[00:01] - Telegram z krańca świata.
[00:04] - Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[00:07] - Stop! Ja mam komunikat. Żelkowski to podpalacz. Wprosił się do zabytkowej budowli obronnej pod pretekstem oglądania gobelinów, a następnie wywołał w niej pożar i zbiegł przed pościgiem kustosza budowli.
[00:17] - I co?
[00:18] - Ha!
[00:20] - Po pierwszym momencie zaskoczenia muszę przyznać, że zamarłem przez chwilę. Co jest grane?
[00:28] - To dzisiejsza zagadka. Proszę się uspokoić, do widzów się teraz zwracam. Wszystko jest w porządku ze mną i z panem Markiem. Jest z nami wzorowy obywatel. To jest dzisiejsza zagadka. Pytanie jest: do jakiego filmu nawiązuję tą zagadką? Tematyka, żeby troszeczkę podpowiedzieć: historia archeologii. To tyle. Jedziemy dalej z tematem w takim razie. Czy coś chce pan skomentować?
Żebym nigdy więcej tak nie robił.
[00:54] - Nie, może pan robić. Jak to powiedzieć? Przez tych kilkadziesiąt audycji zdążyłem się już przyzwyczaić, ale muszę przyznać, że tak zwany element zaskoczenia wyszedł panu świetnie. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie mam uciekać, a później się uspokoiłem. Panie Piotrze-
[01:14] - To znaczy, żeby mi to było przedostatni raz, tak? To pan chce powiedzieć?
[01:18] - Ja wiem. Może z czasem przywyknę.
[01:22] - Dobra, zobaczymy coś. Przycichnę, przywaruję trochę i z zaskoczenia zrobimy coś naprawdę ekstra. Oczywiście tutaj nawiązuję do audycji, o której wcześniej mówiłem, tej pierwszokwietniowej. Także czytelnicy mogą się spodziewać pewnych ekscesów, i nieporozumień na poważnej półce.
[01:44] - A ja od razu dodam, że ponieważ pan Piotr planuje wydać kolejną książkę dotyczącą tematów, które państwo lubią najbardziej, to gdzieś w drugiej połowie lutego szykuje nam się kolejne, długachne „Bibliotekarium” – „Bibliotekarium 2.0” i co rzadkość, będzie to „Bibliotekarium 2.0” na żywo. To tak na razie wstępna zapowiedź, jeszcze nie obwarowana datami ani godzinami, ani podobnymi szczegółami. Panie Piotrze, a dzisiaj kolejny kącik czytelniczy. Będziemy mówić o książkach, a właściwie nie tyle o książkach, co o bohaterach tych książek. To cóż, panie Piotrze, co tam w trawie piszczy?
[02:40] - Zaczynamy. W tej chwili przymierzam się już na poważnie. Już zaraz rozsiądę się w fotelisku nad książką dotyczącą motywacji i budowania siły woli. Inspiracją, już z niektórymi czytelnikami, którzy ze mną rozmawiają mailowo i chatowo, jest książka pod tytułem „Planeta śmierci” Harry'ego Harrisona. Pan Marek na pewno ją zna. Nasi słuchacze być może też. To jest absolutna klasyka science fiction. Troszeczkę streszczę. Inaczej: jak ktoś jeszcze tej książki nie czytał i nie chce, żeby zdradzić zakończenie, to proszę na chwilę wyłączyć słuch, a ja szybko powiem. Chodziło o to, że były tam dwie społeczności, które pałały do siebie niezwykle intensywną wrogością i w toku powieści i wydarzeń powieściowych musieli się pogodzić po to, żeby zwyciężyć, pokonać wspólnego wroga.
Zakończenie jest absolutnie fenomenalne. Mnie niezwykle zainspirowało do badania natury człowieka, mówiąc zupełnie ogólnie, bo wtedy byłem małym dzieckiem, które miało 13 czy 14 lat. Już nie pamiętam dokładnie ile. Natomiast pamiętam dokładnie bibliotekę, z której tą książkę wypożyczyłem. Dobrze. Jeden z tych dwóch dowódców musiał wyciągnąć rękę do tego drugiego, znienawidzonego przez całą społeczność i z pełną wzajemnością. I w końcu ostatnie zdanie książki brzmiało: „Ale uścisnęli sobie dłonie, ponieważ byli to silni ludzie”. To jest jeden z takich tekstów z przedostatniego „Bibliotekarium” z września 2021 roku. Ta scena była dla mnie takim oświeceniem i pokazała, że istnieje coś znacznie ważniejszego w wielkich ludziach, co sprawia, że oni są w stanie zbudować wokół siebie grono wyznawców, czy też armię wyznawców albo grupę ludzi, którzy są fanatycznymi zwolennikami. Nie wiem, jak to nazwać w ogóle.
Są ludzie, którzy wywołują posłuch, dlatego, że wiedzą, co robić, kiedy robić, jak robić i nie pokazują, że siedzi w nich jakiekolwiek zwątpienie. To jest zresztą cecha dowódcy wojskowego. On musi zarażać swoim stanem emocjonalnym i swoim stanem ogólnym, swoją postawą. Musi zarażać swoich podwładnych właśnie tym stanem emocjonalnym po to, żeby ci podwładni nie popadli w zwątpienie, nie spadła ich morale, nie stracili ducha walki. Jakkolwiek to nazywamy, to sprowadza się do jednego: są ludzie, którzy w naturalny sposób potrafią to robić i wychodzi to w praniu. Ja w tej chwili finalizuję już pisanie książki, którą już niektórzy kupili. Bardzo dziękuję. I się zawiedli, bo jeszcze książki nie ma napisanej do końca, natomiast już ją kończę. Przywołuję tutaj jeden przykład generała Sulejmaniego, czyli syryjskiego generała, który dowodził taką brygadą specjalną, czy też specjalną dywizją. To jest trudno przetłumaczone na języki zachodnie.
Chodzi generalnie otaką sekcję, jednostkę armii czy też armii, bo właśnie trudno to nazwać armią organizacji związanej z bezpieczeństwem, związanej z oddziaływaniem poza granicami Iranu, ale także wewnątrz granic Iranu. To jest jakaś operacja specjalna, mówiąc najbardziej ogólnie. Natomiast co jest najistotniejsze, on był zwykłym pracownikiem wodociągów w czasie wojny irańsko-irackiej. Irak zaczął napad na Iran. On dowoził wodę do żołnierzy na pierwszej linii frontu i nagle okazało się, że on jest genialnym, improwizowanym dowódcą i przywódcą. Przede wszystkim przywódcą przez duże „P”. Polega to na tym, że nagle się okazało, że potrafił to świetnie zorganizować. Został wojskowym i zrewolucjonizował działanie właśnie tych sił specjalnych irańskich, odpowiedzialnych za coś, co byśmy nazwali wojną hybrydową, czyli wszystkie możliwe operacje specjalne, dywersyjne, hybrydowe, to znaczy takie, w których nie wiadomo komu przypisać sprawstwo jakiegoś ataku. I on jest takim rzeczywistym, jednym przykładem sztandarowego przywódcy. Nie wiem, panie Marku, czy zna pan jakąś inną postać z prawdziwej historii rzeczywistego świata, która by mogła pasować?
[07:38] - Tak pan mnie z zaskoczenia wziął, to bym musiał trochę poszukać. Natomiast mówił pan dużo o wojskowości. Taką książką, a właściwie bohaterem książki, który mi się od razu skojarzył, książka nazywa się „Gra Endera” oraz jej kontynuacje, i sam bohater też wydaje mi się jednostką, która pasuje do pańskiego opisu.
[08:06] - Ender nie chciał być dowódcą. On był takim rodzajem introwertyka raczej. Więc ja bym raczej przypomniał postać Mazer Rackham, czyli jego mentora, którego spotkał Ender zupełnie pod koniec powieści. Nie chcę tutaj zupełnie zdradzać. Jak ktoś nie czytał tej powieści, absolutnie proszę przerwać, zapauzować ten podcast, pobiec gdzieś tam, zdobyć tą książkę i przeczytać i dopiero potem kontynuować słuchanie tego, co my tu zaraz powiemy. Natomiast Mazer Rackham to był dowódca legendarny, który w powieści wykonał mistrzowski manewr taktyczny w czasie bitwy kosmicznej z obcymi, co doprowadziło do tego, że pierwsza inwazja obcych została odparta i ten Mazer Rackham został wysłany statkiem czy też okrętem z prędkością światła po to, żeby mógł zachować swoją wiedzę praktyczną i wrócić za ileś tam dziesiąt lat, jeszcze kiedy był sprawny umysłowo, po to, żeby wyszkolić dowódcę ludzkich sił w czasie kolejnej inwazji. Tak to określę. Pan Marek na pewno się uśmiecha, jak to sformułowałem sprytnie, bo ja tą książkę czytałem minimum 10 razy, już nie liczyłem, a nie wiem, ile pan Marek, jeśli mogę się spytać?
[09:26] - Nie wiem, ale jedna rzecz mi przyszła do głowy. Wie pan, to zgadza się. Był Ender takim hasającym samotnie. Niemniej jednak jak pan sobie przypomni okres jego szkolenia, to on w pewnym momencie, nie wiem, czy chętnie, czy niechętnie, ale brał na siebie te zadania przywódcze. Czasami organizował swoją grupę po to, żeby zwyciężyła.
[09:52] - Tak, rzeczywiście. On był tym dowódcą. Nie przypomniało mi się we właściwym momencie, kiedy mówiłem swoją poprzednią kwestię. Rzeczywiście było tak, że on był dowódcą takim uznawanym za najzdolniejszego czy też osobę, która jest w stanie wygenerować czarne łabędzie, czyli jakieś zdarzenia zupełnie nieprzewidywalne dla przeciwnika. O czarnych łabędziach mówiliśmy, tylko szybciutko powiem. Właśnie to są zdarzenia, które nie wynikają z jakichś reguł dotychczas odkrytych, reguł gry w tym przypadku, bo to były gry wojenne w powieści. Natomiast ogólnie są to zdarzenia, które nie wynikają z właściwości systemu ani historii tego systemu w danym środowisku, w którym on działa. Czarnym łabędziem na przykład jest pojawienie się koronawirusa z punktu widzenia nas wszystkich, dlatego że mogliśmy przewidywać, że kiedyś tam będzie jakaś tam epidemia. Natomiast tego konkretnego wystąpienia koronawirusa i całej tej sytuacji, która nastąpiła, nikt nie był w stanie przewidzieć z osób postronnych. W związku z tym wszystkie predykcje i jakieś projekcje znanych rozpoznanych trendów stały się nagle z dnia na dzień kompletnie bezużyteczne.
I to, co ja pisałem w analizach w „Siłach psychohistorii”, także w niektórych miejscach w przekładzie „Sztuki wojny”, to jest to, że mistrzowskim sposobem ataku, czyli sposobem realizowanym przez mistrzów wojowania, jest generowanie czarnych łabędzi, czyli czegoś, co paraliżuje proces decyzyjny przeciwnika, dlatego że jest zbyt zaskakujące i przeciwnik w żaden sposób nie był mentalnie do tego przygotowany.
[11:36] - Właściwie pojawiły nam się dwie książki o przywództwie, czyli „Planeta śmierci” i „Gra Endera”. To szukajmy dalej, panie Piotrze. Czy coś jeszcze?
[11:49] - Dawaj. Proszę bardzo. „Formy chaosu”. Kolejna klasyka science fiction. Bohater tej książki był, chyba to na początku jest, to mogę powiedzieć, był agentem dwóch walczących stron kosmicznych cywilizacji. Już specjalnie zaciemniam, żeby nie psuć niespodzianki. Na samym początku poznawanie świata, rozpoznawanie, jakie są zasady rządzące tym powieściowym światem, to jest osobna przyjemność, którą ja na przykład przeżywam, czytając jakąś powieść, rozpoczynając spotkanie z tym światem, który opisuje. W związku z tym powiem ogólnie.Flota Gwiezdnych Niszczycieli porwała jednego naukowca, który był głównym bohaterem i on był, jak się później okazało w powieści, tak zwanym katalizatorem chaosu. To znaczy osobą, która była w stanie zmienić bieg wydarzeń, który został przewidziany za pomocą niezwykle skomplikowanej metody, żeby nie zdradzać treści. Przepraszam, dbam o to, żeby tego nie zrobić.
Nagle okazało się, że za pomocą tylko i wyłącznie jego siły woli odwrócił się bieg zdarzeń, który wszyscy uznawali za całkowicie niemożliwy do uniknięcia. I co się stało? Ten człowiek, który pokazał właśnie tą nadludzką siłę woli, był w stanie sprawić, że przeciwnicy, którzy nim pogardzali i go nienawidzili, nagle nabrali do niego niesamowitego wręcz respektu. Czyli odwrócił całą dynamikę interakcji o 180 stopni.
[13:26] - Tak, piękna książka. Chociaż mówiąc szczerze, zwracałem wtedy uwagę na inne aspekty. Do dzisiaj pamiętam ten rodzaj tortury. Nie, właściwie sam na tą pokutę się skazał. Tortury czy pokuty zwanej koszulą. Znowu też nie będę zdradzał, o co chodzi, ale przyznam się, że dosyć perfidna rzecz to była.
[13:51] - Tak. Jeżeli mogę, przepraszam, tu wtrącę. Ja bym tego nawet nie tyle nazwał torturą czy też pokutą, ale właśnie aktem samodyscyplinowania się, co wśród członków tej grupy niszczycieli, samych żołnierzy wzbudziło dodatkowy respekt, że ktoś był w stanie sam dobrowolnie zgodzić się na taki rodzaj zdyscyplinowania się do niepopełniania danego czynu po raz kolejny.
[14:22] - Robimy przegląd dalej. Wie pan co? Tak sobie myślę, tyle tych książek przeczytałem, ale takich silnych bohaterów ja sobie jakoś nie przypominam. Może ja zwracam na co innego uwagę w książce, ale jakoś tak nie za bardzo. To niech pan rzuca następny tytuł.
[14:43] - To zastanówmy się może jednak, bo to jest ciekawe właśnie, co różni ludzie uznają za cechę charakterystyczną silnego dowódcę, czy też cechę przywódcy, mówiąc zupełnie ogólnie. Niech pan strzeli po prostu pierwsze, co panu przyjdzie do głowy.
[14:59] - Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to że uznajemy jego autorytet. Rozumiem to w ten sposób: pod tym ukrywa się coś takiego, że jak ten facet mówi, to wie, co mówi. To mniej więcej tak najkrócej.
[15:13] - I poddajemy się jego autorytetowi, czyli poddajemy się jego woli decyzyjnej, stajemy się jego podkomendnymi, podwładnymi, podporządkujemy się jego wizji świata, jego charyzmie. A czym jest właśnie charyzma? Czy to jest zdolność do czego?
[15:33] - Właśnie się zastanawiam. Wie pan, bo ja się zastanawiam, czy charyzma tkwi w tym człowieku, którego uznajemy za charyzmatycznego, czy też charyzma, a właściwie zdolność do przyznania komuś charyzmy, tkwi w nas. Bo to jest moim zdaniem nie do końca rozstrzygnięte. A może jest rozstrzygnięte, ale powiem o tym, o czym chciałbym powiedzieć. Proszę zauważyć, że w naszej cywilizacji coraz mniej takich postaci charyzmatycznych występuje. I właśnie nie mam co do tego pewności, czy ich rzeczywiście jest coraz mniej, czy też nasza cywilizacja ukształtowała się w taki sposób, że my dzisiaj dzielimy się, zamykamy w bańkach i w tych bańkach nie chcemy nikogo, kto jest z zewnątrz i kogo moglibyśmy uznać za autorytet. Pan przywołał w przykładzie literackim coś takiego, że osoby, które się nawet nie lubiły, nie znosiły się nawet, uznały w końcu swoją przywódczość na przykład, uścisnęły sobie dłonie i wspólnie te osoby podążyły do celu. Ja się zastanawiam, czy to dzisiaj w ogóle jest możliwe. To pobańkowanie społeczności polega też między innymi na tym, Ziemkiewicz kiedyś powiedział, że dzisiaj to jest tak: jak kogoś nie lubimy, nienawidzimy, to nie przyznamy mu żadnej cechy pozytywnej. Żadnej.
Czyli nawet jak on jest pisarzem, to na pewno pisze złe książki, na pewno jest głupi, na pewno jest brzydki i na pewno z gęby mu śmierdzi. Wszystkie złe cechy, które może mieć człowiek, to on na pewno je ma. Tak wygląda dzisiaj podział, nazwijmy go polityczny. Dzisiaj wrogowi nie przyznaje się, nie można uznać, że jest na przykład charyzmatyczny. Przeciwnik polityczny wiadomo, że jest głupi, mały, wredny, podły, ale przecież nie charyzmatyczny. Ja się zastanawiam, to pytanie, które zadałem na początku, czy charyzma jest w kimś, czy zdolność do uznania charyzmatyczności jest w ludziach, którzy go otaczają?
[17:53] - To jest pytanie, na które jeszcze nie znalazłem odpowiedzi. Mam nadzieję, że w książce je znajdę. Natomiast możemy podawać kolejne przykłady, czyli tworzyć tak zwaną definicję ostensywną przez podawanie właśnie przykładów, w których przedmiot definicji, jego cechy przejawiają się, są pokazane. I kolejnym takim dowódcą, który mi przychodzi do głowy, jest Marco Ramos z „Czerwonego Października”. Moją ulubioną sceną pokazującą to, w jaki sposób on się zachowuje po to, żebyŻeby emanacją swojego zachowania dać przykład, ale żeby też kierować stanami emocjonalnymi swoich ludzi. Tą ulubioną sceną, która jest najbardziej ikoniczna w temacie, o którym rozmawiamy, jest przepłynięcie przez ten podwodny wąwóz, w którym okręt podwodny Remusa został zaatakowany torpedą. Nie wiem, czy pan kojarzy tę scenę. Nie wiem, czy słuchacze kojarzą. Nie mam jak spytać, ale pana mogę spytać, co niniejszym czynię.
[19:04] - Kojarzę. Książki na pewno nie przeczytałem tyle razy, ile pan, ale i z filmu kojarzę tę scenę, i z książki. Z książki słabiej, mówiąc szczerze. Ale książkę mam zaliczoną, przeczytaną i w jakimś stopniu podzielam pańską fascynację.
[19:24] - Na filmie, żeby nasi słuchacze wiedzieli, o czym mówimy, było tak, że ta torpeda zaczęła dobiegać, dościgać okręt podwodny, na którym był Remus. W sterowni tego okrętu wszyscy ganiali jak szaleni, krzyczeli, przekrzykiwali się, biegali we wszystkie strony, przekręcali przełączniki z podkładem dramatycznej muzyki. Natomiast Remus, grany przez Sean'a Connery'ego, moim zdaniem to jest jego najlepsza rola, jaką kiedykolwiek miał. On po prostu siedział spokojnie i wszystko obserwował i w razie uznania swojego własnego mówił jakiejś osobie, co robić albo czego nie robić. To było coś niesamowitego. Oprócz fragmentu, o którym mówiliśmy z książki „Planeta śmierci” Harrisona, to był taki drugi moment dla mnie, w którym doznałem drugiej impresji. Co powinien przejawiać dowódca? Otóż dowódca powinien być opanowany, nie pokazywać w żadnym momencie swoim podwładnym czy też swoim poddanym, czy też obywatelom państwa, którym kieruje zwątpienia i tego, że sam jest powodowany emocjami. Drugim takim fragmentem, też w „Polowaniu na Czerwony Październik” było to, że w chwili, w której Remus porozumiewał się przez peryskop, nic nie zdradza. Jakby ktoś jeszcze nie oglądał, takich ludzi chyba na świecie nie ma.
Przynajmniej po tych naszych rozmowach, dlatego że wcześniej też o tym filmie mówiliśmy. Więc kiedy Remus porozumiewał się przez peryskop z amerykańską łodzią podwodną, migając lampą umieszczoną na peryskopie guziczkiem przy okularze, musiał potwierdzić pingnięciem sonaru. Czyli wypuścić jeden pojedynczy sygnał, który miał być dla Amerykanów sygnałem, że zgadza się na ich plan. W związku z tym Remus powiedział do swojego załoganta, który nie śledził tej rozmowy, bo stał obok i nie miał dostępu do okularu i do całej rozmowy, bo to była tajna rozmowa oczywiście. Remus poprosił o jeden ten ping sonarem i ten podwładny: „Ale kapitanie, dlaczego?” Domagał się wyjaśnień. A właśnie przywilejem dowódcy jest to, że on nie musi podawać wyjaśnień. On mówi co robić, a inni nie są w tej need to know, czyli w tej fazie, że muszą wiedzieć dlaczego albo co się dzieje. Mają tylko wykonywać rozkazy. Najlepsza scena, najśmieszniejsza scena bodajże była w „Pamięci absolutnej", kiedy przywódca kolonii marsjańskiej, Cohaagen, obsowaczał swojego Richtera, swojego agenta głównego: „Kto ci powiedział, że masz myśleć? Masz robić, co ci się mówi.
Nie masz wystarczającej informacji, żeby myśleć”. Więc to jest właśnie ta kwestia, że dla przywódcy ci wszyscy agenci, żołnierze, adiutanci to są narzędzia, instrumenty realizowania woli tego przywódcy. I oni nie muszą wiedzieć. Częścią dyscypliny wojskowej jest to, że ktoś dostaje rozkaz, na przykład agent, który ma wysadzić jakąś tamę. Oczywiście zmyślam jakieś drugowojenne przykłady. Albo ma zaprzyjaźnić się jakaś piękna agentka z jakimś człowiekiem i ona nie może wiedzieć. Zależy od kontekstu, ale najczęściej nie powinna wiedzieć dlaczego. Dlaczego akurat jej misja jest ważna i co ta misja ma za zadanie zrealizować. Ona ma wypełnić ten rozkaz. Na tej samej zasadzie żołnierze są wysyłani w jakieś miejsce obszaru bitwy, obszaru, gdzie jest nieprzyjaciel i oni nie wiedzą i nie muszą wiedzieć tego, po co są wysyłani i jaki cel strategiczny zrealizują, jeśli im się uda zrealizować tę misję, którą im mówi: „Opanujcie to wzgórze”.
Nie muszą wiedzieć, dlaczego to wzgórze jest tak ważne. Mogą się domyślić, że tam trzeba usadzić obserwatora artyleryjskiego do tego, żeby prowadzić ogień w głąb terytorium opanowanego przez nieprzyjaciela. Więc to jest ten ważny przywilej dowódcy, że on ma mieć wizję. On ma mieć wizję co robić, jak robić, kiedy robić i nie musi się nikomu tłumaczyć. Natomiast odwrotnie, ci podwładni mają obowiązek wyjaśnić, dlaczego coś robią albo po prostu mają być transparentni dla swojego przywódcy. Czyli jakie są ich motywy, to musi być znane. Nie wiem, czy to jest jakaś odpowiedź.
[24:14] - Panie Piotrze, ja mam nieprzeparte wrażenie, że właściwie po części odpowiadając na to pytanie i zresztą podając pewne cechy, jednak po części potwierdził pan to, co mówiłem wcześniej. Otóż zgoda pełna, że zaufanie do dowódcy rzecz ważna, ale-Ono trwa tak długo, dopóki nie zostanie nadwyrężone. Czyli dowódca, który jeden, drugi, trzeci raz nadużyje tego zaufania, czyli każe zdobyć to, niech zostanie to wzgórze, każe zdobyć to wzgórze, po czym każe się z niego wycofać i nic z tego nie wynika. Jego ludzie widzą, że tracą przyjaciół, tracą kolegów i to niczemu tak naprawdę nie służyło. Jeśli on nawet miał tajny plan, a oni zaczną podważać zaufanie do niego, no to może mieć kłopoty. To zaufanie rzecz ważna, a w naszym świecie, no powiedzmy, zaufanie to nie jest towar, który jest powszechny. Ale jest jeszcze druga sprawa, którą chciałbym poruszyć. Otóż w wojsku, szczególnie w wojsku zawodowym, na przykład w Navy SEALsach, to jest tak, że tam się dobiera ludzi pod pewnym kątem. Oni oczywiście muszą być sprawni fizycznie, muszą być ludźmi, którzy znakomicie wręcz opanowali tę tak zwaną sztukę wojenną. Są inteligentni ponadprzeciętnie, ale też nie zatrudnia się w Navy SEALsach filozofów, to znaczy ludzi, którzy zawsze muszą rozważyć jak tak.
Tylko właśnie ludzi, którzy nauczeni są zaufania i wykonywania rozkazów. Ktoś powie nie, nie, przecież to jedno drugiemu przeczy. Inteligentny człowiek nie może ślepo wykonywać rozkazów. No okazuje się, że jednak może. Więc to jest cały zespół problemów, o których warto by jeszcze powiedzieć.
[26:17] - Tu dochodzimy do tego momentu, w którym musimy powiedzieć, jakie są dwie takie główne taktyki dowodzenia na szczeblu taktycznym. W tym tłumaczeniu „Sztuki wojny”, tym czarnym, o którym już wiele razy mówiliśmy, jest esej fantastyczny właśnie o tym. O dwóch filozofiach dowodzenia. Jedna to jestbefehlstaktik, czyli taktyka rozkazu, czyli tu z języka niemieckiego, a druga to jest mission objective. Inaczej, na przykładach konkretnych. Jeżeli ktoś dostaje rozkaz na przykład zdobycia jakiegoś wzgórza, trzymajmy się tych tematów drugowojennych, to wtedy musi go zrealizować, czyli dostaje wytyczne od dowódcy i musi ten swój cel osiągnąć w taki a taki sposób, jaki to dowódca narzuci. Natomiast w tej taktyce mission objective, czyli masz zdobyć wzgórze, a jak to zrobisz mnie już nie obchodzi. Musisz sam wymyślić. I w momencie, w którym ta władza decyzyjna co do sposobu realizacji misji jest przekazana na ten szczebel taktyczny, w którym rzeczywiście ten dowódca ma bezpośredni kontakt z polem bitwy i może na bieżąco zmieniać plan, zmieniać taktykę, jeżeli się okaże, że ta taktyka narzucona przez dowódcę jest bez sensu, czy zasugerowana w tym przypadku, w tej filozofii dowodzenia, no to wtedy on ją po prostu dostosowuje na bieżąco. I okazuje się, że armie funkcjonujące właśnie na zasadzie tych rozkazów mission objective, czyli zrób to, a jak zrobisz, to już sam wymyśl.
One są skuteczniejsze dlatego, że dowódcy, którzy są decydenci, mówiąc właśnie nieprecyzyjnie, tylko tak ogólnie decydenci, którzy są daleko od miejsca, gdzie ich decyzje są wprowadzane w czyn. Oni mogą nie mieć pełnej wiedzy ze względu na to, że ich ta wiedza jest przeterminowana, że w trakcie wykonywania misji może ulec zmianie. To też prawda, bo przeciwnik też nie stoi w miejscu koncepcyjnie i decyzyjnie, tylko też dostosowuje rozstaw swoich sił i sposób podejmowania decyzji względem tego, w jaki sposób zostanie zaatakowany. W związku z tym dowódca umie balansować, umie rozpoznać, którzy jego podwładni dowódcy przekazujący jego rozkazy tam jeszcze niższym w randze. Taki wielki dowódca potrafi dobrać sobie ludzi, którzy mają odpowiednią zdolność podejmowania inicjatywy, odpowiednią do swojego miejsca w realizacji całego nadrzędnego celu albo poszczególnych celów. To jest, myślę, że oczywiste. I na czym polega dowodzenie, takie największe, o którym mówimy w dzisiejszej rozmowie? Ono w moim przekonaniu polega na tym, że człowiek, ten wielki dowódca, tak w cudzysłowie oczywiście wielki dowódca, charyzmatyczny dowódca jest nie mistrzem w zwyciężaniu, tylko mistrzem w zarządzaniu swoim personelem. Nie wiem, jak by pan odpowiedział na to.
[29:13] - Ja bym się z tym akurat zgodził. To chyba nie jest przypadek, że, a może jest, a może jednak stoi za tym jednak pewna myśl, że jeden z tych rodzajów dowodzenia jest charakterystyczny na przykład dla armii rosyjskiej, a drugi z tych rodzajów dowodzenia jest charakterystyczny na przykład dla dowódców NATO. Sami się państwo domyślcie, który, do której grupy które dowodzenie przypasować. Mnie się to wydaje oczywiste. No tak, tylko że ktoś powie w ten sposób, ale to nieważne, jakim sposobem. Oba w określonych warunkach mogą okazać się jednak skuteczne. A sam fakt, że była o tym mowa w „Sztuce wojny”, świadczy o tym, że te dwie tendencje jednak ścierają się od wieków.
[30:10] - Zdecydowanie. No i we współczesnych czasach mówiliśmy przez chwilę o siłach specjalnych. Właśnie esencją działania sił specjalnych jest przeniesienie tej mocy decyzyjnej na temat tego, w jaki sposób ta misja ma być wykonana jak najniżej. Dlatego właśnie ci specjalsi czy też członkowie, czy też oficerowie jednostek specjalnychOni są szkoleni do tego, żeby rozumieć sytuację. Nawet poszczególni żołnierze są tak szkoleni. Są szkoleni do tego, żeby rozumieć całą sytuację strategiczną, w której kontekście ich taka poszczególna drobna akcja jest osadzona. I dzięki tej wiedzy, czyli na przykład znajomości kultury przeciwnika, znajomości obyczajowości, znajomości języka, znajomości szerszego tła geopolitycznego, w które ta akcja się wpisuje, to w sytuacji nastąpienia jakiegoś rozwinięcia zupełnie nieoczekiwanego, oni są w stanie natychmiast, bez konsultacji z górą, przeanalizować nową sytuację i podjąć optymalną decyzję nie tylko na poziomie taktycznym, ale też na poziomie strategicznym, geopolitycznym nawet.
[31:17] - No tak, ale wie pan co? Ja dosyć gorączkowo, kiedy słucham tego, co pan mówi, dosyć gorączkowo przerzucam, szufladuję wręcz swoją pamięć. I mało jest takich postaci, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę SF, takich mocnych postaci, o których dzisiaj rozmawiamy, które są urodzonymi dowódcami, które mogą się takiej misji podjąć. Ja naprawdę przerzucam i przerzucam kolejne tomy w głowie i tam są różne osoby. Oczywiście mniej lub bardziej-
[31:50] - Dorsai?
[31:50] - Tak, no Dorsai. Wiedziałem, że pan o to powie, ale ja szukam czegoś nowego. Ale dobrze, powiedzmy o Dorsai.
[31:57] - Nie, w nowej fantastyce, bądźmy szczerzy, w nowej fantastyce nie ma nic, co by było wartościowe. Moim zdaniem. Bardzo przepraszam, jeżeli coś istnieje, co wystawia złe świadectwo jakiejś powieści, ale to bym prosił o podpowiedź. Jeżeli ktoś by znał, to ja bardzo chętnie przeczytam nawet kilka razy pod rząd. Natomiast taką książką z niedawnej fantastyki, to też niedawno, to jest dwadzieścia lat temu, to jest „Zmodyfikowany węgiel”. Tam jest świetnie zrobiona książka. Naprawdę super. Cała trylogia, która zresztą została wydana w pierwszej dekadzie XXI wieku, jest rewelacja.
[32:33] - Tak. No powiem tylko, to już tak gwoli kronikarskiej, że Wiktor Żwikiewicz nienawidzi tej książki całym sercem i całą duszą jej nienawidzi, w przeciwieństwie-
[32:43] - O! Za co?
[32:45] - Już nie opowiadajmy, bo to są nie te sprawy, które nas interesują. Natomiast ja, na co mam odpowiednie dowody w postaci Bibliotekarium, ja jednak lubię tę książkę, chociaż sam pan przyzna, że w „Węglu modyfikowanym” główny bohater jest jednak indywidualistą. On to śledztwo prowadzi przecież samodzielnie. No tak się porusza tam, niespecjalnie ma tych ludzi do wykonywania rozkazów. Ale jest silną postacią. Zdecydowanie silną postacią. Tak mi teraz przyszło do głowy rzecz nieoczekiwana, bo kiedy pan powiedział o fantastyce z nowszych czasów, to uświadomiłem sobie, że silne postacie, głównie męskie, no nie ukrywajmy, bo takie były czasy, pojawiają się jednak w fantastyce złotego wieku ery science fiction amerykańskiej. Lata pięćdziesiąte, czterdzieste. Tam jest wielu silnych mężczyzn, którzy dokonują bohaterskich czynów w imię czasami przyjaźni, lojalności, czasami dla kobiety albo i tak dalej. Niemniej ci silni bohaterowie to właśnie tamta fantastyka.
Ona się nawet wcześniej pojawia, bo jeśli pan, nie wiem, czy pan gustuje, ale jest proza Burroughsa. Te wszystkie rzeczy, które dzieją się na Barsoom, czyli na Marsie. On ma też cykl wenusjański, ma też cykl księżycowy, ma Tarzana. Ale jeśli zwrócimy uwagę, kim się staje w „Księżniczce Marsa” przybysz z Ziemi, no staje się dowódcą. I to takim dowódcą z pełnym posłuchem. Więc jeśliby, ja nie sugeruję, żebyście państwo gremialnie zaczęli czytać Burroughsa, chociaż to w sumie dobra, rozrywkowa proza, ale zwróćmy uwagę, że właśnie to w dawnych czasach istniała moda na silnych ludzi i silnych przywódców. Teraz w fantastyce tego jakby mniej.
[34:46] - Tak. I to mnie zastanawia. Nawet nie potrafię tego odnieść. Co mogłoby być przyczyną taką, że nie ma tych bohaterów silnych? Ja tutaj kiedyś chyba rozmawialiśmy, nie jestem do końca tego pewien. Rozmawiałem z takimi dzieciakami na festiwalu aborygeńskim. Mieli po dziewięć, po dziesięć lat paru chłopaków i oni zaczynali sobie tak, jak się normalnie w swoim własnym gronie, jak się z dobrymi znajomymi nawzajem się tak drażni i narusza godność, ale ponieważ to są przyjaciele, no to wiadomo, że to wszystko w żartach. I jeden z tych chłopaków do mnie coś powiedział takiego właśnie, że tam obcokrajowiec, coś tam, właśnie takim tonem jak przyjaciel, dobry kolega do dobrego kolegi z klasy. I nauczycielka natychmiast ich zgasiła, że tak nie wolno, bo to obcokrajowiec i tak dalej. Ja mówię: „Spoko, to bardzo śmieszne”.
Ja się nie obraziłem zupełnie, a ona dalej swoje, że to tak nie wolno, a ja dalej swoje, że tak wolno, dlatego że ja jako osoba bezpośrednio zainteresowana nie mam nic przeciwko temu. Jest to bardzo fajne poczucie humoru między facetami. I dlaczego to mówię? Dlatego, że następuje od parudziesięciu lat pewien rodzaj feminizacji, ze względu na to, że zawód nauczyciela jest sfeminizowany, czyli zawód nauczycielki należy już teraz mówić, bo to dominacja kobiet, czyli trzeba zmienić ten feminatyw, jak najbardziej uzasadniony tutaj, w tym miejscu. Więc nauczycielki nie potrafią sobie poradzić ze sposobami walki o status między chłopcami, bo chłopcy są pod ich opieką i wychowaniem. I te nauczycielki, zamiast uczyć rozwiązywania sporów, to uczą chłopców unikania tych sporów, czyli feminizują ich sposób myślenia.To jest niezwykle doniosłe to, co teraz mówię. Tak naprawdę gdzieś tam utkwi to w środku w rozmowie o dowódców. Natomiast to jest jedno z najważniejszych socjologicznych spostrzeżeń, które można znaleźć w książce „The Coddling of the American Mind”, czyli zdziecinnienie amerykańskiego umysłu. W siłach psychohistorii jest pół rozdziału na ten temat, może nawet i więcej. Natomiast polega to właśnie na tym, że ludzie są wychowawcy dzieci w Stanach Zjednoczonych.
O tym jest właśnie książka. Ci wychowawcy nie pozwalają dzieciom przebywać w sytuacjach konfliktowych, czyli realizować konfliktów, tylko unikają tych konfliktów, a nie mogąc realizować tych konfliktów, przeżywać tych konfliktów, te dzieci nie są w stanie samodzielnie wykształcić sposobów rozwiązywania tych konfliktów. A rozwiązywanie konfliktów to jest coś, co czyni nas silnymi. I to mogłaby być jedna odpowiedź, niezwykle filozoficzna, ale uważam, że niezwykle trafna. Tych dwóch psychiatrów czy też psychologów poświęciło masę pracy, żeby zdobyć dane eksperymentalne, dane statystyczne z badań socjologicznych, psychologicznych. Więc to byłoby odpowiedzią chyba na pana pytanie.
[37:44] - A ja mam tak, ponieważ zbliżamy się do końca naszego dzisiejszego spotkania, mam taki mały apel do słuchaczy, bo może nasza diagnoza odnośnie literatury, nie pozostałych spraw, ale odnośnie literatury SF jest błędna. Może po prostu za mało nowszych książek znamy. To jeśli państwo znacie takie pozycje książkowe z gatunku SF, które spełniałyby ten warunek, że jest tam silny człowiek, silny dowódca, człowiek, silny dowódca przejąć rząd dusz, to ja bardzo chętnie, jakby państwo podesłali czy to na adres pana Piotra.
[38:30] - Na mój, na mój. Ja chcę.
[38:32] - Ja też chcę. Ja też chcę. Więc na Bibliotekarium również bardzo poproszę.
[38:36] - Ale wpierdol mnie. Wpierdol mnie.
[38:38] - No dobrze, mogę być drugi, mogę być drugi. Niemniej to wcale nie jest tak bezsensowny apel, bo ja sobie zdaję sprawę, że tych książek ostatnimi czasy wychodzi naprawdę dużo albo jeszcze więcej. I być może my w jakiś sposób z panem Piotrem jesteśmy od niektórych tytułów odcięci. No to my bardzo, bardzo chętnie czekamy.
[39:03] - Czekamy. I jeszcze tak na dodatek mi się w międzyczasie przypomniał jeden film, o którym już mówiliśmy, więc nie będziemy tego wątku rozwijać „Pan i władca na krańcu świata” o walce żeglarzy. Tam Russell Crowe absolutnie wstąpił na wyżyny. W „Gladiatorze” ma lepszą rolę, znaczy taką bardziej widowiskową i bardziej sławną, dlatego, że „Gladiator” dostał Oscara. Tam wszyscy się zachwycali. Natomiast mniej znanym filmem właśnie jest „Pan i władca na krańcu świata”. Tam on pokazuje, co to znaczy być dowódcą i co to znaczy dorastać i otrzymywać — to właśnie w tym kontekście wtedy mówiliśmy — co to znaczy dorastać i otrzymywać prawidłowe wzorce do tego, żeby być wielkim i odpowiedzialnym człowiekiem. Także to tyle, jeśli chodzi o ten film.
[39:42] - No jak to już filmami rzucamy, to ja sobie przypominam taki film „Braveheart” i to też jest film o dowodzeniu, o tym jak przejmować rząd dusz. A kilka tam jest scen naprawdę takich, które należy zapamiętać i po prostu-
[40:00] - Nie mówimy o rąbance, tylko jakiś tam bardziej rozmawiali.
[40:04] - Rozmawiali, czasami wykrzykiwali różne ciekawe rzeczy. No i warto te niektóre rzeczy zapamiętać. Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Jeśli jeszcze coś pan chce ważnego powiedzieć, to to jest ten moment.
[40:18] - Nie no, ja bym chciał przeczytać takie dwie strony z książki, z tego przekładu „Sztuka wojny”, o którym mówiliśmy tyle razy. Tam jest rozdział, taki malutki esej dwustronicowy właśnie o cechach dowódcy. On jest obok tekstu pod tytułem, tu brzydkie słowo powiem. Pan wypika, czy muszę pominąć to słowo?
[40:38] - Niech pan sam wypika mówiąc.
[40:40] - Dobra. No dobra, wypikam. Udało mi się skontaktować i wyprosić esej od byłego dyrektora Biura Bezpieczeństwa Narodowego generała Kraszewskiego. I jego esej rzeczywiście jest w tym przekładzie „Sztuki wojny” jako taka impresja czy też wizja mistrza, czy też eksperta, czy specjalisty. I on zatytułował to: „Dowódca ma mieć wizję” i to jest, gdzie tam trzeba było wstawić brzydkie słowo, to chyba łatwo się domyślić. Natomiast reszty eseju już nie musiał pisać, dlatego że całe w tym jednym zdaniu, czyli w tytuł, co to uznałem za tytuł i rzeczywiście tam jest wykropkowane niestety w książce, dlatego że jeszcze obok jest tekst osoby, która nie akceptuje brzydkich słów, wulgaryzmów. W związku z tym tutaj taki pośrednio wykropkowane, że wszyscy i tak wiedzą, o co chodzi. Natomiast obok tego jest tekst, który jest jak gdyby taką moją pamiątką z wyprawy motorowej w Ameryce Południowej. Ja sekundkę otworzę sobie to i przeczytam, dlatego że tam jest pokazane, co robi dowódca i w jaki sposób zarządza dynamiką przepływu informacji między sobą a podwładnymi i między podwładnymi a resztą świata. I to jest sekundeczkę.
Momencik. Czterysta siedemdziesiąt cztery. Mogę czytać?
[41:59] - Jak najbardziej.
[42:01] - Dobrze. Proszę bardzo. Strona już jest znana. „Przypadkowe spotkanie nieprzypadkowego człowieka” i podtytuł „Żartobliwe obserwacje cywila na temat dowodzenia”. Sekundkę, powiększę sobie, oczy już nie te, więc zoom in muszę zrobić, dobrze. Chile, Andy wysokość około cztery tysiące metrów nad poziomem morza. Szosa z miasta Arica wspina się serpentyną w stronę granicy z Boliwią, by około osiemdziesiąt kilometrów dalej minąć przepięknie położone jezioro Chungara. Wtem, prowadząc motocykl przez kolejny z zakrętów, widzę grupę żołnierzy. Stop. Takiej okazji do zdjęcia grupowego przepuścić nie wolno.
Cały oddział pod dowództwem młodego porucznika patroluje teren przygraniczny. Żołnierze prowadzą ze sobą psa. Porucznik opiekuje się dziewiątką podkomendnych. Ich młody wiek i zachowanie kazały mi domniemać, że musi to być jeden z ich pierwszych patroli. Dlaczego napisałem „opiekuje się”, a nie „dowodzi”? Właśnie o tym jest ten krótki tekst. Porucznik przejął kontrolę nad sytuacją, gdy tylko zeskoczyłem z motocykla. Rozstawił ludzi po jednej stronie, a mnie po drugiej. Nosili broń. Wiadomo, że nie miał jakiś złych zamiarów, bo jakiś białaś na motorze, więc generalnie potem się zmieniła ta dyspozycja.
Natomiast przeszedł na angielski, mimo że mój hiszpański był wystarczająco komunikatywny do tego, żeby się normalnie z nim porozumieć. Zaczął przekładać dla swoich podwładnych moją autoprezentację, że jestem pisarzem, jestem na wycieczce motorowej i tak dalej. Teraz proszę zobaczyć: z punktu widzenia cywila wszedł w rolę pośrednika, czyli obsługującego przekaz. Był jakimś tłumaczem dla swoich żołnierzy. Dawał usługę swoim żołnierzom. Ale w tej scenie, która się wywiązała, było zupełnie inaczej. On mnie przesłuchiwał. Dzięki decyzji przejścia na język angielski został przy okazji też dla swoich podkomendnych jedynym źródłem informacji na mój własny temat. Jeżeli chłopaki cokolwiek o mnie się dowiedzieli, to tylko przez tego dowódcę. Czyli ja nie miałem bezpośredniego źródła dostępu do ich umysłów.
Proszę zobaczyć, dowódca to przejął natychmiast. Widzicie? Dalej. Po przesłuchaniu nadszedł czas na wymianę pamiątek. Wyciągnąłem kilka polskich i tajwańskich naszywek oraz nasze polskie przedwojenne monety. W ogóle jak ktoś jedzie na jakieś wycieczki zagraniczne, to monety są absolutnie genialne, dlatego że są niezwykle poręczne i są idealną wręcz pamiątką na jakieś przypadkowe spotkanie, jakie właśnie teraz nastąpiło. Ja tam w ogóle zabrałem tylko jedną i żałuję, że tylko jedną monetę z papieżem i natychmiast ją wymieniłem za wspomnienie przy wymianie pękniętej opony, bo kupiłem motor made in China i dostał ją wulkanizator, który po naprawie motoru za psie pieniądze jeszcze mnie ugościli super posiłkiem i na wymianę za ten posiłek dostali właśnie tą monetę z papieżem. Od razu poszła drugiego dnia. Także polecam monety. I tu również wracam do czytania tekstu.
Tu również wszystko przebiegło w rytm zarządzeń porucznika. „Ty daj mu swoją naszywkę” powiedział jednemu. „Ty masz jakąś monetę? Daj mu” powiedział drugiemu. Oczywiście nie tym tonem, bo już teraz przypomniałem się, gęba mi się nie zamyka w uśmiechu. Teraz proszę, zobaczcie ten wzorzec. Wszystkie transakcje i interakcje z obcymi, czyli ze mną w tym wypadku, wszystkie relacje ze światem zewnętrznym były pod kontrolą dowódcy. I tak ma właśnie być. Ten dowódca jest całym światem dla tego swojego podwładnego. Zwłaszcza dla takich niedoświadczonych młodzików.
Trzecim aktem spotkania było zdjęcie grupowe. No i zgadnijcie, kto musiał zrobić to zdjęcie? No właśnie, zgadliście. Porucznik. On wziął aparat, on kazał mi stanąć w jednym miejscu, swoim kazał położyć karabiny szturmowe gdzieś tam w rogu, żebym był w miarę daleko. Chociaż wtedy już było wiadomo, że jest pełny luz. Ale są procedury, których trzeba przestrzegać. Ostatnią rzecz porucznik wykonał na samym końcu. Mistrzowskie posunięcie. Gdy pakowałem już cały majdan wywalony z plecaka w poszukiwaniu właśnie takiego zasobnika z tymi monetami, ucapił mnie za ramię, odwrócił, kazał wyciągnąć dłoń i położył na tej dłoni swój epolet porucznika, który przed chwilą zdjął z ramienia.
I teraz słuchajcie, co ten dowódca w tej chwili robił. On sprawiał, że jakiś obcokrajowiec polski nawiąże więź emocjonalną z żołnierzami z Chile, bo to byli Chilijczycy i dając mi tę epoletę, nawiązał przyjaźń. Dałem mu co prawda wizytówkę w którymś momencie, natomiast nigdy do mnie nie napisał. Nie wiem z jakiego powodu. Czy zgubił, czy są takie procedury, że nie. Natomiast generalnie zostawił na poboczu górskiej drogi, czytając już ostatni akapit z niewyrównaną wymianą, bo ja dostałem od niego coś, co jest absolutnie w jakimś akcie spontanicznej przyjaźni. Po prostu zdjął ten epolet i dał mi na pamiątkę. To jest jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie mam, jeśli chodzi o pamiątki z podróży. Chyba nawet najcenniejsza. I teraz zgadnijcie, co ten dowódca zrobił?
Prosta rzecz. Zgadnijcie, komu ja kibicuję, gdy drużyna piłkarska Chile gra z jakimkolwiek innym krajem? Chilijczykom, krajanom porucznika i jego podkomendnych. I zgadnijcie, to jest ostatnie zdanie już, jakby to skomentował sam porucznik? Prosto powiedziałby: „I tak miało być”. I na tym polega właśnie dowodzenie. Na tym, że ten dowódca ogarnia wszystkie aspekty komunikacji. Wojna to też jest, czyli strzelanie, zabijanie kogoś, czy też straszenie kogoś bronią. To też jest jakaś forma komunikacji. Dowódca ogarnia wszystkie aspekty całej sytuacji, którą zarządza.
I to jest moim zdaniem najważniejsza cecha dowódcy, że on jest po prostu Bogiem dla tych ludzi, którymi dowodzi. I oni umierają nie dlatego, że muszą bronić ojczyzny, tylko umierają dla niego, bo on nimi dowodzi.
[48:17] - Panie Piotrze, to niech to teraz dobrze wybrzmi w uszach naszych słuchaczy. Pięknie panu dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[48:27] - Do usłyszenia.
[48:28] - Za uwagę dziękują Radio Paranormalium i Book Radio. Więcej naszych audycji znajdziesz na www.paranormalium.pl oraz na www.bookradio.pl.