Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają Bibliotekarium o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia w ten chłodny piątkowy wieczór. Mimo że wieczór chłodny, to zaraz go rozgrzejemy audycją Bibliotekarium. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:51] - Dzień dobry, wieczór. Czołem, Wiktorze po długiej nieobecności.
[00:55] - Witam. Jako rozgrzewacz to się nie za bardzo nadaję, chociaż do rozgrzewania też się ogrzewacze przydawały.
[01:08] - Tak. No dobrze. Wiktorze, rzeczywiście jak sprawdzaliśmy z Ivelliosem, to nie łączyliśmy się na żywo. Ta audycja też nie jest na żywo, ale my rozmawiamy zdecydowanie na żywo. Nie łączyliśmy się z Bibliotekarium, z tobą od maja. Trochę czasu upłynęło. To nie był czas dla ciebie łatwy, raczej chorobowy. Wiem, że o tym nie lubisz mówić. W związku z tym nie będziemy o tym za bardzo mówić. W każdym razie, tak to się, proszę państwa, dzieje, że z jednej strony obchodzimy dzisiaj jubileuszową 150.
audycję. Ta 150. audycja to jest audycja, która oznacza, że od ponad pięciu lat, a właściwie pięć lat i dziewięć miesięcy jesteśmy z państwem. No cóż, kawał czasu powiedziałbym, Wiktorze, prawda?
[02:03] - No kawał czasu. Ja to z mojej perspektywy zauważam, drogi Marku, że my już pięć lat ze sobą żeśmy nie rozmawiali w ogóle. Właściwie to ja się tylko wypowiadam, a ty oceniasz, czy moja wypowiedź się nadaje do audycji, czy się nie nadaje. Ja się właściwie tylko wypowiadam na tematy nadające się do publikacji. A prywatnie to myśmy, Marek, z pięć lat ze sobą nie rozmawiali.
[02:38] - Wiesz, nie wiem skąd to twierdzenie, że ja ci cokolwiek mówię, co się nadaje, a co nie. Zawsze pamiętam, że podkreślaliśmy, że nie cenzurujemy się wzajemnie, więc ja nie pamiętam, żebym tobie specjalnie jakieś ograniczenia stawiał. Może to jest ten inny rodzaj pamięci. Halo, halo?
[03:02] - Ja jestem już zardzewiały, Marku. Natychmiast nie reaguję. Muszę jak stara drezyna wskoczyć na nowe tory. Za każdym razem ze zgrzytem popędzić. Także jedź samodzielnie, a ja już się będę-
[03:20] - Tak. Wiesz, Wiktor. Dobrze. Żeby wszystkim złym wiadomościom dać upust, powiedzmy to, co mamy dzisiaj powiedzieć, a później sobie spokojnie pogadamy. Jak ci brakowało rozmów, to będziemy rozmawiać tak, jak sobie to wymarzyłeś. Niby publicznie, ale jednak trochę prywatnie. Powiedzmy, proszę państwa, że wszystko dobre, co się dobrze kończy i to się na szczęście kończy dobrze, ale też coś się zaczyna nowego. Wiktor podjął decyzję. Co ja będę za ciebie gadał? Powiedz ty.
[04:04] - To nie ja podejmowałem decyzję, tylko opatka, która mnie zwaliła z krzesła, złamała kręgosłup, przetrąciła to i owo jeszcze i tak dalej. Dobrze, że na głowę nie upadłem. Zresztą skąd ja wiem? Przecież nie byłem przytomny do końca. Tak to jest, ale jak się człowiek chwieje, to już niedługo kurza pieje.
[04:36] - Oj, bardzo jesteś ezopowy dzisiaj. Okej, to powiedzmy to, Wiktorze, postanowiłeś się z audycją Bibliotekarium i ABW rozstać po prostu. Dobre do mnie wiadomości dochodzą.
[04:51] - Nie postanawiałem, tylko musiałem. W tej chwili też ledwo siedzę i ledwo mówię. To przymus wyższego rzędu po prostu.
[05:05] - Okej. Proszę państwa, to nie znaczy oczywiście, że Bibliotekarium się kończy. Tak jak powiedziałem, coś się kończy, coś się zaczyna. Gdzieś tam jednak w planach coś jest. Pojawi się Bibliotekarium 2.0, czyli Akademia Wszelakiej Fikcji. Tam już będę sam. Audycja wymyślona w ten sposób, że dwóch facetów gada ze sobą, to jak brakuje jednego z tych facetów, bo zachorzał był, to trudno ją prowadzić w takiej formule, że będę sam ze sobą gadał albo będę raz panem A, raz panem B. Tak się, proszę państwa, nie da na dłuższą metę. Trzeba będzie zmienić troszeczkę formułę Bibliotekarium. Niemniej jednak ja myślę, że to w dalszym ciągu będzie formuła gadana, tylko gości będzie więcej.
Nie wiem, czy ze wszystkimi znajdę na tyle dobry Dobrą atmosferę do gadania i tak na tyle dobrze będzie mi się gadało. Mam nadzieję, że tak. No ale Wiktor podjął decyzję, jaką podjął i już nie mam kumpla do gadania, na antenie przynajmniej. Tak, Wiktorze, czy nie tak? Musisz jakoś potwierdzać, że ja tutaj nie bredzę.
[06:27] - Marku, goście są najlepszymi rozmówcami. Gość może być przyjacielem albo wrogiem, ale w mojej ukochanej grze „Fallout” był taki perk jak przyjazny wróg. Każdy wróg jest przyjazny po prostu przez to, że jest kimś. Przez to, że można skrzyżować pewnie co albo słowa. Także ja ci życzę powodzenia, bo Holender jasne, z przykrością się wykoleił. Nie da się ukryć, bo przecież ja tutaj spotkałem w tej audycji wielu naprawdę ludzi, których cholernie polubiłem, którzy przysyłali swoje teksty, którzy odzywali się na antenie. Pamiętam absolutnie wszystkich. Pamiętam ich głosy. Jak będę odchodził zaświaty, to te głosy będą czuwały za mną. Także bardzo mile pamiętam ten okres kontaktów drugiego czy trzeciego stopnia.
Nie obcych, tylko naszych. Przynajmniej mnie tylko.
[07:49] - Ja i tak mam niesłabnącą nadzieję, że raz na jakiś czas, podkreślam raz na jakiś czas, na chwilę dasz się porwać do „Bibliotekarium” na jakiś kwadrans albo na jakieś dwa kwadranse.
[08:03] - Wiesz, ja jako gość nie będę już taki grzeczny, jak byłem. Goście lubią popyskować, więc ja bardzo chętnie od czasu do czasu dam ci, Marku, w ryja telefonicznie.
[08:18] - Oj, mój Boże, jaki to agresja wychodzi z człowieka. Nie dość, że kaszlący i słaby ten Wiktor, to jeszcze agresywny się zrobił. No proszę, jak to się ludziom robi czasami. Nie chcę dodawać, że na starość, ale no cóż, przede mną to, więc powiedzmy, ta satysfakcja z mojej strony, nazwałbym ją przelotną. Podsumowując Wiktorze, czyli tak: za tydzień, proszę państwa, po raz pierwszy od pięciu lat i dziewięciu miesięcy w piątek o 20:00 będzie cisza na antenie Radia Paranormalium. Znaczy cisza w sensie nie będzie ani „Bibliotekarium”, ani „ABW”. Coś tam brzdąkać na pewno będzie. Ale już za dwa tygodnie ciszy nie będzie. Pojawi się „Bibliotekarium 2.0”. Kawałek Wiktora tam może się uda wstawić, ale to taki mały, malutki kawałek.
Natomiast będzie „Bibliotekarium 2.0”. Może państwo tę audycję również polubicie. Zachowamy numerację. Ja tak od razu państwu powiem, że ta następna audycja „Bibliotekarium 2.0”, chociaż będzie pierwsza, to będzie nosiła numer 280. To już są, proszę państwa, poważne liczby. Także Wiktorze, chwała ci, bo tylko z tobą udało się wypracować te poważne liczby. Jakby to przeliczyć na godziny, Wiktorze, to myśmy, ja nie wiem, z miesiąc truli tutaj, czy kto wie, czy nie więcej. Mam takie obawy, że może nawet więcej. Więc jakby ktoś sobie zapuścił pierwszą audycję i chciał je wszystkie wysłuchać po kolei, poza tym, żeby nas serdecznie znienawidził, jestem o tym przekonany, to jeszcze kawał życia byśmy mu ukradli, to z całą pewnością. Takie mam wrażenie przynajmniej.
[10:15] - Gdyby leciał na Księżyc, to w sam raz by chyba doleciał.
[10:20] - No w każdym razie podsumowując, zapraszam państwa za dwa tygodnie na „Bibliotekarium 2.0”, czyli akademię wszelakiej fikcji. Startujemy, proszę państwa. A teraz z Wiktorem. Z Wiktorem to jest, proszę państwa, tak, że ja dlatego mam taką niepłonną... Skąd się takie słowa biorą? Niepłonną nadzieję. Ty w ogóle zdajesz sobie, Wiktor, sprawę, skąd to się mogło wziąć? Mam niepłonną nadzieję, że się jakoś z Wiktorem od czasu do czasu, tak jak już powiedziałem, uda skontaktować, że trochę popyskuje na tej antenie. Bardzo dobrze. Ja lubię, jak pyskują.
Co więcej, nie będę się zastrzegał, czyniąc oczywiście honory i szanując gościa, że będę takim uległym gospodarzem, więc też będę pyskował, a co! W każdym razie Wiktorze, piękne ci dzięki za to, że prawie sześć lat wspólnie pchaliśmy ten wózek. Ja myślę, że to wielkie dzieło jest mimo wszystko. Można nas lubić, można nie lubić, można całą audycję lubić albo nie lubić. Niemniej jednak pięć i pół roku, pięć lat i dziewięć miesięcy, to mimo wszystko budzi jednak pewien... No właśnie, co budzi, Wiktorze?
[11:47] - Marku, refleksję budzi. Ja tylko jak ty tak mówisz, to ze smutkiem pomyślałem, że te wszystkie laski, które do nas pisały, postarzały się o pięć lat w tym czasie. Och.
[12:02] - Wiesz co, najlepiej to liczyć komuś lata. Natomiast jak sobie pomyślę, że myśmy się też postarzeli o pięć lat, ponad, prawie sześć- To jakoś tak mi się smutno robi. Powiem tak: kiedy zaczynaliśmy tę audycję, to na twoim liczniku na początku była szóstka. Dzisiaj tej szóstki już nie ma. Na moim liczniku wprawdzie była piątka, ale teraz to już zupełnie zestarzała piątka jest. I to mnie w jakiś sposób nastraja refleksyjnie, nie do końca. Depresyjnie mnie, mówiąc szczerze, nastawia. To cię zapytam, ty jako człowiek już doświadczony w tym aspekcie życiowym, czyli pogrążania się gdzieś tam w lata, coś możesz na ten temat powiedzieć? A to, co teraz powiedziałeś, że spadłeś z krzesła i w ogóle wszystkie konsekwencje, to nie nastawia mnie optymistycznie, powiem ci.
[13:06] - Marku, ja tak.
[13:11] - Mów, mów.
[13:13] - Ja zawsze mogę wskazać wypowiedzi lekarzy. Lekarze, kiedy leczą młodego człowieka, to oczywiście mówią: „Stary, postaraj się, wyzdrowiejesz, będziesz fruwał". Ale kiedy wajcha się przestawi już leciutko na drugą stronę, żaden uczciwy lekarz nie powie tobie, że będzie lepiej. Nie może powiedzieć, bo już nie może być lepiej, może być tylko gorzej. I o tym wszyscy po przekroczeniu pewnego progu, którzy żeśmy dobrze żyliśmy, doskonale wiedzą. Po prostu lepiej być nie może. Lepiej być nie może nie tylko prawdopodobnie ludziom pogorywającym, ale również naszej cywilizacji. Może już być tylko i wyłącznie gorzej.
[14:14] - Gorzej. Wiesz, jakąś otuchę, ale tymczasową, wlałeś w moje serce, bo ja jeszcze jak chadzam do lekarzy, to oni nie mówią mi takich złych rzeczy, tylko raczej jeszcze mówią, że będzie lepiej. To jest pierwsza, niby optymistyczna wiadomość. Natomiast jak sobie porównam, jakoś tak się dziwnie dzieje, że jak człowiek jest młody, to różnica powiedzmy lat 14 czy 15 to jest potężna. Z jednej strony jest osesek, z drugiej strony taki już zaawansowany nastolatek. I to jest przepaść. Natomiast im później, tym się robi bliżej. I ja tak jak patrzę na ten czas, który nas dzieli, wiekowy, to się zastanawiam, kiedy ta wajcha będzie przestawiona, o której przestawieniu mówiłeś. Czyli kiedy lekarze zaczną mi mówić: „Panie, jak pana coś boli, to się pan ciesz. To znaczy, że pan żyjesz.
A lepiej to już było”. Zastanawiam się, bo po prostu gdzieś chyba do tego progu, do tej bramy, do tego czegoś, do tego momentu przejścia się nieuchronnie zbliżam. Hej. Halo, halo.
[15:36] - Odchodzenie, Marku, jest bardzo ciekawą rzeczą i bardzo sympatyczną, bo przecież jak by nie było, mądrych, którzy odeszli, było na pewno więcej niż tych idiotów, których dzisiaj mamy pełno.
[15:52] - Tak. Zaznaczę tym wszystkim, którzy na przykład dopiero teraz się włączyli, że odchodzenie jest nie tylko w tym sensie metaforycznym, że odchodzimy z tego świata, ale Wiktor postanowił odejść z audycji. A właściwie to jak ty to ująłeś, rzeczywistość za ciebie podjęła decyzję. Odeszła cię. Rzeczywistość cię odeszła z audycji. Cóż. Wiesz co? Powtórzę tylko naszym słuchaczom, że „Bibliotekarium” nie umiera. „Bibliotekarium 2.0”, bo trzeba jakoś ten próg zaznaczyć. Poza tym „Bibliotekarium”, tak jak powiedziałem, się zmienia.
Zmieni się, musi być inne. Jak nie będę miał stałego kumpla do gadania, to wiecie państwo, pewnych rzeczy się nie da zrobić. Będzie inaczej.
[16:45] - Marku, będziesz musiał się wykazywać wtedy żywym umysłem, bo będziesz miał co rusz nowego gościa, a nie taki, że się przyzwyczaił do mnie jak do bamboszy. Normalnie spoko, bo grzeczny i tak dalej. Nie, nie będziesz już tak łatwo. Będziesz musiał być młodszy.
[17:07] - Tak. To zawsze jakaś pociecha. Wiesz co, Wiktorze, ja proponuję, żebyśmy te smenty już zostawili, bo to tak naprawdę nie ma sensu. Decyzja podjęta. Roma locuta, causa finita. W związku z tym okej, przyjmujemy do wiadomości. Liczymy na twoje gościnne występy, tak jak powiedziałem, od czasu do czasu. A teraz porozmawiajmy o czymś weselszym. Rzucę pierwszy temat. Jakiś czas temu w audycji „ABW” puściłem wypowiedź Krzysztofa Sokołowskiego, komentującą zresztą.
Przepraszam, to się odzywa właśnie moja choroba. Może głos mi się, proszę państwa, lekko poprawił w stosunku do poprzednich audycji, ale w dalszym ciągu coś mną trzącha niemożebnie i od czasu do czasu te dziwne dźwięki mogą się jeszcze rozlegać. W każdym razie Krzysztof Sokołowski skomentował swój artykuł Dotyczący twojej twórczości. Ten artykuł o tyle ciekawy, że ja naprawdę chyba wcześniej nie spotkałem takiego tekstu, który próbowałby generalizować, próbowałby robić syntezę z twojej twórczości. Dla mnie to był niezwykle ciekawy tekst. Komentarz Krzysztofa Sokołowskiego również był ciekawy, ale zapytajmy osobę zainteresowaną. Po pierwsze, co o tym tekście sądzi? Czy ci się miło zrobiło, jak ktoś ciebie tak podsumował, czy może wręcz przeciwnie albo cię wkurzył ten tekst? Jak tam było?
[18:54] - Przede wszystkim zwrócił uwagę na jedną rzecz, że tego typu teksty, który napisał akurat Krzysztof Sokołowski, zwykle krytycy albo recenzenci piszą jako na nagrobek. Wtedy, kiedy już jest ten bufor bezpieczeństwa w postaci krypty, gdzie delikwent się już nie odezwie. Sokołowski postąpił karygodnie, bo tę mowę nagrobną wywalił na człowieka, który jeszcze, że tak powiem, cherlawo, bo cherlawo, ale żyje, ale dycha. Oczywiście mam też okazję, której nie mieli prawie chyba żadni pisarze czy inni artyści, na skomentowanie takiego tekstu nagrobkowego.
[20:02] - I będziesz pyskował w związku z tym.
[20:06] - Nie specjalnie. Mogę opisać pewne dosyć zabawne zjawisko, które towarzyszyło temu, bo kiedy sobie przeczytałem ten cały tekst, to właściwie zrobiłem wielkie oczy. Znam Krzysztofa Sokołowskiego prywatnie, dawno się nie widziałem, ale gdzieś tam kiedyś to myśmy wyprawiali. W każdym razie znam go, ale cholera mnie zdziwił. Nie myślałem, że on jest takim inteligentem. To znaczy on jest bystry. To prawdopodobnie jest cecha, którą się na starość nabywa. Marku, masz jeszcze szansę.
[20:52] - Poczekaj. Coś ci powiem, Wiktorze. Krzysztof Sokołowski to jest taki facet, z którym jak rozmawiam, to się go obawiam. Odczuwam jakiś taki duży dystans. Dlaczego? Dlatego, że on ma nieprawdopodobnie jakieś takie i skojarzenia, i wnioski wysuwa, które mnie bardzo często zaskakują. Być może to jest kwestia tego, że rzadko rozmawiamy. Być może to jest taka kwestia tylko. Ale powiem ci, że w kilku momentach rozmawialiśmy już na różne tematy. Pewien tok myślenia Krzysztofa jest tak różny od mojego, co zresztą bardzo dobrze, na tym polega barwność świata, że są różne toki myślenia, że on budzi po prostu respekt u mnie i ja się czuję zawsze jakoś tak intelektualnie zagrożony.
Ale na szczęście tak jak powiedziałeś, że mam jeszcze szansę dojrzeć i lekko wspiąć się na drabinie intelektualnej, więc cały czas pozostaję w nadziei, że kiedyś Krzysztof Sokołowski nie będzie mnie przerażał. Okej, oddaję ci głos.
[22:19] - Ja będę na tej samej nucie pociągnął. Otóż ja wszystkim ewentualnym naszym słuchaczom polecam zajrzeć od czasu do czasu na konto Krzysztofa Sokołowskiego, bo to jest facet, który według mnie ma rentgena w oczach. Jak przystało na niedoszłego jezuitę, jest to na pewno umysł cholernie przenikliwy i od razu trafiając w tekst, który o mnie raczył, to ja się zdziwiłem. Krzysztof napisał, co napisał i tak dalej. Z wnioskami jego się nie do końca zgadzam, natomiast z pewnymi obserwacjami tak. Pewne obserwacje wzbudziły mój totalny respekt i zdziwienie. Otóż pan Sokołowski twierdzi, co ja tam zrobiłem, czego nie zrobiłem i tak dalej. Ja się z tym zupełnie nie zgadzam. Gówno prawda. Nic takiego, co on napisał, nie zrobiłem.
Ale napisał mi kropkę w kropkę to, jakie miałem przez całe życie pragnienia i co chciałem zrobić. To wyczuł obłędnie po prostu, bo materiału na to mu wiele nie dałem. Natomiast tylko ja wiem, jak bardzo chciałem zrobić to, co on napisał, że zrobiłem. Taka kwadratura koła mi się porobiła. Zbaraniałem zupełnie, bo właściwie tak krok po kroku przeanalizował wszystkie moje takie pragnienia czy dążenia od szczodrzejszych lat przez, chciałem powiedzieć dojrzałość, ale chyba tego to nigdy nie poznałem. No dobrze. W każdym razie polecam wam teksty Sokołowskiego. Ma takie uwagi, które czasami podginają kolana, ale jak się postarasz i zwrócisz uwagę, po jaką cholerę on to powiedział na przykład, albo skąd on to, do diabła, wziął? Przecież w tekście w ogóle tego nie ma. Jak się postara, to się okazuje, że to właśnie jest ta sługa ziemi, którą Sokołowski potrafi wyłapać, a kto inny przewróci się pod kinem i nie zauważy.
Także ja pełen szacun mam do gościa dzisiaj.
[25:06] - A w dodatku, Wiktorze, to jest chyba jeszcze trochę tak, że ty mówisz, że on się pomylił, bo nic takiego nie ma. A może on ma takiego małego rentgena w oczach i potrafi dostrzec nie tylko to, co jest, ale również pewien proces, bo ty mówisz, że chciałeś, ale nie zrobiłeś.
[25:27] - Ale ja to powiedziałem, Marku, o czym ty mówisz. Ja to dokładnie powiedziałem, co on zrobił, że on dokładnie przesłuchiwał, że tak powiem, pragnienia, a nie rezultaty.
[25:42] - Nie. Jest subtelna różnica. Ty mówisz o pragnieniach, a nie rezultatach, a ja mówię o procesie, bo może on dostrzegł w twojej prozie te zamiary, właśnie te próby realizacji, które ty uważasz za nieudane. To jest oczywiście twoje autorskie prawo, ale może ten rentgen polega na tym, że on w tych intencjach, w tych próbach dostrzegł to, co miało być. Bardziej na tym bym się skupił.
[26:12] - Ale Marku, ja znów mówię, ja to powiedziałem, on dostrzegł wszystko tak, jak ja bym chciał. Nie wiem, chęci, a wyniki to czasami się rozwijają o kilometr albo o odległość między Wenus a Marsem.
[26:34] - A ja mimo wszystko podkreślę tę różnicę. Myślę, ale nie mam co do tego pewności. Znowu zaczynamy się spierać od pierdoły. To już dobrze rokuje. Bo ja zastanawiam się, czy ty mówisz, że tam tego nie ma, a ja cały czas mówię: „Ale może jakieś ziarenka jednak są?” Tak naprawdę to ja jednak mam nadzieję, że są. Dobra, nie pogodzimy się. Co do tego, to się chyba nie pogodzimy. Ale dobra, twoje zdanie. Czyli tak, jakbyśmy mieli podsumować ten tekst Krzysztofa, to miło ci się zrobiło czy niemiło? Jak to tam?
[27:21] - Jak by to powiedzieć? Ja nie mam już uczuciowych, że tak powiem, dystansów. Po prostu byłem zaskoczony bardzo wieloma rzeczami, które on tam wysnuł, i bardzo zaskoczony po prostu przenikliwością jego. Chociaż oczywiście będę się upierał, że wiele rzeczy powiedział zdecydowanie na wyrost i zrobił to, co ja chciałem.
[27:53] - Ja jeszcze powiem jedną rzecz, bo państwo tego zapewne nie wiecie, ale Wiktor wie. A ja się z państwem podzielę tą informacją, że Wiktor nie ruszając się z Bydgoszczy, bo w takim stanie zdrowia, w jakim jest obecnie, to ruszanie się z Bydgoszczy jest niewykonalne to może nie, ale w każdym razie niechętnie wykonalne w przypadku Wiktora i konsekwentnie się tego trzyma, czemu ja się zresztą nie dziwię. Ale żeby paradoksy pomnożyć troszeczkę, to Wiktor w międzyczasie był gościem takiego spędu fantastów, który odbywał się w Łodzi i który nosi tytuł „Kapitularz”. I na tym właśnie konwencie odbyło się spotkanie z Wiktorem. Ja nawet nie wiem, jak go nazwać. Czy to było wirtualne, czy bardziej telefoniczne spotkanie z Wiktorem, ale było. Potwierdzasz, rozumiem, że byłeś i mówiłeś.
[28:58] - To jest coś, co się zawsze wykluwało, że tak powiem, że już kogoś nie ma, a wciąż go słychać. To jest ze mną trochę kolei, że tak powiem, przepadł.
[29:17] - Ja państwu przybliżę. To było mniej więcej tak, że był mikrofon, była sala, byli ludzie. I telefon włączony na tryb głośnomówiący, przez który Wiktor mówił i było go słychać. Ja zauważyłem jedną rzecz. Może na to spotkanie nie waliły zastraszające tłumy, co pewno należy przypisać temu, że jak to Wiktor często podkreśla, jest już pisarzem, jak ty to mówisz, z innej epoki, czy jak ty to ujmujesz? Z innych czasów? Nie pamiętam w tej chwili.
[29:55] - Epoka to brzmi dumnie, ale jakiegoś prycha jeszcze.
[29:59] - Niemniej jednak. Ale to jest jedna rzecz. Owszem, przyszli najbardziej zainteresowani, chętnie posłuchali, ale ja zauważyłem, będąc na jednym, drugim konwencie, że twoje nazwisko i mnie też wywarza wszelkie drzwi. To znaczy wystarczy rzucić „Wiktor Żwikiewicz” i wszyscy dostają jakiegoś takiego anielskiego Wyrazu twarzy i mówią sobie: „Ach, to ten wielki pisarz”. I ja w tej chwili nie kpię wcale. Tak naprawdę jest. Ja to sobie zrobiłem kilka prób terenowych, kiedy właśnie tego rodzaju hasła rzucałem i twoje wspomnienie ciebie, wspomnienie jakichś twoich utworów prawie nieodmiennie wzbudza jakiś taki zachwyt. Jesteś w stanie to wyjaśnić?
[30:54] - Marku, ja to bardzo łatwo wyjaśnię. To jest taki pewien sentymentalizm czytelniczy. To jest bardzo podobne do miłości. Te miłości platoniczne ciągną się za ludźmi, ale miłości skonsumowane, że tak powiem, czyli literatura, którą byłeś zachwycony, ale potem wziąłeś rozwód i przerzuciłeś się na inne gatunki. Ta literatura przechodzi biegiem czasu. Natomiast ta, której się nigdy do końca nie skonsumowało, ja podejrzewam, że większość czytelników właśnie tych, o których mówisz, po prostu nie mogła znieść tego języka mojego i nigdy tego nie zaakceptowała. Dzięki temu właśnie darzą mnie pewnym sentymentem jako taką terra incognitę. Cholera jasna, próbowałem, ale nie wyszło. Jak z pierwszą taką miłością. Dokładnie to jest, Marku, to samo.
[32:03] - Wiktor, ale wiesz, na razie mam tytuł jakiejś takiej rozprawki, może nie naukowej, ale takiej popularnonaukowej: „Wiktor Żwikiewicz jako terra incognita”. Przyznasz, że zajebisty tytuł.
[32:19] - Tak. Terra to coś tam pod obcasem pewnie trzeba wziąć, ale terra to jest zajebiste.
[32:29] - Ja cię błagam. Ja rozumiem, że jesteś w nastroju może nie tyle nieprzysiadalnym, co jakimś takim przygnębionym.
[32:39] - Nie, Marku, ja nie jestem przygnębiony, tylko ja jestem zdrowo myślący. Ja nie jestem człowiekiem, który żyje złudzeniami, sentymentami i tak dalej.
[32:51] - Dobrze.
[32:52] - W dniu dzisiejszym. I tak dalej.
[32:57] - Dobrze, ale nie wmówisz mi, że cię to nie wpieprza, mówiąc szczerze, że przyszedł taki czas, że ten organizm przestał z tobą współpracować. Nie wkurza cię to?
[33:10] - Nie, przecież taka jego kolej rzeczy, po prostu to przyjdzie.
[33:17] - Ja to wszystko rozumiem, że musi. Ale czy tak po ludzku cię to nie wkurza po prostu? Bo mnie by wkurzało. I to jest na przykład jedna z tych różnic, że ty przyjmujesz jakoś tak spokojnie to, a ja bym tego spokojnie chyba nie wziął. Dostał jakiejś piany. Zacząłbym jakieś imiona demonów przyzywać albo coś takiego. Jakiegoś ataku to bym dostał z całą pewnością nerwowego.
[33:47] - Nie wiem, Marku. Pożyjemy, zobaczymy. Zobaczymy, jak będziesz pękał, kiedy będziesz w moim wieku 20 lat.
[34:00] - Dobrze. Brzmi nieźle. Poczekamy, zobaczymy. Dobra, poczułem się ostrzeżony. Dobrze, Wiktorze. Mamy problem, a w każdym razie zagadnienie twojej wizyty na konwencie zatytułowanym „Kapitularz” odfajkowane. Cóż, już nawet na konwenty przestałeś jeździć. Ja pierdzielę, czas się zmienia bez wątpienia. Ale jest jedna rzecz, która cię zdecydowanie wyróżnia spośród wszelkich znanych mi, to nie jest przytyk, staruszków, bo tak się kazałeś tytułować. Więc staruszku, ty jesteś jedynym znanym mi staruszkiem, który napierdziela od rana do wieczora albo od wieczora do rana, to raczej chyba druga wersja jest prawdziwa, napierdziela w różnego rodzaju gry komputerowe.
I tu mi nie powiesz, że się mylę.
[34:56] - Marku, ja jestem pasjonat. Tak samo czytałem książki, tak samo gram i tak samo kocham tego, co już pomimo. To jest pasja, Marku. Jeśli człowiek żyje pasją, to ją dniem i nocą.
[35:16] - Wiesz, ty się nie załapałeś ostatnimi czasy na moją przemianę, bo widzisz, pomimo wieku jeszcze nie starczego, ale już zaawansowanego, ja jeszcze w dalszym ciągu przechodzę od czasu do czasu jakieś tam intelektualne przemiany. Być może pozorne, ja się nie będę kłócił, ale ostatnimi czasy dotarło do mnie to, co tłumaczyłeś mi przez wiele lat. Widzisz, to też świadczy o pewnym jednak zaczopowaniu arterii krwionośnych, które odżywiają mózg. Jednak coś się tam w końcu przebiło, bo ta przemiana polega na tym, że dotarło do mnie, zresztą przemówił do mnie pewien autorytet jeszcze jeden i połączyłem sobie to, co ty mówiłeś przez lata, z tym, co on mówi i doszedłem do wniosku, że gry to nie jest samo zło. Zresztą nigdy tak do końca nie twierdziłem, ale że po prostu to jest element naszego świata. Element tak samo ciekawy dla mnie, równie ciekawy jak czytanie, jak oglądanie filmów, jak śledzenie seriali. To właśnie granie w gry to jest ten element, który buduje nam po pierwsze wyobraźnię Po drugie ciekawość pewną. A wiesz, jaki argument do mnie przemówił? On może wydać się państwu banalny, ale to był początek pewnego procesu. Zacząłem myśleć o tym, kiedy pewien mądry gość w internecie powiedział do mnie coś takiego: „Proszę państwa, tylu ludzi ostrzega, że gry są straszne.
Psychologowie piszą prace naukowe, że gry uzależniają i to jest straszne. Ale zaraz, zaraz. A czy czytanie nie uzależnia? Też uzależnia. I oglądanie filmów uzależnia. I co do cholery? W końcu tak powinno być, że jeśli się angażujemy w jakiś rodzaj eskapizmu, a nawet nie chodzi o eskapizm, tylko chodzi o przeżywanie przygód, oglądanie świata, śledzenie nowego świata, to każda z tych metod jest dobra. Czy będziemy czytać, czy oglądać, czy grać w gry, to tak naprawdę podążamy bardzo podobną ścieżką. Jednemu bardziej odpowiada ścieżka growa, drugiemu może czytelnicza. Jedyne, co bym powiedział od siebie w tej chwili, to że używając jednej z tych dróg, nie eliminowałbym pozostałych.
Każda z nich jest dobra, każda z nich jest fajna. Chodzi o to, żeby je mieszać. To tyle mojego credo, ale tak naprawdę ja od ciebie chciałbym coś usłyszeć.
[38:07] - Może powiem coś według mnie dość ważnego. Otóż zrozumcie, moi drodzy, że gry to jest coś dla ubogich duchem, wyobraźnią i czymkolwiek jeszcze. To jest wierzchołek gigantycznej góry lodowej, która tak naprawdę jest pod powierzchnią jakiegoś wszechoceanu zanurzona. Gry to jest sam wierzchołek. A co jest pod spodem? Dlatego powiedziałem, ten produkt dla ubogich to jest ta gierka. A nie tam dzisiaj następuje cała rewolucja, która się odbywa na całym świecie. Nie, to dużo głębiej. Wystarczy sobie pogrzebać w internecie. Ja nie używam, ale coś na ten temat jednak mam pojęcie.
Pogrzebcie sobie. Dzisiaj już nikt nie programuje gier, nie robi się, nie bawi. To już jest produkt tak jak pisanie na maszynie albo pisanie na komputerze, albo nagrywanie tekstów i tak dalej. Wymyśla się jakąś tam fabułę i jakąś space operę robi albo śpiewa. Natomiast poszkieł poniżej są instytucje, firmy potężne, naprawdę potężne firmy, które zajmują się nie grami, broń Boże nie grami, tylko konstruowaniem silników do kreowania innej rzeczywistości. Ja już bym dawno proponował, żeby odstawić do lamusa używanie słowa „wirtualna”, bo to jest takie korygowanie się z samym sobą i z tym, co rzeczywiście się dzieje. My dążymy do tego, żeby tworzyć pełną gębą, tak jak pisarze, tak jak muzycy, tak jak malarze i tak dalej, tworzyć inną rzeczywistość. I te firmy, które budują, konstruują silniki, tam pracują w tej chwili geniusze. Geniusze na miarę Einsteinów i Newtonów i wszystkich innych. Oni tworzą silniki, aparaturę do kreowania tej jeszcze dzisiaj brzydko nazywanej wirtualnej rzeczywistości.
Ja mówię o innej rzeczywistości. A później taki silnik kupuje firma. Czyli albo kupuje sobie pisarz, albo sobie tego nie, sobie produkuje gierkę. Gierkę dla ludzi, dla mas i tak dalej. Natomiast tam głębiej są procesy naprawdę tak potężne, takie koncepcje się wykluwają. Możecie mi wierzyć, że już bardzo niedługo w tej tak zwanej wirtualnej rzeczywistości będzie tak samo pachniało, śmierdziało, będzie tak samo wilgotno albo sucho jak w naszej rzeczywistości. A te boty, które dzisiaj nas śmieszą, my używamy jako tego, będą myśleć. Podejrzewam, że dużo szybciej niż roboty, które dla mnie są już dawno archaizmem pogrzebanym razem z Leppym. Ale to jest inna para kaloszy oczywiście. Tam będą, w tamtych wirtualnych rzeczywistościach, w tamtych innych rzeczywistościach będą i z upływem czasu będą tak samo patrzyły na świat jak my, bo my to zrobimy po prostu.
I to dosyć szybko.
[42:10] - Ale nie wiem, czy zwróciłeś uwagę na to, co mówiłem, że nie polemizując w ogóle z tobą, to zwróciłem też uwagę na to, że to, co nazwałeś produkowaniem silników wykorzystywanych później przez twórców gier, to gdzieś się pojawiło to słowo „twórca gry”. I przecież to tak samo, przez analogię daleką, bo daleką, ale jednak, jest twórca książki. On też używa na przykład programu, w którym pisze, później przetwarza ten tekst i tworzy świat. Nawet jest takie słowo ukute: „światotwórstwo”. I światotwórstwo uprawia zarówno pisarz Jak i ten człowiek albo to grono ludzi, które tworzy grę. Oni też tworzą świat. I ta moja lekka albo może całkiem bardzo poważna przemiana polega na tym, że dotarło wreszcie do mnie, że tworzenie świata, bez względu na to, w jakiej przestrzeni się odbywa, czy jest to przestrzeń kartki papieru, dzisiaj to już w ogóle abstrakcja, powiedzmy ekranu komputerowego, ale z programem Word tudzież pochodnymi programami do pisania. Czy to się odbywa w takim środowisku, czy to się odbywa w środowisku, w którym tworzy się grę, to tak naprawdę chodzi o to, żeby tworzyć świat, jakiś świat, w którym się poruszamy. Co więcej, niesłychanie podobna sprawa dzieje się w przypadku filmów czy też seriali, jak sobie to nazwiemy. Tam też zauważyłem bardzo dziwną, ale w końcu zrozumiałą dla mnie tendencję, że dzisiaj seriale tworzy się według takiego schematu, całkiem niezłego zresztą.
W świecie, który jest stworzony od początku do końca bohaterowie przeżywają takie albo śmakie przygody i bardzo często ten film jest marny. Jeśli będziemy go oceniać tylko tą fabułą, tą akcją. Są czasami bardzo marne filmy, ale z pięknymi światami zrobionymi pod igiełkę. I może czasami warto na jakiś serial spojrzeć w ten sposób, że no gówno ewidentne, scenarzysta się nie postarał, ale świat stworzony jest przepięknie i może dla tego świata warto ten serial obejrzeć. Później szybko zapomnieć o fabule, a świat niech zostanie w waszej głowie. Tak to sobie ostatnio przemyślałem, Wiktorze.
[44:56] - Lepsz lepiej późno niż wcale, Marku.
[44:58] - Ale biję się w pierś, biję się publicznie w pierś. Doceń to przecież.
[45:03] - Po ćwierć wieku prawie odkryłeś to, o czym już młodzi ludzie doskonale wiedzą.
[45:09] - Obawiam się. Właśnie widzisz, to jest tak, że ty jesteś optymistą. A ja od tego człowieka, którego zresztą imię i nazwisko nie jest tajemnicą, nazywa się Krzysztof Maj i w internecie mówi to, co mówi. Posłuchajcie, poszukajcie i zobaczcie, co mówi. On uświadomił mi jedną rzecz, że to nie jest takie optymistyczne, bo bardzo wielu ludzi młodych dało sobie wmówić, że gry są czymś gorszym, że są głupsze, że uzależniają. Ja mówiłem przed chwilą książki też uzależniają i to bardzo dobrze. I gry też bardzo dobrze. Pod warunkiem, że ktoś nie zapomni jeść, oddychać i spać. To jest inna zupełnie sprawa. W każdej dziedzinie życia zdarzają się patologie.
Przy czytaniu też można umrzeć, jak się jest niedojedzonym, niedospanym i niedopitym, jakkolwiek sobie to będziemy tłumaczyć. W związku z tym ludzie młodzi dali sobie wmówić, że gry są czymś gorszym, seriale są czymś gorszym. I ci natrętni, tacy jak ja troszeczkę ludzie, którzy im mówili: „Czytać, czytać, trzeba tylko czytać”, trochę złej roboty robią. Natomiast tak nie do końca, bo też o tym Krzysztof Maj mówi, że warto, żeby nasz świat stał się światem takim wieloaspektowym, czyli nie porzucajmy czytania dla grania albo odwrotnie grania nie porzucajmy dla czytania, albo rzućmy jedno i drugie i oglądajmy filmy. Róbmy to wszystko razem, bo tylko wtedy tak mi się wydaje, tylko wtedy jakąś tam odrobinę pełni będziemy czuli. Ja wiem, to jest idealistyczne. Zawsze coś będzie królowało. Zawsze będziemy bardziej woleli grać albo czytać, albo coś innego robić. To ja wiem, to ja sobie z tego zdaję sprawę. Ale nie warto porzucać aktywności w żadnej dziedzinie.
Tak sobie to wymyśliłem.
[47:09] - Wiesz Marku, jaki obraz się, kiedy zresztą mówimy, pojawił przede mną?
[47:15] - Aż się boję.
[47:16] - Pełna wszechstronność. Otóż zobaczyłem siebie, jak siedzę w fotelu z nogą założoną na nogę. Z jednej strony stoi stolik, z drugiej stoi stolik. Na stoliku stoi dobra whisky. W jednym ręku lewym trzymam niezłą fajkę, a na kolanie mi siedzi jeszcze laska. To jest pełna wszechstronność i korzystanie z życia.
[47:40] - Ale to jest bardzo dobry przykład. O to mniej więcej chodziło. A ty jak zwykle ubrałeś to w fajne szatki. Zrobiłeś fajny obrazek. No i cóż, tak powinno być. Ten przykład, który podałeś jest jak najbardziej korekt. Bardzo mi zresztą ta wizja odpowiada. No super po prostu. Także chwała ci. I to nie tylko dlatego, że to jest dzisiaj ostatnia audycja z cyklu Bibliotekarium w wykonaniu spółki Żwikiewicz Andrzejkowski, ale dlatego, że po prostu ta wizja jest dla mnie jak najbardziej nie tylko akceptowalna.
Ona jest pociągająca, po prostu pociągająca. Tak sobie to wymyśliłem.
[48:31] - Tylko mnie tak cholernie intryguje, kto to wszystko wszystkim wmawia, że tak powiem. Zawsze jest jakiś interes. Kto wmówił ludziom współczesnym, bo ktoś to wmówił ludziom, że nie warto ćpać, nie warto spać, nie warto czegoś, dzieci nie warto robić, bo sprowadzimy sobie z Azji albo z Afryki. Tam jest jej bogu powyżej uszu, tak że będziemy sobie sprowadzać. Sami nic nie róbmy, nic, zdychajmy. Kto zaatakuje nas takiego dupki?
[49:14] - Ach! Westchnąłem sobie, bo wkroczyłeś, tak jak to ty, na pełnej petardzie w zagadnienie, które ostatnimi czasy też mocno mnie gnębi. Zagadnienie, które jedni kwitują stwierdzeniem: „A tam, teorie spiskowe!" A ja coraz częściej nie mogę się pozbyć takiego wrażenia, że to, co usiłowano nam przez lata całe przedstawić jako teorie spiskowe, to na naszych oczach te rzeczy zyskują status rzeczywistości, która nas otacza. I to jest, mówiąc szczerze, sam nie wiem, czy takie zajebiste, takie fajne, czy takie dystopijne i przerażające. To, co powiedziałeś, to wmawianie ludziom, że jest inaczej, po prostu w jakimś stopniu ryje mi beret ostatnimi czasy.
[50:12] - Wiesz, Marku, ale to nie muszą być teorie spiskowe. Są stare dobre przysłowia, stare dobre powiedzenia, jak na przykład: oliwa na wierzch wypływa. Tu nie ma żadnej teorii spiskowej, ona po prostu wypływa. I tak jest z tym światem. Ten świat też jest skonstruowany w ten sposób, że jakaś tam oliwa wypływa, potem po tej oliwie następna oliwa i tak dalej. To się wszystko zmienia, miesza i kotłuje. I zmienia się.
[50:52] - Tak sobie tutaj wynotowałem, że w tej naszej ostatniej wspólnej bibliotekaryjnej, 150. – ciekawe jeszcze, ile jestem w stanie przymiotników wymyśleć, ale dobrze – w tej audycji muszę cię zapytać o te twoje, miałem na końcu języka „ulubione", ale to nie chodzi o ulubione. O te gry, w które grywasz najczęściej. Skąd to rozróżnienie? Bo państwo pukają się w tej chwili w głowę. No debil, po prostu debil. Rozgranicza te gry, w które gra Wiktor najczęściej od ulubionych. Ja jednak zostanę przy tym podziale, a ty go może potwierdzisz albo nie potwierdzisz, ale coś powiedz o tym. Jeszcze jedna rzecz. Często, kiedy do ciebie przychodzę, trafiam na taką prostą gierkę, która musi mieć ze 20 lat przynajmniej, w której widać różne układy planetarne i tam coś ostro kombinujesz przy tym.
Co to jest za gra i dlaczego z taką namiętnością pogrywasz w tą grę?
[52:05] - Po prostu ja obserwowałem i obserwuję ten świat gier, które powstają, z ciekawością. Dosyć podobnie chyba jak Sokołowski mam rentgena w oczach, a to się dosyć łatwo wyłapuje, takie progowe w tej katarakcie zjawiska, takie rzeczy, od których się zawsze coś zaczyna, bo wszystkie nurty, wszystkie tendencje w grach komputerowych zawsze miały jakieś pierwowzory, przy których się coś zaczynało. Potem leci już ta papka i takie tłuczenie jak popkultura. Natomiast są rzeczy takie właśnie progowe. Te progowe są bardzo często dosyć nieśmiertelne. Zwróćcie uwagę, że kiedy wymyślono taką grę jak w Polsce znaną „Człowieku, nie irytuj się", kiedy wymyślono warcaby, kiedy wymyślono szachy i tak dalej, to są właśnie takie gry, które przetrwały czasami parę tysięcy lat przecież. One były nośne, chociaż już były tak stare, ale dalej były nowoczesne, że tak powiem. I w świecie gier komputerowych też bywa coś takiego, że są gry, grafika jest tragiczna, dźwięk boże broń, ale gra jest dalej nowoczesna, dalej w jakiś sposób uruchamia nasze umysły i tak dalej. Ja mam parę takich gierek, w które nie gram pasjami, ale bardzo lubię od czasu do czasu, tak jak rolnik, który wychodzi na próg domu popatrzeć na pole, na chmurki i tak dalej. Dokładnie tak samo zasiadam do komputera i zamiast chmurki uruchamiam sobie takiego...
Jak on się nazywa? Boże mój. Aha, Master of Orion, taką gierkę Master of Orion i tak dalej. Po co? Po to, że dzisiaj są gry strasznie skomplikowane, nadziane, napompowane tak, że się porzygać można czasami i potrzeba miesiąca, żeby cokolwiek palcem w bucie ruszyć i tak dalej. Master of Orion jest taką śmieszną gierką, w której ja w przeciągu pół godziny, godziny góra mogę rozegrać całą historię świata. Zdobyć kilkanaście układów planetarnych, zniszczyć kilkadziesiąt albo kilkaset statków obcych i tak dalej. Stoczyć parę bitew, mnóstwo bitew i tak dalej. Urządzić parę terraformingów gigantycznych planet i tak dalej. To mogę zrobić na takiej starej gierce.
Dlatego od czasu do czasu dokładnie sięgam. Jak czekam na Marka, to po prostu bardzo chętnie włączam i on prawdopodobnie dlatego trafia w tę gierkę. Ten Master of Orion — są wszyscy w wieku około czterdziestolatków. Ludzie to chyba wiedzą, o co chodzi. Gra jest tak śmiesznie beznadziejna graficznie. Dźwięk ma jeszcze dobry. I tak to leci. Tak się pojawiają gry. Ja Marka kiedyś bardzo zachęcałem, żeby zajrzał do dość aktualnej, bo mającej sobie parę lat najwyżej, gierki, którą w tej chwili bym polecał absolutnie wszystkim ludziom, szczególnie młodym. Wręcz uważam, że to gra, która powinna być obowiązkowa w szkole.
Obowiązkowa dla wszystkich dzieci do grania, niezależnie od wszystkiego, czym się dzisiaj dzieci różnią. W każdym bądź razie to jest taka wielka funny spiel, zrobiona tak samo śmiesznie graficznie jak chyba ten Master of Orion. Natomiast ja ją Markowi próbowałem wcisnąć, ale on jeszcze nie kontaktował. Mam nadzieję, że po tej audycji spróbuje liznąć, bo jak się już otrzaskasz z topornością grafiki i bezsensu, właściwie nieustannego ginięcia — bo tam nie ma save'ów, tam idziesz i giniesz. Idziesz i giniesz. Tylko tak się dziwnie składa, że chce się w tej grze ginąć po prostu. Gra wybitnie inspirująca intelekt. Nie ma tam żadnych recept, schematów, wzorców i tak dalej. Trzeba myśleć na bieżąco. Według mnie zrobili ją geniusze.
Ci, o których zresztą mówię, że to są geniusze, zajmują dzisiaj takimi rzeczami, którymi się kiedyś takimi pierdołami genialnymi parał Einstein albo Newton, czy Planck tam jakiś. Natomiast to robią w tej chwili właśnie tacy geniusze. I ta gra według mnie jest obłędnie, nieprawdopodobnie precyzyjnie, genialnie wymyślona. Jest zupełnie niepowtarzalna. Oczywiście po zmarnowaniu godziny czy dwóch w tej grze masz absolutnie dosyć i tak dalej. Natomiast jeżeli się do tego zasiądzie po raz drugi, nigdy — ja już jestem doświadczonym graczem, możecie mi wierzyć — nie istnieje to, że w tej grze powtórzy się coś, co kiedyś tam już doświadczyłem. I dlatego ta gra jest według mnie wspaniała. Funny spiel, co polecam. Ale to taka śmiesznówka. A tak to były takie progowe gry jak Baldur's Gate na przykład, bez którego by później nie było ani Diablo, ani żadnych takich wielkich pegazowych gier jak The Elder Scrolls czy tam...
Ja to nie jestem językowy anglisty, więc kiepsko kojarzę. W każdym bądź razie są takie gry. I bardzo ciekawe, one jakiś odcisk, jakiś ślad, jak te dinozaury na mule w jakimś jeziorku, zostawiają na naszej cywilizacji, na młodych pokoleniach. To po prostu w jakiś sposób się odcisk. No i może kiedyś to też obgrzebie, że coś takiego kiedyś było. To jest bardzo ciekawy proces i w każdym razie ja mówię, że to jest ta współczesność, która mnie fascynuje, a przynajmniej ciekawi, intryguje. O, ktoś poszedł.
[01:00:05] - Tak cię słucham, Wiktorze, kiedy mówiłeś o Master of Orion, to przypomniałem sobie — bo ja taki zupełnie antygrowy nie jestem — i kiedyś przez długi czas grałem sobie w grę sieciową opartą na podobnym pomyśle jak Master of Orion, tylko tam to się grało... Chyba z półtora roku grałem w taką grę. Zbudowałem imperium, miałem największe statki, jakie już można było mieć. Tłukłem wszystkich już po prostu. To jest najprzyjemniejsze w grze, że można ludzi tłuc po prostu. I to prawdziwych, bo tam po drugiej stronie byli ludzie, którzy też w to grali. Tylko że ja grałem wcześniej i byłem silniejszy. Cwanie ukrywałem swoje planety tak, że nie mogli ich wcześniej znaleźć. Więc ja urosłem w siłę, a później łupiłem wszystkich bez ustanku i bez żadnych wyrzutów sumienia. Miałem jakąś tam międzygwiezdną wielką bazę.
W ogóle mogłem śledzić to, czego oni nie mogli śledzić, bo te potężne statki mogły obserwować nadciągające niebezpieczeństwo, czego na wcześniejszych etapach nie można było robić. I się czułem taki silny, taki potężny. W ogóle byłem panem wszechświata — tego małego w tej grze. A później coś się administratorom gry porobiło, coś im tam nie stykło i wszystkich graczy zredukowali do zera. Mogliśmy rozpocząć grę od początku. Sądzę, że naiwność tych ludzi, którzy byli administratorami gry, którzy uważali, że jak ja poświęciłem półtora roku życia na to, żeby zbudować swoje imperium, a oni mi je później zabrali jednym kliknięciem i mogłem zacząć od nowa, że ja sekundę dłużej w tej grze pozostałem. Nie pozostałem. Olałem sprawę i stwierdziłem, że trudno, będę zdegradowanym imperatorem, ale już nie będę w to grał. Nie będę budował swojej potęgi od początku. A ja tam naprawdę potrafiłem robić poświęcenia, bo na przykład było tak, że żeby złupić jakiś układ planetarny, wyruszała flotylla statków wojennych, które dobierałem.
Ale to, o której ona przybędzie do danego układu planetarnego, żeby go złupić, to już zależało od gry. I się dowiadywałem na przykład, że będą w punkcie docelowym o trzeciej w nocy, to ja posłusznie o trzeciej w nocy wstawałem, bo trzeba było pewne rzeczy śledzić i pewne rzeczy później zaordynować jeszcze, pomóc sobie troszeczkę. I oczywiście uczestniczyłem. Później odpalałem dalszą część gry i szedłem spać. Takich poświęceń zresztą było sporo. I po półtora roku oni mi mówią, że mam zacząć wszystko od nowa. Nie, zdecydowanie wolę takie rozwiązanie, jakie ty stosujesz w swoim Master of Orion. Może gra nie jest taka długa, może nie stajesz się aż tak potężny, jakim ja byłem, ale przynajmniej nie masz żadnego debila administratora, który ci powie: „A teraz przepraszamy, cofamy pana o półtora roku w przeszłość”. To pierwsza taka refleksja dotycząca gier. I chyba ci tutaj przyznam rację, że te na własnym komputerku, bez podłączenia sieciowego chyba troszkę lepsze są.
Tak mi się wydaje. A druga rzecz, którą chciałem powiedzieć, to à propos pewnych rzeczy, które docierają. Wspomniany już Maj Krzysztof mówi o tym, że powinniśmy nasze myślenie rozszerzyć i tak jak mamy listę lektur szkolnych, to na liście lektur szkolnych, na przykład tytułem próby na początek, ale powinien się znaleźć jakiś film do obejrzenia wspólnego i później pracowania nad tym w szkole, jakiś film, jakiś serial i jakaś gra. Bo gra, jeśli bardzo chcemy, to rzeczywiście możemy sprowadzić ją do idiotyzmu. To takie pykanie na komputerze. Ale tak jak powiedziałem, jak jest fajna gra z fajnie stworzonym światem, to ona nawet może być przedmiotem analizy paralekturowej. Wiem, że to byłaby tak naprawdę niedźwiedzia przysługa dla tej gry, bo młodzież by ją natychmiast znienawidziła. Jak już by taka gra weszła do kanonu lektur, to już absolutnie znienawidzona. Ale chodzi raczej o kierunek myślenia niż o taki przykład, jaki podałem przed chwilą. Właśnie wróciła do mnie choróbka.
Jak ty, Wiktorze, się na to zapatrujesz? Brednie to czy może jakieś jednak objawienie z tymi lekturami i z tymi grami w lekturach?
[01:05:00] - Po prostu jeszcze nie znieczulałeś do końca, więc w końcu żeś coś tam przyuważył.
[01:05:07] - Ale to nie o mnie masz mówić, tylko o pomyśle.
[01:05:14] - O pomyśle. To jest dla mnie oczywiste. My, że tak powiem, w tej naszej europejskiej cywilizacji tak przykleiliśmy się do papieru, że tak powiem, tak jak się papier do zupy zwykle przykleja i już nie widzimy niczego innego poza papierem. To trwa naprawdę już dwa tysiące lat i tak dalej. Czas najwyższy się od tego papieru odkleić, bo informacje, że tak powiem, można przekazywać nie tylko na papierze, ale można do tego używać wiele innych sposobów. Oczywiście można tam na przykład czuć i tak dalej. To też jest przekazywanie części informacji. Albo puszczać kółka, jakie Indianie puszczali nad ogniskiem, to też była informacja. A myśmy się uznali, że tak powiem, w Europie, że informacja jest przyklejona do papieru po prostu. Najpierw do cegły, potem do papieru.
I tak to trwa przez ostatnie dwa tysiące lat. Dobrze, że ten papier istnieje jeszcze, chociaż ja sobie doskonale wyobrażam, że z dnia na dzień może jakąś decyzją polityczną albo ekonomiczną, albo wciskaniem nowości ludziom nagle zostać wydana dyspozycja, że papieru już nie produkujemy, bo celuloza zanieczyszcza środowisko albo ociepla klimat na Marsie. Więc nagle się może okazać, że tych książek nie będzie z dnia na dzień, nie będą mogły być, bo papieru zabraknie po prostu, tak jak w takiej przepowiedni Stanisława Lema „Pamiętniki znalezione w Lambdie”. Papezu nie było, i trzeba było złoto płacić.
[01:07:30] - Tak sobie myślę, że taki papier jest bardzo szkodliwy dla środowiska, bo papier można spalić. Pomijając fakt, że palenie książek w naszej kulturze coś oznacza i nie chodzi o sam akt palenia, tylko raczej to, co za nim stoi. Pomysły, które stoją za paleniem książek. Coś jednak to oznacza, ale takie płonące książki pomyśl sobie, ile trujących gazów wydzielają. Nawet nie wiem, czy cieplarnianych, ale w ogóle trujących. Tam różne produkty spalania są takie, że może to wiele krzywdy zrobić. I rzeczywiście to, co powiedziałeś, może się okazać, że książka jest potencjalnie bardzo wroga dla klimatu. I rzeczywiście, tak jak to stwierdziłeś przed chwilą, nagle to może stać się przedmiotem ograniczeń, a nawet kompletnego zakazu.
[01:08:25] - Marku, bardzo blisko jesteśmy w tej dzisiejszej audycji, przynajmniej nie wiem, jak w rzeczywistości, blisko wyjaśnienia ocieplenia klimatu na Ziemi. To wszystko przez papier, Marku.
[01:08:40] - Tak jest. I może troszeczkę, chociaż przez mniejszych bądź większych dyktatorów, czy też dyktatorków, którzy te książki każą palić, przynajmniej niektóre. I one później zanieczyszczają. Nic tak nie zanieczyszcza, jak taka książka. Jeszcze pierdzące krowy, to też oczywiście. Okej, Wiktorze. I teraz musi paść bardzo ważne pytanie z mojej strony. To jest też informacja dla państwa. Nagrywamy tę część, którą słuchaliście państwo do teraz, w środę. I teraz pytanie, Wiktor, do ciebie.
Dokończenie jutro w czwartek nagrania czy jedziemy dalej?
[01:09:19] - Nie, Marku, jednak się przełożę.
[01:09:23] - Okej. Nie, to dobrze. Właśnie dlatego, mając na względzie twoją kondycję, rzeczywiście dzisiaj zrobimy sobie przerwę. Dla państwa ta przerwa potrwa chwilę. Skok z jednego dnia do drugiego u państwa to będzie jak pstryknięcie palców, ale my jednak rozstajemy się na kilkanaście godzin, żeby jutro audycję dokończyć. A zatem nie wiem, co Ivellios tutaj wstawi, czy jakieś pyknięcie, czy piknięcie. Ivellios ma zawsze dobre pomysły, więc coś tu się pojawi. A my się z państwem spotkamy. Dla państwa za chwilę, dla nas to niemal doba. No cóż, porozmawiamy dalej.
Jeszcze kilka ciekawych tematów nam zostało. A ta podstawowa informacja dla państwa z dzisiejszej audycji, że to jest audycja – oj Wiktor, jak to źle brzmi – pożegnalna Wiktora. Nie, proszę państwa, żadnej katastrofy. Po prostu Wiktor doszedł do wniosku, że czas na następny etap w życiu i że jak się coś kończy, to się coś nowego zaczyna. Stan zdrowia Wiktora spowodował, że żegna się z „Bibliotekarium”. Może nie stuprocentowo, ale jednak poważnie. Coś źle powiedziałem? Chyba dobrze podsumowałem na razie.
[01:10:50] - Trujesz, Marku.
[01:10:51] - Ja wiem, że truję, ale muszę to powiedzieć.
[01:10:55] - Jak się kończy akt, to się spuszcza kurtynę, potem się podnosi i leci nowy akt. A kto tam komentuje, to opuszcza się kurtyna.
[01:11:05] - Masz rację. Nowy akt się będzie nazywał „Bibliotekarium 2.0”. Będzie miał podtytuł „Akademia Wszelakiej Fikcji” i startuje po raz pierwszy u państwa będzie w tym pierwszym tygodniu października. Przyszły tydzień będzie jeszcze wolny, nastąpi cisza w eterze, jakkolwiek groźnie to zabrzmi. No i cóż, w takim razie Wiktorze, do jutra, a dla państwa do za chwilę.
[01:11:34] - Pa, pa.
[01:11:35] - Podczas gdy my będziemy przenosić się w czasie, państwa zapraszamy do posłuchania twórczości artysty, który niedawno ujawnił się na grupie Radio Paranormalium na Facebooku. Zagra nam i zaśpiewa Gabriel Brzask utwór zatytułowany „Bajecznie” z wydanej niedawno EP-ki „Ostatni koniec świata”.
[01:12:59] - Chłopcy dziś idą w las, patrząc, by na bagnach nie zgubić swego ducha. Boją się, ciężko śpią, lecz
[01:13:30] - Czujemy się bajecznie. Nie bacząc na z broni strzały. We wsi ich spokój nut. Nawet kur udaje, jakby spał ukradkiem. Chłopcy, gdy wrócą tu, śpiewać będą nad grobem wielkim żon swoich. Czujecie się bajecznie. Nie bacząc na z broni strzały. Czujecie się już bezpieczne. Armaty huk już oddały.
[01:16:05] - Tak, proszę państwa. Tak właśnie wygląda magia radia, czy w ogóle magia podróży w czasie. Rozstaliśmy się z państwem. Dla państwa to była chwila temu, a tymczasem u nas upłynęło już prawie 24 godziny, jakby nie liczyć. Właśnie, my dla państwa ten fragment nagrywamy w czwartek wieczorem. Poprzedni nagrywany był w środę, a państwo tego odsłuchacie w piątek. Czyż to nie są, Wiktorze, podróże w czasie?
[01:16:44] - Zapewne. Ciekawe, czy dożyję tego piątku.
[01:16:49] - Wiktorze, ja rozumiem, że dotknięty chorobą człowiek nie myśli optymistycznie. Zresztą trudno od niego tego wymagać. Ale już nie przesadzaj! Do piątku jeszcze jakoś dociągniesz. Przynajmniej mam taką nadzieję.
[01:17:10] - Dzięki za optymizm piątkowy.
[01:17:15] - Dobrze. Powiedz mi, Wiktorze, chciałbym jeszcze na chwilę wrócić do tego, o czym rozmawialiśmy, czyli do gier. I nie dlatego, żeby się tobie podlizywać, tylko dlatego, że jakoś mnie to zainteresowało. Interesuje mnie w dalszym ciągu. Nie będziemy oczywiście mówić o „Falloucie”, bo o „Falloucie” już nie raz tutaj na antenie opowiadałeś, więc gra troszeczkę spalona. Ale interesuje mnie jeszcze jedna gra, której nazwa na twoich ustach pojawia się bardzo często, a mianowicie „Might and Magic”. Dlaczego ta gra tak cię fascynuje?
[01:17:59] - To zupełnie jestem jak każdy baran, bo to jest kultowa gra nie tylko mojego pokolenia, bo jak obserwowałem, to jest pokolenie, ja się przy tym wychowałem. Natomiast jest to również gra kultowa moich dzieci i czasami jeszcze ich dzieci. Także z bardzo prostego powodu, bo ona jest rozrywkowa, sympatyczna, trzeba główkować. Jest nieprawdopodobnie prosto zrobiona, bez siermiężnej łopatologii, którą w tej chwili uskuteczniają nasi genialni producenci, którzy straszliwie każą myśleć. Ja zresztą zauważam, że coraz więcej jest gier takich, przy których twórcy się o wiele lepiej bawili niż klienci, do których ta gra dotarła. Twórców strasznie bawi tworzenie. To świetnie, bo podobnie pisarzy bawiło, nie wszystkich, ale bawiło tworzenie swoich książek. Jest to wielka radość, chociaż niektórzy szczerzyli zęby i zgrzytali tymi zębami, przeżywając dantejskie męki. Ale jednak ogólnie pisanie sprawiało pisarzom dobrą frajdę. To samo dobre książki robiły dobrą frajdę czytelnikom.
Były też książki, przy których mózg trzeba było sprężać do pełnej siności. Dołożyłem tu parę swoich cegiełek, nie ukrywam z dumą. W każdym bądź razie ta radosna twórczość, a późniejsza czytelnicza niestrawność pokutuje również w świecie dzisiejszych zabaw, jakimi są gry komputerowe. A „Might and Magic” jest dokładnie taka. Zresztą ty, Marku, bardzo często wspominasz złote lata science fiction w Stanach Zjednoczonych, a „Might and Magic” dużo później, bo w latach 70. była kultową, absolutnie kultową grą w Stanach Zjednoczonych. Grali w nią absolutnie wszyscy, po prostu opętani byli i konsekwencje tego ciągną się do dzisiaj, gdyż w większości dzisiejszych produkcji wykonywanych przez 40-latków czy coś takiego widać. Bardzo często widać to piętno, jakie odcisnęła na nich ta młodzieńcza pasja.
[01:21:21] - Wiesz co, ja się nie chcę wymądrzać, ale jesteś pewien, że 70., a nie 80.?
[01:21:28] - Może 80. Jaka to różnica, Marku?
[01:21:33] - To prawda, to zamierzchłe czasy, to prehistoria. Tam wtedy jeszcze dinozaury niektóre chodziły po świecie. Masz rację. Właściwie niepotrzebnie się czepiam. Jeszcze zapytam o grę „Might and Magic”. Tak na marginesie powiedziałeś o tych dziwactwach różnych i szczerzeniach się przez niektórych pisarzy. Byłem, proszę państwa, tydzień temu na Coperniconie i tam usłyszałem absolutnie rewelacyjną prelekcję Marcina Podlewskiego dotyczącą różnych dziwnych upodobań, a właściwie trudno inaczej określić, fiołów pisarskich. Notabene w tym nowym „Bibliotekarium 2.0” będę państwu tę prelekcję prezentował. Nie mówię, że od razu w pierwszym odcinku, ale tak na zachętę powiem państwu, że na przykład jeden z bardzo znanych pisarzy, twórców romantyzmu, niepolskiego, miał ten piękny zwyczaj, że przechadzał się właściwie codziennie z czterema gęsiami. Chodził z nimi nawet na przyjęcia i to mu było niezbędne do życia.
Po prostu bez tego nie wyobrażał sobie zarówno codzienności, jak i pisarskiej aktywności. Podobnych fiołów okazuje się, że nawet pisarze, których znamy, lubimy, cenimy, to nagle jak się zedrze tę maskę, to okazuje się, że... Ja nie wiem, czy każdy pisarz jest wariatem. Zaczynam podejrzewać, że tak i zaczynam się pilnie obserwować, ale z tego, co przedstawił Marcin Podlewski, że ludzie, których państwo na co dzień cenicie, których uważacie za autorytety pisarskie albo przynajmniej za ludzi, którzy gdzieś tam wryli wam się w pamięć z powodu przymusu szkolnego, z jakimś tam szacunkiem nawet pamiętacie o nich, to okazuje się, że część z nich, spora część to byli regularni wariaci. Nie wiem, jak o tym myśleć, czy to dobrze, czy źle, ale mówiąc szczerze, ta prosta prelekcja mocno mnie, nie chcę mówić, że wstrząsnęła, ale w każdym razie mocno pobudziła do myślenia.
[01:24:10] - Marku, ja miałem zresztą w audycji, chyba cytowałem sam siebie kiedyś, bo ja miałem zawsze takie powiedzenie, że od szaleństwa jest tysiąc razy bliżej do genialności niż od normalności. Z całą pewnością.
[01:24:30] - Ależ ta prelekcja zdaje się to nie tylko potwierdzać, ale wręcz stawiać kropkę nad i. Po prostu ludzie genialni mają prawo do swoich świrów czy świrowania swojego. Ale to, co jest fascynujące, to że oni robią to w tak zaskakujący sposób czasami. Zapraszam państwa do jednego z „Bibliotekariów 2.0”. Tam państwo usłyszycie tę prelekcję. To jest prosty tekst podawany przez Marcina Podlewskiego, ale tekst, który zostanie państwu w pamięci. Szereg nazwisk zostanie, ja właśnie chciałem powiedzieć, ale nie, wycofuję się. Chciałem powiedzieć, że odbrązowionych, ale nie. Wręcz przeciwnie, pozłoconych. Ta odrobina szaleństwa sprawia, że przepraszam, znowu się choróbka przypomniała, że ta odrobina szaleństwa sprawia, że te pomniki, te posągi pisarskie wręcz są pozłocone, bo właściwie nadaje taki wymiar ludzki tym posągowym postaciom, które gdzieś tam coś stworzyły, o czym powinniśmy pamiętać na wieki wieków.
Nagle okazuje się Że to byli normalni ludzie, a nawet może nie do końca normalni. I to sprawia, że oni nagle stają się tacy bliżsi troszeczkę. Więc to, co powiedziałeś, Wiktorze, o tym szaleństwie, o niewielkiej odległości pomiędzy szaleństwem a geniuszem, to po pierwsze nic, tylko się podpisać pod tym. A po drugie myślę, że warto sobie to wryć w pamięć, bo my bardzo często skłonni jesteśmy, sam jestem do tego czasami skłonny, że jak obserwuję jakieś zachowania niewpisujące się w codzienność, niewpisujące się w taki schemat, to człowiek sobie myśli: „wariat kompletny, debil” i później padają jeszcze gorsze określenia. Czasami, może nie zawsze, ale czasami warto stanąć i się zastanowić: a może pod tym płaszczykiem, pod tą czapeczką kompletnego wariata gdzieś tam ukrył się jakiś geniusz, tylko trzeba z nim porozmawiać po prostu albo-
[01:27:02] - Marku, wariactwo jest bardzo mało ważne. Ważne jest to, co ten człowiek wyprodukuje. O tym, jak Podlewski mówił o fobiach pisarzy, do tego by można dołożyć całą bibliotekę fobi różnych artystów sceny, przede wszystkim aktorów, a już najbardziej showmanów muzycznych po prostu. Przecież jakie to ma znaczenie, że takie bożyszcze tłumów jak John Lennon, kiedy nie mógł się dostać do hotelowego kibla, zwyczajnie spuścił spodnie i walnął kloca na hotelowym dywanie? Jakie to ma znaczenie? Rozrywkowy człowiek. Ważne, jak śpiewał po prostu.
[01:28:06] - Ważne też, co pisał, bo on też tekściarzem był i te teksty, możemy się nad nimi wykrzywiać, bo są tacy, którzy jak słyszą „Imagine”, to się rozpływają z zachwytu. Ja do nich należę. Ale są tacy, którzy mówią, że to jest piosenka satanistyczna. Proszę państwa, jak to z jednym, z drugim pogodzić? Po prostu przyjąć do wiadomości. Jeżeli się państwu to podoba, to niech się państwu podoba. Mnie się podoba, od razu powiem. Jeśli państwa ta piosenka „Imagine” przeraża, trudno, musicie z tym żyć po prostu. Co nie zmienia faktu, że John Lennon, dla mnie przynajmniej, jeśli nie wielkim poetą, to wielkim Beatlesem był. I cóż, gdzieś tam się tak stało, jak się stało, że gdzieś przed tym wielkim apartamentowcem, w którym notabene dzieje się akcja filmu Polańskiego „Dziecko Rosemary”, tam zginął.
Dobra, zostawmy sprawę. Ja jeszcze à propos tej prelekcji Podlewskiego powiem, muszę to powiedzieć: jedna ze sławnych pisarek, właściwie poetek, mogła tworzyć tylko w obecności krowy. Wyjeżdżała za miasto ze swoją służącą czy w każdym razie przyjaciółką, jak zwał, tak zwał, i zasiadała przy krowie i pisała. Średnio jedna krowa wystarczała jej na około 15 minut. Później trzeba było zmienić krowę. Jeśli państwo uważacie, że ja bredzę, to dalej zapraszam na tę prelekcję, która w swoim czasie zostanie odtworzona, ale myślę, że już to powinno państwa zachęcić. Wiktor, czy ty też jakiejś krowy potrzebujesz do pisania?
[01:30:12] - Nie, krowa niekoniecznie, chociaż trzy times ciało to całkiem bardzo chętnie.
[01:30:21] - Ale przyznasz, że piękny przykład z tą krową. I to naprawdę subtelna twórczyni, której na pewno państwo z krową nie kojarzą. Ale dobra, zostawmy sprawy reklamowe. Wróćmy do gry, o której mówiliśmy, a właściwie mówił Wiktor, „Mind of Magic”. Dobrze, ja już przyjąłem do wiadomości, że gra jest super, jest przygodowa. Ale co znowu choróbka. Co decyduje o tym, że ona jest aż tak wciągająca? Czy jesteś w stanie jako w końcu człowiek bywały oraz w końcu pisarz jakoś ją tak zareklamować, żebym ja zrozumiał twój zachwyt i zrozumiał zachwyt wielu innych ludzi? Bo ja przyznam się szczerze, w tę grę akurat nie grałem. W związku z tym jestem dobrym materiałem do akcji propagandowej.
Wiktorze, uruchom taką właśnie akcję propagandową.
[01:31:28] - Z zrozumieniem to będę miał kłopot. Nie da się ukrywać, ale już tak mówiąc, to chyba starożytni Grecy-
[01:31:38] - Ale przerwę. Weź pod uwagę, że ja lubię zabijać w grach. To jakiś atawizm we mnie jest. Lubię mordować.
[01:31:49] - A tu łże się na lewo i prawo.
[01:31:51] - To już jest nić porozumienia jakaś. Zdecydowanie.
[01:31:57] - Tak. Na tym to polega. Ta gra jest strategiczna częściowo, częściowo przygodowa. A dlaczego tędy? Tak jak nawiązałem do starożytnych Greków, dotyczy to również chyba wszystkich dzieł na świecie. Jest coś takiego, taka formułka jak złoty środek. Dostrzegali go plastycy, graficy, malarze, muzycy, wszyscy twórcy sztuki. Jest coś takiego nieuchwytnego jak złoty środek, żeby to dzieło, jeśli to dzieło, zupełnie różne czasami od każdego innego, ale każde ma swój własny, jednak jakiś złoty środek. Jest wiele dzieł literackich, które tego złotego środka nie mają, ale są nawet pasjonujące. Zawsze wtedy można mieć uwagi oraz takie, które się połyka dlatego, bo mają ten złoty środek.
Dotyczy to również gry „Might and Magic”. Ona po prostu, Marku, już w tej chwili jest przestarzała, jest zupełnym żabowatym, wykopaliskowym czymś tam. Ale całą pewnością, jeżeli nawet dzisiaj tatuś z synusiem sześcioletnim, który mu usiądzie, albo córeczką, która usiądzie mu na kolanach, odpali w komputerze grę „Might and Magic”, to gówniarz błyskawicznie chwyci i błyskawicznie będzie w to grał, bo miałem okazję wiele razy się na ten temat przekonać, że to jest zaraźliwe. Na jakiś czas oczywiście, jak COVID.
[01:34:02] - Tak. Okej, Wiktorze, jeszcze zapytam cię, bo mówiliśmy o „Master of Orion”, mówiliśmy o „Falloucie”. Właściwie nie mówiliśmy o „Falloucie”, ale wspominaliśmy o nim, o „Might and Magic”. Są jeszcze jakieś gry, które mógłbyś w tej chwili nie tyle zareklamować, co powiedzieć o grach, które w tej chwili pobudzają twoją wyobraźnię, pobudzają twoją aktywność? W każdym razie kręcą cię, co tam będę wiele nawijał.
[01:34:43] - Ja jestem tutaj kiepski do reklamowania, bo mój zdepnięty angielski, czyli w ogóle nieistniejący, na pewno wypaczy każdy tytuł, który bym rzucał, bo ja, że tak powiem, po angielsku czytam bardzo świetnie, natomiast mówić absolutnie nie potrafię. Z prostego powodu, nie chciałoby mi się tego uczyć od diabła. Lennon śpiewał po angielsku, to ja muszę? Z takich ostatnich rzeczy, które mnie pasjonowały, to na pewno pasjonował mnie „Fearless of Eternitry”. Taka rzecz, która bez „Baldur's Gate”, bez „Icewind Dale”, bez takich różnych rzeczy nigdy by się na świecie nie pojawiła, bo to jest ten sam silnik tak naprawdę i ta sama zabawa. W tej chwili na przykład jak skończę audycję, to zemdleję zapewne, ale jak się podniosę z podłogi, to na pewno zasiądę sobie, żeby pobawić się taką gierką, „Divinity”. Zabawną.
[01:36:05] - Jeszcze raz tytuł tej gry.
[01:36:10] - Mówię tak, jak się pisze: „Divinity”.
[01:36:15] - A co to jest w ogóle? Co tam się robi?
[01:36:18] - Nic takiego. Statek tonie, trzeba się uratować. Płynie się na wyspę, tam jest Port Radość. W Porcie Radości masz wiele radości, czyli rzeźnia numer 775 i tak dalej.
[01:36:35] - I żadnego seksu?
[01:36:40] - Oj nie, proszę ciebie. Jeżeli na przykład za głównego bohatera weźmiesz sobie elfkę, one są bardzo brzydkie, te elfki, ale cholernie zgrabne, to pierwszą rzeczą, którą należy zrobić z taką elfką, tego prawdopodobnie żaden gracz nie wie, dlatego ja od razu podpowiadam. Ktokolwiek się weźmie za tę grę, to pierwszą rzecz, którą powinien zrobić, to, co zrobiłbyś z taką elfką każdy zdrowo myślący mężczyzna, że tak powiem. Należy ją rozebrać. Wtedy się okazuje, że jest cudownie zgrabna. Biega po tych wyznaniach, zbiera muszelki i strzela z łuku, i zabija równie zgrabnie jak te zbieranie muszelek. W każdym razie jest cudowna. Można bardzo pięknie grać. A w drużynie to również jest bardzo piękny, komiczny obrazek, bo jak masz trzech zakutych w zbroję palantów, a jedną gołą nimfę z łukiem na plecach fruwającą i zabijającą rzenną krwią kogo popadnie, to jest cudowny widok. A naprawdę widok jest piękny.
Tak że erotyka w tej grze jest jak najbardziej, czasami ukryta, ale trzeba to rozbierać.
[01:38:07] - Wiesz, jak tak opowiadasz, to ja się czasami zastanawiam, co siedzi w głowach ludzi, którzy piszą gry. I nie mówię tego pejoratywnie, żebyście państwo mnie dobrze zrozumieli. Mnie chodzi właśnie o coś, co lubię nazywać migotliwością myśli czy migotliwością obrazu świata. To, co powiedział Wiktor przed chwilą. Należy bohaterkę rozebrać i ona wtedy biega po tych wydmach. I tak dalej. Nie będę powtarzał. Proszę państwa, naprawdę ci ludzie-
[01:38:46] - Ktoś to uwzględnił. Tak.
[01:38:49] - Tak. Ci ludzie, poza tym, że piszą gry, wymyślają gry, to oni z całą pewnością — nie wiem, czy potrafią pisać — powinni albo zacząć, albo przynajmniej dyktować niektóre swoje rzeczy, które pomyśleli ludziom, którzy piszą, bo z tego by naprawdę wyszły historie, które moglibyśmy określić mianem chyba najprostszym — odjechane. Zdecydowanie odjechane.
[01:39:16] - Marko, jak mówisz tak lekką ręką, że oni tam coś piszą czy coś takiego. Oni tam również piszą. W tej całej gierce „The Witness” są teksty tak mądre edukacyjnie dla ludzi młodych, ale również dla starych, że tak powiem. Tak mądre, tak przemyślane, że chyba od czasów tych starożytnych Greków nikt tego tak jasno i prosto nie powiedział. I tak pięknie w dodatku. To jest wszystko ukryte, gdzieś tam jest, tak jak w życiu zresztą. W życiu też przecież nie żyjemy mądrościami, tylko żyjemy chipsami oraz innymi gównami.
[01:40:02] - Czy to jest ta gra, z której cytowaliśmy książki w jednej z audycji?
[01:40:07] - Nie, to nie jest ta gra, ale to jest gra robiona przez bardzo podobną ekipę. Połowa twórców robiła również tamtą grę, „The pillars of eternity”. W tej chwili to są już tacy nomadzi, twórcy, którzy wędrują od firmy do firmy, od zespołu do zespołu, wszędzie zarażają, przenoszą swoje wirusy, bakterie i inne, swoje przemyślenia, cytują, nawiązują i tak dalej. To jest bardzo skomplikowane. To jest tak samo skomplikowane jak echa innych książek w jakiejś książce. One tam bardzo często są, bez cytowania wprost, ale nawiązywania do dziedzictwa pokoleń. Gry komputerowe już zaczynają posiadać takie dziedzictwo pokoleń. To się rozwinie, dojrzeje i będzie pięknie, aż w końcu też zdechnie, bo będą się ludzie czym innym zajmować. Nie wiem czym.
[01:41:29] - Miałeś taki czas, że byłeś zafascynowany, a w każdym razie mocno obgrywałeś gry typu „Cywilizacja” albo takie pochodne od „Cywilizacji”. Czy to ci już troszeczkę minęło?
[01:41:49] - Nie, do „Cywilizacji” chętnie sięgam, chociaż to jest takie gówno, że się płakać chce, ale ma pewien ogromny urok spokoju. Zostało to też upiększone, upnajnione. Dzisiaj to tak jak te twoje seriale, o których mówisz. Istota rzeczy jest może głupawa, ale uroda tego świata i precyzja zbudowania tego świata wręcz fascynuje człowieka. Może fascynować. Także siadam sobie od czasu do czasu do „Cywilizacji” i wysiedzę pół doby, ale w końcu ta gra powinna mieć inny tytuł, nie „Cywilizacja”, ale taką inną nazwę miał popularny kiedyś „Chińczyk”, czyli „Człowieku, nie irytuj się”. Ta gra prędzej czy później wkurwia, nie można przy niej wytrzymać. Trzeba się odreagować przy czymś innym, a potem spokojnie znowu wrócić. Bo to taka miłość niespełniona przecież.
[01:43:10] - Ponieważ chcę w tej chwili zmienić zakres tematyczny naszej rozmowy, to zapytam, czy jeśli chodzi o gry, to chciałbyś jeszcze coś powiedzieć? Czy ogólnego, czy szczególnego, to teraz jest ten czas.
[01:43:31] - Ja jestem bardzo bliski do pewnych gier i tak dalej. Natomiast ja widziałem i podziwiałem moich zupełnie, absolutnie genialnych kolegów, między innymi przyjaciela, z którym zacząłem robić własną grę i tak dalej, Jarka Chrustowskiego, który napierdalał strzelanki. Robił to z pasją taką, że się w głowie nie mieści i w taki fenomenalny sposób, że budziło zachwyt. Oczywiście ja tego typu gry niespecjalnie lubię sam, ale Z podziwem potrafiłem zasiąść i dwie, trzy godziny z zachwytem oglądać tę ewolucję. Bo w tym się sprawdza nasza zwierzęca natura. Ten ludzki instynkt, o który siedzi dupki fotelowe, bardzo często zapominają, że to jest coś równie ważnego jak ludzka dusza. Instynkt i dusza, a nie fotel.
[01:44:58] - Ja cię jeszcze muszę w sprawie gier o jedną rzecz zapytać. To czysta prywata, proszę państwa, ale w swoim czasie byłem, chyba w dalszym ciągu jestem, fanem pierwotnej serii gier zatytułowanych „Tomb Raider”. Grałeś w to kiedykolwiek?
[01:45:24] - Chyba nie, ale chyba to przeglądałem. A co to było? To była strzelanka?
[01:45:31] - Taka nietypowa strzelanka, bo tam Lara Croft biega sobie i odkrywa.
[01:45:37] - Z tą Larą Croft to ja pierwszą grę grałem. Ale to było jeszcze na Amidze, proszę ciebie.
[01:45:44] - Nie, to 90. lata. Czy na Amidze to nie wiem. Być może, ale w każdym razie 90. lata.
[01:45:51] - Na Amidze była w latach 80.
[01:45:52] - Nie, Wiktor Budgan. Na 100% nie. Dobrze, okej, nie kłócę się.
[01:46:00] - Z całą pewnością Lara Croft była w latach 80. i to jeszcze wczesnych, na komputerze Amiga. A na IBM to się pojawiła wtedy, kiedy IBM potrafił taką Larę Croft w sobie pomieścić, czyli dodać jej kolorów, dźwięku i czegokolwiek. W czasach Amigi IBM miał cztery karty Hercules i cztery kolory: niebieski, czerwony, żółty i coś jeszcze.
[01:46:32] - Chyba trzy kolory RGB miał.
[01:46:36] - Dokładnie.
[01:46:38] - Wracając, grałeś w tę wczesną, ale w tę późniejszą nie grałeś, rozumiem.
[01:46:45] - W późniejszą nie grałem, bo to już zupełnie inne rzeczy, ale w tym czasie z takich strzelanek na przykład to grywałem w „Dooma” bardzo chętnie.
[01:46:55] - „Doom” był okej. Tylko jeszcze był ten stary „Wolfenstein”, gdzie się tych Niemców wykańczało i oni tak fajnie robili i padali. Powiem ci jedną rzecz. „Lara Croft” i „Tomb Raider”, te pierwsze części były dla mnie tak fascynujące, że owszem, strzelało się, ona strzelała z różnej broni. Super, natomiast tam było jeszcze coś takiego, że trzeba było też pomyśleć w wielu miejscach, bo jak się nie pomyślało, jak ktoś był tępym strzelaczem, to tej gry nie przeszedł. Tam nie dało się, nie myśląc, nie kombinując i to czasami bardzo ostro, przejść tej gry. I to dla mnie była duża zaleta „Tomb Raidera”. Ja wiem, dla większości z państwa to, co ja w tej chwili opowiadam, to znowu jest prehistoria. Jeśli nie dinozaury, to przynajmniej mamuty. Niemniej jednak to była gra, którą wspominam z pewnym rozrzewnieniem, mimo wszystko.
Później oczywiście pojawiły się nowe „Tomb Raidery”, nowe Lary Croft, ale one już były chyba zbyt doskonałe i już mi się tak dobrze w to nie grało. Ta prosta Lara Croft z kamerą zza pleców, z prostym obrazkiem, nierzeczywistym, a takim bardziej kreskówkowym. To było jednak to. Tam trzeba było nieźle kombinować. Dobrze, zostawmy prehistorię. Zostawmy gry, o których dzisiaj już niewiele osób pamięta. Powiedziałem o zmianie tematu naszej rozmowy. Chciałem zapytać cię, Wiktorze, my tu właściwie od 150 audycji, to jest 150. To od 149. gadamy, gadaliśmy o książkach różnego rodzaju.
Niektóre ci pasowały, niektórych nienawidziłeś serdecznie, że nie wspomnę chociażby „Konopielki” i kilku innych. Ale nie o tym. To już znowu jest historia. Gdybym cię zapytał o książki, które gdyby „Bibliotekarium” w wersji pierwszej istniało, to chciałbyś jeszcze zaprezentować, to jakie tytuły byś tak z palca wystrzelił? Powiedzmy trzy.
[01:49:41] - Jeden na pewno, do którego żeśmy się przymierzali przez pół roku albo dwa lata nawet. Zdecydowanie bym mówił o książce jakiegoś tam francuskiego dyplomaty, de Tocqueville'a, „O demokracji w Ameryce”. Starą książkę, ale według mnie cudowną książkę. Drugą taką książką byłby na pewno „Smutek tropików” Lévi-Straussa. Taka historia Afryki. Etnografa, badacza, podróżnika i tak dalej. To takie stare naleciałości. A trzecia to chyba „Delirium” w TARDIS bym zaszufladkował.
[01:50:37] - Okej, czuję się w jakiś sposób, szczególnie tym ostatnim tytułem zobowiązany i rozumiem, że kiedy o tej książce będę próbował opowiedzieć, to przynajmniej 15-minutowej wstawki do audycji udzielisz.
[01:50:58] - Przez 15 minut ryku wściekłości z siebie to chyba nie zdołam zdać.
[01:51:06] - A to rozwiń to, co powiedziałeś.
[01:51:09] - Bo ta powieść jest genialna, ale tak mnie wkurwia, że wściekły, bo jest tak źle napisana, że w cholerę jestem, że zmarnowałem łaskę boską, która mnie natchnęła. Nie dopracowałem tego. Ale ćwaniem byłem całe życie.
[01:51:32] - Chociaż z drugiej strony, jeśli człowiek się przebije przez tę barierę słów, zdań zawiłych, to obraz, który się z tego wyłania jest fascynujący. Żeby to nie było gołosłowne, bo państwo powiedzą: „Żelkowski znasz Żwikiewicza, to będzie mu kadził w tej chwili”. To ja odwołam się do czegoś takiego. Powstawał w swoim czasie komiks na podstawie tej książki. I proszę państwa, te plansze, które powstały, były zapierające dech w piersiach. I znowu ja jestem nieważny. Mówił to, wypowiedział w swoim czasie człowiek, którego już w tej audycji przywoływaliśmy, czyli Krzysztof Sokołowski. On był absolutnym fanem tego, co powstawało. To w rezultacie nie powstało. To inna sprawa zupełnie.
Niemniej jednak te obrazy, które już powstały zatykały po prostu. Wiktorze, to było naprawdę wielkie dzieło.
[01:52:43] - Marku, bardzo proste. Ja w komiksie naprawiałem tamtą książkę i naprawiłem ją bardzo sensownie, tylko że nie wydałem, że tak powiem. Nie zrealizowało się to do końca z bardzo prostego powodu, bo o ile książka miała jednego autora, tak komiks niestety musiał mieć dwóch. I jedna noga mi zdechła.
[01:53:15] - Ale powiem jeszcze taką rzecz. Obraz ziemi, który rysowałeś w dziele pierwotnym, czy też rysowaliście w dziele wtórnym to był obraz, którym dzisiaj ogólnoświatowa publika zachwyca się w takich filmach jak na przykład „Avatar”, czy innych tego rodzaju produktach masowej wyobraźni. Czyli absolutnie coś wykraczającego poza płaski schemat. Ziemia to jest u ciebie... Co ja będę gadał, czym jest ziemia u ciebie w „Delirium”? To jest absolutnie nieprawdopodobny obraz.
[01:54:05] - To jest kwestia albo ktoś jest wizjonerem, albo nie jest. Są ludzie, którzy potrafią sprzedawać to, co jest. A ja lubię zawsze dotykać coś, co jest tylko prawdopodobne, co może zaistnieć i tak dalej. Mam niestety wrażenie, że ziemia skończy tak, jak skończyła się w „Delirium” w TARDIS. Nie wróży to dobrze naszemu upadłemu owidium.
[01:54:47] - Wiesz co, tak się uśmiechnąłem w tej chwili, kiedy to powiedziałeś, bo rzeczywiście dobrze nie wróżysz naszemu otoczeniu, naszej cywilizacji. Ale powiem ci, że ten upadek będzie, jeśli podtrzyma, jeśli zachowa twoją wizję, niezwykle widowiskowy. To, co ty rysujesz w książce, to co było później narysowane w komiksie, to jest niezły czad. To jest ten poziom wizjonerstwa takiego obrazu. Znowu będę podejrzewany o to, że ci kadzę. Dobra, niech będzie nawet. Proszę państwa, nawet się na to zgadzam, żeby było. Ale to jest ten obraz wizji takiej, której państwo tak naprawdę w fantastyce szukacie.
[01:55:39] - Ale Marku, to jest również dziedzictwo po kolei moje, bo „Delirium w TARDIS” by nie powstało nigdy w życiu bez trylogii na przykład Żuławskiego na Srebrnym Globie i tak dalej. To wszystko wędrowało sobie i tak dalej. Chociaż jeżeli już mam skomentować swój pesymizm czy czarnowidztwo, to takie, które tam gdzieś po tej literaturze się pętało, to chcę jednak przytoczyć stare, dobre arabskie przysłowie, które mówi Bardzo jasno i prosto, tak jak może Ziemia i również ludzka cywilizacja po odpowiedzi śmi i wszystkim innym broniom, że tak powiem. Wszyscy czekają, a karawana jedzie dalej. Bo ona jedzie, a my czekamy. Ale ona dojedzie gdzieś, a może nie. Może samo jechanie jest celem.
[01:56:51] - Tak, Wiktorze. Ponieważ ta dzisiejsza audycja jest rodzajem, źle to brzmi, pożegnania, w każdym razie twojego pożegnania ze słuchaczami „Bibliotekarium”, tak to ujmijmy, to nasi słuchacze nie wybaczyliby mi, a już tobie to na pewno, gdybyśmy nie poruszyli tematu powieści, która jest, a której nie ma, czyli „Kosmodramu Machu Picchu”. Najpierw takie ogólne bardzo, bo ja sobie zdaję sprawę, że dzieła, które liczy kilkaset stron maszynopisu, nie da się tak powiedzieć: „To jest o tym albo o tamtym”. Wiem i nie tego oczekuję. Ale jakbyś miał to swoje dzieło, które jest, a nie jest, jakoś scharakteryzować, jakoś o nim opowiedzieć, to co byś powiedział?
[01:57:42] - Nie da rady, Marku. Nie da rady po prostu, bo to jest coś takiego jak gadanie o… Nie wiem. Może jeszcze skończę to. Ono jest skończone praktycznie biorąc, ale trzeba by było podszlifować. A poza tym czy coś dzisiaj warto wydawać? Czy dzisiaj warto grać w starą „Larę Croft”? Też nie warto.
[01:58:13] - Wiktorze, ja już teraz natrętnie ci przerwę. Znam przynajmniej trzech wydawców, którzy z pocałowaniem ręki i na kolanach wydaliby tę książkę. Ale do tego wrócimy. Ja jednak spróbuję jeszcze raz. Jakbyś miał spróbować w trzech, może w czterech zdaniach nie opowiedzieć książki, bo ja wiem, że to jest karkołomne, tego się nie da zrobić, ale gdybyś miał w tych trzech, czterech zdaniach powiedzieć, czego ta książka dotyka, jakiego zagadnienia, to myślę, że to jest pytanie, na które jesteś w stanie odpowiedzieć.
[01:59:08] - To znaczy właśnie nie. Na to nie jestem w stanie odpowiedzieć, gdyż ona dotyka, tutaj z pychą powiem, wszystkiego absolutnie, co się na Ziemi zalęgło i tak dalej. Absolutnie wszystkiego. Przynajmniej ja taki zamiar miałem, kiedy zasiadałem do tej gry, że to ma być coś takiego jak Biblia Esep po prostu i opowiedziana bardzo prostą historią, prostą rzeczą, która ma również karkołomną konstrukcję. Ja wyjaśniam może, czego nigdy niespecjalnie nie mówiłem. W pewnym sensie ten „Kosmodram Machu Picchu” już istnieje. Został wydany częściowo, bo „Kosmodram Machu Picchu” to jest pierwsza część trylogii. Dużej trylogii, którą zacząłem pisać. Tylko „Kosmodram Machu Picchu” jest pierwszą częścią. Drugą częścią tej trylogii jest właśnie powieść moja „Delirium Tarzis”, a trzecią częścią taka krótka powieść „Kaiomas.
Manifest degeneracji”. „Kaiomas” to jest króciutka puenta do tej całej historii. Tak sobie przeleciałem przez parę tysięcy lat czy paręset lat albo kilkadziesiąt, bo szybko dzisiaj się wszystko zmienia. I tak sobie popisałem. A „Kosmodram” jest najczytelniejszą, najprostszą historią. Zresztą wszystko, czego dotyka, zawarte jest w samym tytule, a właściwie w podtytule tej powieści. Powtórzę, o ile pamiętam. Tytuł pełen brzmi w ten sposób: „Kosmodram Machu Picchu, czyli historia okrutna o miłości i zbrodni, o zwycięstwach, upadkach i rozterce walecznego Kristana 43 584 w najwspanialszej galaktyce wszechświata”. Tą galaktyką wszechświata jest Ziemia, która jest również wszechświatem całym w pełni skończonym i ograniczonym. A historia jest bardzo ludzka.
Jest dokładnie o miłości, o zbrodni, o wędrówce przez życie głównego bohatera. Dosyć bardzo karkołomna, ale wiele rzeczy, które tam napisałem pół wieku temu Dzisiaj jest wdrażany, że tak powiem. To, co się dzieje na przykład z technologiami w amerykańskiej armii, to po prostu mnie do rozpuku śmieszy, bo ja to w 90% opisałem po prostu 50 lat temu toska w toska, jak mawiają Rosjanie. Mam sentyment trochę do tej książki. Szkoda, że nie wyszła. Ale napisałem dużo więcej bardzo fajnych rzeczy, których nie mogę skończyć, bo je zwyczajnie zgubiłem albo mi gdzieś w życiu przepadły, a były nie wiem, czy nie lepsze od „Kosmodramu” .
[02:03:20] - O jedną rzecz muszę jeszcze zapytać, jeśli chodzi o „Kosmodram”, bo tak jak powiedziałeś, „Kosmodram” był gotowy pod koniec lat 70. już taki na fest, pod korek. Później długo leżał. Już byli chętni, żeby to wydać. Za komuny to było za grube, bo to na początku miało 1000 stron maszynopisu i co wydawca dostał, to mówił: „Nie”.
[02:03:45] - Nie, kochany. Za komuny również to wydawano. Kaw to już złożył i miał gotowy do druku. Kiedy ja się o tym dowiedziałem, wycofałem z wściekłością maszynopis z tego wydawnictwa. Z jakiego powodu? Z bardzo śmiesznego powodu. Otóż dowiedziałem się, że ta książka idzie do druku tak, jak ją napisałem. Żaden redaktor nad tym nie usiadł, nie znalazł moich kiksów, nie wytknął mi błędów. Dla mnie wydawanie książek bez redaktora to jest pijane. To tak, jakbym własnym sumptem wydał taką książkę.
Można to wydać i tak dalej, ale redaktor jest podstawą każdej książki. Czasami ogromne zasługi ponosi w tym, że książka jest klarowna i nadaje się do przyswajania przez nasz mózg. Natomiast Kaw to po prostu wziął i sobie miał zamiar wydawać. Do dzisiaj gdzieś tam te stopki drukarskie się pętają po Polsce.
[02:05:12] - Tak się zastanawiam, w tym wydaniu kawowskim z Glizdą to ile to miało mieć tomów? 12? To jest objętość potworna. Z 12 to może przesadziłem, ale w czterech to przypuszczam, że ewidentnie.
[02:05:33] - Nie wiem, jak to miało być wydane, bo w tamtej formie miało to dokładnie 1400 stron grubości, a potem, że tak powiem, to namiętnie jako Olbrychski szlachałem szablą pióra i tak dalej i ją zwężałem, że tak powiem. Skróciłem ją do 1200, potem do 1000, potem do 900, a potem z powrotem wróciłem do 1200, już prawie na czysto, a potem już mi się odechciało.
[02:06:06] - Ale jest jeszcze jeden niuans, o który muszę zapytać, bo był taki czas kilka lat temu, że siadłeś do „Kosmodramu” i zacząłeś go, to jest nadużycie, nie tyle pisać od nowa, co mocno ingerować. I właściwie powstały cztery rozdziały, które jak ludzie to czytali, to jest zresztą, proszę państwa, dostępne na jednym z portali. Ja sobie za chwilę przypomnę ten portal, ale te cztery rozdziały pojawiły się i ludzie byli absolutnie zachwyceni. Problem polega na tym, że piąty i kolejne rozdziały już nie powstały. Dlaczego ci brakuje pary?
[02:06:58] - Pary to mi brakuje. Tak.
[02:07:04] - Rozumiem.
[02:07:07] - Zawsze uważałem, że twórcy bez muzy to daleko nie zajadą po prostu. A ja już jestem w wieku raczej mało muzykalnym.
[02:07:21] - Spróbuj odpowiedzieć na pytanie.
[02:07:27] - Może przysiądę jeszcze. A ja wiem, dlaczego przerwałem. Teraz mi olśniło. Cholera jasna, ja wiem, co mi przeszkodziło. ABW. Ta amnezja.
[02:07:48] - Nie.
[02:07:49] - Już nie miałem kasy na myślenie o tym. Tak to było.
[02:07:58] - ABW. Wiktor, wiesz co? Na twoim miejscu uważałbym na to, co mówisz, bo niniejszym swoją przygodę z ABW i z „Bibliotekarium” kończysz. To, jakby ci to powiedzieć tak delikatnie, wypadałoby usiąść i pisać piąty rozdział. A ja tak się jeszcze podzielę, że te cztery rozdziały są, proszę państwa, na portalu Polter. Polter.pl. Tam państwo znajdziecie cztery przerobione początkowe rozdziały „Kosmodramu Machu Picchu”. Sami państwo oceńcie i później ślijcie te listy do Wiktora: „Pisz, mistrzu, pisz. Teraz już skończyłeś z tym nienawistnym ABW, a co więcej z Bibliotekarium. To teraz, mistrzu, pisz po prostu”.
Czy inaczej, Wiktor, bo chodzi taka środowiskowa plotka. Nie, taki środowiskowy żart, że postanowiłeś żyć wiecznie i gdzieś tak powiedziałeś sobie, że jak skończysz „Kosmodram”, to właściwie opus magnum i czas skończyć życie. W związku z tym postanowiłeś, że go nie skończysz i będziesz żył wiecznie. Czy mógłbyś się ustosunkować?
[02:09:23] - Nie, to jest racja po prostu. Przynajmniej w ten sposób należy myśleć. To jest mój ogromny życiowy optymizm. Ja nie mogę, zresztą jak widać, złamałem sobie kręgosłup, a dalej, że tak powiem, na głowę nie upadłem. I mam ochotę nawet do tego „Kosmodramu” przysiąść. Rzeczywiście, dopóki ja go nie skończę, to on mnie nie wykończy. Tak się, że tak powiem, droczymy z tym losem i z Panem Bogiem.
[02:10:09] - Wiktorze, żeby nie było, że audycja „Bibliotekarium” z siostrzaną audycją ABW ciebie wykończyły w ostatnim wydaniu, będziemy powoli żeglować ku końcowi tej 150. edycji „Bibliotekarium”. To jest chyba ten moment, kiedy, jakkolwiek to łzawo zabrzmi, to jest czas na pożegnanie, czy w każdym razie na jakieś takie pomachanie łapką naszym słuchaczom. To ja teraz się zamykam. Milczę we wszystkich znanych sobie językach, a ty mówisz.
[02:10:49] - Nie. Ja przypomnę ci formułę, którą usłyszałem w rozmowie z Rafałem Ziemkiewiczem. Ona jest najzdrowsza, że tak powiem. Bądźmy pożegnani oczywiście. Ja mówię do moich przyjaciół, z którymi, że tak powiem, tutaj sobie nawiązywaliśmy kontakt, którzy pisali, zabierali głos i tak dalej. Bądźmy pożegnani. Może to jeszcze trwać 25 lat albo 50, ale bądźmy pożegnani. Natomiast bez żegnania, że tak powiem. Sama formuła „bądźmy pożegnani” jest chyba bardzo dobra i wystarczająca, żeby za jakiś miesiąc znowu jakąś rozmowę stopić.
[02:11:39] - O, jak bardzo chciałem to usłyszeć. Nie wypadało mi się domagać albo podpuszczać ciebie, ale z własnej woli to wydusiłeś. Postaram się nie nadużywać twojej grzeczności i atakować cię z różnymi wypowiedziami możliwie jak najrzadziej. Co nie wyklucza pewnej regularności, mimo wszystko.
[02:12:02] - Tylko Marku, mam do ciebie serdeczną prośbę po tej audycji. Mnie już nie ma. To znaczy jako temat. Ja się mogę ustosunkowywać do jakichś tam problemów, że tak powiem, które się toczą w tym robaczywym jabłku ziemskim. Natomiast mnie jako... To już po prostu spuśćmy tą kurtynę.
[02:12:29] - Właśnie dzisiaj ją spuszczaliśmy jakoś tak, przynajmniej.
[02:12:33] - No właśnie.
[02:12:34] - Z takich rzeczy, które mogę państwu, tobie też przy okazji obiecać, to że przynajmniej w jednym z wydań nowego „Bibliotekarium 2.0” będzie relacja ze spotkania z tobą, w którym opowiadasz o rzeczy na przykład fascynującej, czyli o grach, które nigdy nie powstały. I nie mówię o tej głównej grze, o tej wieży, którą budowałeś z kumplem, ale też o innych grach, które planowałeś dla podratowania budżetu tejże firmy. Tam, proszę państwa, są projekty gotowe właściwie, które Wiktor za bezcen oddaje, bo one do dzisiaj mogłyby być fascynujące. Jeśli chodzi o szczegóły, to zapraszam państwa na któreś tam z kolejnych „Bibliotekariów 2.0”. Tam Wiktor się wypowie. To będzie wypowiedź z czerwca tego roku, ale muszę przyznać, że ilekroć puszczam tę twoją wypowiedź znajomym, to są absolutnie zafascynowani różnymi rzeczami. Ale właściwie każdy, kiedy słyszy twoją wypowiedź na temat gier, które nie powstały, to właściwie za każdym razem ta żuchwa z podłogi jest zbierana. Coś w tym jest, w tych twoich projektach gier, bo to nie może być przypadek, że właściwie za każdym razem jakiś zachwyt albo namiastkę tego zachwytu to wzbudza. To à propos ciebie, że już nie istniejesz, ale jednak jeszcze chwilę zaistniejesz. Na szczęście zostało coś kiedyś utrwalone.
[02:14:21] - No i dobrze.
[02:14:23] - No i dobrze. Cóż, Wiktorze, pięknie ci jeszcze raz dziękuję za tę pożegnalną audycję 150. To jest, cały czas to podkreślam, nasz wspólny jubileusz. To, że wytrzymaliśmy Tak długo, ponad pięć lat. To twojej cierpliwości, mojej cierpliwości, opatrzności i wielu innym rzeczom można zawdzięczać. Tak jak powiedziałem, to, że się żegnamy, a właściwie to złe słowo jest „żegnamy”. To, że mówimy sobie „do zobaczenia” przy kolejnej okazji, przy kolejnym komentarzu, to najlepsza wskazówka, że „Bibliotekarium” będzie trwało nadal z nieco zmienioną nazwą, z nieco zmienioną formułą, ale zawsze odwołujące się do swoich pierwocin, do tego, co wspólnie z Wiktorem przez te lata tworzyliśmy. Zrobiło się sentymentalnie, ale postaram się maksymalnie to skrócić. Cóż, proszę państwa, to-
[02:15:27] - Marku, tak mi jeszcze przyszło do głowy wczoraj, bo mówiłeś, że audycja „Bibliotekarium” trwała pięć lat i dziewięć miesięcy. A może trwała dziewięć miesięcy i pięć lat, a te dziewięć miesięcy trzeba było jakoś sprokurować wspólnymi siłami.
[02:15:48] - Tak, urodzić trzeba było coś nowego. Może i tak. Rzeczywiście. W każdym razie, tak jak powiedziałem wcześniej, za tydzień po raz pierwszy od tych pięciu lat i dziewięciu miesięcy będzie cisza. Taka umowna cisza, ale będzie cisza. A za dwa tygodnie zapraszamy na „Bibliotekarium 2.0”. I myślę, Wiktorze, że ty, chociaż brak uczestnictwa, to z sentymentu chociaż zaprosisz.
[02:16:27] - Zobaczymy.
[02:16:30] - Dobrze. Pięknie ci jeszcze raz dziękuję. To była naprawdę fajna rzecz, że mogliśmy dzięki twojemu wysiłkowi, dzięki dwóm dniom nagrań, dzięki skupieniu się i mobilizacji — to najlepsze słowo — z twojej strony, mogliśmy jeszcze tę pożegnalną audycję nagrać. To wielka sprawa. Pięknie ci dziękuję. Jeszcze raz. Właściwie być może ktoś z państwa będzie miał do mnie pretensje, że „dziękuję, dziękuję, dziękuję”. A dlaczego mam tego nie robić? Przez tak długi czas tworzyliśmy coś wspólnie i to nigdy nie jest tak, że to się dzieje samo. Gdyby nie taka pewna synchroniczność, nie wiem, czy umysłów, czy bardziej czucia, czy cholera wie czego tak naprawdę.
Gdyby nie ta synchroniczność Żwikiewicza i Żelkowskiego, to „Bibliotekarium” w wydaniu pierwotnym nie powstałoby takie, jakie było. Może ono było niedoskonałe. Może było głupie czasami. Tak?
[02:17:41] - Marku, przywołam cię do porządku. Ty jesteś zupełnie jakiś ni z gruchy, ni z pieczuchy. Odwołujesz się do opatrzności, do naszych takich czy innych umiejętności. Przecież ta audycja by nigdy w życiu nie zaistniała i nie powstała, gdyby nie ktoś taki jak Ivellios.
[02:18:06] - Też prawda. Ale wiesz, Ivellios pełnił, pełni i pełnić będzie rolę dobrego ducha tej audycji. I to też jest bardzo ważna rola. Jakkolwiek byśmy do tego podchodzili, to rola bycia dobrym duchem ma swoje znaczenie. My robiliśmy tutaj za-
[02:18:31] - Niewątpliwie w każdym radiu, w każdej audycji musi być ten ktoś, kto kręci gałeczkami i dba o stronę techniczną przedsięwzięcia.
[02:18:41] - Tak, bardzo pięknie umniejszasz swoją rolę, Ivelliosie, pięknie, ale ja tylko powiem-
[02:18:46] - Gałeczki.
[02:18:47] - Tak, że czasami zwróćcie państwo na to uwagę. Kto mi nie wierzy, to niech sobie przesłucha te 150 audycji plus jeszcze kilkaset. 129 ABW. Bo Ivellios odzywa się rzadko i odzywał się rzadko, ale jak już się czasami odezwał, proszę państwa, to było w punkt. To à propos roli pełnionych. Dobrze, Wiktorze, żeby nie przedłużać, nie robić łzawych scen. Pięknie ci jeszcze raz dziękuję. Dobrej nocy życzę. Zapraszam na kolejne wydania. Państwa ostrzegam, że za tydzień cisza, a za dwa tygodnie „Bibliotekarium 2.0”.
Dobrej nocy.
[02:19:40] - Cześć.
[02:19:41] - Zahaczając jeszcze o lata, można powiedzieć, że człowiek w wieku pięciu, niecałych sześciu lat, przynajmniej w Polsce większość ludzi w tym wieku idzie do zerówki, więc zaczyna nowy etap. Tak więc można powiedzieć, że to, co zacznie się już za dwa tygodnie, to taki nowy etap w życiu „Bibliotekarium”. A stary etap kończymy dzisiaj utworem artysty, który całkiem niedawno objawił się ze swoim talentem na grupie Radia Paranormalium. Jeden z utworów tego artysty już dzisiaj zabrzmiał w przerywniku. Będzie to Gabriel Brzask, a utwór będzie nosił tytuł „Ostatni raz”. I puszczam ten utwór z taką nadzieją, że jeszcze z panem Wiktorem bądź to z taśmy, bądź na żywo jeszcze nie raz, nie dwa się usłyszymy, prawda, Marku?
[02:20:38] - Też mam taką nadzieję. Zresztą Wiktor to zadeklarował. Wiem, czego unikać, jakich tematów unikać. W związku z tym też mam nadzieję.
[02:20:48] - Byli z nami dzisiaj Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za dwa tygodnie. Gdy patrzysz na mnie ostatni raz. Jejmy kolację w pokoju tak. Czekając. Bez większych wzmagkań oddalamy. To, co za nami, to za drzwiami. Czekając.
Wpatrzony w ciebie ostatni raz. Była kolacja, pokój nie ma ścian. Gdy zapytają, co było naj. Powiem ta chwila ty i ja, kochanie. Kochanie.