Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. No to przed nami, drodzy państwo, kolejny długi i wciągający wieczór z Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługuje Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:37] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Tak sobie myślę, ostatnimi czasy dużo rozmawiam z młodymi ludźmi. I tak się jakoś porobiło, proszę państwa, że ci młodzi ludzie, kiedy ich pytam o to, co się dzieje wokół nas, na przykład, że się pewni mili panowie spotkali niedawno w Davos i rozmawiali o różnych niemiłych rzeczach, to patrzą na mnie ci młodzi. Przepraszam, może to jest krzywdzące, może to nie chodzi o młodych, tylko pewną grupę ludzi, bo właściwie ten ageizm, dzielenie na młodych i starych to chyba nie ma kompletnie sensu. Ale są po prostu ludzie, którzy się czymś interesują i którzy mają to kompletnie, powiedzmy delikatnie, że w nosie. Więc rzeczywiście tak chyba jest, że część ludzi ma to kompletnie w nosie. Ale wróćmy do tego Davos. Otóż kiedy pytam się, czy im naprawdę nie przeszkadza to, że tam padają hasła typu: „Nie będziesz nic miał i będziesz szczęśliwy”. To co słyszę?
Słyszę: „Tak, ale przecież będę szczęśliwy”. Mówię: „I naprawdę nie będzie ci żal, że będziesz jeździł elektrycznym samochodzikiem, który właściwie nigdzie nie może dojechać. W każdym razie po mieście to nim popylać jeszcze można. Natomiast gdzieś w dalszą trasę to może niekoniecznie jakoś ta nasza mobilność”. I wiecie państwo, co ja tu będę opowiadał? Wszyscy, którzy się tym interesują, to wiedzą mniej więcej, co ja na temat tego Davos mówiłem, czego się boję, czego się nie boję i co słyszę. „Ale to są teorie spiskowe. Tego nie będzie”. To mówiąc szczerze, oczy mi się jak pięć złotych otwierają, a nawet chyba większe. Bo okej, można w coś nie wierzyć, ale przecież ci ludzie tam w Davos, przynajmniej niektórzy, mówią otwartym tekstem, co nam zrobią.
Nie że tam jakaś tragedia, ale tak jakby wolności lekuchno nam będzie. Najpierw trochę, później kolejne trochę. I tak bardzo szybko, a może nawet nie tak szybko, ale za to konsekwentnie możemy stać się takimi półniewolnikami. I co ja słyszę? „Ale to są teorie spiskowe”. A przecież ci ludzie otwarcie mówią: „To i to wam zrobimy. Cieszycie się? Może się jeszcze nie cieszycie, ale będziecie się cieszyć”. Wiecie państwo, jak ja to czytałem podobne sytuacje w literaturze, to wydawało mi się to niemożliwe, a teraz to przeżywam, nie wiem, czy na własnej skórze, na własnym umyśle. Może to są zrzędzenia, powiedzmy, starucha, który nie ma się czym przejmować, to się przejmuje takimi rzeczami.
Ale zastanawiam się, czy jak się nikt tym nie będzie przejmował, to właściwie mamy szansę się przed tym obronić? Nie, to jakieś są pojęcia nie z tego świata. Czy w ogóle mamy szansę powiedzieć „nie”? Bo jak to jest właściwie z tą demokracją? Niby ludzie decydują, ale czy ktoś się państwa pytał o zdanie? Czy ktoś w ogóle ludzi w Europie pytał o zdanie, czy chcą jeździć samochodzikami elektrycznymi? Oczywiście te samochodziki elektryczne to przykład. To tylko rodzaj takiej prowokacji, takich rzeczy dziwnych, które nie wpisują się w logikę. Wpisują się natomiast w przemianę, bo jedno z drugim nie jest tożsame. Przemiana i logika albo logika i przemiana to czujecie państwo, że to niekoniecznie musi być to samo.
Ta przemiana jest właśnie to samo albo nie to samo, bo ta przemiana jest logiczna, tylko zależy kto tę logikę uprawia. Myślę, że dla tak zwanych szarych mas, czyli nas wszystkich, to jest zupełnie nielogiczne. Zresztą mówi się państwu otwarcie, że będziecie musieli ponieść koszty różnych transformacji, takich, śmakich i owakich, że zbiedniejecie i że to wam zostanie odebrane i tamto i jeszcze coś. I dzisiaj, kiedy jesteśmy syci i dostatni jeszcze, i perspektywa tego, że będziemy przymusowo wpierdzielać mączkę ze świerszczy albo coś podobnego, wydaje nam się haha zabawna. Albo słyszałem i taki głos dotarł do mnie: „A co pan się przejmuje? Co pan się przejmuje? Widocznie to jest dla naszego dobra i będziemy wpierdzielać tę mączkę”. Kiedy powiedziałem, że ja może niekoniecznie chciałbym te robale tak na śniadanie albo na kolację. Ale czy ja sobie nie zdaję sprawy, że lepiej wpierdzielać robale niż biedne krówki? I tu oczywiście dochodzimy do tematu, który nie jest tematem tego, o czym chciałbym powiedzieć.
Bo ja szanuję to, że niektóre osoby są wegetarianami, weganami. Okej, inne nie są. Czy naprawdę musi być w naszym świecie tak, że zawsze jedna ideologia musi zwyciężyć i pognębić wszystkich innych? Ja wcale nie jestem jakimś oszalałym mięsożercą, który nic by innego nie robił, tylko to mięso wpierdzielał. Ale też chciałbym móc przynajmniej mieć pozór podejmowania decyzji, co będę jadł i jak będę jadł. I ja wiem, że tym, co w tej chwili mówię, to się sporej części słuchaczy narażę, bo wśród nas są na pewno ludzie, którzy mają takie czy inne przekonania kulinarne, takie czy inne przekonania polityczne, takie czy inne przekonania literackie, takie czy inne upodobania i tak dalej. Ale mówię to troszeczkę specjalnie, ponieważ ostatnimi czasy dosyć uważnie czytam sobie komentarze pod naszymi audycjami na YouTubie. I co zauważyłem? Tam jest wielkie parcie przynajmniej niektórych osób, na szczęście niektórych nielicznych, żeby stworzyć z tej audycji kolejną bańkę, w której będziemy kochali jednych, a nienawidzili drugich, w której będziemy mówili: „Ci pisarze są dobrzy, a ci pisarze są niedobrzy”. To ja od razu wiem, że to może działa przeciw sobie, ale od razu chciałbym poinformować: to nie jest ta audycja.
Tu nie będziemy dzielić ludzi na tej zasadzie, że ci należą do naszej bańki, a ci do naszej bańki nie należą. Jeśli nawet jeden z naszych recenzentów poleca książkę kogoś, kto w życiu politycznym jest przeze mnie oceniany jednoznacznie. To jest człowiek, który łączy kropki i wysuwa najdziksze teorie, moim zdaniem głupawe, ale przy okazji w życiu popełnił kilka książek całkiem nie najgorszych. I teraz jest taki dylemat czy człowiek, którego politycznie uważam za-- tu zmilczę, tu sobie państwo wstawcie, co sobie chcecie. Nic pozytywnego nie chciałem powiedzieć. To jest człowiek, którego książki, i nie dlatego, że on atakuje tych, a nie innych. Jego książki są po prostu nielogiczne na zasadzie takiej, że ktoś kogoś znał, to z tego coś wynika. To wiecie państwo, to ja już powinienem poprzękiwać kajdanami, bo sporo osób znam. Więc powtarzam: człowiek, który napisał kilka książek takich dosyć, moim zdaniem głupawych, ale napisał też kilka książek moim zdaniem całkiem przyzwoitych. I co?
W związku z tym, że pisze książki głupawe, mam go ukarać i o tych jego lepszych książkach w ogóle nic nie wspominać w audycji. Powtarzam, to nie jest ta audycja. Tu bańkowanie społeczne nie będzie wykonywane. Tu jest miejsce naprawdę na spektrum różnych dzieł literackich pisanych przez różnych ludzi, dla różnych ludzi. I tak uważam, że to jest pewien ideał, który będę starał się pielęgnować. Gdybym kiedyś od niego odszedł, to mi państwo po prostu zwróćcie uwagę, wtedy może być nawet w słowach nieprzystojny. Cóż, proszę państwa, tak sobie trochę pomarudziłem. Tak to bywa ze mną, że ja sobie od czasu do czasu muszę pomarudzić, jak mi rzeczywistość za bardzo doskwiera. Cóż, teraz powinny być polecanki, ale ponieważ w dzisiejszej audycji będziemy gościć państwa znajomą, bo już u nas raz w audycji była pani Joanna Bohaczek-Trąbska. Wtedy mówiła o runach, mówiła o tarocie.
Dzisiaj będzie mówiła o swoich fascynacjach czytelniczych. Będzie naprawdę ciekawie, bo ja zapewniam, bo znowu się pojawi to sformułowanie: szerokie spektrum propozycji pani Joanny zadziwia, bo tu będziemy mieli książki zarówno z dziedziny literatury jak najbardziej literackiej, czyli po prostu powieści, ale dojdziemy również do książek popularnonaukowych i to książek popularnonaukowych na fascynujące wręcz tematy. Ale to później, proszę państwa, zaczniemy od czegoś zupełnie innego. Ale zanim zaczniemy tak naprawdę, to jestem państwu winny kolejny odcinek naszego cyklu „Alkoholowa Historia Literatury”.
[11:07] - Będzie truć.
[11:09] - Tak, ta historia będzie dzisiaj nietypowa, ponieważ nie będzie tak, jak ostatnimi czasy się zdarzało, że ja państwu przytaczałem konkretną postać, a później omawiałem, co też ta postać nawywijała, co lubiła wypić i w ogóle jak to się wszystko kształtowało. Nie, nie. Dzisiaj sięgniemy w odmęty internetu, a tak naprawdę to po prostu przeglądałem internet i natrafiłem na ciekawy tekst na stronie, która jest mi-- bo to strona polityczna, taki portal nazywający się „NaTemat”. On jest dosyć jednoznacznie określony politycznie. Ja nie chcę się określać aż tak jednoznacznie. Natomiast to nie znaczy, że na taką stronę nie warto zajrzeć, bo artykuł jest naprawdę ciekawy. Autorem tego artykułu, który dzisiaj postaram się państwu omówić, jest Jakub Noch. To jest autor cyklu wywiadów. Ten cykl wywiadów nosi zbiorczy tytuł „Tylko na temat”. Jego zainteresowania, mówię o Jakubie Nochu, to scena polityczna, a szczególnie interesuje go polityka niemiecka, austriacka oraz sprawy wyszehradzkie, ale od czasu do czasu pisze też o innych sprawach i tym razem napisał właśnie na temat: dlaczego pisarz musi pić?
Wydawać by się mogło, że już państwo powoli po tych iluś moich pogadankach częściowo się zorientowali. Ale tu jest próba odpowiedzi chyba idącej, jeśli nie w inną stronę, to eksponującej pewne sprawy. Jedną z wypowiadających się osób w tym artykule jest dziennikarz, krytyk literacki Marcin Sendecki. Między innymi taką myśl wypowiedział: „Alkohol to część teatru, który poeci, pisarze odgrywają w swoim życiu”. Mówiąc szczerze, to nie do końca mnie przekonało, więc sięgałem dalej. I co dalej znalazłem? Otóż taką myśl, którą wypowiedział specjalista do spraw uzależnień Adam Kłodecki. Cytuję: „Pili wszyscy wielcy. W kieliszku byle jakiej whisky natchnienia szukali Hemingway, Bukowski, Faulkner. Wódki za kołnierz nie wylawali Hłasko, Styrmandem, Pilch czy Głowacki.
Bo alkohol zmienia świadomość, podkręca emocje i działa na twórcę wyjątkowo pozytywnie” — przyznaje przywoływany przeze mnie Adam Kłodecki. Wiecie państwo co? Jak ja to przeczytałem, to trochę miałem problemy, żeby się z tym zgodzić, bo ja jestem jednak przeciwnikiem pisania i picia. To znaczy ani jednego, ani drugiego, ale nie w jednym czasie. Jak ktoś lubi, to proszę bardzo, może sobie wlać jedną czy dwie szklaneczki, może nawet więcej. Może się sponiewierać, ale nie w trakcie pisania. Tak dotychczas uważam i zdania nie zmieniłem, natomiast taki rodzaj misji, żeby państwu pokazywać inny punkt widzenia skłonił mnie do tego, żeby ten artykuł państwu zaprezentować. W innym miejscu tego artykułu ten sam Adam Kłodecki, specjalista do spraw uzależnień, mówi coś takiego: „Bo alkohol to środek zmieniający świadomość w wymiarze emocjonalnym. Tworzący człowiek swoją świadomość podkręca poprzez emocje wywołane właśnie alkoholem i wówczas to na niego działa wyjątkowo pozytywnie” — stwierdza dla portalu „Na temat” Adam Kłodecki. Znowu, ja jakoś nie obserwowałem na przykład tego u siebie.
Ja raczej pisząc, kiedy robiłem eksperymenty i postanowiłem, że wypiję sobie piwko, to praca od razu się rozłaziła. Zamiast marszu do przodu, to było takie szuranie nogami do przodu. Coś pisałem oczywiście, do przodu się to wszystko posuwało, ale czułem, że mogłoby się posuwać szybciej. A to, że właśnie spożyłem sobie to piwko, może to zrobiło dobrze mojemu organizmowi, może nie, to sprawa do rozważenia. Natomiast temu pisaniu, które w danym momencie uprawiałem, zdecydowanie nie pomogło. Być może jest to sprawa osobnicza. Może ja po prostu rozdzielam te dwa rodzaje aktywności. Może innym jest to potrzebne. Spójrzmy dalej do artykułu, na który się powołuję. Już, tylko muszę znaleźć odpowiedni fragment, który chcę zacytować.
Otóż czytamy w tym tekście coś takiego. Ten sam Adam Kłodecki przyznaje, że w jego ustach to brzmi dziwnie. W końcu jest specjalistą do spraw uzależnień, a mówi takie rzeczy, jak państwu przed chwilą cytowałem. Ale też podkreśla, że trudno byłoby mu zaprzeczyć, iż takie wnioski, jakie państwu przedstawił za moim pośrednictwem, podpowiada mu jego wieloletnie doświadczenie. Mówi tak: że alkohol zmienia emocje, a ewentualnie je uwalnia. W dodatku stwarza dodatkowe możliwości tworzenia. I dlatego tenże bohater wypowiedzi nie dziwi się, że Ernest Hemingway zwykł mawiać, i to jest chyba bardzo ważne: „Pisz pijany, redaguj na trzeźwo”. Może to jest jakaś podpowiedź, że rzeczywiście niektórym potrzebny jest taki kop, taka fantazja, takie nieskrępowanie. I wtedy jedzie pod wpływem tego alkoholu w różne rejony, w które być może na trzeźwo by nie zajechał. Okej.
Jestem skłonny przyznać, że być może w niektórych przypadkach, u niektórych ludzi to działa. Ale ta druga część, warto o niej też pamiętać. Redagowanie to jest już zdecydowanie czynność na trzeźwo. Jeszcze sygnalizując pewne tezy z artykułu, chciałbym państwu kilka cytatów. Przywołałem na początku poetę, dziennikarza i krytyka literackiego Marcina Sendeckiego. Oddajmy mu na chwilę głos. „To, że artyści nie stronią od przyjmowania różnych środków służących poprawie nastroju, to przecież rzecz oczywista” mówi tenże Sendecki i przypomina, że historia literatury zna bardzo wiele wybitnych postaci. To państwo wiecie, to sobie przerabialiśmy. Zna wiele postaci, które z alkoholem były za pan brat, ale znakomicie sobie z tym radziły. I podkreśla, że to przede wszystkim był Faulkner, ale i ci, którzy o swoich alkoholowych przygodach nie mówili wprost, jak na przykład Bukowski, bo Bukowski uprawiał pijaństwo, natomiast specjalnie się z tym nie afiszował.
Kto wiedział i widział, to po prostu wiedział i widział. Ale specjalnie się tym nie chwalił, chociaż da się znaleźć utwory literackie, w których to jest napisane wprost. I kolejny cytat z przywoływanego już autora. „To zwykle bywa tak, że gdy ktoś, będąc pisarzem, jest bardzo mocno zaangażowany w przyjaźń z alkoholem, zerwanie tej przyjaźni jest równocześnie końcem jego życia, nie tylko w sensie artystycznym. Trudno ocenić więc wpływ trzeźwości na jego twórczość. Nie przychodzi mi jednak do głowy żaden spektakularny przypadek wybitnego pisarza, który dołączyłby do AA i potem pisał jeszcze lepiej. Natomiast intuicja podpowiada mi raczej, że mógłby pisać tylko gorzej” mówi Sendecki. I w ocenie tegoż Sendeckiego miejsce takie jak Klub Anonimowych Alkoholików, takim miejscom towarzyszy grafomania. Jego zdaniem sprzyja ona zdrowiu, to AA, ale na pewno nie sprzyja sztuce. Myślę, że to, co państwo przed chwilą usłyszeli, to jest kontrowersyjne i chciałbym to wyraźnie podkreślić.
Ja się przynajmniej częściowo od tego odcinam. Jestem skłonny uwierzyć, że w przypadku niektórych tak to właśnie działa. Moje doświadczenia wskazują inaczej. Może państwo coś napiszecie na ten temat, bo wiem, że część słuchaczy przynajmniej swoje próby literackie podejmuje. Może coś na ten temat będą skłonni napisać. Pewno w tej chwili zastanawiacie się państwo, dlaczego ja właściwie od iluś tam wydań Bibliotekarium 2.0 tak ostro piłuję ten temat. To czas na przynajmniej częściowe wytłumaczenie. Otóż miałem kilka miesięcy temu bardzo poważną dyskusję i wiecie państwo, tam padały argumenty zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, i z mojej, i od strony mojego adwersarza. I to były argumenty mocne. I przyjmijcie państwo, że tak niewinnie wciągnąłem państwa w rodzaj dyskusji, jednocześnie szukając odpowiedzi, bo ja przytaczając te przypadki pisarzy, którzy gdzieś tam w swoim życiu mocno pili, to jednocześnie starałem się przywoływać przypadki ludzi, którzy byli wielkimi pisarzami i jakoś nie przeszkadzało im to, że byli wielkimi pisarzami, nie przeszkadzało w piciu i odwrotnie, picie nie przeszkadzało w tym, żeby być wielkimi pisarzami.
To niejako przeczy mojej tezie, która głosi, że to wszystko można robić, ale osobno. Dobrze, czułbym się w jakiś sposób pokonany w dyskusji. Dzisiejszy artykuł zdecydowanie stawia kropkę nad i. Raczej mówi, że tak, jak najbardziej trzeba sobie pozwolić. Tylko zastanawiam się, czy w tej naszej podróży przez alkoholową historię literatury tak naprawdę coś sobie albo coś w ogóle zdołałem udowodnić. Mam nadzieję, że nie. Mam nadzieję tylko, że pokazałem, że świat literatury bywa różny. Bywa taki, że rzeczywiście jest tam miejsce na ludzi niezwykle zdolnych i wrażliwych, którzy żeby zejść z tego piedestału, lubią zalać pałę i w tym stanie tworzyć. Tak jak podkreślam, mnie się to wydaje dosyć irracjonalne, ale kimżeż jestem? Przecież ja tu przywoływałem nazwiska naprawdę z pierwszej półki, więc może nie mam racji.
I znowu apel ten jeszcze sprzed tego alkoholowego wykładu. Nie zamykajmy się w bańkach. Patrzmy szerzej. Jeśli nawet mamy jakieś przekonanie, że jest tak albo tak, to postarajmy się wzorem takiego myślenia naukowego najpierw sfalsyfikować swoją tezę. Może po to, żeby Żeby dzięki temu, że spróbujemy ją sfalsyfikować, jeszcze bardziej przekonać się o tym, że ta nasza teza jest prawdziwa, a może przekonać się, że jest fałszywa. Dobrze. Skończmy na razie z moimi pogwarkami, moimi filozoficznymi bredniami. Zajmijmy się rzeczami poważnymi. A rzeczy poważne to już zapowiedziałem. Zapraszam państwa na spotkanie z Joanną Bohaczek-Trąbską.
Przypomnę, to autorka, która napisała o runach w kuchni, o tarocie też związanym z kuchnią. Ta rozmowa cieszyła się państwa uznaniem. W związku z tym dzisiaj już nie będziemy rozmawiać o runach i o kuchni, i o tarocie. Dzisiaj Joanna Bohaczek-Trąbska opowie o swoich fascynacjach literackich, fascynacjach czytelniczych. To może lepsze określenie, bo tak jak mówiłem wcześniej, wśród tych książek będą zarówno książki wyciągnięte z półki z napisem „literatura piękna”, jak i książki wyciągnięte z innej zupełnie półki, która nosi podpis „literatura popularnonaukowa”. Dzień dobry. Naszym gościem jest znana państwu Joanna Bohaczek-Trąbska, która kilka tygodni temu opowiadała o swojej pasji, takiej połączonej pasji do kart tarota, do runów, do kuchni i do rzeczy niezwykłych. Odczuwam pewną satysfakcję. Udało mi się namówić naszą autorkę, żeby podzieliła się z państwem swoimi fascynacjami literackimi, swoimi pasjami czytelniczymi. A to właśnie będzie teraz.
Jeszcze raz. Dzień dobry, Joanno.
[26:35] - Dzień dobry Marku. Dzień dobry wszystkim.
[26:38] - Cóż, zaczynajmy w takim razie. Skoro była mowa o pasjach czytelniczych, oddaję ci głos. Jakie książki drasnęły twoje serce, twój umysł? Może nie rozwijajmy tematu. W każdym razie jakie to książki?
[26:57] - Mam swoje ulubione książki. Nie sposób absolutnie ich wszystkich wymienić, bo audycji by nie starczyło. Natomiast wybrałam 10 takich dla mnie najciekawszych. Niektóre to są naprawdę fajne świeżynki, niektóre nawet nie otrzymały, ale pretendowały, zdaje się, do Nagrody Nike. Nie pamiętam. Proszę mi to wybaczyć. I też się swoimi refleksjami będę starała podzielić. Chciałabym tylko dodać, że będę mówiła o tej książce, a nie o tej. Kolejność jest absolutnie przypadkowa, także tutaj nie ma: te są ważne, te są nieważne. Tylko po prostu tak uważam za stosowne i tak pozwolę sobie tutaj ten problem przedstawić.
Mamy pana Konika „W obronie świętej inkwizycji” wydaną we Wrocławiu w 2004 roku. I zapewne jak państwo sobie pomyślicie o inkwizycji, to nie będzie to brzmiało przyjemnie.
[28:03] - Samo zło. W takim ogólnym pojęciu to nic gorszego.
[28:12] - Nam się tak wydaje, ale jak za chwilę się może okazać, mam nadzieję, że tak będzie, bo chociaż troszeczkę jako historyk państwa przekonam do swoich racji i do tego, co autor chciał powiedzieć, popełniając tę książkę, że inkwizycja przywodzi na myśl stosy, zięki torturowanych. Pewnie stosy oczywiście. A ja dzisiaj będę starała się to wszystko troszeczkę odczarować. Bo gdyby się przyjrzeć działalności tej jakże specyficznej organizacji, to może się okazać, że nie do końca właśnie tak jest. Zresztą trudno nam, ludziom żyjącym współcześnie, zrozumieć i w ogóle zaakceptować jej działalność. Ciężko przyjąć nam słowa, że aby żyć w pokoju, trzeba czasem zabijać. Zresztą sytuacja w Ukrainie, niedawno jeszcze na granicy z Białorusią, też dawała oczywiście do myślenia. Aby choć w takim minimalnym stopniu pojąć motywy postępowania trybunałów Świętego Oficjum, należy spojrzeć na to zagadnienie naprawdę z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca Starego Kontynentu, ale czasów średniowiecza. I przychodzi z tym wszystkim nam tutaj autor Roman Konik. Posługuje się on bogatą bazą źródłową, na której sobie tę narrację zbudował.
Ona jest naprawdę imponująca. Jako historyk mogę to z całą świadomością i odpowiedzialnością stwierdzić. I pokazuje nam autor tak krok po kroku cały skomplikowany system powiązań i ówczesnych zależności różnych, ale przede wszystkim w tym ujęciu polityczno-społecznych i ukazuje to zagadnienie naprawdę z szerokiej perspektywy. Ponadto myślę, że Konik uświadamia czytelnikom, że jeszcze długo przed powołaniem tego Świętego Oficjum mieliśmy już dawno do czynienia z ostrym tępieniem wszelkich aktów herezji i to, co ciekawe, nie przez władze kościelne, ale przez władze świeckie. Mało bowiem jest osób takich naprawdę w pełni świadomych, że Kościół wcale nie był inspiratorem ani propagatorem stosowania tych okrutnych kar doczesnych wobec przede wszystkim heretyków, czyli odszczepieńców religijnych. A palenie oskarżonych na stosie, drodzy państwo, zostało wybrane spośród innych możliwości nie przez Kościół, lecz, co ciekawe, przez Senat rzymski. Po tej lekturze zapewne będziemy wiedzieć, iż właśnie władze kościelne sięgały po tortury zdecydowanie rzadziej niż właśnie trybunały świeckie. I może to wydawać się nam śmieszne, chociaż zapewne dla tych skazanych osób wcale śmieszne nie było. Najczęściej takiego winowajcę pozbawiano snu albo po prostu karano głodówką. Zatem w tym ujęciu nie było morza krwi, łamania kości, przypiekania rozpalonym prętem i tak dalej.
Pamiętajmy jeszcze przy tym wszystkim, że w czasie wieków średnich tortury były powszechne, a sięganie po nie przez sądy kościelne trwało zazwyczaj krócej niż w prawodawstwie świeckim. Sama treść książki jest niezwykle interesująca, lecz tutaj już takie moje zdanie krytyczne również wtrącę, że odnosi się wrażenie, że jej autorowi brakuje w pewnych momentach takiego obiektywizmu. Można odnieść wrażenie, że staje się on takim właśnie niejakim gorliwym obrońcą, apologetą inkwizycji. A też jako historyk uważam, że jeśli się podejmuje pisanie książek, podejmuje się tematy tak skomplikowane, tak kontrowersyjne jak inkwizycja chociażby, to lepiej by było zachować pewien dystans do tego omawianego problemu i nie przekonywać na siłę do swojego punktu widzenia, bo odnosi się wrażenie, że właśnie autorowi bardzo zależy, żeby ten Kościół wybielić, że to tylko te be to były te trybunały świeckie, a tak zaiste nie było. Pamiętajmy również, że do XII wieku stosy nie płonęły. To jeszcze taka dygresja tutaj na marginesie, że sprawa czarów na początku takiego średniowiecza, właśnie tych pierwszych wieków średnich, ona była bardzo wstydliwa. To jest na zasadzie: słuchajcie, mamy problem, zróbcie coś. Takie rzeczy się wręcz wyciszało. Oczywiście gawiedź miała wspaniałe wydarzenie, człowieka wieszali, później przypalali i tak dalej. Jakie czasy, taka rozrywka moglibyśmy troszeczkę z ironią rzec.
W każdym razie chciałabym, aby właśnie więcej osób sięgało po taką książkę, żeby nie klasyfikowało właśnie problemu. Tutaj to jest tak, a na przykład władze świeckie nie miały nic z tym wspólnego, bo to jest obraz niepełny, nieco zakłamany. Także tyle w ramach tej pierwszej książki.
[33:44] - Chciałbym jeszcze dodać, że warto pamiętać, znowu nie rozważając tego, czy Święte Oficjum było dobre czy złe, bo to jest w ogóle niewłaściwe postawienie-
[33:56] - Takie były czasy, prawda?
[33:57] - ... w ogóle złe postawienie sprawy. Ale warto pamiętać, że to dzięki świętej inkwizycji urodził się ten podział, który znamy do dzisiaj, na oskarżyciela i obrońcę oraz sąd.
[34:14] - Dokładnie tak. Mało tego, kobietom dano prawo do obrony. To też jest bardzo rzadko pomijane. Tego nawet starożytny Rzym nie zrobił. Kobieta była pogardzona, jeśli chodzi o prawo. Kobieta w starożytnym Rzymie nie miała żadnych praw. Miała prawa w Egipcie, troszeczkę w Grecji, choć nie bardzo. Natomiast w Rzymie, w tej wspaniałej cywilizacji rzymskiej kobieta była nikim. A właśnie w czasach średniowiecza ona miała już możliwość przemówienia.
[34:46] - Zgadza się, ale jeszcze warto też pamiętać, żeby nie było tak różowo. To oczywiście nikt nie zamierza w ogóle polemizować z tym, że stosy płonęły i to płonęły za sprawą Świętego Oficjum. Ale warto też pamiętać, że stosy płonęły również w krajach, w których nastała reformacja i to znacznie gorliwiej płonęły. Znacznie więcej tych stosów było, bo w krajach, w których zapanowała reformacja, którą tak wszyscy mówią, chwalą, bo to się przeciwstawili, zwalczali występki w Kościele. Może i zwalczali, ale warto pamiętać, że takiej ilości stosów, jaką zbudowały właśnie te kraje, w których zapanował protestantyzm w różnych swoich odmianach, to proszę państwa, takiej ilości stosów związanych właśnie z czarami, żeby było zabawniej.
[35:53] - Czarów była tylko przykrywka. Najczęściej chodziło o majątek, o ziemie. Była wdowa, trzeba było ją usunąć, bo była dobra parcela. Zbudujemy sobie chałupę. Takie były realia wówczas. Nawet nie ma co tego oceniać. Po prostu takie były czasy.
[36:07] - Tak jest, ale warto po prostu, kiedy mówi się o świętej inkwizycji, mówi się o stosach płonących w ówczesnej Europie, to nikt temu nie zamierza zaprzeczać, ale warto na to patrzeć w takim szerszym-
[36:21] - Pojmowaniu problemu troszeczkę z innej strony.
[36:23] - W szerszym kontekście trzeba na to patrzeć.
[36:26] - O to mi chodziło. Chyba autorowi też.
[36:30] - Chyba tak. Dobrze, to teraz nie pozostaje mi nic innego. Już zachęcony tą pierwszą książką jeszcze raz pytam o następną.
[36:42] - Mamy następną pozycję: „Jasnowidz w salonie, czyli spirytyzm i paranormalność w Polsce międzywojennej” przez panią Paulinę Sołowianiuk, napisaną też w 2014 roku. Nie, w 2014. Tamto było w 2004. Przepraszam. Cóż więcej na ten temat? Książka jest niezwykle ciekawa, napisana przepięknym językiem. Ale po kolei. Właśnie taka świadomość nieznanego myślę, że towarzyszy człowiekowi w zasadzie od czasów jaskini, od czasów najdawniejszych. Wraz z nastaniem ludzkości oczywiście ta tajemnica się zrodziła, a wraz z nią oczywiście potrzeba jej odkrycia, poznania i również zrozumienia, chociaż zapewne nie było to na początku rzeczą najprostszą. Autorka wzięła na tapet szeroko rozumiany spirytyzm.
Tak jak już wspomniałam, posługuje się absolutnie nienagannym, pięknym językiem, a to też jest ważne. Zbudowała w ten sposób przejrzystą i uporządkowaną narrację. Ramy chronologiczne, co już zresztą mamy w tytule, obejmują czasy Polski międzywojennej. W poszczególnych rozdziałach autorka prezentuje różne aspekty tego zjawiska. I oczywiście, tak jak jest to proces historyczny, mamy przyczyny, przebieg i oczywiście skutki. Poruszone zostały w niej następujące zagadnienia. To było na pewno zainteresowanie naukowców i prasy tym problemem, rozmaite eksperymenty z udziałem polityków, oczywiście ówczesnych mediów i osób reprezentujących świat kultury. Mamy również opisy przebiegu seansów wraz z wykorzystanymi tam rekwizytami. Tam jest nawet taki podział: takie rekwizyty, takie młode, starsze talerzyki i ekierki. Można, tak jak mówię, wczytać się w to wszystko.
Ponadto autorka podjęła się, myślę, że udanej próby zdefiniowania i ułatwienia racjonalnego zrozumienia istoty tego problemu. Czym w ogóle ten spirytyzm jest? W książce z przyczyn oczywistych również czytamy o najjaśniejszych gwiazdach polskiego spirytyzmu. Mamy oczywiście inżyniera Stefana Ossowieckiego, mamy pana Kluskę, mamy pana Jana Guzika. Ale oczywiście autorka nie omieszkała przytoczyć anegdotki o samym naczelniku Józefie Piłsudskim. Mamy Witkacego też z przyczyn osobistych. Ale co ciekawe, ja nawet nie wiedziałam, że zdolności parapsychiczne przejawiała nasza Maria Pawlikowska-Jasnorzewska. Czasami jednak odnoszę wrażenie, że można by było z tej książki zrobić dwie książki. Ta książka, pomimo że naprawdę jest bardzo wartościowa, jest troszeczkę przeładowana. Wszystko jest jakby wrzucone do jednego wora, mówiąc bardzo nieładnie, nieelegancko, bo tak jak mówię, styl jest niczego sobie.
Natomiast mnie czegoś mimo wszystko w tej książce jeszcze brakuje. Jest okej, ale to „ale” gdzieś tam wisi zawsze. Tak. To tyle.
[40:17] - Niemniej temat pasjonujący.
[40:20] - Tak.
[40:21] - Patrzę na trzecią książkę, od razu zdradzam tajemnicę kuchni, proszę państwa, bo przecież to nie jest tak, że ja słyszę po raz pierwszy o tych książkach, które nasz gość będzie omawiał. Gdzieś tam wcześniej ustaliliśmy. Ten trzeci tytuł po prostu, ponieważ go nie znam, brzmi niezwykle intrygująco. Ja od razu zdradzę państwu tytuł to: „Świnia na Sądzie Ostatecznym. Jak postrzegano zwierzęta w średniowieczu”. Proszę państwa, jeśli ktoś dzisiaj zwierzęta lubi i ze zwierzętami jakąś taką nić porozumienia zawiera, to tę książkę powinien koniecznie przeczytać. Ja jeszcze jej też nie przeczytałem, ale już wiem, że chcę.
[41:14] - Ta książka jest z ubiegłego, przepraszam, nie z ubiegłego roku, tylko z 2021. Także pozycja, powiedzmy sobie, świeża, dostępna. Także polecam.
[41:28] - A teraz nam opowiedz o tej książce, bo moja ciekawość jest mocno pobudzona.
[41:36] - Moja też była na początku. Bardzo pozytywnie na samą okładkę zareagowałam. Tytuł jest intrygujący i książka jest kompletna. Ja tutaj żadnych zarzutów nie mam, to od razu mówię. Drodzy państwo, „Świnia na Sądzie Ostatecznym”. Nie brzmi to na tyle intrygująco, żeby potężną książkę ściągnąć? No jest. Brzmi. Dzieło opatrzone właśnie takim oto tytułem wyszło spod pióra Mai Iwaszkiewicz, historyczki sztuki i mediewistki. Jeżeli ktoś uważa średniowiecze za czas takiego zacofania, ciemnoty, zabobonu, to proszę państwa, autorka bardzo szybko wyprowadzi was z błędu.
Z pełną świadomością, uparcie, a jednocześnie niezwykle lekko, bo ma wyjątkowo lekkie pióro. I naprawdę ze sporą dawką humoru mierzy się z takim właśnie utartym stereotypem, wprowadzając nas w niesamowity klimat tej epoki. W książce autorka wzięła na warsztat postrzeganie zwierząt właśnie w tej epoce. No i dlaczego akurat świat fauny, moglibyśmy zapytać. Iwaszkiewicz gna z wyjaśnieniem: spróbujcie wpisać w wyszukiwarkę internetową hasło „słoń średniowiecze” albo „kot średniowiecze” i obejrzyjcie sobie jeszcze do tego grafiki. I co państwo myślicie na ten temat? Pewnie pojawiają się w waszych głowach pytania, dlaczego tak dziwnie je namalowano, tak dziwnie je przedstawiono. I czy ludzie wówczas w ogóle nie mieli talentu? Gdy czytelnik dotrze do ostatniej kropki tej książki, myślę, że pozna odpowiedzi na te wszystkie pytania. Cała zresztą książka zadaje kłam określeniu „wieki ciemne”.
To w ogóle, tak też na marginesie dodam, to strasznie niewdzięczna nazwa. Mieliśmy, proszę państwa, starożytność, a później nam się coś paskudnego pojawia, z czym nie wiadomo, co zrobić, bo mamy renesans. No i co to było? Mamy kontynuację, prawda? Bo wiadomo, że czasy odrodzenia jest to kontynuacja spuścizny antyku. I jakoś te wieki, te stulecia trzeba było określić. Wynaleziono wieki średnie. Także to mogłabym tu jeszcze wtrącić. Tak jak wspomniałam, cała książka właśnie zadaje kłam temu określeniu wieki ciemne, przeciwstawiając się naprawdę szerokiemu spektrum negatywnych znaczeń, próbujących jakby zupełnie odseparować tę epokę od stuleci rozumu, nauki, a ja powiem nawet więcej, bo i oświecenia. Dodatkowym walorem publikacji są doskonale, naprawdę z wyczuciem dobrane ilustracje.
Śmieszne, dziwaczne, pokraczne, działające bardzo mocno na wyobraźnię i będące takim fajnym zwieńczeniem tekstu. I proszę państwa, zapewniam, że historia nie musi być nudna, a autorka to tylko udowadnia.
[44:49] - Tak. Kolejna książka, którą zaproponowałaś, to już jest literatura piękna. Dotychczas mieliśmy książki popularno-historyczne, czy też w każdym razie opowiadające o historii. Teraz mamy powieść.
[45:06] - Ale osadzoną na bardzo głębokich realiach Kazimierza nad Wisłą, czasów właśnie... Za chwileczkę powiem, pomalutku, bo się tutaj troszeczkę zagalopowałam. Powieść jest niezwykle intrygująca.
[45:24] - Zdradźmy tytuł. Zdradźmy tytuł. Zdecydowanie.
[45:27] - Właśnie od tego powinnam zacząć. Także proszę mi wybaczyć. Maja Wolny, „Klątwa”, wydana w Warszawie w ubiegłym roku. Tak. I można od razu powiedzieć, że bez wątpienia jest to powieść inna niż wszystkie. Będziecie państwo naprawdę mocno zaskoczeni, bo o ile „Kod Leonarda da Vinci” wciągał, to to wciągnie państwa jeszcze bardziej. Jeśli lubicie oczywiście tego typu literaturę. Emocje, które wywołuje jej treść, proszę mi wierzyć, powodują, że one nie kończą się wraz z ostatnią kropką. Ponieważ od razu powiem przeciwnie. Tuż po zakończeniu czytania jej historia naprawdę w nas gdzieś jeszcze wybrzmiewa, jeszcze gdzieś te ostatnie wyrazy, zdania w nas tętnią.
Autorka, proszę państwa, zabiera nas w podróż w czasie do ogarniętego zarazą XVII-wiecznego Kazimierza nad Wisłą. Wszyscy szukają kozła ofiarnego zaistniałej sytuacji. A jakaż to sytuacja? Mamy klęski, mamy epidemię, mamy stosy w tle. A jakże! Wybór pada na Reginę Zaleską. Oczywiście miejscową czarownicę. Ale czy spalenie wiedźmy cofnie zarazę, cofnie te wszystkie niepomyślne wydarzenia? Co wreszcie wiąże tę nieszczęsną kobietę z proboszczem? Proszę państwa, tutaj proboszcz odgrywa jedną z głównych ról w tej powieści.
Pod plebanią właśnie zebrał się rozsierdzony tłum żądający natychmiastowej śmierci ów księdza. Wyrok wszakże zapadł. Na rozmowę wydającą się zmierzać w takim naprawdę jednym, nieuniknionym kierunku stawia się u niego rajca miejski. Z każdą stroną atmosfera gęstnieje, z każdym zdaniem napięcie jest coraz większe, bo kolejne strony ujawniają coraz bardziej mroczne tajemnice. I tak strasznie zawiłe sploty ludzkich wydarzeń i samych zresztą ludzi, którzy je wygenerowali w jakiś sposób. I choć ta opowieść zbudowana jest na faktach, w której prawda doskonale tak jakby flirtuje, bym powiedziała nawet, z fikcją, czyta się ją jak jakąś taką nieprawdopodobną bajkę z dreszczykiem, rodzaj thrillera. A przecież w rzeczywistości bajką ona wcale nie była. Jakby tego było mało i to mnie naprawdę rozwaliło na samym początku, bo nie domyśliłam się jeszcze po pierwszej stronie, o co tu może chodzić. Także jakby tego było mało, świadkiem i tak jakby nawigatorem całej akcji jest, proszę państwa, tajemnicze lustro. Jest to absolutnie niesamowita, intrygująca, wspaniała powieść.
Ja czekam, co autorka dalej będzie miała do powiedzenia. Wiem, że coś kolejnego nam szykuje. Także tyle w tej kwestii. Wolny Maja, jeszcze raz, „Klątwa”. Krótko i na temat.
[48:37] - Joanno, to jaka będzie kolejna twoja propozycja? Bo im dalej w las, tym robi się ciekawiej.
[48:46] - Ciekawiej. Ale teraz zaproponuję już coś lżejszego. Już zostawmy te mroki, stosy i tak dalej, chociaż na chwilę. „Zachwyć się. Naucz się medytować od wielkich filozofów”. Wyszła ta pozycja, zresztą chyba trzecia, jeśli się nie mylę, Marcina Fabiańskiego. Jest to kompendium wiedzy, jak zatrzymać się w zgiełku codzienności, by z uwagą celebrować tu i teraz. To jest naprawdę wspaniały poradnik dla tych, którzy chcą medytować, ale, drodzy państwo, bez krępujących reguł. „Zamknij oczy, usiądź tak”. Nie, właśnie tego w tej książce nie ma.
Nie ma również zbędnego napięcia w tym wszystkim. Autor jest z wykształcenia filozofem, zresztą którego mi było dane poznać. Jest przesympatycznym, bym powiedziała nawet o mężczyźnie, uroczym człowiekiem, uroczym mężczyzną. Naprawdę spotkanie autorskie z nim to był zaszczyt uczestniczyć, doznawać w ogóle każdego jego słowa. On jest z wykształcenia filozofem i wydobywa medytację z każdych takich sztywnych ram, schematu, wszelkich ograniczeń. Z pomocą przysyła do nas, proszę państwa, Buddę, Epikura. Mamy tutaj i Marka Aureliusza, Kartezjusza, i oczywiście wielu innych, którzy na co dzień praktykowali taki twórczy bezruch, bo przecież można w ten sposób mówić o medytacji. Książka staje się taką nawigacją po meandrach właśnie naszej egzystencji. Uczy nas prostoty, kreatywnego myślenia, sztuki zachwytu chwilą i zaprasza do tańca pełnego doświadczania życia. Każdy rozdział wieńczy, można tak to nazwać, propozycja medytacji.
I taka moja dygresja po prostu. Warto przeczytać i zastosować w praktyce.
[50:53] - A to pytanie ode mnie. Nie znam tej książki, natomiast pytanie, czy jednocześnie w jakiś sposób autor przybliża dorobek filozoficzny to może za dużo powiedziane, ale pewne poglądy filozoficzne poszczególnych bohaterów?
[51:11] - Tak, jak najbardziej. Przy czym ja odnoszę wrażenie, tak jak mówię, to jest tylko takie przypuszczenie, to nie jest wniosek, że szczególnie mu jest chyba bliski Marek Aureliusz. Zresztą Marek Aureliusz to jest bardzo ciekawa postać. Facet był i cesarzem, i filozofem. Świetnie połączył właśnie te dwie funkcje społeczne. Działał w czasach zarazy, proszę państwa, toczyły mu się wojny na granicy, a było ich wiele. W związku z powyższym doświadczał dokładnie tego, tylko w innym czasie, co my teraz doświadczamy. Także myślę, że szczególnie sobie umiłował tego Marka Aureliusza. Po trochu również Buddę, Epikura. Z Kartezjuszem tutaj już jest ostrożnie, ponieważ udowadnia, że żeby jednak nie myśleć, że myśl jest szkodliwa.
I tyle. Tyle, co mi tak na szybko przychodzi do głowy.
[52:14] - Proszę państwa, następne dwie książki, od razu uprzedzam, żeby jakichś tam protestów nie było, to są moje ukochane dwie książki. Od razu powiem, żeby tutaj ewentualni polemiści wiedzieli, że ja stoję za tymi książkami, będę ich bronił. Pierwsza z nich oczarowała mnie, a jednocześnie dała mi masę informacji. A o drugiej to już powie później nasz gość. Zacznijmy jednak od tej pierwszej, czyli od „Sekretnego życia drzew”.
[53:00] - Tak jest. To jest lektura . Tak jak mówię, rozpłynąć się można nad nią, bo po treści tej lektury spojrzenie na las będzie zupełnie inne niż dotychczas. Z pewnością ta refleksja będzie głębsza, bardziej świadoma. To nasze chodzenie meandrami leśnymi będzie bardziej uważne. Bo wędrując po lesie z pewnością nie raz doświadczyliśmy ptasiego radia, prawda? Wiemy, że coś tutaj zaszeleści, coś zaćwierka. Ale proszę państwa, jak wytłumaczyć tak racjonalnie, prosto, jak rozmawiają ze sobą drzewa? Co mówi mech? Co mają nam do powiedzenia, może niekoniecznie nam, ale o czym plotkują, gadają grzyby w mchu, prawda?
Jest to bardzo intrygujące i bardzo wdzięczne. Co dzieje się zresztą w koronach drzew, a co głęboko pod ziemią, prawda? Mówimy przecież, że te sploty grzybni to jest największy organizm, proszę państwa, on sięga nawet do pięciu kilometrów. My sobie kompletnie nie zdajemy sprawy, po czym my chodzimy i jakie procesy, jakie rozmowy się toczą pod naszymi stopami. Ta nieustająca wymiana informacji w przestrzeni lasu jest naprawdę zadziwiająca. Zatem autor zaprasza nas do odkrywania i zrozumienia tajemnic przyrody. Wszystkie cuda wydarzające się w nim, opisane w książce, są właśnie w taki sposób jasny, klarowny, przejrzysty. Czyta się to lekko. Jest to napisane przystępnie oczywiście. Jest to kolejna pozycja, która wspaniale uświadamia nam nasze zespolenie ze światem natury i pokazuje cały system zależności, ale również i podobieństw.
To byłoby tyle na temat „Sekretnego życia drzew”. Marku, jaka jest kolejna pozycja?
[55:00] - To jest książka, która tłumaczy świat. Nie waham się przed takim określeniem. Książka nosi tytuł znany państwu zapewne: „Potęga podświadomości” Murphy'ego. Tych wydań chyba było sporo.
[55:20] - Naście.
[55:21] - Tak. Ja ją czytałem w latach 90. Powiem tak: gdybym się nie krępował tutaj na antenie tego powiedzieć, to użyłbym takiego sformułowania, jakiego bardzo często stand-uperzy używają. Używa go Lotek Lotkowski, używa go Pacześ. To tak w przenośni, że to mi kompletnie rozwaliło mózg. Oni to mówią nieco mocniej, ale dokładnie o to chodzi.
[55:54] - Tak. To jest właśnie książka, którą śmiało można nazwać prawdziwym drogowskazem. U nas w pewnym momencie ten cały ezoteryczny świat musiał na chwileczkę zejść do podziemi, a później właśnie w latach 90. ja sama pamiętam, bo tego doświadczyłam, nagle jak grzyby po deszczu zaczęły się ukazywać takie pozycje książkowe, że wow, że jak to w ogóle, że coś takiego istnieje. I właśnie ta „Potęga podświadomości”. Ja pierwszy raz usłyszałam o tej książce od mojej mamy. Przeczytałam, zrozumiałam tak średnio. Natomiast później, po latach podeszłam do tego zupełnie inaczej. Proszę państwa, ja się w tej książce absolutnie zakochałam, bo tak jak wspomniałam na początku, to jest książka drogowskaz, która jest takim absolutnym klasykiem, bo chyba można już o tym tak powiedzieć, z gatunku must have. Taka nieustanna popularność tej pozycji zachwyca.
Można by powiedzieć, że zadziwia. Autor wyjaśnia, jak działa nasza podświadomość. Bez takiego sztucznego nadęcia, tak swobodnie, na luzie. Odwołuje się do odwiecznych zasad wszechświata. Swoje wywody opiera, zresztą na pewno państwo wiecie, na cytatach świętych ksiąg. Oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem Biblii, w tym oczywiście też na doskonale nam powszechnie znanym „Proście, a będzie wam dane”. Podpowiada, jak subtelnie wywołać zmianę, która jest pożądana, jak myślą, a w następstwie myśli, słowem właśnie kształtować świat, by stać się w pełni świadomym architektem życia. Także tyle w tej kwestii.
[57:42] - Tak, a to jest poza tym książka, która tłumaczy nam naszą codzienność.
[57:49] - Tak. W taki prosty, przystępny sposób, bez właśnie takiego napinania, że musisz coś zrobić. Nie, ty gadaj ze swoją podświadomością, ty spróbuj coś zmienić. Przecież masz tak wielką oręż, masz myśl i słowo, które za chwilę mogą się w czyn przerodzić. To są tak proste, banalne rzeczy, tak pięknie dla nas odkryte, że mówię: nic, tylko z tego korzystać.
[58:15] - Tak. I to zwalcza ta książka, a właściwie rozbija taką sztuczną, moim zdaniem sztuczną barierę pomiędzy codziennością a tym światem, który my różnie określamy jako taki mistyczny albo jako taki tajemniczy. Tu w książce „Potęga podświadomości” nagle ta bariera zostaje kompletnie rozbita. Nie ma tego podziału.
[58:48] - To wszystko się przenika nawzajem. Nie ma, że coś istnieje równolegle. Nie. To wszystko się na siebie nakłada. Marku, świetnie to ująłeś. W punkt.
[59:00] - Bo my na co dzień żyjemy w świecie z jednej strony zwykłym, ale jednocześnie niezwykłym.
[59:09] - Tak, bo jesteśmy zakotwiczeni w materii.
[59:12] - Tak. W świecie, który jednocześnie jest zwykły, i tu cudzysłów, a jednocześnie zanurzony w magii. Ale nie tej magii z Harry'ego Pottera, tylko takiej magii zupełnie innej, którą myślę, że słuchacze chociażby Radia Paranormalium świetnie rozumieją. Okej, przejdźmy do kolejnej książki.
[59:41] - Tu będzie krótko. Mamy „Sekrety kolorów”. Wydana w Warszawie w 2022 roku, autorka pani Claire. Proszę państwa, ja uwielbiam chromoterapię, wykorzystuję ją na co dzień. Wiem mniej więcej, jakie kolory sprzyjają osiągnąć spokój, jakim kolorem się pobudzić, chociażby intelektualnie. Zresztą nie od dziś wiadomo, że świat kolorów jest absolutnie zachwycający, a ujęty jeszcze i opisany naprawdę w taki atrakcyjny i śmiało powiem nowatorski sposób sprawia, że w ogóle nie sposób się od tej książki oderwać. Autorka popełniła naprawdę wspaniałe studium historii ludzkiej, ale przedstawionej przez właśnie pryzmat barw. W książce aż roi się od ciekawostek oraz wydarzeń nieprawdopodobnych, gdzie nauka przenika się z alchemią, polityka wdaje w romanse. Ze sztuką. A szeroko rozumiana moda, proszę państwa, ociera się po prostu o kryminał.
Wystarczy tu kolor zielony, związki arsenu jeszcze dodać i mamy gotową truciznę. Mamy złotą rybkę, bo przecież nie każdy wie, skąd się ta złota ryba wzięła w naszym akwarium. Proszę państwa, złota rybka jest tak de facto pomarańczowa, prawda? Ona wcale nie ma złotych łusek, nie mówimy o jakimś karpiu czy innym. Złota klasyczna welonka. Rybka jest pomarańczowa, ale do pewnego momentu, proszę państwa, nie było czegoś takiego, co wydaje nam się rzeczą tak strasznie oczywistą jak kolor pomarańczowy. Dopiero kiedy zaczęto sprowadzać do Europy pomarańcze, orange – zwróćcie uwagę, to samo słowo, dwa brzmienia, dwa znaczenia. To jest jakiś kolor i go trzeba określić, więc stworzono coś – kolor pomarańczowy. I ta ryba nam już została złotą rybą, a nikt nie powie, że to jest pomarańczowa rybka, która przynosi nam szczęście, prawda? Z tej książki możemy tego typu wiedzę czerpać.
Dowiadujemy się również, nie wiem, czy zgadniecie państwo, jaki kolor w naturze, Marku, może ty mi powiesz, może tobie się uda tutaj bez czytania tej książki odgadnąć, jaki kolor jest najbardziej powszechny w naturze. Od razu mówię, że nie jest to na przykład niebieski. Masz jakiś pomysł?
[01:02:17] - I to jest problem. I to się nazywa czytanie myśli, bo ja się-
[01:02:20] - Ja byłam też zaskoczona
[01:02:22] - Ja się już też sprężałem do skoku, żeby powiedzieć, że niebieski, a słyszę, że nie niebieski.
[01:02:30] - Niebieski jest absolutnym oszustem. On występuje bardzo rzadko. Czy my mamy niebieskie jedzenie? Nie. Niebieski równa się trucizna, prawda? Dlaczego malujemy na niebiesko kuchnie? Żeby się robactwo nie trzymało, bo robactwo wie, że niebieski równa się trucizna, co przed chwileczką powiedziałam. Otóż najwięcej, proszę państwa, występuje odcieni koloru brązu. Ja myślałam, że zielonego, ponieważ jeszcze kiedyś w plastyku uczyłam się, że sam zielony występuje w naturze około w 600 odmianach, co dla mnie było absolutną rzeczą nie do wyobrażenia. Jak się okazuje nie, brąz go kładzie na łopatki, bo jest go więcej.
Także tego typu informacje właśnie czerpiemy. Skąd się na przykład wzięła czerwona kartka w kalendarzu? Bo to wprowadzili Rzymianie, prawda? Oni zaczęli sobie oznaczać. Dlaczego znaki drogowe mają takie kolory, a nie inne. To jest morze wiedzy i morze ciekawostek. Jeśli ktoś chciałby się więcej dowiedzieć, ja naprawdę bardzo zachęcam. Książka jest pięknie wydana. Zresztą zapytajcie się państwo Eskimosów, ile mają określeń na kolor śniegu. To się państwo zdziwicie, bo dla nas biały to biały.
[01:03:43] - Powtórzmy zatem tytuł: „Sekrety koloru”. Autor?
[01:03:49] - Claire.
[01:03:53] - Książka z zeszłego roku.
[01:03:57] - Pamiętam tylko, że C chyba. Muszą państwo sobie wygooglować. Przepraszam, nie pamiętam imienia autorki. Claire się pisze. Claire to jest jej nazwisko. Ale jest to pozycja nowa, „Sekrety koloru”, więc myślę, że bez problemu.
[01:04:17] - Tak, książka z zeszłego roku, więc spokojnie ją państwo jeszcze i w internecie, a przypuszczam, że i w księgarniach znajdziecie. Kolejna pozycja brzmi...
[01:04:30] - Przenosimy się w zaświaty, Marku.
[01:04:32] - Właśnie, groźnie brzmi. Dla mnie brzmi groźnie.
[01:04:36] - Ale wcale tak nie jest, chociaż książka też intryguje. Ja uwielbiam takie właśnie intrygujące tytuły, a jeszcze jeśli tytuł jest spójny z treścią, to ja się z tego naprawdę bardzo cieszę, bo już od samego tytułu książka, tak jak mówię, przenosi w nas taki nieprawdopodobny świat, który się wydarzył, który cały czas istnieje. A po lekturze jej treści okazuje się, że doskonale właśnie do niej pasuje. W skrócie jest to taka, jakby to dobrze powiedzieć, oniryczna, niemal baśniowa powieść. Podróż po winiarskich szlakach okolic Zielonej Góry. Jej narrację tworzą opowieści tylko właśnie tak na pozór niemające ze sobą nic wspólnego. Dlatego jeśli państwo zechcecie po nią sięgnąć, ja radzę czytać pomalutku, nie śpieszyć się, bo to wszystko ma sens. Naprawdę, to się wszystko później łączy w całość. Ich akcja toczy się na przestrzeni kilku stuleci i mamy tutaj wojnę trzydziestoletnią, no a współczesną nam pandemię także, jakby nie patrzeć, dobrych parę stuleci. Wraz z autorem wędrujemy gdzieś właśnie między światami, za światami.
Podążamy labiryntami czasoprzestrzeni pośród, proszę państwa, winorośli, nierzadko docierając nigdzie indziej, jak do samego siebie. A jeszcze tak na marginesie dodam, że o książce dowiedziałam się od pana Roberta Makłowicza. To jest absolutnie niesamowite, bo mówię: „Czy ja będę czytała książkę o winach, kiedy mnie to kompletnie nie interesuje?” Ja się w tej książce zakochałam. Tak, Robert Makłowicz ma rację. To jest wybitna dla mnie książka.
[01:06:26] - Tak, ale w końcu starożytni wiedzieli, co mówili. In vino veritas.
[01:06:33] - Zgadza się. Tak. I mamy deser. Mamy „Balladę o czarownicy”, tak Marku? Możemy o tym jeszcze?
[01:06:41] - Jak najbardziej. Autorka?
[01:06:45] - Nie. Autor pan Paweł Rochala. „Ballada o czarownicy”. On jeszcze napisał fantastyczną rzecz. Mam wrażenie, że on się uczył na swojej pierwszej książce. Mamy, proszę państwa, baśń średniowieczną. Nie będę więcej na ten temat mówiła, ale możecie od tego zacząć. Natomiast „Balladę o czarownicy”, ona wyszła w Warszawie w 2017 roku, jest dostępna w większości księgarni. Możecie sobie zostawić jako drugą, grubą książkę. Proszę się absolutnie tym nie zrażać, bo jak was wciągnie, to zapomnicie, że mleko się przypala, że dziecko płacze i będziecie cały czas czytać.
Książka również jest absolutnie wyjątkowa. Mamy w niej fantastycznie przedstawiony świat czasu średniowiecza. I to dosłownie, gdyż wątki nieba, ziemi i piekła ściśle się przeplatają, dodając całości mistycznego posmaku. W dramatycznych wydarzeniach tatarskiej nawałnicy na ziemie polskie wydarza się niezwykle intrygująca i jakże niebezpieczna miłość Gierka i czerwonowłosej pięknej czarownicy, nazywanej przez autora dziewczurą. Czarownicy Ani. „Ballada o czarownicy” to doskonała powieść, która niemiłosiernie wciąga. Została napisana również lekko, ze swadą i z naprawdę dużym poczuciem humoru. To jest majstersztyk, co pan Paweł tutaj nam przekazał. Widzimy w niej zepsucie moralne polskich mocarzy, widzimy bezradność w obliczu niebezpieczeństwa. Podziwiamy również piękno krajobrazu dla przeciwwagi.
Ale mamy i pobitewną masakrę. Na początku zagalopowałam się przygotowując do tej audycji, bo powiedziałabym, że jest to dzieło totalne, kompletne. I się żachnęłam, że jednak nie do końca. Bo wszystko byłoby, proszę państwa, dobrze, gdyby legnickie starcia — mamy tutaj datę 1241, słynna długoszowska bitwa pod Legnicą — gdyby ta bitwa faktycznie miała miejsce. Ustalony na podstawie zachowanych dokumentów stan rycerstwa przed i po tej bitwie i koło tej miejscowości, proszę państwa, pozostał niezmienny. Zrobił to profesor Marek Cetwiński. Pozostawił swoje publikacje. One są również dostępne. Zachęcam. Zatem można stwierdzić, że to przede wszystkim Jan Długosz prawdopodobnie pomylił miejsce bitwy, a za tym poszedł autor.
Natomiast mam tu trochę pretensji do autora, ponieważ jako historyk o tych rzeczach wiem. Być może państwo jeszcze uczyliście się błędnie na lekcjach historii, że ta bitwa faktycznie miała miejsce, ale z tego, co słyszałam, autor jest historykiem, więc uważam, że historyk powinien naprawdę zweryfikować doskonale wiedzę, żeby płynnie i bez potknięć przedstawiać fakty. Tego mi tutaj zabrakło, ale tak czy siak serdecznie państwu tę książkę polecam, jak i dziewięć pozycji poprzednich również.
[01:10:17] - Tak sobie wesnę.
[01:10:18] - Dziesięć.
[01:10:19] - Tak sobie wesnę przy tej ostatniej pozycji, bo tyle wspaniałej historii o bitwie na nic. Uczyliście się państwo piątki.
[01:10:31] - Rycerstwo się nie zmieniło w związku z powyższym. Jak można mówić o bitwie, gdzie rycerstwo prowadzi działania oblężnicze, defensywne, różne. Nie będziemy teraz w to wnikać. Natomiast dokumenty jednoznacznie wskazują, gdzie to miało miejsce. Na pewno nie pod Legnicą.
[01:10:52] - Ale zobaczcie państwo i ty, Joanno, zobacz, jak czasami życie jest przewrotne. Ci z państwa, którzy za bitwę dostali pałę, mieli rację, że o niej nic nie wiedzieli. A ci, co dostali piątki, jakby to tak delikatnie skomentować? Coś nie poszło tak, jak trzeba.
[01:11:16] - Ale wystarczy posłuchać naszych żurnalistów, naszych historyków, nauczycieli. Proszę państwa, kiedy wybuchła II wojna światowa? Nie wybuchła, proszę państwa, we wrześniu 1939 roku. Spójrzcie w dokumenty. Niemcy nazywali to szybka wojna. My nazywaliśmy, nasza strona polska, kampania wrześniowa. II wojna światowa nie wybuchła we wrześniu 1939 roku i mówię to z całą odpowiedzialnością. Mamy atak na Pearl Harbour, mamy przystąpienie kolonii brytyjskiej do II wojny światowej i wtedy możemy mówić o wybuchu II wojny światowej. Jeśli byśmy chcieli się tak cofać, to byśmy mieli już Anschluss Austrii, mielibyśmy zajęcie Czechosłowacji, to wtedy moglibyśmy już mówić o wojnie, prawda? Ale na pewno nie był to wrzesień 1939 roku.
Jest to po prostu skandaliczny błąd, nagminnie przez wszystkich dookoła powtarzany. Mam nadzieję, że nikt nie będzie tutaj na mnie psów wieszał, ale rolą historyka jest jednak otwieranie oczu na pewne kwestie i szerzenie, mówienie o faktach, a nie o interpretacjach faktów.
[01:12:33] - Joanno, pięknie ci dziękuję. Zestaw naprawdę mocny. Powiem tak, że znalazłem w tej liście, którą przedstawiłaś, kilka pozycji, które drogą kupna i to już w najbliższym czasie nabędę.
[01:12:55] - Bardzo miło mi to słyszeć, że zainteresowałam ciebie, Marku. Mam nadzieję, że był to chociaż jakiś przyczynek do literackich poszukiwań. Czasami nie wiemy co kupić, co przeczytać. Myślę, że państwo się nie zawiodą sięgając po którąś z tych pozycji, czego państwu naprawdę bardzo życzę.
[01:13:18] - Jeszcze raz, Joanno, pięknie dziękuję i do usłyszenia.
[01:13:22] - Do usłyszenia. Dziękuję.
[01:13:24] - Tak, proszę państwa, to były fascynacje czytelnicze Joanny Bohaczek-Trąbskiej. Muszę powiedzieć, że kilka pozycji z tej listy sobie zapisałem. Nie będę państwa oszukiwał, że w notatniku, bo nic takiego jak notatnik nie mam, ale zapisałem sobie w miejscu, gdzie zapisuję tego rodzaju rzeczy, czyli w komputerze. Mam to w odpowiednim pliku schowane i pewno będę przynajmniej niektórych książek szukał. A teraz, proszę państwa, czas na spotkanie z Bogusławem Racem. Pamiętacie państwo? Chyba dwie audycje temu zapowiadałem nowości wydawnicze. Wśród tych nowości mówiłem o książce Bogusława Raca „Przypadki Grenziego Bardocka”. Dzisiaj jest czas, kiedy autor opowie o tej książce. Zaręczam, że warto posłuchać tej opowieści, warto w podwójny sposób, bo gościem audycji będzie również Tadeusz Krajewski.
Dlaczego? To się wyjaśni w trakcie rozmowy. Ale zanim zaproszę państwa na spotkanie z autorem, najpierw zaprezentujemy fragment tej powieści, o której niedawno państwu opowiadałem. Myślę, że będzie to dobry wstęp.
[01:15:00] - Niebo wciąga, fascynuje, ale i przeraża. Wygląda na to, że nigdy nie pojmie, co to nieskończoność. Księżyc, planety, Układ Słoneczny, no i jeszcze kawałek. To jeszcze może w miarę ogarnąć wyobraźnia zwykłego człowieka. Jak to jest, że coś może nie mieć granic? Niektórzy teoretycy twierdzą, że wszechświat powstał w wyniku wielkiego wybuchu skupionej materii, które miało miejsce 13,799 plus minus 0,021 miliarda lat temu. Od dziecka myślał logicznie, choć nie wiedział, że normalne myślenie ma taką szumną nazwę. Logika była często źródłem konfliktów i problemów w obcowaniu z kanonami. Skoro materia była tak skupiona, to w otoczeniu czego się niby znajdowała? Skoro wszechświat się rozszerza, to znaczy, że ma jakieś wymiary, czyli posiada granice.
Skoro tak, to co znajduje się za tymi granicami? Logiczne i pragmatyczne podejście nigdy nie ułatwiało mu życia. Być może to tylko zwykłe ludzkie ograniczenia nie pozwalały na pojęcie tego wszystkiego. Jak można twierdzić, że przybysze z odległych planet są lub nawet muszą być podobni do nas? Już jako uczeń podstawówki wiedział, że to samo ograniczenie wyobraźni jest wręcz karygodne. Tym bardziej że często informacje świadczące o, delikatnie mówiąc, bardzo zawężonym spojrzeniu dochodziły ze świata nauki. Pierwszym, z którym mógł się zgodzić, był niejaki Stanisław L. Choć i on czasem pobadał w schematy. Może obcy są tylko powiewem wiatru albo falami na wzór zjawisk elektromagnetycznych, albo raczej czymś, o czym nie mamy w ogóle pojęcia i dlatego nie możemy ich do niczego porównać. To właśnie wydawało się najbardziej prawdopodobne.
Śmieszyły go stwierdzenia naukowców o zasadach rządzących wszechświatem, o wielkich siłach drzemiących w atomie i elektryczności jako głównych motorach rozwoju ludzkości. Najprawdopodobniej najważniejsze zjawiska, które nas otaczają, są jeszcze kompletnie nieznane i być może nigdy nie będą. Z perspektywy czasu jednak wiedział, że to raczej dobrze, iż nauka nie ma pokory przed tym, czego do tej pory nie poznała. To jest jednym z motorów postępu. Chyba. Być może. A może jednak nie? Z czego składa się cząstka elementarna? Jak to możliwe, że sama cząstka elementarna z niczego się nie składa, a jedynie posiada ładunek czy energię? Co za bzdury!
Ludzie mają prawdopodobnie za słabe narzędzia badawcze. Prawdopodobnie. I tylko patrzeć jak niebawem, a może dopiero w kolejnych pokoleniach będą się z nas śmiać, słysząc, że kiedyś myślano, iż leptony czy kwarki nie składają się z kolejnych mniejszych cząstek. A miony i ich dziwne zachowanie, które niezgodne jest z dotychczasowym modelem standardowym? Czy to nie powinno zapalić ludziom lampki ostrzegawczej? Tak samo jak nieskończoność na plus, problem nieskończoności na minus był dla niego nie do rozwiązania. Było to dość uciążliwe, ale całe szczęście próby myślenia abstrakcyjnego nie zajmowały zbyt dużo miejsca w jego życiu. Kiedy w swych rozważaniach dochodził do ściany, dawał sobie spokój, nasłuchując jedynie od czasu do czasu jakichś wieści o kolejnych odkryciach. Wolał czytać coś innego niż pozycje, które według szkolnych oprawców powinien. Czytał od zawsze, ale to, co chciał i kiedy chciał.
Już od najmłodszych lat widoczny był u niego silny gen wolności, lecz oprawcy tę szlachetną cechę często nazywali lenistwem lub przekorą. Gawroż był jedną z jego ulubionych postaci. Biedak, dziecko ulicy, nędzarz. Nie fascynowali go bohaterowie na białych koniach, walczący za króla lub broniący honoru białogłowych. Bardziej przemawiał do niego los Don Kichota z La Manchy. Mieli ze sobą wiele wspólnego. Ich instynkt samozachowawczy często zagłuszony był przez ideały, co powodowało, że obaj nie mieli wielkich szans na istotne życiowe sukcesy. Wiele lat później usłyszał powiedzenie: „Tylko zdechłe ryby płyną z prądem”. Owa sentencja bardzo przypadła mu do gustu, ponieważ poczuł, że nie jest sam. Pomimo krytycznego podejścia do reguł i narzucanych zasad, to akurat wydało mu się wybitnie trafione.
Pomimo pewnych uogólnień. À propos uogólnień, to właśnie w tym okresie życia poznał sentencję: „Każde uogólnienie jest niebezpieczne. Nawet to”. Wywarła na nim bardzo duże wrażenie i przywoływał ją wielokrotnie w sytuacjach do tego stosownych, irytując swoich rozmówców tym, że znowu to właśnie on wypowiedział kończące dialog stwierdzenie.
[01:20:15] - Tak, to był, proszę państwa, przedsmak spotkania z Bogusławem Racem i Tadeuszem Krajewskim. Ja jeszcze tylko coś muszę powiedzieć. Ta rozmowa-- no cóż, ja na przykład bardzo wielu rzeczy się dowiedziałem. Między innymi, że nasz autor jest także, a może przede wszystkim, a właściwie to nie wiem, sami państwo usłyszycie, jest również muzykiem. I to muzykiem, który gra, dla którego muzyka jest czymś bardzo ważnym. Ja w tej chwili, kiedy mówię do państwa, trzymam przed sobą płytę, takie wydanie bardzo ekskluzywne. Na okładce tej płyty jest napisane „Witkacy Tribute Ensemble”, a w środku jest płyta i mała książeczka, która nosi tytuł „Wistość rzeczy”. Nie „oczywistość”, tylko „wistość rzeczy”. Wiecie państwo, warto i o tę płytę po prostu zapytać, bo to rzeczywiście, jeśli ktoś lubi Witkacego, to jest, proszę państwa, rarytas. Witkacy i muzyka w jednym.
Bardzo serdecznie państwu tę płytę polecam. No a cóż, teraz zapraszam na rozmowę z Bogusławem Racem, autorem powieści „Przypadki Grendziego Bardocka”, na rozmowę z Tadeuszem Krajewskim, człowiekiem, który, dobrze, już powiem to, bardzo mocno do finalnego kształtu tej książki się przyczynił. Przyczynił się wspólnie z redaktorką Martą Sobiecką, która ostro czuwała nad tym, żeby ta książka miała taki kształt, jaki ma w tej chwili, a myślę, że ma całkiem fajny. A po rozmowie jeszcze jeden fragment powieści. Zapraszam. Gośćmi „Bibliotekarium 2.0” są Bogusław Rac, autor książki „Przypadki Grendziego Bardocka” i ojciec chrzestny tej książki, zaraz to będziemy doprecyzowywać, czyli znany państwu Tadeusz Krajewski. Odgrażałeś się, Tadeuszu, że będziesz coś prostował. To teraz jest ten moment.
[01:22:49] - Po pierwsze to ja nie wymyśliłem tytułu, bo ojciec chrzestny to jednak Tadeusz i ma coś związanego z imieniem, w każdym razie tak myślę. Ale ja tak naprawdę nie jestem ojcem chrzestnym. Jak już, to Łukasz Wodyński, który mi powiedział właśnie o Bogusławie i o tym, że pisze książkę i że ta książka jest bardzo interesująca i że w ogóle absolutnie, bezwzględnie powinienem ją poznać. I gdy to się stało, dzięki Łukaszowi poznałem Bogusława. I gdy poznałem tę książkę, przynajmniej we fragmentach, to już wiedziałem, że należy się skierować do właściwego miejsca, czyli do „Bibliotekarium”. I w tym sensie, powiedzmy, pomogłem. Ja byłem raczej takim akuszerem może bardziej niż ojcem chrzestnym.
[01:23:35] - No dobrze, to już powiedzmy problemy takie z nazewnictwem mamy rozwiązane, to może byśmy teraz oddali głos autorowi. To jest debiut prozatorski, prawda?
[01:23:50] - Tak, to jest debiut i mogę na wstępie powiedzieć, że całkowicie przypadkowy.
[01:23:59] - A to brzmi bardzo interesująco. Jak może być przypadkowy debiut?
[01:24:03] - Może być, okazuje się.
[01:24:04] - To doprecyzujmy.
[01:24:08] - Doprecyzuję w ten sposób, najprościej jak można. Kiedyś miałem taki pomysł na scenariusz do filmu. Próbowałem zainteresować nim kilka znanych mi osób, które zajmują się bardziej profesjonalnie lub mniej profesjonalnie filmem, i gdzieś go sobie spisałem na kartce. Zajęło to mniej więcej może 20 wierszy. Taki schematyczny, syntetyczny opis pomysłu. I po kilku latach, niestety, chcąc nie chcąc nawiążę do pandemii, siedziałem więcej w domu niż w biurze, w pracy i gdzieś ten nastrój taki, pamiętam, śnieg mocno padał, to była ta pierwsza zima pandemiczna. Wziąłem najpierw kartkę, zacząłem pisać, bo lubię piórem pisać. Zacząłem sobie pisać dla zabawy i w pewnym momencie stwierdziłem, że coś mi się tam w głowie ten pomysł rozwija. Wtedy włączyłem komputer i zacząłem pisać. Myślałem, że jak zwykle do szuflady, bo już parę rzeczy gdzieś tam w życiu do szuflady napisałem, czyli nigdzie.
Zostały skasowane albo podarte, albo spalone po latach. Nie wiem, czy mam mówić dalej.
[01:25:36] - Proszę, słucham z zainteresowaniem.
[01:25:39] - Mój przyjaciel Łukasz Wodyński, plastyk, performer, malarz. Jest to nasz wspólny znajomy z Tadeuszem, jak się później okazało. To jest uczeń Tadeusza jeszcze sprzed wielu lat, z którym utrzymuje kontakt. Wysłał mi kiedyś swój dziennik, fragmenty swojego dziennika, który pisze. I mi się spodobał ten dziennik. I sobie myślę, a może mu wyślę kawałek tego mojego tekstu. Wysłałem mu kawałek zupełnie roboczego, takiej surówki i on po kilku dniach do mnie zadzwonił, czy może wysłać to do kolegi, który i tak dalej. Dalej sprawa się potoczyła może nie błyskawicznie, ale jak na cykl wydawniczy to chyba błyskawicznie, ponieważ po paru tygodniach Tadeusz do mnie zadzwonił, przedstawił się i-
[01:26:32] - I tak zaczęła się nasza znajomość.
[01:26:35] - I tak się zaczęła nasza znajomość przede wszystkim. Okazało się, że coś jeszcze nas łączy, czyli miłość do muzyki.
[01:26:42] - Bo ja nie powiedziałem, że nasz autor poza tym, że napisał książkę i to już okazuje się, że niejedną, ale napisał książkę, o której dzisiaj rozmawiamy, to para się, zajmuje się, pasjonuje się muzyką.
[01:26:58] - Tak, też. Może i głównie, jeżeli chodzi o pozazawodowe, takie ściśle zawodowe rzeczy, z których żyję, to od zawsze jest muzyka. Natomiast okazało się, że Tadeusz coś niecoś już tam słyszał z tego, co gram.
[01:27:14] - Tak, słyszałem zespół Question Mark. Miałem nawet płytę, znaczy mam płytę cały czas, ale jak cię poznałem, to miałem twoją płytę w domu i mogłem podczas naszej pierwszej rozmowy powiedzieć: „Proszę pana, ja mam pana płytę Question Mark w Radiu PIK”.
[01:27:29] - Jeszcze pierwszą, można powiedzieć.
[01:27:30] - Tak, koncertówkę. Muszę tylko powiedzieć jako meloman, tak na marginesie naszych rozważań dzisiejszych, że po prostu jest to muzyka niezwykła. Bogusław w bardzo różnych konfiguracjach personalnych tworzy tę muzykę. Zawsze jest to jego muzyka. Rzadko kiedy się podpisuje swoim nazwiskiem, a więc jest to właśnie taka muzyka z pogranicza rocka progresywnego jak Question Mark. Jest to z kolei taki gitarowy i trochę hardrockowy odjazd jak w zespole Worm. Jest to przede wszystkim to, co udało się niedawno Bogusławowi osiągnąć. Ty chyba uważasz to za swoje opus magnum, podejrzewam. I ja chyba się z tym zgodzę. To jest oczywiście płyta inspirowana twórczością Witkacego.
Projekt, który został nazwany Witkacy Tribute Ensemble. Płyta pod tytułem „Wistość rzeczy”. I rzecz jest to niezwykła pod każdym względem. Jest to moim zdaniem jedna z najważniejszych płyt ubiegłego roku. Nie tylko w polskiej muzyce, w ogóle płyt, które miałem okazję wysłuchać, poznać. Także Bogusław Ras dla mnie, dopóki nie zaczął pisać, wtedy gdy jeszcze znałem tylko jego jedną płytę, to był przede wszystkim gitarzysta i dziś uważam, że jest to i tak jeden z najlepszych gitarzystów w Polsce. Poznajemy tę historię dalej. Utwór trafił do ciebie i co się dalej działo?
[01:28:59] - Ja zawsze podchodzę tak trochę jak pies do jeża z tymi debiutami, bo wiem, że jeżeli ktoś podsyła mi tekst, który dopiero niedawno powstał i liczy na to, że będzie z tego w bardzo szybkim tempie książka i w ogóle wydawnictwo i jakaś wielka feta jeszcze przy okazji, to ja się tego obawiam bardzo, bo po prostu bardzo często bywa tak, że są to teksty grafomańskie, pisane przez półanalfabetów, które nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego, a autor powinien już po napisaniu pierwszego zdania zapomnieć o alfabecie w ogóle i już nigdy więcej nie sięgać po pióro ani nie siadać przy klawiaturze. Tak często bywa. Tutaj dostałem rzecz zupełnie inną. Dostałem rzecz przede wszystkim od człowieka, który nie oczekiwał niczego wielkiego. Po prostu Bogusław chciał się sprawdzić, chciał się dowiedzieć, czy w ogóle to jego pisanie ma sens. Więc dostałem rzecz, która zaskoczyła mnie. Czy powieść „Przypadki Grendziego Bardocka” jest oryginalna? Tutaj można powiedzieć, że to pytanie jest nie na miejscu w ogóle. Ale dlaczego je postawiłem? Ponieważ bardzo wielu czytelników, a szczególnie miłośników fantastyki i ludzi z fandomu, oczekuje od nowego tytułu, który dopiero poznają, jakiejś oryginalności.
Ta oryginalność gdzieś tam dotyczy przede wszystkim kreowania nowych światów, nowych postaci, nowych istot, jakichś nowych pomysłów i sytuacji, których już tak naprawdę wykreować nie można, bo to wszystko już w fantastyce zostało powiedziane. Zresztą ten sam problem ma literatura mainstreamowa, która atakuje fantastykę szeroko rozumianą w całej rozciągłości. Nie odbierając kunsztu pisarzom mainstreamowym, trzeba powiedzieć, że tak naprawdę, jakby to powiedział Wiktor Żwikiewicz, zacytuję Wiktora: „Dłubią igłą w nosie”, czyli mówią świetnie, ale mówią o niczym. I właśnie chodzi o to, że tak naprawdę nie o oryginalność tu chodzi. I w tej książce też oryginalność, oryginalność „Przypadków Grendziego Bardocka” nie na tym polega. Polega po prostu na tym, że autor jest sobą od samego początku. Tak mi się wydaje. Po prostu pozwala sobie na to, żeby mówić o własnych lękach, własnych problemach, własnych spostrzeżeniach dotyczących rzeczywistości. I absolutnie ja tutaj nie mam zamiaru narratora utożsamiać z autorem, ale ja po prostu tak to odbierałem. Odbierałem to w ten sposób, że nareszcie ktoś mówi pełną piersią i się absolutnie nie martwi tym, czy jest to w odbiorze w tej chwili pożądane.
[01:31:54] - Czy jest to trendy, jak to się mówi, czy raczej jest to twórczość passe? Po prostu był sobą i to było piękne na samym początku. A potem jeszcze powiem, co przeżyłem podczas czytania przypadków Grenciego Bardocka, bo chciałbym, żeby też autor coś powiedział.
[01:32:13] - Właśnie pytanie do autora: ile autora jest w tej książce? Mam na myśli bohatera oczywiście.
[01:32:24] - Procentowo? Jestem technokratą, że tak powiem, z wykształcenia.
[01:32:28] - Okej, to ja bym jednak poprosił, żeby na chwilę przestawić zwrotnicę z technokraty na twórcę książki.
[01:32:36] - Na pewno sporo. Nie wiem ile. Powiem tak: czasami się zapędzałem i żeby nie powstała nawet we fragmentach autobiografia, to zmieniałem fakty, zmieniałem sytuacje na tyle, żeby były trudne do skojarzenia, jeżeli ktoś by to czytał znający mnie bardzo dobrze. Ale większość rzeczy nie dotyczy faktów z mojego życia, a bardziej przemyśleń. Aczkolwiek również nie wszystkie poglądy wyrażane przez bohatera w książce są moimi poglądami. Już miałem kilka takich starć, może nie dosłownie starć, ale rozmów takich dość mocnych, gdzie musiałem prostować sprawę w ten sposób, że zapytałem czytelnika, czy naprawdę jest przekonany, że to, co mówi bohater, to są moje poglądy. Na przykład dialogi. Niektóre są takie, że może niezbyt elegancko ktoś się tam odzywa. „A nie, bo tak trochę dziwnie. Tak ludzie nie rozmawiają ze sobą albo tak rozmawia plebs”.
Czasami tak jest. To dla mnie jest oczywiste, więc nie chcę i nigdy nie zdradzę tak do końca nikomu, nawet moim najbliższym. Gdyby mnie wieszano, cięto, darto pasy, nie powiem, które fragmenty są tak naprawdę mną, odzwierciedlają dokładnie moje przeżycia lub moje poglądy w 100%, a które nie, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Ale o co chodzi, to może później.
[01:34:28] - Tadeusz Krajewski w notce, która jest na czwartej okładce książki, zwrócił uwagę na to, że jest to proza oniryczna. Który z panów to wytłumaczy? Na czym polega oniryczność książki?
[01:34:46] - Jeżeli ja to napisałem, to chyba ja będę musiał coś powiedzieć. Zacznijmy od głównego, moim zdaniem, wątku. Bohater książki poszukujący tak naprawdę swojej własnej tożsamości. Tak bym to bardzo ogólnie ujął. Oczywiście w szczegółach jest to zupełnie inaczej przedstawione i można zupełnie inaczej tę książkę odczytać. Także to jest moje spostrzeżenie, z którym się nikt nie musi zgadzać. Gdy szukamy swojej własnej tożsamości, gdy chcemy się dowiedzieć naprawdę tego, kim jesteśmy, kim jestem. Oczywiście wystarczy spojrzeć w lustro, popatrzeć na to ciało już trochę momentami sflaczałe, momentami z plamami wątrobowymi, z siwymi włosami albo bez włosów. Ciało, które przeszło transformację przez kilkadziesiąt lat, to już mamy jakąś odpowiedź. Potem możemy sobie pomyśleć o tym, czego w życiu tak naprawdę ważnego dokonaliśmy, o naszych sukcesach i porażkach.
Można. I już odpowiedź mamy, kim jesteśmy, kim jestem. Ale w pewnym momencie możemy znaleźć się w takiej sytuacji jak Grenty Bardock i jego alter ego. Nie alter ego, ale właściwie można powiedzieć taki dwojnik, bo pomysł książki polega na tym, że mamy po prostu człowieka – i tu chyba mogę powiedzieć – mamy człowieka, któremu implantowano tożsamość kogoś innego i w zasadzie już są dwie osoby o tej samej tożsamości, ale dwie osoby postawione w zupełnie skrajnie różnych warunkach. Jeden człowiek żyje w świecie oderwanym od rzeczywistości, a więc świecie luksusowym, świecie apartamentowców. I można powiedzieć, że właściwie na dobrą sprawę załatwiono już mu całe życie w ten sposób. Ale jak się okazuje nie, bo coś w nim siedzi, czego nie może tak naprawdę zrozumieć, chociaż wie, jakiemu eksperymentowi został poddany. A drugi człowiek, który przypadkowo właściwie, na dobrą sprawę żyje dalej, chociaż był skazany na śmierć przez lekarzy, miał już wyrok i nie powinien żyć. Człowiek, który był dawcą jednak żyje i znajduje się na marginesie. Staje się nie ze własnego wyboru outsiderem i też próbuje sobie odpowiedzieć na bardzo ważne pytanie: co właściwie się z nim stało i w związku z tym, kim jest i dokąd zmierza?
Myślę sobie, że ta książka w związku z tym zmusza nas do zweryfikowania tego podejścia, bo wiele osób zadaje sobie to pytanie: kim jestem? I nie wiem, czy to ma sens, czy nie, bo ja osobiście sobie takiego pytania nie zadaję, ale wiem, że wiele osób się tym przejmuje. Więc myślę sobie, co by było-- i to chyba w tym momencie warto już zacząć myśleć o sobie trochę inaczej, bardziej kreatywnie. Co by było, gdybym znalazł się w jakiejś ekstremalnej sytuacji? Co wtedy ze mnie tak naprawdę wyjdzie? Bohaterowie powieści Bogusława Raca znajdują się w ekstremalnej sytuacji i muszą ujawnić pewne cechy tożsamości, których wcześniej u siebie nawet nie podejrzewali. Muszą się zacząć zachowywać po prostu inaczej niż do tej pory się zachowywali. To jest jedna sprawa. Druga sprawa, ale to jeszcze nie jest związane z onirycznością. To jest sprawa związana z pamięcią.
Pamięć jest tutaj bardzo ważna w tej książce. To jest chyba coś, czego doznajemy wszyscy, gdy wspominamy A czasami wspominamy niechcący. Właściwie nie chcemy nawet wspominać, chcemy blokować te wspomnienia, ale one jednak wyskakują i nie możemy sobie z tym poradzić. Pojawiają się kompulsywnie. Wtedy, gdy mamy do czynienia z ciągiem różnych zdarzeń, które miały miejsce w naszym życiu, to prawie nigdy nie są to wspomnienia ułożone linearnie. To jest niemożliwe nawet. Nie można się cofnąć i powiedzieć sobie: „Zaraz, w tym momencie coś ważniejszego się wydarzyło”. Bo nie piszemy przecież życiorysu, tylko dzieje się to w nas w tej chwili, w tym momencie. I czasami jakieś błahe rzeczy, błahe sprawy, pozornie nieistotne rekwizyty, gadżety, ławka stojąca w parku czy przedział w wagonie kolejowym wywołują u nas wspomnienia, które wydają się pozornie nieistotne, ale które tak naprawdę w pewnym momencie mają bardzo ważne znaczenie dla nas, dla zrozumienia tego, kim jesteśmy. Na przykład bohater wspomina służbę wojskową w pewnym momencie i ją komentuje.
I właściwie tylko i wyłącznie ci, którzy pamiętają ten okres, bo dla młodych czytelników to będzie nowa informacja, wiedzą dokładnie, o co chodzi. Ale tu pojawia się też komentarz do ówczesnej rzeczywistości społeczno-politycznej i te komentarze bardzo często pojawiają się podane w sposób bardzo subtelny. To są refleksje bohatera, to nie są jakieś odnośniki bezpośrednie. Pojawiają się dość często i dzięki temu zaczynamy się zatracać w tym, co przeżywa i co wspomina Grenzi Bartok. To jest jedno. I tylko jeszcze dodam, że autor nie użył tutaj techniki strumienia świadomości. To nie o to chodzi, ale coś podobnego jest na rzeczy, ponieważ mamy co chwilę odskok w jakąś dygresję. I tych dygresji w książce jest dużo. Ja bym nazwał tę powieść powieścią dygresyjną i to jest coś, co jest gdzieś na pograniczu marzeń sennych, kiedy oddajemy się różnym dygresjom, nie panujemy nad nimi i one mają nad nami władzę. Ale o oniryzmie jeszcze później dwa zdania, jeśli można, powiem.
[01:41:11] - Autor o oniryzmie coś?
[01:41:15] - Co ja mogę powiedzieć o oniryzmie? Z przyjemnością słucham, co mówi Tadeusz, bo-
[01:41:22] - Analiza literacka książki
[01:41:23] - ... ja tego nie napisałem. To chyba o jakiejś innej książce. Oczywiście żart. Tak, to prawda. Nie zastanawiałem się pisząc, jak będzie odebrana i chyba tutaj nie będę zbyt nieskromny, jeżeli powiem, że o to mi chodziło i jestem z tego zadowolony, że zostaje odczytana w różny sposób, nawet tak rozbudowany, jak się nie spodziewałem. Dla mnie ona jest prosta i wyszła ze mnie, tak powiem kolokwialnie.
[01:41:54] - Na czym polega ta prostota?
[01:41:56] - Na tym, że nic nie udawałem. Po prostu nie kreowałem niczego w taki sposób, żeby było atrakcyjnie, żeby było modnie, żeby było fajnie, żeby to się fajnie sprzedawało, żeby ludzie to zachwalali, bo to jest takie eleganckie albo takie nowoczesne, albo takie nienowoczesne. Nie wiem, do niczego nie zmierzałem, po prostu pisałem to, na co miałem ochotę, to co czułem i to nie jest z mojej strony przesadzone. Mówię szczerze, również teraz. Po prostu.
[01:42:37] - Pytanie z redakcyjnej kuchni. Mogę coś na ten temat powiedzieć, bo wydawcą książki jest Bibliotekarium, a jakoś tam palce w tym maczałem. To pytanie z redakcyjnej kuchni: ta książka na początku miała inny tytuł. Było o drzewach, o pociągach. Później tytuł został zmieniony. Jakieś kulisy tej zmiany i samego pierwotnego tytułu?
[01:43:05] - To było więcej zmian, ale dwie kluczowe to jest zmiana tytułu i usunięcie jednego rozdziału. Tutaj zdradzę, ponieważ-
[01:43:17] - Zaginiony rozdział, proszę państwa.
[01:43:19] - Tak, bezpowrotnie, bo skasowałem wszędzie, gdzie tylko mogłem. Powiem tak: uległem czarowi siedzącego tutaj Tadeusza Krajewskiego i jak skomentował po przeczytaniu moją książkę, to dał mi właściwie tylko jedną sugestię, że ostatni rozdział wydaje mu się zbędny, ponieważ fajnie gdyby było to się kończyło właśnie bez tego rozdziału. I zgodziłem się od razu, ponieważ rozumiałem dobrze, o czym mówi, ponieważ miałem również takie wątpliwości. Z jednej strony było fajne takie zakończenie, ale z drugiej strony wiedziałem, że jest zbyt oklepane, mówiąc wprost. Zbyt często gdzieś sam to spotkałem i ono już nie wyszło ze mnie, tylko z jakiejś nabytej wiedzy. Sporo czytam, nie ukrywam, i gdzieś prawdopodobnie mi się to zakodowało, taki pomysł, może z jakiegoś filmu. I Tadeusz to błyskawicznie wyłapał prawdopodobnie i powiedział Fajnie, ale ja bym tego rozdziału nie dawał. A że rozdział nie był długi, zdradzę, że miał pół strony niecałe, więc to był taki suspens, wyjaśnienie, które niepotrzebnie wyjaśniało właściwie całe zamieszanie, które jest opisane w książce.
[01:45:01] - Czyli nasz autor Bogusław Rac potwierdza, że powściągliwość jest czasami w sztuce pisania bardzo ważna.
[01:45:08] - Nie wiem, uczę się tego od najlepszych.
[01:45:12] - Tadeuszu, dlaczego przyczyniłeś się do wykreślenia rozdziału?
[01:45:16] - Zdradzę tajemnicę. Bogusławie, nie słuchaj tego. To nieprawda, że to zniknęło całkowicie, bo ja mam ten fragment.
[01:45:25] - Ja też mam. Nie zniknął.
[01:45:28] - Ale dobrze, zostawiamy go tylko i wyłącznie dla siebie, Marku. Dlaczego ja tam zainterweniowałem? Z tych powodów, o których mówi Bogusław. Tylko się pod tym mogę podpisać. Tu nie ma co udawać. Nie będę mówił, jak ten rozdział wyglądał, bo sensu by to nie miało, wtedy jeszcze lepiej, żeby on był. On był związany z tym, o czym mówiliśmy przed chwilą, czyli z oniryzmem. Miałem takie odczucie, jak czytałem książkę Bogusława, że jestem w świecie międzywojnia, tych pisarzy z tej epoki. Jeszcze nawet nie wiedziałem wtedy o takiej wielkiej fascynacji Bogusława Witkacym, ale ja tam witkacowskich elementów nie odnajduję. Raczej widzę tam gdzieś Schulza, widzę Kafkę.
Związki między Schulzem i Kafką są dość silne, ale głównie to polskie międzywojnie widzę, nawet gdzieś tam Grabińskiego momentami. Wiem, że o Schulzu ostatnio dużo się mówi, bo był Rok Schulza i w związku z tym ja się też co chwilę gdzieś tam na tego Schulza nadziewałem. Wojciech Gunia niedawno w najnowszym chyba numerze styczniowym Nowej Fantastyki, albo nie, przepraszam, chyba w listopadowym, pomyliłem, zeszłorocznym przedstawił Brunona Schulza jako twórcę fantastyki grozy, porównywał go z Lovecraftem.
[01:46:59] - Ja tylko dodam, że szukajcie państwo w jednym z poprzednich wydań Bibliotekarium 2.0 z pierwszej ręki. Właśnie Wojciech Gunia, to pewno pierwowzór tego artykułu, opowiadał dokładnie o tych tematach u Wojtka Sedeńki na „Sedeńkonie”, o połączeniach pomiędzy autorami. Więc tu będziecie mieli państwo autora z głosem i pewną ekspresją. Natomiast w Fantastyce to taki wywód bardziej pisany, literacki.
[01:47:33] - Jeśli chodzi o moje porównanie z Schulzem, to być może jest ono na wyrost. Nie wiem, to po prostu jest moje odczucie. Zaznaczam: moje odczucie czytelnika. Ja w tym świecie trochę schulzowskim byłem, gdy czytałem „Przypadki Grendziego Bardocka” i kafkowskim również. I nie sposób temu zaprzeczyć. Chociaż nie wiem, jak kto próbował, bo jeżeli ktoś idzie ciemną ulicą i gdzieś tam z tyłu idą jacyś dwaj mężczyźni, którzy być może są przypadkowymi przechodniami, a być może są prześladowcami i to nie jest do końca powiedziane. I szuka się różnych absurdalnych czasami dróg ucieczki, które już z racjonalnym sposobem postrzegania rzeczywistości niewiele mają. Potem się wpada do świata klasztoru, który jest tak naprawdę jakimś więzieniem, a jednocześnie, bo tylko w tym więzieniu można się zamknąć, żeby uciec przed być może zupełnie wyimaginowanymi oprawcami, w którym to klasztorze z kolei jest okazja spotkać się z zakonnikiem, który cieszy się bardzo, że może spotkać człowieka wątpiącego w istnienie Boga, bo jak wiadomo, ci ludzie bardzo chętnie podejmują wtedy dyskusję, uwielbiają ateistów, agnostyków i tak dalej. I ten człowiek nagle znajduje się w zupełnie innej rzeczywistości. I takich przypadków w przypadkach Grendziego Bardocka jest bardzo dużo.
Jeżeli one nie są oniryczne, jeżeli one nie są schulzowskie. Ja wiem, że u Schulza jest co innego jeszcze, bo Schulz każdą historię, którą opowiada, to każda z tych historii odnosi się do mitu jakiegoś, głównie do mitów związanych z judaizmem. Ale podobnie jak Bardock, który szuka czegoś bardzo ważnego, tak samo u Schulza. Jego bohaterowie też szukają na przykład jakiejś książki, która wyjaśnia wszystko, „Aluzjatory” i tak dalej. Także ten klimat na pewno schulzowski, aura symboliczna, która nad wszystkim wisi, to jak najbardziej w tej książce można znaleźć. Oczywiście inny język, inne wykonanie, inna droga. Ale klimat schulzowski tutaj jest. Dlatego wspomniałem o tym, że książka ma taki oniryczny charakter.
[01:49:58] - Ty, Tadeuszu, masz taką cudowną właściwość, że jedno po drugim wytrącasz mi pytania, które miałem przygotowane. Ale dobrze. Bo padają wielkie nazwiska: Schulz, Kafka.
[01:50:11] - A dlaczego nie?
[01:50:12] - Nie, ja zupełnie nie mam co do tego wątpliwości. Natomiast może się u naszych słuchaczy pojawić takie przekonanie, że książka jest trudna, że przebija się człowiek przez nią jak górnik przez pokład. Tymczasem książkę czyta się-
[01:50:28] - Jednym tchem.
[01:50:29] - Lekko. Bardzo lekko się ją czyta, niejako wsysa. Szanowny autorze, ja mam takie poważne pytanie: jak osiąga się pewną sprawność literacką i Taki styl, który wciąga czytelnika. W przypadku debiutu to tak, jakbyśmy powiedzieli, że znikąd. Na pewno nie znikąd, więc skąd?
[01:50:56] - Skąd? Nie wiem. Jestem zaskoczony tym, co teraz usłyszałem, powiem szczerze. Może to będzie niepoprawne, może to będzie słabe, ale powiem tak: nigdy nie czytałem Schulza, nigdy nie czytałem Grabińskiego. Kafki czytałem „Proces” i to bardzo dawno, i podobał mi się ten klimat, ale to było lat temu ze trzydzieści. Natomiast czytam bardzo dużo, ale raczej prozy japońskiej i tej starej prozy japońskiej z przełomu wieków. Norweską literaturę sobie cenię i trochę różnych innych hiszpańskich rzeczy, w których jest troszeczkę nierzeczywistych opisów, nierzeczywistych postaci. Jak to Tadeuszowi powiedziałem kiedyś: śmierć jedności czasu, miejsca i akcji. Przede wszystkim to jest naturalne moje podejście do tego, co robię, ale również to dotyczy muzyki. Rozszerzę tutaj pół zdaniem o to, że w pracy zawodowej również staram się zwykle wywracać temat do góry nogami, jak się za niego zabieram.
Nie interesuje mnie podejście takie, określając to hasłowo: bo tak należy, bo tak się robi, bo tak jest przyjęte, bo tak wszyscy robią. Nie jestem rewolucjonistą, ale jestem raczej indywidualistą, jak coś robię. I robię najpierw tak, jak ja chcę. Ewentualnie lekko koryguję później. Ta książka została napisana, powtórzę to, co powiedziałem, niestety na początku będzie to mało twórcze znowu, ale powtórzę – to wyszło ze mnie w sposób naturalny.
[01:52:52] - Okej, ale ja zapytam o coś takiego, bo szczególnie proces tworzenia książki wydaje się być procesem złożonym. To znaczy, to nie jest tak, że człowiek siada i pisze książkę od początku do końca. Czasami zresztą tak jest, ale na ogół nie. To ja mam pytanie warsztatowe: jak to wyglądało? Czy ta książka powstawała pewnymi skokami, rwana, rwane to było, czy też rzeczywiście od deski do deski, od początku do końca? Czy też były tak zwane dopiski, jakieś cofnięcia się, jakieś uzupełnienia, jakieś refleksje, że tego jeszcze nie było, więc trzeba się cofnąć i gdzieś to wstawić? Jak ten proces twórczy wyglądał? Bo ja tutaj oczywiście podpowiadam, sugeruję pewne rozwiązania, a tymczasem może to wycofam i zapytam, jak to wyglądało.
[01:53:48] - Zrozumiałem pytanie. Jeżeli chodzi o taką redakcyjną bardziej stronę już. Jeżeli pisałem i piszę, to piszę. Po prostu piszę, nie zastanawiam się nad tym, co z tym tekstem zrobię. Natomiast jeżeli chodzi o redakcyjną stronę, dopieszczanie tego już bardziej bym to powiedział, to owszem, był tutaj jeden taki tajnik. Może nie tajnik, ale jedna taka rzecz, którą robiłem dość długo, to było pocięcie wątków i odpowiednie rozmieszczenie ich, przeplatanie wątków, żeby to się dobrze czytało i żeby ta akcja szła dwutorowo, bo cała rzecz na tym polega. Pierwotny tytuł to było „My dwaj”, potem „Duator”. Tytułów było mnóstwo. Natomiast te tytuły pierwsze oddają całą istotę tej książki, że są dwie postaci, które żyją i tak dalej, co już zostało wcześniej powiedziane. I sporo czasu, może nie tyle czasu w sensie fizycznym, ale zaangażowania umysłowego włożyłem w to, żeby to odpowiednio przeplatać, bo tam jest Bardock pierwszy, Bardock drugi, więc żeby to tak fajnie się komponowało.
Jeżeli chodzi o dopiski, to w stopniu minimalnym były. Bardziej tutaj Marta dołożyła pracę redakcyjną.
[01:55:22] - Marta Sobiecka, redaktor tomu.
[01:55:24] - Żeby to się dało w miarę dobrze czytać. I to, że to się w miarę dobrze daje czytać, to jest głównie jej zasługa, nie ukrywam. I tutaj wielkie podziękowania za zaangażowanie, za profesjonalizm, za cierpliwość. Praca z debiutantem musi być trudna, zdaję sobie z tego sprawę. Mam do siebie dystans, mam dystans do swoich umiejętności warsztatowych. Natomiast z Martą tutaj w dziewięciu na dziesięć przypadków jej sugestii zgadzałem się bez mrugnięcia okiem. Uważałem je od razu za słuszne. W niektórych przypadkach bardzo szczególnych, wyjątkowych, dotyczących zwykle wątków właśnie osobistych, których znaczenie, istotę wyłapywała w lot, musieliśmy chwilę podyskutować. Po wyjaśnieniu zwykle zgadzała się ze mną, że jednak tak zostawiamy. Tak mówiąc krótko.
Chyba nie zdradziłem zbyt dużo, jeśli chodzi o kuchnię redakcyjną.
[01:56:34] - Nie.
[01:56:35] - I to jest wszystko. Natomiast co do treści i samej formy i sposobu pisania, to po prostu tak wyszło. Jeżeli wyszło dobrze, to niezmiernie się cieszę. Nie ma większej radości w żadnej dziedzinie, czy to jest proza, czy muzyka, czy praca zawodowa, że jeżeli ktoś zauważa z zewnątrz, że to jest fajne, co powstało i nie zostało zrobione pod kogoś. I to jest najbardziej istotne.
[01:57:05] - Ja mam teraz pytanie tak bardzo nie à propos poprzednich wypowiedzi, ale aż czuję, że muszę je zadać. Skąd ta fascynacja pociągami?
[01:57:17] - To jest bardzo proste.
[01:57:20] - Słucham?
[01:57:21] - Mam makietę kolejową, już drugą zbudowałem, więc to wszystko trwa cały czas.
[01:57:26] - Duża? Ile tył?
[01:57:27] - TT.
[01:57:28] - Aha.
[01:57:28] - Jeden do sto dwadzieścia, ale dość duża wielkością. Powiem w ten sposób. To jest bardzo proste. Tylko nie wiem, czy mogę to powiedzieć. Tu nie chodzi, że to jest obsceniczne, co powiem oczywiście, czy niepolityczne. Natomiast w pewnym sensie to wynika z książki, a nawet dokładnie wynika z książki.
[01:57:53] - Aha. Tak. Dobrze.
[01:57:56] - To może niekoniecznie.
[01:57:58] - Jeżeli jesteście państwo zatem zainteresowani skąd sesja może nie, ale duże zainteresowanie pociągami to do książki odsyłamy. Tadeuszu, ale ja mam jeszcze pytanie do ciebie, ponieważ długo obcowałeś z tą książką i właściwie do końca byłeś takim człowiekiem, który wskazywał autorowi kierunki. Mówiąc krótko czepiałeś się i to mocno. Jak uważasz, czy to jest pomocne dla autora, czy niepomocne? Robiłeś to z serca, robiłeś to z przekonania, ale jak uważasz? Wiem, że to jest bardziej pytanie do autora, ale właśnie ciebie postanowiłem o to zapytać.
[01:58:44] - Znaczy ja jestem czytelnikiem przede wszystkim. W życiu zredagowałem kilka poradników turystycznych i to jedyne redakcyjne rzeczy, które mi się tak naprawdę udały. Raz próbowałem redagować książkę we współpracy z autorem. Dawno temu to było. Nie będę już wymieniał tytułu ani nazwiska, ale potem stwierdziłem, że nigdy więcej w życiu czegoś takiego nie zrobię, bo się kompletnie nie rozumieliśmy do tego stopnia, a ja plus nie mam takich umiejętności, a na pewno nie mam takich umiejętności jak Marta Sobiecka, która gdzieś tam próbuje pertraktować. Machnąłem ręką, tylko wstydzę się, że gdzieś tam jest moje nazwisko jako redaktora podane, bo autor zrobi to i tak po swojemu wszystko. Ale to już tak na marginesie stwierdziłem, że nie. A jeśli chodzi o beletrystykę, to tym bardziej nigdy w życiu nie ośmieliłbym się wtrącać do treści, ponieważ to jest tak, jakbym grzebał w czyimś życiu. W przypadku beletrystyki, co innego publicystyka. Nagle mam zmienić myśli jakiejś postaci, nagle ma ona inaczej zacząć mówić, nagle ma się zmienić trochę świat i ja mam prawo do tego?
To przecież stworzył ktoś inny. Więc stwierdziłem, że nigdy w życiu takimi sprawami się nie będę zajmować. Natomiast zawsze z chęcią wypowiadam się jako czytelnik. Po prostu co mnie uderza jako czytelnika, co mi się podobało, czy nie. W tym przypadku staram się być zawsze maksymalnie szczery, bo inaczej nie ma sensu, ponieważ gdzieś tam potem efekt tej mojej nieszczerości wyjdzie i będzie to po prostu raczej z niekorzyścią dla wszystkich.
[02:00:30] - A nawet autor po jakimś czasie może mieć pretensje.
[02:00:33] - Tak i słuszne by miał. Więc po prostu zawsze szczerze staramy się mówić. Tutaj jest taka moja mała, jak to się mówi, znalazłem taki fajny pomysł. Po prostu jeżeli widzę, że coś jest nie tak, to od razu odkładam i mówię, że nie, że lepiej niech ktoś inny to poczyta. Nie chcę już, bo miałem kilka razy takie sytuacje w życiu, że powiedziałem wprost człowiekowi: „człowieku, ty zapomnij o pisaniu w ogóle. Masz na pewno jakieś inne talenty. Coś innego rób, nie pisz tylko. Wszystko, tylko nie to”. Ci ludzie przeważnie, którzy na początku deklarowali, że chcą szczerej wypowiedzi-
[02:01:14] - Przestali być twoimi znajomymi.
[02:01:17] - Prawie że. Albo czasami nawet tak, dosłownie. Po prostu śmiertelnie obrażeni, bo jak to? Ale to tak na marginesie. Jeśli chodzi o to, ja bym takim beta czytaczem w sumie książki Bogusława. Pamiętam, że spotkaliśmy się kiedyś i pokazałem mu, co mi się tam nie podoba, jakie drobiazgi mi się nie podobają i Bogusław większość tych drobiazgów pozmieniał.
[02:01:46] - Wszystkie.
[02:01:47] - Czy nawet wszystkie.
[02:01:48] - Wszystkie. Usiedliśmy przy kamerze. To były pojedyncze słowa.
[02:01:52] - Ale to były dosłownie pojedyncze słowa. Coś, co tam mi chrzęściło. Mówię sobie to jakoś tak brzmi nie najlepiej, gdzieś tam to w oczy uderza czasami. I w związku z tym to eliminowaliśmy. Jedyna taka większa moja uwaga dotyczyła właśnie ostatniego rozdziału, o którym była mowa. Więc ja mogę powiedzieć, że ja się bardzo cieszyłem, że Bogusław to wszystko bierze pod uwagę, chociaż potem oczywiście nachodziły mnie wątpliwości i zastanawiałem się: „Boże, a może ja naprawdę źle zrobiłem, że gdzieś tam mnie to uderzało, że może narozrabiałem coś tam sugerując Bogusławowi”. Nie, bardzo fajnie z Bogusławem się współpracowało pod tym względem. To znaczy współpracowało, trudno mówić o współpracy, bardzo fajnie się z nim rozmawiało o tym. Także okej.
[02:02:40] - Panie Bogusławie, to teraz panu oddaję w tej samej sprawie głos.
[02:02:44] - Nie ma mi co dodania.
[02:02:46] - A to jest łatwe wyjście takie. Okej.
[02:02:49] - Nie, mogę tylko sprostować pana pytanie, w którym było zawarte stwierdzenie, że bardzo dużo zmian dokonał Tadeusz, czy bardzo mocny wpływ miał na treść. Bo taka była sugestia. Okej, zostanę przy swoim zdaniu. Czuję się sprostowany, niemniej pozostanę przy swoim zdaniu.
[02:03:13] - Też nie mam z tym problemu. Powiem tak: dla mnie usunięcie rozdziału, ile by nie miał znaków, i tak jest usunięciem rozdziału. I to była ogromna ingerencja. Według mnie na plus i nie żałuję tego. Natomiast poza tym to były pojedyncze słowa, które jak gdyby kosmetyka językowa.
[02:03:35] - Zgrzyty właśnie takie.
[02:03:38] - To była informacja zwrotna od czytelnika beta.
[02:03:41] - Dokładnie.
[02:03:43] - Okej, szanowny autorze, mam takie wrażenie, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bo powstała pierwsza książka. Ona już jest w rękach czytelników. Każdy może ją, jak to mawiają, nabyć drogą kupna. Ale wiem, już to zdradziłem zresztą w naszej rozmowie, że powstała, przynajmniej wiem o jednej książce, która gdzieś czeka w kolejce. Czy coś możemy na ten temat powiedzieć? I ile możemy na ten temat powiedzieć?
[02:04:13] - Możemy powiedzieć. Powiem tak: postaram się, nie, na pewno będę. Nie będę się starał, ja zawsze jestem i nie zawsze mi to wychodzi na dobre. Będę szczery. Wpadłem jak śliwka w kompot. Tworzenie światów, bo ja to tak nazwałem na swój użytek, pewnie niezbyt oryginalnie, ale mi to dokładnie odpowiada temu, co czuję.
[02:04:36] - Ależ bardzo cenne.
[02:04:37] - Tworzenie światów to jest dla mnie sto razy lepsze niż granie najlepszej muzyki. Po prostu pisząc, tworzę swój świat. Inaczej, najpierw tworzę świat, który opisuję.
[02:04:52] - Jest cała dziedzina zwana światotwórstwem. Ona dotyczy zarówno gier, jak i właśnie prozy. Czyli to jest.
[02:04:59] - Niestety nie jestem oryginalny znowu, ale pogodzę się z tym.
[02:05:02] - No, ale wróćmy do tego światotwórstwa.
[02:05:05] - Tak to wygląda i to mi się tak spodobało, że zanim jeszcze ta książka była redagowana, zanim była decyzja tak naprawdę o wydaniu tej książki, to ja już byłem w połowie następnej, bo „Grendziego” zacząłem pisać w 2019 roku, znaczy na przełomie 2019 i 2020.
[02:05:29] - I z tego, co wiem, ta kolejna książka zawiera w sobie jeszcze więcej takich elementów, pierwiastków fantastycznych.
[02:05:40] - Znaczy tam jest dopiero. Ja byłem zdziwiony. W ogóle chciałbym wrócić na chwilę, bo Łukasz Wodyński, rzeczony prawdziwy ojciec chrzestny lub odbierający poród, może nie. Właśnie, jeżeli już, to on był ojcem chrzestnym.
[02:05:55] - A tu siedzi akuszer.
[02:05:57] - Tu siedzi taki bardziej akuszer oczywiście, jeżeli się trzymamy tej nomenklatury. W każdym bądź razie to jest tak, że Łukasz nazwał to fantastyką. Mówi: „Stary, to jest świetna fantastyka. Ty piszesz jak Lem. Ja mam gościa, który się zna na literaturze fantastycznej. On to oceni i tak dalej. Jeżeli się zgodzisz, to i tak dalej.” Tak to było. Natomiast jaka fantastyka? Tam są jakieś elementy, owszem, jest ten świat, co Tadeusz wspomniał o tym życiu w apartamentowcach, gdzie są ruchome chodniki i tak dalej. Ale to nie jest jakiś bardzo odległy świat, bardzo nowoczesny.
[02:06:32] - Ale sam pomysł główny jest fantastyką. Ewidentnie.
[02:06:36] - Tak. Przeszczep mózgu, który w tej chwili, na tym etapie, w ten sposób nie jest możliwy do wykonania. Prawdopodobnie. Nie o wszystkim wiemy, ale właśnie w tej książce staraliśmy się też zachować dystans do wszystkiego. Natomiast jeżeli chodzi o drugą książkę, to powiem tak. Wszystko się zaczęło od tego, że kupiłem zegar po prostu w antykwariacie i kiedyś sobie wyśniłem to, że ten zegar to jest jakiś zegar nie magiczny, ale ten zegar musi mieć jakąś dziwną historię albo prowadzić do dziwnej historii. Ponieważ człowiek, którego znam od lat pracujący w tym antykwariacie, powiedział mi, że przeszukał wszystkie katalogi świata odnośnie zegarów zabytkowych i tego zegara nie ma. Nie ma tej firmy w ogóle. Zegar nie istnieje.
[02:07:39] - I to jest od razu na pierwszych kartach.
[02:07:41] - Tak. I od tego się zaczyna. A potem jest fantastyka. I to jest najciekawsze, że zaczyna się w antykwariacie, a kończy w świecie, którego zupełnie nie ma.
[02:07:52] - To teraz pan podbił ciekawość czytelniczą ogromnie.
[02:07:57] - Tłem jest właściwie sieciowość świata, czyli życie w sieci. To też nie jest żadna krytyka postępu technicznego czy tego, że stosujemy smartfony, komputery, internet, ale to jest kanwą tego, takim tłem, to jest ta sieciowość i co z tego może wyniknąć. Chociaż nigdy nie uważałem, że mogę być prorokiem w żadnym calu, ale to jest moje wyobrażenie tej sieciowości i wpływu na ludzi i na społeczeństwo. Bym musiał bardzo długo mówić, a też nie chcę spoilerować, jak się to ładnie teraz mówi. Po prostu odpuszczę dalej, nie będę komentował.
[02:08:42] - Okej, ponieważ „Bibliotekarium 2.0” nie ukrywam, czasami żywi się trochę ploteczkami, to ja też chciałbym namówić naszego gościa na ploteczki dotyczące warsztatu. Więc tak bezpieczne ploteczki. Bo jak już powstała druga książka, czy autor ma jakieś nawyki pisarskie? To znaczy, czy musi być kawka, czy musi być muzyczka w tle, czy musi być określony kolor klawiszy klawiatury? Nie wiem. Są najróżniejsze mody i dziwactwa. To, szanowny autorze, jakie dziwactwa, jeśli? Ciebie dotknęły.
[02:09:26] - Co jest dziwactwem? Moje zwykłe przyzwyczajenia mogą być dla kogoś dziwactwem. Zastanawiam się też, ile mogę powiedzieć.
[02:09:35] - O! I to już jest ciekawe.
[02:09:38] - Muzyka. Pan, szanowny redaktorze, akurat nie chce mi powiedzieć, przy jakiej muzyce pisze. Szanuję, ale już się domyślam. Ale to nie na antenie.
[02:09:47] - Okej.
[02:09:48] - Natomiast ja piszę przy bardzo różnej muzyce. Nie zawsze musi być. Czasami mi przeszkadza wręcz, a czasami wprowadza mnie w nastrój. Chyba nawet Tadeuszowi pokazywałem płyty, przy których piszę najczęściej. Mam kilka płyt, ekstremalna rozbieżność stylów. Jest free jazz, free jazz solo na trąbce, stary prog rock, rock progresywny i bossa nova brazylijska, taka z koncertu z lat 50., taka dwugodzinna, podwójny album słabej jakości, który sobie lekko rzęzi, trzeszczy.
[02:10:42] - Łagodna muzyka.
[02:10:43] - Raczej tak. One nie są spójne w ogóle, w żaden sposób nie da się ich połączyć.
[02:10:50] - To mamy tło dźwiękowe, rozumiem. A jeszcze jakieś inne tła?
[02:10:55] - Nie ma. Zwykle na leżąco.
[02:10:58] - Pisanie na leżąco?
[02:10:59] - Teksty piszę na siedząco, a te piszę na leżąco.
[02:11:05] - Wow! To jednak jest To już jest jednak-
[02:11:10] - To może stąd ta oniryczność.
[02:11:13] - To naprawdę wiele wyjaśnia. Wiktor Żwikiewicz kiedyś powiedział, że zdarzyło mu się, że stracił kontrolę nad tekstem. W pewnym momencie ocknął się przy jakimś kawałku swojego tekstu, ale nie pamiętał, jak powstał ten tekst pomiędzy tym, który pamiętał i tym, przy którym się ocknął.
[02:11:40] - Prawdziwy strumień świadomości.
[02:11:41] - Dokładnie tak. Nie żeby to zbyt często przeżywał, ale podkreślał, że mu się zdarzyło. Różnie bywa. Wiktor miał różne przypadki w swoim pisarskim życiu. Mam jeszcze takie pytanie. Ja je zawsze perfidnie, złośliwie i podstępnie zadaję wszystkim autorom. Ono jest bardzo proste. Jakbyś, szanowny autorze, miał ochotę, miał potrzebę, byłaby taka konieczność, żeby książkę, tę, o której mówimy, czyli „Przypadki Grendziego Bartoka” zareklamować. To właśnie jest ten czas, kiedy możesz to zrobić. I jakimi słowami?
[02:12:23] - Ma bardzo ładną okładkę. Zapomnieliśmy dodać. To na pewno już jest coś. Ładnie na półce będzie wyglądała. Czerwony grzbiet ma biały napis napisany dużymi literami. Jest na dole moje nazwisko.
[02:12:39] - Podajmy autora tej okładki.
[02:12:42] - Właśnie zapomniałem o jednej rzeczy. Chciałbym podziękować autorowi okładki i ilustracji, bo nie mówiliśmy jeszcze o tym, że książka jest ilustrowana. Co prawda nie pamiętam, ile jest tych ilustracji, ale około pięciu.
[02:12:59] - Ale każda z nich jest frapująca. To chyba dobre słowo.
[02:13:03] - Oniryczna.
[02:13:04] - Oniryczna. Dokładnie tak.
[02:13:06] - To jest dzisiaj nieczęste, żeby były autorskie ilustracje do książki. Mój kolega artysta z Torunia wykonał te ilustracje pod wpływem, można powiedzieć, przeczytanego tekstu. Okładka jest bardzo oryginalna, jest niepowtarzalna. Co do treści, to już zostało powiedziane. Książka nie jest trudna. Podobno czyta się dobrze. Mogę powtórzyć, bo nie czytałem jej i zazdroszczę, powiem szczerze ludziom, którzy będą ją czytać po raz pierwszy, ponieważ ja już, tak samo jak stworzenie muzyki, nigdy nie jestem w stanie odnieść takiego wrażenia, jakbym słyszał to, co zrobiłem po raz pierwszy. To chyba wiemy dobrze, o czym myślę. Natomiast chciałbym nagle się wyzerować, zresetować i sobie ją przeczytać i wtedy bym powiedział coś więcej, jak mógłbym ją zareklamować. Ale to tak gdzieś za 10 lat, podejrzewam.
Nie wcześniej, ale myślę, że przede wszystkim oprę się tutaj na czytelniku beta, który powiedział, zresztą pan redaktor szanowny też powiedział, że wchodzi raczej bez problemu.
[02:14:23] - Gładko wchodzi.
[02:14:24] - Więc to chyba już jest jakaś rekomendacja. Wystarczy umieć czytać i mieć trochę czasu. Nie jest długa, niecałe 200 stron.
[02:14:37] - Ja jeszcze tylko dorzucę nazwisko ilustratora, człowieka, który stworzył okładkę. To jest Tomasz Przeździecki.
[02:14:45] - Tak jest. Zresztą właśnie wykonuje ilustracje i okładkę do kolejnej książki.
[02:14:52] - Wow.
[02:14:53] - Ale trzecia będzie bez ilustracji. To już decyzja zapadła.
[02:14:57] - A kiedy się ta książka pokaże?
[02:14:58] - Która?
[02:14:59] - Ta druga.
[02:15:00] - Ja nie wiem, ale trzecia została skończona wczoraj.
[02:15:05] - A jaki będzie miała tytuł ta trzecia?
[02:15:07] - „W pętli”.
[02:15:09] - I też będą elementy fantastyki?
[02:15:12] - Tak.
[02:15:15] - To, proszę państwa-
[02:15:17] - W bardzo ważnym momencie rozmawiamy.
[02:15:19] - To już bardzo ważny moment. Ja wiem, że każdy autor, kiedy kończy książkę, to jest taki moment Jak zwykle przesadzę, ale niech mi będzie. Tym razem mogę sobie na to pozwolić. Jest taki moment mistyczny. Świat został stworzony à propos światostwórstwa. Pewne wątki zostały zaplecione, skończone. To jest taki moment, w którym czuje się moc. Autor czuje wtedy moc. I właśnie, proszę państwa, na taki moment w przypadku Bogusława Raca trafiliśmy. Wczoraj została ukończona książka.
[02:15:52] - To dla nas też jest niezwykłe przeżycie.
[02:15:54] - Tak, to prawda. Zawsze zazdroszczę autorowi, że skończył, bo przypomnę, mieliśmy takiego autora, który zapytany, czy lubi pisać, odpowiedział, że właściwie to nie. On lubi mieć to już napisane. I to jest ten moment, który przeżywa się najbardziej. Bo sam proces tworzenia bywa czasami męczący. Raz jest przyjemny, raz jest męczący. Ale jak się już ma to napisane, to nie ma lepszej chwili.
[02:16:32] - Dla mnie pisanie nie jest męczące. Dla mnie pisanie jest przyjemne. Dla mnie jest najlepszy moment, kiedy piszę. Najtrudniejszy moment był, bo dwa razy pracowałem przy dwóch książkach przy redakcji tekstu i dla mnie redakcja jest taką trochę niepotrzebną – oczywiście z dystansem podchodzę do tego słowa „niepotrzebną” – pracą. Najlepiej, gdyby autor nie brał prawie udziału w redakcji. A ja piszę tak, jak to zresztą Tadeusz mi kiedyś powiedział, że podobno należy pisać, nie zastanawiając się nad budową zdań i tak dalej, żeby nie uciekły te najważniejsze wątki, które się ma w głowie. I ja odruchowo zawsze tak robiłem. Natomiast potem przetwarzanie tego tekstu, robienie z tego tekstu, który będzie się dobrze czytał, będzie zrozumiały, będzie poprawny stylistycznie i tak dalej, to jest ta praca, której nie lubię. Nie ukrywam, że nie lubię. Ja bym już chciał pisać dalej.
[02:17:37] - Następną.
[02:17:38] - A teraz będę musiał usiąść niestety i dlatego, panowie, się cieszycie, co mnie bardzo cieszy, że się cieszycie.
[02:17:45] - Czyli ty się cieszysz podwójnie.
[02:17:48] - A ja się cieszę podwójnie, ponieważ od weekendu siadam od początku i mam nadzieję, że się nie okaże, że mi się nie będzie podobało to, że w ogóle będzie niewesoło.
[02:18:00] - Proszę, jak to jest dziwnie, właśnie sobie uświadomiłem, że każdy ma jednak to skonstruowane inaczej. Bo ten moment, którego, szanowny autorze, tak nie lubisz, ja lubię najbardziej. Ja najbardziej lubię siąść do swojego tekstu, kosić go tak jak redaktor zewnętrzny, mówić sobie, co o sobie myślę, czytając niektóre zdania albo niektóre frazy, albo nawet całe fragmenty. Mówić sobie szczerze, kim jestem i dlaczego taki jestem, ale jednocześnie sunąć z tą pracą do przodu. To jest w sumie dla mnie najbardziej kręcący moment w całej pracy, więc wynika z tego, że różne rzeczy nas bawią w trakcie pisania. To chyba dobrze. Czy ty, Tadeuszu, znasz wszystkie – rozumiem, ostatnią nie – ale drugą książkę znasz?
[02:18:53] - Nie, jeszcze jej nie poznałem. Zacząłem czytać dopiero. Niestety nie za bardzo mogłem wskoczyć dalej. I to nie dlatego, że tekst nie wciąga. Niedługo ją poznam. Znam też pewien fragment późniejszy związany z Matką Teresą i Ojcem Tadeuszem, ale o tym nie będę specjalnie mówił, bo bym spoilował. Natomiast skoro dziś dużo znanych i wielkich nazwisk zostało tutaj wymienionych, to ja jeszcze tylko dodam, bo ta uwaga, którą przekazałem Bogusławowi na temat tego, żeby pisać na luzie, a potem dopiero zatrzymać się i coś z tym robić, to jest pomysł Gombrowicza. W „Dzienniku” Gombrowicz taką radę daje właśnie początkującym pisarzom, żeby pisali, nawet niech to będzie z 20 stron od razu, bez zastanowienia, tak automatycznie wręcz. A potem wielka radość. To mówi Gombrowicz.
Z kolei Bogusław nie wiem, czy się z tym zgodzi. Potem wielka radość, wykreślanie tego wszystkiego, co nie ma sensu. To z kolei ty, Marku.
[02:20:02] - Nie, ja też wykreślam. Oczywiście, że tak.
[02:20:04] - Tak? Tobie to radości nie sprawia.
[02:20:08] - Ja prędzej się zastanawiam, co ja tutaj wypisałem. Nie. I od razu kasuję. Ale, Tadeusz, przypomniałeś mi jedną ważną rzecz odnośnie warsztatu, jeżeli to w moim przypadku w ogóle warsztatem, sposobu pisania. To jest jedna kluczowa rzecz, o której chciałbym mimo wszystko powiedzieć bez zadawania o to pytania. Może uzupełnię odpowiedź na pytanie o warsztat. To jest jedna najważniejsza rzecz, którą już teraz mogę powiedzieć, bo w trzech przypadkach, przy trzech tekstach było tak samo i to się dzieje poza mną, poza decyzją moją. To nie jest moja decyzja, nie mój wybór. Nie mam nigdy planu książki. Nigdy.
Ja nie wiem, jak ona się skończy. Ona się rozwija w trakcie pisania. Dosłownie. Wizję mam na najbliższe kilka stron tekstu ewentualnie. A potem z tego tekstu wynikają następne rzeczy i dopiero na końcu okazuje się, jaki będzie finał, czy w ogóle będzie finał. Ja w ogóle nie lubię tekstów, filmów, książek, opowiadań z jakimś wyraźnym zakończeniem. To dla mnie w ogóle jest To po co to pisać? Od razu napisać zakończenie. Natomiast to jest najważniejsza cecha. Ale co mi to daje?
Oprócz tego, że to nie jest wybór mój, tylko tak już się dzieje, to dla mnie, żeby mi nie uciekła myśl. Mi to daje radość cieszenia się moją książką. Ponieważ gdybym ja miał plan od początku do końca, to znam siebie, bym się męczył. Byłoby tak, jak było powiedziane, że mnie jakiś pisarz na pana pytanie odpowiedział, że dla niego samo pisanie jest męczące. Dopiero jak książkę ma napisaną, to wtedy dopiero odczuwa radość. Ja odwrotnie. Jak napisana, to jest po prostu już napisana. Już jest dobra. Ale pisanie jest dla mnie tym momentem podwójnym, potrójnym, poczwórnym wzmocnieniem tego odczucia, jakbym był czytelnikiem. Gdybym nie miał radości, gdybym pisał inaczej, nie pisałbym po prostu.
Byłbym rzemieślnikiem typu takim, gdybym miał to wykonać według swojego planu, nie chciałbym tego robić. Wybrałbym co innego w życiu w tym czasie, bo to jednak, jak wiadomo, trochę czasu zajmuje napisanie trzystu tysięcy znaków i żeby to tworzyło jakąś całość, to nie jest łatwe. W sensie czasu. Nie robi się tego w ciągu kilku godzin. Ilość życia to pochłania, więc szkoda by mi było czasu na pisanie według planu.
[02:23:06] - To musi być feeling, tak jak w przypadku muzyki.
[02:23:10] - Albo jest, albo go nie ma. I albo piszę, albo nie. Albo piszę w ciągu trzech lat, albo nie piszę wcale.
[02:23:18] - Cóż, to czekamy zatem na następne książki. Zakończę takim apelem, który wydaje mi się oczywisty. Czytajcie państwo powieść "Przypadki Grendziego Bardocka" autorstwa Bogusława Raca. Panom pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[02:23:36] - Dziękuję.
[02:23:37] - I mam nadzieję, że to nie jest spotkanie ostatnie przy tym mikrofonie.
[02:23:47] - Uliczne latarnie zapłonęły niemrawym światłem, zwiastując nadchodzącą noc. Jakby pod ich wpływem Bardock wybudził się z letargu i natychmiast skonstatował, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje ani jak tutaj trafił. Szedł chodnikiem w środku miasta w stroju raczej niestosownym do zwiedzania, ani też wizytowania kogokolwiek. Nogi jak zautomatyzowane niosły go wzdłuż rzędu wysokich budynków. Zauważył, że gdy mijał przechodniów, ci z mniejszym lub większym zdziwieniem spoglądali w jego kierunku. Zatrzymał się przed ogromną oszkloną witryną sklepu z odzieżą i spoglądając na swoje odbicie zrozumiał, dlaczego jego wygląd budził takie zainteresowanie, czy raczej konsternację wśród mijanych ludzi. Przyczyną był ubiór typowo szpitalny, jaki stosowano w klinikach neurochirurgii eksperymentalnej. Jedwabiste spodnie oraz marynarka koloru srebrnego okrywały ciało, wywołując dość niezwykłe wrażenie na tle atmosfery miasta. Był to rodzaj kimona bez przepasania zapinanego na niewidoczne na zewnątrz klamry elektromagnetyczne. "Rzeczywiście wyglądam dość idiotycznie" – powiedział pod nosem.
"Przepraszam, pan czegoś szuka?" – usłyszał cichy i łagodny głos. – "Może w czymś pomóc?" Bardock rozejrzał się wokół w poszukiwaniu źródła głosu. W zagłębieniu tworzącym wejście do sąsiedniej posesji dostrzegł postać. Jego stan nadal można było nazwać półsnem, półjawą, a odczucia rzeczywistości i wyobrażeń toczyły między sobą nieustanną przepychankę. Kiedy zobaczył zacienioną sylwetkę w bramie, przeważyły odczucia realizmu i postrzegania teraźniejszości. Nie wiedział jednak, jak i czy w ogóle powinien zareagować na zaczepkę nieznajomego. Nadal nie rozumiał, gdzie dokładnie jest i skąd właściwie się tutaj wziął. Dokładać więc jeszcze jeden element do zagadki? Może to właśnie, przynajmniej w części, naprowadzi go na właściwy trop. Ulicą przejechał samochód.
Pierwszy, na który zwrócił uwagę. Nie zauważył, jaka to marka czy model. Nie widział twarzy kierowcy ani ewentualnych pasażerów, ale widział wyraźnie, że był to samochód. Dokładnie przed chwilą przejechał obok niego w odległości nie większej niż kilka metrów. Pierwsze tak wyraźne odczucia bieżących zdarzeń w czasie rzeczywistym. Nie było to wcale przyjemne. Można by porównać to do wybudzenia ze snu, kiedy to jawa jest mniej przyjemna od marzeń sennych. "Zgubił się pan? Proszę śmiało powiedzieć, a postaram się jakoś pomóc." Nieznajomy ponowił zaczepkę. Podszedł powoli do Bardocka i delikatnie oparł dłoń obleczoną w czarną skórzaną rękawiczkę o jego ramię.
Spojrzał z troską. Był wzrostu nieco poniżej średniej dla mężczyzny z pierwszej połowy XXI wieku. Twarz pozostawała nieoświetlona, za to wyraźnie zaznaczał się kontur jego sylwetki. Wskazywało to na typową budowę ciała. Informacje, które był w stanie zebrać, nie pozwalały o nieznajomym stwierdzić niczego więcej. "Nie, nic, nic" – szepnął pod nosem, jakby niechcący. "Słucham? Coś pan powiedział do mnie? Proszę pana, proszę powtórzyć. Proszę się nie obawiać." "Nie, to nic.
Dziękuję za zainteresowanie, ale nic nie potrzebuję. Proszę dać mi spokój." Obrócił się i ruszył powoli przed siebie. Po kilkudziesięciu krokach poczuł, iż dzieje się z nim coś dziwnego i stwierdził, że chyba zasypia idąc. Światła stawały się coraz bardziej rozmazane i krążyły względem siebie jak świecące kryształki w dziecięcym kalejdoskopie, a dźwięki ulicy zmieniły swoją barwę i natężenie, jakby docierały do niego zza niewidzialnej szklanej bariery. W końcu ogarnął go błogi spokój. W niedużym pokoju z wysokim sufitem panował prawie całkowity mrok. Była to architektura, jaką zwykle można spotkać w starych miejskich domach wielorodzinnych, niesłusznie zwanych kamienicami. Jedynym jaśniejszym punktem, a zarazem źródłem słabego światła był ekran komputera, w który wpatrywała się uważnie skulona postać. Niepozorność postury podkreślał niestaranny ubiór oraz nieuczesane włosy niecałkowicie przykrywające głowę. Poza delikatnym odgłosem pracującego w komputerze wentylatora jedynymi dźwiękami były stłumione pomruki ruchu ulicznego, ledwo co słyszalne przez nowoczesne okna.
Pokój był urządzony niezwykle praktycznie. Łóżko, stół z czterema krzesłami, biurko z fotelem, szafa oraz regał na kilkanaście książek. Żadnych ozdób, ramek ze zdjęciami, nic, co odróżniałoby pomieszczenie od hotelowego pokoju. Światło monitora sprawiało, że twarz siedzącego przy biurku wyraźnie odcinała się na tle ciemnego otoczenia, a w szkłach okularów odbijał się podwojony obraz. Twarz ta była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu, przez co odczytanie nawet najdrobniejszych śladów emocji było niemożliwe. Na łóżku stojącym naprzeciw biurka ktoś spał. Leżał na boku, plecami zwrócony do wnętrza pokoju, przykryty szarym kocem. Wyglądał jak element wyposażenia tej ascetycznej przestrzeni. Równomierny oddech dochodzący od strony łóżka świadczył o tym, że ów osobnik śpi. Mężczyzna siedzący przy komputerze od czasu do czasu zerkał sponad okularów w jego stronę.
Naina? Naina, jesteś tutaj? Mężczyzna leżący na łóżku uniósł głowę. Twarz miał skierowaną ku sufitowi. Zamarł na chwilę w oczekiwaniu, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, gwałtownie obrócił się w kierunku siedzącego przy biurku mężczyzny. „Gdzie jestem? Kim pan jest?” Wannabe zdjął powoli okulary i niespiesznie włożył je do sfatygowanego, czarnego, skórzanego etui. Wyłączył komputer i zamknął monitor. Wstając powoli, wziął do ręki pióro i spojrzał w okno. Stał przez chwilę w milczeniu, jakby nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć i układał w myślach odpowiednie zdania.
„Kim pan jest?” W zdecydowanym tonie pytającego słychać było zniecierpliwienie. „Nazywam się Wannabe. Ishiro Wannabe. Proszę się nie niepokoić. Zaraz panu wszystko wyjaśnię”. „Wyjaśnię? Czy my się znamy? Nie przypominam sobie takiego nazwiska. Tak w ogó--” Rozmówca przerwał mu w pół słowa. „Spokojnie, proszę mnie wysłuchać, a postaram się opowiedzieć wszystko po kolei w jak najbardziej skondensowany sposób”.
„Nie rozumiem. Co chce mi pan wyjaśnić w skondensowany sposób? Kim ty właściwie jesteś, człowieku? I gdzie ja jestem? Chcę natychmiast stąd wyjść”. Zerwał się na równe nogi. Rozejrzał po pomieszczeniu w poszukiwaniu drzwi, lecz niespodziewanie poczuł niemoc, która niemal całkowicie go sparaliżowała. Niemoc była tak wszechwładna, że objęła zarówno ciało, jak i umysł. Gwałtowność myśli zniknęła i poczuł błogi spokój. Twarz nieznajomego, która jeszcze przed chwilą wzbudzała wyłącznie niepokój i lęk, wydała mu się miła i przyjazna.
„Nie wiem, kim jesteś” — Wannabe mówił głosem spokojnym, wręcz monotonnie hipnotyzującym. „Znalazłem cię na ulicy, nieopodal miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Nie umiałeś mi powiedzieć nic o sobie i co się stało, że błądziłeś po nocy. Twoje zachowanie jednoznacznie wskazywało na to, że z jakiegoś powodu się zgubiłeś i najwyraźniej straciłeś pamięć. Po krótkim namyśle postanowiłem zabrać cię do siebie. No i jesteśmy”. „Panie, mm...” „Wannabe. Możesz mi mówić Ishiro. Będzie nam łatwiej się komunikować, a mamy sobie sporo do wyjaśnienia. Czy pamiętasz, jak się nazywasz?
Albo chociaż skąd pochodzisz? Gdzie mieszkasz?” Bardock był w stanie tak zwanego dziurawego umysłu, co polegało na tym, że Wannabe wdzierał się z pytaniami w sam środek jego jaźni bez żadnej reakcji obronnej atakowanego. Nie wiedział, że poddany został swoistemu zmiękczeniu hipnotycznemu bez przeprowadzenia typowego seansu, a wyłącznie przy pomocy hipnozernianów. Hipnozerniany były związkami opracowanymi przez profesora Wannabe jeszcze podczas pobytu na Wydziale Neurocybernetyki Niestosowanej Uniwersytetu w Gasherf. Jako człowiek raczej skryty i nieskłonny do wynurzeń na temat swoich odkryć, Wannabe nie zdążył jeszcze nawet dobrze przetestować swego wynalazku. Jedyną osobą, która doświadczyła działania hipnozernianów w czystej postaci nasyconej, była jego asystentka Naina. Szczupła, niewysoka blondynka o niezbyt wyszukanej urodzie. Po namowach Wannabe zgodziła się na przyjęcie dziesięcioprocentowej dawki specyfiku zawierającego hipnozerniany. Wiedział, że Naina kochała się w nim skrycie i dzięki temu stosunkowo łatwo będzie ją namówić do udziału w eksperymencie. Na co dzień udawał, że nie zauważa adorującej go na każdym kroku asystentki, ale zdawał sobie sprawę, że nawet podczas robienia jej nieprzyjemnych uwag, Naina wpatrywała się w niego maślanym wzrokiem.
Wielokrotnie prowokowała sytuacje, kiedy spotykali się sam na sam w laboratorium albo w sali wykładowej. Celem eksperymentu z hipnozernianami było sprawdzenie, czy efekt obezwładnienia świadomości oraz woli jest wystarczający. O prawidłowym działaniu tego specyfiku wiedział już, testując go wielokrotnie na dzikich szczurach Które po zaaplikowaniu im niewielkiej dawki stawały się przyjazne i posłuszne. Jedną z cech, które należało przetestować na ludziach była kontrolowana w zależności od dawki utrata wspomnień dotyczących przeszłości. Chodziło o tak zwane selektywne wymazywanie przeżyć. To było poza możliwościami badawczymi, którymi dysponował na uniwersytecie, ponieważ nie miał oficjalnej zgody na przeprowadzanie testów na ludziach. Mało tego, nikt tak naprawdę nie wiedział o tym odkryciu. Nawet Naina, której oświadczył, że to, nad czym pracuje, to lekki środek uspokajający, mający stać się przebojem handlowym, opracowywanym w tajemnicy przed władzami uniwersytetu na zlecenie pewnego koncernu farmaceutycznego. Testy przeprowadzone na asystentce wypadły zachęcająco. Pozostało jedynie czekać na pełne wykorzystanie wynalazku.
Trafiło na Bardocka. To on pierwszy otrzymał znaczną dawkę wynoszącą półtora netry hipnozeriana w postaci fluidu nanoszonego na powieki. Pierwszą dawkę zaaplikował delikwentowi już podczas pobytu w szpitalu, zaraz po przeprowadzonej transmisji.
[02:35:31] - Proszę państwa, teraz będzie kolejny wykład. Wykład na cztery ręce. Już się państwo zapewne domyślają, że tym mało zgrabnym żartem zapraszam państwa na „Filmotekarium”. Dzisiaj to „Filmotekarium”, proszę państwa, mocno się przedłuży, bo jak zaczęliśmy z Piotrem rozmawiać o kuzynach i pociotkach ksenomorfa, to tak nam pękły prawie dwie godziny. Myślę, że to będą ciekawie spędzone prawie dwie godziny, bo tam rozwłóczyliśmy, proszę państwa, tego ksenomorfa. On na ogół ksenomorf rozwłócza innych. Tym razem myśmy się troszeczkę zabawili. Zrobiliśmy też mały skręt w kierunku literackich kuzynów, a mianowicie w kierunku „Hyperiona” czy „Haiperiona”. Purystów językowych i tak nie przekonam. W każdym razie tu jeszcze sobie troszeczkę skręciliśmy w kierunku filmu, a właściwie filmów zatytułowanych coś.
A na koniec Piotr ma dla państwa jeszcze jedną niespodziankę. Niech to będzie niespodzianka. Zapraszam. Dzień dobry. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[02:37:09] - Dzień dobry i dobry wieczór jednocześnie, Marku. Ja tylko chcę dodać, że dzisiaj mamy okrągłą, jedenastą rocznicę powstania „Filmotekarium”. To nasz jedenasty odcinek. To znaczy, że dziesięć już było.
[02:37:24] - No tak, jedenasty właśnie produkujemy. Proszę państwa, dzisiaj temat taki wydawałoby się ogólny, ale w gruncie rzeczy ilość filmów, która za tym tematem stoi, jest całkiem pokaźna, co postaramy się w tak zwanym międzyczasie udowodnić. Piotrze, od czego zaczynamy? Bo ten nadmiar zawsze mi szkodził. To znaczy szkodził mi pod tym względem, że trudno mi się zawsze zdecydować i zamieniam się w taką żabę z dowcipu. Więc ty proponujesz.
[02:38:01] - Dzisiejszy odcinek ma charakter zbiorczy. To znaczy dla tych, którzy mówią, że trochę się oddaliliśmy od fantastyki, to dzisiaj jest coś bardzo ciekawego. Zajmiemy się ksenomorfem i jego rodzeństwem. Będą to filmy, które znacie, ale mam nadzieję, że zaskoczymy was pewnymi szczegółami, których nie znacie. Jeżeli jesteście jakimiś średnimi albo małymi fanami serii o Obcym, to możecie się poczuć nawet dzisiaj nieco połechtani, jeżeli chodzi o przekazane detale. Seria o Obcym to jest coś, co nieustannie się jakoś przewijało w naszych programach przez kolejne odcinki. Ten ksenomorf zawsze wracał. Czy nam się te filmy podobały, czy nie, czy mówiliśmy, że są fajne, czy niefajne, to ten ksenomorf był punktem odniesienia. On się wyróżniał na tle innych. Przede wszystkim z racji tego, że w roku, kiedy ten film wszedł na ekrany, to było coś naprawdę bardzo zaawansowanego, także pod względem technicznym też, jeżeli chodzi o realizację.
Dla ludzi nieinteresujących się horrorem czy fantastyką sprawa jest prosta jak drut. Otóż kosmiczny potwór o kwasowej krwi pojawia się w kolejnej serii filmów, gdzie poluje na ludzi, aby być finalnie przez nich ogranym. Z kolei w kolejnych częściach tej sagi poznawaliśmy coraz bardziej rozbudowaną, ale i udziwnioną historię ksenomorfów. Wreszcie dwa najnowsze prequele do „Ósmego pasażera”, „Prometeusz” i „Obcy: Przymierze” próbowały w jakiś sposób tę historię reanimować i odpowiedzieć widzom na piętrzące się pytania. Ale ja mam też takie wrażenie, Marku, że wiele osób jest przekonanych, że jak się nie ogląda tego filmu uważnie, to można odnieść wrażenie, że to jest jakiś jeden potwór, który się gdzieś tam przewija. Oczywiście nie jest jeden, bo one występują też i w parach, i w grupach, ale nie mogę się oprzeć takiemu wrażeniu, że wiele osób mogło uniwersum ksenomorfa do końca nie zrozumieć.
[02:40:20] - Myślę, Piotrze, że masz rację, ale nie winiłbym w tym wypadku widzów czy oglądaczy. W każdym razie ludzi, którzy chadzają do kina, tudzież te filmy oglądają na ekranie swoich komputerów czy telewizorów. Rzecz jest skomplikowana i właściwie jednocześnie bardzo prosta. Ten paradoks już wyjaśniam. Otóż filmy filmami, ale na bardzo wiele rzeczy zwracają uwagę te wszystkie produkcje, które filmami nie są. Bo warto sobie zdać sprawę, że — i tu modne słowo — uniwersum, to uniwersum Obcego obrosło w międzyczasie. Ja przypomnę, pod koniec lat 70. powstał pierwszy "Alien". To już, wiecie państwo, sporo czasu minęło, ponad 40 lat zdecydowanie. W związku z tym to uniwersum obrosło szeregiem.
To, że filmy powstają na potęgę, to już dzięki Piotrowi państwo wiecie, ale cała masa produkcji książkowej i komiksowej powoduje, że autorzy tychże dzieł — i to mówię bez przekąsu — jednocześnie pokazują nam pewne niuanse albo interpretują pewne niuanse, które wielu widzom być może uciekają, umykają w trakcie projekcji filmu. To są czasami rzeczy daleko idące, ale też pozwalające, i to ważne, zrozumieć pewne przepoczwarzenia, jakie następują w serii o Obcym. Bo warto sobie na początek zdać sprawę z tego, że ten Obcy, którego poznajecie państwo w filmie z końca lat 70. i Obcy z kolejnych części, one się od siebie różnią. Na początku mniej, a później coraz więcej. I ktoś by powiedział: "Bo to później realizowane". Nie. One się różnią, proszę państwa, całkiem świadomie. Co więcej, tam są i w książkach, i w komiksach, ale i w tych filmach, tylko one nie są tak wyeksponowane, są sugestie, dlaczego tak się dzieje. Co więcej, mówić będziemy dzisiaj nie tylko o ksenomorfie, ale jego kuzynach.
I to też rzecz charakterystyczna, że przynajmniej część tych kuzynów straszy jako potwory, ale straszy dzięki temu, że w jakiś sposób wchodzi w interakcje ze swoimi ofiarami. Tak na razie bardzo oględnie mówię, ale do pewnej rzeczy zmierzam. Otóż ksenomorfy: ksenomorf, a później ksenomorfy, one się zmieniają i to zmieniają się pod wpływem, nie mam lepszego określenia, swoich ofiar, ponieważ w jakimś stopniu wchodzą w interakcje z DNA swoich ofiar i to powoduje, że one się zmieniają raz mniej, raz bardziej radykalnie. To chyba na razie tyle. Oczywiście mogę powiedzieć, bo pewno są państwo tym zaciekawieni. Cóż w tym uniwersum książkowym? Przede wszystkim w Polsce nie wyszło tego dużo i Polska pod tym względem jest jakoś pokrzywdzona tak naprawdę, bo wyszła najpierw cała trylogia, bo najpierw to była trylogia "Obcy", więc był "Obcy: Ósmy pasażer Nostromo", "Obcy: Decydujące starcie" i trzeci "Obcy". Później jeszcze pojawiła się w innym wydaniu, bo te trzy pierwsze tomy wyszły w wydawnictwie Alfa. Później jeszcze pojawiło się jedno wydawnictwo, które wydało czwartego Obcego, "Obcy: Przebudzenie". I to był, powiedzmy, ten książkowy zapis filmografii.
Natomiast bardzo wcześnie, bo o ile dobrze pamiętam, w pierwszej połowie lat 90. ukazała się trylogia Steve'a Perego. Ta trylogia to jest: "Obcy: Mrowisko", "Obcy: Azyl" i "Obcy: Wojna samic". Już sam tytuł jest przezabawny. "Wojna samic" to było takie wydawnictwo Orion. Mówiąc szczerze, o większych dokonaniach tego wydawnictwa nie słyszałem. I muszę powiedzieć, że ta trylogia Steve'a Perego nie jest najlepsza. Literacko nie jest najlepsza i jeśli chodzi o pewną wizję, moim zdaniem chwilami dosyć ciasna ta wizja była. Po szczegóły, jeśli państwo jesteście zainteresowani, to warto sięgnąć. Natomiast nie poraziła mnie ta seria, ale zwróciła moją uwagę na to, że — wtedy jeszcze byłem na takim dosyć wczesnym, może prymitywnym etapie — zwróciła moją uwagę na to, że coś jeszcze jest poza filmami.
I okazało się, że tego jest całkiem sporo. Pokazywały się komiksy. Pamiętam tych komiksów "Alien versus Predator" to się przynajmniej kilka, jeszcze chyba Semik to wydawał, więc się kilka tych komiksów pojawiło. One miały częściowo jakieś wspólne, nie wszystkie. W każdym razie później oczywiście pojawił się długo, długo, długo później film "Alien versus Predator". To zupełnie inna historia. Ale te komiksy były, istniały, coś tam się w nich działo. Warto sobie jednak zdać sprawę, że na Zachodzie seria "Alien", "Aliens" A ona jest naprawdę rozbudowana i właściwie od początku lat 90. tych książek tam wychodziło naprawdę dużo. Autorzy, którzy piszą, są bardzo różni.
Dla mnie niektórzy to w ogóle no name'y. Na przykład David Bischoff. Ja nie znam gościa, ale ku mojemu zdziwieniu na przykład wśród autorów pojawia się tytan science fiction, czyli Robert Sheckley. Znany, kto czytuje fantastykę, znany z krótkich opowiadań, błyskotliwych historyjek, naprawdę chwytających za umysł. Nie za serce, tylko za umysł, bo to są bardzo inteligentne historie. On napisał jedną z historii o alienie. Tak jak powiedziałem, tych historii alienowych na Zachodzie wyszło, wcale nie przesadzam, kilkadziesiąt. Wiecie państwo, to jest tak z uniwersami: książek o Star Warsach już chyba w drugą setkę, jeśli nie w trzecią zaczynamy wkraczać. Chyba w trzecią jednak. Więc tego też naprawdę sporo jest.
I znowu w tej serii o Star Warsach pisują zarówno gwiazdy science fiction, jak i osoby, które dopiero zaczynają. Od czegoś trzeba zacząć, dobrze sobie pióro wyrobić na takim franczyzowym produkcie. Sam o tym wiem najlepiej. Więc mówię: kilkadziesiąt książek z serii Aliens. Dlaczego ja tak o tym opowiadam? Dlatego, że w tych wszystkich książkach, które w jakimś tam stopniu, przynajmniej częściowo, są kontrolowane przez władców chaosu, a właściwie władców braku chaosu. W związku z tym one starają się jednak trzymać pewnej ogólnej historii, żeby nawzajem sobie nie zaprzeczać i dzięki temu my zyskujemy dodatkową wiedzę. O części tej wiedzy już wspomniałem, czyli jak to się dzieje, że ksenomorfy w różnych filmach bywają nieco inne. Piotrze, teraz ty.
[02:48:44] - No tak. Dzieje się tak dlatego, że one nie tylko przejmują część cech swojej matki, że tak powiem, bo jakby nie było, na tym pasożytniczym etapie życia tak to wygląda.
[02:48:59] - Tym bardziej że matka się rozmnaża.
[02:49:03] - To znaczy mówię o nosicielu raczej, bo matka to jest inna rzecz.
[02:49:06] - Ale to jest w ogóle partenogeneza, więc tam w ogóle żadnych cech nie przejmuje. Natomiast tak jak powiedziałeś, w tym drugim etapie następuje zasysanie.
[02:49:15] - Tak. A druga sprawa, że przy ksenomorfach prawdopodobnie zawsze ktoś grzebał. To znaczy przy ich DNA. Od tych słynnych inżynierów po możliwe, że nawet wcześniejsze istoty. No i oczywiście po ludzi. I to widzicie w jednym z filmów, kiedy nie udaje się stworzyć hybrydy, która urodzi. Albo inaczej: udaje się stworzyć tę hybrydę królowej, tylko ona rodzi stwora, który niestety nosi najgorsze już cechy ludzko-ksenomorfskie i w ostateczności zostaje zabity przez Ellen Ripley.
[02:49:53] - Prawie płakałem na tym odcinku. Prawie płakałem.
[02:49:58] - Nie wyszedł im ten potworek. Ale powiem tak: o ksenomorfach ogólnie ludzie niebędący hardkorowymi fanami wiedzą to, co mogli wywnioskować z filmu. Wiedzą, że są to istoty przewyższające człowieka siłą i wydolnością przede wszystkim, że przechodzą złożony proces rozwojowy i czerpią ten materiał genetyczny albo cechy od swoich żywicieli. A z kolei w formie zorganizowanej tworzą formę przypominającą rój owadów. Czyli mają królową, mają trutnie, strażników i tak dalej. Jak powiedziałem, wiemy też z filmów, że ludzie poddawali ksenomorfy mutacjom, aby stworzyć z nich supernowoczesną broń biologiczną, co prawdopodobnie uczynili też tytani z filmu „Prometeusz”, których poznajemy de facto w filmie „Ósmy pasażer Nostromo”. W „Prometeuszu” ta historia się rozwija. Ona może nie idzie w taką stronę, jakby wszyscy chcieli. Natomiast całość klei się tak sobie, jeżeli mówimy o filmach. A momentami się w ogóle nie klei.
A jeżeli dodamy do tego uniwersum „Predatora”, w którym ksenomorfy też występują, to już nie klei się w ogóle. Otrzymujemy totalny chaos tak naprawdę. Ikoniczny stwór jest wpleciony w kultową opowieść, o której sens i rozwiązanie widzowie nadal się spierają. Taka jest prawda. I teraz, Marku, pytanie krótkie do ciebie: czy tak miało być? Czy to było tak, że powstaje kilka filmów, które szybko obrastają legendą albo też pieniędzmi, a potem wokół tego rozrasta się ta franczyza, która to wszystko próbuje jakoś wyjaśnić?
[02:51:47] - Ja nie jestem pewien. Myślę, że kiedy był kręcony pierwszy film, to oczywiście każdy twórca liczy na sukces swojego dzieła, ale stopień tego sukcesu chyba zaskoczył jednak twórców. Zaskoczył i oni się musieli chwilę otrząsać, bo zauważcie państwo, że drugi film, czyli „Aliens” w każdym razie ten drugi film, musiało minąć trochę czasu, żeby powstał. To połowa lat 80. W dodatku on zupełnie, ja już kiedyś o tym wspominałem, to jest inny obraz. O ile pierwszy to był klasyczny horror, drugi film to jest film akcji. Komandosi kosmiczni, te rzeczy, strzelanki. ... biegania, labirynty i te rzeczy. Więc to zupełnie inny rodzaj filmu.
Inaczej straszy, inaczej wciąga widza. A pierwszy film powstał w czasach, kiedy myślano, że horror się skończył. Był taki krótki okres, kiedy horror traktowano jako filmy mniej lub bardziej głupawe, które mają na chwilę przestraszyć, ale w gruncie rzeczy to były filmy nierokujące. Nikt ambitny się za to nie brał, bo wiadomo, że nic z tego nie wyjdzie. Ludzie teraz są nowocześni, nie boją się. I twórcy „Aliena” pokazali, że wcale tak nie musi być. Myślę, że „Alien” całkiem dobrze ludzi przestraszył. Jednocześnie pokazał, że horror nie musi być powiązany z mrocznymi zamkami, wampirami. W ogóle może sobie wywędrować poza Ziemię i korytarze statku kosmicznego, transportowca mogą być równie mroczne jak korytarze zamczyska. Zresztą myślę, że świadome nawiązania do poetyki lochów, miejsc ciemnych i ogólnie strasznych całkiem świadomie w tym pierwszym filmie się pojawiają.
I tak jak powiedziałem, ten pierwszy film, to oni musieli się otrząsnąć, później drugi już wyprodukowali na bazie tego, że odnieśli sukces. A później ta historia zaczęła przyrastać i nie wiem, ja nie mam takiej wiedzy, ale widocznie okazała się nośna na tyle, że przyciągnęła nie tylko odbiorców, ale też twórców. To ważne, bo wiecie państwo, można ciekawe historie produkować, ale jak ich nikt nie czyta, to taki truizm, to nie będą produkowane. Tu okazało się, myślę, że dlatego, iż to uniwersum pobudzało wyobraźnię. Wielu ludzi chciało o tym pisać i tak jak powiedziałem, książki, wszelkie produkty papierowe zaczęły się pojawiać od lat 90. Już po drugim filmie nagle tego się wysypało całkiem sporo. Właśnie w trakcie produkcji był trzeci film. To był dobry moment, żeby to produkować. I tam, tak jak zaczęliśmy o tym mówić, pojawiają się wyjaśnienia dotyczące tych jajek, czy jakkolwiek to nazwiemy, tych istot wyskakujących z tych jajek, skaczących na twarz. I właśnie w tym momencie następuje być może, a nawet prawie na pewno przejęcie części materiału genetycznego.
I jak ten robalek, czy ten potencjalny, nie potencjalny, ten xenomorf się rozwija później w organizmie człowieka, to on sobie tam różne rzeczy ściąga. Zwróćcie państwo uwagę, że tak naprawdę świadomie czy nie, tego nie potrafię rozstrzygnąć, ta rzecz już była nam podana od pierwszego filmu. Bo jakie wrażenie państwo odnosicie? Ten xenomorf był jakby taki metalowy. Okazuje się, że on w jakimś stopniu metalowy był, bo być może coś sobie ściągnął z tego gościa z trąbą, którego widzimy w pierwszej części, zaraz na początku. Resztę sobie ściągnął z ludzi. To taka kombinowana istota i tak to się mniej więcej odbyło. Także na twoje pytanie Piotrze, czy to było świadome, czy nie? Myślę, że na początku nie było świadome, a później twórcy, władcy uniwersum, tacy prawdziwi władcy wyczuli koniunkturę. Wyczuli, że na tym się naprawdę da zarobić.
I tak jak powiedziałem, tych książek funkcjonujących na świecie są naprawdę dziesiątki. Komiksów również. A filmy to sami państwo wiecie. W związku z tym to wyczucie koniunktury chyba jednak mieli.
[02:57:10] - Tak. Jeżeli ktoś interesuje się historią filmów, to też jest po części historia fantastyki. Może natknąć się na taki ciekawy element, który mówi, że twórcy „Aliena” byli do tego stopnia zaskoczeni sukcesem, że planowali zrobić film klasy B, a wyszedł im film klasy A+, czyli nie tylko dzieło sprzedające się, ale przede wszystkim też niosące, pomimo przynależności gatunkowej, jakieś głębsze przesłanie. Ale oprócz wszystkich filmów, w których się pojawia xenomorf jako gatunek, istnieją inne produkcje, o czym powiedziałeś, które są uznawane za kanoniczne albo za niekanoniczne i nie włączane do tak zwanego uniwersum „Aliena”. Chodzi przede wszystkim o komiksy, gry, w których te historie są rozwijane tak, że możemy tam znaleźć odpowiedzi na trapiące nas pytania i kierunki na przykład mówiące nam o ewolucji xenomorfa, ale też koniec końców, kiedy podliczymy tych xenomorfów i zsumujemy to wszystko, co zrobili niektórzy youtuberzy, to wychodzi, że jest ich około stu. Nie youtuberów, tylko xenomorfów. Ponad sto gatunków xenomorfów w różnego rodzaju produkcjach od filmów przez gry komputerowe, książki i tak dalej. Niektóre Z nich niewiele różnią się od tego, którego widzimy w pierwszej odsłonie cyklu, czyli w „Ósmym Pasażerze”. Inne to są zupełnie odjechane koncepcje, w których xenomorf wyrasta na przykład z żywiciela będącego słoniem, gorylem albo istotą z innego wymiaru.
[02:58:56] - Psem.
[02:58:57] - Tak. I w tych koncepcjach najbardziej prym wiodą komiksy. Tam się da dużo pokazać. Natomiast kiedy wchodzimy głębiej i zaczynamy zadawać pytanie, to nam się znowu wszystko nie klei, ale to już odejdźmy od tego. Źródła pozafilmowe wyprostowały nam genezę xenomorfów, która mówiąc krótko z perspektywy fana może być niejasna, a w pewnych momentach nawet jest rozczarowująca. Ogólnie jednym z problemów tej serii jest to, że tam mamy bardzo wiele nawarstwień. Mamy wartką akcję, dużą dozę napięcia, strachu i mamy dość skomplikowaną historię, od której możemy być odciągnięci, jeżeli nas pochłonie na przykład pościg za xenomorfem w jakimś labiryncie korytarzy. Czy to dobry zabieg? Można dyskutować. Jak powiedziałem, gubimy się w historii o xenomorfie.
Jeżeli ktoś nie jest wielkim fanem, na pewno się pogubi. W każdym razie film „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo” dzieje się w roku 2122. Czyli mieliśmy taką okrągłą rocznicę. Widzimy załogę Nostromo, która na pokładzie statku wysokich obcych istot, który się rozbił na planecie Zeta Reticuli, znajduje xenomorfa w formie jajka. W filmie „Obce: Przymierze”, który dzieje się z kolei w roku 2104, pokazana nam jest poszerzona geneza xenomorfa, który miał być stworzeniem w jakimś sensie wyhodowanym przez złego androida na podstawie broni biologicznej znalezionej przez załogę Prometeusza. Jeżeli jeszcze żeście się nie pogubili, to tak było. Z „Prometeusza” z kolei dowiadujemy się, że substancja ta w formie czarnej mazi wywołuje u człowieka, ale też i zwierząt mutacje genetyczne.
[03:00:50] - Bardzo gwałtowne te mutacje.
[03:00:53] - I szybkie, bo w „Prometeuszu” ten, nie wiem, jak on się tam nazywa, już też się pogubiłem, ale ten xenomorf w „Prometeuszu” czy deacon, czy jakkolwiek on się nazywa, rośnie po prostu jak na drożdżach. Poznajemy tam tego deacona, który jest pierwotną wersją xenomorfa. Pomimo to, i to też jest dziwne, kiedy spojrzymy na reliefy w kaplicy, tak to nazywam umownie, kaplica na tym statku, gdzie są przewożone w „Prometeuszu” te pojemniki z czarną substancją, tam widzimy, że jest coś jak wizerunek obcego. I rodzi się pytanie teraz: jak załoga Ripley mogła znaleźć statek z jajami, skoro deacon, czyli ten proto-xenomorf został na planecie, bo on nie poleciał nigdzie. I dlaczego planeta, na której osiadł David i gdzie rozwijał te swoje dzikie eksperymenty i która została wcześniej przez niego zbombardowana bronią biologiczną, czym ta planeta w ogóle była? Bo to też nam nie jest powiedziane do końca w „Obcym: Przymierzu”. W ogóle to jest dziwny film, muszę wam powiedzieć. Widzimy tam przybycie ocalałej z „Prometeusza” doktor Shaw i Davida na planetę tych inżynierów, którzy chcieli unicestwić ludzkość, ale którzy ostatecznie zostali unicestwieni. Ale też nie do końca zostali unicestwieni, bo jacyś inżynierowie zostali znalezieni przez Nostromo. To wszystko sprawia, że czacha dymi.
[03:02:28] - Jeszcze dorzucę. Mamy jeszcze film „Alien vs Predator” dziejący się na Antarktydzie, gdzie oni schodzą tunelem lodowym, bo przybywają oczywiście predatorzy na taką swoją inicjację łowiecką i w związku z tym polują na obcych. Mają polować na obcych i okazuje się, że tam pod lodami Antarktydy jest wielka piramida, w której to polowanie się odbywa, która się tam przepoczwarza, budzona jest królowa i ona rodzi, i oni polują. Ale wynika z podanej historii, że cała historia świata, ludzkiego świata jest związana z tym, że od czasu do czasu ci predatorzy przybywali, polowali, a jednocześnie te alieny sobie tu szalały po ziemi. Nawet jest pokazana przecież inkaska, nie wiem, czy inkaska, w każdym razie ta południowoamerykańska piramida, na którą się skrobią te wszystkie alieny i w ogóle jest strasznie. Tylko jak to się ma do historii, którą przed chwilą opowiadał Piotr? Ja mam swoją teorię na ten temat. To znaczy wydaje mi się, że ten chaos jest wprowadzony świadomie, bo zwróćcie państwo uwagę na pewien taki myk, który bardzo często pojawia się w różnych historiach, zarówno tych z pogranicza science fiction, ale w historiach, które dotyczą historii. No tak to sobie powiedziałem. W każdym razie w takich opowieściach dotyczących naszej historii, dotyczących różnych zagadek tak zwanej historii.
Otóż jak państwu się podaje jakąś historię dotyczącą, ja wiem, chociażby kompleksu Riese z II wojny światowej albo jakiejś innej zagadki gdzieś tam sięgającej na przykład średniowiecza, to im więcej wyjaśnień w takim filmie czy w takiej opowieści, książce państwo znajdziecie, tym ta historia wydaje się państwu bardziej tajemnicza, bo wszystkie te historie albo większość, albo spora część tych historii, którą czytacie, wyjaśnień tych historii Jakby pasowała. I człowiek sobie mówi: No tak pasuje, ale która jest właściwa? Najlepiej, żeby wszystkie. Ale logicznie to nie pasuje, żeby wszystkie. W związku z tym to tym bardziej tajemnicze jest. Może jest jeszcze inne wyjaśnienie tego wszystkiego. To inne wyjaśnienie na ogół nie pada, jeśli mówimy o historiach z życia wziętych. Troszkę inaczej bywa w historiach na przykład ezoterycznych, ale też one do końca wyjaśnione nie są. I właśnie to jest pewna siła, że nie ma ostatecznego tłumaczenia. Oczywiście zawsze pragniemy, żeby ono było i to nasze pragnienie nas napędza.
A brak tego wyjaśnienia paradoksalnie również nas napędza, bo my dążąc do wyjaśnienia, jesteśmy gotowi zaakceptować 148. film na ten temat, bo może z niego dowiemy się czegoś więcej, czegoś, co nam tę układankę wreszcie jakoś uporządkuje. Moim zdaniem próżne nadzieje. To będzie chyba ciągnięte jednak w tym kierunku, żeby ostatecznego wyjaśnienia nie dać, ponieważ to twórcy tego uniwersum odkryli to, co bywa odkrywane właściwie permanentnie przez różnych twórców, że brak wyjaśnienia powoduje, że ludzie uruchamiają swoją fantazję i tworzą swoje własne historie, swoje własne wyjaśnienia. Ja powiem tak: nawet mnogość filmików w języku polskim i w nowoczesnej łacinie, czyli w angielskim, jest przeogromna. Każdy tam do siebie ciągnie, każdy daje jakieś wyjaśnienie. A zatem to działa, proszę państwa, to działa. Brak konkretnego wyjaśnienia, tylko rzucane kawałki tych wyjaśnień świetnie działa.
[03:06:52] - Tak. Ogólnie jak mówimy o filmie „Obcy: Przymierze”, który miał wszystko wyjaśniać, to on w zasadzie wprowadza tylko trochę większy chaos. Jeżeli ktoś nie jest studentem ksenomorfologii i nie zdaje egzaminów u profesora Żelkowskiego na przykład. Chodzi o to, że w tych dziełach pobocznych czasami pojawiają się takie scenariusze, które nam tę historię porządkują. A więc było tak, jak powiedziałem: Ripley znajduje w roku 2122 jajko ksenomorfa. Musiała złożyć jajko królowa, więc skądś się musiała wziąć. Możliwe, że ten David tam prowadził znacznie gorsze eksperymenty, co zresztą widać. Ale czy mogło być tak, że na przykład kiedy David i profesor Shaw bombardowali planetę tym złowrogim patogenem, doszło do takiej sytuacji, że ktoś z tej planety uciekł? Bo to nie musiała być stolica w ogóle. To nie wygląda jak stolica.
To wygląda jak jakaś pipidówka i jakaś kolonia. Może po prostu źle nastawili swój planetarny GPS i zbombardowali jakąś wieś zamiast Capital City. Ale tak naprawdę ciekawe rzeczy pojawiają się w komiksach, ciekawe rzeczy pojawiają się w grach. I tak: te źródła pozafilmowe wskazują nam na taką możliwość, która jest chyba najbardziej do przyjęcia ze wszystkich, czyli że ksenomorf jest gatunkiem, który sobie istnieje od zawsze. Gdzieś tam się pojawił na którejś planecie i po prostu ktoś to zauważył. Ktoś zauważył jego potencjał. Byli to i tytani, i ludzie, i predatorzy, i wszyscy z nim się próbowali bawić, próbowali wykorzystywać jego niezwykłe cechy. W jednej z gier pojawia się wątek planety, która jest nazywana Ksenomorf Prime i jest ojczyzną wspomnianego gatunku, gdzie ksenomorfy żyją w naturze, grasują, pasą się i rozmnażają. To pasą się to jest tak powiedziane oczywiście symbolicznie, dlatego że w sumie to nie wiadomo, z filmów nam przynajmniej nie wynika, co ten ksenomorf je. Jest tam taki biały ksenomorf, który ma jakieś cechy ludzkie, który pożywia się ludzkim mięsem.
Ale ksenomorf jako ten kwasowy potwór raczej takiego smaku na człowieka nie ma. W każdym razie, powracając do tego Ksenomorf Prime, tłumaczy to też to, skąd się wziął wizerunek ksenomorfa na reliefie w „Prometeuszu”. Otóż oni go nie stworzyli, tylko po prostu oparli swoją superbroń biologiczną o jakiś wycinek jego kodu DNA uzyskany od, jak powiedziałem wcześniej, kosmicznego zwierzęcia, wiedząc, że prędzej czy później w oparciu o humanoidalnego żywiciela, jakim jest na przykład człowiek, to zwierzę rozwinie w pełni swoją potworność. Tak więc mamy tutaj taki wniosek, że ksenomorf mógł być gatunkiem inteligentnego jakoś stworzenia, które żyje sobie na odległej planecie, ma tam niesamowity potencjał, ale jest też cholernie niebezpieczny dla istot spoza swojej planety. Oczywiście nawet to rozwiązanie nie usuwa nam pewnych problemów logicznych, które się w tej historii pojawiają. Bo kiedy spojrzycie na komiksy opowiadające nam o planecie ojczystej ksenomorfów, bo i takie się pojawiły oprócz gier wideo, to widzimy te ksenomorfy już w formie nam bardzo bliskiej, znanej wręcz doskonale z kinematografii. I pytanie: skoro przejmują część materiału nosiciela jako też częściowy pasożyt, to czemu te, które tam żyją, wyglądają tak jak te, które znamy z filmu o na przykład ósmym pasażerze Nostromo? To są już takie niuanse, w które nie będziemy wchodzić, bo nam to wszystko zepsuje odcinek i będziemy dociekać nie wiadomo gdzie. Jest też taka możliwość, że jeżeli są superhardcorowi fani serii „Obcy”, którzy przeczesali dosłownie wszystko, znają odpowiedzi na te pytania. Myśmy niestety chyba nie mieli takiego zapału, Marku.
Ale powiedziałeś też o tym pancerzu, który ma ksenomorf, chociażby ten widziany w „Pustym Pasażerze”. I wygląda to tak, jak twierdzą niektórzy, bo też w tym uniwersum Aliena wśród fandomu krąży wiele teorii nie do końca potwierdzonych. Jedna z nich mówi, że on jest bardzo żelazny, wygląda jak po części twór techniki, dlatego że bioskafander, który miał na sobie Tytan, czyli ten inżynier z filmu „Prometeusz”, przeniknął w jakiś sposób do genomu tego nowego gatunku ksenomorfa. Ale tych pytań oczywiście jest więcej i na przykład pytanie takie dość ważne jest: gdzie ksenomorf w ogóle ma oczy? Co je? Czy myśli? Czy można go w ogóle lubić? Jest tego znacznie więcej. Można też długo dyskutować nad inspiracjami, które doprowadziły do stworzenia tego projektu i to zarówno z poziomu scenariusza, jak i też tego, co wyszło spod pióra i pędzla Gigera. Pojawiło się wiele dociekań, jakimi gatunkami zwierząt się inspirował, jakimi dziełami sztuki się inspirował.
To też pokazuje nam, że ksenomorfy w pewnym sensie stanowiły inspirację ogólną. Stanowiły pewien punkt zaczepienia w historii rozwoju filmów i literatury science fiction od roku 1979.
[03:13:10] - Warto dodać, że Giger, o którym wspomniałeś, znany był z tego, że kiedy tworzył swoje grafiki, to tak naprawdę miał styl, nazwalibyśmy go biomechaniczny, więc już wcześniej jego ciągnęło w kierunku takich wizerunków. I zauważcie państwo pewien paradoks. On oczywiście nic nie zmienia w historii, ale Giger starał się stworzyć coś strasznego i stworzył biomechanicznego potwora, a później dopiero dorobiono do tego wszystko to, o czym mówił Piotr, o czym ja starałem się opowiedzieć, czyli te wszystkie wątki, które tak nas fascynują. Wiecie państwo, pomyślałem, że być może czas nadszedł najwyższy, żartuję w tej chwili oczywiście, żeby nakręcić film na przykład „Tytani versus Predatorzy”. Może to by nam coś wyjaśniło, jak to się działo, że jedna i druga rasa w jakimś stopniu eksploatowała te potworności, które ksenomorfy sobą reprezentowały. Może tu by jakieś wyjaśnienie było, ale zgodnie z tym, co powiedziałem wcześniej, ja bym się tego wyjaśnienia nie spodziewał. Naprawdę, historia, która jest niedopowiedziana, na ogół jest straszniejsza niż taka wyjaśniona w 100%. To tak jak z tym potworem. Jak go widzimy w pełnym świetle, to owszem, może być paskudny, może być straszny, ale boimy się mniej, szczególnie jak go na filmie oglądamy. Natomiast jak on sobie łazi gdzieś w ciemności, łypie na nas jakimś okiem i widzimy jego cień, to boimy się bardziej.
I troszkę to da się przełożyć na historię, którą twórcy tego uniwersum, jak powiedziałem, liczni sami twórcy fabuł, to jest ich kilkudziesięciu, jeśli doliczyć książki, doliczyć komiksy i same filmy, to kilkudziesięciu. Ja przypomnę, że historia „Alien versus Predator”, która się kończy tak, że się wylęga w tym statku kosmicznym Predatorów z tych zwłok pojawia się ten mały ksenomorfik. Ona ma swoją kontynuację. To już jest film klasy B albo C, albo nie wiem, czy są klasy Z. Nie ma, ale przynajmniej na to się nadaje, bo film jest ogólnie, a nawet szczególnie głupi, ale jakąś tam cząstkę historii dopowiada jeszcze, łącznie chyba, o ile sobie dobrze przypominam, ale tu mogę błądzić, chyba tam nawet eksplozja jądrowa wchodzi w grę. Bo wiecie państwo, Amerykanie mają tę fajną cechę, że jak nie wiedzą, już to raz kiedyś mówiłem, jak nie wiedzą, jak rozwiązać albo podkręcić fabułę filmu, to wstawiają bombę jądrową. Zauważcie państwo Gwiezdne Wrota, bomba jądrowa. Słońce trzeba podkręcić, bomba jądrowa. Jądro Ziemi trzeba uruchomić, bomba jądrowa, a nawet kilka. Więc to jest taki patent uniwersalny.
Jak już nie wiadomo, co zrobić, to się wstawia w amerykańskim filmie bombę jądrową. To zawsze ociepla sam film i nadaje mu pewnej mocy. W końcu to bomba jądrowa. W każdym razie ja sądzę, że jednak ta mgła niedopowiedzeń pozostanie, choćby zostało jeszcze nakręconych wiele kolejnych filmów. Mgła dobrze służy napięciu filmowemu. Tak mi się przynajmniej wydaje.
[03:17:01] - Tak. Pytanie tylko, czy ktoś będzie się chciał za to zabrać. Całkiem niedawno, nie wiem, to może są trzy lata wstecz Pojawiły się dwa filmy fanowskie z uniwersum „Obcego”. Dosłownie kilkuminutówki. O tym, czy ktoś z dużych reżyserów zaryzykuje i będzie chciał pociągnąć temat, powiemy może na końcu, bo dzisiaj przecież rozmawiamy przede wszystkim o kuzynach xenomorfa. Od 50 minut gadamy o nim samym. To tylko pokazuje, jak bardzo ciekawa to postać, w zasadzie postacie. Albo jak niektórzy mówią postaci. Co jeszcze tutaj warto dodać? Jeżeli was to zafascynowało w jakiś sposób, jeżeli jesteście ciekawi, w których kierunkach dryfuje uniwersum xenomorfa, jakie były tam podane możliwości, macie ogromne pole do poszerzenia swojej wiedzy na YouTubie.
Jest bardzo dużo filmów. Tylko musicie uważać. Te filmy z jednej strony analizują historię, pokazują nam krok po kroku, jak to się toczyło w różnych przestrzeniach: od literatury, przez film, po komiks. Ale trzeba uważać na to, bo niekiedy są to hipotezy widzowskie, czyli niepoparte żadnymi wątkami źródłowymi. Pytanie, czy to uniwersum się wypaliło, czy ma jeszcze jakieś tajemnice do odkrycia, czy jest tam jeszcze jakaś obiecująca przestrzeń do dalszych eksperymentów? Nie wiem. O tym będziemy jeszcze mówić. Ale Marku, są w świecie filmu i nie tylko bardzo bliscy kuzyni xenomorfa. Oni może nie są tak bliscy na pierwszy rzut oka, jak byśmy chcieli, że są z niego skopiowani. Moglibyśmy powiedzieć, że ten film o radzieckiej bazie w Afganistanie, o którym mówiliśmy parę odcinków temu, nawiązuje do tej historii i możemy zaliczyć stworzenie, które się tam ukazało, do jakiejś kalki xenomorfa.
Ale „Opowieść o obcym” to już jest naprawdę wysokie science fiction. To są wyższe progi i czasami zdarzają się historie bardzo podobne. Może nie skopiowane, ale przenoszące pewne pomysły ze wspomnianego uniwersum „Obcego”. Czymś takim jest saga „Hyperion”. Tutaj problem jest taki, że „Hyperion” miał zostać zekranizowany przynajmniej kilka razy. Nigdy do tego nie doszło. Jeżeli ktoś czytał, to wie: to jest bardzo problematyczna sprawa, bo jeżeli będziemy mówić o kuzynie xenomorfa, to skupimy się na tej centralnej postaci. Może nie centralnej, ale bardzo wyraźnej postaci w tym dziele, jaką jest Dzieżba lub Shrike.
[03:20:09] - Albo Chyżwar w pierwszym tłumaczeniu.
[03:20:13] - Nie wiem, kto wymyślił to słowo i co ono oznacza, i czy to jest związane z piosenkarzem Grzegorzem Hyżym, ale chyba nie. W każdym razie te istoty mają pewne punktystyczne. Mocno się różnią, ale widać pewne wzajemne inspiracje. Tym bardziej, że jeżeli sięgniemy do „Prometeusza” i do „Obcego: Przymierze”, to już trudno nam powiedzieć, kto z kogo tam ściągał. Pomimo, jak powiedziałem, że padały wielokrotnie zapowiedzi o ekranizacji „Hyperiona”, do tego nigdy nie doszło. Szkoda, acz są pewnie jakieś powody. W 2009 roku pojawiły się wieści, że „Hyperion Cantos” ma być zrealizowany przez Warner Bros. Potem, że przez SyFy. I pomimo tego, że powieści Dana Simmonsa ze wspomnianego cyklu zostały obsypane nagrodami i mają wielu fanów, pojawia się taki zasadniczy problem: czy każdy scenariusz, Marku, SyFy da się przenieść w zadowalający sposób na język kina? Nawet jeżeli przystrzeżemy tę pierwotną historię do minimum, bo w przypadku „Hyperiona” tak by wypadało chyba zrobić.
Jeżeli chcemy to przełożyć na język filmu, to wypadałoby wyjąć z tego mrowiska jedną historię, najlepiej tą najbardziej spektakularną, najbardziej straszną, i wokół tego nakręcić całkiem dobry obraz. To się nie udało. „Hyperion” pokazuje nam, że nie na wszystkie ekranizacje kino jest gotowe. To po pierwsze. Po drugie, jak powiedziałem, czerpie on tyle inspiracji z postaci xenomorfa, że może to w jakiś sposób zdecydowało, że do tej pory nie doczekaliśmy się tej adaptacji filmowej. Ale Marku, tutaj jako ekspertowi od literatury oddam ci głos. Jak w ogóle zaczyna się ta historia i o czym ona jest? Bo to jest zupełnie coś innego.
[03:22:22] - Paradoksalnie, żeby nawet spróbować opowiedzieć tę historię, to trzeba się uzbroić w pewne narzędzia. Tymi narzędziami jest pojęcie powieści szkatułkowej, bo to tak jest napisane. Jeśli państwo sięgniecie do historii literatury, to gdzieś tam dawno, dawno temu na Wyspach Brytyjskich powstało dzieło, które się nazywa „Opowieści kanterberyjskie”. I „Hyperion” to jest coś prawie identycznego. W „Opowieściach kanterberyjskich” mamy pielgrzymów, którzy podążają do bodajże Grobu Świętego, coś koło tego, i opowiadają swoje historie. Zauważcie państwo, że w „Hyperionie” I poznajemy też historie poszczególnych bohaterów. Bohaterów, którzy się znajdują na planecie, zdążają do grobowców. To są grobowce czasu, tak? Dobrze pamiętam? W każdym razie tam ten Hyżwar czy też Dzierzba urzęduje.
Tam mają pewne interesy z nim załatwić. Interesy weźmy w cudzysłów oczywiście. Tam w ogóle w tym uniwersum szykuje się wojna. Gdzieś tam milowymi krokami się zbliża. No i oni pewne rzeczy tam mają pozałatwiać. Poznajemy historie tych poszczególnych bohaterów, ale tak naprawdę to poznajemy historię tego uniwersum, tego wszechświata. I moim zdaniem byłoby to bardzo trudne do sfilmowania. Bo owszem, moglibyśmy jeden odcinek poświęcić jednemu bohaterowi, drugi drugiemu i tak byśmy tych odcinków kilka nakręcili. Tylko wydaje mi się, mam takie głębokie przekonanie, że to, co udało się w książce, że ona jest na tyle wciągająca, że znam wiele relacji o tym, że ludzie nie mogli się od tej książki oderwać. Zawalali nocki, prosili o zwolnienia następnego dnia, bo po prostu jak się zawali noc, pracuje się słabo.
To autentyczna historia. W każdym razie ta historia jest opowiedziana w specyficzny sposób przez autora i to sprawia, że moim zdaniem, może moja wyobraźnia jest zbyt płytka, byłoby trudno przełożyć tę książkę na film tak jeden do jeden. Ale też zastanawiam się, czy zrobienie filmu o kilku postaciach, które sobie podróżują poprzez planetę takim suchym statkiem. No nie, suchy statek to nie. Przez taki suchy ocean pewnym rodzajem statku, który ma koła. W każdym razie podróżują i mają się z tym Hyżwarem spotkać i tak dalej. Już maksymalnie skracam. Książka jest gruba, w związku z tym skracam tak trochę rewolwerowo całą opowieść. Czy to byłaby historia ciekawa? Bardzo szybko musiałby wkroczyć ten potworek do akcji.
A potworek jest też ciekawy. Na początku, tak jak powiedział Piotr, to był Hyżwar. Później w drugim tłumaczeniu spotykamy Dzieżbę. Gdzie tam Dzieżba, co tam ktoś powie. Ale myślę, że część z państwa zdaje sobie sprawę, że ten piękny, malutki ptaszek, bardzo niewinny, ma jedną cechę, która sprawia, że ta nazwa jest znakomita i zresztą w oryginale taka właśnie jest. W Polsce taki mały ptaszek wydaje się nam niegroźny i w związku z tym już sam czytałem komentarze, że ta nazwa druga to jest głupia, bo co tam. Tymczasem ten ptaszek niewinny, ładniutki ma taki zwyczaj, że robi sobie spiżarnię w taki oto sposób, że nabija żywe owady na kolce krzaków i one dzięki temu dłużej zachowują świeżość. Jakby to państwu powiedzieć... Bardzo podobną scenę, bardzo podobne sceny spotkacie państwo w książce. W związku z tym ta niewinna nazwa Dzieżba nagle zyskuje nowy wymiar.
I to też pokazuje, jak my jesteśmy przyzwyczajeni do pewnych naleciałości językowych. Bo Dzieżba, sprawdzamy, ptaszek. Nazwać potwora ptaszkiem bez sensu. Dopiero im bardziej wchodzimy-
[03:27:25] - Tym bardziej, że jeden z gatunków Dzieżby, który występuje chyba w Polsce, nosi nazwę Dzieżba gąsiorek. Jak poważny potwór może się nazywać gąsiorek? No jak?
[03:27:37] - A tymczasem liczą się zwyczaje. I te zwyczaje, wierzcie mi państwo, ci z państwa, którzy nie czytali, ten zwyczaj jest jakiś taki bardzo tożsamy. W dodatku ten potwór zwany Hyżwarem, czy też właśnie Dzieżbą, on jest dawkowany przez autora bardzo oszczędnie. To znaczy on się tam tak pojawia, nie jest specjalnie eksponowany i w związku z tym my coś tak wiemy, ale nie do końca. Znowu zauważcie państwo charakterystyczny zabieg, tym razem nie filmowy, a literacki, że coś wiemy, że on ten jakby stalowy jest albo jakiś taki właśnie trochę jednak taki ludzki z wyglądu, ale w końcu stalowy. Też za dużo nie wiemy, przynajmniej na początku, o tej bestii, potworze, monstrum czy jakkolwiek. Co więcej, dowiadujemy się, że ci bohaterowie, którzy zmierzają z rodzajem pielgrzymki do Hyżwara, to oni mają do załatwienia bardzo konkretną rzecz. A jeszcze, żeby było zabawniej, z pewną taką świadomością, że tylko jeden z nich przeżyje, reszta, jakby to państwu delikatnie powiedzieć, będzie gdzieś tam nabita, przynajmniej. W związku z tym takie jest, powiedzmy, zawiązanie tej akcji o szczegółach tego uniwersum, które właśnie przez to, że jest opowiadane przez różnych ludzi, dowiadujemy się rzeczy nieprawdopodobnych. Żyjemy oto w czasach, w którym W których państwo na przykład pokój dzienny macie na jednym krańcu galaktyki, sypialnię na drugim krańcu galaktyki i w ogóle w różnych zakątkach galaktyki, na różnych planetach macie państwo swój dom, a właściwie jego części.
Przejście z jednego pokoju do drugiego to jest tak naprawdę przeskok przez całą galaktykę. Może być przeskokiem przez całą galaktykę, ale państwo tego w ogóle nie zauważacie. Autor osiąga taki oto efekt, że my mamy takie poczucie, że jesteśmy w czasach, których nie rozumiemy. Przypuszczam, że tak się mógł czuć Verne, który pisał, że główny jego bohater w 80 dni naokoło świata podróżował, proszę państwa. Dzisiaj w dobrych warunkach można to zrobić w ciągu doby, a jeśli weźmiemy pod uwagę satelity, to są minuty. Znaczy dziesiątki minut, ale jednak. Czyli jakby to powiedzieć Verne'owi, że to się da zrobić w ciągu kilkudziesięciu minut, to by się tak dziwnie poczuł. To było niewyobrażalne. O parowcach to tak, o balonach to tak, to mógł przyjąć do wiadomości, ale w kilkadziesiąt minut? To mniej więcej tak dzisiaj reagujemy na to, że ktoś nam powie, że wystarczyłoby, że z planety na planetę, powiedzmy z Ziemi na Marsa przenosimy się błyskawicznie, już tak na pstryknięcie palcami.
Jeśli państwo wspomnicie bardzo zły film pod tytułem „Doom”, to tam też macie państwo, ci komandosi podróżują na tego Marsa myk, myk i już są. Nawet im się niedobrze robi. Tak szybko podróżują czy tak karkołomnie podróżują. Czyli idea takich podróży błyskawicznych bywa mocno zakorzeniona w science fiction. Natomiast w „Hyperionie” to już jest posunięte naprawdę bardzo daleko. Poznajemy też inne miejsca w tym wszechświecie. Poznajemy jakąś taką stechnologizowaną, stechnicyzowaną planetę, na której człowiek jest właściwie trybikiem w wielkiej maszynie, powiedzielibyśmy dzisiaj korporacyjnej. I tak dalej. Ja nie będę państwu tych opowieści snuł, bo zabawy państwu nie będę odbierał. Tak naprawdę dzisiaj interesuje nas ten Hyżwar, ta Dzieżba.
[03:32:02] - Tak. Tak naprawdę jest to nadstworzenie. Trudno go określić. Zamieszkujące wspomnianą planetę Hyperion. To jeden z oczywiście najbardziej kluczowych i poruszających wątków w sadze, bo to nie jest taki sobie zwyczajny potwór. To jest, nie wiem, na pierwszy rzut oka kosmiczny demon o nadludzkich możliwościach, którego pochodzenie otacza mgła tajemnicy i który stał się obiektem kultu. Stąd we wstępie Marka to odniesienie do pielgrzymki. Jeżeli chodzi o nazwę, to Dzieżba dlatego i Shrike dlatego, bo to jest określenie tego ptaszka w języku angielskim, że podobnie jak ów ptaszek nabija myszy i robaki na kolce, tak ten potwór nabija swoje ofiary na... I tutaj jest problem, bo nabija na coś w rodzaju drzewa, na coś w rodzaju krzewu i oni sobie tam dogorywają. Potem się okazuje, że to tak nie jest do końca, że to jest krzew.
To pozostaje mistyczną tajemnicą, która ostatecznie może nie do wszystkich przemawiać, ale sama natura Dzieżby jest na tyle niepokojąca, na tyle oryginalna i powiedziałbym nawet, że oryginalniejsza od samego ksenomorfa. Bo tak po pierwsze nie wiadomo skąd się wziął. Jest wszechpotężny. Niewykluczone też, że w ogóle przybył z przyszłości i nie daj Boże, może się rozprzestrzenić po całym zamieszkanym wszechświecie przez tunele czasoprzestrzenne. Tego nikt by nie chciał. Jak on wygląda? I tutaj oczywiście musimy się odwołać do opisów, ale też do wszelkich przedstawionych przez rysowników wyobrażeń. I kiedy ja się z nimi zapoznałem, to muszę wam powiedzieć, że niektóre były naprawdę interesujące i dałyby się przełożyć na język filmu, inne nie. I mielibyśmy z tego zupełną klapę i klasę B. Jak ta Dzieżba wygląda?
Jeżeli chodzi o ptaszka, to doskonale wiecie. Co ciekawe, ten ptaszek ponoć nabija swoje ofiary na kolce, dlatego, że jest mięsożercą, a ma bardzo mały dziób i to mu pozwala po prostu rozrywać kawałki owadziego mięsa. Ale Shrike z Hyperiona to nie jest ptak. To jest poniekąd humanoidalne stworzenie znacznego wzrostu, pokryte stalowym pancerzem lub kolcami. Oczywiście też w zależności od inwencji grafika. Ono się wydaje być wypełnieniem czyjejś woli, czyjąś kreacją. Dosłownie tak jak ksenomorf, kiedy po raz pierwszy jego drogi się skrzyżowały z człowiekiem. Ale tych nawiązań do uniwersum ksenomorfa jest więcej. Shrike, czyli Dzieżba ma te nadludzkie zdolności. Zero oporów przed zadawaniem cierpienia.
Wykracza poza biosferę, ale też w jakimś stopniu poza czas i przestrzeń. Koniec końców wydaje się takim dopustem Bożym z przyszłości, istotą zaprojektowaną przez kogoś lub coś w konkretnych celach. Tu nam się pojawia cała filozofia uniwersum ksenomorfa, o którym powiedzieliśmy wcześniej. Co więcej, Szrejkowi nadaje się rangę mistyczną. Pielgrzymki i tak dalej. Widzimy to również w „Prometeuszu”. W tej wspomnianej kaplicy na reliefie przedstawione jest coś w rodzaju Obcego. Mam wrażenie, że pomimo wielu znaczących różnic istnieje tu wyraźna, Marku, inspiracja. Co więcej, Szrejkowi nadaje się też pewną rangę mistyczną, co widzimy też w tradycji xenomorfa, kiedy pokazany jest nam ten relief, na którym widnieje wizerunek Obcego. Marku, wydaje mi się, że istnieje tu bardzo dużo różnego rodzaju inspiracji.
Chodzi nie tyle o jakieś tam niuanse, o szczegóły, ale o samą konstrukcję tej postaci, jeżeli można tak Szrejka nazwać. W „Hyperionie” nic się nie toczy tak, jak w uniwersum „Aliena”, gdzie niektóre decyzje naukowców czy też pilotów kosmicznych zdają się mieć ugruntowanie w zupełnie ludzkim naukowym myśleniu i jesteśmy w stanie to zrozumieć. Tam już nie jest tak. Moje pytanie do ciebie, czy nie wydaje ci się, że tutaj Dan Simmons coś sobie zaczerpnął w kreowaniu tego stwora?
[03:37:03] - Oczywiście tego nie wiem, ale powiem ci szczerze, że sądząc po klasie pisarskiej tego autora, znając jego inne książki, nie wydaje mnie się, jak mawiano w jednym z filmów. Raczej to jest pewna zbieżność, która wynika z samej istoty gatunku. Jak się konstruuje prawie nadistotę, chociaż to złe pojęcie, ale taką istotę prawie wszechmocną, to trzeba nadać jej pewne cechy, które będą ją od tych zwykłych istot odróżniały. Myślę, że tą drogą mogła jakaś inspiracja nastąpić. Myślę, że Dan Simmons mógł zupełnie spokojnie wykreować tego Hyżwara czy też Dzierzbę w nieco inny sposób. Ja nie jestem przekonany. Zresztą u Simmonsa, nawet to podkreśliłeś, ten świat jest bardzo spójny i pewne rzeczy bardzo logicznie wynikają z tego, jak się toczy sama opowieść. W związku z tym, jeśli były jakieś zapożyczenia, to one były, nazwijmy je, mimowolne. Trudno by mówić tu o inspiracji, raczej o jakimś takim może młodzieńczym zachwycie samym „Alienem” gdzieś z końcówki lat 70. Może to gdzieś w człowieku zostaje, osadza się.
Poza tym literatura ma to do siebie i to jest przecież ostatnimi czasy niezwykle modne. Ostatnimi czasy, przez ostatnie kilkadziesiąt lat, sporo jest modne świadome nawiązywanie, taki rodzaj postmodernizmu. Różnie ludzie określają, to nie jest istotne. Nazwa jest w tej chwili nieistotna. Chodzi o to, że dzieła rozmawiają ze sobą. One nawiązują wzajemnie do siebie w sposób świadomy i taki autor specjalnie nawiązuje do wielu dzieł, z wielu zapożycza, zakotwicza niejako swoje własne dzieło w pewnej tradycji literackiej. Ale jeśli to jest robione tylko po to, żeby coś zakotwiczyć, żeby maksymalną liczbę zacytowań mieć z innych utworów, to nie ma sensu. Jest taką sztuką dla sztuki, ale bywa stosowane takie rozwiązanie. Natomiast odnoszę wrażenie, że u Simmonsa, jeśli to jest nawiązanie do naszej kultury, popularnej, ale kultury, to pokazanie, odwrócenie obrazu, pokazanie, że można tak, że można nie epatować jak potworny jest jakiś stwór, ale może tym, że ten świat — to jest oczywiście wizja autora, wcale nie musicie jej państwo podzielać — ma jakiś sens. Czasami dyskusyjny oczywiście, ale jednak jakiś sens.
Dlatego ja aż takiego prostego powiązania nie widzę. Co nie oznacza, że Dzierzba, przynajmniej w kulturze masowej, nie jest kuzynem xenomorfa. Bo tak jak często to powtarzam, kiedy autor odkłada pióro, stawia ostatnią kropkę na ekranie swojego laptopa, przestaje być właścicielem swojego dzieła. Później właścicielami tego dzieła są czytelnicy. Autor tak naprawdę jest wtedy właścicielem praw autorskich. Może gdzieś komentować, jak to czyni wielu autorów, ale właściwie właścicielem. To już drugi raz w tej audycji tego rodzaju zabawne, średnio zresztą, powtórzenie mi się trafia, ale to właśnie on gdzieś zza kadru może komentować w mniej lub bardziej udany sposób.
[03:41:34] - Tak. Jeżeli wejdziemy głębiej w uniwersum Shryka, odkryjemy z kolei nawiązanie w drugą stronę. Nawiązanie, które zobaczymy w „Prometeuszu”. Tutaj można by się też zastanowić, czy na przykład nie było tak, że nastąpiły jakieś krzyżowe inspiracje, że ten trochę zaczerpnął z tego, ten trochę z tego. Bo w „Hyperionie” mamy też coś w rodzaju pasożytów. Mamy też coś w rodzaju reliefów w katakumbach, w świątyni i tak dalej. Także nie jest to tak do końca, moim zdaniem, powiedziane, że coś tutaj nie współgrało na tej linii między autorami. Ale gdybym miał wybierać, gdybym miał powiedzieć, co mnie na chwilę obecną bardziej interesuje, co by było ciekawsze z tej dzisiejszej perspektywy... Albo inaczej, Marku, zadam ci takie pytanie. „Hyperion” był popularny, miał wielu fanów.
Dlaczego stało się tak, że nie został zekranizowany? Co tam stanęło na przeszkodzie? Bo przecież bywa tak, że nawet takie wielkie sagi science fiction są czasami okrojone do pewnego jednego elementu. Przykładem jest „Diuna”. Może w tej nowej lepiej to widać, dlatego że w tej starej mieliśmy taką sytuację, że Paul cały czas sobie coś dopowiadał w myślach i tam część filmu była mówiona, a część była dopowiadana tak jak „Moda na sukces”, albo jak przedstawiają to dowcipy o 17 glinie w wiosce, że Sztyrc pomyślał lustro, a lustro pomyślało Sztyrc. I to przeszkadzało w tej „Diunie”. Ale już nie będziemy wchodzić tak daleko. Chodzi mi o to, dlaczego nikt nie pokusił się o to, żeby jednak tego Shryka wyciąć z tego uniwersum, przedstawić to jako odrębną historię, bo przecież by się dało, nawet z poczynieniem pewnych skrótów, nawet z poczynieniem pewnych modyfikacji. Tego nie widać.
[03:43:49] - Myślę, że rzecz jest, mnie się przynajmniej wydaje, do bólu prosta. Dan Simmons jest pisarzem, który naprawdę ma duże wzięcie na rynku pisarskim i ja myślę, że on po prostu nie sprzedałby praw autorskich do produkcji filmowej komuś, kto zrobiłby z tego film stricte przygodowy o tym, jak się zbliżyć do Hyzvara, a może jak mu nawet zagrozić albo jak pojedynek z Hyzvarem toczyć. By sobie na coś takiego nie pozwolił. Zacząłem o tym mówić, że powieść ma strukturę takiej powieści szkatułkowej, a do takiego sfilmowania trzeba naprawdę mistrza. Przypomnijcie sobie państwo stary, bo stary, ale jednak świetnie zrobiony film polski „Pamiętnik znaleziony w Saragossie” to ten sam rodzaj opowieści. Trzeba było naprawdę świetnego reżysera, mistrza i scenarzysty również, żeby tę historię, która została napisana dawno, dawno temu, jakoś na ekranie pomieścić, oddać. W związku z tym zrobienie czegoś podobnego z „Hyperionem” wydaje mi się niezwykle trudne. Naprawdę. A autor, Dan Simmons mógł po prostu nie zgodzić się na wykastrowanie tego filmu i zrobienie z niego opowieści o potworze, bo tak naprawdę nie o to w tej książce chodzi przecież. I stąd się może brać ów brak sukcesów ekranizacyjnych, czy tego pod koniec pierwszej dziesięciolatki XXI wieku, czy później tej zapowiadanej w połowie drugiej dziesięciolatki miał powstać serial i nie powstał.
Bo moim zdaniem zrobienie scenariusza na podstawie książki Simmonsa byłoby bardzo trudne. I ja myślę, że tu już pomijam fakt, to jest dodatkowy kamyczek do tego ogródka, że ja wiem, że nasze CGI to w ogóle jest wszystko najlepsze na świecie, bo w Hollywood wszystko jest najlepsze na świecie, ale myślę, że to chyba jeszcze nie jest ten etap. Myślę, że wizja autora znacznie przekracza to, co może wyprodukować Hollywood. I ktoś powie: „No jak to, jak to? Dzisiaj Hollywood może zrobić wszystko”. To przeczytajcie państwo „Hyperiona” i przekonacie się, że to mógłby być taki film, jak kiedyś próbowano jeszcze w wersji rysunkowej nakręcić „Władcę Pierścieni”. Tam ten film dociągnięto do momentu, kiedy czarownik spada w przepaść. Mniej więcej do połowy książki, nie całej. Tak połowy, powiedzmy, książki dociągnięto. Kiedy Gandalf się tam gdzieś oddala i to spadając w dół.
To nie ciągnęło. To był film, który owszem, coś tam starał się pokazać, ale to jednak nie było to. Trzeba było-
[03:47:15] - Ja muszę ci powiedzieć, że to była moja ulubiona ekranizacja „Władcy Pierścieni”. Bo ty mówisz o tym, gdzie było to pół na pół zrobione z filmem fabularnym, tak?
[03:47:24] - Nie. Mówię o tej takiej, to chyba z lat 70. pochodzi. Całkowicie rysunkowy film.
[03:47:33] - Całkowicie rysunkowy. Bo była jeszcze taka wersja, w której mieliśmy technikę mieszaną i to już było naprawdę dobre. Naprawdę dobre, naprawdę obiecujące. Czasami ten film był przypominany przez TVP Kulturę. Żałuję, że teraz nie mam czasu tam spojrzeć, ale pamiętam, że ze dwa, trzy razy go tam widziałem. Naprawdę to robiło wrażenie. Szczerze, dużo większe na mnie robił niż współczesny „Władca Pierścieni”. Dlaczego? Dlatego, że pozostawiał taką lukę dla wyobraźni. Ale jak powiedziałeś o tych efektach specjalnych, ja bym nie chciał zobaczyć Hyżwara w wersji z lat dwutysięcznych, z tej pierwszej dekady.
Już mam różnego rodzaju traumy filmowe z tego okresu. Nie wiem, czy chciałbym go zobaczyć teraz. Nie wiem w ogóle, czy chciałbym go zobaczyć. Może to jest właśnie ten problem, że to jest za dobrze skonstruowana istota, za trudna do pokazania, żeby ktoś zaryzykował spektakularną klapę, jeżeli chodzi o produkcję. Ale pomimo to wydaje mi się, że jeżeli miałbym powiedzieć, że jeżeli gdzieś istnieje jakiś pierwszy kuzyn, brat cioteczny Xenomorfa, to ja bym chyba wskazał właśnie na Hyżwara, Shrika lub też Dzierżbę.
[03:48:49] - A ja tylko uzupełnię. Ten film „Władca Pierścieni” jest z '78 roku. Ten rysunkowy, o którym mówiłem. Polska premiera 15 listopada '78. Była to produkcja USA, Wielka Brytania, Hiszpania i to był ten „Władca Pierścieni”, o którym mówiłem. Absolutnie rysunkowy film. Do mnie to jakoś nie przemawiało. Ale to okej. Już ustaliliśmy, że przynajmniej na razie ty nie chcesz oglądać i ja też bym się bał oglądać Hyżwara i całą tę historię przeniesioną na ekran. Być może kiedyś zostanę zaskoczony i to pozytywnie.
[03:49:35] - Powiem ci tak, że produkuje się na tyle dużo nudnego science fiction, że ktoś musiałby zaryzykować włożenie ogromnej ilości pieniędzy w taki projekt. Myśmy widzieli, że Chińczycy na przykład zdecydowali się zasponsorować „Moonfall”. Wyszła straszna klapa. Nie wiem, czy ktoś byłby w stanie pokusić się o coś podobnego. Chyba nie. To jest dzieło, które trzeba odłożyć pomimo wszystko. Ale jeżeli „Duna” się udała i jeżeli uda się druga część, która wchodzi na ekrany chyba w tym roku, to może jest szansa na to, że zobaczymy tego Shrika w wersji kinowej. Chociaż druga sprawa — historia jest tak skomplikowana i tak... Nie chcę być sceptykiem, ale historia jest niefilmowa po prostu. Może to zaważyło na tym, że ktoś nie chciał tej fajnej legendy burzyć.
Bo Marku, czasami jest tak, że coś dobrze wygląda w komiksie, coś dobrze wygląda w grafice, coś dobrze wygląda na kartach powieści, a potem nam się rozjeżdża, jeżeli chodzi o ekran.
[03:50:49] - Ja myślę, że świadomie zrobił to autor. To jest dobry autor i ma świadomość tego, co można, a czego nie można zrobić i myślę, że po prostu postawił szlaban.
[03:51:00] - Dobrze. Jeżeli powiedzieliśmy już o tych braciach ciotecznych, to teraz spójrzmy na dalszych kuzynów. Kłania nam się kolejne małe uniwersum, znacznie węższe — „The Thing”. Jeżeli chodzi o tę serię, to jej losy są bardzo zawiłe, także jeżeli idzie o sympatię widzów. To jest w zasadzie seria, którą można kochać albo nie znosić. To też się tyczy kolejnych oczywiście odsłon. Inspiracje „Obcym” są, rywalizacja z „Obcym” jest i to trzeba zaznaczyć.
[03:51:37] - Zaciąganie materiału genetycznego jest.
[03:51:43] - Jest, ale są też pewne wolty w czasie tworzenia tego filmu, które też może sprawiły, że stał się on na pewien czas takim wyrzutkiem. Bo przecież dzieło literackie Johna W. Campbella, na którym oparty jest „The Thing” w wersji carpenterowskiej, pochodzi aż z roku 1938, z tego, co pamiętam. I tutaj już oczywiście nie możemy mówić o tym, że ktoś wtedy ściągał z Xenomorfa, ale w wersji klasycznej — bo umówmy się, że „The Thing” w reżyserii Johna Carpentera to jest najbardziej znany element tej serii filmów — poznajemy postać, która już takie cechy Xenomorfa trochę posiada. Potrafi magazynować materiał DNA przed dalszą swoją reprodukcją. Pojawia się też ta istota przede wszystkim w filmie „Coś z innego świata” z roku 1951, ale najbardziej znana pozostaje we wspomnianej wersji. Marku, jak to było z tą wersją z roku '51? Bo jeżeli chodzi o dzieje w ogóle sagi „The Thing”, to wszystko jest dość zawiłe, może nawet najbardziej zawiłe z tej całej trójki, o której dzisiaj będziemy mówić.
[03:53:10] - Wspomniałeś opowiadanie Johna Campbella, Johna W. Campbella Juniora podobno jeszcze. To jest opowiadanie, które nosiło polski tytuł „Kim jesteś?”. Notabene, jakby ktoś był zainteresowany, to jeśli mnie pamięć nie myli, w pierwszym numerze z 1990 roku „Feniksa” pisanego przez X, czyli tego już ukazującego się w kioskach, to opowiadanie Campbella się ukazało. Jest w tłumaczeniu, tak że jakby ktoś był zainteresowany — małe wykopaliska archeologiczne i państwo to opowiadanie znajdziecie. Dlaczego to podkreślam? Bo film z 1951 roku jest luźno wzorowany, poza tym, że na planszach tytułowych pokazuje się informację, że to jest inspirowane opowiadaniem Campbella, ten film ma niewiele wspólnego z pierwowzorem. Tak jak powiedział Piotr, późniejszy, z 1982 roku film "Coś" Carpentera z naszym uroczym bohaterem, który był łobuzem tamtych czasów, ma niewiele wspólnego. Kurt Russell, wiadomo, klasa filmów akcji. Natomiast wracając do tego filmu z 1951 roku, to on przede wszystkim, w przeciwieństwie do filmu Carpentera, dzieje się na Alasce.
To tam spada jakiś pojazd, o którym informację dostają piloci. W ogóle mamy do czynienia z bazą, która na Alasce coś bada. Oni udają się na miejsce, znajdują statek kosmiczny. Właściwie wtedy mówi się latający talerz, więc znajdują latający talerz. Znajdują też istotę zamrożoną w lodzie. W czym ma być zamrożona? W każdym razie zamrożoną. Przez przypadek talerz im się niszczy, ten latający. To biorą, co mają, czyli istotę, przewożą ją do bazy samolotem i tam ona się rozmraża. Trochę mogę jeszcze opowiedzieć.
Ta istota okazuje się warzywem, czymś w rodzaju warzywa, bardzo zresztą podobnego do człowieka. I to jest ta różnica zupełnie oddzielająca film z 1951 roku od opowiadania i późniejszych ekranizacji. To takie bardzo ludzkie warzywo. Być może to miało na celu pokazanie, że to warzywo się żywi krwią, całkiem sprawnie ją wysysa. Tak jak my wcinamy warzywa, to warzywo wcinało nas. Rzeczywiście bardzo głębokie. Ale film się toczył. Potwór sobie szalał w tej bazie. Normalka. To taka charakterystyczna dla tamtych czasów produkcja.
Natomiast film z 1982 roku nie dość, że bardziej ściśle nawiązuje do pierwowzoru, przypomnę opowiadania „Kim jesteś?” Campbella, to w 1951 roku nie było takiej techniki, takich zdjęć specjalnych. Tej techniki nie można było użyć, żeby fantastyczności temu filmowi nadać. I to widać. Niestety to monstrum się tam snuje, ryczy i w ogóle. Jak ktoś lubi stare filmy, to można to obejrzeć. Nikogo to nie zabije. Film jest czarno-biały w dodatku. Nikogo to nie zabije, ale mus oglądać tego nie jest. Natomiast z 1982 roku ja miałem pozytywne wrażenia. To był film, który wiem, że nie odniósł sukcesu rynkowego.
Na to się złożyło wiele różnych składowych, między innymi bliska premiera "E.T." w tamtym czasie. To trochę podcięło skrzydła temu filmowi, ale chyba nie tylko to. W każdym razie mnie się ten film od początku podobał. Ja go widziałem oczywiście w Polsce z pewnym opóźnieniem, ale dosyć szybko. Jeszcze w latach 80. sobie to obejrzałem i mnie ten koncept się podobał jako historia. Czyli pierwsze sceny, kiedy obserwujecie państwo ten śmigłowiec. Leci, strzelają do psa. I tu wiadomo, biedne zwierzę, trzeba się ująć. Co dalej było, to sobie państwo obejrzycie.
Natomiast ten koncept mi się podobał. Trudno mówić o aktorstwie, ale powiedzmy postać grana przez Kurta Russella też mi się podobała. To była spójna historia. Ja ją łyknąłem bez bólu. Kino rozrywkowe i mnie to pasowało. Bardzo mi to pasowało, ale się zdziwiłem bardzo, kiedy dowiedziałem się, że w 2011 roku został nakręcony sequel. Mówię sobie: „O kurczę, co tam nakręcili?” I proszę państwa, moje zaskoczenie było potworne. I od razu powiem, tego nie wiedziałem, to przeczytałem sobie w necie. Pokazuje się na początku tego filmu czołówka wytwórni, ale taka czołówka, jaka była w latach 80., nie taka, jaka jest współcześnie. Nie zwróciłem na to uwagi.
To, tak jak powiedziałem, wyczytałem dopiero w necie. Czyli to było takie mrugnięcie okiem: „Słuchajcie, nie spierdzielimy tamtej historii, powiemy wam historię fajną”. Ale mówię: „Dobra, ale to będzie prequel? To będzie remake? Co to będzie właściwie?” I oglądałem ten film i muszę państwu powiedzieć, że prequel okazał się... Nie, przepraszam, sequel okazał się prequelem. Bardzo późno się zorientowałem, że ta historia zmierza do tego, żeby się tak naprawdę skończyć tam, gdzie zaczyna się film z 1982 roku. Straszny łamaniec, ale moim zdaniem udany. Udany, bo te szczegóły zostały na tyle dobrze dopracowane, że ja sobie w swoim wariactwie zacząłem porównywać obie wersje, czy aby na pewno to, co tam się kończy w tym filmie z 2011 roku, to aby na pewno dobrze odwzorowuje to, co w 1982 roku się wydarzyło. I muszę państwu powiedzieć, że przyzwoicie jest to zrobione i mnie takie rzeczy w jakimś tam stopniu imponują.
[03:59:57] - Tak, ale też widzimy, w jaki sposób twórcy odchodzą od tamtejszej retoryki, od tamtejszego modelu operowania kamerą, od tamtejszego modelu budowania napięcia. To jest zupełnie współczesny film, jeżeli mówimy o wersji z 2011 roku. Przyznam, że nie jestem fanem „The Thing”, ale to nawet się dobrze oglądało. I powiem szczerze: do końca się dobrze oglądało, pomimo tego, że dość szybko orientujemy się, o co chodzi. Ale wróćmy może do korzeni. Dlaczego w ogóle mówimy, że Coś jest kuzynem xenomorfa? Dlatego że to powstało w okresie, kiedy film o „Obcym”, a także „E.T.” święciły triumfy. John Carpenter został zmiażdżony przez krytykę tak naprawdę. Przez widzów też. Przyjęty był chłodno, nawet kiedy znalazł się w obiegu pozakinowym okazało się, że ludzie nie za bardzo się tym filmem interesują.
Przede wszystkim z racji tego, że jest dość teatralny, moim zdaniem. Film z 2011 roku trochę porządkował tę historię, ale też wielkim sukcesem nie był. Był takim, jak powiedziałeś, mrugnięciem okiem do fanów. Ale gdzie są podobieństwa do xenomorfa? Otóż są. Okazuje się, że mamy tam do czynienia z kosmicznym polimorfem, który zbiera sobie DNA z kolejnych ofiar. Problem w tym, że w dziele Carpentera — jego już tak do końca nie pamiętam, muszę powiedzieć, że mi się go nie chciało oglądać i sobie przypominać — wycięto te fragmenty, które mogły odnosić się do uniwersum „Obcego”. Z tej historii wynika, że owo tytułowe Coś zamieszkało sobie na pokładzie statku kosmicznego zbierającego po planetach różne gatunki zwierząt. Brzmi to dziwnie — taki kombajn zbierający kury po wioskach. Nie wiadomo, czy Coś zostało zabrane umyślnie, czy też zostało zabrane jako pasożyt, który przetrwał w którymś gatunku.
W każdym razie w filmie z 2011 roku pokazana nam zostaje rzekomo w miarę pierwotna forma tego stworzenia, która może trochę przypomina słynnego facehuggera albo trylobita, będących jednymi z faz pierwotnych rozwoju xenomorfa. W dziele Carpentera miał się też, Marku, pojawić tak zwany alien pilot, czyli stwór, który pilotuje ten statek menażerię, ale rozbija się na ziemi i wskutek tego ucieka mu ten straszny potwór. Przypomina to oczywiście w jakiś sposób sceny z „Obcego” i „Prometeusza” — rozbity statek wyższej rasy uwalnia niszczycielskiego potwora. Pojawiły się, nie oszukujmy się, głosy o bezpośredniej inspiracji xenomorfem i tak dalej. Albo inaczej, powiem tak: film został słabo przyjęty, ale też został słabo przyjęty na wersji testowej widzów pomysł z tym pilotem kosmicznym, tak że go wycofano z wersji finalnej filmu. Ale fani „The Thing” z czasem rośli w sile i dzisiaj mamy do czynienia z sytuacją moim zdaniem dość nieokreśloną, bo przy opisie Cosia pojawia się, Marku, takie określenie jak „film kultowy”. „Film kultowy” to jest moim zdaniem określenie nadużywane w bardzo wielu przypadkach. Ale powracając do alien pilota, który był w drugim pokoleniu spokrewniony z xenomorfem — oczywiście symbolicznie — mamy tam przedstawioną na wpół mechaniczną istotę, która sterowała swoim statkiem przy pomocy podłączonych do ciała rurek. Było to ciekawe rozwiązanie, nie powiem. Oczywiście fani tego malutkiego uniwersum mogą sobie znaleźć wiele informacji o tym, jak to miało podążyć, a jak nie podążyło.
Ja muszę powiedzieć, że na mnie „The Thing” wrażenia jako takiego nie robi. Nawet powiem ci, że nie jestem w stanie powiedzieć, czy ta historia kiedyś znajdzie jeszcze jakieś rozwiązanie, jakąś kontynuację, bo tutaj chyba pomysły się jednak wyczerpały. To jest jeden z tych filmów, o których może jeszcze kiedyś powiemy, bo on się kwalifikuje do tej grupy, którą żeśmy roboczo nazwali „upadek wielkiej serii”.
[04:05:06] - Zastanawiam się, bo tak jak powiedziałeś, pierwszy film był chłodno przyjęty, ten Carpenterowski, ale on urósł trochę w siłę, kiedy został wypuszczony na kasetach VHS. Kto dziś pamięta o kasetach VHS, to jest inna sprawa, ale rzeczywiście wtedy zyskał sobie większą publiczność. Ja przypomnę państwu, że lata 80. to było kino nadmiaru. Wtedy się pojawiło kino nowej przygody. Wtedy powstawało wiele filmów, które przyciągały do kin i wtedy było ciężej się przebić z jakimś tytułem. Dowodem na to — chyba pamiętacie państwo — że taki Kultowy film na podstawie powieści Dicka „Czy androidy śnią o mechanicznych barankach?” W Polsce to się nazywało... Właśnie, jak się to nazywało w Polsce? „Łowca androidów”. Tak, „Łowca androidów”.
Cały czas szukałem. On na początku w kinach, ten film, w Stanach Zjednoczonych też zrobił umiarkowany sukces, żeby nie powiedzieć: był przyjęty chłodno. Pomimo muzyki, pomimo takich wizyjnych obrazów jakoś tak to mimo wszystko nie zażarło. I ten film po kilku latach wrócił do kin i wykręcił nieprawdopodobny sukces. To jednak ma znaczenie, kiedy film pojawia się w kinach. Tu oczywiście źródłem tego powtórnego przybycia do kin — ono było jeszcze bardziej rozbudowane. To może historia nie na dzisiaj, żeby się już nie rozprzestrzeniać. I tak już dzisiaj gadamy i gadamy, ale warto o tym pamiętać. Ja powiem tak: ja jestem, trudno powiedzieć fanem, bo to prosta historia, ale lubię ten film. Może dlatego, że ja po prostu lubię Kurta Russella i mam do niego jakąś taką słabość.
Film na przykład „Ucieczka z Nowego Jorku” bardzo lubię. Jego kontynuacji w ogóle nie lubię, ale aktora darzę jakąś tam sympatią. Grywał zresztą w filmach takich, powiedzmy sobie, często nie najlepszych, ale to nic nie zmienia. Lubię gościa po prostu. Jest takim łobuzem, który bardzo mi pasuje do mojego wyobrażenia kina, po prostu bohatera kinowego. Natomiast zapytałeś, czy to ma jeszcze jakiś potencjał. Ja powiem tak: jeśli to miałby być kolejny, tym razem już naprawdę prequel, no to chyba nie. Natomiast ja sądzę, że z istotą taką jak coś, z takim potencjałem dałoby się zrobić przynajmniej kilka fajnych filmów. Dałoby się tę historię pociągnąć, tylko trzeba by scenarzysty, który podszedłby do tematu niesztampowo. Musiałby sobie zadać na pewno pytanie, czy chce dalej, żeby to był horror science fiction, czy też może kręcimy coś z elementami, ale jednak idziemy troszeczkę w inną stronę.
Bo-
[04:08:39] - Powiem ci, że nigdy nie można mówić nigdy. Dlatego, że może się pojawić kolejny prequel, tak jak było w przypadku „Predatora”. Przecież w ubiegłym roku wypuszczono tę historię, kiedy predator pałęta się i walczy tam po Dzikim Zachodzie, walczy z Indianami. No, powinno się mówić z rdzennymi Amerykanami. Tak że ja myślę, że mogą przyjść w tej Ameryce różne pomysły do głowy na reanimację tej historii, bo ona, chociaż jak mówię, nie jestem jej fanem, ale ona jest znośna. To się dobrze ogląda. Ja pamiętam tę scenę z tego filmu z '82 roku, kiedy gdzieś tam w pierwszych minutach Kurt Russell siedzi, gra sobie w „Tetrisa” chyba jakiegoś na komputerze. Nie wychodzi mu. Potem pizdnął tym dżokejem w ekran jak gdyby nigdy nic, prawda? Taki, jak to się mówi, badass typowy.
Nie miał pojęcia, że siedzi sobie tam gdzieś głęboko na Alasce. Nie, przepraszam, na Antarktydzie i nikt mu nowego komputera nie przywiezie. Ale tak jak powiedziałem, nie wiem, czy masz takie wrażenie, że te skojarzenia z uniwersum „Obcego” jednak są i tutaj one są nawet uwypuklane przez różnego rodzaju publicystów, że The Thing próbowało zawalczyć o widza na fali popularności xenomorfa.
[04:10:08] - No bardzo to jest możliwe i ja myślę, że zrobiło to w sposób udany. Pewno pozostaniemy podzieleni, jeśli chodzi o ocenę tego filmu. Być może są to rzeczy zupełnie subiektywne, na przykład to, że ja wtedy byłem młody i lepiej mi się filmy oglądało w sensie takim, że człowiek zawsze lubi swoją młodość i w związku z tym wtedy wszystkie filmy są wspanialsze, wszystkie książki są też najlepsze, a później to już tylko jest zjazd. Żart taki. W każdym razie jest to bardzo możliwe, ta kontynuacja. Tylko ja się właśnie zastanawiam, w którą stronę to pójdzie. Czy to pójdzie w stronę taką właśnie Aliena na Dzikim Zachodzie, czy to pójdzie jednak w stronę filmu takiego, który coś nowego przynosi, coś nowego oferuje widzowi? I ja bym był — jak to zawsze pewno dobrze się jest siedzieć przy mikrofonie i mądrzyć, więc się chwilę pomądrzę — byłbym jednak za taką historią, która rozwija to, co obejrzeliśmy dotąd w jakąś tam kolejną ciekawą historię. Coś miotające się na przykład po współczesnym mieście, na przykład Ameryki Południowej, bo tak by to musiało wędrować, jeśliby wędrowało, chyba żeby samolotem poleciało, ale to tak by wędrowało z tej Antarktydy przez Amerykę Południową. Nie wiem.
Nie chcę tutaj snuć historii, bo pewno głupie historie będę snuł. To też jest ciekawe. Zauważcie państwo, tu mamy historię z Antarktydy. Ten pierwszy Thing był przecież, tak jak mówiłem, dział się na Alasce, więc przenosimy się nagle sporo kilometrów. Takie bardzo niejednorodne to uniwersum. Ja proponuję w ogóle ten film z 1951 roku odciąć i skupić się przy oglądaniu tak naprawdę na tych dwóch filmach. Może nawet w odwrotnej kolejności je oglądać. Tak się zastanawiam, jeżeli ktoś nie oglądał, to może by zrobił eksperyment. Niech najpierw obejrzy film z 2011 roku, a później ten z 1982 roku, bo kolejność narracji jest właśnie taka. To mogłoby być ciekawe.
Aż żałuję czasami, że to sławne powiedzenie, że czegoś się nie da odzobaczyć, obowiązuje w naszym uniwersum i nie mogłem zapomnieć tamtego filmu i obejrzeć go po tym z 2011 roku. Ech, rozmarzyłem się.
[04:12:49] - Tak, zupełnie przez porę, kiedy to nagrywamy. Tak samo jest, powiem ci, z „Obcym”. Jeżeli ktoś ma taki komfort i tego w ogóle nie widział, to też powinien zacząć od strony zakrystii, jak to się mówi. Czyli najpierw „Prometeusz”, a potem reszta. Ale Marku, jeżeli mówisz o tym, gdzie osadzić tego nowego The Thinga, to nie wiem. Ja bym był za Sandomierzem. Skonfrontować go na przykład z ojcem Mateuszem. Dobra, nie będę tego rozwijał. Można go osadzić wszędzie. Chodzi mi o to, że ja mam mieszane uczucia, jeżeli chodzi o ten pomysł.
Wydaje mi się on troszeczkę archaiczny, wyczerpany. Oczywiście są nowe techniki, są nowe możliwości, które dadzą nam też nowe wizualne wrażenia, ale to zobaczymy. Pożyjemy, zobaczymy.
[04:13:50] - Jeszcze jedną rzecz chcę powiedzieć, bo w tym ewentualnym nowym filmie z tej serii cosiowej trzeba by jedną rzecz wziąć pod uwagę. Tę, którą wzięto w filmie z 2011 roku. Przecież na początku tam obserwujemy norweską bazę. Ale film jest amerykański i jak to napisano w jednej z recenzji, Amerykanie lubią filmy, ale pod warunkiem, że bohaterem tego filmu jest Amerykanin. Toteż w tej norweskiej bazie bardzo szybko pojawia się pani, która jest Amerykanką, w jakimś tam otoczeniu, ale jednak ona. I ta pani rządzi strasznie, ale jest Amerykanką i Amerykanie to zaakceptowali. Dlatego tak się zacząłem zastanawiać, jak by to coś wędrowało, bo jakby to miało się tak logicznie do Ameryki Południowej przenieść, to Amerykanie ze Stanów Zjednoczonych, mówiąc brzydko i dosadnie, oleją taki film. Więc to by się musiało przenieść do Stanów Zjednoczonych i na przykład ty powiedziałeś w Sandomierzu. Okej.
[04:15:00] - Znaczy się w San Domierzu. Tak, tutaj San Domierzu. To by wtedy mieli wrażenie, że to gdzieś u nich.
[04:15:06] - Tak, San Domierzu. Ale tam by musiał w odwiedziny do ojca Mateusza przyjechać jakiś wielebny ze Stanów, to może by wtedy jakoś zagrało. Jakoś tak bym powiedział.
[04:15:21] - Ojciec Parker na przykład.
[04:15:23] - Na przykład. Dobrze, przestańmy już te historie snuć, sam co prawda to prowokuję, ale to może się okazać nieśmieszne. W związku z tym darujmy sobie.
[04:15:36] - Ale w „Hyperionie” i „The Thingu” widzimy pewne nawiązania, o ile nie bezpośrednie inspiracje do uniwersum xenomorfa. Czekamy na wasze komentarze. Co wy o tym sądzicie, jeżeli czytaliście, oglądaliście i tak dalej? Pytanie, czy one były zamierzone, czy po prostu autorzy wpadli na tak zwane pomysły równoległe? Ponieważ nie dysponujemy takimi bezpośrednimi źródłami ani wyznaniami, bo chyba się nikt nie przyzna, że korzystał albo zrzynał z kogoś, sprawa jest otwarta. We wszystkich filmach mamy kosmicznego stwora, którego korzenie gdzieś giną w mroku dziejów. Stwór ten, jak The Thing, czerpie z DNA żywicieli. Z kolei jako Shrek może tutaj być poczytywany za szczyt ewolucji kosmicznej, kosmicznego łańcucha pokarmowego i tak dalej.
[04:16:28] - Trochę stalowy jest.
[04:16:30] - Tak. Koniec końców Chyżwar, podobnie jak xenomor w jego filmowych adaptacjach, okazują się nie do końca wytworami naturalnej ewolucji, ale czymś, przy czym gmerano zawsze. Jakaś inteligencja przy tym gmerała i to w bardzo konkretnym, militarnym, a może raczej genocidalnym — to jest takie modne słowo — celu. W „Hyperionie”, ale to już wam powiedziałem wcześniej, pojawia się też motyw pasożyta, tak zwanego crusiforma, który może się integrować z DNA nosiciela. Także tam naprawdę, jeżeli popatrzycie na te krzyżowe związki, one są widoczne. Ale Marku, finalne pytanie, bo my już tu dwie godziny siedzimy i dyskutujemy o tym xenomorfie. Troszeczkę może pytanie odtwórcze, ale czy możliwy jest nowy film o „Alienie”? Nie wiem, kiedy był „Prometeusz” w kinach, chyba rok 2011. Mieliśmy w ciągu ostatniej dekady albo ponad dekady dwa filmy, które nawiązywały do tego uniwersum i one zostały ocenione chłodno, aczkolwiek przecież ich pierwotnym założeniem było to, żeby wyjaśnić tą historię. Usiądzie sobie teraz Ridley Scott i powie: „O Matko Boska, ja chciałem tą historię tutaj opowiedzieć, wyjaśnić, a ludzie mówią, że to głupie było”.
W którą stronę powinni iść twórcy „Aliena”, jeżeli chcą ten format kontynuować? Bo wydaje się, sądząc po komentarzach na temat „Prometeusza” i „Obcego: Przymierze”, że to nie do końca przypadło ludziom do gustu. A może też pojawi się Alien 5, jak chciał Neill Blomkamp, w formie kolejnego wypełnionego sensacją i pościgiem filmu. Komiksy i gry ukazują nam interesujące strony, w jakie może ta historia iść. Pytanie, czy wszystkie te super idee, to w zasadzie jest, Marku, drugie pytanie, czy te wszystkie super idee da się przełożyć na język kinematografii? To jest tak jak w przypadku Hyperiona, prawda? I czy przypadkiem z realizacji nowych odsłon Aliena nie wyszłyby nam kolejne gnioty? Bo jeżeli coś się dobrze ogląda, czyta i tak dalej, to już mówiliśmy, niekoniecznie da się to dobrze opisać w scenariuszu, a już nie mówiąc o realizacji. Także te dwa pytanka.
[04:19:15] - Ja sam nie wiem, jak się mam w tej chwili nazwać, czy optymistą, czy pesymistą, bo wydaje mi się, że kolejny film w uniwersum Aliena powstanie wcześniej czy później, bo to jest kasa, kasa, kasa i ludzie na kasę łasi. W związku z tym wcześniej czy później ktoś się pokusi, żeby coś takiego wyprodukować. Zastanawiam się tylko, w którą stronę to pójdzie. Podobnie jak ty i ja. My częściowo odpowiedzieliśmy w audycji. Starałem się i ty też właściwie o tym mówiłeś, że powstaje mgła, już powstała mgła taka informacyjna i ja myślę, że kolejny film będzie tę mgłę, w zależności kto będzie go kręcił, ale wydaje mi się, że kolejni twórcy będą tę mgłę jeszcze... Co się z mgłą robi? Zagęszcza się mgłę, więc będą ją zagęszczać. Tak naprawdę nie będzie chodziło, jak to w kinie, o wyjaśnienie, uporządkowanie tej historii. Bo to próbowano, tak jak powiedziałeś, zrobić.
Wyszło tak sobie. Raczej pójdzie to w kierunku opowiadania mniej lub bardziej takich rewolwerowych historii. Przy okazji coś tam się będzie jeszcze napomykało, mówiło może to, może tamto. Tak jak powiedziałem, ta historia moim zdaniem ma potencjał na to, żeby jej nigdy w życiu nie rozwiązać, bo tak jak powiedziałem, rozwiązanie, uporządkowanie tej historii zabierze jej mroczność i tajemnicę. A to tak jak z historią. Ja mówię, lubię te wszystkie historie, na przykład historie o Annunakich. Te wszystkie wyjaśnienia może było tak, może tak, może śmak, może owak. Im to jest bardziej rozbudowane, im ma więcej wątków, im więcej wyjaśnień, tym jest bardziej ciekawe, chętniej czytane. Powstają następne książki, które jeszcze mnożą znaki zapytania i następne, i następne, i następne. To znowu jest przypadek tego serialu Ancient Aliens.
Na początku to jeszcze się trzymało jakichś faktów. Później zaczęto we wszystkim, nie wiem, w każdej figurze, w każdym kościele, w każdej książce, w każdym czymkolwiek, w każdym kamieniu zaczęto poszukiwać obcych. Serial oczywiście u niektórych stracił, a dla niektórych jest w dalszym ciągu już może nie źródłem informacji o potencjalnych paleoastronautach, ale takim źródłem rozrywki to zdecydowanie. Sam znam takie osoby, które wprost mówią: „Ja wiem, że to jest głupie, szczególnie te ostatnie sezony, ale to się tak fajnie ogląda, a przy okazji czegoś się człowiek dowie”. Więc ja przewiduję, daj Boże, żebym się mylił, że to w tym kierunku może pójść.
[04:22:20] - Nie jest trudno cokolwiek przewidywać, jeżeli weźmiemy pod uwagę te najnowsze prognozy, spodziewania naukowe i tak dalej. Ja myślę, że mogą przenieść xenomorfa w jakiś sposób do naszych czasów, wykorzystując to, o czym powiedziałem, że to, co zostało do tej pory powiedziane, jest tylko elementem historii zmagań z prehistoryczną kosmiczną bestią. Pomimo to uważam, że są takie formy science fiction, ale nie tylko. Są ogólnie takie formy literackie, które lepiej nam się czyta, w które może lepiej się gra w gry oparte o te scenariusze, niż dobrze ogląda. Nie jestem zwolennikiem współczesnych efektów specjalnych. Myślę, że to nie jest jeszcze optimum.
[04:23:13] - Tak jest.
[04:23:14] - I to mogłoby być w wielu przypadkach naprawdę rozczarowujące. Ja myślę, że nawet gdyby został nakręcony film o xenomorfie współczesny byłby nie tylko odtwórczy, ale byłby też po prostu tak, jakby się oglądało intro z gry. Nie wiem, wideo na przykład albo jakiś gameplay. I to jest też problem współczesnego science fiction. Ja myślę, że ten film się jeszcze nie wystrzelał do końca, że są jeszcze możliwe drogi realizacji, ale to, co my mówimy, nie do końca odzwierciedla myślenie tych, którzy na tym filmie będą próbowali zarobić. Bo tak jak ciekawe koncepcje prezentują komiksy, które się sprzedają pewnie w jakichś niszowych nakładach, tak to, co musi być zaprezentowane ogółowi, powinno być bardzo przede wszystkim z jednej strony łatwe, a z drugiej strony takie sensacyjne. Nie oszukujmy się. Może ktoś się zdecyduje na stworzenie jakiegoś wycinka z tego wielkiego uniwersum Aliena. Zobaczymy.
[04:24:31] - Zgadzam się z tobą, że są takie książki, których przynajmniej na razie nie należy ekranizować.
[04:24:39] - Tak. I to jest między innymi wspomniany „Hyperion”. Złuż, Marku, ale żeśmy dzisiaj przetrzepali tego xenomorfa. Pewnie go tam zgagapali, chociaż nie wiem, czy może zgagapalić kogoś, kto ma kwasową krew, ale pewnie może. Myślę, że dla wielu osób ten odcinek był interesujący przynajmniej tym względem, że rozłożyliśmy takie, z jednej strony oczywiste, a z drugiej strony pełne tajemnic uniwersum na czynniki pierwsze. Zahaczyliśmy też o wiele tajemnic. Ale jeżeli mówimy też o inspiracjach xenomorfem, chciałbym zwrócić wam uwagę na taki film z roku 2015 pod tytułem „Pod”. To nie oznacza, że coś było pod, tylko po prostu jest to taka nazwa istoty, która ma przebywać w domu głównego bohatera. I ten główny bohater jest byłym żołnierzem. Twierdzi, że jest inwigilowany i że nasłano na niego właśnie taką istotę, która jest jakimś super biologicznym tworem, potworem, który poluje na niesforne jednostki.
Tutaj, jeżeli mówimy o pokrewieństwie do xenomorfa, to już jest dziesiąta woda po kisielu, ale mimo wszystko jest. I jakąś drobną cząstkę historii z „Zetary i Kuli”, którą rozpoczęła Ripley i jej załoga w niej znalazła. Oczywiście można się z tym spierać, ale mimo wszystko widzę w tym to wspomniane pokrewieństwo. Także kilka tych scen żeśmy dzisiaj odsłonili, Marku. Wybije nam niedługo druga godzina audycji. To może warto wspomnieć, co za tydzień. A za tydzień będziemy mówili, dlaczego Piotr nie lubi Stefana Króla.
[04:26:36] - Tak, Stefan Król to postać kontrowersyjna, a będzie o tyle ciekawie, że Piotr nie lubi Stefana Króla, a Marek owszem, sporo książek bardzo lubi. Kilka z nich nawet uważa za wybitne. Ma też knoty oczywiście, ale przy takiej produkcji to się zawsze zdarza. A z filmowaniem dzieł naszego króla bywa różnie. Bywa różnie i to są rzeczy w całym spektrum. To znaczy od filmów naprawdę dobrych po jakieś gigantyczne gnioty. I może dlatego będzie ciekawie. Nie dość, że się dwaj autorzy audycji będą ze sobą może nie kłócić, a raczej wymieniać poglądy na temat wielkości bądź też jej braku, przy okazji pogadamy sobie o ciekawych obrazach filmowych.
[04:27:39] - Tak, przy czym weźmiemy pod uwagę chyba ten najnowszy i ten mniej znany, bo po co macie słuchać po raz kolejny o historiach, o filmach, które były 10 razy już przemielone. Ale nam dzisiaj zeszło. Ale było warto. To takie katharsis xenomorfowe. Może wreszcie się od niego uwolnimy w naszej audycji.
[04:28:04] - W takim razie dobranoc państwu.
[04:28:07] - Pozdrawiam.
[04:28:10] - Nie wiem, czy państwo się specjalnie bali w czasie tej audycji. Nie no, xenomorf to jest takie miłe zwierzę. Ono tylko rozszarpuje albo trawi, albo pasożytuje. W sumie nic wielkiego. Nie takie rzeczy już widzieliśmy w kinie. Okej, zostawmy ten temat. Chciałbym państwu zadać pytanie, czy kojarzycie niejakiego Franka Herberta? Oczywiście odpowiecie, że tak. To ten gość, który „Diunę” napisał. A szczególnie, że „Diuna” ostatnimi czasy ma swój renesans, bo w kinie pojawiła się część pierwsza.
Później pewno będzie część druga. Wszystko na to wskazuje, a w zależności od tego, jakie będą wyniki sprzedaży, oglądalności w kinach, to w zależności od tego los tego przedsięwzięcia będzie się toczył w jedną albo w drugą stronę. A przypominam państwu, że mamy jeszcze stareńki film „Diuna” z lat 80. Ale mamy też serial, więc jest w czym wybierać. Jest też oczywiście książka. Książka nie jest taka łatwa w czytaniu. Świadczą o tym chociażby takie podziały. Jedni tę książkę kochają miłością szczerą i taką niedopuszczającą krytyki, inni natomiast mówią, że tego się czytać nie da. Jest to głupie, bo ten argument zawsze pada, że coś jest głupie. Jak jest coś głupie, to wiadomo, że nie trzeba czytać.
Więc tak, mówią, że jest głupie, a w dodatku nudne, a w dodatku jeszcze źle napisane. I tu padają argumenty takie, jakie komuś pasują. Ja ich zresztą nie neguję, bo obiecałem to państwu, że będę przebijał bańki. Zdaję sobie sprawę, ale chciałbym, żeby państwo również o tym pamiętali, że coś takiego jak idealny styl nie istnieje i jednym odpowiada styl Franka Herberta, innym ten styl nie odpowiada, ale generalizowanie, że ktoś ma dobry styl, a ktoś ma zły styl To myślę, że na tym etapie, na tym poziomie, na którym książki są wydawane, to już chyba nie jest ten poziom. Ten poziom można stosować do ludzi, którzy przynoszą nam maszynopis, przynoszą nam komputeropis, przynoszą nam rękopis. To tu czytając można powiedzieć, czy ktoś ma dobry czy zły styl. Ale jeśli styl jest poprawny, to wierzcie mi państwo, że jedna i ta sama książka — mówię oczywistość, aż się wstydzę, ale ją wypowiem do końca — jedna i ta sama książka jednych zachwyca i wprawia w ekstazę, innych wprawia w zniesmaczenie. Tak bywa z „Diuną”, ale ja nie o „Diunie” chciałem, proszę państwa mówić. Zresztą w ogóle nie będę za dużo mówił. Ja państwa zapraszam na recenzarium Evivy.
Kolejne recenzarium Evivy, które omówi inną zupełnie książkę Franka Herberta, mówię twórcy „Diuny”. Książkę z zupełnie innej bajki. Książka nosi tytuł „Rój Hellstroma”. Zapraszam.
[04:32:08] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Frank Herbert kojarzy się przede wszystkim z „Diuną”. Mówiąc szczerze, pierwszą część przeczytałam nawet z przyjemnością. Dobry kawał science fiction. Kontynuacja. Temu już rady nie dałam. W każdym razie, tak jak dla wielu innych, tak i dla mnie do niedawna Frank Herbert kojarzył się w zasadzie wyłącznie z tą serią. Tymczasem ma on w swoim dorobku wiele innych książek i to bardzo ciekawych. Jedną z nich mam właśnie przed sobą. Jest to „Rój Hellstroma”, książka wydana w serii Wehikuł czasu przez wydawnictwo Rebis.
Tak przy okazji powiem, że cała seria jest naprawdę świetna. Zawiera prawdziwe perełki. Może nie wszystkie te książki mi się podobały, ale w każdym razie wszystkie mają swoje miejsce w kanonie literatury światowej. Nie znaczy to oczywiście, że ja muszę je odbierać pozytywnie. Nie muszę. Jestem czytelnikiem, a jeszcze się taki pisarz nie urodził, co by każdemu czytelnikowi dogodził. To samo zresztą dotyczy Herberta. O ile nie pałam wielką admiracją w stosunku do „Diuny” ani książkowej, ani filmowej, o tyle „Rój Hellstroma” bardzo mnie, trudno powiedzieć, chyba zaimponował. Jest to książka biegunowo odmienna od tego, co znam, od tego, co wyszło spod ręki Herberta, a co trafiło do rąk polskiego czytelnika jako pierwsze. Myślę tu właśnie o „Diunie”.
O czym więc mówi „Rój Hellstroma”? Tytułowy Nils Hellstrom jest entomologiem, naukowcem, filmowcem żyjącym według wiadomości powszechnie dostępnych z produkcji i sprzedaży filmów dokumentalnych o owadach, konkretnie o owadach społecznościowych, takich jak mrówki, termity czy pszczoły. To jednak nie tłumaczy jego bardzo szerokich koneksji politycznych oraz tajemniczości, która otacza miejsce tworzenia filmów. Studio powstało bowiem w stodole na farmie należącej od wieków do rodziny Hellstroma. W pewnym momencie jego działalność zwraca uwagę tajnej agencji rządowej. Wysłani na przeszpiegi agenci giną jeden po drugim, co staje się już alarmujące. Agenci nie wiedzą jednak, że podejrzewany przez nich o współpracę z komunistami reżyser tak naprawdę prowadzi zupełnie inną grę. Kiedy wreszcie udaje się im odkryć jaką, jest już za późno, żeby mu przeszkodzić. Książka Herberta jest przerażająca. Nie będę tutaj dywagować, czy jest możliwa z punktu widzenia naukowego, psychologicznego i tak dalej.
Opowiada bowiem o społeczności ludzi stworzonej na wzór owadów. Za pomocą manipulacji genetycznych oraz chemicznego oddziaływania na poszczególne osobniki został stworzony rój. Rój, w którym każdy ma przypisaną określoną rolę. To duże społeczeństwo, liczące bowiem około 50 tysięcy osobników, daje sobie radę, wcielając w życie zasadę, żeby niczego nie marnować. Więc nie marnuje niczego, nawet ciał ludzi, którzy umarli sami z siebie albo zostali zabici z różnych powodów. Albowiem owady nie znają empatii. Ktoś, kto przestaje być potrzebny rojowi, jest z niego usuwany na dobre. A skoro tak, to dlaczego nie można by wykorzystać jego ciała? Nils Hellstrom jest przywódcą roju. Został nim na życzenie ostatniej matki rojowej, która też była jego matką.
Nie jest może najinteligentniejszy w całej swojej społeczności. Ci najinteligentniejsi pracują nad wciąż nowymi rozwiązaniami przydatnymi dla roju i to jest ich rola w społeczeństwie. Zostali tak wyhodowani Żeby być wręcz nieludzko inteligentni. Oczywiście są też stale pilnowani, ponieważ ich rolą nie jest przewodzenie Rojowi. Ich rolą jest praca dla Roju, tak jak wszystkich. Przywódcą jest Hellstrom i tylko on może wyznaczyć swego następcę. On może nie dorównuje tym wyhodowanym sztucznie wielkim mózgom. Ma jednak o wiele rozleglejszą świadomość. Widzi, że w miarę rozwoju Roju, w miarę dorastania nowych pokoleń zanikają typowo ludzkie cechy, takie jak współczucie, miłość, litość. Wszystko.
Ludzie coraz bardziej stają się owadami. Choć wciąż genetycznie mogą krzyżować się z ludźmi, przestają ich przypominać mentalnie. Mimo to uważa, że trudno, jest to cena do zaakceptowania. Zdaje sobie również sprawę z tego, że konfrontacja z normalnymi ludźmi, tymi z zewnątrz, jak się mówi, mogłaby się skończyć dla Roju fatalnie i dlatego stara się jej unikać. Kiedy jednak sprawa staje na ostrzu noża, umie doprowadzić do tego, by ludzie uznali Rój za zbyt silny, żeby go atakować. Jest genialny, absolutnie genialny, ale to, co robi, budzi prawdziwe przerażenie. W dodatku, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zmierzamy w kierunku takiego właśnie urolowienia. W wielu korporacjach ludzie są traktowani właśnie jak pszczoły robotnice albo mrówki robotnice. Ich rolą jest tylko pracować, nie myśleć, wykonywać zadania. Cały czas.
Przestajesz być potrzebny, jakoś zawodzisz, robisz się słabszy. Wynocha. Stajemy się coraz bardziej takimi owadami. Społeczeństwem, w którym role są zanadto podzielone, jak w jakiejś przeogromnej fabryce. Chyba to właśnie chciał przekazać Herbert ludzkości, żebyśmy się zastanowili nad tym, co robimy, że wszystko pięknie, ładnie, ale w pewnym momencie zwyczajnie przestaniemy być ludźmi. Aż przypomina się bajka o pszczołach pióra Jana Krzysztofa Kelusa. Zostaw nasze ludzkie zalety i wady, daj, byśmy nie byli jako te owady. Książka godna polecenia w najwyższym stopniu, jak zresztą cała seria Wehikuł Czasu. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:39:12] - Jak już jesteśmy przy naszych recenzentach, to zawsze mam pokusy, żeby pewne rzeczy porządkować, ustawiać tak, jak należy. Tak mi dzisiaj wypadło, że w marszu pojedziemy z Labiryntem Książek. To już czternasty odcinek Labiryntu Książek Mirosława Gołuńskiego. Zawsze wzdycham w tym momencie, wiecie państwo, bo ja cały czas przeżywam to, że nie ma już z nami Mirka. Cały czas wspominam nasze, niestety nieliczne rozmowy o książkach, jego dosyć chwilami kontrowersyjne poglądy, przekonania na temat książek. Zawsze bardzo dobrze umotywowane. Być może to mnie tak czasami wkurzało, że on wiedział, co mówi. Jak mówił, to miał to umotywowane. Na szczęście ja też czasami miałem umotywowane tylko w drugą stronę, więc był powód do rozmowy. Był powód do tego, żeby sobie podyskutować.
Często się nie zgadzaliśmy, ale często podrzucał mi właśnie w ten sposób, że gdzieś czytałem recenzję, gdzieś słuchałem tej recenzji w wykonaniu Mirka. Podrzucał mi książki i ja naprawdę mam jakiś taki dług wobec Mirka. Dług wielu dobrych przeczytanych książek. A dzisiaj Mirek opowie o książce Marlona Jamesa „Czarny lampart, czerwony wilk”. Żeby się nie wysilać, bo człowiek się czasami zmęczy za bardzo, ja państwu przeczytam, co napisano o tej książce na portalu Lubimy Czytać. Czerpiąc garściami z afrykańskiej historii i mitologii oraz z własnej wyobraźni, Marlon James opowiada historię o niesamowitym rozmachu, której akcja dzieje się w starożytnym świecie, dziwnie przypominającym współczesny. „Czarny lampart, czerwony wilk” to opowieść niezwykle brutalna, osadzona w fantastycznej scenerii, a jednocześnie poruszająca. Od siebie dodam, że to jest książka, która została wręcz obsypana nagrodami. Była finalistą konkursu National Book Award w 2019 roku. Była ogłoszona bestsellerem takich czasopism jak New York Times.
Czasopowiedziałem w liczbie mnogiej, bo w 2019 roku książka była książką roku według takich pism jak Wall Street Journal, Time, Vogue, The Washington Post. Została zaliczona do jednej ze stu najlepszych powieści fantasy wszech czasów magazynu Time. Po tym moim ględzeniu zapraszam na audycję Mirka Gołuńskiego.
[04:42:54] - Dzień dobry Państwu albo dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy tego słuchacie. Zapraszam Państwa po raz kolejny do mojego labiryntu książek. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o powieści absolutnie niezwykłej, niebywałej, bardzo obcej naszemu sposobowi myślenia. Byłby to taki korytarz w moim labiryncie, który uwielbiam, bo nigdy nie wiem, na co tam trafię i nigdy nie wiem, na co znajdę i jakie skarby tam odnajdę. Najpierw kilka słów o autorze. To Marlon James, pisarz urodzony w 1970 roku na Jamajce, autor czterech powieści, wszystkie wydane po polsku: „Diabeł Urubu”, „Księga nocnych kobiet”, „Krótka historia siedmiu zabójstw” oraz książka, która będzie mnie najbardziej dzisiaj interesowała, czyli „Czarny leopard i czerwony wilk”. Mimo niewielkiej liczby wydanych powieści to pisarz doceniany, ponieważ za powieść „Krótka historia siedmiu zabójstw” otrzymał Nagrodę Bookera. Natomiast „Czarny leopard” otrzymał w 2020 roku nagrodę Locusa, nagrodę przyznawaną z fantastyki, co mnie szczerze rozbawiło, otrzymał ją w kategorii horror. Czy ta powieść jest horrorem?
Nie. Czy powieść, o której dzisiaj będę mówił, jest fantastyką? Mam tutaj wielki problem, dlatego że nie jestem przekonany, że można przystawić nasze europejskie systemy literackie i ich podział do tekstu, który z założenia tego typu opisom się po prostu i zwyczajnie wymyka. Dlaczego? Dlatego, że akcja tej powieści umieszczona jest w Afryce, w Afryce tej czarnej i jest to absolutnie określenie geograficzne. W całej powieści najjaśniejszą postacią jest Arab i muzułmanin. I szczerze mówiąc, to będzie jedyny przedstawiciel monoteizmu w tym świecie. Białych w tym świecie tak naprawdę nie ma, aczkolwiek oni mają przybyć. Bohaterowie tej powieści, mieszkańcy dwóch rozległych królestw, w których toczy się akcja tego utworu, mają świadomość końca światów. W pewnym sensie bowiem powieść Marlona Jamesa to epos.
Epos afrykański, oczywiście rekonstruowany i nie do końca zgodny z naszymi regułami tego gatunku, ale opowieść, która przebija się z głównej narracji, taka właśnie jest. Zanim przejdziemy do treści, trzeba jeszcze jedną rzecz powiedzieć. To opowieść oralna. To znaczy ona jest opowiadana i ta opowiadaniowość tej opowieści, tej historii także wynika nie tylko z tego, że mamy pierwszoosobowego bohatera, który opowiada swoją historię bliżej nierozpoznanemu inkwizytorowi. Inna sprawa, że czekamy na następne tomy tej serii, więc prawdopodobnie niektóre zagadki zostaną wyjaśnione później, ale również sposobem opowiadania. Mamy liczne powtórzenia, przytoczenia, mamy wreszcie odwoływanie się do niepewnej pamięci, a jednak na następnej stronie rekonstruowanie dialogu. Wreszcie narrator wplata w swoją opowieść opowieści innych ludzi. Robi się z tego bardzo ciekawa struktura szkatułkowa tej opowieści i bez wątpienia jest to jej wartość dodana, a przy tym podkreśla jej oralny styl. Dlatego że co prawda pismo w tym świecie istnieje, ale jest rzadkie i tak naprawdę poza jednym momentem w całej opowieści nie jest ważne. Główny bohater i narrator tej opowieści ma na imię Tropiciel.
To, że ma takie imię, które wynika z jego umiejętności, związane jest z tym, że jest odrzucony, wykluczony z własnego plemienia. Nie przeszedł rytuału obrzezania, a nie przeszedł go z pełną premedytacją, gdyż już jako nastolatek zakłada, że nie do końca czuje się mężczyzną. Nie jest męski, co w tamtym świecie owszem, wywołuje śmiech, ale nie wywołuje ostracyzmu. Ten świat jest światem przed monoteistycznymi bogami, więc jest światem o wiele bardziej płynnym, jeśli chodzi o wartości etyczne. Mają swoją etykę bardzo mocno rozwiniętą, ale na pewno do najważniejszych wartości nie należy tożsamość seksualna. Ona jest po prostu płynna, tak jak płynne są światy, w których rozgrywa się powieść. Sam bohater zostaje zatrudniony i właściwie cały ten tom jest w dużej mierze opowieścią o tym, jak wraz z innymi tworzą specyficzną drużynę. On sam jest wilkiem, natomiast wśród tej drużyny jest do pewnego momentu jego najbliższy przyjaciel, okresowo również kochanek, Leopard. I my byśmy powiedzieli animag, a tak naprawdę człowiek, który nie jest ani człowiekiem, ani zwierzęciem, właściwie bardziej jest leopardem niż człowiekiem, ponieważ bez problemu może się zmieniać i przechodzić z postaci w postać. W sumie cała drużyna liczy dziewięciu bohaterów i bohaterek, dlatego że w tej drużynie są również kobiety.
Wśród nich wiedźma, która potrafi rzucać uroki i pisać runy, a nawet banshee, która jest swego rodzaju ni to boginką, ni to istotą z innego wymiaru. Ich zadaniem jest odnaleźć chłopca i to, kim w ogóle jest ten chłopiec i jaką ma spełnić rolę w tamtym świecie Jest jednym z głównych motywów tej powieści, dlatego nie będę go państwu rozwijał, by nie psuć państwu przyjemności lektury, ale nawet nie mówiąc o nim, kim jest, ponieważ zostaje odnaleziony dopiero w drugiej części opowieści, na pewno warto zaznaczyć, że ten świat jest również upolityczniony w tym sensie, że tropiciel i jego drużyna nie tylko wykonują zadanie, za które mają otrzymać odpowiednie pieniądze, ale również są uwikłani w rozgrywki polityczne tamtego świata. To bardzo ciekawa historia, bo oto rywalizuje uważany za szalonego władca krainy południa z siostrą. Okazuje się bowiem w toku opowieści, to jest ten jedyny moment, kiedy pismo i umiejętność pisania okazują się bardzo ważne. Okazuje się bowiem, że sześć pokoleń wstecz, może siedem, zasada była taka, że władzę zawsze dziedziczył syn królowej. A więc mieliśmy jeżeli nie pełny matriarchat, to tak zwane dziedziczenie matrilinearne. W jednym z miast, Walingo, do którego dotrą bohaterowie, rządzi zresztą królowa i tam mamy już pełen matriarchat. Mamy więc bardzo różne formy rządów. Świat ten jest niestabilny pod względem tradycji, ale też o tą tradycję toczy się bezwzględna walka. Dlaczego wybrano tropiciela?
Dlatego, że ma niezwykłą umiejętność. Ma nos, który powoduje, że może wykryć obecność człowieka, zwierzęcia, czego chce z wielkiej odległości w perspektywie wielu dni. Jest oczywiście pożyteczny, ponieważ poszukiwany przez nich chłopiec zaginął co najmniej trzy, cztery lata wcześniej przed akcją powieści. W związku z tym potrzebny jest naprawdę ktoś, kto to potrafi robić. Już państwo słyszeli, że wymieniłem tu postacie animaga, wymieniłem też wiedźmę, wymieniłem boginki. Mógłbym wymieniać dalej, ponieważ takich istot nadprzyrodzonych czy mających pewne umiejętności nadprzyrodzone jest w tej powieści znacznie więcej. Między innymi takie istoty, które właściwie nie sposób — i tutaj chwała tłumaczowi, który poszukiwał nowych rozwiązań językowych — oddać znanymi nam pojęciami i zwrotami. I ta powieść dlatego zapewne otrzymała nagrodę w dziedzinie fantastyki. Ale ja mam co do tego wątpliwości, dlatego, że istoty, które pojawiają się w tej powieści, oczywiście wywodzą się z mitów i wierzeń ludów afrykańskich. W związku z tym, skoro jest to rodzaj eposu, tak jak powiedziałem, to czy jest to jeszcze fantastyka, czy już inna forma literatury realistycznej, czy inna forma literatury mitologicznej?
Oczywiście dzisiaj nie sposób dociec, czy czytelnicy tej powieści byliby w stanie uwierzyć w prawdziwość tej opowieści, ale też dzieje się ona na tyle dawno, ale jednocześnie ten czas jest mityczny. Nie fantastyczny. To nie jest Neverland z tradycyjnej fantasy. To mityczne światy afrykańskie. Światy, których kompletnie nie znamy. Światy, które bardzo rzadko w ogóle pojawiają się w literaturze dostępnej nam przede wszystkim. Właściwie poza Ben Okri, takim słynnym pisarzem afrykańskim, którego powieści wychodziły w słynnej serii z kameleonem, ja mieszkańców czarnej Afryki zupełnie nie znam. Owszem, czytałem kilka powieści pisanych przez pisarzy arabskich, ale to jest zupełnie inna historia. To są zupełnie inne ludy, posługujące się też zupełnie inną wyobraźnią. I tak jak zawsze dla mnie niezwykłym zdarzeniem jest czytanie literatury japońskiej, zderzenie z jej obcością, z jej innością i z jej innym światem i sposobem jego kształtowania, tak zderzenie z powieścią Marlona Jamesa, który zdecydowanie wraca w niej do własnych korzeni, dlatego, że oczywiście jest Afrojamajczykiem, ewidentnie jego przodkowie pochodzili z Afryki, było dla mnie niesamowitym doświadczeniem intelektualnym.
To była powieść, czy to jest powieść, w którą trzeba się na ten moment czytania absolutnie zaangażować. Nie jestem w stanie dociec imion bohaterów, ale to, co się w niej dzieje, z jednej strony jest zupełnie obce, ponieważ posługuje się inną etyką, ale równocześnie jakoś bliskie. Oto bowiem powieść zaczyna się od tego, że namówiony przez Leoparda, jeszcze zanim wyruszyli w podróż w poszukiwaniu chłopca, zaczyna chronić dzieci. Niezwykłe. To mingi. Dzieci czy też istoty, które my byśmy nazwali błędami genetycznymi. To dziecko, które urodziło się bez rączek i nóżek. To dziecko, które jest bardzo wysokie, nazywane zresztą żyrafą. To bracia syjamscy. Wreszcie Dymka, najbardziej fantastyczna postać, ponieważ to dziewczynka, która może zamieniać się...
Właściwie trudno powiedzieć, że ona jest. Ona jest czymś w rodzaju dymu, co powoduje, że właściwie jest nieśmiertelna. Te dzieci są zbierane i wychowywane przez czarownicę dlatego, że oczywiście społeczności, które przychodzą na świat, by je odrzuciły. Ostatecznie jednak udaje się przede wszystkim w tym wypadku tropicielowi po gwałtownej śmierci czarownicy te dzieci powierzyć jednemu z plemion, do którego zresztą przystał. Właśnie nie było ono jego rodzinnym plemieniem. Ponieważ to są niezwykłe dzieci, więc one nie tyle są usuwane ze społeczności czy wprost zabijane, że są niepożyteczne czy nieprzydatne, ale dlatego, że są inne, dlatego, że jest w nich element żartu bogów. Tak mniej więcej jest to w powieści określane. Proponuję państwu opowieść o świecie, który jest daleki naszemu, ale jednocześnie wciąga. Jednocześnie jest klasyczną powieścią pełną zwrotów akcji, a przede wszystkim stałego parcia do odkrycia, kim jest chłopiec. Dlatego, że główny bohater długo tego nie wie i również przed inkwizytorem, przed którym snuje swoją historię, też tego nie odkrywa.
Całą tę historię poznajemy w czasie. W tym sensie oczywiście jest to ukłon autora w stronę europejskich sposobów opowiadania, ale poza tym wszystko jest w nich inne. Jeżeli zainteresowałem państwa tą opowieścią, to bardzo się cieszę, bo przyznaję, że już czekają na mnie trzy pozostałe, przetłumaczone również na polski, powieści Marlona Jamesa. Tylko boję się, że mogę się zawieść. Ale może nie. Dziękuję bardzo i do widzenia. Lub dobranoc.
[04:57:23] - Tak. Państwu powiedziałem przed wystąpieniem Mirka, że był człowiekiem, który wiele książek mi polecił. Wiele książek mi, tu cudzysłów, sprzedał w tym sensie mentalnym sprzedał, że po prostu po nie sięgnąłem. To właśnie była jedna z tych książek. I powiem tak, żeby nie było tak słodko, że sobie z dziobków pijemy. Przez sporą część lektury zastanawiałem się, czy Mirek przypadkowo nie zrobił mi psikusa. Jakoś tak mi to nie wchodziło. Ale powtarzam, nie wszystko wszystkim wchodzi w takim samym stopniu. I w pewnym momencie tej książki jest coś takiego, że ja zaskoczyłem i miałbym do siebie pretensje, gdybym mógł tak to stwierdzić, że gdybym tej książki nie przeczytał, a później się dowiedział, jaka to jest dobra książka, to bym miał do siebie pretensje. Na szczęście nie muszę tej pretensji mieć.
Przeczytałem ją i wierzcie mi państwo, warto przekonać. Przekonać się warto zawsze, ale przede wszystkim warto pokonać opór materii, tej czytelniczej materii na początku, przez ileś stron. Rzeczywiście ja z taką materią się brałem za bary. Czy z materią się, proszę państwa, można brać za bary? Nie, to jakieś głupoty. Po prostu przychodzą, to pewno późna pora, to dlatego. Nie, po prostu zmagałem się z tą książką, ale nie żałuję. Naprawdę nie żałuję. Polecam. To teraz na co czas?
Patrzę na moją magiczną rozpiskę i widzę, że w zeszłym tygodniu zaczęliśmy, a właściwie zaczął Bruno Kadyna. Zaczął rozmowę z Przemysławem R. Cichoniem, autorem zbioru opowiadań wydanego przez Bibliotekarium „Pewnego razu w Świnioryjach”. To dzisiaj czas, by tę rozmowę kontynuować, bo panowie nie skończyli przecież. Mają jeszcze kilka ważnych tematów do poruszenia. Ja od razu powiem, że to nie jest rozmowa najświeższa. Ona liczy sobie przynajmniej około roku. W związku z tym, wiecie państwo, pewne rzeczy w życiu pisarskim się zmieniają. Niemniej jednak panowie rozmawiają o sprawach z punktu widzenia warsztatu pisarskiego, z punktu widzenia postrzegania świata przez pisarza. Myślę, że rozmawiają o sprawach ważnych.
I dlatego postanowiłem się z państwem tą rozmową podzielić. Zapraszam.
[05:00:35] - Wywody Bruno Kadyny bez zbędnej spiny. Ja ci powiem, że wódka, ojeju! Tak mi się parę lat zmieniło i ja wódki, jak czuję nawet zapach, to ojojoj, jakoś kompletnie nie. To już whisky, nawet Johnnie Walkera bym wolał tego czerwonego wypić niż najlepszą wódkę.
[05:01:05] - To wszystko zależy od sytuacji, od intencji.
[05:01:13] - Przestała mi kompletnie wódka smakować. Nie wiem od czego. Podobno człowiekowi co siedem lat zmienia się smak. Zmieniają się smaki, upodobania.
[05:01:25] - Co siedem to?
[05:01:27] - Tak słyszałem. Ile w tym prawdy, to już ci nie powiem. Tak tylko słyszałem.
[05:01:31] - Nie, tam się nie zmienia. Mnie smakuje mi cały czas.
[05:01:37] - Cały czas. Widzisz.
[05:01:38] - Siedem lat i jakoś mi się nie zmienia.
[05:01:44] - I dobrze. To co mówisz o pisaniu? Na razie tak ci piardu, ale coś tam dłubiesz powoli, czy nie?
[05:01:51] - Mam kilka takich otwartych projektów, które nieraz mnie coś strzeli, otwieram sobie. Tak naprawdę nie wiem, bo mam zamknięty w tej chwili laptop, bo bym ci powiedział dokładnie ile, ale ponad 10 na pewno mam takich projektów, które są zaczęte i... No i.
[05:02:16] - No i.
[05:02:17] - Tylko i zostaje na razie. Dobrze, że nie kropka tylko, ale jeszcze całe i. I do nich sięgam. Chciałbym te „Wiedźmy” skończyć. To jest taka historia, która się dzieje w Nowym Jorku. Akurat to miasto jest mi na tyle bliskie, bo chciałbym jeszcze raz pojechać do Nowego Jorku.
[05:02:43] - A byłeś?
[05:02:45] - Nie, już raz chciałem.
[05:02:46] - Aha. Opowiadaj.
[05:02:51] - Od Tadzia. „Śmieciowi ludzie”.
[05:02:56] - Tak. Meshko.
[05:02:57] - Krzysza Meshko. Tak. Tak się trochę zaraziłem, bo z tego, co rozmawialiśmy, on mi to opowiadał, jak to wszystko powstawało. On nigdy też nie był w Nowym Jorku, natomiast ma tam kolegę, który tam mieszka. Co on mu tam opowiedział i tak dalej. A poza tym Google Map i Street View. Faktycznie, bo teraz też to stosowałem. W Nowym Jorku można nawet wejść do knajpy na Street View, obejrzeć wnętrze i tak dalej. To nie tylko, że tak jak u nas ulice w Polsce są. Tam można wszystko zobaczyć, zwłaszcza na dolnym Manhattanie.
Można zwiedzić nie ruszając się z domu. I to jest bardzo fajny wynalazek i bardzo mi się to podoba. Oczywiście nie zastąpi to nigdy tego, żeby tam być, powąchać te spaliny w szczycie i tak dalej, bo tego nie odbierzesz. Ale można się posiłkować. Napisałem opowiadanie, które się dzieje właśnie na dolnym Manhattanie. Nie tylko, bo też z drugiej strony rzeki, Jersey częściowo, ale jeszcze muszę nad nim popracować i myślę go wysłać na ten konkurs, bo tak jak mówię, Fabryka Słów jednak to jest renoma. Andrzej Pilipiuk od zarania pisze dla nich i oni kupują wszystko na pniu od niego i z tego są nawet jakieś pieniądze. Więc to jest jakiś plus.
[05:04:34] - Tak. Ale to jednak musi trącać fantastyką. Musi coś fantastycznego, sam czysty obyczaj nie przejdzie. Albo jak ty, jest tylko troszkę fantastyki.
[05:04:46] - Ten konkurs właśnie dedykowany jest twórcom fantastyki.
[05:04:51] - Właśnie.
[05:04:53] - Wiedźmy to nie jest nic normalnego, tylko fantastycznego.
[05:04:59] - Tak, dokładnie. Mówisz, że jeszcze masz trochę czasu, bo co mamy, początek maja, cały maj, czerwiec.
[05:05:07] - Myślę, że dam radę. Tylko bez takiej presji. Po trochu. Potem trzeba to jeszcze poprawić, przeredagować.
[05:05:19] - Tak. Ja mam do końca maja, też jest konkurs. Wysyłam co jakiś czas, jak mi pasuje, to wysyłam opowiadania. Jedno było wyróżnione. Pomijając nasze podwórko. Jakoś powiem ci szczerze, cienko. Do końca maja jest-
[05:05:44] - Nie gadaj. Kadyna to internet tętni normalnie.
[05:05:50] - Proszę cię, ja tego jakoś nie odczuwam. Kompletnie, ci powiem.
[05:05:58] - Nie gadaj. Dużo jest twoich opowiadań, recenzji się pojawia dużo takich niezależnych.
[05:06:04] - Sam napisałeś recenzję „Wpływu” ostatnio, która mi się bardzo podobała. Bardzo zgrabnie napisana.
[05:06:11] - Ja lubię się podzielić tym, co sam odczuję, bo lubię czytać. Chciałbym też zachęcić innych do czytania, dlatego robię te recenzje co jakiś czas. Teraz kończę czytać „Wzgórze psów” Żulczyka. Żulczyk jest ostatnio na tapecie, bo wiesz, że go zamkną za zdradę tajemnicy państwowej. Więc teraz tym bardziej. Ale książka też jest dobra. Ciężka taka, jego literatura jest taka, zwłaszcza ta najnowsza, bo te wcześniejsze powieści, tak jak „Instytut”, czy właśnie „Zmorojewo”, które też już jakąś recenzję wrzuciłem, to takie książki są bardziej fantastyczne. A natomiast jak "Ślepnąc od świateł", czy właśnie "Wzgórze psów", to są trudne, ciężkie tematy i to się też inaczej czyta. Trzeba zupełnie wziąć poprawkę na to, że to na człowieka jednak inaczej wpływa, niż czytając sobie jakąś powieść fantasy i sobie gdzieś tam w obłokach buja. Jednak jest twarda rzeczywistość.
Ale to też są bardzo dobre książki i ja uważam, że Żulczyka, jednego z lepszych pisarzy w tej chwili na naszym rynku wydawniczym, zaistniał w sumie też nie aż tak dawno. I myślę, że warto po niego sięgnąć.
[05:07:54] - Nie czytałem nic jego. "Ślepnąc od świateł" to był serial chyba nawet, ileś tam odcinków.
[05:08:01] - Tak, to było na Netflixie czy HBO, już teraz nie pamiętam.
[05:08:07] - Tak, ale bardzo popularny i dobre opinie zebrał, nie?
[05:08:12] - Telewizji nie oglądałem, ponieważ nie posiadam telewizji. Natomiast książkę przeczytałem i można powiedzieć, że mi się podobała. Byłem troszkę zaskoczony, bo wcześniej czytałem co innego tego autora, ale summa summarum dobra książka. A jak chcesz zacząć Żulczyka, to polecam ci "Instytut". To jest książeczka, dwieście parę stron, ale jest rewelacyjnie napisana. Warto przeczytać, bo trzyma w napięciu od początku do końca. W zasadzie jak siądziesz, to przez noc przeczytasz.
[05:08:52] - No widzisz, to muszę się skusić.
[05:08:56] - "Instytut". I to jest jedna z pierwszych powieści. Jeszcze wcześniej chyba była "Zrób mi jakąś krzywdę" czy jeszcze coś Żulczyka, już teraz nie pamiętam. Ale ten "Instytut" jest bardzo fajnie napisany i to pierwsze wydanie jest moim zdaniem lepsze. Żulczyk sam się wypowiada, że drugie, poprawione, które wyszło cztery czy pięć lat po pierwszej wersji, jest lepsze, bo już troszeczkę zmienił zakończenie. Mnie się wydaje, że pierwsze jest lepsze, ale kwestia gustu.
[05:09:33] - No tak. Kwestia gustu, dokładnie, jak ze wszystkim. Będzie trzeba kończyć to pisanie, bo kończę piątą powieść małego Kapcia, która jak będę robił w takim tempie, to i w tym roku ona nie wyjdzie. Ale idzie to bardzo powoli i troszkę zmieniam, bo Marek już czytał. Redaktor naczelny Bibliotekarium jakieś wskazówki mi dał, żeby to było jeszcze lepsze, z którymi się oczywiście nie mogłem nie zgodzić. I poprawiam, czy tam dopisuję troszkę. I idzie mi to powolutku. Nie mam takiego filmu na to już.
[05:10:20] - Trochę zniechęca człowieka to, że tak jak to Edward Stachura pisał, że wszystko w próżnię. Bo w zasadzie tak jest. Co poza umowną satysfakcją masz z tego pisania?
[05:10:44] - Jak piszesz dla naprawdę wąskiego grona, czyta cię dosłownie parę osób. Takie wrażenie mam. Nie ma jak tego zweryfikować, nie ma jak tego sprawdzić.
[05:10:59] - I właśnie chodzi, bo nawet wydawnictwo po tej książce, tamtej nawet więcej. Ja niby jedną tylko, już nie liczę antologii różnych, bo to prace są zbiorowe, ale te "Świnioruje", nawet nie wiem, ile się tego sprzedało. Żadnych statystyk. Coś można by było wiedzieć.
[05:11:21] - Dokładnie. A tu jest dupa.
[05:11:24] - Nie, żebym miał pretensje czy coś. Dali mi zaistnieć i jakoś człowiek tak też, jednak wydać książkę to: "O, książkę wydałem!". Ale to tak do końca nie o to chodzi, to nie jest sztuka dla sztuki, tylko coś trzeba by było wiedzieć na ten temat. A tu głucha cisza.
[05:11:51] - Chociaż widziałem, że na LubimyCzytać "Świnioruje" mają dosyć wysoką ocenę. Zerknąłem tylko, tam siedem i pół.
[05:12:01] - Ja nie wiem, z czego wynika ta ocena. Nie znam kryteriów.
[05:12:04] - To czytelnicy dają, oceniają, nie?
[05:12:07] - Masz tam te gwiazdeczki, chodzi ci o to.
[05:12:10] - I masz tam siedem i pół na dychę, więc to jest całkiem dobrze.
[05:12:14] - Ale ile osób oceniło? Dziesięciu?
[05:12:18] - Wysoczyło mi to i nie zerknąłem. Musiałbym zerknąć.
[05:12:22] - Właśnie. Bo gdyby to było tysiąc osób i 700 z nich dałoby taką, to wtedy już coś mamy. Ale jak to było 10 z siedmiu, to wybacz, wynik tam, natomiast wydźwięk cały już jest inny.
[05:12:40] - Operujemy w takich skalach, co zrobisz? Właśnie dlatego, że operujemy w takich skalach. Nie wiem, czy ostatnio nie wolę siedzieć w kajaku niż siedzieć i pisać, czy sobie coś poczytać.
[05:13:00] - Też trzeba. Trzeba robić to, na co akurat masz ochotę. Nie mówię, że nie zawsze jest to możliwe.
[05:13:11] - Tak mam wrażenie, że to pisanie to jakiś etap w życiu i dlatego, że jest taki słaby odbiór, że to odchodzi. I odchodzi. I już jest taki, że to tak daleko zaszło, że powiem ci szczerze, że nie wiem, co by się musiało stać. Nawet jeśli coś by wystrzeliło teraz nagle i byłoby tych opinii tysiąc, a nie dziesięć, to nie wiem, czy ten fan by mi już wrócił. Czy to już na tyle nie zdechło. Ja myślę coraz bardziej, żeby wrócić do jubilerstwa, żeby zacząć tworzyć coś innego.
[05:13:52] - W odróżnieniu ode mnie ty masz fach, który jest artystyczny. Jubilerstwo to jest jakaś twórczość. To nie jest rzemieślnik, tylko jednak jakiś dział twórczości, plastyki i tak dalej, to się z tym wiąże.
[05:14:14] - Ja zacząłem pisać dlatego, że przestałem robić biżuterię. I żeby zapełnić tą pustkę, a pragnienie tworzenia mam zawsze.
[05:14:23] - O tym mówię. Chcesz do tego wrócić, to czemu nie? Tylko że to jest bardzo wymagające. Wymagający zawód i nakładu.
[05:14:37] - Właśnie więcej nakładu finansowego. Tylko że w porównaniu do literatury jest jakaś szansa na sprzedaż tego, co wyprodukujesz.
[05:14:47] - A tak!
[05:14:48] - A tu piszesz, pocisz się rok z tym wszystkim nad powieścią i jest potem jedna wielka blada dupa. A jak robisz, nawet włożysz parę złotych, bo wiadomo, musisz kupić materiał i też poświęcić czas na zrobienie czegoś. Ale już masz coś, co możesz sprzedać i co jest chyba chętniej brane pod uwagę zakupu, mimo naszych czasów takich, że ludzie jednak liczą się z pieniędzmi. Chociaż ostatnio spotkałem się ze stwierdzeniem, że trzeba wydawać pieniądze teraz, nie trzymać pieniędzy, bo jutro mogą nie mieć wartości.
[05:15:33] - Inflacja będzie na pewno galopująca.
[05:15:37] - Na pewno przyśpieszy. Więc coś w tym jest.
[05:15:42] - Tylko w takich ciężkich czasach złoto zawsze idzie do góry.
[05:15:49] - Tak.
[05:15:50] - Natomiast pieniądz wirtualny i pieniądz papierowy traci na wartości, bo jednak zżera go ta inflacja.
[05:15:59] - Tak.
[05:16:01] - Ludzie, którzy mają jakiś kapitał, to zazwyczaj lokują go właśnie w kruszcu czy w nieruchomościach, czy w innych rzeczach, które są bardziej stałe niż taki ulotny pieniądz, który gdzieś w obrocie jest i z czasem nic nie jest wart. Ale wracając do pisania.
[05:16:22] - Tak jest. Dawaj, dawaj. O tym powinna być ta audycja.
[05:16:29] - Tak, fajnie by było.
[05:16:31] - Mów.
[05:16:32] - W tej chwili mamy możliwości. Są możliwości typu internet, dostęp do wszelakiej wiedzy przez internet. Jeżeli ktoś tylko chce, to może wszystko. Tak jak mówiłem nawet o tym Google Map, Street View, że nie będąc gdzieś tam nigdy w życiu można zobaczyć, opisać, podeprzeć się tym. Pisarzy mamy tylu, no takich jak my w tych dużych uszach. Ludzie piszą. Bardzo dużo ludzi pisze. Zobacz grupy na Facebooku, gdzie jest iluś piszących. Ja wiem, że jeden na stu tam jest taki, co faktycznie już zaczyna z tego żyć. Pisze tak jak Michał Kubicz.
Teraz kupiłem znowu tą Livię, jego nową książkę. Jeszcze nie zacząłem czytać, bo muszę skończyć tamto. Ale na przykład bardzo mi się to podoba, co on pisze, bo jest świetny. I mam zamiar wrócić jeszcze do „Tiberiusza”, bo „Kaligulę” już przeczytałem. Zresztą też recenzja była chyba na stronie. I mówię, jest masa ludzi, którzy piszą. Masa. Są ludzie, którzy wydają książki, które są gnioty totalne, ale to self-publishing.
[05:17:59] - Ale nie tylko. Tradycyjne wydawnictwa wydają gnioty.
[05:18:07] - Tak, też wydają, bo jak już nie mają co, to wydają. I teraz czy to jest dobrze? Ja uważam, że powinno być bardziej sito, że powinno się odsiewać. Naprawdę dobrych promować. Jak jest ich tysiące, to ciężko jest tysiąc ludzi promować, ale jeżeli będzie stu, to już jest co innego. A jak ich będzie dziesięciu naprawdę dobrych, to wtedy można w nich zainwestować.
[05:18:42] - Tak.
[05:18:43] - Tak że taka Rowling czy Bruce, Bonda to są fabryki książek. Rowling akurat może nie w tej samej szufladce, ale chodziło mi o to, że z niczego zrobiła niesamowitą karierę i pieniądze przede wszystkim. Bo tutaj idą ekranizacje Harry'ego Pottera, to ona już jest ustawiona do końca życia i jej dzieci też.
[05:19:10] - Tak.
[05:19:12] - Za same prawa. Natomiast przebić się ciężko. A gdyby wytwórnia, ja już nie mówię o ekranizacjach powieści i tak dalej, chociaż wpływ się nadaje. Widział jako film. To jest dobre. Powiem ci, że ja bym porównał wpływ, bo taka mnie myśl, do „Lśnienia”.
[05:19:40] - Nie wiem.
[05:19:41] - Kinga. Klimatem i tak dalej pasuje mi „Lśnienie”. Fakt, że zupełnie inne realia, lokacja i tak dalej.
[05:19:51] - Rozumiem, o co ci chodzi.
[05:19:53] - Klimatem bardzo mi pasuje. Mniej wpływ bardzo przypadł do gustu i bardzo mi się podoba.
[05:19:59] - Taki na dziesięcioodcinkowy serial, nie?
[05:20:04] - Niech będzie sobie tam gdzieś na Netflixie, dziesięcioodcinkowy.
[05:20:09] - Ale to trzeba by, musiałbym się nauczyć. Też już o tym myślałem, ale jakoś się jeszcze za to nie zabrałem. Może się w końcu kiedyś zabiorę, żeby nauczyć się pisać scenariusze i zrobić z tego scenariusz, nie?
[05:20:21] - Tak. Bo właśnie à propos scenariuszy. Żulczyk pisze coś tak właśnie jak gotowy scenariusz, dlatego jego chcieli ekranizować, bo to nie trzeba było dużych przeróbek, żeby zrobić z tego film. To jest pisane takim językiem. Ja nie mówię o tych wcześniejszych, o „Instytucie” czy „Zrób mi jakąś krzywdę”, czy te z Morojewo nawet. Tylko te nowe właśnie. Właśnie „Ślepnąc od świateł” czy jeszcze wcześniej, co tam było takiego? „Radio Armagedon” też była książka napisana tak, jakby przez dziennikarza. Taki scenariusz. Niewiele trzeba zmienić, żeby to zekranizować.
I to też dużo mu to chyba pomogło, że te książki się ekranizowały.
[05:21:11] - No tak.
[05:21:13] - Z tego, co wiem, to popularność spora, bo „Ślepnąc od świateł” to nawet jakieś nagrody czy coś i oceny bardzo wysokie. Natomiast książka jest taka, jaka jest. To jest sensacyjna.
[05:21:30] - Powiem ci, że ani nie oglądałem serialu, ani nie czytałem.
[05:21:37] - Ja nie oglądałem. Rozmawiałem z kolegą z pracy, który właśnie oglądał serial i potem mu pożyczyłem książkę. Przeczytał książkę i mówi, że gdyby to zrobił w odwrotnej kolejności, to by uważał, że serial taki sobie. Ale w tej kolejności mówi, to dorównuje jedno drugiemu, co rzadko się zdarza.
[05:21:58] - Zobacz. Tak samo dorównuje na przykład „Zielona mila” Kinga. Film rewelacyjnie zrobiony i bardzo wiernie.
[05:22:10] - To trzeba przyznać.
[05:22:13] - Ale mało jest takich pozycji.
[05:22:16] - Tak. To czas by, wiecie państwo, „Bibliotekarium” czerpiące z dwóch audycji wcześniejszych, czyli z tego starego „Bibliotekarium” oraz z antologii „Bibliotekarium Warsztatów” z ABW. Wstyd by było, gdyby w audycji nie było jakiejś literatury. To ja państwa zapraszam niniejszym na opowiadanie Lecha Baczyńskiego i innych. Zaraz powiem, dlaczego innych. To jest opowiadanie wyciągnięte z antologii „Rubieże rzeczywistości”. Nosi tytuł „Spłacony dług”. Zostało wyciągnięte i nagrane przez Redę Haddada, aktora, który daje niezwykłą interpretację. Myślę, że takie aktorskie podejście do czytanych tekstów niektórym odpowiada bardzo, niektórym odpowiada mniej. Ja powtarzam: w tej audycji panuje całkowita wolność.
Mnie w każdym razie niezwykle odpowiada. Wiem, że wielu autorom, których teksty Reda Haddad czyta, również to odpowiada. No to cóż, ja państwa zapraszam, ale jeszcze przecież obiecałem, że opowiem, skąd ci inni. To już mówię. Dawno, dawno, dawno temu, tak jakieś pięć lat może, a może tylko cztery, zamieściliśmy na portalu „Rubieże rzeczywistości”, nawet nie wiem, czy nie na „Bibliotekarium”. Trudno mi w tej chwili już sięgnąć pamięcią dokładnie. Fragment opowiadania, początek, kilkanaście pierwszych zdań i zaproponowaliśmy oglądaczom oraz czytelnikom portalu wspólne pisanie opowiadania. Ja kiedyś wspominałem, w początkach „Feniksa”, tego czasopisma, też było takie wspólne pisanie opowiadań. To nosiło tytuł „Hitalia” i tam w każdym numerze pisma była przedstawiana dalsza część. Na początku redakcja zaproponowała punkt wyjściowy, a później w każdym kolejnym zeszycie „Feniksa” pojawiały się pisane przez czytelników dalsze części rozwinięcia.
One były podredagowywane, ale w każdym bądź razie „Hitalia” w ten sposób powstała, że czytelnicy dopisywali dalsze części. Zastosowaliśmy podobne rozwiązanie i to troszeczkę powstawało, ale z tymi opowiadaniami pisanymi, wiecie państwo, że pisze wielu autorów i jest bardzo często tak, że te opowiadania brną, aż w pewnym momencie się zatrzymują, bo już nikt nie wie, jak to dalej pociągnąć. Więc tych autorów zebrało się sporo. Reda Haddad na początku wymienia wszystkich, ale wielkie zasługi położył właśnie Lech Baczyński. Bo to był człowiek, któremu się chciało zamknąć to wszystko, wykorzystując to, co zostało napisane i dopuszczone, i znalazło się w tym tekście kanonicznym. On to opracował, dopisał do tego koniec, dopisał do tego odpowiednią narrację. Zrobił z tego rasowe opowiadanie z początkiem, środkiem, końcem, z logicznym zakończeniem. Myślę, że przewrotne, ale trzymające formę. I ja bardzo państwa na to opowiadanie zapraszam. Myślę, że będziecie się państwo dobrze bawili.
[05:26:11] - Antologia. Rubieże rzeczywistości. Czyta Reda Hadadar. Lech Baczyński, Przemysław R. Cichoń, Jacek Fleischfresser, Kinga Michałowska, Maria Peplińska, Paweł Uzwa. Spłacony dług. Molton jest niewielką mieściną. Według spisu przeprowadzonego ponad rok temu osada liczyła 872 mieszkańców. Od tamtego czasu liczba ta zmniejszyła się o prawie 30 osób. Cóż, ludzie wyjeżdżają stąd, szukają szczęścia gdzieś daleko, najczęściej w dużych metropoliach pełnych gwaru oraz bieganiny.
Życie na południowym zachodzie USA uważają za beznadziejne i pozbawione perspektyw. Może mają rację. Główna ulica w Molton biegnie przez całe miasto, przecinając się z pozostałymi ulicami pod kątem prostym. Środkowe skrzyżowanie, nazywane Placem Konstytucji, jest jednocześnie centrum osady. W słoneczne dni na ustawionych tu ławeczkach zbierają się staruszkowie, obserwując z uwagą, czy nie zdarzy się coś, o czym będzie można rozmawiać przez wiele kolejnych miesięcy. Nazywam się John Ballard i od 14 lat jestem szeryfem w Molton. Dotąd moim podstawowym zmartwieniem był obowiązek wypełniania dziesiątków idiotycznych urzędowych formularzy. Amerykańskie prawo, tak jak prawo na całym świecie, uwielbia tarzać się w papierach. Kiedy kilka dni temu zobaczyłem dwóch barczystych facetów wysiadających z autobusu Greyhounda, od razu poczułem, że wraz z nim przybyły do miasteczka kłopoty. Co za koszmarna dziura!
— powiedział z rozdrażnieniem w głosie Dick. Przecież to niemożliwe, żeby Harlan tu mieszkał. Umarłby z nudów już po tygodniu. Nie wydzieraj się tak — syknął Tom. — Siedź spokojnie i udawaj, że się opalasz. Ci cholerni staruszkowie z ławki obok i tak gapią się tu co chwilę. Niepotrzebnie zwracasz ich uwagę. Po pierwsze ta ławka jest wyjątkowo niewygodna, a po drugie trzeba być idiotą, żeby czekać na Harlana w centrum miasta. A masz lepszy pomysł? Przecież jak zaczniemy wypytywać o tego zgniłka, to po godzinie wszyscy w promieniu przynajmniej dwóch mil będą o tym wiedzieli.
Wychowałem się w małym miasteczku, więc... Ale siedzimy tu już ponad dwie godziny — jęknął Dick. No i co z tego? Przyda ci się trochę opalenizny. Strasznie jesteś blady. Więzienie jakoś mi nie służyło. Podobnie jak tobie, Tom. Przestań, bo jak sobie przypomnę, że ostatnie pięć lat kiblowaliśmy wyłącznie przez tego... Rozerwę Harlana na strzępy, jak go wreszcie dorwę. Tom, przestań!
Przecież umawialiśmy się. Jemu nie może spaść nawet włos z głowy. Dobrze, już dobrze. Masz rację. Nie obiję mu tej wiecznie zadowolonej gęby. Załatwimy wszystko tak, jak zaplanowaliśmy. Mój ojciec zawsze powtarzał, że zemsta jest jak piwo i najlepiej smakuje na zimno. Jesteś pewien, że się nie pomyliłeś, Tom? Zdjęcie w gazecie było dosyć niewyraźne. Jestem pewien, że to był Harlan.
Rozumiesz, Dick? Jestem pewien. Tak, tak, powtarzasz to już od kilku miesięcy, ale zdjęcie było naprawdę niewyraźne. Powtarzam, bo to było niesamowite. Siedziałem akurat w więziennej bibliotece i przeglądałem West Start Magazine, kiedy natrafiłem na ten artykuł o Jacku Meridzie z Molton, który wygrał 120 milionów dolarów w loterii Super Golden Box. Pomyślałem sobie: szkoda, chciałbym mieć w życiu tyle szczęścia co ten facet. I wtedy zobaczyłem to zdjęcie na dole strony. To było bardzo niewyraźne zdjęcie. Coś ci się zacięło w mózgu? — warknął Tom.
— Ciągle mówisz to samo. Na tym zdjęciu stał szczęśliwy Jack mężczyzn, a podpis głosił: multimilioner wraz z grupą przyjaciół. Twarz faceta stojącego po prawej stronie Merida od razu wydała mi się znajoma, ale dopiero po dłuższej chwili uświadomiłem sobie, że to Harlan. Zmienił się trochę. Przytył. Zapuścił wąsy. Bardzo się zmienił. Wcale nie jestem pewien. To był on. Twarz tego wrednego złamasa wbiła mi się w pamięć na zawsze.
Nie pomyliłbym go z nikim innym na świecie. Tom, my nie wiemy nawet, jak on się teraz nazywa. Ale wiemy, że jest kumplem Jacka Merida, najbogatszego człowieka w okolicy. Mam tylko nadzieję, że się nie pomyliłeś, bo w najlepszym razie zrobimy z siebie kompletnych idiotów. Ten mężczyzna ze zdjęcia. On mógł być tylko podobny. Bzdura. Od naszej nieudanej ucieczki z więzienia Rahnschack minęło rzeczywiście sporo czasu, ale w dalszym ciągu marzę o chwili, kiedy spotkam Harlana. Pomyśl. Dostaliśmy pięć dodatkowych lat za próbę ucieczki.
W tym samym czasie ten Ten zdrajca cieszył się nieograniczoną swobodą, a wydostał się na wolność po naszych plecach. I teraz my przyjechaliśmy wystawić mu za to rachunek. Obserwowałem przybyszy z narastającym zdziwieniem. Przez cały dzień siedzieli na ławeczce w centrum Milton. Ktoś mniej spostrzegawczy mógłby uznać, że opalają się w letnim słońcu, ale ja wyraźnie widziałem, z jaką uwagą przyglądają się twarzom przechodniów. Poza tym znam setki wspaniałych miejsc, w których można się opalać, ale Plac Konstytucji z całą pewnością do nich nie należy. Dwóch ponurych typów bez bagażu. Nie, to nie była normalna sytuacja. Tom, zbliża się wieczór — zauważyłem. — I co będziemy teraz robić?
To chyba oczywiste, Dick. Pójdziemy do hotelu. Mexico Sun to dość podły bar, ale pokoje mają za przyzwoite pieniądze. Żarcie też jest przyzwoite, w przeciwieństwie do dziewczyn, ale to akurat nikomu nie przeszkadzało. Poza tym to ostatnie miejsce, w którym można spodziewać się wizyty stróżów prawa. Zresztą ci dwaj wyraźnie nie śmierdzieli groszem, więc oferta Mexico Sun była dla nich jak znalazł. Potężny Latynos przywitał ich zza baru. Mogę w czymś pomóc? Szukamy noclegu. No i nie zaszkodziłoby coś zjeść i wypić szklaneczkę whisky — zagadnął Dick.
Nie ma sprawy. Mamy dwa wolne pokoje. Facet sięgnął do szafki za barem i wyjął dwa klucze z drewnianymi brelokami przypominającymi kształtem sombrera. Schodami do góry i w prawo. Potem zapraszam na dół. Przygotuję coś do jedzenia. Witamy w Milton. Dziękujemy, ale jeden pokój nam wystarczy — powiedział Tom. Barman skrzywił się. Niech pan sobie nie myśli — dodał szybko Dick — że my jesteśmy tego.
Nie, nic z tych rzeczy. Po prostu napięty budżet. Czasy są ciężkie. Ciężkie jak cholera — westchnął barman. Wspinali się po stromych schodach. Drewniane stopnie trzeszczały. Nie podoba mi się tutaj — powiedział Tom. Trudno. Nie stać nas na lepszą miejscówkę. Ale nie marudź.
Dorwiemy Harlana, a potem oskubię Merida. Na co mu 120 milionów? Może się z nami podzielić, a co? Śmiech Dicka przeszedł w suchy kaszel. Na pierwszym piętrze skręcili w prawo. Dick przez chwilę męczył się z otworzeniem drzwi do pokoju 117. Breloczek w kształcie sombrera nie ułatwiał mu zadania, a starego zamka chyba nikt nigdy nie smarował. Weszli do środka. Tom włączył światło. Co do-- szepnął Dick.
Jego ulubione przekleństwo nie przeszło mu przez gardło. Na łóżku leżała młoda kobieta w krótkiej czerwonej sukience. Widok byłby kuszący, gdyby nie szerokie rozcięcie na gardle oraz krew skapująca z pościeli na podłogę. Tom wystawił głowę na korytarz, rozejrzał się, zamknął drzwi. Co teraz? — spytał. Zawołajmy barmana — odparł Dick. Czyś ty zwariował? Zaraz tu będzie szeryf ze swoimi zastępcami. Musimy coś z nią zrobić.
Ale co? — zastanawiał się Dick. Obaj już zgodnie przystąpili do oględzin zwłok. Tom przyłożył ucho do piersi kobiety. Latynoskiej, wieku około dwudziestu lat, nawet ładnej. Miała duży biust i była jeszcze ciepła. Miała też puls. Tom odskoczył nagle, wpadając plecami na Dicka i przewracając go na podłogę. Sam upadł obok. Dziewczyna zerwała się z łóżka i wycelowała w nich lufę wielkiego Magnum 44.
Ha! Nabrałam was. Słyszałam, że szukacie Harlana. Mam rację? Słyszałaś? Niby skąd? — odpowiedział pytaniem Dick, dźwigając się wolno z podłogi. W tej dziurze jak Milton nic się nie ukryje — odparła, najwyraźniej z siebie zadowolona. — Nie bójcie się, nie jest nabity, a Harlana mogę wam wystawić. Zalazł mi skurwiel za skórę.
Przez niego wsadzili mi brata. Obiecałam mu, że zemszczę się na Harlanie. I wtedy napatoczyliście się wy. Straszne z was ofermy, ale myślę, że nie przyjechaliście tu za nim, by prawić mu komplementy. Jak pomożecie mi wykończyć Harlana, to będziecie mogli zabrać swoją forsę i spadać. Umowa stoi? Trzeba przyznać, że dziewczyna miała jaja, choć nie była tęgiej budowy i gdyby magnum był nabity i przez przypadek wypalił, odrzut z pewnością wyrzuciłby ją przez okno. Tom i Dick popatrzyli na siebie, na Latynoskę i zgodnie odpowiedzieli: Stoi. Dziewczyna wytarła chusteczką sos pomidorowy z szyi i dekoltu, a potem zadzierając kieckę i halki wyjęła zza podwiązki piersiówkę. No to chłopaki, napijmy się za to!
— zawołała i wyciągnęła rękę z odkorkowaną butelką w stronę Toma. Ten sięgnął po piersiówkę. Złapał ją jednak tak niezręcznie, że upadła na podłogę, a jej zawartość zaczęła wsiąkać w dywan. Niech to szlag! Tyle dobrej whisky zmarnowane. I co teraz zamierzasz z tym zrobić, frajerze? — zapytała gniewnie, patrząc na Toma z pogardą. Może uda się ją zlizać — odpowiedział z miną niewiniątka. Lizać to ty możesz co najwyżej jajka swego towarzysza. Ja zamierzam iść do baru i uczcić rychłe odejście Harlana z tego świata.
Idziecie ze mną? To raczej zbędne pytanie. Przecież nie będziemy układać pasjansa w pokoju. Ja idę — odezwał się Dick. Ja też — przyłączył się Tom i wszyscy jak na komendę ruszyli do wyjścia. Destiny wyprzedziła mężczyzn przed drzwiami. Jeśli mnie pamięć nie myli, kobiety mają pierwszeństwo, panowie. No chodźcie już, bo ranek nas zastanie — zarządziła, poprawiając włosy. Uśmiechnięta zeszła na dół do baru i odruchowo zaczęła rozglądać się po twarzach gości siedzących przy stołach. W pewnym momencie jej wzrok padł na jednego z pijących mężczyzn.
Niech to szlag! Tylko jego tu brakowało — zaklęła przez zęby i ze złością przygryzła górną wargę. Wydawałoby się, że praca w terenie jest lepsza dla mojego biednego kręgosłupa od roboty papierkowej. Nic z tego. To również głównie siedzenie, tyle że w samochodzie. Albo człowiek dokądś jedzie, albo na coś czeka. Tak było i tym razem. Na szczęście zamiast służbowego Forda Explorera wziąłem prywatnego Chevy Cruze. Ma wygodniejsze fotele. Tkwiłem w aucie pod Mexico Sun.
To bar, dość podły. W ofercie są również pokoje do wynajęcia. Oczywiście na godziny. Nie muszę mówić, jakiego typu klientela bywa tam najczęściej. Na szczęście nie czekałem zbyt długo. Nie wiem, czy moje plecy zniosłyby takie wyzwanie. Nie minęło nawet pół godziny, odkąd te dwa typki weszły do baru, gdy drzwi z spelunki otworzyły się, a ze środka wypadł Wielki Joe. Ze zdumieniem przetarłem oczy. Wielki Joe nie jest typem, którego ktoś może sobie od tak wyrzucić z baru, jeśli nie spodoba mu się jego zachowanie. Z Wielkim Joe się nie dyskutuje, nie awanturuje i nie zaczepia.
Wszyscy w Moulton to wiedzą. Ja również. A tu proszę, Wielki Joe wylatuje z baru i upada tyłkiem na ziemię, aż kurz wznosi się na wysokość co najmniej kilkunastu centymetrów. Jako praworządny obywatel i ostoja tego miasta powinienem wysiąść z wozu i ruszyć mu z odsieczą. Tyle że... No właśnie. Chętniej pogratulowałbym temu, kto mu się wreszcie postawił, niż wyciągnął w jego kierunku pomocną dłoń. „Jakiś problem, Joe?” — zawołałem, opuszczając szybę, ale stek przekleństw, jakim mnie uraczył, jednoznacznie świadczył o tym, że jedyne, co ucierpiało, to jego duma. „Jeszcze raz nazwiesz mnie kurwą, a pożałujesz”. W drzwiach baru pojawiła się brunetka w krótkiej czerwonej kiecce, a tuż za nim obiekt mojej obserwacji.
A właściwie dwa obiekty. Widząc mnie, panowie spojrzeli po sobie zaniepokojeni. „Ten pan zachowywał się nieuprzejmie, szeryfie” — powiedziała seksownym, lekko zachrypniętym głosem. „Nie przeciągaj struny, Destiny. Powiedz lepiej, z kim się prowadzisz.” Wskazałem na towarzyszących jej mężczyzn. „Nie twoja sprawa, John” — mruknęła, chowając do torebki podejrzanie czerwonawą, jakby poplamioną krwią chusteczkę. Wysiadłem z wozu i chwyciłem dziewczynę za ramię, a do moich nozdrzy doleciał ciężki zapach perfum zmieszany z alkoholem. Spojrzałem w jej ciemne oczy i zatonąłem w przypływie wspomnień. „Mogę ci pomóc” — wymsknęło mi się, zanim zdążyłem pomyśleć. Uśmiechnęła się tym triumfującym uśmiechem, jakim kobieta obdarza zakochanego w niej kiedyś głupca, po czym zwróciła się do towarzyszących jej mężczyzn: „Idziemy, chłopcy” — zakomenderowała, a oni posłusznie ruszyli za nią, śliniąc się jak nastolatki na widok dziewczyn z pisemek dla dorosłych.
Zmełłem w ustach przekleństwo i schowałem ręce do kieszeni. Nie mogłem nic zrobić. Wielki Joe nie złożył skargi, a ja nie będąc świadkiem czynnej napaści nie mogłem ich nawet wylegitymować. Zostało mi jedynie trzymać się blisko i czekać na rozwój wypadków. Wiedziałem, że ten musi wkrótce nastąpić. Destiny była wybuchową dziewczyną z problemami i niewielu ludzi w miasteczku wiedziało, czym się tak do końca zajmuje. Jedni twierdzili, że jest panienką do wynajęcia, inni zaś, że dziennikarką śledczą, która pod pseudonimem opisuje afery trawiące Moulton. Jeśli to drugie było prawdą, za niedługi czas ktoś będzie miał problemy. Stawiałem na Harlana. W końcu przez niego zapuszkowano jej brata.
Odprowadziłem wzrokiem całą trójkę. Destiny szła, kołysząc biodrami, a dwóch przyjezdnych typków kroczyło tuż za nią. Podążali chodnikiem przy Main Street, omijając zaparkowane pod skosem autobusy, samochody, których przednie koła zajmowały miejsce na trotuarze. Udali się w kierunku Placu Konstytucji. Gdy pozostawili Mexico Sun i szeryfa, wciąż tkwiącego w swoim chevrolecie kilkadziesiąt metrów za sobą, Diggs plunął, po czym zapytał: „Słuchaj, skoro tak sobie idziemy, to wyjaśnij nam, po jaką cholerę odstawiłaś tę szopkę z ketchupem?” „To był sos pomidorowy, złotko” — odparła, odwracając głowę i odsłaniając równe białe zęby w szerokim uśmiechu. „Cholera, nie denerwuj mnie.” Digg uniósł rękę, jakby chciał zamachnąć się na drobną dziewczynę. „Spokojnie, Digg.” Tom powstrzymał towarzysza. „Pamiętasz, co zrobiła z tym, jak mu tam było? Wielkim Jimem?” Digg westchnął i schował ręce do kieszeni. „Spokojnie, chłopaki” — odezwała się Destiny.
„Po pierwsze to był Wielki Joe. Po drugie, co do tego sosu, ja tak po prostu mam. Lubię się zgrywać, odstawiać teatrzyki, przebierać.” Urwała i odwróciła głowę, a następnie przyspieszyła kroku. „No dobra” — odezwał się po chwili Tom. „Co to za plan, o którym mówiłaś?” „Prosta sprawa. Pomożemy sobie nawzajem. Wy polujecie na Harlana. Ja też mam z nim na pieńku, ale to może poczekać. Teraz musicie mi pomóc dobrać się do Jacka Merida.” Siwowłosy mężczyzna stał przed sejfem ze szklaneczką wódki w dłoni, którą od czasu do czasu upijał dużymi łykami. Jak Rusek — pomyślał.
Sto dwadzieścia milionów. Był ustawiony do końca życia. Tym bardziej że tego życia zostało mu już bardzo niewiele. Dostał wyrok. Nie, nie. Wymiar sprawiedliwości nie upomniał się o niego. Po prostu podczas ostatnich badań wykryli u niego raka. Mógł teraz pić i palić do oporu. Już nic nie mogło mu zaszkodzić. A tyle kasy zostało jeszcze do wydania.
Hasło do sejfu znał tylko on i nikt więcej. Po wygranej w loterii plątali się dookoła niego różni przyjaciele. Naciągali go na różne przyjemności: dobry alkohol, drogie dziwki i prochy. Z jedyną żyjącą krewną, córką z nieprawego łoża, dawno urwał mu się kontakt. I teraz szalał, na ile zdrowie pozwalało. Zostało tak mało czasu. Pieniędzy pilnował jak nikt i nie ufał nikomu z otaczających go rozpustników. Najbardziej denerwujący był człowieczek, który przybył do miasta przed pięcioma laty. Ponoć nazywał się John Black, ale Jack czuł, że to oszust. Po pierwsze od razu zapuścił wąsiska, a po drugie po kilku głębszych nie reagował na swoje nazwisko.
Dlatego też Jack postanowił zabezpieczyć hasło tak, aby nie dostał go nikt niepowołany. Najbezpieczniej byłoby przechowywać kombinację cyfr jedynie w pamięci. Niestety nie mógł ufać, że kod będzie tam bezpieczny z kilku powodów. Po pierwsze miał już swoje lata. Po drugie, picie wódki szklankami nie wpływało dobrze na pamięć. Po trzecie, najgorsze. W jego mózgu rósł nieoperowalny guz, zajmując coraz więcej przestrzeni. Jack zapisał na małej kartce ciąg cyfr i kierunki, w jakich należało obracać tarczę sejfu. Karteczkę ukrył pomiędzy stronami zużytego, rozpadającego się w rękach egzemplarza ulubionej książki „Buszujący w zbożu”. Odstawił powieść na półkę, wciskając ją pomiędzy stare wydanie „Shooter's Bible” i w miarę nową pozycję na temat rachunku prawdopodobieństwa.
Cofnął się kilka kroków po miękkim dywanie. Książka niczym się nie wyróżniała. Stała na jednym z licznych regałów biblioteki, którą stworzył i zapełnił trochę na pokaz, a trochę dlatego, że dobrze mu się piło w takim otoczeniu. Usiadł w wielkim skórzanym fotelu i nalał sobie jeszcze trochę wódki. Odstawił butelkę na stolik obok i wyciągnął z małego humidora cygaro. Sięgał po zapalniczkę, gdy usłyszał pukanie do drzwi. „Wejść” – rzucił. Na progu pojawiła się Montserrat, pokojówka, którą zatrudnił niedługo po wygranej, zaraz po wprowadzeniu się do nowego domu. Ktoś musiał sprzątać te trzy piętra. 5600 stóp kwadratowych powierzchni do odkurzania.
„Panie Merida, pani Child oraz dwóch mężczyzn do pana” – powiedziała Montserrat, wygładzając biały fartuszek. „Wpuścić.” Zdziwił się. Czego ona tu chciała? Nie wystarczy jej, że wsadził do więzienia jej brata? W drzwiach stanęła Destiny, ubrana w długą, czarną suknię. Robiła wrażenie. Za nią weszło dwóch typków. Od razu wydali mu się podejrzani. „Witaj, Cukiereczku” – powiedziała, a wysokie obcasy zastukały o świeżo wypastowaną podłogę, kiedy szła w jego kierunku, lekko kołysząc biodrami. „Destiny.
Miło jak zawsze.” Pochylił się i złożył mokry pocałunek na dłoni obleczonej w koronkową rękawiczkę. „Kim są twoi przyjaciele? Co cię do mnie sprowadza?” „Po kolei, Jack.” Usiadła na krześle, zakładając nogę na nogę. Obracając w dłoniach metalową zapalniczkę, czekał, aż sama zacznie rozmowę. Dwóch typków, których ze sobą przyprowadziła, stało przy drzwiach z założonymi na piersiach rękoma. Wyraz ich twarzy nie świadczył o wysokiej inteligencji, ale Jack nie zamierzał lekceważyć przeciwników. „Będziesz pić sam?” — spytała Destiny, wskazując na otwartą butelkę. „Myślałem, że Montserrat zaproponowała ci kawę” — odparł, wzruszając ramionami. „Nie pijam kawy przed dwunastą. Jack, nalej nam wódki wszystkim” — zarządziła, a twarze jej ponurych towarzyszy natychmiast się ożywiły.
Odłożył zapalniczkę na biurko i podszedł do przeszklonej etażerki, gdzie trzymał kieliszki. Cały czas zastanawiał się, jak dostać się w pobliże pierwszej szuflady biurka, w której trzymał broń. „Szybciej” — rzucił jeden z typków. Drugi zarechotał dziko, a Destiny przewróciła oczyma. Jack podał im kieliszki i usiadł za biurkiem. „Na zdrowie” — powiedział, unosząc kieliszek do ust. Dwaj mężczyźni poszli za jego przykładem. Destiny również podniosła dłoń. Gospodarz z przerażeniem zauważył, że w ręku zamiast szkła trzyma rewolwer. „To teraz sobie pogadamy, Jack” — powiedziała, wstając z miejsca.
„O czym chcesz rozmawiać?” — wydukał, ściskając w dłoni pusty kieliszek. „Może o wspólnych znajomych?” — zaproponowała. — „Ricky Black. Mówi ci to coś?” „To twój brat.” — zaczął ostrożnie. „Doskonale. Mój brat siedzi w pudle z powodu twojego oskarżenia. Chcę, żebyś je wycofał tu i teraz” — powiedziała, celując rewolwerem w jego głowę. Jack myślał, że nie boi się śmierci. W końcu powinien być przyzwyczajony do myśli, że już wkrótce znajdzie się po drugiej stronie. Mylił się jednak.
Widok Destiny wymachującej bronią tuż przed jego twarzą sprawił, że chciał zawalczyć o każdą sekundę. „Co mam zrobić?” — zapytał. „Napisz, że odwołujesz oskarżenia” — powiedziała Destiny, gdy drzwi do biblioteki otworzyły się z hukiem, a do środka wparowała Montserrat z dubeltówką w dłoniach. Broń wystrzeliła. Tom krzyknął i upadł. Dick rzucił się na Montserrat. Padł drugi strzał. Rzeźba stojąca na kominku, oryginalne rzymskie popiersie Niobe, rozpadła się na kawałki. Dick wyrwał sprzątaczce strzelbę i uderzył kolbą w głowę. Montserrat złapała się za rozcięte czoło.
„Santa Maria!” — krzyknęła. „Cicho!” — warknęła Destiny, kierując broń w jej stronę. — „Albo wyślę cię do tej twojej Maryi.” Tom zwijał się z bólu na podłodze, jęcząc cicho. „W co dostałeś?” „A weź, nawet mnie nie denerwuj” — odparł Tom, trzymając się za pośladek. Destiny podeszła do Jacka Merida. Zakręciła pistoletem na palcu. Jack skrzywił się. „Nie rób tak, proszę. To niebezpieczne. Może wystrzelić i trafić mnie albo...
” „Cichutko, słodziutki” — odpowiedziała, mierząc do niego z pistoletu. — „Pisz ten papier, bo... ” Jack odetchnął, widząc, że broń wprawdzie jest wycelowana w niego, ale Destiny nie kręci nią, tylko trzyma pewnie. Podszedł do rzeźbionego sekretarzyka, wyjął arkusz papieru i pióro. Po chwili westchnął, odłożył pióro i wziął długopis. „Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do pióra” — mruknął, stawiając koślawe litery na kartce. Widać było, że od długopisu też się odzwyczaił. Montserrat próbowała wyswobodzić się z uścisku Toma, ale ten trzymał ją mocno. Dick wstawał z ziemi. Szło mu to powoli.
Po dłoni, którą trzymał na pośladku, ciekła strużka krwi. Merid skończył pisać. Proszę. Podał papier Destiny. Drzwi otworzyły się, uderzając klamką o ścianę. Stanął w nich Harlan, znany też jako John Black. O żesz ty! — wrzasnął Tom, rzucając się na niego. Monserrat, uwolniona z uścisku, schowała się za sofą. Mamy cię — mruknął Dick, kuśtykając powoli w kierunku przybysza.
Nie tak szybko! — krzyknęła Destiny. Mężczyźni nie posłuchali. Tom już trzymał Harlana za koszulę, drugą ręką wymierzając mu cios w twarz. Harlan usiłował się bronić, ale furii Toma nic nie mogło powstrzymać. Dick kuśtykał uparcie w kierunku znienawidzonego współwięźnia. Monserrat, schowana za sofą, ostrożnie sięgnęła po leżącą na dywanie dubeltówkę. Zabrawszy ją, wyjęła z kieszeni fartuszka dwa naboje ze śrutem. Rozległ się strzał. Destiny stała na środku pokoju z uniesionym w górę pistoletem.
Lufa dymiła po oddanym strzale. Kawałek tynku z sufitu spadł tuż obok jej szpilek. Spokój. Spokój, bo następny strzał będzie w któregoś z was. Tom, Dick, zostawcie Harlana. Mam z nim inną sprawę. Nie daruję mu — warknął Tom. Czekałeś tyle czasu. Poczekasz jeszcze chwilę. Muszę coś zrobić.
Potem możesz go sobie bić ile wlezie. Tom przestał okładać Harlana, zaintrygowany. Harlan zasłaniał się rękami. Po brodzie spływała mu krew z rozbitego nosa. Jacku Meridzie i Johnie Black, a właściwie Harlanie — kontynuowała. — W imieniu Federalnej Służby Celno-Skarbowej aresztuję was za nieuczciwe ustawienie wyników loterii. Miałam was na oku, odkąd organizator losowania zgłosił tę sprawę. Mam wszystkie potrzebne do-- krzyknął Merid. Monserrat wyłoniła się zza sofy. Wycelowała dubeltówkę w Destiny.
Strzeliła. Butelka wódki i humidor rozleciały się na kawałki, raniąc najbliżej stojących. Powietrze wypełnił smród alkoholu. Pocisk trafił również w okienną szybę. Pękła na tysiąc części i wyleciała z ramy. Ale pudło! — mruknęła Destiny. Tom puścił Harlana, skoczył do Monserrat i wyrwał jej dubeltówkę. Więzień rzucił się do ucieczki. Już prawie dotarł do drzwi.
Odgłosy strzelaniny sprawiły, że musiałem zareagować. W końcu byłem szeryfem w tym piekielnym miasteczku. Wbiegłem do domu Jacka Merida. W drzwiach salonu zderzyłem się z jednym z tych podejrzanych typków. Prawym sierpowym posłałem go z powrotem do pokoju, prosto pod stopy Destiny, po czym wyciągnąłem z kabury wielkiego colta i wycelowałem w zebrane towarzystwo. Dobra, po kolei — krzyknąłem. Destiny i ty, śmieciu. Rzućcie broń. Latynoska i Tom położyli spluwy na ziemi. A teraz tłumaczyć, co tu się dzieje — powiedziałem, marszcząc nos.
— I co tu tak śmierdzi wódą? Jestem z federalnej — zaczęła Destiny. Nic nie mów! — krzyknął Merid. Nic nie mów, córeczko. Co, do cholery? — wykrzywiła twarz w grymasie niedowierzania. Destiny, skarbie, nie mówiłem ci tego nigdy, ale jesteś moją córką. Destiny usiadła ciężko na sofie. Nie odzywała się przez chwilę.
Patrzyła na zgromadzonych w pokoju, którzy również wydawali się oszołomieni sytuacją i zapewne rozważali konsekwencje poznanego faktu. Jak to możliwe? — spytała w końcu. Byłem kiedyś z twoją matką. Rozstaliśmy się dość gwałtownie. Potem nie chciała mnie znać. Nie mówiła ci o mnie. A Rick? Wsadziłeś do więzienia własnego syna? Nie jest moim synem, dlatego nie miałem oporów, żeby...
Przerwałem te rodzinne wyznania. Dobra, widzę, że muszę zawinąć wszystkich na dołek i po kolei wyjaśniać co i jak. Gwizdnąłem. Do pokoju wszedł Wielki Jim. Jim, na początku wezwij chłopaków i zabierz stąd tę kobietę. Wskazałem na Monserrat. I tych dwóch matołów. Wycelowałem palec w Toma i Dicka. Jednego trzeba chyba opatrzyć, ale nie spiesz się. Będzie żył.
Najwyżej trochę go będzie boleć tam, gdzie dostał, czyli... Destiny wstała. Jim, Wielki Jim? Od kiedy ci pomaga? Odkąd został moim nieoficjalnym zastępcą. Secret deputy. Nie ma czegoś takiego według prawa. To ja tu stanowię prawo — odpowiedziałem spokojnie, unosząc colta w górę. Gdy Jim wyprowadził Toma i Dicka, Destiny, wciąż stojąca koło sofy, podeszła do mnie i położyła rękę na moim ramieniu. Skarbie, zawsze cię lubiłam — zaczęła niskim, zmysłowym głosem.
Możemy się dogadać. Co proponujesz, kotku? Pomyśl. 120 milionów — szeptała mi do ucha. Podzielimy się. Taka kasa piechotą nie chodzi — westchnąłem. Destiny podeszła do Merida. Otwieraj sejf. Co? No szybciutko.
Albo się dogadamy, albo pójdziesz siedzieć i kasy i tak na oczy nie zobaczysz. No co? Córce żałujesz? Milioner powoli podszedł do półki i sięgnął po burszującego w zbożu. Wyjął kartkę z hasłem. Otworzył sejf i wyjął dziesiątki plików banknotów, woreczek diamentów i kilka sztabek złota. No dobra, dzielimy — powiedziała Destiny. Black. Harlan. Czy jak ci tam?
Skocz po kilka toreb i lepiej uwiń się szybko, to może też coś dostaniesz. Torby są w garderobie na górnej półce — jęknął Merid. Harlan wybiegł z pokoju. Nie tak szybko, koteczku — powiedziałem, wodząc muszką colta od Destiny do Merida. — To ja tu mam spluwę i stanowię prawo. Tak, króliczku, już to mówiłeś — powiedziała Destiny. — Ale według prawa to możesz nas najwyżej aresztować, a pieniążki oddać organizatorom loterii. Proponuję ci coś lepszego. Co ty na to? Opuściłem broń.
Harlan wrócił z czterema eleganckimi torbami podróżnymi z tłoczonej skóry z jednego, zapewne drogiego kompletu. Bardzo ładnie. Teraz pakujemy — powiedziała Destiny. Do jednej torby włożyła większość banknotów, woreczek diamentów i sztabki złota. Do pozostałych trzech wrzuciła niedbale po kilka paczek banknotów. Zasunęła zamki we wszystkich czterech. Ej, to nie jest po równo! — wrzasnął Harlan. Ty lepiej siedź cicho, bo nic nie dostaniesz — warknął Merid. To moja wygrana.
Mnie należy się więcej. Mnie też, do cholery! — krzyknąłem. W tym momencie drzwi się otworzyły i stanął w nich Wielki Jim. Chłopaki wiozą już ich na posterunek. Opatrzyli jako tako tego matołka powiedział. To kogo teraz bierzemy, szefie? Harlan złapał za swoją torbę i doskoczył do rozbitego okna. Wyrzucił ją na zewnątrz, usuwając kawałki szkła z rany i wyskoczył. Jim podbiegł do okna.
W tym momencie Destiny i Merid rzucili się do ucieczki, chwytając po drodze torby. Szefie, kogo łapać? Spytał Jim. Ze spokojem wpatrywałem się w kominek. Po chwili usłyszałem pisk opon. Podszedłem do rozbitego okna i zobaczyłem w odjeżdżającym samochodzie charakterystyczny profil Merida i czarną suknię Destiny. Wróciłem na środek pokoju. Łap kogo chcesz mruknąłem i kogo ci się uda. Jim wzruszył ramionami i wybiegł. Zostałem sam.
Podniosłem torbę i jęknąłem. Położyłem dłoń na dolnej części pleców. Cholera, znowu mnie rwie. Ta durna robota szeryfa. Siedzenie przy biurku albo w aucie. To przez to mam problem z dźwiganiem ciężkich rzeczy. Rozsunąłem zamek błyskawiczny. Wnętrze szczelnie wypełniały pilki banknotów, a dodatkowo na wierzchu leżały sztabki złota i woreczek diamentów. Yagg przetarł oczy. Zobaczył upstrzoną piegami twarz, całkiem ładną.
Rudowłosa kobieta w okularach nachylała się tuż nad nim. Panie Yagg powiedziała. To koniec. Proszę wstać. Mam nadzieję, że się panu podobało. Co? Co jest? Wstajemy. Czas snu się skończył. Mam nadzieję, że się podobało.
Oprzytomniał. Podobało się, warknął. Też coś. Co to do cholery było? No jak to? Kobieta wydawała się zaskoczona. Zamówiłem sen, w którym miałem być szeryfem. I co? No, według tego, co zaprogramowaliśmy. Byłem szeryfem przerwał jej w pół zdania.
Ale nie na Dzikim Zachodzie, tylko jakieś sto lat temu, na początku dwudziestego pierwszego wieku, w cholernej dziurze, zabitym dechami miasteczku. Nie sprecyzował pan, o jakiego szeryfa chodzi. Mogliście się domyślić. Poza tym cicho. Jeszcze nie skończyłem. Na początku owszem, nawet było okej. Sen działał. Akcja przeniosła się gdzie indziej. Inne osoby ją przeżywały. Jakaś babka i paru dziwnych kolesi.
A ja gdzie? Obserwowałem wszystko z daleka, jak w holowizorze. Jak widz. Nie jak obiecywaliście w reklamie pełna immersja, rozumie pani? No ale pod koniec to pan wkroczył do akcji. I że tak powiem, w tej całej historii to pan był wygrany. Na końcu został pan z torbą i okazało się. Wiem, co się okazało, ale to nie wystarczy. Poza tym wasze sny mają żałosne, podstawowe szkolne błędy. Jakie błędy?
Zapewniam pana, że nasi najlepsi snogramiści. Dupiny snogramiści! Jakie błędy? Na przykład nazwa tej dziury, tego pożal się Boże miasteczka raz jest Midlon, raz Molton. Nawet tego nie możecie upilnować. Mogła się zdarzyć drobna pomyłka. Ale to jeszcze nie koniec. Raz do wsadzenia brata tej babki i tej całej Destiny przyczynia się Harlan, a innym razem zwycięzca loterii. Jak mu tam było? Joe, Jim, John?
Nie wiem. Jack Merid. No a w ogóle to mi się wszyscy mylą. Kto to wymyślił, żeby wszystkich tak ponazywać? John Sheriff, czyli ja i John Black. Nowe nazwisko Harlana. Do tego Jack Merid i Wielki Joe. Czy może Wielki Jim? Tu też się chyba myliliście. Faktycznie.
Ale wie pan, ten Jim to było nawiązanie do klasyki. Mam gdzieś waszą klasykę. Przeszkadzało mi to w przeżywaniu snu. Musiałem się zastanawiać, który John jest który. A może Jack albo Jim. Rozumiecie? Oczywiście bardzo mi przykro, że te drobne defekty. Jeszcze nie skończyłem. Ta historia nie trzyma się kupy. Destiny nagle okazała się agentem i córką tego kasjastego kolesia, jak w tych dawnych ramotach, których już prawie nikt poza mną nie ogląda.
Jeszcze z czasów telewizji. Co to ma być? Santa Barbara czy Moda na sukces? To miał być taki zwrot akcji. Niespodzianka. Srot akcji. Srespodzianka! Przedrzeźniał ją Yagg. A czemu szeryf raz się cieszył, że Wielki Jim, czy jak mu tam było, wyleciał przez drzwi? Nawet z auta nie wyszedł, żeby zobaczyć, czy nic mu nie jest.
A potem nagle okazuje się, że to jest jego zastępca. I to tajny. Kto to w ogóle? Według naszych snogramistów byli tacy na przełomie dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Wasi snogramiści to banda matołów, a ta babka polewająca się keczupem. Który przygłup na to wpadł? Ruda milczała. Ja powiedziała cicho po chwili. Ja podsunęłam im ten pomysł. Yagg zauważył, że jej oczy wilgotnieją.
Mruknął. No nieważne. Nie było najlepiej, ale mimo wszystko to był ciekawy sen. Zwrócimy panu pełną kwotę powiedziała pewnie i spokojnie, już bez śladu łez w oczach. I dodamy jeszcze kupon zniżkowy na przyszłość. Dziękuję odparł Yagg, wstając i kierując się ku szklanym drzwiom, na których zewnętrznej stronie widniał napis: Poszukiwacz snów. Gabinet numer dwa zero trzy jeden siedem. Pieniądze odbiorę w kasie, ale kuponu na pewno nie będę potrzebował. Antologia. Rubieże rzeczywistości.
Czyta Reda Hadar. I cóż ja mogę państwu w tej chwili powiedzieć? Jeśli spojrzycie na zegarek, to już wiecie, że pora późna. Jeśli odsłuchujecie tego o innej porze dnia, to jak spojrzycie na licznik, to też widzicie, że to już trwa naprawdę długo. To mogę państwu w tej chwili powiedzieć tylko tyle. Zapraszam państwa na audycję, którą
[06:02:09] - Tworzymy specjalnie dla Bibliotekarium 2.0 z Piotrem Plebaniakiem. Znowu będziemy knuć, znowu będziemy spiskować na temat, jak doprowadzić imperium do upadku i paradoksalnie jak można je również doprowadzić do rozkwitu. Zapraszam. Kolejna reguła przed nami. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:02:36] - Dzień dobry.
[06:02:38] - Po raz kolejny będziemy budować albo niszczyć imperia. To w zależności, co komu bardziej pasuje. A dzisiaj-
[06:02:46] - Niszczyć.
[06:02:46] - Tak, niszczyć. Niszczyć mówi pan, że lepiej. Okej, też mi się podoba ta koncepcja. Natomiast dzisiaj przejdziemy do kolejnej reguły. To jest semantyczna definicja prawdy ukuta w swoim czasie przez Alfreda Tarskiego i ja ją zacytuję: „Semantyczna definicja prawdy: zdanie „p” jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy, gdy p.” Tym razem p bez cudzysłowu. Panie Piotrze, wkraczamy w obszary logiki.
[06:03:27] - Tak jest, ale to będzie bardzo lekka logika, łatwa do zrozumienia. Natomiast jest nieco nietypowa, więc trzeba się troszeczkę skupić, dlatego że będziemy posługiwać się pojęciami, które zupełnie inaczej działają, jeśli chodzi o budowanie modeli tego, co jest w rzeczywistości, budowanie modeli mentalnych i możemy łatwo się zgubić. Otóż musimy zrozumieć, co to jest metajęzyk. Metajęzyk to jest język, który brzmi i składa się ze słów, które wyglądają tak samo jak słowa, którymi się posługujemy, opisując rzeczywistość. Natomiast metajęzyk opisuje język, który jest tym opisem rzeczywistości. Czyli mówiąc prosto, mamy takie trzy rzeczy obok siebie w tabelce. Zresztą w książce „Psychohistoria”, z której to podwójne jest to, też jest taka tabelka, żeby to uzmysłowić czytelnikowi. Czytelnik jest człowiekiem, mam nadzieję. Są trzy kolumny. W pierwszej jest jabłko, wizerunek jabłka, bo oczywiście prawdziwego jabłka w książce nie da się wydrukować jeszcze.
W drugiej kolumnie jest słowo: „To jabłko jest czerwone” i to jest język opisujący rzeczywistość, czyli to czerwone jabłko. Następnie obok jest zdanie: „To jabłko jest czerwone” i jest prawdziwe. I metajęzyk to jest właśnie ten język z trzeciej kolumny, czyli taki, który opisuje nie rzeczywistość, ale prawdziwość bądź fałszywość zdania opisującego rzeczywistość. Przepraszam, nie pokręciłem nic?
[06:05:23] - Chyba nie. Na razie chyba nie. Zobaczymy, jak będzie dalej.
[06:05:26] - Dobrze. I teraz ktoś, kto lubi zagadki albo jakieś łamańce logiczne, albo jakieś głupie historyjki, na które nie ma dobrych odpowiedzi i zadający zagadkę jest po prostu złośliwy i chce górować nad osobą, która jest bezradna, rozkłada ręce i musi się poddać, bo jest haczyk. I są takie opowieści, na przykład takie, że jakiś cyrulik. Ta zagadka jest używana, czy też problem logiczny jest używany na lekcjach filozofii przez złośliwych edukatorów. W Sewilli jest cyrulik, balwierz czy też taki, który strzyże brody, który goli wszystkich, którzy nie golą się sami. I teraz pytanie podchwytliwe jest takie: czy ten cyrulik goli siebie samego? Prawda? To jest nierozstrzygalne, dlatego że to zdanie, ta zagadka jest zadana za pomocą pomieszania języka i metajęzyka, czyli języka opisującego rzeczywistość i metajęzyka, który opisuje język, więc nie da się na to odpowiedzieć. Natomiast są jeszcze rozmaite inne. Nie wiem, czy panu przychodzi coś do głowy tak z marszu?
[06:06:45] - Nie. Ja byłem, jeśli chodzi o logikę, bardzo pilnym uczniem, ale niestety odtwórczym, ponieważ ja cały czas pamiętam, że logika jest wspaniałym narzędziem, ale do czasu. Bo to sławne powiedzenie, że prawdziwość logiczna wcale nam nie gwarantuje prawdziwości w rzeczywistości, że tak sobie zrymuję.
[06:07:09] - Dobrze. Jak pan gadał, mówił, chciałem powiedzieć, wygłaszał swoją opinię szacowną.
[06:07:18] - To deklaracja była, deklaracja ideowa wręcz.
[06:07:21] - Tak, czasami do tego rzeczywiście dochodzi, dlatego że logika, jaką się posługujemy, decyduje o tym, w jaki sposób budujemy obrazy mentalne. Więc ktoś, kto nauczy nas logiki, która jest nieskuteczna albo wewnętrznie sprzeczna, albo powodująca jakieś pomieszanie pojęć, taki człowiek może doprowadzić do naszego trwałego kulturowego kalectwa. Przepraszam, że tak dyszę, ale właśnie chodziłem po górach. Jestem niestety na wysokości mniej więcej 600 metrów. Jest piękny widok na dolinę. Niestety nie mogę przekazać, bo mamy tylko podcast w tej chwili, ale wstawię zdjęcie na Facebooka, także jak ktoś będzie chciał, to zapraszam. Zaraz pstryknę fotkę, jest akurat zachód słońca, jest przepięknie. Natomiast wracając, jest zdanie, które jest mieszanką metajęzyka i języka. Czyli powtórzę jeszcze raz, bo to nie jest do końca intuicyjne dla ludzi, którzy się pierwszy raz stykają z tymi pojęciami. Język opisuje rzeczywistość, czyli językiem jest zdanie To jabłko jest czerwone, a metajęzyk opisuje język, czyli język niższego poziomu, który jest jakimś rodzajem opisu rzeczywistości i prawdziwość przysługuje językowi.
Na przykład jest takie słynne zdanie w filozofii, w edukacji używane: „Król Francji jest łysy”. I teraz, czy to zdanie jest prawdziwe czy fałszywe, zależy od tego, jaka jest rzeczywistość. Jeżeli istnieje coś takiego jak król Francji, na dzień dzisiejszy nie istnieje i ten król Francji rzeczywiście nie ma włosów na głowie, to idą łysi. To z panem Markiem dwa tygodnie temu ustaliliśmy. Taką piosenkę powinniśmy nagrać na początek podcastu: „To idą łysi” w Telegramie z krańca świata, tak pożartuję.
[06:09:11] - To jest bardzo dobry pomysł. Pan będzie głosem prowadzącym, ja będę robił chórki.
[06:09:16] - To mówią łysi, zamiast „To idą łysi”, to jest oryginał, to trzeba jakoś przerobić, bo inaczej prawa autorskie wejdą. „To mówią łysi” taki tytuł podcastu zrobimy od nowa, zamiast Telegramu z krańca świata. Ale wracając do tego króla łysego, na dzień dzisiejszy to zdanie jest fałszywe. Oczywiście filozofowie lubią dochodzić różnych rzeczy i jeden stwierdził, że prawdziwość bądź fałszywość nie tyczy zdań, bo zdanie może być zapisane w książce, prawda? I jak powiemy w chwili, w której taki król Francji jeszcze żyje, bo mu nie obetnął głowy na przykład na gilotynie, to zapisane to zdanie, jeszcze zanim mu obetną głowę, jest prawdziwe. Natomiast w chwili, w której obetną w tej samej książce to samo zdanie zapisane w tym samym egzemplarzu książki, żeby uszczegółowić, to po chwili, jak ten król zostanie ścięty i już nie ma króla Francji, bo nastanie republika, prezydent i tak dalej, wtedy to zdanie przestanie być prawdziwe. Ale tu chodzi o to, że to wypowiedzenie zdania przestanie być prawdziwe, czyli prawdziwość przysługuje nie zdaniom, tylko wypowiedzeniom zdań. I to jest najprecyzyjniejsza formuła, takie udoskonalenie teorii prawdy Tarskiego. Natomiast tutaj dochodzimy do bardzo ważnych rzeczy, o których mówimy wielokrotnie z panem Markiem w Telegramie z krańca świata. Mówimy o tym, że język jest pewnym rodzajem pakietu narzędzi do budowania obrazów mentalnych, czyli do budowania zdań, które opisują rzeczywistość.
I tu znowu możemy mówić o jakimś manipulacjach, o tym, że języki są lepsze albo gorsze do tego, żeby opisywać rzeczywistość, że łatwiej skoraborować albo po prostu, mówiąc innymi słowami, obalić twierdzenia albo wykryć, że twierdzenie jest prawdziwe bądź nieprawdziwe. I to wszystko oczywiście to jest wyższa szkoła jazdy, do której ja też się nie nadaję. Proszę nie myśleć, że jestem jakimś tu guru filozofii albo logiki. To są jakieś naprawdę podstawowe rzeczy, które jak widzicie w ciągu pięciu minut można bardzo szybko oswoić, przyswoić i zrozumieć.
[06:11:24] - Tak, ale wie pan co? Dzisiaj pan w ogóle jest mało intuicyjny. Rzuca pan idee mało intuicyjne, bo ja tak sobie usiłuję-
[06:11:34] - Bardzo przepraszam.
[06:11:35] - Usiłuję wyobrazić, w jaki sposób może się to przyczynić do tego bardzo miłego naszemu sercu obalaniu imperium. I tak nie do końca to czuję. To znaczy, mówił pan o tym pomieszaniu języków, o tym, że można tego rodzaju szkody wykonać, ale jakby pan jakiś przykład taki z życia podał, taki bardzo polityczny i w dodatku bieżący w miarę, to myślę, że to lepiej unaoczniłoby, o jak ważnej roli my w tej chwili mówimy.
[06:12:08] - render. To mi teraz do głowy nie wiem, czy przyjdzie. Natomiast mówiąc o polityce, o czym mówimy, mówimy o władzy i to mogę się odwołać do książki, którą wszyscy przynajmniej słyszeli, o książce „Rok 1984” George'a Orwella. I tam jest bardzo wiele powiedziane na temat tego, że ten, kto ma monopol na język, może zdegenerować ten język do tego stopnia, że człowiek przestanie być zdolny do opisywania rzeczywistości za pomocą tego języka. Tu mogę się odwołać, zaprosić, znowu zrobię autoreklamę, ale całkowicie jawną. Wynalazłem właśnie w roku 1984 parę cytatów, które dokładnie odnoszą się tej kwestii. Tego, że celem tych, którzy chcą zdobyć władzę nad językiem, nie jest narzucenie swojego zdania, tylko jest zdobycie władzy, władzy nad umysłami, władzy dyktowania innym, co i jak mają myśleć. Więc starając się zakończyć poradą, powinniśmy być wybitnie czujni w kwestii tego, kto co nam chce narzucić w kwestii, jaki sposób myślenia, jaki rodzaj logiki, jaki poziom klarowności tego, co mówimy. Każdy, kto chce zagmatwać, każdy, kto chce narzucić jakieś swoje pojęcia, które przekształca według swojego widzimisię, po prostu walczy o władzę. Bo władza nad ludzkimi umysłami to jest największy afrodyzjak.
To jest ten trigger, taki uruchamiacz tego wyrzutu dopaminy, o którym tak często mówiliśmy, zwłaszcza w Telegramie z krańca świata. Także tutaj możemy być czujni. Mamy świetny przykład z Polski, kiedy w którymś momencie rozmaici tacy woke'iści, to już chyba spolszczyło się to słowo woke tej ultra toksycznej ideologii. Otóż w Polsce tacy woke'iści dorwali jakichś studentów z Somalii z tego, co pamiętam, bo szukałem źródeł właśnie do tego, żeby napisać esej na ten temat, esej w „Siłach psychohistorii” i oni złapali jakichś studentów z Somalii, dali im takie plansze do wyświetlania „Nie mów do mnie Murzyn”, bo chodziło o to, że ci wszyscy Bogu ducha winni cukiernicy to byli rasiści, dlatego że teraz się boją. Rzeczywiście ludzie się boją nazywać ciastko Murzyn. Przepraszam Murzynek właśnie tym słowem, które jest ugruntowane, nie ma żadnych negatywnych konotacji. Chyba że ktoś z intencją obrażenia powie Murzyn, to wtedy rzeczywiście ta konotacja jest. To fakt, przyznaję. Natomiast ci wszyscy ludzie, którzy do tej pory używali do określania tego ciastka, mówiąc o ludziach rasy czarnej, to też rasa czarna jest błędnym określeniem, dlatego że dotyczy tylko koloru skóry. Różnice rasowe to mogę bardzo łatwo udowodnić.
Zaraz podam jeden konkretny przykład. Różnice rasowe sięgają daleko głębiej niż tylko i wyłącznie kolor skóry. Przykładem jest gen, który się nazywa ABCC1, czyli ABCC1. On jest odpowiedzialny za produkcję potu. Zaraz, jak to było dokładnie? Proszę sobie sprawdzić w Google. Chodzi o to, że pot ludzi białych śmierdzi o wiele szybciej i o wiele łatwiej, dlatego, że jest lepiej metabolizowany przez bakterie, które to właśnie bakterie produkują te substancje wtórne, które to właśnie one śmierdzą. Więc różnica genetyczna, która nie dotyczy skóry jest taka, że my śmierdzimy, a Koreańczycy, którzy nie mają albo mają, albo nie mają. Zapomniałem. Strasznie przepraszam, ale właśnie w tym genie jest kwestia albo ktoś go ma, albo nie ma.
Zdaje się, że to my właśnie go mamy i dlatego śmierdzimy, więc Koreańczycy tego nie mają. Japończycy praktycznie wcale. Ponad 90% populacji. Przepraszam, Japończycy trochę gorzej wychodzą. Czyli generalnie jak chcemy szukać na przykład ja szukam małżonki Azjatki, no to muszę się częściej myć, prawda? Dlatego, że będę dla niej śmierdział o wiele bardziej niż jej reprezentant tej samej rasy, czyli Koreańczyk w tym wypadku. No i tak na praktykę można to przełożyć. Natomiast wracając już do tego przykładu Murzyna, dlaczego to słowo zostało wybrane? Stwierdzono, że jest odpowiednikiem tego słowa. Nie powiem tutaj, bo będziemy wrzucać ten film do internetu na N.
Widzicie, ale proszę zobaczyć, że się sam cenzuruję. Muszę na to zwracać uwagę. Więc to nie chodzi o to, że jakieś słowo jest rzeczywiście brzydkie albo brzmi wulgarnie, albo uraża, albo w jakiś sposób jest nieprzyzwoite. Przepraszam, powtarzam się. Nieprzyzwoite. Chodzi o to, że jeżeli takiej osobie, która narzuca nam, że nie wolno już mówić Murzyn do takiej osobie strzela dopamina w chwili, w której się podporządkujemy jej władzy. I chodzi tu o władzę i to, co można znaleźć w roku 1984. Niniejszym zadaję czytelnikom lekturę, bo naprawdę, mimo tego, że to wszyscy mówią, że jest super, ja zawsze się zrażam. Jak wszyscy mówią, to muszą się mylić w takim razie, skoro wszyscy. Natomiast rzeczywiście warto tą książkę przeczytać dlatego, że tam mamy wgląd właśnie w tą naturę tego, dlaczego ludzie tak dążą do narzucania innym swojego zdania.
Chodzi o maksymalnym skrócie. Oczywiście jest wiele innych mechanizmów, ale moim zdaniem najważniejszym jest właśnie ten dopaminowy, że ta władza jest tym narkotykiem, którego wszyscy potrzebują i zmuszenie innych do tego, żeby robili to, co chcemy, jest właśnie tą jedną z największych satysfakcji, jaką możemy ludzie, niestety to jest nasza natura, ta zła cecha naszej natury, którą możemy odczuwać. Over.
[06:18:01] - Tak, ale pewno jest jeszcze inny cel w tym wszystkim, bo jak sobie przypomnimy, co mówił w traktacie logiczno-filozoficznym Ludwig Wittgenstein, on powiedział coś takiego, że o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. To jest jedna z tez tego traktatu logiczno-filozoficznego. No to też to ma daleko idące konsekwencje, bo jak ludziom ograniczymy język, ograniczymy pewne znaczenia słów, no to się po prostu nie dogadają, bo nie będą mogli tak naprawdę pewnych problemów wyrazić. Dzisiaj się to państwu wydaje bardzo abstrakcyjne. Jak to nie? Jak to? Przecież to wszystko można. No, okazuje się, że to właśnie jest proces dosyć powolny i dzisiaj jeszcze możemy o pewnych sprawach na temat pewnych spraw się dogadywać, ale zobaczycie państwo, że wyeliminowanie pewnych pojęć sprawi, że za kilkanaście lat pewne problemy będą bardzo trudne do ujęcia przez, no, nazwijmy to młodsze pokolenie. To na razie zgłaszam jako pewną deklarację, bo-
[06:19:12] - Ale nie. Przepraszam, wejdę w słowo. Muszę przerwać, bo dał mi pan wielką inspirację do tego, jak podsumować te nasze rozważania. Otóż jest bardzo ważna rzecz dotycząca takiego uczenia fabrycznego, czyli takiego modelu pruskiego, że siedzimy tam po trzydzieści czy tam dwadzieścia parę osób w szkole i musimy wykuwać na blachę to, co nam nauczyciel da. I to jest dokładnie to samo, co było dziesięć czy dwadzieścia lat temu, jeśli chodzi o treść merytoryczną i generalnie nie mamy możliwości w szkole jako małe dzieci, ucząc się, zmieniać się w młodych ludzi i potem w ludzi dorosłych. Nie mamy możliwości myśleć po swojemu. No właśnie, te uczenie maszynowe, ten model pruski jest bardzo dobre. Jest wręcz niezbędne do tego, żeby zbudować te wspólne płaszczyzny porozumienia, żeby znaleźć ten, nie tyle znaleźć wspólny język, bo to przyszło mi na myśl tak odruchowo, ale zbudować sposób patrzenia na świat, który jest wzajemnie kompatybilny wewnątrz jakiejś społeczności, czy to Polaków mających ten sam system edukacyjny i będących wspólnie kolektywnie ofiarami zmuszania przez nauczycieli do czytania na przykład Nad Niemnem, które jest wyjątkowo nudną książką, koszmarną, wręcz koszmarnie nudną. Bardzo przepraszam, jeżeli kogoś to uraża, to bardzo przepraszam, że cytuję wypowiedź polityka. Natomiast Właśnie problem polega na tym, że jeśli nie mamy tego wspólnego języka, to mamy mniejszą szansę stworzyć wspólnotę ludzi, którzy są zdolni do kooperacji czy też osiągania wspólnych celów, czy też poczucia wspólnoty, czy to historycznej, czy to kulturowej, czy jakiejkolwiek innej.
Czyli to, co pan Marek zauważył właśnie i to rzeczywiście ma miejsce, jest utratą naszej zdolności do budowania dużych społeczności myślących w podobny sposób, czyli mogących się łatwiej dogadać. Bo często jest tak, że prawda sam wygaduje, z innej bajki jest kompletnie na tej zasadzie, ale to zachodzi na tak głębokich poziomach, na tak podstawowych poziomach kwestii rozumienia, czym jest sprawiedliwość i jaka ta sprawiedliwość powinna być zarządzana przez rząd. Jeżeli w takich sprawach nie dogadamy się, a poczucie sprawiedliwości, poczucie tego, że inni muszą być fair i sprawiedliwi wobec nas tak, jak my jesteśmy wobec nich. Jeżeli tego nie ma, to ludzie po prostu przestaną sobie ufać. Więc to jest absolutnie szalenie kluczowy problem. I jeszcze skoro tak rzucamy nazwiskami filozofów, to ja też jeszcze rzucę jednym, jeśli mogę. Najważniejszy był Wittgenstein, to już pan Marek zajął, to wtedy teraz powiem Kurta Godla. To jest autor najsłynniejszego teor松 Godla. W tym sensie, że takiego, który najbardziej namieszał filozofom w budowie tak zwanego języka idealnego. Przepraszam, to już na dłuższą rozmowę, ale on powiedział coś takiego: „Czym dłużej myślę o języku, tym bardziej się dziwię, że ludzie w ogóle dogadują się między sobą”.
W nawiązaniu do tego, co pan Marek powiedział, skromnie dodam.
[06:22:16] - Tak. I tak sobie teraz myślę, że z bardzo, wydawałoby się, prostego zdania określającego semantyczną definicję prawdy, doszliśmy naprawdę, zbieg okoliczności nieprzypadkowy, doszliśmy do tego, jak można niwelować, wysadzać, niszczyć imperia właśnie przez rzecz tak wydawałoby się ulotną jak język. I tym optymistycznym akcentem dziękujemy państwu bardzo. Dziękuję, panie Piotrze.
[06:22:52] - Dziękuję. Do usłyszenia.
[06:22:53] - Do usłyszenia. No i tak, proszę państwa, zdecydowanie dojechaliśmy już do końca. Cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Myślę, że teraz mogę powiedzieć tylko o tym, bo ja już zaczynam myśleć o kolejnym odcinku „Bibliotekarium 2.0” i mogę państwa niniejszym zaprosić na ten odcinek, ale przede wszystkim na spotkanie z Krzysztofem Lutowskim. Też wspominałem, że ukazała się jego książka „Upały”. Ona jest do nabycia zarówno w Bibliotekarium, jak i na Bonito. To jest książka, której część państwo, szczególnie ci słuchacze, którzy mieli kontakt z ABW, część opowiadań z tego tomu mieliście państwo okazję poznać jeszcze w tej surowej wersji przedredakcyjnej. Ale wielu opowiadań państwo po prostu nie znacie. Tom jest absolutnie rewelacyjny, jeśli chodzi o taką literacką ocenę. Myślę, że przede wszystkim jest także mocnym literacko, ale mocnym też czytelniczo.
To się naprawdę przeżywa. To jest poza tym tom, który łączy w sobie... Trochę jedziemy tak jak po sinusoidzie. Tam są rzeczy przerażające, może nie, takie uderzające w nas bardzo mocno, w nasze przeżywanie. Ale są też momenty zabawne. Ta sinusoida towarzyszy pisarstwu Krzysztofa Lutowskiego. I bardzo dobrze. I bardzo dobrze, że mu towarzyszy. Zapraszam państwa w przyszłym tygodniu na długą rozmowę z autorem. Poznacie też państwo opowiadanie, którego na pewno nie znacie, chyba że już czytaliście książkę, ale jeśli nie czytaliście książki, to go na pewno nie znacie.
W przyszłym odcinku „Bibliotekarium”, kolejnym odcinku na pewno będzie też jeszcze dłuższe spotkanie z Piotrem Plebaniakiem. Bo wiecie państwo, to jest jakoś tak, że ostatnimi czasy, jak rozmawiamy z Piotrem Plebaniakiem... Albo nie. Najpierw dowcip. Wiecie państwo, ja już go chyba kiedyś opowiadałem, ale znacie to posłuchajcie. Otóż w czasach Rzeszy hitlerowskiej pewien robotnik pracował w zakładzie i w tym zakładzie jego koledzy dowiedzieli się, że urodziła mu się córeczka. Postanowili, że trzeba mu jakiś prezent dać. Kiedy przyszedł do pracy, wręczono mu wielkie pudło. „A co to jest?” „To jest wózek dla dziecka”. Bardzo się ucieszył, podziękował.
On był oczywiście do złożenia, w związku z tym poszedł do domu. Następnego dnia przyszedł i pytają go: „No i jak? No i jak ten wózek?” „Wiecie, koledzy, ja nie wiem, jak to jest, ale próbowałem już w tę i we w tę i nie daje się. Ile razy bym nie próbował, zawsze mi karabin maszynowy wychodzi”. Co ten dowcip ma wspólnego z Piotrem Plebaniakiem i mną? Tak się ostatnio składa, że ile razy zabierzemy się za rozmowę o geopolityce, o tym, co nas tak interesuje, o tym, co tam panie w polityce i czy Chińczyki trzymają się mocno, to zawsze nam wychodzi, ostatnio przynajmniej, jakieś nawiązanie do książek. I ja zapraszam państwa na przyszły odcinek, bo tam znowu będziemy rozmawiać o książkach. Oczywiście to będzie ekstra, bo ten cykl o prawidłach wojny i prawidłach budowania imperiów i prawidłach ich tworzenia będzie swoją drogą. Natomiast ja zapraszam zupełnie osobno na takie rozważania książkowe. Będą nowe książki, a wnioski, które pojawiają się z ich czytania, z ich pewnej interpretacji, wiecie państwo, myślę, że mogą państwa zainteresować.
A teraz już pięknie dziękuję. Pora jest naprawdę późna. Do usłyszenia w przyszłym tygodniu. Dobrej nocy życzę. Pozdrawiam.
[06:27:17] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.