[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” o książkach do czytania i do rozmawiania. Kończy się nam kolejny piątek, weekendu początek, a skoro kończy się nam piątek i skoro minęła przed chwilą godzina 20:00, to znaczy, że czas najwyższy na antenie Radia Paranormalium rozpocząć kolejny odcinek „Bibliotekarium” na żywo. Mamy dosyć osobliwą sytuację, że trzy razy pod rząd lecą „Bibliotekaria” właśnie live. Dzisiaj będziemy mieli gościa. Spotkamy się z Luizą Dobrzyńską, autorką wydanej nakładem Bibliotekarium powieści „Księżyc, moje przeznaczenie”, której to fragmenty dzisiaj będą prezentowane na naszej antenie. Będą przygotowane trzy fragmenty. Bardzo fajna powieść dla fanów science fiction, ale nie tylko. Gorąco zachęcamy do słuchania. Przy mikrofonie koronowany chwilowo Marek Sęk „Ivellios”, ale myślę, że mimo koronowania dam radę dzisiaj całą audycję obsłużyć. Są z nami także panowie z Bibliotekarium: Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz.
A ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype: radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bibliotekarium.pl oraz Book Radia. Jesteśmy też na grupach Radio Paranormalium oraz Lubież Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to może także wysłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Nie wiem skąd jest pani Luiza, dlatego wyjątkowo-
[02:34] - Z Warszawy.
[02:35] - Halo, halo Bydgoszcz. Halo, halo Warszawa.
[02:39] - Tak jest.
[02:41] - Dobry wieczór państwu.
[02:42] - Dobry wieczór, witam państwa.
[02:46] - Również.
[02:48] - To był Wiktor, jakby ktoś nie wiedział. To ja jeszcze raz w imieniu Bibliotekarium witam naszego gościa.
[02:56] - Witam.
[02:57] - Pani Luizo, oczywiście spotykamy się z okazji najnowszej książki „Księżyc, moje przeznaczenie”, ale nie jest pani autorką, która wydała właśnie pierwszą książkę, tylko tych książek na koncie już jest całkiem sporo. Wystarczy wbić sobie w okienko Google'a pani imię i nazwisko i tych książek się pojawia całkiem sporo. I to tak i po tytułach, i po okładkach, i po treści w końcu sądząc, trzyma się pani szeroko pojętej fantastyki, bo jest trochę tej takiej hard science fiction, ale gdzieś tak, chociażby po tytułach, to gdzieś tak w kierunku fantasy albo czystej fantastyki pani również uderza, prawda?
[03:44] - Prawda. Wydałam cykl „Wiedźma z Podhala”. To jest typowe fantasy. Natomiast większość moich książek to rzeczywiście jest science fiction. To jest mój ulubiony dział.
[04:02] - Okej, a proszę w takim razie jeszcze powiedzieć, która to jest pani książka, bo ja już w internecie zauważyłem, że szykuje się następna. Więc na razie zostańmy przy tej, o której rozmawiamy, czyli o książce „Księżyc, moje przeznaczenie”. Która to książka?
[04:23] - Mówiąc szczerze, trudno mi powiedzieć.
[04:26] - I to jest ta dobra odpowiedź, bo jak już zaczyna się autor gubić w ilości tytułów, które wydał, to to jest całkiem dobry objaw.
[04:37] - Skoro pan tak mówi, to pewnie tak jest.
[04:41] - Okej, a wie pani, pierwsze co mi się nasuwa, to żeby zapytać o tytuł. Bo ten tytuł po pierwsze dobrze oddaje treść książki, o której będziemy dzisiaj rozmawiać, ale też oczywiście natychmiast ludziom, którzy z fantastyką mają coś wspólnego, interesują się, czytają, on się natychmiast kojarzy. Pani się dała poznać na antenie Book Radia jako znawczyni fantastyki. Kobieta, która poleca takie swoje fascynacje, dzieli się swoimi fascynacjami literackimi ze słuchaczami. Tych audycji zebrało się już całkiem sporo. Różne książki tam są polecane. Zatem przypuszczam, że ten tytuł „Księżyc, moje przeznaczenie” w nawiązaniu do „Gwiazdy, moje przeznaczenie”, innego tytułu, klasyka science fiction, to nie jest przypadek.
[05:42] - Nie. Znam książkę Alfreda Bestera. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie szczególnie zachwyciła, gdyż po prostu wydała mi się trochę zbyt mało prawdopodobna. Trzeba przyznać, że to jest dziwne dla pisarza, który się specjalizuje w fantastyce i fantasy. że określa coś jako mało prawdopodobne. Ale ja, podobnie jak Jan Brzechwa, cenię fantazję pod warunkiem, że jest sensowna. Wszystko, co napisaliśmy, powinno być spójne wewnętrznie, mieć wewnętrzną logikę. Kiedy ta logika zaczyna mi się gubić, wtedy ciężko mi zachwycić się daną książką. Wiem, że „Gwiazdy moim przeznaczeniem” jest pozycją kultową. Niewątpliwie jest bardzo interesująca pod względem rozwiązań przyjętych przez autora.
Tylko nie została napisana dla mnie. Można tak powiedzieć. Żaden pisarz nie pisze dla wszystkich. Zawsze znajdą się tacy, którzy będą grymasić. Tacy, którym się nie spodoba. To, że na przykład mnie się nie podobała jakaś książka, to w ogóle nie świadczy o niej źle. Albo jeżeli mi się spodobała, to też nie świadczy o niej dobrze. Każdy musi sam ocenić.
[07:12] - Tak się usiłuję wbić, bo to jest niezwykle rozsądne w świecie, w którym wszyscy stają się bardzo ostrymi, ciętymi recenzentami, którzy rozwałkowują poszczególnych pisarzy, bo taki mają akurat humor albo nie mają humoru. Tego rodzaju deklaracja jest po pierwsze niezwykle rzadka, po drugie dosyć mi bliska. Wydaje mi się najrozsądniejsza jaka może być. Owszem, mamy swoje fascynacje, mamy swoje dzieła, które uważamy za wybitne, mamy też takie, których nie lubimy. Niemniej jednak takie kategoryczne stwierdzenia, że to, co mnie się podoba, musi się podobać innym, to jest nasza internetowa powszedniość. Więc jak słyszę głos odcinający się od tej powszedniości, to mi się lżej na sercu robi.
[08:12] - Bardzo mi miło z tego powodu. Jako recenzentka piszę dla portalu Paradox.net.pl już od bardzo dawna i spotykałam się z różnymi książkami. Jeżeli coś w zdecydowany sposób krytykuję, to tylko wtedy, jeżeli to jest pisane wyjątkowo złą polszczyzną, bo na to jestem akurat uczulona. Ale poza tym to stwierdzenie, że coś jest na przykład badziewiem, bo mi się nie spodobało, jest dziecinne według mnie.
[08:53] - Okej, budujące. Dla mnie przynajmniej budujące. Dla ciebie, Wiktorze?
[08:58] - Dla mnie też, chociaż cenię sobie pewną szczerość. Jak ktoś mówi, że mu się nie podoba, to się nie podoba.
[09:08] - Okej, ale to nie znaczy, że się wszystkim ma nie podobać. O to tak naprawdę chodzi.
[09:15] - Tak.
[09:16] - Okej. Wie pani co? Ja postanowiłem na początek naszej dzisiejszej audycji zadać pytanie najtrudniejsze. Od teraz już będzie łatwiej. Jak już zadam to pytanie najtrudniejsze, już będzie właściwie z górki. To najtrudniejsze pytanie. Znaczy nie wiem, czy ono jest najtrudniejsze. Ono bywa nielubiane, może tak je określmy. Niech się pani na chwilę zamieni w recenzenta albo w człowieka, który pisze blurby i zrobi rozbudowany blurb do powieści, o której dzisiaj mówimy, czyli do książki „Księżyc. Moje przeznaczenie”.
[09:57] - Rzeczywiście nie jest to najłatwiejsze. Ale już zaraz powiem, bo coś takiego zostało przygotowane dla Mavericka, który próbuje zainteresować szerszą rzeszę czytelników.
[10:18] - Wykonuje wielką pracę. To prawda. Pozdrawiamy stąd.
[10:24] - Bliżej nieokreślona przyszłość. Juliet Capuli, skromna bibliotekarka z dodatkowym wykształceniem ogrodniczym, należy do jednej z niższych klas społecznych. Pewnego dnia zostaje przypadkiem wplątana w rozgrywki na najwyższym politycznym szczeblu. Ciężko ranna w zamachu na najważniejszych członków globalnego rządu, zostaje ocalona przez tajemniczego obywatela Hakata, któremu zależy na jej zeznaniach. Jej życie jest teraz jednak w niebezpieczeństwie. Hakat wysyła ją więc na Księżyc do przemysłowego miasta Lunar jako swoją agentkę. Próbując rozwikłać tam zagadkę pozornie niezwiązanych ze sobą zgonów, dziewczyna wpada na trop afery tak potężnej, że może wstrząsnąć całym światem. To jest krótki opis tego, z czym mamy do czynienia.
[11:19] - Okej, to teraz jeszcze pytanie dodatkowe.
[11:23] - Tak jest.
[11:23] - Bo ja się zetknąłem, tak jakbym próbował jakiejś klasyfikacji dokonywać, to z dwiema reakcjami na pani książkę. Jedni mówią: „A, takie czytadło”. Drudzy mówią: „Super książka. Tak powinno się pisać”. Ja oczywiście nie posunę się do tego, żeby wrzucać pani do rozważenia, która z tych opinii jest bliższa. Natomiast chciałbym zapytać najpierw o tę – nie potrafię tego odmienić. Jak jest czytadło, to czytadłowatość. Ojej, straszne słowo. Czytadłowatość. Czy to jest książka, którą można określić mianem czytadła?
[12:11] - Na to pytanie dość trudno odpowiedzieć, ponieważ jest to bardzo pojemne określenie.
[12:16] - Okej, to spróbujmy tę definicję nieco zawęzić. Czytadło najczęściej kojarzy się z prozą, w której wydarzenie goni wydarzenie, wszystko jest w szybkim tempie i tam nie ma nic więcej. Mnie się wydaje, że coś tam więcej jednak jest. To taka podpowiedź z mojej strony.
[12:39] - Wie pan, w tej chwili miłośnicy science fiction, oczywiście nie wszyscy, ale duża ich część, są nastawieni przede wszystkim na wydarzenia. Wielkie bitwy w kosmosie, jakieś awantury, starcia, a w przerwach ostry seks. U mnie tego wszystkiego nie ma. Mamy do czynienia z powieścią w zasadzie powiedziałabym obyczajowo-kryminalną, tylko że dziejącą się w przyszłości. Nie ma tutaj wielkich statków, którymi przyjeżdżają spragnieni ziemskiej krwi kosmici ani innego takiego zagrożenia.
[13:26] - Ziemskiej krwi i ziemskich kobiet, dodajmy.
[13:30] - Otóż to! Po prostu jest to przyszłość, w której nadal jesteśmy sami. Nie odwiedza nas żaden wielki brat w rozumie. Nadal jesteśmy sami, nadal na Ziemi i borykamy się z tymi samymi problemami. Głównym tutaj wątkiem jest coś, co można by powiedzieć political fiction, ponieważ w tej książce polityka jest bardzo ważna. Od niej się wszystko zaczyna. Czyli że w zasadzie tak, jak jest. To, co robią politycy, jest nieznane większości ludzi. Mogą się tylko domyślać.
[14:17] - Czyli pani właściwie... Przepraszam. Proszę powiedzieć.
[14:21] - Oni żyją na wydzielonej wyspie centralnej. Gdzie ona jest położona? Nie wiadomo. Nawet moja bohaterka, która jest tam przewożona, nie wie, gdzie to dokładnie jest. Także ludzie, można powiedzieć, zwyczajni w zasadzie nie mają żadnego kontaktu z członkami rządu. To, że akurat jedni z nich znaleźli się w miejscu, gdzie dokonano zamachu, jest jedną z zagadek, która dręczy bohaterkę. Bo właściwie ich nie powinno tam być. Oni powinni stale żyć za tym swoim wielkim murem. Ale w zasadzie teraz też tak jest. Politycy są oddzieleni od ludzi, którymi rządzą i to często do tego stopnia, że zatracają z oczu pewną perspektywę.
A z kolei ludzie tacy na przykład jak ja, wyborcy, mają często o nich zupełnie fałszywe wyobrażenie. I to zostanie też w przyszłości. Po prostu nie może być inaczej. Z tym że akurat tutaj mamy do czynienia z rządem globalnym, który działa na takich zasadach, że nazwiska najważniejszych ludzi w tym rządzie są utajnione. Nikt nie wie, kim oni są. Mają tylko numery. Numer pierwszy, numer drugi, numer trzeci. Wiadomo, że to są najważniejsi ludzie na świecie. Ale kim są? Tego nie wie nikt właśnie poza wyspą centralną.
I to tu jest najistotniejsze.
[16:08] - Czyli pod pozorem powieści sensacyjnej czytelnik dostaje, padło już to określenie, political fiction.
[16:21] - Tak, coś w tym guście.
[16:23] - I to jest właściwie do pewnego stopnia przynajmniej diagnoza tego, co się wokół nas dzieje, zaczyna dziać. Ja w tej audycji bardzo często namawiam naszych słuchaczy, żeby się dobrze zaczęli rozglądać. Powtórzę to w tej audycji dzisiejszej również, bo jeśli się człowiek dobrze rozejrzy, to później w tej powieści, o której rozmawiamy, czyli „Księżyc. Moje przeznaczenie", może dostrzec kilka takich krzywych zwierciadeł tego, co się w tej chwili dzieje. Tak myślę przynajmniej.
[17:05] - Tak. Tylko to, można powiedzieć, poszło dalej. Ponieważ mamy do czynienia jednak z przyszłością dosyć daleką, ze społeczeństwem, które zostało odbudowane po katastrofie ekologicznej, wielkiej katastrofie, która zniszczyła większość planety. To społeczeństwo kieruje się innymi zasadami. Zostało wtłoczone niejako w pewne ramy. Tutaj nie ukrywam, że pewną inspiracją był dla mnie „Nowy wspaniały świat" Huxleya. Oczywiście książka, nie serial, który niewiele ma z książką wspólnego tak naprawdę.
[17:49] - Tak, serial składa się głównie ze scen orgiastyczno-seksualnych i na tym się właściwie skupia. Nawet słyszałem takie określenie, że to jest sposób na to, żeby całkowicie wyeliminować ze świadomości społecznej dzieło Huxleya. Bo jak ktoś zobaczy ten serial, pomyśli: „Ale po co w takim razie czytać książkę Huxleya? Przecież to bzdury są kompletne. Nie ma co się w ogóle tą książką zajmować". Właściwie dosyć cwany sposób na to, żeby tak zwanych niewygodnych autorów ewentualnie wyeliminować.
[18:30] - Tak, bo Huxley bardzo trafnie wiele rzeczy przewidział w swojej książce. Kompletny rozpad rodziny, traktowanie rodziny, więzów rodzinnych jako coś obscenicznego, coś tylko obciążającego człowieka. Postawienie na zmysłowe użycie jako na cel sam w sobie. Przeczytanie tej książki mogłoby wielu ludziom otworzyć oczy na pewne sprawy.
[19:06] - I tu państwo dobrze zrozumiecie, kiedy proszę o to, żebyście się dobrze rozglądali, to w zestawieniu z tym, co przed chwilą powiedziała pani Luiza, stanie się nieco bardziej czytelne. Otóż Huxley właściwie częściowo opisał nam nie świat przyszłości gdzieś odległy, tylko częściowo opisał już nasz świat, w którym my się na co dzień obracamy.
[19:30] - Tak, dokładnie tak, proszę pana.
[19:34] - Ja mam drobną uwagę à propos Huxleya.
[19:38] - Odezwał się Wiktor nareszcie.
[19:41] - Ja się wstrzymuję, bo zawsze chętnie najpierw posłucham drugiej strony, jak myśli. Natomiast ja mam uwagę, która mi przyszła w trakcie słuchania pani Luizy. Otóż ciężko mi to wydukać, ale mam takie wrażenie, że po pierwsze w terminie science fiction nie ma ani jednego źdźbła, ani jednego słowa na temat przyszłości. Science fiction to jest zupełnie coś innego. Nie musi być o przyszłości.
[20:26] - No nie musi.
[20:27] - I teraz wśród pisarzy science fiction trafiali się genialni pisarze science fiction oraz bardzo rzadko genialni wizjonerzy. Być wizjonerem, a być dobrym pisarzem science fiction to jest zupełnie inna bajka. Na ile ja sobie wyobrażam, to raczej myślę, że wizjonerami dobrymi są niestety tylko mężczyźni. Będę tu szowinistą. Kobiety są o wiele lepszymi od mężczyzn obserwatorami rejestrującymi rzeczywistość. Mężczyźni o rzeczywistości zwykle mają kiepskie pojęcie. Zresztą bardzo często budzą się z ręką w nocniku przysłowiowym w życiu zwykłym, co kobietom się o wiele rzadziej zdarza. Tak właśnie jest skonstruowana według mnie nasza natura. I teraz jakbym powoli dochodził do tej książki „Księżyc. Moje przeznaczenie”, to ja bym wysknął pani Luizie, tak dla rozróby, pewien błąd.
Taktyczny błąd. Otóż ta książka zupełnie niepotrzebnie opisuje przyszłość. Ona by mogła spokojnie dziać się w czasie rzeczywistym w naszym czasie. Wtedy nie mamy problemu z techniką bieżącą. Komputery są jakie są, karty identyfikacyjne są jakie są, chociaż wiadomo, że już za 50 lat tego absolutnie nie będzie.
[22:35] - Może będzie.
[22:36] - Tak, ale będzie identyfikacja genetyczna albo feromonowa.
[22:42] - No właśnie.
[22:44] - Natomiast można było spokojnie. Ja sobie wyobraziłem tę książkę, przeniesienie nawet na Księżyc, bo czy my wiemy na pewno, tak jak my tutaj siedzimy sobie w tej chwili w rozgłośni, czy przypadkiem jakieś konsorcja albo i tak dalej nie są na Księżycu?
[23:06] - Oczywiście są całe teorie spiskowe na ten temat, że Amerykanie to już na Księżycu, to już tam ho ho zginęło.
[23:11] - Dokładnie. Ale spokojnie można by było przenieść to w czasy dzisiejsze.
[23:18] - Naturalnie.
[23:20] - I ni z by to korona by z głowy tej powieści nie spadła.
[23:25] - To ja teraz zamiast pytać panią Luizę, to zapytam ciebie. Ale właściwie dlaczego?
[23:31] - A właśnie dlatego, żeby uniknąć pewnej anachroniczności technologicznej, o której ja mówię.
[23:44] - Niezupełnie.
[23:45] - Tak?
[23:47] - Mamy do czynienia ze światem, jak już zaznaczyłam, po katastrofie ekologicznej.
[23:53] - To już zgadza się.
[23:54] - A właśnie.
[23:56] - Jest o tym mowa w tej książce i przede wszystkim jest o tym mowa w „Duszy”, w moim debiucie, bo to jest to samo uniwersum. Tyle tylko, że „Księżyc. Moje przeznaczenie” to jest jakby prequel. Mowa jest o tym, że katastrofa ekologiczna wywołała między innymi zapaść technologiczną. Wiele patentów, które są znane nam, po prostu zginęło. Wiadomo, jak to jest w czasie takich nieszczęść. Pewne rzeczy trzeba było niejako odbudowywać na nowo. Inne, te, które ocalały, rozwinięto. Także technologia, tam może trochę się wydawać, że mogło to pójść inaczej. Tak, mogło, ale gdyby nie to, co się wydarzyło.
[24:53] - To się zgadza. Ja zawdzięczam tę interpretację w tej chwili pani Luizie, a mniej książce, bo książkę odbierałem na poważnie, że to jest w przyszłości po prostu, nie?
[25:12] - Tak. Tylko że nie zapominajmy o jednej innej rzeczy. Czasem może się nam wydawać, że w przyszłości będziemy na rzęsach chodzić, ale tak nie jest. Nie zapominajmy, że nieraz przeceniamy ludzkie możliwości. Doskonałym przykładem jest na przykład serial „Kosmos 1999”. Mamy już rok 2021, kończy się. I co? Mamy stałą bazę na Księżycu? Nie. Mamy tą technologię, którą tam pokazano?
Też nie.
[25:49] - Już nawet odtwarzający główną rolę w tym filmie Martin Landau się z nami pożegnał.
[25:58] - Właśnie.
[25:58] - Odłożył łyżkę i niestety już go nie ma.
[26:02] - Tak, dokładnie tak. Nie wiemy, jak się rozwinie technologia i co stanie jej na przeszkodzie. Zdarzyło mi się w swoim czasie pisać również futurystyczną książkę, tylko że raczej z dziedziny postapo, gdzie wojna w Europie w kończącym się wieku XXI cofnęła ludzi do wieku XIX, a nawet XVIII technologicznie. Właśnie z powodu zniszczeń wojennych. Także nie wiemy, co będzie, jak będzie i czym ludzie będą dysponować. Może tak jak stwierdził Einstein, tylko maczugami i kamieniami.
[26:49] - Pani Luizo, ale takie tłumaczenie, że coś jest po katastrofie, to jest pewien unik po prostu.
[26:59] - Nie, to jest logiczna konsekwencja tego, co napisałam, bo tam ta katastrofa była.
[27:08] - Zgadza się, ale jest to pewien unik, żeby nie wchodzić w materię. Zwróćmy uwagę, że zawsze my, wyobrażając sobie przyszłość, powinniśmy pamiętać, że jesteśmy w przeszłości.
[27:27] - Ja się włączę w tę dyskusję pomiędzy państwem, bo mnie przyszło do głowy coś takiego. Od dawien dawna to recenzenci, a właściwie nawet badacze SF mówią o tym, że w ogóle wszyscy pisarze mają problem. Problem polegający na tym, że jak napiszą coś, co będzie odpowiadało temu, co rzeczywiście może być za ileś tam lat-
[27:53] - To przestaje być zrozumiałe.
[27:55] - To przestaje być zrozumiałe. W związku z tym troszkę zaniżają te możliwości, żeby to było w ogóle czytelne. Dlatego nawet jak upływa 300 lat w jakiejś powieści, to dalej wszystko wygląda prawie tak, żeby to wszystko było zrozumiałe. Już się wyłączam. W związku z tym ja ten zabieg, który nasza autorka zastosowała, traktuję właśnie jako sprytne uniknięcie tego zarzutu, który stawiają badacze literatury, że jest takie pęknięcie w SF. Dobra, już się zamykam. Teraz pani Luiza.
[28:35] - Ja się tutaj odwołam do nieśmiertelnego „Star Treka” Gene’a Roddenberry’ego. Wystarczy popatrzeć na to, co tam pokazano. Z jednej strony Gene Roddenberry pokazał coś, co wtedy było nie do pomyślenia. Na przykład wideorozmowa, płaski ekran przy komputerze czy czytnik e-booków. Z czym zresztą nie był pierwszy, bo tutaj był pierwszy Stanisław Lem. Ale to jest już na inną rozmowę. Ale mimo to wiele rozwiązań tam było też anachronicznych.
[29:12] - Zgadza się.
[29:13] - Tak już jest. Nie możemy też wymagać od pisarza, żeby od razu był genialnym inżynierem i wymyślił coś, co będzie tak dalece wyprzedzało naszą epokę, że wszystkim szczęki opadną. Ja starałam się to pokazać w sposób bardzo stonowany, ponieważ w mojej powieści chodziło po prostu o co innego. Nie o technologię, tylko bardziej o stosunki społeczne. Mamy tutaj te kasty. Dlaczego one się wzięły? Skąd się wzięły? Dlaczego jeden ma przynależność do klasy A, a drugi do którejś z klas B? To było najistotniejsze tutaj. I w jaki sposób to determinuje życie?
[30:06] - Ja zresztą wtrącę, że akurat od strony socjologicznej to ta książka zupełnie w porządku mi się trzymała. Ja jestem po prostu technikiem.
[30:16] - Wie pan, ja też jestem technikiem z wykształcenia, jeżeli o to chodzi, ale takim tylko medycznym.
[30:21] - To się przyczepię natychmiast, od razu. Było coś, ale to właśnie są te sprawy, że od razu można wytknąć.
[30:33] - Technik biomechaniki, się przyczepisz, tak?
[30:35] - Nie, ale szycie ran jest to straszliwy medyczny prymitywizm. Żeby w przyszłości dalej szyto rany, rzeczywiście musiała istnieć jakaś maść.
[30:51] - No wie pan, w Star Treku, do którego wrócę, mamy tak zwany dermoregenerator. Problem polega na tym, że gdybym ja go wprowadziła, byłoby to niestety bezczelne zerżnięcie ze Star Treka. To jest rzecz chroniona prawnym kruczkiem. Nie mogłam tego opisać. Pozostało mi szycie. No co powiem? Że sklejali?
[31:15] - No sklejali.
[31:17] - Można sklejać też, ale tak czy inaczej, szycie ran jest zabiegiem, który się doskonale sprawdza.
[31:24] - Zgadza się.
[31:25] - Także tu można różnie kombinować, ale mogłabym wprowadzić to, co wprowadzono w Star Treku, ale wtedy to byłby czysty plagiat.
[31:37] - Ja myślę, proszę państwa, że rozmawiamy w tej chwili o takiej dosyć śliskiej rzeczy. Już o tym mówiłem, że naprawdę to pęknięcie, które wytykają badacze literatury, jest zjawiskiem realnym. Może między innymi dlatego wydaje nam się, że spora część fantastyki szybko się starzeje. Rzeczy, które były pisane w latach 60. i 70. już dzisiaj, przynajmniej spora ich część, trąci myszką, bo tam się coś komuś nie zgadza. Ale z drugiej strony, jak człowiek sobie uświadomi, że te książki może nie wytrzymały, nawet u Lema to się zdarza przecież.
[32:18] - Oczywiście.
[32:19] - Może nie wytrzymały próby technicznej, ale za to myślową próbę wytrzymały. Bo można się u Lema nabijać z różnych rzeczy. A to z lamp, które gdzieś tam się pojawiają w elektronice, a to innych różnych dziwnych rzeczy. Ale jednej rzeczy Lemowi odmówić nie można, że ten facet pisząc czy to „Dzienniki gwiazdowe”, czy powieści, to są dzieła spójne myślowo, powalające czytelnika tym, że ten facet miał coś do powiedzenia.
[32:53] - Właśnie. Tutaj przytoczę kazus jednej z moich ulubionych książek Lema. Myślę o „Edenie”. Jest to książka, w której szczegóły techniczne w zasadzie nie są istotne, ponieważ istotne jest jej przesłanie. Ale kiedy dzisiaj czytam, że w statku kosmicznym, który sobie leciał na inną planetę, mieli ogromne, ciężkie tomiszcza wydane na papierze i to w twardych okładkach, to rzeczywiście w tej chwili to wydaje się trochę śmieszne, ale na to się nie zwraca uwagi. Kiedy czyta się taką książkę, zwraca się uwagę na coś zupełnie innego.
[33:33] - Pani Luizo, kocham panią za wymienienie „Edena” Stanisława Lema, bo gdybym ja miał wymieniać naprawdę genialne książki, które lubię, to też bym chyba zaczynał od „Edena”, bo to jest niesamowita książka, niesamowita powieść. Tak jak pani mówi, wszystko jest zupełnie nieważne. Ważna jest nić przewodnia samej książki.
[34:01] - Ja, jak większość książek Lema, przeczytałem „Eden” za wcześnie i pamiętam swoje pierwsze wrażenie, które miałem, bo innego mieć nie mogłem. Jak się ma 12 lat, to właściwie tylko na taką refleksję mnie było stać. Podziwiałem tych kosmonautów, którzy tam na tym statku się rozbili. Za to, jak oni z tego bałaganu robili porządek. To mnie fascynowało. Nigdy nie byłem człowiekiem specjalnie porządnym, ułożonym i bałagan jest dla mnie rzeczą właściwie naturalną, środowiskiem naturalnym.
[34:35] - To tak jak dla mnie.
[34:37] - I robienie przez nich porządku było w pierwszym rzędzie fascynujące. Żeby już nie wyjść na kompletnego idiotę, to nawet w wieku 12 lat zauważałem, że tam jest coś jeszcze. Że te dubelty, które tam są, ten system opisany przecież bez stawiania kropki nad i. Do dzisiaj trwają dyskusje na ten temat, co tam Lem właściwie przedstawił. Wszyscy czują, że przedstawił coś groźnego, paskudnego, ale jakby tak mieć do końca to interpretować, różne zdania by się pojawiły. I to potwierdza tezę, którą postawiła pani Luiza, że w tych książkach, które się technicznie starzeją, naprawdę w sporej ich części przynajmniej nie zwraca się na szczegóły techniczne uwagi. To nawet w tej książce, którą omawialiśmy tydzień temu, czyli w „Non Stopie” też się pojawiają takie anachronizmy, takie dziwactwa. Co nie zmienia faktu, że ja tę książkę po prostu, chylę przed nią czoła.
[35:46] - Tak, jest genialna, to prawda. Mam zamiar ją omówić w jednej z recenzji.
[35:52] - Ale zauważcie, że Lem potrafił zrobić też sprytny unik, nie odwołując się do katastrofy żadnej i tak dalej, ale wiele rzeczy sprzedając przy pomocy groteski albo parodii.
[36:10] - Tak, ale to byśmy mieli inną książkę. Pani Luiza, tu w tej książce mamy historię natury sensacyjno-kryminalno-politycznej. Oj, takie złożenie rozległe, więc trudno to przedstawiać w formie groteski.
[36:28] - Ja wiem, ale jak ja czytałem, gdyby to się działo dzisiaj, to ja byłbym w pełni zadowolony.
[36:38] - Bo to widać. Nie chcę tam, broń Boże, wieku wypominać. Chociaż żebym śmiał.
[36:43] - Nie, ja lubię to.
[36:44] - Widać, Wiktor, że ty, muszę to powiedzieć, na starość odchodzisz od SF-u w kierunku literatury głównonurtowej, tak?
[36:54] - Nie. Zauważam po prostu, że rzeczywistość staje się coraz bardziej science fiction.
[37:01] - I o to mniej więcej chodziło, żebyś to powiedział.
[37:04] - Tak.
[37:04] - Właśnie.
[37:07] - Panowie, jeżeli wolno, to wrócę na moment do „Edenu”. Lem przedstawił coś, co teraz widzimy. Coś, co nazwał genialnym nadużyciem teorii informacji. Wykrzywianie słów, zmienianie ich znaczenia tak, żeby sprawniej ludźmi manipulować.
[37:32] - Tak jest.
[37:33] - Dokładnie tak.
[37:35] - Zresztą mamy świetne przykłady. Pierwsza z brzegu, najbardziej popularna, rok 1984, najbardziej popularna powieść. Tam zmienianie znaczenia słów to właściwie jest przykład modelowy, gdzie ministerstwo, które zajmuje się wojną, nazywa się Ministerstwem Pokoju. Co więcej, tak na dobrą sprawę, jakbyśmy się wpisali w poetykę współczesnego świata, to się nawet da uzasadnić.
[38:09] - Jak najbardziej.
[38:10] - To starożytne powiedzenie: „Chcesz pokoju, szykuj wojnę”.
[38:15] - Si vis pacem, para bellum.
[38:18] - Dokładnie. To się da zrobić. Czyli Ministerstwo Pokoju musi się zajmować przygotowywaniem wojny.
[38:24] - Tak, dokładnie.
[38:26] - I tak dalej. Podobnie z miłością. To pokazuje, że rzeczywiście mamy coraz większe problemy z językiem. To zapytam tak: czy pani bohaterowie w książce mają problemy z językiem?
[38:46] - Z językiem może nie. Jedyne, z czym mają kłopot, to policjanci z posterunku, na który trafiła moja bohaterka ostatecznie, ponieważ starają się przy niej mówić grzecznym językiem, ponieważ jest pierwszą kobietą z dobrego domu, która tam trafiła. Po prostu się wstydzą używać tego języka co zwykle.
[39:11] - Tak, bo jak się kilku facetów zbierze i zaczynają rozmawiać, to w pewnym momencie nie ma siły, żeby ten język się nie przekształcił w jakiś język knajpiany przynajmniej.
[39:21] - Właśnie to jest to, co mi wielu ludzi zarzuca, że piszę językiem zbyt drewnianym. Nie używam po prostu słów powszechnie uważanych za wyraz ekspresji emocji, prawda? Nie lubię tego. Najzwyczajniej nie lubię. Poza tym uważam, że literatura to jest narzędzie kultury, a kultura jednak nie ma nic wspólnego z rzucaniem mięsem w co drugie słowo. Ja rozumiem, że od czasu do czasu takie słowo może się w tekście znaleźć, ale nie bez przerwy.
[39:58] - To prawda. Wtedy się słowo dewaluuje, jeżeli ciągle rzucamy tym mięsem. Notabene, zważcie państwo, że określenie „rzucać mięsem” ma bardzo poważne historyczne konotacje. A jeśli byście państwo chcieli szukać źródła tego, to polecam państwu wyprawę kijowską, która się odbyła tysiąc lat temu. Tam w pewnym momencie, przy płukaniu mięsa nad wodą, pewni panowie z dwóch wrogich sobie armii pokłócili się. Przez rzekę sobie wykrzykiwali różne rzeczy i stąd się prawdopodobnie mogło wziąć to określenie „rzucać mięsem”.
[40:49] - Słyszałam inną interpretację.
[40:51] - Jasne, bo dzisiaj nie dojdziemy do tego, a chętnie poznam tę drugą.
[40:57] - Otóż jednym z elementów wojny w średniowieczu było oblężenie. Jak wiadomo, jeżeli oblężony miał dostęp do świeżej wody i odpowiednio duże zapasy, to się mogło ciągnąć latami i trzeba go było jakoś zachęcić do poddania się. Jednym ze sposobów było rzucanie padliny na ten teren, która przyciągała muchy, rozkładała się i oczywiście powodowała zarazy.
[41:21] - O! I już mamy dwa źródła.
[41:23] - To trzecie źródło podam, również prawdopodobne. Otóż wszystkie armie w całej historii wojen światowych zawsze miały swoich harcowników, którzy wychodzili nie tylko żeby się poszlachtować, ale żeby się powyzywać, podrażnić po prostu i zwyciężyć propagandowo, zanim bitwa rzeczywiście zostanie rozegrana. I to być może również tam.
[41:55] - A to jeszcze będzie czwarta interpretacja. Bo jeszcze było tak, że każda armia poza harcownikami miała też ludzi, których niespecjalnie ceniła i wykorzystywała ich do tego, co później Stalin nazwał rozpoznaniem bojem.
[42:12] - Tak.
[42:13] - Ponieważ i tak nie byli wiele warci jako siła militarna, to się ich wrzucało tam, gdzie trzeba było sprawdzić coś. I to też było rzucanie mięsem.
[42:22] - Wiesz, już bardzo brzydko to brzmi, ale przecież wiele armii praktykowało puszczanie cywilów na pola minowe po prostu po to, żeby oczyścić.
[42:33] - Ale to najpierw miny musiały być, więc to nie jest taka daleka tradycja. Okej, świetnie się dyskusja rozwija, to ja oczywiście przerwę. Proponuję, żeby nasi słuchacze posłuchali pierwszego fragmentu książki „Księżyc, moje przeznaczenie” autorstwa Luizy Dobrzyńskiej.
[43:02] - Chris wyszedł do pracy, a Lita zaczęła szykować się na rozmowę. Wyczyściła dokładnie paznokcie, uczesała się i po namyśle zrezygnowała z makijażu. Ubranie. Z tym było gorzej. W jej krytycznej ocenie nic z tego, co miała w szafie, nie pasowało do tak prestiżowej uczelni jak Akademia Medyczna. Wreszcie zdecydowała się na granatowe spodnie z dopasowaną kamizelką i kremową bluzkę, którą trzymała na specjalne okazje. Będzie musiało na razie wystarczyć. Najwyżej potem kupi sobie jakiś stosowny strój do nowej pracy. Pod warunkiem oczywiście, że w ogóle ją przyjmą. Czuła się tak zdenerwowana, że wyszła z domu już o 10:00.
Na miejscu znalazła się zaledwie kwadrans później. Postanowiła więc pójść do pobliskiego parku i trochę ochłonąć. Jeszcze nigdy nie była w tej dzielnicy. Bardzo eleganckiej, czysto utrzymanej i nowoczesnej. Ku wielkiej uldze Lity po ulicach kręciło się dość dużo obywateli B3. Wypatrzyła nawet dwóch C1. Co prawda ci ostatni malowali po prostu ogrodzenie jednego z domów wybudowanego w stylu sprzed ponad dwóch wieków. Musieli tam mieszkać jacyś bogacze, bo na terenie posesji dostrzegła dwa karłowate świerki oraz magnolię. Pewnie kosztowały majątek. Przez mgnienie oka zastanawiała się, czy nie zadzwonić i nie spytać, czy potrzebują zielonistki, lecz zaraz zrezygnowała z tego pomysłu.
Nie chciała być niczyją służącą, nawet jeśli oznaczało to dobrą zapłatę. Park powstał niedaleko kompleksu akademickiego. Nie był oczywiście naturalny. Tego nawet nie oczekiwała. Tylko prywatne parki takie bywają. Jednak ten bardzo dobrze zaprojektowano. Różne gatunki drzew, trawniki, klomby z odtworzonymi realistycznie kwiatami, jedynie wysypane piaskiem alejki oraz ławeczki były prawdziwe. Nikt nie potrafiłby odróżnić, gdzie kończy się polimerowa roślinność, a zaczyna iluzja. Choć Lita wiedziała, że to jedynie ułuda, aż przystanęła i otwarła ze zdumienia usta, skonstatowawszy, że po gałęziach drzew skaczą puszyste zwierzątka z długimi kitami. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że to wiewiórki, które kiedyś mieszkały w takich miejscach.
Odtworzono je genialnie, podobnie jak wielkie ptaki z tęczowymi ogonami spacerujące leniwie po trawnikach. Tego jeszcze nigdzie nie widziała, jeśli nie liczyć hologramowego zoo. Jasne było, że wynajęto tu techników najwyższej klasy, bo wszystko wyglądało tak autentycznie, że gdyby nie tabliczka przy wejściu „Park wideoplastyczny" dałaby się oszukać. Złudzenie potęgowały odgłosy wydawane przez ptaki płynące z ukrytych głośników, a także zapach mchu, trawy i drzew. Gdzieś musiały być rozpylacze aromatów, ale nie mogła ich wypatrzeć. Rozsiane gdzieniegdzie wielkie głazy sprowadzono chyba z gór, sądząc po ich barwie i kształtach. A w głębi parku czekała niespodzianka. Nieduży, prześliczny wodospad. Prawdziwy. Aż podstawiła rękę pod spadającą kurtynę wody, by przekonać się, że jest mokra i zimna.
W jeziorku, do którego spływała kaskada, pływały kolorowe rybki, ale nie śmiała już sprawdzać, czy są żywymi stworzeniami, czy też cybernetycznymi. Pomyślała, że jeśli dostanie tę pracę, będzie mogła spędzać tu przerwy i poczuła, że bardzo tego pragnie. Zwiedziła w swoim życiu już wiele podobnych miejsc, ale w tak pięknym jeszcze nigdy nie była. Pomyślała z lekką zazdrością, że jednak dobrze jest mieszkać w bogatej dzielnicy. Park w jej miejscu zamieszkania, choć całkiem przyjemny i niebrzydki, nie umywał się do tego cuda. Posiedziała trochę na ławce przy wodospadzie, zjadła porcję lodów i napiła się gazowanej wody ze sztucznym sokiem. O tej porze dnia w parku nie było zbyt wielu osób. Napotkała jedynie kilku samotnych spacerowiczów i dwie rodziny z dziećmi. Obie klasy A3. Wstała pospiesznie z ławki, gdy jedna z nich zbliżyła się i odruchowo przeprosiła.
„Ależ proszę siedzieć" powiedziała matka rodziny. Platynowa blondynka w granatowym ubraniu typu second skin opinającym jej wspaniałą figurę niczym rękawiczka dłoń. Uśmiechnęła się życzliwie na widok zmieszania młodej B3. „To park uliczny, a pani wcale nam nie przeszkadza". „Ja i tak muszę już iść. Życzę miłego dnia" wybąkała Lita nieskładnie i uciekła. Mimo że kobieta była elegancka i kulturalna, poczuła się przy niej niezręcznie. W dzielnicy Greenwood, gdzie się wychowała, widok kogoś z klasy A był rzadkością i od małego uczono dzieci, by ustępować im z drogi. Oczywiście nie dlatego, że mogli im coś zrobić albo żeby prawo tego wymagało. Wiedziano powszechnie, że z klasy A wywodzą się najważniejsi w społeczeństwie i najbardziej zapracowani ludzie.
Dlatego należało okazywać im szacunek i w miarę sił pomagać we wszystkim. Tak mówiono zarówno w domu, jak i w szkole. Lita pragnęła pomagać, być użyteczna społecznie, ale wciąż nie miała pojęcia, jak mogłaby to robić. Dotąd pracowała w szklarni należącej do dużego studia kwiaciarskiego i była to miła praca, ale brakowało jej tam kontaktu z ludźmi. Z całego serca chciała to zmienić. Teraz nadarzyła się ku temu okazja. Ponieważ był już prawie czas, ruszyła w stronę zabudowań Akademii Medycznej, z każdym krokiem czując narastający ucisk w gardle. Te wspaniałe, supernowoczesne budynki przytłaczały ją samym widokiem. Nie mogła wyobrazić sobie, że odważy się przekroczyć próg któregoś z nich. Prawdę powiedziawszy, na portierni wahała się tak mocno, aż zauważył to przystojny ochroniarz w czarnym mundurze i zlitował się nad nią.
„Panienka ma do kogoś sprawę?" zagadnął. Znak kastowy między jego brwiami, romb, wskazywał na klasyfikację C1 i ten widok dodał Licie otuchy. Jeśli jego tu zatrudnili, to może rzeczywiście i ją przyjmą. „Mam rozmawiać z rektorem w sprawie pracy" odparła, wyjmując swą kartę identyfikacyjną. Mężczyzna obejrzał dokument uważnie, potem wyjął z szuflady biurka czystą prostokątną płytkę rejestracji wizualnej i włożył ją do znakownika. Wpisał dane Lity i po chwili z maszyny wysunęła się ta sama płytka, ale już ozdobiona jej zdjęciem i hologramem z napisem „Julietka Folie B3 Gość”. Ochroniarz przymocował zręcznie szpilkę, przypiął Licie tak sporządzony identyfikator do kamizelki i oddał kartę. „Budynek A, pierwsze piętro, korytarz A, gabinet numer 1” – powiedział życzliwie. – „Życzę panience powodzenia”. „Dziękuję” – uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i nieco pewniejszym krokiem poszła do wskazanego budynku położonego centralnie i sprawiającego wrażenie, jakby składał się z samych szyb.
Rok akademicki jeszcze się nie zaczął, więc było tam prawie całkiem pusto. Natknęła się jedynie na dwóch operatorów maszyn sprzątających, z których jeden jadł akurat drugie śniadanie, a drugi naprawiał coś w swojej konsoli zdalnego sterowania. Żaden nie zwrócił na nią uwagi. Weszła więc bez przeszkód na pierwsze piętro i odszukała gabinet oznaczony numerem 1. Na drzwiach wisiała staroświecka tabliczka z ozdobnym napisem „Sekretariat rektora”. Zapukała. Najpierw nieśmiało, potem trochę mocniej. Z głośnika na ścianie rozległ się kobiecy głos: „Proszę wejść”. Dotknęła drzwi. Rozsunęły się, wpuszczając Litę do eleganckiego biura wyłożonego piankowym dywanem i ozdobionego grafikami w ramkach.
Przedstawiały jakieś wykresy i schematy, z których nic nie rozumiała. Za nowoczesnym biurkiem siedziała młoda kobieta ze znakiem odwróconego V na czole wskazującym na klasę A3. Miała na sobie doskonale skrojony kostium w kolorze głębokiej purpury z czarnymi wypustkami, wyglądający jak zdjęty z wystawy najwytworniejszego domu mody. Licie zmiękły kolana, zwłaszcza gdy kobieta obrzuciła ją chłodnym, profesjonalnym, taksującym spojrzeniem. „Czego pani sobie życzy?” – spytała. Jej głos był uprzedzająco grzeczny, a wbrew obawom Lity nie było w nim cienia niechęci, lekceważenia czy wyższości. „Jestem umówiona z panem rektorem w sprawie pracy”. „Pani Cavoli skierowana przez biuro przedziału?” „Tak. Oto moje skierowanie i karta identyfikacyjna”. Podała sekretarce dokumenty.
Ta przyjęła je z obojętnością i odłożyła do ozdobnej przegródki w segregatorze na biurku. Następnie wstała i podeszła do ściany. Ukryte w niej drzwi rozsunęły się. „Panie rektorze, przyszła Julietka Folie”. „Poproś ją do mnie, Sandro” – odpowiedział męski głos. – „I podaj dwie caffettino”. „Tak jest”. Tym razem Licie wydało się, że słyszy w głosie kobiety nutę wahania. A może było to złudzenie? Pomysł, żeby A3 robiła caffettino dla przedstawicielki klasy B3 wydawał się kompletnie surrealistyczny i mijając sekretarkę rzuciła jej przepraszające spojrzenie.
„Zawsze ci mówiłem: przestań traktować obywateli A jak półbogów” – powiedział karcąco Chris, gdy siostra opowiedziała mu o swojej nowej znajomości. – „To tacy sami ludzie jak my, tylko mają nieznacznie większą gęstość synaptyczną w mózgach”. Chris był nastawiony buntowniczo od małego i gdy podrósł, bez przerwy szukał sposobu, by wyrwać się poza swoją klasę społeczną. Marzył o studiach, i to nie byle jakich. Jego ambicją była inżynieria kosmiczna. Mówił tylko o tym i kupował na lewo podręczniki, zgłębiając je potem po nocach z łapczywością, której Lita nie mogła zrozumieć. „Bo ty nie masz żadnych wyższych aspiracji ponad te swoje roślinki” – odpowiadał na jej pytania z wyższością i wracał do książek zapisanych w pamięci najlepszego czytnika, jakie mógł dostać za swe zarobki. Któregoś dnia, jakieś dwa miesiące po tym, jak Lita rozpoczęła pracę na akademii, Chris wrócił do domu w stanie takiego podniecenia, że na jego widok upuściła kubek z sokiem. Nie zważając na nic, chwycił siostrę w objęcia i odtańczył z nią dziki taniec na środku ich skromnego apartamentu. „Zrobiłem to!
Zdobyłem maksymalną ilość punktów!” – wykrzykiwał. – „Dostanę indeks, siostrzyczko!”. Jeszcze nigdy nie widziała go tak szczęśliwego. Jego oczy jaśniały, twarz płonęła rumieńcem. Niemal słyszała, jak krew kipi w jego żyłach. Z jednej strony cieszyła się razem z nim, ale z drugiej poczuła nagły smutek. Jeśli Chris miał rozpocząć studia, musiał się wyprowadzić aż do Houston, bo to tamtejsza politechnika organizowała tegoroczny test. To oznaczało, że Lita zostanie sama. Dołożyła starań, by nie zauważył, o czym myśli, żeby tylko nie psuć mu tego wyjątkowego dnia. Chris zasługiwał jej zdaniem na wszystko, co najlepsze i wiele wskazywało, że będzie umiał sobie to wywalczyć.
[55:23] - Halo, halo. Jesteśmy na antenie ponownie. Pierwszy fragment za nami, a w tak zwanym międzyczasie poczytałem sobie troszeczkę nasz czat i od razu znalazłem pytanie do naszej autorki. John Regna gaT pyta: „Czytadło...”. Znaczy najpierw pisze: „Czytadło, czytadło. Trzeba przeczytać. Z tego, co mówi autorka, brzmi nieźle. Szanowna pani autorko, jakich autorów SF, polskich i nie tylko, ceni pani najbardziej, czyli kto na panią wpływał?” Bo to, że- Bo to, że to, co się czytało przed fazą pisania, ma wpływ na twórczość, wydaje mi się pewne. Głos, pani Luizo, teraz ma pani.
[56:12] - Zdecydowany wpływ miał na mnie Stanisław Lem, którego już wymieniliśmy. Szczerze powiedziawszy, był to pierwszy polski autor fantastyki, na jakiego trafiłam. Wcześniej czytywałam rosyjskich, radzieckich właściwie. Wychowywałam się przez parę lat w Związku Radzieckim i tam łyknęłam niejako bakcyla fantastyki. Drugim niewątpliwie był Asimov, ale nie jego cykl o Fundacji, tylko wcześniejszy, „Pozytronowy detektyw". Przeczytałam to zupełnie przypadkiem i wywarło na mnie ogromne wrażenie. Poza tymi dwoma było jeszcze wielu innych, których trudno byłoby w tym momencie wymienić, ponieważ często są to nazwiska, które teraz już nikomu nic nie mówią. Po prostu w czasach PRL-u była taka słynna seria z kosmonautą do kupienia w kioskach Ruchu. Małe książeczki, które zawierały albo powieści, albo zbiory opowiadań science fiction. Czytywałam właściwie wszystko, co mi wpadło pod rękę.
Tak na przykład zapoznałam się z pierwszą wersją „Gwiezdnego szczenięcia" Jacka Dworzackiego. Także w tej chwili naprawdę trudno byłoby mi powiedzieć, którzy konkretnie wywarli na mnie największy wpływ. Myślę, że ponieważ Lem był pierwszy z tych, których przeczytałam, bo wtedy miałam niewiele ponad 10 lat, jak zaczęłam czytać jego książki, to myślę, że jemu się należy rzeczywiście palma pierwszeństwa. Głównie ujął mnie już wtedy, chociaż wtedy tego nie umiałam nazwać, tym, że jego książki są bardzo przemyślane, bardzo logiczne, spójne wewnętrznie. Już wtedy lubiłam książki, w których wszystko trzymało się kupy. To zamiłowanie do logiki wyraźnie po ojcu odziedziczyłam. Ale oczywiście też byli inni. Tak jak powiedziałam Asimov, Huxley, który chociaż w tej chwili na pewno uznano by, że ta książka ma wiele niedociągnięć pod względem literackim, to jednak to jest dzieło genialne.
[59:04] - No tak, Huxley. Huxley to książka, którą niektórzy określają, nie odmawiając jej oczywiście genialności, jako literacko sucha. Takie określenie usłyszałem kiedyś, że to jest za mało literatury w literaturze. Strony się w kwadratach mierzy, no powierzchnia, to na jeden centymetr kwadratowy u Huxleya. Niemniej jednak czasami może warto przymknąć oko na literackość i bardziej skupić się na tej wizji. Wiktor mówił, że faceci miewają wizje. To właśnie facet miał ewidentnie wizję.
[59:49] - Tak. Poza tym oczywiście był Herbert Wells. No i „Na srebrnym globie" Żuławskiego. Brałam wtedy wszystko, co mi wpadło pod rękę.
[01:00:04] - A to teraz odrobina prywaty. Zapytam, skoro jesteśmy przy tych radzieckich pisarzach SF. Był taki autor, który— właściwie pierwszą space operę to czytałem właśnie w wykonaniu radzieckim, czyli to się nazywało wtedy „Dalekie szlaki". Grubaśne tomiszcze. W latach 70. wyszło. Czy tego rodzaju literatura również jakoś tam korespondowała z panią?
[01:00:34] - Właściwie każde SF. Z tym że, jak by to powiedzieć, nigdy nie lubiłam SF wojennego, takiego militarnego. Jedyną książką, która dla mnie wyłamywała się jakoś z tego, to była „Kawaleria kosmosu". To mi się podobało, ale tak naprawdę to nie znosiłam opisów wojen, agresji, strzelanin ani nic takiego. Natomiast wszystkie książki, które traktowały eksplorację kosmosu w sposób bardziej pokojowy, były dla mnie czymś, za czym się wręcz uganiałam. Wiem, że teraz akurat o to bardzo trudno, ponieważ najchętniej przyjmuje się założenie, że kosmici, o ile na nich trafimy, będą nam wrodzy. Oceniamy ich przez pryzmat własnych słabości. Pomijam tutaj kwestię, czy w ogóle mamy jakąkolwiek szansę na nich trafić. Ale załóżmy, że coś takiego jest prawdopodobne. To z jakiego powodu oni mogliby być do nas podobni?
Bardzo dobrze to opisał Lem w powieści „Fiasko". Zresztą dosyć często sięgał właśnie po ten wątek, że porozumienie może być całkowicie niemożliwe. I coś w tym naprawdę jest, ponieważ weźmy pod uwagę coś, co jest nam bardzo bliskie. Wyobraźmy sobie osiemnastowiecznego Anglika, który nagle znajduje się w samym środku Chin, gdzieś w jakiejś wiosce. Czy on się porozumie z tym Chińczykiem w jakikolwiek sposób? A przecież urodzili się na tej samej planecie, pod tym samym słońcem, w tym samym okresie historycznym. Więc porozumienie z istotami z innej planety może naprawdę być całkowicie, kompletnie niemożliwe, ponieważ nie będziemy umieli ich zrozumieć ani oni nas. Oczywiście pod warunkiem, że się kiedykolwiek spotkamy, w co, mówiąc szczerze, szczególnie nie wierzę.
[01:03:09] - To dosyć odważne wyznanie jak na miłośniczkę SF.
[01:03:14] - Tak, ale tutaj niestety wtrąca się mój zmysł logiczny. Odległości są tak ogromne, że bardzo mało prawdopodobne jest pokonanie ich w rozsądnym czasie. Poza tym zakładamy, że kosmici będą chcieli nas poznać, ponieważ my sami jesteśmy gatunkiem bardzo ciekawskim. Bo cóż innego pcha nas w kosmos, jak nie ciekawość? Natomiast oni mogą zupełnie inaczej podchodzić do spraw, mogą wcale nie być zainteresowani jakimkolwiek kontaktem, co nam nie przychodzi do głowy.
[01:03:50] - Ja mam jeszcze jeden wątek na temat niemożności spotkania istot z jakiejś obcej cywilizacji. Otóż jeżeli spotkamy, to z punktu widzenia naszej ziemi to nie jest nic niezwykłego, bo tych gwiazd jest pełno, planet pełno. Czemu nie? Ale jeżeli nie spotkamy, to dopiero będzie zagadka. To będzie dopiero problem filozoficzny do rozwikłania. Dlaczego my jesteśmy sami?
[01:04:31] - Milczenie wszechświata jest pewnym problemem filozoficznym, stawianym dosyć często. Dlaczego właściwie się nie odzywają?
[01:04:41] - Może się właśnie odzywają, bo też nie wiemy.
[01:04:44] - Tylko nie potrafimy tego wszystkiego przeczytać. A ja tylko jedną jeszcze rzecz powiem, bo w tym momencie, kiedy u pani Luizy włącza się element racjonalny i logiczny, to u mnie się włącza natychmiast element romantyczny i mnie się natychmiast kojarzy to z czymś takim. Całkiem niedawno, w perspektywie historycznej, Verne napisał historię „80 dni dookoła świata”. To się wtedy wydawało niezwykle szybka podróż. Tymczasem dzisiaj, jakby się dobrze temu przyjrzeć, to w niskich warstwach atmosfery jesteśmy tę podróż w stanie odbyć bardzo szybko. Zależy, jakim odrzutowcem będziemy podróżować. Jeśli natomiast weźmiemy pod uwagę loty gdzieś na pograniczu przestrzeni kosmicznej, to już w godzinach mogłoby być mierzone, a właściwie w minutach, bo jeśli na orbitę wejdziemy, to w minutach. W związku z tym ja wierzę jednak, powtarzam, włącza mi się element romantyczny i wtedy wierzę, że jednak postęp zaskakuje nas po prostu. Bo gdybyśmy w XIX wieku próbowali komuś powiedzieć, że będzie mógł z Londynu do Nowego Jorku dotrzeć w kilka godzin, to by się jednak w czoło popukał i powiedziałby: „Ale jak to jest możliwe? Nie”.
[01:06:23] - Oczywiście. Tutaj jest akurat pewien szkopuł. Teraz wiemy znacznie więcej o prawach fizyki niż wiedziano w XIX wieku.
[01:06:32] - Ja wiem, ale niech mi pani nie burzy tej wizji.
[01:06:35] - Nie chcę panu burzyć.
[01:06:37] - Ale ja Markowi zburzę jeszcze bardziej.
[01:06:39] - Tak. Wiedziałem, że siła złego na jednego takiego ataka.
[01:06:43] - Co z tego, że z Bydgoszczy do Paryża można w tę godzinę się zabrać, czy w półtorej, skoro mnie na to nie stać?
[01:06:55] - Ale to już jest zupełnie inna.
[01:06:59] - Jak to? To jest ograniczenie.
[01:07:02] - Ale to dla ciebie.
[01:07:03] - Cywilizacja już nie będzie tego typu.
[01:07:07] - Cywilizacja też nie poleci masowo w kosmos, tylko wyśle tam jakichś swoich synów.
[01:07:14] - Jak ich będzie stać na to.
[01:07:15] - Cywilizację będzie stać, żeby tam kilku wysłać i polecieli i zobaczyli. Oddajmy głos naszemu gościowi.
[01:07:25] - Właśnie. I to mi przypomniało jeszcze jedną perełkę naszego ukochanego Lema. Opowiadanie „Profesor Adonda”. Tam właśnie Lem opisuje koniec świata, jaki znamy.
[01:07:40] - Tak, informacja znikająca, bo się zamienia.
[01:07:47] - To jest coś, co wtedy jeszcze było prawie że nie do pomyślenia dla większości ludzi. Jak to, że komputery będą zajmować się wszystkim? Ale teraz właśnie tak mamy. I załóżmy, że, oczywiście nie chodzi mi tutaj o objętość nadkrytyczną informacji, ale załóżmy istnienie jakiegoś superwirusa informatycznego, który błyskawicznie opanowuje cały świat i Tyle jesteśmy odcięci. Nikt nie będzie w godzinę w Bangladeszu czy w innym Londynie, bo nie i koniec.
[01:08:22] - Widzę, pani Luizo, że regres cywilizacyjny to jest temat, który jest pani bliski nie tylko w książce. Ale à propos książki, bo gdzieś nam uciekła. Powiedzmy o tym, że „Księżyc. Moje przeznaczenie” to jest dopiero początek pewnej historii. Jakby pani zechciała o tym.
[01:08:46] - Tak, to jest początek.
[01:08:49] - Czyli po prostu pierwszy tom. Powiedzmy coś o kolejnych.
[01:08:56] - W kolejnych rozwija się sytuacja. Trzeba odkryć, kto tutaj gra nieczysto, bo z jakiego powodu to się każdy domyśla. Władza i pieniądze. Nie ma nic nowego pod słońcem w tej sprawie. Ale kto? W jaki sposób i jakie są dodatkowe pobudki? Bo tutaj pojawi się pewien problem, który został już trochę zaznaczony. Kwestia czegoś, co mnie się bardzo nie podoba, a do czego niestety dążymy. Do tego, żeby jednostka była oceniana wyłącznie przez pryzmat jej przydatności w społeczeństwie. W świecie, który opisałam, poszliśmy dalej niż mamy dzisiaj.
Dzisiaj mamy to, co mamy. Walka o aborcję na życzenie, walka o eutanazję. A tutaj mamy świat, gdzie to wszystko jest już uregulowane prawnie i dochodzi do sytuacji, w której dany człowiek nawet może nie mieć już nic do powiedzenia. Po prostu tak już jest. Człowiek, który jest okaleczony w sposób wykluczający pracę zarobkową, jest poddawany eutanazji. Ale co będzie, jeżeli ktoś się zbuntuje przeciwko temu? Tak tylko rzucę to krótko. Ci, którzy przeczytali książkę, pewnie zauważyli, że już na ten temat jest mowa. Powiem tylko, że postać, o której piszę, będzie miała duży wpływ na dalszy rozwój powieści.
[01:10:47] - Od razu też powiedzmy, że to nie jest tak, że żeby cokolwiek wyciągnąć z książki, trzeba koniecznie od razu przeczytać wszystkie tomy.
[01:10:58] - Nie, absolutnie.
[01:10:58] - Pierwszy tom stanowi całość. Ta historia, która tu jest, oczywiście będzie rozwinięta, ale coś się jednak tutaj też zamyka w tym tomie.
[01:11:09] - Oczywiście.
[01:11:09] - Więc to nie jest tak, że najpierw trzeba zgromadzić wszystkie tomy, dopiero później można zacząć czytać. Nie, to tak nie działa.
[01:11:19] - To tak nie działa, ale oczywiście jest dalsze rozwinięcie historii. Jak najbardziej.
[01:11:26] - Pani Luizo, jak pani mówiła, streszczała mniej więcej ten ciąg dalszy, to ja się tak uśmiechnąłem.
[01:11:33] - Do tej eutanazji.
[01:11:36] - Do tej eutanazji się uśmiechnąłem, bo przecież w takim mrowisku mrówka zbędna albo niemająca pracy jest poddawana eutanazji bezlitośnie.
[01:11:47] - I tutaj się kłania Rój Hellstroma.
[01:11:50] - Tak.
[01:11:51] - Tak jest.
[01:11:53] - Dokładnie, bo to właśnie o to chodzi. Społeczeństwo jest, jakie jest właśnie wskutek tej katastrofy, o której wspomniałam. Ta katastrofa spowodowała coś absolutnie niewyobrażalnego. Coś, co sprawiło, że ludzie w pewnym momencie poddali się temu, co było nieuniknione. Zaakceptowali to, że muszą być kontrolowani w każdej kwestii, jeżeli chcą przetrwać.
[01:12:20] - Ale niech pani zwróci uwagę, że w dzisiejszym czasie ludzie robią to samo. Tak samo się poddają bez katastrofy żadnej.
[01:12:29] - Więc niech pan sobie wyobrazi, co było podczas takiej katastrofy. To są takie fragmenty, które są wplatane w książki z tego uniwersum, tak to powiedzmy, które pokazują, dlaczego stało się tak, jak się stało. Po prostu w pewnym momencie inaczej być nie mogło. Ludzie stali się właśnie społeczeństwem. Może nie na kształt owadów, bo jednak potrafimy myśleć samodzielnie i dalej potrafią myśleć samodzielnie, ale mimo to oddali niejako duży przedział swojej wolności. Zbyt duży.
[01:13:12] - Ja przypomnę, co już kiedyś w audycji wiele razy zresztą podkreślałem, że w XIX wieku chyba w parlamencie brytyjskim odbyła się zajadła, wściekła dyskusja na temat, ile prawa można dać policjantowi. Oddanie zbyt wielkiego prawa zniewala obywateli. Oni to przeszli, przerobili, przeanalizowali, a dzisiaj my dalej wywarzamy otwarte drzwi.
[01:13:43] - No niestety, to tak jest, że przede wszystkim musimy sobie zdać sprawę z jednej rzeczy, czego wielu nie chce zaakceptować, że wolność jako taka w ogóle nie istnieje w ludzkim społeczeństwie, a właściwie w ogóle nie istnieje nigdzie.
[01:14:00] - No tak.
[01:14:02] - Że możemy tylko decydować o tym, co dotyczy nas w tym momencie. I to też nie zawsze. A tak to inni decydują za nas. A kiedy inni nie decydują, decyduje sytuacja. Tak jak zapisał to Jacek Izworski: „Sytuacja ma zawsze rację”. To w jednej z jego książek „Węzeł światów”. Przysłowie wanterskie. I to przysłowie bardzo dobrze oddaje istotę rzeczy. Możemy sobie krzyczeć, że jesteśmy wolni, że tego nie chcemy, tamtego nie chcemy, ale pojawi się sytuacja, w której będziemy musieli coś zrobić i my to zrobimy albo zginiemy. I co tu bredzić o wolności?
[01:14:50] - Tak, tylko że to jest jeszcze tak. Myślę, że zgadzam się, ale jest chyba jeszcze bardziej dramatycznie, bo ludziom na krótki czas, w pojęciu historycznym krótki, dano jednak pewną namiastkę wolności. Demokracja, która się pojawiła, ale ta współczesna demokracja, ona była taką maszynką do robienia wolności. Oczywiście na pewną skalę, nie przesadzajmy. To nie była wolność absolutna, czy też powszechna i wszechogarniająca. To była namiastka wolności, ale mnie przynajmniej trochę odstraszające jest to, że dzisiaj nawet tę namiastkę również nam się na naszych oczach, co więcej, czasami przy naszej milczącej, a czasami nawet niemilczącej zgodzie zabiera się tę namiastkę wolności i już jest to nieważne. Już zaczyna być po prostu powoli anulowane. Oczywiście ktoś powie: „Żelkowski dostał dzisiaj jakiegoś szału i mówi nam jakieś teorie spiskowe”. Tymczasem znowu mój apel: rozejrzyjcie się państwo. Jeżeli to nie jest powolne zwijanie tej namiastki wolności, to, co obserwujecie wokół siebie, to możemy podyskutować.
[01:16:21] - Marku, światem zawsze rządzili prawnicy, a nie tyrani. Prawników należy co pewien czas dekapitalizować i zaczynać od nowa.
[01:16:31] - I dekapitować.
[01:16:33] - I dekapitować. Głównie dekapitować. To też jest pojęcie. Współczesność zrobiła z prawa...
[01:16:45] - Z żywego cielca.
[01:16:47] - Tak. W Polsce to może jeszcze nie jest tak widoczne. Natomiast anglosaski system zrobił z prawa z kolei taką, zresztą to nie jest moja myśl. Kiedyś prawo to była maszynka do osiągania sprawiedliwości.
[01:17:04] - Tak.
[01:17:05] - A dzisiaj nie. Dzisiaj prawo to jest maszynka do różnych rzeczy, ale na pewno nie do sprawiedliwości.
[01:17:12] - Do chwilowania siebie przeze siebie.
[01:17:14] - Bo dzisiaj nie jest ważne, co jest sprawiedliwe, tylko ile kto zapłaci. Dzisiaj prawnik czasami wprost zapyta: „Ile mi zapłacisz? Bo jak mi zapłacisz, to ja ci tę sprawę przepchnę, bo tak zamotam, tak zakręcę, że pójdzie”.
[01:17:31] - Właśnie.
[01:17:31] - To troszeczkę tak wygląda dzisiaj, że te maszynki do robienia sprawiedliwości, do robienia wolności, one się zacięły. Wszyscy nam mówią: „Nie, one dalej działają świetnie”. Moim zdaniem przestają działać. Właśnie są w fazie wygaszania swojego działania. Po prostu.
[01:17:50] - Tak, coś w tym jest rzeczywiście, ale na to obawiam się, że nic nie poradzimy, bo tu w grę wchodzą zbyt wielkie pieniądze.
[01:18:01] - Tak.
[01:18:01] - Zauważmy, co się dzieje. Nie chciałabym się tu wdawać w politykę, ale-
[01:18:07] - Okej, to rzeczywiście uniknijmy, bo nic tak pięknie nie polaryzuje ludzi albo nawet ich rozsierdza i stawia w różne kąty, jak właśnie polityka, bo ona ma taką cudowną zdolność do tego, żeby natychmiast dokonywać jakiegoś takiego wykopywania. To jest kopanie rowu po prostu.
[01:18:30] - Tak, ale jedną rzecz chciałabym podkreślić, że uczynienie sędziego osobą nietykalną to jest strzał w kolano.
[01:18:40] - Zgadzam się. Też tak mówię.
[01:18:42] - Nie mam zamiaru tutaj żadnych przykładów podawać.
[01:18:45] - Jasna sprawa.
[01:18:48] - U mnie, w tym świecie, który ja tutaj opisałam, sędziowie istnieją nadal, ale w zasadzie są to osoby tylko do podpisywania papierków, ponieważ, co akurat w tej książce nie jest powiedziane, ale co później się dużo później się okazuje, nie ma już czegoś takiego na przykład jak adwokaci. Decyduje rachuba punktów karnych.
[01:19:13] - No tak, oczywiście.
[01:19:15] - I sędzia ma tylko zatwierdzić wynik, który wypluje komputer.
[01:19:22] - Odwołajmy się jeszcze do tradycji SF. Przypomnijmy „Sędziego Dredda”. Mówię o filmowej wersji tego pierwszego z Sylvestrem Stallone. Kim był sędzia Dredd wcześniej w wymiarze komiksowym? To był policjant, sędzia i kat jednocześnie. I to się wydawało, że wobec świata przemocy jest to jedyne możliwe działanie. Trzeba jednak odwagi, żeby coś takiego zaakceptować. Po prostu.
[01:19:56] - Czasami nie wiemy, do czego dojdziemy.
[01:19:58] - To z całą pewnością.
[01:20:01] - Cały czas mówię, że sytuacja nie tylko na wojnie zmienia się co chwila, jak powiedział Napoleon, ale w ogóle zmienia się co chwila. Czy przed wybuchem paniki covidowej w ogóle by nam przyszło do głowy to, co się będzie działo? Skąd! Ludzie rysowali sobie różne scenariusze, a to im do głowy nie przyszło.
[01:20:24] - To ja jeszcze rzut oka na czat. Tutaj się toczy dosyć pasjonująca dyskusja na temat tego, jak było, jak jest, co jesteśmy w stanie przewidzieć. Czytam taką myśl, że 20 lat temu, pisze Marzena Lu, 20 lat temu miałam radio. Sorry, to jeszcze może wcześniej. Marzena Lu: „JR niech ci będzie. Mamy w miarę szybki internet, jest sporo pozytywnych rzeczy z nim związanych, lecz nadal uważam, że to nie taki rozwój, którego bym oczekiwała. 20 lat temu miałam radio na żywo i telefon stacjonarny. Nawet powiem, że czekanie na telefon, list czy audycję, słuchowisko w radiu miało i ma nadal swój urok. Czyli jednak miałam dobre przeczucie co do książki pani Luizy. Cieszę się, to już komentarz.
Cieszę się i dołączy ona do moich zakupów na święta.
[01:21:22] - Dziękuję, bardzo się cieszę. A ja tutaj chciałam jeszcze jedną rzecz powiedzieć. Asimov, o którym już wspominałam, w swojej książce „Roboty z planety Świt” opisał coś, do czego zmierzamy wielkimi krokami. Społeczeństwo, gdzie jeden jest odseparowany od drugiego. Ludzie sobie składają wyłącznie wizyty za pomocą komputera, telewizyty. A tak to żyją każdy sobie i nie rozumieją, jak można się inaczej wobec siebie zachowywać. My teraz mamy to samo. Ludzie porzucają spotkania na żywo na rzecz czatów, na rzecz Skype'a. Pamiętam, że kiedy ja byłam szczeniakiem, to mnie nie sposób było ściągnąć z podwórka. Nie mieliśmy telefonów.
Ja akurat miałam, część moich kolegów też, ale większość z nich nie miała. Ale zawsze potrafiliśmy się skrzyknąć. Brykaliśmy po całej okolicy i było dobrze. Teraz trudno dzieciaki na dwór wygonić, bo siedzą przed ekranem komputera albo telewizora. I mamy właśnie to.
[01:22:37] - Pani Luizo, ale przez punkt widzenia ewolucyjnego, co prawda długo trzeba poczekać, to na przykład nogi stają się zbędnym elementem naszego organizmu.
[01:22:49] - To zależy, w którą stronę to pójdzie.
[01:22:51] - No właśnie. Ty jeszcze musisz na ten pedał w samochodzie dusić, ale jeśli już nie będziesz musiał się poruszać, jeździć nawet samochodem, to również ci te nogi nie będą potrzebne.
[01:23:04] - Wiesz co, mnie coś w tym wszystkim innego fascynuje, bo pani Luiza mówiła o tym, jak to się wszystko zmienia, te wizyty. Ale zawsze wierzyłem w to, że człowiek ma coś takiego poza rozumem, ma jeszcze popędy różnego rodzaju. I wierzyłem w to, że mając te popędy, pewnych rzeczy się nie wyeliminuje. Okazałem się człowiekiem niezwykle naiwnym, bo wydawało mi się, że na przykład taki popęd prokreacyjny związany z seksem w ogóle jest nie do wykluczenia i w związku z tym ludzie jakoś się kontaktować będą. Tymczasem na naszych oczach oderwano, właściwie zaczęto odrywać prokreację od seksu. W pewnym momencie zaczęto części ludzi wmawiać, że w ogóle seks jest mało higieniczny i w ogóle niepotrzebny, że można to wszystko zastąpić. Tym, co napędza przemysł związany z wirtualną rzeczywistością, są też między innymi, nie tylko, ale też między innymi sprawy związane z erotyką. Czyli tak naprawdę to, o czym mówiła pani Luiza, właściwie zmierza ku temu, że staniemy się takimi monadami.
[01:24:18] - Monadami Leibniza.
[01:24:21] - Prawie. Właśnie nie Leibniza, bo Leibniz bardzo subtelnie to zrobił. Te jego monady, które nie mają okien, zupełnie o coś innego chodziło. One się nie kontaktowały, ale tak naprawdę to na innym poziomie. Tymczasem my staniemy się takimi prostackimi wersjami tychże monad, takimi przeniesionymi, bo te monady Leibniza były niematerialne. Tymczasem my staniemy się takimi materialnymi monadami, które też nie będą miały okien. Będą siedziały przed tym, co zastąpi komputery, tym sprzętem, niech on się będzie jakoś tam nazywał. I będą się owszem kontaktowały te istoty, ale to będzie rzeczywiście świat przedziwny. Jak ty mówisz, Wiktorze, że nam nóg nie będzie. Ja myślę, że to nie będzie problem.
[01:25:14] - Ja nie mówię, że tak będzie, bo tak nie będzie z bardzo prostego powodu. Po pierwsze świat to nie jest tylko Europa i Stany Zjednoczone. Świat jest dużo większy i o wiele więcej inne kultury mają do powiedzenia, niż nam się wydaje. A mają inne zdanie na wiele tematów.
[01:25:35] - Zdecydowanie.
[01:25:37] - A poza tym jest jeszcze takie zjawisko. To, co dotyczy w tej chwili euroamerykańskiego, naszej zachodniej cywilizacji, że tak powiem, to jest przejaw tego, co dotknęło wszystkie kultury, wszystkie cywilizacje, które na Ziemi były. Zwyrodnienie u schyłku, czyli ten schyłek i potem zawsze przychodził upadek. Wszystkie kultury, najwspanialsze. I Egipcjanie, i Rzymianie, i Grecy i tak dalej, u schyłku swojego mieli zupełne rozprzężenie wszystkiego: obyczajowości, kultury, czegokolwiek i tak dalej.
[01:26:25] - Dokładnie tak.
[01:26:27] - A polska szlachecka również miała totalne rozpasanie.
[01:26:33] - Jeśli można, to tutaj wtrącę pewną rzecz, bo pan Arek dotknął sprawy seksu. U mnie właśnie to też jest poruszone. Jest uregulowane. Lekarze zalecają i to ma być wykonane. Nawet są specjalne obiekty, do których ludzie idą, żeby zdobyć partnera na jedną noc, ponieważ oni muszą zalecenie lekarza wypełnić. W ten sposób niejako zamiera to, co było motorem napędowym wielu rzeczy, między innymi sztuki. Właśnie to uwodzenie, zdobywanie. Tego praktycznie już nie ma, bo ludzie przestali tego potrzebować. Może do tego nie dojdzie, ale biorąc pod uwagę to, co czasami się czyta w poradach od seksuologów, to oni bardzo chętnie by zdobyli władzę, która pozwoliłaby im po prostu nakazać. „Dawno temu nie miała pani stosunku, proszę iść i to nadrobić”.
[01:27:56] - Co więcej, to się w fantastyce pojawia. Akurat w tej chwili usiłuję znaleźć tytuł, ale jest taka powieść Roberta Sheckleya, którego kojarzymy z opowiastkami dosyć zabawnymi, ale on w swoim czasie napisał taką powieść, w której ludzie żyją w takich domach-miastach, gdzie panuje pełna swoboda seksualna. To mężczyźni krążą nocą po tym wielkim obiekcie, wchodzą do domu i po prostu panią domu wykorzystują przy obecności męża, mąż ewentualnie może sobie iść dalej w tango gdzieś. Twórcy science fiction są na tę sprawę wyczuleni i to nie dlatego, że postanowili sobie dorobić filozofię do „Kawałka ciała”, żeby trochę seksu opisać, bo to tak naprawdę nie o to chodzi w tym wszystkim, tylko o to, że jakoś tak się dziwnie składa, dziwnie się plecie, że ta sfera ludzkiego życia, wydawać się może niektórym zaskakujące, bywa również osaczana. Tak jak osaczana jest wolność, jak osaczane są inne przejawy naszego życia społecznego, tak również ten element, wydawałoby się taki bardzo naturalny. Pani Luiza też mówiła o tym, odwołując się do swojej książki. Ludzie, którzy być może rządzą tym światem, a nawet na pewno rządzą tym światem, również i tę sferę starają się jakoś uregulować i to uregulować w sposób restrykcyjny. Czyli starają się z tej ludzkiej kultury wyrwać to, co być może jest fałszem. To, co często niektórzy wyśmiewają, ten pewien romantyzm, to uwodzenie, cała ta kultura zdobywania się nawzajem, związana z tym wszystkim. To wszystko ma być wyeliminowane.
[01:30:01] - Dlatego, bo to jest element wolności.
[01:30:04] - Właśnie, to jest element wolności. Natomiast ma to zostać zastąpione czymś na pograniczu medycyny i ćwiczeń fizycznych. Mniej więcej do tego by się miało sprowadzać, że właściwie to trzeba jakoś uregulować. To mnie w jakiś sposób zadziwia, bo ja tę książkę Sheckleya, której tytułu nie mogę sobie przypomnieć w tej chwili, czytałem w latach 90. Pamiętam, w wydaniu firmowanym przez Nową Fantastykę. W każdym razie mnie się to wtedy wydawało takie trochę nadęte. Z drugiej strony pamiętałem, że w roku 1984 też tak naprawdę do pewnego stopnia chodzi o to, że ta para, która się tam zawiązuje, robi to poza kontrolą tego wszechmogącego państwa i w związku z tym już samo to sprawia, że państwo patrzy na to w sposób nieprzyjazny. Zwróćmy też uwagę, że u Huxleya jest to samo. To samo się dzieje.
[01:31:15] - Każdy należy do każdego.
[01:31:18] - Tak. Tam to jest ściśle reglamentowane, ściśle obostrzenia się pojawiają. W związku z tym okazuje się, że ten problem może urosnąć nagle do dużego problemu.
[01:31:35] - Tak, bo jest taka scena, kiedy Fanny tłumaczy Leninie, że nie może być tylko z Henrym. Musi również być z innymi, ponieważ tego wymaga jej godność. Kompletne odwrócenie pojęć. I w tym momencie to, czego pragnie sama Lenina, nie jest istotne.
[01:32:02] - Te rzeczy były w historii zawsze bardzo dziwne. W mongolskiej albo i europejskiej obyczajowości było to, że na przykład polski szlachcic z ziemiankami miał dzieci, bo one należały do niego. W Irlandii właściwie, o ile- Czytałem jeszcze z 10 lat temu, to wszyscy Irlandczycy współcześni są potomkami jednego wodza, bo wszystkie kobiety należały do niego. Oczywiście miały swoich mężów, ale również należały tylko do niego.
[01:32:50] - Ależ nie tylko.
[01:32:51] - Tym się manipulowało zawsze – seksem, wszystkim, bo to jest wszystko pożywka, majątek pewien. Cholera jasna, dziwny jest ten świat.
[01:33:05] - Dziwnie się zrobiło w naszej rozmowie, bo nagle pojawiły się wątki. Dziwnie, ale pozytywnie. Pojawiły się wątki, które naprawdę są niepokojące, bo kiedy patrzymy na naszą współczesność i mówimy: „Jeszcze nam tej wolności tak do końca nie zabrali”, to ja wtedy myślę sobie: „Tak, ale popatrzmy po bokach, od której strony się tę wolność nam zabiera?”. I okazuje się, że jeśli to nie jest tylko wymysł i jeśli ja jeszcze nie wariuję, to okazuje się, że to nie jest tak, że przyjdą i zabiorą nam wolność. Pewnego dnia powiedzą: „Koniec, już się skończyło”. Nie. Okazuje się, że to się znowu metodą salami robi troszeczkę. Odcina te plasterki i w pewnym momencie dojdziemy do wniosku, że zaraz! My często zauważamy w taki sposób, co nam wolno było 10 lat temu, a co nam wolno dzisiaj, co mogliśmy robić 20 lat temu, a czego dzisiaj robić nie możemy. Dzisiaj jak ktoś powie: „Jeszcze nie minie dużo czasu i nie będziecie mogli wchodzić do lasu”, to ktoś się zaśmieje, powie: „To bzdury są kompletne, jak do lasu nie pójdę?”.
[01:34:24] - Tak.
[01:34:25] - Marku, ja mam takie wrażenie, że za komuny byłem bardziej wolnym człowiekiem niż dzisiaj.
[01:34:31] - W pewnych aspektach, nie przesadzajmy.
[01:34:34] - To zależy po prostu, jak na to patrzeć. Tak jak powiedziałam, u mnie jest tak, że nie wolno właśnie wchodzić na tereny zielone, nie tylko do lasu, w ogóle na wszelkie tereny pozamiejskie. Normalny człowiek nie ma tam wstępu. Ale to nie jest aż tak odległe od tego, co mamy tutaj.
[01:34:56] - No właśnie, tak, dokładnie. Na razie to się nam jeszcze wydaje dosyć abstrakcyjne, niemożliwe. Ale znowu, jeśli macie państwo dobrą pamięć, to zobaczcie, co wam się wydawało możliwe, a co było niemożliwe – tak jak powiedziałem – 10, 20 lat temu, a co dzisiaj jest możliwe albo niemożliwe. Myślę, że jak dobrze to państwo przemyślicie, to się zrobi niepokojąco troszeczkę.
[01:35:26] - Oczywiście tak jest.
[01:35:29] - I ten pani świat, który pani rysuje w powieści „Księżyc, moje przeznaczenie”, ktoś się oczywiście może skupić na tym wątku, nazwijmy go sensacyjnym, gdzie główna bohaterka z racji wykonywanej profesji musi być sensacyjnie po prostu. Ale tam na poboczach tego wszystkiego przedstawiony jest świat, który jest właśnie niepokojący. Tak zostawmy to określenie, chyba dobrze go opisuje.
[01:36:03] - Tak, zdecydowanie jest niepokojący.
[01:36:07] - Myślę, że w tej chwili jest dobry czas, żebyśmy posłuchali drugiego fragmentu pani powieści.
[01:36:17] - Proszę uprzejmie.
[01:36:22] - Następną osobą, którą odwiedziła rano agentkę, była Sue. Po raz pierwszy widziała ją ubraną w eleganckie spodnie i luźną tunikę haftowaną czerwonymi sznurkami w abstrakcyjne wzory. Blond loczki miała uczesane w koński ogon, a usta pociągnięte szminką. „Wyglądasz świetnie” – powiedziała szczerze Lita. Sue machnęła ręką. „Dlatego właśnie nie lubię nigdzie wychodzić. To straszne zawracanie głowy. Przy komputerze mogę siedzieć w czym chcę i niczym się nie przejmować, a mimo to jestem bardziej użyteczna niż wszystkie wyfiokowane paniusie w biurach zarządów”. „Jesteś niepoprawna”. „I co z tego?” – Sue popatrzyła na nią z troską.
– „Gadaj lepiej, co z tobą. Wiesz, ile się strachu najadłam? Wiem, że Tyrell nie żyje, a ty ocalałaś dosłownie cudem. Urodziłaś się pewnie pod szczęśliwą gwiazdą. Dowiedziałaś się chociaż czegoś? Było warto?” Lita wzruszyła ramionami i mimowolnie syknęła przy tym z bólu. Kontuzja wciąż dawała o sobie znać. „Sama nie wiem. Nie dotarłam tam, gdzie chciałam. Myślę jednak, że podjęłam właściwy trop.
Gdyby było inaczej, nikt nie próbowałby mnie zabić”. „Masz rację” – Sue pochyliła się ku niej i zaszeptała konspiracyjnie: „Udało mi się wyciągnąć z sieci pewne utajnione informacje. Zbadamy je wspólnie, gdy już stąd wyjdziesz. Gdybym dotarła do Mantra Life, miałabym już wszystkie dowody w ręku i prawdopodobnie nie wyszłabyś stamtąd żywa. Mamy do czynienia z bardzo poważną aferą albo nie nazywam się Susan Hereford”. Jej okrągłe policzki zaróżowiły się z podniecenia. Takie emocje były w ich obecnej sytuacji trochę dziecinne, ale zrozumiałe. Życie wirtualisty koncentruje się zazwyczaj przy stanowisku komputerowym, na które spływają nieprzerwanie strumienie danych. Nie ma w tym nic z przygody. Sue wmówiła sobie pewnie, że teraz ma szansę przeżyć coś niezwykłego.
Lita nie chciała jej rozczarować, choć z drugiej strony nie była wcale pewna, czy w ogóle powinna wciągać tę dziewczynę w sprawę, która kosztowała już życie jednego agenta. Gdyby coś jej się stało, Hackard mógłby jej tego nigdy nie wybaczyć. Potrzebowała jednak teraz każdej możliwej pomocy. Bez Sue daleko by nie zajechała. Kop dalej – powiedziała wreszcie. – Dowiedz się wszystkiego, co się da. Nawet zupełne drobiazgi mogą okazać się przydatne. Nie wiemy, który z nich odkryje przed nami sedno sprawy. Oczywiście, oczywiście. Sue poklepała ją konfidencjonalnie po ręku.
Wracaj do zdrowia i nie myśl o żadnych kłopotach. Na szczęście przeżyłaś, choć napędziłaś mi niezłego stracha. Gdy przyszedł do mnie policjant z zawiadomieniem, co się stało, mało nie zemdlałam. Przez jedną straszną chwilę myślałam, że nie żyjesz. Nie masz pojęcia, jak cię polubiłam. Ja sama tego nie wiedziałam. Lita uśmiechnęła się mimo woli. Ten naiwny okrzyk był tak bardzo charakterystyczny dla siostrzenicy jej szefa jak pióra dla ptaka. Jej infantylne usposobienie, zapewne niesnośne dla otoczenia, młodej agentce nie przeszkadzało. Może dlatego, że jej przybrany brat był taki sam jak ona.
Kochany, naiwny Chris, któremu obzdurało się, że zawojuje świat. Sue z charakteru bardzo go przypominała. Po kilku dniach wypisano Litę ze szpitala z zaleceniem dalszego wypoczynku. Wciąż odczuwała zawroty głowy i bóle w kontuzjowanych miejscach, ale pozszywane fachowo rany goiły się dobrze. Prowadzący jej przypadek lekarz zasugerował, że powinna skorzystać z konsultacji chirurga plastycznego, jednak na razie nie miała do tego głowy. Nie wydawało jej się to szczególnie ważne, zwłaszcza że blizny łatwo było ukryć pod ubraniem, a tę, która budziła największy niepokój doktora pod włosami. Zamiast martwić się swym wyglądem, Lita myślała o śledztwie. Na razie leż – powiedziała Sue kategorycznie, gdy w domu agentka próbowała dobrać się do jej komputera. Zgram ci dane na czytnik i przyniosę. Nie ruszaj się z łóżka, jeśli nie będziesz musiała.
Zajmę się wszystkim. Naprawdę postarała się to zrobić. Sprzątała, choć robiła to niedołężnie i jej wysiłki nie przynosiły efektów. Zamawiała najlepsze jedzenie i troszczyła się o sublokatorkę niczym o małe dziecko. Przy tym nie zaniedbywała ani swojej pracy, ani poszukiwań w sieci. Lita zastanawiała się nieraz, kiedy Hereford znajduje czas, by się przespać, ale ta na jej pytania odpowiadała beztrosko, że daje sobie z tym radę. Rzeczywiście nie wyglądała na przemęczoną. Przeciwnie, wciąż była świeża i wesoła. Śledztwo traktowała jak grę komputerową, co trochę Litę martwiło. Wolałaby, żeby przyjaciółka podchodziła do sprawy w poważniejszy sposób.
Chociaż musiała też przyznać, że tak czy inaczej wykonuje ona świetną robotę. W jakiś sposób wydobyła z sieci zahasłowane raporty lekarzy sądowych. Odkodowała dla agentki odpowiednie pliki, by mogła dokonać drobiazgowej analizy, szukając punktów stycznych. Znalazła je wreszcie i po raz pierwszy zaczynała być z siebie dumna. Wszyscy zmarli korzystali z usług Health Center w ciągu trzech miesięcy przed śmiercią. Na dwa do trzech tygodni przed tym, jak ich znaleziono, każdy był u lekarza. Oskarżali się na bóle głowy i przewlekłe zmęczenie objawiające się głównie rano. Każdy z nich używał mniej więcej tego samego określenia: „Śpię dobrze, ale wcale się nie wysypiam”. To nie brzmi tak znowu groźnie – zauważyła niepewnie Sue. Siedziała w nogach łóżka Lity z podwiniętymi stopami i jadła makaron z płatkami serowymi, podczas gdy agentka sprawdzała dane na czytniku.
Przeciwnie, to jest bardzo groźne – odparła. Zaburzenia snu mogą doprowadzić do choroby psychicznej, a nawet śmierci. Jednak z zapisków wynika, że żaden z nich nie miał kłopotów z zasypianiem. Nie budził się też w nocy. Mało tego, ponad połowa z nich brała Terexan, środek stabilizujący procesy snu. Możesz odkodować wyniki badań krwi? Oczywiście. Co jest ci potrzebne? Toksykologia. Jeśli możesz, dowiedz się, gdzie przechowują próbki pobrane podczas sekcji.
Mogą być nam potrzebne. Zdaje się, że nic nie zwróciło uwagi lekarzy. Nie dziwi mnie to. Na Lunarze praktykują zazwyczaj nieudacznicy. Nie widzę więc powodu, dla którego koroner miałby być asem w swoim fachu. Coś jednak musi łączyć te przypadki. Sama przecież widzisz, że one są podobne. Sue skinęła głową, nie przerywając miarowego połykania makaronu. Mało, że podobne. Są prawie identyczne – wybełkotała z pełnymi ustami.
Wydaje mi się, że w grę wchodzi tylko jedna możliwość. Jakiś nowy narkotyk. Nowy? Tylko nowe mogłyby sprawić lekarzom kłopot. Jakiś rok temu pigułki pod nazwą Wingsum kosztowały życie czternastu górników. Nim opracowano testy na wykrycie ich w organizmie. Bez odpowiedniego markera lekarze działali na ślepo. Inspektor Cavanaugh odwiedził Litę dopiero późnym wieczorem. Miał na sobie cywilne ubranie ze sztucznej skóry, a jego oszpeconą implantami twarz ocieniał kask motocyklowy. Na ten widok Sue skinęła głową z aprobatą.
Proszę wejść – powiedziała, a gdy zamknęła za nim drzwi, dodała: Nie wiedziałam, że jeździ pan motorem, ale to miłe, że jest pan w cywilu. Przynajmniej nikt nie będzie plotkował, że mamy kłopoty z prawem. Tak naprawdę przyjechałem skuterem, nie motorem – poprawił ją, uśmiechając się. – Jest mały i zwrotny. Ponadto nie rzuca się w oczy. Witam panno Angeles. Zdjął kask i odłożył go na mały regał w przedpokoju. Witam. Tak naprawdę nazywam się Cavelli. Oto moje pełnomocnictwo.
Podała mu dokument agencji rządowej. Cavanaugh nie okazał zdziwienia. Wszedł do pokoju i usiadł na jednym z krzeseł. Prawie połowa przybyszy do Lunaru podaje nieoryginalne dane. Ludzie wyrabiają sobie nowe paszporty na nowe nazwiska, zmieniają datę urodzenia i co tam jeszcze chcą. Prawo na to pozwala, więc korzystają. Jednak miło mi, że uznała mnie pani za godnego zaufania na tyle, by ujawnić prawdziwe nazwisko. Znów się uśmiechnął. W międzyczasie pojawiła się Sue, przynosząc sok i ciasteczka z orzechami. Cavano wziął jedno z podziękowaniem.
Nie bez powodu to robię – powiedziała Lita. Wie pan, że posługuję się dokumentami inspektora sanitarnego, ale nie wie pan, że moje zadanie jest znacznie ważniejsze niż rutynowa kontrola. To znaczy? Mam sprawdzić niewyjaśnione zgony wśród pracowników Kompanii Księżycowej. To znaczy te, przy których koroner podał jako przyczynę karoshi. Ach, ta sprawa – pokiwał głową. Nie wyglądał na zaskoczonego. Czyżby Ziemia wreszcie się nią zainteresowała? Kilka razy prosiłem o wytyczne, ale zbywano mnie milczeniem. Pan też sądzi, że to nie była śmierć z przepracowania?
Cavano parsknął śmiechem. Był to śmiech nieoczekiwanie młody i dźwięczny w zestawieniu ze zniszczoną twarzą, aż agentka mimo woli drgnęła z zaskoczenia. Śmierć z przepracowania tu, w Lunarze? Wolne żarty, panienko. To miejsce zsyłki, nie kariery. Chyba że ktoś jest na kierowniczym stanowisku, a to wszystko byli szeregowi lub co najwyżej podrzędni pracownicy. Znam raport koronera policyjnego i zapisy sekcji wykonanych w szpitalu i od początku miałem wątpliwości co do tych zgonów. Przyjrzał się dziewczynie uważnie. Jego implanty wysunęły się z opraw i zbliżyły nieco obiektywy do siebie, wyostrzając obraz. Skrzywił usta tak, jakby to, co zobaczył, nie bardzo mu się podobało.
A zatem to panią przysłano w odpowiedzi na moje prośby – rzekł po chwili. Nie chcę teraz podważać kompetencji tych ważniaków z centrali, zatem daruję sobie kąśliwości. I tak pewnie domyśla się pani, co o tym sądzę. Jeśli nie rezygnuje pani po tym, co panią spotkało, proponuję działać razem. Właśnie w tym celu tu pana zaprosiłam. Mam wrażenie, że trafiłam na ślad czegoś bardzo poważnego, skoro próbowano mnie zlikwidować. Na pewno. Nie trzeba być geniuszem, żeby to stwierdzić. Proszę mi wszystko opowiedzieć. Wszystko?
Wcale nie chciała mówić mu wszystkiego, dlatego rozważnie dobierała słowa. W swojej opowieści nie wspomniała o Hakacie ani o podwójnej roli Terrella. Ograniczyła też do minimum to, co mówiła o sobie. Zdała natomiast dokładną relację z tego, co udało się jej ustalić z pomocą Sue i z wizyty w Health Center. Policjant słuchał w skupieniu, nie przerywając. Dopiero gdy skończyła, zwilżył poznaczone bliznami wargi językiem. Była pani nieostrożna – rzekł szorstko. Romain Corp to mój główny podejrzany w kilku sprawach, ale jak dotąd nie udało mi się powiązać tej firmy z prowadzonymi śledztwami. Mówiąc inaczej, wiem, że ktoś od nich maczał palce w handlu nielegalnymi substancjami, odwiertami na cudzym terenie i innymi świństwami, ale na razie nie mogę im niczego udowodnić. Są wyjątkowo przebiegli.
Zresztą pułapkę na panią przygotowali genialnie. Może nie aż tak genialnie, gdyby udało się znaleźć tego górnika, który mnie uratował.
[01:48:42] - Halo, halo. Wracamy.
[01:48:44] - Tak jest.
[01:48:45] - Wracamy. Ja od razu korzystając z okazji, pewno w każdej audycji muszę jakiś błąd popełnić, to od razu śpieszę wyjaśnić, że ta powieść, którą przypisałem Sheckleyowi, jednak nie napisał jej Sheckley, tylko napisał ją też autor na S, a mianowicie Silverberg, Robert w dodatku, i nosi tytuł „Zamknięty świat”. Trochę mnie to gniotło, w związku z czym wyszukałem. Tak to jest, jak się zaufa za bardzo swojej pamięci, a za mało sprawdza fakty. Więc jeszcze raz: Robert Silverberg, „Zamknięty świat” to jest świat, w którym w takich wielkich, gigantycznych budowlach żyją ludzie, którzy się właściwie parzą bez pamięci. Widać tak sobie autor-
[01:49:33] - Jakoś muszą sobie wypełnić czas.
[01:49:36] - Tak, troszkę to tak wygląda, że rzeczywiście wypełniają w ten sposób swój czas, swoje znudzenie. Właściwie nie wiem tak naprawdę do końca. W każdym razie jest to element sterowania społeczeństwem, to z całą pewnością. Ja mam teraz pytanie, nie wiem, czy ocenne, w każdym razie wymagające. Ja nie potrafię dać jasnej odpowiedzi. My często na ten temat z Wiktorem dyskutujemy i jeszcze nam się od dobrych kilku lat nie utarły stanowiska do końca. W związku z tym włączymy w tę dyskusję, pozwolę sobie włączyć panią w tę dyskusję. Jak pani sądzi, czy istnieje takie zjawisko jak literatura pisana przez kobiety i literatura pisana przez mężczyzn i czy one się różnią między sobą? Oczywiście wiem, że istnieją takie momenty, gdzie ta różnica się zaciera, ale czy istnieje takie zjawisko jak literatura SF pisana przez kobiety i pisana przez mężczyzn i czy są pomiędzy nimi różnice?
[01:50:47] - Różnice? Cóż, przede wszystkim musimy powiedzieć jasno, że na tym świecie istnieją mężczyźni i istnieją kobiety. I że różnią się między sobą. Uparte twierdzenie, że nie ma różnicy między kobietą i mężczyzną, to jest zaklinanie rzeczywistości. Myślimy w różny sposób i różne rzeczy są dla nas ważne. Jest to uwarunkowanie ewolucyjne i żebyśmy nie wiem, co powiedzieli, to to jest i dalej będzie. Natomiast jeżeli chodzi o to, czy w science fiction istnieje coś takiego jak literatura kobieca i literatura męska. Po prostu są książki pisane przez kobiety i są książki pisane przez mężczyzn. Natomiast gdyby pisarze posługiwali się wyłącznie inicjałami, to bardzo często trudno byłoby odróżnić, kto pisał daną powieść. Zresztą wiele autorek stosuje taki unik.
Na przykład w swoim czasie czytelnicy byli bardzo zdumieni. Może nie wszyscy, ale wielu z nich, kiedy się dowiedzieli, że Diane Fontana jest kobietą. Jest to autorka książek z uniwersum Star Treka. Może to rozróżnienie wzięło się stąd, że na ogół kobiety kładą większy nacisk na warstwę emocjonalną utworu, na uczucia, ponieważ one są generalnie dla kobiet ważniejsze. Natomiast mężczyźni bardziej na technologię stawiają i na rozwiązania typowo siłowe. Ale to jest też rozróżnienie sztuczne, bo kobieta może napisać książkę w konwencji takiej, umownie mówiąc, męskiej, a mężczyzna może w kobiecej, bo to jest wszystko kwestia artyzmu. Uważam, że takie rozróżnienie: literatura męska, literatura kobieca to jest takie, powiedziałabym, naciągane. Generalnie, jak się mówi „literatura kobieca”, to człowiekowi stają przed oczami serie harlekinów i tym podobnych rzeczy, ale dobrą połowę z tych książek piszą właśnie mężczyźni pod różnymi pseudonimami.
[01:53:29] - To prawda.
[01:53:30] - Wie pan, tak możemy się umawiać, ale w ogóle nasz dzisiejszy świat do tego wszystkiego podchodzi od ogona. Koniecznie trzeba udowodnić, kto jest lepszy, czy kobiety, czy mężczyźni. Z drugiej strony wystarczy spojrzeć na obecnie kreowane światy w serialach. Jeżeli chcą przedstawić postać silnej kobiety, to muszą ją wyposażyć w męskie cechy. I po co? Naprawdę nie ma po co. Tutaj sięgnę do przykładu, który jest bardzo odległy od science fiction, chociaż sam serial był dość absurdalny w sumie. To był serial już w Polsce właściwie kompletnie zapomniany, bo powstał w latach 60. Francuski, przygodowy. Tam jest taka scena, kiedy dziewczyna głównego bohatera, jego ukochana wieśniaczka, ratuje go z ciężkiej opresji w ten sposób, że z kuszy zabija jego prześladowcę.
Naciska spust w tej kuszy i mdleje od razu, bo jest kobietą. Ona w całym tym serialu dopuściła się przemocy dwa razy. Wtedy i raz, kiedy natarczywego żołnierza trzasnęła po głowie sabotem. Poza tym była po prostu kobieca, delikatna. Ponieważ większość kobiet właśnie taka jest. One się maskują, zgrywają twardzielki, rzucają różnymi urwami co pięć minut i tak dalej, ale w głębi pozostają właśnie kobiece. Jest idiotycznym twierdzenie, że kobieta i mężczyzna nie różni się niczym od siebie. Tak jak w naturze. Jest samiec, jest samica. Mają różne role, więc też są różne.
Mężczyzna zawsze musiał być ten silniejszy, bo on miał bronić i żywić. Kobieta miała opiekować się ogniskiem domowym, wychowywać potomstwo, więc u niej rozwinęły się inne cechy. Ale pytanie brzmi, komu to przeszkadza? Czy to jest naprawdę aż takie straszne? Bo mi się wydaje, że naprawdę na siłę szuka się problemów tam, gdzie ich nie ma i stwarza się nowe.
[01:56:09] - Ja tutaj powiem jeszcze o takim, już to cytowałem w audycji, ale odwołam się. To też jest dosyć ciekawe. Robert Małecki powiedział mi w rozmowie, w wywiadzie, że on to widzi w ten sposób, że kobieta pisarz na ogół nie ma problemów z wcieleniem się w rolę męską, to znaczy opisaniem bohatera mężczyzny. Jednym wychodzi lepiej, drugim gorzej. To oczywista oczywistość. Natomiast jak mężczyzna usiłuje być kobietą w pisanej przez siebie literaturze, to już zaczyna być problem. Oczywiście problem do rozwiązania, ale sam powiedział o tym, że kiedy zrobił taką książkę, to musiał się mocno konsultować z koleżankami, jak to się wyraził, kryminalistkami, czyli osobami piszącymi kryminały i z innymi znajomymi kobietami, bo- Stąpał po cienkim lodzie i nigdy nie wiedział, czy pewne zachowania, które sobie wykoncypował, są zachowaniami, które są łatwe do przyjęcia przez czytelnika, czy też to jest jakaś abstrakcja, która mu się w głowie ulęgła. I nawet na tym polu jest różnica pomiędzy pisarzem kobietą, pisarzem mężczyzną. Wiktor się rwie do wypowiedzi. Tylko jeszcze Wiktorze poczekaj chwileczkę, ja tylko zerknę na czat, bo tu mnie pewna wypowiedź zainteresowała.
Katarzyna Cała: „Wolność dla mnie objawia się w możliwości wyboru i do kiedy mogę sama decydować, która droga mi odpowiada. Sztuką jest rozpoznać, czy wybór jest faktycznie mój. Dlatego WW jest darem od Boga niezbywalnym. Wolna wola”. Jasne i bardzo fajnie, że autorka tej wypowiedzi zwróciła na to uwagę. To jest zdanie kluczowe. Sztuką jest rozpoznać, czy wybór jest faktycznie mój. A nasz świat w tej chwili zaczął się specjalizować w manipulacji. Odnoszę wrażenie, że w naszym społeczeństwie ludzie tracą tę umiejętność rozpoznania, czy wybór jest jeszcze ich, czy już jest dokonany pod wpływem różnych tak zwanych przekaziorów albo tak zwanych źródeł nacisku, czyli różnego rodzaju lobby, i tak dalej. Odnoszę takie wrażenie, że czasami ludzie już przestają to odróżniać i wydaje im się, że podejmują jakąś decyzję, a tymczasem ta decyzja została podjęta w zupełnie innych gremiach, a cały wysiłek skupił się na tym, żeby ludzi odpowiednio zmanipulować.
Taka moja refleksja na temat wpisu Katarzyny Całej.
[01:59:27] - Ja bym wrócił chętnie jednak do tematu, który żeśmy podjęli po fragmencie pani Luizy, czyli do literatury damsko-męskiej albo nijakiej. Otóż tak jak ja sobie to wszystko poukładałem, może przypadkiem, a może fałszywie, to z literaturą głównego nurtu było zawsze inaczej, bo ona ma dłuższą historię niż literatura science fiction. Otóż science fiction była na początku patentem czysto męskim, czyli bardzo prymitywnym nawet w wykonaniu takich geniuszy jak Asimova przez Stanisława Lema. I u Lema, i u Asimova bohaterowie praktycznie biorąc nie mają wyglądu. Zwróćcie uwagę, już ten klasyczny Eden to jest klasyczny, ale również dalej wygląd.
[02:00:31] - W Edenie to oni nawet imion nie mają.
[02:00:32] - Imion nie mają, ale wyglądu nie ma. Wygląd u Lema ma Solaris.
[02:00:38] - Tak.
[02:00:38] - Wygląd ma maska, ale nie ludzie. Ludzie są zupełnie... To jest czysto męskie patrzenie na tego. Oczywiście to jest zmienne, bo jeszcze co jest kobiecością, a co męskością, to jest bardzo zmienne. Jeszcze w średniowieczu, nie mówiąc o renesansie, wszelkie barwiczki i pudry były sprawą jak najbardziej męską przecież. Natomiast dzisiaj, jeśli chodzi o science fiction, to rzeczywiście dla mnie następuje trochę zmiana warty. Rzeczywiście wchodzi literatura pisana przez kobiety. Kobiety zwracają uwagę na wygląd, na zachowania, na różne wrażliwe rzeczy. Przy fragmentach pani Luizy można było parsknąć śmiechem parę razy. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Jak jest opisane, choćby ta sekretarka tego rektora czy kogoś na tym uniwersytecie, jak ona jest ubrana. Ja, gdybym miał opisywać jakąś dziewczynę, która wkłada jakąś spódniczkę, to zauważyłbym jako Żwikiewicz, że ta spódniczka jest plisowana i nic więcej.
[02:02:07] - Mogę to wyjaśnić. To jest u mnie niestety rodzaj natręctwa. Nabawiłam się go, czytając skądinąd zresztą genialną powieść Strugackich „Poniedziałek zaczyna się w sobotę”.
[02:02:21] - Tak.
[02:02:23] - Tam jest taki opis, jak bohater trafia do różnych światów wykreowanych przez twórców fantasy i science fiction.
[02:02:32] - Tak. I chodzą ludzie nieopisani w żaden sposób, nieubrani, bez niczego, nie mają nóg.
[02:02:38] - Dokładnie.
[02:02:39] - Tak.
[02:02:39] - I dlatego nabawiłam się właśnie manii opisywania, kto jest w co ubrany.
[02:02:47] - Ale to jest akurat według mnie ogromna zaleta, bo to nie tylko pani ma, ale wszystkie damy, które do naszej audycji przesyłały swoje teksty, włącznie z panią Kamilą Siołko-Borkowską i wszystkie inne mają też tą ciągotę. Jak opisują to tak celnie, drobiazgowo, tu falbanka, tam jakieś coś i tak dalej. To jest dla mnie bardzo fajne, bo to jest odkrywanie innej cywilizacji po prostu, która inaczej opisuje.
[02:03:24] - Ja to mam inny z tym problem Bo czasami jak pada jakieś słowo, to ja nie wiem, co to jest. To jest dla mnie problem.
[02:03:30] - No więc widzisz, że jednak istnieje. Ale to pani Luiza podkreśliła od razu. My się różnimy. Mężczyźni patrzą na świat inaczej, kobiety inaczej. Mężczyzna dąży na przykład do tego, żeby być wojskowym, bo wtedy jest bezpłciowy praktycznie biorąc. Żołnierz jest bezpłciowy.
[02:03:52] - Dążyłem do tego, żeby być żołnierzem.
[02:03:53] - Kobiety nigdy żołnierzami wielkimi nie były. No były. Były również, tak.
[02:03:59] - Wiesz co, kobiety, to już nie raz o tym w audycji mówiliśmy. Różne okrutne gwardie albo takie szczerze oddane władcom to bardzo często składały się z kobiet, ponieważ jedną z, moim zdaniem bardzo pozytywnych cech kobiet jest po pierwsze lojalność, a po drugie coś takiego, co... Jak już są wojowniczkami, to są na ful tymi wojowniczkami. Jak nie, to nie. To jest inna sprawa. Ale to nie jest wszystko takie proste z tymi kobietami.
[02:04:35] - Ja wiem, bo zawsze mi się przypomina historia, kiedy Anglicy, że tak powiem, swoją perłę w koronie, czyli Indie, gnębili, deptali i równali z ziemią. To tam właśnie kobiety zabijały bezlitośnie oficerów angielskich, tych najeźdźców po prostu. Z wielkim powodzeniem zresztą.
[02:05:06] - O tu Wiktor jest wpis na forum. Katarzyna Stefańczyk pisze, potwierdza: „Kobieta za dużo szczegółów wywleka odnośnie jak kto i co wygląda.” Ja nie wiem czy za dużo, ale dużo.
[02:05:21] - Ale dużo.
[02:05:22] - Ale dużo. To prawda. To prawda. Zdecydowanie.
[02:05:25] - Dla mnie jest to istotne. Lubię wiedzieć, jak ktoś, o kim czytam, wygląda. W końcu wyobraźmy sobie taki klasyczny przykład. Wyobraźmy sobie „Anię z Zielonego Wzgórza”, gdzie wygląd głównej bohaterki nie byłby opisany.
[02:05:42] - Tak.
[02:05:42] - Czy jej zachowanie wtedy miałoby sens w wielu przypadkach?
[02:05:46] - Przypomnę inną bohaterkę, której już dzisiaj nikt nie pamięta. W tłumaczeniu różnym Fizia Pończochanka. Pamięta pani?
[02:05:52] - Jak to nie pamiętam?
[02:05:55] - Pippi Rasztrop. Dokładnie. Bez opisu to jej nie ma, nie?
[02:06:00] - No właśnie. Ja uważam, że to jest konieczne. Oczywiście niekoniecznie trzeba się rozpisywać, ale w paru słowach warto zaznaczyć, jak kto wygląda.
[02:06:08] - Oczywiście, że tak. Nużące i takie może mało nowoczesne, a w każdym razie takie przeszkadzające, to jak opis tej osoby tak na pół strony byłby, to wtedy już zaczyna być to drażniące, jakieś takie passe, niedzisiejsze. Natomiast kilka słów na temat wyglądu.
[02:06:27] - Ale mężczyźni dużo lepiej, że tak powiem, opisują rozebrane niż ubrane.
[02:06:33] - No taka specyfika męska.
[02:06:34] - No niestety.
[02:06:36] - Mówiliśmy o tym, że wiesz... Była kiedyś taka książka, wyszła w latach 70. „Что такое научная фантастика?” To wyszło po polsku oczywiście. „Co to jest fantastyka naukowa?” I to jest ciekawe. Tam autor zwraca uwagę na to, z czego ja się śmieję, bo później rzeczywiście natrafiłem w opowiadaniach z lat 50. i 60. Już się dzisiaj z tego śmiałem, że ci obcy przybywają na Ziemię głównie po nasze kobiety. I tam cytuję w tej książce taki fragment autor, że histerycznie krzycząc, znalazła się w objęciach potwora. I tak dalej, i tak dalej. To było coś, szczególne pożądanie ziemskich kobiet przez różnych przybyszów z odległych części wszechświata.
Było specyficzne i ono świadczyło moim zdaniem o tym, co się dzieje w głowach niektórych pisarzy. Po prostu.
[02:07:36] - A to był kompletny absurt.
[02:07:38] - No tak, dokładnie.
[02:07:39] - Pardon, pardon, nie do końca taki kompletny. Przypomnę wam przepiękną bajkę, baśń właściwie czy cokolwiek. „Piękna i Bestia”. Kobiety zawsze miały ciągoty do zwyrodnialców.
[02:07:52] - Nie, nie w tym sensie, nie w tym sensie.
[02:07:55] - Nie w tym.
[02:07:56] - Jakby ci to, Wiktorze, powiedzieć. Ja myślę, że wiesz, to, co robisz w tej chwili, już dzisiaj powiedziałem raz, że to jest dorabianie filozofii do kawałka ciała, a tu dokładnie do kawałka ciała, bo to tak naprawdę znowu nie chodziło o to, żeby tam, że potwór i tak dalej, tylko żeby te dwie rzeczy: seks, potwory i dzielni mężczyźni. To jest fantastyka z lat 50. Ona ma swój urok, ja ją lubię, ale trzeba na nią patrzeć właśnie z pryzmatu tej wiedzy, że ona jest specyficzna.
[02:08:25] - No właśnie, a jednak weźmy pod uwagę, że jeżeli chodzi o science fiction, to to w ogóle jest wielki absurd, bo raz, że DNA danego kosmity raczej na pewno będzie niekompatybilne z naszym. Dwa, jeżeli ten kosmita by nam się wydał odrażający, to jakżeż my moglibyśmy mu się wydać straszni? Bo w końcu standardy estetyczne wynosimy z naszego kręgu kulturowego. Jak po raz pierwszy Chińczycy, o których już wspomniałam, zetknęli się z białymi, twierdzili, że jesteśmy straszne szkarady, a my też nie mieliśmy o nich wielkiego wyobrażenia.
[02:09:03] - Ja nie chcę. Myślę, że to zostało, bo z różnych relacji, niektórych takich dalszych, ale też z pierwszej ręki, to podobno dalej jesteśmy białymi małpami.
[02:09:18] - No my też. My też się różnie wyrażamy.
[02:09:22] - Nie ma człowieka, który nie powiedziałby żółtek.
[02:09:26] - Tak, ale Marek to, co pani Luiza powiedziała à propos tych obcych, którzy dla nas są tacy. To nie trzeba szukać obcych. Jeżeli w lesie spotkasz dzika na przykład, to to jest straszliwie owłosiona bestia z kłami, śmierdząca, cuchnąca, potwornie niebezpieczna. A przecież to jest kochające, piękne, wspaniałe zwierzę ze swojej strony.
[02:09:55] - No cóż, dla takiego pająka człowiek pewnie jest kaleką, który ma tylko dwie nogi.
[02:10:01] - A i w ogóle zmysły mu jakoś inaczej działają, jakoś nie konkretnie. Jasna sprawa. Natomiast jeśli chodzi o to z całą pewnością-
[02:10:13] - Mi się skojarzyło, co musi myśleć modliszka, że tak powiem, wżerająca swojego partnera o naszych kobietach. Przecież one zupełnie nie mają dobrego smaku.
[02:10:25] - No właśnie.
[02:10:27] - Tak jest. Zupełnie. O jednym możemy tu w imieniu autorki i sama autorka to potwierdzi, zapewnić, że tego rodzaju ekscesów pod tytułem „Histerycznie krzycząc, znalazła się w objęciach potwora" w książce „Księżyc. Moje przeznaczenie" nie ma. Jest natomiast to, o czym Wiktor powiedział. Jeśli nawet sobie na chwilę odrzucimy całe te dekoracje, to to jest w gruncie rzeczy opowieść sensacyjna. Czy się mylę, pani Luizo?
[02:11:05] - Nie, absolutnie się pan nie myli. Tutaj mamy po prostu zagadkę, którą trzeba rozwiązać. Całe to podłoże, walkę polityków, walkę wielkich korporacji, czyli to, co jest w książkach sensacyjnych.
[02:11:25] - Ja dla usprawiedliwienia, że tak powiem, tej terminologii sensacyjnej, która jest czasami pogardliwie traktowana, zwrócę uwagę, że „Gilgamesz" również jest eposem sensacyjnym. Walka o Troję, Odyseja i wszystko to są rzeczy sensacyjne. Sienkiewicza „Ogniem i mieczem" jest jak najbardziej sensacyjną, rewolwerową taką fantastyką. Może nie naukową.
[02:11:58] - Fantastyką to była ekranizacja „Ogniem i mieczem" zrobiona w koprodukcji włosko-francuskiej.
[02:12:05] - Tak?
[02:12:05] - Ja myślałam, że padnę ze śmiechu, kiedy to oglądałam.
[02:12:09] - Nie miałem jeszcze możliwości, ale to rzeczywiście zapowiada się niezwykle smakowicie.
[02:12:16] - To bodajże z 64 roku było. Rany, Jurki! To było naprawdę na swój sposób genialne.
[02:12:28] - A mówią, że tylko Polak potrafi. Okazuje się, że nie tylko.
[02:12:32] - Może z tego wynikać, że również jak Polacy piszą o piratach na Morzu Karaibskim, to też tak samo sadzą takie bezsensowne rzeczy, że Anglicy pogną ze śmiechu, nie?
[02:12:45] - Wiesz, Wiktorze, a jeszcze jak sobie tak pomyślę, jak mówiłeś o tej „Iliadzie", czy „Odysei", a jeszcze jak w tej adaptacji „Iliady" jedną z głównych ról, czyli Achillesa, gra Brad Pitt, o ile dobrze pamiętam, to w ogóle to hicior kinowy się staje. Nie ze względu na opowieść, tylko ze względu tym razem już na wygląd, bo jest taki piękny niezwykle.
[02:13:18] - Paryż.
[02:13:20] - No cóż.
[02:13:22] - Tak bywa.
[02:13:23] - Przystojniakiem mógł być, czemu nie?
[02:13:27] - Co więcej, on niecnie wykorzystuje tę swoją przystojniokowatość.
[02:13:32] - Na pewno.
[02:13:37] - Pani Luizo, ja mam jeszcze pytanie związane z treścią książki. Bo jak się człowiek zaczyna zapuszczać w kosmos, a tutaj mamy z czymś takim do czynienia, bo księżyc to już jest jednak jakiś tam kosmos bliski, bo bliski, ale jednak. To zaczynają się, przynajmniej u niektórych autorów, problemy z fizyką, z tymi wszystkimi rzeczami takimi odnośnie świata zastanego. Czyli wiadomo, że na Księżycu jest inaczej niż na Ziemi. I tu pytanie do pani jako do autorki, czy jakichś konsultacji pani zasięga, czy jak się z pani punktu widzenia opanowuje ten inny świat, w tym wypadku Księżyc. Fizyka nie jest inna, ona jest po prostu bardziej widoczna. Jednak jak jesteśmy w przestrzeni kosmicznej czy przy obniżonej grawitacji, to bardziej na to zwracamy po prostu uwagę. Jak pani sobie z tym radziła?
[02:14:47] - Cóż, tutaj konsultacje to mogłam mieć nawet z pierwszej ręki, jeżeli chodzi o to, bo mój ojciec jest fizykiem. Ale tutaj po prostu starałam się, żeby to było w miarę prawdopodobne. Po prostu miasto urządzone pod kopułą, wyposażone w kompensatory grawitacyjne i tym podobne rzeczy. To, co może by się wydarzyć, to znaczy na przykład uderzenie meteoru, jakie zabezpieczenia są podejmowane. To wszystko starałam się, żeby było Przynajmniej prawdopodobne. Niekoniecznie całkiem, bo wiadomo, że są pewne rzeczy, których ja na przykład mogę nie wiedzieć albo które wyglądają trochę inaczej. Ale tak jak powiedziałam, obecność wody na Księżycu, którą tam opisałam, jest już potwierdzona. Rzeczywiście jest ta woda. Nie wiadomo, ile jej jest, ale trochę jest. Jest to prawdopodobnie wodny lód, który dostał się na Księżyc z komet.
I nie tylko to. Kwestie ciążenia to już powiedziałam. Fakt, że woda jest tam najcenniejszym skarbem, bo chociaż jest pewien zapas tej księżycowej, to jednak nie wiadomo, ile tego jest. Nie zawsze można ją znaleźć, czyli większość trzeba po prostu z Ziemi dostarczać. To dotyczy wszystkiego.
[02:16:26] - Pani Luizo, jak ja na początku się wychyliłem z tym, że mężczyźni bywają wizjonerami częściej niż kobiety, to ja teraz wam zaimponuję odrobinę i podepczę Marka, bo Marek-
[02:16:46] - Ale to nowość!
[02:16:48] - Marek tutaj powiedział, że Księżyc to już jest właściwie kosmos. Otóż ja założę, oczywiście dla sztuki w tej chwili, że za kilkadziesiąt lat być może albo za kilkaset przestanie się uważać Księżyc za inny obiekt, za obiekt w ogóle kosmiczny, ale stanie się częścią Ziemi, gdyż Księżyc prawdopodobnie jest częścią Ziemi.
[02:17:19] - Jak najbardziej.
[02:17:20] - Na naszych szerokościach geograficznych my jeszcze nie mamy tego oddziaływania pływów księżycowych. Natomiast już tropiki mają na ten temat dużo więcej do powiedzenia, na ile Księżyc uczestniczy w życiu naszej cywilizacji. A teraz-
[02:17:37] - Tego nie kwestiuję.
[02:17:38] - Poczekaj. Trzeba dopiero być na Księżycu, żeby sobie uświadomić, jaki wpływ może mieć na Księżyc Ziemia. My się dopiero tego dowiemy i wtedy się okaże, że tak naprawdę to jest tylko kobieta i mężczyzna.
[02:17:55] - Ale i tak tam jest inaczej. À propos fizyki, to ja wszystkim tym, którzy czekają w tej chwili na felieton Tomka Fąsa, tradycyjnie powiem, że oczywiście na koniec audycji felieton Tomka Fąsa o fizyce będzie z całą pewnością. Czekajcie państwo cierpliwie. A teraz kontynuujmy, bo Wiktor tak się ładnie tutaj à propos fizyki i że to prawie to samo. Jednak nie to samo, bo jednak tam troszeczkę-
[02:18:28] - Ja powiedziałem mężczyzna i kobieta.
[02:18:31] - No dobrze, niech ci będzie. Pani Luizo, ja mam pytanie odnośnie historii tej książki. Sam fakt, że ta książka najpierw ukazała się w języku angielskim, świadczy o tym, że ona jakiś czas czekała na wydanie. To ile czekała tak mniej więcej?
[02:19:03] - Trzy lata mniej więcej.
[02:19:07] - To było pytanie czysto techniczne. Natomiast za nim idzie inne pytanie: czy jak człowiek ma powieść przez trzy lata, to do niej ciągle zagląda, poprawia, gmera przy tej powieści, czy też ją odkłada na bok i pisze następną?
[02:19:26] - To zależy od autora.
[02:19:28] - A u pani?
[02:19:29] - A u mnie to bywa bardzo różnie. Jeżeli już coś napiszę, to przeważnie w tym momencie uważam, że to jest najlepsze, co mogło być.
[02:19:38] - A to zupełnie normalne jest.
[02:19:40] - Za jakiś czas wracam do tego i widzę całą masę byków, które trzeba poprawić. Także najlepszą metodą jest właśnie odłożenie tej książki na jakiś czas i powrót do niej. Staram się to robić, na czym teksty na pewno zyskują. I mam nadzieję, że czytelnicy też tak będą uważać.
[02:20:09] - Tu jeszcze na czacie trwa dyskusja na temat opisów. Ciekawe. Marzena LU: „Słowo jak słowo. Ja mam problem, jeśli ktoś opisuje jakiś kolor różniący się od podstawowych kolorów. Nigdy nie uda mi się tego ogarnąć”. To pierwsze. Dalej Katarzyna Stefańczyk: „Wolę wiedzieć, kto co ma w głowie, a jak wygląda, to od tego mam wyobraźnię”. „O, właśnie, pani Katarzyno” — pisze Marzena LU. Niby zgoda, ale czasami, tak jak tu zresztą pani Luiza podkreślała, wygląd ma spore znaczenie dla samego przebiegu akcji tego utworu. To przykład z „Anią z Zielonego Wzgórza” i kolorem, chociażby kolorem jej włosów, jest dosyć ważny.
Bez tej informacji pewne zachowania wydawałyby nam się przynajmniej dziwaczne. To, co piszą panie tutaj na czacie, jest o tyle ważne, dla mnie to jest taki sygnał bardzo ważny, że z tymi opisami, zresztą autorzy współcześni, nawet pani Luiza także przecież Nie przesadzają i bardzo dobrze. To współczesne pisanie bardzo mi odpowiada, kiedy te opisy są zwięzłe, skondensowane.
[02:21:44] - Celne.
[02:21:45] - Celne, krótkie. To wtedy rzeczywiście nie gubi się dynamika utworu i to moim zdaniem jest, jeśli można mówić o jakiejś ewolucji w pisaniu, to jest ten pozytywny aspekt ewolucji pisarskiej. Tak to określę. Nie wiem, jak pani uważa, pani Luizo.
[02:22:08] - Ja sądzę, że każdy ma prawo do swojej oceny. Są ludzie, którzy zdecydowanie nie lubią opisów i mają do tego prawo. Oni chcą sobie sami zwizualizować, jak to wygląda. Ale powinni mieć jakieś przesłanki do tej wizualizacji, bo na przykład jeżeli opiszemy, że facet jest koszykarzem, to raczej sobie nie wyobrażą kogoś niskiego i grubego. Tak jest ze wszystkim. Tak jak powiedziałam, ja lubię wiedzieć, jak wygląda dany bohater, bo przecież wiadomo, że człowiek, który o nim pisze, jakoś go widzi. Więc dla mnie jest ciekawe stwierdzenie, jak to widzi autor, kogo on właściwie opisuje. Przecież ta osoba staje się autorowi bliska. Ale oczywiście tak jak powiedziałam, co kto lubi. Natomiast prawie każdy autor opisuje w jakiś sposób swoich bohaterów.
Robił to nawet Witkacy w swoich sztukach. W wielu zaznaczał, jak który bohater ma wyglądać, chociaż w sztukach się tego na ogół nie robi.
[02:23:24] - Ja natomiast jeśli nie znajduję wyglądu postaci w utworze, to mam taki odjazd, że natychmiast wietrzę, że autor szykuje jakiś podstęp. To, że nie zawarty jest opis postaci, nawet szczątkowy, który ma tylko naszkicować tego bohatera, to ja zaraz zaczynam podejrzewać, że w dalszej części utworu wyskoczy coś, powód, dla którego nie został ten bohater opisany. To się czasami sprawdza, ale to już jest fiksum człowieka, który z tym pisaniem trochę ma do czynienia.
[02:24:07] - Marku, ale powody są bardzo ważne. Jak pani Luiza wspomniała Witkacego, to Witkacy robił te notatki prawdopodobnie dlatego, że miał wybitny zmysł plastyczny. Większość scenarzystów może tego nie mieć i nie potrzebuje tego do wypełniania swojego zawodu. Natomiast Witkacy miał zmysł plastyczny, czego dowodem są jego obrazy i nie tylko.
[02:24:34] - Oczywiście. Jak najbardziej.
[02:24:40] - To ja mam teraz propozycję, żebyśmy posłuchali ostatniego fragmentu, ostatniego na dzisiaj, a wszystkie pozostałe fragmenty książki są przed państwem. Wystarczy tylko drogą kupna książkę nabyć.
[02:24:56] - Skoro żeśmy o czymś mówili, to zwróćmy uwagę, czy w tym fragmencie będą jakieś falbanki.
[02:25:02] - Dobrze, zwróćmy uwagę. Marku, prosimy.
[02:25:08] - Opancerzony ślizgacz wywiózł nas poza kopułę Lunaru. Przez okrągły bolec widziałem zarysy księżycowych gór i kraterów, ale przesuwały się za szybko, żebym mogła im się dokładnie przyjrzeć. W ciągu 20 minut znaleźliśmy się przy drugiej kopule, pod którą kryły się fabryki należące do poszczególnych korporacji. Lunwark, jak go nazwano, to coś rozleglejszego nawet od miasta mieszkalnego, gdzie mieściły się biura i domy pracowników oraz lokale rozrywkowe. Pod kopułą można było oddychać, jak się przekonałam, ale powietrze śmierdziało dymem i chemikaliami. Mimo sprawnych filtrów nie wszystkie wonie dawały się usunąć. Teren naszego działania leżał na peryferiach Lunwarku. Nie było tam oświetlenia i porucznik Merino rozdał wszystkim noktowizory. „Żadnych pomyłek” — ostrzegł dla porządku. — „Jeden błąd i ptaszki się nam wymkną.
Warto by ich jakoś podejść. Androidzie, czy naukowców ktoś czasem odwiedza oficjalnie? — Podał noktowizor Montiemu. — Jeśli doktorzy nie usłyszą alarmu, wezmą nas za ludzi przysłanych przez Romeyn Corp. — powiedział android. — Czasem przychodzili w większej grupie, żeby odebrać zamówienia lub odbyć szkolenie. — Nie, dziękuję. Widzę po ciemku bez dodatkowych urządzeń. — Merino odłożył przeznaczony dla niego noktowizor z powrotem do skrytki w ścianie ślizgacza. — Zatem zaczynamy — powiedział.
— Prowadź, androidzie. — On ma na imię Monty. Monty Romeyn — przypomniałam mu ze złością. Denerwował mnie ten człowiek, zwłaszcza że nie mogłam zobaczyć jego twarzy. — Dla mnie to wszystko jedno. Ważne, by doprowadził nas bezpiecznie na miejsce. Android słuchał tej wymiany zdań obojętnie. Poczucie godności z konieczności musiało mu być obce i czekał jedynie na polecenia. Pomyślałam, że będę musiała nauczyć go, iż należy mu się szacunek, jednak trzeba było odłożyć to na później. Szliśmy gęsiego, mijając różne dziwne twory mające imitować częściowo skalne rumowiska, a częściowo park maszynowy.
Dopiero po 20 minutach szybkiego marszu zobaczyliśmy zabudowania laboratorium. Płasko rozplanowany kompleks żelazobetonowych budynków bez żadnych oznaczeń. Było ich co najmniej 15 połączonych ze sobą zadaszonymi korytarzami. Monty przystanął. — Teraz trzeba podejść do strażnicy i powiedzieć, że przesyła nas Lucio Castillani. — Kto to taki? — zdziwił się Hakat. „Nie wiem. Spróbuję” mruknął bez przekonania Merino i ruszył przodem w stronę opancerzonego budynku strażnicy. Na jego spotkanie wyszło trzech uzbrojonych w miotacze ognia mężczyzn.
Mieli na sobie kombinezony używane przez brygady interwencyjne i podobnie jak u towarzyszących nam żołnierzy, ich głowy zdobiły kaski z obwódkami, tyle że przejrzystymi. Odruchowo cofnęłam się. Zakaz posiadania broni dla wszystkich nienależących do służb mundurowych nie obejmował miotaczy ognia, które podpadały pod kategorię narzędzia pracy. A przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby być czymś takim zaatakowany. „Przesyła nas Lucio Castellani” powiedział Alec Merino. Jeden ze strażników skinął głową i dotknął kilku przycisków panelu na bramie. Coś zasyczało i to, co brałem za płytę oliglasu, znikło nagle jak zdmuchnięty płomień świecy. „To jakieś pole siłowe” szepnęła Sue za moimi plecami. W życiu czegoś takiego nie widziałam. Żołnierze przekroczyli bramę i w ułamku sekundy nawet nie zauważyłam, kiedy wszyscy trzej strażnicy zostali ogłuszeni i związani.
„Akcja” zawołał rozkazująco Merino i żołnierze ruszyli biegiem do budynków laboratorium. Policjanci spojrzeli na Cavanaugh, a on na obywatela Hagatha. Ten szturchnął Montiego w ramię. „Prowadź do twego inżyniera” polecił. Android posłusznie ruszył przodem i to tak szybko, że z trudem mogliśmy za nim nadążyć. Wnętrze laboratorium przypominało pokład ogarniętego buntem statku. Atak żołnierzy przeraził personel do tego stopnia, że ludzie miotali się na wszystkie strony, usiłując przynajmniej dowiedzieć się, o co chodzi. Żołnierze zapędzali schwytanych do zaadaptowanego ad hoc na więzienie pomieszczenia, gdzie kilku z nich trzymało straż. Na szczęście nikt nie usiłował stawiać oporu. Monty zaprowadził nas do wewnętrznych pomieszczeń.
Tu jednak napotkaliśmy na przeszkodę. Drogę do serca kompleksu zamykały masywne drzwi zaopatrzone w zamek kodowy. Nasz przewodnik przystanął i obejrzał się na mnie z bezradnością. „Nie umiem złamać tego zabezpieczenia” rzekł. „Zwykle te drzwi były otwarte. Ostrzeżono ich, gdy zaczęła się cała awantura i zamknęli się tutaj” mruknął Cavanaugh i wrzucił do ust kawałek tytoniowej gumy. Wiedziałam już, że chętnie ją żuje. Musiała go drogo kosztować, bo każdy kawałek tego przysmaku sprowadzano z Ziemi. Haggard zwrócił się do Sue. „Dasz radę?” „Powinnam”.
Przyjrzała się panelowi, potem wyciągnęła z torebki małe urządzenie. Podłączyła je do sensorów panelu i zaczęła manipulować przyciskami tak szybko, że trudno było zauważyć ruch jej palców. Przez długą chwilę wydawało się, że nic z tego nie będzie, aż wreszcie rozległo się urywane staccato brzęczyka i zamek szczęknął. Scott Cavanaugh pchnął drzwi i w otoczeniu uzbrojonych policjantów wpadliśmy do laboratorium. Było w nim kilkunastu ludzi obojga płci, wszyscy w białych fartuchach. Monty przyspieszył kroku i dosłownie zasłonił sobą jednego z nich, krępego mężczyznę w średnim wieku o wełnistej czuprynie i czarnej jak węgiel skórze. „Spokojnie” powiedział ostro Haggard. „Panie, panowie. Nie jesteśmy tu po to, żeby was krzywdzić. Jesteście aresztowani, ale nikt wam nawet nie uchybi, nie mówiąc już o czymś gorszym.
Na razie proszę tu zostać, póki żołnierze nie zakończą zabezpieczania obiektu”. Czarnoskóry naukowiec nie słuchał go. „Monty!” krzyknął radośnie, chwytając androida w ramiona. „A więc nie zostałeś złomowany. Nic ci nie zrobili? Mówiono mi, że... Czułem się, jakby serce mi wyrwano”. „Wszystko w porządku, inżynierze Karpiński. Pani Lita wykupiła mnie z zakładu odzysku”. Więc to był ten Karpiński.
Wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej. „Zakład odzysku. Jak oni mogli? Mnie powiedzieli, że przestałeś działać sam z siebie”. Inżynier oglądał androida, jakby chciał sprawdzić, czy na pewno jest cały. „Mówisz, że kto cię ocalił?” „Pani Lita Uncas”. „To ja” powiedziałam, postępując krok naprzód. Spojrzał na mnie z niemal czołobitną wdzięcznością. „Życia mi nie starczy, by się pani odwdzięczyć. Monty to mój najlepszy twór.
Miał być prototypem nowej linii androidów, ale odebrano mi go”. „Dobra, dobra. Dosyć tego” przerwał mu Haggard. „O wszystkim porozmawiamy, gdy przyjdzie na to czas. Na razie proszę się do niczego nie wtrącać. Inspektorze Cavanaugh, zabezpieczy pan wszystkie komputery. Panna Hereford panu pomoże. Wszystkie mają zostać wyłączone i opieczętowane. Od tej chwili stanowią własność rządu”. Spośród stłoczonych w kącie naukowców wystąpiła starsza kobieta z krótko obciętymi, szpagowatymi włosami.
Od razu było widać, że to ona jest tu szefem. Wystarczyło spojrzeć na jej władczą, ostrą jak topór twarz. A zresztą przypięta do kieszeni seledynowego mundurku plakietka nie pozostawiała wątpliwości. „Doktor Stella Ouenas” przedstawiła się nieprzyjaznym tonem. „Wydaje mi się, że przekroczył pan swoje uprawnienia. Gdzie jest formalny nakaz przejęcia?” Haggard uśmiechnął się zimno. „Pani doktor, nakazy to wystawiam ja” zaakcentował ostatnie słowo. „To laboratorium jest własnością Romeyn Corp., firmy, przeciw której toczy się śledztwo federalne. Zostaną państwo przewiezieni na Ziemię i tam rozstrzygnie się wasza przyszłość”. „Jaka przyszłość?
Co chcecie z nami zrobić?” „Już mówiłem. Bądźcie posłuszni, a nic wam nie grozi”. Do pomieszczenia wszedł Alek Merino, wymachując niedbale pistoletem. Towarzyszyło mu dwóch żołnierzy. Poczułam ulgę ujrzawszy, że nic nie wskazuje na to, by stoczyli jakąś walkę. „Obywatelu szefie, wszędzie panuje spokój” - zameldował. „Nikt nie stawiał czynnego oporu. Broni nie znaleźliśmy. Cały personel oprócz tego tu został już odprowadzony do karetki więziennej i zamknięty tam pod strażą. Przekazuję dowodzenie.
Od tej pory pan wydaje rozkazy.” Hekad skinął głową i wskazał na naukowców. „Zaprowadzi pan tych ludzi do drugiego ślizgacza klasy P i odwiezie na rezerwowe lotnisko” - rzekł. „Czeka tam rządowy prom, który odwiezie ich do miejsca przeznaczenia. Następnie wróci pan po nas. My w czasie pańskiej nieobecności rozejrzymy się tu jeszcze trochę.” „Panie... ” Karpiński zawahał się. „Hekad. Obywatel Hekad. Mógłbym z panem zostać?” Spojrzałem na szefa broni, a ten zmarszczył czoło. „Po co?” Przyjrzał się inżynierowi, a potem kiwnął głową przyzwalająco.
„Inżynier Karpiński zostanie z nami” - rzekł. „To nawet lepiej. Pomoże nam sprawdzić obiekt.” Merino zasalutował i skinął na towarzyszących mu żołnierzy. Razem wyprowadzili niestawiających oporu naukowców i po dłuższej chwili usłyszeliśmy świst silników ślizgaczy klasy P, używanych zwykle jako więzienne karetki. „Poszło lepiej, niż przewidywałem” - mruknął Hekad i ponownie zwrócił się do inżyniera: „A więc co ma nam pan do powiedzenia?” Karpiński wzruszył ramionami. „Co tylko chcecie” - odparł. „Po tym, jak postąpiono z Montym, nie mam żadnych zobowiązań wobec korporacji.” W jego głosie brzmiała zaciętość i uraza kogoś, kto został zawiedziony w swych najświętszych uczuciach. Dobrze rozumiałem, przez co musiał przechodzić, gdy nie wiedział, gdzie podziewa się jego najbardziej dopieszczony twór. Co dopiero, gdy powiedziano mi, że został zutylizowany. Henryk Karpiński był krępy, niemłody, miał wyłupiaste oczy i grube wargi, ale w tym momencie wydawał mi się najpiękniejszy na świecie.
W końcu patrzyłam na ojca Montiego. „Czym pan się tu zajmował?” - spytałam. „Budową androidów?” „Tak” - odparł. „Pracowałem nad AI od dawna, ale moją właściwą pracą było coś innego.” Ruszył przodem, a my za nim, mocno zaintrygowani. Minęliśmy pomieszczenia pełne aparatury doświadczalnej i gabinety przypominające medyczne, aż zaszliśmy do części kompleksu oddzielonej śluzą. Karpiński otworzył zamknięte drzwi za pomocą karty kodowej i znaleźliśmy się w pomieszczeniu wyglądającym jak skład protez, odlewów i manekinów. Jeden z nich sprawiał szczególnie przerażające wrażenie. Nie był bowiem pokryty cyberskórą jak inne, a wszystkie jego sztuczne mięśnie i obwody elektroniczne pozostawały odkryte. Nawet czaszka była naga. Przypominała ludzką.
Miała metalowe zęby, a wytrzeszczone minikamery w oczodołach sprawiały makabryczne wrażenie. Kilka androidów było prawie kompletnych, ale żaden się nie poruszał. „Tutaj montowałem egzemplarze próbne” - powiedział inżynier. „Przeprowadzałem testy głównie na bionicznych protezach. Moim zadaniem było stworzenie w pełni sprawnego androida, którego mózg można by zastąpić ludzkim.” Hekad szarpnął się odruchowo w tył. Karpiński tego nie zauważył. Zapewne to, co powiedział, wydawało mu się czymś normalnym. Widziałam jednak, jak piorunujące wrażenie zrobiło to na szefie broni. Na mnie zresztą też. Sam pomysł wydawał się rodem z horroru.
Inżynier podszedł do ściany wyglądającej na pozór zupełnie zwyczajnie i dotknął jej w kilku miejscach. Ściana rozsunęła się powoli i przed nami stanęło otworem jeszcze jedno ukryte pomieszczenie. Henryk Karpiński wszedł do środka i ruchem ręki zapalił światło. Sue za moimi plecami jęknęła, a ja odwróciłam się gwałtownie i zwymiotowałam na podłogę.
[02:38:34] - Halo, halo.
[02:38:35] - Tak, jestem.
[02:38:38] - Właśnie w tym fragmencie pojawia się sztuczna inteligencja. Pojawiają się androidy. Takie bardzo ogólne pytanie: jaką rolę pełnią one w pani uniwersum? Po co one są?
[02:38:58] - Nie chcę za dużo zdradzać, jeżeli chodzi o tę konkretną powieść.
[02:39:02] - Właśnie tak naokoło zadaję to pytanie, żeby za dużo nie zdradzać, ale tyle, ile pani może.
[02:39:11] - Tutaj powstały niejako jako produkt uboczny eksperymentu prowadzonego przez doktora Karpińskiego. Natomiast w całym moim uniwersum pełnią głównie rolę towarzyszy dla ludzi. Dlaczego towarzyszy? W momencie, kiedy toczy się akcja „Duszy”...
[02:39:37] - Przypomnijmy, to jest debiutancka powieść, którą pani napisała.
[02:39:42] - Tak. Jej akcja toczy się jakieś 70 lat po Księżycu. Wtedy produkcja androidów jest już niejako zinstytucjalizowana. Jednak nadal pozostaje to bardzo kosztownym procesem. Także androidy nie są wykorzystywane jako na przykład robotnicy w fabrykach, co mogłoby być teoretycznie bardzo dobre, ponieważ taki pracownik nie choruje, nie robi sobie przerw na kawę ani nie ma z nim innych problemów. Ale tak jak powiedziałam, wyprodukowanie jednego androida jest tak kosztowne, że aby nabyć dla siebie, ludzie są zmuszeni brać kredyt na wiele lat. Jednak nie wszyscy. Są tacy, którym są przydzielani za darmo. Dlaczego? Otóż w tym świecie plagą stały się samobójstwa z powodu samotności.
Jest to społeczeństwo, w którym wielu ludzi jest niejako na marginesie. To już teraz się dzieje. Mamy bardzo duży odsetek samotnych. Ponieważ samobójstwa często dotyczyły ludzi bardzo przydatnych społecznie, rząd zdecydował, że trzeba coś z tym zrobić i właśnie wdrożono program pomocy polegający na tym, że państwo częściowo refunduje zakup androida towarzyszącego. W skrajnych przypadkach nawet jest możliwe przydzielenie go darmo. On ma być substytutem przyjaciół, rodziny, wszystkiego. Ponieważ android nie jest robotem. To jest sztuczna istota, ale myśląca całkowicie samodzielnie, wyciągająca własne wnioski i reagująca w sposób, który często nie da się przewidzieć. Dlatego właśnie może stanowić takiego towarzysza. Myślę, że to najlepsze wytłumaczenie.
[02:42:02] - Okej, to teraz, ponieważ zbliżamy się już powoli do końca audycji, to chciałbym zapytać jeszcze o te kolejne części, bo już wspominaliśmy, że „Księżyc. Moje przeznaczenie” to jest pierwsza część. Wiemy, że główna bohaterka pozostanie na Księżycu. Czy ona będzie dalej robiła karierę policyjną?
[02:42:36] - Tak.
[02:42:38] - W którą stronę to idzie? W którą stronę ten cykl będzie zmierzał?
[02:42:44] - Jeżeli chodzi o moją bohaterkę, tak zupełnie przypadkiem. Wskutek tego, co się stało, okazało się, że ma ukryty talent pozwalający jej prowadzić dochodzenia. Jak wiadomo, zostać detektywem policyjnym to nie każdy może, choćby nawet sto razy obejrzał „NCIS” lub coś w tym guście. Do tego trzeba mieć wyczucie. Trzeba mieć instynkt gliniarza. Okazuje się, że ona to ma. I dlatego Cavanaugh decyduje się ją szkolić. I ona nadal zostaje w tej pracy. Na Księżycu dość trudno byłoby jej wykonywać ten sam zawód co na Ziemi, a coś dla siebie znaleźć musiała. Natomiast dalej będą szukać rozwiązania tego, co ich tam dręczy, bo sprawa wcale nie jest tak jednoznaczna, jak by się wydawało.
Owszem, jest tutaj takie zrzeszenie korporacji zajmujących się eksploatacją Księżyca, złóż księżycowych. Walczą między sobą o dominację w mniej lub bardziej otwarty sposób. Ale to jest tylko jedna sprawa. Tutaj jest dużo więcej problemów.
[02:44:09] - Tak jak powiedziałem, zbliżamy się do końca. To jeszcze musi paść jedno pytanie, takie żelazne, z żelaznego repertuaru. To jest pytanie do pisarza o dalsze plany pisarskie. Bo to jest tak, że właściwie pisarz kończąc jedną książkę, właściwie gdzieś się chwyta za pisanie drugiej. Za co się pani ostatnimi czasy chwyta albo będzie chwytać w najbliższym czasie?
[02:44:41] - W najbliższym czasie kończę w tej chwili drugą redakcję „Duszy”, bo ma wyjść jako drugie wydanie oficjalne. Ale mam rozłożone niejako trzy sprawy. To znaczy drugą część swojego postapo, które wydaje Royal Hawaiian Press. To jest hawajskie wydawnictwo, które wydaje moje książki po angielsku. Poza tym piszę kolejną część „Wiedźmy z Podhala” i czwartą część właśnie tego, czego pierwszą część pan wydał.
[02:45:25] - To nie ja, tylko wydawnictwo. Ja tu jestem tylko, jak to się mówi, trybikiem w tej machinie. Natomiast jeszcze jedna rzecz budzi moje zainteresowanie. To odnośnie książek, które się pojawiają. Jak to się dzieje, że wydaje je pani po angielsku, tak jak pani wspomniała, w tym wydawnictwie na Hawajach, a w końcu Hawaje to jednak kawałek Stanów Zjednoczonych. Inaczej, bardzo często pojawiające się pytanie: skąd ten angielski tekst się bierze?
[02:46:12] - To jest sprawa taka, że do napisania do Hawaiian Press skłoniła mnie Agata Suchocka, autorka książek fantasy o wampirach.
[02:46:31] - Wampirycznych.
[02:46:32] - Tak. Zresztą bardzo ciekawie to przedstawia. Może nie jest to sposób, który uwielbiam, bo powiedziałabym erotyczny, ale pisze bardzo dobrze. Poradziła mi, żebym napisała do właścicielki wydawnictwa, które chce popularyzować polską literaturę. Pomyślałam sobie, że mi to w niczym nie zaszkodzi, więc napisałam. Dostałam odpowiedź. Pani Maria Cohen poprosiła, żebym nadesłała jej swoje teksty. Ta pani jest Polką, tyle że od wieków mieszka na Hawajach. Tam się wychowała i całe jej życie jest związane z tym miejscem. Uznała, że jej się podoba to, co piszę.
Potem jedna książka, potem druga książka. Tak poszło. Z jakiegoś powodu jest to wydawnictwo zainteresowane współpracą ze mną, bo wydało do tej pory cztery moje cykle. „Duszę”, „Lunnarię”, czyli to, co teraz w Bibliotekarium zaczęło. Poza tym jeszcze mój romans czasów wojny stuletniej. To już nie jest fantastyka ani fantasy. To jest książka historyczno-awanturnicza. Tak to można określić. I teraz moje postapo.
[02:48:30] - Postapo nosi tytuł?
[02:48:34] - Cały cykl nosi tytuł „Ziemia, o której zapomniał Bóg”. Pierwszy tom nazywa się „Cień nadziei”.
[02:48:45] - Okej. Pani Luizo, jakby tego nie robić, doszliśmy do końca audycji, a zawsze staramy się przynajmniej zrobić w ten sposób, że na koniec oddajemy głos jeszcze na chwilę autorowi. Proszę powiedzieć, jeśli o coś nie zapytaliśmy w czasie dzisiejszej audycji, jeśli coś pominęliśmy, co jest dla pani ważne, to jest ten moment dla pani.
[02:49:15] - Nie, myślę, że padły wszystkie istotne pytania. Oczywiście, że opowiadać na temat książki oraz całej tej rzeczywistości, bo to w końcu obejmuje cały cykl „Dusza” i teraz cykl „Lunnaria”, to można by mówić bardzo długo, ale myślę, że lepiej będzie zostawić to czytelnikom. Niech sami odkrywają ten świat, bo w końcu ja napisałam swoje, ale to, jakie to wrażenie wywrze na czytelnikach, to już jest ich własnością. Nieraz jest tak, że kiedy autor się dowiaduje, do jakich przemyśleń dochodzą odbiorcy jego dzieła, to sam jest szczerze zdumiony, bo nagle okazuje się, że oni odkrywają tam coś, o czym on wcale nie myślał, kiedy to zapisywał, ale to gdzieś zostało podane. Może zostało wyciągnięte gdzieś z głębin jego podświadomości. Tak to właśnie wygląda. Myślę, że będzie najlepiej za dużo nie mówić. Ludzie sami muszą to odkryć.
[02:50:30] - Pięknie pani dziękujemy za dzisiejszą audycję. Uśmiechnąłem się przy pani ostatniej wypowiedzi, ponieważ mniej więcej tydzień temu o tym czasie mówiliśmy bardzo podobne rzeczy z Wiktorem. O tym, że bardzo często pisarz dowiaduje się, że ludzie wyczytali w jego książce rzeczy, których on tam świadomie nie umieścił. Są tacy, którzy się przeciwko temu buntują. Są tacy, którzy przyjmują to pokornie w myśl zasady, że książka przestaje być w pewnym momencie wyłączną własnością autora, a staje się właściwie wyłączną własnością czytelników i to, co oni sobie tam wyczytają, to tak naprawdę jest najważniejsze. Pięknie dziękujemy za dzisiejszą audycję, za podzielenie się swoimi przemyśleniami. To myślę, że zupełnie spokojnie mogło wielu czytelników nowych do pani ściągnąć. Ja jeszcze tylko powiem o tym, że jeśli chcecie – tu zwracam się do naszych słuchaczy – chcecie państwo posłuchać różnych refleksji pani Luizy na temat książek związanych z szeroko pojętą fantastyką, to zapraszamy do Book Radia. Tam w recenzarium Eliwy znajdziecie państwo w tej chwili już 30 omówienia różnych książek, tytułów od klasycznej SF poprzez fantasy Po literaturę, ostatnio chociażby „Ronja, córka zbójnika”, zahaczającą o literaturę dziecięcą, zbliżającą się przynajmniej do dziecięcej.
[02:52:26] - Nie należy lekceważyć literatury dziecięcej.
[02:52:28] - Oczywiście, że nawet należałoby ją jeszcze bardziej doceniać niż jest doceniana, bo ona dzisiaj czasami bywa określana jako taka literaturka. Bo to wiadomo, dla dzieci się pisze łatwo, bezproblemowo. Otóż fałsz, proszę państwa, fałsz. Chociażby tu przywoływana Astrid Lindgren, która jest autorką „Ronji”, to była wielka dama szwedzkiej, skandynawskiej literatury. I warto o tym pamiętać. To taki truizm, że dla dzieci pisze się tak samo jak dla dorosłych, tylko trudniej. Warto mieć to na uwadze, bo dzisiaj zbyt często literatura dla dzieci bywa odfajkowywana, bo to przecież dla dzieci. Cóż, jeszcze raz pięknie dziękujemy, Wiktorze.
[02:53:24] - Dziękuję bardzo też.
[02:53:26] - Pani Luizo, pani na samym końcu zapraszała do odkrywania świata słuchaczy. To my narzekając tutaj czasami na ten parszywy świat dzisiaj, też zachęcamy chyba do odkrywania, bo ja teraz zauważyłem przy pani wypowiedzi, że ten świat jest trochę dziwny. Z jednej strony parszywy, ale z drugiej strony pani wydaje książki w jakimś wydawnictwie związanym z Hawajami, a mój syn na Wyspach Karaibskich nagrywał płytę raperską dla brazylijskiej firmy. Świat jest dziwny.
[02:54:08] - Tak jak powiedziałem, pięknie dziękujemy pani Luizo. Ja tylko jeszcze powiem, że następna audycja „Bibliotekarium” już za tydzień. Boże Boże, trzy tygodnie pod rząd jesteśmy gośćmi w państwa domach z „Bibliotekarium”. A za tydzień książka, która robi sporo szumu ostatnimi czasy, a mianowicie książka „Alegorytm życia” Marty Sowieckiej, wydana w Wydawnictwie Dziewięć. Będziemy gościli autorkę. Znacie zresztą państwo autorkę, bo w swoim czasie gościła również na naszej antenie. Zapraszamy.
[02:54:49] - Ciekawe co ona sobie nam postawi.
[02:54:52] - Herbatę, kawę.
[02:54:54] - Nie!
[02:54:55] - W każdym razie zapraszam już za tydzień. Za dwa tygodnie oczywiście „ABW”. Chociaż brzmi groźnie to Antologia „Bibliotekarium”, Warsztaty Zaprasza. Znowu będziemy państwa dręczyć swoimi przemyśleniami oraz będziemy państwa bawić opowiadaniami, które są nadsyłane do audycji. Pięknie dziękujemy naszemu gościowi. Pięknie dziękujemy państwu, ale teraz nie zapominajcie państwo, że jeszcze jak skończę gadać, a gadam jak nakręcony, to wszyscy wiedzą, to będzie mówił do państwa Tomasz Fąs. Będzie mówił o fizyce i to jest kolejny świetny felieton tych spraw dotyczący. Pięknie dzięki. Dobrej nocy życzymy.
[02:55:42] - Dobranoc.
[02:55:44] - Dobranoc to jest ona, a dzień to jest on.
[02:55:48] - No.
[02:55:49] - Dobranoc.
[02:55:50] - Dobranoc.
[02:55:56] - Wszystko płynie. Ta niewątpliwie inspirowana wodą myśl, którą jak mi kiedyś powiedziano, przypisuje się antycznemu myślicielowi panu Terej, zainspirowała również współczesnego myśliciela Paulo Coelho, który jedną ze swych wybitnych jak zawsze książek zatytułował „Być jak płynąca rzeka”. W naszej podróży przez pięć żywiołów Arystotelesa śladami Romana Kurkiewicza przyszła dzisiaj kolej na wodę. Woda istotnie kojarzyć się może z podróżą. Wszak wydaje się to stosunkowo łatwy środek, kanał transportowy. Jeżeli już mamy tratwę, możemy się, korzystając z naturalnych rzecznych prądów, poruszać bez dużego wysiłku, choć oczywiście jest to ryzykowne i wiąże się z różnymi niedogodnościami. Czyż nie z podróżą wodną właśnie związane jest jedno z bardziej klasycznych dzieł, „Odyseja”? Biologia z kolei podpowie nam, że my sami w dużej mierze, w większej części składamy się z wody, podobnie jak wszelkie życie i kompletnie bez wody nie jest możliwe. Fizyka i nauki techniczne zaliczają wodę do płynów, choć konkretniej należałoby powiedzieć do cieczy, ponieważ kategoria płyny obejmuje zarówno ciecze, jak i gazy. Tak się przynajmniej w języku technicznym przyjęło.
Różnica pomiędzy cieczą a gazem wydaje się dość oczywista, chociaż by to sobie dodefiniować, można powiedzieć, że już tak na pierwszy rzut oka różnica przynajmniej pomiędzy wodą w stanie ciekłym a gazowym, jest taka, że wodę jako wodę widać. Wodę jako ciecz widać. Co prawda jest przezroczysta, o ile nie jest zabrudzona, ale ma tę zdolność załamywania światła w stopniu zauważalnym. Odbijania, trochę załamywania i przez to ją widzimy. Bardziej konkretnie, bardziej tak już metodycznie podchodząc, to istotną fizycznie różnicą jest to, że ciecze w bardzo niewielkim stopniu są ściśliwe. Różnicą jest oczywiście gęstość. To podstawa. Czyli waga danej objętości. Waga jednego litra na przykład jest zdecydowanie większa oczywiście w przypadku wody w stanie ciekłym przy jakimkolwiek ciśnieniu w stanie gazowym. Z gęstością wiąże się też ściśliwość.
To znaczy to, że jak macie państwo powietrze zamknięte w jakimś zbiorniku, strzykawce na przykład, to bez problemu naciśniecie ręką i ta objętość się zmniejszy, a poczujecie nacisk z wnętrza tej zatkanej strzykawki, jak zatkacie wypływ. Natomiast w przypadku cieczy nie jest to takie proste. Ta ściśliwość jest bardzo niewielka, jak to się mówi pomijalna, bo więcej mamy tych atomów koło siebie i trudniej je do siebie zbliżyć. Stan skupienia wody, jak i każdej innej substancji, każdego innego związku zależy oczywiście od temperatury. Przy czym jak państwo sobie wpiszecie na przykład w Google hasło „woda wykres fazowy”, to zobaczycie rzecz być może dla was znaną, a może nie dla wszystkich, że te temperatury, do których się przyzwyczailiśmy, czyli 0 stopni i 100 stopni, na których bazuje ten moment Celsjusza, działają przy ciśnieniu atmosferycznym. Natomiast w zależności od ciśnienia, temperatura wrzenia może się znacznie obniżać aż do momentu krytycznego, kiedy to woda w ogóle w stanie ciekłym nie występuje, a jedynie stan stały przechodzi od razu w gazowy. Taka ciekawostka. W próżni woda prawdopodobnie nie może występować w stanie ciekłym. Istotnym parametrem zatem tak w przypadku cieczy, jak i w przypadku gazów jest ciśnienie. I to przenoszenie ciśnienia to jest narzędzie powszechnie wykorzystywane w technice.
To, że możemy przyłożyć siłę, przyłożyć pewien nacisk, który jest wektorowy, ma kierunek i jeżeli przyłożymy go w jednym miejscu do zbiornika z wodą, to możemy uzyskać to samo ciśnienie w zupełnie innym miejscu i w innym kierunku, ponieważ ciśnienie w płynie jest skalarem, działa we wszystkich kierunkach jednakowo, w przeciwieństwie do nacisku kierunkowego. Stąd układy hydrauliczne różnego rodzaju, które nam poprzez ciecz, poprzez płyn mogą przenosić siłę zadaną przez sprężarkę, przez pompę. Ciecz w przeciwieństwie do gazu wypełnia naczynie, do którego została wlana tak jak gaz, ale gaz jak go zamkniemy do naczynia, to w całym tym zbiorniku się rozprzestrzeni. Zwłaszcza jak tam nie będzie innego gazu. Bo jak tam dwutlenek węgla z powietrza na przykład sprowadzimy, to jak się nie wymieszają, to chyba tam będzie jakaś proporcjonalność zależnie od wysokości. A jakbyśmy jeden gaz umieścili w zbiorniku, to on nam wypełni cały ten zbiornik, stopniowo się rozszerzając. Ciecz natomiast dopóki nie osiągniemy tak niskiego ciśnienia, żeby przeszła w stan gazowy, to będzie nam zbiornik wypełniać tylko do określonego poziomu, a wyżej będzie podciśnienie. Tak więc, proszę państwa, wszystko płynie. W chamskim, prostackim newtoniźmie za płynięcie, przepływ zarówno cieczy, jak i gazów odpowiada parametr zwany lepkością, czyli on jest utożsamiany z tak zwanym tarciem wewnętrznym. I to jest coś, czego smoła ma dużo, a woda ma mało, a olej gdzieś pomiędzy się będzie lokował.
Czyli odpowiada ona za to, z jaką łatwością płyn przemieszcza się często przez niewielkie otwory, niewielkie przewody. Im tej lepkości mniej, tym ten przepływ będzie szybszy. I tu pojawiają się tak zwane ciecze newtonowskie i ciecze nienewtonowskie, czyli takie, których lepkość zdaje się nie jest stała. Tak to mniej więcej jest najprościej powiedzieć, że ona zależy od różnych rzeczy. Wtedy to nie jest prosta newtonowska ciecz. I to jest, proszę państwa, wszystko proste tak długo, jak długo przepływ jest, jak to się mówi, laminarny. Kiedy wszystko płynie ładnie, prosto, wypełnia cały przewód, zaczyna lecieć, leci. Natomiast teoria chaosu rozpoczyna się w momencie, kiedy jest parametr zwany liczbą Reynoldsa. Nie będziemy sobie tym zawracać głowy. W każdym razie w pewnym momencie pojawia się wzburzenie, pojawia się pewna niepewność w tym przepływie, jakiś czynnik zaburzający opóźnienie.
Przepływ podlega tak zwanej turbulencji. I tutaj z kolei przypomina mi się anegdota, dowcip, zabawna humoreska, jak to zapytano jakiegoś z całą pewnością wybitnego fizyka bądź matematyka, o co zapytałby Boga, gdyby przyszło mu się z nim spotkać. I tenże mędrzec miał odpowiedzieć, że zadałby dwa pytania. Pierwszym byłoby pytanie o granice wszechświata, a drugie to poprosiłby o pełny, precyzyjny, wyczerpujący model turbulencji. I w pierwszym przypadku oczekiwał, że być może jakąś odpowiedź uzyska. W drugim raczej powątpiewał.
[03:03:25] - To był kolejny już felieton fizyczny Tomasza Fąsa. I tym akcentem kończymy dzisiejsze, kolejne wydanie „Bibliotekarium na żywo”. Byli z nami Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość, pani Luiza Dobrzyńska, autorka powieści „Księżyc. Moje przeznaczenie”. Audycję jak zawsze ostro technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium Paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę również słuchaczom Book Radia i do usłyszenia ponownie w kolejnym „Bibliotekarium” już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl