Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Nastał kolejny piątek, minęła godzina 20.00 w Radiu Paranormalium. W Book Radio wciąż jeszcze z pewnym poślizgiem czasowym, w poniedziałek. Witamy państwa bardzo gorąco i serdecznie w kolejnym wydaniu Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 – Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:51] - Halo, halo! Dzień dobry wieczór państwu. Witam pięknie. Nie da się ukryć, proszę państwa, że kończy nam się drugi miesiąc wykładowy. Tak, to już koniec listopada. Jak dodam, że proszę, jak ten czas leci, to odniesiecie państwo wrażenie, że już to kiedyś słyszeliście, a nawet na pewno słyszeliście i że może czas wreszcie wyłączyć. Nie róbcie tego, państwo. Myślę, że dzisiejsza audycja zawiera w sobie kilka ciekawych tematów, kilka ciekawych wypowiedzi. Taką przynajmniej mam nadzieję. Na początek podzielę się z państwem pewną swoją refleksją.
Część elementów z tej refleksji już pewno państwo słyszeli. Potraktujcie to troszeczkę tak jak bajkę z cyklu: znacie, to posłuchajcie. Otóż całkiem niedawno poleciłem pewnemu swojemu znajomemu wywiad, który jakiś czas temu przeprowadziłem ze świętej pamięci Maćkiem Parowskim. Ten wywiad dostępny jest na YouTubie. Pytam go w tej rozmowie o książki, które odgrywały w życiu Macieja ważną rolę, które były dla niego po prostu ważne. Chętnie wracam do tej rozmowy, pomimo że ją sam przeprowadzałem, bo autor powieści „Twarzą ku ziemi” mówi nie tylko rzeczy mądre, ale przede wszystkim wzruszające i pełne dobrej energii. Myślę, że to chyba najlepsze określenie. Muszę państwu powiedzieć, że tak naprawdę dopiero po tym wywiadzie zrozumiałem, jak otwartym, ciekawym świata i w sumie dobrym człowiekiem był NUMP. Już rozszyfrowuję ten skrót dla tych, którzy nie kojarzą. NUMP to jest „Nasz Ulubiony Maciej Parowski”.
Tak bardzo często określano redaktorów naczelnych, bo Maciej Parowski przez jakiś czas był redaktorem naczelnym „Nowej Fantastyki”. Wcześniej i później, w ogóle od zawsze był redaktorem od prozy polskiej i wychował naprawdę kilka pokoleń ludzi piszących fantastykę w naszym kraju. On bardzo uważnie, mówię tu o Macieju Parowskim, obserwował rzeczywistość i potrafił wyciągać wnioski, które nie zawsze są oczywiste, ale jak człowiek się z nimi zetknie, to się zastanawia: „Wow! A czemu ja na to nie wpadłem?”. To był tego rodzaju człowiek. Poleciłem znajomemu ten wywiad w nadziei, że fajnie spędzi około pół godziny, bo tyle ten wywiad ma. Jeśli państwo jesteście ciekawi, to wpiszcie sobie na YouTubie: Maciej Parowski. Jak tam jest hasło? Książki... Nie pamiętam.
Mówiąc szczerze, w tej chwili nie pamiętam. Wiecie państwo, starcze zaćmienie umysłu. „Książki w moim życiu”. O, właśnie, przypomniałem sobie jednak. Maciej Parowski, „Książki w moim życiu”. Posłuchajcie państwo tego wywiadu. Ale jak już go państwo posłuchacie, to na pewne rzeczy zwrócicie uwagę, które w tym kontekście staną się jaśniejsze, bo zaraz o czymś powiem. Po pewnym czasie zapytałem znajomego, czy odsłuchał ten wywiad i jakie są jego wrażenia. I co usłyszałem? Rzecz, która trochę mną poruszyła.
Usłyszałem, że ten facet, co mówi w tym YouTubie, po pierwsze mówi bardzo niewyraźnie i źle się tego słucha. W konsekwencji okazało się, że ten znajomy nie poświęcił tej cennej pół godziny, żeby wysłuchać tego, co Maciej Parowski miał do powiedzenia. To 30, 40 minut może jakiejś tam niewyraźnej mowy, ale mowy o czymś. Warto też zwrócić uwagę, że Maciej Parowski nawet w tym wywiadzie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie jest mistrzem dykcji. Redaktorów i realizatorów dźwięku w stacjach radiowych jeszcze przed wejściem na antenę Ostrzegał, że będą mieli z nim kłopoty, że wyciągnięcie dźwięku tak, żeby był zrozumiały, może stanowić jakiś problem. Bez przesady oczywiście, ale jednak. A temu swojemu faflunieniu, to mówię na licencji Maćka Parowskiego, bo on tak to określił. Temu swojemu faflunieniu on był skłonny przypisywać całe swoje życie, nazwijmy je literackie, fascynację literaturą. Dlaczego? Państwo posłuchajcie tego wywiadu.
To jest dosyć przewrotny wywód, ale logiczny, do bólu logiczny. Jak to czasami wada wymowy może człowieka pchnąć w objęcia literatury? Tak jak powiedziałem, kto jest ciekawy, to niech wbije na YouTubie hasło z imieniem i nazwiskiem Macieja Parowskiego i dorzuci frazę: „książki w moim życiu”. Co z tej historii wynika? Jeszcze nic, ale postaram się, żeby coś jednak wynikło. Czasami pewne odkrycia spływają na człowieka dosyć niespodziewanie. W jednej chwili jesteśmy ciemni jak tabaka w rogu, a w następnej wiemy już wszystko. Nagle wszystko staje się piękne, jasne i zrozumiałe. Ja takiej podobnej iluminacji podlegałem, gdy pożegnałem się z kolegą, któremu poleciłem, o którym mówiłem i wracałem przez uśpione miasto do domu. Będzie dramatycznie.
Mniej więcej w połowie drogi dotarło do mnie, że nasza współczesność ma to do siebie, że coraz częściej nie słucha się tego, co ktoś mówi, ale w jaki sposób to robi, w jaki sposób mówi. Ujmując rzecz brutalnie: idiota z dykcją jest warty więcej niż mędrzec z wadą wymowy. Specjalnie wyostrzam to, co mówię, ale mniej więcej o to chodzi. I wtedy, kiedy sobie to uświadomiłem, to przypomniałem sobie ważną rzecz. Dotarło do mnie, że coś, co było obecne w mojej myśli przez wiele lat, ale nie chciałem tego uznać za ważne, coś, co definiuje naszą rzeczywistość, chociaż nie musi być prawdziwe. To są jakieś luźne refleksje, które głoszę tutaj, korzystając z tego, że dorwałem się do mikrofonu. Dawno, dawno temu, ale w naszej galaktyce czekałem na wykład z filozofii współczesnej. Wykładowcą był profesor Janusz Sytnyk-Czetwertyński. On już był na miejscu, ale jeszcze czas wykładu nie nadszedł. Kilku studentów jeszcze nie doszło, więc czekając na tych pozostałych, luźno przed wykładem rozmawialiśmy o tym, czy cywilizacja zachodnia rzeczywiście upada i jak głęboki jest ów ewentualny upadek.
Uśmiecham się, bo uświadomiłem sobie, jak ktoś by tego posłuchał zupełnie z zewnątrz, to by sobie pomyślał: „O czym ten facet gada? To ma być znakomity temat na swobodną pogawędkę?”. Akurat tak się złożyło, że był. I w pewnym momencie tej pogawędki z profesorem Januszem Sytnikiem-Czetwertyńskim ten nasz mistrz przejął kontrolę nad dyskusją i przedstawił dosyć ponury obraz współczesnego świata. Pokazał też powody, dla których on jest taki ponury. Postaram się to państwu w miarę syntetycznie zrelacjonować. Przedstawić ten tok myślenia. Nawet nie do końca jestem pewien, czy profesor Janusz Sytnik-Czetwertyński ma rację. Wyczuwam, że coś jest w tej myśli, ale sami państwo rozważycie, na ile to jest prawdziwe, na ile nie. Ale po tej wspomnianej wcześniej rozmowie z kolegą dotarło do mnie, że jednak profesor może mieć rację.
A jeśli nie myli się odnośnie drobiazgów, może nie myli się również we wnioskach końcowych swojego wywodu, które nie są specjalnie wesołe. Mówiąc szczerze, to chciałbym, aby profesor racji nie miał, a jednocześnie odnoszę wrażenie, że idealnie trafił w punkt. Na pierwszy rzut oka nasz świat jest niezwykle skomplikowany. Gdybyśmy chcieli, podjęli próbę jego opisania, to mogłaby ona zająć całe życie, a i tak efekt mógłby zostać uznany za połowiczny. Aczy jednak istnieje jakaś droga na skróty? I tę wymyślili, jak niemal wszystko, starożytni filozofowie. Wystarczy uświadomić sobie prosty fakt. Jeśli pomyślimy o jakimkolwiek rzeczowniku, i to jest ta rzecz, którą często państwu powtarzałem. Jeśli pomyślimy o jakimkolwiek rzeczowniku, na przykład o wężu, książce czy też ulubionym przez wykładowców filozofii krześle, a także o miłości, sprawiedliwości, nienawiści, to odpowiedniki tych rzeczowników w realnym świecie będą miały charakter ilościowy. To pierwsze trzy, które wymieniłem, czyli wąż, książka, krzesło.
Czy też jakościowy: miłość, sprawiedliwość, nienawiść. Mówiąc szczerze, bardzo trudno wyjść poza ten schemat myślenia. Można wprawdzie spierać się, która z tych optyk jest ważniejsza, ale spór notabene wydaje się akademicki. Jednym z takich przykładów dwoistości, z jaką postrzegamy nasz świat, naszą rzeczywistość, jest problem jabłka. Bo profesor Janusz Sytnyk-Czetwertyński stwierdził: „Kiedy zapytałbym Talesa, co trzymam w dłoni, stwierdziłby bez wahania, że jabłko”. Na to samo pytanie Pitagoras udzieliłby zgoła innej odpowiedzi: „Usłyszałbym, że ściskam w palcach jedność albo jedno”. Co z tego właściwie wynika? Wbrew pozorom całkiem sporo. Mały cytat: „Jeśli zapytam Talesa, czy jabłko jest podzielne — powiedział Janusz Sytnyk-Czetwertyński — stwierdzi, że jak najbardziej. Natomiast Pitagoras odpowie przecząco i doda, że jeżeli cokolwiek uszczkniesz z owego jabłka, to przestanie być tym, czym było w całości.
Tylko jeśli jest pełnią, jest tym, czym jest. Pół człowieka to nie jest człowiek. Pół jabłka to nie jest jabłko”. Do bólu logiczne. W każdym razie wyraźnie widać, że pierwszy rodzaj rozumowania prowadzi nas do myślenia ilościowego. Jednością jest to, co niezbędne, a drugi do jakościowego. Jednością jest to, co pełne. Taki sposób myślenia zakorzenił się w ludzkich głowach. Albo taki, albo taki. Dowodem mogą być prace Platona, Arystotelesa.
One w pewnym sensie wyznaczyły granice rozumienia świata, naszego świata. Właściwie nie potrafimy tej rzeczywistości postrzegać w inny sposób. Wszystko to oczywiście jest bardzo ciekawe, a dla niektórych bardzo nudne. Zależy od cierpliwości. Ale czy to ma jakikolwiek wymiar praktyczny? To wszystko, co mówię. Czy współczesnych ludzi obchodzą abstrakcyjne spory brodatych mężów sprzed kilku tysięcy lat ze starożytności? Poproszę o odrobinę cierpliwości. Dorzucę do puli, którą dotychczas zgromadziłem, takie stwierdzenie angloamerykańskiego filozofa Alfreda Whiteheada, który zwykł wymawiać, że właściwie cała zachodnia filozofia to zbiór przypisów do Platona. Niektórzy, bardziej gorliwi, tak jak to państwo wiecie z moich wypowiedzi, dodają w tym miejscu, że również do Arystotelesa.
Ale to tak naprawdę niewiele zmienia. Dalej mamy starożytność i filozofów, którzy byli potem. To oni właściwie rozwijali te dwa sposoby myślenia, o których wspomniałem wcześniej: ilościowy i jakościowy. Według wielu filozofów czasów starożytnych ludzkość nie wyszła poza schemat myślenia ilościowego i jakościowego. Nieprawdopodobnie przez ten czas oczywiście uszczegółowiła te wszystkie sposoby myślenia, ale tak naprawdę jakąś przełomową myśl, zmieniającą optykę świata, bardzo trudno jest znaleźć. Po części jest to wina tychże autorytetów. Platon, Arystoteles. Któż by śmiał z tak wielkimi autorytetami starożytności dyskutować? Moje skromne zdolności intelektualne zdaje się to przekraczać. Niemniej jednak coś spróbuję zrobić.
Na pewno mogę zrobić jedno: ograniczyć się do śledzenia konsekwencji tego podziału, który zarysowałem. A już samo to wydaje się dosyć ciekawe, bo ten podział sporo mówi o miejscu, w jakim jest dzisiaj ludzkość i dlaczego w nim jest. Bo to miejsce to jest, proszę państwa, czarna dziura. I wierzcie mi państwo, nie w wydaniu astronomicznym. To zupełnie inna czarna dziura. Zmieńmy na chwileczkę optykę. Mniej więcej w pierwszej połowie XX wieku ten schemat ilościowo-jakościowy zaczął mocno uwierać wielu myślicieli. Mam nawet takie wrażenie, że chyba zbyt wielu. Oni stwierdzili w pewnym momencie, iż ludzkość przeżywa stagnację intelektualną, a w związku z tym, jak jest stagnacja, pojawiły się zadziwiająco częste próby przełamania tego impasu. Cóż powiedzieć?
Filozofowie bywają od czasu do czasu durniami, tak samo jak pozostała część ludzkości, ale jedno można o nich powiedzieć z całą pewnością: rzadko mają problem z logicznym myśleniem. Myślę o logice tej tradycyjnej, dwuwartościowej. Raczej nie mają z tym myśleniem kłopotu. I bardzo szybko zadane zostało pytanie: w jaki sposób mamy wyjść z tego kryzysu myślowego, skoro programy nauczania we wszystkich szkołach wtłaczają w umysły dzieci świat, tak byśmy sobie dzisiaj mogli powiedzieć, by Platon and Arystoteles. Właściwie niczego innego nie uczymy. Albo ilościowo, albo jakościowo oceniacie, postrzegacie państwo ten świat. Ale od czego są filozofowie, którzy myślą? Myślenie to jest właściwie jedyne ich zajęcie. Różnie płatne, ale jedyne. Znaleźli w końcu receptę na ten impas.
Profesor Sypniew czy Twertyński, którego tak chętnie cytuję, stwierdził, że odnowiciele myśli kombinowali mniej więcej według takiego schematu: trzeba zawrócić w tym sposobie myślenia i wrócić do czasów, do jakiejś filozofii, która poprzedzała czasy Platona i Arystotelesa. A jak już dojdziemy do Platona i Arystotelesa i cofniemy się bardziej, to znaleźć kogoś takiego, kto nas zainteresuje, kto myślał trochę inaczej. I z nim pójść, nie mam innego słowa, pójść gdzieś w bok. Nie utartymi ścieżkami, o których powiedziałem, tylko gdzieś w bok. I dopiero wtedy, dzięki temu oddaleniu, będzie można spojrzeć na stan naszej dotychczasowej wiedzy nieco inaczej. Dostrzeżemy nagle, że świat jest inny i będzie można stwierdzić, że w ten sposób uzyskaliśmy wiedzę dodatkową, jakby wyrwaną z tego jarzma Platona i Arystotelesa. A zatem gdzieś tam ukryta w starożytności jest wiedza, do której należy wrócić i należy koniecznie ją uzupełnić i przekonać się, że poza ilością i jakością są jeszcze jakieś inne porządki. Abstrakcja, ale jednak jakiś czas zastanawiano się, do jakiej filozofii należy się cofnąć. Którą wybrać? Na początku nikt nie wiedział.
Ktoś zaproponował, że do Sokratesa, ale zaraz go wyśmiano, bo zbyt wiele łączy Sokratesa z Platonem. To zdecydowanie nie. Może zatem należałoby wrócić do jakichś intelektualnych przeciwników męża Ksantypy. I tych znaleziono w końcu, bez trudu właściwie znaleziono. Tymi przeciwnikami byli sofiści. Ale jeśli państwu przychodzi coś na myśl odnośnie sofistów, to to jest filozofia, która z mojego punktu widzenia nie jest bezpieczna. Obawiam się, że to nie był najlepszy wybór. Tak naprawdę dowiedzieliśmy się dzięki sofistom niewiele nowego. Nie nastąpił jakiś przełom intelektualny. Za to nasze myślenie w bardzo powolny, powiedziałbym niemal niezauważalny sposób, bardzo zaczęło się zmieniać.
Nagle coś się zepsuło w tym mechanizmie naszej cywilizacji zachodniej. Moim zdaniem zmieniło się na gorsze. Sofiści. Każdy słyszał o sofistach, ale tak naprawdę nie wszyscy wiedzą, co oni tak naprawdę głosili. Gdybym miał streścić, to powiedziałbym, że to wszystko, co głosili, wzbudza moją nieufność. Na przykład taki pogląd tę nieufność wzbudza, że nie jest ważne, czy ktoś głosi prawdę, czy też fałsz. Liczy się natomiast to, że owe poglądy są skuteczne. Nieważna jest prawda. Nieważna jest fałsz. Ważne, że to działa.
Gorgiasz, który jest przedstawicielem tej szkoły, czy też Protagoras i ich kumple dorzuciliby jeszcze na przykład takie stwierdzenie, które jest bardzo popularne i w sumie brzmi nieźle, że człowiek jest miarą wszechrzeczy. Dodaliby jeszcze, że każdy ma swoją prawdę. Nie ma prawdy obiektywnej. Prawo decydujące o tym, co jest prawdziwe, jest prawem silniejszego. Dzisiaj, w naszych czasach to jest prawo tego, kto głośniej krzyczy, kto głośniej drze mordę, za przeproszeniem. I nieważne, czy ktoś ma wiedzę- Liczy się, czy pięknie potrafisz mówić. Nie to, co wiesz, tylko jak pięknie mówisz. To się wydaje, proszę państwa, kompletną aberracją. I jeżeli na tym fundamencie budujemy naszą cywilizację, to ja jestem pełen najgorszych obaw. Jeśli byście państwo zechcieli podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami na temat tych moich przemyśleń, powtarzam, to są luźne myśli, które spisałem sobie tuż przed audycją w punktach i które wygłosiłem.
Spora część tego, co powiedziałem, jestem z tym mocno związany, ale zastanawiam się, na ile spójną konstrukcję to tworzy, na ile to, co powiedział profesor Sytnik czy Twertyński, na ile to, co sobie z tego wyciągnąłem, tak intelektualnie zapożyczyłem, na ile to państwa przekonuje i na ile to państwa również w jakimś tam stopniu przynajmniej odstręcza, przeraża. Nie wiem. Być może sobie po prostu wykombinowałem problem. Zostawiam państwa z tymi przemyśleniami. A teraz czas najwyższy, żebyśmy już tak naprawdę zaczęli dzisiejszą audycję. Dzisiejsza audycja nosi tytuł „Gwiezdne szczenie", a „Gwiezdne szczenie", to już wiecie państwo z poprzednich audycji, jest tytuł książki Jacka Iworskiego. No i cóż, ja proponuję, żebyśmy na początek posłuchali fragmentu tej powieści, a dalej będzie tylko ciekawiej.
[26:11] - Jacek Iworski „Gwiezdne szczenie". Fragment. Ratunek wbrew prawu. Zaledwie opuściliśmy statek i zrobiliśmy kilka kroków po powierzchni planety, poczuliśmy coś bardzo dziwnego. Coś nam nagle kazało stanąć, a dalej już nic nie pamiętam. Z niepamięci wyrwał nas raptem czyjś przeraźliwy krzyk. „Bindka! Ratujcie Bindkę! Za mną!" Rozejrzawszy się, zobaczyłam przed sobą białą kulę o średnicy może pół metra i stwierdziłam, że podążam za nią ku wzgórzom w towarzystwie kilku członków naszej załogi. „Skąd się ta kula wzięła?," pomyślałam zaskoczona, gdyż jeszcze przed chwilą jej przecież nie widziałam.
Spojrzałam na zegarek. Od naszego wyjścia z rakiety minęło już kilkanaście minut, ale od razu wyłoniła się nowa zagadka. Co się z nami przez ten czas działo? Usłyszałem w tym momencie pytanie Sogara. „Kto? Kto to krzyknął? Gdzie my jesteśmy?" Chemik widocznie dopiero teraz się zbudził. „Jesteśmy na drugiej planecie układu Taco." Tak nazywaliśmy jeszcze wtedy Zol. „A kto to krzyknął? Chyba ta kula, która teraz nas prowadzi.
Zapewne do tej swojej Bindki, którą mamy jej uratować." Selim jak zwykle dał rzeczową odpowiedź. „A gdzie to urządzenie, które stało nad jeziorem i co myśmy robili przez tych kilkanaście minut?," spytał Lao. „Nie wiem," odparł szczerze Selim i nagle zobaczył pulser w ręku Karela. „A to co?," spytał ostro. „Karel, do czego ty strzelałeś?" „Ja? Strzelałem? Nic o tym nie wiem." Zdumienie botanika było tak szczere, że wszyscy mu uwierzyliśmy. A jednak Karel musiał do czegoś strzelać, gdyż słupek liczby laserowych nabojów w jego pulserze wskazywał 99, a nie 100. Tylko do czego? Nasuwało mi się chyba jeszcze kilka pytań.
Nie zdążyłam ich jednak nie tylko zadać, lecz nawet dobrze w myśli sformułować. Na skraju łąki, pod jakimś krzakiem ujrzałam drugą kulę, minimalnie mniejszą od pierwszej i koloru żółto-liliowego. „Czyżby to była ta tajemnicza Bindka?," pomyślałam. Musiała to być rzeczywiście ona, gdyż biała kula wyraźnie nas do niej prowadziła. Z bliska stwierdziłam, że liczne liliowe plamy na ciele Bindki to kręp z kilkunastu ran i ranek i pomyślałam, że druga kulka jest już martwa. Kiedy jednak dotknęłam jej bioskopem, okazało się, że nie jest jeszcze tak źle. „Żyje?," upewnił się Selim. „Żyje," potwierdził za mnie Lao. „Ale czy mamy prawo go ratować? Jeśli Karel kogoś zabił, to i tak zasada nieinterwencji została już przez nas pogwałcona.
Możemy go więc ratować nawet wbrew prawu kosmicznemu," zawyrokował Selim. Tymczasem białek, jak sama go potem nazwałam, patrzył na nas tak błagalnie. Nie miałam serca mu odmawiać, zwłaszcza w świetle ostatniej wypowiedzi Selima. No a poza tym jestem przecież lekarzem. Szybko podjęłam decyzję. Pochyliłam się nad białkiem i powiedziałam do niego z uśmiechem: „Nie martw się, spróbuję ci uratować towarzysza." Jak się potem okazało, białek nie zrozumiał wprawdzie słów, lecz właściwie pojął moje intencje. Uspokoił się. Po chwili zaś zamknął oczy, jakby zasnął lub stracił przytomność. „Musi być bardzo czymś wyczerpany," pomyślałam i zawołałam do tych członków załogi Horse Dealera, którzy byli wraz ze mną przy Bindce: „Zabieramy ich na statek." We dwójkę z Selimem podnieśliśmy Bindkę ostrożnie, tak aby jak najwięcej ran znalazło się po stronie odwróconej od powierzchni planety. Białka podnieśli Karel i Lao.
Po paru minutach, minąwszy dwie spore wyrwy w łące, których też wcześniej nie było, byliśmy już w Horse Dealerze. „Co tu macie?” – spytał Ramin, który po obudzeniu się nie poszedł z nami, tylko z kilkoma innymi powrócił od razu do statku. „To są jakieś tutejsze istoty rozumne” – odrzekł Lao. „Ale nie przypuszczam…” – dalej już nie słyszałam. Wnieśliśmy stworzenia szybko do mojego gabinetu. Po chwili zostałam tam sama z nimi i Selimem. Kilka kropel krwi stworzenia Sogar złapał do probówki i zabrał ze sobą do pracowni chemicznej, aby ją tam zbadać. Zaczęłam tymczasem owijać Binkę bandażami, żeby choć prowizorycznie zatamować upływ krwi. Większość ran na szczęście była powierzchowna, lecz dwie czy trzy okazały się głębsze. W jednym miejscu była nawet przerwana jakaś ważniejsza arteria.
Gdyby chodziło o człowieka, mogłabym zastosować jeden z wielu chemicznych środków krzepnących, ale tu nie mogłam. Nie wiedziałam przecież jeszcze, jaki jest skład chemiczny i właściwości krwi kulek. Sogar dopiero co zaczął badania nad nią. Tymczasem Binka oddychała z trudem. Bałam się, że w każdej chwili może umrzeć. Jej oddech poprawił się co prawda nieco, kiedy Selim obniżył trochę ciśnienie w gabinecie, aby było ono identyczne z ciśnieniem na planecie, lecz nadal nie byłam pewna, czy moja niezwykła pacjentka to przeżyje. Jej stan był krytyczny. Dopiero kiedy zrobiłam przy niej wszystko, co tylko mogłam, spojrzałam na drugie stworzenie. Selim zbadał je już i powiedział: „Nic mu nie będzie. Prześpi kilka dni i będzie zdrów.
Teraz jest po prostu bardzo wyczerpany, raczej psychicznie niż fizycznie. Wygląda na to, że zbyt szybko opadło z niego bardzo duże napięcie nerwowe. Może bał się tak bardzo o życie towarzysza?” „Towarzyszki” – poprawiłam Selima. „Między nimi widać wyraźne różnice płci i Binka wygląda na samiczkę. Zaraz, zaraz, ale skąd my wiemy, że ona się nazywa Binka? W jaki sposób zrozumieliśmy jej kolegę, kiedy krzyknął, żebyśmy poszli za nim i ją uratowali? Przecież on nie krzyknął tego po naszemu”. Dopiero teraz uświadomiłem sobie całą niezwykłość sytuacji, gdyż do tej pory myślałem tylko o uratowaniu rannemu stworzeniu życia. Nagle zacząłem się nad tym wszystkim zastanawiać, wypowiadając na głos każde pytanie, jakie tylko przychodziło mi do głowy. Co się z nami działo podczas tych kilkunastu minut po wyjściu z Horse Dealera oraz dlaczego nic z tego nie pamiętamy?
Czyżby poddawano nas tu jakimś obserwacjom? Co w tym wszystkim robił ten taran stojący wtedy nad jeziorem i gdzie on później zniknął? Czy Karel rzeczywiście strzelał z pulsera, a jeśli tak, to do kogo lub do czego? Może właśnie do tego taranu. Ale dlaczego on sobie nie zdaje z tego sprawy? I skąd później się tu pojawiły te dwie żywe kule? Co właściwie się stało Bince? Czy te kule to rozumni mieszkańcy tej planety? Urwałam. Po chwili jeszcze dodałam pod adresem naszego semantyka: „Selim, rozumiesz coś z tego?
Bo ja nie”. „Nie wszystko, ale na pewno więcej od ciebie” – odrzekł. „Na niektóre twoje pytania odpowiem ci już teraz, na resztę zaś odpowie może film czujnikowy. Zacznę od końca. Te kule rzeczywiście są rozumne, ale same nie potrafiłyby niczego zbudować, bo przecież nie mają ani rąk, ani niczego, co by je przypominało. Przypuszczam, że to tutejsze ucywilizowane zwierzęta, jak nasze delfiny. Mogę ci także odpowiedzieć na pytanie, co właściwie się stało Bince. Zapewne wpadła po prostu w ten kolczasty krzak”. „Kolczasty?” – przerwałam. Owszem, wiedziałam, że nad Binką rósł jakiś krzak, ale nie zwróciłam uwagi na ten szczegół.
„Tak. Kolczasty. Nie widziałaś?” – spytał Selim. Chciałam powiedzieć, że nie, ale nie zdążyłam. Znów rozległ się terkot brzęczyka. Znak, że ktoś chce się z nami połączyć wideofonem. Byłam pewna, że to Sogar chce mi podać kolejne informacje o składzie krwi pacjentki. Jak dotąd wszystko wskazywało na to, że skład ten jest prawie identyczny z naszym, ale bałam się jeszcze stosować nasze środki chemiczne w stosunku do Binki. Nie był to jednak Sogar. Tym razem na ekranie ujrzałam Nikosa, lecz jakże zmienionego.
Prawie przeraziła mnie jego twarz, na której malowało się teraz wręcz niezwykłe przejęcie. Próbował coś powiedzieć, ale tylko łapał ustami powietrze, jakby się dusił. „Co mu się stało?” – pomyślałam. „Czym on się tak przejął?” Selim spytał: „No co, Nikos? Wykrztuś wreszcie, co się stało”. „Czy… czy oni będą żyć?” – wyjąkał w końcu Nikos. „Ten, no… Białek” – wymyśliłam to tymczasowe imię na poczekaniu od polskiego słowa biały – „przeżyje na pewno. Ale co będzie z Binką, nie wiem doprawdy.
Straciła wiele krwi. Ale co się z tobą dzieje, Nikos?” „Bo, bo ta biała kulka uratowała nam życie” – wykrztusił z trudem pilot. „Co takiego?” Zabrzmiało to tak nieprawdopodobnie, że po prostu nie mogliśmy w to uwierzyć. „On… nam życie?” Ale jak? W jaki sposób? Tak, on nam uratował życie – powtórzył Nikos wreszcie zupełnie wyraźnie. To niesamowite, ale na to wychodzi. Czujnik nie może kłamać. A w jaki sposób?
Zaraz zobaczycie ten film czujnikowy. Wy i wszyscy na statku. Wiem, że nie możecie przyjść do mesy, dlatego przełączcie na nią wasz wideofon. Na razie tylko ja i Patrick znamy ten zapis. Przełączyłam wideofon, zastanawiając się przez cały czas, jak to w ogóle było możliwe, żeby to ucywilizowane zwierzę, ta nieduża żywa kula mogła nas uratować. Nic jednak nie potrafiłam wymyślić. Ujrzałam w mesie wszystkich oprócz Nikosa, Patricka i Soggara, którzy też zresztą zaraz przyszli. Nawet nasz chemik nie wytrzymał i wyszedł z laboratorium, nie dokończywszy wszystkich analiz. No cóż, trudno wytrzymać, gdy się słyszy tak niezwykłą wiadomość. Nikos zapowiedział bez żadnych wstępów: zaraz zobaczycie zupełnie niezwykły film.
I włączył aparat. Na ścianie zobaczyłam nieduży prostokąt obrazu. Selim dokonał zbliżenia i cały ekran wideofonu wypełnił film. Najpierw ujrzałam nas. Przeszliśmy po powierzchni planety może kilkanaście kroków i stanęliśmy nieruchomo. Taran stojący dotąd nad brzegiem jeziora zaczął się powoli ku nam zbliżać, a my wciąż staliśmy. Był już może o pięć metrów od pierwszego z nas, Karela, kiedy zatrzymało go jego pole siłowe. Cofnął się nieco i spróbował potem przy mnie. Nie mógł jednak dostać się do żadnego z nas. Cofnął więc nieco dalej i wystrzelił pocisk, ale i pocisk odbił się od pola siłowego i eksplodował na łące, a myśmy wciąż stali nieruchomo, jakby nas to urządzenie zahipnotyzowało.
Przez następnych parę minut nic się na ekranie nie poruszyło. Nagle od strony wzgórz zjawiły się dwie żywe kule. Obie były białe, więc tą drugą nie mogła być Bintka. Zbliżyły się ku nam. Zatrzymała je dopiero granica pola siłowego. Wtedy obie równocześnie otworzyły pyszczki i coś krzyknęły. Stojący najbliżej nich Karel wysunął nieco z kieszeni skafandra swój pulser, lecz zaraz znów znieruchomiał. Próbują nas uwolnić z hipnozy – pomyślałam. Na razie jednak nic nie zdziałały i wycofały się nieco dalej. Widać było, jak rozmawiają, śmiesznie ruszając krótkimi pyszczkami.
Zapewne naradzały się, co dalej robić. Nagle jedna z nich zaczęła toczyć się wprost na źródło hipnozy, a po paru sekundach druga zaczęła zbliżać się ku nam. Kiedy obie równocześnie dotarły do celu, źródło hipnozy nagle się odwróciło i w tej samej chwili Białek, gdyż mógł to być tylko on, znów coś krzyknął. Wtedy Karel strzelił wreszcie z pulsera do źródła, które natychmiast wybuchło i na jego miejscu powstała w łące druga głęboka wyrwa. Kula, która odwróciła jego uwagę, nie mogła tego oczywiście przeżyć. Wzruszające poświęcenie. A Białek? Znowu coś krzyknął. Czyli musiały to być te same słowa, które wtedy usłyszeliśmy. Bintka, ratujcie Bintkę.
Za mną. Poszliśmy za nim, budząc się powoli z hipnotycznego snu. Tak, film wiele nam wyjaśnił. Spojrzałam na Białka. Teraz już mu się nie dziwiłam, że stracił przytomność. Rzeczywiście ta akcja musiała go kosztować wiele wysiłku. Kiedy sobie to uprzytomniłam, ogarnęło mnie wielkie wzruszenie. Z wysiłkiem powstrzymałam łzy cisnące mi się do oczu. Nie wszyscy się jednak powstrzymali. Na przykład Natalia rozpłakała się na cały głos.
Było nam zwłaszcza żal tego trzeciego, który zginął, żeby nas uratować. Film wiele wyjaśnił, lecz postawił też przed nami nowe zagadki. Przede wszystkim kto nas chciał zabić i dlaczego te stworzenia nas uratowały? Co się tu dzieje? Pytanie postawił Bongo. Rozpoczęła się w mesie dyskusja, której słuchałam, patrząc jednocześnie uważnie na moich pacjentów. Pierwszy spróbował dać odpowiedź Lao. Może Białkowi i tej trzeciej kulce chodziło o Bintkę, o to, żebyśmy ją uratowali? No to dlaczego wybrali tak ryzykowny sposób? Dlaczego nie zgłosili się do właściwych twórców tutejszej cywilizacji?
— zapytała Gontra. A gdzież oni są, ci twórcy? Przecież widzieliśmy tylko puste osady — zauważył Lao. Właśnie, gdzie oni są? — powtórzył Ramin. Czyżby coś o nas już wiedzieli i wszyscy się pochowali, zostawiwszy tylko na nasze powitanie aparat hipnotyczny? Wątpię — nie zgodził się Patrick. To jest prawie niemożliwe, bo gdzie pomieściłbyś tylu osobników? Poza tym dlaczego mieliby zabijać od razu gości z kosmosu, o których nic nie wiedzą? A może się nas boją?
Nie my jedni jesteśmy w kosmosie — nie ustępował geolog. Może ktoś już im tu niedawno zaszkodził. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo ma rację.
[42:09] - No tak, to mamy, proszę państwa, przesłuchany fragment książki Jacka Iworskiego. To teraz wypadałoby porozmawiać z autorem. I tu jest niestety problem. O tym problemie usłyszycie państwo w rozmowie z naszą bibliotekaryjną dobrą znajomą, panią Luizą Dobrzyńską
[42:34] - Ona niejako zastąpi autora. Dlaczego? Tego się państwo dowiecie w czasie audycji. W każdym razie tylko dodam, że książka „Gwiezdne szczenie” wyszła w wydawnictwie Odessa, a filarami tego wydawnictwa jest Luiza Dobrzyńska i Jacek Horęzga. Ja teraz państwa zapraszam na rozmowę z Luizą Dobrzyńską o książce „Gwiezdne szczenie”. Dzień dobry wieczór, naszym gościem jest Luiza Dobrzyńska. Dzień dobry albo nawet dzień dobry wieczór.
[43:14] - Dzień dobry. Tak. Dobry wieczór państwu.
[43:17] - Jak to mawia klasyk, w końcu nie wiadomo, kiedy to będzie słuchane. Pani Luizo, my się dzisiaj spotykamy, żeby porozmawiać o książce zatytułowanej „Gwiezdne szczenie”. O tej książce, przypominam naszym słuchaczom, zaczynała pani cykl swoich recenzji zatytułowanych w Book Radio „Recenzarium Evivy”. Mieli państwo okazję słuchać tego recenzarium, zatem wprowadzenie już było. Zadam od razu pytanie z marszu: dlaczego ta książka tak panią ujęła i jest pani jej zdecydowaną orędowniczką?
[44:00] - Z dwóch powodów. Po pierwsze była właściwie jedną z pierwszych książek, które kupiłam na własność. W kiosku ruchu, format kieszonkowy, w czasach PRL-u, kiedy wszystko było takie szarobure.
[44:18] - To jest ta zewnętrzność. A jeśli chodzi o samą treść?
[44:24] - No właśnie. „Gwiezdne szczenie” wyrywało człowieka z tej szaroburości, przenosiło w przyszłość i to nie przyszłość naznaczoną konfliktami, tylko w taką, w której już jest wszystko poukładane. Trochę podobnie jak w „Obłokach Magellana” Lema. Podobnie, ale nie do końca. W każdym razie, chociaż Jacek Idzworski w tych czasach nie znał „Star Treka”, nie miał z nimi żadnego kontaktu, to jednak „Gwiezdne szczenie” pięknie się wpisuje w uniwersum Roddenberry'ego. Tak można powiedzieć, że wielkie umysły myślą podobnie. W obu chodzi o co? O to, że Ziemianie niejako wyrośli z piaskownicy, przestali się tłuc po głowach, zaczęli współpracować i dzięki temu mogą też opanowywać przestrzeń zewnętrzną, nie będąc nakierunkowanymi na konflikt z każdą rasą, którą spotkają po drodze. Dla mnie to było piękne. To było coś, co dawało nadzieję na to, że możemy stać się lepsi.
Jasne, można zarzucić, że to było też bardzo naiwne spojrzenie. W tych czasach Jacek odwoływał się do komunizmu, ponieważ tak jak wielu z nas był otumaniony tą propagandą, że to taki dar dla ludzkości, ten komunizm, że on rozwiąże wszystkie problemy i tak dalej. Teraz już wiemy, że raczej generował nowe. Ale sama idea została. Taka, że powinniśmy dążyć do tego, żeby stać się lepsi, mądrzejsi, mniej agresywni wobec siebie, nie walczyć, współpracować. Myślę, że to tak mnie ujęło.
[46:23] - Ja przyznam, że teraz będę pełnił troszeczkę rolę adwokata diabła. Dlaczego? Dlatego, że ja sobie przejrzałem trochę różnego rodzaju fora internetowe i tam oprócz oczywiście akceptacji tego, co pani mówi, podnoszone były przede wszystkim dwa zarzuty. Ten komunizm, ale to już myślę mamy omówione. On się niejako pojawia przyczynkowo. Nie chodzi w gruncie rzeczy o komunizm, tylko o pewną harmonię, w której żyje ludzkość. Ale jest też poruszane to zagadnienie, że ta książka, używane jest słowo „naiwność”, ale tak naprawdę jak się wczytać w te komentarze, to chodzi o to, że jest tak pokojowo, tak sielsko i tak w ogóle. To, co dla jednych jest argumentem za, dla innych okazuje się argumentem przeciw.
[47:23] - Tak. Niestety, jak zauważyłam, najbardziej popularna w fantastyce jest fantastyka militarna. To znaczy ludzkość leci w kosmos i po drodze tłucze się ze wszystkimi wszystkimi albo odwrotnie. Tu do nas przylatują tak jak w „Grze Endera”, chcą nas podbić, oczywiście musimy się bronić i tak dalej. I ja mam pytanie: po co? Po co nasze konflikty z Ziemi przenosić w kosmos? Owszem, możemy podejrzewać, że rasy, które hipotetycznie możemy kiedyś napotkać, chociaż prawdę mówiąc, prawa fizyki są w tej sprawie przeciwko nam, mogą podobnie się zachowywać jak my. Ale właściwie dlaczego? Czy my w ten sposób nie usprawiedliwiamy tego, że jesteśmy jako ludzkość rasą wyjątkowo odrażającą? Taką, która nie szanuje nawet własnego gatunku.
Być może, jeżeli jacyś kosmici nas obserwują, tak jak twierdzi dość duża, zagorzała grupa ufologów Nie chcą się z nami kontaktować właśnie dlatego. Czekają, aż my z tego wyrośniemy, aż przestaniemy kierować się zwierzęcym tyłomózgowiem, a zaczniemy myśleć tak, jak powinny myśleć istoty rzeczywiście rozumne. Bo cóż rozumnego jest w wojnach? Wojny to jest coś, co powinno już dawno zostać wyrzucone z naszej codzienności. Proszę to zauważyć. Kiedyś uważano je za coś w zasadzie normalnego. Świadomość społeczna dojrzała już do tego, żeby twierdzić, że to absolutnie nie jest nic normalnego. Tylko że co dalej? Co dalej z tego wynika? Teraz, kiedy mamy wojnę tuż za granicami.
I pamiętam, że w czasach, kiedy rozpadła się Jugosławia i zaczęła się wojna w Sarajewie, już wtedy to było jak uderzenie młotem, że coś takiego może się dziać w XX wieku. A teraz mamy XXI. I co? Znowu to samo, jakby to nie nazwać. Czy to będzie nazwać to akcją policyjną, jak nazywali na przykład wojnę w Korei Amerykanie, czy nazwać to denazyfikacją, jak to nazywają Rosjanie. To zawsze jest to samo. To jest wojna, jedno wielkie bestialstwo, które powinniśmy wykorzenić. I Jacek opisał społeczeństwo, któremu właśnie już się to udało. Być może, że to jest naiwne, ale przepraszam, dlaczego? W średniowieczu, a nawet nie w średniowieczu, w XVIII wieku zdecydowaną naiwnością uznano by marzenie o świecie, gdzie jest łazienka w każdym domu, a ulice są czyste, niezawalone nieczystościami, gdzie w ogóle nie zrozumiano by, gdyby tłumaczono podstawy socjalu udzielanego przez państwo.
Uznano by, że to jest jakaś mrzonka nie tylko dzika i nieprawdopodobna, ale wręcz szkodliwa. My się zmieniamy jako społeczeństwo. Nie wszyscy w jednakowym tempie. Cały czas na kuli ziemskiej mamy takie rejony, gdzie ten rozwój jest jeszcze ciągle na niższym poziomie. Ale co nam broni wierzyć, że ten poziom się podniesie? Powiem więcej. Z dynamiki rozwoju społeczeństw wynika, że tak nawet być musi w przyszłości, jeżeli nie wybijemy się do ostatniego, do tego czasu. Także ten zarzut o naiwności jest trochę głupi, powiedziałabym. Wiem, że to mocne słowo, ale ostatecznie zarzucano to też Roddenberry'mu, o którym wspomniałam. A jednak jego „Star Trek" rozrósł się w całe uniwersum.
Dlaczego? Bo tak naprawdę ludzie marzą o takim świecie. Takim, gdzie jeden drugiego nie musi maczugą w łeb nawalać, żeby coś od niego zabrać.
[51:45] - Dziękuję pani za te słowa, bo czasami, żeby sobie coś lepiej uświadomić, to trzeba właśnie postawić to w taki sposób, zadać najprostsze pytanie: a właściwie dlaczego ma być tak, jak jest, a nie może być nieco inaczej? I to jest chyba najlepsze wytłumaczenie tego, dlaczego dla przynajmniej części czytelników świat stworzony przez Jacka Iworskiego jest atrakcyjny. Jest po prostu ciekawy. To zajrzyjmy troszeczkę za kurtynę tego świata. Mamy wiek XXVII. Ludzie żyją bardzo, bardzo długo, a na pewno dłużej niż w tej chwili. Odbywają odległe loty w kosmos z szybkością nadświetlną. I tu od razu jest nawet wyjaśnienie, takie paranaukowe, że odkryto cząstki o masie ujemnej i w związku z tym to w ogóle jakiś ma sens te podróże z prędkością nadświetlną. No właśnie. I co się dzieje w tym uniwersum?
Wyprawy, wyprawy, wyprawy, eksploracja kosmosu.
[52:58] - Tak. Wyprawy badawcze. Dlaczego? Tutaj to jest rzecz zupełnie prosta. To jest na takiej samej zasadzie, na jakiej alpiniści wchodzą na góry. Ponieważ istnieją. Gwiazdy istnieją, więc jesteśmy ich ciekawi. W tej chwili badamy je za pomocą bardzo zaawansowanych narzędzi, ponieważ nie możemy się tam udać. Ale jeżeli tylko taka możliwość się pojawi, to centra rekrutacyjne nie opędzą się od chętnych, nawet jeżeli jasno się powie, że prawdopodobnie się stamtąd nie wróci. To już jest wpisane w ludzką naturę.
Ta ciekawość, ta chęć właśnie eksploracji otaczającego świata. Uważam, że to jest w sumie piękna cecha ludzkości. Jesteśmy ciekawi, jeżeli coś badamy, nie niszcząc tego przy okazji, to jest piękne. A kiedyś, tak jak powiedziałam, jeżeli się nie powyrzynamy przedtem, kiedyś osiągniemy taki stopień rozwoju, żeby móc polecieć gdzieś dalej. Chociaż osobiście wątpię, czy zalecimy aż tak daleko, jak pisał nie tylko Jacek Iworski, ale też wielu innych autorów. Chyba że rzeczywiście nasze pojęcie o prawach fizyki ulegnie rozszerzeniu. Chociaż mój ojciec, który był fizykiem, twierdził, że to niemożliwe. Ale każdy uczony każdego wieku twierdził, że pewne rzeczy są niemożliwe, a potem nagle okazywały się możliwe. Także tak naprawdę nie wiemy, co będzie, nie wiemy, co odkryjemy i nie wiemy, dokąd nas to zaprowadzi.
[54:40] - Jacek Iworski w książce „Gwiezdne szczenię” Proponuje nam, czytelnikom, właściwie całą paletę wszechświatową. Mamy różne planety, wspomina się o istotach krzemu organicznych. Jest planeta, której biologia, czy w każdym razie wodna planeta, tak byśmy dzisiaj to ujęli. A zatem rzeczywiście takie koneksje z Roddenberrym i ze „Star Trekiem”, w którym też ludzkość eksploruje wszechświat, bada go, poznaje nowe, dziwne światy. „Dziwne” to jest taki eufemizm, bo one są czasami bardzo dziwne. Tu też to występuje, więc porównanie do „Star Treka” chyba bardzo udane. Ale jednak nie spoilerując, możemy też powiedzieć, że eksploracja wszechświata wiąże się z ryzykiem. I co byśmy mogli zdradzić, żeby za dużo nie zdradzić, jeśli chodzi o to ryzyko?
[55:50] - Tak. Mogę powiedzieć, że wyprawa z Ziemi nawiązuje pierwszy kontakt, a właściwie dwa pierwsze kontakty. O ile pierwszy można uznać za względnie udany, o tyle z drugim tak dobrze nie jest, ponieważ tutaj mamy do czynienia z cywilizacją, jaką moglibyśmy się stać, gdyby wszystko nie poszło w kierunku, w jakim poprowadził to autor. Ponieważ ta druga cywilizacja to też my. Można to tak powiedzieć. Tylko my, którzy zboczyliśmy w kierunku niewłaściwym. I co z tego może wyniknąć, jeżeli taka cywilizacja otrzyma narzędzia służące do opanowywania przestrzeni zewnętrznej? Co się wtedy może dziać? I tutaj trzeba przyznać, że Jacek nie poszedł na łatwiznę. To jest coś, co można obserwować w całej właściwie literaturze, szczególnie amerykańskiej, jeżeli chodzi o fantastykę, że lecą ziemianie w kosmos, wszystko im się świetnie udaje, mają kupę kłopotów po drodze, ale wracają, wierząc sztandar wysoko.
Właśnie tutaj tego nie mamy. To znaczy nie w ten sposób, jakby ludzie oczekiwali. Ponieważ Jacek wyraźnie pokazuje, co jest nie tylko siłą tej nowej cywilizacji, ale też co jest jej słabością. Także wolę za dużo nie mówić, jak się tam sprawy rozgrywały. Mogę tylko powiedzieć, że zupełnie inaczej właśnie, niż byśmy oczekiwali. Może ta inność tak bardzo mnie zafrapowała, że Jacek pokazał, że nie tylko liczy się siła, czy to jest siła fizyczna, czy nawet siła umysłu. Liczą się też inne rzeczy: intuicja, empatia, zdolność do poświęceń, wszystkie te najlepsze cechy ludzkości. A tymi cechami może dysponować nie tylko jakiś Superman, ale też istota, którą od razu skreślilibyśmy na wstępie, uznalibyśmy za zbyt słabą, by mogła czegokolwiek dokonać. To jest właśnie bardzo interesujące.
[58:33] - Książka Jacka Iworskiego ma też taką specyficzną narrację, bo zmienia się narrator i na początku jest to człowiek, a później nie. I to też wydaje mi się zabiegiem trudnym, ale ciekawym.
[58:53] - Tak, ponieważ chyba nie zdradzę za wiele, kiedy powiem, że w książce występuje kosmita, tak to określmy. Ale bynajmniej nie jest to pan Spock, tylko ktoś zupełnie inny. Naturalnie tutaj Jacek musiał rozwiązać sprawę, która jest, można powiedzieć, piętą achillesową wszelkich i książkowych, i filmowych produkcji o spotkaniu z obcą cywilizacją, to znaczy kwestię języka. W powieści „Eden” Lem w tym celu wykorzystał superkomputer, ale zrobił zastrzeżenie bardzo istotne. Tam pada zdanie, że ostatecznie mieszkańca planety Eden rozumiesz o tyle, o ile rozumie go sam komputer. Właśnie o to chodzi. Tutaj mamy translatory, które można w taki, a nie inny sposób zaprogramować. Wiemy już, że jest to możliwe. Tylko kwestią jest baza językowa. Ale w momencie, kiedy się to jakoś rozwiąże, to można by to robić.
W każdym razie nie jest to rzecz nieprawdopodobna. Inaczej wygląda kwestia ogólnych pojęć, ale tutaj mamy do czynienia z cywilizacją, akurat tą, która jest względnie podobna do ziemskiej, więc dlatego można używać pojęć podobnych. W każdym razie ten drugi autor, jak to pan określił, nie tylko opisuje nam swoje życie, ale też swoje refleksje na temat podróży, na temat ludzi, na temat wszystkiego, co mu się przytrafia ze swojego punktu widzenia i z punktu własnych doświadczeń. To jest bardzo interesująca narracja.
[01:00:46] - W ostatnim czasie książka została wznowiona przez Przez wydawnictwo Odeswa. To wielka praca Jacka Choręzgi oraz pani praca, bo z tego, co wiem, dużo wysiłku włożyła pani w nową edycję książki. Proszę trochę o tym powiedzieć.
[01:01:07] - Dużo wysiłku. Ja bym tego może tak nie nazwała, bo to była dla mnie wielka radość. Natomiast trzeba przyznać, że wydanie PRL-owskie zostało puszczone w zasadzie bez głębszej redakcji, bez refleksji. Tak można powiedzieć, na surowo, więc trzeba to było opracować. Dysponowałam plikiem, który został już wcześniej rozszerzony i niejako wygładzony przez samego autora. Cały czas się z nim konsultowałam, bo jak natrafiłam na coś, co trzeba było bardziej wyjaśnić, coś, co było zrozumiałe dla niego – każdy autor ma takie problemy – coś, co jest dla niego zrozumiałe, może być zupełnie niepojęte dla czytelnika. I rolą redaktora jest właśnie wyłapanie takich kwestii i ewentualnie wygładzenie tego. Ja podpowiedziałam tylko Jackowi, że trzeba zrobić słowniczek, żeby było wiadomo, jakie są miary używane na przykład, jakie nazewnictwo. A dalej wszystko robiliśmy razem. W każdym razie pracę przy tej książce wspominam z wielką czułością.
[01:02:21] - Ja w tym momencie – taka rada dla wszystkich tych, którzy zarzucali temu PRL-owskiemu wydaniu, że tam jest cała masa niezgrabności czy naiwności, polecam porównanie tego nowego wydania z tym starym. Może się nagle okazać, że czasami diabeł tkwi w szczegółach i że to, co łatwo było powiedzieć, że „to naiwne”, nagle okaże się zupełnie inne, a zdecyduje o tym język.
[01:02:58] - Czytając tę książkę, warto odrzucić to czarnowidztwo, które nas opanowało. Nie tylko w fantastyce, w ogóle w całym życiu. Warto jednak pomyśleć, że właściwie dlaczego nie mielibyśmy dążyć właśnie do czegoś takiego, a nie do tego, żeby latać ciężko uzbrojonymi statkami i walić we wszystko, co się nawinie. To jest bez sensu. Nie znoszę tego typu powieści, ponieważ one pokazują, może mimowolnie, że człowiek się w ogóle nie zmieni, że pozostanie takim samym zwierzęciem jak teraz jest. Dla niego właściwie liczy się tylko to, żeby komuś dołożyć, żeby się nażreć i zdobyć partnera seksualnego. Nic poza tym. Bez sensu są takie książki. Jednak tak jak powiedziałam, ludzkość się rozwija. Może powoli, może my tego nie widzimy, ale nie możemy widzieć, bo żyjemy za krótko.
Jednak kiedy poprosimy jakiegokolwiek historyka o wytłumaczenie sposobu, w jaki myśleli starożytni Rzymianie, mieszkańcy miast wczesnego średniowiecza, później ludzie z późnego średniowiecza, później z pozytywizmu, z romantyzmu, porównać ich sposoby myślenia i, co najważniejsze, oceny pewnych zjawisk, wtedy się przekonamy, że my jako społeczność zmieniamy się na lepsze. Z oporami, ale na lepsze. I być może rzeczywiście, może nie już w XXVII wieku, ale trochę później staniemy się lepszymi. W to należy wierzyć i na rzecz tego pracować, a nie tylko powiedzieć, że my zawsze będziemy się tłuc, wszystko niszczyć dookoła i zagryzać się nawzajem. Jeżeli tak będziemy mówić, to będzie coś w rodzaju zaklinania rzeczywistości. Nadal nie będziemy widzieli powodu, żeby stawać się lepszymi. W końcu wszystkie systemy religijne – zresztą od razu zastrzeżmy, że w świecie „Gwiezdnego szczenięcia” religia już nie istnieje – zakładały, że człowiek zmieni się na lepsze. Może dążyły do tego niewłaściwymi środkami, ale to było głównym celem. Człowiek miał się zmieniać, miał być lepszy. Czasami był dużo gorszy, ale tak to już jest na tym świecie.
Człowieka niełatwo jest zmienić. Tutaj od razu rodzi się pytanie, czy czasem ten optymizm nie jest na wyrost, bo jednak przywołam tutaj chociażby „Władcę much” Goldinga. Bardzo łatwo jest sprawić, że człowiek bardzo cywilizowany nagle okaże się takim samym dzikusem jak przed wiekami. Być może, ale jednak trzeba się starać, żeby ten pokład cywilizacyjny na nas był coraz grubszy, żeby coraz trudniej było cofnąć człowieka do praczłowieka. I bardzo pięknie jest spróbować wyobrazić sobie taki świat, w którym ludzie jednak są istotami rzeczywiście rozumnymi i rzeczywiście cywilizowanymi. Bo cywilizacja, jak zresztą Ilem zauważył, zakłada istnienie cywila i nie ma w sobie nic wspólnego z wojną. A niestety nasze półki są opanowane przez fantastykę, która wtyka nam te wojny bez przerwy, tylko że nie na Ziemi, a pośród gwiazd, a czasem i na Ziemi, jak choćby we wspomnianej „Grze Endera”, gdzie przylatują Ufoludki próbują całą Ziemię sobie podporządkować, pozjadać nas i tak dalej. To samo na przykład w książce „Pupilek”, którą kiedyś recenzowałam na Recenzarium, gdzie mamy do czynienia z bardzo wysoko rozwiniętą rasą, która jednak ma ludzkość za nic. Ale właściwie dlaczego tak ma być? Ja jednak wolę wierzyć w to, że inne cywilizacje, które istnieją, jeżeli są dostatecznie wysoko rozwinięte, żeby tu do nas przylecieć, to nie robią tego po to, żeby nas zniszczyć.
Że są dostatecznie dorosłe, dostatecznie dojrzałe, żeby odrzucać coś takiego jak siłowe rozwiązywania problemów. Może ja też jestem naiwna. Trudno. Taka moja natura. Jeżeli chodzi jeszcze o redakcję „Szczenięcia”, trzeba wziąć pod uwagę jedną rzecz. Coś, co po prostu nie obchodziło wydawców z epoki PRL-owskiej. Jacek Izworski jest osobą bardzo niepełnosprawną. Całą edukację przeszedł systemem domowym. Jest prawie głuchy, ma ogromne trudności z poruszaniem się. Dlatego właśnie pewne rzeczy formułuje w sposób, który nazwalibyśmy niezręcznym.
Sprawą redaktora było poprawienie tego, ale po prostu nikt tego nie zrobił. Podejrzewam, że w ogóle nikt nawet w to okiem nie rzucił. Wydali, żeby wyrobić plan i zrobili wielką krzywdę i książce, i autorowi, ponieważ jemu należała się naprawdę porządna redakcja, odpowiednia współpraca i danie czytelnikom klejnotu. No ale wyszło jak wyszło.
[01:08:55] - To nowe wydanie, które się ukazało dzięki Odeswie, dzięki pracy Jacka Horęzgi i dzięki pani pracy. Ono jest uzupełnione. Nie, złe słowo. Ono jest wzbogacone różnymi dodatkami. Tam są zarówno wiersze autora, ale jest na przykład wywiad. To czyni całe to przedsięwzięcie, ale też główny trzon tego tomu, czyli „Gwiezdne szczenie”, bardziej zrozumiałym. Poznajemy historię autora, historię wydania „Gwiezdnego szczenięcia” w latach 80. To nagle umiejscawia nam tę książkę, jakoś tak ją osadza i czyni ten tom, który się ukazał właśnie na dniach w ostatnim czasie.
[01:09:42] - Tutaj też w wyborze tego wszystkiego pomogło wiele ludzi. Otrzymaliśmy na przykład zgodę od Karoliny Kaczkowskiej Mangusty na wykorzystanie wywiadu, który kiedyś się ukazał w fanzinie „Czerwony karzeł”. W wyborze też pomagała nam swoimi radami Emma Popik, pierwsza dama polskiej fantastyki. I też otrzymaliśmy pomoc z innych źródeł. Ludzie, którzy się po prostu zetknęli w jakiś sposób z Jackiem Izworskim, wspominają o nim. Te wspomnienia dużo o nim mówią. Mówią też, dlaczego ta książka jest taka ważna. Bo ona jest ważna, naprawdę. Trzeba jeszcze powiedzieć, że zanim „Gwiezdne szczenie”, poprawione i rozszerzone, ukazało się u nas, odbyła się jego premiera na Zachodzie nakładem wydawnictwa Royal Hawaiian Press po angielsku, ze wspaniałą okładką. Pani Maria Cohen, właścicielka wydawnictwa, pozwoliła nam tę okładkę wykorzystać, za co jej serdecznie dziękujemy.
Jak widać, nie tylko dla nas ta historia jest tak ciekawa. Absolutnie zauroczyła też redaktorkę wydawnictwa z Hawajów. To jednak daje do myślenia.
[01:11:27] - Tak, to prawda. Myślę, pani Luizo, że dobrze byłoby troszeczkę przybliżyć postać autora. Kim jest Jacek Izworski?
[01:11:38] - Jacek Izworski, jak już wspomniałam, jest osobą niepełnosprawną, ale za to jego intelekt jest bardzo wysokich lotów. Jest nie tylko autorem tej książki oraz innych książek, takich na przykład jak trylogia „Węzeł światów”, która też się ukaże w naszym wydawnictwie. Jest też tłumaczem z języka rosyjskiego. Przetłumaczył na przykład dziesięciotomowy cykl Piotra Szumiła o smokach. Też zamierzamy go wydać, chociaż w tej chwili to trochę niezręczne, bo wiadomo — wojna. W tej chwili Rosjanie nie mają u nas zbyt dobrej prasy, chociaż Szumiło akurat temu nie winien. Jest po prostu pisarzem i to bardzo dobrym. Jacek też w swoim czasie redagował „Encyklopedię fantastyki”. W każdym razie uczestniczył w tym projekcie z bardzo wielkim oddaniem i wykonał ogromną pracę. Za co go spotkała zresztą w pewnym momencie czarna niewdzięczność, ponieważ usunięto jego nazwisko spośród twórców.
Z tego, co wiem, ostatnio je przywrócono staraniem właśnie Jacka Horęzgi. Poza tym Jacek jeszcze przetłumaczył dla nas książkę Oksany Usenko „Córka Azrai”. Książka jest już w tej chwili w drukarni. Jest to wspaniała opowieść o dziewczynie, która jest jednocześnie człowiekiem i syreną, osadzona nad brzegiem Morza Azowskiego. Jest to książka naprawdę niezwykła, bardzo głęboko humanistyczna i niesięgająca do oklepanych schematów. Jest bardzo oryginalna, bo przecież o syrenach mamy różne produkcje, ale zapewniam, że ta książka nie przypomina żadnej z nich. Wiem o tym, ponieważ pracowałam nad nią jakiś czas. Ale tutaj główną robotę wykonał właśnie Jacek. On ją przetłumaczył i on nam ją zaoferował, ponieważ Oksana wtedy nie miała do tego głowy, ponieważ uciekała przed wojną. W tej chwili mieszka w Kijowie.
[01:14:17] - Warto, myślę jeszcze powiedzieć o jednej bardzo, moim zdaniem ważnej sprawie. Kto pamięta „Fantastykę”, tę, która się zaczęła ukazywać w roku 1982, kolejne numery. Tam się ukazywała rzecz niezwykle ważna i z tego, co wiem, redagowana również przez Jacka Izworskiego, a mianowicie bibliografia polskiej fantastyki wydawanej w Polsce. To też ogrom pracy. Ja przyznam, że w tej bibliografii znajdowałem w tamtym czasie pozycje, o których słyszałem czasami po raz pierwszy, że w ogóle coś takiego się ukazywało w Polsce, bo to sięgało właściwie całego okresu powojennego. Więc tam były po prostu perełki, naprawdę perełki, rzeczy, które się ukazywały w bardzo małym nakładzie na przykład.
[01:15:12] - Ja, mówiąc szczerze, wtedy nic nie wiedziałam o Jacku. Przeczytałam książkę, byłam nią zauroczona. Czytałam ją wielokrotnie. Prawdę mówiąc, sczytałam na strzępy ten pierwszy egzemplarz. Nie zwracałam wtedy uwagi na żadne błędy, na żadne nieścisłości, na żadne niezręczności. Liczyła się dla mnie treść. Natomiast o samym Jacku wtedy nie myślałam. Nie miałam nawet możliwości dowiedzenia się, kim on jest. W gazetach o nim nie pisano, a internet nie istniał, więc on pozostawał dla mnie postacią w zasadzie iluzoryczną, aż do dnia, w którym odezwał się do mnie na Facebooku. To był zupełny przypadek.
Chyba pisałam wtedy właśnie o jednej ze swoich książek, bodajże o „Duszy”. Jacek komentował i w pewnym momencie napisał, że on też kiedyś wydał książkę. Ja spytałam jaką, i aż mnie zatkało. Nie myślałam nigdy, że będę miała z nim jakiś kontakt, ale to było dla mnie niezwykłe spotkanie i bardzo się cieszę, że miało miejsce. Dzięki niemu poznałam Jacka Horęzgę i mogliśmy ruszyć z posad ten projekt.
[01:16:31] - Tak, ciekawie się losy splatają. Ja chciałbym jeszcze powiedzieć o tym, że w tym nowym wydaniu — mówiła pani — pokazał się wywiad z Jackiem Izworskim. Ten wywiad jest też wspaniały, bo pokazuje, jakby to delikatnie określić, wariactwa, które się odbywały w PRL-u. Na przykład czas pomiędzy złożeniem książki a jej wydaniem. To się zdarza, że to trwa długo, bo książka była złożona w latach 70. do wydawnictwa, ukazała się w drugiej połowie lat 80. To, że się przeleży książka, to jeszcze da się zrozumieć albo jakoś wytłumaczyć. Natomiast to, że stawka, która była podpisana — mówię o finansowej gratyfikacji — w latach 70. płynnie przeszła na lata 80. Kto wie, co się działo wtedy w Polsce, jak szalała inflacja, której oczywiście oficjalnie nie było, ale która szalała, to wie, że to nie miało jedno z drugim nic wspólnego, a w każdym razie to była symboliczna opłata w końcu.
[01:17:49] - Cóż, wydawnictwo, ludzie odpowiedzialni za to w bardzo paskudny sposób oszukali Jacka. To byłoby podłością w stosunku do każdego autora, a w stosunku do takiego autora jak Jacek, który był tak ciężko udręczony przez życie, to nawet nie ma nazwy w ludzkim języku. Mam nadzieję, że los im się za to odpłacił, mówiąc szczerze. Wiem, że nikomu nie należy źle życzyć, ale są tacy, wobec których samo się to nasuwa.
[01:18:20] - Pani Luizo, ja to pytanie zadaję zawsze. W związku z tym teraz nie mamy autora, a więc zadam je pani. Zresztą wiem, że to pytanie nie jest już teoretyczne. Ono właściwie bardzo praktycznie się pokazało. Jakby pani miała blurb napisać o tej książce, to ja już wiem, właściwie cała dzisiejsza audycja to jest jeden wielki blurb na temat „Gwiezdnego Szczenięcia”. Ale jakbyśmy to mieli skondensować, to co by pani powiedziała?
[01:18:48] - Powiedziałabym, że czasami losy wielkich cywilizacji zależą od kogoś albo od czegoś, na co nie zwracamy uwagi. Po prostu coś się wydarza Co zmienia wszystko. I każdy z nas może coś zmienić. Nie zawsze w sensie globalnym, ale może zmienić coś dla grupy ludzi, która go otacza, albo nawet dla jednego człowieka. Każdy z nas może taki być. Tutaj akurat tym kimś jest to tytułowe Gwiezdne Szczenie. Ale tym szczenięciem może być każdy z nas. Chodzi o to, żebyśmy nie myśleli tylko o sobie, a czasami pomyśleli też o innych, o tym, co jest dobre dla naszego otoczenia. To jest bardzo ważna rzecz. Może to zabrzmieć jak morał z dziecinnej książeczki, ale tak właśnie jest, że kiedy żyjemy tylko dla siebie, to nic dobrego dla innych nie zrobimy.
A gdyby wszyscy tak zechcieli, to nie byłoby żadnej ludzkości ani żadnej cywilizacji, bo ona właśnie oparta jest na tych wartościach, jakie przekazuje Jacek Izborski w „Gwiezdnym szczenięciu”.
[01:20:25] - Pani Luizo, „Gwiezdne szczenię” w tej nowej edycji to jest fragment większego przedsięwzięcia. O części składowych tego przedsięwzięcia już mówiliśmy na antenie Bibliotekarium. To jest pani książka „Dusza”, to jest książka „Chciej mnie zawsze”, to jest też książka Jacka Inglota. Co jeszcze o tym projekcie można powiedzieć? Czy on się będzie rozwijał? I co dalej? Jak to będzie dalej?
[01:20:53] - Mamy duże plany. Tak jak powiedziałam, niedługo trafi do czytelników „Córka Azrai” Oksany Usenko. Poza tym planujemy wydać co najmniej pięć książek Emmy Popik, przypomnieć o niej młodemu pokoleniu. Mamy też wielu innych autorów. Ostatnio dołączył do nas Sławomir Nieściór, który poprzednio wydawał w Fabryce Słów. Autor książek z gatunku postapo oraz space opera. Plany mamy ogromne. Pytanie nie brzmi, czy my je zrealizujemy, tylko kiedy. Ponieważ tutaj jest tak, że nie wszystko da się zrobić w czasie zakładanym. Kiedy zaczęliśmy nasze wydawnictwo rozwijać, od razu dostaliśmy po łbie covidem.
Ten covid bardzo nam namieszał. Nie tylko nam, ale nam również. Teraz mamy wojnę. Co będzie dalej, trudno przewidzieć, ale mamy zamiar trzymać się tych naszych projektów i powoli je urzeczywistniać. Najszybciej jak się da, ale jak wiadomo, to też nie może być za szybko, bo chcemy ofiarowywać czytelnikom książki dopracowane, takie, w których nie będzie rażących błędów, z pięknymi okładkami, wydane na doskonałym papierze. To wszystko zajmuje dużo czasu, bo to jest wspólna praca zespołu redakcyjnego, korektorów, grafików, składaczy, wszystkich po kolei. Tego się nie da zrobić raz-raz. Owszem, można to zrobić tak, jak to robią wydawnictwa typu vanity. Nie mam nic przeciwko tym wydawnictwom. Uważam, że jeżeli ktoś chce wydać swoją książkę za pieniądze, to to jest jego prywatna sprawa, jego prywatne pieniądze i nikt nie ma prawa mu robić z tego powodu żadnych wyrzutów.
Jedyne, co mam im do zarzucenia to to, że często niestety nie dbają o redakcję, tak że de facto oszukują autorów, ponieważ biorą pieniądze, a nie przykładają się do pracy. Ale to jest już inna kwestia i na zupełnie inną rozmowę. W każdym razie my chcemy, żeby nasze książki były książkami w najlepszym tego słowa znaczeniu. Takimi, na które się z przyjemnością patrzy i które się z przyjemnością czyta. A niestety, tak jak powiedziałam, tego się nie da zrobić na łapu-capu. Dlatego właśnie musimy rozsądnie planować grafik wydawniczy. Jednak cały czas otrzymujemy propozycje wydawnicze, dołączają do nas nowi ludzie i mam nadzieję, że za jakiś rok nasze wydawnictwo będzie już szeroko znane.
[01:23:55] - Czego oczywiście życzę. Przypominam, że rozmawialiśmy dzisiaj o książce „Gwiezdne szczenię” Jacka Izborskiego. Mówiła do Państwa Luiza Eviva Dobrzyńska. Jeszcze muszę jedną rzecz powiedzieć. Na dniach niejako ukazał się audiobook naszej rozmówczyni, ale to może już autorka o nim coś powie.
[01:24:19] - Audiobook mojej książki wydanej w Bibliotekarium.pl „Księżyc, moje przeznaczenie”. Ta książka jest częścią większej całości, tak to powiem, ale może też być traktowana jako odrębna. Tak że spokojnie można jej słuchać, zapominając o tym, co ją może łączyć z czymkolwiek innym. Posłuchałam fragmentu, uważam, że jest pięknie czytana i jestem naprawdę uszczęśliwiona tym, że ukazała się jako audiobook dla ludzi, którzy wolą słuchać niż czytać, albo dla takich, którzy po prostu czytać nie mogą ze względu na wadę wzroku.
[01:25:05] - Pani Luizo, pięknie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Polecam się na przyszłość i do usłyszenia.
[01:25:12] - Do usłyszenia. Dziękuję.
[01:25:17] - Proszę państwa, mniej więcej miesiąc temu wspólnie z Piotrem Cielebiasiem z Nieznanego Świata zaczęliśmy mini cykl dotyczący Nieznanego Świata. Obiecaliśmy, że co miesiąc będziemy państwu polecali najlepsze artykuły z najnowszego numeru. I spełniamy wspólnie z Piotrem tę obietnicę. Posłuchajcie państwo zatem, co ciekawego w grudniowym numerze. A zaręczam, nie z obowiązku, bo oczywiście pewne honory gospodarza pełnię, ale nie lubię mówić wbrew sobie. Wierzcie mi państwo, Nieznany Świat to jest czasopismo, na które nie pamiętam słabego numeru. Widać, że ta ekipa robi to pismo z pasją i tam mogą być tematy, które państwa interesują mniej albo bardziej. Ale trudno byłoby, naprawdę trzeba by dużo złej woli, żeby powiedzieć, że to jest pismo, w którym nie ma nic ciekawego. Wręcz przeciwnie. Żeby się o tym przekonać, zapraszam na rozmowę z Piotrem Cielebiasiem.
Dzień dobry wieczór, Piotrze.
[01:26:36] - Dzień dobry wieczór, Marku.
[01:26:39] - Cóż, obiecaliśmy naszym słuchaczom w Bibliotekarium, Paranormalium i Bóg Radiu, że będziemy regularnie co miesiąc polecali nowy numer Nieznanego Świata. To jest właśnie ten czas i czas, by polecić numer 12 z roku 2022. Cóż, przejrzałem sobie ten numer w tajnej kancelarii, bo kiedy rozmawiamy, to jeszcze tego numeru nie ma. Numer jest niezwykle ciekawy. Dość powiedzieć, że pojawia się tam wywiad przeprowadzony przez Damiana Trele z naszym naczelnym jasnowidzem polskim. Ale Piotrze, to ty mówisz.
[01:27:29] - Tak. W numerze grudniowym publikujemy bardzo ciekawy wywiad z Krzysztofem Jackowskim, który przeprowadził Damian Trela i jest on pokłosiem takiego spotkania organizowanego przez studio VTV w Człuchowie. Postanowiliśmy zapytać Krzysztofa Jackowskiego o to, jak on sam interpretuje kwestie przyszłości. Czy ta przyszłość, w którą on niekiedy zagląda, jest ustalona i on po prostu ją widzi? Czy mamy do czynienia ze zbiorem scenariuszy, na który możemy mieć wpływ i w ten sposób praca jasnowidza jest nieco utrudniona, bo on widzi tylko jeden z modeli przyszłości. Muszę powiedzieć, że odpowiedzi pana Krzysztofa są niezwykle interesujące, ale nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie zapytali, co takiego widzi on na horyzoncie dziejowym dla naszego kraju. Tutaj muszę powiedzieć, że jego wizje nie są za bardzo optymistyczne. To znaczy on o tym czasami już mówił. Natomiast wspomina też o takiej wizji, która naszła go kiedyś zupełnie przypadkowo i w której zobaczył taką scenę z przyszłości Polski, która jest dość niepokojąca. Wszystkich zachęcam do lektury tego wywiadu.
Ja wiem, że niektórzy twierdzą, że szerzenie tego rodzaju wizji, scenariuszy tylko napędza strach, ale Krzysztof Jackowski przede wszystkim nie owija w bawełnę. Mówi prawdę o tym, co widzi, co czuje. Cóż więcej mogę powiedzieć? Polecam wszystkim ten wywiad. Pan Krzysztof jest też osobą niezwykle medialną. Stały się bardzo popularne jego audycje w internecie, na których dzieli się swoimi przemyśleniami, interpretacjami różnego rodzaju wydarzeń i wizji. Muszę powiedzieć, że w tym wywiadzie on też nie gryzie się za bardzo w język i nazywa rzeczy, które dzieją się obecnie na świecie po imieniu. Mówi o swego rodzaju planowanej akcji, która ma na celu nie tylko depopulację, ale również rewolucję ekonomiczną. Także polecam wszystkim i jeżeli już tam zajrzycie, to czekamy na wasze komentarze.
[01:30:01] - A ja powiem tak: pojawiają się od czasu do czasu komentarze dotyczące wizji pana Jackowskiego, które mówią, że tam się coś nie sprawdza albo coś tam. Ogólne takie malkontenctwo i narzekanie. Ja powiem tak, że warto posłuchać pana Jackowskiego chociażby z tego względu, żeby myślowo mu zaprzeczyć, żeby polemizować z jego wizją. Jeżeli już ktoś jest tak bardzo nastawiony na „nie”, to chociażby dostaje pewien materiał do przemyślenia, chociażby takiego przemyślenia w kontrze, ale jednak. To myślę nikomu nie zaszkodzi, nawet nie ma obowiązku przecież w te wizje wierzyć. Natomiast sądzę, że warto je po prostu poznać. To taka moja drobna uwaga do tego.
[01:30:53] - Ja dodam od siebie może taką rzecz, że fenomen jasnowidzenia albo też masowe wyobrażenie o jasnowidzach jest nieco błędne. To znaczy często, kiedy w mediach mówi się, że ktoś jest jasnowidzem, to większość ludzi od razu myśli, że to jest człowiek, który widzi przyszłość i wie, co się wydarzy. Otóż nie, nie było w historii takiego jasnowidza, który by robił to tak, jak sobie większość ludzi wyobraża. I pan Jackowski Też jest tego przykładem. Zresztą sam o tym mówi, że przewidywanie przyszłości, choć nietrudne, bywa niełatwe pod tym względem, że my zaglądamy w pewną przestrzeń zdarzeń, które mogą się wydarzyć, ale nie muszą. Często te informacje, które ekstrasens otrzymuje, to są pewnego rodzaju przebłyski.
[01:31:48] - Potencjalne możliwości.
[01:31:50] - Tak. Jeżeli się przyjrzymy historiom innych jasnowidzów, to zobaczymy, że z nimi było tak samo. Przy czym musimy pamiętać, że w przypadku Wangi, w przypadku Irwina, chociaż może w jego przypadku już trochę mniej, ale także Mitara Tarabicia mamy do czynienia ze swego rodzaju kreacjami, legendami. Natomiast bardzo ciekawym przykładem jasnowidza, który też bardzo krytycznie podchodził do swojej wizji, był ojciec Klimuszko. Także podkreślający, że ta przyszłość jawi się mu w jakiś sposób, ale on za bardzo nie chciał się na ten temat rozwijać. Ekstrasens, jasnowidz otrzymuje czasem tylko pewnego rodzaju przebitkę, przebłysk. Natomiast on to potem musi jakoś interpretować. Nie oszukujmy się, że widzowie pana Krzysztofa albo jego odbiorcy często naciskają na niego, wywierają na niego presję, aby on nieustannie zasypywał ich wizjami, scenariuszami przyszłości. A przecież de facto nie może tego robić cały czas. To jest jednak dar, który wymaga pewnego zrozumienia i wymaga też rozeznania na polu parapsychologii.
Prekognicja nigdy nie była czymś, co przynosi jasne odpowiedzi, a im bardziej doświadczony, im bardziej obdarzony zdolnościami ekstrasens, tym te wizje są czasem łatwiejsze do wywołania, zrozumienia, bo są przejrzyste. Natomiast musimy o tym pamiętać, że mamy do czynienia z zaglądaniem w zbiorowisko różnego rodzaju scenariuszy i potencjałów.
[01:33:41] - W numerze grudniowym „Nieznanego Świata” bardzo zainteresował mnie artykuł Wojciecha Chudzińskiego „Fantomy Róży Świata”. To jest artykuł, który wciąga. Zresztą teksty Wojtka na ogół wciągają, ale jakbyś, Piotrze, zechciał przybliżyć ten materiał, bo warto.
[01:34:07] - Sam muszę powiedzieć, że jestem fanem Wojtka i bardzo przyjemnie się pracuje z jego tekstami. Bardzo są przyjemne w odbiorze. Przede wszystkim czytelnik otrzymuje potężną dawkę informacji. W tym przypadku dotyczą one Daniiła Andriejewa. Był to radziecki pisarz ukraińskiego pochodzenia, spokrewniony ze słynnym Tarasem Szewczenką. W jego życiu wydarzyło się to, co dotknęło wiele innych osób w czasach stalinizmu, czyli po okresie II wojny światowej oskarżono go o próbę zamordowania Stalina. Oczywiście to była bzdura. Andriejew, który pisał w tamtym okresie swoją opowieść, trafił do więzienia we Włodzimierzu. Przesiedział tam sporo czasu, nabawił się różnego rodzaju dolegliwości, wskutek których potem zmarł. Ale co jest w tym wszystkim najciekawsze?
Andriejew od dziecka w zasadzie miewał różnego rodzaju wizje. One były różnego typu. Możemy powiedzieć, że były to takie typowe wyjścia z ciała, wejścia w inną rzeczywistość, ale też bardziej zdarzenia, które znamy chociażby z opowieści Swedenborga. Zetknięcia z jakimś bytem wyższym. Swedenborg to interpretował jako spotkanie z Bogiem, ale w tym przypadku mamy do czynienia raczej z interpretowaniem tych doświadczeń przez pryzmat historii Rosji. Niemniej jednak po pewnym okresie, po kolejnych doświadczeniach Andriejew wpadł na koncepcję stworzenia ogólnoświatowej, uniwersalnej religii łączącej różnego rodzaju wątki zarówno z religii tradycyjnej, jak i ze sfery ezoterycznej. Bardzo ciekawa postać, bardzo interesujące wnioski, ale też pozostaje pewna doza tajemnicy, dlatego że on podczas swoich eskapad mistycznych, kiedy opuszczał poza cieleśnie mury łagru, spotykał różnego rodzaju dziwne istoty, które określał jakimiś własnymi terminami. Do końca nie wiemy, kim one były i do końca nie wiemy, jaką naturę miały te doznania i spotkania Andriejewa. Niemniej jednak warto się z tym zapoznać także w kwestii tego, co mówi się o Rosji obecnie. Tam nigdy nie było łatwo.
Z jednej strony mamy do czynienia z tym, o czym mówiliśmy wielokrotnie w naszych audycjach na antenie Radia Paranormalium, że w Rosji zainteresowanie zjawiskami z pogranicza i ezoteryką jest ogromne. Natomiast istnieje też presja na upolitycznienie tego rodzaju myśli oraz niekiedy osoby te spotykają się z różnego rodzaju prześladowaniami. Także warto z postacią Daniiła Andriejewa się zapoznać.
[01:37:26] - W numerze grudniowym jest też informacja o honorowej nagrodzie „Nieznanego Świata ... świata i rozmowa z osobą, która tę nagrodę wręczona. To Włodzimierz Dębowski. Ten wywiad prowadzony przez naczelną Nieznanego Świata, Annę Ostrzycką, nosi tytuł: „Muzyczny szaman czy śpiewający filozof?”. Ciekawa postać, niezwykle.
[01:37:57] - Tak, bardzo interesująca. Takie niesamowite zjawisko w naszym rodzimym show-biznesie. Polecam wszystkim tą rozmowę z Paprodziadem, dlatego, że to jest artysta z jednej strony bardzo ekspresyjny, z drugiej jednak znajdujemy w nim taką, trudno mi to określić, myślącą monadę. Wiemy, że w jego głowie kołacze się milion myśli na różnego rodzaju tematy i on dzieli się tymi swoimi przemyśleniami. Jest to bardzo interesujące. Jest też dość odważny, jeżeli chodzi o show-biznes. To znaczy bardzo łatwo u nas ulec stygmatyzacji. I tak jest też z przypadkiem na przykład Edyty Górniak. Ale nie porównujmy Edyty Górniak i tych jej różnego rodzaju mądrości do tego, co serwuje Paprodziad. Dlatego, że to dwa zupełnie różne poziomy.
[01:38:57] - Ale mechanizm jest bardzo podobny, tej stygmatyzacji.
[01:39:03] - Mechanizm stygmatyzacji tak. Paprodziad na szczęście poprzez to, że jest prawdziwy w tym, co robi i że nie obnosi się tak za bardzo z tym, że chce wywoływać jakieś kontrowersje, jest przez media w zasadzie zostawiony w spokoju. Natomiast co jeszcze możemy o nim powiedzieć? Warto odnieść się tutaj do jego twórczości, która zawiera bardzo wiele elementów szeroko pojętej nieznanoświatowości: od mistyki poprzez różnego rodzaju transcendentalne doświadczenia. Także szczerze polecam zapoznać się i z wywiadem, i z twórczością tego niezwykłego artysty.
[01:39:49] - Jest też w omawianym numerze artykuł, który mnie zaskoczył. Znany jestem, przynajmniej słuchaczom „Bibliotekarium”, z tego, że się często tak żalę, że mnie w życiu spotkało bardzo mało rzeczy niesamowitych. Jeden epizod miałem taki, i to bardzo późny. Chyba na żądanie, ponieważ długo narzekałem, że z UFO nic nigdy i tak dalej. To w końcu gdzieś tam coś takiego się pojawiło, co ewentualnie można by za to uznać. Ale tak ogólnie, to tej niesamowitości poza lekturami jest w moim życiu mało. A tu nagle czytam o uroczysku pełnym mocy.
[01:40:33] - Tak. To jest takie trochę kuriozalne. Czekajcie, tu wycinamy. Tak, to bardzo interesująca historia. Mogłoby się wydawać, że mowa o jakimś miejscu ukrytym głęboko i niedostępnym. Nie, to miejsce położone w Puszczy Białowieskiej jest powszechnie dostępne dla turystów i nawet dość często odwiedzane. Natomiast nie wszyscy może przywiązują wagę do jego historii. Piotr Bajko, który jest autorem i współodkrywcą tego miejsca mocy, opisuje kulisy tego, jak doszło w ogóle do tego, że on wraz z kolegami, osobami bardzo znanymi w regionie i zasłużonymi, odkrył to miejsce. Okazuje się, że jedna z tych osób podczas zupełnie przypadkowej eskapady odkryła tam mogiłkę i oni nie wiedzieli, do kogo ten grobek należy. Dopiero potem to zbadali.
Natomiast pojechali go szukać po prostu i przechadzając się po tym obszarze, poczuli po prostu nagle dość nietypowe jego oddziaływanie in plus. To znaczy poczuli się tam po prostu lepiej niż gdzie indziej. Ale to nie były wszystkie dziwaczności tego miejsca mocy, bo mieliśmy do czynienia z dość niezwykłym ukształtowaniem, że tak powiem, flory. Drzewa wyglądały nieco inaczej niż gdzie indziej. Znajdowały się tam również porozrzucane kamienie. Ostatecznie oni doszli do wniosku, że coś tam się musiało dziwnego wydarzyć. Zasięgnąwszy języka u byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa, dowiedzieli się, że po wojnie przywieziono tam, też do końca nie wiadomo skąd, przedstawicieli pewnego tajemnego kultu, który prawdopodobnie w jakiś sposób był tam nadal praktykowany. I pan Piotr wraz z innymi osobami zainteresowanymi historią Puszczy Białowieskiej postanowił w jakiś sposób zweryfikować, także przy pomocy metod niekonwencjonalnych, charakter tego miejsca. Zaprosił tam bioenergoterapeutów, zaprosił tam osoby sensytywne. Ich wnioski były bardzo różne.
Także okazuje się, że także w Polsce, nie gdzieś tam głęboko w Stanach Zjednoczonych, mamy takie miejsca, które kryją w sobie ślady jakichś niezwykłych, tajemnych kultów, które pomimo tego, że minęło prawie 70 lat, nadal są jakoś energetycznie w tej okolicy utrwalone.
[01:43:12] - A skoro jesteśmy już przy kultach, to troszkę takim mykiem, ale jednak nawiążę do tego, że mamy artykuł autorstwa kolejnej osoby, która na łamach Nieznanego Świata pojawia się często, Piotr Piotrowski. Otóż jest takie powszechne przekonanie, że religia chrześcijańska i wszelkiego rodzaju praktyki astrologiczne i tym podobne gryzą się, one się nie lubią i nie tolerują, a w każdym razie ze strony Kościoła tak to zostało jednoznacznie sformułowane. Tymczasem dzięki artykułowi Piotra Piotrowskiego dowiadujemy się, że nie zawsze tak było.
[01:44:06] - Tak, astrologia była w zasadzie od swoich początków związana z religią w jakiś sposób. Problem pojawił się w wiekach średnich, kiedy uświadomiono sobie, że może to potępienie biblijne sztuki wieszczenia należy wprowadzić w życie. Ale mimo wszystko była to wciąż tak popularna dziedzina, że nie tylko święci, ale także papieże sami układali horoskopy. Także warto zajrzeć do tego artykułu doktora Piotrowskiego, bo w numerze noworocznym będziemy mieli bardzo popularną prognozę astrologiczną jego autorstwa. Warto zajrzeć po to, aby zobaczyć, w jaki sposób pewne ezoteryczne elementy religii zostały, nie chcę powiedzieć zatuszowane, ale zostały zepchnięte na margines. To samo tyczy się historii Polski, bo jeżeli zajrzymy do renesansu, jeżeli przyjrzymy się, jakie panowały wówczas trendy, czym się interesowano, to astrologia była na pierwszym miejscu, zaś Kraków był jednym z centrów wiedzy astrologicznej, ale też nie tylko astrologicznej, ale okultystycznej w ogóle. Istniały nawet takie sugestie, że w Krakowie gdzieś tam istniała szkoła czarnej magii. Także warto zawsze o tym pamiętać, że chrześcijaństwo traktuje, może nawet do dziś traktuje ezoterykę jako coś na granicy potępienia. Ale tak naprawdę bywały czasy, bywały okresy i bywali ludzie, poprzez których te dwie sfery nauki czy te dwie filozofie były ze sobą powiązane.
[01:46:09] - A powiedz mi, Piotrze, o czym jest artykuł „Szukaj pomocy we śnie”?
[01:46:17] - Tutaj znana interpretatorka snów Kinga Kościak pokazuje nam, w jaki sposób możemy szukać pomocy, podpowiedzi we śnie. I to się tyczy nie tylko takich spraw codziennych, ale ona również pokazuje przykłady naukowców, którzy rozwiązywali wielkie problemy, nie tylko myślowe, ale także chociażby zadania matematyczne czy chemiczne, właśnie poprzez podpowiedzi senne. Problem w tym, że sen operuje bardzo nietypowym językiem, nie do końca dla nas zrozumiałym. To, co otrzymujemy we śnie w postaci symboli czy podpowiedzi, musimy nauczyć się interpretować, aby wyciągać z tego konkretne wnioski. Czy jest to możliwe? Jak przekonuje Kinga Kościak, jest to możliwe, ale o pewnych zasadach, o których ona mówi, musimy pamiętać.
[01:47:14] - Jest jeszcze intrygujący artykuł Romana Warszewskiego „Siostry Bramy Słońca”. To popularny temat. Brama Słońca, Puma Punku, te klimaty.
[01:47:27] - Tak. Interesujące jest to, że Roman Warszewski stawia hipotezę, iż istniała więcej niż jedna Brama Słońca. Budowla ta traktowana jest przez wiele osób zainteresowanych historią z pogranicza czy też historią alternatywną jako takie wrota do innego wymiaru, jako coś głównie symbolicznie łączącego nas z epoką bogów, z epoką zapomnianych technologii, z epoką czasów, które nigdy nie wrócą i o których się nigdy prawdopodobnie nie dowiemy, w jaki sposób kształtowały nie tylko ludzkie myślenie, ale także odbijały się na tworzeniu budowli, na tej niezwykłej sztuce inżynierii. Przebywając w tym miejscu Roman Warszewski dokonał bardzo ciekawego odkrycia, choć przypadkowego, sugerującego, że ta niezwykła budowla mogła być tak naprawdę jedną z bardzo wielu, które zostały po prostu zniszczone. Jak do tego doszedł i gdzie szukać tych zaginionych sióstr Bramy Słońca dowiedziecie się z numeru grudniowego „Nieznanego Świata”.
[01:48:44] - Proszę państwa, to oczywiście nie wszystko, bo to zaledwie część artykułów, które w grudniowym „Nieznanym Świecie” możecie państwo znaleźć. Ale żeby je znaleźć, to trzeba po prostu „Nieznany Świat” kupić, czy to w formie papierowej, czy elektronicznej, ale kupić i przeczytać. Tam tej treści jest naprawdę na dużo czytania. Cóż, serdecznie zachęcam. To naprawdę pożyteczna i taka wciągająca lektura.
[01:49:14] - Ja również zachęcam do czytania. Możecie nas znaleźć w kioskach. Zachęcamy do zakupu prenumeraty. Jeżeli chcecie dowiedzieć się więcej na temat zawartości numeru, zapraszamy na www.nieznanyświat.pl.
[01:49:30] - Dzięki Piotrze. Do usłyszenia za miesiąc.
[01:49:32] - Pozdrawiam i do usłyszenia.
[01:49:36] - Zmieńmy troszeczkę klimat. Sięgnijmy literatury anglosaskiej. Proszę państwa, jest taki pisarz, jak powiem jego imię i nazwisko, to nie wszyscy będą wiedzieli, o kogo chodzi, ale jak zacznę o nim opowiadać, to się nagle okaże, że go państwo mniej lub bardziej, ale świetnie znacie. To żart słowny, może nie do końca udany, ale oddający to, co się z autorem dzieje w świadomości. Naszej świadomości tak naprawdę. Otóż Ian Watson to jest człowiek, który urodził się w 1943 roku. Nikomu nie będę wypominał, ale jakiś czas temu. Brytyjski autor science fiction. Miał fajnych rodziców w sumie, bo to byli rodzice, którzy nie mogli usiedzieć w jednym miejscu i podróżowali. A on jako dziecko był skazany na podróżowanie i podróżowanie z nimi i chodzenie do różnych szkół w wielu krajach.
I czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Bo to mu zostało. Właściwie przez całe życie lubił podróżować. On po prostu podróżował, wcielał to w życie. Bywa też do dzisiaj na wielu konwentach na całym świecie. Był też w Polsce i to nie raz. Był na Polconach. Był też na festiwalu w Nidzicy, na zamku w Nidzicy, na Sadyconie. Tam przeprowadziłem z nim wywiad, który państwo za chwilę usłyszycie, ale jeszcze coś państwu powiem. To był człowiek, który ukończył studia z zakresu literatury anglosaskiej w 1963 roku.
To naprawdę już dawno. A w 1965 uzyskał też stopień naukowy z zakresu literatury angielskiej i francuskiej XIX-wiecznej. Powiem państwu, to duża odwaga, ale jednak dokonał tego. Wrócimy do tego momentu, w którym mówiłem, że lubił się szlajać po całym świecie. To przykłady tego. Otóż w latach 1965-1967 uczył angielskiego w Tanzanii. Później mu się widocznie znudziło, bo jak człowiek siedzi gdzieś dwa lata, to już mu się zaczyna nudzić. To pojechał do Japonii i tam w latach 1967-1970 też wykładał język angielski. Właściwie uczył języka angielskiego. Potem mu się odmieniło i w latach 1970-1976 wykładał przepraszam, futurologię.
Taki przedmiot? Niech będzie. Wykładał futurologię na Politechnice w Birmingham. Potem doszedł do wniosku, że wszystko jest oczywiście bardzo fajne. Do pisania i od 1976 roku zawodowym pisarzem. Właściwie to jest mała asekuracja, ponieważ kilka rzeczy jeszcze w życiu robił, ale to tak dorywczo. Zasadniczo zajmował się pisaniem. Jego pierwsza powieść właściwie, ona się nazywa „Mbending”, dostała nagrodę Apollo Prix w 1975 roku. Z takich rzeczy bardziej, którymi można zabłysnąć, to dodam, że Ian Watson był w ekipie, która pisała scenariusz do filmu „A.I. Sztuczna inteligencja”.
On też napisał serię, to chyba w Polsce nie wyszło, ale napisał serię powieści do gier „Warhammer 40,000”, do gier „Drako” i „Chaos Child”. To taka literaturka, bo to jednak umówmy się powieści do gier to są na ogół powieści średniej jakości. Ale rozmawiałem na ten temat z ludźmi, którzy je czytali w oryginale i twierdzą, że one się pozytywnie wyróżniają. Nie wiem, na ile to pewna kurtuazja, na ile prawda. Nie miałem okazji tego zweryfikować. Jednak wspominam o tym. Jest Ian Watson laureatem nagrody BSFA w 1977 roku za powieść „Implanty”. I był też kilkakrotnie nominowany. A zaznaczam, że w świecie anglosaskim już sama nominacja, tak jak do Oscarów, tak i do innych nagród, jest nobilitująca. Więc bywał Ian Watson nominowany do nagród Hugo, Nebula i John Campbell Award.
Powiedziałem o powieściach. To wspomniane już „Implanty”, „Łowca śmierci”, „Podróż Czechowa”, „Magia królowej, magia króla”, „Ognisty robak”, „Trudne pytania”. W Polsce ukazały się też zbiory opowiadań: „Powolne ptaki”, „Łzy Stalina”, „Pamiętamy Babilon” i opowieść „Trurla”. To nawiązanie do prozy Stanisława Lema. Ale dosłownie dzisiaj odebrałem na poczcie nowy numer „Sfinksa”. Czasopisma zajmującego się wyłącznie fantastyką i fantastyką naukową. I patrzę, a tu jest, proszę państwa, reklama dwóch kolejnych tomów Iana Watsona. Tomów noszących tytuły „Orgasmotron” Nie, przepraszam. „Orgazmomat”. Brzmi podejrzanie tak czy inaczej.
Oraz „Pozoranci”. Czyli kolejna seria opowiadań. Te dwa tomy ukazały się w wydawnictwie Stalker Books i zaręczam państwu, że są to rzeczy dopieszczone i warte przeczytania. Tych zbiorów opowiadań jest naprawdę sporo. Przypomnę, bo się walnąłem w tytule, więc to wstyd ogromny. „Orgazmomat” i „Pozoranci” to te dwa najnowsze tytuły dostępne w każdej chwili w Stalker Booksie. A gdzie ten Stalker Books? To już państwo sobie w sieci bez problemu odnajdziecie. Żeby nie być gołosłownym, że ten pisarz to jest pisarz, którego państwo znacie, tylko nie do końca kojarzycie, to powiem, że opowiadania Watsona ukazały się w takich antologiach jak „Rakietowe szlaki”, „Jak Don Wollheim proponuje” czy „Droga do science fiction”. Teraz spełnia się jako emeryt.
Piszący emeryt od razu dodam. Mieszka sobie w Hiszpanii z żoną, która jest tłumaczką i wiodą szczęśliwe życie. To wiem, bo jak się go obserwowało na festiwalu w Nidzicy, to człowiek spełniony, pełen szczęścia. Zresztą w wywiadzie, który państwo za chwilę usłyszycie, będzie to słychać. Ten człowiek ma szereg ciekawych przemyśleń. To też będzie słychać. Wywiad przeprowadzony, proszę państwa, jakiś czas temu, bo to już tak cztery, pięć lat będzie. Chyba nie stracił na aktualności. Za jedną rzecz w tym wywiadzie muszę przeprosić. Pod koniec przekonałem się, jak różnego rodzaju urządzenia nagrywające nie znoszą niesprawnych gniazdek.
Otóż gdzieś tam w pokoju, w którym prowadzony był wywiad, gniazdeczko miało coś nie do końca dobrze podłączone styki i pod koniec trochę się wdziera w wypowiedź, ale to dosłownie ostatnie dwie, trzy minuty, trzeszczenie. Ale zaręczam, że te kilka minut trzeszczenia takiego typowego elektrycznego trzeszczenia po pierwsze nie przeszkadza w odbiorze, a po drugie warto je znieść, bo Ian Watson mówi naprawdę ciekawe rzeczy. Zostawiam państwa z naszym gościem. Dzień dobry. Gościem „Bibliotekarium” jest pisarz Ian Watson oraz tłumacz przysięgły pani Magdalena Małek. Pisarza bardzo często kształtują jego lektury i chciałbym zapytać o te ważne lektury. Ważne książki w życiu autora.
[01:58:55] - W Wielkiej Brytanii bardzo dużo takich klasycznych książek dla dzieci, ale właściwie zorientowałem się, że tak naprawdę prawie żadnej z nich nie czytałem.
[01:59:22] - Znam tytuły, wiem mniej więcej, co się w tych książkach dzieje, ale większości z nich wcale nie czytałem jako dziecko.
[01:59:34] - W domu moich rodziców było bardzo dużo książek i między innymi była też bardzo duża encyklopedia wydana w latach 30. XX wieku. Była bardzo piękna, oprawiona w niebieską skórę z tłoczeniami w stylu art deco i mieszkała w swojej skrzynce.
[02:00:20] - Nazywała się „Cudowny Świat Wiedzy” i miała 12 tomów, i była zdecydowanie skierowana do młodszej publiczności. I w tej encyklopedii byłyby na przykład cztery strony ilustrowane z rysunkami, z obrazami i na przykład cztery strony dotyczyłyby historii Babilonu, a kolejne cztery pięknego świata motyli, a następne dotyczyłyby gwiazd.
[02:01:09] - I pamiętam, że bardzo często korzystałem z tych 12 tomów. Siadałem w krześle i czytałem je znowu i znowu. I znowu przewracałem strony, ale też zwracałem dużą uwagę i przyglądałem się ilustracjom raczej niż czytałem tekst.
[02:01:56] - About cacti. And I was formed, I think more by factual books about natural history, astronomy and botany rather than fiction for young people.
[02:02:17] - A jeśli chodzi o faktyczne czytanie, to chętniej czytałem książki o przygodach w Afryce, o zwierzętach w Afryce, o rekinach w morzu, o roślinach w dżungli amazońskiej, kaktusach. I wydaje mi się, że o wiele bardziej ukształtowały mnie książki, literatura faktu, takie o historii przyrody, o botanice niż fikcja kierowana do młodego czytelnika.
[02:02:44] - There was a large library in my hometown. I lived on Tyneside near to Newcastle, a port, industrial port with a seaside. The books in this library, I don't know how they came to be there, but wonderfully, there were new first editions of what are the classic Golden Age novels by Alfred Bester and Isaac Asimov, mixed in with the ordinary fiction by other people.
[02:03:22] - W moim rodzinnym mieście, w okolicach Newcastle była bardzo duża biblioteka. To moje miasto znajdowało się na wybrzeżu. Było przemysłowym portem i w tej bibliotece były książki. W jaki sposób one się tam znalazły, to ja do końca nie wiem i dlaczego. Ale w bibliotece znajdowały się pierwsze wydania klasycznych powieści ze złotej ery fantastyki, czyli na przykład powieści Asimova, wymieszane ze zwykłymi publikacjami beletrystycznymi.
[02:03:51] - I was reading adult science fiction by the age of 10, I would say.
[02:03:58] - Myślę, że około wieku 10 lat zacząłem czytać już dorosłą fantastykę.
[02:04:03] - And this was much more interesting to me than children's adventure stories, even classic ones.
[02:04:10] - I to było dla mnie o wiele bardziej interesujące niż przygody dla dzieci. Nawet takie klasyczne.
[02:04:16] - A czy mógłbym poprosić o jakieś tytuły?
[02:04:18] - Yes, I remember that in 1956, when I was 13, the BBC Radio produced a dramatization of a novel called „A Voyage to Arcturus” by an author called David Lindsay. And this had a huge effect upon me. It is a very unusual book and was a complete failure when it was published in 1921, but it has been revived and revived.
[02:04:56] - Wydaje mi się, że mogę powiedzieć, że w 1956 roku, kiedy miałem 13 lat, Radio BBC wyprodukowało wersję słuchowiskową powieści Davida Lindsaya, której tytuł brzmi „Podróż na Ark”. Książka miała na mnie ogromny wpływ. Jest ona dosyć wyjątkową książką, również dlatego, że wtedy, kiedy została wydana w 1921 roku, okazała się wielką klapą i od tamtej pory wielokrotnie ją wznawiano.
[02:05:29] - It was dramatized with remarkable, haunting music concrete evocative noises. It's about a journey to a distant planet, and the main character experiences different philosophies of life in each successive chapter. And in each chapter he develops new sense organs.
[02:05:55] - To słuchowisko miało bardzo interesującą muzykę i bardzo dużo dźwięków. A sama książka dotyczy podróży na pewną planetę i bohater w każdym rozdziale tej książki styka się i poznaje inną filozofię życia, inne podejście do życia. I w każdym rozdziale bohater hoduje sobie, wyrasta nowe organy, które służą mu do odbierania rzeczywistości.
[02:06:21] - New organs of perception would grow out of his head and which make it seem that each philosophy of life is completely correct and the absolute truth. But then at the end of the chapter, his organs of perception are destroyed by violence or by a drink.
[02:06:40] - Każda taka filozofia sprawiała, że wyrastały mu te organy, na przykład czułki na głowie czy inne podobne. I sprawiało to, że bohater myślał, że każda taka filozofia jest jedyną słuszną, jedyną właściwą, najlepszą, tą prawdziwą. Natomiast na koniec każdego rozdziału w różny sposób te organy odpadały, zostały usunięte, czasem przemocą, czasem przy pomocy jakiegoś napoju.
[02:07:08] - And that particular philosophy of existence is proved to be false, is thrown aside.
[02:07:15] - I ta filozofia, którą zapoznaliśmy się w danym rozdziale, jest porzucana i zostawiana na poboczu.
[02:07:23] - I heard this on the radio. It lasted three and a half hours one afternoon. I went to the library to try to look among the plays, the theater section, because it was a play on the radio. Silly me.
[02:07:40] - Całe to słuchowisko trwało trzy i pół godziny i wysłuchałem je pewnego popołudnia i następnie poszedłem do biblioteki poszukać tej książki i szukałem w sekcji ze sztukami i z dramatami, ponieważ w taki sposób była ona przedstawiona w radiu.
[02:07:57] - But then after about two weeks, I suddenly thought Bing! It is a dramatization of a novel. And I searched in the library again and the novel was there.
[02:08:09] - A dopiero dwa tygodnie później miałem wielkie objawienie i zorientowałem się przecież, że to było słuchowisko na podstawie powieści. Poszedłem z powrotem do biblioteki poszukać i faktycznie książka tam była.
[02:08:20] - Other things that I was reading at the time from the same library as a schoolboy of fourteen, fifteen were novels by Émile Zola, the French naturalist, lurid novelist, because they seemed, compared with England, to be very exotic and sexy.
[02:08:44] - Mniej więcej w tym samym wieku jako uczeń szkolny, powiedzmy w wieku 14, 15 lat czytałem również książki Emila Zoli, tego francuskiego naturalisty, ponieważ w porównaniu z literaturą angielską i Anglią jego twórczość była bardzo egzotyczna.
[02:09:01] - And also a lot of novels by the English novelist Graham Greene, who was a Catholic. This meant nothing to me because I was not interested in religion very much, but the way in which guilt, for example, affected his characters.
[02:09:22] - Czytałem również książki Grahama Greena, który jest katolikiem i właściwie to mnie za bardzo nie interesowało, ponieważ nie jestem zbytnio zainteresowany religią, ale ciekawiło mnie to, w jaki sposób wina wpływa na zachowanie postaci.
[02:09:38] - And for me, this produced very interesting characterization. But also the majority of books by Graham Greene, which I read, were set in exotic foreign countries such as Cuba or Vietnam, Mexico, et cetera.
[02:09:57] - Dla mnie były to bardzo ciekawe rzeczy i ciekawe opisy, ponieważ większość jego książek, które przeczytałem, były osadzone w bardzo egzotycznych miejscach, takich jak Kuba, Wietnam czy Meksyk i tak dalej.
[02:10:08] - Basically, I was reading things with anything which was different from where I was and which was a contradiction to where I was.
[02:10:18] - Właściwie tak naprawdę to czytałem wszystko, co było tylko inne od tego miejsca, gdzie się znajdowałem i co stawało z tym miejscem w kontraście.
[02:10:27] - Also, I was an only child. There was only me and my parents lived a kind of socially isolated life. They were communicative enough, but they kept to themselves. They did not go out to parties. They stayed at home.
[02:10:52] - Byłem jedynym dzieckiem i moi rodzice prowadzili, można powiedzieć, trochę odizolowane życie. To znaczy byli oczywiście komunikatywni i tak dalej, ale jednak trzymali się siebie. Nie chodzili na imprezy, raczej zostawali w domu.
[02:11:06] - And within that home, I stayed in my own bedroom and read things.
[02:11:11] - I w tym właśnie domu często spędzałem czas we własnym pokoju i czytałem książki.
[02:11:15] - So it was probably not a very normal childhood.
[02:11:19] - Prawdopodobnie można powiedzieć, że to nie było takie typowe dzieciństwo.
[02:11:23] - But it seemed perfect to me.
[02:11:25] - Ale dla mnie było ono idealne.
[02:11:27] - When I had nothing to compare it with.
[02:11:29] - Nie miałem możliwości, by porównać to z innymi wersjami dzieciństwa.
[02:11:34] - A jakie książki zaczął czytać Ian Watson, kiedy został już pisarzem?
[02:11:41] - The process of becoming a writer takes quite a long time. I started experimenting with bits of prose and poetry when I was still at school, but I never got very far. I would tend to try to produce the perfect sentence, the perfect paragraph.
[02:12:02] - Ten proces stawania się pisarzem zajmuje dużo czasu i zacząłem eksperymentować ze słowem, z twórczością nadal jeszcze w szkole. Oczywiście nie doszedłem za bardzo daleko, ale starałem się stworzyć idealne zdanie i idealne akapity.
[02:12:20] - Yeah, there's one novel by Albert Camus in which a character is writing a novel, but he only ever writes the first sentence again and again.
[02:12:32] - Jest taka powieść Alberta Camusa, w której główna postać pisze książkę, lecz nigdy nie udaje mu się dojść za daleko, ponieważ pisze ciągle wciąż to samo pierwsze zdanie.
[02:12:43] - I went to Oxford to study English language and literature. The literature stopped at about 1900, and the language was mainly the study of changes in the sound and grammar.
[02:13:02] - Poszedłem na studia w Oksfordzie i miałem studiować literaturę i język angielski, ale literatura skończyła się na końcu XIX wieku. Natomiast jeśli chodzi o język, skupialiśmy się bardziej na zmianach w dźwiękach, w języku, w gramatyce.
[02:13:19] - Instead of being concerned with linguistics, the science, there was nothing about that.
[02:13:25] - Zamiast zajmować się lingwistyką jako nauką.
[02:13:29] - So basically, I was studying the classics of English literature from Anglo-Saxon times to 1900 because obviously nothing beyond 1900 was any good.
[02:13:42] - Na studiach zajmowaliśmy się głównie klasyką od czasów anglosaskich do końca XIX wieku, ponieważ rzekomo późniejsze tytuły wcale nie były dobre.
[02:13:51] - At the same time, behind my back, as it were, I was holding copies of science fiction novels by A. van Vogt For example.
[02:14:01] - Jednocześnie za plecami trzymałem egzemplarze książek science fiction autorstwa van Vogta.
[02:14:08] - When I was a schoolboy, I used to think that compared with English authors with simple names like Jane Austen or Graham Greene, that people whose names were van Vogt and Asimov must be possessors of alien wisdom and of superior states of consciousness.
[02:14:31] - Jako uczeń myślałem, że w porównaniu z literaturą angielską i z osobami noszącymi tak proste nazwiska jak Jane Austen czy Graham Greene, osoby, które nazywają się van Vogt czy Asimov posiadają jakąś kosmiczną wiedzę i lepszy stan umysłu.
[02:14:50] - I did write three short novels, really short, about 120 pages, while I was a student at Oxford. One was fairly realistic in a strange way. There were fantasy elements in these and a kind of fantasy sensibility, a flavor of fantasy. Not of dragons, but of strangeness.
[02:15:19] - Sam napisałem trzy książki jeszcze jako student, które były krótkie. Miały jakieś 120 stron i jedna z nich była dosyć realistyczna, ale zawierała elementy fantastyczne i wrażliwość fantastyczną. Smaczki raczej niż rzeczy takie jak smoki.
[02:15:37] - I subsequently destroyed these, unfortunately. This is the impulsive stupidity of youth. Pride, I will do better. I know that if I kept them by now, after 40 or 50 years, I could do something with those books.
[02:15:54] - I następnie wyrzuciłem je i zniszczyłem. W sumie szkoda. To był przejaw mojej impulsywności jako młodzieńca i gdybym je zachował, to teraz, po tych 40 latach mógłbym coś z nimi ciekawego zrobić.
[02:16:09] - I was also very interested in experimental fiction. At the time, that meant the French new novel, nouveau roman, Alain Robbe-Grillet and such people.
[02:16:22] - Jednocześnie byłem bardzo zainteresowany prozą eksperymentalną, nową powieścią francuską. Czytałem takich autorów jak Alain Robbe-Grillet, Michael Butant.
[02:16:34] - These were all published in England by a publisher called John Calder, who introduced the new experimental writings and, for example, plays by Ionesco, the Romanian dramatist, into England around about that time. I sent one of my little novels to John Calder, and it was almost published.
[02:17:00] - W tym czasie w Anglii wydawnictwo John Calder wypuściło nowe eksperymentalne powieści, na przykład sztuki Ionesco, mniej więcej w tym samym czasie. Wysłałem jedną z moich powieści do tego wydawnictwa i prawie udało się ją wydać.
[02:17:20] - It was a very close thing, and they finally decided no, thank God. If they had accepted and published the book, it would have been a disaster for my imagination because I would have tried to continue writing experimental mainstream fiction.
[02:17:40] - To była bardzo bliska sprawa, ale w końcu zdecydowali się jednak nie wydawać tej książki. I dzięki Bogu, bo gdyby faktycznie ta książka została przyjęta, to by oznaczało śmierć mojej wyobraźni, ponieważ zapewne kontynuowałbym pisanie tych eksperymentalnych kawałków.
[02:17:58] - Instead of being compelled to write science fiction.
[02:18:02] - Zamiast zostać zachęcony do pisania science fiction.
[02:18:05] - As a response, a kind of survival mechanism when I was living and working in Tokyo, a way of mentally coping with future shock.
[02:18:19] - Jako odpowiedź, mechanizm przetrwania. Mieszkałem w Tokio, starając się przygotować na przyszły szok.
[02:18:28] - As regards science fiction and fantasy, there are many works which everybody else has read and which I have not read, the same as with children's literature. For example, I have never read „Lord of the Rings" by Tolkien.
[02:18:45] - A jeśli chodzi o literaturę science fiction i fantasy, jest bardzo dużo książek, które, tak jak w przypadku książek dla dzieci, wielu ludzi czytało, ale ja akurat nie. Takim przykładem jest na przykład „Władca Pierścieni" Tolkiena, którego nigdy nie czytałem.
[02:19:01] - One of the reasons for that was that we had to study Anglo-Saxon, the Beowulf poem, and Middle English when I was a student, and I did not respect or like those works very much at all. These are an essential part of Tolkien, the Norse languages, sagas, Norse mythology. It's all connected with Tolkien.
[02:19:30] - Powodem, dla którego nigdy tego nie zrobiłem, jest to, że studiowaliśmy anglosaską literaturę. Zajmowaliśmy się rzeczami takimi jak poemat „Beowulf", język staroangielski i wcale mi się to tak naprawdę nie podobało. A te elementy są bardzo ważną kwestią dla twórczości Tolkiena i stanowią ważną jej część, tak jak języki nordyckie, mity nordyckie czy sagi nordyckie.
[02:19:57] - Intellectually, at the time, I was much more French 19th century.
[02:20:01] - Jeśli chodzi o mój stan umysłu, zdecydowanie bliżej było mi do XIX-wiecznej Francji.
[02:20:06] - I had no interest in Thor, Odin, magic rings, orcs, elves, etc. Therefore I was not going to read a thousand pages about these things.
[02:20:18] - Byłem w tym czasie zupełnie niezainteresowany rzeczami takimi jak Thor, Odyn, runy czy elfy i stwierdziłem, że nie będę inwestował mojego czasu i czytał tysiąca stron o tych tematach.
[02:20:30] - A co Ian Watson czyta dzisiaj?
[02:20:34] - I'm in fact carrying the second volume of Ann Leckie's novel, which is called... My bag is here. The answer is in my bag. I'm carrying this one. „Ancillary Sword”. Ann Leckie will be a guest at the convention which my wife and I organize in the north of Spain.
[02:21:07] - Mam ze sobą drugi tom książki autorstwa Ann Leckie zatytułowany „Ancillary Sword”.
[02:21:16] - I'm reading that because I admired very much the first volume and I'm interested in artificial intelligences, and the starship is an artificial intelligence.
[02:21:30] - Czytam ten drugi tom, ponieważ bardzo spodobał mi się pierwszy, a w książce jest obecna sztuczna inteligencja. Właściwie statek jest sztuczną inteligencją.
[02:21:39] - One reason why this is in my bag is that it does not weigh as heavily as the other book, which I am actually halfway through.
[02:21:48] - Powód, dla którego właśnie akurat tę książkę mam w swojej torbie, to jest to, że ona jest lżejsza niż druga, którą aktualnie czytam.
[02:21:56] - The book which I am halfway through, which is a hardback, is called „Don't Sleep, There Are Snakes”.
[02:22:05] - Książka, którą teraz czytam, jestem już w połowie, wydana została w twardej oprawie i jest zatytułowana „Don't Sleep, There Are Snakes”, czyli „Nie śpij, tam są węże”.
[02:22:15] - It is by a guy called Everett, and it's very controversial with regard to the nature of human language.
[02:22:26] - Książkę napisał Everett i jest dosyć kontrowersyjna, jeśli chodzi o kwestie związane z charakterem języka ludzkiego.
[02:22:33] - The author, Everett, began as an American missionary who was sent by his particular cult or church to the Amazon rainforest to try to understand the language of a particular small tribe.
[02:22:53] - Autor tej książki, Everett, zaczął swoją karierę jako misjonarz wysłany przez swój kościół do dżungli amazońskiej, aby zajął się analizowaniem języka, aby spróbował go zrozumieć. Języka jednego z małych plemion.
[02:23:10] - And nobody had previously succeeded in learning their language.
[02:23:17] - Nikomu wcześniej nie udało się zrozumieć ich języka.
[02:23:22] - Everett did succeed and published material about the language they called the Pirahã. The great authority on language, Noam Chomsky, attacked Everett and said that he was a liar.
[02:23:43] - Everettowi udała się ta sztuka i opublikował swoje materiały o tym języku, i został potem zaatakowany przez wielki autorytet lingwistyczny, przez Noama Chomsky'ego, który nazwał Everetta kłamcą.
[02:23:57] - Unfortunately for Chomsky, other linguists have visited the tribe and said Everett is right.
[02:24:05] - Na nieszczęście Chomsky'ego inni lingwiści również pojechali, odwiedzili to plemię i powiedzieli, że Everett ma rację.
[02:24:14] - It would take a long time to explain the reasons why the language of the Pirahã is unique. One thing which happened to Everett is that because the Pirahã live in the present and will only accept something which they have witnessed personally or which their best friend has witnessed, Everett stopped being a missionary and stopped being a Christian, and instead trained himself as a linguist in order to go back there.
[02:24:49] - Zbyt długo byłoby mówić o tym, jak bardzo unikatowy jest język tego plemienia, ale powiem jedną rzecz. Gdyż plemię to żyje w teraźniejszości i akceptują tylko te rzeczy i te wydarzenia, których doświadczyli osobiście lub te wydarzenia, których doświadczył ich najlepszy przyjaciel. Dlatego Everett porzucił misjonarstwo, porzucił chrześcijaństwo i wyszkolił się na lingwistę tak, aby mógł ponownie do nich wrócić.
[02:25:20] - The first science fiction novel which was published by me was about linguistics and about the theories of Chomsky, and incidentally also part was set in the Amazon. Coincidence? Featuring a tribe with a strange language. Coincidence?
[02:25:40] - Pierwsza książka science fiction, którą opublikowałem, zupełnie przypadkowo dotyczyła języka, dotyczyła lingwistyki Chomsky'ego i była osadzona właśnie w dżungli amazońskiej i opowiadała o plemieniu, które miało bardzo interesujący i dziwny język.
[02:25:58] - Basically, the uses of linguistics in science fiction were all based upon theories not by Chomsky, but by People called Sapir and Whorf, who considered that the language which a person speaks conditions the way they experience reality.
[02:26:22] - Większość książek science fiction, które dotyczą lingwistyki, oparta jest na teoriach nie autorstwa Noama Chomsky'ego, lecz na teoriach Sapira i Whorfa, którzy uważali, że język, jaki jest używany przez daną osobę, wpływa na sposób, w jaki odbierają oni rzeczywistość.
[02:26:42] - Whereas the main idea of Chomsky is that all human languages are related in structure on a deep, deep level.
[02:26:52] - Natomiast głównym motywem przewodnim teorii Chomsky'ego jest to, że wszystkie języki ludzkie są ze sobą powiązane na bardzo podstawowym i niskim poziomie.
[02:27:01] - Yeah. And my first novel called „The Embedding" was about this. And this was published in 1973. Last year there was a wonderful science fiction film called „Arrival", which is about linguistics and aliens, and where they specifically name Sapir and Whorf as the basis of their ideas.
[02:27:27] - I właśnie moja pierwsza książka dotyczyła kwestii lingwistycznych i ona była opublikowana w 1973 roku. Co więcej, w zeszłym roku premierę miał film fantastyczny zatytułowany „Nowy początek", który właśnie opowiadał o lingwistyce i o kosmitach. I właśnie tych dwóch lingwistów, o których wspomniałem wcześniej, byli tam wspomniani.
[02:27:52] - And Chomsky basically pushed aside the theories of Sapir and Whorf 40 years ago. So, and my novel, the first novel is about this and about the theories of Chomsky.
[02:28:04] - Chomsky w zasadzie odrzucił teorie tych dwóch pozostałych lingwistów jakieś 40 lat temu, a moja pierwsza książka właśnie o tym opowiadała.
[02:28:13] - Set in the Amazon rainforest with adventures and excitement.
[02:28:17] - Osadzona została w dżungli amazońskiej i jest pełna przygód i ekscytujących rzeczy.
[02:28:22] - But when I saw „Arrival", which is a wonderful movie, I thought, my God, nothing has changed.
[02:28:29] - A kiedy zobaczyłem „Nowy początek", tak sobie pomyślałem: o rany, nic się nie zmieniło.
[02:28:35] - Which is, on the one hand, very nice for a writer that your book from 1973 is still topical and the ideas are there in a film in 2017.
[02:28:50] - I z jednej strony jest to bardzo fajne dla mnie jako pisarza, ponieważ moja książka z 1973 roku nadal jest aktualna i nadal opowiada o tych samych zjawiskach, o których opowiada film wypuszczony na rynek w 2017 roku.
[02:29:05] - But it's not so good really as regards the progress of linguistics.
[02:29:11] - Ale nie jest to takie korzystne, jeśli chodzi o rozwój lingwistyki.
[02:29:16] - Dziękuję bardzo za rozmowę. Tak, to był wywiad z Ianem Watsonem. Proszę państwa, nasza seria, nasza — Piotra Cielebiasia i mojej nieskromnej osoby. Seria o filmach rozwija się i dzięki temu troszeczkę wprowadziliśmy życia do audycji, która jest tylko o książkach. Wprowadziliśmy kolejny element kultury, czyli filmy, seriale. Zastanawiam się, czy znajdę kogoś do pogadania o grach. Ale jesteśmy w ciągłym rozwoju, więc pewno wcześniej czy później się to trafi. Myślałem o Wiktorze, ale Wiktor lubi grać w gry, które już zna. Zgodnie z zasadą, że nowe gry są nieinteresujące, bo ich nie zna. W związku z tym, jeśli mamy rozmawiać o czymś naprawdę nowym, to z kimś, kogo muszę dopiero znaleźć.
Natomiast jeśli mamy porozmawiać o grach, które były, to Wiktor będzie jak najlepszym gościem. Pewnie wcześniej czy później tak się właśnie stanie. A teraz zapraszam państwa na audycję filmową. Piotr Cielebiaś i moja skromna osoba. Nie, nieskromna. Ja w ogóle nie jestem skromny. Nie będę państwu bajek opowiadał. Więc moja nieskromna osoba i porozmawiamy sobie o filmach science fiction, ale nie tylko science fiction. Dzień dobry, wieczór Piotrze. To już trzeci raz się spotykamy, żeby pogadać o filmach.
[02:30:58] - Dzień dobry wieczór. Tak się złożyło.
[02:31:01] - Tak. Dzisiaj to jest to, jak mawiał mój kolega, co tygrysy lubieją — podkreślam, lubieją — najbardziej, czyli lecimy w odległy kosmos. Tak. To lecimy czy nie lecimy, Piotrze?
[02:31:18] - Tak, lecimy i startujemy. Dzisiejszy odcinek ma taki nieco nostalgiczny charakter. Przyjrzymy się filmom, które z jakiegoś powodu zostały zapamiętane, ale też równocześnie przeszły bez echa. Takiego echa, że na przykład dzisiaj są oceniane skrajnie. Niektóre z nich zyskały sobie grono zwolenników, stając się takimi tak zwanymi produkcjami kultowymi. Naszym tematem przewodnim będzie to, że ludzie lecąc w kosmos, a w zasadzie astronauci lecąc w kosmos, nie zawsze znajdują to, czego szukali albo to, czego chcieli. I tego się dzisiaj będziemy trzymać.
[02:32:03] - Tak, ale ten temat już był obecny w kinie od dawna, tylko kiedyś może nie było takiej Techniki filmowej, żeby to w odpowiedni sposób pokazać. Chociaż gryzę się w język w tej chwili, bo kiedy jeszcze w odległym PRL-u pokazano film „Zakazana planeta”, to niby jest tam dużo statków kosmicznych, technologii, a tak naprawdę otrzymujemy na tacy rodzaj filmu grozy. Przypomnę tym wszystkim, jednocześnie starając się nie opowiadać filmu, że tam się pojawia ni mniej ni więcej, tylko potwór Id. I zbieżność z freudowską teorią nie jest przypadkowa. Więc mamy połączenie filmu hard science fiction z rodzajem tego, co niektórzy nazywają horrorem, a inni absolutnie krzyczą, że to jest groza. Nie rozstrzygając tego problemu, mamy właśnie taką mieszankę i tego rodzaju mieszanka wtedy była w taki sposób nieśmiały zaserwowana – science fiction i groza. Ale ona z czasem zaczęła się pojawiać w kinie coraz częściej. Ja co prawda, jak zaczynałem oglądać science fiction kinowe, to bardziej żeglowałem w kierunku takich filmów, które pokazują, jak człowiek leci w kosmos, to jest tak wspaniale. Na przykład takimi filmami był „Star Trek”. Przypomnijcie sobie państwo to nadęte, napuszone intro, które się tam pojawia o przełamywaniu ostatecznej granicy i tak dalej, odkrywaniu nowych światów.
Wspaniałe. I pierwsze sezony „Star Treka”, takie jeszcze bardzo dzisiaj z naszej perspektywy proste. One były bezkonfliktowe? Nie. Tam były oczywiście takie odcinki, w których było wszystko cacy, pięknie, ludzkość jest mądra i zwycięża, ale pojawiały się od czasu do czasu odcinki niepokojące. Takim odcinkiem w pierwszych sezonach „Star Treka” był odcinek, jestem gotowy się założyć, że na jego podstawie Stephen King wiele lat później napisał „Dzieci kukurydzy”. Bo rzecz się dzieje też na odległej planecie, są dzieciaki, które żyją samopas, a jak ktoś dorośnie, to się go pozbywają. Znacie państwo? To jest ten motyw, który w „Dzieciach kukurydzy” Kinga się pojawia. Jestem gotowy się założyć, że King we wczesnej młodości się naoglądał, a później to wypromieniowało z niego w postaci „Dzieci kukurydzy” i kolejnych.
Tak. Więc były takie odcinki, które budziły grozę. Ja tu znowu przywołam, ale wierzcie mi państwo, bardziej na zasadzie pewnego sentymentu, film, który przywoływałem już w zeszłym tygodniu, czyli „Kosmos 1999”. Za chwilę go przywołam, ale powiem jeden komentarz, który mi się bardzo spodobał w internecie, gdzie dyskutowano o tym serialu, że to taki serial młodości, kultowy, wspaniały, Studio 2, lata 70., że się czekało na ten serial. I ktoś tam bardzo rozsądnie napisał, że jak pamiętacie ten serial, to go pamiętajcie, ale go raczej już nie oglądajcie, bo wasze wspomnienia, wspaniałe odczucia, poczucie tego, że się podróżowało gdzieś w odległy kosmos, legną w gruzach. Ja się przychylam do tej opinii. To jest serial, który się mocno zestarzał, ale który był też taką mieszanką odkrycia. Rzeczywiście, co rusz podróżujący na Księżycu w bazie kosmicznej Alfa odkrywali jakieś nowe planety. Dziwne, niesamowite. Odkrywanie, eksploracja nowych światów to było coś niesamowitego, ale od czasu do czasu pojawiał się jakiś odcinek, który straszył, groził, który wbrew takiemu obiegowemu przekonaniu w socjalizmie panującemu, że obcy są dobrzy i chcą nas po główkach pogłaskać, ten angielski serial preferował jednak obcych, którzy są źli, niedobrzy i którzy tylko czyhają, żeby — to już w zależności od odcinka — albo upolować nasze kobiety, albo wyssać nam mózgi, albo cokolwiek złego nam zrobić.
W każdym razie tak to się w „Kosmosie 1999” odbywało.
[02:37:01] - Jeżeli mówimy tutaj o serialach, które się źle starzeją, to muszę powiedzieć, że ich jest bardzo dużo. Nie wiem, pewnie się narażę wielu fanom „Star Treka”, ale „Star Trek”, przynajmniej niektóre serie, też dzisiaj nie wyglądają już tak fajnie jak kiedyś. Myślę, że u nas w kraju takim największym, najbardziej popularnym był „Enterprise”. Te inne serie już z tego, co pamiętam, nie wzbudzały takich wielkich emocji i popularności. Ale chciałbym też dodać, że dziś poruszymy temat raczej filmów pełnometrażowych, fabularnych, bo gdybyśmy się chcieli odnosić do tak długich seriali jak „Star Trek”, to nie starczyłoby nam czasu, a pewnie też wzbudzilibyśmy liczne kontrowersje. Niemniej jednak do pewnego serialu kolejnego dzisiaj się też odniesiemy, ale oddaję ci głos.
[02:37:59] - Tak, to prawda. Tym bardziej, że „Star Trek” to jest tak naprawdę never ending story, bo przecież przypomnę, pierwszy „Star Trek” zakończono, tu mnie znawcy mogą wykląć, wydaje mi się, że po dwóch seriach albo po trzech. W każdym razie dosyć szybko. Ten serial nieustannie się odradzał. Później w latach 80. pojawił się pierwszy film pełnometrażowy i tych filmów pełnometrażowych od tamtego czasu pojawiło się hohoho, a może i więcej. Ale masz Piotrze rację. Tak naprawdę dzisiaj nas interesują wielkie filmy pełnometrażowe. Mówię wielkie, bo pomyślałem sobie o „Avatarze”. To był taki serial, który dosyć dobrze pasuje do tego, co powiedziałeś.
Z jednej strony mamy niezwykłą planetę, chwilami piękną. Przypomnijcie sobie państwo te krajobrazy, które tam są filmowane. Ale z drugiej strony mamy ludzkość, która zachowuje się jak banda bydlaków i swoją tradycję podtrzymując, całkiem marnie się zachowuje na planecie, na której żyją sobie całkiem sympatyczne niebieskoskóre stwory. Ale oczywiście dobro zwycięża. W hollywoodzkich serialach na ogół dobro zwycięża. Natomiast tak, żeby sobie jakoś podprowadzić to, o czym chcemy dzisiaj rozmawiać, to ja tylko wspomnę, że jeśli dobrze sobie przypominam, to planeta, na której rzecz się dzieje, nazywa się, o ile dobrze pamiętam Pandora. I chyba czas przywołać pierwszy tytuł, Piotrze.
[02:39:46] - Tak. To jest też jeden z tych klasyków, powiedziałbym nostalgicznych, bo co odkryłem, „Pandorum”, czyli film, o którym będziemy mówić, oceniany jest w Polsce znacznie lepiej niż chociażby w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli sobie przejrzycie filmweb kontra te wszystkie inne bazy filmowe albo jakieś serwisy recenzenckie, to zobaczycie, że bardzo są duże rozbieżności nie tylko w ocenie gwiazdkowej, ale też w uzasadnieniach. On jest tam uznawany na Zachodzie przede wszystkim za totalną klapę, za coś, co nie jest godne uwagi. Jakaś produkcja klasy B. Może dlatego, że to jest film europejski. To nie jest film tak stary, bo ukazał się w 2009 roku i koncentruje się wokół podróży w kosmicznej arce grupy osadników po zapaści cywilizacji. I to jest też bardzo charakterystyczny moment dla wielu obrazów, które się koncentrują wokół tematu, o którym dzisiaj mówimy, że ludzkość upadła i trzeba się gdzieś wybrać. Ale okazuje się, że tam gdzieś w kosmosie nie wszystko się dzieje tak, jak trzeba albo też w czasie podróży coś nie wychodzi. Jeżeli widzieliście „Pandorum”, to też wiecie, o co chodzi, ale że nie chcemy wam tego filmu opowiadać, to tego też nie uczynimy, bo wiemy, że tego nie lubicie.
Natomiast co chciałbym powiedzieć o „Pandorum”, że to jest jeden z tych obrazów, który się odnosi do bezradności biologii, do słabości ludzkiego ciała i jego ułomności w konfrontacji z warunkami kosmicznymi. Bo o ile ci wszyscy astronauci zazwyczaj dysponują komorami kriogenicznymi, widzimy, jak cierpią fizycznie, ale też psychicznie, jak to było w „Pandorum”. Teraz kolejne pytanie, czy w tego typu filmach ma nas przerażać klaustrofobiczna atmosfera, czy wizja nieuchronnego upadku naszej cywilizacji, czy też sama podróż w nieznane? Bo jeżeli weźmiemy pod uwagę te kwestie naukowe, to wydaje się raczej niemożliwe, aby ludzkość dokonała podboju kosmosu. Nie lubię tego określenia w znanej nam formie. Chodzi mi o to, że już dzisiaj się spekuluje przecież, że inżynieria genetyczna, nanotechnologia czy też tworzenie nomen omen awatarów, czyli przenoszenie świadomości na urządzenia, jest przyszłością i jest też przyszłością astronautyki, bo przecież człowiek w głębokim kosmosie nie wytrzyma. I tutaj takie pytanie, Marku, do ciebie, czy te filmy typu „Pandorum” i te inne, o których powiemy, nie są taką fantastyczną fantastyką? Bo one nam pokazują, że wsiadają ludzie na statek, lecą gdzieś tam w głęboki kosmos. Ale my już dzisiaj, nawet kilka lat dopiero po nakręceniu „Pandorum” wiemy, że raczej coś takiego się w rzeczywistości chyba nie wydarzy.
[02:43:07] - Powiem tak: to na dwoje babka wróżyła. Ten motyw arki, o którym wspominałeś, jest dosyć stary zarówno w fantastyce pisanej, jak i w fantastyce filmowej. On w filmowej występuje rzadziej, bo trzeba jakichś nakładów do tego. Ale znowu, może ja jestem maniakiem, ale rodzajem arki jest również „Księżyc” w 1999 roku. Już milczę w kilku językach znanych sobie. Milczę i już na temat serialu „Kosmos 1999” nic nie mówię. Natomiast jeśli chodzi o „Pandorum”, całkiem niedawno był ten film, którego tytułu nigdy nie pamiętam, bo ja sporej części tytułów nie pamiętam. Taki bardzo hollywoodzki też o awarii na takiej arce, w której budzi się najpierw pana, później budzi panią. Nigdy nie pamiętam tytułu tego filmu.
[02:44:06] - Ja pamiętam.
[02:44:08] - „Pasażerowie”?
[02:44:09] - Pamiętam też, że nie pamiętam, bo to był romans w zasadzie.
[02:44:12] - Tak, oczywiście, tylko w takich dekoracjach bardzo kosmicznych. Ale bardziej przywołałem ten film, nawiązując do „Pandorum” Sprawa motywu wykorzystującego arkę. Tego się nie da wykluczyć, przynajmniej w najbliższym czasie. Jeśli fizyka będzie sobie tak dreptała jak drepcze, to jakieś zakrzywienia czasoprzestrzeni, hipernadprzestrzenie, podprzestrzenie, różnie nazywane w zależności od autora, zawsze chodzi mniej więcej o to samo. Czyli sławny eksperyment myślowy z kartką, który zresztą jest przywoływany w jednym z filmów, który będziemy dzisiaj omawiali. Jak jest po dwóch przeciwnych stronach kartki, te punkty są daleko, ale przecież kartkę można złożyć i w jednej chwili jest się tam, gdzie się chce. Jeśli fizyka czegoś takiego nie wyprodukuje w praktyce, to skazani będziemy na podróż trwającą wiele, wiele, wiele – i mógłbym wiele razy powtórzyć – lat. I to motyw arki. Są dwa motywy arki: albo motyw arki mrożonej, to żart oczywiście, w każdym razie jakiejś takiej albo kriogenicznej, albo przetrwalnikowej, stazowej, albo motyw arki prawie dosłownej, czyli kolejne pokolenia żyją na pokładzie po to, żeby płodzić kolejne pokolenia i w końcu któreś doleci. To szalony pomysł, bo taka podróż może trwać setki, jeśli nie więcej lat, ale w końcu gdzieś dolecą i to ziarno cywilizacyjne jest rozesłane.
To nie jest koncept taki głupi, bo nawet niektórzy zajmujący się starożytnymi kosmitami wspominają, że być może my jesteśmy owocem tego rodzaju rozprzestrzeniania się po kosmosie. Nie wiem. Chciałbym wiedzieć, ale póki co nie bardzo mam szansę, żeby się dowiedzieć. W związku z tym przyjmuję to jako pewną hipotezę, że tak może być. W związku z tym ja bym tego motywu arki tak zupełnie nie skreślał, chociaż rzeczywiście bardziej filmowy i taki dynamiczny jest chyba motyw zastosowany w drugim filmie, o którym dzisiaj będziemy mówić, o którym wspomnimy, czyli w filmie starszym od „Pandorum” – „Ukryty Wymiar”. Niektórzy mówią też o nim, że to jest „Horyzont zdarzeń”, bo tak się nazywa statek, o który chodzi w tym filmie. To dwie różne koncepcje, Piotrze. W związku z tym ja żadnej z nich bym nie skreślał. Obie są fajne, filmowe, tylko ja i tak wolę tę z nadprzestrzenią, podprzestrzenią czy tym szybkim pyknięciem i przeniesieniem się w odległą część wszechświata.
[02:47:26] - Tak, ale z drugiej strony, jeżeli masz tę arkę czy te zamrożone embriony, to zawsze się może wydarzyć coś złego. Albo na przykład może cię zasabotować android, jak to miało miejsce w ostatniej odsłonie „Obcego”. Tak że tam jest dużo przestrzeni do stworzenia tej atmosfery grozy. Bo gdyby to było inaczej, to siedziałyby sobie dwa androidy i leciałyby lat 30, 40, 50. O czym tu film nakręcić, prawda? Natomiast wydaje mi się, że twórcy filmowi muszą też troszeczkę iść za ciosem i uwiarygodnić ten przekaz. To znaczy wydaje mi się, że jeżeli mamy mówić o jakimś realistycznym spojrzeniu na tego typu filmy, to na pewno pojawi się prędzej czy później coś, co będzie mówiło o takiej wyprawie nie w pełni ludzi, czyli na przykład osób, które mają swoje ciała wspomagane w sposób specjalny do tego, aby przetrwać w kosmosie. Bo dzisiaj wiemy, że już coś takiego będzie wymagane i będzie to odpowiedzią na nawet sztuczną grawitację. To dlatego powiedziałem, że ciało ludzkie w przestrzeni kosmicznej w znanej nam formie nie przetrwa. Jeżeli chcieć stworzyć taki realistyczny naprawdę film, to trzeba będzie o tym pomyśleć.
A dlaczego mówię o realistycznym filmie grozy? Dlatego, że jak kiedyś już powiedziałem, to, co wydaje się prawdziwe i jest straszne, straszy dwa razy. I to właśnie chciałem powiedzieć. Ale przypomina mi się tutaj przy okazji coś całkiem nowego. To była produkcja z roku 2021. Thriller. Nazywa się „Voyagers”. Nie wiem, czy on ma polski tytuł. W każdym razie on był chyba wyświetlany na Netflixie. To jest taka młodzieżowa epopeja kosmiczna.
Może epopeja to za dużo powiedziane. Chodzi o to, że w kosmos wyrusza grupa dzieci. Oczywiście one się tam rodzą. One nigdy Ziemi nie widziały, więc nie odczuwają jakiejś tęsknoty za tą planetą i mają sobie dolecieć gdzieś tam na nową planetę. No i co się dzieje na tym statku? Okazuje się, że tam, jak zwykle w filmach dla młodzieży, dorośli kłamią, młodzi się kłócą, są jacyś liderzy w tej grupce i tak dalej. Muszę powiedzieć, że strasznie się to oglądało. Film był naprawdę zły i szczerze mówiąc nie polecam. Natomiast jest w nim ciekawe to, że jak powiedziałem, wyruszają w ten kosmos już nie ludzie urodzeni biologicznie, ale że tak powiem, zaprojektowani genetycznie. Mimo wszystko w jakiś sposób tymi ludźmi pozostają i kiedy dorastają, to zaczynają sobie urządzać różnego rodzaju harce.
Tak że jeżeli mowa o tego typu filmach, to właśnie mi się przypomniało, że w 2021 roku coś takiego wyszło.
[02:50:31] - À propos wysyłania w kosmos młodzieży czy też dzieci. Sam nie wiem, że coś takiego się wydarzyło. Znaczy wiem, ale nie mogę w to uwierzyć, że prekursorami byli Rosjanie jak Rosjanie, ludzie radzieccy. Bo przypomnę, że w latach 70. ukazał się film w kinach, chyba „Podróż na Kasjopeę” się nazywała. Miała swoją drugą część, która już była koszmarna. I tam też wysyła się w podróż kosmiczną do odległej gwiazdy młodzież. W nadziei, że jak już dolecą, to oni będą lekko podstarzali, w związku z tym będą mogli się zająć eksploracją tej odległej planety na poważnie. Tytułem pamięci historycznej przywołuję, że Amerykanie jednak czasami zostają w tyle, bo ludzie radzieccy już to wymyślili. A wracając do „Pandorum”, powiem, że tak naprawdę teraz wyjdzie ze mnie ten facet, który szuka dziury w całym, ale tylko na chwilę, bo generalnie ten film trafiłem całkiem dobrze.
Z różnymi uwagami, ale ja się zawsze czepiam, natomiast nie było źle. Natomiast mam jeden motyw, takie poważne pytanie. Być może czegoś nie przyuważyłem, to mnie, Piotrze, sprostujesz. Nic nie będę spoilerował, więc nie musicie państwo zatykać uszu. Początek filmu to ta Arka leci w kosmosie, prawda? Widzimy, że sobie leci. Tymczasem zupełnie inną informację dostajemy pod koniec filmu. To ja się pytam, jak to się stało? Żeby wszystko było jasne, oczywiście jest pewne zawirowanie z czasem. Znowu nie będę spoilerował, ale my dostajemy prostą informację na początku, bo widzimy lecący statek, a później nagle kamera nas sprowadza do pewnego miejsca w tym statku i coś się w tym statku wydarza.
To jest dla mnie pewna niejasność. Ja lubię szczegóły analizować. Być może czegoś nie uwzględniłem, ale to mi się wydaje tak naprawdę jedyna taka rzecz, która nie styka. A poza tym ten obraz bywa chwilami niesympatyczny. Ja tego rodzaju obrazów w warstwie psychicznej słabo znoszę, mówiąc szczerze. Ale to nie znaczy, że ten film mi się nie podobał. Ja po prostu pewnych obrazów, które tam są pokazane słabo znoszę. Ale film moim zdaniem to, co powiedziałeś, że on traktowany jest jako wielki przegrany, moim zdaniem niesłusznie. A już powiem końcowe sekwencje, mnie się to podobało.
[02:53:42] - Tutaj trzeba przyznać, że końcówka jest czymś, co najbardziej zapada w pamięć z tego filmu. A jeżeli chodzi o to, o czym powiedziałeś, to nie tylko ty się nad tym zastanawiałeś. Ja myślę, że to jest albo celowy zabieg reżyserski mający nam pokazać, o co właściwie chodzi. Bo gdybyśmy tak wyszli po prostu, że się chłop budzi w jakimś stalowym pomieszczeniu, to widz od początku mógłby powiedzieć: „On się w chłodni obudził, bo zasnął albo coś, tym strugieniem”. Musimy mieć powiedziane, że jest w kosmosie. Albo też ta scena dzieje się gdzieś w głowie któregoś z bohaterów. Tego nie wiemy.
[02:54:17] - Masz rację, to tak mogło być.
[02:54:20] - Tak zawsze sobie można tłumaczyć. Natomiast „Pandorum” to jest w zasadzie jeden z takich sztandarowych filmów, jeżeli chodzi o ten gatunek, bo naprawdę nie ma ich dużo i nie ma tam w czym wybierać. Jeżeli chodzi o horrory science fiction, te, które się dzieją w kosmosie. Bo te horrory science fiction, które się dzieją gdzieś na Ziemi czy też w przyszłości, to tutaj mamy tego troszeczkę więcej. Natomiast jeżeli chodzi o kosmos, to te tytuły moglibyśmy na palcach zliczyć, a na palcach pewnie jednej ręki moglibyśmy zliczyć te, które są godne uwagi. Tych nie ma naprawdę tak dużo i wydaje mi się, że to „Pandorum” jednak obejrzeć warto, gdyż kilka tych koncepcji, jakie tam są ukazane, jest naprawdę interesujących. A jeszcze co wspomniałeś o „Podróży na Kasjopeję”, którą oczywiście oglądałem, którą pamiętam i tam mi zapadła jedna rzecz w rozum, która mi nie chce stamtąd wyjść. A w zasadzie dwie, że ten film w oryginale się nazywał „Moskwa-Kasjopeja”, tak jak taki pociąg jakiś. A druga sprawa, on miał takiego bardzo charakterystycznego reżysera, bo pomimo że to był Rosjanin, to on miał na imię Richard. Z tego, co pamiętam.
Próbuję go właśnie znaleźć. Nazywał się Richard Viktorov. To też interesujące.
[02:55:44] - Ja pamiętam. Nie wiem, jak by się to dzisiaj obroniło, ale pamiętam, że w latach 70. jako nastolatek, taki wczesny nastolatek, to niesamowicie podobał mi się ten statek kosmiczny wyprodukowany w studiu filmowym radzieckim. Zastanawiam się, nie wiem, czy zdobędę się na odwagę. Pewnie się zdobędę, żeby to dzisiaj zobaczyć, jak człowiek jednak zmienia, jak mu się zmienia percepcja wraz z upływem lat oraz wraz z postępem techniki filmowej. Nie wiem. Wtedy mi się podobał sam kształt statku i w ogóle ta koncepcja podobała mi się. Ale to dawno, naprawdę dawno było.
[02:56:28] - Dlatego też powiedziałem na początku, że dzisiaj mamy odcinek nostalgiczny, prawda? A nostalgia, jak wiadomo, nie zawsze idzie w parze z trzeźwością oceny.
[02:56:40] - To zdecydowanie prawda. Takim sztandarowym przykładem, i znowu sobie przywołam, będzie „Kosmos 1999” i to ostrzeżenie, które przytoczyłem. Naprawdę, jeśli państwo macie dobre wspomnienia z tego serialu, to już naprawdę darujcie sobie, nie oglądajcie. Nie wspominajcie, nie odwołujcie się do swojej nostalgii, bo dostaniecie kopa w delikatne miejsce. Po prostu odpuśćcie sobie. Zapamiętaliście ten serial z lat 70. i wystarczy. Nie róbcie sobie tego. Powiedzieliśmy o „Pandorum”, o tym, że właściwie u nas przynajmniej, tak jak słyszę to, co mówisz, zbiera całkiem niezłe noty ten serial, bo on po pierwsze nie jest tak do końca, tu się właśnie zawahałem, sztampowy. On wykorzystuje pewne motywy, które ja na przykład spotykałem nieraz w książkach, ale w filmie to muszę powiedzieć, że za często się nie pojawiają.
W związku z tym tak się zawahałem. Ale tak, jeśli chodzi o kino, to takich obrazów nie spotkacie państwo zbyt wiele. W związku z tym ja też, mówiąc szczerze, nie mogę sobie nigdy odmówić i sięgam zawsze po różnego rodzaju komentarze do filmów. Piotr też o tym wspominał. To wzbudza skrajne komentarze. Ten film wzbudza skrajne komentarze, bo czytałem komentarz, w którym była mowa o tym, że po prostu najlepszy film w ogóle science fiction, jaki był i jaki jest, i pewno jaki będzie, to już moje dopowiedzenie, ale czytałem też, że tego po prostu się nie da oglądać. Jak zwykle skrajne opinie, jak się takowe pojawiają, to ja raczej staram się zweryfikować. I państwu polecam tę weryfikację. Ale mamy jeszcze drugi film.
[02:58:48] - Jeszcze dodam od siebie w kwestii „Pandorum” to, że w ogóle lata 2000. to był taki specyficzny okres w kinie. Wiele filmów, które wtedy powstało, to są klasyki. Nie mówię tylko o naszej dziedzinie, ale są też takie filmy, które ze względu chociażby na stosowaną technikę do efektów specjalnych, także charakterystykę gry aktorskiej czy też topowych wówczas aktorów, są w jakiejś części zapomniane. I nie oszukujmy się, że Dennis Quaid, który gra w „Pandorum” jedną z głównych ról, dzisiaj już przepadł zupełnie. Ja go widziałem chyba w jakimś afroamerykańskim horrorze ze dwa lata temu, gdzie grał, ale to już widać było, że jest mocno zjechany wiadomo czym: piwo, wino, wódka i tak dalej. Naprawdę było po nim to widać. Z przykrością to trzeba powiedzieć. Tam się jeszcze w „Pandorum” jakoś trzymał, ale już nie pamiętam, jaki był to film, o którym tutaj wspominam. Chodziło o to, że małżeństwo kupiło, czarnoskóre, kupiło sobie dom od jakiegoś gościa.
On ich nachodził potem. To był też właśnie Dennis Quaid. Ale to też taki niewykorzystany, nie wiem, czy niewykorzystany, nie znam jego oczywiście pełni możliwości i zakresu twórczego, ale wydaje mi się, że taki trochę niewykorzystany talent.
[03:00:10] - Tak, ale mamy jeszcze dzisiaj wziąć na tapet film, tak jak powiedziałem, starszy, ten „Ukryty Wymiar”. Jest pewne, nie podobieństwo, to bym przesadził. Podobieństwo to może atmosfery, to też jest rodzaj, nie, to jest po prostu połączenie horroru i science fiction. Ewidentnie, Piotrze.
[03:00:36] - Tak. I to jest najmroczniejszy film, jaki sobie możemy wyobrazić chyba po „Obcym – Ósmym Pasażerze Nostromo”. Jeżeli chodzi o horrory science fiction. Film najmocniejszy i zdecydowanie nie dla wszystkich. One tak naprawdę rzeczywiście są do siebie dość podobne. Duszna atmosfera, takie poczucie, że się wydarzy coś złego. I w tym „Ukrytym Wymiarze” czy też „Horyzoncie Zdarzeń”, bo „Horyzont Zdarzeń” to jest polskie tłumaczenie oryginalnego tytułu, dzieje się naprawdę dużo złego. I tam mamy również bardzo dobrą obsadę aktorską, która sprawia, że ten film się tak bardzo nie zestarzał. Możemy go dzisiaj obejrzeć i jest to w jakimś sensie, nie jest to taki archaiczny film science fiction, chociaż on też nie jest przecież tak stary. Ale mimo wszystko lata 90.
to jest już dla kinematografii-
[03:01:37] - Inna epoka.
[03:01:38] - Tak, inna epoka. Sam Neil, który święcił wtedy triumfy przede wszystkim chyba dzięki „Parkowi Jurajskiemu", którym w tym roku powrócił, co trzeba zaznaczyć, gra tam rolę naukowca, który jest projektantem statku, który przypadkiem zaginął i był się przypadkiem odnalazł. A rzecz się dzieje w roku 2047. I ten statek Horyzont Zdarzeń, który porusza się na ogromne odległości za pomocą specjalnego napędu, nagle odnajduje się na orbicie Neptuna i specjalna misja z Ziemi ma za zadanie sprawdzić, co się tam wydarzyło. Wskutek bardzo nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oni na tym statku zostają uwięzieni. I się okazuje, ten Horyzont Zdarzeń jest zaprogramowany tak, żeby wrócić do miejsca, z którego przybył. A nie jest to takie zwyczajne miejsce, gdyż jest to po prostu wymiar piekielny i takim czymś, co strasznie zapada w pamięć i chyba Jeżeli ktoś był młodszy i ten „Horyzont zdarzeń" obejrzał, to na pewno ma przed oczami jedną scenę. Ten znaleziony film, przesłanie, nagranie z „Horyzontu zdarzeń", z tego statku i kapitana, którego gra chyba Malcolm McDowell, jeżeli dobrze pamiętam. I tą straszną, nie wiem nawet, jak to określić, orgię, która się tam działa i to wszystko. To jest moim zdaniem jedna z najmroczniejszych scen w takim mainstreamowym kinie.
To znaczy takim, które sobie może każdy obejrzeć, bo tu już nie mówię o różnego rodzaju aberracjach.
[03:03:22] - Tak. Powiem tak, przywołałeś na początku „Obcego 8. Pasażera Nostromo" i to jest inny rodzaj straszenia, bo w „Obcym 8. Pasażerze Nostromo" kto wymyślił ten tytuł, to powinien jakieś męki przechodzić. Ale dobrze, oryginalny „Alien" straszy czymś dosyć uchwytnym. To sobie państwo przypominacie tego ksenomorfa. On jest straszny, on jest niepokonany. Do czasu, ale jednak. Jest straszliwy. Ale to zagrożenie jest odpowiednio filmowane, niemniej uchwytne.
Sigourney Weaver radzi sobie w końcu jakoś. Okazuje się, że później kolejne części stawiają to pod znakiem zapytania, ale w tej pierwszej części sobie radzi. Właściwie pierwsza część jest tak naprawdę takim połączeniem SF i horroru, bo później seria „Obcy" żegluje już w zupełnie inną stronę. To są inne filmy. Nie mówię, że gorsze czy lepsze. Ja je mniej lubię po prostu. Ale ten pierwszy zdecydowanie straszy nas, ale czymś uchwytnym. Natomiast „Ukryty wymiar" z jednej strony tak, to jest uchwytne, ale nie do końca. Bo tak jak Piotr tu zasygnalizował ten piekielny wymiar. Bo przypomnę, że ten statek „Horyzont zdarzeń" miał podróżować pierwotnie do Proxima Centauri, najbliższej nam gwiazdy, niewidocznej na nocnym niebie, bo malutka, bo czerwony karzeł.
Miał podróżować, ale tak jak Piotr powiedział na początku naszej rozmowy, nie zawsze nasi podróżnicy docierają tam, gdzie chcieli dotrzeć i odkrywają to, co chcieli odkryć. I to jest taki ewidentny przykład takiego właśnie zdarzenia, bo się okazuje, że oni podróżowali gdzieś, dotarli do zupełnie innego miejsca.
[03:05:32] - Tak, filmowi temu zarzucano to, co powiedziałeś, że on w pewnym momencie może być niezrozumiały, że jest przerost formy nad treścią i tak dalej. Mimo wszystko zachęcam, żeby go zobaczyć. Przede wszystkim po pierwsze obsada aktorska, po drugie bardzo nietypowy scenariusz. I fajny. I coś, co naprawdę trudno spotkać w horrorze science fiction. Bo my mamy na przykład dużo horrorów tak zwanych satanistycznych, które się dzieją na ziemi. O jednym przecież nawet żeśmy mówili niedawno, o tym polskim, z Olafem Lubaszenką. Natomiast tutaj mamy to przeniesione na trochę wyższy szczebel. Co jeszcze można dodać? Jeżeli chodzi o jakieś związki z „Pandorum", to przede wszystkim duży budżet, niskie zarobki.
Czyli film też się okazał klapą, ale jak wiele innych produkcji, które w ten sposób skończyły, tutaj na przykład „Donnie Darko", bo to gdzieś tam pewnie też między „Pandorum" a „Horyzontem zdarzeń" się pojawiło, ma tak zwany status kultowy. To znaczy istnieje grupa osób albo po prostu pewna moda, która coś w tym filmie widzi. Pomimo tego, że on klapą był, to staje się nagle popularny, wart oglądania. To też jest ciekawe, prawda?
[03:07:01] - To prawda. Poza tym ten film ujął mnie w pewnym sensie tym, że on w warstwie tej kosmicznej, tak to określmy, tych statków, tych przejść, tej całej fizyki związanej gdzieś tam z odległą planetą, a właściwie orbitą tej planety, on jest wiarygodny. Nie mówię, że wszystko tam jest po prostu tak, jakby może było naprawdę, ale zawsze przecież filmów nie oglądamy po to, żeby sobie tam jeden do jeden wszystko pyknęło, tylko żeby mieć pewien obraz tego wszystkiego i on się tutaj sprawdza ten film. Podobnie kiedy zaczynają się pojawiać te elementy, zastanawiam się, czy słowo nadprzyrodzone jest w tym wypadku okej, ale dobrze, zastosujmy je. To zaczyna być ciekawie. To zderzenie dwóch światów, bo tak naprawdę to są dwa światy, jest ciekawe. Muszę powiedzieć, że na początku tak podchodziłem do tego filmu troszeczkę jak do jeża, a później, pomimo tego, że to jest film w warstwie wizualnej i tak jak Piotr to powiedział, trudny. Osoby o słabszych takich nerwach czy poczuciu smaku mogą cierpieć. To może być z jednej strony zachęta, z drugiej strony jakaś forma zniechęcenia. Niemniej jednak ten film się nie rozpada.
I to jest może też duża zaleta, że on chociaż dotyka dwóch różnych biegunów, to on się nie rozpada treściowo. Ani treściowo, ani wizualnie, ani w ogóle się nie rozpada. To chyba duża zaleta i ja też ten film obejrzałem bez specjalnych wstrętów. Ale mam jedną rzecz, ale to sobie zostawię, jeszcze za chwilę powiem.
[03:09:01] - Ja sobie tylko przypominam taką sytuację, bo wiadomo, „Horyzont zdarzeń" to jest film dość leciwy, jakaś nostalgia z nim związana. Kiedyś sobie o nim przypomniałem i mówię: „Holender, gdzie by tu znaleźć coś podobnego?" To było lata temu. Gdzie by tu znaleźć coś podobnego? Był fajny klimacik. Szukam książek, w sieci znalazłem rosyjskiego autora, książkę „Wyprawa do piekła". Patrzę po recenzjach, czy tam jakieś kosmiczne rzeczy się będą działy. O rany! Wiesz co to, Marku, było? To była ta książka Strugackich dla młodzieży. I tam wcale się nie wyprawili do piekła, tylko po wodę się chyba wyprawili.
To było straszne. To była taka podróba radziecka „Gwiezdnych wojen". To był koszmar.
[03:09:58] - Zdarza się. Ale zostawiłem sobie pewną rzecz, która mnie zastanawia. Ja oczywiście będę mówił trochę dowcipnie albo starał się przynajmniej, żeby to było dowcipne. Nie zawsze mi wychodzi, ale na pewno zwróciłem uwagę. Otóż jeśli zerkniecie państwo do tego filmu „Ukryty wymiar", to tam jest ten element centralny, rodzaj napędu, który ma przenosić ów statek pomiędzy wymiarami, w inne miejsca wszechświata. I on ma dosyć charakterystyczną formę takich pierścieni, które krążą wokół jednej osi. Nie wiem, jak to opisać. Ja zawsze słaby byłem z geometrii i matematyki, ale w każdym razie takich trzech pierścieni, które krążą wokół elementu centralnego. To był 1997 rok, lata 90., druga połowa. Bardzo podobny element znajdujemy w filmie, który omawialiśmy w zeszłym tygodniu, czyli w „Moonfallu".
Tam ta mega konstrukcja, zauważ, Piotrze, ona ma bardzo podobną budowę, jeśli chodzi o te pierścienie, które krążą. Ale to jest jeszcze, proszę państwa, nic, bo całkiem nowa produkcja, serial w tym wypadku, zatytułowany „Fundacja". Tam jest taki statek bojowy, którego napęd działa na dokładnie takiej samej zasadzie. Co więcej, wizualnie to wygląda tak samo. Czyli mamy trzy filmy, w których scenografowie tego filmu, a być może też scenarzyści, ja nie mam takiego wglądu, widzą ów napęd międzywymiarowy, bo za każdym razem chodzi o napęd, rodzaj napędu. W przypadku „Moonfall" może nie do końca, chociaż nie wiemy, ale w przypadku czy „Fundacji", czy „Ukrytego wymiaru" dokładnie chodzi o napęd. Czyli od 90. któregoś roku, o ile dobrze pamiętam, „Fundacja" to kwestia ostatnich lat, powiedzmy 2020, nie pamiętam dokładnie. Minęło ponad 20 lat, a koncepcja pozostała taka sama. I tutaj to nie jest zarzut.
Być może, i tu mogę jakąś teorię spiskową państwu zaserwować, ci scenarzyści coś wiedzą. Może tego rodzaju napędy nie są tylko scenografią filmu, a jakimś realnym projektem. Tyle. Skończyłem, jeśli chodzi o teorię spiskową.
[03:12:49] - Ewentualnie może inspirowali się po prostu „Ukrytym wymiarem" i jest to rodzaj hołdu dla twórców kultowego filmu. Ja się tak zastanawiam też czasami, jaka będzie przyszłość horrorów science fiction. Dlatego, że nie oszukujmy się, ale dużo pomysłów się wyczerpało. To znaczy, można tego „Obcego" ciągnąć jeszcze w nieskończoność. Chociaż jak mówiliśmy w „Debacie ufologicznej" na temat filmów, bez wątpienia da się jeszcze coś z tego filmu wycisnąć, ale chciałbym zobaczyć więcej tego typu obrazów, dlatego, że to są, nie ukrywam, moje ulubione, ale też najczęściej się na nich rozczarowuję, jeżeli na tako trafiam.
[03:13:40] - Vide „Apollo 18" chociażby, też w kosmosie, a jednak się rozczarować można.
[03:13:45] - Tak, to jest w ogóle pewien segment tych filmów. „Apollo 18", potem mieliśmy „Life", potem mieliśmy nawet poniekąd „Sputnika" rosyjskiego, który był dobrym filmem, ale też opierał się na tym straszeniu nas obcą biologią. Nawet nie potworem, tylko obcą biologią, to znaczy formą życia, która jest radykalnie odrębna od naszej, chociaż stoi na niższym poziomie niż człowiek. Nie jest tak skomplikowana, a jest jednak śmiertelnie groźna. Jeżeli chodzi o nostalgię, to sobie tutaj próbuję jeszcze przypomnieć jakieś inne produkcje, które utkwiły mi w pamięci. Ale była też taka produkcja, był też taki serial amerykański i kiedy sobie szperałem w necie, to odkryłem, że wiele osób ma takie podobne odczucia jak my, a przynajmniej ja. Nie oszukujmy się, lata 90. to był taki okres, kiedy nie wszyscy posiadali dostęp do zbyt dużej liczby kanałów. Jeżeli ktoś mieszkał poza miastem, miał też ograniczony dostęp do kaset VHS. O innych możliwościach chyba mowy być nie może.
To, co pokazywali w telewizji, chłonęli wszyscy i się musiało podobać, prawda? To tak jak z tym kosmosem, o którym mówiłeś.
[03:15:13] - Tak, to prawda.
[03:15:15] - Pamiętam lata 90. To przede wszystkim „Star Trek”, który leciał chyba na pierwszym Enterprise, to „Sequel”, który leciał na drugim. I jeszcze „Ziemia 2”. „Ziemia 2” to już nie jest horror, to jest serial science fiction przygodowy opowiadający o ekspedycji na inną planetę. Ten serial oczywiście toczy się wokół tego samego tematu. Ludzkość wymiera. Ludzie żyją na stacjach orbitalnych. Ale ci, którzy się rodzą na tych stacjach, są kalecy, nie są zdrowi. Pewna pani uczona odkrywa, że jest planeta, na której panują warunki podobne do ludzkich. Odpakują statek, wyruszają.
Niestety, jak to zwykle bywa w takich filmach statek się rozbija. Rozbija się na dobrej planecie, tylko daleko od kontynentu. Oni muszą sobie tam przejść. I tam czekają ich różne przygody. Marku, oglądałeś „Ziemię 2”?
[03:16:19] - Tak, ale to było tak dawno, że trochę się czuję niepewnie, bo niewiele z tego pamiętam. Wiem, że wtedy to była taka rzadkość, bo w telewizji, na którą wtedy ludzie byli skazani, w tym ja, dobra fantastyka naukowa to była rzadkość. Więc jak już trafiła „Ziemia 2”, to nic innego człowiek nie robił, tylko czekał na kolejne odcinki. To jeszcze był czas, kiedy nie można sobie było sezonu serialu obejrzeć pyk, jeden odcinek po drugim, tylko trzeba było czekać tydzień na kolejny. To być może w jakimś stopniu wpływało, może się narażę, ale na atrakcyjność tego filmu, bo człowiek czekał. Tymczasem dzisiaj to jest rzecz prosta. Człowiek pyka i cały sezon ogląda.
[03:17:25] - No a kto nie chce?
[03:17:25] - „Ziemia 2” – tak jak dobrze, Piotrze, powiedziałeś, dzisiejszy odcinek jest niezwykle sentymentalny, bo to bardziej sentyment już dzisiaj chyba.
[03:17:37] - Tak. Nawet muszę powiedzieć, że chciałem sobie tą „Ziemię 2” obejrzeć jeszcze raz, ale włączyła mi się ta czerwona lampka, która mówi: „O nie, bo się rozczarujesz albo to będzie nudne”.
[03:17:49] - 1999. Już ostrzegałem.
[03:17:53] - Tak. I okazuje się, że ten serial znów padł ofiarą klątwy, która uderzyła w „Ukryty wymiar” i w „Pandorum”. Czyli okazał się nie na tyle popularny, żeby go kontynuować i został zakończony po jednym sezonie. Ale to naprawdę było dzieło dość wysokich lotów, jak na tamte lata w ogóle. I było ciekawe. Mieliśmy tam do czynienia ze światem przedstawionym, w którym mamy obce rasy. W tym wypadku były trzy chyba, w tym dwie w miarę humanoidalne. Przedstawione były na tyle w sposób interesujący, że dało się to oglądać. Nie byli to ludzie w lateksowych kostiumach, przynajmniej było to jako tako wykonane i sama koncepcja też była dość interesująca. Oczywiście w tle była jeszcze jedna tajemnica, bo się okazało, że ta planeta, na którą oni przybyli, ta Ziemia 2, nie do końca jest nieznana.
Tam już ludzie byli i coś brzydkiego robili. Ten serial występuje jeszcze pod tytułem „Inna Ziemia” z tego, co pamiętam.
[03:19:04] - „Inna Ziemia”. Tak.
[03:19:07] - Nie wiem, pod jakim występował w Polsce. Wydaje mi się, że „Ziemia 2”.
[03:19:11] - Chyba tak.
[03:19:12] - Emitowany był między innymi przez Polsat i to było już wiele lat później. Ja pamiętam, że na tą „Ziemię 2” natrafiłem chyba, nie będę przesadzał, że to było względnie niedawno, natomiast było to już tyle długo po tej pierwotnej emisji, że się zaskoczyłem: „O, ten serial jeszcze istnieje, ktoś go chce oglądać”. Czy on się dobrze zestarzał? Nie wiem, bo nie wiem, czy do niego wrócę, czy będę miał czas. Tych odcinków było chyba około 20. Teraz nie pamiętam.
[03:19:45] - Wtedy sezony były dłuższe. Wtedy sezony liczyły sobie po dwadzieścia kilka odcinków. Nie to co dzisiaj 10 i koniec. Do widzenia. Albo osiem na przykład.
[03:19:56] - I to też były takie złote czasy seriali. Mieliśmy przecież z takich głośnych, które były oglądane przez wszystkich, to przede wszystkim „Z Archiwum X”. To był chyba ten sam czas nawet. Jeżeli ktoś był fanem „Archiwum X” i był fanem bardzo specyficznej tematyki, która była tam poruszana, czyli kosmitów, kosmosu, podróży do wszechświata, to szukał czegoś podobnego. I właśnie ta „Ziemia 2” była pierwszym czymś, na co się trafiało. „Star Trek” „Star Trekiem”, ale „Ziemia 2” była przede wszystkim bardziej rzeczywista, jeżeli tak mogę powiedzieć. „Star Trek” to pewna konwencja, którą możemy lubić albo nie. Co jeszcze warto powiedzieć? Z takich aktorów, którzy do dzisiaj gdzieś się pojawiają w filmach, szczególnie w horrorach, to Clancy Brown. On tam grał jedną z głównych ról w „Ziemi 2”.
Tak jak mówię, nie wiem, dlaczego kolejny film, kolejny sentyment i kolejna klapa. Ale tak jakoś to już jest. To, co nam się podoba, widać, nie podoba się za oceanem.
[03:21:04] - I tak już zupełnie na koniec. Właśnie mi uświadomiłeś Piotrze, że lata 90. to był chyba rzeczywiście złoty czas seriali, bo weźcie państwo pod uwagę same tylko produkcje science fiction. Przecież „Stargate” miał w podstawowej serii SG 1 dziesięć sezonów. I to znowu były sezony dwudziestokilkuodcinkowe. Jak sobie państwo zliczycie, czasami były wahnięcia, ale to jest około 200 odcinków. Przypominam, że „Stargate” się rozgałęział i mamy tam jeszcze „Stargate Universe” i „Stargate Atlantis”. Do tego jeszcze kilka filmów, nazwijmy pełnometrażowych. Całe uniwersum powstało w związku z tym. To jeden z przykładów.
Właśnie mi Piotrze uświadomiłeś, że pomimo tego, że dzisiaj istnieje Netflix, który seriale wypuszcza z kija, praktycznie rzecz biorąc na okrągło i coś tam nowego powstaje, to chyba rzeczywiście seriale, które warto zapamiętać czy warto darzyć sentymentem, tak mi się wydaje, może to objaw starości, powstawały właśnie w latach 90. Będę musiał to zbadać analitycznym umysłem, ogarnąć.
[03:22:25] - Zapewne takich, na które moglibyśmy tu zwrócić uwagę, było więcej. Sztandarowym przykładem jest oczywiście „Z Archiwum X”. O nim może kiedyś, jeżeli nasza audycja będzie trwać, opowiemy, dlatego, że to jest fenomen sam w sobie. Czym innym był serial, czym innym były jego poszczególne sezony, czym innym były filmy pełnometrażowe. Nie pamiętam, ile ich wyszło. Na pewno dwa, może trzy. Nie wiem. Zupełne odstępstwo, powiedziałbym, od tej reguły, czyli ta nowa seria, ta najnowsza, która się pojawiła. To takie rozliczenie z serialem. Przez jednych przyjęta bardzo ciepło, przez innych wyklęta.
Ale to już tak zupełnie na koniec. Dzisiaj wybraliśmy się w kosmos takim nostalgicznym szlakiem. Przemierzyliśmy różne zakątki kosmosu, odkrywając jakieś stare, zakurzone filmy, do których z jakichś powodów nas ciągnie. I teraz pewnie wielu z was ma podobnie. Jeżeli jesteście fanami tych gatunków, są rzeczy, które jakoś w pamięci się wyryły, zapadły. Tylko pytanie, czy do nich się wraca, czy po prostu się je ma w pamięci? Bo to też są dwie różne rzeczy, bo z tymi filmami to nie jest tak jak na przykład z „Jak rozpętałem II wojnę światową” czy ze „Znachorem”, że puszczają go co dwa miesiące i wszyscy to oglądają, bo się da. Mimo że te żarty są powtarzane setny raz w przypadku „Jak rozpętałem II wojnę światową” czy samych swoich, to jakoś istnieje taka tradycja, żeby się z tego jeszcze śmiać. Chociaż oczywiście niektórych to nie śmieszy, nie oszukujmy. Ale z tymi filmami, o których dzisiaj mówiliśmy, jest tak, że może warto sobie je przypomnieć raz na jakiś czas, raz na kilka lat, ale nie wiem, czy mają takich hardkorowych fanów, aby wracali do nich co miesiąc czy dwa.
Mimo wszystko wydaje mi się, że widzowie filmów science fiction to są tacy, którzy poszukują ciągle jakichś nowych bodźców, bo ciągle odczuwają to, co ja, że to jest niespenetrowane, niewykorzystane pole.
[03:24:44] - Chyba tak. I wbrew pozorom, państwu się może wydawać inaczej, ale tym wbrew pozorom optymistycznym akcentem wygłoszonym przez Piotra pozwolimy sobie zakończyć dzisiejszy odcinek i zaprosić za tydzień. Dobrej nocy.
[03:25:04] - Dobrej nocy. Pozdrawiam.
[03:25:07] - Tak. Przyznacie państwo, że kilka ciekawych tytułów, mam nadzieję przynajmniej, trafiło się. Pewno sporą część z tego, co mówiliśmy, państwo znacie, ale jeśli nie, to może warto. Sam nie wiem. Ja w każdym razie te dwa filmy, o których mówiliśmy, przede wszystkim, padało wiele innych tytułów, ale te dwa filmy, „Pandorum” i „Ukryty wymiar” polecam. Nie zawsze będziecie państwo zachwyceni po obejrzeniu, ale zawsze te filmy na jakiś czas z państwem zostaną. Sam nie wiem, czy to dobrze, ale zostaną. Warto te filmy po prostu przemyśleć. Biegniemy dalej, bo dzień wykładowy nie stoi w miejscu, a znowu skończymy w sobotę. Już na pewno skończymy w sobotę.
A zatem zapraszam państwa na „Labirynt książek” Mirosława Gołuńskiego. Dzisiaj mamy kolejny odcinek. Tym razem Mirosław Gołuński mówi o książce Magdaleny Kucenty „Zodiaki. Genokracja”. Cóż, ja posłużę się notką, którą znalazłem w internecie, którą każdy z państwa może znaleźć, ale ja ją państwu odczytam. Magdalena Kucenty to magister inżynier telekomunikacji z wykształcenia, a z zamiłowania i z wewnętrznej potrzeby pisarka. Ta potrzeba, jak sama to określa, nie da się zrozumieć, nie da się powstrzymać. Debiutowała w listopadzie 2015 roku na łamach czasopisma „Smokopolitan”. Od tego czasu publikowała już w wielu innych periodykach i nie tylko periodykach. W antologiach, w czasopismach, między innymi w „Nowej Fantastyce”, w „Fantomie”.
Była też trzykrotnie nominowana do Nagrody imienia Janusza Zajdla
[03:27:21] - W lutym 2021 roku wyszła jej debiutancka powieść. Właśnie ta, o której będzie mówił Mirosław Gołuński: "Zodiaki. Genokracja". A warto też powiedzieć w kontekście tego, co mówiłem o grach, zanim się pojawiła audycja o filmach, to nasza bohaterka obecnie pracuje jako pisarka dla branży gier. Ciekawe. Zapraszam państwa na Labirynt Książek Mirosława Gołuńskiego.
[03:28:16] - Mirosław Gołuński, Labirynt Książek.
[03:28:45] - Dobry wieczór albo dzień dobry. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo to odsłuchujecie. Zapraszam państwa do kolejnego odcinka, a właściwie do kolejnego korytarza mojego labiryntu. Dzisiaj chciałbym państwa zaprosić do tego, co tak naprawdę interesuje mnie w ostatnich latach najbardziej. Od kilku lat bowiem zawodowo czytam fantastykę, ale to nie jest takie proste zadanie, zwłaszcza przy czytaniu polskiej literatury fantastycznej. Tym razem jednak chciałbym opowiedzieć państwu i zaprosić do lektury książki, która wyszła stosunkowo niedawno, raptem kilka tygodni temu i uważam, że mimo pewnych wad, których nie pominę, ma coś, co dla mnie w literaturze w ogóle, a w literaturze fantastycznej jest najważniejsze. Jest o czymś. To książka Magdaleny Kucenty "Zodiaki. Genokracja". By wejść w tę powieść, trzeba sobie uświadomić kilka bardzo ważnych rzeczy.
Przede wszystkim od jakiegoś czasu bardzo popularne zrobiły się opowieści superbohaterskie. Jasne, że odpowiada za to przede wszystkim kino. Najpierw odpowiada oczywiście za ten komiks, potem kino marvelowskie. Wreszcie przyszło to do powieści. Kilka lat temu pojawiła się na rynku polskim wyśmienita powieść Kidara "Stulecie przemocy". Być może kiedyś zaproszę również państwa do czytania tej powieści. Pojawiły się również polskie wersje, mniej udane zdecydowanie. I powieść Magdaleny Kucenty oczywiście do tego mocno nawiązuje, ale jednocześnie znajduje na to na tyle własne rozwiązanie, że po prostu uznałem, że warto. Bo jak już pewnie państwo zauważyliście, dla mnie fabuły powieści, o których państwu opowiadam, są mało istotne. W gruncie rzeczy ja mam takie głębokie przekonanie, wyniesione oczywiście z moich filologicznych studiów, że wszystkie opowieści są do siebie jakoś podobne.
I dla mnie przyjemność mojej lektury nie polega na tym, żeby śledzić fabułę, którą i tak bym umiał przewidzieć w dziewięćdziesięciu paru procentach przypadków, ale by zobaczyć to, co jest nad nią. Dlatego jeżeli czasami czujecie się państwo, że jak ktoś teraz się mówi, zaspoileruje jakąś powieść, to proszę mi wybaczyć, bo mnie można spoilerować, bo dla mnie to nie ma najmniejszego znaczenia. Na czym polega niezwykłość i dlaczego warto sięgnąć po powieść Magdy Kucenty? Przede wszystkim bohaterowie. Zodiaki — wiadomo, jest to 12 postaci — to ludzie, a właściwie post-ludzie. I to już jest interesujące. Którzy na skutek grzebania w genetyce, tam oczywiście przeszłość, bo to literatura sci-fi, mają odpowiadające trochę znakom zodiaku cechy psychiczne. Więc na przykład Piscis, czyli Rybki czy Gemini, czyli Bliźnięta zawierają w sobie dwie osoby. Moglibyście państwo powiedzieć: "No fajnie, cóż nowego w schizofrenii czy osobowości wielorakiej?" Ale to nie jest takie proste, dlatego że jedna i druga postać są na tyle ciekawie napisane, że uruchamiają pewne istotne problemy społeczne. Tak samo jak na przykład niezwykła postać Koziorożca, który jest chodzącym komputerem, chodzącym probabilistycznym komputerem, czyli umiejącym przewidzieć przyszłość.
Ale tak naprawdę oczywiście możemy powiedzieć autystyk. Taki Rain Man. Tyle że on nie tyle umie świetnie liczyć, co wyśmienicie przewiduje. To oni są tymi zodiakami w powieści. Świat, w którym ta powieść się rozgrywa, również jest bardzo interesujący. Mamy świat postapokaliptyczny w tym sensie, że przez świat przeszła ciężka zaraza. Tak, tak, powieść wydana w tym roku, więc wszystkie skojarzenia absolutnie właściwe. Życie częściowo zamknęło się w zamkniętych kopułami miastach. Klasyczny motyw literacki, z tym że mieszkają w nich przede wszystkim ci, którzy mają czyste geny i albo już mają dzieci — w wypadku kobiet urodziły, w wypadku mężczyzn spłodzili — albo jeszcze mogą. Jeżeli nie zrobią tego, to są natychmiast z miasta usuwani.
Poza kopułami mieszkają wszelkiego typu deformanci, którzy są ofiarami mutacji, które w jakichś dawno nieokreślonych okolicznościach dotknęły Ziemi. Na czym polegają te niedostatki powieści? Zanim przejdę do tego, co naprawdę interesuje. Otóż to jest zdecydowanie pierwszy tom dłuższej sagi. Ja akurat nie przepadam za tego typu opowieściami, a jeżeli już, to czytam w całości, tak jak na przykład powieści Jamesin czy jak Lunę McDonald, o której usłyszycie państwo za tydzień. No właśnie, gdy czytamy pierwszy tom, nie znając i nie wiedząc, czy będą następne, pojawia się duży problem. Bo taką opowieść trzeba zamknąć, trzeba podomykać wątki, a To się autorce nie udało. Jeżeli kogoś interesuje spójna fabuła, to może zgrzytać zębami. Ja nie zgrzytam, bo tak jak powiedziałem, fabuły i tak są dla mnie przewidywalne i mało zaskakujące. W związku z tym nie tego oczekuję od powieści, tylko tego, żeby opowiedziała mi coś między słowami.
I to Magdalenie Kucenty się udaje. Udaje się, bo pokazuje świat niby ten przyszłości, ale on przyszłościowy, ale tak naprawdę w dużej mierze dalej jest patriarchalny, dalej jest neoliberalny, a więc rządzą klasy społeczne. Tutaj zamożność zależy również w dużej mierze od czystości genetycznej. Ten świat jest dość zmieszany z jakimiś naleciałościami starogreckimi. To jest zupełnie worldbuilding i mnie w tym momencie nie interesuje. Natomiast co jest interesujące, to to, że bohaterowie tej powieści, ci superobdarzeni. Bo oczywiście za te zmiany w psychice bohaterowie otrzymają specjalne dary. Darem na przykład Piscis, czyli Ryb, jest nieprawdopodobna możliwość przyspieszenia. Darem Barana, a właściwie Baranicy, owco głupio powiedzieć, Baranki, czyli kobiety, która jest po znaku Barana, jest na przykład to, że jest prawie niewidzialna. Z kolei, tak jak już mówiłem, Koziorożec jest geniuszem probabilistyki.
Co ciekawe, w toku opowieści dowiadujemy się, że wszyscy oni są którymiś kolejnymi wcieleniami. Że tak naprawdę, i to jest jedno z ciekawszych, myślę, pytań, które pada w tej powieści, to pytanie o to, ile nam wolno. Ile wolno człowiekowi już dziś. Do czego doprowadzi nas tak naprawdę mieszanie w kodzie DNA? Czy to, co z tego wyniknie, jest człowiekiem, postczłowiekiem — tutaj mamy olbrzymią literaturę z powieściami Watseya Ghana na czele — czy jeszcze czymś innym? I właśnie ci obdarzeni tymi cechami, mocami, wadami równocześnie żyją między klasami społecznymi. Nie mogą należeć do najwyższych, bo nie są czysti genetycznie. Ale też oczywiście ze względu na swoje umiejętności są czymś więcej niż tylko zwykłymi deformantami, bo tak się te osoby określa. Zresztą bardzo ładne określenie. Wyobraźnia językowa Magdaleny Kucenty jest naprawdę na niezłym poziomie.
Oczywiście mam problem, gdy okazuje się, że niektóre wątki się nie kończą. Bardzo ciekawy wątek, który miał chyba w zamyśle spajać całą powieść, nagle zamiera i nie wraca. Liczyłem, że wróci na końcu, by zapowiedzieć drugi tom, ale nie wraca. To są oczywiście mankamenty tej powieści, ale tak jak powiedziałem, dla mnie jako czytelnika, który po fabułach już niczego się nie spodziewa nowego, a przynajmniej w bardzo niewielkim stopniu, to ta powieść jest ożywcza. Sam ją sobie ustawiłem na takiej półce gdzieś obok takich popkulturowych powieści o czymś, na przykład dla starszych czytelników fantastyki, tych, którzy czytali już lata 90. Dla Nancy Kress, ale z czasów hiszpańskich żebraków, czy jeżeli ktoś czyta współczesną, specyficzną taką prawie młodzieżówkę, bo to jest właściwie niemal młodzieżówka, to N. Bishop i seria „Inni”. Tak więc autorka czerpie z wielu źródeł, podobno z mangi i z anime, ale ja się na tym tak dobrze nie znam, więc nie będę o tym pisał. Natomiast czerpiąc z wielu źródeł, i to jest dobre i naturalne, zwłaszcza w popkulturze, próbuje dodać coś własnego. Próbuje nadać temu własny rytm, na przykład gdy okazuje się, że mamy tam nawet feministki.
Ale te feministki bardzo przypominają dzisiejszy feminizm trzeciej fali, czyli feminizm taki bardzo liberalny, bo należą na przykład do tej-- te feministki, bo tak możemy je określić, tutaj są miłośniczkami Gaji, ale wiadomo, o co chodzi. To bardzo bogato urodzone kobiety, które tak naprawdę spotykając się ze sobą, bardziej się bawią, równie z służącymi, niż-- oczywiście w zamyśle chcą zmienić świat, swój świat, a nie świat w ogóle. Przynajmniej widać z tekstu, że nie zdają sobie sprawy, jak wygląda świat poza kopułą, czyli poza tą sferą ochronną i generalnie będąc bardzo bogatymi, nie bardzo sobie radzą z rzeczywistością. No właśnie, w ten sposób autorka przeprowadza bardzo ciekawą krytykę różnych postaw. Bo oczywiście jej bohaterowie Zodiaki, niektórych lubimy, niektórych mniej. Mając 12 bohaterów, w powieści pojawia się ich nieco mniej, ale to też naturalne. Są bardzo różni. Mają różne płcie, różne zainteresowania, różną tożsamość. Niektóre Zodiaki mają oczywiście jak znaki zodiaku, Bliźnięta i Ryby, jak już mówiłem, mają nawet podwójną tożsamość. Więc nie jest tak, że to jest jakaś krytyka konserwatywna, o nie.
Jeżeli ktoś szuka tego typu utworów, to tego na pewno u Magdaleny Kucenty nie znajdzie. Natomiast znajdzie coś, co uważam, że jest bezcenne. Znajdzie krytyczne spojrzenie na naszą rzeczywistość z perspektywy kogoś, kto po prostu zdecydowanie myśli i próbuje tą swoją myśl przełożyć na język obrazów literackich. Jak już państwo pewnie się zorientowaliście, zaprosiłem was do wielkiego skrzydła mojego labiryntu, skrzydła fantastyka. Ale w tym skrzydle możemy znaleźć bardzo różne rzeczy, a przede wszystkim znaleźć skarby i nowe ścieżki, które oświetlają nam świat, w którym żyjemy. Bo obiecuję państwu, że ja nigdy nie opowiem państwu na tych naszych spotkaniach o powieści, która jest o niczym, bo nicość mnie nie interesuje. Nawet forma jest dla mnie mniej istotna. Zresztą dostaliście już tu państwo całkiem niezły miks, prawda? Pokazywałem państwu, że przełamywanie schematów, niedochowywanie ich, nawet jeżeli to czasem tak, wiem, że w przypadku powieści Kucenty to jest błąd, ale Chciałbym, żeby jeżeli te moje słowa dotrą do niej, to się to przekaże. Nie będę ukrywał, że widzę tam problemy i nie obiecuję, że przeczytam drugi tom.
Brak czasu, brak możliwości. Chociaż bez wątpienia po lekturze tej powieści znalazła się na mojej szerokiej liście pisarzy i pisarek, których chcę obserwować. Chcę, to nie znaczy, że znajdę na to czas, ponieważ wiadomo, ta lista jest bardzo długa. W tej chwili pewnie obejmuje 30, 40 nazwisk. Tak, nie będziecie się państwo ze mną nudzić na naszych spotkaniach, bo będę oczywiście tę listę sukcesywnie państwu przedstawiał, pokazując świat literatury jako labirynt w jego całym pięknie, w jego metaforyczności, wreszcie w jego uwodzicielskiej mocy. Co prawda w tej powieści nie ma Minotaura, ale pojawia się Taurus, czyli byk. Jest jednym z zodiaków. Uczestniczy przez chwilę bezpośrednio w akcji, ale wyznaczona mu przez autorkę rola sprowadza się do kolejnego pytania: kiedy kończy się człowiek, a zaczyna cyborg? Kiedy ludzka deformacja, świadoma lub nie, bo oczywiście wielu bohaterów tej powieści niebędących zodiakami, to również deformanci, bo wychowali się poza kopułami, to jeszcze ludzie czy już nie? Piękno tej powieści polega na tym, co jest dobrym przesłaniem na nasze czasy, że wszyscy jesteśmy ludźmi w tym sensie, że traktujemy się równo.
Nie ma gorszych i lepszych, bo każdy z nas jest na swój sposób niezwykły, będąc mieszanką DNA. To, że jest tym, kim jest, nie jest tylko konsekwencją jego wolnej woli. W dużej mierze jesteśmy zdeterminowani. To opowieść o tym, co to znaczy być zdeterminowanym. Ba! Zodiaki, jak się okazuje, nie są nawet wolne. Nie są jedyne. Nawet one nie są niepowtarzalne. A jednak są. I to, co daje nadzieję po wielu latach od pandemii, już nawet masek nie trzeba.
Z tym ciepłym i wiosennym przesłaniem, choć oczywiście te maski można zdjąć było dopiero po latach. Ale i to jest ciekawy punkt, ciekawa myśl ponad fabułą tej narracji. Żegnam się z państwem do następnego tygodnia.
[03:42:43] - Często używany przeze mnie zwrot: idźmy za ciosem. Użyję go po raz kolejny. Idźmy za ciosem. Skoro mieliśmy jedną recenzję, to podeprzyjmy tę recenzję drugą recenzją. A zatem zapraszam państwa na Recenzarium Evivy. „Tysiąc dni” to jest książka, która dzisiaj zostanie omówiona. Znowu sięgnąłem sobie do tego, co napisano na Lubimy Czytać. Zacytuję to państwu, bo to dotyczy książki autorki, która kojarzona jest z fantastyką. To nie jest książka fantastyczna. Autorki Emmy Popik, która jest naprawdę jedną z dam polskiej fantastyki.
A co czytamy na Lubimy Czytać o książce „Tysiąc dni”? Ucieka przez całą Europę, aby ratować swoje życie. Nie wie, kto na nią czyha, czym zawiniła i dlaczego chce ją dopaść. Wpada w ramiona mężczyzny, który był jej wielką miłością. Czy ją ocali? A może oskarży? Zamach w samolocie, morderstwo w jej mieszkaniu. Kim jest? Czy czegoś o sobie nie wie? A może o czymś wie zbyt wiele?
Tak, to proszę państwa, nie jest science fiction. To jest sensacja. Książka z elementami kryminału, ale przede wszystkim sensacji. Ale co ja tu państwu będę dużo opowiadał. Opowie o tej książce Luiza Dobrzyńska. Recenzarium Evivy. Fantasy pełne.
[03:45:33] - Wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Dziś będzie nietypowo. Dlaczego nietypowo? Dlatego, że chcę wam opowiedzieć o książce, która nie należy do nurtu science fiction. Jest to książka „Tysiąc dni” napisana przez Emmę Popik. Tu właśnie tkwi rozwiązanie zagadki, dlaczego będę mówić właśnie o niej. Emma Popik dobrze jest znana miłośnikom SF. Co prawda debiutowała książką kryminalną, potem jednak napisała wiele książek fantastycznych, które zostały zapamiętane i do dzisiejszego dnia są bardzo lubiane. Obecnie znowu zwróciła się ku kryminałowi. Jej najnowsza książka powinna jednak zostać określona mianem sensacyjnej zarówno ze względu na samą treść, jak na sposób narracji.
Zdecydowanie jest to książka sensacyjna. Eliza jest zwykłą dziewczyną. Co prawda pochodzi z Polski, ale nie lubi się do tego przyznawać. Jak sama o sobie myśli, jest Europejką, czyli właściwie obywatelką całej Europy. Jednak chyba nie dlatego śledzi ją para agentów. Agentów pewnego tajemniczego zleceniodawcy. Chcą dostać Elizę w ręce, a oni, Mildred i James, nie pytają dlaczego. Nie obchodzi ich to. Udając nobliwe starsze małżeństwo śledzą Elizę, ale w kluczowej chwili coś odwraca ich uwagę i dziewczynie udaje się uciec. Teraz i oni są w niebezpieczeństwie.
Wiedzą, że jedyną ich szansą jest zrehabilitowanie się. Tylko że Eliza nie tylko przez nich jest prześladowana. Interesuje się nią znacznie więcej ludzi niż mocodawca Mildred i Jamesa. Jedynym przyjacielem dziewczyny w trudnej rozgrywce wydaje się Mark, choć ona sama nie jest pewna, czy do końca może mu ufać. Tylko on jeden zdaje się naprawdę jej pomagać. Dziewczyna wyrusza więc w podróż będącą ucieczką przez całą Europę. Na jej końcu może znaleźć rozwiązanie wszystkich zagadek: dlaczego jest ścigana, czego od niej chcą oraz kto napisał do niej tysiąc miłosnych list. Mark? A może ktoś zupełnie inny? Książka Emmy Popik ma wszelkie cechy dobrej sensacji.
Można powiedzieć bardzo dobrej. Nie rozwlekłej, bo szczerze mówiąc bardzo nie lubię rozwlekłych książek, za to odpowiednio trzymającej w napięciu. Mamy tam wiele wątków: światowego terroryzmu, morderstwa oraz oczywiście miłości. Z tym że miłości pojmowanej w sposób, który obecnie jest raczej niemodny. Miłość, która rodzi się w sercu. Natomiast zaangażowanie narządów płciowych jest w zasadzie nieobecne, a w każdym razie nie jest opisywane. W obecnej chwili jest to rzecz bardzo modna, żeby bohaterów pakować do łóżka przy każdej zdarzającej się okazji oraz bardzo szeroko opisywać, w jakich pozycjach oddawali się uniesieniom. W ten sposób nie wiadomo, co się właściwie czyta. Książkę fantasy dla młodzieży czy poradnik seksualny dla niewyżytych. Nie ma co ukrywać, że takie książki sprzedają się doskonale.
I pół biedy, jeżeli one rzeczywiście mają niejako na etykiecie: powieść erotyczna. Wtedy człowiek wie, czego się spodziewać. Gorzej, jeżeli chce przeczytać w gruncie rzeczy dobre fantasy, a co kilka stron natyka się na opisy rodem z Kamasutry. Mnie to osobiście bardzo irytuje. Podejrzewam, że nie tylko mnie. Emma Popik na szczęście uniknęła podobnego zboczenia zawodowego, że tak powiem. Jeśli w jej książce pojawia się miłość, to jest to miłość prawdziwa. Nie seks, tylko właśnie miłość. Właśnie dlatego ta autorka tak bardzo przypadła mi do serca. Sięgając po jej książki wiem, czego mogę się spodziewać.
Wiem, że nie zostanę zaskoczona na przykład w połowie pościgu za mordercą, że bohaterowie nagle zwalą się w jakimś kącie i zaczną uprawiać seks. A jest to powód, dla którego wiele książek czytam, przeskakując po prostu takie opisy. I na pewno takich książek nie kupię na własność. Nie jestem pruderyjna, nie mam nic przeciwko książkom typu „365 dni” czy słynnej sagi o Greyu. Są czytelnicy takich książek. W porządku, mają prawo do własnej literatury. Wolę jednak, żeby tego typu wątki nie psuły książek zupełnie innego nurtu. Pamiętam, jak bardzo lubiłam przygody Wiedźmina, póki w kolejnych redakcjach Sapkowski nie zaczął wstawiać właśnie opisów erotycznych. Jasne, nie były one jakoś bardzo rozszerzone, ale tak czy inaczej jakoś zniechęciły mnie do pisarza. Tak więc trzeba podkreślić, że jeżeli ktoś chce sięgnąć po książkę Emmy Popik w nadziei, że odnajdzie tego typu opisy, to niech da sobie spokój, bo ich nie ma.
Jest natomiast świetnie poprowadzona intryga, bardzo ciekawe postacie, ani chwili nudy i niebanalne rozwiązania. Dokładniejszą recenzję znajdziecie Państwo na portalu Paradox.net.pl. Ze swej strony gorąco zachęcam wszystkich, żeby zapoznali się z tą pozycją. Jest znacznie więcej warta niż wiele innych, bardzo reklamowanych pozycji autorów, których teraz określa się mianem królów polskiego kryminału. Różnica między nimi a Emmą Popik jest taka, że pani Popik ma po prostu mniejsze możliwości w kwestiach reklamy. Ma natomiast znakomite, lekkie pióro i lotną wyobraźnię. Zdecydowanie wyrasta na jedną z moich ulubionych autorek, choć w zasadzie nie przepadam za książkami sensacyjnymi. Nigdy nie budziły mojego entuzjazmu. Być może to się zmieni. Dziękuję za uwagę.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[03:51:33] - Obiecałem państwu w zeszłym tygodniu opowieść o raju. A właściwie nie tyle o raju, co o herezjach dotyczących raju. I zapowiedziałem to i wywiązuję się. Dla państwa będzie opowiadała o tych herezjach Marta Kładź-Kocot. To jest prelekcja, która była wygłoszona na Sedeń-konie, już nie w Nidzicy, tylko w Mierkach w roku 2019. I tam właśnie Marta opowiadała O raju, a właściwie o herezjach o raju. Zapraszam. Absolutnie fascynujące. Wiem, że się powtarzam, ale to prawda.
[03:52:25] - Właśnie przeczytamy Herezje o raju. Nazywam się Marta Kładź-Kocot. Na początku antyreklama. Miałam zostawić na koniec, ale pewnie o niej zapomnę. Antyreklama polega na tym, że w przeciwieństwie do moich kolegów po piórze, którzy tutaj się wypowiadali wczoraj i dzisiaj, temat mojego wykładu nie ma nic wspólnego z nową książką. Jeśli chodzi o raj, o czym chciałam tak naprawdę opowiedzieć? O tym, w jaki sposób żyła w kulturze opowieść o raju. Dojdę do fantastyki, jak zdążę. Miejmy nadzieję, że zdążę. Wyjdźmy oczywiście od raju biblijnego.
O czym tak naprawdę jest opowieść o raju? Opowieść o raju mówi o pewnym stanie pierwotnej niewinności. Wiemy z biblijnej opowieści, że raj był miejscem, które absolutnie nie obejmowało całej stworzonej ziemi. To było pewne miejsce wybrane, w Biblii określone słowem Eden. Mówi się o tym, że to było mezopotamskie źródłosłów oznaczający równinę czy wręcz jakieś pustkowie. I podkreślony jest fakt, że właśnie wśród tego pustkowia był ogród. Było jedno jedyne żyzne miejsce. Co się okazuje? Że żeby w ogóle zaczęła się cywilizacja, trzeba z raju wyjść. Raj jest miejscem, w którym nic się nie dzieje w sensie sprawczości kulturowej, w którym mamy absolutną stałość i absolutny, można powiedzieć, spokój, harmonię między człowiekiem a naturą.
Taki właśnie stan pierwotnej niewinności. I w jaki sposób ten raj Biblii jest opisany? Jako właśnie ten ogród w Edenie, który otaczają wody czterech rzek. I te rzeki są nazwane. To są rzeki: Giszon, Pischon, Hiddekel i Perat. Przy czym te dwie ostatnie identyfikuje się niekiedy jako Tygrys i Eufrat. Czyli mówi się, że ludy semickie identyfikowały raj jako żyzny półksiężyc, jako to miejsce, w którym mogła się zacząć rozwijać cywilizacja. I co ciekawe, w tym miejscu pojawia się ta symbolika, która w Biblii potem pojawi się nawet jeszcze w Apokalipsie przy okazji tej Jerozolimy doskonałej, czyli symbolika złota i drogich kamieni. Bo po co nam niby drogie kamienie w raju? Ale padają takie stwierdzenia, że rzeka Pischon okrąża cały kraj Hawila, gdzie jest złoto, wonna żywica i onyks.
Więc pojawia się symbolika właśnie złota, jakichś cennych kamieni dla podkreślenia, że to jest miejsce absolutnie doskonałe. I to jest miejsce, w którym nie ma żadnej zdarzeniowości i żadnej potrzeby tak naprawdę robienia czegokolwiek, ponieważ wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Na czym polega upadek? Mamy w raju dwa symboliczne drzewa: drzewo poznania dobra i zła i drzewo życia. Jedno wyklucza drugie. Jedno jest zakazane, drugie będzie dozwolone, jeżeli ten pierwszy zakaz nie zostanie przekroczony. Ciekawa rzecz: drzewo jako symbol wiedzy i wiedza jako stan zakazany. Czyli w momencie, kiedy człowiek złamie zakaz poznawania wiedzy, straci ten stan pierwotnej niewinności, w której może po prostu trwać w stanie absolutnej harmonii z naturą. Tak jak u Greków też był ten mit złotego wieku, w którym ludzie żyli w absolutnym pokoju, dostatku, niczego w zasadzie nie musieli robić, wszystko było na wyciągnięcie ręki. Tak samo biblijny raj jest stanem, w którym cywilizacja się po prostu nie musi rozwijać.
Natomiast co ciekawe, przekroczenie biblijnego zakazu czym skutkuje? Skutkuje nagłym przejrzeniem na oczy. Ludzie wychodzą ze stanu pierwotnej niewinności, patrzą na siebie i orientują się, że są nadzy. W związku z tym biorą jakieś listki i tam się zasłaniają, a później wieczorem przychodzi Bóg, robi porządek i mówi: „Przykro mi bardzo, do widzenia”. Natomiast mówi im też o tym, w jaki sposób mają dalej żyć i daje im zamiast tych listków odzienie ze zwierzęcych skór. Więc co się dzieje? Tak naprawdę musicie zacząć ingerować w przyrodę. Musicie zacząć wręcz zabijać, żeby żyć. Poza tym jesteście od tej pory skłóceni z ziemią. Ziemia nie będzie już dostarczała wam owoców, którymi możecie żyć.
Musicie zacząć tę ziemię uprawiać. I takie są przekleństwa związane z wygnaniem człowieka z raju. Od tej pory wakacje się skończyły, musicie zacząć pracować. A ziemia będzie jak to ziemia. Będzie niekiedy rodziła ciernie, osty, będzie problem, nieurodzaje i tak dalej. Musicie sobie radzić w tym stanie, który już nie jest pierwotną niewinnością. I tak to wyglądało, jeżeli chodzi o biblijną opowieść, którą wszyscy plus minus znamy. Natomiast ta opowieść na różne sposoby w kulturze funkcjonowała. Oczywiście znamy opowieść o Adamie i Ewie, natomiast z tradycji hebrajskiej pojawia się sporo pikantnych opowiastek o tym, co by było gdyby albo co było przed. W tradycji hebrajskiej było tak, że zanim Adam pochodził po raju i się kompletnie znudził, że Bóg mu w końcu zesłał Ewę, miał pierwszą żonę, Lilit.
Lilit to jest postać demoniczna, która była również w tradycji sumeryjsko-akadyjskiej. Nawet w jednej z opowieści o Gilgameszu, w baśni „Gilgamesz i Wierzba” pojawia się postać demonicy Lilit, która się zagnieździła w wierzbie i bogini Inanna strasznie się jej boi i wymaga od Gilgamesza, żeby zrobił z nią porządek. Ta Lilit z babilońsko-asyryjskiego wyrazu „lilitu”, który oznaczał demona wiatru, do opowieści hebrajskich też przewędrowała i stała się pierwszą żoną Adama. Tutaj mamy różne wersje dość pikantnej opowiastki, bo się okazuje, że jaki był problem małżeński między Adamem i Lilit? Adam chciał, żeby Lilit mu się bezwzględnie podporządkowała. Natomiast Lilit nie chciała pozycji misjonarskiej, wolała być na górze. Adam na to stwierdził, że nie, że ona ma absolutnie go słuchać i mu się podporządkować również w sferze erotycznej. A Lilit na to: „No to ja dziękuję”. Uciekła na pustynię i zaczęła się oddawać demonom, po czym rodziła 100 lilin, demonów dziennie. Natomiast anioły Boga poszły za nią, uśmiercały te jej dzieci i w końcu doszło do pewnej konfrontacji pomiędzy Lilit i aniołami.
Anioły stwierdziły: „To może byś tak przestała?” A Lilit mówi: „A to może byście przestali zabijać moje demony? Bo Bóg sprawił, że ja jestem demonem odpowiedzialnym za dzieci”. W związku z tym dogadali się, rozeszli się mniej więcej w zgodzie i odtąd były w kulturze hebrajskiej pewne rytuały mające chronić małe dzieci przed Lilit. Lilit była postrzegana jako demon, który zagraża życiu małych dzieci. W niektórych wersjach opowieści było jeszcze ciekawiej, bo Adam początkowo szukając jakiejś partnerki seksualnej, najpierw obcował ze zwierzętami. I to, moi drodzy, pobożni rabini wymyślili. Potem z błota, z jakiegoś kurzu została ulepiona tapechowa Lilit, a później, kiedy Lilit odeszła na pustynię i cała sprawa się skończyła, tak jak się skończyła, Ewa została ulepiona w niektórych wersjach, moi drodzy, z ogonka. Człowiek miał pierwotnie ogony. Ogonka już nie ma.
[04:01:33] - Rabini.
[04:01:34] - Tak. Według niektórych opowieści rabinicznych człowiek miał pierwotnie ogon, więc tak to wyglądało. Co się działo później z opowieścią o raju? Ponieważ ona okazała się w kulturze dość produktywna i wierzono aż do średniowiecza, że ten pierwotny biblijny raj jest gdzieś częścią naszego świata i gdzieś jest położony. U Dantego na przykład ziemski raj leży na szczycie Czyśćcowej Góry. Bo jak wyglądał wszechświat u Dantego? Oczywiście jesteśmy jeszcze przed przewrotem kopernikańskim. Natomiast Dante jako człowiek encyklopedia, szalenie wykształcony na swoje czasy, płynnie operował modelem ptolemejskim. W związku z tym cały symboliczny wszechświat Dantego jest oparty na modelu ptolemejskim. Jak to wyglądało?
Była Ziemia, wokół której krążył Księżyc, krążyła Wenus, krążyło Słońce i dalej inne planety. Było dziewięć kręgów nieba, a wewnątrz Ziemi był taki lej, w którym wędruje Dante prowadzony przez Wergiliusza, dziewięć kręgów piekła i na samym dnie, w środku Ziemi jak gdyby, tkwi ukarany Lucyfer. Bo u Dantego jest tak, że to piekło jest dziurą wybita w ziemi przez spadającego z niebios Lucyfera, który tkwi w środku Ziemi. Swoją drogą Clive Staples Lewis w świetnej książce „Odrzucony obraz” o modelu średniowiecznego świata nazywa to pierwszym efektem science fiction w literaturze. Wergiliusz i Dante schodzą sobie po tym leju piekielnym do samego środka Ziemi, a w środku Ziemi nagle grawitacja się odwraca. Oczywiście słowa grawitacja nie używa, ale tak jest. Odwraca się i najpierw schodzili, a teraz się wydostają w górę na powierzchnię. No i cóż, kiedy się już wydostali, wchodzą po dziewięciu tarasach czyśćca. Ziemski raj znajduje się według Dantego na ostatnim, najwyższym poziomie czyśćca i jest takim momentem przejścia pomiędzy ziemią a niebem. Tam raj został zachowany, bo raj jako symbol doskonałości niespecjalnie mógł być zniszczony.
W związku z tym naprawdę w średniowieczu bardzo poważnie się zastanawiano, gdzie on właściwie jest. Bo to niemożliwe, żeby już go nie było. U Dantego to jest właśnie miejsce na szczycie Czyśćcowej Góry, gdzie Dante spotyka się z Beatrycze, dostaje od niej porządny obszczan za to, że nie był jej wierny i na tyle lat o niej zapomniał. No dobrze, że ona 10 lat nie żyje, ale można czasem nie myśleć. Bo ona jest symbolem najdoskonalszej miłości, teologii i tak dalej. Jak już Dante wszystkie swoje winy wyznaje, za wszystko przeprasza. Mówi, że tak jak Beatrycze mu kazała, przeszedł przez wszystkie kręgi piekła i przez wszystkie tarasy czyśćca, ze wszystkiego się oczyścił. Może wtedy razem z Beatrycze wzlecieć w niebo. Natomiast raj często w średniowieczu malowano na mapach, spekulowano, gdzie on mógł być i najczęściej lokalizowano go na Wschodzie. Mamy tutaj w kulturze dwie ciekawe lokalizacje raju.
Na Wschodzie i na Zachodzie. Średniowieczne mapy przed tym całym przewrotem, przed odkryciami geograficznymi były zorientowane na wschód, a nie na północ, tak jak mapy orientowano potem od XVI wieku. I ten raj często jako taki element dekoracyjny na tych mapach malowano. Natomiast od momentu, kiedy te mapy naprawdę zyskały wartość bardziej kartograficzną aniżeli dekoracyjną, ten raj przestano malować, bo on wprowadzałby zwyczajnie w błąd. Natomiast trzeba to było jakoś uzasadnić, bo szukano tego raju, nie znaleziono i w końcu ktoś mądry wymyślił, że przecież w końcu został zniszczony podczas potopu, więc niepotrzebnie go szukaliśmy, ten raj po prostu już go nie ma. Ale raj powrócił w postaci bardzo barwnych opowieści, między innymi w postaci XII-wiecznej legendy o królestwie księdza Jana. To była, moi drodzy, tak naprawdę krucjatowa propaganda, ale bardzo ładna. Ta opowieść funkcjonowała wcześniej, natomiast później mamy klęskę krzyżowców w 1144 roku. Troszeczkę sama idea krucjat zaczęła tracić na znaczeniu. Coś trzeba było zrobić, żeby ożywić wyobraźnię i znowu zachęcić ludzi do wędrówki na ten nieszczęsny Wschód.
Więc tak naprawdę powstał wtedy list i powstanie tego listu od księdza Jana do papieża fenomenalnie parodiuje Umberto Eco w powieści „Baudoino”, gdzie nasz bohater oczywiście jako legendarny oszust razem z kumplami siadają, piszą ten list i wymyślają tam niestworzone cuda, żeby tylko pobudzić wyobraźnię. Ksiądz Jan, skromnie nazywający siebie właśnie tylko prezbiter, czyli ksiądz, tak naprawdę nie jest żaden zwykły ksiądz, tylko to jest potężny cesarz niesamowitego wschodniego cesarstwa, który jest nestorianinem, czyli inny odłam chrześcijaństwa reprezentuje aniżeli katolicyzm. Tak się przedstawia. I opowiada w tym liście, że jest szalenie bogaty, że jego królestwo obejmuje kraje Indii i 72 prowincje, z których każda ma swojego króla, że sięga gdzieś tam aż do dawnego Babilonu, że obejmuje wieżę Babel, że obejmuje grób apostoła Tomasza, który dotarł kiedyś do Indii. Że w jego królestwie jest niesamowicie wiele bogactw, że wszyscy chodzą w złocie i klejnotach, i tak dalej. I właśnie ta malownicza legenda potem ożywała w różnych innych realizacjach. I między innymi powstało coś takiego jak „Kronika Norbertowska", dużo później, bo w 1493 roku, która była takim kompletnym opisem świata chrześcijańskiego. I co się okazuje? Że tam dorobiono na tym Wschodzie istniejące różne ciekawe rasy ludzkie. U Umberto Eco też oni się pojawiają.
To jest po prostu kapitalne. Różni sześcioręcy, blemjowie, czyli ludzie, którzy w ogóle nie mają głowy, tylko tą głowę mają umieszczoną na piersi. Sciapodzi, czyli ludzie, którzy mają jedną nogę z taką ogromną stopą i tak skaczą jak takie pasikoniki, a odpoczywają, kładąc się po prostu na plecach i tą nogę unosząc, z tą stopą leżąc jak pod taką parasolką. Amektrjowie, którzy mają tak ogromną szczękę, że tam prawie beczkę mogą zmieścić. Panoci, którzy mają tak duże uszy, że się mogą nimi owinąć. I tak dalej. I w tym miejscu też chciałabym się zatrzymać dla polecenia bardzo nowej książki, a moim zdaniem genialnej. „Do mostu błogosławionych” Kacpra Walentowicza. „Uczty wyobraźni”. Jedna z najnowszych, gdzie właśnie ta legenda została wykorzystana i opowiedziana w sposób fabularnie absolutnie przepiękny, bardzo taki koronkowy i złożony.
To nie jest szybka, łatwa książka na jeden wieczór, ale to jest książka, którą się można absolutnie delektować. To jest po prostu coś wspaniałego. Nie będę tutaj ani odrobinę spoilerować, bo tej książce należałoby poświęcić cały wykład, bo ona jest aż tak warta interpretowania. Natomiast w tym momencie pozostanę przy tym, że ją polecę. Natomiast jeszcze motyw tych właśnie istot został wykorzystany w „Podróży wędrowca do świtu” Lewisa, w jednej z części „Narnii”. „Podróż wędrowca do świtu” nawiązuje do innego typu opowieści o raju, do opowieści o celtyckich świętych wyspach. Dlatego, że w tych opowieściach z kolei raj leżał na Zachodzie. I tutaj mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego u Tolkiena wszystko, co wartościowe, leży na Zachodzie. Bo Tolkien czerpał z celtyckich opowieści, bo w świecie celtyckiej wyobraźni istniały rajskie wyspy, do których można zwyczajnie dopłynąć statkiem. I oni mieli dwa typy takich morskich opowieści.
Imram to były opowieści o wyprawie na wydaległe rajskie wyspy i ejstra, czyli morskie przygody. Opowieści o przygodach. Różnie te wyspy nazywano, lokalizowano je niekiedy na mapach. Potem się okazywało, że to są lokalizacje mylne. I Brazil była taką wyspą. Była nią Emain Ablach, czyli Wyspa Jabłoni. Ta, która stała się potem Avalonem z legend arturiańskich. Była Tir na mBen, czyli Wyspa Kobiet. I tutaj mamy celtycką legendę o Branie, który popłynął na tę wyspę kobiet. Bo co cechuje te wyspy rajskie?
To nie jest ten biblijny raj. To jest inny typ raju. To jest wyspa, na której można być wiecznie młodym i rosną na niej jabłonie, które jednocześnie kwitną i owocują. Płyną jakieś strumienie, wędrowców witają piękne kobiety. I właśnie Bran, nasz bohater pewnego razu zasnął i kiedy się obudził, zobaczył piękną kobietę z gałązką kwitnącej jabłoni, która powiedziała mu, że zaprasza go do wyprawy na taką rajską wyspę. I oczywiście Bran zebrał drużynę i popłynął. I co się okazało? Troszeczkę naruszył pewne zakazy, które się tam miały wydarzyć i różnie się to skończyło. I Imram to jest taki popularny irlandzki, to jest „Podróż Maewina”. I tutaj to jest też bohater, który wyrusza na rajską wyspę i spotyka wiele dziwów i cudów po drodze.
Ma spełnić pewne warunki, między innymi ma zbudować łódź pokrytą trzema rodzajami skóry. Ma wziąć określoną liczbę towarzyszy, ponieważ o jednego przekracza, to różne nieszczęścia go z tego powodu spotykają. I to są morskie opowieści pełne takich niestworzonych dziwów. Na przykład bohaterowie przypływają do wyspy, na której żyją mrówki wielkości dużych zwierząt. Na innej żyją pół konie, pół psy. Gdzieś tam mieszkają pustelnicy, gdzieś jakieś dziwne ptaki. I jest tak, że kiedy bohater wraca, to... A nie, to dotyczyło Brana, przepraszam, pomieszałam te dwie legendy. W każdym razie w przypadku powrotu Brana on spędził na tej rajskiej wyspie wśród tych kobiet i jabłoni rok i po roku jego towarzysze się zaczęli trochę nudzić i stwierdzili, że wrócą do Irlandii, bo do niej tęsknią. Te kobiety z wyspy ostrzegały ich, żeby absolutnie tego nie robili.
No ale oni się uparli. „No dobrze, to w takim razie” — powiedziały — „jak już płyniecie, to nie wysiadajcie przynajmniej na brzeg, tylko popatrzcie sobie na tą Irlandię i wracajcie”. I kiedy oni dopłynęli, to jeden z towarzyszy nie wytrzymał. Wyskoczył z tego statku na brzeg i rozsypał się w proch, bo się okazało, że czas na rajskiej wyspie płynie inaczej, że wydawało im się, że przebywają tam rok, a tymczasem przebywali kilkaset lat. I tak naprawdę to ludzie sobie tylko opowiadali już jakieś historie o wyprawie Brana. I ta podróż została też schrystianizowana. I przygody też Maewina i Brana przerobiono niemalże w ciemno na podróż świętego Brendana, opata z Clonfert, który też z towarzyszami wyruszył i różne przygody go spotykały. Natomiast te przygody miały już coś wspólnego bardziej z wyobraźnią, tą średniowieczną, schrystianizowaną. Czyli na przykład spotykają wyspę, na której przebywa Judasz, bo akurat Judasz raz na kilkaset lat ma wakacje z piekła i sobie przebywa na tej wyspie. I na innej wyspie postanawiają rozbić obóz.
Wysiadają, rozpalają ogień. Wtedy się okazuje, że wyspa się zanurza, ponieważ była ogromnym wielorybem, który się troszeczkę zdenerwował, że ktoś na nim próbuje rozpalić ogień i obozować. Więc te irlandzkie opowieści o raju są pełne takich absolutnych, niestworzonych zupełnie cudów i dziwów. Natomiast co z tego potem wyszło? Na przykład ta celtycka wyspa jabłoni zmieniła się w legendach arturiańskich w wyspę Avalon. Tą wyspę, na którą czarodziejka Morgana zabrała swojego umierającego brata, króla Artura, z którym całe życie była skłócona. Toczyła z nim wojny, była przeciwko niemu, ale w momencie, kiedy Camel upadł, kiedy Artur stoczył swoją ostatnią bitwę ze swoim synem Mordredem, pozabijali się nawzajem i Artur już ma umrzeć. Wtedy przypływa czarodziejka Morgana i zabiera Artura na Aval. I co się okazuje? To się często pojawia na przykład u Sapkowskiego.
Przecież gdzie ląduje Wiedźmin na koniec swojej kariery? Co prawda nie heroicznie zabity w pojedynku, ale zadzierany przez chłopa widłami. Ale przecież pojawia się Ciri z zaświatów na łodzi przeprowadzona przez jednorożca. Ona, pani światów, która ma prawo otwierać różne rzeczywistości. Zaprasza martwego właściwie już Wiedźmina i Yennefer do tej łodzi. I potem Wiedźmin budzi się, czując zapach jabłek. Czyli jest tak naprawdę na celtyckiej rajskiej wyspie. Jest na Avalonie, który w legendach arturiańskich był tym miejscem, gdzie król Artur może żyć w stanie takiego życia po śmierci, uśpienia, nie wiadomo czego i powinien wrócić, kiedy Anglia będzie go naprawdę potrzebowała. On w sumie powinien do mamy wrócić. Także u Sapkowskiego ten motyw celtyckich rajskich wysp właśnie wraca.
I wrócił też w takim świetnym opowiadanku Sapkowskiego „Maladie”. Jeżeli nie czytaliście, to koniecznie przeczytajcie, bo to jest po prostu tekst krótki, a absolutnie genialny. „Maladie” to jest tekst legendy o Tristanie i Izoldzie. Tylko że ciekawe, ta Izolda prawdziwa nie pojawia się w ogóle w tym opowiadaniu. Mamy tylko umierającego Tristana i mamy bohaterów, którzy w prawdziwej legendzie o Tristanie i Izoldzie w tym momencie już dawno nie żyją. To znaczy nie żyje Morholt z Ulsteru, a nic nie wiemy o dalszych losach Branwen, tej służebnej, która oddała się królowi Markowi, żeby nie poznał, że Izolda już nie jest dziewicą i tak dalej. Więc u Sapkowskiego mamy taki metapoziom nad tą legendą. Którzy wiedzą, że są częścią legendy i próbują świadomie tę legendę kształtować. Morholt jako narrator na przykład w pewnym momencie, tuż przed śmiercią Tristana, właściwie mówi: „Słyszałem ich myśli” i wie, że żona Tristana i ta druga Izolda o białych dłoniach absolutnie nie chce odgrywać tej perfidnej roli, którą odegrała w legendzie, kiedy odebrała Tristanowi resztę nadziei. Powiedziała mu, że żagle są czarne, Izolda nie płynie do niego z Kornwalii i że po prostu nie przybędzie do niego.
Tristan z żalu umiera. W oryginalnej legendzie Izolda przybywa i też umiera. Natomiast tutaj Izolda o białych dłoniach po prostu myśli sobie: „Ja nie chcę odegrać mojej części legendy”. Czyli mamy taki metapoziom, bohaterowie są świadomi, że muszą coś zrobić z legendą. I co się dzieje? Do tego zamku przybywają rycerze. I cały czas mamy taki niepewny status bohaterów ontologiczny. Nie wiemy, czy oni są żywi, czy są martwi. Morholt ma dziwne luki w pamięci i się zastanawia: „Zaraz, zaraz, przecież ja tak mocno oberwałem w łeb w czasie tego pojedynku z Tristanem. Czy ja żyję, czy ja nie żyję?”.
Branwen zastanawia się: „Przecież ja w którymś momencie popełniłam samobójstwo. Skoczyłam z łodzi do morza. Pamiętam tylko algi. Jestem panią alg. Morholt, czy my żyjemy?”. Morholt mówi: „Co to ma za znaczenie? Jesteśmy tu i teraz”. Więc już główni bohaterowie nie są do końca pewni, czy żyją, czy nie. A do tego jeszcze przybywają rycerze z zaświatów. Rycerze, o których z kolei Branwen pamięta, że gdzieś tam kiedyś, w jakichś pojedynkach Tristan ich już dawno zarąbał.
A oni teraz przybywają. I obsesyjnie w tym tekście się pojawia „Czułem zapach jabłek”. Morholt z Ulsteru mówi: „Czułem zapach jabłek”. Co to znaczy? To znaczy pachnie mi tu Avalonem, pachnie mi tu wyspą zaświatową. Tutaj wkraczają zaświaty do tego dziwnego zamku. I ci rycerze. Morholt mówi: „No tak, przybyliście, a czy przypadkiem nie przywiozła was tutaj łódź bez steru pachnąca jabłkami?”. Czyli właśnie zaświatowa łódź Avalonu. I po co ci rycerze przybyli w „Maladie”?
Przybyli, żeby zrobić porządek z legendą. I mówią: „My tutaj przyszliśmy, wszystkich zabijemy, zamek spalimy. Nie ma być żadnej legendy o wielkiej miłości. To jest w ogóle głupie i szkodliwe. Rozpropagujemy inną wersję. Tristan sobie normalnie gdzieś tam umrze w pojedynku. Izolda umrze w połogu, rodząc kolejne dziecko królowi Markowi. Nie będzie żadnej głupiej legendy o wielkiej miłości”. I rolą Morholta jest właśnie ocalić legendę, czyli po raz kolejny wystąpić z bronią, zabić tych już martwych rycerzy. I co on mówi?
Że to, co możemy zrobić z legendą, to powtórzyć ją. Czyli stąd tytuł opowiadania. „Maladie”, czyli choroba, miłość jako choroba. Morholt i Branwen mówią, że oni też poddali się tej miłości jako chorobie. I ta legenda o wielkiej miłości, o miłości tak wielkiej, że ona nie dba na wszystkie inne względy, tylko zagarnia ludzi w swoje sidła. Ta legenda przetrwa i będzie trwała. I tutaj właśnie się pojawia ten motyw Avalonu, który w tym przypadku podkreśla, że te legendy poruszają się w takiej sferze kulturowej nieśmiertelności. Ta wyspa Avalon to jest wyspa, która zachowuje pewne rzeczy w stanie nieśmiertelnym. Ten zapach jabłek to jest zapach śmierci, ale jednocześnie zapach takiej kulturowej nieśmiertelności. Miałam jeszcze, jeżeli chodzi o celtyckie opowieści o podróżach za światy, opowiedzieć o podróży wędrowca do świtu u Lewisa.
Bo tutaj mamy tę część Narnii, w której bohaterowie wypływają w podróż, żeby poszukać zaginionych narnijskich baronów i przybywają do różnych wysp. Lewis naprawdę równie dobrze jak Tolkien znał te celtyckie legendy. W tych wyspach także jest sporo odziedziczone po średniowiecznych różnych opowieściach. Sama podróż, bo przecież oni tak naprawdę płyną za światy, chociaż jeszcze o tym nie wiedzą. Dopiero na końcu okaże się, że dotrą do ostatniej wyspy i dalej już jest kraina Aslana, do której jeszcze w tym momencie nie wolno im będzie dojść. Morska woda nagle się robi słodka. Potem widzą morze kwiatów, lilii wodnych, a potem widzą jakąś taką ścianę wody, która płynie do góry wbrew wszelkim prawom logiki i fizyki. I tam odchodzi tylko waleczna mysz, dzielny ryczyysk. Natomiast cała reszta musi wrócić. Ale po drodze te wyspy, które oni zwiedzają, to są wyspy niemal żywcem odziedziczone z różnych celtyckich i średniowiecznych legend.
Przypływają w którymś momencie na wyspę czarodzieja, który zarządza takimi niezbyt mądrymi stworkami, które próbowały w którymś momencie go zaczarować, ale zaczarowały same siebie i stały się niewidzialne. A wcześniej, ponieważ były nieszczególnie inteligentne, na przykład sadziły gotowane ziemniaki, żeby nie trzeba już ich było gotować po wykopaniu. Więc czarodziej po prostu próbował je zdyscyplinować tą metodą, że właśnie zmienił ich w tych Skiapodów, tych, którzy się pojawili w legendzie o krainie księcia Jana. Czyli oni mają jedną nóżkę, na której sobie skaczą i sobie właśnie tak odpoczywają tą metodą, że sobie śpią, a ta stopa nad nimi w górze jest jak parasol. Więc mamy połączenie średniowiecznej legendy o krainie księcia Jana z tymi legendami o celtyckich świętych wyspach na zachodzie, do których można dopłynąć. I właśnie też ostatnia wyspa przed przybyciem na tą granicę krainy Aslana to jest wyspa, na której młody narnijski król, który z nimi płynie, poznaje swoją przyszłą żonę, córkę gwiazdy. I tam jest stół, wspaniała uczta zastawiona różnymi potrawami i codziennie wieczorem przylatuje chmara ptaków, wydziobują to, a potem to się znowu odnawia. To jest też żywcem właśnie z celtyckiego imramu, bo w „Wyprawie Maelduina” właśnie takie coś się pojawia. Przybywają do wyspy, na której jest zamek i w tym zamku jest właśnie zastawiona wspaniała uczta. Oni nie wiedzą, czy wolno im to jeść, czy nie, bo to wygląda jak coś czarodziejsko, ale ostatecznie to jest taka wyspa po prostu gościnna, której czarów wolno im skosztować i nic im się specjalnie nie stanie.
A jak wiadomo, różnie to z magicznymi wyspami bywa. No dobrze, i co jeszcze, jeśli chodzi o legendę o raju? Legenda o raju wiąże się też z opowieścią o upadku człowieka i wygnaniu z raju. O tym momencie przejścia pomiędzy stanem absolutnej niewinności a stanem cywilizacji, kiedy już trzeba uprawiać ziemię i ta ziemia stawia opór. I u Lewisa z kolei mamy takie spekulacje na temat tego, co by się stało, gdyby ten upadek człowieka nie nastąpił. Mamy oprócz najbardziej popularnej Narnii u nas trylogię kosmiczną Lewisa: „Perelandrę”, „Zniczące planety” i „Ohydną siłę”. I z wyjątkiem tej „Ohydnej siły”, którą Lewis napisał pod wpływem swojego bardzo dziwnego kolegi Charlesa Williamsa, dwie pierwsze dzieją się na różnych odległych planetach, na które przybywa główny bohater o znaczącym nazwisku Ransom, czyli okup. Ransom to jest słowo, którym się określało ofiarę Chrystusa. Czyli ten Ransom ma stanowić taką jakby namiastkę możliwości zbawienia tych planet. Jak wiadomo, u Lewisa wszystko jest podszyte symboliką chrześcijańską.
W związku z tym w „Perelandrze” nasz bohater przybywa, zostaje porwany i trochę wbrew swojej woli ląduje na Wenus, zwanej w swej miejscowej nomenklaturze Malacandrem. I co się okazuje? Okazuje się, że nic nie jest przypadkowe. W tym świecie i że on ma do wypełnienia zadanie. Ma zapobiec temu, żeby historia upadku człowieka się na tej planecie powtórzyła. Mamy tam zakaz. Mamy zakaz, który też Tolkien uważał za zasadniczy dla opowieści o ludziach. I ten zakaz dotyczy nocowania na stałym lądzie, ponieważ na Perelandrze są takie pływające wyspy złożone z takich dziwnych roślinnych baloników. I zielona kobieta, którą na tej wyspie bohater zastaje, ma zakaz nocowania na stałym lądzie, chociaż w ciągu dnia może na nim przebywać. Nasz bohater staje pomiędzy nią a tym absolutnym złym, który razem z nim przybył i musi użyć całej swojej techniki perswazji, żeby nie doszło do tego powtórzenia upadku człowieka na Perelandrze, bo wtedy, jak wiadomo, trzeba by powtórzyć całą historię zbawienia, a to by już było troszeczkę niewygodne.
W innej części, w „Mieczającej planety", bohater przybywa na inną planetę, gdzie okazuje się, że żyje już cała społeczność istot, które nigdy tego wyjścia z raju de facto nie zaznały. Ich świat ma być taką utopią istot, które nigdy tego upadku, tego symbolicznego wyjścia ze stanu niewinności nie zaznały. I te stworzenia są w postaci takich dużych, dosyć puchatych zwierzątek. Więc bohater, który jest naukowcem, jest lingwistą, początkowo fascynuje się ich językiem, ich umiejętnością, uczy się ich kultury, podchodzi do tej kultury z pokorą, zupełnie inaczej niż kolonizatorzy na różnych innych dziwnych planetach. I okazuje się nagle, że te istoty żyją w społeczeństwie zorganizowanym wokół takich bardzo prostych zasad. Mamy taką utopię, jaką później na przykład wcześniej mieliśmy u Swifta w Krainie mądrych koni. Wybaczcie nazwę, jest dla mnie nie do wymówienia. Rzec nie będę próbowała. Tam, kiedy Guliwer trafia do krainy mądrych koni, okazuje się, że te konie żyją właśnie w takim stanie pierwotnej niewinności i absolutnie prostych zasad, którymi się kierują. Nie znają przestępczości, nie znają żadnego występowania przeciwko temu, co uważają za prawo naturalne.
Tak samo jest wśród tych Hrossów na Valadrze, na tej planecie stworzonej przez Lewisa. One nie znają zazdrości, chciwości i żadnych takich trudnych emocji. Nie znają też zazdrości seksualnej i żadnych takich prób rywalizacji, ponieważ u nich okres godowy trwa tylko przez pewien czas, a później całkowicie z tej aktywności rezygnują. Nie jest im szkoda. Ten czas minął i tyle. I są w stanie istnieć bez różnych skomplikowanych wytworów cywilizacji, w takiej społeczności opartej o absolutnie takie proste, utopijne zasady. I to jest taki obraz raju, który jeszcze jakoś tam przetrwał. Zaraz kończę, jeszcze króciutko naruszę może ten punkt Tolkiena, dlatego że Tolkien stwierdził, że właśnie motyw upadku, tego wygnania symbolicznego z raju, jest bardzo zasadniczy dla wszystkich opowieści o ludziach. I tutaj ten upadek u niego musi dotyczyć wszystkich ras. Jak wiadomo, tych, którzy „Silmarillion" czytali, mamy silmarile typowe, o które będzie się toczyła wojna.
Elfy też muszą mieć jakąś swoją wersję upadku. Natomiast w przypadku ludzi tym motywem upadku jest tak naprawdę wygnanie Númenorejczyków. Motyw wielkiej fali, wielkiego potopu, który zatapia krainę tych długo żyjących ludzi. Co ciekawe, u Tolkiena śmierć nie jest elementem kary, nie jest elementem tego, że wychodzimy z raju i stajemy się śmiertelni. Odwrotnie. U Tolkiena elfy są nieśmiertelne, natomiast ludzie otrzymali inny dar. Otrzymali śmierć. Númenorejczycy są bardzo długowieczni. I tutaj o to jak gdyby się toczy gra. Ludzie zaczynają zazdrościć tym długowiecznym.
Ci zwykli ludzie żyjący krócej zaczynają zazdrościć długowiecznym Númenorejczykom. Długowieczni Númenorejczycy zaczynają zazdrościć wiecznie żyjącym elfom. Więc rodzi się atmosfera buntu, w której w końcu ludzie skrzyknęli się i postanowili płynąć do tego Valinoru, aby wymierzyć tym Valarom, że jak to jest, że wy jesteście nieśmiertelni, a my nie? I to jest ten symboliczny moment utraty niewinności, przekroczenia tego zakazu. Przychodzi wielka fala, zatapia Númenor i jest pozamiatane. Natomiast jest też mały taki moment rajskiej niewinności w całym Śródziemiu w postaci Toma Bombadila, ale Tom Bombadil to jest tak obszerny temat, że mogłabym temu poświęcić oddzielny godzinny wykład, bo tam jest całe mnóstwo smaczków.
[04:34:52] - A w jednym zdaniu kim on jest?
[04:34:54] - W jednym zdaniu on jest pierwotnym dolnym ziomem. Który ma władzę stwarzania słowem. On chodzi, śpiewa różne bezsensowne śpiewki i to jego śpiewanie podtrzymuje całą krainę w istnieniu. To tak w skrócie. Podsumowując, ta opowieść o raju cały czas była w kulturze produktywna. W średniowieczu ciągle go szukano, lokalizowano go albo na Zachodzie, albo na Wschodzie, w zależności od kultury. Sporo z tych opowieści jakoś tam jest produktywnych do dziś. To samo z Narnią.
[04:35:33] - Ja bym chciał uzupełnić dwa ciekaostkami z mojej działki amerykanistycznej. Mianowicie projekt osiedlania Stanów Zjednoczonych był projektem radykalnym religijnym. Pierwsi osadnicy amerykańscy byli głęboko wierzący i wierzyli, że tak jak Bóg z człowiekiem zawarł kilka przymierzy historycznych, pierwsze przymierze z Noem, potem później z Mojżeszem na górze Synaj i z Jezusem przez krzyż, tak Bóg zawiera ponowne przymierze z osadnikami amerykańskimi, z każdym z osobna. Bo to człowiek osobiście przymierze zawiera. Wierzyli w coś, co krytycy nazwali Yankee Genesis, czyli genesis Jankesów, czyli ponownym stworzeniem świata. Jak Adam stworzył świat, tak Amerykanin jest Adamem w ogrodzie. Ta narracja jest z gruntu fałszywa w takim sensie, że całkowicie pomija kwestie podboju tych ziem i odbierania ich Indianom. Ale jest taka narracja. Literatura amerykańska sporo ma takich konstrukcji upadku człowieka, który wchodzi w społeczeństwo. Amerykanin jest tym niewinnym Adamem, który upada poprzez wejście w kulturę, społeczeństwo.
Narracja ta też troszkę osłaba kobiety. Tam nie ma Ewy, to jest narracja stricte amerykańska i krytyk, na przykład Leslie Fiedler stworzył taki konstrukt, który nazwał Great Good Place. W literaturze amerykańskiej są wspaniałe miejsca rajskie, gdzie nie ma kobiet. On powiedział, że są miejsca, do których nie przychodzą matki. Na przykład psychoanalitycznie rozważał w ten sposób Marka Twaina, gdzie ta tratwa Toma Sawyera to jest raj facetów, chłopaków, gdzie po prostu nie ma kobiet, a wejście w społeczeństwo rozumiane materialnie jest upadkiem.
[04:37:17] - To jest właśnie ten stan pierwotnej niewinności, bo przecież w Narnii jest to samo. W Narnii nie wolno dorosnąć. Przecież ta jedyna, która została potem potępiona, Zuzanna, została potępiona za to, że dorosła, zaczęła się interesować chłopakami, szminkami.
[04:37:34] - Literatura amerykańska przez jakieś 200 lat uważała, że można ten stan niewinności zachować. Natomiast późniejsi krytycy, tacy jak Hawkasam zauważyli, że we współczesnym świecie nie sposób zachować niewinności i wprowadził taki konstrukt krytyczny neuroza niewinności. To znaczy, że Amerykanin jest zawieszony pomiędzy chęcią zachowania tej rajskiej niewinności, a jednak prozą życia, która sprawia, że Amerykanin żyje w neurozie jako człowiek, który próbuje te resztki zachować. I to widać w konstrukcji na przykład kowboja w literaturze czy detektywa, czy bohater z „Banku”, który próbuje te resztki poza społeczeństwem zachować. Już cynicznie, już w taki sposób, który my jako czytelnicy widzowie widzimy, że jest z góry skazany na klęskę, ale jeszcze ten taki w miasteczku rajskim podobnie jest zachowywany w tej literaturze.
[04:38:27] - Dzisiaj to funkcjonuje jako man cave.
[04:38:29] - Man cave, tak.
[04:38:30] - To jest takie pomieszczenie z męskimi zabawami, gdzie pan może-
[04:38:35] - Dlatego my tak „Batman” lubimy. To jest właśnie ten konstrukt Great Good Place w literaturze. I to jest właśnie ta wynika z raju.
[04:38:45] - Myślałem, że Ola szok trochę bardziej zna tę opowieść o człowieku, który wręczał trzym osadnikom nasiona jabłoni. John Appleseed czy jak tam. Jabłoni, nie przesadzę. To może jakoś googlać, ale ja się nie podejmuję.
[04:39:07] - Przy czym Amerykanie właśnie faktycznie traktowali ten świat tak, że mogli na nowo nazywać faunę, florę, tak jak Adam. Mogli nazwać każdą rzekę, oczywiście ignorując całkowicie nazwy miejscowe już istniejące, bo ta narracja jest bardzo bezpieczna i ignoruje pewne aspekty rzeczywistości. Ale faktycznie na nowo udało się odtworzyć te warunki, które panowały na początku poprzez wyjście z raju.
[04:39:29] - To dziękuję serdecznie.
[04:39:38] - Zmieńmy trochę klimat. Było o raju, a właściwie o herezjach, o raju. To teraz przesuńmy wajchę, przestawmy wajchę czy cokolwiek zróbmy z tą wajchą, bo za chwilę usłyszycie państwo wywiad z Anną Rosenberg. To jest pisarka, która zajmuje się powieścią kryminalno-sensacyjną. Dużo dzisiaj tego kryminału i sensacji, ale dlaczego nie właściwie? Takie bardzo znane tytuły to „Maski pośmiertne”, „Punkty zapalne”. Kim jest Anna Rosenberg? Redaktorka, ekonomistka z podróżniczym zacięciem, a na co dzień mieszka i pracuje w Anglii. Wielkiej Brytanii. Gdy nie planuje kolejnej szalonej wyprawy, uwielbia zaszyć się na kanapie z kawą, kotem i dobrą książką.
Ten wywiad przeprowadził dla państwa i dla „Bibliotekarium” szef wszystkich szefów. Z niektórych wydań „Bibliotekarium” znacie państwo Waldemara Milsteina, mojego szefa Nie żeby tam zaraz takiego twardego i groźnego, ale szefa wszystkich szefów. To on dla państwa rozmawiał z Anną Rozenberg. Owoców państwo za chwilę wysłuchacie.
[04:41:44] - "Maski pośmiertne to powieść mroczna i gęsta, tak jak mroczne i gęsto zasnute chmurami jest angielskie niebo. Zaś David Redfern to bohater, którego zapamiętacie na długo. Lepszego kryminalnego debiutu w 2021 roku nie przeczytacie" Martyna Matyszczak. "Świetna, ekspresyjna narracja, fachowy research i niepowtarzalny klimat brytyjskiego miasteczka. Rozenberg ma ogromny potencjał" Robert Małecki. "Kolejna powieść Anny Rozenberg to petarda. 'Punkty zapalne' czyta się jednym tchem" Leszek Koźmiński. "Jestem oddanym fanem Anny Rozenberg od czasu jej debiutu, a kolejna odsłona opowieści o inspektorze Redfernie potwierdza, że rzetelność i szacunek dla czytelnika to jej znak firmowy" Marek Stelar. "Anna Rozenberg wie, jak przykuć uwagę czytelnika. Intrygujący bohater, trzymająca w napięciu zagadka i emocje, które zostaną ze mną na długo.
Polecam" Sonia Bochosiewicz. Wywiady. Book Radio. Dzień dobry państwu. Przy mikrofonie Waldemar Milstein. Dziś gościmy pisarkę, miłośniczkę kotów, szybkich samochodów, literatury science fiction, autorkę kryminałów. Urodzona w Częstochowie, mieszka w Anglii. Dziś na wakacjach w polskich górach, a od jutra już na spotkaniach z fanami między innymi w Chełmży. Przed państwem Anna Rozenberg.
[04:43:52] - Dzień dobry państwu.
[04:43:52] - Pani Anno, ruszyła pani na podbój polskiego rynku, prezentując miłośnikom literatury kryminalnej dwie powieści. Dodam z zapowiedzianych sześciu tomów historii o inspektorze Davidzie Redfernie. Do tej postaci za chwilę wrócimy, ale na początek krótko o wydanych już dwóch powieściach: "Maski pośmiertne" i "Punkty zapalne". Przyznam się pani, że w trochę niecodzienny sposób zacząłem swoją przygodę z pani książkami od drugiej części. Nie miałem jednak problemu, żeby spokojnie wejść w fabułę. Obecnie czytam pierwszy tom i jestem zachwycony. Jak powstał pomysł na ten cykl?
[04:44:26] - Pomysł na ten cykl powstał w zasadzie dekady temu, kiedy właśnie przechodząc uliczkami Woking, doszłam do cmentarza Brookwood i tam właśnie natchnął mnie jeden z nagrobków, który bardzo mocno odrysowywał się od pozostałych, a jednocześnie doskonale wpasowywał się do tych, które znajdowały się poza bramami cmentarza. Bardzo szybko dotarłam do informacji, że cmentarz został podzielony na dwie części. Jedna z nich, ta wojskowa, jego budowa została zakończona w 1946 roku. Później już żołnierzy chowano właśnie w drugiej części tego cmentarza. To natchnęło mnie, że może warto byłoby tutaj podsycić atmosferę tych kontrastów jakąś zbrodnią. Także to była pierwsza taka myśl powstania „Masek pośmiertnych”.
[04:45:15] - Wracając do fabuły, akcja dzieje się w Anglii, w miasteczku znanym z ogólnoświatowej literatury. Dlaczego Anglia? Dlaczego to miasteczko? Miasto, bo liczy już 60 do 100 000 mieszkańców.
[04:45:26] - Z obłocinami, takimi miejscowościami to właściwie jest już w tej chwili 100 000 mieszkańców. Przede wszystkim, ponieważ chciałam oddać książki wartościowe, pełne dobrego researchu, stwierdziłam, że najwygodniej będzie mi pisać o miejscowości, w której mieszkam. W Polsce jestem na tyle rzadko, że byłoby mi na pewno bardzo ciężko uzyskać taki efekt, jaki uzyskałam przy właśnie Woking, które mogłam sobie codziennie obejść, obfotografować, zbadać.
[04:45:52] - Główny bohater to inspektor policji, który jest z pochodzenia, a może mówiąc inaczej i ostrożnie ma polskie korzenie. Może kilka słów o Davidzie Redfernie, bo to nietuzinkowa postać. Jak powstała? Co o nim wiemy z kart wydanych powieści, a czego nowego się o nim dowiemy w kolejnych? Tworząc jego charakterystykę na pewno nie umieściła i nie umieści pani wszystkich informacji i niuansów z jego życia, ale tworząc postać zapewne dobrze go pani sobie scharakteryzowała. Co możemy zdradzić?
[04:46:22] - Na tym etapie na pewno możemy zdradzić, że w ogóle Redfern jest jamajskim Szkotem w jednej połówce, natomiast w drugiej jest Polakiem. Jego mama była Polką, która przybyła do Wielkiej Brytanii na fali emigracji lat 50. Wyszła za mąż właśnie za jamajskiego Szkota, a efektem ich małżeństwa był właśnie Redfern. To, co na pewno mogę jeszcze zdradzić, to jest to, że Redfern niebawem zwiąże się dosyć mocno z pewną kobietą, żeby zmiękczyć tą taką wizję twardego bohatera. Na pewno pojawi się u jego boku dziewczyna.
[04:46:57] - Powiedziała pani, że jest z pochodzenia też Polakiem, ale też i jamajskim Szkotem. Co to w ogóle za postać?
[04:47:06] - To są postaci, które powstały- Tak naprawdę w zawirowaniach historii Wielkiej Brytanii, kiedy Wielka Brytania potrzebowała terenów na rozwój, rugowano Szkotów z ich ziem właśnie na wyspy, właśnie na Jamajkę. Kiedy ci ludzie po kilkudziesięciu latach czy kilkunastu latach wracali z powrotem do Szkocji, wówczas bardzo często wracali z mieszanymi rodzinami. I to są właśnie ci ludzie, których teraz nazywamy jamajskimi Szkotami.
[04:47:38] - Ale David Redfern to jest efekt między innymi pani niuansu ze szkolnictwem.
[04:47:46] - Tak. Tak naprawdę ta postać powstała w mojej głowie nie tyle poprzez badania historii Wielkiej Brytanii, ale ze zderzeniem z rzeczywistością. Ponieważ jedna z moich koleżanek, którą poznałam w szkole, jej mąż jest właśnie jamajskim Szkotem, a efektem ich miłości, małżeństwa jest ich syn, który natchnął mnie do stworzenia tej postaci.
[04:48:10] - I też ma na imię David?
[04:48:11] - Nie.
[04:48:12] - To wróćmy jeszcze do zamierzeń, które mam nadzieję pokażą się w książce. Czy Redfern przyjedzie do Polski? Na razie z jednego z wywiadów wiemy, że wybiera się do Belgii.
[04:48:24] - Tak, wybiera się do Belgii. Natomiast nie wiem, jak to wyjdzie w praktyce, ponieważ COVID troszeczkę związał mi ręce i nie mam do końca możliwości jechania w te miejsca, które chciałabym odwiedzić. Te miejsca, które pozwolą mi przeprowadzić dobry research. Natomiast faktycznie, o ile zawsze byłam pewna tego, że przygody Redferna będą w obrębie wyłącznie Wielkiej Brytanii, tak podczas letnich spotkań autorskich, kiedy spotykałam się na żywo z czytelnikami, ktoś rzucił temat, i to niejednokrotnie, że może warto byłoby wysłać Redferna do Polski, do kraju przodków. Także nie wykluczam, że może w przyszłości pomyślę właśnie o takim wątku.
[04:49:03] - Czyli do jakiego miasta?
[04:49:04] - Do Częstochowy.
[04:49:05] - Oczywiście. Mamy też w powieści niezły miks kulturowy. Ciekawy też z punktu widzenia polskiego czytelnika. Czy to angielska codzienność? Jak pani to odczuwa?
[04:49:16] - Tak, bo mieszkam w takim bardzo ciekawym zaułku, który składa się z 17 domów. To jest taka podkówka w zasadzie. I tak mam sąsiadkę, która jest Kenijką, która jest muzułmanką. Obok mieszka Szkotka, dalej mieszka Angielka. Naprzeciwko mamy Filipińczyków, mamy również Hindusów. I teraz, kiedy przychodzą święta poszczególnych sąsiadów, to my wszyscy je obchodzimy. Czyli kiedy mamy święto Diwali, to mamy święto światła i wszyscy puszczamy lampiony albo idziemy na paradę. Kiedy mamy Eid Mubarak, wszyscy świętujemy. Sąsiadki gotują wspaniałe potrawy, dzielą się na koniec ramadanu ze wszystkimi sąsiadami. Natomiast kiedy mamy Tłusty Czwartek, to pieczemy z córką pączki, nosimy, rozdajemy sąsiadom.
Także żyjemy sobie w bardzo fajnej symbiozie, że kiedy ktoś czegoś potrzebuje, kiedy ja na przykład wyjeżdżam do Polski, moja sąsiadka zajmuje się kotem, koszami na śmieci, takimi bardzo prozaicznymi rzeczami, ale jednocześnie to jest taki wspólny nasz mianownik, ten nasz zaułek i wyzbywamy się jakiejś nietolerancji, ponieważ jesteśmy ludźmi i naprawdę, jeżeli mamy wspólnie funkcjonować, to musimy się zdobyć na duże pokłady tolerancji. I to jest naprawdę bardzo piękne.
[04:50:21] - Opisuje pani działania policji angielskiej, bo Redfern jest przecież inspektorem angielskiej policji. Metod działania.
[04:50:30] - Tu muszę się przyznać, że to jest przede wszystkim lektura procedur. Ślęczenie nad książkami. W internecie też można bardzo dużo znaleźć takich rzeczy proceduralnych, jak sobie policja radzi. Nie mam konsultanta policji, ponieważ policja w Woking jest dosyć hermetyczna i raczej nie pozwalają sobie na takie kontakty. Myślę, że w przyszłości być może uda mi się ich przekonać do tego, żebyśmy współpracowali. Natomiast na tym etapie jednak bazuję na dokumentach.
[04:50:58] - Rozumiem. A co mówią pani polscy i angielscy znajomi, sąsiedzi o powieściach? Bo na pewno wiedzą, że pani pisze i napisała pani bestsellery. Czy będzie angielskie tłumaczenie? A jeśli tak, to jakich reakcji się pani spodziewa? I tu szczególnie interesuje mnie reakcja lokalnych policjantów.
[04:51:18] - To może pierwsza część. Jak reagują sąsiedzi? Sąsiedzi są niesamowicie podekscytowani, kibicują, dopytują, zawsze pytają, czy jak gdzieś jadę, idę po chodniku z walizką, czy to już jest to spotkanie jakieś autorskie, na które lecę. Bardzo to wszystko przeżywają. Natomiast moi polscy znajomi z kolei patrzą na Woking troszeczkę pod innym kątem niż ja jako autorka powieści. I zawsze się łapią za głowę: „Jak ty możesz z takiego nudnego miasta wycisnąć tyle ciekawostek?”. Także to jest też fajne, bo dla mnie Woking jest fascynujące i jest takim świetnym generatorem historii. Natomiast dla nich jest nudnym, podlondyńskim miasteczkiem i to jest świetna konfrontacja spojrzeń. Co do tłumaczenia, to jest to temat dosyć skomplikowany i myślę, że tutaj jest za wcześnie, żeby mówić o jakichkolwiek ruchach w tę stronę. Natomiast jeżeli byłyby przetłumaczone, to podejrzewam, że lokalna policja złapałaby się za głowę, jak zwykły szary obywatel może wiele się dowiedzieć tylko z samych książek.
[04:52:18] - Mówi pani o tym, że jest problem z tłumaczeniem. Są jakieś procedury czy coś takiego?
[04:52:24] - Nie tyle procedury, co to wymaga po pierwsze bardzo dużych nakładów finansowych. Jednak tłumacze, zwłaszcza literatury, która jest troszeczkę trudniejsza, to są osoby rozchwytywane, trudno dostępne. Wiąże się to na pewno z większymi kosztami. Dlatego na razie staram się opanować rynek polski.
[04:52:40] - Pani Anno, podobnie jak ja jest pani kociarą, ale w książce niestety jest pies, nie kot. Jak to może być?
[04:52:46] - To jest moja kobieca przewrotność, która o ile ujarzmiła już w swoim życiu wiele kotów, tak teraz stwierdziłam, że pasowałoby coś zmienić i spróbować się zmierzyć z psem. I faktycznie David staje się przypadkowo właścicielem berneńskiego psa pasterskiego. Nie jest to wybór przypadkowy, ponieważ moi przyjaciele mają takiego pieska i stwierdziłam, że oni mają akurat suczkę, ale stwierdziłam, że jest to tak wdzięczna rasa, tak cudowna, że warta jest opisania na kartach powieści.
[04:53:18] - W pierwszej części, która została napisana, ale została wydana jako druga część, czyli „Punkty zapalne”, pisze pani o tym, że Redferne mieszka z dziadkiem. To taki typowy Polak.
[04:53:30] - Dziadek jest typowym Polakiem, a jego postać została odwzorowana, troszeczkę zgapiona z rzeczywistości. Wzorowałam się na moim nieżyjącym już dziadku, a jego nazwisko pochodzi od nazwiska panieńskiego mojej babci ukochanej. Także tutaj mamy pewne nawiązania do rzeczywistości. On jest taki trochę zadziorny. Tak naprawdę, jeżeli ktoś mnie pyta, w której z postaci jest najwięcej mnie, to chyba właśnie w Siwiaszczyku.
[04:53:54] - Bo generalnie mieszka trzech facetów, pies i dwóch panów.
[04:53:57] - Pies i dwóch panów. Tak, zestaw jest ciekawy, powoduje to dosyć dużo różnych konfliktowych, czasem zabawnych sytuacji.
[04:54:03] - Z tego, co mi się udało przeczytać, jest pani perfekcjonistką. Wszystkie miejsca, które pani opisuje, są dokładnie przez panią obejrzane, obczytane i pieczołowicie obfotografowane. Planowała pani wyjazd, już mówiliśmy o tym, do Belgii i co? Nie będzie belgijskiego wątku?
[04:54:19] - Belgijski wątek zostanie, natomiast na pewno nie będzie on przedstawiony w takiej formie, że Redferne sobie tam pojedzie, bo byłoby to kłamstwo, na które sobie nie jestem w stanie pozwolić i nie chciałabym dać czytelnikowi takiej ułudy. Wolałabym oddać coś, co naprawdę zostało przeze mnie zbadane. Dlatego wątek będzie, natomiast na pewno nie będzie on tak mocno opisany, jak bym sobie tego życzyła.
[04:54:40] - Słyszałem, że właśnie przez ten perfekcjonizm nie chce pani do końca umieścić akcji w Polsce, bo uważa pani, że przez 10 lat, jak pani w Polsce nie ma, że trudno byłoby się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości.
[04:54:51] - Tak, pewne rzeczy mi już umykają, już nawet widzę. Nawet przyjeżdżam stosunkowo często do Polski, zwłaszcza teraz, ale myślę, że pewne niuanse mogłyby mi uciec i mogły być przedstawione w sposób krzywy bądź karykaturalny. Chyba bym nie chciała tego.
[04:55:04] - Jak pani przygotowuje się do stworzenia opowieści? Czy ma pani jakiś punkt wyjścia, kilka punktów, przez które należy i będzie przechodziła akcja i oczywiście pełną wersję zakończenia? Jak to w pani wypadku wygląda?
[04:55:16] - U mnie to jest totalny chaos, niestety. Powstaje jakaś scena zupełnie oderwana.
[04:55:20] - No niemożliwe, perfekcjonistka i chaos.
[04:55:23] - To jest właśnie tak. To jest taki bardzo uporządkowany chaos faktycznie, że powstaje jakaś scena i natrafiam na jakieś miejsce, wokół którego, tak jak wspominałam o tym nagrobku, zapala mi się taka lampka, tworzę pewną scenę i wokół tej sceny obudowuję całą fabułę. Jeśli chodzi o same zakończenia, to jest trochę śmiesznie, bo czasami jest tak, że mam to zakończenie, mam ten punkt A, punkt wyjścia i ten finał, a okazuje się w połowie powieści, że jednak chyba ten finał będzie bardziej spektakularny, kiedy zmieni nieco tor. Dlatego tak jak mówię, totalny chaos, który tak naprawdę kończy się taką dobrze zbudowaną kostką Rubika.
[04:56:00] - Ale już przygotowane są, z tego, co słyszałem w jednym z wywiadów, są przygotowane już poszczególne elementy i rozpisane, że tak powiem, wszystkie sześć części. Powiedzmy coś o trzeciej.
[04:56:11] - Trzecia część, ponieważ zawsze mnie pytano, dlaczego, jak to się stało, że już mam sześć części, jak to zrobić? Ja to zrobiłam w bardzo prosty sposób, najprostszy chyba z możliwych, ponieważ w każdej z tych części poruszany jest zupełnie inny problem społeczny. O ile w „Maskach pośmiertnych” mamy tą emigrację wcześniejszą, tak w „Punktach zapalnych” mamy już emigrację tą współczesną, czyli lat dwutysięcznych. Kolejna część będzie rozprawą troszkę właśnie z kolonializmem. I tak właśnie od punktu do punktu, od filaru do filaru powstało właśnie sześć części.
[04:56:42] - Kiedy ukaże się trzecia?
[04:56:44] - Tego jeszcze nie wiem. Na razie została oddana do redakcji. Intensywnie będziemy niebawem pracować nad nią.
[04:56:49] - Już szpiedzy mi donieśli, że są dwa tytuły.
[04:56:51] - Tak, są dwa tytuły. Faktycznie oba są moje, żeby było śmieszniej. Natomiast ja się przechylam do tego, który w mojej głowie powstał jako pierwszy. Natomiast wydawca wolałby drugi, ponieważ jest bardziej spójny gramatycznie.
[04:57:04] - Czy mogłaby pani coś powiedzieć o swoim warsztacie pracy? Jak on wygląda? Czy są jakieś rytuały? Czy lubi pani na przykład... Co będę tutaj mówił? Czy są jakieś rytuały?
[04:57:14] - Czy są rytuały? Nie, raczej nie ma, ponieważ jako mama, żona muszę swój czas rozpinać między sprawy domowe. Także rytuałów nie ma. Jest to raczej podyktowane możliwościami jakimiś tam czasowymi. Natomiast to, czego na pewno nie mogę sobie odmówić, to są dwie rzeczy. To jest kawa z mlekiem i z cukrem. Grzeszna, tak, bardzo lubię, nie odmawiam sobie. Natomiast drugą częścią tego rytuału jest kot na kolanach, mruczący kot na kolanach. To są dwa takie elementy, które muszą być.
[04:57:43] - Ale pisze pani na komputerze czy ręcznie?
[04:57:46] - A tu jest akurat ciekawostka, ponieważ kiedy piszemy, to zupełnie inna półkula się uruchamia i wtedy to jest półkula, która odpowiada za kreatywność, kiedy piszemy ręcznie. Więc ja kiedy tworzę, kiedy w mojej głowie powstają sceny, zapisuję sobie pewne rzeczy ręcznie, natomiast potem przepisuję je do komputera.
[04:58:05] - Czyli taka potem już odtwórcza i taka korektorska.
[04:58:07] - Korektorska bardziej, tak.
[04:58:09] - Czy Anna Rosenberg to już dziś pełnoetatowa pisarka, czy to mocno rozbudowane hobby?
[04:58:14] - Chyba już jestem na tym etapie, że już jestem może nie pisarką, bo to takie piękne, górnolotne słowo, autorką powieści. Prawda jest taka, że research zajmuje mi na tyle dużo czasu, że muszę się poświęcić temu w stu procentach. Zrezygnowałam z pracy zawodowej i przeniosłam się na tory właśnie takie literackie.
[04:58:36] - Da się wyżyć z tego? Z pisania oczywiście.
[04:58:39] - Z pisania. Bardzo ładnie powiedział to Wojciech Chmielarz kiedyś, że z pisania nie da się wyżyć, natomiast da się wyżyć z bycia pisarzem.
[04:58:47] - Pani Anno, jaka była pani literacka droga do miejsca, w którym obecnie się pani znajduje?
[04:58:52] - Pierwsze to były na pewno warsztaty w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału. Tam był w 2011 roku, kiedy wyjeżdżałam do Wielkiej Brytanii, był konkurs, w którym właśnie nagrodą były warsztaty kryminalne z czołowymi wtedy pisarzami gatunku. No i moje opowiadanie zakwalifikowało się na takie warsztaty. Pojechałam, poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi, poznałam mnóstwo ludzi ze świata literatury i oni natchnęli mnie do tego, żeby pisać, pisać, pisać. No i efektem tego była właściwie czterokrotna wygrana właśnie tych warsztatów. Później osoba, która organizowała właśnie cały ten festiwal, czyli Irek Green, zaczepił mnie i mówi: „Słuchaj, kiedy wreszcie powieść? Po co ty tu jeszcze przyjeżdżasz? Ty wszystko umiesz. Pisz powieść”. No i faktycznie on mi dał takiego przysłowiowego kopa: „Słuchaj, Rozenberg, pisz”.
[04:59:44] - I od razu powstała książka właśnie o naszym inspektorze?
[04:59:47] - W zasadzie nie. W zasadzie zajęło mi to troszkę czasu, bo później wiadomo, sprawy około zawodowe i tak dalej. Troszeczkę musiałam to odłożyć i tak naprawdę w ogóle te powieści powstawały prawie dekadę. Ale to dało mi komfort pracy. Komfort taki, że wiedziałam, że te powieści będą dopracowane i to było dla mnie bardzo ważne.
[05:00:07] - Co pani czyta? Jaki jest ulubiony autor, autorzy, książki, bohaterowie? A może woli pani film? Co panią inspiruje?
[05:00:14] - Inspirują mnie historie przede wszystkim. Inspirują mnie moje podróże. Lubię sobie założyć plecak na plecy i odwiedzać Saraj czy okoliczne właśnie hrabstwa. To są moje główne inspiracje. Natomiast jeśli chodzi o autorów, to musiałabym ich chyba podzielić na dwie takie kategorie, czyli autorzy zagraniczni i polscy. Z zagranicznych to na pewno Peter May i nieżyjący już Mankell, natomiast z polskich to na pewno Marek Stelar i Robert Małecki. Natomiast gdybym życzyła sobie lżejszej lektury, kiedy potrzebuję odpocząć od ciężkich zbrodni, to chętnie sięgam po Martę Matyszczak i jej „Kryminał pod psem”, a teraz też „Kryminał z pazurem”, czyli koci kryminał.
[05:00:54] - Teraz przyczepię się troszeczkę do okładek. W „Maskach pośmiertnych”, jak się dobrze przyjrzeć, tak tutaj właśnie też czytałem w internecie i musiałem to zweryfikować na własnej książce, to znaczy pani książce, która leży u mnie w pokoju, że jeżeli spojrzymy na tą okładkę, to możemy się dopatrzeć tam twarzy kobiety. Ja tej twarzy nie widzę.
[05:01:15] - Spotkałam się z tym.
[05:01:16] - Ja widzę tam owcę albo wielbłąda, ale być może to tak jak facet ma z kolorami. Być może tak samo ma właśnie z odczytywaniem jakichś duchowych rzeczy.
[05:01:26] - Faktycznie część osób dopatruje się, ale podejrzewam, że jest to troszeczkę taka pareidolia, że gdzieś dopatrujemy się twarzy. Ten dym, który jest wokół kościoła, za kościołem faktycznie może układa się w twarz. Ja tego nie widzę, ponieważ cierpię na prozopagnozję, czyli nie zapamiętuję twarzy i jej do końca nie widzę. Więc też chyba mam bardziej skojarzenia zwierzęce aniżeli jakkolwiek ludzkie.
[05:01:48] - Czyli chorujemy na to samo.
[05:01:50] - Chyba tak.
[05:01:52] - Natomiast jeżeli chodzi o drugą okładkę, to trochę ta okładka mnie zmyliła, bo ona ma takie bardzo skandynawskie klimaty, a jednak książka tych skandynawskich klimatów nie dotyka.
[05:02:03] - Nie, nie ma. Faktycznie tutaj, kiedy otrzymałam projekt, nastąpiła lekka konsternacja, bo faktycznie scena, której ten dom w zasadzie dotyczy, jest rozpisana na zupełnie inny budynek. Ale bardzo szybko przekonał mnie mój przyjaciel, podsyłając mi okładki mojego ukochanego właśnie Petera Maya. Te książki co prawda nie ukazały się w Polsce, tak zwana seria Enzo Files. Ona się nie ukazała, ale faktycznie on ma niebieskie tło, żółte napisy i właśnie takie skandynawskie domki. Chociaż Enzo Files też nie dotyczy do końca Skandynawii.
[05:02:34] - Aha, czyli się wzorowaliśmy na czymś.
[05:02:36] - Podejrzewam, że tak.
[05:02:37] - Co po szóstym tomie? Skończymy inspektora i co dalej? Czy to będą kryminały, czy może coś innego? Czy może, bo wiem, że pani czyta science fiction, czy może coś science fiction?
[05:02:47] - Chyba bym się nie podjęła science fiction, natomiast gdzieś cały czas dzwoni mi thriller psychologiczny. Co prawda nie lubię ich czytać, ale bardzo chciałabym się zmierzyć z czymś zupełnie nowym, więc niewykluczone, że nawet klinem między Redferny wejdzie thriller.
[05:03:03] - Dziękuję za rozmowę. Moim i państwa gościem była Anna Rozenberg. Proszę państwa, to nazwisko warto zapamiętać i co najważniejsze chwycić za te książki, o których rozmawialiśmy. Dziękuję bardzo.
[05:03:14] - Dziękuję również.
[05:03:16] - Proszę państwa, już późno, naprawdę późno. No ale nie było jeszcze jednego punktu programu, który musi być. No musi być. No to zapraszam. Piotr Plebaniak czeka, żeby po raz ósmy opowiedzieć państwu o tym, jak niszczyć i jak tworzyć imperia. Ja mu troszeczkę pomagam, ale wbrew temu, co Piotr Plebaniak mówił w swoim czasie, że nie umie wygłaszać monologów, to sami się państwo przekonacie, że idzie mu całkiem nieźle, bo tam może mnie słychać przez chwilę. A tak naprawdę to, co ważne, to mówi Piotr Plebaniak. I bardzo dobrze.
[05:04:09] - Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia. Dzień dobry. Dzień dobry, panie Piotrze.
[05:04:21] - Dzień dobry.
[05:04:22] - Ostatnio narzekałem, że prawidło długie. Spotkała mnie zasłużona kara, bo ósme prawidło jest naprawdę długie. I żeby nie przedłużać, to ja je od razu odczytam. IQ jest arbitralnie skonstruowanym pakietem bliżej nieokreślonych nabytych i dziedzicznych parametrów. Test IQ mierzy umiejętność tworzenia uogólnień z niekompletnych danych i wywodzenia z nich nowych informacji zgodnie z abstrakcyjnymi regułami. Inaczej: test IQ mierzy umiejętność budowania modeli na podstawie wcześniejszych doświadczeń, a potem wykorzystania tychże modeli do określenia, co wydarzy się w przyszłości. I jeszcze inaczej: mierzy sprawność w manipulowaniu symbolami i abstrakcjami do celów rozpoznawania wzorców oraz prawidłowości. Uff, niby wszystko rozumiem, ale jak to się łączy z budowaniem, tudzież niszczeniem imperium?
[05:05:32] - Sprawa jest tak naprawdę, drogi Watsonie, jeśli mogę tak powiedzieć, elementarna. Kwestia polega na tym, że każde społeczeństwo, każda grupa ludzi, która dąży do jakiegoś określonego celu, ma w swoim gronie ludzi, którzy są mniej lub bardziej receptywni na pewne bodźce zewnętrzne. Każda grupa jest homeostatem, tak jak każdy człowiek jest homeostatem biologicznym. Jest jednym organizmem żywym, ale różne agregaty społeczne, czyli jakieś zespoły zadaniowe w wojsku albo jakieś społeczności typu plemię, albo jakieś społeczności typu naród, albo jakieś społeczności typu mieszkańcy imperiów. Wszystkie te społeczności również można traktować jako organizmy. I teraz co decyduje o tym, że ten organizm przeżyje albo zginie? Zdolność obrony, zdolność interpretowania tego, co dzieje się dookoła, a więc zdolność także przetwarzania tych informacji, które napływają, odsiania chaosu i użycia do podejmowania decyzji i działania tych informacji, które są kluczowe. I teraz przechodzimy do najważniejszego. Może zanim przejdziemy, to ja powiem jedną dygresję. Otóż dlaczego ja lubię sprawy wojskowe, lubię czytać o wojskowości albo studiować historię wojskowości?
Jeszcze jako mały gnojek stwierdziłem, że wojsko i wojna jest o tyle pozytywną organizacją i działalnością, że sprawia, że przeżywają ci, którzy są bystrzy. Ci, którzy potrafią dostrzec w tym środowisku, konkretnie jakiejś walki czy po prostu starcia z przeciwnikiem, dostrzec, jakimi sposobami można przeżyć, zastosować te sposoby i po prostu przeżyć. Czyli wojsko jako organizacja i wojna jako aktywność, którą ta organizacja przedsiębierze, jest rodzajem takiego sita ewolucyjnego, w którym przeżywają ci, którzy na to zasłużyli swoją bystrością. Ponieważ jesteśmy w temacie wojskowym, to od razu powiem, dlaczego to prawidło znajdujące się w „Siłach psychohistorii” jest tak ważne w kwestiach militarnych. Otóż istnieje taka książka, która jest absolutnie fenomenalna, pod tytułem „McNamara's Morons”, czyli „Kretyni McNamary” albo „Głupcy McNamary”. Można to tłumaczyć na różne sposoby oczywiście. Natomiast książka jest o tym, jak rząd amerykański, mając bardzo duży deficyt rekruta w czasie wojny w Wietnamie, stwierdził, że otworzy taki projekt „Sto tysięcy”. Polegało to na tym, że zostali powołani do wojska ludzie o niskim ilorazie inteligencji. I ci ludzie, jak planowano, dzięki temu, że przejdą szkolenie wojskowe, wyciągnie się ich do góry za uszy, że tak powiem, z ich nie do końca pozytywnie wyglądających zdolności kognitywnych. To znaczy, po prostu zostaną nauczeni tego, że będą inteligentni.
Okazały się dwie rzeczy. Po pierwsze, tacy żołnierze ginęli szybciej niż normalni żołnierze. Żołnierze, którzy posiadali IQ poniżej 80 punktów. Mniej więcej to jest taka arbitralna granica, ale wyznacza jakiś poziom, kiedy ktoś może być przyjęty do szeregi armii i jest to zdarzenie korzystne dla tej armii, ale jest też poniżej pewnego progu. Ten próg jest rozmyty, podkreślam i powtarzam. Taki człowiek nie jest już do niczego przydatny i bardziej przeszkadza niż pomaga swoją obecnością. Były na przykład fantastyczne opisy w tej książce, która powinna być dawana jako lektura w szkole podstawowej nawet. Może przesadziłem, bo to wojna i zabijanie, ale w liceum z pewnością tak. Otóż okazało się, że niektórzy mężczyźni powołani w ten sposób z tej grupy osób o niskiej inteligencji nie potrafili nawet wykonceptualizować, że granat należy rzucać po łuku, dlatego że wtedy ten granat leci dalej. Więc proszę sobie zobaczyć, jak może się zdarzać, jak niskie zdolności kognitywne mogą posiadać ludzie o niskim IQ.
I teraz wracam już do głównego wątku. Tak naprawdę jesteśmy cały czas w głównym wątku, ale wracam do tego głównego wątku. Otóż ludzkie społeczności W których mierzy się iloraz inteligencji. Ten iloraz inteligencji może być zobrazowany za pomocą tak zwanego rozkładu normalnego. To znaczy jest bardzo dużo osób o średniej inteligencji. Dla rasy białej jest to 100 punktów i oczywiście tych, którzy odbiegają od tej średniej, jest coraz mniej. Czyli na przykład geniuszy mających 150 albo 130 punktów jest jakaś śladowa ilość. I oczywiście idąc w drugą stronę jest tym bardziej śladowa ilość, czy też tak samo śladowa ilość ludzi, którzy są w jakiś sposób upośledzeni pod względem tego IQ. W związku z tym na przykład możemy sobie zobaczyć na Wikipedii, jeszcze tego chyba nie skasowali pseudo lewicowcy, czy też pseudo liberałowie, IQ według kraju. I teraz można się spierać bardzo mocno o to, w jaki sposób te IQ według kraju skorelowane jest z rasą, skorelowane jest z kształtem edukacji w szkołach podstawowych i w szkołach średnich i w jakichkolwiek innych i z rozmaitymi innymi parametrami: klimatem i obecnością pór roku, i tak dalej.
Więc jeszcze trzecią rzeczą jest to, że wykresy mogą być albo bardziej te wykresy normalne, pokazujące ile jest osób, z jakim ilorazem inteligencji. One mogą być bardziej płaskie albo mogą być bardziej skupione i wyższe. To znaczy może być bardzo dużo osób o ilorazie inteligencji, a jednocześnie mało głupców i mało geniuszy. Inteligencji w tych dwóch społecznościach może być taki sam i na przykład taki psychiatra kanadyjski Jordan Peterson, który z pewnością jest znany wielu z naszych słuchaczy tak samo, pokazywał i opisywał wykresy, które pokazują, że średni iloraz inteligencji oraz agresji jednocześnie albo osobno opisywał obie te cechy wśród kobiet i wśród mężczyzn. Średnia może być taka sama w jakiejś danej społeczności, czy też w jakiejś grupie osób, w których te cechy są mierzone. Ale na przykład ze względu na to, że mężczyźni i rzeczywiście to jest cecha statystycznie wykryta, mężczyźni mają w swojej własnej grupie więcej kretynów i więcej geniuszy, to gdyby połączyć te społeczności i wybrać 10 osób najgłupszych i 10 najbardziej inteligentnych, to będą to praktycznie sami mężczyźni, z jakimiś tam wyjątkami. Szczególnie wyraźne i wyraziste jest to w przypadku agresji. Ponieważ mężczyźni są z zasady bardziej agresywni, to jest uwarunkowanie genetyczne, to co prawda średnia może się okazać bardzo zbliżona między kobietami i mężczyznami i może być bardzo dużo kobiet z tej górnej części wykresu normalnego, która jest znacznie bardziej agresywna. Ta część kobiet jest znacznie bardziej agresywna niż część mężczyzn z grupy najmniej agresywnych, z części tych najmniej agresywnych. Ale ponieważ te wykresy inaczej rozkładają, ile jest jednostek takich skrajnie nieagresywnych i skrajnie agresywnych, to okazuje się, że więzienia są zapełniane ludźmi w większej części mężczyznami, bo ci najbardziej agresywni to są przeważnie mężczyźni.
I jakby wybrać z tej zmieszanej płciami grupy mężczyzn i kobiet na przykład 10 osób najbardziej agresywnych, ja powtarzam wywód Petersona, uważam za wybitnie dający wybitny wgląd w naturę ludzką po prostu i różnice międzyplciowe. Więc gdyby wybrać 10 osób najbardziej agresywnych, będą to z całą pewnością mężczyźni, z ewentualnie jakimś tam bardzo rzadkim wyjątkiem. Wracając już do ilorazu inteligencji, czym więcej jest osób o wysokim IQ i tym większa jest szansa, że te społeczeństwo stworzy pokojowe warunki koegzystencji w swoim własnym gronie, czy też w swoim własnym zakresie tej społeczności. Możemy sobie zobaczyć, jak bardzo jest to skorelowane z naszymi wyobrażeniami czy też jakimiś stereotypami etnicznymi albo kulturowymi. To jest oczywiście bardzo kontrowersyjna kwestia. To jest wyciszane. Badacze, naukowcy boją się prowadzić badania, boją się publikować wyniki badań ze względu na powszechnie rządzący terror politycznej poprawności i ukrywania pewnych faktów, które są sprzeczne z obowiązującą ideologią. Szczególnie dotyczy to Stanów Zjednoczonych i ogólnie świata zachodniego. Natomiast jedna jest kwestia jeszcze bardzo ważna: iloraz inteligencji. Co mierzą te testy ilorazu inteligencji?
Czy mierzą rzeczywiście te cechy kognitywne, które decydują o bystrości danej osoby? Czy też może mierzą kilka parametrów zdolności kognitywnych, zdolności rozpoznawania wzorców czy poznawania świata, które są skorelowane z czymś, co nie odkryliśmy, a co jeszcze nie wyodrębniliśmy i nie poznaliśmy na tyle, żeby móc wskazać rzeczywiście pełną cechę psychiczną, która decyduje o tym, że człowiek jest inteligentny i ma wysokie IQ. Nie wiem, czy ma pan jakieś pytania.
[05:15:53] - Mam, bo w czasach, kiedy nie rządziła jeszcze polityczna poprawność, w każdym razie nie tak bardzo, zapoznałem się z badaniami. Niestety nie przytoczę w tej chwili źródła, ale zapoznałem się. To były badania, które wykonano, testy IQ wykonane tuż po drugiej wojnie światowej i zauważono tam pewną prawidłowość, bardzo dziwną, że im dalej na wschód w Europie, tym społeczeństwo ma niższe IQ. No i zaczęto się tym interesować. I bardzo szybko okazało się, że test IQ musi być zrobiony perfekcyjnie, bo inaczej nie przynosi żadnych korzyści. Na czym to polegało? Ten test, który prowadzono i z którego wyszło, że im dalej na wschód, tym społeczeństwo, mówiąc krótko, głupsze, był obciążony kulturowo. Były tam pewne wzorce, których na przykład na wschodzie Europy nie znano i w związku z tym wychodziło, że społeczeństwo było głupsze. Takim przytaczanym przykładem był obraz dżentelmena, powiedzmy cygaro, whisky i tak dalej. Tego nie znano w Europie Wschodniej, w związku z tym odpowiedzi były nieadekwatne do tego, co sobie twórcy testu wymarzyli.
Więc ten test IQ bardzo musi być przemyślany i dobrze zrobiony. Tak, chciałem się tym podzielić.
[05:17:16] - Tak. Współczesne testy są robione właśnie akulturowo, tak żeby ten czynnik edukacji i czynnik tego, że kultura wpływa na percepcję kolorów, tego, co jest dostrzegane w ogóle, tak naprawdę. Jest to fascynujący temat. Teraz współczesne testy lepiej potrafią wydzielić te parametry, które są pozakulturowe, czyli są bardziej fizjologiczne i wynikają z określonej konstrukcji psychicznej. Ale ta konstrukcja psychiczna, jak dowiedzieliśmy się między innymi właśnie z książki „Siły psychohistorii”, też jest silnie uwarunkowana przez dziedzictwo kulturowe, czyli to oprogramowanie kulturowe, jakie dany naród czy też grupa etniczna rezydująca w jakimś tam obszarze zdołała wykształcić i wpoić w swoich członków. Także to jest strasznie niejasna i nigdy nie będzie jasna strefa rozumienia natury ludzkiej.
[05:18:09] - Ja już nie wspomnę o tym, że w tak zwanym międzyczasie pododawano szereg innych takich. Oprócz IQ mamy jeszcze inteligencję mierzoną w różnych innych zakresach, na przykład emocjonalną i jeszcze kupę innych. W związku z tym to się, jeśli chodzi o to terytorium badawcze, coraz bardziej rozmywa, więc myślę, że rozsądnie byłoby się trzymać jednak tego IQ, o którym pan wspominał.
[05:18:40] - I na zakończenie jeszcze możemy wrócić do tego przykładu wojskowego, że wojsko, armie praktycznie wszystkich krajów świata mają swoje minimum IQ, jakie może osiągać człowiek, żeby zostać w ogóle przyjęty w szeregi armii. Osoby poniżej wartości tego parametru są po prostu nieprzyjmowane, dlatego że są niebezpieczne dla innych żołnierzy między innymi. Ponieważ w armii chodzi o to, żeby przetrwać, żeby zbudować instrument, armię służącą przetrwaniu całego narodu, to proszę sobie zobaczyć, jak bardzo musi to być restrykcyjne. Ale z drugiej strony, to do głębszego zastanowienia, proszę zobaczyć, co się dzieje w zwykłym społeczeństwie, w cywilnym społeczeństwie, kiedy te kryteria funkcjonowania ludzi w tym zwykłym społeczeństwie nie są tak restrykcyjne i nie zależy od nich tak wiele. A mimo wszystko ludzie o różnych zdolnościach są wśród nas i jesteśmy tymi ludźmi. I proszę zobaczyć, jak rozmaite instytucje kulturowe, obyczajowość, zwyczaje, sposób zarządzania zasobami ludzkimi jest ograniczany i jest kształtowany przez kwestie tego, że ktoś ma rozmaite parametry, nie tylko IQ, ale właśnie tę inteligencję społeczną w rozmaity sposób skonfigurowaną tak, że się nadaje do niektórych prac, a niektórych powinien unikać, bo po prostu przeszkadza. Atakiem może być na przykład drenaż mózgu polegający na tym, że za pomocą zachęt finansowych albo zachęt realizacji jakichś aspiracji życiowych następuje drenaż mózgu z jakiegoś kraju, na przykład z Polski na Zachód. To ma miejsce przecież. Mogą być na przykład robione kampanie promocyjne, kulturowe, zachęcające ludzi o wysokiej inteligencji do tego, żeby migrowali. Albo na przykład jakieś projekty kształtowania percepcji, kształtowania poglądów politycznych czy społecznych, czy jakichkolwiek, które skierowane są przede wszystkim do ludzi inteligentnych, a które czynią ich bardziej mobilnymi, czy też bardziej gotowymi do tego, żeby emigrować za lepszym środowiskiem, w którym te wysokie parametry ilorazu inteligencji mogą być w pełni realizowane na drodze kariery czy na drodze innej, jaką ktoś sobie wybierze.
[05:21:06] - A ja na koniec powiem tylko, że wszystko to, co dzisiaj mówiliśmy o IQ, jest jak najbardziej prawdziwe z jednym wyjątkiem: to w ogóle nie dotyczy Forresta Gumpa. Panie Piotrze, pięknie dziękuję za dzisiejsze spotkanie. No i co?
[05:21:23] - Za żołnierzami.
[05:21:24] - Za tydzień będziemy znowu niszczyć imperium.
[05:21:29] - Tak jest. Do zobaczenia i do usłyszenia.
[05:21:51] - Cóż, proszę państwa, późna noc, głęboka rzekłbym. To czas kończyć. Każdy dzień wykładowy jest dobry, ale musi mieć swój koniec. Ja tylko powiem, że za tydzień spotykamy się jak zwykle w piątek. I cóż, będzie znowu wiele różnych wykładów, wiele różnych prelekcji. Ja pozwolę sobie państwa zaprosić na spotkanie z autorem, którego państwo jakiś czas temu poznaliście w „Bibliotekarium”, w tym starym „Bibliotekarium”. Nieodmiennie zachwycam się brzmieniem tej frazy: stare „Bibliotekarium”. Więc spotkaliście się państwo w pierwszej połowie tego roku z autorem Szymonem Majcherowiczem. Ale dobrego nigdy dosyć i na Capitularzu miałem okazję wysłuchać prelekcji, a właściwie spotkania autorskiego z tymże właśnie autorem
[05:22:59] - Ja bardzo serdecznie w przyszłym tygodniu na to spotkanie państwa zapraszam. Dowiecie się państwo rzeczy nowych, bo tak to jest, jak się rozmawia z autorem. Pewne rzeczy są wyeksponowane w jednej rozmowie, a inne w innej rozmowie. W związku z tym, jeśli o książce Szymona Majcherowicza chcecie się dowiedzieć więcej, to to będzie dobry moment. Dobry moment na to, żeby z prozą Szymona Majcherowicza nie tylko się zetknąć, ale też spojrzeć na nią z różnych stron. Bo kiedy wspólnie z Wiktorem prowadziliśmy to spotkanie, wtedy był jeszcze obecny Tadeusz Krajewski, to wtedy pokazywaliśmy autora z jednej strony. Przeprowadzająca wywiad, przeprowadzająca spotkanie na Kapitularzu spojrzała to od swojej strony i bardzo dobrze. Uzyskacie dzięki temu państwo inne spojrzenie. Cóż, bardzo serdecznie państwa zapraszam. W przyszłym tygodniu Szymon Majcherowicz i „Otwieram oczy”.
A teraz już pięknie się z państwem żegnam. Życzę dobrej nocy i oczywiście zapraszam za tydzień. Będzie grudzień i dziewiąty „Bibliotekarium 2.0”.
[05:24:36] - A my już zamykamy oczy. Mówił do państwa przed chwilą Marek Żelkowski, gospodarz „Bibliotekarium 2.0”. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.