Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:07] - Radio Paranormalium i Book Radio zapraszają na Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji. Rok akademicki wystartował. Bibliotekarium 2.0 – Akademia Wszelkiej Fikcji również. Właśnie teraz, właśnie w tym momencie startuje w Radiu Paranormalium i Book Radio. Od strony technicznej obsługiwał będę tę audycję ja, Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami gospodarz Bibliotekarium 2.0, Marek Żelkowski. Halo, halo, Bydgoszcz.
[01:38] - Halo, halo. Dobry wieczór państwu. Tak jak Ivellios powiedział, coś się zaczyna. Na ile to się uda i na ile to będzie państwu odpowiadać, to się dopiero okaże. Niemniej jednak myślę, że dzisiejszy wieczór spędzimy ciekawie. Będzie sporo różnych atrakcji. Tak jak państwu mówiłem, w tym nowym Bibliotekarium 2.0 połączymy dwie audycje. A więc dzisiaj będzie trochę Bibliotekarium, trochę ABW, bo będzie opowiadanie nadesłane, świeżutkie, o którym sobie porozmawiamy. Ale zaczniemy od rozmowy, ale to za chwilę. W każdym razie jest taka książka, która bardzo ostatnimi czasy, ale i troszeczkę wcześniej namieszała jak namieszała, ale niektórych bardzo ucieszyła.
Ta książka nosi tytuł bardzo poetycki, mianowicie „Las ożywionego mitu”. Jej autorem jest Robert Holdstock i jeśli państwo o tej książce nie słyszeli, to ja rozumiem. To nie jest rzecz sprzedawana w ogromnych nakładach, ale rzecz niezwykła, o czym państwa przekonają, mam nadzieję, nasi goście dzisiejsi. To będzie Marta Kładź-Kocot oraz Wojciech Mieczysławski. Ale goście za chwilę. Ja natomiast chwileczkę o książce. To jest taka książka, ten „Las ożywionego mitu”. Ona jest osadzona w czasach, chciałem powiedzieć współczesnych, ale to są właściwie lata powojenne. W każdym razie w takim XX wieku. W związku z czym czasy przynajmniej trochę nam znane.
To jest historia pewnego zapomnianego zakątka Anglii. I w tym zapomnianym zakątku Anglii znajdujemy skrawek pradawnego lasu. Takiego lasu, który skrywa w sobie tajemnice zamierzchłych czasów. Bohaterem jest młody człowiek, ale doświadczony niezbyt przyjemnym doświadczeniem wojny. Wraca z długiej rekonwalescencji gdzieś na południu Francji do rodzinnej posiadłości. To jest posiadłość, w której spędził wczesne lata młodzieńcze i tam też był świadkiem fascynacji swojego ojca. Fascynacji lasem, o którym wspomniałem. Ale teraz, kiedy jesteśmy już w toku akcji, on powoli zaczyna rozumieć, skąd ta fascynacja się wzięła. Odkrywa źródło zainteresowań ojca i w sumie wraz z bratem zaczyna zgłębiać tajemnice tego niezwykłego miejsca. Dlaczego niezwykłego?
Bo tam odnajdujemy wszystkie oblicza historii świata, historii mitu, opowieści różnego rodzaju, takich archetypicznych opowieści. Ci bohaterowie książki poznają przy okazji życie mieszkańców lasu, dają się ponieść nurtom legend. Ja specjalnie kluczę. Wiecie państwo, to nie jest łatwe nie opowiedzieć państwu książki, którą się przeczytało, i która rzeczywiście drasnęła mi serce troszeczkę. Problem, żeby państwu zaraz wszystkiego nie opowiedzieć. Ale staram się, robię, co mogę. W każdym razie w tym mrocznym zakątku Anglii, mrocznym, ale pięknym, cały czas te wszystkie pradawne siły funkcjonują. W każdym razie ten las w dodatku zaczyna się tuż obok posiadłości, w związku z czym, po pierwsze nie jest daleko. I pomyślelibyście państwo, że to jest takie typowe fantasy. Po pierwsze nie jest typowe, o czym zresztą w czasie rozmowy z Martą i panem Wojciechem będziemy się starali państwa przekonać, że to nie jest takie zwykłe fantasy, a chwilami dojdziecie państwo do wniosku, że Może tej książce jest bliżej nawet do science fiction, a nie do fantasy.
To jest teza z gatunku tych dyskusyjnych, ale w końcu o to chodzi, żeby sobie czasami troszeczkę podyskutować. W każdym razie ja państwa bardzo gorąco zachęcam do tej książki. Za chwilę będziemy to robić we trójkę. Dziennik prowadzony przez głównego bohatera, a właściwie jego ojca, to jest opis, mógłby się wydawać, że ogarniającego szaleństwa. Ale można ten dziennik traktować również jako przewodnik po zagubionych śladach przeszłości. W każdym razie ocieramy się o równoległy, nierzeczywisty świat. Świat z pokładów naszej czy nie naszej podświadomości, czyjejś podświadomości. W jednym z artykułów przeczytałem, że jest to taki list, który dostajemy od najstarszych epok naszego świata. List do naszej współczesności. Na ile to cenne?
Nie mnie oceniać. W każdym razie można sobie zadać pytanie, jak zakończy się ta mityczna podróż, w którą wyrusza główny bohater. Czy ten las w pobliżu majątku okaże się grobem, w którym on sam zostanie złożony w szamańskim rytuale? A może nie? A może starożytne mity będą łaskawe dla głównego bohatera i odkryją przed nim pewną zagadkę? O tym się państwo przekonacie po lekturze. Ta książka pojawiła się na naszym rynku dwukrotnie. W ’96 roku wydawnictwo Zysk i Spółka wydało ją w tłumaczeniu Michała Jakuszewskiego. To była książka, która chyba przemknęła przez nasz kraj, przez nasz rynek czytelniczy trochę niezauważona. Niemniej jednak byli tacy ludzie, którzy tą książką się zachwycali.
I bardzo dobrze. Wśród tych ludzi był nasz dzisiejszy gość, Wojciech Mieczysławski, i on postanowił całkiem niedawno, w tym roku, wydać po raz kolejny „Las ożywionego mitu”. Założył w tym celu wydawnictwo. Wydawnictwo nazywa się Terminus i w twardej oprawie z projektem okładki Piotra Bębena została ta książka wydana. Piotr Bęben. Piękna ilustracja, choć czarno-biała. Książka wydana. Kto wie, może będą następne. Brawurowe, jak już państwo usłyszycie, posłowie do tej książki napisała Marta Kładź-Kocot. Ale zrobiła Marta jeszcze jedną bardzo ważną rzecz.
Przyłożyła rękę do uszlachetnienia tłumaczenia. Autorem tłumaczenia w dalszym ciągu jest Michał Jakuszewski, a dzięki Marcie Kładź-Kocot zostały usunięte z pierwotnego tekstu wszelkie niedociągnięcia, niedoróbki, które się mogły pojawić. Tak naprawdę, proszę państwa, książka może być redagowana tysiąc razy i za każdym razem coś się jeszcze przeredaguje. Myślę, że Marta zrobiła kawał dobrej roboty, bo to w końcu fachowiec niezwykły, zajmujący się redagowaniem tekstów od dawna i robiący to perfekcyjnie. W związku z tym otrzymujecie państwo produkt, który naprawdę imponuje. W każdym razie ja teraz zapraszam państwa na krótką lekturę. Dzięki Ivelliosowi poznamy kilka fragmentów „Lasu ożywionego mitu”. Fascynującej lektury. A potem od razu bezpośrednio zapraszam państwa na rozmowę z Martą Kładź-Kocot i drugim naszym gościem, panem Wojciechem Mieczysławskim. Zapomniałem państwu powiedzieć, że te wszystkie informacje dotyczące „Lasu ożywionego mitu” oraz spraw związanych z tłumaczeniami, z okładkami zaczerpnąłem z bardzo fajnego źródła informacji, w którym można szukać spraw, rzeczy, problemów dotyczących fantastyki naukowej, fantasy i wszystkich innych odmian z tymi gatunkami powiązanych.
A mianowicie wpiszcie sobie państwo pisane łącznie Encyklopedia Fantastyki w Google i wyskoczy państwu naprawdę niesamowite źródło wiedzy. A teraz już naprawdę zapraszam na fragmenty powieści Roberta Holdstocka „Las ożywionego mitu”. A potem rozmowa.
[12:03] - „Las ożywionego mitu”. Robert Holdstock. Przełożył Michał Jakuszewski. Potrafiłem sobie bez trudu wyobrazić prostą historyczną podstawę, z której wyrastały legendy o Ursku-Mogu i mówiących z płomieniem. Wizja, która mnie nawiedziła, przedstawiała czas, gdy ostatni glację epoki lodowcowej dobiegał szybko końca. Lód dotarł aż do środkowych hrabstw Anglii. W ciągu stuleci, gdy się cofał, klimat był zimny, grunt w dolinach bagnisty i zdradziecki, a stoki jałowe i zamarznięte. Pojawiły się sosny, rzadki las jodłowy, będący zapowiedzią wielkich bawarskich puszcz naszych czasów. Następnie zaczęły zapuszczać korzenie pierwsze z drzew liściastych wiązy, cierniste krzewy, leszczyny, a potem lipy, dęby i jesiony. Spychały one iglaste bory na północ, tworząc gęstą pokrywę zielonych puszcz, która częściowo przetrwała do dziś.
W ciemnych, pustych przestrzeniach ocienionych koronami drzew żyły dziki, niedźwiedzie i wilki, a na polanach i w górskich dolinach pasły się jelenie, które od czasu do czasu wspinały się na wysoko położone granie, gdzie las stawał się rzadszy, a jeżyny i inne cierniste krzewy tworzyły pełne słońca zarośla. Ludzkie zwierzęta wróciły jednak do zielonej puszczy, posuwając się na północ ku zimnu i zaczęły karczować knieje. Używały ognia. Cóż to musiała być za umiejętność rozniecić ogień, zapanować nad nim i wypalić las, by stworzyć miejsce pod osadę. A jeszcze większych umiejętności wymagać musiało oparcie się kontrofensywie drzew. Z pewnością doszło do zawziętej walki o przetrwanie. Puszcza była zdesperowana, zdeterminowana. Chciała za wszelką cenę utrzymać panowanie nad krajem. Człowiek i jego ogień byli zdecydowani do tego nie dopuścić. Zwierzęta owego pierwotnego boru stały się ciemnymi siłami, mrocznymi bogami.
Sam las uważano za rozumny. Sądzono, że tworzy duchy i banshee, by wysłać je przeciw słabowitym ludzkim intruzom. Opowieści o Ursku-Mogu, strażniku kniei, wzbudzały strach przed obcymi, przed następnymi falami najeźdźców, którzy mówili nieznanymi językami i przynosili ze sobą nowe umiejętności. Przed przybyszami. Ursku-Mog uformował się w mym umyśle w najwyraźniejszej postaci, jaką dotąd widziałem. Przypomina nieco kształtem gałęźnika, jest jednak znacznie starszy i bez porównania większy. Przyozdabia się drewnem i liśćmi założonymi na zwierzęce skóry. Twarz wydaje się wysmarowana białą gliną, która tworzy maskę na przesadnie uwydatnionych rysach. Trudno ją jednak wyraźnie dojrzeć. Maska na masce?
Włosy tworzą zbitą, sztywną, ostro zakończoną szczecinę. W splątane kłaki wbite są sękate gałęzie głogu nadające mu bardzo dziwaczny wygląd. Jestem przekonany, że nosi włócznię o szerokim kamiennym grocie. Broń o groźnym wyglądzie, lecz ją również trudno jest dostrzec. Nigdy nie można na niej skupić wzroku. Ten pierwotny obraz jest tak stary, że znika już z ludzkiego umysłu. Tu również daje się odczuć wpływ dezorientacji. Czapa późniejszych kulturowych interpretacji tego, jak powinien wyglądać. Zwłaszcza ślad brązu, głównie na ramionach, obręcze. Podejrzewam, że legenda o Ursku-Mogu była tak potężna, że przetrwała od neolitu aż do II tysiąclecia przed naszą erą, a niewykluczone, że nawet dłużej.
Win Jones sądzi, że Ursku-Mog może pochodzić z czasów jeszcze przedneolitycznych. On przypomina Odynca. To jest pół dzik, pół człowiek. Ma też cechy innych zwierząt z lasu. Chodzi wyprostowany, lecz potrafi biegać z szybkością wiatru. Maluje oblicze na biało na podobieństwo ludzkiej twarzy. Bez względu na to, w jakiej epoce żył, jedno jest jasne. Było to na długo przed powstaniem człowieka w naszym rozumieniu tego słowa. Ten stwór pochodzi z czasów, gdy człowiek i natura byli sobie tak bliscy, że nie sposób ich było odróżnić. Proces mitogenezy jest nie tylko skomplikowany, lecz również oporny.
Jestem za stary. Sprzęt pomaga, lecz jestem pewien, że młodszy umysł mógłby własnymi siłami uporać się z tym zadaniem. Lękam się tej myśli. Ponadto mój duch nie jest spokojny. Jak wyjaśnia Win Jones, jest prawdopodobne, że moje ludzkie problemy, moje zmartwienia tworzą skuteczną barierę między dwoma strumieniami mitopoetyckiej energii płynącymi przez moją korę. Kształt z prawej półkuli mózgu, realności z lewej. Moja siła życiowa nie wzbogaca obszaru premitotworowego w stopniu wystarczającym, by mógł wejść w interakcję z dębowym wirem. Obawiam się też, że naturalne zniknięcie z lasu tak wielu form życia wywiera wpływ na styk. Jestem pewien, że są tu dziki. Możliwe jednak, że istotne znaczenie ma liczba.
Według mojej oceny jest ich nie więcej niż 40. Poruszają się wewnątrz spiralnego wiru ograniczonego jesionowymi intruzjami w krąg dębów. Jest tu garstka jeleni oraz wilków, choć najważniejsze zwierzę, zając, występuje na skraju lasu bardzo pospolicie. Być może jednak nieobecność tak wielu stworzeń, które ongiś tu żyły, zniszczyła równowagę formuły. Niemniej jednak podczas pierwotnej egzystencji tego lasu życie również się zmieniało. Już w XIII wieku wiele niego roślinnych form było obcych dla macierzy linii mocy w miejscach, gdzie formowały się jeszcze mitotwory. Postać ludzi z mitu zmienia się i przystosowuje, a najłatwiej jest wygenerować późniejsze wersje. Hud wrócił. Podobnie jak każdy z zielonych Jasiów jest dokuczliwy. Kilkakrotnie zapuścił się do strefy otaczającej polanę na górskim grzbiecie.
Strzelił do mnie z łuku, a to już powód do wielkiego zaniepokojenia. Nie potrafi jednak w wystarczającym stopniu wzbogacić dębowego wiru plemitotworem Urskumoga. Jak znaleźć rozwiązanie? Spróbować zapuścić się głębiej, aby odnaleźć Dziką Puszczy? Być może jej wspomnienie zapadło już zbyt głęboko w milczące obszary mózgu, by mogło sięgnąć drzew. I wtedy żywiołaki pojawiły się w dużej liczbie. Wyłaniały się z samej ziemi, wzbijały w górę wokół mnie, zawisały w powietrzu, sondowały i wydawały z siebie dziwne dźwięki, bardzo przypominające śmiech. Wykręcałem się i wirowałem, usiłując dostrzec w wietrznych istotach jakieś znane formy. Od czasu do czasu widziałem twarz, dłoń, długi, zakrzywiony palec, gładki pazur, którym próbował mnie dźgnąć, lecz odchylał się, nim doszło do kontaktu. Zauważyłem kobiece kształty, gibkie i zmysłowe.
Przede wszystkim jednak widziałem skrzywione oblicza istot raczej elfich niż ludzkich. Włosy rozwiane, oczy iskrzące się, a szerokie usta rozwarte w bezgłośnym krzyku. Czy były to mitotwory? Nie miałem zbyt wiele czasu, by się nad tym zastanawiać. Dotykano moich włosów, głaskano skórę, niewidzialne palce szturchały mnie w plecy i łaskotały poniżej uszu. Ciszę szarego zmierzchu przerywały krótkie, nagłe wybuchy spowitego całunem wiatru śmiechu bądź niesamowite krzyki unoszących się nade mną nocnych ptaków o szerokich skrzydłach i ludzkich twarzach. Nagle wśród naszych gospodarzy zaszła zmiana. Rozległ się niecierpliwy gwar, któremu towarzyszyło mnóstwo tłumionego podniecenia. Ci spośród zebranych członków klanu, którzy nie patrzyli na mnie i na Kitona z sympatią i ciekawością, rozejrzeli się wokół, spoglądając w przestrzeń za pochodniami, obserwując mrok, las i łagodną rzekę. Gdzieś nienaturalnie zapiszczał ptak.
Rozległ się chwilowy krzyk ekscytacji. Starszy z plemienia, który nosił imię Durium, pochylił się ku mnie i krzyknął: „Kushara!” Znalazła się między nami, nim zdałem sobie z tego sprawę. Przeszła między Shamiga. Ciemna, szczupła postać rysująca się na tle płonącego pierścienia pochodni. Dotykała uszu, oczu i ust wszystkich dorosłych. Niektórym wręczała małe, zakrzywione gałązki. Większość trzymała je w ręku z czcią, choć dwóch czy trzech Shamiga wykopało w ziemi małe grobki i pochowało jej dary u swych stóp. Kushara przykucnęła przed Kitonem i mną, po czym uważnie się nam przyjrzała. Była pomazana zieloną farbą, a jej oczy otaczały cienkie kręgi białej i czarnej ochry. Nawet zęby miała zielone.
Włosy, długie i ciemne, uczesane były bardzo prosto. Miała ledwie rozkwitłe piersi i cienkie kończyny. Poza głową jej ciała nie porastały żadne włosy. Odnosiłem wrażenie, że ma tylko 10 albo 12 lat, lecz jakże trudno było to ocenić. Przemówiła do nas, a my odpowiedzieliśmy jej we własnym języku. Jej ciemne oczy, lśniące w blasku pochodni, wpatrywały się częściej we mnie niż w Kitona. To mnie dała gałązkę, którą ucałowałem. Dziewczyna roześmiała się krótko, po czym otoczyła mi dłoń swą drobną ręką i delikatnie ścisnęła. Nazywa się Sortalan, co znaczy pierwszy przewoźnik. W krainie jego ludu nadchodziła wielka burza.
Ów kraj leży daleko stąd, a burza oznaczała nową magię i nowych bogów. Sama ziemia odrzucała ziomków Sortalana. W owym czasie był on jeszcze duchem w lędźwiach starego kapłana, Mitana. Mitan dostrzegał w przyszłości czarną chmurę, lecz nie było nikogo, kto powiódłby plemiona przez ląd i morze ku leżącym dalej porośniętym lasem wyspom. Mitan był za stary, by jego duchy mogły uformować niemowlęta w brzuchach kobiet. Znalazł więc wielki głaz z wyżłobioną przez wodę bruzdą na powierzchni. Umieścił swego ducha na kamieniu, a kamień na wysokim szczycie. Głaz rósł przez dwie pory roku. Potem Mitan zepchnął go na dół. Kamień pękł.
W środku ukryły się zwinięte niemowlęta. Tak oto narodził się Sortalan. Mitan karmił dziecko tajemnymi ziołami z łąk i lasów. Gdy Sortalan osiągnął wiek męski, wrócił z dzikich ostępów do plemion i kazał ich rodzinom się zebrać. Każda z nich wybudowała łódź i zawiozła ją na wozie nad siwe morze. Pierwszy przewoźnik poprowadził ich przez fale i wzdłuż wybrzeża wyspy, przeszukując urwiska, ciemne lasy i ujścia rzek, aby znaleźć miejsce, w którym mogliby bezpiecznie przybić do brzegu. Napotkał zarośnięte trzcinami bagna, gdzie pływały dzikie gęsi i kurki wodne. Zapuszczali się w głąb lasu setką kanałów i wkrótce znaleźli głębszy szlak wodny biegnący między porośniętymi lasem wzgórzami i urwistymi wąwozami. Łodzie przybijały do brzegu jedna za drugą, a rodziny oddalały się od rzeki, by sformować własne plemiona. Jedni przeżyli, inni zaś nie.
Była to podróż w mroczne, pełne duchów zakamarki świata, bardziej przerażająca niż wszystkie, które dotąd planowano. Kraj był zamieszkany, a pozostający w ukryciu tubylcy atakowali intruzów kamieniami i włóczniami. Przywołali moce ziemi, moce rzeki i duchy, które jednoczyły całą naturę, po czym wysłali je przeciw nieproszonym gościom. Stary kapłan jednak dobrze wyszkolił Sortalana. Ten wchłonął złośliwe duchy w obręb własnego ciała i nad nimi zapanował. Wkrótce na rzece pozostał tylko pierwszy przewoźnik. Popłynął na północ, a wraz z nim duchy kraju. Zawsze żegluje po rzekach, czekając na wezwanie swych plemion. Zawsze jest gotów służyć pomocą wraz ze świtą złożoną z owych starożytnych mocy.
[25:21] - Słowo się rzekło, a zatem ze mną w studio Marta Kładź-Kocot, a po drugiej stronie internetów w dalekim Opolu Wojciech Mieczysławski. Dobry wieczór państwu.
[25:36] - Dobry wieczór.
[25:37] - Dobry wieczór państwu. Cześć, Marta. Dzień dobry, panie Marku i dzień dobry, panie Ivelliosie. Bardzo mi miło. Opole nie jest aż tak daleko.
[25:47] - Strasznie się długo jechało. Kiedyś jechałem na Opolcon i myślałem, że nie dojadę tam. Jechało się i jechało, i jechało. Wspominam to jako namiastkę Odysei prawie. Myślałem, że tam nie dojadę. Wyjechałem, było szaro, a dojechałem, też było szaro. Fakt, że to był listopad bodajże, więc to miało prawo-
[26:10] - Więc cały czas było szaro.
[26:11] - Miało prawo trochę zszarzeć. Okej, spotykamy się dzisiaj w bardzo konkretnym celu. Całkiem niedawno światło dzienne zobaczyła książka po raz drugi, ale tak specjalnie go zobaczyła. Światło dzienne zobaczyła książka „Las ożywionego mitu” Roberta Holdstocka. I właśnie.
[26:36] - I właśnie.
[26:36] - To najpierw pytanie do wydawcy, do pana Wojciecha. Dlaczego ta książka? Skąd ten pomysł? Dlaczego ta książka? I w ogóle.
[26:53] - Panie Marku, to się wydaje być pytaniem najprostszym, ale tak naprawdę wszystko ma swoje przyczyny i tak jak mówi socjologia cybernetyczna, tych przyczyn zwykle jest więcej niż jedna. Taką najprostszą odpowiedzią chyba byłoby to, że ja się w tej powieści zakochałem. Po pierwszej lekturze, która miała miejsce kilka lat temu w tym lesie Ryhope, o którym pisze Holdstock, nie tylko w „Lesie ożywionego mitu”, bo prawie w każdej z innych części tego siedmiotomowego, zdaje się, cyklu ten las Ryhope jest w pewnym sensie głównym bohaterem i w tym lesie moje serce zostało i ja już nie potrafię go odnaleźć, żeby go stamtąd zabrać. Także ja zostałem w tej rzeczywistości wykreowanej przez Holdstocka już chyba na zawsze. A bardziej skomplikowana odpowiedź może jest taka, że za naszymi działaniami, oprócz tego, że trzeba sobie zaplanować jakąś strategię, jakąś taktykę, jak zrobić pewne rzeczy, musi stać pewna idea. Tą ideą czasem jest po prostu marzenie. I ja sobie pomyślałem, że chociaż przestrzeń wydawnicza, łącznie z ofertą wydawniczą w Polsce, jeśli chodzi o fantastykę szeroko pojętą, jest doprawdy całkiem spora, to jednak są takie perły, które się albo na tym rynku wydawniczym i co za tym idzie na naszych regałach, nas jako czytelników nigdy nie znalazły, albo pojawiły się w efemeryczny sposób kiedyś, na początku lat 90. Ale są to dzieła, które myślę, że warto przypomnieć, że są tak wyjątkowe, że też stanowią pewien punkt odniesienia w ogóle do oceny, jak wygląda współczesna fantastyka. I jedną z takich powieści, jednym z takich punktów odniesienia, moim zdaniem jest „Las ożywionego mitu” Roberta Holdstocka, jeśli nie cała jego twórczość. Także myślę, że tak na początek naszej rozmowy mogę odpowiedzieć w ten sposób.
[29:03] - To ja teraz Martę zapytam. Jak państwo wiecie ze wstępu, Marta jest autorką posłowia do książki, ważnego posłowia, a jednocześnie uszlachetniła pierwotne tłumaczenie, bo książka ukazała się wcześniej w wydaniu, jeżeli mnie pamięć nie myli, Rebisu albo Zyska, już nie pamiętam.
[29:26] - Zyska.
[29:26] - Zyska. W każdym razie maczałaś palce w uszlachetnianiu i napisałaś, moim zdaniem, brawurowe posłowie.
[29:38] - Dziękuję bardzo.
[29:40] - To się teraz tłumacz.
[29:44] - Dobrze, to może się najpierw wytłumaczę z uszlachetniania. To było tylko troszeczkę wypielenie chwastów na obrzeżach lasu. Trzeba było odrobineczkę oczyścić ten przekład. I właściwie to jest wszystko, co zrobiłam. Po prostu, żeby to się lepiej czytało, zwyczajnie, żeby proces czytania był płynniejszy. Czyli taka zwykła redakcja, którą się robi właściwie w wydawnictwach rutynowo. Troszeczkę trzeba było być może odświeżyć ten przekład. Natomiast posłowie wynikło z-
[30:28] - Ja tylko wejdę ci w słowo. Z tego posłowia widać, że ty jesteś również zafascynowana tą książką, więc mamy, proszę państwa, dzisiaj na antenie dwoje fascynatów.
[30:39] - Tak, niewątpliwie się do fascynacji Wojtka przyłączyłam i bardzo się ucieszyłam, że jest w ogóle taka idea, żeby zrobić reedycję tej książki i że w ogóle jest taki świr, który tak samo podszedł do tego jak ja. Może w taki sposób do tego podejdę. Pamiętam, na jakim etapie się pierwszy raz spotkałam z tym. Na etapie bodajże pisania doktoratu, kiedy wszystko to, co związane z fantastyką i mitem, z taką fantastyką mitopeiczną, szalenie do mnie trafiało. Natomiast nie pamiętam, skąd miałam książkę. Na pewno nie miałam jej na własność. To była książka wypożyczona z biblioteki, w tym wydaniu Zyska z tą różową okładką, z kimś, kto się kojarzy z Hernem, panem lasu, jeśli ktoś oglądał „Robin Hooda” sprzed lat. Wzięłam to w ręce trochę podejrzliwie, na zasadzie: ma niesamowity tytuł, natomiast może się okazać, że to jest jakieś wtórne fantasy. Natomiast czytałam i stwierdzałam, to jest coś niesamowitego, że ktoś tak głęboko wszedł w samą ideę rodzenia się mitów, w samą ideę tego, czym jest archetyp i jak w ogóle powstawały mity, jak mity stawały się narzędziem do odkrywania na głębokim poziomie ludzkiej tożsamości. Bo to jest bardzo po jungowsku rozumiany mit tak naprawdę.
Oni tam wchodzą w głąb archetypu. Więc moje zderzenie z Holstockiem też było takim zderzeniem i objawieniem, że to jest coś niesamowitego, że ktoś w ten sposób do tego podszedł.
[32:36] - Nic nie jest tak dobre w audycji jak odrobina prowokacji. To ja się właśnie do prowokacji szykuję. To taka książka, która dzieje się częściowo we współczesności. Może nie przesadzajmy we współczesności, w takiej powojennej współczesności. W każdym razie w takim świecie, który kojarzymy. Owszem, tam się pojawiają takie wątki, które kojarzymy z fantasy. Ja cały czas będę drążył ten jeden i ten sam temat. Co jest w tej książce takiego fascynującego? Problem polega na tym, że nie za bardzo możemy opowiadać, co się w niej dzieje, więc zdaję sobie sprawę, że problem może być podwójny. Panie Wojtku.
[33:22] - Co jest fascynującego w „Lesie ożywionego mitu”? Nie da się tak prosto odpowiedzieć. Można by snuć interpretacje i eksplorować te płaszczyzny interpretacyjne, które umożliwia nam powieść Holstocka bardzo długo. Myślę, że jedną z tych rzeczy na pewno jest trudność klasyfikacyjna. Tutaj używamy tego określenia fantasy jako takiej plakietki czy naklejki, szufladkujemy twórczość Holstocka, przynajmniej tą jako literaturę fantasy. Ale przyznam się szczerze, ja nie jestem literaturoznawcą. Jestem po prostu czytelnikiem, fanem fantastyki i tę powieść znalazłem zupełnie niechcący w pewnym antykwariacie. Nie pamiętam w którym, ale szczerze powiedziawszy obstawiam, że to był antykwariat w Gdyni, bo go bardzo lubię. Jest jeden taki antykwariat w Gdyni, bardzo blisko centrum, który polecam. Jest fantastyczny i można tam znaleźć naprawdę perły.
I to była jedna z książek, nazwijmy to roboczo fantasy, którą kupiłem razem w pakiecie z mnóstwem science fiction, którego jestem przede wszystkim czytelnikiem i fanem. I ta książka czekała na swoją lekturę, bo oczywiście najpierw zająłem się tymi wszystkimi rakietami lecącymi przez kosmos i obcymi cywilizacjami i tak dalej. I przyszedł moment na Holstocka. Przyszedł moment na Mitag-Woods i ja byłem wniebowzięty. Ja byłem zaskoczony, zszokowany tą lekturą, ale myśl przez głowę przewinęła mi się taka, że to jest niezwykle oryginalne science fiction. Czas zweryfikował tę ocenę, chociaż potem pozwolę sobie przytoczyć słowa Neila Gaimana i Briana Aldissa, z którymi spotkałem się w ich tekstach odnoszących się do twórczości Holstocka, bo oni Holstocka znali, przyjaźnili się z nim i też byli wielkimi fanami tego, jak i o czym pisał. Ale na pewno poruszymy to i myślę, że Marta to poruszy, bo też pisała o tym w swoim pięknym posłowiu, że „Las ożywionego mitu” ma taki — nie wiem, jak to dobrze ująć — vibe solaryjski, taki lemowski, że tam są poruszone pewne problemy, również ontologiczne, bardzo podobne do tych, które poruszał Stanisław Lem. Być może Lemowi udało się to lepiej ująć niż Holstockowi, ale są tam takie elementy i ten komponent naukowy, który też się przewija przez całą tę powieść, przez „Las ożywionego mitu”, które sugerują, że to nie jest standardowe fantasy. Że to jest po części fantasy, ale takie, które się troszeczkę odwróciło plecami do tego rozbudowanego nurtu fantasy w ogóle, prawda? I z tego, co pamiętam, kiedyś właśnie Brian Aldiss napisał, że ta powieść Holstocka to właściwie nie jest ani fantasy, ani science fiction.
Że to jest coś sui generis, takie samo dla siebie. Taki ewenement troszeczkę zupełnie szczególny w literaturze fantasy. To może wynikać też z tego, że sam Holstock w ogóle był pisarzem fantastycznonaukowym na początku I też był z wykształcenia naukowcem, bo z tego, co pamiętam, był chyba zoologiem. To jest taka oryginalność, niezwykłość i nieklasyfikowalność twórczości Goldstoka. Co ty na to, Marta?
[37:22] - Ja na pewno nie zgodzę się bezpośrednio z twierdzeniem, że to jest science fiction, aczkolwiek komponent naukowy tutaj się pojawia i ten komponent solaryjski, który zauważyłeś. Ja powiem, jak jest, bo jeżeli będziemy zbyt daleko się trzymać od treści, to nie będzie za ciekawie. Marek już zrobił skrzywioną minę.
[37:45] - Ja tylko trochę dotknąłem, ale nie chciałem tej decyzji podejmować.
[37:51] - O ile w „Solaris” pojawia się motyw wydobywania z psychiki bohatera głęboko ukrytego kompleksu i ucieleśniania tego kompleksu. Lem też w tym momencie gra mitem, bo przecież Hari, która z psychiki Krisa Kelvina się wydobywa, jest nie tylko świadectwem jego dawnej traumy, ale też prowokuje interpretacje mityczne. Czy ona jest nimfą Echo, która potrafi tylko powtarzać to, co się w psychice Krisa znalazło? Czy ona jest tylko Afrodytą rodem z oceanu, jak wita ją któryś z bohaterów Solaris? Tych interpretacji, zasugerowanych przez samego Lema, znajdzie się mnóstwo. Natomiast komponent science fiction w Goldstocku polega na tym, że bohaterowie konstruują urządzenie, które ma podkręcać ich potencjał psychiczny, żeby on szybciej produkował mity. A mityczne postacie też się ucieleśniają, dlatego że wspomniany przez ciebie, Wojtku, Las Rahab jest takim odpowiednikiem solaryjskiego oceanu. Tylko że różnica jest taka, że nie produkuje zagadkowych bytów, których nikt nie potrafi zinterpretować, tylko produkuje mity. Dla mnie ogromną zaletą tej powieści, jej intelektualnym ładunkiem jest to, że bohaterowie mają świadomość, że uczestniczą w micie. I to jest świetne, bo zazwyczaj, kiedy się pisze jakiś retelling mitu, to ubiera się ten mit w jakiś kostium.
Gra się tym mitem, ale to jest mit opowiedziany na nowo. Tak jak na przykład Clive Staples Lewis napisał na nowo opowieść o Erosie i Psyche. Ta powieść „Póki mamy twarze” ma taki podtytuł „Mit opowiedziany na nowo”. W większości przypadków, jeżeli się robi retelling mitu, to jest mit opowiedziany na nowo. Natomiast tutaj mity nie tyle są opowiadane na nowo, co są odtwarzane, odgrywane przez bohaterów z pełną świadomością, że to są mity i z pełną świadomością, że ci bohaterowie wkraczają w sferę ludzkiej podświadomości i te mity aktualizują sobą. Wchodzą w role mitycznych postaci i muszą tę drogę przejść do samego końca, bo po prostu chcą to zrobić. To, że oni używają jakiegoś urządzenia do podkręcania tych mitotwórczych właściwości mózgu, to jest ten komponent science fiction. Natomiast tak się zastanawiałeś, Wojtku, nad klasyfikacją i przyszło mi do głowy, że w zasadzie to nie jest dalekie od klasycznego portal quest fantasy, tylko że wstyd straszliwy, ale wyleciało mi z głowy kompletnie i nie mogę sobie przypomnieć nazwiska badaczki, która tę klasyfikację stworzyła. Nie przypomnę sobie w tej chwili, nic na to nie poradzę.
[41:04] - To ja mam pewną historię wyczytaną bodajże na Facebooku. Jeden z tłumaczy, a konkretnie Radosław Kot napisał o tytule, bo ten tytuł w wydaniu polskim chyba jest lepszy od oryginału.
[41:20] - Właśnie ja obiecałam Radkowi Kotowi, że o tym wspomnę.
[41:24] - To proszę, to jest ten moment. Masz głos.
[41:29] - Tłumacz Radosław Kot odpowiada za polską wersję tytułu, który po prostu, jak sam mówi, wymyślił ad hoc, bo coś trzeba było w tym momencie wymyślić i okazało się, że stworzył arcydzieło tym tytułem.
[41:42] - Tak, bo pierwotnie do wydania tej książki szykowało się takie pewno nie przez wszystkich pamiętane już dzisiaj wydawnictwo CIA. Jak zwał, tak zwał. W każdym razie się szykowało, ale w rezultacie nie wyszło. Na etapie tego szykowania się trzeba było w różnych papierach zgłoszeniowych i tak dalej wpisać jakiś tytuł. I właśnie Radosław Kot wpisał tenże tytuł, czyli „Las ożywionego mitu” i tak już zostało. Ze zdziwieniem po latach zobaczył ten tytuł, który wymyślił. W każdym razie chyba dobrze się stało.
[42:25] - Ja się bardzo długo zastanawiałem nad wyborem translacyjnym pana Jokuszewskiego, jeśli chodzi o ten termin „mitago”. Dlaczego to jest akurat mitotwór? Na początku mnie to trochę denerwowało. Potem stwierdziłem, że jest to bardzo dobry pomysł, ale miałem taki moment, że sam sobie wymyślałem. Nie jestem oczywiście tłumaczem, ale na własne potrzeby, jak ja bym przetłumaczył pojęcie „mitago”, żeby tytuł był jednak bliższy oryginałowi. Bo „Mitago Wood” to właściwie jest las tych tworów, tych bytów, mitagos. Zastanawiałem się, dlaczego na przykład nie wybrał określenia mityd albo mitoid. I wtedy tytuł brzmiałby „Las Mitydów” albo „Las Mitoidów”. Coś w ten deseń, ale to tak tylko nadmieniam, bo tytuł mi się bardzo podoba. Nie znałem tej historii, przyznam szczerze.
Nie wkopałem się tak głęboko w prapoczątki Stocka w Polsce. To bardzo ciekawe.
[43:33] - To ja mam teraz pytanie.
[43:36] - A mogę jeszcze jedną rzecz tylko?
[43:38] - Jak najbardziej.
[43:39] - Ad vocem odnieść się do tego, co Marta powiedziała o tym komponencie naukowym. Ja się nie będę oczywiście upierał, bo ta moja myśl, która przemknęła mi przez głowę, że czytam bardzo oryginalne science fiction, to oczywiście była tylko taka impresja i tego się do końca nie da obronić, ale chciałbym zauważyć, że ten element urządzenia generującego jakąś moc z umysłów bohaterów, która to moc potem generuje te wszystkie mitotwory, to nie jest jedyna rzecz, która w ramach tego komponentu naukowego mogłaby zostać zauważona. Bo wydaje mi się, że sam fakt, że część z bohaterów wykorzystuje w ogóle działania właściwe metodologii naukowej, projektuje pewne eksperymenty, stara się zrozumieć ten fantastyczny fenomen, który się wydarza wokół nich za pomocą narzędzi jednak naukowych, to są rzeczy zdecydowanie właściwe science fiction, których w literaturze fantasy nie spotykamy. Ja bym tego tak nie deprecjonował do końca, bo oni tę magię, która tam się wydarza, mam wrażenie, że oni nie traktują jako magię, przynajmniej tak, jak ją rozumiemy, czytając głównonurtowe fantasy, jeśli mogę tak powiedzieć. Mam wrażenie jako czytelnik, że oni traktują to jako prawo przyrody. Myśmy kiedyś, Marta, rozmawiali o tym przez telefon. Ja wtedy też nie miałem zbyt mocnej argumentacji, żeby to obronić, więc wciąż mówię tylko o impresji. Wciąż tylko o wrażeniu, że oni traktują to jako pewien fenomen przyrodniczy, który bohaterowie, ja nie mówię o nas jako o czytelnikach, a już na pewno nie mówię, Marta, o tobie jako literaturoznawcy. Inaczej czytasz powieść, inaczej czytasz książkę. Nie wiem, czy wiesz, o czym mówię.
To jest bardzo dojmujące w tej książce, że oni stają w obliczu czegoś niepoznanego i ich pierwsza reakcja, ale też druga i trzecia, może nie czwarta i piąta, ale druga i trzecia również, to jest reakcja kogoś wykształconego, jednak naukowca na jakiś fenomen, który wydaje się być czymś naturalnym, nawet jeśli niepoznanym, nawet jako dziwnym, nawet jako przerażającym w wielu aspektach. Ale jednak oni przez dużą część tej historii nie mają takich refleksji jak ty, że spotykają się z mitem, że to jest jakaś ożywiona struktura mityczna w sensie literackim, a nie jakaś zawartość informacyjna w naszej zbiorowej nieświadomości.
[46:45] - Tu już się troszeczkę zgubiłam, jeżeli chodzi o koniec twojej wypowiedzi, bo to jest jak najbardziej słuszny i dobry trop interpretacyjny, o czym mówisz. Natomiast ja nie mówię wcale o micie jako o czymś literackim, tylko o czymś w pierwotnym rozumieniu mitu. I tutaj musielibyśmy brnąć w definicję mitu, co jest rzeczą szalenie trudną.
[47:12] - Wielowątkową.
[47:14] - Wielowątkową. I kiedy dochodzi do tego momentu, to ja lubię przytaczać taki cytat, oczywiście w tym momencie z pamięci, z artykułu Erazma Kuźmy, który stwierdził coś takiego, że wobec niemożności stwierdzenia, co to jest mit, musimy przyznać, że to jest wszystko, cokolwiek przez ten mit przez wieki rozumiano. I to jest najszersza możliwa definicja mitu. I tutaj w definicję naprawdę nie chciałabym brnąć. Natomiast, Wojtku, oni przecież odkrywając i poszukując, bardzo dobrze wiedzą, że odkrywają mit i że poszukują mitu. I oni po jungowsku właśnie do tego podchodzą. I rzeczywiście podchodzą jak naukowcy. Tylko że tutaj być może nieprecyzyjne jest nasze rozumienie nauki, bo science fiction to jest zwykle ta nauka w wersji hard, czyli te nauki ścisłe. Natomiast tutaj, jeżeli uznać antropologię za naukę, jeżeli uznać za naukę mitoznawstwo, literaturoznawstwo i tak dalej, to oni oczywiście podchodzą do tego jako naukowcy. Przy czym to, co mi się najbardziej podoba, to fakt, że oni odkrywają kolejne warstwy, że to nie jest jeden mit, który się odkrywa i jeden, który się opowiada, tylko że ten mit się nawarstwia i oni właściwie odkrywają archetypowe struktury, które pozostały po ludziach żyjących tutaj w różnych warstwach czasowych.
Więc oni podróżują przez te warstwy czasowe, bo przecież spotykają i jakieś byty z czasów, kiedy jeszcze byli Rzymianie na Wyspach Brytyjskich, a potem podróżują w głębiny czasu aż do jakichś struktur takich wspólnot zupełnie neolitycznych, których wyobrażenia mityczne były zupełnie prymitywne i opierały się tylko na tej figurze Groźnego ojca, po freudowsku. Tego ojca, którego trzeba zabić, żeby się dokonało to pierwotne morderstwo, żeby po freudowsku mogła się zacząć kultura. To jak najbardziej jest naukowe. Tylko że ja mówiąc, że nie jest naukowe, miałam na myśli, że to nie jest taka nauka hard jak hard SF.
[49:34] - Może być tak, Marta, że ja po prostu jestem skażony twardą fantastyką naukową. Że struktura mojego umysłu jest zbudowana przez Lema, Wattsa i Egana na przykład. Antropologia jest zdecydowanie rodzajem nauki, mniej przyrodniczej, ale jednak. Niemniej moje zainteresowanie wzbudziła przede wszystkim substancja. To jest pojęcie filozoficzne, ale wiadomo, o co chodzi. Na jakiej zasadzie są skonstruowane te byty i jak one funkcjonują materialnie? Nie wiem, czy to nie będzie zbyt duży spoiler, bo to dotyczy może bardziej „Lavondys”, czyli takiej kontynuacji „Metagood”. Ale jak to jest możliwe na przykład, że ludzie i mutotwory mogą mieć razem dzieci? Więc ja patrzę na to z tej strony bardziej. I dlatego tam to wrażenie twardej fantastyki naukowej, mimo że prawdopodobnie jest tam jej całkiem niedużo.
Zresztą ta nauka, nawet przyrodnicza, która występuje w „Metagood”, nie jest na jakimś super wysokim poziomie. Nie oszukujmy się. Ale ja mam podejście materialistyczno-substancjalne, a ty masz bardziej strukturalne. I oni, oczywiście mówię o bohaterach, starają się badać te obydwie płaszczyzny na swój sposób, na tyle, na ile potrafią i interpretować rzeczywistość również korzystając z tych dwóch optyk. Z jednej strony zastanawiają się nad strukturą mitu, w którą wchodzą, której stają się częścią, którą w jakiś sposób modyfikują i tak dalej. Ale i ich refleksje, i moje jako czytelnika dotyczą również zagadnień widzianych z tej drugiej strony. To znaczy, z czego jest zbudowana Gwyneth? Jak to funkcjonuje? Czym się staje po śmierci? Jak funkcjonuje jej umysł?
Jak to jest możliwe, że ona, będąc tworem osadzonym w informacjach zawartych w podświadomości Stephena czy Christiana, czyli ojca, w jakiś sposób jest świadoma samej siebie. Zgadzam się z tobą, Marta. To tak naprawdę nie jest polemika między nami. To jest po prostu różnica optyki. Myślę, że te dwa podejścia mogą być spokojnie komplementarne.
[52:25] - Jak najbardziej.
[52:26] - Dlatego, że dla mnie to jest tak ogromną koncepcją.
[52:32] - Jak najbardziej można to komplementarnie potraktować.
[52:37] - Okej. Panie Marku, pan miał jakieś pytanie?
[52:40] - Tak, mam pytanie, bo ci wszyscy nasi słuchacze, którzy z mitem lubią się stykać, lubią tę tematykę, o której państwo mówili w tej chwili, lubią troszeczkę pogrzebać w tym, co leży trochę na dnie, a właściwie pod tą warstwą wierzchnią. Ci są w tej chwili niesłychanie usatysfakcjonowani i już sobie zapisali tytuł i pewno drogą kupna nabędą. Natomiast ja bym chciał państwa namówić do takiej zachęcajki, bo to jest też książka, która poza tymi wszystkimi rzeczami, o których państwo wspomnieli, czyta się. Po prostu się czyta. I jakbyście państwo mieli tę książkę polecić od tej strony, to na co byście położyli nacisk? Marto, ty pierwsza.
[53:36] - Dla mnie ta książka ma klimat i to ma dwa klimaty, które ja osobiście bardzo lubię. Pierwszy to jest klimat angielskiej prowincji z pierwszej połowy XX wieku. Takie czasy, w których Lewis, Tolkien, Charles Williams i inni spotykali się w barze, który teraz podobno ma finansowe kłopoty i może upaść, pod Orłem i Dzieckiem, w którym dyskutowali, kiedy pisała się „Narnia”, kiedy pisał się „Hobbit” i „Władca Pierścieni”. Kiedy panowie chodzili w tych tweedowych marynarkach i popalali sobie fajki i dyskutowali o literaturze w pięknych sceneriach Oksfordu albo Cambridge. A tutaj mamy prowincję angielską równie malowniczą, równie piękną, ze starym, pięknym, choć troszeczkę podupadającym domem i z niesamowitym dębowym lasem obok. I to jest jeden klimat, który bardzo lubię. Oczywiście bohater z jakąś traumą wojenną wracający na prowincję, to już samo w sobie jest niesamowitym motorem narracyjnym. Na prowincję, na której dzieją się rzeczy dziwne i tajemnicze. I drugie klimaty, które bardzo lubię, to są klimaty wczesnoceltyckie. Tam potem pojawiają się celtyccy wojownicy, pojawiają się jakieś odpryski mitów celtyckich, które trochę przewędrowały do legend arturiańskich.
Poza tym atmosfera zagadki, potrzeba rozwiązania tej zagadki, ta paląca potrzeba odkrycia prawdy o lesie Raihau. Poza tym bardzo dobry układ postaci. Rewelacyjnie rozpisane relacje miłości i nienawiści. Jeżeli chodzi o klimat i o fabułę, o aspekty czytelniczej satysfakcji, to jest tego też rzeczywiście bardzo dużo.
[56:02] - Panie Wojciechu.
[56:05] - Panie Marku, jestem ciekaw, jak pan by zareklamował.
[56:09] - Ja jednak zdam się na wydawcę. Zdecydowanie.
[56:13] - Dobra. To, co powiedziała Marta, to jest jeden z wielu dowodów, jak niesamowita jest ta historia. Dlatego, że każdy znajdzie tam coś zupełnie innego, co, jak to teraz się mówi młodzieżowo, zmiecie go z planszy. Dla mnie to nie tylko była tajemnicza przygoda przez świat, który zdecydowanie ma niepowtarzalny klimat, ale dla mnie to też była niezwykła rozrywka intelektualna. Fragmenty tego, co mam na myśli, były w tej polemice mojej z Martą przed chwilką, że ja się zastanawiałem właśnie, jak te byty istnieją, skąd one się wzięły. Czy to jest magia, czy to jest prawa natury, jak one funkcjonują. To dla mnie było czymś niesamowitym. I po siódmej lekturze tej książki, bo akurat „Las ożywionego mitu" przeczytałem siedem razy. Jest tylko jedna książka na tym świecie, którą przeczytałem więcej, czyli osiem. To jest „Solaris" Lema.
To jest dla mnie niezwykłe. Te zagadnienia, te problemy, które postawił Holstok, część z nich udało mu się fantastycznie udźwignąć. Z części uważam, że można by wycisnąć jeszcze więcej, ale zrobił to potem w „Lavondys", zaznaczam od razu. To jest ta jedna z rzeczy, za które można „Las ożywionego mitu" pokochać. I myślę, że i tacy czytelnicy się znajdą, którzy pokochają dokładnie to samo co ja. Co jest jeszcze jednym aspektem, to jest to, że ta powieść jest dla mnie osobiście bardzo wzruszająca i jako raczej wrażliwa osoba, która szuka jakiejś takiej prawdy emocjonalnej w bohaterach powieści i czegoś, z czym może się identyfikować na tej płaszczyźnie emocjonalnej, to jest przepiękna rzecz. Ktoś powie, że podróż przez mroczną krainę, żeby uratować swoją kochaną, jest rzeczą już tak wyeksploatowaną i tak sztampową, że właściwie nie świadczy o oryginalności dzieła. Ale myślę, że to, jak napisał to Holstok i to, jak ta powieść się kończy, to jest dla mnie osobiście coś niezwykłego. Co mógłbym jeszcze powiedzieć?
[58:42] - Nie mów, jak się kończy.
[58:44] - Nie powiem. Nie, ugryzę się w język wystarczająco szybko, żeby nie powiedzieć. Ale kończy się pięknie moim zdaniem. To jest piękne zakończenie, bo można napisać cudowną rzecz i doskonale o tym wiemy, że można zakończenie spartolić. Holstok tego nie zrobił moim zdaniem.
[59:00] - Zdecydowanie nie zrobił.
[59:02] - Nie.
[59:03] - To teraz ja się wytłumaczę z tego uniku, który wykonałem.
[59:07] - Dobra.
[59:09] - Bo chciałem, żeby wybrzmiało to od sprawców tego, że książka pokazała się po raz wtóry. Jednak powiem. Otóż ja nie jestem w ogóle miłośnikiem fantasy. Zmęczony tymi wielotomowymi sagami, które się ciągną jak flaki z olejem i po prostu właściwie nic w nich nowego nie ma. Tę książkę przeczytałem, to było coś oczyszczającego. Wreszcie mogłem powiedzieć sobie: „O, pojawiło się coś, co wzbudza jakieś pozytywne emocje”. Bo ja jestem w ogóle dosyć prosto skonstruowanym czytelnikiem i czytam właśnie tak, przeżywając. Ja bardzo się daję porwać autorowi. Jak to dobrze zrobi, to już ma mnie porwanego i coś takiego się wydarzyło. To dla mnie była taka wiara, że fantasy to nie jest gatunek do końca stracony.
Mówię o swoich odczuciach. Uwierzyłem, że jeszcze są tacy autorzy, którzy są w stanie ten gatunek postawić na nogi i zrobić z nim coś takiego, że on jeszcze będzie czarował czytelnika. I to jest moja refleksja o tej książce. A teraz kolejne pytanie do wydawcy. Pojawiło się na rynku wydawnictwo Terminus, wydawnictwo fantastyczne. To jest duża odwaga w tych czasach budować wydawnictwo.
[01:00:50] - To prawda.
[01:00:53] - Proszę coś na ten temat powiedzieć. Na temat swojej odwagi.
[01:00:59] - Panie Marku, żeby być zupełnie szczerym, to jest taka odwaga na granicy szaleństwa i myślę, że bardziej upartość i miłość po prostu do Holstoka niż odwaga w znaczeniu słownikowym. Tak mi się wydaje. Bardzo bym chciał, żeby polscy czytelnicy mieli możliwość Doznania tych samych rzeczy, które ja miałem czytając „Las ożywionego mitu”, żeby czytało im się dobrze. Dlatego poprosiłem Martę o tę redakcję. Marta jest bardzo skromna, ale to nie była taka prosta rzecz nadać takiego sznytu temu tekstowi. Przez długi czas, przynajmniej na początku, miałem wrażenie, że jestem z tym projektem sam. Ale dzisiaj już wiem, że nie. I że tych osób, które w jakiś sposób pomagają mi, jest tak naprawdę zbyt wiele, żeby je wymienić. Chciałbym spróbować, jeśli mi pan pozwoli, za chwilkę przynajmniej podziękować kilku osobom, które są aniołami tego projektu i że moja samotna wędrówka z Holstokiem pod rękę to jest tylko na zasadzie prowadzenia przedsiębiorstwa, bo to wydawnictwo jest jednoosobową działalnością gospodarczą i na tym moja samotność się kończy. Także nie jestem sam i bardzo się z tego powodu cieszę.
Czy mogę sobie pozwolić na opowiedzenie krótkiej historii o aniołach, które się pojawiły w świecie wydawnictwa Terminus?
[01:02:37] - Ależ po to jest ta audycja. Proszę bardzo.
[01:02:39] - Fantastycznie. Przygotowałem się do tego chyba najlepiej. Zacznę dosyć niespodziewanie i oryginalnie i myślę, że podobnie skończę, że zakończenie też będzie zaskoczeniem dla słuchaczy i dla pana, i dla Marty. Ale początek jest taki: nie byłoby tej książki, gdyby nie Martin. Martin jest pracownikiem czeskiego wydawnictwa Argo. Jest tam odpowiedzialny za dział fantastyki i był pierwszą osobą, do której dwa lata temu napisałem maila z prośbą o pomoc w zlokalizowaniu miejsca albo zlokalizowaniu osób odpowiedzialnych za prawa do wydania tej powieści. Martin, cudowny człowiek, oczywiście pomógł mi, skierował mnie w odpowiednie miejsca, ale zrobił coś, co było zupełnie niespodziewane. I szczerze powiedziawszy na początku się trochę zdenerwowałem, ale potem sobie pomyślałem: „A niech już będzie”. Otóż Martin napisał bez konsultacji ze mną dwa maile. Jednego maila napisał do Sary Biggs.
Sara Biggs jest wdową po Robercie Holstoku. Dzisiaj już mogę powiedzieć, że się przyjaźnimy i mamy ze sobą raczej stały kontakt. Więc napisał maila do niej, że mam taki pomysł, że jest taki Wojtek właśnie z Polski, który chciałby przywrócić Holstoka na rynek. A drugiego maila wysłał do właściciela praw, więc miałem już drogę utorowaną, żeby zacząć rozmowy. Martin nie przesłucha prawdopodobnie tej audycji, a nawet gdyby chciał, to język polski będzie zbyt dużą blokadą językową dla niego. Ale chciałbym mu bardzo podziękować za to, co zrobił. Nie byłoby tej książki, gdyby nie Sara Biggs, która od samego początku była bardzo za tym, żeby pójść w tę stronę. I bardzo mi pomagała i wiele razy mogłem się z nią skonsultować na wiele tematów i pomagała mi też na początku rozmów z agentami. Miejmy świadomość tego, że jak pojawia się nowe wydawnictwo, to nie jest łatwo zaufać takiej firmie, która nie ma historii wydawniczej żadnej. Ale dzięki Sarze zdecydowali się dać mi szansę.
Bardzo im za to dziękuję i wiem, że są z tego powodu zadowoleni, bo też bardzo fajne maile od nich dostaję. Następną osobą, bez której nie byłoby tej książki i taka jest prawda, jest Marta, której już dziękowałem tysiące razy i pewnie jest taka granica ilości podziękowań, że zaczynają one być abstrakcją, więc zrobię to po raz kolejny. Bardzo ci, Marta, dziękuję. Współpraca z tobą to też było moje marzenie i za to, że się spełniło, też muszę podziękować panu, panie Marku. Dlatego, że ja Martę usłyszałem pierwszy raz w życiu w pana audycji i to była audycja rozmowy o fantastyce. Tam były trzy takie audycje. Jedna z nich dotyczyła fantasy i z ciekawością tego słuchałem. Tam był też pan Krzysztof Sokołowski, zdaje się, i jeszcze dwóch gości, nie pamiętam kto. I wtedy usłyszałem, jak Marta opowiada o Holstoku. I to było dla mnie takie zdziwienie, bo ja byłem raczej świeżo po lekturze Holstoka, że ktoś jeszcze miał kontakt z tym dziełem i prawdopodobnie wywarło na nim podobne wrażenie jak na mnie.
I już wtedy sobie pomyślałem, że jeżeli kiedyś faktycznie się wydarzy coś takiego, że to w moich rękach będzie to zadanie, ta sprawa, żeby Holstoka przywrócić na rynek polski, to że chciałbym z Martą współpracować i że może to się wydarzy. No i się wydarzyło. To jest kapitalne. Książka nie wyglądałaby tak, jak wygląda, gdyby nie Piotrek Bęben, który jest znakomitym rysownikiem, grafikiem, również tatuażystą. Tatuażystą albo tatuatorem. Nigdy nie wiem, jak to się mówi. I też od samego początku wiedziałem, że jego styl i jego sposób myślenia o tym, co przelewa na papier albo na skórę tatuując, to jest coś, co wydaje się być żywcem wyciągnięte z tego „Lasu Rayu”, że te jego postaci, które rysuje i tatuuje, one są poniekąd jak mitotwory holstokowskie. I skontaktowałem się z nim. Odwiedziłem go w Krakowie, porozmawialiśmy, zapalił się do tego pomysłu. No i dzisiaj „Las ożywionego mitu” ma okładkę zaprojektowaną przez Piotra Bębna, więc też mu bardzo dziękuję.
Bardzo chciałbym podziękować jeszcze jednej Marcie, która jest bardzo bliską mi i ważną dla mnie osobą w moim życiu, która pomogła mi napisać tekst, który mamy z tyłu książki. Nazwijmy go blurbem, tak roboczo. Gdyby nie ona, miałbym z tym duży problem. Tutaj też jestem bardzo wdzięczny Krzysztofowi Sokołowskiemu, który pomógł nam nadać temu, co napisaliśmy fajną strukturę, fajną formę. Także Krzysztof, bardzo ci dziękuję za tę pomoc. Tak naprawdę nie byłoby tej książki, gdyby nie mój bardzo bliski przyjaciel z Opola, Misiek, z którym razem uczyliśmy się składać tę książkę, bo zrobiliśmy to samodzielnie. To było wielkie przedsięwzięcie i wielka nauka, ale fascynująca. Skład książki, nie wiem, czy państwo sobie zdają sprawę, jest czymś niesamowitym. Jest ogromem pracy i ogromną odpowiedzialnością za to, jak ona będzie ostatecznie wyglądać. Ale zrobiliśmy to.
Ta książka nie funkcjonowałaby na polskim rynku w taki sposób, gdyby nie patroni, których udało mi się namówić do współpracy. Tak sobie myślę, że dla dużych wydawnictw, ja tego oczywiście nie wiem na pewno, bo jestem małym wydawnictwem, ale taką mam intuicję, że może być tak, że dla takich naprawdę wielkich wydawniczych ryb w tym oceanie te logotypy patronów to są tylko takie naklejki gdzieś tam z tyłu książki. A dla mnie każdy z patronów jest czymś kompletnie ważnym. To było dla mnie wielkie zaskoczenie, że oni naprawdę chcieli w to pójść, a większość z nich znała Holstoka już wcześniej, więc oni wiedzieli, z czym to się wiąże. Chciałbym bardzo podziękować Tymoteuszowi z Katedry, Piotrkowi z Fantasmarium, Acie z Fantastyka Moim Życiem, która miała wczoraj urodziny, więc wszystkiego najlepszego. Mariusz Wojteczek z Bet Lupus, zresztą znakomity pisarz. Marysia, czyli panienka Hawryło, która wkłada w pomoc w promocji „Lasu ożywionego mitu” ogrom energii i ogrom zaangażowania. I Fantastyczna Karczma, która jest pełna niesamowitych, dobrych, ciepłych ludzi, którzy bardzo często dźwigali mnie w tych momentach, w których traciłem wiarę w to, co robię. Tutaj przede wszystkim Ania, Klaudia, Kasia i Maciek Janik, którego poznałem, jeszcze zanim publikacja pojawiła się na polskim rynku. Bardzo wam dziękuję.
Ta książka nie byłaby tak rozpromowana i tak rozreklamowana, gdyby nie blogerzy i bookstagramerzy książkowi. Tutaj przede wszystkim chciałbym podziękować Pawłowi z takiego bloga Seczytam, który bronił Terminusa jeszcze przed tym, jak ukazała się pierwsza publikacja. Bo szczerze powiedziawszy, odbiór wydawnictwa, które trąbi o tym, że wyda książkę, ale nie ma jej jeszcze na rynku, wzbudzała pewną niepewność wśród potencjalnych czytelników. I Paweł, jak taki błędny rycerz bronił mnie bardzo. Bardzo mu za to dziękuję. Jest taki blog książkowy Coś na półce prowadzony przez niejakiego Tomka. Tomek jest jedynym czytelnikiem, który pewnego dnia wieczorem do mnie zadzwonił. Ot tak, po prostu. Zapytać się, jak leci, jak idzie, jak funkcjonuje wydawnictwo, jak sprzedaje się „Las ożywionego mitu”. Rozmawialiśmy przez ponad godzinę.
Ja nie jestem fanem rozmów telefonicznych i Marta wie o tym najlepiej, ale byłem wtedy tak zaskoczony i tak się ucieszyłem, że komuś naprawdę chciało się zadzwonić i pogadać, że Tomasz jest jedną z tych osób, którym bardzo chciałbym podziękować. Anika z Głodnej Wyobraźni, która zrobiła niesamowitą rzecz i nie wiem, jak znalazła w sobie tyle siły i samozaparcia, ale zrobiła przemarsz przez wszystkie fanpage książkowe, które są chyba na Facebooku ze swoją piękną recenzją. Także bardzo jej dziękuję. Chciałbym bardzo podziękować również Jerzemu Żymowskiemu z Nowej Fantastyki, który napisał cudowną recenzję, która się ukazała w jubileuszowym numerze Nowej Fantastyki, która się ukazała wczoraj. Na koniec to może być właśnie zaskoczenie. Trzy dni temu poznałem bardzo ciekawych ludzi. Fantastycznych, przemiłych, cudownych i też zaangażowanych w ten projekt bardzo. Są to państwo z Teksasu. Jedna z tych osób to jest Michael Moorcock, a druga osoba to jest Linda Moorcock, jego żona. Napisałem do nich w pewnej sprawie i się zaprzyjaźniliśmy i do dzisiaj korespondujemy ze sobą.
Być może wykroi się z tego jakaś większa współpraca. Na to mam nadzieję i o tym rozmawiamy, ale nie chciałbym jeszcze za dużo mówić, dopóki nie będę miał pewności. To chyba tyle.
[01:13:06] - A ja chciałem zauważyć, że z tej listy, którą wymienił pan Wojciech, to jest dobra ściąga dla wszystkich słuchaczy, żeby sobie audycję przewinąć i w tych miejscach, przy tych nazwiskach poszukać informacji o „Lesie ożywionego mitu”. Z różnych stron zobaczycie państwo tę książkę. W tych recenzjach, w tych omówieniach znajdziecie państwo może dodatkowe ślady. Jakieś tropy, o których my nie wspomnieliśmy w audycji. Ale pojawia się kolejne pytanie z mojej strony, które się musi pojawić. Jest pierwsza książka wydawnictwa Terminus. Czy będą następne? Czy to będzie ten sam autor? Wiemy już z tej audycji, że tomów jest więcej. Zostawiam teraz pana Wojciecha z tymi pytaniami.
[01:14:02] - Oh my God! Odpowiem przekornie. Ja sobie nie muszę zadawać pytania, czy chciałbym zobaczyć „Lavondys” ponownie na polskim rynku w nowym, poprawionym wydaniu. Jestem tego pewien. To jest element projektu „Holstok” w Polsce i to jest dla mnie oczywiste. Natomiast to jest pytanie, które warto by zadać czytelnikom w Polsce, bo bardzo chciałbym, żebyśmy wszyscy, bo wszyscy jesteśmy czytelnikami, każdy z nas kupuje książki, podejmuje decyzje, jakie książki kupić, a jakich nie, że tak naprawdę odpowiedzialność za to, jak wygląda rynek książki w Polsce i co ten rynek oferuje, to nie jest odpowiedzialność, która jest tylko na barkach wydawców. Jeżeli okaże się, że „Las ożywionego mitu” jest tylko moim marzeniem i garstki innych osób, to może być tak, że „Lavondys” się nie ukaże. Nie chciałbym tego mówić, dlatego, że na chwilę obecną wszystko wskazuje na to, że udźwignę tę drugą publikację i tak dalej. Ale nie zmienia to faktu, że może warto by się zastanowić, czy faktycznie my wszyscy nie jesteśmy odpowiedzialni za to, co jest wydawane. Bo niejednokrotnie jestem członkiem wielu grup zrzeszających fanów szeroko pojętej fantastyki na Facebooku i bardzo często spotykam się prawie z lamentem, że są serie, które wydają się być fantastyczne, ale jednak nie są wydane do końca, dlatego, że wydawnictwa nie są w stanie pociągnąć tego finansowo dalej.
Ale to, że nie są w stanie pociągnąć tego finansowo dalej, to niejednokrotnie zależy od tego, że one się po prostu nie sprzedają. Tak, „Lavondys” na polskim rynku zależy od tego, jak poradzi sobie „Las”. To jest moja odpowiedź na pana pytanie, panie Marku.
[01:16:21] - Rzeczywiście taka odpowiedź pozostawiająca nadzieję, aczkolwiek czegoś wymagająca od czytelników. To chyba dobrze, bo myśmy się jako czytelnicy przyzwyczaili do tego, że książka jest, po prostu jest i po nią sięgamy.
[01:16:38] - Dokładnie.
[01:16:39] - Okazuje się, że czasami to jest uświadomiony bądź nie, ale jednak pewien wysiłek. Niech nawet będzie wysiłkiem finansowym. To jednak wysiłek, który należy podjąć, a nie później jęczeć, że nie ma kontynuacji. Marto, a jak ty patrzysz na perspektywę tego, że kolejne tomy się pojawią?
[01:17:03] - Bardzo bym chciała, żeby się pojawiły. Jak najbardziej dołożę do nich swój pazur, jeżeli będzie taka możliwość.
[01:17:11] - A ja mam jeszcze pytanie do ciebie odnośnie posłowia, które napisałaś. Powiedziałem o nim, że brawurowe, ale jednocześnie w jakimś stopniu, nie chcę nadużywać tego słowa, ale naukowe, pokazujące, że na pewne rzeczy trzeba spojrzeć analitycznie. Nie wiem, czy dobre słowo akurat w tym wypadku, ale tak analitycznie, że trzeba sobie pewne rzeczy uświadomić, jak się czyta jakiś tekst. Oczywiście można przelecieć po tym tekście wzrokiem i specjalnie się nie zastanawiać. Fajne było. Ale można też łyknąć odrobinę wiedzy, poszukać. To posłowie jest raczej wstępem do samodzielnego poszukania, żeby sobie pewne rzeczy uświadomić albo pewne rzeczy utrwalić. Zagadałem to wszystko, ale chodzi tak naprawdę o to, co ci przyświecało przy pisaniu tego posłowia.
[01:18:11] - Gdybym chciała za wszystkimi tropami „Holstoka” pójść, to musiałabym napisać książkę o „Holstoku” tak naprawdę, a nie posłowie.
[01:18:21] - To jest jakaś idea.
[01:18:22] - Dlatego to, co chciałam zrobić, to właśnie wskazać pewne tropy interpretacyjne i pokazać czytelnikom, tak jak mówisz, Marku, że tam jest coś więcej, że tam można czytać głębiej, że można czytać na wielu poziomach. Natomiast w czasie pisania tego posłowia miałam jakieś eksplozje w mózgu i musiałam zrobić sobie notatki, a potem je jakoś uporządkować, żeby nadać temu ład. Bo skojarzenia, które rodzi „Holstok”, tropy, którymi można pójść, takie interpretacyjne, to jest po prostu cała galaktyka. W związku z tym to moje posłowie to jest tylko taka gęsta bardzo mapka narysowana na znaczku pocztowym w momencie, kiedy ta mapa powinna mieć wielkość w zasadzie tak, jak u Borgesa mapa cesarstwa jest wielkości cesarstwa.
[01:19:19] - Tylko że tak jak powiedziałem, z tego posłowia to tylko krok do tego, żeby bawić się w takiego szperacza, czy to internetowego, ale chyba nie wystarczy internet, czy już takiego szukającego w książkach. Różnych tropów, które ty wskazujesz, ale dalej już idźcie, szanowni państwo, swoją drogą. Szukajcie tego po prostu. To taka dobra zachęta. Muszę przyznać, że ja się poczułem zachęcony. Rozumiem, że gładko łyknęłaś komplement. To dobrze, bo zasłużony. Panie Wojciechu, zbliżamy się do końca dzisiejszej rozmowy, a na końcu dobrze jest zebrać to wszystko i podsumować. I ja panu zostawiłem to podsumowanie.
[01:20:17] - O Jezu. Dziękuję, panie Marku. Podsumowanie jest równie wielką przestrzenią jak przestrzeń interpretacyjna twórczości Holstoka, jak Marta słusznie zauważyła. Swoją drogą wiem od Sary, że znany brytyjski literaturoznawca zajmujący się fantastyką, Paul Kincaid, chyba kończy pisać książkę dotyczącą Holstoka i jego twórczości. To też jest mój pomysł wydawniczy na kiedyś, ale to tylko jeśli ziarno holstockowskie przyjmie się na polskiej ziemi. Nie wiem za bardzo, co miałbym jeszcze powiedzieć tak naprawdę. Byłoby mi bardzo miło, jeśli państwo chcieliby zagłębić się w tą przestrzeń powieści Holstoka, w której się zakochałem, w której zakochała się Marta, w której zakochał się Neil Gaiman, w której zakochał się Brian Aldiss, którą uwielbiała Ursula K. Le Guin na przykład. Pamiętam takie słowa Ursuli K. Le Guin dotyczące powieści Holstoka, ale to nie była powieść z cyklu Mittage Wood, tylko to była jedna z jego powieści science fiction.
To też jest chyba ciekawy pomysł na to, co mogłoby się jeszcze na polskim rynku wydawniczym znaleźć. To była powieść „Eye Among the Blind”, jeśli dobrze pamiętam. I pani Ursula napisała o tej książce, że w życiu nie spotkała się — to będzie parafraza, a nie cytat — z tak przejmującym obrazem wyobcowania człowieka czy głębokiego niepokoju i nierozpoznania w kontakcie z obcą cywilizacją. Ja nigdy tej książki nie czytałem, ale po przeczytaniu tego jednego zdania Ursuli K. Le Guin mam ochotę ściągnąć sobie to po angielsku z jakiejś zagranicznej księgarni i przeczytać, bo mam gęsią skórkę, jak to czytam. Jest to człowiek, mówię o Robercie Holstocku, który troszeczkę zmienił oblicze fantastyki końca XX wieku. Tak jak Marta ładnie napisała w posłowiu, ani nie naśladował Tolkiena, ani od niego nie uciekał. To jest bardzo ciekawa postawa. Jakby znalazł swoją własną ścieżkę. A to w ogóle w fantastyce, która wydawałoby się, że z istoty swojej daje nam możliwość podążania, gdzie tylko chcemy, to nie jest takie częste.
Tak jak pan zauważył, panie Marku, bardziej dotyczy to fantasy, które ma, wydaje mi się, większą skłonność do naśladownictwa i do pewnych klisz niż jednak fantastyka naukowa. Chociaż tam również są rzeczy sztampowe i pulpowe, i kliszowe, i tak dalej. Ale jest to taka perła oryginalności we współczesnej fantastyce. I tak jak powiedziałem na samym początku, lektura powieści Roberta Holstoka daje nam punkt odniesienia w ocenie oryginalności dzieł fikcji spekulatywnej, które czytamy, z którymi się spotykamy. I to jest rzecz, którą jesteśmy w stanie w sobie wyrobić, tylko czytając takie rzeczy niepowtarzalne i naprawdę oryginalne. I taką rzeczą jest „Las ożywionego mitu”. Jestem dumny i przeszczęśliwy, że udało mi się to wydać, spełnić swoje marzenie i ofiarować polskim czytelnikom coś, co na szczęście nie tylko ja sam uważam za — to nie będzie za duże słowo — arcydzieło.
[01:24:26] - A ja chciałbym namówić wszystkich, którzy kochają fantasy i tych, którzy fantasy nienawidzą, żeby sięgnęli po tę książkę. Bo ci pierwsi przekonają się, że ten gatunek czy podgatunek, który kochają, można kochać jeszcze bardziej i może znajdą nowe powody, żeby go kochać. A ci, którzy fantasy nienawidzą, może zmienią zdanie. Może te wszystkie kalki, które mają w głowach, że fantasy musi być grube, musi być rozwlekłe, musi ten rycerz gdzieś tam ciupać tym mieczem albo jakieś dziwne rzeczy się muszą dziać, że to wszystko jest takie sztampowe i, jak tu pan Wojciech mówił, że jedna książka naśladuje drugą, jeden cykl naśladuje drugi cykl. Sławna opowieść o tym, że jak się zaczęła przygoda Martina z jego światem, to nagle jedno z wydawnictw polskich zostało zasypane przez autorów, którzy przysyłali od razu po kilka tomów nowej, równie świetnej fantasy jak ta martinowska. To właśnie jest pewna tendencja fantasy do naśladowania samej siebie. Może fantasy może mieć zupełnie inny obraz i myślę, że po lekturze „Lasu ożywionego mitu” Zarówno ci, co kochają fantasy, jak i ci, którzy tego fantasy nienawidzą, mogą popatrzeć na ten gatunek zupełnie inaczej.
[01:26:06] - To ja jeszcze sobie pozwolę dodać, że to jest najlepsza powieść fantasy dla fanów hard science fiction. Jeżeli ktoś się wychował na Lemie i czyta tak jak ja Petera Wattsa czy Grega Ganna, czy Alistaira Reynoldsa, a chciałby spróbować innego podejścia do literatury fantastycznej, bliższego fantasy, a jednocześnie wciąż zaspokoić swoje potrzeby intelektualne, to „Holtstock” jest doskonałym wyborem. Także jeżeli jesteście zakochani, drodzy czytelnicy, w rakietach lecących przez wszechświat i tego typu anturażu, to nie bójcie się jednak przejść po tym lesie, bo wrażenia mogą być bardzo podobne, pomimo tego, że nie będzie tam planet, statków kosmicznych, krążących meteorów i tak dalej, tylko będą inne dziwy, ale wciąż zastanawiające i intelektualnie głęboko smaczne. Tadam!
[01:27:18] - Marto, to ostatnie słowo dla ciebie.
[01:27:23] - Nie bójcie się czytać „Holtstocka”. Banalnie.
[01:27:30] - Tak myślę.
[01:27:31] - Być może trochę przestraszyliśmy.
[01:27:34] - Tak, może na początku, ale ten początek też musiał być, bo myślę, że to dobrze, żeby sobie czytelnik uświadomił, że fajnie jest czytać książkę, że fajnie jest śledzić pewną narrację, podążać za bohaterami. To wszystko jest super, ale są takie książki, które już po raz drugi, trzeci mają gdzieś tam pod spodem, jak się podrapie albo nawet pokopie, to tam się znajdzie skarby, z których sobie człowiek czytając, podążając za tą narracją, może nie zdawać w ogóle sprawy. Dlatego myślę, że ten wstęp o micie, o tym, jak to się wszystko toczy, był ważny, żeby to powiedzieć. A teraz zachęcamy już do tej czysto czytelniczej eksploracji tejże właśnie książki. I to tyle. Pięknie dziękuję, Marto, za to spotkanie. Panie Wojciechu, również pięknie dziękuję.
[01:28:31] - Panie Marku, panu również.
[01:28:32] - Myślę, że te przygody czytelnicze z „Holtstockiem” przed nami. Zarówno z „Lasem ożywionego mitu”, jak i z kolejnymi tomami. Taką mam przynajmniej nadzieję. Pięknie dziękuję.
[01:28:45] - Mam nadzieję, że uda się nam jeszcze kiedyś porozmawiać. Na przykład na temat Lavondys.
[01:28:51] - Też mam taką nadzieję.
[01:28:53] - Super.
[01:28:53] - Jeszcze raz pięknie się z państwem żegnam i do następnego spotkania.
[01:29:00] - Do widzenia.
[01:29:00] - Do usłyszenia.
[01:29:01] - Do usłyszenia.
[01:29:07] - Mam nadzieję, że ta informacja o naprawdę niezwykłej książce „Las ożywionego mitu” zachęci państwa do lektury. Wierzcie mi państwo, nie ma żadnej przesady w tym, o czym mówiliśmy w toku rozmowy. Ale żeby się przekonać, czy nie kłamiemy... W końcu wykładowcy akademii zobowiązani są, żeby może przynajmniej próbować nie kłamać, więc uwierzcie państwo na słowo, że to książka warta tego, żeby ją przeczytać. A jak sobie pomyślę, że gdzieś w planach są kolejne tomy, to się czuję bardzo zachęcony. Okej, ale tak jak powiedziałem, „Bibliotekarium 2.0”, więc nowe zwyczaje. Zwyczaje nowe, polegające na tym, że zaraz zrobimy mały przeskok i zajmiemy się czymś innym, też związanym z literaturą. A czym? Mianowicie w swoim czasie gościliśmy tutaj... Jeden, dwa, trzy razy gościł w audycji „Bibliotekarium” Piotr Plebaniak.
Te audycje cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. W związku z tym doszliśmy z panem Piotrem do wniosku, że oprócz takiej flagowej audycji zatytułowanej „Telegram z krańca świata”, którą możecie państwo znaleźć zarówno na stronie Radia Paranormalium, w odpowiedniej zakładce możecie państwo telegramy odsłuchać. Jest tego już całkiem sporo. Znajdziecie państwo również odpowiednie materiały do odsłuchania na stronie Book Radia. Oprócz tego długiego, bo trwającego na ogół godzinę wykładu Piotra Plebaniaka czy też rozmowy na tematy rozmaite, ale zawsze zahaczające gdzieś o geopolitykę, te godzinne rozmowy to właśnie „Telegram z krańca świata”. Zafundujemy państwu coś, co nazwaliśmy roboczo, a tak to często bywa, że coś, co jest nazywane roboczo, to później na ogół zostaje, więc roboczo to jest „Poradnik niszczyciela imperiów”. Tytuł trochę rozbudowaliśmy, ale w gruncie rzeczy o to chodzi. To jest poradnik, który oparliśmy na najnowszej książce Piotra Plebaniaka „Siły psychohistorii”. Tam są rozmaite tezy, które Piotr Plebaniak podkreśla. Jest ich około 70.
I będziemy, proszę państwa, po kolei, jedna po drugiej, omawiać te tezy. Zatem dzisiaj pierwszy odcinek „Poradnika niszczyciela imperiów”. Tam co prawda
[01:32:02] - To prawda jest, że również budowniczego, ale mnie się to niszczenie podoba znacznie bardziej. Zapraszam państwa. Prawidła wojny. Jak tworzyć i niszczyć imperia. Panie Piotrze, tym razem spotykamy się w krótszej formie radiowej i będziemy mówić o tym, jak budować i niszczyć imperia, a właściwie bardziej niszczyć, bo to przyjemniejsze.
[01:32:43] - Przyjemniejsze, ale zależy dla kogo. Ale żeby zacząć i powiedzieć wszystkim, jak to będzie wyglądało, mamy 70 prawideł niszczenia i tworzenia imperiów i niszczenia i tworzenia cywilizacji. To są prawidła wyciągnięte, to są same esencje, same punkty węzłowe książki „Siły psychohistorii”. Mamy ich 70. Dzisiaj będziemy słuchać pierwszego, a po kolei wszystkie następne. Pierwszy traktat „Sztuka wojny” jest protonaukowym systemem identyfikowania i ważenia rozmaitych parametrów siły przeciwnika oraz siły własnej. Zacytuję właściwy fragment: „Za sprawą takich zabiegów mistrz wojowania zwycięstwo osiąga. Nie wolno ci wszakże dopuścić, ażeby twe plany przedwcześnie ujawnione zostały. Ten, kto przed wojny rozpoczęciem na posiedzeniu Rady Państwowej w rachubie przewag zwycięża, wiele deszczułek przewagi gromadzi. Ten zaś, kto jeszcze przed wojną na takiej naradzie podczas rachuby przewag przegrywa, gromadzi deszczułek tych mało.
Ten, kto znaczną przewagę zyskuje w rachubie, zwycięża także w polu, a ten, kto w rachubie przewagę ledwie niewielką uzyskał, w polu klęskę ponosi. A cóż rzec o takim, co aspektów przewagi żadnych nie zgromadził? Mnie dość” — i tu kluczowy fragment — „Mnie dość spojrzeć na same rachuby owe, a przewidzieć mogę już to, kto zwycięży, i już to, kto przegra”. I teraz tak, powtórzę tezę, żeby wszyscy mieli ją w głowie. Traktat „Sztuka wojny” jest protonaukowym systemem identyfikowania i ważenia rozmaitych parametrów siły przeciwnika oraz własnej. Problem w głębokiej starożytności, w każdym zakątku świata, czy to w starożytnej Grecji, czy to w starożytnych Chinach, jest to, że decyzje podejmowano na podstawie wyników wróżb. W Chinach wróżono za pomocą łodyg krwawnika, nakuwano rozpalonym pręcikiem skorupy żółwi i patrzono na pęknięcia i one decydowały o tym, czy prowadzić wojnę, czy dążyć do pokoju i tak dalej. Więc często stawką w tych wróżbach były życia dziesiątek i setek tysięcy ludzi i losy państw. Natomiast to, co zrobił Sun Zi w swoim traktacie, to zaproponował parametryzację rozmaitych cech siły przeciwnika i siły własnej, czyli liczebności, czyli morale, czyli zdolności pozyskiwania paszy i żywności, paszy dla koni oczywiście i żywności dla żołnierzy, a nie na odwrót. I tak dalej.
W związku z tym, że to wszystko jest sparametryzowane, to bardzo można łatwo ocenić, który z przeciwników na przykład ma co prawda obfite zasoby pożywienia i jest w stanie wyżywić liczną armię, bo był urodzaj w jego kraju, ale morale jest niskie, dlatego, że coś tam. Więc na tym to wygląda. To jest rodzaj protonauki. Dlaczego? Dlatego, że staramy się odrzucić te tak zwane zabobony i sposoby nieracjonalne podejmowania decyzji, a podejmować decyzje w sposób wyważony i na podstawie faktów.
[01:35:48] - Tak, na podstawie faktów. Z tym że wie pan co? Kiedy dzisiaj współczesny człowiek słucha o tych deszczułkach, to takie mało przejrzyste jest. Jakby pan o tych deszczułkach jeszcze powiedział, to nie byłoby źle.
[01:36:06] - Deszczułki odnoszą się do narad w świątyni przodków, które zawsze były wszczynane, organizowane, gdy miały zapaść jakieś ważne dla państwa decyzje. Świątynia przodków ma o tyle wielką wagę jako miejsce do podejmowania ważkich decyzji i ważących o przetrwaniu, że przodkowie mieli moc zsyłania Bożej opatrzności na żyjących. W związku z tym to była cała esencja zresztą kultu przodków. W związku z tym w obliczu przodków, jeżeli te decyzje są podejmowane, to nabierają one nowej, wielkiej wagi. W czasie takich narad, one nazywają się na marginesie naradą w świątyni, czyli zliczaniem tych przewag w świątyni. Po chińsku to jest „miao sun”, czyli podejmowanie rachub w świątyni. „Sun” to oznacza też właśnie rachować. To oznacza też kalkulować, to oznacza też planować w starożytnym języku chińskim klasycznym. Więc można tak żartem powiedzieć, jeżeli ktoś zna język chiński i chce podciągnąć go do góry, do form bardziej zaawansowanych, ale nie każdy to zrozumie. Zwykły Chińczyk tego nie zrozumie i jeżeli ktoś chce powiedzieć: „Właśnie są na naradzie”, to można powiedzieć: „Tamen cai miao sun zhong”, czyli są w trakcie narady w świątyni przodków.
I ktoś, kto jest wykształcony, to po prostu: „Kto cię tego nauczył?” Bo po prostu jest niewyobrażalnie śmieszne dla osoby, która jest erudytą i która rozumie tego typu rzeczy i zna „Sztukę wojny”, i rozumie, co to znaczy „miao sun”, czyli odbywać naradę w świątyni. Dobrze. Deszczułki to są po prostu jakieś kawałeczki bambusa. Nikt nie wie dokładnie gdzie. Badacze po prostu tylko domyślają się i snują hipotezy, jak to naprawdę wyglądało. Nie zachowało się. Którymi zliczano właśnie, że jeżeli ktoś miał na przykład dużo żywności w swoim imperium, jakiś król i mógł rozpocząć długotrwałą kampanię wojskową, stać go było na to, jeśli chodzi o zasobność w żywność, to tych pałeczek przyznawano im pięć albo maksymalną ilość po prostu, a jeżeli nie, no to mniejszą ilość, to jest oczywiste. I tak samo wszystkie te kalkulacje dotyczyły innych parametrów, które już wymieniliśmy, więc nie będę powtarzał.
[01:38:19] - Tak. Czyli już nie nakłuwamy skorupy żółwia i nie wróżymy z pęknięć, tylko rzeczywiście zliczamy to wszystko, czym dysponujemy i czy podejmiemy działania, czy nie podejmiemy. Tak to przynajmniej rozumiem.
[01:38:34] - Tak. W innym miejscu sztuki, przepraszam, że panu wejdę w słowo. W innym miejscu „Sztuki wojny” jest zalecenie Sun Zi, które mówi, że decydując o wojnie ruch militarny należy wykonać tylko i wyłącznie wtedy, kiedy on przynosi jakiś pożytek, jakąś korzyść, jakąś zdobycz. Więc wszystko tu jest sparametryzowane zgodnie z filozofią pragmatyzmu. Czysty pragmatyzm.
[01:39:00] - Tak. Czyli już wiemy, od czego zaczynamy, ale „Sztuka wojny” liczy sobie jednak sporo rozdziałów. Gdybyśmy mieli mówić o tej protonaukowości i o tym, jak już protonaukowe, to gdzieś tam się o naukę ociera. Dlaczego to jest takie ważne, ta naukowość i czy to chodzi o to nowe podejście?
[01:39:27] - Decyzje podejmujemy na podstawie, należy podejmować, to jest dla nas oczywiste. Ale w tamtych czasach, w czasach wiary w zabobony, we wróżby, w ingerencję sił nadprzyrodzonych patrzono na zupełnie co innego. Patrzono właśnie na wyniki wróżb. Natomiast Sun Zi przyniósł zupełnie nową metodę prowadzenia wojen, zupełnie nową metodę podejmowania decyzji tak naprawdę, a nie toczenia wojen. Dlatego właśnie ja zawsze promuję tą myśl, że traktat „Sztuka wojny” jest podręcznikiem podejmowania decyzji i rozstrzygania konfliktów, a nie toczenia wojen. Natomiast to jest kwestia też zbudowania świadomości sytuacyjnej, znajomości siebie samego i przeciwnika. Sun Zi zresztą w innym miejscu traktatu mówi, że kiedy znasz siebie i znasz przeciwnika, możesz stoczyć sto bitew i nie odniesiesz porażki. A wszystko to polega na tym, że musimy znać stan swój własny i przeciwnika. I poznajemy stan przeciwnika za pomocą szpiegów. I w rozdziale trzynastym, ostatnim rozdziale „Sztuki wojny” jest taki fragment dotyczący właśnie szpiegowania, że ktoś, kto skąpi pieniędzy na szpiegów, to ani mu wodzem być ponad ludźmi, ani dla władcy podporą.
Albowiem wódz taki mistrzem w zwycięstw odnoszeniu nie jest. Stąd przewidywanie zdarzeń przyszłych jest tym właśnie, co władcy światłemu i sprawnemu wodzowi zwycięstwo przynosi. Wiedzę taką nie od demonów się zdobywa, ni przez podobnych zdarzeń przeszłych rozważanie, ni nawet za sprawą rachub nieba i gwiazd czytania. Człowiek jedynie źródłem wiedzy o nieprzyjaciela stanie być może. Więc wprost na samym początku dzieła mówi, że to zliczanie tych deszczułek jest podstawą do tego, żeby podjąć decyzję o wszczęciu wojny czy wszczęciu jakiejś kampanii wojennej. A na samym końcu powtarza to, że nie podejmujemy decyzji za pomocą wróżb, nie patrzymy się w ruch gwiazd i planet i komet. Patrzymy tylko i wyłącznie na to, czy mamy zasoby niezbędne do tego, żeby przeciwnika pokonać. Odnieśmy to do sytuacji Rosji i Ukrainy. Rosjanie ewidentnie się przeliczyli, jeśli chodzi o zdolność Ukrainy wspartej zasobami świata Zachodu. I rezultat jest taki, jaki jest.
Wojna przeciąga się.
[01:41:53] - Musielibyśmy teraz powiedzieć o tym, czy przypadkowo Rosjanie nie naprawiają swojego błędu.
[01:42:00] - Miejmy nadzieję, że naprawią w taki sposób, który nie ściągnie niebezpieczeństwa nad Polskę.
[01:42:06] - Ale kiedy sobie myślę o tym, co pan powiedział, to jeśli oni traktowaliby dzieło „Sztuka wojny” poważnie, to właśnie by zrobili coś takiego, co pozwoliłoby im na zwycięstwo. Czyli tak przeliczą swoje siły i tak uderzą, jeśli czytują „Sztukę wojny”, a wiemy, że czytują, to miejmy nadzieję, że Amerykanie też ją czytają. Tak to podsumuję, żeby nie popadać w jakieś ponure nastroje.
[01:42:36] - To miejmy nadzieję, może być nie do końca fortunne z prostej przyczyny. Jeżeli obie siły są równie sprytne, to impas nie rozwiąże problemu. Impas może być rozwiązany tylko i wyłącznie przez znalezienie kompromisu, który obie strony zadowoli. A mówiliśmy w tym tygodniu w odcinku „Telegramu z krańca świata”, że to jest z całej natury sytuacji nierealne, dlatego, że jest dylemat, czy też konflikt interesów jest nierozwiązywalny. Na dzień dzisiejszy nie widzę żadnego rozwiązania, które by zadowoliło obie strony.
[01:43:10] - To przewrotnie zapytam, a co na to „Sztuka wojny”? Czy mogłaby coś doradzić? Albo czy pan na podstawie „Sztuki wojny” mógłby coś doradzić którejś ze stron? Bo już właściwie nie wiem, którą wskazać.
[01:43:25] - Doradzam Amerykanom w tym momencie. Drodzy Jankesi, próbujcie takie instrumenty oddziaływania zastosować wobec Rosji, żeby nie stawiać jej pod ścianą, czyli na tak zwanej ziemi śmierci. Ziemia śmierci to jest koncepcja wzięta ze „Sztuki wojny” zalecająca, że własnych żołnierzy należy ustawić w matni, w miejscu bez wyjścia, w miejscu śmierci, w którym śmierć jest pewna, chyba że zmobilizują maksimum swojej energii, maksimum swojej desperacji do tego, żeby dokonać jakiejś nagłej, pełnej bojowej furii kontrataku. I tylko takie wstąpienie na maksimum motywacji jest w stanie doprowadzić do tego, że oni przetrwają. I kiedy żołnierze to zrozumieją, to rzeczywiście są w stanie osiągnąć ten stan umysłu pozwalający na wykrzesanie z siebie nadludzkiej siły. Więc nie wolno stawiać Rosji w sytuacji, w której ona będzie musiała ze swojego punktu widzenia użyć broni atomowej jako ostatniej deski ratunku dla swojego własnego przetrwania. Jeżeli to Amerykanie zrobią, to zrobią bardzo głupio, a jeżeli to nie będzie można nazwać głupotą, to będzie to niezwykle ryzykowne. Co najmniej.
[01:44:38] - No tak. I tym przesłaniem dla Jankesów kończymy pierwszy odcinek naszej audycji. Tak, proszę państwa i takich 70 porad państwa czeka. Nie, żebym zaraz namawiał do niszczenia jakiegoś imperium, chociaż jak tak patrzę na mapę świata, to byłoby co robić. Ale posłuchać warto. Może czasami tylko po to, żeby inaczej spojrzeć na pewne sprawy. Bo tak naprawdę rewolucja w myśleniu, jakimkolwiek myśleniu, nie polega na tym, żeby coś nagle nowego odkryć, tylko może na tym, żeby na pewne sprawy, które dobrze już znamy, spojrzeć pod innym kątem, z innej strony. I wtedy może się okazać, że świat wygląda zupełnie inaczej. Nie wiem, nie chcę państwu na siłę narzucać czegokolwiek, ale myślę, że te spotkania z Piotrem Plebaniakiem w ramach „Bibliotekarium” to jest ciekawa propozycja. Mam taką nadzieję.
Czy wiecie państwo, z czym mi się kojarzy wrzesień? I tu odpowiedź będzie jedna — moja. Ale każdy z państwa też zapewne pomyślał, z czym mu się ten wrzesień kojarzy i odpowiedzi pewno będzie dużo, więc ja śpieszę od razu ze swoją odpowiedzią. Mnie od dawna wrzesień kojarzy się z praktykami, czy to studenckimi, czy różnymi innymi. Każdy z państwa, kto słucha tej audycji w jakiejś szkole był, czy to średniej, czy to już wyższej i różnego rodzaju praktyki w życiu odbywał. U nas we wrześniu pojawiła się praktykantka, pani Paulina, która studiuje we Wrocławiu. Jak to powiedzieć? Z takiej praktyki coś musi wynikać. W związku z tym pani Paulina zajmowała się w Book Radiu i nie tylko w Book Radiu pracą związaną z tematyką, która leży nam najbardziej, czyli z książkami. Owocem tej pracy jest kilka nagrań, które sukcesywnie będę państwu prezentował, dzisiaj pierwsze.
Pani Paulina chyba połknęła haczyk i zarzeka się, przynajmniej na razie, że utrzymamy radiowy kontakt i co jakiś czas na łamach „Bibliotekarium” będzie się pojawiać jej recenzja. Trzymam za słowo. Z praktykantami to, proszę państwa, jest tak, że oni bardzo często są szczerzy i pełni zapału. I co więcej, oni nawet wierzą w to, co mówią. Ale czy to się uda? Zobaczymy. Dzisiaj posłuchajcie państwo, trudno to nazwać recenzją, tak sobie z panią Pauliną ustaliliśmy, że to będzie zachęcajka. Zachęcajka do tytułu, który chyba państwo znacie, a już na pewno ta żeńska część naszych słuchaczy to na pewno. Właśnie, czy dzisiaj można mówić, że coś jest na pewno? Lucy Maud Montgomery „Błękitny zamek” i pani Paulina.
[01:48:25] - Powrót do lektury dzieciństwa. Pierwszy raz „Błękitny zamek” Lucy Maud Montgomery przeczytałam pod koniec szkoły podstawowej, jeszcze sześcioletni. Zamierzchłe czasy. Szybko stał się jedną z moich ulubionych pozycji. Wracając do niego po latach ponownie odkrywam magię, którą czułam jako dziewczynka. W odróżnieniu od innych książek autorki „Błękitny zamek” jest adresowany raczej do starszych czytelniczek. Moim zdaniem ma on jednak szansę trafić do osób w każdym wieku. „Błękitny zamek” opowiada o zakompleksionej starej pannie Valancy Stirling, która dowiaduje się o chorobie serca i postanawia zmienić swoje życie. Przestaje przejmować się zdaniem zaborczej rodziny, chodzi na zabawy, a nawet oświadcza się mężczyźnie, którego prawie nie zna. Mimo że książka została napisana prawie sto lat temu, przedstawione problemy nie tracą na aktualności.
Nie mam na myśli staropanieństwa, lecz bunt przeciwko skostniałym obyczajom i chęć samodzielnego decydowania o swoim życiu. Wiele rodzin nadal wychowuje dziewczynki na grzeczne, ciche czy posłuszne. Tymczasem historia Valancy pokazuje, że podążanie za konwenansami nie przynosi spełnienia. Dziewczyna zaczyna cieszyć się życiem dopiero wówczas, gdy szuka szczęścia według własnego uznania. Relacja Valancy i Barneya zaczyna się od ślubu. Zauroczona dziewczyna proponuje mężczyźnie małżeństwo, obiecując, że umrze w ciągu kilku miesięcy. Te niecodzienne oświadczyny wynikają z chęci przeżycia czegoś, na co nigdy wcześniej nie miała okazji. Warto jednak zauważyć pewien paradoks. Książka opowiada o przeciwstawianiu się normom społecznym, tymczasem panna Stirling i tak w nie wpada. Wszak małżeństwo było wówczas marzeniem każdej młodej damy.
Książka obfituje w urocze sceny. Wspólne spędzanie czasu, poznawanie i zakochiwanie się dwójki ludzi prowadzi do pięknego finału — wyznania miłości. Cieszę się, że czytałam „Błękitny zamek" zarówno w dzieciństwie, jak i teraz. Wtedy najważniejsze było przeżywanie historii razem z bohaterką, z którą się utożsamiałam. Obecnie skupiam się na wartościach, poszukiwaniu szczęścia, decydowaniu o swoim losie, niezależności, przezwyciężaniu lęków i kompleksów. Literatura ma ogromny wpływ na człowieka. Uważam, że powieść Lucy Maud Montgomery warta jest przeczytania przez młode osoby, mimo prawie 100 lat od jej wydania — mówiła Paulina Remus.
[01:50:56] - Proszę państwa, przewrotna książka. Chociaż przyznaję, Lucy Maud Montgomery to nie była moja ulubiona pisarka. Jeszcze „Anię z Zielonego Wzgórza" jakoś połknąłem, nie przyznając się oczywiście kumplom, bo by się śmiali ze mnie, ale połknąłem. Kolejne tomy połykałem już z mniejszym entuzjazmem. W końcu przestałem połykać. Wiem, że w swoim czasie, kiedy ta książka się pokazała w latach 80., moja mama kupiła „Błękitny zamek" i była tą książką absolutnie zafascynowana. Ja wtedy jako późny nastolatek, a właściwie człowiek wkraczający już w dorosłość, taką poważną dorosłość, się tylko krzywiłem. „Nie, jakiś błękitny zamek." A jeszcze jak zaczęła mi mama opowiadać o tym, co tam było, to się krzywiłem strasznie. Dzisiaj z perspektywy i z tej zachęcajki pani Pauliny wynika, że chyba zrobiłem błąd. Cóż, ja to później przekartkowałem, przyznam się państwu jeszcze, bo taka we mnie ciekawość jest i ja sobie to przekartkowałem.
Ale pani Paulina przypomniała mi pewne rzeczy, które rzeczywiście w tej książce znalazłem. Ten paradoks, o którym wspomina, że właściwie główna bohaterka z jednej strony chce pozbyć się konwenansów, oczekiwań, a z drugiej strony sama w nie wpada. Taki paradoks nasz życiowy. Ale zdecydowanie książka pogodna. W naszych czasach, które są ponure, może taki kawałeczek czegoś optymistycznego. Nie, żebym państwa starał się przekonać. To jednak jest literatura dla osób, które lubią. Czy ktoś, kto czyta na co dzień space opery albo jakieś inne mroczne kryminały, zechce przeczytać „Błękitny zamek"? Nie wiem. Ale spróbować warto.
Czemu nie? To tyle. Czekamy na następną audycję i czekamy na następną polecajkę pani Pauliny. Tak jak już mówiłem w pewnej części naszej audycji, „Bibliotekarium 2.0” to połączenie „Bibliotekarium” i „ABW”. Czas wreszcie to państwu udowodnić. Tym dowodem będzie opowiadanie nadesłane przez Karola Matlachowskiego. To jest opowiadanie, które nosi tytuł „Młot i gwóźdź”. Zapraszam państwa na wysłuchanie tego opowiadania, a potem zapraszam na wysłuchanie tego, co ja mam na temat owego opowiadania do powiedzenia.
[01:54:03] - Karol Matlachowski, „Młot i gwóźdź”. W boksie było już prawie wszystko. Walczyli ze sobą niepokonani mistrzowie, bohaterowie z czarnymi charakterami, bogacze z biedakami, nastolatkowie z emerytami. Możecie pomyśleć o dowolnym zestawieniu, a najpewniej taka walka już się odbyła. Ze wszystkich możliwych kompozycji prawdopodobnie nigdy do tej pory nie pojawiło się dwóch reprezentantów narodów niekojarzonych dotąd z wysokim poziomem boksu w wadze ciężkiej, by walczyć o prestiżowy pas. Claudio Gaytan, 31-00-31 KO kontra Ilkay Gonul, 35-00-35 KO. Przygotujcie się na Bangin in Medellin. Obaj mieli niesamowicie udane kariery amatorskie. Obaj de facto zdominowali swoje podwórka. Jednak ze względu na nietypowe pochodzenie nie są dzisiaj tak rozpoznawalni jak ich koledzy z USA, Wielkiej Brytanii, Rosji, Ukrainy czy innych krajów o wielkich tradycjach pięściarskich.
Za tydzień jeden z nich dostąpi bokserskiego zbawienia, sięgając po pas WBO. Który tego dokona? Magik z Linear o niesamowitej technice z najlepszą defensywą w rankingu? Czy turecki brutal o pięściach ciężkich jak kafary, rozdający nokauty na lewo i prawo niczym prezenty na święta? Pogarda własnego kraju. Pochodzący z Liniers Claudio Gaétan nie musiał zajmować się boksem. W przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, sport nie był jego jedyną szansą na polepszenie życia. Będąc synem właściciela czterech hut szkła, miał wiele możliwości, z nauką zarządzania rodzinną firmą Gaétan Glass na czele. Zostawił to swojemu rodzeństwu, by samemu, ku rozpaczy ojca, wybrać inną ścieżkę. Od najmłodszych lat wyróżniał się niemalże chorobliwą ambicją i czymś, co nauczyciele z jezuickiej szkoły, do której uczęszczał, nazywali pyszałkowatością.
We wpisie w księdze pamiątkowej na zakończenie szkoły zostawił następujący passus: „Będę kimś, kogo ta szkoła nigdy nie widziała. Będę różą wyrosłą pośród słomy”. Odważne stwierdzenie, mające jednak solidne podstawy. Młodzieniec świetnie się uczył, będąc jednocześnie utalentowanym sportsmenem odnoszącym sukcesy w biegach długodystansowych, koszykówce, piłce nożnej i tenisie. Na korcie zresztą poznał swojego wieloletniego przyjaciela i przyszłego zwycięzcę Wimbledonu, Vasco Telessa, z którym w przyszłości stworzył nieformalną grupę sportowców sławiących imprezowy styl życia i argentyński sport, Oktet z Mundo Bizarro. W tym czasie trafił do gymu La Tortura prowadzonego przez Pierre'a Longila, niegdyś uznanego francuskiego trenera, który musiał salwować się ucieczką z kraju po próbie zrobienia w wała tamtejszego fiskusa. Gaétan szybko zdominował lokalne, regionalne i krajowe zawody, ponosząc zaledwie trzy porażki w ciągu pięciu lat. Powołanie do kadry narodowej było formalnością, która nie obyła się bez sporych kontrowersji. Pojawiły się głosy, że pochodzący z dobrej rodziny młodzieniec blokuje miejsce zawodników reprezentujących biedę. Co więcej, swoją pozycję zawdzięcza pieniądzom ojca.
Wideo odpowiedź Claudia w serwisie społecznościowym Hombres do dziś notuje niesamowite liczby wyświetleń, stając się wzorem rantu idealnego. Ponoć nie zasłużyłem, by znaleźć się w repsze, że zabrałem miejsce należne jakiemuś biedakowi. Gówno prawda. Sport to nie jebana charytatywka. Chcecie dobroczynności, to spierdalać do braciszków na Lavalle. Co mnie obchodzi, że jakaś uboga miernota nie została powołana? Nikt takiemu nie zabronił pokonać mnie w ringu. Nikt nikomu nie przystawił flinty do łba i zabronił bycia lepszym. Przez ostatnie trzy lata nie przegrałem ani razu. Dostałem to za darmo?
Nie. Rozwaliłem D'Angela, Vernona, Redondo i resztę zakapiorów z Fuerte Apache. Byli starsi nawet o pięć lat. Moja wina? Było trenować, a nie miauczeć, że ktoś mający talent dwoił się i troił w gymie, by teraz zebrać owoce. Sam do tego doszedłem. Nie mój tatko. Tatko Esteban nie zapierdalał z żelastwem. Tatko Esteban nie obrywał między liniami. Tatko Esteban jeszcze mi kazał się do tego uczyć i pomagać w firmie.
Lenie ze slumsów nie zapierdalali w połowie tak jak ja, by dostać się na szczyt. Było, nygusy jedne, trenować, a nie dilować i kraść, to może do czegoś byście doszli. Po tym oświadczeniu prawie wyleciał z kadry na Igrzyska Olimpijskie w Bogocie. Uratowały go oficjalne przeprosiny i zapłata grzywny w wysokości 70 000 argentyńskich peso. Ale z sympatią kibiców mógł się pożegnać. Na turnieju bez problemu rozprawił się z Gwatemalczykiem José Perdomo, Rumunem Adrianem Tudose i Kubańczykiem José Luisem Márquezem. W półfinale równie łatwo odprawił drugiego bohatera naszego tekstu, Ilkaya Günula. Wszystko przy lodowatej obojętności argentyńskich kibiców. Ci ożywili się dopiero w finale, gdy przegrał z Anglikiem Saulem Pauletem. Podobno właśnie wtedy Argentyńczycy z Brytyjczykami pojednali się po raz pierwszy, zapominając o niedawno zakończonej trzeciej wojnie o Falklandy.
Nawet gdy zdobywał dwa razy mistrzostwo Ameryki Południowej, bardziej współczuli rywalom, niż cieszyli się z jego sukcesu. Historia powtórzyła się cztery lata później na igrzyskach w Porto. Bezproblemowe wygrane z Gruzinem Khataberem Arevladze, Laotańczykiem Nouhakiem Thefavongiem, Finem Samim Kekkonenem i Duńczykiem Christianem Bregsenem, a w finale srebro po ringowej wojnie z Günulem i ponowna radość kibiców argentyńskich z powodu jego porażki. Claudio tego nie zapomniał, na zawodowstwie konsekwentnie odmawiając wchodzenia do ringu w barwach narodowych. Wyrabianie nazwiska dla opornych. Rozgoryczony Claudio wyjechał do San Antonio w Teksasie, by nawiązać współpracę ze znanym promotorem Gregiem Zacharviem. Jedna z czterech najważniejszych osób w amerykańskim świecie bokserskim miała niegdyś na oku zdolnego pięściarza, próbując namówić go na zawodowstwo już po Bogocie. Na przeszkodzie wtedy stanęły ambicje Gaétana, pragnącego zagrać na nosie rodakom. Teraz musiał zrobić podobną rzecz prominentowi z Hajfy prezentującemu amerykocentryczny pogląd na boks brzmiący: „Nie szkoliłeś się w USA, nie potrafisz boksować”. Olimpijskie medale to tylko dodatek, dyplomik za ukończenie przedszkola.
Pierwsze kroki na zawodowstwie to pojedynki z planktonem biorącym 600 dolców od walki w obskurnych bibudowach stanu Alabama. Trudno o lepszy znak, że w hierarchii synków Zahaviego Claudio miał być co najwyżej nabijaczem rekordu dla tych, którzy naprawdę byli uznawani za mających talent. Ku zdziwieniu wszystkich El Niño Maravilla bez problemu rozkładał ich na łopatki. W końcu postawiono go Jamesowi Golden Boyowi Cornierowi, wtedy uznawanemu za top trzy perspektywicznych amerykańskich pięściarzy bez podziału na wagi. Cały świat zszokowany oglądał, jak Argentyńczyk nokautuje przeciwnika w drugiej rundzie. Zahavi prędko zorganizował rewanż, by ku własnemu niedowierzaniu oglądać sześć rund spokojnego obijania złotego chłopca, zakończone wyliczeniem do dziesięciu. Dla Corniera był to koniec marzeń o poważnym boksie. Dla Gaitana uchylenie wrót do bokserskiego nieba. Od tego momentu jego renoma wzrosła. Przeciwnicy stawali się poważniejsi, a liczba wygranych rosła.
Wydawać się mogło, że Zahavi jest ślepy na to, co widzi każdy kibic. Gaitana to materiał na coś więcej niż midcardowego boksera. W końcu promotor postanowił ostatecznie powiedzieć: sprawdzam i załatwił podopiecznemu walkę ze swoim najlepszym gatekeeperem, 42-letnim Andre Peytonem. Dla laików, którzy nie znają instytucji gatekeepingu krótkie wyjaśnienie: to dbanie, by do elity nie dostał się nikt niepowołany. W boksie gatekeeperem jest zawodnik ze stajni promotora, który z różnych względów — wiek, porażki, niemedialność i tak dalej — nie ma już szans na tytuł, ale wciąż prezentuje bardzo wysokie umiejętności bokserskie. Wobec tego jest trzymany tylko po to, by weryfikować w ringu, kto nadaje się na mistrza. Jest bardzo dobrze opłacany. Wielkie premie płacone pod stołem za nokaut, dodatki promotorskie. W zamian mając się skupić tylko na treningach, by jak najdrożej sprzedać skórę w starciu z młodym, zdolnym. Czasem w nagrodę za wierną służbę dostaje tą jedną ostatnią szansę, by zawalczyć o pas.
Andre Peyton to legenda w tym biznesie. Były posiadacz pasów WBC, IBO, WBU kilkukrotnie wskazywał miejsce w szeregu takim młodym wilczkom jak James Springs, Conor Lafferty czy Gale Mendoza. Stylowo bardzo podobny do Gaitana. Pisano o nim, że w ringu walczy ubranym w smoking. W starciu z argentyńskim pięściarzem wyglądał jak niekumaty student w garniaku po ojcu, który próbuje uniknąć kompromitacji na egzaminie u dystyngowanego profesora. Po ośmiu rundach nierównego pojedynku cudowny dzieciak łaskawie posyła weterana na deski. Od tego momentu to Gaitán jest promowanym zawodnikiem. Spokojnie pokonuje zawodników z pierwszej dziesiątki rankingu wagi ciężkiej: Xu Ci, Ngolo Sorbo, Lenny Austin, by w końcu zapewnić sobie miano pierwszego pretendenta do walki o pas z Pogromcą. Pogranicze w ogniu. Ogień między linami.
Niektórzy mają szczęście urodzić się na Manhattanie, inni mają nieco gorzej, bo trafia im się Sosnowiec albo Tirana. Jeszcze inni zaczynają w Kinszasie. Ci zaczynają na najwyższym poziomie trudności. Są też tacy, którzy lądują pomiędzy tymi grupami i przychodzą na świat w prowincji Kars należącej do Republiki Tureckiej, gdzie trwa od 40 lat graniczna prowokacja. Zatargi graniczne pomiędzy Turcją a Armenią przerodziły się w swoistą dziwną wojnę, w której zainteresowani niby nie biorą udziału, jednak usilnie szukają casus belli. Ziemia ta przyciąga różnej maści najemników, szpiegów, agentów, awanturników, gdzie fortunę zdobywa się za pomocą jednej operacji, a życie traci na najwymyślniejsze sposoby. Nie bez powodu działy inżynieryjno-techniczne korporacji militarnych, instytuty myśli wojennej oraz rozmaici wynalazcy w swoim żargonie nazywają prowincję rajem beta testerów, czy też największym publicznym poligonem doświadczalnym. Lokalsi dorabiają sobie przemytem, donosicielstwem, szabrownictwem, najmowaniem się do usług cudzoziemcom. W takiej rzeczywistości urodził się Ilkay Gönül, syn pasterza, a zarazem jednego z najbardziej cenionych kurierów działającego po obu stronach granicy. By pomóc rodzinie często pomagał ojcu, wykorzystując fakt, że dziecko mało kto podejrzewa o działalność wywrotową.
Wkrótce jednak musiał porzucić proceder, bowiem zaczął się wyróżniać pośród swych rówieśników wzrostem i posturą. Wobec tego musiał przekwalifikować się na przeczesywanie miejsc potyczek w poszukiwaniu próbek, resztek mechanizmów, uzbrojenia, a nawet całych układów, które można by potem sprzedać w specjalnych skupach. Jednocześnie bije się w granitowym murku lokalnej mutacji boksu, gdzie oprócz pięści stosuje się uderzenia łokciami oraz rzuty, chwyty i obalenia w stójce. Jego talent wkrótce odkrył stały bywalec walk. Najemnik, na którego mówiono pułkownik Galgen, często dający solidną premię zwycięzcom. Jako pierwszy dostrzegł mu okosa i udzielał mu rad dotyczących techniki ciosów, żywienia, ćwiczeń. Ba, wielokrotnie organizował młodemu treningi w będącej jego bazą wypadową wiosce Kebechi. Po ponad dwóch latach znajomości odwiedził jego rodziców i namówił ich, by wysłali syna do Stambułu, by uczył się w sekcji bokserskiej Besiktasu. Tamtejszy trener, niejaki Suat Tekin, był jego bardzo dobrym znajomym z dawnych lat, kiedy wszystko było łatwiejsze. Wkrótce spakowany i obdarowany wyprawką złożoną z nowiutkich rękawic bokserskich oraz 700 dolarami w gotówce Ilkay wyruszył na podbój stolicy.
Zawsze z wielką estymą mówił o swoim dobroczyńcy, mimo że dziennikarze uważali tę historię za przesłodzoną legendę, nie mogąc dotrzeć do pułkownika. Wielkie było zdziwienie jednego z nich, gdy w trakcie imprezy ze zdobycia brązowego medalu w Bogocie, Gönül, patrząc na wiadomości telewizyjne, nagle wykrzyknął: „Przecież to pułkownik Galgen!” Na ekranie akurat ogłaszano wyrok skazujący Henryka Girdesa na dożywocie za liczne zbrodnie wojenne w Ugandzie, Laosie oraz Maroku, w tym za masakrę w Nebbi, gdzie z jego rozkazu wymordowano około 17 000 przedstawicieli plemienia Aluru. Obyło się bez medialnej histerii, bo Ilkay sprawił wszystkim olbrzymią niespodziankę. Wśród tureckich pięściarzy szans na medal upatrywano w wagach lekkiej, muszej albo piórkowej. Tymczasem chłopak znikąd, który fartem dostał się do reprezentacji olimpijskiej, osiągnął wielki sukces. Przyznawał to nawet nieskory do pochwał trener kadry, legendarny Fahri Ecevit. Człowiek, który odrodził turecki boks. Ten powołał go do kadry na Mistrzostwa Europy w Utrechcie dopiero pod naciskiem opinii publicznej. Ilkay był zaprzeczeniem wszystkiego, co starał się zaszczepić zawodnikom jako trener: eleganckiej techniki, finezji, sportowego ducha. To, co dało jego podopiecznym siedem złotych medali, dziesięć srebrnych i siedemnaście brązowych na czterech igrzyskach — Kapsztad, Delhi, Dallas, Bogota — nie sprawdzało się u tego młokosa.
Ecevit usiłował zrobić dżentelmena z barbarzyńcy, ucywilizować dzikusa. Natomiast Ilkay męczył się niesamowicie pod skrzydłami trenera, zmuszony do walki w stylu, którego nie czuł, ale który mimo wszystko dawał rezultaty. W Bogocie odprawił w ten sposób bez problemu Włocha Giacomo Lapadulę, Francuza Kyliana Grazieira oraz Senegalczyka Badarę Sambu. Ale na Claudio Gaitana było to za mało. Argentyńczyk nonszalancko punktował rywala, w ostatniej rundzie ostentacyjnie robiąc sobie z niego jaja. Ponoć po tej walce zaniepokojone władze Tureckiego Związku Boksu Amatorskiego zdecydowały się podziękować doświadczonemu trenerowi za współpracę. Walka o brąz z Kanadyjczykiem Jeremym Coupetem dała przedsmak tego, co musieli znosić trenerzy Turka na zawodowstwie: całkowite zarzucenie planu walki przez zawodnika na rzecz chaotycznej bijatyki skończonej szczęśliwym nokautem. Trener Ecevit powiedział wtedy asystentowi, że gówniarz już nigdy nie zostanie powołany, póki on jest trenerem. Miesiąc po imprezie podziękowano doświadczonemu szkoleniowcowi, zatrudniając na jego miejsce młodego, zdolnego Ferhata Ekera. Ten był przedstawicielem pokolenia korzystającego ze statystyk i modułów analitycznych, dostosowującego metody treningowe do zawodnika i jego predyspozycji, traktującego podopiecznych jak równorzędnych partnerów.
W ten sposób narodził się anatolijski sztorm. Nowy trener wyszedł z prostego założenia, że nie ma potrzeby wymyślać koła na nowo. Ma przed sobą diament, którego nie ma potrzeby zbytnio szlifować. Można uczyć furiata subtelnej szermierki, lecz to strata sił, czasu i środków. Lepiej uwydatnić jego zalety: dynamit w łapie, niepohamowaną agresję w ringu, żelazną szczękę oraz wyborną zdolność pozwalającą nie tyle na utrzymanie trudów walki, co nieustanne ciśnięcie rywala, by ten myślał co najwyżej o przeżyciu rundy między linami. Efekt był piorunujący. Zdominowanie Mistrzostw Europy w Poznaniu, dwa lata później powtórka w Düsseldorfie, bezproblemowa kwalifikacja na igrzyska w Porto, a tam seria nokautów kolejno na Kolumbijczyku Ernesto Diezie Canalesie, Trinidadczyku Iko Salandim, Marokańczyku Badrze Malehu, Niemcu Reinhardzie Krause. W finale zaś słodka zemsta na Claudio Gaitanie. Turek od początku zmienił sportowy pojedynek w ringową burdę, w której świetnie wyszkolony Argentyńczyk nie potrafił się odnaleźć, raz za raz inkasując potężne ciosy. Rezultat?
Wygrana Gönüla na punkty 19 do 13 i wielka radość dla niedoszłego przemytnika z prowincji Kars. Love-hate relationship. Otoczony nimbem złotego medalistę Ilkay wyjechał do Karlsruhe, by prosić o przyjęcie pod skrzydła samego Uliego Hothke. Kim jest ten starszy jegomość wie niemal każdy pasjonat boksu. Legenda wśród niemieckich trenerów. Nestor pięściarstwa, który doprowadził na szczyt takich zawodników jak Rainer Troutmann, dwukrotny mistrz WBC w wadze lekkiej, Igor Kil, niepokonany mistrz IBF w wadze półśredniej, Erich Dunkel, osiem obronionych starć o pas WBC w wadze cruiser, Celist Meissner, niepokonany mistrz IBO, IBF, WBC, WBO, WBA w wadze średniej. Ale też człowiek o specyficznym, niektórzy mogliby rzec, że ciężkim charakterze. Typowy kat, często zajeżdżający swoich podopiecznych i rozstający się z nimi w atmosferze wzajemnych pretensji. Jego pierwsze wrażenie, gdy na salę treningową wkroczył Gönül? Wchodzi dryblas.
Ciało wyrzeźbione, idealnie docięte. Arno Breker i Josef Thorak daliby świetną walkę w ringu, byle tylko Ilkay mógł im pozować. Ale przez 45 lat widziałem takich setki. Złotych medalistów przeżutych i wyplutych przez poziom zawodowy też kilku było. Niby widziałem, co potrafi w Porto, ale takich cepiarzy jest multum. Siedzą sobie w low albo midcardzie. No nic, myślę, dam mu szansę. Trenuje porządnie, uczciwie, bez opieprzania się. Zaraz widać, że chłopak lubi ciężką pracę. Już wtedy wiem, że się polubimy.
Oto szybki teścik. Sparing ze świętej pamięci Titim Bonhoffem. Który z legerów zjadał na śniadanie. Gong. 20 sekund obijania i tańczenia wokół broniącego głową Turka. Minutę później Thierry leży na deskach i wypluwa ząb. Mimo ochroniacza na zęby i kasku. Ottke przyjął go bez namysłu. Znalazł mieszkanie, zarejestrował w urzędzie, wynajął nauczyciela języka niemieckiego, by w pełni pomógł mu się zaaklimatyzować. Nie był świadomy jednak pewnej wady swego nowego podopiecznego.
Wady, przez którą często wyrywa sobie resztki włosów, które mu pozostały. Mianowicie niesamowicie zakuty łeb, przyzwyczajony, by zawsze dążyć do brutalnej bijatyki bez względu na styl walki rywala. Na treningach wszystko ładnie wykonywał, a wchodząc do ringu łatwo o wszystkim zapominał. Uli mógł płakać, wrzeszczeć, gestykulować, wyklinać, a koniec końców Gonul i tak robił po swojemu. Nokautował każdego jak leci, mimo że często walka na kartach sędziowskich dawała wyraźną przewagę punktową przeciwnikowi. W końcu po cudem wygranym starciu z Joachimem Funksem Ottke zagroził porzuceniem podopiecznego. Pozwólmy mu znów mówić. Tutaj nie chodzi, żebym zmieniał go na siłę. Ma swój styl i zwycięża. Chwała mu za to.
Ale do ciężkiej cholery nie możesz iść na wojnę uzbrojony jedynie w obrzyna, kiedy twój przeciwnik ma cały arsenał. Fuchs dzisiaj go upokorzył, zgnoił. Potwierdził, że jego jedyny plan to zbierać baty i liczyć, że ten jeden jedyny prawy sierpowy wejdzie jak trzeba. To nie jest boks. Powtarzam, że nie chcę zrobić z Ilkaya kogoś, kim nie jest. Chcę tylko nauczyć go elastyczności w ringu, dać mu więcej narzędzi. Walcząc tak jak to teraz robi, zyska tylko encefalopatię bokserską, a taki Owen Gibson to go połknie, a potem wysra. Teraz skupiamy się na organizacji walki z Paco Moreno. Jeśli w Veracruz będzie to wyglądać tak samo, rezygnuję. Szkoda mojego czasu oraz nerwów.
Ponoć po tej wypowiedzi obaj panowie nie odzywali się do siebie przez tydzień. W końcu spotkali się za zamkniętymi drzwiami pokoju 45 w hotelu Kaiser Palace w Kolonii. Nie wiadomo, o czym rozmawiali, ale efekt był zaskakujący. Do walki z meksykańskim pięściarzem wyszedł zupełnie nowy Gonul, dalej dążący do bójki, ale słuchający trenera, rozsądnie badający teren bez rzucania się na przeciwnika na pałę, zmieniający taktykę, jeśli dotychczasowa nie stawała egzaminu. Pokonał Moreno, utalentowanego outfightera, skutecznie punktując go przez cztery rundy, by w piątej powalić go efektowną kombinacją złożoną z siedmiu ciosów. Narodził się prawdziwy anatoлийski sztorm. Później rusza na podbój USA. W Madison Square Garden zaczyna z wysokiego C, rozwalając w pierwszej rundzie Gaila Mendosa. Taki szybki nokaut powtarza jeszcze sześć razy. Przyciąga uwagę znanego promotora Ezry Gold Smitha, który obiecuje mu upragnioną walkę o pas.
Warunek jest jeden: rozbić bank w Pekinie, pokonać Zheng Tiao, a najlepiej go upokorzyć. Goldsmith ma z tym pięściarzem pewne niezałatwione sprawy po tym, jak ten oszukał go, rzucając go dla innego promotora. Ilkayowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Na oczach 80 000 widzów zgromadzonych w Ptasim Gnieździe zakończył walkę po 14 sekundach błyskawiczną kombinacją lewy sierpowy, prawy prosty. Rozanielony promotor tego samego dnia skontaktował się z obozem Imperatora. Leroy Moore vive le roi? Imperator. Pogromca. Doktor Perfect. Duma Buffalo.
Najpotężniejszy prawy prosty od czasu Deontaya Wildera. Dziadek Zen. To tylko niektóre z przydomków Owena Gibsona, do niedawna najlepszego boksera bez podziału na wagi. Artysty ringu. Zawodnika, który nie miał sobie równych przez blisko 10 lat, kiedy to zdobył swój pierwszy pas WBA. Potem dodawał w regularnych odstępach czasu trofea IBF, IBO, WBO, WBC, zdobywając absolutnie wszystko, co możliwe do zdobycia. W przeciwieństwie do bohaterów tekstu, zaczynał zaraz jako zawodowiec wypatrzony w podrzędnych salkach treningowych w Queen City przez legendarnego trenera Jeffa Rudina. W nieopierzonym szczypiorze ujrzał materiał na nowego mistrza. Akurat sparował z jakimś tam Marcusem Carlsonem. Przeciwnik miał łapę grubości jego uda.
Na oko ważył minimum 30 kilogramów więcej. Powiedziałem wtedy Louisowi Gazzo, że smarkacz zaraz skończy na intensywnej terapii, bo nie było możliwe, by taki patyczak mógł się obronić. A potem zaczęła się magia. Pierwszy raz widział kogoś, kto porusza się tak płynnie w ringu. Dzieciak od niechcenia trzyma przeciwnika na dystans, a gdy się znudził, położył go na łopatki jednym prawym prostym. Czułem się wtedy jak Mojżesz dostający tablice z niebios. Dalsza historia to materiał na osobny artykuł, dlatego przejdę do ostatnich walk Imperatora. Donald "Big Mouth" Chalmers i Demis Bassinas byli ledwie kolejnymi cyferkami w imponującym rekordzie Gibsona. Pretendenci do mistrzostwa pozostawili jednak diametralnie różne wrażenia. O ile buńczuczny Anglik pompowany do przesady przez promotorów i ekspertów totalnie się skompromitował, padając bez zmysłów na deskę w trzeciej rundzie po wyprowadzeniu zaledwie czterech celnych ciosów, to helleński huragan udowodnił, że nazywanie go Dr Perfect Light nie jest kpiną, a wielką formą uznania.
Grek przez całą walkę mocno zabijał ćwieka pogromcy, rozcinając mu łuk brwiowy i łamiąc nos. W ostatniej rundzie jednak zapoznał się ze słynnym prawym prostym Gibsona i po minucie musiał pogratulować mistrzowi udanej obrony tytułu. Obaj mieli zapisany w kontraktach gwarantowany rewanż w przypadku porażki. Gibson był tak pewny swego, że zgodził się na dwie obrony tytułu w przeciągu czterech miesięcy. Dla 35-letniego geniusza to miała być formalność. Życie szybko zweryfikowało te plany. Owen został znaleziony martwy w swoim domu w Upper East Side na Florydzie. Wynik autopsji? Przedawkowanie środków nasennych, dodatkowo wzmocnionych prawie litrem gorzały. Policja nie wykluczyła samobójstwa.
Wyrok salomonowy na miarę naszych możliwości. Pozostało pytanie, co zrobić ze zwakowanymi pasami? O ile IBF, IBO i WBC nie miały problemów ze zorganizowaniem walk o wolne tytuły, w przypadku WBO sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Zapisy kontraktowe dawały pierwszeństwo oczekującym na rewanż zawodnikom. Mimo to regulamin organizacji wskazywał jako właściwych pretendentów z pierwszego i drugiego miejsca oficjalnego rankingu. Z marketingowego punktu widzenia zarówno Gaitan, jak i Gonul nie stanowili gwarancji odpowiedniego zarobku. Obaj, mimo dobrych rekordów, nadal nie są traktowani jak topowi bokserzy z powodu ich śladowej obecności na amerykańskim rynku medialnym. Dlatego przy rozstrzyganiu sporu United Boxing Tribunal zdecydowało o rozegraniu miniturnieju, który wyłoni zawodników do ostatecznego starcia. Oczywiście obozy Bassinasa i Chalmersa podniosły wrzawę w mediach społecznościowych, wskazując niesprawiedliwość takiego rozwiązania, ale klamka zapadła. Jak powiedział przewodniczący UBT, Uli Meyer: "Decyzja jest nieodwołalna.
Demis i Don muszą to zaakceptować albo wrócić do piaskownicy, by poważni mężczyźni mogli ponownie zająć się poważnymi sprawami". Na takie dictum Chalmersowi pozostało tylko przygotowywać się na Gaitana, a Bassinas mógł powoli wyjechać na obóz do Sparty, by godnie stawić czoła anatolijskie sztormowi. Dziewięć miesięcy później w ścianach Goldberg Arena w Calgary i Duke Ellington Center w Filadelfii rozległo się legendarne "Let's get ready to rumble!". Gra o tron. Don Chalmers alias Pan Raz Dwa swoim zwyczajem zrobił wiele dla promocji walki, obrażając Gaitana, jego dziewczynę, rodzinę, przyjaciół, sztab trenerski i psa, którego określił jako szczura po randce z jebaną lokówką. A to był tylko początek. Na pierwszy rzut oka Anglik rodem z Birmingham zdaje się być nieco ekscentrycznym fighterem o świetnym rekordzie 40 zwycięstw i zaledwie jednej porażce z mistrzem Gibsonem. Taki ktoś ma prawo mieć nieco niewyparzony ryj. Przemawiają zatem liczby. Muhammad Ali też nie gryzł się w język, prawda?
Dopiero gdy spojrzeć bardziej wnikliwie, docenia się kunszt jego promotora, złotoustego Lewisa Morrisona, który z tak słabego materiału zdołał ulepić pretendenta do jednego z najcenniejszych trofeów w świecie bokserskim. Wygrane walki niemalże z samymi kelnerami, olewackie podejście do obowiązków, mentalność primadonny, transmitowanie swego życia w sieci niemalże całą dobę, skandale obyczajowe. Nie z tego powinien słynąć bokser walczący o pas. Co prawda, by dostać się tam, gdzie jest, musiał coś prezentować. W tym przypadku był to szalenie efektowny styl walki oparty o nieustanne parcie do przodu, zabójcza kombinacja lewy prosty, prawy prosty, od której wziął swój przydomek oraz dobra praca nóg, czyli atrybuty solidnego boksera. Ale jak to określił J-Rob Kobayashi z The Ring Magazine: "Jeśli pokonał cię Chalmers, to znaczy, że nie odrobiłeś zadania domowego. Gość ma dwie ręce i tylko jedną sztuczkę. No i wielka, niezamykająca się gęba". Zgodnie z przewidywaniami Don użył w wywiadzie przed walką swojej najpotężniejszej broni — wielkiej, niezamykającej się gęby. "Odeślę Gauchito z powrotem na jego pumpę.
Złamas nie wie, w co się pakuje. Zrobię mu to, co kiedyś zrobiliśmy z Falklandami. Jedyne co będzie mógł zrobić, to bezsilnie patrzeć w telewizji, jak zdobywam pas". Tym oto sposobem trudne relacje w związku Gaitana Argentyna zostały magicznie naprawione. Cały kraj zjednoczył się, by wspierać cudownego dzieciaka w starciu z brytyjskim imperializmem. Sam Claudio zripostował szybko Chalmersa. Gauchito wróci na pampę. To więcej niż pewne. Ale pierw Gauchito pokona tego kutasa w szóstej rundzie, masakrując mu lewe oko. Dlaczego lewe?
Bo Gauchito ma taki kaprys. Dlaczego szósta runda? Dlaczego nie pierwsza? Tatuś Gauchito będzie reklamował swoje najnowsze przedsięwzięcie Gaitech, bo wykupił spot reklamowy w przerwie między rundami piątą a szóstą za 4 miliony zielonych. Do tego czasu będę polował na jego oko, nie bijąc w żadne inne miejsce. Starcie zostało określone przez media jako pierwsze w historii PPV, gdzie walką wieczoru była transmisja z obijania worka treningowego. Chalmers nie zdołał nawet klinczować, a Gaitana noszalańsko tańczył wokół niego, bombardując lewe oko przeciwnika, które pod koniec drugiej rundy przypominało trafienie granatem odłamkowym. W trzeciej rundzie widzowie przeżyli chwile grozy. Pan Raz Dwa padł na deski i strata pieniędzy włożonych w reklamę przez senior Gaitana wisiała w powietrzu. Lecz dzielny Anglik podniósł się przy liczbie siedem, by wyjść na spotkanie swemu przeznaczeniu.
Gdy tylko gong wybił na znak rozpoczęcia szóstej rundy, potężna kombinacja lewy prosty, prawy prosty zakończyła to żenujące widowisko. Tym oto sposobem rodzina boksera zarobiła. Argentyna pomściła urażone uczucia patriotyczne. Kibice w Filadelfii zastanowili się nad życiowymi wyborami, przez które skończyli oglądając ten cyrk, a Donald Chalmers ostatecznie wypisał się z poważnego boksowania. Przynajmniej rating doznań na NoLinku osiągnął rekordowe 9/10 w skali symulowanego bólu, gdyż po walce przegranemu zostały założone na zmasakrowanym łuku brwiowym 64 szwy. O wiele więcej szczęścia mieli kanadyjscy kibice. Gonul i Basinas są w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobni. Skupieni, wycofani, nie mający w sobie za grosz showmaństwa. Poprawne do bólu konferencje oraz pozbawiona fajerwerków promocja pozwoliły odpowiednio zadziałać samej randze wydarzenia i skupić się na walce. A ta nie bez powodu została uznana za starcie roku.
Turecki pięściarz w swoim stylu narzucił przeciwnikowi mordercze tempo, od pierwszej rundy zasypując go gradem ciosów. Trafił jednak na mistrza walki w dystansie, który spokojnie wykonując założenia taktyczne stopował Gonula prostym. Bezlitośnie wykorzystywał braki defensywne Ilkaya z rundy na rundę, samemu powoli zdobywając przewagę. Turek nigdy nie walczył na dystansie dłuższym niż pięć rund, więc pod koniec walki widać było, jak coraz ciężej oddycha, coraz wolniej reaguje na coraz to agresywniejszą postawę Basinasa. W 11. rundzie Gonul obrywa prawym prostym i zostaje zepchnięty do liny. Lekko zamroczony przyjmuje kilka potężnych bomb na głowę, ale ustaje na nogach i cudem umyka z niebezpiecznej pozycji. I właśnie wtedy helleński huragan popełnia niewybaczalny błąd. Doskonale wie, że do zalet tureckiego zawodnika należą niesamowita odporność na ból i żelazna szczęka. Że skoro nie udało się go takimi ciosami znokautować, to lepiej odpuścić.
Starcie układa się po jego myśli. Wystarczy wycofać się i spokojnie przeboksować walkę do końca, a sędziowie zrobią co trzeba. W przekroju całego pojedynku to on był lepszym zawodnikiem. Co w takim razie robi? Napala się na nokaut i idzie za ciosem, wdając się w bijatykę z lekko zamroczonym Gonulem. Równie dobrze można dać piromanowi ogień albo wpuścić Andre Żid do chłopięcego przedszkola. Tego się zwyczajnie nie robi. Grek przestrzela prawym prostym, a jego przeciwnik z bliskiego dystansu wyprowadza potężną kontrę na szczękę Basinasa. Efekt? Czułem się, jakbym umarł.
Dwie minuty niczego. Absolutnej ciszy. Tak opisywał doświadczenie jeden z użytkowników na NoLinku, kiedy odpalił sobie zapis starcia. Dla Demisa skończyło się na szczęście tylko na strachu. Analizy fizyczne. Dla tych, którzy ostatnie cztery lata przesiedzieli w szafie albo pochodzą z Albanii krótkie wyjaśnienie. NoLink to jedna z dwóch dopuszczonych w amatorskim i zawodowym boksie cybernetycznych modyfikacji ciała, przy których UBC uznało, że nie będą one wypaczać wyników starć. Bez wdawania się w techniczny bełkot chodzi o wstrzykiwanie do ciała biodegradowalne nanomaszyny, które gromadzą z nerwów takie odczucia i dane jak zmęczenie, ból, stres, rytm serca, a nawet obraz z oczu. Całość jest tłumaczona w czasie rzeczywistym na informatyczne mambo dżambo i przesyłane do Towler Company. Firma następnie sprzedaje je w pakietach pozwalających przeżyć niespotykane dotąd doświadczenie bokserskie dla prawdziwych fanów i to zupełnie bez środków ubocznych.
Oferta zawiera pakiet Fan: zmęczenie plus stres, pakiet Pundit: zmęczenie plus ból plus stres i pakiet Ekspert: zmęczenie plus stres plus ból plus widok FPP plus bonusy. Wykupiony przez naszych analityków pakiet Ekspert pokazuje pewne prawidłowości dotyczące obu pretendentów. Na tej podstawie możemy spróbować wskazać, kto ma większe szanse na zwycięstwo ze względu na czysto fizyczne czynniki. Zapisy z walk Ilkaya Gönula pokazują, że często wpada w widzenie tunelowe w bardzo ostrych barwach, przez co obrywa ciosami, które każdy normalny bokser zazwyczaj bez problemów unika. Rekompensuje mu to niesamowitą odporność na ból, którą fachowcy porównują z szaleń bojowym uzyskiwanym po zażyciu battle blessu. Rozbity łuk brwiowy jest przez niego odczuwany, jakby to było ledwie otarcie. Natomiast ciosy, które trafiają w tę ranę, dają wrażenie lekkiego ukłucia. Turecki pięściarz ma inną nietypową cechę nawet jak na boksera. Wyjątkowo niskie tętno spoczynkowe spotykane głównie u kolarzy szosowych. Dosłownie wybija się na tle pozostałych zawodników, bijąc drugi najniższy wynik Jim Etore, waga średnia 39 bpm o 7 uderzeń.
Oznacza to niesamowite pokłady wydolności, którymi Ilkay nie potrafi dobrze zarządzać. Forsując szaleńcze tempo walki od pierwszych rund bardzo szybko dochodzi do momentu, kiedy zmęczenie zaczyna szybko narastać. W walce z Basinasem krzywa przedstawiała do szóstej rundy stabilny poziom, by nagle spadać i osiągnąć wartość bliską wyczerpania w 11. rundzie. Gdyby nie szczęśliwy cios o wadze około 570 kilogramów o pas walczyłby Grek. To też atut boksera znad Bosforu, bowiem średnia waga ciosów w wadze ciężkiej oscyluje wokół 400, 420 kilogramów. Jednak w tym przypadku dane Turka pochodzą głównie z pierwszych sześciu rund, więc nie należy traktować ich jako reprezentatywnych. Wizja z oczą cudownego dziecka nie różni się niczym od wizji spacerowicza. Jasne, spokojne widzenie, w pełni świadome całego obserwowanego obszaru. Przy tym stylu boksowania jest to istotny atut pozwalający na pełną kontrolę ringu.
Argentyńczyk świetnie zarządza swoimi siłami za pomocą odpowiedniego oddychania. Reguluje tempo narastania zmęczenia, wiedząc, kiedy atakować, a kiedy popracować w defensywie. Nie bez powodu wszystkie nokauty zaliczył w ostatniej rundzie. Przeciwnicy są wtedy już porządnie wymęczeni zarówno próbami trafienia Gaitana, jak i sami są nieźle bici precyzyjnie mierzonymi prostymi na przestrzeni całego starcia. Średnio 310 kilogramów spadające na głowę wtedy wystarczy, by na 10 sekund zneutralizować i zaktualizować rekord Argentyńczyka o następne zwycięstwo. W obrębie całej walki średnia wynosi 250 kilogramów, będąc jedną z najniższych w wadze, jednocześnie doskonale obrazując powiedzenie o kropli drążącej skałę. Konktatorski styl pięściarza z Liniers jest skuteczny, ale nasuwa się jedno pytanie związane z tym pojedynkiem, które trzeba zadać. Ile jest w stanie znieść fizycznie i psychicznie, by wygrać? Dane dolorymetryczne wskazują, że tak naprawdę nigdy jeszcze nie został porządnie trafiony, a najpoważniejsza kontuzja odniesiona w ringu to lekka opuchlizna pod lewym okiem po przypadkowym zderzeniu głowami w walce z Cuccí. W walce z mocno bijącym anatolijskim sztormem godne znoszenie cierpienia będzie miało niebagatelne znaczenie.
Typ redakcji. Czysto boksersko Claudio Gaitán jednogłośnie na punkty. Przy założeniu, że walkę rozegra perfekcyjnie i w ciągu tych 12 rund będzie dopisywać mu odrobina szczęścia. Tureckiemu pięściarzowi wystarczy mieć szczęście tylko raz.
[02:35:30] - Pan Karol opatrzył maila z opowiadaniem takim oto tekstem, który państwu przytoczę. Zawsze lubiłem, gdy opowiadania przybierały formy diametralnie odmienne od tej najczęściej spotykanej z klasyczną narracją. Poniższy tekst jest próbą napisania czegoś takiego i być może wstępem do wypuszczenia zbioru opowiadań w formie czasopisma sportowego. Tyle korespondencja. A teraz to, co mam do powiedzenia o tym opowiadaniu. Zacznijmy od tego, że to opowiadanie jest bardzo zgrabnie napisane. Ja tam oczywiście jakbym się bardzo starał, to bym się mógł czepiać, ale odpuściłem sobie. Nie ma tego dużo i w związku z tym to nie miałoby sensu. Natomiast co do całego opowiadania mam pewne wątpliwości, którymi się podzielę z autorem i z państwem. Aczkolwiek to nie są wątpliwości, nazwijmy je dyskwalifikujące.
To są wątpliwości, które być może pozwolą panu Karolowi nieco uszlachetnić produkt. Więc te wątpliwości. Opowiadanie jest dosyć długie i śledzimy drogę sportową czy karierę sportową pięściarza i dopiero na końcu tak naprawdę, oczywiście w tak zwanym międzyczasie dostajemy pewne sygnały, że to jest świat, którego tak naprawdę nie znamy. Chociażby imprezy wymieniane, odpowiednie miejsca tych imprez. To nie jest nasz tak do końca świat. Na końcu dostajemy pewne informacje, nazwijmy je z gatunku SF. Pierwsza wątpliwość, która przyszła mi, taka refleksja, która przyszła mi do głowy, czy przypadkowo to opowiadanie nie jest za długie jak na puentę, którą dostajemy? A później zacząłem myśleć jeszcze inaczej o tym. Po pierwsze, ta puenta z mojego punktu widzenia nie jest do końca Wyartykułowana w jasny sposób. Myślę, że trzeba by samą ideę podać prościej, kawaławicznie, dopiero później ją rozwijać.
Takie odnoszę wrażenie i zaraz powiem — mam nadzieję, że nie zapomnę — dlaczego. Ale cofnijmy się jeszcze do początku, do środka opowiadania. Myślę, że aż się prosi, żeby w tym tak zwanym międzyczasie, gdy zmierzamy do puenty, dać więcej elementów fantastycznonaukowych. Nie tylko z tego świata, czyli gdzie się odbywają imprezy, jakieś nazwiska, miasta, a być może jakieś wynalazki. Być może coś, co pokaże nam ten świat, opisze go nam, nie opisując, bo to chodzi o to, że to będą elementy dekoracji. Tak jakby państwu pokazano 30 lat temu, jak zachowują się nastolatki z tymi smartfonami albo — właściwie to nie tylko nastolatki — jak się ludzie zachowują ze smartfonami, jak wyglądają media społecznościowe. Aż się prosi, żeby stworzyć świat bardziej gęsty, w którym on będzie jednak czy społecznie, czy w sprawach wynalazków odmienny od naszego i bez tłumaczenia, bez opisów, tylko po prostu rzucamy, tak jak rzucane są fakty z życia pięściarza. Tak można rzucać różnego rodzaju fakty związane z wynalazkami, z życiem społecznym, z różnymi innymi sprawami, które mogą się łączyć z narracją i po prostu bez komentarza. Tak jest i koniec. Szanowny czytelniku, przyjmujesz to albo nie przyjmujesz, ale my jedziemy dalej.
To pozwoliłoby, żeby nie zmieniać proporcji opowiadania. Wydaje mi się, że bez takich zmian należałoby troszeczkę je skrócić, do czego nie zachęcam. Raczej bym ten pierwszy wariant preferował, ponieważ nie ma moim zdaniem nic gorszego niż zawiedziony czytelnik. Jeśli czytelnika podprowadzamy przez wiele stron pod puentę, to warto, żeby to był fajerwerk. I tu potencjał na fajerwerk jest w tej puencie, tylko myślę, że lepiej podać byłoby ją znacznie prościej. Namawiam pana Karola do jakiejś wymiany korespondencji, bo tu by trzeba wchodzić bardzo mocno w szczegóły. Chyba nie warto państwa zamęczać. Myślę, że większą wartością było to, że państwo mieli okazję wysłuchać opowiadania, być może się nim zachwycić. Zresztą wcale bym się nie dziwił, bo tak jak powiedziałem, to opowiadanie zażarło, przynajmniej u mnie, i tego się fajnie słuchało. Ja bardziej dmucham na zimne i rozpatruję wariantywnie, co by można ewentualnie ulepszyć.
I do takich ulepszeń pana Karola namawiam. Zapraszam do korespondencji. Być może czegoś nie zrozumiałem albo coś nadinterpretuję. Wszystko jest możliwe. Jestem tylko człowiekiem, może dużo czytającym, ale to może być plus, może być minus. W każdym razie widzę w tym opowiadaniu potencjał. Po pierwsze dlatego, że w tym jest pomysł, nawet w tym ogólnym pomyśle czasopisma sportowego, jakiegoś niekonwencjonalnego podejścia do sprzedania treści. To już jest duży plus. Może należałoby pracować nad formą. Forma jest fajna.
Takie artykuły, cytaty. To wszystko do mnie przemawia. Tylko może należałoby tę treść bardziej napakować tamtejszą codziennością, żeby nie tłumacząc pewnych spraw, jednak trochę tej fantastyki naukowej przemycić. I chyba uprościć pomysł na puentę, na to, co tam naprawdę się dzieje. Te możliwości kojarzą mi się z pewnym sprzęgnięciem. To chyba trzeba by prościej napisać, bardziej dosadnie. I to tylko tyle. Moim zdaniem opowiadanie ma duży potencjał i chyba warto iść w tym kierunku. To, proszę państwa, było pierwsze opowiadanie zaprezentowane w nowym „Bibliotekarium 2.0”. Mam nadzieję, że takie opowiadania od czasu do czasu jednak będą przychodzić, do czego państwa niniejszym namawiam.
Byłoby fajnie, ale to w dalszym ciągu, proszę państwa, nie jest koniec naszej dzisiejszej audycji. I znowu zrobimy wielki przeskok i sobie porozmawiamy. Zanim powiem, o czym porozmawiamy, to przedstawię osobę, która będzie państwu przedstawiać pewien temat. Słyszeliście państwo o Jacku Inglocie? Ci, którzy nie słyszeli, to już będę spieszył uzupełniać informację. Natomiast ci, którzy słyszeli, to wiedzą jedno: pisarz science fiction, całkiem utytułowany, publikujący w wielu czasopismach, o których powiem za chwilę, ale publikujący między innymi w „Playboyu”. I ci wszyscy z państwa, którzy się zaśmiali, to niech żałują, że się śmieją, bo „Playboy” zarówno ten na Zachodzie... „Playboy” w tej chwili jest wielkim nieobecnym, ale jeszcze jakiś czas temu wychodził. I ten „Playboy” na Zachodzie To były pisma, które specjalizowały się w podawaniu, w przekazywaniu bardzo dobrej fantastyki. Gdybyście państwo prześledzili poszczególne roczniki amerykańskiego „Playboya”, to tam publikowali najwybitniejsi pisarze science fiction, jacy w ogóle chodzą po amerykańskiej ziemi.
Nikt się tego nie wstydził. Wręcz przeciwnie, poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko. Tam się nie publikowało byle czego. Tam były naprawdę perełki. Jacek Inglot, człowiek, który publikował w polskim „Playboyu”. Muszę przyznać, że czytałem te opowiadania i wierzcie mi państwo, owszem, jest tam sporo seksu, ale najmniej o ten seks chodzi. Może się źle wyraziłem. To jest ważny temat, ale nie od strony łupu cupu, tylko od strony tego, co ze sobą niosą przemiany obyczajowe, pewne zmiany w naszej moralności, w naszym postrzeganiu moralności. Moim zdaniem Jacek Inglot to wszystko świetnie ujął. To jest pisarz, który jest w słusznym wieku.
Urodził się w 1962 roku w Siedlcu Trzebnickim, czyli tak naprawdę blisko Wrocławia. Pisuje głównie science fiction, chociaż miał wycieczki w stronę literatury głównonurtowej. Ta wieś, o której wspomniałem, która nazywa się Siedlec Trzebnicki, to niemieckie Zedlitz. To jest taka wieś położona w województwie dolnośląskim, w powiecie wrocławskim. Z Wrocławiem Jacek Inglot jest związany. Mieszka we Wrocławiu. Debiutował bardzo dawno temu, bo w '86 roku. Łezka mi się w oku kręci, bo to jest rok, w którym również ja debiutowałem. Nasz bohater debiutował na łamach „Feniksa”, ale tego „Feniksa” przez KS na końcu, a nie przez X. To było takie pismo fandomowe, wydawane metodą powielaczową.
Dzisiaj te egzemplarze... Cały czas ze mną został jeszcze kaszelek. Te egzemplarze z lat 80. są na wagę złota. To był „Feniks”. Drugi „Feniks” w '86 roku. Dwa lata później, o ile dobrze pamiętam, trafił na łamy miesięcznika „Fantastyka” opowiadaniem, humoreską „Science and Fiction Incorporation”. Wydał też kilka powieści. Taka powieść „Inkwizytor” to '96 rok i rok później powieść „Quietus”. Obie były nominowane do Nagrody Zajdla.
Wydał też zbiór opowiadań „Bohaterowie do wynajęcia” w 2004 roku. Ta powieść z '97 roku, „Quietus”, powstała na kanwie opowiadania „Quietus i chrześcijanie”. Ono było opublikowane w ważnej antologii wydanej w 1990 roku, która nazywała się „Wizje alternatywne.” Cóż jeszcze o Jacku Inglocie. Od 1986 do 2000 roku opublikował w „Fantastyce”, a później w „Nowej Fantastyce” około 100 recenzji i szkiców różnego rodzaju. Był też stałym współpracownikiem redakcji. Pisywał dla takich periodyków jak „Odra”, „Książki Pokupne”, „Życie Warszawy”, „Życie Extra”. Tego było sporo. Bawił się w publicystykę i zobaczycie państwo dzisiaj, że ten pazur publicystyczny pozostał w nim w dalszym ciągu. Redagował też różnego rodzaju książki prozatorskie, czyli ma ten pazur. Kończył polonistykę, więc ma taki pazur redaktorski.
Redagował książki dla Phantom Press, dla Zyska. Także to całkiem spore doświadczenie. Te powieści jeszcze. Wymieniony już „Inkwizytor”, „Quietus”, dalej „Operacja Komendant.” Zbiory opowiadań. „Sodomion.” Polecam państwu ten zbiór opowiadań. To są opowiadania, w których rzeczywiście seks i przyległości są bardzo ważne, ale to znakomite obserwacje są tam zawarte. Polecam. Mało znane wydawnictwo Uroboros w 2015 roku wydało tę książkę. Ja nabyłem drogą kupna kiedyś na nadmorskiej wyprzedaży. Wierzcie mi państwo, nie żałowałem.
Ze zbiorów opowiadań to jeszcze „Bohaterowie do wynajęcia” z Andrzejem Drzewińskim wspólnie. Jeszcze był „Inkwizytor. Zemsta Teca.” Właśnie, ja mam zawsze kłopoty z tymi nazwiskami. ... i ploki i inne opowieści. Ciekawą książkę wydał w tym roku. To jest książka publicystyczna dotycząca fantastyki w ogóle. „Autostopem przez fantastykę”, wydawnictwo Stalker Books. I to, wierzcie mi państwo, warto przeczytać. To jest takie czasami złośliwe, czasami takie wbijające szpilę spojrzenie na polską fantastykę.
Czy Jacek Inglot może państwa przekonać? Tego nie wiem, ale na pewno warto zderzyć swoje zdanie, swoje obserwacje dotyczące fantastyki z tym, co ma na myśli Jacek Inglot. Cóż dalej? Co państwu dzisiaj Jacek Inglot zaprezentuje za pośrednictwem naszej audycji? To jest taka prelekcja, która została wygłoszona na całkiem niedawnym, bo wrześniowym spędzie ludzi związanych z fantastyką. Spędzie, który odbył się w Łodzi. Nazywa się Capitularz i na tym spędzie Jacek Inglot opowiedział o ekokalipsie. Czy państwu ten zwrot coś mówi? Proszę się nie spieszyć, nie sprawdzać w Google. I tak państwo tego nie znajdziecie.
O tym, czym jest ekokalipsa Jacek za chwilę państwu opowie. Natomiast ja śpieszę donieść, że apokalipsa to jest słowo wzięte z języka greckiego. Apokalipsis to jest odsłonięcie, zerwanie zasłony, objawienie. Wywodzi się też od odsłaniać, ujawniać. W każdym razie w terminologii judaistycznej, a potem chrześcijańskiej, w literaturze religijnej to szczególny opis, szczególnego rodzaju proroctwo. Proroctwo, które dotyczy tego, co ma się wydarzyć w dniach ostatecznych. Ta wizja jest przekazywana przez Boga wybranemu prorokowi. Wierzcie mi państwo, Jacek Inglot będzie za takiego proroka dzisiaj takim prorokiem. Ale zanim tym prorokiem zostanie, to jeszcze kilka słów. Z tego, co pamiętam, to badania historyczne wskazują, że taka tradycja pisana apokalips.
Ta liczba mnoga mi nie leży. W każdym razie apokalips powstał stosunkowo późno, bo wśród zhellenizowanych Żydów, a potem się oczywiście, jakżeby inaczej, rozpowszechnił na chrześcijaństwo. Paradoksalnie w Starym Testamencie, wiecie państwo, że też jest księga apokaliptyczna? Tą księgą jest Księga Daniela. Wątki tego rodzaju apokaliptyczne znajdziecie państwo również, żebym teraz nie pomylił, w Księdze Izajasza. Tam również z tego rodzaju wątkami można się zetknąć. Oczywiście najbardziej znaną apokalipsą jest Apokalipsa świętego Jana. Ona stanowi ostatnią część Nowego Testamentu i nie wiem, czy państwo wiecie, ale ona nie od początku była nazywana Apokalipsą świętego Jana. Kiedyś mówiono o tym objawienie Jana. Cóż dalej?
Dalej warto pamiętać o tym, że oczywiście autorem tej najbardziej znanej Apokalipsy jest, jak sama nazwa wskazuje, święty Jan. Taki kształt apokalipsa przybrała, ten obecny kształt przybrała na początku chyba II wieku. Tak, na początku II wieku przybrała dzisiejszą postać. Podobno te objawienia zdarzyły się Janowi na wyspie Patmos. Tam został zesłany w 95 roku naszej ery i tam to zesłanie odbywał i tam go naszło. Taki proroczy czas na niego nadszedł. Tak jak powiedziałem, 95 rok, panowanie Domicjana. Miałem już właściwie państwa nie męczyć, ale jeszcze trochę pomęczę. Księga Apokalipsy nie powstała tak pyk i już jest. Nie.
Ona powstawała stopniowo, czyli rozciągnięta rzecz w czasie. Widać tych wizji święty Jan miał sporo. Musiał je później zeszyć ze sobą, powiązać. Apokalipsa zawiera wizję dziejów świata, przyszłych dziejów oraz końca tegoż świata. I oczywiście Sądu Ostatecznego w wyniku ponownego przyjścia Chrystusa. Te obrazy, które tam państwo obserwujecie, one są niejednoznaczne, takie dające pole interpretacyjne, zawierają masę symboli. Dzisiaj oczywiście wszyscy naukowcy mogą się spokojnie kłócić o te symbole, udowadniać sobie różne rzeczy, pisać doktoraty, habilitacje. W każdym razie jest ruch w interesie. Takim najbardziej znanym symbolem jest czterech jeźdźców Apokalipsy. Oni mają uosabiać dzieje ludzkości od początku do końca, ale szczególnie do końca.
Już dzisiaj, w naszych czasach część ludzi widzi tych jeźdźców Apokalipsy, że oni właśnie przybyli, że oni tu już są i że lada chwila stanie się, co się stać musi. Jak to wszystko, co ja państwu opowiadam o Apokalipsie, wiąże się z prelekcją Jacka Inglota? Wiąże się, bo jak coś się nazywa Eko-kalipsa, to jasna sprawa. Już państwo wiecie, o czym to mniej więcej będzie. Taka Apokalipsa, ale taka Eko-kalipsa. Cóż jeszcze muszę powiedzieć, zanim państwo wysłuchacie tej zajmującej prelekcji, to z całą pewnością wygłoszonej w dosyć żywiołowym nastroju był wówczas prelegent. Zresztą on jest zawsze w takim nastroju i trzeba przyznać, że charyzmę ma człowiek całkiem pokaźną, bo nawet jak mówi rzeczy kontrowersyjne, to sala jest na ogół cicha i spokojna. Co prawda usłyszycie państwo kilka głosów w trakcie prelekcji. Muszę o tych głosach jeszcze coś powiedzieć, bo to rzecz bardzo ważna. Usłyszycie tam, jak Jacek Inglot mówi: „Ty, Staniewski, tamto czy tamto, ty, Staniewski”.
Spieszę państwa poinformować, że ten Staniewski to jest osoba bardzo ważna dla polskiej fantastyki, bo to jest świetny tłumacz. Poza tym bardzo pracowity tłumacz, Piotr Staniewski, a właściwie Piotr Henryk Jacek Staniewski, który poza tym wszystkim jest umysłem ścisłym. Od dawna studiował na Politechnice Warszawskiej, studiował na Wydziale Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego. W '74 roku obronił pracę doktorską z dla mnie zupełnie egzotycznej dziedziny, jaką jest cybernetyka. A od '98 roku był wykładowcą w Wyższej Szkole Informatyki Stosowanej i Zarządzania pod auspicjami PAN. W ogóle z PAN-em był związany. Przyznaje się do znajomości pięciu języków: angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego, niemieckiego i rosyjskiego, ale tłumaczem jest tylko w jednym z tych języków, mianowicie w języku angielskim. I to jest takim tłumaczem, jak powiedziałem, bardzo pracowitym. Około 80 książek, bo to cały czas przybywa. 80 książek przetłumaczonych, książek i opowiadań.
Człowiek, który bywa nie tylko na polskich różnego rodzaju konwentach, ale również na konwentach amerykańskich, na Worldconach. Więc człowiek bywały, przede wszystkim niezwykle sympatyczny, życzliwy, pełen niezwykłego poczucia humoru. Naprawdę niezwykłego, wierzcie mi państwo. Jeśli czytacie państwo fantastykę, to na pewno zetknęliście się z takimi tytułami jak na przykład „Miasto trumień”, „Miasto w ogniu”, „Mroczne echa”, „Noc zombie”. Taki był zbiór opowiadań „Nowe legendy” wydane jeszcze przez Fantastykę. Dalej cykl „Pustka”: „W tej pustce”, „Czas”, „Ewolucja”, „Sny”. Książka „Północ galaktyki”, dalej „Wydrążony człowiek”. Później jeszcze były książki Alistaira Reynoldsa, taki cykl. Głównie tłumacz preferuje twardą fantastykę. To jest jego konik i te książki Alistaira Reynoldsa polecam państwu.
To jest naprawdę kawał dobrej fantastyki. To jest właśnie przywoływana przez Jacka Inglota postać, a mianowicie Piotr Staniewski. Teraz oddajmy głos naszemu wieszczowi Apokalipsy, właściwie Eko-kalipsy, Jackowi Inglotowi.
[03:01:38] - Dobra, mam zdrowy belferski głos. Poza tym sala jest dość akustyczna jeszcze, wymyślona w czasach, kiedy to ustrojstwo się nie psuło, bo go nie było po prostu. I tyle. Po waszej frekwencji widzę, że cała reszta konwentu czuje się całkowicie pogodzona już z rzeczywistością i nie są nawet ciekawi, co ich spotka. Wiedzą, że będą trupami, będą wąchać kwiatki od spodu. I the end. Jak wiecie, zajmuję się przyszłością. Uważam, że w fantastyce tylko przyszłość jest ciekawa, a dokładniej w science fiction, bo przecież jakieś tam durne fantasy o przyszłości nic nie mówi. W związku z powyższym moim ulubionym konikiem jest pewna ekstrapolacja. Bawię się w te ekstrapolacje.
Proszę nie traktować oczywiście całkowicie serio. Moich przepowiedni, ponieważ są to ekstrapolacje oparte o literaturę science fiction. Chyba że ktoś traktuje serio literaturę science fiction, to niech też potraktuje serio niniejsze enuncjacje. Tytuł wystąpienia brzmi: „W obliczu ekokalipsy. Scenariusze po końcu świata”. Ja wymyśliłem ten termin ekokalipsa dość dawno temu. Dzień dobry. Ale to nie będzie o elfach. I nie chodzi tutaj o to, że wpisuję się teraz w modny nurt wieszczków katastroficznych, którzy jak zobaczyli te tony śniętych ryb w Odrze, to nagle doznali oświecenia. Będę mówił częściowo o rzeczach, które zostały opublikowane w lipcowej „Nowej Fantastyce”, więc mam dowód na piśmie, że rzecz przemyślałem i sformułowałem znacznie wcześniej.
Napisałem nawet ten szkic we wrześniu ubiegłego roku, już święcie przekonany, że szlag nas trafi. Redakcja go trochę przetrzymała, bo też składa się z takich jak wy niepoprawnych optymistów i dopiero wiosną, jak się okazało, że znowu zimy nie ma, to sobie o tym szkicu przypomnieli. Epkokalipsa. Zapamiętajcie ten termin. Ja go właśnie lansuję. Ci młodzi ludzie być może na własnej skórze przećwiczą jego praktyczne zastosowanie. Ja być może mam tę piękną nadzieję, że będę wcześniej wąchał kwiatki od spodu, ale jak będę miał pecha, to mi się nie uda. Jak pisał swego czasu święty Paweł: postać świata przemija. On myślał o świecie starożytnym, antycznym. Ja myślę o świecie współczesnym.
I jest już chyba dla każdego myślącego człowieka, czyli dla w sumie niedużej grupy ludzi, jasne, że stoimy w obliczu katastrofy ekologicznej, czyli ekokalipsy, ponieważ jest to katastrofa o wymiarze apokaliptycznym, czyli końcowym. Przypominam, że Apokalipsa według świętego Jana opisuje nam koniec świata i jest to opowieść o końcu świata. Po tym już nie ma nic. Potem jest tylko spotkanie w Dolinie Jozafata naszych ciał zmartwychwstałych. Być może będzie to jakiś rodzaj świata, ale już zupełnie inny. Jak ktoś jest ateistą, to nawet to mu nie zostanie dane. Jak pamiętamy, bezbożnicy czy ateiści, odwołuję się do Bułhakowa, „Mistrza i Małgorzaty”, zostaną skazani, jak słynny Berlioz, na niebyt, czyli każdy dostanie to, w co wierzy. Kto wierzy w nicość, dostanie nicość. Być może w związku z tym warto jednak w coś tam wierzyć, ale o tym następna moja prelekcja jutro. W co wierzyć w tych naszych ciężkich czasach?
Na dzisiaj wierzymy w ekokalipsę, a nawet nie wierzymy. My ją przyjmujemy już do wiadomości. Już wiemy, już obejrzeliśmy sobie te tony ryb śniętych, spływających Odrą. Wiemy, że to początek, to żaden koniec. Tak jak nam to niektórzy mędrcy rządowi... A pamiętajcie, że polityk musi być urzędowym optymistą. Nawet jeśli ma informację o jakimś totalnym syfie, to się z nami tą informacją, w imię urzędowego optymizmu, za Chiny ludowe nie podzieli. Uważam ekokalipsę za pewnik i można by powiedzieć, że to, co Putin wyprawia, nie chodzi tylko o same działania zbrojne na Ukrainie, ale o całą otoczkę. Zwłaszcza jeśli chodzi o jego działania związane z surowcami energetycznymi, że on postawił kropkę nad i. Konsekwencje jego decyzji o napaści na Ukrainę spowodują, że to będzie taki kopniak, którego nasza planeta już nie zniesie.
I ten szalony dyktator wywalił w kosmos ostatnie szanse na uniknięcie ekologicznego kataklizmu, a nawet jakiegoś sensownego złagodzenia. I w związku z powyższym konsekwencje szaleństwa tego jednego człowieka będą takie, że czeka nas wersja najgorsza, czyli apokaliptyczna. To jest najgorsza wersja katastrofy ekologicznej. I tutaj katastrofa Odry to jest pierwiosnek. Będziemy wspominać za 10 lat: „Takie jaja, że tam trochę Odrą jakieś ryby spłynęły”. W porównaniu z tym, co się dzieje, jak być może będą marły tysiące ludzi na ulicach, to nikt już o tych rybach nie będzie pamiętał. W moim wystąpieniu zastanowię się, odwołując się do fantastyki, a zwłaszcza science fiction i zawartych w literaturze scenariuszy, co może w tej sytuacji nastąpić. Ponieważ, proszę państwa, natura na szczęście nie znosi próżni i klęska jednego gatunku może się stać szansą dla drugiego, gdyż natura zawsze ma jakiś plan B, w przeciwieństwie do ludzi, którzy zwykle są za głupi. Niby wiedzą, że trzeba mieć jakiś plan B, a prawie nigdy go nie mają. Na początek może wyjaśnienie, dlaczego uważam, że Putin wywalił klimatyczny stolik.
Wiemy już, że wojna w Ukrainie czy na Ukrainie spowodowała kryzys energetyczny, który też będzie trwał w przyszłości. To jest efekt sankcji i gry Putina ropą i gazem. To będzie trwało przez wiele lat. Rezygnacja z surowców rosyjskich zmusza Europę do szukania innych dostawców, gdyż istniejące odnawialne źródła energii nie są w stanie zrekompensować niedoboru, gdyż dopiero jesteśmy na początku tej zielonej rewolucji, a w Polsce to w ogóle nie wiadomo gdzie. Być może na początku początku. Ja tak to przemyślałem, co może się stać w przyszłości w związku z tym, że wszedł ten czynnik Putina, który nie chce współpracować. Pamiętacie, że Niemcy sobie wymyślili, moim zdaniem totalnie głupio, mając ileś tam elektrowni atomowych, że oni sobie te elektrownie, których się boją, mimo że im żadna nie wybuchła. Ja bym jeszcze zrozumiał, jakby Niemcom coś wybuchło, a im żadna elektrownia w sposób jakiś poważny nie wpadła w jakąkolwiek dysfunkcję i oni wymyślili, że zastąpią to gazem rosyjskim, nie przyjmując do wiadomości to, co im tam tłukliśmy od bardzo wielu już lat, że dla Rosji gaz, ropa to jest inny rodzaj broni. Ja pamiętam, że myśmy się jeszcze w latach 70. i 80.
zastanawiali, co będzie, jak nam Ruscy zamkną rurę. Wtedy chodziło o rurociąg Przyjaźń z ropą. Baliśmy się, że wrócimy do etapu furmanek w związku z tym, bo wisieliśmy właśnie na tej jednej rurze z ropą rosyjską. Przestaliśmy już na niej na szczęście wisieć, między innymi dzięki Gierkowi, który zbudował naftoport w Gdańsku i dzięki temu, komuniście, uwolniliśmy się od tej zależności. Niestety Niemcy nie poszli po rozum do głowy i zamiast trzymać te elektrownie atomowe, o nie się oprzeć jako o przejściowe źródło energii. Ja rozumiem, jak już mam wszędzie pod domem wiatrak, to ja mogę sobie tę elektrownię atomową zamknąć, bo nawet jak nie wieje w Bawarii, to wieje w Westfalii i jakoś mi się ta energia wiatrakowa przy takiej masie z wiatrakowania, za przeproszeniem, zbilansuje w tym momencie. A w momencie, tak jak oni zagrali o oparcie się całego bezpieczeństwa energetycznego o jednego dostawcę, który jest wariatem. Wmówili sobie, że to jest racjonalny człowiek. Wyszło to, co wyszło. Ja nie będę tego streścił.
Zastanówmy się raczej co dalej, bo to przyszłość jest ciekawa, to co nas czeka. I co nas czeka? I to już się dzieje. Ja mówię o pewnych rzeczach, które już zostały zainicjowane. To znaczy cała planeta rzuciła się na poszukiwanie źródeł ropy i gazu, nie tylko Zachód, bo Zachód, jak wiadomo, z tymi źródłami ma problem, ale Zachód zachęca i to zwłaszcza widać w Afryce, żeby wszyscy inni, gdzie mają te źródła do tej pory jakoś słabo zbadane, eksploatowane, żeby się rzucili na to i eksploatowali te źródła i pompowali. To widać, przecież ostatnio nawet Duda pojechał do Nigerii. Po co on tam pojechał? Nigeria jest przecież największym producentem ropy naftowej w Afryce. Żeby pompowali chłopcy więcej. Chodzi o zastąpienie surowców rosyjskich i wydobycie będzie zaczynane, inicjowane tam, gdzie do tej pory wydobycia nie było, bo Europa zainwestuje i zapewni rynek zbytu.
W Europie, w Chinach i w innych miejscach świata nastąpi gwałtowny powrót do węgla, który ma zastąpić ten deficytowy gaz, którego nie ma. I to oznacza oczywiście wzrost emisji gazów cieplarnianych. Przede wszystkim paradoksalnie u tych, którzy tę emisję do tej pory zmniejszali. I to będzie tej zimy zwłaszcza widoczne, taki kopniak, że tak powiem, cieplny, dwutlenkowo. Chodzi oczywiście o emisję gazów cieplarnianych, tutaj ze szczególnym uwzględnieniem dwutlenku węgla. Z drugiej strony Rosja zrobi wszystko, aby przekierować objętą sankcjami ropę i gaz na inne rynki. Tutaj przede wszystkim o Azji myślą, bo Azja ma pieniądze, żeby płacić i będzie ją sprzedawać tanio. Już ją tanio sprzedaje. Chińczykom daje 30% rabatu. Chodzi o zagwarantowanie zbytu, bo jak ktoś ma tanią ropę, to zawsze na niego kupca znajdzie.
Poza tym oni nic naprawdę innego na sprzedaż nie mają. Przedtem mieli broń, a teraz jak wiadomo broń jest im potrzebna na Ukrainie. Rynek oczywiście ten przymus rosyjski wykorzysta i wynegocjuje jeszcze korzystniejsze ceny, ponieważ Rosjanie są w sytuacji przymusowej i albo sprzedają Chińczykom i Indusom albo komu? Albo nikomu. W tym momencie niestety znajdujesz się w sytuacji dociśniętego do ściany i nie masz pola manewru. Sami się tak ustalili. Będą pompować jak oszalali, żeby coś zarobić mimo tych niskich cen. Jak masz niskie ceny, to żeby zarobić, to musisz walnąć tego surowca dużo. Inni też oczywiście będą pompowali pod korek, ponieważ ceny w Europie będą korzystne. Europa kupi każdą ilość nierosyjskiej ropy.
Tak to przynajmniej w tej chwili wygląda. Jaka będzie perspektywa w ciągu kilku lat? W perspektywie kilku lat na rynku będzie bardzo dużo paliw kopalnych, bo będą pompowali Rosja, OPEC plus ci jeszcze, którzy nawet nie wiedzą, że będą pompowali, a będą, ponieważ będzie im się to opłacało. Czyli ci nowi producenci. Bardzo duża grupa nowych producentów tutaj, zwłaszcza Afryka, cały zachód Afryki to wybrzeże atlantyckie, tam są duże złoża ropy i one będą eksploatowane. Ludzie z Europy pewnie odetchną z ulgą i pewnie przyspieszą transformację energetyczną. Bo jak ropa stanieje, to gospodarki dojdą do równowagi i z powrotem Zachód będzie miał jakieś tam nadwyżki forsy Którą włoży w odnawialne źródła energii. Czyli możemy powiedzieć, że efekt będzie taki, że Europa, w ogóle pozwany Zachód przejdzie w przyspieszonym tempie na OZE, czyli przejdzie w zieloną rewolucję, czyli ta część świata stanie się ekologiczna i ktoś może krzyknąć: „Hosanna! O to nam przecież chodziło”. Proszę państwa, Europa, Ameryka to nie wszystko.
A co będzie z resztą świata? I tu jest, jak to się mówi, pies pogrzebany, ponieważ tanie paliwa zniechęcą biedniejsze państwa Południa do kosztownej transformacji energetycznej. To naprawdę kosztuje. Paliwa będą tanieć, bo będzie po prostu gigantyczna produkcja. Poza tym, w momencie, jak Europa zacznie przechodzić intensywnie na OZE, ich zużycie w Europie spadnie, a pompowanie będzie dalej funkcjonowało. W związku z tym surowca będzie dużo, będzie on tani. I efekt będzie taki, że o ile na północy globu pompowanie gazów cieplarnianych do atmosfery rzeczywiście osłabnie, to na południu — Afryka, Azja, Ameryka Południowa — na dobre się rozkręci, niwelując efekt transformacji krajów Zachodu. Po prostu ci na dole wyemitują więcej niż ci na górze zaoszczędzą. Bowiem pewny zysk krótkoterminowy z tanich kopalin zawsze przeważa nad perspektywą większych nawet zysków długoterminowych. Siedzi tu jakiś ekonomista?
Szkoda. O, widzicie, czego temu krajowi potrzeba — ekonomistów. Powiem szczerze, ja bym skasował nawet paru filologów polskich, do których należę, dla paru mądrych ekonomistów. Każdy ekonomista to potwierdzi, co mówię. Dlatego gospodarki krajów Południa będą się owijały w oparciu o tanią ropę i gaz, bo raz uruchomione złoża będą produkować aż do wyczerpania zasobów. Te społeczeństwa na skutki środowiskowe nie będą kompletnie zwracać uwagi, ponieważ troski ekologiczne to cecha społeczeństw bogatych. Podstawową troską społeczeństw biednych jest wydobicie się z biedy jakimkolwiek kosztem, bez oglądania się na skutki środowiskowe. Tak jest zrobiony ten nasz światek i inny nie będzie. Do tego dochodzi sytuacja w samej Rosji, bo żeśmy ją na chwilę zostawili, a przecież sytuacja w Rosji się nie zatrzyma. Putin otwartym tekstem głosi konieczność zwiększenia wewnętrznej konsumpcji gazu, czyli też będą pompowali do atmosfery.
Pytanie oczywiście, na ile te jego zapowiedzi się spełnią, ponieważ w Rosji nie ma infrastruktury wewnętrznej. Cała ta infrastruktura była skierowana na zewnątrz. Tam chyba 65% gospodarstw domowych nie jest podłączonych do gazu. Palą chustem chyba, zwłaszcza na prowincji. Więc trzeba zbudować infrastrukturę i nie wiem, czy będą mieli na to pieniądze. Myślę, że wątpię. Oczywiście ważna jest też sytuacja klimatyczna na tym obszarze. Zwróćcie uwagę na doniesienia z Syberii. Tundra wysycha i pali się coraz intensywniej. Co roku te pożary tundry są coraz większe.
Taki spalony las odsłania coraz większe obszary wiecznej zmarzliny, która jest pozbawiona tej izolującej otuliny drzew liściastych czy iglastych jakichkolwiek. O stabilizującej roli lasu dla środowiska pisał już legendarny niemiecki przyrodnik Humboldt na początku wieku XIX. Proszę państwa, odsyłam do Humboldta. Co się Staniecki śmiejesz? Z Humboldta się śmiejesz?
[03:19:07] - Tak, Humboldt zawsze przesadzał.
[03:19:09] - Tak jest, przesadzał. Wytnijcie wszystkie lasy, będziecie szczęśliwsi. Jaki będzie efekt? Taka spalona ziemia jest pokryta takim czarnym popiołem, a jak wiadomo, czarne przyciąga promienie słoneczne, czyli się jeszcze bardziej rozgrzewa, bo nie odbija tego. W związku z tym ta wieczna zmarzlina będzie się nagrzewała, uwalniając coś, co jest uwięzione tuż pod wieczną zmarzliną. I to nie pięć czy 10 kilometrów, tylko kilkanaście metrów pod. Co tam jest, moi drodzy przyrodnicy? Metan, proszę państwa, który jest jeszcze gorszym gazem cieplarnianym niż dwutlenek węgla. Syberia w ciągu kilku, kilkunastu lat zmieni się w wielką pompę metanu do atmosfery. Oczywiście też dzięki temu idiocie, wariatowi, szaleńcowi, nie wiem, jak go już nazwać, Kaliguli XXI wieku, ponieważ oni nie mają środków, żeby nad tymi pożarami zapanować, bo wiadomo, gdzie są ich siły i środki.
Obracają w perzyny ukraińskie miasta. Cały ten proces, który tu z konieczności przedstawiam w uproszczeniu, wymieniłem najważniejsze składowe, można by spokojnie walnąć pięciodniowe seminarium na ten temat, doprowadzi w ciągu paru lat do skokowego zwiększenia produkcji gazów cieplarnianych. Nie wiem oczywiście o jakie rzędy wielkości, bo ja się opieram na pewnej intuicji, pewnej wyobraźni ilościowej. Nie mam wiedzy, nie potrafię tego policzyć, jestem prostym polonistą do kasacji. Przydałby się dobry fizyk, ale mamy takiego, tego Malinowskiego od fizyki atmosfery i on pewnie już to liczy. Być może nie chce mówić głośno, bo Bo nie ma takiej odwagi jak ja, żeby wam powiedzieć zaraz to, co wam powiem. W efekcie opisanego przeze mnie procesu nasza nieszczęsna, wymęczona planeta dostanie tak potężnego cieplarnianego kopa, że tego po prostu już nie zniesie w żaden sposób. Ja poprzednio sądziłem, jeszcze w zeszłym roku, że te różne polityki klimatyczne oczywiście nie doprowadzą do odwołania, zawieszenia katastrofy, ale doprowadzą do jakiegoś jej złagodzenia, rozciągnięcia w czasie, że będziemy się gotować oczywiście powoli jako te żaby, ale naprawdę, że to będzie takie powolne gotowanie, a może nawet troszkę jeszcze zachowamy resztki przyjemności. Ale niestety wywrócenie stolika przez pana Putina spowodowało, że dziś nabieram przekonania, że kataklizm będzie miał postać nie ciągłego okresu z pogarszającymi się stopniowo parametrami, ale będzie to rodzaj punktu krytycznego, który przekroczymy nagle, być może nawet w ciągu roku. Góra kilku lat, nie kilkunastu.
I znajdziemy się klimatycznie w zupełnie nowej rzeczywistości, diametralnie innej, niesprzyjającej życiu. Czyli dojdzie do tytułowej ekokalipsy. Dlatego już teraz, szanowni państwo, przyjmijcie do wiadomości, że praktycznie jesteście trupami. Lepiej wam się będzie z tym żyło. Co możemy z tym zrobić? My, ludzie, praktycznie nic, ponieważ ta klimatyczna maszyna została uruchomiona i ona po prostu leci sobie swoim biegiem. Już nam się wymknęła z rąk jak ten kamień z rąk Syzyfa i możemy popatrzeć, jak wali w dół. Putin dolał paliwa, dodał gazu i wszystko dzieje nam. Ale jak wspomniałem na początku, natura nie znosi próżni i zawsze ma jakiś plan B. Poza tym, proszę państwa, ja nie wiem, czy kogokolwiek tutaj to pocieszy, ale ja chciałem powiedzieć, że w dziejach ziemi ekokalipsa to właściwie nie jest coś bardzo nowego, że podobne historie już się zdarzały i tak w wymiarze globalnym, jak lokalnym.
Przypomnę chociażby potop słynny. „Postanowiłem położyć kres istnienia wszystkich ludzi, bo ziemia jest pełna wykroczeń przeciw mnie, zatem zniszczę ich wraz z ziemią”. To jest oczywiście Księga Rodzaju i to powiedział Bóg, zapowiadając człowiekowi imieniem Noe pierwszą w dziejach ekokalipsę, czyli kompletną katastrofę ekologiczną, bo przecież ten 40-dniowy deszcz, który zalał całą ziemię i wygubił wszelkie życie, to przecież była ekokalipsa. Możemy dzisiaj nawet sobie powiedzieć, że to była pierwsza w dziejach ekokalipsa, ale jeszcze litościwy Bóg pozwolił zachować zestaw kopii zapasowych, czyli po prostu Arkę Noego z zawartością. To był ten zestaw kopii zapasowych, a cała reszta planety uległa kompletnemu i całkowitemu resetowi, że przypomnę, że Ziemia została zalana tak, że dopiero po iluś tam kolejnych chyba 40 dniach wynurzył się czubek góry Ararat. Tak to przynajmniej stoi w Piśmie. My nie musimy traktować oczywiście Biblii jako źródła naszych wierzeń, ale ja jako filolog polski traktuję Biblię jako księgę mądrościową. Że jest tutaj pewna mądrość skierowana, sformułowana u zarania naszych dziejów, żebyśmy uważali, co robimy. Po prostu. To jest rodzaj ostrzeżenia.
Bóg pozwolił ludziom, aby czynili ziemię sobie poddaną, ale nie pozwolił jej w sposób niegodziwy i pełen wykroczeń, jak sam tu mówi, dewastować. Bo intencją Boga przecież było tworzenie. Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre i kiedy by przestało i ludzie zaczęli względem siebie i swojego otoczenia zachowywać się po chuligańsku, to po prostu zastosował okrutną karę eliminacyjną i zesłał potop. Zostaliśmy zatem ukarani już u początku i zgodnie z naszą ułomną ludzką naturą nie wyciągnęliśmy kompletnie żadnych wniosków. Ja pragnę zwrócić uwagę, że tym razem będzie gorzej, bo wtedy rzecz się zamknęła w ciągu 40 dni nieustannego opadu, jeśli wierzyć Pismu. A ta ekokalipsa, która ku nam nadchodzi, nie sądzę, żeby była skomasowana do 40 dni, bo jak mówią jeśli masz już umierać, to umieraj szybko. Jaka jest najlepsza śmierć, panie Fronc?
[03:26:29] - Wpaść pod samochód i zemrzeć natychmiast.
[03:26:32] - Tak jest! Szybka. Najlepsza śmierć jest szybka. Bodajże to już była myśl Sokratesa, tak mi się wydaje. Chociaż w czasie picia cykuty to on chyba z pięć godzin umierał albo i sześć. W każdym razie Platon całą obronę Sokratesa na ten temat napisał, więc umierał długo. Wolałby chyba Sokrates ten samochód Fronca, może nawet z Froncem za kierownicą. W każdym razie nie będzie to tak fajnie, jak w czasie potopu. Proszę państwa, spadną na nas nie tylko ulewne deszcze i powodzie, ale też fale upałów i pożarów oraz susze na przemian z gwałtownymi glacjałami. Czyli zahandlowaliśmy sobie wyjątkowo sadystyczną torturę: podtapianie, przypalanie, mrożenie.
Do tego dorzućmy głód, epidemie i wojny. Fajny zestaw. Już widzę tutaj uciechę w oczach waszych. No cóż, jesteśmy tylko ludźmi i sadyzm, masochizm i tak dalej. Wszystko jest ludzkie. Nic, co ludzkie, nie jest nam obce, proszę państwa. Oczywiście to, co ja mówię, potwierdzają też całkowicie naukowe raporty na temat klimatu. Jest taka grupa międzynarodowa, nazywa się IPCC i oni właśnie chyba rok temu już przeszło opublikowali raport jeszcze przed ekscesem Putina, że jesteśmy o włos od punktu krytycznego, a tak naprawdę to myślę, że oni już wiedzą, że jesteśmy już po punkcie krytycznym i Putin tak naprawdę, to można by powiedzieć, być może dobił tylko nieboszczyka. Dobił umierającego, który i tak już był właśnie nieboszczykiem. Oczywiście nie ma już właściwie odwrotu i ten punkt zostanie przez nas przekroczony.
Naszej cywilizacji napisano mane, tekel, fares, a właściwie napisał to Putin. Policzono, zważono, rozdzielono i podobnie jak biblijny Baltazar możemy czekać jedynie na koniec. Tym razem, proszę państwa, to my musimy poddać się ziemi i ona zrobi z nami porządek. Ja przy okazji przypomnę, że to nie był koniec nauk udzielonych ludzkości, chodzi o Biblię, ponieważ jeszcze potem mieliśmy ekokalipsy w wymiarze lokalnym o różnym nasileniu i skutku. Bardzo ciekawym przykładem są dzieje starego państwa Majów, które to państwo kwitło u schyłku pierwszego tysiąclecia naszej ery w Mezoameryce, czyli w Ameryce Środkowej. Zbudowało wspaniałą cywilizację. To państwo mieli sztukę, religię, pismo, kamienne miasta, piramidy i tak dalej. To była świetna prekolumbijska cywilizacja. Tylko że po bardzo krótkim czasie, kilkunastu dosłownie lat, jak twierdzą archeolodzy, gwałtownie się załamała i musieli opuścić to w sposób gwałtowny rejon starego państwa i wynieśli się na Jukatan, gdzie założyli nowe państwo, zaczynając praktycznie wszystko od zera. Co się stało?
Okazało się, że winą jest rabunkowa gospodarka rolna, a właściwie taki bardzo prymitywny sposób. Mianowicie Majowie, jak wiecie, nie znali orki, nie mieli zwierząt pociągowych. Te swoje kukurydziane pola użyźniali metodą wypalania i kopania jakimiś tam drewnianymi motykami, czyli bardzo niedoskonała metoda. Szczególnie to wypalanie na dłuższą metę jest bardzo szkodliwe, bo o ile to raz na początek można zrobić i zostawić, to jest okej, ale jak to się robi co roku, to się doprowadza do zasolenia gleby. A co się dzieje z zasoloną glebą, to chyba wszyscy wiemy. Po prostu roślina usycha, a zasolone pole nie daje plonu. To się zbiegło z suszami i po prostu cywilizacja Majów doznała tak wielkiej klęski głodu, a przy tym nie mieli jeszcze środków transportu, bo na przykład nie mogli sytuować tych pól dalej. No bo wiadomo, naokoło miasta pola nam wyjałowiły się, no to budujemy te pola dalej. Tylko że Majowie nie znali koła i był problem z transportem. Mówiąc krótko, te pola musiały być blisko miasta, bo oni tam nie mieli zwierząt jucznych żadnych, nawet głupich lamp, które mieli Peruwiańczycy i transport nawet w czasach Azteków opierał się o ludzi.
To ludzie byli siłą transportową i wszystko nosili na plecach. Nawet nie ciągnęli żadnych wózków, ponieważ Majowie znali ideę koła, ale nie znali koła w praktyce, czyli żeby połączyć to w oś i zastosować jako powóz. W związku z tym musieli sobie znaleźć nowy kraj, żeby go eksploatować od podstaw i te pola właśnie żeby były blisko miasta. Innymi słowy, Majowie skazili ziemię, na której żyli, no i ponieśli konsekwencje. Podobny los spotkał khmerski Angkor. Mniej znana historia może w Europie, ale Khmerowie stworzyli w średniowieczu bardzo wielkie państwo i do tej pory kto tam pojechał do Kambodży, to jest w dżungli ukryte miasto zajmujące tam kilkadziesiąt hektarów. Tam mieszkało chyba w porywach do pół miliona ludzi. Też rzecz była inaczej niż u Majów wymyślona, ponieważ rzecz była oparta na precyzyjnym systemie irygacyjnym i to im do pewnego momentu funkcjonowało, z tym że w którymś tam momencie uznali, że skoro to tak wszystko ładnie rośnie i tak dalej, to my to olewamy. Przestali po prostu pilnować systemu irygacyjnego, który im nawalił. Pozatykały się te rury i zapomnieli, jak to konserwować, bo wiadomo, że wiedza też ginie.
Wiedza nie jest dana ludziom na zawsze. Wiedza może zniknąć. Cywilizacje mogą się degenerować, mogą tracić swoją wiedzę. No i oni stracili wiedzę na temat tego, jak konserwować ten system, żeby on był dalej funkcyjny i Angkor upadł. Tam po prostu kraj, który produkował nadwyżki ryżu, nagle ludzie się tam zaczęli bić o ryż, bo pola wyschły. Bo jak się rowów melioracyjnych nie pielęgnuje, to nic z tego nie będzie. I trzecim takim przykładem, który jakby wiąże i fizyczne działanie, i zarazem ludzkie szaleństwo, to jest przykład Wyspy Wielkanocnej Którą zresztą Marek Oramos przywołuje w swojej powieści „Kankan na wulkanie”. Będziemy o tym mówić jutro. Zapraszam na nasz panel o godzinie 20, czyli tuż przed snem będzie kilka myśli przez nas wypowiedzianych do poduszki. Marek Oramos przywołuje przykład Wyspy Wielkanocnej.
Jak wiadomo, to jest niezbyt duży obszar, który był dość gęsto zaludniony przez Polinezyjczyków. I wszyscy, kto oglądał film „Rapa Nui” polecam jako szkoleniowy wręcz, to wie, co się tam stało. Po prostu dostali obłędu religijnego. Równocześnie doszło tam do rywalizacji klanów na wielkość i ilość posągów i zużyli wszystkie swoje zasoby niedużej wyspy na budowę tych posągów. Przede wszystkim ścięli wszystkie palmy, jakie tam były, które jak wiadomo ochraniają glebę i same są też źródłem pożywienia. Orzechem kokosowym tam od biedy się można nawet najeść. Doprowadzili do kompletnej dewastacji systemu rolnego. Skończyło się to, totalnym głodem i dewastacją środowiska. Nie ratowało ich nawet to, że mieli morze jako źródło pożywienia. Jak człowiek złapie wieloryba, to cała wiocha będzie żyła z tego jak Eskimosi.
Eskimosi potrafią z wieloryba żyć przez rok, a raczej potrafili, jak jeszcze je łowili. Na Wyspie Wielkanocnej doszło do sytuacji, że oni do tego stopnia wykończyli swoją gospodarkę drzewną, że nie mieli drewna, żeby zbudować łodzie i wypłynąć po ryby. Co najwyżej uprawiali jakieś takie wędkarstwo przybrzeżne. I to wszystko wynik, proszę państwa, religijnego obłędu, kompletnego zlekceważenia realności na rzecz religijnego szału.
[03:35:14] - I zapisali to na złotych tablicach i dzięki temu wiemy, że to religijne obłędy.
[03:35:22] - Proszę pana, wystarczy tam popłynąć i popatrzeć na te durne posągi, to pan zrozumie wszystko. Pan popłynie, panie Staniewski. Pan jest bogaty. Pan zbiera na to całe życie. Wiem, że pan chce popłynąć. Tylko niech nam pan żadnych posągów nie buduje, bo już nam wystarczy. PiS już nam tych posągów nastawiał. Tak to niestety wygląda. Te poszczególne przykłady, proszę państwa, niczego nas nie uczyły. Można by nawet powiedzieć i to jest pewien paradoks dziejów, że wstąpiliśmy na drogę ku temu finałowi, który jest przed nami, a który większość z was tutaj, mówię o tych młodszych oczywiście.
Być może Staniewski będziesz miał szczęście i razem ze mną będziesz to oglądał, wąchając kwiatki od spodu. Ale większość z was młodych prawdopodobnie to na 100% obejrzy, że na tę drogę ku temu straszliwemu finałowi wstąpiliśmy w momencie, kiedy wykopaliśmy pierwszą grządkę. Chodzi mi o tak zwaną rewolucję rolniczą. Tak ją się nazywa, do której doszło 10–12 tysięcy lat temu w Mezopotamii i równolegle w Chinach. My znamy ten krąg mezopotamski. Wiemy, że z tego się potem pierwsza cywilizacja Sumerów narodziła i tak dalej. Można by powiedzieć, że gdybyśmy wtedy nie zaczęli obsiewać ziemi i ten obsiew tej ziemi zapewnił nam pierwsze nadwyżki żywności, nie zaczęły właśnie gromadzić się wioski. W tych wioskach, ponieważ była żywność, to rosła populacja. W związku z tym wioski przekształcały się w miasta. Potem te miasta zaczęły ze sobą komunikować.
Zaczęliśmy budować drogi, mosty, maszyny, koleje, rakiety kosmiczne. I znaleźliśmy się tu, gdzie jesteśmy. Zaczęliśmy przekształcać ziemię i zakażać ziemię, niespecjalnie dbając o to, co będzie. Gdybyśmy, proszę państwa, zostali na etapie tych pierwotnych wspólnot łowieckich, zbieracko-łowieckich, które żyły z tego, co im dostarczała natura sama na zasadzie znajdę, to zjem, nie znajdę, to umrę z głodu. Czy złowię, to zjem, nie złowię, umrę z głodu. To prawdopodobnie do tego wszystkiego by nie doszło, gdyż wspólnota zbieracko-łowicka była doskonale zintegrowana ze swoim środowiskiem. Nie naruszała niczego.
[03:38:05] - Nie zgadzam się, słuchaj. Wszędzie gdzie się ludzie pojawiali w grupach od razu, albo w ciągu kilku tysięcy lat ginęły duże ssaki, bo nie były w stanie się rozmnażać. Więc zmienialiśmy ekosystem od razu.
[03:38:19] - Tak, tylko że zmienianie ekosystemu bez rolnictwa to zajęłoby nam... Tak, oczywiście, jakoś tam by ta populacja powolutku rosła. Tylko że w tej chwili to tak oczywiście rzucam w biegu zamiast 8 miliardów ludzi, to może by nas było 8 milionów rozproszonych na gigantycznym obszarze. I zaręczam, że jednak Ziemia dalej by się nadawała do użytku przez następne setki lat czy tysiące lat, a może i więcej, a nie to, co jest teraz. Proszę?
[03:38:51] - Dopóki meteoryt nie walnie i nie spuści wszystkiego z dymem tak czy inaczej.
[03:38:54] - Proszę pana, my nie musimy czekać na meteoryt. Wystarczy nam Władimir Władimirowicz Putin. To jest ten meteoryt, który walnął, proszę pana i pana załatwił. Ja może jeszcze umrę śmiercią naturalną w jeszcze przyzwoitych warunkach, chociaż też zaczynam... Jak zobaczyłem te ryby w Odrze, zacząłem w to wątpić. Lekko jednak. Ci, którzy są ode mnie o 10 lat starsi czy więcej Panie Staniewski, mogą myśleć o tym z lekkim optymizmem, z większym optymizmem, może tak to określę.
[03:39:26] - Jest inne niebezpieczeństwo, bo zmiana klimatu, przesuszenie klimatu może nam pójść na sucho, bo są zjawiska, które są-
[03:39:36] - Wiem, że przyszedł tu denialista klimatyczny. Spokojnie, idź nad tą Odrę, naniuchaj się tych padłych ryb, może coś do ciebie dotrze. Dobra, albo weź sobie wmontuj coś w mózg i zostań cyborgiem, bo teraz powiem. Staniewski, moja teza jest następująca, że jest ekapokalipsa i koniec. To jest moja teza i się przymknij.
[03:39:57] - Bo ludzi jest za dużo.
[03:39:58] - Napisz kontrreferat, a teraz się przymknij. Proszę państwa, co my możemy zrobić w tej sytuacji? Tu oczywiście wchodzi fantastyka naukowa, która nam proponuje kilka różnych opcji, więc przede wszystkim możemy się przystosować. Opcja numer jeden to jest przystosowanie i taki wymowny przykład to jest „Diuna”, gdzie mamy tych właśnie Fremenów, którzy są idealnie przystosowani do planety Arrakis. Według mnie planeta Arrakis w wizji Franka Herberta to była przyszła Ziemia, całkowicie spustynniona Ziemia, gdzie mamy ludzi doskonale przystosowanych do życia na pustyni. Tylko ja chcę zwrócić uwagę, jakie to jest życie. To życie polega na tym, że walczymy o każdą kroplę wilgoci, odzyskujemy ją nawet z trupów. Po drugie jako tako możemy funkcjonować jedynie w podziemiach i nasza egzystencja właściwie niewiele się różni od bytowania neandertalczyka. Więc owszem, jest to jakiś rodzaj życia, ale jak to mówił mój kolega, już niestety nieżyjący, bo umarł na COVID: co to za życie? Jest to jakaś opcja, ale w sumie mało porywająca.
Jest też głos Polski w tej sprawie. Bogdan Peteski w powieści „Tylko cisza”. Polecam ją zwłaszcza młodym ludziom. Jest to połowa lat 70. i facet już wiedział, co będzie. U niego akurat dochodzi nie tyle do efektu cieplarnianego, co skażenia Ziemi toksynami przemysłowymi tak, że po prostu gleba już nie jest w stanie rodzić normalnych roślin, nie można zebrać nieskażonych plonów i tak dalej. Trzeba coś natychmiast z tym zrobić. Peteski wymyśla nawet taki patent, tylko że niestety fantastyczny. Patent jest dobry, tylko nie do zrealizowania. Mianowicie Peteski proponuje wyłączyć ludzkość, czyli wyłączyć najbardziej szkodliwy czynnik.
W związku z powyższym u Peteskiego mamy wizję, że ludzkość jest zahibernowana w całości na 80 lat. W latach 70. to była modna koncepcja pól siłowych. Z tych pól siłowych to niemalże łyżki do jedzenia miały być robione. W ogóle były tam jakieś historie z antygrawitacją. Moda była, że w każdej powieści science fiction z tych czasów były pola siłowe. Więc Peteski wymyślił, że z tych pól siłowych budujemy gigantyczne komory hibernacyjne większe od piramid i tam układamy warstwami ludzi, mrozimy ich i oni 80 lat czekają. Cała reszta planety też czeka, dokonuje się samoregeneracji, a w tym czasie Ziemia się odnawia. To jest pomysł Peteskiego. Kolejnym pomysłem to jest ucieczka.
Jak się nie da tu żyć, to wiejmy stąd. Pytanie gdzie? Motyw ucieczki całej planety to w fantastyce naukowej też się oczywiście pojawiał, na przykład w opowiadaniu Arthura C. Clarka. Nie wiem, czy to nie jest jeden z pierwszych takich motywów. Wyprawa ratunkowa, gdzie akurat chodzi o supernową i cała ludzkość z Ziemi się zabiera na setkach tysięcy statków. Ale to jest utopia oczywiście kompletna, ponieważ Elon Musk, czytałem założenia jego projektu Mars, wychodzi na to, że z bidą damy radę milion ludzi i to tylko w jedną stronę, i to kosztem jakiegoś szalonego wyeksploatowania resztek naszej planety. Czyli kto się załapie, to się załapie. Prędzej można by powiedzieć, że większą, realniejszą wizją jest wizja z filmu „Interstellar” Christophera Nolana, gdzie jak pamiętamy, jakieś tam resztki ludzkości kryją się w okolicach Jowisza, w takich tubach, gdzie budują sobie arki i jakoś tam funkcjonują w oparciu o energię z Jowisza. I proszę państwa, kolejną opcją są opcje posthumanistyczne.
To ja już to może w skrócie, bo się za bardzo rozgadałem, jeszcze kłóciłem z tym Staniewskim. Odsyłam do swojego tekstu w Nowej Fantastyce, gdzie te opcje posthumanistyczne są bardziej rozróżnione, szczegółowo wymienione, ale takie opcje to A. człowiek zmodyfikowany, czyli taki transczłowiek, który będzie tak, jak Staniewski chyba planuje, że on sobie nawszczepia tych chipów, egzoszkieletów i tak dalej, że będzie po prostu nowym rodzajem człowieka. I to jest oczywiście też taki człowiek, właściwie już cyborg nie cyborg. I wtedy taki człowiek zmodyfikowany czy też genetycznie zmodyfikowany, bo możemy do genów się odezwać, to otrzymamy takiego człowieka, który będzie znosił ekstremalne temperatury i obędzie się naparstkiem wody. Ewentualnie możemy sobie też wymyśleć netczłowieka. Czyli skoro real się przestał nadawać do życia, to może w takim razie damy nogę do netu, proszę państwa. I to jest oczywiście Otwiera się przed nami cała przestrzeń różnych utworów cyberpunkowych. Dla mnie najbardziej porywające są powieści Jacka Dukaja, zwłaszcza „Perfekcyjna niedoskonałość” i „Starość aksolotla”. Tutaj będzie problem związany z tym, że trzeba będzie zapewnić po pierwsze zasilanie takiego netu, żeby to zasilanie nie padło, bo jak wiadomo bez zasilania komputer czy blok pamięci, cokolwiek to jest tylko kawał plastiku i metalu.
Po drugie hardware też musi być niezniszczalny i tak dalej, więc tu jest cały problem bariery technologicznej, której moim zdaniem nie przekroczyliśmy. I jeszcze jest problem tego, czy taka netowa świadomość wytrzyma w tym necie, bo taki świat jest po pierwsze skończony, a po drugie to Dukaj zwraca w „Starości aksolotla” kwestię, że człowiek jest psychicznie niegotowy do rozstania się ze swoją cielesnością, ze swoim ciałem. Nie potrafi funkcjonować poza swoim ciałem jako czysta, odcieleśniona świadomość. I tutaj Dukaj przewiduje poważne problemy psychologiczne i ja zresztą też. I na samym końcu, co się wydaje być może najbardziej prawdopodobne, że mechanicznymi następcami człowieka posthumanistycznymi zostaną, proszę państwa, roboty, co już przepowiadał Karel Čapek w słynnym dramacie „R.U.R.”, skrót od „Uniwersalne Roboty Rossuma”, gdzie jest to dokładnie opisane. Ludzkość przestaje się rozmnażać, ginie, a zastępują go twory sztuczne, człekopodobne, bardzo podobne do replikantów. Ja nawet nie wiem, czy to idea tego, że oni są ze sztucznej skóry zrobieni i właśnie niedooróżnialni od ludzi to już jest u Čapka. To są właśnie takie roboty i te roboty odtwarzają. Tam występuje też Roboci Adam, Robocia Ewa i one odtwarzają od początku rasę ludzką. I myśl ostatnia.
Ja przypominam, ile tutaj mi urwali. Najpierw ten, co zapomniał, że to nie jest jego prelekcja, a potem ci magicy, co mi tu 10 minut coś naprawiali. Ale to już myśl ostatnia, już was puszczam. Może będzie i tak jak u Lema. Przypomnę tutaj dziadersom, a młodzieży polecę „Niezwyciężony” i opisana w tejże powieści cywilizacja cybernetycznych cyberchmur tak zwanych, czyli chmur struktur złożonych z mikrorobotów. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że do użycia takich mikrorobotów raczej służyły do skonstruowania nanocząstki. Lem używa jeszcze pojęcia mikrorobotów, że była to taka nanocylizacja, która zapanowała nad całkowicie jałową, wyzbytą z życia planetą. Tam się dostosowała, funkcjonując właśnie w razie potrzeby zbierając się w takie chmury i wtedy reagując na zagrożenia. Polecam to. Bardzo możliwe, że ponieważ my tę Ziemię naszą wyjałowimy, że jedynym organizmem, który będzie w stanie za kilkaset lat na Ziemi przetrwać już po wymarciu ostatnich organizmów żywych, to będzie właśnie taka nanochmura o preweniensji jakiegoś tworu człowieka ewoluująca z jakichś naszych, bo jeszcze tych robotów to podejrzewam narobimy.
I tak jak u Lema ostatnią oznaką życia to będzie właśnie jakaś taka bzycząca robocia chmura unosząca się gdzieś tam w przestworzach. Koniec i bomba. Kto słuchał, ten trąba. Przepraszam, że nie miałem wam nic weselszego do powiedzenia.
[03:49:15] - Ja mam jedno pytanie.
[03:49:19] - No jedno. Jedno, bo zaraz tu przyjdzie ten prelegent, co tu się pomylił.
[03:49:23] - Jeszcze pięć minut.
[03:49:25] - Pięć.
[03:49:26] - Trochę mniej. Słuchaj, przedstawiłeś przyczynę i skutek. Logicznie po kolei krok po kroku. Tylko obawiam się, że nie uwzględniłeś jednego elementu. Kluczowego czynnika. Człowieka. Obawiam się-
[03:49:45] - Uwzględniłem i skreśliłem.
[03:49:48] - Niedorozwinięte. I teraz ci powiem dlaczego. To jest również w literaturze science fiction i istnieje od kupy lat. Obawiam się, że ekopokalipsy niestety nie dożyjemy, ale nie dlatego, że ona się stanie, tylko dlatego, że zanim zacznie się, zaczną ludzie się zabijać o resztki bajtła, resztki jedzenia. Nie zginiemy z powodu apokalipsy.
[03:50:18] - Ekokalipsa. Ucz się tego wyrazu. Ekokalipsa. Ekokalipsa.
[03:50:24] - Dlatego po prostu się zabijamy.
[03:50:27] - Uczcie się trudnych wyrazów. Ekokalipsa.
[03:50:29] - Zabijamy się przed nią, zanim-
[03:50:31] - Drogi kolego. W skład ekokalipsy wchodzą też elementy związane z tym, że ludzkość przejdzie oczywiście określony paroksyzm. Wiadomo, że takie zaburzenie homeostazy, jakie spowoduje ekokalipsa w wymiarze przyrodniczym, spowoduje, ale wtórnie ekokalipsę cywilizacyjną, bo w momencie, kiedy zasoby przyrodnicze bardzo się skurczą i skurczą się te obszary nadające do życia, to ja już w to nie wnikałem, bo macie tych powieści postapo, gdzie tam się o ostatnią beczkę wody biją całe miliony i tak dalej, to sobie poczytajcie jakiegoś tam Szmicia innego, oni to sobie produkują całymi setkami. To nie jest moja sprawa. Mnie interesują trendy, a nie głupawe powieścidła o ludziach walczących o łyżkę wody.
[03:51:23] - To jest prawda. Ludzie tak się zachowują.
[03:51:25] - I oczywiście to będzie ten element, ale nigdy w życiu by się tak nie zachowywali, gdybyśmy nie spowodowali zdewastowania naszej planety.
[03:51:35] - Gdyby nie to, że weszliśmy w spiralę rozwoju i ten rozwój zaprowadził nas tu, gdzie nas zaprowadził.
[03:51:42] - Czyli gdzie?
[03:51:43] - Do ekokalipsy.
[03:51:45] - Do katastrofy.
[03:51:46] - Zabijemy nie tylko siebie, ale i tę planetę. Wszystko, co dla nas ważne. Planeta przeżyje tak jak księżyc przeżył. Coś tam. Dobra, koniec i bomba. Teraz tu chyba ma być Ramus albo coś takiego. I co państwo na to? Oczywiście śmierć, zagłada nas czeka. Nie wiem, czy państwo to zauważyli, ci wszyscy, którzy się oburzyli, że Jacek wieszczy te straszne rzeczy, które się nam wydarzą, ale robi to w niezwykle wdzięczny sposób. I oczywiście musimy mu wierzyć, że tak to się wszystko stanie i że on jest szczęśliwy, że będzie wąchał w tym czasie kwiatki od spodu.
Ale jakoś tak nie do końca mu wierzę. Myślę, że ten pazur publicystyczny w nim tutaj zwycięża. I o to tak naprawdę chodzi, bo zwraca uwagę na szereg istotnych rzeczy. Nie jest zwariowanym ekologiem, któremu odbiło i opowiada różne kocopały. Wręcz przeciwnie, to są rzeczy, które sobie posprawdzał i ułożył w pewną historię, jak to człowiek piszący fantastykę. Czy ona będzie prawdziwa? Tego nie wiem, ale na pewno jest to rzecz zastanawiająca. Powiedziałem o tej prelekcji, o ekokalipsie Wiktorowi. Wiktor się uśmiechnął, bo Wiktor się zawsze uśmiecha, po czym skomentował. Na swój sposób oczywiście.
Nie, że tak wprost się odniósł. Nie, to nie Wiktor, ale powiedział mniej więcej coś takiego. Ja się z państwem właśnie podzielę.
[03:53:41] - Wiesz, mój przyjaciel Leszek Kościelny, który się zajmuje światowym leśnictwem, ochroną przyrody. Zrobił, i to nie w domu, ale przy pomocy maszyn troszkę większej generacji niż te nasze chałupnicze, w pracy wykonał ogromną robotę. Zrobił symulację rozkładu temperatur Ziemi przez ostatnie trzy miliardy lat. Z uwzględnieniem dokładnie wszystkich takich czy innych, w każdym razie nieważne. Robotę wykonał potężną. Natomiast co z tej roboty wynika? Otóż z tej jego roboty wynikło, że przeciętna temperatura Ziemi przez ostatnie trzy miliardy lat, czyli ta naturalna jej temperatura, zgodna z umiejscowieniem naszej planety w tym pasie dającym życie wokół Słońca. My jesteśmy między Marsem i Wenus. Tamte są poza tą życiodajną strefą. Otóż Ziemia znajduje się w tej strefie i przez ostatnie trzy miliardy lat średnia temperatura Ziemi wynosiła 18 stopni.
W tej chwili wynosi 14 stopni. Z tego wynika, że to, co się dzieje w tej chwili, to całe ocieplenie klimatu jest zwykłym powrotem do naturalnej temperatury. Ziemia próbuje wrócić do swojej naturalnej. My akurat patrzymy, że tak powiem, przez pryzmat. My jesteśmy po prostu dziećmi tego glacjalnego oziębienia. Człowiek jako taki. My się urodziliśmy jakoś dzięki temu oziębieniu. Prawdopodobnie żeśmy powstali. Natomiast nie jest to naturalna, właściwa temperatura Ziemi i Ziemia w tej chwili sama próbuje wrócić do normy.
[03:56:28] - Przyznacie państwo, że dosyć odmienny pogląd. Taki bardzo spokojny, również spokojny, ale zupełnie inne stanowisko. Komu wierzyć? Proszę państwa, to jest tak jak w naszym współczesnym świecie. Jedni wierzą w to, drudzy wierzą w tamto. A jak będzie, się zobaczy. Myślę, że Wiktor podsumował sprawy ekologiczne w taki dosyć mocny sposób. Nawet nie wiem, czy się część naszych słuchaczy nie oburzy, ale to jest Wiktora prawo. Jak to z tą temperaturą? Wiecie państwo, ja już dawno przekonałem się o tym, że rozmawianie o ekologii w naszych czasach jest dosyć śliską sprawą.
Bo przede wszystkim ekologami nazywamy ludzi, którzy nic nie mają wspólnego z nauką, a przypomnę tylko, że to logos O logos, które jest w ekologii. On wskazuje na ślad naukowości, że to jednak coś wspólnego z myślą naukową ma. I okazuje się, że dzisiejsi ekologowie to nie są ludzie, którzy się zajmują tymi wszystkimi zależnościami w sposób naukowy, tylko ludzie, którzy coś chcą nam udowodnić. I ja wcale nie przeczę, że oni może mają, może nie mają rację, ale wolałbym, żeby poza głębokim przekonaniem mogli mi zaprezentować coś jeszcze. To tyle. Myślę, że chyba czas już zakończyć dzisiejsze spotkanie. I tak to pierwsze „Bibliotekarium 2.0”, czyli Akademia Wszelakiej Fikcji troszkę potrwało i myślę, że od tej pory będziemy się spotykać co tydzień w podobnej formule. Będzie dużo różnych rzeczy. Czasami będą goście na żywo, czasami będą goście z tak zwanej „puszki”. Niemniej zawsze będzie tu trochę ruchu, czasami trochę tłoku.
I tym optymistycznym akcentem żegnam się z państwem. Życzę wszystkiego dobrego, samych dobrych przemyśleń i zapraszam za tydzień na kolejne „Bibliotekarium 2.0. Akademia Wszelakiej Fikcji” i mogę państwa zapewnić, że będzie ciekawie, a nawet bardzo ciekawie. Dlaczego ciekawie? Oczywiście powiem dlaczego. Ponieważ postanowiłem się z państwem podzielić taką prelekcją, którą wygłosiłem na Coperniconie, dotyczącą obcych. Kiedy tak naprawdę obcy pojawili się w naszej kulturze? Ja zacząłem już w tym pierwszym „Bibliotekarium” o tym mówić, ale stwierdziłem, że nie będę robił prelekcji przedpremierowej. W związku z tym się wstrzymałem. Zatrzymałem się gdzieś tam na wczesnym średniowieczu, a za tydzień podzielę się z państwem całym spektrum tych wszystkich przemyśleń.
O jakich obcych mi chodzi? O tych obcych, którzy przybywają z innych światów, ale innych światów definiowanych jako inne planety krążące wokół innych słońc. Bo musicie państwo wiedzieć, że zaświaty, czyli światy, w których żyją bogowie, były znane w starożytności. To oczywista oczywistość, ale to był zupełnie inny rodzaj obcości. To byli bogowie. Nie myślano o nich jako o mieszkańcach innych światów definiowanych tak, jak się definiuje nasz świat. Owszem, tu troszeczkę język polski robi nas w konia i podobieństwo nomenklatury. Te inne światy, zaświaty to nie były światy tożsame z naszym światem, a mnie chodzi o światy tożsame z naszym światem, światy krążące gdzieś wokół odległych gwiazd. Na prelekcji w Toruniu jedna z pań zwróciła mi uwagę, że w średniowieczu bardzo popularne były opowieści, które dzisiaj nazwalibyśmy opowieściami o innych wymiarach. To się też bardzo często w literaturze ufologicznej pojawia, że gdzieś były jakieś krainy, do których się wędrowcy przenosili, byli porywani.
I to bardzo często interpretowane jest jako przeniesienie do innego wymiaru, do innej częstotliwości, do innych drgań i tak dalej. O takie inne światy również mi nie chodzi. Mnie chodzi o rzecz bardzo prostą. Dzisiaj obcy przybywający do nas z odległej galaktyki. Takich obcych jest bardzo dużo w literaturze. I pytanie, które sobie postawiłem, to kiedy tacy obcy w ogóle się pojawili? Kiedy zaczęto ten konstrukt, to jest tak zwany konstrukt kulturowy, kiedy zaczęto go traktować poważnie? Za tydzień zapraszam państwa, wspólnie przebędziemy ten drogę. Może się czegoś dowiemy, ale od razu zapewniam to nie będzie jedyna rzecz, na którą państwa zaproszę w przyszłym tygodniu. Będzie też cała masa innych wejść, innych gości, tak jak to było w dzisiejszej audycji.
Pięknie się z państwem żegnam. Dobranoc. Do usłyszenia za tydzień.
[04:02:13] - A mówił te słowa do państwa gospodarz „Bibliotekarium 2.0” Marek Żelkowski. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu i Book Radio oczywiście również. Dziękuję za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień. Archiwalne odcinki „Bibliotekarium 2.0” znajdziesz w archiwach podcastów Radia Paranormalium i Book Radia.