Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Kolejny piątek, kolejnego aktywnego literacko weekendu początek. Literacko i filmowo, bo o filmach też dzisiaj coś ciekawego będzie. Zaczynamy kolejne wydanie Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:47] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Tradycyjny dzień dobry wieczór. Jak państwo zapewne rzucili okiem na dzisiejszą audycję, to wbiło wam się w pamięć albo w każdym razie zauważyliście państwo, że nosi ona tytuł „Upały”. Dlaczego upały? To się jeszcze okaże. Natomiast przyszło mi do głowy, że dobrze by było w ramach polecanek polecić państwu coś, co jakoś z upałami się kojarzy. No i znalazłem. Całkiem niedawno, na dniach, jak to się mówi, ukazało się wznowienie, moim zdaniem jednej z najlepszych powieści Briana Aldisa „Cieplarnia”. Ja co prawda bardziej jeszcze lubię „Non Stop”, ale „Cieplarnia” zdecydowanie trzyma formę i to jest moim zdaniem bardzo dobra powieść.
Podobnego zdania byli również ludzie, którzy przyznają nagrodę Igo czy Hugo. Zależy, jak sobie ludzie to czytają, bo ta nagroda została przez właśnie tę powieść zdobyta. Cóż to jest za opowieść? Mamy do czynienia z ponurą wizją przyszłości, bardzo odległej przyszłości naszej planety. Ktoś nawet napisał w internecie, że to jest wizja hipnotyzująca. Nie wiem, ale mnie jakoś ze sobą porwała. Wyobraźmy sobie ziemię, która tkwi nieruchomo, już przestała się obracać, pod promieniami umierającego słońca. Rzeczywiście słońce gaśnie, ale póki co na Ziemi panuje klimat taki, powiedzmy tropikalny. Ziemię pokrywa dżungla. Tak naprawdę to nie jest dżungla, tylko rozrośnięte do planetarnych rozmiarów drzewo.
Figowiec. W tym gąszczu toczą walkę agresywne, zmutowane, dziwaczne rośliny i zwierzęta. W ogóle to nie przypomina naszego świata. Jeśli ktoś z państwa czytał „Planetę Śmierci”, szczególnie jedynkę, to może stwory z tamtego właśnie świata byłyby bliższe wizji tej ziemi, którą przedstawia Brian Aldiss. Tak naprawdę przeżyły już nieliczne zwierzęta. To jest świat roślin. Przeżyły nieliczne zwierzęta i człowiek, który jako przedstawiciel tego świata zwierzęcego również występuje, jest już inny, zdegenerowany. Nie wygląda tak jak my. Występuje w tym gąszczu bardzo rzadko. Jeden z bohaterów, nie, główny bohater pewnego dnia, ponieważ zostaje wyrzucony ze swojej, tu cudzysłów, wioski, która jest wysoko na drzewie, porusza się po powierzchni i napotyka grzyba.
Smardza konkretnie, ale to oczywiście nie jest taki smardz, jakiego my możemy spotkać, tylko smardz, który ma tę jedną niezwykłą cechę, a mianowicie jest grzybem myślącym. Czy to coś zmieni w życiu głównego bohatera? Tego państwu oczywiście nie powiem, ale wierzcie mi państwo, ta wizja planety za miliony lat, może dziesiątki milionów, nie wiem, oczywiście nie jest to napisane. Wizja pająków, które rozpinają sieci pomiędzy Księżycem a Ziemią. Trawestery to te pająki. Niezwykła naprawdę wizja. Jeśli to, co powiedziałem przed chwilą, te pająki i te sieci wydały się państwu jak z jakiejś opowieści dla dzieci, to nie. Ta opowieść, ta wizja, te obrazy mają swoje uzasadnienie. Napisano w internecie, że to jest magiczna, niepokojąca, z misternym obrazem piekielnego, pogrążonego w oparach lasu i jego fantastycznych mieszkańców. To owoc niezwykle twórczej wyobraźni.
To napisał taki znany człowiek, który zajmował się fantastyką, ale też pisaniem fantastyki, Kingsley Amis. Powtórzę: magiczna, niepokojąca, z misternym obrazem piekielnego, pogrążonego w oparach lasu i jego fantastycznych mieszkańców. To owoc niezwykle twórczej wyobraźni. Tak o powieści Briana Aldisa Kingsley Amis napisał. Co jeszcze? Jedno jest pewne. Brian Aldiss to jest Taki ojciec chrzestny, to też nie sam wymyśliłem, brytyjskiej literatury science fiction. Tak jak państwu powiedziałem, ja zdecydowanie wolę powieść „Non stop”, ale „Cieplarnia” jest zaraz na drugim miejscu. Wiecie państwo, ja już to raz deklarowałem, zadeklaruję po raz drugi: nie jestem fanem różnego rodzaju zestawień, różnego rodzaju takich stu najlepszych albo dwustu najlepszych. Jakoś mnie to nie kręci.
Uważam, że to nikomu w niczym nie pomaga. Tę listę lepiej zrobić sobie nie tyle w głowie, ona jest zawsze naszą osobistą listą i epatowanie, wmawianie komuś, że to są najlepsze książki, może się komuś uda. Ja uważam, że to udać się nie może. Co nie znaczy, że nie będę państwu jakichś tam swoich ulubionych książek polecał. A więc „Cieplarnia”, „Cieplarnia” i jeszcze raz „Cieplarnia”. To jeśli chodzi o polecanki. Cóż jeszcze? Wiecie państwo, 31 stycznia przypadła 38. rocznica śmierci Józefa Mackiewicza. I jeśli państwo w tej chwili jakoś tak szukacie w pamięci, kto to był ten Józef Mackiewicz, prędzej wam przyjdzie na myśl Cad Mackiewicz.
Cad to oczywiście pseudonim, ale to nie ten. To jego brat, z którym się zresztą Józef Mackiewicz słabo dogadywał. Józef Mackiewicz na zawsze pozostał antykomunistą, natomiast Cad Mackiewicz po prostu wrócił do kraju, tutaj w pewnym momencie zaczął parać publicystyką w komunistycznym kraju. Wiecie państwo, to jest dosyć karkołomne przedsięwzięcie. W każdym razie dlaczego o tym mówię? Po pierwsze rocznica, a po drugie w Book Radio przygotowaliśmy kiedyś taki cykl audycji o Józefie Mackiewiczu. Jedną z nich z Rafałem Ziemkiewiczem mieliście państwo okazję wysłuchać w jednym z pierwszych „Bibliotekarium 2.0”. Co więcej, ja dostałem dwa maile wtedy przy okazji, żeby puścić pozostałe odcinki. W dalszym ciągu nie wiem, czy w ogóle państwo byliby tym zainteresowani. Jeśli byście państwo zechcieli napisać czy dać jeszcze te pozostałe cztery odcinki, oczywiście nie w jednej audycji, ale czy dać te odcinki również w „Bibliotekarium 2.0”, to chętnie wysłucham.
Postać Józefa Mackiewicza to jest postać naprawdę niedoceniona, bo on z racji swoich antykomunistycznych poglądów został w Polsce zamilczany na śmierć. Ponieważ był takim komunistą, to obłożono go zmową milczenia, a to, wierzcie mi państwo, tu się opieram i na własnych poglądach, ale też na poglądach ludzi, którzy z literaturą są za pan brat, a czasami nawet tę literaturę badają. I ich zdaniem to jest jeden z najlepszych pisarzy XX wieku, jaki się w Polsce trafił, jaki używał polskiego języka, a jest prawie nieznany. Tak jak mówił Rafał Ziemkiewicz, za komuny, w czasach podziemnych wydawnictw łatwiej go było przeczytać niż w tej chwili. Dlaczego? To może nie temat na dzisiaj. Więc wiecie państwo, jeśli zainteresowała was ta sytuacja, zainteresowała was postać Józefa Mackiewicza, to dajcie jakiś odzew, czy to na maila, czy to w komentarzach, a ja wtedy rozważę, czy rzeczywiście państwu tę audycję puścić. Nie chciałbym nic robić na siłę, bo chciałbym uniknąć sytuacji wmawiania państwu jak Ferdy Durke, że Słowacki wielkim poetą był. Więc nie chcę państwu wmawiać, że Józef Mackiewicz wielkim pisarzem był. Ja to wiem, a jeśli państwo się będziecie chcieli przekonać, to służę.
Ale ustalmy to po prostu. Jeśli z takiego małego referendum wyjdzie, że są państwo tą postacią zainteresowani, to te audycje się pojawią. A chyba warto, bo na temat twórczości Mackiewicza i na temat jego postaci wypowiada się plejada profesorska. To są wszystko ludzie, to historycy, to badacze literatury, więc chyba warto. Coś wiedzą i naprawdę mówią w sposób ciekawy. Dobra, zostawmy to na przyszłość, na później. A teraz, proszę państwa, to, co od pewnego czasu w audycji się pojawia na początku, czyli alkoholowa historia literatury.
[11:24] - Będzie truć.
[11:26] - Proszę państwa, to alkoholowa historia literatury. Tak sobie myślałem, że właściwie moglibyśmy jeszcze bardzo długo śledzić losy pisarzy i poetów, których cechowało to, że nadużywali. Ale też doszedłem do wniosku, że wszystko dobre co się jednak kiedyś kończy i że warto by już zakończyć ten przegląd może jakąś konkluzją, nie byłoby źle i zająć się czymś innym. Tyle wyzwań przed nami, że nie ma co się skupiać na jednym temacie. Ja wprawdzie lubię wyciągać wnioski, lubię się tym czasami pochwalić, ale ponieważ w pewnym momencie zadeklarowałem się jako przeciwnik łączenia alkoholu i pisania. Osobno proszę bardzo, jedno i drugie jest dla człowieka. Co więcej, czasami jakąś lufę, nie mówię, że nie. Natomiast łączenie tych dwóch aktywności uważam za błąd. Wiem jednak, że są ludzie, którzy mój pogląd uważają za absolutnie nie do przyjęcia. Szanuję to, bo trudno w tym wypadku o prawdę niezwykle obiektywną.
Gdybym ja teraz próbował jakoś skonkludować te nasze obserwacje, naszą podróż przez alkoholową historię literatury, to byłbym chyba mało wiarygodny. Postanowiłem znaleźć kogoś mniej zdeklarowanego, mniej takiego, powiedzmy, przeciwnika łączenia tych dwóch aktywności, żeby coś może mądrego powiedział. Doszedłem do wniosku, że warto, żeby to był również człowiek, który w miarę jasny sposób potrafi swoje stanowisko przedstawić. Trochę się naszukałem, mówiąc szczerze, ale znalazłem. Znalazłem taką stronę w internecie, która nosi nazwę Portal Pisarski: portal-pisarski.pl. Towarzyszy tej stronie forum i na tym forum znalazłem dyskusję dotyczącą właśnie tych dwóch aktywności, czyli pisania i ewentualnego picia. Muszę powiedzieć, że poziom tamtej dyskusji-- z szacunkiem się odnoszę i postanowiłem państwu, powołując się na źródło, zacytować państwu kilka głosów, bo wydały mi się naprawdę ciekawe. Cytuję: „Nie od dziś wiadomo, że wiele dzieł nie powstałoby, gdyby autor solidnie nie wylewał za kołnierz. Teza mocno wątpliwa. Picie nie jest przyczyną pisania, a skutkiem nadwrażliwości, depresji czy innych, diabli wiedzą jakich, psychokłopotów.
To, że wielcy nie wylewali za kołnierz, najczęściej nas ekscytuje i albo sami chlejemy, ćpamy lub elegancko popijamy, sączymy czy ćmimy, sądząc, że nas olśni, albo piszemy bez używek i pijemy z żalu, że nie ma wymarzonego sukcesu albo jest malutki sukcesik i pijemy z radości. Można tak rzucać przykładami cały dzień. I po co? Alko i inne zmieniacze świadomości nie stoją za czyimś sukcesem, tylko człowiek za nimi stoi. I to, czy chla, ćpa czy inne fiki-miki uprawia, nie stanowi przyczyny jego działań. Zazwyczaj jest to skutek talentu połączonego z harówką, ale to nas nie podnieca. Lubimy myśleć, że wystarczy wódka i mamy dzieło życia.” To jeden głos. Inny napisany przez kobietę: „Mnie też, jak byłam młodą dziewczyną, ekscytował ten temat. Rimbaud, Baudelaire, Wojaczek i inni zbuntowani, mroczni twórcy. I też myślałam, że popijając będę pisała lepiej, nowocześniej.
I pisałam. Rzygi poetyckie, strumień świadomości, zlepek słów i odczuć. Jakże interesujący. Mam tego trochę. Proza i poezja pijacka. I stąd te wnioski. Ciekawe, czy wszyscy uzależnieni tworzyliby bez wspomagania. Może tak, może nie. Tego nie sprawdzimy. King, jak przeczytałam z wstawionej tu przez jednego z uczestników forum galerii, Mike rzucił używki w latach 80.
i nie przestał tworzyć, więc może nie warto marnować czasu, zdrowia na coś, co nas uwiąże na sznurku uzależnienia.” Ja myślę, że te wnioski dla mnie były ciekawe. Szczególnie ten podział, że to nie alkohol pisze, tylko my piszemy i to, co jest w naszej głowie, w naszej wrażliwości przelewa się na papier, a nie to, co wlejemy w siebie. Jeśli się czujecie państwo zawiedzeni, to ja chętnie jeszcze temat pociągnę, ale już z państwa spostrzeżeń dotyczących alkoholu. Chętnie bym taki przegląd tychże spostrzeżeń zrobił. Zapraszam. Jeśli tylko zechcecie państwo ten temat komentować, to ja na pewno się nie będę uchylał, żeby wykorzystać państwa wpis. Teraz, proszę państwa, wiem, że warto by już ruszyć z audycją, bo znowu skończymy po północy. Oczywiście i tak skończymy po północy, ale to jest pytanie, ile czasu upłynie od tej północy. Staram się jednak zachowywać pewien minutaż tak zwany i to tak najczęściej jest trochę po drugiej albo trochę mocno po drugiej w nocy. Tego złotego terminu czy złotej godziny staram się już jednak nie przekraczać.
Ja doskonale wiem, że państwo słuchacie tego w kawałkach i tylko nieliczni chcą, mogą słuchać audycji do końca. Inni sobie ją natomiast dawkują. Każda metoda dobra, jeśli audycja w ogóle komuś wyda się na tyle interesująca, żeby jej wysłuchać. Tak, to myślę, że ruszamy z dzisiejszym programem. Polecałem państwu całkiem niedawno książkę Krzysztofa Lutowskiego „Upały”. Bibliotekarium wydało w tym roku. Zaczniemy rozmawiać o tej książce od pierwszego opowiadania, które pojawia się w książce. Ono nosi tytuł „Życiorys K.”, otwiera tom „Upały”. I tu mam ważny obowiązek do spełnienia. Autor, z którym nagrałem rozmowę, będziecie jej państwo słuchać, poprosił mnie, żebym coś państwu przeczytał.
A to w związku z tym, że ponieważ najpierw idzie opowiadanie zapowiedziane „Życiorys K.”, dopiero później jest rozmowa, a w tej rozmowie autor mówi o tym, że czerpie z życia, ale przetwarza to życie literacko, przetwarza rzeczywistość. Nie ma tam takich tekstów, które są spisanym życiem jeden do jednego, bo jak sam powiedział Krzysztof Lutowski, to nie byłoby pisarstwo, tylko pamiętnikarstwo, a to nie bardzo go interesuje. Ale miałem coś państwu przeczytać i jak zwykle zagadałem. Krzysztof Lutowski prosił mnie, żebym zaserwował państwu następującą informację. Cytuję: „Bezkompromisowa proza ma straszliwą moc, niestety również destrukcyjną. Moja mama ciężko przeżyła lekturę pierwszego opowiadania „Życiorys K.”, które będzie emitowane podczas audycji. Gdybym wiedział, sam bym o tym wspomniał w rozmowie, ale w naiwności swojej niestety nie przewidziałem, że to ma taką moc. Dlatego proszę wspomnieć, że autor zapewnia, iż mimo ewidentnych wątków biograficznych i być może takich sugestii nigdy nie był molestowany seksualnie w dzieciństwie ani przez matkę, ani przez nikogo. A takie sugestie zawarte w tym opowiadaniu są wyłącznie fikcją literacką i służą literaturze, a w żadnym wypadku nie są rodzajem ekstrawaganckiego pamiętnika”. To teraz już zapraszam państwa na opowiadanie otwierające tom „Upały” – „Życiorys K.”
[20:42] - „Życiorys K. Lata najmłodsze. Część pierwsza. K. przyszedł na świat w jednym z dużych polskich miast, w ubogiej rodzinie robotniczej w połowie lat 70. Przez pierwsze dwa, trzy lata jego życia rodzice wynajmowali pokój w domu jednorodzinnym w odległej od centrum dzielnicy podobnych domków przy ulicy Porzeczkowej. K. tego oczywiście nie pamiętał. Był przecież niemowlęciem. Domyślał się, że zamieszkiwanie młodego małżeństwa z małym dzieckiem w jednym, niezbyt dużym pokoju z pewnością nie należało do komfortowych.
Sytuacja rodziny K. nie była wówczas niczym odosobnionym. Lata 70. XX wieku w Polsce to czas biedy i beznadziei. Matka K. pracowała jako monter urządzeń elektronicznych w Zakładach Radiowych Entra, co mimo całkiem atrakcyjnej nazwy wiązało się z prostą, acz złośliwie precyzyjną, odmóżdżającą pracą na akord na stojąco, przy zawsze zbyt szybko przesuwającej się taśmie montażowej. Taka praca nierzadko trwała nawet 12 godzin, po których można było mieć wyłącznie wszystkiego dość. Ojciec K. przez pewien czas zarabiał jako mechanik w Wojskowych Zakładach Lotniczych, co okazało się bodaj jednym z jego największych życiowych osiągnięć. Ale nie radząc sobie z dużą odpowiedzialnością, ostatecznie został mechanikiem samochodów ciężarowych w Zakładach Transportowych Trans-Bud.
Były to czasy, kiedy wszyscy mieli pracę. Ba, praca była w ówczesnej Polsce obowiązkowa. Jednak fakt pobierania dwóch pełnoetatowych pensji w rodzinie wcale nie zapewniał dobrobytu. Trwał czas biedy w naszym smutnym kraju. Biedę klepała również ta świeża, podstawowa komórka społeczna, w której wychowywał się K. Kiedy K. miał trzy latka, rodzice przeprowadzili się z owego małego pokoju na przedmieściach do ogromnego mieszkania babci w Śródmieściu przy ulicy Jagiellońskiej, która jest jedną z głównych ulic miasta. Kamienica, w której mieściło się to mieszkanie, usytuowana była naprzeciw Parku Sztywnych. Tak nazywali mieszkańcy Park Ludowy, który komuniści urządzili na gruzach niemieckiego cmentarza ewangelickiego. W samym środku tego parku wzniesiono amfiteatr z muszlą koncertową, grając brutalnie na nosie niemieckiej historii miasta, w którym z niewiadomych do dziś przyczyn przyszedł na świat K.
Matka opowiadała mu później, że kiedy była małą dziewczynką, często bawiła się w tym parku. Dzieci podczas radosnego grzebania w ziemi nierzadko znajdowały kawałki ludzkich kości. Jej matka, babcia K., przestrzegała ją, by nie jadła w parku szczawiu i morwy, ponieważ rosną one na trupach cmentarnych. W tamtym czasie jedzenie przez dzieciaki szczawiu czy morwy nie było niczym dziwnym. Dzieci pozbawione dzisiejszych rarytasów, czasem po prostu głodne, traktowały wszelkie jadalne rośliny napotkane na dworze jako przekąski. Zwłaszcza słodka morwa wydawała się łakociem. W owych czasach dzieciaki na podwórkach posilały się też zmoczonym pod kranem, grubo krojonym chlebem posypanym cukrem. Nikt się tego nie wstydził, gdyż każdy na podwórku tak jadł. Z mieszkania w tej kamienicy pochodzą pierwsze wspomnienia małego K. W tym stumetrowym mieszkaniu, które należało do babci, mieścił się dawniej urząd stanu cywilnego.
Babcia K., zanim zamieszkała tu z dziadkiem, brała z nim ślub w tych pokojach. Dziadek, którego K. nie pamiętał, gdyż ten umarł, gdy K. miał trzy latka, był alkoholikiem i milicjantem. Miał trzy zawały. Ostatniego nie przeżył. Zmarł jako 59 letni człowiek. I to właśnie dzięki tej śmierci rodzice wraz z trzyletnim K. mogli przeprowadzić się do tego mieszkania w Śródmieściu, porzucając wynajmowaną klitkę. Z okresu pomiędzy trzecim a szóstym rokiem życia, kiedy chodził do przedszkola, miał niewiele wspomnień.
Większość z nich nie jest warta przytoczenia, ale jedno ma charakter zabawny i pokazuje genezę miłości K. do kiełbasy polskiej surowej, która przetrwała do dzisiaj, gdy K. jest już dojrzałym mężczyzną po czterdziestce. Drugie natomiast można by nazwać dziwnym. Dlatego krótko tu o nim opowiem. Pewnego dnia K. jako czteroletni chłopiec, który zwykle robił dużo hałasu, nagle zamilkł i zniknął. Domownicy, rodzice, babcia oraz bezdzietni jeszcze wujek Grzegorz z ciocią Ewą zaczęli zastanawiać się, gdzie podział się mały K. Nie było go słychać i nikt nie wiedział, gdzie szczeniak wsiąkł. Zaczęto przeszukiwać to wielkie mieszkanie, lecz po K.
nie było widu ni słychu. Wreszcie wujek Grzegorz wyśledził go za kanapą, gdzie K. skulił się niczym mały piesek i opędzlowywał trzymaną w łapce końcówkę dużej lachy surowej kiełbasy polskiej skradzionej z kuchennego stołu. Rodzina miała ubaw i pozwoliła mu dokończyć konsumpcję kiełby w spokoju. W owych czasach to był wielki rarytas. Taka długa i gruba lacha mogła posłużyć jako obkład całej sześcioosobowej rodzinie zamieszkującej wspólnie pod tym dachem. Ale że K. na kilkanaście minut wprowadził do szarości ich życia prawdziwy śmiech do rozpuku, ominęła go kara. Jedynie babcia, gdy wreszcie przestała się śmiać, pokrzyczała trochę na K., ot tak dla zasady. "Ty cholero" — przebrzydła.
Zdzieliła go mokrą szmatą bez łeb, jak zwykła mówić, znów rozśmieszając się do bólu brzucha, po czym wróciła do zmywania statorów, jak określała mycie naczyń. Od tamtej pory K. kocha surową kiełbasę. Uwielbia zrobić sobie z nią klapę pszennego chleba z masłem, z grubo rżniętymi plastrami polskiej i jeszcze dogryzać z lachy. Tak, właśnie to K. naprawdę kręci. Z przedszkola ma dużo gorsze wspomnienie. Może nie aż tak złe, jak mogłoby być, ale jednak. Wyraźnie pamięta, że przedszkolanka, której twarzy dziś sobie nie przypomina zbyt dokładnie, kazała mu kiedyś stanąć w kącie, ściągnąć spodnie, majtki i na gołą dupę przy wszystkich dzieciach wlepiła kilka smagnięć kijem czy drewnianym liniałem. Nie pamięta uczuć, które temu towarzyszyły.
Jedynie lekki wstyd. Nie pamięta piekącego bólu, tylko lekkie upokorzenie. Ale wie na pewno, że takie coś się wydarzyło przynajmniej jeden raz. Może zresztą doszło do czegoś takiego więcej razy. K. tego nie wie, ale na pewno pamięta ten jeden raz. Nie wie, czy inne dzieci również musiały ściągać ubranie i stać z gołym tyłkiem gotowe na chłostę. Czy przydarzyło się to może wyłącznie jemu? Wydaje się, że nie spotkało to tylko jego, ale czas zatarł pamięć do tego stopnia, że niczego nie jest pewien. Czy to perwersyjne wydarzenie mogło mieć jakiś wpływ na kształtowanie się osobowości K.?
Czasem się nad tym zastanawia. Zastanawia się też, kim była ta przedszkolanka i czy brandzlowała się potem kiblową szczotą, robiąc się mokra na samo wspomnienie poniżania dziecka. "A może ja cię znajdę, suko?" — pomyślał kiedyś dorosły K. Ciekawe, co byś mi powiedziała, gdybym zapukał do twoich drzwi. Część druga. Nocą o godzinie 2:07 Krzysztof Bajer postawił kropkę na końcu ostatniego zdania prozy, którą pisał od dwóch dni. Było to pierwsze opowiadanie z tych, jakie miał stworzyć tego pamiętnego lata. Był to też pierwszy tekst Bajera, który od bodaj ośmiu lat nie stanowił komentarza na fejsie. Prawdę mówiąc, Bajer codziennie myślał o twórczym pisaniu, ale nic nie napisał. Nie miał motywacji.
Permanentnie nie miał weny, jedynie wewnętrzne pragnienie. Tego lata zdarzyło się, że skręcił nogę w stawie skokowym lewym. Ból był nie do wytrzymania. Na szczęście lekarz przepisał mu na recepcie pewien smaczny opioid. Bajer obudził się w niedzielę i z trudem wyjąc z bólu dotarł do łazienki, a potem z powrotem na łóżko. Od piątku, kiedy to potknął się w pracy, wtykając stopę w dziurę w bruku, noga pobolewała go aż do tego poranka, gdy sytuacja się wyklarowała. Nie było innego wyjścia. Zorganizował taxi i skacząc na jednej nodze, walcząc z bólem, zszedł z drugiego piętra na siedząco, stopień po stopniu i wylądował na sorze w szpitalu. Tam dostał wózek inwalidzki i po spędzeniu około trzynastu godzin na badaniach i oczekiwaniu na nie, wyjechał późnym wieczorem tym wózkiem przed szpital z plikiem recept, zwolnieniem z pracy, zastrzykiem z ketonalu zrobionym w dupę i paczką papierosów w kieszeni. Przy okazji dowiedział się, że ma nadciśnienie, które zbiła dopiero końska dawka leków oraz że jego serce narysowało EKG, które zrobiono z uwagi na nadciśnienie, jakby przeszedł zawał, którego nie zauważył.
Kardiolog, na którego czekał wiele godzin, zbadał mu serce na USG i wypisał skierowanie do poradni kardiologicznej. Bajer zapalił i zastanowił się chwilę. Noż kurwa, niezły gnój. Gdy skończył palić, miał już gotowy plan. Zrozumiał, iż w takim położeniu pozostaje mu tylko zadzwonić do starej matki, z którą kiepsko się dogadywał i poprosić o możliwość zamelinowania się u niej w domu na czas powrotu do zdrowia. Był w stanie poruszać się skacząc na jednej nodze i nie posiadał nawet kul. Mógł tylko wezwać taxi i pojechać do domu swoich starych rodziców. Sytuacja nie wyglądała zbyt różowo, bowiem matka K. również poruszała się o kulach, gdyż jakiś czas temu doznała skomplikowanego złamania biodra i miała w sobie metalowy pręt oraz śruby, a u jego ojca zdiagnozowano demencję starczą i początki Alzheimera. Niezły gnój – ponownie skonkludował w myślach K.
i zapalił kolejnego papierosa w oczekiwaniu na taksówkę. Po postawieniu ostatniej kropki Bajer zadumał się, podrapał po brodzie i uśmiechnął. Zobaczył bowiem, że oto napisał pierwsze od lat sensowne słowa prozą. Wylały się z niego z dużą łatwością i wielką przyjemnością. Im dłużej nad tym myślał, tym jego radość z przełamania wieloletniego impasu okazywała się większa. Wzniósł ręce w geście zwycięstwa i cieszył się bezgłośnie, gdyż nocą nie chciał obudzić swoich starych rodziców. Zaczął rozmyślać o procesie, który doprowadził go do postawienia tej ostatniej kropki dzisiejszej nocy. Niecałe dwa miesiące wcześniej powrócił z angielskiej emigracji, gdzie spędził sześć lat. Bajer żył tam z pracy jako lorry driver, więc po powrocie do kraju, po około dwumiesięcznym urlopie od pracy znalazł szybko robotę jako kierowca C+E, ale popracował zaledwie siedem dni roboczych i skręcił nogę w stawie skokowym. Od ponad miesiąca przebywał więc u swoich starych rodziców przykuty do łóżka, a zanosiło się, że potrwa to jeszcze co najmniej dwa miesiące.
Początkowo oglądał na swoim laptopie po cztery, pięć pełnometrażowych filmów dziennie, aż bolała go dupa. Po ponad dwóch tygodniach tej kinomanii sięgnął po książkę Orbitowskiego „Inna dusza”, którą półtora roku wcześniej przeczytał do połowy i odłożył. Teraz doczytał ją do końca i wkręcił się w to czytanie. Następna była powieść utytułowanego kolegi pisarza – „Hejter”, którą ten przysłał mu w komputeropisie. Bajer łyknął ją w dwa dni, choć wcześniej przeleżała na jego kompie blisko rok. Następnie zaczął czytać kolejną niewydaną powieść tego samego kolegi „W głębokim lesie”, która dużo później ukazała się pod zmienionym tytułem „Wojna” i kiedy był już w jej połowie, naraz poczuł, że jest gotowy, by samemu coś napisać. Od momentu, gdy skończył czytać „Hejtera” do głowy Bajera zaczęły wpadać strzępy pomysłów, a kiedy je zgłębiał, układały się w całe akapity różnych narracji. Wszystko, o czym pomyślał, przeradzało się w jakieś fabularne fragmenty czy koncepty. Gorączkowo więc to notował. Otwierał nowe pliki w lapku i zapisywał co ciekawszy pomysł, próbując go choć trochę rozbudować.
Osobny plik miał na idee, które sygnalizował wyłącznie jednym lub dwoma zdaniami. Tak ich zanotował blisko dwadzieścia, a tych szerzej rozbudowanych około dziesięciu. Nadal nie wiedział, co chce napisać, choć palił się, by już w końcu zacząć. Otworzył sobie jeszcze jeden plik, który nazwał „Codziennie siadasz i piszesz” i wpisywał tam cokolwiek. Przez Internet kupił ponadto e-booka Stephena Kinga „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”, by dodatkowo podbić inspirację radami świetnego pisarza, aż kolejnego wieczora zaczął wreszcie pisać opowiadanie „Życiorys K.”. Trzy dni później Bajer postawił ostatnią kropkę. Ucieszył się z pierwszego zakończonego tekstu, pomimo że było to niecałe tysiąc dwieście słów, a dokładnie tysiąc sto osiemdziesiąt osiem. Pierwsze sensowne tysiąc sto osiemdziesiąt osiem słów od ośmiu lat. Gdyby nie to, że była akurat noc i że od kilku dni Bajer nie wypił nawet łyczka piwka i chciał kontynuować abstynencję, odpaliłby szampana albo lepiej – dobre wino, whisky lub wódkę.
Bajer zastanowił się nad ukończonym, jak wówczas sądził, opowiadaniem. Pamiętał to zdarzenie z przedszkola czy coś mu się ubzdurało? Nie było to raczej możliwe, by sobie to wymyślił. Pamiętał to od co najmniej 15 lat. Zawsze tak samo. Musiało zatem wydarzyć się naprawdę. Jakiś czas jeszcze dumał nad tym, paląc papierosy, po czym nastawił sobie z YouTube po cichu jakąś randomową muzykę klasyczną i położył się spać. Była trzecia w nocy. Obudził się około piątej i nie otwierając oczu, starał się przypomnieć sobie sen, który mu się przyśnił. Im dłużej się skupiał, tym więcej mu się przypominało.
Gdy zrozumiał, że warto go zapamiętać, gdyż może być pomysłem na opowiadanie, usiadł na łóżku, sięgnął po zeszyt i długopis ze stolika nocnego i zaczął zapisywać. Gdy to robił, coraz szerzej otwierała się przed nim zakryta nocna rzeczywistość. Nagle, jakby z zewnątrz, do świadomości Bajera wpłynęło wspomnienie innego snu, który także mu się przyśnił w ciągu tych dwóch godzin, kiedy spał. W tym śnie młoda matka Bajera przyszła do niego nago do łóżka i położyła się na nim. W tym śnie Bajer nie był czterdziestokilkulatkiem, ale dzieckiem, a matka nie wyglądała jak matka, jednak wiedział, że to była ona. Odczuł wstręt i strach. Walczył z tą postacią i nakazywał jej iść spać do łóżka ojca, ale matka walczyła z nim, lgnąc do niego namiętnie. Ugryzła go przy tym boleśnie w szyję. Dziecko ze snu w końcu uwolniło się i krzyknęło: „Odpierdol się ode mnie!” Po czym wybiegło z pokoju. W przedpokoju ujrzało babcię idącą o lasce.
„Gdzie łazisz, cholero? Gdzie łazisz?” – wysyczała do niego teatralnym szeptem. Następnie wydarzył się kolejny cud. Jeszcze tej samej nocy Bajer zaczął pisać kolejne opowiadanie, które później zatytułował „Przyjście K.” Tego tekstu nie wybrał jednak z grubego pliku pomysłów, które wcześniej zanotował. Ono przyszło do niego, można powiedzieć, samo. Bajer zobaczył w wyobraźni tylko pierwszą scenę, w której główny bohater budzi się w nieznanym miejscu przypominającym nielegalne wysypisko. O tym, co miało wydarzyć się później, dowiadywał się na bieżąco scena po scenie, pisząc przez kilka dni jakby w amoku. A kiedy pisał „Przyjście K.”, w tyle jego głowy klarowały się już kolejne opowiadania, a Bajer tylko lub aż je spisywał. Kropla po kropli, słowo po słowie, niczym opalony czymś natchniony skryba.
[40:12] - Tak. Myślę, że było interesująco. To wiecie państwo, bez zbędnej zwłoki zapraszam państwa na rozmowę z Krzysztofem Lutowskim i zarówno o życiu pisarza będzie w tej rozmowie, jak i o książce. Książce zatytułowanej, przypomnę, „Upały”. Dzień dobry, panie Krzysztofie.
[40:35] - Dzień dobry.
[40:36] - Witam w Bibliotekarium 2.0. Książka jeszcze ciepła – „Upały”. Powiem tak, trochę zabawnie, że „Upały” ukazują się w styczniu 2023 roku. A zatem „Upały” – zbiór opowiadań. Opowiadań, które nie pozostawiają człowieka obojętnym. Te opowiadania można przeżyć. Chce się później przeżyć, bo im dalej się człowiek pogrąża w lekturze, tym takie poczucie, że się obcuje z ważną prozą narasta w człowieku. Panie Krzysztofie, proszę się tłumaczyć w takim razie z tego tomu, który pan popełnił.
[41:22] - Co do „Upałów”, że ukazują się zimą, to ja się cieszę, że nareszcie się ukazują, bo bardzo długo to trwało. Się sprawa trochę przeciągała z różnych względów. Zima to jest dobry czas na upały. Jak ja mogę się wytłumaczyć z tych upałów? Może poproszę jakieś pytanie pomocnicze.
[41:43] - Powiem tak, że kiedy z tymi upałami człowiek obcuje, to ma, tak jak już powiedziałem, poczucie takiego narastającego, u jednych to będzie zainteresowanie, a u drugich takie poczucie, że tam coś siedzi w tych opowiadaniach. To ja chciałem od razu tak z grubej rury zapytać, co w nich siedzi. To znaczy człowiek ma takie przekonanie, że te opowiadania są z duszy wyszarpane. Czy to była pańska dusza, czy szarpał pan z innych?
[42:24] - Co do mojej prozy, jak i poezji zresztą, to ja po prostu zawsze miałem taki pomysł, że chcę pisać o życiu, krótko mówiąc. Bardzo się cieszę, jeżeli w tych opowiadaniach coś siedzi, ktoś wyczuwa, że tam coś siedzi. Natomiast czy ja mogę wiedzieć, co tam siedzi tak naprawdę? Chyba nie. Chyba to, jak one będą interpretowane. Najtrudniej mi jest odpowiedzieć na takie pytanie, które dostałem ostatnio. Kilka dni temu byłem w liceum. Miałem trzy spotkania autorskie w trzech różnych klasach i w jednym W jednej z tych klas padło pytanie o inspiracje. Jakie inspiracje tym opowiadaniom czy poezji? Bo trochę o poezji też rozmawialiśmy z tymi dzieciakami.
To mnie wcięło, bo właściwie musiałbym to dobrze przemyśleć i sobie ułożyć odpowiedzi na takie pytanie, żeby odpowiedzieć, bo na pierwszy rzut ucha to nie wiem, jakie są inspiracje. Tak samo trudno mi byłoby odpowiedzieć w tej chwili, jest mi w tej chwili trudno odpowiedzieć, co tam siedzi. Ja myślę, że to jest pytanie do czytelnika, co on wyczuwa, co tam siedzi. Ja mogę odpowiedzieć na jakieś szczegółowe pytania, ale co tam siedzi? Nie mam pojęcia.
[43:57] - Spróbujmy to troszeczkę rozebrać. Kiedy pytałem o to, co tam w nich siedzi, to było zawoalowane pytanie, czy ta proza jest z życia wyjęta, czy też to jest owoc fantazji autora? Zakładam, że pewno połączenie, ale chciałbym przez niezdrową albo może zdrową ciekawość dowiedzieć się, jaka jest proporcja jednego i drugiego.
[44:32] - Niewątpliwie każdy, kto przeczyta tę książkę, od razu się zorientuje, że jest ona naszpikowana wątkami autobiograficznymi. Natomiast wszystko to jest przetworzone literacko. Krótko mówiąc, są tam opowiadania, które można nazwać głównonurtowymi, czyli takimi bardziej obyczajowymi. One też są przetworzone literacko. Nie ma jeden do jeden, bo wtedy jest to pamiętnikarstwo, a nie literatura. Literatura dzieje się wtedy, kiedy autor przetworzy w jakiś sposób swoje doświadczenia, obserwacje i to, co czuje i przeleje na papier. Nawet w opowiadaniach, które są bardzo obyczajowe, jest to przetworzone literacko. Są tam też takie opowiadania, które są troszkę magiczne. Tam się dzieją rzeczy dziwne. Tam też są wątki autobiograficzne, ale one służą, szczególnie w tych opowiadaniach, tylko do tego, żeby stworzyć jakieś tło.
Odpowiadając na to pytanie krócej, jednym zdaniem — tak, są wątki autobiograficzne, ale zawsze są w jakiś sposób przetworzone. To nie jest od A do Z moje życie, bo to nie jest pamiętnik, tylko starałem się napisać literaturę.
[46:12] - To nie jest pierwsza książka. „Upały” to nie jest pierwsza książka w pana życiu. Były książki wcześniej, ale jest to pierwsza książka prozatorska. Najprostsze pytanie, jakie może być: dlaczego?
[46:27] - Dlaczego?
[46:28] - Teraz dopiero proza.
[46:31] - To chyba nie jest aż takie dziwne. Jest nawet takie powiedzenie, że prozaik się dopiero rodzi po czterdziestce. Ja już jestem dosyć grubo po czterdziestce, bo zdradzę, że mam lat 47, więc poezji nie piszę już od dobrych ośmiu, dziesięciu lat, a jeszcze wydaję to, co napisałem wcześniej. Poezja mi się po prostu znudziła. Aha, bo nie mówiliśmy o tym, że te wcześniejsze książki były poetyckie. Czy mówiliśmy?
[47:05] - Mówiliśmy. A ile ich było, tych poetyckich książek?
[47:10] - Wydanych było trzy. Było „33 wiersze” w Białymstoku w Kartkach w 2003 roku i potem, po długiej przerwie był tomik „Ranoc” w 2015. Tu w Bydgoszczy wydany przez bydgoską Licencję Marek i „Czytając poetów przeklętych” w Mamiko w Rudzie Śląskiej, o ile się nie mylę. Czyli trzy. Jest jeszcze jedna, która jest niewydana. Nazywa się „Zeszyty” i pewnie będę chciał ją prędzej czy później wydać. Wszystkie te wiersze są dosyć stare, można powiedzieć, że sztubackie. Ja to też tak czuję, że one są sztubackie, ponieważ powstały dawno, ale skoro powstały, to ich nie wyrzucę do śmieci. Trzeba je wydać, skoro są.
[48:07] - Odważne wyznanie, które padło, czyli „Poezja już mi się znudziła”. Powiem, że rzadko je słyszę. Naprawdę?
[48:20] - Tak. Nawet mi się już nie chce czytać poezji. Nie lubię.
[48:27] - Dobrze, dostosujmy się do tego stanu rzeczy. A w czym proza jest lepsza? Jakie możliwości daje?
[48:39] - Można więcej powiedzieć i daje zupełnie inne i chyba szersze możliwości kreacji. Wymaga pewnej dyscypliny, czyli trzeba się z tą prozą już bardziej zmierzyć. Poezję można sobie napisać, taką wrażeniówkę po prostu. Pracować też trzeba, ale nie aż tak. Nie trzeba siadać codziennie do tej poezji. Chociaż są poeci, którzy tak robią, mają jakieś metody. Na przykład chcą napisać tomik na jakiś temat, to sobie ten temat wybierają, tworzą konspekt i potem siadają i codziennie coś piszą. Lepiej im to wychodzi lub gorzej. Ja tak nigdy nie pisałem. Po prostu czekałem jak głupi na to sławne, sławetne natchnienie.
Często ono nie nadchodziło bardzo długo, ale jak już nadeszło, to się zapisywało wiersz. Potem się nad nim długo pracowało, szlifowało i tak dalej. Poezja mi się znudziła o tyle, że dla mnie się wyczerpała ta metoda pisania poezji, jaką ja uprawiałem i ta tematyka. W pewnym momencie samo przyszło, że już mi się żadne wiersze nie zdarzają. Natomiast co do prozy, to nawet taka ambicja była, żeby jednak pisać prozę. To nie jest tak, że ja nigdy nie pisałem wcześniej prozy, bo pisałem. Natomiast się bardzo wcześnie troszkę zniechęciłem. Ktoś mnie zniechęcił i przestałem pracować nad prozą, co dzisiaj widzę, że było błędem. Trzeba było pisać prozę, to może bym miał już trzy książki prozatorskie wydane. Proza to jest jednak moim zdaniem coś więcej.
Jest mocniejsza. Napisać chudziutki tomik, w którym jest 30 czy 50 wierszy, to sobie można, ale napisać książkę, która ma 270 stron jak ta, to już się nie zdarza przypadkiem. To trzeba swoje odsiedzieć. Zwłaszcza przy redagowaniu, bo tu podobnie jak w poezji, najpierw się pisze opowiadania, a potem się je dużo dłużej poprawia. Ja akurat nie lubię tego. Wiem, że są autorzy, którzy najbardziej lubią poprawiać, jak Wiktor Żwikiewicz, który lubi poprawiać. Ja lubię napisać, a potem to poprawianie to jest już robota katorżnicza dla mnie trochę. Ale jest to robota, którą trzeba zrobić, która daje satysfakcję, kiedy się w końcu uda. Cóż, nie wiem, czy odpowiedziałem na pytanie?
[51:53] - Tak. Ja tylko nawiążę. Jeden z autorów powiedział mi kiedyś na pytanie, czy lubi pisać, że tak naprawdę to on lubi mieć już napisane. I jak jest napisane, to on wtedy lubi tę swoją prozę. Natomiast sam proces pisania uznał za niespecjalnie ekscytujący. Trzeba go przejść, ale właśnie lubi mieć napisane i zdaje się, że u pana jest coś podobnego. Jak już jest gotowe, to jest dobrze.
[52:25] - Jak jest gotowe, to jest super, bo już wycyzelowane i tak jak powinno być. Tak, sam moment tej kreacji, kiedy się pisze opowiadanie — opowiadanie, bo powieści jeszcze nie napisałem, chociaż mam w planach — to jest dla mnie najlepszy moment tej kreacji, kiedy ja mogę sobie usiąść do komputera i luźniutko sobie pisać, bo ja wtedy nie zwracam uwagi na to, czy popełniam błędy, nawet ortograficzne pomijam, nawet jak je widzę, bo mi się spieszy, żeby zapisać to, co mi się tam wymyśliło. Oczywiście, jeżeli to jest dłuższe opowiadanie i takie bardziej precyzyjne, to piszę według konspektu, który sobie wcześniej stworzę. To jest ten najlepszy moment, kiedy jest ten moment kreacji, można wykreować to opowiadanie. Potem następuje ta robota ciężka z poprawianiem. Ja pamiętam, że przy „Upałach” popełniłem taki trochę błąd, że nie cyzelowałem tych opowiadań na bieżąco. Czyli jak jedno napisałem, to go nie redagowałem, tylko sobie tam leżało. Potem jak się nazbierało siedem czy osiem i nagle się okazało, że ja muszę teraz tylko i wyłącznie cyzelować te opowiadania, redagować, poprawiać, to przeżyłem mękę wręcz, bo już nie miałem tej odskoczni, żeby sobie w kreację uciec, tylko w ciężką robotę katorżniczą.
[54:12] - Ale jeszcze większy szacun, bo pomimo że to nie była praca marzeń, poprawianie, cyzelowanie tych opowiadań, to jednak została wykonana zarówno przez pana, jak i przez redaktora tomu Wojciecha Chudzińskiego z niezwykłym zaangażowaniem. I nie dawaliście sobie panowie luzu. To znaczy, jak trzeba było zrobić, to było robione i nieważne, ile trwały pewne etapy na drodze redakcyjnej. Panowie tego nie odpuszczali. To naprawdę duży szacunek.
[54:53] - Tak, to prawda. Nie odpuszczaliśmy, bo nie mogliśmy. Przecież miała wyjść książka, to musiała być zrobiona. Najlepiej jak potrafiliśmy. Mam to szczęście, że z Wojtkiem Chudzińskim się przyjaźnię, więc dzięki tej przyjaźni mogliśmy czasem pracować przy niektórych opowiadaniach. Przy dwóch chyba tak pracowaliśmy, że spotykaliśmy się u mnie i przy drobnym trunku siadaliśmy i zdanie po zdaniu żeśmy sobie to czytali i redagowali. Chyba niewielu autorów ma taką opcję, żeby w ten sposób z redaktorem pracować nad swoją prozą.
[55:42] - Redaktor dostawał do domu.
[55:44] - Tak jest. Osobisty redaktor, za co Wojtkowi serdecznie dziękuję. Dziękuję mu także w książce na początku. Myślę, że gdyby nie Wojtek, to ta książka może by w ogóle nie wyszła, bo może bym jej nie napisał albo bym pisał dużo dłużej, gdyż Wojtek mnie bardzo motywował do tego pisania. I też nie byłaby na pewno tak dobra, ponieważ co dwie głowy, to nie jedna.
[56:23] - Ja powiem tak, bo była mowa o powieści, że to dopiero przed panem, ale pewne elementy, pewne zaczyny opowiadania dłuższej historii w tym tomie również się znajdują. Bo to nie jest zbiór luźno albo w ogóle niepowiązanych ze sobą tekstów. Tu jednak śledzimy pewną historię, która jest jakby nad tymi opowiadaniami. To nie jest taka narracja rzeczywiście jak w powieści, niemniej jednak jakąś historię pan opowiada. Jeśli jedziemy od pierwszego do ostatniego opowiadania, to jakąś historię poznajemy. Nie wiem, ile chce pan z tej historii zdradzić.
[57:08] - Trudno mówić o historii konkretnej, gdyż tak jak pan powiedział, nie jest to aż taka ścisła struktura jak powieść, gdzie są wątki, wydarzenia fabularne i one się gdzieś rozchodzą, potem zazębiają. Tak nie jest. Jest to zbiór opowiadań, natomiast nie jest to zbiór opowiadań przypadkowych i luźno wrzuconych do książki. Oczywiście można, jak ktoś chce, ale nie polecam czytania tej książki tak na chybił trafił, że sobie patrzymy i które opowiadanie krótsze, to sobie przeczytam teraz albo ten tytuł mi się podoba. Znacznie lepiej jest czytać od początku do końca, gdyż te opowiadania są w pewien sposób skomponowane. Ich kolejność nie jest przypadkowa. Wiele z tych opowiadań się w jakiś sposób łączy ze sobą, czy to przy pomocy wydarzeń, które są tam opisane, czy też protagoniści się powtarzają. Natomiast nie jest to w ten sposób, jak w opowiadaniach. Są takie książki, gdzie są opowiadania i każde jest o czym innym, ale są ci sami bohaterowie. Jakub Wędrowyczek jest to?
[58:47] - Jakub Wędrowycz, tak.
[58:48] - Wędrowycz, tak? U nas w Bibliotekarium też taka książka wyszła. Zapomniałem autora.
[58:55] - „Świnoryje”.
[58:57] - Tak jest.
[58:58] - „Kolego, razu w świnoryjach”.
[59:00] - To nie jest w ten sposób. Bardziej to się dzieje na poziomie podświadomym, nadświadomym czy gdzieś między wierszami. Aczkolwiek powtarzają się protagoniści, ale może tak być, że na przykład protagonista się tak samo nazywa, ale to nie są te same osoby. Na przykład w ten sposób.
[59:31] - Ale jest w tej książce jakaś opowieść, nazwijmy ją meta. Jest, ponieważ wiem, że do końca ten tom był uzupełniany, to znaczy w prawie gotowym tomie pojawiły się bodajże dwa nowe opowiadania. A zatem tak sobie metodą Sherlocka Holmesa wnioskuję, że było to dla autora ważne, żeby te dwa konkretne teksty się znalazły, bo one w jakiś sposób dopełniają całość, ten tom.
[01:00:09] - Zdecydowanie tak. Dzięki temu, że prace nad tą książką się trochę przedłużały, udało mi się dopisać jeszcze dwa opowiadania, które zresztą uważam za jedne z najważniejszych w tym tomie, które zamykają tę książkę. Dlaczego one są ważne? Dla mnie one są przede wszystkim ważne dlatego, że sobie nie wyobrażam, jak by mogła ta książka wyjść bez tych dwóch opowiadań. To byłaby przynajmniej o 50% słabsza książka, gdyż rzeczywiście tak fajnie się złożyło, że te dwa opowiadania tak mi się udało napisać, że one zazębiają tę metahistorię. Natomiast ja nie potrafię powiedzieć, co to jest za historia, bo ona jest meta. Dla mnie ona sama jest meta. Tak, na tym chciałem zakończyć.
[01:01:05] - Okej, natomiast ja będę drążył oczywiście dalej. W tych opowiadaniach czytelnik może zetknąć się na przykład, weźmy w cudzysłów, z szaleństwem, takim narastającym. Wręcz jedno z opowiadań to jest studium narastania szaleństwa. Albo w każdym razie uświadamiamy sobie, że autor nam przedstawia, jak to się człowiekowi w głowie zaczyna dziwnie dziać. To mamy jedno z tych opowiadań. Mamy też, co ważne moim zdaniem, nawiązania do postaci giganta literatury, jakim był Bukowski na przykład. To są takie moje obserwacje. Mamy też teksty, które zahaczają o oniryzm, o fantazję. Fantastykę może za dużo, ale też gdzieś tam się takie elementy fantastyki, fantazji pojawiają. Więc bardzo różne są to teksty.
Wcześniej pan mówił o takich stricte obyczajowych. Jasne, również są. A zatem mamy takie spektrum. My też przecież bardzo często raz sobie żyjemy szarzy i niepozorni, a drugim razem rzeczywiście świat jest kolorowy, piękny, a czasami nawet szalony.
[01:02:37] - Tak. Pozostało poruszonych kilka wątków.
[01:02:44] - Będę podpowiadał.
[01:02:46] - Sobie nie zanotowałem.
[01:02:47] - Będę podpowiadał. Zacznijmy od szaleństwa.
[01:02:50] - Od szaleństwa. W trzech ostatnich opowiadaniach zdecydowanie się pojawia coś takiego jak to, że bohater jest albo wprost szalony, albo widać, że jest szalony, ale może nie od początku, tylko za chwilę się okaże, że on jest szalony. Cóż, z tym szaleństwem. Jedno z tych opowiadań wysłałem koledze, który jak przeczytał, to napisał do mnie: „Ty chyba się tniesz”. W sensie, że po prostu mam doła i tak dalej. Odebrał to opowiadanie jako depresyjne. Pewnie takie jest, ale ja się nie tnę. I ten bohater, cóż, to chyba nie jest moje alter ego, bo jak pan widzi, chyba sprawiam wrażenie człowieka całkiem racjonalnego.
[01:03:48] - A w dodatku pogodnego!
[01:03:50] - A w dodatku pogodnego. Nie zawsze, ale nie mam piętniczego doła non stop. Tak jak każdy człowiek czasami miewam doły. Różnie to bywa w życiu, ale raczej wolę się śmiać i cieszyć życiem niż dołować, ciąć czy łykać tabletki. Więc to szaleństwo. Tak mi wyszło, to wyłazi gdzieś ze mnie, więc gdzieś może to szaleństwo we mnie tkwi, natomiast ono jest meta po prostu.
[01:04:33] - Charles Bukowski.
[01:04:34] - Charles Bukowski. Jest opowiadanie o Charlesie Bukowskim. Jest to przedostatnie opowiadanie z tomu.
[01:04:43] - A więc z szaleństwem w tle.
[01:04:46] - Tak, tam się też pojawia szaleństwo. Zresztą te trzy ostatnie opowiadania są takie szalone. Co do Charlesa Bukowskiego, ja oczywiście czytałem część książek Charlesa Bukowskiego. Uważam, że to świetny poeta. Bardzo lubię taką poezję, chociaż ona jest w sumie mało poetycka, ta poezja Charlesa Bukowskiego. Taka dosłowna często, obrazoburcza, brutalna, wulgarna. Cóż, lubię takie pisanie. Moja poezja też taka bywała jeszcze zanim przeczytałem Bukowskiego. Żeby nie było, że wymyśliłem sobie to od Bukowskiego. Co do prozy Bukowskiego, też ją czytałem i owszem, podoba mi się ona.
Natomiast czytając prozę Bukowskiego, ostatnio jakąś książkę przeczytałem, nie pamiętam tytułu, to się tak zastanawiałem, czy aby rzeczywiście ten Charles Bukowski jest takim genialnym prozaikiem. Bo o czym on pisze w zasadzie? W tej ostatniej książce, którą czytałem, to ciągle było, że piją, że się pieprzą, żeby nie powiedzieć kochają, bo tam się pieprzą, a nie kochają. Chociaż kochają się też, ale w sposób patologiczny. Generalnie Bukowski po prostu opisuje. Też się zastanawiam, na ile on swoje życie opisuje, a na ile traktuje to też literacko, bo trudno sobie wyobrazić, że on tak codziennie chlał. Może faktycznie, ale czy on by wtedy tyle napisał? Więc może to też jest tylko kreacja, że Bukowski pisze w swojej prozie, że on tam ciągle chleje i ciągle te imprezy i tak dalej. Też tam pisze, że pisze, ale myślę, że on musiał więcej pisać niż imprezować, żeby tyle napisać. Więc co do Bukowskiego.
Bukowski jest niewątpliwie ciekawym autorem, którego lubię. Ale nie powiem, że jest on moim guru i że jestem wpatrzony w niego i chcę żyć tak jak on, to bym nie chciał. Pisać jak on też bym nie chciał. W sumie to nudne trochę ciągle pisać o tych patologiach: chlanie, pieprzenie, narkotyki, bójki z kobietami. Totalna patologia. Dlaczego tam się pojawiło akurat opowiadanie o Bukowskim? Tak wyszło. Po prostu wpadł mi pomysł na opowiadanie o Bukowskim. Usiadłem i napisałem.
[01:07:51] - Czyli autor tak do końca nie jest panem swojej prozy. Trochę przychodzi z zewnątrz, skądinąd.
[01:07:59] - Oczywiście, że tak. Chyba cały czas próbuję to właśnie powiedzieć, że jak mnie pan pyta o to, jaka jest historia, ja nie potrafię na takie pytania czy inspiracje, takie konkrety, na to się chyba nie da tak odpowiedzieć wprost. Po prostu coś przychodzi z zewnątrz, coś wypływa z podświadomości i się to zapisuje. Człowiek się nawet potem może zastanawiać, dlaczego napisał akurat o tym albo akurat w taki sposób. Po prostu to wypływa i autor raz, że po napisaniu, po wydaniu w ogóle nie jest już właścicielem tej prozy. Właścicielem praw autorskich może jest, ale nie jest właścicielem interpretacji. Tylu, ilu jest czytelników, tyle może być odczytań i każdy czytelnik może to w nim poruszyć inne nieco nuty. I ja nawet się nie będę wtedy upierał, że ja bym wolał, żeby ktoś odczytał ten fragment czy to opowiadanie w taki sposób. Nie. Ja bym wolał, żeby odczytał tak, jak odczyta.
[01:09:19] - Ja jednak nie będę ustawał w próbach takich, nazwijmy to, rekonstrukcyjnych. Miałem to pytanie zadać później, ale właściwie pan częściowo je sprowokował przy ostatniej odpowiedzi. Chciałbym zapytać o pana inspiracje literackie, o takich autorów, którymi się pan zachwyca albo których pan zdecydowanie nie lubi, ale wie pan, że ich pan nie lubi, bo ich pan przeczytał po prostu. Bo to być może pozwoli naszym słuchaczom na jakąś taką rekonstrukcję tego, skąd się pańska proza wzięła.
[01:09:57] - Czyli-
[01:09:57] - Te fascynacje
[01:09:58] - ... w zasadzie jest to pytanie o to, co pan, panie autor, czytałeś w życiu?
[01:10:04] - Tak można to ująć najprościej.
[01:10:06] - Cóż, największym moim guru literackim zawsze będzie Franz Kafka. Od początku.
[01:10:16] - Oj, to bardzo widać w tym tomie.
[01:10:19] - Nie wiem, chyba powinienem się cieszyć, bo Franz Kafka jest pisarzem wielkim, oryginalnym, niesamowitym, więc jeżeli widać w moim tomie Franza Kafkę, to tylko się cieszyć z tego. Cóż jeszcze? Jeśli chodzi o sposób precyzyjnego pisania, opowiadania fabuły, to na pewno Dostojewski. To taki mistrz, który nie zawsze mi się do końca podobał. Natomiast sposób pisania, tylko się uczyć precyzji, takiego konkretu prowadzenia narracji, dialogów, po prostu takiej uczciwej, klasycznej prozy.
[01:11:11] - Chociaż ktoś mi ostatnio powiedział odnośnie „Zbrodni i kary”, że zbrodnią było taką prozę napisać, a karą jest to czytać. Pozostawiam to bez komentarza. Mam na ten temat inne zdanie, ale trzeba się liczyć z tym, że czasami taka proza bywa i w ten sposób odbierana. „No bo panie, ona już powstała ponad sto lat temu i to już ramota, stare i nie warto czytać.” Znowu mam zupełnie inne zdanie na ten temat. Zdaje się, że te inspiracje, o których pan mówi, też świadczą o tym, że Dostojewski wielkim pisarzem był bez względu na jakieś uwagi, które moglibyśmy mieć. Moim zdaniem oczywiście, to jest moje prywatne zdanie, trudno się nim w jakiś sposób nie inspirować. Dobrze, to mamy dwóch autorów wymienionych. Kto jeszcze?
[01:12:07] - Kto jeszcze? Jeśli chodzi o prozę, może-
[01:12:13] - Ja uwielbiam, jak się autorzy, proszę państwa, męczą tutaj na fotelu, kiedy zadaję im to pytanie. Bo jak człowiek przeczyta dwie książki w życiu, to nie ma problemu z powiedzeniem, co mu się podobało. Natomiast jak przeczyta ich sporo, to dokładnie takie męki, to nie jest pan pierwszy, który takie męki przeżywa, bo teraz trzeba: może ten, może ten, może jeszcze ktoś, a może... I zaczyna być taka gonitwa myśli. I wtedy jest właśnie problem.
[01:12:42] - Może ten Charles Bukowski troszeczkę również, ale może ja powiem coś o poezji, bo długi czas też inspirowała mnie poezja do pisania głównie poezji, ale też-
[01:12:59] - Bardzo jestem ciekawy kogo.
[01:13:02] - To klasycznie: Stachura, Wojaczek, Bursa. Generalnie to wtedy, w takich najmłodszych latach.
[01:13:11] - Tak, bo to bunt, jakieś takie klimaty.
[01:13:15] - Ale ja już się zacząłem buntować, jak miałem 13 lat. I wtedy zacząłem pisać pierwsze wiersze. Troszeczkę później, może dopiero świadomie, ci poeci, których wymieniłem, cały ten kanon tych poetów przeklętych, potem jeszcze jacyś wcześniejsi.
[01:13:37] - A Ginsberg?
[01:13:39] - Owszem, też, tylko że Ginsberga to ja trochę tak czytałem i nic z niego nie rozumiałem.
[01:13:45] - To wielu tak miało!
[01:13:46] - To jest taka poezja, w której ciężko jest coś zrozumieć, bo on tam leci sobie na takim spontanie i się nie zastanawia, czy tam czytelnik będzie go rozumiał, czy nie. Tak, czytałem Ginsberga oczywiście. Troszeczkę później Rimbaud, Baudelaire. Rimbaud oczywiście po filmie „Całkowite zaćmienie” mnie zainteresował. Baudelaire’a trochę później zacząłem czytać, bo to starszy poeta, a generalnie im człowiek starszy, tym chyba sięga głębiej. Ale też muszę powiedzieć, uwielbiam Norwida z polskich poetów. Też trochę później zacząłem go czytać i jest to trudny poeta do czytania, zwłaszcza że ogólnie jest zagmatwany, a w dodatku jeszcze pisze staropolskim językiem, więc w ogóle ciężko. Ale Norwida uważam za pierwszego poetę przeklętego polskiego. Zresztą nawet do parnasisów należy, jakoś tam jest zaklasyfikowany przez tych ludzi, którzy klasyfikują literaturę. Ale jakby tak spojrzeć na jego życie tragiczne i to, o czym pisał, w jaki sposób o tym pisał, to spokojnie można go postawić przy jakimś Stachurze czy Wojaczku.
Też tragiczne życie.
[01:15:26] - Teraz ja zapytam o swoje fascynacje tak naprawdę. Czy T.S. Eliot z takich poetów amerykańskich, z jego poezją też taką mocną, kiedy-- przypomnę słuchaczom „Bibliotekarium 2.0” tę cytowaną frazę o końcu świata, że „tak się właśnie kończy świat, i tak się właśnie kończy świat, i tak się właśnie kończy świat, nie hukiem, lecz skowytem”. To taka poezja, która mnie bardzo poruszała w swoim czasie. Jak to u pana było?
[01:16:05] - Generalnie czytałem bardzo dużo poezji i Eliota, owszem, też czytałem. Z amerykańskich poetów, co tam jeszcze? Kobiety, Sylvie Plath, Anne Sexton.
[01:16:18] - Cummings był takim poetą.
[01:16:19] - Tak, Cummings i tam dużo więcej, bo jeszcze z wcześniejszych, to co? O'Hara, Ashbery. Mnóstwo tych poetów czytałem. Nie wszystkich nawet pamiętam, których czytałem. Charles Reznikoff mi się taki przypomina jeszcze, poeta amerykański pochodzenia żydowskiego. Mandelsztama, Ukraińca czytałem. Czytałem dużo więcej, niż pamiętam. Poezję po prostu łykałem swego czasu. Zresztą prozę też. Już dzisiaj tak nie czytam jak kiedyś.
Kiedyś byłem molem książkowym. Dzisiaj już takim molem książkowym nie jestem. Bardziej lubię grać w gry komputerowe.
[01:17:02] - O! To ciekawe. Wiktor by się natychmiast zainteresował. A jakie gry są teraz na topie u pana?
[01:17:10] - U mnie na topie są zawsze takie gry jak u Wiktora są na topie.
[01:17:15] - Aha, ale Wiktor cały czas o „Cywilizacji” mówi, ale ma też grę, której nigdy nie pamiętam. Te filary…
[01:17:23] - „Pillars of Eternity”?
[01:17:26] - „Eternity”, tak.
[01:17:28] - To teraz o grach sobie pogadamy, tak?
[01:17:30] - Chwilę przynajmniej, bo wiem, że to naszych słuchaczy również interesuje. A jak jest prozator, prozaik, który w gry grywa, to żal byłoby nie wykorzystać okazji.
[01:17:43] - Ja uwielbiam gry komputerowe. Moją ulubioną grą jest chyba ta sama gra, która jest ulubioną grą Wiktora, czyli „Cywilizacja”. Obecnie gram w „Cywilizację V”, a w „Cywilizację” gram od pierwszej części. Najwięcej grałem w czwórkę. Grałem i w dwójkę, i w trójkę, i w czwórkę najwięcej.
[01:18:07] - Ja teraz tylko zwrócę uwagę państwu, że jednak plotką okazuje się to, że granie w gry komputerowe wypala mózgi i czyni z człowieka zombie. Jak państwo słyszycie, jest wręcz przeciwnie. Ale oddaję głos w sprawie gier.
[01:18:23] - Oczywiście, że jest przeciwnie. Chciałem powiedzieć, że mnie się wydaje, ale to mnie się nie wydaje, jestem tego pewien, że taka gra jak „Cywilizacja” jest grą pouczającą, która uczy, ponieważ jest pewną symulacją dziejów państw, rozwoju państw, cywilizacji i tak dalej. Więc dużo uczy po prostu, można na takiej symulacji dużo zrozumieć, jak to się odbywa na przestrzeni dziejów, ta ewolucja gatunku ludzkiego. Chyba można tak powiedzieć. Ale wracając do gier, w co ja jeszcze gram? Gram też w RPG-i, w „Fallouty”.
[01:19:13] - A w strzelanki?
[01:19:14] - W strzelanki grałem kiedyś. Teraz już nie gram w strzelanki, bo mnie nudzą.
[01:19:19] - A takie dobrze wspominane strzelanki?
[01:19:21] - A, to „Duke Nukem 3D”, „Quake”. Co tam jeszcze było? To dwie takie najfajniejsze: Quake I, Quake II. Oczywiście na hardcorowym, czyli na hardzie.
[01:19:37] - Ja lubiłem Unreal.
[01:19:40] - Nie grałem akurat w Unreal. Już nie nadrobię, bo nie mam serca do takich gier. Już nudzą mnie.
[01:19:48] - Rozumiem. Strzelanki są passe w tej chwili.
[01:19:51] - Po prostu są nudniejsze od gier strategicznych i RPG. Teraz gram na przykład w XCOM 2. Świetna gra, te nowe XCOM-y. Ja mam bardzo dużo gier, bo nałogowo kupuję gry komputerowe na Steamie, na wyprzedażach. Poluję na duże wyprzedaże, gdzie zniżki są 60, 70, czasem nawet 80% i kupuję sobie drogie gry po tanich pieniądzach. I mam ich dużo więcej niż jestem w stanie ograć. Nawet gdybym był na emeryturze od teraz jeszcze przez 20 lat, to nie jestem w stanie w te wszystkie gry zagrać od początku do końca.
[01:20:39] - Teraz pytanie warsztatowe. Najkrócej postaram się je zadać, jak potrafię, czyli jak wygląda pisarski dzień, jak się zdarza pisarski, Krzysztofa Lutowskiego? A uzupełnię to jeszcze pytaniem dodatkowym: jak to się robi, że powstaje opowiadanie od pomysłu do gotowca?
[01:21:10] - Do tego tomu napisałem bardzo dużo. Wtedy miałem akurat taką sytuację, zresztą ona jest nawet opisana w pierwszym opowiadaniu, które jest takim wstępem do całego tomu.
[01:21:24] - Które po naszej rozmowie będzie dla państwa wyemitowane, więc to dodatkowy bonus.
[01:21:31] - Tak jak jest w tym opowiadaniu, zdarzyło mi się, kiedy przyjechałem po sześciu latach z Anglii do Bydgoszczy z powrotem i znalazłem swoją pierwszą pracę tu w Polsce po powrocie, to po tygodniu w tej pracy zwichnąłem nogę w stawie skokowym. To ogólnie jest dosyć poważne zwichnięcie stawu skokowego. Mnie to jeszcze się tam babrało trochę, więc dość długo byłem unieruchomiony. Nie miałem innego wyjścia, bo nie byłem w stanie w ogóle chodzić. Musiałem się ewakuować do moich rodziców i tam przesiedziałem dobre dwa, trzy miesiące na łóżku. Krótko mówiąc. Na początku oglądałem filmy po cztery, pięć dziennie. Potem zacząłem czytać i to czytanie mnie jakoś tak rozkręciło, zainspirowało do tego, że zacząłem pisać. Najpierw zacząłem poprawiać to, co już miałem napisane, potem zacząłem pisać. I rzeczywiście to był taki świetny czas.
Jak ja bym miał taką sytuację zawsze, to pewnie bym pisał dużo prozy, bo to było idealne.
[01:23:07] - Z wydajnością Mroza, rozumiem, prawie.
[01:23:10] - Kurczę, może nie aż tak, ale codziennie jak wstawałem rano, miałem bardzo regularny dzień, bo o to dbała moja mamusia, czyli że musiałem o godzinie dziewiątej być na śniadaniu, czy tam wpół do dziesiątej. O 19 była kolacja, o 14 obiad, a poza tym siedziałem na łóżku. Miałem taki fajny stoliczek, na którym mogłem sobie położyć laptopa i sobie pisałem. To jak wyglądał ten dzień? Po śniadaniu siadałem i pisałem. Po obiedzie robiłem drzemkę, a po drzemce znowu wstawałem, pisałem i czasami do późnej nocy, do drugiej, do trzeciej. I tak codziennie. I to było super. Niestety takich warunków nie będę miał, ponieważ to było idealne. Mamusia zrobiła śniadanie, obiad, kolację, a ja nic nie musiałem, tylko mogłem siedzieć i zajmować się sobą.
Takich sytuacji nie będzie. Chyba że bym sobie gdzieś specjalnie dał nogę uciąć, to może znowuż bym mógł wrócić do mamy.
[01:24:31] - Przyznam, że dosyć nieodwracalna sytuacja, więc trzeba by się dobrze zastanowić.
[01:24:36] - A tak to w sumie trudno się tak zorganizować. Ale jak się bardzo chce, to się tak robi.
[01:24:46] - Trudno nazwać styl, nie, to nie chodzi o styl, bardziej pana życie, że jest regularne. Znaczy pewna regularność w nim jest, ale pan właściwie, tak jak zdradził pan przed rozmową, pracuje dwa tygodnie, a później ma dwa tygodnie wolnego. Pewna regularność, tak jak powiedziałem, w tym jest. Ale być takim regularnie piszącym chyba trudno.
[01:25:16] - Trudno. Tak jak ja żyję, to jest dosyć trudno. Dwa tygodnie ja pracuję jako kierowca Tak zwanego potocznie tira. Jeżdżę po Europie.
[01:25:34] - Nad taką masą pan panuje. To przyznam zawsze mi imponowało. To mi zawsze imponowało.
[01:25:41] - Mi w sumie też. Tak, to prawda. Jest to taka robota, na której trzeba twardo po ziemi przez te dwa tygodnie stąpać, być odpowiedzialnym i panować nad tą masą.
[01:26:00] - I technika jazdy też nie jest dowolna, bo kiedyś miałem kolegę, który dopiero aspirował, żeby takim kierowcą się stać i nawet zrobił prawo jazdy odpowiednie i w ramach przyjmowania się do pracy jego szef zaprosił go na taki kurs. Pojechali bodajże do Krakowa i z powrotem i go w pewnym momencie posadził w tym tirze. „No to teraz proszę jechać". Przejechali bodajże 100 kilometrów i facet powiedział: „Nie, proszę pana, ja na paliwo nie zarobię przy panu. W związku z tym nie, dziękuję". Oczywiście jeszcze był na tyle miły, że go dowiózł jednak do Bydgoszczy z powrotem, ale już sam siadł za kierownicą. Więc to się tylko tak wydaje, że fajnie się pomyka po tych szosach. To jest jednak pewna sztuka. Tak mi się wydaje przynajmniej.
[01:26:52] - Tak, oczywiście. Początki moje również były bardzo trudne, zwłaszcza że odbywały się w ruchu lewostronnym, bo ja debiutowałem jako kierowca ciężarówki w Anglii. Cóż, co mogę powiedzieć? Z tego, co wiem, są tacy kierowcy, którzy robią prawo jazdy i zaczynają jeździć od tego największego samochodu. Jakoś tam sobie radzą i jeżdżą. Natomiast chyba takich jest mało. Jednak zawsze warto zacząć od mniejszego samochodu, czyli od tak zwanej solówki, czyli po prostu mniejszej ciężarówki, nie z przyczepą. I na takim mniejszym samochodzie pierwsze szlify zdobyć. Bo rzeczywiście to nie jest takie hop-siup. Jest to dosyć hardkorowa robota i hardkorowe zajęcie.
Takim samochodem, nawet tym mniejszym, można narobić bardzo dużo szkód. Zresztą na początku nieraz mi się zdarzało narobić jakieś szkody, czy jakiś płotek przewrócić murowany, czy jakiś samochód otrzeć. Nawet kilka razy mi się to zdarzyło, zanim się nauczyłem jeździć jak człowiek. Zawsze się coś może zdarzyć i zawsze się coś zdarza. Im dłużej się nie zdarza, tym fajniej.
[01:28:31] - Wróćmy do trybu życia. To znaczy tak: dwa tygodnie w trasie. I tak jak pan powiedział: odpowiedzialność, skupienie i tym podobne. Więc wtedy pan raczej prozy nie tworzy w momentach postoju. Czy tak?
[01:28:47] - Nie tworzę w ten sposób, że ją piszę.
[01:28:52] - W głowie?
[01:28:53] - Tak, bo często się wiele godzin jeździ. Jak się jedzie, to można myśleć po prostu. Jeżdżąc autostradą jest dużo czasu na myślenie. Chyba że jest jakiś duży ruch, to trzeba się mocno skupić na jeździe, ale jak nie, to taką ciężarówką się jedzie 85 na godzinę prawym pasem. Jak nie ma dużego ruchu, to można wiele godzin myśleć o wszystkim, więc w ten sposób na pewno jakoś tę literaturę sobie przetwarzam.
[01:29:32] - Czyli moment koncepcyjny ma pan.
[01:29:34] - Tak. Naprawdę w takiej trasie można dużo przemyśleć. Można po prostu zaplanować sobie całe życie po dwa razy i potem jest problem, bo jak się przyjedzie, to człowiek by chciał to zrealizować, a tutaj na przykład się lenistwo pojawia, gdyż się ma urlop dwa tygodnie. Żeby coś zrobić na tym urlopie, to trzeba wdrożyć samodyscyplinę jakąś i się przymusić do jakiejś roboty, choćby takiej, która polega na pisaniu, jakiejkolwiek roboty.
[01:30:18] - To załóżmy, że już pan ten tryb mobilizacyjny wdrożył. Siada pan, cudzysłów siada. Może pan stoi? Nie wiem. Różnie pisarze mają, więc tego też nie rozstrzygam, ale siada pan do pisania. To jak to wygląda? Na czym pan pisze? Pisze pan ręcznie? Pisze pan na komputerze, na laptopie? Czy muszą być spełnione jakieś warunki?
Czy musi w tle grać muzyka? Może wręcz przeciwnie, musi być absolutna cisza? O takie szczegóły chciałbym, żeby pan się z nimi podzielił.
[01:30:55] - Zdecydowanie piszę od razu na komputerze, konkretnie na laptopie, ponieważ mam laptopa. Natomiast muzyki mieć nie muszę, żadnych rytuałów nie mam. Po prostu jak już jestem gotowy do pisania, to siadam i piszę. Czasami bym chciał, żeby był porządek wokół mnie, czyli na przykład muszę najpierw posprzątać, ale to też nie jest zawsze. Może być burdel, ale jak mam potrzebę i wiem, co mam pisać, to sobie będę pisał. Jako ciekawostkę jeszcze mogę powiedzieć, że główne opowiadanie, czyli „Upały” z tomu opowiadań „Upały”, napisałem wcześniej, dokładnie ze 20 lat temu.
[01:31:55] - To trochę stażu już ma.
[01:31:57] - Tak. Ta ciekawostka polega na tym, że ja te „Upały” napisałem ręcznie do zeszytu formatu A4. Pracowałem wtedy na bramce w bydgoskim klubie Mózg i jak przychodziłem z tego klubu po pracy, to sobie siadałem i pisałem długopisem do zeszytu. Cóż, jeśli chodzi o takie technikalia, to jeżeli to nie jest krótsze opowiadanie, które jest na dwie, trzy strony i gdzie to można ogarnąć w trzy godziny i napisać całą tę fabułę czy wydarzenia, jeżeli to ma być dłuższe opowiadanie, to tworzę konspekt i trzymam się tego konspektu bardziej lub mniej. Być może się pojawiają wtedy jakieś pomysły, to rozszerzam ten konspekt, ale zaczynam pisać dopiero, jak będę miał konspekt i będę wiedział, co po kolei mam sobie pisać. A ten konspekt ma formę zdań w punktach jeden, dwa, trzy, cztery. Co to ma być, co to ma być po kolei. Jeżeli jest konspekt, to już każde opowiadanie— czyli jak konspekt jest zamknięty, wcześniej nie zaczynam, muszę wiedzieć, czym się zacznie i czym się skończy, i wydarzenia pośrodku. Wtedy wiem, że to opowiadanie już prędzej czy później powstanie. To już tylko zależy od tego, ile temu czasu poświęcę dziennie, żeby pisać.
[01:33:51] - Bardziej rano, bardziej wieczorem? Kiedy ta pora pisarska dla Krzysztofa Lutowskiego jest dobra? I czy jest w ogóle jakaś pora?
[01:34:03] - Chyba raczej wieczorem. Wieczorem i w nocy, bo ja jestem wampirem. Czyli jak nie muszę wstawać, nie mam bata nad sobą, tak jak dawniej chodziłem codziennie do pracy na jakieś tam ranne godziny. Jeżeli tak, chodziłem do pracy, to oczywiście żyję normalnie, ale jak tylko jest weekend, tak ja siedzę do godziny czwartej, piątej.
[01:34:31] - Skądś to znam! Skądś to znam taką sytuację.
[01:34:34] - To jest nie do opanowania po prostu.
[01:34:37] - Tak, to się zgadza, nie do opanowania. Ale też mam pytanie odnośnie odcinków. Jak długo trwa taki „pisarski szał”?
[01:34:48] - Jak jest pomysł, to tak długo, aż napiszę to dane opowiadanie. Czyli ten konspekt stworzę i zacznę pisać i skończę.
[01:34:59] - A tak jednorazowo to ile godzin najdłużej?
[01:35:03] - Najdłużej, jednorazowo. Z cztery godziny, pięć godzin. Jedno opowiadanie, na przykład takiego „Gracza”, jest takie opowiadanie w tych „Upałach”, które nazywa się „Gracz”. Usiadłem i napisałem od początku do końca. Trwało to bodajże około pięciu godzin. Z przerwami oczywiście, ale przerwy to były takie na papierosa.
[01:35:31] - Cóż, to ja jeszcze mam jedno przygotowane pytanie, zawsze sobie zostawiam to pytanie na koniec, ponieważ po tym pytaniu część autorów już mnie przestaje tolerować. Może tym razem tak się nie stanie. A pytanie, a właściwie zadanie dla pana jest takie: jakby to pan, a nie Wiktor Żwikiewicz i Jarosław Jakubowski, bo oni napisali blurb na okładkę pana książki, ale to pan miałby napisać blurba do własnej książki, to jaki on mniej więcej— nie chodzi mi o piękne ułożenie, ale jakie informacje by pan w nim zawarł?
[01:36:14] - Zawarłbym w takim blurbie informację o tym, że jest to debiut prozatorski autora, który dotąd pisał głównie poezję. Poza tym powiedziałbym, że jest to ściśle skomponowany tom, gdzie opowiadania są ułożone w nieprzypadkowej kolejności i czytelnik będzie mógł znaleźć w tym tomie opowiadania dość różnorodne, takie, które można by nazwać głównonurtowymi, obyczajowymi czy coś w tym stylu, ale także takie, które zahaczają o coś, co podchodzi pod realizm magiczny czy jakąś taką fantastykę. Nie fantasy, bo tam krasnoludków i orków nie ma. Fantastyka, ale nienaukowa. Chyba najłatwiej by było powiedzieć o realizm magiczny, o jakąś oniryczność, surrealizm. I te opowiadania się tak troszeczkę tasują jedno przez drugie, czyli takie realistyczne z takim bardziej odjechanym, a nawet te odjechane są często najpierw realistyczne, a potem odjeżdżają w I że zachęcam do tej podróży.
[01:37:51] - To ja się przyznam do jednej rzeczy, bo nigdy nie wiem, jak po tym pytaniu stosunki z autorem będą się układać. Te się układają całkiem niezłe, to przyznam się, że to tak naprawdę nie było ostatnie pytanie. Mam oczywiste pytanie na koniec, już naprawdę na koniec, o pańskie plany pisarskie. Już tu usłyszeliśmy, że pan się szykuje do skoku polegającego na tworzeniu powieści, ale to było mimochodem powiedziane. To teraz konkretnie, jakie są te pisarskie, prozatorskie plany?
[01:38:26] - Mam parę rozgrzebanych opowiadań, więc pewnie jeszcze jakieś opowiadania będę tworzył. Być może jeszcze powstanie kiedyś drugi tom opowiadań. Kiedyś mi się przyśniło, że muszę napisać dwa tomy opowiadań, bo jak napiszę dwa tomy opowiadań, to dostanę za nie Pulitzera, więc musiałbym chyba napisać to drugie, bo inaczej nie dostanę tego Pulitzera na pewno. A tak to jest minimalna chociaż szansa.
[01:38:56] - Trzeba dać losowi obłą szansę.
[01:38:59] - Tak jest. Trzeba zagrać w Totolotka, żeby wygrać w Totolotka, bo inaczej nie ma szans. Ale rzeczywiście w miarę jedzenia apetyt rośnie, czyli ambicje rosną i chciałbym napisać powieść. Wydaje mi się, że napisać powieść może nie jest łatwiej, ale żeby napisać zbiór opowiadań, tak jak na przykład tutaj jest 16 opowiadań, to trzeba mieć przynajmniej 16 pomysłów i napisać 16 odrębnych tekstów. To jest dość dużo. A co do powieści, wystarczy mieć jeden pomysł, tylko trochę dłużej się go pisze i trochę więcej trzeba tam zawrzeć treści, żeby powstała powieść, więc kto wie, czy powieść nie jest łatwiejsza. Może w samej realizacji dłużej trwa, trzeba więcej uporu i konsekwencji, ale wystarczy jeden pomysł.
[01:40:07] - Tak, ale krąży pan koło tematu. Ja zapytam wprost, czy jest ten pomysł?
[01:40:13] - Jest pewien pomysł. Być może jest to dosyć trudny pomysł. Ja bym chciał się z nim zmierzyć. Zobaczymy, jak mi się to uda. Pomysł jest generalnie taki, że chciałbym się zmierzyć z prozą gatunkową. Nie wiem, jak mi to wyjdzie, bo pewnie tę prozę gatunkową też zamienię w coś innego, ale sam rdzeń to... Dobra, konkretnie. Mam pomysł na kryminał retro true crime.
[01:40:51] - Dziejący się?
[01:40:53] - W latach 60.
[01:40:55] - W jakiejś konkretnej lokacji?
[01:40:57] - W Bydgoszczy.
[01:40:59] - W Bydgoszczy, czyli powstanie kolejny kryminał, który dzieje się w Bydgoszczy.
[01:41:04] - Ja nie wiem, czy powstanie jeszcze.
[01:41:05] - Ja już traktuję, jakby to się prawie stało. Skoro jest pomysł, to teraz go trzeba-
[01:41:10] - Jest pomysł, ale zobaczymy, jak z realizacją, czy mi to wyjdzie, bo to jest o tyle trudniejsze, że to ma być true crime, czyli prawdziwa zbrodnia.
[01:41:23] - Czyli grzebiemy w źródłach.
[01:41:25] - Tak, właśnie. Tego nigdy nie robiłem jeszcze. To jest dużo trudniejsze, bo tak sobie usiąść i napisać „Spały” to jest bardzo łatwo. A tutaj trzeba się trzymać realiów, trzeba wykopać źródła z archiwów i tak dalej. Także nie wiem, co mi z tego wyjdzie, jak mi wyjdzie, ale jest taki pomysł. Prędzej czy później, mam nadzieję, że prędzej niż później, zacznę go pisać, zobaczę, co mi z tego wyjdzie, jak mi będzie szło.
[01:41:59] - Pięknie dziękuję, panie Krzysztofie. Państwa gościem w „Bibliotekarium 2.0” był Krzysztof Lutowski, autor zbioru opowiadań „Upały” wydany niedawno. Czytajcie państwo, czytajcie, czytajcie.
[01:42:15] - Dziękuję również. Czytajcie państwo, czytajcie.
[01:42:20] - No tak, czytajcie państwo, czytajcie „Upały”, Krzysztof Lutowski. Wiecie państwo, ci, którzy słuchają „Bibliotekarium” oraz słuchali również siostrzanej audycji, w której prezentowaliśmy teksty nadsyłane do redakcji, znają tego twórcę, znają część jego opowiadań. Zaręczam, że ten tom to jest jakieś tam literackie wydarzenie i słowo „jakieś tam” to jest bardziej asekuracja niż ocena. To jest po prostu świetna książka. Ale wiem, że jestem niewiarygodny, bo maczałem przy jej wydaniu palce. Naprawdę myślę, że i rozmowa, i opowiadanie Krzysztofa Lutowskiego znakomicie państwa do tej książki przekonały. Cóż, to teraz jeszcze sobie zadawkujemy troszeczkę literatury. Zapraszam państwa na opowiadanie Hanny Layer zatytułowane „Przyjaciel”.
[01:43:28] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadar.
[01:43:51] - Hanna Leyer „Przyjaciel”. Dzisiaj jest Wigilia, więc chcę powiedzieć ci coś bardzo ważnego. Nie, proszę tylko nie pytaj o starego. Po prostu wolę go nie pamiętać. Niepotrzebnie tylko obaj byśmy cierpieli na wspomnienie tego piekła. Nawet sobie nie wyobrażasz. Wtedy jeszcze mnie nie widziałeś. Wydaje ci się, że kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, wyglądałem źle. Lepiej, żebyś nie wiedział, jak bardzo źle było przedtem, zanim się poznaliśmy. Kiedy za pierwszym razem zwiałem od starego, przypominałem wrak.
Sam nie umiem dzisiaj powiedzieć, jak w ogóle zdołałem uciec. Bóg musi chyba czuwać nad nami wszystkimi. Gdy trafiłem do pudła, wydaje mi się, że wtedy prawie umarłem. Właściwie miałem pełne prawo uważać śmierć za swoje wybawienie. Nie mam pojęcia, jakim cudem udało im się poskładać mnie do kupy. Kawał rozkładającego się mięsa. Daję słowo. Nie dziw się, że po tym, co przeszedłem, nienawidziłem ich wszystkich. Nawet nie chodziło o jakąś głupią zemstę. Po prostu się bałem.
Gdyby tylko chcieli mnie zabić, pół biedy. Najbardziej bałem się bicia, rażenia prądem, głodu. Przepraszam. Miałem o tym nie mówić. Nie płacz. Przepraszam. Gdybym tylko sam umiał płakać. Nie dziw się, proszę. Wtedy myślałem, że ludzie tacy już są. Pamiętam jak dziś, kiedy wyciągnęła rękę ze strzykawką.
Boże, a ten jej strach w oczach. Chybabym ją prawie zabił wtedy. Wybacz mi. Skąd mogłem wiedzieć? Już wtedy zdawałem sobie sprawę, że coś się zmieniło. Ale powiedz sam, czy mogłem się cieszyć? Słuchaj, żarcie smakowało jak gówno, ale przynajmniej jakieś było. Poza tym woda, dach nad głową. Tylko wiesz, na co mogłem liczyć? Miałem dwóch kumpli, z którymi dało się pogadać.
Część zwariowała. Część to takie towarzystwo, że bez kija nie podchodź. Codziennie rano smród, wieczorem smród. Wiesz, co było w tym wszystkim najgorsze? Praktycznie zero słońca, brak wiatru. Człowieku, raz jeden przyszło dwóch gości i nas zabrało. Pamiętam to jak dziś. Mieli nas pilnować, a my z kumplem hyc do rzeki. Jazda była wtedy. Już myślałem, że może uda nam się zwiać, ale gdzie tam.
Zresztą Kuba okazał się wcale taki chętny do ucieczki. Ale on nie siedział tyle co ja i nie wiedział, czym to pachnie. No i wiadomo, jak to się skończyło. Łapanka i po sprawie. Ba! Co ja mówię po sprawie? To, cośmy wtedy przeszli, tego nam nikt nie wynagrodzi. No, może ty jeden. Wybacz. Znów się rozczulam.
Pięknie nas wtedy potraktowali. Wiesz, tak sobie później nie raz myślałem, co mnie jeszcze może dobrego w życiu spotkać. Już wtedy podejrzewałem, że dzieci mieć nie będę. Jedyna przyszłość, na którą mogłem liczyć, to żarcie jak gówno, spanie przez pół doby, o ile w ogóle warunki na to pozwalały, i tak dzień w dzień. Ogarnęło mnie już przekonanie graniczące z pewnością, że zupełnie oszaleję jak ci inni. I wtedy przyszedłeś. Przepraszam, bo znowu brakuje mi słów. Chyba już pierwszego dnia przeczuwałem, że pojawił się nowy, wspaniały człowiek. Zawsze nim dla mnie będziesz. Słuchaj, mój większy bracie, bo zaraz zrobi się jasno.
Chcę tylko powiedzieć, że dziękuję ci. Dziękuję ci za te prawdziwe jedzenie, za przestrzeń i za to, że jesteś. Wiedz, że cię kocham i nigdy ci tego nie za... Tato? Tato, dlaczego płaczesz? Dlaczego Azor szczeka?
[01:47:19] - Antologia.
[01:47:23] - Rubieże rzeczywistości.
[01:47:27] - Czyta Reda Haddad. Tak, to była kolejna odrobina literatury. To wiecie państwo, czas zmienić medium. Było o książkach, było o książkach i było o książkach. To teraz czas, proszę państwa, na Filmotekarium. Też będzie trochę o książkach, ale przede wszystkim o ekranizacjach. Ekranizacjach zrobionych z książek niejakiego Stephena Kinga. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:48:19] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór, Marku i wszyscy słuchacze.
[01:48:23] - Proszę państwa, dzisiaj jest temat nie żeby jakoś szczególnie trudny, ale tak jak często podkreślamy, nasze audycje Filmotekarium są bardzo subiektywnymi audycjami. My opowiadamy o swoich preferencjach. Ja nie czuję się filmoznawcą, ale jednak skoro filmy oglądam, to swoje zdanie mogę mieć. A dlaczego dzisiejszy odcinek jest szczególny? Bo ja, nie ukrywam, jestem miłośnikiem, nie bezkrytycznym, ale jednak miłośnikiem prozy Kinga. A z filmami to już jest różnie. Więc ten dzisiejszy odcinek będzie szczególnie subiektywny. A teraz Piotrze ty.
[01:49:19] - Tak. Dzisiejszy odcinek jest jednym z tych bardziej teoretycznych. Dzisiaj może mniej będziemy opowiadać o filmach, bo tak naprawdę po pierwsze jest o czym opowiadać, ale jest to tak ogromny materiał, że zajęłoby nam to pewnie kilka dni. A po drugie większość z tych produkcji pewnie osoby, które nas słuchają, widziały albo zobaczą. Stephen King, ostateczna granica horroropisarstwa. Uwielbiany i wywyższany. Dla niektórych twórca kultowy. Nie ma jednego szczęścia w kinematografii. Albo inaczej.
[01:49:56] - Oj nie ma.
[01:49:59] - Tak. Moglibyśmy tutaj troszeczkę sparafrazować takie dwa powiedzenia, że jeżeli ktoś ma szczęście w literaturze, to nie ma go w kinie albo że łaska kinowa na pstrym koniu jeździ. Oba, choć oczywiście wymyślone zupełnie, opisują moim zdaniem doskonale monumentalny, jeżeli idzie o ilość inspirowanych Kingiem scenariuszy, dorobek tego pisarza. Natomiast prawda jest taka, że sami fani nie są zgodni co do tego, jak te filmy oceniać. Ale jest też taka sprawa, że nawet internet nie udziela nam ostatecznej informacji, ile filmów zostało zrealizowanych opartych o dzieła Stephena Kinga. Raz wspomina się o 50 filmach, innym razem nawet o 60. Chociaż to też trzeba troszeczkę wprowadzić pewne rozróżnienie, o którym potem jeszcze powiemy. Przyznam szczerze, że sam ich nie liczyłem. Przyznam to bez bicia, chociaż próbowałem. Znajdowałem takie zestawienia, gdzie widać było wyraźnie, że czegoś mi brakowało albo że na przykład nie wymieniano remake'ów.
Jeżeli byśmy to wszystko podliczyli, pewnie ta granica sześciu dyszek byłaby złamana.
[01:51:28] - No tak, to prawda, bo Stephen King... Ja myślę, że w pewnym momencie ten autor, który jest, tak jak powtarzam, dla mnie subiektywnie naprawdę świetnym autorem. Co nie oznacza, mówię to zupełnie z trzema palcami na sercu, jak się kiedyś w dzieciństwie mówiło, to wcale nie oznacza to, że go uważam za świetnego pisarza, że nie popełniał w swoim życiu powieści karygodnych albo w ogóle tekstów karygodnych, takich po prostu głupich. No tak, ale jesteśmy w nieustannym rozwoju i to, co się dzieje na początku kariery pisarskiej, nie zawsze ma cokolwiek wspólnego z tym, co dzieje się później. Myślę, że tak jak u każdego pisarza da się u Stephena Kinga wskazać teksty słabsze i teksty absolutnie genialne. Ja o kilku z nich dzisiaj pewno państwu powiem. Ale tak samo musi być również z kinematografią, która powstaje na kanwie tychże utworów. Zresztą ja powiem państwu szczerze, nie wiem, co sobie myśli dzisiaj Stephen King, ale jego przygoda z kinem wyglądała bardzo różnie. Chyba takim najgorszym knotem, który powstał — ale to znowu jest moja subiektywna ocena, bo ze zdziwieniem zetknąłem się w internecie, że pojawiły się zachwyty pod filmem, który za chwilę wymienię — ale dla mnie to jest ewidentny knot. Knot, który nazywa się „Maksymalne przyspieszenie”.
To „Maksymalne przyspieszenie”. Jego scenarzystą był Stephen King i jego reżyserem był Stephen King. I proszę państwa, jest to film z 80. lat i jest to absolutnie nieoglądalne. Głupie. Zresztą samo opowiadanie, na podstawie którego powstało to arcydzieło kinematografii, też za mądre nie jest. Ja, tak jak powiedziałem, człowiek pisząc ma różne pomysły, różne etapy w swoim życiu pisarskim i to widać. Sama fabuła, tak państwu ją zakreślę: pewnego pięknego dnia okazuje się, że gdzieś w pobliżu Ziemi sobie przemyka kometa. I ta kometa powoduje, że wszystkie urządzenia mechaniczne — ja wiem, miksery, piły, ciężarówki, samochody — nagle przestają słuchać ludzi, nabierają własnego życia. No i zaczyna się masakra.
Samochody oczywiście ludzi rozjeżdżają. To jest tak denny film, proszę państwa, że naprawdę nie polecam. Albo właśnie odwrotnie polecam, żebyście państwo zobaczyli, jak można sięgnąć dna. Powtarzam z uczciwości: spotkałem również głosy, które się tym filmem zachwycały. Co więcej, ku mojemu zdziwieniu powstał remake tego filmu w latach 90. On się już nie nazywa „Maksymalne przyspieszenie” i już nie pisał scenariusza ani nie reżyserował Stephen King. Ten film się nazywa „Tracks”. I znowu jest to samo. To jest lipa, proszę państwa. Ten remake wcale nie jest lepszy od tego pierwowzoru kinowego.
No i cóż, najgorsze mamy, proszę państwa, według mnie za sobą. Czyli najgorszy film został wymieniony. Teraz będzie już moim zdaniem tylko lepiej.
[01:55:20] - Tak, ale mówiąc, że my dzisiaj nie będziemy streszczać tych filmów albo trochę o nich opowiadać, to też nie powiedziałem pełnej prawdy. My dzisiaj nie opowiemy o tych filmach, które chyba wszyscy znają, bo to były filmy, które miały swoje sukcesy. Są często pokazywane nawet w telewizji. Dzisiaj powiemy o tych kilku, powiedziałbym tak jako taki Kingosceptyk, filmach do obejrzenia, które były oparte o jego prozę, ale to za jakiś czas. Ponieważ, jak powiedziałem wcześniej, nasz materiał badawczy do tego programu obejmowałby pewnie kilkadziesiąt różnego rodzaju filmów, musimy skupić się na pewnych wyrywkowych aspektach. Po pierwsze, jak to Filmotekarium, oceniać będziemy filmy, choć profesor Żelkowski na pewno dokona też kilku analiz literaturoznawczych bardziej. Dlatego miłośnicy Stephena Kinga mogą nam mieć pewne rzeczy za złe. Sam też wiem, że ci miłośnicy dzielą się na różne podkategorie, ale to inna sprawa. Po drugie, z racji tego, że jak Marek powiedział na początku, jest to program czasami subiektywny, także i nasze wybory czy komentarze będą miały taki charakter. Ale na początku chciałbym, Marku, żebyśmy zaprezentowali ogólną charakterystykę dzieł filmowych opartych o dorobek Stephena Kinga.
Możemy tu zwrócić uwagę na kilka bardzo ważnych, czasami interesujących aspektów. Po pierwsze mamy do czynienia z adaptacjami i luźnymi interpretacjami dzieł o różnym stylu, od opowiadań po powieści. I to się bardzo często przekłada na ocenę danego filmu. Ciśnie się na usta pytanie bardzo ważne, bowiem od wielu miłośników Kinga słyszałem takie zdanie i czytałem też takie komentarze, że nie da się wielu jego dzieł zrealizować z tego powodu, że scenarzyści nie interesują się tym, co on chciał przekazać. To jest pierwsza rzecz. Po drugie, jeżeli mówimy o kingowskich filmach, to są to zarówno produkcje stricte kinowe, czyli wielkie przeboje, produkcje klasy B, czy nawet C, jak ten film, o którym przed chwilą wspomniałeś, ale też tak zwane filmy telewizyjne. I musimy dodać, że realizacji filmów opartych o Kinga próbowali zarówno znani reżyserzy jak Cronenberg czy Kubrick, jak i ci, którzy realizują filmy dla serwisów streamingowych, czyli tacy raczej rzemieślnicy. Nie zawsze jednak duże nazwisko szło w parze z uznaniem i to zarówno widzów, jak i samego Kinga. I tutaj znamienny jest bardzo przypadek „Lśnienia” w reżyserii Stanleya Kubricka.
[01:58:31] - Tak, to prawda. Aczkolwiek ja kilka tygodni temu polecałem naszym słuchaczom film dokumentalny o Kingu, notabene francuski. Świat się kończy, piekło zamarza, kiedy Francuzi kręcą film o amerykańskim pisarzu. To jest inna sprawa. Ale w tym filmie King przyznawał, że im więcej lat upływa od realizacji filmu Kubricka, tym on bardziej lubi ten film. Chociaż na początku poszło na noże, bo Kubrick zrobił swoją interpretację, moim zdaniem świetną, tylko pominął te rzeczy, które dla Kinga były ważne. Przypomnę, że w „Lśnieniu” bardzo ważny jest wątek paranormalny. Natomiast Kubrick skupił się na wątku psychologicznym i to panów poróżniło do tego stopnia, że King początkowo nie chciał się w ogóle przyznawać do tego filmu. Nie chciał, żeby to było napisane, że to na podstawie jego powieści, bo nie, bo po prostu to nie było to, co on sobie wymarzył, to, co on tak naprawdę napisał w „Lśnieniu”. Niemniej jednak zwróćcie państwo na to uwagę: film Kubricka według mnie jest świetny właśnie dlatego, że jest mało kingowski.
Bo to bardzo często tak jest, że jak się spotyka dwóch tytanów, jeden tytan literatury, a drugi tytan filmu, tego wszystkiego, co z filmem się wiąże, to tarcia są nieuniknione. Myślę, że wizja Kubricka, już to powiedziałem, dla mnie jest wspaniała. Ale warto pamiętać, że King bardzo długo nosił w sobie tę zadrę taką. Po prostu nie mógł znieść, że „Lśnienie” przez miłośników kina kojarzone jest z opowieścią Kubricka. A to nie jest ta opowieść. W związku z tym powstał film, nie, źle mówię, serial, miniserial, w którym za scenariusz bardzo mocno odpowiadał King i ten wątek paranormalny w tym scenariuszu jest bardzo uwzględniony, bardzo obecny. I to był wreszcie ten film, który King chciał zobaczyć. Zobaczcie państwo ten paradoks, że tak naprawdę powstały dwa dzieła filmowe niby opowiadające o tym samym: o hotelu zagubionym w górach, którym opiekuje się pisarz alkoholik, który ma napisać swoje opus magnum, ale mu idzie tak sobie. Więcej już opowiadał nie będę. Natomiast to są rzeczywiście różne opowieści i każda z nich jest na swój sposób – uwaga, to słowo klucz – sympatyczna.
Z tym że to właśnie „sympatyczna” odnosi się głównie do tego miniserialu Kinga. To rzeczywiście jest takie dzieło, które jest bardzo à propos książki. I to jest bardzo okej. Jeżeli komuś się nie chce czytać, to może sobie ten serial obejrzeć właściwie. Wszystko, co tam jest ważne w tej opowieści, to w miniserialu się znajduje. Natomiast film Kubricka to jest moim skromnym zdaniem, ale też warto to podkreślić, na swój sposób arcydzieło, które powstało nie przez zaprzeczenie Kingowi, ale tylko na motywach tego, co King napisał. I moim zdaniem ta artystyczna dusza, którą był Kubrick, świetnie wykorzystała materiał Kinga, ale dodała tam coś od siebie i chwała Kubrickowi.
[02:02:50] - Tak, przy czym to właśnie film bardziej zapada w pamięć swoimi symbolicznymi scenami i to on jest jednym z najsłynniejszych horrorów ubiegłego stulecia. Przyznam, że oglądałem miniserial „Lśnienie”, natomiast nic poza dość fajną atmosferą z niego już nie pamiętam. Takiego ikonicznego, jak pamiętam niektóre sceny z „Lśnienia” w wersji filmowej. Ogólnie rzecz biorąc, jeżeli się przejrzało całego Kinga – nie mówię przeczytało, bo czasami to słowo motyw jest kluczowe dla naszego dzisiejszego programu, dlatego że „Lśnienie” nie było jedynym filmem, który się Kingowi nie podobał. Tak było między innymi ze „Stukostrachami”, tak było między innymi z „Sekretnym oknem” i on pewnie narzekał jeszcze na wiele innych filmów, bo tak w zasadzie jego materiał stanowił tylko podstawę, a za resztę odpowiadali inni. Ale jeżeli chcemy scharakteryzować pewne wątki fabularne, które pojawiają się w filmach Kinga, to jest ich kilka i niektóre z nich się wybijają ponad inne. Przedstawimy je może losowo. Marku, czy zgodzisz się z takim wnioskiem, że często bohaterami są dzieci? Często są bohaterami także negatywnymi. Pojawia się także zło wcielone w maszyny i rzeczy codziennego użytku.
I tu nie chodzi tylko o film, o którym powiedziałeś na początku jako ten megagniot. Ale mamy też przecież różne inne filmy, w których te przedmioty, nie chcę powiedzieć ożywają, ale robią człowiekowi krzywdę i to łącznie z samochodem, ale nawet pokojem hotelowym.
[02:04:55] - Tak, to prawda. Ja tylko jeszcze jedną rzecz chciałbym powiedzieć, zanim przejdziemy do konkretnych tytułów i do tych motywów, które poruszyłeś. Mnie się wydaje, mam taką intuicję bardziej niż wiedzę, że to właśnie dlatego Kingowi bardzo wiele filmów na motywach jego powieści, jego opowiadań się nie podoba, ponieważ kino nie jest w stanie do końca uchwycić literatury. King w sporej części tego, co pisze, jest rasowym pisarzem, który zawiera wartość dodaną w tekście. Oczywiście on deklaruje to, że straszyć chce i lubi i świetnie to zresztą robi, bo znalazł pewien klucz do straszenia, ale jednocześnie jest rasowym pisarzem, którego nie interesuje tylko i wyłącznie straszenie i tylko i wyłącznie mnożenie słów, żeby opowiedzieć historię. W jego opowiadaniach, w jego powieściach jest ta wartość dodana, która bardzo źle poddaje się takiemu kinowemu wyrobnictwu, takiemu robieniu scenariusza pod tytułem: „A teraz was przestraszymy”. Bo King w swoich opowieściach zawiera wiele subtelnych przesłań i tym wszystkim, którzy w tej chwili stukają się w czoło i mówią: „Żelkowski zwariował. Facet, który pisze horrory, ma subtelne przesłania?” Mam nadzieję, że w toku dzisiejszej audycji troszeczkę to udowodnię. Jeśli nie, jeśli nie będziecie państwo przekonani, to trudno. Ja naprawdę uważam Kinga za bardzo dobrego pisarza.
I nie dodam tutaj horrorów, nie dodam tutaj grozy, po prostu pisarza. A to, że pisze horrory, to na drugim miejscu bym zdecydowanie dodał. Pytałeś, Piotrze, o te przedmioty codziennego użytku. Film z 1983 roku „Christine” o samochodzie eleganckim, starym z lat 50., który zostaje odrestaurowany. To w latach 80. był hit. Ja od razu państwu powiem, że mnie się ten film podobał średnio. Byłem na nim jeszcze w kinie. Bo w PRL-u jeszcze ten film puszczano w kinach. Widocznie uznano, że jest niegroźny pod względem ideologicznym, więc w kinach był i jakoś mnie nie porwał.
Historia o samochodzie, którego tam się coś wciela i on później jest taki niebezpieczny, jakoś mnie nie porwała. Natomiast ja ze zdziwieniem później, na początku lat 90., przeczytałem powieść. I to jest naprawdę coś zabawnego, bo o ile film mi się nie podobał, to książka owszem tak. Okazuje się, że pewne rzeczy, pewne myśli Pewne historie lepiej się sprzedają jako słowo pisane niż jako opowieść filmowa. Bo opowieść filmowa ma to do siebie, że jest dosłowna. Jak jest samochód, który morduje, to jest samochód, który morduje i on morduje. Tam nie ma miejsca na to, żeby jakieś przenośnie i fiki-miki. Tymczasem literatura ma tę piękną i najważniejszą w literaturze cechę, że pozwala wyjść poza dosłowność. Może pechem Kinga jest to, że traktowany jest bardzo dosłownie przez wielu scenarzystów i umykają przez to tym scenarzystom te rzeczy, które King pisze albo zawiera między słowami. To jest z punktu widzenia pisarza, ale też z punktu widzenia twórców kinowych duży problem, który się pojawia.
Pewna nieprzekładalność takich obrazów. Piotrze, to chyba może być problem, prawda? Kiedy wspomniałeś o takim filmie, ten pokój hotelowy, zawsze zapominam numeracji, ale to jest też taki film. Dobrze, już oddaję ci głos. Zagaduję.
[02:09:51] - Z tym nieprzekładaniem się pewnych rzeczy pisanych na obrazy to jest różnie, powiem ci. Byłem bardzo ciekaw opinii fanów Kinga. Jak powiedziałem, są bardzo różne. Są oddani fani, ale są też tacy, którzy przyjmują go bez sentymentu. Jeżeli chodzi o nieprzekładanie pewnych elementów psychologicznych na horror, to ja się nie zgodzę, że tak jest, dlatego że mamy wiele współczesnych przykładów doskonałych, nawet klasy B horrorów. Może nie klasy B, tylko tych independent, czyli tych niezależnych, pokazywanych na festiwalach, które nigdy nie trafiają do kin albo są rzadko puszczane. Myśmy nawet kilka takich filmów już wcześniej omówili, ale jeżeli sobie zobaczycie chociażby dwa horrory Ariego Astera, czyli „Hereditary” i „Midsommar”, tam myślę, że już tego problemu nie ma. Jaki mógł mieć problem King? Albo inaczej, dlaczego miał problem? Dlatego, że filmy, które zostały na niego oparte, oparte o jego prozę, pojawiają się na przestrzeni trzech dekad.
Mamy lata 80., mamy lata 90., 2000, i w sumie mamy czwartą dekadę teraz. W latach 80. horror nie był do końca traktowany jako film poważny. Dzisiaj mam takie wrażenie. Był to gatunek, który miał określone przeznaczenie i miał straszyć. Potem się już trochę zmieniło. Horrory stały się filmami bardziej sensacyjnymi, dramatycznymi często, aż wyewoluowały do formy, którą widzimy dziś. I na koniec postaramy się odpowiedzieć na pytanie, czy czasami nie byłoby lepiej, gdyby Kinga zaczęto ekranizować teraz. Ale to jeszcze nie pora. Druga sprawa, Marku.
Niektórzy mówią, że to nie może też być tak, że każdy film oparty o Kinga powinien przypominać „Psychozę” Hitchcocka. Widzowie po pewnym czasie się znudzą. Będą pragnęli mięska, jakiegoś drzemiku, czegoś, co poruszy i wystraszy. Także na każdy argument, jaki się pojawia, automatycznie znajduje się drugi, znajduje się kontrargument, a potem to wszystko się analizuje z perspektywy historycznej, jak powiedziałem, czyli tego, że horrory ewoluują, nasz strach ewoluuje. Oddaję ci głos, bo tą myśl, którą przedstawiłem, dokończymy za jakiś czas.
[02:12:47] - Tak, ale ja ci przyznaję rację. Rację, która dotyczy tego, że w latach 80., nawet później jeszcze, traktowano horror bardzo prosto. Horror ma straszyć i już. Tymczasem King od początku nie był panem, który tylko i wyłącznie straszy, panem pisarzem, tylko on coś w tych swoich horrorach zawierał. Więcej tam było tego wszystkiego. I ponieważ scenarzyści nie byli zainteresowani tym, co sobie King wypisuje, tylko tym mięsem byli zainteresowani. Dlatego nie powstawały filmy na miarę tych produkcji niezależnych, o których wspomniałeś, ponieważ scenarzystów interesowało, kto kogo zabił, kto kogo rozszarpał, kto komu zrobił krzywdę i tak dalej. W związku z tym to wszystko, co King wkładał w swoją prozę, znikało. King kojarzony jest, całkiem słusznie zresztą, jeśli wziąć pod uwagę produkcje filmowe, z prostym kinem idącym tym śladem lat 80. Czasami się to zmienia, czasami bardziej jest to kino proste, czasami mniej proste.
Niemniej jednak dotknąłeś moim zdaniem bardzo ważnej rzeczy. Zresztą to stare zagadnienie, jak trwanie kina. Czy proza jest przekładalna na język filmu w pełni? Moim zdaniem nie. King jest troszeczkę ofiarą tego braku jeden do jeden. Nie da się po prostu tego zrobić. A ponieważ King Mocno uderzył w pewne wątki, które się zawierają, lubię używać tej frazy, między wierszami. W związku z tym część artyzmu filmom jest odebrana. Przypomnę państwu, jak niewiele wspólnego ma „Podpalaczka” z muzyką Tangerine Dream z oryginalną książką. Kiedyś to był film, który oglądano bardzo chętnie.
Sam nie wiem, czy z powodu tego, że Tangerine Dream grało, czy dlatego, że film był taki dobry. Nie był dobry moim zdaniem. Niemniej zapisał się w historii kina. Natomiast jak się przeczyta „Podpalaczkę”, „Firestarter” jako książkę, to ma się wrażenie takie: wow, to jest zupełnie inna opowieść. I tak właściwie mógłbym za każdym razem mówić o tej prozie. Więc dochodzimy do takiego momentu, żeby nie przedłużać. Pytanie, bardziej takie zawieszone pytanie: czy język prozy jest przekładalny na język kina? I moja robocza hipoteza: nie, nie jest. I King jest tego ofiarą. Po prostu.
To pierwsza taka teza. Wspomniałeś o tym filmie, który ja ciągle zapominam, ale teraz mam ściągę. „Pokój 1408”. To takie kino. To jest film zrobiony na podstawie opowiadania, czyli w sumie małej formy. Opowiadania, które pochodzi ze zbioru „Wszystko jest względne. 14 mrocznych opowieści”. Proszę państwa, jeśli mam być szczery, ale to znowu jest bardzo subiektywne, w tym zbiorze są znacznie lepsze opowiadania, o których państwu za chwilę powiem, przynajmniej o dwóch. Jest tam takie opowiadanie, „Prosektorium numer 4”, które jest do pewnego stopnia humoreską, chociaż przyznacie państwo, że tytuł nie brzmi humoreskowo. A drugie jest autentycznym horrorem, przy którym miałem ciarki, który moim zdaniem zupełnie nie jest przekładalny na język kina, bo wyszedłby kicz.
A mianowicie to jest opowiadanie „Człowiek w czarnym garniturze”, gdzie boimy się, ale tak naprawdę nie wiemy do końca, czego się boimy. Tymczasem realizatorzy, scenarzyści wybrali opowiadanie, niezłe zresztą w wersji opowiadaniowej. Właśnie to, o którym wspomniałem, czyli „Pokój 1408”.
[02:17:29] - Tak. Oczywiście ta dyskusja mogłaby się jeszcze rozwijać. Moglibyśmy zapytać, skoro jest tak, jak mówimy, to co ma nas u Kinga, albo inaczej w ekranizacjach Kinga, co ma nas straszyć? Formalnie, jeżeli chcielibyśmy przełożyć literaturę na obrazy, to powinien nas straszyć strach głównego bohatera. Ale to w kinie się nie zawsze sprawdza. Szczególnie tym współczesnym. A może powinno nas straszyć zjawisko, z którym on się konfrontuje na przykład? To już bardziej brzmi jak temat dla współczesnych twórców. A może ogólnie cała sytuacja? I to już by było najlepiej.
Ja myślę, że są horrory, oczywiście nieoparte o jego książki, gdzie się to wszystko udało. Ale to jest nie temat na dzisiejszą audycję. Jeszcze jeżeli idzie o charakterystykę fabuły, to czymś, co bardzo często się u niego pojawia, jest to, że głównym bohaterem jest pisarz albo inaczej twórca literatury, bo mamy też przynajmniej jednego poetę i to się pojawia w kilku produkcjach, tych najbardziej rozpoznawalnych nawet. Od „Lśnienia” przez „Stukostrachę”, gdzie mamy nawet tandem, gdzie mamy poetę i pisarkę, „Sekretne okno” i pewnie jeszcze coś byśmy znaleźli. Jeszcze „Pokój 1408”, chociaż to się wymienia różnie. Tam też przecież głównym bohaterem jest pisarz, chociaż zupełnie innego kalibru. I teraz, Marku, takie ważne pytanie, bo znasz też życiorys Stephena Kinga. Z czego to może wynikać? Czy to są wątki biograficzne? Bo kiedy czytamy niektóre jego wypowiedzi, to się wydaje, że tak.
Natomiast tutaj taka mała dygresja. Warto dodać, że King nie jest jakimś wyjątkiem, jeżeli chodzi o twórców horroru. Tutaj cały czas będziemy używać pewnych uogólnień, dlatego że wiele filmów, wiele horrorów również jako głównego bohatera obsadza literata, który styka się z różnymi problemami, z różnymi zjawiskami. Marku, czy to wynika z takiego faktu, że pisarz sam z siebie jest czymś tak dziwnym, że można nim straszyć ludzi?
[02:19:50] - Krótka odpowiedź brzmi tak. A teraz rozwinięcie. Ale ważne chyba, żeby podkreślić, że King jest wyznawcą zasady, nie przez niego ta zasada została sformułowana. Takiej zasady albo właściwie rady dla początkujących pisarzy, żeby pisali o tym, na czym najlepiej się znają. Żeby nie pisali na przykład o neurochirurgii, jak nigdy w życiu nie byli na sali operacyjnej. Nawet jeśli zrobią świetny research, to na początku kariery to się może nie udać. Sam King znany jest z tego, że przygotowując się do pisania książek Dokonuje bardzo szczegółowego researchu. Więcej. On po prostu przesłuchuje określonych ludzi z określonymi zawodami. Pyta tych ludzi o bardzo drastyczne i mniej drastyczne szczegóły.
To jest dla niego ważne, bo King jest właśnie szczególarzem. On potrafi pojechać w swoich tekstach takimi rzeczami, człowiek nagle się dowiaduje pewnych niuansów dotyczących różnych zagadnień życia i to jest w jego prozie świetne. Pierwsza część odpowiedzi dotyczy tego, że pisarz, który pisze o pisaniu, jest wiarygodny po prostu. Ale to jest wątek poboczny. A dlaczego pisarz pisze o pisarzach, a w każdym razie wykorzystuje ich jako takie postacie, które mogą w pewien sposób straszyć albo stwarzać atmosferę zagrożenia? Wydaje mi się, że pisarz z racji tego, że mu się tam pod tą kopułką różne rzeczy piętrzą, a nawet bardzo mocno gotują czasami, jest takim człowiekiem, którego można wrzucić w każdą sytuację i on ją przyjmie. Już tłumaczę, o co chodzi. Gdybyśmy w taką dziwną sytuację wrzucili na przykład bankowca albo jakiś inny bardzo racjonalny zawód, nie wiem, księgowego. Nie chcę w tej chwili wymieniać, bo się będę pogrążał. W związku z tym to zostawmy sobie, ale kogoś takiego, kogo kojarzymy powszechnie z kimś bardzo racjonalnym, to takie literackie wytłumaczenie tego, dlaczego coś się dzieje albo dlaczego jest dziwnie, zajęłoby sporo czasu, a właściwie stron zapisanych przez Kinga.
A w niektórych sytuacjach szkoda na to czasu. Lepiej podążać za akcją. Dlatego pisarz jest taką postacią bardzo wygodną, bo bywa nieobliczalny. Z drugiej strony łatwiej przyjmuje pewne dziwności tego świata albo nawet jego nierealności. W związku z tym świetnie się nadaje jako taka postać główna właśnie w jakiejś grozie czy też horrorze, mówiąc po staremu. Zwróćcie państwo uwagę, mówiliśmy o filmie „Lśnienie”. Jak tam narasta atmosfera grozy, mówię o filmie Kubricka, kiedy właściwie nic się nie dzieje. Facet siedzi, wali w maszynę ten wierszyk, który bywa różnie tłumaczony. Jedno z tłumaczeń to jest: „Nudzą Jacka takie sprawy. Ciągła praca, brak zabawy”.
To jest w ogóle wierszyk, który ja często sobie powtarzam, bo jak się człowiek pogrąży w pisaniu książki i właściwie pisze ją codziennie i codziennie jakąś tam szychtę odwala, to w pewnym momencie, gdzieś tak pod koniec drugiego miesiąca zaczyna sobie uświadamiać, że od dwóch miesięcy codziennie nic innego nie robi, tylko wali w te klawisze. A tu ta książka przyrasta, ale jeszcze do końca daleko. Szczególnie jeśli mamy na myśli taką książkę, jak często pisuje King, że tam jest prawie milion znaków brutto, jak to podkreślam, bo w końcu jeśli chce się uzyskać spację, to też trzeba walnąć w klawisz. Dlatego liczę te uderzenia brutto i tam jest milion znaków albo czasami nawet więcej. Książka opasła. W związku z tym człowiek poświęcił dwa miesiące życia, a tu jeszcze przynajmniej dwa albo trzy, albo nawet pięć zostało i dalej trzeba codziennie szychtę odwalać. To nie jest sytuacja konfrontowa. Właśnie, to przejęzyczenie freudowskie. To nie jest sytuacja komfortowa, ale też sprawiająca, że człowiek idzie na pewną konfrontację, czasami sam ze sobą, czasami z rodziną, czasami w ogóle ze światem, bo go zaczyna wszystko wkurzać. Pisze, pisze, pisze.
Przyrosty są, ale nie takie, jakby chciał. Świat czegoś od niego, od tego pisarza chce, a on tu ma do zrobienia misję dziejową. Musi napisać arcydzieło. Sytuacja ogólnie jest taka psychotyczna takiego człowieka. To jest jeden motyw związany z pisarzem. Druga sprawa i tu można się na przykład odwołać chociażby do „Cmentarza dla zwierzaków”, ale równie dobrze do „ Stu Kostrachów”. To są wszystko ludzie, którzy gdzieś tam sobie żyją na prowincji Stanów Zjednoczonych. Jest spokojnie, cicho. Oni tam gdzieś postanowili, że będą pisać, realizować swoje marzenie życiowe. To tak bardzo kojarzy się z Kingiem, bo King od dziecka, od bycia nastolatkiem marzył, żeby pisać i to marzenie zrealizował.
Te wszystkie postacie, które on przywołuje, to są tacy sami ludzie, którzy bardzo chcą się wybić. Jednym to się udaje bardziej, innym się to udaje mniej w jego opowieściach. Natomiast to wszystko są właśnie ludzie, którzy bardzo, bardzo, bardzo chcą i robią wszystko, żeby tak się stało. I nagle w ich życie, to pisarskie życie, wkracza coś, co im w tym przeszkadza. I to nie jest główny motyw tej opowieści takiej straszącej, ale nagle ich świat się rozpada i Nagle widzimy, że pokazuje nam się człowiek. Już nie pisarz, a człowiek, który musi stanąć oko w oko z jakimś problemem. Zresztą pytałeś o te wątki autobiograficzne. Zauważcie państwo, jak istotną rolę w wielu opowieściach Kinga odgrywa alkohol. W „Bibliotekarium 2.0” ten cykl alkoholowy, który bywa na początku, pojawia się i ja doszedłem do wniosku, że takim bardzo dobrym argumentem, żeby powiedzieć o tym, że to nie alkohol decyduje o tym, czy jesteśmy mistrzami pisania, czy też nie. On czasami jednym pomaga, drugim przeszkadza, ale tak naprawdę to pewna iskra boża decyduje o tym, czy jesteśmy pisarzami, czy nie.
Bo zwróćcie państwo uwagę King najbardziej żłopał w latach 80., po czym rzucił chlanie, a pisarzem pozostał. I kto wie, czy najlepsze jego książki nie powstały właśnie po tym, kiedy przestał chlać. Rzecz znamienna. Zauważcie państwo z drugiej strony, że pisarz i alkohol to taka dwuistość, taka para, która bardzo często bywa kojarzona. Ja nie bez przyczyny ten cykl alkoholowej historii literatury wprowadziłem. Dzisiaj akurat było jego podsumowanie. Usłyszeliście państwo je wcześniej. Moim zdaniem to podsumowanie wiele państwu mogło wyjaśnić. A wracając do Kinga. Tak.
Moim zdaniem pisarz jako jednostka absolutnie nieprzewidywalna, która czasami robi pewne rzeczy od czapy, nielogiczne. Są tacy pisarze, którzy w życiu sprawdzają swoje scenariusze, które wymyślili. Po prostu inscenizują w życiu swoim sceny, które chcieliby zapisać. To jest jeden motyw. Druga sprawa. Pisarz myśli często bardzo analitycznie, bardzo analitycznie podchodzi do wydarzeń. To mamy od razu bohatera, który jeżeli wydarzy się coś dziwnego, będzie analizował, racjonalizował nawet jak, dlaczego i po co się to wszystko wydarzyło. W związku z tym ja się wcale nie dziwię, że King pisarza jako bohatera przywoływał, bo to moim zdaniem jest po pierwsze bardzo dobra postać pod takim kątem psychologicznym, ale też Piotr zapytał o to straszenie. Tak, uważam, że wielu pisarzy, nie chcę powiedzieć wszyscy, bo gdzieś bym się może na procesy nawet naraził, więc nie. Wielu pisarzy bywa po prostu nieźle siekniętych, w takim literackim znaczeniu oczywiście.
I to sprawia, że łatwiej jest później pokazać tego bohatera, który jest sieknięty literacko jako takiego siekniętego, ale w życiu.
[02:30:11] - Tak, to ważne moim zdaniem, dlatego że nawet przy „Stuku o strachach” on przyznał, że w tym okresie bywał pod wpływem i to w jakiś sposób się przenosiło na tą fabułę, ale o tym za chwilę. Teraz takie małe odejście od tematu. Mówiłeś o tym chlaniu, Marku. Przypomniała mi się taka scena z „Czterdziestolatka”. Takie słowa, które wygłosił Jan Kobuszewski: „Jasiu, przestań chlać. Mało to się w życiu nachlałeś?” Wspominam „Czterdziestolatka” dlatego, że tak z kronikarskiego obowiązku powinniśmy powiedzieć, że zmarł Leonard Pietraszak, Marku, jeden z moich ulubionych aktorów polskich, który w „Czterdziestolatku” występował.
[02:30:51] - Tak. W dodatku bydgoszczanin.
[02:30:53] - O, widzisz. Ale przychodzi mi do głowy jeszcze jedna rzecz i to jest ciekawostka raczej do debat. Albo nie do debat, tylko do naszych audycji paranormalnych. Otóż Leonard Pietraszak na początku lat 2000 prawdopodobnie występował w takim serialu. Chyba „Siedlisko” się nazywał i to był serial. To był prekursor tych wszystkich „Domów nad rozlewiskiem”, takich sielanek. Fajny to był serial, mimo wszystko oglądałem go. I pamiętam taką legendę miejską, która mówiła, że tam na planie działy się w ogóle jakieś dziwne rzeczy natury paranormalnej. Jeżeli ktoś z naszych słuchaczy byłby w stanie znaleźć jakieś źródła na ten temat, to proszę o jakiś sygnał. Ale tak odeszliśmy od tego Kinga.
To wszystko przez to chlanie właśnie. Ale Marku, jeżeli chcemy wymienić jakieś elementy fabuły, to tutaj zaznaczyłeś coś bardzo ważnego, o co chcę zapytać właśnie teraz. Otóż tak. Amerykańska prowincja, amerykańska kultura, amerykański styl, atmosfera obecne są i akcentowane w wielu produkcjach. Do jednych to przemawia, do innych nie. Ważny wniosek. King to pisarz amerykański. Rodzi się pytanie, czy ktokolwiek spoza Stanów Zjednoczonych próbował kiedyś ekranizować jego dzieła i czy to w ogóle jest możliwe? Przeniesienie tych sytuacji na inny grunt.
[02:32:37] - Powiem szczerze, że wydaje mi się to bardzo trudne. tego rodzaju akcja, żeby jakiś nie Amerykanin i w dodatku próbował to jeszcze umieścić nie w Ameryce. Ale to ma swoje głębokie uzasadnienie. King zresztą bardzo mocno korzysta z tej amerykańskiej prowincji. Otóż gdzie państwo na świecie znajdziecie kraj, który z jednej strony jest bardzo nowoczesny, ma te wszystkie zdobycze technologii, które tak bardzo nas rajcują. Zresztą King wykorzystuje, zauważcie państwo, wydawać by się mogło, ktoś by powiedział ze słuchaczy: stary dziadek, a tu nagle pisze horror, w którym komórka odgrywa wielkie znaczenie albo inne zdobycze technologii. Dobra, zostawmy to. W każdym razie wróćmy do tej prowincji. Gdzie państwo znajdziecie taki kraj, w którym właśnie jest dużo technologii nowoczesnej, a jednocześnie jest ta amerykańska prowincja, dziki kraj właściwie, oderwany od tych Nowych Jorków, od tych Waszyngtonów, Los Angelesów i innych wielkich ośrodków. Właściwie wieś i to taka wieś, gdzie, wybaczcie państwo, ale już jest późna pora, więc mogę sobie pozwolić.
Psy dupami szczekają i to jest absolutna wiocha, taka amerykańska wiocha. To od razu sprawia, że horror jest bardziej wiarygodny. Nie twierdzę, że nie można nakręcić horroru w wielkim mieście, ale to innymi środkami. Natomiast King, pisząc stosunkowo dużo, osiągał pewne efekty po linii najmniejszego oporu, czyli po prostu stosując prowincję amerykańską. I to moim zdaniem świetnie gra w jego książkach. Być może również w filmach. Raczej tak, raczej w filmach również. I odpowiadając wprost na twoje pytanie Piotrze, wydaje mi się, że kultura amerykańska, tu niektórzy stawiają cudzysłów, ale dobrze. Ta kultura amerykańska jest na tyle jeszcze dla nas Europejczyków na przykład zrozumiała. Ale okazuje się, że nie tylko Europejczyków, bo King ma swoich miłośników we wszystkich krajach, podobno nawet w muzułmańskich.
Tego nie wiem, nie sprawdzałem. To wiadomość zasłyszana. Ale ma miłośników we wszystkich krajach. Przyjmijmy to jako taką tezę, ale którą można falsyfikować, bo Stany Zjednoczone są na tyle zrozumiałe dla współczesnych ludzi, że to się przekłada, a z drugiej strony są na tyle inne, że człowiek chętnie wierzy, że tam się różne rzeczy mogą dziać, chętnie wierzy w jakiś hotel w odległych górach i tak dalej. To wszystko jest dosyć wiarygodne. Coś takiego w Europie wydaje mi się... Tu jest wszędzie blisko. Wieś co kilka kilometrów, jakiś ośrodek miejski co kilkadziesiąt. W związku z tym ciężko o horror. Chociaż wiem, że w tej chwili opowiadam bzdury, bo i tu da się horror nakręcić czy też napisać, tylko to jest troszeczkę inny horror i tylko do tego nawiązuję.
Chciałbym jeszcze powiedzieć à propos tej różności, że King wydaje mi się takim człowiekiem, który od początku, jeśli prześledzicie państwo jego twórczość, od początku na tę prowincjonalność postawił i konsekwentnie to wykorzystuje. Moim zdaniem to nie jest przypadek. To jest pewien sposób pisania. Zamknięte środowisko pozwala jednak na pewną swobodę z jednej strony pisarską, ale z drugiej strony pozwala nie rozwłóczyć wątków, to znaczy iść głównym nurtem. Nawet jeśli to jest powieść i to powieść obszerna, to jednak kiedy chce, to sobie robi dygresje, ale to on wybiera ten moment. Natomiast to, że świat jest skomplikowany, nie utrudnia mu jego pisarskiej roboty. I odpowiadając na to pytanie o amerykańską prowincję, odpowiadając wprost, to moim zdaniem świadomy wybór Kinga i moim zdaniem trudno przekładalne są te jego książki na inny obszar kuli ziemskiej. Bo mówię, to sąsiadowanie wielkiej technologii, wysokiej technologii i takiej prowincji jest świetnym motywem i to się sprawdza.
[02:37:56] - Tak. Z drugiej strony moglibyśmy przeszczepić historię, na przykład pierwsza z brzegu stróka strachy na chociażby grunt polski, ale nie przeszczepimy mentalności pewnych wzorców kulturowych, pewnych odniesień. Ja jednak jestem zdania, że chociaż kultura amerykańska promieniuje, jest rozpoznawalna i my wychwytujemy pewne, nie wiem, jak to nawet powiedzieć, nie archetypy, ale pewne modele, jakieś wzorce osobowości, jakichś bohaterów, to jednak mam takie wrażenie, że nawet takie średnie pokłady tej amerykańskiej popkultury są zupełnie w Europie nieznane. To jest tak ogromny konglomerat, ciągle się powiększający, że moim zdaniem Człowiek, który się z tym zetknąłby nawet niebezpośrednio, zobaczyłby, że jednak ta różnica kulturowa jest i szok kulturowy mógłby nastąpić, ale to inna sprawa. Marku, ostatni z tych wątków fabularnych, szczególnie mi bliski. Otóż tak, bohaterowie ze zdolnościami paranormalnymi zazwyczaj skazani w jakiś sposób na swój los. Ale to nie takie kwestie egzystencjalne są przedmiotem tego odcinka. Otóż tam, gdzie u Kinga pojawiają się zjawiska psi bądź anomalne, są, i to jest ważne, przedstawiane często w niezbyt wymyślnej, bardzo surowej formie. Czy to jasnowidzenie, czy opętanie, czy duchy raczej nam nie prezentują jakiegoś bizarium. To nie jest stworzenie nowego typu opowieści z nowym typem demona.
Nie, uwaga jest skupiona raczej na odbiorze tego zjawiska przez bohatera, o czym już mówiliśmy. Natomiast sam strach, sam potwór raczej nie przeraża. I pytanie, czy to tradycyjne podejście do zjawisk psi nie jest przyczyną czasami porażek kinematograficznych? Bo jakby, Marku, nie było, widzowie szukają w filmach czegoś nowego, czego nie widzieli tak naprawdę. Nie chcą już historii, których finał nie zaskakuje albo w których można łatwo się domyśleć, o co chodzi.
[02:40:21] - Wzdycham, bo to chyba nie jest takie proste. Bo część historii, które King tworzył, pamiętajmy, że takie filmy, takie opowieści jak „Carrie”, jak właśnie „Christine”, to są opowieści, które powstawały jeszcze w latach 70. Inny rodzaj, inny model straszenia. Poza tym King jest takim straszycielem, takie słówko nowe. Straszycielem, który wykorzystuje wszelkie możliwe motywy, żeby straszyć. Więc wątki paranormalne, ale też zupełnie bardziej zbliżone do science fiction na przykład niż do paranormalności. I on sobie z tym wszystkim świetnie radzi. Z tym, że znowu, moim zdaniem w punkt wycelowałeś to, bo kinematografia – jak pokazać wątek psi? Że ktoś na przykład kogoś hipnotyzuje. To jest sytuacja zupełnie abstrakcyjna.
Ktoś musi się tam dotknąć czoła i tak się bardzo udawać, że skupia, a drugi musi podlegać temu wpływowi. To jest, proszę państwa, rzecz, której już się nie chce oglądać. Jak się coś takiego widzi, to człowiek mówi sobie: „Nie, nie, to trzeba zmienić kanał, trzeba zmienić film, bo nie chcę tego oglądać”. U Kinga w książkach to troszeczkę inaczej wygląda. U Kinga bardzo ważny jest monolog wewnętrzny. W kinie monolog wewnętrzny się nie sprawdza, bo albo trzeba coś puszczać z offu, albo tłumaczyć: „A teraz podchodzę, podchodzę i robię to i to”.
[02:42:02] - Na tym polegała na przykład pierwsza „Diuna”. Nie chcę już mówić o „Modzie na sukces”, gdzie jest pół serialu przegadane, ale pierwsza „Diuna” była filmem w pewnym sensie konwencjonalnym, a w pewnym sensie gadanym w myślach. To było irytujące i gdyby to teraz przełożyć na Kinga, to chyba byłby najbardziej znienawidzonym twórcą literackim w dziejach horroru.
[02:42:33] - I tu doszliśmy, Piotrze, do tego ważnego wyróżnika. Dlaczego mówiłem o tym, że King wbrew pozorom, wbrew temu, co wydaje się wielu scenarzystom, jest autorem trudno przekładalnym na język filmowy? Między innymi dlatego, ponieważ ten monolog wewnętrzny bohaterów jest u niego bardzo ważny, co w dodatku nie jest banalne, bo to, co myślą jego bohaterowie, nie jest głupie, nie jest płaskie. Bardzo często posuwa akcję do przodu, a w języku filmowym się po prostu nie sprawdza i tam trzeba użyć innych środków. I pół biedy, jeśli natrafimy na scenarzystę i reżysera, którzy mają świadomość tego, że nie da się tego przełożyć jeden do jeden, że trzeba zastosować inne środki, ale środki, które nie spłaszczają idei, tylko raczej ją uwypuklają w inny sposób. To się bardzo często nie udaje. Poza tym King jest człowiekiem, który balansuje bardzo często pomiędzy strachem, horrorem a humorem. On ma takie niebanalne poczucie humoru. Ja obiecałem państwu, że opowiem o dwóch fabułach z tego zbioru. Wszystko jest względne.
Ja króciutko, nie będę państwa zanudzał, ale tu zaspoileruję, więc państwo na kilka minut się wyłączcie ci, którzy nie chcą mieć zaspoilerowanych dwóch opowiadań. Otóż opowiadanie z tego zbioru, które nosi tytuł „Prosektorium nr 4”. To jest prosta historia. Facet popadł w rodzaj śpiączki. Ma pełną świadomość, że żyje i jest jak najbardziej okej. Z tym, że dla świata zewnętrznego umarł. Jest przewieziony do prosektorium. Wszyscy uważają, że nie żyje. I zapada decyzja, że poddadzą go sekcji. Tymczasem on ze wszystkiego zdaje sobie sprawę.
Wie, co się dzieje wokół niego. On zapadł na śpiączkę, taką specyficzną, na skutek ukąszenia węża. King się przyznaje, że takiego węża, jakiego tam wymienił, gada, nie ma i to w ogóle jest wymyślona historia. Niemniej bohater zapadł w śpiączkę i nie wie, jak przekazać historię, jak przekazać to, że żyje, żeby go nie pokroili, bo jak go pokroją jeszcze takim cięciem sekcyjnym, to zakończą jego życie błyskawicznie. Nie będę oddawał dramatyzmu tej sytuacji, tego monologu wewnętrznego, który tam się toczy nieustannie. Bo jakżeż ma człowiek absolutnie, trudno mówić nawet o śpiączce, w jakimś takim rodzaju paraliżu, ale takim nierozpoznawalnym paraliżu dla świata zewnętrznego. I w pewnym momencie... Tu muszę przerwać historię. King opowiada, że to opowiadanie zrodziło się wtedy, kiedy obejrzał jakiś film, bodajże z lat 50., o bardzo podobnej sytuacji. I tam, w tym kinie, w tym filmie, takim motywem, który sprawia, że wreszcie ludzie rozpoznają, że on żyje, jest łza ściekająca z oka głównego bohatera i na podstawie tego oni rozpoznają, że on żyje.
Co zrobił King? King po prostu zakpił z tej amerykańskiej legendy, bo zobaczcie państwo, jaka to patetyczna legenda. Tu zapłakał i oni go wtedy rozpoznali. Co zrobił King? King zajął się organami płciowymi tego faceta i kiedy oni go tam mają poddać sekcji, pewna część jego organizmu reaguje w sposób jednoznaczny na dotyk i po tym rozpoznają, że facet żyje. King o tym pisze. To jest jawna kpina, pokazanie, jak zmienił się świat. Lata 50. Łza, wzruszenie. A tutaj, wiecie państwo, rzeczywistość skrzeczy.
Po prostu coś tam zadziałało i oni rozpoznają, że żyje. To jest taka humoreska właściwie, chociaż dzieje się w prosektorium. Zauważcie państwo samo zestawienie: humoreska dziejąca się w prosektorium. A jednak da się. I drugie opowiadanie z tego tomu to „Człowiek w czarnym garniturze”. Wiecie państwo co? To jest horror klasyczny. Wspomnienia z dzieciństwa dziecka, które spotyka mężczyznę w czarnym garniturze, który trzyma w ustach rybę. Znowu nie będę rozwijał tej opowieści, ale to jest taki znak nieszczęścia, czegoś, co się wydarzy złego. Proszę państwa, to znowu jest opowiadanie absolutnie nieprzekładalne na język filmowy.
Tak mi się wydaje. Nie jestem specjalistą od języka filmowego, ale wydaje mi się, że przełożenie tego na język filmowy zaowocowałoby głupim, debilnym filmem. Tymczasem w obrazach w tym opowiadaniu, to jest opowiadanie tak przejmujące, że kiedy je przeczytałem, nie mogłem się uspokoić. Ja właściwie nie mogłem zacząć następnego opowiadania. Tak przeżyłem tę opowieść, że przez długi czas byłem rozdygotany. To był autentyczny horror. Chociaż właściwie poza pojawieniem się w dzieciństwie tego faceta z rybą w ustach, który był ubrany w garnitur i był jakiś taki dziwny, pozornie nic się nie działo. Ale właśnie King potrafi tak zaczarować czytelnika, że ja wyszedłem zmrożony z tej lektury. Podkreślam, to jest ten sam zbiór, w którym ukazało się opowiadanie „Pokój 1408”. Mam nadzieję, że się nie pomyliłem, jeśli chodzi o numerację.
Więc ten „1408” próbowano przełożyć na język filmowy, a moim zdaniem tych dwóch opowiadań, które wymieniłem, byłoby bardzo trudno, a jeśli nawet by spróbowano, to moim zdaniem wyszłyby kompletne knoty. I to jest ważne podkreślenie z mojej strony, że może niektórej części prozy Kinga po prostu nie należałoby może filmować.
[02:49:18] - Ja tutaj wtrącę się na chwilę, bo przychodzi mi na myśl to, co wiele osób napisało w związku z tym w miarę nowym filmem „W wysokiej trawie”, który możecie znaleźć na Netflixie. Opinia wielu jest mniej więcej taka, że jest to opowiadanie, które zostało rozciągnięte do formy filmowej i to był błąd. To prawdopodobnie nie był jedyny błąd w tych ekranizacjach Kinga w całej historii, dlatego że o ile w pewnym momencie to jest ciekawe, 90 minut męczyć się na tym polu traw, w pewnym sensie to na pewno przeraża. W pewnym sensie są jakieś tam na pewno odniesienia, które kogoś przestraszą i tak dalej, ale mimo wszystko nudzi. I tak też było z innymi produkcjami na pewno. Zachęcam wszystkich, którzy nas słuchają do dzielenia się swoimi opiniami nie tylko w komentarzach. Możecie też je kierować mailowo. Czekamy też na wasze sugestie dotyczące kolejnych odcinków. Marku, miałbyś jeszcze coś do dodania w kwestii tego surowego traktowania zjawisk psi przez Kinga?
[02:50:40] - Właśnie ja się nie do końca zgadzam, że on traktuje je surowo. To filmowcy traktują je surowo. King jednak dostrzega subtelności. Ja pamiętam nawet w tym oklepanym, całkowicie zrąbanym i to kilka razy, filmie, wcześniej powieści „Miasteczko Salem”, która moim zdaniem jest W każdej wersji filmowej jest słabym filmem. Sama książka nie jest książką płaską. King dostrzega niuanse, które się wiążą. Zwróćcie państwo uwagę, zresztą King o tym mówi i nie ukrywa tego. Pomysł tej książki zrodził się z amerykańskiej kultury. On po prostu zaczął się zastanawiać: w Europie macie Draculę. A gdyby Drakula pojawił się w Stanach Zjednoczonych?
Dał punkt wyjściowy, kiedy to Drakula się pojawia i pokazał konsekwencje. To, co widzimy w filmach, to są przynajmniej dwa filmy, które kojarzę, „Miasteczko Salem”, one w ogóle mnie nie straszyły. A książka owszem, tak. Ona mnie straszyła wiele lat temu. Ja od dawna tej książki nie przeglądałem, nie kartkowałem, ale zapamiętałem tę książkę jako niegłupią, bo znowu nie spłaszczoną. Tam się to nie dzieje tak, że wszystko jest takie, że Drakula działa psi i wszyscy mu się podporządkowują. Nie. Pamiętam taką scenę, kiedy jest mowa o tym, że przecież wampiry boją się krzyża. I tam jest taka krótka scena, kiedy wampir mówi: ale ty nie wierzysz w działanie tego krzyża. W związku z tym ten krzyż nie działa.
Krzyż działa tylko wtedy, kiedy za tym krzyżem stoi coś więcej niż tylko znak, niż tylko dwa skrzyżowane ze sobą patyki. To oczywiście jest przykład może banalny, ale jednak pokazujący, że King nie wali tak na odlew. Nie jest pisarzem prymitywnym, tylko stara się jednak szukać pewnej głębi psychologicznej. To moim zdaniem w większości filmów, od początku tę tezę powtarzam i ją będę powtarzał, w większości filmów nie udaje się. Po prostu się nie udaje. To się źle przekłada na język filmowy, bo King opowiada. Myślę, że wiem, skąd to się bierze, bo King opowiada fajne historie, takie wydawałoby się pobudzające wyobraźnię. Czy to będzie film „To”, czy to będzie nawet „Miasteczko Salem”. Jak się to czyta, to jest świetna historia, po czym ktoś później siada, pisze z tego scenariusz i wychodzi płaska, momentami głupia piła, którą człowiek obejrzy i powie sobie: kurde, nie, tego się już nie da odzobaczyć. Po bardzo wielu filmach na podstawie Kinga mam takie właśnie wrażenie, że po prostu nie da się.
Dlatego tak Kinga bronię w tej chwili. Zjawiska psi, o których jest mowa, moim zdaniem spłaszczają filmowcy, a nie King. Według mnie King ma głęboką świadomość tego, że nie da się opowiedzieć o zjawisku psi na zasadzie czterech zdań. A teraz, proszę państwa, wkracza na scenę zjawisko psi. Cieszcie się, bo właśnie wam to pokażę. Nie, King robi w swoich opowieściach, w swoich powieściach i opowiadaniach zawsze głębokie, długie przygotowanie, żeby na scenę tego rodzaju zjawiska mogły w ogóle wkroczyć. Chwała mu, na pohybel filmowcom.
[02:54:54] - Bywa to różnie, muszę powiedzieć. Ja pamiętam taki film „Dreamcatcher”. To była taka próba chyba wejścia Kinga do science fiction i stworzenia dzieła łączącego cechy E.T. z Obcym. To nie był film oczywiście żadnego z tych pokrojów. Była w nim też jakaś tam chyba doza humoru z tego, co pamiętam, ale był kompletnie nieudany. Sama historia też była denna, muszę powiedzieć. Marku, o nieudanych ekranizacjach jeszcze zdradzę, ale teraz chciałbym rzucić parę zdań od siebie, bo jeżeli słuchaliście naszego przydługiego odcinka o xenomorfie, to ja tam na samym końcu dość jasno powiedziałem, jaki mam stosunek do Stephena Kinga, Stefana Króla. Użyłem takiego pseudonimu. Zatem kilka słów wyjaśnienia, jeżeli kogoś to w ogóle zainteresowało.
Przede wszystkim to, co straszy Kinga, nie straszy mnie. Pamiętajcie, że to jest tylko moja opinia. Nasze wyobrażenia o strachu są zupełnie odmienne. Ja od kilkunastu lat niemal na co dzień mam do czynienia z tematyką zjawisk paranormalnych. Od UFO po wszelkie możliwe anomalie. To oczywiście są przede wszystkim historie ludzi, bo na tym się te wszystkie dziedziny anomalistyki opierają. Dlatego też naturalnie zainteresowałem się horrorami i filmami science fiction, bo w tych gatunkach łatwo znaleźć to, z czym stykam się na co dzień. Chciałem się wielokrotnie przekonać podczas seansu, czy twórcy filmowi oddają prawdziwą naturę spotkań z nieznanym, wyrażaną choćby w tych relacjach nadsyłanych do „Nieznanego Świata” albo Radia Paranormalium. Tutaj oczywiście przypominam o nowym numerze „Nieznanego Świata”, lutowym, który możecie znaleźć w kioskach. Jakby nie było, część z tych historii paranormalnych ociera się bardzo blisko o scenariusze horroru.
W przypadku Kinga jest tak, że wykorzystuje on zarówno elementy klasycznej opowieści grozy, ale miesza je z tym, co było wspomniane, z folklorem, z legendami miejskimi, momentami także z fantastyką naukową oraz fantasy. Nie odnajduję u Kinga czegoś, co by mnie zaskakiwało swą nowatorską interpretacją, podejściem do zjawisk anomalnych, które tworzy nowe spojrzenie, nowe emocje. Takiego odbiorcy jak ja King po prostu nie przeraża i muszę przyznać, że mnie w większości nudzi. Ja też nie jestem, to jest druga kwestia, wielkim fascynatem kultury amerykańskiej. Zawsze byłem sceptyczny wobec niej. Od niej się nie da uciec. Natomiast ona preferuje pewne wzorce, które przesiąkają do naszego świata jak wirusy. I tutaj nie chcę, żeby to zabrzmiało jakoś strasznie negatywnie. Natomiast nie powinniśmy zatracać europejskiego kolorytu. Jak się to ma w ogóle do Kinga?
Wielkie powieści Kinga to przede wszystkim wielkie powieści amerykańskie z całą tego spuścizną i nawisem kulturowym. A ta kultura, o ile promieniuje na Europę, w zasadzie cały świat, to tak jak powiedziałem, wiemy o niej w zasadzie niewiele. Odczytujemy pewne symbole, pewne schematy, wychwytujemy różnice. Czasami chcemy być tacy jak oni, bo u nich wszystko się wydaje takie easy, łatwe. Raz mieszkasz tu, na drugi dzień mieszkasz w San Francisco i tak dalej. Pewne rzeczy przerażają Amerykanów, natomiast mnie osobiście nie bardzo. Także dlatego, że jak powiedziałem, od dość wczesnych lat miałem sceptyczny stosunek do tych amerykańskich wzorców kulturowych bezmyślnie często u nas kopiowanych. Druga sprawa, ale to już się tyczy ekranizacji, to pewna tendencyjność i sztywne tworzenie fabuły, jak i charakterów. Do tego stopnia, że horrory kingowskie, i to jest ważne, co powiem. U mnie horrory kingowskie stanowią odrębną klasę produkcji, do których muszę przyznać sięgam bardzo rzadko i nie wracam prawie nigdy.
Tak po prostu jest. Wiem, że inni podchodzą do tego zupełnie inaczej. Plusem jest to, że wyróżniam horror kingowski jako podgatunek horroru, ale oceniam go nisko. Oczywiście to nie promieniuje na jego prozę. To tak, jak powiedziałem, my byśmy musieli każdy z tych ponad 60, a może i więcej filmów rozebrać teraz na czynniki pierwsze i zapytać, kto pisał scenariusz i jak dużo z pierwotnego pomysłu tam zostało. Nie, używamy też pewnego skrótu myślowego, ale jednak. I tak już jest. Może jestem nienormalny. Mimo wszystko nie umiem się tej takiej, nie chcę powiedzieć niechęci, ale nie umiem się jakiegoś nieprzekonania, że tak powiem, do Kinga pozbyć. Nie wiem, Marku, czy to jakoś skomentujesz, bo za chwilę przejdziemy do wybranych pozycji filmowych.
Kilku z tych kilkudziesięciu.
[03:00:58] - Skomentuję w ten sposób. Ja dostrzegam pewien paradoks w tym wszystkim, o czym my w tej chwili rozmawiamy. Zdałem sobie sprawę, że King owszem, opowiada w swoich powieściach i opowiadaniach pewne historie w konwencji horroru, ale tak naprawdę, jeśli państwo porzucicie choćby na chwilę tę otoczkę horrorowatą, tę otoczkę grozy, to zauważycie państwo, że to w gruncie rzeczy w bardzo wielu przypadkach są opowieści obyczajowe. O ludziach po prostu. Bo tak naprawdę dobra proza jest zawsze o ludziach, a nie o zjawiskach. On opowiadając o ludziach, o ich różnych, czasami fiołach, a czasami po prostu problemach, włącza w to te wszystkie wątki grozowe. A to paranormalne, a to po prostu takie dreszczykowate i wszelkie inne. Natomiast to tak naprawdę jest pretekst. Ja myślę, że King, a czytałem kilka opowiadań Kinga, nazwałbym je głównonurtowymi opowiadaniami, w których wątek fantastyczny, horrorowaty był właściwie marginalny albo prawie go nie było. Natomiast King jest według mnie i znowu nie przekonam nikogo, to ja sobie z tego zdaję sprawę.
Według mnie King jest po prostu bardzo dobrym pisarzem, takim mainstreamowym. To znowu europejska przypadłość. Nikt w Stanach Zjednoczonych nie dzieli prozy w ten sposób, że jest mainstreamowa, horrory i fantastyka naukowa. Nie, tam po prostu się to traktuje albo jest proza dobra, albo jest proza zła, albo jest proza czytana, albo nieczytana. I ja odnoszę takie wrażenie, że King opowiada historie ludzi, opowiada historie zupełnie niefantastyczne, używając dekoracji fantastycznych. I cały problem z ekranizacjami polega na tym, że to wszystko, o czym King opowiada naprawdę, jest porzucane na rzecz tych właśnie opowieści fantastycznych, horrorowatych. A tymczasem King, moim zdaniem, robi coś takiego, że bierze sztampowe historie mniej lub bardziej, bo to oczywiście czasami jest bardziej oryginalne, czasami mniej. Inna sprawa. Natomiast bierze te historie i opowiada o ludziach. I teraz zauważcie państwo, że kiedy ktoś próbuje robić scenariusz, robić film na podstawie tego, czym on straszy, to gubi mnie się wydaje, że nawet czasami trzy czwarte tego, co King tak naprawdę napisał.
I to jest moim zdaniem wielkie nieporozumienie. King tego chyba nigdzie wprost nie powiedział, ale ja mam takie nieodparte wrażenie, że Kinga czyta się bardzo często jako właśnie horrory, jako grozę i tylko i wyłącznie. Tymczasem w gruncie rzeczy może to i dobrze, bo obcujecie państwo z dobrą literaturą.
[03:04:34] - Marku, ale chciałem powiedzieć, że nie bez przyczyny powiedziałem na samym początku swojego wywodu, że to, z czym się stykam na co dzień, to przede wszystkim historie. I to też są opowieści ludzi o ludziach. To też są w zasadzie same sytuacje obyczajowe, bo ci ludzie nie wiedzą, z czym się spotkali, nie wiedzą, z czym się zetknęli, reagują bardzo różnie. Po prostu Kinga nie kupuję.
[03:05:06] - A ja kupuję i uważam, że w jego prozie jest właśnie ta głębia, która się bardzo często w tych opowieściach, o których ty mówisz, pojawia, a w filmach tego po prostu nie ma. I to jest moim zdaniem pęknięcie. Właściwie nie zauważam takiego filmu, który wybitnie by odszedł od tego. Z tym jednym zastrzeżeniem właśnie „Lśnienia”. Na początku je wymieniliśmy. Moim zdaniem, chociaż go King później wyklął, to Kubrick złapał, o co w tym wszystkim, o co w tej prozie Kinga tak naprawdę chodzi. I myślę, że nawet sam King, musiało upłynąć ileś lat, żeby zdał sobie sprawę. Dlatego powiedział to, co zacytowałem z tego filmu dokumentalnego, że im więcej lat upływa od ekranizacji Kubricka, tym on bardziej ten film lubi. Bo to Kubrick złapał to, co jest istotą prozy Kinga, czyli właśnie to: opowieść o człowieku, nie o duchach. Ja wiem, że część ludzi powie: „No tak, ale przecież King właśnie opowiada o duchach, opowiada o różnego rodzaju zjawiskach niesamowitych”.
Tak, ale przede wszystkim opowiada o ludziach. I Kubrick to złapał, a moim zdaniem spora część scenarzystów właśnie nie.
[03:06:36] - Interesujące filmy. Jak już mówiłem wcześniej, takie nawet omijające kina, czyli kino niezależne, które są jednak w stanie to uchwycić. To jest dla mnie kolejny paradoks tego dzisiejszego odcinka. Ale to może skumulujemy i zastanowimy się nad tym pod koniec. Marku, do podsumowania przejdziemy może za jakiś czas. Może uda nam się odpowiedzieć na te piętrzące się pytania, ale wybrałem kilka ekranizacji prozy Kinga. Wiem, że widziałeś prawie wszystko, a może i wszystko. I chciałbym kilka z tych filmów, seriali, miniseriali z tobą omówić. Bo jak powiedziałem, są takie obrazy, które przeszły do historii i które znają wszyscy. Są takie, które całkiem niedawno gościły w kinach, które cały czas goszczą na platformach streamingowych.
Ale bywają też rzeczy zapomniane, które wcale nie były takie złe mimo wszystko albo które były dobre, ale zostały znowu spatrane. I pierwszym są wspomniane „Stukostrachy”. Trzeba powiedzieć, że dla współczesnego widza może to być wręcz szokujące kino. Są lata 90. To jest taka lovecraftiańska inspiracja Kinga opowiadająca o prowincjonalnym, idyllicznym miasteczku w stanie bodajże Maine, gdzie dochodzi do spektakularnej przemiany bohaterów wskutek pewnego znaleziska, którego dokonała miejscowa pisarka, która zajmuje się tym wszystkim wespół ze swoim partnerem, który jest poetą. I tu, Marku, bardzo mnie zdziwiła pewna rzecz w tej ekranizacji, bo oni tam pokazują zupełnie nierealistyczny obraz tego zawodu, jakim jest poeta, bo to jeździ facet po Stanach Zjednoczonych. Facet, który jak się dowiadujemy, nie napisał od wielu lat żadnego wiersza. On sobie tam jeździ, opowiada i z tego żyje. Nie jestem w stanie w to uwierzyć. Ale w tle przesuwają się nam różnego rodzaju postacie odgrywające typowe role.
I jak to bywa na prowincji, zachowujące pozory. Ot, tak jak to się mówi: co chatka to zagadka. Tam ma każdy jakiś swój sekret i tak dalej. Jak to bywa w opowieściach tego rodzaju. Ta miniseria powstała w latach 90. Miała dwie części. Była dość specyficzna, ale jak wspomniałem, wynika to z długoletniej obecności Kinga na rynku. Czy „Stukostrachy” przypadły mnie do gustu? Muszę powiedzieć, że nie. W ogóle tam mamy do czynienia z bardzo dużą ilością wątków.
W których może nie tyle można się pogubić, co można się nimi znudzić. Ale było to de facto połączenie filmu fantasy z science fiction. Co ciekawe i co wydaje mi się nawet w pewnym sensie obiecujące, w roku 2017 pojawiły się zapowiedzi mówiące, że „Stukostrachy” wrócą. Do tej pory nic się nie pojawiło. Możliwe, że nowe spojrzenie na tą historię doda jej trochę kolorytu. Natomiast sam King nie był zachwycony „Stukostrachami”. Powiedział, że widziałby to z innym zakończeniem, mimo że to w jakiś sposób rozochociło twórców, którzy postanowili zaprezentować tą historię w zupełnie nowym wydaniu. Mimo wszystko, z całym szacunkiem, wydaje mi się, że te „Stukostrachy” są trochę męczące i nudne. Oczywiście rodzi się pytanie, jak by ten film wyglądał, gdyby wzorem chociażby „Bastionu”, o którym będziemy za chwilę mówić, został po pierwsze przeniesiony w nasze czasy i zrealizowany przy użyciu trochę nowszych metod. Warto dodać, że dziełem nieco podobnym do „Stukostrachów” pomieszanych z „Dziećmi kukurydzy” jest wspomniany film „W wysokiej trawie” z roku 2019, dostępny na Netflixie, który, co jest też interesujące, został zrealizowany na podstawie powieści Stephena Kinga i jego syna, który również się para pisarstwem.
Film ten, jak wiele produkcji, które dzisiaj omawiamy, nie został ciepło przyjęty. Zyskał tak zwane mieszane recenzje i mnie osobiście strasznie znudził. Ale Marku, jakie masz wspomnienie o „Stukostrachach”?
[03:11:32] - Ja „Stukostrachy” odbieram na dwóch poziomach. Jako opowieść filmową i pamiętam, jak pierwszy raz oglądałem „Stukostrachy”, to ona mnie wciągnęła. Ta historia ciebie znudziła, mnie wciągnęła, ponieważ nawet w tym filmie jego scenarzysta wciąga nas w pewną historię, bo tam w pewnym momencie idzie sobie facet, potyka się w lesie, coś tam odkrywa, coś tam zaczyna odkopywać, coś się zaczyna w mieście w ogóle dziać. I próby rozwikłania tego wszystkiego, szczególnie w części pierwszej, kiedy w grę wchodzi nawet taki chłopczyk, który para się sztuczkami magicznymi i nagle dostaje pewną moc, która sprawia, że sztuczki magiczne stają się właściwie sztuczkami czarnoksiężnika. Staje się czarnoksiężnikiem. I tak dalej. Mnie ta historia wciągnęła. Owszem, później jakaś taka przypadłość widocznie jest. Już po obejrzeniu zacząłem sobie ją analizować i również doszedłem do wniosku, że to, co zaproponowali scenarzyści w rozwiązaniu, mogłoby być lepsze. Te fajerwerki, którymi się to kończy i w ogóle to bieganie po tym statku kosmicznym.
Druga część ogólnie jakoś mnie rozczarowała. To tak bardzo często bywa z horrorami. Bardzo często bywa z filmami sięgającymi po grozę, że wszystko się fajnie rozwija do momentu, kiedy nie następują próby rozwiązania akcji. I wtedy trzeba położyć karty na stół. I bardzo często są to karty, które są słabe, niebiorące. I wtedy jest takie rozczarowanie. Więc ja sobie ten film, tak na potrzeby naszej rozmowy, rozłożyłem na dwie części. Pierwsza część, owszem, wciągnęła mnie, zapowiadała coś lepszego niż później dostałem w części drugiej. Ja przypomnę, ta pierwsza część się kończy takimi fajerwerkami, bo to chyba dzień... Nie, co to za myśl?
Może 4 lipca jest? Nie pamiętam. Jakieś święto w każdym razie. I nad tym miasteczkiem wystrzeliwane są sztuczne ognie. Powinny być kolorowe, ale wszystkie są jakieś takie zielone. I do tego momentu było nieźle. Ale potem się pojawia druga część i ona mnie rozczarowała. To takie moje wrażenia, jeśli chodzi o film „Stukostrachy”.
[03:14:42] - Tak, jeżeli ktoś chciałby go sobie przypomnieć, on jest oczywiście cały czas dostępny. Natomiast jak mówię, z dzisiejszej perspektywy on się wydaje troszeczkę trącić.
[03:14:51] - Tak, już zestarzał się.
[03:14:53] - Tak. Stąd to moje pytanie, Marku, czy gdyby jego przeniesiono w czasy współczesne... Tak naprawdę nie wiem, w jakim on okresie był osadzony. Podejrzewam, że gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. w tej ekranizacji. Ale gdyby on się pojawił teraz, czy to by do widzów przemawiało? Ja muszę powiedzieć, że jestem głęboko sceptyczny, bo ta opowieść jest mimo wszystko dość prosta i klasyfikowałaby się raczej jako jakaś baśń filmowa, może jakieś takie troszeczkę tandetne science fiction. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy ci, którzy zapowiedzieli w 2017 roku chęć zrobienia remake'u „Stukostrachów” wiedzieli, na co się porywają, a może po prostu się zorientowali i to wszystko upadło.
[03:15:44] - Ale Piotrze, ja mam taką wątpliwość, bo chodzi o coś takiego, że w gruncie rzeczy jestem w stanie sobie wyobrazić film, bo on się opiera na bardzo prostym schemacie. Kiedyś bardzo dawno temu, gdzieś tutaj na Ziemi rozbił się statek obcych, zaklajstrował się tam, uwięziony został i ci obcy opanowali jakąś taką technikę, technologię, a może to nie ma nic wspólnego z technologią, przeżycia albo trwania, może bardziej trwania. I w pewnym momencie, w naszych czasach następuje ich uaktywnienie. Dobieram słowa, bardzo staram się precyzyjnie, to nie zawsze wychodzi. Z tego da się skręcić historię i to myślę całkiem wciągającą, pod warunkiem, że spróbuje się chociażby nakręcić taką większą panoramę. Bo przecież znowu, jeśli scenarzysta pisze historię, w której najważniejsze są te istoty, które pochodzą cholera wie skąd i to jest w ogóle najważniejsze, to się nie może udać. Bo te istoty będą przedstawione tak czy śmak, czy owak jeszcze i będą bardzo straszne albo będą bardzo nam zagrażały i się będziemy bardzo bali. A w gruncie rzeczy to jest tak oklepany motyw, że chyba trudno o bardziej oklepany. Natomiast jeśliby tę historię, znowu ja to maniakalnie dzisiaj powtarzam, jeśliby tę historię odwrócić i opowiedzieć losy ludzi w tym miasteczku, to próbowano w tym pierwszym filmie robić, tylko tak jakoś nie do końca wyszło. Opowiedzieć losy, a historia ta, nazwijmy ją fantastyczna, tego pojazdu nie wiadomo skąd, byłaby marginalna, byłaby takim kontrapunktem dla tych opowieści.
To wtedy ja myślę, że film mógłby się udać. Natomiast powtarzam, w naszych czasach epatowanie widza tym, że obcy przybyli, to jest ani to straszne, ani to śmieszne, ani to fantastycznonaukowe. Strach w tej opowieści polega na czymś innym. Na tym, że ludzie, których znamy, których znają bohaterowie tej opowieści, zaczynają się przemieniać na oczach wszystkich. Wszyscy się przemieniają. Są osoby, które się przemieniają mniej, które to widzą, widzą tę przemianę i to jest jeszcze dla nich bardziej traumatyczne. Na tym polega groza w tym filmie, a nie na tym, że się pokaże jakieś pajęczynowate wnętrze statku, w którym tam nie wiadomo jakie zezwłoki leżą i to w ogóle nie jest straszne. Strach w tym filmie i w tej opowieści, bo to oczywiście jest pierwowzór literacki tego wszystkiego, na czym innym w ogóle polega i czego innego ja się, jak przeczytałem, co innego budziło mój strach niż to, co usiłowali mi zasugerować twórcy filmu. Ja w filmie miałem się bać strasznych istot nie wiadomo skąd, które w tym swoim statku trwały i chciały w jakiś tam sposób skrzywdzić Ziemian. Kurczę, proszę państwa, nie o to w tej prozie chodzi.
W ogóle nie o to chodzi. I moim zdaniem, po raz kolejny to powtarzam, ja wiem, dzisiaj jak maniak powtarzam, więc niech będzie. Dzisiaj zostanę maniakiem kingowskim. To powtarzam, moim zdaniem spora część scenarzystów, nie wszyscy, nie rozumie w ogóle, o co Kingowi chodzi. On sobie pisze jakieś historie i oni je przekładają jeden do jeden, czyli ma być strasznie, ma być wampir, ma być samochód, który morduje ludzi i tak dalej. Moim zdaniem, jakbym miał zupełnie odwołać się do filmu, który na przykład mnie co do grozy przekonał, to był taki film „Misery”. Tam groza jest właśnie pokazana na takim poziomie psychologicznym. Można ten film lubić albo nie lubić, ale tam scenarzyście udało się wyłapać to, o co Kingowi tak naprawdę chodzi. O relacje między ludźmi. Zresztą tu trudno byłoby ich nie wyłapać, bo tam ta relacja jest bardzo prosta.
Fanka pisarza, notabene kolejny przykład pisarza w prozie Kinga. Fanka pisarza więzi go i żąda, żeby pisał kontynuację romansu, który on tak naprawdę najchętniej by zakończył. Właściwie już go zakończył. Musi dokonać pewnego fiki-miki, żeby w ogóle przeżyć. To jest dla mnie fajny film, ale zauważcie państwo, on straszy relacjami między ludźmi, a nie grozą, która wypływa ze zjawisk psi, z wampiryzmu, z duchów czy innych jakichś potworów, które gdzieś tam się czają. Takie mam zdanie.
[03:21:12] - Jeżeli miałbym znaleźć jakiś punkt obrony „Stu kostrachów”, to może to, że mamy do czynienia jednak z filmem telewizyjnym. Nie jest to jakaś wielka produkcja, nie są w nią zaangażowani wielcy aktorzy. I może to, dlaczego jest taka sztampowa, wzbudziło we mnie pewną niechęć. To znaczy ja powiem tak, ja sobie „Stu kostrach” niedawno przypomniałem. Gdybym sobie wrócił wspomnieniami do moich wniosków, kiedy widziałem je dawno temu, pewnie też by były raczej pozytywne. Ale takie były czasy. Jeżeli mówimy o tych filmach, które w jakiś sposób wzbudziły we mnie pozytywne uczucia, to już dokończmy wątek „Pokoju 1408" albo 1408. Wymawia się to różnie. W wersji oryginalnej jest 1408. To jest jedna z nowszych ekranizacji Kinga, pochodząca ze zbioru opowiadań, o którym Marek jakiś czas temu powiedział.
I chyba jest to jeden z bardziej udanych filmów w całym zestawieniu. Głównie dzięki udziałowi znanych topowych aktorów Johna Cusacka i Samuela Jacksona. Dzisiaj John Cusack jest trochę mniej znany. Niemniej jednak w tym okresie, kiedy ten film powstał, był gwiazdą topowego formatu. Film opowiada, jak pewnie wielu z was wie, o pisarzu, który uciekając od traumatycznej przeszłości, odwiedza sobie nawiedzone domy i hotele. Tam nocuje i na tej podstawie pisze swoje popularne książki. Wreszcie trafia do hotelu, który się nazywa bodajże Dolphin, gdzie znajduje się szczególnie złowrogi pokój, wręcz zaginający czasoprzestrzeń albo opętujący lokatorów. Oprócz tych typowych dla Kinga wątków, o których już mówiliśmy, pojawia się ten wspomniany na samym początku zło ukryte w przedmiocie na pozór niewinnym, dostępnym na co dzień. Marku, co jeszcze mógłbyś powiedzieć o tym filmie? Bo to jest jedna z takich produkcji Kinga, do których zostali zaangażowani naprawdę aktorzy pierwszorzędni.
Wcześniej się to nie udawało albo przynajmniej nie zawsze.
[03:23:43] - Tak. Mało to sprawdzałem. Właściwie rozmawiałem tylko z dwiema osobami na temat tego filmu i usłyszałem takie zdanie, że właściwie to oni nie wiedzą, o co w tym filmie chodzi. I ja specjalnie po tych wypowiedziach przeczytałem sobie jeszcze raz opowiadanie. Ja nie mam temu filmowi nic do zarzucenia, ale zacząłem się poważnie zastanawiać po tych głosach, czy jak się nie zna pierwowzoru literackiego, czy ja bym nie zareagował tak samo? Pod tym kątem zacząłem oglądać ten film i doszedłem do wniosku, że może byłbym sceptyczny, bo jak się zna pierwowzór, to wiadomo, o co w tym wszystkim tak do końca chodzi. Natomiast kiedy się tego pierwowzoru nie zna, to otrzymujemy film, który zaczyna się bardzo horrorowo, a później rzeczywistość się rozpada. W tym pokoju dzieją się rzeczy przedziwne, tak to określmy. I ja nie wiem, czy puenta jest do końca wychwytywalna w wersji filmowej, tak jak jest wychwytywalna w wersji opowiadaniowej. Bardzo duży wygibas językowy, ale niech będzie.
Taka jest moja wątpliwość, ale ja nie potrafię tego rozstrzygnąć. Już nie potrafię, bo nie da się odzobaczyć opowiadania, nie da się ododczytać. W związku z tym ono gdzieś tam w głowie mi siedzi i ja ten film postrzegam właśnie przez pryzmat opowiadania i sam nie wiem, co mam powiedzieć. Film jest atrakcyjny i wizualnie tam są te efekty zaprzężone takie, że one dla mnie są akceptowalne. Może ja nie jestem właśnie koneserem kina i CGI, ale dla mnie jest okej. Tylko zastanawiam się, czy dla przeciętnego zjadacza horrorów ten film jest czytelny. Taka sobie wątpliwość.
[03:26:14] - Myślę, że jest. Problemem pozostaje to, że on powstał na kanwie opowiadania. Został rozciągnięty do kilkudziesięciu, dziewięćdziesięciu prawdopodobnie minut. No i powstaje pytanie, czym to wypełnić? Wypełniony jest przeżywaniem.
[03:26:29] - Obrazami.
[03:26:32] - Przez głównego bohatera. Mimo wszystko się to udaje. Ja jestem sceptyczny wobec takich form, które po prostu po pewnym czasie się nudzą. Tutaj mamy co pewien czas nową formę terroru psychicznego, jaki John Cusack przeżywa uwięziony w tym pokoju hotelowym. Na tamte czasy była to naprawdę dobra produkcja. Tylko po raz kolejny musimy wziąć pod uwagę to, o czym cały czas mówimy, że do stworzenia filmu został zaprzężony scenarzysta, może nawet i więcej niż jedna osoba, który wykorzystał opowiadanie i bardzo krótką formę do stworzenia pełnometrażowego filmu. Interesowało mnie kiedyś coś takiego, czy któryś z reżyserów podjąłby się na przykład ekranizacji wspomnianego zbioru opowiadań jako takiej antologii filmowej, jako takiego zbioru miniatur. Jakiś czas temu, chyba w okolicach Święta Zmarłych, pojawił się taki zbiór horrorków w reżyserii del Toro i muszę powiedzieć, że to był taki ziemniaczek owinięty w papierek po dobrym cukierku. To było straszne. To jest na Netflixie.
Nie pamiętam, jak to się nazywa. To był szereg krótkich opowiastek, nowelek filmowych mających nas przerażać. Może tam były jedna czy dwie dobre opowieści. To było przedstawione chyba nawet w formie serialu, jeżeli dobrze pamiętam. Teraz już sobie tego nie przypomnę. Nie chce mi się nawet sprawdzać. Czy coś takiego, taka dosłowna realizacja Kinga kiedyś będzie miała miejsce? To mnie interesuje. Natomiast jeżeli chodzi o kolejny film, który dobrze wspominam i to jest jeden z tych właśnie troszeczkę zapomnianych, to jest „Martwa strefa”. „Dead Zone” nakręcona w roku 1983.
Jest to naprawdę lecimy film. Opowiada o przypadku pewnego nauczyciela, który w wyniku wypadku zapada w śpiączkę, potem się budzi ze zdolnością jasnowidzenia i to ma bardzo daleko idące konsekwencje w jego życiu, ale nie tylko w jego życiu, ale nawet w istnieniu narodu amerykańskiego. W roli głównej wystąpił Christopher Walken, jeden z moich ulubionych aktorów, który tworzy bardzo charakterystyczną, taką typową dla siebie postać. Może z tego powodu „Dead Zone” jest jednym z moich ulubionych filmów opartych o prozę Kinga. A po drugie Marku, ten film został zrealizowany chyba przez drugiego w szeregu najsłynniejszych reżyserów, o których dzisiaj mówimy, czyli Davida Cronenberga. O nim jeszcze swego czasu powiemy. Ale czy ty pamiętasz „Dead Zone”? Jak ten film został przyjęty? Dlaczego dzisiaj jest gdzieś tak na uboczu?
[03:29:36] - Wydaje mi się, że to jest film, który nie został przyjęty dobrze w swoim czasie, dlatego, że był taki mało horrorowaty, bo prędzej to jest film o zdobywaniu władzy niż taki klasyczny horror. A wracając jeszcze na sekundkę do tego, o czym powiedziałeś, o takim miniserialu. Moim zdaniem, ja już to powiedziałem, ale powtórzę, tego zbioru opowiadań, o którym mówiliśmy, czyli „Wszystko jest względne”, „Tam, gdzie jest pokój 1408” i te opowiadania, o których mówiłem, czyli to opowiadanie o prosektorium i człowiek w czarnym garniturze. Moim zdaniem część z tych opowiadań jest po prostu nieprzekładalna na język filmowy. Albo by trzeba jakiegoś geniusza kina i tak nie wiem, czy by sobie poradził. To taka dygresja zupełnie. A wracając do „Strefy śmierci”, moim zdaniem ten film jest zapomniany, ponieważ właśnie on jest mało horrorowaty. Może dlatego go zapamiętałeś, bo on znowu opowiada o pewnych mechanizmach, czy to mechanizmach psychologicznych, czy to mechanizmach politycznych. Oczywiście element paranormalny tam jest, ale w gruncie rzeczy to nie jest film, który jest takim klasycznym horrorem. I znowu, może dlatego on ci się tak podobał i w sumie ja też na niego nie narzekam, a dlatego też został przez widzów, którzy preferują grozę, został w jakiś sposób, nie chcę jakichś mocnych słów używać, odrzucony to chyba nie, ale jakoś tak jednak dobre słowo: zapomniany.
On dzisiaj nie funkcjonuje tak w pierwszej lidze.
[03:31:45] - Mówiliśmy o tych filmach Kinga, ekranizacjach Kinga. Cały czas jakoś tak stosuję ten niefortunny skrót językowy, w których pojawili się aktorzy z takiej czołówki hollywoodzkiej. I warto tu wspomnieć kolejny, w miarę nowy film. W miarę nowy to taki, który został nakręcony już w XXI wieku, czyli „Sekretne okno”. Kolejny film o życiu popularnego pisarza. Widzimy w nim Johnny'ego Deppa i Marię Bello. Główny bohater mieszka w domku na wsi, oczywiście gdzieś tam na prowincji. Ściera się z żoną, która ma nowego kochanka o majątek, tak naprawdę o dom w mieście. On mieszka w drugim domu na wsi. Ale żeby było mało, w jego życiu pojawia się człowiek, który oskarża go o plagiat pewnego opowiadania.
Ponoć jest to nawet jakiś wątek biograficzny od Kinga. Człowiek ten jest uciążliwy, a i niebezpieczny. Tylko do wściekłości i ostateczności. Ale okazuje się finalnie, że to nazwisko to nie jest takie bez znaczenia, bo tak jak w innych produkcjach, już nie będę się tutaj rozwodził, okazuje się, że nazwiskiem ów fantom zachęca głównego bohatera do zastrzelenia swojej żony. Shoot her. Najciekawsze w tym jest to, że pobrzmiewają tu, jak wspomniałem, pewne osobiste przeżycia Kinga, którego nie raz oskarżano o plagiat. Chociażby „Stółkostrachę” miały być inspirowane jakąś tam zapomnianą brytyjską produkcją z lat 50. Ale sam film, chociaż jest i nowy, i stary jednocześnie, mówi o sekretnym oknie, trafia dzisiaj jakoś do widza. Między innymi moim zdaniem przez rolę Johnny'ego Deppa i gwarantuje chwilową rozrywkę Nie jest to najmądrzejsze dzieło i chyba nie takie, w którym można dopatrywać się jakichś ukrytych znaczeń. Natomiast jeżeli ktoś chce po prostu się rozerwać przy Kingu, to chyba "Sekretne okno" jest dobrym rozwiązaniem.
[03:34:15] - Moim zdaniem, Piotrze, strzeliłeś w punkt, bo ja ten film lubię, ale nie ze względu na to, że powstał na podstawie prozy Kinga, tylko dlatego, że lubię aktora. Lubię Deppa po prostu i dlatego ten film jest na mojej liście filmów, które są okej. Sama historia, pewno dałoby się znaleźć lepszą, ale z drugiej strony ona znowu, moim zdaniem przynajmniej, pokazuje pewne demony, które w życiu pisarza właściwie funkcjonują. To, że zawsze może przyjść ktoś i powiedzieć: "Pan mi zabrał mój pomysł, pan zabrał moje opowiadanie, pan go przepisał" i tak dalej. To bardzo często się zdarza. Zauważcie państwo, ile razy autorkę Harry'ego Pottera oskarżano, że skopiowała coś z czyjejś prozy. Chociażby oskarżano Wachowskich, już teraz nie wiem, jakiej płci są, teraz są kobietami. Oskarżano ich o to, że "Matrix" był właściwie zrobiony na podstawie prozy polskiego pisarza, a konkretnie Wiszniewskiego-Snerga. Jest takie opowiadanie, które mogłoby stanowić jakiś punkt wyjścia do tej opowieści i tak dalej. Tego rodzaju historie, że ktoś komuś coś podebrał, to jest właściwie powszedni dzień ludzi piszących.
[03:36:09] - Tak, nawet w Biblii ściągali. Nie oszukujmy się.
[03:36:12] - Tak, to prawda. I to znowu jest moim zdaniem ciekawa historia, bo to jest horror albo straszna opowieść na dwóch poziomach. To jest straszna opowieść dla ludzi, którzy cokolwiek próbują pisać, bo jak spróbują wcielić się w rolę głównego bohatera, to nagle jakiś dreszcz po krzyżu im może przejść, jak ciężkie jest życie pisarza. To pierwszy poziom. A drugi jest ten zawarty w historii. On jest bardziej oczywisty, ale właśnie nie do końca, bo historia w filmie jest opowiedziana w taki sposób, że jeśli nie znamy pierwowzoru, jeśli w ogóle nie znamy tej historii, to przez jakiś czas czujemy się zdezorientowani. Nie wiadomo, co jest światem prawdziwym, co jest światem jakiejś tam fikcji. Może nie do końca fikcji, może stanów umysłowych i tak dalej. To rozwiązanie oczywiście dostajemy. Moim zdaniem jest to film zrobiony sztampowo, ale zgrabnie.
Jedno drugiego nie wyklucza, bo on działa na pewnych kalkach filmowych, ale mnie to nie przeszkadzało. Nie wiem dlaczego. To może jest subiektywność polegająca na tym, że jestem, jak już państwo się zdołali zorientować, takim zdeklarowanym miłośnikiem Kinga pisarza, podkreślam to, pisarza, a przy okazji lubię aktora Deppa. W związku z tym już miałem podwójną zagwozdkę i jakbym mógł nie lubić tego filmu? Nie wiem. Tak jak podkreślam od początku, jak w każdym odcinku podkreślam, nasz przegląd filmowy jest przeglądem absolutnie subiektywnym i tu chyba daję wyraz temu, że ten film, "Sekretne okno", dla mnie jest taką opowieścią, którą lubię. Po prostu lubię bez rozwłóczania jej głębokości. Co więcej, nawet lubię to sztampowe zakończenie. Nie będę państwu go opowiadał, bo może ktoś nie widział jednak tego filmu, ale nawet to zakończenie lubię, chociaż ono jest już tak oklepane, że tak po prostu.
[03:38:50] - I ostatni film z tej naszej listy przeglądowej to jest "Bastion", "The Stand". Dlatego go zostawiliśmy na koniec, że on w pewnym sensie, przynajmniej w jakiejś części, odnosi się do naszych czasów. Do tego stopnia, że zdecydowano się całkiem niedawno na remake. Książka, na podstawie której powstał serial i miniserial, bo mówimy o dwóch produkcjach, uznawana jest przez niektórych fanów Kinga za jego najwspanialsze dzieło. Jest też dość opasłym tomiszczem.
[03:39:26] - Oj tak.
[03:39:26] - Koncentruje się wokół problemu epidemii zjadliwego szczepu grypy. A z racji tego, że jest to temat na czasie, niewiele wam powiem, dlatego że i ten nowy, i ten stary "Bastion" jest gdzieś tam na wyciągnięcie ręki. O tym drugim było nawet głośno, więc możecie sobie opinię wyrobić. Sama książka jest wielowątkowa. Co do realizacji mamy dwie wersje, jak mówiłem, w postaci miniserialu z roku 1994 i tego współczesnego serialu z roku 2020. To takie wzmocnione naszymi pandemicznymi doświadczeniami post-apo, będące w rzeczywistości opowieścią o walce dobra ze złem, fatalizmie i tak dalej. Chociaż tutaj tych opcji znaczeniowych jest więcej. Oczywiście wśród komentarzy widzów trafiały się takie, które mówiły, że ta wersja z lat 90. jest nieporównywalnie lepsza od tej współczesnej. Szczególnie ta jej pierwsza część tego miniserialu, czyli „Plaga” — taki miała tytuł.
Sam King miał powiedzieć, że ta druga część, bardziej metafizyczna, go wymęczyła i mu się nie podobała. To oczywiście ocenią widzowie. Moim zdaniem on próbował wtedy dopasować się do pewnego nurtu w literaturze amerykańskiej fantastycznej, który był popularny. Eksperymentował on przecież nie tylko z powieściami grozy, jak żeśmy mówili, ale też z science fiction, z fantasy. I tutaj częściowo „Bastion” bywa zaliczany właśnie do fantasy. W jednej z recenzji wystawionej przez zagorzałego fana Kinga odnośnie „Bastionu” przeczytałem, że kino nie jest w stanie przełożyć na swój język najgłębszych lęków, które on uwypukla w swoich dziełach. I muszę powiedzieć, że kiedy zaczęła się pandemia COVID-19, szybko bardzo przypomniano sobie filmy, w których o jakiejś dziwnej epidemii mówiono. I to była oczywiście „Epidemia strachu” — ten słynny film, który bardzo jakoś dziwnie przypominał to, co się potem wydarzyło na świecie. Były też inne filmy, ale jakoś o tym „Bastionie” zapomniano. Nie wiem czemu.
Dopiero sobie go przypomniano, kiedy ponowiono jego realizację, w której tak naprawdę wielu osobom podobało się wykonanie, podobała się gra aktorska Alexandra Skarsgårda. Pojawiła się też Whoopi Goldberg. Teraz tak, Marku, bo my powinniśmy może coś na ten temat powiedzieć, a może jest jeszcze za wcześnie. Jeżeli ktoś tego „Bastionu” nie oglądał, to twoim zdaniem zdziwi się on, zadziwi, czy będzie rozczarowany?
[03:42:33] - Ja na co innego w tym filmie zwróciłem uwagę, ale to już właściwie powiedziałeś, przytaczając tę opinię o tym, że kino nie jest w stanie oddać lęków i w ogóle zagadnień, problemów, które King porusza w „Bastionie”. To nie jest przypadek, proszę państwa, że ta książka jest opasła. Naprawdę opasła. Bo to, co państwo dostajecie w wersji filmowej i w tej pierwszej z lat 90., którą lubię, i w tej nowszej wersji, to jest zaledwie ułamek tego, co w książce się znajduje. Bo ja już to sygnalizowałem państwu. King ma, moim zdaniem, rewelacyjną metodę, ale nie jakoś specjalnie odkrywczą. To nie jest odkrycie Kinga. Metodę pisarską polegającą na tym, że przedstawia losy, w tym wypadku świata czy Stanów Zjednoczonych, poprzez losy, takie mikrohistorie ludzi. I to takie spersonalizowanie strachu, spersonalizowanie w tym wypadku epidemii, w ogóle problemów, skutkuje tym, że nam jest się łatwiej utożsamić. Gdyby on opisywał tak losy świata, a przy okazji ludzi, to by było mniej przekonujące.
Natomiast King prosto pokazuje ludzi, pokazuje to, jak ginie świat, ale to nie ginie świat w ogóle, bo to tak naprawdę mało kogo obchodzi. Ginie ich świat. I to jest moim zdaniem w prozie bardzo ważne. Dlatego ona jest taka opasła, ta książka, ponieważ tam wszystko jest od podszewki, od korzeni wyciągane. Psychologia tych ludzi, to wszystko tam jest. W filmie paradoksalnie, chociaż ja twierdzę, że się nie da przełożyć jednego języka na drugi, to w tym pierwszym filmie to jest. Oczywiście skrótami, to wszystko się posługuje skrótami. Niemniej jednak scenarzysta, ja nie pamiętam, kto był scenarzystą, ale całkiem to zgrabnie chwilami uchwycił. W tym nowszym mnie się wydaje, ale to subiektywne, że obsada aktorska może lepsza, ale coś ucieka. Poza tym rzeczywiście Piotr zwrócił uwagę, dopiero sobie to uświadomiłem tak naprawdę w czasie tej audycji, to chwała tobie, Piotrze, że ta książka i ten film rozpadają się na dwie części.
Rzeczywiście tak jest, że dopóki King pisze o zagładzie naszego świata, to to jest fajne. To mnie bardzo porwało. A w chwili, kiedy przechodzimy do drugiej części historii, czyli jak się kształtuje nowy, niekoniecznie wspaniały świat, to to bywa męczące. Nie byłem fanem drugiej części miniserialu. „Bastion” porywał mnie wtedy, kiedy opowiadał o Potencjalnie moich problemach. Wizja świata post-apo prezentowana przez Kinga. Myślę, że są lepsze wizje. Ale znowu, żeby tak mnożyć paradoksy, bo dzisiaj taki dzień, że dobrze jest je pomnożyć, to powiem tak: nawet w tej drugiej części, tu odwołuję się do książki, ale przy filmie też można by to rozważyć. Nawet przy drugiej części, kiedy przedstawiany jest świat jutra. Znowu siłą tej prozy i siłą częściową filmu jest to, że jest to pokazane przez pryzmat jednostek.
I ktoś powie: co to za odkrycie? Właśnie tak, bo bardzo często dostajecie państwo, i tu się posłużę znowu filmem na podstawie prozy Kinga, dostajecie państwo na przykład „Mroczną wieżę”. Niby tam są losy ludzi pokazane, ale z drugiej strony to jest bardzo, moim zdaniem, zły film, nieoddający w ogóle tego, co się dzieje w siedmiotomowej sadze. Być może miały być dalsze części, nie wiem. W każdym razie ten film nie oddawał tego, co w tej siedmiotomowej sadze Kinga, w której King flirtuje sam ze sobą. To jest w ogóle majstersztyk. Flirtuje z prozą popularną, z kulturą, która nas otacza. Po prostu sobie robi takie, mówiąc szczerze, małe jaja, ale jednocześnie to są takie nawiązania. To są takie opowieści, które szalenie wciągają. To, co zrobił film „Mroczna wieża”, to nic gorszego zrobić nie mógł.
Jeśli chodzi teraz, odwołując się do „Bastionu”, to pełen szacun. Jednak i ta pierwsza wersja, i ta druga przynajmniej próbuje podążać za poetyką, za tym, co King robi w swojej prozie. I tu szacun.
[03:48:26] - Tak, to się pokrywa z opiniami wielu ludzi, których zapytałem po prostu, co sądzą o ekranizacjach Kinga. W ogóle dzisiaj, Marku, jest taki dzień paradoksów. 1 luty. Trzeba sobie go zapisać w kalendarzu. Dzisiaj dyskutujemy o ekranizacjach Kinga, które tak naprawdę w wielu przypadkach z Kingiem nie mają nic wspólnego. Ale ja bym chciał jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz. Otóż tam w „Bastionie” pojawia się coś takiego w tej części, powiedziałbym, fantastycznej. Pojawia się takie już smędzenie trochę, próba stworzenia pewnego uniwersum. Może nie uniwersum, pewnego cyklu, wykreowania pewnych postaci. Myślę, że to się nie udało.
Wiele osób, nawet w komentarzach w sieci podkreśla, że ci pokasłujący ludzie w pierwszej części tego miniserialu to było coś, co ich naprawdę przeraziło. Bali się nawet siadać w autobusie koło kogoś, kto miał katar. Ale to oddajemy do waszej, że tak powiem, dyspozycji kwestię „Bastionu”. Myślę, że on jednak pomimo wszystko, jeżeli chodzi o mainstream tak zwany, to przeszedł troszkę bez echa, pomimo że do pandemii przecież odnosił się bardzo mocno. Może też to wynika, Marku, z tego faktu, że w pewnym momencie, w okresie tej pandemii COVID-19 mieliśmy do czynienia z taką sytuacją, że wszelkie produkcje, które starały się w jakiś sposób wykorzystywać obecną sytuację, były poczytywane za złe. I taki los spotkał też kilka filmów, które próbowały jakoś wykorzystać ten temat i rozwinąć go w jakieś futurystyczne scenariusze. Ale teraz może krótko o klasykach. Dosłownie chwilka. Bo czym są te kingowe klasyki? To pytanie łatwe i niełatwe.
Zapewne może sobie na nie odpowiedzieć każdy. To zarówno „Lśnienie”, „Carrie”, „Dzieci kukurydzy”, to „Skazani na Shawshank” i tak dalej. Podnieśliśmy tutaj kilka problemów. Ponieważ realizacje filmowe Kinga rozciągają się na kilka dekad, możliwe, że niektóre z ekranizacji zostały zrealizowane za wcześnie. Może w tej nowoczesnej, dzisiejszej formie wyglądałyby lepiej. Może nawet któryś z tych filmów, jakie uznaliśmy, Marku, za zapomniane, lepiej by się prezentował i gdzieś miałby miejsce koło „Lśnienia” i koło „Carrie” tej pierwszej, gdyby powstał na przykład na początku lat 90. Dwutysięcznych, przepraszam. Problemem jest to, co już wspomnieliśmy gdzieś tam w pierwszej części audycji, że były czasy, kiedy horror traktowano nie do końca poważnie. Horror jako film traktowano jak taką jazdę rollercoasterem. Czyli ma być strasznie, szybko i momentami zabawnie.
Wydaje mi się, że w przypadku remake'ów Kinga mamy do czynienia z taką średnią recepcją, bo jak spojrzysz na niektóre filmy, to przecież Carrie jest nowa. Carrie jest Carrie stara. W „Wysokiej trawie”, film z 2019 roku, mamy cmentarz dla zwierzaków, który został zjechany i niektórzy twierdzą, że w ogóle nie umywa się do tej pierwotnej swojej filmowej Oczywiście wersji. Mamy też podpalaczkę, mamy to w dwóch częściach. I jest jeszcze Doktor Sen, który też zbytniego entuzjazmu wśród kinomanów nie budzi. Tutaj się pojawia kolejny paradoks i kolejny problem. Skoro Kinga nie udało się z sukcesem zrealizować wtedy i skoro nie udaje się to, albo przynajmniej przychodzi to z oporami teraz, to czy w ogóle się da, skoro on sam spróbował tylko raz siebie ekranizować? O, jakie ci zadałem pytanie.
[03:53:02] - Ja gdzieś tak to sygnalizuję przez całą audycję. Moim zdaniem właśnie dlatego, że King jest po prostu rasowym pisarzem. Jest pisarzem, który czuje pisanie, ale chyba nigdy nie próbował czuć kina. A są ludzie, którzy mówią: my czujemy to lepiej niż sam King. I to później właśnie wychodzi w ekranizacjach. Tak naprawdę, moim zdaniem King jest pisarzem, chwilami pisarzem wybitnym. Podkreślam – chwilami. To nie jest tak, że to jest gość, który produkuje same arcydzieła. Produkuje też gnioty. Daj Boże niektórym autorom, żeby takie gnioty produkowali.
To jest inna sprawa zupełnie. Poziom tego pisania jest po prostu dla wielu ludzi w ogóle nieosiągalny. Ale wracając do tego, o czym mówiłeś, to King to lansuje, jest nieprzekładalny na język filmowy. Warto to sobie uświadomić. Warto w ogóle zadać sobie pytanie, na ile literatura jest przekładalna na język filmowy. Bo każdy z tych mediów posługuje się swoim językiem i nie ma mediów gorszych albo lepszych, że powiedzmy film jest lepszy niż książka albo książka jest lepsza niż kino. Bzdura jest. Postrzeganie rzeczywistości w takim układzie chyba nie ma sensu. Natomiast warto wziąć pod uwagę specyfikę. I pisanie ma swoją specyfikę, filmowanie ma swoją specyfikę.
Ja myślę, że tak jak pojawił się człowiek od horrorów, czyli Stephen King, ale specyficznych horrorów. Tak powinien się pojawić człowiek od specyficznych ekranizacji tychże horrorów. Tak jak cały czas to mówię: język Kinga, opowieści Kinga pełne są monologów wewnętrznych, pełne są wątpliwości. Pełne są takiego mięsa pisarskiego, których film nie oddaje. I to przekonanie, bardzo wielu zresztą czytelników, przekonanie, że opowieść, że proza to jest tylko historia, to jest tylko narracja, to jest tylko fabuła. To jest błąd, proszę państwa. Owszem, można całą rzeczywistość postrzegać tylko przez fabułę. O tym co, kto, komu, gdzie, jak, skąd, po co, dlaczego i tak dalej. To są proste opowieści, które da się streścić właśnie przy pomocy takich pytań albo zadając sobie takie pytania, można streścić jakieś tam opowieści. Natomiast proza Kinga wymyka się tym pytaniom, ponieważ jest, nie chcę być źle zrozumiany, głębsza.
On jednak pracuje na innych rejestrach. On te pytania zadaje. Czasami to nie są specjalnie głębokie pytania. Jest kilka takich opowiadań, które pracują na bardzo prostych, wręcz schematycznych pytaniach, ale King daje nieschematyczne odpowiedzi. Dlaczego ta proza mi się podoba? Ponieważ ona bardzo często uderza w te nuty, w te struny, które sam odczuwam, czyli pytania, które sobie zadaję. Ktoś powie, że banalne, ale każdy z nas. Nie czarujmy się, proszę państwa, nie jesteśmy wszyscy tak, jak tu jesteśmy zgromadzeni, nie jesteśmy specjalnie oryginalni. Nam się bardzo często wydaje, że jakaś oryginalność w nas drzemie. Nie, te pytania, które sobie zadajemy, egzystencjalne czy też całkiem takie zwykłe, codzienne.
Ani one nie są nowe, ani one nie są oryginalne. One po prostu są i są dla nas ważne. I King to bardzo dobrze pokazuje. King nie sili się. King nie jest filozofem. King nie jest człowiekiem, który chce nam opowiedzieć prawdę o świecie. King jest człowiekiem, pisarzem, który jakąś prawdę o człowieku, o nas samych pokazuje. Ja dlatego tak Kinga cenię. Ja wiem, że są ludzie, którzy Kinga lubią albo nie lubią za to, że pisze takie, a nie inne horrory. Ja Kinga lubię przede wszystkim za to, że jest pisarzem, a przy okazji pisarzem horrorów.
Taki wybrał sobie zawód. Taki wybrał sobie temat. W ogóle mi to nie przeszkadza, ale cenię go naprawdę za to, że jest rasowym pisarzem. Który szuka pewnej prawdy o człowieku, której nigdy nie znajdzie. Nikt z nas nie znajdzie tej prawdy. Niemniej jednak on cały czas jej szuka. Na tym polega tak naprawdę zadanie pisarskie. I dlatego ja po dzisiejszej audycji mogę powiedzieć jedno: chwała Kingowi, z mojego punktu widzenia, chwała Kingowi za to, że jest i że jest pisarzem. Oraz życzenia dla ludzi kina, żeby znaleźli klucz do Kinga, bo to, jak na razie z naszej rozmowy wynika, udało się tylko jednej osobie, którą King zresztą na początku znienawidził, później mu to trochę przeszło, czyli właśnie Kubrickowi. Nakręcił „Lśnienie”.
I to jest film w dalszym ciągu wybitny. Cóż mam więcej powiedzieć? To jest z jednej strony smutny obraz, bo ten film „Lśnienie” powstał bardzo, bardzo dawno temu z naszej perspektywy. A z drugiej strony może taki wniosek otwierający, że tyle prozy Kinga jest jeszcze do nakręcenia po raz kolejny, od nowa. Tylko warunek jest jeden. Moim zdaniem, to znowu absolutnie subiektywne. Warunek jest jeden: przestańmy traktować Kinga jako twórcę tylko i wyłącznie horrorów. On jest twórcą horrorów przy okazji. Zacznijmy traktować Kinga jako człowieka, który mówi nam coś mniej lub bardziej prawdziwego o naszej rzeczywistości. A horrory są przy okazji.
[04:00:03] - Ja myślę, że to będzie trudne zadanie i jeżeli miałbym być szczery, wydaje mi się, że bez poważnych zmian w scenariuszu się nie obędzie i będziemy znowu mieli do czynienia z jakimiś bastardami. Z jakimiś inspiracjami Kingiem. Natomiast on nigdy do tego kinowego mainstreamu nie trafi. Jest kilka powodów, o których wspomnieliśmy, ale są też filmy, które noszą cechy bardzo podobne do jego prozy, które zostały przełożone i to względnie niedawno na dobrze zrealizowane, nie powiem, że ciekawe produkcje, gdzie ta linia fabularna, obyczajowa szła sobie gdzieś tam w jakimś kontakcie ze zjawiskami para, z horrorem. W pewnym momencie się one przecinały i wychodziło bardzo różnie. Dzisiejsza kinematografia jest w stanie stworzyć pomieszanie na przykład dramatu obyczajowego z horrorem albo filmu obyczajowego z horrorem, takiego zupełnie lekkiego. Ale to wychodzi tak trochę koślawie. Zawsze widzimy albo jedną, albo drugą stronę i moglibyśmy się albo bez jednego, albo bez drugiego wątku obyć. I w zasadzie ta dzisiejsza audycja chyba nie ma jakiejś puenty, bo to jest niemożliwe. Niemożliwe zrobić podsumowanie kilkudziesięciu filmów przypisywanych facetowi, który z tymi filmami miał wspólnego czasami tylko trochę.
I to chyba dobrze.
[04:01:47] - Ja powiem jedną rzecz, przygotowałem sobie puentę dosyć zabawną. Zdarzało mi się zasypiać przy filmach na podstawie prozy Kinga. Nie zdarzyło mi się nigdy zasnąć przy książce Kinga. Co więcej, zdarzało mi się zarwać noc przy prozie Kinga i później chodziłem półprzytomny w ciągu dnia. I to jest chyba ta zasadnicza różnica.
[04:02:22] - Tak. Marku, co za tydzień? Czy zdradzimy co za tydzień, czy nie?
[04:02:27] - Nie, absolutnie protestuję, żeby nie zdradzać. Ja myślę, że jedyne, co mogę w tej chwili powiedzieć, co chciałbym powiedzieć, że po tych dwutygodniowych rozważaniach o teoriach różnego rodzaju związanych z kinem, o padaniu z cenomorfa.
[04:02:54] - Były dwa tygodnie wykładów, teraz dwa tygodnie ćwiczeń.
[04:02:57] - Tak jest.
[04:03:00] - I będziemy się przygotowywać intensywnie do nadchodzącej sesji tak naprawdę. No cóż, ja myślę, że możemy obiecać tyle, że przyjrzymy się kilku nowościom i to może będzie nawet tak, że to nie będą filmy ze sobą jakkolwiek powiązane tematycznie.
[04:03:21] - Tematem wiodącym będzie nowość.
[04:03:26] - O tak. Nowość. Będą to świeżynki i dobre, i złe. Mam nadzieję. Jeżeli nam się to uda. Jak zwykle trzy, cztery filmy. Mam nadzieję, że trzy, bo im mniej, tym znaczy, że jest bardziej o czym opowiadać. Także Marku, cóż pozostaje, jak się pożegnać i zaprosić naszych słuchaczy na poniedziałek, dlatego że w poniedziałek w Radiu Paranormalium o godzinie 20:00 coś, co jest bardzo bliskie twojemu sercu. Audycja pod tytułem, a może nie pod tytułem, audycja na temat alternatywnych hipotez na temat naszej rzeczywistości, a wśród nich oczywiście takie kwestie jak hipoteza symulacji.
[04:04:16] - Tak, to prawda. Symulacji i kilku innych jeszcze ciekawych teorii czy ciekawych takich Symulacji, ale symulacji myślowych. Czym może być nasza rzeczywistość? Bo my przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że jaki świat jest, każdy widzi. Ale okazuje się, że już od wielu wieków to wcale nie jest takie oczywiste. I kiedy my patrzymy na nasz świat i mówimy sobie: „Drzewo, droga, domek i tak dalej, wszystko fajne, materialne, łatwe do opisu".
[04:05:05] - Powieść Stephena Kinga na przykład też.
[04:05:07] - Tak, wszystko łatwe do opisania, proste, niestwarzające żadnych problemów. Okazuje się, że wystarczy spojrzeć na to pod nieco innym kątem i nagle okaże się, że to, co wydaje się oczywiste, wcale oczywiste nie jest. I żeby nie było tak, że my tu sobie będziemy bredzić w tej audycji poniedziałkowej na różne tematy, to ja zwrócę tylko uwagę, że kilkaset lat temu niejaki człowiek, który nazywał się Berkeley, kojarzycie państwo, nawet uniwersytet jego imienia jest, doszedł do wniosku, że ta nasza rzeczywistość to jest tylko funkcja tego, w jaki sposób dostarczane są do naszego mózgu, do naszej świadomości bodźce. I odpowiednio zmanipulowane bodźce dadzą odpowiednio zmanipulowaną rzeczywistość. Wcześniej jeszcze był Kartezjusz. Wnioski państwo znacie. „Myślę więc jestem". Ale skąd one się wzięły? Wzięły się stąd, że on sobie zadawał pytanie, czy nie istnieje przypadkowo ten złośliwy demon, który podpowiada nam, czy wrzuca nam takie wrażenia, że nasza rzeczywistość jest taka albo inna, ale tak naprawdę to on nam fałszuje tę rzeczywistość. I Kartezjusz podążał tą drogą i zadawał sobie pytania, co mogłoby świadczyć o tym, że coś jest prawdziwe, co jest niekwestionowalne.
I wtedy powiedział sobie właściwie: to, że myślę, że ja myślę, tego złośliwy demon nie mógł sfałszować. A więc to jest jedyny dowód na to, że jakaś rzeczywistość istnieje. Ale to jest tylko punkt wyjścia. Poszedłem głęboko w filozofię, a my tak głęboko w filozofię nie będziemy chodzili w poniedziałek.
[04:07:11] - To będzie bardzo nowatorska audycja, jeżeli chodzi o nasze „Oblicza Nieznanego", dlatego, że to wszystko zostanie zaprezentowane w formie tak zwanego icebergu, góry lodowej. Na samym szczycie będą te hipotezy, które są najbardziej znane, a na samym dole te najdziwniejsze. Co nie znaczy, że najmniej realne. Więcej wam nie powiemy. Zapraszamy w poniedziałek o 20:00. Zapraszamy też do odsłuchu wszystkich archiwalnych audycji, zarówno „Bibliotekarium", jak i naszych audycji z innych serii, czyli „Oblicza Nieznanego", „Debaty Ufologiczne". Czekamy na wasze komentarze. Czekamy na wasze opinie na temat ekranizacji Stephena Kinga. Czy zgadzacie się z tym, co żeśmy powiedzieli? I co, Marku, do usłyszenia za tydzień.
[04:08:14] - Do usłyszenia. Pięknie ci dziękuję. Pięknie dziękuję naszym słuchaczom. Od razu podpowiem: nie zgadzajcie się państwo z nami, bo tak jak powiedziałem na początku, to są subiektywne opinie. Możecie lubić filmy, których my nie lubimy i odwrotnie. Pełna wolność. Chętnie przyjmę uargumentowane wnioski, uargumentowane opinie. Z tego się tylko można uczyć i z tego się tylko można podładowywać intelektualnie. W związku z czym zapraszam. Filmów na podstawie Kinga jest bardzo dużo.
Chętnie poczytam państwa opinie. Myślę, że Piotr również. Pięknie jeszcze raz dziękuję. Do usłyszenia. Pozdrawiam. No tak, proszę państwa, tyle się nagadaliśmy z Piotrem, a i tak zaledwie dotknęliśmy tematu ekranizacji Stephena Kinga czy też, jak mówiłem przed audycją, Stefana Króla. To cóż, teraz znowu przeskakujemy do literatury. Zapraszam państwa na „Labirynt Książek". Dzisiaj Mirosław Gołuński omówi książkę Donny Tartt, „Tajemna historia". Zawsze się muszę walnąć w jakimś tytule, ale to już taka moja specyfika.
Kilka słów o tej książce. To jest książka dziejąca się w Stanach Zjednoczonych, ale Mirosław Gołuński często mówił o fantastyce. Tu fantastyki nie ma. Niejaki Richard Papen rozpoczyna naukę w ekskluzywnym college'u w Nowej Anglii i dołącza do grupy inteligentnych, ale też ekscentrycznych studentów filologii klasycznej, którzy pod wodzą takiego, jak to się mówi, charyzmatycznego wykładowcy odkrywają sposób myślenia i życia, który nie ma nic wspólnego z monotonną egzystencją akademicką. Ale wiecie państwo, odkrywanie takiego świata to są eksperymenty z narkotykami, alkoholem, seksem i tak naprawdę używając życia, oni nie znajdują odpowiedzi na pytanie, jak daleko można się posunąć w korzystaniu z życia między innymi. No i dochodzi do morderstwa. To ode mnie tyle, a dalej to już Mirosław Gołuński.
[04:11:33] - Dzień dobry państwu, a właściwie dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy spotkamy się tym razem w naszym labiryncie. Tym razem w moim labiryncie książek będzie klasycznie, chociaż nowocześnie. Oto Donna Tartt w 1992 roku, więc zaledwie 30 lat temu, wydaje powieść „Tajemna historia” i tę powieść okrzyczano jedną z najważniejszych powieści Ameryki XX wieku. Na wszystkich spisach tekstów, które widuję, jeśli chodzi o amerykańską literaturę XX wieku, ona jest w tej pierwszej setce, którą obowiązkowo należy przeczytać. Przeczytałem ją również z myślą o państwu i pomyślałem, że faktycznie coś w niej jest. Najpierw zarysuję krótko historię. Jesteśmy na uniwersytecie w Hampden. To mały uniwersytet, gdzieś zagubiony w stanie Vermont. Mamy tajemniczego nauczyciela Juliana wykładającego literaturę klasyczną i w ogóle historię kultury antycznej.
Mamy wreszcie szóstkę bohaterów. Najpierw piątkę, potem dołącza do nich narrator tej powieści, Richard Papen. Richard jest ubogi. Na uniwersytet dostał się, bo zdobył stypendium, które mu to pokrywa, ale będzie miał z tym problemy. Piątkę jego przyjaciół tworzą: Henry, najbogatszy w całym tym towarzystwie, wycofany, pozornie intelektualista, ale trochę na niego pozujący. Francis, gej zdeklarowany. To ma pewne znaczenie w tej powieści. Bliźniacy Charles i Camilla. Niezwykła para bohaterów. Relacje w ich rodzinie są dziwne i tajemnicze.
Nie chcę wszystkiego w tym momencie zdradzać, więc nie dopowiem, ale można się domyślać. Zresztą oficjalnie nie padają tam żadne złe słowa pod ich adresem, natomiast wszyscy wiedzą swoje i wszyscy plotkują. Wreszcie szósty czy piąty, ale de facto szósty bohater, Bunny. Bunny jest takim typem, którego się jednocześnie lubi. Jest zabawny, ma fajną dziewczynę Marion, która niewielki udział bierze w powieści, ale Bunny jest jak pchła albo bluszcz. Owija się wokół zamożniejszych przyjaciół i wysysa. Mówiąc wprost, najpierw podlizując się, a gdy zdarzy się okazja, o czym za chwilę powiem, zwyczajnie ich szantażując. Szantażując ich do tego stopnia, że wymusza na przykład na Henrym, by pojechali razem do Rzymu. Oczywiście na koszt Henry'ego i zmusza Henry'ego, żeby wynajęli superbogaty, superdrogi hotel, zmusza go do kupowania sobie rzeczy. Zresztą żeruje na wszystkich z wyjątkiem Richarda, dlatego że wydarzenia, które dały mu szansę na ten szantaż, wydarzyły się, zanim Richard do nich dołączył.
Ta piątka razem z Julianem, który w ogóle wykłada w osobnym budynku, są światem w świecie. Ważne jest pewnie też to, że Francis i bliźniacy są katolikami, a przynajmniej wychowani w rodzinach katolickich. Bo z ich religijnością, jak to w latach 80., bo jesteśmy mniej więcej w latach 80., w Stanach Zjednoczonych wiadomo, jak to bywało, weszła wśród młodych. Natomiast Bunny i w gruncie rzeczy również Richard są prezbiterianami. To odgrywa pewną rolę w powieści, chociaż niekoniecznie będę o tym dzisiaj mówił. Zanim pojawi się Richard, który zresztą w dość dziwnych okolicznościach dołączy do grupy, mimo że go na to tak do końca nie stać. Dość zamożny w tej czwórce jest też Francis. Ma solidne pieniądze. Bliźniaki są nieco uboższe, ale zdecydowanie i tak zamożniejsze od Bunny'ego, który pozuje. Dlatego, że Bunny pochodzi z rodziny, która kiedyś była bogata, bardzo zbiedniała, a on ma czterech starszych braci.
Jeżeli nawet coś oni mieli, to wiadomo, że bracia to już przytulili. Co prawda płacą Bunny'emu za studia, ale to właściwie wszystko. Otóż czwórka przyjaciół Richard, Francis, Camilla i Charles próbują, ale dowiadujemy się tego wyłącznie z przedakcji, ale właściwie od samego początku o tym wiemy, więc niewiele zdradzam. Próbują naśladować greckie kulty misteryjne. Odurzają się, biegają niemalże nago czy w białych prześcieradłach po lesie i takie tam. Francis wynajmuje jeszcze domek poza miastem. W czasie jednej z takich przygód, a było ich tylko kilka, zabijają człowieka. Właściwie nie wiedzą, jak to zrobili. Po prostu, tak? I po prostu naszprycowani narkotykami.
Jest tam całe handla ćpa, jak to studenci, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych i w latach 80. Bunny'ego z nimi nie było, ale orientuje się, co się stało i zaczyna ich szantażować. Cała powieść, prolog powieści zaczyna się w chwili, w której czwórka przyjaciół, ale już z Richardem jako piątym zabijają Bunny'ego. I tak naprawdę cała powieść jest o tym na tej podstawowej linii fabularnej. To powieść o tym, jak do tego zabójstwa doszło, a potem jak oni sobie z tym zabójstwem radzą lub nie radzą, a zostają na przykład wystawieni na konieczność udania się na pogrzeb, ponieważ Bunny był oficjalnie ich przyjacielem. To więc robi się bardzo dramatyczna historia. Ona jest opowiedziana z perspektywy czasu przez właśnie naszego narratora Richarda, który podjął się tej historii. I cóż, to gruba książka licząca sobie ponad sześćset stron. Ale naprawdę nie żałuję czasu, który z nią spędziłem. Znajomy pisząc recenzję z niej napisał, że pierwsze dwieście stron jest świetne czy pierwsza połowa, a pozostałą można by skrócić o połowę.
Ja mam tu zupełnie inne zdanie. Spróbuję, nie do końca odkrywając, o co chodzi, powiedzieć państwu dlaczego. Owszem, nie mam innego zdania co do tej drugiej części powieści, bo pierwsza część jest wyśmienita. Świetna narracyjnie, bardzo mozaikowo skonstruowana. Jesteśmy powoli wprowadzani przez Richarda, który sam niewiele wie, gdy tak jak mówię, on przyjechał do Hampden z innego uniwersytetu i właściwie przyjechał trochę przypadkowo. Ale jak to w życiu bywa, taki przypadek wprowadza człowieka w opowieść inicjacyjną. No bo właśnie tajemna historia na jednym z poziomów, który ja bardzo cenię, jest powieścią o dojrzewaniu. Jest powieścią inicjacyjną, mówiąc wprost realizującą taki campbellowski schemat. To znaczy młody człowiek w uproszczeniu pewnym. Młody człowiek opuszcza dom, udaje się gdzieś poza świat, na pustynię, w góry.
Richard udał się do Hampden, gdzieś naprawdę. On pochodzi z Kalifornii, prawda? Czyli dla niego przenosiny z piętnaście zimą do minus dwadzieścia zimą są dramatycznym przesunięciem. Tym bardziej że jeszcze zostaje tam częściowo sam. Ale nie o to chodzi. Bohater realizuje pewien quest, ma do spełnienia misję i ta misja-- wykonuje ją i gdy wraca do swojej społeczności już po pierwsze z jakimś na przykład artefaktem, wiecie państwo, czasami ten artefakt można niszczyć, jak to robi na przykład Frodo we Władcy Pierścieni. Ale przede wszystkim zmienia się on, staje się innym człowiekiem. I to jest właśnie opowieść Richarda o stawaniu się kimś, kim nie był przedtem. Nie jest przypadkiem, że podkreślam autorką jest kobieta, Donna Tartt przypominam, że wśród głównych bohaterów tej powieści jest tylko jedna kobieta. Młoda dziewczyna, tak?
Camille. Znaczy pojawiają się inne kobiety, tak? Oczywiście na kampusie mieszkają kobiety. Tak jak mówię, dziewczyną Bunny'ego jest Marion. Również nie jest święty Richard, który gdzieś tam spotyka się z jedną z dziewcząt i też z nią ląduje oczywiście w łóżku, jak to wśród studentów bywa. Ale to ścisłe grono jest w dużej mierze męskie, bo na tym polega dojrzewanie Richarda. Człowiek musi sobie poradzić z sytuacją. Musi poradzić sobie z jednej strony z lekkimi umizgami Francisa, ale Francis nie jest zbyt ostry w tych umizgach i nie ma problemu, tym bardziej że gdzie indziej może spokojnie rozładować swoje napięcie. Charles jest podwójnie zazdrosną siostrą. Henry wydaje się wyobcowany.
Jest najinteligentniejszy na pewno z tej grupki, ale też najbogatszy. On właściwie niczego nie musi, robi, co lubi. No i mamy takiego Bunny'ego, tak? Tego trickstera w tej opowieści, który wszystkim działa na nerwy, ale też wykonuje złą robotę. Oczywiście tym momentem przełomowym jest śmierć. Bynajmniej nie śmierć tego człowieka, którego zabili w czasie rytuału, bo Richard o tym dowiaduje się znacznie później, ale śmierć Bunny'ego, w którą Richard jest bezpośrednio zaangażowany i nie wyjaśniając dokładnie, o czym jest ta druga połowa powieści dla rozwoju Richarda, dla tej jego pełnej przemiany ta część jest niezbędna. To tam już wykonawszy misję zabójstwo Bunny'ego, tak? Wykonawszy ten quest, on musi sobie z tym poradzić. Bo jakby przewrotność tej opowieści polega na tym, że zwykle jest tak, że bohater nie ma żadnych oporów przed zabijaniem, również w opowieści mitycznej, że zdobywa ten artefakt, wykonuje tą misję dla dobra kogoś. A jeżeli wykonuje i pomaga ją wykonać nie dla dobra, ale dla bezpieczeństwa przyjaciół, a przynajmniej no właśnie ludzi, których za przyjaciół uważa, który będąc inny, tym bardziej inny Hampden.
Nikt więcej. Nikt z tej piątki z Kalifornii nie pochodzi. Jego kalifornijskość jest wielokrotnie podkreślana na północy, tak? W Vernon nie jest traktowana zbyt dobrze. Jedni pochodzą z Bostonu, tak? Z Bostonu pochodzą Camilla z Charlesem, Henry gdzieś z Nowego Jorku i tak dalej, i tak dalej Ale to ma znaczenie. I to jest kolejne. Powyżej struktury powieści inicjacyjnej, to Ameryka w pigułce. Z jednej strony Ameryka, a z drugiej strony świat wycięty z całości obrazu, skupiony wyłącznie na sobie. Amerykanie w tej powieści są niedojrzali, bo są młodzi, ale również ich nauczyciel w decydującym momencie zawodzi.
Są egoistyczni, myślą wyłącznie o sobie. Bunny niczym się od nich nie różni. Tak jak mówię, są generalnie mężczyznami, a Camille okazuje się jednym z większych problemów w ich relacjach. Bo oczywiście tak czy inaczej właściwie poza Francisem, to chyba zrozumiałe, wszyscy się w niej zakochują. Natomiast pozostali trzej, czyli Richard, Henry i Charles kochają Camille. Każdy na swój sposób, każdy inaczej, ale każdy oczywiście egoistycznie chce ją mieć dla siebie. Dosłownie również w sensie fizycznym. A więc mamy specyficzny obraz białej Ameryki. To jest ciekawe, że w tej powieści wszyscy bohaterowie, przynajmniej w oryginalnej wersji, są biali. Dla niebiałych właściwie nie ma miejsca jeszcze ciągle na tym uniwersytecie.
To uniwersytet w ogóle humanistyczny, co oczywiście dziś jest już rzadkością, a wtedy jeszcze było specyficznym ujęciem tego świata. Zajmują się czymś kompletnie nieużytecznym, bo poznają grekę, łacinę, piszą wypracowania po grecku. Julian zmusza ich, żeby właściwie nie robili nic innego. Na szczęście dla Richarda w ostatecznym rozrachunku chodził też przez jakiś czas na inny fakultet, na fakultet francuski. I to potem ma pewne znaczenie w zakończeniu, ale w tej chwili to już sobie państwo rozpoznacie sami. Mamy więc Amerykę w pigułce. Białą, uprzywilejowaną, w dużej mierze męską, częściowo taką prezbiteriańską. Zwłaszcza Bunny jest reprezentantem protestantyzmu, który ma odwieczne pretensje do katolicyzmu. I to on wymyśla podróż do Rzymu głównie po to, żeby po nim łazić i marudzić jak można. Więc widzicie państwo, że mamy opowieść niezwykle wielopoziomową.
Dlatego musi być powód, dla którego Amerykanie uznają tę powieść obok Steinbecka, Hemingwaya, Hallera, Rotha, ale też Le Guin w tym towarzystwie jest, Ursuli Le Guin, wymieniają jako jedną z najważniejszych powieści XX wieku. Ja oczywiście nie wszystkie elementy państwu pokazuję. Zapewne też jako nie Amerykanin nie wszystko potrafię odczytać, ale to, co udało mi się zobaczyć, to, co państwu tutaj przekazuję, to zaproszenie do kolejnej opowieści. Znowu zaproszenie do świata, który tym razem wydaje nam się, że znamy, choć wcale tak nie jest. Za to świata, który jest interesujący, bardzo niejednoznaczny. Oj bardzo. Świata, w którym nie wszystko się udaje, w którym momentami mamy przemieszczenia między realnością a fantazją. Nie tyle taką fantazją, co na przykład nie tylko bohaterowie, ta czwórka wchodzi w ceremoniały, rytuały starogreckie i zatraca się w nich, ale też Richardowi to się zdarza. Najpierw, gdy zimą traci przytomność z zimna i głodu w pierwszej części powieści, potem trafia do szpitala i już jest w malignie, a potem zdarza mu się przedawkować z alkoholem czy ze środkami odurzającymi. Wreszcie, gdy trafia kolejny raz do szpitala, nie będę mówił dlaczego, ale również traci przytomność.
Ameryka jest światem na pograniczu rzeczywistości iluzji i wydobycie tego we własnej lekturze pomaga zobaczyć wielopłaszczyznowość tej opowieści, bo ona jest naprawdę bardzo pieczołowicie skomponowana i napisana nie tak, jak dziś się pisze. Nie ma tam szybkiej akcji, nie ma tam pojedynków. Trochę jest. Mamy intelektualistów, ale mamy też działania policji, działania FBI. Bardzo ciekawe, bardzo dwuznaczne. Mamy wreszcie zamkniętą opowieść. Zapraszając państwa do tej lektury i pokazując jeszcze jeden, tym razem bardziej amerykański korytarz w moim labiryncie. Nie pierwszy raz zresztą ten amerykański korytarz tu się pojawia. Chciałem państwu zaproponować, mamy wakacje za chwilę. Może część z państwa studiuje.
Opowieść o Hampden, które jednocześnie jest nie wiadomo gdzie. Niby wiemy, że jest w stanie Vermont, ale to nie jest takie oczywiste. Na pewno jest wyrwana ze świata, zwłaszcza dla Kalifornijczyka czy Nowojorczyka, czy Bostończyków. A jednocześnie jest opowieścią o Ameryce, o dojrzewaniu. Gdzieś tam widziałem przebłyski „Buszującego w zbożu” – klasyki literatury amerykańskiej. Dziękuję więc państwu i do zobaczenia za tydzień.
[04:29:02] - Proszę państwa, to może jeszcze odrobina literatury w wykonaniu Redy Haddada. Reda Haddad czyta dla państwa opowiadanie Pauliny Remus „Śnij o mnie”.
[04:29:20] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Paulina Remus „Śnij o mnie”.
[04:29:49] - Smok wyszczerzył kły. Widziałem, jak prężył muskuły pod warstwą twardych jak diamenty łusek. Szykował się do ataku. Powoli położyłem dłoń na rękojeści miecza, co nie uszło uwadze gada. Buchnął parą z nozdrzy i w mgnieniu oka znalazł się przy mnie, próbując rozedrzeć łapą moje gardło. Na szczęście byłem szybszy. Srebrna klinga zgrzytnęła przy zderzeniu z pazurami potwora, udaremniając atak. Nim zdążył się zorientować, zatopiłem ostrze w błoniastym skrzydle. Smok ryknął, a do mnie dotarł odór krwi i zgnilizny. Zmarszczyłem nos.
Z oczu pociekły łzy. Nagle poczułem, jak coś przebija się przez kolczugę na moim boku. Odleciałem na kilka metrów. Zderzenie z kamiennym podłożem okazało się być jeszcze bardziej bolesne niż atak pazurem. Miecz wypadł mi z ręki. W oczach stanęły mi łzy. Otarłem je szybko wierzchem dłoni, by nie tracić ostrości wzroku. Bestia nieskutecznie próbowała wznieść się do lotu. Zaryczała wściekle i ruszyła w moją stronę. Ledwo zdołałem podnieść się na nogi.
Wyciągnąłem sztylet zza pasa. Energia buzowała w moich żyłach, a z rany nad biodrem sączyła się krew. Starałem się ignorować ból i coraz mocniejsze zawroty głowy. W końcu paszcza potwora znalazła się tuż przy mnie. Płynnym ruchem usunąłem się jej z drogi, jednocześnie wbijając sztylet aż po samą rękojeść w żółte oko. Byłem pewny, że dotarł do mózgu. Bestia ryknęła po raz ostatni, po czym z łoskotem osunęła się na ziemię. Już nawet nie zależało mi na odzyskaniu broni. Czułem, jak ulatuje ze mnie życie, ale musiałem dokończyć zadanie. Zerwałem złoty klucz z szyi martwego gada.
Pozostało mi tylko dojść do wieży. Wspinałem się po kamiennych schodach, jakbym był w transie. Po dotarciu na szczyt nawet nie pamiętałem przebytej drogi. Włożyłem klucz do zamka. Przekręciłem. Zawiasy skrzypnęły przeciągle. Komnata stanęła przede mną otworem. Więcej nie byłem w stanie zrobić. Osunąłem się na podłogę. Usłyszałem stukot obcasów.
Czyjeś delikatne dłonie złapały mnie za twarz. Ostatkiem sił rozchyliłem powieki. Moim oczom ukazała się piękna dziewczyna, na czoło której opadała blond grzywka. Po policzkach spływały jej łzy. Rozchyliła usta i wyszeptała: „Max, wstawaj! Zaraz się spóźnimy”. Otworzyłem oczy. Leżałem we własnym łóżku. Sara siedziała tuż obok. Przetarłem rozespane oczy.
O co ci chodzi? Zacisnęła pomalowane na czerwono wargi. Mówię poważnie, Max. Specjalnie się spieszyłam, żeby wpaść po ciebie i się nie spóźnić. A ty sobie drzemki robisz. Matko, daj już spokój! Muszę się przebrać. Mogłabyś wyjść? Prychnęła, ale posłusznie przeszła do kuchni. Usłyszałem, jak włącza czajnik elektryczny.
Szybko zmieniłem dres na czysty T-shirt i czarne dżinsy. Zerknąłem jeszcze w stronę biurka, gdzie mogła leżeć jakaś biżuteria, ale znalezienie jej w stosie papierów ze studiów zajęłoby godzinę, więc sobie odpuściłem. Na szczęście na imprezach u Ewy wystarczyło wyglądać, jakby się nie było bezdomnym. Poszedłem do kuchni. Zająłem miejsce przy stole, na którym czekała już parująca herbata. Sara siedziała obok z telefonem w dłoni. Chyba rozmawiała z kimś przez Messengera. Ale jednak dzisiaj będzie – rzuciła niby od niechcenia. Zakrztusiłem się gorącą herbatą. O, znowu o niej śniłeś, co?
Stwierdziła z przekąsem. A ja potwierdziłem skinieniem głowy. Musisz z tym skończyć, wiesz? Pociągnąłem kolejny łyk z kubka, by uniknąć odpowiedzi. Max, martwię się o ciebie. Westchnęła. Świadome sny to supersprawa. Podziwiam, że to umiesz. Naprawdę. Tylko proszę, zrozum w końcu, że albo codziennie będziesz ratować ją przed smokiem, Chimerą czy trollem, albo zrobisz krok naprzód i ułożysz sobie prawdziwe życie.
Doceniam, że się martwisz, ale niepotrzebnie. Sam sobie z tym radzę. Właśnie widzę, jak dobrze ci idzie. Daj już spokój. Jedziemy? Tak. Podczas drogi z mieszkania na imprezę nie odezwaliśmy się do siebie ani razu. Sara chyba wyczuwała mój nastrój, bo dopiero gdy zaparkowaliśmy pod domem Ewy, zapytała: Na pewno chcesz tam wejść? Tak. Potwierdziłem i wysiadłem z auta.
Wziąłem głęboki oddech, próbując przygotować się na to, co mnie czeka. Dlaczego w ogóle dałem się namówić na wyjście z domu? Sara popatrzyła na mnie smutno, ale zadzwoniła do drzwi. Po chwili otworzyła nam Ala. Uścisnęła Sarę serdecznie, a w moją stronę rzuciła tylko chłodne: Cześć.
[04:34:55] - Poczułem, jak wnętrzności skręcają mi się w supeł. Zaprowadziła nas do salonu, gdzie kilka osób stało przy stoliku z alkoholem. Inni okupowali sofę i fotele, a Ewa opierała się o blat w otwartej kuchni wraz z nieznanymi mi chłopakiem i dziewczyną. Rozpromieniła się na mój widok. Maksiu, tak się cieszę, że jesteś. Ucałowała mnie w oba policzki. Wykrzywiłem usta w sztucznym uśmiechu, co na pewno nie uszło uwadze dziewczyny. Zrobiła tylko smutną minkę. Ale tymczasem oparła się o chłopaka, a on otoczył ją ramionami. Serce zabiło mi szybciej.
Poczułem prawie fizyczny dyskomfort, jakby kopnięcie w brzuch. Wściekłość narastała we mnie niekontrolowanie. Zacisnąłem pięści. Walczyłem z potrzebą uderzenia go w twarz. Chyba zacząłem się trząść. Już miałem zrobić krok do przodu, gdy poczułem, jak czyjaś dłoń zaciska się na moim przedramieniu. Spojrzałem w tę stronę. To Ewa. Patrzyła na mnie wielkimi oczami, w których widziałem nieme błaganie. Cała złość uleciała ze mnie jak powietrze spuszczane z balonika, ale szybko zastąpiły ją smutek i rozgoryczenie.
Bez słowa, unikając spojrzeń przyjaciółek i byłej dziewczyny, oddaliłem się w stronę stolika z alkoholem. Miałem nadzieję, że dzięki promilom we krwi będę w stanie nie myśleć o niczym. Świadomość powróciła, gdy zegar wskazywał czwartą. Wypiłem o wiele za dużo. Suszyło mnie w gardle. Świat zawirował, gdy podniosłem się na nogi. Przeszedłem przez salon, trochę się chwiejąc. Kilkoro imprezowiczów spało stłoczonych na kanapie. Reszta musiała zmyć się do domów albo zająć pokoje. Na łodze siedziała tylko jedna osoba.
To była prawdopodobnie dziewczyna, z którą rozmawiała Ewa na samym początku imprezy. Obserwowała, jak raz za razem nalewam wodę do szklanki i haustem wypijam. Spragniony, co? Skomentowała. Wcześniej z taką prędkością wlewałeś w siebie w zasadzie wszystko, co było. Trzymając w dłoni puste naczynie, usiadłem obok. Przyjrzałem się jej dokładnie. Może to była wina wypitego alkoholu, ale pomyślałem, że nigdy nie spotkałem nikogo, kto byłby równie piękny. W głowie usłyszałem głos Sary: albo zrobisz krok naprzód i ułożysz sobie prawdziwe życie. Może trochę – wydukałem.
Dużo narozrabiałem? Prawie pobiłeś jednego chłopaka i zarzygałeś całą toaletę. Zdarza się. Zaśmiałem się nerwowo. Chyba będę musiał się stąd zmyć, zanim wszyscy się obudzą. Niegłupie. Chociaż Ewie może być przykro. Zadzwonię do niej rano. Ta Ala naprawdę jest tego warta? Straty przyjaciół?
Zastanowiłem się przez chwilę. Chociaż bliscy ciągle mi to powtarzali, dopiero wtedy naprawdę to do mnie dotarło. Nie jest, ale nie mogę o niej zapomnieć. Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Chyba mam pomysł, jak ci pomóc. Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo. Nim się obejrzałem, siedziała na mnie okrakiem i namiętnie całowała w usta. Oderwała się na chwilę, by powiedzieć: może pójdziemy do mnie, a rano odwiozę cię do domu. Zdradzisz mi chociaż swoje imię? Lena.
Maks. Znowu zaczęła mnie całować, aż zabrakło mi tchu. Weź swoje rzeczy. Nie musiała długo mnie namawiać. Czułem narastające podniecenie wywołane przez uścisk jej dłoni. Mój umysł nie pracował tak, jak powinien. Nie byłem nawet w stanie stwierdzić, ile czasu zajęła nam droga do jej mieszkania. Popchnęła mnie na łóżko tuż po zamknięciu drzwi kawalerki. Szybko pozbyła się ubrań z nas obojga. Przeszedł mnie dreszcz, gdy przejechała paznokciami po moim nagim torsie.
Jej przyspieszony oddech tylko wzmagał doznania. Z przyjemnością dotykałem ciepłej, delikatnej skóry. Obserwowałem twarz kochanki od uśmiechu, poprzez jęk, aż po finalny krzyk, po którym ześlizgnęła się na materac tuż obok mnie. Patrzyłem, jak rozmarzona kładzie głowę na mojej klatce piersiowej. Kolorowe cienie mieniły się na powiekach. Pocałowałem ją w czoło i również zamknąłem oczy. Chciałem o niej śnić. Nie minęło dużo czasu, gdy znalazłem się w całkowicie innym miejscu. Otaczało mnie różowe niebo. Chociaż stałem na chmurach, nie czułem, żebym unosił się w powietrzu.
Wręcz przeciwnie. Jakbym stopami dotykał twardego podłoża. Odkrywszy, że mogę poruszać się swobodnie, śmiało ruszyłem do przodu. Minąłem biało-złoty fortepian, który nie potrzebował pianisty, by grać powolną melodię. W końcu moim oczom ukazała się Lena. Szła w moją stronę. Miała na sobie te same czarne dżinsy i bluzkę w kwiaty co na imprezie. Pomyślałem, że chciałbym, by była ubrana w delikatną, zwiewną sukienkę, która bardziej pasowałaby do tej scenerii. Nic się nie wydarzyło. Skupiłem się bardziej, ale to nic nie dało.
Dziewczyna zatrzymała się obok mnie. Chodź, musimy coś znaleźć. Zdziwiłem się jeszcze bardziej. Nie kontrolowałem jej słów. Od lat panowałem nad wszystkim, co działo się w moich snach. Ona była w nich intruzem, który nie uległ mojej władzy. Lena westchnęła. Bez słowa ruszyła dalej, chociaż nie do końca wiedziała, w którą stronę powinna iść. Szybko ją dogoniłem. Co znaleźć?
Nie mogę ci powiedzieć. Jak mam znaleźć cokolwiek, skoro nie wiem, czego szukam? Wystarczy, że ja wiem. Po prostu idź za mną. Przyspieszyła kroku. Ledwo mogłem za nią nadążyć. Byłem rozdrażniony. Wiedziałem, co się dzieje, ale nie mogłem nad tym zapanować. Straciłem ochotę na przebywanie w niebiosach. Chmury szybko się rozwiały.
Znaleźliśmy się na leśnej polanie otoczonej przez gąszcz blokujący większość światła. Dziewczyna nawet nie zapytała, co się stało. Jakby takie sytuacje zdarzały jej się na co dzień. Szybko wypatrzyła ścieżkę, którą można było opuścić polanę i ruszyła w jej kierunku. Nawet nie zaszczyciła mnie spojrzeniem. Postanowiłem podążyć jej śladem, bacznie ją obserwując. Rozglądała się wokoło, jakby próbowała znaleźć coś lub kogoś pomiędzy drzewami. Po raz pierwszy, odkąd śniłem świadomie nie wiedziałem, co mam zrobić. Czułem się upokorzony, chociaż dziewczyna była tylko zbuntowaną cząstką snu. Ale nawet jeśli nie mogę wpłynąć na nią bezpośrednio, może ugnie się pod tym, co mogę kontrolować, a przynajmniej rozładuję frustrację, której ironią mi przysporzyła.
Ścieżka doprowadziła nas do kolejnej polany, o wiele większej i bardziej zaciemnionej niż poprzednia. Uderzył mnie okropny zapach wydobywający się z bagna. Chociaż linia brzegowa przebiegała mniej więcej przez środek polany, można było przypuszczać, że tereny podmokłe ciągną się jeszcze przez kilka kilometrów w głąb puszczy. Lena stanęła bardzo blisko wody. Wskazała ręką przed siebie na bąble powietrza wyłaniające się spod powierzchni. „Jest blisko” szepnęła. Przywołany przeze mnie potwór wynurzył się z bajora. Przypominał stojącą pionowo pijawką z tysiącem zębów w otworze gębowym. Gdy ryknął, spadły na nas drobinki błota i śluzu. Lena cofnęła się o krok, ale jednocześnie coś zaiskrzyło w jej oczach.
Mimowolnie zerknąłem na miejsce, w które tak intensywnie się wpatrywała. Tuż nad parą czerwonych oczu znajdował się powykręcany, sczerniały róg. U jego nasady coś błyszczało, ale nie byłem w stanie dojrzeć, co to dokładnie było. Lena zaklęła. Podniosła z ziemi kamień i rzuciła w potwora. Pomyślałem, by uderzył go w gałkę oczną. Musiał lekko zmienić trajektorię lotu, ale trafił w sam środek celu. To upewniło mnie, że nie kontroluję jedynie Leny. Atak rozwścieczył monstrum. Stwór zaryczał i wystrzelił w jej stronę.
Krzyknąłem, ale nim zdołałem pomyśleć, by do niej nie dotarł, popchnęła mnie w bok. Przewróciliśmy się na ziemię, ale nic nam się nie stało. Pijawka za to z hukiem uderzyła w drzewo. Ogłuszona legła pod rozwalonym pniem. Lena wydała okrzyk radości. Podbiegła do głowy bestii, na której znajdował się powykręcany róg. Dopiero wtedy dojrzałem, czym dokładnie była błyskotka. Piękną koroną, jakby utkaną ze srebra i kryształów. Lśniła mimo marnego światła, jakby była zaczarowana. Lena już wyciągała po nią ręce, gdy pijawka nagle ożyła.
Gwałtownym ruchem tułowia uderzyła w nią z taką siłą, że odleciała na kilka metrów. Mogłem sprawić jedynie, że upadła na miękki mech. Potwór znalazł się poza kontrolą. Skierował przerażające ślepia w moją stronę. Serce podskoczyło mi do gardła. Na moment zapomniałem, że jestem we śnie i nic nie może mi się stać. Nogi miałem jak z waty. Czułem, jak bardzo się trzęsę. Na szczęście pijawka tego nie zobaczyła. Powolnym, falowym ruchem wycofała się do bagna, wciąż z koroną na głowie.
Dopiero gdy czubek rogu całkowicie zanurzył się w bagnie, byłem w stanie się otrząsnąć. Lena nadal leżała na mchu, więc szybko podbiegłem i ją ocuciłem. „Co się stało? Gdzie jest ten potwór?” Zapytała, gdy podniosła się na nogi. Rozejrzała się wokoło zdezorientowana. „Uciekł do wody”. Widziałem, jak bardzo dziewczyna stara się zachować kamienną twarz. Zacisnęła pięści, ale to niewiele pomogło. Zaczęła niekontrolowanie drżeć. Złapałem ją za ramiona.
„Spokojnie, przecież…” odezwałem się, ale nie dała mi dokończyć. „Nie każ mi być spokojną” wydarła się. Strąciła moje dłonie ze swoich ramion i kopnęła leżący na ziemi kamień. Odleciał na kilka metrów. Gdy z powrotem odwróciła się w moją stronę, zobaczyłem, że z oczu lecą jej łzy. „Nie zliczę, ile razy próbowałam zdobyć ten pieprzony diadem. Byłam już tak blisko”. Usiadła na pniu drzewa, który przewróciła pijawka. Skryła twarz w dłoniach i zełkała cicho. Zająwszy miejsce obok, nieśmiało położyłem dłoń na jej plecach w geście wsparcia.
Nie zrzuciła jej, co było w zasadzie krokiem w dobrą stronę. „Jeśli wytłumaczysz mi, jak mogę ci pomóc, na pewno to zrobię”. Podałem jej paczkę chusteczek, która pojawiła się obok nas. Zmarszczyła brwi, ale nie zapytała, jakim cudem znalazła się akurat wtedy, gdy jej potrzebowaliśmy. „Pal licho. Powiem ci. I tak rano nie będziesz niczego pamiętał”. Wzięła głęboki oddech. „Wiele lat temu ukarano mnie za moją pychę. Każdej nocy mogę wniknąć do snu innego człowieka, gdzie muszę zdobyć moją dawną koronę.
Jeśli mi się to uda, uwolnię się od klątwy. Jeśli nie, następnego dnia budzę się w ohydnym, zniszczonym chorobami ciele, a urodę i zdrowie odzyskuję dopiero po zmroku”. Pociągnęła nosem. „Haczyk tkwi w tym, że nigdy nie wykonam tego zadania”. „Dlaczego więc próbujesz?” „Moje życie nie skończy się, dopóki nie zdejmę klątwy. Mogę jedynie naiwnie wierzyć, że kiedyś ją przechytrzę i zakończę swoje cierpienie”. Umilkła. Wyglądała na kilka lat starszą. Mogła być to kwestia zmęczenia, przygnębienia albo rozmazanego od łez makijażu. Mimo wszystko nadal wyglądała zniewalająco.
Chyba wiem, jak ci pomóc. Przywołałem w pamięci obraz przedmiotu. Zamknąłem oczy, a gdy je otworzyłem, kilka metrów od nas stała piękna biała łania. Na niewielkich rogach opierał się kryształowy diadem. Lena poderwała się na równe nogi. Powoli podeszła do zwierzęcia, jakby bała się, że je spłoszy. Ono jednak stało nieruchomo, patrząc na nią ufnie wielkimi czarnymi oczami. Drżącymi dłońmi podniosła koronę i położyła ją na swojej głowie. Rozbłysło światło. Obudziłem się z krzykiem.
Ponownie znalazłem się w mieszkaniu Leny. Ona sama siedziała obok mnie, chociaż ledwo ją poznałem. Niewiele brakowało, a znowu bym krzyknął. Była blada jak trup i jak trup chuda, aż mogłem policzyć wszystkie kości. Jej skóra miała nienaturalny kolor, co mogło być spowodowane obecnością niezliczonej ilości krwistych plamek różnych rozmiarów. Jej włosy też wyglądały inaczej. Chyba gorzej, ale nie potrafiłem określić, co dokładnie się zmieniło. Spojrzała mi prosto w oczy. Widziała, że oceniam jej wygląd, ale najwyraźniej nie odczuwała z tego powodu smutku. W podkrążonych, przekrwionych oczach tliły się iskierki szczęścia.
Dziękuję ci — wyszeptała. Dopiero wtedy spostrzegłem, że w dłoniach trzyma diadem, który zdobyliśmy we śnie. Mienił się w blasku promieni wschodzącego za oknem słońca. Czyli to wszystko to nie był tylko sen? — wykrztusiłem. Nie rozumiałem niczego, co się tej nocy wydarzyło. Ocaliłeś mnie naprawdę. Drżały jej ręce, gdy założyła sobie koronę na głowę. Błysnęło ostre światło. Odruchowo zamknąłem oczy.
Usłyszałem tylko odgłos przypominający szept, którego pochodzenia nie potrafiłem rozpoznać. W nocy pięknością. Gdy otworzyłem oczy, przede mną nadal siedziała Lena. Znów wyglądała jak bogini. Wróciła gładka skóra i krągłe kształty. Dokładnie obejrzała swoje ręce, szukając śladów ran. Dotknęła włosów, na powrót gęstych i pełnych blasku. Zerwała się z łóżka i popędziła do łazienki. Usłyszałem krzyk radości. Domyśliłem się, że przejrzała się w lustrze.
Gdy wróciła, rzuciła mi się na szyję. Tak bardzo ci dziękuję — powiedziała po raz kolejny. Poczułem, jak na moje ramię spadają łzy. Nieśmiało poklepałem ją po plecach. Już nic nie rozumiem. Odkleiła się ode mnie i otarła łzy. Wiem, że jesteś zszokowany. Miała bardzo kojący głos. Nie masz się czym martwić. Wszystko jest w porządku.
Po raz pierwszy od tylu lat wszystko jest w porządku. Jej słowa w niczym mi nie pomogły. Nadal nie umiałem objąć umysłem tego, co stało się tej nocy. To może lepiej już pójdę. Jasne, nie ma problemu. Lepiej ci będzie, jeśli samodzielnie oswoisz się z myślami. Szybko się ubrałem i ruszyłem do wyjścia. Lena w tym czasie zmyła resztki makijażu, co pokazało jej naturalną urodę. Pomyślałem, że mimo tego całego cyrku chciałbym ją poznać bliżej. Może się jeszcze spotkamy?
— zapytałem, stojąc już na korytarzu. Nie przeszkadza ci, że jestem od ciebie starsza? Wzruszyłem ramionami. Ile lat możesz być starsza? Dwa? Trzy? Co powiesz na trzysta? Trochę mnie to zdziwiło, chociaż mogłem się spodziewać takiej odpowiedzi. Raczej przypuszczałbym, że była Miss Universe gdzieś w latach pięćdziesiątych. Dopóki na tyle nie wyglądasz.
Parsknęła śmiechem. Jak ładnie przeprosisz Ewę, to może da ci mój numer. Zamknęła drzwi. Z uśmiechem na twarzy ruszyłem do wyjścia.
[04:51:01] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Tak, proszę państwa, Paulina Remus z początkowych Bibliotekariów pamiętacie? Pamiętacie jej polecanki książkowe? Szkoda, że ich nie ma. No ale cóż, Paulina studiuje. Paulina pewno teraz ma sesję. No to nie ma co liczyć na kolejne polecanki. No to posłuchaliście państwo opowiadania w świetnej interpretacji Redy Haddada.
No a teraz? A teraz Piotr Plebaniak. Ale nie, ten Piotr Plebaniak na koniec też będzie. A to jest audycja, która szła sobie normalnym trybem w Radiu Paranormalium, w Radiu Bibliotekarium i była dziewiętnastą audycją drugiego sezonu z cyklu Telegram z krańca świata. No ale tak to się jakoś złożyło, że ostatnimi czasy dużo z Piotrem Plebaniakiem rozmawiamy o filmach i książkach. A ponieważ tu tak się złożyło, że tych książek trochę się pojawia, a poza tym pojawiają się ciekawe wnioski, no to postanowiłem państwu tę audycję niby o geopolityce, niby o polityce, a tak naprawdę o książkach zaprezentować również w Bibliotekarium 2.0. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze. Stop. Ja mam komunikat.
Żelkowski to podpalacz. Wprosił się do zabytkowej budowli obronnej pod pretekstem oglądania gobelinów, a następnie wywołał w niej pożar i zbiegł przed pościgiem kustosza budowli. I co? Ha! No, po pierwszym momencie zaskoczenia muszę przyznać, że tak zamarłem przez chwilę. Co jest grane? Ta dzisiejsza zagadka. Proszę się uspokoić. Do widzów się teraz zwracam.
[04:53:15] - Wszystko jest w porządku ze mną i z panem Markiem. Był jest i będzie wzorowy obywatel. To jest dzisiejsza zagadka. Pytanie jest: do jakiego filmu nawiązuję tą zagadką? Ja tematykę, żeby tak troszeczkę podpowiedzieć: historia archeologii. To tyle. No i co? Jedziemy dalej z tematem w takim razie. Czy coś chce pan skomentować, żebym nigdy więcej tak nie robił?
[04:53:36] - Nie, może pan robić. Jak to powiedzieć? Przez tych kilkadziesiąt audycji, to ja się już zdążyłem przyzwyczaić, ale muszę przyznać, że tak zwany element zaskoczenia wyszedł panu świetnie. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie mam uciekać, a później się uspokoiłem. Panie Piotrze-
[04:53:56] - To znaczy, żeby mi to było przedostatni raz, tak? To pan chce powiedzieć.
[04:54:01] - No ja wiem. Może z czasem przywyknę.
[04:54:05] - Dobra, zobaczymy coś. Przycichnę, przywaruję trochę i z zaskoczenia zrobimy coś naprawdę ekstra. Oczywiście tutaj nawiązuję do tej audycji, o której wcześniej mówiłem, tej pierwszokwietniowej. Także czytelnicy mogą się spodziewać pewnych ekscesów i nieporozumień na poważnej półce wysokiej.
[04:54:26] - A ja od razu dodam, że ponieważ pan Piotr planuje wydać kolejną książkę dotyczącą tych tematów, które państwo lubią najbardziej, to gdzieś w drugiej połowie lutego szykuje nam się kolejne długachne „Bibliotekarium” — „Bibliotekarium 2.0” i, co rzadkość, będzie to „Bibliotekarium 2.0” na żywo. To tak na razie wstępna zapowiedź, jeszcze nie obwarowana datami ani godzinami, ani tym podobnymi szczegółami. Panie Piotrze, a dzisiaj kolejny kącik czytelniczy. Będziemy mówić o książkach, a właściwie nie tyle o książkach, co o bohaterach tych książek. To cóż, panie Piotrze, co tam w trawie piszczy?
[04:55:22] - Zaczynamy. Więc w tej chwili przymierzam się już na poważnie. Już zaraz rozsiądę się w fotelisku nad książką dotyczącą motywacji i budowania siły woli. Inspiracją taką już z niektórymi czytelnikami, którzy ze mną rozmawiają mailowo i chatowo, jest książka pod tytułem „Planeta śmierci” Harry'ego Harrisona. Pan Marek na pewno ją zna. Tutaj nasi słuchacze być może też. To jest absolutna klasyka science fiction. Troszeczkę streszczę. Inaczej, jak ktoś jeszcze tej książki nie czytał i nie chce, żeby zdradzić zakończenia, to proszę na chwilę wyłączyć słuch, a ja szybko powiem. Chodziło o to, że były tam dwie społeczności, które pałały do siebie niezwykle intensywną wrogością i w toku powieści i wydarzeń powieściowych musieli się pogodzić po to, żeby zwyciężyć, pokonać wspólnego wroga.
I zakończenie jest absolutnie fenomenalne. Mnie niezwykle zainspirowało w ogóle do badania natury człowieka, mówiąc tak zupełnie ogólnie, bo wtedy byłem małym dzieckiem, które miało, nie wiem, 13 czy 14 lat. Już nie pamiętam dokładnie ile. Natomiast pamiętam dokładnie bibliotekę, z której tą książkę wypożyczyłem. Dobrze. Jeden z tych dwóch dowódców musiał wyciągnąć rękę do tego drugiego, znienawidzonego przez całą społeczność i z pełną wzajemnością. I w końcu ostatnie zdanie książki brzmiało: „Ale uścisnęli sobie dłonie, ponieważ byli to silni ludzie”. I to jest jeden z takich tekstów z przedostatniego „Bibliotekarium”, z września 2021 roku. I ta właśnie scena była dla mnie takim oświeceniem i pokazała, że istnieje coś znacznie ważniejszego w wielkich ludziach, co sprawia, że oni są w stanie zbudować wokół siebie grono wyznawców, czy też armię wyznawców dokładnie, albo grupę ludzi, którzy są jakimiś fanatycznymi zwolennikami. Nie wiem, jak to nazwać w ogóle.
To są ludzie, którzy wywołują posłuch dlatego, że wiedzą, co robić, kiedy robić, jak robić i nie pokazują, że siedzi w nich jakiekolwiek zwątpienie. To jest zresztą cecha dowódcy wojskowego. On musi zarażać swoim stanem emocjonalnym i swoim stanem ogólnym, swoją postawą. Musi zarażać swoich podwładnych właśnie tym stanem emocjonalnym po to, żeby ci podwładni nie popadli w zwątpienie, nie spadło ich morale, nie stracili ducha walki. Jakkolwiek to nazywamy, to sprowadza się do jednego: są ludzie, którzy w naturalny sposób potrafią to robić i wychodzi to w praniu. Ja w tej chwili finalizuję już pisanie tej książki, którą już niektórzy kupili. Tutaj bardzo dziękuję. I się zawiedli, bo jeszcze książki nie ma napisanej do końca, natomiast już ją kończę. Przywołuję tutaj jeden przykład generała Sulejmaniego, czyli syryjskiego generała, który dowodził taką brygadą specjalną, czy też specjalną dywizją. To jest trudno tłumaczone na języki zachodnie.
Chodzi generalnie o taką sekcję, jednostkę armii, czy też armii. Właśnie trudno to nazwać armią organizacji związanej z bezpieczeństwem, związanej z oddziaływaniem poza granicami Iranu, ale także wewnątrz granic Iranu. To jest jakaś operacja specjalna, mówiąc najbardziej ogólnie. Natomiast co jest najistotniejsze, on był zwykłym pracownikiem wodociągów w czasie wojny irańsko-irackiej. Irak zaczął napad na Iran. On dowoził wodę do żołnierzy na pierwszej linii frontu i nagle okazało się, że on jest genialnym- improwizowanym dowódcą i przywódcą, przede wszystkim przywódcą przez duże P. Polega to na tym, że nagle się okazało, że potrafił to świetnie zorganizować. Został wojskowym i zrewolucjonizował działanie właśnie tych sił specjalnych irańskich, odpowiedzialnych za coś, co byśmy nazwali wojną hybrydową, czyli wszystkie możliwe operacje specjalne, dywersyjne, hybrydowe, to znaczy takie, w których nie wiadomo komu przypisać sprawstwo jakiegoś ataku. I on jest rzeczywistym jednym przykładem sztandarowego przywódcy. Nie wiem, panie Marku, czy zna pan jakąś inną postać z prawdziwej historii rzeczywistego świata, która by mogła pasować?
[05:00:21] - Tak pan mnie z zaskoczenia wziął, to bym musiał trochę poszukać. Natomiast mówił pan dużo o wojskowości, to taką książką, a właściwie bohaterem książki, który mi się od razu skojarzył, książka nazywa się „Gra Endera” oraz jej kontynuacje, i sam bohater też wydaje mi się jednostką, która pasuje do pańskiego opisu.
[05:00:49] - Czy Ender? On nie chciał być dowódcą. On był rodzajem introwertyka raczej. Więc ja bym raczej przypomniał postać Mazer Rackham, czyli mentora, którego spotkał Ender zupełnie pod koniec powieści. Nie chcę tutaj zupełnie zdradzać. Jak ktoś nie czytał tej powieści, absolutnie proszę przerwać, zapauzować ten podcast, pobiec gdzieś zdobyć tą książkę i przeczytać i dopiero potem kontynuować słuchanie tego, co my tu zaraz powiemy. Natomiast Mazer Rackham to był dowódca legendarny, który w powieści wykonał mistrzowski manewr taktyczny w czasie bitwy kosmicznej z obcymi, co doprowadziło do tego, że pierwsza inwazja obcych została odparta i ten Mazer Rackham został wysłany statkiem czy też okrętem z prędkością światła po to, żeby mógł zachować swoją wiedzę praktyczną i wrócić za ileś tam dziesiąt lat, jeszcze kiedy był sprawny umysłowo, po to, żeby wyszkolić dowódcę ludzkich sił w czasie kolejnej inwazji. O, że tak to określę. Pan Marek na pewno się uśmiecha, jak to sformułowałem sprytnie, bo ja tą książkę czytałem minimum dziesięć razy, już nie liczyłem, a nie wiem ile pan Marek, jeśli mogę się spytać.
[05:02:08] - Nie wiem, ale jedna rzecz mi przyszła do głowy. Wie pan, to zgadza się. Był Ender takim hasającym samotnie. Niemniej jednak jak pan sobie przypomni okres jego szkolenia, to on w pewnym momencie nie wiem, czy chętnie, czy niechętnie, ale brał na siebie te zadania przywódcze. Czasami organizował swoją grupę po to, żeby zwyciężyła.
[05:02:34] - Tak, rzeczywiście on był tym dowódcą. Nie przypomniało mi się we właściwym momencie, kiedy mówiłem swoją poprzednią kwestię. Rzeczywiście było tak, że on był dowódcą uznawanym za najzdolniejszego czy osobę, która jest w stanie wygenerować czarne łabędzie, czyli jakieś zdarzenia zupełnie nieprzewidywalne dla przeciwnika. O czarnych łabędziach mówiliśmy, tylko szybciutko powiem. To są zdarzenia, które nie wynikają z jakichś reguł dotychczas odkrytych, reguł gry w tym przypadku, bo to były gry wojenne w powieści. Natomiast ogólnie są to zdarzenia, które nie wynikają z właściwości systemu ani historii tego systemu w danym środowisku, w którym on działa. Czarnym łabędziem na przykład jest pojawienie się koronawirusa z punktu widzenia nas wszystkich, dlatego że mogliśmy przewidywać, że kiedyś będzie jakaś epidemia. Natomiast tego konkretnego wystąpienia koronawirusa i całej tej sytuacji, która nastąpiła, nikt nie był w stanie przewidzieć z osób postronnych. W związku z tym wszystkie predykcje i jakieś projekcje znanych rozpoznanych trendów stały się nagle z dnia na dzień kompletnie bezużyteczne. I to, co ja pisałem w analizach w „Siłach psychohistorii”, także w niektórych miejscach w przekładzie „Sztuki wojny” to jest to, że mistrzowskim sposobem ataku, czyli sposobem realizowanym przez mistrzów wojowania, jest generowanie czarnych łabędzi, czyli czegoś, co paraliżuje proces decyzyjny przeciwnika, dlatego że jest zbyt zaskakujące i przeciwnik w żaden sposób nie był mentalnie do tego przygotowany.
[05:04:18] - Właściwie pojawiły nam się dwie książki o przywództwie, czyli „Planeta śmierci” i „Gra Endera”. To szukajmy dalej, panie Piotrze. Czy coś jeszcze?
[05:04:32] - Dalej? Proszę bardzo. „Formy chaosu”. Kolejna klasyka science fiction. Bohater tej książki był, chyba to na początku jest, to mogę powiedzieć, był agentem dwóch walczących stron kosmicznych cywilizacji. Już specjalnie zaciemniam, żeby nie psuć niespodzianki. Na samym początku poznawanie świata, rozpoznawanie, jakie są zasady rządzące tym powieściowym światem, to jest osobna przyjemność, którą ja na przykład przeżywam, czytając jakąś powieść, rozpoczynając spotkanie z tym światem, które opisuje. W związku z tym powiem ogólnie. Była flota Gwiezdnych Niszczycieli, porwała właśnie jednego naukowca, który był głównym bohaterem i on był tak zwanym, to się później okazało w powieści, tak zwanym katalizatorem chaosu, to znaczy osobą, która była w stanie zmienić bieg wydarzeń, który został przewidziany za pomocą niezwykle skomplikowanej Powiedzmy metodę, żeby nie zdradzać treści. Przepraszam, dbam o to, żeby tego nie zrobić.
Nagle okazało się, że za pomocą tylko i wyłącznie jego siły woli odwrócił się bieg zdarzeń, który wszyscy uznawali za całkowicie niemożliwy do uniknięcia. I co się stało? Ten człowiek, który pokazał właśnie tą siłę woli, tą nadludzką siłę woli, był w stanie sprawić, że przeciwnicy, którzy nim pogardzali i go nienawidzili, nagle nabrali do niego niesamowitego wręcz respektu. Czyli odwrócił wszystko, całą dynamikę interakcji odwrócił o 180 stopni.
[05:06:08] - Tak, piękna książka, chociaż mówiąc szczerze zwracałem wtedy uwagę na inne aspekty. Do dzisiaj pamiętam ten rodzaj tortury. Nie, właściwie sam na tę pokutę się skazał. Tortury czy pokuty zwanej koszulą. Znowu też nie będę zdradzał, o co chodzi, ale przyznam się, że dosyć perfidna rzecz to była.
[05:06:34] - Tak. Jeżeli mogę, przepraszam, tu wtrącę. Ja bym tego nawet nie tyle nazwał torturą czy też pokutą, ale właśnie aktem samodyscyplinowania się, co właśnie wśród członków tej grupy niszczycieli, samych żołnierzy wzbudziło dodatkowy respekt, że ktoś był w stanie sam dobrowolnie zgodzić się na taki rodzaj zdyscyplinowania się do niepopełniania danego czynu po raz kolejny.
[05:07:04] - Robimy przegląd dalej. Wie pan co? Tak sobie myślę, tyle tych książek przeczytałem, ale takich silnych bohaterów ja sobie jakoś nie przypominam. Może ja zwracam na co innego uwagę w książce, ale jakoś tak nie za bardzo. To niech pan rzuca następny tytuł.
[05:07:25] - To zastanówmy się może jednak, bo to jest ciekawe właśnie, co różni ludzie uznają za cechę charakterystyczną silnego dowódcę, czy też cechę przywódcy, mówiąc zupełnie ogólnie. Niech pan strzeli po prostu pierwsze, co panu przyjdzie do głowy.
[05:07:42] - Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że uznajemy jego autorytet. Rozumiem to w ten sposób: pod tym ukrywa się coś takiego, że jak ten facet mówi, to wie, co mówi. To mniej więcej tak najkrócej.
[05:07:55] - I poddajemy się jego autorytetowi, czyli poddajemy się jego woli decyzyjnej, stajemy się jego podkomendnymi, podwładnymi, podporządkujemy się jego wizji świata, jego charyzmie. A czym jest właśnie charyzma? Czy to jest zdolność do czego?
[05:08:15] - Właśnie się zastanawiam, wie pan, czy charyzma tkwi w tym człowieku, którego uznajemy za charyzmatycznego, czy też charyzma, a właściwie zdolność do przyznania komuś charyzmy tkwi w nas. Bo to jest moim zdaniem nie do końca rozstrzygnięte. A może jest rozstrzygnięte, ale powiem o tym, o czym chciałbym powiedzieć. Proszę zauważyć, że w naszej cywilizacji coraz mniej takich postaci charyzmatycznych występuje. I właśnie nie mam co do tego pewności, czy ich rzeczywiście jest coraz mniej, czy też nasza cywilizacja ukształtowała się w taki sposób, że my dzisiaj dzielimy się, zamykamy w bańkach i w tych bańkach nie chcemy nikogo, kto jest z zewnątrz i kogo moglibyśmy uznać za autorytet. Pan przywołał w przykładzie literackim coś takiego, że osoby, które się nawet nie lubiły, nie znosiły się nawet, uznały w końcu swoją przywódczość na przykład, uścisnęły sobie dłonie i wspólnie te osoby podążyły do celu. Ja się zastanawiam, czy to dzisiaj w ogóle jest możliwe. To pobańkowanie społeczności polega też między innymi na tym, Ziemkiewicz kiedyś powiedział, że dzisiaj to jest tak: jak kogoś nie lubimy, nienawidzimy, to nie przyznamy mu żadnej cechy pozytywnej. Żadnej. Czyli nawet jak on jest pisarzem, to na pewno pisze złe książki i na pewno jest głupi i na pewno jest brzydki i na pewno z gęby mu śmierdzi i w ogóle wszystkie złe cechy, które może mieć człowiek, to on na pewno je ma.
Tak wygląda dzisiaj podział, nazwijmy go polityczny. Dzisiaj wrogowi nie przyznaje się, nie można uznać, że jest na przykład charyzmatyczny. Przeciwnik polityczny wiadomo, że jest głupi, mały, wredny, podły, ale przecież nie charyzmatyczny. Ja się zastanawiam, to pytanie, które zadałem na początku, czy charyzma jest w kimś, czy zdolność do uznania charyzmatyczności jest w ludziach, którzy go otaczają?
[05:10:35] - To jest pytanie, na które jeszcze nie znalazłem odpowiedzi. Mam nadzieję, że w książce je znajdę. Natomiast możemy podawać kolejne przykłady, czyli tworzyć tak zwaną definicję ostensywną przez podawanie właśnie przykładów, w których jakiś przedmiot definicji, jego cechy przejawiają się, są pokazane. I kolejnym takim dowódcą, który mi przychodzi do głowy, jest Marco Ramius z „Czerwonego Października” i teraz moją ulubioną sceną pokazującą to, w jaki sposób on się zachowuje po to, żeby dać emanację swojego zachowania, żeby dać przykład, ale żeby też kierować stanami emocjonalnymi swoich ludzi. Tą sceną, która jest najbardziej ikoniczna w temacie, o którym rozmawiamy, jest przepłynięcie przez ten podwodny wąwóz W którym okręt podwodny Remusa został zaatakowany torpedą. Nie wiem, czy pan kojarzy tę scenę. Nie wiem, czy słuchacze kojarzą. Nie mam jak spytać, ale pana mogę spytać, co niniejszym czynię.
[05:11:47] - Kojarzę. Książki na pewno nie przeczytałem tyle razy, ile pan, ale i z filmu kojarzę tę scenę, i z książki. Z książki słabiej, mówiąc szczerze. Ale książkę mam zaliczoną, przeczytaną i w jakimś stopniu podzielam pańską fascynację.
[05:12:06] - Na filmie, żeby nasi słuchacze wiedzieli, o czym mówimy, było tak, że ta torpeda zaczęła dobiegać, dościgać okręt podwodny, na którym był Remus. W sterowni tego okrętu wszyscy ganiali jak szaleni, krzyczeli, przekrzykiwali się, biegali we wszystkie strony, przekręcali przełączniki z podkładem dramatycznej muzyki. Natomiast Remus grany przez Seana Connery, moim zdaniem to jest jego najlepsza rola, jaką kiedykolwiek miał. On po prostu siedział spokojnie i wszystko obserwował i w razie uznania mówił jakiejś osobie, co robić albo czego nie robić. To było coś niesamowitego. To był taki drugi, oprócz fragmentu, o którym mówiliśmy z książki „Planeta śmierci” Harrisona, moment dla mnie, w którym doznałem drugiej impresji. Co powinien przejawiać dowódca? Otóż dowódca powinien być opanowany, nie pokazywać w żadnym momencie swoim podwładnym czy też swoim poddanym, czy też obywatelom państwa, którym kieruje zwątpienia i tego, że sam jest powodowany emocjami. Drugim takim fragmentem w „Polowaniu na Czerwony Październik” było to, że w chwili, w której Remus porozumiewał się przez peryskop – nic nie zdradzę, jakby ktoś jeszcze nie oglądał. Takich ludzi chyba na świecie nie ma, przynajmniej po tych naszych rozmowach, dlatego że wcześniej też o tym filmie mówiliśmy.
Więc kiedy Remus porozumiewał się przez peryskop z amerykańską łodzią podwodną, migając lampą umieszczoną na peryskopie, takim guziczkiem przy okularze, musiał potwierdzić pingnięciem sonaru. Czyli wypuścić jeden pojedynczy sygnał, który miał być dla Amerykanów sygnałem, że zgadza się na ich plan. W związku z tym Remus powiedział do swojego załoganta, który nie śledził tej rozmowy, bo stał obok i nie miał dostępu do okularu i do całej rozmowy, bo to była tajna rozmowa oczywiście. Remus poprosił o jeden ten ping sonarem i ten podwładny: „Ale kapitanie, dlaczego?” Domagał się wyjaśnień. A właśnie przywilejem dowódcy jest to, że on nie musi podawać wyjaśnień. On mówi co robić, a inni nie są w tej need to know, czyli w tej fazie, że muszą wiedzieć dlaczego albo co się dzieje. Mają tylko wykonywać rozkazy. Najlepsza scena, najśmieszniejsza scena bodajże była w „Pamięci absolutnej”, kiedy przywódca kolonii marsjańskiej Cohaagen obsobaczał swojego Richtera, swojego agenta głównego, któremu mówił: „Kto ci powiedział, że masz myśleć? Masz robić, co ci się mówi. Nie masz wystarczająco informacji, żeby myśleć”.
Więc to jest właśnie ta kwestia, że dla przywódcy ci wszyscy agenci, żołnierze, adiutanci to są narzędzia, instrumenty realizowania woli tego przywódcy. I oni nie muszą wiedzieć. Częścią dyscypliny wojskowej jest to, że ktoś dostaje rozkaz, na przykład agent, który ma wysadzić jakąś tamę. Oczywiście zmyślam jakieś drugowojenne przykłady. Albo ma zaprzyjaźnić się jakaś piękna agentka z jakimś człowiekiem i ona nie może wiedzieć. Zależy od kontekstu, ale najczęściej nie powinna wiedzieć dlaczego. Dlaczego akurat jej misja jest ważna i co ta misja ma za zadanie zrealizować. Ona ma wypełnić ten rozkaz. Na tej samej zasadzie żołnierze są wysyłani w jakieś miejsce obszaru bitwy, obszaru, gdzie jest nieprzyjaciel i oni nie wiedzą i nie muszą wiedzieć tego, po co są wysyłani i jaki cel strategiczny zrealizują, jeśli im się uda zrealizować tę misję, którą im mówi: „Opanujcie to wzgórze”. Nie muszą wiedzieć, dlaczego to wzgórze jest tak ważne.
Mogą się domyślić, że tam trzeba usadzić obserwatora artyleryjskiego do tego, żeby prowadzić ogień w głąb terytorium opanowanego przez nieprzyjaciela. Więc to jest ten ważny przywilej dowódcy, że on ma mieć wizję. On ma mieć wizję, co robić, jak robić, kiedy robić i nie musi się nikomu tłumaczyć. Natomiast odwrotnie, ci podwładni mają obowiązek wyjaśnić, dlaczego coś robią albo po prostu mają być transparentni dla swojego przywódcy. Czyli jakie są ich motywy, to musi być znane. Nie wiem, czy to jest jakaś odpowiedź.
[05:16:57] - Panie Piotrze, ja mam nieprzeparte wrażenie, że właściwie po części odpowiadając na to pytanie i zresztą podając pewne cechy, to jednak po części potwierdził pan to, co mówiłem wcześniej. Otóż zgoda pełna, że zaufanie do dowódcy rzecz ważna, ale ono trwa tak długo, dopóki nie zostanie nadwyrężone. Czyli dowódca, który jeden, drugi, trzeci raz nadużyje tego zaufania, czyli niech zostanie to wzgórze. Każe zdobyć to wzgórze, po czym każe się z niego wycofać i nic z tego nie wynika. Jego ludzie widzą, że tracą przyjaciół, tracą kolegów i to niczemu tak naprawdę nie służyło. Jeśli on nawet miał tajny plan, a oni zaczną podważać zaufanie do niego, to może mieć kłopoty. Zaufanie rzecz ważna, a w naszym świecie zaufanie to nie jest towar, który jest powszechny. Ale jest jeszcze druga sprawa, którą chciałbym poruszyć. Otóż w wojsku, szczególnie w wojsku zawodowym, na przykład w Navy SEALs, to jest tak, że tam się dobiera ludzi pod pewnym kątem. Oni oczywiście muszą być sprawni fizycznie.
Muszą być ludźmi, którzy znakomicie wręcz opanowali tak zwaną sztukę wojenną. Są inteligentni ponadprzeciętnie, ale też nie zatrudnia się w Navy SEALs filozofów. To znaczy ludzi, którzy zawsze muszą rozważyć jak. Tylko właśnie ludzi, którzy nauczeni są zaufania i wykonywania rozkazów. Ktoś powie: „Nie, przecież to jedno drugiemu przeczy. Inteligentny człowiek nie może ślepo wykonywać rozkazów”. Okazuje się, że jednak może. Więc to jest cały zespół problemów, o których warto by jeszcze powiedzieć.
[05:18:59] - Tu dochodzimy do tego momentu, w którym musimy powiedzieć, jakie są dwie główne taktyki dowodzenia na szczeblu taktycznym. W tym tłumaczeniu „Sztuki wojny”, tym czarnym, o którym już wiele razy mówiliśmy, jest esej fantastyczny właśnie o dwóch filozofiach dowodzenia. Jedna to jest Befehlstaktik, czyli taktyka rozkazu z języka niemieckiego, a druga to jest mission objective. Inaczej, na przykładach konkretnych. Jeżeli ktoś dostaje rozkaz na przykład zdobycia jakiegoś wzgórza, trzymajmy się tych tematów drugowojennych, to wtedy musi go zrealizować. Czyli dostaje wytyczne od dowódcy i musi ten swój cel osiągnąć w taki sposób, jaki to dowódca narzuci. Natomiast w taktyce mission objective masz zdobyć wzgórze, a jak to zrobisz, mnie już nie obchodzi. Musisz sam wymyślić. I w momencie, w którym ta władza decyzyjna co do sposobu realizacji misji jest przekazana na ten szczebel taktyczny, w którym rzeczywiście dowódca ma bezpośredni kontakt z polem bitwy i może na bieżąco zmieniać plan, zmieniać taktykę, jeżeli się okaże, że taktyka narzucona przez dowódcę jest bez sensu, czy zasugerowana w tym przypadku, w tej filozofii dowodzenia, to wtedy on ją po prostu dostosowuje na bieżąco. I okazuje się, że armie funkcjonujące właśnie na zasadzie rozkazów mission objective, czyli zrób to, a jak zrobisz, to sam wymyśl, one są skuteczniejsze.
Dlatego, że dowódcy, którzy są decydenci, mówiąc nieprecyzyjnie, tylko tak ogólnie decydenci, którzy są daleko od miejsca, gdzie ich decyzje są wprowadzane w czyn, oni mogą nie mieć pełnej wiedzy ze względu na to, że ich wiedza jest przeterminowana, że w trakcie wykonywania misji może ulec zmianie. Bo przeciwnik też nie stoi w miejscu koncepcyjnie i decyzyjnie, tylko też dostosowuje rozkład swoich sił i sposób podejmowania decyzji względem tego, w jaki sposób zostanie zaatakowany. W związku z tym dowódca umie balansować, umie rozpoznać, którzy jego podwładni dowódcy przekazujący jego rozkazy tam jeszcze niższym w randze. Taki wielki dowódca potrafi dobrać sobie ludzi, którzy mają odpowiednią zdolność podejmowania inicjatywy, odpowiednią do swojego miejsca w realizacji całego nadrzędnego celu albo poszczególnych celów. To jest, myślę, że oczywiste. I na czym polega dowodzenie takie największe, o którym mówimy w dzisiejszej rozmowie? Ono w moim przekonaniu polega na tym, że człowiek, ten wielki dowódca, ten charyzmatyczny dowódca jest nie mistrzem w zwyciężaniu, tylko mistrzem w zarządzaniu swoim personelem. Nie wiem, jak by pan odpowiedział na to.
[05:21:55] - Ja bym się z tym akurat zgodził. To chyba nie jest przypadek, a może jest, a może jednak stoi za tym pewna myśl, że jeden z tych rodzajów dowodzenia jest charakterystyczny na przykład dla armii rosyjskiej, a drugi z tych rodzajów dowodzenia jest charakterystyczny na przykład dla dowódców NATO. Sami się państwo domyślcie, do której grupy które dowodzenie przypasować. Mnie się to wydaje oczywiste. Tylko że ktoś powie w ten sposób: „Ale to nieważne, jakim sposobem. Oba w określonych warunkach mogą okazać się jednak skuteczne”. A sam fakt, że była o tym mowa w „Sztuce wojny”, świadczy o tym, że te dwie tendencje jednak ścierają się od wieków.
[05:22:53] - Zdecydowanie. I we współczesnych czasach mówiliśmy przez chwilę o siłach specjalnych. Właśnie esencją działania sił specjalnych jest przeniesienie mocy decyzyjnej na temat tego, w jaki sposób ta misja ma być wykonana jak najniżej. Dlatego właśnie ci specjalsi czy też członkowie, czy też oficerowie jednostek specjalnych są szkoleni do tego, żeby rozumieć sytuację. Nawet poszczególni żołnierze są tak szkoleni. Są szkoleni do tego, żeby rozumieć całą sytuację strategiczną, w której kontekście ich taka poszczególna drobna akcja jest osadzona. I dzięki tej wiedzy, czyli na przykład znajomości kultury przeciwnika, znajomości obyczajowości, znajomości języka, znajomości szerszego tła geopolitycznego, w które ta akcja się wpisuje, to w sytuacji nastąpienia jakiegoś rozwinięcia zupełnie nieoczekiwane, oni są w stanie natychmiast, bez konsultacji z górą, przeanalizować nową sytuację i podjąć optymalną decyzję nie tylko na poziomie taktycznym, ale też na poziomie strategicznym, geopolitycznym nawet.
[05:24:00] - No tak, ale wie pan co? Ja dosyć gorączkowo, kiedy słucham tego, co pan mówi, dosyć gorączkowo przerzucam, szufladuję wręcz swoją pamięć. I mało jest takich postaci, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę SF, takich mocnych postaci, o których dzisiaj rozmawiamy, które są urodzonymi dowódcami, które mogą się takiej misji podjąć. Ja naprawdę przerzucam i przerzucam kolejne tomy w głowie i tam są różne osoby. Oczywiście mniej lub bardziej-
[05:24:33] - Dorsai?
[05:24:33] - Tak, Dorsai. Wiedziałem, że pan o to powie, ale ja szukam czegoś nowego. Ale dobrze, powiedzmy o Dorsai.
[05:24:40] - Nie, bądźmy szczerzy, w nowej fantastyce nie ma nic, co by było wartościowe. Moim zdaniem. Bardzo przepraszam, jeżeli coś istnieje, co wystawia złe świadectwo jakiejś powieści, ale to bym prosił o podpowiedź. Jeżeli ktoś by znał, to ja bardzo chętnie przeczytam nawet kilka razy pod rząd. Natomiast taką książką z niedawnej fantastyki, to też niedawno, to jest dwadzieścia lat temu, to jest „Zmodyfikowany węgiel”. To jest świetnie zrobiona książka, naprawdę super. Cała trylogia, która zresztą została wydana w pierwszej dekadzie XXI wieku, jest rewelacja.
[05:25:15] - Tak. Powiem tylko, to już tak gwoli kronikarskiej, że Wiktor Żwikiewicz nienawidzi tej książki całym sercem i całą duszą jej nienawidzi, w przeciwieństwie-
[05:25:26] - O! Za co?
[05:25:27] - Już nie opowiadajmy, bo to są nie te sprawy, które nas interesują. Natomiast ja, na co mam odpowiednie dowody w postaci Bibliotekarium, ja jednak lubię tę książkę. Chociaż sam pan przyzna, że w „Węglu modyfikowanym” główny bohater jest jednak indywidualistą. On to śledztwo prowadzi przecież samodzielnie. Porusza się tam, niespecjalnie ma tych ludzi do wykonywania rozkazów, ale jest silną postacią. Zdecydowanie silną postacią. Tak mi teraz przyszło do głowy rzecz nieoczekiwana, bo kiedy pan powiedział o fantastyce z nowszych czasów, to uświadomiłem sobie, że silne postacie, głównie męskie, nie ukrywajmy, bo takie były czasy, pojawiają się jednak w fantastyce złotego wieku ery science fiction amerykańskiej. Lata pięćdziesiąte, czterdzieste. Tam jest wielu silnych mężczyzn, którzy dokonują bohaterskich czynów w imię czasami przyjaźni, lojalności, czasami dla kobiety i tak dalej. Niemniej ci silni bohaterowie to właśnie tamta fantastyka.
Ona się nawet wcześniej pojawia, bo jeśli pan, nie wiem, czy pan gustuje, ale jest proza Burroughsa. Te wszystkie rzeczy, które dzieją się na Barsoom, czyli na Marsie. On ma też cykl wenusjański, ma też cykl księżycowy, ma Tarzana. Ale jeśli zwrócimy uwagę, kim się staje w „Księżniczce Marsa” przybysz z Ziemi, staje się dowódcą. I to takim dowódcą z pełnym posłuchem. Więc jeśli by, ja nie sugeruję, żebyście państwo gremialnie zaczęli czytać Burroughsa, chociaż to w sumie dobra, rozrywkowa proza, ale zwróćmy uwagę, że właśnie to w dawnych czasach istniała moda na silnych ludzi i silnych przywódców. Teraz w fantastyce tego jakby mniej.
[05:27:28] - Tak i to mnie zastanawia, ale nie potrafię tego odnieść. Co mogłoby być przyczyną tego, że nie ma tych bohaterów silnych? Kiedyś chyba rozmawialiśmy, nie jestem do końca tego pewien. Rozmawiałem z takimi dzieciakami na festiwalu aborygeńskim. Mieli po dziewięć, po dziesięć lat, paru chłopaków. I oni zaczynali sobie tak, jak się normalnie w swoim własnym gronie, jak się z dobrymi znajomymi nawzajem się tak drażni i narusza godność, ale ponieważ to są przyjaciele, to wiadomo, że to wszystko w żartach. Jeden z tych chłopaków do mnie coś powiedział takiego właśnie, że tam obcokrajowiec, coś tam. Właśnie takim tonem jak przyjaciel, dobry kolega do dobrego kolegi z klasy. I nauczycielka natychmiast ich zgasiła, że tak nie wolno, bo to obcokrajowiec i tak dalej. Ja mówię: „Spoko, to bardzo śmieszne”.
Ja się nie obraziłem zupełnie, a ona dalej swoje, że to tak nie wolno, a ja dalej swoje, że tak wolno, dlatego, że ja jako osoba bezpośrednio zainteresowana nie mam nic przeciwko temu. Jest to bardzo fajne poczucie humoru między facetami. Dlaczego to mówię? Dlatego, że następuje od parudziesięciu lat pewien rodzaj feminizacji, ze względu na to, że zawód nauczyciela jest sfeminizowany, czyli zawód nauczycielki należy już teraz mówić, bo to dominacja kobiet, czyli trzeba zmienić ten feminatyw, jak najbardziej uzasadniony tutaj w tym miejscu. Więc nauczycielki nie potrafią sobie poradzić ze sposobami walki o status między chłopcami, bo chłopcy są pod ich opieką i wychowaniem. I te nauczycielki, zamiast uczyć rozwiązywania sporów, to uczą chłopców unikania tych sporów, czyli feminizują ich sposób myślenia. To jest niezwykle doniosłe to, co teraz mówię. Tak naprawdę gdzieś tam utkwi to w środku rozmowy o dowódców. Natomiast to jest jedno z najważniejszych socjologicznych spostrzeżeń, które można znaleźć w książce „The Coddling of the American Mind”, czyli zdziecinnienie amerykańskiego umysłu. W „Siłach psychohistorii” jest pół rozdziału na ten temat, może nawet i więcej.
Natomiast polega to właśnie na tym, że- Ludzie są wychowawcy dzieci w Stanach Zjednoczonych. O tym jest właśnie książka. Ci wychowawcy nie pozwalają dzieciom przebywać w sytuacjach konfliktowych, czyli realizować konflikty, tylko unikają tych konfliktów, a nie mogąc realizować tych konfliktów, przeżywać tych konfliktów. Te dzieci nie są w stanie samodzielnie wykształcić sposobów rozwiązywania tych konfliktów. A rozwiązywanie konfliktów to jest coś, co czyni nas silnymi. I to mogłaby być jedna odpowiedź, niezwykle filozoficzna, ale uważam, że niezwykle trafna. Tych dwóch psychiatrów czy też psychologów poświęciło masę pracy, żeby zdobyć dane eksperymentalne, dane statystyczne z badań socjologicznych, psychologicznych. Więc to byłoby odpowiedzią chyba na to pytanie.
[05:30:26] - A ja mam tak, ponieważ zbliżamy się do końca naszego dzisiejszego spotkania. Mam taki mały apel do słuchaczy, bo może nasza diagnoza odnośnie literatury, nie pozostałych spraw, ale odnośnie literatury SF jest błędna. Może po prostu za mało nowszych książek znamy. To jeśli Państwo znacie takie pozycje książkowe z gatunku SF, które spełniałyby ten warunek, że jest tam silny człowiek, silny dowódca, człowiek, silny dowódca przejąć rząd dusz, to ja bardzo chętnie jakby Państwo podesłali czy to na adres pana Piotra.
[05:31:12] - Na mój, na mój. Ja chcę.
[05:31:14] - Ja też chcę. Ja też chcę. Więc na Bibliotekarium również bardzo poproszę.
[05:31:18] - Ale wpierdol mnie, wpierdol mnie.
[05:31:20] - No dobrze, mogę być drugi, mogę być drugi. Niemniej to wcale nie jest taki tak bezsensowny apel, bo ja sobie zdaję sprawę, że tych książek ostatnimi czasy wychodzi naprawdę dużo albo jeszcze więcej. I być może my w jakiś sposób z panem Piotrem jesteśmy od niektórych tytułów odcięci. No to my bardzo, bardzo chętnie czekamy.
[05:31:45] - Czekamy. I jeszcze tak na dodatek mi się w międzyczasie przypomniał jeden film, o którym już mówiliśmy, więc nie będziemy tego wątku rozwijać. "Pan i władca na krańcu świata" o walce żeglarzy. Tam Russell Crowe absolutnie wstąpił na wyżyny. W "Gladiatorze" ma lepszą rolę, znaczy taką bardziej widowiskową i sławną dlatego, że "Gladiator" dostał Oscara. Tam wszyscy się zachwycali. Natomiast mniej znanym filmem właśnie jest "Pan i władca na krańcu świata". Tam on pokazuje, co to znaczy być dowódcą i co to znaczy dorastać i otrzymywać. To właśnie w tym kontekście wtedy mówiliśmy, co to znaczy dorastać i otrzymywać prawidłowe wzorce do tego, żeby być wielkim i odpowiedzialnym człowiekiem. Także to tyle, jeśli chodzi o ten film.
[05:32:24] - No jak to już filmami rzucamy, to ja sobie przypominam taki film "Braveheart" i to też jest film o dowodzeniu, o tym jak przejmować rząd dusz. A kilka tam jest scen naprawdę takich, które należy zapamiętać i po prostu-
[05:32:43] - Nie mówimy o rąbance, tylko jakiś tam bardziej, że rozmawiali.
[05:32:46] - Rozmawiali, czasami wykrzykiwali różne ciekawe rzeczy. No i warto te niektóre rzeczy zapamiętać. Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Jeśli jeszcze coś Pan chce ważnego powiedzieć, to to jest ten moment.
[05:33:01] - Nie no, ja bym chciał przeczytać takie dwie strony z książki, z tego przekładu "Sztuka wojny", o którym mówiliśmy tyle razy. Tam jest rozdział, taki malutki esej dwustronicowy właśnie o cechach dowódcy. On jest obok tekstu pod tytułem, tu brzydkie słowo powiem, pan wypika, czy muszę pominąć to słowo?
[05:33:20] - Niech pan sam wypika mówiąc.
[05:33:22] - Dobra, no dobra, wypikam. Udało mi się skontaktować i wyprosić esej od byłego dyrektora Biura Bezpieczeństwa Narodowego, generała Kraszewskiego. I jego esej rzeczywiście jest w tym przekładzie "Sztuki wojny" jako taka impresja, czy też wizja mistrza, czy też eksperta, czy specjalisty. I on zatytułował to: "Dowódca ma mieć wizję" i to jest, gdzie tam trzeba było wstawić brzydkie słowo, to chyba łatwo się domyślić. Natomiast reszty eseju już nie musiał pisać, dlatego że całe w tym jednym zdaniu, czyli co uznałem za tytuł i rzeczywiście tam jest wykropkowane niestety w książce, dlatego że jeszcze obok jest tekst osoby, która nie akceptuje brzydkich słów, wulgaryzmów. W związku z tym tutaj taki pośrednio wykropkowane, że wszyscy i tak wiedzą, o co chodzi. Natomiast obok tego jest tekst, który jest jak gdyby taką moją pamiątką z wyprawy motorowej w Ameryce Południowej. Ja sekundkę otworzę sobie to i przeczytam, dlatego że tam jest pokazane, co robi dowódca i w jaki sposób zarządza dynamiką przepływu informacji między sobą a podwładnymi i między podwładnymi a resztą świata. I to jest sekundeczkę. Momencik.
Czterysta siedemdziesiąt cztery. Mogę czytać?
[05:34:42] - Jak najbardziej.
[05:34:43] - Dobrze. Proszę bardzo. Strona już jest znana. "Przypadkowe spotkanie nieprzypadkowego człowieka" i podtytuł "Żartobliwe obserwacje cywila na temat dowodzenia". Sekundkę, powiększę sobie, oczy już nie te, więc zoom in muszę zrobić, dobrze. Chile, Andy. Wysokość około cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Szosa z miasta Arica wspina się serpentyną w stronę granicy z Boliwią, by około osiemdziesiąt kilometrów dalej minąć przepięknie położone jezioro Chungara. Wtem, prowadząc motocykl przez kolejny z zakrętów, widzę grupę żołnierzy. Stop.
Takiej okazji do zdjęcia grupowego przepuścić nie wolno. Cały oddział pod dowództwem młodego porucznika patroluje teren przygraniczny. Żołnierze prowadzą ze sobą psa. Porucznik opiekuje się dziewiątką podkomendnych. Ich młody wiek i zachowanie kazały mi domyśleć, domniemać, że musi to być jeden z ich pierwszych patroli. Dlaczego napisałem "opiekuje się", a nie "dowodzi"? Właśnie o tym jest ten krótki tekst. Porucznik przejął kontrolę nad sytuacją, gdy tylko zeskoczyłem z motocykla. Rozstawił ludzi po jednej stronie, a mnie po drugiej. Nosili broń.
Wiadomo, że nie mam jakichś złych zamiarów, bo jakiś białaś na motorze, więc generalnie potem się zmieniła ta dyspozycja. Natomiast przeszedł na angielski, mimo tego, że mój hiszpański był wystarczająco komunikatywny do tego, żeby się normalnie z nim porozumieć. Zaczął przekładać dla swoich podwładnych moją autoprezentację, że jestem pisarzem, jestem na wycieczce motorowej i tak dalej. Teraz proszę zobaczyć: z punktu widzenia cywila wszedł w rolę pośrednika, czyli obsługującego przekaz. Czyli był jakimś tłumaczem, tłumaczył dla swoich, dawał usługę swoim żołnierzom. Ale w tej scenie, która się wywiązała, było zupełnie inaczej. On mnie przesłuchiwał. Dzięki decyzji przejścia na język angielski został przy okazji też dla swoich podkomendnych jedynym źródłem informacji na mój własny temat. Jeżeli chłopaki cokolwiek o mnie się dowiedzieli, to tylko przez tego dowódcę. Czyli ja nie miałem bezpośredniego źródła dostępu do ich umysłów.
Proszę zobaczyć, dowódca to przejął natychmiast. Widzicie? Dalej. Po przesłuchaniu nadszedł czas na wymianę pamiątek. Wyciągnąłem kilka polskich i tajwańskich naszywek oraz nasze polskie przedwojenne monety. W ogóle jak ktoś jedzie na jakieś wycieczki zagraniczne, to monety są absolutnie genialne, dlatego że są niezwykle poręczne i są idealną wręcz pamiątką na jakieś przypadkowe spotkanie, jakie właśnie teraz nastąpiło. Ja tam w ogóle zabrałem jedną tylko i żałuję, że tylko jedną monetę z papieżem i natychmiast ją wymieniłem za wspomnienie przy wymianie pękniętej opony, bo kupiłem motor made in China i dostał ją wulkanolod, nie wulkanolod to się nazywa, tylko wulkanizator, który po naprawie motoru za psie pieniądze jeszcze mnie ugościli super posiłkiem, naprawdę super posiłkiem i na wymianę za ten posiłek dostali właśnie tą monetę z papieżem. Od razu poszła drugiego dnia. Także polecam monety. I tu również wracam do czytania tekstu.
Tu również wszystko przebiegło w rytm zarządzeń porucznika. „Ty, daj mu swoją naszywkę” powiedział jednemu. „Ty masz jakąś monetę? Daj mu” powiedział drugiemu. Oczywiście nie tym tonem, bo już teraz przypomniałem się, zacząłem, gęba mi się nie zamyka w uśmiechu. Widzicie? I teraz proszę, zobaczcie ten wzorzec. Wszystkie transakcje i interakcje z obcymi, czyli ze mną w tym wypadku, wszystkie relacje ze światem zewnętrznym były pod kontrolą dowódcy. I tak ma właśnie być. On, ten dowódca, jest całym światem dla tego swojego podwładnego.
Zwłaszcza dla takich małych, znaczy małych gnojków chciałem powiedzieć, ale dla niedoświadczonych młodzików. Trzecim aktem spotkania było zdjęcie grupowe. No i zgadnijcie, kto musiał zrobić to zdjęcie? No właśnie, zgadliście. Porucznik. On wziął aparat, on kazał mi stanąć tam w jednym miejscu, swoim kazał położyć broni, karabiny szturmowe gdzieś tam w rogu, żebym nie był w miarę daleko. Chociaż wtedy już było wiadomo, że jest pełny luz. Ale są procedury, których trzeba przestrzegać. Ostatnią rzecz porucznik wykonał na samym końcu. Mistrzowskie posunięcie.
Gdy pakowałem już cały majdan wywalony z plecaka w poszukiwaniu właśnie tego zasobnika z tymi monetami i ucapił mnie za ramię, odwrócił, kazał wyciągnąć dłoń i położył na tej dłoni swój epolet porucznika, który przed chwilą zdjął z ramienia. I teraz słuchajcie, co ten dowódca w tej chwili robił. On sprawiał, że jakiś obcokrajowiec z Polski nawiąże więź emocjonalną z żołnierzami z Chile, bo to byli Chilijczycy i dając mi te epolety, nawiązał przyjaźń. Dałem mu co prawda wizytówkę w którymś momencie, natomiast nigdy do mnie nie napisał. Nie wiem z jakiego powodu. Czy zgubił, czy są takie procedury, że nie. Natomiast generalnie zostawił na poboczu górskiej drogi, czytając już ostatni akapit, z niewyrównaną wymianą, bo ja dostałem od niego coś, co jest absolutnie w jakimś akcie spontanicznej przyjaźni. Po prostu zdjął ten epolet i dał mi na pamiątkę. Mam to. To jest jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam, jeśli chodzi o pamiątki z podróży.
Chyba nawet najcenniejsza. I teraz zgadnijcie, co ten dowódca zrobił. Prosta rzecz. Zgadnijcie, komu ja kibicuję, gdy Chile gra, jakaś drużyna piłkarska Chile gra z jakimkolwiek innym krajem. Chilijczykom, krajanom porucznika i jego podkomendnych. I zgadnijcie, to jest ostatnie zdanie już, jakby to skomentował sam porucznik. Prosto powiedział. Powiedziałby: „I tak miało być”. I na tym polega właśnie dowodzenie. Na tym, że ten dowódca ogarnia wszystkie aspekty komunikacji.
Wojna to też jest, czyli strzelanie, zabijanie kogoś czy też straszenie kogoś bronią to też jest jakaś forma komunikacji. Dowódca ogarnia wszystkie aspekty całej sytuacji, którą zarządza. I to jest moim zdaniem najważniejsza cecha dowódcy, że on jest po prostu Bogiem dla tych ludzi, którymi dowodzi. I oni umierają nie dlatego, że muszą bronić ojczyzny, tylko umierają dla niego, bo on nimi dowodzi.
[05:41:00] - Panie Piotrze, to niech to teraz dobrze wybrzmi w uszach naszych słuchaczy. Pięknie panu dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[05:41:09] - Do usłyszenia.
[05:41:12] - Tak, tematy ciężkie i wiecie już teraz państwo, że dowódca musi mieć wizję. Ale na chwilę porzućmy ciężkie tematy. Zróbmy mały skok do literatury. Znowu Reda Haddad i opowiadanie z tomu „Rupieży rzeczywistości 2”. Posłuchajcie państwo opowiadania Pawła Užwy zatytułowanego „Pączek”. Myślę, że się nieźle państwo ubawicie.
[05:41:48] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Paweł Užva „Pączek” Ćpanko, praca, ćpanko. Przez te prochy spadłem na samo dno. Zocha postawiła mi ultimatum: dragi albo związek. No to wybrałem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i tyle ją widziałem. Jakby tego było mało, szefa wzięło coś dzisiaj na pogawędki. „Dobrze, że jesteś Michał.” Inspektor oderwał wzrok od gazety.
„Myślałem, że wczoraj ze starym zalałeś robaka. Wybierasz się gdzieś?” Odlać się. Poszedł ze mną do kibla. „Michał, jesteś dobrym gliną, choć na początku szczerze w to wątpiłem. Mimo swojego zwątpienia przetarłem ci tutaj szlak. Zrobiłem wszystko, byś dostał posadę w policji. Wszystko. Rozmawiałem z odpowiednimi ludźmi, byle tylko twoja matka wreszcie przestała mi zawracać dupsko i zajęła się wreszcie tym alkoholikiem pod waszym dachem.” Machnął ręką. „Ale mniejsza z tym. To wasz problem.” Dziękuję wujku.
„Kochaniutki.” Zaczął sikać. „Dobra, posłodziłem ci. Teraz pora przejść do konkretów. Mamy problem. Jakaś pizda poodpierdala nam prochy z magazynu.” Boże, no nie! Wydało się. Koniec jazdy bez trzymanki. A tak uważałem. „No Boże, tak czy siak towar trzeba znaleźć, bo w przyszłym tygodniu wpada kontrola z wojewódzkiej. Pomożesz?
Bo nijak nie zgadza się w dokumentacji. Jak nie pójdę siedzieć, to karne wydalenie ze służby gwarantowane.” I co ja mam z tym niby zrobić? Starałem się, żeby głos mi nie drżał. „Dowiedz się co i jak, bo inaczej mamcia będzie zawiedziona, że synek znowu stracił pracę.” Zaczął myć ręce, które pewnikiem obsikał. „Do pomocy dorzucę ci Piotrka.” Jakoś nie lubiłem Piotra. Z kilku powodów. Po pierwsze dużo gadał, pocił się jak świnia i co najgorsze ciągle żarł te swoje pączki. Z lukrem, różą i te z dziurką. Znaczy nie przeszkadzało mi to jako tako, bo to on tył, a nie ja. Koszmarem natomiast było to, że te tłuste paluchy wycierał w tapicerkę.
Naszym pierwszym postojem okazała się dziś pączkarnia, co nikogo nie powinno dziwić. „Kup mi po jednym z każdego rodzaju, okej?” Podał mi dwie dychy. Okej. Złapałem banknot w locie i od razu skierowałem się w stronę drzwi. Zdziwiłem się, bo mimo siarczystego mrozu były otwarte na oścież. Wszedłem więc bez zastanowienia, a tam dwóch frajerów w dziurawych rajstopach na głowie, pewnie po własnej mamci, wydzierało się na siebie. „To jest kurwa ten twój bank! To jest ten twój bank. Wiesz jak mi przez ciebie będzie wstyd przed mamcią?” „Zamknij mordę” krzyknął drugi. Ten, który trzymał ekspedientkę na muszce.
„A ty panienko, ładuj pieniążki do siateczki. No! To może jeszcze zdążymy się przelizać.” „Hola, hola panowie” postanowiłem zagrać bohatera. Wyciągnąłem broń. „Puśćcie panienkę i grzecznie stąd spierdalajcie.” „Chciałbyś koleżko” odpowiedział jeden z nich i pociągnął za spust. No to ja też. Ale broń nie wypaliła. Drugi też do mnie strzelił. Żaden z nich jednak nie trafił. Usłyszałem tylko pisk przerażonej kasjerki.
Stałem zdziwiony, a oni czmychnęli na ulicę. W końcu się ruszyłem. Na stopach poczułem jakiś ciężar. „Coś ty zrobił?” Klęknąłem przed nim przerażony. Po co? Popołudnie pamiętam jak sen. Przyjazd śledczych, potem kilka godzin przesłuchań przez wydział wewnętrzny. Przed 21:00 puścili mnie do domu. Wciąż nie mogłem uwierzyć, że ten idiota poświęcił się dla mnie. Skoczył jak tygrys i złapał grubym cielskiem pociski przeznaczone dla mnie.
Traktowałem go jak śmiecia, a on poświęcił dla mnie swoje życie. Przed snem wysypałem kreskę na stole i odpłynąłem. Ocknąłem się w nocy. Nad łóżkiem stał on. Był ubrany w białe szaty, a z pleców wyrastały mu anielskie skrzydła. Jadł pączka z różową posypką. Piotrek? Przetarłem oczy. To ty żyjesz? „Z przestrzeloną nerką nie miałem szans” odpowiedział, nie przerywając jedzenia.
To sen? „Nie całkiem.” Zatrzepotał pióropuszem skrzydeł. Po co się poświęciłeś? Te kule były dla mnie. Zasłużyłem na śmierć. „Weź nie pierdol.” Poklepał mnie po ramieniu, wycierając w mój podkoszulek tłuste paluchy. „Dostałeś drugą szansę. Uszanuj to.” Jestem mendo. Nawet cię nie lubiłem. „Każdy zasługuje.
Oddasz te prochy i złożysz rezygnację. Ale obiecaj mi, że się zmienisz.” Dobrze. Położyłem rękę na sercu. Od jutra zmienię się. Będę nowym, wspaniałym człowiekiem. W moim sercu zagościła radość i szczera chęć poprawy. „To rozumiem.” Otworzył okno i wyskoczył. W pokoju pozostał jedynie fragment pączka i zapach różanego nadzienia. Rano obudziłem się chory. Spojrzałem na budzik.
Była środa, 6:00 rano. Mała kreska kokinie zaszkodzi. Jak pomyślałem, tak wciągnąłem biały proszek. Odpłynąłem z myślą, że miło będzie wreszcie być trzeźwym, a kobieta do mnie wróci. Wszystko jakoś się ułoży. „Otwierać” załomotano do drzwi. Ocknąłem się. Budzik pokazywał, że dalej była 6:00. Tylko dni się jakoś nie zgadzały. Był poniedziałek.
Gdzie do cholery umknęło mi pięć dni? Ja miałem... „Otwierać, bo wyważymy drzwi. Na trzy.” Przeraziłem się, bo leżałem we własnych wymiocinach. Na stole leżały trzy worki po kokainie. Wszystkie puste. „Za dwa.” Rozpoznałem głos wujka. Poderwałem się z łóżka, żeby posprzątać, ale zaplątałem nogę w kołdrę. „Twoja ostatnia szansa.” Wyrżnąłem głową o blat. Z rozciętego czoła popłynęła krew.
„Wchodzimy.” Drzwi wyleciały z zawiasów. Miałem to już gdzieś. Twarz zaryłem w leżący na podłodze pączek. Czułem, jakbym uderzał twarzą we fragment nieba. Nieba, do którego było mi jeszcze daleko. Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Haddad. Tak, rzeczywiście autor zbliżył się do rubieży rzeczywistości z całą pewnością. A teraz zapraszam państwa na recenzarium Evivy.
Dzisiaj powieść i tu się pewno znowu walnę w nazwisku. Wieniamin Kałierin „Ferilioka” to jest powieść rosyjskiego prozaika. Ona się niby dzieje we współczesnych realiach. Oparta została na takim
[05:48:00] - Ale oparta została na znanym motywie porwania pięknej dziewczyny przez złego czarownika. W jej obronie wyrusza dzielny, zakochany młodzieniec. I to tyle o treści. Luiza Dobrzyńska przedstawi to znacznie lepiej. Cóż jeszcze chciałbym powiedzieć? Ktoś napisał, że ten utwór ma znamiona tak zwanego persyflażu. I tu krótkie wyjaśnienie, co to jest persyflaż. To jest taki utwór literacki albo inna wypowiedź, która ma charakter żartobliwy lub ironiczny, która ukrywa szyderstwo pod pozorami wyszukanej uprzejmości lub udawanej powagi. Szczególną cechą persyflażu jest ironiczne nawiązanie do cudzego stylu. Proponuję zapamiętać: per-sy-flaż.
A teraz już Eviva.
[05:49:25] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Chyba nie ma w tej chwili na tym świecie człowieka, który nie wiedziałby, kim jest Harry Potter. Są tacy, którzy gotowi przysięgnąć, że tworząc swojego bohatera, pani Rowling dokonała rzeczy wręcz niezwykłej, niebywałej w całej literaturze. Co jest oczywiście nieprawdą, ponieważ młodociani czarodzieje pojawiali się już wcześniej. Można na dodatek dywagować, czy pani Rowling czasem nie popełniła plagiatu. Nawet miała o to sprawę, ale oczywiście wygrała, ponieważ jak wiadomo, wygrana przed sądem zależy raczej od adwokata niż od tego, czy ktoś ma rację, czy nie. Ale mniejsza o to, nie chcę jej oskarżać. Być może rzeczywiście doszło do przedziwnego zbiegu okoliczności. Odłóżmy to na bok. Otóż przed Harry'm Potterem pojawił się jeszcze jeden młodociany magik.
Z tym że jest to książka w sumie bardzo mało znana, w każdym razie bardzo mało znana poza Rosją. Tak, znowu będę mówić o literaturze rosyjskiej. Mam do niej szczególną słabość. Naprawdę nie bez powodu. Autorem książeczki pod tytułem „Werlioka” jest Wieniamin Kawierin. W Polsce lepiej był znany jako autor powieści „Dwaj kapitanowie”, zekranizowanej nawet. W swoim czasie ten serial bił rekordy popularności, ale wtedy naprawdę nie bardzo było co oglądać. Pisarz postarzał się, przeszedł na emeryturę i postanowił napisać coś dla wnuków. I tak powstała opowieść naprawdę niezwykła, moim zdaniem bijąca na głowę Harry'ego Pottera. Chociaż w odróżnieniu od niego jest to książeczka bardzo cienka, jedna opowieść i bardzo żal, że nie powstały następne.
O czym więc mówi? W miasteczku Sosnowa Góra mieszka astronom Płaton Płatonowicz. Od czasu śmierci żony, kobietki płytkiej i kapryśnej, jest sam. Jedyną jego towarzyszką jest w zasadzie gosposia Olga Ipatiewna oraz kot Filuś. Mimo że Płaton Płatonowicz ma wielu znajomych, może nawet przyjaciół, dziwaczeje coraz bardziej w swojej samotności. Jest coś, o czym nikt nie wie oprócz niego. Oprócz Filusia oraz jego przyjaciółki, szkockiej róży rosnącej w wielkiej doniczce. Owa tajemnica jest dość osobliwa. Otóż przed laty roztargniona urzędniczka w urzędzie celnym wpisała Płatonowi w paszport nieistniejącego syna imieniem Wasyl. Astronom potraktował to poważnie.
Urządził nawet pokój dziecięcy i codziennie rozmyślał o chłopcu, który w jego wyobraźni rósł i z dziecka zamieniał się w nastolatka. Pewnej nocy Płaton Płatonowicz, nie mogąc spać, wszedł do pokoju dziecięcego, żeby trochę podumać i ku swemu zdumieniu zastał tam 15-letniego chłopca. Chłopak nie wie, skąd się wziął, nie wie, co robił do tej pory. Wie jednak, że ma na imię Wasia i jest synem Płatona Płatonowicza. Astronom postanowił potraktować rzeczy jak zrządzenie losu i zajął się chłopakiem tak, jakby on rzeczywiście był jego synem, a nie pojawił się nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy. Wasia bardzo dobrze się zaadaptował w Sosnowej Górze. Zaczął chodzić do liceum, gdzie poznał nastoletnią poetkę Iwę i zaprzyjaźnił się z nią. Z biegiem czasu odkrył, że potrafi robić dziwne rzeczy. Był bardzo zawstydzony tym faktem i dopiero Iwa odkryła, że jej nowy przyjaciel jest czarodziejem, chociaż jeszcze dość niezdarnym i nie bardzo świadomym swojej mocy. Niedługo potem okazało się, że pojawił się w Sosnowej Górze wcale nieprzypadkowo, że jest kimś w rodzaju wybrańca losu i ma do wykonania zadanie, z którym nie poradził sobie nikt z jego poprzedników.
Powieść „Werlioka” ukazała się w Polsce tylko jeden raz, jeszcze za PRL-u, w bardzo kiepskiej oprawie. Posiadam jeden egzemplarz, zresztą sczytany na strzępy, ale być może jeżeli się postaracie i poszukacie, to w jakiejś bibliotece znajdziecie. Radzę się z nim zapoznać. Jest niezwykle barwny i ciekawy. Kawierin stworzył bohatera innego niż wszyscy. Stworzył też świat przenikający się niejako z naszym i mający na nasz bardzo duży wpływ. Za Wasią nie stoi żaden uniwersytet magiczny ani ludzie, na których mógłby polegać Poza Iwo i poza kotem, o ile kota można nazwać człowiekiem. Trzeba przyznać, że Filusia można by. Musi poradzić sobie właściwie sam, ale naprawdę nieprzypadkowo właśnie on został wybrany. Jeżeli po przeczytaniu tej książki uznacie, że Harry Potter jest czymś lepszym, kochani, to mega z wami źle.
Rzadko kiedy zdarza mi się wygłaszać autorytitarne poglądy, ale tym razem mówię z głębi serca. Gdyby Weniamin Kawierin rozwinął swoją opowieść na kilka lub kilkanaście tomów, powstałaby seria taka, że powaliłaby na kolana cały świat fantasy. Niestety do tego nie doszło. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Ledwie trzymający się już kupy egzemplarz Werlioki trzymam jak skarb, mając nadzieję, że może jeszcze kiedyś jakieś polskie wydawnictwo pokusi się o wznowienie. Nie jest rzeczą wykluczoną, że będzie to wznowienie rozszerzone, ponieważ zdaje się, że wydanie, które mam, zostało mocno okrojone. Nie wiem dlaczego i nawet nie wiem, czy to jest prawda, ale tak słyszałam. W każdym razie chciałabym dożyć tego dnia. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[05:55:17] - Przez ostatnie dwie audycje słuchali państwo wywodów Bruno Kadyny, a właściwie rozmowy Bruno Kadyny, którą prowadził z autorem, moim zdaniem świetnej książki zatytułowanej "Pewnego razu w Świnioryjach". Tym autorem jest Przemysław Rycichoń. Dzisiaj zapraszam na ostatnią część tejże rozmowy.
[05:55:45] - Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny.
[05:55:57] - Wiesz co? Z Kinga właśnie tych ekranizacji chyba było najwięcej, takich popularnych, znanych. To powiem ci, co tam jeszcze ten "Cmentarz dla zwierzaków" był.
[05:56:12] - Oj, to była długo moja ulubiona powieść Kinga.
[05:56:16] - Przeczytałem książkę najpierw, a potem obejrzałem film i powiem ci, że byłem bardzo zniesmaczony.
[05:56:24] - Ale który film? Którą wersję obejrzałeś? Tą świeżą, tą nową, czy taką sprzed lat, tą z lat 80. czy wczesnych 90.? Bo powstała taka produkcja.
[05:56:36] - Tak, ale o nowej to nic nie wiem.
[05:56:39] - Bo nowa jest sprzed paru lat dosłownie.
[05:56:44] - Tak? To chyba lata 80. jakoś ten "Cmentarz" był.
[05:56:49] - Książka, jeśli dobrze mnie nie myli pamięć.
[05:56:51] - Kto to grał? Czekaj.
[05:56:53] - Książka to jest chyba 1983 rok.
[05:56:55] - Książka.
[05:56:58] - Tak. A film to koniec 1988, 1989 czy tam wczesne 90. I cienizna straszna.
[05:57:07] - Ale właśnie oglądałem film i mówię: co oni zrobili z tej historii?
[05:57:13] - Zmarnowali.
[05:57:14] - I dlatego mówię, autor książki nie ma nic wspólnego z tym, co powstanie jako film, bo to już jest zupełnie inna historia, to jest odrębna część.
[05:57:33] - To jest inna wizja artystyczna.
[05:57:36] - Inny świat.
[05:57:38] - Inny świat. Ale słuchaj, zawsze-
[05:57:39] - Chociaż są właśnie, tak jak mówisz, przypadki, że jednak-
[05:57:44] - Rzadkie.
[05:57:44] - Niektóre filmy są lepsze niż książka.
[05:57:47] - Rzadkie, Przemek, ale zauważ, że jak zaczyna się film, to jest na podstawie powieści. Na podstawie, a nie, że to jest odwzorowanie.
[05:57:57] - Kto napisał scenariusz?
[05:57:59] - Tak. To nie jest odwzorowanie powieści. To już ciężko zmienić. Ja na przykład mam takie podejście, że jak oglądałem na przykład "Cmentarz dla zwierzaków", tą nową produkcję, to już zupełnie z innym podejściem, bo mocno się różni od książki. Ale całkiem niezły horror, całkiem niezły film, ale i tak słabszy od książki. I mimo tego, że mam tego świadomość, że to jest inne dzieło już zupełnie co innego, to będziesz porównywał znając pierwowzór.
[05:58:37] - Tak. To tak jest jak degeneracja geniusz. Po prostu każde następne pokolenie już jest gorsze. To tak jak jest z książkami Franka Herberta, "Diuna". Była pierwsza, rewelacja, druga już ten, trzecia. A potem już pisał jego syn. To już jest kiszka normalnie, tego się nie da czytać. Ja to wszystko przeczytałem, potem się już nawet męczyłem, w bólach czytałem, że tak powiem, te wszystkie czwarte, piąte części "Diuny", "Synowie Diuny", coś tam jeszcze.
[05:59:17] - Tak.
[05:59:18] - Ale ta druga część jest naprawdę, chylę czoła, super książka science fiction i w ogóle.
[05:59:29] - Ma być też ekranizacja teraz jakoś, nie?
[05:59:36] - W listopadzie chyba czy we wrześniu.
[05:59:38] - Ciekawe. Podobno ma być petarda.
[05:59:40] - Będziemy zobaczy. Zobaczymy, wszystko się okaże.
[05:59:45] - Poczekamy, zobaczymy.
[05:59:46] - Pamiętam książki, które czytałem za młodu, jak byłem gówniarzem, to zapada w pamięci bardziej. Człowiek ma ten umysł bardziej plastyczny, jeszcze miękki ten mózg, który wchłania jak gąbka, ale- Wiesz, przeczytam, za dwa dni już nie pamiętam, co przeczytałem.
[06:00:06] - Tak, ja mam taki dziurawy łeb. A wracając do tego, że kolejne części powieści są gorsze, to od razu przypomniała mi się rewelacyjna powieść, chyba Jose Farmer taki autor i jego powieść to pierwsza część, "Gdzie wasze ciała porzucone?". Taki tytuł. Kurczę, rewelacja.
[06:00:30] - Słyszałem. Jose Farmer?
[06:00:32] - Jose Farmer. Ameryka Południowa.
[06:00:36] - Taka iberoamerykańska jakaś.
[06:00:37] - Możliwe. Ale to jest fantastyka. Wizja życia po śmierci. Ale taka petarda książka, taki pomysł. Rewelacja. Teraz czytam drugą część. "Najwspanialszy parostatek" taki ma tytuł. Ojeju, to już idzie mi jak krew z nosa. Na razie odłożyłem i czytam co innego.
[06:01:01] - Z hiszpańskiego Jose się pisze, tak?
[06:01:04] - Jose, dokładnie. I powiem ci, że-
[06:01:07] - Farmer?
[06:01:08] - Tak. Jeszcze jakieś ma chyba drugie imię.
[06:01:12] - Zapisałem sobie, bo sobie potem wygoogluję.
[06:01:14] - Ja ci mogę podesłać później. Ale te kolejne części, koleżka czytał, mówi, że ojoj. Tą drugą część już się męczył.
[06:01:27] - Dlatego ja bardzo obawiam się tego, że jak zrobię te "Świnoryje 2", to już będzie kicha. Pierwsze były fajne, bo to były takie spontaniczne opowiadania, gdzieś błysk w głowie i poszło. A to już jest takie trochę wymęczone. Chociaż Marek mnie pociesza, że nieraz wymęczone to jest lepsze, bo człowiek nie zdaje sobie z tego sprawy.
[06:01:49] - Tak. Ale tak też powiedział King, że czasami jest tak, że to, co cię poniesie, piszesz jak natchniony i tak dalej, że świetnie ci się pisało, rewelacja, że to czasami wychodzi z tego kiszka, a to, nad czym się mordujesz i męczysz, jest rewelacyjne. Nie powiedział tego raczej z bomby. Nie powiedział tego z głupoty, ale raczej z doświadczenia.
[06:02:21] - Trzeba przyznać, że doświadczenie ma.
[06:02:25] - Właśnie.
[06:02:26] - Spore.
[06:02:27] - Dlatego jeśli to jest prawda, chociaż myślę, że nie zawsze, ale załóżmy, że zdarza mi się to teraz, to "Mały kapeć" będzie rewelacyjny.
[06:02:39] - Czujesz pot i krew.
[06:02:41] - Pot i krew, żebyś wiedział. Łzy i zgrzytanie zębami też. Zobaczymy.
[06:02:50] - Miejmy nadzieję. Trzymam kciuki.
[06:02:53] - Jestem ciekaw, tylko chciałbym, żeby to wyszło w tym roku, żeby już się z tym nie męczyć. Ale też piszę.
[06:03:03] - Rok się dopiero zaczął, pierwszy kwartał się ledwo skończył.
[06:03:08] - To już nie zaczął.
[06:03:10] - Zaczęliśmy drugi. Spokojnie.
[06:03:15] - Powiem ci, że na razie nic nie zaczynam. A ty jakieś opowiadania, coś oprócz tych wiedźm? Jakieś opowiadania piszesz?
[06:03:22] - Mówię ci, że mam kilka opowiadań, napisane jest tam powiedzmy 15, 20 stron i myślę, co dalej.
[06:03:35] - No.
[06:03:37] - Ja tak mam, że jak zaczynam pisać coś, mam pomysł i zaczynam go pisać. On ewoluuje w czasie pisania. Ja nigdy nie mam tak, że tak jak na przykład Kamila. Kamila mówi, że musi mieć całą historię w głowie i potem ją przelewa na taki fikcyjny papier, wirtualny. Natomiast ja mam inaczej. Ja mam przebłysk, pomysł, zaczynam pisać i wtedy on zaczyna ewoluować. I nieraz z takiego pomysłu, który z początku miał być trywialny, robi się coś fajnego, a nieraz wręcz odwrotnie. Czasem się kończy na niczym i robi się z tego jakaś kicha.
[06:04:17] - Tak bywa.
[06:04:20] - Breja. I wtedy to zarzucam, zostaje. I takich kilkanaście mam w komputerze.
[06:04:29] - Wiesz, może czasami warto. Ja mam też kilka. Taki mam folder, że porzucone. Ale czasami, powiem ci szczerze, zaglądam tam i może zatrybi coś. Wiem, że, już nie pamiętam co dokładnie, ale wiem, że jeden taki zaczęty tekst, pisałem coś innego i z jednego takiego zaczętego tekstu wyciągnąłem coś, powiem ci szczerze. Wykorzystałem w zupełnie innym, bo tam jakoś akurat mi przypasowało.
[06:05:00] - Do tej pory też już tak. Coś wyciągnąłem i mówię: "O, to będzie się nadawało. Trzeba trochę zmienić i pójdzie". I poszło. Fajnie, nic tam się nie wyróżniło, ale coś już było. Dlatego pozwalam, to sobie tam leży i nabiera mocy. Może kiedyś przyjdzie jakaś wena.
[06:05:22] - Dokładnie. I zobaczysz, otworzysz jakieś rozwiązanie. Ale ja też tak mam, że nie planuję od początku do końca, tylko jest jakiś impuls czasami albo jakiś tylko zarys i idę, i sam się często zaskakuję, jak to się otwiera.
[06:05:37] - No właśnie.
[06:05:38] - I to jest najfajniejsze, ci powiem.
[06:05:41] - Dam nadzieję. I to jest najfajniejsze w pisaniu.
[06:05:44] - Tak. Chociaż dużo jest takich autorów, którzy muszą sobie drabinkę rozpisać i tą drabinkę potem ciałem oblepiają.
[06:05:56] - Na tych grupach pisarskich niektórzy opisują, jak ten warsztat to, tamto. Ja zawsze szedłem tak bardziej na spontan, tak jak te świnoryje. Jakiś pomysł usłyszałem, jakiś dowcip i już coś tego- Posnułem wokół tego i już coś szło.
[06:06:16] - W tym jest sporo sztuki i artyzmu.
[06:06:22] - Może coś potem się zmieni.
[06:06:24] - "Świnoryje" są świetne, więc to już ponad wszelką wątpliwość zostało wyjaśnione. Naprawdę są dobre. Ciekaw jestem co tam dalej. Jak wypuścisz dalej, to może być-
[06:06:43] - Na mojej stronie są dwie części nowych „Świnoryjów", a nowe „Świnoryje" mają roboczy tytuł "Home Sweet Home".
[06:06:52] - Ja to czytałem. To było. To już jest jakiś czas.
[06:06:56] - Już jakiś czas jest. Są następne, ale ich nie publikuję z wiadomych względów.
[06:07:01] - Tak.
[06:07:02] - Te dwa jako taka zachęta są. Natomiast coś tam się dzieje. Zobaczę. Nikt mnie nie goni, nie mam kontraktu. Gorzej było z pierwszą częścią, bo Marek mnie naciskał, że to wtedy i wtedy i trzeba by to dokończyć. Było 50% materiału. Ja te drugie 50% pisałem miesiąc.
[06:07:26] - Wow.
[06:07:27] - Do wydania.
[06:07:28] - To szybko.
[06:07:29] - Siedziałem i klepałem, ale mi to szło. Miałem, jak się to szumnie mówi, wenę. Natomiast w tej chwili powiem ci, że ciężko mi cokolwiek zmajstrować. Może zmęczenie tematem, może potrzebna mi jakaś odskocznia, coś innego, a potem wrócę do tego. Sam nie wiem.
[06:07:51] - Jakaś dobra okowitka ci potrzebna.
[06:07:54] - À propos okowitki, duży motyw jest w nowych „Świnoryjach" à propos okowitki, czyli powstała, zaspoileruję, Mazurska Wytwórnia Alkoholi Tradycyjnych.
[06:08:14] - Proszę. Brzmi dobrze. Ciekawe.
[06:08:22] - Był kapitał, był pomysł i coś się urodziło. Chociaż nie szło tak, jak to mówią, po maśle. Były różne perturbacje, różne problemy i tak dalej, ale to będzie też w opowiadaniach zawartych w tej drugiej części, którą mam nadzieję kiedyś skończyć.
[06:08:51] - Dokładnie. Też mam taką nadzieję. W końcu, jak mówisz, nigdzie się nie śpieszysz, ale ważne, żeby chociaż po trochu działbać. Powoli, krok po kroczku i do celu. Przemuś, będziemy kończyć chyba. Powiem ci szczerze, że ja jestem zmęczony.
[06:09:11] - O już po 10, to faktycznie.
[06:09:12] - Nie, ale wiesz co? Nie jest tak późno, nawet dla mnie. Tylko ja ci powiem szczerze, wykończył mnie trochę ten dzień, bo rano całkiem wcześnie jechaliśmy z koleżką ciach, ciach zapakować samochody i trochę po tych jeziorach kaszubskich pojeździliśmy. Odwiedziliśmy taki wiatrak pod Chmielnem. Tam jest taka kawiarenka, nawet tam kawkę można było wypić. Fajny widok. Taki stary młyn. Po tych jeziorkach. Powiem ci, że zmęczony jestem po prostu.
[06:09:47] - Jasna sprawa. Szok tlenowy. Jak się to wszystko wariactwo trochę uspokoi, bo to na pewno się nie skończy, musimy się nauczyć żyć z tym całym SARS.
[06:10:01] - SRAS.
[06:10:04] - SARS, SRAS.
[06:10:05] - SRAS. Sraczka, sraka.
[06:10:08] - Ja podejrzewam, że to będzie coś takiego jak ta grypa, która jest. Tylko że już będziemy mieli odporność. Wybiorę się tam, się zdzwonimy i jakoś się spotkamy.
[06:10:23] - Tak jest.
[06:10:24] - W sumie nie jest daleko, 500 kilometrów.
[06:10:29] - Dokładnie. Teraz drogi są.
[06:10:31] - Moim małym mułem to moment.
[06:10:34] - Słuchaj, jak do Mierek dojechałeś, to jest kawałek dalej.
[06:10:39] - Babcią byłem.
[06:10:41] - Babcią byłeś.
[06:10:42] - Babcia miała 30 lat, jak ją sprzedałem.
[06:10:45] - Sprzedałeś. To był Saab? Co to było? Przypomnij mi.
[06:10:49] - Toyota.
[06:10:50] - Corollę miałeś, tak.
[06:10:53] - 30-letnia była w tym roku i ją sprzedałem. Dobre pieniążki.
[06:11:01] - Proszę.
[06:11:01] - A teraz też Toyotę, tylko małego muła. RAV4.
[06:11:06] - RAV4 to fajny samochodzik.
[06:11:09] - Przerobiłem ją na dwuosobową, bo to jest wersja trzydrzwiowa. Bywa ich wiele z tyłu, bo tam na sprzęt, a z przodu mam tylko dwa fotele.
[06:11:20] - Jak nie potrzebujesz więcej.
[06:11:22] - 5,5 litra pali także na trasie.
[06:11:27] - Wiadomo, że to nie wyścigowy samochód, ale dokółasz się.
[06:11:33] - Myślę, że w tym roku to pewnie nie, bo w tym roku mam inne plany, ale w przyszłym to wybiorę się na Wybrzeże. Kto wie, czy nie taki rejs właśnie za Makretem, za Peloną.
[06:11:48] - Tak. Jak lubisz, to pewnie.
[06:11:50] - To cię przy okazji na pewno odwiedzę.
[06:11:53] - Tak, zapraszam. Szczególnie jak przyjedziesz letnią porą, to coś fajnego wymyślimy na pewno.
[06:12:00] - Raczej letnią.
[06:12:03] - To wymyślimy coś fajnego. Trzymaj się.
[06:12:07] - Do zobaczyska.
[06:12:08] - Jesteśmy na łączach.
[06:12:11] - Oczywiście.
[06:12:11] - Narazicho. Pozdrówka. Cześć.
[06:12:15] - Tak, proszę państwa, to już zdecydowanie zrobiło się bardzo późno. To jest widomy znak, że teraz zaproszę państwa na rozważania Piotra Plebaniaka o prawidłach niszczenia i budowania imperiów. Tym razem prawidło 16. Nie uciekamy od logiki, ale to taka lajtowa logika. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:12:52] - Dzień dobry. Pozdrawiam z targów książki w Kieleckich.
[06:12:56] - Wow. My dopiero na targi książki musimy poczekać, a tam już. Dobrze. Dzisiaj pozostajemy właściwie w obszarze logicznym. Ostatnio była definicja prawdy Tarskiego, a teraz reguła kolejna, 16. już. W każdym systemie aksjomatycznym występują twierdzenia, które są prawdziwe, ale których nie można udowodnić. Jasne, to taka właściwie podstawa logiki. Jeżeli ktoś z logiką miał coś do czynienia, szczególnie tą klasyczną, formalną, to właściwie wie o tym. A co z tego wynika dla tematów, które interesują nas najbardziej?
[06:13:42] - To akurat jest bardziej ciekawostką niż elementem budującym naszą wiedzę o tym, jak budować i niszczyć imperia. Troszeczkę musimy się odwołać do historii filozofii. Otóż na początku XX wieku filozofowie analityczni, generalnie filozofia zachodnia kierowała się w kierunku twierdzenia, że da się zbudować język idealny i da się zbudować system aksjomatyczny, za pomocą którego da się odnaleźć, za pomocą przekształceń twierdzeń tego systemu, wszystkie możliwe prawdy, jakie są do odkrycia. Na czym polega system aksjomatyczny? Mamy na początku kilka założeń czy też obserwacji na temat prawideł rządzących rzeczywistością, na temat rzeczywistości i za pomocą odpowiednich przekształceń logicznych bylibyśmy zdolni przeliczyć niejako, to w książce „Siły psychohistorii” bo to jest to prawidło, które dzisiaj omawiamy. Chodziło o to, że jesteśmy w stanie dojść za pomocą przeliczeń, za pomocą algorytmów, za pomocą przekształceń logicznych do wszystkich możliwych prawd, jakie są do znalezienia, jakie istnieją o wszechświecie. Natomiast nagle pojawił się Kurt Gödel. Mam nadzieję, że umlauty dobrze wymawiam, ale chyba dobrze. I on stwierdził coś, jak profesor Jacek Hołówka, na którego wykłady uczęszczałem właśnie z filozofii analitycznej. Jestem wielce szczęśliwy z tego, że to zrobiłem kiedyś.
Hołówka opowiedział o Gödelu. Gödel wymyślił ten swój słynny teorema i skonstruował niezwykle zmyślne i perfidne wręcz rozumowanie, w którym udowodnił, że istnieją systemy aksjomatyczne, takie jak nasza wiedza o świecie jest pewnym systemem aksjomatów i przekształceń za pomocą matematyki. Staramy się wymodelować jakieś właściwości świata i potem być może odkrywamy jakiś fragment rzeczywistości, jakieś prawo fizyczne, do którego pasuje wcześniej skonstruowany aparat matematyczny przekształceń. W związku z tym możemy na przykład przekształcić takie słynne powiedzenie który powiedział następującą rzecz o matematyce i fizyce: „Matematyka to taki język, w którym możemy powiedzieć prawdę, ale nie wiemy, o czym jest ta prawda”. Tak można by podsumować tę całą batalię filozoficzną. I teraz, gdyby pan zechciał powtórzyć jeszcze, z pewnością się wszyscy zgubili, to nasze dzisiejsze prawidło.
[06:16:28] - Już go odczytuję. W każdym systemie aksjomatycznym występują twierdzenia, które są prawdziwe, ale których nie można udowodnić.
[06:16:38] - I teraz Stanisław Lem, komentując właśnie to absolutnie przełomowe odkrycie Gödla czy rozumowanie Gödla, przetłumaczył to na język bardziej przystępny, bardziej zrozumiały dla nas wszystkich: są wyspy na oceanie prawdy, do których nie można dojść małymi krokami metody dedukcyjnej, czyli wydedukować tę prawdę za pomocą innych, wcześniej odkrytych prawd. Po prostu trzeba jak gdyby przeskoczyć na taką wyspę w ciemno albo trafić na nią zupełnym przypadkiem. Czyli są prawdy, które opisują w jakiś sposób rzeczywistość, natomiast nie da się ich, jeszcze inaczej mówiąc, wydedukować czy też dojść do nich za pomocą rozumowania, za pomocą wcześniej odkrytych narzędzi. Czyli na tym polegają właśnie te wyspy na oceanie Gödla. Przepraszam, zdradziłem teraz i już zareklamuję, ale to chyba bezskutecznie, bo zareklamuję i nie można tego kupić. Moja pierwsza powieść fantastyczno-naukowa, która dopiero powstaje, nosi właśnie ten tytuł, czyli „Wyspy na Morzu Gödla”. Jak ktoś lubi fantastykę naukową, pan Marek Żelkowski uwielbia, to już wie, o czym jest powieść i generalnie sam mógłby ją napisać, więc robię głupią rzecz, zdradzając w ogóle całą ideę powieści. Natomiast całość, ta filozoficzna część tej powieści sprowadza się, mam nadzieję, że mi się uda ją skończyć, trzymajcie kciuki, polega na tym, że naukowcy odkrywają cały kontynent Cały świat, który był niedostępny za pomocą dotychczas odkrytych prac nauki i całych aparatów matematyki i fizyki, które mamy oswojone do dziś. Czyli mamy teorię Einsteina, wcześniej teorię Newtona i tak dalej, która opisuje wszechświat. Sama idea jest fascynująca.
Generalnie na tym można by było skończyć, ale na pewno ma pan jakieś pytania.
[06:18:33] - Mam przede wszystkim pytanie o to, czy taki system, w którym muszą istnieć twierdzenia, które są prawdziwe, ale których nie można udowodnić, czy to nie jest znakomite pole do wszelkiego rodzaju manipulacji? Bo skoro mamy te wyspy, mamy kawałki twierdzeń, których nie udowadniamy, które przyjmujemy jako aksjomaty, to jak tam wstawimy coś, co po prostu powiemy: to jest aksjomat, proszę tego się trzymać. Czy to nie jest pole do manipulacji?
[06:19:17] - Jest to pole, ale wydaje mi się, że bardziej tyczy się ta kwestia rozgrywek o władzę czy też rozgrywek statusowych, które wszyscy toczymy w naszym życiu codziennym i państwa i mocarstwa w sferze geopolityki toczą takie rozgrywki. Natomiast do czego by to się sprowadzało? Do tego, czy jesteśmy w stanie zaakceptować, że istnieją pewne prawdy, do których nie jesteśmy nigdy w stanie dojść za pomocą tej wiedzy, którą w tej chwili posiadamy. Inaczej mówiąc, już tak nawiązując trochę do wschodniej filozofii, bo na tym wschodnia filozofia często, ta mądrość, tak jak przynajmniej ją rozumiemy, polega, że musimy odrzucić wszystko to, czego się nauczyliśmy wcześniej, czyli to, co słyszymy z ust Yody, który uczył młodego Luke'a Skywalkera, prawda? Musisz zapomnieć tego, czego się nauczyłeś. Musisz opróżnić swój umysł z prawd, które uniemożliwiają ci poznanie tej innej prawdy, która cię wyzwoli. Żeby tak już mieszać to wszystko, nauki buddyjskie z Nowym Testamentem. Nie wiem, czy taką rzecz można robić bez narażania się na jakąś krytykę, natomiast tak bym rozumiał.
[06:20:27] - Tak, ale ja patrzę na to, o czym pan mówi, pod kątem niszczenia, rozmontowywania imperium. Wydaje mi się to znakomitym narzędziem, bo jeśli jesteśmy w stanie wmówić ludziom, że istnieją jakieś wyspy, które gdzieś wcześniej zbudujemy, usypiemy, tak jak Chińczycy usypują sztuczne wyspy, tak usypiemy sztuczną wyspę na tym oceanie Gödel i wmówimy ludziom, że to jest jedna z takich prawd, których udowodnić nie można, to właściwie możemy osiągnąć przy niszczeniu, tudzież tworzeniu imperium, dowolny, zaplanowany przez siebie efekt. Więc to jest w ogóle znakomite narzędzie.
[06:21:11] - Możemy wyprowadzić, rzeczywiście to jest świetna analogia. Pan Marek odkrył sposób, w jaki należy czytać „Siłę psychohistorii”. Ja specjalnie niektórych prawd czy też niektórych spostrzeżeń albo moich własnych opinii nie zamieszczam w książce po to, żeby nie sugerować czytelnika albo żeby czytelnik miał możliwość wyrobić sobie swoje własne zdanie, albo żeby czytelnik mógł samodzielnie dojść, samodzielnie skojarzyć niektóre fakty, połączyć w jakiś obraz mentalny to, co właśnie zrobił pan Marek. Nie bez kozery tego typu ciekawostkę umieściłem w książce dlatego, że jedną z metod zwyciężania w przestrzeni umysłowej, w przestrzeni mentalnej jest wyprowadzić na takie manowce, na taki ocean tego przeciwnika, że on trafi na archipelag prawd, który jest z dala od jakiegokolwiek dającego oparcie kontynentu. I rzeczywiście dokładnie coś takiego można osiągnąć za pomocą technik propagandy, technik manipulacji zbiorową świadomością czy też opinią publiczną, mówiąc bardziej profesjonalnym językiem.
[06:22:18] - To ja już teraz postawię kropkę nad i. Wyobraźcie sobie państwo, że trafiacie państwo na taki archipelag. Cieszycie się: ojej, jest archipelag prawd. Mamy super, zbudujemy na tym archipelagu nową cywilizację, lepszą, wspanialszą. A później się okazuje, że ten archipelag państwu ktoś wcześniej usypał i że ta wasza nowa, lepsza cywilizacja, ona jest, jakby to powiedzieć państwu, mocno niedoskonała. To jest moim zdaniem bardzo perfidne. Z bardzo prostego takiego prawidła, które wydaje się bardzo proste, doszliśmy do wręcz makiawelicznych treści. Aż się zaczynam pana bać, panie Piotrze.
[06:23:02] - Nie, jestem grzeczny, tylko jestem pisarzem, który chce zarabiać na swoich własnych książkach. Ja przecież do polityki w życiu bym się nie mieszał. Ludzie, ludzie.
[06:23:09] - To tak się mówi, a jak pan zasmakuje, to naprawdę będzie... Ja się boję. Niech pan zostanie przy pisaniu książek.
[06:23:22] - Proszę kupować, to wtedy zostanę rzeczywiście.
[06:23:25] - Widzicie państwo nazwałbym to, już nawiązując do powieści Forsytha, diabelską alternatywą. Bo jak będziecie państwo tacy i nie będziecie kupować książek pana Piotra, to pan Piotr przystąpi do polityki. To kupujcie państwo te książki. Kupujcie, naprawdę. Wiecie państwo, poczytać można, ciekawie jest. Zresztą udowadniamy to państwu od jakiegoś czasu, czytając chociażby te prawidła, że jest ciekawie. Nie dopuścić pana Piotra do polityki, bo będzie masakra po prostu.
[06:24:00] - Jak będziecie państwo kupować te książki, to proszę napisać, że dzięki namowom pana Marka, wtedy będę mógł odpalić te 10%, na które się umówiłem przed dzisiejszą rozmową.
[06:24:09] - 15 miało być!
[06:24:11] - 10. 12.
[06:24:15] - Dobrze, ustalimy jak się już wyłączymy, żebyśmy to mogli zrobić mniej parlamentarnie niż w tej chwili tutaj na antenie. Ale mówiąc poważnie, z dzisiejszej reguły, już to powiedziałem, powtórzę, wypływa dla mnie taka nauka, że czasami krótka reguła, wydawałoby się bardzo prosta, oczywista wręcz, kryje w sobie taki ładunek, który może nas powalić. Naprawdę nie spodziewałem się, zaczynając dzisiejszą rozmowę, że dojdziemy do takiego, dla mnie przynajmniej, wstrząsającego wniosku.
[06:24:56] - Do usłyszenia za tydzień.
[06:24:57] - Do usłyszenia. Proszę państwa, tak jak lubię to często powtarzać, wszystko dobre, co się dobrze kończy, a w każdym razie w ogóle się kończy, to nasza audycja dzisiaj już dobiegła końca. Pięknie państwu za to towarzystwo dziękuję. Mam nadzieję, że ja nie byłem dla państwa zbyt uciążliwym towarzystwem. A jeśli byłem, to przynajmniej moi goście jakoś to państwu wynagrodzili. Cóż, żegnam się z państwem z zapowiedzią przyszłotygodniowej audycji. Oczywiście nie wszystko zdołam państwu polecić, ale na pewno na dwie pozycje chciałbym zwrócić uwagę w tej audycji za tydzień. Będzie długa rozmowa z autorem, którego państwo powinni bardzo dobrze kojarzyć. Człowiek, który zarówno występował w Radiu Paranormalium, jak i w Bibliotekarium. Tym człowiekiem jest Michał Stonawski i on opowie o swoich fascynacjach książkowych.
W życiu Michała Stonawskiego sporo jest różnych mrocznych klimatów, bo pisywał o opętaniach, pisywał o mrocznych miejscach. Tymczasem książki, które ukształtowały go, które były z nim od młodości, to są książki, które ja też bardzo lubię przede wszystkim, ale to są książki, które przede wszystkim rozwijają wyobraźnię młodego człowieka. Zresztą posłuchajcie państwo za tydzień. Będzie też audycja, a właściwie relacja ze spotkania z autorem ważnych książek, Cezarym Zbieszowskim. On opowie państwu o swojej twórczości. To nie jest autor, który pisze bardzo dużo. Pisze metodą Mroza, czyli produkuje tych książek bardzo dużo, ale książki, które wychodzą spod jego pióra, to są książki, które odbijają się echem. One zostają i przede wszystkim zostają zauważone. Zresztą sami państwo ocenicie. A spotkanie z Cezarym Zbieszowskim arcyciekawe.
Zapraszam. Pięknie dziękuję za dzisiaj. Życzę wszystkiego dobrego, pięknego weekendu. Pozdrawiam. Do usłyszenia za tydzień.
[06:27:39] - Mówił do zabawy do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.