[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. 1 stycznia roku pańskiego 2021. Najbardziej powalony rok w moim i chyba nie tylko w moim życiu właśnie się zakończył i oby już nie wracał. Niektórzy leczą jeszcze kaca po sylwestrze, a my wracamy do nadawania. Dzisiaj „Bibliotekarium” wyjątkowo z puszki, ale jest. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk „Ivellios”, a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz, którzy za moment rozpoczną dyskusję i którzy bardzo liczą na feedback w komentarzach i podczas premiery na czatach. Prawda, panowie?
[01:05] - Prawda. Natomiast ty swoim wstępem obudziłeś we mnie syndrom szklanki i sam już nie wiem, czy jest do połowy pełna, czy do połowy pusta. Bo wprawdzie rok 2020 się skończył, ale zaczął się 2021. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie lepszy, a jakoś tak mi wszystko podszeptuje – może za dużo audycji na YouTubie oglądam – że wcale lepszy nie będzie. I jak mam z siebie wykrzesać optymizm? Więc zostaję z tym syndromem szklanki. Wiktorze, jak u ciebie?
[01:43] - Chciałbym zwrócić wszystkim uwagę, że piękne i dobre czasy, taki termin odnosi się do jakiejś zamierzchłej przeszłości. Naprawdę ten ubiegły rok był piękny w porównaniu z tym, który będzie w następnym roku. Taka jest kolej rzeczy. Piękne są minione lata. Przyszłe przychodzą z horrorem, z płaczem, z wyciem syren i innymi takimi zabawami.
[02:19] - Tak. A ja myślałem, że ja państwa nastraszę. Teraz mistrz przemówił i zupełnie skasował to, co powiedziałem wcześniej. Cóż, proszę państwa, jak będzie, zobaczymy. Ani nie jesteśmy jasnowidzami, ani nawet takich zdolności w części nie przejawiamy. Dlatego jak będzie, to zobaczymy. Natomiast ten miniony rok uświadomił mi jedno: jak bardzo nie potrafimy doceniać tego, co mamy. Bo dzisiaj, gdyby nam zaproponowano kilka banalnych rzeczy, które kiedyś były codziennością, to byśmy się bardzo ucieszyli. A dzisiaj mamy narodową kwarantannę. W ogóle coraz więcej narodowych rzeczy mamy.
Mamy Narodowy Szpital, narodową kwarantannę. Tak jak powiedziałem, kilka innych narodowych rzeczy również. I Wiktora przepowiadającego same nieszczęścia. Ja jednak pomimo tego, że zastanawiam się, czy rok będzie lepszy czy gorszy, to jednak cichą nadzieję żywię, że w jakimś tam stopniu lepszy będzie. To tak na okrągło zrobiliśmy podsumowanie poprzedniego i otworzyliśmy nowy rok. Teraz czas by się było zająć tematem dzisiejszej audycji. A tym zapowiadanym tematem jest książka, a właściwie zbiór opowiadań, dwutomowy w dodatku, Konrada Fijałkowskiego „Kosmodrom”. Dlaczego o Konradzie Fijałkowskim? Konrad Fijałkowski to taki tytan polskiej fantastyki naukowej. Paradoksalnie tytan, o którym dzisiaj już nie wszyscy słyszeli.
Takie mamy paradoksalne czasy. A punktem wyjścia, właściwie takim poruszycielem tematu był fakt, że Konrad Fijałkowski zmarł 23 listopada poprzedniego roku, 2020. I to będzie audycja, która w jakiś sposób będzie hołdem dla niego. Hołdem jak najbardziej uzasadnionym. To znaczy to był jeden z takiej wierchuszki pisarzy, która w latach 60., 70. przebijała się do ludzi w ogóle ze świadomością, że jest taka literatura. Bo musimy sobie uświadomić, że na przełomie lat 50. i 60. fantastyką naukową interesowali się wariaci. Tu cudzysłów oczywiście przy tym stawiam, ale generalnie wariaci.
Na pewno nie ludzie zainteresowani literaturą, to już absolutnie. On oraz kilku innych. Oczywiście mistrz Lem także tutaj ma swoje zasługi, ale Konrad Fijałkowski gdzieś niedaleko za Lemem podążał i uświadamiał ludziom, że to też jest literatura. Może czasami bywa toporna, może czasami bywa zbyt wprost, ale to jest literatura i nie decyduje o tym, że coś jest literaturą temat, który jest poruszany, tylko jakość tej literatury. I można pisać rzeczy wzniosłe i piękne, pisząc o kosmosie i statkach kosmicznych, a można pisać rzeczy głupie i bezsensowne, pisząc głównonurtową literaturę. To, co dzisiaj wydaje się oczywiste, wtedy oczywiste nie było. Zresztą usłyszycie państwo dzisiaj wywiad, który 10 lat temu przeprowadziłem z Konradem Fijałkowskim. To będzie wywiad czytany, ale ukazujący pewne sprawy, o których w tej chwili mówię. Mam głębokie poczucie, że zagłuszam Wiktora, więc oddaję ci głos, Wiktorze.
[06:35] - Na początku tej audycji Marek mówiąc o roku ubiegłym i przyszłym, mówił, że czasami warto cenić to, co się ma. Otóż w czasach, kiedy ja zaczynałem czytać książki, wszyscy miłośnicy literatury, która się nazywała wtedy fantastyką naukową czy science fiction, jeśli dotknęli książek Konrada Fijałkowskiego, jego opowiadań przede wszystkim, to cenili go sobie. Bardzo cenili. Ja nawet postawiłbym tezę, że on kroczył przed Lemem. Na jego książkach dojrzewali młodzi miłośnicy takich książek. Do Lema trzeba było dopiero dorastać trochę. Poza tym Lem się dopiero też zmieniał. Pan bez wysyłu naukowy był Konrad Fijałkowski, przynajmniej dla mnie. Może takie książki do mnie docierały. Ale od pierwszych opowiadań, które natknąłem się przede wszystkim oczywiście w „Młodym Techniku", bo tam się wykluwały wszystkie przyszłe poczwarki.
To była zupełnie inna bajka, bo w „Młodym Techniku" wiele takich opowiadań było. Natomiast jak się pojawiało coś, co rzeczywiście miało przebicie, to od razu było zauważalne. Absolutnie pierwszym zauważalnym autorem był właśnie Konrad Fijałkowski. Zaraz potem dołączył do niego Janusz Zajdel. Potem to już spróbowałem ja trochę. I tak to leciało. Jak dzisiaj się obudziłem, to sobie wyobrażałem, że sztuka, literatura to jest takie wielkie zębate koło, które ma zęby i ono się obraca. Zaskakują kolejne tryby jakimś takim zębów. To jesteśmy my, którzy cokolwiek tam robimy. Po kolei przychodzimy, robimy swoje i odchodzimy.
A ta dźwignia, która została tym trybem namacana, że tak powiem, leci coś tam zrobić jeszcze. Bo w przyrodzie, że tak powiem, nic nie ginie. Także ja bardzo sobie cenię i bardzo smutno mi, że odleciał. Każdy musi. Platon też odleciał, jak lubię mówić, więc trudno się z tym pogodzić, ale tak już jest. W każdym razie pisarze mają to do siebie, że jak odlatują, to nie tak, że znowuż mnie tak szkoda, bo kiedyś ci opowiadacze jak odlatywali, to z nimi zginęło wszystko, a po nas zostaje zapisane słowo. A to słowo zawsze jakoś tam żyje. Mniej lub bardziej, ale żyje.
[10:09] - Kiedy ja przygotowywałem książkę, do której między innymi ten wywiad z Konradem Fijałkowskim przeprowadziłem, śmiałem się, że właściwie przeprowadzając kilka rozmów z pisarzami, którzy debiutowali w latach 60. i 70. rzutem trafiłem na całą grupę profesorów, bo to było raptem siedem czy osiem wywiadów i połowa z tych ludzi to byli profesorowie. Był tam wywiad z wnukiem Lipińskim, profesor socjologii. Był wywiad z Dworakiem, profesor od astronomii. Był wywiad właśnie z Konradem Fijałkowskim. To z kolei profesor zwyczajny, doktor habilitowany nauk komputerowych. Więc muszę powiedzieć, że czułem się trochę z jednej strony nobilitowany, a z drugiej strony troszeczkę jak na szpilkach. Bo wiecie państwo, rozmowa z profesorem zobowiązuje przynajmniej do tego, żeby nie okazać się idiotą. Mam nadzieję, że mi się przynajmniej w części udało.
W każdym razie to było niezwykle ciekawe doświadczenie i warto o tym powiedzieć, że Konrad Fijałkowski, o tym zresztą powie w wywiadzie, nigdy nie traktował pisania, tworzenia literatury jako swojego pierwszoplanowego zadania. On zawsze był skupiony na swojej naukowej drodze życiowej. Pisanie traktował natomiast jako taką odskocznię, jako rodzaj pewnego katharsis. Jak się już człowiek w tym naukowym świecie trochę poporusza, to nigdy to nie pozostaje bez wpływu na stan jego psychiki, że tak sobie oględnie to bardzo powiem. W związku z tym pisał. Nie pisał bardzo dużo, ale pisał dosyć konsekwentnie. Początek, pierwsze właściwie dwadzieścia, piętnaście lat to były opowiadania i to opowiadania bardzo różne, o których dzisiaj powiemy. Z jednej strony poważne, takie jak na przykład „Biohazard”, a z drugiej strony lekkie, łatwe i przyjemne, jak chociażby „Cerebroskop”. Ten, który trwa nad granicą dwóch czasów. Zabawne historyjki.
Czy tam jeszcze można dorzucić, to się „Miś” nazywało chyba to opowiadanie. To wszystko zabawne, lekkie historie, tak jak powiedziałem, ale mamy też znacznie poważniejsze kawałki w jego wykonaniu. O tych też mówiłem. „Biohazard”. To były historie różne, rozrzucone bardzo, jeśli chodzi o tematykę, bo z jednej strony mamy eksplorację kosmosu, z drugiej mamy ziemskie sprawy poprzez piąty wymiar. To z kolei wariacje z czasem. Ale mamy też jedno wielkie opowiadanie, o którym w wywiadzie również będzie mowa, o którym wspomnę tylko tyle, że „Wróble Galaktyki” to jest takie opowiadanie, zresztą znowu będzie o tym w wywiadzie, ale w którym Konrad Fijałkowski był pierwszy. On pierwszy poruszył pewien problem. Jemu zostawię głos, o jaki problem chodzi. Zresztą w ogóle Konrad Fijałkowski, przynajmniej na polskim rynku, nie czuję się władny, żeby powiedzieć, że w ogóle w fantastyce naukowej, światowej, ale w bardzo wielu opowiadaniach był pierwszy.
Pierwszy poruszał jakiś temat. Tak jak we „Wróblach Galaktyki” jest to problem nieudanego kontaktu. Tak jeszcze było kilka innych takich tematów, w których Konrad Fijałkowski po prostu był pierwszy. Powtórzę się, ale to akurat prawda. Tak jak powiedziałem, pierwsze piętnaście lat, właściwie nie, więcej, bo on w drugiej połowie lat pięćdziesiątych zaczynał, więc prawie dwadzieścia lat to były opowiadania. Później zaczął pisać powieść. Pierwszą powieść, ona w rezultacie wyszła pod koniec lat siedemdziesiątych i to była powieść „Homo divissus”. Ta powieść nie została aż tak dobrze przyjęta. Dlaczego? Bo Konrad Fijałkowski zmienił trochę ton.
Powieść „Homo divissus” to jest taka powieść, która nie jest optymistyczna. Nie jest taką opowieścią, jak to fajnie będzie. Albo jeśli nawet, bo przecież zdarzają się jakieś dystopie. Zajdel pisał jakieś takie jednak ponure rzeczy, „Cylinder Van Troffa” chociażby. To jednak „Homo divissus” jest ponury w tej wizji, którą przedstawia. Później była jeszcze jedna powieść w latach osiemdziesiątych wydana w Polsce. Okazuje się, że była wydana później w Polsce niż na przykład na Zachodzie. To była powieść „Adam. Jeden z nas”. To już zupełnie inna bajka literacka.
My dzisiaj się skupimy oczywiście na opowiadaniach, bo myślę, że opowiadania Konrada Fijałkowskiego to jest tak zwana lektura obowiązkowa z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, ja to często powtarzam, czasami nie warto odkrywać rzeczy, które zostały już odkryte. Wywarzać otwartych drzwi. Czyli jeśli ktoś już coś napisał, to lepiej nie powielać tego. Dlatego podkreślałem na początku tej wypowiedzi, że Konrad Fijałkowski w wielu swoich opowiadaniach był pionierem. Dlatego warto znać te opowiadania, żeby nie pisać podobnych, po prostu mówiąc tak trywialnie. Ale jest jeszcze drugi powód, dla którego opowiadania Konrada Fijałkowskiego, tom „Kosmodrom”, bo to właściwie jest tom, który zbiera inne wcześniejsze jego zbiory opowiadań. Ja je za chwilę wymienię, ale właściwie jest dobrym podsumowaniem. „Kosmodrom”, dwutomowy zbiór opowiadań jest najlepszym podsumowaniem jego twórczości. Te opowiadania, które tam znajdujemy.
I ten drugi powód to po prostu, jakżesz to powiedzieć? Chodzi o to, że stykamy się z pewnym... Od tego zaczynaliśmy wszyscy ci, którzy piszą fantastykę. Dobrze jest sięgnąć do swoich korzeni po prostu i te korzenie znaleźć. Ja powiem tak, że Konrad Fijałkowski wydał pierwszy zbiór opowiadań. Nazywał się on właśnie „Wróble Galaktyki”. To też jest charakterystyczne, że on w swoim literackim debiucie książkowym zawarł opowiadanie, które ja na przykład, ale ja jestem najmniej ważny, wielu twórców uważa za jedno z ważniejszych opowiadań, które w ogóle w Polsce powstało. To tak się właśnie nazywał pierwszy zbiór opowiadań „Wróble Galaktyki”. Dalej był tom trzy, cztery lata później, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, „Poprzez piąty wymiar”. To też takie znaczące opowiadanie, tytułowe opowiadanie.
Ono nawet zostało sfilmowane. Dotyczy, tak jak powiedziałem, podróży w czasie. Później był tom w sześćdziesiątym dziewiątym roku „Włókno Tlaperiusa”. I później był „Kosmodrom”, ale „Kosmodrom” przypadł na czas, w którym Konrad Fijałkowski nie miał głowy do tego, żeby pisać. Zajmował się nauką, ale żeby być na rynku, to taki podsumowujący tom został wypuszczony. Tom pierwszy został wypuszczony w siedemdziesiątym piątym roku, drugi rok później. No i tak się pojawił po raz pierwszy. Później był jeszcze powtórzony, kiedy seria Fantastyka przygoda zmieniła format. Był jeszcze jeden tom w ulubionej przez Wiktora serii „Stało się jutro”. Ten tom nazywał się „Witalizacja Kosmogatora” i ja mam związane z nim wspomnienie, ponieważ właściwie od niego zaczęło się nie tyle moje zainteresowanie fantastyką, bo ono było już wcześniej, ale od tego tomu, to był bodajże piętnasty tom w serii „Stało się jutro,” zacząłem kolekcjonować całą serię.
Pamiętam, jak z wypiekami na twarzy przybiegłem do domu z księgarni, bo nie miałem kasy. No i musiałem pożyczyć, tu cudzysłów. Wiecie państwo, jak dzieci pożyczają pieniądze od rodziców na wieczne nieoddanie. Więc pożyczyłem od mamy pieniądze i pobiegłem z duszą na ramieniu, że mi wykupią, bo takie były czasy, że nikt nie był pewny, zostawiając jakąś książkę w księgarni, że jak wróci, to ona tam jeszcze będzie. Na szczęście była. No i kupiłem tę „Witalizację Kosmogatora”. Tam było zaledwie pięć opowiadań. „Gdy oni nadlecą poprzez piąty wymiar,” „Ten, który trwa nad granicą dwóch czasów,” „Witalizacja Kosmogatora” i „Konstruktor.” Wszystkie te opowiadania są oczywiście w tym, o którym dzisiaj rozmawiamy tomie, czyli w „Kosmodromie.” No ale jednak to było to pierwsze zetknięcie takie. Poczułem wtedy, czytając tytułowe opowiadanie „Witalizacja Kosmogatora,” że to jest coś. To jest taka jakaś literatura.
Pewno można by dyskutować. Pewno są lepsze opowiadania Konrada Fijałkowskiego. No ale to takie moje prywatne wspomnienie. A ty, Wiktorze, czy w ogóle spotkałeś Konrada Fijałkowskiego?
[20:10] - To znaczy kilkakrotnie spotkałem go. Parę razy z nim rozmawiałem. Tylko, że znaj proporcje, mocium panie — mawiał Zagłoba. W czasach, kiedy ja debiutowałem i zaczynałem, pojawiłem w Warszawie, to za przeproszeniem, ja byłem gówniarz, jakiś taki tam postrzelony i mający właściwie niewiele do powiedzenia. Natomiast Konrad Fijałkowski już był kimś, a w dodatku jeszcze nie dziwię się, że on miał naturę profesorską, taką doktorską. On był po prostu facetem nie to, że poważnym, bo wystarczy poczytać jego opowiadania, żeby widzieć, że miał ogromne poczucie humoru i miał. Natomiast on miał taką pewną szlachetność, taki spokój, jakiś taki dystans wobec rzeczywistości. Tak go postrzegałem. Ciężko się było z nim skumplować. Z Zajdlem można było skumplować błyskawicznie, bo Zajdel, że tak powiem, tak przystąpał dobrze po polskiej ziemi, a Konrad Fijałkowski bardziej był światowcem takim.
Więc ja zwykle się nie odzywałem, tylko słuchałem. Może się czegoś nauczyłem. Natomiast rzeczywiście to było takie krótkie nawożenie chyba kiedyś się z nim stykałem, już nie pamiętam gdzie i tak dalej, w jakich knajpkach, bo gdzieś tam to też było. No ale przede wszystkim spotykałem się z nim oczywiście w książkach, bo one docierały do mnie i tak samo jak Marek. Jak tylko usłyszałem, że się coś pojawiło, to biegłem do księgarni, a szczególnie Fijałkowskiego, Lema. Trzeba było rzeczywiście odkładać. Panie mi odkładały po blade, bo jeśli przyszło do księgarni kilkadziesiąt książek, dzisiaj to one leżą, jedna odejdzie, druga odejdzie, a wtedy znikały w ciągu pół godziny. No ale to taka bajka. Nie mówiłem, Marku, żeby minione czasy były piękniejsze. Piękne były przecież.
[22:52] - No może i były. Może i były piękniejsze. Natomiast ja powiedziałem o tym, że ten wywiad przeprowadziłem dziesięć lat temu, ponieważ zbliżamy się do jego odtworzenia, to ja państwu przybliżę, jak to wyglądało, bo Konrad Fijałkowski mieszkał już wtedy w Wiedniu i muszę powiedzieć, że to wtedy, dziesięć lat temu, stanowiło pewien problem. Znaczy nie podróż do Wiednia. No nie, to jeszcze tak źle nie było. Albo w każdym razie dla mnie, który robiłem, pracowałem nad niszową książką, perspektywa jazdy do Wiednia po to, żeby zdobyć wywiad, no była dosyć trudna. Poza tym doszedłem do wniosku, że najpierw trzeba by się jakoś z profesorem skontaktować. Dziesięć lat. Dzisiaj jest to wszystko jakby prostsze. Ale wtedy, od czego zacząłem?
No mam imię, nazwisko, wiem, kim człowiek jest. No ale jak do niego dotrzeć? No napisałem do sekretariatu Uniwersytetu Warszawskiego, żeby mi może jakiegoś mailika podesłali albo coś. I ku zdziwieniu dostałem odpowiedź. Dostałem maili. A do profesora Fijałkowskiego? Napisałem. A! Przypomniało mi się, że mówiłem o czterech profesorach w książce, o której mówimy. Przypomnę, książka to jest „Lista nieobecnych”, w której wywiad jest zawarty.
Tym czwartym profesorem był Filar, profesor ekonomii i autor fantastyki. Przecież o nim również nie można zapominać. A teraz wracając do wywiadu. Napisałem mailika, opisałem cały projekt. Profesor odpowiedział, że bardzo chętnie, ale jak to zrobimy? Perspektywa pisania pytań, a poza tym wiedziałem, że profesor się na coś takiego nie zgodzi, żeby mi odpisywać na pytania. Albo jeśli się zgodzi, to będą to zdawkowe odpowiedzi, króciutkie, bo kto ma czas pisać wywiad na życzenie jakiegoś tam pismaka Żelkowskiego? W związku z tym doszedłem do wniosku, że może jakoś telefonicznie, ale wtedy rozmowy komórkowe z Wiedniem to była inna planeta. Mówię o cenach po prostu, więc nie to, co dzisiaj. Dzisiaj to jest dosyć proste, mamy to w pakietach różnego rodzaju i nie ma problemu.
Wtedy to był problem, ale profesor jako człowiek związany z komputerami i w ogóle z elektroniką okazał się człowiekiem nad wyraz nowoczesnym i to on właściwie zaproponował, że po to jest Skype i przez Skype'a sobie możemy pogadać. Okej, zrobiliśmy ten wywiad przez Skype'a i ja go do dzisiaj nie mogę zapomnieć, bo połączyłem się o ustalonej porze. Oczywiście nagrywałem ten wywiad. Profesor został uprzedzony i był w pięknych okolicznościach przyrody, jak to się mówi, jadąc rejsem. Ja słyszałem tam śpiew ptaków. Profesor wyszedł do ogrodu na jakiś taras, usiadł w fotelu. Przynajmniej tak mi to relacjonował. Nabił fajkę, słyszałem śpiew ptaków. I profesor ze mną rozmawiał. A efekty tej rozmowy za chwilę ich państwo posłuchacie.
[26:31] - Ale ja chciałbym zwrócić wszystkich uwagę na to, co Marek powiedział. Pan profesor dożył dosyć sędziwego wieku, umierając w ubiegłym roku. Ale tutaj Marek w rozmowie powiedział to, co tego Konrada Fijałkowskiego nabił fajkę. Ja Konrada Fijałkowskiego nie widziałem bez fajki. Zawsze palił fajkę i jakoś mu to nie przeszkodziło w długim i bardzo płodnym życiu.
[27:08] - Okej, to teraz Marku prosimy o wywiad.
[27:13] - Cóż takiego ma w sobie stolica Austrii, że postanowił pan w niej zamieszkać? Wiedeń z całą pewnością jest miastem fantastycznym, ale w zupełnie innym znaczeniu niż pana twórczość literacka.
[27:25] - To nie do końca prawda. Wiedeń jest bajką mego dzieciństwa. Wychowywała mnie babcia, a były to czasy wojny. Z okien domu w Milanówku, gdzie wtedy mieszkaliśmy, nocą ponad sosnowym pagórkiem widać było czerwone niebo. To płonęła Warszawa. Przy plackach z mąki i wody pieczonych na płycie kuchennej babcia opowiadała mi o Wiedniu, a tak naprawdę to o swojej młodości. O dziadku cesarsko-królewskim pułkowniku, o hucznych balach, o letnich wycieczkach na Hohe Wand, kilkusetmetrową wapienną ścianę wypiętrzającą się wprost z łąki. O kinie, gdzie po raz pierwszy w swym życiu widziała film i o kolejce zębatej na wzgórze Kahlenberg, ówczesnym cudzie techniki. To był raj utracony młodej pani pułkownikowej. I zostało to we mnie jak bajki braci Grimm oraz legionowe piosenki, których nauczyłem się też w Milanówku przy kuchennym stole.
Gdy przyjechałem do Wiednia, poszedłem do kina Erika. Chyba już nie istnieje, ale 30 lat temu jeszcze było. I na Hohe Wand. Szukałem też kolejki zębatej na Kahlenberg, ale znalazłem tylko fragment szyn i obudowę dawnej stacji. Mojej babci też od dawna już nie ma. Po dziadku mam trzy rzeczy, które przetrwały jakoś obie wojny i przez Lwów i kilka miast w Polsce wróciły do Wiednia. Czako paradne ze złotym bączkiem w trzy złote pasy przechowywane w pokrowcu. Pokrowiec jest istotny, bo w dzieciństwie toczyłem wieczny spór z bratem, kto nosić będzie czako, a kto pokrowiec. Lornetkę polową. Uczestniczyła w pierwszej wojnie światowej oraz pas.
Pas jest mi szczególnie drogi, bo nie jestem człowiekiem szczupłym, a dzięki niemu widzę, ile brakuje mi do mego dziadka. Mam też jego zdjęcie. Brązową, sztywną fotografię wykonaną w zakładzie fotograficznym z czterocyfrowym numerem telefonicznym na Kärtner Strasse. Po przyjeździe do Wiednia chciałem zrobić powiększoną kopię. Odmówiono mi. Copyright. W Austrii nawet po niemal 100 latach traktują takie ograniczenia bardzo poważnie. Dziadek nie został we Wiedniu. W 1914 roku tworzył Legion Wschodni i był podobno lubiany przez żołnierzy. Wszystko to jest opisane w książce „Sprawa Legionu Wschodniego”.
Mam zdjęcie dziadka w mundurze polskiego generała. Umarł 20 lat przed moim urodzeniem. Nadeszły jednak czasy, że biały generał był fatalną rekomendacją. Ci urodzeni po wojnie, którzy całe PRL pchają do jednego worka, niewiele wiedzą albo wiedzieć nie chcą. Naprawdę trudno było do października 1956 roku Potem to już było z górki. Ja urodziłem się trochę za wcześnie i musiałem szybko wydorośleć. Taki dojrzały trzynastolatek jest wprawdzie dość sprawny w życiu, ale podejrzewam, że za to wspaniały, kolorowy film życia odbiera jak czarno-białą kopię. Do Wiednia bajki mego dzieciństwa przyjechałem późno, już po południowej stronie życia, po pracy w Stanach i wielu innych przygodach życiowych.
[30:40] - A jak zaczęła się przygoda z pisaniem literatury?
[30:44] - Uczęszczałem do liceum. Była połowa lat 50. Miałem ukochaną dziewczynę, która jeździła na wakacje do Kazimierza. Niestety ja nie miałem pieniędzy, aby tam na dłużej pojechać. Ale życie składa się z niezwykłych zbiegów okoliczności. Redakcja czasopisma Dookoła Świata ogłosiła konkurs na opowiadanie. W latach 50. był to niezwykle popularny tytuł. Wziąłem udział w konkursie i uzyskałem, jeśli dobrze pamiętam, drugą nagrodę. W tym czasie dziewczyna przestała co prawda być obiektem mojego zainteresowania, ale w sumie to trochę dzięki niej zadebiutowałem.
Opowiadanie nosiło tytuł „Czerwone skały”. Muszę samokrytycznie powiedzieć, że nie było niestety najlepsze, ale dzięki niemu zarobiłem pierwsze pieniądze. Skromne, ale dla mnie był to majątek. W każdym razie takie były moje literackie początki.
[31:40] - Czyli młodzieńcza miłość zadecydowała o tym, że zaczął pan pisać.
[31:45] - Pośrednio tak.
[31:46] - Pierwsze podejście do literatury i od razu sukces. Naprawdę nie próbował pan wcześniej pisać jakichś tekstów do szuflady?
[31:55] - Nie. Natomiast czytałem sporo fantastyki. Zaczynałem od przedwojennej. Mało kto wie, że przed 1939 rokiem, w czasach II Rzeczypospolitej ukazywało się jej całkiem sporo. Dzięki mojej świętej pamięci babci miałem okazję zetknąć się z utworami publikowanymi w rocznikach czasopism „Płomyczek” i „Płomyk”. W pierwszym, pochodzącym z roku 1918 przeczytałem patriotyczne fantasy, natomiast w drugim z lat 30. znalazłem już typowe SF „Podróży na Wenus”. To były całkiem przyzwoite utwory, nawet jeśli przyłożyć do nich dzisiejszą miarę. W każdym razie opis podróży międzyplanetarnej zrobił na mnie duże wrażenie. Później byli „Astronauci” Stanisława Lema.
Pamiętam do dziś pierwsze wydanie z 1951 roku. Mała, właściwie niepozorna granatowa książeczka w dwu tomach, ale to była lektura o klasę lepsza od historii przedwojennych. Jeszcze później trafiłem na opowiadania fantastyczne drukowane w tygodniku „Przekrój”. To było niezwykłe pismo, zupełnie inne niż cała reszta ówczesnej prasy. Ukazywały się tam między innymi utwory Raya Bradbury'ego z tomu „Człowiek ilustrowany”. Ta proza zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nic zresztą dziwnego, bo miałem to szczęście i trafiłem na twórczość znakomitego pisarza. Jeszcze później Stanisław Lem drukował w „Przekroju” obszerne fragmenty „Obłoku Magellana”. Dzisiaj jest to powieść nieco zapomniana, a moim zdaniem niesłusznie. Całkiem dobra literatura SF.
Oczywiście ma naleciałości socrealistyczne, ale takie były czasy, w których powieść powstawała. W każdym razie „Obłok Magellana” zrobił na mnie większe wrażenie niż „Astronauci”. Wiele lat później, w latach 80., miałem okazję spotykać się w miarę regularnie ze Stanisławem Lemem w Wiedniu, gdzie obaj mieszkaliśmy. W czasie towarzyskich rozmów odniosłem wrażenie, że trochę wstydził się tej powieści o wyprawie do Alfa Centauri. Właściwie to chyba nie bardzo ją lubił. Ważną dla mnie książką była także powieść „Katastrofa na Słońcu Antarktydy” Adama Holanka.
[34:14] - A kolejne pańskie publikacje? To musiał być okres intensywnej pracy. Przypomnę, debiutował pan w 1956 roku. W 1962 otrzymał pan drugą nagrodę w konkursie Młodego Technika za opowiadanie „Prawo wyboru”, a w 1963 ukazał się pierwszy zbiór pańskich opowiadań „Wróble Galaktyki”.
[34:37] - Warto także wspomnieć, że dwa lata po debiucie opublikowałem jeszcze jedno opowiadanie w tygodniku „Dookoła Świata”. Nosiło tytuł „Szansa śmierci”. To była już całkiem udana proza. Poza tym wszystko wskazuje, iż byłem prekursorem. Jest to bowiem pierwszy na świecie tekst o kopiowaniu ludzkiej świadomości oraz przenoszeniu jej do sztucznego układu mózgu stworzonego przez cybernetyków. Wspomniał pan o pierwszym tomie opowiadań „Wróble Galaktyki”. Miałem naprawdę wielkie problemy, aby ta książka ujrzała światło dzienne. Wydawnictwa po prostu lekceważyły ten rodzaj prozy. Pewna zmiana nastąpiła dopiero w połowie lat 60., gdy za SF wzięła się Nasza Księgarnia. Było wówczas zdecydowanie łatwiej wydać fantastykę.
[35:25] - Kłopot z wydaniem „Wróbli Galaktyki”? Nieprawdopodobne, zważywszy, że tytułowe opowiadanie jest uznawane przez wielu znawców za literacką perełkę.
[35:35] - Takie czasy. Z prozą science fiction bardzo trudno było się przebić. Fantastyka w tamtych latach nie była uznawana za poważną literaturę, która mówi coś ważnego o świecie i ludziach, a wydanie książki w tym gatunku było naprawdę sporym wyzwaniem. A jeśli chodzi o „Wróble Galaktyki”, rzeczywiście byłem pierwszy. To przecież opowiadanie o niespełnionym kontakcie. Proszę zauważyć, że o wiele lat wyprzedziłem Arthura C. Clarke'a i jego spotkanie z Ramą oraz Strugackich z ich „Piknikiem na skraju drogi”. W takiej dziedzinie literatury jak science fiction, gdzie liczy się pomysł, ważne jest, aby być oryginalnym, aby mówić czytelnikowi coś nowego.
[36:19] - Młody Technik, a zarazem redaktor Zbigniew Przyrowski. Jak pan wspomina kontakty z człowiekiem, który opiekował się polskimi fantastami?
[36:29] - Redaktor Przyrowski, kiedy go poznałem, był uroczym starszym panem. Prawdziwy człowiek instytucja, który bardzo dbał o ludzi piszących fantastykę naukową. Na początku lat 60. redaktor Przyrowski siedział w swojej kanciapie na ulicy Spasowskiego i był właściwie jedynym człowiekiem, który uznawał SF za rzecz naprawdę istotną.
[36:52] - Organizował konkursy na opowiadania, udzielał wskazówek.
[36:57] - Doradzał pisarzom. Czasami krytykował jakiś tekst, a niekiedy, jak słyszałem, odrzucał. Dla dobra autora oczywiście.
[37:05] - Z tego, co wiem, to wielu pisarzy do dzisiaj oblewa się zimnym potem, kiedy pomyślą, jakie knuty pragnęli opublikować. Na szczęście redaktor Przyrowski stał na straży i chronił młodych twórców przed drukowaniem niedoróbek.
[37:20] - Ja takiego przypadku wprawdzie nie miałem, a i poprawki były rzadkością, ale warto wyraźnie powiedzieć, że naczelny Młodego Technika wychował całe pokolenia polskich fantastów. Ostatni raz widziałem go przed stanem wojennym, w czasie przygotowywania przez Heyne Verlag niemieckiej edycji zbioru opowiadań Nowa Cywilizacja, w której przedstawił historię polskiej fantastyki w przysłowiowej pigułce. Jak już wspomniałem, redaktor Przyrowski drukował właściwie wszystko, co mu przynosiłem. Miałem nawet takie zdarzenie. W 1968 roku wyjeżdżałem po raz pierwszy do Stanów Zjednoczonych jako visiting professor. Jakiś czas przed zaplanowaną podróżą dałem mu pierwszą część Biohazardu i pamiętam, że gwałtownie domagał się części drugiej. Kończyłem więc ten tekst nieco na chybcika, dosłownie dwa dni przed wyjazdem, ale okazało się, że było warto. Z relacji Zbigniewa Przyrowskiego wiem, że tekst cieszył się sporym powodzeniem. Do tego stopnia, że ludzie zamawiali w redakcji dodatkowe numery. Mówię o tym, bo taka reakcja czytelników to dla autora najcenniejsza recenzja.
[38:31] - Okres pańskiego debiutu książkowego zbiegł się w czasie z intensywną pracą naukową. Jak pan to godził? Praca na uczelni, zajęcia ze studentami, sukcesy literackie.
[38:42] - Tak, moja kariera naukowa rzeczywiście przebiegała dosyć szybko. W 1964 roku zrobiłem doktorat. W 1966 obroniłem pracę habilitacyjną. W tym samym czasie wyszły aż trzy zbiory opowiadań: Wróble Galaktyki, Poprzez Piąty Wymiar i Włókno Kleperiusa. Nie da się ukryć, że był to dla mnie niezwykle pracowity czas. Byłem dosyć wydajnym pisarzem, ale proszę zauważyć, że w tamtych latach nigdy nie popełniłem dłuższej formy. Po pierwsze dlatego, iż miałem głębokie przekonanie, że jeszcze nie dorosłem do powieści, a po drugie dlatego, że najzwyczajniej w świecie nie miałem czasu. Opowiadanie zdecydowanie łatwiej jest zamknąć, skończyć. A w ogóle to ja nie jestem najlepszym przykładem człowieka tworzącego literaturę. Pisarzem byłem zawsze z doskoku.
Mimo że osiągnąłem wszystkie cechy zawodowca, to proza nigdy nie była moim głównym celem w życiu. Nie miałem też zbyt wielu kontaktów z innymi autorami. W tamtym czasie jedynym pisarzem, którego poznałem nieco lepiej, był Andrzej Czechowski, autor niezwykle zdolny oraz przenikliwy. Byłem pod dużym wrażeniem jego twórczości. Niestety Czechowski to dzisiaj autor niemal zupełnie już zapomniany. Podobnie jak ja, w pewnym momencie swego życia pożegnał się z literaturą i zajął inną działalnością. Jest znanym i cenionym fizykiem. Wydał zaledwie jeden zbiór opowiadań SF w latach 60. W konkursie zorganizowanym przez Młodego Technika w 1962 roku jego opowiadanie Czekokształtny zajęło pierwsze miejsce, a moje Prawo wyboru drugie. Oba teksty ukazały się później w zbiorku Posłaniec z Piątej Planety.
W późniejszych latach miałem natomiast przyjemność współpracować z osobą niezwykle ważną dla fantastyki w Polsce. Był to Lech Jęczmyk, jeden z nielicznych ludzi wiedzących, o co naprawdę chodzi w SF. Znał się na fantastyce, miał wyczucie i siłę, aby o tę prozę walczyć. Dzięki jego energii i pracy powstał niezwykły jak na tamte czasy almanach prozy Kroki w nieznane. Pamiętam bardzo dobrze tamten okres, bo intensywnie współpracowaliśmy. Wiele tekstów zachodnich ukazujących się w Problemach pojawiało się później w zbiorze redagowanym przez Lecha Jęczmyka. To człowiek, który zrobił dla fantastyki w naszym kraju bardzo, bardzo dużo. Szkoda, że dzisiaj niewielu już o tym pamięta.
[41:15] - Skoro już jesteśmy przy Problemach, dział fantastyki w tym piśmie był kultowy. To słowo jest obecnie nadużywane, ale pozwalam sobie je przywołać, gdyż znam człowieka, który do dzisiaj ma trzy grubaśne tomiszcza składające się z oprawionych introligatorsko żółtych stronic.
[41:33] - Te stronice były również różowe i niebieskie. W tamtej rzeczywistości społeczno-gospodarczo-politycznej często brakowało papieru w odpowiednim kolorze. Dlatego też kartki z założenia żółte ni stąd, ni zowąd zmieniały kolor. Kiedy prowadziłem wspomnianą rubrykę, prawie nie zamieszczałem tekstów polskich autorów. Wiem, że środowisko pisarzy SF miało mi to bardzo za złe i zapewne co bardziej pamiętliwi twórcy do dzisiaj traktują moje odmowy jako osobisty afront. Jednak po pierwsze to nie do końca prawda, bo kilka nazwisk się pojawiło. Wśród nich pamiętam niezwykle zdolnego autora Marka Oramusa. Po drugie nie chciałem robić konkurencji Młodemu Technikowi i redaktorowi Przyrowskiemu, a po trzecie polski rynek był tak wygłodniały kontaktu z zachodnią literaturą SF, że należało to oczekiwanie zaspokoić. W każdym razie narobiłem sobie sporo wrogów w środowisku młodych polskich fantastów. Nie kochali mnie, ale byłem konsekwentny.
Jednak spory z twórcami były niczym. Prawdziwa batalia toczyła się gdzie indziej. Redaktor naczelny był mocno nieprzekonany do fantastyki naukowej. To był początek lat 70. Wróciłem ze Stanów Zjednoczonych i poproszono mnie, abym został konsultantem naukowym w piśmie. Zgodziłem się, ale jako jeden z warunków postawiłem wprowadzenie na łamy pisma opowiadań SF. Zapanował rodzaj konsternacji. Fantastyka była w dalszym ciągu literaturą podejrzaną. Niemniej jednak po długich negocjacjach udało się. W Problemach pojawiło się pierwsze opowiadanie.
Zacząłem od autora radzieckiego. Najwyraźniej wydźwięk był pozytywny, bo proza zagościła w piśmie na wiele lat.
[43:24] - W miesięczniku pojawiały się teksty najbardziej znanych pisarzy SF z całego świata.
[43:30] - Tak, rzeczywiście udane przedsięwzięcie. Było to możliwe zarówno dzięki moim międzynarodowym kontaktom, jak i współpracy z Lechem Jęczmykiem. Publikowanie opowiadań miesiąc w miesiąc wymagało sporej pracy logistycznej. Trzeba było wybrać teksty, dać je do tłumaczenia, zweryfikować. Jeśli chodzi o przekłady, to sytuacja była dosyć dobra. Miałem do dyspozycji wielu, często wybitnych tłumaczy. PRL to było dziwne miejsce. Część z nich było objętych zakazem publikacji. Ja jednak zamawiałem u nich teksty, a potem po prostu je publikowałem. Było to możliwe między innymi dzięki roszadzie na stanowisku redaktora naczelnego Problemów.
W drugiej połowie lat 70. stanowisko to objęła Alicja Tejchma, a warto wiedzieć, że Józef Tejchma był wówczas najmłodszym członkiem Komitetu Centralnego PZPR. Rozciągał się zatem nad nami rodzaj ochronnego parasola. Niezależnie od tego parasola miała ona pomysły godne uwagi. Na przykład w czasach, gdy pochód pierwszomajowy był obowiązkowy, ona chciała gdzieś wyjechać. Wysłała więc propozycję „Problemy zawsze z partią” i cała redakcja została zwolniona z uczestnictwa w pochodzie. Pośrednio fantastyka w Problemach wiele jej zawdzięczała.
[44:50] - Wróćmy do twórczości. Jak pan pisał, są w tej dziedzinie rozmaite szkoły. Jedni szczegółowo planują, inni...
[44:58] - Tak naprawdę to niczego nie można do końca zaplanować. Zabawa polega na tym, że w czasie pracy nad tekstem człowiek zaczyna dostrzegać, iż postacie, które stworzył, najzwyczajniej w świecie się autonomizują. Zdarzają się na przykład mówić rzeczy, których się nie przewidziało. Mówiąc krótko, zaczynamy mieć do czynienia z rodzajem symulacji wewnątrz mózgu pisarza. Symulacji, jak już wspomniałem, w wielu momentach autonomicznej. Nigdy nie planowałem drobiazgowo swoich utworów. Zawsze rozwijało się to dosyć spontanicznie. Niestety ta metoda niesie ze sobą poważne niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo sprzeczności. Udawało mi się chyba jednak unikać tego rodzaju pułapek.
Może z racji mojej profesji.
[45:44] - Ścisły umysł przydaje się zatem pisarzowi?
[45:47] - Coś w tym jest, ale proszę pamiętać, że ostatni utwór beletrystyczny, jaki napisałem, pochodzi z 1982 roku. Rozmawiamy więc o odległej historii, a ludzka pamięć ma to do siebie, że nie wszystko przechowuje w stanie absolutnej świeżości. Niektóre, nawet bardzo ważne elementy drogi życiowej z czasem po prostu się zacierają. W każdym razie nie robiłem szczegółowych planów, dokładnych zarysów akcji. Raczej notowałem pomysł, zapisywałem o co chodzi, a potem była praca nad tekstem. Zawsze pisałem od razu na maszynie, z jednym wyjątkiem. Ostatnią książkę prozatorską, czyli „Adam. Jeden z nas” napisałem ręcznie, bo do Obór, domu twórczego ZLP nie wziąłem maszyny. Większość moich opowiadań powstała w ciągu kilku dni.
[46:40] - Jak to się teraz mówi, na gotowo.
[46:43] - Właśnie tak. W dodatku w przeważającej ilości tekstów prawie w ogóle nie nanosiłem poprawek. Oczywiście pierwszą wersję maszynopisu trzeba było przepisać. Teraz na komputerze byłoby jeszcze łatwiej.
[46:57] - W drugiej połowie lat 60. zaczął pan wyjeżdżać na Zachód. Znał pan język. To oznaczało dostęp do światowej literatury science fiction.
[47:06] - Oj, chwileczkę, chwileczkę. Zbyt duże uproszczenie. Po październiku 1956 roku przez jakieś dwa, trzy lata z dostępem do dobrych zachodnich książek wcale nie było tak źle. Przynajmniej w Warszawie. W Alejach Ujazdowskich można było kupić bez problemów książki wspomnianego już chociażby Raya Bradbury'ego oraz innych autorów. Języka angielskiego nauczyłem się właściwie sam. W szkołach nauczano go, ujmując rzecz delikatnie, niezbyt głęboko. W każdym razie kupowałem sporo zachodnich książek i poczytywałem. Miałem więc kontakt z zagraniczną SF i wyjazd za żelazną kurtynę wcale wtedy nie był do tego potrzebny. Potem było inaczej.
[47:51] - Okazywało się również trochę zachodniej fantastyki z osławionymi „Rakietowymi szlakami” na czele.
[47:57] - Tak, to była ważna książka. Mam ją zresztą do dzisiaj.
[48:02] - W pierwszej połowie lat 70. pisał pan niewiele. Pojawiały się wyłącznie wznowienia.
[48:08] - Doba ma niestety tylko 24 godziny. A mówiąc poważnie, spełniłem wprawdzie wszystkie kryteria zawodowego pisarza SF, ale tym zawodowcem wcale nie chciałem być. Nie miałem na to czasu. Przykładem potwierdzającym ów stan rzeczy może być historia związana z moją pierwszą powieścią „Homo Divisus”. Pamiętam, pojechałem do USA na University of Pennsylvania, a więc tam, gdzie zbudowano ENIACa. Wielki elektroniczny kalkulator, nie komputer. Gigantyczna konstrukcja z 18 tysięcy lamp elektronowych ważąca 27 ton i zajmująca powierzchnię 140 metrów kwadratowych. Wtedy, gdy tam byłem, została po nim tylko wielka sala. Oczywiście w czasach, kiedy pojawiłem się w USA, pracowała już zupełnie inna generacja maszyn. Niezwykła rzecz, ale kiedy przebywałem tam po raz pierwszy pod koniec lat 60.
zetknąłem się z samymi początkami Internetu, a w każdym razie sieci jako idei wcielonej w życie. Pamiętam doskonale, że pierwsze transmisje odbywały się z szybkością około 6000 bajtów na sekundę. Wielkie osiągnięcie jak na owe czasy. Na University of Pennsylvania udało mi się również popracować po raz pierwszy na w miarę nowoczesnym komputerze. W chwilach wolnych od zajęć na uczelni zająłem się pisaniem "Homo Divisusa". Napisałem pierwsze 50, może 60 stron, ale książkę skończyłem dopiero po kilku latach, w 1976 roku. Bardzo wiele działo się wówczas w moim życiu zawodowym. Zostałem profesorem, prowadziłem zajęcia na politechnice. Wykładanie było wówczas niemalże fizyczną pracą. Mówienie bez mikrofonu przez 12 godzin tygodniowo do audytorium liczącego niekiedy ponad 200 osób, a w dodatku porządne przygotowanie do wykładu w języku polskim trzeba przeliczać następująco: dwie godziny wykładu równa się dwie godziny przygotowania.
Na początku mojej kariery w Stanach Zjednoczonych, a więc wykładania po angielsku, ta proporcja była jeszcze mniej korzystna. Dwie godziny wykładu oznaczały cztery przygotowań. Byłem więc naprawdę bardzo zajęty i nie bardzo miałem czas na pisanie. Efekt był taki, że w pierwszej połowie lat 80. prawie nic nie napisałem, jeśli chodzi o science fiction.
[50:34] - Wiele pańskich opowiadań weszło do kanonu polskiej SF, chociażby wspomniane "Wróble Galaktyki", "Cerebroskop", "Szansa śmierci", "Elektronowy miś".
[50:46] - Powodzenie tego ostatniego utworu jest dla mnie absolutną zagadką. Nigdy nie byłem nim zachwycony, ale to właściwie eufemizm, bo po prostu niezbyt je lubię. Tymczasem dotarło do mnie sporo głosów, że utwór bardzo się podobał. To najlepszy dowód na to, jak odmienne bywają upodobania twórców i czytelników.
[51:08] - Jest pan jednym z tych nielicznych polskich pisarzy SF, których proza została przetłumaczona na wiele, często egzotycznych języków. Jak to się robi?
[51:18] - Droga polskiego autora jakiegokolwiek, nie tylko fantasy, do światowej literatury wiedzie przez tłumaczenia niemieckie. Moje opowiadania przetłumaczone były najpierw na język rosyjski. Pierwszy był "Cerebroskop". Jeśli coś było drukowane w ZSRR, to wydawało się ideologicznie bezpieczne i dlatego bez przeszkód trafiało na rynek Niemieckiej Republiki Demokratycznej. A ponieważ istniało wówczas jeszcze drugie państwo niemieckie, więc dzięki NRD z moją twórczością mogli zapoznać się redaktorzy na Zachodzie. Wydawnictwo Heyne Verlag z Monachium opublikowało praktycznie wszystko, co napisałem. Dzięki temu udało mi się wypłynąć na szersze wody i to właściwie bez większych działań z mojej strony. Nigdy nie miałem na przykład agenta literackiego. Wydawnictwa z różnych krajów zwracały się do mnie przez ZAiKS. Ja wyrażałem zgodę i książka ukazywała się na rynku.
Ciekawostką z tamtych czasów jest chociażby to, że moja pierwsza powieść "Homo Divisus" miała dwa niemieckie tłumaczenia: wschodnie i zachodnie. I o dziwo, według znawców to pierwsze jest znacznie lepsze. A wracając do agenta literackiego, taki człowiek pilnowałby moich interesów. Z wydaniami w obcych językach poza rynkiem niemieckim jest tak, że autor dostaje zaliczkę i obietnicę kolejnych wypłat po wydaniu. Te ostatnie przeważnie nigdy nie następują. Moi amerykańscy przyjaciele uświadomili mi, że jeśli pracuję bez agenta, to mogę o tych pieniądzach zapomnieć, a i z nim wyłuskanie honorariów bywa bardzo trudne. Smutne jest to, że podobne praktyki zaczęły stosować ostatnio również polskie wydawnictwa.
[53:03] - NRD kojarzy się z dość opresyjnym systemem państwowym. Nie było kłopotów z cenzurą?
[53:09] - Jakoś nie mogę sobie przypomnieć. Rzeczywiście kontrolowali wszystko bardzo dokładnie, ale widocznie uznawali moje teksty za bezpieczne. Nie ukazało się tam tylko jedno opowiadanie: "Poranek autorski". Trudno zresztą się dziwić, skoro jest to satyra na cenzurę. Notabene w Związku Radzieckim ten utwór także nie doczekał się publikacji. A jeśli już mówimy o ZSRR, w przeciwieństwie do naszego kraju, pisarze fantaści nie byli tam traktowani podejrzliwie. Mieli zupełnie inną, czytaj dobrą pozycję. Pamiętam dosyć zabawne zdarzenie. Był rok 1961. Miałem 21 lat.
W ZSRR ukazał się wspomniany "Cerebroskop". Pojechałem na wycieczkę do Moskwy organizowaną przez biuro podróży Juventur. A ponieważ wydrukowano moje opowiadanie, więc należało mi się honorarium. Nie było ono zbyt wysokie, ale dla studenta liczył się każdy grosz. Poszedłem więc do redakcji pisma "Technika Mołodioży", w którym opublikowano tekst. Kiedy już tam trafiłem, redaktorzy bardzo się ucieszyli i zaprosili mnie na wieczór do klubu dziennikarza. Kiedy zjawiłem się o wyznaczonej porze, okazało się, że czekali na mnie z przyjęciem na 30 osób. Na stoły wjechały oba rodzaje kawioru, wielki talerz z rakami oraz inne przysmaki. Ale przede wszystkim było morze wódki. Kiedy po imprezie jeden z nowo poznanych kolegów odwoził mnie służbową Wołgą, zapytałem go, jak to się dzieje, że w sumie mało znany autor jest tak fetowany.
On zaśmiał się i powiedział: "Jeśli gościmy zagranicznego pisarza, to mamy prawo zorganizować przyjęcie".
[54:55] - Znał pan jednego z braci Strugackich?
[54:58] - Przyjaźniliśmy się z moskiewskim Strugackim. Drugi był leningradzki. Był czas, że dosyć często jeździłem służbowo do Moskwy. Spotykaliśmy się wówczas i dużo rozmawialiśmy. Kiedy moje książki stały się znane w Europie, a w ślad za tym przyszło zaproszenie do SF Writers of America. Miałem tam mnóstwo kolegów, a wśród nich Briana Aldissa. Niezwykle uroczy pan kochający kobiety. Był też bardzo dowcipny. Na pytanie zadane na jednym ze spotkań przez poważnego chłopaka w okularach, o czym rozmawiają fantaści między sobą, bez wahania wypalił: „Money, sex, sport”. Zupełnie innym typem osobowościowym był Arthur Clarke, człowiek zadumany, poważny, ale jednocześnie niezwykle pogodny.
[55:47] - W drugiej połowie lat 70. podjął pan przerwane dzieło i ukazała się pierwsza powieść Konrada Fijałkowskiego „Homo divissus”. W książce „Zaczarowana gra” Antoni Smuszkiewicz napisał, cytat: „To opowieść o człowieku, w którego ciele zamieszkały dwie osobowości. W tym sensie może ona przypominać niektóre nowele Grabińskiego. Z tym jednak, że Fijałkowski, jak przystało na pisarza respektującego wymogi konwencji fantastycznonaukowej, opatruje swój pomysł szeregiem wnikliwych uzasadnień. Homo divissus to nie tylko jeden z najciekawszych utworów Fijałkowskiego i jedna z najlepszych powieści science fiction, jakie się ostatnio ukazały, ale także znamienny przykład odchodzenia od tematyki technicznej i podejmowania zagadnień w większym stopniu związanych z człowiekiem i jego strukturą psychiczną, której w przyszłości zagrozić mogą nieludzkie eksperymenty nieodpowiedzialnych uczonych”. Koniec cytatu. Znakomita recenzja.
[56:46] - Tak, ale „Homo divissus” jest chyba dosyć trudną książką. Nie wiem, tak mi się wydaje. Może dlatego, pomimo iż powieść była powszechnie czytana i tłumaczona na szereg języków, w tym francuski i szwedzki, jakoś nie odbiła się szerszym echem wśród polskich czytelników. Najlepszy dowód na to, że ponurych, trudnych książek czytelnicy nie kochają. A z ciekawostek można znaleźć w tej powieści zapowiedź funkcjonowania światowej sieci informatycznej.
[57:15] - Była jeszcze jedna powieść „Adam. Jeden z nas”.
[57:19] - Powieść powstała w 1978 roku, jednak w Polsce niezbyt śpieszono się z jej wydaniem. Doszło do tego, że w RFN książka pojawiła się w księgarniach wcześniej niż nad Wisłą. W dodatku ta moja druga powieść w Polsce przyjęta była również dosyć chłodno, pomimo że w wielu innych krajach cieszyła się powodzeniem. Była tłumaczona na francuski i portugalski. Prawdopodobnie temat okazał się trudny do zaakceptowania przez polskiego specyficznego czytelnika. Sprawa Galileusza, jego spór z Kościołem, wojna atomowa to nie było to, o czym chcieli czytać miłośnicy SF w naszym kraju.
[58:00] - I tak zbliżamy się do końca pańskiej bibliografii literackiej. Ostatnie stworzone opowiadanie pochodzi z 1982 roku.
[58:11] - Zgadza się. Nosiło tytuł „Wspaniałe piwo na wigilijny wieczór”. Jego wstępny szkic ukazał się w miesięczniku Fantastyka pod nieco innym tytułem. Pamiętam, że mój przyjaciel Adam Holanek, będąc niezwykle dumny z tego czasopisma, ciągle namawiał mnie, żebym coś do niego napisał. To ostatnie opowiadanie, pomimo że krótkie, zrobiło później sporą karierę w wersji ukończonej. Ukazało się po angielsku w dość prestiżowym almanachu World SF, a to zawsze jest dobra droga do masowego czytelnika. A później zamilkłem jako pisarz. Już to mówiłem. Miałem zbyt dużo zajęć. Na pewnym etapie życia trzeba dokonać wyboru.
Ja wybrałem ewolucję dziejącą się w komputerze, a ogólniej artificial intelligence. Doszedłem do wniosku, że i tak zrobiłem już sporo jako pisarz. Poza tym nauka to surowa pani i nie znosi, jeśli nie poświęca się jej dostatecznej uwagi. A ponieważ stawało przede mną coraz więcej wyzwań związanych z dziedziną wiedzy, jaką się zajmuję, trzeba było coś poświęcić. Ponadto z wiekiem coraz wolniej przetwarza się informacje. Pan jest w miarę młody, ale za jakiś czas również się pan o tym przekona. Spadają moce przerobowe. Poza tym fantastyka naukowa powstaje dzisiaj w innych warunkach. Bardzo skrócił się horyzont czasowy. Trudno powiedzieć, co jeszcze jest SF, a co już nauką.
Pisanie twardej science fiction przestało mieć zatem sens. Karierę robi natomiast fantasy z czarnoksiężnikami płci obojga, smokami i innymi dziwnymi stworami. Ale taka literatura kompletnie mnie nie bawi.
[59:56] - Wspominał pan już o spotkaniach towarzyskich ze Stanisławem Lemem w latach 80. O czym rozmawiali we Wiedniu dwaj fantaści z Polski?
[01:00:06] - Tematów było sporo. Stanisław Lem był na przykład zwolennikiem mojej antropologicznej hipotezy dotyczącej rozwoju mózgu. Konkretnie chodzi o to, że ewolucja tego organu była efektem ubocznym stresu termicznego i polowań organizowanych przez naszych przodków. A z innych tematów mistrz Lem był fatalistą znacznie większym ode mnie. Dyskutowaliśmy bardzo często o tym, jak to dalej będzie z ludzkością, z nauką.
[01:00:35] - Polityka?
[01:00:36] - Nie. Mówiąc szczerze, niezbyt nas to już wówczas interesowało. Skupialiśmy się na zagadnieniach, które można zamknąć w ogólnym pytaniu: dokąd zmierza świat? Ulubiona anegdota Lema mówi, że pewien człowiek wypadł z okna w wieżowcu i kiedy znalazł się na poziomie jedenastego piętra, inny facet pyta: „Jak ci tam?”. „Póki co doskonale” — odpowiada spadający. Obaj byliśmy zdania, że sytuacja naszej cywilizacji bardzo przypomina tę z dowcipu. Autor „Solaris” i „Obłoku Magellana” był ponadto pod olbrzymim wrażeniem komputerowego modelowania. A ja, jak mówiłem, od czasów doktoratu w swojej pracy naukowej zajmuję się komputerowym modelem ewolucji. Bardzo go to interesowało. Lem miał już wówczas bardzo niewiele do czynienia z fantastyką naukową.
[01:01:28] - Starał się nawet od niej odciąć.
[01:01:30] - Chyba tak. Bardziej pasjonowała go filozofia.
[01:01:35] - Stwierdził pan, że klasyczna SF straciła sens.
[01:01:39] - Dokładnie. Postęp technologiczny sprawia, że horyzont zmian oraz realizacji idei naukowych nieustannie się przybliża. Proszę zrobić eksperyment i opowiedzieć komuś jakąś historię z elementami science fiction. Pański rozmówca będzie miał spore kłopoty, aby stwierdzić, czy jest to fikcja, czy opis stanu wiedzy i rozwoju technologicznego. Trudno w takich warunkach pisać fantastykę naukową, a już mówiłem, że fantasy mnie nie interesowało i nie interesuje. Lubię bajki, ale nie na tyle, żeby je pisać.
[01:02:14] - Trochę mam stracha zadając to pytanie, ale skuszę się. Gdyby pan miał prognozować rozwój dziedziny naukowej, którą się pan zajmuje, proszę powiedzieć, ku czemu zmierzamy?
[01:02:25] - Od 300 lat, jeśli chodzi o przyrost ludzkiej wiedzy i technologii, mamy do czynienia z procesem wykładniczym. Zasoby informacji oraz możliwości ich wykorzystania rosną coraz szybciej. Proszę sobie wyobrazić proces zarastania stawu. Wyjdźmy od sytuacji końcowej. Staw jest zarośnięty. Rok wcześniej była to tylko połowa, dwa lata jedna czwarta, jedna ósma, jedna szesnasta i tak dalej. Klasyczny postęp geometryczny. Proszę zauważyć, że jeżeli staw zarasta wykładniczo, to przez wiele dziesięcioleci proces ten pozostanie niezauważony. Dopiero pod koniec zjawisko nabierze niesłychanego tempa. Mam nieprzeparte wrażenie, że ludzkość doszła już do momentu, w którym zmiany są niezwykle szybkie.
Horyzont zmian skrócił się. Elektroniczny model mózgu kota jest już wykonany. Badacze twierdzą, że do 2020 roku skonstruują model mózgu człowieka. Cały czas technologia pcha nas do przodu, a dzieje się to w zawrotnym tempie. Może rację miał Stanisław Lem, który twierdził, że to wszystko w końcu szlag trafi.
[01:03:38] - Czy sztuczna inteligencja jest dla człowieka zagrożeniem?
[01:03:42] - W żadnym z moich opowiadań nie poruszałem kwestii wojny robotów. Nie napisałem nic takiego, chociaż był to temat bardzo popularny. Wynika to z tego, iż jestem przekonany, że nie będzie takich robotów, o jakich pisze fantastyka.
[01:03:58] - Zatem agresywne blaszanki à la „Terminator” to bajka.
[01:04:02] - Tak sądzę. Pojawi się natomiast przenikanie się organizmów żywych i elementów elektronicznych, produktów nowoczesnej technologii. Dzisiaj mamy rozruszniki serca. To nic innego jak hybrydyzacja. Potem dojdą jakieś dodatkowe zmysły, wspomaganie pamięci. Człowiek stanie się bardzo różnorodny i pojawi się pytanie, z kim mamy do czynienia. Czy to człowiek, czy robot? Odpowiedź będzie bardzo trudna. Wspaniały temat na książkę, ale bardzo skomplikowane zagadnienie. Nie mamy bowiem pojęcia, jakie będą odczucia takiego wspomaganego człowieka o rozszerzonych zmysłach.
Jedno można powiedzieć z całą pewnością: nie będzie to już człowiek w dzisiejszym rozumieniu. A sieci komputerowe? Myślę, że dzisiejszy internet jest tylko niemowlęciem, ale proszę zauważyć, że mówię dotąd o wariantach optymistycznych, powiedzmy bliskiego zasięgu. Tymczasem warto uświadomić sobie, że wzrost wykładniczy może trwać w nieskończoność tylko w teorii. We wszelkich układach fizycznych ma on swój koniec, najczęściej dosyć gwałtowny. Urywa się i leci w dół, a potem wszystko zaczyna się od nowa. To najbardziej prawdopodobny wariant.
[01:05:22] - Czyli ludzkość czeka coś niemiłego.
[01:05:25] - Pewnie tak. Wprawdzie według teorii systemów jest jeszcze druga możliwość. Krzywa logistyczna, powolne spowalnianie procesu, czyli pewna stabilizacja, ale występuje ona dość rzadko.
[01:05:39] - To opis teoretyczny. A uda mi się namówić pana profesora na uchylenie rąbka tajemnicy, co w praktyce może oznaczać owo gwałtowne urwanie się?
[01:05:49] - Dla nas oznacza to rozwalenie cywilizacji, jaką znamy. Tylko tyle i aż tyle.
[01:05:57] - Degradację do poziomu średniowiecza?
[01:06:00] - O, niżej, niżej, znacznie niżej. Proszę się rozejrzeć. Gdyby opuściły wszystkie struktury społeczne, to gdzie się znajdziemy? Średniowiecze to był okres doskonale zorganizowany. W każdym razie, ponieważ najprawdopodobniej jacyś ludzie przeżyją, to po jakimś czasie zaczną się znowu organizować struktury społeczne.
[01:06:23] - Powiało pesymizmem.
[01:06:25] - Nie mówię, że tak będzie na pewno. To tylko jeden z możliwych wariantów, ale dość prawdopodobny.
[01:06:33] - Tak. To był wywiad. On właściwie powiedział państwu więcej niż nasze gadanie, ale dalej obiecuję, że będziemy gadać z Wiktorem i troszeczkę się do tego wywiadu odnosić. Proszę państwa, zobaczcie, jakżeż piękna jest to opowieść. Zaczyna się od wspomnień, od tego, że coś go poza materialnego ciągnęło do Wiednia, bo z Wiednia pochodził jego dziadek. To kepi, o którym wspomina. Okazuje się, że człowiek tak bardzo zaangażowany w nauki
[01:07:21] - Tu mnie pewno Tomek Fąs poprawi, bo ja zawsze mam kłopoty związane z techniką. Tomek zresztą dzisiaj o tym powie, czym jest informatyka, czym są inne takie gałęzie wiedzy, które gdzieś tam koło informatyki krążą. Ale w każdym razie człowiek o umyśle ścisłym nagle opowiada historię, która jest rzewna, która wspomina pewne rzeczy. To, jak poszedł w pewne miejsca, o których wiedział, że jego dziadkowie tam bywali, świadczy o tym, że w tym człowieku... My mamy taką tendencję, sam ją mam, takiego szufladkowania ludzi, że ten to jest ścisłowiec, a ten to jest humanista i jakiekolwiek próby łączenia tych dwóch światów wydają nam się dziwne albo wydają nam się troszeczkę na siłę. Tymczasem z wywiadu jasno wynika, że to nic nie jest na siłę, że te nasze wyobrażenia o tym, jak wygląda świat ludzi od nauk ścisłych i świat humanistów, to są nasze podziały w naszych głowach, a nie to, co jest naprawdę. Myślę, sam początek tego wywiadu najlepiej udowadnia. Bardzo mi się podobało, kiedy wspominał te pierwsze próby związane właściwie ze słuchaniem, z czytaniem pierwszych utworów. Okazuje się, że przed wojną, proszę państwa, też jakaś fantastyka była. Sam o tym wiem najlepiej.
Może nie najlepiej, ale się orientuję. W każdym razie też mi się kiedyś wydawało, że przed wojną to same knoty były pisane. Jak głębiej sięgnąłem, to się okazuje, że przed wojną tworzone były perełki. No i Konrad Fijałkowski po prostu miał okazję przez przypadek sięgnąć po te perełki. Poza tym wyobraźcie sobie państwo obraz płonącej Warszawy gdzieś daleko, a on żyjący gdzieś w takiej miejscowości podwarszawskiej, gdzie jest właściwie spokojnie i tylko widać dym z płonącego miasta. Zobaczcie państwo, jakie to wszystko jest, głupio powiem, ale literackie. Obraz: gdzieś daleko płonie miasto, dzieje się tragedia, a on tutaj spędza najpiękniejsze chwile swojego życia. Jest dzieckiem pod opieką babci. Tak wygląda troszeczkę nasze życie. Albo ta historia, dlaczego zaczął pisać.
Jakież to jest proste, bo się okazuje, że nie z potrzeby serca, nie z duchowych jakichś odlotów, tylko dlatego, żeby się przypodobać dziewczynie. To była motywacja, proszę państwa. Tak, napisał te „Czerwone skały”, o ile dobrze pamiętam tytuł. „Czerwone skały” napisał dlatego, żeby zaimponować dziewczynie. Proszę państwa, motywacja dobra, wbrew pozorom dobra jak każda inna. Wiktorze, dlaczego ty zacząłeś pisać? Żeby zaimponować dziewczynie?
[01:10:47] - Nie, przypodobać się nigdy nie chciałem. Wystarczało mi to, co mam. Natomiast rzeczywiście ja to zacząłem pisać z głodu ewidentnie. Po prostu czytałem tak obłędnie wszystko, że w końcu zabrakło mi szczególnie tej literatury science fiction do czytania. Nie było jej w Polsce i właściwie zacząłem pisać po prostu, bo miałem tyle w głowie. Jakoś tak to poszło. Ale motywacje bywają różne. Teraz to, co mówiłeś o tym, to jest takie zabawne, że nam się czasami wydaje, nawet jak nie wydaje, to tak czasami traktujemy ludzi, że jakby ci technicy, inżynierowie, umysły ścisłe są mniej wrażliwe od humanistów. To jest zupełne nieporozumienie, bo ta wrażliwość nie ma z tym nic wspólnego. Jest to cecha ludzka i albo ją masz, albo jej nie masz.
Zawód, czy jesteś hydraulikiem, czy jesteś aktorem super w teatrze, to nie ma żadnego znaczenia. Wrażliwość się ma albo jej nie ma. Tylko że nie zawsze to wychodzi na wierzch.
[01:12:18] - Co więcej, ja sobie uświadomiłem w pewnym momencie, że sam znam kilku ludzi nauki, właściwie nauk humanistycznych, którzy są absolutnie zimni i absolutnie tam nie ma mowy o jakiejkolwiek uczuciowości. To są chłodni naukowcy badający różne humanistyczne dziedziny, którzy mają w głębokim poważaniu jakiekolwiek uczucia, jakąkolwiek wrażliwość. Oni są po prostu badaczami. To jakby kolejny kamyczek do tego ogródka, że ten podział tak naprawdę, uwierzcie państwo, tkwi bardzo często w naszych głowach, że my skłonni jesteśmy uważać ścisłowców za ludzi mniej wrażliwych, a humanistów za tych wrażliwych. Bardzo często jest odwrotnie. Nie ma co roztrząsać tej kwestii. Ja tylko przypomnę, odniosę się do tego wywiadu. Jakżeż w gruncie rzeczy dziwnym krajem była Polska. Te fragmenty, w których Konrad Fijałkowski wspomina o swojej pracy w „Problemach”. O tej pracy w „Problemach” za chwilę powiemy, bo jeszcze rozwiniemy kwestię istnienia oraz roli tak zwanych żółtych stronic, które czasami nie były żółte.
Zanim o tym powiemy, warto zwrócić uwagę, podkreślić ten fragmencik dotyczący pochodu pierwszomajowego. Jakżeż trzeba było być odważnym, dowcipnym, to sobie państwo wybierzcie, ale z drugiej strony nie każdy sobie mógł na to pozwolić, żeby zaproponować hasło na pochód pierwszomajowy: „Problemy zawsze z partią”. I w związku z tym uzyskać zwolnienie ze stawienia się na pochodzie. Na to sobie nie pozwolił Konrad Fijałkowski, który był skromnym pracownikiem naukowym. Może już nie takim skromnym, bo z dorobkiem i to takim dorobkiem zagranicznym. Ale kobieta, która pełniła ważną funkcję w redakcji i była skoligacona, bo nazwisko Peichma w latach 70. było poważne nazwisko i wszyscy się z nim liczyli. Ale czasami nawet te nazwiska musiały mieć dobry pomysł, żeby na pochód pierwszomajowy się nie udać. Dla mnie to są historie, których słuchałem wtedy podczas wywiadu. To były absolutnie takie perełki.
Takie perełki mówiące o czasach absurdalnych. Trochę się do nich odnosiłem tak jak do filmów Barei. One wiadomo, są przerysowane, ale człowiek jak na to patrzy, to mówi sobie tak: to nie był normalny czas. Ja w ogóle nie wiem, czy jakikolwiek czas jest normalny, bo nasz czas być może za ileś tam lat także doczeka się podobnych bareizmów i podobnych podsumowań. Ale cóż, proszę państwa, człowiek chyba naturalną tendencję ma do sięgania do swojej młodości, kiedy był młodzieżą, tudzież dzieckiem. Dziecko jest naiwne, różne rzeczy przyjmuje w taki oto sposób, że jest, jak jest. Dopiero później z perspektywy okazuje się, że to, co przyjmowało się wtedy jako normę, absolutnie normą nie było. Dlatego chociażby jak przeprowadzałem wywiad, ale teraz, po latach chętnie tego wywiadu wysłuchałem, bo okazuje się, że żyliśmy w dziwnych czasach. To dziwne. Niech to będzie taki eufemizm.
Wiktorze.
[01:16:21] - Wiesz, Marku, dziwne wtedy może było to, o czym Konrad mówił. Natomiast zwróć uwagę, ile trzeba się było wtedy gimnastykować, żeby móc prześlizgnąć pewne prawdy, pewne słowa i tak dalej przez sitą politycznej cenzury czy sztafażu komunistycznego. Dzisiaj żyjemy w identycznych czasach. My musimy się dzisiaj prześlizgiwać przez sito politycznej poprawności, etycznych różnych tego i tak dalej. Też trzeba wygibasów, trzeba być trochę węgorzem jakoś, żeby istnieć. Zawsze każdy czas będzie miał coś, co ogranicza ludzi, którzy z natury są totalnie wolnymi ludźmi, bo nic ich nie ogranicza. Konrad Fijałkowski był takim człowiekiem, ale wielu takich ludzi było. Jak mówisz o jego wspomnieniach sprzed Warszawy, przypomnę wszystkim książkę Leszka Jańczyka o jego dziecinnym obserwowaniu przedwojennej Bydgoszczy. To też był czas prawie wojny, a dziecko obserwuje swój świat, widzi i ten świat jest piękny czasami, w każdym razie bardzo bogaty. Chwała Bogu, że dzieci, przynajmniej te, których wojna nie dotknęła, że inne dzieci dotykała.
I to jest problem.
[01:18:15] - Tak, ale wiesz co? Powiem ci tak, że mimo wszystko mnie zadziwia to, że Konrad Fijałkowski, zastanawiałem się nad tym długo. Ta różnorodność jego prozy. Ja już o tym wspominałem wcześniej, kiedy mówiłem o tym, że z jednej strony są to opowiadania bardzo na poważnie robione, czyli „Wróble galaktyki” chociażby, „Biohazard”. Z drugiej strony lekkie, łatwe, przyjemne, a jednak coś przemycające, czyli ten, który trwa nad granicą dwóch czasów, „Cerebroskop”, „Elektronowy miś”. Przypomniałem sobie, przedtem mówiłem „Miś elektronowy”. Notabene zauważcie państwo, bardzo udane opowiadanie, którego autor po prostu nie lubił i było dla niego zagadką, że to opowiadanie cieszy się takim powodzeniem, jakim się cieszyło. Od razu wspomnę, że to opowiadanie usłyszałem po raz pierwszy w radio. Było czytane w jakiejś audycji dla młodzieży i tak mnie za- Chwyciło, że później już wiedziałem, czego szukam i dlaczego szukam. Ale wrócę do przerwanej myśli.
Skąd się brała ta różnorodność? Z jednej strony na poważnie, na profesorsko, naukowo, a z drugiej strony lekko, łatwo, przyjemnie, ale nie bezmyślnie. Ja doszedłem do takich wniosków, Wiktorze, że dlatego to było zabawne, ponieważ było robione na poważnie. Te żarty wynikały nie z tego, że rzucił jakimś grubym słowem albo stwarzał jakąś absurdalną, komiczną sytuację. To był humor sytuacyjny, który wynikał z sytuacji, ale był robiony absolutnie na poważnie. Ci jego bohaterowie nie byli klaunami. Byli ludźmi z krwi i kości, którym zdarzały się rzeczy mniej lub bardziej zabawne. Tak przynajmniej podsumowałbym rodzaj humoru, który można znaleźć w utworach z tomu „Kosmodrom”. A jak ty to odbierasz?
[01:20:34] - Wiesz, w literaturze bardzo często, nawet do nas takie opowiadania docierają, pojawiają się takie opowiadania, ja to nazywam głupawki. Fajne, śmieszne, tam walnięte grube słowo, tak jak mówisz, coś właściwie, jest chichot, a jak się skończy czytać albo słuchać, to zero czegokolwiek zostaje poza tym chichotem doraźnym. Natomiast rzeczy rzeczywiście wesołe robi się naprawdę na poważnie. Najwięksi polscy, od Stańczyka począwszy, królewski błaznów i tak dalej. O ile historia przekazuje, to każdy prawie błazen królewski na świecie był chyba najpoważniejszym człowiekiem czasami na dworach. Nie dosyć, że najinteligentniejszym, nie dosyć, że największe pojęcie o współczesności mającym, to jeszcze dowcipnym przez to, że potrafiącym zaobserwować. Natomiast do tego, co ty mówiłeś, taka teza nagle mi się pojawiła, że w każdej takiej mikrokulturze ludzie pełnią swoją rolę. Otóż w amerykańskiej literaturze science fiction, w tych złotych latach taką znamienną rolę pełnił Isaac Asimov. I w naszym takim zaścianku polskim bardzo, jeśli nie identyczną rolę chyba pełnił właśnie Konrad Fijałkowski. To ten sam wymiar człowieka, to samo podejście do tematu.
Tak samo poważne traktowanie poważnej wizji i tak samo niezły humor, bo tego nie można również odmówić Isaacowi Asimovowi. Jeśli chciał, to się śmiał. Jeśli nie, to mówił poważnie. To samo robił Konrad Fijałkowski i to samo robił potem Lem.
[01:23:12] - To podobieństwo jest jeszcze większe, kiedy uświadomimy sobie, że przecież Isaac Asimov, poza tym, że literatura w jego życiu akurat odgrywała pierwszorzędną rolę, był również naukowcem. Był profesorem biochemii. Od razu widać, że coś w tym jednak jest, że tych tytułów profesorskich się chyba jednak tak za nic nie rozdaje. I to, co powiedziałeś, Isaac Asimov potrafił z jednej strony pisać opowiadania jak najbardziej na poważnie i na grubo. Nie tylko opowiadania, powieści. A z drugiej strony potrafił pisać takie perełeczki, takie błyskotki, opowiadania-błyskotki, które skrzyły się, nie wiem, czy dowcipem. Były zabawne po prostu. Może to lepsze określenie. I też ten humor na podobnej zasadzie. Teraz mi to właśnie, Wiktorze, uświadomiłeś, że ten humor był konstruowany na bardzo podobnej zasadzie zarówno u Isaaca Asimova, jak i u Konrada Fijałkowskiego.
Tu zwrócę też uwagę od razu przy okazji, że mówiliśmy o tym byciu pierwszym. Wiecie państwo, takie problemy, które dzisiaj wydają się oczywistością i są poruszane przez bardzo wielu autorów science fiction, to wtedy, kiedy pisał Konrad Fijałkowski, wszystko było pierwsze. Może miał to szczęście, ale to on wpadł na pomysł, że przeszczepienie, przeniesienie umysłu człowieka do maszyny nie będzie takie... Nie chodzi o trudności techniczne, tylko że nie będzie proste pod względem samej tej psychiki, samego tego, co się stanie. Tak jak powiedziałem, być może miał szczęście, że był pierwszy, a być może po prostu Był pierwszy, bo wpadł na tę myśl, bo ta myśl nie urodzi się w każdej głowie. W jego głowie się urodziła. Takie mnie refleksje naszły, jeśli mówimy o twórczości Konrada Fijałkowskiego. Kiedy sobie przypomnę to opowiadanie, zostańmy przy tym opowiadaniu, którego on nie lubił, czyli przy „Elektronowym misiu”. Staramy się nie opowiadać historii, ale tu jest historia znowu wyprzedzająca o wiele lat takie historie jak na przykład „Terminator”. Bo oczywiście ktoś, kto zna to opowiadanie, powie: „Zaraz, zaraz, ale gdzie gdzie elektronowy miś, a gdzie Terminator?” W buncie maszyn właśnie, o którym zresztą w wywiadzie także była mowa.
Bunt maszyn, ale przecież ten elektronowy miś się nie zbuntował, dlatego że chciał się zbuntować tylko dlatego, że ktoś go do tego buntu nakłonił. A kto za tym stał? Stał za tym człowiek. W związku z tym to, co jeszcze ja podziwiam u Konrada Fijałkowskiego, to pewna konsekwencja. On, jeśli chodzi o pryncypia, nie zmieniał poglądów, ale nie dlatego, że był upartym staruszkiem, tylko dlatego, że nie miał powodów żadnych, żeby ten pogląd zmieniać. Dosyć konsekwentnie postępował i dosyć konsekwentnie rozumował. I ta historia o misiu, o zabawce dziecięcej przyszłości, która może okazać się czymś bardzo groźnym, to jest fajna historia i trochę szkoda, że Konrad Fijałkowski jej nie lubił i nigdy jej nie polubił. I zawsze, tak jak powiedziałem, jak on powiedział, zadziwiało go to, że ta historia cieszy się takim powodzeniem. Cieszy się, bo po prostu powinna się cieszyć. I uważam, że mogę sobie teraz na to pozwolić, że po prostu pan profesor nie miał racji.
Tak sobie pozwolę. To sobie pozwoliłem. Wiktorze.
[01:27:38] - Ja też pamiętam tego elektronowego czy elektronicznego misia. Bardzo śmieszna historyjka. Ja tylko wszystkim, którzy piszą dzisiaj, mogę poradzić, żeby zwrócili uwagę, w jaki sposób, jak prościutko pisał Konrad Fijałkowski. Tam nie było wygibasów, nie było coś tego. Były skomplikowane rzeczy podawane w sposób jasny, prosty. Tak, trzeba było myśleć, trzeba było kojarzyć, ale nie ma tam tej zalewy słownej magmy, którą bardzo często ludzie się tak niechlujnie lubią posługiwać i którą ja się uwielbiałem posługiwać kiedyś. On od razu, że tak powiem, odcedzał te ziarno od plew i oddzielał. I wszystko było klarowne, jasne i pełne pewności, jaki byłem, kiedy cokolwiek jego czytałem.
[01:29:04] - Ja jeszcze wspomnę o tym, co się w wywiadzie pojawiło na krótko. Ta teoria dotycząca ludzkiego umysłu. To się, Wiktorze, tobie będzie bardzo podobało, że cała ludzka świadomość, umysłowość, ta mądrość człowieka tak naprawdę to był efekt uboczny tego, że człowiek się przegrzewał i że trzeba było chłodzić organizm. To jest oczywiście bardzo skomplikowane. Tego rodzaju streszczenia, jakie ja w tej chwili wykonuję, mają to do siebie, że w gruncie rzeczy łatwo z nimi dyskutować, bo ktoś powie: „A tak zupełnie nie było”. Konrad Fijałkowski wydał na ten temat książkę. Jak ona się nazywała? „Człowiek homo przypadkiem sapiens”. Jakoś tak mniej więcej. To nie była jego, to była książka, której był współautorem z panem Bielickim.
Tak, „Homo przypadkiem sapiens”. I to była właśnie książka, w której udowadniał, że cała nasza de facto kultura, bo kultura jest wytworem naszej świadomości, naszego rozumu, tego wszystkiego, naszego myślenia, że to właściwie powstało przypadkiem, bo ten organizm się przegrzewał i tak dalej. To już widać, że sposób myślenia. Ja nawet nie wiem, czy ta teoria jest prawdziwa, chociaż była bardzo chwalona i brana pod uwagę. Nie wiem, co ostatecznie nauce naszej łaskawej wyjdzie z tych przemyśleń nad tą teorią. Natomiast ona sama w sobie pokazuje, jakim rodzajem umysłu był Konrad Fijałkowski, że nie przyjmował dogmatów typu, że tak było i już. On szukał innych rozwiązań. I stąd się wzięła książka „Homo przypadkiem sapiens”, w której tak jak powiedziałem, to, z czego jesteśmy dumni, to, za sprawą czego w tej chwili siedzimy z Wiktorem przy mikrofonach i gadamy na temat twórczości Konrada Fijałkowskiego, to wszystko zostało wrzucone do wora z napisem: „Tak się przypadkowo wydarzyło”. Fajna historia.
[01:31:33] - Marku, jak przypomniałeś mi książkę z teorią Fijałkowskiego, to od razu mi się skojarzyły moje dywagacje na temat dokładnie ten sam. Otóż zwróćcie uwagę na jedną rzecz. Do czego tak naprawdę organizmowi ludzkiemu, całej biochemii jest potrzebna nasza głowa? Oczywiście to jest taki paradoks. Otóż jeżeli my dzisiaj wiemy, jeśli nie wiemy, to mówię, że 90% ciepła wydalamy przez głowę, wypromieniowujemy przez głowę, to do czego służy właściwie nasza głowa i nasz mózg? To jest taki radiator dla organizmu. On właściwie po prostu wydala ciepło zbędne z organizmu i tylko do tego był potrzebny. A to ciepło należy wydalać w miarę intensywnie, więc po prostu my musimy dużo myśleć i dlatego my w ogóle myślimy, prawda?
[01:32:56] - Wiesz, to jeszcze może się okazać, że to w ogóle przypadek. Była jakaś substancja potrzebna do wydalania tego ciepła. Mówię tak bardzo naokoło. A że ona przypadkiem zaczęła myśleć jeszcze poza tym, że wydala to ciepło, to tak się zdarzyło, ale wcale nie musiało. To jest w tej teorii, mówię, spłycamy ją, i to dosyć mocno, ale to jest w tej teorii najzabawniejsze tak naprawdę, że już powtórzę się, ale tacy jesteśmy dumni z tego wszystkiego, co ludzkość osiągnęła, a to się może okazać przypadkiem niezwykle banalnym. Dobrze, że się wydarzyło. Ja tam sobie lubię pogadać troszeczkę, ale okazuje się, że gdyby nie odpowiednie warunki albo nieodpowiednie warunki, które zastał człowiek, to może by się nic takiego nie wydarzyło po prostu. Takie można odnieść wrażenie. Wiesz co, Wiktorze, jeszcze to, co było dla mnie niezwykle interesujące, chociaż w gruncie rzeczy zdawałem sobie z tego sprawę, ale czasami rzecz jest w tym nie, że sobie zdajemy z czegoś sprawę, tylko że ktoś to dosyć celnie ujmie. Ta sprawa, o której mówi Konrad Fijałkowski z rozwojem ludzkości.
Jak on to widzi i jak to ma wyglądać i do czego to może doprowadzić. Jego w gruncie rzeczy pesymistyczny stosunek do tego, jak ten rozwój będzie następował. Bo kiedy go pytam, czy w wyniku pewnych problemów, tak to określmy, ludzkość cofnie się do czasów średniowiecza, to on od razu mówi: „Nie, dalej, znacznie dalej się cofnie”. Z drugiej strony przecież nie chcielibyśmy, żeby tak się wydarzyło. Ale znowu sposób, w jaki to mówił Konrad Fijałkowski, mnie mówił, że to są owoce jego jakichś głębokich przemyśleń. To nie jest tak, że postanowił zabłysnąć jak współczesny celebryta i powiedzieć coś kontrowersyjnego. To zdaje się tak nie działało u Konrada Fijałkowskiego. To naprawdę był owoc jego, być może rozmów nawet ze Stanisławem Lemem, o których mówił. Bo przecież obaj w latach 80. to, co ich łączyło, to było miejsce zamieszkania, czyli Wiedeń i tam sobie robili posiady i dyskusje.
Nie wiem, czy one były bardziej literackie, czy bardziej naukowe, bo tak jak to z wywiadu wynika, obaj wtedy już właściwie nie tworzyli literatury, chociaż pisali w dalszym ciągu różnego rodzaju artykuły, ale jeden i drugi właściwie się już literaturą nie zajmował, ale jeden i drugi tworzył coś, co ja określiłbym mianem ciekawe koncepcje. Tak się zrodziła ta teoria o mózgu, o rozwoju człowieka. Tak się zrodziły różne, czasami kontrowersyjne, ale zawsze ciekawe historie, które Lem zawierał w swoich felietonach czy w swoich książkach publicystycznych. Okazuje się, że może to jest kolejny etap rozwoju, że człowiek w pewnym momencie przechodzi od tworzenia literatury do tworzenia publicystyki. Takie odnoszę wrażenie, bo jednego i drugiego to spotkało. Wiktorze, jak ty? Ty już tworzysz jakąś publicystykę?
[01:36:46] - Ja bez przerwy. Natomiast tak mnie zafrapował ten Wiedeń. Co tak wszystkich ciągnie do tego Wiednia? Bo gdzieś tam w te okolice, co prawda między Wiedniem a Szwajcarią chyba, gdzieś się również zapodział tam najwspanialszy polski komisarz Sołtysik Rosiński. Razem z całą rodzinką też wyemigrował w te okolice.
[01:37:16] - Ale on nie do Holandii później trafił?
[01:37:20] - Nie.
[01:37:22] - A czego nie? No wiesz, widać coś takiego Austria w sobie ma. Powiem ci tak: dla takich osób jak Konrad Fijałkowski czy Stanisław Lem Austria pewno poza innymi, na przykład sentymentalnymi zaletami, o których mówił Fijałkowski, ona pewno ma jedną zasadniczą zaletę. Jest blisko Polski. Samolotem to już w ogóle chwila. A i samochodem daleko nie jest. W związku z tym, z jednej strony w czasach, kiedy oni się tam znaleźli, czyli w czasach stanu wojennego, właściwie przed stanem wojennym, z jednej strony na tyle daleko, żeby nie mieć żadnych problemów ani żadnych przyjemności związanych z tym, że pan w ciemnych okularach wprowadził stan wojenny, z drugiej strony pełna wolność, a w każdym razie taka wolność, na jaką Austria sobie mogła podówczas pozwolić. Generalnie zapewne było fajnie, a ten wątek sentymentalny, o którym mówił Konrad Fijałkowski, związany z jego dziadkami, zapewne także tu jakąś rolę odgrywał. Powiem tak, ze swojej wiedzy: także kwestie naukowe. Konrad Fijałkowski nie przestawał być profesorem na Uniwersytecie Warszawskim, ale jednocześnie w Austrii również badania były przez niego prowadzone.
Jak ja zaczynam o tym temacie mówić, to nigdy nie wiem, jak się wysłać. Pamiętam swój strach, bo ja nigdy nie wiedziałem, czy jak powiem przy Konradzie Fijałkowskim, że to są maszyny liczące, maszyny elektroniczne, komputery, to mnie nie poprawi. Zauważ, on był bardzo skrupulatny, jeśli chodzi o podkreślanie, co jest czym. Bo kiedy mówił o Eniaku, to powiedział o nim to, co powiedział. Wszyscy na ogół mówią, że to pierwszy komputer. On wyraził się o nim zupełnie inaczej. Raczej bliżej było temu Eniakowi do kalkulatora i podkreślił to wyraźnie Konrad Fijałkowski, że to bardziej kalkulator niż komputer. Ale to myślę rzecz charakterystyczna i warto, żeby o tym pamiętać, że kiedy się rozmawia z osobą, ze specjalistą tej klasy co Konrad Fijałkowski, który cybernetyka, informatyka właściwie nie mają przed nim tajemnic, to ja się zawsze bałem odezwać, mówiąc szczerze, na te tematy. Natomiast na tematy literackie bardzo dobrze się rozmawiało. Takim tematem literackim, niezapomnianym przeze mnie była kwestia międzynarodowych kontaktów, które miał Konrad Fijałkowski.
Ale ja proponuję, żebyśmy o tych kontaktach porozmawiali po krótkiej przerwie i oddali teraz głos Tomkowi Fąsowi.
[01:40:36] - Ten świat, co wciąż nie jest cyfrowy. Spotkanie poświęcone twórczości autora, który był ekspertem w zakresie informatyki, cybernetyki, to dobra okazja, aby powiedzieć sobie troszeczkę na temat informatyki jako takiej i pewnej informatyczności cyfrowej, naturze cyfrowości, jeżeli można tak powiedzieć nieudolnie, tego świata. Otóż proszę państwa, świat techniczny, który dotyczy nas w jakimś stopniu, większość przedmiotów, których państwo dotykacie na co dzień, zwłaszcza przedmiotów współczesnych, technicznych, inteligentnych, jak to się mówi skrótowo, to jest dzieło specjalistów z trzech dziedzin. Takiej wielkiej, nieświętej trójcy współczesnej myśli technicznej, inżynieryjnej, mechaniki rozumianej jako z jednej strony części napędowe, sterujące ruchem, z drugiej strony po prostu obudowa, konstrukcja. Wszystko, co fizyczne jest w tym urządzeniu, to ktoś z szeroko rozumianej mechaniki zaprojektował, łącznie z procesem produkcyjnym tychże elementów. Elektroniki, czyli tych wszystkich układów scalonych, które odpowiadają za sterowanie, za wdrażanie pewnej procedury, za wyświetlanie informacji, za komunikację między urządzeniami oraz właśnie informatyki. Informatyki, czyli oprogramowania, czyli tej cyfrowej, niematerialnej części, która w większości współczesnych urządzeń się zawiera. To jest oczywiście przede wszystkim komputer, ale komputerem tak naprawdę jest dzisiaj telefon. Komputerem jest większość współczesnych telewizorów czy nawet już w coraz większym stopniu pralek, lodówek, wszystkiego, co realizuje jakiś algorytm, ma wyświetlacz, to tam musi być coś, co może dawno temu byłoby nazywane już komputerem. Informatyka jako nauka jest o tyle szczególna, że w systematyce nauk funkcjonuje w dwóch miejscach.
I nawet reforma Jarosława Gowina z 2018 roku, mimo że pocięła strasznie, zespoliła ze sobą masę różnych nauk i dążyła do tego, aby tych dyscyplin naukowych było jak najmniej, to mimo wszystko tę dwoistość informatyki zachowano. Otóż jak sprawdziłem obecnie, mówiąc dokładnie, informatyka znajduje się w dziale nauk inżynieryjno-technicznych i tam znajduje się taka dyscyplina jak informatyka techniczna i telekomunikacja. Natomiast drugie miejsce i tak było od dawna, jest nadal, to jest dział, który obecnie się nazywa dział nauk ścisłych i przyrodniczych i tam znajduje się po prostu informatyka. A więc mamy tę dwoistość. Właśnie to funkcjonowanie informatyki pomiędzy taką pokrewną czy podległą trochę matematyce jako nauce o algorytmach, o pewnej idei ogólnej procesów. Tutaj takie słynne nazwiska jak Turing właśnie powinny nam się natychmiast przypomnieć, który tą algorytmikę teoretyczną bardzo uprawiał i to przejście od matematyki rozwijał, chociażby w swojej słynnej pracy z 1950 roku „Czy maszyna myśli?”. No i z drugiej strony informatyka, która jest już taka bardzo ściśle inżynieryjna, gdzie się po prostu siedzi, pisze te kody i różne rozwiązania realizuje. To, co jest istotne w informatyce, to jej niematerialność. Tak czy inaczej, oczywiście koniec końców wszystko przekłada się, kiedy program wchodzi w jakiś układ komputerowy, jest kodowany, to się koniec końców przekłada na jakieś impulsy elektryczne, więc coś się Poniekąd fizycznego, ale nadal stopniowo to programowanie przechodzi na coraz wyższe poziomy, czyli zastępujemy cyfry słowami, zastępujemy proste komendy komendami o bardzo szerokich zastosowaniach. Na coraz wyższym poziomie ogólności, na coraz większym poziomie łatwiej, uprzystępnieni ci programiści funkcjonują.
Są programiści niskiego poziomu i programiści wysokiego poziomu, gdzie już czasem wręcz obrazkowo się te kody tworzy. Jakieś tam programowanie obiektowe, coś takiego. Są też, zdaje się, agentowe systemy. Spotkałem się z tym w literaturze, że taki wyższy poziom obiektów to są agenci, którzy realizują jakieś tam swoje zadania w ramach systemu. I tak się na przykład symuluje tłum, że są ci agenci, którzy jakoś poszczególne osoby w tym tłumie tworzą. W informatyce jest taka zasada, trochę żartobliwa, że jak coś działa, to nie ruszać. Domena świata niematerialnego. Bo maszyna jak działa, to nie można jej nie ruszać, bo w końcu się zepsuje. W końcu się zmęczeniowo coś zatrze, coś zużyje, trzeba ją konserwować, testować co jakiś czas. To nie jest tak, że jak działa, to będzie działać.
Oczywiście komputer też się może zepsuć, ale nadal program będzie działać na innym komputerze. A więc jest to znak pewnej niematerialności, pewnej magiczności. Bo jeżeli my coś dobrze wymyślimy, coś, co w naszej głowie będzie się zgadzać, wprowadzimy, zakodujemy, to działa. Świat fizyczny, nawet jak wszystko dobrze wymyślimy, przecież te koncepcje filozoficzne człowieka, te koncepcje idealnego wychowania na przykład. One wszystkie są bardzo mądre, tylko człowiek jest głupi i dlatego nie działają wszelkie przepisy na doskonałego człowieka. Przepis na doskonały program może działać. Przepis na doskonałego człowieka przeważnie kończy się jakąś mniejszą czy większą tragedią. I to jest, proszę państwa, pewien znak naszych czasów, że coraz bardziej wychowujemy się na tych algorytmach. Często nie wiemy, że to są algorytmy. Na tej rzeczywistości cyfrowej, na tym świecie bardzo prostych interfejsów, który wydaje nam się taki oczywisty.
Klikamy i działa. To się też przekłada już od dłuższego czasu na naszą rzeczywistość zawodową. Przecież czymże, proszę państwa innym, jest korporacja, jest duża firma, jak nie przełożeniem właśnie algorytmów, procedur optymalizacyjnych na zarządzanie, na metody pracy z ludźmi. Work life balance, zdaje się, jest taka idea. Tego balansu pomiędzy pracą, życiem zawodowym. My na to wszystko chcemy mieć przepis, algorytm. Tymczasem człowiek tak nie działa, proszę państwa. Życie w ogóle jest skomplikowane. Maszyna się zatrze, jeżeli nie będzie nadzorowana. Zawsze jest jakiś czynnik losowy, którego w programie może nie być.
Jeżeli wszystko jest dobrze pomyślane, to błędy się wyeliminuje. Nie ma czynniku losowego. Życie jest niestety złożone. Bardzo dobrze to widać na przykładzie tego w porównaniu na przykład Steve'a Jobsa, który jest jakąś tam ikoną informatyki. Co prawda złośliwy ktoś powie, że bez Billa Gatesa pewnie już dawno nie było o nim nic wiadomo, bo by zbankrutował po prostu i tyle. To, co gdzieś tam miał fajne pomysły, z czasem przestało się sprawdzać. Ale Steve Jobs jednak jakoś tam te swoje marzenia, wizje wprowadzał w życie, ponieważ właśnie funkcjonował w dziedzinie informatycznej, tam, gdzie jednak duży jest związek pomiędzy wizją a realizacją. Gdzie materia tak bardzo nie stoi nam na przeszkodzie, bo wszystko, co sobie pomyślimy, to my możemy w to życie wprowadzać. I to z grubsza tak, jak żeśmy wymyślili, działa. Natomiast bardzo bolesnym rozczarowaniem okazała się próba przełożenia tego myślenia, tych idei jobsowych, wręcz wprost inspiracji Jobsem na płaszczyznę zdrowotną, gdzie się pojawiła taka pani Elizabeth Holmes jakiś czas temu znana.
Założyła taką firmę Theranos i ona chciała, tak jak Steve Jobs, sobie wymyślić jakąś fajną koncepcję, że kropelkę nam z palca pobierze maszyna. Wszystkie badania zrobi, nie trzeba będzie w ogóle mieć szpitala, laboratorium. Co do idei to było fajne, tylko że materia stanęła na drodze. To była właśnie osoba młoda. Teraz taka moda jest, że osoby młode tak bardzo chcą wszystko układać i jak kiedyś patrzono na to z politowaniem, tak teraz właśnie taka moda jest, że tych młodych trzeba dopuszczać do głosu. Trzeba ich uważać za mądrych, słuchać ich właśnie, bo to oni wiedzą przecież. Więc jak się skończyła sprawa Theranos i pani Holmes, to większość wie, kto nie wie, niech sobie wygoogla. Człowiek niestety nie jest komputerem, proszę państwa. Nawet jak coś działa, to nie znaczy, że nie powinien się ruszać. Przeciwnie, właśnie jeżeli działamy nawet dobrze, to tym bardziej powinniśmy się ruszać.
Powinniśmy dbać o swój stan zdrowia i jakoś starać się to zdrowie utrzymywać, czego sobie i państwu życzę w rozpoczynającym się roku.
[01:48:48] - Obiecałem państwu, że porozmawiamy o międzynarodowych kontaktach Konrada Fijałkowskiego. On już oczywiście w wywiadzie sporo na ten temat powiedział. Ja tylko zwrócę uwagę, że rzeczy proste są czasami niezwykle skomplikowane. To, o czym wspomniał, czyli jak przedostać się do literatury światowej. Zobaczcie państwo, jeśli chodzi o fantastów, to niewielu osobom w Polsce udało się to. Konrad Fijałkowski z tej grupy był jednym z nich. Niewielu pisarzy z lat 70., 80. publikowało na Zachodzie. Lem to oczywista sprawa. Konrad Fijałkowski...
Zobaczcie ten sposób, ten patent polegający na tym, że Polak dostaje się do światowej literatury poprzez język niemiecki był bardzo prosty, ale trzeba było na niego wpaść. W dodatku wtedy istniały dwa państwa niemieckie i ten myk, żeby publikować opowiadania najpierw w Związku Radzieckim, później jak Związek Radziecki coś klepnął, to NRD natychmiast to publikowała, a jak publikowano to w NRD To był ten sam język i publikowano to, jeśli to było cokolwiek warte, w Niemczech Zachodnich. A jak publikowano to w Niemczech Zachodnich, to już do strefy anglojęzycznej było nieco bliżej. Zobaczcie państwo, jakie to proste, a jakie skomplikowane. Dziś oczywiście nie jest tak i troszeczkę inaczej to wszystko wygląda. To już raczej należy rozpatrywać w kategoriach historycznych, ale jakże ciekawych kategoriach. Zresztą takie podkreślenie, że i tak to tłumaczenie NRD-owskie było lepsze niż to tłumaczenie zachodnie, coś znaczy. Zresztą Konrad Fijałkowski i to podkreślało wielu ludzi, zarówno sam Konrad Fijałkowski, ale i tacy ludzie jak na przykład Maciej Parowski. Wszyscy oni, czy powiedzmy w ogóle ludzie z redakcji Fantastyki. Oni zresztą nie za bardzo się lubili w swoim czasie.
O tym za chwilę powiem. Nie za bardzo się lubili z Konradem Fijałkowskim. Dlaczego? Bo Konrad Fijałkowski to był facet, który potrafił dbać o swoje interesy, który potrafił sprzedać swoje opowiadania nie tylko do Niemiec Zachodnich, ale później, tak jak powiedziałem, do strefy anglojęzycznej, który był drukowany we Francji, który po prostu dbał o to. Nawet wtedy, kiedy już literatura nie była rzeczą najważniejszą w jego życiu, to Konrad Fijałkowski dbał zawsze o to, żeby książki wychodziły w innych językach. To dlatego wspominałem o tym, że książka „Adam. Jeden z nas” miała swoją premierę wcześniej na Zachodzie niż w Polsce. W Polsce od pewnego momentu Konrad Fijałkowski był, trudno powiedzieć, że blokowany, ale nie był darzony sympatią, bo wzrastało nowe pokolenie fantastów i z jednej strony trochę zazdrościło temu staremu mistrzowi, z drugiej strony miało mu coś tam za złe. My tak lubimy bardziej patrzeć na to, co się komu udało i mu zazdrościć, niż samemu coś zrobić. Nie wiem.
Zresztą nie chcę tego rozpatrywać. Ja powiem tylko jedną historię z tym związaną. Kiedy już sobie poukładałem materiał do książki, ale szukałem dosyć gorączkowo wydawcy, którego w rezultacie znalazłem. I tym wydawcą było wydawnictwo Solaris. Jeszcze nie miałem tego wydawcy i zgłosił się do mnie Maciej Parowski, czy ja bym coś miał do prowadzonego przez niego wówczas kwartalnika „Czas Fantastyki”. Mówię, że mam tutaj taki projekt, wywiady z takimi ludźmi jak Wiktor Żwikiewicz, jak Konrad Fijałkowski, jak Dworak, jak Filar, jak wnuk Lipiński. Mówi: „Dawaj, dawaj, dawaj natychmiast”. Mówię: „Ale wiesz, ja mam zgodę na książkę od wszystkich tych autorów, ale nie mam zgody na publikowanie w Czasie Fantastyki”. I musiałem tych wszystkich autorów obdzwonić czy pmailować do nich. Odezwał się Konrad Fijałkowski.
Mówi: „Proszę pana, ale ten pan – mówił tutaj o Macieju Parowskim – ten pan nie jest moim przyjacielem”. Ja mówię: „Wie pan co, panie profesorze, ale dużo się zmieniło. Naprawdę dużo się zmieniło od tamtych czasów, a dzisiaj Maciej Parowski, którego pan zna z lat 80., to jest zupełnie inny facet”. I tak rzeczywiście było, bo kiedy rozmawiałem z Maćkiem Parowskim, mówi: „Wiesz, to, co było 20, 30 lat temu, jest dzisiaj nieważne zupełnie. Obaj jedziemy na tym samym wózku. I Konrad Fijałkowski, i ja razem tworzymy fantastykę, tworzyliśmy fantastykę. Nie mówię tu o miesięczniku, tylko o gatunku. I dzisiaj te podziały, które były kiedyś, są naprawdę nieważne”. To był pierwszy moment w naszych kontaktach, kiedy Konrad Fijałkowski naprawdę się zdziwił. Mówi: „No, skoro pan tak uważa, że to będzie dobrze i że naprawdę ten wywiad pójdzie, to ja oczywiście się zgadzam”.
Ale zdaje się, do końca nie wierzył, że ten wywiad się ukaże. On się oczywiście ukazał w Czasie Fantastyki. Zebrał zresztą całkiem pozytywny odzew. To pokazuje, że czasami podziały, które są ważne dzisiaj, jutro mogą się okazać zupełnie nieistotne. Wiktorze, jak to z tymi podziałami było? Wyście się tak kłócili w tych latach 80. i nienawidzili, czy jak to w ogóle? Ty zawsze mówiłeś, że-
[01:54:52] - Nie, to znac tak się rzeczywiście działo i tak się do dzisiaj dzieje. Ja osobiście w tym nigdy nie uczestniczyłem, gdyż ja zwykle jak idiota, jak przystało na idiotę, kochałem wszystkich i nienawidziłem wszystkich, czyli ja nie miałem problemów żadnych. Natomiast rzeczywiście coś takiego się działo, że nowe pokolenia zawsze: „Boże, bo oni sami, oni sami, oni swoje”. Tak jest. Jak przychodzą nowi, to dzieciaki robią nową muzykę, a nie słuchają „Rapsodii” jakiejś czy jakichś walców Straussa à propos jednia. Po prostu tak jest. Natomiast ja nigdy nie miałem takich uczuć, ale wiem, że naokoło to się działo. Tam wióry leciały, bo się lubią albo nie lubią, albo jakieś mają pretensje do siebie. Trzeba mieć taki umysł troszeczkę szerzej patrzący na rzeczywistość. I to się okazuje.
Ale może A, to ja teraz zaczynam rozumieć. Skoro oni razem, Lem z Fijałkowskim mieszkali w Wiedniu, to ja teraz rozumiem, dlaczego również Lem niespecjalnie cierpiał nową fantastykę czy fantastykę w tamtych czasach. Bo to sobie uzgodnił światopogląd z Konradem Fijałkowskim po prostu przy jakiejś dobrej kawie.
[01:56:38] - Zauważ jedną sprawę, bo w tym wywiadzie o Adamie Holanku, który nie był lubiany przez odbiorców Fantastyki, a był naczelnym Fantastyki, bo nikt inny nie miał nadania partyjnego. Adam Holanek akurat rządził w Fantastyce. Zauważ, że on się przyjaźnił z Konradem Fijałkowskim i dopóki on tam naprawdę trząsł tą Fantastyką, to ja pamiętam, że jedno opowiadanie, takie wigilijne, tylko nie pamiętam, jak ono się nazywa. Coś, co było wigilijnego. To się opowiadanie Konrada Fijałkowskiego pokazało w Fantastyce. Później, kiedy dorwali się młodzi, już miejsca dla Konrada Fijałkowskiego nie było. Zresztą Maciej Parowski w swoim czasie powiedział mi o tym, jak to wyglądało. Powiedział to uczciwie, że oni, grupa, która atakowała, może nie wprost, ale właśnie Konrada Fijałkowskiego. Tak jak Maciej to powiedział: „Wiesz, myśmy uważali, że on sobie to załatwia na tym Zachodzie jakoś. Bo nas tu nie wpuszczają, tych wszystkich młodych, zdolnych i w ogóle.
Drukują nas tu w Polsce, a tam na Zachodzie nie chcą, a jego drukują”. I myśmy uważali wtedy, że to jest załatwiane jakimiś tajnymi ścieżkami, jakiś mrok za tym błyści, jakaś ciemność. Tymczasem między innymi o tym też Maciej mówił, że z czasem doszli do wniosku, a przynajmniej Maciej Parowski doszedł do wniosku, że to nie tak, że po prostu to, co mówiłem wcześniej, Konrad Fijałkowski znał pojęcie PR-u i dbania o PR, zanim to słowo stało się w ogóle modne albo znane w Polsce, on już wiedział, o co w tym wszystkim chodzi. Tymczasem to Maciej powiedział: „Nam się wydawało, że dobrą prozę to już wystarczy, że po prostu ci z Zachodu przyjdą i się zachwycą”. Konrad Fijałkowski być może z tego względu, że znał ten Zachód lepiej, bo tam mieszkał, bo tam przebywał, przez długi czas był w Stanach Zjednoczonych, to on po prostu wiedział, że nie wystarczy pisać dobrą prozę, bo to robił, ale że trzeba jeszcze dać tej prozie szansę. I on dawał tę szansę. I tak się okazuje, że czasami te spory, te dziwne podziały, one czasami biorą się znikąd, a w każdym razie ich podstawa jest dosyć taka miałka, zupełnie miałka.
[01:59:32] - Ja mogę tylko zauważyć, że jako dosyć bystry obserwator moich przyjaciół, a Maćka Parowskiego zawsze uważałem za jednego z najbliższych moich przyjaciół, to tak jak go obserwowałem, to był upadek gwałtowny człowieka. Tak samo Maciej Parowski straszliwie gwałtownie wzlatywał w powietrze w tym czasie, kiedy on został zastępcą naczelnego Fantastyki. To była głupawka normalnie. On był oszołomem normalnie, młodym, wściekłym, który dokładnie tak patrzył na tego. Wszystko, co stare, to jest nieważne. Wymazać, wywalić, coś tam jeszcze i tak dalej. I to dopiero, Bogiem a prawdą, jak zaczął się ścierać on sam z jeszcze młodszymi, jak się zaczął ścierać z Rafałem Rzymkiewiczem, to dopiero, że tak powiem, zaczął rozumieć tych, którzy odchodzą powoli. I naprawdę z wiekiem stał się jednym z najmądrzejszych ludzi w Polsce. Ale to trzeba było po prostu wyewoluować.
[02:00:58] - To prawda. Tych wszystkich, którzy chcieliby posłuchać, jakim człowiekiem był Maciej Parowski, to niech napiszą w wyszukiwarce YouTube'owej: Maciej Parowski „Książki w moim życiu”, a gwarantuję, że posłuchają niesamowitego wywiadu. 40 minut tego, co Maciej Parowski mówi o literaturze. To jest niezapomniane. Jest po prostu niezapomniane. Chociaż wzdycham w tej chwili, bo ostatnio usłyszałem, że strasznie niewyraźnie mówi Maciej Parowski w tym wywiadzie. Proszę państwa, takich czasów dożyliśmy, że nie jest ważne, co się mówi, tylko jak się mówi. Zgadza się. Tylko problem polega na tym, że ten wywiad zaczyna się od tego, że Maciej Parowski mówi, że: „Wiesz, Marek, moje czytanie zaczęło się od tego, że niewyraźnie mówiłem. I żeby poprawić moją wymowę, mama kazała mi w czasie wakacji głośno czytać.
I tak się zaczęła moja przygoda z literaturą. Tak otworzył się przede mną świat, w którym przebywam, w którym do dzisiaj jestem”. Jeśli się tego nie uwzględni i kiedy on mówi, że będziesz miał ze mną kłopot z opracowaniem tego wywiadu, bo wszyscy radiowcy mają kłopot, bo ja mówię dalej niewyraźnie. Ale nie przesadzajmy, proszę państwa, to nie jest taki poziom braku wyraźności, że się tego nie da zrozumieć. A to, co mówi Maciej Parowski, świadczy o tym, że Wiktor absolutnie się nie myli, że gdzieś te ostatnie 20, 30 może lat życia Maćka Parowskiego to był ten wzlot ku górze. Ten wzlot, kiedy on naprawdę stał się mędrcem, człowiekiem, który mówił w sposób łagodny o rzeczach trudnych, o rzeczach czasami bolesnych. Człowiekiem, który potrafił przyznać się do błędu, do błędów. I w przypadku Konrada Fijałkowskiego tak właśnie było, bo pamiętam taką rozmowę toczoną w Mierkach tuż po wydaniu książki, w której wywiad został zamieszczony, czyli „Listy nieobecnych”. Kiedy on mnie wziął na bok, poszliśmy, to był wieczór, spacerowaliśmy po alejkach ośrodka, w którym odbywało się to spotkanie fantastów. On mówi: „Wiesz, Marek, ja chyba pewnych rzeczy nie rozumiałem.
Nie rozumiałem pewnych motywacji związanych z tą drogą Konrada Fijałkowskiego i oceniałem to wszystko chyba pochopnie”. Już mniejsza o to, bez szczegółów i bez dodatków. To już zostawię dla siebie, to już będzie ta moja wiedza. Natomiast ja widziałem, że Maciej Parowski nie mówi tego po to, żeby komuś zaimponować. Byliśmy sami. On po prostu miał potrzebę powiedzenia, że tak jak był czasami bezwzględny i mówił, że ktoś czegoś nie rozumie i podsumowywał to, był w stanie też powiedzieć: „Wiesz, ja chyba tego wtedy nie rozumiałem”. Dokładnie tak powiedział. I to jest dodatek do tego, co powiedział Wiktor, że czasami te relacje pomiędzy fantastami, pomiędzy Maćkiem Parowskim a Konradem Fijałkowskim, pomiędzy Konradem Fijałkowskim a jeszcze jakimś innym pisarzem były trudne, ale to nie znaczy, że jeden albo drugi tworzyli gorszą prozę. Oni po prostu jako ludzie się nie rozumieli, a proza była w dalszym ciągu po prostu dobra.
[02:05:00] - Ja przypomniałem sobie w każdym razie jedną kwestię, którą powiedział Marek Maciek Parowski à propos, kiedy ja rozmawiałem z nim wtedy, a może kiedy indziej, o tym, że Marek Oramus wydał książkę, gdzie dosyć bezpardonowo napadł na Lema już po śmierci Lema i zaczął rozdzierać szaty nad jego literaturą i wydłubywać tam rodzynki z ciasta lemowskiego. W każdym razie ja mówię: „No co tam Markowi odbiło?”. Na co Maciek tak na mnie popatrzył, mówi: „Z Oramusem to jest taki problem. Wiesz, dlaczego on tę książkę napisał? Z miłości do mistrza. Z miłości do Lema.” I ja jestem również pewien, że właśnie tak to się zdarzyło. Marek Oramus napadł na Lema właśnie z wielkiej, przeogromnej miłości do wielkiego mistrza. Tak jak my bardzo często stawiamy się sztorcem swoim rodzicom jako gówniarze. I mamy taki okres, kiedy właściwie nawet w ogóle nie akceptujemy. Tak się zdarza również w ludzkich rodowodach literackich, naukowych czy jakichś tam umysłowych.
[02:06:37] - Ja chciałem cię jeszcze, Wiktorze, namówić, żebyśmy wrócili do wspomnianego już opowiadania „Wróble Galaktyki”, bo to jest jedno z tych opowiadań, które przez długi czas, nie wiem, wzorem jakiejś takiej mody w latach 80., żeby sobie każdy taki człowiek interesujący się fantastyką wybrał sobie trzy najlepsze powieści, trzy najlepsze opowiadania polskie, trzy najlepsze opowiadania zagraniczne, żeby zawsze miał to w głowie i żeby potrafił wymienić te najlepsze. Ja pamiętam, oczywiście idąc za modą jak taki tępy bawół, to sobie oczywiście też taką listę sporządziłem. Tam były opowiadania lepsze, gorsze. Niektórych to już pewno dzisiaj nie pamiętam. Ale jedna rzecz jest charakterystyczna, że opowiadanie „Wróble Galaktyki” zawsze było u mnie na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o opowiadania polskie i ono nigdy z tej pozycji nie zjechało. Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał o najważniejsze polskie opowiadania, to bym zrobił oczywiście pewne zastrzeżenie, że podzieliłbym na czas PRL-u i po PRL-u, czyli czasy III Rzeczypospolitej. Tak bym zrobił, bo dzisiaj czasami trudno porównywać współczesną prozę z tamtą prozą. Nie dlatego, że jest gorsza, tylko że jest zupełnie inna, zupełnie inne odniesienia ma. Ale mam też wrażenie, takie niepokojące mnie, a z drugiej strony napawające pewnym optymizmem, że istnieje pomost pomiędzy pokoleniami. Że to zastrzeżenie, które bym zrobił odnośnie PRL-u i III Rzeczpospolitej w przypadku większości opowiadań by działało, a w przypadku opowiadania „Wróble Galaktyki” nie jestem pewien, bo ja się zastanawiam, czy to opowiadanie w dalszym ciągu nie jest aktualne.
Czy ono w dalszym ciągu nie działa tak samo mocno jak „Piknik na skraju drogi” chociażby? Czy „Spotkanie z Ramą”? Wiktorze? Halo?
[02:08:55] - Z ocenianiem, z wartościowaniem takich rzeczy jest cholerny kłopot.
[02:09:03] - Zgadzam się.
[02:09:05] - Jakby mnie ktoś zapytał zupełnie, co ja najbardziej cenię sobie z lemowskich dokonań, to też wymieniłbym jakiegoś Pilcha, wymieniłbym jakiegoś Klapaucjusza z „Bajek robotów”, wymieniłbym mnóstwo rzeczy, a nie wymieniłbym zapewne najgenialniejszych rzeczy, które Lem napisał i nikt ich tak nie traktuje. To są te recenzje książek, które nigdy nie zostały wydane, zawarte w lemowskiej „Próżni doskonałej”. To są absolutne perły. To są rzeczy tak doskonale zmontowane, wykreowane i tak dalej. Ale ta doskonałość, ta ściółkowa doskonałość Lema to nie jest taka już życiowa. To tak, to już było, my to doceniamy, ale zawsze na pierwszym wydechu powiemy „Solaris”, „Niezwyciężony”. Ot, takie sobie rzeczy, bo one są ważne, bo one były naprawdę takie nośne. To był ten Zeppelin, który frunął, a nie ten, który runął. Dekadencja taka jakaś każdego dotyka z wiekiem po prostu i te wczesne dokonania, również „Wróble Galaktyki” to jest bardzo wczesne przecież dokonanie Konrada Kaczorowskiego. Tak, te wczesne rzeczy są czasami bardzo jakoś dziwnie wizjonerskie i mądre, i mają cztery nogi.
Przecież jak ja ciebie zapytam, Marku, jakie opowiadanie ja w życiu dobre napisałem, to też weźmiesz i bez zająknienia wymienisz „Wołanie na bezkresnej drodze”, tak jakby reszta w ogóle nie istniała.
[02:11:19] - Zgadza się.
[02:11:21] - Bo ono było dobre.
[02:11:23] - A jeszcze dorzucę „Instar Omnium”.
[02:11:27] - Tak, jeszcze „Instar Omnium”. I tak samo było z „Wróblami Galaktyki”. One były po prostu tak, jak mówiłeś na początku, one były pierwsze. To jest jak pierwsza miłość po prostu w życiu człowieka. To był taki krok postawiony, on zainicjował w nas odruch. Myśmy to czytali, akceptowali, wszyscy byli zachwyceni. Przyjdą nowe pokolenia i w ogóle zapomną, już w ogóle tego nie będą postrzegały. Kto dzisiaj postrzega w jakiś sposób sentymentalny na przykład, Marku? Nie wiem. Ostatnio przypadkiem telewizja mi się obiła o oko i leciał tam jakiś film kapitalnie zrobiony, rysunkowy film, genialnie zrobiony z Dickensa.
No ale kto dzisiaj w Polsce przeżywa, żyje Dickensem? A mój ojciec był maniakalnym. To było bóstwo. Dickens to było wszystko. Cała literatura mogła nie istnieć, tylko Dickens. A dzisiaj kto czyta Dickensa? Jeszcze dzieci filmy oglądają potworkowate, bo fajne.
[02:12:49] - Wiesz co, to, że literatura przemija, to jest jedno. I rzeczywiście „Wróble Galaktyki” bardzo, tak jak mówiłem, to z pierwszego tomu, który wydał w 1963 roku Konrad Fijałkowski. Ale wiesz, ja się zastanawiam nad fenomenem tego opowiadania. Czy to jest tylko to, że był pierwszy? Wiesz co? Może dlatego mnie tak zachwyciło to opowiadanie, że ja się z nim absolutnie nie zgadzałem.
[02:13:23] - Mhm.
[02:13:24] - Ja uważałem, że to bzdura jest. A jednak, no jak to? Cywilizacja będzie i nas nie zauważy? Że w ogóle będziemy jak te wróble na skraju drogi mało interesujący, bo ta cywilizacja będzie tak bardzo rozwinięta, że w ogóle nie zauważy, nie będzie chciała w ogóle z nami, bo przecież z wróblami też nie rozmawiamy. Po prostu przechodzimy dalej, idziemy dalej. Więc ja się absolutnie z tym nie zgadzałem. Uważałem, że to absolutna bzdura. Ale z drugiej strony Konrad Fijałkowski zrobił to na tyle przekonująco, na tyle sprawnie jest to napisane opowiadanie, że ono tak mnie kłuło bez przerwy. Znaczy ja cały czas byłem entuzjastą, że tu już przylecą, skontaktujemy się albo my dolecimy i w ogóle. Odpowiadała mi ta fantastyka kontaktowa, a jednocześnie gdzieś tam cały czas jak taki cierń w tyłku Zaczęło to opowiadanie „Wróble galaktyki” i ja cały czas o nim pamiętałem.
Później się pojawiły. Pojawiło się „Spotkanie z Ramą”. Ale zobacz, kiedy Clarke pisał „Spotkanie z Ramą”, to na początku nie. Pierwszy tom jest taki niekontaktowy, rzeczywiście do „Wróbli galaktyki” nawiązujący, ale już w kolejnych tomach ten kontakt się nawiązał, a w każdym razie częściowo przynajmniej. Bardziej konsekwentni byli Strugaccy w swoim „Pikniku na skraju drogi”. Poszli w tym samym kierunku co Konrad Fijałkowski. Ale powtarzam, podkreślam, że ja się z nim totalnie nie zgadzałem. Dzisiaj, kiedy patrzę na to, co napisał, jestem w takiej samej pozycji jak wielu krytyków Konrada Fijałkowskiego. Mówię sobie: „Kurczę, on mógł mieć rację”. Wtedy uważałem, że jesteśmy tak zachwycający jako cywilizacja i tak wspaniali, że musimy zwrócić czyjąś uwagę.
A teraz coraz częściej myślę o tym, że to on miał rację.
[02:15:42] - Oczywiście Marku, ale zwróć uwagę jeszcze, że tą samą konsekwencją wyniesioną z „Wróbli galaktyki” posługuje się dużo później Snerg Wiśniewski w swojej koncepcji nadistot. To również jest bariera niekontaktowa. Nie ma. Bo nie może być kontaktu. Albo jesteś istotą, albo jesteś nadistotą. I tutaj nie ma formy przejściowej.
[02:16:18] - Tak. Istota kontaktuje się z istotą, a nadistota z nadistotą.
[02:16:24] - Tak.
[02:16:25] - Może być co prawda tak, że nadistota poddaje istotę pewnym rodzajem eksperymentu, ale przecież my nie rozmawiamy ze szczurami laboratoryjnymi, tylko prowadzimy na nich eksperymenty. Zupełnie inny poziom kontaktu jest pomiędzy szczurem laboratoryjnym a człowiekiem i być może pomiędzy nadistotą a istotą, którą jest człowiek. Tak, zgadza się. Dobrze wspomniałeś o robocie i Wiśniewskim Snergu, bo to rzeczywiście z tego samego nurtu pochodzi. I tak nam się zrobiło trochę tkliwie przy tym, ale w dalszym ciągu twierdzę, że ciężko jest dzisiaj być autorem fantastyki, chyba że się już kompletne strzelanki pisze, zupełne, i nie mieć na koncie przynajmniej „Kosmodromu”, czyli tego dwutomowego wydania, o którym dzisiaj mówimy. Bo właściwie tak na dobrą sprawę, to Konrad Fijałkowski w tych dwóch tomach zawarł taki przewodnik po klasycznej fantastyce, polskiej klasycznej fantastyce. Tam właściwie są te główne tematy, główne podejścia. W „Włókno Klaperiusa” też mamy podejście do czasu, do pewnych paradoksów, które mogą nastąpić i jak można im zapobiegać. Wspomniane już opowiadanie, „Ten, który trwa nad granicą dwóch czasów” to zabawa, to pokazanie, że ta przyszłość, która jest gdzieś przed nami, poza poważnymi wyzwaniami, problemami związanymi z technologią, techniką, również przyniesie zabawę. Jak zabawę...
Ale w każdym razie sytuacje absurdalne. To może jest lepsze podsumowanie. Podobnie z „Cerebroskopem”. Pojawił się profesor, który postanowił egzaminować studentów w nowy sposób. Okazało się, że nawet najnowocześniejsze technologie bywają zawodne, szczególnie wtedy, kiedy studenci postanawiają je przechytrzyć. Więcej nie będę oczywiście opowiadał, bo po to trzeba sięgnąć, ale ja się naprawdę przy tych wymienionych wcześniej opowiadaniach, o których mówiłem przed chwilą, naprawdę nieźle bawiłem. Co więcej, przed naszą audycją zrobiłem sobie powtórkę i w dalszym ciągu nieźle się bawiłem. Co więcej, „Witalizacja Kosmogatora”, o której dzisiaj mówiłem, przecież nawiązuje w jakiś sposób, pewno świadomy, do niektórych opowiadań Stanisława Lema. Jest takie opowiadanie, znowu to może dla państwa nawet zagadka, w którym bohater rywalizuje z komputerem. Ten komputer tak bardzo się do niego przywiązał, że pragnie z nim zostać na zawsze.
To u Lema. W „Witalizacji Kosmogatora” troszeczkę inaczej, ale czuje się, że sposób myślenia tych autorów był bliski. Bliscy sobie byli mentalnie. Nic więc dziwnego, że w tym Wiedniu mieli wspólne tematy i mieli o czym rozmawiać. To jak najbardziej dla mnie oczywiste, kiedy się przeanalizuje prozę Konrada Fijałkowskiego. Wiktorze, a najbardziej ubawiła mnie w tym wywiadzie, do którego się teraz odnosimy, bo w sumie chyba warto, ta historia z Rosją, ze Związkiem Radzieckim, w którym Konrad Fijałkowski zgłosił się po honorarium, a został przyjęty jak król. Dobrze się poczuł. Każdy by się dobrze poczuł, jakby się zjawił w Moskwie, a tam zorganizowano by na jego cześć przyjęcie. Chociaż tak naprawdę nie bardzo kojarzono, kim on w ogóle jest. Później okazało się, że to był jedyny powód, żeby urządzić przyjęcie w związku tych literatów Związku Radzieckiego, bo jak był gość z Polski, to można było zrobić przyjęcie.
I tak się czasami rozwiewają złudzenia. Przez chwilę poczuł się Konrad Fijałkowski wielki, był wielkim pisarzem z Polski. Później się okazało, że był tylko takim narzędziem, którym posłużono się, żeby wychlać troszeczkę wódki. Rzecz przyjemna, ale może nie pierwszoplanowa.
[02:21:28] - Bardzo fajna anegdota i bardzo często się tak zdarza, że my szukamy okazji, żeby załatwić swoje jakieś własne sprawy, ale brakuje katalizatora. Fijałkowski tam trafił jako ten katalizator. W Rosji tak się często na miękko odbywało. Wiem, że również byłem takim tym, jak do mnie przyjeżdżali jacyś tłumacze. Nie dlatego, że do mnie, w ogóle oni o mnie nic nie wiedzieli zupełnie, tylko że zdobyli delegację, że wyjeżdżają do jakiegoś pisarza z Polski wielkiego i tak dalej. Dzięki temu dostali paszport i mogli wyjechać za granicę, bo takie również rzeczy były. Rosja była świetnym krajem dla takiego Burakowa i wielu innych.
[02:22:32] - Ja powiem jeszcze jedną rzecz, bo właściwie w wywiadzie, który państwo mieli okazję dzisiaj usłyszeć, to tak w pełni nie zabrzmiało, ale ja to wiem z rozmów zakulisowych, tych, które się nie znalazły w oficjalnym wywiadzie, że Konrad Fijałkowski przestrzegał przed tym, mówił o tym, żeby nie traktować całej prozy radzieckiej z tych czasów radzieckich jako wielkiego socrealistycznego gówna, że my mamy taki obraz Związku Radzieckiego jako dzikiego kraju, w którym nawet literatura była dzika. Mówi: „To tak nie było”. Oni czytali często klasykę zachodnią szybciej niż my, bo o to dbano i to wydawano. Co więcej, mówi o tym, że w Związku Radzieckim literatury fantastyczno-naukowej, w przeciwieństwie do Polski, nie traktowano podejrzliwie. Oczywiście ja sam do dzisiaj mam kilka książek, które są tym wspomnianym już socrealistycznym gównem, takimi zupełnie nieczytelnymi gniotami. Ale zauważcie państwo, że do dzisiaj są wznawiane, chociażby przez Wojtka Sedeńkę w wydawnictwie, które się nazywa Stalker Books, książki z takiej klasyki radzieckiej fantastyki. Chociażby ostatnio „Łunna Jara Duga”, czyli „Księżycowa Tęcza”. To są książki, może poetyka jest troszeczkę inna, ale to są książki, ta książka konkretnie „Łunna Jara Duga” o eksploracji Układu Słonecznego. To jest fantastyka wielkowymiarowa, pokazująca człowieka, który zmaga się z przyrodą czy z kosmosem i odnosi jakieś tam większe bądź mniejsze zwycięstwa, czasami porażki. To naprawdę nie było tak, że ta proza, która tam powstawała, to była proza nic niewarta i nie warto po nią sięgać.
Chociażby komercyjny sukces tego, co robi Wojtek Sedeńko i wydawnictwo Stalker Books świadczy o tym, że to jest po prostu dobra proza. Tam naprawdę powstawała niezła proza. I nie dziwcie się państwo, że to nie było też tak, że każdy pisarz jak chciał, to mógł trafić do Związku Radzieckiego i być tam wydrukowanym, bo tam żyli prymitywni, dzicy ludzie, którzy drukowali wszystko jak leci. Jak ktoś był Wiktorem Żółkiewiczem albo ktoś był Konradem Fijałkowskim, to tam trafiał. I jak komuś nie szło, to mu nie szło, to nie trafiał. Oni tam naprawdę także byli spragnieni tej literatury na dobrym poziomie i po prostu Konrad Fijałkowski to pragnienie spełniał. Oczywiście przy okazji, tak jak już powiedziałem, załatwiał sobie przepustkę do NRD ze swoją prozą. Ale to on wiedział. Wiedział o tym i robił to świadomie. I było to PR-owe dążenie, podążał konsekwentnie tą drogą i mu się po prostu udało.
Ty, Wiktorze, jako człowiek drukowalny w ZSRR coś możesz na ten temat powiedzieć, prawda? Że to nie byli dzicy ludzie z maczugami.
[02:26:04] - Boże mój, od Piotra I albo jeszcze wcześniej od Nowogrodu, zanim się stał Piotrogradem, ten świat nigdy nie był w tyle. Ten obraz takiej tej zachodniej Europy tak pokazuje nam, lubi tak świecić nam w oczy tym kałmukiem jakimś, jakimś tym burłakiem, który ciągnie tamte liny i tak dalej. O Boże mój!
[02:26:39] - Poczekaj, przerwę ci, bo trzeba jednak uzupełnić. Związek Radziecki to był czas w tym W tym rozwoju, który wprowadził jednak dzikie standardy i tam też różne dzikie rzeczy w ZSRR się wydarzały. Też o tym nie zapominajmy, że to był jednak zwariowany pod pewnym względem kraj. Ale jeśli chodzi o literaturę, to myślę, że oni dosyć konsekwentnie od czasów Dostojewskiego, czy może jeszcze właściwie wcześniej, dbali o to, żeby jak pada słowo literatura, żeby to było na poważnie. Oczywiście mogą wychodzić jakieś socrealistyczne gnioty. To tak, trzeba trybut spłacać nowej władzy, ale literatura to jest coś zbyt poważnego, żeby bawić się w tym w rewolucję. I część ludzi to po prostu wiedziała.
[02:27:39] - Tak, Marek, ale u nas też to, co przechodziło, co było wydawane, bardzo często miało różne zabarwienia. Natomiast to, co przechodziło już przez takie sito jak Maciek Parowski czy Leszek Jańczymek, to już była literatura. Tak samo było wszędzie na świecie. Po prostu wszędzie ludzie nie stają się głupsi tylko dlatego, że żyją w głupim systemie społecznym. Człowiek jest indywidualistą i swoją indywidualną genialność zachowuje nawet w idiotycznym systemie społecznym. Tak samo za komuny i tak samo dzisiaj, Marku. Czy ja jestem głupszy od tego, co byłem 20 lat temu? Powiedzmy, że system jest tak samo durny.
[02:28:36] - Tego nie wiem, nie podejmuję się, ale do dzisiaj pamiętam, że gdzieś tam ze Wschodu przychodziły takie nazwiska jak chociażby Ilja Warszawski, bracia Strugaccy, twórca „Guzlaru”. Tych nazwisk było zresztą troszeczkę więcej, ale myślę-
[02:29:02] - Marku, we wspomnianych przez ciebie żółtych kartkach w „Problemach” Fijałkowskiego ja przecież sam puściłem dwa opowiadania, które własnoręcznie przetłumaczyłem, bo jakoś nikt się nie śpieszył, żeby je przetłumaczyć, a one były genialne. Olgi Warionowej oraz Aleksandra Millera. Zupełnie geniusze, jak na tamte czasy, jak na wszystkie czasy, pisarze. I to natychmiast wychodziło. One to były opowiadania genialne i w Rosji, i w Polsce. Wszyscy w Polsce otwierali gęby, kiedy je czytali, ze zdziwienia, że w Rosji można takie rzeczy napisać. Nie do końca można było napisać. Co prawda napisać można było, ale po jakimś czasie tego samego Aleksandra Millera wsadzono do schroniska dla idiotów. Tam naprawiono mu umysł i kiedy wyszedł, to zgodnie, po linii partii, jako człowiek uzdrowiony napisał rzecz gównianą. Ale zanim go uleczono, to był geniuszem.
Rosja była dziwna.
[02:30:30] - Dziwna, bo z jednej strony był wspomniany Kir Bułyczow, który pisał takie bajkowe, baśniowe opowieści z wielkiego „Guzlaru”, a z drugiej strony była eksploracyjna taka fantastyka, która tak jak mówiłem, ekscytowała zdobywaniem kosmosu. Przypomną sobie państwo ci, co przypomną sobie, przypomną. Ci, co może usłyszą po raz pierwszy, to może sięgną po tę książkę. Taka dosyć sławna w swoim czasie pozycja jak „Mgławica Andromedy”. Do dzisiaj Wojtek Sedeńko wydaje te książki, bo to są książki, które może częściowo ta technologia, technika, która tam opisana się zestarzała, ale to w dalszym ciągu jest fantastyka eksploracyjna całkiem niezłego poziomu.
[02:31:25] - Marku, gdzie się technika zestarzała, a gdzie nie, to można wspomnieć Sergieja Śniegowa, całą trylogię, gdzie pewne techniki, które on zaproponował, jeszcze są daleko w powijakach. I to raczej nasz świat jeszcze nie dogonił Sergieja Śniegowa.
[02:31:52] - Zgadza się, ale z drugiej strony, czy to w „Mgławicy Andromedy”, czy w całej tej trylogii Śniegowa są rzeczy, które trącą myszką. Ale proszę państwa, bądźmy sprawiedliwi. Jeśli czytamy Mackeya i „Zapomnij o Ziemi” — to był w swoim czasie przebój wtedy jeszcze fantastyki, był wydany w latach 80. — czy tam nie ma rzeczy, które się zestarzały? A w dalszym ciągu czyta się to całkiem fajnie. Fantastyka ma w ogóle to do siebie, że się starzeje. Nie da się tego ukryć. Po prostu. Ale nie po to ją czytamy przecież. Do tego prowadzę przez cały czas.
Nie po to ją czytamy, żeby czytać o gadżetach, tylko czytać literaturę, bo to tak naprawdę jest interesujące. Jeśli o wartości opowiadania decyduje to, czy technologia tam opisana jest właściwa, czy nie, to sobie dajmy spokój z tym opowiadaniem. Jeśli natomiast to opowiadanie zostawia w nas ślad, to wtedy warto po to opowiadanie sięgnąć. I tak Troszkę na grubo albo trochę topornie podsumowując, takimi opowiadaniami są opowiadania Konrada Fijałkowskiego. Nie o technologię w nich chodzi, tylko o człowieka. Zawsze chodzi o człowieka, ale o sposób, w jaki o tym człowieku się pisze, w jaki przedstawia się jego uczucia, jego psychikę, to, w jaki sposób czuje, myśli, postrzega świat. Moim zdaniem to zarówno w opowiadaniach, które zauważmy, pisał bardzo młody człowiek. Konrad Fijałkowski urodził się w 1939 roku. Jego pierwszy zbiór opowiadań wyszedł w roku 1963. Z grubsza policzcie sobie państwo.
Nie miał, zdaje się, jeszcze 30. Zawsze byłem słaby z rachunków, więc chyba dobrze policzyłem. Tak, nie miał 30, kiedy wyszedł pierwszy zbiór opowiadań. Warto mieć to z tyłu głowy, bo kiedy naprawdę dojrzał, był już pisarzem, który wiedział, o co mu chodzi, to powstały te dwa opowiadania, o których mówiłem na początku dzisiejszej audycji. Dwie powieści, o których mówiłem na początku audycji, czyli „Homo divissus”. Moim zdaniem ponura książka, ale godna przeczytania. Naprawdę warto tę książkę przeczytać. I później „Adam. Jeden z nas”. To była książka, powiem państwu jeszcze tyle, zdradzając tajemnice kuchni, która nieprawdopodobnie rozsierdziła środowisko fantastów, miłośników fantastyki, ale też pisarzy w Polsce, kiedy się ukazała.
Blokowano, tak jak mówiłem, nie wiem, czy blokowano świadomie, ale w każdym razie przypomnę, ona wyszła później w Polsce niż na Zachodzie. Wkurzała polskich odbiorców fantastyki, ale dobrze, że się ukazała. Warto do dzisiaj po tę książkę sięgnąć. Po prostu warto. Tym akcentem skończę dzisiejszą audycję opowiadającą o Konradzie Fijałkowskim. Ale to tylko ja, bo jeszcze jest Wiktor.
[02:35:12] - Co mogę powiedzieć? Szkoda, że już go nie ma, ale to ja wiem. Natomiast jeden z naszych przyjaciół może naprawdę żałować, że nie ma już Konrada Fijałkowskiego, bo nasz przyjaciel Piotr Prokopowicz mógłby sobie z nim porozmawiać na tematy, które obydwóch mają w małym palcu. Mogliby sobie naprawdę poszaleć w rozmowie, ale tego Piotr Prokopowicz nie wie. A ja wiem.
[02:35:42] - Myślę, że wie. Akurat Piotr Prokopowicz myślę, że wie. Z jednej strony, ponieważ pewne wątki, które porusza w swoich opowiadaniach, bywają podobne. Po drugie nie można nieuchronnie zbliżać się do profesury. A to właśnie grozi w tej chwili Piotrowi Prokopowiczowi, że nieuchronnie już niedługo zostanie profesorem. Habilitacja i te rzeczy nieuchronnie, więc nie można być na tym poziomie i o Konradzie Fijałkowskim, pracując w bardzo podobnej dziedzinie, nie słyszeć. Nie ma takiej możliwości. On go musiał poznać zarówno literacko, jak i zawodowo. Po prostu musiał go poznać.
[02:36:35] - Dobrze, ale żeby ukrócić twoje zachwyty, żeby ci profesorowie i doktorzy wszyscy nie wzlatywali ponad poziomy, to ja ich strącę trochę na ziemię. Otóż pisarz nie musi być profesorem ani doktorem, ani w ogóle nikim naukowo ścisłym. Pisarz powinien napisać taką właśnie książkę, na której wielu ludzi zrobi mnóstwo doktoratów i dorobi się profesury, bo zwykle to taka jest droga do kariery naukowej, przynajmniej humanistów. Oni idą po trupach pisarzy, po prostu przeczytają coś, potem to obleką w jakąś własną koncepcję i mają doktorat, a potem mają profesurę. Pisarz powinien być tym początkiem. Zakończę swoją wypowiedź tym początkiem o końcu wszystkiego. Dobrze.
[02:37:38] - Ja tylko dorzucę, że pewna bardzo ważna osoba tworząca literaturę powiedziała w swoim czasie, że oczywiście bardzo szanuje wszystkich profesorów, doktorów, ludzi z habilitacjami. Tylko zastanawia się, czy każda książka, którą wydaje pisarz, nie jest kolejną pracą doktorską, habilitacyjną czy w ogóle takim stopniem kariery i czy przypadkowo człowiek aktywnie uprawiający literaturę, to strasznie brzmi, czy przypadkowo nie jest równy tymże profesorom, o czym oni czasami lubią zapominać. Czasami tak zwani, tu cudzysłów, specjaliści od literatury lubią pisarzy pouczać, bo oni wiedzą lepiej, jak powinni pisać, o czym powinni pisać, dlaczego powinni pisać. I to mi się wydaje chwilami zabawne. Dobrze, na tym ja z kolei skończę. Może jeszcze dorzucę: czytajcie państwo Konrada Fijałkowskiego, bo te dwa powody, które podałem wcześniej, są naprawdę aktualne. Naprawdę warto i Ja sobie nie wyobrażam, żebym z młodym czy starym człowiekiem, który ma ambicje pisania fantastyki, nie mógł sobie o twórczości Konrada Fijałkowskiego porozmawiać. Dosyć już tych zachwytów, bo zaczynamy popadać chyba w przesadę. To ukróćmy to. Zatem skończmy audycję.
Ale zanim zupełny koniec, to zapowiedzmy, co będzie za dwa tygodnie. A za dwa tygodnie będziemy mieli spotkanie niezwykłe, bo spotkanie z tomikiem, który nosi tytuł „Nie otwierać na stronie Sigma". W tym tomiku znajdziecie państwo szereg osób znajomych, czyli chociażby Przemysława Cichonia, Kamilę Ciołko-Borkowską, Jacka Fleischfressera i wielu innych. To jest zbiór opowiadań, powiedzmy grozy, ale nie tylko grozy. Ja tam znajduję szereg innych fajnych wątków w tych opowiadaniach. Będziemy mieli gościa. Bo trudno zaprosić wielu autorów, którzy złożyli się na ten tomik do jednej audycji, bo mielibyśmy nie dość, że bardzo długą audycję, co może nie jest akurat wadą, ale przede wszystkim mielibyśmy straszliwy harmider, szczególnie gdyby to było połączenie internetowe. Ciężko byłoby nad tym zapanować. A zatem będziemy gościli przedstawicielkę wszystkich osób, które w stworzeniu tego tomiku brały udział. O tyle ważną przedstawicielkę, że ona nie tylko zajęła się stworzeniem opowiadania do tego tomu, ale również wzięła na siebie niełatwy obowiązek wypromowania tej książki.
Bo to jest książka, która nie wyszła w żadnym wielkim wydawnictwie, a ona po prostu wyszła wysiłkiem, nakładem, determinacją autorów, którzy stworzyli opowiadania do tego tomu. W każdym razie będziemy gościli na antenie panią Katarzynę Prychacz, która tak jak powiedziałem, z jednej strony stworzyła jedno z opowiadań do tomu, a z drugiej strony będzie potrafiła nam o tym tomie opowiedzieć w taki sposób marketingowy. Tak powiedzieć po prostu, o co tak naprawdę chodzi w tym, jeśli książka już wyjdzie na rynek i trzeba ją po prostu dobrze zapromować. A poza tym w audycji będą zaprezentowane dwa opowiadania i będziemy sobie mogli z naszym gościem porozmawiać. To za dwa tygodnie. Czy już się cieszysz, Wiktorze?
[02:42:15] - Bardzo. Znowuż, że tak powiem, twoja wizjonerskość ściągnęła do nas jakąś mądrą kobietę. Ja zauważam, że ostatnio to wśród homo sapiens to tylko płeć żeńska jest inteligentna. O Boże, co ja mówię!
[02:42:39] - To ty jesteś bardzo trendy. Ja tylko powtórzę: naszym gościem za dwa tygodnie będzie pani Katarzyna Prychacz. To ona jest jednym z autorów, ale też twórców antologii noszącej tytuł „Nie otwieraj na stronie Sigma". Za tydzień oczywiście ABW. Nie wywiniecie się państwo, chyba że nie włączycie radia. No to się wywiniecie. Ale wszyscy, którzy włączą Radio Paranormalium, zapraszamy na kolejne wydanie ABW, już noworoczne. Będą kolejne opowiadania, będzie kolejne mędrkowanie z naszej strony. I cóż, wszystkiego dobrego na nowy rok na koniec audycji. Trzymajcie się państwo ciepło.
Samych dobrych lektur i tym, co piszą, połamania pióra. Dobrej nocy.
[02:43:41] - Również.
[02:43:42] - A mówili do słuchot państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę, dobranoc i do usłyszenia ponownie w tym normalnym „Bibliotekarium” już za dwa tygodnie. I w ABW już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl
[02:45:07] - Mała siła w kinach właśnie stracił gust. Zawsze gdy okazję miał, wpadał dosyć przychystany. Kraj coraz bliżej był Europy. Na ranach marszałki przykład do zasoby. Kiedy zobaczył ją na wystawie drżał z podniecenia. Czuł, że jest na jawie. Dostał to, co zdrowy świat dobrze znał od tylu lat. Ona, tylko ona. Europo, Europo, Europo, Europo. Była cudowna, choć stratykowała.
Długi front, włosy, gładkie ramiona. Bez żadnych stresów robił z nią wszystko. Dzięki przemianom stał się jeszcze znośny. Dostał to, co zdrowy świat dobrze znał od tylu lat. Ona, tylko ona. Europo, Europo, Europo, Europo. Europo, Europo, Europo, Europo, Europo, Europo, Europo, Europo, Europo, Europo. „Jaki ładny chłopak” powiedziałaś mi, kiedy szliśmy ulicą do twoich drzwi. Ja też nie mam różne sny jak ty. Kiedy leżeliśmy na tej nagiej plaży, zobaczyłem cię w tyle o tej pięknej fazie.
Ja też nie mam różne sny jak ty. Kiedy piliśmy wina w hotelowym barze, rozmawiałaś tak długo w pokojowym malarze. Ja też nie mam różne sny jak ty. Kiedy ty rysowałaś, my marsą wpięta w myślach rozbierałeś jak małą ekspedientkę. Ja też nie mam różne sny jak ty. Kiedy chciałem cię objąć, chciałem pocałować. Wtedy powiedziałaś, że cię boli głowa. Ja też nie mam różne sny jak ty. Ty spokojnie spałaś, może śniłaś o mnie. Ona uśmiechnięta zapukała do mnie.
Ja też nie mam różne sny jak ty.
[02:52:58] - Kawałkiem magiel gdzieś w centrum miasta. Chudy jak piec był i przy jedzeniu lastał. To smęci w niczym spędzał każdy dzień. Spoconą dłonią przecierał czoło. Śpiewał piosenki z tutaj to robił z żoną. Ciężko pracował przez cały dzień. Wszystkie wieczory poświęcał sztuce. Nikt w bloku nie spał. Na trąbce grać się uczył. Zawsze był ponad.
Czekał na swój dzień. Ktoś mu powiedział, że na Zachodzie tak dobry muzyk karierę mógłby zrobić. Mocno w to wierzył. Liczył każdy dzień. Chciał by cały świat na kolana przed nim padł. Nagle wszystko miało sens. Chciał zabłysnąć. Chciał podobać się. Pozyskiwał dużo pieniędzy. Uściskał bliskich.
Tak bardzo chciał zwyciężyć. Wielkie nadzieje miały spełnić się. Przez dwa miesiące nie znał asprasy. Sprzedali instrument. Okradli go rodacy. Stracił na wadze. To był marzeń kres. Chciał by cały świat na kolana przed nim padł. Nagle wszystko miało sens. Chciał zabłysnąć.
Chciał podobać się.