[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Szanowni Państwo, nie wiem, ile dzisiejsza audycja będzie trwać, ale coś czuję, że spory dzbanek kawy bądź też yerby może się dzisiaj przydać. Nie tylko molom książkowym w tym kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0 Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:52] - Dzień dobry wieczór państwu. Tak, znowu dzisiaj będzie długo. Tak się przyznam, z takiej kuchni audycyjnej, miało być jeszcze dłużej. Ale proszę państwa, ja sobie zdaję sprawę, że dobre jest okej, ale jak staramy się jeszcze polepszyć, to może to się nam odbić czkawką. Dlatego nie mówię, że będzie krótko, ale też nie będzie tak długo, jak miało być. Kiedyś sobie myślałem, proszę państwa, że jak będę to Bibliotekarium 2.0 prowadzić, to w pewnym momencie zacznie mi brakować materiałów i będę musiał skracać te audycje. Mam takie wrażenie, że im dalej w las, tym te audycje dłuższe się stają. Zupełnie nie wiem, jak to się dzieje. Pojęcia nie mam. Nie jakoś, żebym specjalnie bolał nad tym.
W końcu to jest akademia. Mamy tutaj jakiś dryl, cudzysłów ogromny, akademicki. Dlatego słuchamy, wykłady, ćwiczenia. Zapraszam państwa na kolejne Bibliotekarium 2.0. Tak sobie wspomnę mimochodem, że dwudzieste, ale to jeszcze nie jest powód do świętowania. Odnotujmy, że dwudzieste. Tytuł dzisiejszej audycji „Mały kapeć”. Pewno się państwo zastanawiacie: albo rektor Żelkowski zwariował już kompletnie od pałma, albo co jest na rzeczy? To ja od razu powiem, ponieważ na początku audycji miały być polecanki, to właśnie jest polecanka. „Mały kapeć” to jest najnowsza powieść Bruno Kadyny.
Tak się nazywa. Czym jest „Mały kapeć”? Państwo dzisiaj się dowiecie w trakcie audycji. Ja powiem tylko tyle, że Bruno Kadyna zabiera nas na głębokie wody, proszę państwa. Tak naprawdę bez reszty przepadamy, jeśli chodzi o książkę „Mały kapeć”, w czeluściach z jednej strony wartkiej akcji, w jakichś pogmatwanych relacjach pomiędzy bohaterami. To moim zdaniem jest taka charakterystyczna cecha prozy Bruno Kadyny. Cóż mogę powiedzieć? Może zacytuję coś o tej książce. „Czy świeżo upieczony wachtowy dobije do bezpiecznej przystani za horyzontem, czy pod wpływem nowej rzeczywistości rozbije się o brzeg zatracenia? Daj się porwać tej niesamowitej przygodzie.
Gorąco do tego zachęcam” — tak napisała w blurbie na okładce Dominika Kadik, autorka powieści „Jednak tak miało być”. To jest bardzo trafna uwaga. Ta powieść właśnie taka jest. Mamy wachtowego jak wachtowego. Mamy faceta, który znajduje pracę i miłe złego początki. Ale zajrzyjmy do drugiego blurba. Cytuję: „Kadyna prowadzi na smyczy niesforne słowa. Jest prawdziwy do szpiku kości, bezwstydnie uczuciowy, swojski do bólu. Czytajcie”. Tym razem napisała to Ada Johnson, autorka takich książek jak „Kronika strasznego dworku” i „Z duszą na ramieniu”.
Blurby mają to do siebie, proszę państwa, że mówią dużo, nie mówiąc tak naprawdę niczego. W sumie nie o to chodzi, proszę państwa, żeby streszczać państwu książkę. Niemniej jednak ja te blurby postaram się podbudować dzisiaj rozmową z Bruno Kadyną, bo Bruno nam troszeczkę o tej książce opowie, ale to za chwilę. Najpierw odwołanie do korespondencji. Znalazłem w jednym z komentarzy pod audycją na YouTubie taką oto korespondencję „Panie Marku, niech pan opowie o swoich zbiorach makulatury. Wiadomo, biblioteka. Ile tego jest? Jak to jest składowane i czy stropy jakoś wytrzymują? Proszę też pomęczyć pod tym kątem swoich gości, czy uważają, że książka to przedmiot użytkowy, czy coś więcej?” To jest znakomity pomysł, który przyznaję, jakoś tak nie przyszedł mi do głowy, ale jest to najlepszy dowód na to, że stała relacja ze słuchaczami to jest skarb, który ja sobie ogromnie cenię i troszeczkę żałuję, że państwo tak bardzo oszczędnie dawkują mi ten kontakt ze sobą, bo to jest moim zdaniem wspaniały pomysł. Wydaje się oczywisty, ale czasami oczywiste pomysły są dopiero wtedy oczywiste, gdy je ktoś zwerbalizuje.
Ja rozmawiam z tymi autorami, a takie pytanie akurat nie przyszło mi do głowy. Może mi się wydawało jakieś takie za proste, a tymczasem okazuje się, że ono wcale nie jest proste. Wbrew pozorom zawiera w sobie duży potencjał. Więc bardzo dziękuję. Czytam dalej. „Może kilka słów o własnych zwyczajach czytelniczych? Ja na przykład lubię tak zarywać noce.” Okej, ja to uwzględnię. Na razie tylko tak rzucę tytułem przyczynkowym, że ja nie lubię zarywać nocy, za to lubię zarywać dnie. Już wyjaśniam. Ja po prostu jak się przyssam do książki — to musi być oczywiście odpowiednia książka — to jak zacznę rano, to kończę wieczorem.
W zależności od długości, czasami jest to tylko popołudnie. Natomiast mnie jest trudno od książki oderwać, nad czym boleje moja rodzinka, bo po prostu jak się gość tak tymi przyssawkami do tej książki, to właściwie trzeba go spisać na straty, dopóki tej książki nie skończy. To są moje zwyczaje czytelnicze. Ja o swojej bibliotece rzeczywiście opowiem, bo mówiąc te słowa do państwa, rzeczywiście siedzę w otoczeniu książek, wielu tysięcy książek. I tak się czasami zastanawiam, patrząc na te swoje regały, które mnie tutaj z trzech stron otaczają. Czy to właściwie ma sens? Z jednej strony jestem do tych książek bardzo przywiązany, z drugiej strony właściwie stoi to wszystko cholerstwo na półce. Nie da się tego wszystkiego naraz przeczytać. Jak postulują niektórzy, skoro samochodów używamy tylko przez kilka godzin dziennie i to jest powód do tego, żeby je uwspólnotowić, czyli żebyśmy nie mieli własnych samochodów, tylko korzystali je na życzenie. Nie wiem, jak będzie ze szczoteczkami do zębów, ponieważ ja ich też używam kilka razy dziennie, ale przez kilka minut, więc właściwie się marnują, więc może powinienem udostępnić sąsiadowi.
Z książkami, proszę państwa, jest jeszcze gorzej, bo się kupuje książkę, czyta przez kilka godzin. Jak jest gruba, to kilkanaście, a później się odkłada na półkę i ona tam stoi kilka lat. Czasami nie jest przeczytana już nigdy więcej, czasami się do niej wraca. To w ogóle przedmiot, który w ogóle nie jest użytkowy. Może powinno się uwspólnotowić biblioteki i przyjdzie do mnie pewien facet i powie: „Proszę pana bardzo, bardzo fajną ma pan bibliotekę, a teraz tu urządzimy punkt wypożyczania. Będą przychodzić ludzie z okolicy i po prostu wypożyczać od pana te książki. Przecież pan nie może doprowadzać do sytuacji, w której stoi to panu na półce, kurzy się i nikt z tego nie korzysta. To jest samolubstwo i pan powinien przemyśleć swoją postawę.” Kpię w sposób oczywisty, mam nadzieję, ale czasami mnie to dopada, że rzeczywiście stoi to cholerstwo. Do niektórych książek nie zaglądałem już bardzo dawno. Co więcej, przyznam się państwu, to jest takie wstydliwe wyznanie, wstydliwa refleksja.
Są też takie książki w tej bibliotece, do których nie zajrzałem nigdy. Ja je po prostu kupiłem i jakoś jeszcze nie znalazłem czasu, żeby się do nich dostać. To chyba nie jest oznaka, że jestem normalny. A może to jest oznaka tego, że zachowuję się jak taki rasowy bibliofil? I w tym wypadku wcale nie wiem, czy słowo bibliofil jest komplementem. Bo jak coś stoi na półce bezużytecznie, nawet ja z tego nie korzystam, to to normalne nie jest. Wróćmy do listu słuchacza. „Ponadto dobrze byłoby usłyszeć w końcu te refleksje o patologii pewnego portalu, o którym państwu kiedyś mówiłem, którego inicjały będą LC. Lubimy C. Aby sądem nie straszyli, możemy porozmawiać o portalu Lubimy Suszyć Kołdry albo Lubimy Pingwina Pipoka, a także o tym, jak żałośni są tak zwani booktuberzy.
To jest dobry temat i może ekskluzywny mini wywiad z Ivelliosem. Co czyta? Co czytał ostatnio? Co lubi, a czego nie? Jakie książki były dla niego istotne?” To już będę musiał z Markiem porozmawiać, ale to przyszłość.
[12:17] - Jeżeli sobie dobrze przypominam, to kiedyś już coś takiego próbowaliśmy zrobić.
[12:24] - Tak, ale w końcu się wymiksowałeś z tego pomysłu. Więc widzisz, nasi słuchacze są spragnieni, więc rzucam temat w eter.
[12:37] - Może kiedyś. Rzeczywiście.
[12:42] - Polecam się łaskawej pamięci, skoro już takie rzeczy się pojawiają. Wrócę do tego pierwszego tematu. Okej, skoro taki temat się pojawia, rzeczywiście przygotuję się. Mam swoje refleksje na temat portalu Lubimy Suszyć Kołdry. Z tym że te moje refleksje mają taką ambiwalentną naturę, bo uznaję pewną wartość tego portalu. Wiem o nim zbyt dużo, żeby się rozpływać w zachwytach. Niemniej jednak uznaję, że on pewną rolę pełni. Ja tam głównie sprawdzam, czy dana książka wyszła, czy nie wyszła i czy była przetłumaczona, czy nie była przetłumaczona. Natomiast to, co dzieje się z komentarzami pod poszczególnymi książkami, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Już tłumaczę.
I jedną, mam na myśli te peany pochwalne, jak i w drugą, czyli jak się książkę wdeptuje w ziemię, to jest jednak rodzaj pewnej patologii, o której chyba warto w swoim czasie opowiedzieć. I zauważcie państwo, to już jest kolejny temat wrzucony przez naszego słuchacza, któremu chętnie się przyjrzę. Co więcej, chętnie go wyeksploatuję. Bardzo dziękuję za tego rodzaju pomysły. Ale czytam dalej: „Proszę też o refleksję o rodzinnym mieście. Przy okazji warto też podpytać o to gości.” I znowu to kolejny temat. Kopalnia przyczynkarskich treści. Super! Czy Bydgoszcz miała znaczenie dla mnie? To jest wbrew pozorom trudne pytanie, bo jakbym miał odpowiedzieć wprost, czy to się znajduje na przykład w mojej twórczości.
Nie, proszę państwa, nie znajduje się. Może w jednym, dwóch opowiadaniach gdzieś tam kiedyś się zdarzyło, ale generalnie nie. Ale można też na ten temat spojrzeć zupełnie inaczej. Czyli w jaki sposób atmosfera miasta, to, co się tutaj dzieje w sferze kulturalnej i nie tylko, oddziaływało na mnie. Myślę, że tak, że to jest jakieś zagadnienie. I to już jest kolejny temat. Proszę państwa, w sumie niedługi mail, a któryś temat kolejny. Ja bardzo dziękuję. Wróćmy do tego miasta. O tym, jak ono wpływa na kształtowanie myślenia.
Właśnie. Nasz słuchacz świetnie to ujął, bo to może nie chodzi bezpośrednio o połączenia tego, że żyję w Bydgoszczy z tym, co piszę, z tym, o czym mówię, ale właśnie sposób myślenia. I dalej czytam: „Niech się pan trzyma. Dziś słuchałem audycji, wracając nieprzytomny z roboty o poranku i zaliczyłem przy niej tripa nad Wisłą po południu, z czego wyszło kilka ładnych widoczków. Jak pan myśli, czemu nie wydają u nas Kima Stanleya Robinsona?” Podpisane: Gracjan Triglaf. Naprawdę bardzo jeszcze raz dziękuję za tę korespondencję. W sumie naprawdę kopalnia jakichś takich informacji. Żeby się przynajmniej częściowo, trudno powiedzieć odwdzięczyć, ale jakoś ruszyć tematy poruszone w tym mailu, to chociażby na to ostatnie pytanie postaram się odpowiedzieć. Nie, nie jestem chyba w stanie, ale jakieś hipotezy mogę wysunąć. Zacznijmy od tego, że Kim Stanley Robinson to jest pisarz, który jest atrakcyjny czytelniczo dla mnie.
Ja wcale nie rozstrzygam kwestii, czy dla wszystkich, ale jest atrakcyjny i rzeczywiście taki sentyment do niego mam. Ja przypomnę tym, którzy nie pamiętają, nie wiedzą, nie kojarzą. To jest autor trylogii „Czerwony Mars”, „Zielony Mars”, „Błękitny Mars”. Wszystkie trzy książki wyszły bardzo dawno w Polsce, bo w roku 1998. Wszystkie trzy tomy wydane przez taką serię wychodzącą u Prószyńskiego w serii „Fantastyka”, jakoś związana z czasopismem, z miesięcznikiem „Fantastyka”, właściwie „Nowa Fantastyka”. I to wtedy się te książki pokazały. I to są książki, które w swoim czasie, ja nie wiem, jak by było dzisiaj, ja dawno do nich nie zaglądałem, ale w swoim czasie wbiły mnie w ten przysłowiowy fotel. W każdym razie to nie są jedyne książki, które wyszły w Polsce. Ale coś jest w tym sygnale, który został przekazany, bo tych książek nie ukazuje się wiele. Jak się porówna bibliografię wydawaną przez Wikipedię po angielsku, a tę polską, to dysproporcja jest ogromna.
Co się jeszcze ukazało w Polsce tego autora? Trylogia Orange Country. Ona jest znana, proszę państwa, również jako Trzy Kalifornie. Powiedziałem o trylogii, ale w Polsce wyszły tylko dwa tomy. W 1998 i 1999 roku. To był widocznie dobry rok. Końcówka XX wieku to były dobre lata dla autora i wtedy ukazały się dwa tomy z trylogii, czyli „Dziki brzeg” i „Złote wybrzeże”. Trzeciego tomu brak. Ja w każdym razie nic o tym nie wiem i dlaczego go nie ma, też nie wiem. Jest też inna książka, wydana w roku 1999.
Nosi tytuł „Antarktyka” i za jakiś czas w cyklu „Labirynt”, który prowadzi Mirosław Gołuński, usłyszycie państwo o tej książce, bo to jest książka, którą trudno zapomnieć. To przed nami. Była też książka w 2007 roku, „Lata ryżu i soli”. Co jeszcze? Była jeszcze „Ucieczka z Katmandu”, ale to były chyba połowa lat 90. Wybaczcie państwo, ale ja owszem, lubię się popisywać swoją wiedzą, że coś pamiętam, ale popisywanie się ma niestety złą stronę, że jak się człowiek popisuje, że coś pamięta, to zawsze trafi na taki moment, w którym czegoś nie pamięta. I właśnie tu mi ciężko odtworzyć. Ja stawiam, że to połowa lat 90. Była też książka wydana całkiem niedawno. To jest paradoks.
To był rok 2013, więc 10 lat temu i to chyba jest ostatnia książka tego autora, która wyszła w języku polskim. To była książka „2312”. Ja później sobie już kolejnych książek nie przypominam i dlatego mnie tak zainspirowało to pytanie od słuchacza, bo uświadomiłem sobie, że rzeczywiście od długiego czasu książki te nie wychodzą. I taka refleksja mnie naszła, jaka jest przyczyna tego, że tak się właśnie dzieje. Ja nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale refleksja polega na tym, że jakiś czas temu gościłem tu w audycji Wojtka Sadeńkę i on opowiadał o nowościach, które wydaje i tak dalej. Ale ja też pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, Wojtek dzielił się ze mną informacją o tym, jak to wyglądało kiedyś, wcześniej, przed rokiem 2013, kiedy ostatecznie, to chyba najlepsze słowo, olał Empik i innych dystrybutorów i zajął się sam dystrybucją książek, które wydaje. Otóż rzeczywiście wcześniej Wojtek współpracował z Empikiem, z siecią księgarni różnych. Od pewnego dnia, ja już nawet pominę nazwisko autorki, nie chcę państwu go podawać, ale to wybitna postać, wybitna autorka anglosaskiej fantastyki naukowej. I pewnego dnia od człowieka z Empiku Wojtek dowiedział się: „Nie, panie Wojtku, my tego nie chcemy, bo to się w ogóle nie sprzedaje. To jakaś taka autorka dziwna”.
Mówiąc szczerze, zbierałem wtedy żuchwę z podłogi, bo to absolutna czołówka amerykańskiej fantastyki naukowej. A Empik wiedział lepiej. Nie żebym się tam dopierdzielał do Empiku, bo do Empiku się dopierdzielają wszyscy, ale coś jest takiego dziwnego w tym Empiku. Cóż więcej mogę powiedzieć? Empik to jest w tej chwili firma, która właściwie nie potrzebuje żadnych wydawców, bo sama sobie wydaje książki, audiobooki, e-booki, książki na życzenie. Jeszcze rok i właściwie żadne wydawnictwo nie będzie jej potrzebne. Już nie mówiąc o tym, że sam Empik jest właścicielem albo współwłaścicielem kilku oficyn wydawniczych. Czyli tak na dobrą sprawę wydawcy książek w Polsce mogliby zniknąć, a Empik dalej by handlował książkami. Nie żebym się specjalnie czepiał albo mówił, że to jest jakieś naganne, ale dziwne to z całą pewnością. Także bardzo mi przykro, nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego Robinsona się nie wydaje.
Ale nasz słuchacz zwrócił uwagę na coś, co będzie mnie nurtować. I nie obiecuję państwu tego, że odpowiem na pytanie słuchacza szybko, ale będę to pytanie zadawał ludziom, którzy są odpowiedzialni za to, że się książki w Polsce pokazują. Być może ktoś na to pytanie mi odpowie. Ja tej wiedzy nie mam. Nawiązując jeszcze do różnej korespondencji, która się pojawia pod audycjami, powiem jeszcze, że to nie jest tak, że ja o niej zapominam, że jej nie śledzę. Wręcz przeciwnie, bardzo wdzięczny jestem na przykład za sugestię, która się pojawiła w pewnym momencie. Ona mnie zachwyciła w ogóle. Stwierdziłem, że jednak jestem cymbałem i to takim ostrym. Zachwyciła mnie propozycja, żeby zrobić rozmowę z wydawcą absolutnie topowej serii „Uczta wyobraźni”. Tam się pokazują naprawdę giganci fantastyki światowej.
I żeby porozmawiać z kimś z redakcji o tym co, jak, gdzie, dlaczego, po co i tak dalej. Bardzo jestem wdzięczny za tę sugestię. To nie jest, proszę państwa, tak, że jak się pojawia sugestia, to ja jestem w stanie ją zrealizować myk, myk i jest. Czasami to potrwa kilka miesięcy, może nawet pół roku, ale jestem taka wredna szuja, która jak się już raz zapali do pewnego pomysłu, to albo polegnie i powie w pewnym momencie państwu, że się nie da. Nie da się, nie chcą ze mną rozmawiać albo zrealizuję ten cel. Mam nadzieję, że w tym wypadku chodzi o drugi wariant, więc nie będę obiecywał. Obiecać mogę tylko tyle, że się postaram. Postaram się taką rozmowę na temat serii „Uczta wyobraźni” zrobić. Postaram się pośledzić tego Robinsona. A o książkach, o swojej bibliotece, zacna to idea, w swoim czasie opowiem.
Tak. To tyle tej refleksji. Powiem jeszcze, proszę państwa, że w poniedziałek audycja dotycząca spraw niezwykłych. Tym razem będziemy rozmawiać, to właściwie będzie taki wtręt debaty ufologicznej, pogranicza pomiędzy debatą ufologiczną a sprawami niezwykłymi. Będziemy rozmawiać o tym, co się dzieje na ziemskim niebie. Bo jak sobie państwo uświadomią, 4 lutego amerykańska armia zestrzeliła podejrzany balon obserwacyjny u wybrzeży Karoliny Południowej. On sobie dryfował już od pewnego czasu, od stycznia nad Stanami Zjednoczonymi, ale w pewnym momencie urzędnicy wojskowi doszli do wniosku, że trzeba to coś zestrzelić. W dodatku bardzo szybko rozstrzygnęli, że to jest obiekt z Chin i że jest szpiegowski. 10 lutego nad Stanami Zjednoczonymi zestrzelony zostaje obiekt nad wybrzeżami północnej Alaski. Według urzędników tym razem nie miał żadnego systemu zapędu, żadnego systemu kontroli.
Był po prostu. I tu się zaczyna pojawiać słowo dawno niesłyszane, słowo UFO. Przypomnę tylko, że jakiś czas temu zastąpiono albo przynajmniej starano się zastąpić słowo UFO słowem UAP, ale jakoś tak wrócono do UFO. Więc zestrzelono to UFO bez rozstrzygania, czy to było ziemskie UFO, czy to może było całkiem ufackie, takie szaraczkowe, czy też jakieś inne UFO. Następnego dnia, 11 lutego amerykański myśliwiec zestrzelił, tu cytuję: „Obiekt powietrzny na dużej wysokości nad kanadyjskim terytorium Yukonu”. Około 160 kilometrów od granicy USA. Ten obiekt został opisany jako cylindryczny i mniejszy niż pierwszy balon. I następny dzień, 12 dzień lutego. Amerykańskie odrzutowce zestrzeliły czwarty obiekt na dużej wysokości w pobliżu jeziora Huron. Tu cytat: „Z powodu dużej ostrożności”.
Ja nie wiem, co to znaczy, ale dobrze. Z powodu dużej ostrożności. Tak to przynajmniej ujęły władze USA. I tak, proszę państwa, zastanawia mnie to pomieszanie języków. Ja mam wrażenie, że rządzący nami specjalnie mieszają pewne pojęcia. W takich przypadkach to właśnie to UOW, UFO, UAP. Może to obcy, a może nie obcy, a może to Chińczycy, a może to Eskimosi, a może to nie wiadomo kto jeszcze. W takich przypadkach zadaję sobie pytanie, co owo zamieszanie medialne, słowne ma przykryć? Bo moim zdaniem, to oczywiście moja prywatna opinia, nie zaczyna się żadna inwazja ani pseudoinwazja dla tych zwolenników Blue Beama. Natomiast jestem pewny, że USA są troszeczkę jak taki magik, który odwraca naszą uwagę.
Chodzi o to, żeby tym łatwiej ten magik mógł zrobić coś dziwnego, coś niesamowitego, jakąś sztuczką nas zaskoczyć. W tym wypadku odnoszę wrażenie, że ten magik nie tyle robi rzeczy dziwne, co niebezpieczne. Tak naprawdę coś ma nas zaskoczyć. Zaskoczyć tak bardzo, że to nas tak ma oszołomić, że nawet nie zdążymy zaprotestować. Mamy na razie wierzyć, że UFO gdzieś tam się pojawiają, coś jest zestrzeliwane. A ja się zastanawiam, czy tak naprawdę o to chodzi, czy w pewnym momencie nie padnie jakiś taki komunikat, który nas zaskoczy, a my pogrążeni w tych rozważaniach, czy to UFO, czy nie UFO, nagle powiemy: „Oj faktycznie, ojej, zaskoczyli nas”. No to trudno. I zastanawiam się, wiecie państwo, tak jak każdy z państwa, zastanawiam się, czy to się wiąże z tą wojną obok naszego kraju, czy może z jakąś inną, dopiero planowaną wojną. Nie wiem tego. Nie chcę być ani ruskim, ani amerykańskim trollem.
W ogóle nie chcę być żadnym trollem. Dzielę się z państwem refleksją, która wcale nie musi być zbieżna z państwa refleksją. W każdym razie jest taki sławny mem. On się pojawia w wielu wersjach, gdzie rok 2020 jest przypisany wirusowi, 2021 gdzieś tam widnieje strzykawka, 2022 to jest wojna, a 2023 to jest jakieś UFO, jakaś inwazja, tym podobne rzeczy. W myśl powiedzenia, że pandemia już była, wojna już jest, a teraz czas na inwazję. Bardzo nośne hasło, bardzo się dobrze sprzedaje. Być może nawet w nim jakieś ziarno prawdy funkcjonuje. Ale ta inwazja albo pseudo inwazja to ja myślę, że jeszcze nie teraz. Na razie mamy się przyzwyczaić do spoglądania w niebo. Chodzi o to, tak mi się wydaje, żeby wtłoczyć ludziom do głowy, że nad naszymi głowami dzieje się coś dziwnego.
Ludzie, my wszyscy zaczniemy obserwować niebo, to, co tam się odwala, odczynia i tak dalej. I coś tam może nawet zobaczymy, ale tak naprawdę chyba chodzi o to, żebyśmy za jakiś czas, spoglądając w to niebo, sami zauważyli rzeczy dziwne. Nie żeby nam to media podały, tylko sami zgłosimy, proszę państwa, że tam się coś dziwnego dzieje. Może w tej sytuacji, w tej całej aferze z balonami, z tymi UFO albo nie UFO, UAP albo nie UAP. Chodzi o to, żebyśmy częściej zaczęli spoglądać w niebo, bo być może zobaczymy tam coś, z czym się sami zgłosimy i powiemy: „O, to dziwne, bardzo dziwne”. I to będzie może nawet dziwniejsze niż wszystko inne, co do tej pory widzieliśmy. I dopiero wtedy zaczną nam mówić o inwazji. To, wiecie państwo, może taka moja głupawa refleksja na temat tego, co się dzieje wokół nas. Może zupełnie inaczej to państwo odbieracie. Tak samo głupi jestem jak wielu komentatorów prasowych, wielu ludzi, którzy starają się to jakoś ogarnąć.
Myślę, że ci, co mają to ogarniać albo ci, co to planują, to oni się z nas śmieją tak naprawdę. Okej, czas, by jednak zacząć tę audycję. Proszę państwa, w nowościach polecałem „Małego Kapcia”. To ja proponuję, żebyśmy posłuchali fragmentu „Małego Kapcia” autorstwa Bruno Kadyny.
[34:35] - Dawid był chudy jak głodzony pies i zawzięty jak kłótliwa baba. Mimo że nie miał postury wojownika, trzymał ciśnienie i nie pękał z byle powodu. Kurczę, nawet z poważnego powodu. Chociaż w takich realiach coraz ciężej panować nad sobą. Zbliżające się narodziny dziecka to kiepski czas na utratę pracy. Nie najlepszej, na czarno, ale żyć się dało. Teraz zostali na lodzie. Dzieciak w drodze. Wydatków nie da się zamrozić, a poczucie bezpieczeństwa topniało w tempie znikania oszczędności. Ale Dawid zagryzał zęby i się nie poddawał.
Na pomoc bliskich nie mogli liczyć. Rodzice Ali nie żyją od dawna. Starzy Dawida nie wiedzą nawet, że zostali dziadkami ani tego, co się później stało z ich synem. Ciekawe, czy w ogóle by ich to obeszło. To nieważne. Niech ich szlag. Nikt ich nigdy nie poinformował. Dawid przeglądał ogłoszenia. Ciągle te same. Rzadko pojawiało się jakieś nowe.
Nie miał superwykształcenia i nie mógł celować wysoko. Nie był głąbem, tylko leniem. Inaczej w szkole przykładałby się do nauki i teraz coś potrafił. Nie posiadał większych ambicji. Jeśli jakieś mógł mieć, to sposób wychowania rodziców stłamsił je w zarodku. „Muszę połazić po firmach i popytać” — pomyślał i podrapał się w głowę. — „I obciąć włosy” — zauważył. Ala przejedzie mu maszynką po głowie i po sprawie. Nosił taką samą fryzurę, odkąd pamiętał. Prawie na łyso.
Do pokoju wtoczyło się jego ciężarne dziewczę. Rozpogodził się i wyprostował, a kręgi na plecach przestały wystawać. Uważał się za wielkiego szczęściarza. Nie rozumiał, jak kobieta takiej klasy mogła zwrócić uwagę na takiego wymoczka. „I jak?” — zapytała. „Lipa. Usiadła obok i położyła mu dłoń na ramieniu. Poczuł kochane ciepło. Tęsknił do niego i grzał się w nim, kiedy tylko się pojawiało, bo od jakiegoś czasu Ala coraz częściej używała nieznanej mu wcześniej funkcji mrożenia. Ostatnie miesiące napięły ich związek jak grube dupsko gumę w gaciach.
Ciąża obojgu dawała się we znaki. Najbardziej wahania nastroju Ali, które teraz wzmocnił strach o przyszłość. Dawid robił, co mógł, żeby się nie martwiła. Powinna odpoczywać, relaksować się, a nie żyć w stresie. „Będzie słabo” — pomyślał o przyszłych rachunkach i ziewnął. Zawsze ziewał, kiedy się stresował. Ala nie zdawała sobie z tego sprawy. Ukrywał przed nią tę zależność. Zamknął stronę z ogłoszeniami. „Nic nie ma?” — zapytała.
„Nic nowego. Jutro połażę po firmach i popytam. Będzie dobrze, nie martw się.” Przeciągnął się. Kościste plecy bolały od garbienia się przed komputerem. Zauważył, że Ali chodziło coś po głowie. „Rozmawiałam z Martyną i może faktycznie tego spróbować. Mówiła, że najlepiej jest zacząć od znajomych. Najlepsza praca to taka załatwiona po znajomości.” Martyna, wszechwiedzące jajo. „Pytałem już kolegów. Mają dać znać, jak coś będzie.” „O tym też mówiła.” „O czym?” Jej się przecież buzia nie zamyka.
„Nie chcę źle mówić o twoich kolegach, ale który będzie o tym pamiętał? Każdy ma swoje sprawy, musi pracować i nie ma czasu. Ktoś musiałby im wcisnąć w ręce pracę i powiedzieć, że kogoś szuka. A i tak nie ma gwarancji, że przypomnieliby sobie o tobie. To mało prawdopodobne, nie uważasz? Nie wierzę, że któryś ruszy palcem, żeby ci pomóc czy popyta chociażby.” Milczał. Zwrot „nie uważasz” zwiastował kłopoty, ale nie tym razem. Raz Martyna powiedziała coś z sensem. Sam nie ruszyłby palcem. Może dla najbliższych kumpli.
Przecież nie raz ktoś dzwonił i prosił, żeby dał znać, jak będzie coś słyszał o jakiejś robocie. Zapominał o tym zaraz po odłożeniu słuchawki, mimo szczerych chęci. „I wiesz co jeszcze powiedziała?” — zapytała. „Co takiego?” „Zupełnie inaczej, kiedy powiesz, że coś dajesz za znalezienie pracy. Jeśli jakaś propozycja wypali, dajesz za nią przykładowo tysiąc złotych.” „Tysiąc złotych? No co ty! Za co?” „Wiem, że nie mamy teraz, ale może warto pożyczyć. Opłaca się dać za znalezienie pracy. Nawet jeśli twoi kumple powiedzą, że nie chcą, ty się upieraj. Za tysiąc złotych każdy wykona chociaż kilka telefonów.
Tysiąc złotych lepiej brzmi niż: daj znać, jak będziesz coś słyszał. Nie uważasz? Sądzę, że to dobry pomysł.” Widział, jak jej szczere chęci zmieniły się w oczekiwanie, czy przyzna jej rację. Miał wrażenie, że jakoś ciszej się zrobiło w mieszkaniu. Tylko tykanie zegara stało się głośniejsze. Może coś w tym jest. „Masz rację” — powiedział. „Warto odgrzebać stare kontakty” — dodała. „Mogę spróbować.” Dotknęła jego głowy. „Trzeba ci obciąć włosy.” „Okej, zostawisz mnie?
Podzwonię.” Pocałował ją w czoło. „Idę się położyć. Brzuch znowu się spina. Potem obetnę ci włosy.” Ala wstała. Ucałował wielką piłkę i przytulił. „Mój brzuchol” — powiedział. „Taki tata?” „Taki.” Taki srak i byle jaki. Nigdy nie myślał o sobie dobrze.
[40:32] - Proszę państwa, ja mam taką niepłonną nadzieję, bardzo na to liczę, że Bruno Kadyna państwa zaciekawił. Zanęcił. To jak tak się stało, to zapraszam państwa teraz na rozmowę z autorem. Myślę, że ciekawą. A potem bezpośrednio, od razu, z marszu drugi fragment tejże powieści „Mały kapeć”. A teraz zapraszam na rozmowę z Bruno Kadyną. Dzień dobry, Bruno.
[41:16] - Dzień dobry, witam bardzo serdecznie ciebie Marku i państwa również.
[41:19] - Tak, powód do spotkania mamy taki właściwie też jubileuszowy, bo to tak jakby nie liczyć piąty tytuł, który wydałeś w swojej karierze pisarskiej.
[41:31] - Tak jest. Piąty pełnokrwisty.
[41:33] - A ten piąty tytuł to „Mały kapeć”.
[41:37] - „Mały kapeć”.
[41:40] - Chciałem cię zapytać, żebyś powiedział coś o tej książce, ale ja coś na początek powiem, bo wiadomo, że mam parcie na szkło czy w każdym razie na mikrofon i zawsze sobie muszę pogadać. Jak sobie śledzę twoje książki od początku, to pierwsza to była fantastyka, nawet z elementami fantastyki naukowej. Później mieliśmy książkę, która była thrillerem psychologicznym i to była książka, która gdzieś tam nas starała się straszyć. Nosiła tytuł „Wpływ”. Potem był „Ciężki bagaż”. „Ciężki bagaż” — to trochę mamy mafii, trochę mamy takiego zagubionego faceta, ale i element paranormalny też się tam pojawia. Nie intensywnie, ale się pojawia. Potem mamy książkę zatytułowaną „Kocur”. „Kocur” to jest taka opowieść, która nawiązuje do bogatej tradycji literackiej, w której to za pomocą zwierząt — potraktowałem te zwierzęta w tej chwili przedmiotowo — przedstawia się problemy, które nie są tylko i wyłącznie domeną świata zwierzęcego. Raczej może bardziej nawet ludzkiego.
To mamy „Kocura”. A teraz jest książka „Mały kapeć”. I tu znowu zmieniasz, bo jak przedstawiłem, to były różne podgatunki literackie. Tu znowu zmieniłeś i teraz opowiedz o książce.
[43:12] - Tu mamy taki sensacyjny obyczaj, tak bym to nazwał. Nie wiem, mi zawsze ciężko jest sklasyfikować, uporządkować pod jakiś gatunek. Chyba to jest taki sensacyjny obyczaj, chociaż ten element nadprzyrodzony, fantastyczny też gdzieś delikatnie się pojawia.
[43:32] - Ale bardzo delikatnie.
[43:35] - Tak, bardzo delikatnie, ale dla swoich czytelników to jest odniesienie do „Wpływu”. Jak ktoś czytał „Wpływ”, to znajdzie ten element wspólny. Oczywiście można czytać niezależnie, to nie przeszkadza, ale to jest taki smaczek. Tak jak w „Ciężkim bagażu” mamy smaczek, odniesienie do „Metalowej Dolnej”, do pierwszej powieści. Tam się pojawia w „Ciężkim bagażu” bohater z „Metalowej Dolnej”. Tak samo tutaj w „Małym Kapciu”.
[44:06] - Dobrze, słyszeliśmy, że sensacyjny obyczaj. Tak, ale ile jeszcze możemy powiedzieć, żeby nie spoilerować, a jednocześnie zrobić promocję książki?
[44:17] - Ile jeszcze powiedzieć? Fabuły nie będę opowiadał, ale to jest książka, którą zacząłem pisać w 2015 roku. Powstała już pierwsza wersja. Oczywiście dużo pracy, dopracowania, przebudowania. Nad żadną książką tyle nie pracowałem, co nad tą, co nad „Małym Kapciem”. I to chyba czuć w tej książce, że ona jest tak, że nie ma zdania, nie ma słowa niepotrzebnego. To jest wszystko tak dopięte na ostatni guzik. Zresztą czytałeś, to wiesz, że to tam wszystko pięknie płynie.
[44:53] - Ja to nawet czytałem, przyznam się państwu, ze trzy razy przynajmniej, bo pojawiały się kolejne wersje. Bo o ile dobrze pamiętam, czytałem pierwszy raz „Małego Kapcia” w 2020 roku. I tam mieliśmy długą rozmowę, ja ją pamiętam jako bardzo sympatyczną, bo rozmawialiśmy tak naprawdę o literaturze, o pewnych mykach literackich. I proszę państwa, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, Bruno Kadyna po tej rozmowie, już myślałem, że się załamał, ale zniknął na rok. Kontakt utrzymywaliśmy, ale tak mało kapciowo zniknął na rok i po roku wrócił z kapciem. Ale to był już nieco inny kapeć. Jeszcze sobie pogadaliśmy, tym razem rozmowa była krótsza. I pojawiła się trzecia wersja „Kapcia”. Ja to państwu mówię po to, żeby troszeczkę kuchni redakcyjnej sprzedać. Jak to w sumie autor książki powinien mieć dobry słuch i dobrze właśnie słuchać, co mówią ludzie.
Nie to, że akurat ja. W ogóle ludzie, którzy są jego betaczytelnikami, którzy zwracają mu uwagę na pewne niuanse. Powiem państwu, że niewielu jest takich autorów jak Bruno, którzy tak uważnie wsłuchują się. Co więcej, potrafią działać szybko i wyciągać wnioski. To tyle, jeśli chodzi o pochwały czy opisy sytuacji. A teraz opowiedz, jak to wyglądało od twojej strony.
[46:39] - Tak jak mówisz, autor robi postępy albo idzie do przodu i jakoś ten jego warsztat wzrasta, kiedy właśnie słucha, nie zamyka się, nie obraża, nie załamuje. Bo to jest koniec tak naprawdę. To są takie wtedy przeszkody, których już nie przeskoczy, jak sobie sam je nałoży autor. Ale tak jak rozmawialiśmy, masz jakieś uwagi, masz doświadczenie. Ja też mam mózg. A ty jak jakieś uwagi podajesz i tak dalej, to jest konstruktywne. To nie jest wiadomo wyciągnięte albo złośliwe. Bo wiadomo, jak dajemy komuś do przeczytania, ktoś daje nam i chcemy, żeby się podzielił uwagami, to wiemy, kiedy jest to na przykład krytyka dla samej krytyki, co jest bezwartościowe, to możemy od razu odrzucić, nie obrażać się, nie zamykać i to po prostu odrzucamy, bo to nic nie wnosi. A tu, gdzie jest konstrukcja jakaś, wiemy i myślimy i weryfikujemy, że coś trzeba zmienić, poprawić, to trzeba po prostu poprawić i myśleć nad tym. Ja mam taką zasadę, że jak daję tekst betaczytaczom i ktoś mówi o jakimś niuansie, który trzeba zmienić na przykład, jakimś aspekcie, jakiejś sprawie, jest to jedna osoba, to myślę, czy to zmienić, czy nie, czy to jest po prostu subiektywny odbiór tylko.
Chyba że dwie osoby. Już wystarczy, że dwie osoby zwrócą na coś uwagę, na to samo, to już na pewno trzeba zmienić. Na pewno trzeba poprawić. I tak to wygląda. Trzeba pracować.
[48:11] - Ale jest jeszcze taka rzecz, która wiąże się z pewnymi konstrukcyjnymi walorami książki, bo czasami, tak było w przypadku „Małego Kapcia”, trzeba spojrzeć na swój własny utwór troszeczkę oczyma na przykład redaktora. Bo ja pamiętam tę pierwszą naszą rozmowę, już pominąwszy, bo musielibyśmy spoilerować, ale tam były pewne uwagi dotyczące nawet konstrukcji głównego bohatera. I nie to, że on głupi był i trudno go było zrozumieć. Nie, to właśnie tak naprawdę Bruno buduje takie książki czy tworzy takie książki W których sporą rolę odgrywają niuanse i o tych niuansach tak naprawdę w gruncie rzeczy rozmawialiśmy. Tam się pojawił jeden wątek dotyczący przebiegu akcji, ale to powiedzmy przyczynkowo można traktować. Przypuszczam, że Bruno sobie poradził z tym w jeden dzień albo w dwa, bo to żadna większa sprawa. Natomiast tam były pewne motywacje bohatera, pewne jego sposoby postępowania. I tu przypuszczam, że miałeś mocniejszy zgryz.
[49:36] - Możliwe. Chociaż dla mnie to i tak jest czysta przyjemność pracować nad tekstem. Ja lubię wyzwania, lubię trudne rzeczy, więc jak coś mam do zrobienia, całe przebudować na przykład, bohater nie jest do końca taki, jak być powinien albo ma jakąś cechę, która się przewija przez całą powieść, przez całą historię. I ta cecha wkurza czytelnika, ale nie wkurza tak, że chce się czytać więcej, tylko że wkurza tak, że to nie jest fajne czytanie. Zmienić to, wyrugować czyli zmienić, czyli przebudować osobowość bohatera to jest czysta przyjemność. To jest fajna praca nad książką.
[50:16] - Witam w klubie, bo jest cała grupa ludzi piszących, którzy nienawidzą poprawiać swoich tekstów i w ogóle im to przyjemności nie sprawia. Patrzą zawsze na mnie dziwnie, jak mówię, że lubię skończyć książkę, a później się nad nią pastwić. To oczywiście rys charakterologiczny ze mnie wychodzi jakiegoś potwora, którego hoduję w sobie. Ale widzę, że ty też lubisz się znęcać nad swoją twórczością.
[50:43] - Ja lubię każdy etap pracy nad książką. Pisanie pierwszej wersji, potem redagowanie, poprawianie. To jest najfajniejsze. Znam dużo takich autorów, którzy napiszą raz, nawet nie chcą poprawiać, już im się nie chce i najchętniej by oddali i zbierali laury. Ale tak się nie da. Książka to jest dzieło. Tak samo jubiler nie robi wyrobu i oddaje, i myśli, że jest skończone. Nie, musi dopieszczać, musi polerować, musi wyszlifować dokładnie. Zanim będzie gotowy, to jest kupa pracy, a nie stworzenie od razu, polutowanie tylko i wstępne szlifowanie. Nie, tam trzeba dopieszczać.
Tak samo jest z książką. Zanim to będzie gotowe i będzie się nadawało do czytania i nie będzie zgrzytów żadnych, niespójności, to trzeba nad tym powałkować troszkę. I to też jest fajny proces.
[51:41] - À propos tego jubilerstwa, tym, którzy nie śledzą tak dogłębnie kariery Bruno, zdradzę, że Bruno wie, co mówi, bo gdzieś tam w swoim życiu z jubilerstwem się zetknął. Weź coś powiedz o tym.
[51:59] - Tak. To jest mój zawód wyuczony. Jestem złotnikiem, jubilerem. Miałem kiedyś nawet działalność swoją. Pierwszą to było właśnie biżuterii artystycznej. Uczyłem się tego. Fajne to jest. Myślę, że jakbym nie pisał, nie tworzył, bo muszę coś tworzyć, stąd też wybór takiej szkoły w przeszłości. Myślę, że gdyby coś się wydarzyło takiego, że bym miał przestać pisać, to myślę, że może bym wrócił do tego, do jubilerstwa. Nie da się robić wszystkich rzeczy i teraz tego robić, bo to jednak też jest i nakład czasowy duży i pieniądze, bo tych narzędzi mi tam niewiele zostało.
Coś tam troszkę mam, ale dużo mi nie zostało, więc musiałbym zainwestować. Ale jest to fajna, twórcza praca, robić biżuterię. Ja byłem w tym dobry, bo trzeba mieć troszkę pokręcony umysł, który szczęśliwie posiadam i byłem w tym dobry. Może kiedyś, zobaczymy. Dla przyjemności.
[53:03] - Tak. Mieliśmy rozmawiać o „Małym Kapciu”, a tymczasem lawirujemy w różne dygresje. Wróćmy do „Małego Kapcia”. Jakbyś zechciał przedstawić zawiązanie akcji, od czego wychodzimy? Tyle powiedzieć o książce zdecydowanie możemy. Jaką mamy sytuację początkową, od której zaczynamy naszą podróż z twoją powieścią?
[53:29] - Tak. I tu wiele nie zdradzimy, bo to jest sam początek powieści. Bohaterem jest 30-latek, chudzinka straszna, chudy, ale kogut zadziorny, który znalazł się w trudnej sytuacji, ponieważ stracił pracę, a na całe nieszczęście jest żonaty z kobietą, która jest w dziewiątym miesiącu ciąży. Sytuacja nie jest łatwa, bo pieniędzy brakuje, a on też nie jest super wykształconym człowiekiem, więc nie mierzy za wysoko, jeśli chodzi o posadę, zatrudnienie. W takiej sytuacji zastajemy bohatera wraz z jego żoną ciężarną. Szuka intensywnie pracy. Nie wiem, czy dalej już możemy powiedzieć, jak się dalej rozwija.
[54:17] - Powiedzmy jeszcze tyle, że ta żona to specyficzna osoba. Ona go tam ostro tresuje, tego naszego głównego bohatera. Nie wiem, czy to z powodu ciąży, czy to z powodu rysu charakterologicznego, ale zdecydowanie ten bohater musi chodzić jak w zegarku.
[54:36] - Dostaje po głowie, tak. Jej charakter, to, co się z nią stało, to jest celowe zagranie, celowy zabieg, bo ona wcześniej taka nie była. Też się o tym dowiadujemy, że on cały czas ma nadzieję, że ona znowu będzie taka, jak była kiedyś, zanim z tą ciążą zaszła. Bo byli swojego rodzaju kumplami, dogadywali się super. Nie było nieporozumień w tym małżeństwie, nie było kłótni, a w momencie, kiedy wkradły się czy zaczęły buzować hormony, ona zmieniła się w zupełnie inną osobę. Zmieniła się w zółwę i daje mu popalić strasznie. A on jako dobry chłopak, taki cielak, próbuje stawać na rzęsach, żeby jej było dobrze. I też poczuwa się do obowiązku i chce zapewnić byt. I żeby tych jej humorów było jak najmniej, żeby to łagodzić. Nie zawsze mu się to udaje oczywiście.
Obrywa po głowie bardzo mocno.
[55:46] - Ja bym jeszcze kawałek fabuły zdradził, bo tak naprawdę dopiero wprowadzamy państwa w tę historię. Jeszcze kawałeczek bym pojechał, bo tak naprawdę musimy państwu powiedzieć, czym jest „Mały Kapeć”.
[56:05] - Świetnie to oddaje okładka „Małego Kapcia”, bo na okładce widnieje właśnie ten mały kapeć. Mały kapeć tak nazywają, przynajmniej ja, bo też miałem epizod marynarski w swoim życiu, półtoraroczny, takie statki do 100 metrów długości, takie jednostki starzy marynarze nazywają małym kapeciem. „Pływałem na takim małym kapciu.” Ja się przynajmniej zetknąłem z takim określeniem. I to jest właśnie mały kapeć. Statek o dokładnej długości 82,5 metra. Na takim statku pracowałem i na takim statku jest osadzona akcja tej powieści, bo bohater, już też w sumie możemy to zdradzić, bo to jest początek, dostaje po znajomości pracę na takim statku jako marynarz wachtowy, bo statek nie pływa. Statek jest na tak zwanym sznurku w porcie, ale ktoś na statku cały czas musi być. To nie jest jak zaparkowany samochód. Tam musi ktoś pilnować cały czas takiej jednostki. I taką osobą jest wachtowy.
I on dostaje po znajomości taką pracę. Praca wspaniała, lżejsza od snu. Tak naprawdę nic nie musi robić, tylko robić obchody co jakiś czas, wpisywać do zeszytu wachtowego i tyle. I jest jak w domu.
[57:28] - Tak. I tu właściwie zaczyna się akcja książki. I tu, w tym momencie opowiadać o książce my kończymy, bo dopiero od tego momentu zaczynają się w tej książce dziać rzeczy absolutnie dramatyczne, w różnych zresztą obszarach, bo tak jak państwu to zarysowaliśmy, główny bohater ma żonę w ciąży, ma problemy z pracą. Tu by się wydawać mogło, że już nie, ale wierzcie mi państwo, ta historia jeszcze się na dobre nie rozpoczęła. Ale mam takie pytanie do ciebie. Powiedziałeś, że pływałeś taką jednostką. Czy w tej historii są jakieś autobiograficzne wątki?
[58:17] - Nie ma. Ja nie pływałem tak naprawdę, bo pracowałem w porcie. W końcu ten statek nie wypłynął, więc nie nazywam się i nigdy nie nazywałem marynarzem, chociaż książeczkę znam. Nie nazywam się marynarzem i jedyne, co zaczerpnąłem ze swojego życia do tej książki, to miejsce akcji, niektóre terminy marynarskie. Ja tam za dużo nie mogę powiedzieć, bo jak jakiś marynarz posłucha, ktoś kto pracuje, to powie: „Co ty wiesz, chłopie, ty nic nie wiesz.” I ja się zgadzam. Niewiele wiem. Tyle, co wiem, to w książce jest. Oczywiście nie na tyle jest to męczące albo branżowe, żeby ktoś, kto nie jest związany z morzem i ze statkami, żeby się nie męczył albo gdzieś szukał po słownikach jakichś określeń. Nie, będzie sobie normalnie to czytał i nie będzie mu to wadziło. I o to chodziło.
Ale tylko tyle wyciągnąłem ze swojego życia. Oczywiście wachta, jak to wygląda, jak wygląda praca na takim statku i tyle. A bohater, to, co się dzieje, to jest wszystko fikcja.
[59:31] - Tak. Poza tym warto też powiedzieć, że główny bohater nie ma powodu znać tych wszystkich szczegółów życia marynarskiego, ale związanego ze statkami, ponieważ on jest człowiekiem z zewnątrz, który tę fuchę dostał, tak jak powiedziałeś, po znajomości i ona miała być właściwie sposobem na przeżycie czy też na przetrwanie gorszego okresu w życiu. Więc to wszystko się klei naprawdę w tej książce.
[01:00:03] - Tam nie ma niepotrzebnych rzeczy. Tak samo ta zołzowatość żony też po coś jest. Też mocno się wiąże z całą fabułą.
[01:00:14] - Powiem tak, ponieważ więcej o książce mówić państwu nie możemy, to jednak coś powiem, a mianowicie, że to jest książka, która będzie państwa na różnych etapach wprowadzała w różne nastroje, a gdzieś tam się pojawi moment, w którym wpadniecie w dygot. Nie będę tego słowa rozwijał ani nie będę specjalnie go doprecyzowywał faktami. Natomiast to jest rzeczywiście książka, przy której ten dygot się może pojawić. I bardzo dobrze. Nie o to będę pytał. To taka zajawka tylko była. Natomiast ja pragnąłbym wrócić do tego momentu naszej rozmowy, w której mówiłeś o tym, jak książka długo powstawała. Zacząłeś od tego, że jakieś pierwsze przymiarki pojawiły się w roku 2015. Piętnastym. Mamy rok 2023, książka już cieplutka przyjechała z drukarni.
To panie osiem lat! To kawał czasu. W związku z tym wcale mnie nie dziwią te twoje deklaracje o dopieszczeniu, doprecyzowaniu każdego zdania niemalże. To jest jasne. Ale powiedz mi, Bruno, czy tak długa praca nad książką nie sprawia, że człowiek przestaje mieć do niej serce?
[01:01:45] - Ojeju, tak! Serce może nie, ale już nie mogłem na nią patrzeć. To też nie jest tak, że ja nic nie robiłem przez osiem lat. Przecież w 2015 pojawił się właśnie „Metalowodal” na debiut. Potem mamy 2018 „Wpływ”, 2020 to był „Ciężki bagaż” i „Kocur”. To nie jest tak, że to jest ciągła praca. Oczywiście, bo książka musi odleżeć, musi odpocząć, a w międzyczasie jak odpoczywa, to przecież nie przestajemy, dalej piszemy. Po tych przerwach jest znowu to świeże spojrzenie i jest inaczej. Ale wiem, że musiałem zrobić przerwę, żeby historii nie skiepscić. Bo już któryś raz wałkuję, ja tą powieść redagowałem kilkadziesiąt razy, nie przesadzając.
Kilkadziesiąt razy. To już nie mówiąc o grubym przebudowaniu czy poprawkach. Już nie można patrzeć na ten tekst. Już wtedy są potrzebni beta czytacze. Dlatego ty też czytałeś, żeby mi wytknąć błędy, których ja już po prostu nie widziałem. Ale tak jest chyba z każdą książką, z każdym tekstem, że już pod koniec, jak już to wałkuję tysięczny raz, to już przewracam oczami. Już mam go dość. Ale to jest takie fajne i tak.
[01:03:15] - Tak. I tak mamy książkę na księgarskim rynku. Okej, to ja mam teraz pytanie, które jest pochodną wielu rozmów, które na temat twojej prozy toczyłem z różnymi czytelnikami. I to, co ich nieustannie zachwyca, to sposób, w jaki ty budujesz postacie. Ale to powiedzmy okej, ale dodatkowo jeszcze to, w jaki sposób budujesz psychologię tych postaci. Cóż, to jest takie bardzo otwarte pytanie. Powiedz, jak to się robi?
[01:03:54] - Myśleć trzeba dużo. Trzeba myśleć. Tak widzę, że z wiekiem i wpływającym doświadczeniem, coraz mniej sięgam po cechy osobowości osób żyjących naprawdę. Coraz więcej jestem w stanie wyobrazić, wymyślić i narzucić bohaterom. Ale to jest dobry pomysł też obserwować. Trzeba obserwować, wyciągać cechy, jakieś naleciałości osób, które znamy, o które się ocieramy. Ja wykorzystuję często jakieś cechy albo zachowania wspólne wielu ludziom. I nie podaję tego dosłownie, nie podaję tego od A do Z, bo to zabija wtedy historię. Dużo zostawiam wyobraźni czytelnika, że jak ktoś czyta i też, żeby nie spowolnić albo żeby czytanie było lekkie i płynęło, to jak czytelnik czyta o zachowaniu bohatera, to nie ma problemu, żeby je umiejscowić, nie ma problemu, żeby widzieć tego bohatera, jaki on jest. Bo czyta o zachowaniach, których sam się kiedyś gdzieś na pewno nie raz potknął, spotkał albo może sam robi coś takiego.
Po prostu trzeba myśleć, jak ten bohater będzie wyglądał na kartach powieści, jak to będzie brzmiało w głowie czytelnika.
[01:05:35] - Tak, tylko zadając pytanie o psychologię twoich postaci, coś innego miałem jednak na myśli. Będę doprecyzowywał. Bo nie tyle mi chodzi o budowanie postaci na zasadzie takiej, że ma takie i jeszcze śmakie cechy. Bo można to napisać, że był nerwowy albo że był jakiś inny. Okej. Natomiast specyficzne dla twojej prozy jest to, że ty dajesz czytelnikowi poznawać tego bohatera. Nie piszesz, że był nerwowy, tylko taka kuchnia. To jest najprostsze, ale na tym przykładzie chciałbym coś pokazać, bo to się w wielu miejscach odbywa. Zamiast pisać, że był nerwowy, ty po prostu pokazujesz tego gościa w akcji. Czytelnik tak na dobrą sprawę sam sobie wywnioskuje, że był nerwowy.
Jeśli chodzi o taką cechę jak nerwowość, to jest, powiedzmy, małe miki. Natomiast ty pokazujesz znacznie bardziej złożone procesy dotyczące psychiki bohaterów właśnie w taki sam sposób. To oczywiście wymusza rozbudowywanie akcji, bo żeby dobrze takiego swojego bohatera pokazać, to ty go musisz wrzucić w ileś sytuacji, żeby go czytelnik poznał. Powiem, nieźle to opanowałeś, a teraz trochę to opisz.
[01:06:58] - Dobrym przykładem jest, nie wiem, czy pamiętasz opowiadanie „Social media”. Tam bohaterem jest malarz psychopata. To też oczywiście trzeba pokazać Jak on czuje, jak on się zachowuje. Nie też opisywać tak jak mówisz, ale właśnie wrzucić go w jakieś sytuacje i on musi się sfrustrować, szlag go musi trafiać i wtedy poznajemy, widzimy go, wtedy on nabiera krwi, nabiera ciała. Tak to wygląda. Tak naprawdę wszystko powiedziałeś, Marek, ja tu nie mam nic do dodania. A to zajmuje czas. Trzeba cierpliwości i trzeba myśleć, w jakie sytuacje, oczywiście zgodne z fabułą, zgodne z treścią, go wrzucić. On musi planować, on musi myśleć, on musi też mówić. Tak jak my, jak się zachowujemy, gdzieś idziemy, coś robimy, wpadamy w jakąś sytuację, to myślimy co teraz zrobić albo myślimy o kimś, z kim się spotykamy.
Mówimy do tego kogoś. I to jest taka sama zasada, po prostu trzeba to dobrze przenieść na papier.
[01:08:09] - Okej. Niby powiedziałem wszystko, ale tak nie do końca, bo pewna trudność związana z pisaniem prozy tego rodzaju i z tym wrzucaniem bohatera w różne sytuacje polega na tym, że w ten sposób można sobie zafundować opasłe dzieło o niczym. Bo będziemy wrzucać tego bohatera w różne sytuacje, on je będzie przeżywał, dzięki temu my, czytelnicy, będziemy poznawać tego bohatera.
[01:08:37] - Nie. Wrzucamy go w takie sytuacje, które są ściśle związane z fabułą.
[01:08:44] - O, właśnie.
[01:08:45] - Jeśli chcemy wrzucić coś, co jest kompletnie niepotrzebne, to nie ma sensu tego wrzucać. Nie, wrzucamy go, jak w tym „Social media” on malował, on szukał kobiet na tym Facebooku i tylko tyle. Szykował się. I wrzucam go w sytuację, kiedy on jest już umówiony i szykuje się na spotkanie w kawiarni z nową ofiarą. I tutaj jest pole do popisu, żeby pokazać jak on się zachowuje, jak on się szykuje. Też jak szykujemy się na randkę na przykład, przypomnij sobie jak to było, jak byłeś młody, szykowałeś się na randkę, to byłeś podekscytowany, że zobaczysz się z tą nową, to jest pierwsze spotkanie. To kurczę, wyszorujesz się, pachniesz się perfumem, czeszesz włos, których miałeś pewnie dużo. Słuchaj, jakieś emocje ci wtedy towarzyszą. Jesteś podekscytowany i to teraz trzeba zgrabnie opisać i ubrać fajnie w słowa. Co on sobie tam myśli, podśpiewuje.
I już poznajemy bohatera, jak się zachowuje, jaki jest. Nie obraziłem się z tymi włosami, mam nadzieję.
[01:09:50] - Nie, ja już się dawno z nimi pożegnałem, także spokojnie. Wspomnienie włosów-
[01:09:57] - Ja się powoli żegnam już teraz
[01:09:59] - Wspomnienie włosów do ramion to jest odległe wspomnienie w moim przypadku. Natomiast ja już jakoś nauczyłem się żyć z tym, co mam na głowie, czyli z niczym. Bruno, a teraz jest pytanie z gatunku trudnych. Nie wiem, czy trudnych, ale takich opisujących, również charakteryzujących twoją prozę. Otóż ta proza, bez względu właściwie na tom, o ile tak sięgnę pamięcią, tak, chyba bez względu na tom, straszliwie zachwyca kobiety. Skoro już o kobietach mówimy.
[01:10:35] - Nie wiem czemu, nie wiem. Bardzo się cieszę z tego powodu. Może dlatego, że więcej kobiet czyta i to wychodzi tak naturalnie.
[01:10:47] - Myślę, że nie. Natomiast całkiem niedawno też miałem okazję wysłuchać peanów pochwalnych i słychać, widać, czuć ten zachwyt autentyczny, który te twoje słowa układane w zdania, zdania w jakieś większe całości autentycznie budzą. Ja nie wiem, czy powinieneś się z tego tłumaczyć, ale na pewno warto coś o tym powiedzieć. Czy to tak specjalnie, czy to tak przy okazji?
[01:11:23] - Ja się cieszę z tego bardzo. Znaczy specjalnie może troszkę. To też zależy od tekstu, bo to zależy, o czym piszę, ale na przykład jest takie opowiadanie „Ona”, to jest chyba najdłuższe moje opowiadanie z tych takich krótszych form, to jest pisane specjalnie dla kobiet. To celowe zagranie. Nie chcę wymyślać tutaj albo mówić, jaki to ja jestem świetny, bo potrafię jakoś uwieść kobiety. Nie wiem, coś się staram robić. Próbuję, wiadomo, żeby podobało się każdemu i paniom też jak najbardziej. Szczególnie, że dużo więcej kobiet czyta niż mężczyzn, niestety czy stety.
[01:12:13] - Tak się państwu objawił wielki manipulator oraz znawca duszy kobiecej, Bruno Kadyna. Nie da się ukryć, proszę państwa, że coś się za tym kryć musi.
[01:12:27] - Doświadczenie, mój drogi, doświadczenie. No to wiesz.
[01:12:31] - Tak przypuszczałem właśnie. Okej, wróćmy zatem do tematów literackich. Wróćmy jeszcze do „Małego Kapcia”. Znowu, nie zdradzając szczegółów, taki motyw męsko-kobiecy jest bardzo rozbudowany w tej książce. Znowu nie zdradzamy szczegółów, ale warto na sam fakt zwrócić uwagę. I on jest, ten motyw, taki powiedziałbym, że klasyczny, to znaczy znajomość psychologii i tym razem nie tylko kobiecej, ale również męskiej. Pogratulować znowu, bo to jest opisanie pewnej relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną, która w dodatku się rodzi, a właściwie odradza, czy jakoś tam się przypomina od takich- Początków do właściwie finałów. Dobrze, nie wchodźmy za głęboko. W każdym razie znowu śledzimy pewną, trudno powiedzieć osobną, ale historię w historii.
[01:13:39] - Tak. I to jest dla kobiet specjalnie. Też myślałem dużo o paniach, o czytelniczkach i myślę, że się spodoba. Można też zdradzić, mnie się podoba na przykład, to też się może paniom spodobać, opisany jest poród. To też można spoilerować. To już nie jest żaden spoiler, bo wiadomo, skoro żona bohatera jest w dziewiątym miesiącu ciąży, to przecież z tego nie rozchodzi, więc też jest opisany. Też się może paniom spodobać coś takiego, taki zabieg. Nie wiem, czy to pamiętasz.
[01:14:15] - Natomiast ja pamiętam bardziej i to mną na przykład poruszało, to życie z kobietą tuż przed porodem, która potrafi być męcząca. To chyba najbardziej delikatne słowo, na jakie mnie w tej chwili stać.
[01:14:36] - Też jestem ciekaw, jak panie zareagują. Czy będą współczuły, czy staną po stronie tej kobiety? To jest ciekawa sprawa. Szok, bo to od razu widać. Wiadomo, każdy ma inny charakter, każdy jest inny trochę, chociaż jesteśmy do siebie podobni, ale to wtedy czasami pokazuje, jak ktoś się uzewnętrznia albo zdradza, jaki jest. Także jestem bardzo ciekaw tych opinii.
[01:15:04] - Okej, Bruno, to jest taki moment, w którym nie mogę nie zapytać, czy pisząc „Małego Kapcia”, czy mentalnie odwoływałeś się do jakichś pierwowzorów literackich? Nie mówię o odwzorowywaniu, tylko bardziej, czy coś ci w głowie grało, jeśli chodzi o nawiązania literackie?
[01:15:27] - Wiesz co, nie przypominam sobie. I chyba nie. To jest historia pisana od zera kompletnie. I to jest taka historia, której ja nigdy nic podobnego nie czytałem i chyba nie ma. Albo zapomniałem, bo tak też może być oczywiście. Tylko że raczej jakbym gdzieś mocno się nad czymś opierał albo na czymś wzorował czy czerpał, to bym o tym pamiętał. Bo to nie jest jednak jeden dzień, jedna godzina, impuls, tylko dłużej to trwa, ale nie kojarzę, żebym ja się na czymś opierał czy na czymś wzorował, jeśli chodzi o „Małego Kapcia”. Ja w ogóle staram się nie czerpać z nikogo. Jeśli już, to na przykład podoba mi się jakiś zwrot gdzieś przeczytany. To też oczywiście nie, żebym gdzieś tam zerżnął jeden do jednego, ale podoba mi się sposób, w jaki to było podane, jak było napisane, jakieś odniesienie w fabule do czegoś.
Nie chodzi mi o odniesienie w fabule do jakiejś innej literatury, ale do historii opisywanej w tej książce konkretnej. To ewentualnie coś takiego, jakieś odniesienie, ale do całej powieści czy do całej historii opowieści to chyba nie. To mi się nie zdarzyło nigdy. Pamiętam debiut „Metalową dolną”, to mi się podobała bardzo literatura Jonathana Carrolla i bardzo chciałem napisać coś w tym stylu, jeśli chodzi o taki realizm magiczny. To jedyne, co mi przychodziło do głowy, a potem już nie pamiętam, żebym się gdzieś nad kimś wzorował.
[01:17:16] - Okej, Bruno, na chwilę zostawmy bohatera dzisiejszego spotkania, czyli „Małego Kapcia”, bo w takiej rozmowie przy okazji kolejnej książki trudno nie zapytać o tę następną. Co tam u ciebie na warsztacie w tej chwili się znajduje? Czy to jest jedna rzecz, czy to jest więcej rzeczy? Jak w tej chwili wygląda warsztat Bruna?
[01:17:44] - W tej chwili premierę też ma książka dla dzieci, dla maluszków, ilustrowana „Już mnie znajdź, mamusiu”. To w ogóle coś zupełnie nowego. Dla takich maluszków po parę lat dosłownie, tak do ósmego, dziewiątego roku życia max. I opowiadania. Mam kilka opowiadań. Mam dwa opowiadania, które leżą, które muszę poprawić i piszę też, wpadłem sobie na pomysł, żeby napisać, jak to teraz ubrać ładnie? Bo kiedyś, dawno temu stałem na bramce. Byłem bramkarzem w klubie nocnym. Sześć lat stałem na bramce i zanim zacząłem pisać cokolwiek jeszcze, to zacząłem pisać powieść pod tytułem „Pamiętnik bramkarza”. Napisałem 19 rozdziałów, ponad 240 stron takich A4, takiego komputerowego formatu i musiałem to rzucić, bo niedobrze mi się robiło, że do tego wracam na nowo.
Bo tam zacząłem od młodości bohatera, swojej, swoją opisywałem tak naprawdę i jak już zaczęła się praca na bramce i zaczęło to mi się kręcić na ostro, to zaczął mi blić i rzuciłem ten temat. A przez lata słyszałem, że powinienem wrócić do tego, że powinienem to wydać, że to byłoby takie chwytliwe, bo nie ma takich powieści od kuchni, z takiego świata, bo to są ludzie gdzieś tam w półświatku, którzy raczej książek nie czytają, a co dopiero pisać. Ja się z tym zgadzam, tylko ani nie miałem na to pomysłu na historię, bo przecież nie będę opisywał, jak to wyglądało od sytuacji do sytuacji. To książka bez kręgosłupa, bez szkieletu. Nie wiadomo, co to by było.
[01:19:49] - Tak, bo stanie na bramce to może być świetna dekoracja dla książki, natomiast ona musi być o czymś.
[01:19:55] - Dokładnie tak. Pomijając to, że mi się nie chciało tego pisać. Napisałem opowiadanie, nie wiem, czy pamiętasz, „Kiedy inni śpią”, które miało się ukazać w „Playboyu” i nie zdążyło, bo „Playboy” się zawinął z rynku. To jest takie wyrwane z tego świata opowiadanie. Napisałem opowiadanie też „Nie umieraj, wiem, że tam jesteś” i ono ukaże się w antologii, niedługo wydanej, o mężczyznach. Ale to też tylko opowiadanie, też wyciągnięte, też się dzieje w klubie nocnym. Ale wpadłem na pomysł, że nie muszę pisać takich rzeczy strasznych, że krew się lała, bo takie rzeczy były, nie pisać o takich rzeczach, ale napisać takie rzeczy, które tam były śmieszne, się działy, jakieś jaja, które się działy, bo takich też nie brakuje. I stworzyć coś na wzór zbioru opowiadań, że mamy jednego bohatera, jest ten sam bohater, to samo miejsce akcji czy podobne. I są wrzucone opowiadania, różne historie, które się z sobą nie łączą. Może czasowo, wiadomo, jak czytamy z biegiem, to wiemy, że czas leci, lata lecą, ale mamy cały czas tego bohatera i każdy tekst to jest inna opowieść, inna historia.
I coś takiego mi chodzi po głowie. Napisałem na razie jedno krótkie opowiadanie pod tytułem „Akcja chusteczka” i już sobie jest. Też leży, odpoczywa. Teraz piszę, bo po tym opowiadaniu „Akcja chusteczka” wpadłem na pomysł tego zbioru, zacząłem pisać początek, pierwszy raz opowiadanie i jak to się tam zaczyna. Oczywiście na wesoło. I sięgam do tego, bo mam ten plik, ten „Pamiętnik bramkarza” i sięgam, posiłkuję się tym tekstem, więc to też nie takie stracone. Pisane kilkanaście lat temu. Ten plik leżał sobie, leżał i zobaczymy. Zobaczymy, czy coś z tego wyjdzie fajnego. Tytuł całego zbioru czy całej pozycji to jest „Lekki bałagan.
Historie klubowe” i zobaczymy, czy to będzie fajne, czy nie będzie fajne. Dużo o tym. I nad tym na razie ślęczę. To pierwsze opowiadanie, ten pierwszy raz będzie miało trzydzieści parę stron, więc to nie będzie takie krótkie. I też one będą w różnym stylu. Żeby to trochę zmiękczyć, żeby nie wrzucić czytelnika w świat taki, bo bałagan, tak się mówi na burdel. Określenie burdelu to jest też bałagan, tak się mówi. Dlatego lekki bałagan. I żeby też czytelnika nie zamęczyć, bo to są ciekawe rzeczy, ale jak będzie czytał i czytał, to w końcu może mu się przejeść i odłoży. Więc żeby tego nie zrobić, to też zabieg literacki, będzie to napisane troszkę innym językiem.
Przynajmniej to pierwsze opowiadanie. Takim lekkim, żeby to było bardziej śmieszne. Zobaczymy, jak to wyjdzie. „Akcja chusteczka” jest napisane już takim normalnym językiem, bo historia nie wymagała zmiękczania. Podobnie jak zresztą „Kiedy inni śpią”, tam też dodane są fajne, śmieszne rzeczy i to się lekko czyta i to nie jest wulgarne i męczące. Także niewiele jeszcze mogę powiedzieć, bo to są takie początki, może nic z tego nie wyjść, ale jestem dobrej myśli.
[01:23:48] - Ale jakoś tak mi trudno uwierzyć, że ty gdzieś tam nie kombinujesz.
[01:23:53] - Cały czas kombinuję.
[01:23:55] - Tak! Właśnie, o czymś jeszcze, o na przykład jakiejś kolejnej powieści albo o czymś takim. To dobrze. To już nie pytam w tej chwili, co Bruno Kadyna ma na warsztacie, tylko co ma w głowie.
[01:24:10] - Wiesz co? Właśnie myślę, że z tego może powstać taki dziwny twór. To nie jest jednak jakaś antologia, bo to wszystko będzie jakoś ze sobą połączone, chociażby tym, że to jest jeden bohater i jedno miejsce akcji. I z tego może powstać swego rodzaju powieść. To jeszcze jest na takim etapie początkowym, że nie wiem, czy to się uda. Ja tworzę tak, że sam często nie wiem, jak się opowieść skończy. Więc powiem ci szczerze, że to jest z taką myślą, żeby to było coś grubego, najgrubszego, bo historii jest tyle z tych sześciu lat, że tych opowiadań tam będzie, tych historii takich wrzuconych jest mnóstwo. Więc to nie będzie cienka pozycja, jak już nabierze więcej ciała. Więc tak naprawdę myślę teraz o tym, a nie o jakiejś zwartej, pełnokrwistej od początku do końca powieści. Na razie jeszcze nie myślę o tym, bo piszę to.
Zobaczymy. Myślę, że po tym pierwszym opowiadaniu, bo jest tak długie, jak nie będę tego czuł dalej, to będzie opowiadanie, kolejne na konto i zabiorę się za coś innego, za jakąś powieść. Właśnie. Bo pomysłów nie brakuje.
[01:25:36] - Właśnie, to ja cię namawiam, żebyś powiedział. Skoro ci nie brakuje pomysłów, to jakie pomysły ci się po głowie kołaczą?
[01:25:44] - Nie jestem w stanie powiedzieć. Nie mam pomysłu na powieść. Uwierz mi, nie mam. Nie mam takiego konkretnego, wybranego. Nie mam i nie zdradzę, bo pomysłów jest mnóstwo dookoła. Zresztą ja nigdy nie miałem jakichś świetnych, odkrywczych pomysłów na maksa. To są teksty, które można policzyć na palcach jednej ręki. Teksty z naprawdę oryginalnym, świeżym pomysłem.
[01:26:16] - Proszę państwa, widzicie, macie przed sobą autora nie dość, że zdolny, to jeszcze skromny.
[01:26:23] - Nie, to nie jest skromność, tylko takie jest po prostu. Tak po prostu jest.
[01:26:28] - Okej, ale żeby nie było tak łatwo i żebyś dobrze albo źle wspominał tę rozmowę, to wrócę na chwilę do „Małego Kapcia”. Twój bohater, który jest przedstawiony czytelnikom w tej książce, to jest postać złożona. Oczywiście trochę skomponowany na zasadzie takiej, że jest niejednoznaczny i że w różnych sytuacjach i tak dalej. Taka kuchnia pisarska. Natomiast ja bym prosił, żebyś powiedział, jak to się robi. To znaczy, jak człowiek myśli o innym człowieku, to na ogół na początku dosyć prosto go opisuje. Ja rozumiem, że u autora jest podobnie. Na początku ma ogólny obraz bohatera, a później dokłada mu kolejne cechy. Niektóre się nawzajem wykluczają. To nawet lepiej, jeśli się wykluczają, jeśli on jest raz taki, raz taki.
Ja specjalnie komplikuję to pytanie, żeby na końcu zadać takie oto: jak buduje się taką postać? I tylko nie mów, że sobie myślisz i dopisujesz, tylko to jest pewien proces i o ten proces pytam.
[01:27:51] - Nie umiem ci odpowiedzieć na to pytanie, powiem ci szczerze. To jest proces, tak jak mówisz, ale to wszystko jest w głowie, wszystko trzeba przemyśleć.
[01:28:03] - Okej, ale jak tworzony? To znaczy chodzi o to, czy ty tego bohatera gdzieś masz, tu cudzysłów, „zapisanego” poza głową, czy gdzieś sobie masz notatnik i piszesz: „Dzisiaj mój bohater jest nerwowy”.
[01:28:19] - Nie.
[01:28:19] - „Ale on jest nerwowy” i coś tam. A następnego dnia: „A dzisiaj mój bohater jest taki, że nie potrafi się zdecydować, czyli niezdecydowany.”
[01:28:32] - Nie. Ja zapisuję zdanie, które on wypowiada na przykład. Jak chcę zrobić taką notatkę albo fragment dialogu, jak z kimś rozmawia, bo wiem, że będzie taka sytuacja albo może być, która określi, jaki on jest, albo będzie w nim wrzał, albo się zakocha. I ja już znam go troszkę, bo myślę o nim na przykład, albo zaczynam pisać, to ta jego osobowość się klaruje. I jak mam coś takiego, chcę zrobić to, o czym mówisz, to zapisuję zdanie albo zapisuję kawałeczek dialogu, który mi dużo mówi, ale nie opisuję, że on się wtedy denerwuje i tupnie nogą. To już jest akcja, widzisz, naturalnie wychodzi. Albo tupie nogą i będzie zły strasznie. Nie, ja zapiszę sobie, co on zrobi w tym momencie, w tej sytuacji, która będzie definiować jego zachowanie i osobowość.
[01:29:29] - A jak jest z fizycznością bohatera? To znaczy, czy ty go przez cały czas widzisz, że on jest na przykład niskim, krępym blondynem albo wysokim, czarnym i niezwykle szczupłym?
[01:29:42] - Ja go czuję już. Czuję jego ciało już wtedy. Wiem, jak on wygląda oczywiście, jak on się zachowuje, to ja jestem w jego skórze. Staram się widzieć jego oczami, mówić jego ustami, jego rękoma, podrapać się po dupsku jego ręką i wtedy te jego ruchy, to, jak on się zachowuje, ja wiem, jakie on ma ciało cały czas. Ciach, ciach. Jestem nim w tym momencie albo nią.
[01:30:08] - Ja przepraszam ciebie, ale czy twoja żona, twoja rodzina w ogóle nie czuje się trochę zagubiona, jak ty odgrywasz role swoich bohaterów?
[01:30:17] - Nie, to się dzieje w głowie. Zresztą ja lubię aktorstwo, bo pisanie ma dużo z aktorstwa troszkę. Aktor nieraz sobie zapisuje, pisze albo na przykład stand-uper. Oni piszą teksty i aktorstwo bardzo pomaga. Trzeba być troszkę aktorem. Trzeba się trochę wcielać. W cudzysłowie oczywiście, bo nie fizycznie, nie łażę po domu i nie zachowuję się jak bohater, tylko wszystko się dzieje w głowie. To wystarczy. Nie wiem, czy odgrywanie roli, na przykład takiej fizyczne, swojego bohatera, czy by nie przeszkadzało w pisaniu, potem zapisywaniu. Może pomagało, ale może przeszkadzało.
Nie wiem. Wystarczy sobie to wyobrażać. Jak opisuję scenę, to sobie czasami zamknę oczy i jak na przykład bohater leje kogoś mordę, to sam się biłem kiedyś nieraz, trenowałem, to wiem, jak on by to zrobił. A że na przykład jest chudziutki, to jakiej mocy byłby ten jego cios, jak on by go wyprowadził. I zależy też oczywiście, z jakim przeciwnikiem walczy, co się z nim stanie, jak się zachowuje, jak zareaguje jego ciało, jak się zachowa, jak wiatr zawieje. To wszystko sobie można wyobrazić.
[01:31:37] - Bruno, sam wywołałeś ten temat, więc zapytam-
[01:31:42] - Nieprawda, podpuściłeś mnie.
[01:31:44] - Dużo oglądasz i słuchasz stand-upu?
[01:31:47] - Tak, lubię. Czy dużo? Można powiedzieć, że dosyć dużo, jak czas pozwala.
[01:31:57] - A wiesz, dlaczego o to pytam? Między innymi dlatego, że jak słucham Lotka Lotkowskiego albo na przykład Paczesia, to czasami słyszę Bruno Kadyinę. Naprawdę.
[01:32:08] - Coś ty! A możliwe.
[01:32:11] - Naprawdę. Czasami masz bardzo podobne reakcje, odzywki. Naprawdę kilka razy się na tym złapałem i obiecałem sobie, że ci to pytanie zadam, a tu miałem teraz okazję zadać go publicznie. I już państwo wiecie, że Bruno słucha stand-upu i czasami jakoś nawiązuje do niego. Podoba mi się to zresztą. Właśnie, ale to był początek tylko pytania. Miłe złego początki.
[01:32:44] - Tak myślę.
[01:32:44] - Bo zastanawiałem się, czy ciebie w tym kierunku przypadkiem nie ciągnie i czy nie będziemy za jakiś czas mieli stand-upera Bruna.
[01:32:55] - Nie, coś ty. Nie, w ogóle nie mam ciągot w tym kierunku. Ja jestem odbiorcą. Tak samo jak uwielbiam muzykę i słuchać jazzu, ale nigdy nie miałem jakiegoś parcia albo próby zagrania czy spróbowania. Myślę, że nie.
[01:33:13] - Ale wiesz, to nie jest takie ostrzeliwanie autora amunicją, bo należy do niego strzelić. Tylko ja w twoich książkach, w twoich opowiadaniach dostrzegam na przykład taki specyficzny rodzaj humoru nie wprost, który bardzo często stand-uperzy stosują, że nie „ha, ha, ha!” i wszyscy po prostu tarzają się ze śmiechu. Tylko to jest czasami taki subtelny humor, który wchodzi gdzieś tyłem, od kuchni troszeczkę i człowiek się łapie na tym, że właściwie facet do mnie gada, ten na scenie, a czasami Bruno do mnie pisze i od jakiegoś czasu on mnie zabawia tym i ja rzeczywiście zabawiony jestem. Stąd moje skojarzenia w związku z tym stand-upem, ale też i z takim specyficznym poczuciem humoru. Bo w twoich opowiadaniach, w twoich powieściach ten humor, tak jak powiedziałem, jest nieustannie obecny, chociaż czasami okoliczności są dramatyczne.
[01:34:17] - Ja jestem takim śmieszkiem trochę. Większość powieści napisałem, zanim zacząłem. Wracając do Paczesia i do Lotka, których wywołałeś: oni pisząc swoje programy, też odnoszą się do rzeczy. Wiadomo, że trzeba mieć poczucie humoru, być zabawnym, ale też odnoszą się do rzeczy uniwersalnych. Dlatego nieraz śmieszą, bo to musi być, jak oni podają jakiś żart czy jakąś anegdotkę, czy jakiś bit, tak jak oni mówią, to ty też musisz go błyskawicznie odebrać i zrozumieć. Nie zaciąć się, czy się zaśmiać, czy nie, to musi być naturalne. Dlatego powiedziałem, że stand-up ma bardzo dużo wspólnego z literaturą. A to, czy już jakiś taki humor, czy subtelny, czy niesubtelny, bo to też zależy od człowieka, jakie poczucie humoru ma, jest zawarte w tekście, to już zależy od autora. Od człowieka, który pisze. Czy to potrafi zawrzeć, czy chce, czy czuje.
To trzeba czuć w kościach.
[01:35:22] - Bruno, zbliżamy się do końca naszej rozmowy. Dwa pytania bardzo otwarte. Pierwsze: jakiego pytania ci nie zadałem? Ale zakładam, że ja jestem taki mądry i taki doświadczony, że już ci wszystkie pytania zadałem. To drugie jeszcze pytanie to, za które wszyscy mnie nienawidzą i ty będziesz miał też okazję. Ja wiem, że na twojej książce są blurby osób trzecich, a teraz będę cię namawiał, żebyś sam na temat swojej książki blurb jakiegoś błyskotliwego na poczekaniu ułożył. Dwa pytania.
[01:35:58] - To pierwsze pytanie. Wiesz co, ty jesteś wnikliwy i pytań dużo zadałeś. Nic mi nie przychodzi do głowy. Mój umysł jest niestety taki, że ja sobie wiele rzeczy pomyślę o tej rozmowie i przyjdzie do głowy: „Ach, nie powiedziałem o tym” albo „To mogłem powiedzieć”, albo „Takie pytanie”, ale to przyjdzie za godzinę, Marek, to przyjdzie za dwie. Więc myślę, że wyczerpaliśmy temat. Nic mi nie przychodzi do głowy teraz, o co mógłbyś jeszcze zapytać.
[01:36:30] - Okej, to było pierwsze pytanie. A teraz drugie, to, za które możesz mnie zupełnie spokojnie nienawidzić, ale też po audycji.
[01:36:38] - Nie, gdzieżbym śmiał? Ja tak lubię z tobą rozmawiać. Dobra, ale wracając do pytania: to jest najlepsza moja książka. Już nie wspominając o tym znowu, że tyle poświęciłem na to czasu i tak się napracowałem. Ale tak trzyma w napięciu i tak wciąga do szpiku, że po prostu trzeba ją przeczytać. I gwarantuję, że oderwać się od niej będzie ciężko do samego końca. O to chodziło, Marek?
[01:37:15] - O to. Dobra, dobrze powiedziałeś. Pięknie ci zatem dziękuję, Bruno, za tę rozmowę. Było super. Czytajcie państwo, czytajcie „Małego Kapcia”. To będzie niezapomniana lektura. Ja tylko przypomnę z naszej rozmowy: ona naprawdę może człowieka w dygot wprawić i więcej szczegółów zdradzić nie mogę. Jeszcze raz piękne dzięki, Bruno.
[01:37:40] - To ja dziękuję.
[01:37:44] - „No siemasz młody ojciec, jak tam?” Sławek opierał się o burtę i palił szluga. „Siemasz oldboyu.” Dawid wyciągnął rękę spodziewając się tego, co zawsze przy witaniu. Ale uścisk dłoni nie wydał się już taki silny jak zazwyczaj. „Tylko nie oldboyu, gówniarzu. Jeszcze bym ci pokazał, co potrafi stara szkoła.” „Może i tak.” „Naraziłeś się kapitanowi i Mietkowi” — powiedział Sławek. „Jak to? Czym?” Oczy Świeżaka zrobiły się wielkie. „Ha ha, jaka mina. Jakbyś miał dostać sraczki.” No świetnie. Wróciło krępujące wspomnienie z pierwszej wachty.
„Czym się naraziłem?” „Podrzuciłeś jedną flaszkę i uciekłeś. Sami musieliśmy obalać temat i nie było komu skoczyć po następną.” „A... Ale śmieszne.” „Spadam. Pozdrów ode mnie... Jak miała twoja żonka?” „Ala.” „Właśnie. Jak z nimi?” „Lepiej. Jutro pewnie wyjdą.” „Radzę ci się dzisiaj wyspać, bo czekają cię bezcenne noce.” Dawid odprowadził Sławka kawałek wzrokiem i zszedł do kuchni włożyć żarcie do lodówki. Kupił na obiad piersi z kurczaka, ser żółty, ogórka, cebulę, paprykę i ryż. Miał ochotę na porządny obiad. Myślał o Ali i o małym.
Wczoraj w szpitalu spędził tylko chwilę. W sobotę było dużo odwiedzających i za mało miejsc siedzących. Przywiózł to, o co prosiła. Poprzytulali się, pocmokali urzędowo, pogadali o małym i uciekł. Rozmawiali potem jeszcze przez telefon, ale większość soboty przebimbał przed telewizorem i przed komputerem, grając z Kubą w tanki. Siedział na zewnątrz i czytał. Na dworze ukrop dawał w skórę, ale przy tym nabrzeżu prawa burta była od północy przyjemnie zacieniona przez cały dzień. Lepiej tu jest cisza na basenie, odgłos mew i wody chlupiącej o kadłub błogo uspokajały. Brak widoku spacerujących ludzi i Błyskawicy to żadna strata. Czuł się jak na wczasach.
Przeczytał kawał książki, ale ciepło lata w końcu zaczęło go mulić. Spojrzał na zegarek. Minęła dwunasta. Jak dotąd nikt się nie pojawiał. Co tam, przymknę oko. Poczuł pocałunek na ustach. Gorący, kobiecy i pachnący landrynkami. Otworzył leniwe oczy. To Ania. Uśmiechała się.
„Gdzie masz kajutę, kochany marynarzu?” — zapytała. „Tu w środku” — odpowiedział i zrobił dzióbek, żeby dostać kolejnego buziaka. Ten pierwszy był pyszny. „Muszę najpierw się rozebrać. Nie będziemy się całować w ubraniach, kochany marynarzu.” „A ja mam się rozebrać?” „Nie musisz.” Ania weszła do nadbudówki, a on wstał z krzesełka i zorientował się, że już był nagi, a siusiak niepokojąco mały. To od zimna? Nie może zobaczyć takiego małego wentyla. Ucieknie, ucieknie! Utrata równowagi brutalnie wyrwała go ze snu. Przechylił się na krzesełku i uderzył ramieniem w skrzynkę z wężem gaśniczym.
„Kurde, szlag, ała!” Ustawił krzesło w poprzedniej pozycji i masował obolałe miejsce. Idiota. Obchód zrobił na odwal w blednącym wspomnieniu słodkiego pocałunku ze snu. Potem zjadł i zabrał się za czytanie na burcie, kiedy usłyszał kogoś na trapie. Typ w japonkach i drugi w tenisówkach wkroczyli do nadbudówki. „Co tam kolego?” — zapytał ten w japonkach. Mówi się dzień dobry. „Do ładowni?” „Taa.” W niedzielę? Ten w tenisówkach patrzył w sufit, a drugi obserwował Dawida. Nie ruszali się.
Pedał czy co? Na co czekają? „Czegoś potrzeba?” — zapytał wachtowy. „Co robiłeś ciekawego?” A co cię to obchodzi? „Czytałem. Dlaczego pytasz?” Coś jest nie tak. „Mam do ciebie prośbę.” Podszedł i ściszył głos. „Żebyś tam wrócił i nie patrzył co robimy, okej?” „I tak mnie to nie obchodzi. Po co mi to mówisz?” „Zuch chłopak.” Wyszli z nadbudówki, a Dawid poszedł zanotować ich przyjście w zeszycie, po czym wrócił na krzesełko. Zuch chłopak.
Co za gamoń. Poczuł znajome uczucie poniżenia. Wziął książkę do ręki, ale nie mógł się skupić. Uczucie upokorzenia nie chciało zniknąć. Po jaką pałę mi to mówił, głupi łeb. Chciał się popisać? Coś tu nie grało. Widzą chyba na kamerach, że przyszli. Chyba że nie działają. Przypomniał sobie, że Mietek mówił o gościu od monitoringu, że trzeba coś z tym w końcu zrobić.
Nie działają? Wachtowy się poderwał i zaczął chodzić po burcie w jedną i w drugą stronę. Myślał, czy nie powinien zadzwonić do szefa albo do kapitana. Kurde, niedziela. A jak się wkurzy? Ładownia to do pana Mietka. Gorzej jak coś jest nie tak, a ja nie zadzwonię. Spojrzał na zegarek. Trzynasta. Normalna godzina do gadania.
Wybrał w satkowej komórce numer właściciela. „Halo” — odebrał Mietek. „Dzień dobry panie Mietku. Wachtowy Dawid Łakowicz, kłaniam się.” „No cześć, co tam?” „Panie Mietku, może to nic, ale wolałem zadzwonić. Przyjechało tych dwóch gości do ładowni tym czarnym busem. Kazali mi zostać... ” „To skur-- Dawno przyjechali?” „Przed chwilą.” O kurde, a jednak. „Idź i powiedz im, że tam jadę. Tylko grzecznie, żeby nie było afery.” „Dobrze, idę.” Mietek się rozłączył. Wiedziałem.
Dawid zacisnął pięści. W głowie dźwięczało słowo „afera”. Stresował się i zaczął ziewać jak lew na sawannie. No twardzielu, jesteś wachtowym.
[01:43:46] - Tak, proszę państwa, część literacka, przynajmniej na razie, Lekuchno się kończy. Do literatury wrócimy, ale to jest ten moment podczas Bibliotekarium 2.0, kiedy na scenę wjeżdża Filmotekarium. Dzisiaj będzie emocjonalnie, przynajmniej w moim wykonaniu. Wspólnie z Piotrem Cielebiasiem opowiemy o filmach, które doprowadziły mnie, przynajmniej jeden z tych filmów, do potężnej irytacji, co zresztą państwo usłyszycie. Jeśli się państwo ze mną nie zgadzacie i ja nie widzę w tym problemu, chętnie usłyszę państwa zdanie na temat tych produkcji, o których dzisiaj będziemy mówili. W ogóle wychodzę, proszę państwa, z założenia, że rozmawiamy o takiej materii, która nie poddaje się łatwym ocenom. Zawsze jakoś źle reaguję na oceny tego rodzaju, że „ja wiem, jak jest”. Tu w czasie ostatniej audycji pojawił się człowiek, który wiedział, jak jest. O wszystkim wiedział najlepiej. Dziwnie się poczułem wtedy, czytając niektóre jego komentarze, bo być może jestem na to uczulony, ale jakoś źle reaguję na ludzi, którzy dają sobie prawo do tego, żeby wiedzieć wszystko, oceniać wszystkich i mówić im, jak powinno być.
Dlatego jeśli państwo będziecie mieli zupełnie inne zdanie na temat filmów, które omówimy z Piotrem Cielebiasiem, to bardzo mnie to cieszy, pod warunkiem, że nie będzie to argumentacja z cyklu: „Tak, bo tak, bo ja tak mówię”, tylko powiecie państwo: „Panie Żelkowski, ale nie uwzględnił pan tego, tego, tego i tego i w związku z tym pana ocena wydaje mi się co najmniej nieadekwatna”. To nic mnie bardziej, proszę państwa, nie ucieszy. A teraz już zapraszam na Filmotekarium. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:46:23] - Dobry.
[01:46:25] - Filmotekarium czas zacząć. Niechybnie. Chociaż powiem ci, że dzisiejszy zestaw filmów to było wyzwanie. Przyznaję.
[01:46:40] - Tak, to są pozycje dość grubego kalibru. I powiem dlaczego. Dlatego, że tydzień temu, omawiając film „Something in the Dirt”, który mam nadzieję kilku z was obejrzało, zadaliśmy sobie takie arcyważne pytanie: czy film niezależny zawsze oznacza film dobry? Bo w morzu tego wszechobecnego chłamu, komercji, wyświechtanych schematów, to właśnie twórcy niezależni powinni stanowić taką awangardę horroru i science fiction. Szczególnie, że zazwyczaj, przynajmniej tak się utarło, realizują świetne pomysły przy pomocy ograniczonych budżetów. A pandemia właśnie umożliwiła taką działalność, czyli pozwoliła na tworzenie filmów takich jak ten wspomniany na początku, w bardzo okrojonej obsadzie, ekipie i za małe pieniądze.
[01:47:38] - Wiesz, Piotrze, to by jeszcze nie było złe, gdyby takie filmy powstawały. Ja mam natomiast po obejrzeniu filmów z dzisiejszego zestawu jeszcze jedną refleksję, bo kino niezależne okej, kino jakieś takie niekomercyjne do końca też okej. Natomiast jest takie słówko „artystowskie”, nie artystyczne, tylko artystowskie. I wtedy nie dzieje się dobrze, jeśli kino zaczyna być artystowskie, zdefiniujmy chociaż tak z grubsza, czyli takie, że udowodnimy wam, że jesteśmy artystami. Wszystko, co robimy, jest artystyczne. Wszystko, co robimy, jest głębokie, wspaniałe i takie po prostu do imentu. Patrzcie, jacy jesteśmy zdolni. Patrzcie, jacy jesteśmy przenikliwi, jacy jesteśmy fajni w tym naszym demaskowaniu rzeczywistości, która jest paskudna, permanentnie paskudna, a w ogóle to jeszcze gorsza niż paskudna. Po tym zestawie trochę takie wrażenie odniosłem.
[01:48:48] - Dzisiaj w ogóle przedstawimy trzy nowości. Tylko że pierwsza to jest w ogóle nowość i świeżynka. Drugi film to jest taka trochę starsza nowość, ale jednak nowość, a trzeci to taka jeszcze starsza nowość, ale nie jest jeszcze to film z brodą i wąsami. Także mogliście go widzieć, ale mogliście go też przegapić. Jest powszechnie dostępny na między innymi Netflixie. W ogóle, jeżeli chodzi o tak zwane kino niezależne, to jest bardzo niesprecyzowana i ewoluująca grupa. Dlatego, że mieszczą się tu zarówno filmy artystyczne, tak zwane art house, amatorskie, jak i takie, które niby zostały zrealizowane przez mniejsze firmy producenckie albo takie, które miały ograniczony zasięg, czyli nie pojawiły się na przykład w obiegu kinowym. Natomiast w sferze platform streamingowych filmy niezależne pod względem ilości widzów mogą konkurować z kinowymi hitami. Ale znamy też bardziej ambitne, awangardowe eksperymenty z horrorem i science fiction ze strony znanych reżyserów, które nam ukazywały nowe sposoby obrazowania starych jak świat motywów. Także filmowi ambitnemu nierówne.
Tak samo film tak zwany niezależny. Ale co jeszcze je charakteryzuje tak ogólnie? One odchodzą od pewnych standardowych technik, standardowego sposobu przedstawienia historii, postaci i tak dalej. Jednym z najnowszych przykładów jest wspomniany „Something in the Dirt”, czyli „Coś w płachetku ziemi” lub jak to było Marku? „Coś tu jest”.
[01:50:43] - „Coś tutaj jest”. Tak.
[01:50:45] - Myśmy ten film obejrzeli, tydzień temu żeśmy go omówili. A że to tworzą reżyserzy i aktorzy jednocześnie, którzy są znani z zamiłowania do takiej horrorowej awangardy, to byliśmy trochę rozczarowani. Rozczarowali nas najnowszym filmem w kontekście tego, co do tej pory pokazali, bo to było dużo lepsze. „Something in the Dirt” się ciągnęło po prostu jak flaki z olejem. Już nie można było tego wytrzymać i jeżeli macie nam za złe, że wam to poleciliśmy albo zachęcili, to przepraszamy, ale nie było to jeszcze, Marku, tak złe.
[01:51:27] - A poza tym ostrzegaliśmy. Ja przynajmniej ostrzegałem przed tym filmem. Oglądaliście państwo jednak troszeczkę na własną odpowiedzialność. Natomiast ja mam jeszcze coś do dodania, bo tak jak często to podkreślam do znudzenia, ja nie jestem koneserem kina. Traktuję kino jednak jako taką sztukę użytkową. Lubię jak jest pogłębiona, lubię jak coś z tego wynika. Nie będę się odżegnywał, lubię też kino, w którym się strzelają, jak mawia Paweł Majka, jak się coś dzieje i jest to takie kino komercyjne, też lubię. Widzicie państwo, ja jestem takim bardzo przeciętnym oglądaczem. Natomiast mam taką refleksję, że dzieje się niedobrze, kiedy kino zapomina o tym, że jednak wywodzi się, te korzenie są takie bardzo ludyczne. Kino było pomyślane jako rozrywka dla mas jednak w czasach, kiedy masy pragnęły tej rozrywki.
W związku z tym myślę, że trzeba o tym pamiętać i jeśli kino zaczyna eksperymentować, to jest dobrze. Jeśli zaczyna sięgać po nowe techniki, jakieś nowe sposoby ukazywania tego wszystkiego, co chce pokazać, to też jest bardzo dobrze. Natomiast jeśli zaczyna w kinie pojawiać się przekaz natury, teraz by trzeba ważyć słowa, ideologicznej i to takiej, która jest co najmniej dyskusyjna. Ja to dalej będę przedstawiał, więc proszę się uzbroić troszeczkę w cierpliwość. To mnie to zaczyna razić, tym bardziej, jeśli jest to kino, które stara się pokazać coś jednostronnie. Bo jeśli to jest pewna dyskusja, świadomie podjęta, oglądamy coś i jednocześnie myślimy: „Okej, to jest ciekawe ujęcie, ale podyskutujmy”. Tymczasem jakoś mnie odrzucają jednak obrazy, które mówią: „Patrz, tak jest i tak musisz myśleć”. To oczywiście natychmiast robię coś odwrotnego, robię jakieś salto do tyłu i niekoniecznie mam ochotę, bo ja się jednak wzdrygam przed taką ideologizacją, przed przekazem dnia. A mam wrażenie, że przynajmniej w dwóch obrazach, które dzisiaj omówimy, taki przekaz dnia się pojawia i ja niekoniecznie jestem tym przekazem zachwycony. O tym będę mówił szerzej.
Na razie taka sygnalizacja tylko.
[01:54:26] - Tak. To nie jest również zasada, że kino niezależne jest nudne i złe. Nie. Myśmy dzisiaj po prostu wybrali takie obrazy, które prezentują grubszy kaliber, większą gęstość, powiedzmy, i są w jakiś sposób dyskusyjne. Pewnie powrócimy kiedyś do tego tematu i pokażemy, że można zrobić kino offowe lub jakieś artystyczne, choć tu nie jestem do końca pewien, w sposób łatwy, tani i efekt będzie naprawdę przyjemny. Ale dzisiaj tak się złożyło, że jest tak, jak jest. Jest ponuro, jest mroczno i jest też pełno filozofii. Ale to tak Marku, my ostrzegamy dzisiaj naszych słuchaczy, że oglądacie te trzy produkcje na własną odpowiedzialność. My was nie zachęcamy, a może jednak odwrotnie, że ktoś w tym naszym bardzo subiektywnym wyborze znajdzie zachętę do zbuntowania się przeciwko naszym opiniom i jednak dopatrzy się tam czegoś, co jest godne uwagi.
[01:55:45] - Ależ bardzo proszę, nawet niech nam to napisze. Ja bardzo chętnie poznam inne stanowisko. Moje stanowisko odnośnie tych filmów Jest dosyć jednoznaczne. Natomiast paradoksalnie namawiam państwa, żebyście chociaż rzucili okiem. Jeśli nie wytrzymacie całości, to ja się nie będę dziwił, ale warto na te filmy rzucić okiem. To wygląda troszeczkę na jakiś taki masochizm z mojej strony, ale czasami warto zerknąć, ponieważ widzimy, ku czemu różne zjawiska zmierzają. I te filmy, o których dzisiaj powiemy, są reprezentatywne dla pewnego sposobu myślenia o kinie. Dobrze, może tak: jest taka część ludzi, bo w końcu reżyserzy, scenarzyści to w końcu ludzie, którzy traktują kino jako rodzaj posłannictwa, jako rodzaj takiej tuby, która ma państwu głosić, co też oni myślą, ponieważ te ich myśli są szczególnie cenne i szczególnie godne uwiecznienia i takie, które zapamiętacie państwo na długo. To jest akurat pewne, że zapamiętacie. Nie wiem, czy akurat to będzie najlepsze wspomnienie, natomiast to są tak głębokie treści, które koniecznie trzeba zapodać.
I tu mam zgryz, bo niekoniecznie, proszę państwa, niekoniecznie. Tym bardziej, że same te przekazy są w kilku przypadkach co najmniej dyskusyjne.
[01:57:29] - Tak, ale nie zrozumcie nas też źle, że to są jakieś gnioty, że to są jakieś filmy kategorii B czy coś, co jest zrealizowane w sposób absolutnie tandetny i zły. Chociaż ja bym się przynajmniej w jednej pozycji i tą pozycją jest „Skinamarink” zgodził z tym, co przed chwilą powiedziałem. Zacznijmy od tego „Skinamarinka”.
[01:57:57] - Okej.
[01:57:59] - Skąd ten dziwny tytuł? Z tego, co wyczytałem, jest to nazwa jakiejś piosenki, która była często wykorzystywana bodajże w kreskówkach. Film jest dziełem Kyla Edwarda Balla. Zrealizowany został w jego domu w Edmonton za około 15 tysięcy dolarów. O dziwo, ten film jest w kinach teraz mniej więcej. Okazał się z jakichś powodów komercyjnym sukcesem, ale stały za tym mechanizmy internetowe. Otóż przypadkowo on wyciekł do sieci przy okazji pokazywania go na jednym z festiwali, po czym stał się przypadkowo, czy też w wyniku kontrolowanej reakcji tak zwanym viralem. Zrobił karierę na TikToku, gdzie oczywiście prezentowano tylko jego scenki, które najbardziej wywoływały gęsią skórkę. Ale o ile „Skinamarink” może straszyć jako właśnie takie podzielone klipy, to z jego odbiorem jako nawet filmu awangardowego jest znacznie gorzej. Produkcja trwa około 100 minut i poznajemy tam historię chłopca i jego siostry i możemy mieć problem ze zrozumieniem tej historii.
Ja na przykład ją odebrałem źle. Poszedłem w zupełnie inną stronę, dlatego, że tam nie występują typowi aktorzy. I tak w zasadzie to nawet widzimy tych aktorów przez bardzo krótki okres, nigdy też w pełnej krasie. Dowiadujemy się, że chłopiec uderzył się w głowę, ale nie został zatrzymany w szpitalu. W domu budzi się nagle gdzieś tam chyba pośrodku nocy, odkrywczy razem ze swoją siostrą, że gdzieś zniknął ich ojciec. Widzimy, że wkrótce znikają także okna, drzwi, schody, nawet sedes znika. I cały film, te 100 minut ta para małych ludzi wędruje sobie przez ciemny i przerażający ich własny dom. Marku, jak to było z twoją przeprawą przez „Skinamarink”?
[02:00:12] - W dodatku ten dom filmowany jest w bardzo specyficzny sposób. To nie jest kamera pracująca w takich oto obrazach, do jakich państwo jesteście przyzwyczajeni. Nie. Widzimy coś z poziomu podłogi, z poziomu lamperii, gdzieś obraz jest przecięty w pół albo to wszystko niby ma sugerować, że to jest z perspektywy tego dziecka. Nie wiem, jakby dziecko miało taką perspektywę jak na tym filmie, to ja bym natychmiast skierował się do okulisty, bo coś ze wzrokiem znaczy się nie teges. Sam film, ja przeczytałem o tym filmie, że w jednej z komercyjnych gazet, tak naprawdę mainstreamowych gazet, że to jest horror niesamowity, straszliwy. Wreszcie pokazanie prawdziwych dziecięcych lęków z takiej perspektywy. Mówię: „Kurczę, dobra, okej, w porządku”. I wiecie państwo co? Taka pierwsza refleksja, którą się z państwem podzielę, to być może rzeczywiście jest to odwzorowanie pewnych dziecięcych lęków.
Tylko w takim razie to byłoby nieetyczne. Puszczajmy ten film dzieciom, to może rzeczywiście będą przerażone. Tylko ja nie wiem, czy dzieci należy straszyć. Natomiast oglądanie tego filmu przez dorosłych jest jednak pewnym rodzajem wyzwania. I mówię to bardzo delikatnie, ważąc słowa. Dlaczego? Ponieważ właśnie jesteśmy dorośli i my się już pewnych rzeczy po prostu nie boimy. Być może jest to odzwierciedlenie pewnych strachów Okej, jakby to mi pokazano w półgodzinnym filmie, to ja bym jakoś to jeszcze przeżył. Być może nawet byłbym zadowolony. Natomiast 100 minut, proszę państwa, to jest jednak wyzwanie.
I w dodatku nie jest to wyzwanie porywające, bo to się wszystko toczy i toczy, i toczy. Można by do tego dorabiać ideologię, że wędrówka przez ten dom to jest taka opowieść drogi, że się poruszają te dzieci, gdzieś tam wędrują. Co więcej, to, o czym Piotr powiedział, ten znikający ojciec czy zniknięty, może bardziej by pasowało, ojciec oraz te okna i te inne elementy wyposażenia, to może być objaw zapaści mózgowej, którą to dziecko przeszło, bo nie stwierdzono nawet, że trzeba szyć tę ranę, z powodu której trafił przed oblicze lekarza. Ale może jakieś zmiany się w mózgu pojawiły i tu tak naprawdę oglądamy jakiś przedśmiertny obraz. Interpretacja dobra, jak każda inna w przypadku tego filmu. Natomiast wiecie państwo, to rozciągnięte do tego czasu i to właśnie tak filmowane gdzieś z perspektywy podłogi, z perspektywy spod fotela, jakieś dźwięki do nas docierają, notabene kreskówek. Czasami docierają do nas głosy. Te dzieci między sobą rozmawiają. To są proste dialogi, raczej ograniczające się do pewnych stwierdzeń albo do pewnych pytań. W jakimś stopniu intrygująca jest końcówka, ale ja nie wiem, czy ta końcówka warta jest 100 minut oglądania tego filmu, bo film pod względem obrazu, który oglądamy, może się narażę tutaj, ale jest nudny.
To jest historia rozciągnięta do tak nieprawdopodobnej długości, że to naprawdę przestaje być wciągające jako kino. Powtarzam, może półgodzinny film byłby hitem światowym, ale film w tej długości wystawia nasz aparat poznawczy, to wszystko, co wiąże się z kinem, wystawia na dużą próbę. Bo my oczywiście na początku bawimy się chociażby tym, że staramy się tę historię jakoś ogarnąć, co nie zawsze się udaje. Piotr o tym powiedział. Mnie udało się tylko dlatego, że wcześniej dużo o tym filmie czytałem. To tylko dlatego ogarnąłem historię. Kto wie, czy nie poszedłbym tym samym śladem, o którym mówił Piotr. W związku z tym to jest historia taka nie do końca dopowiedziana. My sobie musimy pewne rzeczy rekonstruować. Wszystko jest okej, ale sposób podania tego wszystkiego.
Tu nie ma oczywiście żadnej muzyki, jest tylko ta, która dobiega z telewizora włączonego przez te dzieciaki, które gdzieś tam w środku nocy kreskówki oglądają, czy w każdym razie gdzieś tam w tle te kreskówki sobie pomykają po ekranie. I to wszystko jest jakieś takie, wiecie państwo, jak to jest horror, to on jest straszny, nawet nie jestem w stanie tego procentowo podać, mało straszny jest. I powtarzam, ja rozumiem, że on być może jest straszny, byłby straszny, gdyby go pokazać dzieciom, ale dla dorosłych nie jest straszny. I teraz pytanie, o co tak naprawdę chodzi? Czy słowem horror określamy wszystko, co dzieje się w takich niesamowitych sceneriach? Obojętnie, czy tę scenerię stworzymy poprzez pracę kamery specyficzną, czy też przez jakieś rzeczywiste obrazy. Czy to jest horror? Czy horrorem jest to, co nas, w pełni świadomych widzów, do których ten film jest skierowany, straszy albo nie straszy, bo w tym przypadku właśnie chyba nie straszy.
[02:06:39] - Ogólnie rzecz biorąc, ta historia jest też niesamowicie, wręcz banalnie prosta. Oczywiście nie będę tutaj zdradzał, jak to się wszystko skończyło. Natomiast co mnie tak ubodło strasznie, jeżeli chodzi o „Skinamarink”, w zasadzie reakcje ludzi na „Skinamarink” to jest to, że niektórzy byli tym filmem oczarowani. Chyba tylko dlatego, że może to zabrzmi trochę dziwnie, ale wydaje mi się, że wiele osób po prostu dowartościowuje siebie, próbując chwalić rzeczy, które są po prostu złe, bo niby są takie dobre i takie mądre. I tutaj internetowi komentatorzy, mając na uwadze taki społecznościowy sukces tego filmu, zaczęli wznosić peany na jego cześć. Przytoczę tu chyba, Marku, opinię, o której ty mówiłeś. Ona pochodzi z Gazety Wyborczej, gdzie recenzentka pani Marta Górna pisze tak: „Wszyscy mieliśmy ten sam koszmar. On zrobił o tym film”. Chodzi o reżysera Kyla Bola, który z tego, co tam czytałem kiedyś, założył sobie na YouTubie kanał, gdzie opisywał jakieś koszmary z dzieciństwa. O „Skinamarinku" powiedzieć, że to jest film, to jest zbyt dużo powiedziane.
To jest nagranie. Ja bym tak powiedział. Cokolwiek Bol nie powie o swoich inspiracjach i wielkich nazwiskach, bo to się oczywiście pojawia w wywiadach, rozmowach z nim A nawet strachach, jakimi się inspirował. Co nie zmienia faktu, że ten film męczy. On po prostu męczy i boli, a po pewnym czasie po prostu przestaje ciekawić. Ja tutaj z autopsji podam własne wrażenia. Moja żona mówi tak: „O, zobacz, Skinamarink to ponoć jest jakiś hit. Obejrzyjmy go, tutaj grają go w kinie”. Nie wiem, jak się ta impreza nazywa. Odwrócone Walentynki, że grają horrory w Walentynki.
Ja sobie teraz wyobrażam, oczywiście w ramach takiego maratonu, zakochaną parę, która idzie na trzy horrory do kina i trafiają na Skinamarink. Grubo by było. Ktoś by się tam do kogoś pewnie nie odzywał przez jakiś czas. To oczywiście jest żart, ale powiem wam tak, że moja wytrzymałość filmowa jest ogromna, także jeżeli chodzi o kategorię tak zwanego guilty pleasure, czyli takiej przyjemności, która boli. Ale tutaj po prostu ten film męczy. Ja go nie chcę już nigdy widzieć. Nie odnajduję w nim żadnych strachów i cokolwiek ci rozintelektualizowani recenzenci nie napiszą i nie powiedzą, to dla mnie jest to dopisywanie filozofii do czegoś, co jest naprawdę bardzo płytkie. To tak, jakbyśmy obejrzeli reklamę płynu Cocolino i powiedzieli, że to jest odwołanie do pewnych pradawnych prawd na przykład. Nie. Podam wam inną opinię z serwisu Going Up: „Chwilami przypomina przez to eksperymentalny wideo art — tutaj pisze autor Skinamarinku — w którym zniekształcony obraz splata się z przemyślanym sound designem.
Każde szarpnięcie, szczęknienie drzwi czy oddechy przeszywające ciszę uruchamiają falę kolejnych domysłów”. I to jest kolejne kłamstwo według mnie. Przez 100 minut nie ma mowy, żebyś się skupił na filmie, w którym co chwila coś skrzypi i cały czas puszczana jest ta irytująca muzyczka z kilkudziesięcioletnich kreskówek tylko dlatego, że mogli ją po prostu autorzy filmu wykorzystać, bo jest już w domenie publicznej. To zresztą chyba jest przyznane na początku filmu. Pytanie, Marku, czy to, co się tam dzieje, przedstawione jest tak, by zmasakrować widza i przerazić go do szpiku kości, czy po prostu tym zniechęceniem jednocześnie przerazić?
[02:10:52] - Nie, myślę, że o przerażaniu w tym wypadku nie ma mowy. Tak naprawdę to chyba znalazłeś klucz. Już o nim powiedziałeś do tego filmu. On jest w jakimś stopniu taki artystowski, to ja mówiłem. A ty powiedziałeś o tym, że jest taka grupa ludzi, która im bardziej czegoś nie rozumie, tym bardziej to chwali i im bardziej to chwali, tym się oburza, bo to jest taki gatunek ludzi, że potrafi się albo oburzać, albo coś potępiać, w pogardzie mieć. Więc właśnie ma w pogardzie tych, którzy nie doceniają wielkości tej sztuki. Oburza się tym, że ktoś może tego nie rozumieć, tymczasem sama tego tak do końca nie rozumie. Tak naprawdę powiedziałeś o filozofii. Tak, to jest dorabianie filozofii do kawałka ciała tak naprawdę i nie ma tu specjalnie co kruszyć kopii. Ja nie twierdzę wcale, to nie jest tożsame, to, co mówię w tej chwili, złośliwie zresztą, z tym, że reżyser czy scenarzysta, czy w ogóle ludzie pracujący przy tym filmie są kompletnymi idiotami.
Nie, ja nic takiego nie twierdzę. Tam zapewne jakaś myśl za tym była i ona była być może nawet głęboka. Ale umówmy się, tak jak w filmach komercyjnych nie zawsze się udaje ten przekaz, on czasami, nawet jeśli są szczytne założenia, scenariusz jest wspaniały, to później się bierze za to ekipa i spierdzieli koncertowo film i później jest knot. Więc przyjmijmy do wiadomości, że sama idea tego, że pokażemy państwu coś, co jest ambitne, jeszcze nie powoduje, że film staje się ambitny. Moim zdaniem te wszystkie zarzuty, które już padły i sposób realizacji powodują, że oczywiście, jeżeli ktoś lubi, to może się katować przez 100 minut tym filmem, ale tak naprawdę niewiele z tego wynika. Ja państwu podam przykład tak zwany banalny, może nawet głupi, a ktoś tu mnie wyzwie może w ogóle z takiego komercyjnego idioty. Ale ja swoje koszmary z dzieciństwa zapamiętałem na przykład tak: chodziłem do przedszkola pod koniec lat 60., więc to, wiecie państwo, inna epoka była. Ale jakie było moje przedszkole? Otóż moje przedszkole było takie, że jak dzieci za bardzo rozrabiały, to scena autentyczna z tegoż przedszkola. Byłem wtedy w czterolatkach.
Więc dzieci rozrabiały, biegały i co najgorsze pociły się, bo dzieci były spocone. Co zrobiły przedszkolanki? Najpierw zagroziły, że kto będzie spocony, ten poniesie karę. Wiecie państwo, mówienie dzieciakom takich rzeczy to w ogóle jest, jak to modne słówko, przeciwskuteczne. Dzieciaki dalej biegały, więc panie postanowiły zrealizować swoją groźbę. Badanie tego, kto jest spocony, a kto nie, polegało na tym, że pani wkładała rękę przez koszulę. Kto był spocony na lewo Kto nie był spocony na prawo. To już przypomina taki Umschlagplatz. Ale to nie koniec. To porównanie do Umschlagplatzu nie jest wcale przypadkowe.
Otóż czego się dowiedziały dzieciaki, które były spocone? Byłem w tym gronie. Otóż wszyscy idziemy do kotłowni na spalenie. Proszę państwa, dzisiaj to byłaby afera wszechświatowa. Stacje telewizyjne w Stanach Zjednoczonych, w Brazylii i może nawet w Tajlandii by o tym mówiły, że jest takie przedszkole w Polsce, w którym panie straszą dzieci spaleniem. To pod koniec lat 60. była norma. Co zapamiętałem? Jeszcze żeby pikanterii dodać tej historii, to kilka dni wcześniej zwiedzaliśmy przedszkole i między innymi poszliśmy do kotłowni. To były czasy, że przedszkole miało swoją własną kotłownię, w której pan rzucał węgiel do kotła i było w przedszkolu ciepło.
Takie czasy. Zwiedzaliśmy gdzieś tydzień wcześniej całe przedszkole, łącznie z kotłownią, to nagle powiedzenie tym dzieciakom, że idziemy do kotłowni i wszystkie niegrzeczne dzieci zostaną w tej kotłowni spalone. Może ja dlatego jestem taki nienormalny, proszę państwa, mam takie traumy z dzieciństwa, to może się nie trzeba wcale dziwić. Co zapamiętałem? Kiedy pani zarządziła wymarsz do tej kotłowni, lament tych wszystkich dzieciaków, łącznie ze mną, nie będę ukrywał. To są horrory z dzieciństwa i zaręczam państwu, że przedstawienie czegoś takiego odpowiednio zrobione mogłoby być filmem, który by kogoś przeraził. Tak zapamiętałem bardzo komercyjnie, przyznacie państwo, zapamiętałem swoje traumy dziecinne. Natomiast to, o czym mówimy: dorabianie filozofii, dorabianie obrazu, dorabianie tego wszystkiego, co się dzieje w filmie omawianym, którego tytułu za cholerę nie mogę zapamiętać, ale ja mam taką skazę, to nie ma nic wspólnego z horrorem. Być może jest to film niezwykle artystyczny. Być może jest to film niezwykle głęboki, który mnie, prymitywnego człowieka, który się ekscytuje, miał traumy w dzieciństwie, jak państwu powiedziałem, chcieli go w kotłowni spalić przedszkolnej.
Być może dlatego to do mnie nie dociera.
[02:16:49] - Ze mnie też wychodzi totalnie zgłupły ignorant, bo uważam wprost, że „Skinamarink” to jest totalny gniot i zmarnowane 100 minut życia. Ja podam inny przykład, ale najpierw powiem, że jego by się dało zmieścić w 30 minutach i on gdyby sobie wystartował jako jakaś miniaturka, część jakiejś antologii, byłoby bardzo fajnie. Można by go było potem rozwinąć, tylko by trzeba było to przemyśleć. Szybki przykład: wyszedł niedawno taki film „Świnka”, „Cerdita” hiszpański, ale ten film hiszpański jest oparty o pierwowzór, który się pojawił właśnie w takiej antologii filmowej. Oczywiście wersja hiszpańska rozwija historię, która tam się kończy po 15 minutach. Kiedyś może ten film opowiem. On jest bardzo rozrywkowy, nie jest głupi. Tu powinno być tak samo. Natomiast ktoś poszedł po całości i zorganizował to tak, jak zorganizował. Ale ja nie wierzę w to, że ten wyciek „Skinamarinka” do sieci był przypadkowy.
To znaczy te wszystkie virale, te krótkie sekwencje, które się pojawiły na TikToku, moim zdaniem nie były przypadkiem. I jestem bardzo ciekawy, ile z tych osób, które kliknęły w ten link gdzieś na YouTubie, TikToku, Facebooku pokazujący tak super wyrąbiste dzieło filmowe, horror wszech czasów, potem go zobaczyło. I jakie są teraz opinie tych ludzi? Ja jestem pewien, że 99% w ogóle będzie rozczarowanych. Nie pozna tego, co im przedstawiono z tym efektem finalnym. Jak mówiłem, naprzemienne sekwencje mrugających świateł, tej doprowadzającej do szału muzyki.
[02:18:38] - Poświaty telewizora.
[02:18:40] - Tak, tam przez 100 minut jest w sumie jedno i to samo. Po pewnym czasie zaczęliśmy z Żoną rozmawiać o czymś innym, o jakichś tam pierdołach. Ja nawet zacząłem chyba telefon przeglądać. I tak niestety chyba przeciętny widz, oprócz tego rozintelektualizowanego skończy. W połączeniu z faktem, że w tym filmie nie mamy przedstawionej praktycznie żadnej historii, czyni to ze „Skinamarinka” jeden z najbardziej rozdmuchanych gniotów w ostatnich latach. Najbardziej bawią mnie jednak te, jak powiedziałem, pseudointelektualne recenzje między innymi z głównego portalu filmowego polskiego, gdzie na przykład tutaj zacytuję jedną: „Dopatrzyć się możemy własnego dziecięcego strachu w przedstawionym szumie”. To ja się pytam pani recenzentki, czy siedziała w amerykańskim domu, takim typowym amerykańskim domu i oglądała amerykańskie kreskówki w swoim dzieciństwie i nikt do tego domu nie przychodził? Nie, nie znoszę takiego bełkotu. Niestety tak jest, jak wchodzimy na pole tej niezależnej kinematografii artystycznej, kiedy zawsze padają jakieś takie interpretacje rodem z nowej matury. W ogóle to jest chyba efekt kształcenia, które zostało przyjęte w Polsce, że trzeba się dopatrzyć w czymś, w jakimś dziele czegoś, co tam niekonieczne jest.
Im więcej inspiracji, figur stylistycznych, tym dostaniesz więcej punktów od egzaminatora. Natomiast To chyba tak nie jest do końca. To jest po prostu film i jeżeli zaczniemy go analizować z perspektywy jungowskiej czy freudowskiej, czy cholera wie jakiej, to tym gorzej dla niego tak naprawdę. I ta tutaj sławiona oniryczna hipnotyczność Skina Marinka przegrywa z jego brakiem sensu, z nadużyciem cierpliwości widza, umyślnym przeciągnięciem tej męczarni do prawie dwóch godzin. Jedyne w sumie, co zapamiętałem z tego filmu, to ten znikający sedes.
[02:21:06] - Ja jednak, jeśli miałbym czegoś bronić, to ta też w gruncie rzeczy nie do końca jasna końcówka. Ona jakoś przykuwa, ale sorry, 100 minut po to, żeby obejrzeć kilka minut tego, co się dzieje na końcu? Zresztą nie wyciągajcie państwo pochopnych wniosków, tam się tak naprawdę też za dużo nie dzieje.
[02:21:37] - To jest najprostsze horrorowe rozwiązanie.
[02:21:40] - Tak, dokładnie.
[02:21:42] - Żadnych kwikołków się nie spodziewajcie, że tam wejdą jakieś efekty specjalne. Tam naprawdę nic nie widać. Oczywiście, że niektórzy mogli się przerazić-
[02:21:52] - Dopatrzeć.
[02:21:53] - I krzyknąć. Już nie będę tego ciągnął. Mnie to strasznie męczy.
[02:22:02] - Czas na następne dzieło.
[02:22:05] - Tak, ono jest lepsze. Trzeba powiedzieć, że jest lepsze, dlatego że przez pierwszych kilkadziesiąt minut ten film naprawdę wciąga. A jest to film „Men” produkcji Alexa Garlanda.
[02:22:20] - A! To ja myślałem, że o innym dziele będziemy mówić. Nie, tu spoko. Wiecie państwo, po filmie omówionym wcześniej, uwierzcie mi, każdy film wyda wam się atrakcyjny. Naprawdę super. Tu rzeczywiście jest tak, jak Piotr powiedział: film „Men” już nawet nie porównując do poprzedniego, rzeczywiście są takie momenty, w których wszystko gra w tym filmie. Co więcej, on nawet wizualnie, nie wiem, ile mogę mówić, tam jest taka scena bardzo oparta o efekty jednak. Ona jest bardzo pobudzająca wyobraźnię i jednocześnie taka, moim zdaniem, atrakcyjna. Na ile coś tak paskudnego może być atrakcyjne, ale w końcu mówimy o horrorach. W związku z tym jeśli chodzi o ten film, to ja go nawet dzisiaj jestem gotowy bronić.
[02:23:35] - Tak, ten film szedł do kin w ubiegłym roku. Wyróżniał go bardzo charakterystyczny plakat, który mnie osobiście przypomina szczerzącego się Frodo Bagginsa. W przeciwieństwie do Skina Marinka, „Men” to film z fabułą i jakimś sensem. I przesłaniem, które jest oczywiście dyskusyjne. Ono go plasuje wśród filmów niezależnych i ambitnych. Pomimo tego, że za jego stworzeniem stoją profesjonaliści, wyjadacze, to on gdzieś się do tego nurtu ambitnego przynajmniej zalicza. „Men” to film, który niestety się z czasem rozpada. Ta pierwsza część, w ogóle on się nie dzieli na części, ja go sobie tak podzieliłem. Te pierwsze kilkadziesiąt minut potrafi być naprawdę hipnotyzujące. Szczególnie pierwszy kwadrans.
Zapowiada to wspaniałą, pełną zwrotów akcji, klasyczną horrorową opowieść, dlatego że już na samym początku widzimy wędrówkę głównej bohaterki przez bardzo tajemniczą, naprawdę robiącą mroczne wrażenie okolicę i nagle pojawia się tam goły humanoid, a może po prostu goły facet. Niestety dalsza część, kolejne minuty nas sprowadzają na ziemię, bo „Men” to film pełen alegorii, symboli. Troszeczkę podobny do filmu „Mother” z roku 2017. Istnieje tu nawet pewna gra słowna obu tytułów, ale osadzony jest w zupełnie innej narracji. Mówiąc wprost, Marku, chodzi o odwieczną walkę między toksyczną męskością i tłamszoną kobiecością.
[02:25:35] - Tak. I tu jest to, o czym mówiliśmy na początku, czyli zaczyna się wkradać na początku niepostrzeżenie, a później już całkiem jawnie ideologia. Ideologia o tym właśnie, że męskość jest agresywna, paskudna, rozbuchana, kobiecość tłamszona zawsze, wszędzie. I przyszedł czas zapłaty. Zresztą powiem tak: ja do tego filmu zasiadałem w jakiś sposób zachęcony. Pamiętacie państwo, całkiem niedawno mówiliśmy o filmie „Anihilacja”, chyba dobrze zapamiętałem tytuł. To ten sam gość sprokurował „Mena”. Chyba się nie pomyliłem, Piotrze, mam nadzieję. Chyba że nic nie pokiełbasiłem. W każdym razie to jest jego dzieło i wiecie państwo Ta ideologia, która zaczyna wychodzić wszystkimi porami tego filmu, zaczyna w pewnym momencie przeszkadzać.
Wiecie państwo, wszystko było fajnie do momentu, kiedy nie pojawiła się taka scena: drzewo, jabłoń w dodatku. Zgadnijcie, co robi główna bohaterka? Zrywa jabłko. Rajska scena, proszę państwa, drzewo wiadomości. Czy to już jest nachalne? Pewno jeszcze nie. To dalej tych odwołań mitologicznych, kulturowych jest cała masa. Pewno połowy nie wyłapałem, bo wiecie państwo, może braki w wykształceniu albo może jeszcze jakieś inne wady. Żartuję, ale wiecie państwo, tam natłok w pewnym momencie robi się taki, oczywiście mogą być problemy z wyłapaniem tego wszystkiego. To jeszcze nie jest zapaść, bo tam jest ciekawie, bo w pewnym momencie, jak to znowu delikatnie powiedzieć, tę panią, która jest główną bohaterką, która jest wdową, straciła męża i przenosi się w związku z tym na wieś do klimatycznego miejsca, domu na odludziu.
Tę panią zaczynają odwiedzać meny. Ony są różne, ale podobne do siebie. To też oczywiście jest założenie filmu, bo w tym filmie gra niewielu aktorów. W związku z tym niewiele zdradzę, jak powiem, że te meny to tak naprawdę jeden i ten sam aktor. Coś z tego wynika. To zresztą wynika nawet w treści filmu, bo później w pewnym momencie pojawia się scena, o której wspominałem, nawet taka obrzydliwa momentami, ale też symboliczna na swój sposób. Piotr powiedział, że ten film się rozpada. On się rzeczywiście rozpada, bo ten walor wizualności, akcji nagle zaczyna to wszystko siadać. Te dobre zapowiedzi okazują się jednak rodzajem oszustwa, bo właśnie przechodzimy na warstwę ideologiczną, czyli kto, co, komu, jak, gdzie, a ze wskazaniem, że to kobieta jest biedna, a mężczyzna zawsze był przynajmniej górą. Tu jest też taka charakterystyczna scena rozmowy pomiędzy główną bohaterką a kimś tam.
Specjalnie nie powiem kim, bo za dużo bym opowiedział, która jest przerwana gwałtownie. My nie wiemy, jak ta scena się tak naprawdę kończy, ale się oczywiście z mowy ciała domyślamy. I to tak naprawdę może być jakiś akcent taki też horrorowaty, jeden z akcentów, bo samo to pokazywanie się tej samej, a jednak nie tej samej postaci też ma walor horrorowy, tylko zapowiada coś innego niż się w rzeczywistości dzieje. Z tej sceny z ostrzem, tak to delikatnie powiem, coś ma wynikać, jakieś przełamanie, przezwyciężenie, już ta kobiecość przestaje być taka tłamszona i w sumie dobrze się może stało, że stało się tak, jak się stało na początku filmu. A właściwie to nawet nie filmu, tylko jaka wyjściowa była sytuacja. Może tak się dobrze stało, bo w gruncie rzeczy ten facet, który z nią był, ten mąż, to może nie był jednak taki fajny, może był wręcz paskudny i w sumie dobrze, niech sobie umarł. Bardzo dobrze, niech sobie umiera albo dobrze, niech tam siedzi w tym piekle. Już pojechałem, proszę państwa, to już za dużo o piekle nic nie ma. Natomiast bardziej chciałem oddać pewną ideologiczność jednak tego filmu.
[02:30:52] - Tak, jeszcze powiem raz to, co powiedziałem, że koniec końców z całkiem obiecującej historii wpadamy w takiego jakiegoś metafizycznego ping ponga na temat walki płci, co jest dzisiaj takim ulubionym tematem wielu publicystek, celebrytek i aktywistek, ale niekoniecznie przekłada się na dobre historie. Jeszcze o tym dzisiaj powiemy. W przypadku „Men” mamy nadmiar zakodowanych symboli, archetypów, odniesień do sytuacji społecznej, jakieś tam prowokacje intelektualne. Są osoby, które się na to złapią, ale że my oglądamy filmy dla historii i dla rozrywki i nie przeżywamy ich, jak to się u mnie mówi albo nie, nie powiem, jak się u mnie mówi, bo to będzie pewnie odebrane jako prowokacja. Ale powiem tak: w połączeniu z głębią psychologiczną tworzy nam się taki bigos. Ten kulminacyjny punkt filmu jest odległy od tej części początkowej, która naprawdę mnie wciągnęła. Bigos, takie „Wesele” Wyspiańskiego trochę, gdzie mamy przedstawioną jakąś historię, ale jest mnóstwo pokładów, jakiejś symboliki ukrytej, którą musimy czytać i interpretować. To też jest po pewnym czasie męczące. Natomiast tak się zacząłem zastanawiać, czy „Men” zmierzał do umyślnej prowokacji, zniesmaczenia widza. Po pewnym momencie taki można mieć wniosek, ale oddajmy teraz tutaj należne wyrazy uznania za ogólną realizację i Przynajmniej grę aktorską wspomnianego przez ciebie mena.
Naprawdę mu to fajnie wyszło. Są momenty, kiedy można nie poznać, że to jest ten sam facet. Natomiast to takie filozoficzno-wizualne przerzucanie się różnego rodzaju argumentami różnej wagi, to też doprowadza w pewnym momencie do takiej sytuacji, że kiedy nie jesteś przygotowany na konfrontację z takim filmem, to on cię po prostu znudzi. Okej, można mieć raz na jakiś czas ochotę na coś tak głębokiego i zaangażowanego, ale nie oszukujmy się, nie zawsze. Jak Marek powiedział na początku, film został stworzony dla rozrywki, nie dla tortur. Mimo wszystko jestem w stanie go w jakiś sposób polecić, dlatego że jako że został zrealizowany przez profesjonalistów, jest jakąś tam historią, która niestety, jak powiedziałem na początku, ulega stopniowemu rozszczepowi i niestety rozbiega się to potem w tak wielu kierunkach, że nawet poszukiwanie interpretacji czy odpowiedzi po prostu już nie bawi. Przynajmniej mnie. Pewnie się teraz skazuję na pożarcie w opinii wielu tych, którzy ten film widzieli i go wychwalają.
[02:34:10] - To ja się dołączę, będzie nas dwóch do pożarcia. Ja nie jestem przeciwnikiem filmów ambitnych. Wspomniałeś o „Weselu”. Jest elementarna uczciwość w „Weselu”. Nikt tam nie obiecuje teksańskiej masakry piłą łańcuchową. To od początku jest pewne widowisko, które wiadomo, że prowadzi nas do pewnego finału. Pełno symboli, pełno odniesień. I albo łapiemy tę konwencję i podążamy z nią, albo nie. Natomiast mnie jednak odrzucają takie próby: „Teraz wam pokażemy horror. Patrzcie fajne”.
I bach! Między oczy kolejnymi symbolami, kolejnymi ideologiami. Jedną ideologią tak naprawdę. To jest nieznośne i to, co Piotr powiedział, oczywiście on w warstwie technicznej, w warstwie reżyserskiej, to wszystko nie jest amatorszczyzna, wręcz przeciwnie. Natomiast dyskusję, którą bym podjął, to właśnie nad pewnym przesłaniem tego filmu. I znowu zrozummy się, przesłanie sobie może mieć każdy, jakie chce. Jeżeli ktoś wierzy w to, co sygnalizowałem, w porządku, niech sobie wierzy. Tylko ja bym lepiej się poczuł, nawet nie zgadzając się z pewnym przesłaniem, gdyby to był po prostu sprawnie technicznie oraz wizualnie zrobiony — wizualnie to akurat dobrze jest zrobione — ale w sensie opowieści pewnej takiej, zrobiony film, to okej. Ja bym powiedział: „Nie zgadzam się z reżyserem”. Nie zgadzam się, ale myślę, że Piotr trafił w sedno, kiedy powiedział, że ten film się rozpada w pewnym momencie i już właściwie nie chodzi o horror, nie chodzi o opowieść, nie chodzi o jakąś narrację, tylko chodzi o to, żeby przekazać pewną głęboką myśl.
I znowu zacząłem tę wypowiedź od tego, że ja nie mam nic przeciwko głębokim myślom w kinie. Co więcej, ja nawet nie mam problemu z tym, że w horrorze jest jakieś głębsze przesłanie, tylko jak to jest spójne, to jest okej. Natomiast właśnie słowo „rozpad” jest w tym wypadku — takie jest moje zdanie — to jest klucz do opisu tego filmu.
[02:36:42] - Tak, bo tam w pewnym momencie nawet nie chodzi o tyle o główną bohaterkę, jej traumę, jej historię, tylko o jej przeżycia. I te przeżycia wkraczają, nawet już jej historia, jak mówię, jest nieważna, nawet jej odczucia są nieważne. Ważna jest idea, przez którą ona cierpi. I tutaj już rodzą się pewne kwestie dyskusyjne, ale jeszcze większe kwestie dyskusyjne, Marku, rodzi film pod tytułem „Erotica” 2022.
[02:37:14] - Tak.
[02:37:15] - Celowo go zostawiłem na koniec, dlatego że to jest jeden film, ale w rzeczywistości kilka miniatur, nowelek czy jak sobie to tam nazwiemy. Był to, jak czytamy, pierwszy polski film produkcji netflixowej. Jest to produkcja nieco starsza, bodajże rok 2020.
[02:37:36] - Tak.
[02:37:37] - To jest film oklejony w ogóle różnego rodzaju hasłami: dystopia, science fiction, wizjonerstwo, równouprawnienie, emocje, eksperyment. No i pojawiają się wielkie nazwiska. Też Tokarczuk w zespole twórców w tym konglomeracie kobiecym. Kasia Adamik, czyli córka Agnieszki Holland, Olga Chajdas, prawdopodobnie też Joanna Bator z tego, co pamiętam.
[02:38:03] - Tak.
[02:38:04] - W obsadzie między innymi Agata Buzek, czyli macie przednią pocztę polskiej sztuki jakby nie było. To coś musiało się udać. Ale mimo ambitnych zamiarów i też pójścia z całą parą naprzód, jakaś tam drobinka piasku wpadła w trybiki. Do tego stopnia, że Tomasz Raczek napisał: „Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. W tym przypadku kucharek było pięć i wyszedł z tego nie film. I tutaj Pojechał po grubości, nie powiem. Nie wyszedł z tego film, lecz obraz bezpłodnej frustracji. Skąd, Marku, tak surowe oceny?
[02:38:48] - Ja się w pełni zgadzam z tym, co napisał Tomasz Raczek. Właśnie to jest chyba klucz — bezpłodna frustracja. Ale zacznę od czegoś innego. Piotr wspomniał o dystopii i tym podobnych klimatach fantastyczności, bo rzecz dzieje się w nieodległej przyszłości. Te filmy łączy pewna sceneria. Ona nie jest spójna do końca, ale powiedzmy, jakaś taka sceneria. Mamy świat, w którym padają deszcze. Wynikałoby z tego, że są radioaktywne, a w każdym razie bardzo niezdrowe. Świat jest dosyć opresyjny. Ktoś by rzekł, że taki mokry sen prawicowców.
To głupie jest po prostu, ale dobrze, powiedzmy, że tak, że kobiety, mężczyźni podzieleni, taka moralność specyficzna, a która tak naprawdę nie jest oczywiście, bo mężczyźni to świnie. To nawiązanie do cytatu z pewnej piosenki: „Facet to świnia”. Z tego filmu wynika, że rzeczywiście tak jest, a nawet jeszcze gorzej. Ale Piotr powiedział: pięć reżyserek, pięć scenarzystek. To już samo w sobie jest, mówiąc szczerze, jakieś takie dyskryminacyjne. Dlaczego właściwie tylko kobiety kręciły ten film? Ale ktoś powie: po latach tego, jak kręcili mężczyźni, to mają prawo. Dobrze, mają prawo. Nakręciły sobie pięć nowelek filmowych dziejących się w niedalekiej przyszłości. Tylko znowu ja powtórzę tezę, którą już powtarzałem kilka razy chyba w tej audycji o tym, że bezpłodność albo taka impotentność mainstreamu polega na tym, że gardząc takimi gatunkami jak fantastyka naukowa, dystopia, antyutopia czy cokolwiek sobie tutaj wymienimy, gardząc w gruncie rzeczy takimi gatunkami, jednocześnie ten mainstream stara się do tych gatunków uśmiechać, puszczać oko, mówić: „Patrzcie, my zrobimy to lepiej”.
Nie, proszę państwa, to jest tylko złudzenie, że będąc wielkim artystą, artystką, będąc noblistką, to ja państwu odpierdzielę taką historię, że po prostu usiądziecie i te wszystkie Lemy, te wszystkie Grzędowicze, te Ziemiańskie, tu można całą masę wymienić, to oni wszyscy na dupę siądą, za przeproszeniem. Taka będzie głębia tego, co ja napisałam, bo oni piszą tylko fantastykę, a ja piszę dzieło, arcydzieło. I z taką mniej więcej mentalną sytuacją mamy do czynienia w tym filmie.
[02:41:50] - A powiem jeszcze tak: w tym, co powiedziałeś, zawiera się też takie drugie dno, bo z tego, co pamiętam, Lem to tak nie za bardzo się o Tokarczuk wypowiadał dobrze. Ale w ogóle erotikę — i potem sobie powiemy, skąd ten dziwny tytuł, jak na film de facto fantastyczny — otwiera i najsłabsza część. W ogóle ja też powiedziałem, że to są jakieś nowelki, jakieś miniatury, dlatego że to są sekwencje, które są bardzo różne. Czasami to w ogóle wygląda na jakiś eksperyment, na jakiś właśnie taki art house. Ale powróćmy do tej sekwencji otwierającej, która jest filmowana dwoma największymi nazwiskami chyba w tym gronie, jeżeli chodzi o literaturę i aktorstwo, czyli Buzek i Tokarczuk. I tam mamy przedstawiony ten świat przyszłości, w którym z jednej strony mamy opady radioaktywne, a ludzie sobie jakoś tak żyją, jakby ich nie było, okej. I jest ten podział na płcie. Główna bohaterka, makijażystka grana przez Buzek, próbuje ustalić, czy zdradza ją mąż. I chodzi i przebiera się, nawet się przebiera za Agatę Tokarczuk, a potem sobie chodzi. Potem ma romans, czasami poleży, czasami się wykąpie, a na końcu idzie sobie tunelem i koniec.
Nie chcę być złośliwy, ale-
[02:43:16] - Ale przecież ona idzie tunelem nie dla swojej płci. To jest takie odkrywcze, Piotrze, że można pójść tunelem nie dla własnej płci. Wiecie państwo, ja nie bez przyczyny wspomniałem o byciu impotentem, bo to mi się nie kojarzy po prostu właśnie z taką sytuacją, kiedy nie ma już co pokazać, nie ma o czym opowiedzieć, to się sadzi takie pierdoły saskie, za przeproszeniem, bo to jest intelektualnie bezpłodne zupełnie. To jest jakaś taka próba... Większość z tych filmów, właściwie wszystkie, przepraszam państwa, ale wszystkie, one są oczywiście różnej jakości, to od razu podkreślę, ale wszystkie te filmy mają grzech pierworodny polegający na tym, że facet to świnia. Od tego zaczynamy w ogóle. Kobieta to jest z natury istota szlachetna. Ja tego nie kwestionuję zresztą. I w związku z tym, przy tak ustawionym punkcie wyjścia, czyli facet to świnia, menda, sukinsyn i w ogóle wszystko, co jest najgorsze, a kobieta z racji tylko tego, że jest kobietą, ona jest po prostu istotą niemal boską. Ona może tylko ten poziom podnieść, opuścić go już nie może.
W związku z tym To są, proszę państwa, ideologiczne pierdoły. Ja nie waham się tego mówić. To są po prostu bzdury, które w głowach feministek i to takich wojujących i tak głupio wojujących. Bo ja tak naprawdę, jeśli miałbym coś powiedzieć o feministkach, to jestem całym sercem z nimi. One w swoim czasie i dzisiaj jeszcze te prawdziwe feministki odgrywają bardzo ważną rolę, żeby czasami jednak komuś się we łbie nie przewracało. Natomiast te tak zwane, tu sobie tak podzielę, walczące feministki, którym nie wiadomo, o co tak naprawdę chodzi. Najprawdopodobniej o to, żeby facetów wdeptać w ziemię, zniszczyć, jakby zdezaktywować, nie wiem, zanihilować ich po prostu, żeby już nie istnieli. Ale z drugiej strony z niektórych nowel wynika, że fajnie, jak ten facet się zainteresuje, że fajnie jak na przykład ta druga z tych nowelek gdzieś tam będzie się można bzyknąć z nim prawie publicznie, ale to tylko wtedy, jak kobieta ma na to ochotę oczywiście. Wiecie państwo, to są wszystko jakieś takie kalki idiotyczne, o których często czytamy, bo gdzieś tam w Skandynawii to zanim człowiek z człowiekiem pójdzie do łóżka, to nie wiem, prawdopodobnie jakiś akt natury notarialnej powinien podpisać i tak dalej. To wszystko tutaj jest.
Może nie tak wprost, ale to się pojawia. To są po prostu jakieś frustracje pań, które właściwie nie wiadomo, o co chodzi. I tu jest mój największy zarzut. Gdyby taki film, tylko odwrotny, nakręciło dziesięciu facetów, pięciu scenarzystów, pięciu reżyserów i powtarzali takie kalki, tak oczywiste uproszczenia, tak oczywiste jakieś takie nonsensy albo nawet, wiecie państwo, to nawet chodzi o to, że takie legendy, które krążą, jedna płeć o drugiej zaczyna układać, przynajmniej niektórzy przedstawiciele. Gdyby faceci nakręcili taki jednostronny, tak jakiś krzywdzący i stereotypowy film, to by wrzask był pod niebiosa. Jakże śmiały te samce coś takiego nakręcić. Ordynarne, głupie, wredne. Tymczasem kiedy kręci to dziesięć kobiet, to się nagle okazuje, że to jest wspaniałe, odkrywcze, genialne. Otóż nie jest moim zdaniem genialne, bo to, tak jak powiedziałem, stereotypy, czyli facet to świnia z definicji musi być świnią. W najlepszej nowelce, w tym zestawie też ta kalka, ten stereotyp pokutuje.
Facet jest po prostu zwierzakiem myślącym zawsze tylko i wyłącznie o seksie. W związku z tym od czasu do czasu trzeba mu te jaja po prostu uciąć i nie wiem, rzucić psom na pożarcie, bo to po prostu jest jakaś sprawiedliwość dziejowa. Wychwytujecie państwo, że ja jestem oburzony ideologicznością tego filmu. To przede wszystkim.
[02:48:08] - Ja tutaj tylko dodam, że przypomina mi się taki rysunek Świata według Kiepskich. Kiedyś to było śmieszne, muszę powiedzieć, nawet bardzo. I to jest z tych dobrych czasów, kiedy cała grupa panów zaczęła pisać książkę dla kobiet i sobie tam wybrali. Nie pamiętam, jak się ten bohater nazywał. Taki najstarszy z nich. On się pojawiał epizodycznie i jako Maria Chodubska napisał bestsellerową powieść po prostu Ogrody męskości się nazywała i ona wygrała milion nagród. On stał się gwiazdą, ale tak naprawdę był autorem fikcyjnym, a za wszystkim stali najbardziej złowrodzy bohaterowie, którzy zostali w tej powieści obsmarowani. Ale to taka kwestia żartów. Ale ja powiem tak. Dam taki przykład.
Jeżeli chodzi o ten feminizm, ja nie chcę się nikomu narażać, dlatego, że jestem słaby w tych ideologicznych dyskusjach, dlatego że one mnie jakoś wypalają. Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt, że feminizm nie zawsze idzie w parze z siłą kobiet, dlatego że zobaczcie na strajk kobiet, jak to wszystko przebiegało, jak została ta siła kobiet zademonstrowana, w jaki spektakularny sposób, bezprecedensowy. Natomiast kiedy już do tego zaczęły się włączać politycy, jakieś tam ideologie, to wszystko spaliło na panewce. I może to też jest dobry symbol tego wszystkiego. Ale Marku, powiedziałeś, że facet to świnia. Ale przecież w drugiej sekwencji tam mamy taką scenę, kiedy gość sobie wsiada do przedziału i dzieli się bułką z pasażerką. Oczywiście potem wchodzi kontroler biletów i mówi, że pan tu nie powinien siedzieć, a on na to, że nie, że będę siedział. No i oni sobie tak jadą, jadą, jadą, jadą, jadą, jadą. No i w zasadzie tyle z tego filmu.
[02:50:07] - Nie, nie, nie tyle. Bo ona później chyba, oczywiście jaja sobie robię, ale chyba z wdzięczności za tę bułkę oddaje mu się na śniegu. Mnie było tak zimno, jak oglądałem te sceny, że to już w ogóle historia cała. Wiecie państwo, dochodzi do po prostu idiotyzmu w tym filmie, bo ja cały czas to podkreślam, nie mam nic przeciwko feministkom. Uważam, że odegrały znakomitą rolę w uświadamianiu chociażby mężczyznom takim, którzy po prostu nie snuli tego rodzaju refleksji, że nie ma różnicy takiej zasadniczej. Mówię o zasadniczej różnicy. Wszyscy jesteśmy ludźmi. Natomiast ten film udowadnia Zupełnie coś innego. Otóż istnieje lepszy rodzaj człowieka i jest nim kobieta. A faceci to są świnie, mendy i cholera wie co jeszcze.
I w związku z tym najlepiej, żeby zostali wyeliminowani, a w każdym razie zredukowani. O tej eliminacji to chociażby ta ostatnia nowelka, która się nazywa „Nocna zmiana" najlepiej świadczy, że takie samcze zapędy należy po prostu eliminować fizycznie.
[02:51:24] - Oczywiście oceny krytyków też są bardzo różne, czyli ta grupa, która jest troszeczkę za bardzo pobudzona ideologicznie, to serwuje nam różnego rodzaju hasła, dopatruje się w tym filmie rzeczy, które tam niekoniecznie widać, a może których nawet tam nie ma i nigdy nie zaświtały w umyśle twórczyń. Jeżeli chcecie poczytać takie bardzo naturalne z tego powodu, który podałem wcześniej recenzje, to możecie sobie zajrzeć na ten najpopularniejszy polski portal o kinie. Ale tak dla pewnej obrony to powiem, co mi się tam podoba. To jest dzieło w pełni profesjonalne.
[02:52:13] - Oczywiście, że tak.
[02:52:15] - Tak. I to się dobrze ogląda. Gdyby to miało jakiś sens, to by się oglądało jeszcze lepiej. Postaci są dość drętwe, jednowymiarowe, co jednak nie oznacza, że te wszystkie realizacje są tak złe i banalne. One może nie budują jakiegoś wielkiego klimatu, natomiast to nie jest kina maring. W tym filmie jest wszystko prócz treści. Ale Marku, ja mam tu jeszcze kilka uwag, którymi bym się chciał podzielić, bo ja myślę, że „Erotica 2022" została pozszywana w sposób sztuczny i ja nie wiem, czy twórczynie tego filmu są z niego zadowolone. Chciałbym w ogóle zwrócić uwagę na trzy aspekty. Po pierwsze film aspiruje do miana dzieła artystycznego, czyli do tego arthouse'u, czyli miał być ambitniejszy niż inne produkcje Netflixa. Czyli wiedzieliśmy z góry, że nie przypadnie wszystkim do gustu.
Natomiast tutaj mamy taką zakodowaną sprzeczność. Film ambitny wpada na najbardziej komercyjną platformę, lansującą między innymi „365 dni", który zyskuje ogromny rozgłos i jest ideologicznie na drugim biegunie, chociaż też jest zmiażdżony przez krytyków. Myślę, czy to nie była pod jakimś względem obrona dobrego imienia nie tyle polskich kobiet, co polskiego kina? I czy znęcanie się pod różnymi kątami nad tym filmem jest zawsze w pełni uzasadnione, dlatego, że my też nie mamy pewności, w jakich warunkach on powstawał. Dlatego, że tam widać pewne wahnięcia moim zdaniem. Wszystko jest niby okej. Pojawia się tam jakiś element niepokoju, ale tam nie ma opowieści, tam nie ma czegoś, co te poszczególne elementy łączy. Nie masz takiego wrażenia, że coś tam nie zagrało?
[02:54:22] - Tak, nie ma tego łącznika, ale mnie w ocenie tego filmu decyduje o tej niespecjalnie entuzjastycznej ocenie to, że to jest któryś z kolei film, który wpisuje się, użyję tego słowa, w taki brak profesjonalizmu polskiego kina. Ale nie mówię o całej technicznej otoczce, tylko właśnie może nie kina, a scenarzystów. Otóż, proszę państwa, mieliśmy wspominane tutaj już „Krakowskie potwory". Wiecie państwo, nie da się wszystkiego w horrorze, czy też w dobrym kinie po prostu zastąpić takim nachalnym psychologizowaniem, taką nachalną seksualnością, takim nachalnym przeciwstawianiem sobie płci. Jedni, drudzy, jakbyśmy tworzyli dwa odrębne plemiona. To jest fałszywa narracja, proszę państwa. Powiedziałem o „Krakowskich potworach". Mówię w tej chwili o tej „Erotice", ale takich filmów pod takim szyldem robionych, czyli przekażemy państwu teraz porcję ideologii, jest w polskim kinie całkiem sporo i to są filmy kręcone właśnie przez kobiety. I ja się zastanawiam, o co tak naprawdę tym kobietom chodzi, bo Piotr powiedział o obronie dobrego imienia polskiego kina. Ja myślę, że najlepiej obronić dobre imię polskiego kina po 365 dniach mogłaby po prostu dobra, uczciwa realizacja dobrego kina, które łączyłoby ze sobą element ambitności z czymś, co jest widowiskowe.
Ten film, proszę państwa, takie jest moje zdanie profana, głupka, nie jest widowiskowy. Zupełnie nie jest widowiskowy. Ten element fantastyczny czy też taki dystopijny prawie w ogóle nie jest wykorzystany.
[02:56:53] - Tak, do tego chciałem nawiązać. Natomiast dlaczego powiedziałem, że tego filmu, prócz oczywiście tych wątków feministycznych, tych sekwencji nic ze sobą nie łączy? Dlatego, że film ten jest przeerotyzowany. Jest wzbogacony tak dużą ilością scen rozbieranych i miłosnych, że one momentami nie pasują w ogóle do tej opowieści.
[02:57:21] - Zaraz, przepraszam. Ja wiem, że to jest paskudne przerywać wypowiedź, ale od razu powiem, to są sceny erotyczne, które mogą sprawić, że się państwu na dłuższy czas odechce scen erotycznych. To wszystko w tym filmie jest jakieś takie paskudne. Ja wiem dlaczego. Bo kino to zawsze był taki element oszukiwania, pewnej bajki. Kino to był taki teatr snu. Wszystko było piękniejsze, ładniejsze. Tu oczywiście dorobiona jest ideologia, że świat nie jest przecież taki piękny i w związku z tym pokażemy go tak maksymalnie paskudnie, żeby się państwu nie wydawało. I rzeczywiście dostajemy sceny erotyczne albo erotycznopodobne, ale wierzcie mi państwo, to nie są sceny, które ogląda się, teraz jakiego słowa użyć, które chętnie się ogląda. Może tak wybrnijmy z tego.
To wszystko jest napiętnowane, naznaczone jednak jakimś rozpadem, jakąś taką paskudnością. I ja tu nie mam na myśli urody aktorek ani aktorów biorących udział w scenie, tylko sposobem filmowania chociażby. Jest to tak pokazane, że nie zachęca.
[02:58:48] - Twórczynie z perspektywy mogą powiedzieć, że to było zamierzone i było walką z 365 dni Blanki jakiejś tam, nigdy nie mogę zapamiętać nazwiska. A to wstyd, bo to przecież najbardziej znana polska pisarka w Polsce.
[02:59:03] - Blanka Lipińska! Obrzucona nagrodami i hołdami i w ogóle wspaniała polska pisarka. Mam nadzieję, że państwo łapiecie, że to sarkazm jest.
[02:59:14] - Tak. Ale jak mówiłem, film jest trochę przeerotyzowany. To się wielu osobom, wielu komentującym rzuca w oczy. Ja lubię sobie czytać komentarze. Jak mówię, to nie dodaje pieprzu, nie dodaje pikanterii, ale być może miało przyciągnąć gawiedź, która oglądała wspomniane wcześniej dzieło Blanki jakiejś tam. To samo dotyczy tytułu. Otóż to nie był chyba jakiś taki celowo symboliczny zabieg, bo „Erotica” może nam się kojarzyć z „Eroiką” Muncha. Tam też została podjęta dyskusja z innym filmem o pewnych wartościach. Ale ja myślę, że tutaj tak daleko to nie zaszło, że chodziło po prostu o dobranie. Drodzy państwo, jaki twórca science fiction nazywa, bo to przecież jest jakaś dystopia, science fiction.
Jaki twórca science fiction nazywa swój film „Erotica” w roku 2022? Coś mi tu śmierdzi. Wydaje mi się, że stworzona została jakaś pierwotna koncepcja, która im się finalnie rozpadła przed wejściem na tego Netflixa i ratowali się wszystkim, co możliwe, by tylko przyciągnąć minimalną grupę odbiorców. Ale Marku zamarkowałeś, tak powiem, kwestię trzecią związaną z tym, że to niby jest jakiś tam film troszeczkę fantastyczny, ale tam mamy chyba tylko ze dwie wzmianki i dwie sceny, które nam pokazują tą rzeczywistość alternatywną, tą Polskę, Warszawę, powiedzmy bliskiej przyszłości. Tam jest opad radioaktywny, jakieś tam chmury radioaktywne. Ludzie sobie żyją, jakby żyli na co dzień. Nic się tam w zasadzie nie dzieje. Ta rzeczywistość się niczym nie różni od naszej. To jest dla mnie kolejny dowód na to, że ten film został sztucznie posklejany z jakichś elementów. Może nawet ta dystopia została gdzieś tam na końcu dodana, żeby to wszystko wyglądało jakoś tak dodatkowo mgliście, bo po prostu jako nasza rzeczywistość nie przejdzie.
Nie masz takiego wrażenia, że te filmy dzieją się nie tak naprawdę w jakiejś rzeczywistości odmiennej, alternatywnej czy nawet w przyszłości, tylko zwyczajnie teraz. A jeszcze jest jedna rzecz, która tam bardzo bodzie, bo to jest jeden z tych filmów Netflixa, w którym scenografia i w ogóle otoczenie i środowisko jest przedstawione w sposób tak, nie wiem, jak to powiedzieć, wymuskany, w sposób tak doskonały, że jest wręcz nierealistyczne. Oni wyglądają tak, jakby poruszali się po prostu w plastikowych, wysprzątanych, wysterylizowanych pomieszczeniach. Nawet jeżeli to jest stary, brudny pociąg.
[03:02:20] - Tak, ja powiem tak, że ani nie odpowiada mi zmontowanie tego wszystkiego w całość, bo to się nie łączy w całość. To jest jakiś tam pseudodystopijny świat. Chyba zrobiony właśnie tak na siłę. To mi się nie podoba. Po prostu mi się to nie podoba. Cóż więcej? Ja mam takie wrażenie, że ten film w pełni pokazuje, że takie ideologizowanie, taka próba przemycania jakiejś narracji, chciałem powiedzieć filozoficznej, ale nie, właśnie mniej filozoficznej, ideologicznej. Takiego pokazywania na siłę, że my kobiety to jesteśmy siła. Miażdżąca wszystko i pokazująca, że jesteśmy lepszą siłą. Ja wcale nie kwestionuję siły kobiet i nie kwestionuję tego, że pewne boje toczone przez kobiety są jak najbardziej zasadne.
Ale jeśli sztandarem tych bojów ma być film, o którym w tej chwili mówimy, to nie jest dobry sztandar. To naprawdę nie jest dobry sztandar, bo ani to nie jest spójna historia. Skoro już decydujemy się na pięć nowelek filmowych, które teoretycznie mają być połączone, to lepiej byłoby, gdyby scenarzyści, scenarzystki właściwie, umówiły się na krótkie spotkanie i omówiły pewne elementy wspólne, które łączyłyby te obrazy zupełnie na poziomie bardzo prostym. To pierwsze. Drugie, ja już o tym wspomniałem, to być może, to jest moja teoria robocza, wynika z tego, że konwencja przyjęta była tylko przyczynkowa. Nie chodziło, żeby państwu pokazać dystopię, żeby oprzeć się o jakieś elementy fantastyki. Chodziło o ideologię, a to, co się ma w pogardzie, traktuje się właśnie w taki sposób. To nieważne. To wszystko bzdury są. Czy tam jest ten opad radioaktywny, czy nie jest, czy tam jest fantastycznie, czy nie jest, to bzdury są.
Chodzi o to, żeby pokazać kobiecą siłę. Piotr powiedział, że ten film jest erotyzowany. To też, ale jest przeideologizowany zdecydowanie.
[03:05:17] - Tak. Ja bym jeszcze zatrzymał się przy tej dystopii. Powiem ci, Marku tak: jak ja bym chciał zobaczyć Warszawę przyszłości, to tu można puścić wodze wyobraźni. Kruszający Pałac Kultury, Rafał Trzaskowski jako taki cyborg, który rządzi już na przykład 50 lat, zatruta woda, centrum życia biznesowego przeniesione do Mińska Mazowieckiego, w środku Warszawy jakaś cygańska zielnica, gangi i tak dalej. A tam w zasadzie jest przyszłość. Opad radioaktywny, oni sobie oglądają prognozę pogody, żadnych kombinezonów, nic. Chodzą sobie, jakby nie było po tym mieście i jedyne, co nam pokazuje, że to jest Warszawa dalekiej przyszłości, to jest w tej pierwszej sekwencji z Agatą Buzek osobne przejście dla mężczyzn i facetów. Nie wyszło to. W ogóle się zastanawiam, czy kiedyś powstanie jakieś takie science fiction o Polsce przyszłości. Komiksy oczywiście są.
Są też opowiadania. Jest poważne ugruntowanie. Byłoby się nad czym rozwodzić i czasami z czego pośmiać. Ale jeżeli chodzi o Retijkę 2022, to ja nie mam powodu do śmiechu. Po prostu to nie wyszło i nawet takie osobistości jak Tomasz Raczek nie wzbraniały się przed użyciem słów naprawdę ciężkich, bolesnych moim zdaniem. Teraz wracam do pytania, które już tu, Marku, padło. Czy nasi słuchacze powinni traktować dzisiejsze „Filmotekarium” jako ostrzeżenie, czy jako zachętę?
[03:07:15] - Ja mam zawsze takie przewrotne przesłanie. Ja się nie wzdragam przed oglądaniem filmów, których nie lubię albo dużo o nich słyszałem złego i mam obejrzeć, to i tak obejrzę. Natomiast zostaliście państwo uprzedzeni i ja na państwa miejscu bym jednak zerknął. Po pierwsze, może się mylimy z Piotrem, może państwa zachwyci ten film. Ten czy wcześniej wymienione. To jest pierwsza sprawa, o której chciałem wspomnieć. Ważne jest dla mnie, to mi się rozpada, że ten film jest po prostu nierzetelny w tej warstwie fantastycznej, do której zgłasza pretensje, więc ja bym nic nie mówił, gdyby to było tu i teraz i nie odwoływało się do jakiejś dystopii, to wtedy wszystko w porządku. Mamy jakiś obraz mniej lub bardziej przekonujący. Dwa przykłady. Książka, którą sobie zapamiętałem z tej młodości górnej, chmurnej z lat 80.
„Mała apokalipsa” Konwickiego. Pamiętacie państwo, tam są takie sceny jak ten Pałac Kultury, Piotr to przywołał, rozpierdziela, te płyty piaskowca odpadają, to wszystko właściwie jest takie rozpadające się. Przecież nie o tym jest „Mała apokalipsa”, a jednak gdzieś w tle Konwicki potrafił pokazać ten rozpierdzielający się komunizm, ten realny socjalizm właściwie bardziej niż komunizm. I to się dzieje mimochodem. On temu nie poświęca zbyt dużo uwagi. Tam ważniejsze są rzeczy. Okazuje się, że można. Co więcej, jest taka książka, może mniej znana, bo wydana w stosunkowo mało znanym wydawnictwie, niemniej warta uwagi. Książka napisana przez Jacka Inglota nazywa się „Sodomion”. Tam są opowiadania, które Jacek Inglot publikował.
Przynajmniej część z nich była publikowana w „Playboyu”. Proszę państwa, żeby zwalczyć pewne mity, „Playboy” zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w różnych krajach, ale i w Polsce to owszem, było miejsce, w którym się pokazywało rydzki, cycki i placki i tym podobne ekscesy. Jak najbardziej. Sam Tomasz Raczek przecież przez długi czas prowadził. Ale jednocześnie to było miejsce, w którym pojawiały się opowiadania gigantów literatury i największe pióra w Stanach Zjednoczonych pisywały opowiadania dla „Playboya”. Jacek Inglot też kilka opowiadań w „Playboyu” zamieścił, a książka „Sodomion” to jest właśnie książka, w której chyba te opowiadania się znalazły, ale też szereg innych, w których seks, pewna kultura tego seksu, a właściwie antykultura oraz pewne wynaturzenia, które przyniesie przyszłość, są pokazane. I wierzcie mi państwo, ja znacznie więcej wyniosłem z lektury książki, zbioru opowiadań „Sodomion” Jacka Inglota niż z filmu, o którym przed chwilą mówiliśmy. „Sodomion” to jest literatura, która oczywiście pisze o tych przysłowiowych rydzkach, cyckach i plackach, ale jednocześnie ma jakieś przesłanie, ma coś do powiedzenia, nie jest jednoznaczna. Oczywiście facet to szowinistyczna męska świnia. Każdy z definicji, my również.
Ale jednak jest tam jakaś głębsza refleksja. Jest tam jakiś przekaz o tym, co jest człowieczeństwem, a co nim nie jest i tak dalej. W tym ostatnim filmie, o którym mówimy, w tych pięciu nowelkach, moim zdaniem ten przekaz jest zredukowany. Absolutnie zredukowany, położony na ołtarzu ideologicznym typu: kobiety są super, są cool, a facet to świnia po prostu. I to te dwie refleksje, że jednak literatura w wykonaniu prawdziwych pisarzy, Konwicki, Jacek Inglot, to jest literatura, a noblistka wcale nie gwarantuje państwu tego, że ta refleksja jest pogłębiona, że ta refleksja niesie ze sobą coś, co zostanie na sicie. Moim zdaniem w przypadku tego filmu jest wręcz przeciwnie. To są słabe historie i gdyby to było tak, że od razu dostałbym gdzieś tam przekaz, że to po prostu jest ideologiczne dzieło, w którym kobieta ma zawsze rację, okej, to bym to nawet obejrzał, ale nie ma takiego przekazu. To jest, proszę państwa, film, który ma pokazać, jak jest źle i będzie jeszcze gorzej. Że facet to świnia. Był świnią, jest świnią i będzie świnią, ponieważ taka jest natura faceta.
O cywilizacji, o tym, że ludzkość w ogóle istnieje i że niesie ze sobą jakieś wartości humanistyczne, decyduje pierwiastek żeński. Proszę państwa, takie ustawienie przekazu jest najzwyczajniej w świecie głupie. Głupie i jeszcze raz głupie. I tego nie waham się powiedzieć. W związku z tym ja chyba nie mam jakiegoś pozytywnego przesłania co do tego filmu. Natomiast na pytanie zadane wprost przez Piotra: czy macie państwo to obejrzeć? Obejrzyjcie. Sięgniecie państwo pewnego, nie chcę dramatyzować, że dna, ale pewnego poziomu, od którego chyba można się odbić.
[03:13:39] - Tak, dna nie sięgniecie na pewno, dlatego że od czasu premiery „Erocyjki” pojawiło się tak wiele polskich filmów obrażających widza. Na przykład „Apokawixa”, na przykład „Wszyscy moi przyjaciele nie żyją”, na przykład „W lesie dziś nie zaśnię 2”, że na ich tle naprawdę broni się wspomniany film.
[03:14:07] - Tak, oczywiście. Rzeczywiście zwróciłeś na bardzo ważną rzecz uwagę. Tak, wszystko zależy od kontekstu.
[03:14:16] - W ogóle polska kinematografia doszła już do takiego punktu, kiedy nawet jacyś tam średni reżyserzy typu Patryk Vega, typu Ilona Łebkowska kręcą filmy o sobie. Nie chcę wiedzieć, co nas czeka za zakrętem za jakieś dwa lata. Oczywiście nie generalizujmy, dlatego że my mówimy o tak zwanym mainstreamie, czymś, co jest najbardziej rozpowszechnione i tak dalej. Czyli za powiedzmy 10 lat możemy się spodziewać, jak to się mówi? Jest taki film z Karolakiem świąteczny. Zapomniałem, cholera. O Mikołaju, że on się za Mikołaja przebiera. To ma ileś tam już części.
[03:14:58] - „Listy do M., panie”. „Listy do M.”
[03:15:01] - Tak, także za jakiś czas możemy się spodziewać „Listów do M.” odcinek 202. I tak dalej. Co by tu powiedzieć na podsumowanie tego dzisiejszego odcinka? Z tymi filmami ambitnymi jest naprawdę trudno. Czasami się udaje, bo nie można powiedzieć, że nie ma filmów, które zostały zrealizowane przez nieznanych nikomu ludzi, małe studia za małą kasę. Są takie filmy i my o nich kiedyś powiemy. To jest między innymi „Vivarium”. To jest między innymi taki film, który się nazywa, teraz chyba nie przytoczę tytułu w stu procentach, ale „Inwokacja Envera Simaku”. To jest taki niezależny horror, który był kiedyś na Netflixie, który jest stylizowany na dokument i który jest naprawdę fajny. Po prostu jest fajny.
I nie trzeba stu minut maltretowania widza w pokoju i puszczania dźwięków z kreskówek, żeby opowiedzieć fajną historię. Nie udziwniajmy. Film to jest film. Teatr to jest teatr. Dramat to jest dramat. Epopeja to epopeja. Czasami po prostu niektórych gatunków nie da się połączyć. Marku, a co za tydzień?
[03:16:23] - A jeszcze zanim co za tydzień, to powiem jedną rzecz. Okażę się jednak monotematycznym idiotą, ale podkreślę to, naprawdę mnie to boli i dlatego chcę to jeszcze raz powiedzieć. Naprawdę to pęknięcie pomiędzy mainstreamem a literaturą gatunkową, w tym wypadku fantastyką naukową w różnych przejawach, chociażby tym dystopijnym, boli mnie, bo ta pogarda dla literatury gatunkowej wyrażana przez mainstream tak naprawdę szkodzi temu mainstreamowi. Mainstream sobie z tego nie zdaje sprawy. Świetnie się czuje i jest bardzo z siebie zadowolony, ale tak naprawdę obnaża swoją impotencję, bo nie jest w stanie nawet udawać literatury gatunkowej, bo takim udawaniem jest ten erotyczny film „2022”. To jest udawanie dystopii. Żadna tam dystopia. Może gdyby jednak mainstream zauważył, że literatura gatunkowa, w tym fantastyczna, fantastycznonaukowa, jest również literaturą, co zrozumiał Zachód, zrozumiały Stany Zjednoczone. Po prostu wiedzą, ale polscy twórcy nie wiedzą. I tak jak mawia jeden z twórców internetowych, sięgnijcie sobie państwo po mowę noblowską Olgi Tokarczuk.
Zobaczycie, w jakiej pogardzie nasza noblistka, która napisała kilka świetnych książek, żebyśmy się dobrze zrozumieli. Ja kilka z tych tytułów po prostu kocham. Uważam, że taka książka jak „Prawiek i inne czasy” to jest książka wybitna. Po prostu będę jej bronił i gryzł każdego, kto będzie mówił inaczej. Uważam, że to jest książka wybitna. Niestety, chyba Olga Tokarczuk uwierzyła, że wielką pisarką jest i ma też na koncie inne, moim zdaniem znacznie słabsze, bo ideologiczne książki. I dobrze by było, gdyby naprawdę mainstream uwierzył w to, że literatura gatunkowa to również jest literatura i da się z jej twórcami współpracować, bo to i jednym, i drugim zrobiłoby tylko dobrze.
[03:18:49] - Jeszcze taki wtręt, bo ukazał się przecież całkiem niedawno „Empuzjon”. O takim pompatycznym tytule powieść, która też de facto do horroru nawiązuje. I tak się zacząłem nawet teraz zastanawiać, czy kiedyś zostanie zrealizowany, bo przecież on ma wszystkie cechy tego, żeby być przełożonym na kolejny, nie chcę tutaj zakładać z góry, że koszmarek horrorowy, ale jednak jakieś tam zapędy są. Tutaj pewne zmartwienie, dlatego że powstało kilka filmów nieco podobnych, nie chcę powiedzieć, że identycznych, ale zaczepiających o pewne wspólne struny z fabułą „Empuzjonu”. To nie są filmy tak stare. Jestem bardzo ciekaw, czy ktoś z tego prędzej czy później zrobi jakąś produkcję. Moim zdaniem chyba tak. Nie to, żebym miał jakieś informacje czy przecieki, ale wydaje mi się, że ktoś zaryzykuje po prostu.
[03:20:01] - Pewnie tak. Ja tylko jeszcze powiem, że Olga Tokarczuk ma na koncie na przykład taką powieść „E.E.” i to jest tak naprawdę książka, która na pewno może państwa przestraszyć. Natomiast nie wiem, czy książka „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, jako film to chyba miało inny tytuł, już nie pamiętam, ale czy to jest na pewno to, co chcecie państwo oglądać? Ja aż żałuję na przykład, że ktoś nie spróbował zrobić tej klasycznej powieści, w każdym razie jednej z tych początkowych powieści Olgi Tokarczuk, tego „E.E.”, że nie spróbował zrobić z tego filmu, bo to myślę, jakby był dobrze zrobiony, to byłby niezwykle klimatyczny, horrorkowaty film. No ale dobrze, to już mówimy o swoich marzeniach. Zapytałeś, Piotrze, co za tydzień. To tak mi się wydaje, że powinniśmy wobec tego, co się dzieje ostatnimi czasy, o czym będziemy mówić również w najbliższej audycji poniedziałkowej o obliczach nieznanego, to rozmawiamy chyba o inwazjach na naszą planetę.
[03:21:28] - Tak, tylko nie myślcie sobie, że powtórzymy jakieś tam wszystkie filmy dobrze znane. Nie Odniesiemy się do tych ekranizacji opowieści o przybyszach, może nawet najazdach z innych planet, które są mniej poważne, czasami mniej epickie, ale dobrze się je ogląda. Niektóre niestety przeszły bez echa. Także w następnym Filmotekarium czekajcie na kilka mało znanych filmów o inwazji z kosmosu.
[03:22:03] - Pięknie dziękujemy, pozdrawiamy i do usłyszenia za tydzień. Proszę państwa. Tak, tandem Żelkowski and Cielebiaś. To było o filmach. Ale ten tandem jest niespożyty. W związku z tym teraz państwa zapraszam na rozmowę o nowościach książkowych. Co prawda po angielsku, ale jednak język angielski to nie jest magia niedostępna. A Piotr Cielebiaś przedstawi państwu teraz nowości dotyczące literatury faktu, literatury omawiającej UFO. W dodatku takiej literatury omawiającej UFO, która w jakimś stopniu, w jakiejś części przynajmniej łączy się z tym, co w tej chwili napędza życie internetu, napędza życie mass mediów, czyli te wszystkie dziwne rzeczy, które zdarzają się na niebie ostatnimi czasy. Myślę, że te nowości, które Piotr Cielebiaś poleca, bardzo dobrze wpisują się w to, co ostatnio huczy w internecie.
Zapraszam. Piotrze, to Filmotekarium okazuje się nie jedynym tematem, który jest nośny, a przede wszystkim aktualny. Ostatnimi czasy mówi się o UFO. Zadziwiająco, że nie o UAP, tylko o UFO. To osobna kwestia do dyskusji, ale o UFO. I nagle zostaliśmy zasypani tym, że tu balony, a tu jakieś dziwne obiekty, tic taki i różne ośmiokąty czy jakieś inne. To jest tak zwana bieżączka. To dostarczają agencje, to możemy sobie śledzić w internecie. A my dzisiaj porozmawiamy o książkach, które są jeszcze cieplutkie. Ukazały się całkiem niedawno, a dotyczą bardzo podobnych spraw.
UFO i jeszcze raz UFO.
[03:24:48] - Dotyczą w zasadzie może nie bieżących problemów, bo to są takie lekko czerstwe nowości, ale też nie są to książki bardzo stare i przede wszystkim pióra jednego z najbardziej płodnych, ale i skrupulatnych autorów ufologicznych Kevina Randle'a. W dzisiejszej krótkiej, mam nadzieję, prezentacji dwie jego najnowsze książki o bardzo aktualnej wymowie. Dlaczego, to się zaraz okaże. Kevin Randle to jest emerytowany podpułkownik amerykańskiej armii, jeden z najbardziej znanych, jak powiedziałem, skrupulatnych ufologów, podchodzący do tego tematu z odpowiednią dawką sceptycyzmu. Jest to przede wszystkim człowiek myślący. To nie jest jakiś ultra hiper zwolennik UFO, który wszędzie je widzi, tylko ktoś, kto analizuje fakty. Randle walczył w Wietnamie, w Iraku. Z wykształcenia jest psychologiem, co ciekawe. W środowisku ufologicznym uchodzi za eksperta od katastrofy Roswell, którą analizuje z wszystkimi jej blaskami i cieniami. Ale dlaczego te wspomniane książki Randle'a pozostały aktualne?
Chodzi o wydarzenia, których jesteśmy obecnie świadkami, czyli detekcje i unieszkodliwienia niezidentyfikowanych obiektów latających przez Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych. Rzekomo miały to zrobić także Chiny w odwecie za zniszczenie im balonu nad bodajże Południową Karoliną. Te obiekty potem wykrywano nad innymi krajami, na przykład Ukrainą czy Mołdawią. Tutaj już się pojawiły sugestie, że Rosjanie też się w takie szpiegostwo balonowe bawią. Ale wszystko zaczęło się na początku lutego od wykrycia nad Stanami Zjednoczonymi obiektu, który miał być chińskim balonem badawczym, jakiś zboczył z kursu. Okazał się w sumie nie wiadomo czym, bo go tam dopiero wyłowili i będą badać, co to była za plica. Natomiast w kolejnych dniach, to był bodajże 10-12 lutego, pojawiły się rewelacje o rzekomych UAP-ach wykrytych w innych częściach Stanów Zjednoczonych, ale to były już inne obiekty. Sugerowano nawet w jednym przypadku odnośnie tego zestrzelonego nad Kanadą, że mieliśmy do czynienia z jakimś parówkowatym, cygarokształtnym obiektem, który był w jakiś sposób podobny do tych słynnych tic taców ściganych przez lata przez siły marynarki wojennej, siły lotnicze. W sieci zawrzało, Marku. Natomiast ja bym chciał zwrócić uwagę na jedną rzecz.
Otóż jeżeli śledzimy dyskusję, jaka się toczy wokół tych wydarzeń w Stanach Zjednoczonych W tamtejszych mediach za bardzo się nie mówi o UFO. Tam podnoszona jest kwestia polityczna, kwestia bezpieczeństwa. Służy to jako element walki politycznej, bo nagle przeciwnicy prezydenta mówią: „Jak to, tu sobie Chińczycy latają nad naszym terytorium od lat, a nikt z tym nic nie robi?” i tak dalej. Tam raczej ten wątek ufologiczny jest wyciszony, a u nas jakaś eksplozja, jakby się okazało, że kosmici rzeczywiście atakują.
[03:28:12] - W dodatku jeszcze jest tak, że dzisiaj, czyli w czwartek, bo nagrywamy to w czwartek, przeczytałem sobie w internecie i aż się zaśmiałem. Nagle internet odkrył, przynajmniej ten polski, że te tik-taki to jest oczywista oczywistość. Chińczycy mają takie wielkie hangary, tam sobie hodują. Hodują jak hodują, przetrzymują odpowiednie sterowce i te sterowce właśnie mają kształt tik-taków. Ale żeby jeszcze było zabawniej, jeden z portali internetowych w języku polskim odkrył nawet te obiekty iluśtam-kątne, ośmiokątne chyba, że to też jak najbardziej balony komercyjne i tak dalej. Czyli wszystko, przynajmniej według niektórych polskich mediów, jest jasne, czytelne i w ogóle nie podlega żadnej tajemniczej aurze. Wręcz przeciwnie, to oczywista oczywistość.
[03:29:22] - Czy to były te same media, które parę dni wcześniej rozpisywały się o tym UFO, mówiąc, jaka to sensacja?
[03:29:30] - Tak, ja generalnie, ulubione moje słówko, nie mam złudzeń co do mediów w Polsce i nie tylko w Polsce. W ogóle nie chodzi o jakąkolwiek informację, a już rzetelną to w ogóle zapomnijcie państwo. Chodzi o to, żeby bić pianę. Więc jak można bić pianę z tego, że gdzieś tam UFO lata albo coś lata w ogóle, to jak najbardziej chętnie. A jak można przedstawić zdjęcia tik-taka, który wypełza z chińskiego wielkiego hangaru, który ma ponad 300 metrów długości, to jak najbardziej też. Czyli tak naprawdę nie chodzi o to, żeby czegokolwiek się państwo dowiedzieli, tylko żeby nieustannie państwo klikali. Myślę, że słowem roku w 2023 powinno zostać słowo clickbait, bo od długiego czasu to było słowo modne i słowo, które dużo znaczyło dla różnych portali. Ale odnoszę wrażenie, że 2023 rok zdecydowanie wyszedł na prowadzenie i w tej chwili robimy wszystko, żeby niektórym portalom podbijać oglądalność. No dobrze, to jest to ziemskie środowisko. Natomiast dzieje się coś dziwnego i ja nie rozstrzygam wcale, że to jest kwestia UFO, UAP-ów czy czegokolwiek takiego, co tam gdzieś nie wiadomo skąd.
Być może to są całkiem ziemskie rzeczy i całkiem zupełnie nietajemnicze. Niemniej jednak stopień histerii, to dobre słowo, chociaż pewno się państwu kojarzy z jakimś niepokojem. Ja raczej histerię kojarzę z takim namolnym wmawianiem, że coś się dzieje, proszę państwa, coś się dzieje, na pewno coś się dzieje. Więc coś takiego obserwujemy w tej chwili w internecie. Na pewno coś się dzieje. Co prawda nie wiemy co, ale na pewno coś.
[03:31:47] - Tak. Ja bym się nie dziwił nawet kanałom na YouTubie, które żyją ze sprzedawania sensacji, bo tam się pojawiały wnioski po tych trzech zastrzeleniach prawdopodobnie dronów. Takie pogłoski się pojawiają, że to już inwazja jest jakaś albo że to jest maskowana inwazja przez jakieś zakulisowe siły NWO, które próbują znowu przestraszyć ludzkość, żeby żyła w ciągłym strachu i się obawiała, jak nie pandemii, to Putina i tak dalej.
[03:32:17] - Już Blue Beam włączyli. Blue Beam, panie.
[03:32:22] - A media w Polsce też się zachowały, i to głównego nurtu, bo ja wam mówiłem już wcześniej o tym, co widziałem w telewizji, na przykład w Polsacie, jak ta wiadomość była podawana. I media głównego nurtu niektóre zachowały się wtedy tak, jakby dopiero co się ocknęły, że toczy się nowa zimna wojna, że mamy praktycznie trzecią wojnę światową, tylko jeszcze nieogłoszoną. I że istnieje coś takiego jak pojazdy szpiegowskie. Nie było to zabawne. Jeżeli oni traktowali to jako jakiegoś tam Michałka prasowego, to za oceanem dyskusja była naprawdę poważna i to pokazuje, że niektórzy po prostu nie dorośli do zajmowania się tym tematem. Ale o tym już mówiliśmy. I co jeszcze mnie tak trochę zniesmaczyło, że te same portale internetowe, największe, bo mówimy tutaj o największych graczach na rynku medialnym w Polsce, te same telewizje, te same portale dosłownie dwa miesiące wcześniej podawały informację o tym raporcie AARO, tak się nazywa ta komisja przez dwa A, która zajmuje się anomaliami powietrznymi, że jest taka komisja, bada sobie, kto może po Ameryce latać. Ale oni już o tym zapomnieli. Nie, teraz mamy UFO, nie mamy UAP. Dobra, jeżeli ktoś się chce dowiedzieć więcej o tym, jak Amerykanie zajmowali się Tematem UFO, jak to wszystko wypłynęło, jak powstawały kolejne komisje w ostatnim dziesięcioleciu, to zachęcam do przesłuchania naszej pierwszej debaty w nowej fali debat ufologicznych, która odbyła się bodajże pod koniec września.
Ale też zapraszam na poniedziałek, 20 lutego na audycję, w której zajmiemy się obecnymi zdarzeniami, ale też poszukamy prawdziwego UFO i USO w relacjach amerykańskich żołnierzy. Ale wróćmy do książek Kevina Randle'a. Dlaczego one się z tym wszystkim tak bardzo wiążą? Otóż jeżeli się interesujecie UFO, to znacie historię Roswell do znudzenia powtarzaną i znacie oficjalne wytłumaczenie, że to był po prostu jakiś balon. Marku, sprawa Roswell pojawia się w niezliczonych produkcjach filmowych, w niezliczonych spiskach jako wątek, czasami jako taki trend, który wszystkim się nagle kojarzy. Natomiast mało kto wie, że Roswell przez długie lata pozostawało historią porzuconą, zapomnianą. Dopiero na przełomie lat 70. i 80. między innymi dzięki Stantonowi Friedmanowi zaczęło jakoś się reanimować, zaczęło interesować wszystkich. I nagle, co jest dziwne, Roswell stało się elementem różnego rodzaju teorii spiskowych, opowieści tak zwanych sygnalistów, różnego rodzaju głębokich gardeł, tajemniczych informatorów i tak dalej.
Przy czym zawsze Roswell funkcjonuje w innej formie. Porównajcie sobie chociażby opowieść Boba Lazara z tak zwanym projektem Serpo. Projekt Serpo to jest w ogóle ciekawa sprawa. To jest mistyfikacja literacka, co ciekawe. Otóż swego czasu do sieci wyciekały relacje o ekspedycji, jaką na planetę Zeta Reticuli chyba miała odbyć grupa ludzi. Czyli to była taka spiskowa epopeja. I tu nagle pojawia się Kevin Randle ubrany cały na biało, który dokonuje bardzo fajnej rzeczy. Otóż podsumowuje historię domniemanej katastrofy UFO Roswell ze wszystkich stron: kulturowej, mitologicznej i historycznej. Sam bowiem docierał do ludzi przed laty, którzy jakoś byli z tamtym zdarzeniem związani pośrednio albo bezpośrednio. Tu był zawsze jakiś problem.
Zawsze było jakieś „ale”. On tego też nie ukrywa. Książka dzieli się na cztery części. W pierwszej mamy podstawowe informacje na temat zdarzenia. Padają też pierwsze ważne pytanie, na przykład gdzie są ciała z Roswell obcych. W drugiej części są wymienione najważniejsze dla tej sprawy postaci, jak Brazelowie, Marcelowie i personel wojskowy z bazy w Roswell. W trzeciej części mamy mity związane z katastrofą. To też jest bardzo ważne. Natomiast w kolejnej, czwartej najważniejsze przesłanki świadczące o tym, że tam naprawdę coś się wydarzyło i wydarzyło się to, o czym wszyscy myślimy, czyli rozbiło się UFO. Jakie są finalne wnioski Randle'a, starego wyjadacza?
Otóż przyznaje on, że jego opinia na temat Roswell ewoluowała przez lata, co jest chyba dobrym sygnałem, dlatego, że tylko małpa nie zmienia poglądów w świetle nowych faktów, przecieków i odkryć. I Randle pyta, skoro brak takich na podstawie zanalizowanego materiału, skoro brak ziemskich wyjaśnień tego zjawiska, to czy możemy brać pod uwagę to wyjaśnienie pozaziemskie, że rozbiło się tam coś nie z tego świata? I on odpowiada tak: może. Natomiast mówimy cały czas o relacjach, nie o namacalnych dowodach, bo te wyjaśniłyby sprawę raz na zawsze. Natomiast one do tej pory nie wypłynęły w taki sposób, że stałyby się dostępne dla szerokiej opinii publicznej albo dla naukowców do zbadania. Zawsze słyszymy o jakichś materiałach z Roswell, o jakichś cudownych metalach, natomiast zawsze są na wyciągnięcie ręki. Książka liczy sobie jakieś 350 stron. Została wydana w marcu 2022 roku przez Fainting Disc Press, wydawnictwo Philipa Mantle'a, którego mogliście usłyszeć kilka miesięcy temu w debatach ufologicznych, kiedy opowiadał nam o przypadku z Pascagoula. Zatem jeżeli jest tutaj jakiś łącznik pomiędzy książką „Zrozumieć Roswell”, bo tak ona się nazywa, a tym, co się dzieje obecnie, to przede wszystkim ten symboliczny balon, który odzwierciedla nam z jednej strony lęki, a z drugiej wielkie tajemnice, bo nagle mamy coś, co jest widoczne na niebie, coś, o czym wszyscy wiedzą, a kiedy zostaje zestrzelone, nagle wszyscy milkną. Druga sprawa to też podejście do tematu, bo okazuje się, że UFO zawsze było takim dobrym tłem albo dobrym parawanem dla tuszowania wszelkiego rodzaju dziwnych wydarzeń, bo najpierw zrobiło się jakąś burzę w szklance wody, historyjkę, która została podchwycona przez prasę, a potem ludzie po jakimś czasie o wszystkim zapominali.
[03:39:24] - Tak. À propos Roswell i tej historii, tu nawiążę do naszej audycji „Filmotekarium”. Wspominam z pewnym rozrzewnieniem serial „Taken”. Taki 10-odcinkowy, niejednoznaczny serial, ale ja mam do niego dużą słabość. Co prawda to nie „Filmotekarium”, ale państwu ten serial polecam. Ponieważ z jednej strony to jest próba pewnej interpretacji tego, co się zdarzyło, a z drugiej strony to jest pewne pokazanie na przykład Stanów Zjednoczonych w tamtych czasach z tamtejszą muzyką, z tamtejszymi obyczajami. Nie wiem, jak oczywiście wtedy było, ale iluzja, którą ten serial daje, jest wspaniała. To jest iluzja, która mnie uwiodła i musiałem się z państwem tym podzielić. Serial „Taken”.
[03:40:34] - Także pierwsza książka Kevina Randle'a „Understanding Roswell”, czyli dobre tłumaczenie byłoby „Zrozumieć Roswell”. Link znajdziecie gdzieś w opisach audycji. Natomiast jest też książka druga, nieco starsza. W zasadzie jest to druga edycja uzupełniona o nowe fakty, nowe wątki, jakieś tam materiały, na które Randle trafił. Ona się nazywa „The Washington Nationals: Flying Saucers Over the Capital”, czyli „Latające spodki nad Kapitolem”. Możecie ją sobie znaleźć na Amazonie. Jak powiedziałem, jest to druga uzupełniona edycja. Książka dotyczy bardzo interesującej serii obserwacji UFO z roku 1952. Kojarzycie ją zapewne z takiego bardzo charakterystycznego zdjęcia, bardzo regularnie wręcz pojawiającego się w różnego rodzaju opracowaniach, filmach dokumentalnych, które pokazują takie świetliste punkty na tle panoramy Waszyngtonu, na tle budynków tamtejszych, także rządowych. Jak to wszystko się tam działo?
To też jest podobne do tego, czego doświadczamy dzisiaj, bo Stany Zjednoczone, a właściwie sama stolica doświadcza wręcz nalotu obiektów UFO w lipcu 1952. One najpierw były wykrywane na radarach, głównie na tamtejszym lotnisku. Dzisiaj to lotnisko chyba nosi imię Reagana. Wtedy nie pamiętam, jak się dokładnie nazywało. W każdym razie dochodziły do tego inne zdarzenia, na przykład pościgi pilotów za tymi obiektami albo też obserwacje świateł przez załogi samolotów i to zarówno wojskowych, jak i pasażerskich. Randle próbuje nam podsumować tamte zdarzenia, odległe już bardzo czasowo i pokazać ich bezprecedensowość, bo one z jednej strony potem zostały zwyczajnie zamiecione pod dywan, zostały uznane za coś absolutnie wytłumaczonego. Natomiast dały także taki bodziec do stworzenia kilku komisji, które poważniej zajęły się problemem UFO. Dlaczego? Dlatego że po pierwsze, nagle stolica mocarstwa światowego została de facto okrążona przez obiekty, których nikt nie potrafił zidentyfikować ani nawet dogonić. Tam się pojawiały różne dziwne hipotezy.
Wyobraźcie sobie, jeden z pilotów twierdził, że UFO mu tak szybko ucieka, że prawdopodobnie przechwytuje komunikację radiową i ją rozumie. Także było to bardzo interesujące. Z dzisiejszej perspektywy jest to materiał historyczny, ale i tak wart uwagi, dlatego że pokazuje, w jaki sposób tuszowano pewne rzeczy, których de facto nie można było zakłamać. Dlatego też wymyślono historyjkę z anomaliami pogodowymi. I to druga z książek wydanych przez Flying Disk Press. Poniżej znajdziecie sobie link. Możecie je znaleźć także na Amazonie. Zapraszam was na poniedziałkową debatę ufologiczną, gdzie rozwiniemy ten problem. Okazuje się, że historia UFO także kołem się toczy i lubi się powtarzać.
[03:44:20] - Właśnie, tu jest moja refleksja kończąca to spotkanie. Otóż ja mam takie wrażenie, powiedziałeś to w pewnym momencie, że coś było nad Waszyngtonem, ludzie to widzieli, a później o tym zapomniano, a właściwie zrobiono wszystko, żeby to zostało zapomniane. Proszę państwa, właśnie jesteśmy w takich czasach, kiedy dzieją się rzeczy podobne. Ja nie twierdzę, że tożsame, że to jest to samo. O tym zresztą porozmawiamy sobie, tak jak Piotr powiedział, w tej audycji poniedziałkowej. Natomiast mam takie wrażenie, że propaganda, czy też środki masowej komunikacji cały czas działają tak samo. Czyli z jednej strony są w stanie kreować pewne wydarzenia, nagłaśniać je, a z drugiej strony zupełnie bez żadnych kompleksów są w stanie te wydarzenia wyciszać. Po prostu nie ma, nie było, to się nigdy nie wydarzyło, proszę państwa. Proponuję dobrze przyglądać się temu, co w tej chwili jest nam serwowane w internecie, w środkach masowej komunikacji. Bo dzisiaj wmawia się państwu, że są to jakieś UAP-y, UFA i tak dalej.
Żart oczywiście. A za jakieś kilka miesięcy możecie się państwo dowiedzieć, że nic takiego się nie wydarzyło. W ogóle nic takiego nie miało miejsca. To się państwu wydawało tylko. To jest takie granie przez środki masowej komunikacji na tym, że podobno większość oglądaczy, słuchaczy ma pamięć złotej rybki. Pamięta bardzo krótko. Nie pamięta tego, co było serwowane kilka miesięcy wcześniej. Pamięta, co jest teraz. To jest złe podejście do rzeczywistości. Staram się z tym walczyć w różnych dziedzinach: i w politycznych, i w ufologicznych, i w każdych właściwie.
Bo warto zdać sobie sprawę z tego, że media robią nam sieczkę z mózgu zupełnie świadomie i dlatego sami nie dziwcie się państwo, że zapominacie o pewnych rzeczach. To jest zupełnie świadoma działalność. Macie państwo zapominać i bardzo dobrze, że zapominacie. Ale temat jest na tyle nośny, te książki, o których powiedział Piotr, myślę, że warto po nie sięgnąć. Warto je przynajmniej przerzucić, ponieważ one są dokumentem, w przypadku tej drugiej pewnych czasów odległych od nas, ale jednak pokazuje to pewną atmosferę i ona mi w zadziwiający sposób przypomina tę atmosferę, której w tej chwili niejako na bieżąco jesteśmy świadkami. I to tyle. Pięknie, Piotrze dziękuję. To są nowości, które na pewno warto obserwować, warto po nie sięgnąć po to, żeby być dobrze zorientowanym.
[03:47:49] - Tym bardziej, że dzisiaj już nie ma takiego problemu, jaki był jeszcze całkiem niedawno z dostaniem książek zagranicznych. Są po prostu na wyciągnięcie ręki. Ja pamiętam, jakie dawniej były problemy, kiedy się chciało coś kupić, jak to długo trwało i ile wymagało zachodu. Dzisiaj jest to już bardziej możliwe, także poprzez istnienie e-booków. Także zachęcam wszystkich do zajrzenia na Flying Disc Press naszego kolegi Filipa Mantla i tam znajdziecie link pod spodem. Możecie znaleźć wiele innych interesujących książek. Między innymi jedną z ciekawszych jest „UFO nad Rumunią” Dana Farkasa, ale o tym jeszcze będziemy mówić. Zapraszamy w poniedziałek na debatę ufologiczną. Słuchajcie naszych wszystkich audycji i dobranoc. Z mojej strony to tyle.
Pozdrawiam.
[03:48:54] - Proszę państwa, teraz z takiej literatury faktu, czy też literatury popularnonaukowej, a w każdym razie takiej, która omawia pewne wydarzenia dziejące się jakiś czas temu, a opisujące pewną rzeczywistość. Teraz przeskoczymy do literatury. Do literatury przez duże L. Przed nami „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego, odcinek 17., w którym autor tychże recenzji omawia książkę „Cyrkówka Marianna”. „Cyrkówka Marianna” to jest książka napisana przez Annę Fryczkowską. Mamy do czynienia z powojenną Polską, historią miłosną, ale taką historią miłosną, jakiej państwo nie znaliście. Polecam. A teraz już Mirosław Gołuński.
[03:50:27] - Dobry wieczór lub dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy słuchają państwo „Labiryntu książek”. Dziś wracamy do Polski. Pomyślałem, że zbliżają się wakacje, tuż tuż. Być może po półtora roku przerwy będziemy mogli zacząć wędrówki po kraju. Więc moja najnowsza propozycja dla państwa to książka o Polsce, przede wszystkim PRL-owskiej, o wędrowaniu, o przedziwnym, niezwykłym cyrku. Książka Anny Fryczkowskiej „Cyrkówka Marianna” to tekst, który bardzo ciężko zaliczyć gatunkowo. Z jednej strony można powiedzieć, że to biograficzna powieść i tak pewnie będzie się ją określać, ale dla mnie to nie jest takie proste. W załączonym do tekstu posłowiu autorka opowiada o swojej przygodzie z tytułową bohaterką Marianną Razik. To przygoda historyczno-kwerendowa, gdyż sama zainteresowała się nią blisko dwie dekady po jej śmierci, mniej więcej trzy lata temu, podczas gdy jej bohaterka umarła około roku 2000.
I cała jej historia, cała ta opowieść, która składa się na bardzo kunsztowną historię, na ten zmysłowy język opowieści chciałem bardzo zwrócić uwagę. To opowieść, na którą się nie tylko patrzy, ale to też opowieść, którą się słyszy, którą się wącha. Takie opowieści można by z jednej zaliczyć do mikrohistorii gatunku historiografii. To jest nazwa przyjęta przez Ewę Domańską, w Polsce właściwie niewiele jest takich książek, natomiast pojawiły się tłumaczenia, na przykład serii „Robaki” Ginzburga czy Darntona „Wielka masakra kotów”. I właśnie ten Ginzburg trochę mi w tej opowieści pobrzmiewa, ale to przede wszystkim historia Dzisiaj tak popularnego gatunku ludowej historii Polski. Marianna Razik urodziła się w Mdzewie, gdzieś w okolicach Cieszyna, jako siódme czy ósme dziecko w chłopskiej ubogiej rodzinie. Już jako nastolatka musiała zaprzestać nauki właściwie po kilku latach szkoły i poszła na tak zwaną służbę przed II wojną światową. Urodziła się w roku 1915. Jeszcze przed wojną zaczęła pracować w Warszawie. Najpierw jako opiekunka do dzieci, potem, ponieważ była bardzo inteligentna i to przebija z tej postaci, świetnie oddanej przez autorkę, zaczęła pracować jako pomoc dentystyczna.
Wojna oczywiście to wszystko przerwała. Marianna była dobrą siostrą, ponieważ miała młodszego brata o kilka lat, który był słaby fizycznie. Zgłosiła się za niego do prac przymusowych. Te prace zesłały ją gdzieś pod Królewiec, skąd zimą 1945 roku wracała pieszo. Nie wiemy, co się tam wydarzyło, ale w opowieści musiało zdarzyć się coś bardzo złego, ponieważ na długie lata Marianna stała się aseksualna. To jej przeszło. To jest ewidentnie efekt wojennej traumy. Po wojnie, w kwietniu 1945, wraca do Mdzewa. Na szczęście jej rodzina bezpośrednia, dwie siostry i brat oraz rodzice przeżyli, ale ona nie potrafi się odnaleźć w Polsce. Nie dlatego, że jest komunizm czy socjalizm, zwał tak zwał, tylko dlatego, że ona po prostu nie potrafi poradzić sobie z traumą wojenną.
I wtedy w ich domu pojawia się inny Razik, daleki kuzyn, a przy okazji cyrkowiec, przedwojenny atleta, właściciel cyrku, który stracił również wszystko w czasie wojny. I tak się zaczyna ich przygoda. Stają się dwuosobowym cyrkiem, który przez długie 23 lata będzie podróżował po Polsce i przynosił ludziom radość. I to jest oczywiście główny trzon tej historii. To jest historia, która starszym czytelnikom przypomni lata młodości. To, jak wyglądała Polska po II wojnie światowej z perspektywy mieszkanki wsi, z perspektywy kobiety głęboko wierzącej, która nigdy nie zatraciła wiary, ale również z perspektywy codziennych zmagań z komuną. Takich upierdliwych jak konieczność zgody rady miejskiej czy to, że Marianna musi zdać egzamin na cyrkowca. Przed wojną nikt tego przecież nie wymagał. Ale to również, i to jest bardzo interesujące, w dużym stopniu opowieść feministyczna. Ale nie hasłowo, bo bohaterka jest zwykłą kobietą, kobietą ze wsi.
Ale to opowieść o głęboko wierzącej kobiecie, która dzięki temu, kim została dzięki wędrowaniu, dojrzewa do świadomości bycia kobietą. Do tego, że może przeciwstawić się naprawdę uwielbianemu mężowi. Po drodze przeciwstawić się bratu, w międzyczasie nie dać się, zresztą zanim pojawi się Razik, z którym stworzą cyrk, przeciwstawić się próbie wydania jej za mąż. Ona się wtedy po prostu na żonę w pełnym tego słowa znaczeniu zwyczajnie nie nadawała. Zresztą jej mąż przez długi czas również, bo i on ma swoje dramatyczne przeżycia wojenne, z których długo się otrząsał. Ale to również opowieść tragiczna. Obok feminizmu tragizm. Scena, krótki fragment, w którym zatrzymują się w swojej wędrówce we wsi, w której wymordowano wszystkich ludzi z wyjątkiem jednego, który akurat był w lesie i który jest ostatnim strażnikiem pamięci, długo pozostaje z czytelnikiem. To naprawdę boli. Ta zmysłowość tej opowieści, fenomenalna, podkreślam to po raz kolejny, jeszcze zwiększa ból u odbiorcy.
W tej powieści jest wędrówka, głodowanie, zmaganie się z bólem, tworzenie nowych sztuk, czasami udawanie śmiechu, bo przecież nie zawsze im jest do tego śmiechu. Opowieść Marianny napisana na podstawie tego, co autorce udało się odkryć w archiwach, w gazetach, na wystawach. Dlatego, że po zaprzestaniu wędrówek, po śmierci męża Marianna zostanie artystką ludową, która będzie malowała na płótnie, a właściwie na makata. Robiła również notatki i zarówno fragmenty tych notatek, zapisy snów, ale również jakieś fragmenty wprowadzeń do wystaw, w których Marianna brała udział. Artykuły prasowe. To wszystko składa się na tę powieść, na tę książkę. Marianna wymyka się. Wydaje się, że wymykała się też jako człowiek. Nie dawała się zaszufladkować. Dziewczyna ze wsi bez większego wykształcenia, która potrafiła wyjść poza opłotki własnej wioski.
Ona potem wraca do tej wioski i zanim oczywiście tam zamieszka po śmierci męża, widzi, że nie potrafiłaby już wrócić do tych ludzi. Ale jednocześnie w tej prowadzonej przez nią narracji jest coś z mitu. Gdy czytałem tę powieść czy tę książkę, bo właśnie powieść, książkę, mikrohistorię, przypomniała mi się bohaterka „Wody na sicie” Anny Brzezińskiej, fenomenalnej absolutnie powieści fantastycznej, w której właśnie tam też mieliśmy bohaterkę, która samodzielnie wymyka się wszelkim prawidłom, jest tak zwanym bohaterem niewiarygodnym. O Annie Brzezińskiej i tej powieści na pewno zaproszę państwa do korytarza, w którym tę powieść znajdziemy. Ale kunszt autorki, ta literacka czułość wobec bohaterki powoduje, że z jednej strony wierzymy bohaterce, a z drugiej strony pozwalamy się uwodzić, bo Marianna Razik w „Cyrkówce Mariannie” ciągle stoi na scenie, bo taka była jej rola w cyrku. Jej mąż był siłaczem, rozrywał Rozrywał łańcuchy i tak dalej. Ona natomiast z pomalowanym nosem, ze śmiesznie ubarwioną twarzą grała klauna. Opowiadała wierszyki, które sama tworzyła bardzo zgrabnie. Grała na bębenku, ale była w świetle jupiterów. I to bycie w świetle jupiterów absolutnie pozostało w tej opowieści.
Dostajemy coś niezwykłego. Dostajemy zmysłowe odczuwanie świata przez bohaterkę. To jest wręcz zachwycające. Dla mnie to była oczywiście podróż do świata, którego nie pamiętam. Urodziłem się pięć lat po tym, jak Marianna zaprzestała swoich wędrówek, ale przecież jej świat, ona sama należała do świata, który był już tak naprawdę reliktem. Przecież w PRL-u zmuszono Cyganów do tego, żeby zaprzestali wędrówek, więc tym bardziej takie właśnie mini trupy cyrkowe, które żyły wbrew zasadom tamtego systemu, a jednocześnie niosły ludziom radość, dawały im szczęście, dawały im te kilka minut zapomnienia o kłopotach codziennej egzystencji. Taka jest właśnie opowieść o Mariannie. Czytając ją, poczułem się jak w starym fotoplastikonie. Pewnie państwo pamiętacie to urządzenie choćby z takiego cudownego filmu jak „Vabank”, w którym Kwinto i Dończyk spotykają się w takim miejscu i oglądają świat przez te zdjęcia. Tam to jest oczywiście jeszcze pornografia, ale tu nie o to chodzi.
Dla mnie próba uchwycenia przeszłości, wcale nie tak dawnej. Moi rodzice jeszcze to pamiętali, a jednak bezpowrotnie utraconej. Dzisiaj nie tylko nie ma Cyganów, jak śpiewała Marla Rodowicz, a może jeszcze śpiewa, ale też nie ma takich cygańskich trup. I to melancholijne poczucie czegoś bezpowrotnie utraconego unosi się nad tą opowieścią właśnie w sposobie opowiadania, w specyficznej składni, którą mówi Marianna, bo jej fragmenty są pisane w pierwszej osobie. Autorka bowiem wykonała wielką pracę. Nie tylko zgromadziła informacje, nie tylko je wyselekcjonowała, ale również opowiedziała nam, czytelnikom, o historii pojedynczego człowieka. Czy może być coś piękniejszego? Dziękuję państwu i do zobaczenia.
[04:01:34] - Czy lubicie państwo literaturę fantasy? Ja tak średnio. Nie żebym uciekał, ale jak mam do przeczytania kawałek dobrej SF, to zawsze wybiorę SF. Niemniej kilka powalających, tak, to dobre określenie, powalających książek w gatunku fantasy czytałem. A gdyby tak połączyć fantasy z historią? Tą naszą historią, chociażby historią Polski. Z tymi Piastami, z tymi rozbiorami. Nie, rozbiorami nie. Z podziałem dzielnicowym, ze średniowieczem, z tymi różnymi tam cudami, które się odbywały. To może być całkiem niezły materiał na kawał fajnej literatury.
To ja niniejszym zapraszam państwa na spotkanie z autorem, który takie rzeczy robi, proszę państwa, tak i już jest. Takim autorem jest Witold Jabłoński, człowiek, który żyje w Łodzi. Pisze tych książek naprawdę sporo i to są książki, które przy całym moim sceptycyzmie odnośnie fantasy były mnie w stanie porwać. Kilka słów o autorze. Witold Jabłoński to jest absolwent filologii polskiej. Ja tu go podziwiam, bo jak można kochać literaturę, ukończywszy filologię polską? Do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu. Żarcik taki. Wybaczcie państwo, czasami muszę ulać sobie troszeczkę. Bo filologia polska to, w zależności od uniwersytetu, jest dosyć specyficzny kierunek, mniej lub bardziej męczący.
Nie kwestionuję w ogóle tego, co się tam dzieje. Natomiast znam kilku ludzi, którzy po ukończeniu filologii polskiej stracili jakiekolwiek zainteresowanie literaturą. Nie wiem, to jakiś znak czasu, a może znak, naznaczenie człowieka. W każdym razie warto powiedzieć, że Witold Jabłoński był sekretarzem Jerzego Andrzejewskiego. Myślę, że kojarzycie państwo tego autora. W latach 1995-1997 był dziennikarzem oraz recenzentem „Gazety Wyborczej”. To dla niektórych może być rekomendacja, dla niektórych niekoniecznie. Ja bym tu sobie odpuścił te podziały polityczne, bo to po pierwsze rok 1995-1997, wtedy to troszeczkę inaczej wyglądało. A poza tym zwrócę uwagę: recenzent teatralny „Gazety Wyborczej”. To jednak ma swoją wagę, proszę państwa.
Był też publicystą dodatku kulturalnego „Verte”. W 1998 roku został dyrektorem Wydziału Kultury i Sztuki w łódzkim Urzędzie Miejskim. W latach 1999–2003 był dyrektorem Śródmiejskiego Forum Kultury, a później jego losy różnie się toczyły. Powiedzmy może trochę o książkach, które wydawał. Te książki wychodziły od lat 80. Wypisałem sobie tutaj dla państwa książki, które bezpośrednio łączą się z fantastyką. W 2003 roku wyszła książka pod dosyć intrygującym tytułem: „Dzieci nocy”. To jest horror fantastyczny z elementami political fiction. Później zaczął się pojawiać na rynku, tak od 2003 roku – myślę, że nic nie popierdzieliłem, ale chyba 2003 rok – taki cykl „Gwiazda Wenus”, „Gwiazda Lucyfer”. On był inspirowany, ów cykl, życiem Witeleona.
W 2003, na 90%, ukazała się książka „Uczeń czarnoksiężnika”. Rok później, wypadałoby, że w 2004, sprawdźcie to państwo, proszę się na mnie nie powoływać, proszę sprawdzać, ale chyba w 2004 roku ukazał się drugi tom „Metamorfozy”. Na pewno w 2006 roku ukazał się tom „Ogród miłości”, a rok później, czyli w 2007 roku, ukazał się „Trupikorowód”. W 2008 roku, a to mam wynotowane, dlatego taki mądry jestem, ukazała się książka „Fryne Hetera”, w 2011 „Kochanek Czerwonej Gwiazdy”, w 2013 „Słowo i miecz”, w 2015 „Ślepy demon. Sieciech”. I tu się kończy niestety datowanie. Ukazały się jeszcze książki: „Dary bogów”, „Popiel. Syn popiołów” i to wiem na pewno, w 2021 roku „Ślepy demon. Zbigniew”. Witold Jabłoński jest również tłumaczem takich autorów jak Kir Bułyczow oraz Marina i Siergiej Diaczenko.
Czyli wiecie państwo, zasługi dla fantastyki, dla fantasy, dla fantastyki naukowej całkiem spore. A ja teraz państwa zapraszam na spotkanie z Witoldem Jabłońskim, które odbyło się na zamku w Nidzicy. Proszę państwa, zapraszam do świata średniowiecza, do świata, który tak bardzo przypomina światy fantasy. Właściwie ten podział, który zarysowałem na początku, chyba jest kompletnie bez sensu.
[04:08:25] - Od czego zacząć? Może od tego, że jest taka satyra Krasińskiego o chudym literacie, a właściwie o szlachcicu, który chce kupić jakąś książkę w osiemnastowiecznej Warszawie. Księgarz mu proponuje różne publikacje, a w pewnym momencie mówi: „Może polski dziej?” Na to szlachcic, taki właściwie typowy sarmancki Jacek Komuda, gdyby tu był, pewnie by się już z nim mógł zidentyfikować. Odpowiada na to: „Może polski dzieje? A bodajbyście wisieli na haku, złodzieje! Toście podają w czary dworzeczne pośmiechy, bym powyrzucali z kronik i Wandy, i Lech”. Tak to było właściwie w XVIII wieku. Osiemnastowieczni uczeni, tworzył się ten pogląd naukowy na świat materialistyczny. Oni jak gdyby programowo odrzucili wszystko, co się dla nich w ich pojęciu świata, ich umysłowości wiązało ze sferą niepoznawalną, niematerialną, mową fantastyczną również, baśniową. Tak więc z kronik istotnie ówcześni uczeni po prostu powyrzucali podania nasze najstarsze, uznając to po prostu za nie naukowe, niegodne naukowego zainteresowania, baśnie, podania, legendy albo ewentualnie nawet wymysły po prostu średniowiecznych kronikarzy.
W związku z tym programowo jak gdyby uznali, że nie może to być przedmiotem naukowego rozpoznania i właściwie nie należy tu naucząć, skoro to jest po prostu sferą wydumanych. Także w ten sposób niestety sami sobie odcięliśmy te nasze podstawowe słowiańskie korzenie. Jakby dokonało się to Wtedy w sposób pewnego rodzaju ostateczny kropka nad i została postawiona. Potem na szczęście nastał romantyzm, ale zanim nastał romantyzm, Johann Gottfried Herder, niemiecki uczony działający na pograniczu, w epoce sentymentalizmu. Notabene urodzony w Mrągowie. Trochę swój Niemiec, można by powiedzieć. On stworzył taką wizję Słowian, słowiańszczyzny, idylliczną, sielankową. Przyrównał Słowian, naszych praprzodków do Peruwiańczyków Europy. Miał na myśli oczywiście Inków przede wszystkim. Stworzył taką wizję spokojnego, łagodnego ludu, który żył sielankowo i ślicznie.
Wąchał sobie kwiatki tam zasłuchany w klekot kucanów, w brzęczenie pszczółek i uprawiał rolę spokojnie. Nie był agresywny, nie podbijał innych, a tak sobie żyli spokojnie i przyjemnie ci Słowianie. Epoka sentymentalizmu natychmiast podchwyciła literatura tych czasów, przyrównując, pokazując naszych praprzodków mniej więcej jako arkadyjskich pasterzy. Słowiańszczyzna była taką jakby Arkadią. Oczywiście potem przyszli źli Niemcy, bo Herder, choć sam był Niemcem, nie szczędził swoim rodakom krytycznych uwag. Herder przedstawił Niemców jako gangu siestadorów, najeźdźców bezwzględnych, którzy siłą narzucili swoją religię, swoje panowanie tym dobrym, łagodnym Słowianom. Ta wizja cukierkowa, można powiedzieć, jakby powiedział Gombrowicz, ububiona słowiańszczyzny rzeczywiście została podchwycona przez literaturę epoki sentymentalizmu i w pewnym sensie trwa do dziś w naszej umysłowości. Podobną wizję nam przekazywała też literatura młodzieżowa epoki PRL-u. Oczywiście to było trochę w dużym stopniu pisowe, ale przy wsparciu Henryka Rinker. Oczywiście po doświadczeniach II wojny światowej tego typu literatura spełniała w państwie socjalistycznym propagandową rolę, więc Słowian można było pokazywać wyłącznie w roli ofiar.
Oczywiście jak ktoś palił, gwałcił, mordował, to oczywiście, że Niemcy. Przecież Słowianie, Polacy? Nigdy w życiu! Niemożliwe. Nie wolno było czegoś takiego pokazywać. Nie wolno było w ogóle pokazywać złych Piastów, złych Polaków i tak dalej.
[04:14:22] - I wszyscy byliśmy chłopami i rolnikami.
[04:14:23] - Wszyscy tak. Wszyscy byli rolnikami, wszyscy mieszkali w chatach. Gdzie się podziała kasta kapłańska? Gdzie się podziali wojownicy? Gdzie się podziali władcy, książęta, kniaziowie i tak dalej? Wyparowali. Dlaczego wyparowali? Teraz się znowu cofnijmy o tysiąc lat. Ponad tysiąc lat. W momencie, kiedy Mieszko zrobił tak zwany chrzest Polski.
Mówię tak zwany, bo rzeczywiście nie był to żaden chrzest Polski. Przynajmniej Polski naszej dzisiejszej.
[04:15:04] - Co do samego chrztu Polski. Dlaczego wzięliśmy chrzest z Czech?
[04:15:11] - Zaraz do tego przejdę. Właśnie do tego zmierzam. Już tak dzwoni.
[04:15:16] - Ale nie wiemy, jaką wtedy będziemy mieli.
[04:15:18] - To takiej będziemy. Spokojnie.
[04:15:25] - Masz pytanie? Zadaj.
[04:15:27] - Nie, ty masz pytanie. Mogę odpowiedzieć.
[04:15:30] - Ty się nie odzywaj. Masz pytanie? Nie odzywaj się. Ja mam pytanie. Zadałem. Dlaczego wzięliśmy chrzest z Czech, a nie z Niemiec?
[04:15:39] - Wbrew pozorom to z Czech to jest też dość wątpliwa sprawa.
[04:15:43] - No i od tego zaczęliśmy.
[04:15:44] - Mieszko wziął żonę z Czech.
[04:15:46] - Dokładnie.
[04:15:47] - Ale przede wszystkim... Mogę do tego dojść czy nie? Przede wszystkim Mieszko był rzeczywiście, trzeba powiedzieć, zręcznym bardzo politykiem, owszem, o dość szerokich horyzontach, jak się wydaje. W każdym razie rozumował logicznie i sensownie. Zagrożony był byt tego zlepku plemiennych krajów, które stworzyli Piastowie. Mimo wszystko ja nie sądzę, aby był rzeczywiście wikingiem czy normalnym. To zdaje się w ogóle nazistowscy uczeni nazwali. Ta teza też pokutuje, nie wiadomo dlaczego, z uporem godnym lepszej sprawy. Nie wiemy, kim była żona Siemowita. Może była normalna, kto wie.
Mogła być z wikingów na przykład. Przecież te kontakty oczywiście były nie tylko wojenne. Przed pomorską flotą wikingowie też zdarzało im się uciekać. Też piratowali nieźle. Kto wie? Mogła być Pomorzanką, mogła być również dobrze Normanką, więc w tym sensie Mieszko mógł być na poły Wikingiem. Powiedzmy. Ale w tej sytuacji ówczesnej, politycznej ona wyglądała następująco: że nasz byt w zasadzie państwowy nie był zagrożony. Także-
[04:17:15] - Był.
[04:17:17] - Mogę dokończyć?
[04:17:18] - Był zagrożony.
[04:17:19] - Nie, właściwie nie był wcale. W rzeczywistości nie mieliśmy żadnego- No bo czas-
[04:17:26] - Ale kto ma-
[04:17:34] - A może przyjm, przyjedzie.
[04:17:36] - Dobrze.
[04:17:42] - W każdym razie sytuacja wyglądała tak, że zagrożenia były następujące. Chyba nie.
[04:17:55] - Przepraszam.
[04:17:57] - Z jednej strony bardzo wiele się pisało i mówiło o drang nach osten, na oparciu na wschód niemiecki. Aczkolwiek myślę też Pan na zachód. Mieszka Pan na zachód, bo chciał podbić ziemie Słowian polabskich. Wielechów głównie w tym czasie. Wieleci byli bardzo niezależni. Rządzili się za pomocą wieców. Nie chcieli żadnego księcia Piasta z Wiśniego. Traktowali praktycznie nas tak samo jak i Niemców, jak najeźdźców, choć byliśmy pobratymcami, jakby słowiańskimi. No i Wierze jeszcze wtedy też, ale czciliśmy tych samych bogów. Tak czy inaczej nie chcieli żadnego Mieszka jako księcia i traktowali nas po prostu jako takie samo oczywiście zagrożenie.
W tamtych czasach w ogóle nikt nie myślał o żadnej tam jedności słowiańskiej. Pomysł z jednością słowiańską narodził się tak naprawdę dopiero w dziewiętnastym wieku w kręgach słowianofilskich. W tamtych czasach nikt czegoś takiego nie wyobrażał. Słowianie się równo tłukli między sobą niestety. Dlatego zresztą tak łatwo było Niemcom dziel i rządź, prawda, między innymi. Więc z jednej strony byli ci Wieleci, których Mieszko chciał podbić. Wieleci potem nieomalże, niewiele brakowało, właściwie zawarli sojusz z chrześcijańskimi Czechami. No właśnie. Już polityka górowała w tym przypadku nad religią. Czesi chcieli również nas zaatakować.
Trudno. To trzeba. To jest dobry Rafał Holik na sprawę. Niewiele brakowało, że Czesi i Wieleci zawarli sojusz przeciwko Mieszkowi. W każdym razie. No i jeszcze byli margrabiowie Brandenburgii. To znaczy to dopiero się jakby tworzyło, ale już ci właśnie margrabiowie tam zaczęli działać. Właściwie byli to tacy praugryterzy, można by posłużyć się późniejszym trochę określeniem. Rycerze na musie. W gruncie rzeczy wpadali przez te nasze ziemie, grabili i wracali do siebie.
No niemniej byli takim elementem też zagrożenia pewnego, pewnego jakby niepokoju na granicy. Także na tej zachodniej rzeczywiście granicy istniały trzy punkty zapalne, z którymi Mieszko I sobie musiał poradzić. Tu właśnie rzeczywiście, tylko dokończę myśl. Wielkość jego, jego jakby horyzontów i tu się rzeczywiście zgodzę. Absolutnie tego nie neguję. Po prostu pomyślał sobie, żeby nad ułomnościami tych właśnie pomniejszych wrogów porozumieć się z cesarzem. Dzięki temu oczywiście zlikwidował i sojusz czesko-wielecki, który się już szykował oraz zagrożenie w postaci margrabiów. Cesarz natomiast, właśnie my, jak to prowincjusze, się bardzo szczycimy tym, że Otto III nas tam odwiedził za czasów Chrobrego, prawda? I tam w Gnieźnie się modlił i tak dalej. Natomiast Niemcy wcale Otto III nie uważają za wielkiego cesarza.
To był taki marzyciel, łobuz w gruncie rzeczy. No i do tej pory ma kiepską opinię w historiografii niemieckiej. Natomiast jego dziadek, Otto I właśnie uważany za wybitnego władcę, który właśnie stworzył podwaliny jakby potęgi niemieckiego cesarstwa. Był to cesarz rzeczywiście mądry i inteligentny, który kiedy Mieszka się do niego zwrócił z propozycją sojuszu, no oczywiście pomyślał sobie, że no świetnie, będę miał kolejne lenno przyjazne na wschodzie. Nie będzie trzeba tego podbijać. Samo się przyłączy w gruncie rzeczy. Tak jak właśnie Czesi. Szkoda, że pan wyszedł, bo właśnie do Czechów zmierzałem w tym wywodzie. Czesi już wtedy byli dość silnie w orbicie właśnie cesarstwa. Powiedzmy sobie szczerze, że duchowni ci tak zwani czescy to byli w zasadzie duchowni niemieccy.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Przede wszystkim byli kształceni w niemieckich klasztorach. Albo to byli Niemcy, albo byli silnie zniemczeni. Językiem oficjalnym na dworze czeskim już wtedy językiem eleganckim już wtedy był po prostu język niemiecki. Także też bujdy opowiadane, żeśmy wzięli od Czechów chrześcijaństwo, żeby tylko nie brać od Niemców. To są oczywiście bujdy na resorach, ponieważ dobrała oczywiście wyszła za Mieszka z polecenia cesa- Cesarz już wybrał dziewczynę. Tak się to wtedy załatwiało. Także bez wiedzy i zgody cesarza nie doszłoby do takiego małżeństwa. Oczywiście to, co nam wmawiano w socjalistycznych szkołach, to jest bujda na resorach, tak zwana. Tak się wtedy mawiało za moich młodych.
W każdym razie cesarz, owszem, poszedł na ten sojusz. Oczywiście ceną za to było przyjęcie chrztu. Mieszko rzecz jasna na to poszedł. W związku z tym sojusz czesko-wieleński nie doszedł do skutku. Mieszko prawdopodobnie przyśpieszył, już wcześniej się zorientował, że cesarz margrabiów Udo, Gelo i tak dalej, że ich nie lubi, że im nie ufa, że traktuje ich też jako element bardzo niepewny. W każdym razie zostali praktycznie same sobie. Można sobie wyobrazić, że powiedział, jeśli się kiedykolwiek spotkali, wyobraźcie to sobie, bo nie ma na to dowodów. Po prostu mu powiedział: „A rób z nimi co chcesz”. No i zrobił. Pokonał pod Cedynią bądź co bądź, prawda?
Ponieważ nie mieli wsparcia cesarstwa, zostali rozbici w puch praktycznie rzecz biorąc. Także zręczności politycznej naszemu władcy nie można odmówić. Rzeczywiście zagrywka polityczna była niezły, jest zręczna i udała się. Przyniosła rzeczywiście pozytywne rezultaty. Opłaciło się to. Opłaciło się władcy, opłaciło się w sensie państwowym. Natomiast szok kulturowy musiało przejść społeczeństwo. Jeszcze mała uwaga. O tym pisał profesor Strzelczyk zresztą, dlaczego się mówi o chrzcie polskim. Ponieważ w rozumieniu cesarstwa i w ogóle władcy chrześcijańskiej Europy ówczesnych, jeśli książę danego kraju się ochrzcił z całym dworem, to właściwie kraj był uważany już za chrześcijański.
Ludem się jak zwykle oczywiście nikt nie przejmował. Lud to był problem władcy. On miał sobie poradzić dalej, prawda? Natomiast skoro książę się ochrzcił, to znaczy kraj chrześcijański. W tym sensie możemy tylko mówić o chrzcie polskim. Powiedzmy, że władca reprezentował naród. Pojęcie narodu też dopiero powstało w XIX wieku w naszym dzisiejszym rozumieniu. Wtedy tutaj jeszcze zlepek plemion, które, owszem, tylko marzyły o tym, żeby się spod tej polańskiej swobody urwać. W kronikach niemieckich jesteśmy nazywani wówczas jeszcze od początku jako Księstwo Polanii. Polania.
Nawet nie Polonia jeszcze. Także nie była to Polska w naszym dzisiejszym rozumieniu. Traktowano to jako księstwo Polan, podbite ziemie przez Polan. Chodziło oczywiście o ziemie Mazowszan, ziemie Ślązak, wydarte Czechom, bo wcześniej tam Czesi panowali oraz oczywiście Małopolska, czyli ziemie Wiślan. Jak powiedziałem, manewr polityczny odniósł duży sukces. Można powiedzieć, że była to dobra zmiana. Natomiast jeśli chodzi o społeczne skutki tego, trzeba by sobie trochę wyobrazić, jak to mogło wyglądać. Przenieśmy to w dzisiejsze czasy, że prezydent Duda oszalał albo prezes Jarosław Kaczyński, co zresztą jest całkiem możliwe, jak wiadomo u polityków. I nagle nakazał po prostu, że od jutra czcimy Swarożyca. W związku z tym wszystkie kościoły zostają zamknięte albo spalone.
Wszyscy księża, jeśli nie chcą się nawrócić na Swarożyca, oczywiście rozwalone albo do obozów jakichś tam, powiedzmy zamknięci. A lud przechrzczony na nową wiarę przymusowo i tak dalej. A tak to musiało przecież wyglądać. Nie jest to tak znowu, jak nam w szkole podstawowej wmawiano, że ci dobrzy, łagodni Słowianie sami do tych urn, chrzcielnic z wodą święconą się garnęli. Jak to mogło wyglądać, jeśli chodzi o wielmożów na przykład, o dwór? Otóż wystarczy zajrzeć do Kroniki Długosza o rok wcześniej. 965. Tak się nam wmawia, że Polska ni stąd, ni zowąd wyskoczyła jak diabełek z pudełeczka w 966. No dobrze, ale co się działo wcześniej? Co było?
Mrok? Pustynia? Dzicz? Siedzieliśmy na drzewach po prostu? Jak to napisał pięknie kiedyś Stawkowski: „Mrok, który rozświetli nam dopiero rzymski krzyż”. No chyba nie.
[04:28:32] - Kraj Polan.
[04:28:34] - Byst państwowy już istniał przecież. Jakaś elita też istniała, a Długosz opisuje po drodze w 965, że Mieszko właśnie już nosząc się z zamiarem sojuszu z cesarzem oraz przyjęcia chrztu, dał wybór wielmożom następujący: albo głowa pod topór i konfiskata majątku oraz skazanie potomków całej rodziny na nędzę, albo chrzest. Mając taką alternatywę nietrudno zgadnąć, jaki był wybór większości. Zresztą elita władzy zazwyczaj jest sprzedajna i dla profitów różnych i stanowisk jest gotowa wiele poświęcić. Prawda o tym, że również oni oczywiście nie mieli takiej wiedzy jak my i nie do końca chyba zdawali sobie sprawę z zagrożenia, z sytuacji. Zagrożenia, jakie niosło ze sobą przyjęcie chrześcijaństwa. Świat pogański był w ogóle otwarty przecież, tolerancyjny. W każdej chwili można było przyjąć kolejnego boga panteonu. Tak robił świat grecko-rzymski na przykład. Przyjęli Mitrę, Izydę i tak dalej.
Nie widzieli w tym jakby żadnego problemu. Rzymianie gdziekolwiek nie podbijali jakichś tam prowincji, a szkoda, że nas przy okazji nie podbili, bo byśmy byli lepiej opisani w kronikach, byśmy mieli większą wiedzę o tej Słowiańszczyźnie. A tak to jesteśmy skazani na kroniki niemieckich mnichów, którzy oczywiście opisywali nas z niechęcią i bardzo stronniczo. Natomiast gdyby Rzymianie nas podbili, nie tylko byśmy mieli lepsze drogi i kanalizację, ale również może przetrwałoby więcej naszego świata pogańskiego. W każdym razie Rzymianie gdziekolwiek nie docierali, właściwie dochodzili do wniosku, że ci miejscowi bogowie to są właściwie nasi bogowie, tylko tu się inaczej nazywają. Są trochę inne obrzędy. Ponieważ bogowie pogańscy reprezentowali żywioły, potęgi natury głównie. Na początku zawsze był to ogień, słońce. Tu właśnie jest swarzyca, ręce boga. Ogień, słońce, piorun, matka ziemia oczywiście, woda i tak dalej.
Czcili żywioły natury, które z czasem oczywiście były uczłowieczane, antropomorfizowane. Straszne słowo . Strasznie trudne.
[04:31:16] - Od kiedy właściwie są ci Słowianie w centralnej Polsce?
[04:31:22] - To jest pytanie do wybitnych naukowców, bo do tej pory mają z tym wielki problem.
[04:31:28] - Do tych Rzymian. Już bardziej jak Niemców, Germanów nie wiem.
[04:31:32] - Ale wcześniej tu byli w ogóle Celtowie jeszcze. Potem zostali wyparci chyba przez Germanów, a potem Germanie też poszli gdzieś dalej na zachód, a na to miejsce chyba przyszli Słowianie. A kiedy, to do tej pory nie wiemy. Choć istnieje rzeczywiście teoria, nawet poparta badaniami genetycznymi, że akurat my jesteśmy od bardzo dawna. Nawet niektórzy twierdzą, że od paleolitu, ale nie ma na to naprawdę naukowo żadnych dowodów.
[04:32:03] - Ceramiki z tego okresu.
[04:32:05] - Tak czy owak, jeśli chodzi o panteon bóstw pogańskich, wszędzie był jakiś patriarcha z piorunem, jakiś bóg wojny z mieczem czy toporem, jakaś wioślana bogini miłości, jakaś matka ziemia, jakiś bożek młodzieńczy typu Eros młodych wojowników. Jarowit to był taki powiedzmy słowiański Eros, ale i też wojownik. I tak dalej. Więc pewnie naszych bogów by też uznali właściwie za swoich i by się do tych spraw nie wtrącali. Oczywiście jedyny wyjątek, ktoś by mógł powiedzieć, prześladowali Rzymianie druidów. Tak, to jest prawda. To był wyjątek potwierdzający regułę. To, że druidzi latali po lasach i tamte dęby obejmowali i całowali, i tam te liny ścinali, to w ogóle Rzymian ich cholery nie obchodziło oczywiście. Natomiast mogli sobie latać po tych lasach do woli i czcić święte dęby, ile chcieli. Natomiast druidzi po prostu organizowali partyzantkę antyrzymską, konspirację.
W związku z tym powód prześladowania ich był wyłącznie polityczno-militarny, a nie religijny. Jak mówię, sprawy religijne właściwie Rzymian nie interesowały, ponieważ oni uważali, że właściwie wszędzie są ci sami bogowie. Sami zresztą wzięli bogów greckich, tylko ich nazwali po swojemu, więc byli otwarci. Taki był ten świat pogański. Myślę, że Wielmoża mieszka, mogli sobie tak samo wyobrażać, że dobrze, jakiś książę się tak upiera, żeby głowę, to polejmy tę głowę wodą. Co nam szkodzi, prawda? Jak mamy w perspektywie ewentualnie ścięcie tej głowy, może lepiej polać ją tą wodą, prawda? Ustawimy krzyżyk obok tam starych bogów i wszystko wróci do normy. Będzie po problemie. Nie.
Okazało się, że nie ma tak lekko, nie ma tak dobrze. Że to semickie bóstwo jest bardzo zawistne i nie toleruje kultu innych bogów. Już niestety pierwszym przykazaniem jest powiedziane: nie będziesz czcił innych bogów.
[04:34:26] - Nie, jest powiedziane: nie będziesz czcił innych bogów przede mną.
[04:34:29] - Przede mną.
[04:34:30] - Inni nie mogą być.
[04:34:31] - Ale właśnie, jak się wczytać, dziękuję za tę dygresję, bo jak się wczytać w to przykazanie, to sam Jehowa przyznaje, że jednak jacyś inni bogowie istnieją, tylko nie wolno ich czcić. Oczywiście wszystko to zostało zepchnięte do sfery demonicznej. Cały panteon bóstw. Zniszczono świątynie, spalono świątynie, posągi porąbano lub potopiono, lub spalono. Z awansem wiadomo. Jak się nie zdążyli w lesie ukryć, nie chcieli się ochrzcić zapewne, wiadomo, że czekała rozwałka pod ścianą. Natomiast biedny lud pod ostrzami dzid prowadzony do chrzcielnicy oczywiście, czy tam do rzeki, musiał się po prostu ochrzcić. Tak to wyglądało. Oczywiście ledwo drużyna książęca opuściła wioskę, to wracali do swoich zachodnich demonów. Niemniej już się zaczęła ta praca misyjna.
Ale kto tę pracę misyjną prowadził? Oczywiście głównie Niemcy. Mówi tu pan, że Czesi. Oczywiście Czesi, ale właśnie zniemczeni dość mocno już Czesi wówczas, jeśli chodzi o elitę władzy i duchowieństwo. Także byli to obcy czercę, którzy ledwo tam, oczywiście pewnie uczyli się języka miejscowego, ale odprawiali jakieś dziwne obrzędy w języku przecież po łacinie, więc z tego obrzędu lud nie rozumiał w ogóle ani słowa. Widział, że ten Bóg, choć w pozoru przedstawiony w poniżeniu, jednak jest dość potężny, skoro potężny książę wspiera i właśnie na ostrzach mieczy i włóczni jest wprowadzany. Tym niemniej musiał to być naprawdę ogromny szok dla społeczeństwa. Odrzucenie w końcu wiary ojców. Przecież oni nie postrzegali tego tak, że to jest taki Bóg dla wszystkich. Oni widzieli w tym po prostu Boga Niemców przede wszystkim.
Czyli książę po prostu zdradził własny lud, odrzucił wiarę ojców, przyjął Boga wrogiego, Boga wrogów naszych. Tak to musieli postrzegać. Do tego jeszcze oczywiście były te tendencje odśrodkowe, czyli dawni książęta plemienni, jak ładnie nazwałem Jasienica książęta Szczepani. Powiedzmy na ziemi śląskiej te rody właśnie, czy tam Małopolska, gdzie podbijani przez Polaków wcześniej przez bardzo, bardzo szybkiego koleję Piastów, jeśli wierzyć kronikom. W każdym razie jak wyglądały losy tych książąt podbitych? Jeśli szli na współpracę, dostawali pewnie jakiś rodzaj wojewodów albo namiestników, a jeśli nie, to wiadomo, że oczywiście też ich czekał topór, ale prawdopodobnie te rody gdzieś tam zostały i odgrywały ważną rolę w tych podbitych, nazwijmy to krainach czy prowincjach. Dzielnicach oczywiście nazywanych. Ci możni oczywiście pamiętali, że kiedyś rządzili samodzielnie, niezależnie od Piastów. Piastów praktycznie traktowali też jako najeźdźców, okupantów, więc były gdzieś te szemranie, odśrodkowe tendencje. Nie mówiąc już o ludziach, którym nie dość, że narzucono obcego Boga i obce obrzędy, niezrozumiałe kompletnie, nową zupełnie obyczajowość, to na przykład dlaczego mamy nie jeść w piątek?
Dlatego, że jakiś Żyd kiedyś tam gdzieś, nie wiadomo gdzie ta Jerozolima, w ogóle gdzieś na krańcu świata został ukrzyżowany. To dlatego mamy nie jeść mięsa, mamy pewne z tym żarty. To bzdura jakaś kompletna. Musieli tak to widzieć. W ogóle posty postrzegać jako absurd. Przecież po prostu oni jak mieli jedzenie, to jedli, jak nie mieli, głodowali i tyle. Idea postu, już nie mówiąc o wstrzemięźliwości seksualnej, musiała się im wydawać naprawdę kompletnie idiotyczna.
[04:39:16] - Ile było książek na ten temat napisanych?
[04:39:23] - To prawda. Nawet Gołubiew napisał, między innymi. Tak więc był to absolutny przewrót. Musimy sobie uświadomić, absolutny przewrót kulturowy. Tworzenie nowego. Rewolucja, będzie rzecz, odgórnie sprowadzona przez elitę władzy. Oczywiście lud został też obciążony dodatkową ofiarą, czyli dziesięciną. Wtedy to się odbywało zresztą tak, że po prostu książę zbierał z poszczególnych wsiech i oddawał Kościołowi. Ale lud widział. Sami w coraz większej nędzy, a tu się właśnie obcy, ci niemieccy mnisi pasą.
Książę im nadaje jakieś tam ziemie, klasztory i tak dalej, buduje kościoły dla nich i tak dalej. To też musiało powodować rzeczywiście duże niezadowolenie i szemranie. Gniewne pomruki. Aczkolwiek rzeczywiście zdaliśmy się wziąć z zaskoczenia, można powiedzieć. I przez 70 lat dość biernie społeczeństwo przyjmowało te zabiegi władcy. Władcy kolejnych, bo oczywiście Chrobry zaczął wprowadzać jeszcze bardziej drakońskimi metodami nowe zwyczaje i nowe te. O tym możemy przeczytać u Tytmara, a o tyle możemy Tytmarowi wierzyć, że generalnie on był dość niechętnie nastawiony do Chrobrego, a właśnie za to, że te macice wycinał cudzołożnicom i że możne Mógł sobie uciąć albo zęby wybijał za przestrzeganie postu. Witwart go za to chwalił, że bardzo dobrze Słowianom książę narzucał, że silną ręką trzymał i takońsko wprowadzał. To jest chwalone, żeby nie było nieporozumień. Niestety w związku z tym, że zlikwidowano całą górę ideologii słowiańskiej, czyli podstawowe bity, kastę kapłańską i tak dalej, to się oczywiście udało wymazać całkowicie ze świadomości ludzkiej.
Ale oczywiście na tym wyższym poziomie się udało. Natomiast schodząc trochę w dół pod strzechę wieśniaczą, gościu przecież nie był w stanie postawić za każdą głowę kleryka, który by dopilnował, czy on czasem garści strawy nie rzuca demonom, skrzatom, czy nie składa ofiary starym bogom, pokątnie, potajemnie. Oczywiście krasnadzieja mógł tam pierdnąć kazanie ludziom: „Nie składajcie, nie palcie tego ogarka diabłu. Nie składajcie ofiar demonom".
[04:42:38] - Jakub Karłowicz, jak pielgrzymował, przecież nie znał polskiego języka.
[04:42:42] - Nie znał.
[04:42:42] - Ale śląski, ale niemiecki a lud nie znał języka.
[04:42:46] - Żeby się porozumieć z ludem, musieli się uczyć naszym.
[04:42:49] - Uczyły się. Absolutnie.
[04:42:51] - Za to były
[04:42:52] - Jak powiedzieć, tamte rany płacić.
[04:42:55] - Czechami. Oczywiście przemawiali w niezrozumiałym języku, ale żeby kazać to ludu jednak chyba się uczyli. Prawdopodobnie. Aczkolwiek oczywiście obrzędy uprawiali w języku czeskim, więc to było kompletnie niezrozumiałe. Dobra, w każdym razie całą tę wierchuszkę udało się zlikwidować, ale jeśli chodzi o tak zwane zachowane przesądy ludowe, to wszystko zostało. Obrzędy, stare malowanie jajek, śmigus-dyngus i znicze na święto dziadów palone za, żeby duchy przodków miały drogę oświetloną z zaświata do naszego świata, czyli z Nawi na Jawie i tak dalej. To wszystko zostało, tego się nie dało wyróbać, zlikwidować całkowicie. Więc czego nie zdołał gość zlikwidować, po prostu chłonął. Odbyło się to też sprytną metodą. Niewiasty składają wielkiej bogini pod lipką ofiary.
Okej, to powiesimy tam tabliczkę z Matką Boską i od tej pory będą z Maryi dla Boskiej ofiary, prawda? Miria. Zamiast amuletów i talizmanów pogańskich, krzywyki i melenki. Zamiast bożków lokalnych, kapliczki lub krzyże na rozstajach dróg, proszę bardzo. I tak dalej. A Kupały? Okej, dziewczyna nie sobie puszczają, orgia w lesie już zakazana, bo grzech, ale nazwijmy to Nocą Świętojańską i jest sprawa załatwiona w ten prosty, sprytny sposób.
[04:44:39] - Cały szatank wyeliminowali.
[04:44:41] - Co?
[04:44:42] - Cały szatank chrześcijaństwo wyeliminowało.
[04:44:45] - Rzeczywiście, można wejść w zadąski i stwierdzić, że zrobienie z ohydnego i bardzo złośliwego i niemilego bożka plemiennego Semitów, Jehowy, boga dobrego i miłosiernego, zaiste na to trzeba było żydowskiego umysłu. To jest najbardziej udany żydowski szwindel wszech czasów. Chrześcijaństwo, które naprawdę sprytnie i podstępnie wprowadzono i do tego stopnia wmówiono ludziom, że chrześcijaństwo jest europejskie, że mówi się o chrześcijańskich korzeniach Europy. A jeśli dobrze pamiętam, Jerozolima leży bardziej na wschodzie, nie w Europie, do licha ciężkiego. Więc jakaż to europejska religia? To jest azjatycka religia, semicka, nie europejska.
[04:45:39] - Przy problemie to jest bardzo dobre przejęcie znaczenia.
[04:45:44] - Ja nie mówię, że ja tego nie oceniam, nie wartościuję w tym momencie, tylko po prostu stwierdzam obiektywne fakty. Wracając do polskiej literatury, mówiliśmy już o oświeceniu. Wcześniej różnie z tym bywało. Po prostu bezkrytycznie dość powtarzano legendy opowiadane przez Karłubka, powiedzmy. W czasach saskich niejaki Diamantowski, pięknie się nazywał, słynny wówczas, można użyć właściwie tego słowa, osławiony, czyli mający złą sławę hochsztapler. Pan Diamantowski sfabrykował coś, co nazwano... Wyszedłem z kadru. Chciałem być bliżej ludzi. Sfabrykował coś, co nazwał „Kroniką Prokosza". Niedawno wyszło.
Oczywiście to zwolennicy Wielkiej Lechii, różni inni maniacy uznają za absolutnie niewątpliwie autentyk i tak dalej. Ale zdaje się, że jest to jednak falsyfikat z XVII wieku, gdzie są opisane wielkie dzieje, wspaniałe nasze, że myśmy mocarstwem sięgającym do azjackich stepów, w ogóle głęboko na wschód i Rzymian zwyciężający i tak dalej. Aczkolwiek to zdaje się wszystko są bujdy wyssane z palca, bo gdyby ta Wielka Lechia rzeczywiście kiedykolwiek istniała, to przecież jednak musiałyby być jakieś ślady archeologiczne. Nawet jeśli wyobrazimy sobie, że było to, powiedzmy, imperium koczownicze, jak na przykład tatarskie później było, to mimo wszystko obozy tatarskie też jakieś ślady zostawiały w tych stepach. Więc do licha ciężkiego, przecież gdzieś cokolwiek, jakieś zdobnictwo czy rzemiosło, cokolwiek musiało się zachować. Nic się nie zachowało, więc prawdopodobnie żadnej Wielkiej Lechii nigdy nie było. Natomiast Jeśli chodzi o polańską dynastię Piastów, to ona przy mieszki urządziła już chyba trzy pokolenia wstecz, więc dorabianie też romańskich genealogii jest trochę bezsensowne, wydumane. W każdym razie oczywiście w czasach Polski sarmackiej chętnie sobie dorabialiśmy pod zachłustkiem takie właśnie genealogie fantastyczne, aczkolwiek nie było w tym nic dziwnego, bo w ogóle w całej Europie tak robiono. Jak się na przykład weźmie wcześniejsze średniowieczne kroniki saksegrama Kapeta, tam w genealogiach duńskich czy szwedzkich monarchów to są półbogowie jacyś i herosi wymyśleni, wzięci z tak w ogóle z amazoń mitycznych postaci, więc nie było w tym nic dziwnego. Tak się wtedy po prostu robiło i tak się kroniki pisało.
Jak mówię, do oświecenia właściwie przyjmowane to dosyć bezkrytycznie. Oświecenie to z kolei odrzuciło całkowicie jako nienaukową kompletnie. Jaka po prostu bujda i wymysły epoki średniowiecza. Z kolei romantyzm i tu polecam oczywiście cudowną książkę Marii Janiny Niesiołowskiej-Łubieńskiej, która tam świetnie to opisuje. Romantyzm zaczął nowelizować to, co poprzednia epoka odrzuciła, czyli odsunął jakby, w poprzedniej epoce głównie antykiem grecko-rzymskim fascynowano, natomiast romantyzm zaczął nowelizować mitologię Północy, nordyckie u Niemców runki, Edda. Powstały „Piśmie Asjana”, też znany falsyfikat, niby że celtycki cały poemat, który zrobił oczywiście ogromny szum i cała masa ludzi się dała nabrać, że to jest w ogóle autentyk. Zresztą nawet jest nie najgorzej napisany. No sfabrykował, napisał Szczykorski, poeta. W każdym razie stało się to modne. Nowelizowana została mitologia Północy przede wszystkim i średniowiecze również.
Właśnie można przyrównać, że w „Monachomachii” jak opisuje Krasiński miasteczko jakieś, tam pisze, że klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki, a jeszcze że na wzgórzu stało stare zamczysko pustoty ohyda. Więc dla oświeceniowego twórcy, dla biskupa Krasińskiego, zresztą warmińskiego akurat, może nie bez powodu go przywołuje, duch gdzieś może jego się też tu unosi. W każdym razie dla Krasińskiego taki stary zamek średniowieczny to była właściwie ruina nieciekawa, szczątki przeszłości, którą właśnie należało jak gdyby odrzucić programowo. Natomiast dla romantyków te ruiny były właśnie wspaniałe, romantyczne. Właśnie poszli tam, szukali, grzebali się w tym. Czego szukali? No właśnie tego, co im przekazał człowiek wówczas bardzo głośny, dzisiaj trochę zapomniany, ale też świetnie opisany przez Zdziana w tejże książce, Zygmunt Gloger. Wśród klasyków warszawskich był uważany, w ogóle mówiło się wariant rodakowski, bo chodził po wsiach, słuchał właśnie ludu, spisywał jakieś bajenty ludowe i napisał właśnie artykuł taki o przeszłości, wówczas o sarmatyzmie przedchrześcijaństwem, gdzie właśnie napisał, że trzeba zejść pod strzechę wieśniakom i słuchać dawnych pieśni, dawnych baśni, bo tam się ukrywa według niego jeszcze iloń albo Bóg zapomniany właśnie. To są jego teksty. Również napisał: „Spójrzcie na ziemię naszą.
Być może to jest ta księga, którą zostawili nam Słowianie”. Skoro nie mieli pisma, niestety, bo chyba jednak nie mieli poza jakimiś znakami magicznymi, to mamy do tej pory problem, czy je właściwie odczytujemy. Pewnie kasta kapłańska miała właśnie jakieś znaki magiczne, ale run niestety słowiańskich nie było. Znowu jest też jakaś bujda. Tam były wszystko przekazy ustne, więc też dlatego tak łatwo było stosunkowo to wszystko jakby wymazać z naszej świadomości.
[04:52:32] - Właśnie Łagolicy i te takie historie.
[04:52:34] - No to Łagolicę to wprowadził zakon cztery litoty, wprowadził je o wiele później. A w ogóle jest pytanie, czy oni, ci święci obrządku greckiego w ogóle na ziemie wiślane dotarli. Tak, jest ta euforia, że niby tam już dotarł ten obrządek, ale tak naprawdę nie ma żadnych dowodów wiarygodnych, bo to, że gdzieś tam znaleziono krzyżyk prawosławny grecki, to niczego nie dowodzi. To mógł być skradziony, zabawiony, zgubiony. Jakiś kupiec ruski mógł go zgubić i wcale nie dowodzi, że kult tu już był wtedy. Wydaje się, że jednak trwaliśmy w pogaństwie, dopóki jeszcze z cesarzem się Antonin Pieszko nie wydali mimo wszystko. A jeśli jakoś tam docierało, to bardzo szczątkowo i bardzo powierzchownie. No właśnie w kronice właśnie chyba ukazał, że książę jakiś tam, nie wiem nawet, jak miał na imię, że został przymusowo ochrzczony i wcielony do państwa wielkomorawskiego. No ale później się państwo rozpadło, ten książę zdaje się zginął, także lud chyba w ogóle nawet nie liznął tego chrześcijaństwa w gruncie rzeczy.
[04:53:50] - A czy był prawosławny?
[04:53:53] - Bunt, ogłoszenie niezależności Mazowsza. To było siedemdziesiąt lat jakby wcześniej. 1034 powiedzmy się przyjmuje jako ten bunt, początek tak zwanej reakcji pogańskiej. Właśnie do tego zmierzamy. Dziękuję. A zakończenie stało klęską u Miecława pod Płockiem, gdzie zginął pewnie w bitwie z Kazimierzem tak zwanym Odnowicielem, czyli około dziesięć lat to trwało. Wmawiano nam, że przyjęliśmy chrzest bezkolizyjnie rzekomo i łagodnie. Spójrzmy, co się stało siedemdziesiąt lat później. Dynastia panująca wygnana. Rycheza z synem jeszcze młodym, młodziutkim Kazimierzem ucieka do Niemiec, do swojego krewnego, cesarza.
To, że zdradziła Polskę, to jest idiotyzm. Po pierwsze nie było żadnej Polski, wszystko się sypało, rozpadało, a ona po prostu ratowała swoje życie i swojego syna. W gruncie rzeczy przysłużyła Polsce, ratując życie Kazimierza. A to, że wywiozła insygnia koronne, pewnie też je wywiozła dla syna. Że potem ich nie użył pod naciskiem cesarza, to jest zupełnie inna kwestia. W każdym razie nie można mówić o żadnej zdradzie. Dynastia panująca wygnana. Wielmoże zaczynają się żreć między sobą, walczyć, obalać rodzinami. Ci ochłanych wielmoży się zbuntowali. Potem jeszcze na koniec zbuntował się lud, który już w ogóle nie miał do tego wszystkiego dosyć.
Zaczął palić klasztory, wyrzynać tych obcych Czechnów i tak dalej. Odrzucił to. Pięknie żeśmy bezkolizyjnie chrześcijaństwo przyjęli, prawda? Nigdzie nie było aż takiego. Tu były takie szczątkowe na Czechach podobno, jeśli wierzysz kronikom, czy na Węgrzech się zdarzały lokalne jakieś bunty, ale na taką skalę to nigdzie. Znowu Polska jakby na świeczniku.
[04:56:11] - Może ci nie zachowane w jeszcze.
[04:56:14] - Być może. W każdym razie zbuntowaliśmy się na całego rzeczywiście i nigdzie tak nie niszczono w związku z tym pamiątek pogaństwa jak tutaj. Kazimierz Odnowiciel co mógł zniszczyć i spalić, to wszystko zniszczył i spalił. Także przydomek Odnowiciel ja bym go nazwał raczej Niszczyciel. Jakimi metodami na Mazowszu przywraca swoją władzę Piastów i jedynie słuszną wiarę? Mamy krótkie, lakoniczne zdanie Gallana, który napisał po klęsce Miecława: „I była wielka rzeź Mazowsza”. I tyle. Utopił wszystko we krwi i w dodatku działając na czele sił jakich? Zjednoczonych, ale aliansu niemiecko-ruskiego. Wmawiano nam, że to był 17 września czy 19 września, mniej więcej.
Owszem, na czele tych wojsk stał przedstawiciel dynastii piastowskiej, potomek. Niemniej były to siły głównie niemiecko-ruskie. Może wsparte jakimiś tam właśnie wielmożami, oprócz czternych też dworów wielmoży, którzy się do niego oczywiście przyłączyli, widząc, że wraca jedynie słuszny władca, prawowity, nazwijmy to, władca. Tym niemniej to się stało w 1046. I od tego czasu rzeczywiście ta nasza słowiańszczyzna i cała ta tradycja była rzeczywiście lekceważona, spychana na margines. O, przestaje się kończyć. Jakoś tam nobilitował ją rzeczywiście romantyzm, ale nie było za bardzo wzorców, nie było śródek, nie było do czego się rzeczywiście odwołać. Niemniej nasi romantycy, idąc w ślad za naukami Zorialna, Dołęgi-Chodakowskiego, gdzieś tam próbowali czegoś się doszukać, coś stworzyć. Adam Mickiewicz oczywiście przede wszystkim rozsławił obrzęd Dziadów. Stworzył dzieło, po swojemu oczywiście opracował, niemniej ten obrzęd pogański, właściwie białorusko-litewski głównie, niemniej też słowiański, nobilitował literacko.
Potem na wykładach w Collège de France, już na emigracji, zdumionym Francuzom opowiadał ciekawe rzeczy o słowiańskich wampirach i wilkołakach. Że też jakiegoś Draculi myśmy nie napisali. Byliśmy wcześniej niż Bram Stoker. Niestety. Ale jak się wczytać w „Dziady”, to przecież kim jest Gustaw? Samobójcą? Zabił się z nieszczęśliwej miłości i właściwie jest upiorem, czyli wampirem w gruncie rzeczy. Gdyby tak opowiadać tę lekturę szkolną dziewczynom, to by czytały z wypiekami na twarzy. Bardziej by może interesował ich ten Zmierzch thane thane jest. W każdym razie- Nie błyszczał.
Co zrobił? Nie błyszczał. Nie błyszczał. Wszystko to jest pisane wierszem, co trochę utrudnia lekturę, niestety. Ale właśnie Janion też na to zwróciła uwagę, że Konrad, jak się zamienia w Konrada Gustawa w trzeciej części „Dziadów”, to właśnie tam śpiewa taką pieśń: „Potem pójdziem, krew wroga wypijem, tam kołkiem ten wiersz przybijem, by nie powstał i nie był choć upiorem”. Czyli jest to właśnie pieśń wampiryczna jak najbardziej, gdzie właśnie odzywa się to bycie jakby wilkołaków i wampirów słowiańskich. Także gdzieś szukali. Oczywiście Słowacki stworzył cykl siedmiu dramatów. Niestety napisał tylko dwa z tego, z czego mógł czerpać. Oczywiście wtedy oni wielbili najbardziej Szekspira.
Dla nich Szekspir był ideałem artysty i ideałem dramaturga. Więc Słowacki wziął troszkę z Makbeta, trochę ze Snów Nocy Letniej wymieszał, wyszła mu Balladyna. Potem wziął trochę z Króla Lira, Protektora Jagiellońskiego, znowu wymieszał, wyszła Lilla Weneda. Zaczął dramat pod tytułem Krak. Niestety napisał tylko parę scen i to zarzucił, nie dokończył niestety. Później napisał poemat Król Duch, bardzo interesujący, gdzie jest o Popielu i Wandzie. Dociągnięty jest do czasów Mieszka I, a nawet potem Bolesława Śmiałego. Był to taki zamysł bardzo ciekawy. Niestety miał już fazę mistyczną, więc tam jest tego mistycznego uroku bardzo dużo i jest to też dość ciężka lektura, uprzedzam, jakby ktoś chciał. W każdym razie jest dość interesująca, a bardzo interesującą, już więcej czasu nie starczy nam, był moment, kiedy skończył pisać tego Króla Ducha, bo śmierć mu przerwała, a urywa się poemat.
I to jest najciekawsze. On już nie mógł utrzymać pióra. Gruźlica go tak wyniszczała, był tak osłabiony, że nie mógł utrzymać pióra w ręce, więc kazał sobie przywiązać pióro do palców. I ostatnie jeszcze strofy notował na łożu śmierci, w gorączce. Aczkolwiek to jest nawet sensowne wszystko. Czyli świadomość zachowywał tego czasowo. Świadomość twórczą. I kończy właśnie w momencie, kiedy Bolesław Śmiały mówi do biskupa Stanisława: „Skoro Piotrowi ziemię napisał, to przywołaj na świat”. Właśnie Stanisław mówi: „Mam świadka pod mogiłą. Ten świadek wystarczy”.
I nagle gasną świece. Robi się ciemno w tej komnacie walerskiej. Wszyscy słyszą jakieś zbliżające się kroki. Słyszą kroki komandora, don Juana. Kroki odbijające się w sklepieniach zamkowych. Rozwierają się drzwi wierzeje sali tronowej i tutaj widmo śmierci w tym momencie upadło. Właśnie kiedy stanęła ta śmierć w drzwiach, poeta odszedł z tego świata. Natomiast później podjął dokładnie od tego momentu Stanisław Wyspiański dopisał jakby akt pod tytułem Bolesław Śmiały i właśnie można to w związku czytać jako pewną całość. Drugi wielki poeta kontynuował dzieło mistrza, więc coś tam nasi romantycy próbowali zrobić, jak widzimy neoromantycy również. Wyspiański też napisał taki dość ciekawy, też muszę niestety bardzo pokrótce, dramat o Wandzie i Kraku, w dwóch zresztą wersjach, pod tytułem Legenda.
Niestety, ponieważ była to epoka Młodej Polski, wtedy były szalenie modne wszelkiego rodzaju eksperymenty językowe, więc on to wystylizował na gwarę podkrakowską. Więc to znowu utrudnia szalenie lekturę, bo wszystko jest napisane taką stylizowaną niby gwarą, więc dość to jest nawet dla polonisty ciężkie w lekturze. Niemniej miał tam rzeczywiście dość ciekawych rzeczy, ciekawe pomysły kolega Wyspiański, który zresztą wcześniej również bardzo... Ja już kończę. Pośredni niestety artysta, nijaki, ale za to trafia. Wojciech Dzieduszycki w schyłkowym pozytywizmie, w tej międzyepoce napisał taki poemat wierszem Baśń nad baśniami. I tam on też miał taki pomysł na temat Wandy właśnie, że Wanda w rzeczywistości wcale nie popełnia samobójstwa, nie topi się dlatego, że nie chciała nie wiem, co akurat Wisłemu Ryndalu nie nawojennicznie wmawiano, tylko po prostu była w połowie jakby rusałką z pochodzenia. Po prostu była boginką wodną i w rzeczywistości, kiedy rzuca się w te nurty Wisły, uciekając przed Ryndelem, to po prostu wraca. Nie popełnia samobójstwa, nie pozbawia życia, tylko wraca do swojego naturalnego środowiska, bo rusałki były takie właśnie ziemno-wodne przecież. I to jakby nie wiem, czy Wyspiański znał ten poemat, bo ten poemat wyszedł tylko raz we Lwowie w 1899 i nie zyskał większego zainteresowania.
Może szkoda, bo był to jednak jakiś tam zamysł właśnie stworzenia takiego jakby mitycznego, legendarnego polskiego poematu słowiańskiego. Nie do końca się on udał. W każdym razie ten pomysł trochę podjął jakby Wyspiański, bo u niego w tym dramacie Legenda właśnie ród Wiślan to jest właśnie... Wiślanie to są w ogóle wodniki i rusałki. Według niego kradną jakby najeźdźcom, który podbił tych Wiślan i Wiślanie się skromni pod wodę, do Wisły. Taką koncepcję. Świetny pomysł, na pewno się z tego kiedyś ktoś korzystał, bo to rzeczywiście pomysł znakomity. I u niego też właśnie rusałka mówi do Wandy: „Tyś jest rusałką wodną. Ciebie się upomni woda”. I faktycznie na końcu ta Wisła się upomina.
Ona po prostu wraca do Wisły, stając się znowu rusałką. Więc mieliśmy ciekawe pomysły, potem one zostały znowu zarzucane w kolejnych epokach albo usuwane, albo lekceważone. No w PRL to już mówiłem, że wszystko zostało zepchnięte za pokolenie dzieci i młodzieży. Miało spełniać walory edukacyjne, więc wróciła ta wizja Słowian dobrodusznych, poczciwych madołgów i idiotów łapciach w kaczorowych poławkach, prawda? Taki zły oczywiście, taki nam stereotyp wbito do głowy. I teraz zakończę anegdotą, że kiedy wymyśliłem... Właśnie dlatego już czarny przyleciał. Przepraszam, ale to się zdarza. Kiedy przedstawiłem projekt naszym reżimowcem kilka lat temu, pomysł na powieść „Młyn miecz”, o Buncie Miecuala. Oni słuchali z ciekawością, ale zadali to jest znające pytanie, które mnie na chwilę zamurowało.
Powiedzieli: „Aha, tak, fajnie, ale to książka dla dzieci, tak?” Na chwilę zaniemówiłem. „A dlaczego dla dzieci koniecznie?” A potem sobie uświadomiłem, że faktycznie taki stereotyp nam po prostu wbito do głowy, że jako Słowianach to musi być dla dzieci, musi być Horowicka albo Porazińska. Z całym szacunkiem dla tych pań i tego, co zrobiły w literaturze. To musi być przaśnie, naiwnie, ewangelicznie. W sposób dorosły nie da się jako Słowianach opowiadać. To wszystko musi być dla dzieci i młodzieży. Tak to nam wbito do głów. Ja się postarałem, próbuję zrobić to jednak w sposób bardziej dorosły, poważniej podejść do tematu. Zachęcam na moją stronę, zapraszam. Facebookowo i na bloga mnie wracają, bo tam informuję o różnych kolejnych projektach.
Teraz może też przyznać się publicznie. Jest w opracowaniu kolejna wersja literacka właśnie tych najważniejszych słowiańskich mitów i baśni. To się nazywa roboczo „Dary bogów. Opowieści słowiańskiego bajaza”. Wydawnictwo Erika to kupiło i teraz jest obrazkowane redakcyjnie, czyli tak zwanym przygotowywaniu. Tak że mam nadzieję, że już na jesień wyjdzie. Zachęcam do lektury, bo jest to tak napisane właśnie kompendium wiedzy na temat naszych podstawowych dalog i bóstw słowiańskich, aczkolwiek w sposób przystępny literacko jest to opracowane, że nawet laik może z tego coś wziąć, ale będę o tym informował na swojej stronie, więc zachęcam, zapraszam.
[05:09:12] - Tak, proszę państwa, to teraz zapraszam na recenzarium Evivy. To już 17. odcinek i tym razem powieść naprawdę ważna. Na pewno się obił państwu o uszy taki tytuł „Opowieści podręcznej”. Ta książka wyszła w Polsce po raz pierwszy w drugiej połowie lat 80. Później była wznawiana. Pojawił się nawet w infosferze serial. Nie jestem miłośnikiem tego serialu, ale książka ważna i obojętnie co z tą książką zrobiły ruchy ideologiczne różnej maści, to tę książkę naprawdę warto znać. Autorka Atwood to jest po prostu klasa sama dla siebie. Nawet jak państwa zohydziła, zobrzydziła pewna nagonka, pewna atmosfera polityczna, pewna atmosfera ideologiczna wokół tej książki, to przełamcie ją, proszę państwa.
Bardzo proszę o to, żebyście ją państwo przełamali. Bo książka, ta pierwotna książka, pominąwszy to, co sama autorka mówi, to co tam się różne rzeczy kłapie w internecie, to sama książka jest książką wybitną. Warto ją po prostu przeczytać. Zapraszam. Przed państwem Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:11:18] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Długo zastanawiałam się, czy wziąć na warsztat tę powieść. Cały problem polega na tym, że ustaliła się jej odgórna interpretacja. Jakiekolwiek naruszenie tego schematu może prowadzić do protestów ze strony odbiorców recenzji. Myślę tutaj o książce Margaret Atwood „Opowieść podręcznej”. Ostatnio zrobiła się bardzo modna. Nakręcono nawet serial. Zresztą w mojej ocenie niezbyt udany. Przede wszystkim zupełnie niepotrzebnie rozciągnięto akcję, a już dobór głównej aktorki wołał pomstę do nieba. Ale mniejsza o to.
Mówimy przecież o książce, nie o serialu. Rzecz dzieje się w hipotetycznym państwie Gilead. Jest to państwo, które powstało wskutek różnych zawirowań polityczno-gospodarczych. Jego podstawą jest pseudoreligijne podejście do spraw rodziny i w ogóle życia społecznego. Funkcjonuje tam model małżeństwa nierozerwalnego, którego celem jest oczywiście posiadanie dziecka. Kłopot w tym, że w całym państwie drastycznie spadła płodność. Szczególnie płodność kobiet. W związku z tym takie, które mogą zajść w ciążę i urodzić, są wręcz na wagę złota. Nie jest to jednak wcale dla nich pomyślny zbieg okoliczności. Wręcz przeciwnie.
Są bowiem traktowane jak seksualne niewolnice, których jedynym celem w życiu jest urodzenie potomka rodzinie, do której zostały przydzielone. Ich podmiotowość w tym momencie zostaje kompletnie unicestwiona, a przedmiotowość podkreśla strój przypominający swoisty mundur. Strój sukien oczywiście oraz wiele innych obostrzeń. Nie tylko nie mogą się ubierać inaczej, niż nakazuje to nowa obyczajowość, ale nie wolno im również na przykład czytać. Grozi poważnymi konsekwencjami aż do obcięcia ręki włącznie. Nie one jedyne cierpią z powodu nowego ustroju, ponieważ są też takie kobiety, które nie zostały zaliczone do żadnej kategorii. Ani żon, ani służących, ani podręcznych i mają często do wyboru tylko działający właściwie nielegalnie burdel albo obozy pracy. Całe to państwo jest jedną wielką tragedią i nieporozumieniem. Właśnie w tej rzeczywistości egzystuje tytułowa podręczna, która decyduje się opisać to, co ją spotkało. Teraz jak ma się książka do naszej rzeczywistości?
Bardzo często do niej odwołują się kobiety protestujące na przykład przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej albo protestujące przeciwko tradycyjnemu pojmowaniu kobiecości i tradycyjnemu podejściu do modelu rodziny. Bardzo lubią wtedy przebierać się w tradycyjny strój podręcznej, to znaczy szeroką czerwoną suknię i coś w rodzaju kornetu na głowie. I robią to właściwie bez żadnej głębszej refleksji. Albowiem smutną rzeczywistością jest to, że podręczne istnieją jak najbardziej. Jak bowiem nazwać surogatki, które rodzą dzieci zupełnie obcym parom? Oczywiście można powiedzieć, że one godzą się na to, co je czeka, ale jest to grube uproszczenie, ponieważ w biedniejszych krajach istnieją całe farmy dzieci, na których takie kobiety są przetrzymywane wbrew ich woli i zapładniane po to, żeby urodzone niemowlęta można było oddać za odpowiednio sowitą opłatą do adopcji temu, kto jest odpowiednio bogaty. To są właśnie współczesne podręczne i to przeciwko temu powinny protestować te, którym się nie podoba prawo kościelne, ewentualnie fakt, że nie mogą bez żadnych ograniczeń dokonywać aborcji. O tym, czym jest aborcja, czy jest dopuszczalna w ogóle z punktu widzenia moralnego i tak dalej, to już nie dyskutujmy w tym miejscu. Chodzi o ukazanie tego, że ludzie często w ogóle nie są w stanie pojąć, że opowieść podręcznej jest jednym wielkim oskarżeniem instytucji surogatek. Bo przecież ich zadanie jest właśnie takie jak zadanie podręcznych: urodzić dziecko i na zawsze zniknąć z jego życia.
Ich uczucia, ich zdrowie fizyczne i psychiczne nie liczy się w ogóle. Liczy się tylko dziecko, które otrzymają ci, którzy najwięcej zapłacą. Oczywiście można się tą książką też posłużyć do oskarżenia Kościoła katolickiego, ale byłoby to już kompletne nieporozumienie, ponieważ zauważmy, że w Gileadzie oprócz wrogów systemu morduje się też księży, w ogóle wszelkiego rodzaju kapłanów. Owszem, teoretycznie za podstawę jakąś nowej moralności bierze się Biblię, ale kompletnie źle zrozumianą i z wykrzywionym przekazem. W żadnym wypadku tutaj nie można tego odczytać jako oskarżenie ani chrześcijaństwa, ani judaizmu, ponieważ nigdzie tam nie egzystuje coś takiego jak podręczna czy surogatka. Wręcz przeciwnie nawet, ponieważ jedna i druga religia przepowiada się stanowczo przeciwko czemuś takiemu. Sama idea kobiety, która rodzi dziecko po to tylko, żeby je oddać ludziom, których często nawet nie zna, dlatego, bo ją do tego zmuszono, albo dlatego, że otrzymuje za to zapłatę, jest jedną wielką tragedią ludzkości. Jest całkowitym zaprzeczeniem idei macierzyństwa jako takiego. Jest czymś, co nie powinno istnieć, a już odbywające się w pełni legalnie w Belgii targi macierzyńskie, na których pary gejowskie mogą sobie wybrać surogatkę, która urodzi im dziecko, brzmią naprawdę jak jakieś ponure science fiction. I to właśnie przeciw temu należy protestować, trzymając w ręku powieść Margaret Atwood.
No ale żeby dojść do takich wniosków, trzeba najpierw pomyśleć. A to zdaje się płacznie jest niemodne. W każdym razie wszystkim zaleciłabym przeczytanie tej książki bez uprzedzeń, które obecnie są w ludziach podsycane wręcz. Myślę tu o uprzedzeniach względem Kościoła katolickiego i jego nauk, o traktowaniu religii jako źródła wszelkiego zła. Opowieść podręcznej warto przeczytać, jednocześnie douczywszy się, jaka naprawdę jest doktryna kościelna w tych sprawach. Nie mówiąc już o tym, że jest to książka ogromnie ciekawa. I tak na zakończenie pozwolę sobie na pewną refleksję. Można oczywiście potępiać samą ideę Gileadu oraz jego władzę, ale spróbujmy sobie wyobrazić świat, w którym tak jak w tym państwie opisywanym przez Margaret Atwood, płodność jest rzeczą rzadko spotykaną i władza, która w tym momencie jest odpowiedzialna nie tylko za teraźniejszość, ale i za przyszłość, staje przed dylematem, czy w demokratyczny sposób wszystko zostawić indywidualnej ocenie człowieka, czy zniewolić tę grupę kobiet, która jeszcze może rodzić i w ten sposób zapewnić przetrwanie ludzkości, która inaczej wyginie w ciągu jakichś dwóch pokoleń. To naprawdę Bardzo duży problem. Gdyby coś takiego się wydarzyło, myślę, że sprawy ułożyłyby się dokładnie tak, jak opisała pani Atwood.
Ale moralna ocena tego wcale nie jest tak jednoznaczna, jak się nam wydaje teraz, kiedy mamy na świecie przeludnienie i przynajmniej pewne grupy społeczne, narodowościowe i religijne rozmnażają się bez opamiętania. Po prostu nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić sytuacji, w której jasno uświadomilibyśmy sobie, że ludzkość ginie. Ginie dlatego, bo nie ma dzieci. Bo rodzić je może już tylko wąska grupa kobiet, które wcale nie mają na to ochoty. Do przemyślenia. Mówiła Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:19:48] - Tak, proszę państwa, pora późna to czas na drugi odcinek cyklu „Którzy jedni kochają, a drudzy nienawidzą i to serdecznie”. Ja akurat należę do osób, które prozę Józefa Mackiewicza bardzo szanują i niniejszym zapraszam państwa na drugi odcinek takiego jubileuszowego cyklu, który został nagrany przez Book Radio w zeszłym roku pod hasłem „Rok Józefa Mackiewicza”. Tym razem odcinek nosi tytuł „Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny”, a o twórczości i życiu Józefa Mackiewicza opowiada profesor Grzegorz Łukomski.
[05:20:56] - Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Odcinek drugi. Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny. O Józefie Mackiewiczu i jego twórczości mówi profesor Grzegorz Łukomski.
[05:21:25] - Nie tylko komuniści nie lubili Józefa Mackiewicza, także nie cieszył się estymą wśród diaspory polskiej na emigracji, w środowiskach emigracyjnych, zwłaszcza związanych z paryską kulturą, ale nie tylko. Uważano, że publicystyka polityczna Mackiewicza jest nieprzystawalna do rzeczywistości, jest nawet nieobliczalna. Używano takiego określenia, że Mackiewicz był nieobliczalny w swojej publicystyce politycznej. Jakie były tego istoty? Otóż przyczyny tego były bardzo proste, prozaiczne wręcz, można powiedzieć. Mianowicie Mackiewicz był konsekwentnym antykomunistą. Uważał, że komunizm to jest zło i to w wielu wymiarach zło. Jest to bowiem po pierwsze totalne kłamstwo propagandowe, po drugie totalna zbrodnia, zbrodnia komunistyczna. To jest po prostu zniewolenie umysłu. To jest rodzaj pewnej choroby, zarazy.
Nawet tego określenia używał. Miał na myśli zniewolenie umysłu. Człowiek owładnięty ideą marksistowską, komunistyczną ma zniewolony umysł. Oczywiście Miłosza też swoją pracę, to oczywiste. Ale o cóż chodzi? Otóż większość emigracji polskiej w latach 60. i 70. zaczęła zmieniać swoje poglądy z tych zdecydowanie antykomunistycznych na bardziej pragmatyczne, związane z dogadaniem się z komunistami w kraju w trosce o społeczeństwo, o ludzi, o Polaków, którzy żyli przecież pod tym komunistycznym władcem, w tym komunistycznym kraju nad Wisłą. Wyznawano pewną zasadę, że ten komunizm się zmienia, że po przewrocie w 56. roku Władysław Gomułka lansuje taki socjalizm z ludzką twarzą, że socjalizm też można reformować, że ten czarny, taki bolszewicki z ponurą twarzą Stalina czy też grzywą Karola Marksa odchodzi w niebyt, że to jest doktryna, którą można reformować.
Oczywiście żadnej doktryny nie można reformować, bo doktryna, jak wiadomo z definicji jest niereformowalna. Mianowicie byli to apologeci takiego kursu wobec komunistów w kraju, którzy uważali, że należy się dogadać, że komunizm ewoluuje i po prostu tyle. Mackiewicz nazywał to polrealizmem, a to, co działo się w kraju takim narodowym komunizmem czy też narodowym socjalizmem. W odróżnieniu od narodowego socjalizmu, który istniał w Niemczech, bo przecież narodowy socjalizm niemiecki był niczym innym jak też odmianą właśnie tej skrajnej lewicowości. To też był socjalizm, tylko przeznaczony dla jednego narodu, dla Niemiec. Natomiast ten marksistowski komunizm był przeznaczony dla wszystkich, dla całego świata, bo oni chcieli zawładnąć całym światem. Otóż ten taki narodowy komunizm, Mackiewicz uważał, że to jest fikcja polityczna, że to jest niereformowalne, że tego typu postępowanie właściwie tylko rozuchwala komunistów rządzących w kraju i legitymizuje władzę kraju. Bo jakakolwiek współpraca z władzami komunistycznymi legitymizuje, jakakolwiek tolerancja wobec ich działania umacnia ich w przekonaniu, że nie są już uzurpatorami. A przecież byli uzurpatorami. W 1944 roku przyjechali na sowieckich czołgach.
W Polsce nie było komunizmu. Może ze 2%, gdyby policzyć, znalazłoby się chętnych, którzy by uwierzyli w tę Komunizm został Polsce narzucony i przywieziony. I stąd właśnie, z tego postrzegania rzeczywistości tamtejszej, wynikała ta niechęć do Mackiewicza. Bo dlaczego on tkwi ciągle w tych okopach Świętej Trójcy i nie chce się zreformować, skoro widzi przecież, że i Josip Broz Tito w Jugosławii i inni przywódcy tych państw komunistycznych zależnych reformują sobie ten socjalizm i ten komunizm, że to się wszystko zmienia, że to jest przecież też dla ludzi i tak dalej, że tam można żyć, że tam całkiem dobrze można żyć, jak się człowiek urządzi. A on tutaj tkwi na takich pozycjach bardzo takiego zatwardziałego, konsekwentnego antykomunisty. No i właśnie dlatego Herling-Grudziński, który tą laudację wygłosił i inni, przecież i Giedroyć, i Mieroszewski, wszyscy oni myśleli inaczej, byli inaczej myślącymi. I na tym tle i w tej płaszczyźnie właśnie należy postrzegać cały konflikt i niechęć wobec Mackiewicza. Praprzyczyną tej niechęci było oczywiście podejrzewanie go, bezpodstawne zupełnie pomawianie go o kolaborację z Niemcami w czasie okupacji, w czasie II wojny światowej. To była zupełna podłość wynikająca z działań agentury komunistycznej uplasowanej w szeregach Polskiego Państwa Podziemnego na Wieliczkośnie. Ale Mackiewicz zmagać się musiał z tym odbiór przez całe życie.
Praktycznie biorąc niemal samej śmierci. Odnośnie nagrody literackiej, którą Mackiewiczowi oferowano. Laudacja wobec laureata, którą wygłosił Gustaw Herling-Grudziński, była wręcz obraźliwa, bo laudator stwierdził, że ta nagroda jest za twórczość literacką Mackiewicza, ponieważ jego publicystyka polityczna jest niepoczytalna. Prawda? Użył takiego określenia, że jest niepoczytalna. Mackiewicz był człowiekiem honoru. Na takie coś mógł odpowiedzieć tylko jedno: "Nie przyjmuję tej nagrody dlatego, że zostałem obrażony. Zostałem dotknięty i zostałem obrażony". Doszło do tego, że wszyscy zwolennicy, a było to i koło przyjaciół twórczości Józefa Mackiewicza i cały krąg różnych znajomych, którzy go popierali, którzy go cenili i rzeczywiście doceniali to, co on robi. Uczyniono pewną taką rzecz, którą należało właściwie zrobić.
Dokonano takiej zbiórki pieniędzy społecznej, zupełnie zbiórki pieniędzy. I z całego świata odzywali się ludzie z najdalszych zakątków: z Argentyny, z Kanady, z Australii, ze Stanów Zjednoczonych przysyłali datki dla Mackiewicza, który odmówił przyjęcia nagrody literackiej. Zebrała się z tego spora sumka i o ile pamiętam, chyba nawet większa sumka, niż wynosiła ta nagroda, której Mackiewicz nie przyjął. Zatem tutaj historia, że tak powiem, zapliła sobie z tych, którzy chcieli w jakiś sposób znów zdyskredytować Mackiewicza, bo to była jawna, w przestrzeni publicznej wygłoszona próba dyskredytacji nie tylko jego twórczości, ale wręcz jego osoby. To miało znamiona takiej napaści osobistej, wobec której Mackiewicz nawet mógłby dociekać swoich praw, dochodzić swoich praw na drodze prawnej, bo został po prostu obrażony. Takich rzeczy publicznie się nie mówi. I to kto? Wspaniały twórca, którego twórczość bardzo cenimy. Aczkolwiek jego cechy charakterologiczne może mniej cenimy, ale twórczość rzeczywiście wspaniała. Gustaw Herling-Grudziński to wspaniały twórca i nie można mu odbierać wielkości.
To oczywiste. Relacje między braćmi to jest bardzo istotny wątek, także związany przecież z twórczością jednego i drugiego z braci. Stanisław Cat-Mackiewicz to starszy brat, w którego cieniu tak naprawdę Józef żył bardzo długo. Stanisław Mackiewicz bardzo szybko osiągnął wyżyny popularności. Jego gazeta, jego "Słowo" to był tygodnik opiniotwórczy w okresie II Rzeczypospolitej i chętnie na jego łamach zamieszczali swoje teksty twórcy z całego kraju, publicyści z całego kraju. Natomiast Józef Mackiewicz był młodszym bratem i przez całe życie właściwie zmagał się z tym, że był postrzegany jedynie przez pryzmat starszego, znanego wszystkim brata. Role się odmieniły w czasie II wojny światowej, bo były też i różne doświadczenia z tym związane obu braci. Stanisław wyemigrował na Zachód, działał nawet w strukturach polskiego rządu emigracyjnego. Później też sporo publikował, a po zakończeniu wojny przez kilkanaście miesięcy, w latach 1954-1955 był nawet premierem rządu Rzeczypospolitej na uchodźstwie. Dużo pisał, był cenionym twórcą.
No i właściwie wybaczano mu wiele. Jego często niestandardowe zachowania, jego charakter dosyć kapryśny etc. Natomiast Józef zaczął dojrzewać i publikować dopiero po zakończeniu II wojny światowej. Na dobrą sprawę jego wielkie prace wszystkie ukazały się przecież po zakończeniu II wojny światowej. Ostatnią płaszczyzną współpracy między braćmi był tygodnik „Lwów i Wilno”. To była inicjatywa Stanisława. Ale już w tym czasie, od mniej więcej 1947 roku, gdy zaczęło ukazywać się to pismo, Stanisław Mackiewicz przeszedł na ciemną stronę mocy, jak byśmy dzisiaj powiedzieli. Zaczął kolaborację z komunistami. Otrzymał nawet pseudonim „Robert”. W związku z tym cała jego publicystyka po tym okresie nacechowana jest wielką spolegliwością do tego, co działo się w komunistycznym kraju.
Do zbrodni komunistycznych, do nowych układów i nowych elit. Doszło do tego, że nawet polemizował z Bierutem na łamach „Lwowa i Wilna”. Odnosił się do pewnych wypowiedzi bonzów, dygnitarzy partyjnych, czego nie mógł znieść Józef, który uważał, że pismo przemienia się w „Trybunał Ludu”. W jakieś czasopismo pod zarządem komunistycznym. Kto tak naprawdę zwerbował Stanisława? Było kilka postaci, ale ja myślę, że największy wpływ miał Putrament, dlatego że był znany Stanisławowi jeszcze z okresu wileńskiego. Jerzy Putrament zaczął pisywać w „Słowie” bardzo wcześnie, w latach 30. jako student. Dorabiał sobie, pisał jakieś recenzje literatury rosyjskiej czy inne rzeczy, bo oczywiście dobrze znał język rosyjski. Panowie znali się.
Później, gdy po wojnie Jerzy Putrament był PRL-owskim ambasadorem w Paryżu, prawdopodobnie tam doszło do powtórnego nawiązania tej przyjaźni, która tam przecież jeszcze kiełkowała od lat 30. Prawdopodobnie wtedy to się zaczęło. Józef domyślał się, że taka może być sytuacja, chociaż expressis verbis nie wiedział, bo żadnych dokumentów w tym zakresie nie widział, ale dobrze znał swojego brata i w związku z tym zaczął oddalać się od niego i jego pisma. Zrezygnował ostatecznie w 1949 roku z publikowania na łamach „Lwowa i Wilna”, mimo że tak naprawdę nie miał wielu innych możliwości, że to było jedyne źródło jego skromnych dochodów, że żył wraz z żoną Barbarą Topolską w biedzie, w ubóstwie. Zrezygnował w imię pryncypiów, w imię zasad. Drogi braci w tym momencie się rozeszły. A gdy Stanisław za otwartą przyłbicą wyjechał do Polski komunistycznej 14 czerwca 1956 roku, ogłaszając, że rola emigracji politycznej się skończyła, to oczywiście w ogóle nie było mowy, żeby Józef nawiązywał nawet kontakty z nim czy w jakichkolwiek relacjach bywał. Wręcz nawet ogłosił w prasie anons, że przy wymienianiu jego nazwiska bardzo prosi o podawanie imienia. Ma na imię Józef, żeby nikt go nie mylił ze Stanisławem, bo on ze Stanisławem zerwał wszelkie relacje. W tym momencie oczywiście Stanisław zdeprecjonował, zdyskredytował znaczącą część swojego dorobku, bo nic porządnego już nie napisał oprócz takich paszkwili jak „Rondini” jeszcze na przykład czy „Zielone oczy”.
Nic porządnego już nie napisał, bo nie mógł po prostu. Przedwcześnie zmarł w 1966 roku. Zapewne właśnie dlatego, że był osaczony przez służby, przez bezpiekę, bo zaczął publikować znowu na Zachodzie, w paryskiej „Kulturze” et cetera. Na tym to się skończyło. Drogi obu braci rozeszły się już u schyłku lat 40. Józef pozostał niezłomnym antykomunistą, natomiast Stanisław sprzedał się za przysłowiowe 30 srebrników. Paradoksalnie Stanisław jest bardziej znany, bo wrócił do kraju. Propaganda komunistyczna oczywiście starała się jego twórczość jakoś promować. Po jego śmierci zapomniano, że był przecież też antykomunistą, który zbłądził i na chwilę zmienił poglądy. Natomiast twórczość Józefa pozostała niezmiennie prohibitem w czasach komunistycznych.
Mało tego, Józef szkalowany był przecież na różnych szczeblach propagandy komunistycznej, także w mediach, w radiu. Gdziekolwiek się dało, zawsze jego nazwisko było jako przykład zdrajcy, kolaboranta, człowieka o niewłaściwych poglądach, złego człowieka. Media emigracyjne, te elektroniczne zwłaszcza, tak jak Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa, konsekwentnie też sekowały Mackiewicza. Mackiewicz był skłócony z dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, mianowicie Janem Nowakiem-Jeziorańskim. To były nie tylko animozje polityczne, także charakterologiczne. Nowak-Jeziorański aspirował do roli przywódcy polskiej emigracji. Był człowiekiem bardzo ambitnym. Ale jego rozgłośnia działała, co winno, przecież za pieniądze Amerykanów. Wytykał rozgłośni nie tyle, że ona działa, bo pochwalał, że spełnia bardzo dobrą rolę, misyjną wręcz. Jest nośnikiem polskości poza żelazną kurtyną.
Ale krytykował Nowaka w takiej swojej niedużej broszurze pod tytułem „Mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa” z 1969 roku. Krytykował Nowaka-Jeziorańskiego za treści programowe, kierunek programowy tej rozgłośni. To po pierwsze, a po drugie za pewne uchybienia związane z zarządzaniem zespołem. Nowak-Jeziorański nie bardzo radził sobie, był arogancki Stosował mobbing wobec pracowników. Józef Mackiewicz dowiadywał się o tym z szeregu listów. Miał znajomych wśród pracowników RWE. Też przecież mieszkał w Monachium od 1955 roku. Działała tam wówczas RWE. Nowak-Jeziorański, jeżeli chodzi o zarządzanie rozgłośnią, był mało akceptowalny przez zespół, przez personel. Zarzucano mu wiele.
Od drobnych uchybień, że był niekulturalny, że odprawy redakcyjne przypominały odprawy sztabowe przed bitwą i tak dalej. Że wyrzucał z pracy za byle uchybienie, że stosował mobbing i tak dalej. To był cały zestaw różnych zarzutów. Nawet do Mackiewicza jako do swego rodzaju autorytetu moralnego zwracali się niektórzy z prośbą o pomoc, żeby napisał jakiś tekst w obronie pracowników rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa. Różniło jeszcze jednak obu panów coś więcej, mianowicie polityka. Jak wspomniałem, Nowak aspirował do przywództwa. Chciał być drugim generałem Andersem czy generałem Sosnkowskim, którzy byli autentycznymi przywódcami polskiej emigracji politycznej. Nowak-Jeziorański był też zwolennikiem kursu pojednania z komunistami. Realizował politykę amerykańską, która od lat 60. polegała na modus vivendi z Sowietami, sposobie porozumienia, współistnienia, żeby walka zimnowojenna troszeczkę zwagodniała między tymi państwami.
Tylko tyle. Realizował politykę swoich mocodawców, co nie podobało się Mackiewiczowi, bo schodził na pozycje polrealistycznych, czyli takiego politycznego realizmu. Lansował model chociażby titoizmu, czyli modelu komunizmu z ludzką twarzą, który zastosował Tito, że uniezależnił się od Moskwy. Gomułka też próbował się uniezależnić od Moskwy, ale nikt nie pamiętał, że Tito jeszcze większe represje u siebie często stosował, niż w Związku Sowieckim stosowano już wówczas. Także to były bardzo skomplikowane relacje. Był też jeden wątek, o którym może nie będę mówił. Zainteresowanych odsyłam do mojej książki. Mianowicie wytaczano poważne zarzuty Nowakowi-Jeziorańskiemu z okresu jego działalności okupacyjnej w kraju, w Warszawie. Pracy w pewnej specyficznej instytucji niemieckiej, w Głównym Zarządzie Powierniczym w Warszawie. To była instytucja przez nazistów, przez Hermanna Göringa powołana jesienią 1939 roku, której zadaniem było przejmowanie mienia pożydowskiego i jego zagospodarowywanie.
Jednym z pracowników, nie najmniejszym, nie był stróżem ani sprzątaczem, był Nowak-Jeziorański. Wokół tego też toczyła się polemika. Nowak-Jeziorański nawet wytoczył proces swoim adwersarzom z „Rheinisches Merkur”, pismu ukazującego się w Kolonii, którzy o tym wszystkim napisali. Ukazały się dokumenty potwierdzające niechlubną działalność Nowaka-Jeziorańskiego. Była to skaza na jego nieposzlakowanym wizerunku kuriera, który wyłącznie czynił heroiczne rzeczy dla dobra Polski i polskości. Nowak przegrał tę kampanię. Nie umiał udowodnić przekonywająco, że to są kalumnie i to są oczernstwa. Dokumenty były prawdziwe, co zresztą w sentencji zaznaczono. To w rezultacie stało się powodem odwołania Nowaka-Jeziorańskiego z funkcji dyrektora RWE z początkiem 1976 roku. To przypieczętowało stosunek wobec niego sponsorów, czy też opiekunów z Waszyngtonu.
Niemniej jednak szczegóły sprawy są dosyć pikantne, ale najbardziej istotny jest fakt, że Nowak-Jeziorański publicznie zarzucał Mackiewiczowi kolaborację z Niemcami w czasie II wojny światowej. Natomiast sam stał się obiektem zarzutów i w tym przypadku uzasadnionych zarzutów. To takie pikantne, a jednak tak to właśnie było. Heroiczny wizerunek Nowaka-Jeziorańskiego mocno ucierpiał od tej pory. Nowak przeszedł na wcześniejszą emeryturę, ale nadal prowadził swoją działalność. Pouczał Polaków z oddali, z Waszyngtonu. Pouczał, uczył polskości i tak dalej. Także jego kariera nie skończyła się na tym dwudziestoparoletnim epizodzie związanym z Rozgłośnią Polską Radia Wolna Europa. Publicystyka Mackiewicza to kolejny wielki rozdział jego twórczości. To był prawdziwy homo politicus.
Bardzo dobrze czuł się w publicystyce politycznej. Jego diagnozy były wyjątkowo trafne. Szlify brał jeszcze w okresie wileńskiego „Słowa”, gdy zaczynał od 1922 roku, prowadzonym przez jego brata Stanisława. Tam pisał po raz pierwszy takie artykuły, które stały się później perełkami diagnozy komunizmu, sowietologii. Był jednym z prekursorów publicystyki sowietologicznej w naszym kraju i tym samym także w Europie i na świecie, bo oprócz Amerykanów mało kto się wówczas tym zajmował w Europie. Zatem publicystyka Mackiewicza to kolejny wielki dział jego twórczości, też stosunkowo mało znany. O ile pochylano się nad jego dziełami z zakresu literatury pięknej, o tyle publicystyka była niejako zakazana i wyklęta podwójnie, bo była antykomunistyczna i antysowiecka, a zatem nie przystawała do żadnej poprawności politycznej, do żadnych kanonów. I do dzisiaj tak naprawdę nie cieszy się zbytnią popularnością dlatego, że jest zbyt przenikliwa, zbyt bolesna. Boli. Jest zbyt prawdziwa.
[05:44:15] - Znam osobiście ludzi o głośnych i patriotycznych nazwiskach, którzy próbowali pośredniczyć w sprawie pozostawienia przez władze niemieckie zbytecznej broni. Pośrednictwo to zostało odrzucone zarówno przez stronę niemiecką, jak polską. Z jednej strony emocjonalna zaciekłość przeważała nad interesem politycznym, z drugiej obawa przed cieniem nawet współpracy przeważała nad obawą i troską o dobro ojczyzny. Charakterystyczne jest, że dotychczas nie została poddana poważniejszej analizie raptowna zmiana stanowiska niemieckiego przy końcu powstania. A przecież rzecz rzucała się w oczy. Skreślone zostały przez cenzurę die polnischen Banditen. Powstańcom przyznano prawa armii regularnej. Wiadomo również, że wymaszerowujące po kapitulacji oddziały Armii Krajowej witano orkiestrą i że generała Bora zapraszano na liczne rozmowy, podczas których wysłuchiwać miał nowych propozycji. Oczywiście zrobiono to wszystko niezgrabnie, za późno i wciąż z tym tępym uporem i brutalną herrenvolkowością, która charakteryzowała politykę hitlerowską, a która odzierała wszystkich ich sojuszników z postawy suwerennej godności i spychała do roli posłusznych rabów w rodzaju bałtyckich i ukraińskich oddziałów SS. Z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy generał Bór podczas tych rozmów pił herbatkę, jak chce prasa bolszewicka, czy nie pił.
Propozycje niemieckie odrzucił kategorycznie. I słusznie, gdyż w tym położeniu nie przedstawiały one żadnej rzeczywistej korzyści dla Polski. Ach, ta kardynalna wolta w stanowisku niemieckim potwierdza w całej rozciągłości fakt, że gdy minął atak prywatnego szału Hitlera, odsłonił się zarys innej drogi, po której mniej więcej potoczyć by się winny wypadki, gdyby Hitler podobnym atakom szału nie podlegał i był w stanie kalkulować. Niewątpliwie przebieg powstania wyglądałby wtedy inaczej. Naturalnie słowo „gdyby" nie jest w rozważaniach nad wypadkami minionymi słowem popularnym. Nie znaczy to jednak, ażeby dla zdobycia popularności wyzbywać się rozsądku. Cała sprawa powstania zwekslowana jest dziś na jednotorową propagandę i przedstawiana w ten sposób, jakby chodziło o to, że garstka bezbronnych szaleńców rzuciła się w niepoczytalnym stanie podniecenia i patriotyzmu na opancerzonego kolosa i za straty, jakie wywołała skutkiem swej lekkomyślności, powinna ponieść odpowiedzialność. Tak wcale nie było. Powstanie warszawskie spowodowało potworne straty materialne. Straty te są nie do powetowania.
Nie do powetowania są straty w zabytkach, dziełach sztuki, pomnikach i tak dalej. Co się tyczy strat w ludziach, wyglądają one inaczej, niż to przedstawia powszechnie przyjęta wersja. Himmler, ażeby odstraszyć Polaków od prób nowej akcji zbrojnej, oświadczył, że liczba ofiar wynosi ćwierć miliona. Dla tych samych celów bolszewicy podtrzymali tę cyfrę. Z naszej strony próbowano ją nawet wyśrubować do trzystu tysięcy. Jeden z najznakomitszych polskich statystów wojennych, który był w powstaniu, nie mogę wymienić nazwiska ze względu na jego obecny pobyt w kraju, utrzymywał, że straty Armii Krajowej, łącznie z ludnością cywilną, w żadnym wypadku nie przekraczają pięćdziesięciu tysięcy. W świetle tego wszystkiego trudno mówić o błędzie generała Bora, który dał doń hasło. Zastrzeżenie mogłoby budzić raczej jego obecne stanowisko. Generał Bór przebywał w Ameryce i kilku krajach Europy i wszędzie, gdzie mówił albo udzielał wywiadów, podkreślał, jak to Polacy wspomagali Armię Czerwoną w akcji, a ich dowódców podejmowali w Polsce śniadaniami i bankietami. Trudno zaprzeczyć, że w tradycji przywykliśmy do innych zwyczajów, które zresztą utrzymane są w większości krajów.
Nie zwykło się wrogów podejmować śniadaniami, gdy wkraczają, by odebrać terytorium i niepodległość. Toteż wydaje mi się, że niejeden cudzoziemiec mniej zorientowany w subtelnościach politycznych labiryntów Polski może wyrazić zdziwienie w taki na przykład sposób: „Skoroście im tak pomagali w opanowaniu własnego kraju i podejmowali śniadaniami na powitanie, dlaczego się skarżycie, że u was pozostali?" Józef Mackiewicz. „Powstanie warszawskie z innej strony". Artykuł opublikowany w Wiadomościach, Londyn, 18 maja 1947.
[05:49:09] - Mackiewicza bano się. Bano się głębi jego myśli i nie podejmowano z nim polemiki, bo trudno polemizować z kimś, kto wzniósł się na pewien poziom, szczególny poziom takiego parnasu twórczego. Trzeba dorównać Mackiewiczowi, żeby polemizować z Mackiewiczem. A znaleźć takich trudno, bardzo trudno. Oczywiście byli ludzie mali, którzy usiłowali dyskredytować Mackiewicza na różne sposoby, ale ich twórczość już dawno zniknęła i nikt już o tym, praktycznie biorąc, nie pamięta. Wspaniała jest jego polemika intelektualna. Prawdziwe perełki takiej publicystyki z Mieroszewskim na przykład. Juliuszem Mieroszewskim i z kilkoma innymi publicystami emigracyjnymi. Jego listy to też są prawdziwe perły intelektu, można powiedzieć. Z wieloma korespondował.
Czasy były takie, że ludzie wtedy pisali listy. Na szczęście to zostało. Tak się często zastanawiam refleksyjnie, co zostanie po nas, po tych naszych SMS-ach i telefonach. Pewnie znacząco mniej z tego wszystkiego pozostanie. Zatem Mackiewicz broni się sam i nie wymaga specjalnego wsparcia. Wystarczy tylko pochylić się i ze zrozumieniem poczytać. I to właściwie wszystko. I to jest cały Mackiewicz. Jego intelekt jest porównywalny z niewieloma. Był kandydatem do Literackiej Nagrody Nobla.
Chciano go oczywiście wypromować, ale z powodów jego poglądów politycznych kandydatura nie została podjęta. Oczywiście Komitet Noblowski to jest też instytucja upolityczniona. Wiele przykładów moglibyśmy tutaj podawać. Nie tylko Nobel literacki, ale Nobel na przykład z zakresu Nagroda Pokojowa Nobla to już jest wręcz modelowy przykład upolitycznienia tej instytucji. Ale to jest wątek na zupełnie inną rozmowę. Mackiewicz zarzucił Piłsudskiemu, że dał drogę czerwonym. Sam tytuł tej powieści "Lewa wolna". Mackiewicz to później tłumaczył inaczej, bo był wielokrotnie pytany w wywiadach prasowych, skąd wziął ten tytuł. Czy to przypadkiem nie jest tak, że on zasugerował już w tytule, że to dzięki Piłsudskiemu bolszewicy utrzymali się u władzy i Rosja bolszewicka rozrosła się do takiego imperium. Otóż Mackiewicz skromnie tłumaczył, chociaż oczywiście to była racja.
Jego wytłumaczenie tytułu powieści było bardziej prozaiczne. Mianowicie maszerujące wojsko po prawej stronie. To jest taka słynna komenda: "Lewa wolna dla kolumny wojska, która mija bądź wyprzedza". Od czasów napoleońskich polskie wojsko maszeruje. I właśnie lewą stronę trzeba robić wolną, żeby dać miejsce dla tych, którzy chcą przejść szybciej czy przejechać szybciej bądź też wyprzedzić. Taka techniczna bardziej, wojskowo-techniczna sprawa. Natomiast generalnie biorąc, tytuł rzeczywiście odnosi się do geopolityki, do tego generalnego zarzutu, że gdyby Piłsudski pomógł istotnie Denikinowi, to prawdopodobnie, chociaż w historii gdybać nie powinniśmy, jest to założenie czysto teoretyczne. Prawdopodobnie jednak sama Moskwa by padła dlatego, że polskie oddziały ugrupowane na Polesiu, wówczas silne, były wówczas wypoczęte. To jeszcze było przed rokiem 1920, przed tymi ofensywami generalnymi. Poza tym Piłsudski wiedział, że z bolszewikami tak czy inaczej czeka nas rozprawa, bo doskonale znał Rosję.
Wyjątkowo, jak mało kto z polskich ówczesnych przywódców znał Rosję i to z różnych poziomów odbierania rzeczywistości, bo przecież był także więźniem caratu. Otóż wiedział i znał bolszewików, znał komunizm i wiedział, że rozprawa z komunistami, z bolszewikami nastąpi. I oczywiście nie mylił się, bo w kolejnym roku, w roku 1920, w tych zmaganiach nastąpiły te dwie wielkie ofensywy Tuchaczewskiego. Druga z nich 4 lipca 1920 roku omal nie zakończyła się zdobyciem Warszawy. Bitwa warszawska była dla nas zwycięska. Mackiewicz odniósł się właśnie do tych wydarzeń. Powiedziałem, że Mackiewicz miał intuicję historyczną. Tak. W takiej ocenie, a nie innej, ówczesnej sytuacji, tej z schyłku 1919 roku, pomogły mu zapewne pewne przemyślenia związane z dobrą znajomością nie tylko Rosji, ale środowiska emigrantów rosyjskich. Miał wśród nich wielu przyjaciół.
Tych białych emigrantów uciekających przed bolszewikami po 1917 roku, też mieszkającymi w Londynie, w Paryżu, etc. W różnych miastach zachodniej Europy. Otóż właśnie niektórzy biali emigranci, prominentni przedstawiciele tej diaspory rosyjskiej, w ten sposób spoglądali na sprawy. Oni spoglądali ze swojego punktu widzenia. Mackiewicz zasugerował się troszeczkę taką perspektywą, tym punktem widzenia. I jak do tej pory chwaliłem Mackiewicza za intuicję historyczną, to muszę powiedzieć, że w tym jednym punkcie Mackiewicza historyczna intuicja trochę zawiodła. Niemniej jednak powieść jest wspaniałym odzwierciedleniem ówczesnej rzeczywistości, bo przeplatana jest bardzo interesująco źródłami historycznymi, rozkazami, etc. To rzadko zdarza się w literaturze pięknej, by autor posługiwał się także właśnie tego typu materią twórczą. To też sprawia, że ta książka jest aktualna do dzisiaj odnośnie ówczesnych realiów, sposobu myślenia, mentalności i szczegółów, nawet drobnych szczegółów życia codziennego, z jakimi wówczas spotykał się sam autor. Bo przecież pamiętajmy, sam był także przez dwa lata uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej.
Jako prosty ułan z perspektywy ułańskiego siodła widział i okrucieństwo tej wojny, wielkość i heroizm w walce z bolszewikami, ale też, nie ukrywajmy, obserwował często małość i niekompetencję niektórych dowódców polskich, które zwłaszcza w czasie ofensywy piłsudczykowskiej doprowadziły w rezultacie do tego, że bolszewicy stanęli u wrót Warszawy i w ogóle na linii Wisły. Długo by o tym mówić. To jest oczywiście wątek na osobną rozmowę.
[05:56:28] - „Jestem więc w niewoli. Przede wszystkim żołnierz litewski nie zasługuje na miano żołnierza. Jest to głupie, tchórzliwe, ociężałe bydło, które tylko na widok bezbronnej ofiary wpada w ekstazę rozbestwienia. Co to jest karność? O tym nie ma pojęcia. Na rozkaz oficera zwrócony do jednego z żołnierzy, by oddał mi moją prywatną własność, odezwał się drugi: »Nie dawaj, nie dawaj, nie słuchaj jego«. Oficer zamilkł i ustąpił. W ogóle żołnierze demonstrują wobec oficerów brawurowym nieposłuszeństwem. Na przykład jak największą przyjemność sprawia im widocznie potrącanie oficerów na ulicy. Oczywiście im dalej od linii frontu, tym są stosunki normalniejsze.
Oficerowie zwracali się do mnie z uprzedzającą grzecznością. Jeden z nich pocieszał mnie w ten sposób, że z wielką galanterią wychwalał męstwo kawalerii polskiej. Bardzo rozpowszechniony jest tam w wojsku język rosyjski. Posługują się nim zwłaszcza oficerowie i tak też się z nimi porozumiałem. Gdy dostałem się do pierwszych stałych posterunków litewskich, otoczyła mnie od razu chmara żołnierzy, a po części i cywilów. Widocznie takie zjawisko jak polski jeniec nie jest częste w obrębie państwa litewskiego. Niektórzy żołnierze biegli obok mnie, gdy mnie prowadzono, jak to zwykli czynić ulicznicy po miastach, przyglądając się uważnie. Naturalnie wyzwiskom i połajankom nie było końca. Szczególnie często dawał się słyszeć litewski wyraz »zarżnąć« lub »rozstrzelać«. Żołnierze litewscy są przepełnieni straszną nienawiścią do Polaków, zwłaszcza do zamieszkałych w obrębie państwa czy okupacji litewskiej, a przede wszystkim do panów.
Bardzo rozpowszechnione jest wśród nich zapatrywanie, że Polacy chcą przywrócić paniszczyznę, że oficerowie są to najwięksi właściciele ziemscy, że panuje u nas straszny terror i tak dalej. Bolszewików uważają za swoich i chwalą się ich zwycięstwami jakby własnymi, jakkolwiek tych, którzy podają się za zbiegów z polskiej niewoli i włóczą się po kraju, łapią i przymusowo odsyłają na posterunki sowieckie. Pewnego razu wprowadzono nas, oczywiście obdartych do koszuli, kilkunastu Polaków i bolszewików na stację. Tam podobało się jakiemuś otyłemu sierżantowi ustawić nas w kole, samemu siąść pośrodku i zwymyślać od ostatnich słów. Zwymyślania dotyczyły tylko Polaków. Do bolszewików zwracał się w słodkich słowach, przepraszając ich, że muszą być trzymani równi z Polakami i zapewniając, że to długo nie potrwa. Wreszcie zmierzywszy nas jeszcze raz swym groźnym wzrokiem, zachęcał żołnierzy, by zdarli wszystko, co tylko pozostało na nas z ubrania i obuwia, a mogło się do czegokolwiek przydać. Naturalnie nie posiadaliśmy już nic takiego. Dodał przy tym, że największą satysfakcję sprawiłoby mu dać obok stojącym bolszewikom karabiny i kazać im nas rozstrzeliwać. Na szczęście władza jego była ograniczona.
Zwyczaju karmienia jeńców podczas pierwszych dni transportowania nie ma tam zupełnie, a co gorsze nie posiada żołnierz litewski tego szacunku czy chociażby przyjaźni dla żołnierza w ogóle, najmniejszej wojskowej tradycji. Nie spotyka się tam zwykłego w obecnych wojnach zjawiska częstowania jeńców chlebem czy papierosami, w ogóle traktowania ich jak ludzi. Jeżeli zdarzają się takie wypadki, to bardzo rzadko. Pamiętam, jak odpędzono nas od studni, pomimo że upadaliśmy z pragnienia. Nie ma też w sobie tej karej wojosy ani krzty patriotyzmu i najwyższą nieufnością darzy swoich ministrów, oficerów, rząd i w ogóle przełożonych wszelkiego rodzaju. Ideałem zaś dla niego są stosunki panujące w sowdepii. Chwali się jednak, że gdy wróci z wojny, dostanie trzydzieści dziesięcin ziemi, zabudowania, krowę, konia i tak dalej. Z tym wszystkim łączy się strach przed polskim wojskiem, zwłaszcza kawalerią, która jest wprost uosobieniem dla niego kary bożej." Józef Mackiewicz, "List żołnierza kawalerzysty", „Dziennik Poznański", numer 11 z 6 lutego 1921 roku.
[06:00:41] - Zetknąłem się z prozą Mackiewicza, tak jak pewnie wszyscy w moim pokoleniu, w drugim obiegu w latach 80., w okresie stanu wojennego. I to był ten moment, kiedy zapoznałem się z wydawanymi właśnie poza zasięgiem cenzury pierwszymi publikacjami. Były to powieści Józefa Mackiewicza. I od tej pory, ponieważ jestem historykiem, z natury rzeczy zainteresował mnie ten właśnie wątek jego twórczości. Zauważyłem, że Mackiewicz prezentuje wiele historycznych wątków. Każda jego praca, każda powieść za osnowę ma wielkie często, a często mniejsze wydarzenia historyczne. I tak to się właściwie zaczęło. Potem zająłem się już Mackiewiczem profesjonalnie. I teraz właściwie kontynuuję te zainteresowania kilkudziesięcioletnie. Powiem szczerze, tempus fugit, czas płynie i nie ma co ukrywać.
Powiedziałbym, że cała twórczość Mackiewicza jest ulubiona, ale oczywiście są te szczególne prace, które są bliskie mojemu sercu. Historyczne. Zresztą większość twórczości Mackiewicza, tej powieściowej, prozatorskiej, opiera się na historii. W związku z tym wymieniłbym chyba jako pierwszy numer na tej liście mojej prywatnej powieść zatytułowaną „Lewa wolna”. Praca wydana została w 1965 roku i mówi o wydarzeniach wojny polsko-bolszewickiej widzianej z perspektywy przeciętnego uczestnika, żołnierza czy też ludności. Nie mówi z patosem, tylko mówi w sposób bardzo przystępny, bardzo przekonywujący. Bo warto dodać, że Mackiewicz zaczął pisać swoje powieści stosunkowo późno. Zaczęły się one ukazywać, gdy był już człowiekiem dojrzałym. To oczywiście także ma wpływ na jakość tej prozy, bo inaczej postrzega świat człowiek dorastający dopiero, który zaczyna swoje życie twórcze, a inaczej ktoś, kto już przeżył, opiera się na pewnym doświadczeniu, często bardzo traumatycznym doświadczeniu. I wtedy zupełnie inaczej, z innej perspektywy można spoglądać na to, co napisze, na twórczość.
Otóż właśnie proza Mackiewicza jest prozą bardzo dojrzałą, jest prozą dla dorosłych. Twórczość Mackiewicza to jest twórczość dla dorosłych. Marian Hemar, wspaniały satyryk, poeta, też emigrant, zresztą przyjaciel Mackiewicza, po raz pierwszy użył tego określenia, że Mackiewicz jest pisarzem dla dorosłych. Nie w tym sensie, że podzielił odbiorców na mniej czy bardziej inteligentnych, ale miał na myśli coś innego. Miał na myśli fakt, że czytając Mackiewicza człowiek dojrzewa, staje się dorosły. Im dłużej i głębiej wnikamy w to, co napisał Mackiewicz, tym bardziej jesteśmy ludźmi dojrzałymi i dorosłymi. I właśnie „Lewa wolna” byłaby taką powieścią, którą postawiłbym na pierwszym miejscu. Na drugim miejscu „Droga do Nikom". „Droga do Nikom” to jest rzecz, która mówi o okupacji na Wileńszczyźnie, na Litwie, szerzej na obszarze byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Została opublikowana w 1955 roku, a jej niejako taką ideową kontynuacją jest powieść, która ukazała się w 1969 roku pod tytułem „Nie trzeba głośno mówić”.
Otóż obie te powieści spina pewna klamra. To, co działo się na Wileńszczyźnie, na obszarze byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego w okresie okupacji sowieckiej. I otóż to doświadczenie okupacji sowieckiej jest tutaj decydującym wątkiem. Bardzo tragiczne, dramatyczne, traumatyczne. Ten obszar stał się bowiem obszarem, pewnym laboratorium dla komunistów, dla systemu bolszewickiego. Co można zrobić z okupowanym krajem?
[06:05:34] - Proszę mi wybaczyć osobistą drażliwość. Jestem bodaj ostatnim z żyjących jeszcze w wolnym świecie Polakiem, który tam był i widział na własne oczy. Podojewski napisał powieść, która być może jest doskonała. Znam z niej tylko fragment. Sądzę jednak, że gdyby przedstawiał fragment, powiedzmy przykładowo Powstania Warszawskiego, nie byłoby dopuszczalne, aby termin wybuchu przeniósł na przykład z sierpnia na maj lub czas trwania skrócił do tygodnia albo przedłużył do daty dowolnej, poprzestawiał po przeinaczał ustalone szczegóły historyczne celem przystosowania do własnego pomysłu powieściowego. To samo można powiedzieć w odniesieniu do bitwy pod Monte Cassino, obozu w Oświęcimiu i tak dalej. Jeżeli już ograniczymy się tylko do faktów własnej historii z ostatniej wojny, do której należał Katyń, ale dlaczego nie rozciągnąć tego na całą historię w ogóle? Jestem za ścisłością, gdyż wydaje mi się, że jedynie prawda jest ciekawa, ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej bogata i wielostronna i barwna niż wykoncypowane jej przeróbki. To tak jak człowiek, który wychodzi z sali wystawowej obrazów współczesnego abstrakcjonizmu w letni, kolorowy dzień życia. I raptem uprzytamnia sobie, o ile tamta sztuczność jest jednostajna i nudna w zestawieniu z różnolitością prawdziwego otoczenia.
I raptem uprzytamnia sobie, o ile tamta sztuczność jest w nawiązywaniu z różnolitością prawdziwego otoczenia. Prawda bywa też z reguły bardziej wstrząsająca, bardziej ponura czy bardziej podniecająca, bardziej sensacyjna i bardziej kryminalna od wymyślnych, sensacyjnych i kryminalnych powieści. Zupełnie nie widzę powodu odbiegania w twórczości literackiej od prawdy historycznej, ażeby wywołać zamierzony efekt prawdy artystycznej. Dlatego zabolało mnie, gdy Adam Prager, którego uznaję za największego z polskich pisarzy politycznych, w artykule ogłoszonym w „Wiadomościach” stawia pytanie, ile nieprawdy jest w mojej powieści „Nie można mówić". I wyraża sąd, iż na pewno sporo popełnionej w imię prawdy, niejako nadrzędnej prawdy artystycznej. Usprawiedliwia ją przy tym przykładami z cytatów takich pisarzy jak Henryk Sienkiewicz lub Jules Romain. Uważam tę ocenę za krzywdzącą, albowiem ambicją moją było zawsze oddać prawdę jak najbardziej dokładną, chociażby z narażeniem na zły humor tych, którym jest ona nie na rękę. Naturalnie popada się przy pisaniu powieści w mimowolne błędy, jak ten na przykład ze wspomnianą już u mnie koleją do Dźziny, w przeoczenie wzrokowe, jak to wytknięte mi z wielu stron, że otok czwartego pułku ułanów nie był granatowy, lecz niebieski. I może dużo podobnych. Naturalnie, że w przystosowaniu do ograniczonych ram możliwości wyrazu literackiego, w przedstawianiu prawdy, powieść wymaga pewnego przesunięcia, skoncentrowania tego wyrazu, pewnego rozdzielnika na głosy powieściowe w wypowiadanych zdaniach i nastrojach życia.
Ale sądzę, w sposób zgodny z tym, co nazwałem konfrontacją losu człowieka z dokumentem historycznym. Dlaczego w takim razie, słyszałem, nie ograniczyć się do samego dokumentu? Po co stosować formę powieściową na przydatek? Mnie się zdaje, że po to, aby oddać właśnie tej prawdy całość. Bo jakże w innej formie przedstawić nie tylko rzeczy, ale wyrazić stronę duchową, geist, emocjonalną minionych zdarzeń, która bywa nie tylko drugą połową prawdy dokumentalnej, ale czasem nawet ważniejszą. Tego nie zastąpi najbardziej nawet precyzyjny, ale suchy zestaw faktów. Może nie mam racji, ale wydaje mi się, że ją mam, gdy powiem, że powieść sięga głębiej niż opis, sprawozdanie. Dlatego Odojewski ma rację, że podjął się nowej powieści o tematyce wstrząsającej przeszłości dziejowej. O ile nie stanie się, jak wiele niestety, literaturą kontra fakty, gdyż forma powieściowa jest moim zdaniem po to, by uzupełniać, ale nigdy by zniekształcać prawdę. Józef Mackiewicz.
Literatura kontra faktologia. Jedynie prawda jest ciekawa. Artykuł opublikowany w Kulturze numer siedem, osiem w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku.
[06:10:32] - Podsumowując to, co dotychczas powiedziałem. Mackiewicz to był prawdziwy twórca polskości, można by powiedzieć. Twórca kultury polskiej prawdziwej, widzianej z właściwej historycznej perspektywy. Właśnie nieobca była Mackiewiczowi ta geopolityczna perspektywa związana z restytucją państwa w latach osiemnaście, dwadzieścia dwa i później, zwłaszcza się walk o utrzymanie niepodległości i suwerenności w latach trzydzieści dziewięć, czterdzieści pięć. Zaryzykujemy nawet stwierdzenie, że Mackiewicz był największym pisarzem polskim drugiej połowy dwudziestego wieku. Powtórzmy, drugiej połowy dwudziestego wieku. Nie ma sobie równych, jeżeli chodzi właśnie o taką wspaniałą perspektywę historyczną i geopolityczną. Jego twórczość oczywiście z punktu widzenia literackiego oceniało wielu literaturoznawców, prawda, moich kolegów w tej dziedzinie. Natomiast Mackiewiczem stosunkowo mało interesowali się do tej pory historycy i to z tym większą satysfakcją oczywiście też podejmowałem zawsze bardzo chętnie i kontynuuję do dzisiaj badania nad tymi aspektami twórczości Mackiewicza, historycznymi właśnie aspektami. Napisałem dwie duże prace, książki na temat twórczości Józefa Mackiewicza.
Pierwsza z nich to "Intelektualista wobec antykomunizmu ideowego". I ta praca ukazała się po raz pierwszy w roku dwa tysiące jedenasty w stosunkowo niewielkim nakładzie. Rezonans miała stosunkowo niewielki, ale pamiętamy, że czasy były wówczas, no szczególnie trudne dla tego typu publikacji, dla tego typu powieści. Natomiast kolejne wydanie tej pracy i następne ukazało się w dwa tysiące dziewiętnastym i w dwa tysiące dwudziestym. A teraz jakiś taki dodruk, jeszcze nieduży, okolicznościowy, z okazji roku Józefa Mackiewicza właśnie w dwa tysiące dwudziestym drugim roku. I to jest pierwsza część, prawda, tej dylogii, jakby powiedzieli literaturoznawcy. Drugą pracę opublikowałem właśnie teraz, w tym roku, kilka miesięcy temu i ta druga ma podtytuł "Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny". Jest rozwinięciem. Jest swego rodzaju rozwinięciem wątków, które po prostu z różnych powodów nie zmieściły się wówczas w tamtej pracy, która przypomnijmy, no w dwa tysiące jedenastym roku ujrzała światło dzienne. Jest rozwinięciem i też podjęciem szeregu nowych wątków, które też z powodów głównie objętościowych, czy też no z pewnej troski o pewną zwartość dzieła, pominąłem w pierwszej z nich, w pierwszej publikacji.
No i otóż ta najnowsza praca, no między innymi W sposób bardziej szczegółowy omawia pewne relacje Mackiewicza z okresu bytowania emigracyjnego na emigracji na Zachodzie, w Londynie, a później w Monachium, jego relacje z polską diasporą polityczną. Poza tym zwróciłem też większą uwagę na pewną szczególną jego pracę, niedużą, ale bardzo znamienną z zakresu publicystyki politycznej. Mianowicie taka praca pod tytułem „Alarm”. Czasopismo, które ukazało się ledwie w trzech numerach. Trzy numery tego czasopisma w roku 1944, jeszcze w okupowanej Warszawie, a później w Krakowie. I cóż to takiego jest to dzieło pod tytułem „Alarm”? Można powiedzieć, że jest to praca niewielkiej objętości, wydana na powielaczu w warunkach bardzo prymitywnych, moglibyśmy powiedzieć siermiężnych, ale praca w swej treści wręcz genialna. Nie zawaham się użyć tego określenia. Profetyczna. Mianowicie podjął Mackiewicz wówczas w niej wątki, których nie podejmowali głośno jego koledzy czy jego przyjaciele, a nie pisał o tym w zasadzie wówczas jeszcze nikt.
I w tym zakresie jest to oczywiście dzieło zupełnie nowatorskie. Mówił mianowicie, przewidywał, co stanie się z Polską po wkroczeniu do naszego kraju wojsk sowieckich, Armii Czerwonej. Jak zachowa się społeczeństwo polskie wobec nowych okupantów. Porównywał okupację niemiecką i sowiecką, a te doświadczenia swoje brał właśnie z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego, gdzie po raz pierwszy zetknął się z tymi zjawiskami i w sposób właściwy zdiagnozował to wszystko, co nas czeka. I otóż gdy dzisiaj czytamy ten „Alarm”, chociaż ten pierwszy numer, który został całkiem niedawno odnaleziony, bo przecież ta praca była w niewielu egzemplarzach na powielaczu wydana. Otóż gdy czytamy fragmenty chociażby tej pracy, to dochodzimy do wniosku, że przemyślenia Mackiewicza były wprost genialne. Wszystko to później przeżywaliśmy przez dziesięciolecia dominacji sowieckiej w naszym kraju, który stał się jedną wielką sferą wpływów sowieckich. Zgodnie z doktryną sowiecką, że musi być zawsze ta strefa wpływów, ta bliższa zagranica, jak mówią Rosjanie. Mówił też o komunizmie, o stosunku społeczeństwa do komunizmu, że społeczeństwo bardzo szybko zaakceptuje nową sytuację. O ile nikt nigdy do końca nie zaakceptował okupacji niemieckiej jako zbrodniczej, okrutnej, bestialskiej, o tyle równie okrutna okupacja komunistyczna, sowiecka zostanie, o dziwo, zaakceptowana przez większość społeczeństwa.
Że urosną kolejne pokolenia Polaków, którzy całkiem dobrze znajdą się w tej nowej rzeczywistości. Tak mówił Mackiewicz w roku 1944, w tym niemal symbolicznym roku przecież w naszej historii. Przecież już i wieszcz Adam mówił o tym, a imię jego 44. Absolwując tak troszeczkę od głównego wątku naszych rozważań.
[06:17:59] - Audycja dofinansowana ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszy Promocji Kultury. Projekt: Rok Józefa Mackiewicza. Piewcy wolności, myśli i słowa. Scenariusz i realizacja: Buk Radio 2022. Zebranie i przygotowanie materiałów dźwiękowych oraz nadzór redaktorski: Marek Żelkowski. Realizacja techniczna: Krzysztof Błażewicz. Dobór muzyki: Waldemar Mulsztajn. Fragmenty artykułów i wywiadów czytał Reda Haddad. W audycji wykorzystano muzykę na licencji Multimedia. Buk Radio 2022.
[06:19:40] - Zapraszamy do wysłuchania cyklu audycji o Józefie Mackiewiczu
[06:19:44] - W prezentowanych podcastach wypowiadają się między innymi profesor Jacek Bartyzel, profesor Grzegorz Łukomski, profesor Kazimierz Maciąg, profesor Maciej Urbanowski i redaktor Rafał Ziemkiewicz. Część pierwsza: Litewski szlachcic, polski pisarz. Część druga: Antykomunizm jako imperatyw kategoryczny. Część trzecia: Sam jeden. Część czwarta: Artysta słowa, znakomity, wielki pisarz. Część piąta: Tylko prawda jest ciekawa. Cykl podcastów „Józef Mackiewicz. Piewca wolności, myśli i słowa” znajdziecie Państwo na bookradio.pl i kanale YouTube Book Radio. Poszczególne odcinki można bezpłatnie pobierać oraz niekomercyjnie wykorzystywać z podaniem źródła, a także retransmitować w całości. Zapraszamy również do wzięcia udziału w konkursie wiedzy o postaci i twórczości Józefa Mackiewicza.
Do wygrania książki. Noc ciemna, już duchy krążą. To naprawdę pora nieprzyzwoita, gdzieś tak mocno po północy, a nawet bardzo mocno. Czas kończyć, proszę państwa, zdecydowanie czas już kończyć. Ja wiem, że słowo „przyzwoitość” w moim wykonaniu ma co najmniej dwuznaczne znaczenie, bo mocno przeginam, jeśli chodzi o długość trwania akademii. Ale akademia rządzi się swoimi prawami. Ja tu jestem rektorem i ja tu rządzę. Żarcik taki. Ale teraz już kończymy. I tradycyjnie kończymy spotkaniem z Piotrem Plebaniakiem, z którym po raz kolejny, po raz 18.
będziemy rozmawiać o tym, jak budować i jak niszczyć imperia. Dzień dobry, panie Piotrze, w tych okolicznościach trudnych dla pana.
[06:22:22] - Trudnych, bo zimno. Jejku, fala chłodu jest na Tajwanie.
[06:22:26] - W dodatku wspina się pan po jakichś górach i to zawsze na kondycję pomaga, ale człowiek zasapany jest.
[06:22:36] - Pan powinien powiedzieć w stylu: „Wilku, wilku, dlaczego tak dyszysz?” A ja mówię, bo wspinałem się właśnie na punkt widokowy, na którym jest lepszy zasięg, żeby lepiej było słychać.
[06:22:45] - Tak jest.
[06:22:46] - Żeby mnie było lepiej słychać.
[06:22:48] - Tak. Kuchnia została przed państwem, co kuchnia może być, ukazana, pokazana.
[06:22:58] - Ukazana, odsłonięta.
[06:22:59] - Też. Dzisiaj mamy kolejne prawidło, a właściwie prawidła i ja zgodnie z tradycją już je będę odczytywał. „Nie rozmawiamy w celu wymiany informacji. Większość rozmów to przede wszystkim mniej lub bardziej jawne renegocjacje statusu”. To jest pierwsze prawidło. Zaraz za nim można zacytować drugie, bardzo à propos „Bibliotekarium”: „Sekretem napisania perfekcyjnych dialogów powieściowych jest pokazać, w jaki sposób mówiący wzajemnie uznają, podwyższają lub obniżają status własny i innych postaci”.
[06:23:45] - Tak, to są dwa prawidła, które rzeczywiście trzeba razem omawiać. Przede wszystkim dlaczego ta porada o perfekcyjnych dialogach? Wynika to z takiego mojego oświecenia po przesłuchaniu filmu z instrukcjami dla pisarzy, jak pisać powieści. Porada brzmiała tak, jak pan Marek odczytał. Natomiast ja ją zastosowałem do tego, co robił Sapkowski. Dlaczego Sapkowski? Dlatego, że on pisze, w moim przekonaniu przynajmniej, perfekcyjne dialogi i właśnie są one perfekcyjne. Są tak świetne, że widać, że ci bohaterowie, którzy ze sobą rozmawiają, mają kompletne inne agendy, zupełnie inne poglądy, sposoby ich osiągania. I oni ze sobą droczą się, walczą, robią przepychanki, przekrzykują się, wymądrzają się nawzajem, ale właśnie sprowadza się do tego cała ta rozmowa bardzo często i praktycznie zawsze, że w jakiś sposób ktoś kosztem czyimś, albo jeżeli jest bardziej uprzejmy, to nie czyimś kosztem, ale po prostu sam siebie w jakiś sposób wywyższa po to, żeby się dobrze poczuć, żeby narzucić swoją wolę, żeby zrobić szereg rozmaitych rzeczy, które chce zrobić albo chce, żeby inni zrobili. Więc to jest pierwsze.
Natomiast lektura kilku książek antropologicznych, w których pisarz, z którym jest rozmowa, zawsze musi wspomnieć tytuł jakiejś swojej książki. Ja wspomnę oczywiście „Siłę psychohistorii” i pisząc tę książkę, przeczytałem kilka książek na temat antropologii. Zgodnie z moją tezą, powiedzonkiem, że rozmowę o geopolityce i o naturze ludzkiej należy zacząć od przeczytania książki, podręcznika od antropologii i podręcznika od prymatologii. Więc tam było napisane. Tak śmiesznie się powiedziało. Natomiast w książkach o antropologii jest wprost pokazane na wielu przykładach to, że my, ludzie, jesteśmy gatunkiem społecznym. Co to znaczy? W praktyce przekłada się to właśnie na to, że tworzymy struktury, ale tworzymy struktury hierarchiczne. To znaczy ktoś musi być tym źródłem władzy, źródłem prawa, źródłem wzorców kulturowych, które inni naśladują. I w niektórych kontekstach jest to jakiś starzec, który jest wielkim doświadczeniem.
W innych kontekstach jest to naczelnik plemienia, czy też jak to się mówi po polsku, najważniejsza osoba w plemieniu, wódz plemienia. Natomiast w innych przypadkach, takich duchowych, jest jeszcze szaman, który ma władzę duchową bardziej. Jest to nawet w filmie „Avatar” z 2009 roku, że była szamanka, żona i wódz plemienia, facet. I te władze oczywiście się czasami nakładają, ale żeby ta hierarchia była i żeby porządek rozkazów był, to muszą być zachowane pewne rytuały, pewne sposoby napominania innych do tego i pokazywania im, gdzie jest ich miejsce. I na przykład w filmie „Diuna” z 2021 roku proszę zobaczyć, że pod koniec filmu jest scena, w której jeden z członków plemienia przywołuje ataja, nie wiem, czy dobrze pamiętam to słowo. Generalnie prawo takie, w którym zwykły członek plemienia może wyzwać na rytualny pojedynek przywódcę po to, żeby zająć jego miejsce. I co to znaczy ten rytuał, ten obyczaj? To jest sposób uporządkowania życia społecznego, który umożliwia takie wyzywanie aktualnego wodza w określonych okolicznościach, a w innych zabrania. Po co? Po to, żeby zlikwidować bezustanne zagrożenie dla pozycji tego wodza, żeby istnienie plemienia nie było cały czas wstrząsane albo zakłócane przez ciągłe walki o władzę.
Stąd w demokracji mamy te wybory co cztery lata. To jest jakiś rytuał, czy też prawne zinstytucjonalizowanie walki o władzę poprzez usunięcie elementu walki siłowej, przemocy. Na tej samej zasadzie właśnie jest ten rytuał wyzwania obecnego wodza. Na tej samej zasadzie mamy to, co się dzieje w wojsku, czyli bardzo ścisła hierarchia rang i odpowiedniego okazywania posłuszeństwa tym, którzy są wyższą rangą. Wszystko to jest regulowanie statusu na poziomie instytucji społecznych i prawnych, na poziomie obyczajowym i tak dalej. Natomiast na poziomie dialogów, o których mówimy, zobaczmy, jak ludzie się między sobą droczą, walczą o status, poniżają, robią złośliwości ukryte najlepiej. Po co? Po to, żeby właśnie pokazać innym, gdzie jest ich miejsce. A my jesteśmy szlachta rodowa, oni są ciury obozowe, prawda? Oczywiście przesadzam i żartuję.
Natomiast niewiele, bardzo niewiele nawet czasem, a wręcz przeciwnie, niedoszacowuję to, co się dzieje w niektórych sytuacjach konfliktowych, kiedy określone postrzeganie swojego własnego statusu względem innych może prowadzić do takich, a nie innych zachowań. Więc zrozumienie tego jest kluczem dla każdego powieściopisarza, czy też każdego z nas do tego, żeby unikać konfliktów, żeby zdeenergetyzować przeciwnika, w jakiś sposób uniknąć na przykład poniżania jego statusu po to, żeby nie powiększać konfliktu. To wszystko jest gigantyczna sfera szarości, w której gdzieś się błąkamy i często się obrażając zupełnie niechcący.
[06:29:45] - Tak. Mówiąc szczerze, kiedy przeczytałem te dwa prawidła, to się chciałem przypierdzielić po prostu do któregoś z nich, ale zrobił pan to w miarę, jak to powiedzieć, tak, że się nie da, mówiąc szczerze.
[06:30:00] - Specjalnie. Przepraszam, wtrącę się. Z panem Markiem się znam już tyle i przede wszystkim rozmawialiśmy o tych prawidłach jeszcze w czasie, jak książka powstawała. Więc tak, przepraszam, niech pan mówi dalej.
[06:30:11] - No tak, ale już do samego prawidła. Napisał pan, że większość rozmów to przede wszystkim mniej lub bardziej, czyli nie wszystkie. Ale dobrze, powiem coś, co mam na końcu języka. Dwie rzeczy. Wydaje mi się, że jeśli chodzi o te dialogi powieściowe, czy też w opowiadaniach, rzeczywiście gros tych dialogów wpisuje się w pańską receptę. Natomiast czasami dialog pełni rolę informacyjną, czyli na przykład ustalamy nie status quo, tylko na przykład robimy rekapitulację jakiegoś planu i wtedy dwie osoby z dialogu jakby podrzucają, ustalają, czy wszystko dobrze rozumieją. Tam chyba nie ma miejsca na ustalanie statusu. To jest raczej informacyjne dla czytelnika. On pełni ten dialog wtedy taką rolę informacyjną. Panowie sobie rekapitulują, a my się czegoś dowiadujemy.
Ale generalnie ma pan rację. Niestety muszę przyznać to.
[06:31:11] - Jesteśmy takimi zwierzątkami, które cały czas się tam kwokają, gdaczą, krzyczą, wrzeszczą na siebie. Zresztą zacząłem mówić „gdaczą”, bo kury mają bardzo ciekawą strukturę. Mamy takie nawet powiedzenie „kto siedzi na wyższej grzędzie”. Zaraz mu pokażę, kto siedzi na wyższej grzędzie. A wyższa grzęda polega na tym, że kiedyś, kiedy kury żyły w stanie dzikim, czym wyżej jakaś kura zajęła grzędę, tym jest bezpieczniejsza od drapieżników, które grasują na poziomie gruntu. W związku z tym Przekłada się status, czyli prawo do zajmowania jakiegoś fragmentu przestrzeni, też się przekłada na bezpieczeństwo osobiste tej góry i nas, ludzi tak samo. Więc jest to dodatkowy czynnik. Natomiast wracając do tego, co pan Marek powiedział, że są sytuacje, w których rzeczywiście grupa ludzi informuje się tylko i tworzy zespół równych prawem sobą. Oczywiście, ale ustanowienie takiej równości statusowej i wszyscy dążą do osiągania tego samego celu, nie próbując stać się jakimiś przywódcami, wodzirejami czy jakkolwiek to nazwać, każda sytuacja jest inna. Taka grupa też musi być jakaś ustanowiona, musi być prawo, które mówi, że nie walczymy o status, bo jesteśmy grupą zadaniową, jesteśmy zmotywowani do rozwiązania jakiegoś danego problemu i mamy, to się nazywa mentalność zadaniowa, tylko, o rany, to było takie świetne słowo.
Nie przypomnę sobie teraz, bardzo przepraszam. To jest nastawienie zadaniowe, powiedzmy ogólnie, to jest inne słowo, które miałem na myśli, nie przypomnę sobie w tej chwili.
[06:33:08] - I mam jeszcze jedną, nie tyle wątpliwość, co raczej dopowiedzenie. Kiedyś, przy okazji studiowania filozofii, nauczyłem się też tego, albo przynajmniej w niedoskonały sposób staram się to stosować, że dla mnie rozmowa jest elementem pozyskiwania informacji. Nawet jeśli ktoś próbuje narzucić mi pewną agendę albo próbuje mi udowodnić swój status, to ja jednak słucham tego, co mówi. Ja nie muszę wygrać tego sporu. Ja nie muszę mieć racji w takim pojęciu bardzo codziennym. Ja po prostu wyciągam wnioski z tej rozmowy i nie ustalam w tym momencie statusu. To też jest pewna metoda na poznawanie świata. Ona niestety nie wytrzymuje próby w przypadku większości ludzi. Rzeczywiście większość ludzi tocząc jakiekolwiek rozmowy, pewno na tematy polityczne, to najchętniej, w tym momencie zaczyna sobie ustawiać te statusy wzajemne. To nie służy rzeczywiście jakiejkolwiek informacji.
To służy czasami nawet bardzo brutalnej trzepaninie i ustalaniu tego, jak to ma być, kto tu jest mądrzejszy, ważniejszy.
[06:34:41] - Kto tu siedzi na wyższej gałęzi.
[06:34:43] - Tak. I kto jest mądrzejszy i inteligentniejszy.
[06:34:46] - Pan nie wie, kto ja jestem! Jeszcze się policzymy!
[06:34:49] - Tak, ale jak się pan dowie, to dopiero panu coś tam i tak dalej.
[06:34:56] - Powiem jeszcze moje ulubione, które jest super grzeczne, ale super trafne. Zaraz, żeby nie spalić, przepraszam. Moje drzewo genealogiczne zaczyna się tym, czym pańskie kończy.
[06:35:06] - Wow! Wie pan, powiem tak, to jest niebezpieczne, bo nie każdy zrozumie.
[06:35:13] - Ale wyjątkowo fakt, mi się strasznie podoba, przepraszam.
[06:35:17] - Nie, super, tylko trzeba uważać, w stosunku do kogo się używa.
[06:35:23] - Tak. Wiadomo, to też jest takie dyplomatyczne powiedzenie, że co to jest dyplomacja? Dyplomacja to jest sztuka mówienia „dobry piesek”, zanim się znajdzie kamień. Więc bawiąc się, drwiąc z kogoś, bo to drwina jest oczywiście z tym drzewem genealogicznym, trzeba uważać, z kim się ma do czynienia. Trzeba to rozpracować i żeby nie sprowokować reakcji, której się nie chciało sprowokować. Na tym to polega. Żeby przełożyć na taką rozmowę, obrażanie kogoś grzeczne, trzeba przełożyć ten termin wojny poniżej progowej, czyli takiej wojny, w której oddziaływania na przeciwnika nie wywołują u niego adekwatnej czy też skutecznej kontrakcji.
[06:36:07] - Ale mam jeszcze jedną uwagę, bo to, co pan zdiagnozował, moim zdaniem bardzo dobrze w tych dwóch prawidłach, jednak się nie odnosi do każdej sytuacji, bo rzeczywiście ludzie są-
[06:36:18] - Nie, absolutnie.
[06:36:19] - Ludzie są przyzwyczajeni do tego, żeby ustalać swój status. „Ja taki jestem mądry. Patrz, jaki jestem mądry. A ja też jestem mądry”. Mniej więcej tak wyglądają dialogi. Natomiast gdzieś tam są ludzie, którzy jednak z rozmowy czerpią, a co więcej, nie przystępują do rozmowy z takim oto przekonaniem, że ją muszą, cudzysłów, wygrać. Przystępują do rozmowy z takim przekonaniem, że z tej rozmowy coś wyniosą. Może nie odniosą spektakularnego sukcesu, bo pognębią swojego przeciwnika w dyskusji. Może nie, ale czegoś się dowiedzą i to będzie ich zwycięstwo.
[06:36:58] - Dokładnie. I tu możemy, bo już chyba kończymy rozmowę na dzisiaj, mogę przytoczyć dwa passusy z dialogów konfucjańskich. „Gdy idę w towarzystwie dwóch ludzi, zawsze znajdę wśród nich swojego nauczyciela”. To jest jedno, nauka pokory, a druga: „Nie wstydź się czerpać wiedzę od niższych statusem od siebie”. Taki czteroznakowy cheng-yu, taki idiom chiński, który mi też się strasznie podoba. Jako dziecko przeczytałem w zbiorku aforyzmów Konfucjusza i strasznie mi się spodobało.
[06:37:31] - Cóż, dzisiaj to zabrzmiało optymistycznie, bo była rada dla piszących, była rada dla dyskutujących i w ogóle taka refleksja, jak to się wszystko wokół nas toczy. Pięknie, panie Piotrze, dziękuję.
[06:37:45] - Ja też dziękuję i jeszcze na koniec powiem à propos tych przepychanek statusowych. Stanisław Lem w „Fiasku” stwierdził kilkukrotnie, że jesteśmy ledwo okrzesanymi małpoludami i chyba ma rację, jeśli chodzi o te walki o status ciągle.
[06:37:58] - Tak, coś w tym jest, niestety.
[06:38:00] - Do usłyszenia za tydzień w takim razie.
[06:38:02] - Do usłyszenia. Pozdrawiam.
[06:38:05] - Tak, proszę państwa, to już naprawdę koniec. Bardzo mi było miło po raz dwudziesty w „Bibliotekarium 2.0” spotkać się z państwem. Tradycji starego „Bibliotekarium” oczywiście nie zapominamy, więc tak naprawdę tych audycji nie było 20, tylko 170. Jeśli dobrze liczę. Pamiętajmy o tej tradycji, bo czerpię z niej nieustannie. Cały czas boleję nad tym, że Wiktora z nami nie ma, ale Wiktor ma swoje zdrowotne kłopoty. Żeglujemy dalej. Zapraszam na audycję, która będzie za tydzień. Za tydzień znowu stałe punkty programu, to rzecz oczywista, ale zapraszam państwa na rozmowę z Ludwikiem Popajem. Ostatnio rozmawialiśmy o sztucznej inteligencji.
Jedni powiedzą, że naiwnie, drudzy powiedzą, że głęboko. Ja nie wiem, jak my o niej rozmawialiśmy, czy głęboko, czy naiwnie. W każdym razie od siebie. I tak właśnie od siebie porozmawiamy za tydzień o transhumanizmie. Temat nośny, bardzo trendy. Od razu nie będę państwa oszukiwał. Rozmowa trwa prawie półtorej godziny, a tak naprawdę uszczknęliśmy tylko temat. Dopiero zaczęliśmy. Ja taki jestem mądry, bo tę rozmowę prowadziłem dzisiaj. Ale ona dla państwa za tydzień.
Za tydzień porozmawiamy o transhumanizmie, ale też dużo powiemy o konsekwencjach, o punktach wyjścia z naszego świata, które być może prowadzą do transhumanizmu. Jeszcze to będzie przyczynkowe, wprowadzające. Ale to tylko potwierdzenie i zapowiedź tego, że kolejne dyskusje, rozmowy już ukonkretniające temat transhumanizmu pojawią się w kolejnych odcinkach. Bardzo państwa zapraszam na to spotkanie. Myślę, że transhumanizm, jeśli państwu się kojarzy dobrze, to dobrze. Może nabierzecie państwo pewnych wątpliwości. Jeśli się kojarzy źle, to może też dobrze. Może też nabierzecie państwo jakichś wątpliwości, że może to nie jest samo zło. Nie jestem wcale przekonany, że wszystkie zjawiska, które nas otaczają, trzeba rozsądzać w sposób kategoryczny. „Wiem, że jest złe, wiem, że jest dobre”.
Tak niestety jest w naszym świecie, że czasami bardzo trudno jest zająć stanowisko i jeśli nie jesteśmy przyparci do ściany, że musimy, ktoś nam w głowę mierzy z kałacha, to może czasami lepiej zostawić sprawę otwartą, przyjrzeć się temu, ściągnąć kolejne informacje, przeanalizować, przemyśleć. To w sumie nigdy nie zaszkodzi. Jedno, co mogę państwu obiecać, to że za tydzień audycja będzie również długa. Dobranoc. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Pozdrawiam i polecam się na przyszłość.
[06:42:14] - Mówił do państwa przed chwilą, jak zawsze Marek Żelkowski, gospodarz „Bibliotekarium 2.0”. Audycję jak zawsze strategicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. I oczywiście Book Radio z lekkim poślizgiem również. Dziękujemy wam wszystkim za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.