Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelkiej Fikcji. A więc pierwsze grudniowe Bibliotekarium 2.0. Pierwszy zjazd na Akademii Wszelkiej Fikcji. Czas niniejszym rozpocząć. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz AWF, Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:39] - Halo, halo. Proszę państwa, sesja egzaminacyjna zbliża się nieubłaganie. Ale to dopiero na przełomie stycznia i lutego. To jest taki moment, ten grudzień, w którym człowiek sobie zdaje sprawę, że semestr dobiegł połowy. To dobrze dla niektórych, dla niektórych źle. Nieważne. Biegniemy dalej. Dzisiaj rzeczywiście biegniemy. Używam tego słowa absolutnie świadomie. Bo proszę państwa, tuż przed nagraniem audycji, której państwo obecnie słuchacie, pogadaliśmy sobie z Piotrem Cielebiasiem o filmach i tak nam się dobrze gadało, że się audycja troszeczkę spuchła.
I w związku z tym dzisiaj nic innego mi nie pozostaje, żeby pozostać w w miarę przyzwoitych normach czasowych, żeby się wysławiać w miarę szybko, a możliwie jak najszybciej. Z drugiej strony, jak człowiek mówi bardzo szybko, to zaczyna gubić pozory, przynajmniej, dykcji. W związku z tym ciężkie zadanie przede mną. W każdym razie ja od razu na początku państwu mówię, że Ivellios mówi zawsze od dzbanka kawy. Dzisiaj to ja nie wiem, co to będzie musiało być. Dwa dzbanki kawy? Bo nie obiecuję, że będzie krótko, ale postaram się, żeby z kolei jakichś norm przyzwoitości nie przekroczyć.
[02:18] - Markus, zaryzykuję stwierdzenie, że dzisiaj to się przyda cysterna yerby.
[02:25] - Może być. I to takiej jeszcze mocno zaparzonej. Zresztą nie wiem, ja się tak naprawdę nie znam, jak się tę yerbę parzy. Na pewno nie będzie to dla państwa wielkim zdziwieniem. Ja uznając wszelkie jej walory pobudzające, jednocześnie nie mogę się nie podzielić z państwem refleksjami smakowymi. To, proszę państwa, jednak smakuje jak herbatka przyrządzona z petów. Nic na to nie poradzę. Podobno człowiek z czasem się przyzwyczaja. W związku z tym ja nie lekceważąc mocy oraz zbawienności tejże yerby, jeszcze nie jestem człowiekiem do końca do tego smaku przekonanym, ale wszystko przede mną. Proszę państwa, na początek taka mała refleksja, która mnie naszła w ciągu dzisiejszego dnia.
Człowiek jak za dużo czyta Internetu, to później ma refleksje, a jak ma te refleksje, to chciałby się z kimś podzielić. Ale z kim ja się mam podzielić? Z państwem się podzielę tymi refleksjami. Czy państwo się zetknęli kiedyś z taką sytuacją, że macie swoje kółko, swoją bańkę w Internecie, swoją grupę na Facebooku, swoich ludzi, których dobrze znacie, z którymi na co dzień wymieniacie jakieś opinie, jakieś zdanie i wszystko jest fajnie, nawet zarąbiście. I pewnego dnia pojawia się tam człowiek, którego dobrze znamy. On już z nami od lat jest. Albo to może my jesteśmy. To już nieważne. W zależności od sytuacji. I ten człowiek pisze co myśli.
Pisze szczerze. I nagle pojawia się takie zjawisko, że ludzie mówią: „Nie, ale co to w ogóle jest? Absolutnie, to nie jest jeden z nas”. I nagle cały dorobek tego człowieka, to wszystko, co pisał wcześniej, z czym się zgadzaliśmy, lajkowaliśmy, nagle przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nie liczy się. A ten człowiek zostaje uznany za kogoś, kto nie jest godny tego, żebyśmy mu poświęcali czas, żebyśmy poświęcali uwagę. Nawet nie próbujemy go zrozumieć, tylko mówimy: „Nie, absolutnie nie chcemy mieć z nimi nic do czynienia. Koniec”. Odlajkowujemy go, wyrzucamy go ze znajomych. W ogóle won i koniec.
Zetknęliście się państwo z tymi zjawiskami? Jeśli nie osobiście, to przynajmniej mieliście państwo okazję obserwować. Bo taka jest troszeczkę natura mediów społecznościowych, że ja wręcz zaryzykuję- nie, nie zaryzykuję. Ja jestem o tym przekonany, a wydaje się, że pewne badania i pewne przegłosy, które dochodzą z centrów tych mediów społecznościowych mówią o tym, że one są wręcz tak skonstruowane, żeby żerować na naszych najniższych instynktach. To znaczy, one teoretycznie mają ułatwić nam komunikację, a tak naprawdę wcale jej nie ułatwiają. Przeciwnie, one nie tylko nie skłaniają nas do dyskusji, wręcz Polaryzują i dzielą te społeczności, które próbują ze sobą dyskutować, a tak naprawdę na mediach społecznościowych tworzy się coś, co przeczytałem w internecie, można by nazwać kulturą zaorania. Zaorać kogoś to takie popularne sformułowanie, „ale go zaorałem”. Czyli uważam kogoś za przeciwnika i go konsekwentnie niszczę. W ogóle ta konstrukcja myślowa, że jak ktoś jest naszym przeciwnikiem, to nic w nim nie ma dobrego. Musi być głupi, musi być nieporządny.
Taki slang internetowy. Musi mu z gęby śmierdzieć, musi mu ropa z oczu lecieć i w ogóle musi być wzorem wszystkiego, co jest najgorsze. Bo jest naszym przeciwnikiem, to wiadomo przecież. Bo my reprezentujemy poglądy słuszne, obojętnie jakie one są, ale nasze. Są nasze i w związku z tym są słuszne. A każdy, kto reprezentuje poglądy inne, to reprezentuje poglądy niesłuszne. I to, ku mojemu żalowi, obejmuje różne strony dyskursu politycznego. To nie jest tak, że jedna strona jest dobra, a druga jest zła. Wręcz przeciwnie. Zarówno strona lewa, jak i strona prawa, nie ma strony środkowej, ale to centrum reprezentuje bardzo podobną postawę.
Czyli jest ktoś nasz albo nie nasz. Jak jest nie nasz, to jest obcy, a jak jest obcy, to jest wrogiem. To jest, proszę państwa, tak naprawdę sprzeczne z pewną kulturą, w której Europa powstawała. Europa powstawała od wieluset lat w kulturze dyskursu i proszę mi nie mówić, że to był Kościół katolicki, który niszczył wszelką dyskusję. Ja nie zamierzam z tym polemizować. Tak było. Ale też w ramach Kościoła katolickiego i w ogóle chrześcijaństwa, bo później powstały oczywiście kościoły protestanckie, dyskusja się toczyła. Ona czasami przybierała bardzo krwawe oblicze, ale też to właśnie w ramach Kościoła powszechnego powstała instytucja obrońcy współczesnego procesu. Idea. Ja nie mówię, że ona była zawsze realizowana.
Ludzi podłych, wrednych i głupich zawsze był dostatek, nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast gdzieś tam się to kształtowało i przecież te idee nie kształtowały się z tego, że ktoś to wiedział. Kształtowały się na zasadzie ucierania. Jedne poglądy ścierały się z drugimi i powstawał, trudno to nazwać konsensusem, powstawało coś, co było wypadkową tych poglądów. Tymczasem my dzisiaj usiłujemy żyć w kulturze, która ma rację. Czyli moje poglądy są mojsze i w związku z tym są słuszne, a twoje są twojsze i są niesłuszne. To jest w ogóle jakaś paranoja, przekonanie, że jest tylko jeden dobry pogląd. Nie mylmy, proszę państwa, dwóch porządków, bo kiedy zapytacie mnie państwo o prawdę, czy istnieje prawda, jedna prawda, to ja oczywiście powiem, że tak i że to nie jest tak, że każdy ma swoją prawdę. Każdy ma swój ogląd prawdy. To są dwie zupełnie logicznie inne rzeczy.
Natomiast prawda jest jedna. Może być oglądana z różnych stron i interpretowana, to inna zupełnie sprawa. To jest jeden porządek, a drugi porządek jest porządkiem dyskusji. Czyli ucieramy pewne poglądy, które nie są prawdą, które są po prostu sposobem funkcjonowania ludzi, współżycia ludzi między sobą, koegzystencji. I te poglądy muszą się ucierać. A jeśli są narzucane, to to jest prosta droga do tego, żeby ktoś komuś kiedyś zrobił w końcu kuku. I ta kultura orania, o której wspomniałem, tak naprawdę zastanawiam się, czy ona nie jest przyczyną tego, że wyrosła wśród nas także takie zjawisko, które nazywamy cancel culture, czyli kulturą unieważniania, kulturą wykluczania. To jest, proszę państwa, coś, co jedni uważają za osiągnięcie. We mnie to budzi, proszę państwa, jednoznaczne skojarzenia. Nie, jednoznaczne uczucia.
To jest coś obrzydliwego, proszę państwa, że jeżeli ktoś mówi coś, z czym się nie zgadzamy, to należy go wykasować. Nie ma go. Po prostu nie ma. Uważam, że osiągnięciem cywilizacji europejskiej nie jest zamordyzm. Mówienie, że jest tylko jeden pogląd słuszny. Nie mylić z prawdą, że jest tylko jeden pogląd słuszny i koniec. To na swobodzie wymiany informacji tak naprawdę, wymiany myśli tak naprawdę polega cywilizacja. A jeśli to podlega ograniczeniu, to się źle dzieje. I zauważcie państwo, że strony sporu politycznego uwielbiają nawzajem sobie zarzucać to, że są Ta druga strona jest nietolerancyjna. Lewica mówi o prawicy, że to faszyści, że w ogóle nie ma co ich słuchać, bo co prawda ludzie mogą mieć różne poglądy, ale słuszne to są te lewicowe.
Jeśli państwo macie nadzieję, że z drugiej strony jest inaczej, to informuję państwa, albo w każdym razie będę starał się przekonać, że z drugiej strony jest dokładnie tak samo. Ludzie z prawicy mówią: „No, wszyscy mogą mieć poglądy, jakie chcą, ale przecież wiadomo, że te prawicowe są najlepsze, najwspanialsze”. Uśmiecham się przy tym, bo jeśli ktoś tak myśli i jest przekonany, że ludzie mogą mieć różne poglądy, ale te właściwe to są jedne, to znaczy, że nie rozumie, w jakiej cywilizacji wyrósł i jaką cywilizację reprezentuje. I to przekonanie, że ja mam rację i jest tylko jedna ta racja moja, to jest coś, z czym ja się tak do końca pogodzić nie mogę. I ja rozumiem, że spory polityczne są sporami gorącymi i są wśród nas i w naszym kraju to w ogóle to urasta do jakiejś rangi pandemonium. Ale zdajmy sobie sprawę, że w dyskusji jest siła, a dyskusja nie polega na rozmowie tego, kto posiadł patent na rację i drugiego, który ewentualnie może mu w toku dyskusji tę rację przyznać. Dyskusja jest starciem się ludzi, którzy są przekonani o swoich racjach, ale też ludzi inteligentnych na tyle, że w toku dyskusji są w stanie z części swoich racji ustąpić. Nie dlatego, że wypada. Nie, nie. Dlatego, że argumenty przeciwnika czy też konkurenta po prostu trafiają do niego, przekonują go.
„A! To może ja w tym miejscu się mylę. Może nie do końca ogarniam. Może jednak coś należałoby w tych moich jedynie słusznych poglądach zweryfikować”. Tak bym przynajmniej sobie marzył. A tymczasem co mamy? Mamy modę na publiczne zawstydzanie, na publiczne wyrzucanie z grona znajomych, na skłonność do takiego sprowadzania kwestii, które są naprawdę skomplikowane, do upraszczania. Przecież to jest bardzo proste. Co tu dyskutować? Racja jest po naszej stronie.
Jeśli nawet musimy coś zrobić brutalnie, to przecież robimy to w słusznej sprawie. I proszę państwa, to przypomina taki rewolucyjny bełkot. I gdyby to był bełkot odległy od nas, będący gdzieś daleko, to pal sześć. Pół biedy. Ale zauważcie państwo, że ten rewolucyjny bełkot zalewa nas codziennie w mediach społecznościowych, na Facebooku, na Instagramie. Wszyscy mają rację, wszyscy mają rację. To okej, ale nikt nie zamierza podejmować dyskusji. Media społecznościowe są właśnie tak skonstruowane, że jest masa ludzi: „Tak, tak, zgadzam się z tobą. Zgadzam”. A ktoś wychodzi i mówi: „Nie zgadzam się z tobą”.
„No to won. Wykreślam cię, kasuję. Won, poszedł won. Nie będziesz tu mi przeszkadzał”. To szczególnie w ostatnich czasach było bardzo modne. No i cóż, proszę państwa, to sobie tak wyrzuciłem ten jad po dzisiejszej lekturze internetu. Czy coś z tego wynika? No to już państwo musicie zdecydować. Ja nie śmiem nawet podawać gotowych recept, ale warto to przemyśleć po prostu. Ja powiem tak: kiedy byłem dziesięciolatkiem, to ja dziś to pamiętam, takie zdanie, które wygłaszałem bardzo często.
„No, ja rozumiem, każdy może mieć poglądy, jakie chce. No ale jak on może tak myśleć? Przecież to, co ja myślę, to to jest okej. A on tam no może myśleć, ale głupi jest, wiadomo”. No i z tym mało optymistycznym akcentem zostawiam państwa może do przemyślenia na później, bo teraz zapraszam państwa na spotkanie z Szymonem Majcherowiczem. Pamiętacie państwo, bodajże to w maju było. Gościliśmy autora na naszej antenie. Rozmawialiśmy z autorem książki „Otwieram oczy”. To jest zbiór czterech opowiadań. I tak jak się to pisze w internetach, te cztery opowiadania, ich wspólnym mianownikiem jest taka perspektywa bohatera, takiego bohatera, który dotknięty jest traumą.
I z jednej strony można odnieść wrażenie, że to są opowiadania grozy, bo środki wyrazu tak zwane, to wszystko, co się tam dzieje, można traktować, że tak naprawdę są elementy opowiadania grozy, takiego opowiadania grozy i że to tylko temu służy. Tymczasem myślę, jestem o tym przekonany, że proza Szymona Majcherowicza idzie dalej. To nie jest tylko proza, która epatuje grozą, taką grozą, która powstaje gdzieś w naszym umyśle. To są opowiadania, które tak jak powiedziałem, idą dalej. One szukają tej grozy w człowieku, nie w elementach nadprzyrodzonych jakichś. One się tam delikatnie pojawiają, ale chyba nie o to chodzi tak naprawdę, a nawet na pewno nie o to chodzi w opowiadaniach tworzonych przez Szymona Majcherowicza. Tu chyba znacznie większą rolę odgrywa podświadomość. To, co nazywamy sferą wyparcia jakiegoś wewnętrznego konfliktu. Myślę, że centralnym zagadnieniem, pytaniem, które powraca w tej prozie, jest pytanie o granice normalności i granice pomiędzy normalnością a chorobą. Czy może realnością a iluzją?
Nie wiem. Myślę, że zamiast takich dywagacji moich, lepiej posłuchajmy samego autora. To jest nagranie z Łodzi z tego roku, z września, z Kapitularza. Tam autor przesłuchiwany na spotkaniu autorskim sporo o swojej prozie powiedział. Zapraszam serdecznie.
[19:05] - Dobry wieczór państwu. Witam cię Szymonie. Przed państwem Szymon Majchrowicz, autor zbioru opowiadań „Otwieram oczy”. Ja nazywam się Anna Dzięgielewska, prowadzę portal Oli Volumi oraz od niedawna wydawnictwo Planeta Czytelnika. Może zaczniemy od podstawowych pytań do ciebie, bo jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać przez chwilę na Festiwalu Prozy i Fantastyki również w Łodzi. Z wykształcenia jesteś polonistą. Powiedz mi, czy idąc na studia już wiedziałeś, że chcesz pisać, czy to dopiero się pod wpływem studiów zrodziło?
[19:40] - To była zawsze jakaś opcja, ale to nie był wydział, który sobie wybrałem świadomie. Miałem zupełnie inne plany. To był trochę kierunek awaryjny. To były czasy, kiedy groziło wojsko, więc musiałem mieć kierunek awaryjny. Ale jak już tam trafiłem i zacząłem wchodzić w temat tych studiów, to się okazało, że się wciągnąłem i że już spodobało mi się, zostałem. Wtedy ta mglista opcja pisania, która od dłuższego czasu mi towarzyszyła, stała się bardziej wyrazista. Ale mimo to musiało jeszcze sporo czasu upłynąć, zanim rzeczywiście skrystalizowała mi się koncepcja tego, co chcę zawrzeć w utworze literackim, który chcę pokazać innym.
[20:45] - Uważasz? Mnie na przykład w twoich opowiadaniach bardzo urzekł język. Oczywiście w biogramie wyczytałam, że polonista to wiadomo, że nie posługuje się aż tak. Chociaż dobrze, w bibliotece pracował młody chłopak po polonistyce, który robił w „Słowie młodzieży” błąd ortograficzny, więc może rzeczywiście nie do końca trafna uwaga z mojej strony.
[21:06] - Rocznie kończy ten wydział setki, tysiące ludzi, którzy nie umieją kompletnie pisać. To jest pewien mit, który funkcjonuje, że na polonistyce nauczą cię pisać. W ogóle można zapomnieć o tym.
[21:19] - Czyli nie jest tak, że studia w takim razie nic ci nie dały pod tym kątem? Nie było takich wprawek? Nie pisaliście?
[21:27] - Jeżeli ja miałbym wymienić to, co mi dały studia pod tym kątem, to raczej zarysowanie pewnych obszarów problematyki, nakierowanie na pewną specjalistyczną literaturę, która oczywiście w większości była zupełnie nieobowiązkowa. Ale żeby usłyszeć, że coś takiego istnieje, to trzeba było właśnie brać udział w tych zajęciach. I to w zasadzie tyle w programie polonistyki, zaliczając pisanie w ogóle. Przynajmniej tak było za moich czasów.
[22:04] - Powiem ci, że jak ja szłam na studia, to ojciec mówił: „Idź dziecko, idź, będą dyskusje, w ogóle tyle będzie się działo”. Działo się. Też ja poszłam, kończyłam edukację dorosłych, a na piątym roku miałam zajęcia z lalkarstwa i z bajek dla dzieci, co w ogóle w moim kierunku, w mojej specjalizacji było mi absolutnie zbędne. I tutaj praca magisterska, a ty trzy godziny siedzisz na wykładzie monograficznym o teatrze lalkarstwa. To też takie średnie. Czyli ta iskra jest w tobie od początku była, czy sobie ją wypracowałeś? Jak pierwsze takie próby pisarskie twoje wyglądały?
[22:39] - Ja pamiętam, że pisałem trochę takiej egzaltowanej poezji na studiach, którą za bardzo się nie chwaliłem, ale ona była jednak czymś ważnym dla mnie. Była to jakaś forma szlifowania świadomości języka. Też pisałem trochę tekstów publicystycznych, jakieś recenzje książek. Ale jeśli chodzi o literacką prozę, to tak naprawdę zacząłem bardzo późno, bo dopiero po trzydziestce poczyniłem pierwsze próby, żeby napisać dłuższy tekst i rzeczywiście doprowadzić go do końca. To jest dość ciekawe, ale miałem bardzo duży opór przed tym, jakiś wewnętrzny.
[23:41] - Ale nigdy nie jest za późno. Ja znam debiutantów po pięćdziesiątce.
[23:46] - Nie, oczywiście. Ja mówię o czymś innym. Ja mówię o tym, że człowiek może przeżyć całe życie, ale na starość, odchodząc na emeryturę, stwierdzi, że napisze książkę i wszystko jest okej, prawda? Bo to jest jakby przyszedł dla niego akurat wtedy czas na to w życiu. Natomiast moja sytuacja wyglądała tak, że ja chciałem to robić, ale z jakichś powodów nie byłem w stanie zacząć. Z powodu jakiegoś-
[24:20] - Blokady?
[24:20] - Tak, blokady, ale wynikającej z nieuświadomionego lęku przed zmierzeniem się z tą materią. Ale to też dlatego, że miałem dość duże wymagania wobec siebie. Miałem bardzo wysoki poziom krytycyzmu i ta konfrontacja z żywiołem pisania uruchamiała we mnie nie do końca uświadomiony lęk przed sytuacją sprawdzianu. Zawsze wolałem przedłużać tę sytuację, myśląc, że to jest opcja na przyszłość, ale żeby rzeczywiście zacząć to robić, to musiałem dojść do momentu, w którym powiedziałem sobie: now or never.
[25:17] - I się zaczęło. Najpierw od opowiadań. W „Histerii” publikowałeś.
[25:22] - Ja najpierw pisałem rzeczy, które nie zostały opublikowane do teraz, a są, nie mające nic wspólnego z grozą. Przez pewien czas. Potem, trochę przypadkiem, bo inicjalnie groza niespecjalnie mnie interesowała. Nawet nie to, że świadomie ją odrzucałem. Po prostu nie zajmował mnie ten temat. To w ogóle nie był obszar, w który celowałem. Nawet nie do końca wiedziałem, że istnieje taka nisza literacka, bo przez wiele lat tego nie było w Polsce. To jest tak naprawdę kwestia ostatnich kilku lat, kiedy ten temat się rozbujał nagle. Za sprawą oczywiście kilku osób, które o to zadbały. Natomiast wcześniej, jeżeli to gdzieś istniało na obrzeżach, to na zupełnych obrzeżach.
Nawet na fanowskich konwentach fantastycznych tego praktycznie nie było. I trochę przypadek sprawił, że nawiązałem znajomość z redaktorem „Histerii”, Maciejem Lewackim. Razem chodziliśmy na treningi krav magi, więc zaczęliśmy gadać najpierw o muzyce, o wspólnych zainteresowaniach. Potem się okazało, że on prowadzi to pismo i wtedy ja się zainteresowałem tematem. Literatura gross. Co to w ogóle jest. Polskie grozy. Dopiero dotarło do mnie, że jest segment w krajobrazie, o którym mnie kompletnie omija, a może być tam ciekawie. I wtedy ściągnąłem sobie kilka numerów tej „Histerii”. Poczytałem trochę tych opowiadań.
I wtedy Maciek powiedział mi: „Słuchaj, jak coś piszesz, to może masz coś takiego, co by pasowało klimatem. Chociaż odrobinę zahacza o grozę”. Ja mówię: „Nie, nie mam. To jest nie mój temat”. On powiedział: „Ale jakbyś miał, to zawsze możesz podesłać”. I wtedy ja się zastanawiałem, dlaczego nie miałbym spróbować napisać czegoś w tym klimacie. Zwłaszcza że literatura gross to była literatura, od której ja zaczynałem przygodę z literaturą w życiu. Pierwsze swoje książki, które kupowałem, żeby czytać, jak jeszcze byłem w szkole podstawowej, to były takie książki na początku lat 90. z wydawnictwa Amber.
[28:10] - Te czarne, woluty takie.
[28:11] - Tak, czarne Amberki. To było coś, co mnie skusiło, żeby w ogóle wybrać się w świat literatury, bo wcześniej przyznam, że miałem opory trochę i ciągnęło mnie raczej w stronę innych rozrywek jako dziecko. Więc nie byłem takim dzieckiem, które uciekało w świat literackiej imaginacji przez książki dla młodzieży. To raczej nie. Potem dużo czytałem tych horrorów jako dzieciak. Pod koniec podstawówki zacząłem czytać Stephena Kinga i Lovecrafta, a potem w ogóle się odciąłem od tego. Całe studia właściwie nie czytałem tego w ogóle. Nie zajmowałem się tym ani naukowo, ani hobbystycznie. Dopiero później stwierdziłem, że to jest coś, czego ja już liznąłem. Co ja mogę poczuć, trochę rozumiem wewnętrzną logikę tego.
Mogę się w tym odnaleźć na nowo. To był bardzo dziwny powrót.
[29:20] - Czyli nie zaczytywałeś się grozą, żeby napisać coś swojego. To dobrze, bo to jest pewna świeżość. „Otwieram oczy” jest zupełnie coś innego.
[29:28] - Też mi się wydawało, że to może mieć ten walor. Sytuacja jest taka, na dwoje babka wróżyła. Czasem to jest okej, bo jeżeli nie masz umysłu wypełnionego dyżurnymi kliszami, które funkcjonują w obrębie tej niszy, to możesz zaprezentować coś świeżego. Natomiast czasem odkrywasz Amerykę w cudzysłowie, czyli wymyślasz coś, co wydaje ci się, że jest oryginalne, a okazuje się, że to już było eksplorowane sto razy.
[30:04] - Tak, ale znów później ci ktoś może zarzucić, że się czymś inspirowałeś. I to zawsze tak jest, bo jak ktoś dużo czyta, to zawsze w książkach znajdujemy jakieś odniesienia. Jak coś czytaliśmy, to potrafimy się odnieść do czegoś. To ja tak mi się wydaje.
[30:19] - Siłą rzeczy zawsze jest jakiś rezerwuar twoich bezwiednych inspiracji, punktów odniesienia, teksty kultury, które jakoś cię ukształtowały.
[30:29] - I czasem czytelnik mówi autorowi: „Słuchaj, tutaj bazowałeś na tym”. Autor mówi: „Ani tego nie czytałem, ani tego nie oglądałem”. A czytelnik widzi tutaj pewne należałości, inspiracje, a nie zawsze tak jest. Dobrze, powiedz mi, jak wyglądał cały proces wydawniczy. Do ilu wydawnictw zgłosiłeś opowiadania? Wysłałeś i ile czasu czekałeś na decyzję?
[30:52] - W moim przypadku to był pewien splot sprzyjających okoliczności. Muszę od razu przyznać, że nie miałem tego traumatycznego doświadczenia niektórych początkujących autorów, którzy wysyłają na Berdyczów. Wysyłają i wysyłają, i nie dostają żadnego feedbacku, nawet negatywnego. Co jest częstym doświadczeniem, bo te skrzynki pocztowe wydawnictw są zasypywane propozycjami i część z nich w ogóle nie jest rozpatrywana, otwierana. To wiem akurat z pewnych źródeł. Można się nie doczekać, można się bardzo zniechęcić i mieć z tym problem. Mnie się udało, bo napisałem tekst do „Histerii”, który się w tej „Histerii” ukazał. Potem napisałem drugi tekst do „Histerii” konkursowy, moje opowiadanie zostało laureatem konkursu, który został ogłoszony na opowiadanie inspirowane jakimś obrazem Beksińskiego. Potem napisałem tekst, który miał w zamierzeniu trafić do antologii „Sny umarłych”, ale redaktor tej antologii, Wojtek Gunia, stwierdził, że tekst spoko, ale jest za długi i on nie może go przyjąć, bo mu rozsadzi zbiór. To miał być drugi tom „Snów umarłych”, się miała „Sąsiadka” ukazać.
Taki był plan, ale Wojtek dał mi wtedy inne namiary, gdzie mogę to opublikować. Z tego też nic nie wyszło. To też była nieciekawa historia, ale ostatecznie już trochę zniechęcony postanowiłem, że wyślę do jakiegoś pisma grozy, które istnieje. Znalazłem stronę „Okolicy strachu”. Na stronie oficjalnej „Okolicy strachu” był komunikat, że pismo już nie istnieje, niestety. Dziękujemy za uwagę wszystkim, którzy nas wspierali przez wszystkie te lata, ale zamykamy pokład. Ale pomyślałem sobie, że mogę udać idiotę, że nie widziałem tego komunikatu i wysłać anyway. Co mi szkodzi? Fire and forget. Wysłałem ten tekst do „Okolicy strachu”, w ogóle nie spodziewając się nawet odpowiedzi jakiejkolwiek.
Ale Sebastian Sokołowski odpisał mi zaraz następnego dnia, że komunikat na stronie jest już nieaktualny, że oni przygotowują nowy numer, że jednak to ruszy z powrotem i że tekst jest fajny i go biorą. Ten tekst został uratowany, bo gdyby on wtedy nie poszedł w tej „Okolicy strachu”, to nie wiem, co by się wtedy stało. Chyba bym dał sobie spokój na jakiś czas. Potem już poszedłem za ciosem, bo jak już się okazało, że ten pierwszy tekst zażarł trochę w tej „Okolicy” i była fajna recenzja tego numeru przez Tomka Siwca zrobiona, to potem był kolejny numer, w którym był kolejny mój tekst i kolejny numer z kolejnym moim tekstem. To właściwie zamknęło mi zbiór debiutancki. Potem już właściwie ta książka była gotowa i odezwałem się do Wydawnictwa IX, które miałem od razu upatrzone. Od razu wiedziałem, że tam chcę wydać książkę, że to jest wydawnictwo, które prowadzi ktoś, kto ma serce do tego tematu i rozumie jego specyfikę. Wydawali tam zresztą autorzy, których bardzo ceniłem, czyli między innymi Wojciech Gunia, Paweł Mateja czy Dawid Kain. Stwierdziłem: to jest miejsce dla mnie.
[35:16] - Tak, Krzysztof Kiliński jest niezawodny.
[35:19] - Tak. I od Krzyśka dostałem w miarę szybko odpowiedź, że on już zna moje teksty, bo zresztą on w „Okolicy strachu” robił skład, więc rzucił na nie okiem i że jest zainteresowany wydaniem tego zbioru. Szybko żeśmy podpisali umowę i książka była praktycznie gotowa, więc tylko trzeba było poddać ją ponownej redakcji i właściwie można było ją rzucać jako świeże mięso.
[35:50] - Tutaj powiedziałeś, że nie chcesz takiej sytuacji, żebyś ty był traumatyzowany, a mimo wszystko w tych wszystkich twoich opowiadaniach są traumy. Dlaczego akurat traumy? Dlaczego taka tematyka ciężka?
[36:04] - Wiesz, pisać można w różnych trybach, ale jest taki tryb pisania, który ja nazywam prawdziwym pisaniem, czyli pisaniem z trzewi. Kiedy chcesz coś napisać z trzewi, nie masz nieograniczonej puli tematów, które możesz poruszać, tylko musisz napisać coś na temat, który po prostu cię wypełnia, który wypełnia każdą komórkę twojego ciała. Dlatego ja często podaję taki frazes, który gdzieś zasłyszałem, że to nie autor wybiera temat, tylko temat wybiera jego. To był mój temat. Ja wiedziałem, że to jest mój temat I że o niczym innym na tym etapie mojego życia nie jestem w stanie napisać. Bo jest to temat, który mnie dotyka osobiście i wiem, że mnóstwo rzeczy, które ja opisałem w tej książce, to są rzeczy, które ja byłem w stanie zaobserwować na własnym przykładzie. Ale wiedziałem też, że ja nie chcę się wypluwać ze swojego osobistego życia. Nie o to chodzi, że tutaj nie powstanie żadna autobiograficzna opowieść, że ja muszę to opowiedzieć pośrednio poprzez fikcyjne opowieści o fikcyjnych ludziach i niejako okrężną drogą, ale uzyskać ten sam rodzaj rozładowania wewnętrznego, który by towarzyszył zrzuceniu tego ciężaru z siebie poprzez taką bezpośrednią, autobiograficzną opowieść.
[38:01] - Powiem ci, że mnie te twoje historie bardzo poruszyły z uwagi na to, że ja przez kilka lat pracowałam z osobami chorymi psychicznie, u których po wielu rozmowach wyszło, że choroba psychiczna nadeszła pod wpływem jakiejś traumy. Miałam na przykład dziewczynę, która była wykorzystywana przez swojego ojca i ojciec wujka przyprowadzał i dziewczyna sama się zgłosiła do ośrodka, bo potrzebowała pomocy, ale to się na jej zdrowiu psychicznym już odbiło. Czasami się myśli, że taka schizofrenia czy choroba biegunowa to jest od zawsze. To jest nieprawda, bo ja pracowałam z ludźmi, którzy na przykład 40 lat byli wojskowymi, zajmowali jakieś wysokie stanowiska i nagle coś się w życiu zadziało i się odkleiło. I miałam faceta, który na przykład jak wiedzieliśmy, że będzie jechał do szpitala, bo mu się pogorszyło, to on potrafił wszystkie kwiaty na terenie ośrodka wyrwać. Bał się kobiet, wzorował sobie – i mężczyzn też – wzorował sobie, że ma jajniki. To naprawdę są straszne rzeczy i można się czasami z tego pośmiać. Ale gdy, słuchajcie, tkwi się z tymi ludźmi w zamkniętym otoczeniu, bo to może wytłumaczę, na czym to polega. Ja byłam instruktorem terapii zajęciowej. To nie jest taka terapia, że przychodzi pacjent, kładzie się na leżance, tylko my tam byliśmy, żeby im organizować czas wolny, bo to wyobraźcie sobie zamknięty ośrodek, ci ludzie nie wychodzą, bo są w różnych stopniach upośledzenia bądź choroby postępującej.
Rodziny rzadko ich odwiedzają i są obce osoby, które wszystko dla nich organizują. I to jest naprawdę ciężka praca. Niejednokrotnie wychodziłam ze łzami w oczach, bo patrzyłam na to i ja miałam świadomość, że kiedyś te osoby były takie jak ja. Nie ma takiej reguły, że nam się może coś tym, co uważamy się za zdrowych, bo jeszcze poruszmy temat, gdzie jest ta norma, gdzie jest ta granica normy i co nazywamy zdrowiem, i że nagle się coś nie stanie, że my też wylądujemy w takim miejscu. Jest taka świadomość tego. To jest straszne.
[39:50] - Jeszcze poza tymi osobami, z którymi miałaś do czynienia i które musiały wylądować w takim przybytku, jest mnóstwo osób, które żyją między nami, które wyglądają na normalne, normalnie funkcjonują, normalnie się uśmiechają, chodzą na zajęcia, do pracy, chodzą ze znajomymi na piwo, ale cały czas żyją w permanentnym dyskomforcie, który jest spowodowany jakimś urazem.
[40:29] - Często nieuświadomionym, tak?
[40:31] - Tak.
[40:31] - To jest ten problem.
[40:33] - W momencie, kiedy te osoby zostają same ze sobą, wszystko się aktywizuje znowu. Wszystko to, co można na chwilę gdzieś udać, że tego nie ma, gdzieś zepchnąć, powraca ze zdwojoną mocą. Myślę, że takich osób jest dużo. I to jeszcze osób, które na przykład odbijają się od różnych form pomocy, bo okazują się one nieskuteczne, bo próbują jakiejś terapii. Okazuje się, że nie mają do tego zaufania, ta terapia nie działa w ich przypadku. Próbują leków na przykład, po lekach jest jeszcze gorzej. I tak dalej. To jest wszystko obszar psychopatologii. To jest obszar, nad którym tak naprawdę tylko udajemy, że mamy kontrolę. To jest trochę tak jak z pandemią.
Mamy jakieś procedury i tak dalej, ale to wszystko tak naprawdę służy temu, żebyśmy się poczuli trochę bezpieczniej, że są jakieś procedury. Mamy taką bardzo silną potrzebę. Tak samo mamy potrzebę takiej świadomości, że jeżeli będziemy w kryzysie psychicznym, to ktoś nam poda pomocną dłoń i jest jakiś ratunek dla nas. Ktoś opracował jakieś formy terapii, psychoterapii, terapii lekowej. To wszystko może nie zadziałać albo zadziałać w sposób odwrotny do zamierzonego, odnieść jakiś negatywny skutek. Jest to temat, który wydaje mi się jest bardzo istotny współcześnie, coraz bardziej jest na czasie i wiąże się to też z postępującą świadomością, taką ogólną świadomością społeczną dotyczącą zdrowia psychicznego i problemów.
[42:46] - Chociażby depresja, z której niektórzy się śmieją, że „a co tam, jakie twoje problemy, jaki ty masz problem? To nie jest depresja”. Ale też należy pamiętać, że każdy z nas ma swoją pewną granicę odporności psychicznej. Dla jednego coś, co jest problemem, który rozwiąże Szybko i sobie z nim poradzi. Dla kogoś jest końcem świata jeszcze, jak na przykład nie ma się wsparcia bliskich. Często gęsto tak jest, że zostajemy sami z problemem, bo na przykład nikt tego naszego problemu nie rozumie.
[43:14] - Tak, oczywiście.
[43:15] - I to jest wtedy problem największy.
[43:17] - To jest bardzo częste i też nawet trudno oczekiwać, żeby świat to rozumiał. Bo ktoś, kto nie znajdzie się w tej sytuacji nigdy i nie rozumie, jaki to jest poziom poczucia bezradności kompletnej-
[43:33] - I odzwocowania.
[43:34] - Takiego odzwocowania, ocenia innych swoją miarą. Z natury, z marszu oceniamy innych swoją miarą. Jeżeli nasze życie jest w miarę okej i siedzimy mocno w siodle, to też rzutujemy to nasze wewnętrzne, projektujemy na innych, że inni mają tak samo komfortowo.
[43:59] - Upraszczając, bardzo bogaty nigdy nie zrozumie tego biednego. Jeden powie, że nie ma pieniędzy na nowe Porsche, a ktoś powie, że nie ma pieniędzy na kawałek chleba. I to jest też właśnie-
[44:10] - Tylko tutaj już masz sprawę dość wymierną, a tutaj masz sprawę, która jest zupełnie niewymierna, bo cała jest uwięziona w takiej subiektywnej opowieści. Subiektywnej opowieści, której tak naprawdę nie da się opowiedzieć tym, którzy naprawdę nie dotknęli tego problemu, chociażby przez bliską osobę.
[44:38] - A powiedz mi, Duży, robiłeś research do tych opowiadań?
[44:42] - Nie.
[44:43] - Nie robiłeś. Czyli to po prostu wypłynęło z wnętrza ciebie.
[44:46] - Ja już miałem zrobiony research.
[44:51] - Dobrze, tutaj mamy cztery historie osnute duszącą atmosferą, wywołując taki niepokój, odzierające ludzkie jestestwo z takich kłamstw, ukazujące prawdę o własnym ja. I teraz powiedz mi, już wiem, dlaczego ta tematyka, bo to było w tobie od zawsze. Chciałeś to tutaj zobrazować. Ale dlaczego na przykład nie jakaś taka klasyczna groza, tylko właśnie weird fiction? Czy od początku wiesz, że to będzie weird fiction, jak już zacząłeś pisać?
[45:22] - Klasyczna groza to znaczy jaka?
[45:24] - Znaczy no klasyczna, taka na przykład. Dobrze, to jeszcze upraszczając, dlaczego na przykład nie jakieś demony, potwory? Dlaczego tutaj skupiłeś się na demonach, ale tych takich wewnętrznych w jednostce. Ale dlaczego nie jakieś potwory, jacyś mordercy? Groza ma szerokie spektrum. A dlaczego właśnie akurat taka?
[45:43] - Są tysiące osób, które piszą o seryjnych zabójcach. To jest właściwie taśmowa produkcja. Kryminały, thrillery i różne powieści z obszaru grozy ekstremalnej. Tego wychodzi bardzo dużo i ja nie chciałem jechać w takim peletonie, tylko bardziej chciałem być takim samotnym jeźdźcem. I wydawało mi się, że ten temat w takim ujęciu jest jeszcze niewyeksplorowany w obrębie tego gatunku. I ja nie miałem też takiego zamysłu, żeby o tym opowiadać właśnie przez gatunek. Natomiast w momencie, kiedy zainteresowałem się ponownie po latach literaturą grozy i odnotowałem fakt istnienia takiej niszy, bardzo szybko Maciej Zawadzki, z którym wtedy wymienialiśmy się, prowadziliśmy konwersacje na ten temat, on mnie nakierował właśnie na weird fiction. Powiedział: „Słuchaj, weź sobie ściągnij, mamy taki numer tej Histerii poświęcony weird fiction, bo to jest chyba klimat, w którym byś się odnalazł bardziej niż w takim kampowym horrorze czy czymś takim. I wygoogluj sobie Wojtka Gunię. To jest taki nasz polski główny człowiek, macher w tym temacie.
On ma jakieś takie prelekcje na pewno na ten temat i może to cię właśnie wkręci”. I ja wtedy pamiętam, że znalazłem na YouTubie taką właśnie prelekcję Wojtka Guni pod tytułem zdaje się „Świat jako monstrum”, coś takiego. I jak zacząłem tego słuchać, to doszedłem do wniosku, że to jest po prostu jakiś temat rzeka, który nagle mi wjechał, że to jest dokładnie ta forma, w której ja jestem w stanie zawrzeć swoją opowieść i że ona po prostu dostarcza mi idealnych narzędzi do tego. Więc miałem już pomysł na to, jak napisać literaturę weird fiction, będąc w zasadzie po lekturze jedynie Lovecrafta w ogóle w tym temacie i w ogóle nie znałem tej literatury. Poznałem ją najpierw od strony właśnie teoretycznej, od strony czystej teorii. I stwierdziłem, że żeby usystematyzować, czym się różni weird fiction od klasycznego horroru. Klasyczny horror to jest opowieść, która się rozgrywa w obrębie jakiegoś ustalonego porządku symbolicznego, gdzie mamy klarowny w miarę podział na dobro i zło. I czy w horrorze religijnym pojawia się jakieś opętanie i pojawia się zły demon, czy jakaś inna postać.
[48:44] - Jest to namacalne.
[48:45] - Jest to wpisane w jakiś ustalony, metafizyczny porządek symboliczny. Natomiast weird fiction jest opowieścią o załamaniu się tego porządku. O tym, że w zasadzie W momencie, kiedy widzimy, że porządek symboliczny, w obrębie którego funkcjonujemy, się załamuje, jesteśmy konfrontowani z absolutną obojętnością, bezwzględnością kosmosu wokół nas. To jest esencja tego doświadczenia wiążącego się z głębokim, metafizycznym osamotnieniem, które napędza to doświadczenie. Ja od razu to nazwałem w ten sposób, że ta opowieść o załamaniu się porządku symbolicznego jest właśnie opowieścią o traumie, bo to jest nic innego. Trauma jest wydarzeniem, które powoduje, że mechanizmy adaptacyjne w naszym mózgu są bezradne. Nie potrafią przetrawić jakiejś sytuacji, nazwać, skategoryzować, zinterpretować, oswoić. Przez pewien czas przynajmniej pozostają kompletnie bezradne i obszar tego pęknięcia cały czas się powiększa. W pewnym momencie udaje się go opanować często tak, że można było dalej żyć. Natomiast on cały czas pozostaje jako taka dziura.
[50:35] - Mówisz o wyparciu, tak? Wypieramy to i nagle przychodzi taki moment, że jednak wraca.
[50:39] - Wypieramy albo próbujemy jakoś to wpleść w narrację, która nas uspokaja. Możemy to spróbować zakłamać. Możemy dopisać do tego prywatną mitologię. Nasz umysł wtedy staje się bardzo kreatywny, żeby-
[51:00] - Żeby otoczkę zrobić wokół czegoś złego, żeby sobie poradzić.
[51:04] - Z tą kryzysową sytuacją. Często jest mitomania, tworzenie różnych mitologicznych opowieści na temat różnych wydarzeń, elementów, które są zbyt bolesne, żeby można było się z nimi konfrontować. Dla mnie taką traumatyczną narracją są opowiadania Brunona Schulza. To jest taka prywatna mitologia, która jest podszyta wewnętrznym bólem, który trzeba zneutralizować poprzez mitologiczną opowieść. Bólem konfrontacji z rzeczywistością, która jest skrajnie nieprzyjazna i nie jest w stanie sprostać oczekiwaniom umysłu. Jest dojmująco rozczarowująca.
[52:14] - Na majowym Festiwalu Grozy i Fantastyki w Łodzi rozmawialiśmy troszkę na temat „Sąsiadki”. Powiedziałeś mi, że ty wiedziałeś, że „Sąsiadka” bardzo dobrze zostanie odebrana przez czytelników, że trafi do czytelników.
[52:28] - Nie przypominam sobie tego.
[52:30] - Jak to sobie nie przypominasz?
[52:32] - Nie bardzo sobie przypominam ten moment, ale wierzę ci na słowo. Jeżeli faktycznie coś takiego powiedziałem, to raczej miałem na myśli to, że wydawało mi się, że na tle pozostałych tekstów rzeczywiście „Sąsiadka” może mieć najmocniejszą recepcję z tego względu, że jest tekstem najbardziej klasycznym w swojej strukturze. Jest to bardzo klarownie opowiedziana historia, w której następuje mocne zawiązanie akcji, a potem metodyczne budowanie napięcia, które prowadzi do kulminacji mocnej w zakończeniu. To jest taka struktura, która się sprawdza. To tak, jak masz strukturę piosenki. Zwrotka, mostek, refren, zwrotka, mostek, solówka, refren. Nie ma co cudować. To jest coś, co działa. Wydawało mi się, że właśnie dlatego „Sąsiadka” może mieć najmocniejszy rezonans, że jest najbliższa czytelniczym oczekiwaniom. Ktoś, kto się z tym tekstem ma kontakt wie, o co chodzi.
Szybko rozumie reguły gry. Pozostałe teksty są trochę bardziej eksperymentalne w formie i co do nich miałem dużo więcej obaw. Okazało się, że te obawy były często nieuzasadnione, bo ludzie jednak rezonowali z tymi tekstami i nie mieli większych z nimi problemów. „Zaćmienie”, pierwszy tekst, jest tekstem, który chyba najwięcej budzi trudności interpretacyjnych, co było dla mnie trochę zaskoczeniem, bo ten tekst ma dość precyzyjny sens. Natomiast bardzo często spotykałem się z opinią, że „Zaćmienie” jest trochę za bardzo, może niekoniecznie na początek zbioru albo że jest trochę za gęste. Nie wiem, czy ty miałaś też takie-
[54:49] - Nie, mi się bardzo podobał ten motyw dziecka, któremu się wmówiło, że straciło ojca, a trochę inny jest. Nie wiem, czy tutaj wszyscy akurat czytali. Nie chcę spoilerować, ale co do „Zaćmienia”, to chciałam się dowiedzieć, dlaczego ćma? Ćma ma bardzo dużo symboliki, ale dlaczego u ciebie ćma się pojawiła?
[55:10] - Tak jak ci mówiłem wcześniej, nie będąc osobą otrzaskaną we wszystkich dyżurnych motywach, możesz mieć poczucie, że wychodzisz z czymś oryginalnym, a tak naprawdę bierzesz motyw, który dziś jest już trochę ograny do bólu. Jakbym dzisiaj z tą świadomością, co się wydarzyło po drodze w polskiej grozie i nie tylko, miał pisać po raz kolejny ten tekst, to bym się 10 razy zastanowił, czy w ogóle użyć ćmy jako rekwizytu. Ale ta ćma wzięła się z mojego wspomnienia z dzieciństwa. To była realna sytuacja, więc to nie było tak, że najpierw chodziło o jakieś symboliczne znaczenie, tylko ja sobie przypomniałem taką sytuację, kiedy byłem na wakacjach i jest w tym tekście taki moment, w którym dziecko widzi po raz pierwszy ćmę i ona jest uwięziona w ramie okiennej między dwoma szybami. I to jest dokładnie opis realnego wydarzenia, które miało miejsce w moim życiu. Ja miałem wtedy może pięć lat, coś takiego. W każdym razie zauważyłem tą ćmę w oknie letniskowego domku przyjaciół mojej babci i ta ćma wydawała mi się absolutnie monstrualna. Byłem nią naprawdę przerażony. Ja mogłem ją tylko widzieć w ten sposób, ale wydawała mi się wielkości ręki dorosłego. Byłem nią urzeczony, ale też przerażony, zafascynowany kompletnie.
I wtedy, pamiętam, była taka osoba dorosła, która się pojawiła, płci żeńskiej, która ze mną prowadziła rozmowę na temat tego, co widzę. I ta rozmowa też jest w tym opowiadaniu. Czyli takie trochę wkręcanie dziecka, że to jest potwór, który cię zje.
[57:30] - Mnie tata lalkami straszył i nigdy nie lubiłam. Wolałam się bawić resorakami i lalek się boję do tej pory. I w filmach, i w książkach nie znoszę lalek.
[57:41] - Ja ciebie do siebie do domu nie zaproszę.
[57:43] - Masz lalki?
[57:45] - Cały segment u mnie.
[57:47] - Nie. Ja mam wszystko wywiezione i nie ma lalek u mnie.
[57:52] - Lalki to też jest dobry, klasyczny, weirdowy motyw. Lalki, manekiny i takie różne.
[57:58] - Jest taka gra o takim malarzu, polska chyba. Gdzie się wchodzi i jest takie psychodeliczne, pokoje się zmieniają, jakiś demon cię goni. Ja już nie pamiętam tytułu. Jak mój mąż grał, to mówił: „Chodź, chodź, pokażę coś dla ciebie”, a tam cały pokój lalek. Te lalki najpierw siedziały na półkach. Kamerka na plejce się zmieniła, to te lalki schodziły się ganiały, takie bobasy biegały. Na przykład mnie bardzo ciężko było przeżyć, bo przez chwilę pracowałam w sklepie z zabawkami. Jak wchodziłam do działu z bobasami i wszystkie te bobasy naraz mówiły: „Mama”, to ja: „Słuchajcie...”. I ktoś może powiedzieć: „Głupia, gdzie ty się lalek boisz? Przecież to nie jest realne”.
Takie właśnie z dzieciństwa. Tata mówił, że skoczy mi jakaś lalka z segmentu na głowę. Jeszcze później były motywy czarnej wołgi. Jak byłam niegrzeczna, tata mówił, że czarna wołga przyjedzie i mnie zabierze. No i tak zostało. To też jest wyobraźnia rodziców.
[58:51] - Więc ta ćma była jednym z najwcześniejszych lęków mojego dzieciństwa, czyli lękowego doświadczenia. Takiego doświadczenia lęku łamanego przez fascynację. Więc postanowiłem ją wydobyć z czeluści mojej pamięci i nadać jej pewne symboliczne znaczenie w obrębie tego tekstu.
[59:21] - Ale powiedz, boisz się teraz ciem? Czy to już się zmieniło?
[59:24] - Nie za bardzo.
[59:25] - Nie boisz się.
[59:26] - One są jakieś takie rozczarowujące w swoim rozmiarze.
[59:31] - U mnie w domu długo nie pożyją, bo mam siedem kotów, więc to jest od razu polowanie na proteiny.
[59:37] - A, tak.
[59:39] - Nie ma szans. Dobrze, a teraz tytułowe opowiadanie. Tam jest dosyć ciężki temat pedofilii. Dlaczego akurat ten temat? Dlaczego to tak z tego bohatera wyszło i dlaczego on w ogóle szukał prawdy o tym? Ciężki kaliber tak naprawdę.
[59:59] - Tak. Ale powiem ci tak. Jeśli chodzi o to opowiadanie, to jądro tej traumy, czyli ten czynnik traumatyzujący nie jest istotny w tym tekście. Oczywiście spoilujemy od razu, bo tak naprawdę dobrze byłoby zacząć ten tekst czytać, nie wiedząc, o czym on jest. Natomiast chodziło mi o to, żeby wziąć jakąś traumę bardzo archetypową. Archetyp traumy. Czyli dziecko, które spotyka się z przemocą seksualną ze strony dorosłego we wczesnym wieku. Jest kurwane, trzymane w zamknięciu i tak dalej. Dlaczego ten temat? Mnie w tym tekście bardziej chodziło o to, żeby opisać pracę umysłu Który tę traumę stara się w jakiś sposób przerobić i z nią sobie poradzić po latach.
Natomiast to są rzeczy, które się dzieją na świecie. Tu nie ma wielkiej filozofii, która by za tym stała. Po prostu tak się dzieje. Ludzie są zboczeni i mają różne apetyty seksualne, niekoniecznie do pogodzenia z porządkiem społecznym, w którym żyjemy. To są rzeczy, które się dzieją. Natomiast ten tekst nie jest w pierwszej kolejności o tym, tylko o tym, co się dzieje później.
[01:01:59] - Jak to wpłynęło na-
[01:02:00] - Jak to wpływa, jakie strategie umysł przyjmuje do tego, żeby móc się doprowadzić do względnie akceptowalnego stanu homeostazy. Jest to umysł, który jest w kleszczach, który dąży do autodestrukcyjnego dążenia do rozdrapywania tej rany na podstawie intuicyjnego przeczucia, że uda się ją wtedy oczyścić. Do ucieczki, która skazuje człowieka, który nie jest zdolny do tego, żeby funkcjonować w szerokich widełkach zdrowej normy, na wieczną wagabundę, zupełne odklejenie społeczne, funkcjonowanie-
[01:03:03] - Na pograniczu
[01:03:03] - ... w dziwnym trybie samotniczym. Jest tam dużo motywów, które symbolizują wieczną tułaczkę przez życie. I to, jak ta trauma się wizualizuje, sama się symbolizuje, obleka się w symbole. To mnie bardziej interesowało niż samo jądro.
[01:03:34] - Pogranicze. Z czego to wynika. Dobrze, na koniec jeszcze o opowiadaniu „Kula”. Mnie się podobało bardzo. Ewa żyje w odosobnieniu, ale na własne życzenie. Niby ma chorobę psychiczną, ale bardziej ma to wmawiane. To jest na zasadzie samospełniającego się proroctwa. Tak to odebrałam. Zresztą jest odizolowana i dziwne rzeczy się dzieją. Nie chcę więcej mówić, a chciałabym się dowiedzieć, dlaczego akurat pomarańczowa kula, która zwiastuje śmierć.
Skąd ten motyw się wziął? Skąd to się narodziło?
[01:04:10] - Z realu. W tych tekstach dużo jest rzeczy z mojego życia. Wydawało mi się, że wprowadzenie szczegółów z realu bardzo wzmocni te teksty, że to będzie wyczuwalne, że to są jakieś prawdziwe-
[01:04:32] - Twoje osobiste
[01:04:34] - Tak. Prawdziwe elementy, że one w jakiś sposób będą uziemiać tę historię. Mam w rodzinie osobę w bliskim moim otoczeniu, która ma pewien problem z percepcją. Jest to osoba, która jest skłonna do ulegania spiskowym narracjom i jej umysł w takim trybie funkcjonuje.
[01:05:08] - Ciągłego zagrożenia, tak?
[01:05:09] - Tak. Projektowania wewnętrznego zagrożenia na świat otaczający i szukania połączeń, żeby przejrzeć manipulację, całą grę. Widzę, jak bardzo silne to jest ukierunkowanie, jak bardzo jest to kompletnie odporne na jakąkolwiek argumentację. Jak ten umysł zawzięcie łączy kropki w sposób, który jest absurdalny dla osoby z zewnątrz, ale w ramach tej wizji jest logiczny. Ta osoba mnie kiedyś poczęstowała taką opowieścią. To jest osoba starsza ode mnie o pokolenie. Opowieścią, że pracowała w ogrodzie i przyleciała do niej nagle pomarańczowa kula. Ta opowieść na tym się kończyła, ale ta opowieść była tak straszna. To było tak creepy usłyszeć tę opowieść, bo ona się kończyła puentą na zasadzie: co ten rząd z nami robi? Co to było za urządzenie, które do mnie przyleciało, a potem poleciało?
I dlaczego to była pomarańczowa kula? Ja stwierdziłem, że nie mam zielonego pojęcia, dlaczego to była pomarańczowa kula, ale postanowiłem tego elementu nie zmieniać. On musiał zostać w oryginalnej formie i właściwie został jeden do jednego ten punkt wyjścia tej opowieści. Potem oczywiście fabuła idzie w innym kierunku. Ostatecznie Ewa miała kilka pierwowzorów. Tam się kilka postaci miesza w niej. Są też elementy zupełnie będące kreacją. Mam nadzieję, że ona tworzy wewnętrznie spójną i logiczną strukturę. Natomiast Ten element był taką proustowską magdalenką. Punktem wyjścia, którego nie zmieniam.
Zobaczymy, do czego mnie doprowadzi opowieść o tym.
[01:07:36] - Właśnie mówisz tutaj o pomarańczowej kuli. Mój jeden podopieczny kiedyś mi opowiedział historię, i to zupełnie na poważnie, że go porwali kosmici, że on dlatego teraz ma jajniki. I on od tego momentu zaczął panicznie bać się mężczyzn. Cały czas żył w tym. W tym ośrodku on był w ogóle odizolowany od innych mężczyzn. Nawet był na piętrze z kobietami, bo po prostu panicznie się bał. Przybiegał do mnie i mówił: „Anka, zabierz mnie, bo zobacz, Roman na mnie dziwnie patrzy. Weź go zabierz, bo on mi zaraz zrobi krzywdę”. To jest przerażające, co się dzieje w ludzkim umyśle.
[01:08:09] - Tak, oczywiście. To już jest ewidentne, czyste wariactwo. Jakaś taka psychoza.
[01:08:15] - Facet na stanowisku, który odchował dwójkę dzieci. Później rodzina sobie nie radziła. Musiał być lekami ustabilizowany, bo to już strach też o siebie wtedy, bo nie wiadomo, co ta osoba zrobi.
[01:08:30] - Tak.
[01:08:31] - W sobie, bo wiadomo, autodestrukcja. Dobrze, to teraz powoli kończymy. Jeszcze tylko jedno pytanie: co robisz w chwilach wolnych w ogóle? Bo pisać mówisz, że nie masz tak, że piszesz codziennie. Czy może masz? Czy to są takie zrywy?
[01:08:47] - Nie, piszę zrywami. Jak piszę, jestem w trakcie pisania jakiegoś tekstu, to wtedy piszę codziennie trochę. Staram się przynajmniej.
[01:08:59] - Masz jakieś rytuały? Dobra kawa? Swoje miejsce ulubione?
[01:09:04] - Nie, u mnie jest absolutny chaos. Piszę zrywami, nieregularnie. Nie mam żadnych rytuałów, żadnego patentu na to.
[01:09:10] - Czyli nie ma tak, że nastawiasz budzik, a teraz piszę przez dwie godziny i nie wstaję od komputera.
[01:09:15] - Nie, bo mogę przez dwie godziny siedzieć na Fejsie albo robić coś innego. Mam ogromne problemy z koncentracją, więc momenty, w których mogę rzeczywiście skupić się na pisaniu i siedzieć i pisać bez przerwy przez pewien czas, to mi się czasem zdarza. Jestem wtedy w stanie wskoczyć na tego konika i na nim pojechać. Ale to nie jest coś, co ja mogę zaplanować. To nie jest coś, co ja mogę sobie wyznaczyć w godzinie takiej a takiej. Nie, wtedy po prostu siedzę i piszę i wszystko inne się wali w moim życiu, bo nic innego nie robię. Zawalam rzeczy związane z moją pracą zawodową, sprawy rodzinne i tak dalej. Więc nie ma tutaj żadnej metody, regularności i tak dalej.
[01:10:06] - Właśnie się czasami zastanawiam. Są pisarze, którzy codziennie piszą. Ja jednak wierzę w wenę, bo czasem też przeczytam dobrą książkę, chciałabym od razu napisać recenzję i siedzę, napiszę. Mówię: „To nie tak. Coś mi się nie klei”. Nie podoba mi się, kasuję i tak nie mam tego. Jak ktoś tak wymusza, że codziennie musi ileś tam tysięcy znaków i później przychodzi kolejny dzień i mówi: „A nie, jednak to napisałem słabe”, to nie wiem, czy jest sens. Niektórzy mówią, że codziennie piszą. Czy czasami nie jest to takie wymuszone, że nie masz ochoty, ale mam taki harmonogram, muszę napisać i niechby się waliło paliło, ale muszę te ileś stron dziennie napisać, bo inaczej nie nazywam się pisarzem.
[01:10:40] - To nie jest takie głupie tak naprawdę.
[01:10:42] - Jakaś regularność.
[01:10:44] - Jeśli chodzi o wenę, bo wspomniałaś o wenie, to ja nie wierzę w taką wenę, że może wena na mnie spłynąć. Nagle ja usiądę i coś napiszę. Tylko wena przychodzi w momencie pisania. Najpierw jest walenie głową w ścianę białej kartki czy białego arkusza i w momencie, kiedy jestem w stanie przełamać jakąś inicjalną niemoc i bezwład i pojawi się cokolwiek już w tym tekście, co mi się podoba, to już wtedy jest zaczyn, który zaczyna pączkować. Wtedy ta wena przychodzi w miarę pisania i ona się wtedy budzi. Ale ona przychodzi wtedy, kiedy umysł jest spięty ostrogami, nastawiony na pracę, a nie takie luźne.
[01:11:39] - Widzisz, ja najlepsze pomysły mam, jak już leżę w łóżku, zgaszę światło, nie mam nic do pisania i wtedy mi się te wszystkie zdania układają. Wstaję rano, już ich nie pamiętam. Już sobie nawet wzięłam notesik, żeby sobie wszystko notować, bo czasami tak mam. Jakaś ta złota myśl, mówię: „O, to będzie dobre”, a później nie pamiętam.
[01:11:56] - Ale wiesz co, generalnie mówiłam o trzech stylach pisania, bo nasz znajomy Patryk Bogusz dzień w dzień faktycznie coś pisze.
[01:12:03] - Patryk tak.
[01:12:05] - Z kolei Marcin Majchrzak łapie wenę gdziekolwiek. Przechodzi obok budynku na ulicy, myśli sobie: „Tak, tam się musiało wydarzyć coś paskudnego”. Zawsze przy stole ma notes. To jest dla mnie niesamowite. I teraz mówisz, że jest jeszcze trzeci styl.
[01:12:20] - Myślę, że jest-
[01:12:20] - Usiąść i czekać
[01:12:22] - ... bardzo dużo różnych stylów. Myślę, że nie ma optymalnej strategii. Wierzę, że każdy musi mieć swoją i każdy musi jakoś sam z sobą się dotrzeć.
[01:12:37] - Co jest najlepsze dla mnie.
[01:12:37] - Zorientować się, co sprawia, że coś może powstać.
[01:12:41] - Bo tak jak powiedziałeś, można siedzieć trzy godziny przed komputerem. Tylko z tego się pracuje rzeczywiście pół albo 20 minut, bo resztę umysł jest rozproszony i tyle.
[01:12:50] - Tak.
[01:12:51] - Ja też pięć godzin robiłam redakcję, z tego robiłam trzy, bo ciągle ktoś pisał, ciągle coś się działo.
[01:12:56] - Ale w ciągu tych dwóch godzin możesz napisać ten jeden ważny akapit, który będzie naprawdę ważny, a potem on poniesie kolejne akapity. Więc nie ma metodologii uniwersalnej na pewno.
[01:13:13] - A jeszcze na koniec powiedz, co robisz w chwilach wolnych. Jesteś wyluzowany. Co lubisz robić?
[01:13:20] - Nic specjalnie, nic ciekawego, czym warto by było się chwalić.
[01:13:24] - Mówiłeś, że trenowałeś kraw magę.
[01:13:26] - Kiedyś trenowałem kraw magę, ale zarzuciłem to już. Dałem sobie spokój. Kiedy zacząłem pisać. Zresztą mam pracę zawodową i oczywiście lubię podróżować. Nie robię niczego spektakularnego, czym warto by się tutaj chwalić.
[01:13:58] - Kiedy możemy się czegoś nowego spodziewać?
[01:14:03] - Mój najnowszy tekst pojawi się w antologii „Tarnowskie Góry. Niesamowite”. Ta antologia powinna się pojawić na początku przyszłego roku. Już ten tekst jest złożony razem z innymi tekstami i już chyba zaczął nawet proces redakcyjny. Jest to tekst, który napisałem po dłuższej przerwie po napisaniu tych tekstów i po wydaniu tej książki. Miałem pewien zastój paromiesięczny i jest to coś trochę innego. Jest to tekst mocno kafkowski i trochę mniej eksplorujący takie oczywiste instrumentarium grozy. Być może to jest kierunek dla mnie na przyszłość, ale to czas pokaże. Mam też rozgrzebane dwa inne teksty. Co do jednego jeszcze się łudzę, że może stać się opowieścią.
Ale to nie jest powiedziane, dlatego że ja bardzo nie lubię wodolejstwa i raczej dążę do takiej kondensacji formą.
[01:15:19] - Czyli nie będzie 30 stron opisu drzew ani nic takiego.
[01:15:22] - Raczej nie.
[01:15:24] - Drzewa są nudne. W niektórych przypadkach tak, ale nie zawsze. Zależy kto pisze o tych drzewach, nie?
[01:15:32] - Jest wierzby na przykład wspaniałe opowiadanie Algernona Blackwooda.
[01:15:41] - Dobrze, Szymon.
[01:15:41] - Ale to już ktoś napisał.
[01:15:43] - Kończy nam się już czas. Mamy minutę, więc ja ci bardzo dziękuję za to spotkanie.
[01:15:49] - Proszę państwa, myślę, że to był kawał sprawiający, że głęboko państwo pomyślicie o prozie. A w ogóle, jeśli się dacie państwo namówić, jeśli zaufacie jakimś moim polecankom, to sięgnijcie państwo po tom „Otwieram oczy”. Nie będziecie państwo zawiedzeni. To nie będzie łatwa lektura. To znaczy to nie będzie lektura, która przyniesie wam tylko i wyłącznie rozrywkę. Ale ja jestem gotowy zagwarantować, że odłożycie państwo tę książkę rozedrgani, wstrząśnięci, a chwilami nawet tacy zagubieni. O co chodzi? Co jest? Jak to jest? Naprawdę warto.
Wspomniałem państwu na początku audycji, że rozmawialiśmy dzisiaj z Piotrem Cielebiasiem, zastępcą redaktora naczelnego „Nieznanego Świata” o filmach. Kolejna nasza rozmowa o filmach. I tym razem ta rozmowa nawiązuje do ostatniej audycji poniedziałkowej audycji „Debaty Ufologiczne Nowa Fala”, kiedy rozmawialiśmy w tej audycji o związkach pomiędzy tym, co nazywamy różnie paleoastronautyką a starożytnymi kosmitami. Rozmawialiśmy o związkach pomiędzy tymi zjawiskami a Biblią, Starym Testamentem, trochę Nowym, ale głównie Starym Testamentem. Tam się pojawiają wątki nawiązujące do bardzo, bardzo starych historii. No i cóż, to jest jednocześnie z mojej strony zachęta, żebyście państwo po „Debatę Ufologiczną” sięgnęli. A jednocześnie zapraszam po części jej kontynuację dotyczącą filmów, które coś o kosmitach, o bogach kosmitach, o tym, jak to czasami bywa odbierane, jak ci kosmici mogli wpływać na rozwój człowieka i tak dalej. Nie będę państwu opowiadał tego, co za chwilę w dyskusji z Piotrem samo wybrzmi. Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:18:40] - Tradycyjnie dzień dobry wieczór, Marku. Dzień dobry wieczór wszystkim.
[01:18:45] - Dzisiejsza nasza rozmowa jest specyficzna. Nie, to złe określenie zdecydowanie. Ona jest nawiązująca, bo w ostatni poniedziałek była audycja z cyklu „Debaty Ufologiczne Nowa Fala”, w której rozmawialiśmy, najszerzej mówiąc o związkach tych wszystkich tematów paleoastronautycznych z Pismem Świętym, z Biblią, ze Starym Testamentem, głównie ze Starym Testamentem, ale też z apokryfami, czy w każdym razie tymi księgami, czy też tymi pismami, które towarzyszą Biblii od bardzo dawna. Dzisiaj w jakimś stopniu będziemy nawiązywać przynajmniej częściowo do tamtej audycji.
[01:19:37] - Dokładnie. Ostatnio w debatach ufologicznych odnieśliśmy się do starożytnych astronautów, konkretnie do Księgi Gigantów. Do tak zwanych Nefilimów i do potencjalnego kontaktu, jaki mógł mieć w tamtym okresie miejsce. Co mnie najbardziej zadziwia i zaciekawia, jeżeli chodzi o paleonautykę? Otóż to jest dziedzina, którą się pasjonują miliony. Sprzedano ogromne nakłady książek i czytelnicy Sitchina czy von Dänikena, a także wielu innych autorów dopatrywali się w różnego rodzaju źródłach pisanych i niepisanych dowodów na ingerencję obcych w dzieje ludzkości. I choć te dwa wspomniane nazwiska znajdują się na liście bestsellerowych pisarzy, to jakoś to wszystko nie przekładało się na zainteresowanie starożytnymi astronautami czy też bogami z kosmosu w filmie. Całkiem niedawno przecież triumf święcił serial „Starożytni kosmici”. Pomimo to i pomimo upływu lat, a także obecności tego tematu w kulturze, w popkulturze, nie doczekaliśmy się wielu produkcji. A może jednak się mylę?
[01:20:58] - pewno się nie mylisz, tylko to nie były takie chyba produkcje, które by podbijały świat, a w każdym razie ten świat filmowy. Poza tym ja najbardziej się boję, jak mi przychodzi do głowy coś takiego, że znam rozwiązanie, już wszystko wiem. Coś takiego właśnie przyszło mi do głowy, że już właśnie wiem, dlaczego tak się dzieje, że to nie są filmy po pierwsze popularne, po drugie jakoś specjalnie rozreklamowane. Ponieważ to jest taki przebłysk, to proszę traktować to, co za chwilę powiem z przymrużeniem oka. Ale wydaje mi się, że teorie przedstawiane przez Sitchina są na tyle skomplikowane, na tyle to się wszystko gmatwa i kręci. Jak człowiek przejrzy tych kilkanaście tomów, a właściwie jeszcze więcej, masa tych tomów Sitchina jest, i jak człowiek to zaczyna przeglądać, to na początku ma taką świadomość: „To jest coś, z czego by można świetne opowiadanie zrobić albo nawet powieść, albo nawet wieloksiąg”. Ale im dalej człowiek posuwa się w te zapiski, tym traci przejrzystość. To znaczy nie widzi tego w pełni, dostrzega pewne punkty węzłowe, tak to określmy. A współczesne kino, jakkolwiek byśmy to określili, to określmy to tak: rządzi się jednak prostotą. Te logline'y, które są proponowane, one są w gruncie rzeczy dosyć proste.
Jeśli sobie państwo prześledzicie filmy te, które trzepią kasiorę w tej chwili na świecie, to ich nić przewodnia, to, co powoduje, że ten film jest atrakcyjny, w gruncie rzeczy da się opisać w sposób bardzo prosty. To podobno w ogóle jest zasada w kinie hollywoodzkim, że każdy film, każdy scenariusz powinien dać się streścić w dwóch, trzech zdaniach, a później się to rozbudowuje do rozmiaru filmu. Pewnie tak jest. Nawet rozmawiałem ostatnio z człowiekiem, który się filmem na pół zawodowo zajmuje i on mi to potwierdził, że rzeczywiście to w ten sposób działa. Tymczasem ta historia, którą proponuje Sitchin, jest skomplikowana. Co więcej, wymaga pewnego przygotowania, pewnego podkładu. I jeśli człowiek tego podkładu nie ma, to choćby film był nie wiadomo jak atrakcyjny wizualnie, to usłyszy reżyser: „No ale o co w tym chodzi? No ja nie kumam czaczy”. Jakkolwiek to ujmie, zamknie to w słowa, to będzie mniej więcej to samo oznaczało. A zatem jest pewna przeszkoda w tym, nie wiem, czy to jest gatunek bardziej w tym takim podgatunku filmów nawiązujących jakoś do tej mitologii, że one wymagają pewnej wiedzy albo też wymagają czegoś takiego, co jest ryzykowne z punktu widzenia filmowca, czyli jakiegoś offowego gadania, czyli coś tam się stało i w związku z tym to, to, to i tamto.
Współczesne kino unika tego gadania z offu albo jakichś wspominek. To się powinno tłumaczyć samo. Być może, zawsze to podkreślam, że pomimo że rozmawiamy o filmach, to ja nie czuję się jakoś specjalnie powołany do filmoznawstwa, raczej do konsumowania filmów i pod tym kątem na to patrzę. W związku z tym rzeczywiście to, co powiedziałeś, że tych filmów chyba nie jest za dużo, to jest chyba prawda, a w dodatku te, które są, nie zawsze bronią się przed szeroką publicznością. I takim pierwszym filmem, o którym chciałbym porozmawiać, to jest film, i tu znowu wyjdzie mój fatalny angielski, ale „Objective”.
[01:25:06] - Tak, film z 2008 roku. Jest to kino prawdopodobnie klasy B. Natomiast jest to film na tyle interesujący i w miarę dobrze zrobiony, że o dziwo tego nie odczuwamy w czasie seansu. Ale ja bym dodał jeszcze jedno takie słowo wyjaśnienia, bo powiedziałeś, Piotr, że nie ma filmów o starożytnych kosmitach, a przecież będziecie gadać najbliższą godzinę o filmach o starożytnych kosmitach. To jak to jest? Chodzi mi o to, że istnieje bardzo niewiele nawiązań do faktografii. Tak jak Marek powiedział, gdyby chcieć zekranizować Sitchina, ktoś by pewnie na tym filmie umarł z nudów. Albo byłby to piękny film katastroficzny, podobny do „Herkulesa” z Kevinem Sorbo w roli głównej. Z drugiej strony istnieje dużo nawiązań do starożytnych astronautów. Przy czym był jeden film, wszystkim dobrze znany, nie oszukujmy się, o którym powiemy na końcu, który chyba nawiązuje najbardziej.
Tylko że on też niektóre oczekiwania zawodzi. Okazuje się, że to, co z filmu wycięto, jest w kwestii teorii o starożytnych kosmitach dużo ciekawsze niż to, co zostało. Ale wróćmy do filmu „Cel”. Jest to film science fiction, horror przygodowy. Trudno go sklasyfikować. Nie będziemy wam go opowiadać oczywiście, ale co nieco wam powiemy, żeby niektórych zachęcić do looknięcia. Zaczyna się od tego, że pewien amerykański agent zjawia się w Afganistanie, aby znaleźć pewnego duchownego. Okazuje się, że duchowny ma pomóc Amerykanom w informacyjnej walce z Talibami, bo nie lubi Talibów. Kiedy przybywają do jego wioski, okazuje się, że ów duchowny, Mohammed Abbas, udał się na wędrówkę duchową w niedostępny rejon prowincji Ghazni, gdzie to się bodajże wszystko dzieje. I rozpoczyna się jego poszukiwanie.
Ten agent dostaje ekipę najlepszych ludzi, którzy są na miejscu i rozpoczynają się poszukiwania. Oczywiście bierze w nich udział lokalny przewodnik. Niestety z czasem wszystko zmierza w złym kierunku, bo pojawiają się tam jakieś dziwne obiekty. Ale tak naprawdę już na samym początku otrzymujecie wiadomość, że ów agent tak naprawdę jedzie tam w zupełnie innym celu. Dlatego, że wykryto ślady promieniowania radioaktywnego. I powstało pytanie, że Talibowie mogli zdobyć broń jądrową. Okazuje się, że ślady wiodą w zupełnie innym kierunku. I gdzie tu, Marku, umieścić starożytnych astronautów?
[01:28:07] - Zanim powiem, jeszcze powiem inną rzecz. Mnie w tym filmie najbardziej, jako staremu militaryście i jakiemuś takiemu człowiekowi zafascynowanemu działaniem służb specjalnych, a właściwie jednostek specjalnych, bardziej to chyba adekwatne, podobały się te fragmenty filmu, gdzie ludzie, którzy wiedzą, co robią i wiedzą, jak poruszać się po wrogim terenie, po tym terenie się po prostu poruszają. To są fajne fragmenty filmu. Oczywiście znowu, jeśli ktoś jest znawcą tematu, to się natychmiast zorientuje, że to jednak jest filmowe przedstawienie, jak sobie filmowiec wyobraża tego rodzaju akcje. Niemniej jednak pewien nastrój, pewne emocje towarzyszące spoglądaniu na wyprawę militarną w głąb terenu zajętego przez przeciwnika, są. I to jest moim zdaniem nieźle zrobione. Zostańmy przy tym. Natomiast w pewnym momencie tam się rzeczywiście, szczególnie na ciekłokrystalicznym ekranie, którym dysponuje ten agent, czy w ogóle ta ekipa, tego nie widać tak naprawdę w rzeczywistości albo widać słabo, widać pewne takie rzeczy, określane zresztą w filmie mianem vimany. I tu już wszyscy, którzy tematem się interesują, powinni w sposób bystry zastrzyć uszami, bo to ten teren. Blisko w każdym razie.
W dodatku pojawia się tam też historia sprzed wielu lat, która też opowiada o pewnej dramatycznej narracji wędrówki przez pewną dolinę. Im głębiej wchodzą w teren przeciwnika, to może nie tyle przeciwnika jest więcej, co więcej jest takiego obszaru dziwności. Coś się zaczyna dziać. Nie do końca to jest wszystko uchwytne. I nawet do tego momentu ja się jeszcze temu filmowi dawałem uwieść, a w każdym razie podążałem za nim chętnie. To na razie tyle, Piotrze.
[01:30:44] - Tak. Więcej wam nie zdradzimy chyba, dlatego, że to by było już deko za dużo. Moim zdaniem film nie jest najgorszy. Nawiązuje do tematu viman, czyli starożytnych aparatów latających, o których wspominają dzieła hinduskie albo indyjskie, bo też trzeba na to zwracać uwagę, jakiego terminu używamy. W każdym razie najbardziej znane dzieło, które występuje w literaturze z zakresu starożytnych astronautów, to tak zwane „Wymanika Śastra”. I ono opisuje kilka lub nawet więcej grup tych obiektów, wylicza ich cechy, rozmiary, możliwości, kwestie pilotażu i tak dalej. To są w większości maszyny wojenne. One mają jakieś cudowne właściwości. I rodzi się pytanie, skąd u dawnych Indusów taka wiedza? Oczywiście, że musieli być świadkiem jakichś wojen wyższych cywilizacji, skoro coś takiego opisali.
Chyba by sobie tego nie wymyślili. Problem z vimanami, przynajmniej problem z „Wymanika Śastra” jest taki, że jest to dzieło channelingowane. I jest zupełnie współczesne. Pochodzi z lat 20., najprawdopodobniej ubiegłego wieku. Czy ja tu rujnuję teraz marzenia wielu tych, którzy wierzą w wojny bogów? Chyba trochę tak. Natomiast trzeba się trzymać tego, że vimany występują też w wielkich eposach starożytności, między innymi w Ramajanie, w Mahabharacie. Nie jestem pewien tak w 100% jak to jest z tą Mahabharatą, natomiast ona została też sfilmowana, co ciekawe, i to chyba jest jeden z najdłuższych filmów świata z tego, co pamiętam. Oczywiście jest dość specyficzny. Jeżeli tam vimany się pojawiają, to fajnie.
Natomiast wiem, że wspomina o nich Ramajana. Przedstawienia viman w ikonografii hinduskiej są bardzo różne. Przypominają albo latające rydwany. W każdym bądź razie ta historia z Vaimānika Śāstra z opisem tego, jak latać dziwnymi maszynami, które nie powinny istnieć w tamtym okresie, wzbudza bardzo wiele kontrowersji. Nawet jeżeli przyjmiemy, że jest to dzieło otrzymane drogą channelingu, to nadal jest to naprawdę kwestia interesująca. Ja jeszcze dodam jedną rzecz o tym filmie, dlatego że on, pomimo tego, że jest dość mało znany tak naprawdę i chyba nie ma też zbyt wysokich ocen, chociaż też nie są tak dramatycznie niskie jak w przypadku większości filmów klasy B, to trzeba dodać, że on pomimo wszystko, pomimo tego, że przeszedł trochę bez echa, przyczynił się do powstania pewnej bardzo rozpowszechnionej legendy internetowej. Chciałbym powiedzieć, że legendy miejskiej, ale nie, mówiącej o tym, że Amerykanie właśnie w Iraku natknęli się gdzieś na vimany i ci, którzy powtarzali tą historię, mimowolnie opowiadali tak naprawdę film. Natomiast po kilku opowiedzeniach tej relacji stawała się ona w rozumieniu wielu faktem i tak zwaną teorią spiskową. Marku, jedyne co mi się nie podobało w tym filmie między innymi to gra głównego aktora. Nie wiem dlaczego.
Taki kujon taki typowy.
[01:34:14] - Nie, bo w ogóle to trudno mówić o grze. To było tak wyrecytowane. Zresztą ja od żołnierzy nie wymagam, żeby specjalnie grali. Oni byli tacy żołnierscy. Natomiast rzeczywiście nie porwało mnie to widowisko. Ale powiem tak, ja mimo wszystko nie uciekałem od tego filmu. Obejrzałem go. Ja mam jeden tak naprawdę żal do twórców tego filmu, ale to przyznasz Piotrze, że jak na film półtoragodzinny to jeden żal to może nie jest aż tak bardzo dużo. Mrużę oczy na grę aktorską, na pewne rozwiązania formalne, które tam się znajdują. I znowu, nie jako znawca filmu, broń Boże, zawsze się będę odżegnywał, natomiast jako odbiorca, taki zjadacz filmów czy zjadacz książek, jedna rzecz mi tam nie do końca styka.
Otóż albo ja czegoś nie zrozumiałem, albo tego tam nie ma po prostu. Film się kończy, a my zostajemy. Gdybyśmy zostawali z zagadką, to jeszcze by było okej. Ale my zostajemy z chaosem takim informacyjnym, bo jakieś informacje w tym filmie dostajemy. Natomiast ten chaos według mnie, być może się czepiam, nie tworzy zagadki, nie zostajemy: „O, to może materiał do przemyślenia jak Sztyrc. Ho, ho! No może tak, może tak”. Nie. My dostaliśmy pewną historię. Ona się w niektórych miejscach nawet dosyć dokładnie zamyka, ale jakbym miał podsumować, co wiem, czego się dowiedziałem, to bym miał problemy.
Nie wiem, może to jest osobnicze, może to tylko moje. Nie wiem, jak u ciebie było, Piotrze.
[01:36:18] - Trudno powiedzieć. Pomimo wszystko mam jakiś sentyment do tego filmu. Zawsze na końcu można powiedzieć, że jest tak, jak jest, dlatego, że cokolwiek by się na tej wojnie nie stało i co by nie znaleźli, to Amerykanie i tak utajnią, i tak utajnią.
[01:36:33] - No tak, paradoksalnie się zgadzam z tobą. Ja też nie uciekam przed tym filmem. Jak się mam ponarzekać, to sobie trochę ponarzekałem. Co więcej, ja się uśmiechnąłem, kiedy opowiadałeś o tej legendzie nie miejskiej, bo ja sam dawno, dawno temu czytałem jakieś takie doniesienia z jaskiń w Afganistanie, że tam Amerykanie odkryli i że to już właściwie za chwilę będzie wiadomo wszystko, tylko jeszcze chwila, bo Amerykanie muszą to uporządkować. Sam czytałem coś takiego w internecie na jednym z takich w sumie głównonurtowych, wiodących portali polskich. No niestety później nic nie nastąpiło. Więc ta twoja historia z tym, że tak naprawdę opowiadano nam w mediach głównonurtowych, bo to było medium głównonurtowe, internetowe, opowiadano nam film, jest wielce prawdopodobna.
[01:37:36] - Ja bym tu jeszcze, kiedy rozmawiamy o filmach na temat starożytnych astronautów, zrobił pewien podział. Bo jeżeli film „Cel” odnosi się do jakichś tam pozostałości artefaktów, bo przecież artefakty są główną materią, jeżeli chodzi o poszukiwania tych obcych, bo oni odlecieli, tak w każdym odcinku „Starożytnych Kosmitów”. Tego dokumentu mieliśmy taki słowny wstęp, chyba był, nie pamiętam, że gdzie są, czy powrócą i tak dalej. Oni gdzieś odlecieli, nie ma ich. Natomiast zostawili ślady. Jeżeli chodzi o te artefakty, o te inne rzeczy, to mamy jeszcze wiele produkcji, które w jakiś sposób nawiązują do starożytnych astronautów. I chciałbym zwrócić uwagę, bo na pewno to wśród naszych słuchaczy zostanie zauważone, że musimy wspomnieć „Gwiezdne Wrota”, prawda?
[01:38:35] - Tak, „Gwiezdne Wrota”. To co prawda inny obszar mitologiczny, częściowo inny, ale rzeczywiście. Myślę, że „Gwiezdne Wrota” zrealizowały to, o czym mówiliśmy, czyli skomplikowaną w gruncie rzeczy mitologię, bo mitologia Egiptu nie jest mitologią prostą. Da się ją szybko opowiedzieć, który bóg do czego i czym zawiadywał, ale jak się wchodzi głębiej, to się zaczyna wszystko komplikować, bo świat bogów egipskich, zresztą jak świat bogów starożytnych w ogóle, był mocno skomplikowany, bo przypominał świat ludzki. I w „Gwiezdnych Wrotach”, zarówno w filmie z Kurtem Russellem, jak i później w kontynuacji SG-1 z MacGyverem, tak sobie pozwolę, czy później w kolejnych odsłonach tej historii, czyli „Stargate Universe”, „Stargate Atlantis”. Mam problem ze słowem, bo z jednej strony dostajemy mitologię Egiptu, ale przefiltrowaną, przepuszczoną przez inną zupełnie opowieść, a jednocześnie co jakiś czas sączy nam się tę mitologię egipską, reinterpretuje, pokazuje ją na nowo. Padają imiona bogów, które doskonale znamy, ale których też możemy, przynajmniej część z nich, podziwiać na ekranie. A zatem to jest chyba sposób na taką opowieść, o której wspomniałem na początku, czyli tak à la Sitchin, czyli rozbudowujemy rzecz. Tylko zdajmy sobie sprawę, że SG-1, ten serial miał 10 sezonów, a wtedy każdy z nich liczył 20 kilka odcinków. Więc jak sobie to państwo przemnożycie szybciutko, to już macie ponad 200 odcinków.
Plus jeszcze te wszystkie dodatki, o których mówiłem, też kilkusezonowe. W związku z tym macie państwo ogrom filmów, za pomocą których, to zresztą było dobrze pilnowane. Ja nie ukrywam, że byłem zagorzałym fanem SG-1. Tych pozostałych części może mniej, ale SG-1 jednak mocno śledziłem. I trzeba przyznać, że ktoś, kto trzymał tam w łapie scenariusz, a właściwie źle powiedziałem, nie scenariusz, całą historię, pilnował tego, bo w każdym rozbudowanym serialu jest ktoś taki, kto pilnuje historii, czyli pilnuje tego, żeby coś, co było w sezonie pierwszym, nie kłóciło się z tym, co będzie w sezonie piątym albo siódmym, żeby pewne rzeczy sobie nawzajem nie przeczyły. To nie zawsze się udaje, ale generalnie trzymano linię w tym serialu. I trzeba przyznać, że jeśli ktoś kompletnie nie zna mitologii egipskiej, to jak będzie uważnie oglądał SG-1, to coś tam z tej mitologii mu na sicie zostanie. Tym umysłowym sicie oczywiście. W związku z tym dla mnie, mówię to, jak słyszycie państwo, z pewną ekscytacją, bo ten serial mnie ekscytował mocno, więc coś tam zostało. SG-1 to było coś, co uważam za bardzo dobrą robotę zarówno pod względem rozrywkowym, ja się nieźle bawiłem na tym serialu, jak i pod względem takim, źle brzmi, edukacyjnym, ale zostańmy przy tym określeniu, edukacyjnym, jak i po prostu to jest nie dość, że rozrywkowa, to ciekawa historia i niespłaszczona, niebanalna.
Tam oczywiście jak zwykle wszędzie przy tak długiej historii pojawiają się pewne mielizny. Ale to nic, człowiek wybacza wszystko, bo cała historia broni się po prostu. Wielki szacun tu muszę złożyć twórcom tego serialu.
[01:43:11] - Ale jeżeli mowa o filmach i serialach, albo inaczej serialach, które stały się filmami, albo też filmach, które rozpoczęły pewien ciąg seriali, to oczywiście należy wspomnieć „Star Treka”. „Star Trek” to jest taki troszeczkę nieszczęsny serial, dlatego że on ma wielu zwolenników, równie wielu przeciwników. Bywa kochany, ale jest nienawidzony. Jak mówiliśmy w tej naszej nostalgicznej audycji sprzed tygodnia, w Polsce chyba taką największą nostalgią obdarzane jest „Następne pokolenie” z Patrickiem Stewartem. Natomiast trzeba powiedzieć, że w jednym z odcinków „Star Treka” pojawiło się bardzo bezpośrednie odniesienie do bogów z kosmosu. Tylko że jest to odcinek starszy, jeden z tych-
[01:44:01] - Tak, z pierwszych dwóch serii i to w pierwszych dwóch seriach ten odcinek. Ja już wiem, o którym chcesz mówić, bo od razu sobie skojarzyłem. Mów, przepraszam, że się wtrącam.
[01:44:11] - Tak. Natomiast ja nie wiem, coś mi tak świta, czy w „Następnym pokoleniu” nie było tak Że oni tam wrócili, ale nie jestem tego pewien. W każdym razie chodzi o to, że w 1967 roku pojawił się odcinek, w którym ludzie trafiają na planetę bogów greckich. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że jest to planeta istot, które wylądowały kilka tysięcy lat wcześniej w rejonie Morza Śródziemnego. Założyły sobie bazę na Olimpie i nagle się okazuje, że kapitan Kirk z załogą trafia znowu w objęcia Zeusa i kolegów. Kończy się to bardzo nieciekawą konfrontacją, bo okazuje się, że to jest taka prometeusowa też nieco. Ten wątek został też wykorzystany w „Prometeuszu”, że dzieci bogów stają nagle przed swoimi, powiedzmy w dużym cudzysłowie-
[01:45:10] - Stwórcami.
[01:45:11] - Stwórcami, tak. A oni patrzą i trochę nie dowierzają i trochę się krzywią. Ale to jedno z takich odniesień w „Star Treku", bo było też drugie, filmowe, już bardziej bezpośrednie, ale o nim za chwilę. „Star Trek" to jest w ogóle z racji swojej natury mnóstwo wątków ufologicznych i tak dalej. I chcąc nie chcąc, zawsze będziemy chyba w naszych audycjach przy takich tematach o niego zahaczali.
[01:45:39] - Tak, tym bardziej że tych odcinków, jakby policzyć wszystkie możliwe sezony, wszystkie możliwe serie, wszystkie możliwe filmy, to naprawdę się robi potężne uniwersum. Zresztą zapomniałem przy „SG” czy „Stargate” dodać, że jeszcze w momencie kręcenia serialu powstały trzy filmy pełnometrażowe, żeby było fajniej. Tak że naprawdę ta tendencja do tworzenia takich dużych uniwersów to moim zdaniem było fajne. Ale wiecie państwo, wszystko się na tym świecie psuje. Kiedyś sezony miały po dwadzieścia kilka odcinków. Dzisiaj jak Netflix wysiedzi 10 odcinków na sezon, to jest i tak dużo. I już. Mógłbym w tej chwili zacząć narzekać, że wszystko kiedyś było lepsze, a teraz jest gorsze. Darujmy to sobie. Załóżmy, że ja już to powiedziałem.
Przejdźmy po prostu dalej. Myślę, że kiedy mówimy o „Star Treku", to tak jak powiedziałeś, ja państwu opowiadałem historię tej planety z dziećmi, która prawdopodobnie zainspirowała Kinga. Właściwie jeśli się bierze pod uwagę „Star Treka", to miejmy świadomość tego, że pierwsze serie, to też już mówiłem, były pisane naprawdę przez mistrzów. Tam popisywali ludzie, którzy są dzisiaj legendami amerykańskiej i światowej science fiction. Czasami robili to pod pseudonimami, czasami pod nazwiskami. Zresztą nie wiem, czy państwo wiecie, inna seria, taka à propos dzisiejszego tematu, ale „Strefa Mroku", tam też w tej czarno-białej, najstarszej serii pisywali ludzie, którzy — jak zacząć wymieniać nazwiska, to byście państwo co drugie mówili: „Wow, znam go, też go znam”. Jeśli się oczywiście interesujecie science fiction, bo to były nazwiska z pierwszej półki po prostu. A jeśli chodzi o „Star Treka", mam takie przekonanie w ogóle, że ta pierwsza, druga seria, ta najstarsza, to tam w ogóle było sporo odniesień. Tu z tymi greckimi bogami to oczywista oczywistość, ale tam w wielu momentach, jak sobie państwo obejrzycie te pierwsze sezony, to jest coś takiego charakterystycznego, że tam są nawiązania do wielu ziemskich spraw, do tego, co nas otacza po prostu, co otaczało wtedy ludzi. To z jednej strony jest mitologia, z drugiej strony jakieś dzieje, historia.
Tam sporo jest takich momentów. Są oczywiście odwołania do nauki, do pewnych wątków takich, które wtedy ludzi bardzo angażowały. Ale naprawdę Piotr zaczął temat, który gdzieś mnie jednak porywa i w związku z tym ja w tej chwili zamilknę, bo jak zacznę o tym „Star Treku” opowiadać, to zupełnie się zatraci temat dzisiejszej audycji. A przypomnę, że to dzisiaj o tym oddziaływaniu bogów i takich boskich odniesieniach mówimy.
[01:49:13] - Tak. Jeżeli chodzi o „Star Treka", trzeba powiedzieć, że nie ma chyba nic złego w tym, jeżeli komuś się to dzisiaj nie będzie podobało.
[01:49:21] - Oczywiście.
[01:49:23] - Dlatego że każdy jest dzieckiem swojej epoki i myślę, że jeżeli ktoś wróci do tego odcinka, o którym dzisiaj mówimy, a to jest odcinek z '67 roku-
[01:49:33] - To ramota jest po prostu. Ramota.
[01:49:35] - Tak. Dla wielu osób to będzie śmieszne po prostu. To będzie przypominało bardziej Teatr Telewizji z lat 80. na przykład niż coś, co byśmy dzisiaj wyprodukowali. Nie wiem, czy w ogóle dzisiaj coś takiego byłoby do wyprodukowania, bo scenarzyści by uznali, że to jest tak naciągane i badziewne, że chyba sobie należy to darować. Każdy z nas jest wychowany w innych okolicznościach, ma swoje własne sympatie i jak mówię, nie ma nic złego w tym, że komuś się ten „Star Trek" nie podoba. Ale też pamiętajmy, że ta seria jest przenoszona już w czasy współczesne zupełnie. Głównie za pośrednictwem filmów, bo mieliśmy seriale, o nich może jeszcze kiedyś powiemy, ocenione bardzo różnie. Natomiast mieliśmy też w ciągu ostatniej dekady też filmy pełnometrażowe. próbujące przenieść estetykę „Star Treka” na zupełnie inny szczebel, na zupełnie inny wymiar.
I muszę powiedzieć, że to się troszeczkę udaje. O ile takim problemem jest dla mnie na przykład serial „Picard”, który opowiada, jak sama nazwa wskazuje, o kapitanie Picardzie, to te filmy naprawdę mi się podobały. Było to takie współczesne i niegłupie przede wszystkim kino. Było tam czuć ducha tego „Star Treka” oryginalnego. Według mnie, pewnie według innych nie, ale tak już jest. Jeżeli chodzi o tego „Picarda”, bo o nim żeśmy już chyba kiedyś rozmawiali, bardzo kłopotliwy serial dla mnie. O ile przebrnąłem przez pierwszą serię jakoś z trudem, bo to jest opera, to jest taki dramat pałacowy, który się rozgrywa gdzieś tam w kosmosie. Dużo się mówi, niewiele się dzieje. I niestety w drugiej części jest troszeczkę gorzej, także miałem naprawdę problemy, aby ją w ogóle rozpocząć. Nie wiem, co dzieje się później.
Jak obejrzałem pierwsze odcinki drugiej serii, to mi się wydawało, to już chyba mówiłem, że wszystkie pieniądze wydali na Whoopi Goldberg, która się tam pojawia i potem już musieli kręcić gdzieś tam w stodole. Kończymy o „Star Treku”. Warto tylko dodać, że w filmie pod tytułem „Into Darkness” z 2014 pojawia się w otwierającej scenie nawiązanie do paleastronautów. Otóż Enterprise odwiedza pewną planetę, na której ma wybuchnąć wulkan. I pochodzący z tej planety Spock doprowadza do tego, że ten wulkan jednak nie wybucha, a zamieszkujące tą planetę humanoidy w momencie wyłonienia się Enterprise'a z oceanu, bodajże oceanu, już nie pamiętam. W ogóle fajnie ta planeta wygląda, taka różowa.
[01:52:36] - A oni bladzi.
[01:52:40] - Wszystko takie fajne, jesienne i ten Enterprise się wyłania, ucieka w przestrzeń. No i wtedy jakiś tam szaman tego humanoidalnego ludu rysuje podobiznę tego obiektu na piasku. Mocne nawiązanie i interesujące mimo wszystko. Co ciekawe, to się przekłada potem na scenariusz tego filmu, bo tam potem kapitan Kirk ma duże problemy przez to. Wszystko to się jakoś odbija na scenariuszu. Łamie przede wszystkim tą pierwszą zasadę, o której żeśmy mówili, Marku, w „Debacie Ufologicznej”. Tą pierwszą zasadę, czyli zasadę nieingerencji w losy mniej rozwiniętych ras mieli też złamać ci aniołowie buntownicy, którzy wylądowali w czasach patriarchy Jareda na górze Hermon.
[01:53:36] - Tak jest. Jak najbardziej. Ta zasada, o której powiedziałeś, ona zresztą dosyć mocno przeniknęła do science fiction. W tym wypadku mam na myśli to science fiction książkowe. Jak sobie tak wspomnę szczególnie fantastykę lat 70. i 80., wcześniejszą również, różnie bywało, ale rzeczywiście fantastyka zarówno polska, jak i częściowo zachodnia, przynajmniej ta, którą znam, rzeczywiście była przesiąknięta tą zasadą nieingerencji. Nawet pamiętam treść, oczywiście jak zwykle, jak to ja, nie pamiętam tytułu, ale w swoim czasie nawet Zajdel napisał takie opowiadanie, ale to w początkach swojej twórczości, właśnie o tej nieingerencji, żeby nie ingerować w rozwój innych światów, innych cywilizacji. To było coś, taki duch czasów, duch epoki. Czy on jest dzisiaj aktualny? Nie wiem.
Chyba coraz mniej, ale wtedy to tak się odbierało.
[01:54:56] - Tak, ale jeżeli chcielibyśmy rozmawiać o serialach, zajęłoby nam to długo. Są też ślady starożytnych kosmitów troszeczkę tak, jak bym to powiedział, zakutane w scenariuszu. I przykładem tego jest „Czwarty stopień”. Film przez wiele osób uważany za kultowy. Z tego powodu, że z nim się wiąże taka troszeczkę legenda stworzona przez jego twórcę, bo przez długi czas utrzymywano, że „Czwarty stopień” jest oparty na faktach. Okazuje się jednak, że tutaj nas reżyser, który się nazywa, zaraz wam powiem, zawsze mam problem, chociaż sam mam trudne nazwisko, Olatunde Osunsanmi, prawdopodobnie nigeryjski reżyser troszkę wszystkich wprowadził w błąd. Dostał z tego powodu jakieś bęcki potem. Rzecz się dzieje w alaskańskiej miejscowości, w mieście Nome. Okazuje się, że tam działa pani psychiatra, sama po przejściach, która odkrywa, że wielu mieszkańców cierpi na szok pourazowy związany z jakimiś dziwnymi zdarzeniami. I tutaj Marku, chciałbym powiedzieć, że to nie jest taki w 100% film paleoastronautyczny, lecz ufologiczny.
Jeden z tych klasyków.
[01:56:19] - Jasne. W dodatku powiem ci, że film zrobił na mnie wrażenie. Ja oczywiście wcześniej musiałem o nim poczytać, więc wiedziałem, że reżyser ewidentnie robi mnie w trąbę. Ale Powiem ci, że sposób, w jaki to robi, podzielenie ekranu, gdzie jest niby nagranie prawdziwe i później to odgrywane przez Milę Jovovich. Zresztą sam początek, kiedy aktorka mówi do widzów, że sami sobie zdecydują i wybiorą i tak dalej. Muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o te drobiazgi, to ten film jest dopracowany. Jeśli ktoś nie byłby przygotowany tak jak ja, bo ja jestem wredny i oczywiście muszę zawsze poczytać i zepsuć sobie zabawę, ale jeśli ktoś nie byłby przygotowany, to sądzę, że dałby się nabrać. Jest to bardzo realistycznie zrobione. Te nagrania niby amatorskie, pochodzące z seansów. One jakoś technicznie są gorsze i ta aktorka jakaś taka brzydsza i taka nieprzypudrowana, niezrobiona do filmu.
A tu Milla Jovovich już taka piękna i odgrywa to, co wcześniej było pokazane, a właściwie równolegle było pokazane na tym drugim ekranie. Pod względem technicznym ten film może kogoś wprowadzić w błąd i to w sumie bardzo dobrze. Kino ma być jednak chwilami przynajmniej rozrywką totalną. Ja przynajmniej jestem wyznawcą takiego podejścia. No i ten film, tak jak powiedziałeś, dlaczego go dzisiaj przywołujemy? Wydawać by się mogło, jakby ktoś nawet dłużej oglądał, że właściwie nie mamy racji, bo to nie jest film o tym, że kosmity przylatują albo że się ogłaszają bogami. Tu numer polega na czymś zupełnie innym.
[01:58:26] - Tak. Okazuje się, że te kosmity mówią po sumeryjsku, bo kiedy odtwarzane są dźwięki, które zostały w jakiś sposób uzyskane podczas sesji hipnotycznych z ludźmi, którzy padli ich ofiarami, to okazuje się, że gadka się toczy w języku, którego nikt nie rozumie. I tutaj się pojawia rozwiązanie, które jest stosowane w milionach horrorów w ostatnich latach. Otóż główni bohaterowie znajdują jakiegoś specjalistę w internecie, który napisał książkę na jakiś tajemniczy temat. Sprowadzają go do siebie, a on potem tą całą tajemnicę rozwikłuje. Tak jest też w tym przypadku. Muszę powiedzieć, że kiedy tak się przyglądałem komentarzom na przykład pod debatami ufologicznymi, to tam wiele osób miało taki duży sentyment do czwartego stopnia. Film jest naprawdę dobrze zrobiony, nie ma się co oszukiwać. Jest to też chyba jeden z takich niewielu obrazów, które w jakiś sposób zostają w pamięci. No i po prostu nie jest to też klipa taka jakaś straszna, że klasa B i tak dalej.
Mimo wszystko troszeczkę uważam za naruszenie pewnej etyki zrobienie z tego paradokumentu. Przez jakiś czas ten film tak funkcjonował, ale z drugiej strony mieliśmy wiele podobnych zabiegów. Do dzisiaj wiele osób pewnie myśli sobie, że „The Blair Witch Project” to też była prawda i tak dalej. Nawet widziałem coś takiego, że niektórzy poszukują, co się w tym „Nomad” tak naprawdę stało. Czy były tam jakieś tego typu zdarzenia. Gdyby takie zdarzenia były i się rozegrały, to myślę, że to nie umknęłoby uwadze tak naprawdę świata naukowego. Mimo wszystko cenię ten film wysoko. On nas jakoś tam naprowadza na tych bogów z kosmosu, którzy sobie gadają po sumeryjsku i jest to tak też dość nie za bardzo zdarnie tłumaczone w tym filmie, że pan, który zostaje sprowadzony, pan ekspert, który zostaje sprowadzony do przetłumaczenia tego przekazu, też podaje nam jakiś taki mało powiedziałbym określony komunikat, ale to znaczy, że jednak ci bogowie byli, zaszczepili ten język i z jakichś powodów się nim nadal porozumiewają.
[02:00:53] - Tak, to prawda. Przyjąłem taką zasadę, że jak już jest za fajnie, to się trzeba czepiać. Więc dobrze. Film jest fajny, ale jak się już mam czegoś czepiać, to jeszcze jakby w tym filmie było troszeczkę więcej akcji, on był troszeczkę bardziej żywy, to ja już bym był kompletnie usatysfakcjonowany. On jednak się toczy ten film tak powoli. To się wszystko tak rozgrywa i to paradoksalnie dla jednych może być wadą, dla drugich może być zaletą. Ja nie rozstrzygam, bardziej informuję o tym. Mojej ekspresji nie do końca to odpowiada, natomiast doceniam to, co powiedziałem na początku. Te sztuczki z wprowadzaniem nas w taki obszar niepewności. Czy to jest dokument, czy to nie jest dokument?
Muszę przyznać, że ja nie wiem, czego tam odsądzano od czci i wiary i mówiono, że jest nieetyczny reżyser. Moim zdaniem zrobił kawał dobrej roboty. Ja powtarzam, ja bym się na pewno dał na to nabrać. Tylko za dużo czytam.
[02:02:16] - Jeżeli chodzi o sumeryjskie odniesienia, to trzeba powiedzieć, że to jest element bardzo mocny w literaturze poświęconej starożytnym kosmitom, czy też bogom z kosmosu, ewentualnie paleoastronautom. Te wszystkie terminy, o których przed chwilą wspomniałem, są używane zamiennie. Natomiast to też nie jest tak, że jakbyśmy je zaczęli rozbierać na czynniki pierwsze, to by się okazało, że to jest to samo. Nie. Chodzi o ingerencję obcej cywilizacji w dzieje ludzkości. Sumeryjczycy są takim sztandarowym przypadkiem. Z jakiego powodu? Dlatego, że nagle doszło do wybuchu ich cywilizacyjnego na obszarze południowej Mezopotamii. Nagle się okazało, że jakaś cywilizacja, która prawdopodobnie przedtem sobie biedowała, dysponuje zaawansowaną astronomią, matematyką oraz wszystkimi innymi dziedzinami. Teraz pytanie z perspektywy historycznej: czy to rzeczywiście jest tak, że Sumerowie posiedli, jak twierdzą zwolennicy serialu „Starożytni kosmici”, te wszystkie dobrodziejstwa cywilizacyjne?
Nie. To jednak była nadal cywilizacja tamtych czasów. Oni posiadali ślady jakiejś wiedzy, ale chodzili w kieckach ze słomy cały czas albo z liści. Druga sprawa, już powiedziałeś, Marku kiedyś o tym, że cofając się w przeszłość, my byśmy swoich przodków nie zrozumieli. A co dopiero, jeżeli chodzi o Sumerów. Polecam wam przeczytanie „Gilgamesza”. „Gilgamesz” jest tłumaczeniem takim, abyśmy go zrozumieli. Natomiast jeżeli sobie zobaczycie, jak to wygląda dosłownie, to się trochę zdziwicie. My pojmujemy świat w sposób bardzo określony. Natomiast gdybyśmy dysponowali maszyną czasu, cofnęli się do starożytnych Sumerów, pewnie byśmy zobaczyli, że oni na pewne rzeczy spoglądali inaczej i ich opis świata może nam dzisiaj sugerować, że oni się zetknęli z jakimiś wysoko zaawansowanymi istotami, zyskując od nich wiedzę.
Ale też współczesna, może nie tak do końca współczesna, dlatego, że Sumerowie badani są tak naprawdę od dekad. Ale dzisiejsza nauka, historia mówi już, że Sumerowie byli prawdopodobnie imigrantami z jakiegoś innego obszaru językowego w ten region. Trafili też na pewne żyzne podłoże, na kulturę el-Ubajd. To nie jest tak, że tam nic nie było. Oni tam przyszli i stamtąd prawdopodobnie pochodzi legenda o Edenie. Bowiem część zatopionego przez wody Zatoki Perskiej obszaru, wydarzenie, że tam doszło do zatopienia południowego skrawka Zatoki Perskiej, prawdopodobnie jest korzeniem, na którym powstał mit o Edenie. Czwarty stopień i Sumerowie. Ale kiedy wspomniałem o tym Edenie, Marku, to od razu automatyczny przeskok do głównego punktu naszych dzisiejszych rozważań. Filmu, który był wyjątkiem, jeżeli chodzi o temat bogów z kosmosu, dlatego, że był to film nie tylko pełnometrażowy, ale też kasowy, wzbudzający kontrowersje, mający też wielu przeciwników. Chodzi o „Prometeusza”.
Dlaczego się odnoszę do Edenu? O tym za chwilę. Ale najpierw kilka słów wstępu.
[02:06:22] - Ten film przede wszystkim budził kontrowersje, ponieważ nastąpiło coś takiego, co nazwałbym błędem w przekazie albo błędem w oczekiwaniach, bo różne dochodziły głosy i jedni traktowali ten film, czemu się zresztą nie dziwię, jako taki prequel do „Obcego”. Ale coś się po drodze zmieniło i to tak do końca. Chociaż rozpoznajecie państwo tam obrazy, rozpoznajecie państwo pewne sceny, które później w „Obcym” są oczywiste. Chociażby ten Obcy na tej dziwnej konstrukcji. Wręcz są kalki z „Obcego” i człowiek ma takie przekonanie, że to jest wytłumaczenie całej tamtej historii. Okazuje się, że tak nie do końca jest. I później twórcy filmu zaczęli plątać się w zeznaniach, a w dodatku jeszcze, żeby dorzucić coś ciekawego, o czym Piotr na pewno powie szerzej, film został straszliwie po ciachany w trakcie budowania ostatecznej wersji, co jeszcze dodatkowo go uszczupliło. To był film, który mógł mieć potężny przekaz. Wiecie państwo co? Ja powiem tak: ja zapamiętałem z tego filmu zarówno te rzeczy, które są tam wielkie i wspaniałe i w jakiś jednak sposób nawiązujące do „Obcego”.
Ale do dzisiaj nie mogę się otrząsnąć ze strasznej sceny, w której ta maszyna medyczna załatwia sprawę ciąży jednej z bohaterek dosyć błyskawicznie. To mi się wydawała jedna z gorszych scen tego filmu. Ale dobrze, zostawmy moje jakieś traumy z filmu, bo jakbym miał ocenić, to to jest film, który mnie nie pozostawił obojętnym. A jeśli sobie państwo przypomnicie to, co się dzieje na samym początku tego filmu, ktoś mógłby powiedzieć: „A po co to w ogóle było? To bez sensu. Najpierw jakiś facet blady i dziwny chodzi i coś tam wlewa, wylewa i w ogóle kręci się, snuje. Po co to w ogóle?” Ja myślę, że nawet po pocichaniu tego filmu, to są sceny, na które trzeba zwrócić baczną uwagę. To, co mówię w tej chwili, to nie jest tak zupełnie od czapy, bo ja takie głosy słyszałem i się do nich odnoszę.
[02:09:36] - Tak. Pozostaje pytanie, czy te pierwsze sceny, kiedy widzimy tego bladego humanoida, który jest bardzo podobny do mojego kolegi z podstawówki, nie wiem czemu. Widzimy go, on wypija jakąś substancję, poświęca swoje życie, skacze w tą otchłań. Okazuje się, że to nie jest przypadkowe. Tylko że widz, który ogląda „Prometeusza” już nie dostanie tej informacji, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ten ktoś poświęcił się. Dlaczego ten tytan — bo tak u nas przyjęto go między innymi nazywać — skacze w tą otchłań. Jest to, muszę powiedzieć, dość niejasne. Dopiero sięgnięcie do źródeł pozafilmowych tłumaczy nam, co się tak właściwie tam dzieje. Z tego powodu, jeżeli ktoś nie jest tak dociekliwy i tam nie sięga, to „Prometeusz” będzie dla niego niejasny.
Z jakiego powodu? Otóż z kilku. Przede wszystkim tak: o tych istotach dowiadujemy się już w pierwszym „Obcym”, w ósmym pasażerze Nostromo. Tam załoga Nostromo leci na planetę bodajże Zeterikuli i tam otrzymują sygnał, że znajduje się jakiś statek. W takiej tradycji związanej z „Obcym” i z kreowanym tam światem ta istota bywa nazywana pilotem albo też space jockeyem. Jeżeli ktoś pamięta, jeżeli ktoś się zafascynował „Obcym: ósmym pasażerem” tak jak ja, to pamięta te dziwne istoty z trąbami. Marku, pewnie też.
[02:11:24] - Tak. I to jeszcze w takich mrocznych plenerach to było zrobione, nie do końca było wszystko widać i to jeszcze podkręcało dodatkowo wyobraźnię. I ta istota, której coś rozwaliło ją od środka i w tym fotelu siedząca. To było kino, proszę państwa, to było kino, a to był koniec lat 70.
[02:11:46] - Tak. I tak naprawdę myśmy oglądając to przed emisją „Prometeusza” nie do końca wiedzieli, co się tam wydarzyło. Dopiero składając kropkę do kropki, ślady do śladu, mogliśmy się domyślać, że skoro tam nie było śladów skamieniałości na tej trąbie, jak sugerują niektórzy, to że był to skafander. I dopiero w „Prometeuszu” się okazuje, że tak, to był skafander, że ci space jockeowie, jak to się mówi, istnieją. I mieli coś w przeszłości do czynienia z xenomorfami. O co chodzi, jeżeli mówimy o starożytnych astronautach? O to, że w „Prometeuszu” są oni nazwani inżynierami. Ci inżynierowie zostawili na Ziemi ślady w postaci malunków naskalnych, które odnajduje między innymi doktor Shaw ze swoim partnerem. I udają się na wspomnianą planetę, gdzie zamierzają odkryć swoich stwórców. Wszyscy wiecie, jak to się toczy, co tam dalej znajdują.
Pytania się tam naprawdę mnożą, dlatego że w tej finalnej sekwencji, jeżeli już pominiemy ksenomorfa, jeżeli pominiemy wszelkie potwory i jeżeli nas obchodzi tylko ten tytan, którego budzą — bo okazuje się, że jeden został, jeden żyje — i oni go budzą. I tam w „Prometeuszu” mamy takie sceny, że zostaje wybudzony z tej komory, z tej śpiączki przez Davida. Mamy tam pana Weylanda, który jako dziecko tego tytana przecież pojawia się i mówi mu wprost, że: „Ja też jestem stwórcą, bo ja stworzyłem i też mam tutaj swoje dziecko, androida”. Tytan powstaje i nagle robi się strasznie zły. I my tak naprawdę nie wiemy, co go tak wnerwia. I tutaj się pojawia taka sugestia, że coś wycięto, prawda?
[02:14:04] - Tak, to prawda. Ja myślę, że to poszatkowanie filmu — nie wiem, czy państwo wiecie, ale ten film miał się początkowo podobno, niestety skazani jesteśmy na te takie warunkowe określenia, miał się nazywać „Obcy: inżynierowie”. Zrezygnowano z tej koncepcji, tak jak zrezygnowano z kilku innych. Ja sądzę, że Nożyczki to nie jest najlepszy doradca w przypadku tego rodzaju filmów, które mają coś wyjaśnić. Bo o ile poznałem wersję reżyserską „Obcego" i te kilka scen dodanych przez reżysera niewiele tak naprawdę zmieniało. Drobiazgi. Sądzę, że jeśli kiedyś powstanie wersja, załóżmy, że reżyserska albo wersja pełna, to ona może kompletnie ten film z głowy na nogi albo odwrotnie przestawić. Wydźwięk tego filmu może stać się zupełnie inny. Staram się naokoło, żeby za dużo nie opowiadać. Wiem, że większość z państwa oglądała „Prometeusza", ale zawsze zakładam, że ktoś może jednak go nie oglądał.
[02:15:29] - Tak.
[02:15:29] - Użycie tej zabawy może być grzechem wielkim.
[02:15:33] - Okazuje się, że grzechem wielkim może być większym grzechem niż popełnili ludzie według inżynierów. Bo w tych scenach, które zostały wymazane, wycięte ze scenariusza pojawia się dość rozszerzony dialog między Davidem androidem a tytanem, bądź też inżynierem. On poniekąd wyjaśnia, co się tak naprawdę wydarzyło, że są to istoty, które — i tutaj spoileruję, ale czy spoilerowanie czymś, co nie jest w filmie jest spoilerem, to już nie wiem. W każdym razie ten tytan mówi tak, że oni są pięć rodzajów rozsadników życia, że stworzyli kilka planet, może nawet więcej niż kilka. Natomiast na Ziemi się udało stworzyć warunki do życia. Stworzono kopię Edenu. Oni swoją planetę nazywają Edenem, rajem. Natomiast ludzie się popśnili, poszli w złą stronę i oni próbowali przynajmniej ludzkość zniszczyć przy pomocy tego zabójczego wirusa. Pozostaje pytanie, kim byli? Nie do końca wiemy tak naprawdę, kim byli.
Czy naprawdę byli twórcami ludzkości, czy tylko kuzynami, jak niektórzy sugerują? Też nie do końca wiemy. Co możemy powiedzieć na pewno? Jak wyglądali. Byli przynajmniej metr wyżsi od najwyższego człowieka. Co więcej, posiadali pismo, które przypominało nieco pismo klinowe. Wiemy, że dysponowali zaawansowaną techniką i tak dalej. Xenomorph ich pokonał, jakby nie patrzeć. Dość kontrowersyjnym wątkiem, ale może i takim, który rzuca nam wiele światła na sam wybór tytułu, jest to, co zostało wycięte i co się odnosi tak naprawdę do Jezusa. Bo w pewnym momencie w tej usuniętej części tytan miał powiedzieć, że zabraliśmy dziecko od matki na naszą planetę do Edenu, żeby ono tam przejęło pewne wartości, a po powrocie i po jakimś okresie działania jako nauczyciel ten człowiek został zabity i skazany.
I on się tu jednoznacznie odnosi do Jezusa. W tym rozumowaniu prometejska idea niesienia życia i cywilizacji na innych planetach tłumaczy nam, skąd się wziął tytuł tak naprawdę. Tytuł i nazwa statku. Wydaje mi się jednak, że zamiary pierwotne troszeczkę przerosły twórców. Do tego stopnia, że zrezygnowali z wielu wątków i głównym bohaterem postanowili uczynić tego nieszczęsnego xenomorfa. I tutaj, Marku, takie pytanie: czy „Prometeusz" miałby szansę obronić się jako film bez udziału tego nieszczęsnego stwora?
[02:18:51] - Moim zdaniem jak najbardziej. Ten stwór i tak by wynikał z tej historii. Bardzo żałuję, że „Prometeusz" nie stał się bezpośrednim prequelem „Obcego". To, o czym wspominałem. Wszyscy bardzo chcą, żeby to było, ale to nie jest tak do końca. Niby się zgadza, niby ten statek, niby się zgadzają te piramidy, które tam są, które mają regulować pogodę, które też podobno są na Ziemi i regulują, i tak dalej. Ale na skutek tych cięć, na skutek różnych zmian koncepcji, bo i takie się pojawiały, to wszystko zamieniło się w ciekawą historię. W dalszym ciągu to jest historia ciekawa, przykuwająca, ale taka chwilami niejasna, rozwleczona. Tam jest jeszcze, przypomnę, ta czarna substancja, którą ten blady wypija, ale ona też według założeń miała pełnić w samym scenariuszu, w wytłumaczeniu tej historii głębszą rolę. Miała mieć większe znaczenie.
Myślę, że „Prometeusz" to jest taka świetna historia, którą ja w dalszym ciągu, pomimo różnych tam przepuszczania przez zęby pani, która sobie tam zrobiła aborcję, ale nie dlatego, że aborcję, tylko dlatego, że to wyglądało dosyć komicznie. Pomimo śmiesznostek pewnych, które się pojawiały w tym filmie, to jednak to jest film, który zostawia piętno w nas, gdzieś tam zostaje. Jak sobie wyobrażę, że zrobiono by ten film od początku do końca. Może on byłby bardzo długi, może tam byłoby więcej scen i w związku z tym on według niektórych specjalistów z Hollywoodu byłby właśnie za długi i ludzie by się znudzili. A może właśnie nie? Może dostaliby historię, która byłaby zamknięta. A tak skazani jesteśmy na różnego rodzaju domysły. I ja wiem, że w gruncie rzeczy takie domyślanie się, takie dyskusje, jakie w tej chwili toczymy, czy w każdym razie jakieś próby rekonstrukcji, one też sprzyjają temu filmowi, bo tak naprawdę staramy się odszukać, co tam w tym jądrze tego wszystkiego jest. Więc ja nie mam jednoznacznej oceny tego filmu. Dobrze, że powstał, ale szkoda, że w takiej formie.
[02:21:40] - Nie zapominajmy też, że „Prometeusz” miał przecież swoją kontynuację w postaci „Obcego: Przymierze” i tam również owi inżynierowie się pojawili. I tu mamy do czynienia już tak naprawdę z festiwalem pomyłek, dlatego, że ten film nie jest zły. Natomiast jeszcze gorsze jest to, co tam widzimy. Dlatego, że mamy przeniesienie historii z poprzedniego odcinka, z „Prometeusza”, kiedy dowiadujemy się, że doktor Shaw z tym Davidem, który ma urwaną głowę, ale żyje, lecą na planetę tych tytanów. No i tak. W zasadzie mamy do czynienia z pewną cywilizacją wysoko rozwiniętą, która sobie żyje, która wyginęła. Bo w zasadzie możemy mieć wrażenie po „Prometeuszu”, że mamy do czynienia z jednym z ostatnich tych tytanów, która jest bardzo nieliczna. I oni sobie żyją w jakimś tam jednym mieście. Pojawia się terrorysta z Ziemi i wszystko się kończy. „Obcy: Przymierze” to jest jeden z najgorszych filmów z tej serii, jaki w ogóle powstał.
Kiedyś już mówiliśmy, że on w ogóle się miał odnosić do czegoś zupełnie innego. To miał być „Prometeusz 2". Oczywiście cała uwaga została skierowana na xenomorfa, no bo kto by się tam interesował jakimś Prometeuszem, kiedy można sobie zobaczyć tego potwora, który pluje kwasem? No i co tu więcej dodać? Jeżeli sobie zobaczycie „Przymierze", to tam nawet mamy pokazanych tych obcych już w zupełnie inny sposób. Oni się wydają troszeczkę mniej tytaniczni, są już bardziej ludzcy. Cała zagadka oczywiście się zgłębia, pozostaje. Natomiast ja się tak zastanawiam, Marku, czy to jest przez nieudolność reżysera, który miał fajny scenariusz, fajny pomysł, ale okazało się, że nie może tego zrealizować z takich pobudek czysto finansowych, więc stworzył pewien film w oparciu o jakiś, powiedzmy, konsens, o jakąś obopólną zgodę między tymi, którzy wyłożyli pieniądze, a swoją wizją, która pewnie była dużo bardziej interesująca. To jest w dużej mierze smutne, tak?
[02:24:14] - Tak, to prawda. Naprawdę, „Prometeusz” to mogło być arcydzieło, ale chyba komercja wygrała w tym przypadku. A później było już chyba tylko gorzej. Ja nie lubię tego filmu, o którym ty mówisz, „Przymierze". Nie znoszę tego filmu, po prostu nie trawię.
[02:24:36] - To znaczy „Prometeusz” mimo wszystko jest dobry.
[02:24:38] - Tak, ja mówię o tej kontynuacji.
[02:24:40] - „Prometeusz” jest dobry do pewnego momentu, bo potem już rzeczywiście, jak się pojawia ta maszyna do wycinania różnego rodzaju rzeczy, to jest kiepsko. Natomiast „Przymierze" muszę się przyznać, że „Przymierze" pomimo ogromnych nadziei okazało się takim filmem, że ja miałem ochotę wyjść z kina. To mi się bardzo rzadko zdarza. Praktycznie w ogóle. Natomiast po tych kilkudziesięciu minutach takiej nudy, tej smętności, jeszcze ta aktorka, ta główna bohaterka, Ripley to w ogóle. Wiadomo, charyzmatyczna, a tutaj taka: a może tak, a może nie. Straszne to było. Pomimo wszystko, że próbowano coś zrobić, nie wyszło. Historia dostała w łeb. Ale pomimo to „Prometeusz” jest tym filmem, prawdopodobnie tym jedynym kasowym takim blockbusterem tak zwanym, który pociągnął starożytnych astronautów do tak zwanego mainstreamu.
Możecie się z nami nie zgadzać. Czekamy na wasze komentarze oczywiście i na wasze listy. Prawdopodobnie za tydzień wybierzemy się, Marku, do krainy trolla.
[02:26:00] - Tak. Prawdopodobnie tak. Ja jeszcze tylko jedną rzecz chciałem powiedzieć à propos „Prometeusza". Proszę państwa, po prostu nie przejmujcie się tym, co wam w rezultacie pokazał reżyser. Oglądajcie ten film i na każdym kroku, w każdym kwadransie tego filmu uruchamiajcie swoją wyobraźnię. Ona was poprowadzi w fajne miejsca, bo ten film ma to do siebie, że jest takim miejscem, w którym powstają niesamowite idee. W waszych głowach powstają te idee i dlatego warto „Prometeusza” oglądać po prostu. I zdecydowanie „Prometeusza” polecam. Pomimo wszystkich zastrzeżeń, które z Piotrem wspólnie tutaj wypunktowaliśmy, to jest jednak film, który warto znać. Warto go obejrzeć, warto go przeżyć.
I przegłówkować. Naprawdę pojawią się fajne historie. A już zupełnie na koniec, Piotrze, jednej rzeczy nie powiedziałem, a sobie obiecałem, że powiem, w związku z czym powiem to na koniec. W filmie „Czwarty stopień” pamiętacie państwo, w jednej z debat ufologicznych mówiłem o tych sowach, nawiązywałem do miasteczka Twin Peaks, że sowy nie są tym, czym się wydają. Proszę państwa, „Czwarty stopień” jest potwierdzeniem moich słów. To nie są moje słowa, ja tylko je cytowałem, ale tam się państwo przekonacie, że sowy rzeczywiście nie są tym, czym się wydają.
[02:27:36] - Ja się tak wysprzęgliłem, naszych słuchaczy wysłałem do kolejnego odcinka, ale masz rację. Tutaj jest pewien element, na który warto zwrócić uwagę w „Prometeuszu”, który nam pokazuje, że producenci filmu bardzo nalegali, aby pojawiło się coś, co przyciągnie ludzi do kina. Zauważcie, że w tym filmie mamy zombie. Zombie to jest coś, co swego czasu w kinematografii amerykańskiej przyciągało mnóstwo ludzi. Tak samo jak wampiry. Tam w pewnym momencie to zombie się pojawia, oni strzelają, spalają i tak dalej. To był, podejrzewam, wymóg, który został reżyserowi postawiony. Co zostało wycięte, zostało wycięte. Możecie sobie zgłębiać tak zwaną tradycję czy też folklor związany z inżynierami w internecie, dlatego że na YouTubie znajdziecie bardzo ciekawe opracowanie tego, co zostało z tego filmu wycięte. Bo to jest nie tylko to.
Tam zostały dokonane jeszcze inne zmiany, które stawiają całą historię w innym świetle. Bo tak jak powiedzieliśmy, dlaczego ten inżynier Tytan budzi się i jest taki zdenerwowany? Bo on widzi co prawda, że ludzie używają przemocy, bo w tym samym momencie pani doktor dostaje kolbą w brzuch. On może być zszokowany tym. Zszokowany – to jest potwierdzenie tego, że ludzie się jednak do niczego nie nadają. Ale jest też taka wersja, która mówi, że oni go budzą, a on wie, że nosi w sobie jajco xenomorfa tak naprawdę. O Jezus, ale żeśmy opowiedzieli. Ale myślę, że „Prometeusza” wszyscy fani science fiction widzieli. Nie ma bata.
[02:29:17] - Tak. Tak jak powiedziałeś, a w przyszłym tygodniu będziemy państwa po prostu trollować. Co tu dużo ukrywać. Trollujemy państwa dokładnie.
[02:29:28] - Tak. Pojawi się też „Harry Potter”, ale to zupełnie temat na nowy odcinek. Pozdrowienia.
[02:29:35] - Pięknie państwu dziękujemy. Piotrze, tobie też dziękuję. Dziękuję naszym słuchaczom. Dobrej nocy.
[02:29:41] - Ja tylko dodam, że polecam „Nowy Nieznany Świat”. Pozdrowienia.
[02:29:51] - Przyznacie państwo, że kilka ciekawych tytułów się pojawiło. Może nie zawsze jednoznacznych, ale zawsze ciekawych. Dzisiejszy odcinek „Bibliotekarium 2.0” nosi tytuł „Skrzypce”. Tu należy się państwu wyjaśnienie. Całkiem niedawno do redakcji nadszedł mail, w którym autor zapytał o możliwość publikacji opowiadania w ramach audycji. Ja na to jak na lato: jak najbardziej, teksty literackie w „Bibliotekarium 2.0”? Ależ oczywiście. I opowiadanie nadeszło. To jest opowiadanie, które właśnie nosi tytuł „Skrzypce”. Posłuchajcie go państwo.
Kawał świetnej prozy.
[02:30:49] - Radosław Olek, „Skrzypce”: Przypływali zwykle na chwilę przed latem. Pchał ich od Atlantyku wiosenny wiatr. Pan Lecroix nie wiedział, skąd dokładnie przybywali. Zawsze gdy cumowali przy nabrzeżu, czuł, że coś się zmienia. Miasteczko zaczynało tętnić i pulsować, jakby Bóg tchnął w nie nowe życie. Przychodzili do zakładu pana Lecroix naprawiać zużyte instrumenty, uzupełniać włosie w smykach, struny w gitarach, mandolinach i skrzypcach. Kolorowi, nieokrzesani, barwni, pełni opowieści ze świata, który dla pana Lecroix był niedostępny. Pachnieli wiatrem, wolnością. Nie mieli domu, a cały świat był ich ojczyzną. Świecili dziurami w kamizelkach, plamami na spodniach.
Uśmiechali się spod sumiastych wąsów i podawali szorstkie dłonie bez cienia wstydu. Ten, który przekroczył próg zakładu, był inny. Elegancki, o nienagannych manierach, w starannie dobranym garniturze, gładko ogolony. Cygan, ale jakiś inny. Zanim wszedł, przyglądał się długo witrynie. Kiedy przekroczył próg, zatrzymał się. Zawiesił wzrok na półkach z instrumentami. Nie patrzył na te najtańsze, jak większość jego pobratymców. Zadzierał głowę, przymykał oczy, wciągał ulotny zapach drewna. Szukał czegoś wyjątkowego.
„Czy mogę w czymś pomóc, panie...?”. Gość spojrzał na sprzedawcę po raz pierwszy, od kiedy wszedł. Jakby wyrwany ze snu, zignorował pytanie. „Te skrzypce” – wskazał instrument w samym rogu najwyższej półki, pokryty leciwą warstwą kurzu. „Tak?”. „Czy ktoś ich dotykał?”. „Jak to?”. „Czy ktoś próbował na nich grać?”. „Oprócz mnie?”. „Tak.
Pan je wykonał?”. „W zasadzie mój ojciec”. „Piękne” – stwierdził nieznajomy ze znawstwem. „Mogę zobaczyć je z bliska?”. „Podać je panu?” – zapytał sprzedawca, nie wierząc, że o ten właśnie instrument chodzi. „Poproszę” – wybrzmiało słowo jak dawno niewypowiadane zaklęcie. Pan Lecroix przesunął drabinę, wspiął się po stopniach i zdjął instrument drżącymi rękami. Cygan wziął skrzypce, delikatnie objął palcami gryf. Z czułością, jakby ujmował dłoń kochanki chwilę przed pocałunkiem, zbliżył do nich usta i dmuchnął mocno. Zniknęli na chwilę w chmurze leciwego kurzu.
Pozwolił mu opadać, wypełniać czas, w którym badał dłonią miękkość drewna, regularność kształtów, wypukłości pudła, kształty efów i talii. Przytulił policzek do instrumentu i wciągnął nosem bliską woń żywicy. Wyciągnął drugą dłoń do sprzedawcy, który w milczeniu podał smyczek. Włosie dotknęło strun. Osiadło na nich zwiewnie jak motyl na kwiecie. Spróbowało nieśmiało nektaru i zachłynęło się zaraz czystym i pełnym dźwiękiem, długim na jedno pociągnięcie. Na twarzy Cygana pojawił się uśmiech zadowolenia. W oczach zatańczyły ogniki. Oderwał na chwilę smyczek od strun, dokręcił kołki, sprawdził harmonię, po czym uderzył melodią tak zwiewną, tak prędką, tak wyjątkową, że pan Lecroix aż przysiadł za ladą. Trele, kwilenia, świergotania przeplatały się z uderzeniami promienistych błysków, gwiaździstych odblasków, grzmotem wodospadów, szumem deszczu i ciszą.
Ciszą tak dźwięczną, że chciało się usłyszeć, co Cygan zagra dalej. Biorę. Nie zapyta pan o cenę? Nie zapytam. Miał je od lat. Ostatni instrument, nad którym papa Lecroix pracował przed śmiercią. Mały Felipe zachodził do zakładu i podziwiał ojca, jak ślęczy nad cienkimi ściankami instrumentu, pieści je, szlifuje. Chucha w zagłębienia ślimaka, dopasowuje kołki, ogląda wypukłości pudła, gładzi ornamenty i łuki talii. Przegląda rezonansowe efy wyostrzone promieniami słońca zachodzącego po drugiej stronie rzeki. To będą najwspanialsze skrzypce na świecie, mały.
Moje największe dzieło – mawiał. Nie wiedział, że ostatnie. Lata, które spędził w zakurzonym zakładzie, pochylony nad warsztatem, często bez snu i jedzenia, w końcu musiały sprowadzić suchoty. Postępujące tak szybko, że kiedy wiosną zaczął pracę nad wymarzonymi skrzypcami, pierwszy kaszel już wsiąkał drobnymi kropelkami w jaworową podstawę pudła. Jesienią, gdy kończył, nie mógł już powstrzymać choroby i praca ustawała na długie interwały męczącego kasłania, chuchlania, odchrząkiwania krwistej wydzieliny. Chuduł. Nie spał, ślęczał w gorączce nad dziełem swojego życia. Przykładając nieustannie chusteczkę do ust, uparcie polerował, kleił, lakierował. Wreszcie skończył. Odłożył skrzypce na półkę, żeby wyschły, dojrzały przed próbą generalną.
Postawił je na najwyższej półce, gdzie najcieplej i nie dokuczają przeciągi. Wyszedł potem przed zakład. Odetchnął głęboko, wciągając rześkie powietrze rzecznej bryzy. Popatrzył chwilę na barki leniwie ciągnące nurtem Loary, na wzgórza na drugim brzegu obsypane dorodną winoroślą. Zamknął zakład od środka. Spojrzał jeszcze z dumą na nowe skrzypce i położył się spać. W nocy zmarł, nigdy nie wydobywszy z nich dźwięku. Młody Felipe pochował ojca i przejął zakład. Nie ruszał skrzypiec przez cały okres żałoby. Kiedy po roku zdjął już czarny garnitur, z czułością spojrzał na ostatnie dzieło ojca.
Wziął je do ręki i już miał spróbować przystawić do brody, ale nie mógł. Były obce, nie pasowały, paliły dłoń. Felipe poczuł, że nie są dla niego. Musiały poczekać na właściwego człowieka, który wydobędzie z nich pierwszy dźwięk. Obłaskawi je, uwiedzie, okiełzna i pokona, aż staną się jednym – muzyk i instrument – kochankami w tworzeniu piękna. Felipe odłożył skrzypce wysoko na półkę i zapomniał o nich na lata. Do czasu, kiedy w wietrzne kwietniowe popołudnie w drzwiach sklepu stanął elegancki Cygan. Nie zapytam – powtórzył. Pan wie, co to za skrzypce. Ja też wiem.
Najlepsze u pana. Nie dla każdego. Stworzone dla mnie. Nie do sprzedania. Dlatego oddaję pan w zamian za obietnicę. Cygan splunął na dłoń i wyciągnął ją do sprzedawcy. Jaką obietnicę? – zapytał Lecroix, bezwiednie ściskając podaną dłoń. Że rozsławię pański zakład na cały świat. To mówiąc, Cygan przycisnął instrument do piersi i spojrzał głęboko w oczy zdumionego lutnika.
Pan Lecroix tylko skinął głową. Cygan puścił jego rękę. Bez słowa odwrócił się i wyszedł. Zaraz! Nie wyjawił mi pan swojego imię- drzwi zamknęły się z trzaskiem. Kurz minionych lat opadł na podłogę. Przez wiele lat pan Lecroix zastanawiał się, dlaczego tak się stało. O skrzypcach ani tajemniczym Cyganie nie usłyszał już nigdy. Tabor mozolnie przeciskał się traktem przez karpacką puszczę. Góry oddychały końcówką lata.
Świeża zieleń dawno ustąpiła miejsca rudym barwom mokrej jesieni. Ciężkie gałęzie świerków zwisały nad drogą, tworząc gąszcz przysłaniający słońce. Korzenie wdzierały się drapieżnie w drogę wydartą górom przez setki wędrowców. Od czasu do czasu trakt przecinały smugi potoków niosące otoczaki i żwiry. Miejscami masywne głazy zagradzały przejazd. Cyganie nic sobie z nich nie robili i sprawnie, acz wolno posuwali się naprzód. Wozy podskakiwały na wybojach. Dzieciarnia darła się wniebogłosy, biegając wespół z psami wokół wozów. Gdzieniegdzie spod plandek wydobywały się smętne dźwięki skrzypiec i gitara. Było ich wielu.
Kełderasze liczyli, że uda im się sprzedać kotły. W bogatszych miejscowościach najmowali się do ciesielki i budowy domów. Przy okazji sprzedawali kuta z wprawą kosztowne kołatki i zawiasy. Lowarzy. Ci trzymali się z boku, podróżując paroma tylko wozami i ze stadem koni. Liczyli na drobny handel i ubłaskawianie koni. Na tym znali się najlepiej. Wszyscy chcieli przywieźć do wsi dobrą zabawę, tańce i śpiew, a przy okazji zarobić na grze w karty i wróżbach. Zmierzali w okolice Żywca i Bielska. Za plecami zostawili już wysokie stoki Babiej i Bińska.
Szli przez Sopotnię i mniejsze wioski, zatrzymując się nieopodal siedzib ludzkich. Na czele pochodu krzepki lowar kołysał się w siodle, z przyzwyczajenia obserwując drogę, którą znał jak własną kieszeń. Od dziecka przemierzał ten szlak na drugą stronę Beskidów. Mamrotał coś do siebie i wyglądał, jakby przysypiał, ale spod opuszczonych powiek co rusz spoglądał na końskie uszy, od czasu do czasu podnosząc wzrok wyżej, żeby dojrzeć koniec drogi lub zbliżający się zakręt. Przewodnik obejrzał się, słysząc za plecami kłusującego jeźdźca. Zobaczył mężczyznę lekko trzymającego się w siodle, ubranego w drogi płaszcz i garnitur kompletnie niepasujący do konnej jazdy. Prowadził konia jedną ręką, nonszalancko trzymając wodze. W drugiej dłoni dwoma palcami delikatnie trzymał fifkę z palącym się długim papierosem. Zrównał się z przewodnikiem. Konie wyrównały tempo.
Zaciągnął się głęboko i wydmuchnął dym. Kiedy uznał, że nastała dobra chwila, odezwał się: „Daleko jeszcze, Sinti?” „A, niedaleko. Jakiś tydzień będzie” – zażartował przewodnik. Elegant zaśmiał się i dał kuksańca towarzyszowi. „A bez postojów? Jak prędko do Żywca zajadę?” „Opuszczasz nas?” „Może.” „Co ci tak śpieszno?” „Nie twoja rzecz.” „Moja, nie moja. Jak Cygan się spieszy, to może być jedno z dwóch: zabawa albo dziewczyna. Więc jak to jest?” „Nie twoja rzecz.” „Moja, boś w moim taborze. Stanie się co, oskarżą, niesłusznie nawet i wszyscy odpowiemy. Gadzie nas za jednego mają i za twoje uczynki do mnie przyjdą po osąd.” „Dziewczyna.” „Tutejsza czy romska?” „Tutejsza romska z osiadłych” – skłamał elegant.
„To ci radzę dobrze, a posłuchaj mnie.” Przerwał, gdy zauważył, jak towarzysz przewraca oczami. „Dojdziem tam wszyscy w tydzień i się z nią zobaczysz. Pozór się stworzy. Odpust jest niedługo. Zabawa będzie, ludziska się zejdą, to i ona okazję będzie lepszą miała, żeby braciom i ojcu z oczu zejść. Nieprawda może?” „Prawda.” – przystał elegant niechętnie. „No to postanowione.” Tabor stanął na noc na polanie pod lasem. Zanim wieczorna mgła zawisła nad łąką, zagoniono konie, rozstawiono wozy, a dzieci zniknęły w lesie w poszukiwaniu chrustu. Kobiety zakrzątnęły się przy kuchniach, stukając garnkami i patelniami. W zapadających z wolna ciemnościach rozniósł się zapach gulaszy, polewek, kiełbas pieczonych nad ogniem.
Mężczyźni, kiedy tylko skończyli oporządzać zwierzęta i rozstawiać namioty i plandeki, rozsiedli się kręgiem przy największym ognisku. Jedli w milczeniu, co kobiety podały. Patrzyli jeden na drugiego. Coś wisiało nad nimi jak chmura zmartwień, ciężka i duszna. Nie umieli sobie z nią poradzić jak zwykle, odchodząc, omijając, myśląc o sprawach radosnych. Czekali na radę, spoglądali spod kędzierzawych czupryn na przewodnika. Ten ze spokojem pałaszował gulasz, co i rusz oblizując wąsy ubrudzone sosem. Wreszcie skończył jako ostatni, po czym rozkazał: „Samogonu!” Wnet pojawiła się butla z mętną zawartością i kieliszek. Jeden, jak kazała tradycja. Chwycił go w dłoń, zębami wyjął korek z butelki i nalał.
Podniósł toast: „Za zdrowie, za pochodzenie, za wolność, miłość i zabawę.” „Za zabawę” – odpowiedzieli inni. Wypił i przekazał kieliszek sąsiadowi, który powtórzył gesty, wzniósł toast i również przekazał kolejkę sąsiadowi. Kiedy toasty zatoczyły koło, podano więcej szklanic i butelek. Wyciągnięto instrumenty i w niebo popłynęły z iskrami pierwsze dźwięki cygańskich skrzypiec, mandolin, gitar, harmonii. Zanim zaczęła się zwykła zabawa i rozmowy, Sinti uniósł dłoń, wstał i przemówił: „Bracia Cyganie, ciężki czas nam nastał. Słyszy się różne plotki.” Zawiesił dramatycznie głos. „Że gdzieś Roma pobili, gdzie indziej okradli i bez kapoty w mróz wygnali. Różnie o nas, Romach mówią. Inni my są i tak zostać musi. Nie lubili nas ludzie, to jasne.
I to się nie zmieni.” Tak powiedziawszy, westchnął głęboko. Zamyślił się. Zastanowił. Co więcej powiedzieć? Niemcy nowe prawa stanowią. W Słowacji i Czechach, w Austrii, na Węgrzech, u siebie też. Do więzień zamykają. O jakichś obozach chodzą słuchy. Kto czytaty, ten wie, o czym mówię. Kto nie, pewnie coś słyszał.
Radźmy, mówcie. Na to się zanosi, że nas wyłapią i pozamykają — odezwał się niski człowiek z fajką w zębach. No i co? Przeżyjemy i znów wrócimy do wędrówki, bo mało to naszych osiadły tryb życia wiedzie. Choćby Keoderasze, kotlarze z Żywca. Przecież do nich jedziemy, prawda? Co prawda to prawda — dodał inny. Po tej stronie gór lepiej. W Polsce nie słychać, żeby wsadzali. Tu mniej Cyganów wędruje, to i łatwiej się we wsie wtopić.
Od dawna romskie. Konie się sprzeda, wozy ukryje po szopach, pobuduje, gdzie pozwolą i doczekamy, aż Ruscy Hitlera pogonią. Byle do zimy, a potem co Bóg da. A może by tak się rozdzielić? — zaproponował ktoś. Wiecie, dużym taborem jedziemy. Nietrudno zauważyć. A odnajdziesz się potem? Kto zimę pomoże przetrwać? Tutejsi?
Daj spokój! — zakrzyczeli go inni. W kupie się trzymać trza. Jak zawsze. Razem lepiej. A ty jak bez wozów żyć chcesz? Może spalisz swój najpierw? Nie spalę. W szopie schować mówiłem. Sam se w szopie mieszkaj jak szczur.
Konia mam. Zawsze ucieknę. Tyś taki mądry, bo dzieci nie masz i żonę młodą, to uciekniesz. A do dupy z tym. Bujdy to jakieś z tym łapaniem. Kto tylu ludzi wyłapie? I co? Do lagru zamkną? Za co niby? Niemcy się prawem kierują, porządkiem.
Nie wierzę w to wszystko. Poza tym, jak tylu ludzi wykarmiają i po co im to? Nie ma to sensu. Będzie jak było. I ja z wędrówki nie zawrócę. Przez góry dalej będę z końmi chodził i nikt mnie nie złapie. Przewodnik, cygański król, Sinti, różnie zwali tego człowieka, przysłuchiwał się rozmowie, kiwał głową, ważył zdania. Odpowiadał toastem raz za razem, kiedy przebijali do niego. Nie odzywał się długo, aż przygasła gorąca dyskusja. Wreszcie wstał.
Wysłuchałem wszystkich i będzie tak: konie po wsiach sprzedamy, w każdej po kilka, żeby nie wszystkie w jednym miejscu. Wozy po romskich wsiach się umieści, kto chce. W Żywcu i po wsiach okolicznych się rozmieścimy, ale kontakt trzymając, żeby w czas w drogę ruszyć, kiedy okazja będzie. Na wiosnę najpewniej. Postanowione? Postanowione — odparł zgodny chór głosów. Wyroków króla nikt nie śmiał podważać, chociaż żadnej on nie miał armii ani milicji. Tradycja i uświęcone zwyczajem prawo tak nakazywały. Gadać i radzić, a postanowieniom mądrego się nie sprzeciwiać. Kto więc wcześniej miał inne zdanie, zachował je dla siebie.
Zagrała skoczna muzyka. Młodzi ruszyli w tany, a starsi do bimbru. Kurzyło się już z czupryn, to i zabawa się zrobiła gorąca. Iskry szły spod tańczących obcasów, a para z pijanych głów. A ty powiesz prawdę wreszcie? Przewodnik dosiadł się do Cygana palącego papierosa w złotej fifce. O czym? — odparł tamten i wyciągnął papierośnicę, też złotą. Chcecie? Najlepsze francuskie Gitanes.
Nie, żadne tam Wandy i Wisły za dwa grosze. Tutaj to rzadkość. Mam też cygara. Francuskie Campas — dodał, widząc, że rozmówca nie sięga do pudełka. Palisz cygareta z Cyganką na pudełku? Z kobietą? Nie wstyd ci? Żaden. A wiecie, że podobno Nietzsche taki uwielbiał. Zaciągnął się głęboko.
Widząc, że nie przekona króla, schował papierośnicę. Skąd wiecie, że kłamałem? Złodzieje nie okradniesz, szulera nie wykiwasz, króla Cyganów nie oszukasz. Za długo po tej ziemi chodzę, żebym prawdy od kłamstwa nie odróżniał — odparł tamten. Wyciągnął zza pazuchy fajkę z długim cybuchem i misternie zdobioną główką. Nabił ją starannie tytoniem z woreczka i odpalił nasączony woskiem fidibus od ogniska. Przytknął papierową pałeczkę do fajki i pociągnął. Pyknął parę razy, aż żar zadomowił się w porcelanowej główce na dobre. Dopiero wtedy podniósł wzrok. No, do kogo jedziesz, Jof?
Elegant wytrząsnął resztkę tytoniu z fifki, schował ją i sięgnął po nowego papierosa. Chwycił w palce żarem do zewnątrz, odpalił i zaciągnął się głęboko. To długa historia. Na pewno chcecie ją poznać? Czemu nie? Noc długa. Drzewa na ogień dość. Wiecie, czasami lepiej nie wiedzieć. Ja już stary. Nie boję się.
Urodziła mnie rzeka. Tak mi się wydaje, bo pierwsze, co pamiętam z dzieciństwa, to szum fal i głos matki łagodnie kojący do snu śpiewną francuszczyzną. Zapytacie pewnie, jak mógłbym to pamiętać. Ludzka pamięć nie sięga tak daleko. To magia, mówię wam. Wiecie coś o tym, prawda? Pływaliśmy barkami z kolorowymi ludźmi pełnymi muzyki, śpiewu i tańca. Cygańskie kobiety o czarnych oczach były mi matkami, ciotkami, siostrami. Twardzi Cyganie ojcami, wujami i braćmi. Dopiero dwa lata później poznałem prawdę.
Matka popełniła ciężki mezalians, romansując z nieznajomym muzykiem z wędrownej trupy. Rodzina wygnała ją ciężarną z jedyną szansą na powrót, jeśli pozbędzie się dziecka. Długo się opierała. Podobno starała się żyć jak oni, rzeczny lud. Podróżować od wiosny do jesieni, chować się po karczmach i gospodach zimą, kiedy chłód i wiatr znad oceanu doskwierały najbardziej. Nie dała rady. Nie wytrwała. Arystokratyczne wychowanie, przyzwyczajenie do życia w luksusach się na niej zemściło. Zachorowała ciężko, kiedy miałem dwa lata i Cyganie przekonali ją do powrotu. Obiecali, że zajmą się dzieckiem, że zawsze będzie mogła przyjechać, zobaczyć, przytulić, pocałować.
Nigdy nie wróciła. Czy postanowiła, że tak będzie lepiej dla mnie? Nie wiedzieć. Czy dla niej, od nowa ułożyć życie pod dyktando rodziny? Nie wiem. Zniknęła z mojego dzieciństwa. Byłem Cyganem, włóczęgą, wyrzutkiem czy arystokratą, księciem krwi, może dziedzicem ziem i włości. Długo myślałem, że już się nie dowiem. Od najmłodszych lat zdradzałem wielkie zdolności muzyczne. Zapewne po ojcu grajku, chociaż kto tam wie.
Był jak wiatr. Tak mówili Cyganie. Magia, powiecie, być poczętym przez wiatr. Czasami go słyszę, kiedy szumi w głowie dźwiękami, jakich jeszcze nikt nie spisał. Musiałem grać. Chwytałem każdy instrument. Zanim zacząłem mówić, już grałem. Małymi paluszkami chwytałem struny, stukałem w klawisze, nuciłem, podrygiwałem. Miałem szczęście dorastać w wielkiej rodzinie wędrującej bohemy. Mówiliśmy muzyką, żyliśmy tańcem.
Występowałem, od kiedy pamiętam. Z harmonią, mandoliną, aż wreszcie dali mi skrzypce. Ten dzień był jak olśnienie. Wreszcie mogłem grać naprawdę. Tuliłem swoje pierwsze skrzypce jak inne dzieci pluszowe misie. Chodziłem z nimi spać, mówiłem do nich, a one odpowiadały. Grałem od świtu do nocy. Podpatrywałem starszych, ćwiczyłem, powtarzałem. Najstarsi Cyganie kiwali głowami z podziwem, jak szybko i łatwo mi to szło. Zanim skończyłem 10 lat, byłem najlepszy.
Grałem wszystko z każdym. Pojedynkowałem się na najszybsze, najskoczniejsze, najbardziej rzewne melodie. Zostałem mistrzem cygańskiej pieśni, ale to mi nie wystarczało. Jednego razu dopłynęliśmy do wielkiego miasta. Nabrzeże roiło się od barek. W porcie kamienice zapraszały niezliczonymi witrynami sklepów i zakładów. Nad miastem czuwał wiekowy zamek, a w dole przy skarpie rozpościerały się rzeczne odnogi tworzące ogrody okalające pałac. Królewski, jak mi się wówczas wydawało. Jak zwykle zatrzymaliśmy się na kilka dni. Cała trupa artystów wyległa na plac.
Zaczęliśmy grać, kuglować, tańczyć. Stare baby wróżyły, młode wywijały barwnymi sukniami. Ja grałem. Ludzie klaskali, rzucali monety, pokrzykiwali z zachwytu. Grałem, galopowałem po dźwiękach. Goniłem, ścigałem melodie i śmiałem się w duchu ze szczęścia. Po występie z tłumu wyszła wytworna arystokratka. Spojrzała na mnie przeciągle, aż, o dziwo, ukłoniłem się. Ja, który nikomu się nie kłaniam. Pamiętam jak dziś.
Potargała mi czuprynę i wyglądało to, jakby chciała się zbliżyć bardziej, ale się opanowała. „Grasz jak szatan” – powiedziała. „Jestem najlepszy” – odparłem. Pamiętam. „Nieprawda. Na razie grasz jak szatan. Pytanie, czy chcesz wejść między anioły”. „Co to znaczy?” „Potrzebujesz oszlifowania, edukacji, nauki repertuaru, występów i ćwiczeń w innym miejscu niż tu”. Spojrzała z politowaniem na nadbrzeżny bulwar. „Jestem Cyganem” – powiedziałem to raczej do siebie niż do niej.
Pełen wątpliwości. „Co ty tam wiesz?” – powiedziała tak cicho, że ledwie usłyszałem. „Co mówisz, pani?” „Nie ma znaczenia, kim jesteś. Liczy się tylko to, kim chcesz być. To jak, chcesz się uczyć?” „Chcę” – zaryzykowałem. „Przyjdź jutro. Będzie tu czekał człowiek, który zaprowadzi cię do prawdziwego mistrza”. „Takiego, co zna anioły?” „Lepszego. On sam jest aniołem” – odparła z uśmiechem. Nigdy już jej nie zobaczyłem.
Znowu odeszła. Kim była? Jow snuł opowieść, a przy ogniu zebrało się więcej osób. Ci, których zmogła gorzałka i gorące rytmy, dawno pokładli się spać. Przy ogniu zostali młodzi i co bardziej ciekawscy. Widząc, że obcy, który tak łatwo dołączył do taboru miesiąc wcześniej, wreszcie zaczął mówić, dosiadali się jeden po drugim. Nie przerywali. Pozwalali, żeby historia płynęła. Ogień trzaskał czarodziejsko, wysyłając iskry w kierunku gwiazd. Ciemne niebo i mroczny las chłonęły każde słowo, dźwięk i grymas.
Jow ciągnął opowieść. Uczyłem się u mistrza, potem u następnego i jeszcze jednego. Występowałem w pałacach, na dworach, w najlepszych salach koncertowych Francji. Spotykałem hrabiów, książęta, królów nawet. Stałem się sławny, rozchwytywany, bogaty. Na moje koncerty przychodzili najbogatsi, najznamienitsi widzowie. Tłumy chciały mnie słuchać i oglądać. Tak dorosłem – wśród sławy, blichtru, luksusu. Nie miałem domu. Mieszkałem wszędzie, zwykle w najlepszych hotelach, kamienicach, na dworach.
Kiedy Francji było mi mało, zacząłem podróżować po całej Europie. Koncertowałem bezustannie, głównie w stolicach. Gdzież to nie byłem! W Londynie, Madrycie, Hamburgu, Berlinie, Pradze, Warszawie, Rzymie, Atenach, Budapeszcie, wreszcie w Wiedniu. A skrzypce? – zapytał ktoś. Gdzie schowane? – odparło Jof. – Na wozie przewodnika. Zagrałbyś co?
– poprosił tamten. Łatwiej w opowieść uwierzyć, że niezmyślona. Po co kłuć w oczy postronnych? Incognito jadę przecież, nie mówiłem? Że co? W ukryciu, kapcanie – wyjaśnił przewodnik. W tajemnicy. A to czemu? Słuchaj dalej, to się dowiesz. Jof poprawił się na zydlu i wrócił do swojej historii.
Koncertowałem wszędzie, również w Wiedniu, jak mówiłem. Tam, w dawnej stolicy Habsburgów, poznałem ją. Miała nie więcej niż 17 lat. Czysta, piękna, niewinna. Maria Krystyna, moja pierwsza. Dotychczas nie dostrzegałem kobiet. Dziewczęta wydawały mi się próżne i mało interesujące. Żyłem muzyką, która była dla mnie czymś tak doskonałym, wzniosłym, niespełnionym, że nic nie mogło się z nią równać. Do czasu, kiedy ją poznałem. Miłość.
Maria Krystyna. Dla mnie były tym samym: doskonałością boskiej kreacji. Zrozumiałem, że muzyka nie jest wszystkim, że radość życia karmi się żarem miłości, że człowiek potrzebuje takiego kochania. Uczucia do drugiego człowieka, który jest nieodgadniony. Nie do przedmiotu, który można okiełznać i zmusić do śpiewania melodii swojej duszy. Oczy Cyganek zalśniły łzami. Kobiety przytuliły się do swoich mężów i kochanków. Ci objęli je, niejeden ukradkiem pocałował. Jof westchnął ciężko. Wyciągnął papierośnicę, odpalił Gitanes, zaciągnął się głęboko, zamknął oczy.
Po chwili wypuścił dym i wrócił do opowieści. Kochaliśmy się mocno i krótko. Szybko się wydało. Odkryli nas w najgorszej chwili. W największych koszmarach nie wyobrażałem sobie, co może się stać. Nie wiedzieliśmy, nie rozumieliśmy, jaki jest świat. Wydawało nam się, że miłość jest lekarstwem na wszystko, że nie zna różnicy między księżną i świnopasem. Że będzie jak w baśni. Nie było. Wywieźli ją zaraz następnego dnia.
Zamknęli gdzieś. Nie sposób było się dowiedzieć gdzie. Zresztą nikt nie chciał już ze mną rozmawiać. Wszyscy arystokratyczni znajomi, towarzysze zabaw, pochlebcy nagle odeszli. Uprzejmie przypomniano mi niejasne pochodzenie i nakazano, za pośrednictwem nader przykrego inspektora policji, opuścić Austrię. Pod groźbą aresztowania zakazano powrotu. Wyjechałem pełen bólu i tęsknoty. Próbowałem zrozumieć. Skończyły się koncerty, zaproszenia, wielkie sale koncertowe, bale, rauty, przyjęcia. Nikt nie chciał mnie znać.
Wróciłem na rzekę do dawnej rodziny. Odłożyłem skrzypce. Cierpiałem. Wspominałem. Kochałem. Wyłem z bólu. Aż wreszcie postanowiłem ją odnaleźć. Koleją dotarłem do Morawy, a dalej… Ognisko dogasało. Chmury przykryły niebo, zasłoniły gwiazdy i księżyc.
Zrobiło się ciemno i zimno. Mgła wypełzła z lasu i gęstym całunem oblepiała polanę, przyklejając się wilgocią do włosów, namiotów, zaścielając trawy, osiadając rosą na grzbietach koni. Było cicho, zbyt cicho. A dalej już wiecie. Jestem tu w drodze do niej, do Marii Krystyny Altenburg, księżnej Habsburg-Lotaryńskiej, aktualnie na zamku w Żywcu. Skończył opowieść. Zaspani słuchacze przysunęli się bliżej ognia, układając się do snu. Ktoś wstał, żeby dorzucić drewna po raz ostatni przed świtem. Przewodnik wyjął fajkę z ust. Sprawdził, czy jeszcze się tli.
Zostali sami. Sinti przytknął bibułkę do fajki, pociągnął, pyknął parę razy, wypuścił dym w niebo. Co zamierzasz? – zapytał. Tak po prawdzie to nie wiem. „Kochasz ją?” Pytanie zawisło między nimi jak zaklęcie, po którego wypowiedzeniu nie będzie odwrotu. Przewodnik postawił je po to, aby Iof mógł wybrać. Wiedział, że słowa Sinti są drogowskazem, który stanął na rozstaju dróg, czekając na odpowiedź, w którą stronę skręci jego los. Należało odpowiedzieć, a potem podążyć ścieżką przyrzeczoną przed cygańskim królem. „Kocham i ona mnie kocha.” „Jesteś pewien?” Sinti wyjął fajkę z ust i jeszcze raz uważnie spojrzał na Iofa.
„Wiesz, że nie będzie odwrotu.” „Jestem.” „Zatem postanowione.” Przewodnik zaciągnął się ostatnim haustem dymu, po czym dmuchnął młodemu Cyganowi prosto w twarz. „Zaklinam cię i powierzam opiece sił czystych i nieczystych. Znajdź i zdobądź swoją ukochaną.” Las zaszumiał nagłym oddechem. Chmury rozwiały się i odsłoniły pełną tarczę miesiąca. Światło padło na twarze mężczyzn. „Przysięgam” – szepnął Iof. Gdzieś niedaleko zaskrzeczał kruk. Z oddali rozległo się ledwo słyszalne wycie wilków. „Zły omen. Zły” – zamruczał pod nosem Sinti, który wiedział więcej niż zwykli ludzie.
Podróżował przecież przez góry od niepamiętnych czasów. Widział wiele krzywdy, nieprawości, zła ludzkiego i nie tylko. Z roku na rok było coraz gorzej. Teraz nadchodziły czasy najgorsze na miłość, przyjaźń, wędrówkę, zabawę. Śmierć lepkim cieniem obejmowała świat. Wiedział to. Tak mu mówiły wszystkie znaki i wróżby. Tak szeptały drzewa i zawodził wiatr. Nagle polanę zalały światła reflektorów. „Halt!
Halt!” – rozległy się zewsząd okrzyki. Iof zerwał się na równe nogi. Nie patrzył, kto krzyczy. Dopadł koni, kiedy rozległy się pierwsze strzały. Drżącymi rękami dopiął popręg, chwycił za wodze i wskoczył na siodło. Ruszył galopem do wozów. Zewsząd rozlegały się krzyki. Dookoła ludzie biegali bezładnie, szukając schronienia i wypatrując atakujących. Kule coraz gęściej świstały nad głowami. Dopadł do wozu przewodnika.
Zaskoczył, wstrzymując konia i zadarł plandekę. W środku na posłaniu leżał Sinti. Miał otwarte oczy, ale nie ruszał się. „Wstawaj!” – krzyknął Iof. „Strzelają do nas. Bóg wie kto, ale to napad.” „Uciekaj” – odpowiedział słabo stary Cygan. „Co się…?” Gdy wzrok przyzwyczaił się do półmroku, Iof zauważył małą, ciemną dziurkę w piersi przewodnika. Chwycił go za ramiona i odwrócił. Posłanie było całe we krwi. Pechowa kula musiała trafić Cygana akurat w chwili, kiedy uniósł się z siennika.
„Uciekaj” – powtórzył starzec. „Zabierz skrzypce.” Wskazał na miejsce pod poduszkami i płaszczami, gdzie schowany był cenny instrument. „Mnie już nic nie pomoże. Odchodzę.” Sinti wiedział, co mówi. Wiele razy oglądał śmierć. Nieraz odganiał kruki krążące przy umierających. Słyszał po wielokroć wycie czarnych psów po drugiej stronie. „Pamiętaj, przysięgałeś” – przypomniał młodemu Cyganowi. „Musisz dopełnić.” Mówił coraz słabiej. Świszczał.
Iofowi wydawało się, że Sinti ma mu do przekazania coś więcej niż tylko przypomnienie złożonego przyrzeczenia. „Co chcesz powiedzieć?” „Przysięga miłości ma dwa oblicza.” Stary zdobył się na wysiłek, żeby ostrzec młodzieńca. „Może być błogosławieństwem albo klątwą. Musisz się sam prze…” Konał. Nie było już nic więcej do opowiedzenia. Zacharczał i odszedł. Iof spojrzał na wzgłowie. Za starcem stała już blada postać smutnej pani. Skinął jej, a ona odwróciła puste, ziejące czarną otchłanią oczy. „Jeszcze nie ty.
Jeszcze nie dziś” – zdawała się mówić. Zrozumiał i nie zwlekał więcej. Zabrał skrzypce, spiął je pospiesznie pasem i zarzucił na plecy. Wskoczył na konia i ruszył galopem. Dookoła płonął cygański tabor. „Nie ścigamy go?” „Nie ucieknie nam Bert” – odpowiedział elegancki oficer SS. „Wiem, dokąd zmierza.” Ciąg dalszy nastąpi.
[03:09:27] - Tak. I przypuszczam, że państwa ciekawość została pobudzona, szczególnie tą końcówką zapowiadającą kontynuację. Przyznam się państwu, że ja nie wytrzymałem i zadzwoniłem do autora, bo sam byłem ciekawy, czy to jest taki zabieg prozatorski, czy też rzeczywiście kontynuacja się pisze. No i wspaniała wiadomość, dla mnie przynajmniej wspaniała. Myślę, że dla państwa również. Otóż kontynuacja, a właściwie Kolejna część, a właściwie zakończenie tego opowiadania powstaje. Ona ma mniej więcej taką samą długość. I bardzo dobrze, bo tak naprawdę ta historia, co państwo sami zauważyli, się nie kończy. Ona jest fascynująca i jej się świetnie słuchało. Zaręczam państwu, że czyta się również świetnie, ale człowiek, kiedy ona się kończy i jest zapowiedź, że będzie dalej, ma poczucie niedosytu.
Tak to jest z przerwanych historiami, że o ile ja mogę dzisiaj powiedzieć, że to się świetnie czyta, tam są naprawdę drobniutkie błędy redaktorskie, które każdy redaktor byłby zachwycony, gdyby takie tylko problemy w życiu miał, że musiałby tego rodzaju pojedyncze powtórzenia, drobne. Rzadko się zdarzają w ogóle te powtórzenia, ale się zdarzają. I to jest właściwie jedyna rzecz. Naprawdę się musiałem wysilić, żeby nie było tak fajnie, żeby się do czegoś przyczepić. No to się przyczepiłem, ale dużo wysiłku musiałem w to włożyć, żeby się jednak do czegoś przyczepić. Cóż powiedzieć? Naprawdę jestem bardzo zadowolony. Czego się jeszcze dowiedziałem, poza tym, że jestem zadowolony, że ta historia będzie miała zakończenie i poznacie je państwo za jakiś czas, to przede wszystkim jestem zadowolony z tego, że autor chyba umie, zaryzykuję nawet twierdzenie, że umie pracować z tekstem, bo dowiedziałem się, że ta historia jest historią odłamkową, która powstała podczas tworzenia innej historii, dłuższej, takiej, która będzie próbowała być powieścią. Ta historia powstała niejako przy okazji. Tak przynajmniej z rozmowy z autorem wywnioskowałem.
I bardzo dobrze. Ja się już cieszę na kolejną część, na zakończenie „Skrzypiec”. Przyznacie państwo, że proza jest naprawdę klimatyczna. Cóż, coś ostatnio za często chwalę, ale muszę pogratulować autorowi. Kawał świetnej prozy. Ja aż żałuję, że kolejnej części będziemy, i państwo, i ja, mieli okazję wysłuchać dopiero za jakiś czas. Pewno już w nowym roku, może w styczniu. Miejmy nadzieję. Opłaca się czekać. Warto czekać.
Proszę państwa, jedziemy dalej, bo czas ucieka, a kolejne wykłady przed nami. W zeszłym tygodniu usłyszeliście państwo audycję z cyklu „Książki w moim życiu”. Ian Watson opowiadał o tychże książkach. Idźmy za ciosem. Dzisiaj już nie autor zza granicy, ale autor mający sporo wspólnego z językiem angielskim. Tym autorem jest Krzysztof Sokołowski. Gościliśmy tego tłumacza w „Bibliotekarium” już sporo czasu temu. Muszę powiedzieć, że dzisiaj państwo mieli okazję przekonać, jak czasami człowiek, który na co dzień obcuje z literaturą, ma głębokie przemyślenia tejże literatury dotyczące. Kim jest Krzysztof Sokołowski? Zdaję sobie sprawę, że jak ktoś jest tłumaczem, często to powtarzam, to ma w życiu pecha, bo wszyscy pamiętają autora książki, a o tłumaczu pamiętają nieliczni.
Ja staram się sprawdzać, kto przetłumaczył dane dzieło, ale też mi się zdarza czasami zapomnieć o tym. Krzysztof Sokołowski jest tłumaczem i to tłumaczem autorów wybitnych. Na pewno się państwo z nim zetknęliście. Pewno wielu z was w ogóle nie ma pojęcia, że czytało książki przetłumaczone przez Krzysztofa Sokołowskiego. Ale Krzysztof Sokołowski nie jest tylko i wyłącznie tłumaczem. Urodził się w 1955 roku w Warszawie. Tak jak czytamy w notce biograficznej w „Encyklopedii Fantastyki”, to polski tłumacz, krytyk literacki i filmowy, działacz fandomu, współtwórca magazynu fantastyczno-naukowego „Feniks”, a później od 1995 roku szef działu prozy zagranicznej w tymże piśmie. Wcześniej w 1979 roku ukończył studia na wydziale Filologii Polskiej, a w 1980 jako drugi fakultet ukończył studia na wydziale Historii, Instytut Historii Sztuki. Później usiłował pozostać na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizował się w teorii literatury i chciał pisać pracę doktorską, ale to niestety nie wyszło.
Pozbawiony możliwości kontynuowania kariery akademickiej w latach 1980–1985 pracował w Muzeum Literatury. Jako dziennikarz również pracował w magazynie „Razem”, także przez jakiś czas pracował dla koncernu ITI, gdzie zajmował się sprzedażą praw do filmów przeznaczonych dla użytku domowego. Ten 1985 rok ważny był, bo w 1985 roku podjął decyzję, że stanie się zawodowym tłumaczem literatury anglojęzycznej. Krzysztof Sokołowski współpracował między innymi z miesięcznikiem „Fantastyka”, to jeszcze przed okresem feniksowym. Od momentu jego powstania miesięcznika „Fantastyka” początkowo był recenzentem, później publikował tam w '85 roku pierwszy w polskiej literaturze esej przedstawiający całość twórczości Tolkiena, a także w tym eseju proponował jakąś jego interpretację. Dalej w '88 roku na łamach „Fantastyki” w niemal monograficznym numerze pokazał się z tekstami krytycznymi oraz przekładem opowiadania „Ballada o celnym strzale”. To dzięki temu został po raz pierwszy przedstawiony, mówiłem o tym numerze monograficznym, Stephen King. I Stephen King tak naprawdę stał się marką, o którą Krzysztof Sokołowski niezwykle dbał. Wtedy, w tym '88 roku, Stephen King nie był autorem specjalnie w Polsce znanym. Jego odkrycie dopiero było przed nami.
W Stanach on święcił triumfy, a w Polsce tak sobie. W każdym razie ta fascynacja Kingiem spowodowała, że stał się tłumaczem wielu jego książek. Cóż jeszcze mogę państwu powiedzieć o naszym autorze? Zasłużył się, bo to nie tylko King oczywiście. Nasz bohater wprowadził na polski rynek „Neuromancera”, czyli taki cyberpunk, ale też powieść Philipa Jose Farmera i również Ursuli Le Guin. Bardzo ważnym, o tym zresztą chyba będzie mowa w tej rozmowie, na pewno będzie o tym mowa, było tłumaczenie powieści „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa. Przetłumaczył wersję powieściową. Pamiętam, że w latach 80., chociaż to w „Problemach” wyszło bodajże pod koniec lat 70., ukazało się opowiadanie absolutnie fenomenalne. Później taka była moda w Stanach Zjednoczonych, że opowiadania, szczególnie udane, przerabiano na powieści. Wierzcie mi państwo, że z bardzo dobrego opowiadania powstała bardzo dobra powieść i to właśnie Krzysztof Sokołowski ją tłumaczył.
Jeśli państwa zainteresowała ta postać, tłumacz Kinga, tłumacz, tak jak powiedziałem, Ursuli Le Guin i Jose Farmera, Gibsona, to „Neuromancer”. Proszę poszukać w internecie blogu, który nazywa się „Lapsus Calami” i tam państwo będziecie mogli poczytać różne eseje, różne przemyślenia Krzysztofa Sokołowskiego. Zaręczam, że warto. Zresztą ja myślę, że najlepiej państwa o tym, że warto, przekona rozmowa o książkach, które były dla Krzysztofa Sokołowskiego bardzo ważne w jego życiu. Zapraszam. Gościem „Bibliotekarium” jest Krzysztof Sokołowski, człowiek, którego tłumaczenia znają chyba wszyscy, bo tłumaczył Stephena Kinga.
[03:20:20] - Roberta Silverberga, tłumaczył „Kwiaty dla Algernona” Daniela Keyesa. I nie wiem, czy te „Kwiaty” to jest tak, że wszyscy mnie znają, bo ta książka się w ogóle nie rozeszła w pierwszym wydaniu.
[03:20:31] - A czy to tłumaczenie, które było jeszcze w „Problemach”, to też jest twoje? Opowiadania „Kwiaty dla Algernona”.
[03:20:37] - Nie. To opowiadanie było zrobione trochę na innej zasadzie. To zrobił kto inny. Bodajże Marek Marszał to robił. Do mnie się zwrócił Prószyński dopiero jak była powieść.
[03:20:48] - Ale zanim powstały te wszystkie tłumaczenia, coś musiało się nazbierać. Jesteśmy w cyklu „Ważne książki”. To jakie to były ważne książki dla Krzysztofa Sokołowskiego? Zacznijmy może od dzieciństwa.
[03:21:00] - Ile masz pojemności na nośniku? Bo ja tak mogę do jutra, więc pytanie, czy ci się zmieści.
[03:21:07] - Wypróbujemy, ile się mieści na tym nośniku, który mam ze sobą.
[03:21:11] - Dobra, to zaczynamy od tego, co rzeczywiście jest najważniejsze. To znaczy najważniejszy jest młody człowiek, bardzo młody, bo kilku- i kilkunastoletni, który jest ciężko chory. Ma wadę serca. Większość czasu spędza w łóżku i czyta. I przez przypadek zupełnie, i to jest tak, jak w rodzinach bywa, przez bibliotekę dziadka dochodzi do pisarza najważniejszego zupełnie, który ukształtował go takim, jaki jest teraz już po sześćdziesiątce, czyli Gilberta Kitha Chestertona. To było tak, że zaczęło się oczywiście od opowiadań o księdzu Brownie, ale potem przyszły dwie książki Chestertona: „Latająca gospoda” i „Napoleon z Notting Hill”. I „Latająca gospoda” i „Napoleon z Notting Hill” to jest fantastyka. To są książki niemal z przełomu wieków, z początku XX wieku, 1903, 1904 rok gdzieś tam. „Latająca gospoda” jest to fantastyka o tym, jak islam najeżdża Anglię z opisem wojny hybrydowej, z opisem wojny partyzanckiej, wreszcie z powstaniem ludowym, które przywraca brytyjską tradycję. A „Napoleon z Notting Hill” to jest urban fantasy.
Dzieje się w Londynie, który w przyszłości podzielony został na dzielnice. Dzielnice zyskały autonomię i między sobą walczą. I był moment taki, że człowiek się zaczął zastanawiać, że jeżeli literatura gatunkowa i popularna, czyli kryminał w przypadku księdza Browna, a w przypadku tych dwóch książek jest to fantastyka, to jaka właściwie jest ta fantastyka? Przecież to nie jest tak, że ona jest tylko drugorzędna, że ją się spycha gdzieś pod poduszkę, a na wierzchu leżą lektury szkolne i wielcy i wspaniali pisarze, których trzeba kochać. Słowacki, którego kochamy, bo wielkim poetą był. Można to robić w ten sposób. Także można powiedzieć, że ten blok literatury fantastycznej, którym później się zajmowałem, narodził się właśnie z przekonania, z dowodu na to, że ona niczym nie jest gorsza od każdej innej literatury, a pod wieloma względami jest lepsza. Właśnie przez to, że język fantastyki pozwala powiedzieć książce rzeczy, których język literatury, umownie mówiąc, realistycznej powiedzieć nie pozwala.
[03:23:21] - A ile miałeś lat, kiedy Chestertona poznawałeś?
[03:23:23] - To było kilkanaście. Ja chorowałem w wieku mniej więcej nad, więc dokładnie ci nie powiem. To było tak dawno, że lepiej spuśćmy na to zasłonę milczenia. Ale to miałem tyle lat. Z tym że ja czytałem od... Jestem freakiem w rodzinie, dziwolągiem. Rodzina jest ścisła, ojciec inżynier, matka fizyk, naukowiec i dydaktyk, wychowawczyni najlepszych polskich fizyków teoretyków. A ja czytałem, nauczyłem się czytać Sporo przed szkołą, więc mogłem mieć powiedzmy cztery, pięć lat. Kiedy na wakacjach dziadek, który jeszcze wówczas miał resztkę niezabraną przez komunistów mająteczek w Górach Świętokrzyskich, na wakacjach czytywał nam. I to dziadek, potem mama, potem siostra mamy, bo tam myśmy spędzali wakacje, a pracujący ludzie dojeżdżali, jak im pozwalały urlopy.
Więc ja tam siedziałem z rodziną, osiem osób i dojeżdżali do nich dorośli i czytali „Pustynię i w puszczę”. Po którychś wakacjach złapali mnie u dziadka na jakiejś partii. Ja uciekałem do dziadka gabinetu, brałem książki, bo tam dorośli nudzili straszliwie. Złapał mnie ojciec, jak z pamięci recytuję fragmenty „Pustyni i w puszczy”, trzymając tą do góry nogami, czy otwarte na złej stronie, czy cokolwiek. I z nudów mi pokazał, gdzie ja jestem. „O, ty jesteś, to jest tutaj”. Następną rzecz, którą wiedzieli, to było to, że ja szedłem do szkoły płynnie czytając, czytając płynnie, czytając w myśli. Chesterton był jakiś kawałek czasu potem, jak człowiek choruje, dzieciak choruje na serce, nie wolno mu się ruszyć. Jeździ do szpitala, ze szpitala wraca i potem znowu ma w perspektywie szpital. Mnie groził w którymś momencie wózek inwalidzki.
To czyta, nie ma telewizji, nie ma niczego. No to czyta. Zresztą wątpię, czy gdyby była telewizja czy gry komputerowe, ja bym nie czytał. W tej chwili jest telewizja, oglądam, są gry komputerowe, gram. Są Facebooki i inne rzeczy. Ja z tego korzystam na bieżąco i nadal czytam. I tak się trafił Chesterton, bo po prostu był na półce.
[03:25:24] - A „Człowiek, który był czwartkiem”?
[03:25:26] - „Człowiek, który był czwartkiem” to jest osobna historia, bo to jest książka, która uchodzi za taki synonim twórczości chestertonowskiej. Chesterton to jest człowiek, który był czwartkiem, a jednocześnie jest to dzieło niezwykłe, bo thriller psychologiczny, thriller nadprzyrodzony to jest coś, co wydawałoby się, że nie zaczepi się we współczesności. Coś, co się rzeczywiście nie zaczepiło we współczesności. On to potrafił zrobić genialnie. Mało kto wie zresztą, że on dostawał nagrodę policji i „Człowiek, który był czwartkiem” był czytywany w środowiskach wywiadowczych, ponieważ on całą tą pracę wywiadu, gdzie ona jest szczegółowiej opisywana: szpiegów, kontrszpiegów, infiltracji, zbierania informacji. On to odrobił dokładnie tak, jak to robiło MI6 i inne agendy. Z tym że ta książka jest z niej osobno. Thriller polityczny nie jest tak zakorzeniony w mojej świadomości, mija mnie bardziej niż książki bardziej malownicze.
[03:26:31] - A jakie były kolejne fascynacje po Chestertonie?
[03:26:34] - Chesterton to jest taka fascynacja, która jest fascynacją do czytania. Już w podstawówce ja wiedziałem, że pójdę na filologię polską i już w podstawówce czytałem specyficznie. Ja miałem te dziecinne fascynacje. Z całą pewnością był „Pan Samochodzik”. Był nienacki, ale on był dziwnie czytany, bo jak czytałem „Templariuszy”, to mama do tej pory twierdzi, że ma gdzieś, mimo przeprowadzek, „Pana Samochodzika” i „Templariuszy”, którzy są jeszcze sklejeni tam, gdzie jest akcja. Natomiast tam, gdzie są o templariuszach wszystkie rzeczy, książka jest rozdarta i zapisana notatkami zrobionymi na stronach flamastrem. Była oczywiście fascynacja klasyką, z tym że to było znowu inaczej, bo kiedy czytałem „Trylogię”, to ja już wiedziałem, też bardzo młodo, dlaczego „Trylogia” fascynuje. Fascynuje dlatego, że jest napisana takim językiem. A jest napisana takim językiem, ten sekret sienkiewiczowski jest w gruncie rzeczy dość prosty. Do odczytania on zastosował elementy składni łacińskiej do języka polskiego i razem z makaronizmami, które włączał tam, doskonale znając czy rozumiejąc, wyczuwając język epoki, on stworzył tą stylistykę.
Zresztą to, jak mówię, zaczęło się też od Sienkiewicza, od „Pustyni i w puszczy”, a na „Trylogii” zaczęło się kończyć, kiedy na studiach polonistycznych napisałem taką nagrodzoną i drukowaną pracę o tym, jakie jest najpiękniejsze zdanie napisane w języku polskim. Otóż jest to zdanie: „Wierny Soroka wiózł swego pułkownika przez lasy głębokie, sam nie wiedząc, dokąd jechać, co począć.” Poza tym, mój Boże, jak wszyscy inni. Trudno powiedzieć tu o fascynacjach po tym okresie górnej chmurnej młodości, zaczyna się czytać zawodowo i w tym momencie serce milknie, włącza się rozum i to nie jest fascynacja, tylko analiza.
[03:28:28] - Tak, będę przekorny mimo wszystko, bo kiedy się włączała analiza, kiedy czytało się zawodowo, to nie wierzę, że nie zaczęły się pojawiać od czasu do czasu, może rzadko, takie książki, które jednak powodowały, że to serce biło szybciej, a rozum nagle się rozświetlał.
[03:28:43] - Ale to nie fantastyka. Fantastyka to już później. To było tak, że w okresie licealnym był Białoszewski. Białoszewski był teatr osobny i o nim też pisałem. Ja zresztą poznałem Białoszewskiego, bywałem u niego, co rozliczne dowcipy powodowało, bo już wtedy byłem zdrowym, młodym człowiekiem, koszykarzem, a Białoszewski był homoseksualistą. Dodawano mi dziewczyny, że mnie z dziewczynami tam do niego chodził, żebym broń Panie Boże nie zstąpił na niewłaściwą ścieżkę. Wiem, że to teraz jest szalenie niepolitpoprawne, ale wtedy na studiach tak było. I oczywiście Zbigniew Herbert. Zbigniew Herbert na całej mojej karierze zaciążył, bo ja na trzecim roku polonistyki poszedłem na drugi fakultet historię sztuki. Robiłem trzy lata studiów w ciągu jednego roku.
Bardzo to było sympatyczne, a tylko dlatego, że przeczytałem „Barbarzyńcę w ogrodzie” i postanowiłem sobie sprawdzić, czy ten facet mnie nie kantuje tam, gdzie pisze o sztuce. A najprostszy sposób to sprawdzić, to skończyć historię sztuki, nabrać ogłady, języka, poznać metody analizy i wytestować Herberta. Skończyło się na tym, że w 1974 roku ja się na polonistykę dostałem. W 1979 zacząłem pisać pracę magisterską i na pracę magisterską wybrałem sobie temat: „Teoria eseju o »Barbarzyńcy w ogrodzie« Zbigniewa Herberta”. I wówczas promotor mój i opiekun naukowy, którego miło wspominam, westchnął i powiedział: „Panie Krzysztofie, ja dużo mogę, ale wszystkiego nie mogę. Albo pan pisze pracę o Herbercie, albo pan zostaje na uczelni. Jedno i drugie jest niemożliwe.” Ja napisałem pracę o Herbercie, co moją mamę słynną z dowcipów, takich one linerów właśnie skłoniło do powiedzenia: „Synku, synku, ty się nigdy nie nauczysz, że lepiej stracić dobry żart niż etat.” A tą pracę napisałem. To może dla współczesnego człowieka jest zupełnie nieznane. Był szczyt takiej, wiadomo, co mówi data końca lat 70. Herbert miał wówczas tak zwany zapis cenzury na nazwisko.
Gdyby po prostu cenzurowano mu książki, to nie byłoby problemu. Natomiast problem był ten, że jego nazwisko nie mogło pojawić się w druku, w omówieniach. To było skazanie go na absolutne milczenie. Nie dość, że go nie wydawano, to nie wolno było jeszcze o nim pisać nic innego. I taka praca magisterska nie miała po prostu szansy, żeby się jakoś przebić. Ona nigdzie nie mogła zostać wydrukowana, nic. I promotor po prostu stwierdził, że proszę bardzo, ale kariery to ja na takich rzeczach nie zrobię. Zresztą dobrze się stało, bo szybko bym z uczelni wyleciał prawdopodobnie. W dzisiejszych czasach, kiedy jest nauka grantowa i znajomościowa i trzeba być konformistą, wykopaliby mnie natychmiast. A tak zostałem Tłumaczem pracowałem etatowo jeszcze tu, tam.
Robiłem doktorat na historii sztuki, który się nie skończył, bo umarł promotor i w sumie później wyjechałem do Anglii. Mieszkałem w Anglii przez dłuższy czas i jak już wróciłem, to zostałem tłumaczem.
[03:31:35] - Czy jeszcze dzisiaj pojawiają się od czasu do czasu takie fascynacje? Takie, o których wiesz, że właśnie trzymasz w ręku książkę, która długo z tobą zostanie w twojej pamięci.
[03:31:47] - Tak, to się zdarza. To się zdarza nawet w fantastyce. W momencie, w którym prowadziłem w starym „Feniksie”, w tym drugim „Feniksie” dział zagraniczny, trafiałem właśnie na nowych pisarzy albo pisarzy w Polsce nieznanych, o których wiedziałem, że oni na długo zostaną. „Feniks” był pierwszy, który publikował Gibsona. Gibson to nie był pisarz, który był znany. Wiadomo, że jak się Gibsona przeczytało, „Wypalić chrome”, opowiadanie „Burning chrome”, to ono zostaje z człowiekiem. Clive Barker nie był u nas zupełnie znany. To nie jest pisarz mój, natomiast pisarz, który wywiera ogromne wrażenie, ale jego można raczej, bo on istnieje obok, więc powiedzmy, że on jest trochę innej bajki, we mnie tkwi. Tak było z Kingiem. King zostaje z człowiekiem.
Tak było z Silverbergiem, na co nałożyła się jeszcze osobista przyjaźń później nasza. Dzisiaj, współcześnie to w zasadzie tak było z Pawłem Ciećwierzem. Zupełnie przypadkowo trafiłem na zbiór jego opowiadań, nekrofikcję i z tego się zrobiła znajomość i promowanie Pawła i to, że on dwa opowiadania miał w pierwszym „Feniksie”, tym nowym, reaktywowanym. To jest właśnie to, że wiadomo, że to jest coś, co ma przeróżne wady, ale to głupio zabrzmi, ale nawet wady są zaletami. Jeżeli ty lubisz anegdotki, jest takie opowiadanie o Wolfgangu Paulim, tym słynnym fizyku, nobliście z Getyngi, z tych złotych lat fizyki, który słynął między innymi, on z wielu rzeczy słynął. Był fatalnym matematykiem, nie umiał wyprowadzić równania podczas wykładu, ale słynął też z niesłychanej uczciwości sprawiającej, że nawet jego prywatni wrogowie, a tam na uczelniach, jak to na uczelniach gotowało się, konkurowali ze sobą i nie wszyscy się kochali i pracowali ręka w rękę. Cenili go za prawość, za uczciwość i dawali mu do oceny prace studenckie, których sami nie potrafili ocenić jako do ostatecznej instancji. I kiedyś taki wróg właśnie dał Paulimu pracę studenta. Pauli obiecał, że przeczyta. Spotkali się z okazji towarzyskiej przyjęcia.
Pewien wróg dostrzegł, że Pauli chodzi taki niezadowolony, przygarbiony, jakby go unikał, więc podszedł do niego i mówi: „Słuchaj, i co? To nie jest dobra praca?” A na to Pauli mu odpowiedział: „To nie jest ten problem, że ta praca nie jest dobra. Problem jest w tym, że ona nie jest nawet zła.” I o to chodzi. To jest właśnie przy okazji Pawła zresztą najbardziej, ale jest jeszcze kilku takich autorów. Wady są też i zaletami. Nie może być nic, a zwłaszcza literatura nie może być płaska.
[03:34:21] - A jak to jest? Jesteś tłumaczem. Sam mówisz o fascynacjach, na przykład Kingiem. Czy tobie w pracy tłumacza pomaga na przykład bezpośredni kontakt, czy też pośredni kontakt, ale taka wymiana myśli z autorem?
[03:34:34] - Nigdy z tego nie korzystałem. Podobno jestem pod tym względem wyjątkiem, ale nigdy nie korzystałem z prywatnych znajomości, żeby coś tam. W przypadku Silverberga, jego znam najbardziej osobiście, najbardziej jesteśmy zaprzyjaźnieni, to on mnie pytał, jak sobie poradziłeś z tym, bo mnie pytali inni Czesi, Węgrzy, Francuzi. Bo ma bardzo wiele wydań na francuski, niemal tyle, co na polski. I ja mu mówiłem, jak. On mówi: „No tak, może być.” Natomiast nigdy nie zwracałem się z pytaniem, jak to zrobić. Książka, którą ja tłumaczę, ona stoi w rozkroku, tak jakby pozostaje książką autora, ale jest też po trosze książką tłumacza, bo ona jest po prostu w języku polskim, więc ja ponoszę za nią odpowiedzialność i nie będę tej odpowiedzialności na nikogo zwalał.
[03:35:19] - Pytając o wymianę myśli, wydawało mi się, że odpowiadając powiesz o tym, czy pozwala zrozumieć autora sposób jego obrazowania, sposób formułowania przez niego myśli. Czy to pomaga tobie jako tłumaczowi?
[03:35:31] - Podmiotem tłumaczenia jest książka i książkę się wyrywa się, co jest obrośnięte jakąś tam osobowością autora, jego idiosynkrazjami. Jeżeli one oczywiście nie znajdują miejsca w tekście i ją się przekłada. Jednostką tłumaczenia jest całość tekstu. Oczywiście, żeby się nie pomylić, kontekst kulturowy tej książki musi być znany, ale to kulturowy, nie osobisty. Autor może bić kobiety, nienawidzić dzieci, może kiedyś przegonił bezpańskiego kota. Znaczenie ma książka. Z tym że oczywiście, że jest przyjemność z tłumaczenia. Jeżeli ja tłumaczę autora, którego znam i lubię, to czerpię z tego frajdę po prostu większą, niż jeżeli to jest anonim.
[03:36:14] - To teraz pytanie z gatunku plotkarskich. Jakbyś zechciał trochę poplotkować o autorach, których tłumaczyłeś.
[03:36:21] - Tłumaczyłem. Nie, tak wiele plotek nie ma. Tłumaczyłem Harlana Ellisona. Nie od razu zresztą ja go tłumaczyłem. Do Feniksa poszły tłumaczenia głównie Piotrka Cholewy. On miał już zrobione wcześniej część „Chłopca i jego psa.” „Chłopiec i jego pies” był jeszcze wydawany w tak zwanych klubówkach w jego tłumaczeniu, więc to było naturalne. Zresztą Piotr jest świetnym tłumaczem. Możemy nie być bliskimi przyjaciółmi osobiście, natomiast zawodowo ja mu nigdy niczego nie odbiorę. Wręcz przeciwnie, jestem skłonny mu dodać właśnie za Ellisona. Nawiązała się przyjaźń korespondencyjna i ta przyjaźń korespondencyjna, nie wiem, czy on się kiedykolwiek zgodzi, ja bym chciał, w którymś momencie przybrała taką formę, że myśmy sobie pisali maile w formie takich króciutkich opowiadań.
On dostał pieniądze w gotówce, zażyczył sobie zapłaty w gotówce przesłane Western Union i ja mu wysłałem Western Unionem tą gotówkę. On mijał po prostu przepisy podatkowe. Wysłałem mu te pieniądze i jego żona Susan poszła te pieniądze odebrać i on z tego napisał całą historię. Taką postapokaliptyczna Ameryka, w której nie może taka instytucja jak Western Union jest oblężona przez imigrantów meksykańskich, którzy nie wiedzą, co to są Stany Zjednoczone, w jakim są mieście i tak dalej. Taką historię. Odpowiedziałem mu inną historyjką i taki blok korespondencyjny się zrobił. Właśnie z Robertem Silverbergiem okazało się, że mamy wiele wspólnych tematów. To jest zresztą sprawa była i jego pochodzenia, i Ellisona. Oni są Żydami, są bardzo świadomi swojego żydowskiego pochodzenia. Natomiast obaj usiłują, nie wiem, na ile to prawdziwe, zresztą oni nie prowadzą żadnych badań genealogicznych, usiłują wywodzić swoje rodziny z terenów albo Polski, jak Ellison, albo byłej Polski, czyli Silverberg tego, co dziś jest Litwą.
I oni mają niesłychanie sympatyczny stosunek do Polski za to, co robiła dla Żydów. Kiedy był Bob w Polsce, się poskarżyłem na taką właśnie tą kampanię „Polskie obozy śmierci.” Ja mówiłem: „A przecież polski antysemityzm to-”, i on mi wszedł w słowo i on wygłosił wywiad o przyjęciu Żydów w Polsce od Kazimierza Wielkiego, przyjęcia Żydów pod prawo królewskie, pod jurysdykcję królewską, póki oni nie wytworzą swojej własnej, którą mogą być wtedy sądy pirów, tych równych, tak jak wtedy obowiązywało w prawie: chłopstwo sądziło chłopstwo, szlachta sądziła szlachtę i tak dalej. I znał to dokładnie z datami. Nawet ten słynny przykład przytoczył ze „Skrzypka na dachu,” który jest bardzo filmem takim jednocześnie bardzo żydowskim i jednocześnie wielką pochwałą Polski. Nie wiem, czy pamiętacie, jak się ten film kończy, że emigrują z terenów Ukrainy i mają dwie ziemie obiecane. Jedna ziemia obiecana to są Stany Zjednoczone, druga ziemia obiecana jest Kraków. Więc to jest to. Jedno spotkanie miałem ze Stephenem Kingiem. Strasznie śmieszne. Było to spotkanie alkoholowe.
To był jedyne chyba, czy jedno z dwóch targów we Frankfurcie, w którym on brał udział, a mnie zupełnie jakaś trzecia party, trzecia strona. Ja wtedy załatwiałem prawa do gier i to Faza była chyba taka wielka firma growa. Zaprosiła na przyjęcie wielkie i na tym przyjęciu zetknąłem się z Kingiem. I ja piłem, i King pił. Ja jestem wielki i ciężki. King jest wielki i ciężki. Ja wtedy nosiłem taką gęstą brodę i on nosił taką gęstą brodę. I tak żeśmy się zetknęli, trzymając się na nogach, już chwiejni. Przedstawiono nas sobie i zaczęliśmy rozmawiać. Wynikło z tego, że tłumaczę jego książki w Polsce.
On się tym zainteresował, wiedział, co to Polska. Także już o tu głupich Amerykanach sobie dajmy spokój. On jest z wykształcenia uniwersyteckiego anglistą, czyli on ma wykształcenie, King, takie jak i moje. I zaczęliśmy tak sobie gadać. Ja popełniłem niewybaczalny nietakt, właśnie taki alkoholowy, bo jak rozmawialiśmy o sytuacji pisarza, tłumacza, coś, to powiedziałem, że na, już nawet nie pamiętam, która była książka, „Desperacja” albo „Bezsenność.” Ja wtedy tłumaczyłem, były złote czasy tłumaczy. Dostałem za to tłumaczenie dodatek za to, że jest zrobione szybko. Osobno za wydanie hardcoverowe, osobno paperbackowe i osobno klub książki. Wtedy prawa zależne tak zwane zostawały przy tłumaczeniu. On je sprzedawał po kolei każdemu. I tak sobie zażartowałem, że pewnie za tą książkę dostałem więcej pieniędzy niż ty za prawa wydania w Polsce.
I on znacznie bardziej taki oblatany w tych obyczajach. King tak jakby trochę się zdziwił, ale nie przesadnie i powiedział to ze spojrzeniem i powiedział: „No, jeżeli tak, to chyba słusznie. Po polsku to jest bardziej twoja książka niż moja.” To z anegdotek. Clive'a Barkera nie tłumaczyłem, ale z anegdotek też pamiętam, jak na WorldConie w Brighton z nim siedziałem w knajpie i rozmawialiśmy. Mówiłem, że wydaje mnie, on już mnie znał z korespondencji, więc było łatwo. I siedzieliśmy sobie przy piwie i zapytałem go, czy on do Polski by nie przyjechał. On mówi: „A słuchaj, jakbyś mógł, to mi zorganizuj to, bo ja bym bardzo chętnie przyjechał do Polski.” Ja mówię: „No dobra, ale dlaczego ty się tak ucieszyłeś, że byś bardzo chętnie przyjechał do Polski?” „Bo wiesz, ja już mam tego dość. Jak ja tutaj występuję na spotkaniach autorskich, to wszyscy mnie pytają, czy mój homoseksualizm wpływa jakoś na moją twórczość i w ogóle mnie o to wypytują, co by było, gdybym ja nie był homoseksualistą. A jak do Polski pojadę, to oni się po prostu będą interesowali tym, co ja napisałem.” Więc to à propos obrazu Polski za granicą jest akurat bardzo sympatyczny.
[03:41:46] - Chciałbym cię teraz zapytać, skonfrontować kilka opinii, na które można się natknąć. Pierwsza dotyczy Roberta Silverberga. Otóż brzmi ona w ten sposób, że jak Silverberg pisał twardą science fiction, to był super, a jak zaczął pisywać takie utwory, które sięgają gdzieś w uniwersum fantasy, to już nie był super. Ja bym chciał, żebyś po prostu to skomentował.
[03:42:11] - To nie ma prostego komentarza. Dlatego cię pytałem o ten nośnik pamięci, na ile on wystarczy. Z Silverbergiem jest dziwnie, bo on wypełnia niby te ramy gatunkowe fantastyki. To znaczy łatwo powiedzieć, że on pisze fantastykę i mniej więcej łatwo rozróżnić, gdzie ona jest i jaka podgatunkowo. Natomiast on stosuje ją tak instrumentalnie i Silverberg zawiera w książkach tak wiele niezwykłych rzeczy, że przynależność gatunkowa w pewnym momencie staje się po prostu kostiumem wygodnym, ubraniem wygodnym na tą pogodę, na tą planetę, na te warunki atmosferyczne. To nie jest literatura gatunkowa, to jest wykorzystanie reguł gatunku do powiedzenia czegoś więcej. To się dobrze tłumaczy, jeżeli niedawno wydane „Skrzydła nocy,” „Nightwings,” powieściowe wziąć do ręki. No jest to postapokalipsa, jest to fantasy militarne, jest podbój Ziemi. Zagłada cywilizacji. Niech to ktoś przeczyta i powie mi, że to jest postapo.
Nikomu to do głowy w ogóle. Jak ja ludziom mówię takie rzeczy na spotkaniach, to oni się drapią w głowę. „Fajnie, ale ja w ogóle tego w ten sposób nie kojarzyłem.” W związku z tym samo to twierdzenie już świadczy o tym, że gdzieś nastąpił błąd w procesie lektury. Nie wiem, czy ty to puścisz i nie chciałbym być zbyt kontrowersyjny w stosunkach z człowiekiem takiej kultury i tak spokojnym jak ty, ale jest pojęcie wprowadzone przeze mnie, które do mnie wraca czytelnika planktonowego. Jest ten plankton czytelniczy. Ludzie, którzy prześlizgują się po powierzchni książki czy ludzie, którzy mają po prostu lektura książki, jak dzieła sztuki, literatury, sprawia im kłopot. Chandler mawiał o takich ludziach, że to są ludzie, którzy przy czytaniu poruszają wargami. Jeżeli oni wypowiadają taką opinię o Silverbergu, to znaczy, że oni się minęli z Silverbergiem po prostu. Z całym szacunkiem dla tych ludzi, oni tworzą masę konsumpcyjną, oni pchają swój wdowi grosz w produkcję i dystrybucję książek i dzięki niemu ten świat się w ogóle kręci. Ale oni są w sumie ofiarą, bo oni 80, 90% książki po prostu nie przeczytali.
Moim zdaniem Silverberg nigdy w życiu nie napisał typowej książki fantastycznej i nigdy w życiu nie napisał typowej książki fantasy. Natomiast on wykonał numer stulecia i stąd prawdopodobnie jest to pytanie. Ja się domyślam. Ponieważ rozwodził się z żoną pierwszą, Barbarą, po tym, co opisane było we wstępie do „Skrzydeł nocy”, kiedy mu spłonął ten wspaniały, zabytkowy nowojorski dom po legendarnym burmistrzu Nowego Jorku, którego już nazwiska nie pomnę. Był to rozwód. Jak to rozwód nigdy nie jest przyjemny, mimo że tam nie było dzieci, kobieta jest jednak preferowana. Sam Bob powie, że Barbara bardzo mu pomagała w początkach kariery. W każdym razie mógł stracić kupioną już wtedy za cenę tego domu posiadłość w Oakland w Kalifornii, jeżeli nie zapłaci 100 tysięcy gotówką Barbarze ówczesnych dolarów. Dzisiaj prawdopodobnie byłoby to kilkanaście milionów. I w związku z tym poleciał, zawarł umowę z wydawcą i na czas rozprawy sądowej musiał oddać książkę i zainkasować te pieniądze.
W związku z tym napisał „Madżipur” po prostu trochę dla żartu, a trochę dlatego, żeby to się sprzedało, żeby to zostało przyjęte i żeby ocaliło mu tą posiadłość oaklandową. Przy czym pisząc to utylitarnie dla żartu, od godziny do godziny, bez szczególnej przyjemności, on pozostał Silverbergiem. To są wspaniałe rzeczy tam napisane, zawierające w dodatku mnóstwo żartów wiążących je ze współczesnością. I nie, nie jest tak. Silverberg zawsze pozostanie Silverbergiem. Mój Boże drogi, czy Sienkiewicz jest inny, kiedy pisze o polskim XVII wieku albo XIX-wiecznej Afryce? Czy pisze dla dzieci, czy dla dorosłych? Zresztą na ile „W pustyni i w puszczy” jest dla dzieci? To jest też pytanie. To jest pamiątka z czasów, kiedy literatura dziecinna tym się różniła od literatury dorosłej, że mogą ją czytać dzieci.
Natomiast nie była dla dzieci pisana specjalnie. Tak on pozostał. Czy tak to zakwalifikować, czy śmak to zakwalifikować, czy jeszcze inaczej? Tak pozostaje zawsze sobą. On jest nieodróżnialny. Nic się nie różni od samego siebie, niezależnie od tego, co pisze. Równa się sobie.
[03:46:52] - Kiedy powiedziałeś o planktonie czytelniczym, przypomniała mi się rozmowa, którą toczyliśmy przed nagraniem. Rozmowa, która dotyczyła tego, co to jest literatura popularna, a co to jest literatura pop. Bardzo ciekawe rozgraniczenie wtedy podałeś i ja bym bardzo poprosił, żebyś się podzielił tą myślą również z naszymi słuchaczami.
[03:47:14] - Chodzi ci o tą silverbergowską rozmowę? To jest temat, który za mną chodzi i on będzie rozwinięty i w dyskusjach, i w Feniksie, i gdzie indziej, jeżeli mi teksty przyjmą. To jest straszna rzecz obserwowalna w tej chwili, w której to, co poprzedza się przedrostkiem pop: popliteratura, popkultura, pop coś tam, jest równorzędne z tandetą. Ta książka jest napisana niedbale, niechlujnie. Autor nie miał nic do powiedzenia. Skopiował kilka wzorów, żeby lepiej mu się sprzedało wśród czytelnika planktonowego. Usprawiedliwienie? To jest pop literatura. Fantastyka jest pop literaturą. Otóż owszem, fantastyka jest pop literaturą, ale też owszem, nie jest to usprawiedliwienie niczego.
Chciałeś anegdotki? Masz anegdotkę. Jest takie opowiadanie Silverberga, które się nazywa „Gianni”, o które ja dla „Fenixa” wojowałem z Bobem. Zapłaciłem mu jakieś pieniądze. Mówi: „Weź lepsze opowiadania. To jest żart, to jest opowiadanie błahe. Ja je napisałem jako wypełniacz do tomu. Dlaczego ty chcesz to opowiadanie?” „Bo chcę to opowiadanie.” I się w końcu z oporami zgodził. Opowiadanie „Gianni” to jest historia włoskiego kompozytora Giovanni Battista Pergolesiego, znanego chyba już tylko muzykologom i koneserom. On był o pół pokolenia wcześniejszy od Mozarta.
Zrewolucjonizował operę komiczną. Miał 26 lat bodajże, kiedy umarł, mając za sobą rewolucję w operze komicznej i kilkadziesiąt tych oper napisał. I arcydzieło grane do tej pory. Chyba jedyne grane do tej pory jego prawdziwe arcydzieło „Stabat Mater”. Opowiadanie jest o tym, że naukowiec, który prowadzi badania nad ożywianiem postaci, możliwością przeniesienia postaci z czasów dawnych do czasów dzisiejszych, czyli ożywienia ich dla naszej kultury, upatrzył sobie Pergolesiego. I wszyscy się dziwią, dlaczego właśnie nie Mozarta, nie kogoś słynnego, że wtedy byłaby reklama i granty. On mówi: „Nie. Ten biedny chłopczyna nie miał szans się pokazać. Mozart był po trzydziestce uznany, kiedy umarł, a on był dzieciakiem, gówniarzem, szczylem i należy jego przynieść i on naszą kulturę wzbogaci dopiero. On się będzie dopiero rozwijał i naszą kulturę wzbogaci, w nią wrośnie i nasza kultura dzięki niemu będzie sławna.” I tego chłopaka, który prowadził fatalne, bandyckie życie, który umierał na choroby weneryczne, jak go zamknęli w żeńskim klasztorze, bo był chory, to cały klasztor rozbestwił straszliwie i go musiano stamtąd wyrzucić.
Sprowadzają do naszej współczesności, dają mu wszystkie możliwości. On jest ubrany, bogaty, żyje, ma opiekę medyczną. Wszystko, co chce. Instrumenty z epoki. Siadaj i komponuj te opery, te symfonie, te piękne rzeczy. Gucio nie ma tak. Wyrywa się na wolność, przystaje do kapeli, która jest przyszłościową wersją kapeli heavy metalowej i zaczyna grać z nią. I pytają go. Ten, kto go przywołał do życia, kto jest jego mentorem i autorytetem, pyta: „Dlaczego ty nie komponujesz symfonii?” Czegoś on odpowiada: „Bo tego nikt nie słucha. Na sali koncertowej siedzi kilkadziesiąt ubranych jak laski ludzi, sztywnych jak laski i wystrojonych ludzi.
A jak ja kiedyś komponowałem, to moje arie.” Wtedy, kiedy żył za jego pierwszego życia. To jest właśnie cytat kluczowy. „Moje arie gwizdali na ulicach.” Nie jest tak. Popkultura to jest naturalna forma kultury. Gdzieś w XIX wieku powstała tak zwana kultura wysoka. Diabli wiedzą po co. Po to, żeby przechowywać arcydzieła. Ale prawdopodobnie to jest kwestia finansów. To, co unikalne ze starych czasów zaczęło nabierać wartości i należało to jakoś chronić przed spekulacją. Więc powstały muzea, które nie są świątyniami sztuki, tylko grobowcami sztuki, a tak naprawdę sztuka toczyła się przez całe— malowano na murach, wystawiano w kościołach.
Autorzy, twórcy przyjmowali zlecenia i wykonywali je dokładnie według wskazówek zlecającego, czy się na tym znał, czy nie. Te zlecenia później odbierano i dostosowywano. Mało kto wie, że tak zwana „Straż nocna” Rembrandta, która jest wymarszem strzelców, a nie strażą nocną, została wstępnie po odbiorze od Rembrandta przycięta, bo się nie mieściła zamawiającym na ścianie i ona straciła kilkanaście centymetrów z jednej strony i kilkadziesiąt z drugiej. Upiłowane to zostało po prostu, żeby dobrze weszła w miejsce, w którym miała się znaleźć. Pop jest naturalną formą kultury, a nie usprawiedliwieniem dla tandety. Oczywiście tandeta istnieje i ona zawsze będzie istnieć. Prawo Stargardzona: 90% wszystkiego nie jest nic warte, obowiązuje w każdej dziedzinie. Natomiast uznając ten fakt, nie szukajmy dla tandety usprawiedliwienia, nazywając ją popem, ponieważ ona jest po prostu tandetą w pierwszej kolejności, a popem w drugiej, tak jak wielka sztuka ma swoją tandetę, która nazywa się kiczem.
[03:52:12] - Dziękuję za rozmowę w takim razie i myślę, że dasz się w przyszłości namówić na kolejną.
[03:52:17] - Bardzo chętnie. Dla mnie to nie problem gadanie.
[03:52:20] - To czuję się zaproszony i już w takim razie szykuję pytania. Dziękuję bardzo.
[03:52:24] - Apru. Dziękuję bardzo. No i mam nadzieję, że nie zanudziłem na śmierć.
[03:52:56] - No, proszę państwa. Myślę, że ten cykl jeszcze przez jakiś czas będziemy ciągnąć, bo kilku autorów jeszcze przed nami. Myślę, że z równie ciekawymi opowieściami. A teraz dzisiejszy odcinek „Bibliotekarium” bogaty będzie w prozę. Bo mieliśmy już świetne opowiadanie „Skrzypce”. To teraz sięgnijmy po prozę znanego państwu Bruno Kadyny. Dzisiaj kolejne opowiadanie czytane w krzakach zatytułowane „Projekcje zawiści.”
[03:53:39] - Bruno Kadyna. Opowiadania czytane w krzakach. Projekcje zawiści. Przebiegł przez ulicę. Kiedy wchodził do baru, kobiety siedzące przy stolikach na zewnątrz, mimo że miały towarzyszy, spojrzały na niego kokieteryjnie. W środku jedna pani na jego widok odgarnęła włosy za ucho i poprawiła się na krześle jak przed rozmową o pracę. Czekała, aż na nią spojrzy, żeby móc uśmiechnąć się zalotnie. Ale on miał to gdzieś. Chciał tylko odebrać zamówienie i pojechać do parku zjeść. Był piękny, ciepły dzień.
Usiadł na ławce pod drzewem i spojrzał w górę. Tutaj niepodzielnie rządziły gołębie. „Niech tylko któryś spróbuje” — pomyślał. Odkręcił zimną colę zero, postawił przed sobą na ziemi i zabrał się za jedzenie. Młoda, ładna mamuśka na ławce naprzeciwko zerkała na niego spod rzęs. Może to jakiś celebryta? Na pewno ktoś ciekawy i bogaty, skoro tak dobrze wyglądał. Żarł łapczywie, czując, że go obserwuje. Wiedział, że jest uznawany za przystojnego, choć sam tego nie widział. Twarz jak twarz.
Potrafił powiedzieć, czy kobieta jest ładna, ale facetów, łącznie z sobą, nie był w stanie ocenić w takich kategoriach. Po jaką cholerę zresztą? Uważał, że każdy jest wart tyle samo. Co za różnica, jaką ma powłokę. Jego przecież skrywała przeciętną osobę. Zjadł, wyrzucił opakowanie do kosza i zerknął na mamuśkę. Przestała się nim interesować, kiedy zobaczyła, jak wpieprza. Uśmiechnął się i poszedł w stronę morza. Czas na lody. W lodziarni obsługiwała pani przy kości, na oko niewiele młodsza od niego.
„Dzień dobry” — uśmiechnął się do niej. „Dzień dobry” — odpowiedziała i odwróciła wzrok. „Co podać?” — rzuciła, patrząc na półki pod ladą. Żałowała, że tu wlazł. „Poproszę trzy gałki”. Chwyciła gałkownicę i czekała oparta o blat jak sprzedawczyni w mięsnym z czasów PRL-u. Nie cierpiała klientów, którzy mogli wsuwać tyle lodów, ile dusza zapragnie, a i tak wyglądali jak hollywoodzcy aktorzy. Jak ten tu gwiazdor. Ja pierdzielę, ile tego jest! Taki był na żarty, że ciężko mu było się zdecydować.
„Już pan wie, co pan chce?” „No właśnie nie, przepraszam. Nie wiem, co wybrać. Jednak będą dwie gałki. Nie udźwignę trzech. No kurde, może klasycznie czekolada i wanilia?” „Może szybciej?” To nie był żartobliwy ton. Spojrzał na nią. „Ile się można zastanawiać?” — dodała. „Przecież nie ma nikogo za mną. Śpieszy się pani gdzieś?” „Rano przed lustrem też pan jest taki niezdecydowany, którym kremem buźkę nasmarować?” „Co pani zwariowała? Dlaczego pani jest niemiła?” „Ja?
To nie ja zachowuję się jak książę przy wyborze lodów i stroję fochy, kiedy ktoś zwróci uwagę”. Nie będzie sobie myślał, że może tu gwiazdorzyć. Nie przy niej. Normalnie odwróciłby się i wyszedł bez słowa, ale nie tym razem. Domyślił się, o co chodzi. Co za głupia baba. „Jakby tu stał ktoś grubszy jak pani, byłaby pani miła, prawda? Byłoby jak trzeba”. „Jak pan śmie?” — zapowietrzyła się. „Jak można przez własne kompleksy tak traktować innych?” „Kompleksy?
Pan jest śmieszny. Można być uprzejmym dla każdego, niezależnie jak wygląda i co o sobie myśli. Nie wiedziała pani o tym?” Odwrócił się i wyszedł. Grubaska stała z rozdziawioną japą, nienawidząc takich ludzi jeszcze bardziej, bo pan ładny na dodatek uważał się za mądrzejszego od innych. Jeszcze żebym ją podrywał czy coś i pomyślała, że sobie z niej żartuję. Myślał kiedyś, że dla większości wygląd nie jest tak ważny, przynajmniej nie w codziennych kontaktach. Ale się mylił. Popieprzony świat. Najgorsi są ludzie sami uznający siebie za brzydali. W ogromnej mierze budują podziały, karmią własne kompleksy, żywiąc wrogość do ludzi kategoryzowanych jako ładniejszych, z góry traktując niesprawiedliwie.
Im bardziej zakompleksiony człowiek, tym dla kogoś, jego zdaniem wyglądającego lepiej, złośliwszy i bardziej gmurowaty. Jestem zwykłym typem. Szedł w kierunku samochodu i patrzył na przechodniów. Głupi ludzie. O ile niewiele znaczące kontakty mógł olać, to kiedy miał cokolwiek załatwić u takiej zakompleksionej osoby, przez jej skupienie na wyglądzie stawało się to niemożliwe, a przynajmniej nieprzyjemne. A dla niego rozmowy z obcymi już same w sobie były wyzwaniem. Zawsze mu się wydawało, że brzydsze osoby są mądrzejsze, bo mają więcej oleju w głowach i ciekawsze zainteresowania od pustych, wypacykowanych pięknisiów skupionych na wyglądzie. Nic bardziej mylnego. Przekonał się o tym, kiedy pragnął związku i szukał kogoś o pięknym wnętrzu. Czasami żałował, że nie miał innej gęby.
Z tą fryzurą już wyglądał jak frędzel, ale to widać za mało. Chodziło mu nawet po głowie, żeby olać ćwiczenia i utuczyć się jak wieprz. Ale nie czuł się dobrze z tym, że miałby przestać być sobą, żeby kogoś zadowolić. Chociaż może święty spokój był tego wart? O ja! Przewrócił oczami, bo przypomniał sobie, że miał iść wieczorem do Zagórskich. Ze znajomymi nie było lepiej. Podświadomie chcieli jego towarzystwa, bo dobry z niego chłop. Ale kiedy tylko się pojawiał, kobiety zaczynały się do niego wdzięczyć, a z facetów wychodziła zawiść. Po części z powodu swoich kobiet, bo nie zawsze potrafiły ukryć koketerii, ale głównie przez jego wygląd i sposób bycia.
Natalia Zagórska wpatrywała się w niego jak w pączka do kawy, a Michał udawał kolegę. Po co oni mnie zapraszają? On ich lubił, ale po jaką cholerę oni się męczyli? Jakiś masochizm? Bardziej Michał się męczył, bo Natalia wyglądała na zadowoloną i to pewnie jej zasługą były zaproszenia. Brakowało tylko, żeby zaczęła go smyrać pod stołem girą po kroczu. Zatrzymał się. Mogłem być milszy. Z tego nic dobrego nie będzie. Pomyślał o sprzedawczyni lodów.
Zerknął na zegarek. Do spotkania sporo czasu. Może tam wrócić? Pomyślał o lodziarni. Nie wiedział, jak miałby zareagować, żeby ta kobieta potraktowała go sprawiedliwie. Mogę spróbować. Może się pomyliłem i miała zły dzień albo okres i wcale nie chodziło o mnie. Piękniś zasrany. Nie chodziło też do końca o nią. Chciał poczuć się lepiej.
Kontakty z obcymi były wyzwaniem, a po tym wydarzeniu mógłby znowu się jakoś zblokować. Cieszył się, że z wiekiem nauczył się szydzić z własnej nieśmiałości jak z głupiej siostry. Nie chciał tego stracić. Poszukał kwiaciarni, kupił bukiecik i wrócił do lodziarni. Poczekał, aż wyjdą klienci i wszedł. Kobieta zmarszczyła się na jego widok. Zależało mu, żeby mieć jak najpoczciwszy wyraz twarzy, ale musiałby sobie chyba ten ryj niczym wyrzeźbiony przez artystę wysmarować błotem. Chciałem panią przeprosić. Brzydko się zachowałem. To dla pani.
Wyciągnął ramię, żeby podać kwiaty, ale kobieta ani drgnęła. Milczała chwilę, po czym wyraźnie zadarła nos. Zaświstała z obrazą, myśląc, że pewnie zrobił to, bo nie mógł znieść, że ktoś może myśleć o nim źle. Nawet obcy. Jak księżniczka z bajki. Położę tutaj. Nie znam pani i nie oceniam po wyglądzie, ale na pewno jest pani ciekawą i wartościową osobą. Trzeba tylko odrzucić syf i to odsłonić. Kwiaty spoczęły na ladzie, a on wyszedł. Liczył na jakąś rozmowę, w której pokazałby, że jest taki sam jak ona.
Ale jak to mówią: nie zesrasz się. Ech, zapomnieć. Nawet jeśli niczego nie zmienił w tej pani, czuł się lepiej. Nie miał ochoty iść do Zagórskich, szczególnie po wiadomości od Michała, z której dowiedział się, że mieli być jeszcze Dużyńscy. Ci mnie dopiero nie lubią. Korciło go, żeby odwołać wizytę, ale wtedy Michał powiedziałby Dużyńskim, że to przez nich go nie będzie i gigant obraza gotowa. Pójdę. Najwyżej szybko się zawinę. Żadnego ze swoich nielicznych znajomych nie mógł nazwać przyjacielem i do niedawna bardzo go to męczyło. Nawet nie zauważył, kiedy przestało, a samotność stała się bezpieczną strefą komfortu.
Mył zęby i patrzył w lustro. A idź pan z tym ryjem. Chciałby, żeby inni widzieli to, co on. Po wyjściu z domu wpadł na pomysł. Powinna być jeszcze otwarta. Była. Drzwi kwiaciarni trąciły dzwoneczek u góry. Ciekawe co powie, pomyślał o Patrycji Dużyńskiej, wybierając bukiecik. Nie lubiła go, bo przyznał kiedyś, że jest gruba. Nie ze złośliwości, ale w durnej rozmowie po alkoholu, którą sama wywołała z wyraźnym oczekiwaniem, żeby zaprzeczył, że nie ważyła sto kilo.
A przecież ważyła. Poproszę dwa takie. Jak można oczekiwać kłamstwa, zamiast zacząć się odchudzać albo chociaż przestać żreć jak świnia? Jeśli wygląd był tak ważny i nie sposób skupić się na wnętrzu albo milionie innych ciekawych rzeczach. A jak się wkurzy? Pomyślał o jej mężu. Trudno. Dziękuję pięknie. Zapłacił i wyszedł. Łukaszku mój drogi — zawołał Michał po otwarciu drzwi.
Czego się trzesz na całą klatkę? Łukasz wręczył bukiet. A nie, to dla ciebie. Zamienił rękę na tę z butelką. Co ty, z kwiatami? Dla dziewczyn. Pati też już jest? Jest. Dziwny jesteś. Najprawdopodobniej.
Bo kupiłem kwiaty? Kto kupuje kwiaty? A co jest w regulaminie, że nie wolno? Wszedł do salonu. Reszta siedziała przy prostokątnym stole. Po lewej Natalia, po prawej Dużyńscy. Zamilkli, kiedy go zobaczyli. Jak zza zasłony wyskoczyły sprzeczne uczucia, w których przeważały te niezbyt dobre, bo wkroczył do pokoju wyprostowany pewnym krokiem jak jakiś książę. Zamiast normalnie nieśmiało ukłonić się każdemu, a najlepiej paść do stóp. Bo skoro miał twarz jak grecki bóg, powinien na każdym kroku wyraźnie pokazywać, że nie uważał się za lepszego od nich.
A on na dodatek cieszył japę. Na pewno szydził, że daleko im do niego, że jest wysoko ponad nimi. Chyba mogłem odmówić. Cześć — powiedział. Proszę dziewczyny. Podał kwiaty. Sławkowi uścisnął rękę. Ojej, dziękuję — powiedziała w końcu Natalia. Patrycja czekała na jej reakcję, bo sama najchętniej rzuciłaby ten wiecheć za siebie. Przecież te kwiaty to jawna kpina, naśmiewanie się w twarz.
Dziękuję — powtórzyła, odkładając bukiet mężowi pod nos. A z jakiej to okazji? — zapytała gospodyni. Tak po prostu. Lubicie kwiaty, dziewczyny? Może jednak będzie miło. Sławek patrzył na bukiet żony, a jego twarz zaczęła odbijać projekcję powstającą w głowie. Ale się skrzywił. Zaraz dostanie sraczki. Łukasz usiadł na przygotowanym dla niego miejscu na czele stołu.
Patrzył, jaki reset w dzbankach zrobiły im te kwiaty i żałował, że je kupił. Whisky? — zapytał go Michał. Poproszę. Chcesz namówić żony? — zażartował gospodarz, nalewając. Pokazać, że jest taki świetny — powiedział Sławek, patrząc na Michała. Oczywiście żartem. I po co to? Mam nadzieję, że nie czujesz się gorszy — zapytał Łukasz.
A w życiu. Ale ty na pewno czujesz się lepszy. Musiał podbudować swoje ego — dodał Michał. Uśmiechy już ledwie im się trzymały na gębach, jakby odklejały się rozmoczone etykiety i odkrywały prawdziwe wyrazy twarzy. A może jest tak, jak powiedziałem? — zapytał Łukasz. — Co, nie uważasz tak? — Sławek ciągnął swoje żałośnie udawanym żartobliwym tonem. — Ta siłownia, uśmieszek i cwaniackie zachowanie na każdym kroku. Co, nie jest tak, że czujesz się lepszy od nas?
Tylko w twojej głowie. Nikt ci nie broni chodzić na siłownię i nabrać pewności siebie, robić to, na co masz ochotę — powiedział Łukasz. — Nie życzysz mi za dobrze, co? Niepotrzebnie tu przyszedłem. Wiedział, że tak będzie. Znowu się łudziłeś, że będzie fajnie, głupi naiwniaku. Sławek milczał. Wrzało w nim, bo ten wyniosły typ drwił z niego tymi swoimi lekko wypowiadanymi słowami. I co to za pytanie wpędzające w poczucie winy? Też stawiało go na wyższej pozycji.
A najbardziej wkurzało, że żaden złośliwy grymas nie szpecił jego pięknej buźki. Ach, gdyby tylko coś mu ją przytrąciło. Jakiś paraliż po wylewie albo wypadek. Reszta też milczała, jakby unieruchomiła ich gęsta jak smoła atmosfera. Zazdrość zamienia się w zawiść, a ta jest formą nienawiści i życzy jedynie zła — dodał Łukasz. Zazdrość? Chyba śnisz. Jesteś wyniosły i tyle — wybuchł Sławek. I to by było na tyle. Ej chłopaki, to miał być miły wieczór.
Po co te gadki? — do rozmowy wtrąciła się Natalia. Łukasz wstał i dosunął po sobie krzesło do stołu. A idź pan z tym ryjem. Stary, gdzie idziesz? — zapytał Michał. Durne pytanie. Dziękuję za zaproszenie. Życzę udanego wieczoru — powiedział Łukasz do gospodarzy. Cisza kompletna.
Nie sądziłem, że aż tak szybko się zawinę. Do przedpokoju odprowadził go odgłos własnych kroków. Po chwili przyszła za nim gospodyni. Chciałaby, żeby został. Przepraszam cię. Szkoda, że tak wyszło — powiedziała cicho. Zostań, proszę. Od razu wyczuł w tonie jej głosu coś jeszcze. A kiedy założył buty i się wyprostował, stanęła przed nim o wiele bliżej, niż życzyłby sobie tego jej mąż. Uważam, że świetny z ciebie facet.
Dotknęła jego piersi. Gdybyś chciał się spotkać na kawę i pogadać o tym, co się tu stało, daj znać — wyszeptała. I stopą pod stołem poszukać kota. Uśmiechnął się i wyszedł. Kiedy zamknął za sobą drzwi, poczuł stratę, bo uświadomił sobie, że to ostatni znajomi, którzy go zapraszali. Srać na takich znajomych. Nie powinno być mi smutno, ale było. Natalia zadzwoniła na drugi dzień po południu, jakby wiedziała, że jeszcze nie jadł i był zmiękczony alkoholem. Wczorajsza kolacja się nie udała. Bardzo mi przykro z tego powodu — powiedziała.
Nic nie szkodzi. Kwiaty były piękne. Cieszę się, że ci się podobały. Zrobiłam dla ciebie kurczaka, żebyś miał coś dobrego na dzisiaj. Mam nadzieję, że jeszcze nie jadłeś. Właśnie miałem sobie coś zrobić. Wyobraził sobie chrupiącą skórkę i gorące, odchodzące mięsko od kości. Mogę cię podrzucić. Jestem niedaleko. Był pewien, że przygryzła wargę z nadzieją, że się zgodzi.
Do jego głowy wepchnęła się wizja stopy pod stołem. Tym razem wydawała się przyjemna. Ładne ma stopy i parę innych części ciała. Skoro niedaleko, to zapraszam. Głupek. Jestem za parę minut. Kilkanaście minut później jadł kurczaka, czując na sobie jej wzrok. Czuł woń kobiecych perfum pośród zapachu dania. Siedziała z drugiej strony stołu i podpierała brodę ręką, obserwując go uważnie. Po jedzeniu usiadł w fotelu, założył nogę na nogę.
Szklanka whisky wróciła do dłoni. Natalia została przy stole, podekscytowana swoją obecnością tutaj, o której nikt nie mógł się dowiedzieć. Potwornie peszył ją wzrokiem. Badał bez krępacji smukłą szyję i głęboki dekolt. Krótka sukienka odsłaniała uda. Paznokci ładnych stóp zdobił czerwony lakier. Wyglądała jak gotowa do startu. Do niego albo do drzwi. Jesteś pijany i słaby, pamiętaj. Brudne gry dla dorosłych ekscytowały jak mało co.
Leniwy jazz w tle nie pomagał nad sobą panować. Podświadomość głodna kobiety popychała do czynu od chwili, gdy odebrał od niej telefon. Oboje mieli wrażenie, jakby w ogóle się nie znali i dopiero mieli poznać. W sumie tak właśnie było. Michał wie, że u mnie jesteś? Umówił się z chłopakami na pokera. Fajnie. Kojarzył, z którymi. Nigdy go nie zaprosili, ale był tam z nimi często na ich językach. A ty pomyślałaś o mnie?
Szkoda, że tak wyszło wczoraj. Chciałam się zrewanżować. Nie wiem, dlaczego oni się tak zachowali. Wiedziała, bo po jego wyjściu wyrzygali na stół całą ropę zalegającą trzewia, co niczego dobrego nie dało, bo szybko zaczęła się zbierać na nowo. Nieważne już — powiedział. Mam nadzieję, że przyjdziesz jeszcze do nas. Jak ona sobie to wyobraża? Po moim wyjściu nie mówili o mnie niczego dobrego, co? Zawahała się. Powiedz, przecież wiem.
No nie mówili. Więc jak miałbym was jeszcze odwiedzić? Nie wiedziała, jak odpowiedzieć. My też widzimy się pewnie ostatni raz — dodał. Ty podstępny. Zaskoczona otworzyła szerzej oczy i wyprostowała się na krześle. Nie pomyślała o tym. Po co ruszać tę babę? Pełno jest innych. Jak dla niego twarz miała przeciętną.
Wąskie usta, szeroka szczęka, duży nos. Podtrzymywał okulary. Ale to ciało! „Mam nadzieję, że to nieprawda” powiedziała. „Obawiam się, że prawda.” Wstał, zrobił głośniej muzykę i wyciągnął dłoń. „Zatańczymy na pożegnanie?” Cwaniacki uśmiech. Wiedział, że ją zachęci. I po co to robisz, głupku? Niemal czuł woń jej podniecenia. Pchała do działania silniej niż alkohol.
Roześmiała się, podała dłoń i wstała. Przylgnęła do niego, a on nabrał pełne płuca jej zapachu. Ach, kobieta. Nie tańczyli długo, kiedy wyczuła erekcję. Najlepszy z sygnałów do działania. Można wyłożyć karty na stół bez obaw przed odtrąceniem. I już miała tam sięgnąć, kiedy usłyszeli dzwonek domofonu. Co jest? „Michał” szepnęła i odsunęła się od niego. „Skąd wiesz?” „Nie wiem, ale na dole stoi mój samochód.
Jeśli to on, to przecież wie, że tu jestem. Sprawdzisz?” Nie miał zamiaru, ale cóż, trzeba było nie przyjeżdżać. „Okej, niczego złego nie robimy przecież.” Uśmiechnął się. Z tej erekcji można by się jeszcze wyłgać. Może jednak nie poczuła? Poszedł do przedpokoju i podniósł słuchawkę domofonu. To Michał. Oczywiście. „Dawaj do góry, jest twoja żonka” powiedział Łukasz. Mieszkał na drugim piętrze.
Miał czas uspokoić Natalię. „Jesteś bardzo miła, że zrobiłaś dla mnie kolację. Chyba nie będzie o to zły, co?” „Chyba nie. Ale wiesz jak jest z wami, facetami.” „Dajesz mu powody do zazdrości, to co się dziwisz?” Pukanie do drzwi. „Cześć” powiedział Łukasz. Michał nie odpowiedział. Pomaszerował prosto do salonu szukać żony. Miał w czubie i był odważny. Koledzy czekali na dole. A buty.
„A ty nie grasz z chłopakami?” zapytała Natalia. Znowu siedziała przy stole. Była pewna, że ten głupek zobaczy niewinny, towarzyski obrazek. Stół pomiędzy nimi uniemożliwiający jakikolwiek kontakt cielesny, a na nim talerze i resztki kurczaka w naczyniu żaroodpornym. Dowody, czym byli zajęci. I przecież Łukasz szybko podniósł słuchawkę domofonu. „Czemu nie powiedziałaś, że tu przyjdziesz?” zapytał mąż. „Głupio mi było przed Łukaszem po wczorajszym wieczorze. Wyszedł, zanim czegoś spróbował.” Do tonu dodała nutę pretensji, którą kobiety najskuteczniej odwracają uwagę. „Tobie też powinno być.” Ale nie było ani trochę.
Michał pałał innymi emocjami po tym, jak koledzy zaczęli go nakręcać. Wspomniał przy pokerowym stole, że w domu żonka wyglądała, jakby się gdzieś szykowała, ale na pytanie, czy gdzieś wychodzi, odpowiedziała, że jeszcze nie wie. Raczej nie. Na pewno przyjedzie po niego, kiedy skończy grać. Kiedy żartowali, że pewnie zrobiła się na bóstwo dla Łukasza, nieświadomie wywołali w głowie Michała wizję, która prześladowała go od lat, którą sam często podsycał i wywołała niejeden wzwód. Stała się szczególnie wyraźna, kiedy Natalia nie odbierała telefonu i nie odpisywała na wiadomości. Wizja, w której Łukasz robił z nią, co chciał, a ona na wszystko pozwalała, przeżywając o wiele silniejsze orgazmy niż z nim. Zatracając się zupełnie i nie pamiętając o mężu albo śmiejąc się z niego, jakim był fajtłapą w porównaniu z tym Harpaganem. Kiedy zobaczył jej samochód na dole, stało się jasne, że jego zboczona fantazja się urzeczywistniała. Może już urzeczywistniła.
I teraz żadna udawana scena tego nie zmieni. „Przyszłaś dać mu dupy, prawda?” Trząsł się jak w gorączce. Natalia rozdziawiła buzię. Łukasz nie wiedział, czy to udawany szok, czy prawdziwy. „Ty, przyszła z kurczakiem. Dupy nie widziałem. Nie zdążyłem.” Spojrzał na jej świetne biodra. „Nie powstrzymałbyś się, co?” zapytał Michał. Łukaszowi było wszystko jedno. Whisky przyjemnie szumiała w głowie.
Żałował, że ten pajac przyszedł. Na dodatek nie zdjął butów. „Gdyby wypięła dupkę, pewnie nie.” Puścił do niej oczko. „Za to kurczak był pyszny. Mogłaś mówić, że przyjdziesz. Zostawiłbym ci trochę, zazdrośniku.” Michał wyobraził sobie, jak Natalia podciąga sukienkę, opiera się o stół i wypina swój krągły tyłek Łukaszowi. Odwrócił się do żony i zobaczył, z jaką fascynacją patrzała na Harpagana po jego żarciu o wypięciu dupki. Miała podniecenie wypisane na twarzy. Ten widok i perwersyjna projekcja, żywa jak nigdy wcześniej, wywołały mrowienie w gaciach Michała i orgazm tak silny, że zadrżał cały i nogi się pod nim ugięły, mimo że nie miał wzwodu. Wytrzeszczył oczy, a z ust wyleciało krótkie, ciche jęknięcie, którego nie zagłuszyła muzyka.
„Wychodzimy” powiedział drżącym głosem i poszedł do wyjścia, błagając w myślach niebiosa, by wilgoć przebiła przez spodnie dopiero kiedy wsiądzie do auta. Czuł, że było jej mnóstwo. „On właśnie...” Łukasz ledwie powstrzymał śmiech. Popatrzył na Natalię. Była równie zdziwiona jak on. Wiedziała już, że na pewno tu wróci, ale teraz musiała pójść za mężem. „Przykro mi, że tak wyszło. Mam nadzieję, że ci smakowało i powtórzymy to na spokojnie” powiedziała cicho. Przechodząc obok, dotknęła jego policzka. „Dziękuję.
Było bardzo miło” dodała, obiecując spojrzeniem, że nie widzą się po raz ostatni. „Idź już, świntucho.” Uśmiechnęła się jak zdemaskowana nastoletnia rozpustnica. Masakra, co za świry. Poczuł, że przetrzeźwiał. Po godzinie Łukasz siedział w fotelu i myślał zupełnie trzeźwo. Podniecenie odeszło razem ze znajomymi. Zastąpiło je poczucie winy i wstyd. Trzeba to naprawić. Nie chciał z powodu tego, do czego doprowadził, czuć się źle do końca życia albo przez lwią jego część. Zadzwonić czy napisać?
Zdecydował, że napisze. Na rozmowę mogło być za wcześnie. Stary, jesteśmy ludźmi wartymi tyle samo. Popełniamy błędy, robimy głupoty. Do niczego nie doszło i nigdy nie dojdzie. Możemy oczyścić atmosferę, wzmocnić tym naszą znajomość i polegać na sobie. Widzimy się? Daj znać kiedy ci pasuje. Zapraszam do siebie. Chciał dopisać, że Natalia zostawiła naczynie żaroodporne, ale wolał o niej nie wspominać.
Naczynie, nie zając. Odezwała się komórka na stole. Natalia była wdzięczna za tę wiadomość. Nieważne kto napisał, byle odciągnął od niej tego psychola. Nagi Michał zrobił krok nad żoną. Jeszcze z tobą nie skończyłem, kochanie — warknął i sięgnął po telefon. Skończy, kiedy w końcu zrobi swoje. Udowodni, że jest o wiele więcej wart od tamtego wyniosłego dupka i potrafi być bardziej męski. Ale jak na złość najważniejsza część ciała nie chciała działać. To na bank wina tego śmiecia.
Przez wydarzenia w jego domu, przez to, że istniał beztrosko, dobrze zarabiał i świetnie wyglądał. Tak jak on nigdy nie będzie, nawet w połowie. I przez to, że jego żona się do niego wdzięczyła. Odczytał wiadomość i zacisnął pięść tak mocno, że paznokcie przebiły skórę i pociekła krew. Śmieć! Jeszcze drwi, jeszcze mu mało — parskał wściekle przez zęby aż opluzone. Natalia oddychała płytko. Nie ruszała się. Miała złamane trzy żebra. Skronie i usta pulsowały i puchły błyskawicznie.
Dziwiła się, że bardziej od pobitej twarzy i żeber bolą ją ramiona, za które szarpał. Spojrzał na nią. Jak dla niego w ogóle nie miała jeszcze dość. Przecież nawet nie zaczął. I właśnie wpadł na pomysł. Przecież może zaspokoić żonę czymś innym, dopóki sam nie będzie mógł. Coś się w domu znajdzie. Coś, co ona dobrze poczuje i nigdy więcej nie pomyśli o swoim wymarzonym lalusiu. Już do ciebie wracam, kochanie — powiedział czule. Napiszę tylko do chłopaków.
Nikt nie może zdzierżyć tego gogusia. Chcesz, żeby go odwiedzić? To go odwiedzimy.
[04:20:35] - To jak już mamy część artystyczną czy część literacką, stricte literacką za sobą, to czas, by wreszcie posłuchać kilku ocen krytycznych, krytyczno-literackich. Zatem na pierwszy ogień pójdzie „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. To już ósmy odcinek, a w nim trylogia „Luna” Iana McDonalda. Ta trylogia — powiem tylko tyle, że prawa do jej ekranizacji za gigantyczną sumę zakupiła ponoć telewizja CBS. Trylogia „Luna” została uznana za jeden z najbardziej ekscytujących — tak czytamy przynajmniej na Lubimy Czytać. Ja się zgadzam, w pełni się z tym zgadzam — za jeden z najbardziej ekscytujących i ważnych cykli SF w ostatniej dekadzie. Teraz mamy już nową dekadę, ale powiedzmy tej poprzedniej dekady. To jest podobno dla nowego pokolenia coś, co można porównać do innej trylogii, trylogii marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona. Ta fantastyka McDonalda to myślę, że jest coś, co powinno satysfakcjonować fanów na przykład „Grawitacji”, filmu albo „Marsjanina”. Takich ludzi, którzy szukają czegoś o szerokiej perspektywie, dużej skali.
Zapraszam państwa, Mirosław Gołuński i „Labirynt książek.”
[04:22:50] - Dzień dobry, witam państwa bardzo serdecznie albo dobry wieczór. Jak zawsze nie wiadomo, kiedy będziecie państwo odsłuchiwać kolejne nasze spotkanie w „Labiryncie książek.” Proszę państwa, dzisiaj coś z klasycznej, a jednocześnie bardzo nowej fantastyki, by pokazać państwu, że nowa fantastyka nie tylko może zaskakiwać, tak jak w przypadku Magdaleny Kocendo, o której mówiłem w zeszłym tygodniu, ale zadawać jeszcze ważniejsze pytania. Może najważniejsze, przed jakimi stajemy jako ludzie, jako kultura zachodnia, generalnie jako cywilizacja. Chciałbym dzisiaj z państwem porozmawiać o trylogii Iana McDonalda „Luna.” Powieść ukazała się relatywnie niedawno na Zachodzie, w Polsce ostatni tom został przetłumaczony w zeszłym roku. To jeden z tych przypadków — to jest „Luna”, „Luna nów” i „Luna wschód” by być precyzyjnym — kiedy warto doczekać do końca ukazywania się trylogii i przeczytać całość razem. Ja przyznaję, że z Ianem McDonaldem spotykam się od wielu lat. Uważam tego pisarza za wybitnego, świetnego fantastę, który w latach 90. być może dla nieco starszych czytelników, którzy mogli u niego odkrywać powieści, które wówczas wydawane były w Polsce w takiej serii Prószyńskiego Nowa Fantastyka. Będę do niej czasami wracał w czasie naszych spotkań, ponieważ ukazało się w niej również wiele wyśmienitych powieści, które albo czytałem wtedy, a najczęściej dzisiaj nadrabiam. Cała trylogia „Luna” ukazała się z kolei w wydawnictwie MAG, mojej ukochanej serii fantastycznej Uczta Wyobraźni.
I ta Uczta to jest właściwie samo w sobie zaproszenie do Labiryntu. O czym jest krótko powieść McDonalda, nim przejdziemy do tego, o czym jest w sensie fabularnym, by potem przejść, o czym naprawdę nam opowiada. Jesteśmy kilkadziesiąt lat, może już 200 lat do przodu. Mamy mniej więcej 2200 rok. Ludzkość skolonizowała Księżyc. Skolonizowała go w ten sposób, że wgryzła się w ziemię, wgryzła się w grunt i generalnie eksploatuje to, co jest pożytecznego na Lunie. Oczywiście również dostarczając Ziemi energię, ponieważ Księżyc jest znacznie lepszym odbiorcą energii słonecznej niż otoczona atmosferą Ziemia. Mamy więc Ziemię skolonizowaną. Ian McDonald, wykorzystując zresztą doświadczenia z wcześniejszych powieści, zakłada, że nad Luną de facto panuje pięć rodzin. Są to brazylijscy Kortowie, chińscy Taiyang, australijscy McKenzie, hinduscy Asamoa oraz rosyjscy Woroncowowie.
Mamy więc pięć rodzin, właściwie pięć rodzin mafijnych, które podzieliły między sobą władzę nad naszym satelitą, gdy przyszedł moment jego podboju. Kolejne trzy tomy tej opowieści to historia o ich wewnętrznej walce o władzę, o zemście. Oni pierwotnie podzielili się strefami wpływów. Zacznę od końca. Woroncowowie zajmują się transportem i bez nich nie można niczego zrobić, ani dowieźć, ani przywieźć z Ziemi, ani na Ziemię. Asamoa zajmują się przyrodą, naturą i uprawiają roślinność, która oczywiście jest niezbędna, tak by Księżyc w ogóle mógł być samowystarczalny. McKenzie zajmują się wydobywaniem surowców, podobnie zresztą jak brazylijscy Korta, chociaż Korta bardziej zajmują się energią. Z kolei Chińczycy pełnią najbardziej niezwykłą i dość dwuznaczną rolę w tej układance. Między rodzinami Korta i McKenzie dochodzi do krwawych nieporozumień. To jest siła napędowa i oś fabularna powieści.
I to już na tym poziomie jest powieść wyśmienita. Nieprzypadkowo niedawno dotarła do nas wiadomość, że McDonald sprzedał prawa do swojej trylogii. Będzie ona oczywiście filmowana. Naprawdę czekam, ale czekam również na to, czy twórcom telewizyjnym, bo to ma być serial, uda się opowiedzieć coś znacznie więcej. Uda się dotknąć istoty tej opowieści. Bo jak już pewnie państwo się przyzwyczaili, słuchając mnie, mnie mniej interesują fabuły. Dzięki temu nie muszę spoilerować, a jeżeli spoilery się pojawiają, to dlatego, że jest mi to do czegoś potrzebne. O wiele bardziej interesują mnie przesłania tych powieści i o nich przede wszystkim w naszych spotkaniach mówię, ponieważ to je wydobywam, ale wydobywamy je wspólnie z labiryntu, po którym wszyscy krążymy. I nie jest przypadkiem, że sięgam właśnie po tę konkretną powieść McDonalda. Mógłbym sięgnąć równie dobrze po „Rzekę bogów” czy „Dom derwiszy”, które również są fantastyką bliskiego zasięgu, ale wydaje mi się, że w tej powieści McDonald doszedł najdalej.
Księżyc jest ziemską kolonią, tak jak powiedziałem. Co się na nim liczy najbardziej? Woda i tlen, ponieważ te elementy muszą być właściwie dostarczane. A więc ten, kto ma tlen, czyli powietrze i wodę, ten ma władzę. Stąd tak silna pozycja Woroncowów, którzy handlują, którzy przewożą. To oczywiście system naczyń powiązanych, ale obserwujemy bardzo liczne postacie. McDonald jest mistrzem postaciowego zagęszczania swoich utworów. Nawet do każdej powieści dodany jest spis postaci, ale tak naprawdę wymieniwszy tych postaci, powiedzmy dwadzieścia parę w swojej opowieści i tak nie wyczerpuje to wszystkich postaci, które w niej się pojawiają. W tej powieści przede wszystkim walczy się o życie. Obojętnie, czy jest się Kortą, Sunem, czy McKenzie, czy kimś, kto przyjechał na Księżyc, by się dorobić.
No właśnie, bo jest problem bardzo ważny i wyjściowy. Jeżeli ktoś przybywa na Księżyc, to po trzech latach musi podjąć decyzję, czy wraca na Ziemię, czy zostaje. Jeżeli zostaje, nigdy już na Ziemi nie będzie mógł postawić nogi. Różnica przyciągania, różnica grawitacji powoduje, że po latach ludzie nie mogą już wrócić na Ziemię, gdzie grawitacja jest oczywiście wielokrotnie większa. Bohater drugiego tomu, jeden z McKenzie, mimo że jest już w trzecim pokoleniu urodzony w kosmosie, decyduje się na powrót na Ziemię, bo nie ma innego wyjścia. I sama ta opowieść jest godna przeczytania. Ale tak naprawdę nie o to chodzi, bo tak naprawdę McDonald i jego Luna to neoliberalna... No właśnie, utopia czy dystopia? Jak pewnie państwo się orientujecie, różnica między nimi jest taka, że to, co jest utopijne, to znaczy, że powinno się wydarzyć i być piękne. Zwykle mówimy o tym, że utopie odnoszą się gdzieś do hen daleko i pewnie w przeszłości.
Natomiast dystopie to to, czym nas się straszy. Dla McDonalda punktem wyjścia jest libertarianizm doprowadzony do skrajności. Na Księżycu nie ma nic trwałego. Każdy może być tym, kim chce, uprawiać seks z tym, z kim chce, wiązać się z tym, z kim chce. Przy czym nie ma małżeństw na wieczność. Wszystkie małżeństwa, zwłaszcza te aranżowane wewnątrz rodzin, które dominują na Księżycu, są czasowe. Zależą od układów interesów i wszyscy o tym wiedzą. Przy czym oczywiście płeć uczestników tych układanek nie ma najmniejszego znaczenia. Żenić się mogą czy brać śluby, bo to będzie lepsze określenie, mogą zarówno mężczyźni z mężczyznami, rzadziej kobiety z kobietami, ale to również się pojawia. Są również tacy, którzy żyją w związkach poliamorycznych.
Nie ma granic, wszystko wolno. Wartością człowieka są wyłącznie jego umiejętności lub to, co może dać innym. Jeżeli na przykład jest ochroniarzem, jak niektórzy bohaterowie tej powieści. To miejsce, w którym każdy może spełnić swój sen. Prawie jak Ameryka. Ale oczywiście Ameryka jest bardziej konserwatywna moralnie. Tak naprawdę to nie brak azymutów, również ten dosłowny, bo przecież dosłownie zasady poruszania się na Księżycu, zasady bycia na nim i funkcjonowania różnią się od ziemskich. Absolutnie są zupełnie innym układem. Co nie zmienia faktu, że każda z tych rodzin i wszyscy przybysze po pierwsze przynoszą z Ziemi własne wierzenia, marzenia, systemy religijne, ale również tworzą się nowe, zupełnie inne. Powiedzielibyśmy jest to pseudometafizyka.
Ale czy w świecie, w którym wszystko wolno, w którym nie ma żadnych ograniczeń, w którym każdy jest nastawiony wyłącznie na siebie, klasyczny libertarianizm, jest możliwe cokolwiek naprawdę? Jest tylko jeden zakaz właściwie, którego należy przestrzegać. Nie wolno używać broni palnej. I on zostanie złamany. Oczywiście nie wolno jej używać, bo to zbyt niebezpieczne. Ludzie żyją w hermetycznych korytarzach wydrążonych w skałach Księżyca, ponieważ na zewnątrz można wyjść, ale jest to bardzo ryzykowne. Praca na zewnątrz jest bardzo dobrze płatna. Coś jak dziś praca na platformach wiertniczych. Z tym że jest jeszcze niebezpieczniejsza. Jak więc państwo widzicie, nawet z tego krótkiego przedstawienia MacDonald pokazuje nam świat, do którego poniekąd dążymy.
To jest bardzo ciekawe, że nad Księżycem nikt nie włada w sensie narodowym. Księżyc to kolonia Ziemi. Nie było na niej ludzi. W związku z tym nie ma problemów z autochtonami, z mieszkańcami pierwotnymi. Właściwie można robić tam wszystko. A jednak ludzie są tylko ludźmi, powiedział kiedyś Bułhakow. A więc są chciwi, żądni władzy. I co ciekawe, MacDonald kapitalnie to pokazuje. Przenoszą to również z Ziemi. Przenoszą stereotypowe zachowania, wycofanie i spryt chińskich Sunów.
Agresywna biała dominacja anglosaskich Australijczyków. Rosjanie, którzy wszędzie widzą interesy. Hindusi, którzy z założenia są również w tej powieści wegetarianami. To wszystko mamy tu na Ziemi. Dlatego pytanie o to, o czym jest tak naprawdę trylogia Iana MacDonalda, to oczywiście przede wszystkim pytanie o nas. MacDonald pyta bowiem zakładając kostium, który oczywiście przejdzie brzytwę Lema. Bez fantastyki ta powieść nie miałaby sensu. Ale pyta nas o to, czy dążąc do wolności, absolutnej wolności, czy ona nas wyzwoli? To chyba jeszcze głębszy poziom tej opowieści. Czy możemy wyzbyć się naszych relacji?
Bo co z tego, że możemy uprawiać seks, z kim chcemy i wiązać się, z kim chcemy, skoro albo robimy to ze sobą jak jedna z bohaterek powieści, bo jest ona w tym sensie aseksualna. W tym świecie mamy wszystko i MacDonald od dawna nam te wszystkie wielorakie możliwości naszego świata pokazuje. I to jest na pewno dobre, ale jednocześnie McKenzie nie przestają być McKenzie'mi, Sunowie Sunami, a Kortowie Kortami. Czy potrafimy się wyzwolić z uwarunkowań już nie genetycznych, nie płciowych, to mamy za sobą, ale relacji rodzinnych? Człowiek, zdaje się mówić momentami MacDonald, jest skazany na bycie sobą, na bycie istotą stadną, społeczną. I o tym nie możemy ani na chwilę zapomnieć. Ale przy okazji pojawiają się liczne pytania o to, do czego człowiek może dojść, gdy kocha, nienawidzi, pożąda. I to w różnych tego słowa znaczeniach. Mamy więc wybitny tekst, którego znaczenia pewnie jeszcze długo będziemy rozpoznawać. Dziękuję bardzo.
Do widzenia. Cóż, to skoro jesteśmy przy części recenzenckiej, to oczywiste jest, że teraz dla państwa będzie mówiła Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska. A dzisiaj w ósmym odcinku Recenzarium Evivy posłuchamy o misji międzyplanetarnej.
[04:36:39] - To jest powieść takiego autora, którego książki najczęściej są sygnowane w ten sposób: A.E. van Vogt. To ja rozwinę: Alfred Elton van Vogt. Żył w latach 1912-2000. Pisał różne książki, trochę zahaczające czasami o fantasy, ale pisał też twardą fantastykę. I „Misja międzyplanetarna,” o której będzie mówiła dzisiaj Luiza Eviva Dobrzyńska, to jest właśnie twarda fantastyka. Ta powieść to jest właściwie rozwinięcie debiutanckiego opowiadania pisarza. Ono nosiło tytuł „Zabójca zmroków.” Pierwszy raz ponoć, ale tego nie sprawdzałem, to opowiadanie „Zabójca zmroków” ukazało się w „Przekroju.” W każdym razie van Vogt, Kanadyjczyk z pochodzenia, w latach 40. i na początku lat 50. był uznawany w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie za jednego z najwybitniejszych autorów science fiction, przede wszystkim najbardziej cenionych.
„Misja międzyplanetarna” to jest relacja. Ona oczywiście bazuje na tym pierwszym opowiadaniu. Szczególnie pierwsza część tej powieści bazuje na opowiadaniu, które już przytaczałem, jest rozwinięciem. To jest jednak mocno rozbudowane. I misja to, tak jak zacząłem mówić, jest relacja z czterech niebezpiecznych i pełnych napięcia przygód w kosmosie, ale w takim odległym, dalekim kosmosie, bo statek kosmiczny z 1000-osobową załogą męską. Trudno jest być mężczyzną wśród mężczyzn, bo to się różnie może kończyć, ale od razu państwa uspokoję. Oni zażywali specjalne preparaty, więc tam do żadnych ekscesów nie dochodziło. Ale charakterystyczne dla tamtych czasów, załoga była męska. Żadnej kobiety, nic z tych rzeczy. Ten statek kosmiczny nazywany w zależności od tłumaczenia Kosmicznym Psem Gończym, strasznie długa nazwa, albo Ogarem Kosmosu, podróżuje ku odległej galaktyce.
W związku z tym już wyrywa się z naszych światów i pędzi gdzieś bardzo daleko. W każdym razie ta 1000-osobowa załoga przeżywa naprawdę fascynujące przygody. Spotyka istoty świadome i rozumne, ale są to istoty, które w kilku tych opowieściach są oczywiste, czyli nie dziwi nas nadejście tychże istot czy zetknięcie się załogi z takimi istotami. To nie są ludzie, ale też nie budzą takiego zdziwienia. Natomiast przynajmniej jedna z tych części jest absolutnie fascynująca. To jest zetknięcie się człowieka z organizmem, stworem, z myślącą istotą, która w ogóle nie przypomina człowieka, w ogóle nie przypomina zwierzęcia. Przypomina coś niematerialnego. Ale ja wiem, czy niematerialnego? Czy mgła jest materialna? Moim zdaniem jest.
Ale czy jest uchwytna? Ciężko uchwycić mgłę. Ale już nie gadam. Myślę, że znacznie lepiej o „Misji międzyplanetarnej” opowie Eviva, czyli Luiza Dobrzyńska.
[04:41:05] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Alfred Elton van Vogt, pisarz dość płodny, ale bardzo mało znany w Polsce. Właściwie tylko z jednej książki, „Misja międzyplanetarna.” Książka ta powstała z kompilacji czterech jego krótszych opowiadań. Została wydana w 1950 roku, a zatem w swoim spojrzeniu na podróże międzyplanetarne van Vogt wyprzedza Roddenberry'ego razem ze „Star Trekiem.” Wiele czytanych książek science fiction porównuję do „Star Treka,” w czym nie ma nic dziwnego, bo jest to moja wielka miłość. Van Vogt był, można powiedzieć, bardzo trekowy w tej książce. Nie wiem jak w innych, ponieważ nie miałam okazji ich przeczytać. Nie zostały przetłumaczone na polski. Z tego, co wiem, może oprócz „Kryptyy bestii.” Tak, „Krypta bestii” została wydana. Jednak nie dorównuje „Misji międzyplanetarnej.” Jest to jedna z tych książek, co do których bardzo się żałuje, że nie zostały rozwinięte w jakiś większy cykl. Zresztą może zostały, tylko mnie nic o tym nie wiadomo.
Dość słabo znam literaturę kanadyjską. O czym jest ta książka? Statek Ogar Kosmosu wędruje przez wszechświat z misją badania nieznanych planet. Podobnie właśnie jak Enterprise. Na pokładzie znajduje się Elliott Grossvenor, przedstawiciel stosunkowo młodej nauki, neksialistyki albo neksializmu, w zależności od tłumaczenia. Jest to, jak sam mówi, wszystkoizm stosowany. Koledzy traktują Grosvenora dość lekceważąco, na co w dużej mierze wpływa fakt, że naraził się on bardzo wpływowemu na pokładzie osobnikowi. Zdolny naukowiec Gregory Kent ma pewną wadę: jest bardzo ambitnym i jednocześnie mściwym człowiekiem. Ponieważ Grosvenor go nie poparł na stanowisko koordynatora wyprawy, postanawia się mścić. Ma za sobą większość załogi.
Wydawać by się mogło, że w tej sytuacji młody naukowiec jest bez szans. Jednak po jego stronie stoi gruntowne wykształcenie, jakie odebrał, wybitna inteligencja oraz trochę zmyślnych urządzeń, które ma w swojej kajucie. Pośród różnych niebezpieczeństw, na które natyka się załoga, Grosvenor musi jednocześnie ustrzec się przed zemstą Kenta i co więcej zwyciężyć w tej walce. Tymczasem na drodze statku pojawiają się istoty, które raczej nie są przyjazne, a mogą wręcz doprowadzić do zagłady całej wyprawy. Naprawdę nie jest to właściwa chwila na to, żeby się między sobą gryźć. Jednak ludzie zawsze zostają ludźmi. Autor w bardzo ciekawy sposób opisał atmosferę, która może panować na tego typu statku. Jego załogę stanowią wyłącznie mężczyźni, co teraz, w epoce parytetów pewnie byłoby niemożliwe. To samo zresztą spotykamy u Lema. O tym będę mówić w następnych audycjach.
Załoga Ogara Kosmosu jest wyspecjalizowana w swojej pracy, bardzo zdyscyplinowana, ale to są jednak ciągle ludzie, więc nic dziwnego, że monotonia podróży przerywana wydarzeniami naprawdę tragicznymi powoduje w końcu, że ich psychika zaczyna szwankować. Gdyby było inaczej, nie daliby się zmanipulować Kentowi. Wśród nich wszystkich Grosvenor wydaje się jakby prototypem Wolkanina ze Star Treka. Spokojny, rzeczowy, rozważny, starający się podchodzić do wszystkiego bez emocji, na chłodno i jednocześnie bardzo skuteczny w swoim działaniu. Ta warstwa opowieści jest nawet ciekawsza od spotkań z kosmicznymi stworami w rodzaju ogromnego czarnego kota, który okazuje się mordercą czy potwora pragnącego podbić cały wszechświat. To są, można powiedzieć, atrybuty takie bardziej sensacyjne, bardzo lubiane, bo my uwielbiamy przecież potwory, kochamy się bać. Najciekawiej się prezentuje spotkanie z cywilizacją porozumiewającą się z załogą za pomocą obrazów, co o mało nie doprowadza do prawdziwej katastrofy. Jest to wyraźny obraz tego, co może się zdarzyć, kiedy jedna cywilizacja, bardzo rozwinięta, napotka drugą, też rozwiniętą, ale będą mówić różnymi językami. Nie tylko typowo językami w sensie mowa, ale też językami emocji i techniki. Choćby nie wiem jak próbowały się porozumieć, mogą doprowadzić do nieszczęścia.
Tego trzeba bardzo uważać. Czy za naszego życia napotkamy jakąś cywilizację pozaziemską? Jest to rzecz dyskusyjna. Fizycy nawet twierdzą, że w ogóle nigdy jej nie spotkamy, gdyż na przeszkodzie stoją właśnie prawa fizyki i nieprawdopodobnie dalekie odległości. Ale mniejsza o to. O czym innym mówi to spotkanie: żeby nie sądzić z pozorów. Jeżeli się już napotyka kogoś, kogo nie rozumiemy, to być może on wcale nie jest wrogiem, tylko nie potrafi przekazać swoich przyjaznych uczuć. Trochę naiwne, można powiedzieć, ale właśnie ta różowa naiwność tak pociąga mnie we wspomnianym Star Treku. Sądzę, że Roddenberry dużo czerpał od van Vogt. Za co zresztą nie robię mu żadnych wyrzutów.
Wręcz przeciwnie, uważam, że to jest doskonały wzór. „Misja międzyplanetarna” nie jest powieścią, którą nazwalibyśmy nowoczesną. Tak jak wspomniałam, załogę stanowią sami mężczyźni. Nie ma tam więc poruszanych kwestii seksualnych, jedynie krótkie napomknięcie o tym, że mężczyznom, mimo zażywanych leków, jest trudno wytrzymać. Również w zasadzie jest pozbawiona opisów wszelkich brutalności. Jest to kwitowane kilkoma słowami. Autor nie próbuje grać na najniższych emocjach. Pod względem technologicznym jego książka jest bardzo wysmakowana. Opisy technologii, która podobno ma nadejść, są bardzo interesujące. Pod względem psychologicznym również nie można jej niczego zarzucić.
Jest to kawał dobrej fantastyki w starym stylu. Naprawdę warto przeczytać. Dziękuję za uwagę. Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[04:47:33] - Proszę państwa, pora późna, a Żelkowski dalej gada. Taki już los wykładowcy w Akademii Wszelkiej Fikcji. Cóż teraz przed nami? Teraz przed nami wykład o Philipie K. Dicku. Znacie państwo zapewne tego autora. Niezwykłe koncepcje, nierealność świata albo może jego okrutna realność, albo też nieuchwytność. Trafienie w czoło błękitnym promieniem. Mówię pewnymi hasłami. Kto kiedykolwiek o Dicku słyszał, to mniej więcej wie, o czym mówię.
Kto nie słyszał, to może czas zainteresować się tym pisarzem. Pisarzem niezwykłym, tyleż niezwykłym co szalonym, ale też z pewnymi zdolnościami, chyba nawet profetycznymi. Wykład, który państwo za chwilę usłyszycie, prelekcja została wygłoszona przez Tomasza Lipca. To jest człowiek, który pracuje w Wielkiej Brytanii Gdzieś w tej odległej Anglii, na tej odległej wyspie prowadził radio internetowe. Nie wiem, co się dzieje z nim dzisiaj, ale wtedy, kiedy ta prelekcja została wygłoszona, był rok 2019, a czasy inne niż te, które są w tej chwili. Przedcovidowe zdecydowanie. Jakieś takie bardziej beztroskie. Tomasz Lipiec ma zdecydowane poglądy. Ja wiem, że nie wszystkim z państwa te poglądy mogą odpowiadać, ale puszczam tę jego prelekcję właśnie z tego względu, o którym mówiłem na początku naszej dzisiejszej audycji. Jeśli ktoś ma zdecydowane poglądy, potrafi ich bronić, to nie znaczy, że jest naszym wrogiem.
To znaczy tylko tyle, że ma przeciwne poglądy. Dyskutujmy z nim. Nie musimy się z nim zgadzać, ale też sposób, w jaki patrzy na prozę Dicka wydał mi się ciekawy. Nie ze wszystkim się zgadzam. Nie wszystko budzi jakąś moją ekscytację w tej prelekcji, ale niektóre rzeczy tak. Natomiast dla mnie jest to chyba dobra ilustracja tego, o czym mówiłem, to zasygnalizowałem, na początku naszej audycji. To jest najlepszy przykład na to, że z poglądami, z którymi się nie zgadzamy, należy dyskutować. Dyskutować, przeczyć im, znajdować argumenty, które je wdepczą w ziemię. Ale argumenty. A nie mówić: ponieważ on mówi takie rzeczy, to ja tego nie będę słuchał, słuchała.
W ogóle, jakżeż mogłabym, mógłbym słuchać. Przecież to mnie obraża. Właśnie. Ten motyw obrażania się, motyw pogardy to są jakieś chore klimaty, proszę państwa. Wysłuchać można różnych rzeczy. Klaskać nie trzeba zawsze. Zapraszam państwa. Tomasz Lipiec. Philip K. Dick.
Wizje jego prozy. Naprawdę ciekawe.
[04:51:06] - Będę dzisiaj mówił o Philipie K. Dicku jako o pisarzu. Będę mówił o jego twórczości. Będę mówił o aspektach profetyczno-publicystycznych twórczości Philipa K. Dicka. Dobrze. Philip K. Dick, jak wiemy, był też prorokiem. Był prorokiem w tym sensie, że miał pewne objawienie. Objawiła mu się pewna istota.
Walis. Czyli spełniał takie kryteria proroka, ponieważ było jakieś objawienie, czyli jakaś wiadomość, którą miał przekazać. On tą wiadomość w jakiś sposób przekazał nam w książce Walis, a także w egzegezie. Niemniej jednak dzisiaj zajmiemy się nim jako prorokiem w sensie o wiele węższym. W sensie wizjonerem. Miał pewne wizje, które z czasem stały się jak najbardziej realne. To jest jeden aspekt, który chciałem tutaj naświetlić. I drugi aspekt to aspekt, jak by to powiedzieć publicystyczny. Philip K. Dick żył w pewnej epoce, w pewnym czasie.
Ten czas miał swoje jakieś uwarunkowania, jakieś przemiany społeczne. I u Philipa K. Dicka te społeczne przemiany się też w jakiś sposób odbijały na jego twórczości. Uwagi do tych przemian zajmowały pewne miejsce w jego twórczości. Więc tak. Był także publicystą. W jaki sposób był publicystą? Omówię to na przykładzie kilku książek. Omówię na przykładzie książek, które zresztą sam Philip K. Dick podał.
Listę dwunastu książek, które w jakiś sposób odnosiły się do zagadnienia rzeczywistości. Miał Philip K. Dick bardzo duży dystans do rzeczywistości. Ten dystans opisał właśnie w tych książkach. Jak bardzo daleki miał dystans do rzeczywistości? Posłużę się tutaj pewnym cytatem. Wiadomość jest następująca. To, co widzisz, jest to zniewalający, destrukcyjny i nikczemny potrzask, pod którym znajduje się zupełnie inny świat. Czyli daleko, bardzo daleko. Nie ufał temu światu.
Nie będę wymieniał tutaj dwunastu książek. Nie będę wymieniał tutaj dwunastu powieści, żeby was nie zamęczać. Powiem tylko o pięciu powieściach i o ich osnowach, wokół których zbudowana była fabuła.
[04:53:35] - Przepraszam. To były jego powieści?
[04:53:36] - Tak, to były jego powieści. Więc pierwsza z tych powieści, którą chciałbym wam tutaj nadmienić, to Oko na niebie. Oko na niebie i świat przedstawiony jako złudzenie. Główni bohaterowie przedzierają się przez różnego rodzaju światy. Ich głównym zadaniem jest znaleźć ten szef, który spruje całą tą zasłonę. To jest pierwsza książka. Druga książka. Mamy Ubik, czyli świat przedstawiony jako więzienie. Główni bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, gdzie są zamknięci, że to, gdzie żyją, to jednak zamknięcie i nie zdają sobie też sprawy z własnej kondycji. Kolejna książka Labirynt śmierci.
W Labiryncie śmierci mamy koncept, który mówi o tym, że istoty inteligentne z różnych ras śnią wspólne, komfortowe, jak najbardziej dla nich wygodne złudzenie. Ale jest to cały czas złudzenie. Ów labirynt śmierci. Następnie mamy Człowieka z Wysokiego Zamku. Tam mamy światy, które się wzajemnie przenikają i bardzo kapitalne znaczenie. Bardzo kapitalna scena, kiedy jeden z głównych bohaterów przebija zasłonę rzeczywistości. Widzi rzeczywistość taką, jaka naprawdę jest. Przebija ten fałsz i wraca z powrotem do swojego złudzenia. Ostatnia książka, której tutaj użyję, może nie ostatnia, bo jeszcze będą dwie, ale z tej piątki chciałem wymienić, to „Płyńcie łzy moje” Powiedział policjant. Światy wzajemnie przez siebie przenikają, przeciekają przez siebie.
I teraz w jednym z tych światów bohater jest kimś bardzo znacznym, a w drugim świecie jeden z tych światów nie istnieje. Jak znaleźć się w świecie, w którym nie istniejesz? Po co wspomniałem o tych powieściach? Ponieważ dwie z nich, „Wiek graniczny”, pierwsza i ostatnia, będą użyte do dalszych rozważań na temat Philipa K. Dicka jako swego rodzaju publicysty. Natomiast trzy z nich, te środkowe, czyli „Ubik”, „Labirynt śmierci” i „Człowiek z Wysokiego Zamku”, to książki, które mówią, w jaki sposób dzisiejszy człowiek podchodzi do prawdy, do zagadnienia prawdy o świecie. Wielu z ludzi obecnie ma taki stosunek do prawdy, że wolimy żyć złudzeniami. Wybieramy Matrixa, bo jest on komfortowy. Podłączamy się pod tego Matrixa. Niemniej jednak zagrożenie dalej jest zagrożeniem.
To, że je ignorujemy i uważamy, że deszcz nie pada, nie chroni nas przed zmoknięciem. Prędzej czy później ta rzeczywistość nas dopada. Nas, ludzi, którzy odmawiamy przyjęcia do wiadomości prawdy o tej rzeczywistości. Czyli pojawia się ktoś, kto robi nam krzywdę, tak jak widzimy to w przypadku Ubika. Teraz będę mówił o pojęciach, na które być może wy patrzycie inaczej. Macie inny światopogląd, inne pojęcia, używacie innego aparatu pojęciowego. Natomiast ja będę tutaj opisywał to w kontekście twórczości Dicka i we własnym aparacie pojęciowym, jaki posiadam. Zacznijmy teraz od książki pierwszej, w której mamy ten element publicystyczny, czyli „Oko na niebie”. Mamy tutaj taką scenę, gdzie główny bohater zostaje wyrzucony z pracy, ponieważ jest podejrzenie, że jego żona jest komunistką. Że komunizuje, że spotyka się z jakimiś podejrzanymi typami.
Facet nie przechodzi testu, zostaje wyrzucony. Teraz tak. Potem jednak okazuje się, że ktoś inny jest komunistą. Jak można odczytać ten motyw, tę scenę? Otóż pamiętajmy, w którym roku ukazała się ta książka. W 1957. Jest to rok śmierci kongresmena Josepha McCarthy'ego. Jeżeli rzucimy tę fabułę na tło społeczno-historyczne, w tym momencie widzimy, że autor ukazał tę obsesję, że w tym czasie w Stanach Zjednoczonych można było trafić do więzienia, można było stracić karierę, pracę i perspektywy na przyszłość tylko za samo podejrzenie, że sprzyja się komunizmowi. Czy to oznacza, że Philip K. Dick nie doceniał zagrożenia komunizmem?
Żadną miarą. Okazuje się, że w tej powieści ktoś bardzo znaczny jest jednak komuchem. I teraz tak, odpowiedzmy sobie na pytanie, czy w tym czasie istniało zagrożenie komunizmem w Stanach Zjednoczonych? Oczywiście istniało. Tu chciałbym tytułem takich rozszerzonych dygresjaliów polecić wam dwie książki. W zasadzie nawet trzy, ale dwie głównie. Pierwsza z nich to Rene Wormser, czyli „Fundacja. Ich siła i wpływ”, „Foundation. Their Power and Influence”. Książka ta ukazała się w 1952 roku i opisuje, w jaki sposób fundacji używano jako nie tylko narzędzia charytatywnego, ale używano fundacji do czegoś takiego jak zmienianie świadomości społecznej, jak lansowanie pewnych trendów, jak wspieranie komunistów.
Cała książka w zasadzie opiera się o tym, że komuniści byli dotowani ze źródeł znanych fundacji, jak Rockefeller, Guggenheim i inni. Przy okazji warto wspomnieć o innym autorze. Pamiętajmy, że w roku 1951 ukazał się pierwszy tom „Fundacja” Isaaca Asimova. Kiedy jest mowa o „Fundacji” Isaaca Asimova, krytycy podają, że jako natchnienie tej książki, jako inspirację podają zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego. Że tutaj autor bazował na tej pozycji. Oczywiście jest to prawda. Każdemu polecam tę książkę Edwarda Gibbona „Zmierzch i upadek Cesarstwa Rzymskiego”. Pomnik literatury angielskiej. Genialna rzecz. Ale jest to niecała prawda, ponieważ Isaac Asimov pisał o tym, co miał przed oczami.
W tamtych czasach, w latach 50., 60. w zasadzie przez długie dziesiątki lat toczyła się debata w Stanach Zjednoczonych na temat fundacji. Jeżeli sięgniemy do chińskiego autora Tsung Hwa Linga, mamy tam opis, w jaki sposób fundacja pierwsza została założona po to, żeby ukryć majątek rodziny Rothschildów. Robiło się to w prosty sposób. Najpierw przepisywało się wszystko na fundację, siebie tworzyło się jako osobę, która jest dożywotnim— ja i moi potomkowie jesteśmy dożywotnimi beneficjentami. To nie moje. To wszystko to jest posag Lusi, jakby się ktoś pytał. To jest ten aspekt fundacji, który dla nas, Europejczyków, jest często pomijany, jeśli chodzi o twórczość science fiction. Zarówno Philipa K. Dicka, jak i właśnie zwłaszcza Isaaca Asimova.
Ale książka Wormsera pokazuje to z góry. Pokazuje to niejako już przerobione, w jakiś sposób temat ogarnięty. Natomiast inną książką, którą chciałbym państwu polecić, żeby zrozumieć tamtejsze czasy, w jakich powstawała powieść Philipa K. Dicka „Oko na niebie” i inne jego powieści, to książka „School of Darkness”, „Szkoła ciemności” Belli Dodd. Autorka sama była komunistką przez wiele lat i opisuje, w jaki sposób partia komunistyczna infiltrowała uczelnie wyższe, środowisko nauczycieli. Mało tego, to jest bardzo ciekawe jeszcze z innego powodu, który w zasadzie nam mógłby dać nieco do myślenia. Otóż pani Bella Dodd, zeznając przed Kongresem Amerykańskim w Stanach Zjednoczonych, przyznała się do tego, że sama wprowadziła do seminarium katolickich 1111 agentów. Ich zadaniem nie było donosić, zbierać informacje. Nie. Ich zadaniem było być sobą.
Wielu z nich było homoseksualistami, ludźmi rozwiązłymi. Ich zadaniem było prowadzić podwójne życie po to, żeby kompromitować Kościół katolicki tak w środku, wśród wiernych, jak i na zewnątrz. Jeżeli weźmiemy pod uwagę te dwie pozycje czy nawet trzy czy więcej, jeżeli zagłębimy się w ten temat, zobaczymy, że wtedy w Stanach Zjednoczonych istniała realna walka na poziomie społeczno-politycznym przy użyciu fundacji jako narzędzia socjotechnicznego. Tutaj jest teraz mój wniosek, że jest to swego rodzaju klisza. Kalka została wtedy stworzona, która obecnie jest w naszym kraju. Mamy dużą aferę. Mamy ciekawy film o nadużyciach seksualnych w Kościele, po czym autorzy tego filmu zupełnie pomijają aspekt, że ci ludzie, którzy tam są przedstawieni, część z nich była agentami SB, a część z nich była homoseksualistami. Nie ma tematu. Wszyscy oni są tylko księżmi. Warto o tym pamiętać, że jest tu powtarzana pewna kalka, która powstała kilkadziesiąt lat temu w Stanach Zjednoczonych.
Nie jest to nic nowego. Drodzy państwo, przejdźmy dalej. Jeszcze jedną książkę, którą chciałem wspomnieć, która ma pewien aspekt publicystyczny, to „Płyńcie łzy moje” powiedział policjant. Genialna rzecz jak zwykle u Philipa K. Dicka. Żeby ten aspekt nie zdominował zupełnie tego wywodu, chciałbym tylko nadmienić, że właśnie w tej książce pokazane jest w tle znowu państwo zamordystyczne, quasi totalitarne, czyli państwo, w którym jest rozbudowany element rozrywki. Przemysł rozrywkowy jest bardzo dobrze rozbudowany. Natomiast co kilka ulic stoi strażnik, stoi bezpieczniak, który legitymuje przechodniów. Czyli mamy wielki, rozbudowany system rozrywki i inwigilacji. Dla mnie jest to pewna figura, którą można przełożyć do czasów obecnych, kiedy coraz bardziej jesteśmy inwigilowani przez nasze własne narzędzia komunikacji, a ciągle jest nam tutaj wtłaczana tania rozrywka.
Nie myśl, pozwól innym robić to za siebie. To jest, jeśli chodzi o ten aspekt publicystyczny w twórczości Philipa K. Dicka. Publicystyczny, czyli komentowanie, umieszczanie w jego powieściach pewnych obrazów, pewnych scen, które mogą być dobrym komentarzem dla świata, w którym Philip K. Dick wtedy żył. Na przykład jeszcze tylko nadmienię, że w „Płyńcie łzy moje” powiedział policjant. Mamy sytuację, gdzie następują ciągłe walki między policjantami a studentami. Student jest traktowany jako najgorszy wyrzutek społeczny. Książka została napisana w 1974 roku, czyli cały czas widzę w tej książce odbicie tych rewolts studenckich, które w tym czasie się rozgrywały, zwłaszcza w roku 68. Przejdźmy teraz do książki.
Uważam, że jest to genialna książka, czyli „Świat według Jonesa” The World Jones Made, czyli w polskim przekładzie jest to „Świat Jonesa”. Jest to taka wiocha bardzo ciekawych pomysłów. Ja znowu skupię się tutaj na takich pomysłach proroczo-publicystycznych. Dobrze. Teraz tak. Tutaj mamy bardzo ciekawe podejście Philipa K. Dicka. Mówi tutaj otwarcie. Książka wydana w roku 54. System, w którym toczy się akcja, w którym jest to państwo, to system, który powstaje na gruzach kolejnej, trzeciej już wojny światowej.
Powstaje kolejne państwo zamordystyczne. Tym razem jednak ludzie są zmęczeni ideologiami, więc walczą z ideologiami. Głównym światopoglądem w tym państwie jest, uwaga, relatywizm. To jest główny światopogląd. Mamy tutaj taki cytat: „Nie mów, że powinno mi zależeć. To jest przestępstwo przeciwko relatywizmowi. Tobie może zależeć, ale nie mów mi, że mi musi zależeć”. Czyli zdania kategoryczne, twierdzące są kategorycznie zakazane. Skąd my to znamy? Mamy teraz system, który jest przez jednych nazywany neomarksizmem, przez innych polityczną poprawnością, w zależności od tego, jaki kto wyznaje światopogląd.
Natomiast Philip K. Dick tego typu system nazywał urzędowym relatywizmem. Ale ta książka jest odważna. To znaczy odważna. Jest prorocza, bo to jest książka z 54. roku. Natomiast bardzo ciekawą rzeczą jest tutaj to, co jeden z bohaterów wypowiada w ogóle na temat systemów jako takich. I mamy taki cytat Obsceniczne, brudne. Komunizm, faszyzm, syjonizm są opcjami indywiduów absolutystycznych, którzy narzucają swoje światopoglądy całym kontynentom. Drodzy państwo, chciałbym dokonać pewnej egzegezy tego tytułu, zastanowić się nad tym, co właściwie autor miał na myśli.
Rozumiem, że każdy z nas może rozumieć na pewno, co miał na myśli, jeśli chodzi o faszyzm, ponieważ mamy do czynienia z ludźmi wykształconymi, jak mniemam. Faszyzm to według definicji Benito Mussoliniego wszystko dla państwa, nic przeciwko państwu, nic poza państwem. Faszystami nie są chłopcy, którzy ubierają takie czy inne ubrania, tylko faszystami są ci, którzy twierdzą, że państwu wolno wszystko, czyli narzucać swoje poglądy, czy się to komu podoba, czy nie. To jest, jeżeli chodzi o faszyzm. Lenin stwierdził, że państwo to specjalna organizacja siły przemocy w celu uciskania jakiejś klasy. Czyli zarówno Benito Mussolini, zarówno jak i Lenin byli to tacy ludzie, o których wiemy, że byli ludźmi poniekąd mało sympatycznymi. Znani są jako ludzie mało sympatyczni. Ale dlaczego tutaj Philip K. Dick umieszcza syjonizm? Zastanówmy się.
Pomyślmy, kim był człowiek, który stworzył syjonizm. Był to Theodor Herzl. Był to człowiek, publicysta, pisarz. Był to człowiek obdarzony niesamowitą wizją, kiedy pierwszy raz twierdził, że Żydzi są narodem jak każdy inny i potrzeba im państwa. Powinni żyć w państwie, żeby czuć się normalnie. Osobiście nie widziałem tutaj żadnego powodu, dla którego mielibyśmy umieszczać syjonizm. Przecież nie będziemy podchodzili do syjonizmu, jak podchodzili do niego komuniści. Walczymy z syjonistami. Przecież to jest jakiś absurd, jakaś bzdura komunistyczna z tamtych czasów różnego rodzaju komunistycznych prowokacji, walki chamów z Żydami. Czyli pokłócili się komuniści między sobą, komuniści żydowscy z polskimi i tak dalej.
Tym aparatem pojęciowym nie będziemy operować. To jest nam obce. Co było takiego w syjonizmie, że Philip K. Dick umieścił ten syjonizm tutaj? Za chwilę o tym powiemy. Ja tylko chciałem jeszcze powiedzieć państwu, dlaczego tak mnie ujęła postać Theodora Herzla. Ponieważ był to człowiek, który był wizjonerem, podobnie jak nasz autor, który powiedział w 1897 roku po zjeździe w Bazylei powiedział wprost: „Nie mogę tego powiedzieć wprost, bo nikt mi nie uwierzy. Posmukają się w czoło. Ale za pięć, 10 lat zacznę o tym mówić”. Herzl umarł w roku 1904.
50 lat po tym, co powiedział w 1997 powstało państwo Izrael. O ile pamiętam dokładnie. W 47 powstało państwo Izrael. Ten człowiek miał wizję. To był mąż stanu warty pozaswyszczenia. Co on mówił na temat państwa żydowskiego? Bo tutaj mówi się o wizji Benito Mussoliniego na temat państwa, Lenina na temat państwa. Co Herzl mówił na temat państwa w państwie żydowskim? Chciałem wam przeczytać pewien interesujący moim zdaniem cytat na temat antysemityzmu. „Antysemityzm wśród narodów nasila się z dnia na dzień, z godziny na godzinę.
Zaprawdę będzie się nasilał, ponieważ przyczyny jego wzrostu wciąż istnieją i nie mogą być usunięte. Jego dalszą przyczyną jest nasza utrata sił do asymilacji wieka średni. Jego bezpośrednią przyczyną jest nadmierna produkcja kiepskich intelektualistów, którzy nie mogą znaleźć sobie drogi ujścia dla kariery, że tak powiem, całościowego ujścia w żadnym z tych kierunków. Kiedy schodzimy na dół, stajemy się rewolucyjnym proletariatem, podoficerami wszystkich rewolucyjnych partii i w tym samym czasie, kiedy wznosimy się w górę, również powstaje straszna siła mamonu”. Tutaj autor używa w angielskim mamy słowo „purse”, czyli siła sakiewki. Czyli z jednej strony Żydzi zasilali proletariat wywrotowy, a z drugiej strony po prostu ich majątek wpływał w sposób rażący inne społeczeństwa. Dlatego też Herzl postanowił stworzyć to prawo. Tak jak powiedział Dick tutaj w tym utworze, w tym cytacie, nie ma to nic wspólnego z uczciwością lidera. Facet Herzl był uczciwy, chciał normalnego państwa dla swojego narodu. Co poszło nie tak, że Philip K.
Dick umieszcza syjonizm razem z dwoma bardzo mało sympatycznymi, powiedzmy sobie, zbrodniczymi systemami? Co się stało? Stało się to, że w roku 1946 mamy do czynienia z czymś, co nazywa się zamach na hotel King David. Hotel King David, kiedy żydowska grupa Irgun wysadza w powietrze angielską grupę tych, którzy zarządzali Palestyną w tym czasie. To było coś, co mogło zrazić Philipa K. Dicka do idei syjonizmu. To mu się wydało bardzo mało sympatyczne, więc dlatego też zaczął ich być może źle kojarzyć, ponieważ sprawa była głośna na cały świat. I teraz tak, co łączy te wszystkie systemy, które autor wymienił? Te wszystkie systemy łączy relatywizm, ponieważ w każdym z tych systemów coś jest dobre bądź złe, w zależności od tego, kto to robi. Jeżeli robią to nasi, to jest to okej.
W zależności od okoliczności. Jeżeli robi to ktoś inny, wtedy to nie jest okej. Zarówno faszyzm, syjonizm, jak i komunizm mają to do siebie. Jak to wygląda dziś, jeśli chodzi o faszyzm i komunizm? One są potępione. Natomiast przejawy syjonizmu dzisiaj. Mamy na przykład coś takiego jak bombardowanie Gazy fosforem w 2008. Mamy 447, czyli żądanie od Polski 300 miliardów dolarów i mamy Z naszego fantastycznego podwórka mamy coś takiego, co się nazywa komiks „Maus” – mysz. „Maus” to bardzo ciekawy komiks, gdzie główny bohater jest przedstawiony jako biedna mysz. To są Żydzi.
Natomiast Niemcy są przedstawieni jako eleganckie i czyste drapieżniki, a Polacy są przedstawieni jako brudne świnie. Mamy w tym komiksie mapę Polski i to wszystko się tam toczy. Autor, pan Art Spiegelman mówi, że oczywiście nawiązywał do hitlerowskich stereotypów, jak najbardziej, ale oczywiście z tego powodu, że to Żydzi byli ci biedni, Żydzi byli tam szczurami. Art Spiegelman stwierdza coś takiego: „Dehumanizacja leży w sercu morderczych projektów”. Całkowicie się zgadzam z panem Spiegelmanem, tylko dobrze by było, gdyby był konsekwentny w tych swoich projektach, ponieważ o ile Niemcy mówili o Polskich świniach, o tyle o Żydach mówili czerwone myszy i złote szczury. Czerwone myszy byli ci, którzy byli komunistami żydowskimi, a złotymi szczurami ci, którzy należeli do międzynarodówki finansjerów. Jeśli chodzi o dehumanizację, to polecam wszystkim „Le Monde”, ostatnie wydanie: „Les nationalistes européens ont trouvé leur héros” – nacjonaliści europejscy znaleźli swojego posłańca. I mamy tutaj zdjęcie, artykuł na temat partii, które kontestują establishment i mamy tutaj jako artykuł diabła. Natomiast na trzeciej stronie mamy artykuł na temat antysemityzmu i oczywiście przedstawionych ludzi z głowami psów. Znowu mamy tutaj ten relatywizm, szykłania w mediach, że jednym tego nie wolno, inni po prostu mogą to robić w swoim szczytnym celu.
Dobrze, to jeśli chodzi o tą książkę. Drodzy państwo, przejdźmy teraz do tego, co zostało zaanonsowane na anonsie, który mówił o tym wykładzie. Książka, która jest dla mnie książką jak najbardziej proroczą, to książka „Świat wbrew wskazówkom zegara”, czyli w polskim tłumaczeniu „Wbrew wskazówkom zegara”, angielskie tłumaczenie „The Against the Clock World”, czyli „Świat wbrew wskazówkom zegara”. Żeby już się za bardzo nie rozwodzić nad fabułą, żeby nie psuć zabawy, powiem tylko ogólne zasady, jakie rządzą tym światem. Jest to świat, w którym nastąpiło pewne pęknięcie rzeczywistości, po którym czas zaczyna płynąć wstecz. A więc ludzie nie rodzą się, tylko są wykopywani z cmentarzy. Młodnieją przez całe życie, a potem, kiedy są już małymi oseskami, szukają, jak to się wyraża autor, przyjaznego łona. Budzą się rano, znajdują brudne ubrania, które wieczorem są nieskazitelne, nie palą papierosów, tylko niedopałki i tak dalej. Ale jest to jeszcze bardziej ciekawe z punktu widzenia społecznego. Otóż drodzy państwo, mamy tam taką sytuację, że organizacje społeczne, instytucje społeczne dalej zachowują swoją nazwę albo swoją strukturę, lecz ich działania są zupełnie przeciwne temu, co miały robić.
A więc szpitale nie leczą, tylko udzielają opieki paliatywnej. Klienci leczą się sami. Instytucje pogrzebowe nie grzebią, a wykopują. Biblioteki, to jest piękna sprawa. Zamiast szerzyć wiedzę, kaganek oświaty, one zbierają książki, utylizują je. A jak jakiś autor ma pecha, to musi uważać z takim bibliotekarzem, bo to nie przelewki, bo jak taki bibliotekarz będzie chciał zupełnie wymazać jego wiedzę, to może się zdarzyć, że i jego wymaże z rzeczywistości. Więc jest to świat postawiony na głowie. Świat, który dąży wbrew wskazówkom zegara. Już nie będę się tutaj wymądrzał na jakieś terminy fizyczne, bo tam siedzi spec od tego, zaraz by mnie odpowiednio pouczył. Może nie zaraz, ale po tej mowie, więc zamilczę.
Chodzi o figurę, chodzi o strukturę. Jak to się przekłada na nasze czasy? Wezmę tutaj jako przykład, bo przykładów można by tu mnożyć wiele, najbardziej klasyczny przykład, oklepany, przed którym nie można w zasadzie uciec. Każdy, kto się interesuje tym, co się dzieje na świecie, powinien zdawać sobie sprawę. Nie wiem, czy pamiętacie nazwisko Alfiego Evansa. Pewnie pamiętacie. Jutro mija 14 miesięcy od tego, kiedy chłopiec został zamordowany w szpitalu Alder Hey w Liverpoolu. Jak to nastąpiło? Panowie lekarze stwierdzili, że w najlepszym interesie dziecka, zapamiętajcie te słowa „najlepszy interes dziecka”, będzie, jeśli ten chłopiec zostanie w szpitalu i sobie umrze. To będzie jego najlepszy interes.
Więc wzięli i postanowili odłączyć dziecko od aparatury. Rodzice oczywiście się sprzeciwili. Sprawa stała się głośna. Watykan i Włochy zaoferowały leczenie alternatywne. Na to łapiduchy angielskie powiedziały, że nie. Chłopiec ma tu zostać i tu umrzeć. To będzie w jego najlepszym interesie, jeśli on tu sobie umrze. Rodzice zaczęli walczyć, podali sprawę do sądu. Co powiedział sąd? Że w najlepszym interesie dziecka będzie, jeśli dziecko umrze.
Sędzią był ciekawy człowiek, Anthony Hayden. W swoim podręczniku dla homoseksualistów, jak adoptować dzieci, pada takie znamienne zdanie, bo on był akurat działaczem tej grupy BLAG, czyli prawników, którzy lobbują za adopcją dzieci i ułatwianiem tym ludziom adoptowania dzieci, więc- On powiedział coś takiego: rodzina to ever evolving concept, czyli wiecznie ewoluujący koncept. Nie ma nic stałego. Stała rodzina nie istnieje. Ojciec, matka zostali zredukowani do pary reproduktorów, czasowych powierników własności państwa, którym stało się dziecko. Tak to wygląda. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na pewne filmy, na przykład „Deadpool”, „Fast and Furious”, „Szybcy i wściekli” i parę innych filmów. Tam zbiera się grupa ludzi, przeżywają parę przygód i we are family. I już są rodziną. Ten wzór się powtarza.
Gwoli namysłu, zastanowienia się w wolnej chwili, jak zobaczycie coś takiego w kinie. Rodzice walczyli o tego synka. Synek w końcu został odłączony, mimo wszystko. 200 Sprawiedliwych zebrało się wokół szpitala i próbowało odbić dziecko. Oczywiście policja interweniowała, otoczono cały szpital i po prostu chłopiec po pięciu dniach miał nie przeżyć pięciu minut. Po pięciu dniach zmarł. W zeszłym tygodniu na przymusową aborcję w Anglii skazano pewną kobietę, której danych nie ujawniono. O tych nieujawnionych danych jeszcze wrócimy. Na to, żeby dokonała przymusowej aborcji. Odwołała się, 75 000 ludzi podpisało petycję, więc w końcu pozwolono na drodze odwołania się jej zachować dziecko, ponieważ jej matka motywowała, że jest akuszerką, że ma na to stać, że zaopiekuje się i córką, i wnuczką.
Powodem było to, że kobiecie po prostu ma pewien defekt intelektualny, jest na etapie rozwoju ośmioletniego dziecka. Dlatego sąd zdecydował, że dziecko ma zostać zabite. Jej dziecko. Więc taki jest stan dzisiejszy. Morduje się dzieci. Dlaczego? Jak to się stało w Anglii, że zniknęło prawo rodzicielskie? Jak wiemy, w Anglii nie ma czegoś takiego jak konstytucja. Jest prawo stanowione i prawo casusowe, prawo zwyczajowe. Przechodzą te ustawy, jest tam pewna ciągłość zachowana od rewolucji Króla Romuela.
Więc jest zachowana ta pewna ciągłość, potem już nie było większych tam rewolucji i innych takich niepokojów. Anglia się tym szczyci. Jest krajem, który po prostu ma swoją demokrację i poucza innych. Kiedy sobie chodzę po Londynie, bardzo mi się Londyn podoba. To w sumie ładne miasto, mi przypomina trochę miasto przyszłości, jak tam się idzie tamtą Wisłą. Ale zawsze jest ta myśl z tyłu głowy. 500 lat rabunku. To było państwo złodziejskie. Okradało ludzi, cały świat przez 500 lat. Teraz mają kasę, więc nie imponuje mi to.
Taki prywatny wtręt teraz zrobię. Dobrze, wracajmy do sedna sprawy. Jak to się stało, że rodzice w Anglii stracili możność decydowania o najlepszym interesie dziecka? O co chodzi? Właśnie to państwo decyduje, jakie ma być najlepsze dobro dziecka. Co jest dobrem dla dziecka. Nie rodzic, tylko państwo. Stało się to w ten sposób, że w roku 1976 podpisano Adoption Act, który miał regulować po prostu te sposoby, w jakie dzieci były adoptowane. Oczywiście wszystko dla dobra dzieci. Natomiast w 1989 roku podpisano ustawę tak nazywana Children Act, która po prostu unieważnia coś takiego jak prawa rodzica.
I teraz tak, proszę państwa, to wszystko idzie otwartym tekstem. Oczywiście jest tam mowa o tym, że będziemy chronić dzieci, że rodzina to trzeba ją wspierać, bo to podstawowa komórka. Kiedyś mieliśmy podstawową komórkę socjalistycznego państwa, teraz mamy podstawową komórkę demokratycznego państwa. I tutaj urzędas po prostu definiuje, co to właściwie znaczy dobro dziecka. Teraz tak, jest tam kilka ustępów, które de facto anulują władzę rodzicielską, a więc dziecko może być odebrane wtedy, kiedy jest zagrożenie urazu ze strony rodzica, mentalnego również. Ale uwaga, bo to jest piękne. Uwaga, posłuchajcie tego. Istnieje możliwość tego, że dziecko zostanie w jakiś sposób mentalnie, nawet mentalnie przez rodzica skrzywdzone. I teraz tak. Co to właściwie oznacza możliwość?
Możliwość oznacza to raport mniejszości. Karzemy nie za to, co się zrobiło, tylko za to, co można zrobić. Każdy z nas może być winny w tym momencie. I teraz tak. Powiedziałem, że to idzie otwartym tekstem. Oczywiście. Pani na przykład o nazwisku Baronessa Hale była to ta sama pani, która odrzuciła apelację rodziców o uratowanie syna, o rodziców Alfiego. Ta sama pani powiedziała coś takiego: kwestia praw rodzicielskich nie istnieje w Anglii. Powiedziała to w roku 2006. Natomiast jej kolega, lord Kerr powiedział coś takiego: tylko jako dostarczyciel dziecięcego dobrostanu ma rodzicielstwo jakiekolwiek znaczenie.
Kto ocenia, czy dany rodzic dostarcza ten dobrostan, czy go nie dostarcza? Kto ocenia? Pracownik socjalny. To jest kolejna historia, bo skupiłem się na aspekcie prawnym, a warto by jeszcze powiedzieć, jak to działa w przypadku pracowników socjalnych. Zajmowałem się tym tematem przez dłuższy czas. Miałem przyjemność i zaszczyt współpracować w projekcie Leszka Ciechońskiego i Piotra Zarębskiego „Kocham cię jak w Irlandii”. Jest taki film, taki dokument o sytuacji w Irlandii, ponieważ to, co jest w Anglii, zostało przeplantowane na irlandzkie. Przez dłuższy czas ludzie uciekali z Anglii do Irlandii. I teraz tak, jak to wygląda ze strony pracowników społecznych? Otóż mogą czasami zdecydować zaocznie.
Nie wiem, czy znacie, czy słyszeliście nazwisko Fran Leon. Była to dziewczyna, której odebrano dziecko tylko dlatego, że stwierdzono, że kiedyś miała problemy z paracetamolem i jest studencką i pewnie jej nie stać, więc wysłano do niej list, że po prostu zabierają jej to dziecko. Ja osobiście rozmawiałem z kilkoma matkami. Powiem państwu przykład, na tym przykładzie, który teraz podam będzie dobrze pokazane, jak to działa w naturze. Matka miała kłótnię z córką. To była polska matka. Była nawet w sejmie, rozmawiała z ministrem Wójcikiem. Pan Wójcik powiedział jej: „Oczywiście zajmiemy się sprawą”. Kazał się kontaktować z pewną panią. Ta pani wysłała maila, mam tego maila: „Czasami dobrze jest sobie odpuścić”.
Rozumiecie? Tak pisze urzędnik państwowy do matki, której zabrano dziecko. Dobrze jest czasami sobie odpuścić. Jak to wyglądało w jej przypadku? Wyglądało tak, że miała kłótnię z córką. Pokłóciły się, mama ją spoliczkowała, bo nazwała się brzydkim słowem. Takim bardzo brzydkim. Nie będę nawet litery mówił. Wiecie, o jakie słowo chodzi. Kłótnia.
Dziecko dorastające, 13 lat. Dziewczyna, która po prostu nie wie nic o życiu, dopiero zaczyna się uczyć i nie wie, że mamę, rodziców trzeba szanować i tak dalej. Jeżeli rodzice mówią „nie”, to nie dlatego, że was nie kochają, tylko że wiedzą, że to, czego chcecie, nie jest tym, czego naprawdę potrzebujecie. Bo oni tam kiedyś byli w waszym miejscu, gdzie wy teraz jesteście. To nie tak, że was nie kochają, tylko po prostu wiedzą, co dla was dobre. Więc mała poszła do szkoły i się poskarżyła. Córka została zabrana od razu. Matce uniemożliwiono widzenie się z nią bez sądu. Matka idzie do policji i mówi tak: „Słuchajcie, uprowadzili mi dziecko”. „A to proszę z nimi rozmawiać.
My na to nie mamy wpływu”. „No jak to? Przecież dziecko mi ukradli”. „Nie, to nie jest nasza gestia. To musicie pani się z nimi porozumieć”. Pracownicy socjalni są ponad prawem. Sytuacja rozwijała się dalej tak, że mama zadzwoniła do taty, z którym była rozwiedziona. Wiadomo, te sytuacje dopadają ludzi, którzy są na jakichś zakrętach życiowych, kiedy coś im w życiu nie wychodzi. Atakują po prostu słabych członków stawu społecznego. Ojciec przyjeżdża do szkoły i chce zabrać dziecko.
Pracownik społeczny wzywa policję. Policja przyjeżdża i nakazuje matce i ojcu wracać do hotelu, ojciec mieszkał w hotelu, eskortuje ich całą drogę do hotelu, a dopiero dzień później, po miesiącu, w trybie przyspieszonym odbywa się rozprawa, w której dziecko zostaje umieszczone rozkazem sądu w opiece zastępczej. Jak się ta sprawa dalej rozwijała? Rozwijała się w ten sposób, że matka walczyła, wydała dziesiątki funtów na prawników. Prawnicy to też inna historia, bo często, jak powiedziałem, dopada to słabych ludzi, którzy mają jakieś problemy. Więc taka osoba idzie do kogo? Dostaje prawnika z urzędu. I teraz myk polega na tym, że prawnik z urzędu i pracownik socjalny mają tego samego szefa. Kogo? Samorządy.
Dzieci w Anglii odbierane są przez samorządy. Także, drodzy państwo, to, że samorządy teraz domagają się większej władzy na swoim terenie, wcale mnie nie cieszy. Przeciwnie, mnie to martwi. W Anglii, w Irlandii zabierane są dzieci przez local authorities. Przez jakiś czas brzmiało to dla mnie jakoś tak enigmatycznie. O co chodzi z tym local authorities? Zaraz, przecież to są po prostu samorządy. Sołtys po prostu zabiera komuś dziecko i tyle. Mówiąc bardzo kolokwialnie. Więc sprawa była taka, że matka straciła masę pieniędzy, zadłużyła się, była w Genewie.
Sytuacja skończyła się szczęśliwie, bo mała po dwóch i pół roku skończyła 16 lat i po prostu uciekła do mamy z powrotem. Na tym przykładzie widzicie państwo, w jaki sposób działają sądy, działa prawo i działają służby socjalne. Przypadek z Irlandii. Jeszcze dla nadmienienia, w tym przypadku, w którym sam brałem udział, jeżeli wklepiecie sobie „pedofilia w Irlandii”, to podejrzewam, że znajdziecie tą historię. Film był blokowany przez pół roku, dopiero potem poszedł w jakiejś popołudniówce. I tak, chłopiec był wykorzystywany seksualnie, co stwierdziło trzech świadków, trzech specjalistów, w tym profesor światowej sławy. Sędzia powiedział: „Nie, oddajemy go ojcu”. Chociaż starszy syn tego ojca powiesił się. Więc oddali dziecko komuś takiemu tylko dlatego, że on był Irlandczykiem, ona była Polką i miał znajomości. Oczywiście to tak między nami.
Tak to wygląda w Irlandii. Kto nie wierzy, niech sobie obejrzy ten film. On nie został jeszcze zdjęty. Nie wiem, kto go tam wrzucił. Jeszcze tam gdzieś powinien wisieć. To jest tyle, jeśli chodzi o ich chęć walki z pedofilią. To tyle, jeśli chodzi o chęć walki państwa jednego czy drugiego z tym procederem. Tak to działa. Co jeszcze mogę wam powiedzieć na ten temat? Walczą z tym oczywiście jakieś organizacje.
Na przykład w Anglii mamy Justice for Families. I teraz tak, sprawa jest o tyle ciekawa, że to wszystko jest robione przez samorządy, więc każda partia, jaka dochodzi do władzy, po prostu nie rusza tematu. Jedyna grupa to ten taki straszny, niedobry, faszystowski UKIP. UKIP krzyczał o co? Zwróć uwagę, o co krzyczał UKIP. O wolność sądów, o jawność sądów. Ponieważ wisienką na torcie jest to, że wszystkie te sprawy, o których wam tu powiedziałem, te dwie sprawy akurat konkretne, ale także inne sprawy toczą się za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego? Oczywiście dla dobra dziecka. Rodzice są poniżani.
Nie tylko rodzice. Rozmawiałem ze specjalistą, który został poniżony przez sędziego. Nie wolno im pisnąć słowa na ten temat, ponieważ idą siedzieć. Statystyk oczywiście nie ma, bo żyjemy w państwie prawa i państwie sprawiedliwym. Ale 15 lat temu jedna pani minister, przepraszam, była chyba premier, wicepremier bodajże, nie pamiętam nazwiska, ale chlapnęła się biedula. Powiedziała, że akurat w tym roku posadzono 200 osób za sam fakt, że publicznie chwalili się tym, że odebrano im dziecko, że ich skrzywdzono i że po prostu zostali skrzywdzeni przez sąd. Tak to działa. Więc teraz tak, jak bym to wszystko spiął do kupy? Wracając do Philipa Kevdica. Mamy tutaj system, który po prostu zamiast chronić, niszczy.
Dzieje się to w sposób punktowy. Atakuje ludzi słabszych. Niemniej jednak rozmawiałem kiedyś z moim kolegą, który jest dziennikarzem śledczym tu w Polsce i podejrzewam, że niektórzy będą wiedzieli, o kogo chodzi, który pociął sobie żyły. Tak został zaszczuty przez system i powiedział mi coś takiego: „Wiesz co? Gdyby oni mieli możliwość, na pewno odebraliby mi wtedy dzieci i to by mnie zabiło”. System jest stworzony i system działa. System atakuje teraz punktowo, bo taka jest mądrość etapu, ale już w otwarcie się pisze Le Monde diplomatique o czymś takim, co oni nazywają tutaj — piękne słowo, uwielbiam oksymorony, muszę państwu powiedzieć — liberalizmem autorytarnym. Oczywiście Ameryki tu nie odkrywają, bo genialny historyk żydowski Jacob L. Talmon napisał już dawno takie dzieło, co nazywa się „Demokracja totalitarna”. Demokracja w żaden sposób nie wyklucza totalitaryzmu, żadną miarą.
Demokracja stanowi świetny parawan dla totalitaryzmu. Przecież jak jest z komuną? Przecież żyjemy w idealnym systemie. Pamiętacie, co było z panią Le Pen, kiedy wrzuciła na Instagrama ofiary pomordowane przez ISIS? Kazali się przebadać psychiatrycznie. Ale kiedy banda gołych feministek wpada do katedry Notre Dame, którą ostatnio spalono, dwa razy tam były. Wiecie, co się stało? Ukarali ochronę grzywną, bo byli zbyt brutalni dla pań, a panie po prostu wypuścili, poklepali po plecach. Raz weszły, kiedy szydziły ze śmierci pewnego francuskiego pisarza, a drugi raz weszły uczcić odejście Benedykta XVI. Także jednym wolno więcej, innym wolno mniej.
To tyle, jeśli chodzi o równość praw. I teraz jak to jeszcze podsumować? Tak zupełnie już na koniec. Jeśli się nie obudzimy na czas, drodzy państwo, tak jak w „Płyncie łzy moje” powiedział policjant, jeden świat przecieknie do drugiego świata. Ten świat przecieka. My nasiąkamy tym. To już jest. My nasiąkamy tym, nasiąkamy pewną świadomością. Już nikogo nie razi, że w Polsce w 2005 opublikowano taki obrzydliwy „Maus”, gdzie Polacy są przedstawieni jako brudne świnie. Tego smaku nikogo to nie razi.
Wyobraźmy sobie, co by Liga Antydefamacyjna powiedziała, gdyby podobny materiał opublikowano gdziekolwiek. To jest tak. Jeśli się nie obudzimy, to nas czeka świat rządzony przez Beliala. Kim był Belial? Polecam „Dworze Inwazję” Philip K. Dick, 1982. Dziękuję uprzejmie za waszą uwagę i cierpliwość.
[05:34:07] - Mogę mieć pytanie?
[05:34:08] - Tak.
[05:34:10] - Dobrze zrozumiałem tę analogię tych instytucji, które źle działają, tak jak lekarze, którzy mieli leczyć, a czynią wró- To jest tak samo, jak jeżeli zamiast aplikować się dziećmi bożymi, prosimy-
[05:34:24] - Świetnie powiedziane, tak. Poniekąd odpowiedziałem na pańskie pytanie, że sprawa wygląda bardziej skomplikowana, niż by nam się wydawało, ponieważ wielu z tych ludzi, którzy są w Kościele, którzy gwałcą te dzieci, to byli agenci wprowadzeni tam przez komunistów. Więc władza ludowa też jest odpowiedzialna za gwałty na tych dzieciach. Pozwoli pan, że skończę. To jest jedna rzecz. Druga rzecz, ma pan rację, żyjemy w świecie, w którym mamy jakąś entropię wszystkiego. Wie pan, że tego nie wspomniałem? Dobrze, że pan mi przypomniał. Tę sytuację z Alfie Evansem arcybiskup Nichols, prymas Anglii, on bronił tych morderców. Powiedział: „No tak, trzeba to przemyśleć.
Musimy unikać takich pochopnych sądów i pochopnie wyciąganych wniosków”. Zgoda. „Wszystko było zrobione w najlepszym interesie dziecka”. Zgadza się. Mamy korupcję, nie ukrywam tego, ale mówię, zboczeńców, degeneratów, bez względu na to, gdzie są i kim są, za kratki albo co innego.
[05:35:29] - Tylko zależy to od punktu widzenia, od stanu kultury.
[05:35:33] - Zgadzam się.
[05:35:33] - Jak byłem chłopcem-
[05:35:35] - Całkowicie zgadzam
[05:35:36] - ... moi rodzice, tak nie mogłem z nimi rozmawiać na temat seksu, więc dali mi mnóstwo książek i z tego wynikało, że homoseksualność jest czymś strasznym, okropnym i wstrętnym. Natomiast były artykuły w Stanach Zjednoczonych, że wcale nie, trzeba to puścić. I dlatego uważałem, że pedofilia, proszę państwa, to jest zbrodnia kulturowa. To nie jest coś obrzydliwego. Weźmy króla Jagiełłę i królową Jadwigę, weźmy Romea i Julię. Przecież to wszystko są pedofile według obecnych rzeczy.
[05:36:07] - Weźmy Mahometa.
[05:36:08] - Były mniej więcej u nas w tej chwili, że przecież jest ohydna. Niemniej jednak były artykuły amerykańskie, które mówiły, że wszystko właściwie nie jest to takie złe, dlatego że przede wszystkim pedofil wybiera sobie dzieci z biednych rodzin i jest dla nich jedyną gwarancją, powiedzmy, postępu społecznego. Po drugie, zaspokaja ich możliwość głód uczuć, głód emocjonalny.
[05:36:38] - Mamy do czynienia z racjonalizacją pedofilii. Tak, zgadzam się.
[05:36:41] - Ja przypuszczałem, że pójdzie w drugą stronę. To znaczy obniży się wiek tej, tego sexual ripe i tak dalej. W tej chwili się odwróciło i jest co innego. Natomiast proszę państwa, mamy takiego pisarza Samuela Delany. Nie wiem, czy znacie.
[05:37:00] - Nie, ale znam przyjaciela Michnika, Cohena.
[05:37:03] - Samuel Delany powiedział-
[05:37:05] - Tak, oczywiście znam. Tak, oczywiście. Przepraszam.
[05:37:07] - W związku ze skandalem powiedział, że on rozpoczął życie płciowe z mężczyzną w wieku lat sześciu i w życiu publicznym, w późniejszym życiu absolutnie to mu nie przeszkadzało. Było to bardzo przyjemne, jak rozpoczął to życie płciowe. Być może, że dlatego właśnie jest teraz gejem, ale on lubi być gejem.
[05:37:27] - As simple as that.
[05:37:29] - Więc to jest
[05:37:31] - To jest po prostu lobbing.
[05:37:32] - W tej chwili mówią, że to jest obcyta zbrodni. Jest to po prostu etap kultury.
[05:37:37] - Albo rozpadu kultury. Jedną rzecz, żeby docelowo. Spoko. Twoim zdaniem komiks "Maus" nie powinien być wydawany? Komiks "Maus" dla mnie pokazuje, jak żeśmy zostali już- To jest pytanie, czy twoim zdaniem powinien być wydawany, czy też nie? Nie, jest czymś obrzydliwym dla mnie. Czyli nie. Nie. Okej.
[05:37:58] - Ja jeszcze mam pytanie, bo się trochę spóźniłem. Mówiłeś coś o słonecznej loterii?
[05:38:03] - Nie, nie mówiłem.
[05:38:04] - Bo z tego, co pamiętam, to tam nie było wyborów, tak? Tylko była ułuda wyborów. To była czysta loteria. Czy właśnie dzisiaj-
[05:38:13] - Nie, nie mówiłem, nie mówiłem.
[05:38:15] - Czy dzisiaj nie zmierzamy w tą stronę? To jest jakby fasada demokracji, a tak naprawdę-
[05:38:20] - Znaczy, ale o tym mówiąc, teraz mówisz tak. Dobra, to co? Nie będę wam głowy zawracać, nie ma dalej pytań. Dzięki jeszcze za uwagę.
[05:38:33] - Proszę państwa, noc już ciemna, naprawdę późno, a tu jeszcze cały czas nie było Piotra Plebaniaka. Nie było naszych rozmów o wojnie, o tym, jak tworzyć i niszczyć imperia. No to ja szybciutko, bez zbędnego gadania ten brak nadrabiam. Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia. Dzień dobry, dzień dobry. Po raz kolejny, panie Piotrze, będziemy budować tudzież niszczyć imperium.
[05:39:22] - Świetnie. Dzień dobry wszystkim. Pozdrawiam z wysokości mniej więcej 2600 metrów. Zimno jak w kieleckim. To powinno się inaczej mówić, ale nagrywamy się, więc nie można mówić niekulturalnych słów.
[05:39:34] - Tak, tak, jak na dworcu w Kielcach. Tak.
[05:39:38] - Chyba coś takiego było.
[05:39:40] - Panie Piotrze, dzisiejsza reguła brzmi krócej i wydaje się prościej, chociaż mocno odwołuje się do biologii. To ja może najpierw zacytuję: „Ewolucyjną adaptacją wtórną powstałą w ewolucji homo sapiens jest zupełnie nowy „szlak dopaminowy”, który oddziałuje na procesy zachodzące w korze przedczołowej”. No dobrze, i co z tego?
[05:40:10] - No to z tego, że chyba będę musiał zmienić sformułowanie tego prawidła, dlatego że nie tyle chodzi o ewolucję homo sapiens, ile o generowanie kulturowej nadbudowy dla homo sapiens. I ten szlak dopaminowy, który zaczął oddziaływać i mieć interakcje z procesami zachodzącymi w korze przedczołowej, jest esencją cywilizacji tak naprawdę. Zaraz wyjaśnię dlaczego. Pierwotnie, kiedy byliśmy tylko zwierzątkami, czyli ganialiśmy się z lampartami, tygrysami, lwami i różnymi innymi stworzeniami żyjącymi na sawannie, rządziła nami tak, jak rządzi teraz dopamina. Ale ta dopamina motywowała nas do dwóch rzeczy: do działań reprodukcyjnych i do działań związanych ze zdobywaniem pożywienia. Wyrzuty dopaminy do reszty mózgu następowały w chwili, w której następowała jakaś antycypacja nagrody, a nie sama nagroda. To ma pewien istotny wpływ, ale nie ma on istotnego znaczenia dla naszej rozmowy. Natomiast co jest istotne, możemy się od dopaminy i od rozmaitych innych hormonów oczywiście uzależniać. I teraz dochodzę do sedna tego, co napisałem w tym eseju książki „Siły psychohistorii”, w którym jest właśnie to niniejsze prawidło o dopaminie. Moim zdaniem, w moim przekonaniu, nawiązuję tutaj też do tego, co swego czasu, kilka lat temu pan Krzysztof Karoń głosił, ubierając to w zupełnie inne słowa.
Moim zdaniem esencją cywilizacji jest to, że jesteśmy w stanie, zaprząc ten pierwotnie każący nam się reprodukować i zdobywać pożywienie układ nagradzania dopaminą, jesteśmy w stanie go zhakować, zaprząc do tego, abyśmy nagradzali się za pracę pożyteczną dla innych. To są słowa właśnie Krzysztofa Karonia. A mówiąc inaczej, nagradzamy się i motywujemy za taką działalność, która pozwala nam budować wokół nas cywilizację materialną, czyli wytwarzać jakieś przedmioty. Jeżeli artysta jest albo jakiś rzemieślnik, który wytwarza na przykład piękne koszyki albo dobrze pasujące do końskich kopyt podkowy albo cokolwiek innego. Więc nagrodą za coś takiego jest pochwała z zewnątrz, czyli pochwała klienta albo szacunek społeczności, w której ten rzemieślnik albo artysta żyje. Inaczej, efekt pracy rozmaitych czynności, które są realizowane przede wszystkim przez naszą korę przedczołową, czyli czynności bardziej abstrakcyjne, one są właśnie nagradzane przez wyrzuty dopaminy, które i ten łańcuch dopaminowy, czy też szlak dopaminowy właśnie został rozciągnięty. Nie pamiętam w tej chwili nazw tych elementów mózgu gdzieś tam w środku głęboko, które pierwotnie odpowiadały za te kwestie reprodukcyjne i spożywcze. Natomiast ten szlak dopaminowy przedłużył się i my jesteśmy istotami ludzkimi, które rozumieją, czują, które budują wokół siebie cywilizację, bezpieczniejszy i lepszy świat. Dlatego i tylko dlatego, że jesteśmy nagradzani i uzależniamy się, przynajmniej tak powinno być, od zachowań i czynności, które są w jakiś sposób społecznie nagradzane. Jesteśmy istotami społecznymi i na tym właśnie polega to zhakowanie tego szlaku dopaminowego.
Wyjaśniłem prawidłowo, chyba szybciej niż chciałem, ale możemy jeszcze porozmawiać.
[05:43:56] - Ja, wie pan, nie jestem do końca przekonany. Będę pełnił rolę takiego zawodowego sceptyka. Dlaczego? Otóż rzeczywiście taki rodzaj ludzi, którzy rzeczywiście czują te wyrzuty dopaminy z powodu tego, że zostaną pochwaleni przez klienta, nabywcę, w ogóle ci, którzy działają na rzecz społeczności. Rzeczywiście tacy się trafiają. Ale jeśli pan, miłośnik kinematografii, przypomni sobie różne filmy o złych kapitalistach na przykład, którzy tak naprawdę garną do siebie, robią dla siebie. Specjalnie przerysowuję i robię taki socjalistyczny obraz krwiożerczego kapitalisty. Niemniej taki stwór występuje w przyrodzie, dla którego te wyrzuty dopaminy pojawiają się wtedy, kiedy zarobi dużo kasy, bez względu na to, w jaki sposób ją zarobi. Więc albo ja czegoś nie chwytam do końca, albo to nie działa zawsze i wszędzie.
[05:45:08] - Ja bym raczej powiedział, że w takiej krótkiej formie 15-minutowej nie jesteśmy w stanie oddać wszystkich niuansów i całej komplikacji, jaka się wiąże z tą całą kwestią. Natomiast w tym konkretnym przypadku, który pan przytoczył, sprawa jest bardzo prosta. Nawet najbardziej krwiożerczy kapitalista, to co on robi? On produkuje coś, co jest wszystkim potrzebne, czyli buduje tą materialną infrastrukturę cywilizacyjną. Czyli nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę na przykład ten Standard Oil, firmę założoną przez, obym nie pomieszał nazwisk, Rockefellera bodajże. On zniszczył całą swoją konkurencję w wyjątkowo socjopatyczny i drapieżny sposób. Natomiast do czego doprowadził między innymi? Do tego, że benzyna i przetwórstwo ropy stało się gigantycznym przemysłem, dzięki któremu jego kraj, Stany Zjednoczone, były w stanie zbudować wielką potęgę imperialną i w połowie XX wieku de facto stać się globalnym hegemonem. Więc są plusy i minusy. Są plusy dodatnie i plusy ujemne.
Jeszcze doroszczę, że tak powiem, słowa naszego słynnego męża stanu.
[05:46:22] - Tak, ale ja dalej będę drążył temat, bo pan tu powiedział, że to ten kapitalista produkuje rzeczy, które są wszystkim niezbędne, potrzebne i pożądane. Ja mam takie wrażenie, że w związku z rozwojem PR-u to coraz większa liczba kapitalistów produkuje rzeczy nikomu do niczego w ogóle zupełnie niepotrzebne, ale pracowicie wmawia nam, że są potrzebne. I to już jest zupełnie insza inszość. Skoro już mówimy o klasykach.
[05:46:57] - Tak. I mamy tutaj do czynienia to, co pan teraz z kolei przytoczył. To jest idealny przykład świadczący o pana głębokiej erudycji. Właśnie ładuję pana Marka dopaminą, zadowoleniem z tego, ile pracy włożył. Ale żarty na bok. Teraz wejdzie pan Marek chwilowo w stan ekstazy, a ja w międzyczasie dokończę. Istnieją patologie. Jedna z takich patologii, na chwilę odejdę od naszego tematu, jest na przykład selekcja naturalna polegająca na dziedziczeniu takich cech, które ułatwiają znalezienie partnera do reprodukcji, ale które są sprzeczne z fitnessem, czyli zdolnością do przeżycia. Tu możemy przytoczyć na przykład te wielkie przestrzenie nosowe wielorybów, które pozwalają lepiej zachęcić samicę do przedłużenia gatunku, natomiast utrudniają pływanie na przykład. Nie pamiętam, czy dobrze przytoczyłem, czy źle.
Natomiast w tym samym sensie produkty, które są zupełnie niepotrzebne, one są właśnie tą patologią w tym sensie, że dają nam satysfakcję. Na przykład jeżeli kupujemy jakiś przedmiot statusowy, na przykład iPhone'a, wydajemy na niego dwie pensje i jesteśmy zadowoleni, bo jesteśmy naładowani właśnie tym poczuciem tego, że jesteśmy kimś lepszym, dlatego, że mamy ten markowy przedmiot, prawda? Natomiast generalnie przez kilka miesięcy ze względu na ten wydatek nasz budżet mocno kuleje. Więc tutaj mamy do czynienia już z kwestiami etycznymi, prawda? Czy ten produkt, czy taki system społeczny i taki system produkcji zaspokajania potrzeb jest racjonalny, czy nie jest racjonalny? Czyli mamy drugi aspekt. I oczywiście jest tak, że ci producenci, którzy świetnie rozumieją sposób, w jaki działa ludzki mózg, dla naszego zysku po prostu wciskają nam rzeczy niepotrzebne. I z takimi rzeczami trzeba walczyć przez edukację i przez uświadamianie sobie i innym, co jest nam tak naprawdę potrzebne, a co jest korzystne dla społeczności, a co jest niekorzystne dla tej społeczności.
[05:49:04] - Ja już sobie z tym wyrzutem dopaminy i ekstazą poradziłem. Jakoś udało mi się to opanować. Natomiast mam jeszcze pytanie gdzieś na koniec naszej rozmowy dotyczące tego, tak już bardzo wprost: jak to się przekłada na to nasze budowanie imperium, te wyrzuty dopaminy i taki zadowolony facet, jak to tak już wprost przekłada się na to, że właśnie to imperium budujemy, ewentualnie niszczymy komuś imperium?
[05:49:39] - Jest eksperyment, który świetnie pokazuje, o co chodzi i trafia dokładnie w dziesiątkę, jeśli chodzi o to, jak odpowiedzieć na pana pytanie. To jest eksperyment z ptasim mleczkiem. Otóż małym dzieciom wredni socjologowie albo psychologowie dają na talerzyku jedno ptasie mleczko smakowite i mówią im tak: Masz tu ptasie mleczko. Ja teraz na pięć minut wyjdę. Jeżeli wytrzymasz i nie zjesz przez te pięć minut tego pierwszego, to dam ci drugie, czyli będziesz miał dwa. Tylko musisz wytrzymać. I w ten sposób, oczywiście badacze wychodzą i dzieciaki się wahają. To przekomicznie wygląda. Na YouTubie jest masa filmów na ten temat. Jak ktoś znudził się kotami i psami śmiesznymi, to zapraszam do oglądania właśnie tych dzieciaków, jak ze sobą walczą.
Albo w końcu zjadają, albo w końcu nie zjadają i dostają wtedy drugie. Kwestia rozchodzi się o zdolność samonagradzania się, wykształcenia pewnych cech psychicznych, które pozwalają na dyscyplinowanie siebie, co następuje już w bardzo młodym wieku. Tu bardzo duża praca zależy od rodziców, którzy kształcą te wzory zachowań zupełnie nawet nieświadomie, bo nie zdają sobie sprawy, jak istotne to są wzorce, które dziecko musi mieć wpojone od samego maleńkiego, od kołyski niemalże. Podsumowując, odpowiadam wprost na pytanie. Czym więcej jest ludzi takich, którzy potrafią się zdyscyplinować, którzy zdołają poświęcić teraźniejszość po to, żeby zbudować lepszą przyszłość. Proszę zobaczyć, jaki duży skok wykonuję, ale myślę, że jest całkowicie zrozumiałe. Od ptasiego mleczka, zdolność do powstrzymania się przed zjedzeniem przez pięć minut zaledwie i dopiero następuje nagroda. A ci, którzy poświęcą się dla społeczności, oddadzą swoje dobro doczesne do tego, żeby służyć społeczności czy Kościołowi, czy czemukolwiek, to oni właśnie budują cywilizację. I czym więcej takich ludzi jest w jakiejś społeczności, w jakimś narodzie czy w społeczności będącej obywatelami imperium, czym więcej jest takich ludzi, tym łatwiej takie imperium zbudować. Czym mniej jest takich ludzi, czym więcej ich wyciągniemy, na przykład kusząc lepszymi zarobkami, wyciągniemy ich do innych krajów albo zniechęcimy do pracy, dlatego że ta praca nie przynosi ani satysfakcji, ani godnego życia, to tym łatwiej takie państwo będzie można pokonać i wysterować na kurs samobójczy na przykład.
[05:51:57] - Pięknie dziękuję. Myślę, że teraz już wszystko jasne.
[05:52:00] - Tak jest.
[05:52:01] - W takim razie do usłyszenia, panie Piotrze.
[05:52:04] - Do usłyszenia. Do usłyszenia za tydzień.
[05:52:07] - A za tydzień będziemy mówić o czarnych łabędziach.
[05:52:10] - O, świetnie. Super temat.
[05:52:31] - No i to już, proszę państwa, koniec. Naprawdę koniec. Pora naprawdę późna. Zapraszam państwa za tydzień na 10. „Bibliotekarium 2.0”, 160. w ogóle. Porozmawiamy sobie w przyszłym tygodniu z autorem książki, którego już państwo znacie. Ponad rok temu gościliśmy w „Bibliotekarium” Macieja Górniaka. Wtedy rozmawialiśmy o pierwszym tomie książki „DNA”. To się wtedy nazywało „Spirale Zagłady”.
Za tydzień będziemy rozmawiać o tomie drugim, który się ukazał, który wtedy był zapowiadany, a dzisiaj już jest. Autora poznaliście państwo całkiem niedawno. Pamiętacie państwo tę prelekcję, której opowiadał chociażby o składaniu kartki papieru. Ileż razy to można złożyć i jak to szybko przyrasta. I 50-krotne złożenie kartki daje nam wymiary iście kosmiczne. Autor tejże prelekcji będzie w przyszłym tygodniu opowiadał o swojej najnowszej książce „DNA Nebula”. Książka, która opowiada dalszą część historii rzuconej na takie olbrzymie połacie wszechświata. Czy są połacie wszechświata? Co ja bredzę? Pora późna.
W każdym razie na te obszary wszechświata czy też na tę gwiezdną prerię. A gwiezdną prerię to zaczerpnąłem, tak pisano w swoim czasie o prozie Bohdana Pyneckiego. W każdym razie, u Macieja Górniaka chciałoby się powiedzieć, że to space opera, ale to nie jest space opera. Tu nie ma statków kosmicznych, bitew. W każdym razie nie w tym natężeniu, w którym państwo przyzwyczailiście się obserwować to w space operach takich klasycznych. Ale książka Macieja Górniaka, chociaż to nie jest książka, która jakoś szeroko się rozeszła, a mam nadzieję, że kiedyś się rozejdzie, że kiedyś trafi do wielu czytelników, bo ona jest tego warta. Ona po prostu pokazuje, właśnie zastanawiam się, jak to powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć. Alternatywne? Nie. Pokazuje, jak to mogło być z tym rozwojem ludzkości i jak to jeszcze może być z tym rozwojem ludzkości.
Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Było długo, ale mam przynajmniej taką nadzieję, że było warto. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Do usłyszenia za tydzień. Dobrej nocy.
[05:55:34] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Book Radio również dziękuje za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie oczywiście już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.