Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich moli książkowych, pisarzy i nie tylko. Zaczynamy w Radio Paranormalium i w Book Radio kolejny odcinek Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Aleksander Ivellios, a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:47] - Halo. Dzień dobry wieczór państwu. Melduję się w dziesiątej odsłonie audycji Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. To już naprawdę zabrnęliśmy daleko w naszej podróży przez prozę, która się pewno tak szybko nie skończy, ale to chyba dobrze. Dzisiejszy odcinek nosi tytuł „Nebula” i tym wszystkim, którzy ściągnęli tutaj zachęceni tym, że będę dzisiaj mówił o jednej ze słynniejszych nagród w dziedzinie science fiction, amerykańskich nagród, śpieszę wyjaśnić, że nie. Dzisiaj o tej nebuli nie będę mówił. Dzisiaj tę nebulę potraktujmy tak dosłownie jako mgławicę. A czym ona jest dokładnie, to się jeszcze państwo dowiecie w toku trwania audycji. Tylko tak na początek to wyjaśnienie.
I cóż, małe remanenty. Otóż jakiś czas temu zapowiedziałem państwu mniej lub bardziej elokwentny wykład na temat pijaństwa pisarzy. Tak to w skrócie powiem. Chyba zrobiłem bardzo pochopnie, bo jak zacząłem wgłębiać się w materiał, to stwierdziłem, że musiałbym chyba całą audycję temu poświęcić. Kto, kiedy, z kim, po co i w jakim celu popijał, będąc jednocześnie pisarzem. Doszedłem więc do wniosku, że nie ma co państwa dręczyć tym tematem w jednej dawce, w jednej porcji. Natomiast myślę, że kilka najbliższych wstępniaków poświęcę temu właśnie zagadnieniu, dzieląc, wyszukując poszczególnych przedstawicieli, którzy zajmowali się pisaniem, wyszukując ich słabości. Dzisiaj zacznę od dwóch pierwszych postaci. Jedna z nich jest niezwykle znana z tego, że pociągała sobie i to bez umiaru. Tą postacią, tym pisarzem jest Charles Bukowski.
Charles Bukowski to jest, można tak powiedzieć, jeden z najbardziej kontrowersyjnych pisarzy ubiegłego wieku. Jest tak, proszę państwa, że jedni go kochają miłością bezwarunkową i uważają, że to geniusz, inni go po prostu nienawidzą jako pisarza. Tak jest pewno zawsze. To znaczy, że był naprawdę pisarzem, który polaryzował. Pisarz chyba w jakiejś tam części musi polaryzować odbiorców. Ale jedno jest pewne: obok jego prozy zdecydowanie nie można przejść obojętnie. Co więcej, na jego twórczość z jednej strony w dużym stopniu wpłynęło miasto, w którym się w końcu osiedlił, to Los Angeles, ale też, co tu będziemy, proszę państwa ukrywać, alkohol, który spożywał w sporych ilościach. O tym zresztą za chwilę. Bukowski w ogóle był znany z zamiłowania do alkoholu. Tak naprawdę to zamiłowanie do wódy w różnych postaciach towarzyszyło mu właściwie prawie przez całe życie.
Tak. Można powiedzieć, że Charles Bukowski to był pisarz, który permanentnie pisał na bani i nawet można zaryzykować takie twierdzenie, że nikt ze sławnych pisarzy nie napisał tyle pod wpływem alkoholu, ile Charles Bukowski. Mam taki cytat przygotowany właśnie z Charlesa Bukowskiego. On pochodzi z książki „Kobiety”. Brzmi mniej więcej tak: „Na tym polega problem z piciem. Gdy wydarzy się coś złego, pijesz, żeby zapomnieć. Kiedy zdarzy się coś dobrego, pijesz, żeby to uczcić. A jeśli nie wydarzy się nic szczególnego, pijesz po to, żeby coś się działo”. Przy takim podejściu, przyznacie państwo, właściwie nie ma dnia, którego nie należałoby wykorzystać w celu walnięcia lufy. Ten romans z alkoholem Charles Bukowski rozpoczął jeszcze jako nastolatek.
Tak naprawdę od opróżnienia, takiego dokumentnego opróżnienia, wspólnie z kolegą, piwniczki ojca. To właśnie wtedy zrozumiał, że znalazł w swoim życiu coś Co było skrojone tylko dla niego. W każdym razie tak mi się wydawało. Tak naprawdę można bez ryzyka powiedzieć, że na nauk, na picie wódy, właściwie na kupowanie wódy, którą później wypijał, wydawał większość pieniędzy, które zarabiał. Z tym że to była taka transakcja wiązana, bo ona mu się w jakimś stopniu poważnym, a nawet więcej niż poważnym zwracała, ponieważ jak pisał pod wpływem alkoholu, to te powieści, które pisał, były rozchwytywane. Nie tylko powieści, bo i wiersze. Były rozchwytywane, były zapisem życia takiego pisarza w stanie ciągłego upojenia. Nie wiem z jakich powodów, ale cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, więc pisarz zarabiał nieźle. Po czym to takie błędne koło kręciło się dalej. Zarabiał, więc pił.
Pił, więc pisał. Pisał, więc zarabiał i tak dalej. Z tym swoim ukochanym nałogiem nie zerwał na stałe nawet wówczas, gdy cudem odratowano go od śmierci. Wiecie państwo, to coś związanego z charakterem człowieka, bo podczas przerwy w piciu, bo takową miał jednak, natychmiast niemal uzależnił się od hazardu. Konkretnie od obstawiania wyścigów konnych. Ale to nie było jednak to, proszę państwa. Nie było to jednak to. I bardzo szybko wrócił do alkoholu. Tak naprawdę jedyną rzeczą, która wydarzyła się podczas próby pozbycia się jednego nałogu, było wpadnięcie w inny. Pod koniec życia podobno odstawił używki i zdrowo się odżywiał.
Może to zabrzmi okrutnie albo nawet wrednie, ale jak już zaczął się zdrowo odżywiać, to umarł na raka. Nie wiem, czy był jakikolwiek związek przyczynowo-skutkowy. Nie sądzę. Ale samo zestawienie tych faktów brzmi dosyć dziwnie. Ja sobie myślę, że to po prostu było tak, że przerwało to picie dużo za późno i już. Powiedzmy teraz o ulubionych trunkach. Bo tym wystarczyłoby, czy wypadałoby nasz wywód o Charlesie Bukowskim zakończyć. Ulubionym trunkiem Bukowskiego było piwo doprawione szotem z whisky. Alter ego pisarza, niejaki Henry Chinaski pił natomiast wszystko, co tylko zawierało alkohol, bez większego wybrzydzania. Tyle o Charlesie Bukowskim.
Przyznacie państwo, że to postać, jeśli znacie jego prozę, to wiecie, ile jest warta. Moim zdaniem pisarz niezwykle ciekawy, z niełatwym życiorysem. Poznaliście państwo przed chwilą tę, nie wiem czy mroczniejszą, inną część życiorysu, której najczęściej w oficjalnych biografiach specjalnie się nie eksponuje. Ale jednak warto o tym pamiętać. Innym pisarzem, którego chciałbym dzisiaj państwu przedstawić, który był też rasowym opojem, był Ernest Hemingway. To człowiek urodzony jeszcze w XIX wieku, tuż pod koniec, bo w 1899 roku. Jednak XIX-wieczny pisarz, przynajmniej z urodzenia. Uznaje się go za najwybitniejszego, a w każdym razie jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy. Do takich najważniejszych dzieł należy przede wszystkim ta nowela, która gdzieś tam się jednak oczom gremium noblowskiego, rzuciła się w oczy po prostu. To „Stary człowiek i morze”.
Ale są też wybitne powieści: „Pożegnanie z bronią”, „Komu bije dzwon”. Jest też taki zbiór opowiadań. To się chyba nazywa „49 opowiadań”. Niespecjalnie oryginalnie, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo te opowiadania, które są w środku, to jest, proszę państwa, ogromna moc. Tak jak powiedziałem, za swoją twórczość otrzymał między innymi Nagrodę Nobla, ale też Pulitzera, bo parał się dziennikarstwem. Mimo że większość swojego życia spędził poza granicami Stanów Zjednoczonych, to opisywał świat z perspektywy takiego, nie wiem czy przeciętnego, ale w każdym razie Amerykanina. Mówił, że należy do tak zwanego straconego pokolenia artystów, którzy dorastali w czasie pierwszej wojny światowej. Wiele osób przypisuje w ogóle mu to określenie, ten termin „stracone pokolenie”. Ale tak naprawdę to chyba było jednak tak, że to określenie zrodziło się w takiej dyskusji z jego mentorką, którą była Gertrude Stein. Hemingway był uzależniony od alkoholu.
Widzicie państwo, to jednak nie tylko Charles Bukowski. On też był uzależniony od alkoholu. Miał oczywiście swoje ulubione drinki, ale pił jak to pijak rasowy. Pił praktycznie wszystko. Przez to, że jeździł po całym świecie, miał też okazję kosztować alkoholi z wielu świata stron, jak to mawiał Ferdek Kiepski. Lokalne drinki, trunki. Był smakoszem też. Tak naprawdę w uzależnieniu dopomogły mu rozliczne znajomości z różnymi pisarzami, malarzami i innymi artystami. Chodził z nimi regularnie do pubów i restauracji. Co się robi w pubach albo w restauracjach?
Mówiąc brutalnie czy też nieelegancko — chleje. I on to robił z dużym oddaniem, między innymi szczególnie chętnie podczas pobytu w Paryżu. Myślę, że jeśli państwo chcecie poczuć ten klimat, to znalazłem taką informację, że fantastycznie postać Hemingwaya w swoim filmie pokazał Woody Allen. Konkretnie chodzi o film „O północy w Paryżu”. Tam pisarz prawie cały czas siedzi z jakąś wódą, z jakimś alkoholem. To tak jeszcze zupełnie od czapy, bo to było w Paryżu. A z kolei dodam, że jak przebywał na Kubie, to zakochał się wprost w rumie, ale w białym rumie. Wiecie państwo co? Jak człowiek jest zdrowy i dużo pije, to jeszcze pół biedy, ale to tak się na ogół składa, że jak dużo pije, to niedługo bywa zdrowy. Hemingwayowi dosyć szybko przypałętały się rozmaite choroby.
Chorował między innymi na cukrzycę, a alkoholizm, jakby to państwu powiedzieć, nie wyciąga z tej choroby. Wręcz przeciwnie, raczej ją pogłębia, mnożąc różnego rodzaju dolegliwości. Hemingway na przykład z wiekiem zaczął bardzo mocno tyć. To się wiązało oczywiście z różnymi innymi chorobami, a właściwie przypadłościami zdrowotnymi. Ale też Hemingway popadał w depresję. Mówi się nawet, że popadał w paranoję. Uparcie zaczął twierdzić w pewnym momencie, że jest obserwowany, że ktoś go śledzi. W 1961 roku pewnej nocy, to było w kwietniu, po raz pierwszy targnął się na swoje życie, ale był na tym przyłapany. Jego żona Mary w związku z tym zadzwoniła szybko po pomoc i udało się go odratować. Hemingway trafił do szpitala i tam był poddawany leczeniom, między innymi takiemu barbarzyńskiemu zwyczajowi, jakim były elektrowstrząsy.
Ponieważ powiedziałem, że się udało go wyratować, to rzeczywiście udało się. Wyszedł z tego szpitala, tak jak powiedziałem, trafił w kwietniu, wyszedł w czerwcu, pod koniec czerwca właściwie. A kolejną próbę samobójczą podjął 2 lipca 1961 roku. I niestety to była próba udana. Nie udało się go odratować. No cóż, tak to się chyba czasami, a nawet na pewno kończy. Ulubione alkohole. Muszę jeszcze o nich wspomnieć. Ulubionymi alkoholami Hemingwaya były whisky, martini i wspomniany już biały rum. Myślę, że skończymy już dzisiaj te alkoholowe ekscesy.
To było pierwszych dwóch pisarzy. Obiecuję państwu, że w kolejnych audycjach sięgniemy po innych przedstawicieli światka pisarskiego. No cóż, a teraz już chyba czas zacząć wykłady i spotkania z ciekawymi ludźmi. Dzisiejszy odcinek „Bibliotekarium 2.0” będzie nietypowy, będzie troszeczkę inny. Dzisiaj będziemy mieli wielu gości, którzy będą mówili o książkach, które były ważne w ich życiu, które czytali, którymi się zachwycali, które polecają do przeczytania państwu. Zapewne jako ludzie czytający znacie sporą część z nich, ale być może wśród dzisiejszych gości, wśród ich propozycji pojawią się takie, których jeszcze państwo nie znacie. I to może będzie ten dobry zbieg okoliczności. Może o jakiejś książce usłyszycie państwo po raz pierwszy i będę się z tego bardzo cieszył, jeśli w wyniku tej rekomendacji zgłaszanej przez dzisiejszych gości ktoś z państwa po tę nieznaną sobie książkę sięgnie. Zaczniemy od spotkania z pisarzem, z Maciejem Górniakiem. Ci z państwa, którzy w miarę regularnie śledzą „Bibliotekarium”, to jeszcze w tym starym „Bibliotekarium” w zeszłym roku, gdzieś tak na przełomie lata i jesieni natknęli się...
A może to było lato jeszcze? Nie pamiętam. Skleroza, tak już bywa. Jestem w końcu człowiekiem w poważnym wieku. Gościł u nas, proszę państwa, Maciej Górniak z pierwszym tomem swojej trylogii. Tom nosił tytuł „DNA. Spirale zagłady”. Wtedy podczas spotkania na antenie mówił o tym, że drugi tom jest w pisaniu. A ja, proszę państwa, w tej chwili, kiedy do państwa mówię, trzymam w dłoni drugi tom, który nazywa się „DNA Nebula”. Teraz już wszystko jasne, skąd wziął się tytuł dzisiejszego odcinka.
Maciej Górniak to człowiek, który wcześniej miał różne zakręty życiowe. W pewnym momencie znalazł swoją drogę. Tą drogą było pisanie i muszę państwu przyznać, że opowieść, którą snuje, którą możecie państwo poznać w tym cyklu „DNA” z kolejnymi podtytułami, to jest opowieść fascynująca. Ale wiecie państwo, ja często używam tego słowa, że coś jest fascynujące, coś jest wspaniałe, coś warto przeczytać. Myślę, że najlepiej zrobimy, jeśli najpierw posłuchamy rozmowy z Maciejem Górniakiem. Myślę, że tam padną wszystkie ważne deklaracje i odpowiedzi na wszystkie ważne pytania, które moglibyście państwo ewentualnie zadać. A tuż po rozmowie zapraszam państwa na dwa fragmenty tego drugiego tomu „DNA Nebula”. Myślę, że to również będzie dla państwa zachęta do sięgnięcia po tę książkę. Zapraszam zatem, a znikam w tej chwili na prawie półtorej godziny. Życzę dobrej zabawy.
Dzień dobry, panie Macieju.
[20:00] - Dzień dobry państwu. Dzień dobry panu.
[20:03] - Spotykamy się po, tak dobrze liczę, to ponad rok, kiedy było nasze ostatnie spotkanie. Właściwie już półtora roku minęło. Wtedy rozmawialiśmy o pierwszym tomie książki „DNA”. To były „Spirale Zagłady”. Odgrażał się pan wtedy, że będzie tom drugi i jest tom drugi: „DNA Nebula”.
[20:26] - Zgadza się.
[20:28] - Proszę coś o tym tomie powiedzieć.
[20:31] - Ma pan na myśli pierwszy czy drugi?
[20:33] - Najlepiej o obu, żeby po pierwsze przypomnieć słuchaczom ten pierwszy tom. A o drugim to pewno cała rozmowa będzie.
[20:42] - W takim razie dwa słowa o pierwszym tomie. Na początku miał to być utwór wyłącznie rozrywkowy, z pewną nutką tajemniczości. Chciałem pisać o takich sprawach jak intuicja, przeczucie, sny, które czasami mogą być zapowiedzią pewnych wydarzeń. Ale w międzyczasie przyszedł mi do głowy pomysł, który powiązałem z dotychczasową fabułą. Chodzi tu o takie sprawy, które obserwuję już w tej chwili w naszym życiu społecznym czy nawet indywidualnym. Chodzi mi o nieopanowaną cyfryzację i robotyzację naszego życia. Przy czym tutaj bardziej miałem na myśli to, w jaki sposób ta technologia jest wykorzystywana przez pewne grupy, czy posiadające władzę polityczną, czy finansową, bądź jakąś inną. I w jaki sposób te grupy, umacniając swoją własną pozycję, niestety osłabiają bardzo mocno naszą. Pozbawiają nas możliwości swobodnego wyboru właśnie przy użyciu nowoczesnych technologii, co powiem szczerze, nie za bardzo mi się podoba. Wątek ten ciągnie się przez wszystkie trzy tomy, przy czym trzeci dopiero powstaje.
Natomiast jakiś czas po napisaniu pierwszego tomu trafiłem na pewien tekst, który potwierdził pewne moje obserwacje i wnioski z tych obserwacji. Chodziło tutaj o pewien eksperyment pana Johna Calhouna, etnologa, który w 1958 roku stworzył laboratorium z myszami. On tworzył tam takie siedliska zwane wszechświatami. Zaprojektowane były jako pewne utopie dla tych stworzonek. Polegało to na umieszczeniu zwierzątek w warunkach idealnych, gdzie miały nieograniczoną ilość pokarmu, wody, materiału do budowy gniazd. Zapewniono im tam optymalną temperaturę, opiekę medyczną i zupełnie ten obszar był pozbawiony zagrożeń. Jedynym ograniczeniem była niewielka powierzchnia. Panu Calhounowi chodziło o sprawdzenie, w jaki sposób taka mysia społeczność zachowuje się w warunkach niby idealnych, ale przy bardzo ograniczonej powierzchni do życia. 10 lat później, w 1968 roku, dokładnie 9 lipca, rozpoczął pewien eksperyment, który trwał kilka lat. Nazywał się Wszechświat 25.
W takiej zagrodzie, niezbyt dużej, ale wyposażonej w warunki, tak jak wymieniłem wcześniej, umieścił cztery pary myszek. Cała zagroda była obliczona na 3840 ... sztuk. Ten eksperyment trwał 1588 dni. W jaki sposób przebiegał? W ciągu pierwszych 104 dni myszy przystosowały się do nowego środowiska. Podzieliły między siebie teren i urodziły się pierwsze osobniki. Nastąpił później dość gwałtowny rozwój populacji i trwał do 314 dnia. Ilość osobników podwajała się co 55 dni. Nawiązywały się więzi towarzyskie pomiędzy całymi grupami myszek.
Od dnia 315 rozrost populacji ciągle następował, ale spadła jego dynamika. Zaobserwowano zmianę w zachowaniach płci. W pewnym momencie większość samców stopniowo zatracała zdolność obrony zajmowanego terytorium. Część natomiast samców wykazywało duży wzrost agresji poza zwyczajową normę. Natomiast odnotowano też wzrost agresji u samic i stopniowo zanikający u nich instynkt macierzyński. Tak to trwało do mniej więcej 600 dnia eksperymentu i w tym czasie populacja osiągnęła 2200 osobników. Od tej pory myszy zaczęło się rodzić mniej niż ich umierało. Ostatnie zapłodnienie nastąpiło dnia 920 trwania eksperymentu. Wtedy populacja całkowicie utraciła zdolność reprodukcji. Nastąpił również zanik zachowań społecznych, zdolność do obrony osobników z tej samej rodziny lub obrony terytorium.
I myszy zaczęły coraz bardziej unikać kontaktów z innymi osobnikami. Nabywały cech autystycznych, stawały się niezdolne do płodzenia i wychowywania potomstwa. Stopniowo nastąpił całkowity rozpad ich organizacji społecznej. Ostatnia myszka wyzionęła ducha w 1588 dniu eksperymentu. Co takiego się stało? Chcę tu jeszcze dodać, że przez cały czas warunki początkowe były zachowywane. Co takiego się stało? Okazało się, że niektóre samce myszy straciły poczucie celu i oderwały się od swoich naturalnych ról. Straciły zainteresowanie otoczeniem. Całe dnie spędzały na bezmyślnym jedzeniu, czasami na walkach między sobą.
Natomiast te samce, które były osobnikami alfa, stały się znacznie bardziej brutalne. Atakowały inne myszy bez żadnego powodu. W skrajnych przypadkach nawet dochodziło do aktów kanibalizmu. Pojawiło się też nowe pokolenie, które nigdy nie doświadczyło życia w normalnej mysiej społeczności. Nie wykazywały żadnego zainteresowania walką, zalotami czy rozmnażaniem, czy jakąkolwiek inną aktywnością. Żyły w odosobnieniu i odizolowaniu od reszty, w mniej zatłoczonych miejscach. Spały, jadły i unikały konfliktu. Trwały bez celu, dopóki nie zdechły. Tutaj właśnie jest spora zbieżność pomiędzy tym, co napisałem wcześniej, a tym eksperymentem. Ja po prostu opisałem pewną cywilizację, która doszła do, wydawałoby się, doskonałości technicznej.
Osiągnęła taki poziom, że praca organizmów białkowych nie była potrzebna. Wszystko zaczęły wykonywać maszyny za nich. Tylko że zanikł tam pewien cel życia, a ten stan rzeczy był bardzo mocno podtrzymywany w dalszym ciągu przez elity społeczne, które zajmowały się głównie walką między sobą o władzę i dystrybucją dóbr wytwarzanych przez maszyny. Na drugim biegunie społecznym było pospólstwo, które zajmowało się wyłącznie rozrywkami i konsumpcją życia. Doprowadziło to po prostu w konsekwencji, to już będzie można sobie przeczytać ewentualnie w książce, do zagłady całej planety. To jeśli chodzi o taki wstęp dotyczący pierwszego tomu.
[29:03] - I tu przerwę panu na chwilę, bo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że opisując odległą cywilizację, tak naprawdę opisał pan naszą ziemską cywilizację. Bo cóż, wystarczy się rozejrzeć wokół. Mówił pan przed chwilą o myszkach, a ja cały czas, zresztą zgodnie z ideą tego eksperymentu, miałem takie głębokie przekonanie, że opisuje pan naszą cywilizację.
[29:32] - Zgadza się, proszę pana, jak najbardziej. Natomiast bezpieczniej jest opisać jakąś inną cywilizację zamiast naszą. A tutaj z drugiej strony, jeśli chodzi o eksperyment pana Johna Calhouna, to cóż, myszy znowu tak aż strasznie bardzo nie różnią się od ludzi ani pod względem genetycznym, a pewne zachowania psychologiczne również mamy wspólne.
[29:55] - Przywołał pan eksperyment. Pan w ogóle naszym słuchaczom znany jest z tego, przypomnę tę prelekcję, którą pan wygłosił kilka audycji temu. Znaczy właściwie nie dla audycji, ale to była relacja ze spotkania z czytelnikami. Ale przypomnę, że tym, co było chwalone przez słuchaczy, to takie twarde stąpanie po ziemi i twarde odwoływanie się do nauki. To zresztą jest rzecz charakterystyczna również w pana książkach. Mam takie wrażenie, że pana książki to jest odwołanie się do takiego hard science fiction, które w tej chwili jest nie do końca modne. Ludzie lubią czytać o czarownicach, czarodziejach, w każdym razie o tych różnych wróżach płci obojga, o smokach i tym podobnych stworach. Natomiast twarda science fiction w tej chwili przeżywa kryzys. Ja mam wrażenie, że pan, odwołując się do korzeni, stara się odtworzyć, przywołać ją, odświeżyć.
[31:05] - Powiedziałbym w ten sposób, że piszę tak, jak uważam, tak, jak czuję daną rzecz. Nie każdemu musi się to podobać, ale nie stać mnie na to, żeby pisać pod publiczkę. Obserwuję cały czas z punktu widzenia pojedynczego człowieka nasze zachowania. Stwierdzam, że niestety są coraz bardziej spłycone. Ludzie kochają bajki, jak widzę, nawet ludzie dorośli. Społeczeństwo tak jakby niestety, ale dziecinniało. Nie wiem, czy jest to proces naturalny, czy w jakiś sposób jest sterowany, może nawet nieświadomie, ale produkuje się różne filmy, które się nazywają science fiction. Moim zdaniem bardziej powinna obowiązywać nazwa fantasy. Nieszczególnie mi się to podoba, bo nas to strasznie odrywa od rzeczywistości. A niestety pewni osobnicy, którzy nami rządzą, korzystają z tego, że wrzucane są nam tematy zastępcze, rozpraszające naszą uwagę i moim zdaniem nie doprowadzi to do niczego dobrego.
Obawiam się pewnych sytuacji, dlatego pomyślałem, że skoro już piszę powieść na temat pewnych zjawisk, dość ciekawych, które zaobserwowałem w życiu, jakieś przeczucia, intuicja, jak wcześniej powiedziałem, również sny, które potrafią się sprawdzać, to trzeba dać książce również pewne drugie dno, znacznie poważniejsze. Mam nadzieję, że choć parę osób to zauważy.
[33:12] - Ja tylko jeszcze dopowiem, bo wspomniał pan o tej innej cywilizacji, ale to nie jest tak, że w pana książce nie pojawiają się ludzie. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Te dwa plany są nałożone niejako na siebie.
[33:30] - Zgadza się. Idą naprzemiennie.
[33:32] - Tak, ale tych ludzi pan też przedstawia, ludzi z różnych czasów. Tak bym to określił. Bo mamy cywilizację starożytnego Egiptu.
[33:45] - To już o drugim tomie mówimy teraz.
[33:47] - Tak, mówimy teraz już o drugim tomie. Pojawia się cywilizacja starożytnego Egiptu. Ale nie tylko. Ludzi mamy w dwóch planach czasowych.
[33:59] - Zgadza się. Czytam troszkę podręczników historycznych, czasami jakiś film dokumentalny. Widzę, że w zasadzie ludzie specjalnie się nie zmieniają, zmieniają się tylko czasy, zmienia się trochę, a czasami nie tylko trochę nasze otoczenie, technologia, którą wytwarzamy. Natomiast ludzka mentalność cały czas jest bardzo podobna. Zresztą bardzo podobne cechy nadałem również przedstawicielom cywilizacji Nerburian, czyli tej cywilizacji, która uległa zagładzie, ponieważ przypuszczam, że gdzieś tam w kosmosie istnieją również inne cywilizacje. Niekoniecznie muszą nas zaraz odwiedzać, choćby ze względu na potworne odległości, jakie dzielą planety, układy słoneczne i tak dalej. Natomiast białkowe życie wykazuje się pewnymi cechami i czy to jest na Ziemi, czy to będzie na innej planecie, chyba będą one podobne. Tak mi się wydaje.
[35:20] - Kiedy czytam drugi tom pana książki, przypomnę, to jest „DNA, tym razem Nebula”, to mam takie wrażenie, że jest pan czytelnikiem Dänikena, może Zecharia Sitchina. W każdym razie tam jest sporo takich wątków, które nawiązują do starożytnych astronautów, do paleoastronautów. Czy to jest dobry trop, czy to jest odkrycie niezależne z pana strony?
[35:57] - Akurat nie miałem dostępu do tego typu pozycji, które pan wymienił. Tak się złożyło, więc mogę to potraktować jako niezależne odkrycie, ale ono wynika z życia, zwyczajnie z obserwacji. Interesuje mnie bardzo wiele rzeczy, ale później informacja, która do mnie dociera, jest w jakiś sposób przetwarzana u mnie i wynikają z tego jakieś wnioski. Stąd akurat taki, a nie inny tekst.
[36:35] - Dał pan pewien obraz życia w starożytnym Egipcie. I tu powiem tak: z jednej strony jest pan zwolennikiem, co zresztą bardzo sobie chwalę, odwoływania się do tego, co w nauce jest twarde. Można to zważyć, zmierzyć i to jest okej. Natomiast jak znam życie, to badacze starożytnego Egiptu jakby przeczytali pana książkę, to by jakieś klątwy na pana rzucili albo coś takiego. Myślę, że już pan wie, o czym mówię. Pan zaproponował, z ich punktu widzenia to obrazoburcze jest straszliwie.
[37:21] - Bo ja wiem? Zanim napisałem tekst drugiej części, starałem się jak najbardziej wniknąć w tamte czasy. Skorzystałem nawet z pomocy Instytutu Starożytności Polskiej Akademii Nauk, żeby dowiedzieć się przede wszystkim, gdzie szukać właściwych źródeł, tak żeby, mówiąc brzydko, jakichś straszliwych głupot nie opowiadać. Starałem się poznać tamte czasy, jak ludzie żyli, w jaki sposób wytwarzali przedmioty, jakich przedmiotów używali, jakie były zwyczaje, jak wyglądała religia starożytnego Egiptu. Ale od razu muszę powiedzieć, że poznać religię starożytnego Egiptu nie jest łatwo.
[38:21] - To jest wyzwanie.
[38:24] - Tam w czasie wszystko się zmienia i nawet dodałem chyba jakieś zdanie w komentarzu narratora, że nie mam pojęcia, jak oni się w tym wszystkim orientowali. Tam bogowie się zmieniają, zamieniają się rolami, zamieniają się miejscami. Ale jakoś mam nadzieję z tego wszystkiego wybrnąłem.
[38:49] - To moje pytanie to jest taka prywatna zemsta. Znam pewne środowisko naukowe zajmujące się starożytnym Egiptem, które jest niewzruszone. Jak sobie coś wbiło do głowy 40 lat temu, to cały czas trwa i trwa. I właściwie zero argumentów, że może jednak było coś inaczej. W związku z tym pozwoliłem sobie na małą prywatną zemstę i podanie w wątpliwość tego, czy każde środowisko naukowe jest aby na pewno otwarte na tego rodzaju eksperymenty myślowe, w gruncie rzeczy, które pan w książce wykonuje. Okazuje się, że chyba trochę tak, skoro uzyskał pan pomoc od Polskiej Akademii Nauk, od jej przedstawicieli.
[39:44] - Myślę, że tak. Oczywiście zawsze istnieje jakaś grupa tak zwanych twardogłowych. Zresztą nie tylko dotyczy to historii, dotyczy to także innych nauk. Dużo czytałem o fizyce. Einstein wcale nie miał tak łatwo ogłaszając swoje rewelacje, jeśli chodzi o szczególną, a później ogólną teorię względności. Stopniowo dopiero ludzie się przekonywali do pewnych spraw. Natomiast nauka polega na nieustannej negacji i to mi się podoba. Oczywiście nie może być to negacja niepoparta żadnymi dowodami. Tak samo, jeśli chodzi o nowe sprawy w nauce, też one muszą z kolei być poparte pewnymi dowodami. Ale to dobrze.
Gdyby nie było negacji w takiej czy innej nauce, nie byłoby postępów.
[40:48] - Ja mam teraz dla pana dosyć trudne zadanie, bo spotkaliśmy się z okazji wydania drugiego tomu pana książki. Ile możemy powiedzieć o jej treści, żeby z jednej strony zachęcić czytelników, ale z drugiej strony nie opowiedzieć zbyt dużo, żeby oni po tę książkę jednak sięgnęli? To jest zadanie dla pana, którego panu nie zazdroszczę.
[41:16] - Tak, trudno się z panem nie zgodzić. Rzeczywiście to nie jest łatwa rzecz. W drugim tomie mamy już dwa główne wątki. Jeden, który nazwałem starożytny, czyli rzecz się dzieje z grubsza w latach 3000 do 2500 lat przed naszą erą, głównie w Egipcie. Drugi wątek futurystyczny, dziejący się około 150 lat od czasów obecnych. Tak jak wcześniej powiedziałem, one cały czas przeplatają się ze sobą. I jak tu coś opowiedzieć, żeby nie opowiedzieć za dużo?
[42:03] - Może o tych obcych?
[42:05] - Ktoś, kto czytał pierwszy tom wie, że zakończył się on pojawieniem się jednego ze statków Nerburian, wielkich galaktycznych, wielopokoleniowych statków, którego losy sobie śledziliśmy od momentu, kiedy wystartowali ze swojej zniszczonej planety. Pojawiają się w Egipcie, lądują, spotykają pierwszych ludzi, którzy biorą ich za bogów, którzy zstąpili na ziemię. Nerburianie badają warunki życia na naszej planecie i stwierdzają, że te warunki nie są dla nich idealne, ale mają pewien poważny problem. Wkrótce okazuje się, że niestety, ale muszą tutaj zostać w naszym Układzie Słonecznym z tego względu, że ich statek grozi katastrofą. Nie było tego widać, dopóki Nie wyłączyli reaktora w swoim statku. Dalsza podróż byłaby w zasadzie samobójstwem. Na Ziemi mamy zbyt dużą grawitację, niezbyt odpowiedni skład atmosfery, pewien składnik im szkodzi. Problemem jest też nasze słońce, którego promieniowanie też za dobrze na nich nie działa. Nie za bardzo mają gdzie zamieszkać, w związku z czym postanawiają osiedlić się na Księżycu, a ściślej pod powierzchnią naszego satelity, gdzie odnajdują wielkie komory magmowe po fazie, kiedy Księżyc kształtował się jeszcze. Tam zakładają kolonię, która stopniowo zaczyna się coraz bardziej rozrastać i wygląda jak podziemne mrowisko.
Jednocześnie prowadzą pewne prace, które mają na celu przystosowanie ich ciał do pobytu na Ziemi. Księżyc nie jest zbyt atrakcyjny. Zresztą grawitacja Księżyca jest dla nich zbyt słaba, co nie wpływa dobrze na organizmy. Wie zresztą o tym każdy ziemski astronauta, który poleciał w kosmos i przebywał tam dość długo, jak zachowuje się nasz organizm, jak słabną mięśnie. Szkielet też jest bardzo osłabiony. Grawitacja jest nam niezbędna do życia. Pokazuje tam pewne zmiany w ich społeczeństwie, zachowanie Najwyższej Rady, gdzie nie wszyscy są jednomyślni. Najwyższa Rada to jest organ składający się z siedmiu osób. Po raz pierwszy w historii tej cywilizacji pojawia się tam kobieta w składzie Najwyższej Rady. Znajdują w końcu sposób na przystosowanie swoich ciał, ale prowadzi do tego dość skomplikowana i dość okrutna droga.
Nie chciałbym ujawniać wszystkiego, ponieważ powieść jest napisana w taki sposób, żeby od czasu do czasu czytelnika zaskoczyć.
[46:15] - Myślę, że to, co już pan powiedział, to jest znakomita zachęcajka, że tak sobie posłowotworzę, ponieważ ona otwiera pewne przestrzenie, nazwijmy je przestrzeniami czytelniczymi. Co więcej, uśmiechnąłem się kilka razy, kiedy pan mówił, dlatego, że przez ostatnie „Bibliotekaria 2.0” sporo mówiliśmy zarówno na temat bogów z kosmosu, w cudzysłów to oczywiście weźmy, jak i problemów z tym związanych. Mówiliśmy też na temat Księżyca, omawiając z Piotrem Cielebiasiem filmy, najnowsze produkcje, blockbustery i tak dalej. Troszeczkę się nad nimi wyzłośliwialiśmy, ale też zauważyliśmy, że pewne zainteresowanie Księżycem jest ostatnimi czasy bardzo mocne. Pan się wpisuje w to i to w brawurowy sposób. To, co pan powiedział, świadczy o tym, że pana wizja, którą kreśli pan w książkach, dwóch w tej chwili, tomach, trzeci, tak jak pan powiedział, w przygotowaniu, to jest wizja monumentalna, ale ono nie do końca pasuje. W każdym razie bardzo szeroka. To jest rzeczywiście pewien przekrój cywilizacyjny?
[47:46] - Tutaj też chyba z panem się będę musiał zgodzić.
[47:51] - Oj, to niedobrze, bo nic tak w radiu dobrze nie działa, jak mała awantura albo przynajmniej niezgodność.
[48:00] - Proszę w takim razie powiedzieć coś, z czym się nie zgodzę.
[48:04] - Ale mnie jest trudno.
[48:05] - Na razie pan trafia.
[48:08] - W gruncie rzeczy przeczytałem książki z dużym zainteresowaniem. Tam są rzeczy, tak jak zresztą powiedziałem przed chwilą. Nie wiem, jak pan to robi. Nie odwołuje się pan do wymienionych wcześniej książek, chociażby Zecharia Sitchina czy innych ludzi zajmujących się paleoastronautyką, a jednak uderza pan w te wątki i to bardzo udany sposób. Kreśli pan szeroki obraz cywilizacyjny tego, jak się rozwijała ludzkość, jak to w ogóle wszystko doszło do tego. Co więcej, wybiega pan w przyszłość. O tym jeszcze nie mówiliśmy. Co możemy powiedzieć o tym wątku przyszłościowym?
[49:00] - Wątek przyszłościowy. Ludzie, co już było oczywiście powiedziane w pierwszej części, eksplorują i eksploatują Księżyc. Przypadek sprawia, że pewien wycieczkowiec Relacji Księżyc-Ziemia ulega katastrofie — mówię w tej chwili o pierwszej części — z jakimś obiektem, który wziął się nie wiadomo skąd. Po zakończeniu akcji ratunkowej ludzie postanawiają sprawdzić, co takiego uderzyło w ten wielki wycieczkowiec. Wysyłana jest ekipa w miejsce, gdzie obiekt ten zniknął pod powierzchnią Księżyca. Tam okazuje się, że była wielka komora akurat w tym miejscu. Obiekt uderzył w powierzchnię Księżyca, przebił tą komorę, wpadł do środka. Tam w obszarze tej komory panują dość trudne warunki. Jest wszędzie pełno pyłu. Ekipa stara się dotrzeć do tego obiektu.
Ludzie są przekonani, że była to asteroida. I ta ekipa, która zbliża się do obiektu, informuje, że już ją widzi. W pewnym momencie szef tej wyprawy, Alex Polkowski, nadaje komunikat do tych, którzy są na górze, który brzmi mniej więcej tak. Mówi do swojego szefa: „Walter, przyślijcie tutaj na dół więcej ludzi, sprzęt i w ogóle wszystko, czym dysponujemy. To nie jest asteroida”. Mówię cały czas o pierwszym tomie, nie zdradzam drugiego. Okazuje się, że domniemana asteroida jest jakimś statkiem, który uderzył w wycieczkowca o nazwie Pollux. I co więcej, tam znajdują się również dwaj osobnicy na pokładzie. Nieżywi, ale oni byli żywi jeszcze niedawno. Nie wiadomo, jak zginęli.
Później zresztą będzie, to już w trzecim tomie, dość spora niespodzianka, ale tu już zupełnie nic nie powiem na ten temat, dopóki tom się nie ukaże. Natomiast poszukiwania, na skutek pewnego przypadku, pozwalają odkryć tą podziemną, czy raczej podksiężycową kolonię. I drugi tom skupia się na eksploracji tych ogromnych przestrzeni, gdzie kolonia się mieści. Mam nadzieję, jest tam również kilka różnych zaskoczeń, które wcale nie od razu staram się wytłumaczyć. Uważam, że czytelnikowi należy dać czas i dużo pola, żeby jego wyobraźnia miała możliwość popracować. Natomiast pojawia się tam też inny wątek. Jest taki pewien bardzo niedobry pan, zasiadający wcześniej we władzach Ziemi. Ten pan traci tą władzę na skutek pewnego splotu okoliczności. Na imię ma Jack. I później stara się ze wszystkich sił powrócić na szczyt, niekoniecznie uczciwymi metodami.
Zdobywa pewne informacje na temat kolonii, na temat tego, co tam się znajduje i uważa, że może to wykorzystać właśnie po to, by dokonać zamachu na Księżyc. A w zasadzie, ponieważ Księżyc jest największym źródłem surowców energetycznych na Ziemi w tamtych czasach, będzie w stanie dokonać zamachu na całą ludzkość, mówiąc tak niezbyt ładnie, ale kładąc na tym wszystkim łapę. I w drugim tomie obserwujemy jego przygotowania do tego, co zamierza zrobić.
[53:43] - Jak państwo widzicie plany, które kreśli nasz dzisiejszy gość, bardzo szerokie. I tu mam takie pytanie wynikające z wcześniejszej wiedzy, bo pan już w czasie naszego pierwszego spotkania ponad rok temu mówił o tym, że stara się unikać czytania fantastyki, co mnie zadziwia, ale może niesłusznie. To wróćmy do tego pytania: co pan czyta i dlaczego nie fantastykę?
[54:12] - Czytam materiały przede wszystkim popularnonaukowe, które pozwalają mi uruchomić wyobraźnię. To jest podstawą moich pomysłów. Popularnonaukowe z zakresu fizyki, astronomii, historii. Musiałem się również doszkolić trochę z genetyki, bo tam również jest, powiedziałbym nawet przede wszystkim, pewien wątek dotyczący genetyki. Jak na to wskazuje sam tytuł powieści „DNA”. Natomiast obawiałem się i obawiam się do tej pory, że czytanie fantastyki naukowej innych autorów mimo woli może skutkować nieopatrznym ściągnięciem od kogoś jakiegoś pomysłu. A ja chciałbym, żeby to, co piszę, było po prostu moje. Nawet jeżeli w jakiś sposób powtórzyłoby się to w stosunku do książek innych autorów, będzie to zupełnie niezamierzone. Tak bym to wytłumaczył.
[55:32] - A jakbym zapytał o takie niezapomniane? Mówił pan o książkach popularnonaukowych. Czy jakieś tytuły zechciałby pan polecić, a w każdym razie wskazać dla ludzi ciekawych?
[55:47] - Bardzo lubię czytać to, co pisze pan Michio Kaku, amerykański naukowiec japońskiego pochodzenia. Natomiast czytam też w tej chwili na przykład obecnie książkę pana Jean-Pierre Lassotty, polskiego pochodzenia naukowca, zdaje się, że mieszkającego w Paryżu, o czarnych dziurach, o grawitacji. Tu mnie pan akurat troszeczkę zaskoczył, bo ja trochę mam problem z zapamiętywaniem autorów. Całkiem niedawno nabyłem książkę, już przeczytałem, zresztą za chwilę zamierzam do niej wrócić, o fizyce kwantowej. Również, jeśli dobrze pamiętam, właśnie francuskiego autora, ale nie odważę się wymówić jego nazwiska.
[56:33] - Proszę się nie przejmować. Nazwiska francuskojęzyczne oraz zapominanie autorów to jest niejako specyfika tej audycji w moim wykonaniu, w związku z czym jest pan w dobrym towarzystwie.
[56:44] - Jest nas dwóch. Dobrze, poczułem się od razu raźniej. Mam też kilka książek Neila deGrasse'a Tysona, amerykańskiego popularyzatora fizyki i astronomii. Zdaje się dyrektor... Znowu zapomniałem. W każdym razie sporo jego audycji jest na YouTubie. Raz kupiłem pewną książkę o naturze czasu, ale nie byłem w stanie przez nią przebrnąć. To zupełnie nie było to, o co mi chodziło. Tam zresztą autor przynudzał okrutnie, więc nie wszystkie książki da się czytać. Skupiam się, tak jak mówię, na książkach historycznych czy audycjach historycznych.
Niekoniecznie muszą one dotyczyć czasów, o których piszę w książce. Natomiast pomiędzy wierszami można tam bardzo dowiedzieć się dużo na temat ludzkiej natury. W jaki sposób zachowują się nasi umiłowani przywódcy, którzy po prostu już nie wiedzą, co czasami mają ze sobą zrobić. Wymyślają wojny, posyłają na te wojny ludzi, którzy chcą żyć spokojnie. Daleko nie musimy szukać, prawda?
[58:01] - Tak, to prawda.
[58:03] - Właśnie. Więc o takich rzeczach również piszę w tej książce. O ludzkiej naturze, która pozbawiona pewnych czynników, jak wysiłek, jak praca, powoduje, że zaczynają się w ludziach budzić demony. Tutaj znowu jest pewna analogia do tego eksperymentu z myszkami, gdzie po prostu część myszy albo popadła w jakąś taką apatię i nieinteresowanie się niczym innym poza sobą, a część stała się nad wyraz agresywna. Tak samo zachowują się ludzie.
[58:44] - A uda mi się pana namówić, żeby pan jednak sięgnął gdzieś w pokłady pamięci i jakąś książkę z gatunku science fiction, którą pan z młodości albo z jakichś tam czasów zapamiętał, to jaka by to była?
[59:00] - O masz.
[59:01] - Było ich tak dużo czy tak mało?
[59:04] - Nie było ich zbyt wiele, natomiast czytałem je z wielką pasją. Oczywiście uwielbiałem mistrza Lema, chociaż nie czytałem wszystkiego, ale to, z czym się zetknąłem, stwierdzam, że jego książki robiły się coraz trudniejsze chyba dla czytelnika. Mam jego książkę ostatnią, którą chyba już dyktował. Bardzo trudna lektura. Natomiast z lat wcześniejszych to powiedzmy „Opowieści o pilocie Pirxie”, „Bajki robotów”. To jeśli chodzi o Lema. Był chyba taki autor, Harry Harrison. To takie akcyjniaki chyba pisał.
[59:45] - Pisał różne rzeczy, pisał też książkę-
[59:48] - Naprawdę nie pamiętam.
[59:50] - Pisał książkę, chociażby „Przestrzeni przestrzeni” o takim dystopijnym Nowym Jorku i to zresztą stało się kanwą dla filmu „Zielona pożywka”. To taka bardzo poważna książka. Ale rzeczywiście Harry Harrison to również „Stalowy szczur”, to również cała seria książek „Planeta śmierci”, więc rzeczywiście-
[01:00:14] - O, to pamiętam.
[01:00:16] - Przeważały u niego takie, może nie strzelanki, ale w każdym razie dużo się działo. Dużo się działo u Harry'ego Harrisona.
[01:00:23] - Pamiętam, że czytałem jako dzieciak też taką dość krótką, bo sto stron, może trochę więcej, książkę naszego polskiego pisarza, już nieżyjącego. Nie pamiętam w tej chwili jego nazwiska, ale książka nosiła tytuł „Paroksyzm nr -1”.
[01:00:45] - A to tak, to seria z glizdą. Ja bardzo przepraszam naszych słuchaczy, ale ja również nie pamiętam autora. Rzeczywiście nieżyjący. Ale jeśli państwo zobaczycie skład tej serii tak zwanej z glizdą, czyli kawowskiej czarnej serii, to państwo na pewno ją znajdziecie. I to była książka ciekawa. Co więcej, ona również starała się przynajmniej czerpać z nauki. Tam odwołanie do pulsującego wszechświata, w każdym razie-
[01:01:13] - Tak, było, tak.
[01:01:14] - Do Big Bangu i tego, co z tym wszystkim można zrobić.
[01:01:18] - Byłem tą książką na tyle zaintrygowany i to przez lata, że Całkiem niedawno nabyłem ją. Znalazłem w pewnym antykwariacie. Przeczytałem sobie. Moje podejście dzisiaj już wygląda trochę spokojniej akurat do tej lektury. Natomiast w dalszym ciągu uważam, że jest całkiem ciekawa.
[01:01:39] - Żeby pan się nie poczuł osamotniony, to ja powiem, że znam przynajmniej dwa przypadki, w których ludzie nie dość, że ją nabyli, to jest oczywista oczywistość, natomiast przeczytali ją w ciągu jednego dnia i jedną z tych osób byłem ja, a w dodatku byli pod ogromnym wrażeniem tej książki. Sam dzisiaj nie wiem dlaczego, ale wtedy to było jakieś takie odkrycie. Naprawdę taka fantastyka, która mocno osadzona w nauce była. Może przesadzam, ale w każdym razie taka odwołująca się do tego, czym się wtedy interesowałem. To może to jest jeden ze śladów.
[01:02:21] - Zapewne. O ile książek staram się poza tą jedną, „Paraksyzm nr -1” staram się nie czytać, to lubię oglądać fantastykę naukową. Też oczywiście nie po to, żeby kopiować te pomysły. Widzę, że pan tutaj odnalazł. Ryszard Głowacki.
[01:02:46] - Tak, to jest autor „Paraksyzmu nr -1”.
[01:02:50] - Właśnie. Jest też kilka filmów fantastyczno-naukowych.
[01:02:54] - Oto prosimy o polecankę.
[01:02:57] - Polecanka, tak? Z takich typowych akcyjniaków, to oczywiście „Obcego” jestem w stanie polecić jak najbardziej.
[01:03:07] - Któregoś konkretnego „Obcego” czy jako serię?
[01:03:12] - Ta seria traci na jakości moim zdaniem.
[01:03:15] - W pełni się zgadzam. To jest obowiązujący, przynajmniej w tej audycji-
[01:03:20] - Przy jedynce trzeba stać na baczność, bo to jest naprawdę mistrzostwo świata to, co zrobił Ridley Scott. Myślę, że reżyser drugiej części, James Cameron, też stanął na najwyższym poziomie. Natomiast jeśli chodzi o resztę, to już tak spokojniej, ale da się obejrzeć. Z tym że to są takie sprawy bardziej rozrywkowe. Natomiast przykuł moją uwagę bardzo mocno powstały film parę lat temu, polski tytuł. Jest też taki film sprzed lat chyba 20 czy 30 o polskim tytule „Jeszcze raz Pearl Harbour”. Natomiast tytuł angielski „Końcowe odliczanie”. Flota amerykańska wypływa na ćwiczenia. Mamy lotniskowiec, który jest ścigany przez jakąś dziwną burzę. Nawet starają się przed tą burzą uciec, ale ona zmienia kierunek, goni ich, pochłania i przenosi w czasie do roku 1945.
Chodzi o flotę, która stacjonowała na Hawajach. Rzecz się dzieje tuż przed japońskim atakiem na Pearl Harbour.
[01:04:37] - To nie ’45. ’40-
[01:04:39] - ’41. A powiedziałem ’45?
[01:04:41] - Tak. To się wytnie.
[01:04:43] - Piłem dzisiaj rano kawę rozpuszczalną i to by tłumaczyło tą moją pomyłkę.
[01:04:49] - Jasne.
[01:04:49] - Nie była to kawa z ekspresu. Marynarze stają przed możliwością zmiany historii. Podejmują to wyzwanie, ale ostatecznie im się to nie udaje. Naprawdę mogę z czystym sumieniem polecić ten film, chociaż efektów specjalnych tam nie ma zbyt wiele. Trącą myszą, ale sama fabuła, uważam, jest fascynująca.
[01:05:17] - Bo sam film ma już sporo lat.
[01:05:19] - Tak.
[01:05:20] - Przynajmniej 30.
[01:05:21] - Cały czas usiłuję sobie przypomnieć tytuł filmu. Może ja opowiem fabułę, to pan pewnie też, tak sądzę, mógł to oglądać. Na ziemi pojawiają się statki obcych kształtem przypominające trochę takie wydłużone krwinki czerwone. Są to statki ogromne i panuje w nich inna grawitacja. Inny jest kierunek grawitacji jak na ziemi, mimo że one są na ziemi. Następuje próba porozumienia ludzi z istotami, które się nazywają, zdaje się heptatody. Na tym statku, ponieważ wojskowym idzie kiepsko, zatrudniają do porozumienia pewną lingwistkę. Przypomniałem sobie tytuł filmu. Polski zdaje się „Przybycie”, po angielsku „Arrival”.
[01:06:21] - „Nowy początek”.
[01:06:23] - Film, w którym niby nic się nie dzieje. Akcja toczy się powoli, spokojnie, ale w taki sposób, że człowiek siedzi na krawędzi fotela. Absolutnie kapitalna jest dla mnie scena, kiedy wchodzą do wnętrza statku i nagle kierunek grawitacji ulega zmianie. W dole widzimy trawę, nisko gdzieś tam na dole widzimy łąkę i ludzi, którzy spacerują po statku. Właściwie idą takim korytarzem do góry plecami do ziemi. Uważam, że to znakomity pomysł i takie zaskoczenie było u mnie, że ten film kupił mnie od razu całkowicie. Uważam, że tutaj troszkę strzelają pod koniec, bo jak zwykle wojskowym puszczają nerwy i muszą sobie troszkę postrzelać. Natomiast podoba mi się ta cała idea budowania napięcia właściwie nie wiadomo z czego. Może ja się tutaj źle wyraziłem. Jest pewne budowanie napięcia, bo cały czas czekamy Co będzie dalej?
Jak dana rzecz zostanie rozwiązana? Myślę, że z czystym sumieniem ten film mogę polecić. Czekam teraz również na „Avatara”. Jeśli chodzi o pierwszą część jest to western, ale ponieważ robił to James Cameron, naprawdę warto to obejrzeć i ze względu na niesamowity obraz tego filmu, ale pewne też przesłanie. Natomiast jest to typowy western. Biali ludzie przybywają i w imię własnych celów wypychają Indian z ich dotychczasowych środowisk.
[01:08:27] - Z tym że spotyka ich, nie tak jak w westernie, dosyć niemiła niespodzianka.
[01:08:33] - Zgadza się.
[01:08:35] - Panie Macieju, w tej chwili dochodzimy do tego momentu, kiedy muszę pana zapytać o to— zawsze zadaję to pytanie i wszyscy mnie za to nienawidzą, więc będę miał kolejną ofiarę. Jakby pan miał zablubować, polecić swoją książkę, drugi tom swojego cyklu, to co by pan powiedział? Teraz już nie mówimy o treści, tylko mówimy o tym, co najlepsze.
[01:09:00] - Co bym powiedział? Tajemnica.
[01:09:02] - Czy już mnie pan nienawidzi?
[01:09:04] - Nie, jeszcze nie zacząłem. Tajemnica. Staram się, aby w niemal każdym rozdziale tej książki czytelnik miał coś do odkrycia i żeby nawet jeżeli rzecz zostanie wytłumaczona, żeby czuł pewien niedosyt i chciał jeszcze. Mam nadzieję, że mi się to udaje. To nie jest zdanie moje. Natomiast zdarza się, że jakieś osoby, które czytały tę książkę, odzywają się do mnie na różne sposoby, dzwoniąc, rozmawiając, esemesując i potwierdzają to, że cały czas jest jakaś tajemnica. Cały czas coś się dzieje i są pewne zaskoczenia. Oczywiście jest to mój celowy zabieg, aby tak prowadzić czytelnika, żeby w pewnym momencie zobaczył, że trafił w ślepą uliczkę, jeśli chodzi o domysły co do fabuły.
[01:10:10] - A proszę mi powiedzieć, czy ta metoda pisarska, bo to jest swoista metoda, została skądś zaczerpnięta, czy jest pana własnym wynalazkiem? Bo ja od razu dodam, że to jest pewna zasada, mocno polecana przez czołowych amerykańskich pisarzy. Pisz tak, żeby twój czytelnik, odwracając stronice, nie mógł się doczekać, aż zacznie czytać następną.
[01:10:41] - Powiedziałbym, że to jest wynalazek mojej intuicji. Jeżeli sam dobrze się bawię podczas pisania tekstu, to wiem, że powinno być okej. Natomiast jeżeli piszę tekst i zaczynam się nudzić, jest to dla mnie sygnał, że ten tekst trzeba zmienić. Oczywiście nie sposób jest cały czas utrzymywać uwagi czytelnika na najwyższym poziomie. Trzeba mu dawać pewne chwile oddechu jak najbardziej, ale on musi mieć cały czas coś przed sobą, wiedzieć, że gdzieś za następnym odwróceniem kartki coś się wyjaśni. I wyjaśnia się, ale na jedną odpowiedź czasami rodzą się dwa pytania. I poza tym, już po napisaniu pierwszego tomu oglądałem też troszkę pewnych filmików na YouTubie. Jest taki pan, zajmuje się filmem, jego nazwisko Łukański, jeśli się nie mylę. Prowadzi taki kanał „Na gałęzi”. Jeśli chodzi o samą fabułę, to czy jest to film, czy książka, specjalnie różnić się to nie powinno.
I oglądając jego filmiki, jego tłumaczenie pewnych filmów odnośnie fabuły, znalazłem tam potwierdzenie tego, co intuicyjnie wyczułem. Pamiętam, jak omawiał taki akcyjniak z Arnoldem Schwarzeneggerem „Predator”. Chodzi mi o jedynkę. Też dużo strzelaniny i tak dalej. Ale proszę zauważyć, że tam cały czas też mamy coś do odkrycia. Coś się pojawia, ale tak nie do końca. Takie uchylenie rąbka tajemnicy, chwila oddechu, za chwilę znowu. Później się jeszcze okazuje, że jeszcze coś innego tam wyskakuje, niż człowiek myślał, że będzie. I wreszcie dopiero gdzieś w połowie tajemnica zaczyna się ujawniać. To powoduje, że film, nie jest zbyt głęboki, tak byśmy to sobie mogli powiedzieć, ale świetnie się to ogląda.
To samo, jeśli chodzi o „Obcego”. Przecież tego potwora nie widać tam za dużo, prawda? Troszeczkę, parę sekund, tu jakieś ujęcie niezbyt wyraźne, a człowiek to ogląda. Mam na myśli oczywiście cały czas pierwszego „Obcego”. Cały czas człowiek to ogląda i się zastanawia, co będzie dalej. Tak jak mówię, intuicyjnie Przyjąłem taką konwencję, chociaż muszę powiedzieć, że nie od razu, bo musiałem się troszeczkę podszkolić i to, co napisałem przez pierwsze półtora roku, następnie wydrukowałem i pewnej osobie dałem do sprawdzenia. Po wysłuchaniu jej uwag, bardzo uprzejmych zresztą, oraz po niewysłuchaniu pewnych uwag, to znaczy ta osoba dała mi się pewnych rzeczy domyślić, zacząłem pisać historię od nowa. Pomysł był dobry, ale warsztat literacki jeszcze był dość mocno taki sobie. Po prostu każdy musi w jakiś sposób, przynajmniej powinien dojrzewać. Mam nadzieję, że u mnie ten proces, staram się, aby zachodził w dalszym ciągu cały czas.
Na ile się to udaje, to już oczywiście oceniają czytelnicy. Także jeśli chodzi o te trudne pytania, za które mam pana znienawidzić, to tyle.
[01:14:45] - Ale mam jeszcze pytanie, bo wspomniał pan o filmach. Proponuję, żebyśmy coś powiedzieli o YouTubie i o filmie, filmiku, który jest pana dziełem.
[01:14:58] - Nie tylko moim. Zrobiłem ten filmik, bo trwa trzy minuty dziesięć sekund raptem.
[01:15:06] - Co trzeba wstukać w wyszukiwarkę YouTube, żeby go znaleźć?
[01:15:10] - Trzeba wpisać w wyszukiwarkę „Powieść DNA zwiastun” i to wystarczy. W zasadzie to powinno się pokazać na pierwszej pozycji. Filmik zrobiłem razem ze swoim przyjacielem Januszem Wilandem, legendą w środowisku miłośników astronomii w Polsce. Janusz znacznie sprawniej, po prostu potrafi posługiwać się komputerem w przeciwieństwie do moich umiejętności. Także robiliśmy ten film wspólnie. Napisałem tekst do tego filmiku, napisałem scenariusz, zająłem się wyreżyserowaniem. Janusz to wszystko montował, a że mieszkamy obecnie w dwóch różnych miejscowościach, dzieli nas dość spora odległość, więc cały montaż, cała produkcja odbywała się przy pomocy maili i telefonów. Trwało to w sumie aż dwa miesiące. Jak Janusz to wytrzymał? Nie wiem, ale wytrzymał, jako że byłem straszliwie wymagający.
Ale efekt wydaje mi się całkiem w porządku. To też oczywiście jest zdanie osób, które to oglądały. Po prostu chciałem w ten sposób troszkę spopularyzować książkę, zachęcić ludzi, aby po nią sięgnęli. Także tyle, jeśli chodzi o ten filmik.
[01:16:49] - Ale są jeszcze inne miejsca w internecie, w których można ciekawe rzeczy znaleźć.
[01:16:55] - Jest tam też parę innych filmików wcześniejszych. Ten akurat poleciłbym przede wszystkim. Natomiast po wpisaniu w wyszukiwarkę tego, co mówiłem, czyli „Powieść DNA zwiastun”, pokaże się tam też na dole pod tym filmikiem kilka innych filmików. Zrobiliśmy też z Januszem wcześniej audiobooka w siedmiu odcinkach. Fragment powieści, troszkę spreparowany jest w stosunku do tekstu w książce, żeby nie odkryć tam za wiele. Natomiast pod filmikiem umieściłem króciutką listę miejsc, gdzie można książkę nabyć. Szczególnie chyba poleciłbym portal samowydawcy.pl, jak również księgarnię w Warszawie przy ulicy Dymieńskiej 4. Księgarnia nazywa się Multibook. To są miejsca, z którymi przede wszystkim współpracuję, ale jest tam też kilka innych adresów.
[01:18:03] - Panie Macieju, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[01:18:07] - Dziękuję również.
[01:18:08] - Powiem tak: to nie jest audycja, w której tylko i wyłącznie chwalimy naszych gości, ale myślę, że dzisiejsza wielu osobom dała dużo do myślenia i przede wszystkim skłoniła ich do sięgnięcia, przynajmniej wejścia na YouTube i zapoznania się z treścią. Zresztą tuż po naszej audycji usłyszycie państwo dwa fragmenty najnowszej części „DNA Nebula”, ale to będzie drugie miejsce w internecie. Przede wszystkim warto po książkę sięgnąć. Warto z pierwszym i drugim tomem się zapoznać. I wtedy, proszę państwa, czeka państwa męka. Bo trzeba czekać na tom trzeci. Wykorzystam okazję i zapytam tak mniej więcej, to kiedy ten tom trzeci?
[01:18:59] - O to samo pyta się mnie Janusz Wiland. Kiedy wreszcie będzie? Trudno mi to określić. Pół roku, za rok. Cały czas zbieram materiały, piszę notatki, piszę też trochę tekstów. Natomiast temat jest dość trudny, jako że pojawią się rozwiązania dotychczasowych wątków, mogą pojawić się wątki nowe. Sam tytuł, powiedzmy, trzeciej części „Zakazane Wymiary” sugeruje, iż będziemy wyobraźnią wyjeżdżać poza otaczającą nas rzeczywistość, co jest zadaniem dość niełatwym do opowiedzenia, więc muszę naprawdę bardzo starannie się przygotować do tego, aby czytelnicy
[01:19:50] - Nie czuli się zawiedzeni.
[01:19:52] - Jeszcze raz dziękuję.
[01:19:53] - Dziękuję również. Maciej Górniak "DNA Nebula", fragment. Kirov. Był chłodny, choć pogodny wiosenny wieczór. Kirov zostawił w szatni lekkie palto, rękawiczki i nakrycie głowy. W eleganckim, jedwabnym, doskonale skrojonym garniturze przeszedł na salę główną sławnej i po tylu latach wciąż imponującej Guangzhou Opera House w Chinach. Zajął swoje miejsce na widowni, podobnie jak uczyniła to już większość ludzi spragnionych wrażeń muzyki klasycznej w doskonałym wykonaniu tutejszej orkiestry. Szum przygotowań na widowni powoli stawał się coraz mniej słyszalny, by po chwili zaniknąć niemal całkowicie. Przygasały również dźwięki instrumentów członków orkiestry wykonujących ostatnie próby. Głębokie milczenie na sali przerywało tylko z rzadka jakieś stłumione kaszlnięcie lub skrzypiący odgłos fotela poprawiającego się w nim człowieka.
Na koniec, w oczekiwaniu na rozpoczęcie koncertu, na który składały się utwory autorstwa największych światowych kompozytorów muzyki klasycznej, zapadła absolutna cisza. Przerwało ją dopiero pojawienie się dyrygenta. Witany rzęsistymi brawami, energicznym krokiem wszedł na podium orkiestry i złożył głęboki ukłon publiczności wypełniającej salę po brzegi. Następnie obrócił się w stronę muzyków, stuknął dwa razy batutą w pulpit, uniósł ręce i łagodnym ruchem dłoni w powietrzu pozwolił pierwszej nucie nieśmiało wybrzmieć, która jak ustępująca w promieniach porannego słońca mgła popłynęła gdzieś nad głowami słuchaczy. Szybującemu lekko ku górze pojedynczemu dźwiękowi oboju towarzyszyło równie nieśmiałe tło delikatnie grających fagotów. Prowadzenie zawieszonej wysoko pod sufitem nuty przejął następnie klarnet, przekształcając ją w drgającą frazę brzmiącą jak miłosna pieśń skowronka. Czuło się w tym brzmieniu tęsknotę, nostalgię i coś wręcz nieziemskiego. Dla tej wrażliwej publiczności było to jak dotknięcie samego absolutu. Ledwie słyszalna na samym początku utworu muzyka powoli, ale z każdym taktem zaczynała nabierać mocy. Z cichej i skromnej rosła, nasycała się, robiła się coraz bogatsza.
Stopniowo wypełniały ją treścią włączające się kolejne instrumenty. Potężniała, przenikając sobą każdy zakamarek ludzkiej duszy, każdy atom ciała. Jaka była piękna! Tak niepozorna na początku, w tej chwili poruszała całą salę koncertową, dostarczając słuchaczom wrażeń zupełnie odmiennych od codzienności życia. To było dzieło prawdziwego mistrza, jak i równie mistrzowskiego wykonania. I nagle uderzyła z pełną energią. Wrażenie było tak intensywne, że Kirov poczuł, jak potężna siła artystycznej ekstazy fizycznie wgniata go w fotel. To było cudowne. Ta muzyka niosła w sobie jakiś nieznany mu wcześniej ładunek emocjonalny. Coś, czego nigdy w życiu wcześniej nie doświadczył.
Działała nie tylko na zwykłe przy takich okazjach zmysły. To były doznania fizyczne. Odczuwał potężne przeciążenie, jakby jechał zwariowaną kolejką górską w lunaparku. W ogóle nie mógł się ruszyć. Co za czad! Jak oni to zrobili? Czy to jakaś innowacyjna technika, o której jeszcze nie słyszał? Azja nawet w dzisiejszych czasach pozostawała kontynentem tajemniczym i co jakiś czas potrafiła zaskoczyć świat jakąś psychotechniczną nowinką. Ale oto w utworze pojawiło się coś niepokojącego. Coś, czego raczej nie powinno tam być.
Coś zakłócało ten utwór i z pewnością nie zawierała tego oryginalna partytura. To akurat zupełnie mu się nie podobało. Przez płynące dźwięki co jakiś czas przebijał się odgłos, jakby przytłumiony grzmot dalekiego gromu i dziwny szum. Najpierw słabszy, jakby wybrany przypadkowo, a teraz już wyraźniejszy. No nie, to całkowicie popsuło harmonię utworu. Przeszkadzało. Czy to błąd instrumentalisty grającego na kotłach? A może jakaś nowatorska, udziwniona interpretacja wykonawców? Awangardowa niespodzianka. Kto to wymyślił?
Kompletna głupota. Bezczeszczenie doskonałej, oryginalnej kompozycji. Nagle salą koncertową zatrzęsło. Za chwilę ponownie. Na głowy zaskoczonej widowni poleciał pył i drobne kawałki sufitu. Orkiestra jednak grała dalej. Wśród publiczności zapanowała konsternacja. Zdezorientowani ludzie nie wiedzieli, jak się zachować, ale sytuacja wyjaśniła się kilka sekund później. Pod wpływem jakiejś nadzwyczajnej siły pękła jedna ze ścian budynku. I jeszcze jeden błyski huk.
Muzycy w pół nuty przerwali wykonywanie utworu, gdy w chwilę później zerwany został dach sali koncertowej i anielską muzykę zastąpił potworny ryk. Z czarnej czeluści wyłoniła się i wsunęła do środka ciemna, szybko wirująca trąba tornada, wysysając z siedzeń część publiki. Kirov rzucił się na posadzkę, z całej siły zaciskając dłonie na przyśrubowanych do podłogi nogach foteli. Ciśnienie gwałtownie spadło, by po kilku sekundach wzrosnąć i za chwilę znowu spaść znacznie poniżej tego, które dla człowieka jest optymalne. Wiktor dusił się. Podobnie jak ludzie obok, rozpaczliwie walczył o każdy kolejny oddech. Zamknął oczy i schował głowę jak najniżej. Wokół siebie słyszał już tylko łomot wiatru, odgłosy gromów, błyskawic i przytłumione grzmotem żywiołu krzyki przerażonych ludzi uczepionych tak jak on, czego tylko się dało. Jednak co chwilę któryś z nich przegrywał walkę z żywiołem. Oderwany od fotela lub razem z nim ginął w paszczy nienasyconego wiru.
Także i po muzykach nie został już nawet ślad. W takt wyładowań atmosferycznych budynkiem raz po raz targały wstrząsy. Dookoła, jak w dzikim tańcu, fruwało wszystko, co nie było przymocowane. Przy tej sile każde trafienie, nawet niewielkim przedmiotem, stanowiło śmiertelne zagrożenie. Było to jednak niczym w porównaniu z perspektywą wessania przez tornado. Niesione wiatrem setki drobnych odłamków nieustannie bombardowały twarz Wiktora. Zacisnął powieki jeszcze mocniej. Cały czas słyszał przeraźliwy gwizd i czuł w uszach wywoływany podciśnieniem nieznośny ból grożący rozerwaniem bębenków. Czuł, jak ciało zaczyna mu powoli pęcznieć i puchnąć. Trwało to przez dłuższą chwilę.
Dziesięć sekund. Minutę, może pięć. Kirow tego nie wiedział. Raz po raz robiło mu się słabo. Walczył za sobą, aby nie ulec omdleniu, które oznaczałoby całkowite zdanie się na łaskę nieokiełznanych sił natury. Mimo ryku kręcącego się wściekle tornada usłyszał kilka głośnych trzasków brzmiących jak wystrzał. Otworzył oczy na tyle, aby zobaczyć, że niedaleko niego żywioł wyrwał z podłogi cały rząd foteli wraz z uczepionymi do nich ludźmi. Potężny wicher miotał nimi jak kupką liści, unosząc coraz wyżej. Wtedy nabrał przekonania, że to już koniec, że za moment nadejdzie także jego kolej. Jednak chwilę później tortury sprawiane przez szalejącą burzę nieznacznie zelżały.
Żywioł musiał nieco się przesunąć. Powracało ciśnienie, dzięki czemu łatwiej było zaczerpnąć powietrza. Gdyby nie to, jeszcze chwila, jeszcze kilka sekund, a straciłby przytomność. Zniszczony budynek nie przestawał jednak drgać, choć pioruny przemieściły się gdzieś dalej. Czuł także, jak wiatr szarpie nadal jego ciałem, usiłując porwać w swe objęcia i jego, i fotele, których trzymał się kurczowo. I choć siły go opuszczały, przylgnął całym sobą do wibrującej podłogi, jak tylko mógł najmocniej. „Halo, proszę pana, niech pan się uspokoi. Już po wszystkim.” Mimo panującego hałasu usłyszał nagle nad sobą jakieś przytłumione słowa. „Niebezpieczeństwo minęło. Zaraz będziemy lądować.
Niech pan to zdejmie.” Kolejny raz doszedł do niego czyjś głos. „Jakie lądować? Co mam zdjąć? Czy ktoś tu postradał zmysły?” — pomyślał. Z trudem rozejrzał się, mając nisko pochyloną głowę, ale nikogo nie dostrzegł. „A może to akurat mnie odbiło?” I nagle ją zobaczył. Stewardesa z maską tlenową na twarzy trzymała w rękach jego podróżny zestaw VR, który wreszcie udało się jej ściągnąć mu z głowy. Druga szarpała się z masywnym ciałem Wiktora, usiłując wyciągnąć go spod fotela i podnieść z podłogi przygotowującego się właśnie do awaryjnego lądowania rejsowego wahadłowca relacji Księżyc-Ziemia. Maciej Górniak „DNA Nebula”, fragment. Wodna przeszkoda okazała się dość płytka i pokonali ją bez większego trudu.
Choć nie rozumieli treści znaków na murku zasłaniającym wejście do mastaby, to raczej nie ulegało wątpliwości, że trafili do właściwego miejsca. Przez chwilę byli lekko onurzeni faktem, że oto stoją przed sekretem, który musiał istnieć lat nieporównywalnie więcej niż zliczony razem czas życia wszystkich uczestników tej wyprawy. W języku Keczua słowo para oznacza piasek. Z kolei ako określa deszcz. Tam, gdzie jest piasek i wieje silny wiatr, słowo Paraca to po prostu deszcz piasku. Z powodu tego dość nieprzyjemnego przyrodniczego zjawiska tak właśnie nazywano ów region południowoamerykańskiego kontynentu. To tu, na terenie dzisiejszego Peru, na wprost Isla de San Gayán leży półwysep Paracas. Niemal dwieście siedemdziesiąt lat temu, bo w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym ósmym archeolog Julio Tello znalazł tam pozostałości po dość okazałej osadzie oraz cmentarzysko. Pochowani w tamtejszej nekropolii pozostawieni byli w pozycji embrionalnej, na siedząco i owinięci byli bogato zdobionymi kolorowymi tkaninami. I nie byłoby może w tym nic aż tak szczególnego, gdyby nie fakt, że ich czaszki były zdeformowane w dość charakterystyczny sposób, a mianowicie nienaturalnie wydłużone.
Może i w tym także nie byłoby nic aż tak szczególnego, ponieważ w różnych okresach starożytnych ziemskich cywilizacji moda na deformowanie głowy panowała również w Afryce, Azji, a nawet Europie. Efekt uzyskiwano, krępując czaszki malutkich dzieci za pomocą sznurów, bandaży i krótkich deseczek, które bardzo ściśle owinięte na głowie wymuszały wzrost tkanki kostnej w określonym kierunku, czyli do góry. Tyle że ta okrutna metoda preparacji nie powoduje zmiany objętości czaszki czy jej masy, a jedynie korektę kształtu. Natomiast w nekropolii na Paracas pośród odnalezionych szkieletów istot rozumnych i, co istotne, przekraczających wzrost typowych przedstawicieli gatunku ludzkiego tamtych stron, znajdują się takie, których pojemność czaszki jest większa nawet o 25% niż typowa dla przedstawicieli inteligentnej rasy na naszym globie. I także ważą one proporcjonalnie więcej. Mało tego, część z nich nie nosi charakterystycznych śladów wypłaszczania po przymocowanych do głowy twardych przedmiotach mających nadać im określony kształt. To ostatnie jednak da się jeszcze wytłumaczyć użyciem odpowiednio wyprofilowanych narzędzi do formowania pożądanego kształtu głowy albo tym, że właśnie tacy mogli się urodzić. No dobrze, skazy genetyczne i odstępstwo od normy się zdarzają, ale jak wytłumaczyć fakt, że te największe wydłużone czaszki posiadają tylko jedną kość ciemieniową, podczas gdy Homo sapiens ma takie dwie połączone szwem strzałkowym? I w jaki sposób wyjaśnić pochodzenie dwóch niewielkich naturalnych otworów w jej tylnej części, skoro natura w takie człowieka nie wyposażyła? Warto również wspomnieć, że także ich oczodoły są nadnaturalnie wielkie.
Czy i to było również jakimś genetycznym figlem natury? Można w miarę wiarygodnie uzasadnić, dlaczego głowy zwykłych ludzi były deformowane. Wszak do dzisiaj niektórzy z nas starają się na różne sposoby upodobnić do swoich idoli i autorytetów. Ubierają się, mówią, jedzą, a nawet poruszają się jak oni. Starają się również żyć tak jak oni. Wyznawcy gromadzą także wszelkiego rodzaju związane ze swoimi mistrzami gadżety stanowiące dla nich swego rodzaju relikwie. Chcą jak najbardziej identyfikować się ze swoją gwiazdą. I to jest zrozumiałe, chociaż opisana aktywność potrafi czasami przybrać formy zupełnie groteskowe. Ale kto w takim razie był wzorem dla ludzi, których szkielety z wyraźnymi śladami deformacji czaszek odnaleziono w sztucznie wykopanych skalnych przestrzeniach na półwyspie Paracas? Kto był tą znakomitością, dla której posuwali się aż do tak radykalnych metod zmiany naturalnych kształtów, znoszenia co najmniej niewygód, jeśli nie cierpienia?
Wprawdzie małych dzieci nikt o zdanie nie pytał, ale te maluchy miały przecież swoich rodziców, a zwyrodniali, sadystyczni rodzice należą, mam nadzieję, tylko do niechlubnych wyjątków pośród rzeszy normalnych i kochających swoje pociechy. Któż zatem mógł być owym bożyszczem, do którego przynajmniej część społeczności starała się równać, uważając, że kosztem bólu i znacznego dyskomfortu warto deformować naturalne kształty głów ich milusińskich? Do kogo tak bardzo chciano się upodobnić? Otóż badania genetyczne ujawniły, że niektóre segmenty DNA tych nietypowych dla człowieka czaszek nie są zgodne z DNA Homo sapiens, a także blisko spokrewnionych z nim gatunków. Odkryte różnice spowodowały, że niektórzy z uczestniczących w pracach naukowców postulowali nawet o niemożliwości krzyżowania się ludzi z tymi zagadkowymi humanoidalnymi istotami. Lecz na ile bliska prawdy jest ta hipoteza, trudno dziś rozstrzygnąć. Nie wiadomo też, dlaczego społeczność Paracas znikła tak nagle, jak nagle się w tym rejonie pojawiła. I może dobrze byłoby tu jeszcze dodać, że półwysep Paracas i Płaskowyż Nazca dzieli w linii prostej odległość zaledwie 190 kilometrów. Ale stojąca przed budowlą czwórka odkrywców o tych wszystkich faktach wiedzieć nie mogła. Opisane wydarzenia rozgrywały się co najmniej tysiąc lat wcześniej, a wspomniane archeologiczne oraz genetyczne badania kilka tysięcy lat później.
Wewnątrz mastaby zobaczyli sarkofagi zupełnie dla tych okolic nietypowe. Miały kształt wielkiego dzwonu i były umieszczone po przeciwnych stronach prostokątnego pomieszczenia. Wykonano je z cegły mułowej, która suszona na słońcu nie jest tak trwała jak skała wapienna lub wypalana glina. Mimo iż w środku mastaby, o dziwo, nie odczuwało się wilgoci, naruszył je już ząb czasu. Dzięki wykruszeniu się części materiału widać było w środku postacie siedzące w każdym z sarkofagów po trzy w pozycji embrionalnej. Kolana miały podciągnięte wysoko pod brodę. Ciała, a właściwie to, co z nich pozostało, umieszczone były ciasno obok siebie. Obwiązano je grubymi sznurami, zapewne po to, aby utrzymywać w określonym położeniu. Niektóre z ich mocno wydłużonych czaszek posiadały jeszcze rudawe owłosienie opadające na wielkie i przerażająco puste oczodoły. Wszystkie zwrócone były twarzami w jednym kierunku, w stronę jednego prostokątnego kamiennego sarkofagu pośrodku grobowca.
Amenofis, Akira i Vis Adarth wzrok zdumiony na ostatniego ze swej czwórki jednocześnie przenieśli, w szczególności zaś na czaszkę jego, nienaturalnie wydłużoną, lecz on na nich uwagi nie zwracał. Widok skrępowanych sznurami postaci na Manetonie potężne wrażenie wywarł. Kapłan zaskoczony stanął najpierw, a następnie na kolana opadł i w tej postawie na dłuższą chwilę zastygł całkowicie. Był wstrząśnięty. Do tej pory samego siebie za jakieś dziwadło uważał. Drwiny okrutnej natury czy też zemsta bogów za grzechy rodziców, których nawet nie pamiętał. Myślał, że jest jedyny. Teraz w nieruchome, martwe od wieków istoty swoimi nienaturalnie wielkimi oczami ze szczególnym wyrazem twarzy się wpatrywał. Malował się na niej ból, smutek i rozdzierająca serce nostalgia. Odmienność od ludzi, pośród których żył, straszliwie samotnym tę istotę uczyniła.
Uczucia, które przez lata całe tak głęboko w sobie skrywał, w jednej chwili na jego obliczu się odmalowały. W tej scenie pełnej powagi postać jego wydawała się tragiczna jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Po raz pierwszy w życiu po brzydkim policzku Manethona łza błyszcząca się potoczyła, której powstrzymać nie umiał, a i zapewne nie chciał. Była jedynym świadectwem skargi na całe zło, jakie tak niezasłużenie go spotkało, zarówno od losu, jak i tych, pośród których dzieckiem jeszcze będąc żył. Jego towarzysze milczeli z szacunkiem, ciszy kompletnej nie mając śmiałości przerwać. A szemrzący na zewnątrz Mastaby potok tło do tej ciszy stanowił, tym głębszą jeszcze ją czyniąc.
[01:39:53] - Proszę państwa, jak wynikało z rozmowy z Maciejem Górniakiem, trzeci tom przed nami i myślę, że trzeba jakoś naszego autora zmobilizować. Nie wiem, ślijcie państwo listy do redakcji. Ja te listy ewentualnie przekażę. Mam na myśli maile oczywiście, ale autor niech przyspiesza pracę nad trzecim tomem, bo człowiek jak czyta ciekawą historię, to chciałby znać jej zakończenie. Ja w każdym razie chcę. Przejdźmy zatem do kolejnego punktu naszej audycji, a tym punktem będzie rozmowa z Piotrem Cielebiasiem o filmach. Cóż, proszę państwa, dzisiaj będziemy z Piotrem, obiecuję, że będziemy państwa ostro trollować. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:41:01] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór.
[01:41:03] - Obiecałem dzisiaj słuchaczom, że będziemy ich trollować. Cokolwiek będzie to znaczyło, to musimy trollować. Punktem wyjścia to może nie, po prostu temat interesujący, ale rzeczywiście tak się zbiegło nam w czasie, że całkiem niedawno miała miejsce netflixowa premiera. Też trollowana, a właściwie o trollu. Widziałeś film?
[01:41:33] - Tak, widziałem. Nawet spotkałem się z opiniami, że to jedna z lepszych albo przynajmniej najbardziej oglądanych produkcji tej platformy. Widziałem „Trolla”, ale miałem też przyjemność oglądać inne „Trolle”.
[01:41:51] - Ja też sobie „Trolle” pooglądałem. „Ostatniego trolla” również. Ja mam uczucia mieszane. Na czym to mieszanie polega? Otóż kiedy oglądałem film, to mogę wymienić tylko zalety. Czyli dałem się porwać historii. To już jest dobrze. Ja, stary cynik i taki człowiek, którego nie wszystko może porwać, dałem się porwać tej historii i sam nie wiem właściwie dlaczego. Bo ten film w sporej części posługuje się takimi, nie wiem, jak to trafnie określić, kalkami, schematami. Czyli mamy panią naukowiec, mamy bardzo przystojnego wojskowego, który jest taki correct i on wie, o co w tym wszystkim chodzi i jest ogólnie zorientowany.
Mamy też postać ciapowatego, ale za to blisko powiązanego z rządem facecika. I się zaczyna dziać. Zaczyna się dziać i cały czas byłem z tym filmem. To znaczy ja cały czas podążałem i w dodatku podążałem z zaangażowaniem. Później o tym powiem. Były takie momenty, które mnie rozbawiły, co jednak nie zmienia faktu, że seans filmowy poleciał mi bardzo szybciutko, a to jest dowód, nie wiem, czy najlepszy, ale zdecydowanie jakiś taki świadczący o tym, że oglądanie było udane. Nie wiem, jak u ciebie, Piotrze.
[01:43:29] - Oj, to jest w ogóle trudny temat. Film „Troll”.
[01:43:33] - Trudny.
[01:43:34] - Dlatego, że trzeba zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Że to jest tak zwany monster movie. I te filmy są zazwyczaj specyficzne i są bardzo proste, jeżeli chodzi o konstrukcję scenariusza. To są produkcje typu „Godzilla” czy jak już mówią fanatycy „Godzira” albo „King Kong”. I ten film oczywiście podąża tym samym tropem, że tam niewiele się będzie działo, bo główny bohater chodzi i rozwala miasto. W tym przypadku rozwala prowincję skandynawską. Natomiast jeżeli w ogóle chodzi o trolle, to nim zanurzymy się w barłogu tego trolla z filmu pana Roara Uthauga, o którym mówimy, to może powiedzmy, czym one w ogóle są, bo to jest takie dość wieloznaczne pojęcie. My dzisiaj mówimy o trollach w kontekście tych trolli internetowych. Dzisiaj troll stał się zawodem, natomiast pierwotnie były to istoty z nordyckiego folkloru szkodzące ludziom, zwierzętom między innymi, ale żywiące awersję do przedmiotów świętych i światła. Trolle przede wszystkim zamieszkiwały jakieś górskie ostępy, lasy i czekały na przebudzenie, niejednokrotnie obrastając kamieniami albo skałami, jak ten troll netflixowy.
W sercu legend o trollach leżą przedchrześcijańskie wierzenia w stworzenia, które musiały chrześcijaństwu ustąpić. Dlatego troll boi się na przykład dzwonów kościelnych. Te stare demony, zohydzone, wyśmiane, zostały usunięte w cień, gdzie paradoksalnie czują się dość dobrze, a legendy o nich pozostają żywe do dziś. Idąc w stronę folklorystyczną, możemy zasugerować, że analogicznymi stworzeniami są w polskim folklorze diabły, za którymi też stali dawni bożkowie i demony, które przybrały nową tożsamość. Natomiast diabeł był chyba troszeczkę mądrzejszy od trolla. Według tych legend przynajmniej. Trolle dobrze znacie z bajek, z popkultury. Trollami są między innymi Muminki, a także oczywiście ze sfery internetowej. Dzisiaj mówi się nawet o farmach trolli. Troll dzisiaj za swoją działalność dostaje pieniądze.
Oczywiście jest jeszcze literatura fantasy, gdzie trolle zostały unieśmiertelnione chociażby przez bajkopisarza, także przez Tolkiena, który osadził je na przykład w pamiętnej scenie w „Hobbicie”, zwracając uwagę na ich głupotę i to już do nich też przylgnęło. Z kolei w ekranizacjach Tolkiena, w tym w „Pierścieniach władzy” występują jako istoty potężne i mordercze, wykorzystywane do celów militarnych. Ale Marku, ja mam takie jedno pytanie, które ci zawsze chciałem zadać, nim przejdziemy do omawiania tego netflixowego „Trolla”. Jaki jest twój stosunek w ogóle do fantasy, do literatury i do filmu?
[01:46:43] - Wolę science fiction, ale są produkcje zarówno filmowe, jak i książkowe, które bardzo lubię. Jest ich trochę. Ja nie lubię po prostu fantasy, która jest produkowana seryjnie. To znaczy siada kobitka albo facecik i mówi sobie: „A teraz napiszę 10 tomów fantasy”. Mnie to wyrywa zęby i powoduje szereg bolesnych skurczów. Natomiast przyznaję, że jest w historii fantasy sporo takich utworów, które jednak nie idą drogą schematu. Wymieniałeś Tolkiena, ale jest jego kumpel. Nawet ta taka na poły młodzieżowa fantasy, czyli cała Narnia, jest jednak z jakimś zamysłem pisana. Owszem, Narnia to są proste odniesienia do chrześcijaństwa, niemniej jednak to nie jest takie łopatologiczne i schematyczne. Może dlatego, że było na początku.
Później po prostu to, co pisał Tolkien, to co pisał Lewis, nagle się okazało, że zostało zamienione w pewien schemat i schemat w dodatku bardzo często źle pisany. Więc jakbym miał tak szczerze odpowiedzieć, to lubię fantasy, ale dobre fantasy. Niestety dobrego fantasy jest bardzo mało, ponieważ fantasy się wydaje proste w pisaniu. Tu tworzymy czarowników płci obojga, jakieś smoki, jakieś inne dziwne stwory i już mamy utwór fantasy. I możemy teraz, mieszając różnego rodzaju wydarzenia powodować, że będzie niezwykle zajmująca ta nasza opowieść. To tak nie działa. Ja uwielbiam Ursuli Le Guin „Czarnoksiężnika z Archipelagu”. Pewno dlatego też, że tłumaczył pierwszy tom Barańczak, ale pozostałe tomy są zajmujące, przynajmniej zajmujące. Ale „Czarnoksiężnik z Archipelagu” to jest literatura. Woluntarystycznie to powiem.
Wydaje mi się, że to jest literatura, bo mówi o czymś więcej niż o tym, że facet podąża po Archipelagu czy też po ZiemioMorzu i przeżywa różne przygody. Jeśli tak potraktujemy fantasy, to tego jest na kopy. Natomiast taka mądra fantasy, która mówi o czymś — specjalnie nie chcę wchodzić głębiej — mówi o czymś, to jest tego mało. I dlatego ta moja odpowiedź nieco przydługa, ponieważ ja bym ostrzegał: znacznie bardziej trzeba selekcjonować lektury, pewno filmy również, selekcjonować utwory fantasy niż science fiction. W przypadku książek. Oczywiście złych książek science fiction też są całe tony, ale to się dosyć szybko rozpoznaje. Natomiast przy fantasy ja mam wrażenie, być może dlatego, że czytam tego mniej, że trudniej jest, bo najpierw się przedstawia jakiś baśniowy albo taki ponury świat. To zależy, które to fantasy jest. I człowiek wsiąka, wsiąka i czeka, co się będzie działo, i czy coś z tego będzie wynikać, czy nie będzie. I często trudno doczekać się, że coś będzie się działo albo że coś będzie z tego wynikało.
To może ważniejsze. Więc mój stosunek jest ambiwalentny.
[01:50:30] - Tak. Ja się przyznam, że mój również. To znaczy nie chciałbym tutaj narażać się zwolennikom, jakże licznym, tego gatunku, ale wydaje mi się, że ktoś kiedyś złośliwy powiedział, że takim prostym przepisem na książkę science fiction jest pomieszać „Władcę Pierścienia” albo inspiracje Tolkiena z jakimś romansem rycerskim i wtedy już coś odczytujemy.
[01:50:53] - To nie science fiction, to fantasy.
[01:50:55] - Tak. Fantasy, tak. Chodzi mi o to, że dzisiaj będziemy mówić o wielu filmach, które są klasyfikowane jako filmy fantasy albo trochę fantasy, dlatego, że troll stał się istotą z tamtego świata. Jest kojarzony głównie z gier. Typu heroesy popularne. Z „Wiedźmina” jest kojarzony, z gry, dlatego że w książce, jeżeli sobie przypominam, to ponoć nie występuje. Ten troll osadził się w jakiś sposób w kinematografii, w horrorze, natomiast nigdy się nie przebił do pierwszej ligi. O co mi chodzi? Oglądając, słysząc, że wchodzi ten troll netflixowy, to sobie pomyślałem: „O rany, jak fajnie, może wreszcie będzie jakiś pełnokrwisty horror”. Już wiedziałem też po zapowiedziach, że będziemy mieli film o potworach.
Jak dobrze wiecie, od lat zbieram, analizuję, między innymi dla Nieznanego Świata, te wszystkie dziwne opowieści, dziwne historie z dreszczykiem i tak dalej. Wśród nich jest taka jedna kategoria, która mnie, Damiana Trelę, Arka Miazgę najbardziej fascynuje. Z tego powodu, że to są najbardziej odjechane historie, najdziwniejsze, budzące gęsią skórkę zawsze, bo do tych historii o duchach, przyznam też, że i o UFO, można się przyzwyczaić. Rzadko słyszysz coś, co cię zdziwi. Natomiast te historie naprawdę są bardzo ciekawe. Mówię tu o tak zwanej kategorii, którą żeśmy nazwali z chłopakami umownie żywym folklorem. To są te wszystkie zdarzenia, które można sklasyfikować jako zetknięcia z istotami z dawnych wierzeń. Czyli ktoś widzi zupełnie świadomie, na jawie coś, co dawniej opisane byłoby jako dziwożona. O dziwo tych historii jest bardzo dużo. One były rzadko nagłaśniane dawniej, dlatego, że i paranormaliści, i ufolodzy ich unikali, bo one są po prostu zbyt dziwne.
A ich jest na tyle dużo, że Arek Miazga, jak wiecie, skompilował z nich swoją książkę „Magiczna rzeczywistość”. Ma tych historii jeszcze więcej. Ludzie mu ciągle o tym donoszą i znając te historie, wiedząc, że w nich tkwi zawsze taki... Ludzie ci często mówią o takim dziwnym, wręcz panicznym, zwierzęcym lęku, który towarzyszył spotkaniu z tego typu stworzeniami. Wiedząc o tym, mając to na uwadze, pomyślałem sobie, że może ktoś wyczaruje film, który będzie czerpał z tych opowieści, a czerpało między innymi „Blair Witch Project”, i zrobi coś naprawdę na miarę porządnego horroru. Bo jak niejednokrotnie mówiłem, horror oparty na faktach straszy dwa razy. I się trochę rozczarowałem tym netflixowym „Trollem”. Dlaczego? Dlatego, że to jest film kategorii obejrzyj i zapomnij tak naprawdę. Ja nawet tak do końca już nie pamiętam, o co w nim chodziło, chociaż go sobie oglądałem w niedzielę.
Kolejny z tych wielu filmów o potworach. Może nie najgorszy. Zaczyna się bardzo podobnie jak ta „Godzilla” z 2014 roku. Ta, w której występowała między innymi Elizabeth Olsen. Prawdopodobnie najlepsza „Godzilla” stworzona na Zachodzie. Czyli coś wyłazi z dziury w ziemi. Tylko nie jest to kilkudziesięciometrowy gad, tylko kilkudziesięciometrowy krasnal z dużym nosem. Cały problem w tym, że nikt nie wie, co zrobić. Tak jak mówiłeś, Marku, na początku w sprawę włącza się rząd, naukowcy. Do tego trolla Szcela.
Czyli to, co w każdym filmie o Godzilli i King Kongu. Mniej więcej. Pojawiają się jakieś podteksty, powiedzmy, związane z tym, że w dzisiejszych czasach już w taki sposób bardzo negujący podchodzimy do tych dawnych historii, do dawnej wiedzy. Ale to wszystko zmierza gdzieś w stronę takiego dziwacznego miszmaszu, bo ten film próbuje być zabawny, próbuje być szokujący, mądry. Koniec końców moje odczucia są takie, że to było dość mierne. Tak mi się wydaje. To znaczy nie rozumiem ludzi, którzy tak się nad tym filmem rozpływają. On jest dobrze zrealizowany, natomiast to mimo wszystko nadal pozostaje ten rodzaj filmu fantasy przygodowego, który oscyluje w stronę bajki. Nie można go porównać na przykład do tego filmu z cyklu „Cloverfield”, kiedy ten stwór sobie grasował po Nowym Jorku. Tam nie ma grozy po prostu w tym trollu.
[01:56:03] - To prawda, grozy zdecydowanie nie ma, ale jak tak ciebie słuchałem, to przyszło mi do głowy, że chyba wiem, co mnie do tego filmu przyciągnęło, przykuło. Otóż to pomieszanie tego żywego folkloru, którego przedstawicielem jest tytułowy troll, z naszą rzeczywistością. Po prostu ten troll maszeruje w naszą rzeczywistość. Są czołgi, są śmigłowce. Jest, tak jak powiedziałem, bardzo kompetentny wojskowy, który wie, o co chodzi na polu walki i jak to się robi. Na rynku jest przystojny, tak jak powiedziałem, skandynawsko przystojny. Niemniej jednak. W każdym razie to jest film, który stanowi połączenie, zderzenie dwóch światów. Takiego naszego codziennego. Moim światem nie jest na przykład armia albo sfery rządowe, które kombinują, jak załatwić sprawę.
Nie. Ale wydają mi się te obrazy jakieś takie Swojskie. Może dlatego, że dużo sensacji czytam, to może dlatego. A do tej sensacji dodany jest właśnie element żywego folkloru, czyli troll, który się ni stąd, ni zowąd objawia. W dodatku jeszcze to, że on się pojawia, wcale nie dziwi przynajmniej jednej osoby, czyli ojca głównej bohaterki. Ją dosyć szybko też przestaje to dziwić. Myślę, to, co się udało, przynajmniej w moim wydaniu, ja zostałem tym ujęty jak ujęty. W każdym bądź razie zdołali mnie przekabacić, że to łączenie tych rzeczywistości, to znaczy kiedy w tę naszą nowoczesność, współczesność wkracza troll, ja to łyknąłem bez bólu. Nie było tego dysonansu, że tu coś się z tej dziury wyłania i w ogóle jest takie pradawne. A tu mamy nowoczesny świat, gdzie jakieś tam bzdury pradawne.
Nie. To jest w miarę dobrze połączone, tylko później zaczynają się... Tak jak powiedziałem, łyknąłem ten element. Ja starałem się na przykład postawić w roli tego sztabu kryzysowego, który ma konkretny problem. Pojawił się troll i w dodatku wędruje sobie tymi skandynawskimi bezdrożami w kierunku stolicy. I coś trzeba z gościem zrobić. Chociaż ma tyle metrów, ile ma, jest ogromny, to jakoś go trzeba załatwić. Pierwsze próby okazują się bezowocne, a w dodatku jeszcze okupione ofiarami. Nie pomagają czołgi, nie pomagają wyrzutnie, po prostu on sobie dosyć dobrze radzi z tym wszystkim. I pierwszy taki moment, kiedy poczułem, że mnie ta historia...
To wszystko oczywiście może być, tak mogło być, jak to było przedstawione, ale jakiś taki czuję zgrzyt, kiedy te śmigłowce się tam pojawiają z pewnym elementem, który ma trolla przestraszyć. To było jednak głupie. Sorry, ale po prostu nie kupiłem tego, chociaż jakby mnie ktoś zapytał: „Ale właściwie dlaczego to krytykujesz? Coś w scenariuszu ci nie pykło, nie zgadzało się?” Nie, pod kątem historii trudno byłoby coś temu zarzucić. Ja się nawet zastanawiałem, czy ta historia opowiedziana w książce nie wybrzmiałaby lepiej niż w filmie. Film jest jednak dosłowny i kiedy się widzi pewne obrazy, to człowiek albo je kupuje, tu cudzysłów oczywiście kupuje, albo nie. Od pewnego momentu w tym filmie pojawiają się obrazy, których przynajmniej moja głowa nie kupowała. No tak, dobra, podążam za tą historią, okej, ale to nie do końca. Poza tym ja w końcu nie wiem. Ja rozumiem, że we współczesnym świecie panuje coś takiego, że nawet w najgorszej postaci musi być element dobra.
Taki mamy klimat obecnie, że najgorsza swołocz musi mieć jakiś pierwiastek dobra w sobie. I tutaj mamy też taką sytuację, że niby ten troll jest groźny, straszny i należy go najlepiej zabić i to przy pomocy czołgów, wyrzutni i czego tam w ogóle można. I nagle się okazuje, że on jest co prawda zły i okrutny i tam kogoś pożarł nawet i w dodatku nie lubi chrześcijan, bo go wkurzają, zgodnie z zasadami, o których Piotrze mówiłeś. Ale też jest w nim pierwiastek dobra. Ja nie lubię takiego psychologizowania. Ja wiem, że to było potrzebne, żeby się później człowiekowi taki żal wzbudził w nim, że jednak coś się stało. Ale naprawdę albo to jest zła istota, którą ludzie wkurzają i on ma generalnie dosyć tych ludzi i najchętniej zrobiłby im kęsim kęsim albo nie. A tutaj nagle wyskakuje takie przesłanie do ludu: „Patrzcie, nawet w najgorszym gnoju, najgorszym skurwielu znajdzie się coś, co jest dobre”.
[02:01:56] - Jest jeszcze grande finale tej historii. To, co dzieje się na końcu. Oczywiście wam tego nie zdradzimy. Wiele osób zapyta, jak wypadł ten eksperyment z norweską „Godzillą”. Musicie sobie ocenić sami. Oczywiście nie jest to film tak zły, że my odradzamy. Nie, to byłby grzech. Nie.
[02:02:14] - Obejrzeć? Obejrzeć. Jak najbardziej.
[02:02:16] - To jest coś dla rozrywki nakręcone. Natomiast, jak by to powiedzieć, naiwne. Naiwne, sztampowe, bardzo przewidywalne. Druga sprawa, pytałeś Marku, że taka istota wychodzi z ziemi i tam sobie grasuje. Ale gdzie ona miałaby wyjść z tej ziemi, jak nie w Skandynawii? Przecież nie na przykład na Lubelszczyźnie czy w Świętokrzyskiem. Nie. Właśnie w Skandynawii, dlatego że od kilku lat trwa taka moda na horroryzację Skandynawii. I to widzimy nie tylko w „Trollu”, chociaż „Troll” akurat jest produkcją tamtejszą. Natomiast od kilku lat trwa taka tendencja do osadzania różnego rodzaju dziwnych historii właśnie w klimatach skandynawskich.
To znaczy myśmy mieli przez ten czas bardzo dużo ciekawych, wartych uwagi horrorów skandynawskich. Nie ukrywam. O nich może jeszcze kiedyś opowiemy. Ale przecież takie filmy jak chociażby „Midsommar", miała w Polsce jakiś podtytuł, już go nie pamiętam niestety, też się tam rozgrywają. W tych filmach zwykle zwraca się uwagę na dwie kwestie. To znaczy w Hollywood ktoś zauważył, że istnieje coś takiego jak Skandynawia pokryta górami i lasami, gdzie nikt nie mieszka i wiele rzeczy się może schować. I to już wzbudza jakiś paniczny lęk w niektórych umysłach. Ale też osadza się tam historię na przykład o jakichś tajemniczych kultach. I tutaj przykładem jest oczywiście wspomniany „Midsommar" i kilka filmów, o których będziemy dzisiaj mówić jeszcze. Co jeszcze możemy powiedzieć o tym trollu netflixowym?
Wydaje mi się, że to jest dość zaskakujące, bo czytałem gdzieś dzisiaj w sieci, że chyba tylko „365 dni grozy" wyprzedza ten film pod względem oglądalności. To dużo mówi, prawda? Że jest jednak nisza na takie filmy i z jakichś powodów, nie wiem, „Cloverfield” czy „Godzilla kontra King Kong", która była strasznym gniotem, nie osiągnęły takiego rezultatu jak właśnie „Troll". Czy to z tego powodu, że wiele osób żywiło takie nadzieje jak ja, że wreszcie pojawi się coś, czego można się będzie naprawdę wystraszyć? Nie wiem i szczerze mówiąc wątpię. Ale jeżeli już mielibyśmy mówić o filmach, o trollach i skandynawskim folklorze, to było coś, co może chociaż nie jest realizowane z takim rozmachem, ale wzbudza pewne pozytywne sentymenty. A był to, Marku, „Łowca trolli".
[02:05:10] - Tak. Ja jeszcze tylko na chwilę co do tego nowego „Trolla". Powiem tak: chyba moja wiara w twórców filmu trochę wymiękła, kiedy pojawiła się scena z wielką czachą. I nic więcej już oczywiście mówić nie będę. Ja w tym momencie poczułem, że robi się i śmieszno, i straszno. Okej, a teraz do „Łowcy trolli". „Łowca trolli” to jest film, który liczy sobie już sporo lat, bo to jest film z 2010 roku. Zrobiony troszeczkę w, ja nie wiem, jak się ten rodzaj filmu nazywa, w każdym razie taki paradokument. Też znaleziono zapisy filmowe gdzieś tam po latach, które relacjonują wyprawę młodych ludzi, którzy zainteresowali się sprawą polowania na niedźwiedzie. To tak się zaczyna niewinnie.
Tam są jakieś sprawy właśnie z tymi niedźwiedziami na prowincji skandynawskiej związane. I w pewnym momencie zaczyna robić się dziwnie, bo ta dziwność właśnie narasta. Cóż jeszcze mógłbym powiedzieć? Sama specyfika kręcenia filmu w takiej poetyce właśnie kręcenia z ręki kamerą amatorską czy półamatorską, ona chyba dodatkowo jakichś takich pierwiastków grozy troszeczkę napędza. Grozy może przesada, ale w każdym razie takiego napięcia specyficznego. Jedna rzecz mnie tylko zastanawia, już nie wchodząc w materię filmu, bo w pewnym momencie tam się pojawia oczywiście coś, o czym mówimy dzisiaj. Ja miałem wrażenie, że to jest dokładnie to samo. To znaczy od 2010 roku do 2020 roku to monstrum, które tam ostatecznie się pojawia, właściwie niewiele się różni. Albo ja mam jakieś omamy wzrokowe, ale miałem wrażenie, że to jest dokładnie, że przerzucili go z jednego filmu do drugiego. Prawie identycznie wygląda.
Z drugiej strony jak ma wyglądać troll? Ale ten to był, kurczę, jakby skórę zdarł po prostu. I powiem szczerze, jeśli ja miałbym, ja nie jestem oczywiście żadną wyrocznią, cały czas podkreślam, że z Piotrem, przynajmniej ja rozmawiam z Piotrem o filmach jako człowiek, który lubi historie, lubi opowiadane historie, lubi śledzić ich strukturę. To jeśli miałbym na strukturę się powołać, nie na jakiś artyzm filmowy czy też filmowy sposób opowiadania, ale właśnie na historię, to mnie ta historia z 2010 roku, „Łowca trolli", chyba podoba się bardziej jako historia. Podkreślam, jako historia.
[02:08:15] - Trudno byłoby ją przełożyć na dobrą książkę tak naprawdę albo nawet na opowiadanie.
[02:08:19] - Tak.
[02:08:21] - Jak wszystkie filmy z tej kategorii found footage. „The Blair Witch Project” to jest nadal coś, co uważam za szczytowe osiągnięcie tej dziedziny. Zresztą ten film się nie zestarzał. Jego można oglądać wiele razy i zawsze się znajdzie jakieś interesujące odniesienia. W tym przypadku jest różnie. To znaczy wydaje mi się, że ta ekipa, która wyrusza na poszukiwanie łowcy niedźwiedzi, który jest łowcą trolli, tak naprawdę jest troszeczkę drętwa. Musisz się poczuć tak, że jakoś jesteś związany z tymi ludźmi. Potem ci jest ich szkoda, kiedy jeden za drugim giną. Tutaj tak nie ma. Są drętwymi takimi, nie powiem kim.
Niemniej jednak historia jest dużo ciekawsza od tego „Trolla" z Netflixa.
[02:09:14] - Bo troll jest chory. Chory jest w dodatku.
[02:09:17] - Tak, jest zainfekowany wścieklizną. Możemy to chyba ujawnić. I oni sobie na tego trolla polują. Na trolle w zasadzie polują, znajdują ich barłogi. Czy gawry. I tak to się toczy. Jest to naprawdę interesujące, bo jak w każdym filmie tego rodzaju ktoś po kolei ginie. Niestety. Jest tam też polski wątek, bowiem okazuje się, że to biuro do spraw trolli, które wynajmuje profesjonalnych poszukiwaczy, dostarczycieli niedźwiedzi z Polski, współpracuje z naszymi rodakami w celu szmuglowania zdechłych niedźwiedzi albo zabitych niedźwiedzi do Norwegii, bo one już tam nie występują, żeby móc zrzucić winę za zabite zwierzęta czy zabitych ludzi właśnie na misie. Szczerze mówiąc, niewiele więcej możemy o „Łowcy trolli” wam powiedzieć, dlatego że to by zbyt wiele ujawniło.
Oczywiście jest to zupełnie inna estetyka. Trochę archaiczne efekty specjalne. I też jest tak, o czym się przekonuję, że wiele osób myśląc, że coś jest zrealizowane w sposób nieco prymitywniejszy niż dziś, uważa, że to jest gorsze, że to jest mniej fajne i tak dalej. Tak myśli Hollywood, prawda? Że Hollywood stawia na coraz bardziej widowiskowe efekty. Tutaj mamy taką mieszaninę lalkarstwa z efektami specjalnymi. Niemniej jednak nie odbiera to tej historii tak dużo. I kiedy puścimy wodze fantazji i kiedy uświadomimy sobie, że gdzieś tam w odległej Norwegii wyznaczono specjalne parki narodowe dla tych wielkich trolli, to wszystko staje się naprawdę dość mroczne i godne uwagi według mnie. Przynajmniej na tle innych filmów, w których trolle występują.
[02:11:16] - Tak. Powiedzieliśmy o dwóch filmach: „Troll” i „Łowca trolli”. Natomiast w tej chwili ciągnie mnie, żeby powiedzieć przede wszystkim, że trolla oczywiście możemy spotkać w „Harrym Potterze”. Pamiętacie państwo: głupie stworzenie, które rozwala kibelek w Hogwarcie, jest górskim trollem, głupim właściwie jak troll. Taki mamy obraz w „Harrym Potterze”. Ja o tym „Harrym Potterze” mówię nie bez przyczyny, ale to za chwilę. Tak jak Piotr powiedział, trolle się pojawiają również w „Władcy Pierścieni”. Z tym że ja tu bardziej jestem związany z książką. I w „Władcy Pierścieni” jest nawiązanie do tej historii, o której Piotr mówił, czyli do historii z „Hobbita”. Mówimy, nie mówimy.
W każdym razie trolle są głupie. Dlaczego powiedziałem o „Harrym Potterze”? Bo okazuje się, że trolle, chociaż są patentem skandynawskim i rzeczywiście one do tej Skandynawii pasują. Kiedy się ogląda te krajobrazy w obu tych filmach wspomnianych wcześniej, czyli w „Trollu” i w „Łowcy trolli”, te przestrzenie, te lasy, te góry. Moją wyobraźnię to pobudza. Ja bym tam zaraz chciał być. Lubię takie miejsca, gdzie dużo ludzi nie ma, można wędrować. Nie wiem, czy koniecznie chciałbym spotkać trolla, ale to jest zupełnie inna historia. Natomiast okazuje się, Piotr wspomniał o Hollywood. Hollywood jest bezwzględne i było bezwzględne, bo w 1986 roku powstał film, który się nazywał „Troll”.
I cóż o tym powiedzieć? Tam troll nie jest taki wielki. To jest zupełnie mały troll.
[02:13:33] - Tak. Trzeba powiedzieć, że w ogóle ze słonecznej Skandynawii przenosimy się do zimnego San Francisco, prawda?
[02:13:39] - Tak.
[02:13:41] - Okazuje się, że ten film wielu z was kojarzy chyba raczej tylko z jakiejś kompilacji typu najdziwniejsze, ewentualnie w przypadku drugiej części najgorsze filmy. Ale zacznijmy od tej-
[02:13:57] - Pierwszej.
[02:13:57] - Dygresji z „Harrym Potterem”.
[02:13:59] - Tak.
[02:13:59] - Okazuje się, mówiłeś, że troll się pojawia w „Harrym Potterze”, ale okazuje się też, że Harry Potter pojawia się w „Trollu” z 1986 roku. Jak to jest możliwe?
[02:14:13] - Sądzę, że jednak przypadek albo za chwilę rozwinę to. Powiem tak: tam w dodatku nie tylko jest jeden Harry Potter, ale jest dwóch Harrych Potterów, bo jest Harry Potter junior i Harry Potter senior, bo tak się ojciec i syn nazywają. I teraz oczywiście to jest pole do snucia najdzikszych teorii. Takie w sieci spotkałem, że być może to właśnie Rowling sobie oglądała i sobie zaczerpnęła. Nie dojdziemy, proszę państwa, do tego, jak to było. Być może nie mam takiej wiedzy. Być może nazwisko Potter to jest jakieś popularne nazwisko. Może nie tak bardzo jak jakieś inne, ale być może nie występuje rzadko. Być może rzeczywiście Rowling oglądała tego trolla i jej się zapamiętało. Może to zrobiła zupełnie podświadomie.
Nie sądzę, żeby ona się do tego przyznała, a my mielibyśmy szansę, żeby do tego dojść. Wiecie państwo, to jest tak, jak dzisiaj się mówi, że być może Rowling miała okazję zaglądać do „Akademii pana Kleksa” napisanej przez Brzechwę i wówczas zrodziła się w niej idea takiej szkoły, w której coś się dzieje i w związku z tym później po przetrawieniu powstał Hogwart. Jak było? Nie wiem naprawdę i nie sądzę, żebyśmy nawet drogą śledztwa, czy też tylko dedukcji do tego doszli. Natomiast jest to rzecz warta odnotowania, że dwóch Harrych Potterów w Trollu się pojawia. W tym Trollu pojawiają się, bo jest troll, który jest sprawcą całego zamieszania, ale tam się pojawiają też inne stwory. Już nie trollowe. To są orkowie. Cholera wie, co to jest tak naprawdę, jakieś gobliny właściwie, tak. One tam hasają po ekranie dosyć intensywnie.
A troll? Troll, tak jak powiedziałem, sprawcą zamieszania. W dodatku on to jest takim trollem trochę z awansu, bo kiedyś nie był trollem, ale to jest taka skomplikowana historia. Rzecz jest taka, jak wiem, troszeczkę taka... Na początku wygląda jak kino familijne, bo rodzice z dwójką dzieci, synkiem i córeczką, synek starszy, córeczka młodsza, wprowadzają się do kamienicy i po pierwsze się rozpakowują, no i zaczynają żyć w nowej kamienicy. Poznają sąsiadów. No tak. No i dalej to już nie będę opowiadał, bo się zaczyna później robić dziwnie. Dziwnie się właściwie zaczyna w pierwszych minutach, bo coś się dzieje. To chyba w piwnicy się odbywa.
No w każdym razie pralki tam stoją, pierze się i tam się robi coś dziwnego, co później ma oczywiście wpływ na cały film. Ten film, proszę państwa, w kontekście tego, co powiemy za chwilę, on jeszcze ma jakiś sens. To znaczy tam jest opowiedziana jakaś historia, spójna dosyć. Rzeczywiście dzisiaj, po tylu latach, 86. rok, to zdajmy sobie sprawę, proszę państwa, że za cztery lata to będzie 40 lat ten film miał. W związku z czym sporo czasu upłynęło. Że tak sobie zażartuję okrutnie, to było w tym samym roku, kiedy Polska poprzednio awansowała do drugiej części mundialu. No więc naprawdę dawno. Ta historia jeszcze się jakoś broni. Ona technicznie dzisiaj, kiedy się ogląda efekty specjalne, to człowiek sobie myśli jednak, że kino wykonało duży skok.
To dzisiaj trąci myszką. Niemniej sama historia, jakby się tak dobrze uprzeć, to jeszcze się chyba broni. Nie wiem, Piotrze, jakie jest twoje zdanie.
[02:18:21] - To, co powiedziałeś, było dość okrutne, dlatego że to rzeczywiście było dawno, ale to był też rok, kiedy się Piotr urodził. I teraz toczę głęboką refleksję i nie wiem, jak ja się teraz pozbieram. Obudziły się moje wewnętrzne demony.
[02:18:38] - Piotrze, jak rozmawiasz ze mną, to kwestia wieku to jest w ogóle drażliwy temat. Jak ktoś 86. rokiem się legitymuje, to jest w ogóle młodym człowiekiem. Dobrze, to tyle mam do powiedzenia.
[02:18:53] - Tak. Powiedziałeś, że na parter wprowadza się Harry Potter senior. Też czarodziej muszę powiedzieć. Czarodziej, dlatego że to jest dziennikarz, który zajmuje się czytaniem książek, pisaniem recenzji i stać go na utrzymanie rodziny. Dobra, może wtedy to było możliwe. W pierwszej scenie tutaj możemy chyba dużo zdradzić, dlatego że to jest stary film. Dziewczynka zostaje zaatakowana przez trolla, staje się jakby opętana czy staje się takim podmieńcem. No i potem dzieją się z nią różne dziwne rzeczy. Wszyscy na to zwracają uwagę. Szczególnie ten Harry Potter junior, który szuka pomocy.
[02:19:29] - Przerwę ci. Na jego wątpliwości wpływa oglądanie jeszcze bardziej koszmarnych filmów science fiction w telewizji ówczesnej amerykańskiej. Już się zamykam.
[02:19:43] - Tak, tak, to pamiętam. Tam było coś takiego, że on oglądał jakiś film i tam padły słowa: „Twój kot nie jest kotem, jest Marsjaninem”. No i wszyscy mają tego młodego Pottera za jakiegoś tam głupka. Natomiast znajduje sprzymierzeńca w osobie mieszkającej chyba piętro wyżej pewnej starszej pani, która jest taką strażniczką tego miejsca. No i hoduje grzyba sobie w doniczce, który śpiewa. Ta scena przebudzenia tych wszystkich dziwnych istot to jest jedna z najbardziej, jak to powiedzieć, nie chcę powiedzieć absurdalnych. Natomiast to jest kwintesencja lat 80. Przy czym musimy pamiętać, że to jest de facto baśń filmowa i to może działa tutaj jako pewne usprawiedliwienie, ale zobaczcie to sobie. Te wszystkie gumowe stworki, które śpiewają w jakiejś świńskiej łacinie. Nie wiem, co to był za język.
Naprawdę ryje banie. No ale co się dzieje dalej? Tam jeszcze oczywiście to jest film taki familijny, familijna baśń.
[02:20:55] - No tak, ale z drugiej strony pojawia się ewidentny playboy na przykład, który mieszka też chyba na piętrze.
[02:21:01] - No właśnie chciałem powiedzieć, że tam oprócz tego, że na parterze mieszka Harry Potter, to piętro wyżej mieszka Sonny Bono. Wiele osób nie pamięta dzisiaj, kto to był Sonny Bono. To był mąż Cher, który wylansował z nią kilka przebojów. Aktor, piosenkarz, co ciekawe też polityk, z którego śmiercią wiąże się dużo teorii spiskowych. My dzisiaj tego nie będziemy rozwlekać. Natomiast ta rola mu się udała ewidentnie. To jest mój ulubiony bohater w tym filmie. Taki trochę Bohdan Smoleń. Nie wiem, dlaczego mi go przypomina. No niestety ginie.
Ginie w jednej z pierwszych scen. Czy ten film jest godny polecenia bardziej od pierwszego „Trolla”? To są dwa zupełnie inne filmowe światy, inne stylistyki, inne poczucia- Estetyki nawet. To, co uchodziło wtedy, dzisiaj już uchodzi za naruszenie pewnych standardów. W ogóle przyszłe pokolenia, a nawet te młodsze pokolenia, które tych lat 80. nie pamiętają albo pamiętają szczątkowo, jako już zamierzchłą przeszłość, a nie okres, w którym się wychowali, zobaczą, że to jest coś znacznie gorszego od disco z tamtych czasów, że naprawdę jechało się po mocnej bandzie i kojarzy się to tylko z kiczem. Natomiast w tamtych czasach był to, nie chcę powiedzieć, że był to przebój, ale ten film też nie był klapą. Zbierał takie sobie recenzje z tego, co zauważyłem. Pozostawia w człowieku pewne uczucie niepokoju, muszę powiedzieć. I to większe niż w przypadku „Trolla”.
Nie wiem, czy powodem tego jest ten delikatny szok kulturowy, czy rzeczywiście ta dawka strachu, ale muszę powiedzieć, że „Troll” z 1986 roku miał ewidentną zaletę oprócz Sonequa Martin-Green, którą była końcówka filmu w miarę sensowna. Nie powiem, że nie. Ale ktoś potem wpadł na pomysł, aby-
[02:22:58] - Cztery lata później. Mów, Piotrze.
[02:23:03] - Tak. Ktoś wpadł na pomysł, żeby dokręcić drugą część, która się raczej z tym tak średnio wiąże. I to już jest pełnokrwisty horror, prawda? Jest jeszcze część trzecia znana jako „Troll 3”, tylko to jest film włoski, dużo mniej znany. Ale „Troll 2”, o którym mam nadzieję, Marku, za chwilę opowiesz, bo wiem, że go sobie przypomniałeś, znajduje się na liście najgorszych filmów wszech czasów.
[02:23:33] - Tak, proszę państwa, ja nie miałem tej wiedzy. Jak zobaczyłem, że jest „Troll”, a później jest „Troll 2” i jeszcze na początku pojawia się lew z Metro-Goldwyn-Mayer, mówię: „No dobra, pierwsza część nie była arcydziełem. Druga pewno też nie będzie, ale nie będzie tak źle”. O jakżesz się pomyliłem. Jest niby zasada, że nie należy nigdy oglądać filmów, nigdy nie mów nigdy, oglądać filmów z dostawką dwa, trzy, pięć, dziesięć. Zależy, ile tych części kolejnych nakręcono. Ja, niepomny na to, zacząłem oglądać „Trolla 2”. Jeszcze na początku, proszę państwa, ale to niedługo bardzo trwa, jeszcze ta historia się zawiązuje, coś się tam dzieje. Znowu film w takiej kategorii. Miałem problem z rozkminieniem, dla kogo jest ten film.
Czy dla dzieci? Bo jednym z głównych bohaterów jest chłopak, taki dzieciak w sumie, wczesny nastolatek, który nie wiem dlaczego, bardzo mi się skojarzył z Markiem Piegusem z rodzimej produkcji o Marku Piegusie. Jakieś podobieństwo widocznie. Ale tam się pojawiają elementy, które z kolei pozwalałyby zakwalifikować ten film jako film zdecydowanie nie dla dzieci, na pewno nie dla młodzieży. Ani dla dzieci, ani dla młodzieży. Powiem tak, bo na początku myślałem, że to nie dla dzieci, ale może młodzież. Później doszedłem do wniosku, że nawet młodzież niekoniecznie musiałaby ten film oglądać. Ale to było wszystko, tak powiem sobie kolokwialnie, pikuś, bo film toczy się dalej niestety. I powiem tak: ja wiedziałem, że są na świecie filmy złe. Ja wiedziałem, że są filmy bardzo złe, ale czegoś takiego, proszę państwa...
Ten film jest tak zły, że go musicie państwo koniecznie obejrzeć. Możecie nie oglądać „Trolla”, możecie nie oglądać „Łowcy trolli”, możecie pierwszego „Trolla” nie obejrzeć, ale tego „Trolla 2” obejrzyjcie, ponieważ to jest kwintesencja tego, jak może wyglądać kino straszliwe. Ja sądzę nawet, że jakbyśmy się zebrali z Ivelliosem i Piotrem, to byśmy nakręcili lepszy film. Może przesadzam, ale coś w tym jest. Proszę państwa, im więcej minut przyrasta w filmie, tym jest naprawdę gorzej. Te wszystkie zielone potrawy. W ogóle film z punktu widzenia naszych czasów powinien być zakazany, bo ewidentnie atakuje ludzi jedzących zieleninę jako złych ludzi. Nie będę rozwijał tematu. Jak człowiek je mięso, to jest w porządku, a jak je jakąś zieleninę, to podejrzany. Gdzieś tam coś wspólnego z goblinami ma.
Ci główni bohaterowie, rodzinka cała: ojciec, matka, tym razem starsza siostra i młodszy syn jadą sobie na taką wymianę. Teoretycznie na taką wymianę, że ktoś tam z jakiejś zapadłej wsi ma przyjechać do ich domu, a oni mają przyjechać do jego domu. I taka wymiana wakacyjna. Rzecz stosowana, znana. I oni jadą do tej zapadłej wsi amerykańskiej, która się nazywa, już od razu zdradzę to państwu, bo to żadna tajemnica, jest odwróceniem nazwy goblin, czy tanie wspak. A później jest jeszcze gorzej. Naprawdę jest jeszcze gorzej i właściwie do końca jest jeszcze gorzej. Ostatnie sceny, które się odbywają, kiedy matka zjadła jabłko. Nie opiszę tego państwu, ale po prostu to jest jakieś kuriozum, absolutne kuriozum, które musicie państwo zobaczyć. Naprawdę.
Szczerze polecam, bo czegoś takiego nie zobaczycie państwo tak często. Nie ma tak złych filmów. W każdym razie ja nie widziałem. Nie potrafię opisać, jak to jest zły film. W tej nieporadności, w tym byciu złym filmem on osiągnął absolutne mistrzostwo. Tam są tak sztampowe sceny, tak sztampowe sytuacje, tak przewidywalne i tak źle nakręcone. Po prostu źle nakręcone. Źle napisane role. Po prostu genialny film. Genialnie zły film.
Szczerze polecam. A już jak mi narobiłeś apetytu, to ja znajdę tego „Trolla 3” i też go obejrzę.
[02:28:37] - Tak, on się kryje pod jakimś innym tytułem, natomiast w obiegu jest znany jako „Troll 3”, z tego, co pamiętam. Są koneserzy złych filmów, nie oszukujmy się. Czasami dostarcza to większej ilości rozrywki niż filmy dobre, jeżeli tej rozrywki szukamy. Wszyscy mówią, że najgorszym filmem na świecie jest „The Room”, ale ja bym się kłócił z tym. Ostatnie lata przyniosły nam znacznie więcej filmów, które mogą z tamtym obrazem w jakiś sposób rywalizować. Ja pamiętam taki horror, chyba sprzed roku. Co roku powstaje zresztą bardzo dużo strasznie złych horrorów. Takich, na które po prostu nie powinno się wydawać pieniędzy zupełnie. Nie wiem, kto to kręci, nie wiem, po co to kręci. Nie wiem, na co kto liczy.
Pamiętam, że powstał w ciągu dwóch lat taki film. To była kontynuacja takiego hitu sprzed lat o zabójczych lalkach nazistach. Miłośnicy lat 80. będą wiedzieć, o co chodzi. Ale czasami też jest tak, że po sukcesie pierwszej części, „Troll 1” nie był takim wielkim sukcesem. Zresztą „Troll 1” jest tylko tak nazywany w obiegu. Nikt nie wiedział, że powstanie „Troll 2”. Ale tak samo było z „Blair Witch”, dzisiaj już wspominanym. Kiedy pojawił się ten pierwszy film, który był ogromnym sukcesem kasowym także, to parę lat później nakręcono dwójkę. I dwójka już była filmem fabularnym, nie była filmem typu found footage.
I to był koszmar. To był koszmar, może nieporównywalny do „Trolla 2”, ale zbliżony. To był debilny film, przepraszam za to słowo, który praktycznie zniszczył całą... Amerykanie używają czasami słowa, które tłumaczy się na polski jako franczyza. Cały świat obudowany wokół „Blair Witch”. Potem w 2016 roku pojawił się kolejny film, już trochę lepszy, który to wszystko uratował. Natomiast „Blair Witch 2” jest nawet wymazywana z historii filmów z tego cyklu. To warto pamiętać. Właśnie tak jest.
[02:30:58] - Ja jeszcze jednej rzeczy nie rozumiem, Piotrze. Ten „Troll 2” się w żaden, najmniejszy nawet sposób nie wiąże z „Trollem 1”. To jest tak sztuczna kontynuacja. Ja mam swoją prywatną teorię, jak powstał „Troll 2”. Najpierw zacznę od tego, że w „Trollu 2” nie występuje takie zwierzę czy takie coś, co się nazywa trollem. Tam nie istnieje takie zwierzę. Tam są gobliny. Zresztą zgodnie z nazwą miejscowości, powtarzam, w spak czytamy goblin. Są te gobliny i ja mam nieodparte wrażenie, że po pierwszej części z 1986 roku zostały te lalki, te przebrania, to coś, co tworzyło otoczkę filmu taką potworowatą, tą gobliniastą. Zostały te nieużywane już maskotki takie goblinopodobne.
I ktoś wpadł na pomysł, że trzeba to wykorzystać. Więc w „Trollu 2” nie ma żadnego trolla. Goblinów jest na pęczki. Wydają mi się zadziwiająco podobne do tych z „Trolla 1”. Sens powstania tego filmu naprawdę jest dla mnie sporą zagadką. Ale ja wiem, że sam sobie przeczę. Obejrzyjcie państwo ten film koniecznie. Ja przeżyłem szok kulturowy ewidentny.
[02:32:27] - No tak, pozostaje kwestia tego Harry'ego Pottera w „Trollu 1” i muszę powiedzieć, że ona się obiła nawet, albo się prawie obiła o sąd, dlatego że po tym, jak Rowling zarobiła miliony, to ktoś zauważył, że mogło dojść do plagiatu i nawet chyba aktor, który grał główną rolę w tym filmie stwierdził, że na pewno się wzorowała. Chociaż ja tam w ogóle nie znajduję punktów wspólnych, szczerze mówiąc ze światem Harry'ego Pottera, jakby nie było. Ktoś po prostu chyba chciał zarobić, chciał uszczknąć coś z tej wielkiej sumy, którą Brytyjka zarobiła. Ale jeżeli mówimy o Brytyjczykach, to jest jeszcze film właśnie z tego kraju, w którym występuje coś pokrewnego do goblina, prawda? Jest to film „Rytuał”, który również możecie znaleźć na Netflixie.
[02:33:18] - Tak. Przede wszystkim znowu pojawiają się skandynawskie krajobrazy i one mają w sobie, tak jak już wcześniej powiedziałem, mają w sobie coś magicznego, przynajmniej dla mnie. Ja tam się daję tym krajobrazom porwać. A tutaj poza górami mamy jeszcze las. I ten las tak naprawdę odgrywa w tym filmie znaczącą rolę. Znowu mamy grupę przyjaciół z pewną traumą. Nie wiem, opowiadamy? Nie, nie opowiadamy. To już jest w miarę nowy film, więc może go jednak nie opowiadajmy. W każdym razie ta grupa przyjaciół, czwórka, jest z pewną traumą.
Przyjeżdża sobie na taką męską wyprawę do Skandynawii. Mają przejść pewien szlak. Od tego wszystko się zaczyna. Niby w namiocie nocują, jest fajnie, jest ognisko. Ta trauma się za nimi troszeczkę ciągnie. Ona w jakiś sposób na bohaterów oddziałuje. Później zaczyna się, zgodnie z regułą filmu, który ociera się o grozę, robić niebezpiecznie. Tak naprawdę zaczyna się od tego, że jeden z głównych bohaterów skręca nogę. Chyba tak. To chyba jest ten moment, w którym z historii o tym, że kilku przyjaciół wybiera się w góry, żeby sobie pochodzić, rzecz zaczyna dryfować w kierunku filmu grozy.
[02:34:55] - Tak. „Rytuał” jest filmem godnym polecenia. Prawdopodobnie jest to najlepsza produkcja z tych wszystkich, o których dzisiaj mówimy. Chociaż jest przed nami jeszcze jeden film. Więcej zdradzić nie możemy, gdyż jest to dość proste. Ja mam jedną uwagę do tego filmu. To jest jedna z tych produkcji, w których niestety finał przynosi nam pewne rozczarowania. Co ciekawe i co jest pewną taką synchronicznością, że tutaj są również pewne nawiązania stylistyczne albo scenariuszowe do „Blair Witch”. Chodzi o ten dom, do którego bohaterowie trafiają, w którym ewidentnie się coś działo, który ewidentnie ma za sobą jakąś przeszłość, powiedzmy okultystyczno-magiczną, nadal żywą. „Rytuał” jest dobrym przykładem tego, o czym mówiłem paręnaście minut temu, że ktoś w Hollywoodzie, chociaż to chyba jest film brytyjski, ktoś w tych kręgach filmowych zauważył, że są jeszcze miejsca na świecie, gdzie można ten horror osadzić i gdzie te dzikie krajobrazy, gdzie ta bliskość cywilizacji.
I to chyba jest takim największym przerażaczem w tej całej sytuacji, że mamy państwa wysoko rozwinięte, mamy ogniska cywilizacji naprawdę wysoko zaawansowanej, bogatej, które sąsiadują z terenami zupełnie dzikimi, gdzie te diabły dawne, gdzie te trolle, gdzie te wszystkie stworzenia występują. „Rytuał” może nie do końca jest filmem o trollach i nie do końca też pasuje może do naszego zestawienia. Natomiast tak naprawdę odnosi się do stworzenia, które w tym panteonie bóstw nordyckich i boginek, i bożków nordyckich zajmuje poczesne miejsce. Eksperci pewnie by mnie tutaj objechali, gdybym zaczął tłumaczyć, jak to jest. Nie chcę za bardzo wchodzić w szczegóły, natomiast na końcu zobaczymy coś, albo raczej kogoś, kto przypomina nam skrzyżowanie greckiego fauna z jeleniem. Ja swego czasu nawet myślałem, że to, co się na końcu pojawia, to w ogóle nie ma do czynienia z mitologią nordycką, że to jest wendigo, słynny potwór z wierzeń rdzennych Amerykanów. Okazuje się jednak, że nie, że mamy do czynienia z jotunem. Może wam za dużo zdradziłem, ale wiem, czy wam to popsuje zabawę. Sam film stopniuje napięcie do pewnego momentu i pomimo wszystko podtrzymuję to, co powiedziałem, że jest to najlepszy chyba obraz, jeżeli chodzi o ambicje twórców z tych, o których dzisiaj powiedzieliśmy.
[02:38:00] - Czyli jeden wniosek jest taki, że element trollowy jest jeszcze niewyeksploatowany. Jeszcze takiego naprawdę super filmu o trollach, który byłby jednocześnie filmem autentycznej grozy, taki film jest przed nami. Twórcy muszą go dopiero wyprodukować, bo żeby polecić państwu film, który naprawdę ma szansę państwa postraszyć tak autentycznie, żeby człowiek poczuł ten dreszcz związany z nieznanym, z czymś, co jest niebezpieczne, groźne, to właśnie film „Rytuał” zdecydowanie w tym naszym zestawieniu dzisiejszym wybija się.
[02:38:51] - Tak. Jest przede wszystkim dobrze zrealizowany. Też nie oszukujmy się. Ale jest jeszcze jeden film, który jest osadzony w klimatach skandynawskich, to znaczy kultury skandynawskiej, bo nie samego półwyspu i też się odnosi do tamtejszego folkloru, do tamtejszych wierzeń i tamtejszych strachów. I to jest film pod tytułem „Lamb”. Nie wiem, czy on ma polski tytuł. Chyba nie, ale co ciekawe, jest współrealizowany przez Polaków. Był współrealizowany przez Polaków, dlatego można przeczytać, że to jest koprodukcja szwedzko-islandzko-polska. Nie wiem, jaki tam był wkład naszych rodaków w tworzenie tego filmu, natomiast on jest o tyle dobry, że po pierwsze gra aktorska. Tam występuje Noomi Rapace, czyli doktor Shaw z „Prometeusza”.
Aktorka zresztą pochodząca albo będąca częściowo Islandką. To jest taka kameralna opowieść o małżeństwie, które żyje na farmie i wskutek pewnej ingerencji sił, powiedzmy nadprzyrodzonych, ale wcielonych w zupełnie fizyczne ciało, pojawia się na ich farmie chimera. Oni, straciwszy dziecko, odkrywają pewnego dnia, że urodziła się owieczka o humanoidalnych kształtach. Ta opowieść to też taka baśń filmowa, tylko że już grająca nam na emocjach tak naprawdę. W tle opowiada się wiele innych historii, pojawia się wiele dramatów, sentymentów. Zarzutów i tak dalej, odnoszących się do przeszłości. Wszystko się kończy niestety źle, ale zachęcam, bo „Lamb” to jest numer dwa na tej naszej dzisiejszej liście filmów o szeroko pojętych trollach. Chociaż to, co się pojawia na końcu wspomnianego filmu, to już trollem nie jest. Ale gdzieś tam, powiedzmy sobie, kiedyś koło trolla na nordyckim Olimpie się działo.
[02:40:51] - Cóż, to wszystko wskazuje na to, że dzisiejszy odcinek naszej rozmowy o filmach właśnie dobiega końca. Ja tylko powiem, że w następnym odcinku porozmawiamy o takim zjawisku filmowym, o przedstawianiu nieświętych objawień. Chyba to dobrze ująłem, tak najkrócej.
[02:41:15] - Tak. I zajmiemy się filmami, które są w miarę nowe i prawdopodobnie pochodzą oba z tego roku. Nieświęte objawienia, coś obecnego w zjawiskach paranormalnych, psychotronice, chociaż nie do końca głośno się o tym mówi, dlatego, że jest to przyćmione przez te religijne interpretacje tak zwanych objawień. Zapraszamy was. Będzie się działo. Zapraszamy przede wszystkim fanów zjawisk z pogranicza.
[02:41:44] - Cóż Piotrze, pięknie dziękuję. Do usłyszenia za tydzień.
[02:41:48] - Pozdrawiam i do usłyszenia.
[02:41:51] - Tak, to były nasze polecajki i niezachęcajki filmowe. A teraz zapraszam państwa na spotkanie z Evivą, z Luizą Dobrzyńską. Dzisiaj wzięła na tapet książkę „Wzór na diabelski ogon”. Ta książka to książka dla dzieci, ale napisana przez nie byle kogo, a mianowicie przez Agnieszkę Osiecką. Autorkę, którą powinniście państwo znać. Powinno się to nazwisko obić państwu uszy, ale znacie. Jeśli znacie, to znacie ją głównie z tekstów piosenek. To była poetka, autorka tekstów piosenek właśnie, ale już ta część pisarska, reżyserska, teatralna, telewizyjna i dziennikarska są mniej znane. Może warto do nich co jakiś czas sięgnąć. W każdym razie Agnieszka Osiecka napisała około dwóch tysięcy piosenek, tekstów piosenek.
One były wydane w różnych tomach. To takie tomy jak: „Kolory”, „Listy śpiewające”, „Wyszłam i nie wróciłam”, „Sztuczny miód”, „Śpiewające piaski”, „Opisanie szopki”, „Żywa reklama”. Pisała również opowiadania. Na przykład „Biała bluzka”, ale pisała również książki fabularne: „Czarna wiewiórka”, „Salon gier”. Wspomnieniowe: „Szpetni czterdziestoletni”, „Na początku był negatyw”, „Rozmowy w tańcu”. Ale pisała też książki skierowane do najmłodszych czytelników. To była taka książka, jak chociażby „Dzień dobry, Eugeniuszu”. Właśnie „Wzór na diabelski ogon”, o którym będzie dzisiaj mówiła Luiza Dobrzyńska. Także szczególnie „Małe sny”, „Dixie”. Z tego nawet film animowany zrobiono, a także sztuki teatralne, między innymi adaptacje Singera, sztukmistrz z Lublina.
No to cóż, proszę państwa, zapraszam na omówienie książki „Wzór na diabelski ogon”.
[02:44:34] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dzisiaj literatura dziecięca. Nie chcę tu wyjść na starego zgreda, któremu nic się nie podoba i który uważa, że za jego czasów na pewno wszystko było lepiej. Ale niestety muszę to powiedzieć. Dzisiejsza literatura dziecięca w większości w ogóle się dla dzieci nie nadaje. Dlaczego? Ano dlatego, że służy przede wszystkim rozrywce. Są to raczej infantylne opowiastki dla zdziecinniałych dorosłych niż pokarm duchowy dla młodego człowieka, który przechodzi fazę szybkiego rozwoju intelektualnego. Z adresowanych do dzieci książeczek i filmów można się nauczyć kręcić, oszukiwać, cwaniakować i w zasadzie nic poza tym. Ach, jeszcze i tego, że cokolwiek by człowiek nie zrobił, i tak się wszystko skończy dobrze, bo jest dzieckiem, a dziecku nie może się nic złego przytrafić.
Bo nie. O tym, żeby przemycić jakąś głębszą myśl, nikt się już nawet nie stara. Jednak za czasów mojej bezgrzesznej młodości, czy raczej wtedy, kiedy jeszcze byłam smarkata, zupełnie inaczej się do tego podchodziło. Wśród nazwisk twórców literatury dziecięcej znajdowały się często prawdziwe tuzy. Na przykład ta książka, o której chcę teraz mówić. Książka, raczej książeczka. Napisała ją Agnieszka Osiecka. Tak, właśnie ona. Ta niezwykle wrażliwa poetka, która szczerze mówiąc dzieci właściwie nie lubiła, popełniła w swoim życiu dwie książki adresowane właśnie do nich. Jedną z nich jest „Dixie”.
Na podstawie tej książki powstał nawet serial telewizyjny mający o niebo więcej sensu niż sama książka, która była wybitnie nieudana. Druga jednak to coś zupełnie innego. Nazywa się „Wzór na diabelski ogon”. Może nie powinnam się do czegoś takiego przyznawać. Ale mówiąc szczerze, nauczyła mnie więcej z fizyki niż jakikolwiek podręcznik. Zresztą podręczników unikałam wtedy jak ognia piekielnego. Nie da się ukryć, byłam kiepskim uczniem. Agnieszka Osiecka napisała coś, co było jakby prekursorem dzisiejszych audycji telewizyjnych typu Pogromcy mitów lub coś w tym guście. Coś, co pod pozorem zabawy mogło nauczyć dzieci bardzo dużo. W każdym razie mnie, jak wspomniałam, nauczyło.
O cóż więc chodzi w tej książce? Bohaterem jest Pietruch, chłopak w wieku szkolnym, który tak jak wszyscy lubi się trochę poobijać, lubi kopać piłkę, puszczać kaczki. Dzisiaj akurat jest to zabawa chyba nieznana. Polegała na rzucaniu płaskimi kamykami tak, żeby odbijały się od lustra wody. Nigdy nie opanowałam tej sztuki, ale bohater książki Osieckiej podobno jest w niej mistrzem. Wśród jego nauczycieli wyróżnia się fizyk. Nie poznajemy jego imienia. Jest to osobnik bardzo roztargniony, który wszakże jest ogromnie oddany swojej pracy. Lubi młodzież, lubi przekazywać jej wiedzę i prowadzi lekcje w taki sposób, w jaki właśnie powinny być prowadzone lekcje fizyki, czyli robiąc doświadczenia i ilustrując nimi to, o czym mówi. W trakcie jednej z takich lekcji w klasie nieoczekiwanie pojawia się diabeł.
Prawdziwy diabeł. Przedstawia się jako Belzebub Rączka i od tego dnia odwiedza ową klasę regularnie. Zarówno sam fizyk, jak i jego uczniowie, początkowo zdziwieni, później akceptują nowego kolegę, jeżeli tak to można określić. Belo, jak go nazywają w skrócie, jest zresztą bardzo fajnym towarzyszem. Zabiera dzieci w różne podróże, pokazując im na przykład Wieliczkę. Czasem nawet robi jakieś sztuczki typowo z piekła rodem, a przede wszystkim doskonale urozmaica nudną szkolną monotonię. Książeczka jest dosłownie napakowana regułami fizycznymi podanymi w prosty, nienachalny sposób, tak żeby się wiązały z fabułą. Także chcąc nie chcąc człowiek musi trochę tej fizyki liznąć, bo sama książka jest bardzo ciekawa i nie chce jej odpuszczać. Ma ona jedną wadę. Jest bardzo krótka.
Maleńka książeczka, format 61 na 86 na 24, czyli maleństwo. Naprawdę człowiek chciałby trochę dłużej pobyć z tą wesołą klasą. Polubił Pietrucha, jego kolegę Franka Kozickiego, koleżanki Jadźkę i Mańkę i Zosię Góralczykównę, a nawet klasowego łobuza Liczyborskiego. Trudno ich wszystkich nie polubić. Także sam Belo jest sympatycznym diabełkiem. Można powiedzieć Osiecka niejako przewidziała to, co się teraz dzieje, bo jak wiadomo, takie seriale jak Lucyfer biją rekordy powodzenia. Ale ta książeczka to nie jest tylko zabawa. Nie tylko chodzi o to, że zawiera sporą porcję wiedzy fizycznej, która się przyda uczniom podstawówki. Mówi także dużo o uczuciach. Zawiera cały ładunek emocji.
Bo przecież historia miłości fizyka do szkolnej sekretarki, smutna i właściwie nawet trochę tragiczna, to jest gotowy materiał na wyciskacz łez dla gospodyń domowych, że tak nieładnie i szowinistycznie to określę. Jednak Agnieszka Osiecka opisała to wszystko z lekkością i polotem, który bardzo dobrze pasuje do części jej twórczości. Części, bo część jest bardzo smutna. Wszyscy chyba wiemy, że ta kobieta naprawdę miała ciężkie życie i to głównie ze względu na własny charakter. Ale tacy są właśnie poeci. I ta książka jest bardzo poetycka w swojej wymowie, mimo że fizyka to właściwie ostatnia rzecz, jaką kojarzylibyśmy z poezją. Jeżeli ktoś tego nie czytał, radzę poszukać. Mimo że jest adresowana do dzieci i uważam, że jest to jedna z lepszych książek dla dzieci, jakie czytałam, to i dorośli mogą ją przeczytać. Na pewno im nie zaszkodzi. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:50:57] - Obiecałem państwu liczne polecanki. No to słowa dotrzymuję. Zapraszam na spotkanie z pisarką Krystyną Śmigielską. Gościła już na naszej antenie. Rozmawialiśmy wtedy o jej książce, wtedy świeżo wydanej, zatytułowanej "Pokurcz". Ja w dalszym ciągu państwa namawiam do sięgnięcia po tę książkę. Ona jest w wersji zarówno papierowej, jak i audiobookowej. Naprawdę warto, bo to jest takie połączenie historii obyczajowej z kryminalną, trudno mówić sensacyjną, ale taką zagadką. Może elementy suspensu. Bardzo ciekawa książka.
Ja się nie mogłem od niej oderwać. W każdym razie to, co znalazłem-- oczywiście, ponieważ Bibliotekarium było wydawcą tej książki, to ja o Krystynie Śmigielskiej, o tym, co pisze, jakie inne działania artystyczne podejmuje, jakie inne działania dziennikarskie, bo zapraszam do Book Radia, tam ma trzy stałe audycje. Jedna z tych audycji jest o prozie dziecięcej. To są Tropiciele dziecięcych marzeń. Jest audycja o poezji "Nie wiem, co to poezja" oraz literackie tête-à-tête, w której to audycji rozmawia z pisarzami. Co można natomiast w internecie znaleźć? Otóż Krystyna Śmigielska to pisarka, autorka książek dla- Dzieci, młodzieży i dorosłych. Animatorka kultury. Na scenie literackiej zadebiutowała w 2006 roku opowiadaniem „Zbieracz grzechów”. Napisała między innymi powieści „Berżeretka” — o, właśnie, „Berżeretka” bez przypisu to dla dorosłych — „Węszący renifer, czyli tydzień z ciocią Julią”, „Skarb z leśnego grobowca” to dla młodzieży oraz bajki dla najmłodszych czytelników.
To opowieści o cudownej lalce Tekli oraz historii pewnego chłopca i jego znajomości z wyimaginowanym przyjacielem Kwakiem. Książki Krystyny Śmigielskiej to są książki, które przedstawiają pozytywny i słoneczny obraz świata, ale nie są pozbawione refleksji i wnikliwych obserwacji tej rzeczywistości, która nas otacza. Autorka, trzeba przyznać, przygląda się relacjom międzyludzkim i potrafi je nie tylko odwzorować, ale potrafi wydobyć z różnych błahych wydarzeń pewne ogólne prawdy, które rządzą naszym życiem, rządzą naszymi uczuciami, miłością. Jej powieści, chociażby ten wspomniany „Pokurcz”, są zaludnione przez niezwykłe postacie, z którymi czytelnik w jakiś sposób się zaprzyjaźnia. Ja wiem, to jest takie oklepane stwierdzenie, że się zaprzyjaźnia. Czasami te postacie lubi, czasami ich nie lubi, ale na pewno nie są mu one obojętne. Krystyna Śmigielska potrafi te postacie zarysować i to naprawdę w sposób taki, że się naprawdę chce czytać, proszę państwa. Ja bym tak jeszcze mógł długo. Ale myślę, że to nie chodzi o to, żebym państwu opowiadał życiorys pisarki. Zapraszam na spotkanie z Krystyną Śmigielską, w którym nasza autorka dzieli się swoimi fascynacjami literackimi.
Może warto po którąś z tych książek po prostu sięgnąć. I już. Zapraszam. Dzień dobry albo dobry wieczór, Krystyno.
[02:55:04] - Bardzo miło cię witam. Cieszę się, że możemy porozmawiać.
[02:55:08] - Porozmawiamy, ale nie ukrywam, że to będzie rozmowa polecankowa. Czas świąteczny, więc księgarnie się cieszą, bo zakupy książkowe rosną. Może nie tak jak w poprzednich latach, ale jednak rosną. To jest znakomity czas, żeby różnego rodzaju polecanki pojawiły się chociażby na antenie Book Radia, a już na pewno w „Bibliotekarium 2.0”. Od razu, z marszu zapytam: jeśli miałabyś jakieś książki polecać, to jakie tytuły by to były?
[02:55:45] - To jest problem, ponieważ większość książek, które bym chciała polecić, chyba w tej chwili w księgarniach się nie znajduje. Są to książki, które zostały dosyć dawno temu wydane, znane, popularne, ale może w jakiś inny sposób można jeszcze do nich dotrzeć.
[02:56:05] - Krystyno, nie doceniasz stanowczo rynku wtórnego, tych wszystkich antykwariatów, ale też antykwariatów internetowych, Allegro i tak dalej. Sprzedaż jest na okrągło i jestem przekonany, że właściwie dzisiaj nie ma takiej książki, której wcześniej czy później upolować gdzieś w sieci nie można by było.
[02:56:27] - Tu się zgadzam. Sama poluję bardzo często na takie książki i rzeczywiście mam bardzo dużo książek z odzysku, bo tak jak mówisz, trudno je dostać w księgarniach jako nowe, natomiast na rynku wtórnym funkcjonują jak najbardziej. Między innymi „Wielki las” mam właśnie z takiego odzysku, który zresztą bardzo lubię i często do niego wracam. Mówię o Niemeckim, nie zmieniłam tytułu.
[02:56:54] - Nie, wszystko w porządku. To taka książka, która w swoim czasie była skandalem, gdzieś tam się odcisnęła i w ogóle odsądzano autora od czci i wiary, a właściwie pewno głównie od czci. O, jak to ciężko wymówić. Od czci, ponieważ tam się różne ekscesy erotyczne odbywały. I tak, tam się mocno dzieje.
[02:57:20] - Ale książka jest dobra sama w sobie, jest właściwie na tle dzisiejszych książek kryminalnych, sensacyjnych, myślę, że w dalszym ciągu wyjątkowo ciekawa pozycja, ponieważ tam mamy wątek kryminalno-szpiegowski, bym nawet powiedziała. I z tego względu też ona może być ciekawa, nie tylko ze względu na erotykę, jaka tam z całą pewnością zaistniała. Jeżeli mówimy o książkach, które dla mnie są ważne, szukam książek, które niosą ze sobą jakąś nową jakość, czymś mnie zaskoczą, czymś zafascynują. Dlatego w spisie, który ci przesłałam, moich ulubionych pozycji nie znajdują się właściwie prawie wcale książki klasyczne. Oczywiście, o ile wyjmiemy z tego spisu sagę rodu Forsyte’ów czy „Braci Karamazow”, ale są to raczej takie tytuły, powiedzmy sobie, bardziej nawet popularne, bym powiedziała, niż klasyczne. W książkach szukam czegoś innego i to jest ta wartość dla mnie najważniejsza, ponieważ ja ogólnie dużo wiem o książkach. Nie wszystkie je czytałam. I często bywa tak, że kiedy czytam, to dobrze wiem, co w tej książce odnajdę, ale ona mnie może zachwycić z innej strony, z innego punktu widzenia. I wtedy gdzieś głęboko we mnie zapada i jak mam wymienić szybko 10 tytułów, to ta książka wskakuje na którąś tam pozycję siódmą, ósmą, bo jednak wywarła na mnie wrażenie, może nawet trochę inne niż na innych czytelnikach. Także moje gusty są bardzo subiektywne i mi jest trudno polecać książki tak ogólnie, bo ja się nie mieszczę w normach jakościowych.
Ja inaczej, trochę bardziej emocjonalnie odbieram literaturę.
[02:59:32] - Powiedziałaś przed chwilą, że szukasz nie pewnego klasycyzmu w książkach, tylko czegoś nowego. Trochę jestem zaskoczony, ale też zaciekawiony. Co nowego znalazłaś w „Sadze rodu Forsyte'ów”?
[02:59:51] - Spojrzenie na głównego bohatera. Dlatego, że ja „Sagę rodu Forsyte'ów” poznałam wpierw jako serial telewizyjny. Tam chyba było nawet więcej ekranizacji, dwie na pewno, a ja oglądałam tą pierwszą taką klasyczną ekranizację serialową. I muszę powiedzieć, że kiedy patrzyłam na tego Forsyte’a, to był taki wstrętny facet, taki naprawdę nieprzyjemny typek. Ta jego żona to taka była biedna i udręczona przez niego. I tak mi jej było żal i tak jej kibicowałam, żeby jej się to życie i ta miłość udała. Kiedy czytałam książkę, okazało się, że Soames był bardzo porządnym człowiekiem o wielkich zasadach, który te zasady przestrzegał. Miał może jakiś taki defekt z okazywaniem uczuć, ale u Anglika w tym czasie nie było to chyba niczym dziwnym. U angielskiej arystokracji, prawda? Że on tych uczuć nie potrafił okazać.
Natomiast był to człowiek niezwykle wrażliwy i uczuciowy, bardzo mądry, bardzo dbający o całą rodzinę, więc posiadał wszystkie cechy wspaniałego męża. Oprócz jednego – nie potrafił tej swojej atencji żonie pokazać. A żona bardziej, jak się okazało, kiedy czytałam książkę, kierowała się może jego powierzchownością. Ja nie kieruję się powierzchownością ludzi. Zawsze szukam głęboko w ich wnętrzu. I okazało się, że to ona była tą, powiedzmy sobie, niezbyt może ciekawą osobą, a nie Soames. I to jest właśnie to, co mnie w tej książce urzekło. Ta postać tego człowieka, który tak dużo przeszedł, z takim spokojem jednak starał się te wszystkie swoje puzzle w jakiś sposób w życiu poukładać. Ja bym się w nim zakochała!
[03:02:02] - Ponieważ padł jeszcze jeden tytuł, czyli „Bracia Karamazow”, to nie mam problemów z pytaniem: a co w „Braciach Karamazow” tak cię urzekło? Co tam jest takiego nowatorskiego?
[03:02:14] - Ja oczywiście wszystko opowiadam z mojego punktu widzenia. Była taka sztuka, w której jeszcze grała pani Marta Lipińska, w której grał Nardelli. Bardzo dawno zrobiona, żebym nie skłamała, gdzieś 71, może 72 rok. Teatr telewizji oparty właśnie na „Braciach Karamazow”. To było pierwsze moje zetknięcie z tym dziełem i tu mnie zafascynowała właśnie ta postać kobiety i podejście mężczyzn do tej kobiety, bo tam są bracia, którzy różnie sobie to wszystko układają. I muszę powiedzieć, że to mnie skłoniło do sięgnięcia po książkę już kilka lat później, ale dalej byłam młodą kobietą. I dalej te właśnie stosunki rodzinne, te wszystkie ludzkie drogi, te spojrzenia mężczyzny na kobietę, te pierwsze uczucia, ten Monastyr i te wszystkie sprawy, które dla mnie były wtedy całkowicie obce. Bo tak jak ja mówię, to byłam wtedy, 21 lat może miałam, kiedy czytałam „Braci Karamazow”. To mi jakoś tak otwierało oczy, to mi jakoś tak pokazywało inny świat, ale przede wszystkim świat ludzkiego wnętrza, różnego punktu widzenia. I to mnie zafascynowało w tej książce.
Oczywiście mam za sobą Dostojewskiego przeczytanego dosyć starannie, natomiast to było moje pierwsze zetknięcie z Dostojewskim, taki pierwszy silny bodziec, że warto po tą literaturę sięgać. I to mnie zafascynowało. Może dlatego, że tak bardzo lubiłam Nardelliego i ta jego postać w tej sztuce mi się tak bardzo podobała i szukałam tego potem w tej książce. To jest też możliwe, ale zapadło to w moją pamięć bardzo głęboko.
[03:04:25] - Kiedy mówimy o Dostojewskim, to natychmiast ludzie, czytelnicy dzielą się na dwie grupy. Jedni mówią, że to wielki pisarz, ale strasznie się trudno go czyta, a drudzy mówią, że to wielki pisarz, ale w ogóle się go czyta wspaniale. Tych pozostałych grup już nie wymieniam, bo zostajemy przy czytelnikach. A jak to jest u ciebie? Jak się czyta dzisiaj, po tylu latach? To już w końcu jest literatura XIX-wieczna, więc ho, ho! A my tu XXI wiek, więc zupełnie nowoczesne czasy. Jak się dzisiaj czyta Dostojewskiego?
[03:05:01] - Powiem tak: ostatnią książką Dostojewskiego, jaką czytałam, to było może ze trzy, cztery lata temu, „Zbrodnia i kara”. Tak się składa, że wszystkich książek nie możemy w życiu przeczytać, ale staramy się mieć jakąś kolejkę. I ta „Zbrodnia i kara” akurat wypadła w tej kolejce. Muszę powiedzieć, że po latach, jak sięgnęłam po dzieło Dostojewskiego, kiedy już sama zaczęłam cokolwiek, nazwijmy to bardzo górnolotnie, tworzyć, kiedy miałam już jakieś pojęcie o budowie postaci, o budowie fabuły, to czytałam z przyjemnością, ale gdzieś troszeczkę jednak tę myszkę poczułam. Może trochę jednak za wolno. Trochę bym przyspieszyła, tak bym powiedziała na dzisiejsze czasy. Ale ja lubię Dostojewskiego i po prostu lubię czytać jego pozycje i nic na to nie poradzę. Nie szukam w tych książkach jakichś wspaniałych i wielkich cech, bo uważam, że jak wszystko w życiu, tak i książki są w pewnym sensie ułomne, muszą mieć jakieś wady, muszą nie być doskonałe, bo doskonałość jest naprawdę bardzo nudna i właściwie chyba nieosiągalna. Dlatego przebrnęłam przez tego Dostojewskiego. Mówię przebrnęłam, bo szło mi dużo trudniej niż na początku, to prawda.
Ale ja zaczynam czytać Dostojewskiego, tak jak mówię, w wieku 20, 21 lat. Także te 40 lat minęło, tak bym powiedziała. I może to dlatego. Może ja się zestarzałam – bardziej ja niż Dostojewski.
[03:06:43] - Padły trzy tytuły. Podróżujmy dalej tym książkowym szlakiem. Co jeszcze poleciłabyś naszym słuchaczom jako godne przeczytania? Niektórzy powiedzą, że wysłuchania, bo teraz książki audio są niezwykle popularne.
[03:07:03] - Jeżelibym miała polecić coś takiego naprawdę z tej listy, to przede wszystkim opowiadania Iwaszkiewicza, ponieważ dobra literatura się chyba jednak nie starzeje. Iwaszkiewicz niesamowicie pięknie odzwierciedlał duszę ludzką. Tu bym gorąco poleciła zwłaszcza opowiadania. Te krótkie formy to są majstersztyki po prostu. Ja jestem rozkochana w jego opowiadaniach, często do nich wracam. Naprawdę czytanie z takim, jakby to powiedzieć, zjednoczeniem się z postaciami tu jest dla mnie bardzo, bardzo ważne. Po drugie Singer. Ja miałam taką przygodę – od „Mistrza z Lublina” po „Dwór”, „Spuściznę” – wszystko, co z Singera się w języku polskim ukazało. Do tego stopnia, że w pewnej chwili musiałam odstawić całkowicie tego autora, ponieważ zaczynałam myśleć jak jego bohaterowie. Stawałam się jakby w pewnym sensie nimi, bo w nocy śniły mi się wesela chasydzkie.
Także bardzo głęboko weszłam w ten dwór i w tą spuściznę, ale to bardzo interesująca lektura, bardzo mocna i gorąco polecam. Nie będę tutaj omawiała dlaczego, bo myślę, że to większość z nas dobrze wie, że historię należy poznać, a to jest też w pewnym sensie nasza historia, bo przecież dzieje się na terenie naszego kraju. Chasydzi to są tereny nasze, polskie, także warto tutaj zajrzeć. To polecam z całą pewnością. Polecałabym Hrabala. Hrabala niezmiennie polecam i polecać będę. To jest takie moje odkrycie. Chociaż ja zawsze mówię, że wystarczy przeczytać jedną książkę Hrabala i właściwie wiemy już wszystko, a mimo to ja bym mogła go czytać, czytać, czytać i jeszcze raz czytać.
[03:09:23] - Dobrze, ale która z książek Hrabala? Bo ta najbardziej znana, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, to prawie wszyscy wymieniają. A co wymienisz ty?
[03:09:34] - Ja wymienię „Postrzeżyny”. Ja wymienię „Wesela w domu”. Tu od razu powiem, że to jest tak ciekawie pisane, że właściwie książka jest jednym zdaniem, a jest to dosyć duża pozycja. Ja wymienię „Zbyt głośna samotność” – bardzo piękne, nieduże dzieło. „Miasteczko”, „Miasteczko, w którym zatrzymał się czas”, „Obsługiwałem angielskiego króla”. I teraz jest jeszcze taka książka, której tytuł akurat wyleciał mi z głowy. Tytuł jest fragmentem albo tytułem piosenki, a teraz mi całkiem wyleciał z głowy, a nie tak dawno sobie go właśnie przypominałam. Wszystko Hrabala, dokładnie wszystko. Przeczytałam tego naprawdę masę. Opowiadania w kilku wersjach.
Opowiadania będą dostępne na polskim rynku jeszcze w tej chwili. Wszystko, co znajdziecie Hrabala. Jest tego naprawdę dużo. A ja przeczytałam-
[03:10:56] - Jest jeszcze taka piękna książka „Żałoba”.
[03:11:00] - Tak, też. Właśnie, widzisz, tego jest dużo. Ja sobie teraz cały czas myślę nad tą piosenką, jak to było, ale sobie nie przypomnę teraz tego tytułu. Naprawdę to jest warte przeczytania. I tak jak mówię, Hrabal właściwie opisuje kilka wydarzeń w swoich książkach. Jeżeli my zaczynamy te książki czytać, to my mówimy: „Zaraz, ale już to czytałem w innej książce”. Bo on nam przedstawia te same wydarzenia z punktu widzenia kilku osób. Kto inny jest głównym bohaterem, bym powiedziała. I od razu się zmienia wszystko. I to jest dla mnie piękne, że wszystko zależy od tego, z którego miejsca my patrzymy, obserwujemy, widzimy ten świat.
To mnie urzekło w Hrabalu. Dlatego mogę czytać 100 razy o tych samych wydarzeniach w browarze, mogę czytać o jego pięknej matce, która jeździła na rowerze w małym miasteczku, nudnym, wydawałoby się do snu. Mogę czytać o tym, jak lód wydobywano z rzeki, żeby piwo można było schłodzić latem, więc oni zimą takie tafle lodu z rzeki wyrąbywano i przechowywano do lata. Bardzo ciekawe rzeczy. O motocyklach, o jego wujku Pepie. Naprawdę polecam. Wejdźcie państwo w ten klimat. Ja wiem, że jeżeli Czesi, to pierwsze co, to oczywiście jest Vojěch Švejk, który jest również moją ulubioną pozycją, którego oczywiście też bardzo lubię i szanuję. Ja mam bardzo dużo czeskich książek, które przeczytałam na swoim koncie i które mi się podobają, ale jednak ten Hrabal mnie urzeka tą swoją prostotą, bo on nie pisze. On mi po prostu opowiada, tak jakby usiadł sobie naprzeciwko mnie i mi mówił: „A wiesz?” Albo jakbyśmy siedzieli razem w tej czeskiej knajpie, gdzie ten dym papierosowy się nad nami unosi.
Każdy ma przed sobą duży kufel piwa z obfitą pianą i siedzimy sobie wolniutko, opowiadamy swoje przygody, to, co się nam przytrafiło, to, o czym marzymy, to, co kochamy. Polecam naprawdę serdecznie. To są właśnie takie opowiastki. Ja kiedyś napisałam takie opowiadanie „Ślub bez świadków”. Wiem, że nawet na antenie „Bibliotekarium” było to puszczane kiedyś. Panowie byli tak łaskawi, że się pochylili nad tym opowiadaniem. To takie opowiadanie, które napisałam właśnie po przeczytaniu jednej z opowieści Hrabala. Gdzieś tak głęboko weszłam w ten Živkov, w to życie na tym Živkowie zaraz po wojnie, że te postaci jakoś musiały przejść przez tą Pragę śladami bohaterów, nie moich przecież, ale to mnie jakoś oczyściło z tych wszystkich moich hrabalowskich naleciałości. Polecam, proszę szukać, proszę sprawdzać. Właściwie polecam wszystkie książki Hrabala.
Ja nie natrafiłam na taką, która mnie by nudziła albo którą odłożyłam i powiedziałam: „To było naprawdę bardzo słabe”.
[03:14:38] - Ja pamiętam, że czytając książkę „Obsługiwałem angielskiego króla”, byłem kilka razy autentycznie wzruszony. To jest, powiem państwu, spore osiągnięcie, żeby mnie literatura wzruszała tak po prostu, tak jak się człowiek normalnie wzrusza. Ja jednak do literatury mam podejście badawcze. Ja lubię sobie poszperać, popatrzeć, a tu niestety nie dane mi to było. Nie dostałem szansy. Hrabal mnie wciągnął i rzeczywiście wzruszył. I to tak do głębi.
[03:15:17] - A ja powiem jeszcze, nie wiem, czy wiesz, że on tego króla, „Obsługiwałem angielskiego króla” napisał w ciągu jednego miesiąca, ponieważ szedł do szpitala na operację. Bardzo bał się tej operacji i bał się tego, że nie wróci z tego szpitala, więc z tego strachu pisał bardzo szybko, żeby tę książkę skończyć przed pójściem do szpitala. I w ten sposób udało mu się w niewiarygodnie krótkim czasie napisać tak dobrą pozycję. Jeszcze co do „Obsługiwałem angielskiego króla”, jeżeli przeczytamy „Wesela w domu”, znajdziemy tam bardzo dużo tych samych postaci, podobnych wątków, podobnych opowieści, bo to jest właśnie to u Hrabala, że te wszystkie powieści się łączą w jedną całość. To jest ciągle ta sama rodzina, to samo podwórko, ta sama miejscowość i te same wydarzenia.
[03:16:17] - Krystyno, a co jeszcze? Cisnę, bo wiem, że muszę cisnąć, bo taka już moja rola, ale jednocześnie wiem, że chętnie dzielisz się swoimi literackimi fascynacjami. To daję ci szansę.
[03:16:33] - Dzielę się chętnie dlatego, że przez 17 lat pracowałam w bibliotece dziecięcej, wyobraź sobie. To nie był mój zawód wyuczony, natomiast to jest zawód, którego strasznie nie chciałam wykonywać. Bardzo się przed tym broniłam. Uważałam go za nudny, naprawdę nieciekawy. Ale kiedy zaczęłam tę pracę, miałam okazję rozmawiać z ludźmi o literaturze, robić to, co chyba lubię najbardziej. I tam też zachęcałam. Starałam się zawsze znaleźć takie pozycje, które czytelnika rozmiłują w tej literaturze. Mnie, tak na początku zacznę, zachęciło do czytania w ogóle, obcowania z książkami, promowanie literatury przez moją własną babcię. Kiedy byłam małym dzieckiem, małym, bo pierwszo-, drugoklasistką, moja babcia, która była przedwojenną nauczycielką, uwielbiała czytać. Czytała bardzo dużo.
Kiedy przyjeżdżała do nas w odwiedziny, zawsze czytała mnie i bratu książki. I proszę sobie wyobrazić, że takiemu małemu dziecku czytała „Dzieci kapitana Granta” Verne. Ktoś by powiedział: „Trochę to jest chyba nieodpowiednia lektura dla małej dziewczynki. Ja powinnam czytać o księżniczkach, o tym, że one w zamku siedzą i krzyczą: help, help, a rycerz już na koniu jedzie”. A tu proszę bardzo, „Dzieci kapitana Granta”. Smutna lektura przecież, bo te dzieci, prawdę powiedziawszy były zostawione, osierocone, szukały swojego ojca przecież. Babcia czytała nam to i ta książka bardzo dużego piętna na mnie nie wywarła, bo to było pierwsze zetknięcie z taką normalną, długą powieścią. Ja tego słuchałam zauroczona. Nie wiedziałam, że tak można opowiadać. Znaczy ja sobie w głowie takie opowieści już dawno układałam, ale nie wiedziałam, że to się zapisuje, że to w ten sposób działa i że ja mogę rozmawiać z czytelnikami po wielu latach w ten sposób.
To była moja pierwsza fascynacja literaturą i ona głęboko we mnie została. Tak głęboko, że powieliłam pomysł babci i przeczytałam „Dzieci kapitana Granta” moim dzieciom, kiedy córka chodziła do pierwszej klasy, a syn miał chyba ze cztery latka. I muszę powiedzieć, że byłam mocno zdziwiona, bo syn słuchał jak najbardziej, nie przeszkadzał, ale ja myślałam, że dziecko czteroletnie niczego z tego nie rozumie. Ale kiedy on mi powtarzał fragmenty książki i mówił, że pisze się Ben Joyce, a czyta się Arytron czy odwrotnie, to ja byłam zafascynowana i urzeczona, mówię, jednak coś z tej lektury zostaje. To było takie moje pierwsze zetknięcie z poważną literaturą, bo to była dla mnie wtedy poważna literatura i to we mnie zostało. Potem w książkach szukałam, tak jak ty, czegoś innego, czegoś, co mnie zafascynuje i między innymi już jako dorosła, powiedzmy sobie, studentka odnalazłam, trafiłam na książkę „Tańczący jastrząb” Kawalca, który już wtedy był troszeczkę po macoszemu traktowany. Mnie urzekła melodyjność jego prozy. Może te sprawy wiejskie, może te sprawy przemian, może te sprawy partyjne i tak dalej, tego starania się o sukces, tej niemożności ułożenia sobie życia w nowych warunkach. To mnie wtedy tak nie fascynowało. Mnie fascynowała ta powtarzalność, ta melodyjność i ty, Michale, już nie pamiętam, Zadrożny, prawda, z „Chłopa”, który wyszedłeś z tej chałupy i potem piąłeś się i tak dalej, to mnie strasznie fascynowało.
Nie to, co jest napisane, tylko w jaki sposób jest napisane. I ta książka ma dla mnie do dzisiaj bardzo duże znaczenie. Nie wszyscy lubią tego typu pisarstwo. Niektórzy mówią, że to nie jest interesujące, że to nie tak. Do mnie to dotarło i ja to bardzo lubiłam. W troszeczkę późniejszych latach zaczęłam czytać Doktorowa. W późniejszych, bo później się ukazał, gdzieś w latach 80. zaczął się u nas Doktorow ukazywać. Zaczęłam od „Witajcie w trudnych czasach”. Potem przeszłam-
[03:21:28] - Przepraszam, przerwę ci, bo jesteś drugą autorką, która to nazwisko wymienia. Wczoraj rozmawiałem z Bruno Kadyną i on właśnie tę powieść „Witajcie w ciężkich czasach” przywołał. To była jego fascynacja literacka, więc widzę, że Doktorow to jest pisarz w dalszym ciągu czytany, a w dodatku poważany. Ale oddaję tobie głos.
[03:22:01] - To, że Bruno wymienił Doktorowa, wcale się nie dziwię, że tak powiem, bo to są jego klimaty, jak najbardziej. Jeżeli chodzi o „Witajcie w trudnych czasach” czy „ciężkich czasach”, to zależy od tłumaczenia, to też był film na podstawie, w motywach tej książki nakręcony, ale jak zwykle film u mnie przegrywał z literaturą. „Ragtime”, polecam „Ragtime” Doktorowa. To piękna powieść, też bardzo interesująco rozpisana, ponieważ tam się te wątki nam przekładają, one się nam mieszają. To jest taki właśnie, tak jak w „Ragtime”, powtarzalność tych samych fraz, prawda? I tam to właśnie też wchodzi, taka opowieść jakby ciągła. Bardzo ciekawie skonstruowany ten „Ragtime” i sama opowieść bardzo piękna. Piękna opowieść, w sensie piękna, nie mam na myśli, że ona jest wzruszająca, po prostu to jest dobra opowieść. Mnie natomiast najbardziej Billy Begg, Beggert – nie umiem tego przeczytać po angielsku poprawnie – najbardziej zafascynował, dlatego, że to jest opowieść o młodym chłopcu, który chce się dostać do gangu. Gangu, który cieszy się już bardzo złą sławą.
Udaje się mu to. To są lata 30. Udaje się mu to i to jest opowieść o tym, co on w tym gangu zastał. Może nie jak był traktowany, ale jakie były tam stosunki między poszczególnymi członkami gangu, co kto robił, jak się zachowywał, w jaki sposób ludzie jedni uzależniali drugich od siebie, jak trudno było potem z tej machiny się wydostać. Ale mnie fascynowało spojrzenie młodego człowieka na to wszystko. Bardzo lubię „Jezioro Nurów” Doktorowa. To z kolei jest bardziej spokojna opowieść o mężczyźnie, kobiecie. Również gorąco polecam. I „Wystawa światowa” to też jest interesujące. „Rezerwuar” to opowiadania.
Jest tych książek sporo. Ja je przeczytałam i wszystkie lubię, bo lubię styl Doktorowa. Ja czytam zazwyczaj te książki, których styl mi odpowiada. A jak już mówiliśmy o Bruno Kadynie, to w takim razie powiedzmy o „Wodnikowym wzgórzu”, prawda? Myślę, że „Wodnikowe wzgórze” nie jest książką całkiem nieznaną. Ono od wielu lat przewija się wśród literackich fascynacji wielu osób. Książka jest dziwna, ja bym powiedziała. Ja, zaczynając ją czytać, zupełnie nie wiedziałam, czego się mogę spodziewać.
[03:25:04] - Tak, bo jakby mi ktoś powiedział, że będę się fascynował książką, będę przeżywał książkę, której głównymi bohaterami są króliki, to bym mu nie uwierzył. Ale jak już przeczytałem, to wiem, że miałby rację.
[03:25:23] - Tak. I mnie w tej książce wiesz co urzekło? To, że tu nie ma takiej typowej personifikacji. Tu nie ma takiego typowego narzucenia, że ten królik to jest tylko alegoria, że my musimy te króliki jakoś swoją miarą rozbierać. Te króliki zostały królikami od początku do końca. One cały czas kicały w mojej głowie. Ja cały czas widziałam króliki. Nie widziałam ludzi, czytając tą książkę. Czyli nie było tego przeniesienia, takiego prostego, jak to często w tego typu książkach bywa, bo to nie jest pierwsza książka, która się pojawiła na rynku, gdzie przedstawia się losy zwierząt, prawda? Ale my, czytając potem takie dzieło, myślimy sobie: „No tak, ale te zwierzęta to tak jak my”.
A te w „Wodnikowym wzgórzu” niekoniecznie. I to mnie w tej książce urzekło, że króliki pozostały królikami i fascynowały mnie dalej. Ja zaakceptowałam ich życie. Ja wcale nie chciałam ich przenosić do mojego świata. Podobało mi się, że żyją pod ziemią, że mają swoje ścieżki, że mają swoje mieszkania, swoje domy, że mają swoje problemy. To mi się w nich podobało. I że mają też swoje charaktery, bo zwierzęta tak jak my mają swoje charaktery. To każdy powie, kto ma psa, kota lub jakiekolwiek inne zwierzę i obserwuje go, to mówi: „Ten ma charakterek” albo „Ten to całkiem jest bez charakteru”. Dlaczego mówię o Bruno przy tej książce? Dlatego, że Bruno pokusił się o przedstawienie podobnej historii w swoim „Kocurze”, która również bardzo ciekawie wyszła.
Ja uważam, że to jest bardzo udana próba, bardzo ciekawa i gorąco zachęcam wszystkich szukających prezentu na święta. Może niekoniecznie kociarzy, chociaż tytuł nosi „Kocur” ta książka, ale powiedzmy sobie, jest tu jednak walka o byt, a nam się kotki raczej z takimi miłymi zwierzątkami kojarzą, co to przyjdzie i się przytuli. Tu te koty jednak mają też swoje charaktery. Także jeżeli byście chcieli mocną książkę o kotach, polecam „Kocura” Bruno Nadyny.
[03:27:40] - W spisie, który dostałem jest jeszcze jedna książka, z którą mnie łączą fajne wakacyjne wspomnienia. Książka, która z jednej strony jest lekka, jest rodzajem kryminału, ale takiego specyficznego. To ja już kończę. Teraz mówisz ty.
[03:28:03] - Tak. Ja lubię ciężkie książki, trudne książki. Ja tu nie wspominam o takich książkach jak „Mistrz i Małgorzata” czy bardzo interesująca, jakby ktoś dotarł do tego, „Czarny mag”. To jest taka książka, która powstała z tych fragmentów „Mistrza i Małgorzaty”, które nie weszły do książki, bo jak wiemy, zmian, jakie dokonywał autor, było strasznie dużo i tam jest cały opis tego wszystkiego. „Czarnego maga” polecam. Lubię takie książki typu „Paragraf 22”, gdzie jest jednak trudna sytuacja. Tu natomiast czasem potrzeba mi jest takiego spokoju, takiego oderwania się, jak ja się tak naczytam tego „Grona gniewu”, jak ja już przejdę przez te wszystkie najgorsze rzeczy, tego tatę i innych buszujących w zbożu i tak dalej, wojaczków, niewojaczków. To ja potrzebuję jakiejś odskoczni. I tu mówisz, że książka, którą ja chcę polecić, tobie kojarzy się z latem. Mi również, ponieważ pierwszy raz usłyszałam o Joannie Chmielewskiej właśnie leżąc na plaży w „Lecie z radiem”.
To było lato, żebym znowu nie skłamała, początek może lat 70. I tam w tym radio, w „Lecie z radiem” puszczana była powieść taka właśnie w odcinkach, co na tamte czasy też raczej nie było stosowane.
[03:29:34] - Pamiętam, pamiętam, to był „Lesio” w „Lecie z radiem”, o ile dobrze-
[03:29:38] - A to „Lesio” był potem. Na początku pierwsze były „Studnie przodków”, bo ja to bardzo pamiętam. „Lesio” potem też leciał, bo to im się sprawdziło. I ja, młoda dziewczyna, leżąc na plaży, codziennie czekałam na tą godzinę, dajmy na to 11:30, bo będzie 10 minut czytania tych właśnie „Studni przodków”. To mnie bawiło, bo to było rzeczywiście, jak na tamte czasy niezwykle ożywcze. Książka dowcipna, książka prawie kryminalna. Jakoś się w tamtej, że tak powiem, epoce nie mieściła w kanonach. Chmielewska tu, można powiedzieć, przekroczyła pewne granice i znalazła na to swojego odbiorcę. Okazało się, że bardzo szybko stała się jedną z najpopularniejszych, najbardziej poczytnych polskich pisarek. Ja potem czytałam Chmielewską, właściwie wszystko, co się ukazywało do pewnego czasu.
Dokładnie, łącznie nawet z autobiografiami. Potem w czterech chyba tomach bodajże wyszły. Subskrybowałam je nawet przecież, bo to były takie czasy. To nie można było iść i kupić książki normalnie w księgarni, trzeba było sobie ją zarezerwować. Ale jeżeli chodzi o Chmielewską, to muszę powiedzieć, że ja czytałam też, bo ona miała na początku trzy swoje główne tematy, właściwie głównych bohaterów. Jedni to byli ci z tych „Studni przodków”. Potem była ta właśnie praca, czyli ten „Lesio”, a potem jeszcze były dzieci. Miała Janeczkę i Pawełka i o nich też pisała. A, i jeszcze była Tereska i Okrętka. O, te dwie takie.
Ja pamiętam taką sytuację, że kiedy leżałam w klinice wrocławskiej, czekając na dosyć poważny zabieg związany z sercem, to wiadomo, że wzięłam sobie do czytania właśnie Chmielewską. I to były te książki z Tereską i Okrętką wtedy. „Większy kawałek świata”, a ta druga już nawet nie pamiętam tytułu. W każdym razie lekarze na dyżurach przychodzili, podobno pani ma Chmielewską dwie książki, to jednej pani pewnie dzisiaj nie będzie czytała. No i brali sobie na dyżury i czytali, bo to właściwie taka powieść odprężająca. Potem przynosili to rano i dziękowali, że owszem, bardzo się podobała. Polecam „Studnię przodków”, polecam „Lesia”, polecam „Wszystko czerwone”, te starsze, bo tych nowszych nie czytałam. Trudno mi jest nawet powiedzieć, jak sobie dalej Chmielewska radziła, ponieważ od jakiegoś czasu miałam już taki natłok literatury do przeczytania, że już po tą Chmielewską rzadko sięgałam. Ale jak mówimy o książkach zabawnych, to ja z kolei polecę, bo mówimy o polecajkach, polecę całą serię „Ostatnich arystokratek” Ewżena Boczka, bo to jest właśnie też lektura podobnego typu. To są książki, które rozbawią, bym powiedziała, najbardziej ponurego człowieka.
Polecam bardzo serdecznie jednego i drugiego autora Ewżena Boczka i Joannę Chmielewską.
[03:33:18] - Krystyno, ponieważ mamy cię dzisiaj tutaj na antenie, to nie mogę nie zapytać, co się dzieje w literackim warsztacie Krystyny Śmigielskiej.
[03:33:35] - Ja powiem szczerze, właściwie dzieje się chyba niewiele, wiesz. Odkąd zajęłam się bardziej promowaniem twórczości innych artystów, jakoś mam coraz mniej czasu na zajmowanie się swoją własną literaturą. Chociaż muszę powiedzieć, że mam dwa bardzo ciekawe projekty. Chciałabym, żeby udało mi się je skończyć, ale mam pewne wątpliwości. Mam książkę, która jest prawie skończona. Brakuje mi do niej naprawdę niewiele, powiedzmy sobie kilku stron, żeby to jakoś wszystko zakończyć. Jest to opowieść tylko taka na dzisiejsze czasy trochę dziwna, bo ja bym ją nazwała spokojna. Chociaż może nie mówi o błahych rzeczach. Mówi o spotkaniu ojca i syna po 20 latach. Wyobraź sobie, Marku, że po 20 latach spotykasz człowieka, który ci bardzo kogoś przypomina i nie masz zielonego pojęcia kogo.
Ale ty znasz te ruchy, ten głos taki podobny. Kogo on ci może przypominać? I męczysz się z tym, bo nie wiesz. Ale kiedy zaczynasz się pytać, skąd ten człowiek młody pochodzi i co się właściwie z nim dzieje, i kiedy ten młody człowiek przynosi twoją pracę sprzed 20 lat Którą chciałeś zabłysnąć na studiach, a której nie miałeś odwagi pokazać, a on ma. Wtedy zaczyna się okazywać, że może on ma jakiś związek z tobą. W końcu stajesz przed lustrem i nie wiesz, kogo widzisz, czy tego młodego człowieka, czy siebie. To jest takie spotkanie dwóch mężczyzn. I co się dalej wydarzy? Pan doktor literatury traci pracę przez pracę napisaną 20 lat temu, której sam nie pokazał, a syn mu zostaje. Kiedyś mój doktor literatury staropolskiej opowiadał historię, że ktoś im napisał pracę o takim poecie, o którym oni nie słyszeli i mieli wielką zagwozdkę.
I sprawa nie była wcale prosta. To była magisterka na temat człowieka, o którym oni nie wiedzieli, ale czy on istniał, czy nie istniał? Więc zaczęła się podobno na całym wydziale niezła jatka , bo szukano jakichś śladów. I ja sobie oparłam mniej więcej na tym motywie swoją opowieść. Ale czy uda mi się ją skończyć i czy będzie interesująca?
[03:36:41] - A opowieść nosi tytuł?
[03:36:45] - I to jest właśnie najgorsze. To jest pierwsza moja książka, czternasta z moich tekstów, dla której ja nie mogę znaleźć tytułu. Nie potrafię jej zamknąć w tym tytule. Ja przeważnie mam tytuł i do tytułu często piszę. Albo ten tytuł jest dla mnie oczywisty, tak jak na przykład w „Pokurczu", prawda? On był dla mnie oczywisty, on w pewnej chwili wpadł i to już było pewne. To musi się tak nazywać i jeżeli się tak nie będzie nazywało, to trudno, ta książka się nigdy nie ukaże. A tu nie mam tego tytułu. Brakuje mi i szukam, i myślę. Może gdybym ten tytuł znalazła już, to by to wszystko szybciej ruszyło z kopyta.
Zobaczymy. Ale mam dwa jeszcze bardzo ciekawe projekty, bardzo ciekawie wymyślone fabuły. Dla mnie ciekawie, bo ja lubię się bawić swoją fabułą i tak sobie myślę, że to by była taka też interesująca zabawa. To tyle może o mnie. Ja jeszcze tylko chciałam powiedzieć, że oprócz tych książek, które tu omówiliśmy, oczywiście przeczytałam wiele i jeżeli miałabym coś polecać, to ja dalej bym powiedziała, że warto czytać Nałkowską, warto czytać Dickensa, warto czytać Hemingwaya, Remarque'a. To są postaci znane i może troszeczkę już ograne. Ale wracajmy, bo nie wszystkie książki się starzeją, nie wszyscy autorzy powinni odchodzić w niepamięć. A jeżeli chodzi o poezję, bo przecież to też jest literatura, ja zawsze nie rozdzielam literatury na poezję, dramat i prozę. Ja powiem, że dla mnie duże znaczenie miała Szymborska, ponieważ ona, tak powiem, przyszła do szkoły wtedy, kiedy ja do szkół. Bo wiadomo, wcześniej w szkołach jakoś nie omawiano wierszy Szymborskiej, ale jak ja chodziłam tak gdzieś do siódmej, ósmej klasy, Szymborska trafiła do tych szkół.
I ona ze mną tą szkołę, że tak powiem, przechodziła. Dzięki niej wygrywałam kiedyś konkursy recytatorskie, także była moją taką ulubioną poetką, bo to było wtedy nowe odkrycie. Ale poetą, który największy miał wpływ na mnie jako na człowieka, to był Władysław Broniewski. I tu nie mówię o wierszach rewolucyjnych, tych partyjnych i tak dalej. Chodzi mi tylko i wyłącznie o jego liryki i to te miłosne, te liryki związane z utratą córki. Te liryki w ogóle takie, które pisał o życiu, o swoim istnieniu. To bardzo ciekawy był poeta. Potem pojawił się Bursa, pojawił się Wojaczek. Mówiłam tu już, że lekarze pożyczali ode mnie książki, ale było też tak, że lekarze przychodzili i zabierali mi książki, między innymi właśnie Wojaczka. Byłam przed zabiegiem i przyszedł lekarz i powiedział, że przeprasza, ale on to rekwiruje, bo jak ja czytam tego Wojaczka, to mi tętno skacze, więc nie wolno i koniec.
Bo tam rzeczywiście krwi, wnętrzności, wiele takich trudnych tematów on lubił poruszać. Na szpitalnym łóżku Wojaczka nie polecam. Polecam też dramaty, bo dla mnie duże znaczenie ma teatr. Ja uwielbiam teatr. I tu znowu jest takie może zaskoczenie, bo ja powiem o „Zemście" Fredry. Ja ją znam na pamięć, dlaczego nie? Natomiast ta „Zemsta" miała dla mnie niezwykłe znaczenie. Zawsze uwielbiam to, ten cały nastrój, tą całą fasadę, te intrygi. To jest piękne. Po prostu na „Zemstę" mogę patrzeć godzinami, tak jak na „Moralność pani Dulskiej".
Ale lubiłam też takie dramaty na przykład jak „Dom kobiet" Nałkowskiej czy „Dzika kaczka", „Dom lalek", i oczywiście Gogol, „Ożenek", „Rewizor". Chociaż Czechowa również bardzo lubię, to już poważniejszy, taki naprawdę bardziej bym powiedziała psychologiczny. I w ten sposób ta cała moja literacka namiętność się w tych dziełach odbijała, krążyła całe życie. A przede wszystkim ja osobiście staram się znaleźć w książce ciekawy portret psychologiczny człowieka. Mnie właściwie intryga jako intryga mniej interesuje w powieści. Ja nawet ją bym w pewnym sensie czasem, chwilami w ogóle odrzucała. Mnie interesuje, jak człowiek na to patrzy. Dlatego to lubię u Hrabala, bo ja nie muszę śledzić tej intrygi, bo ja ją znam z pierwszej książki. Nie muszę się martwić, że coś przegapię, bo wiem, co tam będzie się dalej działo. Ale mogę teraz obejrzeć innego bohatera gdzieś z jego środka, z jego wnętrza, spojrzeć na świat jego oczami.
I to mnie fascynuje, że ja się zmieniam w innego człowieka. Zmieniają się moje poglądy, zmienia się moje patrzenie na rzeczywistość. A potem, jak książka się kończy, mogę się zastanowić i pomyśleć, co ja bym zrobiła w danej sytuacji. Bo mi się wydaje, że książki to są jakby takie przewodniki po życiu. Szymborska powiedziała: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. I ja czytając książki zastanawiam się, jak bym ja się zachowała, gdybym została tak sprawdzona jak bohaterowie tych książek, które przeczytałam. I chciałabym, żeby ludzie tak myśleli po przeczytaniu moich książek. Odradzam może właśnie czytanie „Grona gniewów” w tej chwili. „Gron gniewu” – to się chyba powinno w ten sposób odmienić, bo to jest bardzo trudna lektura o strasznym kryzysie. To może przed tymi świętami nie czytajcie, to lepiej po Chmielewską proszę sięgnąć albo po Boczka, bo to jest bardzo cudowna literatura, wspaniała, ale to bardzo trudne i mocne przeżycie.
Także to odradzam. Jeżeli mogę odradzać. Mogę odradzać, Marku?
[03:43:43] - Jak najbardziej. A ja ci pięknie dziękuję, bo kiedy mówiłaś o teatrze, stanęła mi przed oczyma Anna Polony odgrywająca rolę w „Moralności pani Dulskiej”. Znakomicie, brawurowo zagrane. Chyba sobie będę musiał gdzieś w internecie wyszperać to przedstawienie. Zostałem zachęcony właśnie przez ciebie. Pięknie ci w takim razie za te wszystkie polecanki dziękuję. Myślę, że chociaż odwoływałaś się do literatury, którą teoretycznie wszyscy powinni znać, to założę się, że spora część naszych słuchaczy dopiero sięgnie po te książki i mam nadzieję, że to się spełni i że to będzie twoja wielka zasługa.
[03:44:38] - Byłoby mi miło, żeby chociaż jedna książka dotarła do jednego czytelnika. Zawsze mówię: każdy czytelnik na wagę złota, obojętnie czy mojej, czy innej książki. Bo w dzisiejszych czasach, kiedy ćwiczymy ciało, kiedy mamy kult ciała bardzo wysoko postawiony i wszystko musi być w tym ciele idealnie, my zapominamy całkowicie o naszej głowie, proszę państwa. Mamy czas w święta, poćwiczmy swoje umysły. Czytanie to jest jedyne dobre ćwiczenie, które pozwala nam się rozwijać. Rozwijajmy się, będzie nam wtedy łatwiej żyć.
[03:45:16] - Jeszcze raz pięknie dziękuję i do zobaczenia, do usłyszenia.
[03:45:21] - Dziękuję bardzo. Było mi bardzo miło. Do widzenia.
[03:45:29] - Proszę państwa, czas na kolejny stały punkt programu, a mianowicie na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj mamy zabieg, który już był przynajmniej raz stosowany przez Mirka, a mianowicie zestawienie dwóch książek. I to książek, które mogą na początku wzbudzić grymas niezadowolenia. Bo co zestawia Mirek Gołuński? „Lalkę” Bolesława Prusa. Niektórzy mówią: „Ue, lektura szkolna, w ogóle nie słucham”. I zestawia tę książkę z powieścią Henry Jamesa „Amerykanin”. I wierzcie mi państwo, jeśli nawet nie lubicie „Lalki” – ja ją bardzo lubię – to nowe spojrzenie, które prezentuje Mirek Gołuński, może wyciągnie dla państwa pewne nowe wartości z tej powieści. Może nie będzie ona aż tak nudna, jak się niektórym z państwa wydaje, a stanie się w jakiś sposób taką powieścią, którą można poznać na nowo. Zapraszam zatem.
Mirosław Gołuński.
[03:47:09] - Dzień dobry albo dobry wieczór, nie wiadomo, kiedy państwo to odsłuchujecie. Zapraszam państwa do kolejnego odcinka mojego książkowego labiryntu. Dzisiaj chciałbym państwa zaprosić na inny poziom i w trochę inne korytarze labiryntu, przez które od ładnych już kilku tygodni się wspólnie przedzieramy, bo O czym pewnie dotąd nie zdążyłem powiedzieć, labirynty książkowe są wielopiętrowe. Kolejne piętra to mogą być kolejne epoki, kolejne style, a kolejne w nich korytarze to kolejne kraje, z których pochodzą pisarze, kolejne przenosiny, porównania. Dzisiaj właśnie chciałbym zabrać państwa w dosyć niezwykłą podróż. Będę starał się by państwa nie zanudzać. Będziemy przebijali się przez te struktury korytarzowe za każdym razem troszeczkę inaczej. Dzisiaj będziemy mieli do czynienia z podwójną książką, a dokładniej z dwiema książkami, które powstały niemal w tym samym czasie. Dzieli je zaledwie dekada, ale za to należą do zupełnie różnych literatur i jedną z nich świetnie państwo znacie. To „Lalka” Bolesława Prusa.
Jednak o wiele mniej znaną w Polsce jest powieść Henry Jamesa „Amerykanie”. Nie chcę państwa zanudzać opowieścią o tych książkach, dlatego dziś zaproponuję państwu coś z działki, którą zajmuję się na co dzień. A mianowicie chciałbym spróbować te dwie powieści ze sobą porównać. Porównuję je dlatego, że mają bardzo wiele wspólnych elementów i myślę, że przekonam państwa, że dzięki powieści Jamesa inaczej, być może lepiej możemy zrozumieć również niektóre aspekty powieści polskiego literata. Dlaczego tak jest? Dlatego, że z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć, że Bolesław Prus korzystał z tego, co mu podrzucił Henry James. Powieść amerykańskiego pisarza powstała niemal dokładnie dekadę wcześniej niż „Lalka”. „Amerykanin” pierwotnie ukazał się w latach 1876-1877, a „Lalka” 87-89. Oczywiście w polskiej prasie. Co ciekawe, co dla mnie interesujące, po raz pierwszy po polsku powieść Jamesa ukazała się już w latach osiemdziesiątych XIX wieku.
Potem była długa przerwa i właściwie wznowiono ją dopiero całkiem niedawno, bo w latach dwutysięcznych. Dzisiaj chciałbym państwu zarysować fabuły. Myślę, że mogę tutaj troszeczkę podejść do tych powieści inaczej, ponieważ myślę, że „Lalka” jest państwu znana ze szkolnej recepcji, więc jeżeli będę się odwoływał do różnych momentów w tej powieści, myślę, że państwo nie będziecie bardzo zdziwieni ani rozczarowani. Będę natomiast starał się nieco mniej może mówić o fabule powieści „Amerykanin”, chociaż oczywiście pewnych elementów uniknąć się nie da. Właściwie chciałbym omówić dwa takie podstawowe elementy w tej powieści, które składają się tak naprawdę na historię. Czyli tak naprawdę będę mówił o miłości kupca do... No właśnie, do kogo? Zacznijmy jednak od początku. Jeżeli porównamy historię kupieckich karier Stanisława Wokulskiego i głównego bohatera powieści Jamesa Christophera Newmana, już państwo widzicie Christopher, oczywiście na cześć Kolumba. Newman, czyli nowy człowiek.
To już państwo widzicie, że ta powieść jest bardzo znacząca dla Amerykanów. Dlaczego są podobne? Ano bo wyglądają mniej więcej tak: biedne dzieciństwo, konieczność czystego zadbania o własny byt na najbardziej podstawowym poziomie. Przypominam, że Wokulski, by studiować, musiał pracować w winiarni. Natomiast Christopher Newman pracował każdego dnia, bo jako dwunastolatek znalazł się bezpośrednio na ulicy. Obaj biorą również udział w wojnie po stronie przegranych. Wokulski prawdopodobnie brał udział w powstaniu styczniowym, natomiast Newman brał udział w wojnie amerykańskiej Północ-Południe, ale po stronie konfederatów. Z wojny tej obaj wychodzą pozbawieni złudzeń i pieniędzy. Obaj również mozolnie dorabiają się majątku. Ożenek Wokulskiego, późniejsze jego interesy robione w czasie wojny i nastawienie wyłącznie na zarabianie pieniędzy.
I Newman, który nic innego nie robi, tylko zarabia. Handlował czym się dało. Od bali do skór. Nie było dla niego żadnych barier. Obaj wreszcie dochodzą do poczucia zamożności. Newman jest wręcz bogaty. Bardzo bogaty, chociaż oczywiście Wokulski jak na polskie warunki również biedny nie jest. I wtedy nachodzi obu chęć zaspokojenia własnych potrzeb. Obaj chcą się ożenić w cudzysłowie odpowiednią kobietą. Obaj panowie lokują swoje uczucia w młodszych od siebie, mniej więcej dwudziestosiedmioletnich kobietach z arystokratycznych domów.
Naprawdę bohaterka Jamesa, wybranka Newmana również ma 27 lat i nazywa się de Cinq. Pochodzi z rodziny magnackiej, francuskiej tym razem. Warto też dodać, że zaloty obu panów skończą się niepowodzeniem, ale to będę jeszcze o tym mówił. W każdym razie Amerykanin, oczywiście zgodnie z protestancką etyką, nie popełni samobójstwa. Jak więc państwo widzicie, fabuła życiorysowa obu kupców, przy wszystkich różnicach wynikających właśnie bardziej z pochodzenia obu bohaterów, no i oczywiście tego, że obaj żyli w innych światach, jest bardzo, ale to bardzo zbliżona. Dlaczego więc? Już to chyba nam wskazuje, że warto na to zwrócić uwagę. Ja tym razem chcę państwu powiedzieć o takim głębszym rozumieniu tych powieści. Bo co się stanie, jeżeli przyjrzymy się pozycji obu bohaterów, Wokulskiego i Newmana w społeczeństwie, ich społeczeństwie? Zacznijmy od Wokulskiego.
Wokulski dzięki zamożności wyodrębnia się ze społeczeństwa. To powoduje, że właściwie staje poza społeczeństwem. Nie chcą go już przyjąć jego dawni znajomi, drobnomieszczanie, kupcy ze sfery warszawskiej. Niemcy, Żydzi, różnie. Ale również nie jest on w stanie przebić się do grupy arystokratycznej, do której oczywiście stara się włączyć. Macie państwo całą jego opowieść o jakoby utraconym szlachectwie ojca, które ojciec starał się odzyskać. Stara się odzyskać również Wokulski. Wokulski również zaczyna bywać na salonach, bo jest dostatecznie bogaty, bo wnosi tam te elementy szlacheckie. Dlaczego jest negatywnie postrzegany? Dlatego, że zrobił gwałtowną karierę.
Nie łudźmy się. Już w początkowych fragmentach powieści słynni królowie tego poziomu społecznego, czyli drobnych handlarzy i kupców, rozmawiają o jego nagłej karierze. O tym, że zostawił sklep na opatrzności boskiej, a sam wyruszył. Oczywiście przypominają, że z gotówką odziedziczoną po żonie pojechał na turecką wojnę robić majątek. Zrobił go, ale zrobił go według tych ludzi w sposób absolutnie nieuczciwy. Lepiej byłoby mu się przecież ożenić z dobrą, uczciwą panienką. I właściwie po co on to wszystko robi? Ale podobnie traktuje się go na salonach magnaterii. Tam jest parweniuszem, bo chce być znowu bogaty. Chce wtargnąć do tej grupy, a ta grupa tego nie lubi.
W rozmowach, które możemy usłyszeć za jego plecami oczywiście, padają stwierdzenia, które sugerują, że albo jest jakimś nieślubnym dzieckiem prezesowej Zasławskiej. Przypominam państwu, chodziło o to, że prezesowa podkochiwała się w wuju naszego Wokulskiego. W każdym razie pojawiają się różnego rodzaju sugestie, które wskazują na to, że jego droga do bogactwa była co najmniej nieetyczna, a to, że w ogóle pęta się wśród nich, jest absolutnie nie do pomyślenia. Tak więc wzbogacony kupiec Stanisław Wokulski zostaje odrzucony przez polskie społeczeństwo. O tym jest tak naprawdę pierwszy tom powieści. Przypominam państwu o tym, bo rzadko nad tym się zastanawiamy. Rzadko zastanawiamy się nad tym, że Wokulski jest samotny. Nie na sposób romantyczny, nie z wyboru, jak czasami nam się to tłumaczy bardzo niesłusznie w szkole. On jest samotny, ponieważ został odtrącony ze względu na to, że stał się bogaty. Zwróćcie państwo uwagę, to jest bardzo polskie.
Myślę, że tutaj Prus uchwycił jedną z bardzo ważnych cech, naszych cech narodowych. Jesteśmy zawistni. Uważamy tak bardzo staroświecko, że powinniśmy zajmować swoje miejsce w szeregu, a jeżeli ktoś przekracza granice wyznaczone mu przez los, to właściwie trzeba go odtrącić, bo jest nie swój. A jak to wyglądało u Newmana? Zapytacie państwo bardzo słusznie. Otóż u Newmana wygląda to zupełnie inaczej. Jedynym celem Newmana było bogacenie się. Doszedł on bowiem do wniosku, że zawsze zdany jest wyłącznie na siebie i sam powinien zdobyć klucz do fortuny. Musi korzystać z każdej nadarzającej się sposobności, z której należy wyrwać jak najwięcej i najlepiej. Ta idea całkowicie przysłoniła mu horyzont i zaprzątała całą wyobraźnię.
Życie było dla niego zwykłą grą, na którą wysoko postawił. To minimalnie tylko zmieniony cytat z pierwszych stron powieści „Amerykanin”. Zobaczcie państwo, jak to inaczej wygląda. Newman niczego nie musi uzasadniać. Newman chce być bogaty, bo chce być bogaty i kompletnie się nad tym nie zastanawia. Czy to jest etyczne, czy nieetyczne? On dąży do bogactwa zgodnie z tym amerykańskim self-made manem. Zwróćcie państwo uwagę, że pamiętacie państwo, Wokulski jęczy. Wokulski tak naprawdę bogaci się po to, żeby przestać być tym, kim jest. Podczas gdy działający zgodnie z etyką amerykańskich i nie tylko amerykańskich protestantów Newman chce być bogaty, bo ma na to ochotę, bo dzięki temu zdobędzie szacunek w społeczeństwie.
Widzicie państwo tą różnicę? Dlatego opowiadam wam o tych dwóch powieściach, bo porównanie ich dopiero wiele nam mówi o tym, kim jesteśmy, jak bardzo różnimy się od tego wyobrażonego snu o Ameryce. Podobnie jest z miłością. Tym razem tak dla równowagi zacznę od tego, co państwo znacie słabiej, by później na tle tego móc sprawnie opowiedzieć o miłości Wokulskiego do Izabeli. Myślę, że również ze strony, na którą państwo dotąd nie zwracaliście uwagi. Newman przybywa, by się ożenić do Paryża. Wymyślił sobie bowiem, że nie chce mieć za żonę Amerykankę, chce mieć za żonę Francuzkę. Już na samym początku w rozmowie z przyjaciółką czy znajomą Amerykanką, która mieszka w Paryżu i stanie się swatką, mówi tak: „Chciałbym wszystko załatwić w dobrym stylu. Nie chcę popełnić błędu i pragnę odnieść pełny sukces. Muszę dokonać właściwego wyboru.
Moja żona musi być kimś wspaniałym”. Zobaczcie państwo, nawet miłość traktuje jak kapitalista. On chce odnieść sukces. On wie, że jego żona będzie kimś wspaniałym. Jego spojrzenie, zresztą dzięki pani Tristram, o której wspomniałem, pada na panią de Sintres. Panią, gdyż jest ona wdową Ponieważ została wydana za mąż niezbyt szczęśliwie, gdy miała zaledwie 18 lat. W tej chwili, jak przypominam, ma 27, jest wdową, należy do arystokracji i Newman nie zastanawia się, nie próbuje tak jak Wokulski, o czym państwo pewnie świetnie pamiętacie. Nie próbuje się wpraszać w łask. Nie. On tam po prostu wchodzi.
Co więcej, on słabo zna francuski, więc rozmowy jego z matką wybranki, bo tak się złożyło, że w tej rodzinie nie żyje ojciec. Pamiętacie państwo, że z kolei Izabelę wychowywał pan Tomasz Łęcki. Natomiast pani de Sintre nie ma ojca, żyje tylko matka. I aż muszę przytoczyć rozmowę między nimi, między nią, czyli matką pani de Sintre i Newmanem. „Czy będzie pani przychylna małżeństwu z pani córką? Czy będę przychylna? Madame Beauregard” — bo tak się nazywała z domu pani de Sintre — patrzyła na niego przez chwilę, a potem potrząsnęła głową. „Nie. Może będzie pani mogła mnie tolerować. Może pozwoli pani, żeby sprawy toczyły się własnym torem.
Pani zdaje sobie sprawę, o co prosi. Jestem bardzo dumną i wścibską, starą kobietą. No cóż, a ja jestem bardzo bogaty — odpowiedział Newman. Jak bardzo? Newman podał okrągłą cyfrę, która zabrzmiała tak wspaniale, jak wspaniale może brzmieć ilość dolarów w przeliczeniu na franki”. Widzicie państwo siłę Newmana? Newman się rozpycha. Newman przybywa do domu panny młodej, bo chce się z nią ożenić, mimo że on oczywiście w rozmowach z panią de Sintre deklaruje uczucia. Na swój sposób można powiedzieć, że on ją jakoś tam zaczyna kochać, bo on deklaruje, że ona podejmie ostateczną decyzję, to jako kupiec stawia się nad innymi konkurentami na rynku matrymonialnym, bo ma kasę, bo jest po prostu obrzydliwie bogaty. Jest tym nowym człowiekiem.
W ten sposób James dopełnia jego obrazu. Zdobywanie bogactwa uczy go również znajomości, jak i korzystania z sił, z mocy niemal metafizycznej, która w pieniądzu tkwi i w bogactwie oczywiście. W pewnym sensie staje się siłą Newmana. Ostatecznie Newman przegra, bo rodzina panny de Sintre zechce ją wydać za mąż. Czy się uda, to już zostawiam państwu lekturze. Za innego kandydata, który był lepszy, bo co prawda nie był tak bardzo bogaty, chociaż nie był też biedny, ale miał lepsze urodzenie, bo był brytyjskim arystokratą. Jak na tym tle wyglądają miłosne perypetie Wokulskiego, to oczywiście chyba zdają sobie państwo sprawę. Ale dla przypomnienia, w końcu część z państwa pewnie do szkoły chodziła już dawno temu. Ja bym tu zwrócił uwagę na moment pierwszego spotkania Stanisława i Izabeli. Pamiętacie państwo?
To był teatr. Oni spotkali się w teatrze. Wokulski sam siebie umieszcza w opowieści w ten sposób komediowej, ale ona kończy się tragicznie, jak wszyscy wiemy. Dowcip polega na tym, że od początku on jest na dole w tym teatrze już, a ona należy do elity, więc ma wynajętą lożę wysoko u góry. Tam się widzą po raz pierwszy i tam z zupełnie niezrozumiałych powodów Wokulski się w niej zakochuje. Jeżeli pamiętacie państwo jeszcze „Dziady” część czwartą, czyli miłość ubogiego szlachcica do pięknej, lecz niedostępnej arystokratki, czyli opowieść Konrada, to macie państwo tam masę aluzji do tego tekstu. Ale później Wokulski wcieli się już w rolę kupca i dochodzi do wniosku, że po prostu musi ją sobie kupić. Próbuje ją zdobyć. On jest cały czas zawieszony między romantycznością, między wyobrażeniami o miłości a zwyczajnym interesem. Co więcej, Wokulski nie umie, tak jak nieświadomy relacji we Francji Newman, wejść do domu i powiedzieć: „Rzucam pieniądze na stół”, lecz wchodzi w grę.
Zaczyna z nią grać, co doprowadza do tego, że Łęccy traktują go bardziej jak plenipotenta, który zarządza ich pieniędzmi, aniżeli konkurentem do ręki Izabeli. On jest po prostu słaby. Zresztą z dzisiejszej perspektywy, gdybyście państwo przyjrzeli się jego wypowiedziom na temat kobiet, które od czasu do czasu mu się wymykają, to okaże się, że Wokulski myśli o kobiecie, a więc również o Izabeli jak kupiec. Merkantylnie. Mówi o niej przecież tak: „Umysłem i pracą przeciętna kobieta jest niższą od mężczyzny, ale obyczajami i uczuciem ma być od niego o tyle wyższą, że kompensuje tamte nierówności. Przynajmniej to nam ciągle mówią, a my w to wierzymy i mimo wielu niższości kobiet stawiamy je wyżej od nas. Jeżeli zaś pani baronowa zrzekła się swoich zalet, a że jej się od dawna zrzekła, tośmy widzieli wszyscy, więc nie może dziwić, że straciła i przywileje”. To jest oczywiście wypowiedź o innym związku, ale tak naprawdę on tak samo myśli o Izabeli Łęckiej. Przegrywają obaj panowie. Ale zwróćcie państwo uwagę, bo ta dłuższa moja dzisiejsza wypowiedź temu była poświęcona.
Obaj podchodzą do zawodu i do miłości z zupełnie innych pozycji. I to jest kluczowe. Jak państwo widzicie, dzięki takiemu komparatystycznemu, takie trochę trudniejsze słówko dzisiaj, ja się tym po prostu zajmuję na co dzień, spojrzeniu na tą literaturę czy w ogóle na literaturę możemy zobaczyć więcej. Możemy się również przekonać, jacy sami jesteśmy i do czego ewentualnie możemy zmierzać i z czym się mierzymy jako Przedstawiciele naszej wspólnoty. Dziękuję państwu dziś i zapraszam na następne spotkanie.
[04:06:27] - Proszę państwa, Piotra Plebaniaka ci, którzy słuchają wyłącznie Bibliotekarium 2.0 znają. Ci znają Piotra Plebaniaka z tych naszych krótkich rozmów o prawidłach wojny, które najczęściej są emitowane pod koniec audycji. To są krótkie audycje. Ale śpieszę tych z państwa poinformować, że poza tymi krótkimi audycjami w Radiu Paranormalium oraz Book Radio prowadzimy z Piotrem Plebaniakiem dłuższe rozmowy o geopolityce, o różnych ciekawych sprawach związanych z polityką, z tym, co się dzieje na świecie obecnie i co może się dziać albo już się działo, o chińskiej sztuce wojny i tak dalej. Te rozmowy to jest „Telegram z krańca świata”. W tej chwili mamy już tych odcinków całkiem sporo. Dwa sezony. W tym drugim sezonie doszliśmy już mniej więcej do 15. odcinka, a właściwie 14., bo ten 14. postanowiłem państwu zaprezentować w dzisiejszej audycji.
Nie ukrywam, po części po to, żeby audycję „Telegram z krańca świata” zareklamować. Ale też nie zamierzam państwa katować tematyką, która byłaby tutaj zupełnie obca, w końcu rozmawiamy o książkach. A zatem dzisiejszy „Telegram z krańca świata” jest poświęcony wyłącznie książkom. Z Piotrem Plebaniakiem rozmawiamy właśnie o jego pasjach czytelniczych. O tym, jak one wpłynęły na jego obraz świata, na postrzeganie tego świata, na sposób percepcji różnych zjawisk, które na świecie występują. Dlatego ten odcinek, odcinek 14. „Telegramu z krańca świata” nosi tytuł „Książki, książki, książki”. Myślę, że znajdziecie państwo tutaj sporo tytułów, które przed świętami można nabyć drogą kupna, wymiany, tudzież różnymi innymi tajnymi sposobami. To nieważne. Ważne, żeby książkę mieć w ręku, książkę mieć w audiobooku czy jakkolwiek lubicie państwo czytać.
A zatem zapraszam na wyjątkowo w Bibliotekarium 2.0 „Telegram z krańca świata” zatytułowany „Książki, książki, książki”. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[04:09:01] - Dzień dobry.
[04:09:02] - Dzisiaj odcinek ja wiem, czy nietypowy? W okresie przedświątecznym to wręcz powiedziałbym, że taki odcinek powinien się pojawić, bo rozmawiamy dzisiaj z panem Piotrem o fascynacjach książkowych, o książkach w ogóle. Panie Piotrze, pan w audycji „Telegram z krańca świata” bardzo często powołuje się na różnego rodzaju źródła. To są najczęściej książki, chociaż nie tylko. Ale w ogóle i w książkach, które pan pisze, odwołuje się pan do wielu dzieł, również do dzieł beletrystycznych. To porozmawiajmy, panie Piotrze, dzisiaj o książkach.
[04:09:41] - Tak jest. Właśnie beletrystycznych, ale ja tutaj jeszcze uściślę. Można mnie oskarżyć i to całkowicie zasadnie, nawet średnich umiejętności adwokat wybroni to w sądzie, że mam monomanię w kwestii fantastyki naukowej. Także żeby przełamać tą monomanię, żeby utrudnić pracę takim wyimaginowanym prawnikom, dzisiejszy konkurs będzie niezwiązany z fantastyką naukową. Zaraz do niego przejdziemy. Natomiast chciałem ogłosić, że konkurs poprzedni został od razu rozwiązany. Ta opowiastka o tym, że odwiedzam dawnego przyjaciela i zastaję tylko żonę i dalej co tam się działo, czyli nastąpiło nieporozumienie z panem Markiem Żelkowskim, bo pan Marek Żelkowski to nie był Marek Żelkowski, tylko szeryf miasteczka, przez który przechodził John J. Rambo i doszło, jak wiemy wszyscy, wszyscy powinni obejrzeć ten film oczywiście jak ktoś nie oglądał, to proszę zatrzymać podcast i obejrzeć i potem wrócić do podcastu, bo odmawiam w ogóle współpracy. W którymś momencie całej batalii, jaka się rozegrała między tym szeryfem a Rambo, doszło do tego, że ten szeryf mówi: „Co Boga podkusiło, żeby stworzyć Rambo?”. I wtedy właśnie stanął za jego plecami i odpowiedział: „Bóg nie stworzył Rambo, tylko ja stworzyłem Rambo” pułkownik Trautman, który szkolił Rambo do zadań specjalnych w Wietnamie.
Także to zostało odgadnięte. Gratuluję zwycięzcy. Książka już została wysłana. Także możemy przystąpić do innych spraw konkursowych. Na wszelki wypadek jeszcze mówię wszystkim: pełny regulamin konkursu jest na stronie chiny.pl/konkursy. Dwie książki na osobę w ciągu roku, czyli jak komuś się od ostatniej zrobi rok to już może startować. Wiele czytelników jest tylko dla hecy, po prostu dla satysfakcji odgaduje i od razu sami piszą, że już wyczerpali limit. Póki co także tutaj wielki szacun i odwołanie oczywiście zawsze trzeba reklamować książki własne. Jako pisarz muszę to robić. Odwołanie do rozdziału „Prawdziwy smard do osi tego świata.
Zaufanie”, które znajduje się w „Siłach psychohistorii”. Gdyby nie istniało zaufanie między nami, czyli mną i panem Markiem, i słuchaczami, to te konkursy nie byłyby możliwe. Ja przypominam jeszcze, ich formułę opracowałem dlatego, że istnieje gdzieś w internecie, nie wiem dokładnie gdzie, bo odkryłem to przez przypadek w 2017 roku. Istnieje miejsce, w którym ludzie zgłaszają odpowiedzi do konkursów i dają innym za darmo okazję do wygrania, co jest nieuczciwe de facto, ale niemożliwe jednocześnie do wykrycia, jak ktoś to z głową w miarę zrobi. Ja to wykryłem dlatego, że kilka odpowiedzi było błędnych, ale napisanych tą samą literówką, więc tak się okazało. Konkurs ogłoszę w trakcie rozmowy. Natomiast teraz pan Marek zadał świetny temat, czyli książki, które w jakiś sposób mnie ukształtowały. Jest ich oczywiście bardzo dużo, tak jak w przypadku każdej innej osoby. Tutaj się okazało na przykład jak osoba, która odgadywała Rambo, okazało się, że też była bardzo jak ja. Ja jako jeszcze mały gnojek ten film obejrzałem na takim pokazie wideo, kiedy jak ktoś miał magnetowid, to w ogóle raz, że miała jedna osoba na całe miasto, żeby odtworzyć jakiś film VHS, a dwa, że wtedy po prostu ledwo rozumiałem, co tam się na ekranie działo.
Tym bardziej to jakoś utkwiło i rozrosło się i pozwoliło lepiej rozumieć świat ludzi i świat przede wszystkim ten zachodni, który był jeszcze w tamtych czasach zupełnie niedostępny. Ale dobrze. Książki. Absolutnie najważniejszą książką mojego życia jest James P. Hogan „Najazd z przeszłości”. Nie wiem, czy ktoś czytał. Pan Marek czytał?
[04:13:36] - Pan Marek czytał. Jeszcze w Fantastyce się to ukazało.
[04:13:39] - Dokładnie. Byłem na tyle zwariowany dookoła tej książki, że przeczytałem ją na dzień dzisiejszy i to liczę, tylko właśnie pomyliłem się w jednym momencie chyba, nie jestem pewien, 34 albo 35 razy przeczytałem tą książkę. A poza tym ze mną wszystko w porządku, chociaż wiele osób mogłoby polemizować. I teraz tak, ta książka sprawiła, że stwierdziłem, że chcę zostać socjologiem i rzeczywiście dostałem się na socjologię na Uniwersytet Warszawski. Jedyny tytuł naukowy, jaki mam, to jest właśnie magister socjologii. Także zawdzięczam to właśnie tej książce, ale też takim wcześniejszym przygotowaniom ze strony Janusza Zajdla, czyli książki przede wszystkim „Paradezja”. To jest coś, co mnie po prostu kompletnie ustawiło i teraz już wszyscy myślę, jeżeli znają tylko te książki albo po prostu mogą się domyślić, bo wiedzą, o co chodziło w nich, to widzą, w jaki sposób zostałem ukształtowany przez okrutny los. Natomiast tak, omawiamy książkę po kolei, bo zrobimy tyle, ile damy radę. Chyba ze cztery albo pięć może nam się uda. „Najazd z przeszłości” Jamesa Hogana to jest space opera albo fantastyka socjologiczna.
Gość jest wybitnym, powiedzmy, pisarzem, jeśli chodzi o naukowość w tej fantastyce naukowej. Jest moim zdaniem na poziomie Arthura C. Clarka może, ale oni mają zupełnie inny styl pisania. Clarke jest osobą sławną, personą, dostał chyba przecież tytuł szlachecki za swoją twórczość ogólną. Dobrze pamiętam, sir Arthur C. Clarke?
[04:15:18] - Tak, dostał.
[04:15:20] - Więc właśnie. A Hogan jest po prostu pisarzem, który pisał książki, które dla mnie są wybitne. Na rynku polskim jest jeszcze trylogia, którego pierwsza część to jest „Gwiezdne dziedzictwo”. Pan Marek na pewno czytał to, nawet nie pytam, niech pan kiwnie głową. O, widzę, kiwnął. Żartuję oczywiście. Teraz tak, porada dla rodziców: jeżeli chcecie, żeby wasze dziecko zostało naukowcem, to proszę mu dać do ręki tą książkę właśnie, „Gwiezdne dziedzictwo”. Po pierwsze jest to druga książka, która ma na drugim miejscu, jeśli chodzi o zajebistość wstępu, w ogóle takiego prologu do całej książki. Gęsiej skórki dostałem, przepraszam. Jeżeli ktoś chce zarazić dziecko ideami związanymi z nauką, z logicznym myśleniem, z racjonalnym myśleniem, z dochodzeniem do prawdy za pomocą logicznego rozumowania, to jest książka, która ustawi dzieciaka po prostu.
Ja mam zresztą wersję chińską, w języku chińskim wydano tutaj na Tajwanie tej książki. Całej trylogii mam zresztą wydania. Jak ja na przykład mam kontakt z jakimś dzieciakiem i widzę, że ma jakieś tam ciągoty do naukowca czy coś, to po prostu już rozdałem jeden egzemplarz w sumie tylko. To za mało, ale pożyczałem bardzo często. Wątpię, żeby przeczytali, bo często też patrzę na bok książki, czy była czytana, czy nie była. Ale generalnie to mnie nie zraża. „Gwiezdne dziedzictwo” to jest tego typu książka, w której nie można powiedzieć, co się dzieje w książce, dlatego że wtedy się zepsuje całą satysfakcję. Ci, co wiedzą, którzy czytali książkę, to pokiwają teraz żarliwie głowami, że dokładnie tak. To jest tak jak z tym filmem „Gra” z Michaelem Douglasem. Jak ktoś próbuje wam powiedzieć, o czym jest, to od razu mu bułę na mordę.
Przepraszam za wyrażenie, za wzywanie do przemocy, nienawiści pod kątem zdradzania treści książek. Natomiast rzeczywiście tak. Nie wiem, czy pan Marek potwierdzi, bo teraz, w takich czasach mowa nienawiści to nie do końca.
[04:17:32] - Tak. Ja mam inne pytanie, zupełnie tak, bo wspomniał pan o „Najździe z przeszłości”. Jak się panu podobał model społeczeństwa zaproponowanego na Chironie? Tak, dobrze chyba pamiętam, na Chironie.
[04:17:45] - Tak jest. Dokładnie. Ci, którzy na Allegro kupili moją książkę, a nie ode mnie bezpośrednio, to wiedzą, że moja firma nazywa się Chiron. Więc tak, łatwo zapamiętać. Teraz pan Marek już wie dlaczego. Natomiast wracając jeszcze, przepraszam, do „Najazdu z przeszłości”. W książce jest tak, że jest mniej więcej czwarta czy piąta dekada XXI wieku. Zbliża się trzecia wojna światowa, co wszyscy wyczuwają i nagle powstaje projekt wysłania statku kosmicznego na Alfa Centauri, gdzie została odkryta planeta nadająca się do życia. Ten statek z samymi zarodkami zostaje wysłany tuż przed wybuchem wojny, jak się okazuje chwilę dalej w książce. I co się dzieje?
Na tej planecie powstaje społeczeństwo, które jest odcięte od przekazu kulturowego, które według pierwszego najlepszego prologu, jaki kiedykolwiek w życiu przeczytałem do książki, ci ludzie wychowani przez maszynę zostali odcięci od tego przekazu kulturowego, który sprawiał, że te nasze wszystkie zwierzęce złe cechy, dążenie do wojny, wszystkie te cechy, które uznajemy za negatywne w naturze ludzkiej, nie zostały przekazane kolejnemu pokoleniu. Jest zresztą taki świetny aforyzm. Bardzo mi się podoba. Ojejku, zapomniałem teraz, kto to powiedział. Brzmi chyba tak: „Przesądy to są poglądy przekazywane przez naszych ojców naszym dzieciom za naszym pośrednictwem”. Nie wiem, czy nie spaliłem, ale o to chodzi, że przekazujemy te przesądy czy też poglądy, które są toksyczne, szkodliwe, aspołeczne mimowolnie i z pokolenia na pokolenie. Więc ten przekaz międzypokoleniowy oprogramowania kulturowego, a to pojęcie oprogramowania kulturowego już mamy świetnie oswojone, zwłaszcza ci, którzy czytali „Siłę psychohistorii”. Więc to oprogramowanie kulturowe zostało stworzone praktycznie od zera, zaprogramowane przez naukowców w domyśle, chociaż tego szczegółu akurat autor nie ujawnia. I powstaje na tym Ironie społeczeństwo ludzi, którzy mają kompletnie inaczej zbudowany układ motywacyjny. Więc cały socjologiczny eksperyment, dokładnie taki jak robi Janusz Zajdel w swoich książkach, jest zrobiony w stylu bardziej anglosaskim.
Skroga oczywiście nie był członkiem społeczeństwa, które było dotknięte socjalizmem. Czyli był po drugiej stronie tej żelaznej kurtyny w czasie zimnej wojny. Natomiast robi po prostu fenomenalną robotę, jeśli chodzi o pokazywanie rozmaitych mechanizmów motywacyjnych, jakie rządzą naszymi zachowaniami społecznymi i jednostkowymi. Także jak ktoś chce zostać socjologiem, na przykład jak słuchacz z liceum, chłopie, jak chcesz zostać, czy szanowna pani, jak chcecie zostać socjologami, to zapraszam do przeczytania „Najazdu z przeszłości”, a wcześniej Janusza Zajdla jakąś książkę, minimum „Paradyzję”. Natomiast drugim społeczeństwem, żeby kontynuować, a nie urwać, bo nie tylko książki, ale też filmy wpływają na ludzkie życie, zwłaszcza na życie pisarzy, którzy potem w jakiś sposób tę ideę sami dostają i przekazują kolejnemu pokoleniu, czyli swoim czytelnikom. To podobny przekaz międzypokoleniowy powiązany przez urodzenie, przez dziedziczenie z ojca na syna czy z rodziców na dzieci. Tutaj następuje też dziedziczenie pewnych idei między ojcem pisarzem, przepraszam, tak żartuję tylko, ojcem pisarzem a dziećmi, dziateczkami, którymi trzeba się zaopiekować, wytłumaczyć, wszystkimi czytelnikami i słuchaczami. Mam nadzieję, że się nie poobrażają. Jak kupili książki, to już wszystko jedno, a jak nie kupili, o cholera, co to będzie? Dobrze, więc filmem, który obejrzałem, nie licząc puszczania sobie audio w czasie jazdy na motorze, obejrzałem 36 razy, jest film „Żołnierze kosmosu”.
Kto by się spodziewał? Natomiast film jest zrobiony. Drugi najlepiej wykonany film, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem. Pierwszy to jest film „Kontakt”, o którym zaraz sobie powiemy. Natomiast film „Żołnierze kosmosu” luźno, jeśli chodzi o pokazywanie ideologii napędzających społeczeństwo przedstawione w tym filmie, tylko nawiązuje do tego, co jest w książce „Żołnierze kosmosu”, czy jak ona się nazywa ta książka. Tak samo chyba.
[04:22:20] - Heinleina w każdym bądź razie.
[04:22:22] - Tak, Roberta Heinleina. Więc generalnie zasada jest taka: to jest coś, czego brakuje nam w naszym współczesnym zachodnim świecie. Otóż pozycje władzy mogą w tym świecie filmowym osiągać ludzie tylko tacy, którzy udowodnili służeniem społeczeństwu, czyli zaciągnięciem się na służbę federacyjną, że są w stanie poświęcić osobiste dobro jednostkowe na rzecz dobra całej społeczności, czyli całej federacji. I to jest myśl przewodnia, która towarzyszyła mi całe życie, odkąd pierwszy raz obejrzałem ten film. Obejrzałem go pierwszego dnia, kiedy była premiera w '97 roku. Obejrzałem go trzy razy pod rząd jednego dnia. Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy jestem przy zdrowych zmysłach, czy jednak niestety nie. Więc całe to społeczeństwo opierało się właśnie na tym, że działała tam ta asabijja, którą wyjaśniamy w „Siłach psychohistorii”, czyli zdolność jednostki do wyrzeknięcia się tego dobra osobistego na rzecz dobra całej społeczności i zdolność do postrzegania kolektywnych celów. I tacy ludzie są właśnie w filmie „Żołnierze kosmosu” selekcjonowani do tego, aby byli elitą rządzącą. Inni nie mają prawa głosu nawet, czyli inni są nieobywatelami.
Mogą prowadzić firmy, są całkowicie wolni. I generalnie jak ktoś się nudzi, to bardzo polecam podcast SardonaDK. To jest taki youtuber, który nakręcił filmik pod tytułem „The Politics of Starship Troopers”. Więc jak ktoś dysponuje językiem Szekspira, to absolutnie będzie to lepszy podcast od niniejszego. Przepraszam, że tak żartuję, natomiast facet naprawdę trafia w dziesiątkę, jeśli chodzi o opis tego świata przedstawionego w filmie. Bardzo polecam właśnie ten podcast. Jeszcze raz: „The Politics of Starship Troopers” jest na YouTubie cały czas. A właśnie! Ten youtuber Został zaatakowany przez tą swołocz internetową w chwili, w której doszło do jakiegoś spięcia ideologicznego z jakąś sikcą ze Stanów Zjednoczonych. Doszło do tego, że Bank of America i PayPal skasowali i Patreon, czyli taki Patronite międzynarodowy, skasowali mu konto, zabrali mu środki do życia i generalnie cała sprawa jest fascynująca, bo wygrał z nimi w końcu.
Nie wiem, jak się skończyła sprawa sądowa przeciwko Patronite, ale Patronite był bardzo bliski bankructwa ze względu właśnie na tą aferę z tym youtuberem. Dobrze, wracając już do Starship Troopers. Mamy to społeczeństwo ludzi odpowiedzialnych. Mamy właśnie ten pierwszy kontakt z Asabijją i wiele lat po obejrzeniu filmu, wielokrotnym oczywiście, tak jak już się przyznałem, trafiłem na książkę „Wojna i pokój i wojna". Ona w tym roku została wydana w styczniu przez Warsaw Enterprise Institute, także jest w języku polskim pod tytułem „Wojna, pokój i wojna" Petera Turchina. To jest autor też tej koncepcji ultrakooperacji. Zaraz za sekundkę sobie o niej powiemy. Ale o co chodzi? „Wojna i pokój i wojna" to jest właśnie bardzo wiele przykładów, bardzo wiele takich rozumowań pokazujących, jak ważne jest zdobycie, osiągnięcie zdolności postrzegania i realizowania wspólnego celu przez jakąkolwiek społeczność. Więc te idee to jest esencja socjologii, prawda?
W jaki sposób ludzie działają, reagują, prowadzą interakcje wewnątrz grupy albo między grupami. Czyli ultrakooperacja dla przypomnienia, jakby ktoś jeszcze nie wiedział albo jeszcze nie kupił, będę płakał chyba, „Psychohistorii", to ultrakooperacja jest to zhakowana zdolność małych grup ludzkich do sprzęgnięcia się, jak gdyby stworzenia, zsynchronizowania jednego umysłu i jednej woli w jakimś tam małym plemieniu albo grupie myśliwsko-zbierackiej, co umożliwiało im przetrwanie. Jeżeli zdołali wypracować wzorce kulturowe pozwalające im na przetrwanie, to wśród tych wzorców kulturowych, czyli w tym oprogramowaniu kulturowym, wykształciło się na zasadzie ewolucji kulturowej, ale też koewolucji tej biologicznej. Dlatego, że nasz organizm, przede wszystkim struktury mózgu, przystosowywały się do tego, że człowiek za pomocą kultury doprowadzał do tego, że potrafił przetrwać i rozmnożyć się i zwiększyć swoją wielkość. Natomiast ultrakooperacja polega na wyskalowaniu, na skalowalności, jak by powiedział programista współczesny, zdolności do kooperacji małych grup do skali całych państw i całych imperiów, w których kooperacja następuje nie między ludźmi, którzy się świetnie znają, bo mieszkają chatę obok i słyszą nawzajem, jak pierdzą w nocy. Przepraszam, niech tego nie wykasuje pan Marek, ja bardzo proszę, bo to śmieszne. Natomiast kooperacja ludzi, którzy między sobą się nie znają, możliwa jest dzięki rozmaitym instytucjom społecznym, między innymi temu, co wspomniałem nie bez kozery na początku, zaufanie wobec ludzi obcych, czyli zaufanie prawdziwy smard do osi tego świata. Są różne kwestie związane z poczuciem tego, co to jest sprawiedliwość, taka instytucja sprawiedliwości. To znaczy wszyscy podlegamy tym samym regułom i ci, którzy występują przeciwko tym regułom, są w jakiś sposób ostracyzowani. Tu antropolodzy świetne książki piszą na te tematy.
W jaki sposób na przykład, jeżeli jest osoba zbyt agresywna wobec innych członków społeczności, to zostaje na przykład zabita zza węgła albo w jakikolwiek sposób usunięta, albo dana jest takiej osobie nauczka bardzo poważna i ta osoba nagle znajduje miejsce w szeregu i zaczyna realizować cele wspólnoty, a nie swoje cele własne. Przyczyny mogą być różne, jakieś uszkodzenia fizjologiczne mózgu mogą doprowadzić do zachowań antyspołecznych, zarażenie jakimś oprogramowaniem kulturowym podsuniętym przez przeciwnika. Zaraz będziemy mówili przecież o wojnach kulturowych, tych, które mamy współcześnie. Natomiast o co chodzi? Książka „Najazd przeszłości", film „Żołnierze kosmosu" to były pierwsze moje zetknięcia z tymi ideami ultrakooperacji, które nie nazywałem tego w ten sposób, dlatego, że książka pod tytułem „Ultrakooperacja" jeszcze wtedy nie powstała. Dlatego proszę, zobaczcie, jaka jest ważna rzecz. Czytając książki poznajemy nowe idee i rekonceptualizujemy wszystko to, co wcześniej poznaliśmy i jesteśmy w stanie stworzyć na przykład jakiś obraz mentalny albo jakiś instrument oddziaływania na otaczający nas świat, który pozwala nam lepiej zrozumieć ten świat i lepiej na niego wpłynąć. To dlatego właśnie tłumaczenie Sun Zi „Sztuka wojny", moje tłumaczenie traktatu ma podtytuł „Filozofia i praktyka". „Filozofia i praktyka oddziaływania na bieg zdarzeń". Przepraszam, dopowiem, jakby ktoś jeszcze nie kupił.
Natomiast drugą, najważniejszą metaideą jest rekonceptualizacja, czyli zdolność spojrzenia na jakieś zjawisko. I nagle dzięki inspiracji za pomocą książek innego człowieka albo podcastu, albo jakichkolwiek innych inspiracji jesteśmy w stanie spojrzeć na tą sytuację z zupełnie innej perspektywy. I nagle się robi taki wielki klik w naszym umyśle i nagle rozumiemy tę sprawę. O kurcze, dlaczego ja nie pomyślałem o tym w ten sposób? Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem? Na przykład takimi ideami, i teraz przejdę z książek beletrystycznych do książek bardziej naukowych. Takimi ideami-
[04:29:59] - Ale moment, moment, moment. Jeszcze ja. Ja widzę, że dzisiejszy temat rozpalił pana Piotra niesamowicie. To ja skorzystam. Zapytam o kilka rzeczy odnośnie „Żołnierzy kosmosu", bo pan tak pięknie przedstawił zdolność do Asabiji, a ja też miałem tam nieodparte wrażenie, że chodziło też o to, ci ludzie zaciągali się do armii, żeby w przyszłości być kimś.
[04:30:25] - Tak. Status. Status tak.
[04:30:27] - Transakcja wiązana oczywiście, ale jednak
[04:30:30] - Tak, ale zwróćmy uwagę, bo tego chyba nie zdążymy, ale właśnie teraz mamy jednak okazję, żeby to omówić. Dlaczego? Dlatego, że kopiowanie cudzych zachowań jest też zhakowane do tego, żebyśmy my, ludzie między sobą regulowali nawzajem własny status. Ten, kto ma wyższy status, na przykład jest jakąś sławną gwiazdą albo jakimś politykiem, jest naśladowany, a inni automatycznie, są mechanizmy fizjologiczne i kulturowe, które to regulują, inni go naśladują. Jest jakiś sławny aktor albo jakaś aktorka założy jakąś kieckę i nagle za miesiąc wszyscy chodzą w takiej samej. Taka osoba jest ośrodkiem zainteresowania. Ona zyskuje to, że ładuje się dopaminą, dlatego, że wszyscy robią to co ona, ta osoba. Natomiast wszyscy inni uznają jej zwierzchnictwo, jej wyższość i pozycję bycia źródłem tych wzorców kulturowych, którymi wszyscy się zarażają. Podkreślam słowo „zarażają”. To jest absolutnie kluczowe.
W „Żołnierzach kosmosu” zróbmy teraz rekonceptualizację, czyli dokładnie to, co mówiłem, że jest absolutnie kluczem, jeśli chodzi o przekazywanie oprogramowania kulturowego między sobą nawzajem. Rekonceptualizacja jest taka, że dopiero osoba w „Żołnierzach kosmosu”, która wykaże się, że jest w stanie, jest selfless, czyli poświęca swoje własne dobro dla dobra społeczności, dopiero wtedy przez tą społeczność jest nagradzana wysokim statusem, czyli dostaje status obywatela i dostaje prawo głosu, dostaje możliwość obejmowania stanowisk władzy. A w naszym świecie jest, jak jest. Co tu dużo mówić. Inaczej, gorzej, moim zdaniem znacznie gorzej. Uważam, że system społeczny w „Żołnierzach kosmosu” w filmie, podkreślam, nie w książce, bo w książce to było dobrze, ale zupełnie inaczej było to pokazane. System społeczny jest, uważam, doskonały.
[04:32:28] - To ja jeszcze pójdę śladem książek, które pan wymienił na chwilę do tego „Najazdu” Hogana. Otóż nie miał pan wrażenia, że to społeczeństwo, ja wtedy, kiedy pierwszy raz to czytałem, byłem skłonny nazywać rodzajem społeczeństwa anarchistycznego czy czerpiącego z anarchii. Ono tam w książce funkcjonuje całkiem nieźle. Czy panu ten model, pomimo że on jest atrakcyjny przynajmniej w lekturze, wydał się realny, możliwy do funkcjonowania, czy też to była jednak licentia poetica?
[04:33:05] - Uważam na dzień dzisiejszy i wcześniej też tak uważałem, że jest realny. Problem polega na tym, że nasze oprogramowanie kulturowe, wracam do tej koncepcji, przypominam, absolutnie kluczowe, nasze oprogramowanie kulturowe sprawia, że jesteśmy wrażliwi, czy też nasz układ dopaminowy, chociaż o dopaminie nie ma słowa w „Najeździe z przeszłości” w książce, nasz układ dopaminowy uzależnia się od pewnego typu nagród. W naszym społeczeństwie, w zachodnim czy we wszystkich innych, generalnie w mniejszym lub większym stopniu jest tak, że kiedy dominujemy nad innymi, ten układ dopaminowy się nam uruchamia i nagradzamy sami siebie. Ale mu pokazaliśmy, gdzie jego miejsce, na tej zasadzie. To są oczywiście tysiące wariantów. Każdy z nas zna je na co dzień, więc bez sensu podawać kolejne przykłady. Natomiast w „Najeździe z przeszłości” powstało społeczeństwo, które przez roboty zostało wykształcone w taki sposób, żeby te nagrody dopaminowe czy też po prostu sprzężenie zwrotne, czyli wzmocnienie pewnych zachowań, a zniwelowanie innych zachowań zostało zrobione w sposób, który eliminuje zachowania dominacyjne, które są szkodliwe dla innych osób w każdy możliwy do pomyślenia sposób, że zadręczamy kogoś na przykład tym, że my jesteśmy w jakimś tam zagadnieniu lepsi albo gorsi i w „Najeździe z przeszłości” jest pokazane, że dla wszystkich jest oczywiste, że niektórzy są lepsi w tym niż w tamtym i każdy musi znaleźć swoje miejsce, gdzie może swoje talenty maksymalnie wykorzystać i za to otrzymuje szacunek. Za to, że stara się ze wszystkich sił zrobić tak dobrze, jak to tylko możliwe, to co jest jego specjalnością. I to jest właśnie tą monetą, tym wzajemnie nadawanym statusem, podnoszeniem sobie nawzajem statusu. Sposobem osiągania tego statusu jest robienie tego, co się umie w sposób, który zdobywa innych szacunek, czyli nie przeszkadzam innym, nie podkładam innym nóg i tak dalej.
To wszystko jest w tym społeczeństwie skonstruowane właśnie dlatego i tylko dlatego, że można było odciąć się od tych wzorców międzypokoleniowych, które były w książce zdefiniowane jako te, które sprawiały, że człowiek ledwo się wydobył spomiędzy zwierząt. Tu cytuję początek, parafrazując, początek, czyli prolog całej książki. Natomiast teraz, kiedy mamy możliwości techniczne pozyskiwania niemalże nieskończonych ilości energii niezbędnych do tego, żeby społeczeństwo funkcjonowało, nie mamy niedoboru surowców, bo takie społeczeństwo na młodym świecie, które było paręset tysięcy zaledwie, oni mieli nadmiar tych surowców. To też istotny czynnik. Kiedy tych surowców by zabrakło, to nagle by się pojawiły zjawiska patologiczne, które by uniemożliwiły istnienie takiej społeczności jak była na planecie Chiron. Natomiast to jest skomplikowana, dłuższa rozmowa musiałaby być potrzebna do czegoś takiego. Natomiast w samej książce pokazane jest prosto: na wielu przykładach, które były fascynujące dla mnie jako gnojka, który miał wtedy raptem chyba 15 czy 16 lat, jak to pierwszy raz czytałem. Co było fascynujące? Jest świetny fragment książki. Skoro przez 300 lat, bo to początek XXI wieku, czyli te 300 lat obejmuje też rewolucję przemysłową w Anglii.
Przez 300 lat wytworzyliśmy technologię, która zaspokaja wszystkie nasze potrzeby materialne. W związku z tym Status materialny przestał być równoważny statusowi międzyludzkiemu. Jak to powiedzieć? Statusowi kto jest lepszy, a kto jest gorszy. Albo jeśli chodzi o kwestie stratyfikacji społecznej typu tu jest szlachta, a tu jest pospólstwo. Ja jestem bogaty, mam wszystko, co chcę mieć, co potrzebuję mieć. Mam pałace, mieszkania, samochody i tak dalej. Dlatego mój status jest wysoki. Nie. Właśnie w społeczeństwie planety Chiron status społeczny uzyskiwało się przez robienie tego, co się robi najlepiej, jak tylko można.
Czyli źródło statusu jest nie bogactwo materialne, bo wszyscy mają bogactwo materialne. Każdy może sobie wziąć z magazynów automatycznych fabryk dokładnie wszystko, co chce, wybudować jakiś wspaniały dom, który wygląda jak pałac z bajek i tak dalej. Więc bogactwo nie jest źródłem statusu. Źródłem statusu jest kompetencja i nie wpieprzanie się ludziom w życie.
[04:37:35] - No tak. Czyli pewne kwestie już mamy wyjaśnione, bo pamiętam, że przynajmniej „Chiron i jego społeczeństwo” w czasach, kiedy czytałem to po raz pierwszy, budziło moje żywe emocje. Jakoś tak podświadomie się buntowałem. Dopiero później zrozumiałem, że tak naprawdę biłem się ze swoją tradycją, tą, o której pan mówi, wychowaniem i tym, co przejąłem, że przecież tak nie można, bo trzeba po staremu. Dzisiaj to oczywiście zweryfikowałem. Panie Piotrze, teraz zapowiadał pan książki niebeletrystyczne. Zapraszam.
[04:38:12] - Książką niebeletrystyczną, która kompletnie odwróciła mój sposób myślenia, była „Summa technologiae” Stanisława Lema. Nie pytam pana Marka, bo na pewno to czytał. Natomiast książka jest pełna idei, które sprawiały, że nagle doświadczałem jakiegoś rodzaju transu. Byłem jakimś malutkim człowieczkiem w jakimś bezmiarze, całych oceanach wszechświata. Ale nagle zacząłem tym moim miniaturowym móżdżkiem rozumieć, jak ten wszechświat funkcjonuje. Czyli na przykład dlaczego Ziemia jest nie na peryferiach galaktyki, gdzieś w niewiadomym miejscu, tylko właśnie jest w tym obszarze, który najbardziej sprzyja powstawaniu życia na planetach. Czyli dostatecznie gęste jest zagęszczenie gwiazd do tego, żeby supernowe wybuchając, tworzyły pierwiastki ciężkie, bez których życie jest niemożliwe, ale jednocześnie dostatecznie rzadkie, żeby te supernowe nie wybuchały za często i pozwoliły temu życiu przez miliardy lat się rozwinąć i nie zniszczyć go. Więc tego typu spostrzeżeń dotyczących ludzkiej percepcji, ludzkiego miejsca w kosmosie, miejsca ludzkości w kosmosie, granic naszego zrozumienia. Czytałem tę książkę kompletnie jej nie rozumiejąc w wieku 10 czy 11 lat, ale po raz drugi, po raz trzeci, czwarty czytając tę książkę, nagle się okazało, że człowiek rozumie coraz więcej. Stąd jest taka zasada ogólna, jeżeli nawet jakaś książka jest trudno zrozumiała, ale nie dlatego, że autor bełkocze, tylko po prostu te koncepcje są niemożliwe, to trzeba przeczytać na siłę, zmusić się.
I to mi się poszczęściło. Także „Summa technologiae” to jest książka, która bardzo ustawia. Jeżeli ktoś chce nauczyć dzieciaka z liceum racjonalnego myślenia albo nauczyć dystansu do wszystkich naszych doraźnych teorii, z którymi mamy do czynienia na co dzień, oderwać się od tego wszystkiego i spojrzeć jakimś naprawdę szerokim okiem, to „Summa technologiae” to jest absolutnie pozycja numer jeden.
[04:40:29] - Panie Piotrze, z tym Lemem to jest jakaś wielka tajemnica. Ja pamiętam z kolei książkę „Golem XIV”. Pamiętam, że mój kolega traktował tę książkę jako środek nasenny. Po przeczytaniu dwóch stron zasypiał, ale to było w czasach liceum. Ja natomiast nie zasypiałem przy niej, ale jej kompletnie nie rozumiałem. Po prostu czułem się kompletnie odmóżdżony. I wie pan co? W miarę kolejnych powrotów do tej książki, tak jak pan to powiedział przed chwilą, rozumiałem coraz więcej. A w tej chwili jest to taka książka, którą uważam za niezwykle ważną. Może tam już pewne drobiny się zestarzały z tego opisu rzeczywistości, z tego materialnego opisu.
Natomiast idee, które tam są postawione, pewne przemyślenia, w dalszym ciągu aktualne. I dla mnie to jest ta książka, którą polecam, chociaż trudno mówić, że przy tej książce ktoś się rozerwie. Chyba że będzie miał granat. Znowu jakiś taki żart mi słaby wyszedł. Panie Piotrze, oddaję głos. Przepraszam.
[04:41:38] - Nie, rozmawiamy o książkach. Ile jeszcze mamy czasu? Zdążymy na dwie książki? Mamy czas na dwie książki?
[04:41:45] - Zdążymy. Ale ja jeszcze cały czas przypominam o konkursie.
[04:41:49] - Tak, ja też pamiętam o konkursie. Zaraz to zrobimy. No dobrze, zrobimy teraz. Tutaj padły poważne oskarżenia z moich własnych ust w kwestii tego, że jestem sfiksowany na kwestii fantastyce naukowej. W związku z tym będzie to teraz dzieło bardzo wielkiej wagi. Dzieło historyczne, arcydzieło filmu historyczno-kostiumowego. Proszę sobie wyobrazić następującą scenę: pan Marek Żelkowski i pan Piotr Plebaniak stoją na czele armii, która zaraz ma odebrać hołd i mówi jeden do drugiego. Już nie chcę tutaj narażać godności pana Marka, więc nie powiem, kto do kogo powiedział. Przepraszam, ozwał się w następujące oto słowa, żeby to już uhistorycznić nawet dialog: „Mam nadzieję, że umyłeś dzisiaj dupę, bo będzie ją zaraz całował król.” I pytanie zagadkowe jest takie, mam nadzieję, że pan nie wykazuje pan Marek tego konkursu. Na pewno nie.
Ma wybitne poczucie humoru, na pewno doceni. Proszę o nazwę miejsca, gdzie te słowa padły i może rok na przykład. Rok i miejsce. Tak, to wystarczy. A dodam jeszcze na marginesie, że co prawda obeszliśmy się. Słyszy pan mnie, panie? Tak. Halo?
[04:43:09] - Ależ oczywiście.
[04:43:10] - Myślałem, że się rozłączyłem po czymś takim. Dobrze.
[04:43:13] - Nie, no nie.
[04:43:14] - Tak. Dodam, że co prawda pozbyliśmy się science fiction, ale nie pozbyliśmy się drugiego elementu, który ubóstwiam w filmach i książkach, czyli porządna strzelanina, najlepiej jakaś kosmiczna. Natomiast właśnie tu nie ma kosmicznej. Za to natomiast jest taka rąbanka, że dwie osoby by to skomentowały. Rzeźnik by stwierdził, że ten film tak odzwierciedla wnętrze jego duszy, że taka rąbanka właśnie jest w czasie bitew filmowych, że po prostu to jest film jego życia. No dobrze, to zostawmy tak jak jest. To jest ta zagadka. Także kto odgadnie, to proszę się zgłosić i będziemy negocjować, który tytuł. Zaraz będzie książka dostępna. Prawidła geopolitycznej gry o przetrwanie.
Także w połowie stycznia będzie fizycznie papierowy egzemplarz dostępny. Także jak ktoś już będzie chciał ją, to dostanie trochę później, w styczniu właśnie, ale właśnie w ramach konkursu.
[04:44:06] - Okej, panie Piotrze, to jakie następne książki?
[04:44:09] - Następne książki. Fantastyka może być?
[04:44:11] - Może być.
[04:44:14] - Dobrze. Jest jeszcze cykl tak naprawdę, ale pierwsza książka, która mnie ustawiła zupełnie to jest „Taktyka błędu” Gordona R. Dickсона. To jest człowiek, który w tej książce, taka military science fiction, absolutnie nie znalazłem nigdy wcześniej, przepraszam nigdy później i nigdy wcześniej też lepszej książki takiej military science fiction. Więc jak ktoś jeszcze nie czytał, zobacz niniejszy podcast, przeczytać i akurat o trzeciej, czwartej rano się skończy czytać, to wrócić do podcastu, żeby się pożegnać, bo zaraz się nam kończy czas. „Taktyka błędu” zaczyna się od... A właśnie! Ta książka powstała pod koniec lat 60. z tego, co kojarzę. Generalnie w chwili, w której na Zachodzie były kompletnie nieznane te „36 forteli”, czyli ta słynna kompilacja chińskich przysłów i maksym wojennych, która jest sprzężona z tak zwaną tą starożytną księgą przemian, po prostu księgą przemian, czyli takim systemem wróżb wytworzonym w cywilizacji chińskiej w starożytności.
Natomiast same przysłowia polegają na pokazaniu pewnych schematów, w jaki sposób wprowadzać przeciwnika w błąd i w jaki sposób wygrywać bitwy albo wojny, albo jakieś generalnie konflikty między przeciwnikiem a nami samymi. Więc „Taktyka błędu” to jest książka, w której nie wiem, w jaki sposób Dickonson dostał, ale musiał. Albo jest jakimś naturalnym geniuszem, albo dostał do ręki jakieś tłumaczenie, prawdopodobnie z Hongkongu. Jedno z pierwszych w ogóle, jakie tłumaczenie się pojawiło w tamtym okresie. Właśnie tych 36 forteli. To było, bo 36 forteli to została książka odkryta tuż po II wojnie światowej. Gdzieś tam wewnątrz Chin został zrobiony reprint i dopiero ten reprint trafił gdzieś tam do Pekinu i jakaś gazeta o tym opisała. Ta książka, te 36 forteli jest tak dostrojona do chińskiego umysłu, że cała idea właśnie tej książki, tego bardzo krótkiego traktatu, bardzo enigmatycznie napisanego w kategoriach właśnie tych starożytnych wróżb pokazane jest po prostu jak za pomocą regulowania faz świata, czyli tych wszystkich cykli zdarzeń, doprowadzić do tego, że nasze działanie jest skuteczne, a działanie przeciwnika jest nieskuteczne. W takim najbardziej ogólnym, filozoficznym sensie. To oczywiście trochę dłużej trzeba tłumaczyć.
Natomiast jak ktoś jeszcze nie przeczytał, to zapraszam do mojej własnej książki na ten temat, czyli „36 forteli” z wstępem Andrzeja Sapkowskiego. Książka ukazała się w 2017 roku jako takim już porządnym wydaniu, pierwszy raz w 2012. Także wracając do Dickinsona i „Taktyki błędu”. Ja tą książkę czytałem, tą powieść fantastycznonaukową na zajęciach profesora Krzysztofa Gawlikowskiego, sinologa i też polecam jego wykłady, które są na YouTubie, tylko trzeba puszczać z prędkością 1.5, bo strasznie wolno mówi, ale gra z sensem za to. Więc na jego wykładzie po prostu czytałem tą książkę i on zaczął na jednym wykładzie właśnie opowiadać o tych 36 fortelach i o sztuce wojny. I nagle po prostu dlatego to skojarzyłem. Znaczy i tak bym skojarzył w którymś momencie, ale po prostu nagle się kompletnie unaoczniło, że ten człowiek po prostu, czyli pisarz Dickonson pisał kodem kulturowym chińskim po prostu o sztuce wojennej, o sztuce przechytrzania przeciwnika, poczynając od pierwszej sceny na pokładzie liniowca międzygwiezdnego, który miał skoczyć w hiperprzestrzeń. I tam była taka otwierająca scena już prologu całej książki. Do samego końca było pokazywane właśnie, jak należy kierować umysłem przeciwnika, jak należy kształtować przestrzeń decyzyjną przeciwnika do tego, aby ten przeciwnik robił to, co my chcemy, czyli jak wpłynąć na jego system motywacyjny, na jego obrazy mentalne, które powstają w jego mózgu, jak go sprowokować do jakiegoś działania. To było coś absolutnie fenomenalnego i dowiedziałem się o tym równolegle z dwóch źródeł: od Gawlikowskiego, czyli tego generalnie najlepszego chyba sinologa, jakiego Polska miała, na którego wykłady chodziłem, czyli generalnie przypadkowe.
Znaczy przypadkowe jak przypadkowe. Natomiast drugie, właśnie powieść fantastycznonaukowa, którą przeczytałem wcześniej w liceum i znałem niemalże na pamięć i która nagle się połączyła. Ta wiedza może nie zwykłego pisarza, bo wybitnego moim zdaniem pisarza, nagle zlała się w jedno z tym, co przyszło ze strony cywilizacji konfucjańskiej, która kształtowała się tak, jak gdyby na innej planecie niemalże, jeśli chodzi o niektóre idee i sposoby patrzenia na świat. Także podsumowując, „Taktyka błędu” to jest absolutnie fenomenalna książka o wojnie. O tym, jak ktoś na przykład, jakby na świecie nie było książki „Sztuka wojny”, to można by było zamiast tej sztuki wojny przeczytać Dickinsona i by na to samo wyszło, jeśli chodzi o rozumienie konfliktu i wojny. O, tak bym to powiedział. Natomiast drugą jest jeszcze ciekawsza rzecz. Drugą i trzecią częścią wydaną po Polsce przez wydawnictwo Amber jeszcze w latach 90. było „Dorsai”. To jest pojedynczy tytuł z wykrzyknikiem na końcu, pojedyncze słowo.
I druga jeszcze książka „Żołnierzu, nie pytaj”. To jest trylogia, która jest arcyważna. Uważam, że każdy człowiek powinien tę trylogię przeczytać, najlepiej w liceum, ale generalnie powinna to być pozycja jedna z pięciu najważniejszych.
[04:49:32] - Tak. Jedno, co pamiętam, że pierwsze tłumaczenie, które się ukazało w Polsce, było nieszczęśliwie zrobione i nawet się ukazała taka recenzja w wtedy „Nowej Fantastyce”: „Żołnierzu, nie czytaj”.
[04:49:53] - Dobra.
[04:49:54] - Bo coś tam było z tłumaczeniem. Niemniej to oczywiście nie jest wina Dixona, tylko tłumacza. Potem się podobno rzecz naprawiła i w dalszym ciągu mogę tylko powiedzieć tyle, że podtrzymuję, w pełni się zgadzam z panem Piotrem, że to jest taki cykl powieściowy, po który naprawdę warto sięgnąć. Szczególnie jak ktoś lubi militarną fantastykę, ale taką nie czystą rąbankę, tylko coś jeszcze za tym się kryje, to jak najbardziej. Panie Piotrze, zbliżamy się do końca, ale jakby pan jeszcze rzucił jakiś fajny tytuł, to nie byłoby źle.
[04:50:34] - Tak?
[04:50:35] - Tak.
[04:50:36] - Dobrze, a zagraniczny czy polski? Generalnie to jest dobre miejsce, żebym tak się pokusił na podsumowanie. Dobra książka czy książka, która ustawia, albo książka, która nagle otwiera nowe wrota do nowych obrazów mentalnych, które sprawiają, że zupełnie inaczej widzimy wszystko, co do tej pory widzieliśmy w zupełnie inny sposób. Dobra taka książka powinna sprawiać, że powiemy coś takiego. To jest zakończenie jednego z esejów w książce, w moim tłumaczeniu „Sztuki wojny”, z Biblii, z Listu do Koryntian 13.1: „Gdy byłem dziecięciem, mówiłem jak dziecię, myślałem jak dziecię i rozumowałem jak dziecię, lecz gdy na męża wyrosłem, zaniechałem tego, co dziecięce”. To podsumowując, mówiąc prostymi słowami: dobra książka, warta książka kupienia, przeczytania wielokrotnie, to jest taka, która sprawia, że nagle nawet my sami sprzed dosłownie kilkunastu godzin czujemy się, że tamten sprzed kilkunastu godzin był dziecięciem. Nie rozumiał świata tak, jak my rozumiemy teraz, w tej chwili. Książka powinna dawać oświecenie właśnie w taki sposób. I o takich książkach właśnie dzisiaj mówiliśmy. To co, jeszcze jedną?
[04:51:48] - Jeszcze jedną. Będę już się upierał.
[04:51:50] - To ja bym powiedział...
[04:51:54] - Za dużo książek pan Piotr po prostu przeczytał i teraz jest ciężko wybrać.
[04:51:58] - To jest książka, którą jako komiks widziałem w „Świecie Młodych”, chyba pierwsze dwa odcinki się ukazały, potem z niewiadomych dla mnie przyczyn zaprzestano. „Zapomnij o Ziemi” to jest książka, która tak wpłynęła na mnie, jak tylko mogła. Jejku, najlepsza space opera, jaką w życiu przeczytałem.
[04:52:16] - Piszący pod pseudonimem, ale ten pseudonim Colin Opp to była jedna z dwóch space oper, które w ogóle w życiu napisał. I to okazuje się, że czasami rzecz zbawienna. Po raz pierwszy w Polsce ta space opera „Zapomnij o Ziemi” ukazała się w pełni znowu w „Fantastyce”. Ale to po pierwsze wtedy to było coś nowego na polskim rynku, ale trzeba przyznać, że redaktorzy „Fantastyki” mieli wtedy naprawdę dobrą rękę i wybrali na początek, na start dla polskich miłośników fantastyki coś naprawdę rewelacyjnego. Ale teraz już pan Piotr mówi.
[04:52:59] - Jest jedna idea, która niesamowicie silnie we mnie utkwiła. Otóż po przeczytaniu tej książki, to na samym początku jest w pierwszym rozdziale. Więc nadzieja. Nadzieja to jest siła, która jest w stanie poruszać światy niemalże dosłownie i która jest w stanie zmienić historię całej rasy ludzkiej w tym momencie. Książka zaczyna się od wyjawienia, co się stało. Otóż pierwszy pojazd kosmiczny hiperprzestrzenny, jaki wysłaliśmy my jako ludzkość w kosmos, napatoczył się — to było lepsze słowo, napatoczył — na flotę wojenną Imperium Wolmotu, czyli lokalnego imperium galaktycznego. I my, naiwni, jako pierwszą rzecz chcieliśmy nawiązać kontakt z inną rozumną rasą i podaliśmy koordynaty Ziemi. A ta flota Wolmotu co zrobiła? Poleciała na Ziemię i zniszczyła całą planetę. Więc książka jest o tym, jak niedobitki ludzkości starają się raz wywierać zemstę, a raz podążać za jednym promykiem nadziei.
I właśnie całe jest pokazane w tej książce. Oczywiście to jest space opera i to jest jej główna treść. Natomiast ten konstrukt mentalny, jak i oprogramowanie kulturowe inaczej mówiąc, które przy okazji czytania tej space opery czytelnik otrzymuje do swojego umysłu, jest absolutnie kluczowe, dlatego, że sprawia, że nagle zaczynamy się zachowywać według zupełnie odmiennych wzorców, że przestaje być dla nas naturalne poddawanie się czy dawanie za wygraną, czy też mogę to ująć inaczej. Świetnie, mam świetny pomysł. Ci, którzy czytali przynajmniej jedną z moich książek, bo w każdej o niej wspominam, mówię o kwestii wyuczonej bezradności. Natomiast w „Siłach psychohistorii” jest krótki esej Tomasza Witkowskiego, psychologa, który chyba jest w tej chwili w Polsce numer jeden albo przynajmniej numer dwa. On pisał o wyuczonej bezradności, między innymi o eksperymencie, w którym szczury były wrzucane do wiaderka. Chyba mówiliśmy o tym w czasie jednego z wcześniejszych odcinków, ale przypomnę. Szczury były wrzucane do wiaderka i pływały sobie, aż się nie zmęczyły i się nie utopiły. Biorę z sufitu w tym momencie te liczby.
Zresztą te liczby są nieistotne, dlatego, że są rozmaite wariancje tego eksperymentu. Powiedzmy, że szczur pływał godzinę, potem się poddawał. Natomiast w którymś momencie, na przykład szczur dostawał drabinkę i mógł się wydostać, to wtedy nie poddawał się po godzinie, tylko mógł pływać kilkanaście godzin i czekać na tą drabinkę, dlatego że wiedział, że ta pomoc nadejdzie. To jest niesłychanie silny mechanizm. Proszę sobie poczytać o tym eksperymencie. Łatwo znaleźć. Przypis jest. Dobra, już nie będę żartował na temat kupowania moich książek, co właśnie zrobiłem. Natomiast co jest tym clou? W naszym umyśle fizjologicznie jest zakodowany bardzo istotny mechanizm.
Otóż właśnie ten mechanizm pozwala nam chwytać się tej nadziei, przewidywać to, że przyjdzie jakiś ratunek. Jeżeli zostaniemy sformatowani przez jakąś toksyczną ideologię albo zostaniemy wychowani w takim albo innym okresie historycznym, w którym nie jesteśmy w stanie chwytać się tej nadziei, to po prostu łatwiej poddamy się albo łatwiej zawierzymy komuś, kto chce nami manipulować albo wtrącić nas w jakąś beznadzieję, bezsens, niskie morale. Natomiast jeżeli zostaniemy we właściwym momencie zaprogramowani do tego, żeby nie poddawać się, wznieść się. Never give up, never surrender. Dobra, drugą książkę można wydać, co w przyszłym tygodniu nie będzie można. Nigdy się nie poddawaj. Never give up, never surrender. W jakim filmie był to motyw przewodni, hasło przewodnie dla całej wspaniałej, wybitnie inteligentnej rasy, który pozwolił jej przetrwać najgorsze? Tak to powiem. Przepraszam, odgadł pan, czy jeszcze nie?
[04:57:40] - Nie. Ja ostatnio słabo z tym odgadywaniem.
[04:57:45] - Arcydzieła. Przepraszam, że tak się dopytuję. Kategoria: arcydzieła kinematografii amerykańskiej, czyli skąd pochodzą te słowa: never give up, never surrender. Wracając już do książki ściśle, „Zapomnij o Ziemi” to jest książka, która ma tą moc. Jeżeli młody człowiek dostanie ją we właściwym momencie, ja akurat dostałem, ale znam osoby, które tak samo jak ja trafiły. Po prostu ten moment jest dłuższy albo książka jest absolutnie uniwersalna pod tym względem. Między innymi tutaj chyba zdradzę, mam nadzieję, że się nie obrazi, Wojciech Szewko, taki specjalista od terroryzmu i od geopolityki Bliskiego Wschodu. Można sobie posłuchać jego wypowiedzi na YouTubie. Dla niego ta książka jest książką życia. W moim przekładzie „Sun Zi i jego sztuka wojny” jest 26 esejów rozmaitych osób, które poprosiłem o wypowiedź co do tego, jak rozumieją wojnę.
Każdego z tych autorów poprosiłem o wymienienie trzech książek, które w jakiś sposób wpłynęły na ich życie i zmieniły sposób, w jaki patrzą na świat. Rzeczony pan wymienił, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, właśnie książkę „Zapomnij o Ziemi” Colina Sissona Kaepa.
[04:58:56] - Tak, panie Piotrze, dzisiaj było dużo fantastyki, ale takiej fantastyki z podtekstem takim, jak pan najbardziej lubi. Pięknie dziękuję. To będzie dla tych, co nie czytali, na pewno wspaniały drogowskaz. A zatem jeszcze raz pięknie dziękuję i do usłyszenia za tydzień.
[04:59:15] - Do usłyszenia.
[04:59:18] - Obiecałem, że będą polecanki. Są polecanki i polecanek nigdy za dużo, więc zapraszam państwa na następne. Naszym następnym gościem będzie pisarz, który w tej chwili święci ogromne sukcesy na polskim rynku wydawniczym. To jest Michał Gołkowski. Ten cykl „Książki w moim życiu” to jest cykl, w którym jakiś czas temu zaprosiłem właśnie Michała Gołkowskiego do podzielenia się tymi ważnymi książkami, jakie one były, jak wpłynęły na jego życie, co czytał, co czyta. A tym z państwa, którzy nie wiedzą, kim jest Michał Gołkowski, śpieszę tych państwa poinformować, że z wykształcenia to jest lingwista, z zamiłowania historyk wojskowości, a z zawodu codziennego tłumacz kabinowy, angielsko-polsko-rosyjski. Myślę, że oglądając programy w telewizji, nie raz natknęliście się państwo na jego tłumaczenia. Bardzo wielu specjalistów ocenia, że tłumaczenie symultaniczne, które wykonuje, jest na najwyższym poziomie. Pisanie Gołkowskiego jest bardzo rozrywkowe. Jedni to lubią, drudzy nie lubią.
Toteż on ma rzesze zagorzałych zwolenników. Ja to widziałem na przynajmniej kilku imprezach fandomowych. Właściwie jak Michał Gołkowski ma mieć spotkanie, to tam się jest ciężko dopchać. To tylko tyle wspomnę. Jeszcze tylko powiem, że zadebiutował w roku 2013 powieścią „Ołowiany świt”. Ona była osadzona w realiach W takich realiach znanych z „Pikniku na skraju drogi” braci Strugackich. To taki cykl „Stalker”. Tam wydał w tym cyklu „Ołowiany świt”, „Drugi brzeg”, „Droga donikąd”, „Sztywny” i „Powrót”. Ale to nie jest jedyny cykl, jaki pisze Michał Gołkowski. Są jeszcze „Stalowe szczury”, a tam „Błoto”, „Chwała”, „Königsberg”, „Otto” i „Ford '72”.
Jest też jego chyba najsławniejszy cykl „Komornik”, więc w tym cyklu pierwszy tytułowy „Komornik”, ale jest też „Rewers” i „Kant”. Związany z tym cyklem inny cykl „Arena dłużników”. I tu jest tom pierwszy i drugi z zeszłego i z tego roku. Jest jeszcze „Siedmioksiąg grzechu”. Chyba jeszcze nieskończony. Z tego, co się zorientowałem. No i jest inny jeszcze jego znany cykl „Sybilpunk”. To trzy tomy, które również na państwa czekają, ale czekają też książki, które Michał Gołkowski pragnie państwu polecić. Zapraszam. Gościem „Bibliotekarium” jest Michał Gołkowski, człowiek, którego książki biją rekordy popularności i aby uzyskać wywiad od niego, musieliśmy poczekać w długiej kolejce, przepuszczając wszystkie te osoby, które chciały zdobyć autograf.
Ponieważ jesteśmy w cyklu „Książki w moim życiu”, to od razu pytam: te najważniejsze książki. I może zacznijmy od dzieciństwa.
[05:03:05] - „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Bez tej książki nie wyobrażam sobie dzieciństwa. Do dzisiaj pamiętam moją ciocię, babcię. No to różne są określenia. Siostrę mojej babci, która tak naprawdę mnie wychowała, siedzącą przy łóżku, czytającą mi „Dzieci z Bullerbyn”. Jeżeli mi to czytała, no to musiały być czasy, kiedy jeszcze ja nie umiałem czytać, a podobno nauczyłem się czytać w wieku lat czterech. Nie wiem, bo nie pamiętam. Od tamtej pory czytałem nałogowo. Czytałem wszystko, ale „Dzieci z Bullerbyn” to takie spokojne, radosne opowieści z życia codziennego, zbudowane na bohaterach z minimum dekoracji, gdzie każda najmniejsza czynność urastała do rangi praktycznie rytuału. Bardzo mocno na mnie wpłynęły, bo Astrid Lindgren w dużej mierze opisywała coś, co nazwałbym trochę przewrotnie epickością życia codziennego.
Kiedy się zapytać, o czym są „Dzieci z Bullerbyn”, to najprostsza odpowiedź brzmi: o niczym. Tam nie ma akcji, tam nie ma fabuły, tam nie ma wydarzeń. Tam są tylko dzieci i ich codzienność, która urasta do rangi magicznej przez to, jak jest opisywana i jak ciepłym językiem się o niej mówi. Potem zupełnie naturalnym krokiem dla mnie, również Astrid Lindgren, stali się „Bracia Lwie Serce” i „Bracia Lwie Serce” byli pierwszą książką, która wywarła na mnie ogromne wrażenie emocjonalne, bo ja na niej zawsze płakałem. Zawsze. Za każdym cholernym razem. Potem doszedłem już do takiej wprawy, że czytałem tę książkę, omijając początek, który uważałem za zbyt smutny. Ja wiedziałem, że on tam jest. Ja pamiętałem dokładnie słowo po słowie, litera po literze, co tam się dzieje. Byłem świadom tego, jak oni obydwaj trafiają do Nangijali, ale nie chciałem go czytać.
Po prostu zaczynałem od momentu, kiedy już tam byli. Tak samo doszedłem do takiej wprawy, że nie byłem w stanie czytać fragmentów, gdzie była Katla. Doskonale je pamiętałem. Potrafiłem recytować z pamięci. Dzisiaj bym potrafił, ale omijałem, bo były zbyt straszne. Czyli jeżeli jakaś książka naprawdę w tym wczesnym dzieciństwie odcisnęła na mnie swoje piętno, takie niezapomniane, bo ilustracje z Katlę też pamiętam do dzisiaj, to byliby to właśnie „Bracia Lwie Serce”. Dwie chyba najważniejsze książki, paradoksalnie jednej autorki. No muszę, muszę jeszcze wrzucić Chmielewskiej „Nawiedzony dom”.
[05:05:27] - I to też była lektura dzieciństwa?
[05:05:29] - To też była lektura dzieciństwa. To była książka, którą ja po prostu sczytałem do zamordowania. Nie zliczę, ile dziesiąt razy przeczytałem tę książkę od deski do deski. Wydaje mi się, że ona jest bardzo bliska „Dzieciom z Bullerbyn”, bo to też jest epickość życia codziennego. To są sprawy małe, urastające do rangi heroicznych, postrzegane przez oczy dziecka, przez oczy bohatera. I ja właśnie w ten sposób bardzo często konstruuję moje książki. Ja unikam tematów ogromnych, wielkich, gigantycznych bitew, nie wiem, sporów czy ratowania świata. Uważam, że jest to nieciekawe. Jedyna ciekawa rzecz w każdej książce, jaką mamy, to jest tak naprawdę bohater i to wokół niego się wszystko kręci. To przez jego oczy czytelnik postrzega świat.
Tak sobie myślę teraz, w trakcie tego wywiadu, że jeżeli jakieś książki ukształtowały mój sposób pisania dzisiaj o rzeczach, umówmy się dorosłych, paskudnych, krwawych, wrednych, plugawych, to były to właśnie te trzy pozornie niewinne książki z głębokiego dzieciństwa.
[05:06:30] - Po dzieciństwie nastaje wiek młodzieńczy. Bycie nastolatkiem to jest ciężkie zadanie. Co w tym okresie? Jakie książki były tymi wybranymi, tymi specjalnymi, ważnymi?
[05:06:41] - Tutaj byłoby mi bardzo trudno wybrać jedną najważniejszą czy nawet jedne najważniejsze, bo ja czytałem nałogowo. Ja czytałem po trzy, cztery książki tygodniowo, wręcz do tego stopnia, że w każdym pokoju mogłem mieć otwartą i zaczętą inną książkę i w zależności od tego, gdzie byłem akurat, to czytałem. Łykałem naprawdę wszystko. Jak sobie o tym pomyślę. Od lat dwunastu do wieku lat osiemnastu czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Autentycznie, autentycznie wszystko. Asimowa, Heinleina, absolutnych klasyków science fiction i fantastyki. No oczywiście Howarda Wagnera, którym nie mogę nie oddać hołdu dzisiaj, będąc akurat w trakcie premiery „Śpiżowego gniewu”, czyli mojej książki osadzonej właśnie w epoce brązu. No to tutaj Robert Howard, mam nadzieję, uśmiecha się zza grobu, no bo to on jednak to wszystko zaczął. Zabawne jest to, że nigdy za młodu, w dzieciństwie jakoś nie przekonałem się do Tolkiena.
Może dlatego, że podszedłem do „Władcy Pierścieni” w wieku lat dziewięciu, więc trochę za wcześnie. W połowie drugiego tomu się pogubiłem, kto poszedł, z kim, dokąd, dlaczego i kogo zabili, a kto jest ranny, a kto ożył. I do końcówki już po prostu nie dotrwałem, bo się zwyczajnie pogubiłem. Ale gdybym miał powiedzieć o książce, którą czytałem namiętnie w czasach tak zwanej nastoletniości, o książce, którą kończyłem czytać i zaczynałem od początku, to byłaby to trylogia Sienkiewicza. Opisuję ją tutaj jako jedną książkę, co jest pewnym oszustwem. Jeszcze z tym oszustwem, że zazwyczaj wyłączałem z niej „Pana Wołodyjowskiego”. To znaczy z obowiązku czytałem go raz, czytając całą trylogię, bo podchodziłem do tego w ten sposób. Choć odkładałem na bok, bo umówmy się, „Pan Wołodyjowski” jest najsłabiej napisany. Tamci bohaterowie są jednak echem tego, czym byli w poprzednich częściach. Głównie wynikało to z kłopotów osobistych Sienkiewicza, który po prostu nieszczególnie miał serce do pisania, a pisać musiał, żeby przeżyć już w tym okresie.
Ale jestem absolutnym fanem „Potopu” i absolutnym fanem „Ogniem i mieczem”. „Ogniem i mieczem”, który jest podręcznikowym przykładem tego, jak książek nie należy zaczynać. Od sceny, gdzie lecą żurawie nad stepem. No na Boga! Żurawie lecące nad stepem. Gdyby to był film nakręcony dzisiaj i bym nie wiedział, co jest dalej, to bym zobaczył te żurawie lecące nad stepem, których klangor rozlegał się dźwięcznym echem. O ile dobrze pamiętam cytat i bym po prostu przełączył kanał. Sienkiewicz też się dopiero uczył wtedy. Ja się uczyłem razem z nim i moją ulubioną częścią trylogii jest „Potop”, który czytałem od deski do deski. Kończyłem, wracałem do pierwszego tomu i czytałem od początku pierwszy tom, bo czytałem go jeszcze, żeby było weselej w reprincie oryginalnego wydania z, nie chcę skłamać, 1894 rok pierwsze wydanie, o ile dobrze pamiętam.
Jeszcze z oryginalną pisownią, czyli z pułkownikiem pisanym przez ukreskowane i z husarią, i z innymi przedziwnymi obocznościami, które wtedy były na porządku dziennym. I do dzisiaj, gdybym to otworzył, to bym czytał. Czytał, bo Sienkiewicz miał jednak wybitny talent. Jak to zawsze śmiała się moja babcia, to był pierwszorzędny pisarz drugorzędny. On nie aspirował do pisania o rzeczach wielkich, przemyśleniach, o filozofii, o wrzucaniu jakichś wartości podprogowych. On nie chciał swojego czytelnika pouczać, ale zdecydowanie chciał go zainteresować i chciał go wychować. A poza tym Sienkiewicz był praktykiem. On musiał wiedzieć, o czym pisze. Przecież on przewertował całe pamiętniki Paska. Umówmy się, gdyby nie Sienkiewicz, o Pasku dzisiaj nikt by nie słyszał.
To on go wyciągnął, ocalił od zapomnienia. Człowiek, który żeby sprawdzić, czy da się uwolnić ze związania w kij, sam pozwolił się w ten kij związać. Próbował. Podobno mu się nawet udało. Ja Sienkiewicza do dzisiaj uwielbiam. Za warsztat, za podejście, za tempo i za absolutny brak jakichkolwiek zahamowań, jeśli idzie o pisanie w biegu. A ja też piszę w biegu dzisiaj. Ja piszę tak jak Sienkiewicz. On pisał na kolanie w kibice, jeżdżąc z żoną od jednego uzdrowiska do drugiego, nie pamiętając, co było wcześniej, wysyłając despelarskie telegramy na zasadzie: „zapomniałem, zgubiłem notatki, gdzie jest Kmicic”. I przychodziła odpowiedź: „Kmicic wysadza kolubrynę.
Pisz szybciej”. Sienkiewicz był pod tym względem niesamowity. On ogarniał te wszystkie wątki, miał bardzo analityczny umysł, a jednocześnie nie bał się płynąć. Nie bał się płynąć, nie bał się błędów. Z błędów robiły się jego zalety. No umówmy się, Jan Onufry Zagłoba wcale nie ma na imię Onufry. Zagłoba miał na imię Jan. On potem Helenie prowadzonej jako pacholęcie mówi: „Ty mnie nazywaj Onufrii. Będę udawał dziada”. I potem się przedstawia jako Jan Onufry, a potem się w ogóle przedstawia jako Onufry, bo Sienkiewiczowi się po prostu popierniczyło.
Absolutnie uwielbiam trylogię Sienkiewicza za tę żywiołowość, za ten fatalnie napisany początek, doskonale rozkręcający się środek i całkowicie niepotrzebnie dopisany na siłę koniec.
[05:11:28] - A jakie książki czytał dorosły Michał Gołkowski? Czy można ten okres podzielić na jakieś okresy? Czy da się jakieś wyróżnić?
[05:11:35] - Dorosły Michał Gołkowski od wieku lat mniej więcej osiemnastu, dwudziestu absolutnie wsiąkł w literaturę faktu i literaturę historyczną, bo ja jestem w ogóle z zamiłowania historykiem, historykiem wojskowości, miłośnikiem antyku, średniowiecza, wszystkiego tego, co było wcześniej. Czytałem w oryginale Tukidydesa „Wojnę peloponeską”. Czytałem „Żywoty sławnych mężów” Plutarcha, Homera. Wszystko, co się dało, żeby poznać źródła, bo widziałem, że Sienkiewicz na czymś bazował, a ja chciałem poznać to, na czym on bazował. Więc pamiętniki Paska też przeczytałem kilka razy. Fascynująca lektura. Absolutnie. Nauczyłem się wagi źródeł historycznych, nauczyłem się korzystania z tych ksiąg i szedłem coraz głębiej. Tak naprawdę aż do poziomu archeologii, bo będąc studentem Instytutu Lingwistyki Stosowanej ze specjalnością tłumaczenie ustne w ustawieniu angielski, rosyjski, napisałem magisterkę na niebagatelny temat: „Broń i uzbrojenie na terytorium Rusi Kijowskiej w X-XIII wieku. Glosariusz dwujęzyczny”.
Nie mam pojęcia, jak połknęli ten temat. Wiem, że kiedy wszedłem na obronę, komisja nie była mi w stanie zadać ani jednego pytania o treść. Natomiast zadali mi najważniejsze o obuszek. Ponieważ ja w preambule do mojej magisterki napisałem, że to się u mnie wzięło od Sienkiewicza i jego obuszka. Otóż tam jest taki moment w trylogii. Znowu wracamy do trylogii, ale to się bardzo ładnie zapina. Kiedy Kmicic vel Babinicz, jadąc konno, podrzuca obuszek, rozmawiając z panem Tyzenhauzem, a pan Tyzenhauz się wielce dziwuje, że tamten ten obuszek podrzuca tak wysoko, że znika niemalże z oczu i potem w pełnym skoku z konia ten obuszek łapie. Mnie to uderzyło już wtedy, kiedy czytałem trylogię jeszcze w wieku nastoletnim, że w sumie nie wiem, co Kmicic podrzuca. Nie mam pojęcia, jak to wygląda i nie mogę sobie tego zwizualizować. Zacząłem kopać.
Większość ludzi jest przekonanych, że obuszek to jest coś małego, stosunkowo niepozornego. No sama nazwa, prawda, występująca w zdrobnieniu obuszek, że to będzie jakieś rodzaj, nie wiem, małego buzdyganu albo małej buławy. Otóż okazuje się, że obuszek to była wykuta w całości z żelaza laga długości metr dwadzieścia ze stalowym trzonkiem i stalową głowicą Która miała być obejściem wprowadzonych podczas jednego z sejmów przepisów zabraniających wnoszenia czekanów na posiedzenia Sejmu, ponieważ okazało się, że tymi czekanami się radośnie mordowali. Szablą można było kogoś pochlastać, popłatać, rzadko kiedy się go zabijało. Natomiast strzał czekanem, umówmy się, lądujący albo w głowę, albo w klatkę piersiową, przeważnie był śmiertelny. Zakazano noszenia czekanów. Co zrobiła szlachta? Szlachta zaczęła nosić czekany do góry nogami, trzymając je u góry za trzonek, a głowicę mając u dołu, głowicę stępiono, a króczy dziób czekana zakrzywiono do góry, żeby broń nie miała ostrych krawędzi. De facto zrobiono coś jeszcze straszniejszego, ponieważ takim obuchem można było też kogoś nieźle skatować albo i zabić, nie przelewając krwi. Wtedy, w trakcie studiów poczułem, jak bardzo interesuje mnie historia stosowana.
Coraz głębiej wchodziłem w muzealnictwo, coraz głębiej wchodziłem w archeologię. Spędziłem parę upojnych miesięcy, szykując się do mojej magisterki w bibliotece wydziału archeologii, gdzie znali mnie już wszyscy, łącznie z panem Wojtkiem od ksero, który po prostu już nawet mnie nie prosił o legitymację, bo wiedział, że przychodzi taki dziwny student, nie jeden z naszych, z jakiegoś innego, dziwnego wydziału. Nie wiedzieć dlaczego grzebie w rocznikach. Ta historia dla mnie stawała się wtedy coraz bardziej namacalna, coraz bardziej żywa i do dzisiaj od niej nie uciekłem, bo piszę o historii. Idę w nią coraz głębiej. Od lat 90. przez pierwszą wojnę światową, teraz do epoki brązu. Zobaczymy, co będzie dalej.
[05:15:08] - Nie mogę w tym momencie nie zadać pytania, skąd się wzięło uniwersum „Stalker”?
[05:15:14] - Uniwersum „Stalker” też się wzięło z zamiłowania do historii. Uniwersum „Stalker” wzięło się, idąc achronologicznie, stąd, że ja w początku lat 90. mieszkałem dwa i pół roku na Białorusi, więc świat zatopiony w formalinie, świat po upadku ZSRR, świat utracony to jest dla mnie moje dzieciństwo na Białorusi, ponieważ Białoruś na początku lat 90. to jeszcze było ZSRR pod względem mentalności, wychowania, zachowania, wyglądu ludzi, tego, co było w sklepach, jak się zachowywaliśmy w szkole. Ze mnie się śmieją moi przyjaciele Rosjanie, że jeszcze miałem prawdziwe sowieckie dzieciństwo. I oni to mówią z uśmiechem. Dla nich to jest komplement, bo dla nich ja w ten sposób jestem swojak. Czarnobyl zatopił w formalinie ogromną połać terenu wokół elektrowni. To jest współczesna ziemia utracona, nie odnaleziona tak jak Ameryka, tylko utracona, w którą wchodzimy nie po to, żeby znaleźć nowe, ale żeby znowu poczuć stare. To jest niesamowite połączenie swoją drogą, że od Strugackich, przez film Tarkowskiego, przez katastrofę w Czarnobylu, jeżeli można ją postawić w jednym rzędzie, do gry komputerowej i znowu do książek.
Jesteśmy na wysokości tego samego mitu. Kiedy zagrałem po raz pierwszy w grę opartą właśnie na katastrofie czarnobylskiej, w filmie Tarkowskiego, micie Strugackich, mnie to strasznie uderzyło, bo to był świat, który zapamiętałem z głębokiej, wczesnej nastoletniości, z Białorusi. To był świat utracony, świat bez ludzi. A ja jestem mizantropem w głębi duszy. Bardzo lubię święty spokój i strasznie odpowiada mi to, że wyszliśmy na ten wywiad z tej cholernej premiery. Zostawiliśmy tych ludzi kłębiących się na górze i jesteśmy tutaj, w tej ogromnej, pustej przestrzeni tylko we dwóch i prawdopodobnie nikt nawet nie wie, że tu jesteśmy. Bardzo komfortowo czuję się w takiej sytuacji i do mnie to po prostu trafia, bo pozwala mi połączyć kilka najbardziej podstawowych potrzeb w moim życiu. To znaczy potrzebę książki, którą piszę, potrzebę samotności, która z książką wiąże się nierozerwalnie, potrzebę powrotu do dzieciństwa. Za czasami minionymi, za czasami utraconego dzieciństwa tęskni każdy. To jest też ucieczka w inny świat, a to są bracia Lwie Serce.
To jest powrót do czasów radosnego, beztroskiego dzieciństwa, a to są „Dzieci z Bullerbyn” i to jest tworzenie swojego własnego świata, swojego bohatera i uczenie się na swoich błędach, a to jest Sienkiewicz. W jakimś magicznym splocie wszystkich tych wątków, wszystkich tych linii mojego życia, wychowania, edukacji i literatury, doszedłem do wniosku, że bardzo chciałbym przeczytać jedną z książek z uniwersum „Stalkera” po polsku, bo one wychodziły po rosyjsku, ale jakoś nikt nie chciał ich dla mnie przetłumaczyć. Więc pomyślałem sobie: oh well, napiszę sam. I od tamtej pory właśnie to robię. Od pięciu lat piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać.
[05:18:01] - Na koniec chciałbym zapytać, co będzie w przyszłości. O jakiej książce pan marzy, żeby ją napisać i o jakiej książce marzy pan, żeby ją przeczytać?
[05:18:09] - Zawsze o tej, którą akurat w tej chwili piszę. W momencie, w którym otwieram projekt, bo tak trzeba to rozpatrywać, jedyna książka, jaką chcę napisać, jedyna, jaką chcę przeczytać, jedyna, jaka mnie interesuje i jedyna, jaka istnieje, to jest ta, nad którą właśnie pracuję. I to jest dla mnie najpiękniejsza rzecz w tym wszystkim, bo czytam cholernie szybko. Robię po 150 stron w godzinę, więc dla mnie książka to jest zabawa na jeden dzień. Ale jeżeli wiem, że mogę nad książką siedzieć cały dzień, 10 godzin dziennie, rzadko kiedy mam taką możliwość oczywiście, ale że mogę. I że ta książka się nie skończyi, że mi jej wystarczy na miesiąc, na dwa, czasami na dwa i pół, a jedynym warunkiem tego jest to, że nie mogę jej czytać, a muszę ją pisać, to jest przepiękna perspektywa, ponieważ to znaczy, że dla mnie ciekawe książki nie skończą się nigdy, bo sam będę je pisał.
[05:19:00] - Bardzo dziękuję.
[05:19:01] - Dziękuję bardzo.
[05:19:28] - Proszę państwa, nie ustajemy w polecankach książkowych. Tak jak powiedziałem, w pewnym momencie czas jest przedwakacyjny i człowiek, przynajmniej niektórzy, zaczynają się nerwowo rozglądać, co by tu kupić komuś na prezent, co by tu kupić na prezent sobie. Myślę, że ta dzisiejsza audycja może odpowiedzieć na wiele pytań i nie ustając w tym cyklu polecankowym, zapraszam państwa na spotkanie z Bruno Kadyną. To kolejny autor, którego państwo świetnie znacie, bo nie raz jego opowiadania były na antenie czytane, czy to w interpretacji samego autora, czy też w interpretacji Ivelliosa. Twórczość Bruno Kadyny znacie państwo na pewno świetnie. Cóż mogę powiedzieć? Nie będę opowiadał o Bruno Kadynie, bo chyba lepiej jak przeczytam, co napisał o sobie sam na swojej stronie internetowej. „Autor powieści, opowiadań, felietonów. Urodzony w 1981 roku w Gdyni, gdzie mieszka do dziś dzień.” No dobrze. „W swoich utworach skupia się na ukazywaniu relacji międzyludzkich.
Często szokuje i wstrząsa. Zabiera czytelników w podróż po świecie emocji i wartości. Czasami w tych skrzywionych...” Przepraszam, to mój błąd, moja dysleksja, dysgrafia czy cokolwiek to jest. Czytam jeszcze raz: „Czasami po tych skrzywionych...” Jest tu jakiś po prostu błąd, panie Bruno na tej stronie albo ja tego nie potrafię przeczytać. W każdym razie Bruno zachęca do krótkiego postoju w życiowym wyścigu i rozejrzenia się wokół siebie. Proszę, jak autor o sobie sam coś napisze, to naprawdę gdzieś to się ociera o poezję. Ale to wszystko prawda. Pisze o swoich opowiadaniach Bruno w ten sposób: „Opowiadania, które znajdziesz na tej stronie – szukajcie państwo strony Bruno Kadyny, zresztą bardzo prosty ma adres – pokazują, że tej twórczości nie da się przypisać jednemu gatunkowi. Są to teksty mieszane, łączące elementy prozy obyczajowej i fantastyki, a niekiedy również grozy. Podobnie powieści mocno różnią się od siebie.
Zanim Bruno zaczął tworzyć historie i przelewać je na papier, miał mnóstwo osobliwych zajęć, które wcale nie wróżyły kariery pisarskiej. Z zawodu jest złotnikiem jubilerem. Uprawiał kulturystykę, boks, pracował jako bramkarz w klubie nocnym, w końcu jako marynarz, a obecnie jest handlowcem.” Tak ogólnie powiedzmy – handlowcem. „Wszystkie te doświadczenia stanowiły swoisty zapalnik dla jego twórczości i takim impulsem, który stał się początkiem literackiej przygody, było narastające pragnienie tworzenia.” Już po prostu się chłop dusił, musiał to napisać. Debiutem literackim była książka „Metalowa Dolna”. Powieść wydana w 2015 roku, ukazująca losy Tomka, kulturysty zmagającego się z chorobą nowotworową żony. Inne książki tego autora to: „Wpływ”, „Ciężki bagaż” i „Kocur”. „Kocur” szczególnie ujął mnie za serce. Niech to tak wybrzmi. Naprawdę świetna książka.
Bohaterowie tych historii, które tworzy Bruno Kadyna, to takie prawdziwe postacie z krwi i kości, których emocje i uczucia zostały przedstawione w sposób myślę, że prawdziwy. Prawdziwy i taki wiarygodny. Może to jest lepsze słowo, bo czy prawdziwy? Ludzie są różni, ale to, co pisze Bruno, jest po prostu wiarygodne. Jego proza jest pozornie, a przynajmniej spora część tej prozy jest pozornie prosta, lekka, ma taką delikatną, misterną konstrukcję, ale cholernie mocno działa na czytelnika. Autor sam się tym chwali, że ma na koncie ponad 30 opowiadań. Niektóre ukazały się w magazynach drukowanych, takich jak „Pocisk” czy „Akan”, na platformach medialnych, takich jak na przykład anywhere.pl. Oczywiście w Book Radio, ale też w Radiu Paranormalium, w starej audycji, ale jeszcze istniejącej przynajmniej w zapisach archiwalnych. Bo był zarówno w Bibliotekarium, w tym starym Bibliotekarium był goszczony, ale też był w ABW. ABW gościło go dosyć często.
Tam właściwie poznaliśmy się z Brunem, więc ma pełną przepustkę Bruno do Bibliotekarium 2.0. On już jest tutaj właściwie profesorem. Sporo opowiadań było wyróżnionych w konkursach różnego rodzaju, od takich na jakąś taką krótką formę erotyczną, po całkiem poważne, takie jak opowiadanie „Kamień”, które zostało wydane później w pokonkursowym zbiorze przez Bibliotekę Publiczną Miasta Stołecznego Warszawy. W maju 2022 roku premierę miała antologia „Nieoczywista” z opowiadaniem „Jełopka”. Pewno niedługo pojawi się kolejna książka Bruno Kadyny. Ja już nawet wiem, jaki będzie miała tytuł i zdradzę państwu. Oczywiście to będzie „Mały kapeć”. Ale dosyć przynudzania w wykonaniu Marka Żelkowskiego. Teraz czas, żeby głos zabrał Bruno Kadyna. Zapraszam.
[05:25:53] - Naszym gościem jest dzisiaj Bruno Kadyna, człowiek wielu talentów, ale przede wszystkim pisarz. Dzień dobry.
[05:26:01] - Dzień dobry, witam państwa bardzo serdecznie.
[05:26:03] - Bruno, jesteśmy w odcinku „Bibliotekarium 2.0”, w którym znani i lubiani polecają książki. Oddaję ci głos. Co byś na pierwszą linię rzucił?
[05:26:18] - Polecać można dużo książek, a ja wybrałem kilka. Najpierw może „Martin Eden” Jacka Londona. Jest to jedna z moich ulubionych książek, bo bohaterem jest pisarz i tak naprawdę pokazuje historię tego pisarza, jego znoje, trudy i samorozwój. Bardzo dobrze napisana książka, choć już przecież niemłoda.
[05:26:44] - Tak, ale w tej książce życie pisarza pokazane jest niezwykle barwnie, bo on nie zajmuje się tylko i wyłącznie pisaniem.
[05:26:53] - Tak, to marynarz. Może dlatego jest tak mi bliska ta powieść, bo bohater jest twardzielem. To jest młody chłopak, który ma krzepę, jest marynarzem.
[05:27:07] - Awanturnikiem trochę.
[05:27:08] - Dokładnie tak. Więc jest mi trochę bliski. A jednak ta jego twórcza natura i to jego pragnienie samorozwoju i pisania jest tak wielkie, że przeważa nad tym wszystkim. Jest gotów poświęcić swoje życie marynarza pełne przygód dla tego pisania, co potem okazuje się głupotą, ale już jest za późno. Świetna książka.
[05:27:35] - Okej. Powiem ci, że wyciągnąłeś zabytek literacki już z dzisiejszej perspektywy. Nie wstydzisz się?
[05:27:46] - A czego tu się wstydzić? Jest dużo fajnych, starych książek, a ona jest moim zdaniem cały czas aktualna. Jeśli chodzi o znoje bohatera, jeśli mówimy o pisaniu, wydawaniu i próbowaniu się ukazać, to chyba czasy się niewiele zmieniły.
[05:28:01] - Tak, to, co powiedziałem, to była prowokacja, a prowokacja biorąca się stąd, że ja znam przynajmniej kilka osób, które uważają, że książek, które mają powyżej 20 lat, w ogóle nie należy czytać, bo cóż taka książka może nam powiedzieć. Stąd te moje prowokacyjne wyskoki pod twoim adresem.
[05:28:21] - Niektóre pewnie tak, ale akurat ta i wiele innych myślę, że są ponadczasowe i śmiało można po nie sięgać.
[05:28:30] - Dobrze, Bruno, mam nadzieję, że nie zostawisz mnie z jedną książką, bo będę miał uczucie niedosytu. Zatem polecaj dalej.
[05:28:38] - Drugą polecam i wybrałem pod kątem pisania oczywiście, bo już jako piszący człowiek czytam te książki trochę inaczej. I druga, którą przygotowałem, to „Dziewczyna z sąsiedztwa” Jacka Ketchuma. Ojeju, to jest mistrzostwo świata. To jest tak pięknie napisane. Chociaż historia jest bardzo okrutna i trudna, nie dla każdego, tak myślę. Powieść suspensu, którą bardzo mocno chwalił Stephen King. On na pewno napisał wstęp do tej powieści, bardzo ją zachwalając. I tak jak czytając, ludzie piszący widzą, jak książka była tworzona, jakich zabiegów autor użył. Widzimy te szwy, w jakim kierunku poszedł, jak to rozwijał, więc możemy też postawić się w jego skórę. Ta powieść tak mnie zafascynowała.
Ta historia jest tak świetnie napisana. Każda postać jest z krwi i kości, ale tak mocno, że my widzimy ją oczami wyobraźni bardzo wyraźnie i zapominamy o tych szwach. Ja już się zorientowałem w pewnym momencie, że popłynąłem, czytając tę książkę, zupełnie się nie skupiając na tym, jakie zabiegi stosował autor, jakie to jest świetne. Ale historia jest nie dla każdego. Jest bardzo okrutna.
[05:30:14] - Okej, a zechciałbyś chociaż trochę tę historię przybliżyć? Ja cię, broń Boże, nie namawiam do opowiadania książki, bo to byłby rodzaj zbrodni. Natomiast jakbyś tytułem zachęcenia, zanęcenia potencjalnego czytelnika, to co by to było?
[05:30:31] - To jest suspens, więc my tutaj mniej więcej od razu wiemy czy domyślamy się, co tam się dalej wydarzy. Rzecz dzieje się chyba w latach 60. w Stanach Zjednoczonych, jeśli dobrze pamiętam. I to jest powieść oparta na faktach albo na historii, która się wydarzyła naprawdę, których jest wiele. Zresztą tak mówi potem na koniec sam autor. Tutaj bohaterami jest dziewczyna i jej młodsza siostra. Ona traci rodziców w wypadku i trafia do zastępczej rodziny, do jej rodziny, to jest do kuzynostwa. To jest siostra matki. Mam słabą pamięć, więc mi uciekają takie szczegóły. I tam się nie dzieją dobre rzeczy.
Ta zastępcza rodzina, ta jej ciotka ma trzech synów. I są bardzo źle traktowane te dziewczyny. Nie zasługują na to oczywiście. Głównym bohaterem jest, bo patrzymy z punktu widzenia kolegi tych trzech chłopaków, któremu się ta dziewczyna, która się wprowadza do tego sąsiedztwa, bardzo podoba. Ona jest starsza i wiadomo, że spędzają razem czas, bo to są dzieciaki. Ale wśród tych dzieciaków dochodzi do okrucieństwa. Największym potworem jest ta ciotka. Kobieta, która tak naprawdę jest okrutnym i złym motorem, który podatny grunt, jakim są dzieciaki, popycha w strasznym kierunku. Więcej nie powiem. Tyle można zdradzić, bo tego się domyślamy.
Suspense, wiadomo. Nic tu nie ma, wiadomo, jak się zakończy, ale wiemy, w jakim kierunku to idzie. To jest tak świetnie zrobione, że tam nie ma nawet cienia jakichś niedoróbek albo czegoś, co byłoby niepotrzebne. Jest tak zbudowany klimat, ci bohaterowie są tak świetnie rozrysowani i to, co robią, to tło i to, co mamy w tych warstwach, w drugiej, trzeciej i czwartej. Jest tak zbudowany klimat, już nie mówiąc o samej historii, że czujemy to całym sobą, sercem, umysłem, duszą. Świetna książka.
[05:33:01] - A czytuje żwać pan coś z fantastyki naukowej, co jest mi dosyć bliskie, w związku z czym pytam.
[05:33:07] - Teraz czytam. To science fiction, nie jest fantastyka naukowa raczej. To jest seria. Kiedyś czytałem i to się okazało, że to była druga albo trzecia część, a teraz zacząłem czytać od początku. To jest „Planeta śmierci”.
[05:33:23] - Jak nie fantastyka naukowa, jak fantastyka naukowa.
[05:33:27] - Można tak powiedzieć. Ja się na tym aż tak nie znam dobrze jak ty. Lubię, ale z nazewnictwem jakoś mi to... Ja wolę po prostu czytać. Ale książka, historia jest świetna. „Planeta śmierci” Harry'ego Harrisona. Dowiedziałem, że jest sześć części, to się zdziwiłem. Czytam czwartą i tutaj też może to nie jest warsztatowo jakoś świetnie. To zresztą niemłoda powieść, bo pierwsza część chyba w 1968 roku została wydana, jeśli dobrze pamiętam. Na pewno to są lata 60.
I troszkę jest widać. Rzecz się dzieje w odległej przyszłości. To są tysiące lat od naszych czasów wprzód. I jeśli chodzi o jakieś techniczne rzeczy na statku, komunikację i tak dalej, to widać, że to było pisane dawno temu, bo teraz pewnie autor zrobiłby to trochę inaczej, już wiedząc mniej więcej, w którą stronę poszła technologia. Ale to jest taki uśmieszek, jak czytamy. Nie mówiąc o warsztacie, bo jest oczywiście w porównaniu do Kichuma, moim zdaniem, o wiele słabszy. Ale nie chodzi o to. Chodzi o pomysł, na jaki wpadł Harry Harrison. Wpadł na taki pomysł, który można wykorzystywać w nieskończoność. Rzecz się dzieje, jak wspomniałem, tysiące lat w przyszłości i ludzie eksplorowali kosmos i zasiedlili mnóstwo planet.
I na każdej z tych planet ludzie są na różnych poziomach rozwoju. Gdzieniegdzie jest to mocno rozwinięte, nie zapomnieli tego. Bo oczywiście po tym zasiedleniu, po tej ekspansji kosmosu, po tych zasiedleniach, mijają też tysiące lat, więc niektóre nacje zapominają kompletnie, skąd się wzięły na tej planecie, że w ogóle mieszkają na planecie, tak jakby się cofnęły. Jest to wynikiem wojen czy jakichś chorób. Jest taki bogaty wachlarz do wykorzystania, bo bohater podróżuje po tych światach, przeżywa tam swoje przygody, zostaje porwany, uprowadzany i tak dalej. Tutaj się otwiera tyle możliwości. Bardzo fajny zabieg. I oczywiście jest to ciekawe. Czytam czwartą część i jestem ciekaw. Moim zdaniem ta czwarta jest jak na razie najsłabsza, ale już mając więź z bohaterem i sympatię dla niego, to jestem ciekaw, co tu się wydarzy.
A jeszcze dwie przede mną.
[05:36:18] - Ja powiem tak, że ja mam jednak duży sentyment do pierwszej części, w której to się wszystko zaczyna, w której to Planeta Śmierci jest naprawdę planetą śmierci. Natomiast później już miałem tak zwane mieszane uczucia. Jeszcze ta część, która jest jakby powtórzeniem historii Czyngis-chana, tak ogólnie powiem, żeby nie zdradzać za dużo, jeszcze jakoś ją łyknąłem, ale te inne, to już miałem wątpliwości. Przychylę się do tego, co mówisz, że im dalej w tę historię, to moim zdaniem coraz bardziej widać te szwy, o których mówiłeś przy poprzednim autorze, że ich nie było widać. Tu, moim zdaniem, Harrison kombinował, czasami mocno przekombinowując, aczkolwiek przyznaję ci rację, że jak już człowiek się wciągnie, to się czyta samo właściwie.
[05:37:14] - Tak. Tutaj warsztatowo jest, jak mówiłem, dalej od Kichuma czy nawet Londona. Mi się po prostu podoba pomysł. Byłem ciekaw, jak on to wykorzysta, bo pomysł jest świetny. Tutaj jest tyle możliwości. Co planeta, to inna historia.
[05:37:32] - Wiesz, ja powiem ci, że to jest tak z Harrym Harrisonem, że przede wszystkim my jesteśmy skazani na tłumaczenie. Miałem okazję to sprawdzić, bo był czas, kiedy Harry Harrison te dalsze części „Planety śmierci”... bo przypomnę, w latach 80. ukazała się książka, pierwszy tom „Planety śmierci”. Ale tak zwane klubówki, czujna prywatna inicjatywa, która wówczas jedyna ratowała tych, którzy czytali science fiction, wydała bodajże drugi i trzeci tom. I one były przetłumaczone, powiedzmy, tak sobie. Nie wiem, jak jest teraz z tłumaczeniem. Przypuszczam, że jednak troszeczkę lepiej. I ja się przekonałem o tym, że tłumaczenie czasami załatwia sprawę. Jeśli jest zrobione sprawnie, to i cała książka na tym zyskuje.
Jeśli jest zrobione w sposób pobieżny czy kulawy, to wówczas może się okazać, że nawet świetna książka jest niestrawna po prostu. Więc tutaj duża rola tłumacza, tak mi się przynajmniej wydaje.
[05:38:42] - Tak, racja, od tego dużo zależy. Bardzo dużo. Bo czytałem książki różne, na przykład Stephena Kinga „Cmentarz dla zwierzaków” albo pod innym tytułem, już inne tłumaczenie, „Cmentarz zwierząt”. I już widać ogromną różnicę, gdzie King raczej nie jest jakiś, z języka angielskiego, nie jest jakiś trudny do tłumaczenia, myślę.
[05:39:02] - To też trudno powiedzieć. Skończę tylko najpierw o Harrym Harrisonie. To jest człowiek, który z jednej strony wyprodukował „Planetę śmierci”, a więc taką książkę naprawdę rozrywkową. Książkę, która przyciąga do siebie akcją. Ale wyprodukował też rodzaj komedii science fiction, czyli „Przygody Stalowego Szczura” w różnych wydaniach. I to zupełnie inaczej się czyta. Ale wyprodukował też książkę niezwykle poważną, o której ja często wspominam, a mianowicie „Przestrzeni, przestrzeni” — „Make room! Make room!”. To jest z kolei książka, która ociera się o dystopię, a właściwie jest tą dystopią. Dzieje się w przeludnionym Nowym Jorku.
I to są rzeczy, które w ogóle trudno ze sobą porównać. To świadczy o tym, że Harry Harrison to był facet, który próbował na różnych poletkach literackich i myślę, że za każdym razem z powodzeniem. On po prostu dostosowywał sposób pisania do tego, na jakim poletku akurat jest. To, myślę, rzecz ważna. A jeśli chodzi o Stephena Kinga, to takie też odnoszę wrażenie, że w Polsce Stephen King jest postrzegany jako taki rzemieślnik, który produkuje coraz to nowe książki, mniej lub bardziej sensacyjne. Natomiast ja odnoszę takie wrażenie, że Stephen King, poza tym, że rzeczywiście takie książki produkuje, to jest też człowiekiem, który, jak to powiedzieć, bardzo mocno ociera się o literaturę. Ja czytałem kilka jego takich opowiadań, które po prostu mnie zatkały. Przeczytałem, mówię sobie: „Nie wierzę”. Nie wierzę, że to jest pisarz tak głęboko patrzący na rzeczywistość, tak wiele rozumiejący. Bo przecież ja się wychowałem na jego książkach, które były sensacjami, horrorami, prawie science fiction, fantasy.
Ale gdzie tam głęboka analiza rzeczywistości. Tymczasem w wielu opowiadaniach, bo to szczególnie w opowiadaniach się dzieje, Stephen King potrafi naprawdę potężnie zaskoczyć. I mnie się właśnie po czytaniu opowiadań Kinga mocno zmieniła perspektywa jego jako pisarza. To jest facet, który jak pisze literaturę, to pisze literaturę, a jak pisze rzecz ku rozrywce, to rzeczywiście jest rozrywka. Czasami gdzieś tam czuć, że autor chce coś więcej przekazać, ale nie jest to nachalne, nie przeszkadza w lekturze. I już. Dla mnie King, ja wiem, że na jego temat są zdania podzielone, ale ja uważam, że King to jest naprawdę pisarz, którego wiele osób nie docenia. A szkoda.
[05:42:02] - Tak. I tutaj też bym polecił jego książkę „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”. I to nawet nie dla kogoś, kto uczy się pisać czy chce. Oczywiście jak najbardziej. Moim zdaniem to jest lektura obowiązkowa, ale dla samego czytelnika, bo to się po prostu fajnie czyta. To jest dobrze napisane. I to, co powiedziałeś, King jest pisarzem takim, że potrafi pisać rzeczy lekkie i rozrywkowe. I to jest celowe, ale też potrafi pisać rzeczy trudne, bo on to wszystko robi z głową, po prostu myśli. Zresztą żeby się o tym przekonać, to warto przeczytać tę książkę „Jak pisać.
Pamiętnik rzemieślnika”. Bo to, jak on argumentuje te wszystkie zabiegi literackie, jak powinno się pisać, nawet to jest podane lekko, sprawnie i przyjemnie. I uzasadnia to, dlaczego tak się powinno pisać lekko, sprawnie i przyjemnie, żeby nie męczyć. Dlaczego wybrał taki rodzaj literatury i taki rodzaj pisania. To jest wszystko przemyślane, to jest wszystko celowe. Naprawdę fajna książka.
[05:43:12] - Czy to w tej książce, bo mnie się już zaczynają niestety niektóre tytuły mylić, czy to w tej książce on wspomina też o swoim okresie alkoholowym? Czy to jest ta książka?
[05:43:22] - Alkoholowym. O swoim okresie nadużywania innych też rzeczy. Substancji.
[05:43:32] - Tak. Tam jest po prostu genialna historia, którą ja uwielbiam wspominać, w której on przyznaje się do tego, że poczuł, że ma problem, ten alkoholowy, taki ogólnie używkowy, kiedy przyniesiono mu książkę i on w ogóle nie pamiętał, że ją napisał. I to go skłoniło jednak do pewnych kroków bardzo radykalnych. Uwielbiam tę historię. To jest po prostu dla mnie niesamowita sprawa.
[05:44:00] - Tak było. Wtedy się zastanowił.
[05:44:03] - Poza tym w tej książce jest też rzecz, która wydawałaby się oczywista, ale myślę, że każdy początkujący, kto zaczyna pisać, powinien przeczytać ją chociażby po to, żeby przekonać się, jak zaczynał Stephen King. Jak przywieszał na haczyku czy na gwoździu kolejne odmowy, które dostawał, a mimo wszystko pisał. Znam kilku ludzi, którzy po dwóch, trzech niepowodzeniach powiedzieli: „Trudno. Może nie jestem zdolny, może nie potrafię. Dam sobie spokój z pisaniem”. Tymczasem King zawsze marzył o tym, żeby pisać. W związku z tym to zupełnie zdawało się nie przeszkadzać. On po prostu pisał kolejny, kolejny i kolejny raz, aż w końcu nie przyszła odmowa. To było osiągnięcie pewnego celu. A później postawił sobie nowe i nowe cele i je konsekwentnie realizował.
To moim zdaniem jest rzecz niezwykle ważna, żeby w jakiejkolwiek działalności, w jakiejkolwiek aktywności, którą podejmujemy, przeć do przodu, nie oglądając się na tymczasowe niepowodzenia, bo niepowodzenia są zawsze. Zawsze. Choćbyśmy byli nie wiadomo jak zdolni. Wiecie państwo, te historie wszystkie o kimś, kto napisał pierwszą w życiu powieść, wysłał do wydawnictwa i od razu te wydawnictwa to się bić o niego zaczęły. One nie są pozbawione elementów prawdziwych. Być może nawet tak się zdarzyło. Ale generalnie jest tak, że na ogół na początku są niepowodzenia i konsekwencja, którą się wykazuje, prowadzi nas dopiero do sukcesu.
[05:45:50] - Ale wiadomo też po lekturze tej książki, dlaczego on się tym nie przejmował. On tego nie uzasadnia w tym momencie, jak mówi, że przybijał te kolejne powodzenia. Nie mówił o swoich odczuciach, że było mu smutno, przykro i tak dalej. Nie. Bo to jest oczywiste. Nie wiem, czy on o tym powiedział później, czy wcześniej. Chyba wcześniej. Dlaczego pisze? On pisze dla siebie, bo bardzo lubi to robić. Pisze też dla swojej żony, dla swojego idealnego czytelnika, którego tak nazywa.
Nie pisze dla pieniędzy. Mówi, nawet do tej pory. Nawet jak już zarobił na tym miliony, to dalej pisze dla siebie. Pisze, bo uwielbia pisać. Dlatego się tym nie przejmował. Tymi odmowami, tymi karteczkami, tymi kwitami na tym gwoździu. Bo on i tak by pisał.
[05:46:40] - Bruno, to jesteśmy w dobrym momencie, żebyś ty jako osoba pisząca, jako pisarz powiedział, co ty napisałeś ostatnio.
[05:46:51] - Dzisiaj skończyłem opowiadanie pod tytułem „Przekonany”. Strasznie pokręcone to opowiadanie. Sam jeszcze nie wiem, bo teraz musi odleżeć. Muszę na nie spojrzeć świeżym okiem. Ale bardzo pokręcone. Bohaterem jest 50-letni mężczyzna, z którym nie do końca coś jest w porządku, ale tego nie mogę zdradzić jeszcze. Sam jeszcze nie wiem, czy to opowiadanie jest dobre, czy nie jest zbyt płytkie i nie wiem, jak to nazwać. Takie króciutkie, lekkie czytadełko. Może być tak, że jest bez jakiejś głębszej warstwy. To chyba nawet na pewno.
Czy nie jest po prostu takie na jedno posiedzenie w kibelku. To skończyłem pisać dzisiaj. Niedawno skończyłem też opowiadanie do antologii, której tematem jest mężczyzna. Jakiś czas temu brałem udział w antologii, której tematem była kobieta i tam jest mój tekst pod tytułem „Jełopka”. A teraz opowiadanie, którego bohaterem ma być mężczyzna. Nie wiem, jak inni autorzy sobie poradzą. Jestem ciekaw, ale ja napisałem tekst bardzo brutalny. Mam nadzieję, że przejdzie weryfikację.
[05:48:26] - A jeśli chodzi o długie formy, to co tam w trawie piszczy u Bruno Kadyny?
[05:48:31] - „Mały Kapeć”. W końcu „Mały Kapeć”. Już mam nadzieję niedługo. „Mały Kapeć” – historia, którą zacząłem pisać w 2015 roku, kiedy wydawałem swój debiut. Zaraz po wydaniu chyba albo w trakcie już pisałem „Małego Kapcia”. To powieść obyczajowo-sensacyjna o 30-latku, który traci pracę. Żona jest w zaawansowanej ciąży. Oczywiście panika, bo to nie jest dobry czas na utratę pracy, szczególnie że nie była zbyt dobrze płatna i oszczędności za bardzo nie ma. Po znajomości dostaje pracę na statku. Statek to jest ten tytułowy mały kapeć.
Tak marynarze mówią na statki do stu metrów długości. I zaczyna się historia, bo z pozoru praca wydaje się wymarzona, dobrze płatna, lekka, bo on tylko jest tam wachtowym. I więcej nie powiem.
[05:49:36] - To ja coś powiem jeszcze. Nie spodziewajcie się państwo łzawej historii o ciężkim losie bezrobotnego, bo to zupełnie nie ta historia.
[05:49:46] - No nie.
[05:49:47] - Okej, Bruno, ale wróćmy do zasadniczego tematu, czyli do polecanek książkowych. Słucham cię. Co jeszcze?
[05:49:56] - „Nieśmiertelna” na przykład. Wciąż i wiecznie niedojrzała Lolita Nabokova. Uważam, że to też jest literatura obowiązkowa i też książka przecież niemłoda.
[05:50:10] - Oj mocno niemłoda.
[05:50:12] - Mocno niemłoda, ale ja ją porównuję, nawet jeśli chodzi o kaliber, to do „Dziewczyny z sąsiedztwa” Kichuma. Ta „Dziewczyna z sąsiedztwa” jest tak dobrze napisana, tak jak „Lolita” Nabokova. Ma taki klimat i taki ładunek, bo to jest przecież dzieło sztuki. Ja nie wiem, czy Nabokov miał jakieś ciągoty i tak dalej. Nie wchodzę w to w ogóle, bo czytałem inne jego rzeczy i uważam, że nie były tak dobre, więc nie wiem, czy on czerpał ze swoich pragnień i ze swoich fantazji czy przeżyć. Ale to jest tak napisane, tam też nie ma niczego, nie ma szwów, nie widać tych szwów. Przynajmniej są oczywiście, ale ich nie widać. To jest taka poetyka, ta powieść i myślę, że niejeden czytający się ze mną zgodzi. Albo piszący.
[05:51:11] - Ale nie wiem, czy wiesz, Bruno, że ta powieść wychodziła na przykład w Europie, przynajmniej pierwsze jej wydania, w wydawnictwach, które specjalizowały się w wydawaniu pornografii, znaczy pornografii pisanej, może tak to określmy. Więc początki były ciężkie. O, może tak.
[05:51:37] - Możliwe. Bo to wiadomo, historia mówi o podnietach bohatera, więc nadaje się jak najbardziej pod erotykę, żeby to podciągać. Pornografię to może nie. To zależy. To już kwestia gustu. I może było tak, jak mówisz, ale jeśli patrzymy z pisarskiego punktu widzenia twórcy, to jest mistrzostwo świata. To nie jest przypadkowe albo tu nie chodzi tylko o podniety, żeby tak napisać, oddać taką historię w taki sposób. Tutaj widać geniusz pisarski i mistrzostwo świata.
[05:52:24] - Może i tak, ale mnie by zależało, żebyś dał kontrę tym wszystkim, którzy w „Lolicie” dostrzegają właśnie ten element erotyzmu czy wręcz elementy pornografii. Co takiego jeszcze jest w tym dziele? Powiedziałeś już o tym, że szwów nie widać, ale co cię jeszcze w tym fascynuje?
[05:52:50] - Tu nie trzeba kontry dawać, bo ta erotyka jest tam, to jest w ogóle nieukrywane, tylko chodzi o poetykę języka, o to, jak jest poprowadzona narracja. To jest mistrzostwo świata, bo żeby tak napisać, to już naprawdę trzeba być autorem na bardzo wysokim poziomie. I to mnie ujmuje w tej historii, bo historia nie jest jakoś skomplikowana albo odkrywcza. To nie jest jakiś niesamowity pomysł, jak u Harrisona i przeniesienie w kosmos na różne planety i przesunięcie czasu o tysiące lat, dziesiątki tysięcy lat. Tutaj nie ma jakiegoś wielkiego pomysłu. Tutaj jest człowiek, którego ciągnie letnia mocno dziewczyna. Tutaj nie ma niczego odkrywczego. Takich historii jest przecież mnóstwo. A jednak jest tak oddana i tak napisana, że to jest mistrzostwo świata.
[05:53:48] - Ja się tutaj posłużę takim przykładem, który może coś państwu unaoczni. Ja go lubię używać. Otóż z tą „Lolitą” jest tak, jak na przykład ze „Zbrodnią i karą”. Można powiedzieć, że „Zbrodnia i kara” to jest rodzaj powieści kryminalnej, ale jak to jest napisane. Więc o „Lolicie” można powiedzieć, że rzeczywiście jest to powieść erotyczna, ale mniej więcej w takim kontekście, w jakim o „Zbrodni i karze” mówimy jako o powieści kryminalnej, to mniej więcej takie odniesienia są. Wiem, Bruno, że ty lubisz jeszcze jedną książkę, którą ja też bardzo lubię, a mianowicie książkę „Witajcie w ciężkich czasach”. Zacznij od tego, że powiedz, co to są te ciężkie czasy.
[05:54:40] - To jest western, taki krwisty z krwi i kości, doktorowa. I to też jest ulubiona powieść tego autora moja. Zresztą chyba zekranizowana, nawet na pewno zekranizowana, chyba w latach 60. Tam Fonda gra, jeśli dobrze kojarzę. Teraz mi to przyszło do głowy. Ale gdzież film do książki oczywiście. Jest mowa o górniczym miasteczku, złym człowieku. Witajcie w ciężkich czasach — tak nazywa się to miasteczko i ono się odradza. Ten bohater tak naprawdę jemu tak zależy, żeby to miasteczko odrodzić, bo ten zły człowiek, tą pierwszą wersję, ono się chyba nazywało inaczej, zanim zostało zniszczone i spalone przez tego złego człowieka. Tam została tylko garstka mieszkańców.
I potem ten bohater główny próbuje to jakoś ratować, dźwignąć. Nadają nazwę temu miasteczku.
[05:55:38] - Ciężkie czasy.
[05:55:39] - Ciężkie czasy, tak, bo te ciężkie czasy ich dotknęły. Ale to miasteczko zostaje dźwignięte pięknie, rozrasta się. Działki nabierają wartości. A potem nie wiem, czy możemy zdradzać, czy zdradzamy.
[05:55:53] - Nie, chyba nie. To już byłaby zbrodnia.
[05:55:56] - Ale książka jest rewelacyjna, też świetnie napisana i w ogóle historia jest poprowadzona. Też nie wiadomo jak. Nie jest jakimś pomysłem, chociaż już lepszym od „Lolity” czy jakimś trudniejszym. Ale to też nie jest jakiś nie wiadomo jak skomplikowany i odkrywczy pomysł. A jednak historia jest tak napisana i poprowadzona rewelacyjnie. I została zekranizowana hollywoodzko.
[05:56:21] - Na moje ostatnie pytanie ty już właściwie odpowiedziałeś, ale ja bym chciał, żebyś przeszedł nad tym do porządku dziennego. Moje pytanie brzmi: co dopiero zamierzasz czytać? Wiemy już, że kolejne części „Planety śmierci”. To sobie weźmy w nawias i prosiłbym cię, żebyś powiedział, co tam jeszcze na horyzoncie twoim literackim gdzieś błyszczy.
[05:56:45] - Jak zwykle tych pozycji jest od groma. Jacek Freszer wybaczy mi to na pewno i jego jeszcze starsza baśń jest w kolejce. „Sara” to jest debiut Kamila Prabuckiego, młodego autora z Tczewa, którego miałem przyjemność poznać i też wziął udział w tej antologii o kobietach i teraz o mężczyznach też chyba pisze. W kolejce są jeszcze „Grube wióry” Rafała Paczesia. Ciekaw jestem. Rafał Pacześ to jest stand-uper. Świetny, chyba najlepszy w kraju. Popełnił nawet już drugą część. Będę czytał pierwszą. Jestem ciekaw, bo stand-up jest dosyć blisko literatury.
Zresztą jak ktoś lubi i ogląda, i jeszcze pisze, to widać, że jest dużo podobieństw. Tu trzeba wszystko napisać. Wiadomo, trochę zagrać. Nawet trudniejsze to jest chyba od pisania.
[05:57:51] - Pacześ to kumpel innego stand-upera, którego lubię, czyli Lotka Lotkowskiego.
[05:57:58] - Tak jest.
[05:58:00] - To jest tak, w przenośni oczywiście. Nie występują, nie stand-upują razem, ale jakoś tak się trzymają. Dlatego wspominam.
[05:58:08] - Jeżdżą razem na trasy, czasami mają jakieś projekty, że występują na jednej scenie podczas jednego wydarzenia. Nie jednocześnie oczywiście, ale jeden po drugim. W „Bang-u” na przykład pierwszej, drugiej części też chyba razem występowali. Nie wiem co tam jeszcze. Jeszcze kilka powieści, ale właśnie też „Pniw” Nabokova. To jest taka rzecz, która na mnie czeka. Jestem ciekaw tej historii. Faulknera „Requiem dla zakonnicy”, bo Faulknera bardzo lubię. To też przecież nieświeża literatura, ale mam większość jego powieści i to jest świeży zakup. Nie czytałem tego jeszcze, więc też czeka w kolejce.
I jeszcze by się znalazło. Nawet nie pamiętam. Musiałbym podejść do regału i zobaczyć, co tam jest jeszcze, bo tych książek jest od groma, a ja czytam zawsze kilka naraz.
[05:59:17] - Coś o tym wiem. Piękne dzięki, Bruno. Dzięki za te polecanki przed świętami. Myślę, jak znalazł. Można, rozumiem, bez problemu korzystać z twoich polecanek, można się nimi posiłkować. Tobie przy tych przyszłych lekturach życzę niezwykłych wzruszeń. Podobnie zresztą jak naszym słuchaczom. Wszystkiego dobrego.
[05:59:43] - Ja dziękuję. Wszystkiego dobrego.
[05:59:46] - Proszę państwa, późna noc. Tak się już zrobiło w tym „Bibliotekarium 2.0”, że kończymy w sobotę zawsze. Nie mam jakichś wyrzutów sumienia z tego powodu, bo i tak wiem, że większość z państwa słucha tego w odcinkach albo słucha tylko wybranych części. I bardzo dobrze. W końcu audycja nie jest po to, żeby przy niej cierpieć, tylko po to, żeby z niej czerpać garściami. Jeden weźmie większą garść, drugi weźmie mniejszą. Ważne, że na coś w ogóle się ta audycja państwu przyda. Ale spieszę poinformować, że już dobiegamy do końca. A na koniec tradycyjnie jeszcze raz wróci do nas Piotr Plebaniak. Tym razem dziesiąty odcinek „Prawideł wojny”.
Porozmawiajmy o tworzeniu i niszczeniu imperiów. „Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia.” Dzień dobry, panie Piotrze.
[06:01:01] - Dzień dobry.
[06:01:02] - Dzisiaj temat właściwie taki bardzo na pozór estetyczny. Czarne łabędzie. Zaraz mi się balet kojarzy, te rzeczy, ale przeczytam to prawidło. Czarne łabędzie to kluczowe wydarzenia całkowicie poza modelem kalkulowania ryzyka. Sprawiają one, że projekcje i predykcje przyszłych stanów systemów są z zasady zawodne. To jak to skomentować?
[06:01:32] - To jest nawiązanie do słynnej książki czy nawet bestsellera, już niech mu niech będzie, Nicolasa Taleba pod tytułem właśnie „Czarny łabędź”. Jest to idea nie do końca intuicyjna, ale tak naprawdę bardzo intuicyjna, dlatego że dotyczy przewidywania przyszłości. Dotyczy przewidywania zdarzeń, które są niemożliwe do wyprognozowania, czy też do wymyślenia przewidzenia za pomocą projekcji. Projekcja to jest coś innego niż predykcja. Projekcja to jest ekstrapolowanie aktualnie rozpoznanych trendów i na podstawie tej ekstrapolacji, czyli znalezienie jakiegoś prawidła, formuły, która przedłuża to w przyszłość, określenie, jak te trendy będą wyglądały, jak będą wpływać na przyszłość. Natomiast- Tego typu myślenie jest z góry skazane na porażkę według Taleba i wizji, którą w tej książce przedstawił z prostej przyczyny. Istnieją wydarzenia, też sekwencje wydarzeń, które mogą być albo kompletnie emergentne, czyli mogą nie wynikać z arytmetycznej sumy rozmaitych parametrów, tylko mogą pojawiać się zależności i prawidła, które wcześniej nie dało się wykoncypować z parametrów niższego rzędu. Przykładem jest psychologia. Nie da się zbudować psychologii na podstawie badania związków chemicznych, jakie składają się na ludzki mózg. Więc zjawiska emergentne to jest jedno, natomiast drugi typ zdarzeń to są zdarzenia, które po prostu nie wynikają ze stanu systemu, jaki badamy, jakiego los staramy się przewidzieć, ale wynikają z czynności kompletnie losowych.
Bo co na przykład mogą przewidywać, jak mogą przewidywać przyszłość dinozaury, które mogą mówić: „Zaraz zbudujemy cywilizację i polecimy sobie na Alfa Centaura, a wpierw na Księżyc”? To był mały krok dla Velociraptora, ale wielki krok dla gadziej dinozaurzej społeczności na przykład. Ale nic takiego nie nastąpiło, dlatego że zdarzyło się coś, co jest kompletnie nieujęte w te przewidywania, czyli spadł meteor i zniszczył, uszkodził biosferę ziemską na tyle, że te wielkie gady, wielkie dinozaury wyginęły. Natomiast żarty na bok, bo oczywiście trochę żartowałem. Krotochwile takie, proszę mi wybaczyć. W książce „Czarny łabędź” podany był świetny przykład, również wesoły, więc przejdziemy do spraw bardziej poważnych stopniowo. Otóż Taleb podaje przykład wielkiej korporacji, w której ci wszyscy kierownicy i prezesi, i jacyś tam dyrektorowie stworzyli wielkie plany na najbliższą pięciolatkę, które oczywiście opisywały, jak firma wspaniale się rozwinie, zdobędzie nowe rynki i tak dalej. Tylko nie przewidzieli jednej rzeczy. Ze względu na rozmaite czynniki oni już w ciągu tych pięciu lat przestali pracować w tej korporacji. Tego nie przewidzieli.
Proszę bardzo. A teraz już przechodzimy do rzeczy zupełnie poważnych. Podam trzy przykłady, które szczególnie utkwiły mi w pamięci przy czytaniu, przy lekturze książki „Czarny łabędź”. Pierwsze to było zdarzenie dotyczące jednego z kasyn w Las Vegas. Otóż zdarzyły się trzy zdarzenia, które zagroziły w ogóle istnieniu tego kasyna, które nie dało się przewidzieć i nie dało się zbudować nawet zabezpieczenia przeciwko takim zdarzeniom, dlatego że zabezpieczenia buduje się przeciwko jakimś hochsztaplerom albo ludziom, którzy liczą karty, na przykład w blackjacka, albo robią inne różne szwindle po to, żeby oszukać kasyno, żeby wygrać z kasynem za pomocą jakichś niedozwolonych regulaminem kasyna, choć teoretycznie uczciwych metod. Pierwszym takim wydarzeniem było porwanie córki właściciela kasyna. Otóż ten właściciel kasyna w akcie desperacji zdefraudował, to znaczy pobrał z kasy kasyna pieniądze na okup, na wykupienie tej córki od porywaczy, co było nielegalne i doprowadziło do zapłacenia horrendalnej kary, dlatego że to było po prostu nielegalne. Nie mógł tak zrobić właściciel. Drugim wydarzeniem było to, że treser lwa, z którym razem występował ten treser na pokazach, bo te kasyna słyną też z pokazów, które przyciągają oczywiście, jak to powiedzieć grzecznie, postacie z filmu na przykład „Wyścig szczurów”. Nie wiem, czy wszyscy oglądali.
Jak ktoś nie oglądał, to jest komedia, z której ja swego czasu, jak wychodziłem z kina, po prostu wyłem ze śmiechu wychodząc. Tak że bardzo polecam. Poza tym ze mną wszystko w porządku oczywiście. Natomiast wracając już do przykładu, treser został zaatakowany przez tego lwa i właśnie umowa o ubezpieczenie przed różnymi tego typu dziwnymi wydarzeniami nie obejmowała akurat tego. W związku z tym bardzo poważne perturbacje. Natomiast trzecim wydarzeniem, również kompletnie nieprawdopodobne, kompletnie z innego filmu, było to, że księgowa czy księgowy, już nie pamiętam dokładnie płci, zamiast wysyłać do urzędu skarbowego deklaracje bardzo dużych wygranych, bo takie deklaracje trzeba zgłosić po prostu, żeby tego delikwenta troszeczkę unieszczęśliwić zapłaceniem podatku od tej wygranej. Więc te deklaracje księgowy zamiast wysyłać, to po prostu wyrzucał do śmieci. Kiedy to wyszło na jaw, kasynu groziły tak horrendalne kary, że po prostu ledwo się, że tak powiem, wydobrzyli. Więc proszę zobaczyć, już koniec przykładów. Proszę zobaczyć, że ten czarny łabędź sprawia, że należy zupełnie inaczej przygotowywać się na rozmaite zdarzenia, które zagrażają istnieniu czy to państwa, czy to jakiejś armii, która w jakiś sposób stara się osiągnąć swoje cele, czyli pokonać przeciwnika.
Otóż może się okazać, że inwestycje w zagrożenia te przewidywalne, znaczy nieprzewidywalne, ale przewidywalne w tym sensie, że dadzą się w jakiś sposób drogą rozumowań, logicznych przekształceń i ekstrapolacji rozmaitych predykcji czy prognoz, czy tak jak powiedziałem, projekcji tych znanych trendów, czy na przykład zrozumienia zasad podejmowania decyzji przez przeciwnika. Jeżeli mamy dostęp do przestrzeni decyzyjnej albo możemy kształtować przestrzeń decyzyjną przeciwnika, on jest dla nas bardziej przewidywalny. Na tej zasadzie konkretny przykład: jeżeli Stworzymy dla niego zagrożenie egzystencjalne, to zakres jego opcji, jego działania są bardziej ograniczone niż gdyby to nie zostało przez niego odczytane jako zagrożenie egzystencjalne. Można w jakiś sposób zwiększyć szansę, że przewidzimy to, co ten drugi zrobi albo zmniejszyć. Natomiast wszystko to jest pic na wodę tak naprawdę w obliczu idei, że istnieją zjawiska kompletnie wymykające się. To tak naprawdę tyle. Nie wiem, czy jakieś pytania?
[06:08:52] - Wie pan co? Zastanawiam się nad jedną sprawą. Ona nie jest specjalnie ważąca przy całym zjawisku, ale kiedyś mówiono po prostu „przypadek”, a teraz mówi się „czarne łabędzie”. Czy to jest dobre rozpoznanie, czy gdzieś błądzę jednak?
[06:09:14] - To nie jest do końca przypadek, dlatego że te czarne łabędzie kierują się jakąś swoją logiką. To tak jak liczby pierwsze, co prawda jesteśmy w stanie metodą krok po kroku sprawdzić, czy jakaś liczba jest liczbą pierwszą, natomiast nie jesteśmy w stanie stworzyć wzoru. Nie powstał do tej pory, z tego, co publicznie wiadomo, żaden wzór, z którego dałoby się wyliczyć jakąś liczbę pierwszą i z całą pewnością orzec. Można w jakiś sposób zgadywać, że na przykład to jest jakaś liczba podniesiona do bardzo dużej potęgi, odjąć jeden. Bo zawsze nieparzyste. Liczby pierwsze oprócz liczby dwa są zawsze nieparzyste. Proszę zobaczyć, że w przypadku tych czarnych łabędzi nie da się stworzyć żadnego algorytmu albo żadnej funkcji, która jest w stanie przewidzieć je. Może oczywiście jakoś cywilizacja ludzka, wcześniej mówiłem o dinozaurach tytułem żartu, ale cywilizacja ludzka może wiedzieć, że możemy planować, że misja na przykład do Alfa Centauri się uda za 50 lat albo za 100 lat. Ale musimy też uwzględniać, że w dowolnym momencie nagle może spaść meteoryt i nam to wszystko, że tak powiem delikatnie, zepsuć. Co można zrobić w takiej sytuacji?
Albo stwierdzić, że jesteśmy kompletnie bezradni wobec tego i zaprzestać aktywności, albo dwa: sprawić, żeby nasz system, czyli nasza ludzka cywilizacja, była jak najbardziej odporna na tego typu kompletnie nieprzewidywalne zdarzenia. To już jest kompletnie inna filozofia inwestowania w zabezpieczenia. To jest odpowiednio inna czy też nietypowa metoda tworzenia jakichś scenariuszy zagrożeń i tak dalej. Nie da się wpisać w model tego typu rozumowań. Nie da się wpisać w model biznesowy, że pracuje się od 8:00 do 16:00 i to przynosi jakieś korzyści. W tym sensie, przepraszam, bo to jest może dalekie porównanie, nie do końca pasujące, ale standardowe rozumowania po prostu nie pasują do prawdziwej natury tego, co się dzieje we wszechświecie, czyli do istnienia tych czarnych łabędzi. Trudno mi bez replikowania tego, co już powiedziałem, jakoś wyjaśnić. Nie wiem, czy to jest przekonujące.
[06:11:37] - Jest przekonujące, jest. Tylko zastanawiam się, czy tak jak od wielu lat próbuje się jednak, pomimo że w dalszym ciągu go nie ma, znaleźć tę metodę odnajdywania liczb pierwszych. Te liczby cały czas są fascynujące. Wystarczy zajrzeć sobie na YouTube’a, to tam filmików na ten temat jest całkiem sporo. To tak samo, jak cały czas próbuje się znaleźć jakiś sposób odnajdywania tych liczb pierwszych, to czy próbuje się przewidzieć nieprzewidywalne, czyli znaleźć jakiś sposób na uwzględnianie czarnych łabędzi, które gdzieś tam nadlatują?
[06:12:20] - To jest kwestia szczęścia, intuicji, natchnienia. Możemy to nazywać w różny sposób, natomiast sama natura rzeczy jest efekt motyla na przykład. To jest pojęcie, coś, co nam przybliżył film. Przepraszam, oczywiście nie film. Znowu idę w swoim kierunku, czyli w arcydzieła kinematografii Amerykacji, jak to mówimy w „Telegramie z końca świata”. Natomiast proszę zobaczyć teorię chaosu i mamy ten słynny przykład z motylem, który macha skrzydłami. Ponieważ układ klimatyczny, układ pogodowy atmosfery ziemskiej jest bardzo wrażliwy na warunki początkowe, to machnięcie skrzydełkami robi tą różnicę, że ta różnica eskaluje i w którymś momencie przez to skrzydełko, przez eskalację skutków swojego zaistnienia sprawia, że gdzieś tam w Nowym Jorku pada albo nie pada deszcz, albo następuje huragan, albo ten huragan omija Nowy Jork. Proszę zobaczyć inny przykład. Jedziemy sobie samochodem i nagle na czerwonym świetle przez pięć sekund stoimy dłużej, dlatego, że patrzyliśmy na telefon albo robiliśmy nie do końca rzecz związaną z tym, że trzeba pojechać do przodu, jak tylko pojawi się zielone światło i nagle 100 metrów dalej następuje wypadek, w którym następuje śmierć jakiejś tam osoby czy nasza własna. Teraz proszę zobaczyć, jak wygląda nasze prawo.
Czy nasze prawo uwzględnia na przykład winę, że wypadek nastąpił dlatego, że ktoś później 100 metrów dalej czy kilometr dalej ruszył na czerwonym świetle nie dość wcześnie albo nie dość późno? Nie, ale rzeczywiście gdyby tak zrobił, gdyby nie popełnił tego drobnego wykroczenia gapienia się w telefon w czasie prowadzenia samochodu, to by ten wypadek kilometr dalej nie zaszedł, prawda? Ale nasze prawo, nasza logika przypisywania odpowiedzialności za czyny nie obejmuje tego typu zdarzeń. Jest ślepa tak naprawdę, więc nasze poczucie sprawiedliwości i przyczynowości jest tak naprawdę rzeczą społecznie skonstruowaną. Proszę zobaczyć, z łabędziami i czarnymi łabędziami jest całkiem podobnie.
[06:14:27] - A jak ktoś chce poczytać więcej na temat efektu motyla, a właściwie nie tyle efektu motyla, czyli tylko takich drobnych, z pozoru nic nie mających wspólnego ze sobą oddziaływań, które później wybuchają nam niejako w twarz, to proponuję zerknąć do zbioru opowiadań Williama Tena albo też do książki „W stronę czwartego wymiaru". Ona w latach 50. wyszła, ale jeszcze jest na rynku, na Allegro na pewno. Tam jest opowiadanie Williama Tena. To jest klasyk amerykańskiej fantastyki naukowej. To opowiadanie nosi tytuł „Moje potrójne ja". Więcej nic nie będę mówił, ale to jest klasyczny przykład tego, jak czasami drobniutkie to uderzenie skrzydeł motyla może spowodować huragan. A w tym wypadku powoduje coś zupełnie innego. Duża zabawa z czasem. Panie Piotrze, pięknie dziękuję za kolejną odsłonę „Prawideł wojny".
[06:15:33] - Ja też dziękuję.
[06:15:34] - Za tydzień po raz kolejny zabierzemy się za budowanie tudzież niszczenie imperium. Dobrej nocy.
[06:15:41] - Tak jest. Do usłyszenia.
[06:16:02] - No tak, proszę państwa, w takim razie kończymy dzisiejszą audycję. Pięknie państwu dziękuję. Zapowiem tylko, że w przyszłym tygodniu, w 11. odcinku będziemy między innymi rozmawiać o religii, a właściwie o końcu religii, a właściwie o religii „Star Wars". Naszym wykładowcą w tym temacie będzie znany państwu Jacek Inglot, który o gwiezdnowojennej religii i dlaczego ona w ogóle powstała, dlaczego się rozwija i jak to się ma do zaniku, przynajmniej deklarowanego zaniku religii w Europie, jak to się ma i jak to się może mieć. On o tym wszystkim państwu opowie znacznie lepiej niż ja. Ale to w przyszłym tygodniu. Jeszcze raz pięknie państwu dziękuję za dzisiaj i zapraszam w przyszłym tygodniu. Dobrej nocy.
[06:17:04] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0" Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0" znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.