[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium i w Book Radio. Piątek, weekendu początek. Piątkowy, chłodny październikowy wieczór, a w Book Radio poniedziałkowy. Witają państwa przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz Bibliotekarium 2.0, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:45] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Zaczynamy trzeci odcinek Bibliotekarium 2.0. Żeby to się nie okazało, że do trzech razy sztuka. Ale na razie nic tego nie zapowiada. Dzisiaj wykłady oraz ćwiczenia będą nieco krótsze niż w zeszłym tygodniu. W zeszłym tygodniu, biję się w pierś, jako prowadzący zajęcia przegiąłem absolutnie pałkę. Ponad pięć godzin audycji, z czego ponad dwie godziny mojego wykładu. Jak to mi niektórzy napisali: „Niby to nie jest źle, jak czegoś jest dużo, ale nie należy przesadzać”. To taki komplement, przy którym musiałem się głęboko zastanowić, czy się ucieszyć, czy może zmartwić.
Dzisiaj mnie aż tyle nie będzie, co nie znaczy, że nie będzie mnie w ogóle. Będę może trochę mniej mówił, ale to nic pewnego. A zaczniemy, proszę państwa, od końca świata. Tak. Taki będzie zresztą-- zamilkłem, bo koniec świata, wiecie państwo, to jest takie coś, takie pojęcie, które towarzyszy nam bardzo często. Najczęściej na początku w takiej formie, nazwijmy to, codziennej, rozrywkowej. Ktoś mówi: „Koniec świata, koniec świata!” Później zaczynamy zdawać sobie sprawę, że koniec świata to jest coś więcej i to jest coś, co wcale nas nie cieszy. Bo koniec świata to jest zarówno taka apokalipsa, jaka często się trafia w różnego rodzaju powieściach, jak i koniec naszego świata. Nasz koniec to też jest koniec jakiegoś świata. Bo wiecie państwo, pierwszą część naszych wykładów poświęcimy temu właśnie zagadnieniu, a myślę, że dobrym wprowadzeniem będzie odrobina poezji.
Kiedyś taki klasyk amerykańskiej literatury, T.S. Eliot, napisał poemat „Wydrążeni ludzie”. To jest klasyka, absolutna klasyka, zresztą dostępna bez bólu w internecie. Znajdziecie sobie państwo cały ten ogromny, obciążony masą kontekstów kawałeczek poezji. Ogromny też pod tym kątem literackim. To jest naprawdę arcydzieło. Ja państwu zacytuję natomiast końcówkę: „Twoje jest królestwo. Tuum est regnum. Albowiem tuum est. Życie jest.
Albowiem tuum est. I tak się właśnie kończy świat. I tak się właśnie kończy świat. I tak się właśnie kończy świat. Nie hukiem, ale skomleniem”. Można sobie westchnąć. A o temacie końca świata mówił podczas Coperniconu znany tłumacz, Radosław Kot. To człowiek, proszę państwa, pewno często nie wiedzieliście, że czytacie jego dzieło. Bo każde tłumaczenie jest dziełem. Radosław Kot, rocznik 1961, urodził się w Poznaniu.
To tłumacz fantastyki, ale też publicysta, redaktor i działacz fandomu. Zajmują go dwa zawody. Jest socjologiem, ale te prace z socjologii, zarówno doktorat, jak i wcześniej magisterkę, pisał z utopijnych wątków w fantastyce naukowej. A więc powiem krótko: nasz człowiek. Zajmował się też, tak jak wspomniałem, publicystyką na temat science fiction, fantasy. Tym para się proszę państwa, od 1980 roku. W międzyczasie był w klubie Orbita, znany poznański klub. W 2012 pojawił się w klubie Druga Era. Na początku lat 90. był współtwórcą ważnego dla polskiej fantastyki wydawnictwa, a mianowicie CIA Books.
A wcześniej, i to jest ciekawostka, proszę państwa, Radosław Kot prowadził stronę poświęconą fantastyce naukowej, zresztą szeroko pojętej fantastyce w Tygodniku Wojsk Lotniczych, który nosił tytuł „Wiraże”. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego funkcjonowało. Jest też redaktorem dzieł wybranych Philipa Dicka w wydawnictwie Rebis. A zainteresowań ma ten człowiek wiele. Ja z pasją śledziłem z kolei na Kapitularzu jego wykład. Niestety nie nagrał się, nad czym żałuję. Dyktafon odmówił posłuszeństwa, bo wcześniej nagrywał już wiele godzin i po prostu bateria padła. Ale miał znakomitą prelekcję poświęconą poszukiwaniu zatopionych okrętów z czasów II wojny światowej, zarówno tych japońskich, jak i amerykańskich. Powiem państwu, absolutnie rewelacyjna prelekcja, najeżona masą szczegółów, znawstwem tematu. Do dzisiaj nie mogę odżałować, że po prostu wcięło to nagranie.
W każdym razie interesuje się nie tylko tym, bo pasjonują go koty, lotnictwo, podróże, modelarstwo, fotografia, historia, historia marynistyczna, tak jak wspominałem, psychologia, psychologia społeczna, kolejnictwo. Przyznacie państwo, że tych zainteresowań jest naprawdę sporo. A przekładał pisarzy takich jak na przykład, są na pewno państwu znani: Michael Moorcock, Arthur C. Clarke, David Weber, Chris Bunch, Harry Harrison, David Farland, James White, Brian Aldiss, Tolkien, Philip Dick, James Blish. Proszę państwa, tych przykładów tłumaczeń jakbym chciał przytoczyć. Albo nie. Trochę ich przytoczę, ale przygotujcie się państwo na długie moje gadanie. Ważna książka jeszcze w CIA Box to była książka „I ujrzeli człowieka”, ale tłumaczył również „3001. Odyseja kosmiczna. Finał”.
Tłumaczył „Czarnego Graala”, tłumaczył „Drewniane morze”, „Ducha wielkiej ławicy”, „Fontanny raju”. „Fontannę raju” polecam państwu. To jest Arthura C. Clarka. Ja to jeszcze czytałem po rosyjsku w technice Mała Diorzy na początku lat 80., bo to było u nas niedostępne. Cóż jeszcze tłumaczył Radosław Kot? „Gwiezdnego chirurga”, „Gwiezdnego terapeutę”, „Imperium tysiąca słońc”, „Impet burzy”, „Kawalera mieczy”, „Koniec imperium”, „Króla mieczy”, „Krwawe igrzyska”, „Księgę zaginionych”, „Kwestię sumienia”. To też pamiętam tę „Kwestię sumienia” w CIA Box. Dalej. „Maska ognia”.
„Niedokończone opowieści” to w ’95 roku. „Ognisty miecz”. „Ostateczna diagnoza”. „Ostateczny cel”. „Ostatni legion”. Wymieniam i szukam pewnej książki i nie mogę znaleźć. Wiecie państwo, stąd plączę się w zeznaniach. „Piętno czasu”. „Podłe światy”. „Podwójna gra”.
„Podwójny kontakt”. „Poeta namiętności”. „Powrót Imperatora”. I cały czas nie ma. Nie mogę tego znaleźć. O, właśnie! „Przestrzeni przestrzeni. Make Room, Make Room!” To jest książka absolutnie kultowa. Po raz pierwszy pojawiła się właśnie w CIA Box. Oj, powiem państwu, to była książka, o której marzyłem, żeby ją nie tylko trzymać w rękach, ale przeczytać.
I wtedy właśnie na początku lat 90. ją dostałem. Harry Harrison. Absolutna klasyka i to ambitna klasyka. Państwo pewno kojarzycie Harry'ego Harrisona z prozą taką czasami bardzo lekką. „Przestrzeni przestrzeni” to nie jest proza lekka, ale warto, naprawdę warto po to sięgnąć. Cóż jeszcze w tłumaczeniach Radosława Kota. „Statek szpitalny”. „Zagłada Atlantydy”. „Synowie dębu”.
„Szlifierz umysłu”. „Światy cienia”. „Światy wilka”. „Tarcza kłamstw”. „Tunel transatlantycki”. Nareszcie! To też znakomita książka. „W oku cyklonu”. „Wilcze bractwo”. „Wojownicy nocy”.
Cóż jeszcze z takich tytułów. „Znikający karzeł”. „Absolwenci”. „Galaktyczne sny”. „Kosmiczne szczury”. „Krok od ziemi”. „Opowieści łowców”. „Otwarte przestworza i inne opowiadania”. Też ważna książka „Święty Smok i Jerzy”. To z Jarosławem Kotarskim, ale też jedna z takich książek, udanych komedii science fiction.
Fantasy science fiction. Pewno można podyskutować. Pewno bardziej fantasy, bo jak smoki, to fantasy. W każdym razie naprawdę warto. Spod pióra tego tłumacza wyszedł też tom z serii „Stalowy szczur”, a mianowicie „Złote lata Stalowego Szczura”. I właśnie Radosław Kot, tak jak powiedziałem na Coperniconie zaczął opowiadać o końcu świata, a właściwie o końcach świata. I to jest naprawdę pouczająca prelekcja. Zapraszam.
[12:31] - Pora zaczynać. Cóż, nazywam się Radosław Kot, jak już zastępiłem. Z wykształceń dwóch, panu socjolog i tłumacz. Zależnie od różnych chwil jedno albo drugie robię. Tutaj chcę zająć się problemem tego końca świata. Właściwie końców świata, bo tak naprawdę ile razy świat się skończył dzisiaj od obiadu, to trudno powiedzieć. Co prawda całkiem sporo razy. Zaznaczyłem to, że to jest święto ruchome. Tak, ponieważ temat wraca regularnie na bardzo różnych poziomach. Oczywiście tym największym.
Z kalendarzem Majów chociażby. 2012. Wielka wróżba, wielkie przewidywania. Tego rodzaju akcje mają regularnie miejsce. Oczywiście to ma być globalny koniec świata. Najstarszy chyba odnotowany to był rok 1000. Wtedy było wielkie przerażenie, że świat się skończy. Dlaczego? No bo zero przybywa. To się musi coś zmienić.
Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak często temat wraca, można zadać sobie pytanie, czy ludzie tak naprawdę nie marzą o końcu świata? Czy to jest jakieś głębokie pragnienie? Różnymi rzeczami wiedzione spróbuję się zastanowić, jakie wchodzą w grę możliwe powody, skoro tak chętnie jest to rozpatrywane na bardzo wielu poziomach. Takie wielkie oczekiwanie, że coś, no już nie będę się wyrażał, co się stanie, ale powiedzmy, że coś się skończy i to z wielkim hukiem. Widowiskowo być może. Właśnie chociażby jak w owym filmie 2012, który był bardzo widowiskowy. Ale co z tym najwyższym poziomem? Ten najwyższy poziom, na którym coś podobnego bywa przewidywane. Myślę, że tu można kilka rzeczy znaleźć. Pierwszy związek, a przynajmniej dość wyraźne pokrewieństwo z tym wszystkim, na czym wyrosła między innymi na przykład gnoza.
Podejrzenie, że świat ma ukryty porządek. To nie musi być powiązane z religijnymi przekonaniami od razu. Ten porządek był wyszukiwany w bardzo wielu obszarach, również matematyki. Tu istnieje drugie dno i to drugie dno pozwoli nam objaśnić ten świat, pokazać jakieś mechanizmy ukryte, które funkcjonują. Nie wiemy jakie. Absolutnie nie wiemy jakie. Co oczywiście tylko atrakcyjnia sprawę, ponieważ każdy potencjalny trop staje się prawdopodobny. Arthur C. Clarke kiedyś sobie zakpił z tego w 2010, w drugim tomie Odysei, gdzie opisuje nawrót właśnie tego rodzaju przepowiedni i podaje, że pewien waszyngtoński satyryk wziął właśnie te dane. Czyli powiedzmy numer buta Kissingera pomnożył przez wysokość Wielkiej Piramidy i dołożył jeszcze ileś innych.
No to są dane, niektóre tajemnicze, na pewno mają znaczenie. I wyszło mu w 2010, że świat skończył się 31 grudnia 1999 roku, tylko z powodu kaca nikt tego nie zauważył. I tutaj właśnie to, ilu końców świata nie zauważamy, ten wątek wróci. Drugie, co tutaj można by znaleźć, czyli poza porządkiem ukrytym, dlaczego koniec świata? Bo to jest atrakcyjne. Można przewidzieć by, szukając tych liczb, coś bardziej trywialnego. Ale kogo interesują trywialne kwestie? No czy autobus 163 przyjedzie o czasie na przykład. Dla niektórych ważne, ale w zasadzie świata to nie interesuje. Koniec świata?
No to jest ważne. W związku z czym jeśli ktoś na podstawie bardzo złożonych rachunków i wzięcia pod uwagę bardzo wielu czynników, które nam wymieni na dodatek, powie, że świat się skończy tego, a tego, no to to jest nowina. To jest coś. Że to jest przyjmowane. A tutaj wchodzi kolejny właśnie obszar, jak sądzę. Różnie można go pewnie nazywać. Zapewne dałoby się to skojarzyć z czymś na kształt bezpiecznego katharsis ponownie. Czy bezpiecznego i ponownie. Rzecz w tym, że ponownie wobec różnego rodzaju strachów, które wyszukujemy. No, o horrorach będzie jutro akurat, dlatego tego nie będę rozwijał.
Ale zasada jest prosta. Po co oglądamy rzeczy, po których niektórzy nie mogą spać? I tak zasną. I tak potem zasną koniec końców. Jeśli nie tej nocy, to następnej. Ale przeżywają jakiś lęk. Najczęściej bezpieczny. Nie zawsze. Tutaj są pewne wyjątki, najczęściej są to lęki dokładnie bezpieczne. Koniec świata?
Dla większości jest to coś tak abstrakcyjnego, jak sądzę, że jest to absolutnie bezpieczne. Czują się bezpiecznie. Przecież to się nie może zdarzyć. Nigdy się to nie zdarzyło. W ich doświadczeniu. W związku z czym, jak się to nie zdarzyło, to się nie zdarzy. Taka wielka zmiana? Coś takiego? Nie. Ale pobawić się można, przeżyć coś można.
Można wejść jakoś w temat. I będzie to katharsis, myślę, całkiem podobne w gruncie rzeczy jak to związane z przeżywaniem strachu, chociażby w horrorach Stephena Kinga. Jego świadomie wybieram, bo on bardzo dobrze operuje strachem. On jest w stanie odwoływać się do tego rodzaju konstruktów i tego rodzaju elementów codzienności również, które świetnie ten strach wzbudzają. I bardzo dobrze buduje klimat w ten sposób. Z drugiej strony raczej większość z nas meldując się w hotelu nie oczekuje, że melduje się właśnie w pokoju według Stephena Kinga. Nie spotkałem się z kimś takim, kto by tego oczekiwał. Nie, to się nie ma zdarzyć. Ale w tym bezpiecznym obszarze przeżyć coś można. Katharsis ma bardzo szerokie znaczenie.
To jakaś gra emocji fikcyjnych. Oryginalnie to miało być związane z pewnymi wzruszeniami, przeżywaniem tragedii na przykład lub komedii. Prawda, że drugiej księgi Arystotelesa nie znamy. Prawdopodobnie istniała, ale z tego, co możemy sądzić z omówień, katharsis wiązał też z komedią. Bardzo prawdopodobne. Dzisiaj absolutnie byśmy się zgodzili z tym. Ale tam chodziło o tragedię. Czyli mamy ludzi, którzy nie są ani naszymi krewnymi. Są nikim dla nas, bo są postaciami wyłącznie przedstawienia. Ale gra aktorska ma spowodować, że wejdziemy trochę w ich emocje i coś przeżyjemy razem z nimi.
Bezpiecznie? Bardzo bezpiecznie. To nie jest nasza tragedia. Nauczy nas to czegoś być może, ale przede wszystkim przeżyjemy coś. Coś niekiedy bardzo głęboko. Ze śmiechem jest to samo. Też przeżywamy go bardzo głęboko i też jest to całkowita fikcja. To nie jest absolutnie nic, co by nas naprawdę dotyczyło, miało naprawdę wpływ na nasze życie. Koniec świata w gruncie rzeczy bardzo podobnie wyglądają. Ale wspomniałem, że świat od obiadu skończył się na pewno kilkanaście razy co najmniej, może więcej.
To jest kwestia, jaki koniec świata. Spróbujmy poszukać czy zastanowić się, w jakich chwilach najprościej ludzie wykrzykują: „Koniec świata!” Bo na coś trafili, bo coś się zdarzyło. Wszystkie możliwe warianty odnajdziemy właściwie. Koniec świata jest nie tylko świętem ruchomym, jest świętem subiektywnym. Ponieważ przez koniec świata w gruncie rzeczy rozumie się najczęściej coś, wyjąwszy tutaj te globalne katastrofy, które też w sumie dadzą się do tego, o czym teraz powiem, też przypasować albo sprowadzić. Jest końcem jakiegoś świata, jakiegoś elementu świata, jakiejś stałości funkcjonującej w tym świecie. I tu, myślę, można odwołać się do czegoś, co istnieje jako pojęcie insidera i outsidera. W rozumieniu Colina Wilsona, tutaj wyjaśniając, o co chodzi tym, którzy akurat z Wilsonem się nie zetknęli. Insider to ktoś, kto siedzi w danej społeczności, jest członkiem danej społeczności. Outsider do danej społeczności nie należy, nie znajduje się w obiegu kulturowym, w systemie wartości, zwyczajów i tak dalej w danej społeczności, danej grupy.
I co jest charakterystyczne dla insiderów? Na przykład to w ekonomii w pochodzeniu jest dość ważne. Insider nie zauważa nadciągającego kryzysu zazwyczaj. Nie zauważa nadciągającej katastrofy. Dlaczego? Ponieważ swoje życie utożsamia z tą grupą, z jej stałością, trwałością. Dla niego wszystko w tej grupie jest zwyczajne, normalne. Cokolwiek się dzieje, jakiekolwiek zwyczaje w niej panują, on je akceptuje. Nie zauważa, żeby cokolwiek mogło w ogóle nie grać, mogło nie być w porządku. W związku z czym zmiana, nawet jeśli będzie dobijała się już wcześniej wraz z kryzysem na przykład, zostanie zignorowana.
Dlaczego? Bo trzeba by zareagować, trzeba by coś zmienić. A insider jest w tym świecie zastygnięty jakoś. Dopiero trzeba outsidera, żeby to zauważył. Dla outsidera to, co jest zwyczajne, będzie zupełnie niezwyczajne. Outsider z zewnątrz, obserwując daną społeczność, o wiele szybciej dostrzeże zazwyczaj znamiona kryzysu czy katastrofy, ale on nie ma powodu uciekać przed nią. Nie ma powodu się chować. On nie jest uzależniony, mówiąc krótko, od grupy. Zaakceptuje to, że ona może się zmienić. Co więcej, zacznie dość szybko wyłapywać to, co nazwie w tej grupie absurdami.
Colin Wilson Wilsonem, ale w literaturze są dwie postaci popularnej, całkiem dobrze zarysowane outsiderów. Właściwie trzy spokojnie można wziąć i weźmy fantastykę. Najbardziej popularna, jak sądzę, w obiegu to Alf. To życie to stworzonko takie trochę dziwne, które mieszka z amerykańską rodziną i co rusz zadaje dziwne pytania. To nie są dziwne pytania. To są pytania wszystko outsidera. Dla niego to, co oczywiste jest dla kogoś żyjącego w tym systemie, oczywiste nie jest. Jego to dziwi. Jak tak możecie? Jak tak możecie funkcjonować?
Przecież to jest bez sensu. Tu jest sprzeczność. O co wam chodzi? Przecież to jest zupełnie dziwne. Ale my tak żyjemy. Odpowiedzą mu i tak próbują odpowiadać, co Alfę nie przekonuje, bo jest outsiderem obserwującym to z zewnątrz. Druga, ta w kolejności chronologicznej, to Teksa z „Kwestii sumienia” Jamesa Blisza. Trzecia Mike z „Obcego w obcym kraju” Heinleina. Oni są outsiderami. Żyją w ludzkiej kulturze od pewnego momentu, zyskują narzędzia przyswajania sobie informacji z ludzkiej kultury i ludzkich zwyczajów i rozpoznawania, ale dopiero od pewnej chwili.
I obserwując tę kulturę z zewnątrz dochodzą do różnych wniosków w typie Alfa. Tylko że akurat i Bliss, i Heinlein zrobili to w sposób poważniejszy, mniej humorystyczny. Ale zasada jest ta sama. I wracając do Musora, tam nie było to samo, choć pokazuje po prostu, że ktoś niefunkcjonujący w danym kontekście kulturowym widzi więcej, widzi ostrzej. Dlaczego? Starałem się to rozsadzić. Po prostu on bez obaw wchodzi w różne sposoby interpretacji tego świata. Odwołuje się do innych zespołów wartości. Podczas gdy ktoś, kto jest insiderem, w pewnej chwili, gdy dochodzi do zmiany, która dobija się już, to już nawet nie to, że zapowiedni, ona po prostu się dzieje. Oni są przerażeni.
Dla nich to jest koniec świata. My tych końców świata tego typu, bardzo jasnych, dotkliwych zaobserwować mogliśmy w ciągu ostatnich, powiedzmy, 70 lat kilka. Dla zwolennika segregacji rasowej sytuacja, w której zostaje ona zanegowana, była końcem świata. Absolutnym końcem świata. Jak tak można? Jak można tego rodzaju wartości czy przewartościowanie wtłaczać takiemu człowiekowi? To był koniec świata. Tak, to był koniec ich świata. Zdecydowanie. Późniejsze kolejne fale tego typu, czyli uznanie równouprawnienia kolejnych grup, do LGBTQ włącznie.
Znowu dla iluś osób to był koniec świata. Oczywiście w drugą stronę to działa tak samo, czyli odbieranie kolejnym grupom w pewnych sytuacjach czy próba zanegowania pewnych wartości, na których jakaś grupa się opiera, to z kolei dla nich będzie koniec świata. Już nie wartościowo, zrezygnować z wartości. Chodzi o samą zasadę. Stąd można powiedzieć, że koniec świata dokonuje się codziennie na jakąś skalę, taką lub inną i uciec za bardzo się przed tym nie da. Jasne, nie jest to teoretycznie koniec całego świata fizykalnego, ale z drugiej strony, wiadomo, Ziemia kiedyś zniknie. To jest taki fizyczny koniec świata, tak jak go rozumiemy jako Ziemię. To z prawidła fizyczno-astronomiczne. Ale czy świat zniknie? Wszechświat zniknie?
Nie. Wszechświat według dzisiejszych teorii zniknie w Big Bangu. Ale czy to oznacza koniec multiversum możliwego? Nic a nic. Wiadomo, że to był koniec. Że w tej wielkiej makroskali te końce świata też są subiektywne. W gruncie rzeczy są względne i znowu odnoszą się do naszego wyobrażenia o tym, czym jest świat. Oczywiście to jest skala inna, ale zasada jest ta sama. I w tym momencie można by dojść do wniosku, że końca świata nie ma. No w pewien sposób nie.
Z drugiej strony oczywiście to tłumaczy, myślę też do pewnego stopnia ową ruchomość, sytuację, w której wracamy do tematu. Cóż, różni ludzie pragną końca świata z pewnością z różnych przyczyn. Już nie nazywając niektórych z nich po imieniu dosadniej. Wkurzenie chociażby, rozgoryczenie. I będą próbować wyobrażać sobie to przynajmniej lub przeżywać te końce świata z dziką satysfakcją zapewne niekiedy. Potem będziemy mieli całą gamę wyobrażeń o końcu świata, który będzie czegoś, czyimś końcem świata. Na różnych poziomach. Również działań, które mają to przyspieszyć lub spowolnić. To, co mamy teraz za wschodnią granicą, to są też dwa końce świata potencjalne. Zwycięstwo którejkolwiek ze stron, i tutaj staram się po prostu przedstawić sytuację niezależnie od moich sympatii na przykład.
Zwycięstwo którejkolwiek ze stron będzie końcem świata dla tej drugiej, ponieważ stanie się coś niemożliwego. Coś, co zaneguje całe istnienie dotychczasowe praktycznie lub większość tego istnienia. W przypadku przegranej Rosji to będzie ich koniec świata. To się nie zdarzyło. To jest niemożliwe. A dokładnie zdarzy się ewentualnie wówczas coś niemożliwego. Więc mówienie o końcu świata będzie jak najbardziej uzasadnione. Z dwóch zdań. W drugą stronę może będzie to mniejsza tradycja historycznie, ale z drugiej strony będzie to też koniec świata w pewien sposób, czyli zniszczenie państwa, które rodzi się w jakiś sposób jako nowoczesne, w sposób barbarzyński, co powiem spokojnie, tak właśnie nazwę, bo sięgający do tradycji XIX-, XVIII-wiecznej. Czyli znowu coś nie z naszego świata.
Z innych źródeł pośrednio wiemy, że to miał być koniec naszego świata. To było planowane jako koniec naszego świata w pewien sposób, tej części Europy. Ona się miała rozpaść Ta jedność miała się rozpaść. Miała zostać przemodelowana powrotu do imperialnej Rosji na większą zawsze skalę. Sami się wsypali z tymi informacjami w pewnym momencie. Tak. I to miał być planowo koniec naszego świata i prawie używali tego terminu, że stary porządek się skończył. Tutaj listowali, co według nich w niedzielę. Teraz myślę przede wszystkim ten komunikat w niedzielę, który puszczony został z automatu. Co się zmieniło?
Tak, gdyby wziąć pod uwagę to wszystko, to byłby koniec Europy w pewien sposób. Koniec naszego świata tak, jak my go znamy. Do tego sformułowania myślę, można się odwołać. Koniec naszego świata tak, jak my go znamy. Do tego rzecz się sprowadza. To jest tutaj najbardziej chyba istotnym elementem. Ale spróbując wrócić do fantastyki. Jak te końce świata, przede wszystkim SF, głównie hard SF, czyli social science społeczne. Jak próbuje się je przedstawiać i z czym się wiążą? Jakie jeszcze mogą mieć inne funkcje?
Większość fantastyki dość szybko podchwyciła całkiem istotny element, jeśli chodzi o szersze, bardziej globalne katastrofy. Bo jeśli chodzi o mniejsze. Na skalę mniejszą, czyli zburzenie pewnego porządku i zburzenie pewnego spokoju, czyli koniec czyjegoś świata dokładnie w sensie kulturowym, to mamy „Wojnę światów” Wellsa. Mamy sytuację, gdy przyjeżdża czynnik z zewnątrz i rozpirza wszystko. I kończy się dobrze, bo musiało. Fantastyka nie dojrzała jeszcze do nurtu postapu. Dlatego Wells sądzę, nie wiem, co mu przyszło do głowy, czy nie, ale możliwe, że nawet nie przyszło mu do głowy, żeby pozwolić Marsjanom wygrać. To nie był ten czas po prostu. Te rzeczy mamy później. To już się pojawiło w fantastyce SF dopiero później, że obcy wygrywają jednak tego rodzaju starcie.
Sam mechanizm. Zwrócono uwagę na dodatek, że Wells zrobił to bardzo dobrze, jeśli chodzi o stronę formalną, wizjonerską. On to pisał pod koniec XIX stulecia. Wojna totalna dopiero miała się pojawić. Tak naprawdę wojna totalna miała pojawić się dopiero w 1939. W takiej skali, w jakiej ją opisał Wells. A zjawiska towarzyszące jej opisał bardzo dobrze. Udało mu się świetnie wymodelować, pokazać, na czym koniec świata wówczas polega. Na czym rozpad kultury, rozpad cywilizacyjny w pewien sposób może polegać, bo wojna totalna niesie tego rodzaju naderwania. Potem mamy już w późniejszych znacznie latach końce świata w wersji nowoczesnej.
I tutaj pojawiają się dodatkowe funkcje końca świata literackiego. Dokładnie rzecz biorąc, mam na myśli końce świata związane z prognozami ostrzegawczymi. W literaturze chyba to był pierwszy wątek tego typu. Prognozy ostrzegawcze przed końcem świata rozwijane po 1945 roku, do których za chwilę wrócę. Ale potem zaczęły przybierać to bardzo różne postaci. Tak jakby autorzy zaczęli szukać dwutorowo. Kwestia zagrożeń. Bo po 1945 roku ludzkość po raz pierwszy zyskała narzędzia, które pozwolą jej dokonać końca naszego świata. Wcześniej nie mieliśmy takich narzędzi. Co więcej, po 1945 zyskaliśmy pierwsze, a potem zaczęły pojawiać się kolejne.
Teraz dysponujemy całą gamą tych narzędzi. Ale wtedy był początek. Fantastyka zaczynała je zauważać. Zauważać z wolna i rozwijać różne potencjalne drogi, które mogą doprowadzić do końca. Jak ten koniec wówczas by wyglądał? Pewnego przeglądu tych podstawowych dokonam za chwilę. Spróbuję dokonać za chwilę, ale to, które najbardziej mi uderzyło, największe wrażenie na mnie wywarło. Sądzę, że to „Sinobrody” Aldissa. Grajbardzo. Motyw standardowy tego 1945 roku.
Ludzie coś zmalowali i dzieci przestały się rodzić. Aldiss opisuje świat ludzi starych, starzejących się. Świat, w którym nie rodzą się nowe dzieci. Coraz starsi ludzie, których jest coraz mniej, próbują jeszcze utrzymać jakiś porządek cywilizacyjny. Ale siłą rzeczy oni wymierają. Wiedzą już, że dzieci nie będzie. To jest koniec świata. Ale przez Aldissa, mającego już wtedy trochę lat. Nie był jeszcze bardzo stary, ale miał już swoje lata, kiedy to pisał. Zrobione w sposób przejmujący i myślę jednym z najlepszych sposobów ilustrujące to, co znalazło się na stronie podtytułowej „Najdalszego brzegu”, czyli to motto z Eliota, cytując niedosłownie, że świat nie skończy się hukiem, ale z kopyta.
Tak. I to jest coś, co w kulturze wtedy zaistniało bardzo wyraźnie. Elliot napisał to już wcześniej, ale Nevil Shute, który jako jeden z pierwszych, a na pewno pierwszy tak znany, podchwycił pewien wątek końca świata, bardzo trafnie to wykorzystał. Oczywiście on opisał to na swój sposób też dobrze. A od czego się tutaj zaczęło? Jaka funkcja tutaj wchodzi w grę dodatkowa końca świata? Funkcja prognozy ostrzegawczej. Wcześniej można było od tysięcznego roku snuć różne wizje końca świata. Można było przed tysięcznym snuć ogólne wizje końca świata, czyli armagedonu. Chociaż ten armagedon to nie taki koniec świata znowu, bo chodzi tylko o zmianę stanów skupienia w armagedonie.
Tam nikt nie ginie naprawdę. Ale to można było snuć, rozbudowywać, ponieważ byliśmy wobec tego zupełnie bezradni. Ani tego nie możemy spowodować, ani tego nie możemy powstrzymać. Nic. To jest zewnętrzne. W 1945 pojawia się nowość. Tu można odwołać się do początku. Początek to były komentarze po próbie w Alamogordo w lipcu 1945 roku, czyli pierwsza eksplozja bomby atomowej. Ta, po której Oppenheimer podsumował to fragmentem z jednej z Wed: „Stałem się śmiercią, niszczycielem światów”. Fermi dość szybko mu zawtórował innymi słowami.
I to jest coś, co dla fantastyki jest całkiem typowe, jak sądzę. Kto pierwszy się odzywa, gdy chodzi o jakiś gen letalny kultury czy zagrożenia tego typu związanego z nauką? Ci, którzy najbardziej są w tym biegli. Naukowcy. Kompetentni po prostu, żeby ocenić, z czym mają do czynienia. I myślę, że tutaj rola tych dwóch właśnie była największa. Nie byli jedynymi, którzy się wypowiadali, ale myślę, że Oppenheimer i Fermi przede wszystkim. Fermi trochę później, ale zgłosił coś, co do dzisiaj w ogóle jest aktualne, ale w pewnej chwili zaczęło dawać do myślenia jako ewentualność. Mam na myśli tutaj „Silentium universi”. Dlaczego wszechświat milczy?
Już wtedy statystyki, pewne modele statystyczne przewidywały, że w danej chwili w galaktyce powinny istnieć tysiące rozwiniętych technologicznie cywilizacji. Jasne, my te modele cały czas weryfikujemy. W sensie my ludzie. Chociażby dlatego, że te modele w latach 60., 70., wciąż w 80. jeszcze nie miały jednego istotnego czynnika, jednej zmiennej nigdy nie był w stanie podstawić — liczby planet. To tak uświadamiam na boku. W latach 80. jedynymi planetami, o których wiedzieliśmy, że istnieją, były planety w Układzie Słonecznym. Wszyscy uznawali, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo, blisko pewność, że planety tworzą się też wokół innych gwiazd. Ale nie wiedzieliśmy o żadnej z nich.
Zero. W związku z czym do modelu obliczeniowego naprawdę nie można było tego wstawić. Jest to kolejne prawdopodobieństwo obniżające wartość prognozy. Dobrze. Od przełomu lat 80./90. rozpoznaliśmy tysiące planet i dzisiaj już wiemy, że planety w typu Ziemi też istnieją. Nie ma wątpliwości. Zyskaliśmy coś więcej. I rachunek też się wzmocnił. Z niego tym bardziej wynika w tej chwili: tak, życie nie powinno być wyjątkiem.
Oczywiście dalej nie wiemy. Nie znamy żadnej planety, żadnego przejawu życia poza Ziemią. W zasadzie bezspornego, jednoznacznego. I tutaj wchodzi to, co Fermi wspomniał. Milczenie wszechświata. Jedyne co mamy, to sygnał Wow! Bardzo wątpliwy, który może być wszystkim. Najdziwniejszy sygnał, jaki zidentyfikowano. Ale on nie świadczy absolutnie, dobitnie, jednoznacznie, że wysłała go jakaś rasa inteligentna. Absolutnie nie.
Nie wiemy. Fermiego wówczas to też nurtowało, ponieważ oni wtedy też kierowali antenę ku niebu i gdyby jednoznaczny komunikat doszedł, byliby go w stanie wyłapać. My przy dzisiejszych zdolności przeczesywania nieba, interpretacji przede wszystkim sygnałów, nie jesteśmy praktycznie ani krok dalej. Niebo milczy. I Fermi spróbował odpowiedzieć, dlaczego milczy. To jest to, co znamy jako paradoks Fermiego. Stwierdził, że każda cywilizacja, która dociera do progu technologicznego umożliwiającego ekspansję taką, jaką my prowadzimy, czyli na przykład wykorzystanie energii atomowej, w krótkim czasie unicestwia sama siebie. W związku z czym to okno, w którym może wysyłać jakiekolwiek informacje, że istnieje, to mogą być dziesiątki lat, a może tylko 100 lat naszych ziemskich. W tym układzie, nawet jeśli tych cywilizacji istnieją tysiące, szansa, że trafimy akurat w to oczko, kiedy oni byli aktywni i te fale dotrą do nas tak, że możemy je odebrać, spada drastycznie. I wówczas tak, wszechświat może milczeć nawet.
Nie jesteśmy w stanie nic powiedzieć fermiowi więcej w tej chwili. Może miał rację. Niektórzy twierdzą, że tak. Oczywiście to było potem rozwijane. Carl Sagan stwierdził bodajże, że istnieją dwie możliwości: że jesteśmy sami we wszechświecie lub nie jesteśmy sami we wszechświecie i obie są równie zatrważające. Co Seth Shostak rozwinął w model ciemnego lasu. Oczywiście to są wszystko domysły. Nie wiemy. To są pewne modele związane z kulturowych w gruncie rzeczy podejść takich, a nie innych. To też przy innej okazji może o tym.
Niemniej wracając do Fermiego. To i inne wypowiedzi, ale te dwie sceny są niniejsze chyba, zasugerowało, że to niebezpieczeństwo naprawdę istnieje. Naprawdę możemy się zniszczyć. W związku z czym nic dziwnego, że pojawił się nurt tego, co później stało się postapo. Długo później. Można nazwać pierwszą powieścią postapokaliptyczną, wtedy w angielskiej literaturze określaną after Holocaust. Tam Holocaust jest szerzej w angielskim. To w ogóle pewnego rodzaju katastrofa tożsama z Apokalipsą, ale spowodowana trochę innymi czynnikami. Tak można to odczytać. Pierwszą był „Ostatni brzeg” Nevile'a Shute'a.
I od razu bardzo przejmujący. Tam nie ma opisów. Tam jest tylko trochę opisów zniszczeń. Ale punkt wyjścia, jeśli ktoś tego nie zna. Punkt wyjścia, z którego powieść wychodzi, jest prosty. Miała miejsce wojna atomowa, klasyczna jeszcze w sensie takim, że z użyciem bombowców strategicznych. Jeszcze nie było rakiet balistycznych wtedy w użytku. W związku z czym chwilę trwało, ale cała półkula północna została przeorana ładunkami atomowymi z gigantycznym skażeniem. Na Australię, a Nevile Shute był Australijczykiem, nie spadła ani jedna bomba. Tutaj nadużył trochę kwestii meteorologii i tak dalej, ale chodziło mu o zasadę.
Skażenie przechodzi na południe. Pewnego dnia Australijczycy dowiadują się. Skażenie już przeszło strefę równika i można powiedzieć, ile miesięcy życia im zostało. I to jest cała książka. To jest treść tej książki. Jak ostatni ludzie na ziemi, głównie właśnie Australia. Tam jeszcze wchodzą pewne enklawy tu i ówdzie, ale niewiele. Głównie chodzi o Australię. Po prostu czekają na śmierć. Czekają na koniec świata ludzi.
Nie mogą nic zrobić, żeby się ocalić. Bardzo szeroko przyjęte, z wielkimi emocjami. Nic dziwnego, że książka stała się bestsellerem bardzo szybko. Ona w styczniu nawet wydana z początkiem lat 60. Szybko została też przetworzona na film. Ten zdobył jeszcze większą popularność, bo to był film w hollywoodzkiej obsadzie. No i się zaczęło. Impulsów tego typu, który spowodował zainteresowanie tematem i powstanie podgatunków, w gruncie rzeczy. Na ile miało charakter ostrzegawczy? Myślę, że w olbrzymim stopniu.
Myślę, że w olbrzymim stopniu i chodziło o ostrzeżenie na poziomie realnym. Oczywiście ostrzeganie i żądanie wyrażane literacko. „Zniszczmy wszystkie ładunki nuklearne, w ogóle nie miejmy tego” byłoby czymś nie do realizacji. Także nie o ten przekaz tu, jak sądzę, chodziło, ale przekaz realny. Kontrolujmy to, nie pozwalajmy generałom bawić się tym za bardzo. Patrzmy im na ręce. Patrzmy politykom, na ile odwołują się do tego. Tutaj „Doktor Strangelove” Kubrica chociażby bardzo dobrze się w to wpisał. Co mogą kręgi militarno-polityczne zrobić, nie rozumiejąc tego zagrożenia, myśląc o innych kwestiach niż rzeczywiste przeżycie, przetrwanie i tak dalej. Pewien za niższym poziomem wartości, zamiast wartości trochę bardziej ludzkich czy ogólnoludzkich.
A literatura ogólnoludzkie była, bo to tak. A potem zaczęło się to przetwarzać coraz bardziej. Tak, to przesłanie było obecne, a potem zaczęło się przetwarzać, czyli zaczęliśmy otrzymywać już dzieła specyficzne. Coś, z czego w dużej mierze, jak sądzę, wyrósł nurt postapo obecny z jego stylistyką. „Aleja potępienia” Zarazny. W niej znajdziemy dużo z tej stylistyki, która potem trafiła do „Mad Maxa” Kubricka. Która uformowała pewien dzisiejszy styl postapo, subkultury postapo, bo to już stała się subkultura w tej chwili. Po drodze mieliśmy ileś dzieł literackich i filmowych. Najlepsze z nich powstały pod koniec zimnej wojny. To chyba jest zgodne z zasadą epigoństwa.
Czyli najbardziej klasyczne dzieła powstają pod koniec epoki. Przy czym mam na myśli „Wargames. Gry wojenne" chociażby. Film absolutnie klasyczny i w zasadzie sczesujący wszystko, wszystkie wątki, które przez wcześniejsze kilkadziesiąt lat były obecne. Z drugiej strony do pewnego stopnia pojawiło się to też po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Wtedy niewiele w Związku Radzieckim czy bloku wschodnim interesowano się sprawą, a przynajmniej oficjalnie. My mieliśmy ci dobrze, rzecz jasna i na pewno było wiadomo, że Zachód jest strasznie zły, zgniły i on zagraża. W związku z czym zrozumiałe, że tam wrażliwi ostrzegają. U nas nie ma przed czym ostrzegać. Takie było nasze podejście, ale i tak.
Można wymienić chociażby Strugackich „Listy martwego człowieka”. Bardzo ponure, postapokaliptyczne, mroczne. Mroczny świat, mroczna wizja. W jakimś stopniu Kiryła Bułyczowa „Miasto na górze”. U nas zbyt wiele tego nie było, chociaż myślę, że „Delta wraca na Ziemię” stoi gdzieś do pewnego stopnia też w siedemdziesiątych. Gdzieś do pewnego stopnia by też się w tym mieściło. Potem się skończyła zimna wojna. Jasne, zanim się skończyła zimna wojna, ze pigońskich dzieł jeszcze jedno: „The Day After”. Telewizyjny film amerykański przedstawiający zniszczenie Oklahomy w wojnie nuklearnej z ówczesnym możliwie jak najwierniejszym odtworzeniem prawdopodobnego przebiegu ataku atomowego. Na ówczesne czasy był to technicznie również dobrze zrobiony film i z jednoznaczną wymową.
Można zadać sobie pytanie, czy to coś dało? Kulturowo dało. Kulturowo dało w tym sensie, że powstał nurt post-apo, z którego wyłonił się cały nurt, chociażby stalkerski. To można zaznaczyć. To jest związane z fantastyką. Chyba wiadomo, skąd wziął się termin „stalker”. Ja faktycznie jestem stalkerem. I na żywo też, bo post-apo czarnobylskie, stalkerskie i tym podobne odwołuje się do strefy, rzecz jasna czarnobylskiej. Zaś ci, którzy zaczęli chodzić do strefy, gdy tylko stało się to wykonalne fizycznie, nie prawnie, że można było próbować, bardzo szybko sami nazwali się stalkerami, a stalker został wzięty z „Piekła na całego” Strugackich. Tak to przeszło.
Teraz jest cała subkultura. Zimna wojna się dawno skończyła. Zakończyło się to, co zaczęło sprawę, ale subkultura została. To jest jeden skutek. Drugi jest bardzo trudny do oszacowania. Szalenie trudny, ponieważ wiemy i możemy obserwować zresztą na własne oczy, jak to działa w tej chwili na różnych frontach silniej niż kiedykolwiek, bo teraz jest to prawie jawne. Chcesz osłabić przeciwnika? Nie wprost. Spróbuj finansować różne organizacje, które będą rozwalać mu społeczeństwo. Między innymi w warunkach zachodnich zimnej wojny finansuj organizacje pacyfistyczne.
Niech podnoszą wrzask, niech mieszają. I to był problem, ponieważ niewątpliwie w Stanach, w Europie Zachodniej część ludzi, która aktywnie uczestniczyła w ruchu przeciwatomowym, to byli ludzie, którzy rozumieli sprawę i domagali się kontroli tego. Uświadamiania, wbijania młotkiem politykom i generałom cały czas: „Uważajcie, to nie jest zabawka”. A część to byli ludzie finansowani przez Związek Radziecki, uwiązku, tylko podpuszczani. Trudno było na bieżąco ocenić, który jest który. Mówię o dwuznacznym wydźwięku całej akcji. Niemniej sądzę, że miała sens. Znowu nie do ocenienia, nie zweryfikuję tego, ale przypuszczenie to jest hipoteza. Ta sytuacja, która jest opisana w „Grach wojennych”, miała miejsce parę razy. Wiemy, że miała miejsce co najmniej raz w Stanach i zresztą film oparł się na tym przypadku.
Podobno miała miejsce raz czy drugi też w Związku Radzieckim. Tego nie zweryfikujemy w żaden sposób, chociaż znane jest nawet ponoć nazwisko gościa, który brał w tym udział. Co mam na myśli? Sytuację pomyłki. Pomyłki, w której w ramach ćwiczeń, a te procedury trzeba było powtarzać, ćwiczyć, sprawdzać, czy to działa z łącznością i wszystkim. Tak się robi, że gdy przyszło do ćwiczenia, ktoś przez pomyłkę, zamiast wysłać rozkaz z informacją „This is drill” — to są ćwiczenia — opuścił to. Rozkaz wystrzelenia rakiet, który przyszedł, wyglądał jak prawdziwy. I mam na myśli te sytuacje, w których człowiek, który miał decydować o przekręceniu tych kluczy, zawahał się. Mógł wystrzelić. Miał wszelkie prawo.
Miał prawo wykonać rozkaz, chociaż oczekiwano tego po nim, ale równocześnie procedury bezpieczeństwa wyposażyły go w ileś możliwości odwleczenia jego wykonania w sposób bezpieczny przez żądanie potwierdzenia. Miał prawo. Nikt nie mógł mieć do niego pretensji i było jego wyborem wystrzelić czy zażądać potwierdzenia. Jak wiemy, ponieważ świat istnieje, wszystkie te przypadki, ile ich możliwie nie było, wiemy na pewno o jednym. Zakończyły się tym, że zażądano potwierdzenia. Potwierdzenie przyszło już poprawione: „Tak, to są ćwiczenia”. Nie zweryfikuję tego, ale być może, że gdyby nie to, że istniał również w kulturze masowej cały szereg wyobrażeń i ostrzeżeń, że to nie jest zabawka, do czego to prowadzi, to kto wie, może ktoś przekręciłby ten klucz rzeczywiście. Tylko na prawie hipotezy. Ale jednak. Drugi przypadek gdzieś złożonego końca świata ekologicznego.
I tutaj nie myślę jeszcze o obecnym. Myślę o wcześniejszej akcji, która wiązała się z bardzo podobnym mechanizmem. Kiedy to po drugiej wojnie, jakieś kilka lat, gdy przemysł nakręcony wojną wszedł na inny poziom, wyższy poziom. Zakończył się dołek powojenny, zaczęła się koniunktura i były wszelkie warunki do rozwoju technologicznego, przemysłowego. Też zaczęło się od fachowców, którzy zaczęli zauważać, że sorry, ale jeśli w ten sposób będziemy to rozwijać Istnieje olbrzymia szansa, że za 20 do 30 lat tereny, gdzie są centra przemysłowe, nie będą nadawać się do niczego, a głównie do życia. Oczywiście prognozy z początku były różnie traktowane, bo to było coś mniej namacalnego. Niemniej oni byli uparci, to było opuszczane coraz dalej. W końcu zaczęło być przedstawiane i sprawa była relatywnie prosta. W wielu miejscach świata, Europy, Stanów przede wszystkim, ktoś, kto wyszedł przed dom, wciągnął powietrze, stwierdził: „Chyba coś jest na rzeczy, śmierdzi”. Lub inne elementy mógł spostrzec.
Już wyczulony, na co ma patrzeć, spostrzec w swoim otoczeniu. Tutaj zadziałał mechanizm prognozy samorealizującej się w pewien sposób lub samoniszczącej, zależnie od punktu widzenia. Ale powiedzmy, że samorealizująca w sensie działań, a samoniszcząca w sensie te prognozy się nie sprawdziły. Ale dlaczego? To jest coś, co w socjologii dawno już wychwycono. Jeśli powiemy ludziom o ich przyszłości, podejmą cały szereg spontanicznych, niezorganizowanych, rozproszonych działań dla zmiany tej przyszłości i to będzie cała populacja. I tutaj dowiadywać się, co ich czeka, jeśli nie zajmą się kwestiami ekologicznymi, jak to później nazwano. To nie była nazwa, którą stosowano z początku. I to zaczęło docierać. Opory gigantyczne.
Oczywiście ze strony firm, korporacji, rządów przede wszystkim, bo to coraz bardziej docierało, że to będzie wymagało zmian, za które ktoś musi zapłacić. Można powiedzieć, ich świat miał się skończyć. To tak daleko miało iść. Oczywiście bronili się rękami i nogami, ale w tym przypadku zagrożenie było tak łatwo uchwytne dla przeciętnego człowieka, że presja narastała, aż w końcu to zaczęło przeskakiwać w połowie lat 60. Na początku 70. Przeszło punkt krytyczny i w pewnym momencie zaczęto się orientować, że nie można ignorować już tematu ze strony administracji różnych szczebli w różnych państwach. Krótko później zaczęły korporacje, firmy orientować się, że nie można ignorować tematu, bo to strasznie niszczy PR, a potem może jeszcze zacząć wpływać na dochody. I zaczęły zmieniać podejście. I zaczęły się zmiany, drastyczne zmiany. Oczywiście były wymuszane różnymi sztuczkami.
Uświadamiam sobie tego słowa, bo to były populistyczne miejscami sztuczki. Pamiętam sam z tamtych lat, „Szpigiel” opublikował fotoreportaż z doliny Reno. Ładne zdjęcia z informacją pod tytułem „Zdjęcia zostały wywołane wodą z Reno”. Sądzę, że nie kłamali, bo dość osób byłoby skłonnych sprawdzić to i przyczepić się. Sądzę, że naciągnęli to z drugiej strony, bo wątpię, że sama woda wszystkie procesy załatwiła, ale prawdopodobnie wystarczyła na jakimś etapie do obróbki tych zdjęć rzeczywiście. Wzięta ze specjalnego miejsca. Okej, ale jednak. Działało na wyobraźnię? Działało. I tak to poszło.
W sumie to, co dzisiaj jest używane czy rozwijane obecnie, wszystkie zielone energie i tak dalej, jak dzisiaj to nazywamy, wtedy teraz znowu nie było. Zaczęło się wtedy. Zaczęły układać się podwaliny pod całą zmianę energetyki, taką, jaka jest możliwa, i która niegdzie została nawet w dużej mierze przeprowadzona. Zmiana, przeprofilowanie funkcjonowania przemysłu i te prognozy się nie sprawdziły. Zagłębia, które miały być nie do życia, są do życia. Zagłębie Ruhry jest zielonym zagłębiem. To po prostu zielony kraj. Tam można żyć. Śląsk polski też w sumie nie najgorzej na tym wychodzi w porównaniu z tym, co mogło być. Także zadziałało.
Nie idealnie, nie ma idealnych procesów tutaj, ale ogólnie zadziałało i dało rezultaty. I w tym momencie prognoza ostrzegawcza tak pewną rolę wypełniła, ostrzegając przed końcem świata, oczywiście, jak wspomniałem, doprowadzając do końca świata innych osób. Tych, które wspierały tradycyjny model funkcjonowania przemysłu chociażby. Teraz mamy inną zupełnie falę, czyli kryzys klimatyczny. To jest trudniejsze do przełożenia. Ta akcja ma miejsce. Prognozy pojawiły się już ileś lat temu. Tylko że przełożenie ich na język zrozumiały kulturze popularnej jest trudniejsze i zagrożenie większe, ponieważ tutaj już nie chodzi o to, że jedna, druga korporacja zginie. Chodzi o zmianę sposobu życia ludzkości. Jednoznacznie jest to wykładane.
Koszt niewiarygodnie większy, także polityczny. Koszt niewiarygodnie większy, więc i opór większy, a przekonać trudniej. Dlaczego? Jedna kwestia, przykładowa. Takich rzeczy jest wiele. Poza skalą, bo znowu to jest koniec świata, który powieściowo może wyglądać na filmie, ale to się nie może zdarzyć. Stopień „niewiary", bo tu chodzi o dane naukowe, a nie wiarę, ale w podejściu jest bardzo wysoki właśnie przez unikatowość tej sytuacji dla nas, w naszej tradycji, w naszej kulturze. A przełożenie? Jeśli to by się zdarzyło, może się zdarzyć w toku, że Europa stanie się nie do życia z powodu zimna. Z powodu globalnego ocieplenia.
Paradoksalnie tak, ale wiadomo, z modeli wynika, że doprowadzić to może do zaburzenia przepływu Prądu Zatokowego. Europa Północna zwłaszcza dożycia dzięki Prądowi Zatokowemu, który ją ogrzewa. Jeśli on zniknie, temperatura w Skandynawii spada drastycznie. Svalbard, na którym można spokojnie mieszkać, nie zaznając wielkiego mrozu. To jest tysiąc kilometrów od Bieguny Północnego. Zamarznie totalnie. Ocean Arktyczny zamarznie totalnie i to o wiele bardziej. My też oberwiemy. To jest przełożenie, które trudniej znaleźć. Pewne wątki są tu wykorzystywane jeszcze z tego dawnego, ekologicznego.
Tutaj już na koniec elementy uświadamiania. Proszę zwrócić uwagę na dwie powieści, które z ekologią miały sporo wspólnego, chociaż same naukowo ekologiczne specjalnie nie są. Ale chodziło o przełożenie. „Dzień tryfidów” i „Śmierć w trawie”. „No Blade Grass” by John Christopher. Tryfidy to wiadomo, Wyndham. Wyndham ubrał to w kwestie: eksperymenty biologiczne doprowadzają do powstania jakiejś rośliny w stylu zombie. Tak byśmy dzisiaj to ujęli. „Śmierć w trawie” jest bardziej złożona, ponieważ pojawia się wirus, który atakuje trawę. Ludzie wzruszają ramionami: „No dobra, trawnika nie będę miał.
Co za problem?”. A wtedy: zboża to też trawy. W powieści pada coś takiego, pojawia się wyjaśnienie i uświadomienie, że to trawa. Koniec z jęczmieniem, ryżem, wszystkim. Zostaje wybite. Oczywiście doprowadzi to do pewnego końca świata. To jest postapokaliptyczna też powieść. Ale uświadomienie związków, które znamy dzisiaj. Kojarzy mi się to z kampanią obecnie ze stosunkiem pszczoły. Jeśli zginiemy, zabieramy was ze sobą.
Może to nie być takie proste, bo to jest popularny przekaz. Są rośliny samozapylające się, wiatropylne i tak dalej. Nie znam skali potrzeby owadów zapylających, ale przypuszczam, że naprawdę jest znacząca jednak dla nas. Na tyle znacząca, że to naprawdę może ten związek pozornie zupełnie bez sensu, ale istnieje. Uświadomienie tego w przypadku takich prognoz jest kluczową rolą. To jest tyle, jak sądzę. Dziękuję państwu.
[01:03:56] - I konia z rzędem temu, kto się chociaż chwilę nie zadumał w związku z prelekcją, która się przed chwilą skończyła. Ja mówiąc szczerze, nie tu, żebym hamletyzował, dramatyzował, ale czasami warto o takich rzeczach pomyśleć. Bo cóż, proszę państwa, ile razy dzisiaj skończył się świat? Pewno wiele razy. Przejdźmy dalej, bo czas nie jest z gumy, a obiecałem państwu, że dzisiaj rekordów czasowych bić nie będziemy, a i tak audycja krótka nie będzie, co akurat pewno nie jest problemem. Niemniej jednak zmieśćmy się w rozsądnych miarach czasowych. Następny punkt programu to „Labirynt książek”. Tak jak państwu obiecałem, przywołujemy „Labirynt książek” autorstwa nieżyjącego już niestety Mirosława Gołuńskiego, doktora habilitowanego, który miał tę cenną zaletę, z mojego punktu widzenia bardzo cenną, że potrafił mówić o literaturze w sposób prosty, jasny, przystępny, a jednocześnie zachęcający. Ja już pewno się dzieliłem z państwem tą uwagą, ale to jest człowiek, który zachęcił mnie do przeczytania przynajmniej kilku książek, których wcale nie miałem zamiaru czytać, a on sprawił, że sięgnąłem. Nie po wszystkie jeszcze sięgnąłem, ale na pewno po wszystkie sięgnę.
Miał coś w sobie takiego Mirek, że potrafił o tych książkach opowiadać i to w sposób taki... Może to jest moje jednostkowe przekonanie. Sami państwo oceńcie, czy to, co mówi Mirek, trafia do państwa, czy nie. A dzisiaj mamy odcinek poświęcony kryminalnej prozie tandemu pisarskiego, które jest małżeństwem, a mianowicie Małgorzaty Kuźmińskiej i jej męża. Tak, dobrą kolejność przybrałem. Odetchnąłem. I męża Michała Kuźmińskiego. Ta para wydała już sporo tych kryminałów. W każdym razie przedstawmy może oboje. Małgorzata Fugiel-Kuźmińska do wykształcenia i z zamiłowania kulturoznawca, a zawodowo zajmuje się zarządzaniem w branży IT.
Z kolei jej mąż, Michał Kuźmiński, to dziennikarz i redaktor „Tygodnika Powszechnego”, autor popularnonaukowej książki „Nauka w kuchni” oraz także tekstów piosenek. Akcja pierwszej z cyklu ich powieści kryminalnych, która nosiła tytuł „Śleboda” To książka, która wyszła w Wydawnictwie Dolnośląskim w 2015 roku. Akcja tej powieści toczy się na współczesnym Podhalu. Będzie o niej Mirek wspominał. Na tym Podhalu tajemnica zawarta w tej powieści dotyczy mrocznej i nie do końca chlubnej przeszłości góralskiej związanej z kolaboracją. Tylko żebyśmy nie demonizowali, to był margines marginesu. Niemniej jednak był i na tym motywie małżeństwo zbudowało akcję swojej powieści. A właściwie nie tyle akcję, co tło tej powieści. Kolejną powieścią, w 2016 roku, był „Pionek” osadzony na Górnym Śląsku. To opowieść o seryjnych mordercach.
Dalej mamy „Kamień”, o którym dzisiaj będzie mówił Mirek Gołuński. To 2017 rok. Nie będę mówił, o czym jest, bo Mirek to zrobi znacznie lepiej. Później mamy jeszcze 2019 rok, powieść „Mara”. To jest problem pamięci o tym, co stało się z ukrywającymi się w czasie II wojny Żydami. Widzicie państwo, jest pewna tematyka, która bardzo interesuje oboje autorów, ale szczegóły to Mirek. Warto też dodać, że wcześniej ta para napisała dwie powieści sensacyjno-kryminalne z modnego gatunku retro. Ich akcja odbywała się na Kazimierzu, w żydowskiej dzielnicy Krakowa. To są dwa tytuły: „Sekret Kroke” i „Klątwa Konstantyna”. 2009 kolejno i 2011 rok.
A teraz już, żebym dłużej nie truł, to oddajmy głos mistrzowi słowa, Mirkowi Gołuńskiemu. Mirosław Gołuński, „Labirynt książek”.
[01:10:09] - Dzień dobry, dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy państwo tego słuchacie. Witam państwa w drugim odcinku „Labiryntu książek”. Dziś zapraszam państwa do zupełnie innych drzwi. Wierzę również te przetrę dla państwa i pokażę, że nie prowadzą do korytarzy pustych. Nie zawsze tak będzie, ale tym razem zdecydowanie chciałbym, żeby tak było. Dzisiaj porozmawiam trochę sam ze sobą, a trochę, mam nadzieję, zostawiając państwa z pytaniami o powieści kryminalne. Możecie państwo powiedzieć: „Ale przecież to takie normalne. Mamy schematy. Zabili go i uciekł.
Wszystko właściwie w nim zostało powiedziane”. Otóż nie. Co prawda nie będę mówił o książce Czubaja „Antropolog w mieście grzechu”, chociaż warto do niej zajrzeć, ale o tyle jest mi ona potrzebna, że Czubaj, zresztą również autor kryminałów, ale także badacz, przeprowadza w niej bardzo ciekawy podział powieści kryminalnych, dzieląc je na różne rodzaje. Mamy więc powieści detektywistyczne, kryminalne, sensacyjne. Powieści kryminalne, czyli najbardziej klasyczne kryminały dzielimy na psychologiczne. Ostatnio weszły nam skandynawskie, ale na Zachodzie mamy jeszcze głębsze podziały. Mamy kryminały gejowskie, lesbijskie i mamy kryminały etniczne. Długi czas myślałem, że w Polsce taki kryminał jest właściwie niemożliwy. Jedyny przykład to była powieść amerykańska. Ale pojawiła się dwójka autorów, Michał i Małgorzata Kuźmińscy, którzy zaproponowali nam bardzo specyficzny rodzaj powieści kryminalnej.
Dotąd opublikowali cztery powieści. Ja skupię się na jednej z nich, na powieści „Kamień”. Najpierw krótko o fabule. Oczywiście nie zdradzając zbyt wiele, by nie odbierać państwu przyjemności lektury. Oto w miejscowości tytułowej, jak się okazuje, miejscowości Kamień, zostają znalezione zwłoki sześcioletniego chłopca. Jest blondynem, ma jasną cerę. Zostaje przy nim znaleziona karteczka z długim numerem, bodajże 12-cyfrowym. Nie byłby to problem, gdyby nie to, że znaleziono go właściwie na progu cygańskiej osady, czy romskiej dokładnie rzecz ujmując, która znajduje się właśnie w Kamieniu. Natychmiast pada podejrzenie na Romów jako tych, którzy doprowadzili do śmierci białego, więc w domniemaniu polskiego dziecka. Policjanci robią wielką rewizję.
W czasie niej znajdują w domu jednej z Romek czteroletnią białą dziewczynkę. Zabierają ze sobą, bo oczywiście twierdzą, że ona nie może być Romką. Oni używają innego określenia, ale będę się trzymał tego. Robi się zamieszanie. Na to zamieszanie ściągają dwie osoby, które są bohaterami cyklu powieści Kuźmińskich. To redaktor Bastian. W czasie tej powieści redaktor „Horyzontów” Wielkiego, szumnego czasopisma z Warszawy. Poszukuje dobrego tematu. Drugim jest Anna. Anna jest kulturoznawczynią, panią doktor, bardzo elegancką.
Jest krótko po trzydziestce. Z Bastianem się znają. Rozpatrywali już wcześniej inne sprawy. Jeżeli jest Anna, to zaraz za nią pojawi się Gert, jej facet. No dobra, chłopak. Dekadę młodszy, szalony student. Sprawny, silny facet jeżdżący na motocyklu oczywiście. Pani Anna zostaje wezwana, by ma przełamać bariery kulturowe, jakie dzielą polskich policjantów od romskiej społeczności. Jak to się skończy? To zostawiam oczywiście państwu, ale to nie jest ostatni dziecięcy trup w tej powieści.
Niestety. Może stety, ponieważ akcja staje się dużo atrakcyjniejsza. Dorzucę tylko, że nagle w sprawę zostaje zamieszana również para oficerów ABW, którzy z zupełnie innego powodu, ale trafiają do tej samej miejscowości. A jak się okaże, śledztwa komisarza Gnata z miejscowej podhalańskiej również policji i porucznik Sylwii Nowak z ABW nieoczekiwanie się ze sobą splotą. To oczywiście zarys fabuły, który jakby wskazuje na najważniejsze elementy dotyczące kryminału etnicznego. Oto zwykle jest tak, że w kryminale etnicznym, tym klasycznym, amerykańskim, ale również u Kuźmińskich dochodzi do zderzenia grup społecznych, które powodują, że i tak stale obecne napięcia eskalują. W Kamieniu dochodzi do tragedii. Niejednej. To opowieść o tym, jak bardzo działają na nas nasze własne uprzedzenia, jak bardzo nie umiemy rozmawiać z innymi. A przede wszystkim nie umiemy przyjąć tego, że inni mają prawo być inni.
I to nie jest tak, że Kuźmińscy stają wyłącznie po stronie Romów i stawiają w stan oskarżenia Polaków. Nie. W innych ich powieściach też nie jest to takie proste. Też nie jest to takie proste. Jeśli rzecz dotyczy zaszłości z Holokaustu, w jeszcze innej Goralenvolk, a więc tego, o czym pewnie górale chcieliby zapomnieć, czyli ich etapu wojennej współpracy z Niemcami, z nazistami. To oczywiście są tylko elementy tła, ale rzutuje na naszą rzeczywistość. To tło wywołuje napięcia i to napięcia, tak jak powiedziałem z obu stron. Romowie też nie są bez winy. Mają swoje pretensje do Gandzi, czyli do Polaków w tym wypadku, ale też mają swoje za uszami. Tak samo jak Polacy.
Mamy więc, proszę państwa, coś więcej niż kryminał. Bo oczywiście podstawowa fabuła, ta podstawowa nić prowadzi nas oczywiście do zresztą bardzo interesujących rozwiązań i trzeba być bardzo czujnym, uważnym czytelnikiem kryminałów Kuźmińskich, żeby nadążać za akcją. Ale nie ma wątpliwości, że ta akcja jest troszeczkę pretekstem. Owszem, możemy się dobrze bawić czytając. O ile jest to oczywiście specyficzny typ zabawy, no ale lubimy się bać. Lubimy rozwiązywać zagadki kryminalne. Lubimy kryminały. Normalna rzecz. Ale Kuźmińscy proponują nam więcej. Proponują nam opowieść o nas samych.
Gdzieś tam spod fabularnej otuliny wyłaniają się zupełnie inne elementy. Wyłania się rola mediów. Sebastian, czyli Bastian Strzygoń, nie jest ich jedynym reprezentantem. Gdzieś tam wyłania się jakaś niechlujność policji. Oczywiście niektórzy bardzo się starają. To nie jest tak, że wszyscy policjanci są w tych powieściach źli. Absolutnie nie. To oni rozwiązują do pewnego stopnia tą zagadkę, a przynajmniej zamykają ją, zamykają sprawę. To również obraz Polski prowincjonalnej, w której poruszamy się zupełnie inaczej, w której okazuje się, że szczepienie, jak zresztą na czasie, jest problemem. To szczepienie małych dzieci, a pseudouzdrawiciele mogą przynieść prawdziwe nieszczęścia.
Sprawa zresztą, sprawy również jakby ściągnięte z życia, prawda? Mieliśmy przed kilkoma laty kilka takich spraw, w których oskarżono ludzi, którzy leczyli w sposób tak zwany niekonwencjonalny i doprowadzali do śmierci małych dzieci. O tym też jest ta powieść. A więc mamy wiele wątków, mamy wiele sytuacji, mamy dobrą akcję kryminalną, mamy bardzo wyraziste postacie. Bastian, Anna, jej chłopak Gert. Każde z nich jest nie tylko uwikłane w opowieść o przestępstwie i jego rozwikłanie, ale każde z nich uwikłane jest przede wszystkim we własne życie, które w którymś momencie staje na jakichś zakrętach, które okazuje się bardziej złożone niż nawet pewnie nam, czytelnikom się wydawało. A więc państwo widzicie. Zapraszam państwa do lektury książki, która jest złożona. Taka właśnie trochę labiryntowa. To od czytelnika zależy.
To jest cudowne, na co zwróci bardziej uwagę. Czy bardziej zainteresuje go kryminał, czy bardziej relacje romsko-polskie i polsko-romskie? A może właśnie bohaterowie, ich losy? Odwaga pani doktor, która angażuje siebie w szalony romans, już nie romans, to już związek z dużo młodszym mężczyzną, którego sama nazywa dzieciakiem. A może losy dziennikarza, który nie zawsze umie przewidzieć efekty własnych działań? Możemy tam też zobaczyć, jak działa internet, bo oczywiście tego również nie brakuje. Bastian pisze swoje tweety, w których pokazuje kolejne etapy własnego dziennikarskiego śledztwa, a prowadzą one w przeróżnych kierunkach, których oczywiście nie będę Państwu zdradzał. Tak czy inaczej, możemy spojrzeć na tą powieść wielowarstwowo. A więc reasumując moją opowieść dzisiejszą, mamy, proszę Państwa, do czynienia z kryminałem, który jest czymś więcej niż jest kryminałem. Z kryminałem etnicznym, w który sam nie wierzyłem, gdy czytałem u Czubaja – bo Czubaj nie pisze o polskich tekstach – o amerykańskim kryminale etnicznym, że jest on możliwy w ogóle w Polsce.
A jednak jest. A jednak jest i dwoje autorów potrafiło wydobyć z tego kontekstu bardzo wiele treści. Tak więc, proszę Państwa, Małgorzata i Michał Kuźmińscy, powieść „Kamień”, ale również inne, w których zapraszają nas do lektury etnokryminału. Do widzenia.
[01:21:43] - No i tak, proszę państwa, ja na przykład poczułem się zachęcony i jestem po lekturze. Nie wiem, jak państwo. Spróbujcie. To naprawdę jest dobra proza. Tak się jakoś porobiło, wiecie państwo, we współczesnej – szukam słowa, uciekają mi dzisiaj słowa – chciałem powiedzieć kryminalistyce, we współczesnej prozie dotyczącej kryminalistyki, kryminałach po prostu. Tak się porobiło, że to zaczynają być książki, które owszem, dają nam zagadkę kryminalną, ale przy okazji to są kawałki świetnej prozy. Ja myślę, że w przypadku małżeństwa Kuźmińskich tak właśnie jest. To znaczy, nie musicie się państwo nawet zgadzać z pewnymi poglądami, które małżeństwo prezentuje w swoich książkach. Nie wszyscy musimy się ze sobą zgadzać, ale jednego nie można odmówić. To jest naprawdę kawał dobrej prozy, dobrze napisanej, dobrze rozegranej, mającej naprawdę duże walory.
Jak się mówi duże walory, to by się chciało dodać „poznawcze”. Nie wiem, czy poznawcze, ale duże walory literackie to z pewnością. No i chciałbym teraz zakrzyknąć: praktykanci, praktykanci! Praktykantka Paulina prezentowała przez dwa ostatnie numery tak zwane zachęcajki. Poznaliście Państwo dwie książki, a dzisiaj nie będzie zachęcajki. Dzisiaj będzie pewien eksperyment. Poetycki eksperyment, ale to myślę lepiej wyjaśni Państwu wszystko Paulina.
[01:23:41] - Wiersz, który za chwilę wam przeczytam, napisałam w ramach ćwiczenia na studiach. Uczyłam się owersoloki, ale nie byłam w stanie wysłyszeć, na jaką sylabę pada akcent. Z tego powodu trudność sprawiały mi wiersze sylabotoniczne, czyli takie, w których występuje stały układ zestrojów akcentowych. Dopiero gdy nauczyłam się je gramatycznie stawiać, byłam w stanie napisać tak rytmiczny wiersz. Mam nadzieję, że będzie to słychać. A z ciekawostek – jest to ekfraza, czyli poetycki opis obrazu „The Bachelors Party”, którego autorem jest Louis Wain. Film o tym malarzu w roku 2022 ukazał się w kinach. „Przyjęcie dżentelmenów”. Siedzą przy stoliku cztery koteczki, ale zamiast mleczka piją wódeczki. Piąty kotek przyszedł, mówi do braci: „Ducha walki nam nie wolno utracić.
Myszy to wrogowie. Gryźcie i drapiecie, aż im wszystkim ze stóp zsuną się kapcie”. Burzą się koteczki, miauczą raz po raz. Dzielny jest nasz Mruczek, twardy on jak głaz. Chęć łapania myszy w wielkiej naprędce wszystkie deklarują bardzo namiętnie. Cicho siedzi Micuś, sączy gin sobie. W końcu rzecze: „Wstydź się. Tyle ci powiem. Tyle lat minęło, odkądś coś złapał. Czemu wybitnego grasz szczurołapa?” Mruczek takiej hańby znieść niepodobny.
Zawsze bić się gotów, mimo że drobny. Monokl na blat kładzie, strząsa wąsiska. Z pyszczka wylatują syki, wyzwiska. Mruczek na Micusia, Micuś na Mruczka Zaraz wskoczą na stół, taka to sztuczka Teraz wyciągają na wierzch pazury Łapką się puszystą walą kocury Kelner już nadbiega, kotki rozdziela Długo się nie będzie z nimi użerać Zero ma litości, łapie za fraki I na dwór wywala wściekłe kociaki Przysięgają na swych matek żyć dziewięć Mają do kolegów tylko swą niechęć Nie powrócą nigdy więcej do baru Prędzej wskoczą w kubeł pełen fuj! smaru Ale się nie martwcie, drodzy słuchacze Słabą mają pamięć nasi pieniacze Jutro znów do baru wrócą koteczki Razem pić wódeczki z jednej miseczki. Czytała Paulina Remus.
[01:26:12] - Uśmiecham się, bo sami państwo zauważyliście, że wiersz jak wiersz, ale jeśli chodzi o to, co było jego istotą, o czym Paulina mówiła, to perfekcyjnie. A jeśli się do tego doda obraz, o którym wspomina, warto mieć ten obraz przed oczyma, kiedy słyszy się strofki wygłaszane przez Paulinę. Warto sobie go wygooglać, poszukać. Ten obraz kotów przy stole. Warto. Naprawdę warto. Cóż, myślę, że dobry, zabawny przerywnik. On był potrzebny, proszę państwa, i to bardzo potrzebny. Bo za chwilę na scenę wkroczy ciężki temat. Nie no, żartuję.
Nie ciężki, ale wkroczy fizyka. Tak, fizyka. Nie wszyscy lubią. Chociaż wiecie państwo, w czasach, kiedy Tomek Fąs wygłaszał tutaj swoje pogadanki o fizyce, z tych czasów wiem, że jak się to robi w sposób przystępny, to i fizyka cieszy się zainteresowaniem. A jedno trzeba naszemu kolejnemu wykładowcy oddać. To jest człowiek, który o sprawach trudnych, o sprawach związanych z fizyką, z astronomią potrafi mówić w sposób nie tylko przystępny, ale wciągający po prostu. Tym człowiekiem jest, i tutaj uwaga, tytulatura: doktor habilitowany Leszek Błaszkiewicz. Leszek Błaszkiewicz to jest dusza towarzystwa na wszelkiego rodzaju konwentach, na których bywa. To jest człowiek, który bryluje, ale nie bez powodu. To jest człowiek elokwentny, oczytany i nie tylko, zaręczam państwu, oczytany w fizyce i astronomii, ale też w literaturze, na przykład SF.
Świetnie się orientujący, o czym zresztą za chwilę. To astronom, a przy okazji, tak jak powiedziałem, miłośnik fantastyki. Nie tylko miłośnik, również jej popularyzator, ale też popularyzator nauki, publicysta, a także hobbystycznie autor opowiadań SF. Studia astronomiczne ukończył w Toruniu na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w '95 roku. Doktorat uzyskał w Centrum Astronomii UMK w 2001 roku w specjalności radioastronomia. Od 2002 roku mieszka i pracuje w Olsztynie. Tam zajmuje się fizyką relatywistyczną. Już miałem problem z wymówieniem. Wiecie państwo, to jest tak, jak się człowiek pomyli pierwszy raz, to już później w życiu tego nie wypowie. Trzeba sobie to później spokojnie wyrecytować gdzieś po cichu i wtedy się może udać.
Leszek pracuje również dodatkowo jako specjalista astronom w olsztyńskim Planetarium i Obserwatorium Astronomicznym. Naukowo zajmuje się, i tu dla mnie czasami jednak to jest pewna magia, badaniem emisji maserowej w otoczkach gwiazdowych oraz obszarach powstawania gwiazd. Czytałem w tej chwili. Gwiazd, pulsarów, a także tak zwaną pogodą kosmiczną, czymkolwiek ona jest. Ja, mówiąc szczerze, tego nie wiem, ale może mówię o Leszku przy okazji o to zapytam. Jest też autorem liczących się publikacji oraz monografii, między innymi „Masery kosmiczne”. Te jego odkrycia nowych źródeł promieniowania maserowego zostały docenione w 2005 roku, kiedy otrzymał Nagrodę Miasta Krakowa imienia Mikołaja Kopernika. O pewnej cenie albo właściwie to, że ta nagroda jest cenna, świadczyć może chociażby to, że nie jest wręczana co roku, tylko co pięć lat i jest wręczana przez Polską Akademię Umiejętności. W ostatnich latach Leszek Błaszkiewicz zajmował się budową i uruchamianiem teleskopów radiowych wchodzących w skład sieci LOFAR. Sporo czasu zajmuje mu, tak jak powiedziałem wcześniej, popularyzacja nauki.
Dla przykładu na przykład pokazy nieba, prelekcje podczas Festiwalu Fantastyki w Nidzicy, zarówno nieba nocnego. Można sobie gwiazdy w towarzystwie Leszka popatrzeć i to przez taki całkiem niezłej klasy teleskop. Ale też pamiętam, jak swego czasu na jednym z festiwali przywiózł ze sobą teleskop, dzięki któremu można było obserwować słońce. To taki specjalny sprzęt, ale można sobie było słońce pooglądać. Leszek Błaszkiewicz to też autor wielu esejów publikowanych między innymi w Nowej Fantastyce, ale też w Sfinksie. Zatem kolega redakcyjny, bo ja tam również coś popisuję. Poza tym w czasie Fantastyki niewychodzącym już. W wolnych chwilach Leszek nie tylko czytuje fantastykę, ale tak jak powiedziałem pisuje. Można znaleźć jego opowiadania na stronach Nowej Fantastyki i tam bryluje Leszek pod takim pseudonimem El Bastro. Jest też autorem haseł do wspominanej przeze mnie Encyklopedii Fantastyki w sieci.
EncyklopediaFantastyki.pl i tam zajmuje się popularyzacją, a właściwie układaniem haseł z dziedziny pojęć naukowych, które wykorzystuje fantastyka naukowa. A opowiadania poza stroną internetową, o której wspomniałem fantastyki, to znajdziecie Państwo jeszcze w takim zbiorze „Kroki w nieznane” Rakietowej Krowy. Tam jest „HSC Nidica 2018” takie opowiadanie. Mamy też opowiadanie „Marsjańskie Zbawienie” w takim zbiorze Mars. Jest też twórcą prowadzącym audycję radiową „Między nauką a fikcją”, która jest emitowana przez radio WMFM. Ale znajdziecie Państwo Leszka również w takim bardzo popularnym kanale youtubowym, który się nazywa Astrofaza. Leszek jest tam częstym gościem i mówi zarówno o problemach astronomii, jak i popularyzuje fantastykę naukową. Zerknijcie Państwo na te odcinki. Można się od Leszka bardzo wielu ciekawych rzeczy dowiedzieć. To chyba wszystko.
Żeby nie przedłużać, to po prostu oddajmy Leszkowi głos. Dzisiaj Leszek Błaszkiewicz będzie opowiadał Państwu o energii.
[01:34:02] - Energia. Prelekcja jest związana z tym, że ja dla Wojtka do Sfinksa już tego poprzedniego, większego staram się pisywać felietony takie związane z nauką, z różnymi kwestiami nauki. I teraz pisząc te felietony na końcu zawsze poświęcam jedno zdanie temu, co będzie w następnym. Napisałem, że o energii. Tak myśląc zupełnie, będąc myślami gdzie indziej. I dopiero później, jak to zobaczyłem wydrukowane, mówię: „Jezus Maria, przecież to jest tragedia jakaś”, bo energia, zresztą powiemy to sobie. Energia to jest ten temat, który dla fizyka, dla astrofizyka jest tematem nawet nie morzem. Gdy zadamy sobie pytanie co to jest energia? Gdy zadamy fizykowi pytanie co to jest energia? To się zawiesi.
Zawiesi się po prostu. To jest tak, że a! Myślę, że dzisiaj postaram się odpowiedzieć. Tutaj też rozmawialiśmy Arek miał bardzo fajny wykład, też dotarłem dopiero w połowie, ale mimo to bardzo fajny o energetyce jądrowej. Też o to troszeczkę zahaczymy, ale przede wszystkim będę chciał tą energię jakoś spróbować okiełznać dla Państwa, dla was. O czym będzie? Przede wszystkim czym jest energia? Co to jest energia? W zasadzie spróbujemy sobie nie odpowiedzieć na to pytanie, bo to jest dosyć trudne. Troszeczkę o definicjach, pomiarach, bo tutaj jest jakiś tam bałagan.
Też zauważam, że to jest takie dosyć nieuporządkowane. My bardzo często mylimy pewne definicje. My mówimy o czymś i używamy chociażby jednostek, które do tego się nie odnoszą. Więc tutaj trzeba to też jakoś tam delikatnie. Naprawdę nie będę was starał się jakoś strasznie dręczyć i przelecę przez te slajdy. I wreszcie, moi drodzy, dojdziemy do tego, że tak naprawdę wszystko jest energią i dojdziemy do tego, co jest chyba najważniejsze, jest clou całego wszechświata we wszystkich jego aspektach, że tak naprawdę najważniejszym prawem rządzącym całym wszechświatem jest prawo zachowania energii. I to, co jest najdziwniejsze, to całkowita energia. Ja wyprzedzam fakty, ale to tak można chyba tak na takim wykładzie, że najprawdopodobniej wynika z pewnych symulacji, z matematycznych rozważań całkowita energia Która jest zgromadzona w znanym nam wszechświecie jest równa zero i my to próbujemy zachować poprzez różne sposoby. Znaczy nie my, przyroda. Troszeczkę sobie powiemy, to już było, więc ja nie będę tutaj za dużo mówił o tej energii, która jest miarą rozwoju, bo był wykład, na którym Marek Żelkowski o tym mówił, więc tylko tam jakieś sprawy powtórzę.
I na koniec kilka przykładów związanych z energią, taką czy inną, która pojawia się też w fantastyce, bo wypada do fantastyki się odwoływać, chociaż w tym temacie nie jest łatwo. I pytanie pierwsze, ja w zasadzie mógłbym pominąć ten slajd. Czym jest energia? To ja to odwrócę. Niech mi ktoś wytłumaczy, czym jest życie. Energia jest pojęciem, jako energia, nie mówimy o formach energii, mówimy o samym pojęciu energii. Jest to pojęcie tak dalece abstrakcyjne. My oczywiście ubieramy to jako zdolność do wykonania pracy. Próbujemy nadać jakiś sens, natomiast gdy próbujemy zrozumieć, co to jest energia, to w tym momencie jeżeli nie mamy jakiejś definicji, która pewne obszary nam będzie tutaj zakrywać, to całościowo nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć. Za to my jesteśmy w stanie dosyć dużo powiedzieć o fragmentach związanych z tym pojęciem.
My możemy bardzo dużo powiedzieć o różnych formach energii, z którą mamy do czynienia. I taką najprostszą formą energii to jest energia mechaniczna. Energia zgromadzona w ruchu i to jest jedna z tych form energii. Ale mamy też energię zgromadzoną we wiązaniach atomowych. Mamy energię zgromadzoną we wiązaniach cząsteczkowych. Mamy energię zgromadzoną w mnóstwie różnych otaczających nas elementów. Zobaczcie, tutaj nie widać tego zbyt dobrze, ale mamy wymienioną energię nuklearną, mechaniczną, termiczną, elektryczną. O tej elektrycznej bardzo dużo się mówi, tylko że żeby uzyskać energię elektryczną w takiej formie, w jakiej ona jest dla nas użyteczna, to też nie jest takie proste. To jest właśnie to, o czym też rozmawialiśmy. Mówimy o reaktorach atomowych, ale reaktor trzeba tak zbudować, żeby nie tylko był materiał rozszczepialny, gdzie w wyniku rozszczepienia temperatura nam się podnosi, powstaje jakiś typ promieniowania, który jest dla nas użyteczny, ale to promieniowanie my musimy w jakiś sposób wykorzystać.
Mamy energię zgromadzoną w fali elektromagnetycznej. Wszyscy z niej korzystamy. Chyba wszyscy, bo jest ktoś, kto nie używa telefonu komórkowego, radia, telewizora, czegokolwiek, internetu bezprzewodowego? To jest też forma energii. Tutaj popatrzcie, to jest energia chemiczna. Chemiczna jest jedzenie, jest bateria. To, o czym mówimy. Te akumulatory, które w tym Wojtka samochodzie są i zresztą w każdym samochodzie. Także my możemy mówić o różnych formach energii. I co z tymi formami energii się dzieje dalej?
W jaki sposób my to wykorzystujemy? To za chwilę, ale najpierw delikatny jeden slajd ze wzorem jakimś. Jednostką energii jest dżul, też erg, bo wykorzystujemy ergi. Jeden dżul to jest 10 do potęgi siódmej, czyli 10 milionów ergów. Erg to jest jednostka, która wykorzystywana była w układzie centymetr, gram, sekunda CGS i jest to jednostka bardziej naturalna moim zdaniem, bo jest wykorzystywana w dalszym ciągu w astrofizyce. W zasadzie w podręcznikach podaje się energię w ergach. Jest też jednostka, która nazywa się kalorią i tą jednostkę z kolei wykorzystujemy w dietetyce. I teraz właśnie, bo to są takie rzeczy. Rozumianej jako jednostka tłuszczu. Tak, nie jest.
Jest jednostką. Możemy podać energię paliwa, możemy podać energię spirytusu w kaloriach. Gdy będziecie czytać, ja tego nie chcę tutaj przywoływać, ale gdybyście poczytali ten felieton ze Sphinxa, tam są pewne odwołania, ile kalorii jest w łyżce spirytusu, ale tym się nie najemy. Różne formy energii też mają różne działanie. To jest taka konkluzja tego. My nie jesteśmy przystosowani do wykorzystywania wszystkich form energii, tak samo, jak nie potrafimy wykorzystywać wszystkich form energii, jakie są dostępne. Ten związek z działaniem, proszę zobaczyć, jest opisany jednostką, bo dżul to jest jeden niutonometr. Czyli siła, która popycha coś na jakąś tam odległość. Jeżeli zadziałamy siłą jednego niutona, czyli mniej więcej jedna dziesiąta kilograma i przepchniemy coś taką siłą na odległość jednego metra, to wtedy wykorzystamy energię jednego dżula albo podniesiemy coś małego. To jest tam dżul.
Dżulowe energie to są energie wysokoenergetycznych cząstek promieniowania kosmicznego, które docierają do Ziemi. To jest całkiem spora energia. Związek z mocą. Jeden dżul to jest jeden wat razy jedna sekunda. I tutaj waty są jednostkami mocy, nie energii, żeby też nie mylić. To jest moc. O tym jeszcze też myślę, że będzie okazja, żeby wspomnieć, żeby też się pewnymi rzeczami nie sugerować. A moc ma związek z pracą, bo energia jest czymś, co pozwala nam wykonać pracę podczas przetwarzania jednej formy energii w drugą. Jeżeli teraz dysponujemy czymś, co przetwarza i ma jakąś moc, to możemy wykonać pracę w jakimś czasie, czyli wykorzystać energię dysponując mocą w jakimś czasie. I teraz zobaczcie moc.
Weźmy na ten przykład odkurzacz. 1000 watów mocy i czas odkurzania pół godziny. Zużywamy ileś energii. I teraz pomyślcie: zmniejszamy moc naszego urządzenia o połowę. Co musimy zmienić, żeby równanie po lewej i prawej stronie miało dokładnie tyle samo?
[01:43:25] - Czas.
[01:43:27] - Czyli musimy odkurzać dwa razy dłużej. Oczywiście bierzemy pod uwagę, że sprawność urządzeń i ich konstrukcyjne rozwiązania się zmieniają, ale z punktu widzenia czystej fizyki musimy wiedzieć, że pewne rzeczy nie mają większego sensu, że możemy mieć czajnik o mocy i czekać, aż zagotuje się litr wody godzinę, a możemy mieć o mocy dużo większej i ta woda zagotuje się nam dużo szybciej. Ale wszystko jest ujęte jednym prostym fizycznym wzorem i jak rozwiniemy, to będzie taki skomplikowany wzór całkowity. Dżul wziął się od Joula, który zbudował takie urządzenie z łopatkami i mierzył, jak te łopatki, gdy woda przepływa, jak one mielą tą wodę i zaczął to mierzyć i na cześć właśnie tych pierwszych prób pomiaru energii przepływu jednostkę nazwano właśnie dżulem. Dochodzimy do czegoś, co jest kwintesencją wszystkiego. Zasada zachowania energii. Moi drodzy, mamy elektrownie, mamy różne urządzenia, ale musimy sobie zdawać sprawę z jednego: my nie wytwarzamy energii ani energii nie niszczymy. My nie produkujemy nowej energii z niczego, tylko wszystkie nasze działania, jakie istnieją, fizjologiczne, chodzenie, praca energii czy elektrowni, praca akumulatorów, wszystkiego dookoła nas. To wszystko funkcjonuje dzięki temu, że jedna forma energii zmienia się w drugą. I to jest kwintesencja.
W układzie izolowanym całkowita ilość energii nie ulega zmianie. Takim układem izolowanym może być stół. Wojtek ma bilarda i fajnie się gra z nim. Stół bilardowy. Gdyby tam nie było tarcia, gdybyśmy trochę energii włożyli i rzucili jedną bilę, to one by się odbijały. Gdyby nie było strat energii, odbijałyby się w nieskończoność na tym stole, dlatego, że ta ilość energii, którą wkładamy do zamkniętego układu, byłaby ciągle taka sama i ciągle by się tam coś działo. Oczywiście ta energia jest rozpraszana i to rozpraszanie energii to są te straty, które doprowadzają właśnie do wzrostu entropii, do tego, że ten nasz wszechświat nie jest ciągle taki sam, tylko mimo wszystko coś się z nim dzieje. Jednak w całym wszechświecie ta ilość energii, a zaraz dojdziemy do tego, że to jest w ogóle jakiś absurd, jest taka sama. I teraz popatrzcie tutaj na tym obrazku. Mamy węgiel czy ropę, czy cokolwiek.
Tam jest zgromadzona energia, ale to też nie jest takie słodkie. Bo skąd się ta energia wzięła w węglu? Ze Słońca. Do Słońca jeszcze dojdziemy. Tak naprawdę na Ziemi my dysponujemy tylko takimi dwoma, może nie pierwotnymi znowu, bo to też jest pewna forma energii, która gdzieś tam powstała. Ale tak cofając się do logicznego źródła, to mamy dwa źródła energii. Jednym jest Słońce, a drugim są pierwiastki promieniotwórcze, które cały czas są w naszej skorupie, działają, możemy je wykorzystywać. Tylko te dwa. Bo kopaliny to jest energia słoneczna, która jest tam w jakiś sposób związana. Została związana przez rośliny w procesie fotosyntezy.
Rośliny pochłaniają dwutlenek węgla i przy udziale energii słonecznej i wody przetwarzają ten dwutlenek węgla w cukier i tlen. I to jest proste i wiążą jednocześnie w sobie ten węgiel. I to w ten sposób działa. Energia słoneczna zmienia nam tutaj wszystko dookoła. Wieją wiatry, padają deszcze albo bezpośrednio świeci słońce, płyną rzeki. To wszystko jest związane ze Słońcem. Także Słońce, za chwilkę do tego Słońca dojdę, bo jest to bardzo ważne, żeby sobie zdawać sprawę, że my istniejemy tylko i wyłącznie dzięki Słońcu. I tak naprawdę dokładamy trochę tego swojego bajzlu, ale nami rządzi Słońce i to trzeba sobie uświadomić. I to trzeba wiedzieć, że Słońce to jest gigant, przy którym Ziemia to jest po prostu pyłek. Gdyby Ziemia spadła na Słońce, to ktoś z Wenus by tego nie zauważył tak naprawdę.
Tak to wygląda. Ale zobaczcie tutaj, mamy węgiel. Węgiel spalamy. W procesie chemicznym spalania węgiel oddaje część energii w postaci termicznej, w postaci promieniowania elektromagnetycznego IR, to jest podczerwonego. Dzięki temu przekazujemy tę energię do cząstek wody. Cząstki wody nabierają prędkości, nabierając prędkości wylatują, powstaje para wodna. Parę wodną po sprężeniu kierujemy do turbiny. W turbinie są takie łopaty. Prawo Bernoulliego działa, więc jak ten gaz leci, para, to zaczyna się obracać. Czyli zobaczcie energię uwięzioną w węglu zmieniamy w termiczną i mechaniczną.
Tutaj już mamy energię mechaniczną. Obraca się turbina i turbina dzięki czemuś, co nazywa się elektromagnetyzm, by nie wchodzić w szczegóły, w momencie, gdy się obraca, oddaje część tej energii w postaci impulsu elektromagnetycznego, który napędza elektrony w drucie. I mamy ruch elektronów, przy czym my tworzymy w generatorze pole elektryczne i tworzymy gotowość i w momencie, gdy zewrzemy, to te elektrony, które są tak na starcie, zwarcie powoduje, że nagle sala się przechyla i wszyscy lecą. I teraz potrzebne jest tylko urządzenie, które tą energię elektronów będzie w stanie wyłapać. I tyle. Żarówka wyłapuje. Różne tam są urządzenia. Wymyślcie coś. Po co o tym mówię? Każdy aspekt naszego życia i każdy aspekt świata, który nas otacza, jest związany z takim łańcuchem przemian energetycznych.
To, co najbardziej nas boli, fizyków, którzy się zajmują bardzo szerokim opisem świata, to to, że my jesteśmy w stanie zdefiniować tę energię od tej. Tę czy tę? Tę. Nie ma tego umlaut. Wszystko jest definiowalne, ale jak spojrzymy na to z daleka, to już zaczyna nas głowa boleć. A czym jest to coś? To są takie kawałeczki tego tematu. Praca, energia, moc. O tym już mówiłem, więc tutaj już nie będę o tym wspominał. Ważna jest moc.
Tutaj jest ten przykład. Duża moc, szybciej jesteśmy wykonać daną pracę. To można sobie wyobrazić Pudziana i takiego małego cherlaka i mają do zrobienia to samo, czyli przerzucenie hałdy węgla. Duża moc szybciej, mała moc wolniej, ale efekt jest dokładnie taki. Lewa równa się prawej. Tak to generalnie wygląda. To jest właśnie to, że podczas przemiany jednej formy energii w drugą my wykonujemy pracę. To jest ten bardzo ważny aspekt świata, który nas otacza. Fizyka w XIX wieku zajmowała się kilkoma wcześniej zdefiniowanymi formami energii i traktowała je niejako oddzielnie, tworząc do dzisiaj funkcjonujący podział na różne działy fizyczne. Termodynamika klasyczna to jest energia termiczna, energia zgromadzona w takiej czy innej substancji powodująca ruchy atomów albo pojedynczych cząstek.
Mówiliśmy o energii elektrycznej, energii związanej z faktem, że niektóre cząstki obdarzone są ładunkiem elektrycznym i dzięki temu zmieniają właściwość przestrzeni wokół siebie. My to możemy wykorzystywać, tak bardzo krótko mówiąc. Mamy energię dzięki temu elektryczną. Też zaczęto się zajmować innymi formami energii. Natomiast Albert Einstein w swoich rozważaniach zaczął pokazywać, że to nie do końca wszystko, że jest jeszcze coś. My niestety dzisiaj, idąc za Einsteinem, zaczynamy widzieć, że to, co na początku XX wieku zostało pokazane, to nie jest wszystko, że jest jeszcze coś. My cały czas wchodzimy w nowe formy energii, które nam uzupełniają tylko te puzzle, ale one w dalszym ciągu są tylko takimi kostkami, w których brakuje, jeśli wierzyć rozważaniom kosmologicznym, jakichś 90% tych elementów. To wszystko, co mamy do dyspozycji, włączając dzikie teorie i wielu też, żeby nie było, że tylko ja się wymądrzam, i wielu współczesnych naukowców, którzy zajmują się tematem, pewne są dzikie teorie, które też nie są właściwe. Einstein, pracując nad szczególną teorią względności, doszedł do takiego dziwnego rozwiązania. On pracował nad czteropędem, nad zachowaniami pewnych układów mechanicznych i nad pewnymi mechanicznymi aspektami energii.
Zajmował się sytuacją, gdy są bardzo duże prędkości, gdy dochodzimy do takich skrajnych prędkości i zajmował się transformacjami z jednego układu współrzędnych do drugiego. Wyszła mu chyba najsłynniejszy wzór. Taki, który każdy zna. Gdy to przekreślimy, to będzie Marek Biliński. To będzie muzyka, a nie Kamil. Natomiast ten wzór pokazuje, że energia jest równoważna masie. Czyli to jest tak, że mamy masę. Jeżeli jest masa poruszająca się, to jest pęd, to jest pochodna energii. Czyli mamy energię związaną z naszą masą, ale niestety mamy też energię, czy może stety, która jest naszą masą. My nie musimy tej masy rozpędzać, żeby mówić o energii.
Wystarczy, że tą masę mamy dowolną i już mamy energię. Jak to jest ważne i gdzie to ma zastosowanie, to za chwilę sobie powiemy. Energia zyskała też nowe oblicze. Musicie zapamiętać, bo to jest najważniejsza data w historii nauki współczesnej. 14 grudnia 1900 roku. Wtedy Max Planck opublikował swoją pracę, gdzie przedstawił koncepcję kwantu energii. To był kwant działania. On to nazwał kwantem działania. Dzisiaj mówimy na to stała Plancka i ta stała Plancka wszędzie się pojawia. Ona nam uświadamia, że energia jest w porcjach przekazywana, czyli każda forma energii nie jest wielkością dowolną w continuum, tylko jest w porcjach przekazywana.
To rozwaliło mózg. Są fizycy, którzy do dzisiaj nie wierzą w to. Tak słyszałem. Nie wiem, może można nie wierzyć w to. Więc powstało pojęcie kwantu energii. I tu znowu Einstein dosyć szybko, bo w 1905 roku napisał pracę i to za tą dostał pracę Nobla. Pracę, dzięki której działają panele fotowoltaiczne, pracę o oddziaływaniu między polem promieniowania, czyli fotonami a materią. Pokazał, jak fotony wpływają na materię i powodują jonizację, powodują, że tam się uwalniają elektrony. Dzisiaj w półprzewodnikach jest to wykorzystywane i tworzone są fotokomórki czy panele fotowoltaiczne. Także wtedy to się działo, ale wtedy był pogląd taki: mamy energię i mamy kwanty energii.
Te kwanty energii są bezmasowe. Zanim odkryto, że są kwanty energii, to były opisywane one, bo nikt nie wiedział, jako fala elektromagnetyczna, fala świetlna. Później pojawiła się fala podczerwona. To też jest światło. Fala radiowa. To wszystko były fale. I nagle okazało się, że te fale są też ... kwantami. Czyli mamy dwa opisy na to samo zjawisko. I pojawił się taki szaleniec, który mówi: „Jeżeli fala elektromagnetyczna to są kwanty, to może cząstki to jest fala?
Fala materii.” I to był de Broglie, 1924 rok. Fale de Broglie'a. I to już zupełnie rozwaliło, bo jak mamy E=mc2, czyli masa jest energią, a na dodatek masa jest też falą, to czym jest masa? Gdzie, Piotr, jesteś w tej chwili? Skoro jesteś falą? Jestem falą. Na fali uniesień. Zobaczcie, nagle dostajemy taki obraz świata, w którym ja zaczynam się martwić o siebie, czy ja jestem, czy nie? I gdzie jestem? Ja o tym mówiłem kiedyś.
Im masa większa, tym szybciej musi się poruszać, żeby te właściwości falowe się uwidoczniły. Dlatego właściwości falowe my widzimy dla strumieni cząstek, dla strumieni elektronów. One się zachowują dokładnie tak jak promień światła z lasera. Dokładnie tak samo. Mimo że wiemy, że to są takie kulki. Ale z drugiej strony Feynman powiedział kiedyś po wykładzie: „Jezu, ci ludzie cały czas wierzą, że elektrony to są kulki.” Elektrony to jest coś, co nie wiadomo, gdzie jest tak naprawdę. Prawdopodobieństwo pobytu elektronu na jakimś orbitalu jest pewne, że elektron może być tu, ale może być też tam. Ten elektron związany z tym atomem, który mam tu na tym palcu. On z dużym prawdopodobieństwem jest blisko jądra atomowego, ale z prawdopodobieństwem niezerowym jest tam. I teraz zobaczcie, jak weźmiemy całych siebie, to gdzie?
To jest niezwykłe i jeżeli na to popatrzymy w ten sposób i jeszcze zaczniemy myśleć o tych różnych uwarunkowaniach energetycznych, to zaczyna nam, przynajmniej mi, nie wiem, jak wam, ale mi to troszeczkę się tam gotuje. Powiedziałem, że Słońce jest tym głównym źródłem energii. Budowane są nowe typy urządzeń do uzyskiwania energii z reakcji rozszczepiania, ale też są zamykane elektrownie duże, więc tutaj nie wiem, jaki jest kierunek. Natomiast Słońce było, jest i będzie. Z punktu widzenia naszego życia Słońce powstało pięć miliardów lat temu i zgodnie ze współczesnymi modelami około siedmiu miliardów jeszcze będzie świecić, więc Słońcem się nie musimy martwić. Proszę zobaczyć. Ja to gdzieś już pokazywałem. Przepraszam, jeśli ktoś zna ten slajd i dwa następne. Słońce jest duże, tam jest pokazane. Także średnica orbity Księżyca, do którego lecieli trzy dni astronauci, zmieściłaby się na tarczy Słońca dwa razy.
Wszystkie obiekty Układu Słonecznego, czyli planety i ich księżyce, planetoidy, obiekty układu Kuipera i Obłok Oorta, jeśli jest takowy, bo wszyscy mówią „Obłok Oorta” i tak uważają. To jest hipoteza, niepotwierdzona absolutnie. Nikogo tam nie było i nikt nie widział. A to, że kometa przylatuje czasami nie wiadomo skąd, to może tam są kosmici, ją wysyłają i im się nie udaje trafić w tą cholerną Ziemię. W każdym razie masa Słońca, zobaczcie, tysiąc razy większa niż masa wszystkich obiektów w Układzie Słonecznym. Dlatego Słońce powinniśmy traktować z absolutnym szacunkiem. Temperatura na powierzchni jest nieważna, natomiast temperatura w jądrze słonecznym, tam zachodzą reakcje magiczne. Tam się dzieje magia, bo gdyby nie magia, to Słońce by nie świeciło. Temperatura w jądrze to jest 15,5 miliona stopni, ciśnienie w jądrze 300 miliardów atmosfer. Ta energia jest cały czas wytwarzana i w tym bardzo długim procesie część energii ucieka natychmiast w postaci neutrin, czyli ucieka ze Słońca.
Natomiast to, co my odczuwamy jako ciepło, światło, to to krąży wewnątrz Słońca, jest absorbowane, reemitowane i tak dalej. I to jest dosyć długotrwały proces. Są jakieś modele, ale to są długie lata. To, co się dzieje wewnątrz Słońca, to jest reakcja syntezy helu, broń Boże spalania wodoru. Często się mówi „spalanie wodoru”. Ja mówię: jakie? Spalanie to jest reakcja chemiczna gwałtownego utleniania. Tam tlen jest w CNO, taki cykl, który 7% energii Słońca dostarcza, ale całą resztę cykl PP, gdzie cztery protony łączą się i powstaje jądro helu i przy okazji kwanty bardzo wysokoenergetyczne, kwanty promieniowania. I teraz popatrzcie. W każdej sekundzie w ten sposób 600 milionów ton wodoru zmienia się w hel.
W każdej sekundzie. Kiedyś student dostał takie zadanie na zaliczenie, żeby trójkę dostać. Miał policzyć, jaki pociąg byłby długi. I ten pociąg, z założenia proste, że jeden wagon to tona wodoru i jakaś długość wagonu. I mu wyszło do Księżyca i jeszcze z powrotem do połowy. Tyle wodoru w każdej sekundzie. Pamiętacie ten film, gdzie w stronę Słońca leciała misja, która miała naprawić Słońce, bo ostygło? Bardzo fajny film, ale założenie po prostu kretyńskie. I teraz to, co jest ważne. E=mc2.
Bo jak się to wszystko doda do siebie, to nagle okazuje się, że w ciągu sekundy z tych 600 milionów ton cztery giną. Czyli Słońce chudnie de facto. Chudnie o cztery miliony ton na sekundę. To jest ta materia, która zmienia się w energię i w każdej sekundzie uchodzi. Cztery miliony ton w każdej sekundzie w Słońcu ginie. A mimo to, mówiłem, siedem miliardów lat jeszcze Słońce będzie istniało. I to nie jest kres, bo ono będzie jeszcze długo, zmieni się w białego karła i coś tam się będzie działo. I znowu w każdej sekundzie, jak to zamienimy na takie jednostki, które dla nas są może trochę bardziej czytelne, to wychodzi 400 biliardów gigawatów energii. Gigawat to już jest 10 do 12. A jak jeszcze te biliardy weźmiemy, czyli 10 do 15 To jest horrendalna liczba, ale tyle tej energii ucieka ze Słońca, czy jest emitowane przez Słońce w każdej sekundzie.
Dlatego Słońce jest tym obiektem, które w jakiś sposób musimy, dzisiaj nieudolnie, bo panele czy inne rzeczy, ale musimy to Słońce wykorzystać. Tym bardziej, że w odległości, bo to się rozchodzi promieniście, z kwadratem maleje ten strumień promieniowania, w odległości takiej, w jakiej jest Ziemia, czyli niecałe 150 milionów kilometrów od Słońca, na każdy metr kwadratowy pada energia mniej więcej 1,3 kW, 1300 W. W cyklu słonecznym ilość tej energii zmienia się mniej więcej o promil, o jeden promil czy jedną dziesiątą procenta. Kiedyś o tym wspominałem. Tak sobie pomyślcie o tych neutrinach, gdzie jest Słońce, w którą stronę świeci Słońce. Wytknij palca i pomyśl, że w każdej sekundzie przez każdy centymetr kwadratowy 60 miliardów neutrin przelatuje. Dlatego osłony. To jest niezłe. To wszystko, co my dzisiaj wykorzystujemy jako zieloną energię, to jest energia słoneczna w każdym aspekcie i brudna energia oprócz atomowej to jest też energia słoneczna. Także w ten sposób to wygląda.
Energia słoneczna oczywiście jest wykorzystywana od zawsze przez naturę, czyli fakt, że Słońce świeci, fakt, że Słońce istnieje, to jest powód, i że Ziemia ma taką, a nie inną atmosferę, że ma taką, a nie inną swoją otoczkę. To jest fakt, który leży u podstaw tego, że zaistniało życie na Ziemi. Tutaj też często się mówi i ja generalnie nie neguję tego absolutnie, że ludzie mają ten swój przyczynek, ale też trzeba mówić wyraźnie, że ponad 70% efektu cieplarnianego to jest para wodna, że w momencie, gdy my zaczynamy majstrować przy obiegu wody, to my zdecydowanie bardziej przyczyniamy się do zmian klimatycznych niż wypuszczając bąka albo oddychając, mówiąc tak brzydko, ślad węglowy. Dla mnie to jest niezrozumiałe, że nie mówi się o tym jako o jakimś pełnym procesie, tylko się bierze wyrywkową rzecz, która jest potrzebna i się wmawia, że to jest coś niezwykłego i że z tym musimy walczyć. Także na to też bardzo proszę zwracać uwagę. Jest wiele osób, naprawdę wiele, bo tutaj często: ojejku, naukowcy amerykańscy odkryli, jest publikacji tysiąc czy dwa tysiące. Jest równie dużo tez, szczególnie tych, którzy badają oczywiście klimatologię na długich dystansach, którzy mówiąc krótko: niech się tam debile cieszą, a my znamy prawdę i wiemy, że klimat się zmienia, od zawsze się zmienia. Powiem wam jeszcze jedno, ja też mam akwarium, ale tu żona mówi, że jest paskudne i że tam jest brudno. Moim zdaniem jest to dobre, bo to jest taki biotop, który niech się sam utrzyma. Jeżeli będzie źle, to ryby umrą.
Natomiast mój brat ma akwarium wielkie, o które dba. I powiem wam tą historię z dwutlenkiem węgla, bo takie akwaria oczywiście my tych bąbelków nie puszczamy po to, żeby natlenić wodę, jak to niektórzy twierdzą, tylko żeby spowodować, żeby dwutlenek węgla się rozpuścił w wodzie, żeby on był, żeby rośliny mogły działać i też z kolei puszczają te bąbelki. I w dużych akwariach, takich dużych biotopach się używa dwutlenku węgla po to, żeby ta woda była odpowiednio nim nasycona. I u mojego brata się zawór zepsuł i w ciągu tygodnia zarosło mu to akwarium tak bardzo, że musiał zrobić totalny remont w akwarium. Także to chyba nie jest aż tak źle z tym, że trochę więcej tego będzie. Moi drodzy, była o tym mowa i tutaj Arek o tym mówił sporo. Ta forma energii, z którą mamy do czynienia i ja uważam mimo wszystko, mimo tej dyskusji, że jest to w dalszym ciągu najczystsza forma energii sensownej, którą możemy wykorzystywać, to jest energia oparta o proces rozszczepiania ciężkich jąder atomowych. Ale żeby też nie było tak słodko, mamy te elektrownie, też są zaawansowane prace nad tokamakami. Ja wiem, że już dawno temu udało się zbudować tokamak taki, gdzie są reakcje fuzyjne, gdzie więcej energii uzyskano, niż włożono. To jest takie urządzenie, w którym rozpędza się pewne cząstki do dużych prędkości.
Dzięki dużym prędkościom v² przez dwa mają dużą energię i w momencie, gdy się zderzają, zachodzą reakcje syntezy. Z pewnym prawdopodobieństwem one łączą się i powstaje w ten sposób energia tak jak w słońcu. Ale najpierw musimy zapewnić bardzo wysoką temperaturę i energię. To są takie małe CERN-y, tylko specjalnie po to zrobione, żeby tam powstawało promieniowanie, które my wykorzystamy. Taka mała gwiazdka. I to są prace, które też mówi się nad zimną fuzją, ale to raczej jest nierealne. To jest fuzja gorąca. Tam są temperatury wewnątrz tokamaków powyżej miliona stopni, bo oczywiście używa się ten hel-3, o którym dużo się mówi. To jest ten pierwiastek, który dosyć łatwo wchodzi w reakcję. Ponoć jest na Księżycu, ale nie wiem, pewnie się nie opłaca go przywozić.
Natomiast moi drodzy, te auta hybrydowe, elektryczne, o tym mówiliśmy. Ja nie byłem przekonany, ale Wojtek teraz jak przetestował to auto, to rzeczywiście ono jest chociaż nieporęczne, ale tak jak ty powiedziałeś, Krzysztofie, że są te Tesle, że mają już zasięgi tysiąc kilometrów, to jeżeli technologie związane z bateriami będą postępować, to one mają sens. Za to ja od samego początku jestem zażenowany tą technologią, która się nazywa auta hybrydowe i powiem wam, już zupełnie mnie to powaliło. Ja mam silnik diesla wyklęty 1.6 HDI i Średnie spalanie poniżej pięciu litrów oleju napędowego. Mój kolega kupił w zeszłym roku Toyotę, taką dużą, hybrydową. Hybrydowa, ładny duży telewizor w środku i odpalanie na guzik, te sprawy. Mówię: a ile ci pali? Średnio tak sześć, siedem litrów. Ja mówię: na cholerę ci taki samochód? Po co się męczyć, jak masz te wszystkie rzeczy, te silniki i te płyny?
Bo w elektrycznych samochodach jednak jest mniejsza ta ingerencja, mniej tych różnych dodatków, o które trzeba dbać. Natomiast hybrydy to jest dla mnie jakaś sprawa dziwna. Zobaczcie, to jest spalanie według katalogu. Mnie przekonał pan, który reklamuje te samochody w telewizorze. Pan Ziętarski. Słucham go w radiu i opowiada, że to nigdy w życiu. Mówię wow. Tu mówi w reklamie, że to jest świetne, zielone ślady węglowe, to wszystko. A w radiu, w audycji, gdy jest rozmowa o tych samochodach, bo w Antyradiu ma audycję, to mówi, że nigdy w życiu i że po prostu tragedia. I teraz te źródła energii, o tych ziemskich już powiedzieliśmy.
O tych formach energii. O tym, że wszystko jest przemianą energii. Astrofizyczne źródła energii to jest moc promieniowania Słońca. Czyli jeżeli zrobimy w ciągu sekundy, to będziemy mieli dokładnie tyle energii, ile emituje Słońce. I teraz zobaczcie, to jest prawie cztery razy dziesięć do potęgi dwudziestej szóstej watów moc, watów na sekundę. Tyle energii Słońce emituje. A to jest wykres, który nazywa się wykres Herzsprunga-Russella. Herzsprunga-Zreschla. Tak go nazywaliśmy na studiach. Herzsprung-Zreschla.
To jest taki wykres pokazujący różne typy gwiazd, cokolwiek to znaczy. Nie chcę tutaj wnikać, ale zobaczcie, Słońce jest mniej więcej tu, w tym miejscu. Zobaczcie, że pojawiają się wartości dziesięć razy Słońce, pojawiają się wartości tysiąc razy Słońce. To jest dziesięć do drugiej. Sto razy Słońce. Tysiąc razy Słońce. Dziesięć tysięcy razy Słońce. Zobaczcie, że nasze Słońce, o którym tak dużo mówiliśmy i taki wielki szacunek do Słońca także jest, że dzięki niemu żyjemy i jesteśmy. Że to Słońce wcale nie jest takie wielkie. Wybuch supernowej, łącznie przez ten cały proces wybuchu supernowej.
Znowu hasło jest dla was dobrze znane. Gwiazdy dużo masywniejsze od Słońca w niektórych przypadkach w końcowym etapie swojego życia eksplodują. Ale nie tylko takie obiekty, bo są różnego typu supernowe. Tutaj nie będziemy w to wchodzić, ale to trwa. Ten cały rozbłysk i później to uwalnianie energii, to można powiedzieć parę tygodni, parę miesięcy. Jakkolwiek by to traktować, łącznie oszacowano, że to jest dziesięć do potęgi czterdziestej czwartej dżuli. Przypomnijcie sobie Słońce na sekundę dziesięć do dwudziestej ósmej. To nawet jak przez rok policzymy, ile jest tych sekund, to tam tych parę rzędów wielkości może to wzrośnie, ale nie jakoś do tego stopnia. Mówi się dużo ostatnio o takich zjawiskach. Ja do końca nie wiem.
To są rozbłyski gamma. Są jakieś teorie. Koledzy z Torunia. Ostatnio mi się chwalił, że coś opublikowali, że znaleźli źródło rozbłysku gamma, czyli to, co niby miało być, ale okazało się, że to było w gromadzie kulistej, a w gromadzie kulistej teoretycznie nie powinno być jakichś zjawisk, które to produkują. Ale zobaczcie, dziesięć do potęgi pięćdziesiątej pierwszej dżuli. Taki rozbłysk. Ten rozbłysk z kolei trwa ledwie sekundy. Rozbłyski gamma. To są rzędu sekund, czyli w takim czasie uwalnia się tak horrendalna energia. Ja nie wnikam, nie zajmuję się tym ani mnie to szczególnie nie interesuje.
Natomiast sama liczba jest tutaj ważna. Cała Droga Mleczna. Zobaczcie te rozbłyski gamma. Cała Droga Mleczna w ciągu roku dziesięć do czterdziestej siódmej. Cały wszechświat. Zobaczcie te rozbłyski gamma. To jest niezwykłe, bo one są tylko dziesięć tysięcy razy słabsze niż cała moc promieniowania wszechświata. To są zjawiska. Dlatego one są tak tajemnicze. Dlatego wszyscy próbują to ogarnąć.
One występują dosyć często, aczkolwiek są nieprzewidywalne. Więc są takie systemy poszukiwań, gdzie szukamy jakichś rozbłysków, a potem szybko próbujemy ustalić kierunek i skierować inne instrumenty. Co tam jest? Do tej pory nie za bardzo to wychodzi. Do tej pory nie wiemy. Ja podejrzewam, że to są kosmici. Ja podejrzewam, że kosmici nas próbują. Mam napisane, może będzie zainteresowany jakiś wydawca, opowiadanie, że jesteśmy otoczeni sferą, na której nam się wyświetla wszechświat, że gdzieś tam za orbitami planetoid Kuipera jest taka sfera z paneli i że nam się wszechświat wyświetla i defekty tych paneli to są te rozbłyski, że tam coś się dzieje w tych panelach. To nie jest jakieś bardzo częste zjawisko, natomiast są. One na całą sferę są rozłożone.
Jest katalog, tam są numerki, to trzeba by zobaczyć te ostatnie. Jak będzie numerek, to będziemy widzieć ile. I teraz popatrzcie, bo masa równa się energii. Zaczęto jeszcze na początku ubiegłego wieku dywagować, jak cały wszechświat wygląda i kwestię energii całego wszechświata też zaczęto opisywać. I Albert Einstein rozwiązywał swoje równanie. Potrafił rozwiązać, ale mu coś tam nie szło i wprowadził taką wielkość, która oznaczona jest jako lambda i dzisiaj jest rozumiana jako stała kosmologiczna i jako średnia energia wszechświata. I ta lambda, tam się nie mogą zgodzić ci, którzy to badają, czy to jest zero, czy to jest troszeńkę więcej. Niż zero. Einstein położył lambdę równą cztery, bo rozwiązania mu się rozjeżdżały i musiał to jakoś zahamować. Tej masy więcej dać do wszechświata, żeby tą lambdą, żeby on zahamował, żeby był statyczny.
Natomiast jeśli się to inaczej rozwiąże, to okazuje się, że ta lambda to taki sztuczny twór albo bardzo bliski zero, żeby pewien człon równania wyzerować. Cały wszechświat, zgodnie z tą kosmologią, która powstała już sto lat temu, to się cały czas też rozwija, ale jakiegoś takiego gwałtownego skoku nie widzę. Wtedy stwierdzono, że tu jest 4,9%. Różne podawane są liczby, ale w okolicach 4–5% to jest ta materia, którą widzimy, czyli gwiazdy, planety, mgławice. To wszystko, co widzimy. Cała reszta to jest to, co jest potrzebne, żeby wszechświat zachowywał się tak, jak to Hubble zaobserwował w '26 roku, w '29 opublikował, że to wszystko ucieka, rozszerza się i wygląda w bardzo dynamiczny sposób. Zaczęto się zastanawiać. Wprowadzono jakieś dziwne twory typu ciemna materia, typu ciemna energia. Można zaobserwować ciemną masę. Tego jest najwięcej.
Dzisiaj pojawiają się głosy, że ciemna materia, te efekty, które obserwujemy i o tym gdzieś tam dyskutowaliśmy przy stole przy piwie, że to nie jest efekt rzeczywisty. To jest tak, jak z orbitą Merkurego. To jest po prostu nasza za mała ogólność wiedzy o grawitacji. Tak jak szczególnym opisem grawitacji jest opis newtonowski, uogólnił to opis einsteinowski, a niektórzy twierdzą, że potrzebujemy bardziej ogólnego opisu, który zlikwiduje te wszystkie efekty. Także tutaj mamy tą energię, ale to o energii mówimy. Żeby zakończyć, skala, a ja mam Kardaszewa, a powinno być Kardaszowa. Tak. Tu też się zasugerowałem źródłami, bo nie znam rosyjskiego na tyle dobrze, żeby mi się chciało szukać. Teraz zobaczcie, bo tamte wielkości podałem po to, żeby pewne rzeczy zrozumieć. 10 do szesnastej watów to jest moc, jaką możemy uzyskać z zasobów ziemskich.
Dziesięć rzędów wielkości więcej to jest moc, jaką możemy uzyskać ze Słońca. Jeszcze dziesięć rzędów i to też nie jest takie przypadkowe. Ten Kardaszew miał o tym pojęcie. I też te kolejne skale, kolejne typy nie tylko obejmują inne obszary w kosmosie, ale też są mniej więcej co 10 rzędów wielkości. Także w ten sposób to wygląda. I ta energia. Zobaczcie, mówiliśmy o różnych formach energii. Cały czas jest to pytanie, czym jest energia? Wszyscy jesteśmy energią, wszędzie dookoła jest energia. My powinniśmy utożsamiać się z byciem energią wydaje mi się bardziej.
I to jest to pójście w transhumanizm, że my jesteśmy energią. Pójście o krok dalej od twierdzenia, że jesteśmy tylko garścią molekuł. To jest kolejny poziom. I ta energia wszędzie jest obecna, w każdym aspekcie naszego życia i w fantastyce też o nią się ocieramy. Tutaj kilka takich przykładów, które znalazłem w filmie tym nowszym. To był V chyba, nie Visitors, bo Visitors to jest ten stary film. Tam ta zła kosmitka Anna oferowała tą błękitną energię. To jest Blue Energy, cokolwiek to ma znaczyć. Ktoś kojarzy Blue Energy z fantastyki? Boże, tego serialu nie oglądaliście?
Visitors? O jeny. Wow. Dobra, okej. No to Zero Point Energy i Stargate. To są baterie. Energia próżni. O tym w ogóle nawet nie mówiłem. To są rzeczy niezwykłe. Nasz wszechświat powstał z zaburzenia czasoprzestrzeni, z zaburzenia kwantowej próżni, która to kwantowa próżnia jest wszędzie dookoła na poziomie sub sub sub subatomowym czy cząsteczkowym, na poziomie tak zwanych parametrów Plancka.
Weźmiemy sobie te trzy wielkości opisujące całość kosmosu, czyli stałą grawitacji dla wielkoskalowych elementów, stałą Plancka dla tych małoskalowych elementów i to, co je wiąże, czyli prędkość światła.
[02:18:35] - To to samo co piana kwantowa?
[02:18:37] - Tak, to jest dokładnie to. I w tym momencie ta piana kwantowa z pewnych rozważań wynika, że ona jest taka niestabilna. Generalnie energia jest w pobliżu zera, ale może z pewnym małym, aczkolwiek niezerowym prawdopodobieństwem gwałtownie wzrosnąć i te energie mogą przekroczyć wartości obserwowane w całym wszechświecie. Konkluzja jest prosta. Tutaj, w tym momencie, w tym miejscu tworzy się cały wszechświat. Widzicie? 100 metrów dalej kolejny. Jest ta kwantowa teoria światów równoległych, gdzie tych światów się tworzy tak dużo, że jest ich w tej chwili 10 do 240 którejś potęgi. To są gigantyczne liczby. I właśnie tutaj wykorzystywali ten fakt, że ta energia wzrasta i można to zassać w jakiś dziwny sposób.
Ten serial chyba już ktoś oglądał, co? Dobrze. To są takie gadżety. Ten obrazek jest ładnie opisany, tylko tutaj źle to widać. Mogę to wam udostępnić, możecie sobie zbudować, tylko że trzeba mieć moc, więc wieczorem trzeba tą moc zdobyć. Co jest jeszcze? Młot Thora. Szacuje się, że jego energia to jest 10 do 18 dżula. To jest całkiem sporo.
[02:20:06] - A jak się zdenerwuje?
[02:20:07] - A jak się zdenerwuje i naładuje go tymi piorunami, to jest kolejna energia. Tutaj z kolei jest podana moc, bo te wartości znalazłem. To jest moc porównywalna z wyładowaniem. Można łatwo to z filmu wykoncypować. 1,21 gigawata to jest ten kondensator strumienia. Kojarzycie? Brum brum. 88 na godzinę, ale mil chyba tak tam było. Przy tej prędkości, jeżeli mamy taką energię, to możemy się w czasie poruszać. Ja mam taką już zdolność do prędkości, ale jeszcze tej energii nie mam.
Energia z kalorii. Reaktor Człowieka Robota. 4 miliony koni mechanicznych. To jest taka jednostka, o której nie mówiłem, ale ci, co mają samochody, to waty i konie mechaniczne, ten przelicznik jest. To jest mniej więcej tyle, ile 10 000 promów kosmicznych. I on to nosił sobie tak jak znaczek konwentowy. To było cudowne. Co jeszcze? Bateria T-800. W jednym z filmów on to sobie wyciąga i wyrzuca, i to wybucha.
To jest znowu 14,5 megawatów. Taką moc ma ta bateria. I to jest dla Wojtka. Jak T-800 do ciebie przyjdzie, zajumaj mu baterię i będziesz mógł jeździć praktycznie do końca życia i to bardzo długiego. Tesseract. W jakichś filmach o superbohaterach się pojawia. Tesseract z matematycznego punktu widzenia to jest sześcian w przestrzeni wyżej wymiarowej. To jest takie przeniesienie, więc nie wiem, dlaczego oni to nazwali tesseract, bo to jest twór geometryczny po prostu. Tak, ładna nazwa, ale to jest jakieś urządzenie, które nie wiadomo skąd ssie energię i jest w zasadzie ta energia nieograniczona. W tych źródłach, gdzie szukałem, ile tej energii tam jest, wszędzie było, że to jest tyle, ile chcemy.
I żeby na koniec nie było tak słodko: Gwiazda Śmierci. Osiem lat pracy Słońca. To jest jej moc, która jest używana do tego, żeby pracowała i żeby strzelała w planety. Także to jest też sporo energii. Dlaczego tego Luke'a Skywalkera nigdy nikt nie odważy się wykląć, że to był ludobójca imperialny? Przecież ile tam było osób na tej Gwieździe Śmierci?
[02:22:43] - Był taki film, gdzie była rozprawka o tym, że jak on to mógł tak zrobić, bo tam było dużo ochotników, jakichś lekarzy i tak dalej.
[02:22:50] - Tak, tam przecież ta załoga to były miliony ludzi. Miliony różnych istnień.
[02:22:57] - Akceptowalne straty.
[02:22:59] - Akceptowalne straty. Słuchajcie, i na koniec: przykro mi, ale czym jest energia? Zdaję sobie sprawę, że nie odpowiedziałem. Natomiast myślę, że jakieś tam kwestie związane z energią, które się tu pojawiły, być może stały się jaśniejsze, a na pewno chciałbym, żebyście zauważyli te powiązania różnych form energii i powiązania tego ze sobą, z życiem, ze wszystkim, co nas otacza. Energia jest wszystkim i wszystko jest energią. Takie stwierdzenie myślę, że jest dobre na zamknięcie tego spotkania, tego wykładu. Czas chyba minął.
[02:23:40] - No i proszę państwa, nie powiecie, że nie warto było posłuchać Leszka. Energia, niby takie proste, a nagle okazuje się, że wiemy więcej po tej niecałej godzinie, 50 minut raptem. Wiemy więcej. Przynajmniej mam taką nadzieję. No to cóż, takim troszeczkę szalonym wężykiem czy też slalomem ruszamy dalej. Kolejny wykład nie będzie miał absolutnie nic wspólnego z energią, ani z fizyką, ani z astronomią. Będzie poświęcony wojnie. Tak, znowu będziemy gościć w audycji naszego profesora od prawideł wojny, Piotra Plebaniaka. Troszeczkę zmieniliśmy formułę tej audycji, tej podaudycji czy też kawałka audycji. Wcześniej to był dialog, ale doszliśmy do wniosku, że dialog to macie państwo w Telegramie „Z krańca świata”.
W naszej audycji, w „Bibliotekarium” będzie monolog. Monolog Piotra Plebaniaka na temat prawideł wojny. Zapraszam.
[02:25:08] - Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia?
[02:25:20] - Dzień dobry wszystkim. Omawiamy dzisiaj kolejne prawidło z książki „Siły psychohistorii”. Jest to prawidło tego, jak zarządzać przestrzenią decyzyjną przeciwnika i każdej osoby, która z nami ma napięcie albo z którą toczymy spór bądź konflikt. Prawidło trzecie to: przeciwnikowi należy maksymalnie utrudnić budowanie zdolności predykcyjnych. Czym są zdolności predykcyjne? Zdolność predykcji to zdolność przewidzenia tego, co będzie w przyszłości na podstawie prawideł i zdarzeń, które wykryliśmy, o których dowiedzieliśmy się, a które miały miejsce w przeszłości. Czyli inaczej mówiąc poznaj przeszłość, żeby zrozumieć i kontrolować przyszłość. Czyli mamy dokładnie tytuł całej książki „Siły psychohistorii”. Zdolności predykcyjne to są zdolności, które są Świętym Graalem w każdej operacji wojskowej, w każdym sztabie, który planuje swoje działania i który stara się przeciwdziałać działaniom przeciwnika. Zdolności predykcyjne mają też związek z bezforemnością.
Bezforemność z kolei to jest termin, koncepcja pochodząca ze „Sztuki wojny” Sun Zi. „Sztuka wojny” zaleca, żebyśmy byli nieprzewidywalni dla przeciwnika, żeby z tego, co robimy i z tego, jak wyglądamy, że coś robimy, to znaczy możemy coś pozorować. Przeciwnik nie ma prawa wydobyć prawideł, wydobyć regularności, wydobyć logiki. Jego ogląd sytuacji ma być pomieszany, ma być niejasny. Ma być trudny do zrozumienia, trudny do przyswojenia, trudny do włączenia w jakiś szerszy obraz mentalny. Zresztą bezforemność jest przez Sun Zi uważana za największą zdolność dowódcy i największą sztukę, jaką dowódca może osiągnąć. Drugim aspektem budowania zdolności predykcyjnych, coś, co jest zupełnie nie do końca może oczywiste, ale jest to bezradność. Wyuczona bezradność dokładniej. Otóż w pewnym doświadczeniu psychologowie wrzucali do wiadra z wodą szczury. To nie jest do końca grzeczna, dobra czynność, natomiast niestety eksperyment i ten, i podobne były prowadzone.
Ale efekt tego eksperymentu, czy też obserwacje, jakie poczyniono, były wręcz fascynujące. Otóż okazało się, że jeżeli szczur wpadnie do wiadra z wodą i nie odkryje żadnej drogi ucieczki, to bardzo szybko, po kilkudziesięciu minutach po prostu poddaje się i tonie. Natomiast jeżeli takiemu szczurowi przed utonięciem podać jakąś kładkę, po której on zdoła z tego wiadra ucieknąć, to gdy zostanie już po raz drugi wrzucony do wiadra z wodą i każe mu się czekać na ratunek, to on może pływać w kółko i czekać na ten ratunek do kilkunastu godzin. Więc proszę zobaczyć, jak ważna jest kwestia tego, czy przeciwnika zmusimy do tego, aby popadł w tak zwaną wyuczoną bezradność. Wracając już do głównego tematu. Zdolności predykcyjne. Jeżeli rozumiemy prawidła siły, parametry siły naszego przeciwnika, jesteśmy w stanie odkryć, jaka jest pula dostępnych mu działań. I temu służą tak zwane narady w świątyni, o których pisze Sun Zi. To są tak zwane miaosuan, czyli wielkie narady czy też gry wojenne odprawiane, realizowane w świątyniach przodków. Mówimy o czasach starożytnych dwa i pół tysiąca lat temu.
Otóż wszystkie parametry siły przeciwnika, czyli liczebność, morale, zaopatrzenie, wyposażenie w żywność i spyże. Wszystko to może być sparametryzowane. I Sun Zi opisując całe procedury zliczania przewag przeciwnika i własnych, tak naprawdę jest proto-naukowcem. To znaczy proponuje bardzo racjonalne rozpoznawanie sił własnych, zdolności własnych i zdolności i sił przeciwnika po to, żeby zaproponować zupełnie inny system podejmowania decyzji. System inny w zestawieniu na przykład z wróżeniem z kości zwierząt, z wróżeniem ze skorup żółwi, co robiono w Chinach, z wróżeniem z łodyg krwawnika, co też robiono w starożytnych Chinach. No i oczywiście w naszym świecie zachodnim ogólnie, oczywiście mówię tutaj o starożytnym Rzymie, starożytnej Grecji, we wszelkich innych zakątkach świata większość decyzji była właśnie podejmowana pod wpływem przesądów, pod wpływem jakichś zabobonów czy też wróżb kapłanów, którzy dzięki temu oczywiście dzierżyli władzę dlatego, że byli tymi łącznikami świata zaświatów i świata ludzkiego. Mogli więc służąc jako pośrednicy, mogli osiągać pozycję władzy. No i coś takiego jest zupełnie innym rodzajem osiągania tak zwanej świadomości sytuacyjnej, bo tak naprawdę częścią zdolności predykcyjnych jest zdolność do osiągania świadomości sytuacyjnej. I świadomość sytuacyjna jest terminem ze współczesności już zupełnie. Polega na tym, że dzięki pozyskaniu danych wywiadowczych, czyli też danych wejściowych czy też danych sensorycznych, czyli odczyty radarów, raporty szpiegów, doniesienia żołnierzy bezpośrednio funkcjonujących na polu bitwy, czy to w pierwszej linii, czy w jakimś innym kluczowym miejscu.
Wszystkie te informacje muszą przez nas być przyjęte, przetworzone i na ich podstawie ma być zbudowany obraz mentalny, który umożliwia podjęcie decyzji. Za decyzją oczywiście idzie akcja. I mówię tutaj o takim tak zwanym cyklu OODA, czyli obserwacja, orientacja, decyzja, akcja. Ten skrót i to pojęcie jest znane wszystkim żołnierzom, którzy współcześnie chcą funkcjonować na współczesnym polu bitwy. Dlatego że model OODA jest po prostu nie tyle metodą toczenia wojen, ile jest modelem podejmowania decyzji, jakie podejmujemy, po prostu używając naszego umysłu do obserwacji świata i do wpływania na ten świat. Możemy sobie teraz zadać pytanie: co się stanie, jeżeli dwaj przeciwnicy są równie wnikliwi, równie skutecznie stosują dezinformację, równie skutecznie zdają osiągnąć bezforemność, czyli są trudni do odczytania przez przeciwnika? Gdy takich dwóch mistrzów spotyka się na polu bitwy, wynik starcia zależy od tego, czy pojawią się zdarzenia typu na przykład czarny łabędź. Czarny łabędź to jest zdarzenie, które jest kompletnie nieprzewidywalne, dlatego, że nie wynika z logiki funkcjonowania systemu. Jest to inaczej zdarzenie emergentne. To jest termin bardziej naukowy niż ten czarny łabędź pochodzący z książki Nicolasa Taleba pod tym tytułem.
Bardzo ją polecam. Natomiast kiedy dwaj przeciwnicy zaczną toczyć bitwę umysłów, bitwę o to, kto kogo przechytrzy, kto stanie się bardziej nieczytelny, to zwycięża zazwyczaj w takim przypadku albo przypadek właśnie, czyli między innymi czarny łabędź, albo po prostu siła, albo przypadek. Przypadek w tym sensie, że w którymś momencie jeden z przeciwników przeważy i uda mu się utrzymać ten trend. Uda mu się zmobilizować środki i doprowadzić na przykład do nagłego załamania, jeżeli mówimy o bitwie takiej tradycyjnej, militarnej, nastąpi załamanie linii frontu i wtedy następuje totalne zwycięstwo. Przed takimi sytuacjami przestrzega między innymi tak zwana doktryna środka. To jest chińska doktryna filozoficzna, która mówi, że należy trzymać się z daleka od wszelkich skrajności, bo skrajność powoduje zwiększenie prawdopodobieństwa tego, że może zdarzyć się jakaś rzecz zupełnie nieprzewidywana. Czyli jeszcze inaczej mówiąc, można zastosować bardzo zaawansowaną taktykę, do której realizacji potrzeba naprawdę pełnej wiedzy o tym, co się dzieje dookoła. Natomiast na czym ona polega? Należy sprawić, że sytuacja interakcji z przeciwnikiem, bo interakcja nie musi być konfliktem otwartym, może być konfliktem zupełnie niejawnym. Tym właśnie lubują się Chińczycy.
Więc interakcję należy tak przeprowadzić, żeby generowała jak najwięcej sytuacji, wydarzeń, które są nieprzewidywalne, które są trudne do skontrowania zawczasu. Na przykład na całej mojej wypowiedzi. Na czym polega nieprzewidywalność z punktu widzenia ekonomicznego? Otóż jeżeli my nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w którym miejscu przeciwnik na nas uderzy, to musimy przygotowywać się do obrony we wszystkich tych miejscach. Wtedy mamy po prostu nasze siły rozproszone. A jeżeli nasze siły są rozproszone, to przeciwnikowi o wiele łatwiej przyjdzie skoncentrować swoje siły i zaatakować w sytuacji lokalnej przewagi. I to jest cały sekret bezforemności na konkretnym przykładzie. Gdy my wybieramy miejsce i czas ataku, to jesteśmy w stanie zorganizować większą siłę, czyli uzyskać lokalną przewagę. Bardzo to jest widoczne w szermierce na przykład, ponieważ jeżeli obaj przeciwnicy są mniej więcej tak samo szybcy, nie da się dostrzec ruchu i reagować na te ruchy dostatecznie szybko, dlatego że następują o wiele szybciej, niż biegną impulsy nerwowe w ciele człowieka. W związku z tym, jeżeli ktoś zdoła zadać cios jako pierwszy, to ma tą przewagę, że ten drugi musi zgadywać, jaki jest zamiar tamtego przeciwnika.
Są oczywiście całe taktyki tego, żeby przeciwnika zwieść, oszukać co do swoich intencji, czy w walce szermierczej, czy w tradycyjnej bitwie, czy w jakichś geopolitycznych przepychankach, które na przykład teraz mają miejsce między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. I słowem zakończenia: bezforemność jest wszystkim. Zdolność predykcyjna jest wszystkim i świadomość sytuacyjna jest wszystkim. Dziękuję za uwagę.
[02:35:40] - No cóż. I rozmontowywania imperium część trzecia właśnie za państwem. Ja już nie wiem, czy państwo zaczęli rozmontowywać imperium. Ja póki co jeszcze nie. Natomiast czytam sobie, chociaż czytałem ją w całości jeszcze przed wydaniem, fragmentami książkę Piotra Plebaniaka „Siły psychohistorii”. I wierzcie mi państwo, to jest taka książka niezwykle podstępna. Już się tłumaczę, o co chodzi. Bo jak się ją pierwszy raz przeczyta, to człowiek mówi: „No tak, no fajne, interesujące”. Masa esejów, 700 stron, jest co poczytać. Interesujące rzeczy sięgające nauki, sięgające bardzo wielu dziedzin nauki, ale sięgające również pewnego doświadczenia.
No i człowiek sobie mówi: „No tak, no bardzo mądre”, ale to jest trochę mało. Kiedy zacząłem sobie tak wyrywkowo czytać już poszczególne eseje, to zaczęło do mnie docierać, że w tej książce jest pewien potencjał, który wydobywa się dopiero wtedy, jeśli zaczyna się z tą książką pracować. Zaczyna się taki rodzaj egzegezy. Zaczyna się z tą książką pracować, bo wtedy nagle wychodzą, wytuptują z niej różne smaczki, które przy pierwszej lekturze czasami są niewidoczne. Ja tego doświadczyłem, dlatego się z państwem dzielę. Nie wiem, czy u każdego to tak działa. Może są ludzie bardziej przenikliwi, mądrzejsi ode mnie i oni to wychwycą w lot. Ja potrzebowałem przynajmniej tej drugiej lektury. Niektóre eseje czytałem już więcej razy. I muszę państwu powiedzieć, że na tym polega podstępność tej książki: niby już wszystko rozumiemy po pierwszym przeczytaniu, a później rozumiemy jeszcze więcej i jeszcze więcej, i jeszcze więcej.
Sam się boję, co będzie, jak przeczytam ją trzeci raz. No dobrze, strachy na bok. Rozmontowywanie imperium i prawidła wojny zostawmy do następnego odcinka. W przyszłym tygodniu czwarta odsłona, czwarte wydanie „Prawideł wojny”. A teraz? Tak jak powiedziałem państwu wcześniej, dzisiejsza audycja to jest szalony slalom, bo czas na Recenzarium Ewiwy. Dzisiaj drugi odcinek poświęcony książce „Przynieście mi głowę księcia”. Ale doszedłem do wniosku, że ja państwu tak do końca nie powiedziałem, kim jest Ewiwa, czy też Luiza Dobrzyńska. To czas to naprawić. Wiem, że państwo znacie Luizę z audycji starego Bibliotekarium, ale ponieważ mamy Bibliotekarium 2.0, to czas błędy naprawiać.
Urodzona — zmilczmy — w Warszawie. Luiza Eviva Dobrzyńska to z zawodu technik medyczny, miłośniczka zwierząt, kosmosu, ale przede wszystkim serialu „Star Trek”. Autorka takich opowiadań, książek jak: „Dziedzictwo gwiazd” oraz „Jesteś na to zbyt młoda”. Braliście państwo udział w audycji Bibliotekarium poświęconej książce „Dusza”, ale była też „Kawalkada”, „Dzieci planety Ziemia”. Co więcej, nawet Bibliotekarium maczało palce w pisarskiej karierze Luizy. Wydaliśmy „Księżyc. Moje przeznaczenie” w 2021 roku. Cóż więcej? Tak jak powiedziałem, warszawianka z urodzenia i tak jak powiedziała w cywilu technik RTG z 25-letnim stażem. A co mówi sama o sobie?
Tu cytat: „Zakamieniała stara panna. Pisze od 12. roku życia, wydaje drukiem. Recenzentka nowości literackich, fanatyczna miłośniczka swego rodzinnego miasta, kotów i wszystkich innych zwierząt. Osoba gwałtowna i pyskata, ale równie łatwo zawierająca pokój. Tak samo łatwo zawiera ten pokój, jak wybucha gniewem.” No cóż, to tyle tytułem przedstawienia. A teraz zapraszam państwa na kolejne Recenzarium Ewiwy. I tak jak powiedziałem, dzisiaj mówimy o książce Rogera Zelaznego — nigdy nie wiem, jak to wymówić, czy on jest jednak Żelazny, czy może Zelazny — w każdym razie „Przynieście mi głowę księcia”. Taki jest tytuł. Recenzarium Ewiwy.
Fantasy pełne.
[02:42:13] - Dzień dobry, wita się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska. Roger Żelazny, Robert Sheckley. Obaj są bardzo dobrze znani każdemu miłośnikowi fantastyki, zwłaszcza tej nieco zakręconej. Osobno piszą wspaniałe powieści, a cóż dopiero, kiedy połączą siły. A stało się tak i dzięki tej współpracy powstała książka „Przynieście mi głowę księcia”. Dość ponury tytuł, tak można powiedzieć. Jednak sama książka jest bardzo zabawna. Wpisuje się w modny nurt anielsko-demoniczny. W odróżnieniu jednak od innych tego typu książek, jest bardzo lekka. Taka, że po przeczytaniu jej człowiek ma szeroki uśmiech od ucha do ucha.
Nawet jeżeli to, co opowiada, niekoniecznie jest takie zabawne. O czymże mówi ta książka? Oto zbliża się wielka rozgrywka milenijna. Przełom tysiącleci. Jak możemy zrozumieć, przełom pierwszego i drugiego tysiąclecia. Zgodnie z umową między siłami światła i ciemności ma się rozegrać rodzaj turnieju. Jego wynik będzie miał wpływ na to, kto będzie rządził ludzkością przez następne tysiąc lat. Co się dzieje w królestwie sił światła? Właściwie nie wiemy. Pisarze skupili się na tym, jak to wpływa na królestwo mroku.
Czyli kolokwialnie mówiąc piekło. Jak możemy się domyślać, wszystkie demony od najwyższych rangą do najniższych są zdeterminowane, żeby wygrać ten turniej. Jednak przedstawiciel może być tylko jeden. Kto ma nim być? Jak z przekąsem zauważa bohater utworu, zło ma to do siebie, że nie współpracuje nawet samo ze sobą. Podczas gdy wielkie tuzy ciemności toczą między sobą bezpardonową walkę, na arenę wkracza demon pośredniego rodzaju, Azjie Elbub. Oszołomieni jego bezczelnością, można to tak określić, książęta piekieł pozamawiają powierzyć jemu misję. Być może kierują się myślą, że jeżeli Azjie nawali, to przynajmniej cała przegrana pójdzie na jego rachunek. Tymczasem młody demon wcale nie ma zamiaru przegrać. Jego myśl jest bardzo prosta, a jednocześnie bardzo przewrotna.
Chce mianowicie wystawić przedstawienie na bazie znanej bardzo bajki o śpiącej królewnie i pokierować nim tak, żeby wszystkim udowodnić, że człowiek pozostawiony samemu sobie zawsze wybierze zło zamiast dobra. Jak do tego doprowadzić? Trzeba umiejętnie dobrać główną parę, a właściwie nie tyle dobrać, co zrobić. Stworzyć metodą Frankensteina z różnych fragmentów ciał dwoje młodych ludzi, którzy będą tę farsę odgrywać. Zaopatrzony w najsilniejszą ze wszystkich kart dostępu Azjie udaje się na Ziemię, ażeby tam dokonać swego dzieła. Okazuje się jednak, że ono nie jest takie proste. Szczególnie, że niemal od razu zwala mu się na głowę obserwator z ramienia sił światła. W niesnosny sposób przyjacielski anioł Babriel wręcz pomaga Azjiemu. Tylko jakim cudem anielska pomoc może demonowi przynieść cokolwiek dobrego? A gdy na dodatek na scenie pojawi się piękna czarownica, to już mamy komplet.
Gdyby któryś z autorów potraktował tę książkę bardziej poważnie, na pewno nie byłaby taka interesująca. Ten temat można było przedstawić w nierównie cięższy sposób. Na szczęście obaj uniknęli tej pułapki. Mamy tam inne niedociągnięcia. Chwilami pokazują się pewne dysonanse logiczne. Skoro, jak twierdzą autorzy, rozgrywki rozgrywają się, przepraszam, to zabrzmiało idiotycznie. Skoro zatem rozgrywka ma miejsce na przełomie tysiącleci, a więc na przełomie pierwszego i drugiego tysiąclecia, jakim cudem wśród gadżetów mogła się znaleźć gilotyna i lalka Barbie? Mniejsza o to. Mamy tu więc przedstawicieli światła i przedstawicieli mroku, jak również niektórych z tych bogów, którzy dawno już niejako wyszli z obiegu, jak na przykład Hermesa. Wszyscy razem pracują nad wielkimi igrzyskami milenijnymi i można dojść do wniosku, że siły mroku są dużo bardziej zainteresowane wygraną niż siły światła, które działają tak jakby mimochodem.
Na tym tle mamy bohaterów: wspomnianego już demona o imieniu Azjie Elbub, młodego, przystojnego i bardzo rzutkiego, jego pomocnika, którego dobrał sobie spośród ludzi, anioła Babriela, czarownicę Ilid, która była kiedyś kochanką Azjiego oraz dwie główne postacie przedstawienia: królewnę Scarlett oraz księcia Czarusia. Od tych dwojga ma zależeć wszystko. Dlatego właśnie Azjie bardzo dokładnie dobiera części ciała, z których ich konstruuje. Niestety nie wszystko bierze pod uwagę. Dlatego właśnie nie do końca wszystko idzie tak, jak sobie wymarzył. Jak to się skończyło poznacie, jeśli weźmiecie tę książkę do ręki i przeczytacie od pierwszej do ostatniej strony. A zapewniam, że warto. Później powstały jeszcze dwie części tego cyklu: „Jeśli z Faustem ci się nie uda” oraz „Farsa, z którą należy się liczyć”. Obie były już jednak tylko popłuczynami i zdecydowanie nie zasługują na uwagę. To wszystko na dziś.
Żegna się z wami Luiza Eviva Dobrzyńska.
[02:47:48] - Co by nie powiedzieć, proszę państwa, to dzisiejsza audycja jest rodzajem takiego remanentu. Remanentu po „Bibliotekarium”, po tym starym „Bibliotekarium”. Takiego umownego remanentu, cząstkowego przynajmniej. Bo pamiętacie państwo, jakiś czas temu gościliśmy na antenie Martę Sobiecką. Marta Sobiecka wydała w zeszłym roku, w drugiej połowie, książkę „Algorytm życia”. Zbiór opowiadań z takim klimatem cyberpunkowym. Ale powiedzieć tyle, to właściwie nic nie powiedzieć o tej książce. Doszedłem zatem do wniosku, że owszem, gdzieś tam w archiwach przepastnych zarówno Radia Paranormalium, jak i w wielu innych miejscach Internetu audycja z Martą Sobiecką jest. Ale ja zapraszam państwa dzisiaj na pierwsze spotkanie autorskie Marty Sobieckiej tuż po wydaniu książki. To spotkanie odbyło się na zamku w Nidzicy, na takim jesiennym sedeńkonie w zeszłym roku, pod koniec września.
Czy to już może był początek października? Wiecie państwo, rok minął i skleroza człowieka dopadła. W każdym razie to pierwsze spotkanie autorskie Marty miałem przyjemność poprowadzić. Było naprawdę interesująco, a plonem tego jest nagranie, którego państwo za chwilę wysłuchacie, ale zanim go wysłuchacie, to muszę poględzić po prostu. Jakoś mam taką potrzebę gadania, jak to państwo zapewne już nie raz zauważyliście. Więc znowu poględzę. Marta Sobiecka, rocznik, młoda osoba to mogę, 1990. Absolutnie Można wypominać wiek, bo to jeszcze nie jest wypominanie. Chyba się seksistowski jakiś zrobiłem albo jakiś taki głupi? Nie wiem.
No dobrze, w każdym razie rocznik 1990. Absolwentka dziennikarstwa oraz filozofii na UKW w Bydgoszczy. Publikowała prozę i publicystykę zarówno na łamach Nowej Fantastyki, ale także w Nieznanym Świecie, w Feniksie, w Okolicy Strachu, w antologii City 4 oraz antologii Polskiej Grozy. Wyróżniona została w ogólnopolskim konkursie literackim Pigmalion Fantastyki w 2019 roku. Współpracuje na stałe — tu, proszę państwa, lista wydawnictw całkiem pokaźna, bo z Phantom Books, z Bibliotekarium — to my — z wydawnictwem Alfabet. Wydaje mi się, że jeszcze z Dziewiątką. Jak najbardziej. „Algorytm życia” to był jej debiut literacki, ale, proszę państwa, pisze się następny zbiór. Zbiór, którego akcja umieszczona jest w tym samym uniwersum — tak się mądrze mówi — w tym samym świecie, naszym świecie, w odległej Japonii w dodatku, ale takiej nieco przesuniętej w czasie do przodu. No cóż, wcześniej publikowała, tak jak powiedziałem, w Nowej Fantastyce.
Pominę tutaj publicystykę, ale takie opowiadania o Bon Matsuri znacie państwo też z Bibliotekarium. To było w Nowej Fantastyce w 2014 roku. Dalej, mieliśmy też jej opowiadania w Okolicy Strachu, w Feniks Antologii — to się tak nazywało — w takiej reanimowanej na jakiś czas publikacji, która miała nawiązywać do wcześniejszego miesięcznika Feniks i nawiązywała zresztą. Tam się ukazały dwa opowiadania. Dalej, cóż jeszcze? W Nowej Fantastyce kolejne opowiadanie było. Z Feniksa to pamiętam takie opowiadanie „Rój”. Jeśli państwo sięgniecie po ten zbiór „Algorytm życia”, to ja nie wiem, które ono jest z kolei, ale dla mnie to było pierwsze zetknięcie z prozą Marty. No i cóż, żeby nie chwalić za dużo, to powiem: naprawdę warto. Zapraszam w takim razie na spotkanie z Martą Sobiecką.
To spotkanie, tak jak powiedziałem wcześniej, liczy sobie już 13 miesięcy. Spotkanie jak spotkanie. Nagranie to zdecydowanie liczy 13 miesięcy, ale w dalszym ciągu jest bardzo ciekawe. Ta książka, jak się czyta poszczególne opowiadania, to ma się poczucie obcości. Człowiek wchodzi w świat, który jest mu absolutnie obcy. Przynajmniej mnie był absolutnie obcy. Czułem się w nim niespecjalnie komfortowo. I pytanie, ponieważ ty łączysz w tej książce kilka różnych rzeczy: czy on jest taki niekomfortowy dlatego, że te wydarzenia, które opisujesz, dzieją się na Dalekim Wschodzie, w Japonii konkretnie, czy dlatego, że on jest właśnie taki cyberpunk? Co sprawia, że wkraczając w ten świat człowiek ma poczucie obcości, że to nie jest ten świat, w którym chciałbym żyć?
[02:53:37] - Myślę, że odpowiedź może być przerzucona na czytelnika, a nie na mnie.
[02:53:45] - To tak najłatwiej jest.
[02:53:47] - Ta obcość to jest Japonia, bo dla mnie ona jest czymś obcym. To jest trochę jak spotkanie w ogóle z inną cywilizacją i zagłębiam się w to. Oddaję w tej książce, w tym zbiorze opowiadań, te moje pasje i tą obcość. Ale jeśli czytelnik zna Japonię bardziej niż ja, to być może nie będzie to dla niego tak obce. Jednak oczywiście z drugiej strony jest ten element science fiction, czyli wybiegamy trochę do przodu, choć niedaleko, bo to jest tak naprawdę fantastyka bliskiego zasięgu. Ja nie wymyślam tam takich rzeczy. Pewne rzeczy istnieją w książce, tak jak bioboty. Ich jeszcze nie ma na tę chwilę, ale pewne rzeczy, pewne wynalazki już funkcjonują w naszym świecie. Tak że to jest fantastyka bliskiego zasięgu. Ale ta obcość pewnie też wynika z tego, że w utworach już pojawiają się twory takie jak hologramy, które mocno dominują ten zbiór, gdzie człowiek żyje już z tymi istotami sztucznymi, gdzie już odchodzi od relacji z drugim człowiekiem na rzecz relacji z istotami, których nie ma, ale które były.
Bo te hologramy są po prostu naszymi bliskimi. To są nasi nieżyjący partnerzy, rodzice. Chodzi o to, że to społeczeństwo nie godzi się na rozstanie z bliskimi.
[02:54:58] - Na przemijanie.
[02:54:59] - Na przemijanie, tak. Więc ta obcość jest jakby nieobca, bo oni sobie ją tworzą na nowo.
[02:55:06] - Sytuacja fabularna wygląda tak, że to niegodzenie się na odchodzenie polega na tym, że jak ktoś bliski nam umiera, to my wstawiamy taki hologram czy też hiperhologram i on się kręci po domu, rozmawia z nami, nawet wchodzi w jakieś takie interakcje prawie filozoficzne momentami i można sobie z nim pogadać, podyskutować. On co prawda ma oczywiście swoje ograniczenia, ale jest po prostu i to niektórym osobom wystarcza. Ja jednak zapytam dalej. Będę drążył tę obcość. Mówisz: fantastyka bliskiego zasięgu, powiedzmy 20, 30 lat.
[02:55:51] - Ale dobrze, weźmy tę część, zostawmy Japonię w spokoju. Chociaż ona sprawia, ta Japonia, że tam jest naprawdę dziwnie w tym zbiorze. Same sytuacje obyczajowe, takie związane z codziennym życiem, potrafią zaskoczyć przeciętnego Europejczyka. Ale zostańmy przy tej cyberpunkowej części. Nagle się okazuje, że to 20-30 lat, a ten świat jest, może ja już taki stary jestem, ale nie do zaakceptowania. Niektóre rzeczy rodzą takie wątpliwości natury moralnej, że właściwie ciężko jest się identyfikować z tym światem. Jak to jest?
[02:56:36] - Tak. Do tego w tym kontekście jest to cyberpunk, bo jednak mamy tutaj motyw korporacji i ich interesów, które nie służą wcale jednostce. I bohaterka, która jest uwikłana w nowoczesny świat, ale ona nie do końca go akceptuje. Czyli jeśli dla czytelnika ten świat jest nieakceptowalny, to może się identyfikować z bohaterką, której też to nie do końca pasuje, że te interesy jednostki są mniejszością albo jakieś wynalazki służą coraz większej kontroli. Czyli w tym kontekście jest to cyberpunk, bo po prostu jesteśmy znowu zniewoleni i to się wydaje, że nie ma wyjścia z sytuacji, że wracamy do platońskiej jaskini. Może tak, że po prostu jesteśmy zapatrzeni w te hologramy, w sztuczny świat, który nie jest przecież tak doskonały i idealny jak prawdziwy, ale my w to idziemy. Czyli cofnęliśmy się trochę i wierzymy już tylko w tą iluzję i ona nam wystarcza. Może w tym kontekście.
[02:57:36] - Na pewno iluzja.
[02:57:38] - Jeszcze raz?
[02:57:39] - Na pewno iluzja.
[02:57:40] - Tak, to na pewno jest iluzja, bo jednak to są twory sztuczne, które my tworzymy i rezygnujemy z kontaktów ze sobą na rzecz tych sztucznych kontaktów. To nie tylko jest tak, że przywołujemy do życia osoby, których już nie ma, ale też jest taki projekt w jednym z opowiadań, który tworzy firma Hologram Japan. Bo tak jest w Japonii, że oni często są dla siebie obcy. Gdzieś na przykład czytałam świetny artykuł o żonie, która wypowiada się, kiedy mąż wraca do domu po pracy. Wraca na emeryturę do domu i to jest obcy człowiek. I oni nie potrafią ze sobą żyć, bo jego tak naprawdę nigdy nie było w tym domu. I właśnie wymyśliłam sobie na tej kanwie coś takiego, że te hologramy służą właśnie tym kobietom, które żyją w domu z hologramem męża i on jest zaprogramowany na jego podobieństwo, żeby zminimalizować to wrażenie obcości. Że kiedy on wróci na tę emeryturę, to nie będzie obcym człowiekiem, bo jakby jednak cały czas z nią tam był. Tylko oczywiście dzieją się pewne rzeczy, które trochę zaburzają to, że nie będzie tak sielankowo, ale jest coś takiego, że próbuje walczyć. Tak samo motyw gejsz, wszystkim znany, czyli kobiety do towarzystwa, które były wychowywane od małych dziewczynek, żeby być tymi kobietami idealnymi.
A tutaj w tym świecie mamy gejsze, które są sztucznymi tworami i one są od początku idealne. Ich nie trzeba wcale wychowywać, co też wiąże się z jakimś nakładem czasu i finansów. Tylko od razu mamy je idealne i wydaje się, że to jest świetne rozwiązanie, ale też jednak to przełamuję i staram się pokazać, że być może wcale nie jest to takie świetne, bo wszystko to ma też swoje zagrożenia. Ma złe strony, które staram się wypunktować.
[02:59:19] - To ja teraz do twojej bohaterki, bo trochę o niej powiedziałaś, ale kiedy czytałem te opowiadania, to miałem takie wrażenie, że ja w sumie polubiłem tę bohaterkę. Bo jak się z kimś jest przez ileś tam opowiadań, to siłą rzeczy człowiek zaczyna się przyzwyczajać. Natomiast jak już się przyzwyczaiłem, to zacząłem ją trochę śledzić, jak ona się zachowuje. I tak naprawdę to jest kobieta wrażliwa, policjantka. Tu się może coś kłócić czasami. Czy policjantka? Okej, w każdym razie policjantka. Kobieta wrażliwa, zdecydowanie empatyczna, ale jednocześnie kobieta, która tak naprawdę, tu wiem, że zaraz zaprotestujesz, ale tak naprawdę nie ma przyjaciół, przyjaciółek. Tych męskich przyjaciół też nie do końca. Ma starszą osobę.
Rzeczywiście pojawia się jedna przyjaciółka, ale jak się śledzi relacje pomiędzy tymi kobietami, to one nie są jakoś specjalnie bliskie. To jest taka deklarowana przyjaciółka. „Jesteś moją przyjaciółką”. Ale jak się śledzi te wzajemne zachowania, to tej przyjaźni tam nie widać. W ogóle w tym świecie, który ty tworzysz, ciężko uświadczyć jakąkolwiek przyjaźń, jakiekolwiek uczucie. Nawet pod tym względem patrzyłem na te opowiadania. Tam ludzie są swoimi mężami, żonami, chłopakami, dziewczynami, ale tego uczucia jakoś tam nie ma. To dosyć paskudny świat jest, mówiąc szczerze.
[03:00:58] - Tak. To jest też tak jak na przykład fajny był tekst Murakamiego, zahaczę o niego, w zbiorze opowiadań „Mężczyźni bez kobiet”, gdzie dwóch facetów spotyka się i rozprawiają o jednej kobiecie. Ona już nie żyje. Jeden jest jej mężem, a drugi jest jej kochankiem. I kochanek nie wie, że mąż wie, że był kochankiem, a ten doskonale wie, kim on jest. I oni obydwaj są aktorami. I ta kobieta też jest aktorką. Też była aktorką i oni sobie o niej dyskutują, bo w ten sposób ją przywołują do życia poprzez swoje wspomnienia. I tak sobie pomyślałam, choćby z tego względu, że tam jest cały czas teatr masek, że ta kobieta dla jednego grała pewną rolę, była żoną, dla drugiego grała rolę kochanki, a oni też są aktorami. I ten, który jest aktorem-mężem, też gra wobec tamtego pewną rolę, bo udaje przyjaźń, ale tak naprawdę nie może się z nim przyjaźnić, bo zdradzał z nim jego żonę.
I tak sobie pomyślałam, że być może Japonia trochę taka jest, bo- Czytam dużo tej literatury i oni właśnie te relacje mają takie mało nacechowane emocjonalnie, że to wszystko jest taką grą jak w teatrze. Próbowałam też to tutaj oddać, a ułatwia to świat, który jest przyszłościowy, gdzie te relacje są coraz trudniejsze do budowania. Też dużo wspominam właśnie o siedzeniu w domu, o tym zjawisku, gdzie ludzie nie wychodzą z domu, popadają w paranoję, że nie chcą tych relacji po prostu, że wolą umawiać się z jakimiś sztucznymi tworami, bo podejście do kobiety jest już tak trudne i przerażające. I na odwrót, że kobiecie z mężczyzną trudno budować relacje. A jeżeli chodzi o bohaterkę, czyli Oka Orin, to ona ma trudną przeszłość, bo straciła ojca w jakiś sposób i miała zostać z tego powodu zmanipulowana, a nie chciała za tym iść. I to są pewne jej wybory, że ona jest sama, że ona wyjechała ze stolicy, wyjechała z Tokio do Chiby. I tam próbuje ułożyć sobie życie na nowo jako policjantka, co też jest bardzo trudne. Więc ona ma te relacje w pracy, ze znajomymi. Ma też przyjaciółkę, z którą próbuje coś odbudować, ale nie idzie to, a utrudnia jej pewnie budowanie relacji fakt, że wpadła w swoją pułapkę. Czyli krytykuje tą nowoczesność, ale ona też żyje z tymi duchami.
Żyje z duchami rodziców, później żyje z duchem swojego brata, który gdzieś tam też odszedł. Wpadła w pułapkę świata nowoczesnego, łatwiej jest jej z nim niż z prawdziwymi ludźmi.
[03:03:27] - Tu myślę, że macie państwo przynajmniej częściową odpowiedź, dlaczego jest tak obco w tej książce. Jeśli ktoś szuka w literaturze SF tej obcości, to tu ją znajdzie. To zdecydowanie jest świat, w którym trudno by było mi się zakotwiczyć.
[03:03:46] - Chyba każdemu trudno.
[03:03:47] - Zakotwiczyć w tym świecie, bo rzeczywiście jest obco. Słucham?
[03:03:50] - Nawet Japończykom.
[03:03:53] - Tego nie wiem tak naprawdę, jak to z tymi Japończykami jest. Myślę, że oni też z powodu tego teatru. Jak się śledzi literaturę o Japonii, oni chyba sami do pewnego stopnia, tu może autorka powie, w jakiś sposób cierpią z tego powodu, że te ich relacje są takie właśnie teatralne czasami. Czasami bywają teatralne. Nie wiem, jak to odbierasz? Jak to wygląda w społeczeństwie japońskim? Czy oni mają jakiś problem z tym?
[03:04:22] - Tak jak mówiłam, oni przybierają na pewno dużo masek, ale gdzieś tam w tym gronie rodzinnym też jest taka fajna historia „Natsume Soseki Wrota”, która właśnie opowiada historię małżeństwa, które zdecydowało się żyć na uboczu społeczeństwa. Nie uczestniczy w życiu publicznym i mieszka sobie gdzieś tam w domku na uboczu i po prostu sceny, gdzie gaśnie światło. Oni na przykład właśnie leżą ze sobą przy płomyku świecy i ten płomień świecy tworzy taki bardzo mały krąg światła i widać tylko te ich twarze. To jest właśnie dla mnie świetne oddanie, że ludzie w Japonii otwierają się dla bardzo wąskiego grona i żyją właśnie w takich ciasnych światach. A to na zewnątrz to jest cały czas gra i to jest poruszanie się w takiej mgle. Tych przykładów naprawdę jest dużo, takich historii. To jest trochę w sumie przytłaczające, bo tak nie powinno być. To jest pociągające dla pisarza, bo jest to świat, który jest taki dla nas, że nam się to nie wydaje normalne. Nam się to wydaje dziwne i fajnie jest to właśnie eksplorować i robić z tego historię science fiction, bo to się tu świetnie nadaje do takich dystopijnych historii. Sami się o to proszą.
[03:05:32] - Z drugiej strony dzisiaj to się wszystko przynajmniej gdzieś teraz zgniłe, w naszej cywilizacji upadającej wszystko się wywraca na wierzch. Wszystko jest eksponowane. Jak ktoś nie chce o czymś mówić, to się mówi również, że jest zahamowany czy jak albo arystyczny. Więc rzecz, która jest bicie w bęben.
[03:05:55] - Tak. O, tu też przyznam, że-
[03:06:00] - Zawsze nigdy nie ma wszystkiego w 100%.
[03:06:02] - Tak, zawsze są plusy i minusy, ale chodzi też o to. Fajnie, że o tym wspominasz, bo właśnie oglądając na przykład seriale jakiekolwiek na Netflixie w tej chwili, szczerze przyznam, jestem właśnie zmęczona i obrzydzona dosłownością wszystkich scen i wszystkiego, co jest pokazywane. A na przykład oglądając seriale koreańskie, które od niedawna gdzieś tam się pojawiły na Netflixie, ich jest mnóstwo, to powiem szczerze, że człowiek jako widz odzyskuje szacunek do siebie oglądając te seriale, bo one są tak skonstruowane fabularnie. Na przykład kryminały. I właśnie tam nie ma tej dosłowności, tej cielesności, tej wulgarności. To jest zupełnie inna jakość to kino wschodnie.
[03:06:40] - Polecam też „Aro aro” i komentarze Nea Tuwata w bieżących sytuacjach naprawdę właśnie precyzyjny obserwator.
[03:06:51] - Wiktorze, teraz ty.
[03:06:53] - Chciałem może tak mówić wszyscy trochę, ale-
[03:06:57] - Rozumiem.
[03:06:58] - Z praktyki wiem. Miałem takie szczęście być przez półtora roku na zastępstwie w Japonii. A była to większa grupa młodych ludzi, Japończyków, właśnie Japonek, a mężczyźni to byli Europejczycy plus jeden Australijczyk. Także myśmy byli biali, one były żółte. I ja bardzo uważnie obserwowałem relacje w tej grupie tylko między mną a Yasuko wychodziły, ale również relacje między moimi kolegami. Otóż faktycznie, tak jak mówicie o tej otwartości, tej takiej zupełnej, nie tyle otwartości, co obnażeniu tego, co we współczesnego Europejczyka czy Amerykanina, to tamto
[03:08:01] - To były takie kwestie bardzo dziwne, bo przede wszystkim te dziewczyny, ja mówię o Japonkach, one nami manipulowały jak kukiełkami. Jak tymi kukiełkami z teatru cieni w teatrze japońsko-chińskim.
[03:08:19] - Widać sobie zasłużyłeś na to.
[03:08:20] - Nie zasłużyłem. Bo myśmy mieli pełnić rolę ich mężów czy chłopaków, czy coś innego. I one dopasowywały nas do tej roli. My robiliśmy wszystko nieświadomie. Przez długi czas nie byliśmy świadomi tego, że właściwie wszystko, co podejmiemy, wszystkie decyzje, które podejmiemy, wszystko, co robimy, to jest ich wola. I dalej rzeczywiście to, co w nas jest bardzo sympatyczne, pewna wylewność, pewna taka otwartość. Zwykle możemy wziąć przyjaciela czy partnera za rękę. W Japonii to jest pornografia przede wszystkim. To jest obrzydliwe, a przynajmniej eksponowanie tego jest po prostu niedopuszczalne, a przede wszystkim tak na zewnątrz. Czyli to są dwie przeciwstawne kultury.
Jedna taka otwierająca się, obnażająca, nago latają po ulicy, stripping totalny, a druga odwrotna. To jest przewinienie według mnie w wypadku Japonii. Japonia poszła chyba najdalej w tym. Te inne rasy, inne odmiany żółtych takich jak Chińczycy są troszkę inne. Nie są tacy w tę stronę czy w inną tak trochę poprzecierani.
[03:10:10] - Wiktorze, każdy naród się różni w pewnych szczegółach obyczajowych, które mogą się wydawać dziwaczne. My, Rosjanie, Czesi. Tak się wydaje, że to bardzo bliska kultura. Otóż przecież to nie jest.
[03:10:28] - Tak. Też jeszcze mi się właśnie przypomniała, Wiktor, jak teraz mówiłeś, taka historia zaczerpnięta z reportażu Piotra Milewskiego „Planeta K”. To jest reportaż o pięciu latach przepracowanych w japońskiej korporacji, gdzie właśnie bohater będący autorem opisywał takie trudne relacje z pracownikami, gdzie oni na przykład szli na piwo po pracy, pili sake, wcinali ryż i im więcej wypili, tym byli bardziej wylewni. Chwalili go, klepali po plecach. W ogóle było świetnie i on się czuł jakby częścią ich społeczności. Uważał, że został zaakceptowany i wrócił w poniedziałek do pracy, a wszyscy po prostu zajmowali się swoimi sprawami i udawali, że tego nie było. Nie wydarzył się ten piątek, nie wydarzyła się ta relacja. On po prostu się czuł, jakby był jakimś nie wiem, schizofrenikiem, że po prostu w jakichś dwóch różnych światach żyje.
[03:11:15] - Musieli chodzić na te spotkania, bo szef chodził i nie mogli ich wpuścić po prostu. To było obligatoryjne jako część procesu zawodowego.
[03:11:23] - Tak, ale z drugiej strony-
[03:11:24] - Znowu była ta rola
[03:11:25] - ... odgrywali rolę świetnych kumpli.
[03:11:28] - Tak.
[03:11:29] - Potem się to kończyło. Ale Wiktor powiedział o jednej rzeczy, która wskoczy pomiędzy pytania. O manipulacji. Bo w twojej książce, w twoich opowiadaniach różni ludzie takiej manipulacji dokonują. Tam właściwie nieustannie ktoś kimś manipuluje. Sprawia, przynajmniej chce wymusić na drugiej osobie, żeby postępowała w pewien określony sposób. To jest jakiś twój lęk? Nie wiem, co autorka chciała przez to powiedzieć.
[03:12:04] - Ciekawe pytanie. Właściwie teraz nie wiem, czy to w sobie wynika ze mnie i z jakichś moich strachów. Być może tak jest, ale też wynika to właśnie z tego, że to jest takie społeczeństwo, gdzie narzuca się właśnie te role, że ty masz być. Jest nawet takie powiedzenie japońskie, że gwóźdź, który wystaje, będzie wbity w ścianę albo nie wiem, drugie inne, że dojrzewające ziarna ryżu pochylają głowy tak, że ty właściwie masz się uczyć latami dostosować do swojej roli. I właśnie tak jak wspomniałam o tej książce Piotra Milewskiego, że prezes mu powiedział, że to nie jest tak, że on się w kilka lat nauczy swojej roli. On ma przez 20-30 lat, ma na to całe życie poświęcić, bo facet dostał pracę i oni liczyli, że on zostanie z nimi tam już na zawsze, bo on całe życie będzie się tej swojej roli uczył, że ma się do niej po prostu dostosować. Ona jest już przygotowana i on ma wejść w tą skorupę jakby.
[03:12:52] - Czyli co? Ja będę trywializował sprawę, kiedy powiem, że Japończycy czy też twoi Japończycy to są idealni pracownicy korporacji?
[03:13:02] - No pewnie z punktu widzenia pracodawcy być może są idealni, tak. Ale z punktu widzenia takiego, nie wiem, humanizmu i w ogóle bycia jednostką jako osobowością, no to nie. Bo tak samo właśnie jest ten problem postaci takiej kanonicznej kamikadze, czyli że czy to byli wielcy bohaterowie, czy tragiczne postaci zmanipulowane do tego stopnia, że oddawały życie za coś. I to jest właśnie świetna rzecz, wokół której też bardzo dużo literatury się kręci. I to jest taka postać-
[03:13:31] - Czyli dochodzimy do momentu, że my w Europie widzimy to inaczej.
[03:13:35] - No zdecydowanie widzimy to inaczej.
[03:13:38] - No bo oni są w jakimś tam pudełku. Co jest z kreatywnością? Tak, robocie.
[03:13:45] - No właśnie z tą kreatywnością jest moim zdaniem duży problem i też to trochę pokazuje, że mają kompleks na punkcie Chin. Przynajmniej u mnie w twórczości, bo bardzo dużo jakby od nich czerpią i ta moja bohaterka co i rusz tam coś robi, siedzi nad czymś i mówi: „My to wzięliśmy z Chin, my to wzięliśmy z Chin”. Że po prostu oni są bardzo mało kreatywni, bo ta jakby jednostkowa myśl jest zabijana. I ona też właśnie często w śledztwach ma jakieś swoje szalone wizje i tropy i chce za tym iść. I ona jest tam jakby- Nie wiem, oddelegowana do innej sprawy albo zawieszona, bo denerwuje ta jej inność i to myślenie, że ona chce to po swojemu.
[03:14:21] - Myślenie tej nowej drogi, która była dla niej przeznaczona, a ona sobie wymyśla coś nowego.
[03:14:25] - Tak. To jest problem. To zabija kreatywność, takie podejście.
[03:14:31] - Powiedzmy trochę o zawodzie twojej bohaterki. Policjantka, ale to taka policjantka, która wie lepiej. Teraz wytłumaczę się z tego sformułowania, bo ona prowadzi śledztwo i rzeczywiście śledztwa w poszczególnych opowiadaniach i rzeczywiście pewna pragmatyka służbowa i te rzeczy jest zachowane. Ale w gruncie rzeczy, ponieważ my poznajemy ten świat trochę jej oczami, to my wiemy, że ona od początku wie różne rzeczy. Czasami się to sprawdza, czasami nie. Ale to jest taki typ osoby, która jest trochę jak Sędzia Dredd, czyli osądza, skazuje, wykonuje wyrok i ona troszeczkę jest taka, że ona wie. To wytłumacz teraz tę bohaterkę swoją. To może za głęboko wchodzę, takie pytanie, ale jak to jest z tą twoją bohaterką?
[03:15:29] - No właśnie.
[03:15:30] - Właśnie. Nie opowiadajmy za dużo, ale jak to jest z twoją bohaterką pod względem psychologicznym?
[03:15:37] - Że jest pewna swoich racji? Myślę, że to można złożyć na karb wychowania i tego, co wydarzyło się w jej życiu, że właśnie-
[03:15:45] - Przerwę jeszcze. Potrafi wyjątkowo swobodnie opierdzielić na przykład swojego szefa. Są z tego kłopoty, ale w gruncie rzeczy-
[03:15:54] - A tak, wiesz co?
[03:15:55] - Co powiedziała, to powiedziała.
[03:15:57] - To jest też nawiązanie do tego, że Japończycy i w ogóle kultura Wschodu i to świetnie widać właśnie w filmach koreańskich. Oni są bardzo ekspresyjni, kiedy są rozmowy i potrafią się bić, szturchnąć. Ktoś może szturchnąć szefa, opieprzyć szefa, szef kogoś opieprza. Oni pomimo tej kostyczności potrafią być bardzo ekspresyjni, jeżeli chodzi o wyrażanie uczuć. I chciałam to właśnie oddać w tych momentach, kiedy kłóci się i ten szef się na nią drze. I tak sobie to wyobrażałam, że tak by mogło właściwie być, to by mogło tak wyglądać. A co do tego, że ona ma rację, ona ma swoje zdanie. Pochodzi z rodziny, z jakiej pochodzi. Miała twarde wychowanie, ojciec wojskowy i tak dalej. I może to z tego wynika.
Choć oczywiście zdarza się, że się myli i popełnia straszne głupstwa, za które też czasami inni muszą zbierać-
[03:16:44] - Konsekwencje
[03:16:44] - ... konsekwencje. Tak. Ale nie chcę za dużo mówić, żeby nie zdradzać.
[03:16:48] - Dobrze, to teraz takie bezpieczne pytanie dotyczące tego, jak Europejka i to jeszcze z takiej podobno gorszej Europy, wschodniej. Jak to się dzieje, że nagle zainteresowałaś się kulturą Wschodu, Japonii? Ja wiem, że egzotyka zawsze ciągnie, ale dlaczego tam akurat? Dlaczego taka dziwna egzotyka? Wystarczy przeczytać trochę książek o Japonii i człowiek ma poczucie, że właściwie odkrywa nową planetę. To dlatego?
[03:17:23] - Dla mnie w ogóle przygoda z Japonią, literacką Japonią, bo ja w Japonii nigdy nie byłam, zaczęła się już dawno temu, po prostu w miejskiej bibliotece, gdzie dorwałam książkę „Ballada o Narayamie”. I to jest zbiór opowiadań, który ułożyła nasza polska tłumaczka Blanka Jonekawa. I to jest taki zbiór, który opowiada od początku do końca tak fajnie, chronologicznie. Najpierw opowiadania są oparte na ludowości, gdzieś tam mnisie legendy i tak dalej. I zmierzamy do końca do urban legends. I muszę powiedzieć, że na tle Grahama Mastertona, Kinga czy jakiegoś Fungusa to mną wstrząsnął ten zbiór opowiadań, bo to było tak inne.
[03:18:01] - To horror?
[03:18:03] - To jest horror, ale wiesz co? Czytając recenzje tej książki, to wszyscy czytelnicy są bardzo oburzeni, że to właściwie nie jest horror, bo tam scena, gdzie na przykład jest taki opis, że lampion gaśnie, zapada ciemność. W tym momencie opowiadanie się kończy, tam wszystko kończy się w momencie, kiedy u nas dopiero by się rozkręcało. Gdzie te demony by wyszły, to tam ich nie ma. Tam ta groza ma inaczej poustawiane te punkty i to jest w ogóle zupełnie inna jakość. I to jest wszystko takie melancholijne i takie tajemnicze. I mi się to bardzo spodobało. I poszłam za tym. Po prostu poszłam za tym. Zaczęłam czytać książki o Japonii, których w sumie wtedy jeszcze dużo nie było, ale teraz na przykład jest wydawnictwo Tajfuny, które robi strasznie fajną robotę, bo publikują Osamu Dazai, Akutagawę, czyli takich klasyków i jest w czym wybierać.
A co ciekawe w ogóle w Polsce japońskiej science fiction to nie ma prawie wcale, bo jedyne co było wydawane to Ken Liu w Fantastyce, ale on się chyba nawet zbioru opowiadań nie doczekał ostatecznie. Wydał powieść fantasy. I mamy jeszcze chyba „Zatonięcie Japonii”.
[03:19:09] - Ken Liu to wstępny Chińczyk.
[03:19:11] - Ken Liu to wstępny Chińczyk. O Jezus, właśnie. „Na krawędzi jutra” i tak naprawdę właściwie więcej nic nie ma.
[03:19:19] - „Zatoniecie Japonii” to już jest taka przeszłość-
[03:19:22] - No jest, tak
[03:19:22] - ... jeśli chodzi o rynek wydawniczy. Okej, ale to kolejne pytanie dotyczące-
[03:19:32] - Wiesz co? Może jeszcze wrócę. Może to taki glut jest po prostu na tym-
[03:19:36] - Teraz reklama, bo autorka w ogóle jest dosyć konsekwentna, jeśli chodzi o Japonię, bo jej debiut w nastych latach, przypomnij rok, w Fantastyce-
[03:19:47] - 2014.
[03:19:48] - To też było opowiadanie związane z Japonią.
[03:19:52] - Ale grozy.
[03:19:53] - Tytuł pamiętam. „Obon Matsuri”. Jeżeli wypowiadam błędnie, to-
[03:19:58] - Myślę, że nie.
[03:20:01] - Od razu się lepiej poczułem. W każdym razie też opowiadanie, które właśnie, to też jest taka— właściwie to jest chyba nawiązanie do tego zbioru opowiadań. To też jest taka groza bez— w Europie by się powiedziało bez grozy.
[03:20:15] - Bo takiej czystej grozy tam nie ma. To jest tylko taka figura, która straszy, bo jest to postać zombie. Ale też nie chcę za dużo mówić, bo może ktoś zechce przeczytać. Tam nie ma właściwie grozy, ale jest to konwencja grozy. To jest niegorsze. Coś tam się czai.
[03:20:32] - Tak, nasza wyobraźnia dobuduje całą resztę.
[03:20:35] - Jest też tak, że dla mnie największa groza to jest obcowanie ze śmiercią i z odejściem. W tym opowiadaniu to się wokół tego skupia. Ja nie umiem straszyć. Już próbowałam się w konwencji grozy i zupełnie się nie czuję i nie potrafię tego robić. Tak mi się wydaje. Kiedyś dostałam bardzo negatywną ocenę na Lubimy Czytać za opowiadanie grozy, które było tak smutne, że autor dał mi jedynkę. To jest obojętne, ale jednak ta konwencja tutaj, jak „Algorytm życia”, to tutaj poczułam, że rozwinęłam skrzydła, że to jest to. Tu można więcej powiedzieć. Może ja nie jestem zdolną autorką grozy. Są o wiele zdolniejsi w Polsce, tak?
Więc zostawmy to im.
[03:21:15] - Takie pytanie, jak jest spotkanie z autorką, to musi paść. Jak się zrodził ten cykl, który został zamknięty tomem „Algorytm życia”? Gdzieś się w pewnym momencie bohaterka musiała urodzić, pojawić w głowie autora. Kiedy to było i jak to było?
[03:21:35] - Wiesz co, pierwsze opowiadanie zbioru jest pierwszym napisanym. Każdy zauważy na pewno, jeżeli oglądał „Wspomnienia gejszy”, odniesienie do tego filmu. I chyba po obejrzeniu tego filmu coś mi strzeliło do głowy, że można coś z tym porobić, przenieść do współczesnego świata i przerobić te gejsze na coś innego. Od tego się zaczęło. I to jest to opowiadanie, gdzie film wpłynął na jakieś pomysły i od tego się zaczęło. Później już kolejne pomysły i opowiadania się pojawiały.
[03:22:05] - „Rój” pojawił się w „Feniksie”, o ile dobrze pamiętam.
[03:22:08] - Tak. „Rój” pojawił się w „Feniksie”.
[03:22:11] - Okej. Idźmy dalej tą drogą, jeśli chodzi o zbiór opowiadań. Kiedy się go czyta, to ma się takie wrażenie, że... Dobrze, zapytam inaczej. Nie ma co kluczyć. Ile jest w bohaterce tego tomu autorki?
[03:22:41] - Myślę, że dużo i pewnie osoby, które mnie znają, to znają tego sporo, ale myślę, że dużo. Myślę, że jest tam jej dużo. To jest chyba nieuniknione trochę, żeby jednak w główną bohaterkę nie przenosić siebie, nie?
[03:22:56] - Okej, rozumiem, że pytanie było niewygodne.
[03:22:59] - Pewnie, że niewygodne.
[03:23:01] - Pewnie, że tak. Okej, ale to teraz pytanie, nie wiem, czy prostsze. W każdym razie nie tak osobiste. To pytanie dotyczące tytułu „Algorytm życia”. Czy ten tytuł oddaje poglądy filozoficzne autorki? Zaraz wytłumaczę, o co chodzi. Algorytm to jest pewien ciąg czynności, skończony ciąg czynności, który prowadzi do jakiegoś określonego celu. Ten tytuł można by odczytać w taki oto sposób, że istnieje jakaś skończona liczba czynności, które doprowadzą nas do życia, a zatem to jakiś rodzaj deklaracji, że w coś wierzę, a w coś nie wierzę?
[03:23:44] - Nie, to w ogóle nie tak, bo dla mnie „Algorytm życia„ wymyśliłam sobie tak, że to są dla mnie dwa przeciwstawne słowa. Idąc za Jordanem Petersonem, mamy ten algorytm, czyli porządek, coś z góry określonego. I dla mnie z drugiej strony mamy życie, czyli mamy ten chaos, bo życie jest chaotyczne, nieuporządkowane dla mnie i możemy je w każdej chwili skończyć sami, co właśnie jest w tej książce bardzo często pokazywane. Bo to jednak jest kraj samobójców i o to mi chodziło, że zestawiam dwa przeciwieństwa. Ale z drugiej strony też są postacie sztuczne typu bioboty i algorytm życia. Czyli da się stworzyć życie na podstawie tego algorytmu. To jest taka zabawa przeciwieństwami, że z czegoś skrajnego można stworzyć coś wspólnego. DNA jest uporządkowane dosyć. Tak, ono jest uporządkowane, ale z naszego punktu widzenia jako ludzi takich, którzy nie siedzą i nie wezmą tego pod mikroskop, to jest to czyste szaleństwo, życie. Nigdy nie wiemy, kim jest drugi człowiek.
I tak samo, wracając do Japończyków i masek, nigdy nie wiem, kto naprzeciwko mnie siedzi. Powiem tak, jest świetny zbiór opowiadań „Grobowa cisza, żałobny zgiełk„. To jest taka historia, gdzie bohaterowie są ci sami w różnych opowiadaniach, ale z różnych punktów widzenia. Gdzieś opowiada wnuk, z innej perspektywy pracownik i tak dalej. I to jest właśnie takie coś, że nigdy nie wiesz do końca, kto siedzi naprzeciwko, bo on też spędza chwilę poza tobą. Ma swoje doświadczenia życia poza tobą, a też są chwile, kiedy on jest w samotności i nie jesteśmy w stanie kogoś poznać, bo nigdy nie będziemy wiedzieć. „Grobowa cisza, żałobny zgiełk„. Tak. O Jezu. To jest z Okupienia.
Wiesz co? To jest wydawnictwo Tajfuny i ona też napisała „Ukochane równanie profesora„. „Akwawicie„. Tak. I to jest ta sama autorka. To nie PIW wydaje? Nie, Tajfuny. Przekażmy jeszcze. Być może. Ale naprawdę ten zbiór opowiadań to jest dla mnie obłęd.
Czysty obłęd. „Ukochane równanie profesora„. Tak. To jest to samo.
[03:25:51] - Czyli to już ustaliliśmy, że to nie jest deklaracja programowa.
[03:25:54] - Nie.
[03:25:55] - Dobrze, ale pojawiła się w pewnym momencie mowa o deklaracji, o filozofii i tak dalej. To od razu napomknijmy, że autorka jest filozofką? Tak, filozofką.
[03:26:08] - Ja się nie poczuwam zupełnie.
[03:26:09] - Okej, w każdym razie studiowała filozofię. Dobrze, to niech będzie tak. Studiowała filozofię. Najpierw mój komentarz. Moim zdaniem to mocno czuć w tym tomie, ale teraz niech się autorka wypowie, ile tej filozofii i ile tego tam nawtykała w to wszystko.
[03:26:28] - Jest tam trochę tej filozofii, bo ten zbiór jest takim rozpędem pracy magisterskiej, bo pracę magisterską pisałam na temat transhumanizmu, jego przyszłości. Czy jest to coś dobrego, czy niekoniecznie. Ten zbiór jest na kanwie tych wszystkich pomysłów i zbieranej lektury i filmów i pomysłów. On jest efektem tego poniekąd. Jest tam trochę filozofii, ale wydaje mi się, że w książkach science fiction, które traktują o przyszłości, to są rozważania, dokąd zmierzamy i czy to będzie coś dobrego, czy złego i tak dalej, że zawsze jest trochę filozofii w science fiction.
[03:27:04] - To jest, tak rozumiem, nawiązanie z kolei do mojej pracy, tak?
[03:27:08] - Tak.
[03:27:10] - Okej. Moją pracę zostawmy. Skupmy się na zbiorze opowiadań. Moim zdaniem to, co jeszcze widać w tym tomie, to jest coś takiego, co ja sobie roboczo nazwałem brakiem prywatności. Mnie to bardzo w tej Japonii, twojej Japonii jakoś tak uderzyło. Oczywiście bohaterka to jest coś innego. Ona stara się tę prywatność wykroić. A to maluje coś tam. Ja nawet nie wiem, czy to dobra nomenklatura. Coś tam maluje, to liternictwo i tak dalej.
Bawi się pewnymi rzeczami, tę prywatność stara się wykroić, ale jak się spojrzy na całość, ogarnie cały tom, to nie wiem, czy tak jest, ale w twoim tomie tak jest, że tej prywatności w Japonii jest bardzo mało. Ci ludzie właściwie nieustannie żyją, odgrywają teatr, żyją dla kogoś, przedstawiają się. To troszeczkę mi przypomina takie istoty, rozmawialiśmy przed spotkaniem, takie istoty instagramowe, które nieustannie są. One nieustannie istnieją i nieustannie się okazują. I trochę tacy są ci twoi Japończycy.
[03:28:25] - Chodzi ci o to, że nie prywatność taka, że oni trzymają coś w sobie, tylko że po prostu nie mają własnych zainteresowań?
[03:28:32] - Bardziej to, że odnosi się wrażenie, że oni nigdy nie są sami. Nawet jak są sami, to są na zewnątrz troszeczkę.
[03:28:42] - Są załogowi.
[03:28:45] - Z naszego europejskiego punktu widzenia mnie bardziej by interesowało-
[03:28:49] - Czasem aktorami są po prostu.
[03:28:51] - Właśnie to aktorstwo. O tym aktorstwie mówiliśmy. I tu myślę, autorka chyba najwięcej o tym powie, bo ja mam takie poczucie, że w takim, cudzysłów to weźmy, ta cywilizacja japońska, ona jest w jakimś stopniu, to wiem, to spłycenie problemu, ale w jakimś stopniu tak naskórkowo jest aktorska.
[03:29:11] - Nie sugerujmy się. To są tacy sami ludzie jak my.
[03:29:14] - Właśnie dlatego mam opory przed takimi stwierdzeniami.
[03:29:18] - Ale możliwe właśnie, że się tak robi.
[03:29:21] - To autor to dociera do brzegu.
[03:29:24] - Czy tak jest? Być może, ale też jednak są tam te sceny. Ale może one to też akcentują, gdzie ci bohaterowie się przed sobą otwierają, bo główna bohaterka po spotkaniu z panią Kotaro z drugiego opowiadania, gdzie na początku to spotkanie to są same zgrzyty i ustawianie się, kto będzie górą, kto dołem, to ona jednak w którymś momencie się przed nią otwiera.
[03:29:45] - Ale to jeszcze bardziej akcentuje ten teatr.
[03:29:47] - Tak. To bardziej właściwie akcentuje, że jednak żeby być sobą, to też trzeba kogoś poznać. Ale my też się tak zachowujemy, że nie wykładamy serca na dłoni przed pierwszą lepszą poznaną osobą. To jest pewien proces, to zapoznawanie się i odsłaniamy się dopiero powoli. Więc myślę, że to właściwie-
[03:30:07] - Na tle twojego zbioru opowiadań, to my jesteśmy niezwykle wyluzowani, wszyscy niezwykle wyluzowani, jeśli chodzi o kontakty, jakieś interakcje, to w ogóle luzik. Natomiast u ciebie wszyscy, nie wiem, czy wszyscy-
[03:30:19] - Czy wszyscy.
[03:30:19] - Spora część bohaterów to są ludzie niesłychanie spięci, niesłychanie badający na początku i to przez dłuższy czas, jaki rodzaj relacji może nastąpić właśnie.
[03:30:31] - Tak. Ale wiesz, tych relacji tam jest dużo takich. Nie wiem. Pracownik policji rozmawia z pracownikiem jakiejś firmy, że te relacje muszą takie być, bo-
[03:30:43] - Może świat seriali to nie jest najlepsze miejsce, gdzie się poznaje życie, ale jak się obejrzy polskie seriale, to ci polscy policjanci są niesłychanie wyluzowani. Walą sobie na ty i w ogóle mają setki innych problemów poza pracą. Śledztwa robią niejako przy okazji, natomiast mają szereg innych problemów.
[03:31:01] - To prawdziwy obraz.
[03:31:02] - Tak. U ciebie to wygląda inaczej. Twoja bohaterka jak już żyje śledztwem, to ona nim żyje totalnie.
[03:31:09] - Tak.
[03:31:10] - Cały świat znika i jest tylko śledztwo.
[03:31:13] - Można powiedzieć, że jest trochę autystyczna, choć nie wiem, być może to teraz wychodzi przypadkiem, bo chyba nie miałam takiego celu. Ale być może tak jest, że może jest trochę za bardzo zafiksowana na punkcie tych śledztw i faktycznie może tak być.
[03:31:26] - Wiesz co? Może tak być, ale jak ktoś tworzy cykl kilku opowiadań, to naturalne jest pytanie, czy będzie coś dalej, czy będzie prequel albo sequel.
[03:31:40] - Myślę, że pójdę dalej tym tropem i też rzuciłam tutaj pewne wskazówki co do jej przyszłości, pochodzenia i chciałabym to dalej rozwinąć, bo polubiłam tą postać.
[03:31:51] - I to będzie bardziej cofnięcie się do jej przeszłości, czyli rozszyfrowanie tego, co ją tak naprawdę w życiu spotkało, czy też pójdziemy dalej?
[03:32:01] - Myślę, że i pójdziemy dalej, i pójdziemy dalej z jej karierą i z jakimiś takimi jeszcze właśnie wątkami japońskimi, które mnie interesują i chciałabym nawiązać do nich, ale też na pewno musi być ta przeszłość, żeby pogłębić tą postać, żeby ona nie była papierowa. Tutaj już są pewne tropy rzucone. Trochę ją poznaliśmy, ale cały czas będziemy ją poznawać dalej, bo ja ją też poznaję dalej, bo to jest taka- Dwustronna zabawa.
[03:32:25] - W twoich opowiadaniach pojawiają się wątki, które nazwałbym geopolitycznymi. Tam jest nieustanne, czy nieustanne, w każdym razie spore napięcie pomiędzy Chinami i Japonią. I to napięcie w znaczeniu politycznym. Chiny jak zwykle coś mieszają, bo oni nic innego nie robią, tylko mieszają. Przynajmniej takie jest w Europie poczucie. Więc u ciebie coś takiego występuje. Japonia oczywiście uruchamia swoje siły specjalne i tak dalej. Nieustannie jest wyczuwalne to napięcie, że gdzieś tam za morzem są Chiny, które nie są krajem obojętnym dla Japonii i to na różnych poziomach.
[03:33:13] - To się bierze stąd, że już teraz cały czas się mówi o tym, że kurczą się zasoby. Nas jest coraz więcej, czujemy skończoność tego wszystkiego, co mamy. Idąc za tym, że to jest świat niedalekiej przyszłości, dążę do tego, że są te wyspy Spratly, Senkaku, o które cały czas jest awantura. Wokół tego trochę zahaczam fabularnie, że jednak jest próba przełożenia sił, że to jest niby japońskie, ale w sumie czemu Chiny nie mogłyby tego zdobyć? Przecież oni robią kosmiczne rzeczy typu zasypywanie raf koralowych, żeby pogłębiać swoje tereny. Jak o tym czytam, to dla mnie to jest obłęd. Czemu by tego trochę nie pokazać w tych opowiadaniach? Denerwuje mnie to, co robią Chiny z mniejszościami narodowymi wokół siebie, że to jest sięgające tego, co działo się u nas podczas drugiej wojny światowej. Stwierdziłam, że w sumie fajnie o tym pisać, a z perspektywy małego kraju, jaką jest Japonia, która ma swój problem, bo jednak ona się kurczy genetycznie na mapie świata. To jest społeczeństwo starzejące się, to jest dla niej duży problem i to może być duży problem.
Słuchając niedawno Piotra Plebaniaka w audycji Bibliotekarium, on też mówi o tym konflikcie, tylko on mówi o konflikcie Tajwan-Chiny, że być może coś tam się będzie działo, że Japonia już jest zadeklarowana, że ona będzie walczyć o Tajwan. Więc coś jest na rzeczy. To są takie tematy, że w najbliższych latach może będzie o tym głośno po prostu.
[03:34:37] - A Tajwan walczy z Chinami.
[03:34:40] - Po prostu oni chcą ich z powrotem wciągnąć.
[03:34:44] - Piotr Plebaniak twierdzi, że my w Europie nieustannie martwimy się o Tajwan, że Tajwan już właściwie za chwilę zostanie zaatakowany. On żyjąc na Tajwanie, żyjąc w Tajpej mówi o tym, że Chiny jeśli to zrobią, to zrobią to zupełnie inaczej. Jeżeli wypuszczają swoje myśliwce w pobliże Tajwanu, to nie po to, żeby go ostrzelać, zbombardować i tak dalej, tylko raczej po to, żeby poderwać myśliwce tajwańskie. Ponieważ resurs samolotu trwa określoną ilość startów i lądowań. Im częściej się samoloty tajwańskie poderwie, tym później Tajwan musi więcej pieniędzy wydać na to, żeby kupić następne.
[03:35:30] - Trzeba pamiętać o tym, że Chińczycy związani z rodziną w Stanach Zjednoczonych, z Tajwan z pewnością-
[03:35:38] - Jak najbardziej.
[03:35:39] - byłem. Czy chcieliby walczyć z tymi Chinami? Nie jestem przekonany.
[03:35:45] - Nie, on tego tak nie ujmuje. On raczej mówi o tym, że Chiny Ludowe na przykład patrząc na to, gdzie przebiegają drogi dostaw, one wcześniej czy później pochłoną Tajwan, ale na pewno nie na drodze militarnej. On tak przynajmniej twierdzi. To jest jego licencja. Tak, jakoś go tam wciągną. Mówi, na razie to wygląda w ten sposób, że mapy świata przedstawiają, że w miejscu, gdzie jest Tajwan jest na przykład legenda, że tam nie ma nic. W każdym razie nie istnieje takie miejsce jak Tajwan, przynajmniej na niektórych mapach.
[03:36:26] - kontakty.
[03:36:27] - Jasne. Dlatego mówię, jeśli to się odbędzie, to pewno nie drogą militarną.
[03:36:33] - Przytakujący na nasze Ziemie Zachodnie, bo na swoich mapach oznaczają jako ziemie zachodnie. Nie oznaczają pod zarządem polskim.
[03:36:42] - Z tego, co mówił Piotr Plebaniak, oni w ogóle nie oznaczają, raczej je przykrywają czym się da. Szanowna autorko, my się zbliżamy do końca, ale jeszcze jakieś pytania może z sali by się pojawiły? Niezawodny Wiktor Żwikiewicz. Voilà!
[03:37:04] - Ja mam taką kwestię. W pewnym momencie pojawiła się kwestia kreatywności japońskiej. W historii dziejów Japonii było różnie. Natomiast ja pamiętam, że gdzieś 40 lat temu przyjechał do Warszawy taki wybitny filozof chiński. Już nie pamiętam, jak się nazywał. Jacek Rodek, wtedy mój zastępca naczelny „Fantastyki”, zaprosił go do chaty. Zrobiliśmy dla niego kolację. W trakcie kolacji jako bezpardonowy powiedziałem: „Psie, co wy robicie? Cały świat zna samurajów i tak dalej, a o waszych Chinach to właściwie wtedy nikt nic nie wiedział”. Na co ten czarny chiński profesor, filozof tak dobrodusznie pokiwał głową i powiedział, że nie, to nie jest tak, że Japończycy wszystko przejęli.
Te legendy o samurajach to są właściwie legendy o mandarinach. Japończycy wymyślili naprawdę dwie kapitalne rzeczy: harakiri i kamikadze. Tylko. To jest kwestia anegdoty. Natomiast ja jak słuchałem tej rozmowy, to sobie tak pomyślałem, czy przypadkiem w Azji nie zdarzyło się coś takiego, że Coś podobnego jak w Europie. U nas też pewne zachowania równania czy pozbawiania indywidualności są na porządku dziennym. Na przykład w armii, przysłowiowy równaj szereg czy w korporacji. Otóż przypadkiem Japonia nie była ostatnim azjatyckim narodem typu spartańskiego, bardzo wojskowo zorganizowanym i właściwie takim chyba była. Zresztą ich średniowiecze zetknęło się bezpośrednio z XX wiekiem, bez tych wszystkich faz przejściowych, które Europa miała, ale które również Chiny miały. Może stąd wynika ta nasza wrośłość do nich, sąsiedzi.
Oni wcale tacy nie są. Ja pamiętam, że
[03:39:53] - Okej, ponieważ czas nas goni, to autorko teraz słowo końcowe dla ciebie.
[03:40:00] - Ojej, nie wiem, co mogę powiedzieć. A wiem, co mogę powiedzieć. Jeszcze taką małą autopromocję zrobię, że zachęcam do zaglądania na moją stronę autorską martasobiecka.pl, bo oprócz tego, że jest tam do kupienia książka „Algorytm życia”, to będę się starać publikować recenzje dotyczące literatury japońskiej. Już tam się trochę tytułów pojawiło i będzie się pojawiać jeszcze więcej, bo tak sobie wymyśliłam, że chcę jeszcze więcej tego czytać, ale też dzielić się z innymi, zachęcać do czytania tej prozy, bo jest to coś innego. Naprawdę każda książka to jest przygoda z czymś innym. Więc jeśli ktoś ma przesyt już literaturą Zachodu, to zachęcam w ciemno, bo jest co czytać.
[03:40:40] - A ja zakończę najbanalniej. Czytajcie państwo tę książkę nie dlatego, że napisała ją Marta Sobiecka, chociaż też, ale dlatego, że jeśli szukacie w literaturze SF obcości, obcych światów, czegoś innego, czegoś, co was zaskoczy, to to jest właśnie taki świat. Chociaż jest tu nie teraz, za 30 lat powiedzmy na Ziemi jest i niby powinien być nam bliski, ale to jest, wierzcie państwo, zupełnie inna planeta. Planeta Marty Sobieckiej.
[03:41:20] - Autorko. Dziękujemy.
[03:41:22] - Dziękujemy.
[03:41:24] - Proszę państwa, gdzieś zbliżamy się nieuchronnie do końca dzisiejszych wykładów. Ta seria i tak była potężna. Cóż, na koniec zostawiłem rodzynek, czyli opowiadanie z cyklu „Opowiadania czytane w krzakach”. Ja tego tak dobrze jak Bruno Kadyna nie powiem, ale Bruno Kadyna zaraz mnie zastąpi. Ale jeśli jesteśmy przy opowiadaniach, przy prozie, to ja mam wielką prośbę do autora opowiadania, które było czytane w pierwszym wydaniu „Bibliotekarium 2.0”. To było opowiadanie Karola Matlachowskiego. I powiem tak, biję się w pierś. Szanowny autorze, dostałem twój list. Ja go nawet przeczytałem i mi zniknął. Po prostu zniknął z poczty czy tam, gdzie przyszedł.
Zniknął, po prostu nie mam go i w związku z tym trudno mi się jest odnieść do postawionych tam pytań. Chętnie bym to zrobił. Czyli jeśli moglibyśmy się tak jednostronnie umówić, że dostanę tego maila jeszcze raz, to ja obiecuję, że się skontaktuję, że tak sobie zrymuję, żeby już było tego rymu na kopy. Po prostu staram się nigdy nie lekceważyć autorów, a tu taki wypadek losowy, że po prostu nie mam tej przesyłki. I co mam zrobić? Nie mamy pańskiego listu i co nam pan zrobisz? Ja mam sposób na zaradzenie temu złemu, czyli po prostu poproszę o przekopiowanie i przysłanie tego listu jeszcze raz. A teraz już, żeby tego ględzenia Żelkowskiego było coraz mniej albo zupełnie mało, zapraszam państwa na opowiadanie czytane w krzakach. Głos oddaję Bruno Kadynie.
[03:43:29] - Bruno Kadyna. Opowiadania czytane w krzakach. „Tu nas nie dosięgnie”. Obóz różnił się od tego, który zawsze rozbijali. Zamaskowany namiot pomiędzy drzewami stał się praktycznie niewidoczny. Ognisko zamiast na plaży płonęło w lesie za namiotem, inny od zwyczajnego, typu Dakota, w dziurze z dolotem powietrza, żeby nie było widać dymu z daleka. Lepsze spalanie ograniczało dymienie. Mięso już się piekło. Nici z siedzenia wieczorem przy ognisku. Trzeba zgasić po zmroku, powiedział do siebie Przemek.
Mimo że zrobił zadaszenie, żeby nie było widać ognia z góry, wolał zachować maksymalną ostrożność. Zmęczony stanął nad brzegiem. Na wodzie nie było nawet jednej zmarszczki. Ale spokój. Poczuł zazdrość, bo jemu wewnątrz bardzo brakowało spokoju. Słońce dalekie od ziemskich spraw zniżało się do horyzontu, za którym leżało miasto. Przemek czuł się, jakby zostawił tam część siebie. Myślał o rodzicach, których nie dał rady namówić do wyjazdu. Szczególnie, że mieliby się śpieszyć. Powiedzieli, żeby się puknął w czoło.
Nie będą spali w żadnym namiocie. Nie ma znaczenia, co się wydarzy. Zostaną we własnym domu do końca. Usłyszał za sobą chrzęszczenie piachu. Córeczka nie potrafiła się jeszcze skradać. „Łaaa!” — wrzasnęła. „Cicho”. Raczej nikt ich tu nie słyszał, ale lepiej nie hałasować. Tylko weź wytłumacz małemu dziecku, żeby zapamiętało. „Uff, ale mnie wystraszyłaś, pchełko”.
Mała objęła ojca w pasie. „Kocham cię, tatusiu” — kucnął. „A ja ciebie córeczko. Bardzo mocno”. Uścisnął dziewczynkę, martwiąc się o nią jak nigdy wcześniej. Bardziej nawet niż wtedy, gdy poważnie zachorowała i nie wiadomo było, jak to się skończy. „Motylek”. Poleciała za nim. Wyczuwała niepokój rodziców, ale nie na tyle mocno, żeby nie być sobą. Biegała i interesowała się wszystkim.
Jak zawsze, kiedy tu przyjeżdżali. To pewne. Przemek zmrużył oczy, patrząc na horyzont. Koniec życia, jak je znamy. Zastanawiał się, jakie nastanie. Takie jak po trzydziestym dziewiątym? Gorsze? Lżejsze? Przeczuwał, że gorsze. Bał się Ruskich, ich mentalności i rozkazów, jakie dostali.
Podeszła Marta. Przylgnęła do niego. „Jesteś pewien, że tu nie przyjdą?” — zapytała po raz tysięczny. Słyszała, że mówił do siebie. Zawsze tak robił, kiedy się stresował. Interesują ich miasta, wsie najwyżej, a nie dzikie miejsca. To tylko teoria, ale wydawała się logiczna. Kula ognia nabrała czerwieni i rozpaliła niebo, czyniąc chmury piękniejszymi. Było o wiele ciszej niż zazwyczaj, gdy przyjeżdżali tu wypoczywać. Przestrzeń nie niosła odgłosów silników łodzi ani samochodów z drogi.
Nie było widać żadnych żaglówek. Życie zamarło. I to byłoby fajne, gdyby tuż za horyzontem nie działo się tak źle. Włączył komórkę. Sieć jeszcze działała. Wiedział, że przestanie. Dlatego w plecaku miał małe radio i zapas baterii. Możliwe, że tylko tak będą mogli się czegoś dowiedzieć. „Co z naszym domem?” — zapytała kobieta. — „A jak wejdą i rozkradną?” „Mam nadzieję, że nic się nie stanie”.
Wiedział, że raczej się stanie. To kwestia czasu. Wszedł na Facebooka i zaraz z niego wyszedł, bo media społecznościowe stały się ściekiem paniki społeczeństwa. Szkoda na nie baterii. Kiedy chciał wejść na którąś z platform informacyjnych, kreski zasięgu sieci zniknęły. Kurczę, już? I tak pewnie niewiele się zmieniło. Sprawdzał informacje pół godziny temu. Wyłączył telefon, żeby oszczędzać prąd. „Mam nadzieję, że mamy wszystko” — Marta gadała do siebie.
„Mamy wszystko, czego nam trzeba. Nie martw się. Chodźmy jeść”. Przemek był w garażu. Pakował rzeczy na biwak, kiedy odpalono alerty RCB i syreny alarmowe. W rogu leżał przygotowany od dawna plecak ewakuacyjny z najpotrzebniejszymi rzeczami i długoterminową żywnością. Wrzucił go do samochodu. Przyda się, gdyby ich pobyt na plaży się wydłużył. Liczył, że nigdy nie będzie potrzebny. Najwyżej ze względu na klęskę żywiołową.
Nadzieja, że to tylko fałszywy alarm albo przesada pojawiła się natychmiast i pierdzieliła lekceważąco w głowie. Ale skoro i tak jechali, nic nie zaszkodziło się dodatkowo zabezpieczyć i zagęścić ruchy. W samochodzie były już baniaki z wodą, dodatkowe koce, namiot, karimaty, śpiwory, pełna lodówka turystyczna, mały czajnik na ogień, patelnia, ruszt, saperka, piła i siekiera. Cieszył się, że są dzikusami lubiącymi biwakować nawet po sezonie, kiedy nie jest już tak ciepło. Sam uprawiał bushcraft nawet zimą w minusowych temperaturach. Dzięki szybkiej reakcji udało im się uciec z miasta jako jednym z pierwszych i dostać tutaj bocznymi drogami. W międzyczasie w radiu potwierdzili, że to nie był fałszywy alarm ani przesada. Mrok zgęstniał porządnie. Przemek wyobraził sobie ludzi stojących teraz w gigantycznych korkach. Może właśnie porzucali swoje samochody i uciekali piechotą.
Daleko od strony wody dobiegł huk. Ale pieprzó. Z namiotu wygramoliła się Marta z małą. Rozglądały się nerwowo w poszukiwaniu Przemka. Dostrzegły jego sylwetkę nad brzegiem. „Co to było, tatusiu?” W pierwszym momencie chciał skłamać, żeby chronić świadomość-- kłamać, żeby chronić świadomość dzie-- dziwy. „Wojna, pchełko”. Starał się brzmieć spokojnie. Stanęli w trójkę na granicy lasu i plaży, kiedy walnęło znowu. Odruchowo zbliżyli się do siebie.
Przemek objął dziewczyny i poczuł niewielką ulgę. „Spokojnie, moje kochane” — powiedział. „Jak dobrze, że jesteśmy daleko od tego” — powiedziała Marta. „Co to wojna, tatusiu?” Zaczęło się bombardowanie. Jeden huk za drugim. Co jakiś czas niebo daleko za horyzontem rozświetlała łuna światła. To było dużo głośniejsze i o wiele bardziej złowrogie od fajerwerków. Przemek objął dziewczyny mocniej. „Tak, tu nas nie dosięgnie” — powiedział. „W co oni tam walą?” — zapytał siebie.
„To jest wojna, tatusiu?” „Tak. Ludzie walczą z innymi ludźmi”. „Dlaczego?” „Dobre pytanie. Bo są źli. My nie będziemy walczyć z nikim. Będziemy pomagać”. „Ludzie powinni sobie pomagać” — powiedziała dziewczynka. — „Gdyby każdy pomagał, to nie byłoby wojny, tylko miło”. „Dokładnie tak, kochanie”. Marta przytuliła mocniej córeczkę.
„Byłoby wspaniale, gdyby każdy myślał tak jak ty, pchełko” — powiedział Przemek. Usłyszeli głośny huk, aż cała trójka przykucnęła. Właśnie przeleciało nad nimi kilka odrzutowców, niemal niewidocznych w ciemności. Nie miały żadnych świateł. Idźcie do namiotu dziewczynki. Mam nadzieję, że nas nie widzieli. Cieszył się, że w pierwszej kolejności zamaskował samochód. Chyba że widzieli powiedział do siebie. Pomyślał o termowizji. Wtedy ciepło paleniska i ich ciała były widoczne jak na dłoni.
Jesteśmy nieistotni. Miał nadzieję. Marta z Olą schowały się w namiocie, a on usiadł na kłodzie i czuwał. Zapadła cisza. Wsłuchiwał się w nią i czekał, jakby coś miało z niej wyskoczyć. Nad ranem położył się spać. Pierwsza jak zwykle wstała Ola i obudziła rodziców. Mamusiu, siku! Tutaj niech zrobi powiedział Przemek, nie otwierając oczu. Specjalnie na tę okoliczność z dużej butli po wodzie zrobił nocnik.
Sikanie rano na chłodzie nie było zdrowe. Wyjdę z nią. Marta zaczęła się podnosić. Nie wychodźcie na to zimno. Żona lubiła stawiać na swoim i brzydziło ją sikanie w namiocie, szczególnie kiedy on to robił. Kochanie, jest zimno, niech zrobi tutaj. Można wystawić do przedsionka i potem to wyleję powtórzył. Jakby nie słyszała. Nie znosił tego. Wyszły z namiotu.
Jeszcze na plażę polazły. Zero wyobraźni. Nasłuchiwał. Był bardzo niewyspany. Chyba jestem przewrażliwy. W szmerze fal i wiatru pojawił się odgłos silnika łodzi rybackiej, dobrze poznany przez lata przyjazdów tutaj. Przemek czekał, aż ucichnie, ale stał się głośniejszy. Zbliża się, zbliża się. Normalnie słysząc silnik łodzi nie ruszyłby się z miejsca. Wygramolił się pospiesznie z betów i wyszedł na zewnątrz.
Uderzył go wilgotny chłód jesieni. Na niebie kłębiły się ciemne chmury. Będzie padać jak nic. Gdzie saperka? Rozglądał się. Nadawała się do obrony lepiej od siekiery. Narzędzia leżały tam, gdzie je zostawił. Podniósł małą łopatę, której używał jeszcze jego ojciec za kawalera. Nie sądził, że będzie potrzebna, ale wolał być przygotowany. Pewnie przepłyną gadał do siebie.
Szkoda, że w ogóle nas zobaczą. Zależało mu, żeby nikt nie wiedział, że tu są. Łódź rybacka płynęła w ich stronę. Pierwszy raz widział, żeby tak blisko brzegu. W środku stało trzech mężczyzn. Mamusia, patrz! Ola zaczęła do nich machać. Jeden odmachał radośnie jak mały chłopiec, a nie dorosły chłop. Przemek zmarszczył czoło. Silnik zamilkł, a dno łodzi zaszorało o mieliznę.
Niedobrze — szepnął. Wyskoczyli. Z giem wylądowali w wodzie po kolana. Ubrani w wodery i ciemnozielone kurtki. Dobry — powiedział ten, który machał do Oli. Dzień dobry — powiedział Przemek. Co tu robicie? Bywamy tu często. Marta wzięła małą za rękę i odeszły dalej, jakby musiała zapewnić córce towarzystwo w zabawie, a gości, którzy niczym spacerowicze latem przystanęli na pogawędkę, zostawiła mężowi. Wojna jest.
Rybak cieszył się i patrzył za matką i córką. W ich wyrazach twarzy mocno odbijał się brak inteligencji. Nie tutaj. Wciąż jesteśmy zwykłymi ludźmi. Mężczyzna miał podpuchniętą twarz zabarwioną na różowo od picia i wiatru. Przemek pomyślał o wsi rybackiej nieopodal, że wszyscy pewnie tam chleją. Uśmiech nie poprawiał wizerunku rybaka. Malutkie, rozbiegane oczka jakby szukały czegoś do zagarnięcia. Na plaży nie było niczego, ale dojrzał za drzewami namiot zamaskowany gałęziami i liśćmi. Możliwe, że przepływając by go nie zauważyli, gdyby nie dziewczyny.
Drugi, młodszy rybak po dwudziestce był nad wyraz wyrośnięty. Miał cały czas uchylone usta, a twarz zmarszczoną, jakby coś go bolało albo gacie uwierały w kroku. Wpatrywał się w Przemka. Trzeci stał przy łodzi. Miał surowe oblicze, czarną jak smoła brodę i zrośnięte brwi. Patrzył na dziewczyny, które najwyraźniej zainteresowały się jakimś robaczkiem na powalonym konarze. Wojna jest. Rozglądamy się. Niebezpiecznie, co? — rżał starszy rybak.
Nie tutaj — powtórzył Przemek. Nie ma policji, nic nie ma. Ludzie kradną. Ale chyba nie wy. Wyglądacie na porządnych ludzi. Wcale nie wyglądali. Patrzymy. Jesteśmy u siebie. Ja też jestem u siebie. Przyjeżdżam tu dłużej niż żyje ten młody.
Przemek kiwnął na młodego, który uniósł lekko jedną stronę ust, co miało przypominać uśmiech. Patrzył im w oczy bez cienia wahania. Starszy rybak przestał się uśmiechać. Chodź młody. Poszli do łodzi, a Przemek odetchnął z ulgą. Cofnął się od brzegu kilka kroków. Spojrzał w niebo. Właśnie zagrzmiało. Będzie lało porządnie — szepnął. Czekał.
Uspokoi się dopiero, kiedy odpłyną. Ale taki spokój jak wcześniej już nie wróci. Już wiedzieli, że ktoś tu był. Już stanowili zagrożenie. Każdy człowiek stał się potencjalnym wrogiem, a on bardzo liczył, że nie będzie tu żywej duszy. Bo jeśli sytuacja się zaogni, puszczą moralne hamulce, strach przejmie kontrolę, popychając zwykłych ludzi do okrucieństwa. Do głowy wpadł mu pomysł, żeby przenieść obóz, ale od razu go odrzucił. Bo jeśli zaczęliby ich szukać, to popłynęliby dalej, wyszli na brzeg i rozejrzeli się po lesie. Najlepiej tu zostać i liczyć, że o nich zapomną. Nie zapomną.
Przeniesiemy się do lasu, w jakiś gęsty zagajnik. Żałował, że nie był dla nich milszy. Mógł się z nimi zapoznać, zjednać i w razie czego może liczyć na pomoc. Wyobraził sobie rozmowę przy kawie. Jeszcze nie pada. Mamy cztery kubki. „Czemu nie odpływają?” — mamrotał pod nosem. Rybacy stali przy łodzi, rozmawiali i śmiali się. Na tle stalowej wody i ciemnych chmur wyglądali jak na olejnym marynistycznym obrazie. „Choćbyś zginął, będziesz żył” — usłyszał Przemek w głowie.
Co to? Ale nie miał czasu się nad tym zastanowić. Brodacz jako jedyny, który wszedł do łodzi i dał Przemkowi nadzieję, że zaraz odpłyną, machając im na pożegnanie, podał właśnie staremu pałkę, a dla młodego wyciągnął długi drąg leżący wzdłuż burty. Sam wyskoczył z łodzi z długim nożem w ręce i brodząc w wodzie szedł w kierunku Marty i małej Oli. O nie! Przemek otworzył szeroko oczy i zacisnął palce na saperce. „Zostawcie nas w spokoju!” — krzyknął. Marta wyprostowała się i spojrzała w ich kierunku. Przywołała do siebie córkę. Zaczęły się cofać i uciekać.
Przemek ucieszył się na tę reakcję. „Dlaczego to robicie?” — krzyknął do rybaków. „Hehe”. Poszedł w lewo na spotkanie brodaczowi, którego surowa twarz nie zdradzała żadnych emocji, jakby był w robocie i zabierał się za kolejną czynność. Stary i młody ruszyli za Przemkiem, wyczekując momentu, żeby zaatakować. Brodacz się zatrzymał. Jego nóż, mimo że długi, mógł nie wygrać starcia z saperką. „Po co się stawiasz? Ruscy i tak wszystkich zabiją”. Stary miał świetny humor.
„Co z was za ludzie? Nie wstyd wam?” „Jest wojna, nie? Hehe”. „I w końcu możesz pokazać, jakim jesteś paskudnym człowiekiem?”. Wiedział, że gadanie nic nie da. Zbyt tępi i nieczuli byli. Serce waliło mu jak głupie. W nogach czuł mrowienie, a jaja skurczyły się ze strachu. Bał się potwornie o dziewczyny, o swoją pchełkę. Musiał je obronić za wszelką cenę, ale jednocześnie wściekłość go brała na tych ludzi.
„Dlaczego najgorszy ze wszystkich musi być zawsze człowiek?” — zapytał siebie. Miał nadzieję, że nie będzie musiał bronić rodziny, a już na pewno nie tak szybko. „Zabawimy się tylko”. „Nie musicie być złymi ludźmi. Krzywdzenie i wyrządzanie zła to nie zabawa. To paskudne. Jeszcze możecie przestać”. „Jestem przy tobie”. Znowu usłyszał ten głos w głowie. Jak dobrze byłoby do nich dotrzeć, żeby się cofnęli i po prostu odpłynęli.
Może w poczuciu wstydu nawet. Ale nic z tego. Młody już próbował uderzyć drągiem z jednej, a stary z drugiej strony. Cieszyli się przy tym jak naćpani małolaci. Szczeniak nie mógł zwinnie operować czymś tak długim, więc Przemek dał się uderzyć w ramię. Zabolało, ale dzięki temu złapał za drąg i pociągnął. Zanim młody go uniósł, Przemek kantem saperki uderzył mocno starego rybaka w ramię trzymające broń. Kość przedramienia pękła z głuchym trzaskiem. „O!” — stary wrzasnął zdziwiony i upuścił pałkę, po czym zaczął się cofać w kierunku łodzi, trzymając za złamaną rękę. „Nie będzie łatwo.
Odpłyńcie!” — krzyknął Przemek. Młody zdążył unieść drąg, ale zamiast uderzyć, czego spodziewał się Przemek, wbił koniec w piach i skoczył w bok. Podciął nogi Przemka i ten przewrócił się do tyłu. Szlag! Zachmurzone niebo zagrzmiało, a młody skoczył na ofiarę, przygniótł i złapał za ramię trzymające saperkę. Ważył chyba z tonę. Brodacz był już przy nich. Obezwładniony Przemek szarpał się, próbował wydostać spod ciężkiego napastnika, który sapał równo, jak przy wyciąganiu sieci z wody. Nie pozwalał się zrzucić. „Umrzesz, ale będziesz żył” — usłyszał w głowie Przemek.
Mąż i ojciec uciekających o wiele za wolno matki z córką otworzył szeroko oczy na widok uniesionego noża cofającego się, żeby nabrać rozpędu. Zacisnął powieki, kiedy nóż ruszył gwałtownie, jakby niepatrzenie miało ulżyć w tym, co za ułamek sekundy miał poczuć. „Jestem przy tobie, moje dziecko”. Ostrze wbiło się w jego bok. Czuł wyraźnie, niemal widział za zamkniętymi oczami, jak zimna stal wchodzi bez trudu między żebra, tnąc jelita i kończąc wędrówkę w żołądku. „Hehe” — ucieszył się z łodzi stary rybak. Przemek myślał tylko o jednym, a z oczu natychmiast zaczęły płynąć łzy. Obficie jak nigdy wcześniej. „Moje dziewczynki, moje dziewczynki”. Poczuł wilgoć z boku po wyciągnięciu noża, ale wyraźniejsze było sycące uczucie rozlewającej się po jamie brzusznej krwi, kiedy młody z niego wstał.
Niebo gniewało się coraz bardziej. Znowu zagrzmiało. „Gdzie?” — wyszeptał ranny Przemek, szukając wzrokiem napastników. Obrócił się. „O nie, proszę” — szeptał. Brodacz i młody gonili Martę i Olę. Nie spieszyli się specjalnie. I tak nie miały gdzie uciec. Do wsi były cztery kilometry. „Wszystko skończy się dobrze” — zabrzmiał obcy głos.
Przemek pomyślał tylko, że słyszy to przez stres i strach. Mała Ola biegła najszybciej, jak mogła, ale to nie wystarczało. Na dodatek potykała się w tych wsuwanych piankowych krokodylkach, a bez nich nie dało się biec, bo plaża była kamienista, pełna powalonych przez sztormy drzew. Marta próbowała biec z nią na rękach, mimo że pchełka była ciężka, ale leżące konary zdawały się być sprzymierzeńcami oprawców. „Dawaj chłopie” — wystękał Przemek. Zaczął wstawać. Ból był dziwny, ale nie dojmujący. Za to szare plamki przed oczami mnożyły się z każdą sekundą i rosły. Czuł, że zaraz zemdleje. Marzył, żeby wytrzymać jakimś cudem i uratować żonę i córeczkę.
Schylił się po saperkę. Poczuł ciężkość w brzuchu. „Będą żyły i ty będziesz żył”. „Chyba nie” — wysapał i pożałował, że tracił na to siły. „Chłopaki! Ten dycha jeszcze” — zawołał stary z łodzi. Tamci odwrócili się, ocenili, w jakim tempie Przemek ich gonił, po czym wybuchnęli śmiechem. „Mała dla mnie. Pamiętajcie!” Stary rybak usiadł sobie w łodzi, trzymał złamane ramię i czekał na nagrodę. Mógł w końcu pofolgować zboczeniom, dziękując w duchu za wojnę i chaos.
Ręka poczeka. We wsi jest lekarz kolega. Przemek walczył o każdy krok. Miał wrażenie, że idąc, rozpadał się w środku coraz bardziej. Upadł po jakichś pięćdziesięciu metrach i już nie wstał. Próbował, ale w końcu pękło mu serce i umarł. Po tym, jak usłyszał z oddali krzyk żony i pisk córeczki. Na sam koniec, w gasnącej świadomości znowu zabrzmiał w głowie dziwny głos: „Jesteście cenni. Będziecie żyć”. Rybacy odebrali życie Marcie i Joli jak rybom wyciągniętym z wody.
Wcześniej dziewczyny przeżyły okropne rzeczy. Tuż obok, bardzo blisko, poza materią, niczym za zasłoną, łzę uronił ten, który zapisywał ich imiona w księdze życia. Każdą myśl, wspomnienie i szczegóły osobowości potrzebne do odtworzenia. Już tak niewiele czasu zostało do interwencji w ludzkie sprawy, do uporządkowania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, do oddania sprawiedliwości niewinnym. Bolą w sercu, że ta trójka musiała zasmakować cierpienia i śmierci. Jeszcze nie nadszedł czas ingerencji, ale uśmiech starego rybaka po skrzywdzeniu i zabiciu małej dziewczynki sprawił, że zapisujący klepnął w zasłonę, a pochmurną aurę rozświetliła błyskawica, która trafiła łódź wiozącą trzech nasyconych złem rybaków i zrabowane rzeczy. Młody zginął na miejscu, a brodacz i stary wylądowali w wodzie. Brzeg był blisko, a oni dobrze pływali. Nawet ze złamaną ręką stary dałby sobie radę, ale po kolejnym klepnięciu w zasłonę piorun uderzył w wodę tuż obok nich. Zginęli porażeni prądem.
Nikt nie zapisał ich imion w księdze życia.
[04:05:20] - Tak. I to była część prozatorska dzisiejszego „Bibliotekarium”. No i część z państwa się ucieszy, część się zmartwi, ale to tak, jakbyśmy dzisiaj dobrnęli do końca. Koniec wykładów, koniec zajęć. Ale coś jednak chciałbym dodać. Zauważyliście państwo, że dzisiaj jakiś taki rozkojarzony trochę jestem? No to pewnie rodzaj tremy, bo dla państwa jutro, a dla mnie pojutrze. W każdym razie jestem gościem na Bykonie. Daleko nie będę miał, bo to jest konwent, który odbywa się w Bydgoszczy. Mam tam małą prelekcję, może nawet jeszcze coś, ale na razie nie wiadomo.
W każdym razie tych z państwa, którzy mają blisko — zapraszam. Zawsze się można spotkać. Ja tam na tym Bykonie będę w sobotę po południu, mniej więcej chyba od 17:00. Także jakby ktoś miał ochotę, to zapraszam. Obiecuję, że przy następnym odcinku „Bibliotekarium” będzie mnie trochę więcej. I tu niektórzy właśnie kręcą głową, że nie, że to dzisiejszy odcinek był bardzo fajny, bo Żelkowski właściwie tylko zapowiadał i tam nie ględził po dwie godziny dwadzieścia minut. To ci się ucieszyli. Drudzy po prostu mówią sobie: „No wreszcie coś pogada. Znowu zajmie trzy czwarte audycji”. Nie, trzy czwarte nie, ale połowę przynajmniej.
Obiecuję, bo ja się, proszę państwa, szykuję do takiego tematu trochę nawiązującego do tego, o czym mówiono w zeszłym wydaniu „Bibliotekarium”, gdzie Marcin Podlewski mówił o dziwactwach pisarzy. No to ja zamierzam opowiedzieć państwu — nie wiem, czy już w następnym „Bibliotekarium”, czy może jeszcze w następnym — ale zamierzam państwa zaprosić w świat używek i świat nałogów, którym ulegali pisarze. Tak jak powiedziałem, nie wiem, czy zdążę już na przyszły tydzień, ale na któryś zdążę na pewno. Wierzcie mi państwo, pisarze to słabi ludzie są. Tak jak chleją, proszę państwa, pisarze chleją i chlali, to po prostu aż jest odpowiednia pora, żeby o tym mówić. Aż się człowiek czasami zastanawia, że przy tej ilości wlanego w siebie alkoholu oni byli w stanie cokolwiek pisać. Niemniej okazuje się, że co zdolniejszy autor i bardziej mu w duszy grało, tym więcej tej wódy jak wódy, różnego alkoholu w siebie wlewał. No i warto o tym czasami wiedzieć. Jak się czyta książkę, którą się człowiek tak bardzo zachwyca, że to czasami owszem, talent autora ogromny, ale czasami jakiś wspomagacz. I właśnie zastanawiam się, czy ten wspomagacz tak naprawdę wspomagał i pomagał, czy też utrudniał.
Bo ja na przykład, proszę państwa, nie żebym tam był jakimś abstynentem, broń Boże, ale mnie zdecydowanie alkohol nie pomaga pisać. Ktoś powie: „No dobrze, to twoja sprawa. Głupi jesteś, to ci nie pomaga. A w dodatku przecież ty nie jesteś wielkim pisarzem. Ty sobie coś tam popisujesz, to może sobie pisz na trzeźwo”. A może wielka literatura wymaga jednak jakiegoś wspomagacza? Nie wiem, nie rozstrzygam. Sami państwo rozstrzygniecie, kiedy ja już swoją prelekcję przygotuję i się podzielę z państwem różnymi wiadomościami. Niektóre z nich, te, które dotychczas zgromadziłem, troszeczkę mną wstrząsnęły. Niektórych autorów w ogóle nie podejrzewałem, a o niektóre fanaberie to już na pewno ich nie podejrzewałem.
Bo się okazuje, że alkohol nie tylko jest wspomagaczem literackim, ale też wyzwala rozmaite ciekawe cechy, jak z każdego człowieka zresztą. Niektórzy się upijają na smutno, niektórzy na wesoło, niektórzy rozrabiają i tak dalej. To samo w sobie może nie jest szczególnie pasjonujące, bo jak ktoś chce zobaczyć żula, to sobie przejdzie ulicą i w końcu jakiegoś żula spotka. Problem polega na tym, że spora część autorów to nie są żule, a jednak ciągnie ich w tę stronę. Dobrze? Źle? Ja bym tego, proszę państwa, po prostu nie oceniał. Po prostu bym się zapoznał z historią, a później wyciągnął wnioski. Jakkolwiek to zabrzmi, to właśnie tak. Pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze „Bibliotekarium 2.0”.
Było mi niezwykle miło zaprezentować państwu gości, a od razu zapowiem, że w następnym „Bibliotekarium” – jak się wszystko uda, ale tu znowu proszę z pewnym dystansem, bo audycja co prawda nie jest realizowana na żywo, niemniej jednak realizowana jest w sposób żywy. Czyli zapraszamy gości, goście się godzą, czasami przychodzą, czasami nie przychodzą, czasami im coś wypada i muszą przełożyć spotkanie. W związku z tym z pewną taką tolerancją, jeśli chodzi o to, czy to będzie następna, czy dopiero następna audycja, ale mogę już dzisiaj zapowiedzieć, że naszym gościem będzie świetny pisarz, którego już państwo wysłuchali. Znaczy o książkach, którego państwo mieli okazję słuchać na antenie „Bibliotekarium”, a i jego samego państwo mieli okazję wysłuchać. Tym gościem będzie Wojciech Gunia i z nim właśnie rozpoczniemy nowy cykl. Ten nowy cykl nazwałem sobie tak zupełnie roboczo „Polecajki znanych pisarzy”. Dlaczego? Chciałbym po prostu, żeby co jakiś czas pojawiali się w naszej audycji ludzie pióra. Ludzie, którzy nie tylko potrafią pisać, ale też swoje w życiu przeczytali. Ja myślę, że takie polecajki od tuzów literatury, a zdecydowanie ja wiem, państwo mogą nie lubić tego słowa tuz, ale Wojtek Gunia to jest człowiek, który nie tylko potrafi pisać tak jak powiedziałem, ale też osiągnął jakiś tam poziom mistrzostwa.
To, co on prezentuje mnie proszę państwa porywa. Jak u państwa nie wiem. W każdym razie to autor, którego polecanek, czy jakkolwiek to wszystko nazwiemy, bardzo chętnie wysłucham i zapraszam państwa. Dobrej nocy życzę, wszystkiego dobrego i do usłyszenia w następnym „Bibliotekarium 2.0”.
[04:12:46] - A mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.