[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, 10 czerwca 2022 roku. Skoro mamy piątek i skoro minęła godzina 20:00 przed chwilą na naszym zegarze w Radiu Paranormalium, to czas najwyższy rozpocząć kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj naszym gościem będzie Mikołaj Maria Manicki, a dyskusja będzie się toczyła wokół jego powieści „Diabeł już tu nie mieszka”. Jest z nami oczywiście prowadzący audycję Marek Żelkowski. Ja nazywam się Marek Sęk „Ivellios”. Będę tutaj sterował gałkami, będę kręcił gałeczkami, będę wpuszczał ewentualnych dzwoniących. Będę obsługiwał tę audycję od strony technicznej. Pozwolę sobie jeszcze tylko przypomnieć tradycyjnie kontakty do Radia Paranormalium. Nasz numer telefonu to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08.
Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Book Radia oraz Bibliotekarium.pl. Jesteśmy także na grupach Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:14] - Tak, i równie magiczną odpowiedź „halo, halo”. Nie wiem, co w niej takiego magicznego. A tak, jak to bywa czasami z gospodarzem, gospodarz się zagada i nie przedstawi głównego gościa dzisiejszej audycji. Tak jak powiedział Ivellios, Mikołaj Maria Manicki przed państwem. Dobry wieczór.
[02:39] - Cześć Marku, dobry wieczór słuchaczom. Dziękuję za zaproszenie.
[02:45] - My się też bardzo cieszymy, bo książka zbiera świetne recenzje. Ja sobie przejrzałem dzisiaj internety, jak to się mawia ostatnio, i właściwie same zachwyty są nad tą książką. Od razu powiedzmy, internet ma to do siebie, że zawsze coś się tam jakiegoś dziwnego znajdzie, ale jakby tak odfiltrować, przemielić to wszystko, to tak naprawdę zachwyty. Książka jest na rynku wydawniczym niedługo, bo ona jest jeszcze ciepła. Tak naprawdę to ile? Tydzień minął od prawdziwej premiery?
[03:22] - Tak, minął. Nie wiem, czy dokładnie, ale rzeczywiście jest to tydzień z malutkim okładem. Cieszę się, że zbiera dobre recenzje. W końcu po to się tyle lat ten warsztat swój literacki rozwija, a potem się go katalizuje w postaci dzieła literackiego jakiegoś, żeby ostatecznie komukolwiek się to podobało. Także na ten moment nie mogę narzekać. Jak będzie później? Książka sama musi się obronić.
[03:53] - Ja nie wiem, jak to zabrzmi, ale to jednak wypowiem. Czyli towar w postaci książki „Diabeł już tu nie mieszka” to jest towar jak najbardziej gorący. Doceńcie państwo pewną sprawność radia, a właściwie i Paranormalium, i Book Radia, a przede wszystkim audycji „Bibliotekarium”, że tak zaraz po premierze wcieliliśmy się w promocję tej książki, jak najbardziej zasłużoną. Ale skoro już jesteśmy przy pytaniach, to sam autor podrzucił równie gorące pytanie. To jest debiut książkowy, ale była też mowa o doskonaleniu warsztatu. Jakżeż, Mikołaju, ten warsztat przez lata kształciłeś? Bardzo bym był tym zainteresowany.
[04:53] - Jeśli chodzi o wydawanie, to rzeczywiście jestem na tym rynku w jakiejś formie od dłuższego czasu, bo będzie to pewnie już dekada. Jeśli chodzi o budowanie tej pozycji, to zacząłem bardzo tradycyjnie od krótkich form. Były to opowiadania, były to felietony, między innymi „Czas Literatury”, konkursy literackie, „Poznań Fantastyczny”. Wcześniej było również „Science Fiction po polsku 2”. Ogólnopolska antologia, która była jako konkurs bardzo rozchwytywana i udało mi się tam rozepchać łokciami. Był również konkurs Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej zwieńczony antologią „Ku gwiazdom”, która zrzeszała nie tylko osoby, które i ten raz rozepchały się łokciami, ale również autorów zaproszonych, między innymi Wojciecha Gunia. Także też bardzo ciekawy projekt. I „Czas Literatury”, o którym już wspomniałem. Czasopismo, gdzie zamieściłem alternatywną historię, dosyć gęstą, fajną, ciekawą. Także na wszelkie możliwe sposoby, korzystając ze swojej wyobraźni, wspinam się po drabinie i dotarłem aż tutaj, czyli do momentu, w którym uznałem, że moje umiejętności są wystarczające, aby napisać książkę i tak jak wspominałeś, na ten moment odbiór jest pozytywny.
Oby tylko tak dalej. Tego sobie życzę.
[06:38] - Książka, o której mówimy, czyli powieść „Diabeł już tu nie mieszka”, to jest takie rasowe science fiction z całym tym bagażem. Nie, to właściwie nie bagaż, to te akcesoria wszystkie związane z science fiction. Specyficzną science fiction, o czym za chwilę powiemy. Ale to dobrze. Akurat słowo „specyficzny” jak najbardziej w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Całe te gadżety. Jesteśmy na planecie, która leży gdzieś na takim... Ciśnie mi się jedno słowo, ale ono jest niecenzuralne, nie na tę porę. W każdym razie na takim wygwizdowie. Wybrnijmy w ten sposób.
Poznanego wszechświata.
[07:32] - W zasadzie bardzo śmiesznie brzmi „wygwizdowo” w ujęciu kosmicznym, prawda?
[07:36] - No tak.
[07:36] - Bo tam w zasadzie każda planeta jest w jakimś sensie na wygwizdowie, biorąc pod uwagę odległość.
[07:41] - Tak, ale ona tu szczególnie, bo tu się ludzkość rozprzestrzenia, rozpycha po tym kosmosie. Ekspansja następuje. Oczywiście ona leży gdzieś na granicy, ale jednocześnie to miejsce jest specyficzne, bo tam wokoło, żeby dotrzeć do planet odległych wokół innych słońc, to już ta technologia i technika muszą być mocno zaawansowane, o czym można się przekonać. Wystarczy się rozejrzeć, że jakoś na razie jeszcze szans na to, żeby się gdzieś poza Układ Słoneczny, ba, żeby nawet całkiem sprawnie poruszać się po Układzie Słonecznym, to na razie jakoś nie ma. Natomiast tu, w tej powieści ludzkość poczyna sobie całkiem w sposób udany. Chyżo pomyka ku gwiazdom. Ale nie, jeżeli państwo szykujecie się na jakieś statki kosmiczne pomykające przez wszechświat, nie. Jesteśmy na planecie w kolonii górniczej.
[08:47] - Tak. Ja nawiążę trochę do tego, co powiedziałeś. Nawet jak rozmawiałem z wydawcą, kiedy mu o tym opowiadałem, to mówię: „Tutaj nie ma wielkiego umierania, tutaj nie ma bitew kosmicznych, to nie o to chodzi”. I mówi mi: „Tylko tego nie mów”. Ale de facto chciałem właśnie sięgnąć do tych sfer fantastyki naukowej, która nie obraca się wokół utartego szablonu dobrze znanych motywów, a w coś innego. Odkryć pewną, może mniej eksplorowaną warstwę psychologiczną, która może się mieścić w fantastyce naukowej. Także ja sam to tak określam jako thriller science fiction z bardzo silną wyściółką powieści psychologicznej.
[09:34] - O, w ogóle, kiedy będziemy charakteryzować tę powieść, to będzie proces złożony, bo będziemy dużo mówić o tym, czym właściwie jest. Bo chyba się nie pomylę, jeśli tak próbując jakiegoś skrótu dokonać, powiem, że w tej powieści mieści się kilka innych powieści. Nie, to złe powiedzenie. W każdym razie pod tym płaszczykiem science fiction jest jeszcze kilka innych gatunków umieszczonych.
[10:05] - Dokładnie tak. Dokładnie tak jest. I to bardzo ładnie nawiązuje do tego, co wcześniej powiedziałem. Jak też pojawiały się pierwsze recenzje, bardzo ładnie to diagnozujące. Jest i szczypta romansu, jest i thriller, jest i może trochę z kryminału. Natomiast kiedy o tym mówię, też mi się to kształtuje w głowie w postaci takiej, że ktoś może uznać to za słabość. Ale bazując na doświadczeniu, jakie wykształciłem, uprawiając literaturę, całe to rzemiosło pisarskie, powiedziałbym raczej, że to jest moje pojęcie, mój pomysł na zbalansowanie teoretycznie różnych doznań odbiorczych.
[10:52] - Tak. Kiedy rozmawialiśmy poza anteną, to jeszcze odkryliśmy jakieś takie koneksje z... powieścią jak z powieścią. W każdym razie z komiksem. Autor mi tak naprawdę uświadomił, bo ja coś czułem, że coś jest inaczej w tej powieści. I tak kombinowałem i to dosyć ostro. Próbowałem różne swoje teorie autorowi sprzedać. Przyjął je z pewnym dystansem i rzucił właśnie to słowo „komiks”. I to właściwie moją misterną interpretację troszkę rozbiło. Znaczy ja się i tak będę przy niej upierał, że ona najlepsza jest przecież.
Ale jednak uświadomiło mi, że rzeczywiście ten ślad komiksowy w powieści to jest chyba bardzo ważny ślad.
[11:51] - Tak. To nie jest tak, że ja się z tym nie zgadzam. Inaczej, bo rozmawialiśmy też o tym. Daliśmy tutaj jako kontrę, że moi bohaterowie są w gruncie rzeczy bardzo realistyczni i tacy naturalistyczni. I może bardziej chodziło w tym o to- ... że w realistycznym odbiciu bohaterów czytelnik może się przeglądać, a gdy nabierają oni bardziej komiksowego albo absurdalnego wyrazu, otrzymuje ten swój element przygody, za który kocha fantastykę.
[12:26] - Tak. Myślę, że bardzo silną stroną tej powieści są dialogi. Te dialogi są momentami takie rewolwerowe. To takie słowo może niespecjalnie opisujące do końca te dialogi. W każdym razie one są i błyskotliwe i po prostu takie soczyste. To chyba najlepsze słowo. Soczyste, takie bardzo prawdziwe. To oczywista oczywistość, że w tej rozmowie musi się pojawić pytanie, jak się takie dialogi pisze. Podsłuchuje się gdzieś, czy one się w głowie lęgną? W ogóle jak?
[13:15] - Powiem szczerze, że jeśli chodzi o dialogi, to jest to chyba rzecz najbardziej wbudowana w moje DNA. Co mam na myśli? Że jest to jedna z nielicznych rzeczy, w których absolutnie nie jestem w stanie powiedzieć, jak się tego nauczyć, bo to wypływa. Kiedy piszę dialogi, to stawiam się w perspektywie bohatera, który mówi i moją pierwszą myślą jest, jak dogryźć temu drugiemu, żeby jednocześnie popchnąć fabułę do przodu. I kiedy już dotknę temu drugiemu, to stawiam się w pozycji drugiego. Przecież tak sobie w kaszę dmuchać nie mogę dać. Więc trzeba mu jakoś odpowiedzieć i nadal musi to czemuś służyć. Zresztą wiąże mi się to, kiedy o tym mówię z kształtem rozdziałów, ponieważ mam rozdziały krótkie, skompresowane, funkcjonujące może w stylu takich dykteryjek, anegdot samych w sobie, które funkcjonują osobno, ale jednocześnie składają się na globalną historię. Służą jej bezpośrednio. Nie ma tutaj żadnego odbicia ku jakiemuś mniejszemu celowi tych rozdziałów.
À propos tych dialogów, żeby dialogi były ciekawe, muszą być błyskotliwe. Ja z tego wychodzę. Założenia. A błyskotliwość sama w sobie jest dynamiką. Dynamiką myślenia, dostrzegania, interpretowania. Więc krótkie rozdziały pasowały do fabuły zbudowanej na rozmowach i aforyzmach bohaterów. Są to rzeczy nierozłącznie się zazębiające.
[14:54] - Powiedziałeś kilka ciekawych rzeczy, ale na jedną z nich zwróciłem szczególnie uwagę. Całkiem niedawno, dwa tygodnie temu gościem tej audycji był Piotr Plebaniak ze swoją książką „Siły psychohistorii”. Myśmy chyba o tym w audycji nie mówili, ale tam w jednym z rozdziałów jest mowa o tym, że sztuka— książka jest w ogóle o geopolityce, o zdobywaniu przewagi, o budowaniu imperiów, czyli zupełnie nie à propos. Ale w pewnym momencie gdzieś tam autor przy okazji omawiania pewnych sztuk manipulacji mówi o tym, daje przy okazji radę dla autorów, którą właśnie pięknie opisałeś, że każdy dobry dialog w historii literatury opiera się na takim oto mechanizmie, że jeśli rozmawiają dwie osoby, jeśli trzy to trzy, ale dwie osoby rozmawiają i każda z nich usiłuje zdobyć przewagę nad tym drugim. Usiłuje, ja przesadzę specjalnie w tej chwili, w jakimś stopniu przynajmniej wdeptać go gdzieś tam w glebę, w błoto. To najczęściej się odbywa na takim poziomie nieuświadomionym. Jednak każdy dialog, w życiu może nie zawsze, ale w książce to tak mniej więcej powinno być, że każdy dialog jest pewną konfrontacją. Czy ty się z tym zgadzasz?
[16:36] - Absolutnie się zgadzam. Powiedziałbym nawet, że gość poprzedniej audycji powiedział to bardzo realistycznie, a ja powiedziałem to trochę bardziej może romantycznie, ale wydźwięk jest-
[16:48] - Dokładnie ten sam.
[16:49] - Jeśli nie identyczny. Dokładnie. Tak, jak najbardziej się zgadzam. Niestety troszeczkę tutaj się zastanawiam, bo nie chcę zabrzmieć z pozycji jakiejś za wysokiej jak na debiutanta. Natomiast dialogi nudzą mnie w książkach i może umiejętność budowania dialogu z aforyzmami, z jakimś bogatszym językiem, z błyskotliwym żartem albo czymkolwiek tego rodzaju wynika właśnie z niemożności już zniesienia tych nudnych dialogów w innych książkach, które wpadają mi w ręce i nie uczenia się właśnie z nich, tylko stworzenia zupełnie własnego pomysłu na rozmowę, która wyszła po prostu najlepiej, bo wyszła z mojego wnętrza.
[17:43] - To teraz rzut oka na czat, który towarzyszy audycji. Karol Lipiński zaraz na początku, gdzieś tak pięć minut po rozpoczęciu audycji: „Fiu! Okładka jak do Lovecrafta.”
[17:58] - Myślę, że tak. Zwłaszcza, że Wydawnictwo Dziewięć wydawało Lovecrafta i bardzo lubi wydawać weird fiction horrory. Także jest jakiś fluid Lovecrafta pewnie w tej okładce. Natomiast nie ukrywam, że kując ją w głowach razem ze Strigiformem, czyli artystą, który okładkę zaprojektował, bardziej dopasowywaliśmy ją do fabuły.
[18:32] - I kolejna uwaga Karola Lipińskiego: górnicy, naturalizm, „Germinal” w wersji SF?
[18:44] - Trudno mi powiedzieć. Być może. Na pewno motywacje były jakieś moje własne i w momencie, w którym piszę cokolwiek — do tej pory oczywiście przeważały formy krótkie, teraz pierwsza książka, oczywiście dalej gdzieś tam inne są na Blejtramie porozciągane. Natomiast to są historie, które po prostu wychodzą z trzewi i muszą zostać opowiedziane. Także myślę, że tutaj tych inspiracji, mimo takiej mnogości gatunków i odwołań do popkultury, jest jednak dosyć mało. To jest moja wewnętrzna potrzeba opowiedzenia czegoś oryginalnego.
[19:25] - Chwila przerwy polegająca na tym, że odpowiadam na pytanie Jakuba Lubeckiego. A pytanie brzmi w ten sposób: co u Wiktora? Odpowiadam. Wiktor dalej na L4. Co prawda zwlókł się z łoża boleści w środę i brał udział w spotkaniu w Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece imienia doktora Bełzy w Bydgoszczy, które miałem zaszczyt prowadzić, ale to mu raczej zdrowia nie polepszyło. Czy pogorszyło? Tego też nie wiem. Niemniej chyba jakoś odchorowuje to spotkanie. Spotkanie zresztą bardzo udane. Spotkanie, które możecie państwo prześledzić w nieco karkołomnej formie.
To znaczy bokiem trzeba na nie patrzeć. Jest ono zamieszczone między innymi na grupie Rubieże Rzeczywistości. Trwa ponad godzinę. Myślę, że ciekawe rzeczy Wiktor mówi. Nie, nawet nie myślę. Wiem, że mówi ciekawe rzeczy. Ta forma obrazu niezawiniona zupełnie przez operatora, a właściwie operatorkę, wynikająca ze złośliwości sprzętu elektronicznego. Niemniej tak naprawdę przecież nie chodzi o to, żeby patrzeć przez godzinę na Wiktora, jak mówi, tylko raczej słuchać tego, co mówi. W związku z tym odpalacie państwo retransmisję na Facebooku i oglądacie, i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Wiktora posłuchać jeszcze przynajmniej przez jakiś czas. Tu w Bibliotekarium Wiktora nie będzie.
Nawet go prawdopodobnie nie będzie w planowanym za tydzień spotkaniu fantastów w Waplewie, gdzie miał być, a chyba go jednak nie będzie. To tyle tytułem odpowiedzi.
[21:26] - Dużo zdrówka.
[21:28] - Tak, dużo zdrówka. To prawda. Tylko że rzeczywiście już to trwa jakiś czas i trochę nam się Wiktor podłamuje tą sytuacją. Bo jak człowiek przez całe życie chodził i był w miarę zdrowy, to jak go nagle choroba przyszpili albo przygnie do ziemi, to chyba ciężko przeżywa. Zarówno w tej warstwie czysto fizycznej, jak i tej psychicznej zapewne. Ale tym bardziej życzenia zdrowia są jak najbardziej na miejscu. Wróćmy do książki. Mówiliśmy o komiksie, mówiliśmy o takich powinowactwach. Dlaczego ja się tak ucieszyłem, kiedy usłyszałem o komiksie? Dlatego, że ja czytając po raz pierwszy — bo czytałem tak naprawdę dwa razy — tę książkę, to odniosłem wrażenie, że to jest jakby zapis koszmaru, koszmarnego snu.
Jakaś taka poetyka snu, ale właśnie koszmaru, koszmarnego snu. Tam jeszcze miałem kilka innych tropów związanych z tym snem, związanych na przykład z rwaniem akcji. Świadomym, okazało się. Zawsze dla pisarza to jest oczywista oczywistość, że jeśli coś jest rwane, to się robi specjalnie, ale to był taki ślad dla mnie. Jak z tym koszmarem?
[23:02] - Jeśli chodzi o taką interpretację— albo inaczej. W zasadzie nie powinienem odpowiadać na to pytanie, by nie psuć nikomu zabawy, bo każdy zinterpretuje książkę na swój sposób. Oczywiście diabeł ma kilka ukrytych znaczeń, przede wszystkim fabularnych w bardziej klasycznym rozumieniu. Natomiast z mojej perspektywy konstrukcja narracji nie służy żadnej tezie ponad sprawne opowiedzenie historii. I to rwanie, żeby może to uplastycznić słuchaczom — bo jednak my znamy książkę, a słuchacze pewnie w większości jeszcze nie — to rwanie do tych rozdziałów. I właśnie wracamy tutaj po łuku do tego, co mówiłem wcześniej. Lubię, kiedy historia jest skompresowana. Lubię takie historie czytać. Lubię takie pisać, aby wszystko było precyzyjne, aby żadne słowo nie pałętało się pod nogami. W związku z tym ta rwność wynika z tego, że kiedy wyciskam cały sok, tworzę tę, jak to nazwałem, anegdotę, dykteryjkę samą w sobie, która pracuje na większą historię.
Przechodzę do następnego wydarzenia tak, żeby jak najwięcej bodźców dostarczać czytelnikowi. I nie mam tutaj na myśli bodźców w formie kina akcji. Nie o to w ogóle chodzi w ramach tego. Ale żeby czytelnik zawsze dowiadywał się czegoś nowego i o bohaterze, może również o sobie, bo bawię się tymi aforyzmami, złotymi myślami i tak dalej, bo taką konwencję sobie przyjąłem, że mimo instynktownej prostoty, jaką może przejawiać pracownik fizyczny, ma w sobie skłębione bardzo dużo własnej mądrości, która czasami jest jednym wielkim absurdem, ale coś w niej jest, a czasami jest bardzo życiowa. Kiedy to, że namęczył się, że pozrywał mięśnie, że się ubrudził, to wie coś o życiu i czasami w tym dialogu to się przejawia i trafia w punkt, który można przypasować również do życia kogokolwiek albo odczuć kogokolwiek innego od biznesmena, przez sprzątacza aż po astronautę.
[25:29] - Ta rwana narracja chwilami ma jeszcze jedną, tak mi się wydaje przynajmniej, rolę. Ona czasami wprowadza czytelnika w niepewność, że on nie wie, czy on to aby dobrze zrozumiał. I to myślę, jest kolejny element takiej gry z czytelnikiem.
[25:50] - Tak, jak mówisz. Bardzo fajna diagnoza, bo taki miałem zamysł. Cieszę się, że on się upostaciowił w twojej wyobraźni, w twoim odbiorze tego wszystkiego. Tak, ponieważ miałem w zamyśle jak najwięcej odsłaniać, jeśli chodzi o charakter głównego bohatera, a jednocześnie musiałem jak najwięcej tego skrywać, żeby możliwie dużo rozwiązało się pod koniec, na zaawansowanym etapie plecenia historii. W związku z tym rwaność niejako odzwierciedla umysł głównego bohatera. I tutaj myślę, aż tak dużo nie zdradzę, jeśli to powiem, bo ja go tak kreuję od początku, który za wszelką cenę chce utrzymać kontrolę nad sytuacją, który za wszelką cenę chce dominować, niekoniecznie jawnie. Za wszelką cenę chce uciec przed swoją przeszłością. W związku z tym jego życie jest też w jakiś sposób rwane. I jako że patrzymy w dużej mierze jego oczami na kopalnię i górników, to być może dlatego jest to wszystko w takiej formie rozpisane, żeby czytelnik razem z nim przeskakiwał z dnia na dzień i troszkę uciekał przed tym, co go dopada. Niekoniecznie fizycznie, ale również psychicznie.
[27:17] - Ja mam nadzieję, że też za dużo nie zdradzę, ale przecież chęć kontroli jest wpisana w postać głównego bohatera. On z pewnych względów, o których oczywiście nie wspomnę, byłoby dziwne, gdyby tego nie robił. On pewne rzeczy kontrolować musi.
[27:42] - Tak, to jest kwestia jego przetrwania. To prawda.
[27:46] - Tak, ale ja mam kolejne pytanie, bo mówimy o kolonii górniczej, zresztą nielicznej. To nie jest jakiś tłum ludzi, który w tej kolonii pracuje. To jest garstka zaledwie. Ale my bardzo często mamy takie kalki w naszych głowach, że jak, tu brzydkie słowo, fizole, robole, to głupie to musi być. Umie tym kilofem strzelać, ewentualnie jakąś inną maszynkę włączać, wyłączać, ewentualnie coś przestawiać. Tymczasem bohaterowie powieści, mówiliśmy o dialogach, to są cwaniaki i to takie w tym najlepszym znaczeniu tego słowa.
[28:29] - Tak, oni są bardzo zaradni, niekoniecznie pracowici. Przejawiają taką cechę, która wykształca się tylko w okolicznościach inteligencji, czyli robią dużo, ale jednocześnie, żeby się jak najmniej narobić. Tak że tak, są zaradni, są na swój sposób pracowici. Stanowią rodzinę, ale rodzinę, która w taki tradycyjnie męski sposób rywalizuje ze sobą, tworzy braterskie więzi, snuje plany przyszłości. Chciałem powiedzieć coś jeszcze, ale boję się, że pójdę o krok za daleko, więc tutaj kropka.
[29:09] - Okej, to ja powiem tylko, że faceci faceci, ale w pewnym momencie historii pojawia się w tym gronie kobieta.
[29:22] - Dokładnie. Pojawia się kobieta i jest zupełnie inna niż oni. Wykształcona, atrakcyjna, obyta, czysta.
[29:39] - Ale trochę taka femme fatale.
[29:43] - Dokładnie, femme fatale. I ja osobiście bym ją zinterpretował jako najważniejszą osobę w całej książce.
[29:52] - Tak.
[29:53] - Tak, ponieważ nie dość, że wszystkich ich rozstawia po kątach, nie dość, że swoje potrafi, to dodatkowo jest kluczowa dla całej historii.
[30:07] - I tu się w pewnym momencie zadumałem, ale to być może jest to, że przez niektóre kręgi byłbym określony jako szowinistyczna męska świnia. W związku z tym tak się zadumałem, bo oni się tam oczywiście zachowują, jak się zachowują. To znaczy jak przybywa kobieta, to zaczyna się takie bycie kogucikiem, prężenie się i w ogóle pokazywanie: ja również. Natomiast to był jedyny moment, kiedy sobie pomyślałem: „Chyba by się jednak gorzej zachowywali. Żarty byłyby bardziej dosadne albo próby tego, co bardzo często — nie wiem, czy dzisiaj, ale kiedyś — określało się mianem końskich zalotów, poszłyby troszeczkę dalej”. Ale nie wiem. Tu oddajmy głos autorowi.
[31:04] - Tak, rozum podpowiada, że powinno tak się zdarzyć, natomiast nie było to do niczego konieczne, najzwyczajniej w świecie. I tak zdarza mi się użyć niecenzuralnego słowa. I tak zdarza mi się rzucić dowcipem, który nie każdego rozśmieszy. Nie było to potrzebne. Pewnie niektórzy by powiedzieli, że autor wierny swojemu fachowi powinien pochylić się bardzo nisko nad tymi rzeczami, które służą powieści. Natomiast w tym przypadku ja jestem tak ogromnym wielbicielem erudycji, pięknego pisania — nie chcę powiedzieć literatury wyższej, bo to by było paradoksalnie prymitywne, ponieważ każda literatura ma swojego odbiorcę i coś sobą reprezentuje — że po prostu uwielbiam pisać językiem bogatym. Uwielbiam wyszukiwać słowa, których wcześniej nie znałem. Że tak powiem za Żulczykiem, natomiast też trafił mi tym do serca. Uwielbiam czytać. Stworzyłem w sobie taką wrażliwość na język, że staram się pisać tak dobrze, jak tylko jestem w stanie to zrobić, tak bogatym językiem, jak tylko potrafię wystukać.
W związku z tym uznałem, że zbyt dalekie pójście, jeśli chodzi o stereotypową naturę potencjalną górnika, nie pasowałoby do tego. I jak sam mówiłeś, postacie udało się stworzyć bardzo rzeczywiste, z dialogami, w które się wsiąka. Więc tym bardziej utwierdzasz mnie w przekonaniu, że nie było potrzeby iść tak daleko.
[33:09] - Okej, to zresztą z mojej strony nie był zarzut, tylko daleko posunięta wyobraźnia. Ja sobie to po prostu wyobraziłem. Ale okej, nie ja jestem autorem. Wszystko zresztą pasuje w całej tej narracji, w całej powieści. Mówię, to jakieś takie wątki poboczne. Nie wiem w ogóle, czy potrzebne, ale stworzone w mojej głowie przy okazji lektury. To się z państwem, ze słuchaczami podzieliłem.
[33:40] - Jak najbardziej się z tobą zgadzam, bo wielu powie, że powinniśmy iść albo powinienem iść w tę stronę, ale tak jak wspominałem, nie było to potrzebne, ponieważ udało mi się i tak oddać ich naturę górniczą poprzez szeroką nomenklaturę typową dla tego zawodu, poprzez nawet jakieś szczegóły techniczne albo wręcz biznesowe działania kopalni, poprzez manifestację ich wyglądu, czarnych krech na czole po zdjęciu kasku, brudnych paznokci, wyrywania zębów w mikrotoaletach i innych takich spraw. Także jak najbardziej, ja też nie zarzucam nic. Bardziej staram się jak najszerzej opowiedzieć słuchaczom o tym.
[34:37] - My tu gadu, gadu, że jesteśmy w kolonii górniczej, na peryferiach planety, będącej na peryferiach poznanego wszechświata. To opiszmy to miejsce. Opiszmy tę planetę, na której funkcjonuje kopalnia.
[35:03] - Jeśli chodzi o tę planetę, to jest to planeta absolutnie nieprzyjazna nikomu.
[35:11] - Płyty kontynentalne nacierające na siebie, w związku z tym te wulkany i ta magma.
[35:17] - Tak, dokładnie. Magma, hiperproduktywne wulkany o ogromnych rozpiętościach, diamenty zeszklone na dnie przepaści z uwagi na ogromną temperaturę, która jest tam w stanie pomiędzy czymś stałym a gazowym, wytarte drogi, pozostałości po dawnych wyrobiskach. Także jest tam duszno, jest tam duże zachmurzenie, które utrudnia nawet kontakt radiowy, nie mówiąc już o dostępie słońca. Chociaż nie powinienem powiedzieć słońca, bo słońce mamy tylko my. O dostępie światła gwiazdowego. Także nie jest to przyjazne miejsce, ale przez to ono podkreśla wyobcowanie grupy, którą tam wrzuciłem. Ona podkreśla, dlaczego tak przywiązują się do siebie, dlaczego tworzą tak zwartą grupę. Ponieważ mają tylko siebie i ich cały czas wolny, ich wszystkie rozrywki i wszystkie tęsknoty to są rzeczy dotyczące albo ich rozmów, albo spraw, których nie są w stanie dotknąć, bo są oddzieleni takim wałem ognia i głazów, że nie jest to łatwe tak żyć.
[36:39] - A ja jestem czytelnikiem emocjonalnym. Żeby tę emocjonalność powstrzymać, czytam później drugi raz. Na tym etapie emocjonalnego czytania przez długi czas miałem wrażenie, że ta planeta jest pogrążona w nieustannym mroku. Dopiero później dotarło do mnie, że owszem, może za jasno nie jest, ale to nie jest planeta wyciągnięta z powieści Colina McOppa, mało publikowanej w Polsce. Wszyscy znają „Zapomnij o Ziemi”, ale on napisał jedną taką powieść, której tytułu nie pamiętam w tej chwili. Wybaczcie mi państwo, ale tam była właśnie taka planeta, która nie miała słońca i było na niej nieustannie ciemno. Może skojarzenie zbyt daleko idące, ale przez długi czas miałem takie wrażenie, że tam jest nieustannie ciemno. Zresztą jakby tak dobrze poskrobać, to bardzo daleko od prawdy nie byłem. To zresztą było przed chwilą słychać, że to nie jest radosne, przyjemne miejsce pełne światła i pozytywnej energii. Energii jest tam dużo, ale niekoniecznie pozytywnej.
[38:01] - Tak, są to ekstremalne warunki, ale myślę, że przyzwyczailiśmy się, że najczęściej te niedostępne, ekstremalne warunki rodzą największe waluty w danych dziedzinach i w tym przypadku tą walutą jest hefalit, który górnicy wydobywają, który potrzebuje bardzo długiego czasu, milionów lat, żeby dojrzeć i nadawać się do wydobycia i być potem przetworzonym na wszelkiego rodzaju kompozyty i pancerze do statków stojących na kill blokach w koloniach, którym znacznie lepiej się wiedzie i w których jest znacznie więcej światła i rozrywek.
[38:39] - Ponieważ opowiadamy świat, w którym to wszystko się dzieje, to opowiedzmy jeszcze jedną rzecz dotyczącą tego świata. Otóż mamy tutaj kopalnię, która posługuje się bardzo tradycyjnymi metodami wydobycia. Ludzie są tam niezbędni, oni obsługują sprzęt. Oczywiście nie kopią łopatami czy kilofami wyłącznie, jednak w jakimś stopniu zautomatyzowane jest. Natomiast to nie jest pełna automatyzacja, o której zresztą w książce słyszymy, że w innych miejscach tego wszechświata książkowego rzecz odbywa się zupełnie inaczej. Zautomatyzowane kopalnie. Tymczasem tutaj jest inaczej.
[39:35] - Tak. Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim to, że kopalnia tonie w długach. W związku z tym pola manewru za dużo nie ma. Druga sprawa jest taka, że są to wielokrotnie przez nas wspominane peryferia ludzkości. W związku z tym inwestycje też nie są tam zbyt częstym widokiem. To, że tak to wygląda, ma też nieco inny powód. Długo myślałem nad tym, czy rozegrać to w ten sposób, bo gdybym poszedł utartą linią rozwoju technologicznego, kopalnia byłaby stuprocentowo, tak jak rozmawialiśmy, zautomatyzowana i chłopacy nie byliby w zasadzie potrzebni. A tak ta ciężkość i brud ich pracy podkreśla ich człowieczeństwo. Poza tym żyjemy w czasach, w których potrzeba czynnika ludzkiego w pracy, co nas nie dziwi. I to jest nasza codzienność, więc więcej emocji poczujemy, czytając o szczękach łańcucha przenośnika zgrzebłowego, przy którym górnik musi wystać, niż przy opisach higienicznego panelu operatora z wgłębieniem na kubek kawy.
Więc to też był powód. A jak już o tym mówię, to w ogólności uważam, że nie da się snuć literatury bez ludzi. A jeśli ktoś by się czepiał, to bym powiedział, że nie da się jej snuć przynajmniej bez obcych z podobną do naszej drabiną wartości i priorytetów, bo udowadnia to cała popkultura. Wydaje się, że Lem w swoim „Solaris” uniknął tego, o czym mówię, ale jednak mimo pokrętności egzystencjalnej oceanu, o którym tam pisze, to ocean komunikuje się z czytelnikiem i bohaterami na czysto emocjonalnym poziomie i to emocjami, które są nasze. Podsumowując, nie da się napisać literatury bez człowieka. Moim zdaniem wszystko, co ludzkie dowartościowuje literaturę. Dlatego ten pierwiastek retro chciałem zaszczepić w ich pracy.
[41:47] - To ja mam teraz propozycję, tak zwaną propozycję nie do odrzucenia dla naszych słuchaczy i dla naszego gościa, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu powieści. To pozwoli nam troszeczkę wczuć się w klimat i przed następnym pytaniem myślę, że będzie bardzo dobrym wstępem. Marku, prosimy.
[42:12] - „Człowiek bardziej jak o żonę dba o ten sprzęt, a ty co?” – wydzierał się mistrz. Podszedł do pojazdu, którego posuwający się na gąsienicach kadłub przedłużało wiertło drążeniowe. Wielki prawoskrętny gwint podobny do ostrokończastego nosa. Pięćdziesięciotonowa wiertnica napędzana była Controgerem, silnikiem ciepłym zeszłowiecznego projektu współpracujących inżynierów Contego i Rigera, nierodzącym spalin i wykorzystującym do napędu lawę. Profil nadwozia trwanioopływowość zakończony swoistym tenderem umieszczonym w sprzęgłach. Dokonywał się tam obieg termodynamiczny wymiany energii między układem mechanicznym a zbiornikami o różnych wektorach ciepła, łącząc więc, jak większość dostępnych im maszyn i sprzętów, staroświecczyznę z postępem. Innowacją była tutaj nowoczesna instalacja paliwowa, która mogła w razie czego przejąć sztafetę od wyczerpującej się lawy i dalej pchać podziemnego potwora. „Nic nie zrobiłem.” Anthony Philpott położył dłonie na klatce piersiowej. „Do węgla ciężkiego.” Walters ani myślał dać za wygraną. „Co żeś zrobił?” „Naprawdę nic.” „To kto?” „Boyles” – zrzucił na towarzysza.
„A skąd tutaj Boyles, jeżeli miał czekać w cechowni?” „Tylko czegoś szukałem.” Ted Boyles poczłapał tunelem jak żywy trup. Jego głównym zadaniem jako suwnicowego było przeciąganie w górę i w dół zmaltretowanej wajchy wagoników. Rzecz oczywista, że liczył każdy ruch wskazówki zegara i błądził czasami po galeriach zjazdowych, szukając sobie zajęcia. „Z tą łopatą szukałeś? Kopania skarbów się zachciało? Dlaczego ty masz-- Boyles, dlaczego masz na sobie hawajską koszulę?” „Larry, przecież uczułeś, jak na szóstym gorąco. Wiesz o stopniu geotermicznym. Patrz, leci ze mnie jak z miesiączki.” „Pomyślałeś, ile zasad tym łamiesz? Żartując z miesiączki w trakcie pracy? A guza ci nabić?” Walters rzutem uniósł pięść, ale na tym poprzestał.
„Czemu tu przylazł? W szkole jesteście czy co? Litości.” „Przylazłem, żeby opłukać śruby dociskowe. Dziwnie turbiny charczały.” „Jasne, jasne” – odparł z obrzydzeniem Philpott. „Wszystko twoja wina. Mówiłem ci, że wolałbym nie forsować silnika, dopóki się dobrze nie dotrze.” „Nic takiego nie mówiłeś.” „Znakomity z was duet. Musicie się tylko dogadać, który gra głupszego” – wyburczał Walters, mrużąc zaczerwienione oczy. Następnie rzucił gromowo, pokazując na maszynę: „Ledwo żeśmy sprowadzili. I co teraz? Kto naprawi?” „Birgir naprawi.
Nie takie rzeczy robił.” „Islandczyk nie weźmie za was odpowiedzialności. Na pewno nie sam. Pomożecie mu.” Wehikuł drążeniowy wydostanie zespołem serwomotorów przez sztolnię wybitą w ciemnej skale. Musieli zdemontować kabinkę, bo nie zmieściłaby się w szybie D3. Kształt ścian skalnych, spękanych co prawda, acz podług wcześniejszych raportów Smitha stabilnych, przeredagowały ubiegłej nocy szkody górnicze. Po przejściu przez feralny odcinek nadbudówkę założono na powrót. Montownia znajdowała się w sekcji warsztatowej, dokąd prowadził przepastny beczkowaty korytarz. Buszował w nim gorący powiew. Ustawili wiertnicę na podnośniku, który otaczała niebieska wstęga światła. Warcząc miarowo motory wydźwignęły maszynę ku wnętrzu montowni.
Birgir Runarsson oglądał ruch z boku. Miał na sobie kombinezon ochronny i okulary przeciwsłoneczne opuszczone na czubek nosa. Żuł wykałaczkę. Kiedy z okrągłej, ciemnej, dziewięćdziesięciostopowej dziury wydostał się już cały korpus wielorybiego pojazdu, zakręcił dopływ mocy. Gigantyczne lampy oświetlały pomieszczenie z góry. W długich fontannach blasku kołysały się czarno osmalone haki wieloczłonowe, aluminiowe maski spawacza, rękawice i rozmaite narzędzia. Bokiem natomiast pod ścianami biegły grube kable. Ted Boyles i Anthony Philpott dołączyli do mechanika schodami wydrążonymi w skale. Runarsson popatrzył na nich spode łba i powiedział: „Siadajcie. Tylko nie na warsztacie.
Na warsztacie tyłka się nie sadza.” „Nie siadamy. Mamy pomóc.” „To pomagajcie. Byle biernie.” Islandczyk wszedł na mobilną drabinkę z poręczą, aby odpiąć gumowe uchwyty i otworzyć klapę. W międzyczasie słuchał ich relacji i wyciągnął wnioski, co mogło się popsuć. „Zapewne silnik” – rozstrzygnął. „Nie. Silnik chodzi, tylko jechać nie można” – sprzeciwił się Philpott. „Wymiana ciepła? Według wskaźników wszystko prawidłowo.” „W takim razie skrzynia biegów, choć intuicja podpowiada mi inaczej.” „Chciałbym coś zaproponować” – odezwał się nieśmiało Boyles. „Może później, co?” – warknął Runarsson.
„Właśnie.” – Philpott pokiwał głową. „Ty już pokazałeś, co potrafisz, Tedzie. Daj pracować.” W trzy godziny rozkręcili silnik i złożyli go ponownie. Skrajnie niewdzięczna była to praca zajmować się takim wielkim przedmiotem. Przypominał zegarek wysadzany zaworami i pochłaniaczami, filtrami i komorami. Musieli biegać w tę i we w tę po dudniących schodkach, jeśli zamierzali sprawdzić coś na górze albo w dole silnika. Z czasem wszystko było gotowe, a swoisty barter ciepło–praca ustawiony na zero. Pojawił się błękitny dym i niewłaściwe ciśnienie. „Zapłon” – oświadczył mechanik, przesuwając wykałaczkę w drugi kącik ust. Spójrzcie na środkowe położenie.
Jest błąd w ustawieniu. Spróbujcie włączyć. Widzicie? Ciśnienie rzędu 40 atmosfer. Wystarczy mała korekta. Niech teraz napompuje trochę lawy. Czas płynął nieubłaganie, godzina za godziną. Silnik powinien ruszyć. Tak się jednak nie stało. Bieg nie wchodził.
„Gdybyście mnie tylko wysłuchali” – upierał się Boyles. „Skup się” – strofował go Runarsson. Wyciągnęli silnik, rozkręcili go i złożyli na nowo. Nie chciał się wpasować. Weźmy szlifierkę i ciut przyszlifujmy. Czy to aby na pewno dobry pomysł? Kto tu jest mechanikiem? Ja czy wy? Zamontowanie silnika to najbardziej skomplikowana część procesu. Centrowanie, owszem, później.
Wszystko trzeba sprawdzić. Skrzynia biegów – zapomnijmy już, że jest sekundarnej jakości – musi być idealnie dopasowana. Podobnie gąsienice i śruby dwustronne, tak zwane śruby centrujące. Za duży rozrzut sprawi, że skrzynia biegów i silnik nie będą prawidłowo leżeć. Silnik znów powrócił na swoje nominalne miejsce. I nic. „Suche tarcze cierne” – wypowiedział półszeptem Runarsson, błądząc w jakichś skrótach myślowych. W rzeczywistości czuł, tak jak oni zapewne już czuli, że zaczynają tu gnić niczym fusy na dnie filiżanki. Najważniejsze, aby zamontować odpowiednią liczbę tarcz. Jeśli będzie ich za dużo, nie wciśniemy pedału sprzęgła, a tym samym nie ustawimy biegu.
Zajęli się skrzynią biegów. Sapali, z trudem podnosili obolałe ciała z kolan. Pot płynął do oczu. Nawet blaszak, który im we wszystkim pomagał, przerwał nagle i migocząc kontrolkami, odwędrował do stacji dokującej, by podładować akumulatory. Nie wiem, coście najlepszego z nią zrobili, że nie idzie. Prepatrzyłem troskliwie każdy fragment. Wystarczą przecież odchylenia rzędu setnych cala, aby przyszły drgania i awaria pojazdu – wytłumaczył kompanom, stukając paznokciami o jakąś metalową część. – Ale popatrzcie sami. Koła przekładni pozostają w ciągłym zazębieniu. Przełożenie jest odpowiednie, przepływ mocy w przekładni także.
„Czy ja mogę?” – wybuchnął Boyles, a oni podnieśli głowy. – Zawleczka. To na pewno tylko zawleczka. Miałem niegdyś identyczny problem z samochodem. Zawiozłem do warsztatu i od razu powiedzieli, że najpewniej zawleczka. Raz na milion pęknie taka zawleczka wybieraka biegów. I rzeczywiście pękła. Runarsson podrzucał ją w dłoni, przejęty mistyczną zadumą, nic nie mówiąc. „To?” – fioletowy ze złości Philpott wyszarpnął mechanikowi przedmiot i rzucił nim o ścianę. – Przez takie maleństwo straciliśmy tutaj sześć godzin!
[51:35] - Tak, to był pierwszy fragment powieści naszego dzisiejszego gościa. Ja jeszcze korzystając z okazji – tradycyjny komunikat. Mam czasami wrażenie, że on już się zamienił w pewną mantrę, ale wypowiem tę mantrę: felieton Tomka Fąsa na koniec audycji. Wszyscy, którzy czekają na felietony Tomka, już wiedzą, że tak naprawdę to gdzieś pod koniec audycji Tomek się pojawia. Dobrze, zostawmy Tomka w spokoju, przynajmniej na razie. A pytanie do naszego gościa: ten fragment poprzedza pytanie, które się w pewnym momencie musiało pojawić. Nie wiem, jak wyglądają realia pracy w kopalni. Pojęcia o tym nie mam. Ale kiedy czytałem to, co napisałeś, to byłem przekonany, że to właśnie tak wygląda. W związku z tym pytanie, być może naiwne, ale skąd taka dobra znajomość realiów?
[52:57] - Powiem tak: w sieci jest ogromna dostępność wszelkich materiałów. I mówię tutaj głównie o materiałach z dawnych czasów, ponieważ kopalnie towarzyszyły nam w zasadzie od samego początku. Oczywiście zachowując wszelkie proporcje – pewne zawody były starsze. Natomiast jeśli chodzi o wydobycie, o poszukiwanie wszelkiego rodzaju tworzyw i kruszcu, żeby coś z tego formować, budować, jest dla nas naturalna. W związku z tym jest ogromna ilość podań, które albo opisują kopalnie, albo opisują, jak w kopalni się pracowało. Jest też dostępna jakaś literatura. Nie ukrywam, że nie robiłem tego w ten sposób, że przysiadłem, tak jak był wcześniej wspomniany „Germinal”, do „Germinala” i przeczytałem go od deski do deski, żeby zrozumieć, jak to powinno być napisane, ponieważ staram się pozostawać daleko od aż tak silnego wpływania na moją wyobraźnię. Ja „Germinal” oczywiście przeczytałem, ale bardziej w formie fragmentów, żeby zobaczyć, jak ktoś inny to zrobił. Poczytałem tego typu podania. Publicznie dostępne również są wszelkiego rodzaju dysertacje.
Pojechałem do kopalni, ale to zupełnym przypadkiem, która troszeczkę też mi pokazała na Śląsku. I to wszystko, cała ta mieszanka moich wyobrażeń, dzieł fachowych i dzieł rozrywkowych, a także ogólna sympatia, ogólne orbitowanie w stronę technikaliów, które bardzo lubię, zaowocowała czymś takim. Także mnie bardzo często można zobaczyć, kiedy wyszukuję najbardziej absurdalne artykuły albo najbardziej dziwaczne doktoraty i po prostu czytam, bo chcę się nauczyć jak najwięcej. Wiem, że to mi się przyda jako autor fantastyki, ale tutaj mogę powiedzieć od razu uczciwie — nie fantasy. Fantasy to nie jest mój kierunek. Fantastyki naukowej z naciskiem na hard wymaga albo posiadania od urodzenia takiej cechy, albo wykształcenia sobie cechy ciekawości świata w stosunku do technologii, żeby uprawiać ten gatunek jakkolwiek sensownie i satysfakcjonująco dla odbiorcy.
[55:54] - Ja się uśmiechnąłem, kiedy usłyszałem o tym czytaniu różnych tekstów, różnych doktoratów, prac naukowych. Jak by to ująć? Może najprościej. Pamiętam minę jednego z moich szefów. Pomijmy, czy to jest szef aktualny, czy może jednak zaprzeszły, kiedy zerknął mi kiedyś przez ramię i zobaczył, co czytam na ekranie — w godzinach pracy w dodatku — na ekranie swojego komputera. Myślę, że to, co zobaczył tam, sprawiło, że zaniemówił. On po prostu nie był w stanie zrozumieć, co się dzieje. To było tak dziwne. Przyznaję się, że rzeczywiście wariactwo kompletne, ale ta dążność do czytania tekstów dziwnych z punktu widzenia przeciętnego człowieka, normalnego. Przeciętnego — to nie jest wartości-
[56:52] - Człowieka, który ma lepszy pomysł na swój wolny czas pracy.
[56:56] - Tak. To nie miało być wartościujące w jakimkolwiek względzie. Natomiast dla takiego człowieka, który ma jakiś obraz świata, to, co czytałem, to było absolutne wariactwo i myślę, że tylko to mnie obroniło przed jakąś tam reprymendą. Po prostu było to tak dziwne, że w jakiś naturalny sposób mnie wybroniło. Myślę, że po prostu wprawiło szefa w stupor i w związku z tym odpuścił. Dlatego tak się uśmiechnąłem, bo widać, że ta tendencja do czytania tekstów dziwnych — tu podkreślam, a nawet w cudzysłów to wstawiam, „dziwnych” — to jest taka ogólna tendencja ludzi, którzy jakoś poznają świat w taki sposób. Ja nie wiem, czy lepszy, ale na pewno odmienny. Na tym się skupmy.
[57:54] - Być może dokonam tutaj jakiejś szokującej dekonstrukcji pracy pisarza science fiction, natomiast zdarza mi się opisywać statki kosmiczne na przykład, albo sprzęt, albo aparaturę, albo kanalizację, albo cokolwiek. Ale do czego zmierzam? Robić to z instrukcji obsługi do sokowirówki na przykład. Ponieważ tego typu rzeczy połączone z wyobraźnią i wyczuciem tego typu rzeczy sprawiają, że po prostu piszę coś zupełnie innego. Nie muszę sięgnąć po Dukaja, Lema czy kogokolwiek innego, żeby się zainspirować, bo ja wezmę najbardziej nieoczywistą rzecz i jest to wyzwaniem, ale przede wszystkim cieszy mnie ten test, który rzucam sobie pod nogi, czyli na przykład z instrukcji obsługi sokowirówki opiszę w tym momencie aparaturę astroniczną, która jest na statku. I to się trzyma kupy, bo po prostu zrobiłem już tego tyle w życiu, że mniej więcej wiem, w którym kierunku iść ze wszystkim.
[59:01] - Ja myślę, że ten fragment naszej dzisiejszej audycji powinien dobrze zostać zapamiętany przez wszystkich, którzy ostrzą sobie pióra i chcą coś pisać, bo to jest pewien drogowskaz. Myślę, że bardzo znaczący. A jednocześnie słowo „dekonstrukcja” jak najbardziej pasuje tutaj, bo to się wydaje, że ten autor gdzieś tam siedzi, natchnienie łapie, ściąga albo na lasso jakoś chwyta. Tymczasem rzecz jest czasami bardzo prosta. Zresztą o warsztacie za chwilę porozmawiamy, żeby sobie zrobić taki mały przerywnik, zanim znowu wrócimy do powieści. Ale przed przerywnikiem muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. W książce poza tym tekstem narracyjnym, fabuła się toczy, są różnego rodzaju wstawki. One są bardzo znaczące. One tłumaczą różne elementy tego świata. Ciekawa konstrukcja.
Skąd pomysł na tego rodzaju konstrukcję?
[01:00:19] - Mówisz o tych, powiedzmy, encyklopedycznych-
[01:00:22] - Tak, dokładnie. To mam na myśli, mówiąc „wstawki”. Tak
[01:00:27] - Dokładnie. Powiem tak, tutaj znów troszeczkę się odwołuję do tego, że lubię powieści, które niekoniecznie narzucają mi kierunek, w którym mam iść. Nawet niekoniecznie jako pisarz, ale przede wszystkim czytelnik. Chcę mieć pewną dowolność wyboru tego, co chcę przyswoić. Niektórzy robią to instynktownie poprzez przerzucanie kilku stron, kiedy coś im się nie podoba. Ja staram się tego nie robić, ale zdecydowałem, że mam do opowiedzenia ciekawą fabułę, którą szkoda rozdrabniać, rozwadniać. W związku z tym wszelkie dopełnienia świata, które były według mnie konieczne albo uwiarygadniające realia, które stworzyłem, zdecydowałem się zamieścić w formie encyklopedycznych przypisów. I czytelnik, jeśli będzie chciał zanurzyć się głębiej, doświadczyć większej immersji, może z nich skorzysta. Nie są to jakieś bardzo długie rzeczy. A ten, który chce iść dalej z historią i szuka tam innych rzeczy, na przykład tych kwestii czysto psychologicznych albo obyczajowych, albo thrillera, po prostu będzie szedł dalej.
I tutaj jest ta swoboda, którą postanowiłem zostawić czytelnikowi. Nie dlatego nawet, że miałem jakieś widzimisię, tylko wyszedłem z założenia, że dobrze jest zostawić pewną swobodę, a to był taki dosyć kreatywny sposób, żeby to zrobić.
[01:01:57] - Okej, na chwilę, niedługą zresztą, porzućmy powieść. Skupmy się na autorze. Najbardziej ogólne pytanie: jak, autorze, piszesz? Czy ty jesteś pisarzem, który codziennie odrabia lekcje, żadnego dnia bez kreski i codziennie ileś tam znaków? Czy też piszesz troszkę tak z doskoku, nie odrabiając codziennie lekcji? Czy może jeszcze jakoś inaczej?
[01:02:35] - Nie będę ukrywał, że w całości podporządkowałem swoje życie pisaniu. Nawet bym powiedział, że praca regularna jest to praca, która funduje mi chleb. Natomiast nie byłbym w stanie funkcjonować bez ambicji. W związku z tym literatura jest tą moją pracą ambicjonalną. Jeśli chodzi o pisanie, to tak sobie myślę, że humanistą jestem, gdy nie piszę. Gdy piszę, jestem bardziej sportowcem, ponieważ pracuję intensywnie, w dużym rygorze, a niewiele wybijam mnie z rytmu. Nie potrzebuję rozbiegu, a może wynika to właśnie z tego, że wszelkie motywacje, motywy, fabuła, wydarzenia dobrze rozplanowuję w głowie, zanim się za to zabiorę. Wiem, czego chcę i po prostu to realizuję. Niekoniecznie piszę dużo, ale w jakiś sposób bezustannie, ponieważ pisze się nawet gdy nie siedzę bezpośrednio przed klawiaturą, a zdarza się, że wycisnę kilka słów, czasami kilka stron. Ale siadam do pisania codziennie i jest to tak silnie wdrukowana we mnie rutyna, że tak jak wspominałem, nie potrzebuję żadnego dodatkowego zapalnika ani iniekcji jakiejkolwiek motywacji.
Żeby cokolwiek w życiu osiągnąć w ramach tego, co potrafię, a potrafię opowiadać historie, nie mogę sobie pozwolić na słabości albo na romantyczny upadek na łóżko i zamartwianie się brakiem weny. Bo gdybym pisał tylko kiedy wena mi dopisuje, to bym w życiu nic nie napisał. W związku z tym ja rozumuję pisanie poprzez duży rygor.
[01:04:31] - I tu naturalną koleją rzeczy pojawia się pytanie, którym pracowicie zadręczam kolejnych gości „Bibliotekarium”, a mianowicie o sposób konstruowania utworu. Czy to jest szczegółowy plan z milionem podpunktów, milionem odniesień, wstawek, notatek? Czy to jest plan ogólny? Idziemy od punktu A do punktu Z, po drodze mijając poszczególne, kolejne punkty, ale jeśli chodzi o pewne szczegóły, to jednak sobie odpuszczam i zostawiam to pracy. W trakcie pisania pojawiają się te rzeczy. Jaką drogę obrałeś?
[01:05:23] - Podsunąłeś mi fajny trop, żeby na to odpowiedzieć, bo poszedłeś ścieżką tradycyjną. Czyli jest plan, a szczegóły może później albo po drodze, albo w ogóle. A ja mam właśnie odwrotnie. Ja zaczynam od szczegółów. Ja uważam, że historię opowiada się podświadomie w jakimś sensie. W związku z tym detale są tym, co świdruje psychikę, ostateczny odbiór danego dzieła. W związku z tym najpierw planuję szczegóły, jak załóżmy charakterystyczną cechę charakteru bohatera, dynamikę relacji między dwoma bohaterami, którzy mają dla mnie jakieś specjalne znaczenie albo charakterystyczny element danego świata, na którym chciałbym zbudować klimat. I od tego pojawia się rozgałęzienie. Zawsze pisząc, mam w głowie ogromną mapę. Tak jak niektórzy wieszają sobie mapę świata na ścianie, tak ja mam mapę literacką.
I te punkty pojawiają się, wypuszczają konary, wypuszczają gałęzie i w naturalny sposób wyczuwam, gdzie mam jakieś dziury fabularne albo gdzie mam coś, co powinienem dopracować. Albo powiem jeszcze inaczej: zarówno Remigiusz Mróz, jak i Stanisław Lem twierdzili w swoich wywiadach, że nie umieliby napisać książki, gdyby mieli układać plan wydarzeń, że to musi być spontaniczny akt. Ja tworzę fabuły na zimno. Jeśli nie mam idealnego dopasowania fabularnych klocków, to robotę odkładam. Dla przykładu pierwsza połowa „Diabła" powstała z mniejszymi przerwami przez dwa lata. Potem leżała rok absolutnie pokryta pajęczyną i zapomnieniem. A kiedy poczułem — ponieważ to drzewo wcale nie wyciąłem go z głowy — i kiedy poczułem, że druga połowa odpowiednio się już ukształtowała, że wszystko mi pasuje, przelałem na papier ją w trzy miesiące. W związku z tym taki egzotyczny sposób stworzenia, kiedy pierwsza połowa powstaje dwa lata, potem mamy suspens, w którym oczekujemy, aż wreszcie sfinalizuje się to w trzy miesiące. Natomiast ja cały czas realizuję inne projekty. To nie jest tak, że przez ten rok nic się nie działo, więc w związku z tym ja w pewnym sensie prowadzę wiele książek naraz, każda w innym stopniu rozwoju.
Lubię to w sobie, że niczego nie zapominam. Potrafię wrócić do książki, którą dotknąłem ostatni raz sześć lat temu. Ja dokładnie wiem, czego od niej oczekuję.
[01:08:22] - To teraz pytanie dotyczące dalej warsztatu, czyli wspomnianych już wcześniej dialogów. Warto o tym powiedzieć, bo te dialogi, które pojawiają się w powieści, one się właśnie skrzą pewną taką grą emocji pomiędzy bohaterami. No to teraz pytanie najprostsze na świecie albo najtrudniejsze: jak się takie dialogi pisze? Nie wiem, wygłasza się je najpierw głośno, a później zapisuje? Czy też kiedy się je wklepuje w komputer, to mówi się jednocześnie głośno, co tam bohaterowie mówią, czy jak?
[01:09:09] - Powiedziałbym, że kluczem do pisania dobrych dialogów jest empatia. To jest cecha, którą wykształciłem w ostatniej kolejności na całym moim rejsie przez życie. Zawsze ją zaniedbywałem, wiedziony trochę, tutaj może zrzucę na wielkich mistrzów, ale mistrzowie piszący science fiction kompletnie nie skupiają się na emocjonalności. To jest oczywiście moje uproszczenie, ale najczęściej jest to właśnie warstwa technologiczna, warstwa przygodowa, warstwa światotwórcza. Natomiast bardzo mało jest tam emocjonalności, która miałaby wiele poziomów. I w momencie, w którym wykształciłem wyższy ten współczynnik empatii wzrósł, zacząłem pisać lepsze dialogi i dokonał się bardzo duży skok jakościowy w tym. I tak jak rozmawialiśmy wcześniej, dobry dialog przede wszystkim powinien być błyskotliwy. Żeby dialog był błyskotliwy, to i autor musiał się i nasłuchać w życiu rozmów absolutnie różnych ludzi, żeby stworzyć z tego coś dla siebie. I sam musi czasem komuś dogryźć i musi rozmawiać z ludźmi, którzy są mądrzejsi od niego, żeby też słuchać czasami, jak oni mówią. W związku z tym to jest jeden wielki tygiel doświadczeń, który przesączony przez sito mojego własnego umysłu daje taki efekt.
Być może część osób, które nas słuchają, już książkę czytały, inne pewnie nie. Natomiast też uważam, że dialogi są najsilniejszą stroną mojego warsztatu. Cieszę się, że mam na to swój pomysł i że ten pomysł przede wszystkim trafia do serca czytelników, bo wcale nie musiałoby tak być.
[01:11:09] - Spotkałem kiedyś autora, który powiedział, że w życiu prowadzić takie dialogi, jakie prowadzą jego bohaterowie. A jak to jest u ciebie?
[01:11:25] - U mnie jest gorzej. Ale gorzej w sensie takim, że bywam często bardziej siarczysty, czasem bardziej prześmiewczy i czasem bardziej konkretny niż moi bohaterowie. Taki mam charakter. Pamiętam, jak w jednej z moich poprzednich prac była dziewczyna, która miała bardzo ostry język i raczej nikt nie chciał się z nią specjalnie kłócić, bo zawsze jak przysoliła, to człowieka przyszpilało do ścian. Ale raz mi wyznała: „Mikołaj, z tobą nie chce mi się. Z tobą mi się nie chce. Z innymi mi się chce, z tobą mi się nie chce". Więc wydaje mi się, że to jest rzecz, która po prostu jest dla mnie naturalna. I mam te dialogi, wydaje mi się czasami mocniejsze niż bohaterowie. Natomiast oczywiście, że książka rządzi się swoimi prawami, to musi gdzieś prowadzić na okrągło.
Chcę, żeby ani jeden dialog był bezsensowny, a jeśli jakikolwiek odskakuje na bok, to żeby chociaż bawił, żeby próbował czegoś uczyć, żeby opowiadał może coś o mnie jako o twórcy tego, żeby coś przemycić, coś schować.
[01:12:41] - Wprawdzie autor mówi o dialogach, że to jest najsilniejsza strona powieści, o której dzisiaj rozmawiamy. Natomiast ta powieść, moim zdaniem, składa się również z fascynujących opisów. Poznajemy dzięki tym opisom planetę, na której się wszystko dzieje i przyznam się, że one są... Nie chcę brnąć w porównywania czy równie, czy bardziej fascynujące. Nie o to chodzi. One są po prostu fascynujące.
[01:13:23] - Dziękuję bardzo. Nie ukrywam, że w sprawie opisów planety potrafię czasami się rozpędzić. Zainspirował mnie w tym aspekcie Joseph Conrad. Tak jak ty wcześniej, niestety nie pomnę tytułu tej miniatury. To była bodaj miniatura. Natomiast opisywał w niej sztorm i opisywał go tak długo, tak soczyście, tak głęboko, że powiedziałem: „Nie wierzę. Jak długo jeszcze zamierzasz to robić?” I uznałem, że w jakiś pokrętny sposób jest to bardzo ciekawe, nawet jako wyzwanie, bo mam taki jeden rozdział, w którym wyjątkowo mocno męczę czytelnika, jeśli chodzi o opisy planety. Pomyślałem, że to jest bardzo dobre wyzwanie, czyli pisać o planecie, o tym, z czego się składa, a moja składa się z jednego w zasadzie żywiołu, który objawia się rozmaitymi postaciami. I zrobić to w ten sposób, żeby czytelnik cały czas był tym zainteresowany, żeby zawsze go czymś zaskoczyć, żeby nie poczuł sprzedaży tego samego słowa, tego samego zwrotu, tej samej metafory. Jeśli mówisz, że opisy są fascynujące, to liczę, że to oznacza, że mi się udało.
[01:14:47] - Jest jeszcze jedna rzecz fascynująca w tym wszystkim, bo robisz taki oto zabieg: opisujesz planetę, opisujesz, a gdzieś pod koniec książki jest opisana mechanika tego wszystkiego. Te płyty kontynentalne ścierające się i tak dalej. I wtedy nagle mamy dopełnienie. Najpierw mamy obraz tego, nazwijmy to, piekła. Niech już będzie, ponieważ jest diabeł w tytule, to niech będzie piekło.
[01:15:19] - To dobre słowo. Pasuje.
[01:15:20] - Tak, jasne. I w pewnym momencie mamy notkę encyklopedyczną, jak to wszystko funkcjonuje. I nagle sobie człowiek mówi: „O, jaki ja jestem mądry. Właściwie wszystko zrozumiałem. To już wcześniej wiedziałem. Ta notka jest mi nie do końca potrzebna”. Nie wiem, czy wszyscy mieli takie odczucia. Być może ja jestem tylko taki genialny. Aczkolwiek dodam, nie sądzę. W związku z tym to też jest moim zdaniem bardzo udany zabieg.
Najpierw opiszę ci, szanowny czytelniku, planetę, wyobraź ją sobie, a później ci powiem, jak to wszystko działa.
[01:16:00] - To wydarzyło się zupełnie na poziomie meta, jeśli chodzi o mnie, ale bardzo się cieszę, że mi to mówisz, bo udało się stworzyć coś poza głównym obiegiem mojego postrzegania tego, co stworzyłem. Być może nieświadomie to zrobiłem w ten sposób, bo masz rację. Najpierw jest sfera bardziej poetycka, bardziej literacka i światotwórcza i ona towarzyszy czytelnikowi przez całą książkę, a na samym końcu dostaje zgrabną dawkę bardziej naukowego podejścia do całej planety.
[01:16:42] - Wróćmy do powieści. Wróćmy do niej bardzo konkretnie. Aczkolwiek, ponieważ jestem, nie ukrywam, świeżo po lekturze, w związku z tym, jak to zwykle czytelnik emocjonalny, niezwykle podekscytowany. Gdybym zaczął niebacznie spoilerować, to proszę krzyczeć na mnie. Powstrzymam się. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ w pewnym momencie, bo tam się wszystko toczy tak, jak się powinno toczyć w powieści, czyli jakaś akcja się rozwija, pojawia się wspomniana już kobieta, ale wcześniej się jeszcze pojawia jedna postać w postaci fotografa. Przynajmniej tak mamy myśleć, że to fotograf. To wszystko jest i gdzieś w drugiej części zaczynają się rzeczy dziać. Mówiliśmy o komiksie, więc właśnie takie komiksowe.
[01:17:48] - Tak, na pewno masz rację. Tylko teraz powiedz mi, które dokładnie rzeczy masz na myśli pod kątem komiksowym, bo wcześniej rozmawialiśmy o bohaterach typowo, a teraz widzę, schodzisz bardziej do wydarzeń, więc musisz mi tutaj bardziej nakreślić.
[01:18:04] - Komiksowe. Pojawia się... Dobrze, to powiem. Pojawia się dziwna, wielka istota. Dziecko, może nie dziecko. To takie bardzo komiksowe. Pojawia się odwołanie. Staram się, kluczę w tej chwili, żeby nie opowiadać książki.
[01:18:24] - Tak, bo już pomału ocieramy się o bandy.
[01:18:28] - Tak. Pojawiają się postaci, które już dla nas są postaciami historycznymi. Właściwie może nie do końca te postacie, ale ich odwzorowania.
[01:18:42] - Tak.
[01:18:43] - I to jest niezwykle komiksowe. I to jest w gruncie rzeczy niesłychanie pobudzające wyobraźnię.
[01:18:53] - I taki właśnie był tego cel. Może ja to powiem swoimi słowami i zobaczymy, czy cię ładnie dopełnię. Chodzi ci o to, że w pewnym momencie wrzucam na naszą planetę bohaterów, którzy z pozoru absolutnie do siebie nie pasują i stanowią swoje przeciwieństwa albo nie mieliby logicznej racji bytu, aby się tam pojawić. Może tak.
[01:19:19] - Skąd się tam wzięli po prostu.
[01:19:21] - Dokładnie. I to jest właśnie to, o czym mówiłeś. Chciałem, żeby czytelnik poczuł nową falę emocji, żeby poczuł, że do tej pory wydaje mu się, że idzie liniowo za fabułą, że ta fabuła bardzo ładnie z nim koresponduje, że prowadzi go po sznurku. I chciałem, żeby jeszcze większe rozbudowanie tego świata, przede wszystkim bohaterów, urozmaicenie ich w pewnym sensie pokazało mu, że to jeszcze nie jest koniec i to nie jest jeszcze koniec wówczas. I żeby jeszcze bardziej się wciągnął w historię.
[01:20:09] - Tak, ale jednocześnie myślę, że dotykasz takich tropów, które gdzieś tam w nas głęboko siedzą. Tam jest historia pewnego laboratorium.
[01:20:28] - Już myślę, że za daleko idziemy.
[01:20:32] - Tak, już więcej nie powiem. To tylko hasło jest dla ciebie. Pojawia się jakieś laboratorium. O tych wątkach mówię. I to jest z kolei odwołanie się do tego, co w nas tak naprawdę siedzi. Bo mówimy o dalekiej przyszłości, ale tak naprawdę w jakimś stopniu odwołujesz się jednak do przeszłości.
[01:21:00] - Tak. W sensie geopolitycznym mamy tutaj szkielet zimnowojenny, tak bym go nazwał. Natomiast nie oznacza to, że w jakiś mniej lub bardziej udolny sposób próbuję na siłę dokleić wszystkie szablony i wszystkie prawidła tamtego czasu na moją historię dziejącą się w jakiejś mniej i bardziej określonej przyszłości. Co bardziej chciałem osiągnąć tym, odwołując się do takiego stelażu, powiedzmy geopolitycznego, jest to, żeby pokazać, że nasze emocje i nasze postrzeganie terytorialne, polityczne, obyczajowe tak naprawdę się nie zmienia, jest wciąż takie samo. W związku z tym, i tutaj myślę, możemy to zdradzić, jest w pewnym momencie takie opowiadanie, że wojna to jest tak naprawdę pornografia polityczna. Kto kogo bardziej do majtek rozbierze i tego typu rzeczy. I również to jest właśnie kwestia tych dialogów, którymi bawię się tą konwencją. Więc tak, odwołuję się do przeszłości głównie po to, żeby pokazać, że bez względu na to, w jakim miejscu tarcia mocarstw jesteśmy, jakiekolwiek byłyby to mocarstwa, zawsze powtarzają się. Historia lubi się powtarzać, motywacje lubią się powtarzać.
[01:22:42] - Powiem tak, to już teraz odchodząc od geopolityki, idąc w zupełnie innym kierunku, myślę, że niespodziewanym. Co w powieści robi autor o nazwisku Manicki?
[01:22:59] - Nawet o tym zapomniałem. Tak, i to jest kolejna sprawa, w której tworząc historię-
[01:23:07] - Ja przepraszam. Myślę, że się nieźle bawiłeś.
[01:23:10] - Bardzo dobrze się bawiłem. Bardzo dobrze się bawiłem i próbuję się teraz wczuć w słuchacza, który zupełnie nie wie, o co chodzi. Chodzi w tym o to, i to też dzieje się na samym początku, w związku z tym i nie wpływa to w żaden sposób na rozwój wydarzeń, więc myślę, że nie będzie to wielką zbrodnią. Ale tak, wplotłem swój wiersz i jego interpretację przez jednego z bohaterów. Natomiast zrobiłem to całkowicie prześmiewczo. Postanowiłem siebie wyśmiać. I cała interpretacja tego wiersza jest dosyć dziwaczna. Jest zabawna. Tak. I uznałem, że jest to kolejna sprawa, która w jakiś sposób mnie wyróżni, z którą dobrze się czułem.
Być może będzie to zaskakujące albo oburzające, ale dobrze się z tym czułem, że wplotłem tam swój wiersz, który wyśmiałem. I jest to rzecz, której ja nigdy nie widziałem w żadnej innej książce. Być może jest ktoś, kto by mnie łatwo poprawił. Natomiast ze swojej perspektywy było to dla mnie odświeżające. Rzeczywiście mam swój odcisk stopy na tym księżycu mnóstwa książek.
[01:24:29] - W dodatku jeszcze to była interpretacja czyniona z perspektywy wieluset lat. Właściwie to już tysiąclecia ponad. Jeżeli dobrze to rozczytuję. Także to już w ogóle taka bardzo poważna interpretacja autora właściwie pradawnego.
[01:24:51] - No tak, to prawda.
[01:24:55] - Okej, mam pytanie następne, ponieważ przez karty powieści przewija się cała masa fajnych ludzi albo ciekawych charakterów, albo możemy to zupełnie inaczej określić. I tu pytanie znowu natury warsztatowej. Budując takie postacie soczyste, indywidualne, mające swój rys określony, to jak, szanowny autorze, to robisz? Czy sobie jakieś książki, zeszyty sporządzasz na temat poszczególnych bohaterów? Że ten miał ciężkie dzieciństwo, a ten miał zdradzającą go żonę, a inny miał problemy charakterystyczne dla niego i ewentualne inne jakieś szczegółowe charakterystyki tego bohatera. Jak się to robi, żeby takich bohaterów tworzyć? Właśnie jak?
[01:26:01] - Zawsze w pierwszej kolejności zastanawiam się, kogo potrzebuję jako wykonawcę mojej woli, że tak powiem bardzo ciężko. I w momencie, w którym wiem, ile postaci potrzebuję i gdzie mają mnie doprowadzić, zaczynają się nad nimi albo oni sami zaczynają się rozlewać jak takie kleksy w różne strony i te wszystkie ich odnóża atramentowe nabywają jakieś cechy. Dla przykładu, to już nawet nie jest związane z „Diabłem”. Wymyślę sobie bohatera, który będzie łatwo się denerwował. Wówczas zaczynam się zastanawiać, jak mi się to fabularnie przyda. Albo wiem, że mi się przyda, tylko gdzie to umieścić tak, żeby to miało bezpośredni wpływ na fabułę. I czytelnik, przynajmniej oczywiście w moim mniemaniu, czytając książkę, jednak nie ma wcale aż tak dużo czasu, żeby takiego bohatera rozpracować. Nikt nie ma już dzisiaj czasu, żeby siedzieć i niezwykle niebywale smakować każde słowo i szukać we wszystkim interpretacji. Przynajmniej ja nie mam na to czasu, więc pewnie egoistycznie wychodzę z założenia, że nikt już dzisiaj nie ma na to czasu. Natomiast wydaje mi się, że taki bohater złożony z trzech podstawowych cech, które są charakterystyczne, ale jednocześnie nie stoją w komediowej relacji względem siebie, wystarczą, żeby stworzyć kogoś realistycznego i w momencie, w którym włożymy mu w usta dialogi z jakąś konkretną cechą, która go reprezentuje.
Na przykład jeden będzie mówił w kółko „bracie”, a drugi będzie wiecznie niezadowolony, a trzeci będzie bystry i on zawsze komuś dowali. To po prostu zaczyna razem grać. Dlatego, że wszystko to, o czym mówię, zaczyna rozpędzać symulację świata rzeczywistego. W związku z tym to musi zadziałać, nawet jeśli ja ich nie lubię. Nawet jeśli jest jakaś dziura w nich, która mi przeszkadza, to jest to już w tym momencie na tyle realistyczne, że samo zaczyna żyć i ja jestem tylko po to, żeby spisać ich słowa.
[01:28:23] - Ale czy ci bohaterowie są tylko i wyłącznie w twojej głowie, czy gdzieś sporządzasz sobie sążniste takie dossier owych bohaterów?
[01:28:36] - Nie, aż tak nisko nie schodzę. Żebyśmy nie zeszli też do zbytniego szczegółu, książka jako projekt, tak jak samochód, musi mieć silnik, musi mieć koła, musi mieć karoserię i fotele w dużym uproszczeniu. I tak samo jest z powieścią. Ma jakieś elementy nieodzowne, konieczne, żeby gdziekolwiek ruszyć, dojechać, rozpędzić się, warknąć po uruchomieniu motoru. I w momencie, w którym czuję tę jazdę, czuję to trzęsienie i wyboje, wiem, że idę w dobrym kierunku. Jeśli nie potrzebuję jakichś detali, to ich oczywiście nie buduję, ponieważ nawet kiedy rozmawiamy tutaj w podcaście, też nie wiemy o sobie wszystkiego, a jednak jesteśmy w stanie prowadzić rozmowę, która jest pełnowartościowa w sensie dialogu. I dokładnie w ten sam sposób działa książka. Trzeba zbudować to, co jest potrzebne. Rzadko trzeba schodzić do poziomu atomu.
[01:29:49] - Czyli jeśli dobrze rozumiem, nie ma w tych dialogach, w tych postaciach rzeczy, to taki nowotwór słowny, nadmiarowych, niepotrzebnych. Nie, niepotrzebnych nie. Takich, które charakteryzują daną postać w sposób, który nie służy narracji, która w książce się pojawia.
[01:30:18] - Jest dokładnie tak, jak mówisz. Wszystko musi pracować na finalny efekt, jakim jest satysfakcjonująca, fachowa, dobrze zbudowana i oryginalna historia.
[01:30:33] - To ja mam teraz tak zwaną propozycję nie do odrzucenia. Posłuchajmy po prostu kolejnego fragmentu książki. Marku, prosimy.
[01:30:45] - Maszyny pracowały całą noc. Rano wysłano wózki kolebkowe, by załadować pierwszy urobek. Po sprawdzeniu jego właściwości byli zdruzgotani. „Mistrzu” – zawołał Sixto de Galareta. „Słucham?” „Jest problem”. Tą słowom potrafiła wyłączyć starego jak światło. Przed oczami stanęła mu katastrofa, ale postanowił nie denerwować się na zapas. Pogłaskał trzymanego na rękach kota. „Złoże jest w spągu i musimy rozbierać tory?” „Gorzej. Ściany budują zwykłe skały bez Hefalitu.
I nie mówię tutaj o utworach skał płonnych. Nie mówię o biciu dalej”. „Naprawdę sugerujesz, że tu nie ma złóż?” „Nie ma” – Sixto powiedział to w sposób, jakby nigdy dotąd nie zdarzyło mu się wygłosić równie śmiałej opinii. „Nic a nic”. Billy parsknął i zmrużył rozjarzone ślepia. Mistrz pomyślał o tym samym. „No to mierniczy ma problem” – powiedział. „Eso que nique” – zgodził się Meksykanin. David Smith i Ulysses Pemberton stali ze spuszczonymi głowami przed sztygarskim biurkiem. Próbowali unikać spojrzenia szefa, który gotował się cały jak smocza paszczęka.
„Coś ty tu najlepszego odjebał Smith?” „Skała jest bez Hefalitu”. „O, jaki bystry!” – wykrzyknął kąśliwie sztygar i przywołał hologram mapy geologicznej. „Co to jest?” „Moja mapa geologiczna”. „Właśnie, twoja mapa. Oparliśmy na niej całą kampanię eksploracyjną”. „Nie, to nie tak”. „Będziesz się jeszcze kłócił? Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się staram, żeby nie wylać cię na zbity pysk”. David Smith opanował stres i zaczął się tłumaczyć: „Zrobiliśmy najpierw pobór skał i analizę geochemiczną. Wytypowałem obiecujący obszar, który nadawał się do badań geofizycznych”.
„Na razie nie powiedziałeś nic, czego bym nie wiedział”. „Gdy prace geofizyczne zakończyły się sukcesem, wykonaliśmy otwór wiertniczy, aby pobrać rdzeń skalny. Przenośny lab zbadał parametry próbki, potwierdzając, że mineralizacja może mieć znaczenie złożowe”. „Aż mnie uszy rozbolały. Wykonanie karotażu to przecież koszt kilkuset tysięcy dolarów”. „Poczekaj, daj mi skończyć” – wycisnął mierniczy z miną dobrodusznego naiwniaka. „Kiedy ja wiem, co potem. Do akcji wkracza Pemberton, planując liczbę, kierunki i rodzaj szybów, sposób prowadzenia wyrobisk poziomych i trasę szynową. Spędził nad tym projektem kilka makrocykli. Zresztą co ja będę za niego.
Ulyssesie, przypomnij naszemu chojrakowi, ile kosztuje wybudowanie jednego szybu”. „Kwota rzędu 20 milionów dolarów per mila”. „Ile mamy tych mil?” „Sześć” – wybąkał Kostarykanin. „Same tunele kosztowały nas 120 milionów dolarów. A przecież trzeba jeszcze zaprojektować zbiornik unieszkodliwiania odpadów wydobywczych i przygotować zakład wzbogacania rud”. Pemberton podniósł rękę. „O czymś zapomniałem?” Susillo pozwolił kasztiarzowi mówić, będąc przekonanym, że wbije ostatni gwóźdź do trumny. „Nie mamy zbiornika unieszkodliwiania odpadów wydobywczych. Wszystko ląduje w magmie. Natomiast zakład wzbogacania rud jest państwowy i znajduje się na Fort Eisenhower”.
Sztygar machnął ręką. „Nie łap mnie za słówka, do diaska”. „Judy, czy mogę dokończyć?” – David nie chciał dać za wygraną. „Nic już lepiej nie mów. Dobrze ci radzę”. „Złoże miało zapewnić produkcję Hefalitu na poziomie 50 tysięcy ton rocznie. Przez problemy nie zwróciłoby się w oczekiwanym przez McDermotta stopniu, ale udobruchałem go, bo spółka nadal ma w garści potencjał wzrostu, wysoką marżę i poszerzenie dotychczasowej bazy zasobowej. Ale teraz wszystko to do śmieci. Nic nie zarobimy. Jesteśmy skazani na wyczerpujące się wyrobiska i milionową opłatę podatkową do końca Millersa za wznowienie dzierżawy”.
„Znajdziemy nowe złoże”. „Nie rozumiesz, że zbankrutujemy?” „Kazałeś oszczędzać!” – wybuchnął mierniczy. – „Ciąć, gdzie da się ciąć. Przy zatwierdzaniu przez ciebie projektu i potencjału ekonomicznego podkreślałem, że jeden otwór wiertniczy to zdecydowanie za mało, by potwierdzić występowanie strefy zmineralizowanej i zbudować wiarygodny model geologiczny złoża. Doradziłem więcej odwiertów i wezwanie inżynierów, którzy opracują sensowny model wydobycia. Tu też zakręciłeś kasę, każąc mi przygotować dokumentację samodzielnie, do czego, kilof jego mać, nie mam kompetencji. Taka jest prawda. Taka. To nie moja wina. To ty dałeś dupy” – krzyknął i momentalnie się poprawił, widząc piorunujące spojrzenie przełożonego.
– „W sensie razem. Razem daliśmy, Judy”. Przez minutę kierownik po prostu siedział, pozwalając myślom swobodnie płynąć. „Dobra, idź stąd. Wywalam cię”. „Jak to mnie wywalasz?” „Normalnie”. „Jak normalnie?” – Smithowi opadła szczęka. „Normalnie, normalnie. Powołując się na świeckie prawo fortów i wszystkie świętości”. „Przecież mam dożywotnią umowę”.
„Widocznie jak w małżeństwie, dla niektórych do śmierci to stanowczo za długo”. „Nie możesz mnie tak po prostu zwolnić”. „Dobra, przekonałeś mnie. Tylko się już wreszcie zamknij” – powiedział pogardliwie Susillo. – „Jak daleko jest jakieś inne złoże?” „Gdybyśmy bili milę w rzucie poziomym” – mruknął David – „dojdziemy do złoża o zasobności 14 tysięcy ton rocznie. Nawet się nie zwróci. Mówię o dużych pokładach”. „Musielibyśmy na nowo uruchomić urządzenie nadawcze i wysłać sygnał w głąb gruntu, więc trudno mi powiedzieć z całą pewnością, ale wydaje się, no, że około cztery mile w rzucie poziomym i trzy w rzucie pionowym jest pokład na poziomie sześćdziesięciu tysięcy ton rocznie.” „Sporo” — gwizdnął Ulysses. „Musielibyśmy wykonać kupę wyrobisk pionowych łączących chodniki kopalniane na różnych poziomach i przebudować całe podawanie prądu z wentylacją.” „Nie przesadzaj.” — Smith wyglądał, jakby uderzył małym palcem w kant mebla. — „Odległość nie jest wcale zawrotna.” „No nie wiem.
Co mila w głąb to gwałtowny wzrost temperatury, większe zużycie prądu i częstsza konserwacja wentylatorów. Doliczmy koszty montażu maszyn.” „Odbilibyśmy się od dna w księgach finansowych?” — Suslila interesowało wyłącznie podsumowanie. „Nikt tego nie zagwarantuje” — odpowiedział kaszciarz. Judy dał sobie chwilę na zastanowienie. Nakazał jak najszybciej napisać kosztorys i obszerny raport z potencjalnymi frontami przyszłej eksploatacji. Gdy je otrzymał, poszukał w szufladach dokumentów, które mogłyby poszerzyć ekspercką optykę, włącznie z umową leasingową, aprowizacyjną, danymi na temat aktualnej bazy zasobowej i listą patentów. Tego samego dnia zwrócił się do banku o finansowanie zewnętrzne. Zakończył, prosząc o pozytywną weryfikację i zapraszając kogoś, by przeprowadził niezależne studium wykonalności. Automat odpisał, że rozpatrzenie nastąpi nie wcześniej niż za trzy mikrocykle. Musiał być cierpliwy.
Pierwsze, o czym pomyślał, to żeby się schlać. Będąc żółtodziobem pił, bo inni pili. Potem pił z nudów, ostatnio zaś pił dlatego, że sprzedał im dużo wyobrażeń na swój temat, których teraz musiał pilnować już jako szef i autorytet. Tego jeszcze brakowało, żeby zawisło nad nim widmo bankructwa.
[01:39:12] - Drugi fragment za nami. I teraz pytanie bezpieczne, gdzie nie muszę się gryźć w język i obawiać, że zdradzę zbyt wiele dla osób, które po książkę sięgną. To świadczy zresztą o sile tej prozy. Nieustannie miałem taką tęsknotę. Tęsknota to jest jednak najlepsze określenie, żeby zerknąć, co jest za płotem. To znaczy mamy tu opisany świat, taki mały świat kopalni, w której żyje określona liczba ludzi, ale gdzieś tam dochodzą do nas sygnały w różnych częściach książki, co tam się dzieje w szerokim wszechświecie. Z jednej strony mamy do czynienia z rozprzestrzeniającą się ludzkością, a z drugiej strony dostajemy takie sygnały, że Stany Zjednoczone istnieją nadal, chociaż naprawdę minęło sporo czasu od teraźniejszości. Gdzieś tam są Niemcy, gdzieś tam jest Rosja. To jak to uniwersum wygląda?
[01:40:47] - Masz rację. Jest ten kształt, rysunek świata poza Telemorfaksem, czyli planetą, na której dzieje się akcja. Przekazując tylko kilka detali z tej geopolityki, niejako aktywizuję jeszcze większe poczucie osamotnienia nie tylko tych ludzi, ale również czytelnika. Czyli czytelnik, tak jak moi bohaterowie, też czuje, że nie ma ucieczki, że nie jest w stanie wyściubić nosa poza tę planetę. W związku z tym pracuje to na moją korzyść. Albo inaczej — pracuje to na korzyść tego, jak sobie wyobraziłem, żeby osoby mające diabła w książce czuły się w trakcie pisania, czyli były zanurzone w tej duchocie, w tej ciepłocie, w tej ciemności i w tej grupie, która jest ich jedynym zaczepieniem. Tylko kilka twarzy ludzkich są w stanie zobaczyć w trakcie tej powieści. W związku z tym muszą się do nich przywiązać. Po prostu nie mają wyboru. W przeciwnym wypadku pozostanie im tylko własna kajuta i praca.
[01:42:14] - Ja chciałbym teraz namówić ciebie do rzeczy karkołomnej, ale bezpiecznej z punktu widzenia powieści. Spróbowałbyś opisać uniwersum poza planetą, którą opisujesz? Jak mniej więcej ta rzeczywistość wygląda?
[01:42:38] - Tutaj trochę odwołujemy się do kształtu zimnowojennego, a dokładniej to, o czym mówiłem. Wyobrażam sobie ten świat jako odtwórstwo pewnych właściwości naszych zachowań, jeśli chodzi o relacje międzypaństwowe, o relacje obyczajowe.
[01:43:00] - W związku z tym, jak pojawia się w książce, zbyt dużo nie powinno psuć zabawy. Chciałem, żeby wzrosły kraje, które mają pretensje do tego, żeby cokolwiek znaczyć. Czyli na przykład mamy planetę podbitą przez Koreę Północną. Uznałem, że nie ma nic fajniejszego niż tak egzotyczne warunki, żeby nawet Korea Północna cokolwiek osiągnęła pod kątem technologicznym albo swojego autorytetu. Mamy również dostawcę, który wiemy, że pochodzi z Francji. Ta Francja też jest opisana w taki sposób, który pozostawia czytelnikowi pełną wolę w sprawie wyobrażenia. Wiemy, że jest to miasto obrosłe pięknymi mitami, ale jednak upadłe. W związku z tym, jako że świat zewnętrzny nie jest główną osią decydującą o odbiorze, nie został specjalnie mocno zarysowany na samej planecie. Wokół bohaterów dzieje się na tyle dużo, że nie chciałem czytelnika niepotrzebnymi wątkami przeładowywać.
[01:44:17] - Rzut oka na czat, który nam towarzyszy. Karol Lipiński pyta: „Czy skłonność autora do literatury psychologicznej i naturalizmu wiąże się w jakiś sposób z krytyką rzeczywistości?” Jest cały nurt literatury autotematycznej, w której autorzy odnoszą się sami do siebie. Może zjawisko bardziej niż nurt.
[01:44:52] - Zapewne tak. Każdy ma na to własny pomysł. Ja chciałem to zrobić w tak brutalny i bezpardonowy sposób, jak to możliwe. Czyli tak jak rozmawialiśmy, rzuciłem wyrwany kawałek twórczego mięsa w postaci wiersza i powiedziałem moim bohaterom: „Macie, możecie deptać, ile chcecie” i nie próbowali unikać tego faktu. Natomiast jeśli chodzi o pytanie o moje skłonności do psychologii albo naturalizmu, czy wiąże się to z krytyką rzeczywistości, to jest pytanie, na które można odpowiedzieć na bardzo dużo różnych sposobów. Ja bym aż tak daleko z tym nie uciekał. Tak jak wspominałem, ten humanizm we mnie odradza się bardziej w życiu codziennym. W momencie pisania interesują mnie wyniki, efektywność, efektowność, spójność, tryby, z których żaden nie ma na sobie rdzy. W związku z tym psychologia pojawia się w większym rozmiarze dlatego, że my sami oprócz wody składamy się z psychologii. W zasadzie to jest nasza druga noga, tylko że umysłowa, a nie typowo cielesna.
A jeśli chodzi o naturalizm, to ja jestem sam fanem naturalizmu. Książka jako obiekt, jako papier jest już na tyle, w moim mniemaniu, odległa od pełnej asymilacji. Dużo skuteczniej działa film, gra komputerowa, muzyka, że ten naturalizm, ta umiejętność wyzwalania w sobie naturalnych odruchów, chodzi mi o bohaterów, jest najistotniejsza, żeby w to wsiąknąć. Ponieważ kiedy siada się do pisania, na pewno jest tutaj też część osób, które próbują sił w pisaniu albo wręcz wydają, bo jest to pasja, która nic nie kosztuje i to jest też jej wielka siła. Same widzą, że kiedy zaczynają pisać, włącza się pewien zmysł teatralności i bardzo trudno go opuścić. Tak jakby się stoczyło niesamowity dialog przy piwie albo w sklepie, kiedy się siada i to są tylko litery i to jest tylko białe tło, bardzo trudno zachować się naturalnie. Tak bym na to odpowiedział. Nie jest to moja krytyka rzeczywistości. Rzeczywistość przyjmuję taką, jaką jest, w szerokim tego rozumieniu. Naturalizm wynika z tego, że to jest mój pomost do uatrakcyjnienia literatury jako medium, które uważam za i tak stosunkowo mało plastyczne jak na nasze dzisiejsze możliwości.
A jeśli chodzi o psychologię, to tak jak wspominałem, oprócz wody składamy się ze świata zdarzeń psychicznych. W związku z tym jest to dla nas bardzo istotne.
[01:48:10] - Tak. Teraz mały przeskok. Z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że zyskałeś tak naprawdę w mediach społecznościowych, żeby nie wymieniać konkretnych, dużą pochwałę od znawców. Szukam wielkich określeń, ale po prostu ludzi, którzy się na przykład na górnictwie znają. Okazuje się, że wiesz, o czym piszesz.
[01:48:50] - Pojawiały się pierwsze takie komentarze niedawno od osób, które książkę czytały, a bezpośrednio są związane z górnictwem albo wręcz pod ziemią, albo w trybach administracyjnych. Faktycznie ta opinia jest bardzo dobra. Jest zaskoczenie, jak bardzo moje opisy przypominają pracę górników. Jest to dla mnie tylko powód do wielkiej radości, bo ile mogę tutaj opowiadać, jak ja się cieszę, że ja tak ładnie te statki opisuję albo jak ja się cieszę, że te moje wulkany wybuchają tak wysoko, to realną pochwałą jest to, kiedy ktoś, kto zna się w pełnym tego słowa rozumieniu na tym zawodzie albo na tej profesji, powie: „Kurka wodna, dobra robota, jest to realistyczne”. Także ja się bardzo cieszę z tych opinii.
[01:49:49] - Okej, właściwie to pytanie już padło, bo była mowa o tych dziwnych artykułach, ale jednak będę drążył. Tak szczegółowe poznanie tematu górnictwa — ja już nie twierdzę, że to wymaga jakichś specjalnych studiów — ale kiedy przeczytałem o pewnych fragmentach, od razu deklaracja programowa: ja w ogóle się na górnictwie nie znam. Raczej jakieś docierają do mnie sygnały. Ale to było tak, że nagle znalazłem w tej książce rzeczy, o których gdzieś tam kiedyś słyszałem. Pierwszy z brzegu przykład: lutniociągi albo te rzeczy, jakieś fachowe określenie. Kiedyś słyszałem, nawet nie do końca wiem, o co dokładnie chodzi, ale słyszałem w kontekście górnictwa. Czyli ty przez cały czas posługujesz się nomenklaturą fachową, odczytywaną z jednej strony — to, co mówiliśmy — na mediach społecznościowych. Z drugiej strony dla takich profanów jak ja to też się kojarzy jak najbardziej — górnictwo. To pytanie prowokacyjne, ale studiowałeś górnictwo jakoś specjalnie? Ile tych artykułów o tym górnictwie przeczytałeś?
[01:51:27] - Nie studiowałem ani materiałoznawstwa, bo też mam analizę materiałoznawczą.
[01:51:34] - Tak.
[01:51:35] - Która na wielu różnych poziomach analizuje właściwości termiczne, wytrzymałościowe i ciśnieniowe hefalitu.
[01:51:45] - Hefalitu, tak.
[01:51:46] - Który jest moim fikcyjnym tworzywem. Natomiast wydawca w momencie, kiedy przyjmował książkę, też pytał, czy ja pracuję w kopalni. Mówię: „Nie, nie pracuję. Przykro mi, bo nie”. Albo nie przykro.
[01:52:00] - Jakiż to zawód! Bo ja już naprawdę miałem chwilami taką wizję: „O, to jest gość, który się wyrwał z kopalni i teraz zaczął pisać książki. Ale on tam siedział, pracował, wie, tak, tam był, dotykał tego wszystkiego”.
[01:52:19] - Troszkę unikam odpowiedzi, ponieważ boję się, że będzie niesatysfakcjonująca, ale wolę czytać jakąś literaturę fachową albo artykuły niż literaturę piękną. W związku z tym wytworzyłem sobie pewną łatwość kojarzenia faktów, uzupełniania informacji. Zresztą jestem pisarzem, który jeśli pisze i potrzebuje czegoś fachowego: „Jak ten przyrząd się nazywał?” albo „Tutaj powinienem napisać coś takiego”, niestety nie ruszę z miejsca, dopóki tego nie zrobię. Nie potrafię tworzyć plackami, wyspami. Muszę iść po sznurku, ale nie dlatego, że tej wyobraźni mi gdzieś brakuje. Tylko plan, który mam w głowie i krajobraz wszystkich wydarzeń musi idealnie z siebie wyrastać. To tak, jakbym miał posadzić drzewo i oczekiwać, że najpierw gałęzie urosną i tam trochę pnia. Nie, musi to iść po kolei, żeby wytworzyła mi się w głowie pełna mapa wszystkich wydarzeń. I wynika to właśnie z tego — tak pokrętnie odpowiadając na to pytanie — że najpierw muszę odpowiednio dużo przeczytać, żebym poczuł, że to moje naczynie jest napełnione odpowiednią nomenklaturą, odpowiednim wyczuciem tego tematu. Ale oczywiście weryfikacja absolutna nie istnieje.
Na placu boju musi się to okazać. Moim zadaniem jako pisarza jest nie znać się na wszystkim, ale przygotować się wystarczająco dobrze, żebym był wiarygodny, żebym nie był śmieszny, żebym się nie silił, tylko żebym, jeśli już decyduję się o czymś mówić, to żebym wiedział coś o tym albo przynajmniej potrafił się poruszać na granicach wyobraźni tak, żeby to wszystko dobrze razem wyglądało. W związku z tym nie wiem, czy to jest satysfakcjonująca odpowiedź i może nie jestem autorem siwiejącym z bardzo długą brodą, który wspierając się na słowach „autorytet” albo „doświadczenie” jest wystarczająco wiarygodny, żeby to przyjąć za pewnik. Ale tyle rzeczy jednak przeczytałem, tak długo piszę, bo od 11. roku życia. Oczywiście na początku było to zupełnie niezjadliwe i bardzo długo było niezjadliwe, ale wytworzyły się pewne cechy, umiejętności, nos, który mnie prowadzi i na ten moment mnie nie zawodzi.
[01:55:06] - Szanowny autorze, teraz będzie ciężkie pytanie, a właściwie ciężkie zadanie. Rzucam okiem na czat. Nic mnie to nie boli, ale rzucam. Kasia Sindbad. To jest pytanie albo stwierdzenie. Cudzysłów: „ciężka” zamknąć cudzysłów, fabuła.
[01:55:28] - Pytanie, jak to rozumieć?
[01:55:30] - Właśnie. Spróbujmy to zinterpretować, bo więcej elementów do interpretacji nie mamy. To spróbujmy zinterpretować to, co jest.
[01:55:44] - Przyjmę, że pani Katarzyna wysnuwa takie założenie, że w związku z tym wszystkim fabuła pewnie jest trudna do strawienia. Mogę tylko ze swojego zdania, ewentualnie ty, Marku.
[01:56:02] - To ja się wtrącę. Powiem tak: fabuła zupełnie nie jest ciężka do strawienia. To się czyta samo. I teraz, autorze, proszę.
[01:56:14] - Bardzo się cieszę. Tak, też moim zdaniem fabuła jest strawialna. Żeby napisać dobrą książkę, trzeba mieć, to się tutaj odwołujesz wielokrotnie, pewne wyczucie. W przeciwnym wypadku gdzieś to się zacznie rozchodzić w szwach. Trzeba mieć wewnętrznego redaktora, żeby temu przeciwdziałać. Byłem na wycieczkach w kopalniach. Oczywiście nie masowo. Nie było tak, że piszę o kopalni, więc rzucam się teraz z mapą i objeżdżam wszystkie kopalnie. W kopalniach bywałem. Mamy internet i tak jak wspominałem dłuższy czas temu, mamy publicznie dostępne dysertacje, doktoraty, opisy z lat przeszłych, z wieków przeszłych.
[01:56:58] - Przepraszam, bo tu się pojawiło dopełnienie pytania pani Kasi Sindbad. Tak nie do końca dopełnione: „A chociaż był pan w kopalni na...?” I tu się urywa pytanie, przynajmniej dla mnie. Ale tu zyskujemy odpowiedź w trakcie.
[01:57:18] - Tak, wydaje mi się, że na to odpowiedziałem. Na przestrzeni lat zdarzyło mi się być w kopalniach. Tutaj już mówiłem o naukowych dokumentach, dziełach, o relacjach, o dokumentach, które są już szeroko dostępne. Mamy powieści, tak jak tutaj przywołany „Germinal”, do którego też zdarzyło mi się zajrzeć, poczuć ten powiew, ten zapach i tworzyć na tej kanwie coś własnego. Jedna wielka mieszanka, która zagrała w moim przypadku. Natomiast zaczynam się obawiać i mam nadzieję, że tak to nie jest rozumiane, że to jest książka fachowa, która jest przecięta dialogiem. Tak oczywiście nie jest. To wszystko jest anturaż. To wszystko jest z okoliczności. To nie jest tak, że to jest książka sensu stricte o nomenklaturze, o rozkładaniu sprzętów na czynniki pierwsze.
Nie. Tutaj chodzi o ludzi. Tutaj chodzi o fabułę, którą chciałem, żeby była wciągająca, zróżnicowana, dynamiczna. A wartość merytoryczna, która to otacza, jest tylko dopełnieniem, uwiarygodnieniem tego wszystkiego.
[01:58:37] - Ja jako człowiek prosty, a chwilami nawet prymitywny, powiem, że tam się nawet pojawiają sceny miłosne jak miłosne, ale seksualne ewidentnie. Zresztą opisane niezwykle sprawnie, bo pewną miarą sprawności literackiej, sprawności pisarskiej jest właśnie sposób, w jaki się tego rodzaju, tu cudzysłów, „trudne sceny” opisuje. Moim zdaniem te opisy, które się znajdują w książce, są udane, bo one ani nie epatują, przesadnie przynajmniej, tą seksualnością, ale z drugiej strony to nie są sceny ze świętoszka. One są po prostu normalne. One są, przypuszczam, że przez cudzysłów, „normalnego czytelnika” przyjęte w sposób taki: „Okej, to jest jakiś element życia”. Właśnie został opisany przez autora.
[01:59:48] - Idealnie tutaj wszystko powiedziałeś, bo sam odpowiedziałeś sobie na pytanie. Już nic nie muszę dodawać. Właśnie tu jest ten klucz. Kiedy wyobrażamy sobie tworzenie czegokolwiek, to musi być ekwilibrystyczne, musi być kolorowe, musi strzelać albo w jedną, albo w drugą stronę. Albo wręcz przeciwnie. Jak już ma być smutne, to musi dobijać. Jak ma łamać, to nie psychikę, najlepiej od razu kości. Nie do końca. Literaturę ponadczasową pisze się kluczami, szablonami, ale szablonami nie takimi od linijki albo wiecznie to samo, ale takimi, które są głęboko w nas zaszyte, z których się składamy. I dokładnie w ten sposób chciałem opisać seks, bo tak sobie pomyślałem, że seks uprawia się tak samo mimo upływu tysiącleci.
Czyli jest dwoje ludzi, jest akt, jest pewne spektrum emocji, a wszelkie inne nadbudówki, takie jak dominacja, uległość, nie chcę tutaj za bardzo już biec, ale one są uwarunkowane czasami, w których żyjemy. Te preferencje, wyobrażenia się zmieniają. Więc tak, ta normalność tego seksu, ale jednocześnie nieuciekanie od czegokolwiek w tym seksie było tym kluczem, który obrałem i I cieszę się, że on się sprawdza. Nie trzeba daleko szukać. Fantastyka polska, być może nie dla wszystkich tak jest, ale mam wrażenie, że jednak większość ludzi tak uważa, jest najlepszym przykładem jak o seksie nie pisać albo jak o dynamice damsko-męskiej nie pisać. Najczęściej są to rzeczy prymitywne, niepotrzebnie grubiańskie, niepotrzebnie wyeksponowane. Mogą takie być, nie ma problemu. Tylko pytanie, czy zostały tak pomyślane celowo, czy są pełnym odwzorowaniem pojęcia seksualności autora?
[02:02:01] - Patrząc na niektóre utwory science fiction, to powiem tak ogólnie bardzo: miejmy nadzieję, że nie. To tyle. Natomiast ja tu znowu rzucę okiem. Pani Kasia Sindbad pisze o tej kopalni i tam, gdzie się przerwało, to na poziomie 950. Rozumiem, że to tylko uzupełnienie. Natomiast John Renegat pisze coś takiego: „W ostatnim fragmencie specjaliści tłumaczą sobie kwestie techniczne. Trochę jakby byli laikami.” Czyli mamy do czynienia z czytelnikiem i to takim bardzo wnikliwym. „Trochę jakby byli laikami. Może w takiej sytuacji wstawić zielonego prezesa, któremu trzeba wytłumaczyć kwestie oczywiste dla innych?” O, bardzo szczegółowe, wchodzące już w fabułę pytanie.
[02:03:13] - W zasadzie trudno na nie odpowiedzieć. Jest to moja wizja. Bohaterowie, których wykreowałem, są wystarczający, żeby opowiedzieć historię w sposób taki, jaki uważam za angażujący. Jeśli chodzi o tłumaczenie pewnych rzeczy prosto. Pisanie, również w aspekcie reżyserii, kiedy tworzy się film albo serial, to jest jedna wielka sztuka kompromisów. Ponieważ obok górnika, którego usatysfakcjonuje słowo „numer jeden”, mam kogoś, kogo to nie interesuje i musi go usatysfakcjonować słowo „dwa”. A osoba trzecia chciałaby się po prostu dobrze bawić i czeka na słowo „numer trzy”. W związku z tym pewne rzeczy tego typu oczywiście, że się pojawią i będą się pojawiać w każdej książce. Natomiast włożyłem bardzo dużo pracy w to, żeby wszystko działało jak najrealistyczniej i by każdy dobrze się z tym bawił, ale też dowiedział się czegoś nowego o górnictwie albo szerzej o moim świecie.
[02:04:24] - Tu dosyć zabawna wymiana myśli na czacie. John Renegat: „Pani Kasiu Sindbad, a była pani na Księżycu chociaż?” Kasia Sindbad: „Aż się czerwienię.” John Renegat: „Mam nadzieję, że nie ze złości.” Aż sam jestem ciekaw, jak dalej ten dialog wybrzmi, a w każdym razie jak zostanie zapisany na czacie. Ja natomiast pytanie do naszego gościa następne. W pewnym momencie powieści pojawia się duże stężenie — proszę mnie poprawić, ale ja to tak wyartykułuję — absurdu. Pod koniec powieści pojawia się coś takiego, że-
[02:05:19] - Marku, bo tutaj słowo klucz: „pod koniec powieści”. Zastanów się, czy na pewno chcesz to powiedzieć.
[02:05:25] - Właśnie. Też się zacząłem zacinać właśnie z tego względu. Więc zostańmy na tym poziomie ogólności. Właśnie, pojawia się ten absurd. Bardziej porozmawiajmy o mechanizmie niż o szczegółach. Czemu to służy? To może najbardziej proste pytanie.
[02:05:54] - Trudność jest taka, że teoretycznie wiem, o czym mówisz, ale pewny być nie mogę.
[02:06:01] - Ja wiem. Jak już pytający mówi, że pytanie jest proste, to właściwie autor powinien uciekać w tym momencie.
[02:06:09] - To prawda. I jeszcze dochodzi do tego trzeci filar, w którym muszę to powiedzieć tak, żeby może samemu nie wybiec za daleko. Postaram się trochę polawirować tak, żeby to miało sens. Wcześniej rozmawialiśmy o rozdziałach, że one są krótkie. Ja je nazwałem dykteryjkami, anegdotami. Oba te spojrzenia są prawdziwe. W związku z tym, jeśli nie mam tutaj takiego typowego podziału na akty albo nie mam typowego prowadzenia historii poprzez jakieś rozdziały dłuższe, może bardziej naturalnie oddzielające pewne wydarzenia. Wymyśliłem sobie, że moim kierunkowskazem, falą wznoszącą — każda historia ma jakąś własną falę wznoszącą — będzie eskalacja do pewnego odczucia. I uznałem, że przy sposobie mojego pisania dialogów, przy moim wyobrażeniu tego, jak chcę, żeby to było odebrane, pasował mi do tego absurd. Oczywiście Nie mówimy o absurdzie, który kompletnie odkleja człowieka od fabuły i mówi: „Co się tutaj w ogóle dzieje?
Bo już chyba jestem w jakimś innym świecie”.
[02:07:38] - Nie, oczywiście. I to nie absurd, który czyni fabułę absolutnie odklejoną od rzeczywistości.
[02:07:48] - Bardziej pewnie chodzi ci o to, że cechy bohaterów, te bardziej ukryte albo te bardziej karykaturalne — każdy z nas ma jakąś karykaturalną cechę — bardziej się uwydatniają. Albo pojawia się więcej postaci, które jeszcze bardziej podsycają to odczucie. Podsumowując, był to mój sposób na pewną drabinę, po której będzie się wspinać historia, czyli będziemy urastać do pewnego uczucia.
[02:08:22] - Okej, tak zwana trudna odpowiedź mimo wszystko, bo zastanawiam się, jak w tej chwili odbierają tę odpowiedź ludzie, którzy książki nie czytali. Ale to jest w gruncie rzeczy ich problem. Należy w takim razie jak najszybciej ów defekt naprawić, czyli po prostu książkę przeczytać.
[02:08:49] - Tak. Niech mi słuchacze wybaczą, natomiast rozmawiamy już dwie godziny, starając się nie zdradzić zbyt wiele. To jest dość duże wyzwanie. Może się tak nie wydawać, ale jest dosyć duże.
[02:09:00] - W gruncie rzeczy tak. Też się czasami czuję tak, jakbym stąpał po polu minowym. Dzięki zresztą za ostrzeżenie, które przed chwilą padło, bo gdzieś bym się mógł rzeczywiście zapuścić za bardzo. To pytanie kolejne, które jest wpisane w poetykę naszych czasów, że tak sobie górnolotnie to określę. Co mam na myśli, mówiąc o poetyce naszych czasów? Otóż ja odnoszę takie wrażenie, że poetyka naszych czasów to jest ciąg dalszy nastąpi. I tu pytanie, czy ta powieść może mieć ciąg dalszy?
[02:09:51] - Już się bałem, że zostawisz mnie tutaj ze znacznie trudniejszym filozoficznym pytaniem, ale na szczęście jest to pytanie, które w ramach moich kompetencji się mieści. Kontynuacja. Miałem już pytanie o kontynuację. Powiem inaczej: warto czekać na nowe pomysły i nowe historie, które mam w głowie i które już realizuję. Lubię być w miejscach z pisaniem. Wiem, że to może komicznie brzmieć przy osobie, która wyda pierwszą książkę, ale samo w sobie pisanie nie jest dla mnie niczym nowym. Lubię być w miejscach, w których mnie wcześniej nie było. Mam wiele pomysłów, które dotykają zupełnie innych sfer. Oczywiście nie chcę się tutaj zagłębiać. Nikomu to się nie przysłuży, myślę.
Warto po prostu czekać. W związku z tym nie chcę być autorem, który się przywiąże do science fiction. Nie zamierzam być kimś takim, mimo że uwielbiam ten gatunek. Bardzo dobrze się w nim czuję. Powiem, że na pewno następna książka będzie science fiction. I science fiction takim bardziej, powiedzmy, rasowym, może mniej obyczajowym, bardziej z motywem przygody, ale też przygody zachowującej wszelkie prawidła nauki, a nie space opery.
[02:11:20] - Jako osoba zainteresowana, powiem w ten sposób, że space opera to też jest tak zwana space opera klasyczna i space opera nowa. I ta space opera nowa to jest ta space opera, która jak najbardziej z hard science fiction jest za pan brat. To à propos. Poczułem się wywołany do tablicy po części. Ale pytając, pojawiała się tu taka deklaracja nie wprost, to ja ją będę usiłował skonkretyzować. Czyli nie tylko science fiction, czyli też głównonurtowa literatura?
[02:12:11] - Trudno mi powiedzieć. W tym momencie mojego rozwoju jestem w miejscu, że bardzo lubię literaturę, która potrafi łączyć wiele różnych gatunków, która sięga mniej lub bardziej do innych gatunków. I tak chciałbym pisać. Czyli mamy tutaj „Kazus diabła”: thriller, psychologiczna powieść obyczajowa i science fiction wsparte na naukowych podstawach, mniej czysto fantastycznych. Bardzo lubię alternatywne historie. Mam dużo pomysłów z tego kręgu tematycznego, więc myślę, że na tym skończę. Na pewno będzie można się spodziewać alternatywnych historii. Jeśli pytasz o taki typowo na przykład obyczaj, myślę, że to mi nie grozi. Przynajmniej na razie.
[02:13:10] - Rzucam znowu okiem na czat, jakkolwiek komicznie to brzmi. Kasia Simpat — tak zwane pytanie kończące. Uwaga, uwaga! To w końcu o czym ta książka jest? O seksie czy o kopalni?
[02:13:31] - Powiem szczerze, nie jestem pewien, czy jest sens odpowiadać na to pytanie. Rozmawialiśmy ponad dwie godziny, zagłębiając się we wszelkie możliwe przejścia, jamy i korytarze tej fabuły na tyle, na ile jesteśmy w stanie. W związku z tym, pani Katarzyno, zachęcam do przesłuchania od samego początku, kiedy zakończymy audycję.
[02:13:53] - To była prowokacja. Tak czy inaczej.
[02:13:56] - Chciałem ją nazwać innymi słowami, ale też tak myślę.
[02:14:01] - John Renegat: „To kwestia wiarygodności. Dwóch lekarzy nie rozmawia o wpływie krytycznej saturacji krwi na pacjenta, bo dla nich to jest oczywiste. Jestem za pogłębieniem tematu, ale w sposób bardziej wiarygodny. Ale nie czepiam się. Fragment fajny.”
[02:14:25] - Ja się zgadzam. Też nie piszę w taki sposób, w którym bohaterowie tłumaczą sobie oczywistości. Mówię tylko, że autor nie jest w stanie znać się na wszystkim. Autor nie jest w stanie napisać jednej książki, która w odpowiedni sposób przekazuje wszystkim to, czego oczekują. Nie zadowoli specjalisty i laika jednocześnie albo będzie to bardzo trudne. W związku z tym na pewno nie ustrzegłem się jakichś błędów. Trzeba pamiętać, że jest to mój debiut. Mam nadzieję, że czytelnicy przeczytają i dopiero potem będą formułować swoje ostateczne opinie.
[02:15:10] - Miejmy nadzieję, bo moda co prawda podpowiada inaczej, że należy się wypowiadać na temat spraw, o których ma się pojęcie średnie. To i tak przesadzam. Moda na to, żeby mówić albo w każdym razie posługiwać się taką formułą: „Nie znam się, to się wypowiem, bo dlaczego nie?” jest dosyć popularna w tej chwili. Takie się rodzi we mnie pytanie. To jest tak zwane pytanie niewygodne dla każdego autora. Myślę, że już niejeden autor mnie za to pytanie znienawidził. Gdybyś miał polecić swoją książkę, to co byś powiedział?
[02:16:12] - Powiedziałbym, że bez względu na to, jakich gatunków jesteście wielbicielami, znajdziecie tam coś dla siebie. I wynika to nie z przypadku, tylko z tego, że starałem się stworzyć historię kompleksową, historię rozbudowaną, działającą na wielu poziomach emocji, uczuć, wyobraźni, do której podszedłem z dużą empatią, w której chodzi o ludzi. A przecież wszystkim nam chodzi o ludzi i w historiach chodzi nam o ludzi. Znajdziecie tam również zbudowany z dużą pieczołowitością element światotwórczy i przede wszystkim historię, która wedle moich radarów wciąga bez reszty, jest dynamiczna i posiada satysfakcjonujący finał z wieloma różnymi znaczeniami.
[02:17:05] - Jeśli dla państwa zabrzmiało to jak zakończenie audycji, to wyprowadzam państwa z błędu. To nie jest jeszcze zakończenie audycji. Niniejszym zapraszam państwa na trzeci fragment powieści, a po tym fragmencie będziemy rozmawiać dalej. Marku, prosimy.
[02:17:25] - Maszyna opadała z lekkim pochyleniem dziobu, odbijając tak mało światła, że wydawała się dwuwymiarowa. Lampki sygnałowe schodzące się krzyżakiem do centrum i z powrotem ku obrzeżu lądowiska pomogły transporterowi bezpiecznie usiąść. Susilo umknął mu z drogi olbrzymim susem. Silniki zafurczały, reflektory zgasły i drobiny siarki zawirowały żywiej w podmuchach porannego wiatru. Dotychczas funkcję agenta okrętowego pełnił Larry. Do pomocy przy rozładunku zaoferował się jednak Ted Boyles, gdyż wraz z umówioną godziną przybycia dostawcy zjazdy dawno by się zakończyły i miał czas wolny. Choć i z tą umówioną godziną nigdy do końca nie było wiadomo. Dostawca mógł spóźnić się do trzech dni, klient zaledwie kwadrans. Jest to jedynie przykład służący za koronę mnóstwa innych praw i obowiązków, które paradoksalnie ułatwiały tele morfistom życie. Wcześniej WSR musiało sobie radzić niejako ad hoc, cierpiąc z powodu nieregularnych dolotów nawet najbardziej elementarnych dóbr.
Uzgodnienia tranzytowe dotyczące dostaw do światów ściśle przemysłowych podlegały bowiem potwornie wysokim, zmiennym opłatom. Nieszczęśliwie wulkaniczna planeta miała status świata przemysłowego. Ostatecznie po wielomiesięcznych negocjacjach urząd celny Fort Eisenhower objął Telemorfax Wspólnotowym Kodeksem Celnym w ramach unii tranzytowej CFA. Zyskali nowy status i płacili jak wszystkie forty. Nikt już nie narzekał na brak narzędzi, chleba czy wódki, a pracowników udawało się zatrzymać na nieco dłużej niż pół roku. Przesuwna klapa szczęknęła. Pilot zszedł po trzech metalowych schodkach. W przedziale półmrok, ciasnota, ramy z nitami o trójkątnym przekroju, kraty porozrzucane ciążeniem startu, lądowania, odgłosy elektrycznych przekaźników. Jak strzelił kajuta na statku, którym co dopiero przestało bujać morze. Instrukcja postępowania w sytuacji kryzysowej przewiercona obok mikroskopijnego laksatorium miała wytłuszczony tytuł: „Réagir en cas d’attaque terroriste, de piratage ou de décompression.” Następnie zasłonił ją pilot dowódca, wygrzebujący się powolnie z kokpitu.
Trzymał rękę na hełmie. Pokazywał, że Sztygar zapomniał włączyć fonii. „Przepraszam.” Judy pomacał przy kieszeni hełmofonu. „Przed chwilą wstałem.” „Stąd takie rozkojarzenie” powiedział łamaną angielszczyzną wychodzący. Miał sympatyczny głos. Susilo go rozpoznał. Pierre Abdul, rodzony syn Francji, ale przebrany Maroka. Trudno byłoby wskazać innego ziemianina, który zawędrowałby tak daleko w głąb kosmosu, jednocześnie nie nosząc się z zamiarem przeprowadzki. Wyjeżdżał pracować na kilka miesięcy jak kierowcy samochodów ciężarowych zamierzchłej przeszłości, a następnie wracał, by szastać kasą. Mieszkał w Paryżu, ale nienawidził tego miasta.
Nie cenił jego historii czy architektury i uważał go za rynsztok Europy, który obrósł łobitami. Chyba naprawdę tak teraz wyglądał. A może był taki na długo przed rokiem zerowym nowego cyklu. „Jak ma się Paryż?” „Gdybyś wiedział, ile się pozmieniało.” Pierre Abdul machnął ręką. „Ludzie są nieznośni. Źle sobie życzą. To takie francuskie.” „Tak, bardzo francuskie” — wycedził Judy. „W innych krajach źle sobie nie życzą. W takich Stanach Zjednoczonych to wszyscy się miłują. Zero protestów, miłość, przyjaźń, kwiatuszki.
No i w Niemczech to samo. Na ulicach spokój. Każdy podaje sobie rękę. Guten morgen, panie Helmucie. Guten morgen. O koloniach nie wspomnę. Tylko w zacofanej Francji ktoś komuś źle życzy.” Jeszcze przez pewien czas Sztygar ciągnął na tę nutę. Francuzowi szybko to obrzydło. „Nastrój masz ciężki jak kodeks celny” — zauważył. „Skoro Francja ci nie leży, może zostaniesz z nami?
Znicz olimpijski nie może płonąć na cmentarzu. Masz o sobie zdanie. Kto wie, może bym cię zatrudnił. Przynajmniej naoglądałbym się umiejętności przyrody.” Po czym dodał: „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Znasz to powiedzenie?” Usłyszeli wytrysk lawy, która chlusnęła o skraj lądowiska, by spłynąć z powrotem w swój rozbuchany otmęt. Sztygar westchnął, świadom, jak niewiele to dla nich znaczy. Sworznie zgrzytnęły krótko i luk otworzył się, rozciągając sprężynę. We trójkę wypchnęli z niego podługowate, lewitujące skrzynie. Następnie poprowadzili je zdalnie do komory ciśnieniowej. „Co tacy połamani jesteście?” Sztygar zwrócił uwagę na ich chód.
„Przez te loty kosmiczne musimy robić ćwiczenia jogiczno-medytacyjne, które wywierają wpływ na poziomie cząsteczkowym. Mamy straszne zakwasy od tego szajsu.” Zamigotały jarzeniówki. Po kombinezonach ślizgnęło się światło. Dopompowano powietrza. Ściągnęli hełmy, rękawice. Włosy mieli pozlepiane i mokre, a ręce spocone. „Tu jest trochę chłodniej.” Drugi pilot otarł czoło wierzchem dłoni. „Ted Boyles dołączą do rozładunku. Przepraszam za spóźnienie. Jak ja mogłem w tak ważny dzień?” Wystarczyło jedno spojrzenie Susila, by zamilkł.
„Larry nie przyjdzie?” Pilot dowódca wyglądał na zmartwionego. „Rozchorował się.” „Szkoda. Najlepszy agent okrętowy w CFA.” Aktywowano mechanizm otwarcia najbliższej skrzyni, w której spoczywały ściśle opakowane butle z wodą pitną. „Trzydzieści galonów?” — spytał Sztygara. „Nienawidzę tych waszych systemów miar. Zawsze muszę sobie to przeliczać. Nie możecie w litrach i kilogramach jak ludzie? Doceń, że masz wyzwanie.” „Niech będzie. Trzydzieści galonów. Jest jeszcze druga taka sama.
Dodatkowo mamy po buszlu ryżu i kaszy, pół buszla mąki, dwa tuziny jabłek, bananów i pomarańczy pakowanych każda w osobną bibułkę. Po dwadzieścia funtów herbaty i kawy, sto trzydzieści funtów ziemniaków, siedemnaście funtów pasztetu gruchowego, cztery i pół funta pomidorów, dwadzieścia osełek masła konopnego, osiemdziesiąt jogurtów naturalnych, pięćdziesiąt zgrzewek piwa miodowego i pszenicznego, dwadzieścia pięć galonów wódki, jedenaście żarówek, po sześćset plastrów żółtego sera i świerszczy.” Mówiąc to, dostawca pokazywał palcem na wybrane pudła. „Cztery kubełki lodów, dwieście szesnaście paczek Marlboro czerwonych, liście bretoniki na kaszel, trzy galony szamponu, jedenaście rolek bandaży, blaszany kubek, dwadzieścia tubek pasty do zębów, najświeższe gazety, dwa odświeżacze powietrza o zapachu Kanady, szesnaście par slipów w rozmiarze L i jedna XL dla Waltersa, sto kostek mydła, pęk kabli, zestaw sterujący radiostacją B119T, cztery notatniki w linię, jeden w kratkę, obsydianowe wiertło Herwigela i bagaże dla pana Kopytowa. Mamy też skrzynię inspektową z roślinami, ale lista grządek jest długa i trzeba na spokojnie przejrzeć.” Susilo czuł się zbity z tropu. „To chyba jakaś pomyłka.” „Wcale że nie. Zamówione przez...”— Francuz spojrzał w tablet —pana Philipsa Rosena.” „Wybornie.” Judy załamał ręce. „Chyba sobie to w zmarszczkach posadzi. Jakieś zamienniki?” „Zamiast chęci do życia przywieźliśmy wam paczkę stanów lękowych, ale już tą pewnie jakąś macie otwartą.” „Bardzo śmieszne. Bałem się, że przywieźliście nasze żony.” „Raz się żeni, raz się żyje.” A tak poważnie? Zamiast dziewięciu galonów Coca-Coli mamy Pepsi.
Może być Pepsi? Susilo zwrócił się do Teda i zapalił papierosa. Boyle wzruszył ramionami. Chłopakom chyba obojętne. To weźmiemy. Podpisz tutaj, że mogą być wszystkiego 10 skrzyń. To dlaczego mamy tu 11? Zaopatrzeniowcy ucichli na moment w hipnotycznym odrętwieniu. Francuz po wariacku przejrzał embarkment. Byłby ich szef zatłukł, gdyby zapomnieli czegoś zostawić podczas poprzedniego rozładunku na Port Torres.
Koszty dolotów z reklamacji odbijały się bowiem na pensjach winnych. Jakie to ma znaczenie? Zapytał rzeczowo Pierre Abdul. Odparł jego partner. Musi być z dostawy na Fort Carter. Tam lecimy dopiero po przeładunku na Car Groźny. Dlatego coś mi tu nie pasuje. Chwila. Zaadresowana tutaj. Tylko czemu nie widnieje w liście przewozowym?
Zaraz zobaczę, co w niej jest. Wyświetlił odpowiednie tabelki, po czym zamrugał impulsywnie. Paczka pod pasek w tonowej skrzyni wychrzanionej na koniec ludzkiej mapy. Zwrócił się do drugiego pilota. Drugi pilot wykonał gest, który podpowiadał, że nic o tym nie wie i natychmiast zabrał się za otwarcie tajemniczego ładunku. Zanim jednak czegokolwiek dotknął, rozległo się słabe pukanie. Zbyt krótkie, żeby mógł stwierdzić, skąd dochodziło. Wyobraźnia zrobiła jednak swoje. Nerwowo cofnął dłoń niczym benklarz, który nie zdążył dokończyć kompletu, spostrzegając policjanta w cywilu. Ktoś puka.
Ktoś puka, nie? Niemożliwe, by to z tego. Nie traćmy czasu. Otwórz i odsuń się. Drugi pilot wykonał polecenie. Pokrywa błyskawicznie się odemknęła. Wewnątrz ujrzeli rudowłosą kobietę. Leżała sztywno, z rękoma skrzyżowanymi na piersi jak w jakimś sarkofagu. Wreszcie zwłoki wydały z siebie pisk pełen pretensji. Tułów rudej podniósł się niczym oparcie leżaka.
Choroba! Ile zamierzaliście mnie tam trzymać? Mężczyźni popatrzyli po sobie oczami wychodzącymi z orbit. Susilo zamarł i papieros wypadł mu z palców. Boyle spobladł. Chwycił się za czaszkę i wyszeptał umierającym głosem: Jezus, Maria, Józef. Pilot dowódca zdawał sobie sprawę, że musi ratować kuriozalną sytuację. Kim pani jest? Proszę się nie ruszać. Proszę zostać na swoim miejscu.
Nie zamierzała słuchać. Odruchowo odwrócili wzrok, gdy gramoląc się, pokazała spod spódnicy udo i pośladek. Była delikatna jak wazon. Na jej wykrzywionych ustach widniała błonka śliny. Wyglądała na wyczerpaną, mimo że przeterminowany makijaż nieźle spełnia swoje funkcje maskujące. Kręci mi się w głowie. Wody, dajcie wody. Czym prędzej napełniono blaszany kubek. Niemal na kolanach wylądował jeden z drugim przed jej majestatem. Ona tymczasem, wychwyciwszy spojrzeniem coś znacznie ciekawszego, oddała im ten kubek niczym zaręczynowy pierścionek, którego nie ma ochoty przyjąć i skinęła głową.
Nie. Jak jest, to wolę Pepsi.
[02:29:37] - Tak. I to był trzeci fragment. A ja w tak zwanym międzyczasie rzucam okiem na nasz czat i John Renegat pisze: „Ciężka dola debiutanta. Dużo odporności na wredne opinie skreślane bez zastanowienia lub takie, aby podbudować własne ego. Gratulacje, że udało się wydać książkę, a to duża wartość.”
[02:30:05] - Dziękuję za gratulacje.
[02:30:08] - Kasia Simbat: „Kobieta tego nie przeczyta. Typowo męska książka. No, chyba że same ładniejsze sceny.”
[02:30:22] - Nie uważam, żeby to była książka tylko dla mężczyzn. Głównymi bohaterami są mężczyźni. Jest to paczka brodatych, zapracowanych, nie zawsze uprzejmych mężczyzn. Natomiast tak jak wspominaliśmy wcześniej i zresztą fragment ładnie pasuje do tego, żebym to teraz powiedział — kobieta, która w tej formie przybyła, jest w mojej opinii najważniejszą postacią w historii i bardzo duży przewrót będzie jej udziałem.
[02:30:54] - To ja teraz mam pytanie, ponieważ rozmawiamy o science fiction, to pytanie chyba musi paść. Jakie są twoje fascynacje science fiction? Jacy autorzy, jakie tytuły, jakie obrazy?
[02:31:13] - W pierwszej kolejności, tutaj nie będę oryginalny, wymieniłbym Stanisława Lema. Mam bardzo dużo książek tego autora. Od niego zacząłem swoją przygodę z czytaniem science fiction. Bardzo do mnie przemawia jego sposób prowadzenia historii. Albo inaczej — wszystkie jego zalety cenię bardzo mocno. Natomiast zauważam też wady tego sposobu prowadzenia historii. Tutaj troszkę odwołuję się do tego, co mówiłem wcześniej. Moim zdaniem Lem mało skupiał się na tej typowo emocjonalnej albo międzyludzkiej sferze swojej prozy.
[02:31:56] - A cała reszta jest wprost wybitna ze wszystkimi swoimi technicznymi detalami i opisami krajobrazów. Jest to moja główna inspiracja. Reszta to przede wszystkim filmy i gry komputerowe, ponieważ sposób pisania mam niejako swój, wykształcony poprzez zbiór bardzo wielu lektur, które miałem przyjemność czytać. Reszta to są obrazy, które rozwijają moją wyobraźnię. Na pewno tutaj trzeba wymienić „Gwiezdne wojny”, choć doceniam rozmach tego. Doceniam Gremitę w ramach tego uniwersum, choć to powiedziano już setki razy. Lubię również Dukaja. Ma tę prozę w jakimś sensie do Lema podobną. I tutaj też nie jest to nic zaskakującego, że tak mówię, ale jednak ma swój własny sznyt w tym wszystkim. Bardziej mroczny, intelektualny w inny sposób, więc też bardzo doceniam inteligencję i fach tego autora.
[02:33:10] - Tak, ale to są tuzy science fiction, czyli Stanisław Lem i Dukaj. A jak byśmy zeszli o piętro niżej?
[02:33:23] - Gdybyśmy zeszli o piętro niżej, to obawiam się, że musiałbym się dłużej zastanowić. Generalnie czytając, bardzo często sięgam po klasyków, ponieważ w momencie, w którym oni pisali, było to bardzo świeże. Było to nienatchnione niczym innym, nieprzetworzone któryś z kolei raz. Jeśli chodzi o tuzów, obawiam się, że to są moje główne inspiracje. Nie mam niestety czasu czytać literatury, która aktualnie wychodzi, ponieważ jeśli mielibyśmy pogodzić życie rodzinne z pracą i z własną twórczością, jest to po prostu praktycznie niewykonalne. Jestem pokoleniem autorów, które bardzo dużo inspiracji czerpie z gier komputerowych i filmów.
[02:34:21] - Okej, ale tak drążę, to jeśli się uda wydrążyć, to jakieś nazwiska autorów z tej klasycznej science fiction, które były ważne albo przynajmniej przejściowo okazały się ważne. Ale też nie uciekajmy od gier komputerowych. Niech tu padną nazwy. Myślę, że nasz wielki nieobecny, czyli Wiktor Żwikiewicz, byłby szczególnie usatysfakcjonowany, gdyby tytuły tych gier usłyszał. On jako człowiek, tu cudzysłów, „połknięty przez komputer”, a właściwie przez świat gier komputerowych, szczególnie by sobie tego rodzaju drogowskazy cenił.
[02:35:11] - Pisarzy to na pewno Faulkner. Tutaj muszę trochę uciec od fantastyki, ponieważ znacznie więcej nauczyłem się od pisarzy niefantastycznych. Faulkner, Hemingway, Myśliwski. Bardzo lubię reportaże Tochmana. Ma też swoją osobistą wrażliwość, która jest wyjątkowa. Bardzo lubię Henry'ego Millera. Niesamowity autor z ogromną wyobraźnią, tak niesamowicie piszący o swojej percepcji na temat świata. I ona jest oczywiście gorzka, cyniczna, czasem brutalna albo rubaszna. Niesamowite połączenie. On bardzo mocno rozwinął mnie jako pisarza pod tym względem.
Wylał ten beton pod to, żeby łączyć różne style i znaleźć jakąś ścieżkę, jak to robić. A jeśli chodzi o gry komputerowe, to w młodości był to „Gothic”. To też u nas jest klasyk. „Knights of the Old Republic” to znowu te „Gwiezdne wojny” acają. Ostatnio gram w „Upadły Zakon”, który mimo swojej liniowości też sprawia wiele frajdy. Myślę, że mnóstwo bym tego wymienił, ale taki zaskoczony. Nie jest to też takie proste.
[02:36:44] - To pytanie kolejne. Ono właściwie się wiąże z jednym z pytań, które zadane jest na czacie. Jakub F. Lubecki zadaje pytanie, jak wygląda promocja. Ale ja, zanim to pytanie przekażę do autora, to jeszcze dodam do tego pytania. Staram się to ująć w miarę prosto. Jak się wydaje książkę jako debiutant? Ile to wymaga zachodu? Ile to wymaga wysłania tych manuskryptów? Nie, to nie manuskrypty, to komputeropisy, ale wysłania do różnych wydawnictw.
Ile to zachodu wymaga? Jak to technicznie wygląda? Tu myślę, że uszami zastrzygą osoby, które piszą, o których wiem, że słuchają naszej audycji, więc to może być szczególnie istotna porada. A więc właściwie dwa w jednym. Pytanie pierwsze: jak to zrobić, żeby wydać książkę i żeby być debiutantem? A drugie: jak wygląda promocja książki?
[02:37:56] - Zawsze mówię w ten sposób Żeby wydać książkę, to też jest moje prywatne uproszczenie. Nie traktujmy tego skrajnie poważnie, ale trzeba być tak dobrym, żeby po prostu już trudno było komukolwiek odmówić. Książek wydaje się tysiące tytułów. Jest bardzo dużo autorów. Nic to nie kosztuje. Jest ogromna konkurencja, a jeśli chodzi o źródła, o miejsca, żeby to opublikować, jest naprawdę mało, zwłaszcza dla fantastyki. Więc trzeba mozolnie budować nawet nie swoje nazwisko, bo nazwisko chyba buduje się w ostatniej kolejności, żeby budować jakąkolwiek swoją wiarygodność pod kątem warsztatu, powtarzalności pomysłów i ich jakości. Więc ja przebyłem tradycyjną drogę, pojawiając się w czasopismach, ale też nie wszystkich, bo moimi jedynymi dwoma takimi czasopismami, które mogę wymienić, które uważam, że są na jakimś pułapie ciekawym, to jest „Creatio Fantastica” i „Czas Literatury”. „Creatio Fantastica” wyjątkowo cenię, dlatego, że oni, mimo że już teraz nie funkcjonują, przykładali bardzo dużą wagę przy selekcji tekstów do ich naukowości, do wyczucia technikaliów, do przywiązania do wiarygodności tego, co się pisze, niekoniecznie odpływania w jakieś meandry i inne nisze i odmęty fantasy czy innych tego typu. A „Czas Literatury” jest ogólnopolskim pismem, które bardzo fajnie się rozwija.
Gości wielu autorów, jak Radka Raka. Był tam też Paweł Majka. Także fajne miejsce, dobrze tam być, dobrze mieć to w CV. I przede wszystkim konkursy. Przynajmniej taka jest moja ścieżka. Jeśli konkursy są jakimś drogowskazem, to jest miejsce, w którym się przynosi to swoje dzieło. Ktoś je odkłada na hak, nabija tam bez żadnych sentymentów i w pewnym momencie jest ktoś, kto je z tego haka zrywa i weryfikuje, czy to się do czegokolwiek nadaje. W takich paru konkursach udało się przebić, jak „Poznań Fantastyczny”, gdzie byłem w antologii, jak „Science Fiction po polsku 2”, gdzie też byłem między innymi pośród Marcina Mortki czy Anny Kańtoch. I teraz „Ku Gwiazdom”, gdzie oprócz Wojciecha Gunyi jest też Michał Kłodawski, który zajął akurat pierwsze miejsce. Ja byłem na miejscu drugim, który też powieść już ma w drodze.
Także nie mam żadnej dużej recepty. Jak wszystko w życiu to jest przepychanie się łokciami, udowadnianie swojej wartości. Próba spodobania się szerszej publice, zwłaszcza na początku, jest istotna, ponieważ jeśli ktoś upodobał sobie niszę taką w pełnym tego słowa rozumieniu, wiadomo, że ten pas startowy jest dłuższy. To siłą rzeczy.
[02:41:14] - A pytanie o momenty trudne, takie, które interesują debiutantów albo przyszłych debiutantów. Kiedy wszystko jest nie tak. Odpowiedzi są nie takie, jak powinny być, tylko: „Dziękujemy, ale nie skorzystamy” i tak dalej. Jak to znosi psychika autora?
[02:41:43] - To zależy od człowieka. Nasze życie usłane jest odmowami. W związku z tym nie uważam, żeby to było jakieś odstręczające albo zaskakujące. Mogę to porównać do tego, kiedy ubiegamy się, staramy się o pracę. Wiadomo, że w sześciu, ośmiu, dziesięciu, może już trochę aż za daleko idę, ale nam odmówią. Po prostu są lepsi kandydaci albo ze względów czysto subiektywnych komuś się nie spodobaliśmy. Dla mnie nie stanowi to żaden problem. Nikt się nie będzie rozwijał, jeśli nie będzie miał elementarnej pewności siebie. I tutaj znowu trochę wrócę do tego sportu. Jest mnóstwo profesjonalistów odnajdujących się i wykonujących swój fach w swojej dyscyplinie.
Trudno się przebić, często decydują detale. I dokładnie tak samo jest w literaturze, decydują detale, więc trzeba z bardzo dużą uwagą rozwijać się, naświetlać ten swój warsztat z bardzo odległej perspektywy, żeby nie było żadnych przekłamań ambicjonalnych, emocjonalnych, sentymentalnych. Więc tak bym to powiedział, że może nie zabrzmi to dobrze, że nie miałem trudnych momentów. Ja po prostu nie przejmuję się tym, że ktoś mi odmawia albo że coś się komuś nie podoba. Jeśli chcę coś osiągnąć, to muszę konsekwentnie się rozwijać. Muszę wierzyć w wizję, którą plotę, w historię, którą piszę i odbiorcy weryfikują, czy ten kierunek jest poprawny, czy niepoprawny. I to ode mnie zależy, na ile się do tego dostosuję, jakich zmian dokonam i jaki będzie ostateczny wynik tego znoju. Bo literatura to jest znój. Nie ma żadnej gratyfikacji natychmiastowej. Trudno się z tego utrzymać.
Rzadko kto potrafi jakkolwiek się z tego utrzymać. Trzeba to lubić. Trzeba mieć świadomość, że to jest ciężki kawałek chleba. Ambicja bardzo pomaga, natomiast szybkich sukcesów myślę, że tutaj nie będzie albo występują ekstremalnie rzadko.
[02:44:00] - Znowu muszę wykonać zabieg bolesny, czyli rzucić okiem na czat. John Renegat tytułem polemiki: „Oj nie. Lem bardzo mocno pisał o emocjach ludzkich. Często przenosił ludzkie emocje na maszyny. Terminus, Polowanie, Rozprawa, a Solaris? A Powrót z gwiazd i wiele innych z bajkami robotów włącznie.”
[02:44:27] - I oczywiście nie ma nic złego w tej opinii, każdy ma własną. Ja czytając jakiś tych własnych autorów, których wymieniałem, mając własną wrażliwość, inaczej postrzegam literaturę. Ja Lemowi niczego nie odbieram. Jest pierwszym autorem, który mnie zderzył z science fiction. Jest autorem, którego niesamowicie cenię i też dużo się od niego nauczyłem, ale akurat jeśli chodzi o emocjonalność, nie mieliśmy sobie po drodze. Ja go diagnozuję jako pisarza, którego najsilniejszą stroną niekoniecznie było budowanie relacji międzyludzkich albo przynajmniej do mnie to nie przemawiało w tak dużym stopniu.
[02:45:13] - Ponieważ zbliżamy się już do końca audycji, ja mam pytanie jeszcze takiej natury warsztatowej, ponieważ niezwykle ważnym momentem albo niezwykle ważnym procesem — to chyba lepsze określenie — który ma miejsce podczas wydawania książki, jest redagowanie tej książki. Bo to jest zderzenie wrażliwości, umiejętności i tych wszystkich cech, które kształtują autora, jednak z odbiorem kogoś z zewnątrz. Kogoś, kto jest redaktorem wrednym albo wrednym, weźmy w cudzysłów oczywiście, bo to nie o to chodzi. Wredny redaktor do niczego się nie nadaje. Prawdziwy redaktor nie jest wredny, tylko jest niesamowicie konkretny i to raczej o to chodzi. Jak wygląda to z punktu widzenia autora, ten proces redakcyjny? Ja od razu dodam, że redaktorką twojej książki była Marta Sobiecka, zaprzyjaźniona z Bibliotekarium, czego nie będziemy ukrywać i która masę dobrej roboty w dziedzinie literatury wykonuje, czy to dla Dziewiątki, czy dla Bibliotekarium. Ważne jest to, że to jest redaktorka, która jest chwalona, ale to do niczego naszego gościa nie zobowiązuje.
[02:46:59] - Dotknąłeś sedna, dlatego, że moje doświadczenia z redaktorami do tej pory były ewentualnie przeciętne, a zdarzało się, że były dla mnie szokujące na takim poziomie. I też moim zdaniem trzeba się na to przygotować. Moim zdaniem nie jest to zadedykowane tylko mojemu szczęściu. Redaktorów, którzy proponują zmianę, autor się z tą zmianą nie zgadza. Dobrze, to redaktor sobie poprawi w takim razie poza obiegiem. Także różnie to bywa. Dotknąłeś sedna, dlatego, że to jest bardzo trudna praca. Trzeba mieć wyczucie. Trzeba mieć zrozumienie nie tylko do autora jako człowieka oczywiście, żeby z nim fajnie współpracować, ale też do niego jako twórcy, ponieważ jest przywiązany do tego, co stworzył. Nie oznacza to, że nie jest krytyczny.
Nie oznacza to, że nie potrafi spojrzeć na to z lotu ptaka, ale jest przywiązany i trzeba umieć z nim porozmawiać. Mi z Martą pracowało się rzeczywiście bardzo dobrze i zgadzam się z twoją opinią, że jest bardzo dobrą redaktorką. Zrobiła świetną robotę. Diabeł jest na półkach i oby dobrze mu się żeglowało, oby wiatr dął w żagle i ku słońcu.
[02:48:15] - Westchnąłem sobie w tej chwili, bo muszę zadać jeszcze jedno pytanie o tytuł. Ja mam tę przewagę, że znam książkę i ci wszyscy, którzy... Notabene jeszcze rzut oka na czat. Znowu bolesny, a właściwie nie bolesny, bo bardzo pozytywny. Kasia Sindbad pisze w ten sposób: „Lubię wyzwania i dla pana przeczytam.”
[02:48:43] - Bardzo mnie to cieszy. Bardzo dziękuję i przyjemnej lektury.
[02:48:47] - Bardzo to jest konkretna deklaracja, ale ja właśnie wrócę do tego, o czym wspominałem. Jak to jest, że tak się zaplączę troszeczkę we własne słowa. Jak rzecz wygląda z tym? Jakby to sformułować? Chwila ciszy. W radiu to jest zawsze problem.
[02:49:26] - Zastanawiam się, jak wspomóc cię. Tylko, że właśnie jestem ciekaw, jak chcesz ugryźć temat tego tytułu.
[02:49:34] - Tak. Chodzi o to, że „Diabeł już tu nie mieszka”. Skąd ten tytuł? O, może tak. Staram się po prostu, znowu wybaczcie mi państwo te zawahania i te chwile ciszy i staram się jednak trzymać konwencji i nie zdradzać zbyt wiele. W związku z czym cały czas główkuję, czy samo to pytanie nie odsłania za bardzo.
[02:50:05] - To ja powiem i też nie chciałbym za dużo odsłonić. Znowu zbliżamy się do przepaści.
[02:50:12] - Tak, tak, dokładnie.
[02:50:14] - Powiem tak: tytuł ma pięć różnych znaczeń. Albo nie tyle znaczeń, co można go przypisać do pięciu różnych postaci, łamane na wydarzeń w książce. I od tego, jak czytelnik zilustruje sobie w głowie to, co miałem na myśli, opowiadając tę historię, jak ją odbierze, jakie emocje będzie czuł, gdzie poczuł większą sympatię, a gdzie mniej. Tam przypisze sobie interpretację znaczenia tego tytułu. To numer jeden. A numer dwa: uważam, że tytuł jest chwytliwy i nie mogłem się oprzeć.
[02:50:56] - A ja jeszcze dodam trzecią rzecz, że prawie zupełnie na końcu czeka państwa niespodzianka. Chyba tyle. W sposób bardziej zawiły tego nie potrafię powiedzieć, ale pewne rozkodowanie tego tytułu również gdzieś tam następuje.
[02:51:16] - Dokładnie tak. Czekają niespodzianki. Nawet więcej niż jedna. Duży twist, silna postać kobieca, swoista oda do męskiej przyjaźni. Dużo dialogów, przy których pisaniu sam się świetnie bawiłem i liczę na to, że coraz większa rzesza ludzi będzie się dobrze bawić.
[02:51:40] - Nie wiem, czy to jest deklaracja ważna, ale powiedzmy, że miłość własna mi na to pozwoli. Ja się w każdym razie nieźle bawiłem. Naprawdę nieźle. Mówię to, to jest tak zwana ostrożność procesowa w tym wypadku. Żeby nie wypaść na entuzjastę, to tak chłodno się będę zachowywał.
[02:52:03] - Bardzo ci dziękuję.
[02:52:03] - Nieźle się bawiłem. Wiecie państwo, takie mrugnięcie oka.
[02:52:07] - Dla mnie to dużo znaczy, bo osoba taka jak ty jest już otrzaskana ze wszystkich możliwych stron z literaturą fantastyczną. Więc jeśli ty bawiłeś się przynajmniej nieźle, to ja jestem szczęśliwy, bo taki start jest bardzo satysfakcjonujący dla mnie jako autora. Ja planuję się rozwijać, ciężko nad tym pracuję i mam nadzieję, że będę tylko wzrastał i wszyscy będą się bawić tylko coraz lepiej.
[02:52:34] - Też mam taką nadzieję. Pięknie dziękuję za dzisiejszą audycję.
[02:52:39] - To ja dziękuję i tobie Marku, i słuchaczom, i drugiemu Markowi, który czytał fragmenty.
[02:52:46] - Super, bardzo pięknie dziękujemy. Pozdrawiamy. Ja państwa zapraszam za tydzień na audycję ABW. Znowu porozmawiamy o opowiadaniach. Będziemy mieli gościa w kolejnym ABW. To będzie Ludwik Papaj, znany państwu z „Bibliotekarium”, ale tym razem porozmawiamy z Ludwikiem Papajem o sprawach warsztatowych. Bo w końcu ABW: Antologia, Bibliotekarium, Warsztaty. Więc o warsztacie będziemy rozmawiać. To za tydzień, a za dwa tygodnie, ponieważ mieliśmy maraton z „Bibliotekarium” — trzy audycje pod rząd — to godzi się, żeby kolejna za dwa tygodnie audycja to było również ABW. I to będzie również ABW.
Ale żeby nie pozostawić państwa w pewnej niepewności, to 1 lipca pojawi się na antenie audycja „Bibliotekarium”, w której będziemy gościć pisarza, którego państwo poznaliście tydzień temu — Łukasza Kucharczyka — i będziemy rozmawiać o jego powieści „Granty i smoki”. To taki plan na najbliższe trzy tygodnie. A teraz już pięknie państwu dziękuję. Pięknie jeszcze raz dziękuję naszemu gościowi.
[02:54:17] - Ja również wszystkim dziękuję.
[02:54:20] - I cóż, to teraz obiecany felieton Tomka Fąsa. Dobrej nocy państwu. Wszystkiego dobrego.
[02:54:27] - Dobranoc.
[02:54:34] - O błaznach i głupcach. Muszę się państwu do czegoś przyznać. Zrobić, jak to się mówi, coming out. Kupiłem bilet na występ Wojciecha Cejrowskiego, chociaż czasem sobie tutaj z niego troszeczkę żartowałem, troszeczkę krytykowałem, bo pewnie nieraz niejedną głupotę powiedział. Między innymi na fali różnych tych naszych kryzysów wirusowych, czy też o 5G na przykład wiele głupot pan Cejrowski powiedział. Generalnie ma tendencję, żeby w takie skrajności popadać, je wygłaszać. Ale jednak kupiłem ten bilet i chcę iść na jego występ. Dlaczego? Z paru powodów. Po pierwsze jestem ciekaw, co powie.
Widziałem już tych występów parę. Jedne są lepsze, inne gorsze. Jestem ciekaw, w jakiej kondycji Cejrowski jest teraz. Ostatnio go chyba z raz czy dwa ominąłem. Jakoś nie miałem ochoty, więc zobaczymy. Natomiast to, co może ciekawsze i o czym bardziej chciałbym tutaj powiedzieć, to jest pewna tendencja, coraz bardziej się nasilająca, żeby takich ludzi wypchnąć poza margines akceptowalności. Że skoro on mówi rzeczy niepopularne, czasem niemądre, czasem zbyt odważne, nieraz też bolesne, nieprzyjemne, agresywne wobec jakichś grup społecznych, jakichś konkretnych osób. Różne fobie można mu przypisywać być może, czy też postawy wrogie. Zależy od interpretacji. Jednak wydaje mi się, że powinniśmy dbać o obecność takich osób w przestrzeni.
Na podobnej zasadzie zresztą, żeby tutaj nie walić tylko w prawą stronę, podobne odczucia mam w stosunku do Janusza Palikota. On może mniej kultury stworzył, że tak powiem, książek nie pisze. Napisał i nie była to dobra książka. Przynajmniej swego czasu jakieś takie miał swoje jakieś autoanalityczne wynurzenia. Przebrnąłem przez to i nie polecam. Zresztą już na kartach historii gdzieś tam się ta książka nie zapisała, już nawet tytułu nie pamiętam. Ale też kupiłem Swego czasu produkty Janusza Palikota, które on ostatnio tworzy. Parę takich popularnych, bo te lepsze, rzemieślnicze trzeba zamawiać i to przez kuriera, i to jest skomplikowane. Ale te dostępne w szerszej sprzedaży, jeden czy drugi spróbowałem, mimo że nietanie i szczerze mówiąc niewarte ceny. Już za te pieniądze można lepszy alkohol kupić.
Ale spróbowałem. Byłem ciekaw. Tymczasem w rozmowie z kolegą, może nieco bardziej wrażliwym emocjonalnie o poglądach takich bardziej za przeproszeniem lewych. Nie lubię tego podziału, ale jakoś tak on się ukształtował, że po prawej są ci, co tam wartości rodzinne, religijne i oni muszą być anty nowoczesnych różnych tendencjom, nowoczesnym różnym, a po lewej są ci, którzy są za tolerowaniem wszystkiego poza Cejrowskim i tego typu wypowiedziami, poza słowami niewygodnymi. Więc on jest po tej stronie, mocno wyrazistym lewym, lewej stronie. I on oczywiście tutaj oburzenie wyraża. Co ciekawe również na Palikota. Nie wiem czemu, ale też mu się te postawy Palikota nie podobają. I mówi, że ma mieszane uczucia, że być może by spróbował tych produktów palikotowych przynajmniej, ale nie lubi gościa i w związku z tym nie. A oczywiście Cejrowski to już w żadnym wypadku, uchowaj Boże i w ogóle nie Boże w żadnym wypadku.
Nawet o jakieś wspomnienie Ziemkiewicza już byłem posądzany o prawicowość przez niego, bo takich ludzi też się oczywiście nie słucha, nie czyta i nie powinno ich być. Tymczasem przypomina mi się historia, gdzieś wspomniana swego czasu nawet przez Krzysztofa Skibę w felietonach. Skiba napisał kiedyś taki felieton i wspomniał o wydarzeniu, o którym bym się być może nie dowiedział bez niego, że na dwór królewski w Wielkiej Brytanii zaproszono Ozzy'ego Osbournea. A więc arystokracja brytyjska wydaje się pewien punkt odniesienia pod kątem obyczajów, pod kątem jakiejś kultury. Nie ma problemu z tym, żeby błazna, narkomana, człowieka słynnego z tego, że skrzywdził nietoperza na scenie, a poza tym całkiem dobrego wokalistę całkiem dobrej muzyki. Takiego człowieka zapraszają na dwór królewski. Królowa brytyjska nie ma z tym problemów, a my z Cejrowskim mamy. My uważamy. Kultura obrazków ma problem ze słowem, nie wie, co z nim zrobić. Człowiek, który mówi, mówi mocno, mówi agresywnie, mówi krytycznie często, wyraziście.
Nie wiadomo, co z nim zrobić. Gdybyśmy posługiwali się dobrze słowem, to wtedy z wypowiedzią kontrowersyjną można jakoś wejść w dialog. Można sobie nawet w głowie, nawet jak nie będziemy bezpośrednio mieli takiej siły przekazu, zasięgów, żeby tu polemizować z Cejrowskim na przykład, to można go sobie gdzieś tam mentalnie wstawić do kategorii błazen. Zrozumieć, że on pewne rzeczy przerysowuje, pewne wypacza, głupoty gada, ale przy okazji bywa dowcipny, bo bywa, że też jednak trochę wie, coś ciekawego powie, coś tam pokaże w swoich programach na przykład. Wprowadza ten ferment intelektualny i dla człowieka myślącego werbalnie jest to, myślę, ożywcze. Jakiś tam punkt widzenia, punkt odniesienia, może poruszenie wrażliwej struny. A dla człowieka, który porusza się w sferze obrazkowej, w sferze krótkiej, szybkiej kultury, to jest taka drzazga, taki ból i nie wiadomo, co z tym zrobić właściwie. Nie mamy narzędzi w obszarze obrazów, ponieważ obraz być może przekazuje tysiąc słów. W reklamie zazwyczaj, stąd było to hasło, że ma wartość tysiąca słów w reklamie obraz, ale obraz nie daje możliwości polemiki. Jednak dialog to jest sfera werbalna.
Oto Cejrowski rzuca w nas epitetem, rzuca w nas krytyką, rzuca w nas swoim oburzeniem i ogólnie postawą niefajną i my nie mamy jak w kulturze obrazów, czego z tym zrobić. W kulturze prostych przekazów, prostych uczuć nie możemy wejść z nim w dialog i nie wiemy, co z tym zrobić. I na podobnej zasadzie usuwamy niewygodne sceny, niewygodne słowa. I to mnie trochę niepokoi, to mnie jakoś tam drażni. Oczywiście jakieś prywatne pozwy o kłamstwo, zwłaszcza o zniesławienie są jak najbardziej okej. Jeżeli ktoś głupoty gada, to udowodnijcie mu to. Ale jednak uważam, że przestrzeń powinna być na opinie, oceny, na agresywną nawet polemikę powinna być otwarta, bo jeżeli my zakazujemy, jeżeli jest pewna emocja w narodzie i ona nie jest wygłoszona, to nie jest dobrze. Wydaje się, że oczywiście, jak to się mówi, mowa nienawiści zachęca do tej nienawiści i być może podburza, być może jest szkodliwa, bo wyrażanie agresji do jakiejś na przykład grupy społecznej w przestrzeni publicznej może rodzić tę agresję. Być może. Natomiast zakaz wyrażania jakiejś negatywnej emocji, blokady na różne treści mogą wzbudzać tę złość jeszcze bardziej.
Z psychologii wiemy, że emocja wyrażona jest słabsza. Emocje, o których dyskutujemy, mają dużo mniejszą siłę niż emocje, które wypieramy, których nie wolno nam mówić. Najwięcej traum, najwięcej bólu i najwięcej negatywnych skutków potem wywierają te uczucia, których nie wolno było wyrażać, na które nie wolno było sobie pozwolić. Także od strony dobra osób, grup, elementów naszej kultury, naszej codzienności, które mogłyby być krytykowane. Mówię na przykład o mniejszościach, ale też o jakichś poglądach, postawach może rządowych, nie wiem, wspierania uchodźców i tak dalej. Że jeżeli tego nie wolno krytykować, to ta złość, to wyparcie może być większe i może wybuchnąć z dużo większą siłą. Więc tu przestrzegam przez taką właśnie cancel culture także od strony praktycznej, nie tylko estetycznej. Przypomina mi się swoją drogą, proszę państwa, taki wierszyk, który dawno temu napisałem. Nie pamiętam go w całości, ale istotne elementy jakoś mi utkwiły. Wierszyk napisany dawno temu, gdzieś w internet wrzucony, już zaginął.
A chodziło o to wówczas, że zdaje się krzyża gdzieś w przestrzeni publicznej zakazano, chyba w jakimś trybunale, nie wiem, czy w Strasburgu, czy jeszcze gdzie indziej. Niemniej wierszyk zaczynał się od takiego stwierdzenia: „Proszę wysokiego sądu, drogi trybunale, nie broniłem swych poglądów wcale to, a wcale. Skoro jednak nakazujesz usunięcie krzyża, dowiedz się, co mnie nurtuje. Wiedz, co mi ubliża”. I potem masę różnych, dosyć surrealistycznych postulatów wymieniałem. Pamiętam jedną zwrotkę: „Marzy mi się strzelać z colta. Chcę do Ameryki. Każ, by nasze godło z orła zmienić w Myszkę Miki”. I tego typu postulaty tam zgłaszałem. I jeszcze utkwiła mi w pamięci puenta tego utworu, która być może będzie też puentą dzisiejszego wystąpienia: „Czyśćmy augiaszową stajnię świeżym nurtem przemian, aż stwierdzimy już jest fajnie, już wreszcie nic nie ma”.
[03:03:45] - Falietenem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium na żywo. Byli z nami dzisiaj prowadzący audycję Marek Żelkowski oraz nasz gość Mikołaj Maria Malicki. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium: paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie, tym razem w ABW już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[03:04:34] - Теплое место на улице ждут отпечатков наших ног. Звезда и пыль на облаках. Мягкое кресло, плечи ты, плен и надеты во время уроков. Солнечный день в ослепительных знаках. Группа крови на рукаве, мой короткий номер на рукаве. Пожелай мне удачи в бою. Пожелай мне не остаться в этой тропе. Не остаться в этой тропе. Пожелай мне удачи. Пожелай мне удачи.
И если влетит ноя, не хочу победить любой ценой. Я никому не хочу ставить ногу на грудь. Я хочу лишь остаться с тобой. Просто остаться с тобой. Но высокая с небес звезда зовет меня в путь. Группа крови на рукаве, мой короткий номер на рукаве. Пожелай мне удачи в бою. Пожелай мне не остаться в этой тропе. Не остаться в этой тропе. Пожелай мне удачи.
Пожелай мне.