Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Witamy bardzo gorąco i serdecznie wszystkich słuchaczy Radia Paranormalium na żywo oraz jeszcze z taśmy słuchaczy Book Radia. Rozpoczynamy w piątek, 3 czerwca 2022 roku kolejny odcinek „Bibliotekarium” na żywo. Dzisiaj głównym punktem do dyskusji będą dwie powieści wydane przez naszego dzisiejszego gościa, panią Luizę Dobrzyńską. Będziemy dyskutować o powieściach „Dusza” oraz „Polterek”. Będą z nami także jako goście dr Łukasz Kucharczyk z UKSW oraz znany również państwu Jacek Choręzga. Rozmowę będzie dzisiaj prowadził Marek Żelkowski. Cały czas trzymamy mocno kciuki za szybki powrót do zdrowia Wiktora Żwikiewicza. Jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Audycję od strony technicznej obsługuję ja, Marek Sęk "Ivellios".
Będzie można dzisiaj do nas dzwonić. Nasz numer stacjonarny telefonu to 32 746 00 08. Komórkowy wyjątkowo tylko do SMS-ów, ale również działa. SMS-y także czytamy. 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube oraz na czacie na www.paranormalium.pl. Można także się z nami kontaktować poprzez fanpage na Facebooku Radio Paranormalium, Book Radio oraz Bibliotekarium.pl. Jesteśmy też na grupach Radio Paranormalium i Rubieże rzeczywistości.
A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Nie wiem, czy wszyscy są z Bydgoszczy, dlatego tym razem wyjątkowo: halo, halo reszto świata.
[02:21] - Zabrzmiało bardzo poważnie. Dobry wieczór państwu. Wiktor, tak jak państwo słyszeli, w dalszym ciągu na chorobowym. I tak jak powiedział Marek, trzymamy kciuki. Pora roku piękna. Lubię ten czas, kiedy „Bibliotekarium” się zaczyna, a słońce dalej świeci. Także to jest dokładnie ten czas. Cóż, dzisiaj gości mamy sporo. Przede wszystkim autorka. Jeszcze raz witam, pani Luizo.
[02:48] - Dzień dobry, witam wszystkich.
[02:50] - A drugim naszym gościem, tak jak zapowiadał Marek, jest doktor Łukasz Kucharczyk z UKSW w Warszawie. Dobry wieczór.
[02:58] - Dobry wieczór. Witam wszystkich państwa.
[03:00] - To wszystko, o czym będziemy dzisiaj rozmawiać, nie odbyłoby się, gdyby nie wydawca. Gdyby nie człowiek, który stoi za tym wszystkim, czyli za powstającymi książkami, Jacek Choręzga. Dobry wieczór.
[03:17] - Dobry wieczór państwu, dobry wieczór gościom. Sprostuję troszeczkę. Ja tylko pociągnąłem troszeczkę tutaj. W dużej mierze jest to zasługa właśnie autorki. Jej zasoby spowodowały, że nieśmiałe marzenie przekształciło się w to, co w tej chwili jest udziałem nas wszystkich i za co jestem przede wszystkim Luizie bardzo wdzięczny.
[03:43] - Daj spokój, umniejszasz własny wkład.
[03:46] - Napisałem przed chwilką gdzieś na Facebooku przed audycją, że grupa niesamowitych ludzi spotkała się we właściwym miejscu, gdzieś na skrzyżowaniu różnych ścieżek gwiazd. I tyle na razie. Dziękuję.
[03:59] - Proszę państwa, zanim zaczniemy rozważać, czyje zasługi są większe, mniejsze tudzież równoważne, to ja wspomnę tylko o tym, że pani Luiza ma dobry czas, bo niedawno nakładem Bibliotekarium ukazała się jedna książka. Mówiliśmy już o niej „Księżyc. Moje przeznaczenie”, ale to było jakiś czas temu. A teraz od razu hurtem dwie książki. Książka „Dusza. Powieść” i następna powieść „Polterek”. Pierwsza na bardzo poważnie. Tam są niektóre fragmenty, nad którymi się można naprawdę filozoficznie zadumać. Oraz „Polterek”, który chyba przede wszystkim miał bawić. Takie odnoszę wrażenie.
Zresztą zaraz nam autorka to wszystko wyjawi. A ja jeszcze tylko dodam, zanim wyjawi pani Luiza, że pan doktor Łukasz Kucharczyk nie jest tak sobie, bo postanowiliśmy zaprosić siłę naukową, ale jest dlatego, że po pierwsze jakoś jest blisko związany z całym przedsięwzięciem Odesswy, ale przede wszystkim napisał wstęp do książki „Dusza”. Wstęp, który stara się w jakiś sposób - wstęp to na ogół to robi - jakoś przygotować czytelnika do tego, co znajdzie dalej. I myślę, że robi to w sposób niezwykle udany. Ja w każdym razie dałem się wciągnąć zarówno wstępowi, jak i powieści. Pani Luizo, to jak to jest?
[05:39] - Z czym?
[05:41] - Z tym, o czym mówiłem na początku, czyli z tym dobrym czasem i z tą poważnością oraz tą rozrywkowością.
[05:52] - „Dusza” to był mój debiut. Tak naprawdę wydałam tę książkę jakiś czas temu w małym nakładzie, w wydawnictwie, które już nie funkcjonuje. I może właśnie dlatego jestem do niej bardzo przywiązana. Jest to wstęp do całego cyklu, w tej chwili obejmującego cztery książki, które jak Jacek obiecuje, zostaną wydane przez nasze wydawnictwo. Jeżeli chodzi o to, skąd się w ogóle wzięła ta książka, to muszę przyznać, że ta historia jest dość długa. Nie chciałabym tu nikogo zanudzić, ale zaczęła się ona kawał czasu temu, kiedy miałam w zasadzie kilka lat. Albowiem wtedy właśnie przemieszkiwałam razem z rodzicami w Związku Radzieckim, już nieistniejącym na szczęście, ale niestety mającym spadkobierców. Jak wiemy wszyscy, Związek Radziecki był straszny, ale miał pewne jaśniejsze punkty. Jednym z tych punktów była twórczość skierowana do młodzieży, do dzieci. Była bardzo wartościowa.
Między innymi tam właśnie nabrałam, jakby to powiedzieć, szalonej fascynacji gwiazdami, robotami i całą fantastyką. Dużo książek, dużo filmów było właśnie z tej dziedziny. Znacznie później zaczęłam czytać Asimova. Przez długi czas nie był w ogóle dostępny w Polsce. Jakąś fascynację Asimovem widać w tej książce, jak najbardziej. Można powiedzieć, że główny bohater duszy, bo głównym bohaterem tak naprawdę nie jest Etta, czyli pani nauczycielka, o której piszę, tylko głównym bohaterem jest jej android. Android, który jej towarzyszy. Jak mówi tytuł, cała ta książka jest o poszukiwaniu duszy w androidzie. Czy istota zbudowana przez człowieka z materiałów nieorganicznych, w jakiś sposób zaplanowana i pojawiająca się na świecie jako osobnik już dorosły, może mieć duszę? I czym właściwie jest dusza?
A androidy różnią się od robotów. Roboty są zaprogramowane, androidy myślą niezależnie. Czy ta niezależna myśl oznacza, że są równi ludziom? Właśnie to pytanie dręczy moją główną bohaterkę. Jest bardzo przywiązana do swojego androida i z przerażeniem widzi, że większość ludzi traktuje te istoty tak, jak traktowało się kiedyś niewolników albo czasem wręcz jako rzeczy, podczas kiedy one rzeczami nie są. Na ten temat lepszego wyjaśnienia już nie potrafię dać.
[09:51] - Okej, ja tylko jeszcze krótko zapytam o drugą książkę, o której będziemy mówić, czyli o „Poltrek”. Czy to była proza od początku zaplanowana jako proza nie tyle nawet rozrywkowa, ale przede wszystkim taka prześmiewcza troszkę, nawiązująca w sposób oczywisty nawet tytułem do „Star Treka”, ale też od początku stanowiąca rodzaj, zastanawiam się, czy użyć słowa parodia, w każdym razie takiego dowcipu literackiego.
[10:27] - „Poltrek” narodził się początkowo jako sesja RPG na portalu USS Feniks, gdzie po prostu bawiliśmy się w ten sposób. Później postanowiłam to rozwinąć. A dlaczego akurat w formie takiej, a nie innej? Myślę, że my się nie potrafimy śmiać jako naród. Nie potrafimy śmiać się sami z siebie. I nie chodzi mi tu o chamskie żarty z kaczki po Smoleńsku, bo to jest w ogóle nie do zniesienia. Ale nie potrafimy śmiać się w sposób inteligentny przede wszystkim. Jak patrzę na to, co się teraz określa mianem kabaretu, to naprawdę groza mnie ogarnia. Być może dlatego, że jestem już osobą starej daty. Ja się wychowałam na kabarecie Starszych Panów, wychowałam się na kabarecie Olgi Lipińskiej, którą można lubić albo nie lubić, ale jej kabarety były skierowane właśnie do ludzi inteligentnych.
Dlatego postanowiłam stworzyć coś, co pozwoli nam się pośmiać z samych siebie, ale w taki sposób, żeby nikt się nie czuł tym urażony. Bo istota żartu, czy też satyry nie polega na tym, żeby kogoś obrazić. To jest kwestia zabawy. Ja tam zawarłam w „Poltreku” wszystkie nasze wady narodowe, ale nie w taki sposób, żeby można było je od razu uznać za grzech śmiertelny. W sposób starałam się to opisać lekki, taki, żeby się ludzie pośmiali, żeby właśnie mieli trochę zabawy. Jak słusznie zauważył Andrzej Waligórski w jednym ze swoich wierszy: „Uśmiech nigdy nie był naszą główną polską wadą.” My się śmiać nie umiemy. Coś takiego jak satyra w tej chwili właściwie zaginęła. Bo jeszcze kiedyś coś takiego było. Za czasów PRL-owskich, wiadomo, nie można było mówić wprost, trzeba było aluzyjnie. To powodowało, że satyra się rozwijała w bardzo ciekawy sposób.
W tej chwili ktoś wyjdzie, powie: „O kurde, właśnie się sfajdałem w gacie” i już wszyscy w ryk. Przepraszam, co w tym jest śmiesznego? Także „Polterek” jest to książka, której absolutnie nie wolno traktować poważnie. Ona jest do śmiechu wyłącznie i mam nadzieję, że ludzie się pośmieją. No i to tyle.
[13:28] - Panie Łukaszu, to ja mam teraz pytanie do pana. Naukowiec, doktor zajmujący się literaturą XX wieku. I to prowokacja w tej chwili. Fantastyką naukową się pan zajmuje. Tyle poważnych pisarzy, a tutaj fantastyka naukowa.
[13:52] - No właśnie, z fantastyką w ogóle. Ja nigdy nie byłem wyznawcą tej idei, w cudzysłowie oczywiście, getta, gettoizacji tych dwóch pięknych, mających bogatą tradycję gatunków. Wydaje mi się, że już w dużej mierze się to zmieniło, takie postrzeganie fantastyki jako czegoś gorszego. Jest to oczywiście literatura wielonurtowa. Literatura, która tak jak każda inna posiada swoje odsłony wysoko artystyczne, jak i odsłony bardziej operujące podstawowymi schematami fabularnymi. I na całe szczęście to już nie jest ten czas, kiedy nie można było na przykład pisać pracy o Stanisławie Lemie. Kiedy, dajmy na to, jechało się na konferencję, to góra pytała, czy nie chce się pan zająć czymś poważnym. Takie historie słyszałem różne. Ja tego już na szczęście nie doświadczyłem. To jest po prostu taka dzisiaj część literatury, która jest bardzo ważna, po prostu jej siła fantastyki.
Jeszcze wcześniej oczywiście, bo mamy Stanisława Lema, mamy ogromną tradycję science fiction socjologicznej. Ale powiedzmy, że po tej transformacji ustrojowej ta lawina fantastyczna była tak mocno napędzona, że niemożliwe jest jej ignorowanie. Niemożliwe jest zbywanie tego. Tym bardziej po sukcesach przede wszystkim ostatnich dwóch naszych wielkich pisarzy, czyli Jacka Dukaja i Andrzeja Sapkowskiego. Andrzej Sapkowski, a raczej dzieło Sapkowskiego sprawiło, że jest to pisarz, który ma największy w historii wpływ na kulturę światową. Polski pisarz mający największy wpływ na kulturę światową. Oczywiście też z racji takiej transmedialności, czyli przelewania się świata Wiedźmina z kart literackich na karty przede wszystkim gier, ale też filmu, serialu, komiksu i tak dalej. Więc wszystkie te historie, które oczywiście cały czas pewnie też jeszcze mają miejsce, to ja już tylko znam ze słyszenia. Mogę powiedzieć swojego poladka ze swojego uniwersytetu. Prowadzę konwersatorium dotyczące polskiej literatury fantasy, zatytułowane „Od Pirxa do Twardokęska”.
Drugie o fantasy poczechnej. Prowadziłem też ze studentami, odkąd się zaczęła pandemia, koło fantastyki. Ono się nazywało Avalon. Dzisiaj już chyba, szczególnie w tym młodszym pokoleniu badaczy, nie jest tak, że uprawiając badania nad fantastyką to jest jakieś faux pas czy niepoważne. To się zmienia, chociaż oczywiście też trzeba pamiętać o tym, i to mi się wydaje, że to jest ważne, czy jest się krytykiem, czy jest się, znowu podkreślę, nazwijmy to badaczem, czy jest się pisarzem, to zamykanie się tylko w fantastyce jest czymś niedobrym. Literatura w ogóle daje taki pełny ogląd strategii, nurtów, które potem można w dowolny sposób przetwarzać. Odpowiedziałem chyba dość ogólnie i nie wiem, czy w jakikolwiek sposób odpowiedziałem na pytanie.
[17:53] - Bardzo miło jest mi słyszeć, że w UKSW, wiem, że i w Bydgoszczy również pewne grupy zajmują się literaturą popularną, zarówno fantastyką, fantastyką naukową, jak i nawet chociażby powieścią kryminalną. Miło mi jest to słyszeć, że środowisko naukowe otwiera się.
[18:17] - Jeszcze wtrącę, teraz przygotowujemy numer naszego ministerialnie punktowanego czasopisma poświęcony w pełni fantastyce. Tytuł to „Drogi do Neverlandu”. Tak jak mówię, z moich doświadczeń to wygląda wszystko całkiem nieźle obecnie.
[18:33] - Super. Gdyby jeszcze tylko tak zwani pisarze głównonurtowi zechcieli się nie wstrząsać z obrzydzeniem na samo słowo fantastyka, to byłoby już naprawdę optymistycznie. Ale jeszcze jedno pytanie.
[18:50] - Jeśli mogę tylko jeszcze dodać, to jakoś jak pan to powiedział, to przypomina mi się sytuacja z nagrodą dla Radka Raka, prawda? W magiczny sposób przestało to funkcjonować w obiegu publicznym jako powieść fantasy i stało się to baśnią. Wiele różnych określeń nagle powieść taka nabrała, byle tylko uciec od określenia jako powieści fantasy.
[19:15] - Tak, dokładnie tak. Pokazał pan, że pewne zjawisko w dalszym ciągu trawi. Nie wiem, czy zjawisko może trawić, ale w każdym razie coś się dzieje z tym środowiskiem pisarskim, że ono jakoś słabo znosi to głównonurtowe środowisko, słabo znosi samo pojęcie. Kiedy pada fantastyka, to się nagle dziwnie robi. Ale mam jeszcze do pana jedno pytanie odnośnie wstępu, który pan napisał do książki Luizy Dobrzyńskiej. Bo pan tam dobrze przygotowuje czytelnika. Pokazuje pan, że właściwie mamy do czynienia z taką opowieścią, a powiastką w sensie filozoficznym. Dlatego pozwoliłem sobie użyć tego określenia, która czerpie naprawdę z bogatych pokładów literackich i właściwie jest taką powiastką filozoficzną. Dokładnie to, co sprzedałem trochę za wcześnie, co chciałem powiedzieć. W każdym razie, że gdzieś bardzo blisko jest powieści „Dusza” do takiego rozważania czysto filozoficznego, nie obarczonego tym, czym obarczone są traktaty filozoficzne, czyli jednak pewną hermetycznością przekazu dającą takie połączenie literatury popularnej, jednak z pewnym namysłem czysto filozoficznym.
[20:52] - Tak, w „Duszy” zadawane są takie pytania filozoficzne, takie podstawowe, które są obecne z nami od wieków, czy to na najbardziej ogólnym poziomie. Jeśli byśmy powiedzieli w ogóle o figurze postaci innego, obcego, o porozumieniu z tym, co inne, z tym, co obce i to na wiele sposobów oczywiście literatura pokazuje, jak się można porozumieć. A czasem nie można się porozumieć, czasem można tylko tą inność zaakceptować. Tak samo tutaj już pani Luiza też wspomniała, że ten status właśnie tego postczłowieka, tego sztucznego człowieka, prawda? To też są już rzeczy, które są już nie tylko obecne na kartach literatury, tylko są obecne w dyskusjach dotyczących nauk ścisłych, dotyczących biznesu. Chodzi mi o to, jak ta sztuczna inteligencja, kiedy już będzie na takim poziomie cielesnym z nami, to w jaki sposób ją będzie można klasyfikować, prawda? I „Dusza” jest pod tym względem bardzo bogata w te różne refleksje. I jest to takie, co chyba też wspomniałem w tym wstępie, bardzo przyjemne. Ja lubię taką strategię pisarską ogólnie, że autor nie kryje się ze swoimi inspiracjami, bo tam mamy i wspomnianego Asimova, prawda? Początek jest takim trochę mapowaniem świata przedstawionego z kart „Nowego wspaniałego świata”.
Oczywiście ja nie mówię o kopiowaniu, ja mówię bardziej o nawiązywaniu do pisarzy, którzy już tak mocno są osadzeni w tradycji, że tak naprawdę nie chodzi o porównanie do danego pisarza, tylko bardziej do nurtów tradycji literackiej. I to w „Duszy” jest. I tak to też chyba we wstępie wspomniałem. Jest to wszystko właśnie obleczone takimi, jak to się mówi, stereotypami fabularnymi. Przez to jest to podane w taki dostępny sposób. Mówiąc krótko, to się po prostu dobrze czyta.
[23:29] - To doskonale. Właśnie o to chodzi.
[23:33] - Właśnie to starałem się powiedzieć.
[23:35] - Tylko ja chciałabym tu jeszcze coś powiedzieć, bo Łukasz wspomniał o „Nowym wspaniałym świecie”.
[23:42] - To jest moje skojarzenie.
[23:44] - Oczywiście, ale ja się nie dziwię. Natomiast jest rzeczą osobliwą, bo „Nowy wspaniały świat” oczywiście czytałam, ale dużo później. Natomiast wyszłam po prostu z założenia, że to, co budujemy dzisiaj, będzie w pewien sposób eskalowało. Zawsze tak było. Tutaj mamy przedstawiony świat, w którym ludzie dla swojego własnego dobra, jak się mówi, są wtłoczeni w pewne ramy. My też teraz jesteśmy. Tylko że teraz na przykład wiele osób bardzo się oburza, kiedy mówi się, że pewni osobnicy powinni mieć zakaz rozrodu. Słowo eugenika brzmi bardzo brzydko w naszych uszach. Zresztą nie ma w tym nic dziwnego, bo zostało dokładnie skompromitowane. Jednak podejrzewam, że to wszystko, co pisałam, w pewnej formie będzie funkcjonowało.
Już teraz się ludzi na to przygotowuje. Bo to, co podkreślałam, w szkole dzieci się uczy przede wszystkim, że trzeba myśleć o tym, czym dziecko, które się powołuje, będzie dla społeczeństwa. Uczy się, że bycie ciężarem dla społeczeństwa jest ogromnym wstydem. A w momencie, kiedy to zostaje wpojne w dzieci, to oczywiście ruszają lawinowo inne rzeczy. Ktoś przestaje być użyteczny dla społeczeństwa, więc czuje się wręcz zobowiązany, żeby się z tego społeczeństwa usunąć. I tak dalej. Zresztą to wszystko jest w książce. Nic przyjemnego w sumie, ale do tego dążymy.
[25:51] - To ciekawe, bo ja tutaj miałem bardziej skojarzenia z przeszłością niż przyszłością. Chodzi mi konkretnie o metod działania dotyczących eksterminacji różnych narodów. Jeśli chodzi o Niemców, czy w ogóle szerzej nazistów, to była właśnie eugenika, prawda? Mam takie wrażenie, że to jest zabranie czytelnika znowu w tą przeszłość.
[26:29] - Nie do końca, ponieważ nadal wielu ludzi opowiada się właśnie za takimi rozwiązaniami. Uważają, że są one bardzo słuszne i z punktu widzenia czystej logiki mają rację.
[26:46] - Co więcej, coraz częściej w tak zwanym dyskursie publicznym zaczynają się tego rodzaju kwestie pojawiać. Czy na przykład nie byłby nowym, wspaniałym światem taki świat, w którym można by swoje dziecko, na które się ktoś zdecydował, szczegółowo zaplanować od wyglądu fizycznego po predyspozycje psychiczne, czy jakiekolwiek inne i tak dalej. Na razie to jest oczywiście taki problem, który gdzieś tkwi na pograniczu rzeczywistości i science fiction, ale ja myślę, że to się przesuwa coraz bardziej w stronę rzeczywistości. Już dzisiaj można pewne cechy swojego dziecka zaplanować, a to myślę, będzie się pogłębiać. To coraz bardziej popularną ideą, nie wchodząc głębiej, staje się transhumanizm w różnych swoich odmianach, bo to nie jest oczywiście rzecz, którą sobie tak na szybko w tej chwili omówimy. Natomiast ten transhumanizm w różnych swoich przejawach czasami wręcz, przynajmniej mnie, odrzuca od niektórych idei, które transhumanizm za sobą ciągnie. Także to już jest pewien problem takiej natury, ktoś by chciał powiedzieć pewno słusznie, filozoficznej, ale też w końcu etyka, moralność to z filozofią też związane, więc jak najbardziej etycznej.
[28:41] - Tak. I tutaj dochodzimy do rzeczy, która umyka wielu ludziom, że etyka to coś, co się zmieniało na przestrzeni wieków i każde pokolenie wierzyło, że ich etyka jest najetyczniejsza.
[28:59] - Tak, to prawda. Zresztą ja się zawsze uśmiecham, kiedy pada słowo etyka. Niektórzy się z tego cieszą, a niektórzy się tym oburzają. Zawsze zadaję pytanie: jaka? Bo etyka zawsze jest jakaś. Ona ma zawsze jakiś przymiotnik.
[29:20] - Oczywiście.
[29:21] - Jakieś odniesienie. Nie ma etyki etyki. Etyki, która jest obojętna albo wzięła się znikąd. Ona ma zawsze jakieś korzenie.
[29:32] - Oczywiście.
[29:33] - Bardzo konkretne. I o tym chyba należy pamiętać.
[29:39] - Naturalnie.
[29:40] - Jeśli mogę wtrącić, to właśnie w „Duszę” to jest dobrze pokazane, bo siłą rzeczy jedno z naturalnych skojarzeń, jeśli chodzi o postać Robota, to jest ten niewolnik antyczny. Jedna z interpretacji działań ludzi antycznych jest taka, że niewolnik był poza systemem etycznym. I z robotem jest trochę podobnie.
[30:01] - Tak. To było narzędzie, właściwie miał status narzędzia tak naprawdę.
[30:05] - Mówiące narzędzie, instrumentum vocale, jak w starożytnym Rzymie.
[30:09] - Dokładnie do starożytności nawiązuje.
[30:13] - Tak, tylko że u mnie ta sprawa jest o tyle mniej okropna, że produkcja androidów jest procesem ogromnie kosztownym, więc wiadomo, że to są, jakby tak określić, przedmioty zbytku. Dlatego też nie są tak źle traktowani, bo coś, co ukazałam U siebie coś, co zawsze mi zgrzytało w wielu książkach i wielu produkcjach filmowych. Motyw buntu robota. Motyw buntu sztucznej inteligencji. I tutaj właśnie to, co pokazałam. U mnie sztuczna inteligencja nie jest zdolna do buntu, ponieważ nie jest w stanie wyobrazić sobie innej rzeczywistości niż ta, w której funkcjonuje.
[31:14] - Okej, wrócimy jeszcze do tego zagadnienia, ale ponieważ minęło już ponad pół godziny naszej audycji, a jeszcze jeden z naszych gości nie odezwał się, nie dał głosu. A gość to w końcu bardzo ważny, bo człowiek, szef wszystkich szefów w wydawnictwie Odeswa. Człowiek, który to wszystko spina, czyli Jacek Horęzga. Jacku.
[31:41] - Franco.
[31:42] - Tak, Franco w dodatku. Jacku, wytłumacz się, jakiegoś ty się przedsięwzięcia podjął. Jakiś czas temu spotkaliśmy się na antenie. Rozmawialiśmy o książce „Chciej mnie zawsze”. To był początek. Książce Jakuba Turkiewicza. A teraz książka Luizy Dobrzyńskiej „Dusza”. Zaraz w kolejce następna książka Jacka Inglota. To teraz mów o tym przedsięwzięciu. Halo, halo Jacku?
[32:23] - Oj znikł nam.
[32:25] - A znikł. No to dobrze.
[32:26] - Zaraz, halo, halo!
[32:28] - O już jest. Mikrofon się włączył. Słuchamy cię Jacku.
[32:36] - Halo?
[32:37] - Tak.
[32:37] - Jestem?
[32:38] - Jesteś.
[32:40] - Coś mi się chyba zawiesiło, ponieważ miałem ikonkę włączoną, a nie było mnie słychać. Spróbuję uporządkować. Przede wszystkim tutaj jeszcze po raz kolejny oddam honor Luizie, bo jednak „Dusza” powinna była być w chronologii wydawniczej pierwsza, ponieważ w wydawnictwie książka Kuby Turkiewicza „Chciej” się pojawiła troszeczkę później, już niejako jako część naszych planów, które omawialiśmy z Luizą. Notabene do dzisiaj żeśmy się nie widzieli w realu z Luizą. Wszystko się nadal dzieje w wirtualu.
[33:15] - Signum temporis.
[33:16] - Signum temporis. Natomiast początkiem, chyba pierwszym sygnałem, kiedy w mojej świadomości zrodziła się potrzeba wydawnicza współcześnie, bo oczywiście w latach 80., 90. ogarnęła mnie mania, potrzeba wydawania czegoś własnego, wydania fanzinu. Niestety nie udało mi się tego zrealizować w swoim środowisku. Kilka lat temu, w zasadzie to już 2010 rok się zaczął, kiedy zakładałem fundację, powoływałem do życia fundację. Myślałem głównie o Jacku Izworskim. Fundacja, która miała się zajmować ludźmi niepełnosprawnymi. Myślałem właśnie głównie o fantastach niepełnosprawnych, wykluczonych, zapchniętych na margines. Pojawił się Jacek Izworski i potrzeba po prostu przypomnienia nam, głównie fanom, fantastom jego dorobku, że człowiek z tak niesamowitym dorobkiem i z takimi ograniczeniami, jakie on ma, mógł tak wiele zrobić i napisać tak wspaniałą książkę, która dla wielu ludzi spoza fandomu jest czymś, czym chyba dla nas były kiedyś „Dalejkie szlaki” czy „Głębia Andromedy”, prawda?
[34:31] - No tak.
[34:33] - I tak chyba właśnie żeśmy się z Luizą spotkali pod postami Jacka. Słowo do słowa wyszło nam, że oboje mamy coś do udowodnienia światu i fandomowi. W jakiś sposób mieliśmy jakieś tam zadry z częścią, może nie z ludźmi konkretnie, ale chyba z pewnym takim nastawieniem stygmatyzującym fandomu. I tak po prostu powoli to szło. Luiza uruchomiła swoje zasoby, ja swoje i chyba nawet troszeczkę to, co się stało, sprawiło na pewno niejako małą przykrość Luizie, że jednak ten „Chciej mnie zawsze” się ukazał.
[35:17] - Nie, absolutnie.
[35:19] - Pierwszy.
[35:19] - Ja to doskonale rozumiem. Zresztą sama przy tej książce pracowałam.
[35:24] - Tak, właśnie chciałem dodać, że tutaj była właśnie... W zasadzie nie. Sekundkę. To była twoja decyzja, bo ja nie przeczytałem „Chciej mnie zawsze”, dopóki on się nie pokazał drukiem, prawda?
[35:35] - No tak.
[35:36] - Ty podjęłaś decyzję o tym, że dajemy.
[35:43] - Tak. Uznałam po prostu, że w momencie, kiedy rzeczywiście zakładamy wydawnictwo, to wydanie najpierw książki jednego z ludzi, którzy w tym wydawnictwie działają, byłoby trochę nie bardzo. Lepiej było najpierw wydać kogoś, kto nie był z nami związany zawodowo.
[36:06] - Natomiast warto tutaj jeszcze dodać o książce Jacka Izworskiego. Ona miała być pierwsza, natomiast po prostu cały czas pracujemy nad nią. W zasadzie dzięki jemu, dzięki jego dorobkowi pojawiła się w mojej głowie idea tych antologii osobistych, czyli takiego doboru tekstów, żeby nasze książki miały i odpowiednią objętość, czyli żeby się tam mieściła jakaś dłuższa forma, krótsze formy, coś o autorze i też, co jest takim pewnym credo Coraz bardziej artykułowanym, żeby to były zbiory nie tylko nawiązujące do fantastyki, ale też przenikały, próbowały w jakiś sposób pokazywać dorobek niefantastyczny twórcy czy krytyka. I to w jakiś sposób też się realizuje już w książce Jacka, a najbardziej chyba właśnie Jacka Inglota, której teraz mam przed sobą pierwszy egzemplarz sygnalny.
[37:12] - Cudownie.
[37:15] - Czyli już trzeci tom w serii.
[37:20] - „Szamani”.
[37:22] - Ujrzał światło dzienne.
[37:24] - Mam pierwszy egzemplarz przed sobą sygnalny. W przyszłym tygodniu powinien być wydrukowany. Jest, praktycznie rzecz biorąc, złożone właśnie w końcu „Gwiezdne szczenie. Antologia osobista”. Najgrubsza jak do tej pory, bo ponad chyba 530 stron, czyli nawet grubsza od Inglota, od „Inkwizytora”. I te cztery książki w zasadzie powinny chyba zamknąć ten etap, że tak powiem, kształtowania się formy. Bo też nie do końca to wszystko było wiadome, jak to się ukształtuje. Nie było jakiejś takiej jasnej, spójnej wizji, którą realizujemy. Zresztą cały czas tutaj powtarzam wszystkim, że czasami jest jakaś presja. Bardziej poddajmy się temu, co przychodzi.
Czasami powiedzmy na przykład nie idźmy naprzód, tylko zróbmy ten krok w tył. Albo zatrzymajmy się, poczekajmy, co da nam wszechświat. I wydaje mi się, że to jest chyba dobra strategia, prawda? Tak mi się wydaje.
[38:27] - Ja tytułem porządkowania powiem, że zarówno książka „Chciej mnie zawsze”, jak i książka „Dusza” czy książka Jacka Inglota „Inkwizytor”, czy wreszcie książka „Gwiezdne szczenie”, która będzie kolejna, to jest seria „Szamani fantastyki”. To jeszcze teraz, mając na widelcu wydawcę, znaczy szefa wszystkich szefów wydawców, to zapytam skąd ta nazwa „Szamani fantastyki”?
[39:00] - To nie będzie w skrócie, ponieważ przy okazji nawiążę do tego, co mówiła Luiza o duszy. Tak się złożyło, że jakoś trzy, cztery lata temu przeżyłem taki dość poważny kryzys osobowości, tożsamości. Gdzieś się pojawiło, nie wiem, czy przypadkiem, czy było to jakieś zrządzenie losu, czy dotyk Boga, czy kogokolwiek. Szamaństwo, rozumiane jako taka forma psychoterapii. Bardzo wiele mi to dało. Bardzo wiele mi to pomogło. Trochę zacząłem o tym szamaństwie czytać na poważnie, czyli Mirce Eliade, Carlos Castaneda. Też spróbowałem prowadzić swoje praktyki, natomiast wycofałem się z tego. Zrobiłem duży krok w tył, ponieważ stwierdziłem, że nie jestem do tego przygotowany. Ludzie się przede mną bardzo otwierali, zwłaszcza kobiety.
I w pewnym momencie poczułem się niekompetentny do tego, żeby aż tak głęboko próbować naprawiać ludzkie dusze. Mimo tego, że do dziś parę osób jest mi wdzięcznych. I równolegle zaczęła się kolorować ta idea tego wydawnictwa. I gdzieś właśnie takie nałożenie się tych różnych sygnałów, czyli na przykład umocowanie społeczne Jacka Izwolskiego, który w tej chwili jest zamknięty w domu opieki społecznej gdzieś tam za Wrocławiem. Moja taka pewna alienacja, pewna alienacja Luizy, czy na przykład pewien dystans do świata i też taka próba patrzenia się na świat może nie z góry, z boku Kuby Turkiewicza. Pewna bezkompromisowość właśnie Jacka Inglota spowodowały, że nagle mi się to pojawiło samo. „Szamani fantastyki”. Zwłaszcza, że to jest smutne, że wszyscy my, niezależnie od tego, czy bardzo, czy mniej lub bardziej nie idziemy tym głównym nurtem, w jakiś sposób jesteśmy podobni tym szamanom, którzy zawsze właśnie żyli na obrzeżach kultur i światów, na tych granicach. I tak to się pojawiło. Po prostu zostało zaakceptowane, przyjęte.
Chyba właśnie Kuba miał jakieś tam czasami pewne zastrzeżenia. Zresztą chyba w audycji z Kubą wyraźnie chyba podświadomie, że on się nie czuje szamanem. Nie wiem, czy do końca wtedy rozumiał ideę. I teraz nawiązując do tego, łącząc to, co mówiła Luiza na początku o duszy, czyli o tytule i o przełożeniu na treść książki, próbując połączyć z tym, co przed chwilką powiedziałem i ze starożytnością. O ile pamiętam, był taki nurt. Nie wiem, czy to jest nurt filozoficzny, natomiast starożytni Grecy uważali całą przyrodę za ożywioną. Hylozoizm. Że wszystko żyje, wszystko ma duszę.
[42:11] - No i słusznie.
[42:13] - Prawda? Teraz w jakiś sposób to, co mówiła Luiza o tym poszukiwaniu tego życia w sztucznej istocie, czyli nieorganicznej, jest jakimś takim właśnie przełożeniem się też na naszą nazwę, na nasze credo, na ten szamanizm. Wszystko żyje. Życie sobie prędzej czy później poradzi i niezależnie od tego, troszeczkę tutaj się może z Luizą nie zgodzę. Niezależnie od tego, czy androidy będą sobie wyobrażały, czy nie świat bez ludzi, to one prędzej czy później Tę duszę, to życie szerzej rozumiane w jakiś sposób zyskają. Tak jak Roy Batty w „Łowcy androidów”, który na końcu poprzez ofiarowanie swojego życia człowiekowi uzyskuje duszę, staje się bardziej ludzki niż człowiek, czego symbolem ma być ta biała gołębica, która unosi się wypuszczona z jego rąk ku niebu. I chyba mam więcej... Jeszcze jeśli chodzi o nawiązania do duszy. Wydaje mi się, że tutaj można się doszukiwać dużo więcej odwołań tytułu do treści książki. To oczywiście też pewnikiem wynika z jakiegoś osobistego umocowania, o czym wspominał Łukasz.
Na pewno jest to w jakiś sposób studium duszy kobiety. Jest to też książka o kobietach, prawda? Co najmniej dwóch, trzech. Jest też studium duszy, troszeczkę może zaspoileruję, psychopatycznego mężczyzny, prawda?
[44:03] - Tak.
[44:04] - Może nie jest to studium, bo to wszystko jest tak skonstruowane, że jest to podane sygnalnie, w sposób, który raczej prowokuje do myślenia i prowokuje do tego, żeby poprosić Luizę o rozbudowanie tej książki jeszcze bardziej, samej jej treści.
[44:21] - Są przecież następne części.
[44:24] - Tak.
[44:25] - Cały cykl, może ja teraz puszczę niewielki spoiler. Szczególnie część czwarta, która jeszcze nie była wydana w Polsce, pod tytułem „Chwast”. Jest to moim zdaniem najbardziej znacząca część tego cyklu. Pojawi się.
[44:52] - Mamy podpisaną umowę, tak? Bo już nie pamiętam.
[44:54] - Tak, już mamy podpisaną.
[44:57] - I tu macie państwo na żywo, na antenie prawie negocjacje pomiędzy autorem a wydawcą, a w każdym razie upewnienie się co do praw autorskich. Ja tytułem przerywnika proponuję, ponieważ mówiliśmy o pierwszej książce, która się ukazała, „Chciej mnie zawsze”, to mamy wyszukane w odmętach internetu taką piosenkę, która w jakiś sposób promuje tę książkę, o której mówiliśmy w jednej z poprzednich audycji. Ja proponuję, żebyśmy jej wysłuchali po prostu. Marku, prosimy.
[45:50] - Chciej mnie w tej włóczędze przez bezdroża gwiezdnych cisz. Chciej mnie, gdy gwiazdolot ogniem plunie z czarnych dysz. Gołębicą bądź prywatną, światło dla mnie nieś. Chcąc mnie po miłości kres. Chciej mnie po miłości kres. Pozwól, że przemycę w przestrzeń nasze velum. Och, pozwól mi zbudować dla nas tam bezpieczny dom. Pokaż, pozwól, pamiętając chciej mnie zawsze, chciej. Chcąc mnie po miłości kres. Chciej mnie po miłości kres.
Chciej mnie wczoraj, chciej mnie jutro, chciej aż po śmierci krąg. Chciej mnie dłużej, mocno uderz w tej miłości dzwon. Bądźmy razem, w naszych twarzach blask niech płonie gwiazd. Chcąc cię po miłości kres. Chcę cię po miłości kres. Chciej mnie wtedy, kiedy nawet już nie będzie nas. Chciej mnie, kiedy swe-
[48:52] - Biegnie czas. Kiedy gwiazdy zaczną gasnąć, ty mnie zawsze chciej. Chciej mnie po miłości kres. Chcę cię po miłości kres. La, la, la, la. Tak.
[50:10] - Tak tytułem porządkowania dodam, że to była adaptacja ballady Leonarda Cohena „Dance Me to the End of Love”, zainspirowana lekturą książki Jakuba Turkiewicza „Chciej mnie zawsze”. I ta polska wersja była zainspirowana przykładem Macieja Zębatego, a jej autorem jest Jacek Franco Horęzga, a aranżacje i wykonanie to duet Appassionata, Ewa Siemaszko i Jacek Grajewski.
[50:44] - Pięknie.
[50:45] - Mogę na sekundkę tutaj?
[50:47] - Jasne, proszę.
[50:48] - Pozwolę sobie wtrącić taką małą uwagę. Luiza jest spod znaku Wodnika. Ja jestem urodzony pod znakiem Wodnika. Ewa Siemaszko i Janek Grajewski są oboje Wodnikami i obecny tutaj z nami Łukasz Kucharczyk. Pan doktor Łukasz Kucharczyk jest też Wodnikiem i co ciekawsze, wspominał Łukasz dzisiaj o Avalon i ten Avalon też się przewinął w treści tej ballady. Może odnalazł się. Ja wolałbym, żeby mówił więcej Łukasz, bo chyba musi prędzej odejść, prawda?
[51:21] - Tak. Ja się tu czuję jakoś taki onieśmielony, bo ja zwykły Strzelec jestem. No cóż. Moja matka była Strzelcem. Bardzo lubię ten znak.
[51:33] - I moja była żona.
[51:35] - No cóż, to już można powiedzieć mniejsza rekomendacja.
[51:41] - Okej, to teraz mam pytanie nawiązujące do powieści „Dusza”. Mówiliśmy o tych filozoficznych wątkach, o tym motywie buntu. Ja mam pytanie takie właśnie filozoficzne, a właściwie z pogranicza filozofii i innych nauk, bo kiedy sobie wyobrażamy androida i z jednej strony myślimy o tym mówiącym narzędziu, czy w każdym razie takim czymś, czym możemy zawiadywać, niewolniku właściwie, to gdzieś tam pojawiają się kolejne odsłony tego problemu związane z tym, czy tak naprawdę android będzie miał świadomość, czy nie będzie miał świadomości i czy kiedy on nie będzie miał świadomości, a będzie miał tylko inteligencję, to już jest naszym partnerem, czy nie? Wspomnę tylko o tym, że jest taka zadziwiająca sprawa związana z inteligencją i samoświadomością. Otóż my ludzie mamy to dwa w jednym, ale okazuje się, że to wcale nie jest takie oczywiste, że inteligencja i samoświadomość muszą występować jednocześnie. I te problemy właśnie, które się pojawiają w książce Luizy Dobrzyńskiej, one tam wybrzmiewają. I chciałbym zapytać pana doktora, naszego gościa, jak on odbiera ten tekst Luizy Dobrzyńskiej właśnie w tym kontekście?
[53:31] - Okej. Przepraszam, czy ja dobrze zrozumiałem? W tym kontekście...
[53:42] - Tych problemów, które się pojawiają. Ja wiem, jestem mistrzem zadawania pytań, które są bardzo długie i w związku z tym większość słuchających tych pytań traci w pewnym momencie wątek. I o co ja właściwie pytam? To powtórzę krócej. Pytam właśnie o takie problemy związane ze sztuczną świadomością, ze sztuczną inteligencją. Jak to właściwie jest w kontekście właśnie powieści Luizy Dobrzyńskiej?
[54:14] - Mi się wydaje, że w „Duszy” ta sztuczna inteligencja jest taką trochę metaforą. Tak jak bardzo często jest to spod znaku robota, tak i też jest to w „Duszy” często. W sensie, jeśli powie się słowo, te roboty są taką wielowymiarową metaforą. I z jednej strony możemy tu mówić o takiej trochę metaforze dziecka, bo ten robot uczy się przecież tego świata, prawda? On jakby poszerza z każdym dniem. ... zawiłością fabularną swoją świadomość. Oczywiście Tytus wydaje mi się, że jest też taką metaforą takiego ja, które zaczyna być dopiero świadome tego, że ma swoją podmiotowość, że jest kimś. Tak jak dziecko, kiedy zaczyna dopiero rozpoznawać własną tożsamość w momencie, kiedy pierwszy raz zobaczy się w lustrze, prawda? I tutaj tych luster ten nasz bohater robot ma bardzo wiele.
Oczywiście głównym jest kobieca bohaterka tej powieści. A ja bym też odwrócił trochę ten problem w ogóle, bo wydaje mi się, że „Dusza" oprócz tego, że mówi właśnie o tej sztucznej inteligencji, o rozwoju inteligencji, o takich problemach związanych z etyką, to przez to, że poprzez postać robota te wszystkie pytania są poruszone, te wszystkie problemy są poruszone, to trochę to działa na zasadzie zwierciadlanej, bo mamy tutaj parę. No dobra, określmy chyba, to jest para. Ludzka kobieta i robot. I w drugą stronę, poprzez tą postać robota, przez takie skomponowanie tej dwójki głównych bohaterów też wydaje mi się, że „Dusza" jest bardzo ważną refleksją, bardzo dobrą opowieścią o samotności. Bo od czego się wszystko zaczyna? Nie wiem, na ile mogę spoilerować. Wszystko się zaczyna od pragnienia drugiej osoby, prawda? I to w takim najbardziej podstawowym rozumieniu tego słowa, pragnienie. Że po prostu żeby ktoś był, żebyśmy mogli z kimś porozmawiać, żebyśmy mogli być z kimś.
Wiem, że się powtarzam. Więc jest to tak fajnie spleciony ten wątek rozwoju tego, co obce, tego, co sztuczne i w ogóle zadawania pytania, kiedy rozgraniczenie sztuczne, naturalne przestaje mieć znaczenie. To jest oczywiście zawsze nacechowane w literaturze. W literaturze science fiction jest nacechowane paradoksami. Czy mamy mówić o strukturze biologicznej, czy mamy mówić po prostu o czynach i tak dalej. A z drugiej strony właśnie jest to opowieść o samotności, którą też można po prostu przenieść na nasze czasy, bo samotność jest ogromnym i często też niestety wstydliwym, ukrywanym problemem. I te dwa wątki w „Duszy" mi się wydaje bardzo dobrze korespondują i współgrają.
[57:50] - Pani Luizo, a co pani, w związku z tym problemem, o którym powiedziałem, jak to jest z tą inteligencją, samoświadomością w kontekście tego, co pani napisała w „Duszy"?
[58:10] - Myślę, że na ten temat miałby dużo do powiedzenia mój zmarły ojciec. Szkoda, że nie możemy go spytać. Był naukowcem i bardzo dobrze się znał na tych sprawach. Rzecz w tym, że już teraz mamy programy komputerowe, które bez trudu dają sobie radę z testem Turinga. I można teraz zadać sobie pytanie, czy one są inteligentne w naszym tego słowa rozumieniu? Na razie jeszcze nie. Na razie one posługują się napisanym przez człowieka programem. Co będzie dalej, nie wiemy. Natomiast samoświadomość jako taka. Jest dużo dyskusji na ten temat.
Kiedyś odrzucano nawet tezę, że zwierzęta są samoświadome. Teraz już wiemy, że to było idiotyczne. Natomiast istnieją sposoby, żeby przekonać się, czy dany android, powiedzmy, że kiedyś, kiedy on powstanie, czy on będzie miał świadomość swojego ja. Um nie ma. Do tego stopnia, że kiedy omawiają kwestie z nim związane w jego obecności, przypomina: ja tu jestem. On to rozumie. On jest po prostu odrębną świadomością, tyle że mieszczącą się nie w białku, a w komponentach nieorganicznych. Właściwie dlaczego miałoby być inaczej? Dobrze to Lem ujął w jednej ze swoich opowieści w „Cyberiadzie": to, czy się myśli metalem, czy kisielem, to wszystko jedno. W tej chwili moc obliczeniowa komputerów jest bardzo duża.
Jest coraz większa. To nie znaczy, że one są świadome. Inteligencja pojmowana jako zdolność do rozwiązywania pewnych problemów nie ma tu nic do rzeczy, ponieważ samoświadomy jest też człowiek, który tą inteligencję ma na poziomie bardzo niskim. Samoświadome są zwierzęta, czego dowodzą badania prowadzone nad nimi. Więc to nie ma nic wspólnego z poziomem inteligencji. Chodzi o coś zupełnie innego. Sama tego nie potrafię dobrze wyjaśnić, mówiąc szczerze. W którym momencie dojdzie do tego, że w stworzonym przez człowieka sztucznym układzie nagle pojawi się świadomość? I czy my będziemy to rozumieć?
[01:01:28] - Pytanie, czy ona się w ogóle pojawi.
[01:01:31] - Tak, to jest bardzo dobre pytanie. Czy jest to możliwe? Czy jest to tylko właściwość istot białkowych?
[01:01:45] - Przypomnę taką powieść, omawianą zresztą w „Bibliotekarium” – „Ślepowidzenie” Petera Wattsa. Tam mamy do czynienia z czystą inteligencją. Może nie czystą, a w każdym razie z inteligencją, która nie ma świadomości, tej samoświadomości. I okazuje się, że to może funkcjonować.
[01:02:10] - W „Star Treku” też to mamy.
[01:02:12] - Tak jest. To jest taki problem, nad którym łamią sobie głowy filozofowie, ale też ludzie, którzy są już nie zajęci rozważaniem różnych bardzo poważnych kwestii, tylko zajmują się nauką, robieniem nauki, tak sobie to ujmę. I oni też do końca nie wiedzą. Z jednej strony mówi się o pewnej osobliwości, która się pojawi i w którym to te sztuczne twory uzyskają samoświadomość i przestaniemy się z nimi kontaktować. One się z nami nie będą kontaktować, nie będziemy im do niczego potrzebni. Pani w swojej powieści nie idzie tak daleko. Zatrzymuje się pani, raczej ma pani świat przedstawiony. Pewne założenia są zrobione. Takie odnoszę wrażenie, że nie do końca chodzi o to, żeby rozważać tak głęboko ten problem, tylko raczej pokazywać człowieka i takie wzajemne kontakty między człowiekiem a człowiekiem, a w tym wypadku między człowiekiem a jego tworem, bo to też bardzo wiele o człowieku w gruncie rzeczy mówi.
[01:03:35] - Tak, ale po prostu „Dusza” i tak samo zresztą jak „Księżyc. Moje przeznaczenie” pokazuje niejako początki tej świadomości w sztucznym ciele. Co dalej będzie? Nie wiadomo. Świat nie stoi w miejscu. Ale wtedy ramy czasowe są mniej więcej takie: „Dusza” dzieje się w 20 lat po uruchomieniu programu niejako komercyjnej produkcji androidów. 20 lat to jest bardzo mało, żeby coś poszło aż tak daleko. Poza tym to jest świat, który ma swoją specyfikę, ponieważ powstał w zasadzie na gruzach naszej cywilizacji i wielu rzeczy tam nie ma. Wiele naszych wynalazków zostało zapomnianych. Właściwie posługują się ludzie tymi, które są dla nich najistotniejsze.
Bo tutaj mógłby wnikliwy czytelnik zadać na przykład takie pytanie: skoro jest taki ścisły dobór genetyczny, dlaczego nie stosuje się po prostu sztucznego zapłodnienia, klonowania? Tam jest to wyjaśnione, że ze względów finansowych oraz dlatego, że psychologowie się na temat takiego programu wypowiedzieli negatywnie. Albowiem w tym świecie psychologowie, psychiatrzy, lekarze to jest jakby czwarta władza. Ich kompetencje są ogromne, dużo większe niż dzisiaj. Jeżeli się lekarze o czymś wypowiedzą, to to jest traktowane jako coś świętego.
[01:05:56] - Panie Łukaszu. Tak, proszę.
[01:05:58] - Nie, proszę.
[01:06:00] - Panie Łukaszu, pan we wstępie pokazuje pewne tropy, bardzo istotne i bardzo ważne dla lektury, dla kontekstu, w którym można czytać „Duszę”. Wymienia pan takie nazwiska jak Karel Čapek z jego „Rurem”, jak Asimov, który o robotach to już naprawdę napisał całe prawa robotyki i tak dalej.
[01:06:28] - Umie ich nie ma.
[01:06:30] - Tak, to prawda. Pojawia się też Philip Dick. Chciałbym zapytać właśnie o te tropy. Jak książka pani Luizy jest usytuowana w tym dorobku, w tym kontekście literackim?
[01:06:53] - Wydaje mi się, że Isaac Asimov tam zdaje się jakoś nie wprost, ale też pojawia się na kartach „Duszy”. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. To było jedno z tych pytań czytelnika.
[01:07:07] - Jak najbardziej.
[01:07:08] - Właśnie. Nie ma tych trzech praw robotyki. Zresztą one zostały zdetronizowane w fantastyce i futurologii przez Lema. Tam Lem bardzo szczegółowo wyjaśniał ich nielogiczność i niemożliwość istnienia w prawdziwym świecie, w ostateczności. Ale pomijając już sprawę tych praw robotyki, Asimov napisał wiele o rozwoju tej robociej samoświadomości. Jego ulubiony tekst, mój, to jest „Dwustuletni człowiek”. To zostało zekranizowane jako... Nie, przepraszam, na odwrót. Asimov napisał „Pozytronowego człowieka”. To zostało zekranizowane chyba jako „Człowiek przyszłości” z Robinem Williamsem.
Ten robot tam właśnie zdobywa samoświadomość zupełnie od zera, od bycia, właśnie tak jak tu mówiliśmy, takim przyrządem domowym. Potem się usamodzielnia, chce nosić ubrania, robi sobie operację, żeby wyglądać jak człowiek i tak dalej. I tam pada taka ważna kwestia, która odbija te problemy, o których tu dzisiaj cały czas mówimy, bo na kongresie tych ludzi przyszłości zostaje zadane pytanie temu robotowi, głównemu bohaterowi, że przecież on nie jest w pełni człowiekiem, pomimo że tak się stuningował. Na to ten robot odpowiada, że: „swoimi oczami wyczuwam w panu rozrusznik serca. Pan nie jest w pełni człowiekiem”. I o to mi właśnie chodzi, jak mówiłem o tych paradoksach sztucznego istnienia. Oczywiście, tak jak tu już państwo powiedzieli, też się w pełni zgadzam, że warunkiem jest zaistnienie nie tylko świadomości, ale też, pamiętajmy o tym, tożsamości, bo to też dwie różne rzeczy. Oprócz tego, żeby ten sztuczny byt był świadomy, to jeszcze, żeby zaczął o tej swojej świadomości myśleć, uruchomił namysł nad tą świadomością i wtedy możemy już uznać tą sztuczną istotę za równą człowiekowi. Więc tak, na pewno tu Asimov jest, bo to dygresję jakąś zrobiłem. Na pewno jest Asimov, na pewno jest też Philip Dick, prawda?
Czy to jeśli mówimy o „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, to naturalnie się to nasuwa z ekranizacją oczywiście „Blade Runnera”. O czym jeszcze mówiliśmy? O Karolu Czapku. Tam jest bardzo fajna ta scena, gdzie główna bohaterka uczy dzieci w szkole i tam to też pada. W ogóle to też jest fajny zabieg. O nim się nieczęsto myśli, natomiast tu jest fajnie, w „Duszy” nasza autorka zastosowała mówienie o czasach nam współczesnych jako o paleolicie wręcz, czy tam epoce kamienia łupanego. Więc to są te trzy nazwiska, które wymieniłem. Oczywiście ich jest jeszcze więcej, chociażby bardzo dużo też, nie wiem, czy świadomie, czy nieświadomie, ale to nie ma różnicy, z manifestu cyborga Donny Haraway też jest. Tak się jeszcze zastanawiam, bo te tropy, które wymieniłem, są dość oczywiste. Sama autorka, tak jak pisałem we wstępie, mruga do czytelnika tym okiem.
Nie kryje się z tym i bardzo dobrze, że się nie kryje, że właśnie ma za sobą tą całą tradycję literacką. Z takich mniej oczywistych tropów to ja bym musiał jeszcze chyba większy namysł dokonać, ale tak, to na pewno Dick. Zresztą też jeśli chodzi o Dicka — przepraszam, bo się zapętliłem strasznie — jeśli chodzi o Dicka i „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, to w ogóle poza tym problemem bytu i niebytu androidów, to też jeszcze świetnie Dick projektuje w tej powieści czy minipowieści cały świat przedstawiony, gdzie naturalność jest czymś zadziwiającym. I to też jest w „Duszy”, prawda? Chociaż na różnych poziomach. Tak jak chociażby to zadziwienie, że można poznać tą drugą osobę, spotkać tą drugą osobę, czy też że w ogóle zgoda na posiadanie dzieci jest czymś takim niezwykłym. Tak samo jak u Dicka. Może nie ma zgody, ale posiadanie żywego stworzenia to jest jakiś taki status społeczny. Tutaj w „Duszy” autorka idzie jeszcze krok dalej. Nie posiadanie zwierzęcia, tylko w ogóle założenie rodziny.
To musi być odgórnie, urzędowo zezwolone i świadczy o wyższym statusie społecznym. Bo przecież ta główna bohaterka jest pariasem wręcz, prawda? Jest poza nawias społeczeństwa wyrzucona. I dopiero ten sztuczny byt pozwala jej się jakoś w tej rzeczywistości, w tym świecie, nazwijmy to, zadomowić.
[01:12:41] - Ja mam wrażenie, że ten film z Robinem Williamsem to było takie zestawienie kilku chyba utworów Asimova. Wydaje mi się, że w 84. roku w Fantastyce ukazało się takie opowiadanie „Człowiek, który żył dwieście lat”.
[01:13:04] - Pomyliłem to, przepraszam.
[01:13:06] - Tak, ja mówię zupełnie świadomie, że to była taka mieszanka, ten film. Ponieważ tam i z „Pozytonowego detektywa”... W każdym razie oczywiście nie chodzi o akcję, nie chodzi o dochodzenie, ale pewne elementy z tej robotycznej twórczości Asimova czerpano do filmu, więc to nie jest czysta ekranizacja tego opowiadania, o którym mówiłem, tylko starano się tego Asimova wyczerpać. Patrzeć po różnych jego opowiadaniach, żeby stworzyć ten film. Ja mam teraz pytanie do wydawcy, do Jacka. A jak ty odbierasz ten problem sztuczności, niesztuczności? Czy w ogóle taki problem istnieje? Jak ty na to patrzysz?
[01:14:12] - To jest o tyle skomplikowane dla mnie, że z jednej strony na pewno mam jakieś uwarunkowania wynikające z wychowania, z tego, w jakiej kulturze dorastałem, w jakim świecie wartości. I jednak to życie postrzegam świadomie lub podświadomie przez pryzmat religii katolickiej w jakiś sposób. Nie myślałem o tym do tej pory. Dopiero w tej chwili właśnie mi się to nasunęło. Podejrzewam, że jednak wiele problemów mogłoby być na etapie, w momencie, w którym z próbą definiowania tego, czy to jest życie, czy to jest świadomość, czy to jest tożsamość. Gdyby tym się zajęli księża katoliccy, czy też filozofowie i teologowie. Z drugiej strony postrzegam też to przez pryzmat tego, o czym już wspominałem w jakiś sposób. O tej kwantowej rzeczywistości, gdzie kwantowa rzeczywistość to jest niejako to, o czym mówi szamanizm. Co się w jakiś sposób coraz częściej gdzieś tam podkreśla w takich materiałach popularnonaukowych. Ja nie do końca wiem, czym jest fizyka kwantowa, zwłaszcza jeśli chodzi o wzory.
Natomiast mówi się o tej kwantowej rzeczywistości, która opisuje świat obecny, przeszłość, przyszłość jako ciąg zdarzeń dziejących się cały czas, nieustannie, jako połączenie wszystkiego ze wszystkim. W jakiś sposób tutaj chyba próbowałem bardzo nieudolnie o tym mówić, i chyba o tym Łukasz wspominał, że ta granica pomiędzy życiem, tym życiem ludzkim, jest bardzo płynna. Że życie generalnie, tak może kolokwializując, życie jest cudem. My nie wiemy, kiedy nawet zwykły kamień, który według mnie nigdy nie jest zwykłym kamieniem, może po prostu ożyć i nabrać tej świadomości. Być może on ma tą świadomość i według mnie w jakiś sposób ma. Czy ma tożsamość? Nie wiem. Też Luiza mówiła o zwierzętach. Według mnie, jest to doświadczone przeze mnie osobiście i też o tym czytałem sporo ostatnio, że żyją też rośliny, mają świadomość, są ze sobą połączone. Pisał o tym Tolkien.
Przed Tolkienem przecież mniej znany, ale wcześniejszy „Bunt drzew, bunt lasów” u Stanisława Vincenza, który opisywał Huculszczyznę, gdzie górale skuszeni przez zarobek, przez rewolucję przemysłową zaczęli wyżynać swoje lasy, gdzie drzewa się zbuntowały.
[01:17:18] - Jest taka piosenka zespołu Homo Homini „Drzewa ruszają w drogę”.
[01:17:23] - Nie pamiętam. Homo Homini kojarzę rzeczywiście, ale piosenki nie kojarzę, prawda?
[01:17:30] - Warto jej posłuchać w tym kontekście.
[01:17:34] - Okej, zapisuję. Ale wtrącę może, jeśli mogę, bo jak obiecałem koledze, który dwa dni temu podzielił się z nami recenzją i swoją refleksją z duszy, że wspomnę o tej recenzji, wspomnę o nim. Notabene też Wodnik. I korzystając z tego, że była wzmianka o korespondencji z innymi dziełami literackimi, to tutaj Grzegorz Omelan. Pozdrawiam cię, Grzegorzu. Podobno masz słuchać. Jako nieznawca, niemiłośnik science fiction, chociaż za kultowe uważa dzieło Scotta „Opsy” akurat nie, bo na przykład do dzisiaj nie widział „Łowcy androidów”. On się odwołuje do klasyki literackiej i na przykład pisze w ten sposób. Jeśli mogę kilka zdań. Pisze w ten sposób o duszy.
„Romeo na baterie czy kandydat na prezydenta? U Swifta była to szkoła projektorów politycznych, u Monty Pythona Ministerstwo Głupich Kroków, u Orwella Policja Myśli, a u Luizy Dobrzyńskiej mamy Departament Doboru Geometrycznego.” On tutaj później swoje recenzje rozwija, odwołanie do Swifta, natomiast nie będziemy chyba teraz tego czytali. Odsyłamy na nasz fanpage, gdzie się ta recenzja pojawiła. Chyba tyle, jeśli mogę.
[01:19:04] - Zakończyć.
[01:19:06] - Ponieważ szliśmy w poważne tony, to ja tytułem rozładowania tych poważnych tonów i takiej filozoficznej głębi wspomnę à propos inteligencji i samoświadomości. Otóż programy, które dzwonią do państwa, oferując różne niesamowite usługi tudzież niesamowite produkty. Zapewne nasi słuchacze zetknęli się już nie raz z automatem, który dzwoni i udaje człowieka. Jeszcze całkiem niedawno sposobem na taki automat było zadanie pytania: „Czy pan jest automatem?” Program się wtedy zawieszał, nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć. Najczęściej mówił: „Halo, halo, nie dosłyszę” albo „Coś przerwało”. Teraz programy stają się inteligentniejsze. Ostatnio, kiedy zadałem pytanie: „Czy pan jest robotem, automatem?”, odpowiedział: „Nie, ja cały dzień dzwonię do ludzi, w związku z tym mój głos może się wydawać panu nieco mechaniczny, ale zapewniam pana, że jestem człowiekiem”. Przyznam, że mnie zaskoczył. Kiedy mam głębokie poczucie, że rozmawiam z automatem, staram się jednak dobić sprawę do końca. W związku z tym zadałem bardzo proste pytanie: „Ile jest dwa razy dwa?” I on po kilku próbach zwiedzenia mnie, że nie rozumie, co do niego mówię, że coś przerywa na linii, w końcu oświadczył, że chyba nie jestem w grupie docelowej i automat się po prostu rozłączył.
Ta inteligencja nie jest jeszcze taka inteligentna, żeby przejść test Turinga, ale to jest inteligencja usługowa, która dzwoni i wciska różne rzeczy. Zapewne inteligencja, która gdzieś tam w głębiach laboratoriów badawczych funkcjonuje, jest bardziej inteligentna, co nie znaczy świadoma. Myślę, że do świadomości jeszcze bardzo daleko. Powiem tak, że ja się od pewnego momentu wstrzymuję z prezentacją naszym słuchaczom fragmentu powieści „Dusza”, ponieważ wiem, że jeden z naszych gości będzie nas musiał opuścić. Panie Łukaszu, czy już się zbliżamy do momentu, kiedy pan się z nami będzie żegnał?
[01:21:56] - Niestety tak.
[01:21:59] - Tak powiem, postawię pana w sytuacji podbramkowej, bo teraz poproszę o wygłoszenie podsumowania i tak dalej. Wiem, że to jest wypuszczenie gościa, wsadzenie go na minę, ale jeśliby pan zechciał, to będę bardzo wdzięczny.
[01:22:19] - Orędzia.
[01:22:21] - Tak, coś w rodzaju orędzia. Bardzo poproszę. Jeszcze tylko zanim pan do tego orędzia przejdzie, to powiem, że pan Łukasz Kucharczyk jest autorem książki, o której będziemy całkiem niedługo mówić, gdzieś na początku lipca, a konkretnie zdaje się 1 lipca. Książka się pojawiła wcześniej. My o niej będziemy mówili 1 lipca. Książka „Granty i smoki”. Zaręczam państwu, że zabawa będzie przednia. To tylko tak tytułem uprzedzenia. A teraz oddaję panu głos i o to orędzie poproszę.
[01:23:08] - Bardzo dziękuję. Bardzo mi miło, że mogłem tu uczestniczyć. Ja bym chciał jeszcze powiedzieć o książkach Luizy Dobrzyńskiej. Może już ogólnie, starałem się coś tam, nazwijmy to, mądrego powiedzieć. Natomiast styl autorki, moim zdaniem, jest przede wszystkim bardzo przyjazny czytelnikowi. To się dobrze czyta, a czasem ja mam z tym ogólnie problem, bo czasem mi się wydaje, że my zapominamy o podstawowej funkcji literatury, jaką jest siłą rzeczy snucie opowieści. I Luiza Dobrzyńska bardzo dobrze snuje swoje opowieści. Czy to mówimy właśnie o „Duszy”, która, tak jak już to powiedziałem, nie tylko jest namysłem nad różnymi problemami związanymi ze sztuczną inteligencją, granicą pomiędzy tym, co żywe a nieżywe, pomiędzy bytem a niebytem, ale też samo stosowanie, bardzo umiejętne stosowanie atrakcyjnych gatunków i podgatunków literackich. Bo tu mamy na początku trochę powieść edukacyjną, potem mamy kryminał, mamy romans. Mamy też tropy literatury obyczajowej, czy to na poziomie związku między dwojgiem ludzi, czy na poziomie relacji rodzinnych, tak to nazwijmy.
Natomiast jeśli chodzi o „Poltreka”, którego zacząłem czytać, to jest bardzo zgrabna satyra, ale połączona umiejętnie ze space operą, połączona z powieścią drogi i tak dalej. Tylko że tu faktycznie w „Poltreku” to wszystko w takim sosie może nie groteski, tylko właśnie humoru, komizmu.
[01:25:13] - Dlatego mi się wydaje, że warto powieści Odeswy czytać tak samo, jak wspomniany już „Chciej mnie zawsze”, który bardzo dobrze kontynuuje, zdawałoby się po 1989 roku niemożliwą, tradycję science fiction socjologicznej. Zakończę moje orędzie głosem do Jacka, że już czekamy na Jacka Inglota. Jacku.
[01:25:50] - A mogę uchylić rąbka tajemnicy?
[01:25:53] - Jak najbardziej.
[01:25:57] - Łukasz? Halo?
[01:25:58] - Tak.
[01:25:59] - To może tak jeszcze. Dziękuję.
[01:26:12] - O i coś się wydarzyło.
[01:26:14] - Zepsuło.
[01:26:15] - Coś się zepsuło. Jacku? Jacku?
[01:26:20] - Jak na seansie spirytystycznym.
[01:26:22] - Troszkę tak.
[01:26:23] - Jacku, jesteś z nami? Daj znak.
[01:26:26] - Jacku, czy jesteś?
[01:26:35] - Można też spróbować jak na warsztatach podróży niefizycznych. Wysyłamy intencję nawiązania kontaktu z Jackiem Choręzką.
[01:26:48] - Ale się chyba okazały nieskuteczne. To ja mam taką propozycję.
[01:26:53] - Mam wrażenie, że nieco długopis mi się na biurku przesunął. Nie wiem, czy to Jacek.
[01:27:07] - Ponieważ jest cisza, to zróbmy w ten sposób. Przede wszystkim bardzo dziękuję panu Łukaszowi.
[01:27:18] - Ja bardzo dziękuję za zaproszenie.
[01:27:20] - Za obecność. Polecamy się na przyszłość i umawiamy cię na początku lipca na audycję o książce pana Łukasza. Jeszcze raz bardzo dziękujemy. Żegnamy się. Bardzo nam było miło gościć w Bibliotekarium.
[01:27:39] - Było miło. Dziękuję. Do widzenia.
[01:27:42] - Do widzenia, do usłyszenia. A teraz proponuję wszystkim, żebyśmy posłuchali pierwszego fragmentu powieści Luizy Dobrzyńskiej „Dusza”.
[01:27:56] - „Ale to wszystko były tylko półśrodki” – mówiła Etta do zasłuchanych dzieciaków. – „Prawdziwie skuteczna walka o środowisko naturalne zaczęła się w dniu uchwalenia prawa Irwina. Było to pierwsze tak restrykcyjne prawo w dziedzinie ochrony przyrody. Zezwalało bowiem na egzekucję na miejscu każdego kłusownika oraz, niezależnie od tradycyjnej odpowiedzialności karnej, bezwzględną konfiskatę dóbr osoby, której udowodniono handel chronionymi gatunkami”. To była ostatnia lekcja, jaką tu prowadziła. Przyglądając się swojej klasie, zastanawiała się, czy czasem nie zwariowała, przyjmując propozycję Weroniki. Lubiła swoją pracę, lubiła swoje ustabilizowane życie, a teraz miała to wszystko rzucić. Jednak z drugiej strony przyjaciółka zaoferowała jej możliwość przeżycia wspaniałej przygody, o której nawet nie marzyła. Nie potrafiła zrezygnować z tej możliwości, choć wiązało się to z bolesnymi wyrzeczeniami. Na przykład musiała pożegnać się ze szkołą.
„No, no spokojnie” – zganiła samą siebie. – „I tak pożegnałabyś się z nimi najpóźniej w przyszłym roku, a na ich miejsce przyszłaby następna klasa pięcio-, sześciolatków. Tak to już jest, gdy pracuje się w szkolnictwie”. Mimo niewątpliwej słuszności tego rozumowania czuła żal. Nie mogła nawet pożegnać się ze swoimi podopiecznymi tak serdecznie, jak by chciała. Według procedury dzieci musiały uważać, jak wszyscy inni, że nauczycielka wyjeżdża tylko na kilka dni, a potem wróci. Ostrożność posunięta aż do obłędu, ale miała swoje uzasadnienie. W ten sposób unikało się wszelkich niespodzianek i niepokojów społecznych. Czasy powszechnego dostępu do informacji były czasami chaosu, a obecnie społeczeństwo stało się uporządkowaną strukturą, której zaburzenie traktowano jak zbrodnię stanu. Nikt nie pragnął powrotu tego, co było kiedyś.
Ludzkość otrzymała aż nadto bolesną lekcję i na swoje szczęście umiała wyciągnąć z tego właściwe wnioski. „Kochane aniołki, muszę teraz się z wami pożegnać” – zaczęła, starając się nadać swemu głosowi ton możliwie lekki. – „Okoliczności zmusiły mnie do wyjazdu. Jadę do Nowego Orleanu, więc nie będzie mnie kilka dni”. „A pani leci czy jedzie pod ziemią?” – pisnęła Jodie. – „Ja wolałabym lecieć. Można popatrzeć na lasy i góry”. „Można też zlecieć i zabić się na śmierć” – zauważył ponuro Esteban. „Benito!” – Etta postukała w stół. – „Nie strasz kolegów.
Takie wypadki są bardzo rzadkie. Nie, kochani, ja pojadę pociągiem podziemnym. Jest to dużo tańsze, a ja nie zarabiam zbyt wiele i muszę spłacać raty za Raula”. „A on pojedzie z panią?” „Oczywiście, że tak. Zawsze mi wszędzie towarzyszy”. „A kiedy pani wluci?” Zapytał żałośnie Waylon. Nie spuszczał z Eddy swych okrągłych oczek. Miała wrażenie, że coś przeczuwa. „Już mówiłam. Za parę dni” skłamała gładko.
„Zastąpi mnie pan Yamato. Na pewno go polubicie. To taki miły młodzieniec”. „Ale to nie pani” powiedziała cicho Anissa. Jej szerokie, zawsze skore do śmiechu usta wyginały się niebezpiecznie w dół i Edda poczuła, że jeszcze chwila, a sama się rozpłacze. „Nie możecie tak myśleć” zawołała pospiesznie, siląc się na beztroski ton. „Jeśli nie będziecie poznawać nowych ludzi, zrobi się wam nudno. A teraz, żeby nie było wam smutno, zagramy w zgadywanki. Co jest białe, różowe i niebieskie?” Dopiero w drodze do domu młoda nauczycielka pozwoliła sobie na parę łez, choć tak naprawdę nie było jej aż tak smutno. Wiedziała, że będzie tęsknić za swymi dzieciakami.
To było nieuniknione. Jednak perspektywa tego, co ją czekało, była tak kolorowa, tak bardzo pociągająca. W domu czekał na nią Raul z dwiema już spakowanymi walizkami. Zgodnie z wytycznymi mieli zabrać ze sobą tylko to, co najważniejsze, by nie budzić niczyich podejrzeń. Reszta miała zostać tutaj, w ich przytulnym mieszkaniu, tak jakby mieli do niego zaraz wrócić. Choć najbardziej prawdopodobne było to, że nie wrócą już nigdy. Edda sprawdziła, czy wszystkie systemy zostały prawidłowo zamknięte, za wyjątkiem systemu nawadniającego roślin naokiennych. Ten miał działać niezależnie od wszystkiego, po czym razem z Raulem zeszła na dół, gdzie czekała już na nich smokła limuzyna publicznego ruchu. Przez chwilę młoda nauczycielka czuła ucisk w gardle, ale po użyciu inhalatora Opti udało się jej opanować łzy. Siląc się na pewność siebie, zajęła miejsce obok spokojnego jak skała Raula.
Zauważyła, że android przypatruje się jej z ukosa tak, jakby zauważył coś niezwykłego. Jednak nic nie powiedział. Jak większość androidów raczej milczał, niż mówił. Chyba że miał do powiedzenia coś konkretnego. Ośrodek doboru kadry zlokalizowano poza miastem, co już samo w sobie stanowiło ewenement na skalę światową i świadczyło o powadze całego przedsięwzięcia. Nikt niepowołany nie tylko nie mógł tam wejść, nikt nawet nie miał szansy, by dowiedzieć się o istnieniu tej placówki odseparowanej od całego cywilizowanego świata. Sama placówka była niczym małe miasteczko wyposażone w sale treningowe, centralną przychodnię oraz instytut naukowy, do którego zaproszono Eddę dopiero po gruntownym przebadaniu jej przez biegłego internistę oraz psychiatrę. Nie respektowano tu zwykłych kart S. Wszystkie badania musiały być zrobione na nowo, w tym także testy na wytrzymałość, którym nigdy jej dotąd nie poddawano. Kiedy zespół trzech lekarzy podpisał wreszcie jej certyfikat przydatności, mogła odpocząć w przydzielonej jej kwaterze.
Raul zdążył już przygotować dla niej łóżko, co przyjęła wdzięcznym sercem. Była bowiem zupełnie wykończona po tym dniu pełnym wrażeń. Nie chciała nawet jeść. Położyła się po prostu i zasnęła kamiennym snem. Dopiero następnego dnia wzięła kąpiel i po dobrym śniadaniu postanowiła zwiedzić nieco okolicę. Co prawda miała na ten dzień naznaczone spotkanie w biurze głównego koordynatora, ale dopiero na późne popołudnie, więc nie miała się do czego spieszyć. Można było poświęcić kilka godzin na poznanie tymczasowego domu. Ośrodek ładnie rozplanowano, a w jego centrum znajdował się nawet niewielki park ze stawem, po którym pływały lilie wodne. Eddę zaskoczyła konstatacja, że staw jest prawdziwy, podobnie jak pływające po nim rośliny i trawa, która porastała brzegi. Czegoś takiego nie widywało się codziennie, nawet w bogatszych dzielnicach.
Publiczne parki projektowali i wykonywali wideoplastycy, specjaliści od łączenia efektów różnego rodzaju, zwani czasem fałszerzami rzeczywistości. Ich twory piękne, higieniczne i całkowicie bezpieczne cieszyły oczy spacerujących mieszkańców, ale powstawały sztucznie i każdy zdawał sobie z tego sprawę. Tutaj było zupełnie inaczej. Nad wodą bawiło się kilkoro dzieci w różnym wieku. Ich widok przypomniał młodej nauczycielce jej klasę. Odwróciła się więc co prędzej i podeszła do wielkiego automatycznego kiosku wyglądającego jak pionowa, płaska gablota podzielona na małe okienka. Te przegródki zawierały nie tylko ładnie opakowane ciastka czy napoje. Były tam też zegarki, drobna elektronika, biżuteria, zabawki dla dzieci. Z boku widniał panel pracomatu z klawiaturą wyboru gazety i osobnym gniazdkiem opłatowym. Edda skorzystała z okazji, by kupić nowy numer „Timesa” i właśnie kończyła ściąganie gazety na swój notebook, gdy od strony stawu rozległ się rozpaczliwy krzyk.
Pospiesznie wyszarpnęła wtyczkę interfejsu z gniazdka i zawróciła nad wodę akurat w czas, by zobaczyć, jak Raul wynosi na brzeg ociekające wodą roztrzęsione dziecko. „Co się stało?” zawołała. „Wpadł do wody” wyjaśnił jej Raul. „Nie umie pływać”. Nie wiadomo skąd pojawiła się młoda kobieta w drogim, dobrze skrojonym kostiumie i chwyciła przemoczone do suchej nitki dziecko w ramiona. „Odwróciłem się tylko na moment, słowo daję, a ten zniknął” – wykrztusiła. – Timmy, mój mały skarbie, jak mogłeś? – Och, dziękuję pani. – To nie mnie – zaprotestowała Etta. – To Raul wyciągnął pani synka ze stawu.
– Ale to pani mu kazała. – Myli się pani. Ja byłam przy kiosku. Nawet nie wiedziałam, że pani dziecko wpadło do tej sadzawki. Raul sam podjął decyzję, jak działać. Młoda matka wciąż przyciskała do siebie dziecko, które odzyskało już animusz i wierciło się, usiłując wywalczyć sobie swobodę ruchów. Oboje byli bardzo do siebie podobni. Jasnowłosi, nieco piegowaci i drobnej kości. Jedynie oczy kobiety miały odcień szarozielony, nie brązowy jak u chłopca. Spojrzała na nieruchomego androida, a na jej twarzy odbiła się wyraźna rozterka.
– Czy on nie ma takich spraw w programie? – spytała. Etta pokręciła głową. – Nie. Widzę, że nie zna pani ogólnej teorii androidów i nie wie, że ma pani do czynienia nie ze skomplikowanym mechanizmem, a świadomą istotą. Raul, powiedz, czemu zrobiłeś to, co zrobiłeś. – Zagrożenie funkcji biologicznych. Konieczna interwencja. Człowiek nie może żyć w wodzie – odpowiedział towarzysz swoim łagodnym, miękko modulowanym głosem. – To jest dziecko.
Czy ty wiesz, co to dziecko? – pytała dalej Etta. – Dziecko to proto-człowiek. – Proto-człowiek? Matka chłopca postawiła go wreszcie na ziemi i otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. – Człowiek, który jest, który jest mały. Głos Raula wyraźnie zwolnił, jak zawsze, gdy odpowiedź nie mieściła się w określonym schemacie. – Mały to znaczy niski? – spytała Etta podchwytliwie. – Nie.
Mały. Nie całkiem taki jak trzeba. Niewyrosły, nierozwinięty. Proto-człowiek. Ochrona szczególna. Czy zrobiłem coś niewłaściwego? – Ależ przeciwnie, zachowałeś się wspaniale. Chciałabym tylko wiedzieć dlaczego. Nastąpiło długie milczenie. Android wyraźnie szukał słów, które mógłby dopasować jakoś do sytuacji, ale okazało się to ponad jego możliwości.
– Nie wiem – rzekł wreszcie. – Bo tak było trzeba.
[01:39:32] - I to był pierwszy fragment powieści „Dusza”. Zanim wszedł ten fragment na antenę, wycięło nam Jacka. I to w dodatku w momencie, kiedy miał powiedzieć coś bardzo ważnego. To może teraz się uda. Jacku?
[01:39:53] - No próbujemy. Słychać?
[01:39:54] - Próbujemy. Próbujemy. Słychać, więc próbujemy.
[01:39:59] - Nie wiem, co się stało. Słyszałem was wszystkich. Może jakieś zawieszenia. Pracujemy, jeśli chodzi o Łukasza, doktora Łukasza Kucharczyka, pracujemy w wydawnictwie, może takim swoim tempem, ale nad kolejną serią książek. Tym razem książek z ambicjami naukowymi. I wychodzi na to, że doktor Łukasz Kucharczyk będzie redaktorem naczelnym tej serii. Tam do tego zmierza, jakkolwiek plany tutaj teraz są jeszcze nie do końca sprecyzowane. Już było kilka propozycji. Z różnych przyczyn musieliśmy ten projekt może nie zawiesić, ale po prostu go wyciszyć. Ale to wróci lada dzień już na nasze biurka, na nasze desktopy.
I tak po cichu mogę powiedzieć chyba, że gdzieś tam w jakiś sposób Łukasz ma też zostać jednym z naszych, no mamy też sobie obiecane, nie mamy jeszcze podpisanej umowy, ale ma się pojawić też na łamach akurat serii, w której ukazała się druga książka Luizy, czyli „Polter”, w serii Fantastyczne fascynacje, coś autorstwa Łukasza Kucharczyka nienaukowego, jakkolwiek zapewne się do świata nauki lub tej refleksji antropologicznej bardzo głęboko odwołujące. I może tyle, jeśli chodzi o Łukasza. Bardzo mu dziękuję za to, że się zaangażował, że nam ufa. I dziękuję też Krzyśkowi Kiersemanowi, miłośnikowi Star Wars, też wodnikowi za to, że go nam podrzucił, że tak powiem. Dziękuję.
[01:41:45] - Ja zaraz popadnę w jakieś kompleksy. Same wodniki, a ja tu jeden strzelec. Naprawdę zaczynam się czuć, znaczy znaku niestety nie można deklaratywnie zmienić znaku zodiaku, ale się zastanawiam, czy jakoś się nie da. Jakąś presję czuję.
[01:42:05] - Ja dodam, że ja też jestem Wodnik.
[01:42:09] - No tak.
[01:42:10] - Tyle Wodników.
[01:42:12] - No tak. No to ja już nie wiem, co mam zrobić.
[01:42:15] - To ja tylko dodam, że ja się urodziłem ósmego lutego, tego samego dnia co Juliusz Verne. Mam w metryce, no już tak.
[01:42:22] - A skoro już mówimy o takich różnych rocznicach, to nie mogę nie wspomnieć, że wczoraj, drugiego czerwca, była trzecia rocznica śmierci też szefa wszystkich szefów, a w każdym razie redaktora wszystkich polskich fantastów, czyli Macieja Parowskiego. To trzy lata. W dwa tysiące dziewiętnastym roku Maciej zmarł.
[01:42:51] - Trudno mi uwierzyć, że to już trzy lata.
[01:42:53] - Tak, po prostu to chyba wszystkim. Maciej był takim elementem, ja wiem, że to zabrzmi paskudnie, ale takim elementem krajobrazu. Maciej po prostu był zawsze i w każdym momencie i nagle go zabrakło. Ja myślę, że warto pamiętać i wczoraj była ta trzecia rocznica. To à propos-
[01:43:19] - Marku, to ja wtrącę, jak zwykle lubię dygresje gawędowe troszeczkę wtrącać. „Chciej mnie zawsze” otwiera się wstępem mojego autorstwa, w którym się odwołujemy do Maćka Parowskiego. W zasadzie odwołuję się do Maćka Parowskiego i do dedykacji, którą złożył mi na Festiwalu Fantastyki w Nidzicy, gdzie myśmy się wtedy poznali osobiście. Na swojej książce „Z bandytą w bincie” napisał mi taką dedykację: „To jest historia jego pokolenia. Jacku, czas opisywać swoją”. I wydaje mi się, że w jakiś sposób realizując tę niejasną wizję przedsięwzięcia wydawniczego i nie będąc... Czy mam jakieś talenty? Mam jakieś publikacje nawet. Natomiast chyba brakuje mi spokoju ducha, żeby siąść i się głębiej zająć pisarstwem sensu stricto. W jakiś sposób realizuję chyba to jego przykazanie, przesłanie.
Spisuję książkami, które wydajemy, historię naszego pokolenia w taki sposób, czyli nasze myśli, refleksje, problemy. Niezależnie od tego, czy one się dzieją w przeszłości, czy w innej rzeczywistości, cały czas to jest opowieść o ludziach, którzy urodzili się w latach 60., 70. Ich spojrzenie na wszystko. Tyle. Tak nagle mi się to pojawiło, kiedy Marku mówiłeś. Także czapki z głowy przed Maćkiem. I to nie jest tak, że on jest nieobecny, bo on po prostu jest dalej, jest ze mną. Jego książki są przede mną. Jestem mu też bardzo wdzięczny za to, że kiedyś przyjął do druku dwa moje fragmenty pracy licencjackiej i pracy magisterskiej. Ukazały się w „Czasie Fantastyki”.
Było to bardzo mobilizujące. Bardzo tego wtedy potrzebowałem. Także bardzo dziękuję też za to wspomnienie. Nie pamiętałem o rocznicy. Przypomniałeś mi.
[01:45:25] - Ja powiem tak, że Maciej Parowski to był taki człowiek, który bardzo wiele rzeczy inicjował. Sam pewno nie wiedział, że je inicjuje, ale po prostu był takim człowiekiem, który w wielu osobach wzbudzał jakieś prądy błądzące. Nie wiem, nie jestem fizykiem, w związku z czym pewno bredzę w tej chwili, ale pojawiały się różne idee. Kiedy się rozmawiało z Maciejem, nagle człowiek odkrywał je w sobie. I ja też jestem mu bardzo wdzięczny za kilka ciekawych pomysłów. Zostawmy te wspomnienia, bo pewno moglibyśmy długo. Ja tylko powiem, że kiedy rozmawialiśmy o tej rocznicy, to przyszło mi do głowy, że w jednym z odcinków „Bibliotekarium” trzeba by powiedzieć o bardzo ważnej książce Macieja Parowskiego zatytułowanej „Burza”, która na początku wyszła w bardzo mikrym nakładzie. Z takiej serii Zwrotnice czasu. Nakłady tej „Zwrotnicy czasu” były homeopatyczne. Później wyszła w jednym z komercyjnych wydawnictw.
Było niby tego trochę więcej, ale też jakoś zniknęło z rynku. Chyba warto o tej pozycji troszkę więcej powiedzieć. Z czasem obiecuję, że się „Burza” na antenie „Bibliotekarium” pojawi. A teraz-
[01:47:07] - Jeśli mogę. Podsunąłeś mi też jeszcze pewną myśl, bo mam już telefon do pani Parowskiej w związku z pewnymi planami wydawniczymi. Notabene Łukasz Kucharczyk ten telefon załatwiał. I z racji tego, że w naszych planach najbliższych są dwie książki. Rozważamy dwie książki, które właśnie ukazały się w serii Zwrotnice czasu, czyli książka Adama Fetrasiewicza i Bogaczyka, może zupełnie nie imienia, „Obroty” oraz książka Jacka Iglota „Quietus”. Może właśnie spróbować też wznowić „Burzę”. Zobaczymy. Nie obiecuję. Spróbujemy się pani Parowskiej ukłonić. Jeśli jest spadkobiercą praw autorskich, to może się uda coś w tej kwestii zrobić i może będzie okazja do ponownego spotkania się nad „Burzą”, także z szamanami fantastyki.
Bo w jakiś sposób też Maciek był tym szamanem. Był niby tym szefem wszystkich szefów, ale w związku z jakimś tam pewnym konfliktem chyba na przełomie lat 90. i XXI wieku pomiędzy nim a częścią Fandomu też stał się takim troszeczkę outsiderem, prawda? Zamknijmy temat.
[01:48:21] - Tak. Wróćmy do powieści „Dusza”. Pani Luizo.
[01:48:26] - Tak?
[01:48:29] - Wspominał już pan Łukasz o tym. Pani powieść zawiera w sobie kilka innych powieści. To oczywiście pewna przenośnia, ale mamy tam wątki kryminalne. Mamy twardą science fiction. Mamy, jak już wspominałem na początku, powiastkę filozoficzną. Ja mam takie wrażenie, że chociaż powieść jest bardzo na poważnie, to jednak pani do pewnego stopnia bawi się pisaniem. Nie wiem, czy to słowo „bawi” jest tutaj na miejscu, ale mam takie wrażenie, że pani warsztat pisarski to jest jednocześnie taki warsztat alchemika, w którym pani miesza różne substancje I wychodzi pani gotowe dzieło. Czymś takim właśnie jest "Dusza". Tak jak powiedziałem: science fiction, zagadka kryminalna, powiastka filozoficzna. Pewnie gdyby głębiej poszukać, to jeszcze by się czegoś człowiek mógł doszukać.
To pytanie otwarte troszeczkę. Trochę o warsztat, trochę o tym, jakimi drogami podążają myśli autora, a po trzecie to, czy ja to dobrze odczytuję, czy pani się po prostu dobrze bawi przy pisaniu?
[01:49:58] - Jakby to powiedzieć. Spotkałam się kiedyś z zarzutem, że w żadnym wypadku nie mam prawa nazywać się pisarzem, ponieważ nie jestem osobą żyjącą z tej pracy. Skoro więc nie jest to praca, to zapewne jest to zabawa. To ta sama odpowiedź.
[01:50:20] - Tak. To pierwsza odpowiedź, ale dalej jeszcze o te różne elementy, z których składa się "Dusza".
[01:50:30] - Życie nie jest jednostronne. To nie jest tak, że w naszym życiu dzieje się ciągle w kółko jedno i to samo. Najbardziej to chciałam, mówiąc szczerze, napisać dobry kryminał, ale to jest praca naprawdę ciężka. Napisać kiepski kryminał to potrafi każdy. Dobry niestety już nie. Natomiast wątki kryminalne w naszym życiu się trafiają. Jak wiadomo, możemy sobie żyć zupełnie spokojnie, ale coś takiego się przytrafi w rodzinie naszego współpracownika albo u sąsiada. W życiu się to po prostu miesza. Tak samo i tutaj. Ja tu nie widzę żadnych sprzeczności.
Ani też, że tak powiem, niewłaściwości.
[01:51:35] - Sprzeczności nie widzę oczywiście też. Natomiast zadałem to pytanie pod kątem warsztatowym. Kiedy pani przystępowała do pisania "Duszy", czy pani już miała w głowie, jak ta powieść będzie wyglądała? Ja przyznaję, że autorzy nie lubią takich pytań. Ja sobie zadaję owo pytanie całkowicie świadomie, że wsadzam kij w mrowisko. Kiedy pani siadała do napisania "Duszy", to ten scenariusz był już gotowy? Czy na przykład ten kryminał wyskoczył pani w trakcie? To takie pytanie o warsztat.
[01:52:28] - Wie pan, przyznaję się ze wstydem, że ja żadnych planów nie robię. Po prostu w pewnym momencie pojawia mi się ogólny zarys historii, którą chciałabym przedstawić. Jak zaczynam pisać, to po prostu rodzi się samo. Jedno wynika z drugiego. Kiedyś próbowałam zrobić plan, ale wyszło mi to tak marnie, że zarzuciłam. Zdarzało mi się też pisać metodą Frankensteina. To znaczy opisywanie poszczególnych scen i później zszywanie tego wszystkiego w jedną całość. Ale tworzenie planów, rozpiski, tego nigdy nie robiłam. Tak jak zaznaczyłam, w zasadzie pisarzem nie jestem, albowiem nie jest to mój zawód. Robię po prostu, spisuję to, co mi w duszy gra.
A to idzie na bieżąco.
[01:53:39] - Ja jestem przeciwnikiem takich rozgraniczeń, kto jest pisarzem, kto nie jest pisarzem, bo to bardzo często jest weryfikowane przez czas. Było kilku wybitnych pisarzy, którzy nie utrzymywali się z pisania, a do dzisiaj są pisarzami wybitnymi. W związku z tym dla mnie, ale podkreślam, kimże ja jestem, swoje zdanie muszę oczywiście podkreślić. Dla mnie nie jest wyznacznikiem tego, czy ktoś jest pisarzem, czy nie ta kwestia, czy się utrzymuje z pisania, czy nie. Bo powiem tak: czasami ktoś pisze powieść życia przez całe notabene życie i to rzeczywiście jest coś, co po nim pozostaje. Ale przecież pisząc tę powieść przez całe życie, nie utrzymywał się z bycia pisarzem. To co? To odbierzemy mu to prawo? W związku z tym ta łatwość definicji, którą niektórzy na naszym rynku czy też w internecie tak szafują i są skłonni rozdzielać, kto jest, kto nie jest. Ja bym się powstrzymał mimo wszystko, bo to chyba nie tak działa.
To à propos tego podziału na pisarzy, niepisarzy i ludzi, którzy coś tam piszą. Ale jeszcze à propos tego znowu zapytam. Czysta ciekawość przeze mnie przemawia. Ten wątek kryminalny, który jest w „Duszy", pojawił się w trakcie. Świetnie go pani wyeksploatowała. Rozumiem, że jak on się już pojawił, to był na tyle frapujący, fascynujący – tu możecie państwo wstawić sobie dowolne słowo – że pociągnął panią i jakby wessał troszeczkę.
[01:55:47] - Może. Lubię kryminały. Z tym że – może się tutaj bardzo narażę – ale nie kryminały pisane współcześnie. Odstraszają mnie najczęściej przede wszystkim grubością. Jak widzę książkę takiego formatu, od razu wiem, że połowa to będzie woda. Poza tym jakoś nie przemawiają do mnie współcześnie uznawani za genialnych pisarze kryminałów. W żadnym wypadku nie mogę strawić Remigiusza Mroza. Nie daję sobie rady z Katarzyną Bondą. Kryminały pisane przez Skandynawów też mi nie przechodzą jakoś łatwo. Nie wiem, dlaczego tak jest.
Dla mnie absolutną mistrzynią była zawsze Agatha Christie. Poza tym nie da się ukryć, kiedyś, za czasów PRL-u wydawano książki kryminalne formatu kieszonkowego. To były zwarte opowieści. W obecnej chwili uznano by, że są zbyt krótkie, ale za to bardzo bogate w treść. Dlatego może nie potrafię przeczytać tego, co jest teraz uznawane za kryminał. Jakby to powiedzieć? Tak jak powiedziałam, paradoksalnie bardzo mnie ten gatunek pociąga, ale do tego trzeba mieć szczególne pióro i uważam, że ja go nie mam. Natomiast wprowadzić wątek kryminalny powieści science fiction to już zupełnie inna kwestia, bo to jest jeden z wątków danej powieści i zawsze można się wytłumaczyć, że to było tylko poboczne. Chociaż przyznam, że mam na swoim koncie dwie powieści kryminalne. Właściwie jedną kryminalną, a jedną sensacyjną, powiedzmy to sobie.
Być może nawet któregoś dnia do tego powrócę. Tylko tak jak powiedziałam, jeżeli już biorę się za opisywanie wątków kryminalnych, robię to w sposób, który teraz nie wiem, czy jest dobrze widziany. Raczej wolę pióro Agathy Christie niż współczesnych autorów.
[01:58:53] - Ja tylko przypomnę, że książka, o której mówiliśmy w poprzedniej audycji, w której panią gościliśmy, czyli „Księżyc. Moje przeznaczenie", w tej powieści również wątek kryminalny jak najbardziej występuje. A zatem jest pani wierna pewnym śladom, pewnym tropom.
[01:59:18] - Tak, to jest fascynujące. Tylko biorę się do tego, mając świadomość swoich braków, jeżeli chodzi o kryminalne sprawy. Jak pisałam „Księżyc. Moje przeznaczenie", to było o tyle łatwe, że opisywałam rzeczywistość odmienną od naszej, od współczesnej. Rzeczywistość, w której na przykład policjanci i detektywi byli dosłownie brani z łapanki, ponieważ nikt nie chciał wykonywać tej pracy. Więc jest rzeczą jasną, że nie pracowali tak jak na przykład agenci CIA.
[02:00:07] - No tak.
[02:00:08] - No właśnie.
[02:00:09] - Pani Luizo, pani jest jakąś taką pisarką, co teraz pisarz powinien powiedzieć, że wszystko oczywiście przewidział, wszystko wie i w ogóle wszystko wie najlepiej. A pani mówi, że pani jest niekompetentna w jednej czy w drugiej dziedzinie. Zamiast tryskać optymizmem i taką wszechwiedzą, pani mówi, że pani nie wie albo że pani nie do końca to czuje. Taka bardzo niemarketingowa jest pani po prostu.
[02:00:37] - Nic na to nie poradzę. Może właśnie dlatego tak długo trwało, zanim zaczęłam wydawać. Nie umiałam zareklamować tego, co piszę.
[02:00:47] - To oczywiście żart z mojej strony, bo mnie, mówiąc szczerze, drażnią autorzy, którzy wszystko wiedzą najlepiej. Oni już w dzieciństwie wiedzieli, że będą pisać świetne kryminały, bo przecież to, co piszą, jest świetne i nikt nie ma co do tego wątpliwości.
[02:01:04] - Oni w to wierzą. Oni w to naprawdę wierzą i mówiąc szczerze, bardzo im tego zazdroszczę.
[02:01:10] - To może jest rzeczywiście jakiś sposób. To teraz, żeby pogłębić w naszych słuchaczach Powieść „Dusza”. By zachęcić ich jeszcze bardziej, proponuję, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu, bo za chwilę będziemy rozmawiać o nieco lżejszej, tak jak powiedziałem wcześniej, formie, o drugiej powieści, a mianowicie o „Poltreco”. A teraz zapraszam wszystkich na drugi fragment powieści „Dusza”.
[02:01:54] - Od kilku godzin trwała operacja przywrócenia, jak Leonard określił naprawę uszkodzonej androidki. Etta nie umiałaby powiedzieć, czemu nie chce pójść do swej kwatery. To było dziwne. Jednak siedząc na korytarzu działu naukowego, czuła się, jakby siedziała pod drzwiami sali, w której operują członka jej rodziny. Było to trochę absurdalne, skoro poznała Rainę dopiero dzisiaj. Jednak ta ciemnoskóra androidka wydała się jej tak słaba, bezradna i jakoś po ludzku krucha, że wbrew wszelkiej logice poczuła się za nią odpowiedzialna. Może działo się tak dlatego, że to właśnie jej szwagier doprowadził tę niewinną z samego założenia, bezgrzeszną istotę do tak opłakanego stanu. „I pomyśleć, że kiedyś kochałam się w Dario” – mruknęła wreszcie z dreszczem obrzydzenia. Teraz nie mogła zrozumieć, co w nim wtedy widziała. Był bardzo przystojny.
To prawda. Jak to jednak się stało, że wcześniej nie dostrzegła jego arogancji, żądzy dominowania nad otoczeniem i sadystycznych zapędów? Siedzący obok towarzysz spojrzał na nią, przekrzywiając lekko głowę. W gesturze podobnych mu istot oznaczało to nieme zapytanie, którego nie potrafiły wyrazić swą niedoskonałą mimiką. „Nieważne” – odpowiedziała na to pytanie, choć go nie wypowiedział na głos. „Powiedz mi coś. Czemu to ty powiedziałeś nam o niej? Czemu nie Rasmus? Nie ufa swojej dominie?” Raul uśmiechnął się nagle sztucznie, po androidzku, ale z niespotykaną spontanicznością. „Ależ on jej powiedział” – rzekł.
„On ufa pannie Hornet i nie ma przed nią tajemnic”. „Czemu więc ona?” „Panna Hornet nie mogła oficjalnie nic zrobić. To ściśle tajne póki co, ale jest ona CKM-em. Nie mogła”. „Czym jest?” – nie zrozumiała. „Raczej kim. Koordynatorem migracji do spraw cywilów. To na razie funkcja utajona. Mimo zdanego egzaminu oficerskiego panna Hornet nie będzie na liście wojskowej dla ogólnego dobra. To ona poprosiła mnie, żebym poszedł z tą sprawą do doktora Olivii”.
Etta położyła rękę na jego ramieniu i pokręciła lekko głową. „Raul, co ja bym bez ciebie poczęła? Ty zawsze wszystko wiesz. Jak myślisz, czy Raina dojdzie do siebie?” „Brak mi szczegółowych danych, by to ocenić. Wszyscy jednak tego chcemy”. „Estrello, czemu to nie doktor Olivi został nowym dominantem Rainy?” „Bo on nie chce mieć zobowiązań. Leonard jest bardziej, rzekłabym, poukładany, dużo rozważniejszy, bardziej odpowiedzialny. A ja sądzę, że ta biedna istota będzie wymagała szczególnej opieki”. Wbrew zdrowemu rozsądkowi myślała o Rainie jak o człowieku. Nie potrafiła inaczej.
Ilekroć chciała uświadomić sama sobie, że to tylko zespół połączonych mikroobwodów i procesorów funkcyjnych, przed oczami stawały jej kwiaty obok posłania androidki. Prawdziwe żywe kwiaty wstawione do blaszanego kubka z wodą. Niezwykły w swej prostocie element logicznie zbędny. „Raul, czy wy kopiujecie zachowania ludzi, czy też jesteście choć trochę spontaniczni?” – spytała poważnie. „Ja muszę to wiedzieć”. „A co to jest spontaniczność?” – odpowiedział jej towarzysz pytaniem na pytanie. „Czy ona istnieje? Na pewno nie znasz podręcznika ludzkiego behawioryzmu napisanego przez androida imieniem Rivas34A. Napisał on: człowiek pojawia się na świecie w stadium larwalnym, z całkowicie pustym umysłem. Dojrzewając, zmienia swe proporcje fizyczne i nabywa doświadczenia.
Zbierane informacje przetwarza w schematy gotowe do użytku zależnie od okoliczności. To bardzo ścisła obserwacja, Etto. Oznacza ona, że coś takiego jak spontaniczność to rzecz o wiele mniej uchwytna, niż się sądzi. Ludzie stosują do nowych sytuacji doświadczenia nabyte w przeszłości i zapamiętane świadomie lub podświadomie. My tak samo. Rasmus przyniósł Rainie kwiaty. Dlaczego? Żeby miała przy sobie znak, że myślimy o niej, nawet gdy nas przy niej nie ma. Czy nie po to ludzie dają sobie kwiaty?” Trudno było odmówić takiemu rozumowaniu sensu. Zresztą androidy zawsze były precyzyjnie logiczne.
Inaczej być nie mogło. Jako wyższy etap rozwoju komputerów przejęły ich model operacji myślowych, a nowoczesna technika jedynie pozwoliła im go udoskonalić. „Wiesz, ja chyba wciąż mało was znam” – szepnęła cicho Etta, opierając głowę o ramię Raula, ale zaraz podskoczyła z przestrachem. Drzwi pracowni otworzyły się z hukiem i na korytarz wyszedł doktor Olivi. W ręku trzymał zdjęty przed chwilą czepek, a drugą dłonią wilżył swe i tak nieporządnie uczesane włosy. O, pani wciąż tu? — zdziwił się uprzejmie. — Coś się stało? Nie, chciałam się dowiedzieć, czy wszystko dobrze poszło — wyjaśniła dziewczyna, zrywając się pospiesznie z krzesła, które od razu zmaleło i wsunęło się w ścianę. A czemu miało pójść źle?
Owszem, procedura była żmudna, ale nie pierwszy raz naprawiałem uszkodzonego androida. Chociaż przyznam, że po raz pierwszy uszkodzonego w taki sposób. Potrzebujemy jeszcze tygodnia na stabilizację i ta mała będzie mogła zacząć się uczyć życia. Etta uśmiechnęła się z mimowolną wdzięcznością. Doktor odwzajemnił jej uśmiech. Chociaż nie mówił o tym, cieszył się, że ktoś jeszcze podziela jego miłość i szacunek do androidów. To było rzadkie i cenne zjawisko. Skoro już tu pani jest, niech się pani zgłosi do Gongace — rzekł po chwili, przypomniawszy sobie o czymś. — On ma do pani jakąś ważną sprawę i chce panią widzieć jutro przed ósmą w swojej pracowni na egzaminie. Znając jego wyniki, zadecyduje, czy rokuje pani jakieś nadzieje jako przyszły specjalista od androidów.
Oczywiście, doktorze. Leonard wyprowadzał właśnie na korytarz Rainę, ubraną jedynie w kusą koszulkę. Wyglądała już o wiele lepiej, choć nadal stąpała dość niepewnie. Widać było, że jej zmysł równowagi nie wrócił jeszcze do normy, ale czekoladowa skóra została naprawiona tak doskonale, że nie można było poznać, gdzie została zdarta ze sztucznych mięśni, a polimerowe oczy nabrały wyrazu. Była nieskazitelnie piękna, choć jednocześnie całkowicie odmienna od znanych Ettcie typów androidek. Wszystkie zniekształcenia zostały usunięte, jakby ich nigdy nie było. Technicy plastyczni spisali się bez zarzutu, a należało mieć nadzieję, że doktor O'Leary i jego asystent równie dobrze dokonali napraw uszkodzeń wewnętrznych. Etta pożałowała, że nie może zostać. Musiała jednak biec do biura koordynatora. Skoro podpułkownik chciał z nią rozmawiać, sprawa musiała być ważna.
Rehabilitacją Rainę zajmą się O'Leary i Darkach, jej nowy dominant. Na pewno lepiej sobie z tym poradzą niż Etta. Ona jest tu zbędna. Jednak wychodząc, dziewczyna uchwyciła spojrzenie androidki i wbrew wszelkiej logice przysięgłaby, że widzi w nim odwzajemnioną sympatię. A potem Raina uśmiechnęła się niezręcznie i uniosła dłoń w geście pożegnania.
[02:10:13] - To był kolejny fragment „Duszy”. Ja sobie w tak zwanym międzyczasie rzuciłem okiem, zawsze bawi mnie to sformułowanie „rzucać okiem gdzieś”, ale rzuciłem tym okiem na czat i znalazłem takie pytanie do pani Luizy. Karol Lipiński: co pani sądzi o Tokarczuk i Twardochu? Przy okazji polskich autorów, dodaje Karol Lipiński.
[02:10:44] - No cóż, jeżeli chodzi o pana Twardocha, to recenzowałam chyba dwie jego książki i niespecjalnie mi się podobały. Nie dlatego, żebym uważała, że są źle napisane. Po prostu nie były adresowane do mnie. Można to tak określić. Natomiast jeśli chodzi o panią Tokarczuk, mogę powiedzieć tak: na temat jej twórczości nie mam zdania. Natomiast jej wypowiedzi zraziły mnie do tego stopnia, do jej osoby, że na pewno po żadną jej książkę nie sięgnę. Wiem, że nie jest to rzecz właściwa, ponieważ co innego poglądy danego pisarza, co innego jego dzieło. Ale akurat wiem, że właśnie jej sposób myślenia jest w tych książkach zawarty i bardzo mi nie odpowiada.
[02:11:58] - Ja myślę, że się to wszystko zmienia. Ja do dzisiaj jestem ogarnięty pewnym sentymentem do takiej książki Tokarczuk, jak na przykład „Prawiek i inne czasy”, jak „Podróż ludzi Księgi”. Ale później to już jest różnie. Ale zostawmy moje gusta, bo to nie jest takie ważne. Natomiast mam pytanie do Jacka. Gdzieś teraz przechodzimy do drugiej powieści, o której będziemy dzisiaj rozmawiać, czyli do „Poltreku”. To jest w przypadku „Odeswy” start drugiej serii. I dwa pytania. O tę drugą serię to oczywiste, ale też drugie pytanie dotyczące charakteru tej powieści. Otóż jest to jednak powieść, która ma bawić, która w jakiś sposób epatuje czytelnika humorem, a w science fiction humor to nie jest rzecz częsta.
W dodatku taki udany humor to nie jest rzecz częsta. To się niekiedy udawało Harry Harrisonowi w jego serii o Stalowym Szczurze. Podkreślam, nie zawsze się to udawało. Te książki są różne. Jedne są bardziej zabawne, drugie mniej. I jeśli chodzi o fantastykę, to tak z marszu w tej chwili nic innego zabawnego nie przychodzi mi do głowy.
[02:13:34] - Richard
[02:13:35] - Katner. Rzeczywiście, Katner. Tak, rzeczywiście. Pijak wynalazca to było piękne oraz rodzina mutantów również. Rzeczywiście Katner. Shckley to będzie trzecie nazwisko, który też mnie potrafił rozbawić niektórymi swoimi opowiadaniami. Ale nie rzecz w moich gustach literackich, tylko właśnie w tych dwóch zagadnieniach, czyli nowa seria. I druga rzecz, odwaga pewna z promowaniem powieści, która w założeniu ma być zabawna, a jednocześnie ma być fantastyką. Jacku, oddaję ci głos.
[02:14:16] - Znowu będę w jakiś sposób mówił, ale teraz proszę, nie przerywaj mi. Miałem kłopot z Star Trekiem, ponieważ ja jestem ze starwarsowców, prawda? Czyli wychowałem się na Star Warsach. Nigdy mnie Star Trek nie pochłonął. Może inaczej. W latach chyba jeszcze 80. gdzieś tam dostałem kiedyś na jakiejś giełdzie czy skądś tam kupiłem jakieś pismo czy „Bravo”, czy jakiś komiks, na którego tylnej okładce była miniatura plakatu pierwszego kinowego Star Treka. Tam był ten statek Enterprise. Była chyba Persis Khambatta, taka aktorka wtedy bez włosów. Myślałem, że to będzie coś świetnego, pięknego.
Przez wiele, wiele lat czekałem na to, żeby mieć kontakt ze Star Trekiem w formie filmowej. No i pierwszy kontakt mnie zniechęcił, odepchnął pomimo kilku prób. Nawet w latach 90., kiedy przez kilka lat prowadziłem dzierżawione kino. Zawsze mówię, że to było to moje kino. Chyba „Star Trek: Pokolenie” się pojawił wtedy jako pierwszy film kinowy w Polsce. Też próbowałem to obejrzeć i nie wiem, czy wytrzymałem 15 czy 20 minut i miałem pewien kłopot. Raz, że z przekonaniem sam siebie, czy my chcemy wydawać taką książeczkę, a dwa czy w ogóle chcemy iść w coś nowego. Kształt, że tak powiem, wydawnictwa wtedy nie był jeszcze tak wyraźny jak w tej chwili. No ale gdzieś tam z rozmów z Luizą, może nie naciskała, nie nalegała, ale wynikało, że jej zależy. No i miałem pewien kłopot, że nie wiedziałem, co z tym zrobić.
No i oczywiście w pewnym momencie po prostu to przyszło. Tak samo jak z „Shamanami”. Jest to owoc fascynacji, więc będą fantastyczne fascynacje. Skrót Fantasfa pojawiło się i jest. Takie były tylko początki, czyli to też w jakiś sposób kolejna zasługa Luizy. Rozpinamy teraz pod ten projekt taki troszeczkę może wymuszony to jest złe słowo, ale rozwijamy go. Pojawił się tam Łukasz, będzie wydane w tej serii i to chyba jako numer dwa. Książka, pierwsza nasza międzynarodowa produkcja. Przede wszystkim zasługa Jacka Izwolskiego, który znalazł na jakimś tam portalu rosyjskim książkę o Syrence, książkę Ukrainki Oksany Usenko, którą stąd serdecznie pozdrawiamy. Która urodziła się w Donbasie, wychowała nad Morzem Azowskim, została przez wojnę zmuszona do ucieczki, przez tą wojnę, która trwa osiem lat, do Kijowa i w Kijowie ją też wojna dopadła.
Wydały książkę dwujęzyczną, czyli po polsku i po ukraińsku. „Córka Azraj. Dzieje Syrenki, uciekinierki z Morza Azowskiego”. No i chyba jako kolejną rzecz. Luiza, teraz pytanie do ciebie. Możemy się już pochwalić, mówić o Henryku?
[02:17:43] - No naturalnie, jak najbardziej.
[02:17:45] - Luiza skończyła wstępną redakcję tomu Henryka Tura, autora, który się gdzieś tam pojawia. Pojawia się w różnych miejscach w internecie. Był chyba wydawany przez Roberta Zarembę, wydawcę kiedyś „Magazynu Fantastycznego”. Pozdrawiam ich tutaj obu. No i jeśli dobrze pójdzie, no to nasz gość, który musiał nas prędzej dziś opuścić, Łukasz też coś tam dokończy pisać i jeśli to ujrzy światło dzienne, jeśli doczy mamy słowa wszyscy sobie, no to powinno być wydane u nas w tej właśnie serii. No i chyba tyle. Chyba tyle. Po prostu stało się, przyszło, stało się. Nie było to obudowane jakimś wielkim, mitycznym przedsięwzięciem, jakimiś planami. Po prostu była potrzeba.
Zapytałem się wszechświata, co z tym zrobić. Wszechświat odpowiedział. Pojawiła się Luiza jeszcze, prawda? Jest po prostu.
[02:18:45] - No właśnie. Pani Luizo, ja mam takie pytanie. Ono się może wydawać banalne, ale związane jest z moim pojmowaniem humoru. Otóż to jest strasznie, takie ulubione słowo w tej chwili, strasznie trudny problem, bo czy coś jest śmieszne, czy nieśmieszne? Ja już tam nie będę robił wielkich debat filozoficznych sięgających chociażby Umberto Eco i „Imienia róży”. Tylko tak po prostu. Mówiliśmy o kabaretach w pewnym momencie. Mamy model niemiecki, kiedy dowcipy o bekaniu i pierdzeniu są najbardziej zabawne na świecie. Mamy model nieco bardziej intelektualny, o którym wspominaliśmy, czyli ten model związany z polskim kabaretem, czy to przedwojennym, czy już powojennnym, ale właśnie w nurcie chociażby Kabaretu Starszych Panów. Ale z humorem to w ogóle jest tak, że gdzieś tam już nawet w „Akademii Pana Kleksa”, kiedy jest mowa o tym, czy coś jest śmieszne, czy nieśmieszne i z czegoś się należy śmiać, czy nie, to jest w gruncie rzeczy duży problem, czy coś jest śmieszne, czy nie, czy coś nas rozbawia, czy nie.
I w związku z tym to pytanie. Jako mistrz bardzo skomplikowanych i wydłużonych pytań, to teraz się będę streszczał. Czy to była duża odwaga, żeby siąść do napisania zabawnej powieści SF?
[02:20:44] - Odwaga? Nie, nie sądzę. Jak już wspomniałam, „Poltrek” narodził się jako sesja RPG, więc swój wkład ma w niego oczywiście cała ekipa, która wtedy była na tym portalu. Dlatego też na wstępie napisałam dla nich podziękowanie. Potem publikowałam go na swoim blogu w częściach. Ale to był wszystko taki kształt, można powiedzieć surowy. Na to, żeby to dopracować, to wpadłam dużo później. Natomiast co do tego, co kogo śmieszy albo co kogo nie śmieszy, to jest sprawa indywidualna. I tak naprawdę nawet psychologowie nie wiedzą, dlaczego kogoś coś śmieszy. To jest nierozwiązywalne.
Nie wiadomo, czemu się człowiek śmieje. Są różne teorie na ten temat, ale chyba nie ma żadnej, która by wszystko wyjaśniała. Ja chciałam, żebyśmy spróbowali po prostu pośmiać się trochę sami z siebie. Tak jak to było właśnie w kabarecie Olgi Lipińskiej. Co prawda z Olgą Lipińską akurat często w poglądach na życie było mi zupełnie nie po drodze, ale absolutnie uwielbiam ją jako reżyserkę. Uważam, że jej kabarety były po prostu genialne. Tylko że obawiam się, że teraz mało kto w ogóle pojmowałby to wszystko. Teraz mamy w telewizji równanie w dół, jeżeli chodzi o te rzeczy. Nie chodzi o to, żeby widza jakoś podciągnąć do tych wyżej rozwiniętych intelektualnie, tylko żeby przyciągnąć jak najwięcej tych, którzy się śmieją, bo ktoś się wywrócił albo że ktoś mu od tyłu dał w łeb i facet się zakrztusił mlekiem. To są w tej chwili żarty.
Tak jak powiedziałam, oczywiście istnieje ogromna rzesza ludzi, których to śmieszy i trudno mi mieć o to do nich pretensje. Natomiast nie jest to żart intelektualny. Pisząc „Poltrek” starałam się unikać takich, można powiedzieć, bardziej ordynarnych żartów, chociaż nie zawsze, bo są sytuacje, w których coś mniej, można powiedzieć, kulturalnego jest usprawiedliwione. Ale chciałam po prostu, żeby to była satyra nieobrażająca nikogo. Taka, która powoduje śmiech, a nie obrazę u ludzi. To jest rzecz jasna, że są ludzie, którzy na przykład zachowują się... Kogoś może śmieszyć, że ktoś się jąka na przykład, a jak zacznie go przedrzeźniać, to będzie chamstwo. Właśnie takiego chamstwa starałam się uniknąć w tej książce. I muszę też przyznać, że drugim motorem do napisania jej było to, co w tej chwili jest uznawane za przejaw zacofania, zaściankowości i tak dalej. Ja naprawdę kocham Polskę.
Kocham Polskę i Polaków razem ze wszystkimi naszymi śmiesznostkami. Paskudnymi wadami narodowymi, których każą się nam wstydzić. Być może, że nie wszystkie są szczególnie pożądane, ale one są nasze, polskie. To właśnie jesteśmy my. Mówi się, że jesteśmy Europejczykami, ale przepraszam, jesteśmy jednak przede wszystkim Polakami. To widać po nas, widać po naszym zachowaniu, po naszych reakcjach. I nie rozumiem zupełnie powodu, dla którego mielibyśmy się tego wstydzić. Czy widzieliście kiedyś Francuza, który by się wstydził, że jest Francuzem? Albo Anglika, który by się wstydził, że jest Anglikiem? A nam w kółko każą się wstydzić, że jesteśmy Polakami.
Wkurzyło mnie to po prostu pewnego razu i chyba dlatego właśnie tak na poważnie zabrałam się za tę książkę. Bo o co w niej chodzi? Chodzi w niej o to, że w czasach właśnie takich starstrekowych, kiedy Ziemia jest zjednoczona, wszyscy wszystko robią wspólnie, Polska się wyłamuje. Ona chce mieć własny statek. Własny statek, własną załogę. Być może, że ten statek jest byle jak poskładany z części z demobilu, a załoga jest kompletnie niekompetentna, ale jest nasza. I o to właśnie chodzi. Już sobie wyobrażam, jak poniektórzy pękają ze śmiechu, kiedy słuchają tego, co mówię, i twierdzą, że jestem, ogólnie rzecz ujmując, stuknięta. Zresztą może i trochę jestem, ale ja to tak pojmuję i myślę zresztą, że mam do tego prawo i że nie jestem w tym osamotniona.
[02:26:54] - To ja powiem w tej chwili, ponieważ dostałem tradycyjnego maila od jednego ze słuchaczy, więc tradycyjnie już, bo to zdaje się już pewien rytuał jest, odpowiadam, że felieton Tomka Fąsa oczywiście na koniec audycji przeznaczony jest. To tak, żeby uspokoić skołatane nerwy niektórych. Więc felieton Tomka Fąsa będzie na końcu. A ja mam pytanie do autorki, takie mianowicie: mnie na przykład bawiło w powieści „Poltrek” — wydaje mi się, że świadomie — takie igranie z patosem. Tam bardzo często jest takie dotknięcie patosu, takiego nawet narodowego patosu. I to się pojawia. I to mnie na przykład bawiło niezwykle w tej powieści.
[02:27:54] - To jesteśmy cali my. Właśnie ten patos też jest częścią nas, częścią naszego narodu. Bardzo często można poczytać, nawet posłuchać w rozmowach.
[02:28:11] - Szczególnie, że my się w tym patosie świetnie czujemy. Niektórzy się bardzo wzruszają tym. To jest coś, w czym my się czujemy silni, mocni, wspaniali. I takie nas za serce coś chwyta w tym momencie, jak ten patos się pojawia. Tak jest po prostu. Co tu będziemy wiele dywagować na ten temat?
[02:28:32] - Tak, ale ja się pytam, czy to naprawdę ma być taki grzech śmiertelny? Czy my się naprawdę tego musimy wstydzić? Tacy jesteśmy. My uwielbiamy ten nasz patos, naszą martyrologię i nasze podejście ogólnie do świata.
[02:28:51] - To ja mam teraz jedyne możliwe wyjście, czyli posłuchajmy pierwszego fragmentu powieści „Poltrek”, bo tak na razie teoretyzujemy, to dajmy okazję naszym słuchaczom, żeby posłuchali, z czym to się je. Marku, prosimy.
[02:29:11] - Miłą rozmowę o dawnych czasach przerwał Lilianie Pilskiej osobistego komunikatora. „Czego tam?” — rzuciła do małego urządzenia. „Pani kapitan, kurs statku na asteroidzie” — zameldował podekscytowany głos Arka. „To jest statek na asteroidzie kursu! To znaczy... Już wiem, domyślam się. Zaraz będę na mostku, bez odbioru”. Wyłączyła komunikator, zerwała się z sofy i wybiegła. Wpadła do pierwszej napotkanej windy, przesunęła dźwignię rozruchu i zakomentowała głośno: „Mostek”. Winda ruszyła ze zgrzytem po to tylko, by zaraz stanąć.
Pani kapitan spróbowała uruchomić ją ręcznie, potem zaklęła w najwyższej pasji. Wlazła się na poręcz zamontowaną w połowie wysokości windy i otworzyła górną klapę. Miała do wyboru czekać, aż ktoś naprawi windę lub spróbować dostać się na mostek drogą alternatywną. Wybrała to drugie. Udało się jej wspiąć po linie zabezpieczającej do otworu tunelu wentylacyjnego i po dłuższym czołganiu, wyważywszy kratkę, wypełzła na mostek w charakterze zmiętej i umorusanej ofiary losu. Wszyscy obecni, nie wyłączając opanowanego Arcera, wytrzeszczyli na nią oczy. „No czego, czego?” — burknęła, wstając i ocierając twarz rękawem munduru, co zresztą dało skutek przeciwny do zamierzonego. — „Ta durna winda rozkraczyła się w połowie drogi. Co to za asteroida?” „Jest duża” — odparł zwięźle Jurgen. „A według naszych odczytów nie jest to wcale asteroida, tylko statek kosmiczny”.
„Na pewno?” „No, chyba że asteroidy są puste w środku i zawierają nitronium” — wtrącił się Arek, dzielnie walcząc z chichotem. Widok wyszarganej w smarach kapitan uznał za niezwykle zabawny, ale nie wypadało okazywać tego otwarcie. „Nie tylko to. Ta asteroida nie leci ślepym kursem, a w sposób planowy” — zameldował pochylony nad skanerem dalekiego zasięgu Archer. W jakiś sposób przypominał teraz słynnego Spocka z USS Enterprise. Miał podobne oszczędne ruchy i taki sam sposób mówienia. Cechowała go ta sama godność i opanowanie. Chociażby z tego powodu znaczna część załogi na dzień dobry poczuła do niego gwałtowną niechęć. „Ha!” Kapitan Zakrzewska zastanowiła się, a potem spojrzała na sterników. „Panie Czerep, panno Bąk.
Kurs przechwytujący. Zbadamy tę niby asteroidę. Skład zwiadu: ja, pan Jurgen, pan Archer. Panie Żydek, przejmuje pan mostek. Ja idę się przebrać w coś mniej umorusanego, a panów proszę o przygotowanie skafandrów uniwersalnych dla nas trojga. Diabli wiedzą, z czym się tam zetkniemy.” „Jeśli można, pani kapitano, to nie powinna pani iść na tak niebezpieczny zwiad” – powiedział Archer. „Miejsce kapitana jest na statku. Regulamin Gwiazdowej Armady uległ ostatnio waloryzacji i…” „Baju, baju, będziesz w raju, a tam cię czekają spiczastouchy anioły” – przerwała mu kapitan. „Póki co jeszcze ja tu dowodzę. Proszę przestać ględzić i zameldować się w transporterze.” Brwi Archera drgnęły, ale opanował się szybko.
Skoro ta kobieta ma ochotę zginąć, to może rzeczywiście tak będzie najlepiej. Dla całej załogi byłoby najbezpieczniej, gdyby to on przejął dowodzenie. Kapitan zjechała na trzeci pokład jedną z awaryjnych tub Pavrisa. Wolała tym razem nie zabierać windzie. Umyła się szybko i przebrała w czysty mundur. Znalazła jeszcze chwilę, by połączyć się z maszynownią i nakazać sprawdzenie wszystkich wind, po czym udała się do hali transportu. Po raz pierwszy miała okazję przyjrzeć się jej z zewnątrz. Przedtem tylko ją w pośpiechu opuściła i nie obejrzała się na drzwi. Teraz dopiero zobaczyła, że zdobi je wielki napis „Hala transportu imienia Ferdynanda Kiepskiego”. Pracownicy stoczni musieli mieć poczucie humoru.
Wcześniej już wiedziała, że nad dyżurką ochrony wisi napis „Trzynasty posterunek", a nad jadalnią „M jak mesa”. Podejrzewała, że takich napisów jest na statku znacznie więcej i postanowiła wynotować sobie je wszystkie, gdy wróci już ze zwiadu. Na razie trzeba było zbadać tę osobliwą asteroidę. W hali przesyłu czekali Archer i Jurgen. Obaj zdążyli już przygotować uniwersalne skafandry, takie, co to chronią i przed promieniowaniem, i przed innymi nieprzyjemnościami oraz podstawowe zestawy zwiadowcze. „Co tak stoicie jak żony Lota?” – ofuknęła ich kapitan. „Ubierajcie się, ale już.” Zwinęła swój warkocz w prowizoryczny węzeł, tak by zmieścił się pod hełm i szybko nałożyła swój skafander. Obaj mężczyźni poszli za jej przykładem bez słowa, nie chcąc narażać się na dalsze kąśliwości. „Lalunia, oblicz parametry przesyłu do środka tej podrabianej asteroidy. Trzymaj namiar i bądź gotów na każde nasze zawołanie” – poleciła kapitan technikowi, wchodząc na platformę.
„Spoko kiecka, znam swoje roboty. Nie dali mi dyplomu za machanie pałaszem” – burknął Lalewicz, pstrykając przełącznikami na konsoli. Archer ledwie powstrzymał się przed uniesieniem oczu ku niebu, co byłoby trudne, gdyż miał nad sobą tylko sklepienie przesyłowni. Nie tylko kapitan była tu, no, nietypowa. Wyglądało na to, że cała załoga jest jej warta. „Czy wydała pani dyspozycje na wypadek, gdyby pani nie wróciła?” – spytał, stając obok Lilianny. „O to niech pana głowa nie boli” – odparła sarkastycznie. – „I w takim wypadku nie radzę panu, aby próbował przejąć dowodzenie. Nikt pana nie posłucha.” „Wcale nie pragnę przejmować dowodzenia.” „Nie chodzi o to, czego pan pragnie, a o to, co wyda się panu logiczne. Wśród Polaków logika nie jest w modzie, a jak załoga dojdzie do wniosku, że zachciało się panu dowodzić, to marna pana godzina.
Lalunia, transport.” Zwiad zmaterializował się pod powierzchnią sztucznej asteroidy, które to wnętrze wyglądało rzeczywiście dość osobliwie. Przypominało plątaninę tuneli, w których poniewierało się mnóstwo jakiegoś złomu. Co ciekawe, działało tam oświetlenie, choć nie mogli wypatrzeć jego źródła. Jurgen włączył swój skaner, jedyny, któremu ufał. Był to jego osobisty sprzęt. Żaden tam przydziałowy południowokoreański składak, a solidny przyrząd firmy Osram i Oleje. „Pani kapitan rejestruje sygnały życia” – powiedział po chwili. – „Są dość osobliwe. Tej konfiguracji nie ma w bazie danych, jednak obok niej mamy też sygnaturę wyraźnie woltańską.” Spojrzał na Archera, skierował skaner na niego, a potem w poprzednim kierunku. „Tak, nie ulega wątpliwości” – potwierdził.
– „To Woltanin w bardzo złym stanie fizycznym.” Lilianna włączyła swój komunikator. „Hermasz, jak mnie słyszycie?” – spytała. „Doskonale, kapitanko” – pisnęła Inga Lausch od konsoli łączności. – „Melduję, że pierwszy oficer mnie molestuje.” „Nie szkodzi. Strzel go w pysk, to przestanie. Trzymajcie cały czas namiar na zwiad i nie ważcie się nas zgubić, jasne?” „Tak jest. Panie Arek, co pan robi?” „Arek, bo po powrocie wyślę jaśnie pana do zmywania garów. Proszę molestować załogantki po godzinach służby, jasne?” „Tak jest, pani kapitan.” Lilianna wyłączyła komunikator i rozejrzała się uważnie. Jej skaner, choć zwykły przydziałowy złom, również wychwytywał sygnały życia. Dochodziły one gdzieś z dolnych pokładów, gdzie prowadziła głęboka studnia.
Pewnie pozostałość po jakiejś zdemontowanej windzie. „Schodzimy.” — zadecydowała. — „Ja pierwsza.” „Dlaczego?” — wyrwało się Archerowi. „Po pierwsze dlatego, że jestem doświadczoną alpinistką, a po drugie dlatego, żeby miał się pan o co pytać.” Zrezygnowany Archer zamilkł. Poczekał, aż pani kapitan zejdzie, czepiając się występów tunelu, a gdy bezpiecznie znalazła się na dole, poszedł w jej ślady. Jako ostatni zszedł Jurgen, który nie był wielkim amatorem wspinaczki, ale od biedy umiał to, czego do niej potrzeba.
[02:38:22] - Tak. I to był pierwszy fragment Poltreku. Pani Luizo, w tym fragmencie widać wyraźnie, że pani stosuje różne rodzaje dowcipu. Myślę, że bardzo wyraźne były. Od tego bardzo prostego, typu nawiązanie do Kiepskich czy „Trzynastego posterunku”, po nieco bardziej wysublimowany, bardziej ukryty. Rozumiem, że to absolutnie świadome działanie.
[02:39:06] - Tak sądzę. Tak jak powiedziałam wcześniej, książka powstała po prostu po to, żeby się ludzie pośmiali. I chciałam, żeby właściwie każdy mógł w niej znaleźć coś dla siebie, coś, co go rozśmieszy. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że różne są pod tym względem wymagania. Mam szczerą nadzieję, że mi się to udało.
[02:39:34] - À propos tego, co Jacek mówił, ja się jeszcze, stety albo niestety, załapałem na fascynację „Star Trekiem”, ale nietypowo, bo ja już byłem po doświadczeniach starwarsowych i w pewnym momencie trafiłem na kolegę, który dostarczył mi pierwsze dwa czy trzy sezony „Star Treka”, tego oryginalnego, który się pojawił w latach 60.
[02:40:08] - To było tylko trzy sezony.
[02:40:10] - Tak, dokładnie. I ja zwariowałem po prostu. Niektóre z tych opowieści były bardzo wymęczone, wydumane, ale niektóre to były autentyczne perełki. I to było niesamowite. Zresztą ten pilot serialu, który miał innych bohaterów, później był odcinek, który nawiązywał do tego pilota i tak dalej. Kto zainteresowany, to niech sobie losy „Star Treka” prześledzi. Ale kiedy ja widziałem te proste ilustracje, które tam były na początku i na końcu, jakieś malowane fragmenty z różnych planet.
[02:41:02] - No tak.
[02:41:03] - To była autentyczna prostota tego serialu, a jednocześnie jego pewna pomysłowość. Bo znowu, wyobraźcie sobie państwo serial telewizyjny, który jest realizowany środkami dosyć prostymi. Właściwie nie o prostotę chodzi, tylko o finansowanie, czyli minimalnymi środkami. I co to rodzi? Ktoś by powiedział: „Bider to, proszę państwa, rodzi”. No właśnie nie. Rodzi pomysł teleportacji. Ponieważ nie było pieniędzy przede wszystkim, miejsce jak miejsce, ale pieniędzy nie było na zdjęcia czy na jakieś fragmenty animacyjne, czy efektów specjalnych, to wymyślono teleportację i nagle się pojawiła nowa jakość. Okazuje się, że czasami ta przysłowiowa bida może zrodzić coś, co jest bardzo atrakcyjne. I tak dalej.
Tam były przecież odcinki, które moim zdaniem obejrzał w swoim czasie Stephen King i później napisał „Dzieci kukurydzy”. Jest taki odcinek.
[02:42:19] - „The Children of the Corn”.
[02:42:24] - Tak. To są rzeczy niesamowite, kiedy człowiek to śledzi, ale wydają się oczywiste. Zresztą autorzy, którzy brali udział w pisaniu niektórych scenariuszy, to sama ta, tu słowo nieadekwatne, ale wierchuszka pisarzy science fiction. Zresztą, jeśli się państwo przyjrzycie nie tylko „Star Trekowi”, ale na przykład popularnemu serialowi „Strefa mroku”, to tam też nazwiska, które się od czasu do czasu pojawiają, budzą najwyższy szacunek. I to są naprawdę perełki. W związku z tym ta amerykańska telewizja, poza tym, że tak jak nam wmówiła to komuna, była głupia i w ogóle straszna, to jednak tam się pojawiała pewna jakość, nowa jakość czy jakkolwiek to nazwiemy. I ja się wcale nie dziwię, pani Luizie, że gdzieś tam ta fascynacja „Star Trekiem” się pojawiła. Ale ja tu gadam, gadam, gadam, ale to teraz niech pani Luiza powie o tej swojej fascynacji „Star Trekiem”, która ewidentnie leżała u podstaw powstania Poltreku.
[02:43:53] - Tak, co do tego nie ma dwóch zdań. Star Trek był dla mnie niedostępny, tak jak dla prawie wszystkich, którzy żyli w PRL-u. Oglądaliśmy Kosmos 1999. Notabene dzisiaj ten tytuł brzmi już dosyć zabawnie. Ale to było wtedy, kiedy dopiero się zaczynały telewizje kablowe. U nas zakładała wtedy telewizja, która się nazywała Orion. Później została wchłonięta przez Aster i było dużo z tym problemów. Ale w każdym razie puszczali wtedy sygnał testowy. Ten sygnał testowy to były fragmenty programów z różnych europejskich krajów, między innymi z Niemiec, i tam były właśnie fragmenty oryginalnego Star Treka. Ja jak to zobaczyłam, to się dosłownie zakochałam w tym, chociaż nie rozumiałam ani słowa.
I później szukałam tego wszędzie i czekałam, ale to ciągle nie to. Później puszczono Star Trek: Następne pokolenie. Telewizja Polska zakupiła. Mówię: „To nie to”. To już było co innego, ale obejrzałam też oczywiście. Dopiero znacznie później udało mi się zobaczyć serię oryginalną. Wpłynęło to na mnie niesamowicie mocno. Oczywiście widziałam wszystkie słabości tego serialu. On w zasadzie w zestawieniu z tym, co mamy dzisiaj, przypomina raczej Teatr Telewizji niż uczciwy serial science fiction. Ale Gene Roddenberry dysponował naprawdę rozpaczliwie małym budżetem.
Tak że zrobił, co mógł. Dlatego też ten serial jest taki, jaki jest. I moim zdaniem żaden z tych, które były po nim, mu nie dorównuje. Po prostu nie dorównuje mu tą magią, bo on był nią przesycony.
[02:46:21] - Tak. Ja się w związku z tym nie dziwię Jackowi, który się nie zafascynował pierwszym filmem pełnometrażowym.
[02:46:29] - To było co innego już.
[02:46:30] - Tak, zupełnie coś innego. Ja pamiętam, kiedy po raz pierwszy o tym filmie usłyszałem, wsłuchując się w BBC z Londynu. Pojawiła się premiera filmu i tam w BBC polskojęzycznym omawiano tę premierę. To mi się wtedy wydawało magiczne. Absolutnie. Później, kiedy wiele lat później zobaczyłem ten film, to on mi się wydawał już mniej magiczny. Natomiast zupełnie nie dziwię się Jackowi, że nie dał się porwać właśnie temu pełnometrażowemu filmowi. Ale pytanie do Jacka: czy ty w końcu dotarłeś do tej pierwotnej serii, o której mówi pani Luiza, o której mówiłem ja, która jest absolutnie magiczna i która sprawia, że człowiek się w tym uniwersum Star Treka może autentycznie zakochać, zanurzyć?
[02:47:33] - Halo? Słychać?
[02:47:34] - Tak. Słychać.
[02:47:36] - Nie dotarłem, ponieważ Luiza wspominała o Kosmosie 1999 i akurat tych kilka chyba odcinków, które widziałem w latach 70. w telewizji, wtedy mnie zafascynowało. Tak że do dzisiaj pamiętam ten okres, kiedy się jeszcze w sobotę do szkoły chodziło. Kiedy leciałem ze szkoły do domu, bo być może pojawi się jakiś odcinek serialu Kosmos 1999, prawda? To jest coś, co mnie wzięło. Ja wiem, dlaczego mnie Star Trek nie zafascynował. Ponieważ odkąd zobaczyłem po raz pierwszy Gwiezdne wojny, a w zasadzie nawet nie odkąd je zobaczyłem, tylko odkąd usłyszałem w zasadzie sam tytuł Gwiezdne wojny i zobaczyłem pierwsze zdjęcia w ogóle, że w czasie młodych z tego filmu, po prostu zachorowałem. Ta choroba trwała do późnych lat. Miałem trzydzieści parę lat jeszcze, jak jeszcze ta choroba trwała i to wszystko w zasadzie przez długi czas odbierałem przez pryzmat tego. Prawdopodobnie to, że poetyka Star Treka, poetyka tych kilku moich kontaktów ze Star Trekiem, poetyka tych kilku fragmentów Star Treka, które miałem w życiu przyjemność przeznaczyć, była tak odmienna od Gwiezdnych wojen, że po prostu ja tego nie akceptowałem.
I być może teraz jest czas na to, żeby gdzieś na spokojnie sobie — użyję tego słowa — ściągnąć klasykę i się temu bliżej przyjrzeć. Zwłaszcza że po prostu siłą rzeczy poprzez kontakt z Pol Trekiem, czytając tego Pol Treka, nawiasem mówiąc, słuchając fragmentów czytanych przed chwilką, wybuchnąłem parę razy śmiechem. Tak że jest to humor, który do mnie trafia. Jest to może być dobry czas, żeby te lekcje Z fantastyki, z fascynacji odrobić, prawda? Natomiast nie wiem, czy na to czas znajdę, ponieważ praca wydawcy jest jednak bardzo pracochłonna, a nie jest to jedyne zajęcie, którym się param.
[02:50:11] - No właśnie.
[02:50:13] - Rzut oka na czat. Karol Lipiński pisze: „Mnie nie rozśmieszy już nic poza Ferdkiem, rzecz jasna.” To jakby nawiązanie do Ferdka jest. Notabene, jeśli państwo śledzą przekazy internetowe, to wiecie już państwo, że stacja Polsat ogłosiła ostatecznie, że serial „Świat według Kiepskich” niniejszym przychodzi do przeszłości. Staje się przeszłością. Więcej go nie będzie.
[02:50:51] - Cóż robić, już odszedł Paździoch, odszedł Boczek.
[02:50:56] - Tak, ciężko sobie to było wyobrazić. Oczywiście można wszystko sztukować, tylko może czasami, posługując się najprostszym skojarzeniem, jakie może być i niespecjalnie oryginalnym, trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. I tu myślę, że dobra intuicja, jeśli chodzi o stację, jeśli chodzi o ludzi, którzy przy tym serialu pracowali. Tak myślę.
[02:51:24] - Tak, ale to zawsze smutno jakoś się człowiekowi robi.
[02:51:29] - Tak, to prawda. Tyle lat człowiek śledził. Ja powiem tak: ja nie darzyłem na początku Ferdka i jego kolegów specjalną sympatią. Od pewnego momentu dałem się wciągnąć, bo albo sobie to wmówiłem, albo tak rzeczywiście było. Wierzę, że jednak tak było. Stała się to taka seria, która komentowała rzeczywistość naszą i to w sposób taki okrutny, albo w każdym razie taki niesłychanie, przynajmniej z mojego punktu widzenia, celny, bo tam się niespecjalnie przejmowano poprawnością polityczną, tylko walono między oczy mniej więcej taki komunikat: tacy jesteście. Obojętnie, czy macie dobre samopoczucie, czy gorsze, czy uważacie się za elitę, czy może za motłoch, to tacy właśnie jesteście. Patrzcie, tacy. I ta poetyka niesamowicie mi odpowiadała i stąd pewien sentyment do tego serialu.
[02:52:44] - No tak. Ale cóż, wszystko się kiedyś musi skończyć.
[02:52:51] - Tak, to prawda. Cóż, ja proponuję, żebyśmy jeszcze wrócili do uniwersum „Poltreku”. Jest drugi fragment. A zatem, szanowni państwo, bawmy się dalej i podróżujmy po uniwersum „Poltreku”. Pisanie raportów do kwatery głównej nie było ulubioną czynnością Lilianny. Niestety stanowiło jeden z jej obowiązków jako kapitana jednostki pozostającej w służbie Gwiazdowej Armady. Co prawda Gwiazdowa Armada niewiele sobie obiecywała po Hermaszu i jego załodze, ale to już był nieistotny szczegół. Zresztą wbrew wszelkim wątpliwościom statek sprawował się jakoś. Miał już na koncie udaną akcję ratunkową i ciekawe odkrycia naukowe, co było powodem nieustającego zdziwienia w kwaterze głównej. „I jak im się to udało z takim sprzętem?
Przecież z tym, co oni ze sobą zabrali, nie da się pracować” – pytano i nikt nie umiał tego w zadowalający sposób wytłumaczyć. Gdyby zapytano wprost kogoś z załogi polskiego statku, ten pewnie udzieliłby wykrętnej odpowiedzi, z której mało kto by coś zrozumiał. Tymczasem sprawa była prosta: załoganci Hermasza albo nie wiedzieli, że coś nie da się zrobić, albo mieli to w głębokiej pogardzie, stosując starą zasadę, że jeśli jakiś fakt przeczy teorii, która im się podoba, to tym gorzej dla faktu. A ich główne założenie było takie, że ze wszystkim dadzą sobie radę i tego się niewzruszenie trzymali. Wyszedłszy na korytarz, kapitan od razu usłyszała podniesione głosy ze strony kaplicy i westchnąwszy ciężko, przyspieszyła kroku. Tak jak podejrzewała, ojciec Muchomorek kłócił się właśnie z siostrą Ofelią. Kamieniem obrazy była jak zwykle tolerancyjność zakonnicy i jej dobra komitywa ze wszystkimi na statku, niezależnie od ich poglądów. Kapelan był zdania, że wszystkich załogantów należy nawrócić i ochrzcić, najlepiej bez pytania o zdanie, i żywił skrytą urazę do kapitan Zakrzewskiej, że ta nie chce wydać swojej załodze adekwatnego rozkazu. Natomiast siostra Ofelia postępowała według wytycznych zakonu sióstr sufrażystek. Nikomu niczego nie narzucała i szanowała prawo do własnych poglądów każdego w załodze.
„Taki permisywizm prowadzi do zatwardziałego ateizmu” – grzmiał ojciec Muchomorek. „Chrześcijańskiego dusi ducha szatan pychy i niewiary. Kto jak kto, ale przedstawiciel duchowieństwa powinien z tym walczyć.” „Może jeszcze mieczem i stosem” – odparowała zakonnica. – „Po mnie się tego nie spodziewaj. Każdy jest kowalem swego losu, a dorosły człowiek to nie dziecko, które weźmiesz za rączkę i zaprowadzisz, dokąd chcesz. On sam podejmuje decyzje.” „Jak ty trafiłaś do zakonu, kobieto?” „Jak to jak? Ojciec był miłośnikiem Szekspira. Wciąż powtarzał: Ofelio, idź do zakonu, to i poszłam. Miałam się sprzeciwiać ojcowej woli? Czcij ojca swego i matkę swoją.”
[02:56:07] - „Przestańcie się oboje drzeć” – zażądała kapitan. – „Tego typu rozmowy trzeba prowadzić kulturalnie. Jeśli sobie tego życzycie, mogę zorganizować dyskusję panelową na temat wartości religii w dzisiejszym świecie i wtedy będziecie mogli kłócić się ile w lesie, ale nie na korytarzu, tylko w konferencyjnej”. „A dlaczego?” – spytał szorstko ojciec Muchomorek, który bardzo nie lubił, jak mu przerywano. „Dlatego, żeby nie obniżać morale załogi”. „Jak możemy obniżyć coś, czego praktycznie nie ma?”. „A słyszał ojciec o wartościach ujemnych?”. „A może to ma być jeszcze moja wina? Napiszę do Watykanu, że jestem tu szykanowany i prześladowany. A to wszystko za zgodą dowódcy jednostki”.
Kapelan zadarł dumnie podbródek i schował się w zakrystii. „Ja się zastrzelę. Pochowajcie mnie na Wawelu” – westchnęła kapitan z rezygnacją. Siostra Ofelia poklepała ją po ramieniu. „Dopiero byłaby ogólnonarodowa wrzawa. Marsze, manifestacje zwolenników i przeciwników, a jako wielki finał naparzanka kijami bejsbolowymi” – powiedziała. – „Poza tym też mi frajda leżeć w tak sztywnym towarzystwie. Z duszy serca radzę wybrać warszawskie Powązki”. Kto by w tym momencie zajrzał do ambulatorium, zobaczyłby ciekawe sceny. Si-Wok, mimo że niezbyt przestrzegający nauk Wu Raka, czołowego filozofa Waltonu, okazał się być zręczny w sztuce łączenia umysłów.
Bez kłopotu dotarł do strefy podświadomości Arcera, ale tu utknął. „Ależ to skomplikowana plątanina” – mruknął po chwili. „Coś źle?” – spytała nerwowo Tishane, przykładając bezwiednie dłoń do brzucha. „Źle? Raczej nie. Muszę się tylko w tym rozeznać” – odpowiedział Si-Wok krzepiąco. Jego młodziutka, przystojna twarz odrobinę pobladła. Tishane, która znała go od dzieciństwa, dobrze wiedziała, że oznacza to duży wysiłek. Z jednej strony bała się o Arcera, który był ojcem jej dziecka, z drugiej o dawnego podopiecznego, którego bardzo lubiła. Wciąż nie umiała wyzbyć się lęku przed połączeniem umysłów.
Jej obserwacja została przerwana przez profesora Trekowskiego, który wpadł do ambulatorium, klnąc niczym murarz w sobotę po wypłacie i ściskając lewą ręką prawy przegub, z którego lała się krew. Za nim biegł Jędrek Karpiel, wołając: „Uspokój się, Dinosławie, bo jeszcze bardziej sobie zaszkodzisz”. Profesor w nader kwiecistych słowach powiedział Karpielowi, gdzie może sobie wsadzić taką radę i zwrócił się do zdezorientowanej Tishane: „Potrzebuję pomocy, pani doktor”. „To widzę, ale co się stało?” Tishane pospiesznie wyjęła z szuflady regenerator. „Gówno. To jest nieważne. Walnął ręką w stół podczas dyskusji z Marzenką i trafił w stos szalek” – wyjaśnił Karpiel. – „Poszły w drobny mak, a Dinek poharatał sobie rękę”. Tishane z westchnieniem wzięła mikroskaner i pęsetę, po czym zajęła się usuwaniem z pokaleczonej dłoni profesora odłamków szkła. Trekowski przez cały czas klął półgłosem, to wymyślając nieobecnej asystentce, to komentując ogólnie porządki na statku i baby, które wszędzie wtykają swój nos.
Usunąwszy ostatni okruch szkła, lekarka na wszelki wypadek jeszcze raz przeskanowała rękę profesora, zdezynfekowała rany i zamknęła je regeneratorem. „Gotowe” – rzekła. – „Następnym razem, gdy pokłóci się pan z asystentką, to proszę uważać, w co pan wali”. „Następnym razem to walnę ją w ten głupi łeb” – warknął Trekowski. „Opanuj się, Dinosławie” – ofuknął go Karpiel w strachu, że te pogróżki usłyszy kapitan i zrobi piekło. – „Przecież dobrze wiesz, że nie miałeś racji. Takich doświadczeń nie wolno przeprowadzać przy uszkodzonym wyciągu”. „Akurat dużo ty tam o tym wiesz. Trzymaj nos w swojej chemii nieorganicznej, a do mojej organicznej go nie pchaj” – ryknął Trekowski. – „Jesteś zwykły smrodziarz, nie chemik.
Nie masz pojęcia nad jak doniosłymi rzeczami pracuję”. „Wielkie rzeczy. Wszyscy to wiedzą” – odparował urażony Jędrek. – „Usiłujesz stworzyć wirusa, który powodowałby stan upojenia alkoholowego przez rozkład cukru bezpośrednio we krwi. Myślisz tylko o tym, żeby się narąbać”. Trekowski aż zapiał z oburzenia. „Nieprawda!” – wrzasnął. – „Ja pracuję dla dobra ludzkości”. „Znam wielu takich, co przyznani by ci rację, bo sami chodzą na okrągło z zapeklowanym mózgiem. Ale ja mam na ten temat swoje zdanie.
Nie bądź taki ważny, profesorze, bo ci to w końcu zaszkodzi”. Profesor rozejrzał się nerwowo, wyraźnie w poszukiwaniu czegoś, czym mógłby rzucić w Jędrka. Ale tu zaprotestowała Tishane, wypraszając ich obu za drzwi na korytarz, gdzie mogli kłócić się dalej. Potem chciała wrócić do gabinetu, w którym odbywała się uoltańska ceremonia, ale okazało się, że nie jest już to konieczne. Obaj, Arcer i Si-Wok, wyszli stamtąd bladzi i wymęczeni, ale o własnych siłach. „Czy wszystko w porządku?” – spytała w napięciu. Si-Wok skinął głową, zbyt zmęczony, by wdawać się w szczegóły. Lekarka przeskanowała go pospiesznie, jednak oprócz pewnego odwodnienia i spadku poziomu elektrolitów nie było zmian. Następnie popatrzyła na komandora, który odwzajemnił się jej pozbawionym emocji, chłodnym spojrzeniem. „Naprawdę doszedł pan do siebie?” — spytała, siląc się na ton oficjalny.
Arcer przytaknął z typowym woltańskim spokojem. „Potwierdzam” — rzekł. — „Ślepota ustąpiła. Czy mogę już wrócić do pracy, pani doktor?”
[03:02:38] - Tak, to był kolejny fragment powieści „Poltrek”. A ja powiem w ten sposób, że uśmiechnąłem się w pewnym momencie, bo skojarzyło mi się, że istnieje nawet taka jednostka chorobowa — cokolwiek człowiek zje, to organizm przerabia mu to na alkohol i w związku z tym, czy tego chce, czy nie, jest w stanie upojenia alkoholowego praktycznie permanentnie. Ja wiem, że niektórzy marzą o czymś takim. Dla niektórych to może być problem. To tak à propos pewnych wątków z tego fragmentu. Pani Luizo, zbliżamy się do końca audycji, w związku z tym gdzieś się pojawi pytanie, którego autorzy nie lubią, ale się pojawić musi. Przynajmniej ja czuję takie posłannictwo. Pytanie odnośnie planów. Zawsze jest ryzyko zadawać je autorowi, bo autorzy bardzo często są targani zwątpieniem, niechęcią do tego, co robią, albo jakimś takim właśnie chwilowym spadkiem nastroju. Ale ja na to nie będę zwracał uwagi, tylko zapytam: jakie są dalsze pani plany pisarskie?
[03:04:17] - Cóż, właśnie dlatego, że nie utrzymuję się z pisania, mogę sobie pisać albo nie.
[03:04:24] - Super. To jest w ogóle sytuacja, cokolwiek by o tym nie sądzić, jednak do pewnego stopnia komfortowa.
[03:04:32] - Tak, zdecydowanie. Teraz, w tej chwili pracuję nad drugą częścią swojego postapo. W planach mam jeszcze dość sporo.
[03:04:51] - A pierwsza część tego postapo to jest?
[03:04:53] - „Cień nadziei”. To się jak dotąd ukazało po angielsku tylko. Ale kto wie, co będzie dalej.
[03:05:08] - Obiecałaś.
[03:05:13] - Tak, oczywiście pamiętam.
[03:05:16] - I tu się, proszę państwa, rozgrywają od razu na państwa oczach, a właściwie nie tyle na oczach, co na uszach, potajemne interesy. Tu biznes w postaci wydawcy łączy się z autorką, którą będzie wysysał ten wydawca. Intelektualnie oczywiście wysysał. Tak. Ale wróćmy do wątku.
[03:05:42] - Tak. Więc to jest jeszcze w planach. Jest następny cykl o wiedźmie z Podhala. I mam już zaplanowaną dalszą część, którą rozpoczyna „Księżyc, moje przeznaczenie”.
[03:06:05] - Czyli już nie trylogia, a tetralogia.
[03:06:09] - Podejrzewam, że to będzie następna trylogia nawet. Także plany są ogromne i jeżeli z nagła mi nie spadnie cegła na głowę, to podejrzewam, że je wykonam. A jak Bułhakow napisał, cegła nikomu nie spada na głowę ni z tego, ni z owego.
[03:06:33] - Pozostaje mieć tylko nadzieję, że żadna nóżka się nie kręci gdzieś tam w okolicach i nie rozlewa oleju.
[03:06:40] - Otóż to.
[03:06:42] - Czego nikomu nie życzę oczywiście. Okej, czyli rozumiem, że nie ustaje pani w swoich planach pisarskich.
[03:06:56] - Tak. To znaczy nie mam takich ambicji, żeby przejść do historii jako wielki klasyk czy kolejna noblistka. Absolutnie nie. Chcę po prostu pisać książki, które będą służyły temu, żeby ludzie mogli sobie przeczytać i być usatysfakcjonowani. Ot i wszystko. Chciałabym po prostu, żeby im się czytało lekko, łatwo i przyjemnie.
[03:07:28] - Jacku, tak jak powiedziałem, zbliżamy się do końca audycji. To teraz, tak jak wcześniej Łukasz, tak i do ciebie się zwracam o rodzaj orędzia kończącego audycję. Orędzia dotyczącego oczywiście serii jednej, drugiej czy w ogóle planów, bo samo przedsięwzięcie, chciałem powiedzieć wydaje się, nie, ono jest po prostu ciekawe. Bo to jest oczywiście wydawnictwo o charakterze niszowym, ale ja wcale nie jestem przekonany, że niszowość oznacza zwrot pejoratywny. Moim zdaniem niszowy równie dobrze może oznaczać elitarny. W związku z tym to wydawnictwo-
[03:08:24] - Tak to traktuję.
[03:08:26] - To wydawnictwo ma taki charakter. A z drugiej strony pojawiają się nazwiska niezwykle ciekawe, bo oprócz tych, o których już rozmawialiśmy, czyli „Chciej mnie zawsze”. To nie nazwisko, to tytuł. Ale oprócz naszego dzisiejszego gościa, czyli pani Luizy, pojawiają się następne nazwiska, które już wymieniałeś. Pojawia się pan Izworski, pojawia się Inglot. To znaczy, że to jest naprawdę seria, którą należy, jakby nawet ktoś nie chciał szanować, to z racji nazwisk, które się pojawiają, szanować powinien. A teraz już głos dla ciebie.
[03:09:16] - Może bym się ostrożnie z tym szacunkiem. Natomiast skoro już o nazwiskach, to też przypomniałem sobie, że jeszcze przed audycją skonstatowałem, że należy przede wszystkim wspomnieć o Emmie Popik.
[03:09:36] - Zdecydowanie.
[03:09:38] - Na którą właśnie też Luiza pracuje. Nad pierwszym z kilku planowanych zbiorów jej opowiadań i w zasadzie takich tomów kombinowanych, które też będą taką formą antologii osobistej. A dlatego chciałem wspomnieć, że przecież patron naszej audycji, czyli Radio Paranormalium, jest bardzo głęboko uwikłane w sprawy szamańskie i UFO, i tak dalej. Jestem pewien, że Emma się zgodzi na udział w audycji. Nawet jakiegoś maila od niej dostałem, że brała udział w spotkaniu autorskim z Łukaszem Orbitowskim i okazało się, że to spotkanie ona zdominowała. Została okrzyknięta gwiazdą. To jeśli chodzi o nazwiska klasyków. Jest jeszcze Stanisław Karolewski. Też mi się pojawia takie nazwisko, a to w kontekście takim, że prowadzi on bardzo magiczny antykwariat we Wrocławiu. Jest autorem co najmniej trzech książek, z których jedna jest poświęcona temu, jak pokonał tymi, robię znak cudzysłowu, magicznymi sposobami raka.
Dwie literackie. Ta powieść, na którą mamy podpisaną umowę już od kilku miesięcy, nazywa się „Ciemność” i bardzo mnie ona urzeka, pomimo tego, że do dzisiaj jej całej nie przeczytałem. Czekam właśnie na książkę. Jeśli jeszcze chodzi o plany i o rzeczywistość, to takim pewnikiem miała być seria Pawła Szumiła, Rosjanina, przełożona w całości przez Jacka Izworskiego właśnie o smoku. Niestety ich plany zostały pokrzyżowane w jakiś sposób przez wojnę, przez agresję Rosji na Ukrainę.
[03:11:48] - Związane z tymi implikacjami.
[03:11:54] - Zgubiłem słowo. Dokładnie. Na chwilę obecną chyba nie będziemy się angażowali w środki w wydawanie tej serii. Chociaż mamy podpisaną bardzo korzystną umowę. Mamy podpisaną umowę na 200 egzemplarzy bezpłatnie. W zasadzie nie można tutaj mówić o jakimkolwiek wspieraniu Rosji finansowym, kiedy autor nie dostanie żadnych pieniędzy, prawda? Zobaczymy. W jakiś sposób też bym chciał to wydać, ponieważ jest to też hołd dla pracy Jacka Izworskiego, który siedząc zamknięty w tym domu opieki, klepie w ten komputer, pracuje i po prostu trzeba to uhonorować. Nie wiem, co mogę więcej. Generalnie pomysłów jest cała masa, także takich, żeby tą niszowość przekształcić w coś bardziej poważnego i zaangażować w to wszystkich ludzi, którzy w jakiś sposób pracują nad przedsięwzięciem.
Chciałbym bardzo podkreślić tutaj pracę, że w zasadzie staram się uczyć naszych ludzi czegoś takiego, że ja chcę po prostu czytać gotowe książki firmowane przez nas, żeby jak najwięcej oni dawali od siebie. Oni podejmowali decyzje. Czyli nie obuwać ręce, ale żeby się poczuli współwłaścicielami. Mówię o nich dyrektorzy coraz częściej i mam nadzieję, że oni to kupują w jakiś sposób. Też daję tyle cudzysłowów, że to się po prostu powoli uda i też taka ta wizja. Być może właśnie nie jest to dobry pomysł w związku z tym, Marku, o czym mówiłeś. Może właśnie ta niszowość, która być może rzeczywiście okaże się docenioną za jakiś czas jakością wtedy, kiedy się staniemy bardziej, że tak powiem, merkantylni. Ona się w jakiś sposób zatraci. Zresztą znam to z autopsji, kiedyś kochałem kino, chodziłem do kina i tak dalej. Kiedy to kino wziąłem w dzierżawę, kiedy otworzyłem swoją wypożyczalnię wideo, filmy przestały być dla mnie tak cenne jak kiedyś.
Nie chciałbym teraz też stracić tej miłości do książek w ten sam sposób, w tym samym mechanizmie. To może tyle chyba o planach. Natomiast jeśli jeszcze mogę, to zapisałem tutaj kilka uwag sobie na kartce w trakcie dyskusji. Jeśli o planach. Luiza wspomniała o Frankensteinie w takim pewnym kontekście i chciałbym tutaj podkreślić, że na pewno dusza jest w jakiś sposób kontynuacją rozważań poczynionych przez Mary Shelley i w związku z tym, że jest taki, a nie inny stereotyp postrzegania, jak to się mówi, monstrum Frankensteina. Bo w zasadzie można mówić, że monstrum było dzieckiem Frankensteina. Proponuję zrobić audycję o Frankensteinie w „Odkrywcach Literackich” z zastrzeżeniem, że bardzo bym prosił, żeby wszyscy przed tą audycją przeczytali oryginał Mary Shelley. Mi się wydaje, że to będzie bardzo ciekawe doświadczenie. Zresztą rozmawialiśmy na temat Frankensteina i rozbieżności pomiędzy tym krzywdzącym, moim zdaniem, stereotypem a „Odkrywcach Literackich” właśnie z Łukaszem Kucharczykiem i być może też z tego coś się zrodzi w serii tej trzeciej, tej popularnonaukowej, nazwanej przez nas „Per Astra ad Anthropologia”. To jest jedna z uwag.
Druga uwaga dotyczy wspomnianego getta. Mogę jeszcze? Bo to już jest dość późno.
[03:15:52] - Proszę.
[03:15:54] - Getto fantastyki. Już jakiś czas temu doszedłem do wniosku i próbowałem to gdzieś wyartykułować, że to jest troszeczkę odwrócenie kota ogonem. To nie myśmy się zamykali w tamtych czasach, przez te kilkadziesiąt lat, jako miłośnicy fantastyki w getcie, ponieważ fantastyka była od zarania domeną raczej kultury popularnej i literatury popularnej. Tylko w getcie zamykali się ci właśnie ludzie, którzy z taką pewnością siebie waloryzują, kto jest pisarzem, kto nie, czyli tacy zarozumialscy. Najbardziej, że tak powiem, zarozumiali, jakby to powiedzieć, pisarze, naukowcy, badacze. Oni się zamknęli w getcie. Myśmy byli poza gettem. Oni byli gettem. Oni się odcinali od tego, czym żyła społeczność, nie? Natomiast w tej chwili chyba następuje proces odwrotny.
Ludzie z naszego środowiska, którzy w jakiś sposób stają się sławni lub badają tą fantastykę, zdają się zapominać o naszych korzeniach. O tym, że my, tak jak powiedziała Luiza, piszemy dla ludzi, tworzymy dla ludzi. Fantastyka była dla ludzi pisana językiem popularnym. Nagle się okazało, że przy okazji poruszała bardzo fundamentalne czy dla filozofii, czy dla etyki problemy. Tyle o getcie i o moim postrzeganiu getta. Mam tu jeszcze kilka uwag, ale to już chyba nie na dziś. Bardzo bym prosił, żeby się temu Frankensteinowi przyjrzeć w szerszym kontekście. Właśnie może w specjalnej audycji. Bo jednak ja osobiście uważam, że dzieło Mary Shelley właśnie jest przełomowe i fundamentalne dla narodzin gatunku czy konwencji raczej. Wolę mówić konwencji science fiction.
I chciałem po prostu podziękować za zaproszenie, za audycję i za wszystko. Przepraszam za chaos.
[03:18:13] - Kupuję tego Frankensteina jako pomysł. Natomiast jeszcze chwilę poświęcę temu pojęciu getta. Otóż to wszystko, co powiedziałeś, byłoby fajnie, ale to jest prawdziwe chyba w stosunku do szeroko pojętego Zachodu, literatury amerykańskiej czy w ogóle zachodniej. Tam, tak jak ja to obserwuję, ja nie jestem oczywiście ekspertem, nie widzę tego podziału. Tam są pisarze i oni albo się zajmują taką dziedziną, albo taką i piszą albo dobre, albo złe powieści, albo przeciętne. Natomiast to jest chyba, nie wiem, czy wyłącznie Polska, ale na pewno Polska również, specyfika, w której pisarzy dzieli się właśnie w jakiś taki karkołomny sposób na tych, którzy piszą literaturę i tych, którzy piszą jakieś tam dziwne rzeczy, science fiction albo fantastykę, albo coś innego. I to jest rzecz, moim zdaniem, w tej chwili w dalszym ciągu nieprzekraczalna. To znaczy niby to dociera do pewnej części środowiska czy naukowego, czy literackiego, ale chyba nie do końca do tych tak zwanych tuzów literatury. Oni w dalszym ciągu uważają, że jest prawdziwa literatura i literaturka. I to się ciągnie za nami, ja to przynajmniej odnotowuję od lat 80.
Pamiętam dzikie awantury w pismach literackich, kiedy próbowano robić numery specjalne, w jednym z pism literackich poświęcone fantastyce, gdzie „poważni”, tu cudzysłów stawiam, literaci zgłaszali votum separatum i absolutnie odcinali się, żeby jakieś takie bzdury w ogóle publikować. Że to nie literatura. W dalszym ciągu ten, moim zdaniem, irracjonalny konflikt albo nawet nie konflikt, tylko po prostu różnica zdań. Ona w dalszym ciągu istnieje. Ona jest, tak jak powiedziałem, irracjonalna. Ona się bierze z jakiegoś fałszywego poczucia wyższości.
[03:20:42] - Tak, brakowało mi tego słowa. Znowu właśnie poczucie wyższości.
[03:20:47] - Tak. I ona po prostu jest. To po prostu w dalszym ciągu funkcjonuje. To, o czym mówiliśmy, dzisiaj nawet w audycji, o tym, że-
[03:20:57] - Przepraszam, ale ja się muszę już wyłączyć. Ja jutro o czwartej rano muszę wstać do pracy.
[03:21:02] - Ludwiza, dziękuję za wszystko. Pozdrawiamy.
[03:21:05] - W takim razie pozdrawiamy, dziękujemy. Kończymy audycję. Bardzo dziękuję i do usłyszenia następnym razem w takim razie.
[03:21:16] - Do usłyszenia.
[03:21:17] - Ja czekam jeszcze na felieton.
[03:21:20] - Tak, felieton za chwilę będzie. Za chwilę będzie felieton Tomka Fąsa, ale jeszcze wcześniej chciałbym powiedzieć, że zapraszam za tydzień. Będzie znowu gość. Naszym gościem będzie Mikołaj Maria Manicki, a będziemy rozmawiali o powieści „Diabeł już tu nie mieszka”. To jest powieść, która mieści się w nurcie fantastyki naukowej. Myślę, że to będzie fajna jazda literacka. Fajna sprawa, jeśli chodzi o takie przeżycia literackkie. A zatem zapraszam za tydzień. Rozmawiamy o powieści „Diabeł już tu nie mieszka”. A za dwa tygodnie ABW, Antologia Bibliotekarium Warsztaty.
Kolejna porcja opowiadań, kolejna porcja rozmów o rzeczach ciekawych, inspirujących. O takich, które miejmy nadzieję, są w stanie państwa skłonić do tego, żeby tworzyć kolejne dzieła literackie. To tyle tytułem zapowiedzi tego, co będzie za tydzień i za dwa tygodnie. A teraz już zapraszam państwa na kolejny felieton Tomasza Fąsa. Dobrej nocy życzę.
[03:22:54] - Dobrej nocy.
[03:23:04] - Pomówmy o sprawach przyziemnych. Jak być może część z państwa się orientuje, a być może dla niektórych jest to zbyt niski temat, zbyt prosty, prymitywny. W ostatni weekend miała miejsce gala mieszanych sztuk walki, na której wystąpił Mariusz Pudzianowski. Ja przyznaję, że nie żebym był jakimś wielkim fanem, ale do tego stopnia mnie ten sport ciekawi, że wykupiłem dostęp i faktycznie było warto. Jak wiadomo, pięknym finałem, pięknym nokautem się ta gala zakończyła. Więc po weekendzie wróciłem do pracy i zacząłem rozmawiać z kolegami, na ile ich to interesuje, na ile widzieli te walki, czy słyszeli przynajmniej. Jeden słyszał, inny nie słyszał. Natomiast to, co szczególnie przykuło moją uwagę, to pojawiający się tu i ówdzie wyraz może nie oburzenia, ale co najmniej zdumienia, że to ja, jak rozumiem, pisarz, co zasugerowano. I człowiek z jakimiś naukowymi aspiracjami. Jak ja w ogóle mogę interesować się tak niskim, prymitywnym tematem jak jakieś mordobicia?
Po pierwsze temat nie taki niski, bo umówmy się, że mówimy tu jednak o sporcie na jakimś poziomie. Być może jakieś wydarzenia pozornie podobne, typu Fame MMA, różnego rodzaju występy ludzi często nieumiejących się bić albo robiących to na poziomie niskich lotów sportowym, koło których robiono show. Jakoś wypromowali. Faktycznie wydarzenia, które podobnie wyglądają, na podobnych zasadach się odbywają, ale ze sportem, z mieszanymi sztukami walki wspólnego mają niewiele. To mieszana walka stylem dowolnym, a mieszanie sztuk walki to jednak jest trochę co innego. Natomiast to, co może ważniejsze i o czym bardziej chciałbym państwu powiedzieć, to jest to, co mnie tu ubodło. To jest to przeświadczenie ludzi. Nie chciałbym nikogo urazić, w każdym razie ludzi wykształconych, inżynierów, kolegów z pracy. To przeświadczenie, jakoby literatura czy w ogóle zdolność do pisania książki, w ogóle zdolność do pisania, być może jakieś zainteresowanie tematami naukowymi, było czymś tak wzniosłym, tak oddzielonym od ich codzienności, od jakichś spraw telewizyjnych, rozrywkowych, że to jest tak wielka przepaść pomiędzy pisaniem a sprawami przyziemnymi. I to jest, proszę państwa, zjawisko szersze.
Obserwuję też często na uczelni, jaki wielki rozdźwięk jest pomiędzy tym, co realnie interesuje na przykład inżyniera, studenta kierunku technicznego, a tym, co teoretycznie taki student powinien umieć i co powinno mu się wykładać, i co on powinien móc zrozumieć, wykonać podczas egzaminu. Bardzo często jest to ogromny rozdźwięk pomiędzy praktyką, nawet pracą w zawodach inżynierskich a pewną teorią, pewną abstrakcją, pewną refleksją, być może pewną metodą obliczeniową, która już dzisiaj tak rozwiewa się, oddala się może w ten sposób od życia, mentalności, zainteresowań. ... młodych ludzi, bo jednak koledzy z pracy to raczej młodsi. I oni już mają tę mentalność pewnego oddzielenia od teorii, oddzielenia od abstrakcji i postrzegania nawet umiejętności poprawnego pisania czy zrozumienia w ogóle języka polskiego. Bo ja w pracy też piszę różne raporty czy instrukcje i też często się mnie konsultują w tych sprawach z językiem związanych. I to jest już dla nich taka abstrakcja, taki poziom wzniosłości, że oni patrzą na to jak na przejaw przedstawiciela wyższej kultury, że tak powiem. Co mnie drażni, co mnie boli. Nie prywatnie, nie osobiście, ale jako pewne zjawisko społeczne. Bo coś takiego, proszę państwa, proszę panów, panie artystów, pisarzy się porobiło.
Czasem to było zjawisko być może społeczne, czasem to wynikało z rozwoju multimediów, pewnej zmiany w ogóle mentalnej, społecznej, która się dzieje. Ale też trochę wydaje mi się, że wynika to z działalności artystycznej, z tego, że nawet poeci za przeproszeniem czy jacyś artyści plastycy celowo wręcz szukają formy tak wyszukanej, tak wysublimowanej, tak wymagającej, trudnej w odbiorze, że przeciętny człowiek uważa to za coś zewnętrznego, za coś obcego. Filozofię w ogóle, jakąś myśl, jakąś refleksję, jakąś sztukę uważa za coś w ogóle z innej epoki, z innej kultury, z innej przestrzeni, jako inny rodzaj człowieka, który zajmuje się takimi sprawami, czy chociażby jest z nimi kojarzony. Bo przecież też umówmy się, że jakimś wybitnym filozofem nie jestem, a i pisarzem raczej byłem chwilowo, co już myślę pomału końca dobiega. Ale jednak ten rodzaj percepcji się pojawia, co mi zgrzyta. Bo ta koncepcja od samego początku filozofii przecież, ta koncepcja platońska, właśnie filozofa, artysty to była wizja kogoś, kto ma owszem wejrzeć w pewien blask idei, spojrzeć w to światło prawdziwe, ale jednak wrócić z nim i potrafić zakomunikować. Być tym pośrednikiem pomiędzy ideą, pomiędzy jakąś myślą, a sferą przyziemną. Też zrozumieć to życie doczesne, jakoś być człowiekiem. Bycie być może intelektualistą, za przeproszeniem mówię ogólnie, proszę bardzo, nie chciałbym tutaj się jakoś wywyższać, żebyście to państwo tak zrozumieli. Raczej mówię o pewnych schematach, że ewentualne bycie przedstawicielem inteligencji, za przeproszeniem, to jest raczej zadanie, raczej wyzwanie, raczej więcej obowiązków, ale przede wszystkim konieczność bycia zrozumiałym, komunikatywnym.
I to z tej abstrakcji, którą powiedziałem, przekłada się myślę, na konkretny sposób rozumowania, którego brakuje, a więc na przykład na sposób pisania. Jeżeli w ogóle jeszcze o słowie pisanym mówimy, to nie doskonaleniem warsztatu, nie mistrzostwem słowa, nie poszukiwaniem jakichś wielkich, antycznych, historycznych, filozoficznych inspiracji, których nikt nie zrozumie poza samym autorem i które są wzniosłe. Ale właśnie takim pisaniem, żeby pokazać, że to jest coś dla ludzi, być może właśnie mniejszą objętością, co też ja nieraz z lenistwa staram się promować i co być może w ten sposób jest łatwiejsze w odbiorze. Żeby tej formy nie rozwlekać, żeby tych wystąpień nie rozwlekać i żeby jakoś jednak dotknąć sprawy przyziemnej. Sprawy prostej, życia codziennego i umieć się nad tym zachwycić. Bo jakże się, proszę państwa, nie zachwycać i jakże nie czuć podziwu wobec człowieka, który tak jak Mariusz Pudzianowski jednak wstaje codziennie, wykonuje ogrom ćwiczeń i odnosi w drugim już sporcie poziom coraz lepszy, wręcz mistrzowski. Jakże, proszę państwa, nie odczuć podziwu wobec jednego ciosu, na który trzeba było zapracować 13 lat?
[03:30:31] - Felietonem Tomasza Fąsa kończymy kolejne wydanie Bibliotekarium na żywo. Dzisiaj mieliśmy bardzo duże grono gości. Naszym głównym gościem była pani Luiza Dobrzyńska, autorka powieści „Dusza” oraz „Poltrek”. Doktor Łukasz Kucharczyk z UKSW. Jacek Choręzga. Audycję prowadził Marek Żelkowski, a od strony technicznej audycję obsługiwał jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Radio Paranormalium i Book Radio dziękują za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia ponownie w Bibliotekarium już za tydzień. Oczywiście na żywo. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium.
www.paranormalium.pl. Why couldn't this go on? Couldn't our happiness go on? As the sun that lightens up the sky. When the night gives in to tell you why. Ask the mountain. While words hide lands. As the green in the woods and the trees. The cold breeze coming from the sea. Springs and fountains.
Ask the mountain. Springs and fountains. Ask the mountain. As the sun that lightens up the sky. When the night gives in to tell you why. Tell the mountain. Springs and fountains. Why couldn't this go on? Couldn't our happiness go on? Why couldn't this go on?
Couldn't our happiness go on?