Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:03] - Audycja z cyklu "Debaty Ufologiczne". Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w ten chłodny, poniedziałkowy październikowy wieczór 31 października 2022 roku, krótko po godzinie 20:00. Zapraszamy na kolejną debatę ufologiczną na żywo. Dzisiaj będzie troszkę luźniejszy temat. Mianowicie będziemy omawiać najlepsze i najbardziej realistyczne filmy fabularne o UFO. Przedyskutujemy godne uwagi produkcje na temat UFO i obcych z ostatnich kilku lat. Nie zabraknie też oczywiście odniesień do nieco starszych, ale mało znanych lub zapomnianych produkcji. Oczywiście można nam podsyłać swoje propozycje filmów do omówienia i różnych produkcji około ufologicznych. Zaczynamy audycję. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami dzisiaj Marek Żelkowski, pisarz science fiction, publicysta, autor audycji "Bibliotekarium 2.0" i współpracownik "Nieznanego Świata". Jest z nami także ufolog Arkadiusz Kocik z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej. Audycję, rozmowę poprowadzi dla państwa Piotr Cielebiaś z "Nieznanego Świata", a ja jeszcze tylko przypomnę kontakty, pod którymi będziemy zbierać komentarze od państwa. Będziemy oczywiście dzisiaj zbierać komentarze z czatów na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nam także wysyłać SMS-y pod numer 530 620 493. Gadu-Gadu 36 08 80 02. Można także pisać do nas poprzez nasz kanał na Telegramie bądź też drogą mailową na adres radio@paranormalium.pl. A więc teraz oddaję głos Piotrowi Cielebiasiowi. Piotrze?
[02:17] - Dziękuję. Witam wszystkich w, można by powiedzieć, halloweenowy wieczór. Myśmy tu przed początkiem debaty odbyli krótką wymianę zdań na temat tego, czy Halloween się przyjmuje, czy się nie przyjmuje, bo panowie, a przynajmniej Marek mówił, a właściwie dwa Marki mówiły, że widziały dzisiaj dzieci w przebraniach, ale to osobna kwestia. Natomiast dzisiaj będzie trochę lżejsza audycja, jak to się mówi, z humorkiem, poświęcona filmom o UFO, filmom o obcych. Dlatego, że to są takie zazębiające się, a jednak odrębne dziedziny. I będą to filmy fabularne, które żeśmy widzieli, wybrali, ocenili i postaramy się wam o nich opowiedzieć. Co warto obejrzeć, a czego nie, na co szczególną uwagę zwrócić, a co ewentualnie skrytykować. Panowie, w ostatnich latach tych filmów o UFO czy obcych, bo to też jest taka nie do końca wyjaśniona kwestia. To znaczy my dzisiaj powiemy o filmach o UFO takich stricte ufologicznych, które w jakiś sposób zazębiają się z tym, o czym w debatach mówimy. Powiemy też o tych filmach, w których pojawiają się obcy. Będzie to trochę nawiązanie do naszej debaty o tych dziwnych humanoidach oraz o tych filmach z dużą dawką sensacji, aczkolwiek odnoszących się również do tego tematu, o którym mówimy. Czyli będą to produkcje typu wszelkiego rodzaju space opery czy filmy o inwazji, kończąc na serii o obcym czy nawet Predatorze, który przecież też niedawno zagościł na jednej z internetowych platform streamingowych. Ale panowie, nim przejdziemy do konkretów, to zacznijmy od tego, czy UFO to jest wciąż atrakcyjny temat dla kinematografii. Co prawda pojawiają się co roku jakieś filmy, natomiast one jakoś zawsze tak przechodzą troszeczkę bokiem. W tym roku był pewien wyjątek, natomiast jeżeli chodzi o wielkie produkcje kinowe, to raczej tego nie widać. Marku, czy UFO się trochę w kinie przejadło?
[04:52] - Ja nie mam wrażenia, że UFO się w kinie przejadło. Mam natomiast nieodparte wrażenie, że za temat biorą się ludzie, którzy... Tu mam właśnie problem. Dlatego tak sobie jęczę w mikrofon, bo nie mam przemyślanej do końca sprawy. Czy to są ludzie, którzy nie czują tematu, czy też nie potrafią robić kina takiego hollywoodzkiego? Bo nie ukrywajmy, część filmów, o których dzisiaj będziemy mówić, to są filmy na temat i jak najbardziej z UFO związane, ale one nie żrą, jak to się teraz popularnie mówi. To znaczy one są zrobione w nieco innym niż hollywoodzki stylu i można na ten hollywoodzki styl narzekać, bo nie trzeba być jego fanem, bo to jednak jest pewna sztampa. Ale jednak ten hollywoodzki styl, pewien sposób robienia kina, który przyciąga, wciąga widza, on jest bardzo charakterystyczny i on robi kasę tak naprawdę.... kasę oraz popularność. A zatem w przypadku tematu UFO przydałby się jakiś taki film. Jak sięgnę pamięcią, to jawią mi się takie kasowe filmy gdzieś tam z UFO związane. To lata 70. i „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, lata 80. „E.T.”. Na pewno by się znalazły jeszcze jakieś inne kasowe, ale gdzieś tam się w pewnym momencie to skończyło. Za filmy o UFO biorą się jakieś wytwórnie niszowe albo to są wręcz produkcje takie na pół amatorskie, a w każdym razie takie niskobudżetowe. Nie zawsze oczywiście. W związku z tym te scenariusze też są, moim zdaniem, nieprzepracowane tak do końca. One są, z mojego punktu widzenia, ciekawe, bo rozdzielmy dwie sprawy. One dla człowieka, który się tematem interesuje, są ciekawe same w sobie. Nie musi być to wielkie kino, żeby zainteresowało i pewno też o tym dzisiaj będziemy mówić. One są ciekawe dla mnie jako dla człowieka, który się tematem interesuje, ale dla człowieka, również mnie, który patrzy na kino jako na takie źródło rozrywki, różnie pojętej, nie takiej najprostszej, ale jednak rozrywki, to one czasami bywają ciężkawe te filmy. To się być może bierze z tego, nie z braku talentu czy czegoś innego, nie, ja nie podejrzewam, nie znam się zresztą na tyle na kinie, żeby ocenić, żeby dokonywać jakiejś takiej okrutnej oceny, bo nie czuję się kompetentny. Natomiast mam takie nieodparte wrażenie, że na to, że te filmy mają taką, a nie inną kondycję, nie zawsze dobrą. Ale nie generalizujmy. Ja bardzo wiem, że może to tak być zrozumiane, że ja tu w tej chwili generalizuję, że to samo dno. Nie, nie o to mi chodziło. Ale one bywają te filmy ciężkawe. Na to może również wpływać sam temat. Nie oszukujmy się, kiedy kręci się film o czymś, co jest nie do końca zdefiniowane. Przypomnijcie sobie panowie nasze debaty. Bardzo często pada tutaj słowo: „nie wiem”, „nie mam pojęcia”, „wydaje mi się”, „może tak, może inaczej”. I to troszeczkę czuć również w tym kinie. Otóż jak się kręci film i tak do końca się nie wie, co to jest. Trzeba przedstawić jako coś dziwnego, ale do końca w głowie reżysera nie ma tej jasnej świadomości, czym jest owo UFO. Jest czymś dziwnym, to na pewno, ale nie postawię kropki nad i. Bo jak postawię kropkę nad i, tu mówię już taką mową zależną trochę w imieniu reżysera, to jak postawię kropkę nad i, to może moje dzieło się zdezaktualizuje albo go wyśmieją. Więc nie, nie postawię kropki nad i. Zrobię obszar. Ten film będzie obszarem wysokiej dziwności i już samo to wystarczy. Ja nie jestem pewien, bo może warto by, i takie wśród dzisiejszych filmów takie się oczywiście znajdą, może warto by opowiedzieć się za jedną ze stron, czyli powiedzieć: „UFO jest tym” albo „UFO jest tamtym”. I na szczęście wśród tych czołowych filmów, które dzisiaj będziemy wymieniać, takie opowieści są snute, bardzo konkretne. Natomiast mam wrażenie, myślę, że się nie biorą mistrzowie kina za to. I tu mam pewną zagwozdkę, dlaczego się nie biorą. Bo myślę, że temat nie jest spowszedniały. To nie jest temat, który jest passé. Powiem tak, nawet mam takie wątpliwości, bo pamiętacie państwo „Dzień Niepodległości”, film, który obśmiewali wszyscy, przy którym się ludzie tarzali ze śmiechu. Niektórzy bardzo go przeżywali, niektórzy mówili, że jest widowiskowy. Ta widowiskowość. Myślę, że ona też w kinie ma spore znaczenie. Nawet jeśli film jest nie do końca mądry, to widowiskowość jest w stanie go podkręcić. I chyba tak było w przypadku „Dnia Niepodległości”. Mówię o pierwszej części tego filmu. Ta widowiskowość dużo temu filmowi zrobiła dobrego. Więc to tyle. To jeśli miałbym tak ogólnie bardzo o kinie z UFO w tle powiedzieć, to tyle bym powiedział. Myślę, że kino czeka na jakiegoś wizjonera kina, który zrobi po prostu wspaniałe widowisko. I to myślę, że ufologii by dobrze zrobiło i tematowi by dobrze zrobiło, gdyby pojawił się film tak dyskutowany, tak rozwałkowywany w różnych mediach, jak w latach 70. wspomniane już „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” czy z lat 80. „E.T.” Ja wiem, że to był film prawie dla dzieci, ale jednak sporo szumu narobił i myślę, że jeśli chodzi o ten temat, to ten szum również ma znaczenie. Dzięki.
[11:22] - Dziękujemy. Przypominamy wszystkim, którzy dopiero do nas dołączyli, że dzisiaj rozmawiamy o filmach o UFO i obcych. Podpowiadamy wam, co obejrzeć, czego szukać, ewentualnie czego unikać. Także jeżeli nie macie pomysłu na to, co dzisiaj wieczorem albo jutro obejrzeć, to może wam coś podpowiemy. Tak, ja tu jeszcze raz chciałem podkreślić, że dzisiaj nie mówimy o filmach dokumentalnych o UFO. O tym kiedyś powiemy w innej audycji, bo to jest temat bardzo rozległy. Natomiast dzisiaj się zajmiemy tym, jak UFO i obcy są obecni w kinematografii. No i oczywiście dokonamy takiego krótkiego przeglądu najnowszych, mniej i bardziej znanych produkcji. Względnie będziemy się starać nie spoilerować przede wszystkim, ale mamy nadzieję was zaskoczyć, bo wyciągnęliśmy kilka takich filmów, które są mało znane.A są godne uwagi. Ja się, Marku, zgodzę tutaj z tobą. Natomiast ja powiem tak: jest taka tutaj dychotomia w kinematografii, bo filmów o kosmitach jest mnóstwo każdego roku. I czy my weźmiemy, jak powiedziałem, te space westerny, „Gwiezdne wojny” czy „Diunę” chociażby, to też się wszystko jakoś do tych kosmitów odnosi. To się dzieje w kosmosie. Są tam jakieś obce formy życia, tylko to jest w innej zupełnie narracji niż ufologiczna. Także obcy się pojawiają i obcy są chętnie podejmowanym tematem. Natomiast rzeczywiście od takiej strony bardziej fantastycznej mało jest bardzo filmów, które wykorzystują wątki ufologiczne, o których my mówimy w debatach, a jednak takie filmy się pojawiają. I najciekawsze w tym wszystkim jest to, że takie filmy dawniej pomagały w kształtowaniu obrazu zjawiska UFO, bo to przecież nic innego jak „Z Archiwum X” przyczyniło się do takiej ogromnej popularyzacji ufologii i zainteresowania tym zjawiskiem w czasach, kiedy ten serial i filmy były na topie. Arku, a jak ty myślisz, czy zauważasz jakiś renesans zainteresowania UFO w kinie? Ufem w kinie?
[13:46] - Generalnie lubię słuchać, oglądać ciekawe historie. I tutaj można podzielić te filmy na takie właśnie widowiskowe, hollywoodzkie, fajne, które się fajnie ogląda jeszcze na dużym ekranie w kinie, jeżeli jeszcze jest to obraz w 3D, tak jak był puszczany „Avatar”, gdzie praktycznie coś tam fruwało po całym kinie, było bardzo widowiskowe i fajne. I jest takie właśnie kino, które stara się według mnie przekazać coś, czyli taką informację, jaką zwykle czerpiemy z filmów dokumentalnych, z tym że po prostu w taki sposób bardziej przyswajalny. Oczywiście można szukać aspektów ufologicznych na przykład w momencie, kiedy nagrano tam właśnie wyloty z Ziemi w stronę kosmosu jakichś tam obiektów. Nagranie to było ze stacji ISIS czy z wahadłowców kosmicznych, które jeszcze wtedy latały. Ktoś podjął się właśnie próby tego pokazania i udokumentowania, że te obiekty nie były jakąś tam emanacją tych silników rakietowych, tylko po prostu obiektami, które wylatują. Około sześć godzin zajęła ta prezentacja. Wątpię, żeby ktoś oglądał coś takiego z zaciekawieniem, bliżej niezwiązanym z ufologią. Właśnie te dywagacje, obliczenia i tak dalej, skąd, kto, gdzie wylatuje. Natomiast jeżeli już zobaczymy to jako film, inaczej nasza percepcja to przyswoi. I stąd właśnie jest to takie kino widowiskowe. W sumie fajne, można popatrzeć, odprężyć się i popatrzeć. I jest takie kino troszeczkę może trudniejsze w odbiorze, troszeczkę może ciekawsze scenariusze, choć o tym zaraz też wspomnę, ale po prostu chce przybliżyć to całe zagadnienie ogółowi w sposób taki bardziej przystępny. Najczęściej wówczas pojawia się jedna osoba, która walczy z systemem, która przeciwstawia się armii, rządowi czy komukolwiek. I po jakimś czasie widać efekty tego, czyli jakaś tam współpraca czy odlot, czy cokolwiek innego razem z kosmitami. I to też jest w pewien sposób fajne. Tylko że już to nie jest kino kasowe, na które pójdziemy do kina, tylko po prostu możemy sobie w zaciszu domu na ekranie telewizora obejrzeć w międzyczasie, wychodząc po jakieś tam przekąski do kuchni czy do czegoś. I to też nie jest takie złe kino. Chociaż ja z drugiej strony jestem troszeczkę rozczarowany poziomem tego, dlatego że tak jak Marek tutaj mówił, to, co zostaje tam dopowiedziane, to tak wygląda, czy w szczegółach dopasowane, jest takie miałkie, takie nic. Zobaczmy, że jak były filmy kiedyś, dawno, dawno temu pokazywane Alfreda Hitchcocka. On, żeby przestraszyć publiczność, przestraszyć oglądających, wcale nie musiał pokazywać jakiegoś tam przerażającego stwora. My się domyślaliśmy, że ten stwór istnieje. Sami go tworzyliśmy w wyobraźni i to nas bardziej straszyło niż to, co w kinematografii można by było pokazać. Oczywiście takim najważniejszym filmem, przynajmniej dla mnie, są właśnie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. A to dlatego, że on pokazuje z jednej strony właśnie to, widowiskowość tego całego, przylatujące te światła, z takim bardzo spokojnym odbiorem. Taki jeden pojedynczy człowiek, który zostaje sięGwiazdą niechcący, tak można to określić, który przez swoją determinację i upór w dążeniu do czegoś potrafił dojść tak wysoko. Z tym że tam akurat na koniec końców współdziała z rządzącymi i dalej nic się z tego nie dzieje, po prostu odlatuje. Ale ten scenariusz, ten sposób narracji jest przez cały czas kopiowany. To zawsze jest jakaś jedna, dwie osoby, które ukazuje nam reżyser, które walczą z systemem. I na koniec końców i tak mamy to, co mieliśmy, czyli możemy sobie najwyżej pomyśleć, co by się stało. Dlatego ten podział kina na widowiskowe, hollywoodzkie i na niszowe, w którym po prostu trzeba sobie posiedzieć i przemyśleć wszystko. Dziękuję.
[19:20] - Proszę, Marku.
[19:24] - Ja chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, to mnie od pewnego czasu nurtuje. Przecież film wspomniany przeze mnie, później przez Arka, „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” ma zakończenie, o którym Arek wspomniał, otwarte. Dałoby się nakręcić jeszcze ze cztery części. Przecież kino amerykańskie na tym bazuje, że kręci kolejne, kolejne, kolejne. Jak był sukcesem kasowym jakiś film, powiedzmy „Obcy”, to się tych „Obcych” namnożyło coraz takie były dziwniejsze, ale były. Znacie państwo ten mechanizm: kręcenie, kręcenie, kręcenie. Zastanawia mnie, czy nikogo nie było mentalnie stać, czy też nikt nie chciał tego tematu ruszać z innych powodów, ale dlaczego nie nakręcono nigdy, może sam Spielberg tego nie chciał, tego nie wiem, ale nie nakręcono drugiej, trzeciej, ochlastej części „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”. To mnie zastanawia, bo to jest sprzeczne z ideą amerykańskiego kina. Ja pomijam sensowność robienia kolejnych części, bo to oczywiście możemy poddać pod dyskusję, ale sam fakt, że film, który był kasowym sukcesem, pewno nie takim jak w późniejszych latach, ale weźmy pod uwagę, że to lata 70. i jak na tamte czasy to był absolutny hit na świecie. A mimo wszystko nie powstały jakieś sequele tego filmu czy prequele, jakkolwiek jakaś otoczka filmowa nie powstała. To też mnie zastanawia, czy to się wzięło z tego, że po prostu ktoś nie był w stanie napisać scenariusza, czy też, i tutaj zostawiam pole do wyobraźni i działania w tej wyobraźni, czy też po prostu komuś ten temat wybitnie nie pasował. Bo skoro odleciał, to co było dalej? Aż by się prosiło, żeby coś się jednak wydarzyło. To tyle. To taka luźna uwaga, ale zwracająca pewien kierunek myślenia, że coś, co było kasowe, Ameryka potrafi wyssać do cna dany temat. Proszę zobaczyć, ile „Terminatorów” nakręcono ze Schwarzeneggerem, bez Schwarzeneggera. To nieważne. Ważne, że się da coś nakręcić. „Avatar”, proszę bardzo, jedna, kolejna część i tak dalej. Takich filmów sami państwo wymienilibyście bardzo dużo. Części kolejne powstają. To dlaczego nie powstały „Bliskie spotkania trzeciego stopnia 2” czy jakkolwiek by się ten film nazywał? Dzięki.
[22:25] - Dzięki. Z tego, co pamiętam, to miały powstać i nawet było to w planach. Natomiast coś się stało, że się Spielberg rozmyślił i powstały jakieś tarcia na linii on i producent, bodajże Columbia. Dlatego ten film nigdy nie doszedł do skutku, a podejrzewam, że później się zmieniły już pewne nastroje społeczne i oczekiwania i coś takiego może już nie miałoby wzięcia. Chodzi mi o to, że to jednak był film dość wymagający myślenia. Nie wiem czemu nigdy mnie nie pochłonęły „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Nie jest to mój ulubiony film, natomiast cenię go za realizm, za te mimo wszystko świetne efekty, dlatego że te dawniejsze efekty są od tych nowszych, często współczesnych dużo lepsze. Jakoś tak bardziej do mnie przemawiają. Nie wiem dlaczego. Może nową jakością jest „Nowy początek” na przykład albo „Diuna”, gdzie te latające obiekty są pokazane naprawdę w sposób bombowy. Natomiast w reszcie tych filmów jest kiepsko. I tak to było z tymi „Bliskimi spotkaniami”. To trzeba sobie poszukać w sieci, jak ta historia się kształtowała. Mnie się przypomniała tylko taka historia odnośnie Spielberga, bo kiedy wyszła moja książka „UFO nad Polską”, to Filip Mandrel wpadł na pomysł, że on jakoś miał znajomego, który miał do Spielberga dostęp i Filip mi kazał, pamiętam, napisać dedykację dla Spielberga, spakować to, wysłać to do tego kolegi, a on to miał Spielbergowi wręczyć. Nie wiem, czy to doszło do skutku, czy ta książka gdzieś tam w ogóle u Spielberga wylądowała, ale czasami mi się to tak przypomina i się zastanawiam
[24:23] - Co się z tym stało? To taka ciekawostka. W każdym razie co jeszcze chciałem dopowiedzieć do tego, co padło. Wydaje mi się, że dzisiaj podejście do tematyki UFO, czyli zgłębianie tej zagadki, kto tam jest po drugiej stronie, czy to zawsze jest to, co myślimy, mogłoby już trochę przestraszyć masowego odbiorcę. Przykładem tego był film „Przepowiednia” z Richardem Gere, który mówił o Mothmanie. Osobie, która nie ma pojęcia, czym ten Mothman jest, to jest kompletnie niejasne. Ja mam takie odczucie, że jak ktoś by to obejrzał, taki przypadkowy widz, to nie miałby pojęcia, o co chodzi. Ale to pomińmy. Tutaj przybywa nam słuchaczy. My przypominamy, że dzisiaj będziemy podpowiadać wam, jakie filmy o UFO wybrać zarówno z tych nowych, jak i z tych starszych. Tutaj już Arek powiedział, że jednym z jego ulubionych obrazów są właśnie „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”. Czekając na to, aż dojdzie nam reszta słuchaczy, bo zwykle przybywa nas po jakimś czasie, to nim przejdziemy do tych najnowszych produkcji, panowie, może jeszcze taka krótka wymiana zdań. Trzy wasze ulubione filmy. Które i dlaczego? Arek powiedział już, że „Bliskie spotkania trzeciego stopnia”, to ja może dodam coś od siebie. Mój ulubiony film ufologiczny albo związany z tym tematem to jest „Wspólnota”. Nie wiem dlaczego, ale dla mnie ma on bardzo duży klimatyczny ładunek. Trzeba powiedzieć, że ten film z roku 1989, można narzekać na efekty specjalne, można narzekać na rolę Christophera Walkena, która akurat mi się bardzo podoba, ale mimo wszystko widzę w tym bardzo duży ładunek takiej wiedzy ufologicznej, dlatego że tam jest pokazane to wszystko w sposób symboliczny. Osoba, która się nie za bardzo interesuje tematem, powie: „Rany boskie, co to? On szedł, tańczy z jakimiś kosmitami. Tam oni zdejmują ciuchy. Co to jest, panie? Ja tego nie będę oglądał”. Nie, to jest coś, co nam Strieber chce przekazać. To, jak te istoty się nam prezentują, nie musi być ich realnym wyglądem. Co ciekawe, sam Strieber nie był zadowolony z ekranizacji swojego najsłynniejszego dzieła. Wręcz się od tego tak jakby odciął. Nie podobała mu się główna rola, czyli on sam. Wcielał się w niego Christopher Walken. A mnie się bardzo podobał i nadawał temu filmowi takiego kolorytu. A druga sprawa, chyba najważniejsza, że ten klimat grozy, który jest we „Wspólnocie” budowany, po pierwsze nam się udziela. Po drugie ten film jest dość realistyczny, bo pokazuje te zmagania nie tylko osobiste, ale on też przecież szuka pomocy u hipnoterapeutów i tak dalej. Także naprawdę polecam, jeżeli ktoś nie widział. „Wspólnota” z 1989 roku w reżyserii Philipa Mory. I jeszcze przede wszystkim świetna muzyka. Naprawdę. Marku, twój ulubiony film, jeden z trzech i dlaczego?
[28:08] - Powiem tak: to nie będzie film stricte ufologiczny, raczej z gatunku science fiction. Ja tych filmów oglądam na kopy. Po części dlatego, że się interesuję tematem, po części z jakiegoś zawodowego obowiązku. Ale nie, nie przesadzajmy, to aż taki obowiązek nie jest, bo obowiązek jednak brzmi jakoś tak pejoratywnie. Oglądam je z przyjemnością, aczkolwiek na początku najczęściej z przyjemnością, bo jakaś nowa przygoda mnie czeka. Później bywa różnie. Najczęściej jest to w jakiś sposób rozczarowujące i dlatego z tych tytułów, które wymienię, to nie są tytuły ufologiczne. Ja do dzisiaj jestem pod ogromnym wrażeniem „Obcego”, tej jedynki. To było coś nowego w kinie. Jakiś sposób przedstawienia sytuacji. Późniejsze wersje „Obcych” już mnie nie ekscytowały. Obejrzałem, przyjąłem do wiadomości, ale to nie było to. „Obcy” w tym pierwszym wydaniu jeszcze z końcówki lat 70. zdecydowanie to było kino, które chciałem oglądać. „Obcy” występował, w związku z tym jakoś tam podwiązuje się pod dzisiejszy temat. Drugi film, który wymieniłbym i to będzie pewnym zaskoczeniem, bo to ramota, staroć kompletny, natomiast pokazujący ciekawe zagadnienia, bo jeszcze wtedy scenariusze, właściwie nie film, a serial, od razu o tym powiem, scenariusze do odcinków poszczególnych pisały osoby wybitne. Wybitni pisarze SF po prostu. Nie wszystkie oczywiście odcinki, ale sporo się tam takich perełek zdarzało. To były pierwsze serie „Star Treka”. Tam działy się rzeczy przedziwne. Oczywiście dzisiaj z punktu widzenia technicznego efektów i tak dalej, to można sięCzasami nawet kulać ze śmiechu. Pomińmy to litościwie, bo czas płynie i niestety technika telewizyjna, filmowa się po prostu rozwija i to, co wtedy bywało fascynujące, dzisiaj fascynujące nie jest. Zdajmy sobie sprawę, że pierwszy „Star Trek” to naprawdę dzielą nas dziesiątki lat od tego wydarzenia. Niemniej jednak tam próby pokazania innych cywilizacji, innych ras poza tymi głównymi, które w ogóle w serii „Star Trek”, już później w kolejnych odsłonach, kolejnych serialach, cyklach seriali i w kolejnych filmach kinowych się pojawiają. Ale w pierwszych sezonach „Star Treka”, tym klasycznym „Star Treku” to było naprawdę naprawdę ciekawe. Było takie trochę badanie rzeczywistości, innej rzeczywistości i tam próbowano różnych rozwiązań. Rzeczywiście to była taka próba po omacku szukania, co by można jeszcze. I tam się pojawiają bardzo ciekawe koncepcje. Kto nie oglądał, to zachęcam. Trzeba zacisnąć zęby, troszeczkę wziąć poprawkę na to, że naprawdę technika telewizyjna się mocno posunęła do przodu. Wtedy to były jednak pionierskie czasy. Niemniej jednak ten film wydaje mi się naprawdę ciekawy. Trzeci film to już nie będzie żadne zaskoczenie. O tym filmie rozmawialiśmy i on w dalszym ciągu w mojej głowie siedzi. To jest film „Nowy początek”. Naprawdę uważam, że przedstawiona tam koncepcja była ciekawa. Ona była do pewnego stopnia, żebyśmy się dobrze zrozumieli, lemowska, bo Lem jednak uważał, po części chyba się z nim zgadzam, a nawet na pewno się po części z nim zgadzam, że takie hurraoptymistyczne podejście do tego, że jak już nawiążemy kontakt z innym rozumem, z inną cywilizacją, to się natychmiast dogadamy, zaczniemy wymiany handlowe i różne inne rzeczy. Może wojnę zaczniemy, ale w ogóle będzie wszystko jasne. Lem twierdził inaczej i ja nie dlatego się ekscytuję tym, co twierdził Lem, bo to Lem, tylko dlatego, że jest mi to w jakiś sposób bliskie. Bo my chyba troszeczkę zbyt optymistycznie podchodzimy do tego, że jak już się spotkamy, to się dogadamy. Nie jestem przekonany. Może Lem jednak miał rację, że inny rozum, inne działanie mózgu, inna chemia, inna fizyka tego mózgu sprawi być może, a może jeszcze dalsze aspekty, to wszystko sprawi, że możemy się dogadamy tylko tak połowicznie. Tylko tak trochę kali jeść, kali spać, kali pójść. Ale może taka głębsza wymiana idei, myśli czy czegoś takiego, co decyduje tak naprawdę o porozumieniu, może nie nastąpić. I z tego względu film „Nowy początek” wydaje mi się ciekawy. Tam oczywiście do pewnego porozumienia dochodzi, ale jednak ono jest trudne, bo pokazane jest przecież w tym filmie, że na przykład pojęcie czasu może nas tak bardzo dzielić, że naprawdę trzeba dużego wysiłku, przełamania pewnych takich czy to kulturowych, czy też myślowych tabu, żeby w ogóle móc podjąć wysiłek porozumienia. To jeśli chodzi o trzy tytuły, to takie. Zdaję sobie sprawę, że to nie są stricte filmy ufologiczne, niemniej jednak o jakimś tam sposobie możliwości kontaktu mówią albo braku kontaktu mówią. Dziękuję.
[34:36] - Dziękuję. Tak, gdybyśmy chcieli mówić o takich filmach stricte ufologicznych, to byśmy w sumie mogli po pół godzinie temat zakończyć. Natomiast jak mówiłem tutaj dzisiaj, bierzemy na tapetę filmy nie tylko o UFO, ale i o obcych. Bo przecież jak przed chwilą wspomniałem, gdyby chcieć się uprzeć i rzeczywiście brać pod uwagę na przykład marvelowskie produkcje, tam też przecież dopatrzysz się jakichś kosmicznych wątków. Ale dzisiaj skupimy się na takich filmach, które żeśmy z jakichś powodów wybrali. To ja dodam numer dwa do mojej listy i to może być zaskoczenie. To jest film polski. To jest „Big Bang” z roku 1986. Mój rówieśnik. Moim zdaniem jest na równi ze „Wspólnotą” wśród tych moich ulubionych. Czyli mam dwie jedynki, jedną dwójkę z tej triady. „Big Bang”. Co ja wam będę dużo mówił? Polecam. To jest film inspirowany wydarzeniami w Emilcinie. Pan Wroński, czyli tutaj oparty o postać Jana Wolskiego, budzi się w nocy, bo puka jego kuzyn Jasiu. Mówi, że kosmity wylądowały na wujka polu. A co się dzieje potem, to już trudno powiedzieć. To jest po części komedia, po części dramat, dlatego że w pewnym momencie z tej śmiesznej sytuacji, kiedy oni postanawiają wyprawić przyjęcie powitalne dla obcych, robi się coś bardzo głębokiego. To jest film Konrada Nukeje Andrzeja i jak wszystkie inne filmy Konrada Nukeje, a przede wszystkim ich większość, zawiera mnóstwoTakich cytatów, które po prostu stają się kultowe. Jeżeli ktoś pamięta takie filmy na przykład „Czy jest tu panna na wydaniu” i inne dzieła Kondrata Juuka, to wie, o co mi chodzi. Tak że polecam w ogóle „Big Bang”. Tam mamy plejadę polskich aktorów, najlepszych z najlepszych. Jest Ludwik Benoit, jest Zofia Merle. Pewnie młodszym pokoleniom, młodszym słuchaczom niewiele to mówi, ale to naprawdę jest historia polskiego kina. Jest Janusz Gajos w roli Jasia, jest Bożena Dykiel, jest Zdzisław Kozieć, dzisiaj nieco zapomniany, jest też oczywiście Franciszek Pieczka i jeszcze wielu innych. Tak że polecam. Arku, a co byś ty dodał do tej listy swoich trzech najlepszych ulubionych filmów?
[37:36] - „Czwarty stopień”. Ci, którzy oglądali, to wiedzą. Tam za słaby punkt akurat w tym filmie, uważam, telefon z językiem staro sumeryjskim. Mogli sobie to darować. Film by na tym nie ucierpiał, a byłby znacznie ciekawszy. No i „Prometeusz”. Lubię historie całe takie, które są. I tutaj ta kontynuacja, że byli jacyś siewcy życia, którzy nas stworzyli naszą kulturę, historię, a także nas samych i gdzieś tam hen daleko spotkali się z czymś, co ich zabiło, zmieniło całkowicie w postacie, które chcą, niszczą i tak dalej. Jest takim fajnym tematem. Można się temu przyjrzeć bliżej i te wszystkie w tej chwili odkrycia, jakieś artefakty, starożytne odkrycia, jeszcze starsze niż starożytne mówią wyraźnie, że coś takiego było. Tutaj po prostu trafiło w mój gust i jest okej. Oczywiście można wymieniać filmy takie, które z polskiej sceny, które tam „Obi-Oba” czy jakieś tego typu i one też są fajne. W momencie, kiedy były puszczane, były naprawdę takie warte obejrzenia i przemyślenia. W tej chwili, w tej naszej gonitwie takiej, jakiej w tej chwili mamy: praca, dom, dzieci, coś tam jeszcze i jakieś tego, te filmy raczej popatrzymy przez pięć minut i niekoniecznie chcemy to dalej kontynuować, bo pokazują taki polski zaścianek czy coś takiego, można by było powiedzieć, z którym większość ludzi nie chce się za bardzo identyfikować i tego przeżywać ponownie. Tych, którzy byli zmuszeni żyć właśnie w późnych latach 70., 80. Owszem, fajne to były czasy, bardzo fajne książki wychodziły wówczas fantastyczne, bardzo ciekawe tematy. I mało tego, te tematy, o których wówczas można było przeczytać, w tej chwili wychodzą jako tematy filmów, inspiracje dla twórców, scenopistów czy innych scenarzystów. I po pewnym czasie się czuje właśnie takie rozczarowanie, że w sumie tak naprawdę nie ma nic nowego. W niektórych filmach być może, że nawet autorzy nie wiedzą, skąd im się wzięło, że chmura rodem z „Niezwyciężonego” Lema jest gdzieś tam, może ożyć i może funkcjonować. Tak że te pomysły przez cały czas są i jakoś tam krążą. A jeżeli dużo się tego ogląda, podejrzewam, ciężko nie poczuć się rozczarowanym z tym, co się widzi, jak zostało to przełożone na temat filmowy. Dlatego niektóre perełki są fajne, ale tak zawsze nie do końca. W „Gwiezdnych wojnach” zawsze mi się podobał temat Obi-Wana, ale właśnie w czwartej części, tej „Nowa nadzieja” bodajże, tylko ten moment. Pozostałe są raczej takie fajne do oglądania i to wszystko. Ale sama ta postać właśnie w tym okresie, kiedy jest to człowiek starszy, dojrzały, który coś tam przeżył, a mimo wszystko potrafi przekazać to dobro i tym się kierować, jest naprawdę bardzo fajnym wątkiem. Dziękuję.
[42:00] - Dziękuję. W poprzedniej serii debat myśmy chyba „Gwiezdnym wojnom” i filmowi „Nowy początek” poświęcili osobne audycje. Chociaż z tymi „Gwiezdnymi wojnami” to jest oczywiście różnie, dlatego że myśmy wtedy próbowali przekładać niektóre koncepcje z „Gwiezdnych wojen” na rzeczywistość, powiedzmy, astrobiologiczną. Co nam z tego wyszło, możecie sobie posłuchać. Ale nie brak też głosów, że w zasadzie „Gwiezdne wojny”To uratował Mandalorianin. Ten serial z Disneya, który przeniósł to troszeczkę na nowy poziom, bo te ostatnie filmowe kreacje były moim zdaniem kiepskie. Powiedzmy sobie tak, że były kiepskie. Pewnie fani „Gwiezdnych wojen” mają inne zdanie, ale to inna sprawa. Tutaj słucham, patrzę, co Iwelion mi pisze, bo cały czas napływają komentarze i państwa propozycje. Dzielicie się z nami swoimi uwagami, swoimi opiniami. Mówicie, które filmy wam się podobały najbardziej. Ja ci muszę, Arku, powiedzieć, że skradłeś mi tego „Prometeusza”, bo to jest u mnie też numer trzy. A ja od siebie dodam tyle, że był plan, aby Ridley Scott nakręcił „Prometeusza 2”. Natomiast co z tego wyszło? Nic z tego nie wyszło, dlatego że z „Prometeusza 2” wyszedł „Obcy”... Jak to się nazywa? Ta ostatnia część. Zapomniałem. Zaraz sobie sprawdzę. Dlaczego się to nie udało?
[43:48] - „Przymierze” może?
[43:49] - „Obcy: Przymierze”. Tak, właśnie. „Obcy: Przymierze” miał być „Prometeuszem 2”, ale do tego nie doszło, dlatego że prawdopodobnie uznano, że to by było niechwytne, że pani doktor razem z kawałkiem androida leci na planetę tytanów, aby wziąć na nich odwet. W „Obcym: Przymierze” mamy pokazane, że ta ekspedycja znajduje przecież jej rozbity statek. Znajduje też androida, który się tam zadomowił i przeprowadza jakieś tam rane eksperymenty. Natomiast to już nie jest to. Muszę powiedzieć, że „Obcy: Przymierze” to był taki film, kiedy poszedłem do kina, usiadłem sobie i po pół godziny miałem dość. To, co było fajne, skończyło się po tym, jak oni dotarli do tego statku doktor Shaw. Natomiast „Prometeusz” ten film ma już 10 lat. Ale dlaczego jest wciąż aktualny? Po pierwsze jest bardzo widowiskowy. Jeżeli się go ogląda na jakimś większym ekranie, to naprawdę jest super. Po drugie jest to horror przede wszystkim. Horror science fiction. Coś, co lubię najbardziej. On też ma swoje słabe strony. Jedną z tych słabych stron jest pan Weyland i jego wygląd. Po prostu troszeczkę przesadzili z charakteryzacją. Nie rozumiem często, dlaczego jest tak, że w filmie producenci, twórcy wolą zaangażować młodego aktora i położyć na niego tony tapety i charakteryzacji, zamiast zatrudnić do tego starszą osobę, starszego aktora charyzmatycznego. Tutaj im to nie wyszło. To było komiczne. Komiczne, jak pokazywali tego ucharakteryzowanego Weylanda, który poleciał poszukiwać swoich stwórców. Ale „Prometeusz” mimo wszystko bardzo na plus. To jest jeden z moich ulubionych filmów. Natomiast jeżeli chodzi o „Obcego: Przymierze”, to panowie, trzy słowa może o tym, jak to oceniacie i czy po tym nie do końca udanym powrocie serii, przynajmniej według mnie, jest szansa na kolejne? Bo ten obcy, ten xenomorf już chyba nie robi takiego wrażenia jak kiedyś. Marku?
[46:26] - Ja powiem tak, że mam tak zwane mieszane uczucia. Czy ja odpadłem od serii? Nie mówię, że nie oglądam, ale odpadłem mentalnie, czyli przestałem być do niej przywiązany mniej więcej przy trzecim „Obcym”. Później oglądałem na zasadzie: zaliczam kolejny produkt. Dlatego ja specjalnie się nie ekscytuję kolejną częścią „Obcego”. Powiedziałeś o horrorze. Ja wiem, że ten film się zestarzał. Wszystko się starzeje. My się starzejemy. Ale dla mnie pierwszy „Obcy” to był autentyczny horror. Natomiast później dwójka. Jak już usłyszałem o kosmicznych komandosach, to już wiedziałem, że nie będzie dobrze, a później było tylko gorzej. Powiem tak: chyba taki najgorszy szok przeżyłem, kiedy ten obcy prawie się ucywilizował, prawie został dzieckiem, które prosiło, żeby go jednak nie wyrzucać. On nie prosił werbalnie, ale widać było, że bardzo prosi, żeby go jednak nie niszczyć, nie mordować. W tym momencie chyba granica mojej wytrzymałości na kicz została przełamana i ja właściwie później, tak jak powiedziałem, odnotowuję, że kolejne odcinki „Obcego” się pojawiają, ale nie budzą moich większych emocji. Podobnie jak ten, o którego ocenę prosiłeś. Tak że pozwolisz, że się nie wypowiem. Po prostu nie. Jakoś tak odrzuca mnie od tych kontynuacji. Bo to jest tak, że bardzo często jest taki prosty zabieg, który stosujemy, że każda kontynuacja jest gorsza od pierwowzoru.Ja nie jestem wyznawcą tego typu teorii. Zdarza się, że czasami pojawiają się rzeczy po prostu lepsze albo przynajmniej równie dobre. Może tak. Natomiast ja w przypadku „Obcego” widzę regres i w dodatku ta moja nieznośna maniera, żeby pewne rzeczy analizować od strony niefantastycznej również mi nie pomaga w akceptacji. Kiedy analizowałem, z jakich przyczyn kolejne odsłony „Obcych” powstawały, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że odgrywały tam sporą rolę względy techniczne, względy związane z bohaterką. Na początku to Sigourney Weaver, która tam starzała się i kolejne dokręcanie kolejnych części bywało problematyczne, w związku z czym zniknęła. I tak dalej. Metoda robienia filmów przez Hollywood, aczkolwiek gdzieś na początku tej audycji chwalona przeze mnie, nie da się ukryć, że oni wiedzą, jak robić filmy, które przykuwają widza do fotela w kinie czy do ekranu. Jednak stosują zabiegi, które wychodzą na wierzch i człowiek zaczyna się zastanawiać. Ja rozumiem, że pewne rzeczy się zmieniają. Powiem tak, żeby nie mieszać, bo wspomniałeś o „Mandalorianie” i „Gwiezdnych wojnach”. Przynajmniej jak już w „Mandalorianie”, a później w kontynuacji, w „Księdze Boby Fett” pojawia się Luke Skywalker, to przynajmniej jest podobny do pierwowzoru z lat 70. To też jest jakaś zaleta. Trzeba trochę było wysiłku zrobić. Może jest aktorem, który trochę w sposób drewniany gra, ale przynajmniej jest podobny. W tego rodzaju filmach, które są filmami widowiskowymi, ten aspekt widowiskowości, pewnej wiarygodności odgrywa znaczenie. To nie jest w końcu jakiś tasiemiec, opera mydlana, w której dostajemy komunikat, że od dzisiaj rolę tego bohatera odgrywa inny aktor, ponieważ nie przedłużyliśmy z nim kontraktu. Od filmu tego rodzaju science fiction wymagamy pewnej iluzji, pewnego świata magii, magii kinowej. Mam wrażenie, że w tych „Obcych” jest coraz mniej tej magii, coraz więcej produkcji. Tyle. Dziękuję.
[51:28] - Dzięki. Obce ogólnie to jest taka seria bardzo przewidywalna, bo tam mamy zwykle bardzo podobny schemat. Mamy kobietę, bohaterkę główną, zwykle charyzmatyczną, wyróżniającą się. I taka była Ripley i taka była dr Shaw. Niestety zupełnie nie wyszło to bohaterce w ostatniej części granej przez Katherine Waterston, która jest bezbarwna zupełnie i popsuła ten film moim zdaniem. Plusem „Przymierza” według mnie jest to, że pokazują w jakiś sposób genezę ksenomorfa. Tego, jak on powstał, jak ewoluuje. Można się pewnych rzeczy domyślić, skąd on te swoje cechy nadludzkie bierze. Ale to też nie jest tak, że ten film jest zupełnie zły i do kosza i koniec, nie należy go oglądać. Nie, ma jakieś tam swoje plusy, natomiast nudny jest moim zdaniem. Znudził mnie osobiście. Jedynym takim wyróżniającym się aktorem jest oczywiście David, czyli Michael Fassbender, którego zawsze się dobrze ogląda. Pamiętam taką scenę z „Prometeusza”, jak mu chyba głowa odpadła i została, i prosił doktor Shaw, żeby go przymocowała, to polecą i dadzą w ciry tym złym tytanom. Arku, a tak trzy słowa jeszcze o tej serii o „Obcych”.
[53:06] - Ja osobiście wymiękłem w sumie po pierwszym. Ten pierwszy, podobnie jak Marek, niestety, ale nic z tych filmów nie przykuło mojej uwagi na tyle, żebym zapamiętał. Co zapamiętałem z następnych „Obcych”? Ganianie po piwnicach z miotaczem płomieni. I chyba to wszystko. Natomiast jest taki film „Predator kontra Obcy” i ten film bardziej przykuwa już do siebie. Może dlatego, że się rozgrywa pod lodami Antarktydy, gdzie oczywiście są piramidy, czyli też coś, co lubię i na to jeszcze miłym okiem popatrzyłem. Natomiast nie jestem w stanie przebrnąć. O ile filmy typu „Rekinado” czy jakieś jeszcze tego typu obejrzę już z takim zamiarem, że jest po prostu śmieszniej, wyszukuje się właśnie takie momenty, które są tak głupie, że aż śmieszne. W filmach o „Obcych” jedynie mogę sobie głęboko wziąć oddech i po prostu zmienić kanał czy wyjść z kina.Po prostu nie jest to interesujące. Tyle mogę powiedzieć.
[54:49] - Schemat się trochę zużył, nie oszukujmy się. Natomiast Obcy w sferze symbolicznej był też odniesieniem albo wyrazem lęków związanych z życiem pozaziemskim, z tym, że znajdziemy tam coś, co niekoniecznie jest nie tylko przyjazne, ale również totalnie zabójcze. W tej sferze symbolicznej, związanej z naszymi rozważaniami na temat astrobiologii, życia pozaziemskiego, niebezpieczeństwa z tym związanego, może rzeczywiście jakieś prawdy czy przesłania zawiera. Ale też jestem zdania, że mimo wszystko mocno to się nam zużyło. Nie wykluczam jednak, że znajdzie się kiedyś sposób na rozkręcenie tej historii na nowo. Marku, chciałeś coś dodać jeszcze?
[55:52] - Arek powiedział o ważnej rzeczy. Tak niestety z kinem jest. Mówił o filmie „Alien vs. Predator”. Te piramidy pod lodami Antarktyki. I to jest ten paradoks, że ja czytałem kiedyś całą listę głupot, które w tym filmie się znalazły. Nawet nie pamiętam, bo mówiąc szczerze nie przywiązywałem do tego większej wagi, bo ten film miał być może wśród wielu takich głupot, zostańmy przy tym słowie, które rzeczywiście się tam mogły trafić, nawet nie weryfikowałem, miał jedną zasadniczą zaletę: był widowiskowy. Zawierał w sobie ten element, nazwijmy go hollywoodzki. Ten element hollywoodzki zawierał, który sprawiał, że przykuwał widza i mógł być niekonsekwentny, mógł być głupawy, mógł być taki, śmaki czy owaki. Jednak widz zostawał przy tym kinie, bo tak był ten obraz zrobiony, że przyciągał. I jeśli nawet był przewidywalny, bo hollywoodzkie filmy, nie ukrywajmy, one są przewidywalne, szczególnie te z głównego nurtu. Tam pewien schemat pisania scenariusza jest oczywisty i dla kogoś, kto sobie te rzeczy analizował, a później analizował je również teoretycznie, to jest oczywiste, jak pewne rzeczy się skończą. Tam oczywiście pewne szczegóły mogą zaskoczyć zawsze, ale pewien ogólny schemat jest znany. To musi tak, a nie inaczej. To i tak nie przeszkadza, że film jest albo widowiskowy, albo niewidowiskowy. Ja podzielam zdanie Arka, że na tle kolejnych odsłon „Obcego” to film schłostany, schlastany, po prostu suchej nitki nie zostawiono na „Alien vs. Predator”. Niemniej jednak się oglądało. Może ta dyskusja zabrnęła nie w te rejony, bo my zaczynamy w tej chwili rozmawiać o widowiskowości kina. A może to nie o to chodzi? Może powinniśmy zacząć rozmawiać o pewnym przekazie tego kina.
[58:24] - Dziękuję. Przypominamy, że dzisiaj rozmawiamy w debatach ufologicznych o filmach, o Obcych, o UFO. Tych, które warto obejrzeć i o tych, których nie warto. Obiecuję, że już przechodzimy do konkretów, bo żeśmy się rozgadali. Cały czas nam wysyłacie propozycje swoje. Co wam się podobało, z czym wiążą się jakieś wasze sentymenty kinowe. Ale jeżeli już, panowie, poruszyliśmy temat naszych obaw o to, jak będą kosmici wyglądać i czy nas mogą zjeść, czy możemy się od nich czymś zarazić, to może pociągnijmy to. Takich filmów science fiction, które wykorzystują nasz strach przed przestrzenią kosmiczną, jest mnóstwo. Było mnóstwo. W ostatnich latach pojawiło się kilka nowości, na które warto zwrócić uwagę. Przypomina mi się taki film „Żona astronauty” bodajże z Johnnym Deppem. To już staroć. Natomiast tam został wykorzystany motyw, który się potem powtarzał. Leci sobie kosmonauta, przywozi coś z kosmosu, co go potem zżera. Tak było w „Żonie astronauty”, że on przywiózł coś, co zmieniało jego psychikę i tak dalej. Pewnie znacie ten film, bo jak powiedziałem, już jest mocno otrzaskany. Natomiast potem podobny wątek, chociaż już w bardzo biologicznym zakresie, wykorzystały inne filmy. Ja bym tu chciał zwrócić uwagę na „Apollo 18”. To był film, z którym wiązałem ogromne nadzieje, dlatego że kiedy wyszły zapowiedzi, to człowiek się napalił. To musi być coś mocnego. Jakaś skrywana tajemnica NASA, tajemnica Księżyca. Obcy na Księżycu. O rany, pomyślałem, co to może być? Niestety się zawiodłem. Zawiodłem się dlatego, że film był nudny, ogólnie rzecz biorąc. Nie wiem dlaczego, ale nie jestem wielkim fanem filmów, w których pojawiają się jakieś mordercze robaki czy mordercze stawonogi, czy jakieś inne dziwne, proste formy życia.W formie bakterii, grzybów, wirusów, które zakażają załogę i ona sobie powoli umiera. Pomimo wszystko to jest bardzo przewidywalne. Pomysł ten próbowano reanimować w filmie "Life" z 2017 roku, gdzie załoga misji kosmicznej odkrywa robaka, który potem sprawia wiele kłopotu. Pewnie też kojarzycie ten film. Do czego zmierzam? W roku 2020 trafił do kin film "Sputnik". Film rosyjski i muszę powiedzieć, że dobry. Chociaż opiera się na wątku, o którym mówiłem, to mimo wszystko robi wrażenie. To jest połączenie filmu "Life" z serią o obcych. Leci kosmonauta ruski w kosmos i przywozi stamtąd pasażera na gapę. Kosmonauta jest potem zamknięty w ośrodku, gdzie badają to, co z niego wyłazi. Próbują też określić, czym to coś się żywi. Film jest bardzo klimatyczny. Film jest zrobiony naprawdę dobrze jak na kino rosyjskie, o którym jeszcze może za chwilę coś powiemy, ale ma też swoje mankamenty. Na przykład nie dowiadujemy się w zasadzie, skąd się ten symbiont, jak oni go określają, wziął i co on właściwie na orbicie robił. Mimo wszystko obejrzeć warto. Panowie, jakieś trzy słowa na temat tych filmów, które wykorzystują nasz lęk przed eksploracją kosmosu, przed tym, co może czekać astronautów gdzieś po drugiej stronie Księżyca. Arku?
[01:03:02] - Sam pomysł nie jest nic niewarty, dlatego że Amerykanie, gdy wracali z misji Apollo, przechodzili okres karencji. Siedzieli zamknięci właśnie w obawie przed infekcjami lub drobnoustrojami, które mogliby przywieźć z Księżyca. O tym nikt nie mógł myśleć. W tej chwili wiadomo, że baza księżycowa ISIS słynna też nie jest do końca taka sterylna, jakby się wydawało, bo wykwity na oknach się pojawiają, których nie powinno być. Z trzeciej strony doświadczenia biologiczne, które są robione na stacji kosmicznej, niekoniecznie muszą iść w dobrą stronę, dlatego że mutacje DNA powoduje między innymi promieniowanie jonizujące. A więc w kosmosie może dochodzić do tego, że ze zwykłej muszki owocowej zrobi się robak, który drąży człowieka albo będzie zostawiał w nim swoje jajeczka. Chociaż takie owady też są na Ziemi. Niemniej jednak gdyby to wróciło z kosmosu w takiej formie, być może jest się czego obawiać i te filmy nie są takie bez sensu, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. To wcale nie oznacza, że gdzieś w kosmosie spotkamy mikropa, który przeźrze się niepostrzeżenie przez obudowę, tylko sami go tam zawieziemy, może tam zmutować i możemy z nim wrócić. Oprócz tego wszystkiego nie jesteśmy pewni, czy Księżyc, który wiadomo, jest dziurawy w środku, czy tam nie ma podobnego życia jak u zarania dziejów było na Ziemi, tylko w innej formie. Hipoteza panspermii obowiązuje też i w tę stronę. To znaczy w miejscach całkowicie zacienionych od promieniowania kosmicznego mogą być mikroby, które mogą przybyć na Ziemię i nas tutaj zdominować. Jest taka możliwość i te filmy, które o tym opowiadają w lepszej lub nieco gorszej formie, nie są pozbawione sensu. W kinie amerykańskim to już było od dłuższego czasu preferowane. Preferowane były filmy na ten temat, że coś stamtąd wraca. Nawet Marvel w „Spider-Manie” miał coś takiego, że kosmonauci przywożą coś z kosmosu i to ma złe działanie na ludzi. Jest właśnie „Żona astronauty", ale znacznie wcześniej, w latach 70. z tego, co pamiętam, był podobny film, który mówił o
[01:06:41] - Jakimś kosmicznym satelicie wysłanym przez Ziemię, który miał dokonać badań biologicznych. Na nim dokonało się na tyle skuteczne badanie, że po powrocie na Ziemię i po otworzeniu tego wszystkiego skutecznie zniszczył podziemną bazę badawczą Pentagonu. Takie filmy są przez cały czas w jakiś sposób pokazywane. To jest jakaś historia. Fajna. Dziękuję.
[01:07:21] - Dziękuję. Ja was zachęcam do zadawania pytań, dlatego że dzisiaj zbieramy pytania, na które odpowiemy zapewne w debacie pod tytułem „Pytania niezadane”. To jest taki format, który znacie z poprzednich lat. Tam się odnosimy do wszystkich tych kwestii, na które wam nie zdążyliśmy odpowiedzieć w czasie audycji na żywo. Przypominam po raz kolejny, że dzisiaj omawiamy filmy dobre i złe, które warto sobie obejrzeć potem któregoś wieczora, kiedy nie mamy co robić. Dzisiaj Halloween, jak mówią niektórzy, także dobra pora na snucie takich strasznych opowieści i oglądanie strasznych filmów. Tutaj jeszcze ktoś pytał o tego „Sputnika”. „Sputnik” to jest polska nazwa tego filmu. Rok 2020. Jegor Abramienko. Myślę, że można ten film polecić, dlatego że mnie się naprawdę podobał. Jak na kino rosyjskie jest to naprawdę dobra produkcja. A kino rosyjskie to nowe charakteryzuje się strasznym rozbuchaniem. Oglądałem wiele produkcji rosyjskich, głównie horrorów. To jest nie do przyjęcia dla zwykłego człowieka. To jest połączenie wszystkich wątków i te filmy są tak rozbudowane, mają tak ogromną ilość efektów specjalnych i czerpią garściami z kina europejskiego i zachodniego. Mieszają to wszystko i wychodzi kompletne pomieszanie z poplątaniem. Pamiętam kilka, na przykład ten film się chyba nazywał „Baba Jaga” jeden. Drugi był o jakimś piaskowym dziadku, który się wkradał w sny ludzi. Okropności. Stanowczo nie polecam. Nie, że teraz jest moda na plucie na Rosję i tak dalej, ale naprawdę to są złe produkcje w większości i szkoda na to czasu i zachodu. Ale „Sputnika” polecam, naprawdę dobry. Gra tam taka aktorka, która się pojawiła potem w filmie o Czarnobylu, który był na Netflixie. „Cień Czarnobyla” to się nazywało. Oksana Akinshina. Bardzo jej to wyszło. Naprawdę w „Sputniku” wciela się w rolę lekarki, takiej niepokornej, która się stara wyjaśnić całą sprawę, a przy okazji nie zamęczyć tego astronauty, w którym to coś się zalęgło. Ale Marku, powracając do tych tematów związanych z naszym strachem przed przestrzenią kosmiczną i tym, co może w niej być, czy miałbyś coś do dodania?
[01:10:08] - Chciałbym powiedzieć, ten film, o którym Arek wspominał z lat 70. Ten satelita, który nam tu ściągnął coś paskudnego, to był film zrobiony na podstawie jednej z wcześniejszych powieści Michaela Crichtona „Andromeda znaczy śmierć”. Pamiętam sam w latach 70. w Studiu 2 ten film był nadawany, przeżywało go się, to laboratorium podziemne i tak dalej. Ta historia ma też nowszą wersję. Wydaje mi się, że już w nowym wieku został nakręcony taki dwuczęściowy film pod tym samym tytułem „Andromeda znaczy śmierć”. Efekty oczywiście były lepsze. Czy sama historia była lepsza? Była inna. Już była troszeczkę mniej związana z historią opowiedzianą w powieści. W ogóle te historie, czy to „Apollo 18”, ja aż tak bardzo się nie wynudziłem na tym „Apollo 18”. Czekałem, jak to się skończy. Może takie to niezdrowe, że czekałem, jak ich tam to wykończy wszystko, ale usiłuję sobie w tej chwili przypomnieć, bo poza „Żoną astronauty” był jeszcze z kolei taki film bardziej horrorowaty niż science fictionowy, że to kobieta była nośnikiem tego obcego życia. I za cholerę sobie nie mogę przypomnieć tego tytułu. On oczywiście miał później kontynuację. Była jedynka, dwójka, trójka. Nie wiem, czy kolejne części, już nie dotrwałem do kolejnych i nie mogę sobie przypomnieć tego tytułu. No trudno. W każdym razie ja powiem tak: to jest dosyć ciekawe, te mikroby. Właściwie temat ciągnięty od złotej ery science fiction, jeszcze przed filmami, w literaturze obecny. Kiedyś tu przywoływałem w debatach ufologicznych takie opowiadanie, w którym się pojawiają właściwie drobnoustroje, które w masie tworzą coś rozumnego. Pamiętam co prawda, jak się nazywała planeta, z której przybyły te istoty, takie drobne, które tworzyły coś w rodzaju takiego zielonego śluzu. Planeta się nazywała Glantok, ale za to nie pamiętam tytułu opowiadania. Jedno jest pewne: „W stronę czwartego wymiaru” nazywała się książka wydana w latach 50., a opowiadania i tak nie pamiętam. W każdym bądź razie ten temat takich drobnychNazwijmy to sobie żuczkami. Drobnych żuczków, które gdzieś tam się pojawiają, czy to w postaci naprawdę mikro, czyli drobnoustrojów, czy troszeczkę większych robaczków, robalków. To jest temat w ogóle nośny. Poruszał go znowu mistrz Lem w „Niezwyciężonym” tam się to pojawiało. Co prawda takie robale były bardziej mechaniczne, elektroniczne czy jakkolwiek to nazwiemy. Takich historii, gdzie coś drobnego się pojawia, jest całkiem sporo. Na ile one są wiarygodne? A może właśnie one są wiarygodne? Może cywilizacje, jak cywilizacje, ale rozum oparty nie o pojedynczą istotę, a o pamięć masową, zbiorową. Troszeczkę takie myślące mrowisko. Może to jest koncepcja wcale nie taka głupia, jak się wydaje na początku. My oczywiście antropomorfizujemy wszystko, co gdzieś tam przybywa do nas, bo sami jesteśmy, jacy jesteśmy, ale może nie da się wykluczyć tego, że to, co do nas przybywa, jest jednak takie nie ludzkie i zupełnie inaczej ten rozum się ukształtował. Dlatego też filmy tego rodzaju, właśnie odwołujące się do takich, zostanę przy tym określeniu, żuczków, wydają mi się interesujące. Żeby tak jeszcze odskoczyć troszeczkę. Z nieba przybywają do nas sami wrogowie, bo przypomnę klasyczny już horror, film grozy w kilku wydaniach: „Blob” i „Blob zabójca”. To też takie coś galaretowate przybyło i siało spustoszenie. Chyba ze dwa wydania, przynajmniej dwie wersje tego filmu „Blob” czy „Blob zabójca” pojawiały się w różnych tłumaczeniach. To też jest jakiś rodzaj inwazji, która może się pojawić. Może mało rozumna akurat w przypadku Bloba, ale jednak się pojawia. Fantazja ludzka nie zna granic i co do tego jesteśmy chyba wszyscy zgodni. Ja bym jednak przeszedł do tych filmów o UFO.
[01:15:44] - Masz rację, powinniśmy. Ja jeszcze dodam, bo tutaj cały czas napływają podpowiedzi od naszych słuchaczy, że ten film, o którym mówiłeś, którego sobie nie możesz przypomnieć, to „Gatunek”, który miał kilka części.
[01:16:01] - Dokładnie. Bardzo dziękuję.
[01:16:04] - Ktoś jeszcze tutaj mówił, żeby do tych filmów o naszym lęku przed przestrzenią kosmiczną i przed złymi rzeczami, które mogą astronautów spotkać, należy dodać „Raport Europy”. To też jest ciekawy film, ale to jest kino już raczej chyba troszeczkę, nie chcę powiedzieć klasy B, ale mimo wszystko znośne. Marku, czy mógłbyś przypomnieć kontakty do Radia Paranormalium? Ja tylko chcę przypomnieć jeszcze, że możecie dzielić się z nami swoimi relacjami na temat dziwnych zdarzeń, spotkań z UFO, zasłyszanych relacji. Czekamy też na wasze pytania. Pod tą audycją na YouTubie będą podane kontakty do nas. Jeżeli ktoś chciałby napisać do któregoś z gości audycji, to zachęcamy. Powoli przechodzimy do sedna. Będziemy brać na tapetę kolejne filmy. Troszeczkę nam się ta audycja rozjeżdża, ale dzisiaj taki był zamysł, żeby nie do końca zachowywać ciąg, jak w debatach ufologicznych mamy zwykle. Marku, proszę o przypomnienie kontaktów.
[01:17:25] - Dzisiaj komentarze drogą tekstową odbieramy od państwa na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube, bo mamy dwa kanały na YouTube. Ten główny i ten drugi służący do retransmitowania sygnału z serwera radiowego. Tam też można czatować w czasie, gdy na głównym kanale nic się na żywo nie odbywa. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu, jeżeli ktoś jeszcze korzysta z tego komunikatora. Widzę, że korzystają. Dzisiaj jakieś trzy zaproszenia widziałem do znajomych i jakieś komentarze też się pojawiały. Co prawda nie w temacie audycji, ale jednak. Jeżeli ktoś korzysta jeszcze ze starego dobrego GG, to zapraszamy pod numer 36 08 80 02. Można także do nas pisać na naszym kanale na Telegramie. Przez fanpage Radia Paranormalium na Facebooku również odbieramy wiadomości, a jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[01:18:54] - Dziękuję. Jak już mówiłem, w poprzednich seriach debat odnosiliśmy się też do filmówCzęsto wspominaliśmy o "Z Archiwum X" na przykład i tak dalej. Ale rzadko zdarzało się tak, że pojawiały się filmy, które nas w jakiś sposób inspirowały do nagrania kolejnej audycji. Jednym z takich filmów był oczywiście "Nowy początek", "Arrival". Tam żeśmy go rozebrali na czynniki pierwsze, on się potem pojawiał też w innych audycjach. Natomiast teraz się pojawił drugi film, który nas na różne sposoby inspiruje. I to jest nowość. To jest film "Nie" albo "Nope" z tego roku. On całkiem niedawno gościł w kinach. Co ciekawe, chciałem się na niego wybrać, ale nie było mi to dane. Okazało się, że grali go tylko o godzinie 21:00. Pewnie bym tam usnął już, ale i tak go obejrzałem potem dwa razy. Żałuję tego, że nie widziałem go w kinie, dlatego, że dużym plusem w tym filmie są efekty dźwiękowe. One budują strasznie napięcie. Ale o czym mowa? Jeżeli ktoś nie chce słuchać o "Nope", to niech na jakiś czas zatka uszy, bo troszeczkę o nim powiemy, ale niedużo. Problem jest taki, że ten film jest na tyle nieskomplikowany, że w zasadzie jak powiemy jedno zdanie, to już będziecie wszystko wiedzieć. Także jak ktoś chce, to nie musi słuchać przez kilka sekund. Otóż tak. Jest to film, który naprawdę robi wrażenie. Przede wszystkim kunszt, drobiazg, jakość wykonania, gra aktorska, dźwięk, widowisko. Naprawdę warto. Poza tym jest dość prosty, dlatego, że opiera się o koncepcję tak zwanego żywego UFO. I to jest straszny spoiler, co właśnie powiedziałem. Więcej już o tym, co się tam w tym filmie dzieje, wam nie powiem. Oprócz tego, że historia się rozgrywa w pobliżu Hollywood. Mamy parę rodzeństwa, którzy dziedziczą stadninę koni, które są wykorzystywane w filmach. Okazuje się, że ich ojciec ginie w wyniku dziwnego incydentu. Zostaje zabity przez opadające jakieś śmieci z samolotu prawdopodobnie. Ale wkrótce okazuje się, że nad ich ranczem mieszka coś. To coś mieszka sobie w chmurze. I oni dochodzą do wniosku, że jeżeli to coś nagrają, to zyskają nie tylko sławę, ale też i pieniądze, które im pozwolą trochę reanimować ten upadający rodzinny biznes. To czarnoskóre rodzeństwo wkrótce werbuje do pomocy miejscowego technika, ale okazuje się też, że pod koniec filmu przychodzi im z pomocą pewien bardzo znany kamerzysta. Operator, przepraszam. I tak jak powiedziałem, ten film, jeżeli chodzi o scenariusz, to on jest bardzo prosty. Natomiast jest to też film, w którym zawarto bardzo dużo symboli, odniesień także do naszej kultury. Bo to coś, co tam fruwa i co oni próbują sfotografować i co okazuje się bardzo niebezpieczne, jest taką metaforą według wielu tutaj komentujących naszej kultury, w której żyjemy, że jesteśmy wsysani. Może nie wszyscy, ale odbiorcy są wsysani przez coś, a potem wypluwani. I to nie chodzi wcale o show biznes, ale chodzi o media społecznościowe. To sobie możecie sprawdzić na własnej skórze. Natomiast sam film rzeczywiście jest bardzo, może nie aż tak bardzo wciągający jak inne produkcje. Bo muszę powiedzieć, że spodziewałem się momentami czegoś więcej, natomiast rzeczywiście był w stanie mnie zaskoczyć. Tylko że jak mówię, przygotujcie się na dużą dozę tej symboliki i trzeba się przygotować, aby rozpatrywać ten obraz właśnie pod tym kątem. Także "Nope". Żywe UFO, jak powiedziałem, czyli coś, co będziemy omawiać prawdopodobnie w którejś z kolejnych debat. Pokazuje nam, że do tematu UFO można podejść jeszcze na wiele nowych, świeżych sposobów. Marku, w jaki sposób oceniasz dzieło Jordana Peele'go?
[01:23:44] - Znowu na dwóch płaszczyznach. To znaczy, jeśli chodzi o pewną koncepcję, to był film, który był interesujący. To był film, którego kilka scen na pewno zostanie ze mną. Taka banalna rzecz to odkrycie, że pewna chmura cały czas jest w jednym miejscu. Inne się przesuwają, a ta cały czas jest w tym samym miejscu. Powiem tak, skojarzyło mi się z czymś takim, że dzisiaj ludzie coraz rzadziej patrzą w niebo. I sądzę, że takie żywe UFO czy też jakiekolwiek inne UFO, czy też jakaś chmura mogłaby wisieć bardzo długo w jednym miejscu i nikt by tego po prostu nie zauważył. To taka refleksja ogólnej natury. To wydało mi się ciekawe. Pewne elementy, ale ja powtarzam, jestem prostym oglądaczem. Gdzież mi tam do jakiegoś oceniania filmów. Ja się po prostu na tym nie znam. Oceniam jak szary widz, zjadacz filmów. Niektóre sceny wydawały mi się przeciągnięte.Okej, być może tu sporą rolę odgrywa symbolika, o której wspomniałeś, Piotrze. Nie do końca. Być może to wynika z mojej konstrukcji psychicznej. Ja jednak kino traktuję jako miejsce, w którym oczekuję rozrywki. Należy mi się i w związku z tym oczekuję, że ma być. Tu jednak są pewne sceny pociągnięte tak, że trzeba w nich szukać czegoś i ktoś powie: „Tak, ale jakby z kolei tych scen nie było, to byś narzekał, że nie ma głębi w tym filmie”. Pewnie tu trochę racji jest i w związku z tym ja bym nie traktował do końca tego mojego czepiania się poważnie. Natomiast zdecydowanie ten film wydał mi się interesujący. Przełamuje pewne schematy i przyjęte przekonania, że UFO to są małe, zielone tudzież szare z wielkimi oczami i to właściwie wyczerpuje temat. Wiadomo, obcy przylecieli. Tu jest inna propozycja i ja sądzę, że skoro ona była w stanie mnie w jakiś sposób przyciągnąć, zainteresować, to się zastanawiam, czy ludzie przyzwyczajeni do koncepcji małych, zielonych, szarych czy też szarych z wielkimi oczami nie będą rozczarowani. Tak to jest z publicznością w wielu wypadkach, że ona oczekuje jeszcze raz tego samego. Czy tego rodzaju odwrócenie, przeskoczenie w ogóle zainteresuje tak zwaną szerszą publiczność? Bo to, że zainteresuje osoby, które o UFO chcą się czegoś dowiedzieć, są spragnione nawet tego, żeby jakaś nowa koncepcja pojawiła się, przynajmniej pod rozwagę została wzięta, to te wszystkie osoby przyjmą ten film z zainteresowaniem. Tak, to na pewno tak jest, ale przynajmniej jakiś materiał do przemyślenia jak u Sztyrlica jest, do rozważenia, do przetrawienia i to myślę jest cenne. Tylko zastanawiam się, czy na przykład na odbiór tego filmu, na to, że on nie stał się jednak hitem kasowym, nie wpłynęło to, że on proponuje coś innego, a publiczność chciałaby to samo. I pytanie, czy powinniśmy się tym przejmować. To znaczy, czy to jest ważne? Ja myślę, że z punktu widzenia producenta to jest ważne. I tu stajemy oko w oko z takim paradoksem, że z jednej strony Hollywood chciałoby pokazywać rzeczy nowe, ale jak pokazuje, to czasami natrafia na mur. Mur polegający właśnie na tym, co powiedziałem, że część publiczności chciałaby jeszcze raz tego samego, a nie czegoś nowego. Czegoś, co burzy stare przekonania. Ja nie robiłem żadnych badań, nie wiem, jak jest, ale mam takie głębokie przekonanie, że jak rzucimy hasło „UFO” wśród ludzi, których ten temat w ogóle nie interesuje, to to, co powiedziałem na początku, czyli małe albo szare, znaczy małe, zielone albo szare z wielkimi oczami, to to się kojarzy z UFO. A jakiś stwór, który mieszka w chmurze i robi to, co robi, już nie będę spoilerował, to jakieś takie dziwne jest. I to, co dla jednych będzie zaletą, dla innych może okazać się wadą. Jeśli miałbym refleksję na temat tego filmu, to właśnie takie. Podsumowując, pomimo pewnych mielizn z mojego tylko punktu widzenia, podkreślam, takich niehollywoodzkich, to ten film wydał mi się interesujący i jeśli nawet od czasu do czasu czułem upływ czasu, znaczy patrzyłem, żeby ten film troszkę dalej do przodu sunął, to jednak jak się skończył, byłem zadowolony, że go obejrzałem. To myślę, w sumie dobra recenzja dla kina. Dziękuję.
[01:29:42] - Dziękuję. To ja tutaj dodam taką ciekawostkę, nawet dwie. Niedawno ukazał się taki film „Zbrodnie przyszłości” Cronenberga. Ja go recenzowałem w listopadowym wydaniu „Nieznanego Świata”. Tam piszę recenzje filmowe. I oczywiście to też nie jest tak, że tutaj o tych filmach dyskutujemy z niczego. Każdy z nas odbiera to na różnych poziomach. My musimy też patrzeć na to, co piszą krytycy i tak dalej, a czasami najlepiej spojrzeć na coś z perspektywy zwykłego widza. Ale to jest inna rzecz. I to „Zbrodnie przyszłości” to jest takie twarde science fiction, prawda, Marku? Bardzo twarde. Body horror. Na pierwszy rzut oka film z tych, które wiesz, że będą przede wszystkim miały głębię, a nie będą miały co do pokazania. I ja, jak mówisz, podchodziłem do pisania tej recenzji, oglądałem te „Zbrodnie przyszłości” przez trzy tygodnie. Tak, przez trzy tygodnie oglądałem „Zbrodnie przyszłości”, obejrzałem pierwszy raz. I za bardzo nie wiedziałem, co tam mam napisać. Ale że Cronenberg i że to jest bardzo symboliczne, to postanowiłem się za to zabrać. Film był tak wciągający, że przez 21 dni średnio co 10 minut jak sobie go włączałem na nocPokimałem i usypiałem po prostu. I dopiero po tych trzech tygodniach byłem w stanie dotrzeć do tej ostatniej sceny i zrozumieć go w pełni. Nikt mi nie powie, że się z nim nie zapoznałem, ale mimo wszystko go polecam, dlatego że to jest film dość wstrząsający i to jest film z tych gatunków, które nam mówią dużo o naszej kulturze, popkulturze, naszych obecnych nawykach. Nie każdy to lubi. Są osoby, które idą do kina i chcą rozrywki. Ja też tak do tego podchodzę. Chcę po prostu na chwilę przenieść się w ten świat. Niektóre filmy męczą, „Zbrodnie przyszłości” też męczą, natomiast w jakiś sposób pobudzają do myślenia. Tym bardziej że to nie jest byle jaka produkcja, ale o tym będziemy jeszcze, mam nadzieję, mówić. „Nope” jest takim filmem bardzo specyficznym, dlatego że on jest wyreżyserowany przez czarnoskórego reżysera i skupia się też w jakiś sposób na tych rasowych problemach. I kiedy sobie przeglądałem komentarze różnego rodzaju amerykańskich publicystów, bo oni mają tam parcie na te kwestie rasowe, nie chcę być złośliwy, natomiast tam były jakieś takie sugestie, że to jest w ogóle historia niewolnictwa i tak dalej, że ten obiekt to jest symbolem statku, który przywoził niewolników. Rozumiem, że można sobie odczytywać to dzieło, jak się chce, ale czasami ta nadpoprawność polityczna sprawia, że dochodzimy do groteski. Nie to, że jak mówię, nie jestem złośliwy, nie chcę tego potępiać. Natomiast jeżeli sobie poczytacie, co pisano o tym filmie, to można mieć takie mieszane uczucia. Niemniej jednak jest on fajny. Jest fajny i jest podobny troszeczkę do innych dzieł tego reżysera, takich jak „Get Out”, czyli „Uciekaj”. Nawet gra ten sam aktor, czyli Daniel Kaluuya. Także polecam. Co was może w „Nope” jeszcze rozczarować? Nie do końca czytelna dla wszystkich pierwsza scena, ale to inna rzecz. Arku, co byś jeszcze dodał tutaj ze swojej perspektywy do tematu żywego UFO i „Nope’a”?
[01:33:59] - Film bardzo ciekawie się zaczyna. Ten pomysł z tą chmurą i tą właśnie tajemniczością, chowaniem, w sumie ukryciem się w chmurze jest bardzo fajny. Sam przebieg akcji również jest jak najbardziej na dzisiejsze czasy, czyli właśnie takie parcie na szkło, które w sumie tak naprawdę subiektywnie każde działanie, intencje jest pozytywne dla osoby. Dlatego subiektywne. I tam tak właśnie jest. Za wszelką cenę trzeba zrobić zdjęcie, bez względu na koszty, możliwość utraty życia. Najważniejsze jest zdjęcie, żeby właśnie tak jak powiedziałeś, mieć pieniądze na łatwiejsze życie. Co mnie rozczarowuje w tym filmie? Końcówka w sumie. Ten film wygląda tak, jakby składał się z dwóch scenariuszy. Jeden taki właśnie bardzo interesujący, ciekawy, w pewien sposób nowatorski. Druga część to taka bardziej starająca się być bardziej widowiskową. Jest bardziej trochę według mnie żenująca niż widowiskowa. Ale to jest moje takie zwykłego oglądacza wrażenie. Może Marek wyjaśni, o co chodzi z tym szympansem i z tym właśnie podaniem ręki dla tego małego chłopca. Staram się mówić zagadkowo, żeby nie wyjaśniać całej sprawy. Może to wyjaśnienie by było, bo jakoś nie mogę tego rozkminić. Po co w ogóle włączać to wszystko w ten film? Ten film bez tego byłby równie ciekawy i fajny. Ale to jest już chyba kwestia bardziej filozoficzna lub po prostu artystyczna. Dziękuję.
[01:36:31] - Dziękujemy. Czyli tak: „Nope”. Nie wiem, panowie, jak go cenicie. Ja bym dał sześć gwiazdek na 10. Marku?
[01:36:43] - Nie wiem. Ja nie jestem zwolennikiem systemu gwiazdkowego. Powiem tylko tak à propos tego szympansa i w ogóle tego ataku agresji. Może to jest próba, ale wiem, że trochę dorabiam filozofię do kawałka ciała. Zresztą w tym filmie mam wrażenie, że to jest robione, nie tylko ja teraz będę robił, ale w tym filmie troszeczkę tak jest. A w tych ocenach, o których mówił Piotr, to już w ogóle to jest dorabianie filozofii właśnie do kawałka ciała, do kawałka filmu.To o tym statku niewolników i tak dalej. Być może ta scena z szympansem, odwołanie się do wydarzeń, które miały miejsce jakiś czas wcześniej, to jest kwestia braku możliwości porozumienia. Można to interpretować, skoro można było wrecenzję czy w oceny, czy w interpretację tego filmu wstawiać statki niewolnicze i można wstawić brak porozumienia. Mnie troszeczkę na końcu też jeszcze przeszkadzało, ale to może dla innych być akurat plus. To UFO już się tak później rozwija, to żywe UFO już się tak później z tej prostej formy rozwija w tak widowiskowe, ale tu wstawiam to widowiskowe w cudzysłów, w tak widowiskowe monstrum rozbudowane. Ja rozumiem, że film musi być widowiskowy, sam to postuluję, ale ja zastanawiałem się, czy o taką widowiskowość chodzi.
[01:38:28] - Wiesz co, mnie się wydawało, że to UFO się po prostu rozpruło, bo połknęło drut kolczasty.
[01:38:35] - No tak.
[01:38:36] - Nie jestem pewien tego, ale tak mi się wydawało.
[01:38:40] - Właśnie. Ja też nie jestem pewien. Ono jednak później się jakoś tak zwinęło, także nie wiem, trudno to jest interpretować i to akurat nie jest może najgorsza cecha tego filmu, że tam interpretacje pozostają otwarte. Natomiast nie wiem, chyba najlepsze z tego filmu jest to, że się pojawia coś, nawet nie było dla mnie zupełnie nowe, ale jakaś taka koncepcja zaskakująca. Bo sam sposób zrobienia tego filmu jest taki, że na początku dostajemy takie obrazy migawkowe, coś przemyka pomiędzy chmurami myk, myk. Ewidentnie UFO. A wyjaśnienie, które otrzymujemy zaskakuje. Dzisiaj naszych słuchaczy nie zaskoczy, bo właśnie im opowiadamy film. To grzech straszliwy, ale Piotr uprzedził, żeby jednak nie słuchać pewnych rzeczy. Jednak pewne zaskoczenie występuje i to jest duża zaleta tego filmu. Arek powiedział o tym szympansie, Piotr powiedział o tym rozpruciu albo nierozpruciu. I tu znowu jest pytanie, czy film, który jest niejednoznaczny, który można interpretować na różne sposoby, to jest film, którego oczekujemy, czy też nie? Wolelibyśmy historię prostszą. I w zależności od tego, jak odpowiemy na to pytanie, tak będziemy do tego filmu podchodzić, tak będziemy ten film oceniać. Ja tam jestem zadowolony, że go obejrzałem. Ale też, żeby ta łyżeczka dziegciu była, to powiem, że ja bym jednak wolał film, który rządziłby się jednak taką optyką Hollywoodu, czyli był bardziej widowiskowy. Złe słowo, nie widowiskowy. Żeby akcja była komponowana jednak z pewnymi schematami. Wybaczcie państwo, to jest być może wypowiedź profana, który rzeczywiście kino traktuje jako rozrywkę. Ja bym wolał, żeby te schematy hollywoodzkie rozrywkowości były zachowane. Tymczasem w tym filmie, to jest moje zdanie oczywiście, trzeba przez ten film przebrnąć, żeby uzyskać pewne zadowolenie, pewną taką satysfakcję, że się obejrzało kawał ciekawej historii. Ja do końca nie jestem przekonany, że tak powinno wyglądać kino, ale idę naprawdę w obszary, na których się nie znam. Wypowiadam swoje takie bardzo proste rozumienie kina. To tyle, dzięki.
[01:41:43] - Dziękuję. Ja tutaj jeszcze tylko dodam tak na naszą obronę troszeczkę, bo wiele osób może nam zarzucić, że spoilerujemy. Natomiast ta historia jest naprawdę tak banalnie prosta, że nie można było jej opowiedzieć inaczej. Taka jest prawda. Przejdźmy do kolejnej pozycji. Rok 2018. Na ekranach ukazuje się film o takim bardzo prostym, aczkolwiek wieloznacznym tytule „UFO”. W głównej roli Gillian Anderson, czyli wiadomo, że chyba będzie dobrze. Tutaj możemy sobie chyba pozwolić na większą otwartość, dlatego że wiele osób, które miały ten film widzieć, to go widziało. Ja też podchodziłem do niego z ogromną aprobatą, dlatego że wreszcie ktoś zajmuje się tym tematem w sposób troszeczkę bardziej poważny. To był też ten okres, kiedy wchodziliśmy w te wszystkie tematy związane z AATIP, z kolejnymi projektami badawczymi na temat UFO. To wszystko zaczynało ożywać, nabierać nowych barw i pojawia się film z gwiazdą wielkiego formatu, przynajmniej dla miłośników ufologii, czyli agentką Daną Scully.Ale wam powiem, panowie, że ja się strasznie rozczarowałem. Ja się tego filmu przede wszystkim wystraszyłem już po pierwszych minutach. Dlaczego? Nie dlatego, że tam są pokazane jakieś dantejskie sceny, jacyś kosmici, jakieś straszne rzeczy, tylko po prostu są zajęcia na studiach. Podchodzi chłopak zapytać swojej wykładowczyni, czyli Gillian Anderson, bo mu nie uznała zadania, a ona do niego, jak taka typowa pani strzyga, wyskakuje i już go kąsa. To było najbardziej traumatyczne z tego filmu, a cała reszta, szczerze powiem, tak na plus minus. Dlatego że plusem w tym filmie jest to, że odwołuje się do realnych wydarzeń, do obserwacji UFO nad lotniskiem O'Hare. Oczywiście to jest przeniesione w inny rejon Stanów Zjednoczonych, natomiast mamy opowiedzianą tę historię. To się wszystko rozgrywa na kampusie uniwersyteckim, gdzie jakiś młody geniusz próbuje rozgryźć tajemnicę obserwacji UFO. I dla mnie, Arku, głównym problemem tego filmu jest to, że ja ogólnie nie ukrywam, że z matematyki byłem dość kiepski i kiedy opiera się film o tak krzykliwym tytule na równaniach matematycznych, na jakichś zależnościach, na śledzeniu różnego rodzaju liczb i cyferek, to taki przeciętny, niematematyczny widz odpadnie od razu. Musi wierzyć na słowo, a ja bym się chciał jakoś bardziej w to zaangażować. Ten film po prostu mnie znudził, chociaż był może nie najgorszy, chociaż wykorzystywał informacje o zdarzeniach, które miały miejsce i które pociągnęły za sobą pewną odpowiedź medialną. Mimo wszystko znowu przesunął ten temat na taką niszową bardzo scenę. Jak oceniasz ten film „UFO” z 2018 roku?
[01:45:45] - Ten film jakoś zaistniał z tego tytułu, o czym powiedziałeś. Po prostu przedstawia faktyczne zdarzenie nad lotniskiem, które faktycznie spowodowało wstrzymanie ruchu, te elementy, że ci mogli widzieć, a ci nie mogli widzieć, faktycznie miało miejsce i jest jakiś w tym wszystkim sens. I na tym tak naprawdę ten film się kończy. Jeżeli popatrzymy, co się dzieje dalej, to w zasadzie się nic nie dzieje. Gillian Anderson w zasadzie nie ma wkładu w ten film żadnego ani w rozwiązanie zagadki, ani w cokolwiek innego, jakiejkolwiek zagadki. Bo czy zagadką może być ponowne pojawienie się w innym miejscu o oznaczonym czasie UFO, żeby można sobie zdjęcie z tym pstryknąć? Raczej słabo to wygląda. Czy władze pozwoliłyby sobie na to, żeby zająć część lotniska na potrzeby przebadania tego i zrobić to w ten sposób, żeby nikt o tym nie wiedział? Raczej też wątpię. Same to, o czym mówiłeś. Jeśli nie chcemy, żeby widz w to wnikał, powiedzmy, że jest to matematyka, albo jeszcze trudniej będzie zrozumieć, jeśli powiemy, że jest to związane z fizyką. Więc matematyka plus fizyka, do tego jakieś ze dwa, trzy rozwiązania, plus jakiś kod, który tak naprawdę nic nie oznacza i mamy gotowe zdziwienie i zainteresowanie widzów, którzy mimo że nie rozumieją, będą mówili, że było to mądre. Tak to by miało wyglądać mniej więcej. Jest to cykl powielany w innych filmach typu odcinkowych serialach typu „Wzór” bodajże, jakiś jeszcze inny. Nie wiemy i wy też nie będziecie wiedzieli, o co chodzi, ale nazwiemy to matematyką wyższą i wszyscy będziemy z tego tytułu zadowoleni. Tak jak powiedziałem, film jest o tyle fajny, że w jakiś sposób w pamięci społeczeństwa ten incydent znad lotniska skutecznie wpisuje. Natomiast czy ten film będziemy pamiętali? Nowa fryzura Scali, nawet troszeczkę fajniejsza niż miała ją w „Archiwum X”. I chyba tylko tyle. Generalnie jestem bardzo rozczarowany niektórymi filmami. Scenarzyści mogliby dać z siebie troszeczkę więcej. Troszeczkę więcej niedomówień, ale takich fajnych, hitchcockowskich, takich, które naprawdę pozostawiają człowieka w takim właśnie, żeby sobie usiąść i przemyśleć: „Tak, faktycznie oglądałem ten film i naprawdę był ciekawy. Ciekawe, jak to dalej by się potoczyło”. A tutaj mamyWłaśnie tak. Tylko wystarczy pstryknąć i to wszystko. Szkoda, bo to jednak ma jakieś potencjały na troszeczkę lepsze ujęcie. To nie zawsze musi być ten jeden geniusz, który zajmuje się tym wszystkim, ma gdzieś życie normalne, wizje przyszłości. Zapewne jeżeli wyrzuciliby go ze studiów, zająłby się robieniem hot dogów w budce przy uniwersytecie i na tym na pewno byłby szczęśliwy. Oczywiście tutaj troszeczkę żartuję, ale podejrzewam, że w Stanach ludzie, którzy się dostaną na studia, troszeczkę inaczej myślą. I nie sądzę, żeby oddawali swoje życie przyszłe na rzecz jednego równania, które tak naprawdę do niczego nie prowadzi. Tyle, jeżeli chciałbym powiedzieć coś o scenariuszu. Film można obejrzeć, ale w sumie raz i wystarczy. Dziękuję.
[01:50:43] - Dziękujemy. Tak. Co tu dużo dodać? Tutaj cały czas czytam wasze komentarze. Pojawił się taki jeden, który mówi o filmie „Anihilacja” z Natalie Portman oraz „Piknik pod Wiszącą Skałą”. Rzeczywiście oba te filmy zawierają pewne odniesienia. „Piknik pod Wiszącą Skałą” jest raczej tematem związanym blisko z Missing 411 niż z UFO. Natomiast jest ciekawy, o tym będziemy mówić. „Anihilacja” oczywiście warta uwagi. Oglądałem ten film, podobał mi się. Natomiast jest taka kategoria filmów, które stawiają tych obcych gdzieś w tle. „Anihilacja” czy na przykład „Moonfall” to jest jeden z najgorszych filmów nie wiem, czy tego roku, czy poprzedniego. Koprodukcja amerykańsko-chyba-chińska. Szczerze mówiąc koszmar. Jeden z najgłupszych filmów, jakie oglądałem. Widać, że Chińczycy wydali ogromne pieniądze na to, żeby zatrudnić amerykańskich specjalistów od wszystkiego plus amerykańskich aktorów, w tym Patricka Wilsona, czyli tego znanego z serii „Obecność”, który w dodatku ma polską żonę i jest fajnym aktorem. Natomiast wersja ostateczna jest koszmarna. O czym tutaj ogólnie mówię? Chodzi o takie filmy, takie koncepcje, które odnoszą się na przykład do megastruktur albo do obecności jakichś wytworów obcych na Księżycu czy na orbicie. Był taki film z Tomem Cruisem, nie pamiętam, jak się nazywał. W każdym razie o tych filmach też moglibyśmy powiedzieć, bo one się wpisują w to, co my mówimy. Natomiast myślę, że nam się to wszystko tak przeciąga, że o niektórych z nich wspomnimy tylko tytułami. Także moim zdaniem „Anihilacja” bardzo na plus, chociaż był to dość film straszny. Ale tutaj jeszcze nawiążę, Marku, do pewnej rzeczy, nim dotkniemy tej Gillian Anderson i filmu „UFO”. Bo tak naprawdę „Anihilacja” to jest wariacja klasycznego „Kolorów przestworzy” i nową wersję tego filmu mieliśmy całkiem niedawno. W roli głównej wystąpił Nicolas Cage. To też się w jakiś sposób pośrednio wiąże z kosmitami i z tym, co powiedzieliśmy na początku, czyli z tą obawą, co może do nas przylecieć z nieba. Co sądzisz o tych dwóch produkcjach?
[01:53:50] - Powiem szczerze, że tu akurat jest pytanie, które sprawi mi trudność, ponieważ ja akurat „Anihilacji” nie widziałem. I tu jest problem nierozwiązywalny. To ja może szybciutko przejdę jednak do „UFO”, skoro w kwestii „Anihilacji” okazałem się niekompetentny. „UFO” – ja powiem tak: w tym jest schemat sam przeciw wszystkim. Bardzo nośny, jeśli chodzi o kino. To znaczy jest geniusz, którego nikt nie rozumie, a on rozumie wszystko. Powtarzam, dzisiaj przynajmniej ja nie bawię się w krytyka filmowego, bo nie mam za grosz kompetencji. Jestem laikiem i człowiekiem, który kino połyka, filmy połyka na zasadzie podoba się, nie podoba się. W związku z tym, jeśli chodzi o „UFO”, to ja mam z takich uwag, które wydają mi się ciekawe, to ten schemat jak każdy schemat do przyjęcia, aczkolwiek nie wiem, czy jego realizacja była najlepsza. Nie wiem. Natomiast ciekawa — chociaż ktoś powie, że sztampowa — wydała mi się tutaj w tym filmie kwestia manipulacji informacją. Tu w kilku scenach dobrze jest to pokazane, w jaki sposóbWładza wbrew oczywistym faktom, wbrew oczywistym obserwacjom, wbrew temu, co się działo, jest w stanie twierdzić, że było zupełnie inaczej. Absolutnie wszyscy się mylą. Władze wiedzą lepiej. Jak państwo się zapewne domyślacie, to nie dotyczy tylko i wyłącznie UFO. Ta informacja, która we współczesnym świecie jest tak cenna, ważna i w gruncie rzeczy racjonowana. Warto ten film chociażby pod tym względem obejrzeć: w jaki sposób można ludziom, odbiorcom konferencji prasowych robić wodę z mózgu? Okazuje się, że konferencja prasowa, niby to wszyscy wiemy, ale kiedyś człowiekowi się wydawało, że służy temu, żeby poinformować społeczeństwo, ludzi, którzy słuchają czy oglądają, jak jest. Tymczasem z tego filmu jasno wynika, że konferencja prasowa odbywa się po to, żeby wmówić ludziom, że jest tak i tak, a że to nie ma nic wspólnego z faktami, z rzeczywistymi wydarzeniami, tym gorzej dla tych wydarzeń. W tym filmie takie sceny się pojawiają i one mi się wydały interesujące, ale one by mi się wydawały zawsze interesujące w każdym innym filmie, który nie musiałby być o UFO. Wystarczy, że byłby o czymkolwiek. Jak można manipulować informacją? Myślę, że ciekawy wątek w tym filmie. A wątek tego, że kobieta go nie rozumie, mówię o głównym bohaterze. Daruję sobie takie stwierdzenie, że to jest odważna teza, jak na amerykańskie kino, bo bardzo seksistowska. Czyli jest facet, który rozumie wszystko i kobieta, która go nie rozumie. Żarty na bok. Natomiast sama historia opowiedziana, to, o czym Arek powiedział, kombinowanie z tak zwaną wyższą matematyką, której i tak widzowie nie rozumieją. To, co tam oni smarują w różnych miejscach, czy to na tabliczkach, czy to na karteczkach, gdziekolwiek oni to smarują, nie ma większego znaczenia. Ma wywołać wrażenie takie: „Wow, to jest ta matematyka, oj taka trudna. Dobrze, facet ma rację”. On to oczywiście wykrywa, jeszcze angażuje Anderson w to wszystko z tą nową fryzurą, tak jak powiedzieliście. Jej rola rzeczywiście, tak jak była o tym mowa, jest przyczynkowa. Fajny jest początek, o którym wspomniał Piotr, że rzeczywiście ona pach, nagle gdzieś tam jest charyzmatyczną osobą, która w pewnym momencie traktuje tego studenta jako zdolnego, ale krnąbrnego. W związku z tym trzeba go wychować, ale to on rokuje. Później się jego losy komplikują, a ona mu w końcu pomaga. To jest tak przewidywalne, tak schematyczne kino, że bawiłem się tak sobie. Ale powtarzam, ja to oceniam nie jako krytyk. Cały czas to podkreślam. Myślę, że kompulsywnie, ale mimo wszystko to podkreślę: ja nie jestem krytykiem filmowym. Ja oceniam film: podoba się, nie podoba się. To się nie do końca podobało. Zakończenie tego filmu, którego nie zdradzę. Okej, ja rozumiem, że to film oparty na jakichś faktach, ale aż by się prosiło, żeby było bardziej widowiskowo. To, że agenci specjalni się zjawiają gdzieś tam. W tych filmach w ogóle roi się od agentów specjalnych. Oni się jeszcze dzisiaj pojawią pewno przy omawianiu kolejnych. To jest może ciekawy mechanizm, ale właściwie znany, że cokolwiek chcemy powiedzieć, to gdzieś nas ktoś blokuje, knebluje i mówi: „Nie, tego nie mów. Absolutnie”. W sumie przewidywalne. Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o ten film. Dla mnie schematyczny. Ja nie mam pretensji do tego kina, że jest schematyczne, tylko mam pretensje, że ono nie robi dobrej publicity tematyce UFO. Po prostu. Bo jak ktoś obejrzy i ziewnie przy tym kinie, powie sobie: „Jak już nie da się nic ciekawszego nakręcić, to temat właściwie się kończy”. Stąd się mogą brać tego rodzaju twierdzenia, że temat UFO się kończy, bo naprawdę nie da się nic ciekawszego nakręcić. Ja rozumiem, że trzeba by może wprowadzić historię alternatywną. To, co powiedziałem na początku. Ponieważ autorzy scenariuszy kombinują zbyt mocno moim zdaniem, żeby to było wpisane w wiedzę, nazwijmy ją ufologiczną, żeby to się zgadzało mniej więcej przynajmniej z jakimś trendem, który się tam pojawia. W związku z tym nie idą dalej, ponieważ życie nie poszło dalej, nie było spektakularnego... kontaktu. Nie działo się nic takiego, na przykład ten kontakt nad lotniskiem czy przy lotnisku nie owocował niczym spektakularnym. To w filmie też nie owocuje niczym spektakularnym. Tylko czy to jest temat na kino? Tak się nad tym zastanawiam. Jeśli będziemy traktować kino jako widowisko, ale jeśli będziemy traktować ten film jako pewien nośnik wiedzy albo przynajmniej pewnych emocji związanych z UFO, to okej, ja ten film kupuję. Jakieś tam emocje z tematem związane, jak najbardziej ten film przenosi ze sobą. To tyle. Dzięki.
[02:02:22] - Dzięki. Tutaj niektórzy pytają, co to za incydent nad lotniskiem O'Hare. To jest wydarzenie z roku 2006, kiedy w Chicago doszło do bardzo dziwnego incydentu, dlatego że do tej pory nie wiadomo, co tam się właściwie wydarzyło, ale grupa osób zarówno z obsługi lotniska, jak też pilotów, jak też rzekomo pasażerów widziała srebrny latający spodek nad tym lotniskiem. Takim charakterystycznym elementem tej historii jest to, że on potem wystrzelił z taką dużą prędkością, że wybił dziurę w chmurach i ta dziura była widoczna. Co ciekawe, przez lata pojawiały się historie o tym, że miało to zostać sfotografowane. Niestety do tej pory nie wypłynęło żadne wiarygodne zdjęcie tego zdarzenia. Tak wygląda sprawa z tym wydarzeniem nad lotniskiem O'Hare. Co prawda można znaleźć w sieci pewne zdjęcia, ale one są z tego okresu, kiedy to wszystko było jeszcze w powijakach, kiedy internet był bardzo żądny sensacji i nie byłbym tak bardzo chętny, żeby mówić, które z nich jest w jakiś sposób wiarygodne. Niemniej jednak ten film zawiera w sobie jakieś elementy rzeczywistości ufologicznej. I tak samo zawiera je „Nope”, dlatego, że w pewnym momencie, kiedy odwiedza ich ten technik zakładający im monitoring, odnosi się zarówno do AATIP, do tych wszystkich projektów, do UAP. Nawet tłumaczy im, dlaczego termin UFO został zastąpiony słowem UAP. Także jest to ciekawe, przynajmniej pod tym względem. No cóż, film „UFO” z Gillian Anderson. Patrzę sobie na jego oceny w międzynarodowej bazie danych na temat filmów. Jest dość wysoka, ale mi się tak wydaje, że ona jest wysoka dlatego, że ludzie dają wyższą ocenę, bo ten film jest troszeczkę mądry, gdyż wykorzystuje te wszystkie równania. Mnie, szczerze mówiąc, znudził. Ja też szukam w filmach takiego balansu między tym, co rozrywkowe, a tym, co mądre. Czasami, jeżeli jest za dużo jednego czy drugiego, to widać. W każdym razie, co mnie najbardziej przeraziło albo co najbardziej zapamiętałem z tego filmu „UFO”, to właśnie ta Gillian Anderson. Taka typowa pani nauczycielka, która stara się każdego usadzić. Bez kija nie podchodź jednym słowem. I tyle. Kolejny film, bo tutaj Marku powiedziałeś, że będziemy rozmawiać o agentach specjalnych dzisiaj. To jest obraz, który nie ma polskiego tytułu. Jest to film z 2018 roku. Jego angielski tytuł to jest „The Man: Alien Code”. Tutaj w zasadzie trudno mi wyrazić zdanie, bo ten film jest jednocześnie ciekawy. Z drugiej strony ma takie mankamenty typowe dla kina klasy B, ale mimo wszystko oparty jest na narracji typowo ufologicznej. W dużym skrócie: mamy kryptografa. W tej roli Kyle Gallner. To jest taki aktor, którego pewnie znacie z wielu horrorów i to jest aktor, który przez długi czas nie mógł się wybić do pierwszej ligi, natomiast teraz się wybił. W kinach mamy film pod tytułem „Uśmiechnij się”. Byłem na nim w sobotę. Polecam. I tam jest między innymi pan Gallner w obsadzie. Natomiast on przez długie lata tułał się po różnego rodzaju horrorach klasy B. Nie miał takiego szczęścia w tym Hollywoodzie. Gra głównego bohatera wspomnianego filmu, czyli „The Man: Alien Code”, który zostaje zatrudniony przez specjalną firmę współpracującą z rządem Stanów Zjednoczonych do rozszyfrowania przekazu, który został wysłany, odebrany z dziwnego urządzenia, które zostało znalezione na orbicie. Okazuje się, że to jest satelita, ale ten satelita nie został wykonany przez ludzi. Ludzi teraźniejszych, bo został wykonany w przyszłości i zjawił się tutaj, żeby nam przekazać jakieś informacje. On to oczywiście rozszyfrowuje, a potem jest niestety nachodzony przez różnego rodzaju agentów specjalnych, ale wśród tych agentów specjalnych są tak zwani ludzie w czerni. I muszę powiedzieć, że tutaj temat ludzi w czerni został przedstawiony w sposób naprawdę bardzo ciekawy. I pomimo że to jest kino, które balansuje troszeczkę na krawędzi kina klasy A i BTo pewne sceny naprawdę przechodzą do historii i zapadają głęboko w pamięć. Dlatego, że to jest film, który dotyka tego, co my nazywamy wysoką dziwnością. Co się tam w nim dzieje, to wam nie opowiem, dlatego, że w przeciwieństwie do "Nope", jest to historia bardzo zawiła. Do tego stopnia, że może nawet nie wystarczyć jedna projekcja, aby ten film zrozumieć. Mimo wszystko go polecam. Spodobał mi się, nawet sobie go ostatnio odświeżyłem. Problem jest taki, że on, nie wiedzieć czemu, może jest to wyjaśnione w jego historii, w jakichś zawiłościach producenckich, nie znalazł się w tym głównym nurcie. Ale pomimo to jest godny uwagi. Myślę nawet, że jest ciekawszy pod wieloma względami niż wspomniane "UFO". Marku, co sądzisz o "Alien Code"? Bo chyba całkiem niedawno go oglądałeś.
[02:08:52] - To prawda. I rzeczywiście muszę przyznać, że to jest film, sam nie wiem, czemu trafił do klasy B albo gdzieś tam na granicę, ponieważ on jest zrobiony bardzo ciekawie. To, co myślimy o tej rzeczywistości na początku, chyba nie do końca pokrywa się z tym, o czym myślimy, kiedy kończymy oglądać film. Ta informacja, o której powiedziałeś, że satelita i tam znaleziono pewien kod i tak dalej, to jest być może kod z przyszłości. To nam się tak układa. Fajna historia będzie, przekazali nam coś, co wcale nie jest takie oczywiste w tym filmie i to jest podane w taki sposób, że my w tę nieoczywistość wierzymy. Co więcej, bohaterowie tego filmu, w ogóle sceny, kiedy służby specjalne, tak ważę słowa, przepraszam, że je tak cedzę, ale tym razem rzeczywiście nie będę spoilerował. Więc kiedy te służby specjalne zjawiają się po głównego bohatera, żeby go zatrudnić, sposób, w jaki on trafia w to miejsce, w którym ma pracować, muszę powiedzieć, że pobudziły moją wyobraźnię. To jest zrobiona rzecz bardzo ciekawie. Jak on tam trafia, później jak on tam pracuje. Co z tego wynika później? Losy bohaterów, bo się w pewnym momencie okazuje, że jest on, ale pojawiają się inni bohaterowie, pewne ich przypadłości, które się pojawiają. To wszystko sprawia, że ten film ma klimat taki, który ja, jakbym był reżyserem i obejrzałbym ten film, to bym trochę reżyserowi tego filmu czy scenarzyście zazdrościł, że coś takiego skręcili, co jest naprawdę ciekawą historią. Piotr wspomniał o tych ludziach w czerni. Nie wiem, jak o tym powiedzieć, żeby nie opowiedzieć filmu, więc sobie daruję. Ale to też jest ciekawy wątek, który się tutaj pojawia. Pojawiają się poza tym, ja lubię, niektórzy tego bardzo nie lubią, ale akurat lubię, jak to powiedzieć, wariacje z czasem, to chyba najlepsze określenie. To też sprawia, że ten film jest niejednoznaczny, ale w tym dobrym znaczeniu tego słowa. To była historia, która mnie wciągnęła. Samo poprowadzenie akcji. Znowu nie chcę opowiadać, ale jedna z pierwszych scen, kiedy bohater jest w swoim mieszkaniu i widzi coś, o czym wiemy, że wprowadza nas w świat naprawdę dziwny. Znajduje coś w tym swoim mieszkaniu. Coś albo może kogoś. To już sprawia, że chcemy z tym filmem zostać i zostajemy z tym filmem i śledzimy to, co się dzieje. W dodatku ten film właściwie co chwilę, co jakiś niedługi czas zaskakuje nas pewnymi wątkami, pewnymi scenami wprowadzonymi. To tylko na plus tego filmu przemawia. I tutaj, co prawda, w tym filmie nie pojawia się UFO jako UFO, jako coś takiego, co tam na niebie sobie pomyka. Niemniej jednak to jest film bardzo ufologiczny, bym powiedział. Ewidentnie. Poza tym porusza, zauważcie państwo, już mieliśmy dzisiaj film o żywym UFO, mieliśmy film o UFO takim, które gdzieś tam sobie wisi nad lotniskiem, a tu mamy kolejną wariację na temat UFO, czyli UFO jako przybysz skądś tam. Właśnie skąd? Może z innego czasu, może z innego wymiaru, może z innej rzeczywistości, może. To już sobie państwo odpowiedzcie po obejrzeniu tego filmu. W każdym razie mnie ten film, jeśli nawet to jest film z półki B, to on mnie wciągnął.
[02:13:43] - Bo paradoksalnie był całkiem nieźle skręcony w tych standardach hollywoodzkich, że wrócę do początku naszej audycji. Dziękuję.
[02:13:54] - Dziękuję. Ten film jest bardzo nierównomierny, bo z jednej strony mamy momenty całkiem profesjonalne, z drugiej strony mamy fragmenty, które wyglądają bardzo na klasę B. Co ciekawe, jedna z głównych aktorek w tym filmie jest pochodzenia polskiego, ale to sobie musicie sprawdzić. Nie powiem wam. Bardzo duże wrażenie zrobiła na mnie końcówka. Tam jest pokazane na przykład, że jeden z profesorów, który się zajmował, już nie powiem czym, widzi mieszkańca innego wymiaru, który jest cały czas przy nim i on nawet nie jest w stanie go opisać, bo nie ma na to słów. To przemawia do mnie w jakiś sposób. Nie jest to kino proste i chyba to jest wytłumaczeniem tego, dlaczego wspomniany film nie stał się blockbusterem. Niemniej jednak „Alien the Mencoat” warte jest uwagi, chociaż na ten film jest bardzo trudno trafić. Musicie sobie nieco trudu zadać. Arku, tutaj mówimy cały czas od momentu, kiedy zaczęliśmy analizować wspomniany obraz o ludziach w czerni. Ludzie w czerni stali się bohaterami popkultury po tym, jak miał premierę film z Willem Smithem i nie pamiętam, kto tam był tym drugim facetem w czerni, tym niewidzącym. W każdym razie wydaje się, że kwestia związana z agenturą w oku UFO, tymi wszystkimi spiskami, bo przecież nawet „Archiwum X” swego czasu było oparte o różnego rodzaju spiski. Mieliśmy tam Palacha, agenta Krajczeka i tak dalej. To wszystko nam się zrobiło takie zawiłe. Jak myślisz, czy coś takiego jak ludzie w czerni, jak rządowe spiski jest przedmiotem zainteresowania ludzi? Czy to nam pomaga w zrozumieniu zagadki UFO, czy też raczej przekonuje typowego odbiorcę, że nie ma co tutaj zgłębiać, bo to wszystko i tak jest tajemnica.
[02:16:33] - Ten film jest naprawdę bardzo dobrą historią, bardzo dobrze nakręconą i taką, która przykuwa uwagę do siebie. Nawet jeżeli jest oglądany w telewizji, to nie chce się tracić czasu na to, żeby wyjść zrobić herbatę czy wziąć ciastko. Przynajmniej ja takie miałem odczucie. Po prostu chłonie. Chce się więcej: co dalej, jak to jest i tak dalej. To jest fajny film, warty tego, żeby go niejednokrotnie zobaczyć. Zapewne za każdym razem, kiedy go będę w przyszłości oglądał, coraz to będę wyszukiwał i odnajdywał nowe smaczki, które tam zapewne są. Bardzo fajne i realistyczne przedstawienie facetów w czerni. Nie są to fajni chłopcy, którzy bronią Ziemi przed czymkolwiek, tylko postacie, które zadają dość nietypowe, nietuzinkowe pytania, na które ciężko jest cokolwiek znaleźć sensownego w odpowiedzi. Pytania, które zadają zarówno w tym filmie, jak i pytania, które zadawali w oczach świadków, którzy mieli kontakt z facetami w czerni, są tak samo zagadkowe i nie przystają do naszej rzeczywistości. To też w jakiś sposób podkreśla jakość tego filmu, że naprawdę jest filmem, którego warto poszukać, nawet wydać parę złotych na to, żeby go wykupić i parę razy zobaczyć. Na pewno nie jest to film pokroju „Dnia niepodległości”, że coś tam wybucha, że będą jakieś walki wręcz z kosmitami czy gonienie robaka w podziemiach, ale jest to film taki, który być może trzeba zobaczyć i coś po tym filmie zostaje. Ma się też w pewien sposób niedosyt, ale taki niedosyt, który powoduje chęć dalszego dowiedzenia się coś na ten temat. To jest całkiem inna bajka niż poprzednie filmy. Czemu ten film nie był filmem kasowym? Bo takim zapewne nie był. Po prostu jest filmem troszeczkę wymagającym od widza więcej niż popcorn w ręku, cola i gapienie się w ekran na fajerwerki i tego typu rzeczy. W ogóle fenomen facetów w czerni
[02:19:54] - Był najbardziej głośny w latach 60., 70., gdzie faceci w czerni prześladowali świadków obserwacji ufologicznych, a także samych badaczy. Mniej więcej tak, jak tutaj pokazane, w podobny sposób zachowały się w tych opisach. Trzeba ten film zobaczyć. Dziękuję. Dziękujemy. Jeżeli ktoś chce, to niech poszuka sobie w sieci filmu pod tytułem „The Men Alien Code”, 2018 rok. Szczerze mówiąc to jest chyba jedna z najlepszych pozycji, którą dzisiaj omawiamy. Chociaż jest bardzo nierówna, wymagająca, jak Arek powiedział. To jest kwestia, która często dyskwalifikuje filmy, które próbują brać zjawiska anomalne na poważnie. Wspomniałem już dzisiaj o filmie „Przepowiednia”, czyli „Proroctwa Mothmana” z Richardem Gere. Ten film był tego przykładem. Był zrobiony świetnie, był naprawdę interesujący. Problem w tym, że powinieneś mieć, oglądając go, wiedzę na temat tego, co się tam właściwie wydarzyło. A że to było z gruntu niezrozumiałe, to udowodniliśmy w jednej z naszych poprzednich audycji z 2016 roku, kiedy omawialiśmy fenomen człowieka z Mothmana i tego, co na jego temat pisał John Keel w swojej pamiętnej książce. Dziękujemy wszystkim słuchaczom, którzy z nami wytrwali. Mamy jeszcze kilka pytań i kilka filmów do omówienia. Cały czas napływają pytania i tutaj się staram na swoim smartfonie to analizować. Jednym z tytułów, które się przejawiają co chwilę, jest „Czwarty stopień”. Za chwilę do tego się odniesiemy. Natomiast w ciągu ostatnich lat pojawiły się dwa filmy o podobnych tytułach. Jeden z nich to jest „Dark Skies”, czyli po polsku się on nazywa „Mroczne nieba”. Pod takim tytułem go szukajcie. Nie należy go mylić z serialem „Mroczne niebo”, który był swego czasu konkurentem z „Archiwum X” i leciał chyba na Polsacie, ale jest dzisiaj zapomniany. Natomiast drugi film z tych nowych ufologicznych to jest „Dark Encounters”, nie wiem, jak się nazywa po polsku, chyba „Mroczne spotkania”. One się oba odnoszą do kwestii uprowadzeń przez UFO. „Dark Skies” muszę powiedzieć, że robi wrażenie. To jest jeden z niewielu filmów, które są zrobione na poważnie. Ten film chyba był w kinach. Ja pamiętam, że byłem na nim w kinie. Tak mi się wydaje. Robi naprawdę w miarę duże wrażenie. Nie jest to historia banalna, natomiast „Dark Encounters” ten drugi, zaraz wam powiem, jak się nazywa. Przepraszam, że tego nie sprawdziłem. „Mroczne spotkanie” się nazywa po polsku, rok 2019. To jest film bardzo charakterystyczny. Mamy tam historię dziewczynki, która zaginęła. W sumie nie wiadomo jak. Jej rodzice wracają do domu, okazuje się, że jej nie ma. I chyba rok po tym, jak zaginęła, oni organizują rodzinne spotkanie. Na tym rodzinnym spotkaniu oczywiście powraca ten temat, ale w międzyczasie ktoś zauważa UFO i postanawia to wszystko sprawdzić. To nie jest takie banalne, dlatego że ten film jest naprawdę fajny, jest utrzymany w takiej typowo amerykańskiej stylistyce. Jeżeli chodzi o kwestie rozrywkowe, to naprawdę go polecam. Końcówka. Tutaj to magiczne słowo: końcówka. To jest coś, co prześladuje wiele produkcji. Tak było chociażby w „Znakach”, tak jest z mnóstwem horrorów i tak dalej. Niemniej jednak okazuje się, panowie, że są historie na temat uprowadzeń przez UFO i one nadal są żywe. Nadal się o tym mówi, nadal się o tym pisze, nadal się na ten temat kręci filmy, ale one nie trafiają do tak zwanego mainstreamu. Te dwa filmy jednak są godne uwagi. Mimo wszystko one nam pokazują, że ta tematyka w jakiś sposób zeszła na margines. Tutaj, Arku, do ciebie pytanie. Pytanie bardzo ważne, dlatego że tydzień temu mówiliśmy o pewnym koreańskim profesorze, Jung Chee Chi się nazywa. Nie wiem, czy to dobrze wymówiłem. To jest profesor Oxfordu od języka koreańskiego, który się zajmuje uprowadzeniami przez UFO i traktuje to zupełnie poważnie. Jeżeli nie wiecie, to sprawdźcie sobie tamtą audycję. Natomiast ja z nim miałem kontakt jakiś czas temu i on się do mnie odezwał, dlatego że wielu z jego pacjentówMoże pacjentów to złe słowo. Wiele z osób, które się do niego zwracały, to Polacy, którzy szukają odpowiedzi na swoje tajemnicze doświadczenia związane z uprowadzeniami przez obcych. On się mnie pytał, gdzie w Polsce szukać ludzi, którzy się tym zajmują. Czyli paradoksalnie okazuje się, że tak naprawdę mamy cały czas to zjawisko w toku. Natomiast ono w jakiś sposób wypadło z tego publicznego zainteresowania. To już dzisiaj nie przeraża, to już dzisiaj nie zwraca uwagi, ale to, że nie zwraca uwagi, to nie oznacza, że się nie dzieje, prawda? I teraz w zwykłym człowieku, w takim odbiorcy przeciętnym rodzi się pytanie: skoro kiedyś o tym mówiono, dzisiaj się o tym nie mówi, to pewnie była jakaś tam chwilowa moda i tak dalej. Ale chyba prawda wygląda zupełnie inaczej. To, że abdukcje zniknęły z takiego medialnego zainteresowania, nie znaczy, że się nie rozgrywają cały czas, prawda?
[02:27:19] - Ciężko mi powiedzieć, czy na ten moment któryś z Polaków jest brany gdzieś tam. Wiem, że Polacy mają bardzo duże opory przy podejmowaniu się regresji hipnotycznych i w ogóle leczeniu hipnozą, hipnoterapią. Pewnie w jakiś sposób jesteśmy przerażeni możliwością, że ktoś będzie nad nami miał jakąkolwiek władzę czy możliwość sterowania nami, czy sobie nie zostawi jakiejś furtki, która to umożliwi. A tak naprawdę tak nie jest. Z tego, co się zdążyłem zorientować, hipnoterapeuci boją się takich rzeczy ujawniać, grzebać w ludzkiej pamięci. Naprawdę niechętnie się to robi, dlatego że to może prowadzić do chorób psychicznych. Jeżeli jest jakaś właśnie sprawa, która w wyniku traumy została zapomniana, to jakiś powód tego musi być. Hipnoza, hipnoterapia raczej leczy powierzchniowo to wszystko i pozwala żyć normalnie. Natomiast wnikanie w sprawę to raczej by była psychoterapia i nie zmienia to późniejszego oblicza, jakie trzeba po prostu podjąć w życiu normalnego działania, bycia tu i teraz i współdziałania w jakiejś społeczności. Trauma, jakakolwiek by nie była, nad nią trzeba przejść do porządku dziennego. I podejrzewam, że wielu Polaków tak robi, dusząc w sobie to wszystko. Czy na świecie jaka jest skala abdukcji na ten moment? Ciężko mi jest powiedzieć. Czy ludzie się boją o tym mówić? Być może, że takie filmy właśnie jak „Czwarty stopień”, gdzie przywracana jest jakaś tam pamięć czy sięganie do pamięci, czy tego typu filmy właśnie powodują pewien taki szok. Po co ja to będę robił? I tak naprawdę nikomu to nie jest potrzebne poza osobami, które naprawdę chcą się dowiedzieć, co się z nimi w tym czasie działo. Bez względu na to, jaka ta prawda miała być.
[02:30:06] - Właśnie przerwę ci tutaj, dlatego że „Czwarty stopień” to jest taki film kontrowersyjny. Wiele osób ma z nim związane bardzo pozytywne wspomnienia czy emocje. Natomiast tam jest powiedziane wprost, że człowiek, który się poddaje regresji i odkrywa w sobie takie pokłady pamięci, które sprawiają, że on potem, szczerze mówiąc, doprowadza się do jakichś kryminalnych czynów. Ten film, który tutaj wielu z państwa, jak widzę po komentarzach, bardzo sobie chwali, mimo wszystko moim zdaniem zrobił więcej złego niż dobrego, dlatego że tam doszło do wielu przekłamań. Nie masz, ŻarKu, takiego wrażenia, że tam się dopuszczono takiego zabiegu, który zamknął pewne furtki?
[02:30:57] - Trzeba wspomnieć o tym, że jest to film fabularny. Wiele osób traktuje go jako paradokument, wręcz dokument i to jest błąd.
[02:31:05] - Jeszcze raz przepraszam, dlatego że na początku tego filmu mamy powiedziane, że to jest oparte na faktach i to jest coś, czego nie mogę darować twórcom tego filmu. Dlatego że z jednej strony informują nas na początku, bo tam jest takie wystąpienie chyba reżysera, pana, którego nazwiska nie potrafię wypowiedzieć, bo to jest bodajże twórca pochodzący z Nigerii. Ale tam mamy powiedziane, że tak, to jest przekonująco powiedziane, że to jest wszystko na faktach i tak dalej. Ale pod koniec się okazuje, że jednak chyba nie. I ta manipulacja w tym przypadku jest moim zdaniem straszna i według mnie za tym filmem ciągnie się taka zła legenda, że tutaj zrobiono więcej złego niż dobrego.
[02:32:02] - Tak, dokładnie, ale przede wszystkim to, co powiedziałeś, że to, że film jest oparty na faktach, to nie znaczy, że przedstawia fakty. To jest właśnie podstawowa różnica między kinem dokumentalnym a fabularnym, że jest jakiś zamysł, ktoś napisał scenariusz, że gdzieś były porwania i na tym się wszystko kończy. Reszta jest jego własnym pomysłem na historię, którą chce opowiedzieć innym. Tak jak powiedziałeś, ten film dużo nieporozumień wywołuje. Jakie to ma przełożenie na obawy ludzi przed ujawnianiem się? U nas jednak mimo wszystko dostęp do psychoterapeutów, psychiatrów jest bardzo mocno ograniczony. Bardzo rzadko ktoś się zapisuje do coacha psychicznego, czyli kreatora swojej własnej marki, do ludzi, którzy się tym zajmują, budowaniem własnej wartości. Tak działamy w takiej niszy i ciszy, po prostu żyjąc sobie z dnia na dzień. W Stanach Zjednoczonych też nie jest, podejrzewam, na porządku dziennym, żeby ludzie biegali do takich osób, o takich zawodach, dlatego, że to słono dosyć kosztuje. Dla osoby, która ma z tym problemy, jest koniecznością i tylko takie osoby chodzą. Mieliśmy Hopkinsa, który bardzo fajnie opisał przebadany jeden czy dwa przypadki takie, które były, ale przebadanie tego przypadku tak dogłębnie ujawniło pokłady pamięci, jakie mamy, jakie są zatuszowane. Nie da się z drugiej strony w hipnozie zmienić osobowości człowieka. Nie zrobisz nigdy nic, czego byś nie zrobił w stanie normalnym. Także jest taki sposób działania i nie ma się czego bać. Hipnoza pomaga. Hipnoterapia pomaga w rzuceniu palenia, przeciwdziałaniu fobiom, a nawet alergii. Więc wygrzebanie z pamięci czegoś nie jest wielkim przedsięwzięciem, tylko zależy czego się spodziewamy, co tam możemy uzyskać. Niekoniecznie musi być zagubienie się w ciemnym lesie, nie musi oznaczać zaraz, że porwali nas kosmici. Po prostu może oznaczać, że zagubiliśmy się w lesie i siedzieliśmy przez sześć godzin pod choinką, czekając na ratunek jako dziecko. Tak też może być i tak bardzo często jest. Tyle. Dziękuję.
[02:35:36] - Tutaj cały czas są pytania o czwarty stopień. Ja mimo wszystko mam takie wrażenie, że ten film zrobił dużo złego. Chociaż był widowiskowy, chociaż był popularny i pewno wielu z was go pamięta, to wydaje mi się, że ta część filmu, bo to się ciągnęło przez... Przepraszam, bo tutaj cały czas mam od Ivelliosa jakieś znaki. Tutaj mieliśmy do czynienia z czymś bardzo złym, dlatego, że sytuacja wygląda tak: facet trafia ze wspomnieniami abdukcyjnymi do pani psycholog czy pani psychiatry i okazuje się, że ona nie potrafi tego rozwiązać, w zasadzie pogłębia jego problemy. I on potem decyduje się, nie wiem, czy powinienem o tym mówić, na drastyczne kroki. I to skłoniło chyba wiele osób, które mają podobne wspomnienia, w zasadzie do wyparcia tego z pamięci. Bo po co ja pójdę do kogoś, kto może tylko pogorszyć sytuację? Tutaj jest taka kwestia, która mnie zawsze nurtowała w przypadku „Czwartego stopnia”. Kim są w zasadzie twórcy? Bo wiemy, że to jest jakiś afrykański reżyser. Tam się pojawia zresztą potem jakiś afrykański naukowiec, który odkrywa prawdę o Sumerach i tak dalej. Pomimo tego, że początkowo uważałem ten film za naprawdę godny uwagi, dzisiaj myślę, że zrobił więcej złego niż dobrego. Możecie powiedzieć: „Ale dlaczego tutaj podałeś 'Wspólnotę' jako swój numer jeden?” Dlatego, że to są zupełnie dwie inne kwestie. „Wspólnota” wskazywała na to, żeby w jakiś sposób badać tego typu przypuszczenia i doniesienia. Natomiast w przypadku „Czwartego stopnia” nie wiem, czemu cały czas mówię czwarty wymiar. Może dlatego, że „Ukryty wymiar” to jeden z moich ulubionych filmów. Mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Ale Marku, co byś tutaj dodał do tej kwestii po obejrzeniu tych wspomnianych dwóch filmów? Czy jesteśmy u schyłku zainteresowania tak zwanymi abdukcjami?
[02:38:13] - Ja z filmu "Dark Encou..." Pomóż mi to wymówić. "Encou..."
[02:38:20] - "Encounters". To jest chyba, jak to się nazywa, "Mroczne spotkanie", tak?
[02:38:24] - No tak.
[02:38:25] - "Mroczne spotkanie". Przepraszam.
[02:38:27] - Tak. Mnie ten film zaciekawił, dlatego że on daje, przynajmniej w jednej ścieżce interpretacyjnej, kolejną wersję podejścia do zjawiska UFO. Otóż z tego filmu wynika, staram się to jakoś zsyntetyzować, że do UFO można podejść również w sposób na poły anielski. Czyli że to niekoniecznie muszą być mali, zieloni albo szarzy z wielkimi oczami. To nie muszą być przybysze z przyszłości, przeszłości czy też spoza czasu i tak dalej. A być może zjawisko UFO w tym wydaniu, w jednej z interpretacji, może być zjawiskiem paranormalnym w rozumieniu anielskim. Istot, które w jakiś sposób czuwają nad naszą ziemską, materialną rzeczywistością, ale bliżej im do aniołów stróżów niż do obcych rozumianych jako przybysze z innej planety. I dlatego ten film wydał mi się ciekawy. Właśnie dlatego, że on otwiera kolejną ścieżkę interpretacyjną. Ja się zgadzam nawet z tym, że wcale nie tak należy czy powinno się go odczytywać, ale można również w ten sposób. W związku z tym coś, co jest inne, nietypowe, nawet jeśli nieprawdziwe albo niekoniecznie takie trendy, to wydaje mi się zawsze ciekawe i dlatego ten film też przykuł moją uwagę, bo ja odszedłem troszeczkę od takich normalnych interpretacji typu właśnie wzięcia. Poszedłem w kierunku tego, że być może to jest obraz, który pokazuje nam, że zjawisko UFO ma zupełnie inny wymiar niż my zwykliśmy go przypisywać. Od lat przypisujemy go obcym, przybyszom z innych wymiarów rzeczywistości, czasów i tak dalej. A być może UFO ma więcej wspólnego z tym światem ezoterycznym. Ja nawet nie wiem, czy to jest dobre określenie, ale UFO można również tak rozumieć, bo ten film da się w ten sposób wyinterpretować. I z tego względu to jest film, który obejrzałem z zainteresowaniem.
[02:41:35] - Bo to jest przede wszystkim historia. Jest opowiedziana pewnego typu historia, dość wstrząsająca. Natomiast nie da się też ukryć, że abdukcje nam spłynęły w taką przestrzeń metafizyczną. Jeżeli dzisiaj próbujemy się dowiedzieć coś na ten temat, to się okazuje, że tutaj świadkowie są przenoszeni w jakieś inne wymiary i tak dalej. Nie ma już czegoś takiego, jak było dawniej, że oni są zabierani fizycznie, uprowadzani. Przecież jeżeli sobie przypomnimy inne filmy, na przykład taki klasyczny "Ogień w niebiosach", czyli to, co było niby oparte o przeżycia Travisa Waltona, to tam widzimy taką również klasyczną historię. Pewnie "Ogień w niebiosach" większość z was zna, dlatego nie będziemy dzisiaj o nim tutaj mówić. To jest bardzo specyficzny film, dlatego że on jest stylizowany. To znaczy to nie jest umyślna taka stylizacja. On troszeczkę wygląda jak dokument, ale tylko dlatego, że chyba scenariusz został tak poprowadzony. Niemniej jednak tutaj "Mroczne spotkanie" w pewien sposób przypomina tę historię w sposób bardziej troszeczkę sensacyjny. Ale jest ten mankament, o którym przed chwilą mówiłem. To zakończenie niestety rujnuje wiele filmów o UFO. W tym przypadku chyba tak jest. Nie wiem, czy też masz takie wrażenie.
[02:43:18] - Być może tak, ale też to zakończenie skierowało mnie na tą ścieżkę interpretacyjną, o której przed chwilą mówiłem. Czyli to poczucie takiego wyrównania rachunku, pewnej sprawiedliwości, pewnego metafizycznego poczucia sprawiedliwości. Jeśli tak się interpretuje ten film, jeśli tą ścieżką się podąży, to wówczas zakończenie aż tak nie razi. Jeśli natomiast pójść inną drogą, to rzeczywiście można się nad tym zakończeniem zastanawiać. Myślę, że to też świadczy o tym, że film jest ciekawy, bo skoro tak różnie można go odbierać albo jako historię właśnie o wzięciach, albo teżJakby się człowiek bardzo uparł, ja podkreślam swój dystans, ale jakby się człowiek bardzo uparł, to wręcz taką para religijną historię, bardzo mocno osadzoną w kwestiach, w sytuacjach wiary, czy wręcz takiego oddziaływania kontaktu pomiędzy światem materialnym a niematerialnym. Nawet tak można pójść, jeśli chodzi o interpretację.
[02:44:54] - Tutaj kolejny film. Tutaj nam się trochę zapętliły te filmy z powodu podobnych tytułów. "Dark Skies" to jest kolejny film, który wam polecamy. My go dzisiaj wam nie opowiemy, dlatego, że jego fabuła jest równie dość prosta, jak w przypadku chociażby "Noupa". Ale polecamy. "Dark Skies", 2013, reżyser Scott Stewart. To jest chyba jeden z tych filmów, które na tej skali idą naprawdę wysoko, dlatego, że nie możemy tu powiedzieć, że mamy do czynienia z filmem klasy B, tak naprawdę. Jest wszystko, co charakteryzuje pełnoprawny film kinowy do pewnego czasu, dlatego, że potem się to wszystko zmieniło. Pamiętajmy, że nam całą sytuację na rynku kinematograficznym wywróciło pojawienie się albo upowszechnienie serwisów streamingowych. Myśmy tutaj też próbowali wam zasugerować jakieś filmy z Netflixa, ale okazuje się, że tam te produkcje znikają czasami. To znaczy raz są, raz nie ma i tak naprawdę na Netflixie czy na Disneyu mamy do czynienia z filmami w głównej mierze, które są warte uwagi, ale są to filmy dokumentalne, a o nich dzisiaj nie mówimy. Panowie, przebrnęliśmy przez te wszystkie produkcje i zostaje nam między innymi film pod tytułem "Captive State". On się po polsku nazywa, zaraz wam powiem, bo nie pamiętam, "Rebelia". Dość specyficzna produkcja, niebanalna. Z jednej strony wypełniona różnego rodzaju odniesieniami, takimi stricte związanymi z science fiction, ale też występują w niej aktorzy nietuzinkowi: John Goodman, Vera Farmiga, czyli aktorka znana z serii "Obecność". Ten film troszeczkę nam przypomina "Dystrykt dziewiąty", bo tutaj mamy do czynienia z taką opowieścią, która mówi nam, że kosmici nie tyle lądują na Ziemi, co też podbijają Ziemię i stają się okupantami w pewnym sensie. Rodzi się ruch oporu i ten ruch oporu tworzy swoich bohaterów, a także plan odbicia władzy. To jest zupełnie inna produkcja od tych, o których mówiliśmy od pewnego czasu. W poprzednich sezonach debat ufologicznych mówiliśmy między innymi o tym, że kwestia inwazji rodzi różne scenariusze. Czy wam coś z tego filmu, panowie, zapadło w pamięć? Czy jest on godny uwagi? Dlatego, że to jest obraz bardzo specyficzny pod wieloma względami. Jest troszeczkę inny od "Dnia niepodległości", od tych wszystkich produkcji, które mówią nam o tym, jak obcy zainstalowali się na Ziemi. Marku?
[02:48:49] - Owszem, na początku trochę się dałem wciągnąć, jeśli chodzi o ten film, ale pod koniec... Tam między innymi chodzi w tym filmie o to, że wśród ludzi znajdą się na przykład kolaboranci, czy że Ziemia jest eksploatowana. Ja powiem tak, że znowu wyjdzie ze mnie człowiek, który lubi widowiskowość, ale jeśli chodzi o ten temat takiego podboju Ziemi, jeśli chodzi o pewną widowiskowość czy pewną przejrzystość, to wolę serial Spielberga "Wrogie niebo". Co prawda trzeba przebrnąć przez pięć sezonów z różnym powodzeniem kręcone. Niemniej tam są naprawdę ciekawe rzeczy w serialu, na przykład takie niuanse, że na początku dostajemy obraz Ziemi podbitej przez coś, co nazywane jest, ja już nie pamiętam, robalami, czy to są jakieś nie pchły, tylko jakieś karaluchy chyba tak nazywane są.
[02:50:17] - Albo krewety z tego, co pamiętam.
[02:50:20] - Nie pamiętam już. W każdym razie to coś takiego się porusza na iluś tam odnóżach i jest takie dziwne. I tam się w pewnym momencie pojawia bardzo błyskotliwa obserwacja, żePrzecież niektóre elementy związane z oprzyrządowaniem tych istot, które przybyły na Ziemię, podbiły Ziemię, są ewidentnie ze świata, który nie jest światem tych krewet czy tych karaluchów, ale świata istot dwunożnych i dwuręcznych. I później się okazuje, znowu niewiele zdradzam z tego serialu, że za tymi robalami stoją istoty rzeczywiście takie dwunożne i dwuręczne. Później się zresztą pojawiają jeszcze i tak dalej. Dlaczego wolę serial Spielberga? Może dlatego, że jest prostszy? Nie dlatego go wolę. Dlatego, że on tam stawia pewne problemy, na przykład związane z tym, bo znowu, film, o którym mówimy, jest według mnie pewną przenośnią. Kiedy tutaj są kolaboranci i tak dalej, to wszystko jest takie proste. Równie dobrze nie trzeba by obcych w tym filmie, żeby ten film się dział. To mogliby być Chińczycy na przykład. Tymczasem u Spielberga jest tak, że na przykład tak zwane uprzęże są elementem podbijania Ziemi. Musielibyśmy zacząć od tego, że kilka osób całkiem trzeźwo przeanalizowało sens podbijania Ziemi, okupowania tej ziemi. Zarówno jeśli chodzi o obrazy takie jak „Dzień niepodległości”, czy właśnie film Spielberga. Ale załóżmy, że komuś by się to z jakiegoś względu opłacało i że coś takiego następuje, to ten obraz, na przykład konfliktów w obrębie ludzkiej populacji, pewnego kolaborowania albo niekolaborowania, albo też przymusowego służenia obcym, wydaje mi się bardziej widowiskowy. Tak to określę. Natomiast w filmie, o którym mówimy z Goodmanem, to jest w ogóle duży plus tego filmu, to wszystko jest takie kameralne. Niby to wielkie miasto, niby ten kopiec, tu eksploatacja zasobów ziemskich, ale jednak odnoszę wrażenie, że to był film o bardzo małym budżecie.
[02:53:31] - Powiem ci, że ja mam takie wrażenie, przepraszam, że się wcinam, że ten film jest nudny po prostu.
[02:53:41] - Małolitrażowy przede wszystkim. Mówię o tym budżecie. A poza tym właśnie historia, którą można by opowiedzieć w 15 minut, jest rozciągnięta do pełnometrażowego filmu.
[02:53:54] - Pamiętam, że mieliśmy taką debatę, która mówiła o tym, jak się ludzkość powinna zachować na wypadek ewentualnej agresji z kosmosu. I tam padały różne scenariusze, między innymi wojna partyzancka i tak dalej. Zresztą chyba inwazja z kosmosu to jest jeden z tych tematów, który jest wiodący w science fiction związanym z obcymi. Natomiast „Captive State”, czyli „Rebelia”, tu mamy taką chyba intrygę pałacową trochę. To są takie seriale.
[02:54:29] - Tak.
[02:54:31] - Taka „Korona królów” w wydaniu kosmitów chyba, nie? Kosmicznym.
[02:54:38] - Trochę tak, ale poza tym ja mam wrażenie, naprawdę, tych Chińczyków nie bez kozery użyłem. Naprawdę kosmitów można by zastąpić dowolnym narodem. Kiedyś to był jakiś taki koszmarny film „Czerwony świt”, czy jakoś tak się to nazywało, że nagle w Stanach Zjednoczonych lądują spadochroniarze bodajże radzieccy i podbijają Stany i później się pojawia amerykański ruch oporu. Koszmar po prostu. Patrick Swayze bodajże grał w tym filmie, o którym mówiłem. Więc ci najeźdźcy mogliby być dowolni. To mogliby być Koreańczycy Północni, mogliby być Chińczycy, mieszkańcy Grenlandii albo ktokolwiek. I właściwie toczyłoby się to tak samo, więc to jest takie przyczynkowe. Są obcy i oni nas okupują i trzeba z nimi toczyć walkę. Może to dla Amerykanów jest bardzo odkrywcze. Kraj z taką historią jak Polska, który od kilkuset lat właściwie nieustannie kombinował w XIX wieku, jak by się pozbyć najeźdźcy, albo jak z nim walczyć, albo jakieś powstanie skręcić. Coś takiego w tym filmie się odbywa i to niespecjalnie mnie porusza, a nawet mnie troszkę odstręcza tym, że to jest takie dziadosko proste.
[02:56:19] - Oczywiście, tym bardziej, że szczerze mówiąc, w sumie nie wiadomo, jak się za to zabierają, bo z jednej strony mamy do czynienia z jakimiś pozaziemskimi okupantami, ale tak naprawdę ten ruch oporu teżJakoś im tak za bardzo nie wychodzi. To jest takie wszystko trochę drętwe. Atakuje nas obca cywilizacja, która ma nie wiadomo jakie możliwości, a okazuje się, że nagle tutaj wszyscy mogą sobie spiskować i tak dalej. Trochę to było kiepskie i myślę, że John Goodman i Vera Farmiga, którzy są głównymi gwiazdami tego filmu, nie ratują tego w żaden sposób. Nie wiem czemu to tak nie zadziałało, nie zażarło, jak to powiedziałeś wcześniej. Coś tutaj nie wyszło, mi się wydaje.
[02:57:26] - Ja naprawdę z dwojga złego polecałbym ten serial „Wrogie niebo” Spielberga. To już właściwie staroć, bo ten film ma z dobre 10 lat, ale mimo wszystko tam się coś dzieje, jakieś zagadki się pojawiają. Ja wiem, że to jest serial, którego pewne odcinki to widać, że na siłę jest rozpychany, żeby te pięć sezonów powstało, a już końcówka, jak w prawie każdym serialu nawet jest po prostu żenująca. Ale jest. Mimo wszystko ja powiem tak, że jestem jakimś tam umiarkowanym, ale fanem „Wrogiego nieba”. A z filmu, o którym mówimy, chyba jednak nie.
[02:58:28] - Dziękuję. Chyba tutaj pomyliłem w ogóle krewety z „Dystryktem dziewiątym”, tak mi się wydaje. Arku, co byś tutaj dodał? Jak ci się podobał ten film o partyzantach kosmicznych próbujących zwalczyć tą nawałę pozaziemską?
[02:58:49] - W latach 80. był taki film pod tytułem bodajże „V for Victory” albo coś w tym stylu. Mówił mniej więcej o tym samym, więc podejrzewam, że scenariusz jest po prostu zaciągnięty z tamtego serialu. Tam chodziło o to, że kosmici przebrani za ludzi, za humanoidy w sumie, podbili Ziemię, obiecując wszystko. Ich zamiarem było pozyskiwanie ludzi jako jedzenia po prostu. I też rodził się właśnie ruch oporu. Zaczął się od Amerykanów żydowskiego pochodzenia, którzy pamiętali jeszcze Holokaust. Coś takiego było i ten film to przypomina. Chciałbym jeszcze wrócić do poprzedniego filmu, dlatego, że końcówka jego przypomina końcówkę filmu „Interstellar”. Właśnie wielowymiarowość i tak dalej. I tu się przypomina ta sentencja, że technika, technologia przyszłości byłaby w tej chwili brana za magię, ewentualnie coś uduchowionego. Więc to przełożenie między anioły, które mówią, kto faktycznie tą dziewczynkę porwał i zabił, jest takim zwróceniem się w tamtą stronę według mnie. Natomiast filmów tego typu, wracając do tego z kolei, o napaści na Ziemię w celu pozyskania czegokolwiek z niej, raczej nudzę się przy nich po jakichś pięciu do 10 minut i najczęściej ich staram się unikać, jak tylko mogę. Dziękuję.
[03:01:02] - Dziękujemy. Marku, możesz przypomnieć kontakty do Radia Paranormalium i to, w jaki sposób można się z nami skontaktować.
[03:01:13] - Można się z nami skontaktować drogą tekstową. Przyjmujemy komentarze na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Wbrew temu, co niektórzy piszą na czacie youtubowym, jak najbardziej wszystkie wpisy czytamy, natomiast przekazuję tutaj poza anteną Piotrowi wpisy odnoszące się do tematyki dzisiejszej audycji. Można także do nas pisać SMS-y pod numer 536 620 493. Czekamy także na wiadomości na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Można także nam wysyłać wiadomości przez komunikator Telegram. Mamy tam swój kanał. Poprzez Facebooka również przyjmujemy komentarze, a jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[03:02:29] - Dziękujemy. Drodzy państwo, jeszcze tutaj warto wspomnieć o kilku innych produkcjach, które powstały. Mamy tutaj na przykład film pod tytułem „Quanta”Opisujący to, co się wydarzyło, kiedy jeden z astronomów odkrył przekaz od cywilizacji pozaziemskiej, który zawierał znaczną ilość informacji. Mamy też bardzo ufologiczny film pod tytułem „Przypadek 347”. Możecie go znaleźć bardzo prosto w internecie. Natomiast on jest chyba klasy B, jeżeli chodzi o tego rodzaju produkcje. Mamy też film pod tytułem „Strefa 51” opisujący to, co się tam wydarzyło. W tym filmie ciekawe jest to, że pojawia się osoba związana z ufologią, Norio Hayakawa, który jest znany z badania Strefy 51. Moglibyśmy wymieniać więcej tych filmów i moglibyśmy o nich mówić. Był też film, jak tutaj ktoś pisze, „First Light”. Widziałem go, był całkiem interesujący. Z drugiej strony, namawiacie nas do stworzenia listy tych produkcji, o których dzisiaj mówiliśmy. Zrobimy taką listę i zostanie ona umieszczona pod naszym filmem, może nawet z jakimiś gwiazdkami, chociaż jak tu Marek powiedział, nie jest zwolennikiem oceniania filmów pod tym kątem. Kiedy mówimy o tych filmach zapomnianych, dobrych i tak dalej, to są takie produkcje, o których można powiedzieć, że lepiej, żeby nie powstały. Istnieje bardzo wielu kandydatów do tego miana, ale jednym z nich jest „Projekt Blue Book”. Tak się chyba nazywał, jeżeli dobrze pamiętam. To jest taki serial paradokumentalny. Tak się nazywa: „Projekt Blue Book”. Był emitowany chyba na History Channel. To jest fabularyzowany dokument. Mamy tam przedstawioną historię doktora Hyneka, który analizuje różnego rodzaju spotkania. Natomiast to wszystko jest przedstawione w tak krzywym świetle i tak zmanipulowane, że szczerze mówiąc, kiedy obejrzałem pierwsze odcinki, byłem w szoku, jak można coś takiego nakręcić i przedstawić to jako dokument, jako coś opartego na faktach. Także nie polecam tego absolutnie. O tym jeszcze będziemy mówić kiedyś, kiedy zajmiemy się dokumentami, dlatego że do takiego miana „Blue Book” aspiruje. Jeżeli moglibyście wymienić jakiś film, który lepiej, żeby nie powstał i nie skrzywiał tego obrazu ufologii, nie powielał tych złych schematów, to co by to było, Arku?
[03:06:10] - Tak naprawdę nie przychodzi mi nic za bardzo do głowy, dlatego że wszystkie filmy w jakiś sposób wzbogacają. Przynajmniej wiemy, na co nie zwracać uwagi albo co jest przekłamaniem. Bardziej bym zwracał uwagę na to, tak jak określiłeś „Projekt Blue Book” czy wcześniej „Czwarty stopień”, żeby nie brać dosłownie tych słów „oparty na faktach”. Oparty, to znaczy tylko oparty o te fakty, a nie przedstawiający te fakty. I dalej wszystko będzie okej. Sami oglądający podejrzewam, że czują, czy ten film się nadaje do tego, żeby następne 90 minut przy nim posiedzieć, czy nie. Tutaj raczej nie ma takich filmów, których odradzałbym oglądania. Owszem, gdyby trzeba było za nie zapłacić gdzieś, to należy się zastanowić. Ale w internecie tych filmów jest dużo dostępnych. Czasami są one dostępne na platformach. Jedyne, co możemy stracić, to trochę czasu, a być może się dobrze pobawimy i troszeczkę się z nich pośmiejemy. Dziękuję.
[03:07:32] - Dziękuję. Z jednej strony widz może analizować to, co odbiera poprzez samą jakość tego filmu. Natomiast wydaje mi się, że „Projekt Blue Book” był bardzo charakterystycznym dziełem dzisiejszych czasów, dlatego że pretendował zarówno do miana dokumentu, jak i do miana czegoś fabularnego. Najgorsze było w tym wszystkim to, że widz, który się za to zabierał, miał przekonanie, że to jest oparte o jakieś fakty. Natomiast nikt nie mówił, gdzie się zaciera granica między faktami a rzeczywistością. To było szkodliwe, dlatego że widziałem bardzo wiele opinii mówiących o tym, że ktoś to oglądał, że komuś się to podobało i tak dalej. Nie mam tutaj żadnych obiekcji w stosunku do wykonania tej serii, dlatego że powstało chyba 20 odcinków z tego, co pamiętam, i one były całkiem dobre, jeżeli chodzi o warstwę techniczną. Były naprawdę dobrym materiałem do oglądania, natomiast były złym materiałem do czerpania wiedzy.I to jest główny minus stacji typu History i podobnych. Dlatego, że one prezentują jakiś materiał, który wygląda na dokument, natomiast on jest potem przecedzany przez wiele sit i tak naprawdę dostajemy coś, co jest niewiele warte. Kiedy się zajmiemy w naszej serii filmami dokumentalnymi na temat UFO, tam dopiero zobaczycie, jak wielka jest skala manipulacji informacjami. Natomiast jeżeli chodzi o filmy fabularne, to ja bym mimo wszystko nie polecał, aby brać przykład z „Czwartego stopnia”. Dlatego, że ktoś tam umyślnie lub nie, starając się przyciągnąć do tego widzów, zaimplementował po prostu fałszywe informacje i na tym to polega. Marku, a co byś ty tutaj odradzał naszym słuchaczom?
[03:10:02] - Ja bym odradzał, nie wiem, od którego sezonu. Musiałbym bardziej się w to wgłębić, ale „Starożytnych kosmitów” odradzałbym. To nie tak do końca o UFO, ale jednak. To był serial, który ja na początku oglądałem z fascynacją, ale w miarę kolejnych sezonów zacząłem dochodzić do wniosku, że ktoś popada w paranoję. Albo ja, albo twórcy tego filmu. Ponieważ jeśli ktoś właściwie znajduje przybyszy spoza Ziemi pod każdym kamieniem, pod każdą piramidą i w ogóle pod każdym budynkiem, nie tylko pod budynkiem, czemu tam tak się ograniczać? W ogóle wszędzie są. To jest objaw niekoniecznie pozytywny. Tak sobie to delikatnie powiedzmy. I ja mam tutaj dwojakie uczucia. Bo z jednej strony ten serial zwraca uwagę, jeśli by to traktować bardzo ogólnie, nie wchodzić w szczegóły, to on zwraca uwagę na pewne dziwności, na pewne sytuacje nieoczywiste, które mogą powodować, że pojawiają się pytania. To nie są pytania zawsze i wyłącznie o UFO. To nie są pytania zawsze i wyłącznie o obcych. Czasami są to zupełnie inne pytania, więc na tym poziomie ten serial spełnia jakieś tam wymogi. Jest to ciekawe. Natomiast ten serial ma jedną zasadniczą wadę polegającą na tym, że on mówi: „Ale my wiemy, jak było. My wiemy, jak było, było tak i tak”. I on tak naprawdę, zamiast czynić człowieka bardziej otwartym, czyni człowieka zamkniętym. On po prostu podaje gotowe interpretacje. „Macie tu państwo przepis, jak to było. To było po prostu tak, że obcy, obcy, obcy, wszędzie obcy”. Można żyć taką wizją świata, ale nie wydaje mi się ona czy to rozwijająca, czy też specjalnie atrakcyjna. Ten serial na początku spełniał moim zdaniem pozytywną rolę. On jakby ruszał nasze mózgownice, kierował nasze myśli w jakieś tam obszary niewiadomego. Natomiast od pewnego momentu, tu sobie sami państwo odpowiedzcie, od którego sezonu, stał się swoją własną karykaturą. I dlatego uważam, że znowu tak podniośle i może patetycznie, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Chyba twórcy tego serialu poszli w kierunku komercji i kasy i po prostu tłuką kolejne sezony. Ze szkodą moim zdaniem dla całej idei, czyli dla przybliżania pewnych faktów, w ogóle pewnych spraw związanych z zagadkami przeszłości. To tyle takiej negatywnej polecanki.
[03:13:52] - Dzięki. Faktem jest, że pan Tsoukalos i reszta organizują różnego rodzaju konwenty, spotkania. Ale kiedy się przyjrzymy temu, co przemycają w swoich programach, to jest kiepsko. Chodzi o to, że sama tematyka starożytnych astronautów, paleastronautyka, nie jest bardzo pojemna. Chodzi o to, że tam od pewnego czasu, w zasadzie od kilkudziesięciu lat, nie ma nowych faktów. Tam się nic nie dzieje. Cały czas się poruszamy po starych śladach i żeby wymyślić coś nowego, naprawdę trzeba wielkiej wyobraźni. Kiedy sobie oglądałem „Starożytnych kosmitów”, początek był dobry. Rzeczywiście, różnego rodzaju były historie przedstawiane, odniesienia różnego rodzaju. Oczywiście wielką robotę robiSprawa ilustracji. Jeżeli coś oglądasz i ci się przesuwają zdjęcia, obrazy i tak dalej, jest fajnie. Ale kiedy dochodzisz do takiego punktu, kiedy oni zaczynają opowiadać na przykład o temacie typu UFO i kowboje, to jest cienko tak naprawdę. Straciłem serce do tego serialu bardzo dawno temu. Nie wiem, czy go polecam, dlatego że tak jak mówię, on przemyca pewne fakty. Przemyca też dużą ilość materiału obrazowego, który jest nie zawsze dostępny w skumulowanej formie. Także jeżeli się to ogląda i jeżeli się ma trochę mózgu, trochę samokrytycyzmu, trochę krytycyzmu i tak dalej, to można z tego wiele wyciągnąć tak naprawdę. Problem w tym, że paleostronautyka jest ogólnie bardzo przekłamaną dziedziną. Tam jest dużo wiadomości czerpanych ze źródeł, które są dość wątpliwe i trzeba tej kwerendy, trzeba trochę sceptycyzmu, żeby z tego coś dzisiaj wyciągnąć. Także trzeba to wszystko chyba taką grubą kreską odkreślić i zacząć od nowa. Tylko że te poszukiwania nie wiem, czy nas zaprowadzą do jakiegoś nowego punktu. Tutaj cały czas sprawdzam na smartfonie, co mi tutaj Ivellios wysyła, jakie są jakieś ciekawe komentarze. Tutaj jeden z panów pisze o reality show na temat rancza Skinwalkera. Ja to chyba oglądałem, tylko że na YouTubie. Ranczem Skinwalkera się zajmiemy za kilka tygodni. Powrócimy na ranczo Skinwalkera. Opowiemy tam o kilku dziwnych wydarzeniach, jakie tam miały miejsce. Opowiemy też o tym, co się działo na jego peryferiach. Są pewne nowe informacje. To jest dobra informacja. Znowu masło maślane, ale wybaczcie nam, jest 20 po 11. Troszeczkę już człowiek mało myśli. Panowie, tak podsumowując, niektórzy z naszych słuchaczy prosili nas o taką tabelkę z filmami, które warto obejrzeć. Myślę, że taką tabelkę sporządzimy, a Ivellios ją wrzuci gdzieś tam w komentarze. Tych filmów jest naprawdę sporo. Nie ogarniemy wszystkich, mamy tylko chyba nadzieję, że pojawi się coś naprawdę dobrego, co nas poruszy. Jestem tego pewien, że coś takiego prędzej czy później gdzieś tam wykwitnie na tym filmowym polu. Ale tutaj jeszcze jedno pytanie, panowie, od jednego z czytelników. Sekundka. Takie pytanie od jednego z czytelników. Mamy te całe Halloween i tak dalej. Gdybyście mieli polecić kilka filmów, ale już z takiego poza ufologicznego pola, co by to było? Marku? Tak może po jednym na osobę.
[03:18:28] - Ale to ma być film z gatunku science fiction?
[03:18:31] - Widzę, że widz nie precyzuje. To może być film z gatunku chyba taki, który straszy po prostu.
[03:18:41] - Który straszy. To musiałbym się zastanowić, mówiąc szczerze tak od razu.
[03:18:48] - To ja polecę coś.
[03:18:50] - Okej.
[03:18:51] - To Arku i Marku, zastanawiajcie się. Ja może polecę coś, bo byłem w kinie w sobotę na filmie pod tytułem „Uśmiechnij się” bodajże. Taki jest polski tytuł. Angielski to „Smile”. Naprawdę dobry, mimo że powiela on pewne schematy na przykład z takiego filmu „Coś za mną chodzi”. Także jak pójdziecie sobie na ten film, to macie naprawdę dużą dozę strachu. O co tam chodzi? Może wam nie będę mówił, bo to jest prosty dość scenariusz. Chodzi o to, że coś się do pewnej kobiety przykleiło, do pewnej lekarki, które przeszło na nią z jej pacjentki. Gdybym wam zdradził więcej, to by chyba było za dużo. Natomiast to jest taki film, który używa pewnych mechanizmów, takich jak wyskakujące nagle jakieś obiekty, jakieś dźwięki i tak dalej. Także polecam naprawdę bardzo. Ale jeżeli chciałbym jeszcze o czymś wspomnieć, to jest taki film, Marku?
[03:20:17] - Ja już się zastanowiłem. I z takich ostatnich fascynacji to jest właściwie pogranicze fantastyki, trochę takiego filmu grozy. Grozy jak grozy. Jeśli znacie państwo książkę Stephena Kinga „Pod kopułą”, to jest też serial „Pod kopułą” i to jest serial, który mnie nie zawiódł, bo wiele seriali mnie zawiodło. Na przykład był taki serial „Człowiek z wysokiego zamku”, który zapowiadał się nieźle, ciągnął się nieźle, a czwarty sezonNależałoby zapomnieć, więc zapomniałem. Natomiast serial „Pod kopułą” ma oczywiście swoje wzloty i upadki. Tych sezonów jest sporo, ale on jako całość trzyma poziom i tam są momenty absolutnie rewelacyjne. Jeden z sezonów zaczyna się jak rasowy film science fiction o rzeczywistości wirtualnej. Jest to fenomenalnie zrobione. W ogóle niezła gra aktorska. Tak mi się przynajmniej wydaje. Nie żebym był jakimś specjalnym ekspertem, ale rzeczywiście polecam ten serial. Są protagoniści. Oni są oczywiście fajni, ale jest antagonista, szeryf z miasteczka, którego łapiemy się w pewnym momencie na tym, że go tak samo nie lubimy, jak lubimy i właściwie podziwiamy. I to nam się zmienia. Co odcinek może nie, ale co kilka odcinków lubimy go bardziej albo mniej. Właściwie to bydlę jest, ale jakoś tak go obdarzamy sympatią. Cholera wie dlaczego. To jest pewien fenomen tego serialu „Pod kopułą”. Może dlatego, że napisał to Stephen King, który wie, o co w pisaniu chodzi. Oczywiście nie napisał serialu. Brał w tym udział, maczał w tym palce, jak to zwykle przy serialach bywa. Ale i pierwowzór jest niezły, i serial moim zdaniem jest niezły. W dodatku ma koniec. Całkiem też udany moim zdaniem. Dlatego ja serdecznie państwu ten serial polecam. Sporo oglądania, dużo odcinków, ale moim zdaniem naprawdę warto.
[03:22:59] - Dziękuję. Ja tutaj dodam od siebie jeszcze może dwie rzeczy. Pierwsza rzecz to pierwszy film. To jest „Nieskończony”. To jest dość trudny w odbiorze film w pewnym jego momencie trwania. Natomiast jeżeli sobie dotrwacie do końca, to zobaczycie, że jest to naprawdę interesujący obraz. On wykorzystuje coś, co jest bardzo popularne dzisiaj. Chodzi o kulty, o sekty. Jeżeli przyjrzycie się horrorom z ostatniego okresu, to się okaże, że może 50% z nich jest opartych o to, że ktoś jest członkiem jakiegoś dziwnego kultu, jakiejś dziwnej sekty i tak dalej. Ona ma kontakt z tamtym światem i tak dalej. Ale „Endless” to jest naprawdę dobry film, dlatego że on nam do końca nie udziela informacji na ten temat, czy ta sekta rzeczywiście jest w kontakcie z innymi światami, czy też może zostaliśmy podbici przez jakąś inną cywilizację. Także polecam. To jest film, który nie zdobył jakiejś wielkiej widowni, nie jest za bardzo popularny. Wiem, że on ma chyba dwie części, ale dość łatwo go znaleźć. Drugi film to jest „Dream True”. To jest jeden z moich ulubionych filmów z ostatnich lat. O czym on mówi? O zaburzeniach snu i o tym, co można znaleźć w środku każdego z nas. Co jest najciekawsze, on się bardzo blisko wiąże z pejzażami, które znamy z obrazów Beksińskiego. Tak jest chyba najlepiej powiedzieć. Pewna młoda dziewczyna zapisuje się do kliniki badania snu. Okazuje się, że jest wyjątkowym przypadkiem. Można zajrzeć dzięki niej do wnętrza naszej podświadomości i tam są same straszne rzeczy. Ale film jest naprawdę świetny. Polecam. Jeżeli ktoś go będzie szukał, to on się nazywa „Niech się stanie” po polsku. Muszę powiedzieć, że w ostatnim czasie mamy tych produkcji godnych uwagi sporo. Ja mam na przykład taki problem z serialami dlatego, że trudno mi jest te seriale dokańczać. Zawsze gdzieś tam odpalam w pewnym czasie, bo jak powiedział Marek, one się rozciągają, stają się w pewnym momencie trudne do przyswojenia i im dłuższy serial, tym nam jest z nim gorzej. Natomiast takim serialem, który na mnie zrobił pewne wrażenie, który mimo wszystko chciałbym polecić, chociaż odnosi się do tej sfery bardzo wyświechtanej, jakim są te kulty i sekty, to jest „Diabeł w Ohio”. Coś, co znajdziecie na Netflixie. Taki krótki przerażacz, można powiedzieć. Ale Arku, co twoją uwagę zwróciło z tych filmów nieufologicznych?
[03:26:30] - „Nie patrz w górę”. Pewnie mówiliśmy o tym już kiedyś, ale dlatego głównie, że coraz bardziej decyzje polityków są uzależnione od tego, co jakikolwiek algorytm jest w stanie przewidzieć i wymyślić. I od tego, co sztuczna inteligencja, czyli naprawdę jeszcze nie sztuczna inteligencja, a przeliczanie matematyczne
[03:27:03] - Jest w stanie powiedzieć, jak kształtować przyszłość polityczną naszą. Warto ten film zobaczyć, bo to jest całe – jeżeli ktoś jeszcze nie oglądał – spektrum tego, w jakim społeczeństwie i środowisku w tej chwili żyjemy. Inny film, bo tak akurat popatrzyłem za okno i jest taka mgła, to horror pod tytułem „Mgła”. Ten, w którym wojsko gdzieś na jakiejś górze otwiera portal i przedostają się na Ziemię. W owej mgle przychodzą różne gigantyczne zwierzęta typu pająki i jeszcze inne. Ten film trzeba po prostu zobaczyć, mieszkając w małym mieście, gdzie jest mgła, gdzie nie widać sąsiada za oknem. Bardzo fajne wrażenie. Fajne wrażenia są później, gdy po prostu nic nie widzimy poza białą ścianą i sobie przypomnimy o tych wszystkich ludziach, którzy żyli w takim mieście i do których przyszły owe pająki. Dziękuję.
[03:28:26] - Też na podstawie Stephena Kinga.
[03:28:29] - Oczywiście.
[03:28:31] - A ja to wam powiem, że nie wiem dlaczego, ale nie jestem fanem Stephena Kinga. Nie wiem czemu. Zawsze mi to nie odpowiada. Na przykład chyba dwa lata temu była wersja „Cmentarza dla zwierząt”. Nawet było do obejrzenia. Natomiast jak się luknie na te wszystkie inne produkcje netflixowe, bo tam też się pojawiło parę produkcji, które były o Kinga oparte. Nie wiem, dla mnie takie sztampowe jest. Pewnie mnie zjadą teraz wszyscy fani Kinga, ale nie wiem, nie trafia to do mnie. Coś tutaj jest. Myślę, że jest wielu mniej znanych twórców, którzy są w stanie tworzyć rzeczy ciekawsze. Nie jestem wielkim znawcą literatury tego typu, ale tak mi się wydaje. Nie wiem, Marku, co tutaj powiesz. Królem nie jest dla mnie.
[03:29:49] - Mam zupełnie odmienne zdanie. Dla mnie to jest człowiek, który pisze horrory czy w ogóle jakąś grozę. Ale to jest też pisarz, który jest autentycznym pisarzem z prawdziwego zdarzenia. Czytałem jego opowiadania autentycznie literackie. Takie, które owszem, straszyły, ale robiły to w sposób pozahorrorowy. Nie używały takiego anturażu straszeniowego, tylko on straszył tym po prostu, że pisał. Mam wielki szacunek dla Kinga za kilka rzeczy. Za to, że jest rasowym pisarzem, który po prostu potrafi pisać. Za to, że potrafi bawić się konwencją, czyli potrafi udawać, że straszy czymś i wysuwa na pierwszy plan na przykład takie gadżety horrorowe, a tymczasem straszy zupełnie czymś innym. Ale potrafi też od czasu do czasu napisać prostą historię, która straszy tym, że straszy. Mam spory szacunek właśnie dla Kinga, ale pozostańmy w tej różnicy. Nie wszyscy się muszą jednym pisarzem zachwycać. Jestem pod dużym wrażeniem dorobku Kinga, różnorodności dorobku Kinga. To nie jest pisarz, który pisze ciągle to samo, ciągle pisze tę samą historię. Myślę, że nie. To jest pisarz, który szuka i znajduje. To może nawet ważniejsze, że znajduje. To jest dla mnie wielki plus tego pisarza. Ale różnijmy się pięknie, Piotrze.
[03:31:50] - Ja go postrzegam głównie przez produkcje filmowe, dlatego że-
[03:31:57] - Sorry, to być może jest też ważna uwaga, o której powiedziałeś. Stephen King jest pisarzem, jest literatem. Takie dobre polskie słowo. Nie wszystko, co zamknięte w słowach, da się przenieść na ekran. I myślę, że lepiej jest Kinga czytać niż oglądać. Zdarzają się owszem, niezłe ekranizacje jego prozy, ale zdarzają się też ekranizacje koszmarne.
[03:32:28] - Mam takie wrażenie, pewnie to herezja będzie, ale wydaje mi się, że większość kin, która powstała w oparciu o Kinga, to są może nie koszmary, ale mało wymagające i bardzo przewidywalne produkcje.
[03:32:54] - Lubię „Lśnienie” zarówno w wydaniu kubrickowskim, jak i później serialowym, bo sam materiał wyjściowy jest naprawdę niezły. Lubię „Carrie”, ale tę starszą wersję
[03:33:15] - Jeszcze kilka innych filmów lubię, ale na przykład są filmy absolutnie koszmarne. Jest taki, nawet nie pamiętam tytułu, o ciężarówkach, które się zbuntowały. Po prostu jakiś koszmar. Jest stara wersja, podobnie „Carrie” czy jakoś tak nazywa, ale to o samochodzie, który straszy. Wersja z lat 80. jest moim zdaniem taka sobie. Inaczej. Za wyobraźnią Kinga nie nadąża kinematografia i dlatego część ekranizacji jest absolutnie koszmarna.
[03:33:52] - To tak jak z Philipem Dickiem, prawda?
[03:33:55] - Troszkę tak. To prawda.
[03:33:57] - Odkryto go dopiero potem i tak naprawdę do dzisiaj go nikt nie rozumie. Mnie się wydaje, że „Doktor Sen” – straszne. „Carrie” – jeden chyba z najgorszych horrorów ostatnich lat tak naprawdę.
[03:34:18] - Tak, ale to właśnie filmowy. Natomiast książkowo to jest niezłe. Co więcej, King ma coś takiego w sobie, że ja przyznaję, na przykład widziałem ekranizację „Bastionu” i przeczytałem „Bastion”. To dwie różne historie są naprawdę. Wierzcie państwo. Można się tą kinową wersją zachwycić? Można. Czy kinową, czy właściwie serialową. Ale jednak King to jest pisarz i trzeba brać pod uwagę, że przenoszenie tego na ekran zawsze wiąże się z kompromisem. I ten kompromis nie zawsze bywa udany. Natrafiliście państwo na gorliwego zwolennika Kinga. Pominąwszy już wszystko, ja uwielbiam jego opowiadania. Jego powieści bywają różne, tak jak rozmawiamy w tej chwili. Lepsze, gorsze. Natomiast to jest facet, który z formy opowiadaniowej jest w stanie wycisnąć prawdziwe cuda. Naprawdę. Jest kilka takich zbiorów opowiadań, po których ja byłem absolutnie wstrząśnięty. Naprawdę. To jest pisarz, który jest rasowym pisarzem, ale to jest pisarz, który rozumie, na czym polega forma i na czym polega treść w pisaniu. I to po prostu czuć, widać. I to się później, w czasie lektury bardzo mocno odbija na osobie, która tę prozę pochłania. Ale ja wiem, że jak ktoś jest nieprzekonany do Kinga, to już pozostanie nieprzekonany. Ja niestety zaliczam się do fanatyków.
[03:36:22] - To chyba jest oparte głównie o filmy. Natomiast resztę zostawiamy do oceny naszym słuchaczom. Panowie, ja wam bardzo dziękuję za udział w dzisiejszej audycji.
[03:36:38] - Ale coś muszę jeszcze powiedzieć na koniec. Przepraszam. Nie zmieściło się to w formule dzisiejszej audycji, a ja bardzo polecam rozmowy z „Bibliotekarium” też o UFO z Piotrem Cielebiasiem, tutaj obecnym.
[03:36:55] - O, to ze mną.
[03:36:57] - Tak, z tobą. Rozmawiamy o książce, przy powstaniu której, przynajmniej polskiej wersji, maczałeś palce.
[03:37:05] - Tak.
[03:37:07] - Czyli „Ilustrowana historia UFO”. To jest książka, która jest, wierzcie mi państwo, jestem po lekturze, a w każdym razie po bardzo dokładnym przejrzeniu tej książki. I tu moje ulubione sformułowanie: absolutnie fascynująca. Na temat tej książki, jak państwo jesteście zainteresowani, to sięgnijcie do „Bibliotekarium 2.0”, wydanie czwarte czy też 154. To w zależności jakiej numeracji używamy. W każdym razie sięgnijcie państwo po to „Bibliotekarium”. Tam Piotr opowiada szerzej o książce i naprawdę warto. Minutaż jest, więc nie musicie państwo słuchać całego „Bibliotekarium”, jak was nie interesuje, ale rozmowę z Piotrem bardzo polecam.
[03:38:01] - Tak, ja nie będę tutaj zdradzał więcej. Chodzi o książkę, którą przetłumaczyłem dla wydawnictwa Entliczek. To nie jest wcale książka dla dzieci, ale to tam sobie posłuchacie na „Bibliotekarium” i tak dalej. Arku, co byś tutaj jeszcze dodał do tych naszych wywodów? Czy zaliczasz się do fanów Kinga, czy też może jesteś gdzieś na orbicie?
[03:38:29] - Nie jestem fanem jakiegoś jednego autora. Jeżeli jest coś fajnego i mnie zainteresuje, to nawet gdyby to był pisarz bardzo nieznany albo nawet całkiem nieznany, to też bardzo chętnie albo przeczytam, albo zobaczę film inspirowany jego twórczością. Natomiast przypomniałem sobie, jakiego filmu bym nie polecał na oglądanie. Jest taki polski film „Krakowskie potwory”. Naprawdę szkoda czasu na to, żeby-
[03:39:04] - Powiem ci, że tutaj możemy sobie pianę przebić, dlatego że tak, to faktPrzepraszam, że ci przerwałem, ale kiedyś miałem zamiar napisać na ten temat recenzję do „Nieznanego Świata” i zamierzałem porównać „Krakowskie potwory” do krakowskiego Kredensu. To był kiedyś taki sklep z produktami różnego rodzaju. Tam kaszanka kosztowała 40 zł na przykład. I porównałem w tej recenzji ten film do tej kaszanki za 40 zł, która była owinięta w złoty papier, a była kaszanką. Mimo wszystko ta recenzja się nie ukazała, bo nie było o czym pisać. Ale te „Krakowskie potwory” naprawdę mnie trochę zmasakrowały. Dobrze, że Arku wywołałeś ten temat, dlatego, że to się odnosi do pytania, które zadał jeden z naszych widzów. Ale proszę cię, dokończ.
[03:39:59] - To by było wszystko, co wiem na temat tego filmu. O ile naprawdę wykazałem dużo cierpliwości, żeby przejść następny i następny odcinek, to po prostu człowiek wymięka. Nie wiem, jak się starał, nie da się tego filmu na dłuższą metę oglądać. I szkoda troszeczkę. Natomiast miałbym taką prośbę do wszystkich tych, którzy uprawiają albo kręcili filmy w tym roku, bo w tym roku jest pierwszy taki rok, że pokazały się pokazy lotnicze, żeby przejrzeli dokładnie te materiały, które nagrywali podczas przelotu tych samolotów, gdzie byli. Czy przypadkiem gdzieś nie uchwycili czegoś, co nie jest małym balonikiem, czy jakąś inną latającą, znaną im bryłą. I jeżeli by mogli, to fajnie by było, gdyby o tym cokolwiek pokazali czy powiedzieli. Wiem, że odbywały się też między innymi przeróżnego rodzaju zawody paralotniowe, gdzie paralotniarze z reguły latają z kamerkami lepszymi lub gorszymi, ale zdjęcia czy filmy, które mogą zarejestrować w powietrzu coś, co lata obok nich, byłyby naprawdę bardzo fajne. W dniu wczorajszym, nie, jeszcze dzisiejszym odbyło się takie spotkanie w Galinach. Być może coś się udało tam nagrać. Pozdrawiam zatem wszystkich uczestników tamtejszego spotkania. Dziękuję.
[03:41:51] - Dziękujemy. Tutaj ostatnie pytanie chyba na dzisiaj, dlatego, że już wszyscy jesteśmy padnięci. Padł chyba rekord jeżeli chodzi o czas trwania audycji w tej serii. Ale tu jeden z naszych słuchaczy, a może i też czytelników „Nieznanego Świata” zadał takie pytanie. I to chyba jest pytanie też do Marka: jak to się dzieje, że w polskiej kinematografii trochę brak tego horroru, tego science fiction, że to jest traktowane tak po macoszemu? Z czego to wynika, że jakby nie patrzeć, jest to produkcja klasy B dla naszych reżyserów? Marku?
[03:42:47] - Cóż, będzie musiało mi się ulać trochę jadu, ale dobrze, to ja ten jad wytoczę. Zarówno w literaturze, jak i wśród twórców filmów niestety panuje jakaś taka, szukam słowa, zmowa nie, raczej takie głębokie przekonanie, że jest uprawianie sztuki, czyli pisanie wielkiej literatury oraz tworzenie wspaniałych filmów i jest też oddawanie się komercji albo oddawanie się rzeczom niegodnym, czyli na przykład uprawianie literatury science fiction, fantastyki szeroko pojętej czy też przenoszenie tej fantastyki, czy też science fiction na ekran. I to jest tak głęboko zakorzenione w środowiskach zarówno twórczych, jak i na przykład akademickich, że rzecz jest nie do wyplenienia. Na szczęście jest całe grono młodych twórców i młodych naukowców, którzy są pozbawieni tego rodzaju przesądów. Ale zanim to stanie się normą, to jeszcze trochę czasu upłynie. Otóż ja taki ulubiony przykład, który często przytaczam, to jest taki, że w zeszłym roku mieliście państwo, to był rok Stanisława Lema i odbywały się rozmaite imprezy czy też eventy, jak to się dzisiaj nowocześnie mówi, poświęcone twórczości Stanisława Lema. I wyobraźcie sobie państwo, że na większość tych eventów nie zapraszano ludzi, którzy pisaliby fantastykę. Zapraszano różne osoby, literatów, naukowców, ale nie ludzi, którzy fantastykę tworzą. Dlaczego? Dlatego, że ktoś tam sobie wymyślił, że Lem to jest pisarz osobny. On nie tworzył fantastyki, on tworzył literaturę. Czy też literaturę, czy też jakkolwiek państwo to zaakcentujecie, nieważne. W każdym razie Lem nie tworzył science fiction. To był pisarz osobny. Kpię oczywiście, ale to był powód, dlaczego na przykład nie zapraszano Dukaja.W końcu pisarz ogromnej miary, ogromnych osiągnięć, ale jednak nie. Po co zapraszać Dukaja? Sami sobie naukowcy o Lemie porozmawiają. Po co zapraszać innych twórców science fiction, których w Polsce jest całkiem sporo? Po co? To w ogóle absolutnie nie ma sensu. Podobne zjawisko w literaturze da się opisać chociażby przykładem Radka Raka. Zdobywca Nagrody Nike, zdobywca wielu innych nagród. A co się mówi w uzasadnieniu laudacji do Nike? Że on co stworzył? Jakąś opowieść fantastyczną? Już nie science fiction, ale fantastyczną. Nie, proszę państwa, żadna fantastyka. To obrzydliwe jest przecież. On stworzył klechtę, żadną fantastykę. Warto sobie to uświadomić, że polski świat akademicki badający literaturę, literaturoznawcy mają w głębokim poważaniu fantastykę naukową, fantastykę. W ogóle wszystko, co gdzieś tam stało koło fantastyki, to jest niegodne, głupie, bez sensu. Komercja, bzdura. Jest tylko prawdziwa, mainstreamowa literatura. I stąd się to trochę bierze. I to się przenosi również na film. Po pierwsze nie ma pieniędzy, żeby tworzyć efekty specjalne, a z tego fantastyka naukowa, czy też w ogóle fantastyka żyje. Ale dobrze, powiedzmy, że jakieś pieniądze się znajdą. Tylko że sami twórcy kina jakoś tak czują, że oni są stworzeni do tworzenia wielkich dzieł. Trzeba wiekopomne filmy czy seriale tworzyć, a nie jakieś gie z gatunku science fiction.
[03:47:18] - Ale z drugiej strony powiem ci, że na przykład noblistka Olga Tokarczuk inspiruje się różnego rodzaju rzeczami związanymi z psychotroniką. I kiedy się temu przyjrzymy, to jej produkcje oparte o jej dzieła też nie są jakoś wielce poważane. Może nie, że nie są poważane. Chodzi mi o to, że nie są jakimiś wielkimi hitami i tak dalej. Ja dam taki przykład. Był taki film, który się nazywał chyba „Erotica 2022”, jeżeli dobrze tutaj cytuję. I to był film, który się ukazał na Netflixie. To była taka kompilacja, tam było chyba cztery czy pięć obrazów awangardowych artystów, między innymi jedna z tych produkcji była oparta o prozę Olgi Tokarczuk. Z wielkim żalem mówię, że to, co było właśnie jej dziełem, to było najgorsze w tym wszystkim. I to było właśnie polskie science fiction. Mieliśmy tam taką scenę, gdzie na Warszawę spada opad radioaktywny i tak dalej. I to było straszne. Ogólnie to był straszny film. To był jeden z najgłupszych filmów, jaki widziałem. Nie wiem, co twórcy chcieli pokazać. Na pewno nie science fiction, na pewno nie alternatywną wizję rozwoju. Chcieli coś pokazać, wiadomo, dostali pieniądze z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, czy jak się to nazywa. Nie wiem, czy to dobrze cytuję, bo mi się spać chce. W każdym razie tak wygląda polskie science fiction. To musi być w jakiś sposób uwiarygodnione.
[03:49:26] - To już wskakuję w to, co powiedziałeś. Jest taki kanał Krzysztofa Maja „Dla każdego coś przykrego” i on tam poddał analizie mowę noblowską tejże noblistki Olgi Tokarczuk. Tak naprawdę ja nie będę państwu tego streszczał. Przeanalizujcie sobie państwo to, co w mowie noblowskiej mówi Olga Tokarczuk na temat literatury gatunkowej i na temat literatury mainstreamowej i będziecie państwo wiedzieli wszystko, co trzeba wiedzieć o naszej noblistce. Ona tak naprawdę ma do tego oczywiście prawo. Uważa, że istnieje literatura. Literatura. Literatura. Znowu akcent obojętny. Mainstreamowa, ta prawdziwa literatura i literatura gatunkowa, kryminały, fantastyka, fantastyka naukowa, wszystko to ten chłam. Przynajmniej wyraźnie to z mowy noblowskiej wynika. Osoba, która pławi się w deklaracjach tolerancji tego, że w ogóle wszystko jest okej i w ogóle powinniśmy być tolerancyjni. Przeczytajcie państwo jej mowę noblowską. I czy to jest mowa osoby, która cokolwiek innego poza mainstreamem toleruje? Która uważa, że istnieją inne ciekawe gatunki? Moim zdaniem nie. I wszystko inne jest tylko logiczną konsekwencją tego. Ale to mówię, trochę mi się ulało tutaj jakiegoś jadu. Uprzedzałem państwa, że mi się jad uleje, to mi się właśnie ulał. Ale to jest jakaś prawda o tym, co się wokół nas tworzy. A w dodatku, żeby było śmieszniej, ja akurat bardzo lubię prozę Olgi Tokarczuk, żeby tak już naprawdę skomplikować wszystko, co można skomplikować. Lubię jej prozę, ale nie lubię jej postawy wobec literatury jako całości.To tyle. Dzięki.
[03:51:37] - No tak, co by tu jeszcze dodać? Możemy wspomnieć o jej nowym horrorze. Horror przyrodniczo jakiś, zapomniałem, ten cały „Empuzjon” i tak dalej. Ale jeżeli się w to zagłębimy, to nie lubię się tam czepiać. Chodzi o to, że nie lubię takiej literatury, która się wybija na jakiś tam-
[03:52:13] - Która opowiada sama o sobie tak naprawdę.
[03:52:17] - O panujących trendach. Na przykład Szczepan Twardoch jest tym Ślązakiem i on na tych Ślązakach jedzie, bo tu są Polacy, tu są Ślązacy i tak w sumie cały czas o tym samym. Skończmy z tą literaturą konfliktu. Jeden głupi, drugi mądry, jeden ma to, drugi ma tamto.
[03:52:42] - Jestem za.
[03:52:44] - Dla mnie jest to trochę niezrozumiałe. Mimo wszystko chodzi chyba o jakieś wartości progresywne. Chodzi o jakiś postęp. Nie chodzi chyba o to, żeby opowiadać wszystkim o tym, że ja jestem kobietą, ty jesteś mężczyzną, ty jesteś Polakiem, ty jesteś Ślązakiem i tak dalej. I roztrząsanie tego przecież do niczego nie prowadzi. Rany, są miliony różnych twórców i kiedy na przykład przeglądasz, okazuje się, że w Polsce mamy trzech pisarzy albo czterech. Jak to wygląda tak naprawdę? Niesamowicie mnie to szokuje, że jesteśmy w stanie się dać zaszachować konfliktom. Bo i Tokarczuk, i Twardoch, i oni zerują na tych prymitywnych instynktach tak naprawdę. Że my się będziemy kłócić, bo ty żeś Ślązak, jo żeś Polak. Nie, przepraszam, na odwrót. Żeś jest Polak, jo żeś Ślązak. Nie podoba mi się to. To mi się strasznie, bo to jest kiepskie, to jest marne. Że ona na przykład wybija się, bo mówi: „Jestem Ukrainką i ładnie śpiewam” i tak dalej. Nie, to wszystko się musi bronić pewnym... Przepraszam, że tak powiedziałem. Nie chodzi mi o wrogość w stosunku do Ukraińców. Chodzi mi o to, że twórcy dzisiejsi, zarówno literaci, jak i wideoblogerzy, opierają się na konflikcie. Ja jestem taki, wy jesteście inni. Wy mnie macie tutaj teraz hejtować, ja będę na tym żył. To jest straszne. To jest coś, na czym żyje Maciej Stuhr i reszta. My nie możemy mówić o jakimś konsensusie, o czymś, co nam przynosi jakiś postęp, jakiś rozwój. Czym my się musimy chlać? W sumie to jest straszne i to mnie tak trochę odseparowuje od dyskusji w ogóle o polskiej literaturze. Bo okazuje się, że im bardziej jesteś anty, im bardziej mieszasz w tym kotle, tym jesteś lepszy. A chyba nie o to chodzi, tak?
[03:55:50] - Myślę, że mocno odjechaliśmy od tematu dzisiejszej audycji, ale masz-
[03:55:57] - Nie, wcale nie.
[03:55:58] - Masz sporo racji.
[03:56:00] - To, o czym powiedzieliście przed chwilą, decyduje o tym, że polskich filmów fantastycznych nie ma. A te, które powstały, są tak cienkie i nie da się tego oglądać tak naprawdę. I te pieniądze, które Polski Instytut Sztuki Filmowej wydaje, te pieniądze, które my wydajemy na kilka tych uczelni sztuki filmowej, bo to też pieniądze idą z podatków, idą po prostu na marne. A dlaczego idą na marne? Dlatego, że osoby, które w Polsce zajmują się pisaniem, tym głównym pisaniem, które zostają zaszczycone otrzymywaniem nagród państwowych, piszą i bazują swoje pisarstwo, tak jak Piotr powiedział, na niskich pobudkach wszczynania najprościej jakichś takich wojny, robienie tak zwanej gównoburzy o nic. I dlatego nie mamy co oglądać w telewizji. Musimy się posiłkować Netflixem i czymś jeszcze tam innym, Disneyem czy kimś innym. I nie ma tam takiej polskiej fajnej produkcji. I tyle.
[03:57:26] - Żeśmy pojechali, panowie, ale wypadałoby już kończyć, bo jest 12.
[03:57:33] - Wbrew pozorom nakręcić film fantastyczny, który by był ciekawy, fajny albo przynajmniej dowcipny, nie jest tak bardzo trudno.Nie potrzeba biliardów pieniędzy na to. Owszem.
[03:57:48] - To nie jest trudne.
[03:57:49] - Film fantastyczny to nie są tylko efekty specjalne, to jest też i gra aktorska. To jest też i odpowiednie umiejscowienie tej fantastycznej scenerii w świecie i do tego nie potrzeba nie wiadomo czego.
[03:58:02] - Przykładem tego jest film „Vivarium”, który pokazuje, w jaki sposób można taki prosty pomysł wykorzystać i w następny sposób budować na nim narrację. Panowie, my już dzisiaj cztery godziny tutaj siedzimy. Naprawdę to jest długo. Powoli będziemy kończyć. Dziękuję wam za dzisiejszą audycję. Marku?
[03:58:44] - Ja też bardzo serdecznie dziękuję. Mimo wszystko, pomimo naszych polecanek i zniechęcanek, życzę naszym słuchaczom dobrych wyborów filmowych dotyczących UFO, ale też dotyczących fantastyki. Może też wyborów literackich. W każdym razie tego wbrew pozorom na rynku jest całkiem sporo, ale trzeba szukać. Ja chyba najbardziej z tego wszystkiego lubię ten proces szukania, znajdywania, odkrywania czegoś fajnego, czegoś nowego. To jest w gruncie rzeczy fajniejsze niż te polecanki nasze. Odkrycie czegoś, czego nikt mi jeszcze o tym nie powiedział, a ja to odkryłem. Super sprawa. Życzę tego państwu i udanych poszukiwań życzę przede wszystkim.
[03:59:43] - W ciągu kilku dni pewnie wrzucimy tam jakąś taką naszą tabelkę z polecanymi filmami albo z tym, jak je oceniamy. Arku, trzy słowa na koniec.
[03:59:57] - Dziękuję bardzo, że wszyscy, którzy do tej pory dotrwali, byli w stanie dotrwać. Bardzo chętnie przeczytam wszystkie komentarze, które będą pod tą dyskusją i będą polecały następne filmy, które są warte obejrzenia. Dziękuję i dobranoc.
[04:00:17] - Ja również żegnam wszystkich i zapraszam do następnej audycji. Prawdopodobnie w następny poniedziałek zajmiemy się kwestią UFO a NASA. Także zapraszam wszystkich. Czekajcie na nas i zostawiajcie swoje pytania na Facebooku Radia Paranormalium. Pozdrawiam.
[04:00:48] - A mówili przed chwilą do państwa Piotr Cielebiaś, prowadzący rozmowę w dzisiejszej debacie ufologicznej, Piotr Cielebiaś z „Nieznanego Świata”. Byli z nami również nasi dzisiejsi goście, pisarz science fiction, publicysta i również współpracownik „Nieznanego Świata”, Marek Żelkowski, a także ufolog z Warmińsko-Mazurskiej Grupy Ufologicznej, Arkadiusz Kocik. Audycję, jak zawsze, od strony technicznej obsługiwał Marek Synkiewicz. Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Wypatrujcie oczywiście zapowiedzi następnej debaty ufologicznej na stronie Radia Paranormalium, a także na naszych profilach społecznościowych na Facebooku, na YouTube, na Instagramie i na Telegramie. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już niedługo. Bardziej niż nieprawdopodobne, niemożliwe, niewiarygodne. Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. UFO Relacje — polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Podziel się już dziś swoją obserwacją. Czekamy na relacje współczesne oraz z lat ubiegłych. Wszystkim świadkom zapewniamy pełną anonimowość. UFO Relacje — polska baza relacji o obserwacjach UFO. www.ufo-relacje.pl. Pisz artykuły, rozmawiaj z czytelnikami, moderuj komentarze i poczuj się jak redaktor. Załóż bloga na Paranormalium. Więcej dowiesz się w dziale Blogi na www.paranormalium.pl. Rozmawiaj z prezenterami oraz z innymi słuchaczami na żywo. Wejdź na naszego czata na www.paranormalium.pl.