[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:07] - Dzień dobry, tu Radio Wolne Tajwan.
[00:09] - Tak, a tytuł dzisiejszej audycji „Skóra w grze”, więc nie wiem, co się tam na tym Tajwanie dzieje.
[00:16] - Specjalnie powiedziałem z zaskoczenia, żeby pan Marek się pogubił przez parę sekund, ale zaraz wyjaśniam wszystkim. „Skóra w grze”, czyli po angielsku „skin in the game” to jest idiom. Nie ma chyba polskiego dobrego odpowiednika, przynajmniej mi nie przychodzi do głowy przez ostatnie dwa, trzy dni. Gdyby ktoś miał, to poproszę. Chodzi o to, że wartość badań naukowych, wartość wszelkiej ludzkiej aktywności jest dodatnia, czyli jest po prostu wtedy i tylko wtedy, gdy osoba, która te badania wykonuje albo jakąś czynność realizuje, ryzykuje czymś, to znaczy wykłada swoje pieniądze. Taki najprostszy przykład, który ja od wczesnego dzieciństwa stosuję, bo podpatrzyłem to u jednej osoby starszej. Jak mam z kimś sprzeczkę i mam całkowitą pewność, że po mojej stronie jest racja, że tamta osoba robi skok na dominację, czego ja strasznie nie lubię, jak wszyscy słuchacze wiedzą, to ja robię coś takiego: wyciągam jakiś banknot, na przykład 100 złotych i mówię: „Stawiam 100 złotych, że jest tak, jak ja mówię. Sprawdzamy, a ty mi postaw 10. Tyle wystarczy”. I wtedy od razu wszyscy dookoła wiedzą, jeżeli tamten nie podejmie takiego zakładu jeden do 10, że on łże po prostu.
Skoro ja stawiam na swoje słowa 100 złotych, a on się boi postawić 10 złotych, to odpowiedź jasna, kto ma rację. Czyli bardzo polecam tą sztuczkę, dlatego że się przydaje w bardzo wielu sytuacjach i jest wyjątkowo śmieszna, i od razu sprowadza przeciwnika, który bawi się w jakieś gierki dominacyjne, sprowadza go do parteru i wszyscy wiedzą, z kim mamy do czynienia natychmiast. Także polecam. Natomiast „Skin in the game”, czyli „skóra w grze” to jest też książka Nicolasa Taleba, który napisał „Antykruchość”. Panie Marku, pan czytał „Antykruchość” czy nie bardzo?
[02:12] - Czytał nie, ale pan był łaskaw jakiś czas temu troszeczkę o tej książce wspominać.
[02:18] - Tak, był łaskaw. Tak, rzeczywiście. Dziękuję bardzo. „Antykruchość” to jest inna książka Taleba i w ogóle on ma mistrzowski sposób przedstawiania pewnych niezwykle trudnych do uchwycenia w dobre słowo prawidłowości. Właśnie „antykruchość” wprowadził do języka. Ja się zacząłem posługiwać od czasu, jak tą książkę Taleba przeczytałem. Tak samo „Czarny łabędź”, ten bestseller międzynarodowy, który też tutaj wszyscy znają. Wszyscy, którzy czytali siłę psychohistorii i kupili przede wszystkim. Bo nie wystarczy mówić, że: „Tak, oczywiście, przeczytałem książkę Plebaniaka”. Nie, to jest właśnie brak tego skin in the game, tej skóry w grze.
Trzeba pokazać paragon na przykład albo jakiś dowód, że się włożyło swoje pieniądze, żeby docenić ciężką krwawicę autora, który cierpi za miliony po to, żeby tą książkę wprowadzić na rynek księgarski. Natomiast wracając do rzeczy, ja żartowałem, wszystko ze mną w porządku. Natomiast książka „Skin in the game” jest fascynującym zbiorem przykładów, jeżeli patrzy się na książkę jako zbiór przykładów. Ja staram się książki właśnie tak pisać, jak wszyscy wiedzą. Znaczy wszyscy, którzy je przeczytali. Chciałbym, żeby wszyscy. Natomiast chodzi o to, że Taleb pokazuje wszystko na przykładach, dlatego że on, tak jak zresztą w tej właśnie książce, o której dzisiaj mówimy, sam napisał wprost, że on, zanim stał się autorem książek i zanim został brokerem giełdowym czy też analitykiem giełdowym przy giełdzie w Nowym Jorku, to on zajmował się rozmaitymi zawodami. Pracował w rozmaitych zawodach i w rozmaitych biznesach, w których jedną cechą wspólną było to, że on ryzykował. On po prostu nadstawiał głowę w jakichś sytuacjach, czyli wygłaszał jakąś predykcję, na podstawie której ktoś wykładał pieniądze i kupował akcje jakiejś firmy. I jeżeli ta predykcja była nieprawidłowa, to w momencie tracił reputację właśnie ten Taleb.
Natomiast jeszcze innym przykładem, który jest też wylistowany wśród wielu naprawdę fascynujących, jest następujący: w Cesarstwie Rzymskim panował tak zwany patriarchat. Patriarchat czy patriarchiat? Nie przypomnę sobie teraz, panie Marku.
[04:52] - Moim zdaniem patriarchat.
[04:53] - Ale to nie ten wymyślony przez tych szaleńców lewicowych z Ameryki, z którym kobiety walczą z patriarchiatem. Tylko to był system rodowy, klanowy inaczej, o czym dużo mówiliśmy przy tej książce „The Weirdest People in the World”, czyli „Najdziwniejsi ludzie na ziemi”. O tym, że między innymi społeczna inżynieria Kościoła katolickiego zlikwidowała struktury władzy klanowe albo nie do końca oczywiście wiadomo, ale w bardzo dużym stopniu, co zdjęło z nas ten niewidzialny sufit rozwoju ultra kooperacji, czyli budowania wielkich wspólnot typu paneuropejska wspólnota zdolna odeprzeć najazd muzułmański w wieku ósmym, dziewiątym i dziesiątym, i także wtedy, kiedy Turcy nas zaatakowali, bo to też byli muzułmanie. Natomiast wracając ściśle do rzeczy, w Cesarstwie Rzymskim w rodzie, którym zarządzał patriarcha, to ten patriarcha kogo wyznaczał na strażnika skarbca, znaczy też na osobę zajmującą się finansami i zarządzaniem tym bogactwem zakumulowanym w złocie? Zgadniecie?
[05:59] - Nie zgadniecie.
[06:01] - Teraz podam kafeterię do wyboru. Przepraszam, bo to było zbyt trudne bez znajomości książki. Natomiast kafeteria: małżonka, bo przecież najważniejsza jest żona, najwyższy ma statut i de facto władzę w tej strukturze rodowo-klanowej. Niewolnik albo na przykład wynajęty specjalista. To upraszczam po prostu, ale z tych dwóch tak naprawdę trzeba wybrać: niewolnik albo właśnie ta najważniejsza żona, czy też jedyna.
[06:35] - Ja bym niewolnikowi jednak powierzył.
[06:38] - Ale czy zechciałby pan dać tą skórę do gry i narazić się na zgadnięcie jedno? Ja potem od razu powiem. To nie jest proste, tak naprawdę. To bardzo nieintuicyjne tak naprawdę.
[06:50] - To znaczy mam wyjaśnić dlaczego niewolnikowi?
[06:54] - Tak. Dlaczego pan wybrał niewolnika?
[06:57] - Bo niewolnik ma coś do zyskania, na przykład. Ale z drugiej strony bardziej patrzyłem, że ludzie podchodzą do małżeństwa w sposób bardzo otwarty. Żona to jest zawsze i od dawna to było w różnego rodzaju rodach królewskich, to jest człowiek potencjalnie do wymiany, który może mieć w dodatku różne pretensje do tego głównego bohatera, czyli do mnie. Czyli tak naprawdę stawiamy na niewolnika, który-
[07:27] - Któremu można obciąć łeb, jak coś spieprzy.
[07:29] - Na przykład, ale który też-
[07:32] - To było niedosłownie oczywiście to, co Taleb powiedział w książce. To była logika, która używana.
[07:38] - Tak, ale ja bym też patrzył, że on ma coś do zyskania.
[07:42] - Do zyskania też, tak. Oczywiście.
[07:45] - Jego status jest natychmiast podniesiony, a w perspektywie być może zupełnie zmienić się.
[07:52] - Ma coś do zyskania, czyli marchewka, i ma coś do stracenia. Inaczej, mówiąc zupełnie z innej strony: niewolnika można ukarać, a najbliższej żony, jak ona zdefrauduje jakieś pieniądze albo zrobi coś naprawdę głupiego, ale nie mówię o tym, że rozbije samochód wjeżdżając do garażu, tylko naprawdę coś poważnego, to często te struktury emocjonalne, przywiązanie i tak dalej, nie pozwala jej adekwatnie ukarać do uczynku. Natomiast z niewolnikiem można to zrobić. I to jest właśnie to, że niewolnik w związku z tym jest bardziej zdyscyplinowany i nie próbuje rozmaitych sprzeniewierzeń i innych rzeczy, dlatego, że po prostu wisi nad nim miecz. A kobieta ma swoje metody, żeby ten miecz nie opadł, że tak powiem, w jej przypadku, mówiąc najdelikatniej. Mechanizmy są całkowicie jasne. Funkcjonują do dzisiaj, dlatego, że taka jest ludzka natura, niezmienna. Zresztą Taleb też dokładnie o tym pisze. I tak to wygląda. Jeszcze jest inna porada, której ja niestety bardzo wiele razy wbrew tej poradzie, którą teraz udzielam.
Ale to jest właśnie to, że miałem tą skórę w grze, czyli straciłem swoje własne pieniądze, żeby tą mądrość nabyć, a teraz czytelnikom bezpłatnie — to znaczy oczywiście mam nadzieję, że płatnie, bo kupią książkę — ale bezpłatnie przekazuję tutaj teraz w podcaście następującą zasadę: jak się robi z kimś interes, to jest powszechne, tylko inaczej nazywane jest to. Taleb świetnie koncepcyjnie ujął rozmaite instancje tej reguły „skóra w grze”. Natomiast wracając, w biznesie, jak robimy z kimś biznes, wspólnie na przykład inwestujemy w zakup jakiejś maszyny albo generalnie w jakikolwiek wspólny interes, to musi być wspólne. Ten ktoś musi mieć taki commitment, prawda? Czyli jak na przykład robimy tak: „No to co, ty dasz 30%, ja 70? I ja się zajmuję wszystkim?”. Jak on ma te 30%, to jakoś będzie mnie pilnował, ale jednocześnie też będzie sam pilnował, żeby mi się noga nie powinęła, czyli będzie mnie osłaniał. Tak jak rycerze szli do walki, obok byli ci pocztowi, prawda? On będzie to osłaniał. Natomiast jeżeli zrobimy tak, że na przykład ten ktoś dał pomysł, a ja dam 100% inwestycji, to w tym momencie on żadnego ryzyka nie ponosi, jego to nie obchodzi.
I w związku z tym nie można liczyć na kompletnie nic z jego strony, dlatego, że nie ma żadnego incentive, czyli tej zachęty, czyli jakiegoś motywatora, który by skłonił tą osobę, tego drugiego wspólnika, który daje 0%, do tego, żeby się zabrał do roboty. Czyli 50/50 jest taka zasada złota, która sprowadza się do tego, że 50% wykładamy kapitału każdy i wtedy każdy ma — teoretycznie przynajmniej, bo są inne czynniki, które balansują to — natomiast generalnie 50/50 i obaj mamy po tyle samo zainwestowane, tyle samo ryzykujemy.
[10:56] - Tak się zastanawiam w tej chwili. Chyba mam podobne doświadczenia jak pan. Nie będę ich w tej chwili uzewnętrzniał, ale coś w tym jest, co pan powiedział, że rzeczywiście-
[11:08] - Jakiś zanonimizowany przykład może?
[11:10] - Właśnie nie, boję się, bo anonimizacja byłaby tylko powierzchowna. W związku z tym nie, ale powiem tak: to głębokie i niezwykle ważne prawdy pan Piotr powiedział dzisiaj.
[11:26] - Dziękuję.
[11:28] - Ja to potwierdzam. Co prawda nie podam ulubionego przykładu, ale muszę powiedzieć: zadumałem się, kiedy pan to mówił.
[11:36] - Tak. Wracając już, żeby przekazać jak najwięcej doświadczenia, ciężko zdobytego niestety , jak już to źle powiedziałem. Natomiast zobaczmy, że ta sama zasada występuje w bardzo wielu aspektach naszego życia. Jest na przykład w tej chwili debata, była przynajmniej jeszcze dwa lata temu, która dla mnie w oczywisty sposób, tylko nie potrafiłem tego nazwać, a właśnie Taleb to nazwał w jakiś sposób, nie do końca może precyzyjny w tym wypadku, ale kwestia tego, czy w kabinie pilotów w samolotach pasażerskich, które teraz latają — mam nadzieję, że nie spadają, tylko latają nadal nad naszymi głowami — jest dwóch pilotów.Dlatego że jak jeden zasłabnie albo mu odbije, albo cokolwiek, to zawsze jest ten drugi, który jest w stanie boksować się z automatyką, tak jak było w tych Boeingach 737, albo generalnie ma świadomość sytuacyjną pilota i jest w stanie zareagować na jakieś nadzwyczajne zdarzenie, uratować wszystkich na pokładzie. Ale proszę zobaczyć, jaka jest różnica między samolotem, który ma dwóch pilotów albo samolotem, który nie ma pilotów, tylko jest prowadzony całkowicie automatycznie przez sztuczną inteligencję. Teoretycznie jest to możliwe. Samoloty mają niesamowicie zautomatyzowane w tej chwili instrumenty, zdolność zdalnego sterowania z zewnątrz też. W tej chwili jest to dosyć zaawansowane, że teoretycznie można już to robić. Natomiast do którego samolotu chętniej wejdziemy? Tu znowu zrobię kafeterię, tylko tym razem będzie ona zupełnie oczywista.
Do takiego, w którym jest dwóch pilotów, którym patrzymy w oczy wchodząc do samolotu, bo tak zwykle jest, że kapitan stoi i się szczerzy. Drugi właśnie nie ma tych pilotów, tylko jest sztuczna inteligencja. Czyli nie ma nikogo, kto jest innym. Albo trzeci przykład. Co prawda nie tam, gdzie my idziemy do klasy ekonomicznej, ale w pierwszej siedzi córka właściciela linii lotniczych i czwarte wejście, gdy nie ma tej córki. Więc proszę sobie łatwo wykalkulować, którym samolotem bezpieczniej lecieć. Ale żeby dopełnić, żeby wypełnić ten czas, który musimy tutaj spędzić wszyscy, jeden gada, reszta słucha, to może pan Marek skąd wybierze.
[13:45] - Oczywista sprawa, że ja nie będę tu odkrywczy. Przede wszystkim chciałbym spojrzeć w oczy człowiekowi, który coś pod tą kopułką ma i spojrzeć mu w oczy, bo nie wiem, czy wyczytałbym z nich, że właśnie zamierza mnie zabić, ale przynajmniej lepiej bym się poczuł. A sprawa właściciela linii lotniczych, a właściwie jego córki, to już jest oczywista oczywistość, że jeszcze bym starał się w miarę blisko usiąść, bo może akurat ta część samolotu będzie najbezpieczniejsza.
[14:16] - A są zresztą, można ściągnąć z internetu, jakby ktoś chciał, miejsca wytypowane jako najbezpieczniejsze ze względu na to, ile osób przeżyło wszystkie znane katastrofy. Można to ściągnąć, także polecamy, jakby ktoś chciał. Zamiast spadochronu zabierać, to można po prostu użyć tej listy. Także nie wiem, czy nie lepiej zrobi niż właśnie posiadanie spadochronu statystycznie. Jeszcze podam jeden przykład, który zupełnie mi się skojarzył natychmiast, dlatego że ja lubię takie odległe skojarzenia robić. Natomiast odczytam jeden fragment z tomu Sun Zi „Jego sztuka wojny", czyli mojego przekładu „Sztuki wojny" i tam wybrałem co najlepsze, tłumacząc je ze starożytnego języka chińskiego. Więc tutaj proszę o ukłon. Jest tam taki traktat „Trzy strategie Huang Shi Gonga" na stronie 172. Jak ktoś ma egzemplarz, jak ktoś nie, to musi kupić. Cholera, przykro mi, że co chwilę o tym trąbię, ale tak.
Odczytuję: „By być wodzem, dziel wygody i trudy, a przy tym pomyślnością ciesz się, a z niedolą borykaj wraz z nimi", czyli z żołnierzami, którzy podlegają temu wodzowi. „W starożytności raz zdarzyło się, że waleczny wódz obdarowany został dzbanem wina przed niego. Wódz ten dzbana zawartość do rzeki wlał i pospołu z żołnierzami swymi wodę z niej pił. Dzban wina smaku wody w rzece zmienić nie zdołał, lecz w wodza tego, oficerów i żołnierzy duch walki wstąpił tak wielki, że na śmierć z nim gotowi iść byli". Koniec cytatu. Więc zobaczcie, że tu jest zaszyty właśnie ten skin in the game. To jest do ataku przede mną biegiem, marsz przeciwko za mną. To jest jeden z podstawowych dylematów dowodzenia, który będzie w kolejnej części serii „Wzorce". Natomiast tutaj, konkretnie w tym przykładzie chwilę zajmie nam zastanowienie się nad ewolucją kulturową. Już teraz mów zupełnie na poważnie.
W jednym z rozdziałów „Sił psychohistorii" jest właśnie opisane to, w jaki sposób system społeczny, system władzy, struktura relacji między tymi, którzy są u władzy, którzy decydują, a tymi, którzy są posłuszni tej władzy, czyli którzy są zdominowani jako poddani, jako żołnierze, którzy muszą ściśle wykonywać rozkazy. Otóż okazuje się, że bycie traktowane jak równi przez tych, którzy są u góry, daje niesamowity dodatek do morale. Mówiliśmy już o tym. Pamiętam, że cytowałem z „Diuny" cytaty odpowiednie, że ten książę Leto Atryda traktował swoich podwładnych jak równych sobie i dzięki temu oni po prostu byli niesamowicie lojalni. Właśnie za traktowanie jak równych. Otóż mniej więcej, jakby to powiedzieć, tak naprawdę we współczesnym świecie, w erze napoleońskiej powstały te armie z naboru, armie obywateli, czyli armie nie poddanych, którzy musieli walczyć za króla, czy chcą, czy nie chcą, tylko armie poddanych, którzy byli współsuwerenami, czyli obywatelami jakiejś republiki. Res publica przypominam, że to jest rzecz wspólna, niestety rzecz wspólna nie jest szanowana, ale właśnie rzecz wspólna w tym przypadku była szanowana, dlatego, że bycie republikaninem w tamtym XIX-wiecznym znaczeniu byłoCo też oznacza, nadal generalnie też oznacza mieć poczucie odpowiedzialności i obowiązku wobec wspólnego dobra, którym jest państwo. Jako pojedynczy obywatele jesteśmy suwerenami, czyli na przykład Jarosławus Kaczystanus Rex, tak go nazywałem w „Siłach psychohistorii”, czy też inni słudzy publiczni są naszymi sługami, a my jesteśmy tymi suwerenami, prawda? Przynajmniej teoretycznie. Nie wiem, jak jest w praktyce, bo dawno nie byłem w Polsce, panie Marku.
[18:21] - Pan deklaruje często, że się-
[18:23] - Taki żart. Dobra, żart.
[18:25] - Że się martwi o to, żeby do mnie nie zapukano nad ranem. To ja bym chciał skorzystać z tej opcji i powiedzieć właśnie, że martwmy się dalej wspólnie i nie idźmy tą drogą.
[18:39] - Dobrze, więc wszyscy wiemy, o co chodzi, że tak powiem, to inspiracja do naszej wymiany zdań teraz. Można brać za inspirację wszystkie kabarety z czasów PRL-u, kiedy trzeba było się ocierać o ten prawdziwy stan rzeczy, ale za bardzo wprost nie można o tym mówić. Także wracamy powoli do tego, niestety, przez tą cholerną polityczną poprawność i inne tego typu zjawiska. Natomiast wracając już do rzeczy. W historii ludzkości były dwa momenty, w których nastąpił skokowy stan zmiany całej struktury motywacyjnej ze względu na zmianę struktury społecznej i zmianę sposobu regulowania relacji władzy. Pierwszy to jest okres mniej więcej V wieku p.n.e., V, VI w całym kontynencie, w superkontynencie Eurazji. To też mówiliśmy, przepraszam, ale przypomnę, dlatego, że warto tego typu rzeczy przypomnieć i mieć cały czas w głowie. Nastąpiła zmiana modelu imperium. O ile wcześniejsze imperia były tworzone siłą, czyli wybijamy sąsiednie ludy albo zmieniamy ich w niewolników i to przynosi nam chwałę, a nagle okazuje się, że powstają takie systemy społeczne jak konfucjanizm, takie systemy społeczne, jakie panowały w Imperium Perskim, których władca jest opiekunem, ojcem, który dba o swoich poddanych, pilnuje, żeby mieli dobrze, żeby mogli wieść możliwie spokojne życie i są obdarzani szacunkiem przez tego władcę. Oczywiście i w „36 portalach”, i w „Siłach psychohistorii” jest masa przykładów właśnie na to.
Natomiast proszę zobaczyć, co się zmienia. W tym momencie, kiedy następuje taka skokowa zmiana w systemie rządów imperialnych, to nagle ludzie zaczynają sami wykształcać w sobie motywację do lojalności i do walki o taki system. I tu mamy ten przykład, wracając do tego przykładu, który właśnie wyczytałem z tym winem wlanym do rzeki. Mamy właśnie z takim przykładem. To jest zresztą przykład wzięty dokładnie z tego etapu. To jest VI, VII wiek p.n.e., kiedy nagle się okazało, że wódz zamiast sam się sycić dopaminą z tego wina przed niego i sam go wyklaść, to wino, bo to on był architektem zwycięstwa. Nie. On te zwycięstwo osiągnął dzięki tym wszystkim, którzy narażali, czyli skin in the game, narażali swoje życie i z nimi pił wodę z rzeki. Po prostu. I to dało do morale, że można z nim było pójść do piekła i oni by poszli bez słowa skargi.
Mieliśmy to zresztą przed II wojną światową. Gdyby ktoś nie specjalizował się, że tak powiem, w tym okresie historycznym, to możemy, cała struktura takiego szkieletowego wojska, które Niemcy przygotowywały już do kolejnej wojny w czasie, kiedy obłożone były zakazem na przykład tworzenia sił zbrojnych, lotniczych i rozmaitymi innymi zakazami narzucanymi przez tych, którzy wygrali, czyli przez Ententę, mówię o I wojnie światowej, to te struktury dowodzenia oparte były właśnie na egalitaryzmie. O ile do czasów I wojny światowej oficerowie to byli jakaś arystokracja, szlachta wysoka rodowa i tak dalej i patrzyli na żołnierzy takich szeregowych z góry po prostu. To ludzie byli niewykształceni, robotnicy, chłopi. Generalnie to nie był ten sam materiał ludzki, nawet także de facto. Było czuć pogardę. W ten sam sposób zresztą są traktowani, czyli byli przynajmniej do niedawna, żołnierze w armiach arabskich. To też cytowałem i właśnie w tym zbiorze „Sun Zi i jego sztuka wojny” i w „Siłach psychohistorii” jest genialny link. Proszę sobie znaleźć w internecie, tutaj do wszystkich mówię, znaczy cały czas mówię do wszystkich, przepraszam, ale znajdźcie sobie artykuł, który się nazywa „Dlaczego Arabowie przegrywają wojnę z Izraelem?” i tam jest absolutnie pod tym linkiem, który wam wyrzuci na samym początku jest fenomenalny wręcz artykuł pokazujący właśnie na to, że ponieważ arabscy żołnierze byli z różnych plemion w obrębie całego kraju, ale tam nadal były utrzymane struktury klanowe, czyli to był jeden sposób pogardy, jeden punkt do tej pogardy wyższych szach wobec niższych, ale też dochodziły rozmaite inne czynniki społeczne, kwestia zamożności, kwestia należenia do jakichś bardziej wpływowych lub mniej wpływowych rodzin. Istniał dokładnie ten sam problem, jaki istniał właśnie w tych armiach historycznych.
Nie istniała motywacja do walczenia o wspólną przyszłość, zrealizowanie jakichś wspólnych, kolektywnych celów. Mówimy tutaj oczywiście o zdolności do ultrakooperacji i do zwykłej kooperacji. Jedna i druga to jest zdolność przyrodzona nam, homo sapiens i biologicznie, i kulturowo.Natomiast cała zdolność triumfowania jednych narodów nad drugimi polega na tym, że niektóre narody potrafią wykształcić taką obyczajowość, taki system prawny, taki system motywacyjny. Przypominam, że kapitalizm jest systemem motywacyjnym, a nie systemem ekonomicznym. Mieliśmy już na ten temat dłuższą rozmowę, tak że nie będę rozkręcał ponownie. Natomiast wracając już do głównego naszego wątku, drugą taką kolosalną zmianą w strukturach, relacjach władzy między poddanymi a, że tak powiem, górą, to miało miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku, właśnie w czasach napoleońskich, kiedy powstawały republiki, czyli res publica – rzecz, która należy do wszystkich, czyli coś, co należy do wszystkich, państwo należy do wszystkich. Wszyscy obywatele, każdy z nich jest suwerenem, czyli ma jakąś odpowiedzialność też. Nie tylko przywileje, ale właśnie odpowiedzialność. I takie armie obywateli były znacznie lepiej zmotywowane, znacznie lepiej zdyscyplinowane. Zupełnie innymi metodami szykowano je mentalnie do stawienia czoła przeciwnikowi niż armie feudalne.
Inaczej: koniec feudalizmu, czyli nastanie nie tyle ery republikańskiej, ile państwo republikańskie zdolne wystawić na polu bitwy armię żołnierzy obywateli zdobywało kolosalną przewagę nie ich wyszkoleniem – to też oczywiście – ale właśnie motywacją i determinacją do walki. Jest to słynne powiedzenie w powieści Erotomana Ziemiańskiego „Achaja” – jak ktoś czytał, to wie – jest powtórzone to powiedzenie Napoleona, że każdy żołnierz ma w plecaku co? Czytał pan Ziemiańskiego „Achaję”. Kto nie czytał, ręka do góry. Czytał? Czytał, tak. Jeśli chodzi o tę warstwę erotomańsko-seksistowsko-erotyczną, to jest jedna sprawa. Natomiast przemyślenia wojenne Ziemiańskiego są naprawdę super, świetne i warto je przeczytać, nawet jak komuś się nie podobają właśnie jakieś wybryki erotomańskie. Natomiast wracając: motywacja jest wszystkim. I teraz na sam koniec tego wywodu mogę wam powiedzieć, że właśnie ta książka „Skin in the game”, to co jest w niej najważniejsze, będzie też omówione w książce, która pojawi się w przyszłym roku na temat motywacji.
Książka ma angielski tytuł. Na razie nie wiem, jak dobrze przetłumaczyć, jakby ktoś miał pomysł, ale się nie da moim zdaniem. Po angielsku tytuł brzmi „The Influence of Willpower Upon History”. To jest gra na tytule książki Mahana, czyli wpływ potęgi morskiej, sea power, na historię. On pokazał, w jaki sposób zdolność kontroli szlaków żeglugowych, oceanicznych potrafi sprawić, że imperium staje się potężne, tak jak stała się Wielka Brytania, tak jak stały się potem Stany Zjednoczone. I książka zelektryzowała wszystkich właśnie, bo pokazała to, co wszystko dookoła się dzieje w jakimś jednym schemacie pojęciowym. Tak jak książki Taleba mają tą własność, że pokazują poukrywane w różnych zakątkach naszej rzeczywistości, naszej codzienności pewną prawidłowość, właśnie jak ta skin in the game, którą jak zrekonceptualizować – pamiętajcie, że to jest moje ulubione słowo – jak to zrekonceptualizować i podciągnąć do wspólnego mianownika, to okazuje się, że to wszystko wszędzie nas otacza, w każdym miejscu, w każdej interakcji możemy poznać, że wyjdziemy na tej interakcji dobrze albo źle, albo lepiej, albo gorzej. Właśnie ze względu na to, czy ten ktoś, kto z nami teoretycznie powinien współpracować i być po naszej stronie, że tak powiem, to jeżeli nie ma tego skin in the game, to może nas wystawić do wiatru po prostu kompletnie bezkarnie, bez konsekwencji. Także słuchajcie, książka o motywacji w przyszłym roku. Trzymajcie kciuki.
[28:32] - Panie Piotrze, smutne są moje refleksje po dzisiejszym pana wywodzie, ponieważ uświadomiłem sobie, że owszem, teoretycznie w Europie mamy republiki, mamy państwa, które są rzeczą wspólną i w których to wszystko, o czym pan powiedział, ta motywacja, to wszystko powinno działać. Tymczasem dlaczego ja mam takie głębokie przekonanie, że owszem, szyld republiki funkcjonuje, natomiast nasze armie, ale to nie dotyczy tylko armii, to dotyczy również polityków, pewnych spraw, które się rozgrywają zupełnie w cywilu, to mam takie wrażenie, że ten podział na arystokrację i ten ciemny lud funkcjonuje w najlepsze i w związku z tym to jest kolejny kamyczek do tego ogródka, że Europa pod wieloma względami po prostu umiera.
[29:30] - Zgadza się. Jeden z parametrów składających się na sytuację naszej dekadencji. Odepcę się wam tej dekadencji. Z tego to ten cytat?
[29:46] - Z pana ulubionej „Seksmisji”.
[29:49] - Tak, zgadł pan. Tak jest. Dobrze, więc jednym z parametrów naszej dekadencji jest właśnie to, że w strukturach władzy, w strukturach, w których funkcjonujemy na co dzień, czyli w nauce na przykład – i o tym Taleb właśnie szczególnie mówi, bo on jest bardzo zacięty na tak zwaną akademię. Academy to się po angielsku nazywa, czyli na ten świat akademicki, o którym też mówiliśmy, że mamy chyba bardzo zbieżne poglądy pod tym względem jakiś miesiąc temu.Więc wszystko to, co się dzieje, na przykład w świecie akademickim, który nie produkuje rzeczywistej nauki, tylko robi takie kółka wzajemnego cytowania między innymi po to, żeby sobie nabijać punkty w rankingach akademickich. Jest to sprytnie sformułowany system, spięty system, dlatego że w jakiś sposób aktywizuje ludzi do prac naukowych. Natomiast te prace naukowe to jest czysta forma. Nie ma tam nic, co by było wartościowe. To też Taleb cytuję, dzisiaj jestem po lekturze po prostu. Robiono niedawno badania wszystkich prac naukowych przedstawionych w tym czasopiśmie prestiżowym, podkreślam, wiadomo o co chodzi, w „Nature” i okazało się, że jedynie 39 na 100 badań dało się zreplikować. Inaczej mówiąc, nawet tak prestiżowe czasopismo jak „Nature”, które publikowało badania sprawdzane przez taki peer review, czyli recenzje robione przez naukowców zajmujących się tą samą dziedziną, to ze 100 powinno być 100 w tak znamienitym piśmie, a było tylko 39.
Więc proszę zobaczyć, jakową patologią jest współczesna nauka, nie mówiąc już o takich kompletnych patologiach, jak był ten słynny incydent, że trzech badaczy, tutaj wielki szacun, to są bohaterowie mojego życia, wysłało spreparowane artykuły do rozmaitych pism zajmujących się gender i tak dalej. I jedno z pism było, jak to było? „My struggle is our struggle”, czyli to nawiązanie do Hitlera, czyli „Mein Kampf”. I rzeczywiście oni użyli, to bardzo znana sprawa z 2018 roku. Bardzo proszę sobie znaleźć. Znaczy znajdźcie sobie, przepraszam, zbyt oficjalnie powiedziałem. Tam było tak, że w jednym z tekstów właśnie nazwanych, że moja walka jest twoją walką, wzięli obszerne cytaty właśnie z „Mein Kampf” Hitlera i podstawili zamiast „Żydzi” podstawili słowo „mężczyźni”. I skończyło się to tak, że nie tylko ten artykuł został wydrukowany, ale jeszcze tym fikcyjnym autorom, czy tej fikcyjnej autorce, czyli tym trzem pranksterom, tu jeszcze raz wielki szacun, to są bohaterowie, zaproponowano, żeby zostali recenzentami w tym piśmie, w którym ten podstawiony tekst został wydrukowany. Znaczy ja tak baranim głosem, dlatego że to jest obraz kompletnego przejęcia naszych instytucji naukowych przez dzicz ideologiczną. Niemniej jest to wyjątkowo śmieszne.
Trudno zaprzeczyć.
[33:08] - W swoim czasie ukazała się również książka, w tej chwili nie pamiętam oczywiście jej tytułu, ale wspólnie z Wiktorem Żwikiewiczem omawialiśmy ją w „Bibliotekarium”. Książka dwóch autorów, którzy wykonali bardzo podobne działania, to znaczy rozsyłali artykuły naukowe, cudzysłów ogromny w tym wypadku, takie zahaczające o gender i tym podobne sprawy. I proszę sobie wyobrazić również z wielkim powodzeniem. Tam zresztą już szaleli, bo łączyli fizykę, matematykę z tymi sprawami gender. Po prostu poszaleli, ale wbrew oczekiwaniom, nawet swoim, odnieśli wielki naukowy sukces, to znowu w cudzysłów wzięte. Te artykuły, przynajmniej w części, były kupowane, drukowane i w ogóle zachwalane. Ja sobie kiedyś ten tytuł przypomnę, ja tę książkę czytałem. Po prostu kompletne szaleństwo.
[34:14] - Niestety tak właśnie jest. Natomiast wracając do tego skin in the game, czyli ryzyko. Taleb w tej swojej książce rozróżnia bardzo wiele rzeczy. Robi bardzo fajne rozróżnienie, które ja znałem od bardzo dawna, dlatego że jest ono jednym z głównych tematów sił psychohistorii. Otóż idę twierdzenia, czyli jakieś zdania opisujące rzeczywistość dookoła nas mogą mieć wartość prawdziwości albo mogą mieć cechę prawdziwości albo nieprawdziwości, czyli adekwatnego opisu. Natomiast teorie naukowe i rozmaite inne, że tak powiem, plany działania, czyli jakieś, jak to się nazywa, procedury czy też heurystyki. Heurystyka to jest jakaś procedura, która zmierza do osiągnięcia jakiegoś wyznaczonego celu, wskazanego. To one nie mają wartości prawdziwości albo nieprawdziwości, tylko mają użyteczności albo braku użyteczności. I kiedy tak sformułujemy kryterium oceny na przykład teorii naukowych czy artykułów, konkretnie na przykład w jakichś czasopismach naukowych, to nagle się okazuje, że większość tego, co jest publikowane, to jest kompletny bełkot mający spełniać tylko i wyłącznie kryteria pozwalające na otrzymanie punktów. W związku z tym ta idea tej skóry w grze ma się do tego typu rzeczy w ten sposób, że naukowcy, czy też inaczej uczestnicy życia akademickiego, bo trudno nazwać naukowcami ludzi, którzy tworzą tego typu produkty naukoopodobne.
To jest takie pojęcie, które niezwykle intuicyjnie trudno jest sformułować i trudno je opanować do użycia codziennego, żeby użyć tego jako filtra tego, co jest dobre albo co jest złe, czyli użyteczne albo nieużyteczne.Jest tam coś takiego jak zdolność. Teorie są wartościowe, czy też skutecznie przewidują przyszłe stany rzeczywistości, albo skutecznie pozwalają osiągnąć jakiś cel wtedy i tylko wtedy, kiedy teorie są wykształcone w procesie, w którym ktoś czymś ryzykował. Czyli inaczej mówiąc, ktoś, kto napisał z psychologii jakiś artykuł, badanie przeprowadził, którego nie da się zreplikować, dlatego że przyjął kompletnie błędne założenia, napisał byle co, to nie ma żadnej wartości. Natomiast mądrości starożytne, niemal słowo w słowo powtarzam to, co napisał Taleb. Mądrości starożytne mają tą cechę, że skoro przeżyły i wartość nie zmieniła się przez ostatnie 2000 lat na przykład, to oznacza też, że czym dłużej do tej pory przetrwała, tym ma większe szanse, żeby przetrwać drugie tyle. Dlatego, że one są sprawdzone w praktyce. Natomiast teorie, które są wymyślane na co dzień po to, żeby zyskać punkty, żeby zyskać prestiż akademicki i tak dalej, to wszystko jest wymyślane nie do tego, żeby być użytecznymi teoriami pomagającymi kontrolować rzeczywistość, tylko do tego, żeby osiągnąć status, prestiż i różne inne, kompletnie niemające nic wspólnego z użytecznością cele.
[37:52] - Panie Piotrze, a gdybym poprosił pana w tej chwili o jakąś próbę podsumowania, jak to wszystko, o czym pan dzisiaj mówił, da się przełożyć na praktykę? To chyba złe słowo.
[38:08] - Nie, właśnie dobrze. Na praktykę. Tak.
[38:11] - No to na praktykę. Zostańmy przy tym słowie.
[38:14] - Bardzo proste. Z kimkolwiek jesteście w związku emocjonalnym, biznesowym, jakimkolwiek innym. Rozpiszcie sobie na kartce, kto w jaki sposób jest wyeksponowany na ryzyko. To jest świetne pojęcie, które bardzo fajnie brzmi po prostu profesjonalnie i w ogóle prestiżowo nawet, żeby to powiedziało. Jak jesteście wyeksponowani na ryzyko, czyli ile zainwestowaliście w przypadku niepowodzenia, czy tamta strona straci w tym samym stopniu, w którym my stracimy, bo jeżeli straci tylko w ułamku procenta, to znaczy, że podpisaliście zły kontrakt. Źle dobraliście partnera. Ja miałem taką sytuację. Jak mnie słucha, to niech cię piekło pochłonie koleś. Próbowałem kupić nieruchomość powiedzmy, że 15 lat temu mniej więcej. I problem polegał na tym, że byłem na tyle wtedy głupi, przyznaję się, że sam zaoferowałem, że sfinansuję cały jej zakup, a tamten musiał tylko pojechać na podpisanie notarialne.
No i zrobiła się taka sytuacja. Nawet nie chcę mówić, bo bez przekleństw po prostu nie da się tego powiedzieć. Generalnie zostałem wycykany i straciłem chyba z 15 albo 20 tysięcy złotych przez jednego kretyna, przeze mnie samego, dlatego że nie zwróciłem uwagi, że zaproponowałem sam z własnej inicjatywy to, że gość niczym nie ryzykuje i nagle może się rozmyślić. Co zrobił zresztą, rozmyślił się w ostatniej chwili i mnie poinformował w takiej sytuacji, że musiałem wbić się w samolot i po południu się dowiedziałem, co się kroi. Podjąłem decyzję, natychmiast przyjeżdżam do Polski i na lotnisku kupiłem bilet i przyleciałem po prostu tak, że następnego dnia byłem w Polsce. Po prostu do tego stopnia. Więc proszę, jak będziecie cokolwiek robić, rozpiska: co tamta strona ryzykuje, co straci w przypadku, gdy jakieś jest niepowodzenie. I dopiero wtedy, mając taką rozpiskę, kto jest narażony na jakie ryzyko, należy sprawiedliwie uzgodnić, w jaki sposób to ryzyko jest rekompensowane na przykład zyskiem. Ja ryzykuję 90%. Ja zaryzykuję na przykład 90 tysięcy, a ten drugi 10 tysięcy.
W związku z tym zyskiem dzielimy się w tej samej proporcji. Krótka piłka. Albo jeżeli kupujemy jakiś przedmiot albo nieruchomość, żeby zarobić na różnicy w cenie przy sprzedaży, to jak ktoś daje 20% to tylko 20% dostaje zysku, a nie 50/50. Bo w tym momencie, kiedy jest taka dysproporcja, brak balansu, brak równowagi w tej ekspozycji na ryzyko albo ekspozycji na zainwestowaniu swoich własnych zasobów, jakaś wspólna rzecz. Jeżeli balans jest nieadekwatny, to wtedy stawiamy się w sytuacji osoby, która nie potrafi zadbać o własny interes. I to też jest bardzo kluczowe dla wielu osób, dlatego że ludzie kalkulują po prostu. Stwierdzą: „A co mi przeszkodzi? Ocykam go na tej zasadzie i co mi zrobi?” w ten sposób. Więc bardzo praktyczna zasada. Liczę na to, już tak podsumowując, że tak jak kilka moich uwag, podobnych przemyśleń, które były w 36 fortelach, ludzie się do mnie zgłaszali i dziękowali, że wygrali sprawy sądowe.
Kilkukrotnie już mi się to zdarzyło, więc mam nadzieję, że ta zasada uratuje was, któregoś z was. Mam nadzieję, że już nie będzie musiała, ale gdyby tak, to będę bardzo wdzięczny za kontakt i podziękowanie, bo bardzo mnie to cieszy. Także jako podsumowanie.
[42:05] - Powiem, że dzisiaj pan naprawdę przekazał tak zwaną cenną wiedzę. Takie jest moje podsumowanie dzisiejszej audycji, panie Piotrze.
[42:17] - Jeszcze przepraszam, pozwolę sobie przerwać, niech pan mi wybaczy, bo dawno nie było konkursu, to już zróbmy tak, że zaraz jest czerwiec, czyli zapauzujemy na wakacje Telegram.Niniejszym ogłaszam amnestię limitową, jeśli chodzi o wygrane książki dla wszystkich, którzy już wygrali. W nawiązaniu od razu zadam zagadkę. Można wybrać książkę do wyboru, przy czym można wybrać książki, które jeszcze są nieopublikowane. Przypominam, że w ciągu bieżącego roku wydam łącznie pięć książek. Jedna już jest wydana, czyli „Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie”. Zaraz wyjdą kolejne, przede wszystkim ten album za Borgami. Zagadka: poproszę o tytuł filmu, który zaczyna się w miejscu noszącym nazwę taką jak nazwisko niemieckiego generała z czasów II wojny światowej. Opis fabuły filmu: gadająca żaba namawia młodego robotnika rolnego do zabicia własnego ojca. We wcześniejszym odcinku tego samego cyklu filmowego robotników zostało zindoktrynowanych do wstąpienia do sekty religijnej, ekstremistycznej oczywiście, oraz do wzięcia udziału w ataku na obiekt infrastruktury rządowej o znaczeniu strategicznym. Koniec zagadki.
Czas odpowiedzi: 10 dni.
[43:36] - Nikt nie potrafi zadawać zagadek w ten sposób jak Piotr Plebaniak z Tajwanu, z Radia Wolny Tajwan.
[43:49] - Słyszę, że rozśmieszyłem. Tak, dobrze.
[43:52] - Tak, to prawda. Panie Piotrze, pięknie dziękuję. Ja sobie do przyszłego tygodnia tę dziwną książkę, której dwóch panów skutecznie zmanipulowało amerykańskimi ośrodkami akademickimi, na pewno przypomnę. No i cóż, do usłyszenia za tydzień.
[44:11] - Miłego zgadywania.
[44:13] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.