałbym hipotezę, że tym razem to jest jednak tak, że coś się nie zgadza ze ściśle określonych powodów. Ale te powody oczywiście pojawią się w tomie trzecim. Z tym że zabawa jest na dwóch poziomach. Kto będzie ciekawy, jak ten świat funkcjonuje, to oczywiście tom trzeci nabędzie drogą kupna albo i nie. Natomiast jeśli chodzi o zabawę bezpośrednią, bieżącą, to tom drugi myślę, taką mam przynajmniej nadzieję, że dostarczy ją państwu w stopniu znacznym. To jest 550 stron, 800 000 znaków czystej rozrywki tak naprawdę wydawać by się mogło. Te wszystkie głębsze treści są tak poukrywane, żebyście państwo kiedyś, w pewnym momencie, po trzecim tomie powiedzieli: „Ach, faktycznie Żelkowski gadał o tym od początku, tylko nie widzieliśmy tego po prostu. Ale to wszystko było”.Natomiast tu dostajecie państwo ogromną porcję rozrywki.
Dzieje się. Tak jak powiedziałem, strzelają się, gonią się, podkładają sobie świnie, walczą ze sobą wywiady, walczą ze sobą komandosi, różne siły specjalne. Ogólna jest zadyma, jak to w ludzkiej cywilizacji, bo to przeniesienie gdzieś w odległy czas ma na celu, żebyśmy troszeczkę inaczej się w tym lustrze przejrzeli. I to tyle, bo i tak już za dużo i za długo o tym mówię.
[01:26:08] - Chciałem jeszcze powiedzieć, że chyba za dwa tygodnie mniej więcej odniesiemy się w „Bibliotekarium” do książki „Zakazana archeologia” Michaela Cremo.
[01:26:20] - To już właściwie za półtora tygodnia.
[01:26:22] - Tak. Zobaczymy, co u niego słychać. Pojawi się też troszeczkę krytyki pod jego adresem. To była książka, która ukształtowała myślenie na temat historii alternatywnej wielu pokoleń, szczególnie w Polsce, gdzie była niezwykle popularna. Cóż, drodzy państwo, dziękujemy za udział w dzisiejszej audycji. Zapraszamy za tydzień. O czym będziemy mówić, to się dowiecie pewnie w niedzielę najbliższą z mediów społecznościowych Radia Paranormalium. Czekamy na wasze sugestie tematyczne. Czekamy też na komentarze. Co jeszcze chciałbym dodać?
[01:27:06] - Ja chciałbym dodać, wchodząc ci w słowo, że zapraszamy wspólnie z Piotrem na najbliższe „Bibliotekarium”. Ponieważ ono będzie emitowane w Dzień Matki, w dziale „Filmotekarium” odnośnie tego tematu Dnia Matki oraz matki pojawią się filmy. Mam i grozy. Nawet nie wiem, czy tylko grozy, ale w każdym razie będzie mrocznie.
[01:27:38] - Tak. Zachęcam do słuchania naszych audycji sprzed tygodnia, sprzed dwóch tygodni. Zbliża się sezon wakacyjny. My też pewnie przejdziemy w nowy zupełnie tryb, ale o tym jeszcze będziemy informować. Słuchajcie nas, udostępniajcie, piszcie i cóż, do usłyszenia.
[01:27:59] - Mówili do państwa, jak zawsze, Piotr Cielebiaś z Nieznanego Świata oraz Marek Żelkowski z „Bibliotekarium”. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”, Radio Paranormalium: paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Wypatrujcie też innych audycji w Radiu Paranormalium, między innymi najbliższego „Bibliotekarium” już w piątek o 20:00. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium, www.paranormalium.pl. Bardziej niż nieprawdopodobne, niemożliwe, niewiarygodne. Radio Paranormalium: paranormalny głos w twoim domu.
UFO Relacje: polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Podziel się już dziś swoją obserwacją. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Wszystkim świadkom zapewniamy pełną anonimowość. UFO Relacje: polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium. Więcej dowiesz się w dziale Blogi na www.paranormalium.pl.
Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl.