[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie w ten chłodny piątkowy wieczór. Mamy nadzieję, że ta dzisiejsza audycja przynajmniej moli książkowych, a mamy nadzieję, że też i innych słuchaczy bardzo mocno rozgrzeje. Zaczynamy kolejny, drugi już odcinek Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami jak zawsze gospodarz Bibliotekarium 2.0 – Marek Żelkowski. Halo, halo Bydgoszcz.
[00:49] - Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. No cóż, zaczynamy kolejny dzień wykładów. Wykładów dzisiaj i zajęć, ćwiczeń będzie bardzo dużo, więc się państwo uzbrójcie w dzbanek kawy, w każdym razie w cierpliwość to na pewno. Ja państwu pięknie dziękuję za ciepłe przyjęcie pierwszego odcinka. Pierwszego czy sto pięćdziesiątego pierwszego? Pierwszego odcinka Bibliotekarium 2.0. Pięknie państwu za to dziękuję. Dziękuję za miłe słowa, dziękuję za oglądanie. To tak teraz oficjalnie musi zabrzmieć: postaram się nie zawieść zaufania, które państwo we mnie położyli.
To już mamy oficjałki takie akademickie zakończone. I cóż, zaczynamy. Naprawdę zaczynamy drugi odcinek. Od czego zacząć? Może od tego, że w dalszym ciągu jestem człowiekiem naiwnym. Aż samego mnie to przeraża, jak bardzo jestem naiwny. Dlaczego? Otóż w ostatnią niedzielę obejrzałem sobie film. Film nosi tytuł „Więzień Labiryntu” i ma jeszcze dwie części. Filmy są zrobione na podstawie takiej trylogii Jamesa Dashnera pod tym samym tytułem.
Oczywiście ten „Więzień labiryntu” ma swoje podtytuły. Nie czytałem tej książki. Pewno z czasem nadrobię ową zaległość, bo pewnych rzeczy w filmie nie rozumiem. I albo ja jestem taki tępy, tępa dzida po prostu, albo jednak to nie jest najbardziej udana ekranizacja, albo też to książka zgrzeszyła pierwotnie, a ten sam grzech powtórzyła później kinematografia. Czego Żelkowski się czepia? To już mówię państwu pięknie, czemu się czepiam. Otóż pierwsza część była całkiem fajna. Labirynt. Chłopcy się dostają do tego labiryntu. Właściwie jeden z nich się dostaje i zastaje tam kumpli.
I klimatycznie jest. I ten labirynt jest taki groźny. Nie będę państwu oczywiście opowiadał filmu, ale później akcja się rozwija. Chłopcy gdzieś tam próbują ten labirynt penetrować. I później się zaczyna druga i trzecia część. I konia z rzędem temu, kto mi wytłumaczy tak racjonalnie, po co ten labirynt, który jest bardzo filmowy. To się bardzo dobrze ogląda na początku i w ogóle tak jest klimatycznie, jak powiedziałem. Po co ten labirynt właściwie był? Bo jak się tak dobrze przeanalizuje, to on za cholerę do niczego nie był potrzebny. Przynajmniej, jeśli weźmiemy pod uwagę film.
Być może w powieści jest to wytłumaczone lepiej. Być może jakąś rolę ten labirynt rzeczywiście pełni. I proszę mi nie mówić, że labirynt służy jakiejkolwiek selekcji, bo w świetle tego, co się dzieje później w filmie, w filmach właściwie, ten labirynt sensu nie ma. Nie da się go logicznie połączyć. Ja się po prostu zastanawiam, czy to te skróty scenariuszowe są tak wielkie, że gdzieś się zgubił pierwotny sens, czy też po prostu James Dashner, który został uniesiony powodzeniem powieści, którą napisał, „Więzień labiryntu”, później postanowił się na ów labirynt po prostu wypiąć. Opisał jakiś taki dystopijny świat, ale brakuje po prostu labiryntu w tym labiryncie. To tyle. To tyle, jeśli chodzi o refleksje kinematograficzne. A może państwo napiszcie, jeśli łaska. Może państwo znacie książkę?
Może wychwyciliście z filmu coś, czego ja nie wychwyciłem? Po jaką cholerę był ten labirynt w świetle późniejszych części? Może mnie państwo oświecicie. Ja zawsze lubię, jak mi ktoś powie coś, czego po prostu nie zauważyłem. Z jednej strony to rodzaj masochizmu, bo okazuje się, że człowiek bywa tępy. No cóż, zdarza się, ale czasami jest to dobra szkoła, że jednak patrząc na coś, może po prostu czegoś nie widzimy. Ach, łamaniec słowny mi wyszedł. Proszę państwa, czas zacząć jednak wykłady. Na pierwszy ogień. Spójrzcie państwo na tytuł dzisiejszej audycji.
Na pierwszy ogień pójdzie opowieść o tym, że właściwie pisarze to są ludzie szaleni, a właściwie bywają ludźmi szalonymi. Zawsze sądziłem, że pisarz to jest taki człowiek, który coś więcej potrafi. Może bywa czasami naiwny, może bywa czasami niedostosowany, ale jak się chwyci za swoje pióro, to później wióry lecą i coś pięknego, coś strasznego, coś, co zainteresuje innych bliźnich, coś tam powstaje. Niby prawda, ale w świetle tego, co za chwilę opowie Marcin Podlewski, zaczniecie państwo bardzo się zastanawiać, co siedzi w głowach pisarzy. Bo okazuje się, że pisarze bywają ludźmi, szukam dobrego słowa, delikatnego. Powiedzmy tak, użyjmy tego słowa. Gdzieś niebezpiecznie przynajmniej część z nich ociera się o wariactwo. I ja nie będę gołosłowny. To za mnie zrobi Marcin Podlewski. Ale przekonacie się państwo, że pisarze bywają nieobliczalni.
Ich przyzwyczajenia, ich fobie, pasje, manie. To jest przynajmniej materiał na jakąś habilitację. No cóż. A tym z państwa, którzy nie wiedzą, któż to taki Marcin Podlewski, śpieszę donieść, że to jest pisarz, który ma na koncie tetralogię zatytułowaną „Głębia”, taką rasową space operę składającą się z takich części jak „Skokowiec”, „Powrót”, „Napór” i „Bezkres”. Te cztery tomy tworzą naprawdę kawał solidnej fantastyki naukowej. Właściwie, tak jak powiedziałem, z tym podgatunkiem space opera. O Marcinie Podlewskim sobie jeszcze kiedyś przy okazji porozmawiamy, bo to jest autor niezwykle ciekawy. W jednym z naszych kolejnych odcinków postaram się zaprezentować państwu, w jaki sposób pracuje, jak szczegółowo, jak uważnie podchodzi do zbierania materiałów, jak stara się rozkminić rzeczy, które inni autorzy po prostu pozostawiają bez komentarza. Ale to w przyszłości, to wykłady, które dopiero nastąpią. O Marcinie Podlewskim chciałbym jeszcze powiedzieć, że to jest rocznik 1974.
Jest to dziennikarz, pisarz piszący głównie science fiction, ale też zdarza mu się pohorrorować troszeczkę. Fantasy też. Nawet całkiem niedawno wyszła książka, właściwie rozpoczynająca serię „Księga zepsucia” w 2019 roku. Druga część „Księgi zepsucia” to takie dark fantasy. Planowana jest podobno na połowę przyszłego roku. Miała być wcześniej, ale coś tam nie pykło. W każdym razie, tak jak powiedziałem, ima się autor wielu różnych podgatunków w fantastyce. Cóż, mieszka w Warszawie, tam mieszka z żoną, synem. To ciekawe, jak sam mówi, że pierwotnie planował spędzić życie jako operator obrabiarki skrawającej, ale w rezultacie, jak sobie dobrze sprawę przemyślał, to zdał na filozofię. Studiował filozofię, a kiedy ukończył ten kierunek, który jest co prawda fascynujący, ale perspektyw zawodowych, jeśli powiem, że nie daje, to przesadzę, ale te perspektywy są skromne, więc postanowił kontynuować naukę i zdał jeszcze na dziennikarstwo.
To dziennikarstwo ukończył i jak to się mówi, uprawia ten zawód w pismach branżowych związanych z biznesem, mediami, farmacją. W każdym razie ciekawe życie prowadzi jak najbardziej. A dzisiaj w wykonaniu Marcina Podlewskiego posłuchacie państwo o tym, że pisarze, pisarki również bywają szaleni.
[11:02] - Jeszcze zostało nam kilkanaście sekund. Tytułem wstępu nazywam się Marcin Podlewski. Publikuję w takim wydawnictwie, które nazywa się Fabryka Słów i w tym wydawnictwie, nie licząc kilku antologii, w których brałem udział, wydałem też taką space operę pod tytułem „Głębia” składającą się z czterech tomów oraz z dwóch tomów, bo drugi tom wychodzi jakoś tak w połowie przyszłego roku, „Księgę zepsucia”. To jest z kolei dark fantasy. I jeszcze tam jakieś inne projekty. Natomiast przygotowując się do pisania „Głębi” i pozostałych książek, opowiadań, antologii i tak dalej, ponieważ jestem takim researchowym freakiem, to zwykłem się bardzo mocno zagłębiać w różne zagadnienia techniczne, wyszukiwać rozmaite materiały, robić tak zwany paranoiczny, czasami wręcz research. To nie jest dla mnie wcale zdrowe. Pisząc „Głębię”, przygotowywałem się przez pół roku, zbierając materiały. I w ramach tych takich przygotowań Zacząłem zastanawiać się między innymi nad pojęciem kreatywności i na temat tego, w jaki sposób funkcjonuje mózg pisarza i jakie przypadki spotykały pisarzy, którzy wzięli się za tą swoją pracę, jakie mieli oni przeszkody w swojej twórczości i na jakie zapadali paranoje. Więc zrobiłem taki miszmasz, jeżeli chodzi o ten wykład.
Mamy tutaj pisarskie paranoje, o których będzie wspomniane oraz literackie mózgownice. Czyli będę chciał dotknąć tematu kreatywności. I teraz powiem wam, jak to będzie mniej więcej wyglądać. Z góry chcę przeprosić, bo jeżeli chodzi o moje prelekcje, to z racji faktu, że tam wrzucam sporo informacji, będzie tutaj trochę czytania. Mam na przykład następną prelekcję o źle w literaturze fantastycznej. Tam też jest dużo materiału. Nie jestem tego w stanie spamiętać, więc będę zmuszony troszkę z tego czytać. Nie ma innej rady. Za co z góry przepraszam. A ten wykładzik będzie składał się z trzech części.
Najpierw sobie wspomnimy o zagadnieniu kreatywności jako takim, czym to w ogóle jest i czym się charakteryzuje. Tak wstępnie, w oparciu o różne badania naukowe. Potem, żeby nie było nudno, bo nie o to w tym chodzi, przejdziemy do pisarskich paranoi, czyli opiszemy sobie, co wyprawiali ci wszyscy pisarze na przestrzeni wieków. Co się tam z nimi działo dziwnego, z tą ich kreatywnością. A na samym końcu spróbuję przedstawić najprostsze, najłatwiejsze sposoby radzenia sobie, wykształcenia w sobie lepszej kreatywności i skupienia się na pracy. Ja to nazywam trafieniem do krainy szczęścia, grozy, paranoi, kawy i papieru, czyli takiej typowej krainy pisarskiej. I dlaczego tutaj jest potwór Frankensteina? Bo mam takie założenie, że w tym całym wykładzie chodzi o wskrzeszenie tego, co już w nas jest. Tego potwora, który nam tą kreatywność zostawił. Tak sobie wymyśliłem i już tak niestety będzie.
Czym jest kreatywność? To tutaj za Wikipedią, to jest proces umysłowy, który pociąga za sobą powstawanie nowych idei. Teoretycznie. Albo nowych skojarzeń, jakichś powiązań z istniejącymi już ideami i koncepcjami. I to myślenie kreatywne ma nas prowadzić do tego, żebyśmy wymyślili coś oryginalnego, coś, czego jeszcze nie było, że jesteśmy w stanie łączyć ze sobą różne elementy, których nikt inny nie połączył i wyszło nam z tego coś unikatowego. Coś, co po prostu jest kompletnie nowe. Ale ten proces jest bardzo złożony i ta kreatywność była badana z punktu widzenia psychologii behawioralnej, społecznej, neuropsychologii poznawczej, sztucznej inteligencji, filozofii. Do wyboru, do koloru. Pojęciem kreatywności zajmują się także twórcy sztucznej inteligencji, którzy zastanawiają się, w jaki sposób pomiędzy sobą te sztuczne neurony wytworzone na przykład w komputerze bądź też na jakichś innych fizycznych obiektach, mają ze sobą korelować, żeby nie wypluwały tylko logicznych wniosków typu P to Q, jak być może znacie z logiki, jeżeli byliście na takich studiach, gdzie logika była. Nie wiem, czy ona jeszcze jest, czy nie ma.
Tylko żeby te maszyny wychodziły bardziej poza te swoje podstawowe ustalenia i tworzyły nam coś nowego. I tak naprawdę nie ma więc żadnej uniwersalnej teorii, która by nam powiedziała, czym jest kreatywność. Ale czym wobec tego jest samo myślenie twórcze? Te zdolności twórcze, które nazywamy też kreatywnością, one mają cechować ludzi, którzy są do pewnego stopnia według Lewisa, który napisał opracowanie w 1998 roku, posiadają pewną spontaniczność oryginalnych myśli, czyli że te myśli zupełnie nowe przychodzą im w sposób gładki, lekki i przyjemny. To twórcze myślenie czy twórcza rzeźba według Lewisa jest to sposób myślenia prowadzący do stworzenia dzieła. I w rozwiązaniu tego problemu pomoże nam opracowanie niejakiego Krzysztofa Jaśniewicza. Ja tutaj o nim wspomnę. Z góry uprzedzam, że tych nudnych będzie około tylko siedem slajdów. Zatem generalnie spoko. Potem będzie zabawniej, gdybyście zaczęli mi ziewać.
Okej. Każdy, kto jest twórczy, jest zdolny. Nie każdy, kto zdolny jest twórczy. Przeprowadzono taki eksperyment, bo oczekiwano, że wszystkie dzieci utalentowane będą twórcze. Okazało się to nieprawdą wcale. Jak ktoś ma talent, wcale nie znaczy, że jest twórczy. Powątpiewano zresztą w inteligencję tych, którzy wykazywali zdolności artystyczne. Jednym z ważniejszych odkryć tej psychologii twórczości było stwierdzenie, że zdolności twórczych nie da się zredukować do tradycyjnie rozumianej inteligencji, co znaczy, że osoba twórcza wcale nie musi być mądra. Nie musi być wcale inteligentna. Może być po prostu debilem, a i tak jest w stanie stworzyć coś pięknego, na przykład malując jakiś niesamowity obraz.
Nie chcę tutaj zabrzmieć jako osoba, być może nie powinienem tego mówić, ale na przykład są dzieci autystyczne, które mają bardzo duży problem ze swoim zdrowiem psychicznym, a potrafią oni tworzyć niesamowite dzieła malarskie na przykład. Co jednak wyróżnia takie podstawowe osoby twórcze? Po pierwsze otwartość i taka wewnętrzna elastyczność. Bo oni nie zamykają się tak sztywno w raz przyjętych poglądach, tylko są w stanie wewnętrznie się przeorganizować, żeby dojść do czegoś nowego. Przede wszystkim ciekawość, która polega na tym, że oni szukają nowe drogi i możliwości. Spostrzegawczość, czyli są te osoby wyczulone na ten świat zewnętrzny. Pomyślmy na przykład o bardzo twórczych introwertykach. Teoretycznie wydaje nam się, że te osoby są zamknięte. Wręcz przeciwnie, introwertyk w sposób niezwykle drobiazgowy bada i obserwuje świat, który go otacza, bo nadmiar tych różnych emocji i różnych informacji ze świata może go wręcz przytłoczyć. Więc osoba kreatywna może być zarówno osobą ekspresywną, jak i może być osobą introwertyczną.
Ale osobę taką prawdziwie kreatywną, która na tym celu może coś ugrać, jest też zdolność do krytycznej samooceny. I tutaj to ma nie polegać na tym, że myślimy sobie: „Boże, jaki jestem beznadziejny, co ja namalowałem, co ja napisałem i co ja zrobiłem”. Tylko ta krytyczna samoocena umie dostrzec taka osoba, że ten wariant tego, co tworzy, nie prowadzi do tego celu, który chciałaby osiągnąć. Więc stara się jakimiś swoimi siłami dążyć do tego, żeby osiągnąć sukces i potrafi nawet zawrócić z tej przyjętej drogi, żeby spróbować zrobić to, o co jej głównie chodziło. Osoba twórcza według Guilforda charakteryzuje się wrażliwością, łatwością wprowadzania zmian, doskonałą pamięcią, dużą zdolnością obserwacji ogółów i różnych szczegółów. Ma silne wyczucie estetyki, nie przywiązuje za bardzo wagi do dyscypliny i drobiazgowości. Ma dużą pewność siebie, rozwinięte poczucie własnej wartości. To się nie zawsze zgadza. Jest impulsywna, ma w sobie pogodę ducha. To się też nie zawsze zgadza.
Ma zdolność łatwego relaksowania się. To też się nie zawsze zgadza. Ma jednak duże poczucie humoru, które jest twórcze, oryginalne, spontaniczne. Jeszcze raz powtarzam tak twierdzi tylko naukowiec Guilford. Z kolei z wyników uzyskanych przez innego naukowca Cattella wynikało, że wszyscy twórcy są bardziej introwertyczni, ale z drugiej strony śmiali od przeciętnych ludzi. Czyli z jednej strony mogą być bardziej introwertywni, czyli zamknięci, ale też mogą być bardziej ekspresywni. Ponadto twórcy są zdecydowanie bardziej niezależni od tego pola. W ujęciu psychologicznym chodzi po prostu o to, że żyjemy tak jakby w pewnej przestrzeni, w której sobie funkcjonujemy, a te twórcze osoby potrafią sobie z tej przestrzeni przeskoczyć, wykraczając poza te swoje pole percepcyjne, czyli to, co ich otacza. Potrafią dostrzec w tym wszystkim coś więcej. Wykazują także wszelkiego rodzaju refleksyjność, chętnie używają metafor.
To są takie ogólne naukowe założenia tych osób kreatywnych. I jeszcze tak kończąc. Guilford badał też twórczość pod kątem typów myślenia. I to jest ciekawe, bo wyróżnił dwa rodzaje typów myślenia. Pierwszy to jest myślenie konwergencyjne, czyli zbieżne, które się bardzo przydaje w zadaniach matematycznych. To jest myślenie, które ukierunkowuje nasz umysł na znalezienie konkretnego rozwiązania. Badamy sprawę ile jest dwa razy dwa. Przeprowadzamy tam drobiazgową analizę, że to nie jest pięć i tak dalej. Dążymy do tej czwórki. Natomiast myślenie dywergencyjne, rozbieżne jest o tyle ciekawsze, bo jest bardziej charakterystyczne dla osób twórczych, bo osoba twórcza dostrzega wiele różnych rozwiązań danego problemu.
Czyli jest to cecha, którą doskonale znają kobiety. Przykładem takiego zadania dywergencyjnego jest każdy problem można poprawnie rozwiązać na kilka rozmaitych sposobów. Zaczynamy po prostu zauważać, że może nam się to porządkować na tysiące różnych możliwości. Staramy się obrać możliwą ścieżkę, a najlepiej wszystkie, jeżeli nas to nie zblokuje. Więc z tych dwóch sposobów myślenia twórcy skłaniają się raczej ku myśleniu dywergencyjnemu. Najlepsze takie myślenie dywergencyjne, o którym mówiłem, cechuje płynność, czyli mamy dużą liczbę wytworzonych pomysłów, ale staramy się nie uwzględniać różnych ujęć tego samego rozwiązania. Giętkość, gdzie po prostu te nasze pomysły mają rozmaite kategorie znaczeniowe i oryginalność, czyli umiejętność tworzenia pomysłów odmiennych od rozwiązań innych osób, nietypowych, niestandardowych. Jak radzą sobie w życiu osoby twórcze? Tak jak mówiłem, przeszliśmy przez ten ciężki wstęp. Tam jeszcze zakończymy tymi tak zwanymi dobrymi radami cioci Heni, ale teraz przejdziemy do tego, jak sobie radzą osoby twórcze.
Ezo był tak biedny, że sprzedał się w niewolę, żeby spłacić swoje długi. To tak à propos bardzo dawnych historii. Z kolei mówca i polityk Demostenes miał problem, by efektywnie łączyć swoje liczne wystąpienia publiczne z pracą pisarską. Ogolił więc sobie połowę głowy, żeby nie wychodzić z domu, siedzieć i pracować. Edgar Allan Poe to jest w ogóle już niesamowity odpał. Facet zażywał lit, żeby załagodzić objawy zaburzeń afektywnych dwubiegunowych. Wziął też ślub ze swoją kuzynką Virginią. Miał wtedy 27 lat, ona 16. Związek podobno według biografów nigdy nie został skonsumowany. Z kolei autor Robinsona Cruzoe, Daniel Defoe w 1703 został skazany na więzienie za artykuł satyryczny i spędził dni przywiązany do pręgierza na placu.
Tutaj chyba macie pręgierz gdzieś tutaj w Toruniu jeszcze dalszym ciągu. Miał wtedy 42 lata. Biedaczysko. Cały zbiór dawnych pisarzy, takich jak Theophile Gautier, Charles Baudelaire, Nerval, Delacroix, Balzac, Hugo Dumas byli członkami klubu haszyszystów. Chyba dobrze się wyraziłem. Oni po prostu w latach od 1844 do 1849 spotykali się elegancko w swoim gronie, żeby sobie palić po prostu haszysz. I wtedy właśnie wzbudzali w ten sposób swoje zdolności twórcze. Przynajmniej tak się im wydawało. Ciekawy zresztą jest przypadek Dumasa, bo nie wiem, czy to z powodu tego całego haszyszu, czy czegoś innego. Bardzo lubił się pojedynkować.
Kiedyś wdał się w pojedynek z innym facetem. W trakcie którego pojedynku spadły mu po prostu spodnie Przeciwnicy jego mieli śmiechu co niemiara. Dodajmy też, że on bardzo często korzystał z tak zwanych ghostwriterów. Miał tych literackich czarnych. Wśród nich najbardziej znany jest August Maquet, który podobno wymyślił fabułę „Hrabiego Monte Christo” i wniósł bardzo znaczący wkład w „Trzech muszkieterów”. Hugo, twórca „Nędzników”, żeby zmotywować się do pisania, rozbierał się zupełnie, bo wtedy siedział w domu, czyli siedział i pisał nago. Balzak potrzebował przynajmniej 50 filiżanek kawy dziennie. Ja nie wiem, w jaki cudowny człowiek był w stanie to wypić. To jest jakieś szaleństwo. Zamykał się w pokoju na jeden lub dwa miesiące i szczelnie zamykał okiennice, żeby światło nie dochodziło, więc się zamykał jak szczur.
Pisał przy świecach, ubrany w szlafrok przez 18 godzin dziennie. Po prostu szaleniec jakiś. Karol Dickens z kolei był zafascynowany ciałami martwych ludzi do tego stopnia, że w Paryżu większość swojego czasu spędził w kostnicy. Siedział, oglądał te trupy. Miał też obsesję na punkcie siostry swojej żony. Gdy ta zmarła w wieku 15 lat w wyniku nieszczęśliwego wypadku, podobno niemalże oszalał z rozpaczy, że wszystkie rzeczy owej Mary schował w szafie. Sam do końca nosił jej pierścionek i obcięty pukiel włosów. Oczywiście nie przeszkadzało mu to mieć ze swoją żoną Catherine dziewięcioro dzieci. Dickens zresztą spał z głową zawsze skierowaną na północ i siedział także twarzą na północ, pisząc swoje wielkie dzieła. Dlaczego?
Nie wiadomo. Verne spędzał wiele godzin dziennie na nauce literatury naukowej. Wypisywał je na specjalnych kartach. Freak researchowy. Społeczność naukowa podobno twierdziła, że miał 20 000 w ten sposób zapisanych kart. Z kolei Lord Byron miał cztery domowe gęsi, które podążały za nim wszędzie, nawet na spotkaniach towarzyskich, więc chodził z gęsiami. Pomimo nadwagi dość silnej stopy końsko-szpotawej był uważany za jednego najbardziej energicznych i atrakcyjnych ludzi tamtych czasów, więc spoko. Miller pisał od północy do świtu, a potem odkrył, że jest rannym ptaszkiem i pisał od śniadania do obiadu. Z kolei Arthur Miller pisał rano w pracowni, potem darł to na kawałki, ale czasem coś mu wychodziło, tak jak sam twierdził. Stoppard musiał się z kolei bać, żeby pisać.
To jest mi doskonale znane. Cierpiał na chroniczną dezorganizację, prokrastynację, więc kiedy za bardzo się bał na przykład z powodu braku pieniędzy na opłacenie rachunków, siedział całe noce, pisząc i paląc. Czy wiecie, w jaki sposób Lem pisał na przykład swoje „Solaris”? Po to, żeby jak najszybciej dostać zaliczkę. Sam o tym pisał: „Muszę skończyć to cholerstwo, żeby jak najszybciej dostać pieniądze”. Tak mniej więcej napisał. Fitzgerald pisał w wojsku, w tak zwanym międzyczasie. Początkowo na wieczornych wykładach. Potem, gdy został przyłapany, to w weekendy w klubie oficerskim. W sobotę pisał od 13 do północy, w niedzielę od 6 rano do 18.
I taką powieść skończył sobie spokojnie w trzy miesiące. Z kolei Kierkegaard pracował na stojąco. Tuż po spacerze, gdy głowę miał wypełnioną pomysłami, to wracał do domu i natychmiast zabierał się za pisanie. Tworzył tak jak Wróbel, w kapeluszu z laską w ręku siedział. To znaczy stał i pisał. I na stojąco tworzył też Hemingway. On wstawał o świcie, od razu zaczynał pisanie. Najpierw ołówkiem na papierze, potem na maszynie. Był też fanatykiem trunków alkoholowych. Spędzał mnóstwo czasu w barach pewnego rodzaju.
Wychodząc z knajpy, wpadł na pomysł. Postanowił do niej wrócić i wyniósł z niej pisuar. Swoje zachowanie tłumaczył faktem, że wysikał w niego spore sumy pieniędzy, dlatego miał prawo go zabrać. Logiczne. Dexter, Timothy Dexter w 1802 roku książkę wydał o bardzo specyficznym języku i braku jakiejkolwiek interpunkcji. Jak się czytelnicy oburzyli, to powiedział, żeby sobie wstawili tak, jak uważają. Wedle własnych upodobań. Voltaire pracował ponad 18 godzin dziennie, od 18 do 20. Pracę wykonywał z łóżka. Sam nie spisywał swoich tekstów.
Leżał, je dyktując, w międzyczasie odżywiając się kawą i czekoladą. Sekretarz siedział i wpisywał. Oscar Wilde po Londynie spacerował w krótkich spodenkach i w kożuchu, niosąc w dłoni kwiatek będący dopełnieniem swojej stylizacji i często z homarem na smyczy. Taki niezwyczajny. Marcel Proust zdecydowanie tracił czas, kiedy miał pracować. On w ogóle spał za dnia i tworzył w nocy. Pisał w sypialni wyłożonej korkiem w paryskim apartamencie. Całkowicie izolował się od towarzystwa. Wychodził tylko po to, żeby zebrać jakieś nowe fakty. Podobno żywił się jedynie dwoma rogalikami i dwiema kawami dziennie, ale potem wyszło na jaw, że podjadał niestety.
Natomiast w ogóle on miał niesamowicie, tutaj jest zresztą Proust na zdjęciu, miał nieprzeciętnie wyostrzone zmysły. Nie trawił więc hałasu, miał prawdziwą fobię dźwięków, a za hałas uważał praktycznie wszystko. Klaksony, rozmowy, dźwięki dochodzące z toalety, kroki na schodach. Wszystko go wnerwiało niesamowicie. Jeszcze cierpiał na silną astmę, bronchit, więc siłą rzeczy spędzał w domu. Dopóki żyła jego matka, to łagodziła te lęki, ale kiedy zmarła, to niestety zaczął brać, żeby się uspokoić heroinę i walerianę. James Joyce. Z jego korespondencji wynika, że pisał do Nory Barnacle, z którą łączył go wieloletni, bardzo burzliwy i niełatwy romans o dużym apetycie seksualnym, gdyż w opisach swojego życia erotycznego miał skłonności na przykład do koprofilii. To tak nawiązując do wcześniejszego wykładu, gdzie mówiliśmy o odchodach. Zachęcał swoją Norę, by brudziła kałem bieliznę.
Uwielbiał, kiedy podczas intymnego zbliżenia puszczała wiatr. No dobrze. Franz Kafka do 35. roku życia mieszkał z rodzicami i był starym kawalerem. Stephen King z kolei osiągnął swoje perfekcyjne rzemiosło w pisaniu ciężką, nieprzerwaną pracą. Kiedyś po zabiegu wazektomii Jego żona go zastała, że siedzi i pisze, chociaż już wszystko było w krwi. Nie mógł wytrzymać, musiał po prostu siedzieć i musiał po prostu pisać. Do szpitala pozwolił zawieźć się dopiero wtedy, kiedy dokończył rozdział. Hłasko z kolei był hipochondrykiem, lekomanem. Kiedy nie udało mu się zdobyć leków od przyjaciół, wszedł do apteki i udawał zawał serca.
Prus miał agorafobię. Po prostu został kiedyś pobity w 1878 roku na warszawskim Placu Zamkowym z powodu treści jego referatu i był to dla niego olbrzymi problem, bo bał się wychodzić. A Prus był przede wszystkim obserwatorem. Lubił chodzić, lubił patrzeć na świat i potem wyciągał z niego to, co najciekawsze, żeby opisać to w swoich książkach. Więc był to dla niego dość mocny problem. Ale miał też interesujące zainteresowania, na przykład zjawiska nadprzyrodzone. Spotkał się z niejaką Eusapią Palladino, która go wprowadziła bardziej w świat zabiegów spirytystycznych. Dostojewski napisał „Gracza", ponieważ musiał pokryć swoje długi karciane. Tak?
[31:43] - Prawdopodobnie też bał się przekraczać rzeki. Przez Wisłę nigdy nie przejechał.
[31:48] - To jest podejrzane, gdyż wiemy dobrze, kto nie był w stanie przekroczyć rzeki. To taka prop. Wiecie, jak rozumiem, jaki gatunek jest stąd pochodzi. Andersen. Tutaj ten przeuroczy pan panicznie bał się wielu rzeczy, na przykład pożaru. Nosił przy sobie linę, która miała w razie potrzeby wydostać go z takiej opresji. Odczuwał ogromny lęk przed ciemnością, cmentarzem. Obawiał się pochowania żywcem, więc codziennie pilnował, by nie doszło do tego samego. Gdy kładł się spać, miał przy swoim łóżku karteczkę z napisem: „Ja tylko wyglądam jak umarły". Żeby go przypadkiem nie pochowali.
Najzwyczajniej w świecie. Potrafił czekać na peronie kilka godzin przed odjazdem, by nie dopuścić do przegapienia wyznaczonej godziny podróży. I był potwornie zły, że wszyscy uważali go za bajkopisarza. On twierdził, że pisze nie tylko dla dzieci, przede wszystkim pisze dla dorosłych. Przyznam wam szczerze, że jak teraz się sięga po Andersena, to ewidentnie widać, że to nie są rzeczy dla dzieci. Dlatego chciał, żeby na jego pomniku nie było ani jednego dziecka. Tuwim miał agorafobię, czyli podobny klimat jak Prus. Lęk ten ogromnie utrudniał mu funkcjonowanie, bo nawet się obawiał przechodzenia na drugą stronę ulicy. Z kolei Leśmian obsesyjnie zamartwiał się swoim wyglądem. Miał kompleksy z powodu niskiego wzrostu, raptem 155 centymetrów.
Nie miałby chyba szans na Tinderze dzisiaj. Miał też łysinę. Tutaj miałby szansę. I próbował najróżniejszych medykamentów, żeby mu wyrósł na głowie choćby jeden włos. Biedaczysko. Korespondował nawet w tej sprawie z jakimś dermatologiem z Berlina. Chciał też bardzo zatrzymać proces starzenia i utrzymać sprawność seksualną, więc brał pod uwagę kurację odmładzającą niejakiego francuskiego naukowca rosyjskiego pochodzenia, która polegałaby na przeszczepieniu mu tkanki jąder małpy do jąder poety. Takie miał założenie. Ostatecznie z zabiegu nie skorzystał, ale twórcę nowoczesnej metody odwiedził. Z kolei David Herbert Lawrence w celu pobudzenia umysłu i kreatywności wchodził na drzewa.
Znaczy robił to nago, czyli wchodził na golasa na te drzewa. Patrycja Highsmith siedziała z kolei na brzegu łóżka wśród papierosów, popielniczek, zapałek, kawy, pączków i przyjmowała pozycję płodową, żeby zacząć pisać. Woolf po prostu się na nie zgodził, żeby pisać. Znalazł taki sposób na to, żeby pobudzić swoją kreatywność. Z kolei Virginia Woolf, jej ukochanym kolorem był fiolet. Pisała na stojąco, a Gertrude Stein czerpała natchnienie patrząc na skały i krowy. Ona była w stanie pojechać gdzieś daleko, żeby rozłożyć sobie tam krzesełko i usiąść przy krowie. Jej towarzyszka, pani Toklas pilnowała, by obiekt natchnienia nie odszedł za daleko, więc przesuwała krowę, żeby pisarka mogła ją widzieć, i dzięki temu mogła pisać. Przy jednej krowie potrafiła pisać aż piętnaście minut. To nie jest tak strasznie dużo.
Pawlikowska-Jasnorzewska miała z kolei uraz do krów i to bardzo mocny. Przez całe życie omijała te zwierzęta szerokim łukiem, ponieważ w młodości wypiła garnek mleka prosto od krowy, wskutek czego zachorowała na pryszczycę. Niestety. Boy-Żeleński, jeżeli chodzi o jedzenie, z kolei nie zamawiał jedzenia w znanych mu lokalach, ponieważ panicznie się bał, że ktoś mu napluje do żarcia. I po prostu fobia była na tyle mocna, że nawet kiedy zjawił się na dancingu w warszawskiej restauracji Oaza, która wtedy słynęła z doskonałej kuchni, dla bezpieczeństwa zamówił tylko bułkę z szynką, bo bał się, że kelner po prostu do czegoś innego mu napluje. Jane Austen ukrywała, że pisze. Podobno pisała swoje dzieła w salonie na serwetkach, na niewielkich karteczkach. Dopilnowała też, żeby drzwi do salonu nie zostały nigdy naprawione, bo stanowiły one skuteczny alarm w razie czego, gdyby ktoś się zbliżał. W tamtych czasach damie nie wypadało pisać. Dana musiała dziergać.
Truman Capote. On z kolei pisał w pozycji horyzontalnej, ponieważ uważał, że najlepiej mu się pisze i tworzy, kiedy leży. Nigdy nie zaczynał ani nie kończył niczego w piątek, bo uważał, że dzień ten jest bezproduktywny. Unikał tak jak ognia liczby trzynaście. Wydaje mi się, że chyba tej liczby również boi się Steven. Nie wiadomo dlaczego. Nie latał też samolotem. W towarzystwie zakonnic systematycznie opróżniał popielniczkę, by liczba niedopałków nie przekroczyła trzech. Enid Blyton, znana także jako Mary Pollock, która tworzyła głównie literaturę dziecięcą, sama dzieci nie znosiła. Była nauczycielką, więc jest to w sumie zrozumiałe.
Kiedy dzieci hałasowały w sąsiedztwie, potrafiła wpaść w szał. Witkiewicz. Na jego temat można byłoby zrobić oddzielną prelekcję w sumie, zgodzicie się chyba. Malowane portrety, utwory dokładnie opisywał pod wpływem jakich używek je tworzył. Cierpiał na paniczny lęk przed bakteriami, przed komunizmem i Chinami również. Aby nie dotykać klamki, drzwi otwierał łokciem. Nie całował kobiet w rękę na powitanie, chyba że zgodziły się najpierw tę ręce umyć. Dbał niesamowicie starannie o higienę jamy ustnej. Bardzo często chodził do dentysty. Był bardzo przesądny.
Uważał, że źródło wszelkich kłopotów w jego życiu zwiastowała godzina 20:20. Zapechowo uważał tak liczbę 17 oraz piątek. Aby uniknąć nieszczęść, nie chodził także prawą stroną ulicy. Murakami pisze podobno od czwartej rano. Robi to przez pięć, sześć godzin. Tolstoj z kolei został przeklęty. Raz w roku we wszystkich kościołach ogłaszano uroczyście anathemę trzem osobom: Mazepie, Otropiewowi i Tołstojowi. A Mickiewicz, tak tylko nadmienię, był pisarzem science fiction. W „Future Story” pisał o urządzeniach akustycznych, które można wykorzystać do słuchania koncertów z miasta, siedząc przy kominku, a także o mechanizmach, które pozwalają mieszkańcom Ziemi na utrzymanie kontaktu z istotami zamieszkującymi inne planety. Iwaszkiewicz miał awersję do słowików.
Nie wiadomo czemu. Podobno kiedyś nabawił się wrzodu ucha. Położono go więc do łóżka rozgorączkowanego jako dziecko. Męczył się okrutnie, bo tylko wtedy słowik za okniątkiem mu śpiewał. Więc powiedział: „Znienawidziłem odtąd słowika”. Z kolei Gombrowicz miał fobię na punkcie nietoperzy. Bał się, że nietoperze wlecą przez okno, wplączą mu się we włosy. Jeszcze go celowo straszono i podpytywano, czy nie zapomniał zamknąć okna w swoim pokoju. Wówczas Gombrowicz dostawał paranoi i biegł i zamykał. Warto też dodać, że autor „Ferdydurke” obawiał się też koni, psów i drewnianych mostów, a swoją książkę „Ferdydurke” pisał w towarzystwie pokojówki o imieniu Aniela.
Kobiety, która podobno odpowiedzialna jest za ostatnie słowa w „Ferdydurke”, czyli „koniec” i „bomba”, kto to czytał ten to zna. Lajos Treplis, pisarka, która bardzo nie lubiła dzieci, czyli autorka „Mary Poppins”. Adoptowała co prawda sześciomiesięcznego chłopca, który miał brata bliźniaka, ale dwójki dzieci nie chciała. Decyzję, której nie mogła wybrać, podjęła na podstawie wizji swojego astrologa. Nienawidziła też kreskówek. Disney ją męczył bez końca, żeby pozwoliła mu wreszcie zrobić tą „Mary Poppins”. Zgodziła się dopiero po kilkunastu latach, zastrzegając sobie prawo do kontroli scenariusza i na premierę filmu nigdy nie została zaproszona. Samuel Johnson siadał do pisania dopiero po drugiej w nocy przy świecach, kiedy reszta Londynu spała, by nie kusiły go atrakcje miasta. Nabokov. Jego pasją były motyle.
Poświęcał im każdą wolną chwilę. Łapał te motyle razem z żoną. Naukowo badał ich ewolucyjne pochodzenie. A Twain urodził się w 1835 roku, kiedy kometa Halleya przeleciała blisko Ziemi. Przepowiedział, że umrze podczas jej następnego pojawienia się. Uparł się i umarł w 1910. Tego samego roku. James Barrie, który stworzył wizerunek Piotrusia Pana, chłopca, który nigdy nie dorośnie. Podobno zrobił to nie bez powodu, bo bohater ten miał być dedykacją dla jego starszego brata, który zmarł dzień przed 14. roku życia i pozostał wiecznie młody w pamięci ich matki.
Agatha Christie kryminalne intrygi obmyślała leżąc w wannie, jedząc jabłka, a jej znajomy Brian Aldiss opowiadał o tej metodzie tak: „Ona pisze książkę, wybiera sobie osobę, która jest najmniej prawdopodobna do tego, żeby popełniła morderstwa. Wybiera ją jako mordercę, a potem przebiega całą książkę, żeby to pasowało”. Macie. Oto jest najlepszy sposób pisania kryminału. John Betjeman nie rozstawał się z dwiema ukochanymi pluszowymi zabawkami: misiem Archibaldem Omar Zbym Gorem i słoniem zwanym po prostu Jumbo. Echa tej miłości do puchatych towarzyszy można znaleźć w jego wierszach, gdyż tulił do siebie Archiego i Jumbo nawet w ostatnich chwilach życia. Karol. No cóż, miał, jak wszyscy wiemy, obsesję na punkcie swojej 11-letniej kuzynki Alicji, która doprowadziła do tego, że pisarza zaczęto oskarżać o pedofilię. Bliskość, która powstawała między nimi, spowodowała, że Lewic oświadczył się dziewczynce. Sprawa nabrała większego tempa, kiedy w 2015 roku odkryto zdjęcia króla, a wśród nich akt małej Alicji.
Niestety. William Burroughs zabił swoją żonę. Twórca „Nagiego lunchu” strzelił swojej partnerce prosto w głowę podczas libacji alkoholowej w Meksyku. Miał oczywiście strzelić w szklankę ginu, która była na jej głowie. Niestety nie trafił. Był też uzależniony od alkoholu i narkotyków, a po tym, jak wylądował w areszcie, wyjechał w poszukiwaniu psychodeliku yage, który miał załagodzić skutki zażywania opium. Arthur Conan Doyle został zrobiony w konia przez dwie małe dziewczynki. Autor „Sherlocka Holmesa” uwierzył, że naprawdę widziały one elfy. Pokazywały mu jakieś zdjęcia. Został w to wkręcony, a im był starszy, tym bardziej był naiwny.
Jako dowód na istnienie małych wróżek miały posłużyć zdjęcia, tak jak wspominałem, ale oprócz tego też się wciągnął w jakieś klimaty spirytystyczne i tego typu rzeczy. Tolkien miał podobno niezwykłe poczucie humoru. Autor „Władcy Pierścieni” i „Silmarillionu” przebrał się na przykład za wojownika anglesekskiego i z siekierą w ręce gonił swojego sąsiada w trakcie konwentu, imprezy noworocznej. Jego poczucie humoru było dla niektórych zbyt męczące. Ja tutaj tego nie zapisałem, ale mi się przypomniało, że na przykład Isaac Asimov był chyba nazywany ośmiornicą albo wieloręki z racji tego, że miał bardzo dziwaczny zwyczaj obłapiania rozmaitych swoich koleżanek w trakcie spotkań autorskich. Starał się przytulić nieco nadmiernie. Ciekawostka. Słuchajcie, w sieci można znaleźć blogowy wpis niejakiego Nicka Greena, który w ramach eksperymentu zastosował rutynę pisarską znanych literatów. Czyli pasł się kawą jak Balzac, ale dał radę tylko siedem filiżanek, pisał nocą jak Kafka albo świci jak Murakami. Wreszcie odtworzył we własnym domu klimat pokoju hotelowego, by poczuć się jak Maya Angelou bez wydawania pieniędzy na nocleg.
Ale niestety poniósł spektakularną porażkę. Nie udało mu się osiągnąć takich sukcesów jak znani pisarze. Czyli z tego wynika, że kreatywność jest czymś ewidentnie indywidualnym i rozmaicie sobie ludzie z nią radzą. I teraz przejdziemy do tej ostatniej, nieco nudnej części, ale mam nadzieję, że będzie dla was ciekawa. Czyli powiemy o lekach na te kreatywne mózgownice, jakie można przyjąć. Bądźmy szczerzy, tutaj jak szukałem tych materiałów, to część z tych rad jest tak zwanymi radami typu rady dobrej cioci Hani z magazynu dla kobiet, ale starałem się wyciągnąć te, które uznałem za najciekawsze. Jakie są bariery twórczego myślenia, czyli co radzą specjaliści? Po pierwsze nie należy za bardzo silnie wewnętrznie krytykować każdy pomysł i podejrzewać, że się nie uda. Trzeba oczywiście liczyć się z niepowodzeniami i podejmować ryzyko. Nadmierna rywalizacja też nie jest wskazana.
Trzeba unikać wyścigu szczurów. Nie należy się przejmować, że na przykład Grzegorz Galek napisał lepszą książkę niż ja, przykładowo. I ja jestem zazdrosny na Grzegorza i nie jestem w stanie nic napisać. Zbyt atrakcyjne nagrody też nie wchodzą w grę. Nie należy pisać, siedząc: „Kiedy będzie ten Zajdel, kiedy dostanę Zajdla?”, bo nic z tego wtedy absolutnie nie wyjdzie. Trzeba się skupiać na problemie, a nie na nagrodach. Trzeba pomijać oceny i opracowania pomysłów, które bez czego mogą okazać się bezużyteczne. Trzeba skupić się na jednym konkretnym pomyśle bądź być konsekwentnym, cierpliwym. Presja czasu też nie jest dobra, chociaż tak nie do końca. Ja kiedy mam na przykład zbliżający się deadline, to wtedy pracuję jak szalony, więc to nie do końca się zgadza.
Ale rady dobrej cioci Hani są takie, żeby zaplanować sobie w sposób profesjonalny czas. Nie jest też dobrze, jeżeli mamy zbyt duży brak pewności siebie, bo to przekonanie „nie dam rady, nie dam rady, nie dam rady” wiadomo, jak się kończy. Więc trzeba ryzykować. A jaka jest wspierająca szóstka w naszej pracy? Stres o dziwo się dobrze sprawdza, bo pod presją działamy szybciej i skuteczniej. Z czasem nie należy przeginać, bo krótkotrwały stres może być cennym motywatorem, ale jeżeli będzie trwał dłużej, to niekorzystnie odbije się na naszym zdrowiu. Odpoczynek i sen jest niezbędny, bo nie tylko ciało potrzebuje odpoczynku, umysł również. Muzyka może się przydać w pobudzaniu kreatywności, więc warto eksperymentować z różnymi stylami muzyki i poszukiwać, która najbardziej nam odpowiada. Humor jest bardzo nam przydatny, jeżeli chodzi o proces kreatywności, bo jeżeli wykształcimy w sobie, wypracujemy silniejsze poczucie humoru, to wtedy uda nam się znaleźć bardziej różnorodne pomysły do naszych książek czy do naszego malowania albo innej formy twórczości. Kondycja fizyczna.
Nie oszukujmy się, osoby z kłopotami zdrowotnymi będą pracować trudniej, więc warto postarać się o to, żeby utrzymać się w jako takiej kondycji. No i cisza, która jest niezwykle ciężka do osiągnięcia w tym naszym świecie zurbanizowanym. Źle na nas wpływa hałas, więc cisza jest nam po prostu niezbędna. A kreatywna siódemka jest taka. Czyli takie cechy wyróżniające ludzi kreatywnych. Wrażliwość na problemy, na ich rozpoznawanie, kwestionowanie i kwestionowanie dotychczasowych rozwiązań i badanie potencjalnych możliwości. Elastyczność myślenia, czyli takie przekonanie, że wszystko, a przynajmniej prawie wszystko jest możliwe. Oryginalność w łączeniu, przekształcaniu i patrzeniu na zwyczaje, przedmioty, sytuacje, rozwiązania. Wewnętrzna motywacja, wiedza i doświadczenie, które sprawiają, że twórcze pomysły można wcielić w życie. Wytrwałość i zdolność do zawieszenia krytyki podczas tworzenia pomysłów.
Ja wiem, ja brzmię w tym momencie zupełnie jak coach, ale to po prostu takie materiały znalazłem. Zresztą nie wszystkie. Najprostsze ćwiczenia kreatywne według ludzi zajmujących się, psychologów i tak dalej. Na giętkość myślenia pomaga podobno tak zwane myślenie pokojowe. Trzeba znaleźć odosobnione pomieszczenie, położyć się wygodnie na kanapie albo na dywanie w jakiejś ulubionej pozycji, zamknąć oczy, wsłuchiwać się wtedy w odgłosy dochodzące zza naszego pokoju. Próbujemy zidentyfikować źródło każdego dźwięku. Próbujemy zobaczyć to oczami własnej wyobraźni lub to, co go wywołuje i jak jest wykonywany. Jeżeli źródłem dźwięku jest jakaś osoba, trzeba o niej dodatkowo wymyślić wszystko, co tylko się potrafi, jak wygląda, co robi i tak dalej. Wydaje się to być proste, ale to jest bardzo interesujące pobudzanie kreatywne, zbliżone dość do medytacji, ponieważ rozwijamy taką podstawową myśl, podstawowe nasze spostrzeżenie, starając się to rozpoczwarzyć, rozszerzyć na pierdyliard rozmaitych możliwości kreatywnych. Warto jest też się skupić na abstrahowaniu.
Czyli wybieramy sobie jakiś obiekt albo jakiś aspekt obiektu, na przykład kawę w tekturowym kubku, a pomijamy inne cechy. Na przykład zaczynamy myśleć o kawie, która normalnie jest kawą gorącą i tak dalej, jako kawą lodowatą. Skupiamy się na rozwinięciu samej koncepcji lodowatych kaw, samej koncepcji lodu, który być może poza tą kawę się rozrasta. Koncepcji, jak wyglądałby świat, gdzie byłaby sprzedawana wyłącznie lodowata kawa. I tak dalej. Możemy to rozwijać w nieskończoność, skupiając się na jakimś jednym przedmiocie po to, żeby pobudzić nasze twórcze myślenie i naszą kreatywność. Więc abstrahowanie jest dla nas naprawdę bardzo istotnym sprzymierzeńcem w procesie kreatywności. Skojarzenia oczywiście. Skojarzenia. Niektórzy autorzy w skojarzeniach widzą w ogóle podstawowy element twórczości, czyli szukanie jakichś mega odległych skojarzeń.
Ale tutaj najlepsze będą skojarzenia pośrednie, czyli umysłowe łączniki pomiędzy kojarzonymi obiektami. Wiecie, jak to jest. Myślimy o keczupie, potem myślimy o krwi, potem myślimy o siekierze, potem myślimy o mordercy. Kiedy myślimy o mordercy, myślimy o psychozie. Kiedy myślimy o psychozie, myślimy o Normanie Batesie. Kiedy myślimy o Batesie, kojarzy nam się Bates na przykład z ugryzieniem. Kiedy myślimy o ugryzieniu, myślimy o zombiaku. Kiedy myślimy o zombiaku, myślimy... i tak dalej. Czyli na tym mniej więcej polega zabawa w skojarzenia, które musimy cały czas sobie ćwiczyć i cały czas to rozwijać, dzięki czemu uda nam się przebić ewentualną blokadę kreatywną.
Analogie. To także odmiana rozumowania indukcyjnego. Rozumowanie indukcyjne to wyciąganie wniosków z niepełnego zbioru przesłanek. Czyli mamy jakieś podstawowe dane dotyczące sytuacji, ale brakuje nam, mamy białe plamy w tej sytuacji i staramy się te białe plamy zapełnić naszą wyobraźnią, naszą kreatywnością. I to też jest bardzo dobre ćwiczenie kreatywne. Takie myślenie indukcyjne jest co prawda zbliżone trochę do zgadywania, do spekulacji, ale łączy nam się z tym, co powiedziałem wcześniej o abstrahowaniu, o skojarzeniach. Pomaga nam to po prostu rozwijać. Metaforyzowanie, czyli uwielbiona rzecz przez pisarzy, czyli metafory, które są dość bliskie analogii. Tutaj staramy się wyszukiwać rozmaite nowe znaczenia dla przedmiotów, dla cech, dla zjawisk, dla ludzi poprzez metaforę. Nawet na siłę próbujmy to robić.
To też może pobudzić naszą kreatywność. Weźmy pod uwagę, że jest wiele takich książeczek dla pisarzy, którzy mają blokady. Jest to w ogóle na Amazonie sprzedawane. Są na przykład takie małe książeczki z samymi rysunkami. Otwierasz, patrzysz, jest kran, z którego kapie woda. Na tej podstawie masz coś wymyślić. Nie ma bata. Masz kran, masz kapiącą wodę. Na tej podstawie musisz stworzyć fabułę. Na tej podstawie musisz rozwinąć się kreatywnie.
I to jest dobre, bo to nam pomaga zastosować te wszystkie elementy, o których wspomniałem. Możemy skupić się na wodzie, możemy skupić się na kranie, na rdzy, która go porasta, na umywalce, na otoczeniu, na całej reszcie, która pozwoli nam pobudzić naszą kreatywność. Jest także transformowanie, czyli zmieniamy jakiś wybrany parametr jakiegoś przedmiotu, procesu lub stanu rzeczy. Czyli staramy się przekształcić kran, o którym tutaj wspominałem, w coś zupełnie innego. To jest już ewidentna jazda bez trzymanki, ale w takim procesie wewnętrznej medytacji i wyciszenia możemy dojść do bardzo interesujących, kreatywnych rzeczy, jeżeli się postaramy. Dobre rady. Stephen King twierdzi: „Najpierw pisz dla siebie, a dopiero potem martw się o czytelników”. Twierdzi też, że nie warto używać strony biernej, że trzeba unikać przysłówków. Unikać przysłówków. Dwa razy to napisał, bo skopiowałem.
Nie zadręczać się gramatyką. Twierdzi, że magia jest w nas, cokolwiek to znaczy. „Czytaj, czytaj, czytaj”. To są oczywiście cytaty z Kinga. „Nie próbuj nikogo uszczęśliwiać”. To jest ewidentna podstawa. „Skończ z telewizją, przestaw się na książki”, co byłoby w naszym wypadku, jak przypuszczam, potwornie trudne. Jeszcze w dobie streamingu, dajcie spokój. Vonnegut, mistrz, każe znaleźć temat, który nas naprawdę poruszy. Każe nam nie ględzić, co pewnie dzisiaj robiłem.
Stwierdził też, że postęp technologiczny sprawił, że książki są coraz grubsze, ale o wiele łatwiej jest pisać i skreślać, kiedy ma się do dyspozycji edytor tekstu, a nie maszynę do pisania. Więc zachęcam do korzystania z laptopów. Każe też pisać prosto, nie wpadać w nadmierne, już w samym tekście metafory, analogie i tym podobne rzeczy, gdyż one mają pobudzić naszą kreatywność. Ale później, jak by to powiedział sam Norwid, musimy odpowiednio dać rzeczy słowo w tekście. Czyli musimy zastosować brzydko, w chama, być oszczędnym w słowach. I podkreśla, że proste przekazywanie takich myśli jest wbrew pozorom bardzo trudne, więc musimy mieć odwagę ciąć nasz tekst. Brzmi to trochę jak rada dla początkującego chirurga. Staramy się mówić własnym głosem w książkach, mówić wprost i musimy też ulitować się nad czytelnikami, nie zamęczać ich za bardzo. Tutaj Vonnegut powiedział, że podobno w Guantanamo torturowano więźniów jedną z piosenek Britney. Nie, to akurat nie on, bo przecież Britney Spears urodziła się dawno po jego śmierci niestety.
Neil Gaiman twierdzi: „Przede wszystkim pisz”. Żadna nowość. „Układaj słowo za słowem. Znajdź takie, które pasują. Po prostu je zapisz”. Też nic konkretnego nie powiedział. „Skończ to, co piszesz”. To już całkiem logiczne. „Krok po kroku, rozdział po rozdziale”. To też jest logiczne.
Nic odkrywczego, Gaiman. „Po skończeniu pozwól tekstowi odleżeć chwilę”. To jest akurat słuszne i to bardzo. Trzeba rzeczywiście do takiego tekstu później wrócić. „Pamiętaj, kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo że coś w tekście zgrzyta, prawie zawsze mają rację”. Tutaj też mógłbym przybić piątkę Gaimanowi. Ma tutaj słuszność. Poprawiamy, co potrafimy, bo gonienie za ideałem jest jak ściganie horyzontu. Nie ma to najmniejszego sensu. Czyli lepsze jest wrogiem dobrego.
Gaiman zaleca też, żeby śmiać się z własnych dowcipów, pisać szczerze i przekazać wszystko najlepiej, jak się potrafi. A teraz jeszcze na sam koniec moje dobre rady. Jest ich kilka. Nie to, żebym był jakimś lepszym od Gaimana, ale po pierwsze nie pisz od razu pierdyliarda tomów. Słuchajcie, to masakra. Ja przecież mam kontakt z Fabryką Słów, z wydawcami, gdzie na przykład jest informacja, że czytelnicy im zarzucają, że przyszli pisarze z książkami i napisali już 20 tomów nowego „Władcy Pierścieni”, „Gry o tron”, które z pewnością się wspaniale sprzeda. A tutaj macie 20 tomów, które napisali. To jest szaleństwo. Nic takiego absolutnie nie róbcie, nie piszcie pierdyliarda tomów na sam początek, tylko starajcie się ograniczyć. Najlepiej zacząć od opowiadań i walczyć o ich publikację w takich magazynach jak „Nowa Fantastyka” na przykład, bo to jest najlepszy sposób Na to, żeby się wdrożyć, przynajmniej z mojego punktu widzenia.
Raz, że opowiadanie zmusza nas do pewnej oszczędności formy, że możemy nad tym lepiej pracować, a dwa: z opowiadaniem zawsze łatwiej się przebić na początek niż z książką. I najlepiej, żeby to było jakieś mniej więcej uznane, drukowane pismo, bo czasy e-antologii, e-pism już się niestety bezpowrotnie skończyły. Był taki czas, kiedy to było niezwykle popularne. Na samym początku, kiedy jeszcze wyszła „Zombie Filia”, w której zresztą pracował wspomniany przeze mnie biedny Grzegorz Gajo, którego tu będę wyciągał. To wtedy miało sens, bo to była nowość, a potem każdy przyszedł i pomyślał: „Kurczę, też wydam e-antologię. Skrzyknę Grześka, jakiegoś tam Ryszarda, skrzyknę Monikę. Razem napisaliśmy tą antologię”. Tych antologii pojawiło się pierdyliard. Nie oszukujmy się, nie były one zbyt dobre. Kolejną dobrą radą z mojej strony jest taka, żeby każdy rozdział swojej książki traktować jak opowiadanie.
Tutaj mam taką analogię serialową. Załóżmy, że książka ma 12 rozdziałów, traktuje o dowolnym jakimś tam temacie. To bierzemy serial składający się z 12 odcinków, jego pierwszy sezon. Wiemy, że mamy tam wątek główny, który przeciąga się przez cały sezon. Z reguły to się kończy w ostatnim odcinku cliffhangerem po to, żeby wykupić znowu subskrypcję i obejrzeć kolejny sezon, takiego „Supernatural” na przykład. Więc mamy ten główny wątek, który przemyka, ale każdy rozdział, tak samo jak w serialu, jest inną opowieścią. On się do pewnego stopnia łączy z tym głównym wątkiem, ale nie do końca. Jest to bardzo dobry sposób, żeby napisać książkę. Oprzeć się na tej schematyce serialowej, gdzie każdy rozdział jest tak jakby oddzielnym opowiadaniem, ale pamiętamy przez cały czas o wątku głównym. I nie załamuj się, jak ci nie wyjdzie.
Pisanie to jedyny zawód, którego możesz uczyć się bez końca. Nie ma żadnego znaczenia, czy napiszesz jak masz 20, czy napiszesz jak masz 86. Jest to zawód, w którym nie musisz przechodzić na emeryturę. Dopóki jesteś w stanie pisać i twoje ręce, twój organizm jest w stanie coś wytworzyć, nie złapiesz Alzheimera albo innego szajsu, to możesz bezproblemowo siedzieć i pisać bez końca. Nikt ci tego absolutnie nie zabroni. Więc to jest zawód, który w gruncie rzeczy powinien być zawodem kompletnie bezstresowym, bo wiesz, że możesz go bez końca robić, nikt cię z niego nie wywali tak naprawdę. Nie udało się tym razem, uda się za razem 21. Zero spinki. Pokrótce. Z mojej strony to wszystko.
Dziękuję. Zapraszam na mój fanpage Marcin Podlewski, wklepuję, oraz do moich książek. Wyrobiliśmy się w 46 minut. Dziękuję serdecznie.
[58:04] - Przyznacie państwo, że fragment o krowie był pasjonujący. Przyznam, że on najbardziej mnie ujął, jak sobie wyobraziłem, że taka krowa starczała tej autorce na jakieś 15 minut, później musiała zmienić krowę. I drugi absolutny przebój tej prelekcji to znany skądinąd, przecież uznawany i szanowany poeta, pisarz, który udawał się na salony i spotkania z gęsiami. One mu towarzyszyły. To były chyba jego przyjaciółki. Czy państwo o tym wiedzieli? Ja w każdym razie nie. I cały ten przegląd Marcina Podlewskiego to jest dla mnie jakieś tam jednak studium szaleństwa. Pisarze bywają dziwni. Na szczęście nie wszyscy.
Taką mam przynajmniej nadzieję. Cóż, pierwszy wykład za nami, czas pożeglować dalej. Następna część naszej audycji też w gruncie rzeczy będzie nawiązywała do tego, co było w części pierwszej. Zaczniemy dzisiaj cykl „Labirynt książek”. Ten cykl ukazywał się od jakiegoś czasu w Book Radiu. Prowadził go nieodżałowany naprawdę autor Mirosław Gołuński, doktor habilitowany, literaturoznawca, człowiek, którego ci wszyscy, którzy bywali na różnego rodzaju konwentach na pewno spotkali. Człowiek, którego wiedza filozoficzna, ale przede wszystkim literaturoznawcza była ogromna. Sztuka interpretacji, sztuka takiego rozbebeszania dzieła literackiego. Specjalnie używam tego słowa, rozbebeszanie, ale on naprawdę potrafił to robić. Nieodżałowany człowiek po prostu.
20 maja tego roku zmarł niespodziewanie. To był po prostu szok. Ale co ważne, zostały po nim audycje i postanowiłem w ramach „Bibliotekarium 2.0” zaprezentować je państwu. Każda z tych audycji to jest rodzaj recenzji, ale takiej recenzji rozszerzonej, w której Mirosław Gołuński pewne rzeczy akcentuje, o pewnych rzeczach mówi szerzej. To nie zawsze są rzeczy związane z treścią książki, ale zawsze uczą. Przyznam, że te 56 audycji, które stworzył Mirosław Gołuński, to jest kopalnia wiedzy nie tylko o samych książkach, które omawia, ale też takiej wiedzy o tym, jak podchodzić do dzieła literackiego, nawet jeśli to jest tylko dziełko malusieńkie, niepozorne, to jak je W jaki sposób podejść do analizy tego dzieła? Analiza, szumne słowo. Do próby zrozumienia tego, co w nim jest zawarte, bo już miałem na końcu języka, żeby powiedzieć, co autor chciał powiedzieć. To błąd. Błąd totalny.
Mówiąc szczerze, myślę, że Mirka Gołuńskiego nie zawsze interesowało to, co autor miał do powiedzenia. Bardzo często największą uwagę zwracał na to, co on wyczytał w tym dziele. I wierzcie mi państwo, wyczytywał rzeczy nieprawdopodobne. Kto wie, czy niektórzy autorzy w ogóle wiedzieli, że napisali coś, co ich przeskoczyło. I w tym momencie pojawi się oczywiście problem. Część osób powie: „Jak nie wiedzieli, to się nie liczy”. Z wielu rozmów, które toczyłem z Mirkiem Gołuńskim, wynikało, że kiedy — często powtarzam — autor odkłada pióro czy dzisiaj stawia ostatnią kropkę, pisząc na laptopie, to dzieło przestaje być jego własnością. Staje się własnością publiczną, szczególnie kiedy jest opublikowane. A skoro staje się własnością publiczną, to każdy z państwa ma prawo je interpretować. Oczywiście są interpretacje lepsze bądź gorsze, głupsze i mądrzejsze.
Niemniej jednak to nie jest tak, że jak autor świadomie coś tam zawarł, to się liczy, a jak coś wypłynęło z niego — chciałoby się powiedzieć z jego podświadomości, ale tu Mirek często się krzywił, że to nie tylko o podświadomość chodzi — w każdym razie, jeśli coś wypłynęło z niego nieświadomie i weszło w to dzieło niczym jakiś demon, to i tak się liczy. To tam jest i czytelnik może to odczytać. Myślę, że to bardzo ważne. Cóż, brakuje mi Mirka. Czasami takich krótkich rozmów o tym, co przeczytał, czego nie przeczytał, a czego nie chce czytać na przykład. Może te audycje, tych pięćdziesiąt kilka audycji, które zdążył nagrać pod wspólnym tytułem „Labirynt książek”, będzie fajną nauką dla państwa. Myślę, że w ramach akademii, którą wspólnie tutaj tworzymy, warto te recenzje, te omówienia książek zaprezentować. Dzisiaj przed państwem pierwsza. Pierwszy „Labirynt książek”, pierwsza recenzja. Nosi ona tytuł „Ciała Sienkiewicza: studia o płci i przemocy”.
Jak państwo się zorientowaliście po tytule, to nie jest dzieło literackie. To jest raczej książka literaturoznawcza o dziele literackim, a właściwie o dziełach literackich tworzonych przez wspomnianego już Henryka Sienkiewicza. Jak państwo się w tej chwili skrzywili: „Ee, tam takie bzdury”. Po pierwsze Mirek potrafi opowiadać ciekawie nawet o książkach, które na pozór wydają się nieprzysiadalne. Okazuje się, że jak książka jest dobrze przeanalizowana, to nagle staje się przysiadalna. Myślę, że po wysłuchaniu tego, co Mirek ma do powiedzenia, spojrzycie państwo na książkę „Ciała Sienkiewicza” nieco przychylniej. A jeśli nawet państwo nie przeczytacie, to treść tej książki, to, o czym mówi Mirek, skojarzona z tym, o czym mówił prawie przed chwilą Marcin Podlewski, da państwu obraz tego, że pisarze naprawdę są jacyś dziwni. Cóż, zapraszam w takim razie na pierwszy odcinek „Labiryntu książek” Mirosława Gołuńskiego. Mirosław Gołuński, „Labirynt książek”.
[01:06:18] - Dzień dobry lub dobry wieczór. W końcu nie wiadomo, kiedy będziecie państwo tego słuchać. Przed państwem doktor habilitowany Mirosław Gołuński w nowym, mam nadzieję, cyklicznym programie, w ramach którego chciałbym państwu prezentować literaturę i opowieści o literaturze. Chciałbym, by była to audycja nie tylko moja autorska, ale również w nawiązaniu ze znajomymi. Mam nadzieję, zgodzą się i dadzą się zaprosić do moich spotkań. W tytule umieściłem „labirynt”, dlatego że dla mnie literatura od zawsze była labiryntem i chciałbym stawać tutaj dla państwa w pozycji Tezeusza, który w jakiś sposób będzie prowadził państwa przez meandry i właśnie ślepe zaułki, ale również niezwykłe odkrycia, które można w labiryncie literatury, sztuki, bibliotek odnaleźć. Dlatego nie zaczynam od klasycznej literatury, pozycji z literatury pięknej, ponieważ Nie tylko ona będzie mnie tu interesowała, chociaż oczywiście wiele programów jej właśnie będzie poświęcone. Chciałbym zacząć od opracowania. Chciałbym zacząć od innego spojrzenia na klasykę literatury polskiej. I właśnie dlatego, że jest to zupełnie inne spojrzenie, uznałem je za dobre wrota do literackiego labiryntu, do którego państwa zapraszam.
A czy pójdziecie państwo tam jako Tezeusz, a ja będę tylko tą nicią Ariadny, która was przez to przeprowadzi, czy też będę wam towarzyszył niczym archeolog przy trząsaniu egipskich labiryntów pod piramidami? To już oczywiście zależy wyłącznie od państwa. Pierwsza pozycja, z którą państwa chciałbym zapoznać, zaproponować jej lekturę, to „Ciała Sienkiewicza” Ryszarda Koziołka. Książka naukowa, ale napisana lekko, ze swadą, tak że nawet ci, którzy niekoniecznie lubią i czasami słusznie narzekają na hermetyczność rozważań naukowych, powinni wyciągnąć z tej lektury wiele radości i satysfakcji. Może ją czytać właściwie każdy pod jednym warunkiem: że kocha Sienkiewicza. A kto w Polsce nie kochał Sienkiewicza? Nie dziś, to kiedyś. Kto się z nim nie zapoznał? Kotowicki uczony, badacz, dziś rektor Uniwersytetu Śląskiego, proponuje nam lekturę zupełnie inną. Oczywiście taką lekturę, która będzie biegła w poprzek tekstów Sienkiewicza, będzie z nich wydobywała elementy niezwykłe, nowe, nieoczekiwane, a przede wszystkim zwróci uwagę na to, co bardzo długo w naszej kulturze było wypierane – na tytułowe ciała.
Bo wbrew temu, co się często mówi, Sienkiewicz był bardzo zmysłowy i nasz badacz, wybitny i absolutny znawca Sienkiewicza, zwraca na to uwagę. Czasami, jak w tytule jednego z rozdziałów, nieco przewrotnie pytając: czy Sarmatki mają ciała? A następny rozdział nosi tytuł zaczerpnięty z Zagłoby: „Trzeba świat zaludniać”. A więc w tym świecie jest wiele zmysłów. To świat zmysłowy, świat cielesny. Najbardziej rubaszną, najbardziej niezwykłą postacią jest oczywiście Zagłoba, któremu poświęcono już wiele miejsca w literaturze polskiej, badawczej. Nie tylko u samego Sienkiewicza, ale mamy też przykłady postaci, które na Zagłobie były fundowane, jak na przykład Onufry Zec z „Muzy dalekich podróży” czy pan Krzesz z sagi Anny Brzezińskiej. Ale Koziołek skupia się oczywiście na naszym bohaterze i próbuje nam pokazać, kim on naprawdę jest, na ile w gruncie rzeczy jest opowiadaczem, a na ile przełamuje schematy literatury przygodowej, ale i też myślenia o Polsce. Jeżeli zwrócimy uwagę i zaczniemy uważnie czytać „Ogniem i mieczem”, a do takiej lektury bez wątpienia namawia nas Koziołek, to zauważymy, o czym sam zapomniałem, że w pewnym momencie, na samym początku Zagłoba zastanawia się, czy nie przyłączyć się do Bohuna, czy nie stanąć po stronie Kozaków. I oczywiście pada w tym momencie fundamentalne pytanie: dlaczego?
A jeżeli przypomnimy sobie, co oczywiście nasz badacz również przypomina, że w pewnym momencie Zagłoba tak bardzo wtopił się w rolę lirnika, tego dziada ukraińskiego, że gdyby nie interwencja Skrzetuskiego, który na szczęście go rozpoznał, mógł zginąć, bo był wśród Kozaków. Przypominam, że w ramach tej misji – była to przecież misja ratowania Heleny, którą zresztą przerobił na chłopca, obcinając włosy. Obcięcie włosów, o czym przypomina badacz, to oczywiście również bardzo niezwykła i bardzo trudna dla kobiety w tamtych czasach sytuacja. Ona zresztą bardzo ten moment przeżywa, ponieważ włosy obcinano w dniu ślubu, a ona miała się przerodzić w chłopca, bo dzięki temu miała szansę uratować życie i cnotę, rzecz jasna. Jak więc państwo widzicie, od razu postawiłem państwa w centrum tego labiryntu. Tutaj ewidentnie postacią, która jest najważniejsza, która organizuje świat i przewraca go, jest właśnie Zagłoba. Zagłoba, o którym Ryszard Koziołek mówi, że jest kontropowiadaczem. Bo to on pyta Skrzetuskiego, entuzjazmującego się walką na przedpolach obozu: „Czy ty wiesz, co tu się dzieje? Skąd ta frajda z przemocy?”. Oczywiście przemocy jest poświęcony osobny rozdział tej książki, ale o tym za chwilę.
To Zagłoba, kłamca, gdy trzeba, który potrafi wierzyć we własne kłamstwa i aktorze zaczyna opowiadać od pewnego momentu nie tylko Rochowi Kowalskiemu, że jest jego wujem. Ale on zaczyna w to naprawdę wierzyć. I z drugiej strony on wypowiadający zdania, które kompletnie nie pasują do podniosłości wojny, do tej radości, którą ta wojna sprawia tak naprawdę Kmicicowi, Skrzetuskiemu, Wołodyjowskiemu, z którym tworzą przecież parę przez całą trylogię. Ale to w ostateczności kto się zaopiekuje? Kto opiekuje się Heleną? Kto zaopiekuje się Basią, gdy zabraknie Michała? Zwróćcie państwo uwagę. To postać uwielbiana przez wszystkich, bo się z niej zwykle śmiejemy, bo jest takim elementem rozrywkowym w tej opowieści. A katowicki badacz mówi: „Nie, to nie takie proste. To o wiele bardziej złożone”.
Jak bardzo? A to już musicie państwo oczywiście przeczytać sami. Ja tylko podpowiadam, na czym to polega. Na czym polega gra, którą w gruncie rzeczy uprawia z nami Sienkiewicz. I podobnie jest z przemocą. Sienkiewicz przemocą epatuje. Jest ona momentami wręcz zmysłowa, gdy na przykład naga Ligia zostaje przywiązana do rogów byka. Wszystko się łączy. Oczywiście Winicjusz wyskoczy i przykryje ją swoją tuniką czy swoim płaszczem, okryje jej nagie ciało, ale ta przemoc jest wręcz porażająca. Unika tego nawet Hoffmann.
Nie jest w stanie oddać scen wybijania oczu Azji czy takiego pełnego, prawdziwego nabijania go na pal. Bo wojna cieszy zmysły. Właśnie zmysły. I Ryszard Koziołek nie unika mówienia o tym, tylko pokazuje też odwrotną stronę tej przemocy. Pokazuje, jak ona tak naprawdę działa i czemu ma służyć. Oczywiście, jak państwo widzicie, te sprawy nie są proste. Koziołek używa do swoich analiz sienkiewiczowskiej prozy całej, chyba z pominięciem, co trochę zdumiewające, ale najmniej chyba w tej książce przeczytamy o „Krzyżakach”. Używa na przykład psychoanalizy, gdy pokazuje brak ojca. Bo zwróćcie państwo uwagę. Sam na to nie zwróciłem uwagi, a jako zawodowy literaturoznawca, który kiedyś polonistykę jednak kończył, Sienkiewicza czytałem całego.
Prawie wszyscy bohaterowie, i to nie tylko wielkich próz, ale również opowiadań czy nowel Sienkiewicza, właściwie najczęściej pozbawieni są ojców. Bohaterki zresztą też. Przecież Helena jest sierotą. Oleńka ma dziada, który zastępuje ojca, aczkolwiek w toku powieści już też nie żyje. Przedziwne ofiarowanie wnuczki panu Kmicicowi. Kmicic sam też nie ma ojca, nie ma ojcowizny, którą stracił gdzieś na Ukrainie. I tak właściwie dzieje się z wieloma bohaterami. Janko Muzykant też nie ma ojca. Na co, analizując w szkole podstawowej tą nowelę, nie zwracamy uwagi, ale tam nigdzie nie pojawia się ojciec. To nie jest przypadek.
Jasne, możemy powiedzieć, że wiele z tych symbolicznych kreacji jest po to, żeby Sienkiewicz, o czym mówi oczywiście badacz, mógł nam zasugerować, że chodzi tutaj o coś głębszego, prawda? O to, że wtedy wielu młodych mężczyzn i wielu ludzi nie ma. Zwłaszcza z grupy Sienkiewicza, czyli z grupy szlacheckiej. Nie ma ojców, bo ci zostali zesłani lub zginęli w powstaniach, zwłaszcza tym styczniowym, które jest bliższe Sienkiewiczowi, czy też później zostali zesłani. A więc naprawdę wychowało się pokolenie bez ojców w dużej mierze. Na to zwraca uwagę nasz badacz, ale oczywiście doszukuje się też innych konsekwencji takiej postawy. Macie państwo w tej książce również bardzo wiele indywidualnych, krótkich analiz. Zakończenie książki to wyśmienite studium Stasia Tarkowskiego. Próba wywikłania go z ostatnio bardzo modnej w mediach, zwłaszcza społecznościowych, dyskusji o tym, czy „W pustyni i w puszczy” to powieść postkolonialna, czy nie. Ryszard Koziołek mówi: „Nie, to zupełnie nie o to chodzi”.
Nie w tym rzecz. Nie w tym tkwi problem Stasia Tarkowskiego czy w ogóle całej powieści. Bo trzeba wywikłać. Trzeba uchwycić moment dziejowy. Trzeba wreszcie usytuować samego Sienkiewicza na tle ówczesnej literatury. Temu służy cała książka, by w zakończeniu móc wyjaśnić, jaka jest naprawdę sytuacja Stasia. I nie chodzi o to, żebyśmy za każdym razem zgadzali się z Ryszardem Koziołkiem. Naprawdę nie. Ryszard Koziołek proponuje nieortodoksyjne odczytanie Sienkiewicza, często idące wbrew powszechnym mniemaniom, opiniom. Przede wszystkim wbrew temu, czego uczą nas w szkole.
Ale on uczy nas uważnej lektury, więc jeżeli chcemy się z nim kłócić A nie wątpię, że pod wpływem przeczytania tej lektury wielu miłośników tej prozy będzie wybrzydzać. Trzeba bardzo precyzyjnie, bardzo uważnie przeczytać Sienkiewicza na nowo. Proszę państwa, już chyba zaczynacie rozumieć, dlaczego tę książkę wybrałem jako wejście do mojego książkowego labiryntu, do którego państwa zapraszam. Pojawia się w niej to, co będzie mi towarzyszyło przez wszystkie nasze spotkania. Uważna lektura zarówno klasyków, jak i tekstów znacznie mniej klasycznych. Czasami będzie to oczywiście lektura bardzo krytyczna, ale przede wszystkim czytajmy i nie bójmy się mówić o tym, że czytamy uważnie, bez pośpiechu. Brońmy się przed wyłącznie radością z lektury. To nie znaczy, że lektura nas nie cieszy. W wielu miejscach widać, jak czytanie Sienkiewicza sprawia frajdę badaczowi. Tak, zwykłą frajdę, taką zmysłową przyjemność.
Ale nie na tym powinno się wyczerpywać nasze obcowanie z literaturą. I ja właśnie do takiego odczytywania będę państwa namawiał. Dziękuję bardzo. Do widzenia.
[01:21:45] - Myślę, że było warto posłuchać Mirka. On naprawdę wie, o czym mówi. A jak sobie państwo pomyślicie, że przed państwem jeszcze ponad 50 odcinków omówień książek, które są naprawdę wnikliwe, a czasami złośliwe, a czasami takie, że człowiek mówi sobie: „Wow, muszę tę książkę zdobyć. Koniecznie, natychmiast. Dalej do internetu. Kupujmy ją szybko, najlepiej przepłaćmy”. Zdarzyło mi się coś takiego. Wiem, co mówię. Mirek Gołuński bez użycia siły fizycznej zmusił mnie do sięgnięcia kilku książek, po które nie miałem zamiaru sięgać. Siła w nim była po prostu ogromna.
Za tydzień kolejny odcinek, a my teraz troszeczkę zmieniamy temat. Pamiętacie państwo jedną z ostatnich audycji, jak to brzmi, „Starego Bibliotekarium”? Tego poprzedniego „Bibliotekarium”. Tam gościem był jeden z twórców fanzinu „Widok z Wysokiego Zamku” i wówczas zadał bardzo ważne pytanie. Grzegorz Kozubski zapytał: „Właściwie po co się pisze fantastykę?”. Oczywiście to było bardziej rozbudowane, ale to pytanie z pozoru naiwne, proste, zainteresowało mnie, muszę powiedzieć, bo to jest tak jak z czasem. Często powtarzam tę znaną maksymę: „Czym jest czas? Kiedy nikt mnie nie pyta, wiem. Kiedy zapyta, nie wiem”. To święty Augustyn.
Ale podobnie jest z tą fantastyką. W ogóle z różnymi zagadnieniami bywa podobnie. Niby wiemy, ale jak przyjdzie co do czego, to niestety. Wziąłem sobie do serca to pytanie i przepytuję ludzi. Nachalnie przepytuję ludzi, proszę państwa. Dzisiaj na ten temat powie nam Tadeusz Meszko. Tadeusza Myszko znacie państwo. Kilka razy był gościem „Starego Bibliotekarium”. To jest autor, który pisze już całkiem dużo lat. Rocznik 1957.
Co ciekawe, był uczniem krawca astronoma Adama Giedrysa. Jeżeli państwo kojarzycie, taki był nawet film „Planeta krawiec”. To na podstawie autentycznych wydarzeń. Rzeczywiście był taki człowiek. Tak jak powiedziałem, nazywał się Adam Giedrys i w małym Szczecinku stworzył obserwatorium astronomiczne. To do niego przyjeżdżali możni tego świata. Ale nie ci od teorii spiskowych, tylko ci, którzy zajmowali się astronomią, astronautyką. Do małego Szczecinka prosto ze Stanów Zjednoczonych przybyła z obstawą taką, jakby wieźli złoto, skała księżycowa. Tak, w małym Szczecinku była skała księżycowa. Chyba to było pierwsze miejsce w Polsce, w którym ona była.
Ale Adam Giedrys to był ktoś. Pod jego skrzydłami wychował się Tadeusz Meszko. Interesuje się astronomią do dzisiaj. Do dzisiaj czytuje i pisuje fantastykę, ale wcześniej uczęszczał do Szkoły Filmowej imienia Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. W 1984 roku zadebiutował Znowu ciekawa historia. Jednocześnie w dwóch pismach, a mianowicie takie opowiadanie „Mózg pełen myśli” w miesięczniku Opole, bo tam wtedy mieszkał, a równolegle, tak jak powiedziałem, w Przeglądzie Technicznym „Proszę pana, panie generale” drugie opowiadanie. Później jeszcze odnotował spory sukces, bo w drugim konkursie fantastyki jego opowiadanie „Pożeracz szarości” wyróżnione było w tym drugim konkursie fantastyki. I nadało tytuł całemu zbiorowi opowiadań, który był plonem tego konkursu. A samo opowiadanie wcześniej też było publikowane w Fantastyce chyba w styczniu 1987 roku. Od tamtego czasu Tadeusz Mleczko wydał sporo różnych książek: „Tryptyk bez kolorów”, „JHWCH”.
Taka dylogia, o której kiedyś wspominaliśmy, 2012 „Gniew ojca. Dzieci słońca” i „Gniew ojca. Dzieci Boga”. To te dwa tomy. Ale poza tym byli jeszcze „Śmieciowi ludzie”, „Winda do nieba”, „Sens życia według upadłego anioła”, „Świamać”. Ale Tadeusza ciągnie również do popularyzowania nauki. Tak się pojawiły książki takie jak „Matryca duszy”, „Klucz do DNA”, „10 przykazań genów”, „Jak żyć w zgodzie z genami? Genetyczna matryca duszy” to taka wariacja na temat tego tytułu, który wymieniłem wcześniej. A dzisiaj Tadeusz opowie państwu, jak mu się wydaje, jak uważa, dlaczego ludzie pisują fantastykę naukową.
[01:27:46] - Jak dla mnie chęć pisania science fiction wynika z dwóch przesłanek. Pierwsza to chęć przekazania swoich fascynacji technologicznych, kosmologicznych, ale nie w naukowej, a literackiej formie. Tutaj odnajdujemy całą twardą science fiction. Niezwykłe wynalazki, rakiety, roboty, sztuczna inteligencja to podstawa. Ale także poszukiwanie odpowiedzi, czym jest wszechświat, jaki był początek, a jaki będzie jego koniec. Czarne dziury, tunele czasoprzestrzenne oraz oczywiście łamanie lub przynajmniej ignorowanie praw fizyki. Druga przesłanka to chęć skonfrontowania tego nowego lub całkowicie innego świata z moralnymi wątpliwościami, socjologicznymi zmianami, psychologicznymi wątpliwościami, politycznymi wyborami. W tym przypadku mamy pogłębione spojrzenie na problemy przywołane wymyślaniem nowych technologii oraz skutków łamania praw fizyki. Ale trzeba zauważyć, że te dwie przesłanki już u zarania science fiction, bo nie fantastyki, były obecne. To nie tak, że najpierw była fascynacja, dopiero później obawy.
Pozycje będące podwalinami science fiction od jej początku posiadały to pogłębione spojrzenie. Problem z popularnością science fiction jest taki, że jeżeli nie masz w sobie genu podróżnika, wynalazcy, filozofa, to nie znajdziesz tutaj nic ciekawego dla siebie ani w warstwie fabularnej, ani literackiej. Dlatego science fiction zawsze była, jest i będzie twórczością niszową, statystycznie chętniej czytaną przez ludzi młodych, raczej chłopaków niż dziewczyny. Przynajmniej tak było w ubiegłym wieku. Nie wiem, jak to jest teraz. Jednak jest i trzecia przesłanka do tworzenia science fiction. Taka zwykła, a właściwie niezwykła. Wewnętrzna presja opowiadania ciekawych historii. W przypadku gawędziarzy zwana mówieniem tego, co ślina na język przyniesie. Obojętnie, w jakim anturażu, byleby coś się działo.
Najlepiej według schematu, nie powiedzieć sztampy. Tutaj znajdziemy sporo wcześniej wymienionej science fiction, jak również space oper czy fantasy ubranej w szaty rycerskie czy mundury. Bo czy bohater trzyma w łuczniu miecz ze stali damasceńskiej, czy miecz świetlny, nie ma żadnego znaczenia. Nie będę zbytnio narzekał na science fiction, gdyż bez względu na to, jaki by nie był powód podjęcia się pracy, nie przynależność gatunkowa, a wartość literacka powinna być wyznacznikiem oceny dzieła. Tylko że tak najczęściej nie jest. Liczy się pomysł, bogactwo, poniewieragodność zmiksowanego świata. No i walka. Cios za cios, wet za wet. Walka obficie skropiona nie tylko krwią, ale i spermą. Koniec.
[01:30:57] - Tyle Tadeusz. Czy się państwo z tym zgadzacie? Nie wiem. Ja odnalazłem kilka ciekawych myśli. Kilka myśli, które pozwoliłem sobie ukraść do swojej głowy prosto. Z kilkoma bym polemizował, ale to nie po to powstaje ten cykl, żeby z nim polemizować, tylko po to, żeby poznać, co inni ludzie myślą. Postaram się ten cykl kontynuować, żebyście państwo poznali to zagadnienie z różnych stron. Czyli kolejny odcinek przed nami. Nie obiecuję, że już następny Bibliotekarium, ale kiedyś będzie na pewno. Postaram się, żeby niedługo.
A teraz wiecie państwo, trzeba od czasu do czasu, jak to mawiają moi koledzy, odchamić się, więc ja się będę, proszę państwa, odchamiał. Jak u państwa to nie wiem. W każdym bądź razie czas na Bruno Kadynę i opowiadanie Projekcję zawiści. To taki mały cykl, który postanowiliśmy uruchomić razem z Brunem w ramach Bibliotekarium 2.0. Pojawi się taki cykl, który ma tytuł, podtytuł, tytuł wykładu: Opowiadania czytane w krzakach. No cóż, ja państwu będę wiele mówił. Znacie państwo Bruno Kadynę z kilku wręcz żywiołowych czy rewolwerowych tekstów, które się ukazywały w ABW. Poznajcie państwo Bruno jeszcze bardziej. W takim razie opowiadanie „Projekcje zawiści”. Zapraszam.
[01:32:43] - Bruno Kadyna. Opowiadania czytane w krzakach.
[01:32:50] - „Projekcje zawiści”. Przebiegł przez ulicę. Kiedy wchodził do baru, kobiety siedzące przy stolikach na zewnątrz, mimo że miały towarzyszy, spojrzały na niego kokieteryjnie. W środku jedna pani na jego widok odgarnęła włosy za ucho i poprawiła się na krześle jak przed rozmową o pracę. Czekała, aż na nią spojrzy, żeby móc uśmiechnąć się zalotnie. Ale on miał to gdzieś. Chciał tylko odebrać zamówienie i pojechać do parku zjeść. Był piękny, ciepły dzień. Usiadł na ławce pod drzewem i spojrzał w górę. Tutaj niepodzielnie rządziły gołębie.
„Niech tylko któryś spróbuje” — pomyślał. Odkręcił zimną colę zero, postawił przed sobą na ziemi i zabrał się za jedzenie. Młoda, ładna mamuśka na ławce naprzeciwko zerkała na niego spod rzęs. Może to jakiś celebryta? Na pewno ktoś ciekawy i bogaty, skoro tak dobrze wyglądam. Żarł łapczywie, czując, że go obserwuje. Wiedział, że jest uznawany za przystojnego, choć sam tego nie widział. Twarz jak twarz. Potrafił powiedzieć, czy kobieta jest ładna, ale facetów, łącznie z sobą, nie był w stanie ocenić w takich kategoriach. Po jaką cholerę zresztą?
Uważał, że każdy jest wart tyle samo. Co za różnica, jaką ma powłokę? Jego przecież skrywała przeciętną osobę. Zjadł, wyrzucił opakowanie do kosza i zerknął na mamuśkę. Przestała się nim interesować, kiedy zobaczyła, jak wpieprza. Uśmiechnął się i poszedł w stronę morza. Czas na lody. W lodziarni obsługiwała pani przy kości, na oko niewiele młodsza od niego. „Dzień dobry” — uśmiechnął się do niej. „Dzień dobry” — odpowiedziała i odwróciła wzrok.
— „Co podać?” — rzuciła, patrząc na półki pod ladą. Żałowała, że tu wlazła. „Poproszę trzy gałki”. Chwyciła gałkownicę i czekała oparta o blat jak sprzedawczyni w mięsnym z czasów PRL-u. Nie cierpiała klientów, którzy mogli wsuwać tyle lodów, ile dusza zapragnie, a i tak wyglądali jak hollywoodzcy aktorzy. Jak ten tu gwiazdor. Ja pierdzielę, ile tego jest? Taki był na żarty, że ciężko mu było się zdecydować. „Już pan wie, co pan chce?” „No właśnie nie, przepraszam. Nie wiem, co wybrać.
Jednak będą dwie gałki. Nie udźwignę trzech. No kurde, może klasycznie czekolada i wanilia?” „Może szybciej?” To nie był żartobliwy ton. Spojrzał na nią. „Ile się można zastanawiać?” — dodała. „Przecież nie ma nikogo za mną. Śpieszy się pani gdzieś?” „Rano przed lustrem też pan jest taki niezdecydowany, którym kremem buźkę nasmarować?” „Co pani zwariowała? Dlaczego pani jest niemiła?” „Ja? To nie ja zachowuję się jak książę przy wyborze lodów i stroję fochy, kiedy ktoś zwróci uwagę.” Nie będzie sobie myślał, że może tu gwiazdorzyć. Nie przy niej.
Normalnie odwróciłby się i wyszedł bez słowa, ale nie tym razem. Domyślił się, o co chodzi. Co za głupia baba. Jakby tu stał ktoś grubszy jak pani, byłaby pani miła, prawda? Byłoby jak trzeba. „Jak pan śmie?” — zapowietrzyła się. „Jak można przez własne kompleksy tak traktować innych?” „Kompleksy? Pan jest śmieszny.” „Można być uprzejmym dla każdego, niezależnie jak wygląda i co o sobie myśli. Nie wiedziała pani o tym?” Odwrócił się i wyszedł. Grubaska stała z rozdziawioną japą, nienawidząc takich ludzi jeszcze bardziej, bo pan ładny na dodatek uważał się za mądrzejszego od innych.
Jeszcze żebym ją podrywał czy coś i pomyślała, że sobie z niej żartuję. Myślał kiedyś, że dla większości wygląd nie jest tak ważny, przynajmniej nie w codziennych kontaktach. Ale się mylił. Popieprzony świat. Najgorsi są ludzie sami uznający siebie za brzydali. W ogromnej mierze budują podziały, karmią własne kompleksy, żywiąc wrogość do ludzi kategoryzowanych jako ładniejszych, z góry traktując niesprawiedliwie. Im bardziej zakompleksiony człowiek, tym dla kogoś, jego zdaniem wyglądającego lepiej, złośliwszy i bardziej gmurowaty. Jestem zwykłym typem. Szedł w kierunku samochodu i patrzył na przechodniów. Głupi ludzie.
O ile niewiele znaczące kontakty mógł olać, to kiedy miał cokolwiek załatwić u takiej zakompleksionej osoby, przez jej skupienie na wyglądzie stawało się to niemożliwe, a przynajmniej nieprzyjemne. A dla niego rozmowy z obcymi już same w sobie były wyzwaniem. Zawsze mu się wydawało, że brzydsze osoby są mądrzejsze, bo mają więcej oleju w głowach i ciekawsze zainteresowania od pustych, wypacykowanych pięknisiów skupionych na wyglądzie. Nic bardziej mylnego. Przekonał się o tym, kiedy pragnął związku i szukał kogoś o pięknym wnętrzu. Czasami żałował, że nie miał innej gęby. Z tą fryzurą już wyglądał jak frędzel, ale to widać za mało. Chodziło mu nawet po głowie, żeby olać ćwiczenia i utuczyć się jak wieprz. Ale nie czuł się dobrze z tym, że miałby przestać być sobą, żeby kogoś zadowolić.
[01:38:10] - Chociaż może święty spokój był tego wart? O ja! Przewrócił oczami, bo przypomniał sobie, że miał iść wieczorem do Zagórskich. Ze znajomymi nie było lepiej. Podświadomie chcieli jego towarzystwa, bo dobry z niego chłop. Ale kiedy tylko się pojawiał, kobiety zaczynały się do niego wdzięczyć, a z facetów wychodziła zawiść. Po części z powodu swoich kobiet, bo nie zawsze potrafiły ukryć koketerii, ale głównie przez jego wygląd i sposób bycia. Natalia Zagórska wpatrywała się w niego jak w pączka do kawy, a Michał udawał kolegę. Po co oni mnie zapraszają? On ich lubił, ale po jaką cholerę oni się męczyli?
Jakiś masochizm? Bardziej Michał się męczył, bo Natalia wyglądała na zadowoloną i to pewnie jej zasługą były zaproszenia. Brakowało tylko, żeby zaczęła go smyrać pod stołem girą po kroczu. Zatrzymał się. Mogłem być milszy. Z tego nic dobrego nie będzie. Pomyślał o sprzedawczyni lodów. Zerknął na zegarek. Do spotkania sporo czasu. Może tam wrócić?
Pomyślał o lodziarni. Nie wiedział, jak miałby zareagować, żeby ta kobieta potraktowała go sprawiedliwie. Mogę spróbować. Może się pomyliłem i miała zły dzień albo okres i wcale nie chodziło o mnie. Piękniś zasrany. Nie chodziło też do końca o nią. Chciał poczuć się lepiej. Kontakty z obcymi były wyzwaniem, a po tym wydarzeniu mógłby znowu się jakoś zblokować. Cieszył się, że z wiekiem nauczył się szydzić z własnej nieśmiałości jak z głupiej siostry. Nie chciał tego stracić.
Poszukał kwiaciarni, kupił bukiecik i wrócił do lodziarni. Poczekał, aż wyjdą klienci i wszedł. Kobieta zmarszczyła się na jego widok. Zależało mu, żeby mieć jak najpoczciwszy wyraz twarzy, ale musiałby sobie chyba ten ryj, niczym wyrzeźbiony przez artystę wysmarować błotem. Chciałbym panią przeprosić. Brzydko się zachowałem. To dla pani. Wyciągnął ramię, żeby podać kwiaty, ale kobieta ani drgnęła. Milczała chwilę, po czym wyraźnie zadarła nos. Zaświstała z obrazą, myśląc, że pewnie zrobił to, bo nie mógł znieść, że ktoś może myśleć o nim źle.
Nawet obcy. Jak księżniczka z bajki. Położę tutaj. Nie znam pani i nie oceniam po wyglądzie, ale na pewno jest pani ciekawą i wartościową osobą. Trzeba tylko odrzucić syf i to odsłonić. Kwiaty spoczęły na ladzie, a on wyszedł. Liczył na jakąś rozmowę, w której pokazałby, że jest taki sam jak ona. Ale jak to mówią nie zesrasz się. Ech, zapomnieć. Nawet jeśli niczego nie zmienił w tej pani, czuł się lepiej.
Nie miał ochoty iść do Zagórskich, szczególnie po wiadomości od Michała, z której dowiedział się, że mieli być jeszcze Dużyńscy. Ci mnie dopiero nie lubią. Korciło go, żeby odwołać wizytę, ale wtedy Michał powiedziałby Dużyńskim, że to przez nich go nie będzie i gigant obraza gotowa. Pójdę. Najwyżej szybko się zawinę. Żadnego ze swoich nielicznych znajomych nie mógł nazwać przyjacielem i do niedawna bardzo go to męczyło. Nawet nie zauważył, kiedy przestało, a samotność stała się bezpieczną strefą komfortu. Mył zęby i patrzył w lustro. A idź pan z tym ryjem. Chciałby, żeby inni widzieli to, co on.
Po wyjściu z domu wpadł na pomysł. Powinna być jeszcze otwarta. Była. Drzwi kwiaciarni trąciły dzwoneczek u góry. Ciekawe co powie, pomyślał o Patrycji Dużyńskiej, wybierając bukiecik. Nie lubiła go, bo przyznał kiedyś, że jest gruba. Nie ze złośliwości, ale w durnej rozmowie po alkoholu, którą sama wywołała z wyraźnym oczekiwaniem, żeby zaprzeczył, że nie ważyła sto kilo. A przecież ważyła. Poproszę dwa takie. Jak można oczekiwać kłamstwa, zamiast zacząć się odchudzać albo chociaż przestać żreć jak świnia?
Jeśli wygląd był tak ważny i nie sposób skupić się na wnętrzu albo milionie innych ciekawych rzeczach. A jak się wkurzy? Pomyślał o jej mężu. Trudno. Dziękuję pięknie. Zapłacił i wyszedł. Łukaszku mój drogi — zawołał Michał po otwarciu drzwi. Czego się drzesz na całą klatkę? Łukasz wręczył bukiet. A nie, to dla ciebie.
Zamienił rękę na tę z butelką. Co ty z kwiatami? Dla dziewczyn. Pati też już jest? Jest. Dziwny jesteś. Najprawdopodobniej. Bo kupiłem kwiaty? Kto kupuje kwiaty? A co jest w regulaminie, że nie wolno?
Wszedł do salonu. Reszta siedziała przy prostokątnym stole. Po lewej Natalia, po prawej Dużyńscy. Zamilkli, kiedy go zobaczyli. Jak zza zasłony wyskoczyły sprzeczne uczucia, w których przeważały te niezbyt dobre, bo wkroczył do pokoju wyprostowany pewnym krokiem jak jakiś książę. Zamiast normalnie nieśmiało ukłonić się każdemu, a najlepiej paść do stóp. Bo skoro miał twarz jak grecki bóg, powinien na każdym kroku wyraźnie pokazywać, że nie uważał się za lepszego od nich. A on na dodatek cieszył japę. Na pewno szydził, że daleko im do niego, że jest wysoko ponad nimi. Chyba mogłem odmówić.
Cześć — powiedział. Proszę dziewczyny. Podał kwiaty. Sławkowi uścisnął rękę. Ojej, dziękuję — powiedziała w końcu Natalia. Patrycja czekała na jej reakcję, bo sama najchętniej rzuciłaby ten wiecheć za siebie. Przecież te kwiaty to jawna kpina, naśmiewanie się w twarz. Dziękuję — powtórzyła, odkładając bukiet mężowi pod nos. A z jakiej to okazji? — zapytała gospodyni.
Tak po prostu. Lubicie kwiaty, dziewczyny? Może jednak będzie miło. Sławek patrzył na bukiet żony, a jego twarz zaczęła odbijać projekcję powstającą w głowie. Ale się skrzywił. Zaraz dostanie sraczki. Łukasz usiadł na przygotowanym dla niego miejscu na czele stołu. Patrzył, jaki reset w dzbankach zrobiły im te kwiaty i żałował, że je kupił. „Whisky?” — zapytał go Michał. „Poproszę”.
„Chcesz namówić żony?” — zażartował gospodarz, nalewając. „Pokazać, że jest taki świetny” — powiedział Sławek, patrząc na Michała. Oczywiście żartem. I po co to? „Mam nadzieję, że nie czujesz się gorszy” — zapytał Łukasz. „A w życiu. Ale ty na pewno czujesz się lepszy”. „Musiał podbudować swoje ego” — dodał Michał. Uśmiechy już ledwie im się trzymały na gębach, jakby odklejały się rozmoczone etykiety i odkrywały prawdziwe wyrazy twarzy. „A może jest tak, jak powiedziałem?” — zapytał Łukasz.
„Co, nie uważasz tak?” — Sławek ciągnął swoje żałośnie udawanym, żartobliwym tonem. — „Ta siłownia, uśmieszek i cwaniackie zachowanie na każdym kroku. Co, nie jest tak, że czujesz się lepszy od nas?” „Tylko w twojej głowie. Nikt ci nie broni chodzić na siłownię i na brak pewności siebie. Robić to, na co masz ochotę” — powiedział Łukasz. „Nie życzysz mi za dobrze, co?” Niepotrzebnie tu przyszedłem. Wiedział, że tak będzie. Znowu się łudziłeś, że będzie fajnie. Głupi naiwniaku. Sławek milczał.
Wrzało w nim, bo ten wyniosły typ drwił z niego tymi swoimi lekko wypowiadanymi słowami. I co to za pytanie wpędzające w poczucie winy? Też stawiało go na wyższej pozycji. A najbardziej wkurzało, że żaden złośliwy grymas nie szpecił jego pięknej buźki. Ach, gdyby tylko coś mu ją przytrąciło. Jakiś paraliż po wylewie albo wypadek. Reszta też milczała, jakby unieruchomiła ich gęsta jak smoła atmosfera. „Zazdrość zamienia się w zawiść, a ta jest formą nienawiści i życzy jedynie zła” — dodał Łukasz. „Zazdrość? Chyba śnisz.
Jesteś wyniosły i tyle” — wybuchł Sławek. I to by było na tyle. „Ej, chłopaki, to miał być miły wieczór. Po co te gadki?” — do rozmowy wtrąciła się Natalia. Łukasz wstał i dosunął po sobie krzesło do stołu. A idź pan z tym ryjem. „Stary, gdzie idziesz?” — zapytał Michał. Durne pytanie. „Dziękuję za zaproszenie. Życzę udanego wieczoru” — powiedział Łukasz do gospodarzy.
Cisza kompletna. Nie sądziłem, że aż tak szybko się zawinę. Do przedpokoju odprowadził go odgłos własnych kroków. Po chwili przyszła za nim gospodyni. Chciałaby, żeby został. „Przepraszam cię. Szkoda, że tak wyszło” — powiedziała cicho. — „Zostań, proszę”. Od razu wyczuł w tonie jej głosu coś jeszcze. A kiedy założył buty i się wyprostował, stanęła przed nim o wiele bliżej, niż życzyłby sobie tego jej mąż.
„Uważam, że świetny z ciebie facet”. Dotknęła jego piersi. „Gdybyś chciał się spotkać na kawę i pogadać o tym, co się tu stało, daj znać” — wyszeptała. I stopą pod stołem poszukać krocza. Uśmiechnął się i wyszedł. Kiedy zamknął za sobą drzwi, poczuł stratę, bo uświadomił sobie, że to ostatni znajomi, którzy go zapraszali. Srać na takich znajomych. Nie powinno być mi smutno. Ale było. Natalia zadzwoniła na drugi dzień po południu, jakby wiedziała, że jeszcze nie jadł i był zmiękczony alkoholem.
„Wczorajsza kolacja się nie udała. Bardzo mi przykro z tego powodu” — powiedziała. „Nic nie szkodzi”. „Kwiaty były piękne”. „Cieszę się, że ci się podobały”. „Zrobiłam dla ciebie kurczaka, żebyś miał coś dobrego na dzisiaj. Mam nadzieję, że jeszcze nie jadłeś”. „Właśnie miałem sobie coś zrobić”. Wyobraził sobie chrupiącą skórkę i gorące, odchodzące mięsko od kości. „Mogę ci podrzucić.
Jestem niedaleko”. Był pewien, że przygryzła wargę z nadzieją, że się zgodzi. Do jego głowy wepchnęła się wizja stopy pod stołem. Tym razem wydawała się przyjemna. Ładne ma stopy i parę innych części ciała. „Skoro niedaleko, to zapraszam”. Głupek. „Jestem za parę minut”. Kilkanaście minut później jadł kurczaka, czując na sobie jej wzrok. Czuł woń kobiecych perfum pośród zapachu dania.
Siedziała z drugiej strony stołu i podpierała brodę ręką, obserwując go uważnie. Po jedzeniu usiadł w fotelu, założył nogę na nogę. Szklanka whisky wróciła do dłoni. Natalia została przy stole, podekscytowana swoją obecnością tutaj, o której nikt nie mógł się dowiedzieć. Potwornie peszył ją wzrokiem. Badał bez krępacji smukłą szyję i głęboki dekolt. Krótka sukienka odsłaniała uda. Paznokcie ładnych stóp zdobił czerwony lakier. Wyglądała jak gotowa do startu. Do niego albo do drzwi.
Jesteś pijany i słaby, pamiętaj. Brudne gry dla dorosłych ekscytowały jak mało co. Leniwy jazz w tle nie pomagał nad sobą panować. Podświadomość głodna kobiety popychała do czynu od chwili, gdy odebrał od niej telefon. Oboje mieli wrażenie, jakby w ogóle się nie znali i dopiero mieli poznać. W sumie tak właśnie było. „Michał wie, że u mnie jesteś?” „Umówił się z chłopakami na pokera”. „Fajnie”. Kojarzył, z którymi. Nigdy go nie zaprosili, ale był tam z nimi często na ich językach.
„A ty pomyślałaś o mnie?” „Szkoda, że tak wyszło wczoraj. Chciałam się zrewanżować. Nie wiem, dlaczego oni się tak zachowali”. Wiedziała, bo po jego wyjściu wyrzygali na stół całą ropę zalegającą w trzewiach, co niczego dobrego nie dało, bo szybko zaczęła się zbierać na nowo. „Nieważne już” — powiedział. „Mam nadzieję, że przyjdziesz jeszcze do nas”. Jak ona sobie to wyobraża? „Po moim wyjściu nie mówili o mnie niczego dobrego, co?” Zawahała się. „Powiedz, przecież wiem”. „No nie mówili”.
„Więc jak miałbym was jeszcze odwiedzić?” Nie wiedziała, jak odpowiedzieć. „My też widzimy się pewnie ostatni raz” — dodał. Typ odstępny. Zaskoczona otworzyła szerzej oczy i wyprostowała się na krześle. Nie pomyślała o tym. Po co ruszać tę babę? Pełno jest innych. Jak dla niego twarz miała przeciętną. Wąskie usta, szeroka szczęka, duży nos. Podtrzymywał okulary.
Ale to ciało! „Mam nadzieję, że to nieprawda” — powiedziała. „Obawiam się, że prawda”. Wstał, zrobił głośniej muzykę i wyciągnął dłoń. „Zatańczymy na pożegnanie?” Cwaniacki uśmiech. Wiedział, że ją zachęci. I po co to robisz, bubku? Niemal czuł woń jej podniecenia. Pchała do działania silniej niż alkohol. Roześmiała się, podała dłoń i wstała.
Przylgnęła do niego, a on nabrał pełne płuca jej zapachu. Ach, kobieta. Nie tańczyli długo, kiedy wyczuła erekcję. Najlepszy z sygnałów do działania. Można wyłożyć karty na stół bez obaw przed odtrąceniem. I już miała tam sięgnąć, kiedy usłyszeli dzwonek domofonu. Co jest? „Michał” — szepnęła i odsunęła się od niego. „Skąd wiesz?” „Nie wiem, ale na dole stoi mój samochód. Jeśli to on, to przecież wie, że tu jestem.
Sprawdzisz?” Nie miał zamiaru, ale cóż, trzeba było nie przyjeżdżać. „Okej, niczego złego nie robimy przecież.” Uśmiechnął się. Z tej erekcji można by się jeszcze wyłgać. Może jednak nie poczuła? Poszedł do przedpokoju i podniósł słuchawkę domofonu. To Michał, oczywiście. „Dawaj do góry, jest twoja żonka” — powiedział Łukasz. Mieszkał na drugim piętrze. Miał czas uspokoić Natalię. „Jesteś bardzo miła, że zrobiłaś dla mnie kolację.
Chyba nie będzie o to zły, co?” „Chyba nie. Ale wiesz, jak jest z wami, facetami.” „Dajesz mu powody do zazdrości, to co się dziwisz?” Pukanie do drzwi. „Cześć” — powiedział Łukasz. Michał nie odpowiedział. Pomaszerował prosto do salonu szukać żony. Miał w czubie i był odważny. Koledzy czekali na dole. A buty? „A ty nie grasz z chłopakami?” — zapytała Natalia. Znowu siedziała przy stole.
Była pewna, że ten głupek zobaczy niewinny, towarzyski obrazek. Stół pomiędzy nimi uniemożliwiający jakikolwiek kontakt cielesny, a na nim talerze i resztki kurczaka w naczyniu żaroodpornym. Dowody, czym byli zajęci. I przecież Łukasz szybko podniósł słuchawkę domofonu. „Czemu nie powiedziałaś, że tu przyjdziesz?” — zapytał mąż. „Głupio mi było przed Łukaszem po wczorajszym wieczorze. Wyszedł, zanim czegoś spróbował.” Do tonu dodała nutę pretensji, którą kobiety najskuteczniej odwracają uwagę. „Tobie też powinno być.” Ale nie było ani trochę. Michał pałał innymi emocjami po tym, jak koledzy zaczęli go nakręcać. Wspomniał przy pokerowym stole, że w domu żonka wyglądała, jakby się gdzieś szykowała, ale na pytanie, czy gdzieś wychodzi, odpowiedziała, że jeszcze nie wie.
Raczej nie. Na pewno przyjedzie po niego, kiedy skończy grać. Kiedy żartowali, że pewnie zrobiła się na bóstwo dla Łukasza, nieświadomie wywołali w głowie Michała wizję, która prześladowała go od lat, którą sam często podsycał i wywołała niejeden wzwód. Stała się szczególnie wyraźna, kiedy Natalia nie odbierała telefonu i nie odpisywała na wiadomości. Wizja, w której Łukasz robił z nią, co chciał, a ona na wszystko pozwalała, przeżywając o wiele silniejsze orgazmy niż z nim, zatracając się zupełnie i nie pamiętając o mężu albo śmiejąc się z niego, jakim był fajtłapą w porównaniu z tym Harpaganem. Kiedy zobaczył jej samochód na dole, stało się jasne, że jego zboczona fantazja się urzeczywistniała. Może już urzeczywistniła. I teraz żadna udawana scena tego nie zmieni. „Przyszłaś dać mu dupy, prawda?” Trząsł się jak w gorączce. Natalia rozdziawiła buzię.
Łukasz nie wiedział, czy to udawany szok, czy prawdziwy. „Ty, przyszłaś z kurczakiem. Dupy nie widziałem. Nie zdążyłem.” Spojrzał na jej świetne biodra. „Nie powstrzymałbyś się, co?” — zapytał Michał. Łukaszowi było wszystko jedno. Whisky przyjemnie szumiała w głowie. Żałował, że ten pajac przyszedł. Na dodatek nie zdjął butów. „Gdyby wypięła dupkę, pewnie nie.” Puścił do niej oczko.
„Za to kurczak był pyszny. Mogłaś mówić, że przyjdziesz. Zostawiłbym ci trochę, zazdrośniku.” Michał wyobraził sobie, jak Natalia podciąga sukienkę, opiera się o stół i wypina swój krągły tyłek Łukaszowi. Odwrócił się do żony i zobaczył, z jaką fascynacją patrzała na Harpagana po jego żarciu o wypięciu dupki. Miała podniecenie wypisane na twarzy. Ten widok i perwersyjna projekcja, żywa jak nigdy wcześniej, wywołały mrowienie w gaciach Michała i orgazm tak silny, że zadrżał cały i nogi się pod nim ugięły, mimo że nie miał wzwodu. Wytrzeszczył oczy, a z ust wyleciało krótkie, ciche jęknięcie, którego nie zagłuszyła muzyka. „Wychodzimy” — powiedział drżącym głosem i poszedł do wyjścia, błagając w myślach niebiosa, by wilgoć przebiła przez spodnie dopiero, kiedy wsiądzie do auta. Czuł, że było jej mnóstwo. „On właśnie...?” Łukasz ledwie powstrzymał śmiech.
Popatrzył na Natalię. Była równie zdziwiona jak on. Wiedziała już, że na pewno tu wróci, ale teraz musiała pójść za mężem. „Przykro mi, że tak wyszło. Mam nadzieję, że ci smakowało i powtórzymy to na spokojnie” powiedziała cicho. Przechodząc obok dotknęła jego policzka. „Dziękuję, było bardzo miło” dodała, obiecując spojrzeniem, że nie widzą się po raz ostatni. „Idź już świntucho” uśmiechnęła się jak zdemaskowana nastoletnia rozpustnica. Masakra, co za świry. Poczuł, że przetrzeźwiał.
Po godzinie Łukasz siedział w fotelu i myślał zupełnie trzeźwo. Podniecenie odeszło razem ze znajomymi. Zastąpiło je poczucie winy i wstyd. Trzeba to naprawić. Nie chciał z powodu tego, do czego doprowadził, czuć się źle do końca życia albo przez Lidią jego część. Zadzwonić czy napisać? Zdecydował, że napisze. Na rozmowę mogło być za wcześnie. „Stary, jesteśmy ludźmi wartymi tyle samo. Popełniamy błędy, robimy głupoty.
Do niczego nie doszło i nigdy nie dojdzie. Możemy oczyścić atmosferę, wzmocnić tym naszą znajomość i polegać na sobie. Widzimy się? Daj znać, kiedy ci pasuje. Zapraszam do siebie.” Chciał dopisać, że Natalia zostawiła naczynie żaroodporne, ale wolał o niej nie wspominać. Naczynie, nie zając. Odezwała się komórka na stole. Natalia była wdzięczna za tę wiadomość. Nieważne kto napisał, byle odciągnął od niej tego psychola. Nagi Michał zrobił krok nad żoną.
„Jeszcze z tobą nie skończyłem, kochanie” warknął i sięgnął po telefon. Skończy, kiedy w końcu zrobi swoje. Udowodni, że jest o wiele więcej wart od tamtego wyniosłego dupka i potrafi być bardziej męski. Ale jak na złość najważniejsza część ciała nie chciała działać. To na bank wina tego śmiecia. Przez wydarzenia w jego domu, przez to, że istniał beztrosko, dobrze zarabiał i świetnie wyglądał. Tak jak on nigdy nie będzie, nawet w połowie. I przez to, że jego żona się do niego wdzięczyła. Odczytał wiadomość i zacisnął pięść tak mocno, że paznokcie przebiły skórę i pociekła krew. „Śmieć!
Jeszcze drwi, jeszcze mu mało” parskał wściekle przez zęby aż opluzone. Natalia oddychała płytko. Nie ruszała się. Miała złamane trzy żebra. Skronie i usta pulsowały i puchły błyskawicznie. Dziwiła się, że bardziej od pobitej twarzy i żeber bolą ją ramiona, za które szarpał. Spojrzał na nią. Jak dla niego w ogóle nie miała jeszcze dość. Przecież nawet nie zaczął. I właśnie wpadł na pomysł.
Przecież może zaspokoić żonę czymś innym, dopóki sam nie będzie mógł. Coś się w domu znajdzie. Coś, co ona dobrze poczuje i nigdy więcej nie pomyśli o swoim wymarzonym lalusiu. „Już do ciebie wracam, kochanie” powiedział czule. „Napiszę tylko do chłopaków. Nikt nie może zdzierżyć tego gogusia. Chcesz, żeby go odwiedzić? To go odwiedzimy.”
[01:59:39] - No tak, odrobina literatury jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła. Mam przynajmniej taką nadzieję. Jeśli o Bruno Kadynie, to jeszcze chyba należałoby wspomnieć, że wszyscy zainteresowani zarówno tym opowiadaniem, jak i wcześniejszymi opowiadaniami, jak i samą postacią, powinni się udać do internetów na stronę brunokadyna.pl. Adres chyba prostszego już nie może być. W związku z czym brunokadyna.pl. I życzę miłej lektury. To jedźmy dalej, skoro nam te wykłady dzisiejsze i ćwiczenia idą całkiem nieźle. Cóż, w pierwszym Bibliotekarium 2.0 zaczęliśmy z Piotrem Plebaniakiem rozmontowywać imperium. Jeszcze co prawda nie wiemy, jakie jest to imperium i jak zdobędziemy ten świat. Trochę zaczynam sam sobie przypominać Pinky i Mózga ze znanej kreskówki.
My tak z tym Piotrem Plebaniakiem to imperium rozmontowujemy. Ale cóż, proszę państwa. Rzecz jest ważna, bo dzięki lekturze książek Piotra Plebaniaka człowiek zyskuje pewien dystans. Ja ten dystans dzięki rozmowom zatytułowanym „Telegram z krańca świata” i dzięki tym mini rozmówkom, które toczymy w Bibliotekarium 2.0, takiego dystansu, takiej perspektywy nowej nabrałem. Sam nie wiem, czy ona jest dobra czy zła. To nie chodzi o merytoryczną wartość tego dystansu, tylko tak jak to powiedziałem, chociażby w ostatniej debacie ufologicznej. Ja sam nie wiem, czy chcę patrzeć na ten świat z perspektywy szachisty przestawiającego piony na szachownicy świata, uznającego kolejne kraje, kolejne narody za epizody w walce na szachownicy, czy też chcę postrzegać ten świat z perspektywy człowieka, który widzi drugiego człowieka, a nie partię szachów. Tego jeszcze nie mam przed samym sobą. Jeszcze sobie tego nie wyjaśniłem. Oczywiście ktoś odpowie, że jedno nie przeczy drugiemu.
Tak, ale czasami bardzo przeszkadza i ja jakoś nie do końca dobrze to czuję. Niemniej jednak dzisiaj z Piotrem Plebaniakiem, autorem książki „Siły psychohistorii”, którą naprawdę państwu bardzo polecam, nie tylko dlatego, że służyłem tam jako konsultant, ale dlatego, że to jest po prostu lektura... Jak powiem, że fascynująca, to się państwo roześmiejecie i powiecie sobie: „No tak, Żelkowskiemu się zawsze wszystko podoba i wszystko jest fascynujące.” To ja powiem tylko tyle: trzeba naprawdę wielkiej pasji, żeby na siedmiuset stronach Ponad. Narysować obraz świata, obraz rzeczywistości, obraz podskórnych różnych mechanizmów, które decydują o tym, że ten świat toczy się w jednym albo w drugim kierunku. Co więcej, jak człowiek zaczyna to analizować i próbuje tego Piotra Plebaniaka złapać, tu się pomylił, tam się pomylił. To mnie przynajmniej tak się zdarzało, że jak się już tak ucieszyłem: „O, mam go, mam go!” To Piotr Plebaniak pisał coś takiego gdzieś tam w jakimś kolejnym akapicie, co mi tę misterną konstrukcję totalnie rozwalało. W związku z tym, żeby wiele nie gadać, zapraszam państwa na „Prawidła wojny”, odcinek drugi, w którym z Piotrem Plebaniakiem, tak jak powiedziałem, po raz kolejny będziemy rozmontowywać, niszczyć imperium.
[02:03:45] - Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia.
[02:03:55] - Z Piotrem Plebaniakiem z Tajwanu po raz kolejny, po raz drugi będziemy niszczyli, a może też i trochę budowali imperium. Dzień dobry, panie Piotrze. Zaczynamy.
[02:04:08] - Dzień dobry.
[02:04:09] - Dzisiaj mamy kolejną tezę z pana książki, to ją odczytajmy.
[02:04:15] - Nie ma nic potężniejszego niż idea, której czas nadszedł. To sformułowanie jest jedną z licznych i popularnych parafraz dwóch myśli. Tej sformułowanej przez Wiktora Hugo: „Można odeprzeć inwazję armii, ale nie można odeprzeć inwazji idei”. Myśl została zapisana w 1877. I druga myśl, która została zmiksowana, połączona w jedność, to bliższy znaczeniowo urywek Gustava Armarda: „Jest coś silniejszego niż brutalna siła bagnetów. To idea, której czas i godzina wybiła”. To jest myśl z roku 1861.
[02:04:53] - Ja to już kiedyś mówiłem, że to mi naprawdę mocno przypomina konfucjańską ideę, która kiedyś mocno mnie zafrapowała i była moim przewodnikiem. Ona brzmiała: „Gdy uczeń jest gotów, spotyka mistrza”. Widzę mocne powinowactwa pomiędzy jednym i drugim sposobem myślenia.
[02:05:19] - To nas zaskakuje, dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do tłumaczenia, dlaczego coś się zdarzyło za pomocą jednego czynnika, jednoczynnikowo. To jest błąd, który wszyscy popełniamy. Ja sam się przyłapuję wielokrotnie do dzisiaj na tym, więc to nie jest kwestia taka, że raz można się dowiedzieć tego, że tak nie wolno robić, potem już się tego nie robi. To wymaga pamięci mięśniowej, samodyscypliny, dyscypliny wewnętrznej, żeby zawsze poszukiwać jakiegoś zespołu czynników, które powodują efekt synergii. Efekt synergii, jakby ktoś nie wiedział, ja też do niedawna nie wiedziałem, wstyd przyznać nawet, polega na tym, że dwa składniki, jeżeli oddziaływują na bieg rzeczy jednocześnie, osiągają siłę oddziaływania znacznie większą niż prosta sumaryczna wartość sił tych dwóch składników. Także na tym właśnie polega, moim zdaniem, taka moc każąca nam przemyśleć tą myśl, że nie ma idei potężniejszej niż ta, której czas nadszedł. Przeczytam państwu cytat z książki „Chiny. Zrozumieć imperium”, którą napisałem dwa lata temu: „Właściwy moment dziejowy, właściwa idea i właściwy człowiek zbiegają się czasem na oceanie historii, tworząc superfalę, niszczycielską, historyczną siłę zmieniającą świat”. Przeczytam teraz cytat z „Chiny. Zrozumieć imperium”, książki, którą napisałem dwa lata temu: „Właściwy moment dziejowy, właściwa idea i właściwy człowiek zbiegają się czasem na oceanie historii, tworząc superfalę, niszczycielską, historyczną siłę zmieniającą świat.
Złączywszy się w synergię, te trzy elementy chwytają w cugle serca milionów ludzi i dają im do rąk narzędzia morderstwa w imię sprawy. pchają jednych na drugich w orgii tworzenia nowego porządku. pchają do czynów, które wywracają świat do góry nogami i pokrywają go lasem mogił. Te przepotężne siły wyczekują cierpliwie pod kruchą pokrywą codzienności. Akumulują się, zbierają energię, by co kilka pokoleń zawalić stary koryto rwącej rzeki historii zwałem trupów i skierować nurt dziejów w mroczną, pełną niepewności przyszłość, ucieleśniając myśl rządzącego losem narodów prawidła: nie ma nic silniejszego ponad ideę, której czas nadszedł”. Koniec cytatu. Zapraszam do kupowania e-booków. Niestety na rynku są książki papierowe, z których nie dostaję ani grosza. Także jeżeli ktoś chce wesprzeć, to tylko e-bookiem. Bardzo dziękuję za zakup.
Natomiast proszę zobaczyć, pisałem wtedy o tych ideach, których czas nadszedł w kontekście chińskiego cyklu dynastycznego, czyli tych nieuchronnych zdarzeń związanych z siłami psychohistorii, bo te siły psychohistorii też są czymś nieuchronnym, czymś przepotężnym, kumulacją rozmaitych procesów, rozmaitych trendów, które w którymś momencie owocują, rodzą z siebie jakąś fundamentalną zmianę w tym, co się dzieje. A kiedy mówimy o siłach psychohistorii, musimy też powiedzieć, że siły psychohistorii to jest coś, co w kontekście historii i biegu historii jest moc, którą znamy z traktatu „Sztuka wojny”. To jest potencjał, który sprawia, że- Motywacje i działania ludzi, a także bieg wydarzeń zmierza w takim, a nie innym kierunku. I według starożytnego stratega, dla mistrza wojowania, dla Sun Zi, władać mocą to sprawić, że ludzie i wydarzenia runą zgodnie z geografią ich środowiska działania, niczym kamienie i bale puszczane w dół stromego stoku. Mówię tutaj o fragmencie „Sztuki wojny”. To jest koniec rozdziału czwartego i piątego. Jak ktoś ma teraz pod ręką, to bardzo proszę to przeczytać. Przy czym większość przekładów w ogóle kompletnie nie dostrzega tego, że to jest najbardziej istotny, kluczowy fragment „Sztuki wojny”. Także poleciłbym tutaj mój przekład. O co chodzi?
Mistrz wojowania, którym ma zostać czytelnik książki „Siły psychohistorii”, z której jest wzięte to prawidło, że nie ma siły potężniejszej niż idea, której czas nadszedł. Mistrz wojowania dostrzega te wszystkie miejsca, w których nagle zbierają się te potencjały i sprawiają, że czara się przelewa w którymś momencie i następuje cała lawina zdarzeń, która wcześniej była niemożliwa do dostrzeżenia. Jak ktoś czytał książkę „Czarny łabędź” Taleba, to może to skojarzyć i ja to skojarzyłem dopiero czytając sam swoją książkę własną, że mistrz wojowania właśnie dostrzegając te momenty, w których nastąpi nie teraz, ale w przyszłości jakiejś odległej bądź nieodległej, ten efekt synergii, nastąpi ta kumulacja tych wszystkich potencjałów, to coś takiego nazywamy właśnie czarnym łabędziem, czyli wydarzeniem kompletnie niemożliwym do przewidzenia, dlatego że jest rodzajem zaburzenia systemu przez czynniki, które są niewłączane do dokonywania predykcji i projekcji trendów, które są dostrzegane, oswojone, rozumiane. Stąd właśnie dlatego jest tak ważne, żeby zbudować zupełnie nowy model mentalny tego, co dzieje się na świecie. To jest oddzielny temat na oddzielne prawidło czwarte i piąte. To przejdziemy za tydzień i za dwa tygodnie do tego.
[02:10:40] - Panie Piotrze, wszystko bardzo pięknie. Hasło na dzisiejszy dzień brzmi bardzo podniośle i pobudza wyobraźnię. Ja bym jednak chciał pana namówić, żeby pan podał jakiś przykład historyczny, który będzie pasował do dzisiejszej porady niszczyciela imperiów.
[02:10:59] - A mogę powiedzieć nie do końca historyczny, ale taki, który traktujemy niemalże jak historię? Chciałbym zacytować „Potop”.
[02:11:06] - Jak najbardziej.
[02:11:07] - Świetnie. To z „Potopu” Sienkiewicza przeczytam fragment, który mi głęboko utkwił w pamięci, kiedy projektowałem książkę „Siły psychohistorii” i szukałem właśnie tego typu cytatów, tego typu myśli we wszelkiej literaturze, jaką mi się tylko udało zapamiętać, przeczytać ponownie, przeczytać po raz pierwszy. Ksiądz Kordecki, postać z „Potopu” mówi w którymś momencie, naradzając się ze współtowarzyszami: „Otóż koniunktury są takie, że chyba by Bóg i najświętsza jego rodzicielka umyślnie na tego nieprzyjaciela zesłali zaślepienie, aby miarę swych nieprawościach przebrał”. Co słyszymy w tym cytacie? Otóż okazuje się, że Szwedzi nie zdając sobie sprawy, jak wielką siłę symboliczną ma Częstochowa dla Polaków, zaatakowali, próbowali obrabować klasztor. Mówimy o wydarzeniach powieściowych, ale też częściowo rzeczywistych. Ci Szwedzi nie zdawali sobie sprawy, że dalszą konsekwencją, daleką konsekwencją, której oni sami nie widzą, będzie to, że nagle naród cały powstanie i rzuci się na nich i nastąpi jakiś bunt, że ludzie się nagle obudzą z jakiegoś marazmu, z tego trendu popadania w bezwład motywacyjny i w poddaństwo wobec Szwedów. Takie sformułowania są w całym „Potopie”. Sienkiewicz był mistrzem wojowania i tym świętym mężem. On tak rozumiał świetnie psychikę ludzką, to jak działa moc, jak działają te siły psychohistorii, jak można wykreować te idee, sprawić, że one zaistnieją, te idee, które są przepotężne i których czas nadchodzi.
Więc czytając „Potop” ja sobie wynotowywałem na przykład koniunktury polityczne, to w tym cytacie, który właśnie przytoczyłem. „Siła zabobonu i te strzały będzie słychać w całym kraju”. Właśnie ta siła zabobonu i ten drugi „te strzały będzie słychać w całym kraju” to mówią już nie Polacy, tylko Szwedzi naradzając się pod Częstochową, jak zdobyć to święte miejsce. Więc oni też sobie w jakiś sposób zdają sprawę, ale te słowa: „te strzały będzie słychać w całym kraju” to nie powiedział dowodzący oblężeniem Miller, tylko powiedział Polak, który rozumiał serca swoich własnych ziomków. Polak zdrajca, ale wciąż Polak, który rozumie ten kod kulturowy, który energetyzuje. Nie wiem, czy wszyscy pamiętają, czy słuchali inne odcinki podcastów naszych wspólnych. Mówię o „Telegramie z końca świata”. To jest mit energetyzujący. Miller rozumiał mit energetyzujący. I ten przywódca imperium, ten polityk, ten dyplomata, ten wódz wodzący armię ku zwycięstwu bądź ku przegranej, który zrozumie to prawidło ludzkiej natury, który jest w stanie wczuć się w ten system motywacyjny, w system energetyzujący, będzie w stanie po prostu nie robić czegoś.
Dlatego, że będzie zdawał sobie sprawę, że to wywoła lawinę zdarzeń czy też ciąg zdarzeń, który doprowadzi do jego własnej klęski. I coś takiego słyszymy też właśnie, jeszcze mówiąc dalej o „Potopie” — przepraszam, tutaj rozpędziłem się, zaraz chyba muszę przeczytać całą trylogię. Cholera. To przez pana, panie Marku, będę miał tutaj do pana pretensje, że muszę czas Przeznaczyć na inne rzeczy niż to powinienem. Dobrze, przepraszam za taki żart. Jeszcze inny cytat: „Czasem też i okoliczności umieją rozkazywać nie gorzej królów i marszałków”. To są dosłowne słowa księcia Heskiiego, który powiedział to Millerowi dowodzącemu oblężeniem Częstochowy. Tak to wszystko wygląda, że ci, którzy rozumieją te wszystkie prawa ludzkiej natury, prawa zdarzeń geopolitycznych, widzą lepiej przyszłość i są w stanie wymodelować tą przyszłość znacznie lepiej. Także nie ma nic potężniejszego niż idea, której czas nadszedł. To może jest nie do końca precyzyjne.
Precyzyjniej będzie powiedzieć: nie ma nic potężniejszego niż wódz, który potrafi dostrzec idee, które nadchodzą.
[02:15:26] - Panie Piotrze, na koniec naszej audycji pytanie z gatunku naiwnych, ale bardzo praktycznych. Jak próbować rozpoznać, że czas danej idei nadszedł, że to jest właśnie ta idea i że jej czas nadszedł? Ja sobie zdaję sprawę, że stawiam przed panem trudne zadanie, ale może pan podoła.
[02:15:50] - Podołam i już podołałem, dlatego że o tym mówi, przepraszam, że cały czas o tej książce „Siły psychohistorii”. Essej pod tytułem: „Jak zostać świętym mężem” czy też „Zostań świętym mężem”. Są dwie wersje. Nadal nie wiem, która jest fajniejsza i bardziej pobudzająca naszą ciekawość. Natomiast o co chodzi? Trzeba nabyć zdolność odrzucenia całkowitego nawyku budowania obrazów mentalnych tego, co się dzieje wokół nas i nauczyć się, że to wcale niekoniecznie jest tak, że to, co wymyśliliśmy, zasługę sobie przypisujemy, że sami na to wpadliśmy. To wcale nie jest tak, że to jest ten model, który jest naprawdę prawdziwy albo skuteczniejszy, bo prawdziwy i skuteczny to są dwie różne rzeczy. Prawdziwy dobrze odwzorowuje stan rzeczy, a skuteczny umożliwia podjęcie działania, które sprawi, że rzeczy zaczną się dziać bardziej zgodnie z naszą wolą i z naszymi pragnieniami, aspiracjami czy potrzebami. Więc po to, żeby się tego nauczyć, należy obcować z ideami, z którymi się nie zgadzamy. Na tym właśnie polega sukces całej cywilizacji zachodniej, że potrafimy zaadaptować idee pochodzące z kompletnie odmiennych kultur, wyzyskać ich potencjał do tego, żeby lepiej kontrolować rzeczywistość dookoła nas.
To bardzo skomplikowana myśl na zupełnie inną rozmowę, godzinną podejrzewam. Natomiast całe clou tego wszystkiego polega na tym, żeby uczyć się patrzeć z kompletnie odmiennych punktów widzenia. Po to są gry wojenne robione przez wojskowych. Po to są robione jakieś burze mózgów, żeby ludzie usiedli i mówili wszystko to, co im na język przyniesie, bo ktoś inny jest w stanie usłyszeć tą myśl, stwierdzić, że jest zła, bo rzeczywiście mogłaby być zła, ale dzięki właśnie tej inspiracji stworzyć coś, co byłoby skuteczne. I to jest ta tajemnica.
[02:17:54] - W świecie, w którym ludzie zamykają się w bańkach informacyjnych i dyskutują ze sobą w taki sposób, jak w piosence „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a jest dalej tak, jak było”. W takim świecie to, co pan powiedział przed chwilą, to jest jednak przewrót kopernikański, że trzeba słuchać ludzi, z którymi się nie zgadzamy, bo to jest jakaś droga do sukcesu.
[02:18:21] - Tak. Przepraszam, panie Marku, jeszcze dam ostatnie słowo, dlatego, że dotknęliśmy mojego ulubionego momentu w filmie „V for Vendetta”. Być może słuchacze też znają ten film. Ja oglądałem go chyba ze 20 albo 30 razy. Już nie pamiętam, zgubiłem się, nie liczyłem. Natomiast pozwolę sobie go tutaj zacytować. To jest moje wolne tłumaczenie, więc może być nie do końca zgrabne. Mówimy o scenie, w której inspektor odwiedził ten opuszczony zakład psychiatryczny w Larkhill i doznał olśnienia. Nagle wszystko mu się połączyło i mniej więcej tak mówił swojemu współpracownikowi, innemu inspektorowi: „Ale kiedy tam byłem, to było dziwne. Nagle odniosłem wrażenie, że wszystko jest połączone, jakbym widział całość.
Jeden długi łańcuch wydarzeń, który się rozciągnął na całą drogę powrotną przez Larkhill. Czułem się, jakbym mógł wszystko zobaczyć. Wszystko to, co się stało i wszystko to, co mogło się wydarzyć. To było jak idealny wzór i zdałem sobie sprawę, że wszyscy byliśmy częścią tego ciągu wydarzeń i wszyscy przez ten ciąg wydarzeń jesteśmy uwięzieni. A więc wiesz, co się stanie? Nie, to było tylko uczucie, ale mogę się domyślić. Przy takim chaosie ktoś zrobi coś głupiego, a kiedy to zrobi, sprawy przybiorą zły obrót”. Koniec cytatu. Proszę zobaczyć, ten człowiek miał te wszystkie elementy wokół siebie i potrzebował jakiejś inspiracji, jakiegoś bodźca z zewnątrz do tego, żeby nagle mu się to wszystko ułożyło. Mówiliśmy w poprzednim odcinku o Mendelejewie, któremu w czasie snu się połączyła ta idea, wizja całej tablicy Mendelejewa i powiązań tych wszystkich zależności między pierwiastkami, cykliczności przede wszystkim i właściwości.
Dokładnie tutaj to samo się dzieje. Jeżeli chcemy rozpoznać, jaka idea, w którym momencie stanie się potężną superfalą, tą potężną siłą, musimy pozwolić tej inspiracji, żeby nadeszła. Ale to nie jest łatwe, niestety i trzeba się wyrwać z tego jednego modelu mentalnego i patrzeć na świat nie na odbicie na powierzchni stawu, jak to by powiedział Andrzej Sapkowski, ale jak właśnie buddyjski mistrz, który odrzuca całą pustkę i patrzy na tą pełnię, czyli na prawdziwy świat.
[02:20:28] - Panie Piotrze, pięknie panu dziękuję. Za tydzień spotykamy się, żeby znowu niszczyć imperium.
[02:21:03] - Imperium, odcinek drugi, a właściwie rozmontowywanie Imperium, odcinek drugi zakończony. To ja państwu powiem tak, czas na wykład. Ja chyba jestem tutaj, proszę państwa, rektorem. Czas na wykład rektorski. Obiecałem państwu ten wykład i słowa dotrzymuję. Kiedyś w starym Bibliotekarium zacząłem, ale doszedłem do wniosku, że rzecz wymaga dopracowania. I słowo się rzekło, dopracowałem. W związku z tym zapraszam dzisiaj na wykład, który zatytułowałem sobie górnolotnie oczywiście: „Wszechświat zamieszkały, a może pusty? Czy istoty rozumne z innych światów to wynalazek XX wieku i literatury science fiction?”. Najpierw zdefiniujmy, o co tak naprawdę chodzi.
To już kiedyś mówiłem, ale to, że mówiłem, to już też mówiłem. W związku z tym i tak powiem. Otóż nam się wydaje, że obcy definiowani jako ci, którzy przybywają do nas z gwiazd, z innych planet, które obiegają te gwiazdy z dalekiego wszechświata, to zawsze było. Nic bardziej mylnego. Wbrew pozorom zjawisko jest całkiem nowe, co postaram się państwu udowodnić. Ale żeby to zrobić, musimy sięgnąć bardzo daleko, do V wieku przed naszą erą, do starożytnej Grecji. Tam to się wszystko zaczęło. Jeszcze o tych obcych. Obcy, tak jak powiedziałem, ci, którzy przybywają do nas z innych światów. Bo wiecie państwo, na jednej z prelekcji, na jednym z wykładów podczas Kopernikonu jedna z pań, które słuchały, powiedziała mi rzecz ciekawą, o której wiedziałem, a której nie zakreśliłem pola tematycznego i w związku z tym mogło się wydawać, że jej nie uwzględniłem.
Otóż w średniowieczu bardzo często pojawiały się różnego rodzaju opowieści o tym, że różnego rodzaju wędrowcy, ludzie po prostu trafiali do odległych krain, które były poza naszym czasem, poza naszym wymiarem. Tam żyły dziwne stwory, ale to nie byli obcy. Według tej definicji, którą ja zaproponowałem. To być może były inne wymiary, być może to było jakieś przeniesienie w czasie. Nie wiem. Być może to były zwidy i halucynogeny działały, ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o rzecz nieco inną, związaną z tym, że obcy z innych światów, żeby się pojawili, to najpierw muszą się pojawić inne światy. A te inne światy, trzeba sobie najpierw wyobrazić wszechświat, w którym tych światów jest dużo. I wbrew pozorom to wcale nie było takie oczywiste i to bardzo długo nie było oczywiste. A kiedy już zaczęto brać to pod uwagę, to się nagle okazało, że teoretycznie można sobie to wyobrazić, ale przecież tak nie mogło być, bo dobry Bóg by do tego nie dopuścił.
To echa średniowiecza. Ale te dobre echa średniowiecza, bo zobaczycie państwo za chwilę, że w średniowieczu poziom dyskusji na temat tego, czy Bóg mógł stworzyć poza ludźmi jakieś inne istoty rozumne, ta dyskusja toczyła się na całego i to ostro się toczyła. I wcale nie była jednowymiarowa, że Kościół mówił: „Nie, koniec, nic nie było, zapomnijcie”. Nie, wbrew pozorom nie. Okazuje się, że w średniowieczu, które tak często odsądzamy od czci i wiary, coraz rzadziej, ale jeszcze się zdarza, dyskusja merytoryczna, ale też poziom abstrakcyjności tej dyskusji, ale dobrze pojętej abstrakcyjności, był naprawdę bardzo wysoki. To teraz przygotowani w aparat pojęciowy, czyli co mam na myśli, mówiąc o obcych, a czego na myśli nie mam. Myślę, że możemy ruszać z wykładem. Ten wykład moglibyśmy rozpocząć na przykład tak: już w starożytności greckiej trwała debata na temat życia pozaziemskiego. Za istnieniem istot pozaziemskich opowiadali się tacy filozofowie jak Leukippos z Miletu, zmarły w 480 roku przed naszą erą i Demokryt z Abdery, zmarły w 361 roku przed naszą erą. Obaj ci panowie byli atomistami.
Moglibyśmy tak zacząć, ale tak się zaczyna bardzo złe referaty albo w ogóle jakieś straszne dzieła, które nie niosą ze sobą specjalnych wartości merytorycznych. A pominąwszy wszystko to zdanie, które państwu odczytałem takim napuszonym lekko tonem, ono nie do końca jest po prostu prawdziwe. Był Leukippos, byli inni filozofowie, ale oni troszeczkę inaczej na to patrzyli. O tym za chwilę. Zanim o tym za chwilę, to Kilka uwag na początek. Otóż uwaga pierwsza: tylko nieliczni ludzie w tamtych czasach, w V wieku przed naszą erą w Grecji, pozwalali sobie na takie ekstrawagancje jak myślenie o innych światach, takich jak Ziemia albo o istotach, które mogą tam żyć. To naprawdę były osoby nieliczne. Oczywiście nie żyłem w tamtych czasach, nie wiem, ale piśmiennictwo, które się zachowało, nie tylko filozoficzne, ale wszelkie, zdaje się to poświadczać, że mieli Grecy różne inne zajęcia, ale myślenie o innych światach nie było ich główną pasją. Druga uwaga: Grecy traktowali te rozważania, jeśli już w ogóle się na nie ktoś silił, to raczej jako eksperyment myślowy. Wówczas eksperyment myślowy już był znany i rozważano różne najdziksze zagadnienia tylko po to, żeby sprawdzić giętkość swojego umysłu.
I te eksperymenty myślowe były dokonywane, myślano o innych światach, ale właśnie to był eksperyment myślowy, a nie dopuszczenie realnej możliwości. Czyli oni sobie tak myśleli, że teoretycznie by mógł być ten inny świat, ale przecież wiadomo, że go nie ma. To mniej więcej do tego się sprowadzało. Uwaga trzecia: prawie nikt wówczas naprawdę nie myślał o obcych tak zdefiniowanych, jak zrobiłem to na początku. Ludzie tak naprawdę to z trudem wyobrażali sobie ten jeden materialny świat, w którym żyli. Oni go mieli pod ręką, ale jak w ogóle wygląda on jako całość? I kombinowali, jaki on ma kształt, jaką on ma wielkość. Ale tak naprawdę dla większości ludzi w tamtych czasach świat materialny, który ich otaczał, był abstrakcją. A już światy te inne, o których wspomniałem, to była abstrakcja do potęgi, po którą zazwyczaj po prostu nie sięgano. I uwaga czwarta: fantazja ówczesnych ludzi realizowała się inaczej niż ta fantazja, którą my dzisiaj buchamy na okrągło.
Otóż oni również wymyślali, ale wymyślali światy niematerialne lub materialne. Coś w rodzaju zaświatów, magicznych krain, o których wspominałem. To był przedmiot ich zainteresowania. Właściwie moglibyśmy powiedzieć, że te dawne czasy to były takie złote czasy dla twórców fantasy. Te odległe krainy, nieznane, gdzieś tam leżące za górami, za lasami, czasami za jakąś barierą energetyczną albo za czymś tam jeszcze. Nie, wtedy nie było barier energetycznych. Za jakąś tam barierą niewidzialną. Wtedy się takie rzeczy pojawiały, ale to nie były inne światy. To były po prostu odbicia naszego świata, będące gdzieś tam hen, hen. Raczej w takim kierunku to szło.
Oczywiście dzisiaj taki znany serial, państwu na pewno znany, „Starożytni kosmici”. On serwuje taką tezę, że wówczas to kosmici po prostu pod każdym kamieniem leżeli, albo w każdym razie skradali się zza każdego kamienia. Być może nawet tak było, ja nie chcę tego rozstrzygać. Natomiast jeśli nawet tu przybywali i jeśli nawet sobie hasali swobodnie po ziemi, to raczej byli traktowani przez ludzi jako przybysze z zaświatów, z nieba, z innego wymiaru. Znowu nie używano pojęcia inny wymiar, ale stamtąd skądś przybywali. Raczej tak to wyglądało, bo w starożytności obraz rzeczywistości był zupełnie inny niż obecnie i większość z nas, ja sam, nie potrafimy sobie tego wyobrazić, jak myśleli tamci ludzie. My oczywiście próbujemy dzisiaj odtworzyć to, jak oni myśleli, jak im to wszystko tam się układało w głowach. Ale czy nam się udaje? Nie jestem pewien. Może tak, może nie.
Mamy problem z odtworzeniem tamtego sposobu myślenia. Ale proszę państwa, jakby to delikatnie nie mówić, to jest nasz problem, że czasami działamy tak ahistorycznie, że mówimy sobie: „Ale przecież oni musieli tak myśleć”. Właśnie nie musieli. Myśleli zupełnie inaczej i czasami dzisiaj odtworzenie tego sposobu myślenia, tych motywacji, które nimi kierowały, jest naprawdę bardzo trudne. Bo my mamy taką naturalną tendencję do spoglądania na innych, również tych innych, którzy oddzieleni są od nas przepaścią czasu, tego czasu, który był. Mamy taką tendencję, żeby z nich robić takich samych ludzi jak my, tylko żyjących kilka tysięcy lat temu. To tak nie działa. I wystarczy porozmawiać z antropologiem takim kulturowym, a może nie tylko, filozoficznym również. Powie, że to jednak tak trochę inaczej wyglądało. Więc mamy problem z tym odtworzeniem.
Ale jeszcze większy problem mają autorki i autorzy takich dennych referatów, jak państwu zaprezentowałem pierwsze dwa zdania z takiego referatu. Pisząc takie kocopały, że już w starożytności, nie, tak to nie wyglądało. Ci autorzy podrzędnych dzieł pseudonaukowych też mają problem. Problem mają ci, którzy kręcą kolejne sezony „Ancient Aliens", bo dla nich, wiecie państwo, świat jest dosyć mocno jednowymiarowy. Ja lubię oglądać te filmy, żeby nie było. Lubię oglądać te filmy, ale chyba sami państwo przyznacie, że już czasami dorzucają do pieca zbyt mocno i to, co tam się prezentuje, bardzo pobudza moją fantazję to wszystko. To jest jedna strona medalu, ale czy coś jest na rzeczy? Czy to ma chociaż odrobinę wspólnego z prawdą, z rzeczywistością, która była? Nie jestem przekonany. Dobrze.
Wyposażeni w te wszystkie dygresje, uwagi, to moje ględzenie, wróćmy do wykładu, który przerwałem. Otóż rzeczywiście w V wieku przed naszą erą żył sobie Leukippos z Miletu, a wiek później, w IV wieku przed naszą erą, właściwie wcześniej, później, zawsze z tym mam problem. Przynajmniej w przypadku przed naszą erą. W każdym razie po Leukipposie żył Demokryt z Abdery. Zmarł, tak jak powiedziałem, w 361 roku przed naszą erą. Cóż z tymi panami? Dlaczego ich tak wspominam? Za chwilę. Jeszcze tylko powiem, że podobne poglądy, jak ci panowie wymienieni wcześniej, mieli jeszcze tacy starożytni myśliciele jak Epikur z Samos. To przełom IV i III wieku przed naszą erą, jego życie oraz znacznie późniejszy, bo z I wieku przed naszą erą, niejaki Tytus Lukrecjusz Karus, zwany Lukrecjuszem.
On żył rzeczywiście w I wieku, 99 do 55 rok naszej ery. To on był, ten Lukrecjusz, autorem dzieła „De rerum natura". Dzięki niemu, dzięki temu dziełu znamy poglądy wymienionych wcześniej, czyli Epikura, Leukipposa i Demokryta, bo po tamtych ich prawdziwych słów zostało bardzo mało. Zginęły w pomroce dziejów, w licznych pożarach i tak dalej. Ich poglądy natomiast, przynajmniej częściowo, zostały spisane właśnie przez Lukrecjusza. Ten Lukrecjusz, wiecie państwo, ja wspominam akurat jego postać z pewnym, chciałbym powiedzieć przerażeniem, nie, ale on napisał właśnie to „De rerum natura", to po polsku było tłumaczone jako „O istocie wszechrzeczy". Problem polegał na tym, że on to napisał wierszem, takim rzymskim wierszem. Później, jak starano się to dzieło przetłumaczyć, to też je przetłumaczono wierszem i ja to musiałem czytać, proszę państwa. Ciekawe rzeczy tam są, ale jak człowiek za dużo czyta poezji takiej zrymowanej i trochę zrytmizowanej na siłę, to później ma boleści. Przynajmniej ja mam boleści.
Więc trochę przeżyłem czytanie tego dzieła. Może było warto, może stałem się przez to mądrzejszy, co daj Boże. Do Lukrecjusza wrócimy, ale ja się teraz cofnę do tego Leukipposa. Możecie go państwo znać również pod imieniem Leucyp. Jeszcze było jakieś imię, ale nie pamiętam. W każdym razie to on uznawany był za twórcę atomizmu. Pewno jak w szkole państwo byliście, to tłuczono wam do głowy, że to Demokryt wymyślił te atomy, że atomos niepodzielny i w związku z tym to wszystko zmieniło. Otóż nie Demokryt, tylko prawdopodobnie Leucyp. Dlaczego tak się stało? Za chwilę powiem.
W każdym razie on, Leucyp, Leukippos doszedł do wniosku, że materia, jakby ją tak kawałkować w coraz mniejsze kawałki, to w końcu dojdziemy do czegoś, czego się już podzielić nie da. I te małe, niepodzielne, niezmienne, nieprzenikliwe cząstki to są właśnie atomy. I te atomy otoczone są próżnią według Leukipposa. A różnią się te atomy, poszczególna materia jest przecież różna, więc Leukippos powiedział: „One się różnią kształtem, położeniem i porządkiem". Lukrecjusz to później rozbudowywał i mówił, że one mają też nie tylko kształty, ale też mają takie haczyki i one się ze sobą łączą. Później, wiecie państwo, jak każda teoria w pewnym momencie zaczyna się komplikować i sięga gdzieś w pewnym momencie absurdu. Tak się troszeczkę stało. Co z tym Demokrytem i z tym Leukipposem? Otóż w starożytnej Grecji był taki miły bądź niemiły zwyczaj, z punktu widzenia badaczy filozofii to niemiły zwyczaj, publikowania wszystkiego naraz. To znaczy zbierało się kilku facetów i mówiło sobie: „Opublikujmy to, co wymyśliliśmy.
To takie mądre jest przecież". I mówili: „Dobra, to zrzucamy. Ty napisałeś to, ty to, to publikujemy". I fajnie, tylko tego nie podpisywali i później za cholerę nie było wiadomo który co napisał. Ważne, że się dzieło ukazało. Z punktu widzenia społeczności to być może i rzeczywiście było fajnie, że się ukazywało, ale to powoduje, że dzisiaj niektóre dzieła nie wiadomo komu przypisać. To, co wymyślił Demokryt, przypisuje się Leucypowi, być może odwrotnie, ale to, co wymyślił Leucyp, przypisuje się Demokrytowi. I stąd się wziął u państwa na lekcjach chemii, być może jeszcze i historii ten Demokryt ze swoją teorią atomistyczną. Prawdopodobnie jednak było inaczej, tak jak powiedziałem. À propos tego, jak to było trudne, żeby to wszystko rozpoznać: kto, co, z kim, gdzie, jak i tak dalej, to powiem państwu tyle, że jedyny znany dosłowny fragment pism Leucypa, wszystkie inne zaginęły, każe nam uważać tego mędrca za pierwszego deterministę, bo on wygłosił takie oto zdanie, napisał takie oto zdanie: „Nic nie dzieje się bez przyczyny, lecz wszystko z jakiejś racji konieczności”.
Dziś ktoś powie: „To bardzo proste. Co to za filozofia?” Tak, ale 2500 lat temu to jednak było odkrycie. Były na ten temat inne poglądy. Jakie? To sobie państwo możecie bez problemu odtworzyć. Nie jest wykluczone także, przynajmniej tak niektórzy utrzymują, że Leukippos był autorem dzieła zatytułowanego „Megas dia kosmos”. Tłumaczy się to dzisiaj jako „Wielki ład natury”. Ale żeby nie było tak wesoło, to powiem od razu, że to dzieło przypisuje się również oczywiście Demokrytowi. Ten zwyczaj wspólnego pisania książek może sprzyjał relacjom towarzyskim. Dobrze się wino piło, kiedy się oblewało publikacje.
Natomiast dzisiaj badaczom historii filozofii i w ogóle badaczom, tak jak powiedziałem, specjalnie to nie sprzyja. Niektóre źródła mówią, że Leukippos przedstawił podstawy tej teorii we wspomnianym dziele „Megas dia kosmos”, ale napisał też jeszcze jedno dzieło, absolutnie nieznane. Ono się nazywało „O rozumie” , „Peri noou”. I właśnie. Ale go nie ma. Nie ma jednego, nie ma drugiego. Tak jak powiedziałem, to pierwsze jeszcze Demokrytowi przypisywane. Chyba się nie ma o co kłócić, bo nie ma tego dzieła, ale czasami warto kłócić się o tytuł. Podobno. Jeśli chodzi o Demokryta wymienionego wcześniej, Demokryta z Abdery, pewno się państwo zetknęli z tym dowcipem, a u mnie on wybrzmiał naprawdę.
Miałem kolegę, który wyrecytował na lekcji, że Demokryt był za bwery. No cóż, niby prosty błąd, a tak bawił! Bo na lekcji człowieka wszystko bawiło, byle nie nauka. W każdym razie Demokryt z Abdery to był uczeń Leukipposa. Był znany jako śmiejący się filozof. Podobno stworzył aż 70 prac. Dotyczyły one, jak to ówcześni filozofowie, wszelkich dziedzin życia, bo podobno pisał o fizyce, astronomii, medycynie, chemii, gramatyce, technice, logice, strategii, muzyce. No i co, że pisał? I tak nic się prawie nie zachowało. Tak bywa.
Człowiek się szarpie, szarpie i później nic z tego nie zostaje. Tak jak powiedziałem wcześniej, jedyne dzieło, które relacjonuje poglądy wymienionych filozofów, to dzieło Lukrecjusza, ale też wcześniej żyjącego Epikura. Epikur również pewne fragmenty z poglądów Leucypa oraz Demokryta zrelacjonował, tak że tym dwóm filozofom, Epikurowi i Lukrecjuszowi, coś tam jednak zawdzięczamy. W każdym razie jakby tak spróbować skwitować Demokryta i atomizm, to świat składa się z pełni i próżni, czyli atomów i próżni otaczających te atomy. A ta pełnia dzieli się na nieskończoną, podkreślam nieskończoną, ważne słowo, ilość małych cząstek nazywanych atomami. Te atomy są wieczne, niepodzielne i one są pierwotną osnową tego świata. A w związku z tym rzeczywistość, ponieważ one są wieczne, to i rzeczywistość jest bytem trwałym, wiecznym i niezmiennym. To odważne stwierdzenie. A ten byt niezmienny według Demokryta dzieli się na nieskończenie wiele takich małych bytów. I znowu: nieskończenie wiele.
To słowo tak podkreślam, tak się ekscytuję tym słowem, ponieważ ono w naszych rozważaniach, w naszym wykładzie będzie miało spore znaczenie. Ale to za chwilę. Najpierw dygresja. To nie jest, proszę państwa, tak, że wszyscy ci starożytni Grecy to były jakieś takie osoby, które nie kombinowały w różny sposób. Był sobie taki Arystarch z Samos. On po raz pierwszy zaproponował heliocentryczny układ słoneczny, model Układu Słonecznego. Zachował się nawet traktat, który napisał. Ten traktat nosi tytuł: „O rozmiarach i odległościach Słońca i Księżyca”. W tym traktacie, posługując się metodą geometryczną, wyliczył względne rozmiary i wzajemne odległości ciał niebieskich. Niestety on to robił wszystko na oko i idea była piękna, ale nie bardzo potrafił ją udowodnić.
Później pewne obserwacje jednak nie pykały. Nie szło to, nie potwierdzało się, bo co innego coś wymyśleć, a co innego sprawdzić to w praktyce. W praktyce się nie potwierdzało, ponieważ nasz Arystarch przyjął nieco niepoprawne — to delikatne określenie — wielkości. To były niedokładne wielkości. Tak jak powiedziałem, mierzone na oko. Trochę tak, że spojrzał, porównał z palcem i w związku z tym ten model po prostu nie mógł zadziałać. Nie był prawidłowy. Ale się pojawił. Do dzisiaj niektórzy traktują go jako ojca heliocentryzmu. Moim zdaniem spore nadużycie.
Facet po prostu nudził się w tej Grecji. To oczywiście sarkazm, ale nudził się w tej Grecji. Wszystko już według niego zostało wymyślone. Wiadomo, jak świat wygląda. To pomyślał sobie: „Tacy ludzie nas przecież też otaczają. Od czasu do czasu państwo na nich trafiacie. Skoro oni mówią tak, to ja powiem inaczej. Skoro oni mówią, że Ziemia leży w centrum świata, otaczają tę Ziemię różnego rodzaju sfery, po których poruszają się planety, to ja powiem, że jest inaczej. Że to Ziemia okrąża Słońce. Będę oryginalny.
Może uznają mnie za głupka, ale przynajmniej będzie o mnie głośno. Będą mówić po nazwisku”. Można i tak. Druga dygresja. Jeśli, proszę państwa, cofniemy się wystarczająco daleko w historii, to byłbym nieuczciwy, gdybym nie powiedział, że nie pojawiały się wówczas opisy „obcych”, czyli mieszkańców na przykład Księżyca albo Słońca. Był taki facet, który się nazywał Lukian z Samostaty i napisał historię, fabularną opowieść, która nosi tytuł: „Prawdziwa historia”. To jest opis wojny pomiędzy ludźmi Słońca a mieszkańcami Księżyca. O co? O kolonizację Gwiazdy Polarnej. I ktoś powie: „No widzisz, Żelkowski, jaki ty głupi jesteś.
Przecież przed chwilą mówiłeś, że oni sobie obcych nie wyobrażali, a teraz sam potwierdzasz, że już w starożytności, w II wieku naszej ery był taki facet, który to opisał”. No dobrze. To ja na chwilę tę kalumnię przyjmuję, a wytłumaczę, o co chodzi. Otóż ten Lukian z Samostaty rzeczywiście pisał o obcych. Za chwilę państwo poznacie, jacy to obcy byli, ale tak naprawdę nie pisał z potrzeby tego, żeby opisać, jak wyglądają te istoty na Słońcu czy na Księżycu. Tylko wiecie państwo, w starożytności można było łatwo stracić głowę. Nawet nie wiem, czy głowę. Życie. Jak się tam za bardzo bruździło możnym ówczesnego świata. Ta głowa to była rzecz, którą można było stracić nie tylko szybko, ale bardzo skutecznie.
W związku z tym, jak się chciało coś skrytykować, coś wyśmiać, to trzeba było pisać tak przez ogródki. W związku z tym, jak nie można było akcji powieści umieścić na Ziemi, to się umieszczało w miejscu niemożliwym. Z ich punktu widzenia abstrakcyjnym. Jakbyście zapytali państwo tego Lukiana, czy on wierzy, że te istoty tam żyją, to absolutnie nie. Ale dzięki temu, że opisał mieszkańców Księżyca, którzy walczą z mieszkańcami Słońca o Gwiazdę Polarną, to ani ci odpowiednicy mieszkańców Księżyca żyjący na realnej Ziemi, ani mieszkańcy Słońca, też żyjący na realnej Ziemi, którzy walczą może nie o Gwiazdę Polarną, tylko może o jakieś inne terytorium, nie skrócą mnie o głowę. I o to tak naprawdę chodziło w całym tym dziele, które nazywa się „Prawdziwa historia”. Ja państwu nawet zacytuję fragment, bo mam tu na podorędziu taki cytat opisujący spotkanie narratora z Endymionem, królem Księżyca. To tłumaczenie jest może amatorskie, ale jest. „Zamierzaliśmy kontynuować naszą podróż, kiedy zostaliśmy odkryci, zatrzymani przez sępy końskie, jak je nazywają. To ludzie dosiadający wielkich sępów, na których jeżdżą jak na koniach.
Wielkie ptaki mają zwykle trzy głowy. Zrozumiesz ich rozmiar, jeśli stwierdzę, że każdy z ich gęsich piór jest dłuższy i grubszy niż maszt dużego statku kupieckiego. Korpus ten ma obowiązek patrolowania kraju i przyprowadzania do króla wszelkich obcych, których napotka. To właśnie zrobiono z nami. Król przyjrzał się nam i wyciągając wnioski z naszego ubioru, powiedział: Obcy. Jesteście Grekami. Zgodziliśmy się. A jak przedostaliście się przez tę ogromną przestrzeń powietrzną? W odpowiedzi daliśmy pełną relację o sobie, na którą natychmiast odpowiedział swoją własną historią. Wyglądało na to, że on również był śmiertelnikiem imieniem Endymion, którego zabrano z naszej Ziemi we śnie, a po przybyciu został królem kraju”.
Więc widzicie państwo, jakby człowiek jednak, który my znamy z naszej Ziemi jako Księżyc. Kraj Księżyc. Nie chodziło o inną planetę. Polecił nam być dobrej myśli i nie mieć obaw. Wszystkie nasze potrzeby powinny być zaspokojone. Mam jeszcze jeden cytat opisujący bitwę. Ten jest po prostu hardkorowy. Wojska naszego, nie wliczając czeladzi obozowej, miotaczy lekkiej piechoty i cudzoziemskich pułków posiłkowych było 100 000. Mianowicie 80 000 koniosępów i 20 000 żołnierzy, którzy jechali na kapustnikach. Są to ogromne ptaki pokryte na całym ciele zamiast piór kapustą ze skrzydłami podobnymi nadzwyczaj do liści podbiału.
Dysleksja, dysgrafia, cholera wie. Na skrzydłach stanęli prasobije i czosnkoboje. Przyszli nam też z pomocą sprzymierzeńcy z Wielkiej Niedźwiedzicy, mianowicie 30 000 pchłuczników i 50 000 pędziwiatrów. Pchłucznicy jeżdżą na olbrzymich pchłach blisko 12 razy większych od słonia, stąd też nazwę dzierżą. Pędziwiatry zaś jest to piechota latająca w powietrzu bez pomocy jednak skrzydeł. To tyle, jeśli chodzi o owo dzieło, o prawdziwą opowieść, która w gruncie rzeczy była opowieścią nieprawdziwą. Chyba że weźmiemy pod uwagę intencje, że opisywano coś, co dzieje się tu i podówczas na Ziemi. Ale to wszystko. To nie byli obcy. Tym zakończmy dygresję.
Wróćmy do filozofów. Epikur w swoim dziele „List do Herodota” napisał ciekawą myśl. Po raz pierwszy na taką skalę się pojawia. Istnieją nieskończone światy. Znowu podkreślam nieskończoność. Za chwilę będę mówił coś o pewnej teorii, ale istnieją nieskończone światy, zarówno podobne, jak i niepodobne do naszego świata. Ponieważ liczba atomów jest nieskończona, to właśnie było ode mnie, są te atomy przenoszone daleko w kosmos. Ten „List Herodota” jeśli państwo wpiszecie w internecie, to sobie znajdziecie go w całości. Proponuję go po prostu odszukać. To może być ciekawa lektura.
A zatem macie państwo taką oto sytuację. Istnieje według tych późniejszych starożytnych nieskończona liczba atomów. To już wcześniejsi mówili. I tworzą nieskończoną liczbę światów. Atomiści twierdzili, znaczy nie twierdzili wprost, że zamieszkałe planety krążą wokół Słońca. W ogóle o tym nie myśleli. Wokół Słońca albo nawet innej gwiazdy. Taka refleksja nie przychodziła. Dlaczego? Zapytacie.
Nie wiem, ale jakoś im się tak nie stykało. Natomiast zakładali, że inne światy mogą istnieć. Mogą, ale o zamieszkaniu nic z tych rzeczy. Myśleli o tym, że gdzieś tam w kosmosie, poza zasięgiem ludzkich zmysłów istnieją światy zbliżone do naszego. A źródłem tych twierdzeń była pewna zasada, którą nazwano trochę później zasadą obfitości. To bardzo prosta zasada, która mówi, że ponieważ jest tak dużo atomów, nieskończona ilość przypomnę, zakres kreacji jest wielki, nieskończony właśnie. A zatem ponieważ z nieskończonej ilości atomów może powstać nieskończona liczba światów, te światy nawet zamieszkałe muszą istnieć. I to dzisiaj, jak to państwu mówię, to się wam wydaje: „Rany boskie, ale wymyślił jeden z drugim i Żelkowski to powtarza”. Ale to wówczas był przewrót, który gdyby wcześniej żył Kopernik, nazwaliby przewrotem kopernikańskim. Kopernika nie było.
Urodzi się ponad 1000 lat później. Nazwali to inaczej. Niemniej jednak to było tak, jak z wymyśleniem koła. Wiecie państwo, w Ameryce Południowej znano ideę koła. Znaczy potrafili rysować coś, co było okrągłe, ale idea praktycznego wykorzystania koła, połączenia, tak jak mówił to Jacek Inglot na jednym z wykładów, usłyszeliście to państwo albo usłyszycie, mówił o tym, że wystarczyło te koła połączyć osią i by już były wózki, ale na to mieszkańcy Ameryki nie wpadli. Podobnie jest z tą ideą. Trzeba było te zamieszkałe światy po prostu wykombinować. Wtedy się to jeszcze nie stało. Być może nie stało się dlatego, że tuzy filozofii, tacy jak Platon i Arystoteles, takie mrzonki jak inne światy mieli w głębokim poważaniu. Otóż Platon wręcz wypowiadał się przeciwko istotom pozaziemskim.
Platon to przypomnę przełom V i IV wieku przed naszą erą, 428-348 przed naszą erą. On uznawał, że wyjątkowość demiurga, czyli stworzyciela świata, powoduje, implikuje wyjątkowość świata, a zatem demiurg może być rozumiany jako postać bezosobowa, siła sprawcza czy metafora opisująca funkcjonowanie przyrody. Ale To filozoficzne znaczenie, jakie Platon przypisywał demiurgowi, on czynił go siłą sprawczą swojej filozofii przyrody i jednocześnie wyrokował, że jest tylko jedna możliwość, jeden świat. I tu demiurg się zrealizował w całości. W związku z tym o innych światach nie ma mowy. Z nieco innych przesłanek, ale do podobnych wniosków dochodził Arystoteles. Arystoteles to z kolei wiek IV, 384-322 przed naszą erą. On przytaczał zarówno argumenty teologiczne, ówczesne teologiczne argumenty, jak i fizyczne przeciwko roszczeniom atomistów, a tak naprawdę przeciwko istnieniu innych światów. W myśl założeń Arystotelesa Ziemia stanowiła nieruchomy środek świata, wokół którego krążyły sfery gwiezdne. Ale skoro na tych sferach były gwiazdy, to gwiazdy nie były podobne do Słońca, przynajmniej według Arystotelesa.
W związku z tym o żadnych innych światach nie było mowy. A jeszcze Arystoteles, w końcu ojciec filozofii, a proszę, jak czasami potrafił pobłądzić. On zakładał, że ruch nie może trwać, jeśli nie działa aktywnie jakaś siła, która porusza sfery niebieskie. Czyli trochę z fizyką miał jednak wspólnego. Jak przykładamy siłę, to ruch jest, jak nie przykładamy, to go nie ma. Tylko to jest wszystko nieco bardziej skomplikowane. Moglibyśmy teraz zapytać, skoro już przeszliśmy takim galopem przez starożytność, jakie stanowisko wobec idei pozaziemskiego życia lub idei związanej z pluralizmem światów zajęli autorzy chrześcijańscy? Bo już powoli chrześcijaństwo wkracza na arenę. Nie było łatwo. Ci autorzy, którzy w ogóle zdecydowali się na omawianie takiej kwestii, byli generalnie przeciwni istnieniu innych światów, a co dopiero istnieniu istot pozaziemskich.
Według nich jednym z powodów było przywiązanie do filozofii platońskiej. Bo ja przypomnę, na początku chrześcijaństwo opierało się na platonizmie w myśl tej zasady, że skoro Platon mówił o ideach, Platon mówił o świecie, tym takim poza naszym światem, o tym świecie prawdziwym, którego nasz świat jest tylko odbiciem, to tak się wydawało tym pierwszym filozofom chrześcijańskim, że to takie podobne. Też mamy niebo, Ziemia, da się dopasować. I się związali z tym Platonem, a trudno, żeby brali tylko część. W związku z tym wzięli Platona i te jego twierdzenia z dobrodziejstwem inwentarza. Więc skoro Platon mówił, że innych światów nie ma, to oni powtarzali troszeczkę tak metodą rozpędu. I to tak przez pierwsze tysiąc lat naszej ery powtarzali. Bo skoro ku filozofii platońskiej, to trzeba było powtarzać. Mieli zatem chrześcijańscy filozofowie, teologowie spory dystans do tej materialistycznej w gruncie rzeczy filozofii atomistów. Tak jak powiedziałem kiedyś, powiem to dzisiaj, Augustyn z Hippony to był ten facet, święty Augustyn, który był odpowiedzialny za sprzęgnięcie tego pierwotnego chrześcijaństwa z ideą platońską.
Augustyn żył na przełomie IV i V wieku naszej ery, 345-430. I on zaatakował ideę wielości światów w takim bardzo znanym swoim dziele „Państwo Boże”. Trzeba powiedzieć jedno: niewątpliwie największy wpływ na myśl Augustyna wywarł Platon. To już powiedziałem. Ale też filozofowie zwani neoplatonikami, neoplatońscy filozofowie. On, mówię o Augustynie, zerwał z klasycznym dla Greków racjonalizmem, raczej taką naturalną filozofią. August uznawał Boga za nieskończonego, a świat za twór jego łaski. Panowie się słabo dogadywali. Wziął ten Augustyn z Platona ile się dało, ale jakby Platon zobaczył, co zrobił z jego filozofii, to by się zdziwił. Cóż się działo dalej?
Dalej wiek po wieku odrobina stagnacji, jak to w tym wczesnym średniowieczu, takiej myślowej stagnacji, bo z rozwojem różnych dziedzin życia było całkiem ponętnie. Natomiast w tamtych czasach wśród innych krytyków istnienia innych światów. Piękne zdanie, ale takie wyszło. Wśród innych krytyków istnienia innych światów oraz innego, żeby jeszcze trzeci raz było innego, życia byli tacy autorzy, tacy myśliciele jak Albert Wielki, Albertus Magnus i jego student, którego imię powinno być państwu bardziej znane, osłuchane, Tomasz z Akwinu. To był uczeń Albertusa Magnusa. Albertus Magnus był człowiekiem średniowiecza, ale był człowiekiem otwartym. Uznał, że warto rozmawiać. Warto zadać pytanie: czy istnieje jeden świat, czy wiele? Już samo zadanie tego pytania było w tamtych czasach aktem pewnej odwagi i on to pytanie zadał, pomimo że był człowiekiem Kościoła. Warto też dodać, że zarówno Albertus, jak i Akwinata byli ludźmi, którzy przestawili zwrotnicę w Kościele i przestawili z platonizmu na filozofię Arystotelesa.
Już o tym opowiadałem nie raz, więc dzisiaj sobie daruję. W każdym razie wielkie dzieło Tomasza „Suma Teologia” to właśnie było wielkie przestawienie zwrotnicy, ustawienie się na Arystotelesa. Ale jak państwo pamiętacie, przed chwilą mówiłem, Arystoteles też kręcił głową i mówił, że nie, proszę państwa, żadnych wielu światów nie ma. W związku z tym obaj panowie, chociaż pytanie zadali, czy istnieje jeden świat, czy też wiele, to dosyć zgodnie odpowiedzieli, że nie ma wielu światów, jest tylko jeden i koniec. Powiedzmy sobie szczerze, nauki Arystotelesa, przedtem Platona, a teraz Arystotelesa, zdominowały przekaz Kościoła na długie wieki. Właściwie dzisiaj się też mówi o neotomizmie, w związku z tym odpowiedzcie sobie państwo sami. Ale pomimo tego, że ten arystoteleizm, czy w każdym razie te idee Tomasza się rozpowszechniły w Kościele, to mimo wszystko, i to na plus trzeba uznać, trwała już taka dyskusja, jak to jest z tymi światami i dyskutowano o różnych tezach. I przełom nastąpił, proszę państwa, przełomik, to chyba lepsze, bardziej adekwatne słowo, nastąpił w XIII wieku, w roku 1277. Etienne Tempier. Nie wiem, czy to dobrze wymawiam.
Z francuskim to niekoniecznie. To był biskup Paryża, Etienne Tempier. Tak to się pisze. Chyba tak spróbowałem takie „r” francuskie, może będzie lepiej. To był biskup Paryża, tak jak powiedziałem. Wydał dzieło, które było potępieniem tych doktryn, które opierały się na arystotelesowskich korzeniach i które, pomimo że opierały się na Arystotelesie, wydawały się wyznaczać granice Bożym uprawnieniom. Czyli przyjęto Arystotelesa, ale zaczęto grzebać przy tym Arystotelesie i pewni ludzie doszli do wniosku, że Arystoteles fajny jest, ale czasami przeginał pałkę i odczytanie jego tez wprost powoduje, że zaprzeczamy temu, że Bóg może wszystko. Takie tezy należy potępić. I wśród potępionych przez biskupa Paryża tez była taka oto: pierwsza przyczyna, czyli Bóg, nie może stworzyć wielu światów. To była teza wygłaszana przez wielbicieli Arystotelesa, a biskup Paryża powiedział: „Nie, jakby chciał, to by mógł”.
Dlaczego tak złośliwie mówię? Bo bardzo szybko ów biskup Paryża dodał, że owszem, wprawdzie by mógł, bo wiemy dzięki objawieniu, że Bóg jest wszechmocny, ale dzięki objawieniu wiemy też, że Bóg zrobił to tylko raz. Wydaje się drobiazg, ale drzwi do kombinowania na temat innych światów i innych istot zostały otwarte. Takim drobnym wpisem zostały otwarte. To dosyć ważny fakt, jeśli będziemy analizować, próbować dojść do tego, kiedy się obcy w naszej kulturze, obcy rozumiani, tak jak powiedziałem, jako przybysze z innych światów gwiezdnych, kiedy się pojawili. Jeśli chodzi o tego Tempiera, biskupa Paryża, to był nie byle kto. Urodzony w Orleanie, studiował w Paryżu, został magistrem teologii, kanonikiem Notre Dame, a w okresie pięciu lat był kanclerzem kapituły tejże Notre Dame w Paryżu. Później był kanclerzem kapituły, jednocześnie kanclerzem Uniwersytetu Paryskiego. Pełnił funkcję biskupa Paryża, to już państwo wiecie, a od 7 października 1268 roku do śmierci w 1279 był magistrem na wydziale teologicznym. Więc widzicie państwo, jak na tamte czasy persona, co się zowie.
Jedźmy dalej, bo to na razie był pierwszy wyłom. To wspomniane przeze mnie potępienie niektórych tez arystotelesowskich otworzyło drzwi do spekulacji na temat innych światów. I jak jakieś drzwi zostaną otworzone, to natychmiast się znajdują ludzie, którzy bardzo chętnie to robią. I dlatego w XIV wieku z tej wolności skorzystali tacy autorzy jak Jean. I znowu nazwisko, które mi ciężko przeczytać, bo on znowu z Paryża, Buridan. Jest napisane Buridan. To był rektor Uniwersytetu Paryskiego. Nicole, czyli Mikołaj Oresme, z czasem stał się biskup Paryża oraz franciszkański filozof, tego państwo znacie najbardziej, William Ockham. Brzytwa Ockhama, przypominam. Ci trzej panowie ostro kombinowali i oni wszyscy, znowu, tak na dwoje babka wróżyła.
Z jednej strony sprzeciwili się w ostatecznym rozrachunku idei wielości światów, ale wszystkie ich analizy, dosyć perfidnie to robili, trzeba przyznać, bo z jednej strony nie chcieli się narazić Kościołowi, ale z drugiej strony starali się zachować logikę wywodu i z tej logiki wywodu wychodziło im, że te argumenty dotyczące tego, że był tylko jeden świat stworzony, tylko ten ziemski, są mocno problematyczne z punktu widzenia logiki i filozofii. Na przykład ważną rolę w nauce Ockhama odgrywała koncepcja bożej wszechmocy. Uczony uznał, że ta wszechmocna wola Boga jest przyczyną wszystkich rzeczy. A zatem skoro dzięki niej powstał jeden świat i ten świat oraz panujący w nim porządek, to nic nie jest w stanie ograniczyć boskiej mocy, wszechmocy i w związku z tym inne światy mogą powstać. Mogły powstać, bo Boga nie ogranicza nic poza zasadami logiki. Nawet on podlega logice i w związku z tym ten wyłom, który został zrobiony, sukcesywnie, jak widzicie państwo, był poszerzany, bo po prostu coraz większa ilość ludzi twierdziła, że może te inne światy nie powstały, ale mogły powstać. Naprawdę kolejne ważne wydarzenie miało miejsce dopiero w XV wieku. W roku 1440 niejaki Mikołaj z Kuzy opublikował ważną pracę o oświeconej niewiedzy. De docta ignorantia. Chociaż dokładniejsze tłumaczenie brzmiałoby: o wyuczonej ignorancji.
W tym dziele Mikołaj z Kuzy opowiadał się za ideą pluralizmu światów. Tak, XV wiek i już facet wymyślił, że światów jest wiele, takich jak Ziemia, ale opowiadał się także za istnieniem życia. I to już jest rewolucja, proszę państwa, życia na Księżycu i Słońcu. Takie podobne. To wiecie państwo, to właściwie był pierwszy raz, kiedy o czymś takim powiedziano. Ale kropla drąży kamień nie siłą, lecz częstym spadaniem. I to był pierwszy, tak jak powiedziałem, pierwszy wybitny uczony chrześcijański, który dopuścił możliwość istnienia, dzisiaj byśmy powiedzieli kosmitów. Wtedy się tak oczywiście nie mówiło. Ciekawostką jest fakt, że siedem lat po opublikowaniu dzieła ten autor, Mikołaj z Kuzy, został kardynałem. Zatem z punktu widzenia Kościoła to była postać jak najbardziej znaczna, znacząca.
Jednak prawdopodobnie za pierwszego autora, który dogłębnie rozważał, czy idea wielości światów jest zgodna z nauką chrześcijańską oraz koncepcjami wcielenia i odkupienia, był znowu francuski teolog. I znowu się rypnę na jego nazwisku. William. I czytam, jak to jest napisane przez „v” Vorilong. To był człowiek, który był francuskim filozofem, teologiem. Żył w latach 1390-1463. Jak na tamte czasy trochę sobie pożył. I on doszedł do wniosku, ten Vorilong, konia z rzędem, jak to się czyta, może, doszedł do wniosku, że chociaż Bóg mógłby stworzyć inny świat, znowu się powtarza to kunktatorstwo, stworzyć inny zamieszkały świat, to w rzeczywistości tego nie zrobił. I tak czytamy u niego w dziele: „Gdyby zapytać, czy ludzie istnieją na tym, chodzi o inny świat, innym świecie, czy zgrzeszyli tak jak zgrzeszył Adam, odpowiadam, że nie. Albowiem nie wyszli od Adama i nie żyli w grzechu.
Co do pytania, czy Chrystus umierając na tej ziemi mógłby odkupić mieszkańców innego świata, odpowiadam, że byłby w stanie to zrobić, nawet gdyby światów było nieskończenie wiele, ale nie wypadałoby mu przenosić się do innego świata, aby ponownie umrzeć”. Jeśli państwo nie widzicie tej subtelnej różnicy, bo to wbrew pozorom niby to samo, a jednak troszeczkę inaczej. Za każdym razem, co przywołuje filozofa, co przywołuje myśliciela czy teologa, to idzie troszeczkę dalej. Na początku było, że mógł, ale nie zrobił. Tutaj niby też nie zrobił, ale zobaczcie państwo, kiedy cytujemy, to on właściwie dopuszcza możliwość istnienia innych światów. Problemem jest tylko to, czy mieszkańcy tam żyjący zostali odkupieni, czy nie. Nam, z naszego punktu widzenia, ja to będę uparcie powtarzał, to się wydaje drobiazg, ale dla nich to był kolejny przełom. Aczkolwiek jeszcze te istoty gdzieś po kartach różnego rodzaju książek nie hasały i jeszcze tych innych światów nie rozpatrywano tak, jak robiono to kilka wieków później. To nie będzie dla państwa zaskoczenie, ale to powiem, że osobą, która zrobiła najwięcej, aby „otworzyć drzwi dla istot pozaziemskich” był kanonik, którego pasją była matematyka i który nigdy, ale to nigdy, w żadnym opublikowanym dziele nawet nie wspomniał o kwestii życia pozaziemskiego. Tym kanonikiem, tym człowiekiem był Mikołaj Kopernik, który opublikował w 1543 roku dzieło „De revolutionibus orbium coelestium” i w ten sposób zmienił Ziemię w planetę, a Słońce w gwiazdę.
Gwiazdę jedną spośród wielu. To oczywiście jest dyskusyjne, bo Kopernik taki hop do przodu nie był. On w dalszym ciągu mówił o sferach, tylko teraz te planety po tych sferach, Ziemia razem z nimi krążyła i tak dalej. Ale mimo wszystko od tego jego twierdzenia był już tylko krok do wykonania założenia, że inne gwiazdy mogą być otoczone zamieszkałymi planetami. I wiecie państwo, nie ma dowodów na to, że Kopernik dostrzegł konsekwencje swoich twierdzeń. Tego, że można poszukiwać innych światów. Ale byli też inni. Byli inni i bardzo szybko się pojawili. Wkrótce oni dostrzegli implikacje, jakie niesie ze sobą opublikowanie dzieła Kopernika. W połowie XVI wieku, w 1550 roku reformator luterański Philipp Melanchthon ostrzegał przed kosmologią kopernikańską oraz przed ideą, że ponowne wcielenie Chrystusa, a także odkupienie, mogło nastąpić na innej planecie.
On o tym ostrzegał, ale zobaczcie państwo ten paradoks. On ostrzegał, ale jednocześnie popularyzował tę ideę. Dlatego przywołałem tę postać, bo to jest tak, że czasami bardzo czemuś próbujemy zaprzeczyć i tak naprawdę krzewimy tę ideę, bo ktoś usłyszy: „On się sprzeciwia, ale o czym on mówi? To ciekawe, o czym on mówi”. I właśnie tak się stało w tym przypadku. A ten reformator religijny to był najbliższy współpracownik niejakiego Marcina Lutra. Więc ten Melanchthon to był człowiek, który w dodatku był profesorem Uniwersytetu w Wittenberdze. Cóż takiego pisał? To ja państwu zacytuję: „Syn Boży jest jeden. Nasz Mistrz Jezus Chrystus urodził się, umarł i zmartwychwstał na tym świecie.
Ani nie objawia się gdzie indziej, ani gdzie indziej nie umarł, ani nie został wskrzeszony. Dlatego nie należy sobie wyobrażać, że Chrystus umarł i był wskrzeszany częściej. Ani też nie należy sądzić, że w jakimkolwiek innym świecie, bez poznania Syna Bożego ludzie zostali przywróceni do życia wiecznego”. Zauważcie państwo, natrętnie pojawia się nie istota problemu, czyli to, czy te światy istniały i czy istniały tam inne istoty na tych światach. Nie, kwestia zbawienia. Taki był czas, proszę państwa, że to zbawienie było najważniejsze i przesłaniało wszystko inne. Cóż, tak jak powiedziałem, takie czasy. Był kolejny autor, który w przeciwieństwie do tego, którego wymieniłem wcześniej, z dzikim entuzjazmem w XVI wieku nawiązał do idei Kopernika. Co więcej, nie tylko nawiązał do idei Kopernika, ale zapełnił wszechświat pozaziemskim życiem. Ten człowiek, jak się państwo zapewne domyślacie, nazywał się Giordano Bruno.
I tu ważna uwaga, jeśli chodzi o Giordano Bruno, właściwie to będą dwie uwagi. Dwie rzeczy trzeba skomentować. Po pierwsze, źródłem obfitości światów i życia w kosmosie dla naszego autora, pojawiła się wspominana już przeze mnie zasada obfitości. Bo on, podobnie jak starożytni, doszedł do wniosku, że skoro wszechświat jest taki wielki, to jest w nim miejsce na wszystko. Absolutnie wszystko. A skoro tak, skoro takie idee dominowały w umyśle Bruna, to pewno właśnie dlatego zaludnił nie tylko planety, nie tylko gwiazdy. Bruno przypisał duszę planetom, gwiazdom, meteorom, całemu wszechświatowi wreszcie. Całości przypisał również osobną duszę. To się nie podobało. Ale ważna druga uwaga, jeśli chodzi o spalenie Giordano Bruna, bo w XIX wieku pojawiła się taka modna idea, że Giordano Bruno został spalony Za to właśnie, że głosił takie idee wielości światów i życia w kosmosie i w ogóle.
To, proszę państwa, jakiekolwiek mamy podejście do historii, do Kościoła, do tego, co się wówczas działo, to jest po prostu XIX-wieczna bajka. Bo Giordano Bruno spłonął na stosie i skazany został oczywiście przez Kościół, ale to nie był męczennik wielości światów. Władze kościelne przede wszystkim były, to taki eufemizm, zmartwione, a właściwie oburzone przede wszystkim tym, że Giordano Bruno zaprzeczał boskości Chrystusa. Proszę państwa, w tamtych czasach za to dostawało się w czapę. Co się właśnie stało. W dodatku jeszcze Giordano Bruno miał takie inklinacje, w każdym razie przypisywano mu, chociaż chyba niebezpodstawnie, takie satanistyczne, powiedzielibyśmy dzisiaj. I za to tak naprawdę zapłonął na stosie. Ja wcale nie uważam, żeby to człowieka predestynowało do stworzenia z niego żywej pochodni. Niemniej na pewno Giordano Bruno nie spłonął za swoje doktryny kosmologiczne, nie spłonął za ideę zaludnionego wszechświata. To nie te idee przerażały hierarchię.
Przynajmniej wówczas. On spłonął za to, co powiedziałem wcześniej. Mówiąc krótko, Giordano Bruno nie był, jak twierdzą niektórzy, męczennikiem za życie pozaziemskie. Zdecydowanie nie. Podróżujmy zatem dalej. Trzej najważniejsi uczeni pierwszej połowy XVII wieku to z całą pewnością Galileo Galilei, czyli Galileusz, 1564–1642, René Descartes zwany Kartezjuszem, 1596–1650 i Johannes Kepler, 1571–1630. Mam tu taką ściągę. To nie tak, że ja to znam na pamięć. Mam tu ściągę oczywiście. Ci trzej panowie byli z przekonania kopernikanistami.
W każdym razie wyznawali idee głoszone przez Kopernika, ale każdy z nich wykazywał daleko posuniętą ostrożność wobec idei istnienia istot pozaziemskich. To znaczy ci trzej wymienieni przeze mnie panowie owszem uważali, że światów może być wiele, ale już z tymi istotami to, proszę państwa, nie przesadzajmy, nie rozbuchajmy tej swojej idei zbyt mocno. Galileo w dziele „Gwiezdny posłaniec” z 1610 roku dostrzegał podobieństwa pomiędzy Księżycem a Ziemią, ale chyba 22 lata później w dziele „Dialog o dwóch najważniejszych układach świata: ptolemeuszowym i kopernikowym” zasugerował, że jeśli życie istnieje na Księżycu, to życie musi być bardzo inne, daleko wykraczające poza wyobrażenia ludzi. Zobaczcie państwo, prawie całe życie strawił Galileo na tym, żeby do tego wniosku dojść. Najpierw było to nieśmiałe, podobieństwa, Księżyc, Ziemia, te rzeczy. I dopiero w pewnym momencie, pod koniec życia doszedł do wniosku, że tak może jednak być. Że te istoty na tych światach jednak się urodziły i że są, a w dodatku są inne niż sobie to wyobrażamy, inne niż ludzie. Przejdźmy do kolejnego z wymienionych, czyli do Kartezjusza. W liście napisanym w 1647 roku. Teraz podam treść tego listu.
Ważne jest to, że ten list został opublikowany dopiero na początku XX wieku. Wcześniej był nieznany, ale w 1903 roku został opublikowany i w tym liście on napisał mniej więcej coś takiego. Najpierw stwierdził, że krew Chrystusa zbawiła wielu ludzi, a następnie dodawał. Stwierdził, że dopuszcza myśl, iż nieskończoność wszechświata, z tej nieskończoności wynikają pewne logiczne konsekwencje. Znowu mamy do czynienia z tą ideą, o której państwu mówiłem, czyli jak mamy czegoś bardzo dużo, to wszystko jest możliwe. Idea obfitości w tym wypadku również przemówiła do wyobraźni. Jeszcze inaczej było z Keplerem. Kepler, kojarzycie państwo, znany astronom tamtych czasów. On przyjął ideę kopernikańską, nawet ją rozwinął. Napisał nawet taką książkę „Somnium”, czyli coś, co nawet ma dłuższy łaciński tytuł, którego niestety nie pamiętam akurat.
Ta książka traktuje o możliwości życia na Księżycu, ale on tam to napisał. Traktuje się nawet to dzieło, niektórzy co bardziej gorliwi uważają, że to w ogóle jedno z pierwszych dzieł science fiction. Nic z tych rzeczy, proszę państwa, nie przesuwajmy granicy science fiction nie wiadomo gdzie, bo po prostu popadniemy w bzduractwo albo w chciejstwo. To była pewna idea. Bardziej bym powiedział, że on był takim uczonym z pełną gębą. Zakładał, że skoro warunki, które panują na Ziemi, powołały jeden typ rozumnych istot, czyli ludzi, to jeśli na Księżycu panują inne warunki, to też te istoty, tamtejsi ludzie będą inni. Przyznacie państwo, bardzo nowoczesne podejście. Jedno jednak należy podkreślić, że idea kopernikańska tak, natomiast idea Giordano Bruno nie porwała go za bardzo. On uważał, że raczej istnieje kosmos, w którym Ziemia zachowuje prymat, a ludzie są, jak to wyjaśnił przynajmniej w jednej ze swoich książek, dominującymi istotami we wszechświecie. Galileusz, Kartezjusz i Kepler wykazali ostrożność, bo w tym samym czasie inni światli ludzie pierwszej połowy XVII wieku nie byli tak wstrzemięźliwi.
Byli wśród nich Tommaso Campanella, 1568-1634 i John Wilkins, 1614-1672. Drażnić może to moje wymienianie dat, ale utrwala, na przykład przy ponownym przesłuchaniu, układ czasowy. Dlatego z takim maniactwem dzisiaj państwu te daty staram się przybliżać. Ci dwaj ludzie, Tommaso Campanella, John Wilkins. Campanellę państwo kojarzycie, „Miasto Słońca”, te rzeczy. W każdym razie Campanella opublikował w 1622 roku inne dzieło niż to, które wymieniłem, czyli nie „Miasto Słońca”, ale dzieło nawiązujące tytułem do pewnego innego, bardzo ważnego dzieła. To dzieło Campanelli nosiło tytuł „Obrona Galileusza”. Jeśli sobie przypomnicie państwo „Obronę Sokratesa”, to już będziecie wiedzieli, o co chodzi. W tym dziele, które może być postrzegane jako takie opowiedzenie się po stronie idei zamieszkałego wszechświata, te idee aż buchają po prostu. Po lekturze tekstów Galileusza Campanella uznał, że zawierają one silne poszlaki, które potwierdzają istnienie dużej ilości zamieszkałych światów.
W konsekwencji napisał w liście wysłanym w 1611 roku, że wszystkie planety muszą być zamieszkałe tak jak nasza Ziemia. Przyznacie państwo, że poleciał po bandzie, przynajmniej na tamte czasy, początek XVII wieku. On się zastanawiał również nad problemami takimi jak poglądy astronomiczne owych istot oraz formy życia społecznego na innych planetach. Zobaczcie państwo, mamy XVII wiek i dopiero wtedy można mówić, że pierwociny tej idei obcych zaczęły się pojawiać. Jeszcze nieśmiało, ale już są. Początek XVII wieku. A co ze wspomnianym Anglikiem Wilkinsem? On w 1638 roku opublikował bardzo popularny tom, który przemawiał za istnieniem życia na Księżycu. Ten Księżyc jakoś mocno obstawiany był. Wynotowałem sobie go, ponieważ w tym czasie zaczęły się pojawiać dzieła, które miały jakby zmierzyć centymetrem ich tytuły, to gdzieś koło metra.
Cytuję, jaki tytuł nosiło to dzieło: „Odkrycie świata na Księżycu lub dyskurs mający na celu udowodnienie, że jest prawdopodobne, iż na tej planecie może istnieć inny, nadający się do zamieszkania świat”. Koniec tytułu. Ale ten tytuł, wbrew pozorom, też przyznacie państwo, mocno znaczący. To była pierwsza połowa XVII wieku. W drugiej połowie XVII wieku powstały dwie księgi, które mocno nawiązywały do Kartezjusza. Pierwszą z tych ksiąg było dzieło wydane w roku 1686, a autorem tego dzieła był, i tu znowu francuszczyzna i znowu będę miał problemy, Bertrand Le Bouvier de Fontenelle. Publikacją tego dzieła wywołał sensację, bo opowiadał się za istnieniem istot pozaziemskich tak dosyć totalnie. To jego dzieło nosiło francuski tytuł, którego państwu nie przytoczę. Już nie będę kaleczył języka, bo ja sobie zdaję sprawę, że przed głośnikami mogą siedzieć ludzie, którzy język francuski znają. Nie chcę katować ich uszu albo doprowadzać do śmiechu.
W każdym razie to dzieło wspomnianego już Bertranda Le Bouviera de Fontenelle wzbudziło w Kościele wściekłość. Rzym uznał ten tom za niebezpieczny i umieścił go na Indeksie ksiąg zakazanych w 1687 roku. Ale proszę państwa, jeśli uważacie, że to w ogóle przyniosło jakąś ujmę autorowi, to wręcz przeciwnie. Dzięki temu do roku 1800 popularność książki była szalona. Po prostu ludzie sobie wyrywali tę książkę. Ci, co umieli czytać oczywiście, wyrywali sobie tę książkę z rąk. Ona miała dziesiątki wydań w dziewięciu językach. Europa oszalała na punkcie tego dzieła. Ten Fontenelle był bardzo utalentowanym literatem. I to był pewien minus.
Bo wiecie państwo, co innego usłyszeć opowieść o ludziach żyjących gdzieś na Księżycu od naukowca, nawet naukowca z XVII wieku, a co innego od literata. Dlatego takim ważnym dziełem XVII-wiecznym, taką pracą, która wzbudziła zainteresowanie, ale już na gruncie naukowym, była praca astronoma Christiana Huygensa, który żył w 1629–1695. To był jeden z wielkich naukowców tego stulecia. I nic dziwnego, że ludzie więcej zaufania pokładali do jego zapisanych stron. To dzieło tym razem miało tytuł krótki. Nazywało się „Cosmotheoros” i zostało wydane pośmiertnie w 1698 roku. Ten „Cosmotheoros” — wiecie państwo, jak już zatytułował krótko, musiał znaleźć się ktoś, kto przerobił to na tytuł długi, bo w Anglii został wydany pod tytułem zmienionym, który za chwilę przytoczę. Można to przetłumaczyć jako: „Celestial. Światy odkryte, czyli przypuszczenia dotyczące mieszkańców roślin i powstawania światów na planetach”. Nie jest tak długi jak ten poprzedni.
Ta książka w ciągu dwóch dekad stała się dostępna, tym razem w pięciu językach. Oprócz oryginalnej wersji łacińskiej. Zauważcie państwo sukces tych dwóch tomów, tego literackiego i tego bardziej naukowego. Jeden i drugi autor dysponowali dosyć skąpymi dowodami naukowymi, na których opierali swoje dzieła. Niemniej jednak to zrobiło straszny wyłom, właściwie pozytywny, nie straszny wyłom w wyobraźni masowej. Wiecie państwo, są w historii świata takie momenty, że pozornie niewielkie wydarzenie sprawia, że coś się przestawia, zwrotnica jest przełożona i nagle ludzie zaczynają myśleć inaczej. Tak chyba było w tamtym czasie, bo początek XVIII wieku, w ogóle wiek XVIII, czasy Oświecenia, to istoty pozaziemskie, obcy stali się naprawdę modni. Czołowi intelektualiści tamtego czasu opowiadali się za istnieniem wielu zamieszkałych światów. Wśród takich autorów, których na czołówkę można wysunąć, to Alexander Pope, poeta, „Essej o człowieku”. Dalej też poeta Edward Young, „Nocne myśli”.
Dobra, dorzućmy jeszcze trzeciego poetę Friedrich Gottlieb Klopstock. I tu nie mam tłumaczenia „Der Messias”, czyli „Mesjasz” po prostu. To poeci. Ale nie tylko literaci się tym zajmowali. Wśród filozofów wspominających o możliwości istnienia wielu światów był, i tu pewna niespodzianka, Immanuel Kant. Podejrzewalibyście państwo, że tak zacny i tak mało zrozumiały w czytaniu filozof żyjący od 1724 do 1804 roku mówił coś o istotach, o innych światach? Za chwilę wrócę do Kanta, ale wśród takich jeszcze znanych umysłów tamtych czasów to istoty pozaziemskie pojawiały się często w pismach Thomasa Wrighta, Johna Lamberta, Williama Herschela. Oni wszyscy znani są jako pionierzy współczesnej astronomii gwiazdowej. Czas na kolejną dygresję. To będzie dygresja właśnie o Kantcie.
Tę ideę światów oraz istot, właściwie głównie światów, Kant zawarł w swoim pierwszym wydanym dziele. Później czasami tym pierwociną swoim zaprzeczał, ale warto odnotować, że takie dzieło było. To jest dzieło, którego tytuł na polski można przełożyć jako: „Myśli o prawdziwym oszacowaniu sił życiowych i osądzie dowodów”. Tam Kant w tym dziele rozważa hipotezy, którymi nauka zajęła się tak naprawdę dopiero w XX wieku. Rozważa na przykład na swój sposób, swoim językiem, ale liczbę możliwych wymiarów. W tamtym czasie ludzie sobie nie zawracali głowy takimi rzeczami. Mamy długość, szerokość, wysokość, to proste, ile jest wymiarów. On tymczasem twierdził zupełnie inaczej. On rozważał też w tym dziele istnienie innych światów. One miały być odseparowane od siebie ze względu na różną liczbę wymiarów przestrzennych i zastrzegał, że to są tylko hipotezy, które może odrzucić w wyniku dalszych badań, rozważań.
I rzeczywiście część z nich odrzucił. W każdym razie On to jak tłumaczył, jak się wejdzie głębiej w jego rozważania, to on de facto mówił o tym, że nie używał tych słów, ale to, co dzisiaj mówimy, że są różne wibracje, różne stany i te wymiary się w związku z tym mnożą jak grzyby po deszczu. On coś takiego sugerował w tym dziele. Nawet specjalnie nie musiałem nadinterpretowywać. Warto to zapamiętać, bo złapać Kanta na czymś takim to jest duży rarytas. Udało mi się. Sporo musiałem się naszukać, ale jednak u Kanta coś takiego znalazłem. Jeśli chodzi o bardzo znanego astronoma tamtych czasów, którego już wymieniałem, Williama Herschela, to co bardziej złośliwi twierdzą, bo on to był facet, który budował teleskopy, nakopił i budował. Uczyniły go takim pionierem astronomii galaktycznej, bo obserwował te różne mgławice, to wszystko, co na niebie widać, ale bardzo daleko. A złośliwi mówią, że tak naprawdę on te teleskopy budował nie po to, żeby obserwować mgławice, ale w nadziei, że jak sobie spojrzy na tarczę Księżyca, to odkryje tam innych ludzi, ich miasta i w ogóle będzie fajnie.
Zdaje się, że się nie udało. W każdym razie to naukowcy. Mieliśmy już poetów, mieliśmy filozofów, naukowców. Kto jeszcze został? Pisarze religijni, bo ci dalej nie spoczywali, ale jakby ton się zmienił. O ile pamiętacie to, co mówiłem, w średniowieczu, to teraz słyszymy coś takiego. Osiemnastowieczni pisarze religijni sprzeciwiali się temu nowemu trendowi, ale trochę inaczej niż tamci, o których mówiłem wcześniej. Otóż ci pisarze religijni, przynajmniej niektórzy z nich postrzegali istoty pozaziemskie jako dowód dobroci Boga, podczas gdy inni twierdzili, że wysiłki Boga w stworzeniu rozległego wszechświata byłyby po prostu marnotrawstwem i gdyby występowanie życia ograniczyło się tylko do Ziemi. Czyli skoro już stworzył te inne światy, to tam musi być po prostu życie. Proszę państwa, jak z tych samych albo bardzo podobnych przesłanek wyciągać zupełnie różne wnioski, to już chyba państwo widzicie.
Powiedziałem, że się sprzeciwiali, inaczej, były dwie grupy, jak zawsze i bardzo duża grupa się sprzeciwiała, a bardzo duża grupa nie. I tu właśnie mieliście państwo taki przykład tych, którzy się nie sprzeciwiali, wręcz przeciwnie mówili tak, że tych światów musi być dużo, bo tak. Jest tylko jeden myk, który troszeczkę przeskoczyłem, pominąłem. Otóż zadziwiające jest to, że z tych samych przesłanek w tym samym wieku XVIII dochodzono do dwóch skrajnie różnych obrazów świata. Jedni mówili: „Nie, tam nic nie ma, dalej jest tak, jak było, czyli żadnych innych światów, tylko my i nic więcej”. Dokładnie z tych samych przesłanek drudzy mówili coś zupełnie innego. To, co mówiłem właściwie przed chwilą. W każdym razie pod koniec XVIII wieku wśród chrześcijan, jak sobie powalczyły te dwie grupy ze sobą, zaczynał panować konsensus, że wiara religijna oraz wiara we wszechświat pełen inteligentnego życia nie kłóci się zupełnie, nie kłócą się. Czyli wiara w tę wielość światów i wielość istot tam żyjących w ogóle nie kłóci się z religią. To, proszę państwa, już naprawdę działo się.
Przełom XVIII i XIX wieku to oczywiście trwające nieustanne spory teologiczne, że oni się tam jeszcze sztachetami nie układali. Proszę państwa, jak się przeczyta te różne dzieła, siłą rzeczy nie będę państwu tego wszystkiego cytował, ale jak się przeczyta te różne dzieła, to aż naprawdę człowiek się dziwi, że tam nie dochodziło do ostrego mordobicia. Wiem, trywializuję, ale jakbyście to państwo poczytali, to naprawdę nie dziwilibyście się państwo temu, co mówię. W ramach religii chrześcijańskich, bo nie tylko katolicyzmu, ale właśnie za pośrednictwem innych religii chrześcijańskich, od katolicyzmu poprzez różne odłamy protestantyzmu właściwie przyjęto, że tak, że ta wielość światów i istot rozumnych jest do przyjęcia. Pojawiały się spory, ale one dotyczyły częściej szczegółów, czyli czy oni są tacy sami, czy może nie tacy sami, jak te warunki wpływają. Raczej o tym już zaczęto dyskutować, czyli jak oni wyglądają, a nie o tym, czy są. To ogromny przełom. I tu się, proszę państwa, zaczyna coś dziać dziwnego, bo jak już mówimy o tych wszystkich przemianach religijnych, to okazuje się, że religie również włączyły się w popularyzację idei obcych. Nie przesadzam wcale. Otóż trzy postacie z wieku XIX, właściwie nie.
Część z nich to jeszcze wcześniejsze osoby, które niejako wywołały ten ruch, bo na przełomie XVII i XVIII wieku funkcjonował sobie niejaki Emanuel Swedenborg. Właściwie większa część życia to XVIII wiek, ale urodził się w XVII. To był naukowiec, który stał się myślicielem, a jego zapiski objawienia zostały opublikowane jako „Nowa Jerozolima”, a później stworzono na tej bazie kościół Swedenborga. Za chwilę może jeszcze o tym powiem, ale kolejną osobą już z XIX wieku była Ellen White. To była prorokini Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Był jeszcze Joseph Smith, założyciel Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich, czyli Kościoła Mormonów. Po co to mówię? Bo mam w tym niezbyt ukryty cel. Emanuel Swedenborg, tak jak powiedziałem, Ellen White i Joseph Smith. Zacznijmy od Swedenborga, bo on był najwcześniej, jeszcze przed XIX wiekiem.
Stworzył jedno z najbardziej niezwykłych pism. Ono nosiło tytuł: „Ziemia w naszym Układzie Słonecznym, który nazywamy planetami i ziemiami w gwieździstym niebie. Ich mieszkańcy, duchy i anioły z rzeczy usłyszanych i widzianych”. Ta książka została wydana w 1758 roku. Relacjonowała rozmowy, które Swedenborg miał prowadzić z istotami z innych światów, z innych planet. On ponadto opracował bardzo rozbudowaną teologię, która to teologia obejmowała również istoty pozaziemskie. Kto ciekawy, niech sięgnie. Te dzieła Swedenborga są dostępne. Bardzo ciekawie pisał o nich między innymi zastępca redaktora miesięcznika „Nieznany Świat”, Wojciech Chudziński. On sporo się zajmował Emanuelem Swedenborgiem.
My przejdźmy cichutko do Ellen White. Ona w latach 40. XIX wieku związała się z ruchem religijnym wieszczącym drugie przyjście Chrystusa. W tym czasie doświadczała wizji dotyczących istot pozaziemskich. Na przykład o mieszkańcach Saturna napisała: „Mieszkańcy to wysocy, majestatyczni ludzie. Grzech nigdy tu nie wszedł”. Rzecz się rozwijała, była w procesie. Na początku lat 60. XIX wieku Ellen White i jej współpracownicy założyli, tak jak powiedziałem wcześniej, nową organizację religijną, którą nazwali Kościołem Adwentystów Dnia Siódmego, który istnieje tak naprawdę do dzisiaj. Dla tego kościoła White przedstawiła teologię, która dotyczyła istot pozaziemskich.
Również doktryny, która głosiła, że pierwotny grzech miał miejsce tylko na Ziemi i że odpowiednio Chrystus przyszedł tylko na naszą planetę. A o mieszkańcach innych światów pisała: „Bezgrzeszni, inteligentni ludzie z innych światów”. I trzecia postać, Joseph Smith. To mormoński przypadek. Nowa religia, która przyjęła ideę istnienia istot pozaziemskich. To jest najbardziej niezwykły przypadek. Joseph Smith twierdził w swoich tekstach, które pisał, że wszechświat zawiera ogromną liczbę zamieszkałych światów. W jednym z jego późnych dzieł Bóg jest przedstawiony jako istota ujawniająca, że, i tu cytat: „Wśród wszystkich dzieł moich rąk nie było tak wielkiej niegodziwości, jak wśród twoich braci”. Czyli znowu sugestia, że Ziemia jest miejscem strasznym, bo inne światy są pełne dobra, miłości i piękna. Innym pomysłem Smitha było to, że niektóre zamieszkałe światy już umarły.
Ale żeby nam nie było smutno, cały czas powstają nowe i będą powstawały. Żeby ująć rzecz najbardziej syntetycznie, to doktryna wielości światów uzyskała w teologii Mormonów jeszcze większy prymat niż we wszystkich wcześniej wymienionych, które wymieniałem, czy to w kościele Swedenborga, czy to u Ellen White. Cóż by tu państwu jeszcze powiedzieć? O tym, jak silna była w XIX wieku idea wielości światów oraz istnienia istot pozaziemskich, że to już właściwie stało się elementem powszechnej wiedzy, masowej wyobraźni. Jak silna była ta idea, świadczyć o tym może wydarzenie, które miało miejsce w pierwszej połowie XIX wieku, a konkretnie w 1835 roku. Otóż we wspomnianym roku Richard Locke, to był autor piszący dla gazety The New York Sun, wywołał pewne poruszenie serią artykułów, które donosiły, że za pomocą teleskopów zaobserwował on na Księżycu inteligentne życie. Istoty, które sobie po tym Księżycu hasały. I co jest godne uwagi? Otóż bardzo duża liczba osób uwierzyła w raport Locke'a. Uwierzyła, pomimo że w tym czasie, przypominam, pierwsza połowa XIX wieku, było już bardzo dużo dowodów na to, że Księżyc nie ma atmosfery, że raczej nie panują tam warunki dogodne dla życia.
W tym czasie się zastanawiano, jak z tymi warunkami na innych planetach, ale Księżyc był już raczej wykluczony. Mimo to uwierzono w te artykuły. Te artykuły Locke'a zapewniły mu miejsce w historii dziennikarstwa. Miejsce niesławne, bo Pamięta się go dzisiaj pod takim hasłem: Wielkie Księżycowe Oszustwo. Wiecie państwo, naprawdę wiele przesłanek wskazuje na to, że celem Locke'a nie była mistyfikacja. Raczej to miała być satyra. Nie jego winą było to, że napisał tę satyrę na tyle składnie i na tyle potoczyście, że czytelnicy uwierzyli. A może to czytelnicy byli podówczas jacyś tacy łatwowierni? Ale żeby być uczciwym, to XIX wiek jest również czasem, kiedy sporo było uczonych, którzy nie tyle przeczyli idei wielości światów, raczej zajmowali się ideą światów najbliższych i życia na nich. I tu sporo było takich, którzy twierdzili, że może gdzieś tam światy zamieszkałe istnieją, ale w naszym układzie planetarnym to chyba raczej nie.
Jednym z takich ludzi był człowiek orkiestra tamtych czasów, William Whewell. On żył w latach 1794-1866. Takiego człowieka wszelkiej wiedzy nazywamy polihistorem. Świetnie się orientował w filozofii, logice, historii nauki. Był przedstawicielem kilku innych dziedzin wiedzy, takich jak geologia, mineralogia, fizyka, astronomia, teologia, prawo międzynarodowe, ekonomia polityczna oraz architektura. Przyznacie państwo, zakres wiedzy olbrzymi. I w roku 1853 William Whewell opublikował książkę, którą zatytułował „O wielości światów”. W tej książce twierdził, że wiele argumentów, zarówno religijnych, jak i naukowych, zdaje się przeczyć istnieniu życia poza Ziemią, w tej najbliższej okolicy. Whewell przeanalizował dostępne wówczas informacje o planetach Układu Słonecznego i pokazał, że na prawie wszystkich panują warunki wrogie życiu. Niemniej jednak w drugiej połowie XIX wieku zgromadzono też, tu cudzysłów, dowody na to, że jednym z takich obiektów, na którym jednak życie może istnieć, a które są w naszym układzie planetarnym, poza Ziemią oczywiście, jest Mars.
No i się zaczęło. To rozpoczęło olbrzymią debatę dotyczącą życia na Marsie, która to debata, tak naprawdę, jakby próbować znajdować jakieś ramy, to ona się ciągnęła od roku 1877. To był rok, kiedy Giovanni Schiaparelli doniósł o odkryciu kanałów na Marsie. I ta dyskusja ciągnęła się od tego roku do około roku 1915. To wówczas społeczność astronomów uznała, że nie ma dowodów na istnienie życia na czwartej planecie naszego Układu Słonecznego. Wiecie państwo, a w tak zwanym międzyczasie, gdzieś tak pod koniec XIX wieku ukazała się „Wojna światów” Herberta George'a Wellsa, czyli jednak życie na Marsie według niego istniało. Niektórzy twierdzą nawet, że ono w dalszym ciągu tam istnieje. To w zależności od tego, jak patrzą na doniesienia z Czerwonej Planety. I to jest mniej więcej krótka historia obcych. Czyli zobaczcie państwo, oni się tak naprawdę bardzo późno pojawili.
Mówiliśmy o XVII wieku, tak na dobre w XIX. W literaturze natomiast rzeczywiście to Wells był pierwszy. Należałoby go przynajmniej uznać za pierwszego. Trochę konkuruje z nim Polak, który pod pseudonimem Abul, a naprawdę nazywał się ten Polak Sadke, wydał książkę o przybyszach z Marsa, „Goście z Marsa”. Ona jest literacko słabsza od książki Wellsa, ale też mówi o Marsjanach, którzy tu przybyli, wylądowali w Australii. Przedstawia bardzo ciekawą teorię, powiedzmy historiozoficzną, ale o szczegółach to musicie państwo po te szczegóły sięgnąć gdzie indziej. Ja powiem tylko, że zauważcie państwo, bardzo późno. I po co ja to wszystko państwu opowiadam? Kiedyś już tę tezę wygłosiłem, wygłoszę ją po raz drugi. Tak jak było z tym kołem w Ameryce Środkowej, Południowej i Północnej.
Nie było koła, chociaż coś, co okrągłe, było znane tamtejszym mieszkańcom. Nie wymyślili koła jako urządzenia, które mogło przewozić na przykład plony czy inne rzeczy. To wiecie państwo z prelekcji Jacka Inglota chyba lepiej niż ja to w tej chwili mówię. Natomiast takie idee, które wydają się na przykład dzisiaj bardzo proste, w ludzkim umyśle pojawiają się bardzo długo i ciężko się rodzą. I tak jak rodziła się ciężko idea wielości światów, ona się rodziła tak ciężko dlatego, że może brakowało wiedzy, nie było odpowiedniej wiedzy, ale też to musiał być przełom psychologiczny? Nie wiem. Psychiczny? Nie wiem. Musiały się te dwie synapsy w mózgu zderzyć ze sobą. Żart niestosowny, ale chodzi o to, że czasami rzeczy proste, dla nas proste, potrzebowały wieków, żeby się urodzić.
I tu taka nieco na siłę, ona właśnie nie jest na siłę przyszywana, ale może się państwu taka na siłę wydać. Ja naprawdę się od dłuższego czasu zastanawiam, ile rzeczy, na które my dzisiaj wpaść nie możemy, naszym potomkom za kilkaset lat będzie się wydawała tak prosta, tak oczywista, że będą się pukali w czoło: jak ci ludzie z początku XXI wieku mogli na to nie wpaść? Ja się zastanawiam, w którym miejscu są te idee, na które my wpaść nie możemy. Czego one dotyczą? Czy dotyczą fizyki, czy dotyczą chemii, jakich dziedzin życia dotyczą? Bo właściwie każdy czas w historii świata miał taką tendencję, że ludziom wydawało się, że już wiedzą prawie wszystko. Już należy powiesić naukę na kołku, bo już wiemy prawie wszystko. Nie, to zawsze było złudzenie. I w XIX wieku, i wcześniej to były złudzenia. Nauka trwała dalej i trwa dalej.
Trochę goni ten uciekający horyzont. I stąd moje refleksje, czego my dzisiaj nie wiemy, co nam ucieka, na co nie potrafimy wpaść po prostu, a co będzie tak dziecinnie łatwe jak to, że istnieją obcy. Wielu wieków trzeba było, żeby ludzkość na to wpadła. Kolejnych wieków trzeba było do tego, żeby ci obcy jakoś pojawili się w kulturze i zajęli w niej miejsce. Wiek XX? Obcy wyłazili z każdego kąta. W drugiej połowie XX wieku obcy byli wszędzie, wyskakiwali z telewizora, wyskakiwali z książek, wyskakiwali zewsząd. Między innymi z programów popularnonaukowych. A XXI wiek, ci obcy to atakują. Już nie Marsjanie, a obcy.
I to tyle. Trochę przynudzałem dla niektórych. Może niektórym powiedziałem ciekawe rzeczy. To się okaże. Będziecie państwo mogli rzecz ocenić. Ja w każdym razie polecam państwa pamięci tych kilka nazwisk, które wymieniałem tutaj. Warto sobie to może jeszcze raz prześledzić. To, co ja zrobiłem po łebkach, to słuchając tych nazwisk, tych nieudolnie wypowiadanych przeze mnie francuskojęzycznych nazwisk, warto sobie je odszukać, poczytać troszeczkę, bo siłą rzeczy audycja ma ograniczony czas, więc tych polemik nie mogłem przytaczać, a one są naprawdę fascynujące. Jeśli ktoś się interesuje filozofią, jeśli ktoś się interesuje rozwojem nauki, może trochę teologią, to jak zacznie to czytać, to wsiąknie. Jak zobaczycie, jakimi argumentami się przerzucano, dojdziecie państwo do wniosku, że na przykład średniowiecze, jeśli dalej macie takie złudzenie, że to były ciemne wieki, kiedy były, to były, ale dyskusje filozoficzne, teologiczne, naukowe wreszcie były absolutnie fascynujące.
I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie skończyć ten przydługi nieco wykład. No i cóż, proszę państwa, w pierwszym „Bibliotekarium 2.0” zapowiadałem, że mieliśmy praktykantkę i praktykantka pozostawiła po sobie kilka dzieł, które postaramy się zaprezentować. A zatem w tej chwili, bez chwili przerwy oddaję głos pani Paulinie Remus, która poleci państwu kolejną książkę.
[04:02:01] - „W cieniu wielkiej historii. Nieczułość” Martyny Bundy. Wiek XX jak żaden inny obfitował w ludzkie tragedie. Wojny, ludobójstwa oraz ideologie totalitarne nieodwracalnie zburzyły stary porządek. W natłoku zdarzeń zapominamy, że historia to nie tylko bitwy, czołgi czy kaprysy panów w garniturach. Historia to również krzyki przerażenia w miejscu pozornie bezpiecznym, a także próby rozpalenia domowego ogniska na zgliszczach świata. Książka Martyny Bundy opowiada o losach czterech kobiet z kaszubskiej wsi. Rozela i jej córki: Gerta, Truda i Ilda przeżyły II wojnę światową i doświadczyły wielu związanych z nią okropności. Na tym się jednak życie nie kończy. Cytuję: „Naprawdę, naprawdę to, co było przedtem, nie miało już znaczenia.
Po pięciu latach wojny nastał czas zawracania życia na właściwe miejsce”. Koniec cytatu. Czasy powojenne wcale nie były łatwiejsze. Bohaterki muszą poradzić sobie z różnymi problemami, nie tylko związanymi z trudem życia w PRL-u, ale przede wszystkim z wojennymi traumami, jakie każda z nich doświadczyła. Do napisania „Nieczułości” autorkę zainspirowała historia własnej rodziny. Martyna Bunda pochodzi z Kaszub. Jej babki i ciotki doświadczyły z rąk żołnierzy Armii Czerwonej tego samego co Rozela – gwałtu wojennego. Trauma tych wydarzeń miała znaczący wpływ na życie nie tylko bezpośrednich ofiar, ale też następnych pokoleń. Tak powstała nieczułość, sposób na przetrwanie ciężkich czasów. Nieczułość pojawia się w relacjach matki i córek, sióstr między sobą, a także kobiet z mężczyznami.
Ciekawym elementem książki jest chaotyczne ułożenie wydarzeń w pierwszych rozdziałach. Może to odstraszyć potencjalnego czytelnika. Tu siostry są dorosłe, tu są małe, tu się dopiero rodzą. Raz Niemcy zabierają Trudę, a potem od razu przychodzą Rosjanie. Początkowo trudno jest zrozumieć co, kiedy i w jakiej kolejności się wydarzyło, jednak po przeczytaniu całości wszystko nabiera sensu. Autorka zaczyna opis zdarzeń zgodny z chronologią mniej więcej w momencie końca wojny. Ten zabieg może irytować, dopóki nie uświadomimy sobie, jaki był jego cel: pokazanie traumy, gdy wszystko już się myli i zaciera w pamięci. „Nieczułość” to nie historia krwawej bitwy i dzielnych żołnierzy poświęcających życie dla ojczyzny. „Nieczułość” to historia, której mogła doświadczyć każda rodzina. II wojna światowa wpłynęła na wszystkich ludzi, których bezpośrednio dotknęła oraz następne pokolenia.
Książka Bundy nie jest podręcznikiem, z którego nauczymy się o najważniejszych wydarzeniach w okresie PRL-u. Jest opowieścią o rodzinie, która musiała przetrwać. Śledząc losy matki i sióstr poznamy również specyfikę życia w latach powojennych. Mówiła Paulina Remus.
[04:05:04] - Okej, to była pani Paulina. Do trzeciego Bibliotekarium 2.0 mam dla państwa absolutny hit w wykonaniu pani Pauliny, ale odrobina cierpliwości. Wytrzymacie państwo tydzień. Ale skoro polecajki w modzie, ten czas dobry będzie zatem na kolejną polecajkę. W Book Radio ukazuje się od pewnego czasu recenzarium Ewiwy. Postanowiłem państwu przybliżyć to recenzarium, ponieważ tam nasza Luiza, którą państwo znacie z audycji Bibliotekarium, przybliża książki. Proszę państwa, o niektórych tytułach założę się, że nawet nie słyszeliście. Dlatego odpalamy dzisiaj kolejną serię wykładów w wykonaniu Luizy Dobrzyńskiej. Na pierwszy rzut pójdzie „Gwiezdne szczenie” Jacka Izworskiego. Po pierwsze dlatego, że to była pierwsza audycja.
Może jeszcze niedoskonała technicznie, ale pierwsza audycja wykonana przez panią Luizę. Ale ważniejsze jest coś innego. Książka Jacka Izworskiego właśnie została wydana po raz wtóry, bo ona pierwszy raz wyszła w latach 80. Całkiem niedawno, na dniach, jak to się mówi, ukazało się drugie wydanie wydane przez wydane, wydane, wydanie wydane. Niech będzie. Przez taką oficynę wydawniczą Odeswa. Znacie ją państwo, bo jej książki prezentowaliśmy w Bibliotekarium. Między innymi książka „Dusza” ukazała się w tym wydawnictwie. Więc „Gwiezdne szczenie” Jacka Izworskiego ukazało się po raz drugi. Posłuchajmy zatem, co o tej książce powie Ewiwa.
Recenzarium Ewiwy. Fantasy pełne.
[04:07:59] - Serdecznie witam wszystkich słuchaczy. Nazywam się Luiza Eviva Dobrzyńska i zapraszam do mojego recenzarium, w którym będę prezentować książki mające dla mnie jakieś szczególne znaczenie. Takie, które wywarły wpływ na moje życie. Ponieważ Book Radio skupia się przeważnie na książkach fantastycznych, zatem z tych wszystkich, które w życiu przeczytałam, wybieram pozycje z szeroko pojętej fantastyki. Dzisiaj na sam początek zamierzam zaprezentować książkę, która stała się dla mnie bardzo ważna, ale jest stosunkowo mało znana. Ta książka to „Gwiezdne szczenie” Jacka Izworskiego. Ukazała się w 1986 roku, więc jeszcze za czasów PRL-u, ale o ile mi wiadomo, powstała znacznie wcześniej, w latach 70. Nie wiadomo, dlaczego autor zwlekał tak długo z wydaniem. Być może zresztą wydawnictwo też zwlekało. Wtedy inaczej podchodzono do procesu twórczego.
Inne były oczekiwania, ale też debiutanci mieli łatwiejszą drogę. Nie znaczy to, że wszystkim się udawało i zawsze, ale wielu, którzy wtedy zadebiutowali, dzisiaj nie miałoby żadnych szans. Nie wiem, jak oceniono by „Gwiezdne szczenie” gdyby to dzisiaj Jacek Izworski wysłał je do któregoś z wydawnictw. Jest to książka, która raczej nie spełniłaby oczekiwań dzisiejszego czytelnika, przynajmniej według tego, co sądzą wydawcy. Mimo że jest to fantastyka typu twardego powiedziałabym, to znaczy, że dzieje się w przestrzeni kosmicznej, to brak tam bitew, brak tam starć, całej tej szybkiej akcji, na którą teraz kładzie się ogromny nacisk. Jest to fantastyka raczej pokojowa. Porównałabym ją z oryginalną serią „Star Treka” Roddenberry'ego. Autor prawdopodobnie nie znał jej wtedy, kiedy pisał tę książkę, ponieważ za PRL-u tego typu filmy nie trafiały na nasze ekrany. Ze wszystkich amerykańskich filmów i seriali najczęściej mieliśmy do czynienia z westernami, natomiast dzieła bardziej ambitne Nie były prezentowane polskim widzom. Mimo to w „Gwiezdnym szczenięciu” czuć „Star Treka”.
Autor przedstawia świat uporządkowany, świat przyszłości, w którym wszystkie narody są zjednoczone i razem pracują dla wspólnego dobra, dzięki czemu ludzkość może wyruszyć w kosmos, może zasiedlić obce planety. Jest to bardzo różowe, przynajmniej na początku. Bowiem ci, którzy lecą z misją odkrywania nowych planet tam, gdzie jeszcze żaden człowiek nie był, tak jak w „Star Treku”, to są ludzie przyszłości. Mają swoje ideały, mają twarde przekonania, że nie trzeba walczyć, żeby osiągnąć cel, że pokój jest rzeczą nadrzędną. Uważają, że jako naukowcy są chronieni. W każdym razie podświadomie mają takie przekonanie i dopiero zderzenie z rasą, która jest bardzo agresywna, nagle pokazuje im, że kosmos nie jest taki, jak myśleli, że nie jest tak pokojowy, jakim chcieliby go widzieć. Treść książki jest dość prosta. Z Ziemi wyrusza statek, którym leci trzynaścioro naukowców. Jak podejrzewam, statek był w pełni zautomatyzowany, ponieważ do obsługi jego potrzeba byłoby znacznie więcej ludzi. Załóżmy, że całą robotę wykonują automaty, natomiast naukowcy mają robić to, co robią badacze, to znaczy badać warunki życia na obcych planetach, na które się natkną.
Wszystko idzie gładko aż do momentu, kiedy lądują na planecie Chikeri. Znajdują tam tylko jedną żywą istotę. Tą istotą jest kulonik traktowany przez mieszkańców planety jak zwierzątko domowe. Tak były traktowane wszystkie kuloniki, mimo że były istotami inteligentnymi. Na tyle inteligentnymi, że łatwo uczyły się mówić i wykonywać wiele podstawowych czynności. Od tego kulonika Ziemianie dowiadują się, że cała rasa Chikeri została zgładzona. Został tylko on i jego przyjaciółka, również kulonik. Oboje zostają zabrani na statek, gdzie opowiadają Ziemianom historię o tym, co się wydarzyło. Okazuje się, że istnieje rasa, której życiowym celem jest niszczenie życia na wszystkich innych planetach. Chodzi tu o życie rozumne.
Od czasu do czasu zostawiają kilka lub kilkanaście egzemplarzy tej innej rasy, żeby im służyła. Okazuje się, że ta cała sprawa tylko pozornie dzieje się bardzo daleko i nie dotyczy Ziemi. Mieszkańcy planety Lucylli zagrażają wszystkim rasom rozumnym, które nam jeżą, a więc i Ziemianom. Załoga statku musi podjąć dramatyczną decyzję, co zrobić, żeby ochronić Ziemię przed zagrożeniem, którego Ziemia nie jest jeszcze świadoma i z którym nie wiadomo, czy potrafiłaby walczyć. Tak w skrócie wygląda treść książki. Narratorką jest Helena Borek, lekarz pokładowy, ale cała akcja skupiona jest bardziej na kuloniku imieniem Białek. To on jest tutaj najważniejszą istotą. To przeurocze stworzenie, które było traktowane jak zwierzątko takie jak pies, jest bardzo inteligentne i gdyby nie ono, prawdopodobnie nie udałoby się ani dotrzeć na Lucyllę, ani też czegokolwiek tam osiągnąć. Nie chcę mówić za dużo na temat tego, co się wydarzyło, ponieważ wcale to nie było tak, jak moglibyście sobie pomyśleć. Książka jest bardzo interesująca i bardzo dobrze napisana.
Warto ją przeczytać. Przeszkadzać w tym może jedynie to, że została wydana w wersji kieszonkowej. Mała książeczka, drobny druk. Ciężko jest to przeczytać, zwłaszcza gdy człowiek jest przyzwyczajony do dzisiejszych standardów druku. Mimo to warto. Bardzo wszystkich do tego zachęcam. Jacek Izborski to pisarz niezwykle wrażliwy, o ogromnej inteligencji i wyobraźni przekraczającej jakąkolwiek przeciętną wśród pisarzy. Nie bardzo rozumiem, dlaczego z tej książki nie zrodziło się coś więcej. Ponieważ jeżeli wolno mi wyrazić na ten temat swoją opinię, to mogła być cała seria taka jak „Szpital kosmiczny”, a Jacek Izborski mógł zostać polskim Jamesem Joycem. Niestety tak się nie stało.
Bardzo mi przykro z tego powodu, ale cieszę się, że mamy chociaż tę jedną książkę. Dziękuję wszystkim i zachęcam do sięgnięcia po „Gwiezdne szczenię”.
[04:15:52] - To ja jeszcze dopowiem, że Jacek Izborski to jest rocznik 1950, a zatem równolatek, tak to sobie pozwolę na poufałość, naszego Wiktora. To jest wrocławski autor fantastyki, kolekcjoner, twórca bibliografii wydawanej po polsku literatury fantastycznej. Tę bibliografię, jak sięgniecie państwo po pierwsze roczniki fantastyki, to tam ta bibliografia była publikowana od początku, od powojnia do '80 lat. Dociągnął wszystko, co wyszło. Macie państwo absolutnie wszystko. Coś się dzisiaj do mnie słówko absolutnie przyczepiło. Nieważne. W każdym razie tam jest naprawdę wszystko. Drobiazgowo sporządzona bibliografia, naprawdę chylę czoła. Obecnie autor całkiem niedawno współpracował przy tworzeniu Encyklopedii Fantastyki.
Tej encyklopedii, którą państwu polecałem w zeszłym tygodniu. Wpiszcie sobie Encyklopedia Fantastyki i wujek Google was zaprowadzi. To naprawdę wspaniałe źródło wiedzy. Jacek Izworski w tym wszystkim brał udział. Naprawdę wiele haseł zostało dzięki niemu opracowanych i to takich ciekawostkowych i merytorycznych. To ogrom pracy w jego wykonaniu. Spory wyczyn. Wielki kawał pracy. Dotychczas na rynku ukazały się dwie książki, dwa tytuły: „Gwiezdne szczenie”, tak jak powiedziałem w '86 roku i na dniach oraz książka, która nosiła tytuł, ona już wydana była w tym wieku, w drugim dziesięcioleciu XXI wieku. Wiem, że to brzmi enigmatycznie, ale po prostu nie pamiętam, w którym roku.
Książka nosiła tytuł „Węzeł światów”. Bardzo państwu polecam razem z Luizą Dobrzyńską. No i cóż, proszę państwa, czas nas goni. Jedziemy dalej. Kolejny wykład przed państwem. Tym razem poprosiłem człowieka, który jest, czasami popadamy w rutynę, legendą polskiej fantastyki naukowej. I to nie są słowa na wyrost, chociaż mówiłem, że popadamy w rutynę, bo czasami sformułowania brzmią tak sztampowo. Niemniej w tym wypadku ani nie jest to przesada, ani nie jest to jakieś nadużycie. Tym autorem jest Mirosław Piotr Jabłoński. Człowiek urodzony w Zakopanem.
Już samo to sprawia, że się uśmiecham, jak mówię o nim. To jest polski pisarz science fiction wydający od bardzo dawna. Zaraz państwu tytuły przytoczę. Może któreś z nich jakieś echo wywołają w państwa umysłach, bo ten autor się naprawdę często pojawiał już w latach 80. Poza tym to jest tłumacz, scenarzysta filmowy. Tak, proszę państwa, scenarzysta filmowy, dziennikarz oraz podróżnik. Jego literackim debiutem było opowiadanie „Drzewo genealogiczne” zamieszczone w „Nurcie” w '78 roku. Drukował jeszcze w wielu innych periodykach. Nie wszystkie niestety pamiętam. W każdym razie debiutem książkowym Mirosława Jabłońskiego, nie mylcie państwo, jest jeszcze drugi pisarz o nazwisku Jabłoński, który pisze taką fantastykę historyczną.
To nie ten. Mirosław P. Jabłoński. Mirosław Piotr Jabłoński. Jego debiutem był „Kryptonim Psima”. Książka, która się ukazała w Iskrach w '82 roku. To taka klasyczna fantastyka naukowa. Ale co ważne, co warto dodać, że scenariusz filmu Piotra Szulkina „Gaga. Chwała bohaterom!” został podobno zainspirowany przynajmniej częściowo tą właśnie historią, o której powiedziałem. Warto jeszcze dodać, że wśród innych książek wydanych przez Mirosława Jabłońskiego był „Nieśmiertelny z Oxa”, „Schron”.
To takie dwie książki, które pamiętam, wydane były w Globie. Szczeciński Glob, takie wydawnictwo. Cóż jeszcze? Powtarzał je później „Solaris”. To też ważne. „Trzy dni tygrysa” w Iskrach, „Dubler” w wydawnictwie Białowieża. Taka ciekawostka, którą znalazłem. W 2015 roku autor został uhonorowany ławką na krakowskich Plantach w ramach projektu Kody Miasta Kraków, Miasto Literatury UNESCO. A zatem widzicie państwo, że osoba bywała, osoba rozpisana. Osoba, której książki, nie wymieniłem wszystkich.
Sporo nowych tytułów znajdziecie państwo u Wojtka Sedeńki w jego wydawnictwie SF. To strona internetowa, ale jego wydawnictwo Stalker Books oferuje również książki Mirosława Jabłońskiego. O czym będzie dzisiaj wykładał Mirosław Jabłoński? Też o rzeczach ciekawych. Mianowicie powiedziałem, że jest scenarzystą filmowym. Tak, będzie mówił o filmie, a nawet o filmowcu i jego filmach, czyli o Romanie Polańskim. I zapytacie państwo: „Fantasta. Co Polański ma z fantastyką?”. Zobaczycie państwo, że bardzo dużo. Ten wykład, ta prelekcja została wygłoszona i nagrana przeze mnie na tegorocznym Kapitularzu w Łodzi.
I wierzcie mi państwo Kiedy Mirosław Jabłoński mówił o twórczości Polańskiego, to mi ta żuchwa coraz bardziej opadała, prawie o blat ławki uderzyła, przy której siedziałem, bo nigdy tak na twórczość filmową Polańskiego nie patrzyłem. Ja wiem, że Polański to jest w tej chwili osoba kontrowersyjna. Część go nienawidzi, część uważa, że w ogóle i tak dalej. Oddzielmy czasami człowieka od dzieła. Zajmijmy się tym, co Polański tworzył. A z prelekcji naszego dzisiejszego gościa przekonacie się państwo, że na tę twórczość można patrzeć z zadziwieniem. A jeśli ktoś lubi fantastykę, to wątków ocierających się o fantastykę jest w twórczości Polańskiego bardzo dużo. A zatem zapraszam państwa na wykład Mirosława Jabłońskiego o filmowej twórczości Romana Polańskiego.
[04:23:45] - Chciałem powiedzieć, że organizatorzy zwrócili się do mnie, zaprosili mnie na ten kapitularz. Powiedzieli, że motywem przewodnim jest uczelnia, szkoła i tak dalej. Jak widać po mnie, mam już jakiś czas za sobą, zostawiłem te klimaty. Chociaż kiedyś przeczytałem „Czarnoksiężnika z Archipelagu”, przetłumaczyłem Patricka Rothfussa „Strach mędrca” i tak dalej. Nie jestem wciągnięty w klimaty uczelni, na które uczęszczał Harry Potter i tym podobne. W związku z tym wymyśliłem sobie temat, który właśnie jest teraz obowiązujący. Temat wziął się z tego, że kiedyś pomyślałem przy powrotach postaci Polańskiego zarówno w mediach, zarówno ze względu na jego życie artystyczne, jak i życie pozaartystyczne: jaka szkoda, że Polański nigdy nie nakręcił filmu science fiction. Jak tylko to pomyślałem, to następna refleksja była taka, że jest to absolutnie nieprawda. Nie nakręcił nigdy filmu per se science fiction typu „Blade Runner”, „Gwiezdne wojny”, „Diuna”, cokolwiek takiego. Natomiast zdałem sobie sprawę z tego, że praktycznie od początku ciągnęła go jakaś groteska, fantasmagoria, horror przede wszystkim.
Właściwie to było zaczątkiem myśli o tym, nazwijmy to, niefantastycznym kinie Romana Polańskiego. Jego samego, myślę, po całej burzy medialnej i po tym, ile i jakie filmy nakręcił, przedstawiać chyba specjalnie nie trzeba. Natomiast chciałem powiedzieć o jego twórczości od samych początków, bo pierwszym filmem, w którym jest już jakiś element groteski, fantasmagorii, to jest ten jego słynny film dyplomowy „Dwaj ludzie z szafą”. To był film z 1959 roku. To czasy dość zamierzchłe. Przybliżę w dwóch słowach fabułę. Film zaczyna się od długiego ujęcia spokojnego morza, z którego w dość dużej odległości coś się zaczyna wyłaniać. Tutaj Polański stosuje prostą sztuczkę, mianowicie w ogóle nie robi przybliżenia. On czeka, aż to coś właściwie wejdzie mu w kamerę. To jest dość długie ujęcie i nagle się orientujemy, że z tego morza wyłania się najpierw szczyt szafy, a potem dwóch facetów ubranych na tamte czasy w jakieś pumpy, podkoszulki w paski à la matriosy radzieckie, dźwigających szafę.
Film jest niemy, jest ilustrowany tylko delikatną muzyką Krzysztofa Komedy. Ci faceci to jest ten element fantasmagorii czy nawet pewnego rodzaju fantastyki. Bo generalnie jednak nie spodziewamy się, że ludzie wyjdą z morza z szafą. W domyśle oni tam mieszkają, bo to nie jest tak, że oni spadli z nieba. Wychodzą na brzeg, dźwigają tę szafę, chodzą po Trójmieście i właściwie zderzają się z wrogim światem. Widać, że oni są częściowo nieprzystosowani. Nie do końca się umieją odnaleźć. Nawet dochodzi do tego, że w końcu jest jakaś bijatyka, chyba dostają po gębach i zabierają tę swoją szafę i wchodzą do morza. To już jest pierwszy taki zwiastun. Może nie pierwszy, bo jeszcze był film inspirowany Buñuelem, króciutka etiudka, minuta pięćdziesiąt siedem, „Uśmiech zębiczy”.
Tam nie ma elementu fantastycznego, natomiast jest wyraźna inspiracja buñuelowską grozą, podejściem groteskowym i fantasmagorycznym do rzeczywistości. Ale widać było, że Polańskiego od początku takie klimaty pociągają. To, że ten film został skonstruowany właśnie jako taka Kołowa historia zamknięta. To znaczy oni wychodzą z tego morza i potem do niego wracają. Jest taką właśnie też jego znakiem rozpoznawczym, że często lubił takie zamknięte historie. I ten film, który był filmem dyplomowym, kilkunastominutowym, dzień dobry, był wielokrotnie nagradzany i właściwie stworzył Polańskiego i otworzył mu drogę w świat, ponieważ został nagrodzony i w San Francisco, i w Brukseli, i w Montevideo. Nagle ta krótkometrażówka z Polski, przypomnijmy rok jest 1959, więc to jeszcze jest dość ścisła komuna, nagle robi karierę światową. To był taki pierwszy, przynajmniej dla mnie, zwiastun, że generalnie jakaś tam fantastyka Polańskiego pociąga, że na tym się nie skończy. I rzeczywiście nie skończyło się po tym. Potem, jak wiemy, Polański nakręcił ten słynny „Nóż w wodzie", który był nominowany do Oscara jako najlepszy film nieanglojęzyczny i przegrał z takim dość, nazwijmy to, jeszcze głośniejszym filmem, mianowicie z „8 i pół" Felliniego.
Więc to jednak była naprawdę wysoka półka, na której wtedy Roman Polański się znalazł. Ponieważ film „Nóż w wodzie" też, jak pewnie wiadomo, został w Polsce ogromnie skrytykowany ze względu na brak odniesienia społecznego, że to jest wszystko wydumane, że gdzie w Polsce jest dziennikarz, który ma własny jacht, że w ogóle to jest oderwane od rzeczywistości. Te mercedesy, które pod wpływem krytyki, jaka spadła na Polańskiego po projekcji kolaudacyjnej został ten mercedes zamieniony na peugeot, żeby to nie było takie nowobogackie i tak dalej. Więc różne względy polityczne na ten film oddziaływały. Tym niemniej film się przebił i zrobił karierę i umożliwił też zrobienie kariery, krótko mówiąc Polańskiemu. Po tym odbiorze, z jakim się spotkał ten jego „Nóż w wodzie" Polański wyjechał do Paryża, co mógł łatwo zrobić, ponieważ on się urodził w Paryżu i mieszkał we Francji do trzeciego roku życia i tam zaczął robić filmy różne. Jednym z filmów, a właściwie nowelą filmową, która mu otworzyła dalszą drogę, był „Diamentowy naszyjnik". Taki zamysł powstał, film z pięciu nowel chyba się składający pod tytułem „Najpiękniejsze oszustwa świata". Coś takiego. I on nakręcił właśnie ten „Diamentowy naszyjnik", który był bardzo dobrym filmem.
Natomiast inni reżyserzy o też dość głośnych nazwiskach się jakoś nie za bardzo spisali i film jako całość przepadł. Ale wtedy pojawiła się propozycja z Anglii, żeby Polański nakręcił horror i tym horrorem, może teraz to słowo wydaje się na wyrost, bo widzimy współczesne horrory, jak wyglądają, był „Wstręt". „Wstręt" powstał w latach już 60. Ja nie wiem, to był 1965 rok i kiedy dostał tę propozycję, Polański zasiadł do scenariusza z Gérardem Brachiem i w 17 dni chyba napisali ten scenariusz, który został zaakceptowany i film był kręcony w Anglii. Bohaterka Carol, grana przez Catherine Deneuve pochodzi z Brukseli i historia, może przybliżę, może nie wszyscy widzieli, jest tego typu, że ta Carol jest trochę zahamowaną pod względem seksualnym kobietą, której siostra żyje z żonatym mężczyzną w ich wspólnym mieszkaniu. I ta siostra wyjeżdża ze swoim kochankiem na wakacje. I w tym momencie osobowość Carol, już wcześniej mamy takie sygnały, że z nią jest coś nie w porządku, jak chodzi o tę sferę życia. Jej osobowość zaczyna się rozpadać. Ona najpierw reaguje histerycznie na przybory do golenia tego mężczyzny, że one się pojawiły w domu, że on w ogóle się tam kręci. Bardzo przeżywa to, kiedy słyszy odgłosy pożycia seksualnego swojej siostry z tym kochankiem.
Widać, że coś tu jest nie tak i kiedy ta siostra i jej kochanek wyjeżdżają, Catherine Deneuve właściwie zaczyna się rozpadać i Polański tutaj stosuje różne metody, żeby to pokazać. Między innymi zatrudnił wtedy bardzo dobrego operatora światowej klasy na ówczesne czasy, który poddawał się wszelkim sugestiom Polańskiego. Powiedział tylko jedno, że on nie będzie tak pięknej kobiety filmował przez szerokokątny obiektyw, bo po prostu zniekształci jej twarz, a Polańskiemu właśnie na tym zależało, żeby pokazać, że ona się rozpada fizycznie i psychicznie, że to jest po prostu rozpad, który ogarnia całą postać. Żeby ten film nakręcić, czasy były jakie były, nie było żadnych efektów komputerowych, to zbudowano makietę tego mieszkania w ten sposób, że żeby można było zrobić długie ujęcia, to po prostu ściany były wydłużane. Korytarz, kiedy Carol doznaje tam jakichś epizodów psychotycznych, to korytarze się wydłużają, ściany zbliżają, z tych ścian wyłaniają się dłonie, które ją usiłują chwytać i tak dalej. Żeby powiedzieć, jakie to były na ówczesne czasy wyzwania, to sam Romek opowiadał w różnych wywiadach, że żeby te dłonie wyłaniały się ze ścian, to wysłał kogoś z ekipy do fabryki prezerwatyw, żeby kupić wielkie arkusze lateksu. Ściany były z otworami pokryte tym lateksem i to po prostu byli statyści, którzy wysuwali te ręce. Po każdym ujęciu, jeżeli było niedobre, wszystko to trzeba było apiać, gipsować i na nowo. Jeżeli ściany pękały, a było to istotne dla filmu, bo to była pewnego rodzaju symbolika, że pękające ściany pokazują też pękającą psychikę bohaterki, to te ściany pękały pod wpływem przerzucania jakiejś tam dźwigni, bo były z gipsu, tektury, nie wiadomo czego. Po czym jak ujęcie znowu trzeba było powtórzyć, to wchodzili fachowcy na plan i to wszystko gipsowali.
W ten sposób się to robiło i po latach Polański powiedział, że jakkolwiek bardzo się odżegnywał od propozycji Amerykanów, którzy proponowali mu nakręcenie „Noża w wodzie” w Stanach z gwiazdorską obsadą typu Warren Beatty i tak dalej, to naprawdę żałuje tego, że kiedy kręcił „Wstręt”, to nie miał takich możliwości, jakie by dawała współczesna technika, żeby się nie musiał zmagać z tym lateksem, z tym gipsem i tak dalej. Film z początku rozczarował producentów, ponieważ praktycznie do pięćdziesiątej którejś minuty niewiele się w nim dzieje. To znaczy widzimy tę bohaterkę, która stwarza wrażenie coraz bardziej dziwnej osoby, ale jak na horror, to jeszcze tam właściwie nic się nie działo. Bardziej można powiedzieć, że to był taki film psychologiczny. Ale w pewnym momencie jak może wiecie, bo to często jest przytaczane, ta scena, kiedy bohaterka zaczyna nosić w torebce królika oskórowanego, który był w lodówce przeznaczony do zjedzenia, brzytwę. Ta brzytwa jak ta strzelba przysłowiowa, która musi wystrzelić w trzecim akcie, spełnia swoje zadanie, ponieważ kiedy podkochujący się w Carol chłopak Colin przychodzi do jej domu zaniepokojony tym, że ona się nie pokazuje w pracy, włamuje się wręcz do tego domu, bo ona się już zabarykadowała, ponieważ się bała zewnętrznego świata. Ona go tą brzytwą zabija i właściwie nie wie, co zrobić. Ukrywa go, o ile pamiętam, w wannie. Potem zdarza się kolejna historia. Mianowicie dzwoni żona tego kochanka jej siostry, która jakoś tam podkręca tę jej psychozę i kiedy przychodzi gospodarz domu po czynsz i stara się właściwie poderwać to za małe słowo, wręcz zgwałcić tę Carol, to zabija i jego.
Końcówka filmu jest taka, że jej siostra z tym kochankiem wracają z wakacji we Włoszech i zastają Carol właściwie w stanie katatonii i dwa trupy w domu. Ten film zapowiadany jako horror, pomimo obiekcji producentów, którzy oczywiście rzucali Polańskiemu kłody pod nogi, że to jest za drogie, że po co 12 partych rąk wychodzących ze ściany, jak wystarczyłoby sześć. Po co to, po co tamto? Ale reżyser ma swoją wizję. Tutaj Polański się uparł i w końcu po jakichś wstępnych projekcjach wyszło na jego. I ten film odniósł duży sukces, także finansowy na ówczesne czasy. Oczywiście sam Polański na tym filmie akurat zarobił grosze, bo to było coś powiedzmy 5000 dolarów. Nie miał żadnych tantiem od zysków ze sprzedaży i tak dalej. Ale to były jego początki na Zachodzie. Chciał kręcić, chciał być reżyserem i zrobiłby pewnie ten film i za darmo, byle mieć środki na nakręcenie tego filmu.
Oczywiście Londyn w tamtych latach, co wielu ludzi wspomina, tych, którzy żyli tam w tamtych czasach i można to usłyszeć i przeczytać, był właściwie taką mekką swobodnego życia artystycznego. Istniała jeszcze, znaczy istnieje po dziś dzień, tylko już jest zupełnie inną dzielnicą, słynna Soho, z klubami wszelkiej maści, życiem seksualnym, knajpami i tak dalej. I właściwie do Londynu wtedy zjeżdżali wszystko. Nie Hollywood był takim— oczywiście miał bardzo silną pozycję finansową, ale takim centrum fermentu filmowego był wtedy Londyn i właściwie wszystkie te gwiazdy, też hollywoodzkie, bywały tam, kręciły filmy i tam właściwie wszystko się to kotłowało. W związku z tym po tym filmie, po tym „Wstręcie”, który też był rozpowszechniany w Stanach Padła kolejna propozycja, a mianowicie zaproponowano mu nakręcenie filmu o wampirach. Wiecie prawdopodobnie, do czego rzecz zmierza. Mianowicie do „Balu wampirów” albo „Nieustraszonych pogromców wampirów”. Czyli „Przepraszam, ale pańskie zęby tkwią w moim karku” i tak dalej. Film ma kilka tytułów i obrósł legendą. Powiem wam, że ja literatury wampirycznej ani filmów w ogóle nie przyswajam.
Mówię w tym sensie, że mnie filmy na poważnie śmieszą. I okazuje się, że Polański miał podobne wrażenie. Mianowicie zorientował się, że ludzie w kinie na poważnych filmach o wampirach śmieją się wtedy, kiedy pojawiają się zęby, szczęki i tak dalej. Bo to robi wrażenie groteskowe we współczesnym świecie. Bo nie wierzymy w te wampiry. Zdał sobie sprawę, że jeżeli on ma zrobić film o wampirach, to to będzie komedia. I powiem wam, że nie tylko dla mnie jest kultowa, ale ten film stał się kultowym filmem i ja go z rozkoszą oglądam właśnie dlatego, że to jest komedia. To trafia do mnie. Ja to przyjmuję. W tej formule jestem w stanie zaakceptować filmy wampiryczne.
Film jest znaczący zarówno pod względem artystycznym, jak i osobistym dla Polańskiego, ponieważ poznał wtedy Sharon Tate, swoją przyszłą żonę, która gra tam postać Racheli, córki gospodarza w Transylwanii. Również z Gerardem Brakiem napisali scenariusz tego filmu i Polański powierzył rolę profesora Abronsiusa aktorowi, którego zatrudnił do filmu „Matnia”, a siebie obsadził w roli trochę gapowatego pomocnika Alberta. Historii nie trzeba długo przytaczać. W każdym razie rzecz polega na tym, że profesor Abronsius ze swoim pomocnikiem Alfredem czy studentem — profesor Abronsius jest oczywiście światowej sławy autorytetem w tropieniu wampirów, których by nie zauważył, nawet gdyby mu stanęły przed nosem — jedzie do Transylwanii. Ląduje w zamku hrabiego Draculi, jak to jest udokumentowane w licznych powieściach. I tam dopiero się objawia jakiś taki humor Polańskiego, który stosuje chwyty nieograne. To znaczy, kiedy na przykład jakaś wieśniaczka broni się przed karczmarzem żydowskim, chce się zasłonić krzyżem, to on mówi: „A nie, to nie tego rodzaju wampir. Na niego to nie działa”. Albo syn hrabiego Draculi okazuje się homoseksualistą, któremu się podoba ten Alfred i Alfred musi uciekać przed nim jako wampirem i jako przed homoseksualistą. Są tam na dzisiejsze czasy, można by powiedzieć, numery nawet nie do obrony czasami, ale czasy były inne.
Rok był 1967 i inaczej do wielu spraw podchodzono. Polański po dziś dzień sobie nie może wybaczyć, że dystrybutor amerykański tego filmu zastrzegł sobie prawo do montażu i strasznie wykastrował ten film. Usunął tam chyba z dziewięć minut filmu, akcji. Opatrzył ten film zupełnie bzdurną, rysunkową wstawką. Coś tam jeszcze przemontował i ten film po prostu zrobił kompletną klapę. Przynajmniej w Stanach. W Europie też nie był specjalnie dobrze na początku przyjmowany. Potem stał się filmem kultowym. Został potem po latach zremasterowany. Myśmy w Polsce go długo nie widzieli.
Zarówno Gene Gutowski, który był producentem filmu, jak i Roszenhof nie chcieli wyrazić zgody, żeby go w Polsce rozpowszechniać jeszcze przed 1989 rokiem. Dopiero potem film wszedł do dystrybucji, pojawił się też na VHS-ie, na DVD potem i tak dalej. To był taki kolejny z tych, nazwijmy to, niefantastycznych filmów Polańskiego. Jest to oczywiście horror, ale taka parodia, pastisz tego gatunku. Polański już tam dość się przemieszczał, jak na ówczesne czasy. Wiecie, bo pochodzimy z różnych epok. Jak na tamte czasy to Polański po prostu był obywatelem świata. Mówiąc o nim jako o człowieku związanym z Polską. Dzięki temu francuskiemu paszportowi przemieszczał się bez przeszkód po całym świecie. Londyn, Hollywood, San Francisco, Paryż, Włochy, bo potem nakręcił dziwny film „Co”.
Kręcił też we Włoszech. To właśnie podwójne obywatelstwo dawało mu ogromną przewagę nad innymi twórcami w tamtych czasach i ogromną swobodę przemieszczania się pomiędzy krajami, kontynentami. I padła propozycja, kiedy się znalazł Hollywood, żeby nakręcić „Dziecko Rosemary”. Polański nie znał wtedy powieści Ira Levina. Przeczytał ją i w ogóle go ta powieść nie ruszyła. Powiedział, że nie, to go nie kręci. Ale potem poznał scenariusz i się przekonał. Najbardziej go w powieści odrzucało to, powiedział, że jako agnostyk nie wierzy ani w Boga, ani w diabła i wszelkie elementy rozważań religijno-diabolicznych, które są w tej powieści, zupełnie do niego nie przemawiają, że on po prostu tego nie kupuje. To nie jest jego bajka i on jest tu i teraz i to go nie ciągnie. Ale w scenariuszu tego nie było, bo jak wiadomo, na język filmowy takie rzeczy się przenoszą najtrudniej.
Można dać głos z offu, ale to już jest taki rozpaczliwy sposób ratowania się, żeby coś przemycić do filmu, bardzo unikany przez filmowców. I scenariusz mu się spodobał. Polański już wtedy w Stanach osiadł. Ogarnął język, bo wcześniej oczywiście francuski jak najbardziej. Natomiast angielski, jeszcze kiedy kręcił „Wstręt”, to nie był z tym językiem specjalnie zaprzyjaźniony i nie miał na początku na uwadze Mii Farrow, ponieważ bardziej widział do tej roli zdrową, postawną Amerykankę, dziewczynę z reklamówki pasty do zębów. Żeby było widać kontrast pomiędzy tym, co ją spotyka, z taką zmysłowością, cielesnością, a jej przeżyciami wewnętrznymi i tym, co się w filmie dzieje. Także Mia Farrow nie była jego pierwszym wyborem. Były też kłopoty. Ona była wtedy żoną Franka Sinatry. Sinatra jakoś nie chciał, żeby ona wyjeżdżała, bo część zdjęć była robiona na wschodnim wybrzeżu w Nowym Jorku, reszta w studiach w Los Angeles.
Zresztą w trakcie tego filmu Sinatra z nią zerwał i złożył papiery rozwodowe, więc ona była załamana, ale jako profesjonalistka już ten film dokończyła. I to nie był pierwszy jego wybór. Chciał też innego aktora do roli męża. W końcu został obsadzony John Cassavetes, który z kolei, o ile Mia Farrow była bardzo łatwa w prowadzeniu jako aktorka, to Cassavetes, który też był reżyserem, był po prostu trudny, oporny i ciężko to tam szło na tym planie. W każdym razie Polański stosował metody ze „Wstrętu” znane, ponieważ mieszkanie bohaterów — pewnie widzieliście ten film — które oryginalnie mieści się w budynku Dakota Apartments, tam, gdzie zresztą zginął John Lennon. To jest nieopodal Central Parku wielki apartamentowiec. To mieszkanie zostało zbudowane w studiach w Los Angeles. Oczywiście musiały być ruchome ściany, wydłużane korytarze, żeby można było stany psychiczne Mii oddać odpowiednio. A też w związku z tym, co mówiłem o agnostycyzmie Polańskiego i jego niechęci do części religijno-diabolicznej w książce, on postawił na to, żeby wszystko to, co się niezwykłego przydarza bohaterce, umieścić w konwencji snu. Że tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje.
Nie wiadomo, czy to ją diabeł zgwałcił, czy to był tylko brutalny seks z mężem, czy ci dobroduszni sąsiedzi, którzy się tam bawią w jakieś — już nie pamiętam — kółko satanistyczne czy czarnej magii. Czy oni są nieszkodliwymi staruszkami nudzącymi się na emeryturze i różącymi z fusów, czy rzeczywiście są poważnymi wyznawcami szatana. W związku z tym światopoglądowym nastawieniem Polańskiego, chciał zdecydowanie wyrugować element nadprzyrodzoności. Chciał jednak sprowadzić rzecz do realiów. Ukłonem w stronę tego jest choćby scena, kiedy Mia wychodzi Na ulicę i usiłuje się dodzwonić z budki telefonicznej do swojego lekarza, bo ten doktor Saperstein, który jest polecony właśnie przez sąsiadów męża i który ten mąż też w to kółko satanistyczne wsiąkł i właściwie on zaprzedał tak naprawdę duszę diabłu za to, żeby mógł zrobić karierę aktorską. I na ołtarzu tej swojej kariery aktorskiej składa Milę i to przyszłe dziecko. I Mia już wtedy — ja nie pamiętam imienia bohaterki, dlatego się posługuję imieniem aktorki — chce zadzwonić z budki, bo nie może zadzwonić z domu i już jest w takim stadium jakiejś psychozy, paranoi, że nawet zwykły przechodzień, który też czeka na tę budkę, żeby się zwolniła, żeby mógł zadzwonić, dla niej już jest podejrzanym człowiekiem, bo ona się czuje tak osaczona. Dzwoni do lekarza, który ją pociesza, ale potem się okazuje, że to też jest błędny trop, że właściwie wszyscy wokół niej są w zmowie. Jak zapewne wiecie, większość widzów wychodziła z kina w przekonaniu, że w ostatniej scenie z wózkiem, kiedy to dziecko się już urodziło, zobaczyli małego diabełka. To był taki celowy zabieg Polańskiego.
Ta scena czy w ogóle ta historia już przeszła do historii kina właśnie, ponieważ tak naprawdę nie było nic widać oprócz oczu. A całe wrażenie zostało zbudowane na tym, że podczas czołówki, właściwie prawie że działając wyłącznie na podświadomość, Polański umieścił tam takie jakby diabelskie, koźle oczy. To się jakoś zlało widzom i stworzyło wizję czegoś, czego naprawdę nie ma. Tu jest ten kunszt jego ogromny i jego artyzm i takie czucie kina. Jeszcze à propos tylko wrócę, bo wspominałem na początku o tym Buñuelu, o tym czuciu kina przez Polańskiego, że jest taka anegdota. Jeszcze kiedy był w szkole aktorskiej, spotkał na ulicy tu w Łodzi swoich kumpli typu Kuba Morgenstern, ktoś tam jeszcze. Wszyscy reżyserzy, których nazwiska potem funkcjonowały w obiegu i wszyscy są zmęczeni. I ten Polański mówi: „A co robiliście?” „A byliśmy gdzieś tam na imprezie, po prostu wracamy dopiero, jesteśmy zmarnowani. A co ty robiłeś?” „A ja przemontowałem całego Buñuela”. Więc to pokazuje...
Oczywiście Romek też się bawił i też szalał, ale takie podejście niezwykle profesjonalne. Znaczy on poświęcił noc na to, żeby siedzieć w montażowni w szkole filmowej i po prostu przemontować film mistrza. Tak dla zabawy, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie, jak się inny montaż zastosuje. Przy czym montaż rzeczywiście jest ogromnie ważny. Ja nie mam z nim wiele wspólnego. Tam jakieś scenariusze popełniłem, ale nie żadnego filmu fabularnego, który by został nakręcony. Ale podeprę się tu opinią Woody'ego Allena, którego autobiografię niedawno tłumaczyłem i on pisał o — nie pamiętam jakim — filmie, który nakręcił i mówił po prostu film po tym, jak go on sam zmontował, po prostu był do kosza. Ci producenci też załamali ręce i mówią: „No słuchajcie, jest tylko jeden ratunek. Musimy tam sprowadzić jakiegoś takiego gościa. Guru wśród montażystów”.
No i film odniósł sukces tylko dlatego, że go ktoś inny zmontował, inaczej to zobaczył, wybrał inne sceny, inaczej je połączył i nagle się okazało, że film jest nieomalże arcydziełem. Także takie przygotowanie techniczne Polańskiego od każdej strony, właśnie też jako montażysty, było niezwykle ważne. I rzeczywiście nie dziwię się, że potem pluł sobie w brodę, że nie dopilnował tego, że to on zmontował tych „Nieustraszonych pogromców wampirów”. Słuchajcie, z takiego kina nadal fantastycznego Polańskiego, to właściwie zostały już tylko „Dziewiąte wrota”. To jest film na podstawie książki Arturo Péreza-Reverte „Klub Dumas”. I też prawdopodobnie jest wam to znane, więc tylko w kilku słowach opowiem, że bohaterem jest niejaki Corso, taki nawet może sam nie tyle bukinista, co człowiek wynajmowany do znajdowania różnych rzadkich czy tam białych kruków, jak to się mówi, książkowych. Są tacy ludzie rzeczywiście głównie grasujący na majątkach pozostałych po jakichś bibliofilach, którzy poumierali, a ich żony po prostu chcą się tego rupieci pozbyć i tak dalej. I tam są często jakieś wartościowe książki. Ten Corso zostaje wynajęty do tego, żeby sprawdzić autentyczność dwóch — ktoś tam ma jeden egzemplarz — dwóch egzemplarzy jakiejś takiej właśnie tajemnej księgi, która służy, gdyby je zebrać wszystkie trzy i tam sprawdzić ryciny i tak dalej, i tak dalej, zebrać do kupy, może właśnie to posłużyć do przywołania diabła. Jak to bywa w takich historiach, kiedy dochodzi do finału, jest pięknie zbudowana tajemnica, pięknie pociągnięta fabuła.
Zarówno w książce, jak i w filmie. Film oczywiście odchodzi od książki, ale dość mocno się jej trzyma. Jest to fajnie nakręcone. Johnny Depp okej, wszystko gra. Tylko potem widzimy całą rozbuchaną narrację. Pościgi, tajemnica. Wszystko to, co kino lubi. Ale potem przychodzi ostatnia scena i bohater przechodzi przez te dziewiąte wrota, ale tak naprawdę już nie jesteśmy w stanie przejść przez te ostatnie wrota i pokazać tego, co jest za nimi. Gdzie jest ten diabeł? Gdzie jest to piekło?
Tu się wszystko jakoś rozłazi. Polański zastosował pożar zamku i tak dalej. Wszystko to jest trochę rozczarowujące. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie. Jak potem czytałem wspomnienia Polańskiego, on ma dokładnie takie samo wrażenie. To zakończenie jest w pewien sposób może nie puszczone pod względem kinematograficznym, bo jest piękna scena wjazdu do tego zamku, palą się pochodnie, kosze z ogniem i tak dalej. W środku odbywają się orgie typu z „Oczu szeroko zamkniętych” czy coś takiego. Ale w sumie brakuje tam podbudowy treści. Być może wynika to z agnostycyzmu czy ateizmu Polańskiego, który jakoś nie pozwala mu w to uwierzyć. Jak się w coś tak do końca nie wierzy, to wiadomo, że nie jest łatwo to ukryć, zamaskować, sprzedać pod jakimś innym szyldem.
Te wszystkie filmy, może już nie „Dziewiąte wrota”, bo to jest film późniejszy, z 1999 chyba roku, stworzyły takie wrażenie, że sam Polański jest czcicielem szatana. To zwłaszcza ujawniło się z wielką siłą po tragicznej śmierci Sharon Tate, zamordowanej, jak wiemy, przez rodzinę Mansona wraz z pięcioma innymi osobami, bo tam jeszcze zginął Wojtek Frykowski, jego przyjaciel z Polski, Abigail Folger, Jay Sebring, taki stylista. Dawniej się mówiło fryzjer, teraz to jest stylista włosów. Nie wiem, bo ich nie posiadam, więc nie chodzę. I jeszcze taki przypadkowy chłopak, który był tam ogrodnikiem w posiadłości, którą wówczas Polańscy wynajmowali. Sam Polański po raz kolejny, można powiedzieć, uratował sobie życie. Czy los za niego to zrobił, ponieważ w czasie tych zabójstw był w Londynie. Niewiele brakowało, żeby też był w tej willi. Jak może wiecie, to jest pod względem splotu wypadków zagmatwana historia, ponieważ Manson był świrem, ale nie miał nic do tych ludzi, których jego wyznawcy zastali w willi. Tylko willa, która należała chyba do Doris Day, była zamieszkiwana przez jakiś czas przez jej syna, który był producentem muzycznym.
I ten producent muzyczny odrzucił nagrania Mansona, który chciał zaistnieć jako muzyk i miał uraz do tego Terry Melcher się nazywał ten facet. Więc kiedy przyszło do, zdawałoby się, przypadkowego wyboru domu, w którym te morderstwa Manson chciał, żeby zostały popełnione, to padło właśnie na willę, posiadłość Terry'ego Melchera. W związku z tym, że już wcześniej ukazały się takie filmy jak „Nieustraszeni pogromcy wampirów”, „Dziecko Rosemary”, prasa zaczęła się doszukiwać wręcz związku Polańskiego z tymi zabójstwami, z tym, że on też w jakiś sposób jest powiązany z rodziną Mansona, że jest sam wyznawcą satanizmu i tak dalej. Nie była to prawda. Polański ma inne grzechy na sumieniu, jak wiemy, ale akurat nie satanizm, nie okultyzm, nie zbrodnie w ten sposób inspirowane. Ale taka pożywka istniała, bo świat sztuki czy tego, co tworzył, przeniknął do życia osobistego i to jakoś się za nim ciągnęło. Takie to są moje uwagi na temat niefantastycznego kina Romana Polańskiego. Nie wiem, czy ktoś chciałby coś powiedzieć albo zaprzeczyć, albo zapytać. Powiem wam tylko jeszcze jedno, że mnie kiedyś bardzo zdziwiło, jak w czasach Solidarności, czyli tych lat 1980-1981, Roman Polański po raz pierwszy po długim okresie niebycia w Polsce przyleciał do Polski. Między innymi odbyło się z nim spotkanie w klubie Pod Jaszczurami w Krakowie.
On wtedy powiedział, zresztą to nawet ja się wydarłem z sali i zadałem takie pytanie: jakie filmy on chciałby nakręcić najbardziej? I on wtedy powiedział coś, co mnie zaskoczyło, że on chce nakręcić film o wojnie, o II wojnie światowej. Ja sobie myślę: kurczę blade, już żeśmy oglądali te wszystkie „Kaliny czerwone”, „Złoto dla zuchwałych” czy coś takiego. Dlaczego on? Może wszystko, bo to był jeszcze czas, kiedy był we Francji, bo to było już po słynnej aferze z Samantą Geimer. Dlaczego on chce wracać do czasów wojennych? Oczywiście znałem w pewien sposób już wtedy jego życie, jego historię. Też był związany w dużej mierze z Krakowem. Przecież jego ojciec mieszkał niedaleko Placu Szczepańskiego. On się z tym filmem nosił przez kilkadziesiąt lat i dopiero powstał „Pianista”.
Ja nie pamiętam, co on odpowiedział na to pytanie, dlaczego on chce zrobić ten film. Tylko powiedział, że on chce zrobić film o II wojnie światowej. Dla mnie to było wtedy kompletne zaskoczenie, zwłaszcza że to już był chyba okres po „Piratach”, które dość padły. Więc ten jego rozrzut filmowy pomiędzy „Piratami”, wampirami i nagle II wojna światowa dla mnie się wydawał dość karkołomny. Był to film, który w końcu przyniósł mu zasłużonego Oscara, którego, jak wiadomo, sam odebrać nie mógł. Poleciała Emmanuelle Seigner po niego. Tak zresztą, jak i nie mógł skręcić pierwszych scen „Dziewiątych wrót” na Manhattanie, bo wiadomo, nie ma wjazdu, a jakby wjechał, to już by nie wyjechał. Więc to zostało skręcone za niego i dopiero część europejska była kręcona już przez niego osobiście. Także ten „Pianista” od czasu mojego pytania do nakręcenia filmu minęło chyba ze trzydzieści kilka lat, ale jednak go nakręcił. Tak jeszcze powiedziałem z przekąsem o tych „Piratach”, bo Polański w pewien sposób, można powiedzieć teraz ex post, wyprzedził czas, jak chodzi o „Piratów z Karaibów”, które zrobiły ogromną karierę.
On się wziął za ten film w najbardziej niekorzystnym okresie, ponieważ to było wtedy, kiedy na ekrany wchodziły „Gwiezdne wojny”. Nie mógł wygrać film o piratach z „Gwiezdnymi wojnami”. Ludzie młodsi mają inne do tego podejście, ale ja pamiętam, Marek pewno też pamięta. Przepraszam, że cię podpinam pod swój PESEL, ale ja pamiętam, że po prostu to była taka inna jakość, że naprawdę mnie w kinie szczęka opadła. To był przeskok po prostu o całą epokę, o całą dekadę. Myślę, że nawet „Matrix” potem nie zrobił na mnie takiego wrażenia, bo już człowiek był przyzwyczajony jednak do pewnego rodzaju narracji i możliwości technicznych. Także ten film po prostu padł. Film był za długo kręcony, za drogo kręcony. Na wodzie się kręci bardzo trudno, co Polański już wiedział po „Nożu w wodzie”, ale jednak się porwał na to kręcenie. Tam było mnóstwo technicznych przeszkód, łącznie z tym, że ten galeon, czy jak się nazywał ten rodzaj okrętu, miał po prostu zupełnie dno jak beczka.
Po prostu z oszczędności. W związku z tym był chybotliwy, nie dało się nim manewrować. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że jeśli kręci się na wodzie, to trzeba zgrać zarówno ten obiekt, który się filmuje, jak i z tym, z którego się filmuje. Wszystko to jest chybotliwe, wszystko się rusza. Motorówki z obsługą. Światło się zmienia, wiatr się zmienia. To jest koszmar. Nie kręciłem, ale wyobrażam sobie, że to jest koszmar. Także ten film, który można powiedzieć, stał się pożywką dla „Piratów z Karaibów”, jednak poległ komercyjnie i nie przyniósł mu specjalnych-
[05:11:29] - Jakie straty ten film poniósł?
[05:11:30] - Słucham?
[05:11:31] - Jakie straty?
[05:11:32] - Nie powiem. Nie wiem czy poniósł straty, ale chyba Może wyszedł na swoje, nie wiem. Ale zarówno artystycznie, jak i finansowo to nie było chyba.
[05:11:43] - Nie no, to nie był taki zły film.
[05:11:46] - Dzięki. Ja sobie jakiś fragment przypadkiem zobaczyłem i on rzeczywiście nie jest zły, tylko trafił w zły czas.
[05:11:57] - Sobie pamiętam, kiedyś oglądałem te stare filmy. „Karmazynowy rzek” na przykład, klasyka. I później sobie tych „Piratów” obejrzałem. To jest właśnie taki western w nowym stylu z elementami komedii.
[05:12:08] - Tak.
[05:12:09] - Czyli taki antyfilm o piratach.
[05:12:11] - No właśnie. I tak jak antybohaterem pirackim jest Jack Sparrow. To też nie jest klasyczny pirat. To już bardziej jego adwersarze są piratami, a on jest pajacem. I to jest coś, co Walter Matthau miał zrobić, nie? A ten jego pomocnik, już nie pamiętam, kto go tam gra.
[05:12:31] - Żaba.
[05:12:32] - Żaba, właśnie. Chciałem zjeść żabę. To jest ktoś w rodzaju młodego Deppa. W każdym razie dziękuję pięknie.
[05:12:49] - I mam nadzieję, że było ciekawie. Ja w każdym razie jeszcze raz z przyjemnością wysłuchałem tego, co Mirosław Jabłoński miał do powiedzenia. Tak. Wiecie państwo, bijemy jakieś absolutne rekordy trwania audycji. Przyjmuję to z pokorą. Może następna będzie jednak nieco krótsza. Ale wiecie państwo, rok akademicki, trzeba nadrabiać zaległości, wytwarzać nową wiedzę, nowe połączenia w mózgu i tak dalej. Nie. Traktujcie państwo to jako może późny i niezbyt udany żart, ale doszedłem do wniosku, że warto kilka nowych cyklów wykładowych w naszej Akademii Wszelkiej Fikcji zapoczątkować i stąd być może dzisiejsza audycja tak się rozrosła. Nie oczekujcie państwo, że będę żałował.
Mam nadzieję, że państwo słuchania tego też nie będziecie żałować. Cóż mogę dodać? Jeśli komuś z państwa nie starcza cierpliwości albo też fizycznej wytrzymałości, żeby wysłuchiwać tego godzinami, to zawsze sobie rzecz można podzielić na części i wysłuchać w całości po kawałku. Cóż, pięknie państwu dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Mam nadzieję, że nie zanudzili się państwo na śmierć. Ci, co się zanudzili, to już z nami nie są, a ci, którzy się jednak nie nudzili, to w dalszym ciągu jeszcze słuchają tego, co mówię. Ja już będę mówił bardzo krótko. Zapraszam państwa.
[05:14:25] - A ci, którzy się zniechęcili, patrząc na czas trwania tej audycji, zachęcamy tychże do zerknięcia do listy rozdziałów na YouTube.
[05:14:36] - Tak jest. A wracając, ja zapraszam państwa pięknie za tydzień na „Bibliotekarium 2.0”, odcinek trzeci, trzeci dzień wykładowy. Będzie dalej bardzo ciekawie. Mam nadzieję przynajmniej. Będzie bardzo różnorodnie. No i cóż, tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem. Życzę dobrej nocy, fajnych refleksji po tych różnych tematach, które się dzisiaj pojawiły. Dobranoc. Do usłyszenia.
[05:15:10] - Mówił te słowa do państwa jak zawsze gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję od strony technicznej obsługiwał troszeczkę przeziębiony, ale jednak ciągle tutaj siedzący Marek Sęk "Ivellios". A przeziębiony dlatego, że tutaj będzie taka odpowiedź do słuchaczy, którzy pytają, czy udało mi się w końcu zdobyć ekogroszek w akceptowalnej cenie. Tak, udało się, ale wizytę w banku przypłaciłem lekkim przeziębieniem. Mam nadzieję, że szybko z tego wyjdę. Do poniedziałkowej „Debaty Ufologicznej” muszę z tego wyjść. Dzisiaj już kończymy to drugie wydanie „Bibliotekarium 2.0”. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radio Paranormalium i Book Radia.