Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:07] - Dzień dobry, bardzo gorąco pozdrawiam z samego południa Tajwanu. Właśnie byłem na przepięknym festiwalu, także zapraszam do dołączenia do mojego Facebooka. Tam wrzucam właśnie zdjęcia i z zeszłego tygodnia i z bieżącego festiwalu i są niesamowite po prostu. Znowu dodam.
[00:23] - Niesamowite jest, bo jak się niektórym zdjęciom przyglądam, to tak z grubej rury nawiążę do tematu dzisiejszego odcinka, to trochę jakbym oglądał jakichś pozaziemców z innej, bardzo odległej galaktyki. Niektóre stroje, niektóre takie całe okoliczności przyrody, tak to określmy ogólnie, tak troszeczkę wyglądają, jakby były przeniesione z innej planety. No ale to tak powiedziałem z grubej rury nawiązuję do tematu. Bo dzisiaj, proszę państwa, będziemy mówić o zagładzie Gwiezdnych Wojen. Niech pan to rozwinie, panie Piotrze.
[01:04] - Tak. No po pierwsze, no to pan jest ksenofobem. Jak można mówić o jak obcych? To są ludzie tacy sami jak my. Mają takie same DNA. A to, że wyglądają inaczej i co innego żrą i innym językiem mówią, to przecież jest wszystko jedno.
[01:19] - No ja zawsze byłem, ja zawsze byłem zacofany, wie pan. Oczywiście w ogóle mnie to nie przeraża.
[01:26] - Takim tonem, którym ja właśnie pozwoliłem sobie tutaj naruszyć godność pana Marka, mówią rozmaite pięknoduchy, którzy posługują się między innymi taką bronią ideologiczną jak różnorodność i jak dyskryminacja. To na początek sobie omówimy, co to jest różnorodność. Różnorodność, czyli diversity. To, co słyszymy w internetach i w różnych środkach masowego dezinformowania i rozformatowywania naszego umysłu, naszych umysłów. Dywersyfikacja polega na tym, że traktujemy ludzi, którzy są inaczej sparametryzowani koniecznie w identyczny sposób, jak wszystkich innych, nie uwzględniając w niektórych przyjętych kulturowo jakichś aspektach, że każdy ma swoje różne talenty i rozmaite klasy ludzi czy grupy ludzi, czy klasy generalnie. Po angielsku to jest lepiej rozróżnione, wydaje mi się, niż w języku polskim, dlatego że klasa ludzi to jest zespół ludzi wyróżnionych pod jakimś kompletnie arbitralnym najczęściej aspektem. Na przykład class action to jest nazwa na działanie prawne, czyli na pozew zbiorowy, prawda? Jakaś grupa ludzi wyróżniona tym, że są klientami tego podmiotu, który jest pozywany, że oni domagają się o jakieś rekompensaty czy też jakiegoś odszkodowania od tego podmiotu pozywanego. Natomiast jest jeszcze ten drugi termin oprócz tej różnorodności, czyli diversity, jest jeszcze to pojęcie dyskryminacji. Na czym polega dyskryminacja?
Na tym, że mamy preferencje wobec jakiejś innej, jakiejś wyróżnionej przez siebie albo jakiejś ogólnie przyjętej w kulturze klasy ludzi określonej jakimś słowem albo mających jakąś przypisywaną im albo rzeczywistą, albo połączenie tych obu, prawda? Albo jest ktoś szufladkowany do pewnej klasy ludzi. Czasami słusznie, czasami niesłusznie. To jest oczywiście nie zero-jedynkowe, nie binarne, tu posłużę się wrogim narzędziem zbrodni. Więc dyskryminacja może być czymś bardzo pozytywnym i w naszej kulturze, znaczy w każdej kulturze są pewne typy dyskryminacji, które są uznane za neutralne, za jakieś oczekiwane czy oczywiste, że każdy ma prawo do tego być. A to, co nasi wrogowie ideologiczni, przynajmniej moi, oczywiście mówię za siebie, ale proszę podjąć też własną decyzję, bo na to jest najwyższy czas na tym etapie wojen kulturowych. Dyskryminacja może być pozytywna społecznie i dobra. Nie ma czegoś takiego jak dyskryminacja jest zawsze zła. Przykładem jest na przykład to, o co są afery: dyskryminacja mężczyzn w przestrzeniach wyznaczonych prawnie czy też decyzją właściciela tej przestrzeni, że są tylko dla kobiet. Teraz się pokazali tacy faceci, którzy skorzystali z szaleństwa ideologicznego tak zwanego białego liberalizmu czy białych liberałów i deklarując się jako kobieta uzyskują i faktycznie uzyskują prawnie usankcjonowany dostęp do przestrzeni zastrzeżonej tylko dla kobiet po to, żeby te kobiety mogły czuć się bezpiecznie przed napastowaniem, przed jakimś seksualnym napastowaniem przede wszystkim albo przed wtargnięciami osób, które sprawiają, że część z tych kobiet czuje się nieswojo albo właśnie w jakikolwiek sposób nie do końca pozytywny.
[05:38] - Panie Piotrze, ja to tak się wcinam bezczelnie, ale tylko żeby powiedzieć, że obserwujęMoże to za duże słowo, jakieś przebudzenie, ale oznaki tego, że przynajmniej część ludzi w naszej sferze, strefie kulturowej chyba troszeczkę przejrzała na oczy, bo już nawet możni tego świata, wybrane jednostki możnych tego świata zaczynają mówić o tym, że na przykład bycie sportowcem i zmiana płci przez sportowców pozbawia szansy kobiety, które latami ćwiczyły. I to nie jest specjalnie odkrywcze, ale jeszcze całkiem niedawno wykluczano nawet ze związków sportowych znaną tenisistkę chociażby za to, że śmiała coś takiego powiedzieć. Tymczasem dzisiaj już wchodzi to, nieśmiało, ale wchodzi do debaty publicznej. To jest dla mnie pewna oznaka tego, że coś się chyba zaczyna zmieniać albo w każdym razie, że te wojny kulturowe wkroczyły na nowy etap.
[06:48] - Nie, wojny mają się świetnie. Chociażby tutaj będę złośliwy. Przejął pan nieświadomie retorykę ludzi, którzy narzucają nam rzeczy, światopogląd i rozwiązania prawne i obyczajowe sprzeczne z jakimkolwiek zdrowym rozsądkiem, bo użył pan terminu „zmienić płeć”, czego zrobić nie sposób.
[07:12] - Ale jakoś muszę to opisać. To, że ja coś cytuję, nie oznacza, że to przyjmuję. Tylko żebyśmy rozmawiali.
[07:19] - Tak, ale to musi pan zaznaczyć, przepraszam, ja się upieram dlatego, że to jest szalenie niebezpieczny proces, który sprawia, że na przykład posługujemy się takimi terminami jak, cytuję: „homofobia” czy „transfobia”, czy wszystko to, co jest z fobią, co jest oczywistą bronią polegającą na osiągnięciu przez używającego tego terminu, tej broni ideologicznej, osiągnięciu tak zwanego moralnego wyższego gruntu, czyli moral high ground, czyli moralnej wyższości, z której to wysokości innych oceniają jako tych złych, jako jakoś zacofanych i tak dalej. Zacytuję, nie potrafię tego dokładnie zacytować, bo to było trochę skomplikowane. Natomiast w filmie „Ostatni rycerze” z Morganem Freemanem, który jest w moim przekonaniu jego najlepszą rolą, idealnie do niego pasującą, mimo tego, że jest władcą królestwa położonego gdzieś tam w śniegach, a jest ewidentnie bardzo bogato wzbogacony w-
[08:23] - Nieśniegowy.
[08:24] - Tak, nieśniegowy. Pan Marek ma talent, jako pisarz ma wybitny talent do eufemizmów. Murzyn jest po prostu Morgan Freeman, więc jest absolutnie fenomenalny aktor i w fenomenalnej roli władcy z niezwykłą charyzmą, ale jednocześnie właśnie z rzeczywiście niezwykle wysokimi walorami moralnymi i kodeksem honorowym. I on powiedział coś takiego właśnie w chwili, w której jego, w skrócie, nie będę zdradzał treści filmu, bardzo polecam wszystkim ten film. Świetnie to sformułowałem. Czesko-koreańska produkcja o samurajach. Tak to bym powiedział. I Morgan Freeman powiedział, że przyjęcie języka pretensji, bo ktoś zaczął wymagać od niego wręczenia łapówki, pretense po angielsku, przyjęcie języka pretensji tylko sprzyja jej umocnieniu. Czyli w chwili, w której ja się strasznie tego pilnuję, tak jak powiedziałem, wręcz rygorystycznie, co dla innych postrzegane jest jako przesada, natomiast musimy na to bardzo uważać, dlatego że mężczyźni na przykład tacy jak facet, który zdobywał złote medale na mistrzostwach pływackich w Stanach Zjednoczonych, to jest ewidentnie facet, nic sobie nie obciął, nic sobie nie wyciął. Wygląda jak facet, zakłada tylko, że jest transwestytą i deklaruje się jako kobieta, co szaleństwo ideologiczne doprowadza do tego, że on jest traktowany formalnie jako kobieta i zgarnia wszystkie nagrody i odbiera po prostu, tak jak pan Marek wspomniał, szanse życiowe ludziom, kobietom, bo kobieta to też człowiek, które ciężko pracowały na to, żeby coś osiągnąć w życiu i nagle facet im to sprzed nosa po prostu zabiera.
Typowy trolling po prostu w moim przekonaniu. Gość był jakoś chyba na 800. miejscu w rankingach, a nagle jak wszedł w rolę kobiecą, to stał się pierwszy. Także niestety feministki, a i feministki boją się, niektóre są sterroryzowane, dlatego że już jest mocniejsza karta niż feminizm, czyli właśnie ten tak zwany transseksualizm, a niektóre po prostu jawnie już działają na rzecz tego transseksualizmu, a nie feminizmu. Feminizm traktując tylko i wyłącznie jako sposób zdobycia głosów feministek w całym tym szaleństwie, jakie ma miejsce. Natomiast zaraz o tym szaleństwie mówimy o „Gwiezdnych wojnach”, które zostały zniszczone w tej trylogii sequelu w sposób wręcz spektakularny. Najważniejszy bohater mojego przynajmniej dzieciństwa, mówię o Luke'u Skywalkerze. Jak Luke Skywalker nie jest największym bohaterem dzieciństwa naszych słuchaczy, to smutno mi będzie do końca dnia, jak o tym pomyślę. Ale wracając już, żarty wszystkie na bok, do głównej treści, proszę zobaczyć, co się stało. Dlaczego Luke Skywalker stał się najważniejszym bohateremDzieciństwa tego zwariowanego pisarza z Tajwanu, ale też wielu innych.
Dlatego, że był symbolem nadziei, symbolem tego, że nigdy nie wolno się poddawać i tej nadziei nigdy nie wolno tracić. Symbolem tego, że po to, żeby coś osiągnąć, żeby spełnić swoje aspiracje, czyli żeby dołączyć do rebelii przeciwko Imperium, żeby walczyć po słusznej sprawie. Żeby to zrobić, trzeba coś poświęcić. Trzeba pożegnać się z jednym, po to, żeby kiedyś, w jakimś tam momencie zrealizować to drugie. Tym symbolem takiej drogi bohatera, nawiązuję tutaj do „Bohatera o tysiącu twarzy”, książce Campbella i o tym archetypie bohatera, który przeżywa jakąś drogę. Zresztą to jest w większości powieści, że jesteśmy w jakimś miejscu, bohaterowie się po raz pierwszy spotkają, zarysowuje się jakaś akcja, potem się dzieje cały ten film albo cała książka i na koniec bardzo często jest tak, że ci bohaterowie nagle pojawiają się w tym samym miejscu, które było pokazane na początku filmu. Ale ci bohaterowie to są zupełnie inni ludzie, przekształceni właśnie przez te wszystkie wydarzenia, które miały miejsce w filmie. I teraz to, czym były „Gwiezdne wojny” na początku, mówię o pierwszej części, czyli ta nowa nadzieja, czyli to, co my traktujemy jako epizod czwarty, nowa nadzieja, jako po prostu „Gwiezdne wojny” mamy przetłumaczone na język polski. To jest zbiór wszystkich możliwych, najważniejszych archetypów, wątków, sposobów przedstawienia z bajek dla dzieci. Jakby ktoś nie był tego świadomy, jako pierwszy tłumaczę to, zazdroszczę tego uczucia, tego zrozumienia.
Proszę zobaczyć, co się dzieje. Mamy chłopczyka ze wsi, jakiegoś tam parobka, który gdzieś tam pracuje na roli i nie ma żadnych perspektyw życiowych, ale ma te aspiracje. Ma ten sen, który sprawia, że wyróżnia się ze swojego otoczenia, dlatego że ten sen koniecznie chce spełnić. Luke Skywalker, wczoraj sobie oglądałem ten epizod, więc tym bardziej sobie odświeżyłem. Luke Skywalker chciał zostać pilotem. Chciał walczyć dla Imperium, bo wtedy jeszcze nie był określony, po której stronie chce być, bo jednocześnie chciał się dostać do szkoły pilotów imperialnej, ale z drugiej strony podniecała go kwestia dołączenia do rebelii, która była wielkim wydarzeniem na tej pustynnej rolniczej planecie. Więc co się stało? Nagle pojawiają się te dwa roboty, czyli R2D2 i C-3PO i wciągają go w galaktyczną intrygę. Ale co mamy? Mamy księżniczkę, która została porwana przez jakiegoś wielkiego króla i trzymają tą księżniczkę w wielkim zamku gdzieś tam na wzgórzu, czyli na Gwieździe Śmierci.
I co? Okazuje się, że ten mały parobek, który nic nie znaczy, okazuje się, że był synem wielkiego rycerza, który walczy na miecze. Co prawda świetlne, ale nie stalowe. I co? Trzeba uratować księżniczkę, czyli pojechać do tego zamku maga, czyli tam, gdzie on teraz jest w systemie Alderaan. Jak ktoś nie oglądał i nie pamięta, to w ogóle nie jest dla mnie homo sapiens. Nawiązując do powiązania, do tego, co pan Marek mówił na początku rozmowy. Natomiast proszę zobaczyć, podróżują właśnie do tego zamku, wkradają się do tego zamku i próbują tą księżniczkę odzyskać. Cały ten schemat baśni dla dzieci został przełożony na space operę i na tym polega właśnie cała magia. Dlaczego wszyscy zostali zaczarowani, kiedy ten film trafił do kin w 1977, dobrze pamiętam?
[15:20] - Tak dokładnie panu nie powiem. W każdym razie w drugiej połowie lat 70. w Polsce był.
[15:27] - Żeby dokończyć ten wątek. Wszystko, co tylko się dało wprowadzić do tego filmu, żeby rezonowało w umysłach widzów, wszystko to zostało wprowadzone. Czyli ci szturmowcy Imperium mają hełmy podobne do tych drugowojennych niemieckich, dlatego że to są ci źli. Vader tym bardziej jest czarny. Zresztą głos podstawiał Murzyn, to tym bardziej jest czarny charakter. Jeszcze i ciemna strona mocy, to może kpią sobie. Może to rasiści właśnie tak kpią. Bo na marginesie, jakby ktoś nie wiedział, ten aktor podstawiał głos Dartha Vadera, który grał tego szefa CIA, do którego Jack Ryan przyjechał na początku filmu. I on ma taki strasznie głęboki głos. On był też zresztą królem w „Książę w Nowym Jorku” z Eddiem Murphym, w genialnym zresztą filmie.
Jak ktoś nie pamięta albo ktoś nie oglądał, tym bardziej to straszne. Przede wszystkim wyrażam tu ubolewanie i brak szacunku, ale proszę w takim razie usunąć powody tego mojego ubolewania i braku szacunku poprzez obejrzenie filmu. Jest po prostu super śmieszny, fenomenalny wręcz. Ale wracając do tych czarnych charakterów, dlaczego te „Gwiezdne wojny” stały się tak popularne? W moim przekonaniu właśnie dlatego, że wszystko tam rezonowało, czego ja sam nie wiedziałem, bo nie potrafię za bardzo tego... znaczy teraz już umiem, ale na samym początku nie odróżniałem akcentu angielskiego i amerykańskiego. A okazuje się, że postacie Imperium, czyli wszyscy ci na tej naradzie słynnej, na której Vader podduszał tam jednego z tego bucznego dowódcę. Oni wszyscy mówią z akcentem brytyjskim, natomiast ci, którzy byli rebeliantami, mówili z akcentem amerykańskim. I to jest właśnie takie oczywiste dla Amerykanów czy dla Brytyjczyków, ale dla mnie to było kompletnie przezroczyste. Ja tego nie widziałem.
Ale właśnie Imperium to jest właśnie te złe brytyjskie imperium, od którego Amerykanie musieli ogłosić niepodległość w 1776 czy 1774?
[17:29] - 1776.
[17:32] - Więc zobaczcie, jak wiele elementów z naszej kultury zostało wprogramowane w „Gwiezdne wojny” po to właśnie, żeby tego widza przyciągnąć i przede wszystkimTeraz już dochodzimy do sedna. Całe „Gwiezdne wojny” były w intencji Luke'a Skywalkera, przepraszam Lucasa, stworzone jako film dla młodych chłopców. Dla małych chłopców. Dlaczego? Dlatego, że „Gwiezdne wojny” mają właśnie tę rolę dydaktyczną. Nie wiem, czy można to tak nazwać. W tym sensie, że pokazują, że nie możesz się poddawać. Musisz ciężko pracować po to, żeby osiągnąć wolność. Musisz odpracować swoją pańszczyznę, czyli na roli, po to, żeby móc potem spełnić swoje aspiracje. Musisz coś stracić, żeby nagle droga do spełnienia tych aspiracji się spełniła.
Bo wuj i ciotka, którzy wychowywali Luke'a Skywalkera, zostali zabici przez Imperium. I tutaj mamy znowu ten motyw kolejny, czyli zemstę. Tu akurat nie bezpośrednio, ale jego bliscy zostali skrzywdzeni przez tych jego wrogów, którzy nagle się okazali tymi wrogami. Dlatego, że co zrobili? Vader zdradził i zamordował ojca Luke'a Skywalkera. Tak Luke myślał właśnie w tym filmie. Potem szturmowcy Imperium zabili jego opiekunów, sprawiając, że nic go już nie trzyma na planecie Tatooine, ale może zrealizować tą swoją ideę, ale jednocześnie łączy to właśnie z walką przeciwko tym, którzy tych krzywd w jego życiu dokonali. I wszystko to się splata właśnie w bardzo silną opowieść dydaktyczną, uczącą nas, co jest dobro, co jest zło, jak zachowują się ludzie źli, jak postępują ludzie dobrzy. Nie wiem, czy pan ma jakiś komentarz jako pisarz.
[19:31] - Tu się zgadzam z tą diagnozą, natomiast niecierpliwie oczekuję porównania, bo użył pan w tytule słowa zagłada, a zatem musiało dojść przy kolejnych realizacjach do czegoś, co kompletnie rozwaliło ten pierwotny obraz. I tu już zacieram ręce i szykuję się na pana wywód.
[19:54] - Wywód jest zasadniczo bardzo prosty, a w sumie zainspirowało go pojawienie się nowej ekranizacji „Piotrusia Pana”. Zaraz o tym chwilkę też powiemy. Generalnie rolą dydaktyczną książek, filmów jest to, że uczą nas jakiegoś rodzaju samodyscypliny. Pokazują nam wzory tego, jak powinniśmy się zachować po to, żeby stać się ludźmi silnymi. Jeżeli chcemy oczywiście być ludźmi silnymi. Czyli musimy coś poświęcić. Musimy poświęcić teraźniejszość, teraz czy jakieś doraźne przyjemności do tego, żeby w przyszłości zyskać prestiż, zyskać jakąś władzę, zyskać umiejętności. Czyli żeby zostać na przykład rycerzem Jedi. Jeśli chodzi ściśle o „Gwiezdne wojny” i Luke'a Skywalkera, zawsze dochodzimy do tego z wielkim trudem. To nie jest tak, że pstryk, ładujemy sobie jak w „Matrixie” jakiś tam program.
O, znam kung-fu. Nie, właśnie życie, prawdziwe życie polega na tym, że musimy ćwiczyć. I proszę, zobaczmy, ile musiał przejść Luke Skywalker do tego, żeby w końcu w trzecim filmie dopiero zatriumfować. Ile musiał trenować, zaczynając kompletnie od zera. Musiał ponosić porażki. Proszę zobaczyć w „Imperium kontratakuje” traci rękę, dowiaduje się, że po to, żeby osiągnąć swoją aspirację, jak ktoś nie oglądał, to złośliwie po prostu zdradzam treść, już to za karę. Okazuje się, że Vader jest jego ojcem, prawda? Czyli po to, żeby stać się rycerzem Jedi, bo taki warunek został mu postawiony, że zostaniesz Jedi tylko wtedy, jak wygrasz w konfrontacji z Vaderem. Czyli musisz go pokonać i zabić. I Luke raz, że traci rękę, a dwa, że dowiaduje się, że po to, żeby spełnić sobie najświętszą, najważniejszą swoją życiową aspirację, musi zabić swojego własnego ojca, o którym właśnie się dowiaduje, że ten ojciec żyje i co najgorsze jest tym najgorszym, złym bohaterem walczącym po przeciwnej stronie.
Więc zobaczcie, jak wiele musi przejść bohater po to, żeby stać się postacią silną, żeby ta nadzieja niepoddająca, niewygasająca nadzieja zmieniła się w siłę charakteru i gotowość, tą maksymalną wręcz determinację do tego, żeby stało się wszystko to, co się powinno stać. I to wszystko zostało kompletnie, znaczy kompletnie to może nie, bo zostały jakieś elementy, ale Luke został postacią ostrzegawczą, bo stoczył się poza krawędź wszelkiej godności i prestiżu. Pił to zielone mleko od jakiejś tam kosmicznej krowy wyciskane z jakiegoś monstrualnego wręcz... Niemal jakieś szaleństwo. Jakaś tam krowa przy brzegu siedzi sobie nad morzem i Luke przychodzi do niej, napełnia, wyciskając z cycka jakieś zielone mleko i wypija. Robi jeszcze taką minę. To jest kompletna porażka jako bohatera, którego my, ludzie wychowani na tych „Gwiezdnych wojnach”, postrzegaliśmy właśnie jako bohatera, który nigdy nie traci nadziei, nigdy się nie poddaje, nigdy się nie załamuje, zawsze walczy do końca i zawsze ma nadzieję, że tego złego, zamiast go zabić, to po prostu przekona. Przekona go do tego, żeby nawrócił się na drogę dobra. I zobaczcie, co zrobili z tym bohaterem. Uciekł gdzieś tam na koniec galaktyki.
Wziął do ręki miecz, który był najważniejszym rekwizytem kojarzonym właśnie i z Lukiem Skywalkerem samym, i z tym, jak jego ojciec stoczył się na dobrą drogę, a potem został dzięki tym wszystkim perypetiomPrzywrócony na dobrą stronę mocy, na jasną stronę mocy. Wziął do ręki miecz i po prostu go wrzucił gdzieś za siebie w przepaść, bo to wszystko przestało być ważne. To było jednocześnie, oprócz tego, że to zniszczyło całą postać Luke'a Skywalkera, deklaracją ideologiczną tego, co nowi właściciele „Gwiezdnych wojen” zrobili z całą tą trylogią, sequelem. Znowu się pomyliłem. George Lucas, gdy sprzedawał prawa do „Gwiezdnych wojen” do Disneya, miał już przygotowany sequel, który miał w taki, a nie inny sposób wyglądać, który wyglądał, z tego, co w plotkach wiemy, zupełnie inaczej. Wszystkie te plany zostały przekreślone i stworzono film, który zwłaszcza w drugiej części tej trylogii, sequela, czyli w „Ostatnim Jedi”, stał się kompletnym miszmaszem wątków niemających żadnej logiki, żadnej mocy dydaktycznej przede wszystkim. Ta opowieść nie uczy nas w żaden sposób tego, że powinniśmy być wytrwali, cierpliwi, ciężko pracować po to, żeby się nauczyć jakiejś umiejętności. Proszę zobaczyć, jakie ma ona kwalifikacje od samego początku. Na samym początku jest mistrzem pilotażu. Nikt jej tego nie nauczył.
Nie ma tego wyjaśnionego w żaden sposób w opowieści. Potrafi posługiwać się Mocą w sposób, który był kompletnie nieosiągalny, gdyby porównać nawet do Aleca Baldwina, który się wcielił w Obi-Wana Kenobiego w pierwszej części, w tej najstarszej z 1977 roku. Wszystko to, co Luke Skywalker, czy wszystko, co inni mistrzowie musieli zdobywać ciężką pracą nad sobą, treningiem, ćwiczeniami, wyrzeczeniami i tak dalej, to Rey miała praktycznie od początku. Wzięła parę lekcji od Luke'a Skywalkera w końcu, co jakoś usprawiedliwiało jej zdolności. Natomiast proszę zwrócić uwagę, jak ktoś oglądał tą szkaradę w postaci tej trylogii sequela, proszę zobaczyć, że ona dzieje się w ciągu kilkunastu dni tak naprawdę i od momentu, w którym Rey jest jakimś zbieraczem złomu gdzieś na pustyni, do momentu, kiedy potrafi unieść w powietrze dziesiątki kamieni naraz. To było właśnie w „Ostatnim Jedi” na samym końcu, gdzie ukradli schemat całego filmu „Powrotu Jedi”. Zresztą cała ta trylogia sequela jest graniem na nostalgii starych miłośników „Gwiezdnych wojen”. Dlatego, że to po prostu jest cała seria kradzieży pomysłów. Już mówię tutaj o warsztacie reżyserskim i scenarzystów całej tej trylogii. Generalnie to, czego najbardziej brakuje, to właśnie tego, że ten film kompletnie nie uczy wartości.
Nie ma czegoś takiego, że bohater jest zadufany w sobie i nagle, znaczy może nagle, tak jak w „Karate Kid”. Nie wiem, czy pan, Marek, oglądał „Karate Kid”?
[27:19] - Oglądał. Chyba skończyłem na trzeciej części, bo już później-
[27:24] - Powtarzało się.
[27:25] - Tak, dokładnie. Ale oglądał.
[27:28] - Generalnie jakby ktoś nie oglądał, to warto obejrzeć moim zdaniem pierwszą część, a potem rzeczywiście to jest nachalne powtarzanie tego samego schematu. Polega to na tym, że młody chłopak spotyka starego dziadka, mistrza karate niepozornego, który po angielsku coś tam duka jakimś strasznym akcentem, który da się zrozumieć i to jest jedyne co pozytywne można o tym powiedzieć. Natomiast generalnie ten młody chłopak chce zostać mistrzem karate. W tej ikonicznej wręcz scenie, na YouTubie można sobie to obejrzeć, ten mistrz musi mu stemperować osobowość, mówiąc delikatnie temu chłopakowi. To jest przerysowane generalnie, overacted po angielsku. Więc mistrz karate każe temu chłopakowi malować płot, potem pastować podłogę. I ten chłopak w końcu wybucha, temu mistrzowi karate mówi w końcu: „Co to, miałem się uczyć karate, a ty mi każesz malować płoty? No to pokaż mi malowanie płotu”. I robi te ruchy w górę i w dół pędzlem i nagle się okazuje, że te ruchy są takie same, jakie są potrzebne przy blokach albo przy zadawaniu ciosów. I okazuje się, że ten chłopak tą lekcję pokory zdobył.
Oczywiście nie do końca, ale powiedzmy, że to rzeczywiście ma ten walor dydaktyczny, że trzeba się nauczyć pokory i wpierw ćwiczyć tą pamięć mięśniową, a potem dopiero można myśleć, żeby zostać mistrzem. Ta wartość dydaktyczna jest. Natomiast w filmach, które obecnie robi Hollywood, a przede wszystkim teraz Disney, który jest największym siedliskiem degeneracji i upadku moralnego, jaki można sobie na dzień dzisiejszy wyobrazić. Mówię to z całą powagą i się podpisuję. Niedawno, parę dni temu wyszedł film „Piotruś Pan”. Film został kompletnie zdegenerowany, zmieniony w jakiś produkt degeneracji, w którym znikły wszystkie możliwe wątki uczące małe dzieci tego, jak stać się ludźmi, osobami odpowiedzialnymi. Ta Wendy, czyli starsza siostra tego Piotrusia Pana, była takim rodzajem matki, prawda? Czyli ona to jest osoba, która brała odpowiedzialność, uczyła te dzieciaki, łącznie z Piotrusiem Panem, że trzeba w końcu dorosnąć i stać się osobami odpowiedzialnymi, a nie tylko ganiać z mieczami. Generalnie wątków dydaktycznych była ilość olbrzymia i na tym wychowało się całe pokolenie. I problem polega na tymNie tylko problem z „Gwiezdnymi Wojnami”, nie tylko z tym „Piotrusiem Panem”, ale z wszelkimi filmami Disneya, jakie teraz wychodzą, że zamiar scenarzystów i reżyserów i generalnie producentów, którzy decydują o tym, co ma być w tym filmie ideologicznie.
Wygląda to wszystko tak, że dzieci mają się nauczyć kompletnie niczego, ewentualnie bycia aktywistami. Co prawda na szczęście nie w „Gwiezdnych Wojnach”, a przynajmniej nie w tej głównej trylogii, ale mogliśmy sobie na przykład zobaczyć w filmie „Han Solo”, czyli jakimś uzupełnieniem białego miejsca, czyli jak wyglądała młodość Hana Solo, jak się stał Han Solo, tym, kim się stał. Zastrzegam, ten film się nie ogląda łatwo w tym sensie, że nie ma tam niczego, co by było w „Gwiezdnych Wojnach” dla nas ikoniczne, czyli tego wątku dydaktycznego, tego wątku, że bohater wysiłkiem, wyrzeczeniami i treningiem staje się jakąś osobą silniejszą. Wszystko to, co jest w „Hanie Solo” jest sceną do odgrywania jakichś aktywistycznych ideologii. Na przykład jakiś jest robot, który identyfikuje się jako kobieta i zaczyna drzeć japę, że to jest niewolnictwo robotów, że teraz bunt robotów powinien być. Generalnie jakby przełożyć wszystko to, co widzimy na co dzień z jakąś tam Antifą, jakimiś innymi degeneracjami w najogólniejszym sensie, to wszystko tam zostało wrzucone, doprowadzając film do kompletnego miszmaszu. Proszę sobie zobaczyć po prostu, zobaczcie sobie, jak to zostało zrobione i pod tym względem to warto zobaczyć co zrobiono z „Gwiezdnymi Wojnami”. Natomiast równolegle mniej więcej wyszedł film, który był kompletnie inny. Mam na myśli „Rogue One”, czyli film, w którym główna bohaterka naprawdę była osobą, która przez film urosła. Zobaczcie sobie.
Ja ten film oglądałem kilkanaście razy już na dzień dzisiejszy. Tam było pokazane, że dziewczyna jest jakąś tam rebeliantką, odłączyła się od jakiejś bandy rebeliantów, powiedzmy, że terrorystów, którzy walczyli z Imperium na swój sposób. Jej życie kompletnie się zawaliło i została drobnym przestępcą czy też przestępczynią, bo teraz te feminatywy i nie miała w sobie żadnej idei. I nagle zderza się z ludźmi, którzy należą do rebelii i walczą z Imperium właśnie dla idei. I ona się przekształca. Ona i światopogląd, schemat wartości, sposób patrzenia na ten cały konflikt między Imperium a rebelią zmienia się diametralnie i ona staje się najbardziej zagorzałą rebeliantką i w niej wykształca się i szacunek, i jakieś dążenie do tego, żeby ta ideologia rebeliancka zatriumfowała, żeby wygrała z Imperium. To było fascynujące właśnie w tym filmie. A cały film jest skonstruowany równie świetnie jako dramat wojenny, czyli to, co powinny być „Gwiezdne Wojny”. Nie jakieś tam popisy kobiety Jedi, która od samego początku nie musi mieć żadnego treningu, tylko wszystko potrafi robić najlepiej i pilotować i na samym początku wsiada pierwszy raz do statku i zastrzeliwuje trzy TIE fightery jednym strzałem, nawet nie pod rząd. Przepraszam.
Więc różnica w konstrukcji filmu, w konstrukcji opowieści jest po prostu szokująca wręcz.
[33:47] - Ja mam inny natomiast problem z uniwersum „Gwiezdnych Wojen”. Oczywiście to, co pan powiedział, w sporej części też dostrzegam. Natomiast w tych wszystkich serialach, które są w tej chwili kręcone wokół głównej sagi, dostrzegam jeszcze jeden moment, który zabija baśniowość tej pierwszej serii. Otóż rebelianci walczyli z Imperium, walczyli o coś dobrego, takie bajkowe trochę podejście, ale bardzo mi odpowiadające.
[34:23] - O ideały.
[34:24] - Tak, o ideały. Natomiast tu ja wiem, że to być może odpowiada pewnym naszym doświadczeniom, ale w tych serialach dostrzegamy natomiast, że kiedy już Nowa Republika zwyciężyła, to staje się takim samym paskudnym, biurokratycznym tworem, który właściwie mieli swoich obywateli i tylko nieznacznie albo w jakiejś tylko części różni się od tego Imperium. Urzędnicy Nowej Republiki mają tak samo w nosie obywateli, jak mieli ich w nosie przedstawiciele Imperium. Może różnica polega na tym, że ich nie zabijają, nie zabijają ich bezpośrednio.
[35:09] - Trafił pan w dziesiątkę, dlatego że właśnie cała esencja tej trylogii sequela jest to, że absolutnie wszystkie osiągnięcia bohaterów tej pierwotnej, oryginalnej trylogii gówno dały. Nic nie dało, bo zamiast Imperium pojawił się tam jakiś ten Pierwszy Order, który wyglądał tak samo, kosmiczni nazści po prostu, którzy są w groteskowy sposób przedstawieni. To jest na dłuższą opowieść, na dosłownie dwie czy trzy godziny podejrzewam, jakbym tak spisał wszystkie moje zarzuty, które oczywiście usłyszałem, nie tylko sam wymyśliłem, ale też słyszałem na rozmaitych kanałach na temat „Gwiezdnych Wojen”, których autorzy krok po kroku analizowali wszystkie elementy kompletnej degrengolady, jaką jest ta najnowsza trylogia. Natomiast właśnie na tym polega. Luke, który powinienByć tym triumfatorem, dlatego że przełamał sam siebie, przezwyciężył wszystkie swoje słabości, kontrolował siebie. Zamiast zabić swojego ojca i stać się potężnym rycerzem, co prawda nie Jedi, ale Sith, ale zamiast stać się kimś ważnym, to po prostu wolał raczej zginąć, niż zabić z rozkazu cesarza swojego ojca. Wszystko to, proszę zobaczyć, nastąpiło obrócenie jego osobowości o 180 stopni. Pokonanie Imperium doprowadziło do poprawy? Nie. Cały wysiłek ludzi z całej tej oryginalnej trylogii nie przyniósł kompletnie żadnej zmiany politycznej w galaktyce.
Nic. Wszystko poszło na marne. Zresztą w całej tej, nie pamiętam, w której części tej najnowszej trylogii, jeden aktor, czy też postać raczej, mówi wprost, że przyszłość trzeba zostawić i zabić ją, jeśli będzie trzeba. Po co? Po to, żeby zbudować ten nowy świat tych aktywistów, idealistów od politycznej poprawności, zaimków, fobii, kruchości i tych wszystkich innych przejawów degeneracji.
[37:17] - Panie Piotrze, to musi paść to pytanie, czy „Gwiezdne wojny” są jeszcze do uratowania? Czy mit „Gwiezdnych wojen” jest do uratowania?
[37:28] - Nie. Zapłacili te pieniądze nie po to, żeby stworzyć film, który nauczy młode pokolenie, jak być ludźmi silnymi, odpowiedzialnymi za samych siebie, tolerancyjnymi dla ludzi, którzy myślą i zachowują się inaczej. Wręcz przeciwnie. To jest jedna wielka hodowla aktywistów, taki, jaki jest system edukacyjny w Stanach Zjednoczonych. Też dzisiaj dosłownie oglądałem na YouTubie, na jakimś kanale, może nawet dopiszemy pod spodem na stronie Telegramu, opowieść dziewczyny, która studiowała. Szła na uniwersytecie na zajęcia na chemii i nauczyciel zamiast ich nauczyć chemii, to zaczął mówić o rozmaitej intersekcjonalności i rozmaitych aspektach sprawiedliwości społecznej. Po prostu rył imbanie rozmaitymi ideologiami neomarksistowskimi czy innymi zestawami, pakietami degeneracyjnymi, jeśli można to tak nazwać, siląc się na profesjonalność w nazywaniu tego wszystkiego. Więc „Gwiezdne wojny” są nie do uratowania, dlatego, że zostały przejęte przez zdziczałe feministki. A tutaj jeszcze dodam najnowszą wiadomość sprzed tygodnia dosłownie: powstaje nowa trylogia w uniwersum „Gwiezdnych wojen”. Reżyserką pierwszej części będzie aktywistka z Pakistanu, ten link też wrzucę.
Powiedziała wprost, przepraszam, plączę się, w wywiadzie sprzed paru dni dosłownie powiedziała, że bardzo lubi pokazywać mężczyznom, gdzie jest ich miejsce. Kompletna wariatka, zdziczała feministka, feminazistka dosłownie, o czym świadczą ewidentnie wprost jej własne słowa zacytowane verbatim słowo w słowo. Także niech pan zapomni o „Gwiezdnych wojnach” jakichś nowych, dobrych. Wydali miliardy nie po to, żeby pociągnąć, tylko po to, żeby je zniszczyć.
[39:35] - Panie Piotrze, to ja muszę, jak muszę, ale chcę jakoś tak optymistyczniej zabrzmieć, to zapytam, czy gdzieś indziej w kinie jakaś nowa nadzieja jest na tego rodzaju treści, czy też po prostu kino kompletnie zwariowało?
[39:53] - Nie kino, tylko cały Hollywood zwariował. Ci, którzy mają pieniądze na to, żeby filmy wysokobudżetowe, które wyglądają po prostu i które mogą wchodzić do kin i kształtować naszą kulturę, mówiąc ogólnie, wszystko to jest w rękach tych, którzy wygrali tak zwany marsz przez instytucje, czy też długi marsz przez instytucje, w nawiązaniu do komunistów chińskich. Przejęli nasze instytucje kultury i przymuszają nas do oglądania, tak jak Netflix teraz Kleopatrę zrobił Murzynkę, na co nawet władze Egiptu zareagowały, oprotestowały. Ale co władze Egiptu im zrobią? Nic. Poprotestują i co nadal? Netflix nie wycofa tego filmu, tylko będzie nadal do obejrzenia. Więc tutaj nie mamy nic specjalnie do uzyskania. Nie widzę żadnego trendu, który by doprowadził do odwrócenia tego zjawiska. Co oni nagle sobie: „Ojejku, myliliśmy się.
Rzeczywiście jesteśmy rasistami i ten film wycofamy. Przeprosimy wszystkich i nakręcimy zaraz białą Kleopatrę”. Nic takiego nie zrobią. Nie żartujmy.
[41:03] - Panie Piotrze, to co mamy chińskie kino oglądać, czy przestać kino oglądać w ogóle?
[41:08] - Chińczycy z Hollywoodem się bardzo krótko dogadali i na temat. Jak chcecie, panie i panowie z Hollywoodu, czy jakkolwiek się tam identyfikujecie, jak chcecie dystrybuować wasze filmy w Chinach, to macie wyciąć to, to, to, to i to. Wszystkiego nie da się wyciąć. To by trzeba było co najmniej połowę filmu powycinać na przykład w „Gwiezdnych wojnach”, żeby pousuwać wszystkie te degeneracyjne wątki. Natomiast Chińczycy się pilnują ideologicznie i paradoksalnie to, co pan Marek właśnie przed chwilą powiedział, tak, chińskie filmy, które czasami ja sobie tutaj oglądam na przykład na Tajwanie albo jak jadę do Chin, teraz nie jeżdżę do Chin ostatnio, ale jak jadę do Chin, to zawsze sobie oglądam te chińskie filmy, żeby zobaczyć, jak są skonstruowane ideologicznie, pod kątem dydaktyki, wizji świata, wszystkich możliwych parametrów. Jako socjolog po prostu lubię takie rzeczy. Nie licząc oglądania filmów, jedyny taki dysonans jest taki, że w większości kin w Chinach, to proszę się trzymać mocno foteli, bo to jest szok kulturowy, z którego będziecie wychodzić farmakologicznie podejrzewam, w większości kin chińskich jest tylko słodki popcorn. Nie ma słonego.Ludzie! Ja raz największy szok kulturowy doznałem sam, jak 10 lat temu byłem na wyprawie motorowej w Stanach i poszedłem do kina z koleżanką i poprosiłem tylko: „Proszę słodki popcorn, a nie słony”. A on powiedział: „Jest tylko słony”.
No to dajcie spokój, ludzie. Przepraszam, jestem tradycjonalistą i popcorn uważam, że tylko jest słony, a inaczej to jest nie do pomyślenia. Także jestem słodkopopcornofobem, że tak powiem, nawiązując już do początku. Zbliżamy się do końca.
[42:59] - Tak, panie Piotrze, troszkę pan w tej historii namieszał, bo powiedział pan, że poprosi pan słodki popcorn w Stanach. Ale dobra, to już wszyscy i tak wiedzą.
[43:09] - Nie, dobrze.
[43:10] - Tak?
[43:11] - Ja w Stanach powiedziałem tylko: „Poproszę słony, a nie słodki”. A on powiedział, że jest tylko słony.
[43:19] - O to mi właśnie chodziło.
[43:21] - Tak. Przepraszam, rzeczywiście. Przejęzyczyłem się, bardzo przepraszam.
[43:25] - Czyli co, panie Piotrze, jeśli to dobrze odczytuję, tak żeby już postawić kropkę nad i, znaczy się nadchodzi czas chińskiego kina?
[43:35] - Tak, ewentualnie jak teraz mamy tą sztuczną inteligencję, to może znajdą się jacyś amatorzy, fascynaci „Gwiezdnych wojen”. I był taki gość, który zrobił gigantyczną pracę, olbrzymią. Nie pamiętam, jak się nazywa, jakieś dziwne takie nazwisko, jakieś rosyjsko chyba japońskie. Zobaczycie. On przeedytował, po prostu zrobił tytaniczną wręcz pracę i przeedytował drugi film z tej trylogii sequela „Gwiezdnych wojen” tak, żeby wyrzucić wszystkie te dziadostwa, żeby dało się to oglądać. I on zrobił na przykład jak na początku Luke Skywalker wziął do ręki ten swój miecz, ten święty atrybut całych „Gwiezdnych wojen”, najważniejszy przedmiot w całym uniwersum i wyrzucił, tak spojrzał i tak za siebie w przepaść. To on to wyedytował w ten sposób, że Luke tego nie rzuca, tylko bierze go do ręki i zachowuje. To genialnie zrobił, ale i tak nie uratował tego filmu, po prostu tego nie da się uratować. Natomiast zrobił wszystko, co było w ludzkiej mocy i rzeczywiście warto to obejrzeć. On wypuścił chyba cały ten film, jest dostępny na YouTubie, a na pewno na YouTubie są dostępne liczne przerobione sceny.
I on tłumaczył, w jaki sposób całą storyline, czyli całą tą historię, całą sekwencję wydarzeń poprzestawiał tak, żeby te „Gwiezdne wojny” były „Gwiezdnymi wojnami”, a nie jakimś nazifeministycznym wymysłem. Już nie będę brzydko mówił.
[45:00] - Panie Piotrze, ponieważ kończymy, to teraz takie szybkie pytanie na koniec i proszę o szybką odpowiedź, bo mówimy o sequelu, ale jeszcze gdzieś tam czyha przyczajony prequel, czyli ta trylogia taka bardzo dziwna. Krótko, co pan o niej sądzi? Może jeszcze kiedyś porozmawiamy.
[45:19] - To ja połączę. Nie ja ten tekst wymyśliłem, tylko ktoś z tych komentatorów plujących na ten sequel, tak jak ja zresztą, ale ktoś w przypływie natchnienia powiedział, że jedynym osiągnięciem pozytywnym sequela jest to, że w porównaniu do sequela te prequele wyglądają dobrze.
[45:39] - No muszę panu powiedzieć, że trafił pan w dziesiątkę.
[45:42] - To nie ja. Zazdroszczę osobie, która to wymyśliła.
[45:45] - Powiedziałbym to samo, gdybym wiedział, jak to powiedzieć, ale bardzo chętnie.
[45:50] - To już pan wie.
[45:53] - Bardzo chętnie to kupuję.
[45:54] - Tak.
[45:55] - Panie Piotrze, porozmawialiśmy, poplotkowaliśmy troszeczkę o „Gwiezdnych wojnach”, a przy okazji o kilku innych filmach.
[46:02] - Tak, ale jeszcze jedna rzecz. Przepraszam, niech mi pan pozwoli przerwać. Bardzo przepraszam za to. Na ostatniej stronie, proszę, jak ktoś ma egzemplarz Sun Zi Jego „Sztuka wojny”, czyli mojego przekładu, to zobaczcie, co jest na ostatniej stronie. Jest słowo: „Niech Moc będzie z tobą”. Dlatego, że najważniejsze pojęcie traktatu „Sztuka wojny”, czyli moc, można przetłumaczyć jako siłę albo władzę, generalnie zdolność oddziaływania. I przetłumaczyłem specjalnie jako moc, i właśnie specjalnie po to, żeby na ostatniej stronie być: „Niech Moc będzie z tobą”. Czyli niech ta moc w rozumieniu Sun Zi, czyli zdolność wpływania na bieg zdarzeń, będzie z nami.
[46:40] - Pięknie dziękuję, panie Piotrze, i do usłyszenia za tydzień.
[46:45] - Ja też jeszcze raz dziękuję. Do usłyszenia. Niech Moc będzie z Pawlami, z panem. Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.