Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Za oknem upał przepotężny, a my jesteśmy chyba jacyś tacy bezlitośni, bez empatii, bo będziemy jeszcze bardziej rozgrzebać dzisiejszym nowym odcinkiem audycji „Bibliotekarium na żywo”. Dzisiaj będzie szczególnie interesujący odcinek dla fanów science fiction. Punktem wyjścia do dyskusji będzie tym razem powieść autorstwa Stefana Wula pod tytułem „Remedium”. Usłyszymy również odczytaną moim skromnym głosem wersję wywiadu Marka Żelkowskiego z Andrzejem Wójcikiem, czyli postacią bardzo zasłużoną dla polskiej sceny SF. Tradycyjnie już teraz zapraszamy do komentowania audycji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios". Po drugiej stronie połączenia internetowo-telefonicznego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do naszego radia. Dzisiaj nadajemy na żywo.
Będzie można dzwonić i pisać. Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium, Bok Radia oraz Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Rubieżach Rzeczywistości. Jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc czas teraz na magiczne „Halo, halo Bydgoszcz”.
[02:27] - Halo, halo! Możemy powiedzieć z pełną odpowiedzialnością „dzień dobry”, bo o wieczorze to jeszcze właściwie nie ma mowy. A zatem dzień dobry. Wiktorze, ty tam jesteś?
[02:44] - Dobre, dobre. Ja tak myślę sobie coraz na temat tej audycji, to coraz więcej jest takich audycji właściwie adresowanych do ludzi, do pokoleń, które jeszcze żyją, które się jeszcze na tej pożywce wychowały. Bo dla tych nowych młodych to już jest zupełnie abstrakcja i dzwonienie na odbytą gdzieś tam dawno mszę.
[03:26] - Nie do końca, bo ja sobie przed naszą audycją przejrzałem kilka portali książkowych, co piszą na temat tych książek, o których będziemy dzisiaj mówić. Bo tak jak powiedział Marek, punktem wyjścia, pomysłem do zrobienia dzisiejszej audycji był twój dialog, Wiktorze, z naszym gościem, w którym rozmawialiście o książce Stefana Wula „Remedium”. Mówiłem o tym, że oryginalny tytuł to jest „Odyseja pod kontrolą”. Sporo mówi, ale właściwie też nie opowiada wszystkiego. To był punkt wyjścia. Przyszło mi do głowy i Wiktor się z tym zgodził, że warto w ogóle wrócić do tej serii, w której książka się ukazała. Nikt dzisiaj nie pamięta, jak ta seria się nazywała. To była seria Krajowej Agencji Wydawniczej. Ona się nazywała „Fantazja, przygoda, rozrywka”, ale nikt dzisiaj tego nie pamięta, proszę państwa. Nawet myślę, że za czasów, kiedy ona się ukazywała, ja na pewno nie znałem tej nazwy.
Natomiast powszechnie mówiło się, że to jest seria z glizdą. Z racji znaczka, który wydawca zaproponował, to była taka stylizowana litera „SF”. W rezultacie wyszła glizda. Co będziemy się oszukiwać. W każdym razie wyjdziemy od Wula. Właściwie pewno nie. Pewno dojdziemy do Wula w pewnym momencie i do jego „Remedium”, a powiemy troszeczkę o początku historii nie science fiction w Polsce, ale pewnej masowości. Bo owszem, przed serią Krajowej Agencji Wydawniczej ukazywała się seria znacznie bardziej zasłużona i wydająca bardziej komercyjne, a z drugiej strony atrakcyjne dla czytelników książki. Mam tu na myśli serię „Fantastyka, przygoda”, która się ukazywała w Iskrach. Oczywiście druga seria w Czytelniku z Kosmonautą.
To były serie, które oczywiście miały swoje miejsce i trudno byłoby zakwestionować ich pozycję. Natomiast KAW stworzył coś nowego. O tym zresztą w wywiadzie, którego dzisiaj będziecie państwo mieli okazję posłuchać troszeczkę, Andrzej Wójcik, który wtedy dowodził Krajową Agencją Wydawniczą, a właściwie nie całą agencją, a tym działem, który zajmował się wydawaniem fantastyki, troszeczkę o tym powie. Natomiast rzeczywiście to była pierwsza taka seria, dzięki której młodzi pisarze, ludzie zaczynający swoją przygodę, wtedy jeszcze z piórem, mogli debiutować i to debiutować, proszę państwa, w niebanalnym nakładzie 100 000 egzemplarzy, bo taki był nakład średni owych książeczek, niewielkich formatowo. To też nie do końca prawda, bo później się zamieniły w duży format, ale o tym oczywiście powiemy później. W każdym razie to była seria chociażby z tego względu ciekawa. Seria nierówna, bardzo nierówna. O tym też nasz gość, a właściwie w wywiadzie czytanym przez Ivelliosa, o tym powie, jak to bardzo nierówna seria była, bo ukazywały się tam perełki, ale ukazywały się też ewidentne gnioty, czego zresztą sam przedstawiciel wydawcy nie ukrywa i mówi nawet o tym troszeczkę, dlaczego się te gnioty ukazywały. Mimo wszystko to była seria ciekawa. Pamiętam, jak byłem podekscytowany, kiedy zacząłem swoją przygodę od jednej z pierwszych książek, która się ukazała w tej serii, a mianowicie od książki Krzepkowskiego „Obojętne planety”.
Dzisiaj ta książka Andrzeja Krzepkowskiego jest dosyć powszechnie krytykowana. To zbiór opowiadań. Ludzie się krzywią, wymieniają jego książki, jego powieści, ale zbiór „Obojętne planety” przepuszczają troszeczkę przez zęby. To oczywiście nie był początek serii. To był mój początek serii, dlatego, że ja wtedy trafiłem na tę książkę w kiosku. Bo właśnie w kiosku można było te książeczki kupić. Wiktorze, a jaki był twój pierwszy kontakt z serią kawowską? Bo ty miałeś zupełnie inną perspektywę. Ja to oceniam, w '78 roku się zaczęła ta seria ukazywać, więc ja to oceniam troszeczkę z perspektywy nastolatka kończącego właśnie szkołę podstawową i myślącego o liceum. Ty natomiast byłeś dojrzałym człowiekiem, a w dodatku człowiekiem wydającym już książki.
Jak dla ciebie wyglądało to zjawisko wydawania serii fantastyka, przygoda, rozrywka Krajowej Agencji Wydawniczej?
[08:52] - Ja zupełnie z boku tego nie oglądałem. Mało mam obserwacji. Natomiast z bardzo prostego powodu. Ja wtedy siedziałem po prostu i grałem w brydża z Andrzejem Wójcikiem, jego żoną, z Darkiem Truniem, Jackiem Rotkiem, z tymi ludźmi, którzy tę serię robili. Myśmy się zagrywali wtedy w brydża, paląc namiętnie papierochy i dyskutując również o tym. Byłem uczestnikiem tego całego zamętu, kiedy ta seria powstawała. To były kwestie dyskusji przy tym brydżu na ten temat. Ja tak ją odbierałem. Dlatego też Wójcik po prostu zwrócił się do mnie, też przy jakimś dobrym whisky. Wiktor Holender też tam malował jakieś okładki, bo ja swoje ilustracje do swoich książek robiłem.
Ja nie byłem grafikiem, nie byłem ani dobrym grafikiem, ani żadnym grafikiem, ale jakiś tam talent miałem. Więc po prostu z braku laku, bo nie było lepszego, to po prostu ja to robiłem. Zacząłem robić te okładki, nawstraskałem ich tam sporo. I tak to jakoś leciało. Natomiast ja też pociągnę to, co, Marek, mówiłeś, bo na wiele rzeczy, na wiele zjawisk takich kulturowych trzeba patrzeć czasami bardzo względnie. Otóż my musimy sobie uświadomić, że czytelnik polski był strasznie rozbeczony po prostu jakością tej literatury science fiction, która docierała do niego w Polsce za czasów komuny, niestety. Po pierwsze Lem wysoko zawiesił poprzeczkę. Do tej poprzeczki podskakiwał tam Zajdel i wielu innych, i Śniadecki, Wiśniewski, Jola Muś i tak dalej. Ja również. A przede wszystkim to były cholernie dobra jakość nie tylko literatury, ale jeszcze takich niedobrych tłumaczy mieliśmy, jeśli chodzi o literaturę anglosaską, która królowała wtedy na świecie, jeśli chodzi o science fiction.
Po prostu polski czytelnik był rozbeczony. Zupełnie tak, jakby się nie spławił. On w ogóle nie miał pojęcia, Bogie, naprawdę o tym, jaka jest science fiction światowa, co jest i tak dalej. Właściwie tylko tą śmietankę oblizywał z góry. Trzeba sobie dzisiaj uświadomić, że do nas docierały tylko ta Literaturę, ale nie ten sam olbrzymi, ogromne to zwałowisko tego świństwa, które szalało w Stanach i w całej Europie. To było takie cholernie elitarne. W dodatku trzymające wtedy rzeczywiście za gardło cały dostęp do tej wydawniczy. Żeby się przebić przez Leszka Jęcmyka na przykład, trzeba by było być Zajdlem, Oramusem, bozem, może Żwikiewiczem również. Natomiast Agnieszka nie miała dostępu w ogóle do takich rzeczy. Nawet jeżeli coś by zrobił dobrego, to była trzecia liga.
To nie interesowało w ogóle tych tłumaczy i wydawców, którzy rządzili wtedy. I co? Ta seria Wójcika to trzeba patrzeć na pewne zjawisko. Jako zjawisko takiego: nareszcie puściła tama, nareszcie można mieć dostęp do tego, co się u nas dzieje. Do jakiego przecież wszyscy amerykańscy pisarze mieli dostęp do swoich fanzinów, do tego wszystkiego. Przez to gigantyczne ilości szmatławców przesiane docierało do nas. Natomiast tego rynku wydawniczego w Polsce nie było i Wójcik właściwie stworzył rynek. To znaczy dał miejsce dla tego. Czy się coś w tym pojawiło? Na pewno się pojawiło, bo na pewno parę nazwisk, które nigdy by nie zaistniały, nie miałyby szansy na wydanie żadnej książki, gdyby nie seria Wójcika.
Innych wydawców to nie interesowało. To była Warszawa, Kraków i tak dalej. To była wielka tama. Nagle pojawiali się ludzie z jakiegoś Przemyśla, z jakiejś Bochni i tak dalej, z jakiegoś polskiego zadupia z książkami, które wcale nie były najgorsze, a przede wszystkim trzymały poziom taki, jaki w Polsce był. A on był. Zresztą bardzo podobną inicjatywę do tej wójcikowej, przynajmniej dla mnie, była inicjatywa Roberta Schmidta wydającego swoje pismo „Fantasy i horror” i jak tam jeszcze koleś ma-
[15:54] - I science fiction. Z tym, że kilkadziesiąt lat później.
[16:01] - Tak, kilkadziesiąt lat później, ale zrobił dokładnie to samo. W podobny sposób zresztą również zareagował w pewnym momencie „Fenix” jako pismo. Też zaczął publikować ludzi nie z tej topowej. Nagle się okazało, że istnieje Ziemkiewicz, istnieją inni ludzie, którzy cholernie dobrze pisali. W ten sposób należy patrzeć. To było pewne zjawisko, wiadomo czego, znowu się gimnastykuję.
[16:49] - Zresztą warto pamiętać, że „Fenixa” założył właśnie Ziemkiewicz. To był pierwszy naczelny tego pisma. Właśnie w proteście przeciw mainstreamowej, może przesadzam, ale w każdym razie według niektórych ludzi lubiących fantastykę, dosyć skostniałej fantastyki, miesięcznika „Fantastyka”. Jak z tym skostnieniem było, to inna sprawa. W każdym razie „Fenix” był objawem takiego buntu, ale to jesteśmy w zupełnie innych czasach. Natomiast my w tej chwili żeglujemy gdzieś w okolicach roku 1978, bo wtedy się ukazał pierwszy tom z serii, o której dzisiaj będziemy rozmawiać, serii kawowskiej. I tak jak Wiktor powiedział, to rzeczywiście było otworzenie rynku. W każdym razie pozwolenie, żeby ludzie piszący, tak jak powiedział Wiktor, zaistnieli. Bo był jeszcze jeden hamulec. Nie dość, że trudno było konkurować w tych mainstreamowych, znowu nie to słowo jest.
Nie mainstreamowych, ale w tych poważnych wydawnictwach. Nie obrażam chyba CAW-u. CAW był jednak takim wydawnictwem, które promowało literaturę nieco lżejszą. Natomiast w tych wydawnictwach typu „Czytelnik”, typu „Iskry” przebicie się ze swoją książką, udało się na przykład Edmundowi Wnukowi Lipińskiemu w serii „Z kosmonautą” wydać „Wir pamięci". Ale to była jedna z niewielu książek Polaka, która się ukazała w tej serii „Z kosmonautą” czytelnikowskiej. Dosyć podobnie było z serią „Fantastyka: przygoda”. Tam się oczywiście ukazywały różne książki, ale tak jakby od razu powiedzieć, to na przykład, cóż, Konrad Fijałkowski chociażby wtedy się tam pojawiał, ale to też nazwisko jak najbardziej znane. Natomiast ludzie, którzy zaczynali swoją przygodę z piórem, nie mieli szans ani w Iskrach, ani w Czytelniku. KAW stwarzał tę możliwość i o tym Wiktor powiedział. Ale było jeszcze jedno zjawisko, które było równie paskudne i występuje do dzisiaj i jest równie paskudne.
Otóż pisarze piszący SF, zajmujący się fantastyką, nie byli traktowani przez — tu jest właśnie to słowo, którego używałem wcześniej niepotrzebnie — nie byli uważani przez mainstreamowych pisarzy za równych. Uznawali ci pisarze mainstreamowi, że to jest jakaś podliteratura, jakaś głupota, którą się nie warto zajmować. W związku z tym, ponieważ w ogóle PRL to było takie dziwne państwo, w którym papier był rzeczą deficytową, musiał być na „Trybunę Ludu”, a na książki może już nie zawsze. Chociaż znowu, żeby być sprawiedliwym, poziom czytelnictwa, nakłady, wychodzące książki. Myślę, że to rzecz do dyskusji. Co było lepsze, co gorsze? Nie podejmuję się tej dyskusji dzisiaj, bo są argumenty i za, i przeciw, więc zostawmy ten temat. Może przyjdzie kiedyś czas, żeby o tym porozmawiać, jak PRL dbało o czytelnictwo, jak czytelnictwo wygląda dzisiaj. Nie otwierajmy puszki z tą, jak mawiał pewien poseł, Pandorą, czy też jak chce historia Pandory. W każdym razie tak sobie pomyślałem, że ta seria Wójcika, tak jak powiedział Wiktor, oblekam to w masę słów, ale Wiktor ma właściwie rację.
To było otworzenie rynku dla ludzi młodych, dla ludzi zaczynających pisanie. Ale też nie do końca, bo jedną z pierwszych książek była książka „Władcy czasu” Stefana... Chyba nie pomyliłem tym razem imienia. Tak, Stefana Weinfelda.
[21:21] - Weinfelda, tak.
[21:22] - Weinfelda. To stary pisarz. On jeszcze później wydał jedną książkę w serii z Glizdą, ale to było inne pokolenie. To był pisarz, który się z tym swoim SF-em, niektóre z tych opowiadań bardzo nawiązują poetyką chociażby do Wellsa. On się nie bardzo mógł przebić z tą poetyką w tych głównych wydawnictwach, w tych mainstreamowych wydawnictwach, a w kawowskiej serii z Glizdą jak najbardziej. Więc mówię, traktujmy młodych pisarzy czy też takie otworzenie rynku dla młodych, traktujmy z pewnym przymrużeniem oka. Raczej otwarcie nowego rynku polskich pisarzy. Sprawienie, że to nie będą takie rodzynki, jak były poprzednio. Czyli gdzieś tu był Konrad Fijałkowski. O Lemie w ogóle nie wspominam, ale gdzieś tu było kilku innych pisarzy, gdzieś się pojawia już wtedy Zajdel, wydawał w naszej księgarni.
Była seria oczywiście naszej księgarni „Stało się jutro”. Tam też polscy pisarze publikowali, ale to były jednak nazwiska, które wypłynęły chociażby w „Młodym Techniku”. To było jednak pewne środowisko. Tymczasem KAW sprawił, że nagle można było wskoczyć do planu wydawniczego. Może tak, do planu wydawniczego i po iluś tam latach — bo to niestety był czas mierzony w latach — po iluś tam latach trzymać w ręku swoją własną pierwszą książkę. Myślę, że to w czasach PRL-u to był przełom jak przełom, ale to było coś, co było ważne dla pisarzy. To chyba Wiktor może o tym bardziej powiedzieć.
[23:23] - To był przełom, Marku. To był tak samo, jak wiele, wiele innych. Zawsze jest coś, co istnieje, i coś, co przełamuje ten stan zastały, że tak powiem. I kwestia do dyskusji. Jak dyskutujemy o jakości, a ja, Holender, zawsze wzruszam ramionami. O Boże, stymuluj. To tak jakby w jakiejś pierwszej lidze piłkarskiej liczyła się tylko jedna drużyna, taka jak Barca, a reszty jakby nie istniało. Niestety, jak jest liga, to muszą być drużyny topowe i muszą być gorsze. Muszą być mecze kiepskie i brawurowe, czasami wcale nie w wykonaniu tych najlepszych. I tak samo jest w kulturze.
Po prostu ważne, żeby się coś działo, żeby przynajmniej ci, którzy chcą, mogli. W tej chwili też jest bardzo podobnie, że ci, którzy chcą, nie za bardzo mogą. Ale się starają, choćby przysyłają do nas opowiadania albo własnym sumptem wydają książki. Zawsze jest potrzeba krwioobiegu.
[25:11] - To jest akurat zjawisko jak najbardziej pozytywne, że ludzie chcą wydawać.
[25:15] - Tak.
[25:16] - Że ludzie chcą pisać. To oczywiście, tak jak powiedziałeś, jest na różnym poziomie i ja myślę, że Andrzej Wójcik to dobrze zdiagnozował i dobrze wykorzystał. Słowo „wykorzystał” ma chwilami pejoratywne odcienie znaczeniowe, ale on wykorzystał w tym najlepszym znaczeniu tego słowa. Powiem o swoim kontakcie pierwszym z serią Glizdową. Otóż ja pierwszą książkę, którą kupiłem, wypatrzyłem gdzieś w kiosku, to była książka Stefana Weinfelda, którego wspominałem, „Władcy czasu”. To jest w ogóle problem, proszę państwa, w jakiej kolejności się te książki ukazywały. Na pewno nie ukazywały się w takiej kolejności, jak sugeruje portal Lubimy Czytać. Tam jest zestawienie tej serii, ale ono się niestety myli. Nie taka była kolejność wydawania książek, chociaż jesteśmy tam zapewniani, że owszem, taka. Na pewno nie taka.
To nie znaczy, że wiem dokładnie, co się po kolei ukazywało, ale wiem, że część rzeczy jest mocno pomylona. Nie wiem, czy dzisiaj jesteśmy w stanie w ogóle dojść do tego, co było pierwsze, co było drugie i nawet nie wiem, czy jest sens. Może ze względów historycznych czy prowadzenia porządków, ale tak naprawdę sensu praktycznego to nie ma. Natomiast mój pierwszy kontakt właśnie z książką „Władcy czasu”. Przeczytałem i to była taka „stara fantastyka”. Weinfeld w taki sposób pisał zbiór opowiadań, w którym pierwsze opowiadanie otwierające to tytułowe „Władcy czasu”, ale później „Pojedynek”, „Szaleniec”, „Zwrotnica czasu”, dalej „Kaczkonauti” i tak dalej. Tych opowiadań jest tam trochę. I to były takie opowiadania w starym stylu. To już mówiłem. Dopracowane, wypieszczone, wymuskane.
Ja jeszcze wtedy, kiedy kupiłem tę książkę, nie zdawałem sobie sprawy, że mam do czynienia z serią, mówię: „Fajna książeczka. Poczytałem. Super.” A tu pewnego dnia patrzę sobie w kiosku i widzę: Andrzej Krzepkowski, „Obojętne planety”. W umyśle nastolatka to była prawdziwa burza. Kurde, następna seria! Natychmiast nabyłem drogą kupna „Obojętne planety”. I powiem tak: wspominałem o tym, że dzisiaj ten zbiorek opowiadań Krzepkowskiego nie jest rozpieszczany przez krytykę, przez ludzi, którzy fantastyką się interesują. Niemniej jednak ja wtedy byłem zachwycony, że tego rodzaju fantastyka się pojawia. Tam są czasami bardzo proste opowiadania. Myślę, że ci, którzy zarzucają temu zbiorkowi, że on jest zbyt prosty, pewno mają trochę racji, ale ja już się naprawdę nie potrafię oderwać od pewnego sentymentu, od tego, że po prostu to był jeden z tych tomików, który gdzieś tam kiedyś na początku nabyłem.
I mam do niego sentyment po prostu. I to był mój drugi tomik. Później było długo nic. I ja miałem taki dziwny zwyczaj. Nie wiem, czy dziwny, ale spędzałem weekendy. Wtedy jeszcze nie było wolnych sobót, więc te weekendy krótkie, PRL-owskie. Były wolne soboty, ale jedna w miesiącu. I szczególnie lubiłem te soboty. Spędzałem te weekendy u babci i dziadka. Specjalnie jechałem ze swojego osiedla, na którym mieszkałem, do centrum miasta, gdzie mieszkali moi dziadkowie.
Tam miałem weekend laby. Jak to rozpieszczany wnuk, mogłem robić, co chciałem. To też robiłem, szalałem i tak dalej. Ale jako późny nastolatek tę podróż do centrum odbywałem samodzielnie. Idę sobie ulicą, patrzę, a tu w kiosku znowu Glizda do mnie mruga tym swoim znaczkiem SF-owym i widzę tytuł, którego w ogóle nie rozumiem. „Paroksyzm. Numer minus jeden”. Powiedzmy sobie szczerze, nie wiedziałem, co to jest paroksyzm, ale wiedziałem, że książka jest SF. Natychmiast ją nabyłem. Książka jest niespecjalnie gruba, a właściwie to jest taki wybieg, żeby nie powiedzieć, że jest cieniutka w sensie objętości.
Napisał ją Ryszard Głowacki. Notabene później wydał jeszcze jedną książkę w serii z Glizdą. I ten „Paroksyzm. Numer minus jeden”. Już nie pamiętam, czy to był piątek, czyli ta PRL-owska wolna sobota, czy też to była sobota, kiedy podróżowałem do babci. To jest nieważne. Ważne, że jak przybyłem sobie do dziadków gdzieś w okolicach godziny 16:00- To już w okolicach godziny 20.00 byłem po lekturze tego tomiku i zrobił on na mnie ogromne wrażenie. Dzisiaj pewno takiego wrażenia by nie zrobił. To jest powieść, historia o tym, nad czym zastanawiał się nie raz każdy z nas. Co by było, gdyby przyjąć, że teoria Big Bangu, tego pulsowania wszechświata jest prawdziwa?
I gdyby wymyślić jakiś taki myk, żeby przetrwać to zapadnięcie się wszechświata i odrodzić w nowym wszechświecie. Autor tej powieści coś takiego proponuje i to mi się wydawało wtedy, użyję słowa, którego nie wiem, czy wtedy używałem, ale czegoś podobnego na pewno. Było zajebiste! Po prostu zajebiste. Już wiedziałem, że seria się ukazuje. Miałem trzy książeczki, tak jak mówię: „Władcy czasu”, „Obojętne planety” i „Paroksyzm numer minus jeden”. I wtedy zacząłem polować na serię z glizdą. Bardzo szybko dowiedziałem się, że jednak, pomimo swojej czujności rewolucyjnej człowieka opętanego fantastyką naukową, przegapiłem jedną książkę. Przegapiłem książkę znaczącą ze względów chyba intelektualnych, a w każdym razie światopoglądowych. To jest książka Krzysztofa Borunia „Ósmy krąg piekieł”.
W dodatku jej zapowiedź ukazała się w swoim czasie w takiej serii „Siódemka”. To też seria kawowska, której jedna z pierwszych książek to była książka poświęcona fantastyce naukowej. Nazywało się to „Siedmiu fantastycznych”. Tam były fragmenty powieści albo opowiadania znanych polskich pisarzy. I tam był właśnie fragment powieści „Ósmy krąg piekieł” Krzysztofa Borunia. Ja później długo, wierzcie mi państwo, kilka lat polowałem na ten przegapiony tomik „Ósmy krąg piekieł”. I nie żałuję, że go w końcu upolowałem, aczkolwiek światopoglądowo ciężko mi się jest z nim zgodzić. Natomiast Krzysztof Boruń miał to do siebie, że robił wszystko bardzo porządnie. Żeby to ładniej zabrzmiało. To jest myślowo spójne.
Można się z autorem nie zgadzać. Można zarzucać mu, że pewne rzeczy spłyca, ale nie można mu zarzucić, że jest nielogiczny. To jest opowieść o tym, że na skutek pewnej ingerencji średniowieczny mnich zostaje przeniesiony do naszych, nawet późniejszych czasów, do cywilizacji bardzo rozwiniętej. A co dalej było, to państwo przeczytajcie. Natomiast to jest książka, która jeśli nawet się z nią nie zgadzamy, to na pewno pobudza do myślenia. Wiktorze, ciebie też pobudziła?
[34:26] - Nie tylko ta książka, bo Boruń napisał i w tej serii wydał więcej książek, łącznie z „Zielonymi ludzikami” i tak dalej. Natomiast ja mam taką uwagę, że pewne odium, które nad tą serią wisi z pewnych słusznych względów. Ja obserwowałem. Po prostu tam wydawano książki niespecjalnie tak jak te wydawnictwa warszawskie, topowe czy krakowskie. To znaczy wydawano książki tak szybko, że nie było czasu, bogiem a prawda, na porządną pracę redakcyjną, na dłuższe rozmowy z pisarzem, ewentualnie jakieś poprawki i stosunkowanie się. Cała gra wstępna, która powinna towarzyszyć wydaniu każdej książki, jeśli ma być. Tak jak powiedziałeś, Boruń miał to w „Ekstranie”, zadbał o wszystko i wielu innych. Natomiast z niektórymi warto by było podyskutować, ponosić pewne poprawki, a tam szło wszystko tak z kopyta, bez żadnej dyskusji, bogiem a prawdą. To jest problem, ale właśnie wspomniałeś o Ryszardzie Głowackim. Ja akurat poznałem tego człowieka bardzo dobrze.
Wybitnie świetny umysł, normalnie strasznie sympatyczny. W dodatku większość z nich, tych dobrych, to była wesołym ludźmi. Od Zajda począwszy, a Głowackim kończąc. Bardzo sympatyczni ludzie, intelektualnie naprawdę na takim poziomie, że aż miło było rozmawiać o wszystkim, o przyszłości, o wszechświecie, w ogóle o czymkolwiek, bo ludzie byli wykształceni. Nie tak jak trochę dzisiaj. No ale to nieważne. W każdym bądź razie tak to było. Ja właściwie wtedy już tylko pisałem. Co jeszcze? Należy zwrócić uwagę, że w tamtym czasie, kiedy ta seria się ukazywała, większość tych dobrych wydawnictw miała potworne kłopoty z papierem.
To trzeba sobie uświadomić. KAP takiego problemu nie miał ze względu na sponsora swojego, czyli na-
[37:31] - Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą.
[37:34] - Partię Robotniczą, która po prostu przydzielała mu papier, ile trzeba, tyle macie i tak dalej. Reszta nie miała tego papieru i dlatego tam można było opublikować książki. Bo ja wtedy zacząłem pisać straszliwie grube rzeczy, jak na tamte czasy oczywiście, nie jak na współczesne. Kiedy napisałem „Mago”, to wydawnictwo rozkładało ręce. Czytelnik rozkładał ręce. Za grube. Dokładnie tak było. Natomiast KAP z Wójcikiem, zresztą dla mnie to nie ma znaczenia zupełnie żadnego, jeśli chodzi o objętość. Dla mnie miało znaczenie, bo się ukazało w dwóch tomach. Cholera jasna!
To jest książka, która nie powinna się była ukazać w dwóch tomach, bo się nie daje podzielić na dwie części. To jest jedna. Ale trudno. Tak wyszło, jak wyszło.
[38:44] - Ale na szczęście było sprzedawane razem, więc już się tak nie żołądkuj.
[38:51] - Tak. Ale to było niechlujstwo KAP-owskiej serii. Tam dużo takich rzeczy było, ale to nieważne. Gdzie drwale piłują, tam wióry lecą. Takie były czasy i takie czasy.
[39:07] - Ja powiem tak, Wiktorze, że później, po tych wymienionych przeze mnie tytułach, ukazały się książki, które trochę mnie rozczarowały. Kilka książek, które nieco mnie rozczarowało. Ale zacznijmy od tej, która mnie nie rozczarowała. To jest książka wspomnianego już Andrzeja Wójcika i w dodatku Andrzeja Krzepkowskiego. To jest książka, która ma taki enigmatyczny tytuł „Obszar nieciągłości”. A to jest tak naprawdę jeden z przejawów, jedna z pozycji, którą wymienia się pośród tej charakterystycznej dla Polski literatury SF ze znaczkiem socjologiczna, a pod tym socjologiczna ukrywało się po prostu antykomunistyczna. Może za dużo, a w każdym razie antytotalitarna. I to rzeczywiście jest taka książka. Jeszcze tutaj Wiktor jej nie ilustrował, bo zapomniałem dodać, że Wiktor ze swoimi ilustracjami, jeśli nawet z Wójcikiem grał w karty, to jednak te jego ilustracje weszły dopiero od pewnego momentu. I to się dało zauważyć, bo na początku te ilustracje były takie różne, z różnych parafii.
Oczywiście pewien ogólny layout serii był, ale te ilustracje były z różnych parafii. To Wiktor w pewnym momencie uporządkował te sprawy. „Obszar nieciągłości” to była ciekawa książka, ale ja wtedy jeszcze nie do końca ją zrozumiałem. To było fajne. Było takie pewne społeczeństwo w jakiś tam sposób zamknięte. Tutaj dajmy cudzysłów, zamknięte. I to było fajne, ale chyba bardziej na przykład przeżyłem „Wir pamięci”. Nie, lepsze było to podsumowanie, że po prostu nie zrozumiałem. Ale wrócę do tego, że kilka zawodów przeżyłem, bo później ukazała się „Muszla egejska”. To jest zbiór opowiadań Zbigniewa Doleckiego.
Powiem, że za mało fantazji w fantazji było. Czy fantastyki. Dużo tu takich opowiadań, które wtedy ze mną nie korespondowały, ponieważ od tamtego czasu nie czytałem, więc trudno mi powiedzieć, jak by było dzisiaj. Nie wiem. Bardzo dużym zawodem była książka Zbigniewa Prostaka „Kontakt”. To był taki autor z południa Polski i on, jak to powiedzieć? Pisał bardzo prostą fantastykę. I te pomysły chyba były już wtedy zbyt proste. Wielu fanów podówczas natrząsało się zarówno z jego opowiadań, jak i z powieści. Bo się właśnie wydawało, że to jest zbyt proste.
Było tam kilka fajnych tekstów, ale jest takie opowiadanie „Mag”, które się opiera na pomyśle, którego ja nie kupuję. Podróż w czasie. Owszem, tak, ale końcówka nie przekonała mnie wówczas. Czy teraz by mnie przekonała? Trudno powiedzieć. Ale wiecie państwo, to jest tak. Ja tu sobie narzekam. Mówię: „To mi się podobało, tamto mi się nie podobało”. A prawda jest taka, że każdy z tych tomików czytałem od deski do deski. Tak jak mówiłem o „Paroksyzmie” numer minus jeden.
że go przeczytałem właściwie w kilka godzin, to te tomiki z opowiadaniami też goliłem właściwie myk, myk i już był przeczytany bez względu na jego grubość, bo tam były książki i grubsze i cieńsze. Także „Kontakt” Zbigniewa Proztaka również przeczytałem szybciutko, krzywiąc się oczywiście już wtedy przy niektórych opowiadaniach, a przy niektórych nie. No i totalna rzecz, od której się odbiłem wówczas, to książka Mieczysława Kurpisza „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”. No ja powiem państwu, że podówczas miałem takiego kolegę, z którym często rozmawialiśmy. Dzisiaj by się powiedziało, że rozmawialiśmy o literaturze. My tak naprawdę wymienialiśmy między sobą swoje fascynacje czytelnicze. I tu byliśmy zgodni, że to jest książka, której się nie da czytać. Przypominam, że to jest opinia sprzed kilkudziesięciu lat. To się da czytać, tylko ja nie wiem, czy Andrzej Wójcik nie zrobił krzywdy autorowi, umieszczając tę książkę w serii z glizdą, w serii związanej z fantastyką naukową, promującą tę fantastykę naukową. Ja wiem, że to był sposób na przebicie się do świadomości wielu młodych ludzi, ale ja nie wiem, czy ta książka nie zrobiła więcej krzywdy autorowi niż pożytku.
Dlaczego? Dlatego, że ta książka po prostu moim zdaniem nie pasowała do tej serii. Co nie znaczy, że to była zła książka, tylko chyba nie w tym miejscu i nie w tym czasie się ukazała. Wiktorze, ty pamiętasz „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”? Tytuł zresztą bardzo piękny. Dzisiaj tak sobie na to patrzę, to tytuł jest super. Zawartość natomiast...
[45:12] - Bo to była literatura taka, jaką we współczesnej literaturze, tej całej mainstreamowej po prostu można spotkać i tak dalej. Kurpisz był... Ja go znałem bardzo dobrze, bo pakowaliśmy się kiedyś przed stanem wojennym na łajbę, żeby płynąć dookoła świata. Ale stan wojenny nam to uniemożliwił. Kurpisz nie był pisarzem science fiction. On był poetą, był filozofem w dużym stopniu. I to faktycznie tak jak mówisz, ta książka miała jakieś takie pobrzękiwania fantastyczne, ale niewielkie i umieszczenie jej w tej serii trochę rzeczywiście trafiło na środowisko, które na złe środowiska po prostu trafiło, czytelników. Kurpisz nie pisał fantastyki, chociaż fantastykę czytał, lubił i również pisywał. Natomiast nie była to jego główna fascynacja. Pisał jakąś taką swoją literaturę.
I ta jego literatura trafiła do fantastyki, fantastyką nie będąc. I to jest cały problem.
[46:43] - Ja mam propozycję, żebyśmy posłuchali pierwszej części wywiadu z Andrzejem Wójcikiem, bo on nam rozjaśni kilka spraw związanych zarówno z serią, jak i w ogóle ze stanem SF-u, stanem środowiska SF w drugiej połowie lat 70. Myślę, że po tej części wywiadu będzie nam się rozmawiało łatwiej o tym, czym była seria z tą glizdą białą na okładce. Kierowałem się zamiłowaniem do fantastyki. Część pierwsza. O środowisku twórców SF w okresie PRL-u, początkach ruchu fandomowego oraz o powodach i kulisach wydawania lub wstrzymywania niektórych książek, spotkaniach w przestworzach, legendarnych nakładach, cenzurze i jej omijaniu. Z Andrzejem Wójcikiem, pisarzem i redaktorem, który był kierownikiem redakcji SF w Krajowej Agencji Wydawniczej, a także pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika „Fantastyka” rozmawia Marek Żelkowski. Według utartej tradycji ukąszenie wampira skutkuje tym, że ofiara również przemienia się w wampira. Niektórzy sugerują, że z fantastyką naukową jest bardzo podobnie. Kogo raz ukąsi, ten już na zawsze pozostanie człowiekiem zapatrzonym w gwiazdy, tajemnice wszechświata i wszystko to, co z fantastyką jest związane. W takim razie mnie fantastyka ukąsiła jeszcze w szkole podstawowej w latach 60.
Wychowałem się w domu pełnym książek i do takiego pokąsania prędzej czy później musiało dojść. Kiedyś przez przypadek trafiłem na powieść fantastycznonaukową radzieckich pisarzy Ariadny Gromowej i Wiktora Komarowa. Nosiła tytuł „Na tropie tajemnicy”. Przeczytałem tę prozę z wypiekami na twarzy. To było o śladach kosmitów gdzieś w Himalajach i o wyprawie, która je badała. Całkiem nieźle to pamiętam, chociaż minęło już tyle lat. Na kartach książki do kontaktu wprawdzie nie doszło, ale była szansa na taki kontakt. Byłem bardzo młodym czytelnikiem i przyjąłem niemal wszystko jako potencjalną prawdę. To było fascynujące, niezwykłe. I tak to się zaczęło.
[49:05] - Później było czytanie Lema oraz wszystkiego, co można było z SF połączyć. Zatopiłem się w świecie przygody i fantastyki, a potem studiowałem filologię polską. Fantastyka była ciągle obecna w moim życiu. Była czymś na tyle ważnym, że wymyśliłem sobie temat pracy magisterskiej, który był z nią związany. Chodziło o coś, co naukowo nazywa się topiką, wędrówką motywów literackich w polskiej powieści fantastyczno-naukowej. Dalej już poszło siłą rozpędu. W roku 1975 założyliśmy do spółki z Markiem Englanderem Klub Miłośników Fantastyki przy Studenckim Klubie UPAP. Zainteresowanie było spore. W tym samym czasie dowiedziałem się, że bardzo podobna inicjatywa pojawiła się w Staromiejskim Domu Kultury na warszawskim Rynku. Siłą napędową tamtej inicjatywy byli Otomar Karwowski, Marek Nowowiejski i Andrzej Prószyński.
Postanowiliśmy połączyć nasze działania i wkrótce cały ruch miłośników fantastyki przeniósł się do UPAP-u. Szczególnie dumni byliśmy z dużej grupy młodych literatów, którzy aktywnie działali na rzecz środowiska. I tak to się zaczęło. Bardzo szybko doszliśmy do wniosku, że Warszawa nie jest pępkiem świata i trzeba nawiązać kontakty z miłośnikami fantastyki na terenie całego kraju. To były czasy, kiedy od pomysłu do realizacji nie upływało zbyt wiele czasu. I tak ku pewnemu naszemu zaskoczeniu bardzo szybko zrobił się klub ogólnopolski. Andrzej Prószyński wymyślił, że dobrze byłoby powołać pismo poświęcone fantastyce naukowej. W roku 1977 powstała nawet pierwsza fantastyka, która wydrukowana była na powielaczu. Do dzisiaj mam ten egzemplarz, bo to prawdziwy unikat, wręcz rarytas bibliofilski. Niestety realny socjalizm miał swoje prawa.
Bardzo długo chodziliśmy i, jak to się wówczas mówiło, wydeptywaliśmy różne ścieżki u władz. Łatwo nie było, ale wówczas nic w dziedzinie wydawnictw nie było łatwe. Młodzi ludzie są przeważnie uparci, a my byliśmy chyba uparci w jakiś szczególny sposób. Udało nam się wydeptać powstanie serii książkowej Fantastyka, Przygoda, Rozrywka w Krajowej Agencji Wydawniczej. To miała być literacka kuźnia. Miejsce, w którym będą mogli publikować utwory debiutujący pisarze, a osób piszących i to piszących całkiem nieźle pojawiło się w tym czasie sporo.
[51:43] - Jakoś łatwo to wszystko szło, a przecież PRL raczej mnożył trudności niż cokolwiek ułatwiał.
[51:51] - Tak ładnie i łatwo wygląda to tylko we wspomnieniach. W rzeczywistości droga od pomysłu do powstania serii w KAWie była bardzo długa. W dodatku obfitowała w mnóstwo naprawdę przedziwnych sytuacji. Z jednej strony jako grupa nie do końca formalna, składająca się z czytelników, młodych pisarzy oraz pisarzy z pewnym dorobkiem fajnie się wspieraliśmy i bardzo dobrze bawiliśmy. Z drugiej strony powstanie nowej serii naruszało pewne status quo rynkowe. Wcześniej nieformalnym monopolistą na publikowanie dobrej fantastyki było wydawnictwo Iskry. I uczciwie trzeba powiedzieć, że pojawiały się tam publikacje naprawdę znakomite. Redaktorem, który był motorem tego wszystkiego, był zasłużony dla fantastyki Lech Jęczmyk. Niestety bardzo niechętnym okiem patrzył on na wszelką konkurencję. O tym, jak bardzo nie orientowaliśmy się w ówczesnej grze sił, świadczy chociażby to, że zanim zaczęliśmy rozmawiać z Kawem, pierwsze kroki w celu powołania czasopisma lub serii SF skierowaliśmy do Iskier.
Spotkaliśmy się nawet ze sporą życzliwością ówczesnego redaktora naczelnego Łukasza Szymańskiego, ale w rezultacie wszystko rozeszło się po kościach, a seria ruszyła w Krajowej Agencji Wydawniczej.
[53:09] - Znając realia PRL-u nie uwierzę, że w działalności klubowej, a później wydawniczej wasza grupa nie musiała zdobyć poparcia kogoś z ówczesnego aparatu partyjnego.
[53:20] - Oczywiście, że musiała. Tak wówczas to wszystko funkcjonowało. Zdobyliśmy bardzo szeroki patronat ówczesnej Komisji Kultury Zarządu Głównego Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Pokolenia, które nie znają realiów PRL-u, nie mają pojęcia, jak ważną rzeczą było takie poparcie. To była możliwość dotarcia do wydawców i do czasopism. Ale to nie wszystko. To były również pieniądze na organizowanie imprez kulturalnych wszelkiego rodzaju. Tak narodziły się pierwsze spotkania miłośników fantastyki. Może trudno byłoby je nazwać z dzisiejszej perspektywy konwentami z prawdziwego zdarzenia, ale ważny był fakt, że tego rodzaju inicjatywy zaczynały nabierać realnych, konkretnych kształtów. W Zarządzie Głównym ZZSP sprzyjały nam przede wszystkim dwie osoby.
To był Zbyszek Sawicki, ówczesny przewodniczący Komisji Kultury, który dzisiaj zajmuje się agroturystyką i jest właścicielem mariny na Mazurach. Po jego odejściu osobą, która nas wspierała, był jego następca Aleksander Kwaśniewski. Bardzo dużo nam wówczas pomógł. Zaczęliśmy więc organizować pierwsze konwenty miłośników fantastyki. Pojawiły się bliższe kontakty z wszelkiego rodzaju pismami. W ślad za tym zaczęły się ukazywać w prasie rubryki poświęcone fantastyce naukowej. Sporo pomagał nam też ówczesny redaktor naczelny „Młodego Technika", Zbigniew Przyrowski. On publikował debiuty pisarzy science fiction już dużo wcześniej, ale powitał naszą grupę z dużą sympatią i bardzo często nam pomagał w nawiązywaniu kontaktów, podpowiadając, z którymi osobami warto o naszych pomysłach rozmawiać. Kolejną osobą, która udzieliła nam w tamtych czasach wielkiego wsparcia, był Krzysztof Boruń. Pełnił on wówczas funkcję sekretarza redakcji „Tygodnika Demokratycznego” i tytuł ten udostępnił nam swoje łamy.
Zaczęły się pojawiać pierwsze materiały krytyczne, ale także opowiadania starszych i młodszych pisarzy. Potem nawiązaliśmy kontakt z „Tygodnikiem Perspektywy”, a konkretnie z redaktorem naczelnym Dobrosławem Kobielskim. W tym tytule pojawiło się również sporo polskiej SF. Ważne było jednak to, że Kobielski został jakiś czas później redaktorem naczelnym nowo powołanej jednostki wydawniczej RSW, Krajowej Agencji Wydawniczej. I tak trochę z poślizgiem przez te kontakty z „Perspektywami” nasza grupa również znalazła się w KAW-ie i zaczęliśmy robić serię „Fantastyka, przygoda, rozrywka".
[55:55] - Urodziła się seria polskiej fantastyki naukowej. Pojawiły się pierwsze fanziny. Miłośnicy SF zaczęli spotykać się na zjazdach. To były rzeczy wcześniej nieznane.
[56:06] - Najpierw chwilę o fanzinach. Te gazetki jeszcze się wówczas tak nie nazywały. To były broszury okolicznościowe, a wydawaliśmy je dzięki Wydziałowi Kultury SZSP. Kręciło się je na powielaczu. Cały czas marzyliśmy oczywiście o piśmie z prawdziwego zdarzenia, ale lata 70. to było jeszcze za wcześnie. Wydawnictwa okolicznościowe musiały nam wystarczyć. Od 1977 roku zaczęliśmy organizować zjazdy miłośników fantastyki. Pierwszy z nich odbył się w Warszawie, drugi również, ale trzeci organizowany był już w Łodzi, a czwarty w Krakowie. To była duża zmiana i rzecz wcześniej niespotykana.
Nagle całkiem spore środowisko zaczęło się spotykać, organizować struktury.
[56:57] - Pojawił się ruch poza kontrolą władz. To musiało budzić niepokój tak zwanych czynników partyjnych.
[57:04] - Właśnie do tego zmierzam. Nasz ruch był szalenie żywiołowy. Do grona miłośników SF ludzie zapisywali się wręcz masowo. Istniała imienna lista. Proszę sobie wyobrazić, że w pewnym momencie było na niej ponad 20 tysięcy osób z bardzo różnych środowisk. Nie było klucza, według którego przyjmowano. Odbywało się to raczej na zasadzie: piszesz, interesujesz się, chcesz działać z nami? Proszę uprzejmie. Dzisiaj to może wydać się niepojęte, ale ten ruch wzbudził zainteresowanie władz. Tymczasem my kierowaliśmy się zamiłowaniem do fantastyki.
To była pasja, która zupełnie nie uwzględniała niektórych ówczesnych realiów. Było w tym sporo naiwności. Gdy zorganizowaliśmy pierwszy konwent miłośników fantastyki w klubie UBAB, to zaprosiliśmy wszystkich pisarzy, którzy z nami współpracowali, między innymi Andrzeja Ostoję Owsianego. Tymczasem pisarz ten był uważany przez władze za wroga ustroju. Pamiętam, że w związku z tym na dwa dni przed konwentem, jako jeden z głównych organizatorów, musiałem odbyć wyjątkowo nieprzyjemną rozmowę z czynnikami. W końcu jednak odpuszczono. Uznano, że jest to impreza zamknięta i niech ten wichrzyciel sobie przyjdzie.
[58:23] - W drugiej połowie lat 70. polscy miłośnicy SF nawiązali liczne kontakty międzynarodowe. Dla ludzi zza żelaznej kurtyny to musiał być prawdziwy fenomen, że w kraju socjalistycznym istnieje tak wielki ruch, który jako jeden z nielicznych nie był inspirowany przez władze.
[58:40] - To prawda. Prężność naszego ruchu budziła podziw. Niedługo po Europejskim Kongresie Science Fiction Eurocon, który odbył się w 1976 roku w Poznaniu, zaczęliśmy wędrować po świecie. Czasami odbywaliśmy te podróże prywatnie, czasami byliśmy delegatami Socjalistycznego Związku Studentów Polskich. Rozpajęczaliśmy się powoli i poznawaliśmy fanów w Europie. Doszliśmy do takiego momentu, że w 1980 roku na V Europejskim Kongresie SF w Stresie we Włoszech zupełnie niespodziewanie dostaliśmy nagrodę Premio Europa za KAW-owską serię „Fantastyka, przygoda, rozrywka". To paradoks, bo w kraju wielu się na tę serię krzywiło. Tymczasem na Zachodzie była ona traktowana jak fenomen. Ta nagroda otworzyła nam kolejne drzwi. Zaczęły się naprawdę ożywione oraz intensywne kontakty.
Poza tym nasz ruch bardzo się rozrósł. Rozrósł się do tego stopnia, że na terenie kraju zaczęły powstawać silne ośrodki skupiające miłośników SF. Jednym z nich był Poznań. Duże kluby działały również w Krakowie, Katowicach i we Wrocławiu. Bardzo energiczne działania podjął też Wiktor Żwikiewicz w Bydgoszczy.
[59:58] - A jaką rolę odegrał w dziejach polskiej fantastyki i ruchu fanowskiego znany profesor socjologii Hieronim Kubiak?
[01:00:06] - W roku 1980 dzięki Zbyszkowi Dworakowi poznałem Hieronima Kubiaka, który rok później został sekretarzem Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, odpowiedzialnym za oświatę i częściowo kulturę. Bardzo szybko zostałem jego nieformalnym doradcą. To był niezwykle otwarty człowiek, z którym znalazłem wspólny język. Wprawdzie profesor długo się w tym KC nie utrzymał, bo go pod pierwszym w miarę dogodnym pretekstem usunięto jako zbyt otwartego i zbyt łaskawie spoglądającego na wszystkie zjawiska niezgodne z obowiązującą doktryną polityczną. To jednak nie zmieniło faktu, że właśnie dzięki niemu oraz dzięki staraniom Jacka Rodka, którego ojciec był ambasadorem w Indonezji, a to oznaczało dobre umocowanie polityczne, dostaliśmy rodzaj promesy na uruchomienie miesięcznika „Fantastyka”. Dostaliśmy ją w maju 1982 roku. Z jednej strony to była pełnia szczęścia, bo ukoronowane zostały starania rozpoczęte ponad sześć lat wcześniej. Z drugiej dopiero wówczas zaczęły się schody. Zaczęły się dlatego, że nasza grupa inicjująca bardzo chciała, aby redaktorem naczelnym nowego pisma został znany pisarz Krzysztof Boruń. To był człowiek otwarty i pomagający młodym pisarzom.
Niestety w pewnym momencie został odsunięty na margines ze względu na różne takie sytuacje polityczne i nie tylko. Niestety władze stanowczo nie zgodziły się na Borunia. Wtedy padła propozycja, żeby redaktorem naczelnym został Adam Holanek. Mając do wyboru pismo z Holankiem albo brak pisma, po długich pertraktacjach z zainteresowanym odnośnie tego, co kto ma robić i jak ma to wszystko wyglądać, zgodziliśmy się. I rzeczywiście na początku ta współpraca bardzo dobrze się układała. Udało się uruchomić oraz rozkręcić miesięcznik „Fantastyka”, który stał się prawdziwym rynkowym hitem ówczesnego rynku prasowego.
[01:02:11] - Czy powodem uporu władz i uporczywe lansowanie kandydatury Adama Holanka była chęć kontroli środowiska i trzymania ręki na pulsie?
[01:02:20] - Nie ulega wątpliwości, że tak. Nie oszukujmy się wydawca, czyli RSW Prasa-Książka-Ruch to była placówka wydawnicza Komitetu Centralnego PZPR. Partyjnym przywódcom wydawało się, że kontrolują to wszystko. Natomiast wystarczy przejrzeć uważnie tytuły polskiej SF z lat 1978-1982, a człowiek wie, że kontrola była już bardzo ograniczona. Zjawisko nazywane fantastyką socjologiczną albo political fiction znalazło się w pełnym rozkwicie. Spora część ówczesnych utworów pod przykrywką fantastyki naukowej opowiadała o różnych domniemanych bądź równoległych rzeczywistościach, które niekoniecznie były zgodne z tym, co głosiła oficjalna doktryna socjalizmu. Pojawił się Zajdel, wnuk Lipiński, Maciek Parowski. Była również moja książka napisana z Andrzejem Krzepkowskim „Obszar nieciągłości”. A im wydawało się, że coś kontrolują, a także, iż będą kontrolowali to lepiej, jeśli pismo poświęcone fantastyce zostawią pod czujnym okiem byłego redaktora „Trybuny Ludu”.
[01:03:32] - Pierwszy numer miesięcznika „Fantastyka” miał ukazać się we wrześniu 1982 roku, ale się nie ukazał.
[01:03:40] - Ukazał się w październiku, ale nie ma co szukać w tym fakcie żadnych manipulacji ani podtekstów. To był zwyczajny socjalistyczny poślizg organizacyjny. Różnica pomiędzy planowaniem a wykonaniem bywała wówczas normą. Jest jednak pewna ciekawostka związana z pierwszym numerem. Toczyły się duże wojny o jego nakład. Redakcja chciała stutysięcznego. RSW uważało, że to stanowczo za dużo. No i stanęło na tym, że pierwszy nakład będzie liczył pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy. I taki wydrukowano pod koniec września, a następnie cały ten nakład zniknął. Cały został ukradziony z drukarni.
Ktoś przyjechał, zapakował jako RSW na samochód i odjechał. W związku z tym nastąpił drugi druk tego samego numeru. To również miało wpływ na opóźnienie. Nowe pismo spotkało się z bardzo życzliwym i bardzo ciepłym przyjęciem. Tak życzliwym, że wprawdzie jeszcze dwa kolejne numery poszły po pięćdziesiąt tysięcy, ale od nowego roku nakład skoczył już do stu tysięcy.
[01:04:50] - A ukradziony nakład znalazł się?
[01:04:52] - Nie, nie. Ktoś na nim po prostu dobrze zarobił.
[01:04:57] - Druga połowa roku 1982 obfitowała w ważne dla fantastyki wydarzenia. W Mönchengladbach odbył się kolejny, siódmy już Eurocon, na którym KW zdobył dzięki serii „Fantastyka, Przygoda, Rozrywka” nagrodę Prix Européen dla najlepszego wydawnictwa SF.
[01:05:16] - Owszem, ale w Mönchengladbach zdarzyła się jeszcze inna ważna rzecz. Ważna dla mnie osobiście. Ponieważ w lutym 1982 roku zmarł Czesław Chruszczewski, który piastował funkcję sekretarza generalnego Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction, zaproponowano moją kandydaturę na tę funkcję. Już sam ten fakt był miły i bardzo podłechtał moją próżność.
[01:05:41] - A w dodatku został pan wybrany.
[01:05:44] - Tak. Nie ukrywam, że to był jeden z ważnych momentów w moim życiu.
[01:05:49] - Mówił pan o tarciach związanych z funkcją redaktora naczelnego „Fantastyki”. Zapytam zatem o pozostałą część redakcji. Jacy ludzie tworzyli pismo?
[01:05:59] - To była prawdziwa mieszanka wybuchowa. Ludzie z ruchu fanowskiego i sympatyzujący z nim pisarze znaleźli się w jednym miejscu z takimi, którzy zostali dokoptowani do redakcji na życzenie Holanka. Nie bez pewnych zgrzytów oczywiście. Wróćmy jednak do składu redakcji. Poza częścią czysto literacką, reprezentowaną na początku przez Maćka Parowskiego, Jacka Rodka, Andrzeja Krzepkowskiego i mnie pojawiły się osoby zajmujące się inną tematyką, które w sporej części rekrutowały się z redakcji „Politechnika”. To był chociażby Tadek Markowski czy Marek Rostocki. Jeśli chodzi o ludzi Holanka, to pamiętam Krzysia Szolmigę i sekretarza redakcji Wiktora Malskiego. To miała być taka holankowa baza. I tu, mówiąc szczerze, naczelny zrobił sobie przysłowiowe kuku. Malski okazał się bardzo zaangażowanym działaczem podziemia niepodległościowego.
W związku z tym z jednej strony był Holanek, który miał pilnować czystości ideologicznej, a z drugiej strony w redakcji „Fantastyki” odchodziła dystrybucja bibuły — wydawnictw drugiego obiegu. To była prześmieszna sytuacja, ale jakoś to sobie bezboleśnie funkcjonowało.
[01:07:14] - Nie rezygnował pan z kontaktów z KAWem wydającym kolejne tomy fantastyki, przygody, rozrywki, czyli serię z Glizdą albo jak inni chcieli z Czuczownicą?
[01:07:26] - Przez jakiś czas rzeczywiście zajmowałem się oboma rzeczami naraz. Byłem jednocześnie i w Kawie i w Fantastyce. Na początku lat 80. wychodziła jeszcze pojedyncza, typowo literacka czarna seria ochrzczona nazwami, o których pan wspominał. Natomiast kiedy w 1984 roku doszło do otwartego konfliktu merytorycznego pomiędzy Holankiem a nazwijmy to klubową częścią redakcji, to nie wdawałem się w wielkie boje i podobnie jak kilka innych osób za swoje miejsce w Fantastyce serdecznie podziękowałem. Wokół tego konfliktu narosło wiele legend, a tak naprawdę poszło o to, że Holanek skądinąd autor świetnych opowiadań współczesnych, który pisał fantastykę z przypadku, próbował przesterować fantastykę na tory Nie z tej ziemi. Miesięcznik poświęcony zjawiskom paranormalnym, ezoteryce UFO i temu podobnych, który wychodził w latach 90. XX wieku. Przepis redaktora. Co nas, wojujących przez lata o pismo literackie bardzo denerwowało.
Szczęśliwie dla fantastyki Holanek wylądował w końcu w Nie z tej ziemi i nie zdążył zniszczyć wszystkiego do końca. Nie było to dla mnie rozstanie bolesne, bo miałem przyjazne miejsce, do którego mogłem odejść. I tu przyda się krótka dygresja. Dyrektorem Krajowej Agencji Wydawniczej był Dobrosław Kobielski, a wiceprezesem RSW odpowiedzialnym za wszelkie wydawnictwa prasowe, czyli także za Fantastykę, była jego żona. Ona bardzo opiekowała się tytułem i pomagała redakcji. No ale pomiędzy rokiem 1982, kiedy miesięcznik powstał, a 1984 państwo Kobielscy najpierw bardzo się skłócili, a potem rozeszli z wielkim hukiem. Kiedy podjąłem decyzję o ewakuacji z Fantastyki, to Krajowa Agencja Wydawnicza otworzyła mi drzwi jeszcze szerzej niż wcześniej. Niekoniecznie z przyczyn czysto literackich lub miłości do SF. Razem ze współpracownikami złożyłem wówczas rozbudowany, duży projekt i wtedy też powstała samodzielna redakcja Fantastyki naukowej. W jej ramach kontynuowany był projekt Czarnej serii, ale powstały również nowe, ciekawe inicjatywy.
Jedną z nich była seria Budowniczowie gwiazd. To były przewodniki po literaturach science fiction różnych krajów. Niestety do dzisiaj ubolewam, że wyszły tylko dwa tomy. W nowej redakcji Krajowej Agencji Wydawniczej zaczęły być wydawane książki związane z fantastyką w sposób bardziej naukowy, na przykład filozofia science fiction Zdzisława Lekiewicza, jedna z nielicznych pozycji traktująca o tej problematyce. Pojawiły się pierwsze tytuły Białej serii. Przygotowywany był duży magazyn science fiction Omnibus. Tytuł nigdy się nie ukazał, ponieważ na rynku nastąpił jakiś krach i projekt się rozjechał. Szkoda, gdyż trzy numery były gotowe do druku. Zaczęły wychodzić antologie roczne zatytułowane Spotkanie w przestworzach oraz tomy przeglądowe, na przykład Fantastyka 50, czyli najlepsze utwory science fiction w powojennej historii fantastyki naukowej. Kolejną inicjatywą, która spotkała się z sympatycznym przyjęciem, były pocztówki związane z fantastyką naukową.
Mówię, że reakcja fanów była sympatyczna, ale rynek jako całość nie był chyba jeszcze gotowy na taki eksperyment. Połowa lat 80. to moment, kiedy w kioskach pojawiło się też coś, co bez najmniejszej przesady można uznać za pierwsze masowo rozpowszechniane audiobooki. Kasety ze słuchowiskami fantastyczno-naukowymi. W sumie ukazały się cztery tytuły. Całość była doskonale zrealizowana i obsadzona aktorsko. Wystarczy wspomnieć, iż teksty czytali tacy aktorzy jak Janusz Gajos, Wiktor Zborowski, Mieczysław Wojt. Proszę zauważyć, że wymieniłem naprawdę sporo inicjatyw i konkretnych projektów, którym patronowała redakcja Krajowej Agencji Wydawniczej.
[01:11:37] - Wspomniał pan o antologii Spotkanie w przestworzach. Pamiętam, że pierwsze dwa tomy cieszyły się ogromnym powodzeniem. Pojawiły się tam nazwiska ważne dla polskiej fantastyki. Kolejne wychodziły jednak z dużym opóźnieniem i to trochę niszczyło efekt. Odnoszę wrażenie, że wydawca po pana odejściu z KAWu zupełnie zlekceważył ten dobrze przygotowany i ważny projekt wydawniczy.
[01:12:03] - Spotkanie w przestworzach miało zastąpić ciągle nieosiągalną Fantastykę. Zarówno ożywione działania klubowe, jak i ukazująca się w Kawie seria spowodowały lawinowy wręcz napływ różnego rodzaju krótszych i dłuższych tekstów przesyłanych na moje ręce zarówno przez tych, którzy mieli już za sobą prasowe debiuty, jak i przez tych, którzy zachęceni sukcesem publikowanych przez KAW debiutantów, odważyli się skontaktować z wydawcą, którego dokonania oceniano różnie, ale powszechnie wiadomym było, że nie odkłada przysłanych tekstów na półkę z napisem kiedyś się przeczyta. I był jeszcze jeden powód. Kilku młodych, początkujących twórców SF miało już w swoim dorobku po kilka, kilkanaście udanych utworów lub mikropowieść, co było zbyt mikrym materiałem na samodzielną książkę, a autorzy bardzo chcieli być publikowani. Zrobienie czegoś na kształt rocznika wydawało się zatem całkiem logicznym rozwiązaniem. A że było z czego wybierać, wyszła całkiem sensowna antologia. Warto przypomnieć tylko niektóre z nazwisk przewijających się przez spotkania. Czesław Białczyński, Andrzej Drzewiński, Zbigniew Dworak, Robert Faultman, Andrzej Krzepkowski, Mieczysław Kurpisz, Jerzy Lipka Michał Markowski, Julia Nidecka, Marek Oramus, Maciej Parowski, Edmund Wnuk-Lipiński, Wiktor Żwikiewicz. Dla wielu z nich były to pierwsze kroki, po których na rynku nie tylko w Kawie pojawiły się znaczące dla tego pokolenia książki. Wiele z nich czym cykle wydawnicze.
Przygotowane w 1979 roku dwa pierwsze tomy ukazały się w roku 1982, a więc w roku ukazania się fantastyki. Kolejne wychodziły z dwu, trzyletnim opóźnieniem. I tu przegrywałem sam ze sobą, bo w fantastyce niektóre rzeczy dawało się opublikować szybciej. Ale i tak kolejne tomy spotkań tworzą całkiem niezły dokument epoki bujnego rozwoju polskiej fantastyki przełomu lat 70. i 80. Są silnym głosem nowego pokolenia twórców. Szkoda tylko, że rynkowe przemiany sprawiły, iż wielu z nich odeszło od tej twórczości. Niestety, z nielicznymi wyjątkami żyć się z tego nie da, a pogodzenie pracy w korporacji z pisaniem jest dosyć ciężkie. A co do zlekceważenia projektu to była końcówka lat 80. Fantastyka stawała się coraz bardziej polityczna.
Krajowa Agencja Wydawnicza coraz bardziej zamieniała się w bastion poprawności. Trudno było jedno z drugim pogodzić. A poza tym, jak już wspomniałem, co potwierdzi chyba każdy twórca antologii, przygotowanie tego typu publikacji wiąże się z ogromną pracą. Wydanie kilkunastu zebranych opowiadań, jeśli traktuje się to poważnie, jest efektem przeczytania i odsiania kilkuset takich, które się w antologii nie znalazły. Za to czytanie nikt nie płaci, więc trzeba do tego pasjonata albo kogoś, kto znakomicie zna dany rodzaj literatury, środowisko i tym podobne. Po odejściu z Krajowej Agencji Wydawniczej moim, Andrzeja Krzepkowskiego i Tadka Markowskiego tak naprawdę nie miał się tym kto zająć. No a poza tym niektóre teksty były już naprawdę zbyt gorące jak na nerwy ówczesnego naczelnego.
[01:15:33] - Lata 80. pomimo marnej wolności politycznej, a może właśnie z tego powodu, zaowocowały również aktywnością innych wydawnictw.
[01:15:42] - To prawda, Kaw nie był jedyny. To wiązało się z naprawdę dużą aktywnością środowiska. Wcześniej, w roku 1981, na fali przemian, jakie zachodziły w kraju, polski ruch fanowski przyjął nową formę organizacyjną. Założone zostało Polskie Stowarzyszenie Miłośników Fantastyki. Byłem jednym z jego założycieli, ale też uznałem, że to dobry moment przekazania pałeczki następcom. Pierwszym prezesem owego stowarzyszenia został Andrzej Szatkowski. Powołanie PSMF zaowocowało nowymi inicjatywami, a w konsekwencji seriami wydawniczymi. Jedna z nich zaczęła ukazywać się w wydawnictwie Alfa. Redaktorem merytorycznym był tam wspomniany już Marek Nowowiejski z klubu staromiejskiego. Jego ciceronem po literaturze światowej został Wiktor Bukato.
Inną serią, która była owocem działań członków PSMF, była seria fantastyki naukowej Alma Pressu. Tam działał prężnie Andrzej Szatkowski. Zaczęły pojawiać się fanziny z prawdziwego zdarzenia: Fikcje, Feniks, Kwazar. Notabene ludzie z tego ostatniego tytułu założyli kilka lat później wydawnictwo CIA Books, a potem to wszystko przeszło do Zyska i Spółki. Zachowana została ciągłość, a to bardzo ważne.
[01:17:04] - W przypadku Krajowej Agencji Wydawniczej historia potoczyła się inaczej. Wydawnictwo Kaw było częścią koncernu Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza Prasa-Książka-Ruch. W 1991 roku w wyniku przekształceń RSW Krajowa Agencja Wydawnicza stała się przedsiębiorstwem państwowym i nieuchronnie zaczęła zmierzać ku upadkowi. Nastąpił on wprawdzie już w XXI wieku, ale raczej trudno mówić o kontynuacji.
[01:17:33] - Właściwie to po 1989 roku można mówić raczej o marnowaniu wypracowanego wcześniej potencjału. Nie tylko Kawu. Dotyczy to wielu placówek RSW, choćby popularne KMPK. Zdemolowano je jako relikt socjalizmu tylko po to, aby w kilka lat później za ciężkie pieniądze budować bardzo podobną sieć o bardzo podobnej nazwie, tyle że z obcym kapitałem. Zmarnowane zostały również plany i projekty, które powstały w redakcji zajmującej się fantastyką naukową. Ale kiedy zdarzyła się ta katastrofa, mnie już w wydawnictwie nie było. Pracowałem tam do 1987 roku. Kiedy odchodziłem, zespół tworzący redakcję był naprawdę silny. Był tam Tadek Markowski z Fantastyki, Andrzej Krzepkowski, Ola Szarłat, Marek Zaleński. I tak to funkcjonowało ze wzlotami i upadkami.
[01:18:32] - Co pan robił po odejściu z Krajowej Agencji Wydawniczej?
[01:18:36] - Przez jakiś czas dalej zajmowałem się fantastyką naukową, ale inaczej. Pisałem recenzje, opracowania, tłumaczyłem literaturę obcą, głównie niemiecką, ale byłem też autorem przekładu pierwszego opublikowanego w Polsce utworu George'a Martina. Zacząłem trochę odchodzić od gatunku. Bardziej pasjonowały mnie słuchowiska, scenariusze. W 1985 roku zatrzymano mi paszport i nie mogłem już efektywnie pełnić swojej funkcji sekretarza generalnego Europejskiego Stowarzyszenia Science Fiction. Chcąc nie chcąc, musiałem zrezygnować. Kontaktów międzynarodowych nie straciłem zupełnie, bo od 1982 roku byłem członkiem Science Fiction Writers of America. Na przestrzeni dziejów udało się to tylko czterem pisarzom z Polski. Byli to w kolejności: Stanisław Lem, Konrad Fijałkowski, moja skromna osoba oraz Wiktor Bukato. Tak naprawdę był i jest to związek zawodowy amerykańskich pisarzy, którzy zajmują się fantastyką naukową.
Kiedy w 1991 roku miałem pojechać do Stanów Zjednoczonych na targi książki, to wizę dostałem bez problemu na podstawie tego, że byłem członkiem Związku Pisarzy Amerykańskich. Wbrew pozorom uzyskanie wizy wcale nie było takie proste. Oni już nas wprawdzie kochali, ale jeszcze nie do końca.
[01:20:07] - Halo, halo, Wiktorze, jak tam? Zakręciła ci się łezka w oku, kiedy słuchałeś wspomnień Andrzeja Wójcika?
[01:20:16] - Znaczy nie łezka, ale się uśmiałem, Bogiem a prawdą, bo ten cały wywiad uświadamia wszystkim, co się dzieje pod podszewką każdego takiego garnituru i co się dzieje w kuchni. A w kuchni, och! Tam drzwi lecą, siekać trzeba, miażdżyć i tak dalej. Bardzo dużo się dzieje. My zwykle widzimy tylko powierzchnię, potem efekt jakiś tego. Natomiast jakie zawrotne koleje losu ma czasami każda książka znacząca, żeby się ukazała na powierzchni, że tak powiem, to mało kto czasami wie. No i nie dosyć tego, jaka jest historia każdej książki, ale jeszcze ilu ludzi czasami na tych swoich barkach dźwiga cały proces dochodzenia. Bo jak tutaj Wójcik mówił o powstawaniu tych klubów miłośników fantastyki i tak dalej, to naprawdę był dziki ruch. Kiedy w Polsce się naprawdę działo, ja po prostu to obserwowałem. Zresztą może i maczałem palce w tym wszystkim, ale to po prostu było fascynujące.
Mało kto wie, że tak było. Zresztą ja tak już à propos Wójcika, to ja bardzo się uśmiecham, kiedy słucham tego wywiadu, bo ja pamiętam różne redakcje albo reakcje wielu ludzi. Cholera, ciężko mi teraz. Nie jestem politycznie poprawny. Po prostu ja się przyjaźniłem właściwie z wszystkimi środowiskami i tak dalej, z setkami piszącymi ludzi w Polsce. Ja widziałem, w jaki sposób na przykład niektórzy ludzie traktują niektórych ludzi bardzo dziwnie. Ja nigdy nie miałem takich ciągot, ale mój ogromny przyjaciel i druh Leszek Jęczmyk strasznie się krzywił na takie osoby na początku. Musiałem go nieźle przekonywać do Wójcika, do Jacka Rodka i tak dalej, bo on się krzywił, bo oni są czerwoni, nie? A dlaczego czerwoni? Ano bo w kawie.
Mnie to bardzo bawiło, bo on, że tak powiem, nie tylko on, ale wielu z tych wydawców, tych takich niekawowskich, uważalo się, że skoro oni nie są kawem, to nie są ubabrani na czerwono po prostu. Bożeż mój, żyli w tej komunie, pracowali w tej komunie, wychowywali dzieci w tej komunie i tak dalej, ale się na czerwono nie ubabrali. Broń Boże, oni są czyści, nie? Natomiast Wójcik, jak ja od samego początku obserwowałem, wykorzystywał na każdym kroku każdą możliwość, że tak powiem, do tego, żeby ten krok naprzód postąpić. Nie tak, to tak. W ogóle jakby zawarł pakt z diabłem po prostu po to, żeby przeforsować jakieś swoje idee, jakąś swoją, tego ruchu fantastycznego jakąś ideę, nie? Był tego typu człowiekiem. Natomiast wszyscy bardzo często patrzyli na takich ludzi, że nie wiadomo skąd on się wziął, a nie wiadomo, kto to jest i tak dalej, tam jakieś takie rzeczy. Ja bardzo lubiłem tak samo Leszka Jęczmyka, tak samo Wójcika. Tylko że ich nawzajem musiałem do siebie przekonywać.
O, ile to było pracy! Ile musiałem whisky z Jęczmykiem, żeby raczył przyjść do Rodka na spotkanie z Wójcikiem i przeprowadzić jeszcze tam. No nie, to osobno przeprowadziłem Orowskiego i Ramusa i skumplowałem wszystkich razem do kupy. No ale takie to były czasy.
[01:25:31] - Tak, Wiktorze, bo ty działałeś wbrew ogólnej tendencji. Te środowiska miały to do siebie, że one raczej lubiły się dzielić. Natomiast ty robiłeś wszystko, żeby je połączyć. I w sumie to był rozsądny krok, bo jak się dzisiaj patrzy na to z perspektywy, to ci wszyscy ludzie mieli jedną rzecz, która ich zdecydowanie łączyła. To patetycznie strasznie zabrzmi. Miłość do fantastyki. W każdym razie fascynacja fantastyką to już na pewno.
[01:26:09] - Marku, jesteś idealistą, bo z tego samego kawałka wywiadu z Wójcikiem wynika, że mam takie samo zdanie. Akurat Adam Holanek to miał to w nosie, że tak powiem.
[01:26:27] - To specyficzna osoba, ale większość ludzi wymienionych wcześniej to byli ludzie z różnych pozycji. Rzeczywiście jedni bardziej na lewo, drudzy bardziej na prawo, stosując taką nomenklaturę polityczną. A jednak wszyscy zafascynowani fantastyką. Tam w pewnym momencie, na początku wywiadu pada nazwisko, dzisiaj już pewno zapomniane, autora „Aspazji”, niejakiego Ostoi Owsianego. Otóż to był zdecydowanie, dzisiaj byśmy powiedzieli, człowiek na prawo, ale byli też lewicowi ludzie. Wszyscy oni fascynowali się fantastyką i między innymi dzięki tobie, ale dzięki innym ludziom, którzy spajali to środowisko, rozmawiali ze sobą i byli w stanie robić taką inicjatywę, jak chociażby miesięcznik „Fantastyka”. On oczywiście powiązany z serią kawowską w jakimś tam stopniu, ale przede wszystkim skupiający te różne środowiska. To zresztą było zasygnalizowane, że tam wcale pokoju w fantastyce nie było. Co więcej, tak jak powiedziałeś, Adam Holanek to było ciało obce, tak naprawdę zatrudnione, czy w każdym razie skierowane do fantastyki tylko po to, żeby fantastyka mogła zaistnieć. I to są właśnie te koncesje, o których wspomniałeś.
Andrzej Wójcik czy jemu podobni byli w stanie zapłacić. Cudzysłów weźmy tu „zapłacić”. Właśnie takim stanowiskiem Holanka, byleby tylko fantastyka się ukazywała, bo to uznawali za pewną wartość, a nie to, kto tam stanie na czele. To były, przyznacie państwo, dziwne. Dziwne to jest bardzo delikatne słowo, bardziej absurdalne pasowałoby, czasy, ale jednak potrafili się ci ludzie poruszać w tych czasach. I Andrzej Wójcik opowiada właściwie, to usłyszycie państwo także w drugiej części wywiadu, pewną historię właśnie takiego przemykania się, takiego organizowania wbrew albo pomimo tego, co było naokoło. I to w sumie moim zdaniem niezwykle cenne. Oczywiście to są wiadomości, ktoś by powiedział dzisiaj właściwie historyczne. Dzisiaj już tak nie ma. Ale czasami warto wiedzieć, skąd się pewne rzeczy biorą.
Bo na przykład warto wiedzieć, że w serii z Glizdą, o której dzisiaj mówimy, jedną z książek, która się ukazała tuż po tej książce Kurpisza „Bez przerwy wypełniać tę ciszę”, to była książka właśnie Adama Holanka. Nazywała się „Ukochany z księżyca”. To zbiór opowiadań i powiem szczerze, to się dzisiaj bardzo ciężko czyta. To nawiązanie do fantastyki jest takie przyczynkarskie bardzo. Powiem szczerze, to jest chyba książka, która się nie obroniła. Czas spowodował, że ona się zestarzała niezwykle szybko. I ja wiem, że Adam Holanek miał takie odejścia w kierunku fantastyki, ale ten zbiorek „Ukochany z księżyca” to nie było odejście udane. Nie chcę używać słów mocnych, w związku z czym sobie daruję. To nie jest moja ulubiona książeczka w serii glizdowej Kawu. Ty ją, Wiktorze, pamiętasz, czy też łaskawie zapomniałeś?
[01:30:05] - Łaskawie nawet nie zajrzałem.
[01:30:09] - Tak, to była swoista moda w pewnym czasie, że Holanek pomimo eksponowanego stanowiska naczelnego „Fantastyki” był dosyć powszechnie bojkotowany. Właśnie nie. Żeby on był bojkotowany, to jeszcze byłoby nieźle. On był po prostu lekceważony. Wszyscy jakby przyjęli do wiadomości, że musi być na czele „Fantastyki” ktoś taki jak on, czyli Adam Holanek. No trudno. To jest. Ale i tak nie należy na niego zwracać specjalnie uwagi.
[01:30:44] - Marku, żeby tak oddać trochę sprawiedliwości temu Adamowi Holankowi. Otóż ja kiedyś rozmawiałem z Leszkiem Jęczmykiem o jakiejś tam scysji z Holankiem, mojej takiej osobistej, i strasznie psioczyłem na Holanka, na co Leszek Jęczmyk tak na mnie popatrzył i mówi: „Wiesz co, Wiktor, ale to jest naprawdę bardzo porządny człowiek”. Ja taki zdziwiony. „Jak porządny?” A on mówi: „Tak, to jest bardzo porządny człowiek, wiesz. Tylko że on trafił tutaj do Polski z Lwowa i po jakichś zdarzeniach...”. Tam na wschodzie
[01:31:39] - Widział, do czego są zdolni nasi przyjaciele ze Wschodu i po prostu-
[01:31:43] - Nie to widział, Marku. Leszek powiedział: „On się straszliwie boi”. Taki jaki on jest, to on jest po prostu ze strachu, że może znowu się powtórzyć to, co kiedyś go we Lwowie spotkało. Także trudno. Niestety tak wyszło. Ale Leszek mówi, że jest porządny gość.
[01:32:11] - Notabene, ale to, że ktoś jest porządny, to nie decyduje o tym, że jest wielkim pisarzem. Od razu sobie na to odpowiedzmy. Aczkolwiek ja będę bronił. Nie wszystko, co napisał Adam Holanek, nadaje się do wyrzucenia do kosza. I o tym jeszcze pewno-
[01:32:32] - Początkowe rzeczy. Na początku pisał bardzo fajne historie, ale potem to jakoś tak się...
[01:32:40] - Zdarzyło mu się też napisać później pewną fajną historię, a być może to ja jestem do niej po prostu przywiązany. Niemniej jest taka książka, którą w latach 80. bezskutecznie starałem się zdobyć. Zdobyłem ją w następnym dziesięcioleciu. Zawsze mi się myli ten tytuł „Katastrofa na słońcu Antarktydy” chyba.
[01:33:03] - Antarktydy, tak.
[01:33:04] - Tak. To jest taka fantastyka z lat 50. Taka charakterystyczna dla tych lat, ale dobrze wpisująca się w pewną poetykę takich powieści, jak wtedy się ukazywały w latach 50. W związku z czym wtedy to jeszcze pasowało. Ale ten zbiorek, o którym wspomniałem, tytuł ma piękny, „Ukochany z Księżyca”. Bardzo piękny tytuł. Do środka nie jestem za bardzo przekonany, ale to wcale nic nie oznacza. O tym jeszcze będziemy mówić. I tu jedną z kolejnych książek była książka, ponieważ wcześniej był Andrzej Boruń, to teraz... Przepraszam, Jezus, co ja już mówię.
Ponieważ pojawił się- Dobrze. Daj się poprawić.
[01:33:59] - Pomieszałeś Andrzeja Trepkę z Krzysztofem Boruniem.
[01:34:02] - Ponieważ był Krzysztof Boruń, to teraz się musi pojawić Andrzej Trepka. Andrzej Trepka wydał tam zbiorek „Kosmiczny meldunek”. To znowu zbiór opowiadań. I powiem tak: ten zbiorek kojarzy mi się nieodparcie z Julianem. Ktoś zapyta: „Szanowny panie Żelkowski, czy pan zwariował już kompletnie? Jak się ma zbiorek „Kosmiczny meldunek” Andrzeja Trepki, wydany gdzieś tak na początku lat 80., z twórczością Juliana?” Otóż ma. Nie wiem, czy ci z państwa, którzy czasami słuchają „ABW”, zapamiętali, mam nadzieję, że zapamiętali takie opowiadanie Juliana o bigosie narodowym. Tak. I proszę państwa, w tym zbiorku „Kosmiczny meldunek” jest również opowiadanie o bigosie. O tym, jak się przygotowuje bigos tak, żeby on był, tak staram się powiedzieć, nie opowiadając, w miarę strawny dla obcych.
Może tak najprościej mówiąc. Nie wiem, jakimi drogami chadzają moje skojarzenia, ale właśnie takimi, proszę państwa. I takie opowiadanie się w tym zbiorku znajduje oraz szereg innych ciekawych. To jest ciekawy zbiorek. Znowu, ja go czytałem dosyć dawno i nie wiem, jak on by dzisiaj wypadł na tle tego, co się pokazuje. Ale powiem tak: tak jak lubię starą fantastykę amerykańską z lat 50. czy nawet 40., tak lubię dobrą polską fantastykę z lat 80. czy 70. Może ona nie jest taka nowoczesna pod względem zapisu literackiego i tak dalej, ale w przeciwieństwie do wielu opowiadań, które się w tej chwili ukazują, tam jest jakaś myśl, tam coś jest. Jak człowiek przejdzie przez takie opowiadanie, czasami z bólem, czasami nie, ale jak już przejdzie, to wie, że autor naprawdę chciał nam coś powiedzieć.
Nie tylko opowiedzieć historię, która będzie się działo. Będzie bieganie, strzelanie czy też eksplorowanie innych planet. Nie. Tam o coś chodzi. I ten zbiorek Trepki to jest zbiorek właśnie taki, w którym o coś chodzi. Ja myślę, że on się stosunkowo mało zestarzał pod względem myślowym. Literackim nie wiem, bo nie zaglądałem jakiś czas do niego, więc trudno mi powiedzieć. Ale w ogóle to jest chyba tak, że bardzo ciężko jest oderwać... Właśnie okazuje się, że łatwo, ale dobrze. Zanim powiem, o co mi tak naprawdę chodzi, to wydawać by się mogło, że fantastykę można czytać ot tak.
Dzisiaj zaczynam czytać, czytam akurat popularnego pisarza i już jestem miłośnikiem fantastyki. Można tak, proszę państwa. Oczywiście można, ale dobrze jest czasami wiedzieć, skąd przychodzimy. I dlatego ja jestem zwolennikiem jednak sięgania głębiej, sięgania gdzieś do poprzednich dziesięcioleci, żeby wiedzieć, skąd ten gatunek, który tak lubimy albo nienawidzimy, w zależności od preferencji. Skąd on się wziął? Skąd przychodzi? Jacy ludzie go kiedyś tworzyli? Bo to nie jest tak, że on nagle wykwitł dzisiaj. Pojawiły się nazwiska ludzi, którzy pyk i zaczęli pisać fantastykę. Co więcej, jeśli poczytacie państwo, co się dzisiaj czyta?
Czyta Facebooka. Jeśli poczytacie państwo facebookowe wpisy wielu współczesnych twórców fantastyki naukowej, tych topowych, to znajdziecie państwo w tych wpisach bardzo często odwołania do tej fantastyki, o której my dzisiaj mówimy. One są oczywiście różne. Tam są i pochwały, i nagany, i różne inne przemyślenia. Niemniej jednak to nie są twierdzenia typu: tak, dzisiaj wstałem i napisałem bardzo fantastyczny utwór. Nie. To są jednak ludzie, pisarze, którzy odwołują się do pewnego dziedzictwa. Czy to dziedzictwo jest niezbędne, żeby fantastykę kochać? Nie, nie jest niezbędne, ale czy się przydaje? Tak, moim zdaniem się przydaje.
To takie podsumowanie. Wiktorze.
[01:38:53] - Jak każde wychowanie. Na czymś się trzeba wychować, żeby mieć pojęcie o tym. Po prostu to jest tak, że dzisiejsi ludzie czytają swoich, kiedyś będą wychowani na tym, co przeczytali. I pojadą dalej.
[01:39:21] - Już się cieszę na drugą część wywiadu, której będziecie mieli państwo okazję posłuchać, bo w tej chwili na scenę wkracza coś, co jest niezwykle ciężkie, a mianowicie książka zatytułowana bardzo dramatycznie „Neurony zbrodni”. Lucyna Pęciak. Zanim powiem o tej książce, z wywiadu dowiecie się państwo, jak to z tą książką było i skąd ona się w ogóle wzięła. Natomiast krótka historia moja. To była chyba końcówka lat 70. albo już nawet rok 80. Dzisiaj już nie pomnę. To nie jest może aż takie bardzo istotne. Ja tę książkę wziąłem na podróż z Bydgoszczy do Białegostoku. Dzisiaj to jest podróż długa, ale nie taka długa jak za PRL-u, bo wtedy pociąg ekspresowy nazywał się „Kujawiak”, jeździł z Bydgoszczy do Warszawy i jeździł cztery i pół godziny mu to zajmowało.
To wiecie państwo, dzisiaj jednak te czasy, pomimo tego, że tory się czasami od gorąca wykrzywiają, to jednak są te czasy troszeczkę lepsze. Ja tę książkę przeczytałem podczas podróży i miałem głębokie przekonanie, że to jest jednak nieporozumienie. To było tak naiwne, tak jakoś mnie rozbawiło. A w dodatku jeszcze to jest dodatkowa część tej historii, bo przyjechałem do mojej cioci w Białymstoku, kobiety oczytanej, nauczycielki języka polskiego i w ogóle. I ona rozpakowując, pomagając mi rozpakowywać się, wzięła do ręki tę książkę, spojrzała na okładkę. Jeszcze jej nie rysował Wiktor Żwikiewicz, więc ona jest taka sobie. Żeby już nie krytykować wszystkiego i wszystkich, jest taka sobie. Przeczytała ten tytuł „Neurony zbrodni”. Tak przekartkowała, uśmiechnęła się i nie skomentowała. I może dobrze, że nie skomentowała.
To jest z mojego punktu widzenia dzisiaj książka straszna. To, że ona wyszła, to cud jakiś. Częściowo o kulisach tego cudu dowiecie się państwo, tak jak powiedziałem, z drugiej części wywiadu. Czy ty, Wiktorze, masz jakieś wspomnienia związane z „Neuronami zbrodni”?
[01:42:05] - Nie mam wspomnień ani z „Neuronami”, ani z autorką żadnych.
[01:42:12] - Wiem, że łatwo jest być złośliwym, ale to może nie jest koniecznie taka wielka strata. Powiem tak, jedna z kolejnych książek-
[01:42:22] - A jeśli była ładna?
[01:42:25] - To ja nie wiem.
[01:42:26] - To strata.
[01:42:27] - Ja w ogóle nie chcę wchodzić w ten temat. Natomiast kolejne książki, które się w „Gliździe” ukazały, to znowu pojawia się nasz tandem Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka. Znani z trylogii „Proxima. Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia”. Ale oni też później zaczęli pisywać osobno i pojawiły się dwa tomiki: „Tokata” Krzysztofa Borunia i „Totem leśnych ludzi”. I to znowu są książki, które są w mojej ocenie, nawet nie wiem, czy to jest zasadne mówienie jak na tamte czasy. Niezłe książki po prostu. Zresztą Wiktorze, ty mnie wesprzyj albo potęp w tej chwili.
[01:43:21] - Nie no, ci ludzie tej starej daty, Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka trzymali zawsze jakiś pewien poziom. Chociaż ja zawsze się uśmiecham do moich wspomnień, do właśnie co wspomniałeś „Proxima” i „Kosmiczni bracia” i te trzy książki. Otóż ja wiem, jak oni pisali, bo myśmy byli jako gówniarzami, ale to byli kiedyś redaktorzy Bydgoskiej Prasy. Mieszkali w Bydgoszczy. Z Bydgoszczy trafili najpierw do Warszawy, a potem Trepka do Wisły. Natomiast oni wyszli stąd i pisali przede wszystkim tą całą trylogię razem, ale osobno, czyli każdy pisał, odrabiał lekcję, fragment jakiś, no i następny rozdział, jakąś tam część pisał drugi. Dużo dyskutowali, dużo ustalali i tak dalej. Ale ja tak z perspektywy czasu i uwzględniając ogromną przyjaźń, którą darzyłem obydwóch, to zawsze uważałem, że jednak Boruń to jest łebski facet, a Trepka jest troszkę taki ludyczny.
[01:44:45] - Dobrze, Wiktorze, że to mówisz. Bo ta książka Trepki „Totem leśnych ludzi” to jest taka dziwna mieszanka. On zresztą później napisał, o ile dobrze pamiętam, taką książkę. Ona wyszła w serii z Glizdą, ale w takim innym formacie. Zdarzały się w tym Kawie różne takie ekscesy. No więc wyszła taka książka „Rezerwat” i tam ten pomysł jest powtórzony. Natomiast książka „Totem leśnych ludzi” to jest taka przedziwna. Ona jest trochę za bardzo moralizatorska ta książka. Odnoszę takie wrażenie, że to jest taka mieszanka różnych ideologii, którymi był zafascynowany autor. Chociaż mówię, literacka kultura jest olbrzymia tego autora.
Pomysł jest ciekawy.
[01:45:44] - Marku.
[01:45:46] - Tak?
[01:45:47] - Marku, ale Trepka był strasznie naiwnym człowiekiem.
[01:45:52] - To wychodzi z tej książki. Ona rzeczywiście, brakowało mi tego słowa. Ale to jest chyba to właśnie, że ona jest momentami naiwna. Tak. Chociaż niepozbawiona pewnej gracji jest ta książka. Może tak.
[01:46:12] - Słuchaj, ja może uściślę. Otóż było bardzo dobrze, że oni trzymali ze sobą sztamę, bo oni się nawzajem uzupełniali. Ja, podśmiechując się troszeczkę z Trepki tutaj, muszę zwrócić uwagę, że mi się o wiele lepiej czytają fragmenty z Proximy właśnie pisane przez Trepkę. Miały więcej fantazji niż te, które pisał Boruń. Borunia były takie kostyczne, techniczne i trochę nudnawe. Natomiast Trepka wprowadzał wiele życia, ale Trepka był bardzo dziwnym człowiekiem. Ta jego naiwność... Pamiętam przy wyborach, kiedy tam Wałęsa startował i coś tam jeszcze. On był na przykład reprezentantem Tymińskiego w Polsce. Podejmował Tymińskiego, tego Brazylijczyka.
On bardzo się angażował w takie różne dziwne rzeczy. Natomiast ja bardzo, jak obserwowałem, to był kochany człowiek, naprawdę. Trochę tak dziwaczny, ale był ubawowy. Ja dla zabawy to opowiem może tylko jedną scenkę. Kiedyś w Warszawie na jakimś tym zjeździe tych wójcikowych miłośników science fiction, dokładnie w Warszawie. Były pokazywane w czasie zjazdu na ścianach wisiały obrazy chyba Beksińskiego. Na ścianach były powywieszane obrazy, które zatrącają w dużym stopniu o fantastykę. No i telewizja polska robiła wywiady z różnymi ludźmi i tak dalej. Tam się działo, że tak powiem, bardzo dużo. Telewizja była, wszystko się kręciło, wszystko wirowało, ludzie dyskutowali i w pewnym momencie podszedł do mnie Andrzej Trepka i zapytał: „Wiktor, słuchaj”.
I pokazał mi na ten obraz Beksińskiego wiszący akurat tak opodal mnie. „Wiktor, słuchaj, bo ja się niespecjalnie znam na sztuce. Czy możesz mi powiedzieć, co to jest i o czym to jest? Czy to jest ładne?” Ja mówię: „To nie musi być ładne, ale czego?” I tak dalej. Po prostu jasno powiedział, że nie ma zielonego pojęcia o malarstwie. Uczciwie przyznał się. Wielu ludziom to przez gardło nie przejdzie, więc ja zupełnie spokojnie opisałem mu ten cały obraz. Jak można to przyjmować tak albo siak, albo i tak dalej, jak interpretować to i owo, i tak dalej. Pogadałem, zrobiłem z nim pogadankę na temat malarstwa, biorąc pod uwagę ten akurat obraz. No fajnie.
Trepka skinął głową. Dopiliśmy whisky i jakoś odeszli. Ja tam gdzieś się kręciłem chyba z Lechem albo z Jackiem Grzyśtego i tak dalej. I w pewnym momencie słyszę głośny głos. Okazuje się, zwróciłem uwagę, że w środku tej całej estrady akurat telewizja robi wywiad z pisarzem Andrzejem Trepką. On mówi dosyć takim tubalnym, jasnym głosem, tak się wypowiada. I ja tak spojrzałem i zobaczyłem Andrzeja Trepkę, jak ręką wyciągniętą pokazuje nad obrazy otaczające nas. I do mnie dotarło, co on mówi. Mówi słowo w słowo to, co mu powiedziałem. Dobrze odrobił lekcję, a w telewizji wyglądał tak inteligentnie i tak mądrze się na temat tej sztuki malarskiej wypowiadał.
Bardzo mi się to spodobało. Kochany był człowiek.
[01:50:48] - To ja teraz do tego zbiorku „Tokata”. Zbiorku Krzysztofa Borunia. Otóż Krzysztof Boruń, ten zbiorek ja oceniam, proszę się nie sugerować moją oceną. Może wziąć ją pod uwagę, ale niespecjalnie ją wynosić na piedestał. To jest zbiorek bardzo nierówny. Są tam opowiadania, moim zdaniem wybitne. Jedno z nich to jest opowiadanie „Algi”. Pod tym tytułem ukazał się zbiorek opowiadań Borunia w wydawnictwie SF u Wojtka Sedeńki, właśnie „Algi”, bo to jest jedno z takich opowiadań, które zapada w pamięć. Zdecydowanie. Drugie to tytułowe „Tokata”.
To też jest niezłe opowiadanie. Jest w ogóle pięć opowiadań w tym zbiorku. Pozostałe nie budzą mojego entuzjazmu, powiedzmy tak, ale te dwa zdecydowanie polecam. Warto po nie sięgnąć. I potem tomik, ten wybór zorganizowany przez Wojtka Sedeńkę właśnie pod tytułem „Algi”. Jeśli ktoś patrzy na biblioteki, bo w tej chwili większość ludzi, którzy przemawiają do nas z internetu, fotografuje się, czy też uwiecznia się na tle swoich bibliotek, to jedną z takich osób jest Ziemkiewicz i za jego plecami można zaobserwować właśnie grzbiet tomu „Algi” Krzysztofa Borunia. To taka ciekawostka, ale godna odnotowania, bo to naprawdę dobre opowiadanie. To jeśli chodzi o zbiór „Tokata”. Kolejny taki zbiór-
[01:52:52] - Marku.
[01:52:52] - Tak?
[01:52:52] - Marku, ja może skomentuję to, co ty mówisz o nierówności Borunia czy Trepki i tak dalej. Otóż ja taką tezę tutaj rzucę, że Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka nie pisali dlatego, bo byli cholernie utalentowani jako pisarze, ale pisali dlatego, że straszliwie kochali tę literaturę. Oni pisali z miłości do literatury, a nie dlatego, że mieli wielkie talenty literackie i to było ich przeznaczenie życiowe. Zresztą się w życiu zajmowali zupełnie innymi rzeczami również. Andrzeja Trepki największą miłością była właśnie popularyzacja przyrody, wszystkiego, co związane z przyrodą. Roślinki, zwierzątka to była jego największa miłość, ale z miłości do fantastyki pisali również. I dlatego może, o ile pisarze racją i trzymają zwykle klasę od A do Z, to Andrzejowi Trepce i Boruniowi trafiały się wzloty i upadki. Bo tak jest z miłością właśnie. Raz u góry, raz na dole.
[01:54:23] - Jedną z kolejnych powieści, która się ukazała, to na początku naszej audycji mówiłem o Stefanie Weinfeldzie, takim starym autorze fantastyki. O nim chyba zresztą w wywiadzie będzie jeszcze mówił Andrzej Wójcik. Ukazała się powieść „Janczarzy kosmosu”. To jest chyba dobre podsumowanie, chyba na Lubimyczytać przeczytałem, że to jest powieść nietypowa, która kojarzyła się czytelnikowi z „Władcą marionetek”, sławną powieścią. Tak jak podkreślał, może inny ciężar gatunkowy, ale powieść interesująca. Z drugiej strony znalazłem też twierdzenie, że trochę nudne. Intrygujący pomysł, ale nudne wykonanie, bo kiedyś się, proszę państwa, troszeczkę inaczej czytało. Nie czytało, tylko pisało. Może nie tak szybko, ale za to właśnie w sposób taki bardziej dogłębny. Niemniej myślę, że ta powieść się troszeczkę zestarzała już dzisiaj.
Dzisiaj będzie odbierana jako troszeczkę nudnawa, taka, która wymaga pewnego spięcia się, zmobilizowania. Aczkolwiek myślę, że po przeczytaniu człowiek, który ją przeczyta, będzie zadowolony. Zadowolony, że Że przeczytał coś, przeczytał jakąś myśl, która zostanie z nim na dosyć długo. Ja już pomijam to, że oczywiście, jak to na „Lubimy czytać”, byli też ludzie, którzy dzisiaj stawiali tej książce punktację 10 na 10. A zatem to nie jest tak, że książka się jednoznacznie zestarzała. To po prostu jest tak, że jednym to przypasuje, drugim nie. To tak normalnie z literaturą. Niemniej jednak to jest jedna z takich książek, to specjalnie podkreślam teraz, po które warto sięgnąć, warto się cofnąć, bo za chwilę będzie, proszę państwa, o kilku takich książkach, do których niekoniecznie państwa zachęcam, żeby się cofnąć. Taką książką jest książka, chyba pierwsza w naszej audycji, w tej serii, którą wymieniam, książka zagraniczna, znaczy zagranicznych autorów Erika Simona i Reinharda Henricha „Pierwsze podróże w czasie”. Niemcy dla nas piszą, proszę państwa.
Niemcy z NRD. Od razu powiem, że z NRD. Jest jedno opowiadanie, które zapamiętałem z tego zbioru. Opowiadanie, które sugerowało, że Herbert George Wells napisał swoją bardzo ważną powieść „Wehikuł czasu” i że ta powieść „Wehikuł czasu” miała dwa tomy. Jeden ten, który znamy, a drugi taki, którego nie znamy. A dlaczego go nie znamy? To już państwo sięgnijcie po ten tomik. I to jest jedyna rzecz, która ze mną została. Ale powiem tak, nie wspominam tego tomu źle, ale sam fakt, że go specjalnie nie pamiętam, o czymś może świadczyć, tylko nie do końca wiem o czym. Ty pamiętasz, Wiktorze?
[01:58:07] - Marku, ja pamiętam dobrze, bo znałem Erika Simona i autorów tej książki znałem dobrze. I to też nie byli, tak jak może w wypadku Borunia i Trepki, wielcy pisarze. Natomiast byli to dziennikarze przede wszystkim, którzy strasznie kochali fantastykę, byli redaktorami, wydawcami w NRD. I po prostu pisali z braku laku, bo w tym NRD nie było tak dobrze, jak u nas, że u nas było dużo literatury amerykańskiej. W NRD tak dobrze nie było. I w miłości pisali. No i trudno. To, co wyszło, to wyszło. Czasami dobrze, czasami gorzej.
[01:59:07] - Dalej, Wiktorze, wyszedł tomik, któremu znowu zrobiono krzywdę. Niezły, moim zdaniem bardzo dobry pisarz, Michał Markowski. Tomik „Ożeniłem się z brzydką dziewczyną”, ale to nie był tomik, który powinien trafić do tej serii. Ja się wcale nie dziwię takim komentarzom, które głoszą, że to jest strumień świadomości. To jest w ogóle bełkot literacki i tak dalej. Proszę państwa, chociażby uprzednia książka „Pierwsze podróże w czasie”. Zestawienie z tą książką, niezwykle literacką. Myślę, że to najlepsze podsumowanie. To literacka fantazja, literacka wariacja. Dużo w niej fantazji.
Fantastyki naukowej może niekoniecznie. Dlatego to książka, która mnie została w pamięci, ale nie jako książka SF. I znowu to jest ta specyfika serii z Glizdą, że ona mieszała, tak bardzo mieszała różnych autorów. Ten poziom braku literackości to może jest ocenne. To może powiedzmy w ten sposób. Te różne poetyki, które można znaleźć, są chyba zbyt skrajne, bo od takiej technicystycznej bardzo fantastyki, takiej bardzo technologicznej, po niezwykle poetycką opowieść, która nie zachwyci nikogo, kto lubi twardą science fiction. Tomik „Ożeniłem się z brzydką dziewczyną” takiego człowieka doprowadzi do ziewu, rozstępów, ewentualnie zwichnięcia żuchwy, bo to po prostu jest zupełnie coś innego. Czego innego człowiek się spodziewa, czego innego oczekuje, a dostaje zupełnie co innego. I później takie komentarze typu, że to jest niefortunny bełkot, zaczyn czegoś niezdrowego i tak dalej. To są moim zdaniem krzywdzące oceny, ale sprowokowane troszeczkę przez wydawcę.
Troszeczkę sprowokowane przez Kaw wrzuceniem tej książki do jednego kotła z innymi publikacjami. Chociażby z publikacjami Krzysztofa Borunia czy Andrzeja Trepki. Zupełnie ten tomik „Ożeniłem się z brzydką dziewczyną” nie pasuje do tamtej poetyki. Wiktorze.
[02:02:05] - Tak, takie były czasy i może nie mógł tej książki gdzie indziej opublikować, i dlatego opublikował tam, gdzie chcieli to wydać.
[02:02:16] - Tak, troszeczkę. Kiedy sobie przypomnę to, co za chwilę państwo usłyszycie w drugiej części wywiadu, to może być oparte na prawdzie. Możesz mieć rację. Ja tylko szybko przemknę jeszcze. Ukazał się taki zbiór opowiadań science fiction o bardzo zróżnicowanej tematyce. Nazywał się „Raport z rezerwatu”. Napisał go Ryszard Głowacki. Pamiętacie państwo „Paroksyzm. Numer minus jeden”. Dlatego powiem, znowu jest tomik godny uwagi.
Znowu mam wrażenie, że on się trochę zestarzał, a nawet trochę bardzo się zestarzał. Natomiast ja uważam, że to jest bardzo przyzwoita, stara science fiction. Kto lubi, to powinien koniecznie po to sięgnąć. Sam powiedziałeś, że znałeś Głowackiego. Może jakiś komentarz?
[02:03:24] - Bo to są takie opowiadania, jakbym ja to dzisiaj określił, młodotechnikowe.
[02:03:37] - Takie właśnie bardzo proste, niespecjalnie idące w kierunku psychologizowania, niespecjalnie rozbudowane. Owszem, ja uważam, że ten tom, jeśli go porównać z „Paroksyzmem. Numer minus jeden”, wypada gorzej. Niemniej jednak nie przesadzajmy. To jest przyzwoita science fiction.
[02:04:13] - Na pewno. W tamtym czasie, kiedy to była żywa i całkiem przyzwoita literatura. Dzisiaj się pisze inaczej.
[02:04:27] - A wiesz, na czym polega paradoks? Moim zdaniem, oczywiście proszę, żebyście państwo traktowali to zupełnie luźno i na zasadzie, że Żelkowski bredzi albo mówi rzeczy, które wypływają bardziej z jego oceny niż z wielkiego doświadczenia. Ja odnoszę wrażenie, że o ile „Paroksyzm. Numer minus jeden” Głowackiego to była książka niezwykle poruszająca i o niezwykle ciekawej tematyce, ale była napisana pod względem czysto literackim gorzej niż ten zbiorek. Ale ten zbiorek nie ma tej głębi, którą miał „Paroksyzm. Numer minus jeden”. Także zawsze czegoś brakuje. Tak czasami bywa. Przy tej minipowieści trochę brakowało, takie mam wrażenie, nie wiem, jak naprawdę było, ale chyba trochę brakowało autorowi doświadczenia, obycia z literacką materią. Przy tym widać wyraźnie, że już szlify literackie zdobył.
Natomiast to już nie jest to. Ale fajny zbiorek. Później się ukazało coś takiego: Aleksandra Szarłat i Ewa Szymańska. To takie meteory. Nie pamiętam więcej tych autorek. „Bogowie naszej planety”. Sam tomik niespecjalnie mnie zachwycał. Podobał mi się pomysł polegający na tym... Jakby go opisać? Przybysze z innego świata są tu na Ziemi i od czasu do czasu spoglądają w niebo i widzą na orbicie swój statek, którym tu przylecieli.
Obserwują go, wiedzą, że powinni tam dotrzeć jakoś. I to jest fajny punkt wyjścia do napisania powieści. Moim zdaniem autorki nie wykorzystały tego fajnego punktu wyjścia, ale przyznacie państwo, sama sytuacja fabularna jest fajna. Przybysze z innej planety żyją wśród nas. Patrzą na nocne niebo i widzą statek, którym mogliby wrócić do siebie, ale nie do końca mogą. Moim zdaniem niezwykle. Wiem, że mnie ta czysto fabularna sytuacja niezwykle poruszała i zawieszałem na chwilę swój krytycyzm. Zawieszałem to, że zawsze można coś skrytykować i lubiłem ten tomik. Po prostu go lubiłem. I tak, Wiktorze, doszliśmy do tomiku, który stanowił punkt wyjścia do dzisiejszej audycji, czyli do „Remedium”.
Stefan Wul, „Remedium”, czyli ta odyseja pod kontrolą. Ja ci powiem, że jak zacząłem czytać ten tomik, mówię sobie: „Rany boskie! — to było dawno, dawno temu w naszej galaktyce, ale bardzo dawno temu — jakie to jest zajebiste”. Sama akcja i bez przerwy akcja. Im dalej, tym bardziej. W pewnym momencie ona się absurdalna staje, ale cały czas akcja. Jakżeż można w socjalistycznym kraju wydawać taką literaturę, proszę pana? Jakżeż można? Okazuje się, że nie tylko można, ale że w tej książce, trudno mówić, że to pułapka, ale Ktoś, kto się da zwieść tym szalonym przygodom, które się toczą na kartach tej powieści, w pewnym momencie dostaje fangę w nos. Taką bardzo współczesną.
My jesteśmy tak przyzwyczajeni, że wszystkie te dziwne okoliczności przyrody, dziwne światy, w których ktoś może żyć w mniej lub bardziej pełny sposób, to jest wymysł naszych czasów. Okazuje się, że nie do końca i że „Odyseja pod kontrolą” to, przypomnę, alternatywny tytuł, można było to stworzyć dawno, dawno temu. I ta książka, moim zdaniem, do dzisiaj pozostaje atrakcyjna. To jest kawał dobrej literatury rozrywkowej. Nie szukajcie państwo tu specjalnej głębi, ale to po prostu się czyta. I to jest, zdaje się, jedna z pierwszych książek, o których już mówiliśmy, których okładkę stworzył Wiktor Żwikiewicz. Przyznam się, że ta czacha naprawdę robi wrażenie.
[02:09:24] - Przypadkiem tak wyszło.
[02:09:30] - Wszystko wychodzi przypadkiem. Tak, ale jednak trzeba mieć rękę do tego przypadku.
[02:09:38] - Ja już nawet nie pamiętam, jak to wygląda, ale w każdym razie na pewno to z Jawenią było jedną z pierwszych takich właściwie space oper. A przynajmniej rzeczy, które do space oper są podobne, z takim rozmachem kosmicznym i tak dalej. Takiej literatury nie było, takiej właśnie lekkiej, łatwej, rozrywkowej. Nie było jej w naszej fantastyce. U nas jak się miało rozrywkę, to też rozrywkową, to był jakiś niezwyciężony Stanisław Lem. Martwiły się na mózgu, a raczej na tych całych drobinkach cybernetycznych. Jednak to była zupełnie inna literatura, chociaż też rozrywkowa. Natomiast to właśnie jest taka książka. Dla mnie ona była space operką po prostu.
[02:10:43] - Trochę tak. Space operką, a w każdym razie mocną przygodówką. Tam się po prostu działo. Dlatego naszego pokolenia pamięta. Ja szybko przemknę, bo aż ta audycja nam się za bardzo przedłuży. Pokazała się też książka Carlosa Rasha „Taniec potworów”. Powiem tak, nie będę tego za bardzo komentował. To taki poziom nastolatkowej SF moim zdaniem. Chociaż powiem ci tak, moja refleksja była taka, że to jest druga książka autora z NRD. Ta pierwsza o tych podróżach w czasie.
Oni jednak pisali naiwną fantastykę. Ja się wcale nie dziwię, że literatura NRD-owska nie osiągnęła. To jednak było takie przęдноburaczane. Proszę mi wybaczyć, jeśli ktoś się poczuł urażony, ale naprawdę okładka jest całkiem niezła, całkiem fajna, ale naprawdę poziom jest taki sobie. Moim zdaniem chwilami to jest nużące, chwilami za bardzo scjentystyczne. Dużo tam tej nauki. A pomysły są takie sobie, nie porwała mnie ta książka po prostu.
[02:12:25] - A ty widziałeś kiedyś jakąś fantazję w dokonaniach NRD-owskich twórców? Fantazji nigdy nie było.
[02:12:37] - Tak. Wiesz, żeby to podsumowanie twoje wybrzmiało mocniej, to ja proponuję, żebyśmy teraz posłuchali felietonu Tomka Fąsa. To zdecydowanie będzie odtrutka chociażby na ten ostatni tytuł.
[02:13:00] - Refleksje sentymentalne. Ile to już czasu minęło, jak tak do państwa gadam? Pomału będą dochodzić ze dwa lata, tak mi się przynajmniej wydaje, ale przyznam się szczerze, że nie prowadzę dziennika i nie chce mi się tego nawet teraz sprawdzać. Musiałbym włączyć komputer i przerwać nagranie. A przecież szkoda na to czasu. Jakoś tak na fali tych naszych spotkań szukałem właściwej formy. O czym ja właściwie mam do państwa mówić i w jaki sposób? Pierwszym odruchem była pewna naukowość. Tak zaczynaliśmy od świni Frankensteina. Tylko tu trzeba mieć jakąś wiedzę, na bieżąco ją poszerzać.
To oczywiście wymaga czasu, wymaga wysiłku. Niekoniecznie mam ten czas. Gdzieś tam pojawił się wątek utworów rymowanych, ale znowu, kilka miałem. Jeden, dwa nawet napisałem specjalnie. Natomiast również z czasem to z kolei wymaga przestawienia się na trochę inny sposób myślenia, funkcjonowania, również poświęcenia czasu i pewnego wysiłku, żeby tak co dwa tygodnie kolejny utwór przygotować. Więc ostatecznie w dużej mierze skupiłem się na marudzeniu, mówieniu, że coś nie wyjdzie. Że coś nie ma sensu? Bo to najłatwiej. I takie to trochę nasze narodowe, naturalnie nam przychodzące. Inna sprawa, że nasza rzeczywistość audycji niszowych, niszowego wydawnictwa i mało znanych autorów, których mimo wszystko uparcie próbują wydawać, w naturalny sposób prowadzi do marudnych refleksji.
Bo przecież ani progresu nie widać, ani broń Boże zysku. Autorów chyba nam się w tym czasie więcej zniechęciło niż pojawiło nowych. Mimo że kolejne pozycje wychodzą. A może właśnie dlatego? Tu znowu powiedzą, że jestem złośliwy. Ale czy to wielka chwała wydać książkę, której i tak prawie nikt poza znajomymi nie kupi, nie czyta i z której właściwie nic nie wynika? Czy to aby na pewno zachęca do dalszej twórczości? Pozostanę przy zdaniu odrębnym. I tak to, proszę państwa, często jest z tymi niszowymi projektami okołoliterackimi, że nadal więcej osób chce je tworzyć, pisać niż czytać. A znowu ci piszący z czasem uświadamiając sobie sytuację, w dużej mierze wykazują się rozsądkiem i szukają sobie uczciwej roboty wcześniej czy później.
Z paroma wyjątkami, które gdzieś tam jeszcze zakorzenione może w trochę innej rzeczywistości albo na tyle aktywne, że jednak jakoś się w tej przestrzeni odnajdują. To bywa. Czy dałoby się to robić lepiej? Na pewno. Czy to miałoby jakiś sens i przysporzyło więcej uwagi, więcej publiczności? Nie wiem. Powiem państwu szczerze, że im dłużej mam z tym coś wspólnego, tym mniej pewien jestem czegokolwiek w kwestii sposobów na sukces. Steve Jobs podobno mawiał, że beznadziejne projekty należy porzucać. Z drugiej strony również Steve'a Jobsa posądzano, biograf przynajmniej opisywał Steve'a Jobsa jako kogoś, kto posiadał rodzaj pola zakrzywiania rzeczywistości dookoła niego, w którym on, autor, mistrz, twórca wierzył, że pewne rzeczy są możliwe, choćby przeczyło to prawom fizyki, a przynajmniej poziomowi dostępnej technologii. Jakoś tak tę rzeczywistość zakrzywiał, że do pewnego momentu, do pewnego stopnia się to udawało.
Gorzej, kiedy pole zakrzywienia rzeczywistości na tę rzeczywistość nie oddziałuje, a jedynie coraz większy rozdźwięk powoduje. Wówczas twórczość się dzieje, świat na nią nie odpowiada i niezręczna cisza nastaje w przestrzeni artystycznej. Tu czasem wchodzą dotacje, próbują reanimować, popierać pewnych twórców, których oczywiście nikt nie kupuje, nikt nie czyta, ale którzy są ważni i potrzebni. Wchodzą dotacje, książki wychodzą na dotacjach, potem po paru latach nie można do nich w ogóle dotrzeć i to jest inna patologia. Tutaj jest może trochę lepiej. Te nasze książki funkcjonują jakoś w sieci, można je kupić. Może brakuje czasem wersji elektronicznej, ale jest jakaś dystrybucja, a jak widać niewiele to zmienia. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wiem tyle, co i państwo. Nie mam dostępu do danych oficjalnych.
A zatem, proszę państwa, kończymy kolejny sezon. Za tydzień będzie jeszcze ABW, potem nie wiem. A co dalej i czy będzie to miało cokolwiek wspólnego z moim udziałem? Trudno mi w tym momencie coś obiecać. Na pewno pora odpocząć. A cóż wydarzy się po wakacjach, to jeden Bóg raczy wiedzieć. To jeszcze trzy razy świat zdąży wywrócić się do góry nogami, więc że tak powiem, sformułowaniem z moich stron: dożyjmy najpierw.
[02:17:52] - Ja nie wiem, czy powiało grozą z tego felietonu, Wiktorze, czy powiało pesymizmem. Czymś powiało na pewno.
[02:18:01] - Nie, przede wszystkim powiało ego autora. Jego ego tak przemawia, ale on ma straszne kompleksy holenderskie.
[02:18:16] - Ale też dużo racji ma.
[02:18:21] - Ma rację, ale dzieli wszystko. Zajmuje się w ogóle myśleniem o rzeczach nieważnych. Bo czy autor właściwy, który ma coś do napisania fajnego, koniecznie musi myśleć, co z tym będzie potem? Przecież to jest nieważne. To tak, jakbyśmy robili dzieci, ale martwili się o to, że nikt ich nie będzie używał w przyszłości. My się tym nie zajmujemy, my je robimy, nie? I tak samo z pisaniem. Piszemy, a kto będzie używał albo nie będzie używał, to jego sprawa. Jego strata.
[02:19:08] - Pragmatyczne podejście do rzeczywistości nie jest czymś złym zasadniczo. Natomiast nie do końca mi po drodze z tym tokem myślenia, że aby na pewno musi wynikać z tego, że coś napiszemy, że wszyscy nas chwycą i powiedzą: „Jakżeż to pięknie napisałeś, człowieku! Czy mógłbym stać się twoim przyjacielem od dzisiaj? Albo czy mógłbym to, czy tamto?” To chyba nie tak funkcjonuje.
[02:19:45] - Marku, jest taka prosta, że jak w kurniku jakaś kura zniesie jajko, to ona gdacze, bo zniosła. Cały kurnik nie gdacze przecież z radości, że ona zniosła. To jest jej indywidualna sprawa, to jajko. Tak samo ze znoszeniem- Dzieł i tak dalej.
[02:20:12] - To jedna prawda, a z drugiej strony ja powiem tak: w bardzo wielu momentach aż chcę Tomkowi przyznać rację. I cząstkowe racje mu właściwie przyznaję, ale buntuję się przeciwko przyznaniu mu racji całościowej, bo to troszeczkę brzmi w ten sposób, ja to przynajmniej tak odczytuję, może błędnie, że ponieważ nasza, moja książka nie została wykupiona w milionie nakładu albo przynajmniej w stu tysiącach, albo w dziesięciu. W związku z tym to wszystko nie ma sensu, bo ludzie mnie nie kochają, nie chcą czytać. Tak to moim zdaniem nie działa. Że w związku z tym to, co napisałem, nie ma sensu?
[02:21:12] - Marku, w tej mojej alegorii o kurniku jest tak, że faktycznie każda kura gda się nad swoim jajkiem. Z tego nic nie wynika i nikt się nie zachwyca jej jajkami i tak dalej. Ale gdyby nie te wszystkie kury, które znoszą te jajka, to nie byłoby kurnika przecież.
[02:21:34] - Tak.
[02:21:34] - Prawda?
[02:21:37] - Tak. Poza tym my jesteśmy przyzwyczajeni, że literatura to jest sukces. To jest autor, który napisze jedną, drugą, trzecią książkę i natychmiast odbiera jakąś nagrodę. Jedną, drugą, piątą, dziesiątą. A tymczasem spójrzcie państwo na księgarnie. Spójrzcie państwo, co się dzieje. Setki autorów piszą książki. Piszą je po prostu pracowicie. Większość z nich nie odbiera żadnych nagród poza nagrodą taką, że ktoś te książki jednak kupuje, że jakiś wydawca je wydaje. Pewnie nawet większość z nich w życiu żadnej nagrody ani żadnych laurów nie odbierze.
No i co? I w związku z tym powinni przestać pisać? Ja się tu buntuję, kiedy Tomek przemawia do mnie. Chociaż w wielu miejscach, tak jak powiedziałem, przyznaję mu rację. Buntuję się przeciwko temu, że to nie ma sensu. To taki paradoks. Moim zdaniem właśnie to, że nie ma tego sukcesu, nie ma tych fanów, tego szaleństwa, to też jest jakiś sens w tym wszystkim. Sekunda. Tomek napisał znakomitą książkę. Nazywa się „Cyberdżokej: Nowy początek świata” i ona i tak pozostanie znakomitą książką.
Jeśli nawet moje deklaracje odnośnie sprzedaży w przeciągu jakiegoś okresu czasu nie zostaną potwierdzone, to i tak nic nie zmieni. To i dalej będzie świetna książka.
[02:23:25] - Marku, ja chciałbym ci wrzucić takie coś. Otóż co było największym sukcesem autora książki „Remedium”? Może nie ta okładka. Natomiast największym sukcesem tej książki było to, że po jakichś 50 latach czy nawet więcej od jej napisania jakiś człowiek w rozmowie z nami nagle mówi, że on się na tym wychował. On to czytał i z pasją niesamowitą. To jest sukces tej książki.
[02:24:13] - To prawda. A w dodatku to wspomnienie naszego gościa wzbudza w nas samych również wspomnienie i okładki, i treści, i tego, co się przeżywało wówczas, czytając tę książkę. To są rzeczy, które trudno przecenić. Ale powiem dalej, jedźmy dalej z serią. Ja już nie będę omawiał poszczególnie. Jest zbiór opowiadań Tadeusza Markowskiego, znanego później z „Umrzeć, by nie zginąć” i z „Mutantów” oraz później z moim skromnym udziałem z kolejnego tomu „Dzieci Hildora”. A tutaj jest zbiór opowiadań „Tak bardzo chciał być człowiekiem”. Znam wielu ludzi, którzy się krzywią na ten tomik, że on jest taki niespójny i w ogóle taki kawalski i tak dalej. A powiem jedno: i tak kilka fajnych opowiadań tu państwo znajdziecie. Znowu napisanych, zdajmy sobie z tego sprawę, 40 lat temu, ze wszystkim, co dobre i złe.
Co wiąże się z tym podkreśleniem wieku. Niemniej jednak warto sięgnąć po ten tomik. No i w pewnym momencie ktoś tutaj na czacie zadał pytanie o książkę, która w swoim czasie wzbudziła tyleż samo zachwytu, co pomstowań oraz takich skrajnych ocen. Ja staram się być delikatny, używać języka wyluzowanego i nieodwołującego się do konkretnych sformułowań. Niemniej książka Andrzeja Krzepkowskiego zatytułowana „Krex”, napisana w czasie przyszłym Przepraszam, to jeszcze, proszę państwa, nie COVID, ale już mnie coś dusi. Zapewne alergia. W każdym razie „Krex” to była książka, o której się dyskutowało. To była książka, która z jednej strony porywała pewnym obrazem, a z drugiej strony prowokowała filozofią autora, o której już kiedyś wspominałem. On starał się być człowiekiem logicznym i powiedział tak: jaki sens jest pisania literatury o przyszłości w czasie przeszłym? Bo tak wygląda większość science fiction.
Pisze się w czasie przeszłym o czymś, co będzie za kilkadziesiąt, kilkaset, a czasami kilka tysięcy lat. To bez sensu. W związku z czym on napisał książkę w czasie przyszłym. Oczywiście rodzaj eksperymentu, pewnej prowokacji i tak dalej. W dodatku jeszcze odwołując się do treści, ta treść też jest prowokująca. I to był taki pierwszy, słowo skandal jest może nie na miejscu, ale mocno obdyskutowana, opluta i wychwalona książka zatytułowana „Krex”. Ty, Wiktorze, coś maczałeś przy tym palce, bo na pewno robiłeś do niej okładkę. Okładka bardzo wiktorowa. Dużo ozdobników, a jednocześnie pewien skrót. I to ja cenię.
Już nie podlizując się tobie, ale twoje okładki mają to do siebie, większość z nich przynajmniej, że operuje pewnym skrótem i to mi bardzo odpowiadało w tych okładkach. Takim myślowym skrótem. Niemniej nie o okładkę cię pytam, tylko o „Krexa”.
[02:28:06] - Ja mam bardzo rewolucyjne zdanie na temat „Krexa”. Uważam ją za bardzo dobrą powieść. Ten zabieg z czasem przeszłym to jest zawracanie głowy Szczepkowskiego. Po cholerę on to robi? To on powie. Ale to są eksperymenty. Natomiast ona w całości jest rewolucyjnie fajna. Gdyby naprawdę jeszcze nad nią trochę popracował, to mogła być naprawdę bardzo dobra literatura. Trochę może za szybko wydał, ale i tak to jest według mnie dobra, całkiem przyzwoita książka. Bo Szczepkowski, o czym mało kto wie, to był cholernie utalentowany facet, tylko że nie było miejsca, gdzie rozwinąć te skrzydła.
[02:28:59] - Proszę państwa, jeszcze tylko uprzejmie donoszę, że w książce zatytułowanej „Krex” są takie sceny pedofilskie. Jakby ktoś bardzo chciał donieść coś, te rzeczy i tak dalej, to jak najbardziej można, bo tam takie sceny się znajdują. Taka scena w pociągu jest. Jakby ktoś chciał poszukać, to niech znajdzie i może ewentualnie gdzieś, żeby zakazać albo jakieś inne obostrzenia nałożyć, to tylko podniesie czytelność tej literatury, bo jak coś zakazane, to wiadomo, że zakazany owoc smakuje lepiej.
[02:29:42] - Może ją dać do Brazylii. Może by ją napisali na nowo.
[02:29:48] - O nie! Bardzo proszę nie. Kolejna książka, o której chcę wspomnieć, to „Planeta zielonych widm”. I tu słowo wspomnieć jest adekwatne. To jest książka Zbigniewa Prostaka. Tego pamiętacie państwo od kontaktu. Powiem tak, zapowiadało się fajnie. Statek ląduje na obcej planecie. Kosmiczny, wędrujący po wszechświecie. I zapowiadało się fajnie, ale nie wiem, czy to poprawność autora, czy niechęć do pewnych militarystyczno-efekciarskich rozwiązań spowodowała, że to jest książka, która się świetnie zapowiada aż do ostatniej strony.
I to tyle, jeśli chodzi o „Planetę zielonych widm”. Ja bym widział tę książkę zupełnie inaczej. Rozmarnowany potencjał. I kolejna książka to perełka. To jest zbiór opowiadań Janusza Zajdla „Ogon diabła”, bo i Janusz Zajdel w tej serii zaistniał. I to jest zbiór, który ja czytałem wielokrotnie z moim ukochanym opowiadaniem, które się tutaj znajduje, którego teraz szybko szukam. Jak ono się nazywa? Coś o herbacie, tylko nie pamiętam, jaki to był tytuł. Nieważne. Zanim znajdę, w każdym razie poza tą herbatą jest tu naprawdę kilka znakomitych tekstów.
Nie wiem, kto dokonał wyboru do tego tomu, czy to był już tom pośmiertny, czy to już tuż pod koniec życia autora. W każdym razie to jest 1982 rok, jeszcze przed śmiercią. Ale naprawdę świetny wybór i świetne opowiadania. Naprawdę szukam tego. Jest oczywiście wstęp do późniejszej powieści „Limes inferior”, czyli „Dzień liftera” jako opowiadanie. O tym jeszcze państwo chyba usłyszycie, o ile dobrze pamiętam, w wywiadzie o tym „Dniu liftera”. W każdym razie to moim zdaniem tomik Nie chcę nadużywać słowa wybitny, ale jak na tamte czasy to było wydarzenie. Wiktorze, co ty na to?
[02:32:24] - Nie, zgadza się, bo Zajdel po prostu miał tę klasę. On wyszedł z „Młodego Technika”, ale poszedł dużo dalej i się rozwijał. Wielu autorów, których ty wspominasz, zostało w tym „Młodym Techniku”. Bardzo sympatycznym piśmie. Sam tam zaczynałem. Ale Zajdel poszedł dużo dalej.
[02:32:55] - Jak się nazywało to opowiadanie z herbatą i z wodą? Nie pamiętam. Natomiast tu jest jeszcze jedno fajne opowiadanie, które też mocno pamiętam. „Ogon diabła” - tytułowe opowiadanie. Znacie państwo często takie określenie, że coś zniknęło wam. Coś, co wydaje wam się, że położyliście w dobrze określonym, zdefiniowanym miejscu, ale tego tam nie ma, chociaż to położyliście, pamiętacie. I wtedy się mówi, że diabeł ogonem nakrył. To opowiadanie nawiązuje do takiej sytuacji. W ogóle bardzo fajny zbiór opowiadań. Ja go bardzo dobrze wspominam.
A teraz krótko. „Dzień Czerwonego Giganta” Henryka Kurty. Później „Kochać bez skóry” to Adam Holanek. To jeszcze nie to. Jeszcze nie byłem tym zachwycony. Adam Holanek napisał jedną fajną opowieść. O niej jeszcze powiemy. Dalej. Michał Markowski, „Pajęczyna. Po drugiej stronie księżyca.” To jest pewne odwołanie do „Ożeniłem się z brzydką dziewczyną”.
I bardzo fajny tomik Julii Nideckiej, „Goniący za słońcem”. Przyznam się, proszę państwa, że to był tomik, który zostaje w pamięci. Kto dzisiaj pamięta o Julii Nideckiej? Chyba nikt albo niewielu nas jest już takich, którzy to pamiętają. Ale tomik „Goniący za słońcem” to jest tomik, po który warto sięgnąć. Ja zdecydowanie go polecam. A ty, Wiktorze, co powiesz na ten temat?
[02:34:51] - Ja w czasie tej audycji, kiedy ty gadasz i gadasz, to chyba z pięć razy mi się w głowie pojawiło słowo Julia Nidecka.
[02:35:04] - Tym bardziej że to właśnie Julii Nideckiej Zajdel dziękował w jednej ze swoich powieści za mrówki. A znajdziecie sobie państwo tę historię, o co w tym wszystkim chodzi. W każdym razie historia myślę dosyć ciekawa. A jeśli chodzi o powieść, w której dziękował, to „Wyjście z cienia” oczywiście Zajdla. Warto chyba się do tego odwołać. Wiktorze, takie mam pytanie do ciebie jeszcze. Wymieniłem tak szybciutko Henryka Kurtę i „Dzień Czerwonego Giganta”. Czy ty pamiętasz tę książkę?
[02:35:57] - Nie.
[02:36:00] - Halo? No właśnie. Tak się spodziewałem, że nie pamiętasz. To było pytanie prowokacyjne, bo to jest znowu książka, która pokazuje, że my w latach 80. byliśmy w blokach startowych do pisania naprawdę takiej literatury, która nie wiem, czy byłaby literaturą głęboką i specjalnie literacką, ale byłaby literaturą, która byłaby zajmująca. Co mamy w „Czerwonym Gigancie”? Otóż misja badawcza przybywa właśnie na jedną z planet, która orbituje wokół czerwonego giganta. To jest świetny punkt wyjścia do napisania superhistorii takiej eksploracyjnej, takiej twardej science fiction związanej z badaniem innych planet. Takiej rasowej science fiction, która pokazuje nam, jak może być ciekawie, jak może być wspaniale. Myślę, że sporo takich talentów zmarnowaliśmy.
I ja nie twierdzę wcale, że książka, o której mówię, czyli „Dzień Czerwonego Giganta” to jest jakieś niesamowite osiągnięcie polskiej science fiction, ale jest to książka z całą pewnością ciekawie napisana. I co ważne, więcej nie powiem, bo wygadam, wypaplę państwu wszystko, ale warto ją doczytać do końca, bo koniec państwa po prostu zaskoczy. Ja lubię taką literaturę, która potrafi się odwinąć i pokazać figę. Spodziewałeś się czegoś, chłopczyku tudzież dziewczynko? To źle się spodziewałeś. To jest tego rodzaju książka i ja zdecydowanie jej kibicuję. Cóż, proszę państwa, ja myślę, że to jest w tej chwili naprawdę dobry moment, żebyśmy posłuchali drugiego i ostatniego odcinka wywiadu z Andrzejem Wójcikiem.
[02:38:28] - Kierowałem się zamiłowaniem do fantastyki. Część druga. O środowisku twórców SF w okresie PRL-u, początkach ruchu fandomowego oraz o powodach i kulisach wydawania lub wstrzymywania niektórych książek, spotkaniach w przestworzach, legendarnych nakładach, cenzurze i jej omijaniu z Andrzejem Wójcikiem, pisarzem i redaktorem, który był kierownikiem redakcji SF w Krajowej Agencji Wydawniczej, a także pełnił funkcję zastępcy redaktora naczelnego miesięcznika Fantastyka rozmawia Marek Żelkowski.
[02:39:03] - Wróćmy do Czarnej Serii KW. Zbierała ona tyle samo pochwał co batów. Częsty zarzut: seria była nierówna.
[02:39:11] - To i tak łagodnie powiedziane. Była bardzo nierówna.
[02:39:16] - A dlaczego? Skąd to się brało? Czy tytuły były narzucane?
[02:39:21] - Ta seria w początkowym założeniu powstała jako namiastka pisma. Pewien redaktor z dużego paryskiego wydawnictwa, z którym współpracowaliśmy, kiedy dowiedział się, że chcemy wydawać książki SF, powiedział tak: „Słuchajcie, jeżeli chcecie robić naprawdę dużą, wielotomową serię, to pierwszych dziesięć książek musi być na bardzo dobrym poziomie. Potem to już co druga musi być dobra, a wtedy możecie się zająć promocją wielu innych rzeczy.” Celem Czarnej Serii było po pierwsze pokazanie młodych polskich twórców, więc siłą rzeczy selekcja była w pewien sposób łagodniejsza niż w przypadku twórców uznanych. Aczkolwiek w serii ukazywały się również książki doświadczonych pisarzy Borunia, Zajdla, Żwikiewicza, Wolskiego.
[02:40:09] - Stefana Weinfelda.
[02:40:12] - Tak, tak. Książki Weinfelda wydawaliśmy głównie ze względu na ich nietypowe walory literackie. W świecie, w którym na topie były ociekające agresją książki Pececkiego lansującego postawy zdobywczych bohaterów biegających po obcych planetach z gotowymi do strzału blasterami Weinfeld wyróżniał się głębokim humanizmem, refleksyjnością, zadumą nad walczącymi w każdym człowieku dobrem i złem. Ta refleksyjność wynikała z jego doświadczeń, własnej walki o samookreślenie. Mówienie o niej nie przysparzało mu sympatii ówczesnych tak zwanych oficjalnych czynników. To był Żyd, który jak mało kto w tych czasach się do swojego żydostwa przyznawał, a wówczas w oglądzie wielu różnych ważnych osób nie było to powodem do chwały. Nigdy tego nie rozumiałem, ale tak się wtedy działo. Wróćmy jednak do serii. Liczba młodych, zdolnych pisarzy, którzy utrzymywaliby pewien wyższy poziom, zawsze jest ograniczona. Tak było, jest i chyba będzie.
Stosując metodę przekładańca, czyli książka doświadczonego pisarza, książka młodego pisarza i znów doświadczony pisarz, młody pisarz. Można było ów projekt utrzymać na w miarę przyzwoitym, średnim poziomie. Przyznaję, to był pewien eksperyment, którego żadne wydawnictwo wcześniej nie podjęło. Dzisiaj ktoś może uznać, że mówię śmieszne rzeczy, ale wówczas czuliśmy, że robimy coś ważnego, naprawdę ważnego. Bo na przykład, o ile opowiadania Andrzeja Krzepkowskiego były drukowane w wielu różnych czasopismach, to żadne wydawnictwo nie zdecydowało się na wydanie mu całego tomiku, a my w Kawie uznaliśmy, że autor na to w pełni zasługuje. I to był dobry strzał. Obojętne planety uważam za bardzo fajny debiut książkowy.
[02:42:04] - Ale Andrzej Krzepkowski to również pamiętny i kontrowersyjny Krex.
[02:42:10] - Właśnie. Z następnymi książkami tego autora bywało już różnie, a ten jego eksperymentalny Krex wzbudził naprawdę wielkie dyskusje. Ale ponieważ fantastyka szła w kierunku eksperymentów, uznałem, że trzeba tę książkę pokazać czytelnikom. Myślę, że rynek wówczas jakoś do Krexa nie dorósł, ale i tak warto było. Książka Krzepkowskiego pozostała bowiem śladem pewnej dyskusji warsztatowej, w której brali udział między innymi Stanisław Lem i znakomity teoretyk literatury Ryszard Handke. Chodziło o to, że pisząc typową fantastykę naukową, pisało się i pisze o czymś, co będzie w przyszłości, ale w czasie teraźniejszym albo w czasie przeszłym. Nie do końca było i jest to logiczne. No a Krex był pomyślany jako fantastyka pisana w czasie przyszłym, czyli o czymś, co się dopiero wydarzy. Z jednej strony to był taki eksperyment literacki, z drugiej tematyka powieści była bardzo współczesna, ale jednocześnie zakamuflowana. Zresztą było kilku pisarzy, którzy bawili się w takie eksperymenty.
Oprócz Krzepkowskiego był to Mietek Kurpisz z Poznania, Wiktor Żwikiewicz z Bydgoszczy. Tylko Żwikiewicz był bardziej osadzony na rynku. Miał za sobą sporo książek bardziej tradycyjnych i był dobrze przyjmowany. Jego książki nie wzbudzały takiego oporu jak książki Krzepkowskiego. Może nawet nie tyle u czytelników, co u krytyków. A krytyka poświęcona fantastyce naukowej była w tamtych czasach— to był niewielki krąg krewnych, przyjaciół i znajomych królika. Pewnie mnie zabiją, jak pan to opublikuje, ale co tam. Maciek Parowski publikował chyba pod czterema różnymi pseudonimami. Marek Oramus też miał chyba ze trzy. W pewnym momencie stało się tak, że wszczynali polemiki literackie pomiędzy sobą.
Jak Parowski pisał dobrze, to Oramus pisał źle, żeby wzbudzić dyskusję. Czasami ktoś się naprawdę przyłączał, ale ośrodek myślowy tworzyły te dwie osoby. Osoby ważne dla fantastyki. Hm, to troszkę było tak, że jak trafili się do recenzji przyjaciele, to się o nich pisało dobrze, a jak trafił się ktoś obcy, to się o nim dobrze nie pisało. W każdym razie nie zawsze, a Krzepkowski był bardzo niepokorny. W związku z tym od któregoś momentu był już bardzo mocno skłócony z całym środowiskiem. Jak trafiała się okazja, żeby mu dołożyć, to mu dokładali. Była taka fajna powieść wydana w Wydawnictwie Lubelskim „Z nieba i ognia, z nieba i mgły”. Napisana została w tej samej konwencji, co ówczesny wielki bestseller George'a R.R. Martina „Pieśń dla Linanne”.
Krzepkowski przyznawał się nawet do inspiracji tym utworem. Martin jako pisarz amerykański był bardzo mile przyjmowany, natomiast Krzepkowski jako wróg numer jeden trochę gorzej.
[02:45:13] - Nieco uciekł mi pan z odpowiedzią. Zapytam zatem raz jeszcze, czy jakieś tytuły w Czarnej Serii były narzucane? Może narzucono autorów?
[02:45:24] - Narzucany był Holanek. Tak naprawdę z trzech jego książek, które w Kawie się ukazały, jedna była taka, na którą ja go namówiłem. Natomiast cała reszta szła już na zasadzie nacisków.
[02:45:38] - Na który tytuł pan go namówił?
[02:45:40] - Pierwszy, który ukazał się w kawowskiej serii, czyli „Ukochany z księżyca”. Natomiast wszystkie następne szły już z rozdzielnika, bo Holanek musi ukazywać się w Krajowej Agencji Wydawniczej, skoro jest taka seria. Ze Zbigniewem Prostakiem była bardzo podobna sytuacja. Najpierw był zbiór zgrabnych opowiadań, później powieść, potem jeszcze jedna powieść, w dodatku znacznie słabsza. Kiedy pod naciskiem Komitetu Wojewódzkiego w Przemyślu chciano mi wcisnąć do Krajowej Agencji Wydawniczej kolejne dzieło, to już się mocno zaparłem i powiedziałem, że nie, że po moim trupie. Czułem się na tyle mocny, iż spróbowałem się postawić. Nie powiem, żeby mi to poprawiło pozycję w hierarchii wydawnictwa, ale dopiąłem swego. A wracając do Holanka, jako redaktor naczelny Fantastyki wciskał do wydawnictwa, co się tylko dało. Kaw działał w ramach RSW. Miesięcznik również wychodził w ramach RSW, więc jakimiś dziwnymi kanałami zaczął wtykać nie tylko swoje książki, ale również książki przyjaciół.
[02:46:48] - Było o co walczyć. Nakłady książek były ogromne: 100, 150 tysięcy, a były tomy, które sięgały 200 tysięcy.
[02:46:58] - I żeby było śmieszniej, to wszystko się sprzedawało, niezależnie od tego, co mówiła krytyka. Dla wydawcy to nie był miernik popularności literatury, ale czasy były inne. Dzisiaj, jak książka się sprzedaje, to się ją drukuje w nieskończoność, niezależnie od tego, co ona sobą reprezentuje. Wiele lat później w innym wydawnictwie wydawałem Alistaira Macleana. Każdy tom po 300 tysięcy egzemplarzy. A i tak kolejki stały po nocach przed księgarniami i nikt nie pytał, czy to jest dobry kryminał lub sensacja. Alistair Maclean napisał kilka dobrych książek, ale sporo złych. Myśmy wydali wszystko, czyli 32 tomy. Połowa z tego z punktu widzenia wartości literackich była trochę powyżej dna, ale ludzie chcieli, czytali, kupowali. To się wydawało.
A w socjalizmie był sztywny nakład, przedziały papieru i przeważnie mowy nie było o szybkim dodruku.
[02:48:02] - Nie mogę nie zapytać o „Neurony zbrodni” Lucyny Pęciak. To opowieść, która dla wielu pokoleń stała się kwintesencją koszmarnej SF. Powieść do dzisiaj jest obśmiewana.
[02:48:14] - I bardzo słusznie. Ona została wydana w serii, ale nie przez naszą redakcję. Tyle mogę powiedzieć na ten temat.
[02:48:22] - A może jednak jeszcze trochę?
[02:48:25] - Moja była szefowa, nie będę wymieniał jej z imienia i nazwiska, bo to generalnie rzecz biorąc, była bardzo porządna i życzliwa ludziom osoba. Była żoną bardzo wysoko postawionego pułkownika Służby Bezpieczeństwa, natomiast pani Pęciak była jej przyjaciółką. Wojowaliśmy z tą książką długo. Nie chciałem, żeby się ukazała. W końcu jednak dyrekcja podjęła decyzję, że ma zostać wydrukowana w serii i koniec. Nie byłem przy negocjacjach. Została zrobiona okładka, książkę wetknięto do serii. Wszystko. Takie rzeczy były w tamtych czasach na porządku dziennym.
[02:49:04] - Czy o druku często decydowały względy pozaliterackie?
[02:49:08] - Nie, nie było tak źle, ale była taka książka „Gwiezdne szczenie” Jacka Izborskiego. Zaakceptowaliśmy ją ze względów, powiedzmy, społecznych. To był niepełnosprawny pisarz z Wrocławia, bardzo mądry, bardzo inteligentny, który pisać nie za bardzo potrafił, ale miał dobre pomysły. Jego książka była w stylu ówczesnego Borunia i ówczesnego Trepki. Uznaliśmy jednak, że w całej tej masie lepszych i gorszych książek warto wykonać taki ruch wydawniczy. Traktowaliśmy go jako formę terapii. Osobiście jeździłem do autora i pomagałem mu pisać niektóre kawałki, a potem jeszcze redaktorzy ode mnie z Kawu z nim pracowali. Był też przeciwny przykład. Dogadałem się z Juliuszem Machulskim na wydanie jeszcze przed premierą filmu książkowej wersji „Sex Mission”. Książka była opracowana, przygotowana do druku, ale ówczesny sekretarz podstawowej organizacji partyjnej w Krajowej Agencji Wydawniczej podniósł straszny raban, że nam się już w tej redakcji w głowach poprzewracało i że wydawanie takich głupot obraża wydawnictwo.
[02:50:18] - Poza tym, że był pan redaktorem łowcą głów w Kawie i człowiekiem, który pisał o literaturze SF, na przykład „Budowniczowie gwiazd 1”, „W stronę człowieka. Szkice o polskiej literaturze SF”, był pan również autorem powieści z tego gatunku Wspólnie z Andrzejem Krzepkowskim napisaliście „Obszar nieciągłości”. Byłem kiedyś świadkiem sporu o to, czym ta książka jest bardziej: fantastyką socjologiczną, dystopią, metaforą realiów realnego socjalizmu, ostrzeżeniem przed ingerencją człowieka w naturę.
[02:50:53] - Może zacznę od tego, jak pisze się we dwóch, bo z tym bywa różnie. Podczas pisania trylogii „Proxima”, „Zagubiona przyszłość” i „Kosmiczni bracia” Trepka pisał jeden rozdział, Borun pisał drugi, a potem jakoś to sobie sklejali. Można też inaczej. Andrzej Krzepkowski był moim serdecznym przyjacielem. Bardzo często toczyliśmy różne dyskusje filozoficzne. Młodzi ludzie już tak mają. Spieraliśmy się nie tylko o to, skąd wzięło się życie na Ziemi, ale również jak owo życie powinno wyglądać, jak wykonywane są manipulacje społeczne i tak dalej. Pewnego razu doszliśmy do wniosku, że dobrze byłoby to wszystko spisać oraz że najlepiej to zrobić pod płaszczykiem fantastyki naukowej, bo łatwiej się sprzeda. Tyle jeśli chodzi o źródło „Obszaru nieciągłości”. Teraz kilka słów o metodzie.
Pisaliśmy w ten sposób, że ja wymyślałem fabułę kolejnych rozdziałów, Andrzej pisał, a w kolejnym etapie ja to poprawiałem. Ale nie koniec na tym. Potem on jeszcze raz poprawiał i jeszcze raz ja. Niekończące się spory i dyskusje, ale działanie było efektywne, bo zaowocowało książką. Podsumowując, 60, a może nawet 70% pracy stricte literackiej wykonał Andrzej Krzepkowski. Pomysł jest w 80% mój. Można więc powiedzieć, że bilans się wyrównuje. Trudno jest autorowi oceniać własne dzieło, ale uważam tę książkę za udaną prozę z nurtu fantastyki socjologicznej. I tak zostało to odczytane przez wydawców zachodnich, bo „Obszar nieciągłości” ukazał się w wielu tłumaczeniach zagranicznych. W książce jest sporo bezpośrednich nawiązań do świata, w którym żyliśmy.
Pod koniec pojawia się chociażby taki kawałek o ośmiu wyrzutniach, że są nachylone w kierunku zbuntowanej kopuły. A demoludów było właśnie dziewięć. Myślę, że sygnał dla tych, którzy umieli czytać poza wierszami, był bardzo wyraźny i czytelny. Książka ukazała się w 1980 roku, a ponieważ zawierała wątki mówiące o tym, jak manipuluje się społeczeństwem, ale również o tym, jak owo społeczeństwo się budzi i buntuje przeciwko manipulacjom, była to zatem opowieść, która trafiła w swój czas. Ale najśmieszniejsze, że we wrześniu 1980 roku dostaliśmy za tę książkę nagrodę Trybuny Ludu. Ważną nagrodę w tamtych czasach. Ona później bardzo mocno promowała twórców. Z drugiej strony tłumaczenie „Obszaru nieciągłości” ukazało się w RFN-ie z bardzo ciekawą recenzją ówczesnego guru niemieckich recenzentów, czyli Marcela Reicha-Ranickiego. Pisał on, że to jest jedna z tych książek, które prawdopodobnie pobudziły Solidarność. Czy tak było?
Nie sądzę. W każdym razie nakład książki dosyć szybko się rozszedł. Powieść miała też oczywiście wielu przeciwników. Marek Oramus deptał ją jak mógł. Dlaczego? Pewnie dlatego, że to było uderzenie w jego poletko pisarza buntownika. I żeby była jasność, nie mam nic przeciwko Markowi Oramusowi. Bardzo cenię go jako pisarza i jako krytyka. Zresztą całe lata przyjaźniliśmy się, ale naszego „Obszaru nieciągłości” jakoś nie polubił.
[02:54:26] - Nie kusiło pana, aby kontynuować przygodę z literaturą? Aby być autorem?
[02:54:32] - Byłym autorem i bywam autorem. Wprawdzie już nie fantastyki naukowej, ale jednak. Książka napisana z Andrzejem była dla mnie literackim eksperymentem. Bardzo ciekawym eksperymentem, bo przecież wcześniej zajmowałem się fantastyką naukową również w naukowy sposób. Najpierw od strony historyczno-literackiej na etapie studiowania, potem pisałem pracę doktorską z teorii literatury fantastyczno-naukowej. Okazuje się, że bardzo łatwo jest stworzyć pewną konstrukcję, pewien model na pisanie, jeżeli się podchodzi do niego w sposób teoretyczny. Na tej zasadzie Eric Segal napisał „Love Story”. Okazuje się, że jeden z największych bestsellerów został zaprogramowany od początku do końca. Według twierdzeń autora założył się z kolegą, że napisze światowy bestseller i napisał, programując go wcześniej drobiazgowo na zasadzie: tu czytelnik się śmieje, tu wzrusza, a tu płacze. Jednak ja uważam, że znajomość mechanizmów pisarskich i podejście krytyczno-literackie zaczyna w pewnym momencie przeszkadzać autorowi w pisaniu prozy.
A poza tym „Obszar nieciągłości” był doskonałą zabawą, eksperymentem. Chcieliśmy z kumplem napisać książkę i napisaliśmy ją. Chyba z sukcesem, bo polskie książki wydawane na Zachodzie nie były w tym czasie zjawiskiem częstym.
[02:55:59] - Rozumiem, że fantastyka naukowa bardziej interesuje pana od strony teorii literatury.
[02:56:05] - Ujmę to inaczej. Również od strony teorii literatury. Kiedy pracowałem w wydawnictwie, interesowało mnie wyszukiwanie rokujących pisarzy i umożliwianie im literackiego startu. Temu służyła kawowska seria. Temu służył miesięcznik Fantastyka, a także inne obszary, w których działałem. To po pierwsze. Po drugie, myślę, że pisanie fantastyki naukowej na tym poziomie, na jakim myśmy pisali, wymaga bardziej precyzyjnego umysłu niż mój. Polega bowiem na budowaniu zamkniętych światów, budowaniu modeli, które muszą być skonstruowane bardzo dokładnie. Kiedyś jeden z naszych wybitnych pisarzy, Konrad Fiałkowski, zwrócił uwagę na to, że nawet jeden nowy element wprowadzony do kreowanego świata powoduje stworzenie całej masy nowych zachowań, interakcji społecznych, reakcji psychologicznych i tak dalej. To wymaga bardzo precyzyjnego opisywania rzeczywistości.
Tak precyzyjnego, że normalna, głównonurtowa literatura piękna w ogóle nie zna takiego problemu. Tam, jeżeli bohater znajduje się w określonych sytuacjach, to owe sytuacje są nam wszystkim doskonale znane. Jak wiadomo, przypadek rządzi światem i to on powoduje jakieś gwałtowne zmiany, czy też reakcje psychiczne. Ale są to zjawiska doskonale znane nam wszystkim. Punkty odniesienia są klarowne i proste. Natomiast w fantastyce naukowej jest zupełnie inaczej. Ot, taki prosty element z mojego życia. Kiedy pierwszy raz pojechałem do Stanów Zjednoczonych, to u nas w kraju nikt jeszcze nie znał telefonów komórkowych, a tam takie urządzenia były na porządku dziennym. Może nie był to jeszcze produkt masowy, tak jak obecnie, ale komórki popularne już były. W związku z tym zmienił się tam sposób komunikacji międzyludzkiej.
Zmienił się również sposób przekazywania wiadomości, porozumiewania się, a tym samym funkcjonowania wielu instytucji. Dla mnie, człowieka, który w kraju musiał biegać do budki telefonicznej i stać w kolejce, taka możliwość zadzwonienia z samochodu to był inny świat. Zresztą najlepszym przykładem jest „Limes inferior” Janusza Zajdla. To był świat zbudowany od A do Z, dla nas zupełnie inny, wymyślony, bardzo psychologiczny. Ciekawostka polega na tym, że „Limes inferior” jako powieść powstał po pobycie autora na stypendium w Chicago. Kiedy pojechałem po raz pierwszy do tego miasta, to miałem naprawdę doskonałą zabawę. Mogłem z tą książką chodzić po mieście niemal jak z przewodnikiem. Janusz tak naprawdę niczego w sferze materialnej nie wymyślił. On opisywał rzeczywistość, którą tam zastał. Opisywał budowle, które tam widział.
Miasto nad jeziorem.
[02:59:00] - Wiem, że z „Limes inferior” wiąże się jeszcze jedna ciekawostka, o której pan często wspomina.
[02:59:06] - Otóż opowiadanie, które dało początek tej książce, czyli „Dzień liftera”, było napisane dla żartu. Kiedyś, w latach 70., zorganizowaliśmy w klubie konkurs szybkiego pisania opowiadań. Brali w nim udział Adam Wiśniewski-Snerg, Janusz Zajdel, Maciek Parowski i Andrzej Krzepkowski. Tematy były rzucane z sali, a dany autor miał pół godziny na napisanie tekstu. Zajdel dostał zadanie polegające na opisaniu Wiśniewskiego-Snerga w jakichś obcych, dziwnych warunkach. Stąd pojawia się Snerg jako bohater. Snerg, który ma wiele cech pisarza pierwowzoru. Wszystko narodziło się zatem z żartu, ale zaowocowało fantastyczną książką. Nie w sensie gatunku, bo to oczywiste, ale jakości.
[02:59:56] - Czasy PRL-u dla redaktora w wydawnictwie książkowym oznaczały nieustanne kontakty z cenzurą. Dla jednych jawi się ona jako źródło wszelkiego zła, dla innych jako instytucja niemal groteskowa. Jak pan zapamiętał tę instytucję?
[03:00:12] - Cenzura działała dwutorowo. Były zapisy okresowe na konkretne nazwiska i wówczas, żeby nie wiem co to było, autor nie mógł się ukazywać. Na tej zasadzie wyoutowany był przez pewien czas Krzysztof Boruń. Załapałem się również i ja. Jak pan weźmie numery „Fantastyki” z pewnego okresu, to w niektórych tekstach nazwiska wymieniane są rządkiem, ale jest też niezadrukowany kawałek. Tam miało być moje nazwisko, ale ponieważ był zapis cenzorski, to przyjaciele z miesięcznika znaleźli taki właśnie sposób, aby ustosunkować się do niego.
[03:00:49] - Skąd wziął się ten zapis na pańskie nazwisko?
[03:00:52] - Nie chcę się na ten temat wypowiadać jeśli chodzi o szczegóły. Najogólniej wiązało się to ze sporem, jaki pojawił się na linii Holanek-Wójcik. I tyle. Więcej nie trzeba o tej sprawie mówić.
[03:01:05] - A jakie mogły być powody zapisów na konkretną osobę?
[03:01:10] - W przypadku Krzysztofa Borunia wiązało się to z jego niektórymi artykułami w prasie oraz związkami ze Stronnictwem Demokratycznym. Powiem szczerze, w rzeczywistości PRL-u to głównie sympatyczni, mili przyjaciele powodowali, że ni stąd, ni zowąd ktoś dostawał zakaz publikacji. To było naprawdę trudne do obejścia. Przekonałem się o tym, kiedy zacząłem przymierzać się do wydania pierwszej książki Borunia w Krajowej Agencji Wydawniczej. Chciałem zacząć serię od „Ósmego kręgu piekieł”, bo ten tytuł był często wydawany za granicą. Natomiast w Polsce w ogóle się nie ukazał, ponieważ na nazwisko Boruń był zapis cenzorski. Powiedziałem przed chwilą, że cenzura działała dwutorowo. Po pierwsze zapisy na nazwiska. Po drugie... To po drugie jest bardzo śmieszne.
Otóż cenzura nie radziła sobie z fantastyką. Naprawdę sobie nie radziła. Pod koniec lat 70. oddałem do wydawnictwa książkę „Okno kosmosu. Wybrane zagadnienia topiki polskiej prozy fantastycznonaukowej”. To była poprawiona wersja mojej pracy magisterskiej. Po jakimś czasie usłyszałem od Andrzeja Gerłowskiego, ówczesnego redaktora serii, w której tytuł miał się ukazać: „Słuchaj, cenzura się o coś przyczepiła. Nie wiem, o co chodzi. Idź na mysią i pogadaj.” Poszedłem zatem do siedziby cenzury w nastroju bojowym. Wchodzę, a pani siedząca za biurkiem pokazuje mi wydruk kontrolny publikacji, na którym napisane jest „środek”.
A potem słyszę: „Wie pan co? Ja tutaj dostałem od kolegi, żeby z panem porozmawiać. Niech mi pan powie, co to znaczy, że ten kolega tutaj napisał środek, bo ja nie bardzo rozumiem, nie wiem, jak mam się do tego zabrać”. Miałem za sobą pewne doświadczenie pracy w wydawnictwie i od razu było dla mnie jasne, że ktoś napisał, że to jest środek publikacji bez wydruku okładki. Zabawne, ale w cenzurze nigdy zabawnie nie było. Pomyślałem, że skoro kobieta zadaje tak inteligentne pytanie, to muszę jej udzielić równie inteligentnej odpowiedzi. Mówię zatem: „Wie pani co? Na moje oko to ta książka nie jest ani lewicowa, ani prawicowa, tylko centrystyczna i ktoś ją tak po prostu określił”. Pani przyjęła to moje wyjaśnienie z dobrodziejstwem inwentarza. Dostawiła pieczątkę i powiedziała, że mogę zanieść książkę panu Garłowskiemu do KW, a on może ją spokojnie wydać.
Skoro mnie spotkało coś tak absurdalnego, jasne jest, że z bardziej skomplikowanymi rzeczami po prostu sobie nie radzili. Merytoryczne ingerencje zdarzały się bardzo rzadko. Jeżeli nie było klauzuli na nazwisko, to bardzo dużo dało się wydyskutować. Za edla się troszeczkę czepiano, ale też bez większego zaangażowania. Jak wydawaliśmy całą prawdę o planecie Xi, która jest przecież dosadnym rąbaniem siekierą między oczy, to były dyskusje, ale raczej czy wydawać, czy nie wydawać w ogóle. Natomiast nie było prób znaczących ingerencji lub wyjmowania jakichś fragmentów. Było tylko częste chodzenie na mysią i niekończące się rozmowy z cenzorami.
[03:04:33] - A może wam w KW było łatwiej? Ostatecznie RSW to był koncern wydawniczy podległy Komitetowi Centralnemu PZPR. Może cenzurze wydawało się, że wszyscy jesteście praworządni i partyjni.
[03:04:48] - Zacznijmy od tego, że nigdy członkiem PZPR nie byłem. Ale może mieć pan rację. To ich przekonanie, że kontaktują się ze sprawdzonym aktywem, zapewne owocowało mniejszymi ingerencjami. Tak naprawdę ja rozstałem się z KW właśnie z powodu braku przynależności partyjnej. Przez długi czas moim bezpośrednim przełożonym był Bolesław Kowalski, który miał tendencję do matkowania młodym twórcom i pozwalał nam na bardzo wiele. Nawet jak już w którymś momencie cenzura zaczęła się jednak doczytywać różnych nieprawomyślnych rzeczy, to przeniósł naszą redakcję z ulicy Wilczej na Wronią, czyli na zadupie Warszawy, żebyśmy się za bardzo w oczy nie rzucali. Kiedy Bolesław Kowalski zachorował, a potem zmarł, szefem naczelnej redakcji wydawnictw seryjnych został typowy działacz partyjny, od którego usłyszałem: „Wie pan, redaktorze, to jest wydawnictwo Komitetu Centralnego. Trzeba byłoby się określić”. Powiedziałem, że ja w dalszym ciągu podtrzymuję swoją teorię, iż nie mogę zapisać się do PZPR z bardzo prostego powodu — gdyż jest to partia socjalistyczna, a ja jestem komunistą i to jeszcze nie jest ten etap. Oczywiście nie zaskarbiłem sobie jego sympatii.
Zaczęło się robić bardzo niedobrze. Nasze książki rzeczywiście oglądano przez lupę, czytano i analizowano bardzo poważnie. Był taki profesor Bogdan Michalski, wykładowca na studium dziennikarskim. Od pewnego momentu prawie każda książka, która była zatwierdzona do druku, trafiała do niego.
[03:06:28] - Potrafił wyłapać więcej?
[03:06:30] - To był bardzo inteligentny człowiek. W przeciwieństwie do cenzury, która w gruncie rzeczy działała dość sztampowo i biurokratycznie, potrafił znaleźć rzeczy, które mogły nie podobać się władzy. W wydawnictwie pełnił rolę dodatkowego cenzora wewnętrznego. Czytał z punktu widzenia fachowca od mediów oraz propagandy i stał się doradcą dyrekcji. Ale muszę powiedzieć, że w paru wypadkach nam pomógł. Gdy były jakieś wątpliwości, czy nie przekraczamy granicy political fiction, profesor brał takiego młodego autora na krótką rozmowę, parę zbyt ostrych zdań pozmieniali na nie mniej nośne i szło do druku. Czyli nie było w sumie aż tak źle. Nie było do czasu, kiedy wspomniany już partyjny działacz po raz kolejny kazał mi się określić. Z tym etapem mojego życia związana jest pewna anegdota. Znalazłem na ulicy psa.
To był spaniel, a raczej spanielica. I ona mnie kochała nad życie. Nie mogłem jej zostawiać w domu, bo wyła jak oszalała. Nawet wówczas, gdy w domu była żona i dziecko. W związku z tym zacząłem pojawiać się w pracy z psem. Nasza redakcja znajdowała się poza główną siedzibą KW i ten pies nikomu tam nie przeszkadzał. Ale któregoś dnia zostałem zawezwany na Wilczą i musiałem wziąć spanielicę ze sobą. Wyszedłem do sekretariatu szefa naczelnej redakcji wydawnictw seryjnych, aby coś tam podpisać. Sekretarka, pani Krysia powiedziała: „O, jakiego ładnego psa pan sobie kupił, panie Andrzeju”. A ja na to: „Tak, wie pani, bo postanowiłem się zapisać do kółka myśliwskiego.
Psa już mam. Kupię sobie dwururkę i jak pojadę z tym kawowskim kołem na polowanie, jak wyceluję w ten łysy łeb, to się nawet o centymetr nie pomylę”. Dopiero wtedy zorientowałem się, że szef stoi w otwartych drzwiach za mną. Cofnął się, kiedy zobaczył, że go dostrzegłem, ale już wiedziałem, że należym przygotować sobie szybką ewakuację. Szczęśliwie znalazło się miejsce w zaprzyjaźnionej spółdzielni dziennikarzy, której kierownictwo miało podobne do mojego zdanie na temat posiadacza łysego łba. Moje drogi z fantastyką zaczęły się w tamtym momencie rozchodzić. Zajmowałem się bowiem zupełnie innymi rzeczami. Potem trochę pracowałem w kulturze. Założyłem prywatne wydawnictwo Interart. Z fantastyki wydawaliśmy jako pierwsi w Polsce „Gwiezdne wojny”, całą wielką serię Lema, „Indianę Jonesa”.
To było jednak na marginesie całej działalności wydawniczej. Jeszcze później zająłem się trochę polityką, bo po Interarcie byłem koordynatorem programu „Fara”, który poświęcony był wydawnictwom. Zajmowałem się dzieleniem pieniędzy unijnych na różne przedsięwzięcia wydawnicze. Potem wydawałem biuletyn Rady do Spraw Reform Ostrojowych Państwa. Jakie to mądre było. Dzięki temu wiem, że to, co nas dzisiaj otacza, ma się nijak do ustaleń tamtej rady. Na przykład pieniądze miały iść za pacjentem. Nie miało być żadnego kontraktującego i reglamentującego świadczenia medyczne NFZ-u, a szpitale miały dostawać pieniądze w zależności od tego, ilu mają pacjentów i miały działać na zasadach rynkowych. To samo miało być ze szkolnictwem. Po zakończeniu programu wróciłem do działalności wydawniczej, ale już całkiem niezwiązanej z fantastyką.
[03:10:09] - Czytuje pan fantastykę współczesną?
[03:10:12] - Nie. I powiem panu dlaczego nie. Gdy byłem bardzo młody, przeczytałem artykuł amerykańskiego pisarza Paula Andersona, który stwierdził coś, co było wtedy dla mnie szokujące. Powiedział mianowicie, że fantastyką ludzie zajmują się do 35-40 roku życia, a potem rozstają się z nią i zmieniają zainteresowania albo tkwią w SF do końca życia. Wtedy to było dla mnie obrazoburcze, bo fantastyka naukowa była dla mnie całym światem. Dla młodego człowieka to była prawdziwa droga do raju. Tak to widziałem. Nie wyobrażałem sobie swojej drogi życiowej bez science fiction, ale przyszedł taki moment, że byłem tak zajęty innymi sprawami, że fantastyka zaczęła mi umykać. A poza tym nie trawię fantasy. Tu już nie ma miejsca na science.
Nie trawię tej konwencji w takiej formie, która rozpleniła się u nas gdzieś pod koniec lat 90. Przerabiane bajki, baśnie to nie miało przeważnie nic wspólnego z konstruowaniem jakiejś myśli, koncepcji rozwoju świata. A poza tym to było bardzo wtórne w stosunku do tego, co na przykład pisała Ursula Le Guin czy George Martin. Ludzie, którzy naprawdę owo fantasy zaczęli wynosić na poziom literacki. Wiem, że obecnie nie jest już tak źle, ale ciągle nie mam ani czasu, ani przekonania do tego, aby zabrać się za lekturę.
[03:11:39] - A jakiej rady mógłby pan udzielić dzisiejszym początkującym pisarzom fantastom?
[03:11:45] - Każda literatura, jakąkolwiek się pisze, może poza kawałkami stricte naukowymi, na przykład z ekonomii, medycyny, techniki, to jest zawsze jakieś przetworzenie rzeczywistości. Trzeba być bardzo bacznym obserwatorem. Warto zapamiętywać różne najbardziej gadżeciarskie sytuacje. Ciekawą literaturę można pisać, podpatrując rzeczywistość. Żaden autor nie wymyśli tego, co dzieje się dookoła nas. Najlepszy przykład to Joanna Chmielewska, która zawsze twierdziła, że żadna z jej książek nie jest książką wymyśloną. I chyba stąd ta ogromna jej popularność. Chociażby ten sławetny „Lesio”, najbardziej znana i głośna książka. Miałem przyjemność prawdziwego Lesia poznać. Jest to autentyczny facet, który w pewnym momencie przestał być inżynierem i zaczął handlować butami.
Miał naprawdę duży sklep. Ważną rzeczą, o której każdy pisarz powinien pamiętać, to żeby nie wymyślać niczego na siłę. Lepiej przetwarzać rzeczywistość. Dobra fantastyka z tego wychodzi. A jeżeli już się bawić w fantastykę, gdzie tych elementów wziętych z rzeczywistości jest mało, trzeba być wówczas bardzo konsekwentnym. Bo tak jak już powiedziałem, jeden dodany element zmienia cały świat dookoła. Na co dzień użytkując telefon, dyktafon, zapalniczkę, samochód wszystkie te elementy uznajemy z czasem za normalne i przestajemy je w ogóle dostrzegać. Nie czujemy ich. Natomiast pojawienie się czegoś nowego, nawet nowej partii politycznej, to całkowita zmiana rzeczywistości, w której my żyjemy. Natychmiast powstaje cała masa interakcji.
I tak samo, jeżeli przed bohaterem staje jakiś problem, to nie jest tak, że tylko on musi się z nim zmagać. Zmaga się z nim również bezpośrednio albo pośrednio całe jego otoczenie. W związku z tym trzeba być bardzo dokładnym, bardzo konsekwentnym w tworzeniu konstrukcji literackich.
[03:13:52] - Jaka jest rola redaktora w wydawnictwie? Poprawianie kiksów narracyjnych autora czy może jego stylu?
[03:14:00] - Są dwie szkoły. Niektórzy przerabiają wszystko na własne kopyto i cokolwiek napisze autor jeden, drugi czy dziesiąty, to gdy tekst wyjdzie już spod ręki redaktora, a częściej redaktorki starej daty, wygląda, jakby wszystkie opracowywane przez redagującego książki napisała jedna i ta sama osoba. Jest też inna, moim zdaniem lepsza szkoła, w której redaktorzy współpracują z autorem i tylko zwracają mu uwagę na wspomniane kiksy. Bohater na początku powieści jest wysokim blondynem, a pod koniec kurduplowatym brunetem, bo one mogą rozwalić każdą, najlepszą nawet książkę.
[03:14:42] - A co ma zrobić młody autor, którego dotyka zasłużona lub co gorsza niezasłużona krytyka w stylu: „Nie lubię tej książki, chociaż sam nie wiem dlaczego”?
[03:14:53] - Nigdy nie należy się załamywać. Jeżeli nawet trzy albo cztery osoby powiedzą, że utwór do niczego się nie nadaje, wcale nie świadczy to na jego niekorzyść. Nawet wówczas, gdy tych osób jest dziewięć, to również o niczym nie decyduje. Znane są liczne przykłady książek, które zostały wzgardzone przez 50 wydawnictw, a 51. zdecydowało się na wydanie i był to światowy bestseller.
[03:15:20] - Na przykład „Firma” Johna Grishama.
[03:15:23] - Na przykład. A jeżeli książka już się ukaże, to fakt, że jakiś krytyk ją ostro zjedzie, wcale jeszcze nie oznacza, że jest to zła proza. Równie dobrze może to być sygnał, że dany krytyk albo nie lubi autora, albo nie zrozumiał książki. Sam jestem od lat krytykiem i wiem, iż są takie teksty, których po prostu nie rozumiem, ale to jeszcze nie znaczy, że są to teksty złe. Nauczyłem się o takiej prozie nie pisać w ogóle. Tylko w młodości byłem bardzo bojowy. Jak człowiek troszeczkę dorośnie i dojrzeje, to przychodzi refleksja, że może nie zawsze jest tak, iż książka jest zła. Równie prawdopodobne, że ktoś po prostu do danej książki nie dorósł lub nigdy nie dorośnie. Zawsze pamiętam o tym, że może czegoś nie łapię, może coś mi umyka. Mówiłem, że nie lubię fantasy, ale zdaję sobie sprawę, iż są dziesiątki tysięcy ludzi, którzy czytają tę literaturę i zachwycają się nią.
Wniosek: taki rodzaj pisania spełnia czyjeś potrzeby, daje komuś dokładnie takie przeżycia, jakich on oczekuje. Ważną rzeczą dla osoby tworzącej prozę jest dbałość o język, jakim pisze swoją książkę. To jest naprawdę gigantyczna praca. Odnoszę wrażenie, że my w Polsce jeszcze nie w pełni do tego dorośliśmy. W roku 1981 byłem na praktyce w wydawnictwie Heyne Verlag w Monachium. I proszę sobie wyobrazić, że tam nie było redaktorów w takim rozumieniu, do jakiego przywykliśmy. To było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. W tym wydawnictwie nie było redaktorów, ale byli lektorzy. Praca takiego lektora polegała na tym, że czytał tekst, a następnie spotykał się z autorem i mówił mu, co w jego książce jest niespójne, co się nie podoba. Obowiązkiem autora było dopracowanie utworu pod kątem tych uwag.
Jeśli autor tego nie potrafił, książka wypadała z kręgu zainteresowania wydawcy albo twórca musiał na własny koszt wynająć ghostwritera, który odwalał za niego czarną robotę. Nikt się nie bawił w przecinki, w poprawianie stylu, w konstruowanie czy, co bardzo częste w Polsce, pisanie książki za autora. W moich czasach to ostatnie zjawisko było dosyć częste. Sam mam na koncie jedno takie dokonanie. Jako początkujący redaktor dostałem książkę do opracowania. Przeczytałem i doszedłem do wniosku, że nic się w niej nie trzyma kupy. To była publikacja o charakterze informacyjno-naukowym. Kto był autorem? Oczywiście nie zdradzę, ale książka dotyczyła ważnego wydarzenia, czyli lotu Mirosława Hermaszewskiego. Wszystko było ze wszystkim pomieszane.
A ponieważ akurat interesowałem się kosmonautyką, siadłem, napisałem duże partie tekstu od nowa i książka poszła do druku. Tak wyglądał mój start w dorosłe życie redaktora. A to, co napisałem za owego autora, procentowało mi przez długie lata jego życzliwym wsparciem dla różnych moich działań.
[03:18:37] - Współczesne wydawnictwa mają przeważnie bardzo ograniczoną kadrę. To w pewnym momencie zaowocowało ukazaniem się na rynku całej masy książkowych koszmarków, w których błędy ortograficzne pojawiały się niemal na każdej stronie i nie były wcale najgorszą wadą owych publikacji. Wszyscy oszczędzali.
[03:18:57] - Z historii koszmarnych przytoczę jeszcze taką: znane wydawnictwo wydawało przekłady, łapiąc pięciu studentów anglistyki i dając każdemu po kawałku tej samej książki do przetłumaczenia. Oficjalnie miało to być darmowe sprawdzenie ich umiejętności translatorskich. Już tylko to jest typowym przegięciem pały, ale uroku tej historyjce dodaje fakt, że potem nikomu nie chciało się zebrać tych kilku tłumaczeń w jeden tekst, a rozbieżności w gotowej książce były tak duże, że pod znakiem zapytania stawało zrozumienie narracji w tekście. A były to książki znanych autorów, które bardzo dobrze sprzedawały się na rynku. Wracając jeszcze do porad dla początkujących pisarzy. Dobrze, jeżeli po napisaniu prozy odłoży się ją na jakiś czas do przysłowiowej szuflady. Chodzi o to, aby trochę o tym pisaniu nie zapomnieć i czytać ją później jako niemal obcy tekst. Jeśli poprawia się zaraz po napisaniu, to wiele fragmentów zna się niemal na pamięć. I tam właśnie może ukryć się błąd, którego autor nie jest w stanie wychwycić. W związku z tym kwarantanny dobrze robią tekstom literackim.
Taka procedura jest już trudna do wykonania na przykład w dziennikarstwie, ale dla pisarza prozy wręcz wskazana.
[03:20:20] - Dziękuję za rozmowę.
[03:20:28] - Halo, halo, Wiktorze, nie zasnąłeś przy wywiadzie?
[03:20:32] - Broń Boże! Wójcik mówił tak ciekawie i tak sensownie, że trudno było zasnąć, Marku. To jest stara, dobra szkoła myślenia i widzenia
[03:20:48] - To prawda. Kiedy robiłem ten wywiad, też byłem pod dużym wrażeniem, bo my staramy się bardzo często robić skróty myślowe polegające na tym: „A, to był KW, to było wydawnictwo partyjne, w związku z czym wszystko było bez sensu”. Okazuje się jednak, że dużo sensu było i warto o tym pamiętać.
[03:21:13] - Marku, nieprzypadkowo wspominałem o odruchach mojego ukochanego Leszka Jęczmyka: „A, ten Wójcik to na pewno jakiś partyjny”. Jak widać z tego te kartki przerzucane z lewa na prawa funkcjonują wszędzie. Co z tego wywiadu wynikał jakiś stosunek i w jakiś sposób funkcjonował Wójcik w ramach tego KW, to ja mówiłem. On doskonale, bezlitośnie wykorzystywał każdą okazję do tego, żeby fuchać na swoje ukochane kiedyś science fiction. Nie dlatego, że był czerwony, czy różowy, czy czarny.
[03:22:09] - Tak, Wiktorze. Wiesz, ja w tej chwili już nie będę wymieniał wszystkich książek z wydawnictwa, z tej serii z glizdą, bo spędzimy czas jeszcze długi. Rzucę kilka jeszcze tytułów, mianowicie „Małe zielone ludziki”. Dwutomowa książka. Pamiętam, kiedy ją nabyłem i gdzie. Byłem wtedy w Kielcach na takim zimowisku. Jeszcze byłem w szkole policealnej i sobie nabyłem drogą kupna „Małe zielone ludziki”. I powiem tak: pierwszy mój kontakt z „Małymi zielonymi ludzikami” był taki sobie. Nie chwyciłem tej konwencji. Ale to państwo się domyślacie, że zapewne w tej chwili się uderzę w pierś i powiem sobie, że głupi byłem.
Tak, byłem głupi, bo ja mam taką niezdrową tendencję, przed którą państwa przestrzegam, bo to się może przydać, tego rodzaju uwaga, że ja się bardzo często nastawiam do danego tytułu pod wpływem impulsów związanych z czymś, na przykład z tytułem. „Małe zielone ludziki”, a zatem coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Ja nie twierdzę, że książka Krzysztofa Borunia „Małe zielone ludziki” to jest książka, która jest nudną piłą i tak dalej. Nie. Tylko przyjęcie pewnej konwencji. Jeśli człowiek się nastawi, że to będzie jakieś, a dostaje coś innego, to czuje się wtedy niezadowolony. Ma ten dyskomfort. To jest złe podejście do czytania. Na podstawie swoich licznych doświadczeń przestrzegam przed tym. Jeśli się na początku, przed lekturą nastawimy, że to będzie jakieś, a dostajemy coś innego, to zawsze to będzie zła książka.
Przyznaję, że później „Małe zielone ludziki” przeczytałem ze zrozumieniem. Mam nadzieję przynajmniej, że ze zrozumieniem. I to jest bardzo dobra książka.
[03:24:24] - Bo bardzo mało poważny tytuł, więc również książka będzie na pewno bardzo mało poważna. A tu się okazuje co innego.
[03:24:37] - Dokładnie to, co powiedziałeś. Ja się dokładnie tak nastawiłem. „Małe zielone ludziki” – to musi być lekkie, łatwe, przyjemne i w ogóle. I taka banalna rzecz powoduje, że człowiek ma ten dysonans, chciałoby się powiedzieć poznawczy, ale w tym wypadku literacki dysonans, i to natychmiast psuje całą radość z czytania. Gdybym ja podszedł do tej książki trochę inaczej, nie właśnie do „Małych zielonych ludzików”, tylko do czegoś, co warto przeczytać. Inny tytuł, po prostu chciałbym jakiegoś innego tytułu. Nie zaproponuję go w tej chwili, ale może to był błąd. Czy na etapie planowania przez autora, czy na etapie planowania przez wydawnictwo. Może to nie jest najlepszy tytuł. Po prostu.
Ale też tego nie wiem. Mnie w każdym razie zmylił i sprawił, że nie przeczytałem tego na początku tak, jak powinienem to przeczytać. Taka przestroga dla wszystkich państwa, że my czasami sami padamy ofiarą swoich własnych wyobrażeń o tym, co za chwilę przeczytamy. To nie jest najlepsze zjawisko, ale ono występuje. Należy mieć tego świadomość i olewać je, jak szereg innych zjawisk, które są niepozytywne. Wiktorze.
[03:26:07] - Ten tytuł zmylił nie tylko ciebie. Większość ludzi nie traktowała tego tytułu poważnie. Czyli tym samym również książki poważnie nie traktowała, łącznie z tym, że w ogóle nie zabrała się do czytania tej książki. Ja znam taki klimat. Tak to wiesz z literatury.
[03:26:28] - Tak. To w ogóle zabawne, bo tuż po albo tuż przed, ja nie potrafię tego odtworzyć, „Zielone ludziki” dwa tomy i zaraz mówię, tuż przed albo tuż po ukazało się „Imago”. Również w dwóch tomach. To jest taka historia. Co ja będę właściwie mówił? O czym jest to historia, to niech powie Wiktor tyle, ile chce powiedzieć.
[03:27:01] - Ostatni raz, kiedy Wojtek Sadejko reanimował tę powieść, musiałem, że tak powiem, dokonać redaktorskiej korekty. Musiałem to przeczytać na nowo. Włosy mi stały dęba. Takich przekleństw ściany mojej chaty dawno nie słyszały, jak ja przeklinałem, czytając tę książkę. Po prostu z dwóch powodów. Ta książka, to tylko ja wiem, po prostu jest tak źle napisana, tak dobrze wymyślona i tak źle napisana, że się w głowie nie mieści, nie mówiąc o pale. Po prostu dzisiaj się tak nie pisze. Natomiast nie mam żadnych absolutnie zastrzeżeń do pomysłu, do idei, do tego, w jaki sposób ją przeprowadziłem. Ta książka jest od swej strony genialna, natomiast od strony wykonawczej to by wymagała jakiegoś Makowica, żeby zagrał to inaczej niż ja zagrałem. Ale trudno.
Było, minęło, trudno. Tak jak z miłością. Była, minęła, trudno.
[03:28:36] - Ja powiem tak: to jest na pewno powieść, która ma ten rozmach, którego bardzo wielu czytelników w czasach PRL-u oczekiwało. Ten kosmiczny rozmach. Bo przecież ty opisujesz świat, który jest tak daleko od nas, tak niewyobrażalnie daleko, że już samo to sprawia, że my automatycznie zostajemy przeniesieni gdzieś w świat bajkowy, prawie bajkowy. To jest siła tej książki, która moim zdaniem działała wtedy. Tu trochę ci racji przyznam. Jeśli ktoś się przebił przez język, który był bardzo barokowy – to jest moje określenie, proszę go nie brać poważnie – ale jeśli się przez ten język przebiło, to jest świetna powieść z pięknymi planami kosmicznymi, z niesamowitą przygodą. Mam taką pretensję do świata na temat Wiktora Żwikiewicza, że wszyscy są gotowi postrzegać go jako wielkiego poetę, który kreśli jakieś poetyckie wizje takim językiem. A tymczasem to jest książka, w której się bardzo dużo dzieje. I to jest moim zdaniem-
[03:30:16] - Może dam drobny przykład, jak się zaczyna tę powieść, jak ostatnio redagując ją, czytałem. Otóż co się tam dzieje w tej książce, to nie jest w tej książce napisane, ale trzeba to, że tak powiem, wymyślić samemu, czytając. Otóż zaczyna się bardzo prosto. Jakiś stary wyga kosmiczny wraca na Ziemię, bo będzie do nowej wyprawy szykowany, poleci gdzieś, gdzie już kiedyś był. Jakaś taka historyjka. Trzeba zauważyć jedną rzecz. Otóż on po prostu funkcjonuje w świecie tutaj na Ziemi. W świecie, który jest absolutnie inny niż ten, który on zostawił. Ale powolutku wyłazi na wierzch. Ale to też nie jest tam napisane.
Otóż tak naprawdę ten facet nie ma zielonego pojęcia, czy nie jest Ziemia i jaka jest Ziemia. Dlaczego? Dlatego, gdyż ci wszyscy, którzy wracają z kosmosu, trafiają do takiej atrapy, do takiego teatru, żeby nie zwariowali, żeby po prostu utrzymali jakość tego. Jest to wszystko zachowywane w ich realiach, mniej więcej tak, jak potrafią zaakceptować. Oni sami z tego czasu, z którego są. Czyli tak naprawdę on nie ma zielonego pojęcia, czy nie jest Ziemia, czym są ludzie, czy ci ludzie w ogóle jeszcze istnieją, bo to jest po prostu taka dekoracja dla wracających z gwiazd.
[03:32:18] - Za chwilę powiesz za dużo. A ja tylko zadam jedno pytanie. Państwo naprawdę sądzicie, że „Matrix” braci Wachowskich czy też sióstr Wachowskich to było naprawdę wymyślone i to było takie szalenie oryginalne? Ja tylko przypomnę, że ten świat, który stworzył Wiktor Żwikiewicz, drukiem ukazał się w połowie lat 80., a wymyślony został znacznie wcześniej. To może nie kompletny „Matrix”. Ja sobie zdaję sprawę, ale chodzi o to, że tak zwane pozory świata, wymyślenie tego świata, pokazanie, że nie wszystko, co widzicie, jest takie Jakie jest. A w każdym razie może za tą zasłoną jest coś więcej. Okazuje się, że to było wymyślane tu u nas, gdzieś nad Wisłą. I ten człowiek, który teraz do państwa mówi, to właśnie wymyślał.
[03:33:21] - Marku, ale w tym wypadku to jest totalny margines tej powieści. To jest zupełnie obyczajowa, nieważna.
[03:33:27] - O to właśnie chodzi, że te pomysły najlepsze są gdzieś na marginesie, na horyzoncie. Proszę państwa, my już i tak przedłużamy tę audycję. Wiktor mnie prosił, żebyśmy dzisiaj zrobili krótszą audycję. To właśnie się spełnia. Zrobiliśmy jedną z dłuższych audycji. Ale powiem jeszcze tak: w tej serii oczywiście ukazało się wspominane przez Andrzeja Wójcika „Gwiezdne szczenie”. Książka naprawdę nawiązująca do poetyki tych lat Borunia i Trepki, i trylogii kosmicznej. Ale powiem tak: jeśli chcecie państwo o niej posłuchać więcej, to w Recenzarium Evivy w Radiu Paranormalium znajdziecie podcast, który właśnie „Gwiezdnego szczenięcia” dotyczy. Radzę posłuchać. To książka, która zostawia ślad.
Myślę, że warto o niej pamiętać. Zbliżamy się gdzieś już do końca i pod koniec seria zaczęła się rozpadać, bo KAF rozpadł się na kilka regionalnych oddziałów i tam się pojawiła klinika psychiatryczna Marka Nowaka, pojawił się „Powrót z przesiadką”, pojawiła się Arka Noego. Pojawiła się powieść Martina, nawet nie wiem, jak się wymawia to nazwisko, Eisler. W każdym razie pojawiła się też powieść Drzewińskiego i Ziemiańskiego. Okej, ale to są te małe książeczki. Natomiast ostatnio rozmawiałem z Tadeuszem Markowskim i on powiedział tak, że w pewnym momencie ta seria z glizdą rozeszła się na dwie serie. Bo mówimy małe czarne książeczki, to jest ta seria podstawowa, ale w pewnym momencie, jak to w PRL-u, zabrakło papieru. Książkowego papieru, na którym można było drukować i robić książki. Jedyny papier, jaki był dostępny, to papier gazetowy. I znowu Tadeusz Markowski, ale też Andrzej Wójcik, który dzisiaj opowiadał państwu o czasach PRL-u i o KAF-ie, wymyślili, że zrobią dużą serię i stąd się pojawił duży format.
W tym dużym formacie, takim A4 ukazywały się książki. Ja sobie przypominam początek. Na początek ukazała się książka, właściwie zeszyt. Wtedy się mówiło zeszyt. Ukazał się zeszyt zatytułowany „Ocean niespokojny” Michała Markowskiego. Przypomnę, tego od „Ożeniłem się z brzydką dziewczyną”. I nikt nie wiedział za cholerę, co to jest. Niby miało ten znaczek z glizdą. Glizdy SF, stylizowany. Ale cholera wie, czy to fantastyka, czy nie.
W każdym kiosku to było. Okładka była fatalna, aż niemiła w dotyku. Coś tam chlaśnięte na tę okładkę. I cholera wie, kupować czy nie kupować? Dobre to czy niedobre? W każdym razie podchodziło troszeczkę do tego, jak do jeża. W końcu kupiłem. Przeczytałem. Okej. Zaraz potem ukazał się w tym zeszytowym wydaniu, równie topornie wydany.
Książka cały czas się łapie na książkę, a to zeszyt, ale i tak książka. Czesław Białczyński „Miliardy białych płatków”. I to już jest naprawdę książka, którą szczerze państwu polecam. Naprawdę świetna, taka socjologiczna science fiction osadzona w kosmosie, w świecie zupełnie innym niż ziemski, a jednak troszeczkę podobnym. Super. Później ta seria trochę już nabrała ogłady. Kolejna książka Stefana Weinfelda „Zamieszkała planeta” ukazała się. Już nie miała takiej topornej okładki, która była nieprzyjemna w dotyku. Już był papier kredowy. „Zamieszkała planeta”.
Ale w dalszym ciągu wiecie państwo, jak się to czyta w tym wydaniu zeszytowym. Z ściąką taką, że ja już dzisiaj lupkę sobie muszę wziąć, żeby to przeczytać w miarę sprawnie. Niedowidzenie starcze to się chyba nazywa, czy jakoś tak. Zaczyna się koło 40. Tym wszystkim, którzy się w tej chwili cieszą, od razu to powiem. Czytam w tej chwili na czacie, Marek Chmielewski pisze: „Napisałem takie krótkie opowiadanie. Do kiedy można dosyłać do ABW?” Właściwie w każdej chwili. Polecam. Jeśli będzie w miarę szybko wysłane, to może się nawet jeszcze w tej serii przedwakacyjnej ukaże. W każdym razie polecam adres: redakcja.bibliotekarium@gmail.com.
Więc stwierdzenie Marka Chmielewskiego, bo chyba nagrywacie wcześniej niż w piątek, jest absolutnie nieuprawnione. Jesteśmy tutaj na żywo. Fakt, że Ivellios wcześniej nagrał wywiad, który był odczytywany, ale to o niczym nie świadczy. W każdym razie Marka Chmielewskiego z tym opowiadaniem zapraszamy. ABW jest otwarte. Dalej. Jeszcze sobie rzut oka na czat zrobię. Theodor The Cat: "Uwielbiam nasze science fiction z PL i w ogóle z bloku wschodniego. Wyborna i nasza słowiańska. Ciekawy jestem, kiedy ktoś zrobi wreszcie ekranizację Zajdla Limes Inferior." Myślę, że to nieprędko się jednak zdarzy.
Z różnych względów zresztą. Mark01: "Podbijam pytanie, czy i jak można dosyłać opowiadania dla ABW?" Cały czas. redakcja.bibliotekarium@gmail.com Cały czas można podsyłać. Mark01: "Małe zielone ludziki, tylko bez małych zielonych ludzików, ale za to zielonymi." Marek Chmielewski: "Kapitalny koncept z tym polskim Matrixem." Marek Chmielewski: "Brawo, panie Wiktorze." Widzisz, Wiktor, po latach, ale się doczekałeś. W tej serii dużej, zeszytowej Janusz Zajdel „Cała prawda o planecie Xi." Moim zdaniem kultowa zupełnie książka. I pojawia się książka. Cały czas tak trzymałem państwa w napięciu. Notabene ilustrowana książka przez Wiktora Żwikiewicza, który w miejsce tej glizdy stworzył nowe logo tej serii SF. Okładka książki Adama Holanka „Olśnienie." To jest książka, którą da się przeczytać. Naprawdę.
Państwo się pewno w tej chwili pokładacie ze śmiechu. Naprawdę. „Olśnienie” to jest książka. Ja ją dobrze wspominam.
[03:41:04] - Marku, jak ja się dołożyłem do okładki, to widocznie również do treści.
[03:41:09] - Tak, coś w tym było. W tej serii ukazała się książka również, czy zeszyt, mojego ulubionego podówczas autora Andrzeja Drzewińskiego „Zabawa w strzelanego." Moim zdaniem, ja nie wiem, jak to się stało, że ten autor zniknął, ale to był absolutnie wspaniały autor, który pisał fantastykę przygodową, która naprawdę chwytała takiego czytelnika, który oczekiwał tej rozrywki. To była świetna proza. Co się stało z Andrzejem Drzewińskim? Nie wiem. Jeszcze wydał oczywiście kilka książek, ale gdzieś zniknął. Szkoda, wielka szkoda. Świetna książka. W tej serii ukazał się również Marcin Wolski. Znowu Wiktor Żwikiewicz ze swoim logo z piękną okładką.
Marcin Wolski i powieść „Numer", która wcześniej chodziła w magazynie „60 minut na godzinę", później została przerobiona, zbeletryzowana, upowieściowiona. Jakie to trudne słowo. Upowieściowiona i „Numer" się ukazał. Ukazała się też książka „Exodus 6” braci Mil, Janusza i Sławomira Milów. Ze świetną okładką. Taki świetny statek kosmiczny. I to znowu Wiktor go zrobił. Naprawdę? Aż cię sprawdzę. Powiem ci, że cię sprawdzę, Wiktorze.
Czy to ty robiłeś ten statek kosmiczny?
[03:42:44] - Nie pamiętam. Chyba nie.
[03:42:46] - Ty zrobiłeś niestety. A zajebista jest ta okładka. Taka zupełnie nie w PRL-owskim stylu. Naprawdę. Szapoba.
[03:42:58] - Ale Milowie też mieli talent. To byli-
[03:43:01] - Mieli.
[03:43:04] - Były dobry duet.
[03:43:06] - Tak. Tylko niestety duet się skończył, bo się tragedia stała i niestety został już tylko jeden Mil i to się niestety odbiło po prostu. Ale w tej zeszytowej serii pojawił się Zbigniew Prostak „Spłacony dług." O prozie Prostaka już mówiłem, więc może sobie darujmy. Dalej. „Głowa Kasandry” Marek Baraniecki. Proszę państwa, to jest książka, która się ukazywała później, ale pierwszy raz się ukazała właśnie w tej zeszytowej serii. Kto nie czytał-
[03:43:42] - Genialna książka
[03:43:44] - ... to niech szybko sięga po tę książkę. To jest genialna książka. Genialna. To jest autor, który nie napisał zbyt wiele, ale wszystko, co napisał, to są książki, które zostają w pamięci. Sięgajcie państwo po tę zeszytową serię z glizdą. Marek Baraniecki „Głowa Kasandry." Coś jeszcze. Ukazał się Maciej Parowski „Sposób na kobiety." To zebrane wszystkie opowiadania, które Maciej kiedyś w życiu popełnił. Powiem tak: połowę trzeba byłoby moim zdaniem wyciąć, bo Maciej to jest świetny redaktor. Był świetnym redaktorem i myślę, że sam sobie wyciąłby połowę tych opowiadań.
Ale druga połowa powinna zostać i powinniście ją państwo przeczytać. I ostatnia książka, którą mam sobie tutaj na kolanach, trzymam „Umrzeć, by nie zginąć." To początek wielkiej przygody zarówno Tadeusza Markowskiego, który jest autorem, jak i mojej przygody ze światem, który stworzył Tadeusz Markowski. Ale o tym to może przy okazji jeszcze kiedyś porozmawiamy. Marek. Aha, przepraszam, tu teraz Marek Chmielewski pisze o tym, że mówiłem, że mówił o ABW, że nagrywamy wcześniej. To prawda, nagrywamy wcześniej, ale jeśli to opowiadanie trafi do mnie do jutra albo w ciągu jutra, w ciągu soboty, to jeszcze jest szansa, że w ostatnim przed wakacjami- Wydaniu ABW się ukaże. Także radzę wysłać jak najszybciej. Powtarzam: redakcja.bibliotekarium@gmail.com. „Jak wyślę w środę, to może być za późno.” Tak, w środę to będzie za późno, więc tak naprawdę zależałoby nam, żeby było wysłane na przykład jutro. To nie byłby zły koncept.
[03:45:53] - Chyba że to będzie jakiś mocny pierwszy akcent literacki na początek kolejnego sezonu.
[03:46:00] - Albo tak, że zostawimy opowiadanie na wrzesień i wtedy wystartujemy od tego. To do wyboru autora.
[03:46:10] - Może mój imiennik ukończyć pisanie opowiadania w środę, odłożyć je do szuflady i po wakacjach przejrzeć i coś tam jeszcze może zedytować.
[03:46:22] - Ale mamy też jeszcze jedną dobrą wiadomość. Julian pisze: „Witam panowie, przekonaliście. To i ja wyślę shorta. Właśnie go kończę. Pozdrawiam.” To my czekamy, Julianie, na twojego shorta. Najlepiej jutro. To będzie bardzo dobre podsumowanie tego sezonu, który właśnie kończymy wakacjami. Proszę państwa, ta audycja nieco przydługa, przyznaję. Zmęczyła pewno nie tylko państwa, ale i Wiktora. Ale seria godna, naprawdę.
Wiecie państwo, pewno dużo głupich rzeczy powiedziałem dzisiaj. Głupich, bo jakichś takich kąśliwych, wrednych i niegodnych. Bo dla mnie dużą wartością jest to, że ta seria w ogóle zaistniała. Ona się skończyła w swoim czasie. Czy dobrze, czy źle tego nie oceniam. Ale była i to jest największa wartość.
[03:47:21] - Marku, nie ona się skończyła. Cały świat się tamten skończył. Po prostu nie było miejsca dla niej.
[03:47:33] - Tak, to prawda. Rzeczywiście się skończył, ale wspominam go z sentymentem i nawet te książki, których wtedy nienawidziłem szczerze, których nie lubiłem, na których wieszałem psy, dzisiaj wspominam z sentymentem. Co więcej, kiedy patrzę na ich strony, czytam fragmenty, to nagle odkrywam, że one nie są takie złe, jak mi się kiedyś wydawało. Naprawdę bycie nastolatkiem, bycie bardzo młodym człowiekiem nastawionym tylko i wyłącznie na fabułę i przygodę bywa bardzo mylące. Bardzo prowadzące na manowce, na bagna, na coś takiego, co człowieka naprawdę ogłupia. Człowiek chciałby przygody i niech się dzieje. Tymczasem w tej serii z Glizdą, w mniej lub bardziej wyszukanej, dobrej, właściwej formie pokazywały się rzeczy, myślę, nie najgorsze. Książki, które nawet jeśli ja mówiłem w trakcie naszej dzisiejszej audycji, że mi nie podpasowały, oczywiście za wyjątkiem „Neuronów zbrodni”. Oczywiście to jest jedyny przykład, który nie dam sobie powiedzieć, że to w ogóle się nadaje do czytania. Ale tak generalnie, kiedy narzekałem na przykład na Kurpisza i jego „Bez przerwy wypełniać tę ciszę” czy jeszcze taką drugą książkę napisał w serii, „Atrakcja”.
Proszę państwa, to są książki, przy których trzeba troszeczkę się uspokoić, zmilczeć i je po prostu przeczytać. Później można wieszać te psy, ale ta książka zostanie z państwem na długo. Cóż, Wiktorze, czy chcesz jeszcze coś powiedzieć w tej zbyt długiej audycji?
[03:49:35] - Tak, ja jeszcze na samo zakończenie podziękuję Andrzejowi Wójcikowi za to dictum, które dzisiaj Ivellios odczytał. Natomiast mam taką uwagę, że te prawie 50 lat temu Wójcik się całkiem dobrze zapowiadał jako brydżysta, potem coś jeszcze napisał, ale zobacz, jak dobrze kończy, bo całkiem mądrze gadał dzisiaj.
[03:50:07] - Tak. Ja powiem też, że kiedy przeprowadzałem ten wywiad, miałem wrażenie, że łatwo się ocenia. Kiedy przeglądałem te tomiki KW, to mówiłem, że: „A, to dobre, to złe, to głupie, to mądre.” Trochę inaczej to wszystko wygląda i po prostu Wójcik mi to uświadomił. Pokazał mi, jak wygląda praca redaktora, jak wygląda spojrzenie na to wszystko. Na tekst, na autora, na to, jak to wszystko się kształtuje. Sporo się nauczyłem. To był wywiad, który był dla mnie ważny. Miał trochę pecha ten wywiad, bo pierwsza jego część ukazała się w kwartalniku „Czas Fantastyki” nieodżałowanego Maćka Parowskiego, a druga część się nie ukazała, ponieważ pismo przestało wychodzić. Dlatego mieliście państwo dzisiaj okazję wysłuchać przynajmniej w części premiery tego wywiadu. I cieszę się bardzo, że mieliście państwo tę okazję.
Myślę, że to wywiad, który sporo światła rzuca na pewne meandry świata, który już odszedł. Tak jak Witold to powiedział, tego świata już nie ma. Skończyła się seria, skończył się tamten świat. Ale to, co wyszło, zostało z nami i to jest podstawowa wartość. Żeby już nie poetyzować, nie dramatyzować i skończyć jeszcze dzisiaj, czyli w sobotę, to ja państwu bardzo dziękuję za dzisiejsze spotkanie.
[03:51:43] - Jaka sobota, Marku? Dzisiaj jeszcze mamy przez pięć minut piątek.
[03:51:48] - Tak, właśnie myślałem o sobocie. To zmęczenie. To jest najlepszy dowód, że kończymy audycję.
[03:51:56] - Jeszcze jeden dowód to to, że zerwało Wiktora przed momentem.
[03:52:03] - Wytrzymałość rzeczy martwych jest jednak ograniczona.
[03:52:08] - Tak.
[03:52:08] - Mi się komórka rozładowuje.
[03:52:10] - Dobrze. To my już właśnie, Wiktorze, kończymy. To jest dobry moment. Jeszcze raz państwu dziękuję. Dziękuję za dzisiejsze spotkanie. Przydługie nieco, przyznaję. Bardzo przepraszam. Za tydzień spotykamy się w ostatnim przed wakacjami „ABW”, tym normalnym, bo oczywiście będzie „ABW”, czyli Antologia Bibliotekarium Wakacje, ale ostatnie „ABW”, czyli Antologia Bibliotekarium Warsztaty za tydzień. Zapraszamy. Właśnie Wiktora znowu rozłączyło.
Za dwa tygodnie zapraszamy państwa na „Znowu kontakt z klasyką”. Ponieważ niezwykle państwu podobała się ostatnia audycja, czyli nasze spotkanie z „Mistrzem i Małgorzatą”, to zapraszamy za dwa tygodnie na spotkanie z Franzem Kafką i z „Procesem”. Porozmawiamy o tej książce, o tym utworze. Wszyscy mają taką tendencję do spłycania, do pamiętania o tym, że był taki facet, po którego pewnego dnia przyszli i wiedział, że ma proces. Niby prawda, ale w tej książce, w tej prozie tkwi chyba większy potencjał i o tym potencjale za dwa tygodnie sobie porozmawiamy. Czy jeszcze raz łączymy się z Wiktorem?
[03:53:30] - Już chyba nie będziemy katować jego telefonu.
[03:53:32] - Myślę, że tak.
[03:53:36] - Połączenie ostatnie, powiem ci zaraz, ile trwało. Dokładnie 26 sekund, licząc z dźwiękiem na początku.
[03:53:48] - To ja myślę, że bardzo serdecznie państwa pożegnamy. Dobrej nocy życzymy. Dużo weny i dużo dobrych lektur w imieniu Wiktora i moim. Zapraszamy za tydzień. Zapraszamy za dwa tygodnie. Powoli, proszę państwa, zaczynamy wakacje. Dobrej nocy życzę. Wszystkiego dobrego.
[03:54:10] - Mówił te słowa do państwa obecny jeszcze z nami Marek Żelkowski. Był z nami także Wiktor Żwikiewicz. Pozdrawiamy Wiktora i jego padnięty telefon. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios", Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia tym razem w „ABW” już za tydzień i w tym normalnym „Bibliotekarium” ponownie już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.