[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy wszystkich państwa bardzo gorąco i serdecznie, wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium i Book Radia. Rozpoczynamy właśnie tutaj, właśnie teraz kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj polecamy audycję szczególnie tym z państwa, którzy są zainteresowani publikacją opowiadań. Będziemy rozmawiać mianowicie o fanzinie „Widok z Wysokiego Zamku”, a naszym gościem będzie jego współtwórca Grzegorz Kozubski. Posłuchamy również, zagłębimy się troszeczkę w treść zawartą w tym fanzinie. Jest z nami oczywiście troszeczkę innym głosem dzisiaj przemawiający, ale jednak cały czas obecny Marek Żelkowski. Ja nazywam się Marek Sęk „Ivellios”, będę obsługiwał audycję od strony technicznej. No i wypadałoby jeszcze podać kontakty. Skoro dzisiaj nadajemy na żywo, może ktoś będzie chciał zadzwonić i podyskutować.
Nasze numery telefonów tak jak zawsze: stacjonarny 32 746 00 08. 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia, na grupach Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl.
A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”. Halo, halo. Dzień dobry wieczór państwu. Zanim coś na temat swojego głosu, no to przede wszystkim witam naszego gościa Grzegorza Kozubskiego. Witaj.
[02:30] - Dzień dobry, a raczej dobry wieczór.
[02:34] - Tak. To ja teraz chciałbym się troszkę usprawiedliwić. Już miałem obawy, czy w ogóle audycja dojdzie do skutku i czy przypadkiem nie odwiedził mnie wujek COVID. Okazuje się, że chyba jednak nie. Natomiast głos i tak mam dzisiaj lepszy. Wczoraj miałem jeszcze taki jak dobry basista. No nie basista, bas z opery. Natomiast dzisiaj jest znacznie lepiej. Także to doceniam, doceniam. Ale to są, proszę państwa, pierdoły.
Przejdźmy do rzeczy poważnych. Fanzin. Fanzin. To tak brzmi... No fanzin. No mamy do czynienia w tym przypadku z fanzinem, który mówiąc szczerze powala, to znaczy swoją jakością, tą oprawą graficzną, ale i też zawartością. Grzegorzu, no co tu wiele mówić? Tłumacz się, dlaczego jesteście tacy dobrzy?
[03:40] - Dlaczego jesteśmy tacy dobrzy? Dlatego być może, że swoją działalność w sumie w klubie, bo fanzin jest wydawnictwem klubu Ubik z Białegostoku. Rozpoczęliśmy działalność klubową w latach 80. i przede wszystkim jeździliśmy na konwenty fantastyczne. I tam poznaliśmy pisarzy. Jako że w początkach w ogóle działalności klubowej w całej Polsce jakimś takim dążeniem każdego klubu to były trzy rzeczy: mieć własny znaczek, mieć własną jakąś koszulkę, coś, co wyróżnia z tego i wydawać fanzin. I wtedy pierwsze fanziny to oprócz druku opowiadań takich typowo amatorskich, pisanych przez jakichś członków czy klubów, czy jakichś innych znajomych ludzi zainteresowanych fantastyką, zawierały również opowiadania, no akurat pisarzy będących na topie, czyli Rafała Ziemkiewicza, Andrzeja Sapkowskiego, Gienia Dębskiego, Mirka Jabłońskiego. Także stąd może ta jakość, o którą raz, że myśmy się starali, a drugą też starali się piszący, ponieważ wiedzieli, że mogą być wydrukowani w towarzystwie głośnych i znanych nazwisk.
[05:42] - Tak. Wspomniałeś lata 80. Lata 80. to druk, nazwijmy to powielaczowy. To wszystko było takie... I klubówki, i wszystkie fanziny. To jednak jakość poligraficzna tego była taka sobie. Natomiast w tej chwili widok z Wysokiego Zamku
[06:06] - Właściwie dorównuje, bez żadnej przesady, profesjonalnym pismom, które są obecne na rynku.
[06:14] - Powiem tak, ja się też niedawno dowiedziałem, ponieważ od bardzo długiego czasu drukujemy w drukarni Barwa w Białymstoku. I nagle właśnie na ostatnim Sedeńkonie w Babinie dowiedziałem się, że my korzystamy z usług jednej z najlepszych drukarni w Polsce pod względem graficznym. A miałem taką przygodę, że jak były problemy z finansami i tak dalej, szukaliśmy czegoś tańszego. I pojechałem do tej drukarni, żeby dowiedzieć się, czy będą mogli to zrobić, czy nie będą mogli, jak to wyjdzie. Oni spojrzeli i nie gwarantowali mi takiej jakości drukarskiej. Poza tym, jeżeli chodzi o lata wcześniejsze, 80. i 90., to też tak nie do końca, bo „Widok” nie jest pierwszym naszym wydawnictwem. Myśmy korzystali również z profesjonalnych drukarni drukujących książki czy inne broszury. I powiem, jest to może dowcip, tylko nasza drukarnia znajdowała się w budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR.
[07:59] - Ach tak! Górą Podlasie, czyli Komitet Wojewódzki w Białymstoku. Zdaje się, jest tam taka główna ulica w Białymstoku, o której kiedyś mówiono, że rządzą — to właśnie komitet — sądzą, nic nie dają. I coś jeszcze było na końcu. Nic nie dają to związki zawodowe. Sądzą.
[08:21] - Tak. To nie była główna, bo główną ulicą jest Lipowa. W tej chwili to jest plac Niezależnego Zrzeszenia Studentów i przy nim się mieścił komitet wojewódzki. Teraz to jest budynek Uniwersytetu Białostockiego. Zresztą w tym budynku w '98 roku odbywał się Polcon. I zaraz za tym, przy ulicy Marii Curie-Skłodowskiej są sądy i dalej był właśnie budynek związków zawodowych.
[08:58] - A już przypomniałem sobie końcówkę. Na końcu jest Akademia Medyczna i było: wykańczają.
[09:05] - Tak. To też prawda. Tam z tyłu dalej jest Akademia Medyczna.
[09:13] - Ja zapytam w takim razie, bo muszę o to zapytać. Mamy tutaj człowieka, który współtworzył pismo. Przedstaw swoich kolegów. Wiadomo, że stawiam cię w niezręcznej sytuacji, bo jak o kimś zapomnisz, to później się wszystko na tobie skupi. To niech się skupi później na mnie. Niech się skupi na mnie zadawanie trudnych pytań. Ale chyba warto.
[09:48] - Może tak. „Widok z Wysokiego Zamku” powstał w grudniu 1998 roku. Na pewno to się odbyło tak, że zdecydowaliśmy się, że będziemy go tworzyć na zebraniu klubowym. Jeżeli już, powołanie tego pisma było na forum klubu. Natomiast pierwszą redakcję tworzyły cztery osoby. Ja, bracia Jarek i Marek Sokolscy oraz Piotr Sawicki. Później dołączyli do niego jeszcze ludzie współpracujący, zajmujący się stałymi działami. Niestety dział komiksu zakończył swoją działalność i ten redaktor odszedł. Natomiast Wojtek Świdzinski, pisarz, członek klubu, który był pierwszym naszym stałym autorem piszący cykl opowiadań „Legendy Międzygórza” czy publicystyczne „Cimmerian Show”, niestety zmarł tragicznie. Jeden z numerów właśnie po jego śmierci poświęciliśmy twórczości tylko i wyłącznie Wojtka Świdzińskiego.
[11:32] - Czyli jak dobrze liczę, to pismo, fanzin ma już za sobą ponad 20 lat. 24.
[11:43] - Nie. W tym roku będzie 25-lecie.
[11:50] - To prowokacja była. Jasne. 25-lecie. I to jest między innymi jeden z powodów, dla których się spotykamy. Powiedz jeszcze taką rzecz, bo bardzo Nasza siostrzana audycja Antologia Bibliotekarium Warsztaty to jest takie miejsce w sieci, w którym można publikować opowiadania. Ivellios pracowicie je czyta, czyli w postaci audiobooka te opowiadania są publikowane. Wy natomiast jesteście miejscem, do którego każdy spełniony czy też niespełniony człowiek, który pisze, się może zgłosić. To jeszcze oczywiście nie jest gwarancja, że natychmiast w chyżych podskokach będziecie to publikować, ale szansa jest. Czy to dobrze ująłem, czy jakoś jeszcze trzeba poprawki wprowadzić?
[12:50] - Szansę ma każdy. Inną sprawą jest to, że jako że redakcja w tej chwili składa się z trzech osób, czyli mnie i braci Sokólskich, w związku z tym każde opowiadanie, czy każdy tekst, który przyjdzie, czytamy wszyscy trzej i podejmujemy decyzję, czy to odpowiada naszym poglądom. Czy jest w tym opowiadaniu wystarczająca ilość fantastyki, bo opowiadanka, gdzie tylko ta fantastyka się przewija marginalnie, niestety nie mają aż tylu szans. Chyba że naprawdę to było coś nieziemskiego. Także czytamy i decydujemy się, czy dane opowiadanie zostanie przez nas przyjęte i wydrukowane, czy też nie.
[14:00] - To ja od razu zapytam, kując metal, póki gorący, znaczy się żelazo, jak się do was zgłaszac? Jakiś adres internetowy, jakiś kontakt, jakieś tajne adresy albo całkiem nietajne?
[14:17] - Nie, adresy nasze nie są tajne. Momencik tylko, musiałbym sięgnąć do szafki, bo mam pod ręką pierwszy numer, gdzie nie ma jeszcze tych adresów. Wybacz, na chwilkę zdejmę słuchawki, bo nie sięgnę w nich.
[14:38] - Okej.
[14:39] - Wyjmę numer z adresami.
[14:43] - Okej, a ja w tym czasie jeszcze jedną rzecz powiem odnośnie „Widoku z Wysokiego Zamku”. Pytanie jest na czacie od Agi Bas.
[14:55] - Już jestem.
[14:56] - Już sekundkę, bo od razu też podrzucę ci pytanie. Tak, jest pytanie, czy nazwa fanzinu pochodzi od powieści Philipa K. Dicka? Ale widzę też odpowiedź, że tak.
[15:15] - Tak.
[15:17] - Tę historię sobie jeszcze zarezerwuj, jak w ogóle to się stało, że nazwaliście swoje pismo w taki, a nie inny sposób. A teraz oddaję ci głos, jeśli chodzi o kontakty.
[15:31] - Dwa podstawowe adresy mailowe, które są drukowane w każdym „Widoku” to jest przede wszystkim adres redakcyjny, będący pod opieką Marka Sokólskiego. To jest ubix, przez k, x na końcu, @wp.pl. Natomiast drugim jest mój mail, jako że jestem redaktorem technicznym i składającym to pismo do druku. Jest sftag, sf od science fiction, tag od skrótu internetowego, @wp.pl. Sftag@wp.pl.
[16:32] - To jeszcze ten pierwszy adres, bo tutaj każdy znak się liczy, czyli ubix przez k, x. Ubix?
[16:39] - Tak. Ubix@wp.pl.
[16:43] - Okej. Pewno jeszcze te adresy dzisiaj z raz, dwa, trzy razy powtórzymy, bo to może być rzecz istotna. Teraz Grzegorzu, tłumacz się, skąd ta nazwa, bo nazwa rzeczywiście intrygująca. Powieść Philipa K. Dicka również intrygująca. Kto lubi serial, to do pewnego momentu można obejrzeć. Później już nie radzę, bo się zaczynają rzeczy dziwne. To jest oczywiście moje zdanie. Ktoś może mieć zupełnie inne, ale czwarty sezon przeżyłem mocno negatywnie.
[17:21] - Muszę powiedzieć, że nie jestem tak strasznie miłośnikiem seriali, jak również nie jestem miłośnikiem długotomowych dzieł. W związku z tym raczej staram się oglądać bardziej filmy i czytać pojedyncze powieści. To ja personalnie. Natomiast jeżeli chodzi o Dicka, w pewnym okresie naszego klubu byliśmy troszkę zafascynowani działalnością- ... treściami Dicka, jego powieściami, między innymi "Ubikiem". Zresztą stąd pochodzi nazwa klubu. To jest raz. Później "Widok z Wysokiego Zamku" również. To też podstawowa rzecz. Doszliśmy na jednym z konwentów, może trochę było to prześmiewcze, zabawne, ale nazwaliśmy pewną grupę z naszego klubu fanami Dicka i bycze karki Dicka.
Wiadomo, skąd pochodzą bycze karki. Z jakiej powieści, z jakiego filmu. Działalność redakcyjna i działalność wydawnicza fanzinów zaczęła się dużo wcześniej. „Wizje” nie są, tak jak mówiłem, pierwszym naszym fanzinem, który wydajemy. W tym momencie, jak na spotkaniu redakcyjnym doszło do tego, jak nazwać nasz fanzin, to skoro jesteśmy byczymi karkami i takie zresztą są podpisy pod każdym wstępem w fanzinie na pierwszej stronie. W związku z tym należy to nazwać jakoś od strony dickowskiej. I wtedy padł pomysł i użyliśmy tej nazwy: „Widok z Wysokiego Zamku”.
[20:10] - Tak. Ja cię muszę teraz zapytać. Takie pytanie osobiste, zanim wrócimy do fanzinu. Kiedy ty się zacząłeś interesować fantastyką? Dlaczego się zacząłeś interesować fantastyką? To mnie interesuje, mówiąc szczerze, z takich trochę pobudek, oczywiście, żeby się nasi słuchacze dowiedzieli, ale trochę też z takich pobudek ciekawskich. Po prostu gdzieś tam reprezentujemy podobne pokolenie i zawsze mnie interesuje, co kiedyś ludzi, tak dawno, dawno temu, nie w odległej galaktyce, ale tu na Ziemi skłaniało, żeby sięgali po fantastykę. To co ciebie pchnęło?
[21:00] - To trzeba zacząć zupełnie z innej strony. Ja się urodziłem w latach 50. Wtedy nie było wiele rzeczy do robienia dla dzieciaków, tylko zabawy podwórkowe albo, jak pada, może jakieś gry w skaczące czapeczki czy coś takiego, planszówkowe. Inną rzeczą było tylko czytanie książek. A ponieważ w moim domu zawsze było dużo książek, więc czytałem bardzo chętnie i namiętnie wszystko, co mi wpadło pod rękę. Także nie wiem, w jakim wieku, pierwszą moją książką fantastyczną, którą przeczytałem, do dziś ją pamiętam, wyśmiewana przez wszystkich, „Katastrofa na Słońcu” Antartydy Holanka. I tak to mnie zaciekawiło. Później, wiadomo, szedłem tym torem: Petecki, Boruń i Trepka, i tak dalej. To było czytanie tego wszystkiego. Natomiast jeżeli chodzi o klub, to stało to się tak naprawdę z nudów.
Dlaczego do niego dołączyłem, do grupy działającej w fantastyce? Dlatego, że w latach 80. mieszkałem wtedy w Łodzi i przeprowadzałem się do Białegostoku. Wróciłem do Białegostoku. Czekałem praktycznie przez rok aż na to, aż żona skończy studia i ściągnie mnie za mną. I wtedy tak naprawdę nie miałem co robić. I któregoś razu ojciec gdzieś tam wychodzi. Ja mówię: „Gdzie jedziesz?” „A tam zaprosili mnie, żeby obejrzeć film”. „To ja pójdę z tobą”. I się okazało, że trafiłem do klubu miłośników fantastyki, którzy oglądali taki film.
Dawno go nie... To znaczy nie widziałem go później nigdzie. „Spotkanie na Tytanie”. To było coś podobnego do „Obcego”. W tym samym stylu. I tak mnie to w sumie zainteresowało. Później były jeszcze dwa inne pokazy i wtedy zacząłem chodzić na spotkania, a tam na spotkaniach, wiadomo, rozmowy o książkach i tak dalej, i jeżdżenie, zdobywanie książek. A ponieważ mieliśmy umowy z pewnymi wydawnictwami, mogliśmy się zgłosić po książkę do wydawnictwa, wziąć parę egzemplarzy. A ja pracowałem na kolei, więc podróże mnie nie kosztowały. Także siłą rzeczy byłem w jakiś sposób osobą przywożącą książki z warszawskich księgarń, zamówione do białostockiego klubu.
I wtedy się oglądało filmy i czytało. Czytało i oglądało filmy.
[24:31] - Okazuje się, że byłeś dobrze usytuowany. Miałeś znajomości w wydawnictwach.
[24:39] - Może nie tak, że ja miałem znajomości. Tu jeżeli chodzi o znajomości w wydawnictwach, to w tym brylował mój ojciec Wacław, przez fandom zwany Dziadkiem. To on w wyższych kręgach nawiązywał kontakty, znajomości poprzez ludzi, z którymi miał kontakty na innej stopie i wykorzystywał to, dochodząc do redakcji, do księgarń, do wydawnictw.
[25:23] - Ja o to chętnie pytam, ponieważ ja na początku, kiedy zacząłem się interesować fantastyką w drugiej połowie lat 70. i w 80. latach, byłem samotnikiem. Ja się wręcz odcinałem od wszelkiej kultury zbiorowej. Tutaj w Bydgoszczy pracowicie Wiktor Żwikiewicz tworzył Maskon z grupą ludzi, a ja nie. Ja byłem zawsze osobno, zawsze gdzieś na boku. Cały czas czytałem. Różne rzeczy mnie nie interesowały, ale czytanie zawsze. W związku z tym ja te wszystkie opowieści o życiu fandomowym, życiu klubowym znam tylko z drugiej ręki. Jedynym przejawem mojego życia klubowego było chodzenie raz w miesiącu na giełdę, na której można było kupić książki nowe, stare i podziemne.
I tam wykupywanie bardziej smakowitych kąsków, jeżeli tak o książkach można mówić. I to był mój jedyny kontakt z tamtym światem, więc chętnie o to pytam. Stąd te pytania. Ale ja pociągnę sprawę. Mieliście jako klub, jako że byłeś pośrednikiem w tych książkach. Ale jakie to były książki? Co wtedy budziło, ileś tam lat temu, całkiem sporo, aż się człowiek zaczyna zastanawiać, jak to życie szybko biegnie. Jakie to były książki, które wtedy żywszy puls pobudzały?
[27:13] - W sumie każda.
[27:16] - O, właśnie.
[27:17] - Pomimo tego, że nakład książek fantastycznych wtedy wynosił w granicach 100–150 tysięcy, co jest dzisiaj niemożliwe do osiągnięcia, to wszystko było mało. Te książki się rozchodziły w księgarniach na pniu. Mając umowę w klubie, było nas 30 osób, a jadąc do Warszawy do księgarni Iskier, z którymi żeśmy mieli umowę, oni nam odkładali. Jak brałem, to dostawałem góra 10 egzemplarzy. Jak tu obdzielić 30 osób dziesięcioma egzemplarzami jednej książki, jednego tytułu? Gdzie indziej inne wydawnictwa też nie były. Jeżeli same wydawały, to też nie było takich strasznych ilości. Książki drugiego obiegu, zwane popularnie klubówkami, które chodziły, jak to się mówi, pod stołem, to też jak trafiały do klubów, to też nie były wielkie ilości tych książek. Także nie można powiedzieć, że byliśmy zarzucani. W zdobywaniu książek pomagała działalność klubowa, bo i z Maskonem żeśmy rozmawiali.
Mamy wspaniałe wspomnienia. Zresztą byli u nas w Supraślu, bywali na naszych konturach, ale z innymi klubami, przez inne kluby dochodziło się właśnie do redakcji, do księgarń. Ktoś udostępnił adres i możliwość skontaktowania się z księgarnią gdzieś w Częstochowie. Z kolei my im dawaliśmy namiary na redakcje i na przykład na nasze Białostockie Zakłady Graficzne, które starały się, jak mogły i też sporo drukowały książek fantastycznych. Zresztą przy kilku takich wydawnictwach nasz klub miał spory udział w przygotowaniu do druku.
[29:57] - Pochwal się od razu. Jakie to na przykład?
[30:07] - Wtedy to były pierwsze wydania w ogóle w Polsce. Andre Norton „Sargasowa planeta”, McCaffrey „Piśń smoków”. Dicka „Kosmiczne marionetki", Aldissa „Lata świetlne" czy Glena Larssona „Celońska pułapka". Oprócz tego, ale już tak pod stołem, żeśmy przygotowali i wydaliśmy takie dwa pojedyncze komiksy: „Kosmiczni grabieżcy" i „Ostry miecz Conana". Ten malutki z niebieskawą okładką komiks ostatnio wyczaiłem w internecie na Allegro za trzysta złotych.
[30:58] - To już naprawdę rozmawiamy o wielkich sumach w takim razie.
[31:05] - Tego nie było dużo.
[31:07] - To prawda.
[31:09] - Pierwszy w ogóle komiks, który się ukazał w języku polskim o Conanie. Także to było coś.
[31:20] - A ja sobie czytam czat towarzyszący naszej audycji. Aga Bass pisze, że pozdrawia nas i zwierza się, że nie ogląda ekranizacji, bo się boi. A ja dokładnie z tego samego powodu... Może nie z tego samego. Chciałem powiedzieć inteligentnie, a wyszło jak zwykle. Ja właśnie dlatego oglądam, żeby się trochę nad tymi ekranizacjami popastwić. Lubię się popastwić, a lubię się od czasu do czasu rozczarować pozytywnie. Dlatego z pasjami oglądam. Oczywiście głównie narzekam. Co ja lubię robić najbardziej?
Narzekać. I w związku z tym narzekam, jakżesz to jest źle zrobione. Ale wspomniałem tutaj o „Człowieku z Wysokiego Zamku". Wierzcie mi państwo, czwarty sezon „Człowieka z Wysokiego Zamku", im wyższy odcinek, tym gorzej, to jest jakaś kompletna porażka. Zacząłem też cenić, bo tam w pierwszych sezonach widać pewną inspirację jednak tym, co stworzył Dick. I póki to było inspirowane Dickiem, lekko, ale jednak. Tam pewnych rzeczy w ogóle nie było, ale póki było inspirowane Dickiem, to się jeszcze jakoś trzymało, żeby nie powiedzieć kupy. Ale to znowu moje prywatne zdanie. Natomiast jeszcze jedną rzecz powiem. Czytam dalej.
Aga Bass pisze, że ma tę książkę Holanka, o której wspomniałeś, czyli „Katastrofa na Słońcu Antarktydy". A ja powiem jeszcze jedną zabawną rzecz. Otóż ja o tej książce na początku lat 80. usłyszałem, że ona kiedyś była w latach 50. i usiłowałem ją z niepowodzeniem dużym namierzyć, kupić gdzieś w antykwariacie. Ja byłem stałym gościem antykwariatów, przetrząsałem. Ja już nawet byłem rozpoznawany przez panie w antykwariacie. Tylko że tych takich rozpoznawalnych, krążących łapiduchów, którzy odnajdowali tam jakieś takie zabytki, było kilku i nie zawsze trafiało mi się to, co najlepsze, ale nie mogłem tej książki namierzyć. Mimo wszystko taka była cenna. I gdzieś chyba w pierwszej połowie lat 80.
wyszło wznowienie po prostu. Na fali popularności Holanka, bo stał się redaktorem naczelnym „Fantastyki", pojawiła się ta książka wydana po raz drugi. Bodajże to wydawnictwo Śląsk wydało w takiej serii z latającym talerzem, czy jak to się tam nazywało. W każdym razie byłem szczęśliwym posiadaczem. Później ją nawet przeczytałem, więc jednak pewne sentymenty zostają. Drugą taką książką, na którą bezskutecznie przez długi czas polowałem i też się pojawiło jej wznowienie, to była książka Gajdy, o ile dobrze pamiętam, „Ludzie ery atomowej". I to też na podobnej zasadzie polowałem na tę książkę. Także to jeśli chodzi o jakieś takie zabytki. Teraz chciałbym cieka-
[34:41] - Momencik.
[34:42] - Tak?
[34:43] - Jednocześnie, bo trochę zapomniałem wcześniej powiedzieć o tym, że byliśmy również współtwórcami wydania książki, ale już to była oficjalna, taka mocna książka Jerzego Poprawy „Piloci purpurowego zmierzchu". Jest to coś w stylu „Enemy Mine", „Mój ukochany wróg", mówiące o pilotach z Ziemi, którzy najmują się na różne planety do prowadzenia wojny. I wszelkie inne nacje kosmiczne po prostu robią armie z Ziemian i niech oni się tam gdzieś w kosmosie tłuką. Po co my mamy tracić własnych obywateli i tak dalej. I tu też właśnie na tej zasadzie, jak trafiają dwaj zestrzeleni, którzy się nawzajem zestrzelili, na obcą planetę. Jedyną rzeczą była wydawana ta książka dwa razy i niestety wydawcy nie stworzyli takiej prawdziwej, sprzedażnej okładki i być może dlatego nie trafiła aż tak mocno do sprzedaży do księgarń.
[36:10] - Ja mam propozycję. Posłuchajmy teraz fragmentu pochodzącego z jednego z numerów „Widoku z Wysokiego Zamku", a po tej przerwie wrócimy do rozmowy i kolejne pytania dotyczące właśnie „Widoku z Wysokiego Zamku".
[36:28] - Kamil Tygżek, muzyka, "Księżyc górników". Nasz naturalny satelita znowu po długim czasie stał się celem podróży mieszkańców Ziemi. Po misji Apollo 17 żaden człowiek nie pozostawił odcisku buta na Księżycu. Co najwyżej maszyny okrążały go po orbicie, lądowały lądowniki, a łaziki przemierzały jego suchą powierzchnię. Księżyc był celem człowieka. Przypisywano mu pewną magię. Opisywano postacie, które za nim przebywały. Księżyc bywał miejscem odkryć kosmitów, ich artefaktów, nierzadko stacją naukową, bazą wojskową, więzieniem lub ucieczką przed represjami na Ziemi. W pewnym momencie jednak w grę zaczęły wchodzić bardziej elementy ekonomiczne. Autorzy coraz częściej opisywali złoża, w jakie miał obfitować Księżyc.
Do takich należały rubiny i szmaragdy z powieści Konstantyna Tziolkowskiego czy złoto u C.S. Lewisa. Powoli jednak wizje części pisarzy kierowały się w stronę prognoz opartych na badaniach skał meteorytowych. Dlatego na Księżycu zaczęto podejrzewać występowanie metali grupy żelazowej czy platynowej. Poszukiwano także możliwości istnienia wody dla przyszłych kolonistów, czy to głęboko pod powierzchnią, czy to w postaci lodu wewnątrz kraterów. Innym celem oczywiście był także pas asteroid, chociaż te znajdują się również w pobliżu Ziemi. Bogaty w metale, chociaż de facto wiele z asteroid jest typu węglistego, który nierzadko zasiedlali libertarze mieszkający w osadach górniczych i miasteczkach kosmicznych budowanych wokół przemysłu wydobywczego i zaopatrywania górników. Nierzadko, jak u Paula Andersona, górnicy tworzyli libertariańską kolonię wolnych ludzi, podczas gdy u Williamsona były to anarchistyczne komuny. U Jacka Williamsona czy Larry'ego Nivena surowcami wydobywanymi przez górników były egzotyczne formy materii, antymateria lub monobieguny magnetyczne. W pewnym momencie górnicy kosmiczni powędrowali aż do atmosfery Jowisza, by zgarniać z niego Hele-3, izotop nadający się do reakcji fuzyjnej.
Nawet Arthur C. Clarke w "Voices from the Sky" wyrażał smutek, że ten izotop występuje dopiero na atmosferach gazowych olbrzymów, nie zaś na przykład na Księżycu. Wszyscy zostali niebywale zaskoczeni, gdy w 1985 roku badacze z Uniwersytetu Wisconsin wypiekli jedną z próbek zebranych z Księżyca przez doktora Harrisona Schmitta podczas misji Apollo 17 w grudniu 1972 roku. Hele-3 jest na Księżycu. Natychmiast powstały prace i publikacje rozważające jego koncentrację, możliwość wydobycia, nawet projekty kombajnów księżycowych, trochę mniej eleganckich niż te widziane w filmie "Moon". Górnicy kosmiczni, w zależności od autora i jego zaangażowania w temat, byli albo częścią wielkiego przedsięwzięcia ludzkości, niedocenionymi przez darmozjadów na Ziemi, tudzież wyzyskiwanymi przez korporacje i mocarstwa ludźmi pracy. Seria "Expanse" Jamesa S. A. Corey'a, "Unia", "Sojusz" C.J. Cherryh, "Earthlight" Arthura C.
Clarka. Bywali też ofiarami gwiezdnych piratów, Bunch, "Star Risk", bądź, jak u Bowei, przedsiębiorczymi ludźmi, którzy starali się uszczknąć trochę dla siebie w sektorze zdominowanym przez korporacje masowo zwożące surowce na rynek międzyplanetarny. Czasami, jak u Asimova czy Lema, górnictwem zajmowały się głównie roboty. Jednak brak tego trudu pioniera lub wyzysku opisywanego z perspektywy człowieka odbierał takim utworom pewnych elementów kulturowych. Rudy Rucker w "Software" pokazał tę sytuację z perspektywy właśnie robotów górniczych. Nierzadko górnicy byli tłem całej akcji, która działa się na fabrykach i budowlach kosmicznych, gdzie przetworzone surowce Księżyca służyły do tworzenia holowników orbitalnych, tankowania statków kosmicznych, satelitów albo budowy olbrzymich struktur pokroju elektrowni orbitalnych czy kolonii O'Neilla lub McKendree. Obecnie górnictwo kosmiczne, chociaż nazwa chwytliwa, przechodzi nie dość, że renesans polityczno-naukowy, to także pewien tuning. Po pierwsze odchodzi się od nazwy górnictwo kosmiczne. Jest to widoczne szczególnie w USA i krajach Europy Zachodniej. Geolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego i Wrocławskiego nierzadko wręcz wskazują, że prawidłową nazwą nie jest górnictwo kosmiczne, lecz pozaziemskie.
Wynika to z prostego faktu, iż Ziemia także znajduje się w przestrzeni kosmicznej. Szach-mat geocentryści. A omawiane techniki stosowane mają być do wydobywania surowców z ciał znajdujących się poza Ziemią. Z kolei w amerykańskich środowiskach naukowych i lobbingu politycznym, szczególnie na forum międzynarodowym, użycie słowa mining kojarzy się jednoznacznie z eksploatacją i kolonializmem. Z tego też względu stosuje się określenie ISRU, lokalne wykorzystanie surowców kosmicznych. W oryginale in situ resource utilization. Nie brzmi to jak zawłaszczanie i lepiej oddaje całą złożoną architekturę procesów, w których wydobycie jest tylko pierwszym aktem. Można się pokusić o parafrazę z eseju Jerry'ego Pournelle'a "The Space Cowboys and Their Tough Ships", gdzie autor stwierdza, iż tak jak nauka odebrała fantastyce dżunglę na Wenus oraz cywilizację na Marsie, tak samo odbiera im pasiarze. Względy napędów i ekonomii w utrzymaniu takiej cywilizacji. Tak właśnie nauka metaforycznie zabrała fantastyce kosmicznych górników.
Zrobiła z nich eksploratorów surowców kosmicznych Na pocieszenie zawsze zostaną nam Norbity, kosmiczne hobbity podróżujące za pomocą parowych czajniczków między swoimi asteroidalnymi norkami w powieści „There and Back Again" Pat Murphey. Tak więc wykorzystanie surowców lokalnie wyparło górnictwo właśnie też ze względu na historię batalii o porozumienie księżycowe z 1979 roku. Pierwsze skrzypce w tej batalii grało tak zwane L5 Society, wspierane przez National Space Institute, American Institute for Aeronautics and Astronautics, American Astronautics Society i inne podmioty, którym bliskie były rozwiązania oparte o rozszerzanie ludzkiej cywilizacji do, jak to zwał Krafft A. Ehricke, poziomu poliglobalnego. Wspomnieć wystarczy zaangażowanie braci Ben Dorffów, Paula Andersona, J. Harry'ego Steina, Roberta L. Forwarda, Isaaca Asimova, Laurego Nivena, Roberta A. Heinleina, Bena Bovy, Gena Roddenberry czy Wernera von Brauna. Wszyscy z nich zjednoczyli się, by stworzyć ruch, który przypominał zdaniem Bovy mieszankę ruchu ekologicznego z fandomem „Star Treka", który to w poprzednich latach przywrócił swój ukochany serial do produkcji oraz zmienił nazwę wahadłowca z Constitution na Enterprise. Jednak po naszym pierwotnym zachwycie nad tym, którzy pisarze SF powinni zostać odznaczeni medalami za bohaterstwo, powiedzmy sobie, o co chodziło de facto z tym traktatem.
Tak pokrótce, gdyż ten tekst nie jest opracowaniem dla pisma prawniczego, szło o dwa przepisy porozumienia. Pierwszy przepis to zakaz zmiany ekosystemów innych ciał niebieskich, zanieczyszczanie oraz terraformowanie. Drugim zaś jest deklaracja, że ciała niebieskie i ich surowce są wspólnym dziedzictwem ludzkości. Koncepcja wspólnego dziedzictwa jest konsekwencją idei nowego międzynarodowego ładu ekonomicznego, w oryginale New International Economic Order, która zakładała wymuszenie na krajach rozwiniętych dzielenia się zdobyczami technologicznymi i zyskami z wydobywania surowców z terenów znajdujących się w przestrzeni kosmicznej i na dnie oceanów. Było to także pójście za ciosem, jakim był sukces negocjacyjny podziału orbity geostacjonarnej na państwowe zasoby kosmiczne, to znaczy miejsca na orbitach i częstotliwości przypisane do satelitów telekomunikacyjnych i radiodyfuzyjnych. Powodem lobbowania za takim podziałem były właśnie deklaracje krajów walczących bloków, że planują umieszczać na tych orbitach satelity, ewentualnie także platformy fabrykacyjne czy elektrownie orbitalne. Żeby dokładniej zrozumieć powód, dla którego wymuszenie podziału zysków z surowców kosmicznych wywołało taki strach w środowiskach kosmicznych, należy pamiętać, że o ile porozumienie księżycowe nie posiadało nawet sensowniejszego zarysowania przyszłego reżimu wydobycia, o tyle negocjowana równocześnie Konwencja Narodów Zjednoczonych o prawie morza, United Nations Convention on the Law of the Sea, w skrócie UNCLOS, zawierała wstępne koncepcje podziału korzyści, ubiegania się o pozwolenie na poszukiwanie i wydobycie oraz wymóg dzielenia się technologiami niezbędnymi do wydobycia z krajami rozwijającymi się za pośrednictwem właściwego podmiotu międzynarodowego. Kanie-kieskie środowisko kosmiczne widziało to jako kulę u nogi dla rozwoju kosmicznego, gdyż całe projekty Orbital Transfer Vehicles, holowniki kosmiczne kolejnych generacji wahadłowców, wydobycia zasobów, produkcji mikrograwitacyjnej oraz budownictwa kosmicznego były zbyt ryzykowne, by jeszcze obarczać je nie tylko podatkami, ale za darmo oddawać ciężko opracowywane technologie razem z know-how. Kraje rozwijające się uznawały jednak, że jest to sposób, by kraje rozwinięte odpowiedziały za swoją działalność kolonizacyjną w poprzednich epokach. Porozumienie księżycowe do dziś jest kością niezgody na polu UNCOPUOS, United Nations Committee on the Peaceful Uses of Outer Space, Podkomitet Narodów Zjednoczonych do spraw pokojowego wykorzystania przestrzeni kosmicznej.
Dodatkowo sprawa zaogniła się dzięki skutecznym działaniom na polu krajowej legislacji takich krajów jak USA czy Luksemburg, które uchwaliły swoje krajowe prawa wydobycia kosmicznego, a z kolei Haaska Grupa Robocza do spraw nadzoru nad surowcami kosmicznymi, w której działaniach uczestniczy kilka krajów, agencji kosmicznych i podmiotów przemysłu kosmicznego oraz nauki, stara się wypracować odpowiednie regulacje dla przyszłości prowadzenia prac wydobywczych na Księżycu i innych ciałach niebieskich. Księżyc na chwilę obecną jest bardzo ważny, gdyż ze względu na zwiększoną aktywność Chińskiej Republiki Ludowej, Indii oraz przyszłe prywatne lądowniki należy wyznaczyć reguły prowadzenia prac wydobywczych, tworzenia stacji kosmicznych oraz określić strefy bezpieczeństwa. Lądujące lub startujące obiekty napędzane silnikami rakietowymi potrafią rozrzucać kamienie i regolit w promieniu kilkunastu kilometrów, co naraża na obrażenia astronautów i aparaturę naukową. Częściowo brzmi to jak powrócenie do pewnych założeń porozumienia księżycowego, które też porusza temat stacji bezpieczeństwa na powierzchni ciał niebieskich. Jednak „Draft Building Blocks for Space Resource Governance" jest napisany w innym duchu i stara się unikać mechanizmów, które doprowadziły do porażki porozumienia. Wartość ekonomiczna górnictwa kosmicznego jest ciężka do oszacowania, gdyż z jednej strony zmienia się technologia używana do wynoszenia pojazdów i lądowników. Z drugiej koszty badania i rozwoju zaburzają percepcję długofalową. Nie jest do końca pewne, jak rynki minerałów ziem rzadkich czy platynowców zareagują na nowe złoża ani jak rynki satelitarne zareagują na serwisowanie platform satelitarnych przez naprawę i tankowanie. Może przy odpowiednich zdolnościach fabrykacyjnych na orbicie uda się zmienić chociażby sposób budowania satelit. Będzie to niechybnie zmiana paradygmatu oraz sposobu myślenia o gospodarce.
Technologie wypracowane na potrzeby tworzenia stacji pod powierzchnią Księżyca lub ulepszonych stacji orbitalnych będą niezbędne do tworzenia stacji marsjańskich. Umiejętność wydobywania, odzyskiwania surowca, produkcji części składowych lub zamiennych, zmniejszania ilości odpadów będzie niezbędna i zredefiniuje sposób, w jaki myślimy o projektach kosmicznych. Natomiast trzeba powiedzieć, że cięcia budżetowe w NASA de facto sprawiły, że przeskoczyliśmy pewien etap rozwojowy, o którym długo rozpisywała się fantastyka. Etap górników w skafandrach. Dziś bardziej opłaca się nam wysłać roboty niż człowieka. Nie oznacza to, że ludzi nie będzie. Oznacza to jedynie, że nie będzie niebezpieczeństwa związanego z ciężką pracą w księżycowych sztolniach.
[50:00] - Chciałem przypomnieć tylko, że autorem tekstu, którego państwo przed chwilą słuchali, był Kamil Muzyka. Człowiek, którego wykład o prawie kosmicznym mieliście państwo okazję wysłuchać w audycji, która ukazała się w czerwcu. Bodajże to w ABW było. A ja jeszcze tytułem porządkowym podam adresy dla wszystkich, którzy chcieliby korespondencję z widokiem z Wysokiego Zamku nawiązać. Korespondencję oczywiście nacechowaną tym, że śladem tej korespondencji byłoby później drukowanie opowiadania w tymże fanzinie. Warto w każdym razie spróbować. I ja od razu przypomnę. Pierwszy adres to jest ubikx@wp.pl, drugi adres sftag@wp.pl. To są te dwa adresy, na które można spokojnie swoje dzieła literackie przesyłać. Grzegorzu, to jest tak, że wy macie niezwykle profesjonalną publicystykę, bo Kamil Muzyka to jest człowiek, który wie, co pisze, bo się tym po prostu zajmuje.
Macie niesamowicie profesjonalną publicystykę i właściwie opowiadania, które się ukazują na waszych łamach, też są naprawdę mocno przesiane, wyselekcjonowane i tam właściwie nie ma rzeczy słabych. Jak ten mechanizm wygląda? Już trochę wspominałeś, że to trzy osoby czytają, rozważają. Kłócicie się czasami?
[51:47] - Oczywiście. Podstawową rzeczą jest to, że każdy z nas ma zupełnie inne preferencje, lubi zupełnie inny gatunek fantastyki. W związku z tym nasze dyskusje są dosyć ostre i przyjęcie, czy mamy w danym numerze zamieścić opowiadania na przykład tylko i wyłącznie jednego gatunku, czy mamy to wszystko pomieszać, trzy różne gatunki albo cztery. Spotkania wcale nie są takie. Zresztą czy to by było tak naprawdę dobrze, jakby się każdy z każdym zgadzał? Musi być troszkę jakiejś tam różnicy, bo wtedy są wybierane lepsze rzeczy.
[52:45] - Ja nie z tą myślą zadawałem pytanie, żebyście się tam wzajemnie głaskali po główkach. Bardziej chodziło mi o oddanie atmosfery w redakcji. Nie wiem, jak ostre są te dyskusje. Uchyl trochę rąbka tajemnicy. Czy wy tam strzelacie do siebie, czy rzucacie czymś? Temperaturę tych dyskusji bardziej oddaj.
[53:11] - To jest taka specyficzna podlaska zasada. Podlaska rozmowa. To jest tak naprawdę nasza wewnętrzna kuchnia, którą niekoniecznie chciałbym szeroko wyjaśniać.
[53:40] - Okej.
[53:41] - Bo nie zawsze o wszystkim można powiedzieć. W każdym razie jedyną rzeczą, którą mogę na pewno powiedzieć i ja sam się nawet kiedyś zdziwiłem, zastanowiłem nad tym, jak to jest jednak, czy to wszystko nie jest jakimś ewenementem na skalę fandomu polskiego i tak dalej. Bo ja i bracia Sokulscy w sumie poznaliśmy się, oni zaczęli w '83 roku. Pod koniec roku przychodzili do klubu, a ja zacząłem w '84. Dosyć szybko żeśmy się ze sobą skumali, zaczęli współpracę przy różnego rodzaju wydarzeniach. Razem żeśmy prowadzili konwenty, tworzyli te konwenty, jeździliśmy na inne konwenty, tworzyliśmy wydawnictwa i w sumie tak naprawdę pracujemy ze sobą ponad 30 lat. I nie wiem, jak długo i ile można znaleźć redakcji, nawet zawodowych, gdzie skład jest tak mocno niezmieniony i przez tyle lat można ze sobą współpracować. Chociaż różnice zdań występują i to czasami naprawdę bardzo ostre, ale w sumie dochodzimy do jakichś wspólnych wniosków, do konsensusu i pracujemy nad tym dalej.
[55:34] - Ja myślę, że ten przymiotnik, który padł „podlaska rozmowa”, da wielu ludziom do myślenia. Okej, natomiast czytam pytanie z czatu i nie odpowiadam za to pytanie. Gregor pyta: „Czy naprawdę nie znamy jakiegoś innego napędu niż rakietowy? Antygrawitacja to ściema?”. No to odpowiadaj, Grzegorzu, co ty sądzisz?
[56:10] - Przede wszystkim w literaturze fantastycznej występuje tych napędów od groma i trochę. Tyle że ja nawet wszystkich nie spamiętam i nie wymienię. Natomiast w rzeczywistości naszej jak na razie nie mamy żadnego innego.
[56:34] - Ja jeszcze powiem tylko tyle, że ja bardzo chętnie byłbym całkowicie za i bym rączki podnosił, głosując, że jak najbardziej za, gdyby antygrawitacja okazała się prawdą i rzeczą możliwą do zastosowania. Być może ona jest prawdą, tylko pisząc o jakichś realiach, trudno w tej chwili brać ją pod uwagę. Bo jeśli nawet przyjmiemy, że ona jest czymś ukrytym albo czymś mało rozwiniętym, to trudno brać to, że to za chwilę będzie podstawa naszego zdobywania kosmosu. Raczej w takim kontekście bym to ujął. Bardzo często się tak zdarzało, że wynalazki, które uznawano, że się nie przyjmą, później okazywały się czymś, co jest wiodące dzisiaj. Więc być może tak będzie, czy to z antygrawitacją, czy z jakimś innym napędem, ale trudno brać go na razie pod uwagę i dlatego mamy do czynienia z fantastyką naukową, a nie z daleko posuniętą futurologią. Zresztą Aga Bas bardzo trzeźwo pisze: „Bogaty, odechciało się pokazywać nam nowe technologie”.
[57:56] - Może nie bogatym nie chciało się. Tylko jeżeli przynajmniej od 10 lat, a nawet i wcześniej, będziemy patrzyli na układ polityczny naszego świata i rozwój wszelkiego rodzaju wydarzeń, myślę, że tym najbogatszym państwom, które naprawdę mogłyby prowadzić i w większości finansować te badania, niektóre rzeczy nie opłacają się. Dlatego wszelkiego rodzaju antygrawitacja czy inne silniki nie są tak mocno rozpatrywane. Czy inne rodzaje napędu tych silników, ponieważ nie można. Zresztą ja to mówię już od dawna, że nie można tego przerobić na broń konwencjonalną. Jakieś tam silniki, które mogą wynosić nas dalej niż poza piątą czy siódmą planetę układu naszego ziemskiego, gwiezdnego, wymagają zupełnie innych technologii, zupełnie innych paliw, możliwości budowy stacji kosmicznych, z których by to wszystko startowało. Natomiast po to, żeby prowadzić jedną wojnę czy w Azji, czy w Afryce, to wcale nie interesuje. Bardziej tych prowadzących wojny i zarabiających na tej wojnie interesuje rozwój silników rakietowych po to, żeby nosiły one pociski coraz większe, a nie wynosiły nas w kosmos.
[01:00:09] - Ja sarkastycznie odpowiem ci, że wierzę w człowieka. Praktycznie rzecz biorąc, ze wszystkiego jest w stanie zrobić broń. Myślę, że tu bym się tym nie martwił. Ja z kolei, jeśli miałbym wskazać, to raczej są to względy, nie żebym coś miał przeciwko kapitalizmowi, ale takie kapitalistycznej natury, że jak się już jakąś technologię wdroży, to ona się musi najpierw zużyć, zwrócić, a dopiero później się wprowadza nową.
[01:00:44] - Stąd problemy z rozwojem różnego rodzaju dostawców energii czy paliw, ponieważ lobby ropy jest zbyt mocne i nie pozwala na rozwój żadnych innych silników innego typu.
[01:01:07] - Jeśli mam się wtrącić, to powiem jeszcze coś takiego, że jeśli państwo chcecie prześledzić, jaką logiką kieruje się współczesny świat biznesu, to prześledźcie sobie państwo historię źródeł światła. Otóż my wychodząc z komunizmu mieliśmy zwykłe żarowe żarówki, które sobie świeciły lepiej, gorzej, dłużej, krócej, ale świeciły. Później za wszelką cenę jako wynalazek wszech czasów, oszczędne, wspaniałe, ładowano nam świetlówki kompaktowe, które były zrobione na starych technologiach. To było oczywiście oszczędne i tak dalej, ale ładowano nam to, zmuszano na siłę. Unia Europejska się w to włączyła, podczas gdy niezależni obserwatorzy, badacze mówili o tym, że jest w tych świetlówkach kompaktowych pewne niebezpieczeństwo. Nie demonizujmy go oczywiście, ale jest to technologia wcale nie czysta i wcale nie ekologiczna. Po co to zrobiono? Bo się musiało zwrócić, bo włożono w to ciężkie pieniądze. A zaraz potem wskoczyły źródła światła LED, które nie wiem, czy są lepsze, czy gorsze. Też są oszczędne, ale zanim weszły, bo o diodach LED miałem taki epizod w swoim życiu, że pracowałem w różnego rodzaju pismach związanych z budownictwem i technologiami LED na wysokim bardzo poziomie zajmowano się już w połowie lat 90.
I to tak bardzo poważnie. Na poziomie, który tak naprawdę do obiegu komercyjnego wszedł znacznie później. Już się wtedy tym zajmowano, ale te LED-y nie mogły wejść zbyt wcześnie, bo najpierw się te świetlówki kompaktowe musiały odpowiednim firmom zwrócić. I to jest może nie cała tajemnica, ale na pewno jakiś jej kawałek.
[01:03:03] - Ale jest duża część racji.
[01:03:06] - Tak, jakiś tam jej kawałeczek, to z całą pewnością. Okej, troszeczkę odeszliśmy od fantastyki. Do niej wróćmy. Ja już to pytanie częściowo zadałem, ale je powtórzę. Jak wy to robicie, że u was, jak się przegląda spisy treści, to tam panuje pełna demokracja. Takie coś, co mi się bardzo podoba, że oprócz nazwisk znanych z pierwszych stron innych czasopism poświęconych fantastyce, tych profesjonalnych, nazwiska powszechnie znane, szanowane. Zaraz obok tych powszechnie uznanych nazwisk są nazwiska osób, które dopiero startują. To jest coś wspaniałego. To po pierwsze promocja. To, co już powiedziałeś, że dawno się już o to staraliście.
Po pierwsze promocja młodego, nie zawsze wiekiem, czasami tylko stażem literackim, młodego człowieka, który rozpoczyna przygodę literacką. To na pewno. Po pierwsze to promocja, bo jak ktoś kupi, nabędzie, zdobędzie wasz fanzin, to-
[01:04:20] - Nie kupi.
[01:04:22] - No właśnie.
[01:04:22] - Od razu ci prześlę.
[01:04:25] - Dlatego się poprawiłem.
[01:04:26] - Fanzin nie jest do kupienia.
[01:04:28] - Właśnie dlatego się poprawiłem. Ale musisz brać pod uwagę rynek wtórny. Rynek wtórny jest potęgą i Allegro, i te rzeczy.
[01:04:39] - Pokazały się i przyznam się, że troszkę mnie podniosło. Zwróciłem jednej osobie taką uwagę, bo akurat były w tej chwili wystawione na sprzedaż i to jeden z numerów, bardzo mnie przeprosiła za to. Wycofała to. Parę numerów, dokładnie trzy numery zostały sprzedane wcześniej. Tylko trzy numery się pojawiły oprócz tych dwóch ostatnich na Allegro i myślę, że bardzo rzadko ci, którzy zdobędą na konwentach, bo to jest fanzin, który jest przygotowywany na konkretne konwenty w Polsce i na nich rozdawany. Wiadomo, że na konwencie osób jest sporo, 300, 400, a my to drukujemy w 100 egzemplarzach. Oprócz klubu i egzemplarzy obowiązkowych, bo każdy autor musi dostać swój egzemplarz, jak również Biblioteka Narodowa, bo mamy numer ISSN. W związku z tym jesteśmy zobowiązani dawać wszystkie egzemplarze do Biblioteki Narodowej. Czyli jakiś ślad po nas zostanie dla potomności późniejszych. Zostaje to gdzieś w granicach 80 egzemplarzy do rozdania.
Więc wielu ludzi odchodzi z kwitkiem. Ci, którzy zdobędą, raczej nie są tacy chętni, żeby się pozbyć swojego własnego egzemplarza.
[01:06:42] - To ja uprzejmie donoszę, że w kilku antykwariatach w Polsce widziałem pojedyncze egzemplarze. Ale to tylko dobrze.
[01:06:52] - Jeśli mnie widzą, to przekażę dalej.
[01:06:56] - To dobrze. Dlatego się poprawiłem. Ale rzeczywiście, czy to będzie metodą kupna, czy metodą zdobywania na różnego rodzaju imprezach poświęconych fantastyce, to Pismo jest jak najbardziej, to, co podkreślałem w pytaniu, demokratyczne. Powiem, że to jest standard, który we mnie budzi spory szacunek. Tu się muszę redakcji podlizać i powiedzieć, że to jest dobra robota. Tak mi się przynajmniej wydaje.
[01:07:35] - Na początku to było tak, że oprócz tych znanych autorów, którzy pisali, zawsze prosiliśmy, staraliśmy się, podchodziliśmy do nich, czy nie napiszą do nas jakiegoś opowiadanka. Również były rozmowy z innymi uczestnikami konwentów. A może któryś pisze? A może macie jakichś znajomych? I tak dalej. W ten sposób do nas wcześniej trafiały teksty. W 2011 zorganizowaliśmy w Białymstoku taki konwencik dla miasta, imprezę dla miasta pod nazwą Fanstock. I wtedy ze świętej pamięci Maćkiem Parowskim zgadaliśmy się i wpadliśmy na pomysł, żeby zorganizować konkurs właśnie na opowiadanie pod nazwą... Niech no ja sobie przypomnę. W każdym razie coś było „pióro”.
Nie pamiętam nazwy tego konkursu. Ustaliliśmy, że pierwsze 10 opowiadań, te, które znajdą się w pierwszej dziesiątce, dostaje Maciek Parowski i będzie drukował to w Nowej Fantastyce. Zafunduje nagrody tym autorom i wydrukuje ich u siebie w Nowej Fantastyce. Pozostałe opowiadania zostają w naszej gestii. I w tej chwili w większości korzystamy jeszcze z tamtych tekstów. Oczywiście nie odcinając się od tego, żeby zdobywać jakichś nowych autorów. Tak właśnie trafiła do nas Katarzyna Szewioła-Nagel, która w tej chwili pisze dla nas stały cykl opowiadań pod tytułem „Ewakuacja”. To są opowiadania, które dzieją się na Śląsku. Nastąpiła jakaś eksplozja zombie atakujących, więc opisuje przygody takiej grupy, która ucieka przed bandami zombie.
[01:10:24] - Z tego, co pamiętam, to dzisiaj będziemy mieli okazję fragmentu prozy pani Katarzyny wysłuchać. To za chwileczkę jeszcze. Natomiast wrócę jeszcze. Staram się troszeczkę mieszać, ale nie szyki, tylko tematykę. Chciałbym ciebie zapytać, jakbyś miał wskazać, bo ja zawsze ludzi ogarniętych pasją, takich jak ty, którzy fantastyką interesują się od, jak to się mówi, od zarania, zawsze mnie korci, żeby zadać im takie pytanie. I w twoim wypadku przechodzę od pomysłu do czynu. Jakbyś miał wymienić trzy ważne książki z dziedziny science fiction dla ciebie, tylko dla ciebie ważne, to jakie tytuły byś wymienił?
[01:11:21] - O Boże!
[01:11:22] - Ja wiem, to są-
[01:11:24] - To jest straszne i ciężkie.
[01:11:26] - To są paskudne pytania. Ja wiem. Ja jestem specjalistą od zadawania pytań, które ludzi rozkładają, ale to spokojnie, uspokój myśli i słucham ciebie.
[01:11:38] - Wielu pewnie wyśmieje, ale to tak. Może tak, właśnie ta „Katastrofa na słońcu Antarktydy”, dlatego, że to była pierwsza książka. Ja nie pamiętam, ile miałem wtedy lat, ale to były bardzo wczesne lata podstawówki. To pierwsza rzecz. Drugą rzeczą, jak się ukazała nakładem Iskier „Diuna” Herberta, później w drugim obiegu wyszły „Dzieci Diuny” i „Mesjasz z Diuny”. Sama „Diuna” aż tak mocno mnie nie zachwyciła. „Dzieci Diuny” też przeszedłem, natomiast bardzo mnie zainteresował „Mesjasz z Diuny". Może dlatego, że wtedy byłem na pewnym etapie poznawczym religii mahometańskiej i tak mnie zainteresowało to pod względem zbieżności i słownictwa takiego, które było używane właśnie częściowo w Koranie, i w jakiś sposób ta Ta cała religia stosowana przez Lido, przez Maud'Dib była właśnie taka typowo muzułmańska. To może to drugie. A trzecią, to jednak „Ubuk”.
[01:13:41] - „Ubuk” to kolejna książka, którą tak trudno było zdobyć, bo przypomnę naszym słuchaczom, że po raz pierwszy „Ubuk” wyszedł w latach 70. w krótkiej serii Wydawnictwa Literackiego „Stanisław Lem poleca”.
[01:14:02] - Tak.
[01:14:02] - I pozostałe tomy, nie było z nimi takich wielkich kłopotów, bo tam była powieść, właściwie dwie Strugackich, „Las” i coś jeszcze. Później był Grabiński i wiem, że jeszcze jakiś jeden tom był, ale natomiast „Ubuk” był praktycznie nie do dostania i mógłbym całą historię opowiedzieć o tym, jak się polowało na „Ubika” i jakie szczęście człowieka ogarniało, kiedy-
[01:14:33] - Ale późniejsze wydania „Ubika” też były trudne do dostania.
[01:14:39] - Ja już nie miałem problemu. To prawda. Drugie wydanie, pomijam, jeśli były jakieś wydania klubowe, natomiast-
[01:14:50] - Nie, klubowych nie było chyba.
[01:14:52] - Natomiast drugie wydanie zrobił Amber. Jak startował ze swoją serią SF, on niemal w jednym czasie wydał „Ubika” i „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”.
[01:15:07] - Tak.
[01:15:08] - I wtedy wiem, że polowałem na to, ale dla kogoś polowałem z tym „Ubikiem”, bo ja już byłem szczęśliwym posiadaczem tego pierwszego wydania.
[01:15:19] - Amberowski „Ubuk” miał już na okładce nasz znak klubowy.
[01:15:30] - To tak było? A ja to przez cały czas... widzisz, jak się człowiek dowiaduje. To jak to było, wyście pożyczyli wydaniu swój znak klubowy czy wyście sobie wzięli ten znak z okładki? Jak to było?
[01:15:46] - Nie. „Ubuk” był obrazem. Ta słynna czacha kolorowa to był obraz Dariusza Chojnackiego, zmarłego w wypadku Dariusza Chojnackiego, zresztą białostoczanina. Zamówiony przez nas dla nas. Ponieważ Darek Chojnacki był wtedy częścią Amberu i był tutaj, użyczyliśmy go również na okładkę tej książki.
[01:16:27] - I proszę, wartość edukacyjna tego typu audycji jest jednak spora, bo ja się czegoś dowiedziałem, proszę państwa, niezwykle ciekawego. Okej, przesłuchania ciąg dalszy. Od razu uprzedzam, bo zapytałem cię oczywiście o książki, ale mam jeszcze drugie pytanie, równie wredne, przygotowane. Pytanie o opowiadania. Wiesz, z czego to wynika? Na pewno z tego, że miałem taką manię gdzieś na przełomie lat 80. i 90., że robiłem sobie spisy najlepszych według mnie opowiadań, najlepszych według mnie książek. Dzisiaj wiem, że to ma wartość sentymentalną na przykład albo czasową bardzo. Niemniej jednak czasami coś z tego zostaje. I oczywiście zapytam cię o takie opowiadania, bo opowiadania to są na ogół takie perełki, które albo czytamy i po jakimś czasie zapominamy, albo zostają z nami właściwie na zawsze.
To jakbym cię znowu poprosił o trzy opowiadania, które gdzieś tam z tobą zostały, to co byś powiedział?
[01:17:42] - O Jezu. Z opowiadań. Pierwsze to będzie „lej po bombie” Andrzeja Sapkowskiego. To jest opowiadanie, przy którym siedziałem i po prostu kwiczałem ze śmiechu. Zresztą Andrzej miał zdolność takiego łatwego pisania rzeczy zabawnych, rzeczy śmiesznych. To opowiadanie zresztą zostało napisane do Czerwonego Karła gdańskiego i Andrzej dał im to opowiadanie w prezencie swego czasu. A następne dwa, trudno mi powiedzieć.
[01:18:45] - To ja mam propozycję. Damy ci czas do zastanowienia.
[01:18:50] - Silverberga „Siódma ofiara”.
[01:18:53] - Okej.
[01:18:56] - Zresztą to był cały cykl opowiadań, antologia pod tym tytułem. A trzecie naprawdę nie wiem.
[01:19:10] - Okej, dobrze, nie będę naciskał, bo to byłaby odpowiedź wymuszona, a W związku z tym pewnie zawsze byś robił aneksy do tego. Mam propozycję, żebyśmy posłuchali kolejnego fragmentu wziętego z Ubika. Oj, już zaczynam.
[01:19:30] - Z Widoku.
[01:19:31] - Z Widoku. Proszę wybaczyć, ale ja już, zdaje się, wchodzę w fazę temperatury wieczornej. Niewysokiej, proszę się nie martwić, nie zacznę tutaj bredzić. Jakieś 37,5 to jest maks, także spokojnie. To będzie fragment właśnie z „Widoku z wysokiego zamku” ze znakiem Ubika na tylnej okładce.
[01:19:54] - Każdy z naszych numerów ma znak Ubika na tylnej okładce.
[01:19:59] - Tak jest.
[01:19:59] - Stała.
[01:20:00] - Powiedziałem prawdę. A będzie to fragment „Ewakuacja” Katarzyny Szewioły-Nagel.
[01:20:09] - Katarzyna Szewioła-Nagel, „Ewakuacja”, fragment drugiej części. „Jak cudownie” – myślę sobie. Cisza, spokój, autostrada pusta, tylko czasem mijają nas jakieś samochody. Sporo ich też widzę porzuconych na poboczu. Czasem się zdarza, że jadący z przeciwka trąbią lub migają światłami. Nie wiem, czy te resztki człowieczeństwa chcą nas ostrzec, przywitać się, a może sprawdzić, czy za kierownicą siedzi żywy, czy zdechlak. Choć przyznam, iż nie podejrzewałabym trupiaków o zdolność kierowania pojazdem. Oczywiście wkurza mnie cisza, jaka panuje między nami. Klekotanie silnika może i jest kojące, ale czasem warto by otworzyć to kogoś gębę, skoro dziwnym zrządzeniem losu jest nam dane trzymać się razem. Choć w sumie nie wiem, czy to takie luksusowe położenie.
Lekarzyna tępo gapi się na mijające po drodze drzewa. Dresio na pace milczy. Zgarnięta skądś tam panna również do rozmownych nie należy. „A pies wam mordę lizał” – myślę i skupiam się na drodze. Nim zdążyłam o tym pomyśleć, słyszę rąbanie w szybkę, która jest jakby oknem duszy na pakę. Oj, chyba mnie romantyzm poniósł. Zwalniam nieco i obracam głowę. Dres macha ręką. Pewnie chce mi coś przekazać. No tak, nawet jakby darł mordę, to bym go nie usłyszała.
Warkot silnika wszystko by zagłuszył. Zatrzymuję samochód. Rozglądam się na wszystkie strony, po czym wyłażę z szoferki. Słyszę, że Michał robi dokładnie to samo. Tylko doktorek zostaje na miejscu. „Coś chciał kmiotku?” – bąkam od niechcenia i spocone dłonie wycieram w boki nogawek spodni. „W sumie” – odzywa się. – „W sumie to ja mam rodzinkę na Przeczycach”. „Ej” – odpowiadam mu. – „To całkiem spoko, bo jesteśmy na A1.
Mamy niedaleko”. „No to jedźmy tam”. Doktorek staje obok mnie, kładąc ręce na biodrach. „Co nam szkodzi?” „Nic nam nie szkodzi” – potwierdzzam entuzjastycznie. „Może będzie tam bimber. Urżnęłabym się jak dzika świnia”. Puszczam zawadiackie oczko w stronę lekarzyny. Ten jednak ma mnie w głębokim poważaniu. Burak – chcę zamarudzić pod nosem, ale się powstrzymuję. Gęba dresa wykrzywia się w chytrym uśmieszku.
Pewnie i jemu ten pomysł się spodobał. W sumie to zastanawiam się też, czy do Przeczyc dotarła zaraza. Być może zastaniemy tam niczego nieświadomych ludzi, którzy będą na nas patrzeć jak na dziwolągi. Albo chyba jednak nie. Przecież mają radia i telewizory. Niewiedza byłaby błogosławieństwem. Brak truposzy też, ale akurat o nich nie chce mi się myśleć, mimo że ta zaraza roznosi się jak jakaś plaga egipska lub coś w tym rodzaju. Chcąc kontynuować uroczą pogawędkę, ponownie zwracam się do Michała: „Pokażesz, gdzie mieszkają? Jaka to ulica?” „Targowa. Mieszkają zaraz naprzeciwko Feniksa”.
„Że czego?” – pytam zaskoczona. „No Feniksa. To taka restauracja z całkiem dobrym żarciem”. „No to pojemy w razie czego” – cieszę się. Na dźwięk słowa „żarcie” moje kiszki dają znać, że trzeba by je czymś wypełnić. „Ciotka ma spiżarnię wypełnioną po brzegi przetworami” – tymi słowami koi moją duszę, a raczej żołądek. Od razu wizualizuję sobie siebie siedzącą na podłodze i radośnie wyżerającą dżem ze słoika paluchami. A jakże! Po jaką cholerę łazić do restauracji, skoro ma się swojskie? Ciągnę temat.
„O ile się ma” – do moich uszu dociera cichy pomruk wydobywający się z gardła faceta w kitlu. „Już nie biadol” – ganię go. – „Na bimber się krzywisz, na darmoszkę też. Mamy pieprzoną apokalipsę zombie, a ty mi tu wiecznie nos na kwintę”. „Nie mam nosa na kwintę” – odszczekuję. – „Wkurwia mnie tylko ten twój entuzjazm. Ja pierdolę, jak można być taką optymistką? Wokół świat się rozchrzania na cząstki, a ty myślisz o wódzie i żarciu. Może jeszcze byś coś przeleciała, hę?” „No ba” – cedzę przez zęby. – „Najchętniej ciebie” i puszczam mu oko.
Facet momentalnie się przymyka. Dresik rechocze. I w sumie nie tylko on, bo jadąca z nim na pace kobieta również. Nie zauważyłam, kiedy wyszła z cienia paki i wychylając się, jęła przysłuchiwać naszym słownym przepychankom. „Ja na siusiu” – w końcu powstrzymuje chichot i zeskakuje na ziemię. „Tylko mi tam uważaj” – Michał wyraził troskę, odprowadzając ją wzrokiem za krzaczek. Chciałam po raz kolejny palnąć coś głupiego, ale gromowładny wzrok oczonego przodu pasa skutecznie zahamował zakusy. Czekamy więc, aż panienka skorzysta z przywilejów i zbieramy się w dalszą drogę. Dojeżdżamy. Z daleka dostrzegam przelot w stronę Przeczyc.
Nie jest jednak tak fajnie, jakbym tego chciała. Na poboczu i części zjazdu stoją dwa wojskowe samochody, a przynajmniej tak mi się wydaje. Za cholerę nie wiem jakie. Oba prawie doszczętnie spalone. Wokół nich kołyszą się zmasakrowane zwłoki. Z daleka widzę, że to nadpalone ludzkie szczątki. Widzę też, że nadal z jednego z samochodów unosi się niezbyt duża chmurka sinawego dymu. Nie zastanawiam się nad przyczyną. Zastanawiam się, czy te drepczące straszydełka zaczną do nas podchodzić, kiedy z wolna spróbuję wyminąć kraty. Krzywię się i zwalniam.
Trupy jednak mają mnie głęboko w poważaniu i próbują dobić się do jednej z szuflek tej najmniej uszkodzonej. A może powinnam rzec tej, w której jeszcze są szyby w szoferce. Pewnie coś w niej albo pod nią utknęło. Próbuję dostrzec, co konkretnie. Odzywa się we mnie ta babska natura, której tak nie lubię. Ciekawość. Doktorek przeszywa mnie wzrokiem. Jego też ciekawi dziwne zmieszanie wokół ożywieńców. Ponownie słyszę rąbanie w szybkę. Odwracam się jak poprzednio i widzę pyzatą mordę pasażera z paki.
Ruchem ręki nakazuje mi zatrzymanie się. Okazało się, że dresik również łapie się na to, co my, przylepiając okrągłe lico do szybki za moimi plecami. Zatrzymuję się w bezpiecznej odległości. Czuję przeszywający wzrok blondasa, który w końcu nie wytrzymuje i odzywa się pogębkiem: „Ocipiałaś?” „Do mnie mówisz?” Patrzę na lekarzyna, który chyba gada całkiem poważnie. „No do ciebie, a do kogo?” Odszczekuje, nie spuszczając oczu ze zgliszczy i pieczonych zombie kotłujących się przy samochodzie. „Załatwimy ich. Nie martw się, kochanie.” Posyłam mu ironiczny uśmieszek. Gdyby mógł, a w sumie może, to prychnąłby na mnie niczym rozzłoszczona gimbusiara, której mama odmówiła nowego iPhone'a. Parkuję w bezpiecznej odległości. Gaszę silnik i sięgam po maczetę.
Z przykrością stwierdzam, że uwalona jest krwawym gównem lotniskowych ścierwojadów. No trudno. Na miejscu ją wyszoruję. Słyszę w międzyczasie, jak Michał gramoli się na podłogę. Podchodzi do moich drzwi i skinieniem głowy daje do zrozumienia, bym już wychodziła. Dostrzegam, że w dłoni dzierży sporą siekierę. To zdobycz wprost z lotniska. Domyślam się. Nie wnikam. Truposze nadal nie zwracają na nas uwagi.
Jak zahipnotyzowane drapią paluchami pozbawionymi ciała nadpalony lakier ocalałej z pożaru szoferki, wydając przy tym gardłowe pomruki. To głośne murmurando sprawia, że drobne włoski rosnące mi na przedramionach jeżą się niczym sierść wściekłego kocura. Mam ochotę wrzasnąć na pohybel skurwysynom i ruszyć na nie, wyrzynając w pień jak Moskale Niemców pod Stalingradem. Michał jednak jakimś cudem odgaduje zamiar i trąca moje ramię, pokazując palcem kilku maruderów stojących nieco dalej od zgliszczy. Nie wyglądają jak ich przyjaciele niedoli. Tych ogień nie dosięgnął. Zwłoki kołyszące się na boki przypominają oporne zjawy z jakiegoś groteskowego horroru. Nachyla się do mnie i z powagą szepcze mi do ucha: „Najpierw tamci. Zajdziemy ich od tyłu, potem dziabniemy resztę.” Mrugam kilkakrotnie zszokowana. A podobno to ja tu jestem od planowania.
Po szybkim zastanowieniu się stwierdzam, że mięśniak ma rację. Ja pierdolę. Pączek narodowy dowodzi akcją pod tytułem ta pieczeń jeszcze się rusza. Wspinam się na palce i zerkam do szoferki. Doktorek siedzi na miejscu, podpiera brodę na ręce i tępo patrzy przed siebie. Coś czuję, że zaczyna mieć nas serdecznie dosyć. No tak, zapomniałem, że robię sobie jaja z pogrzebu. Wiem jednak, że jak będę śmiertelnie poważna, to prędzej czy później zwariuję. Wolę nie widzieć w drepczących umarłych mężów, żon, matek czy ciotek. Chcę traktować ich jak chore drapieżniki, które zamierzają rozszarpać mnie na drobne kawałeczki.
Trzaskam drzwiami. Nieumyślnie. Klekot odwraca uwagę od nadpalonej szoferki i zgromadzone przed nią zwłoki gromadnie już suną w naszą stronę. Michał zaczyna mruczeć, choć w sumie nie wiem, po co to robi. Odwracam głowę i kątem oka dostrzegam jednego zdechlaka idącego wprost na dresa, przy czym ten go nie widzi, gdyż stoi odwrócony tyłem. Sztywny porusza się zaskakująco szybko. Jest dosłownie o kilka szurnięć stopami od niego. Wydaje z siebie zduszony krzyk. Dres jednak nie rozumie, o co mi chodzi i robi głąbkowatą minę. Trwa to zaledwie kilka chwil.
Odbijam się z prawej nogi i jednym susem omijam Michała. Nacieram na zwłoki maczetą, rozłupując czaszkę na dwoje. Wszystko widzę jak na zwolnionym filmie. Klatka po klatce. Adrenalina rozrywa mi żyły. Dyszę. Mało brakowało. Atakowany patrzy na mnie zwężonymi z zaskoczenia źrenicami. Ja kucam przy zabitym i wieczorowicie wycieram broń w mundur, który jeszcze kilka godzin temu należał do żywej istoty. Twój idealny plan chyba jednak szlag trafił.
Zbieraj się. Cedzę przez zęby. Wstaję i ciągnę dresa za sobą wprost za ciężarówkę. Okrążamy ich. Ja z lewej, ty z prawej. Jeden cios i odskakujesz. Pojąłeś? Kiwa głową, lekko wychylając się zza samochodu. Idąc jego przykładem robię dokładnie to samo. Wyglądamy jak animki z kreskówki.
Dwa łby wystające i gapiące się na widowisko przed nimi Truposze doczołgały już do przodu naszej ciężarówki. Zatrzymały się i szczerząc ząbki, poczynają węszyć. Wygląda to dość zabawnie, choć nie wiem, dlaczego mnie to śmieszy. Kobieta schowana na pace nagle uchyla plandekę. Burza jasnozłotych włosów majaczy na tle burozielonego materiału. Kładę palec na ustach i ruchem ręki każę jej się schować i nie wyściubiać nosa z bezpiecznego miejsca. Znika. Biorę głęboki oddech. Liczę w myślach do dziesięciu i obracając się na pięcie, biorę lewą stronę. Michał za moim przykładem prawą.
Mam krótszą drogę, ale liczę, że facet wykaże się większym sprytem. Niestety, miast wykonać dokładnie rozkaz, uczynił coś zgoła odmiennego. Wrócił, płacząc się przy tym obficie. Taksuję go spojrzeniem. „Więcej” — dyszy. — „Więcej skurwysynów”. „Gdzie, do cholery?” — wypalam. „Tam”. I pokazuje mi stronę, w którą kazałem mu iść. Szybko analizuję nasze położenie.
Chyba jedynym rozsądnym wyjściem jest wskoczyć na pakę i wytłuc cholerstwo, wywijając osprzętem od góry. Tylko skąd te cholery przylazły? Jednak nie mamy czasu na zastanawianie się. Być może ukryły się w krzakach rosnących na poboczu. Któż to wie. Tylko po cholerę trupy bawiłyby się z nami w chowanego? „Właź” — mówię półszeptem i odsuwam plandekę. — „No już”. Ciąg dalszy nastąpi. Chyba.
[01:33:16] - Tak, to był kolejny fragment z „Widoku z Wysokiego Zamku”. Muszę powiedzieć-
[01:33:23] - Kolejny fragment „Ewakuacji”.
[01:33:26] - Ale też kolejny fragment dzisiaj, który posłużył do ilustracji naszego dzisiejszego spotkania. Muszę powiedzieć, że ja się oczywiście narażę niektórym naszym słuchaczom, ale jest coś takiego w tych opowieściach o zombiakach, tak w skrócie mówiąc, co mnie nieustannie fascynuje. I ja nie wiem dlaczego, ale wszelkich tego rodzaju opowieści, czy to właśnie w formie literackiej, czy filmowej, wszelkie takie opowieści oglądam, czy też czytam z jakąś taką fascynacją, nawet powiedziałbym, że niezdrową. Coś takiego jest w tym temacie, że on oczywiście jest przez bardzo wiele osób krytykowany, że to nie takie, że to głupie i tak dalej. Nie wiem, być może wszystko to jest racja, ale ja się przyznaję — tego rodzaju opowieści zombiacie nieustająco mnie fascynują. Nieustająco. Rozumiem, że ciebie też, bo skoro się ukazuje na łamach, to jakoś przedyskutowaliście sprawę.
[01:34:37] - Oczywiście, że tak. Nieskromnie się przyznam, że to w sumie Katarzyna, w jakiś sposób ja ją wyczaiłem i namówiłem do pisania właśnie, niekoniecznie „Ewakuacji”. Namówiłem, poprosiłem o to, żeby napisała coś. Napisała tą „Ewakuację”. Nas ujęło to, że przede wszystkim to się dzieje u nas, a nie gdzieś tam, czy w dziwnej krainie, czy na Zachodzie, tylko u nas, na naszej polskiej ziemi. Mogą być i Katowice. Chociaż dobrze, że to w Katowicach, a nie na Podlasiu na przykład. I dlatego to poszło. I tak naprawdę ja ją później poznałem na jednym z konwentów i mocno naciskałem, i zabrałem o to, żeby pisała dalsze części. W tej chwili podobno już skończyła i na dniach dostanę piątą część „Ewakuacji” do następnego numeru „Widoku”.
[01:36:02] - Tak. Jak sobie analizuję, to nie wiem, może to wynika z jakichś moich lęków, ale tak jak powiedziałem, nieustająco mnie to fascynuje. I to chyba najlepsze słowo, bo ja, mówiąc szczerze, naczytałem się o tych zombiakach sporo. W Polsce między innymi Robert Schmidt również. On wrocławskie klimaty uwielbia.
[01:36:28] - Wiem co.
[01:36:30] - I właśnie te wrocławskie klimaty w wykonaniu Roberta Schmidta czy ten fragment, który przed chwilą państwo słuchaliście, to wszystko mnie wprawia w jakieś takie nieustające drżenie, jakieś takie napięcie. Wiem, to jest jakieś głupie — powiedzą niektórzy — i ja się do tego przyznaję i nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. Coś sobie przypomniałeś, Grzegorzu. To słucham.
[01:36:57] - Moment, bo jeszcze muszę sprawdzić. Andrzej, bo zapomniałem autora. To trzecie opowiadanie, o które mnie pytałeś. Coś, co mnie w jakiś sposób zachwyciło i wprowadziło mnie trochę nawet w takie zadowolenie jak u Kresa w jego tej W Grombelardzie, czy to opowiadanie Andrzeja Ziemiańskiego o Autobannach Poznań.
[01:37:44] - Tak, faktycznie.
[01:37:46] - To też jest właśnie takie postapokaliptyczne, które jednocześnie pokazuje, trochę pomieszane z „Lej u Bobomni”, bo mniej więcej taka sama sytuacja. Nie taka sama, ale podobna sytuacja geopolityczna. To wszystko, jak również właśnie te różne stwory i potwory atakujące i usiłujące wszystkich zabić, a jednocześnie różne dziwne osoby są w grupie tej broniącej się.
[01:38:33] - Ja teraz rzucam okiem, że tak powiem, na czat. Aga Bas pisze w nawiązaniu do tego, co mówiłeś wcześniej o Silverbergu, że uwielbia klimat Silverberga. Ja powiem tak tytułem małej autopromocji, że w jednym z najbliższych odcinków — nie potrafię powiedzieć, czy to będzie jeszcze we wrześniu, czy to dopiero w październiku, kiedy się zacznie rok akademicki — będziemy gościć w audycji tłumacza, między innymi Silverberga, ale także Kinga, czyli Krzysztofa Sokołowskiego, który nam troszeczkę o Robercie Silverbergu poopowiada, bo to jest nie tylko tłumacz, ale człowiek, który z Robertem Silverbergiem koresponduje. Taki już przywilej tłumacza. W związku z tym kilka ciekawych rzeczy na pewno o Robercie Silverbergu nam opowie. To tyle tytułem reklamy. Czy ty czytałeś na przykład, skoro jesteśmy przy Robercie Silverbergu, to ja zawsze takie pytanie wszystkim fanom science fiction zadaję: do czego się odwołuje? Do swojej pamięci. W latach 70. wyszła książka Silverberga, chyba pierwsza w ogóle na rynku polskim tego autora, „Człowiek w labiryncie”.
Czytałeś i ci się podobało? Nie czytałeś i nie podobało.
[01:40:08] - Oczywiście, że czytałem „Człowieka w labiryncie”. W sumie bardzo mi się podobało. Może niekoniecznie sam pomysł tego, ale język, sposób, w który pisał. Można powiedzieć język, ale to może być również sprawność tłumacza, bo to jednak transkrypcja na język polski, więc to niekoniecznie odnosi to, jakiego języka używał w oryginale pisarz, ale właśnie i sposób, i język, jaki był użyty do napisania tej książki.
[01:41:04] - „Człowieka w labiryncie” nie tłumaczył jeszcze Krzysztof Sokołowski, bo był zbyt młodym człowiekiem, ale nie pamiętam, kto tłumaczył. Natomiast muszę ci powiedzieć, że zetknąłem się w odmętach internetu z bardzo złą oceną tej książki. Tak to jest, jak człowiek zaczyna patrzeć naszymi czasami na stare czasy. Ostatecznie Robert Silverberg napisał tę książkę dawno, dawno temu. I jaki był główny zarzut? Że ta książka nie szanuje kobiet, jest szowinistyczna, jest mizoginistyczna i w ogóle głupia.
[01:41:41] - Oczywiście. Patrząc na to, Boże drogi, dajmy w tej chwili młodzieży 10-, 12-letniej książki Peteckiego „Człowiek z dziesiątego tysiąca” czy kilka innych, to też będą śmiali się z tego, jakie to są bzdury, ponieważ oni słyszeli już o nowszych. Będą oskarżali to wszystko o prymitywizm, bo oni już sami w internecie czy w grach widzieli o wiele lepsze technologie niż oni wtedy opisywali. Tym bardziej młodzież obecna traktuje się troszkę wyżej niż wtedy, kiedy ja miałem 10 lat. Ja nie miałem tego wszystkiego, na czym mogłem dorastać, czyli na komputerze, telewizji i tak dalej. Ja dorastałem na rozmowach z dorosłymi, czytaniu książek, ewentualnie na kinach. Trudno określić. Czasami zresztą, jak sam spojrzysz na to, trąci to prymitywizmem. Trochę jest nie tak.
[01:43:11] - Wiesz co, ja bardzo często patrzę w książkach jednak nie tylko na dekoracje, tak to nazywam. I czy to będzie Petecki, bo moim zdaniem Petecki na tamte czasy, na tamto społeczeństwo bardzo fajnie wyłapywał-
[01:43:28] - Był świetny! Doskonały
[01:43:30] - W tych powieściach dla młodzieży, bo o tych w tej chwili mówię, wyłapywał świetnie relacje, które następują między nastolatkami, szczególnie płci obojga. Taki chłopak, dziewczyna. Dzisiaj się nawet to zmieniło, więc dzisiaj te relacje są zupełnie inne, więc trudno, żeby młodzi ludzie się fascynowali nieśmiałością chłopaka, jak ma poznać dziewczynę. I tak dalej. Dzisiaj to w ogóle inaczej wygląda. Niemniej jednak jakoś nikt nie chce zwrócić uwagi, że Petecki bardzo prawdziwie opisał pewne sytuacje, które się zdarzają pomiędzy ludźmi. Czy to będą ludzie młodzi, czy to będą ludzie starzy, to już nieważne. Opisał. Podobnie jest z Silverbergiem i z jego „Człowiekiem w labiryncie”. Wszyscy zwracają uwagę, może nie wszyscy, przesadzam jak zwykle.
Zwracają w każdym razie niektórzy uwagę na to, że jak on przybywa na jedną z planet, to mu dano jako prawie niewolnicę seksualną jakąś kobietę. I w ogóle jak można takie rzeczy? A jakoś nikt nie patrzy, a w każdym razie niewiele osób patrzy na to, że to była jedna z pierwszych książek w Polsce, w których kosmos opisano tak normalnie. Oczywiście poza Lemnos, na której jest to miasto, w którym się ukrywa główny bohater i do którego trzeba dotrzeć, to jednocześnie ten kosmos był taki normalny. Tego w literaturze wcześniej wydawanej w PRL-u nie było. Normalny. I na czym polega ta normalność? Chociażby na tym, że faceci sypiają z kobietami, że mają związane z tym marzenia, jakieś czasami ambicje, rywalizują o te kobiety. To się wcześniej nie zdarzało w fantastyce wydawanej w Polsce, podkreślam.
[01:45:32] - Ci, którzy mieli z tym problemy, to widać, że nie czytali nawet Arkadego Fiedlera.
[01:45:42] - No tak.
[01:45:42] - Dlatego, że Fiedler jeżdżący po świecie opisywał to w jednej z książek, gdzie opisywał daleką Azję, Tajlandię i tamte rejony. Kiedyś wszedł w jakiejś wiosce do jakiegoś domu i gospodarz go przywitał i przeprosił go bardzo, że nie może potraktować go tak mocno jako gościa, bo tak ważnemu gościowi powinien dać na noc jedną ze swoich córek albo nawet i żonę, bo tak jest w tradycji tej grupy etnicznej. Ale Francuzi, którzy panowali tam, zabronili. Więc w niektórych starszych kulturach było to rzeczą normalną, że ludziom, którzy przyjechali, dawano kobiety z plemienia na noc po to, żeby się odprężyli i odpoczęli po długiej drodze. Więc troszkę trzeba czytać i znać chociażby własny świat, żeby jeszcze móc dyskutować o zwyczajach na innych planetach.
[01:47:10] - Tak, to prawda. To jest o tyle zabawne z tą dyskusją, że ja czasami odnoszę takie wrażenie, że według niektórych postęp ma polegać na tym, że wszyscy będą myśleli tak samo. Otóż tak nie będzie wyglądał, proszę państwa, postęp. Zawsze myślę, że mam nadzieję, szczerze bym chciał tego, żeby postęp polegał na tym, żeby ludzie jednak myśleli w różny sposób. I jeśli nawet to będzie taki sposób, który komuś innemu będzie nie odpowiadał, to i tak będzie. Rzucę okiem na czat, bo pojawił się wpis pani Katarzyny Szywioły-Nagel. „Dziękuję za fajną interpretację. Plan był taki, by napisać kolokwialnie, na śmiesznie, prostacko ukazując zwykłych ludzi w niezwykłej dla nich sytuacji.” To ja myślę, pani Katarzyno, że się udało. Ja jako taki nie do końca zdefiniowany dlaczego, ale fan tego rodzaju opowieści zasłuchałem się, a wcześniej zaczytałem w tym, co pani napisała. Także jeszcze raz dziękujemy za możliwość publikacji na antenie.
Czyżbym cię zaraził, Grzegorzu? Ja naprawdę nie chciałem.
[01:48:35] - Nie.
[01:48:35] - Naprawdę nie chciałem.
[01:48:38] - Pomimo że to są niby takie mikroby, ale jednak przez ten kabelek nie przejdą.
[01:48:47] - Będziemy sobie pokasływać w takim razie po troszeczku tutaj na antenie. Wiesz co, chciałem cię zapytać, bo kilka razy się już to przewinęło w naszej rozmowie, o konwenty. Bo po pierwsze „Widok z Wysokiego Zamku”, chociaż mówię widok, ale i tak sobie cały czas pamiętam ten brawurowy tytuł, o którym powiesz pewno za chwilę. Zmieniony tytuł to pierwsza klasa, ale chciałem cię zapytać. Pismo dostępne na konwentach. Co takiego jest w tym środowisku SF i w ogóle fantastycznym, że chyba jako jedno z niewielu organizuje tak udane konwenty. Jeszcze próbują to miłośnicy kryminałów robić, ale im tak dobrze nie idzie. Natomiast konwenty SF, konwenty fantastyczne to jest w ogóle odrębny świat. Trochę go opanowaliście, bo rzeczywiście pojawiacie się na konwentach ze swoim pismem. Po pierwsze powiedz o tych konwentach, co takiego w nich magicznego?
A po drugie o pomyśle zmiany tytułu. Raz wasz fanzin wyszedł pod zmienionym tytułem.
[01:49:57] - Dobrze, może najpierw o konwentach. Kiedyś, w latach 80. i 90. konwentów wcale nie było więcej niż teraz, ale od razu powiem, że pracując nawet samemu, a będąc w związku małżeńskim i mając również oddzielne mieszkanie w tym czasie wynajmowane, łatwiej mi było pojechać na konwent. Na konwent jeden. Konwenty w ciągu roku, kilka konwentów, niż w chwili obecnej. Powiem tak: kultura była tańsza, bo przede wszystkim na konwentach spotykaliśmy się z filmami, których nie obejrzałbyś w kinie, bo nie wolno ich było sprowadzić. Spotkałeś pisarzy, mogłeś z nimi — oprócz tego, że wysłuchałeś jak na tym, to wszystko było w ośrodkach zamkniętych. W związku z tym zawsze mogłeś pójść i z każdym pisarzem, sam czy w grupie, pogadać o tym, o tamtym, wypytać go, jak on pisze, a z drugiej strony pogadać z nim o tak zwanej dupie Maryni. To zbliżało nas wszystkich ze sobą.
Później się to troszkę zmieniło. Jeździliśmy na mniejszą ilość konwentów, a i konwenty zaczęły się zmieniać w tym wszystkim. Także życie konwentowe kwitło zawsze i wszędzie. Zmieniają się tylko konwenty. Dlaczego się cieszą większą popularnością? Dlatego, że mamy więcej do zaoferowania. Coraz więcej w tej chwili konwent, co ja nazywam raczej połączeniem dawnego konwentu i imprezy miejskiej w jedno, oferuje dużo większą gamę niż może zaoferować jakikolwiek konwent miłośników kryminałów czy czegokolwiek. Dlatego, że mamy tutaj — już filmy odpadły — ale mamy tu spotkanie z pisarzami. Mamy gry różnego rodzaju, bo mamy i gry planszowe, mamy gry komputerowe, mamy RPG i tak dalej. Dochodzą bloki naukowe, dochodzą bloki popkultury, jakieś zabawy.
[01:53:15] - Cospleje.
[01:53:16] - Cospleje w tym wszystkim. Oferujemy również koncerty muzyczne. W związku z tym dlatego przyciągamy większą ilość ludzi. To jest to.
[01:53:33] - To prawda. A teraz ten tytuł.
[01:53:35] - Mamy więcej do zaoferowania.
[01:53:39] - A teraz ten tytuł.
[01:53:41] - „Widok” był pomyślany początkowo jako kwartalnik, czyli miał się ukazywać cztery razy do roku. Były to: nasz podlaski KonDur, konwent w Supraślu. Później miał się ukazywać na zjazd letni pod namiotami, który nazywa się Piknik na Skraju Drogi, na Polcon i na Nordcon. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że jednak ten pomysł z tym numerem na piknik to nie do końca jest dobry, bo aż tyle osób nie przyjeżdża. Chociaż potrafiło przyjechać dosyć sporo. Tyle osób nie przyjeżdża. W związku z tym postanowiliśmy połączyć numer piknikowy z polconowskim i zrobić wtedy numer podwójny. Normalny numer „Widoku” ma 44 strony. Numer podwójny ma 88. To jest to.
Tak robiliśmy wtedy właśnie na KonDur, na Polcon i na Nordcon. I na tych konwentach można było te fanziny dostać. Chyba że jeżeli coś zostało, czy jechaliśmy na jakiś inny, to oczywiście zabieraliśmy te fanziny, żeby je na innych konwentach też rozdawać. Przez pandemię tak wyszło, że W 2021 roku nie wydaliśmy żadnego numeru, bo wiadomo, nie można było niczego robić. W 2022 wydaliśmy jeden numer zaległy, który był przygotowany z 2021 i jeden numer z 2022. Nie, przepraszam. Numer z 2020 roku i jeden numer z 2022. Zakała puścikami, przepraszam. Teraz mamy 2022 rok. Jeden na Northcon z 2021 roku i do Wojtka Sedenki żeśmy wtedy zrobili zaległy numer z 2020 roku.
Tak to było naprawdę. Teraz możemy przejść do roku 2021. Ponieważ mieliśmy co zrobić, pomyśleliśmy, skoro ruszamy po tej pandemii, może zrobimy jakiś numer pandemiczny. O wszelkiego rodzaju chorobach i tak dalej. Akcje zombie, zarazy. Pomysł powstał, tylko jak to zrealizować i w ogóle jak to nazwać? Już nie pamiętam kto, nie powiem po nazwisku, ale właśnie padła propozycja, żeby nazwać to „Kovid”. A dlaczego? Ale przez „k”. Dlaczego?
Bo „Kovid” to odwrócony anagram słowa „widok”. Te same litery. Faktycznie. I tak powstał „Kovid”.
[01:58:06] - „Kovid” z Wysokiego Zamku.
[01:58:09] - Tak.
[01:58:10] - Tak.
[01:58:11] - Zresztą okładka tak robi, że widok jest troszkę po skosie zaklejony tą nową nazwą „Kovid”.
[01:58:21] - Mam teraz z czatu pytanie problemowe. Michał Aksonowicz pyta.
[01:58:25] - O Jezu.
[01:58:26] - Dobra, a inaczej. Mówicie o literaturze, cudzysłów, „nie z naszych czasów”. Co z tamtych książek stało się rzeczywistością?
[01:58:44] - To zależy, jak na to spojrzymy. Jeżeli chodzi o technologię tak zwaną ziemską, tu na ziemi, przede wszystkim cała komunikacja, przemieszczania się, może nie aż tak bardzo. To się ziściło, to się spełniło. Wspomnę to, co kiedyś Gienio Dębski powiedział, jak żeśmy siedzieli i rozmawiali przy stoliku na jednym z konwentów. Mówi: „Kurde, panowie, przecież ja nigdy w życiu nie przypuszczałem wtedy, jak pracowałem przy tej Odrze — ten nasz słynny komputer polski Odra, tam obliczeniowe, gdzie to zajmowało ścianę taką wielką — że będę siedział z czymś takim na kolanach i pisał na tym opowiadania”. Tak że wiele rzeczy się ziściło. Natomiast wszystko to, co było opisane o tych przygodach w kosmosie, nadal jest taką samą bajką i fantastyką, jak wtedy.
[02:00:17] - A ja odpowiem od siebie, panie Michale, że ja troszeczkę w innych celach czytuję fantastykę naukową i jeśli ona by mi miała posłużyć jako przewidywanie przyszłości, to ona się słabo sprawdza. W każdym razie mało tam jest trafnych przewidywań, ponieważ fantastyka naukowa raczej opisuje nasz czas, czasami wstawiając tam jakieś niezwykłe wynalazki. Tego się nie da wykluczyć. Ale to jest tak, że ten ulubiony przykład wielu pisarzy, że po pierwsze nikt nie wymyślił telefonu komórkowego w bardzo wczesnych czasach. Na co ktoś odpowiada: „Tak, ale wymyślano inne komunikatory, które były”. Okej, wymyślano. Tylko czy ktoś wymyślił całą sferę związaną z mediami społecznościowymi, z przekształceniami, które wkroczyły w społeczeństwa? Tak naprawdę nie. I nie ma książek z dawnych czasów, które przewidziałyby, jak się ludzie zachowują na Facebooku, jak się ludzie zachowują w innych mediach społecznościowych. W związku z tym ja fantastykę naukową traktuję jako okno nie tyle w przyszłość, tylko do głębi człowieka.
Ale żeby nie być już takim do bólu nudnym literaturoanalitykiem, powiem też jeszcze jedno. Fantastyka naukowa to jest fajny sposób sprzedawania różnych idei, różnych akcji, różnych ciekawych opowieści. Ten motyw, który pan, panie Michale, porusza, przewidywania przyszłości, jest mi najmniej bliski. Najmniej tego szukam. To tyle ode mnie.
[02:02:11] - Marek, pozwolisz, w pewnym sensie bym się nie zgodził z częścią wypowiedzi.
[02:02:23] - Ależ nie zgadzaj się.
[02:02:28] - Dlatego, że media społecznościowe nie są nauką i jeżeli mówimy o fantastyce naukowej, nie możemy brać w tym momencie mediów społecznościowych, bo to są kontakty czy zachowania międzyludzkie na pewnym forum. Czy to forum będzie w internecie, tak jak tu, czy na forum Romanum, zawsze to są kontakty międzyludzkie. A tu chyba Michałowi nie o to chodziło, tylko o rzeczy techniczne.
[02:03:11] - Wydaje mi się jednak...
[02:03:12] - Natomiast faktycznie wtedy więcej było pisane o sprzęcie i kontaktach bezpośrednich pomiędzy ludźmi, natomiast nie kontaktach typu społecznościowego w wymyślonych jednak telefonach czy komputerach, które ci pisarze tworzyli.
[02:03:45] - Dwie rzeczy do tego, co mówiłeś. Po pierwsze zgoda, ale na przykład socjologia jest już nauką i socjologia się zajmuje tym.
[02:03:54] - To znaczy to samo. To jest gatunek nauki.
[02:04:00] - Jest nauką i ona się tym zajmuje, jak się ludzie zachowują. To po pierwsze. A po drugie to był skrót myślowy, bo tak naprawdę pisano o komputerach właściwie od bardzo dawna. W opowieściach z lat 70. jak Fijałkowski pisał, to tam komputer w co drugim opowiadaniu albo nawet co półtora opowiadania. Więc komputerów było dużo, ale nie myślano o komputerach w taki sposób, w jaki my myślimy dzisiaj o komputerach. To jakbym miał do czynienia z dwiema, ta sama nazwa, ale dwa różne przedmioty. Tam komputer to było właściwie takie monstrum, do którego się modlono i nie chodzi mi o wielkość wcale, do którego się prawie modlono, który wiedział wszystko i potrafił na każde pytanie odpowiedzieć. Dzisiaj komputer to jest tak naprawdę narzędzie zabawy, narzędzie wiedzy. Generalnie narzędzie.
[02:05:03] - Tak, tam komputer nie był zabawką. To była część życia technicznego. Powiedzmy tak. On był używany, owszem, przede wszystkim w firmach do kontaktu, czy ze statkami, czy kierował statkami, kierował wielkimi zakładami, cyklami technologicznymi i tak dalej. Sterował miastami, życiem ludzkim. Natomiast nie służył do komunikacji werbalnej pomiędzy dwoma osobami umawiającymi się na randkę. Do tego mieli prywatne komunikatory, czyli coś na zasadzie telefonu komórkowego.
[02:06:01] - Tak.
[02:06:01] - To też trzeba przyznać, jak to było traktowane.
[02:06:06] - Odpowiadając jeszcze raz w skrócie panu Michałowi, ja powiem tak, że dlatego też z całym szacunkiem podchodzę do dziedzictwa fantastyki naukowej, tak jak przynajmniej stali słuchacze wiedzą, uwielbiam fantastykę z lat 50., nawet 40., szczególnie opowiadania pochodzące ze Stanów Zjednoczonych, ale nie szukam tam wiedzy o naszych czasach, czy też nie dopatruję się, co oni przewidzieli, co nie. Dlatego dzisiaj fascynują mnie książki takie jak na przykład „Dzieci czasu” Czajkowskiego, w którym on opisuje, owszem, ludzi, ale właściwie opisuje rozwój innej cywilizacji, cywilizacji pająków, a robi to w sposób niezwykle udany. Co wydawać by się mogło idiotyczne kompletnie. Jak człowiek może opisać ewolucję pająków w cywilizację? Sięgnijcie państwo po książkę Czajkowskiego „Dzieci czasu”. Czajkowski pisany przez TCH, bo to już człowiek, który w Wielkiej Brytanii żyje. W każdym razie ten Czajkowski, „Dzieci czasu” to jest dla mnie taka fantastyka, którą lubię najbardziej. Ta technika, technologia, czy też pochodne, takie jak na przykład media społecznościowe, są pochodną tego, jak rozwinęły się komputery czy inne urządzenia, które nam służą do komunikacji. One mnie interesują mniej. To pewno dosyć długa i rozbudowana odpowiedź na pańskie pytanie, ale na więcej mnie dzisiaj już nie stać.
[02:07:50] - Ale Michała poznałeś w tym roku.
[02:07:53] - Tak, ale trzeba się trzymać oficjalnych form. Jesteśmy w radiu. Okej, jasne. Natomiast ja mam do ciebie jeszcze pytanie następujące: czego dzisiaj brakuje ci czasami na konwentach? Bo ja mogę powiedzieć od razu, czego mi brakuje, ale to ty jesteś gościem.
[02:08:27] - Czego? Może nie czego mi brakuje, ale co, powiedzmy sobie, bym skrócił. Wszelkie rzeczy dodatkowe, które tak naprawdę bardzo mało wiążą się z fantastyką. Za dużo jest spotkań, które mówią, to ma być konwent miłośników fantastyki. Natomiast za dużo jest opowiastek i spotkań o rzeczach, które dla mnie w ogóle nie są fantastyką. Może czasami coś tam, tak jak w „Komisarzu X” i „Błękitnych ludziach”, coś się tam kręci koło fantastyki, natomiast nie jest nią. Za bardzo w niektórych rzeczach się rozdrabniamy i w jakiś sposób usiłujemy naciągnąć, zapełnić ten program spotkaniami, które tak naprawdę wcale mogłyby się nie odbyć. Natomiast można by było poświęcić ten czas w jakimś miejscu po prostu na rozmowę czy z pisarzami, czy jeżeli zaproszeni będą dostępni, z naukowcami, czy z kimś, kto ma naprawdę coś do powiedzenia w tej prawdziwej fantastyce. Może to.
[02:10:33] - Tak. To ja sobie teraz pozwolę troszeczkę być zgredem przez chwilę, już takim totalnym, bo mnie na wielu konwentach najbardziej brakuje tego, co najbardziej lubię, czyli literatury, ale też w ogóle wszelkiej opowieści. Fajnie, że są gry. Fajnie, że są też rodzaj opowieści. Fajnie, że są jakieś seriale, filmy, literatura. Ale ja będąc na przykład na Pyrkonie mam wrażenie, że jestem na jednym wielkim cosplayu i to mnie trochę we współczesnych-
[02:11:15] - Przepraszam, wejdę ci w słowo i to już ci powiem. Większość starych fanów mówi, że Pyrkon nie jest konwentem. Pyrkon to jest jedna wielka, totalna komercha, gdzie wystawcy płacą słone pieniądze organizatorom i chwała im za to pod pewnym względem. To jest miejsce, gdzie tak naprawdę wszystko służy zarabianiu pieniędzy. I to wcale nie organizatorom, tylko przede wszystkim tym, którzy płacą za to, żeby występować, po to, żeby nabić sobie klientelę, po to, żeby kupowali gadżety, duperele, po to, żeby kupowali gry, koszulki. Nawet jeżeli przyjeżdżają wydawnictwa i się tam rozstawiają po to, żeby kupowali książki. Chociaż to akurat jest właściwe. Tam ludzie mają przyjechać i kupić. A jeżeli chodzi o cosplay, bo tam jest kupa ludzi przebranych i tak dalej, to jak dla nich. Co prawda tam pojawiają się ludzie, którym się płaci za to, żeby oni wystąpili, bo oni się cenią, że mają tak drogie kostiumy i że jeżdżą po całym świecie, więc trzeba im zapłacić za to, że oni wystąpią, pokażą się.
Ponieważ nie działa u nas nic takiego jak Comic Cony czy te na Zachodzie, czy w Stanach, czy w Anglii, gdzie zwykli fani przyjeżdżają i chodzą przebrani w różnorakie stroje, różnorakie, przez siebie wymyślone. Nasz cosplay polega na tym, że wszyscy przedstawiają postacie albo z mangi, albo z jakichś filmów. Więc jest to kopiowanie strojów znanych, a nie ma rzeczy wymyślonych. W związku z tym akurat ten cosplay, nawet taki, jaki on jest, czemu nie? To bardzo zabawne. Warto jest pochodzić, popatrzeć na ładne stroje, zrobić sobie zdjęcie z tym czy z tamtym. Ale to w sumie również napędza tych, którzy występują przebrani, którzy chcą pokazywać się na świecie i brać udział w jakichś naprawdę konkursach. To robi im tak zwane portfolio.
[02:14:29] - Przyszło mi w tej chwili do głowy jeszcze pytanie Michała Aksonowicza. Cały czas mi tak siedzi w głowie to pytanie, co z tamtych książek stało się rzeczywistością, że chyba mnie Michał natchnął do tego, żeby-
[02:14:47] - Samochód elektryczny.
[02:14:49] - Tak, ale też jakby inny trochę. Ale muszę powiedzieć, że natchnął mnie do takiej — ona się pewno tak szybko nie pokaże — ale zorganizuję wśród pisarzy taką małą sondę, którą gdzieś tutaj później na łamach audycji... Nie no, audycja nie ma łamów. No co, Żelkowski, co ty opowiadasz? Na antenie radia, na antenie audycji za jakiś czas chyba gdzieś wypuszczę. Zostaję z tym problemem. Będę o nim myślał. A teraz propozycja, żebyśmy posłuchali ostatniego już dzisiaj fragmentu pochodzącego z fanzinu „Widok z Wysokiego Zamku” i jeszcze na chwilę się połączymy, żeby się i pożegnać, a jeszcze mam jedno zagadnienie, które chciałbym z tobą omówić. Marku, prosimy.
[02:15:42] - Będę czekał.
[02:15:46] - Serhij Pancer. „Nie strzelajcie do tłumacza. O zaletach ośmionogich słoni”. W dzieciństwie byłem przekonany, że tłumaczenia książek we wszystkim, z wyjątkiem innego języka, są identyczne co oryginalne źródło i zastanawiałem się, po co ktoś czyta je w oryginale. Nauka języków obcych i czytanie komentarzy do akademickiego wydania „Alicji w Krainie Czarów” wstrząsnęło moją pewnością siebie. Niemniej jednak nadal wierzyłem, że lektura oryginałów to nic innego jak wyśmienity kaprys miłośników kalamburów i subtelnych niuansów znaczeń. Nadeszły nowe czasy. Rynek zapełnił się tłumaczeniami zachodniej fantastyki, a moja wiara w dokładne przekazywanie przez tłumaczy głównych idei oryginału pękła. To prawda. Na początku nadal byłem skłonny przypisywać moją niezdolność do zrozumienia opisu tego lub innego urządzenia brakowi wykształcenia, bo przecież technologia za setki lat tak bardzo się rozwinie, że daleko będzie wykraczać poza rozumienie współczesnego inżyniera.
Jednak niektóre szczegóły codzienności, na przykład zwyczaj chodzenia w tunikach przez przyszłych wojskowych nawet w zimne dni, wywołały u mnie zdumienie. Bez względu na to, jak śmiesznym może to się wydawać, drobiazgiem, od którego rozpoczął się kryzys mej wiary w adekwatność przekładów, było przekleństwo „psie gówno” nieustannie używane przez bohatera jednego z dzieł. Wiedząc już, że „psie gówno”, które jest zwykle używane w takim kontekście, potrafi zmienić się w „świńskie gówno”, powiedziałem znajomemu dobrze znającemu angielski o znalezieniu tak oryginalnego autora. Śmiał się z mojej naiwności, a potem przetłumaczył „psie gówno” na angielski i z powrotem na rosyjski. Przed powtórnym tłumaczeniem z angielskiego miał do wyboru wyraz „bzdura” lub „psie gówno”. Jednocześnie okazało się, że tunika po takiej przemianie zamienia się w prosty mundur. Zszokowany wyjąłem z szafy słownik i kontynuowałem czytanie. Na odkrycia nie czekałem długo. Na przykład postaciami biblijnymi niestanymi nawet teologom byli Irodom, który zabił pierworodnych, i Nebukadnezar, który zniszczył pierwszą świątynię w Jerozolimie, a którzy po transliteracji imion okazali się Herodem i Nabuchodonozorem. Pierwszy sukces mnie zainspirował, ale zawroty głowy od sukcesu szybko minęły, gdy tylko natknąłem się na entomologiczną zagadkę „zapomniany w ogrodzie chrząszcz z Apera”.
Wiek młodzieńczy, a także wszystkie dostępne słowniki i podręczniki przekonały mnie, że nie ma takiego chrząszcza, lecz jednak był w książce. Być może, pomyślałem, jest to taki rzadki owad trzymany jako zwierzę domowe, które spaceruje po ogrodzie. Intelektualna duma i przebudzony wewnętrzny młody człowiek zmusił mnie, bym to zbadał. Wkrótce w internecie znalazłem reklamę i wtedy stało się jasne, że baksa to tylko elektryczna pułapka na chrząszcze. Chrząszcz leci w światło i natyka się na siatkę o wysokim napięciu. I nie było w tym opisie żadnych romantycznych spacerów po ogrodzie z kochającym chrząszcza właścicielem. Przypadek z Apera doprowadził mnie do wniosku, że oprócz słownika dobrze jest również, aby tłumacz zajrzał do leksykonów. Fraza, w której ten sam obiekt nazywano gwiazdą, a następnie planetą sugerowała, że znajomość szkolnego kursu fizyki i astronomii również nie byłaby zbędna. Wszystkie te myśli wyraziłem w sieci, na co odpowiedziano mi, że nie należy wymagać zbyt wiele od osoby, która za niewielkie pieniądze tłumaczy na wczoraj swój mały kawałek nieprzeczytanej w całości książki. „Jest to powszechne u małych wydawców” — powiedziano mi.
W sztandarowych wydawnictwach, gdzie oprócz wysoko wykwalifikowanych tłumaczy są nie mniej wykwalifikowani redaktorzy i korektorzy, a w niektórych miejscach nawet konsultanci, obraz jest zupełnie inny. Zawstydzony postanowiłem już nie obrażać maluchów i przerzucić się na produkty renomowanych wydawnictw. Wkrótce dostałem książkę wyedytowaną przez wydawnictwo, którego nazwa jest zbyt dobrze znana, by o tym wspominać. Nakład trzynastotysięczny był prawie dwukrotnie większy niż nakład książki, którą wcześniej krytykowałem. Wszystko mówiło o solidności, a pierwsze 102 strony w pełni potwierdzały słowa moich sieciowych przeciwników. Ale potem nagle terminologia się zmieniła i zaczęły się tajemnice. Co prawda łatwiej było poradzić sobie z terminami, ponieważ niektóre z nich odnosiły się do obiektów, które znałem wcześniej. Na przykład łono analogowe wywołało u mnie jakieś freudowskie skojarzenia. Jednak po przejrzeniu tego, co już zostało przeczytane, okazało się, że była to pseudomacica. Trudniej było z silnikiem termojądrowym, który do końca drugiego tomu był zarówno silnikiem odrzutowym, jak i nawet tajemniczym silnikiem fuzyjnym.
Ale frazesy o migdałkach odżywczych kosmicznego polipa, obcego, który miał ciało stojące na ośmiu nogach jak słoń oraz o polach tak ogromnych, że farmerzy ledwo mieli czas, by wyrzynać gady, które tam rodziły się, obudziły we mnie resztki honoru młodzieńca. Przecież wiedziałem, ile nóg ma słoń. Tym razem pogoń za prawdą zmusiła mnie do pójścia dalej. Zdobyłem tekst w oryginalnym języku i wtedy liczne zagadki znalazły proste rozwiązania. Migdałki odżywcze stały się gruczołami odżywczymi. Obcy stanął na ośmiu nogach jak u słonia, a farmerzy nie chodzili po kolana we krwi, wypatrując węży i jaszczurek, a jedynie chwasty pleniące się na polach. Również inne tajemnice zostały ujawnione. Międzygwiezdna wielopokoleniowa Arka okazała się statkiem typu Matka, zaprojektowanym do latania przez kilka pokoleń. Łodzie wiosłowe o pojemności kilkuset osób stały się parowcami kołowymi, a Haltaine Mark, którego postać przez cały tydzień przyczajona na północnym brzegu widziała, żeglując na takim parowcu główna bohaterka opowieści przemieniła się ze złowrogiego seksualnego maniaka w cuchnące bagna Haltaine'a. Elegancki facet o gęstych włosach okazał się grobowłosym.
Flegma przestała wypływać z ran zwiadowcy i zaczął płynąć jako fizjologiczny płyn, bardziej charakterystyczny dla ran, a granaty odłamkowe i kule stały się środkami wybuchowymi. To prawda, że poczwarka owada otwierająca skrzydła ku słońcu pozostała poczwarką. Uzbrojony w nowe cytaty ponownie wszedłem do trybu online. Byłoby miło, powiedziałem tym razem, żeby tłumaczenia były wykonywane przez ludzi, których poziom erudycji odpowiada przynajmniej poziomowi osoby, która uczciwie uczyła się w szkole średniej. Nie muszą być doskonałe, ale solidne. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby science fiction była tłumaczona przez ludzi, którzy ją czytają i mają pojęcie o ideach i przedmiotach, które są w niej często spotykane. Zgodzili się ze mną, przyznając, że jakość tłumaczeń pozostawia wiele do życzenia. Zaznaczyli jednak, iż trudno oczekiwać od wydawców szczególnej troski przy wydawaniu niskiej jakości lektur dla nastolatków, takich o temacie science fiction. Moje zdanie na temat science fiction w ogóle, a w szczególności na temat książek, które czytam, było zupełnie inne. Nie sprzeciwiłem się jednak temu, pamiętając, że stosunek do fantastyki naukowej jest kwestią natury religijnej i wcale nie zależy od rzeczywistych zalet i wad dzieł tego gatunku.
Zamiast sprzeciwu wziąłem pięknie opublikowane tłumaczenie książki wielkiego zachodniego politologa i zagłębiłem się w lekturę. Niestety i jeszcze raz niestety, ośmionogie słonie z pewnością nie zostały tu znalezione, ale angielskich zwrotów zbudowanych z rosyjskich słów i terminów różniących się od ogólnie przyjętych we współczesnej literaturze rosyjskojęzycznej było morze obfitości. Podczas kolejnego krytycznego wypadu do sieci koledzy zmęczeni szukaniem nitek, tak, już koledzy, bo w toku badań językowych poziom mojej znajomości języka angielskiego zauważalnie wzrósł, a ja sam zacząłem zajmować się tłumaczeniami. Zapytali: „Powiedz nam, czy gdybyś otrzymał tekst i nieograniczoną ilość czasu na pracę nad nim oraz obietnicę zapłaty tyle, ile uznasz za sprawiedliwe, czy doszlifowałbyś w nim każde słowo i zdanie tak, aby osiągnąć najwyższą jakość?” Oczywiście, że wygładzę, odpowiedziałem. A gdyby było za mało czasu, a temat nie byłby ci zbyt znajomy? Dałbym z siebie wszystko, ale myślę, że błędy byłyby nieuniknione. Dlaczego więc szukasz ich u innych tłumaczy? Ależ, odrzekłem, cytowane przeze mnie wpadki są wyraźnie popełniane nie tylko przez zmęczonych ludzi, lecz przede wszystkim przez tych, którzy nawet nie uważają za konieczne zaglądać do słownika. Widzisz, niedbała jakość pracy tłumacza nie powinna w ogóle przeszkadzać czytelnikowi. Czytelnik konsumuje produkt końcowy, a tłumacz nawet najbardziej sumienny i wprawny produkuje tylko półprodukt.
Czy winisz drwala za kiepską jakość mebli? Wybór wysokiej jakości materiałów to problem producenta mebli, a nie kupującego. Im lepiej obrobione zostaną deski zakupione przez producenta mebli, tym mniej on sam będzie musiał o nich pamiętać. Chyba że nie dba o to, co wypuści. Luksusowe łóżka czy więzienne prycze? Wydaje się, że wielu redaktorów tłumaczeń w wydawnictwach krajowych i zagranicznych nawet nie czyta książek z ich nazwiskami w druku. W każdym bądź razie, zwłaszcza gdy są to książki fantastyczne. Bo i po co? Ludzkie jastrzębie wiedzą, że nie ma możliwości zwrotu książki ze względu na słabą jakość tłumaczenia, a trudno jest ocenić jego jakość bez zakupu książki. Spokojnie, powiedział mi wewnętrzny głos.
Przeczytaj lepiej Lema lub Sapkowskiego. Przecież piszą po polsku, a nie każdy absolwent dwutygodniowych przyśpieszonych kursów podejmuje się tłumaczenia z języka polskiego. Patrząc w przyszłość powiem, że mój wewnętrzny głos był zbyt optymistyczny. Nie bez powodu Andrzej Sapkowski, widząc tłumaczenia swoich książek, przytacza włoskie przysłowie traduttore traditore, co oznacza: „tłumacz jest zdrajcą”. Więc w końcu nauczyłem się też języka polskiego, aby czytać bardzo oryginalnych i odmiennych zarówno od amerykańskich, jak i rosyjskich, polskich autorów. A gdyby w Chinach nastąpił nagły, bezprecedensowy rozwój literatury science fiction? Wtedy nadal byłem dość naiwny i pomyślałem, czego naprawdę potrzebuję bardziej niż ktokolwiek inny. Położyłem się na kanapie i pozwoliłem sobie na marzenia o tych szczęśliwych czasach, kiedy wydawcy znów zaczną dbać o jakość samego tłumaczenia, a nie tylko o jego druk. Skrupulatny czytelnik pewnie się zaciekawił, dlaczego użyłem jako przykładu ośmionogich słoni. Czy to nie jest oczywiste?
Dzięki tym cudownym stworzeniom zacząłem czytać książki obcojęzycznych autorów w oryginale. Oczywiście trochę mi przykro z powodu mojej dziecięcej wiary, ale teraz mogę z odrobiną arogancji spojrzeć na tych, którzy są zmuszeni do rozwiązywania podobnych zagadek, w które zostają zamienione całkiem przyzwoite teksty. Tylko jak długo będą mieli wystarczająco dużo entuzjazmu? Uwaga! Wszystkie te wpadki pochodzą z prawdziwych książek wydanych przez prawdziwych wydawców. Autor nie wymienia ich tytułów tylko dlatego, że nie są bynajmniej wyjątkami. Serhij Pałtsun.
[02:28:11] - O, jakżeż mi się podobał ten tekst! Przypomniałem sobie w dodatku bardzo podobne teksty pisane przez Paulinę Leitner w „Feniksie” w swoim czasie. Ten cykl nosił tytuł „Tygrys szablastodzioby”. To już właściwie mówi wszystko. Widać, że ten problem dotyka właściwie wszystkich wydawców i wszystkich rynków związanych z fantastyką między innymi. Ja teraz na początku-
[02:28:54] - Momencik, Marku. Chciałbym tutaj trochę nadmienić, że Serhij Pałtsun jest autorem opowiadań, jak również i tekstów publicystycznych z Ukrainy. Jest to jeden z trzech autorów, których poznaliśmy w Lublinie na Polconie. Poprosiliśmy najpierw o napisanie tekstów. Otrzymaliśmy od każdego po kilka i spotykaliśmy się na późniejszych Polconach i byli również gośćmi naszego Polconu w 2019 roku. Do tej pory utrzymujemy dosyć bliski kontakt.
[02:29:47] - A ja przypomnę właściwie wszystkim słuchaczom, którzy chcieliby nawiązać kontakt z fanzinem „Widok z wysokiego zamku,” mailę. Pierwszy mail to jest ubik, a po ubiku literka x, ubix. Następnie @wp.pl i drugi adres sftag@wp.pl. Te dwa adresy czekają na wszystkich, którzy piszą i uważają, że to, co piszą, nadaje się już do publikacji. Można przesyłać, a jak zostanie ocenione, to już jest sprawa narady trzech decydentów, którzy się tam zbierają, tak jak mówiliśmy i decydują. Więc gwarancji nie ma, ale próbować trzeba. Dobrze to ująłem? Chyba dobrze.
[02:30:45] - Tak, dobrze.
[02:30:46] - Dobrze. To ja na koniec zostawiłem sobie takie pytanie. Myślałem, że już część ludzi odpadnie i nie będzie słychać, ale ludzi przybywa słuchających, a i tak później część odsłuchuje już nie online. Miałem takie pytanie: czego w fantastyce naukowej nie lubisz? Z wariantem: jakiej fantastyki nie lubisz? Z kolejnym wariantem: jakie gatunki, jakie zjawiska w fantastyce naukowej ci się nie podobają? Wybierz sobie jeden z trzech wariantów i coś powiedz.
[02:31:24] - Czego nie lubię? Najbardziej nie lubię horroru.
[02:31:32] - A dlaczego? Nie lubisz się bać? A w dodatku te zombie to tak jakoś prawie na granicy.
[02:31:38] - Ale te zombie to wcale nie jest aż taki wielki horror. To jest raz. A poza tym to są ludzie, tyle że martwi. Trzeba rozróżnić książkowy horror i filmowy horror. Książki są bardziej zbliżone do tego, co toleruję. Natomiast filmowy zazwyczaj pokazuje, że w konsekwencji tego to jest po prostu działalność jakiegoś Zwyrodnialca, zboczeńca czy niepełnosprawnego intelektualnie, czy zmienionego przez jakieś wady genetyczne człowieka. Dla mnie podstawowym horrorem, jeżeli pamiętasz, to był „Hellraiser”.
[02:32:52] - Faktycznie, tak.
[02:32:55] - Który pokazywał przejście niesamowitego świata, tego strasznego, do świata naszego ziemskiego. Z tym że z „Hellraisera” naprawdę najbardziej niesamowite są dwie pierwsze części. Reszta to już tak strasznie naciągane, że głowa mała. Tak samo było w „Evil Dead”. Te dwie pierwsze części o sile psychicznej, o czymś pozazmysłowym, które zaczyna na nas oddziaływać i powodować, że opętani tak zwanym złym duchem zaczynamy sobie robić nawzajem krzywdę albo zapadamy na jakieś dziwne schorzenia czy choroby. Książki są bliżej właśnie tego. Natomiast filmy w większości nie oddają tego, nie pokazują niesamowitego świata, tylko mimo wszystko to się kończy na zwykłej działalności ludzkiej. To już dla mnie nie jest horror, pomimo że tam krew może płynąć wiadrami. To jest film, więc to jest tylko i wyłącznie czerwona farba.
[02:34:29] - Ja tylko przypomnę, że „Hellraiser” chyba w Polsce chodził pod tytułem „Wysłannik Piekieł”. Ja tylko przypomnę, że autorem noweli, na podstawie której ten film nakręcono i później kolejne, już nie wiem, ale pierwszy na pewno, autorem był Clive Barker. Tak to się chyba wymawia. Barker to w sumie znany pisarz. Taką charakterystyczną, bo to film dosyć stary, w latach 80. pierwsza część powstała. Tacy ludzie nabijani gwoździami. Ja się tak śmiałem z tego.
[02:35:16] - No jeden.
[02:35:17] - Jeden. Tak. To ten człowiek, który właśnie przenika z tego innego świata. Tak to określmy. Taki trochę nabity gwoździami. Właśnie o ten film chodzi. Jeśli byliby państwo zainteresowani, a nie widzieliście państwo wcześniej, to polecam. To rzeczywiście jest film. Chociaż scen takich cieknących krwią jest w tym filmie sporo. Takie jakieś sado, a nawet sado-maso jakieś tam się pojawia właściwie.
[02:35:47] - To znaczy w pierwszym filmie to są dwie sceny. W drugim jest trochę więcej, ale zupełnie z innego względu i nie od strony tych istot niesamowitych.
[02:36:08] - Tak jest.
[02:36:10] - Tylko od strony kogoś, kto wrócił z zaświatów i usiłuje powrócić do własnej domu. I tu też jest tylko i wyłącznie działalność człowiecza, w jakimś sensie.
[02:36:23] - Grzegorzu.
[02:36:24] - Ziemskich ludzi, tak.
[02:36:25] - Grzegorzu, wymęczyłem cię dzisiaj okrutnie. Gdzieś zbliżamy się do końca audycji. Taki mamy miły albo niemiły zwyczaj, to za chwilę sam ocenisz, że na koniec oddajemy głos naszym gościom. Teraz jest tyle czasu, ile potrzebujesz dla ciebie. Mów do naszych słuchaczy, co chcesz i jak chcesz, a ja posłucham.
[02:36:51] - Tak. To może tak. Mówiliśmy tu przez cały czas o „Widoku z Wysokiego Zamku” i o tym. Natomiast jeżeli już, to „Widok” wcale nie był pierwszym naszym fanzinem. Pierwszym naszym fanzinem, znaczy klubu Ubik, były „Wizje”, które początkowo były wydane przez jednego człowieka. Dopiero później grupka zapaleńców z klubu wydała kolejne dwa numery i tych „Wizji” były trzy numery. Z powodu trudności drukarskich w tamtych czasach troszkę żeśmy zamarli, dopóki nie zrodził się pomysł w klubie na drukowanie kolejnego fanzinu „Fandom News”, który powstał pod koniec 1987 roku. To był taki, powiedzmy sobie, troszkę plotuch, bo tam były adresy klubów, sprawozdania z imprez, recenzje, nowości wydawnicze i tak dalej. Początkową redakcję tworzyli Leszek Makar, Piotrek Sawicki, Jarosław i Marek Sukulscy. Po trzech numerach Z tamtej redakcji odszedł Leszek Makar, a dołączyłem ja i Marek Ostrowski.
I od tamtej pory razem z Bliźniakami redagowaliśmy wszelkie inne rzeczy, które się ukazywały. Nowych Wizji Fandom News wyszło jedenaście numerów w sumie. Próbowaliśmy jeszcze zrobić inny fanzin, tak zwany Terminator, który miał traktować tylko i wyłącznie o filmie, ale niestety ukazał się tylko i wyłącznie jeden, bo temat jakoś nie chwycił i nie cieszył się zainteresowaniem. W '96 roku drugi klub młodzieży uczącej się, ponieważ my byliśmy w Bubiku, wszyscy pracujący i tak dalej, młodzieży uczącej się. Drugi klub Taurus postanowił wydawać. No i przyszedł do nas po radę. Chcieli wznowić Wizje, w związku z czym określiliśmy, że to już niemożliwe, ale zawsze mogą stworzyć coś innego. I podsunęliśmy pomysł na tak zwane Nowe Wizje. I wtedy klub Taurus przy mojej współpracy z nimi wydał osiem numerów tych Nowych Wizji. I dopiero później, w '98 roku żeśmy właśnie wpadli na Widok z Wysokiego Zamku, którego ukazały się już dziewięćdziesiąt dwa numery.
W tym w grudniu na Nortcon jest szykowany numer znowu podwójny dziewięćdziesiąt trzy łamany przez dziewięćdziesiąt cztery. Należy też wspomnieć o takim przelocie. Zrobiliśmy taki nieduży fanzinek pod nazwą Esperal, który zawierał w sobie cytaty, opowiastki o rzeczach, które się wydarzyły na konwentach. Przede wszystkim takie, które były najbardziej śmieszne. Żeby nie uciekło to z pamięci i żeby można się było pośmiać. Z tym że może nie do końca był takim czystym językiem i tak dalej. Dlatego egzemplarze tego fanzinu dostawali tylko i wyłącznie uczestnicy tych wydarzeń, które były opisane w fanzinie, dlatego, że nie chcielibyśmy, żeby niektóre rzeczy trafiły do rąk obcych i były wykorzystywane przeciwko nim, tak jak w tej chwili niektórzy robią ze zdjęciami. Zabraniają upubliczniać swoje fotografie, szczególnie na konwentach. Jeszcze jedną rzeczą, o której były. W klubie powstała grupka, która wydawała taki fanzin Naczelni.
Naczelni. Nie powiem, ile się tego ukazało. Jest w tej chwili lekka przerwa, ale myślę, że jeszcze się ten fanzinek ukaże. I to jest to w sumie, co chciałbym powiedzieć o naszej działalności wydawniczej i o tym, co żeśmy robili. Jak na razie mamy co robić. Mamy materiału troszkę. Mogę zdradzić tajemnicę. Co prawda odwołam się jeszcze do tego numeru COVID, że wszystkie teksty do COVID-u były napisane przez autorów na zamówienie. I w tej chwili na grudzień szykujemy, ponieważ będzie to dwadzieścia pięć lat wydawania, ukazywania się Widoku z Wysokiego Zamku. Znowu będą to teksty pisane nam na zamówienie u konkretnych autorów.
Czyli w jakiś sposób są to numery dedykowane. Co dodatkowo mogę wyjaśnić słuchaczom i tak dalej. Wszystkie nasze opowiadania, szczególnie autorów znanych, tych wszystkich, które są, bierzemy na tak zwane użyczenie. Czyli autor pozwala nam na jednorazowy druk, a zachowuje prawa do swojego opowiadania. Może go umieścić w antologii i zrobić z nim, co mu się żywnie podoba. Chyba że jak to się mówi w przypływie dobrego serca podaruje nam ten tekst na własność. Jeszcze jedną rzeczą, która charakteryzuje nasz widok. Widok z Wysokiego Zamku w założeniu i dalej to utrzymujemy, ukazuje się tylko i wyłącznie w formie papierowej. W formie elektronicznej nigdzie się tego nie znajdzie i nawet na żadne prośby znajomych nie przesyłamy, chociaż mamy to w swoim archiwum. Cały numer w PDF nie rozsyłamy i nie udostępniamy widoku w formie PDF czy w jakiejkolwiek.
Fakt, były dwa takie wydarzenia. Jedno było na 25-lecie klubu UBIK. Wtedy wydaliśmy i dołączyliśmy do każdego widoku płytkę z nagraniami widoku w PDF. Bo mam przed sobą płytki. Drugą płytkę zrobiliśmy przy wydaniu 65. numeru widoku i w tej chwili jakoś nie mogę sobie przypomnieć, ale też musiało to być jakieś wydarzenie klubowo-redakcyjne, że te płytki się ukazały. Nie obiecuję. Być może przy wydaniu setnego numeru zrobimy jeszcze raz, ale będą to egzemplarze kolekcjonerskie, dołączone i będzie je można dostać tylko i wyłącznie z oryginalnym widokiem papierowym. Z tym, że kiedy się ukaże i na jakim konwencie się ukaże ten setny numer, nie jestem w stanie w tej chwili powiedzieć. Dziękuję.
[02:46:57] - Piękne dzięki. Tylko jeszcze tu się rozwinęła dyskusja na temat Clive'a Bakera. Tutaj Irwan poleca opowiadanie i film „Nocny pociąg z mięsem” tego autora. To ja powiem tylko, że to opowiadanie znalazło się w cyklu sześciotomowym „Księgi krwi”. On w Polsce nie miał szczęścia, bo połowę tego cyklu wydał Phantom Press, czyli pierwsze trzy tomy, a pozostałe trzy tomy to już nie pamiętam kto, ale wyszły na pewno, tak że wszystkie „Księgi krwi” wyszły. I tam właśnie Clive Barker chyba w pierwszym tomie jest ten „Nocny pociąg z mięsem”, odwołując się do tej historii. Pięknie państwu dziękujemy. Ja przede wszystkim dziękuję naszemu gościowi za przybliżenie niezwykłego zjawiska, jakim jest „Widok z Wysokiego Zamku”, ten fanzin i w ogóle całej tej otoczki, która towarzyszy wydawaniu, ale też po prostu fascynacji fantastyką. Piękne dzięki, Grzegorzu.
[02:48:17] - Dziękuję serdecznie i ja.
[02:48:20] - Pięknie dziękuję wszystkim słuchaczom za kibicowanie nam, za pytania, które się pojawiały. Jeszcze raz pięknie dziękuję. Zapraszam za tydzień na kolejny odcinek jeszcze wakacyjnego, bo przypominam jedziemy według rozkładu akademickiego, więc jeszcze wakacyjne wydanie ABW: Antologia, Bibliotekarium, Wakacje. Za dwa tygodnie 150. Bibliotekarium. To będzie ważne Bibliotekarium. Bardzo ważne. I na razie tylko tyle. Dobrej nocy życzę. Dobrej nocy, Grzegorzu.
[02:48:58] - Dziękuję jeszcze raz wszystkim i słuchaczom, i tobie Marku, i wszystkim osobom pracującym przy tej audycji. Dziękuję i życzę dobrej nocy.
[02:49:13] - I państwu też dobrej nocy życzę. Do usłyszenia.
[02:49:18] - Mówili do słuchot państwa dzisiaj nasz gość, który z tego, co widzę chyba nas już opuścił na Google Meet. Nasz gość Grzegorz Kozubski, współtwórca fanzinu „Widok z Wysokiego Zamku”. Audycję prowadził jak zawsze Marek Żelkowski, a obsługiwał ją technicznie, czy też, jak to ujął nasz gość, pracował przy tej audycji od strony technicznej Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie już za tydzień w ABW. I ponownie za dwa tygodnie, tym razem w tym normalnym Bibliotekarium. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:50:09] - Pod bosym niebem. Pląsem i śpiewem. Pochylał wzrok. Wiem coraz więcej. Unoszę ręce. Jestem tak W twoich włosach uwijam się. Naj, naj. Darem słowa już teraz wiem. Naj, naj. Otul mnie.
Otul mnie. Otul mnie. Otul mnie. Otul mnie. Otul mnie. Otul mnie. Otul mnie.