Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Ostatnie „Bibliotekarium” w tym roku i się okazało, że Microsoft i spółka zafundowały nam jakieś dziwne problemy techniczne. Tak że wystartowaliśmy dzisiaj z lekkim opóźnieniem, ale mam nadzieję, że się słyszymy w miarę normalnie. Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Startujemy z audycją „Bibliotekarium” na żywo. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami jak zawsze Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Mam nadzieję, że ze słuchaczami się słyszymy dzisiaj i uda się przynajmniej prowizorycznie tę audycję ostatnią w tym roku przeprowadzić. Dzisiaj będzie tylko komunikacja tekstowa, niestety z uwagi na nasze problemy z telefonem. Widzę, że problem się pojawił z transmisją na YouTube. Taki kac wpadek.
Coś nam chyba chce tę audycję dzisiaj zakłócić. Ale my się nie damy. Można do nas pisać cały czas na nasze GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można także nas spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i Czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. Marku, panie Wiktorze, miejmy nadzieję, że nic nam dzisiaj już nie przeszkodzi. Zaczynamy. No to zaczynamy. Dzień dobry państwu.
Dobry wieczór właściwie. Odnoszę wrażenie, że od pewnego czasu pewno w związku z tym, że wzmożony ruch w internecie trwa, ale też wzmożony ruch to nie tylko ci, którzy korzystają bezpośrednio z internetu, ale też ci wszyscy, którzy na internecie zarabiają. I mam takie wrażenie, że Microsoft tudzież przybudówki robią wszystko, żeby nam tę audycję rozwalić. Oczywiście jest przerost ambicji i nie sądzę, żebyśmy byli celem tychże wymienionych wcześniej. Natomiast dostajemy rykoszetem, że tak się wyrażę. To jedziemy w takim razie z audycją. Ty, Wiktorze, tam jesteś po drugiej stronie czy nie jesteś?
[02:40] - Jestem.
[02:44] - Super. To przynajmniej ta korzyść, że jesteśmy. Chociaż mówiąc szczerze, dzisiaj był pierwszy taki moment, kiedy zatęskniłem za tym, jak siadaliśmy w studio przed mikrofonem i spokojnie rozmawialiśmy. Jednak chyba prawie zawsze nadchodzi taki moment, że człowiek tęskni do tego, co było. Dzisiaj mnie coś takiego dopadło. Niby w komfortowych warunkach z domu i tak dalej, a jednak odrobina takiego otoczenia studyjnego trochę by się przydała. Nie ma co biadolić. Tak jak zapowiadaliśmy, dzisiaj będziemy mówić o książce Normana Mailera „Na podbój Księżyca”. Wiktorze, znasz tę książkę?
[03:31] - Muszę powiedzieć, że kiedy pojawiła się ta książka, kupiłem ją natychmiast w księgarni i przez miesiąc nie rozstawałem się z tą książką. Nosiłem ją pod pachą w tramwaju, w autobusie, w pociągu, na łóżku i pod łóżkiem, gdziekolwiek byłem. Czytałem ją kawałkami. Nie czytałem jej w całości, ale po prostu pasjonowała mnie wyrywkowość tej książki, bo książka jest bardzo rozjechana, rozbestwiona w różne strony. To było cholernie dawno, natomiast zapamiętałem to, że wszędzie, po wszystkich luzach, po wszystkich ulicach w Bydgoszczy biegałem z tą książką pod pachą. Nie mogłem się z nią rozstać. I przyszła kreska. Dzisiaj po raz ostatni się z nią stykam.
[04:42] - Zabrzmiało co najmniej groźnie. A ja? Dobrze. Skoro wspominamy, to ja też sobie zacznę wspominać. U mnie to wyglądało troszeczkę inaczej. To pewno z racji tego, że jakaś tam różnica wieku pomiędzy nami. Tę książkę przyniósł do domu mój ojciec. Był chyba rok 1978, bo to chyba jest rok wydania pierwszego polskiego wydania. Aż sobie zerknę. Tak, 1978.
Ojciec ją przyniósł. Ja wtedy byłem takim nastolatkiem, konkretnie 14-latkiem zafascynowanym kosmosem, Układem Słonecznym, lotami ku gwiazdom i to nie tylko w wydaniu science fiction, ale też jak najbardziej astronomiczno-astronautycznym i tak dalej. Rzuciłem się na tę książkę i czytam. Tylko kurczę, nic o podboju Księżyca nie ma. Przeczytałem kilkanaście stron i tam nic nie ma na ten temat. To mówię sobie: „Kurczę, ale to na pewno?”. Zaczynam kartkować tę książkę. Kartkuję. O, jakaś rozmowa. Mówi Armstrong.
Mówi Collins. Mówi Aldrin.
[06:00] - Okej, czyli jest to jakaś relacja z konferencji prasowej.
[06:05] - W tym momencie niestety jakiś chochlik postanowił nam przerwać audycję i urwać połączenie z internetem. Tak więc przerwę techniczną wycinamy i przeskakujemy parę minut dalej.
[06:18] - Problem polega na tym, że ja nie bardzo wiem, w którym momencie wyrzuciło nas z transmisji, więc nie wiem, która z części opowieści przedostała się do naszych szanownych słuchaczy. To może ją zacznę od początku po prostu. A zatem przyniósł tę książkę „Na podbój Księżyca” do domu mój ojciec w ’78 roku. Ja byłem takim nastolatkiem dosyć nagrzanym na wszystkie kosmiczne sprawy i to nie tylko na science fiction, ale ten podbój kosmosu interesował mnie również pod takim naukowo-technicznym względem. Interesowały mnie wszystkie książki o astronomii, o astronautyce. W ogóle to miałem małego hopsa na tym punkcie. I ja oczywiście po książkę Normana Mailera sięgnąłem jako pierwszy w domu. Czytam, czytam, okazuje się, że przeczytałem kilkanaście, jeśli nie więcej stron, a tam nic o tym kosmosie, o tej wyprawie na podbój Księżyca nie ma. Mailer tam różne rzeczy ciekawe, wtedy dla nastolatka może mniej ciekawe, pisze, ale o kosmosie i astronautach nic. Przeglądam dalej i okazało się, że pojawiły się nazwiska.
Widzę Armstronga, Collinsa, Aldrina. To okej, to znaczy, że jest nieźle. Jakaś relacja z konferencji prasowej. Dobrze, to zacząłem przeglądać książkę i zacząłem z niej trochę jak rodzynki z ciasta wyławiać te fragmenty, które dotyczyły wyprawy księżycowej. I w ten sposób właściwie przeczytałem książkę, troszkę tak ją szatkując, bo mnie właściwie tylko to interesowało, jak oni tam polecieli, jak rozmawiali z Ziemią, jak rozmawiali między sobą, jak w ogóle tam było. I pod tym kątem książkę Mailera przeczytałem. Właściwie głosiłem wtedy wszem i wobec, że ją przeczytałem, chociaż tak naprawdę jak dzisiaj na to patrzę, to zaledwie ją musnąłem, bo chyba nie o to w książce Normana Mailera „Na podbój Księżyca” chodzi. Owszem, to jest reportaż, ale reportaż literacki. To jest książka, którą zamówiono u Mailera po to, żeby przybliżyć troszeczkę problematykę czy przebieg pierwszej wyprawy na Księżyc. Ale tak naprawdę Norman Mailer pokazał, jakim świetnym pisarzem jest.
I specjalnie podkreślam, że to jest reportaż literacki. To nie jest reportaż gazetowy, bo jeśli państwa interesują aspekty techniczne, chociaż Norman Mailer od nich nie ucieka i całkiem sporo ich się pojawia w książce, jeśli interesują państwa zatem te aspekty techniczne czy też jakieś takie związane tylko i wyłącznie z lotem na Księżyc, to są inne, myślę bardziej konkretne, techniczne czy stechnicyzowane książki. Natomiast książka Normana Mailera to jest książka, która owszem, opowiada o wyprawie na Księżyc, ale opowiada też o Stanach Zjednoczonych, o Ameryce przełomu lat 60. i 70. Tej Ameryki już dzisiaj nie ma. Tę Amerykę możecie państwo znaleźć w tym właśnie reportażu, w książce Normana Mailera „Na podbój Księżyca”. To dlatego jest świetna książka. Ja ostatnio rozmawiałem z pewnym swoim znajomym i on mówi: „Słuchaj, ale ty właściwie w każdej audycji mówisz, że książka jest świetna”. Tak sobie pomyślałem, że po pierwsze to prawda, ale po drugie właściwie dlaczego mamy się tu z Wiktorem katować i szukać książek, które nie są świetne? Jest tylu szyderców w internecie i tylu ludzi, którzy uwielbiają mówić źle o kimś albo o czymś, że to im zostawmy.
My natomiast wybieramy książki, które przynajmniej jednego z nas fascynują, które sprawiły, że coś się w życiu zmieniło albo ma szansę się zmienić. Dlatego wybaczcie państwo, ale ja chyba pozostanę przy tej formule, że właściwie każda książka, która pojawia się w „Bibliotekarium”, to jest książka przynajmniej naszym subiektywnym zdaniem świetna. Okej, to przynajmniej na początek skończyłem przemowę. Wiktorze, może ty coś teraz powiesz.
[11:00] - Ja może wytłumaczę, dlaczego ta książka jest świetna, skoro tą świetność zacząłeś poddawać, że tak powiem, rozwadze naszej. Otóż na tych orbitach wokół „Bibliotekarium” krążą różne satelity różnych, przede wszystkim młodych ludzi, którzy próbują sami zmierzyć się z materią literacką, sami napisać jakiś kawałek dobrej prozy. Co to ma wspólnego z książką „Na podbój Księżyca”? Otóż ma. Norman Mailer mnie samego skopał bezlitośnie po kostkach. Ja dopiero przy czytaniu tej książki uświadomiłem sobie, czym tak naprawdę jest powieść. Jeżeli mamy jakąś opowieść i będzie to opowieść wystarczająco długa, to już nam się wydaje, że w tym momencie nie napiszemy opowiadania, tylko napiszemy powieść. To nie będzie powieść, tylko to będzie długie opowiadanie. Powieść rządzi się bardzo dziwnymi zasadami. Powieść otwiera przed nami pewne perspektywy, które autor w ogóle tylko markuje, nie opisuje, ledwo dotyka po to, żeby się nam otwierały.
Dlaczego akurat przy tej książce mnie to poraziło? Bo ta jednoczesna obecność reporterskich relacji, właściwie spostrzeżeń ze świata bieżącego, z tej Ameryki, która towarzyszyła wystrzeleniu tych trzech kosmonautów na Księżyc. To jest pole startowe. Trzeba opisać. I Norman Mailer to właśnie robi, a potem miejscami przeskakuje do właściwej materii, która została u niego rzeczywiście przez NASA czy sąd Stanów Zjednoczonych zamówiona, żeby on był tym kaznodzieją, który sprzeda ten gorący towar całemu światu w postaci literackiej. I Norman Mailer zrobił to. Ja powiem jedną rzecz, że ta moja dygresja, że powieść to nie jest długie opowiadanie, dotyczy również historii takich, wydawałoby się epickich, które nas może dzisiaj nudzą czy są już przestarzałe. Choćby jak Henryk Sienkiewicz. To nie jest długa opowieść. W wypadku „Quo vadis” łatwo to odczytać, bo tam się otwiera przed nami perspektywę Rzymu starożytnego, perspektywę w ogóle zalążków pojawiania się i tak dalej i rodowodu chrześcijaństwa na świecie.
Więc jest to niby powieść o tym wielkim osiłku i o jego dziewczynie i jakimś tam patrycjuszu rzymskim, a tak naprawdę to jest powieść o zupełnie czym innym. I tak samo jest u Normana Mailera. To jest niby powieść o locie na Księżyc, ale to jest powieść o świecie Normana Mailera. Ja akurat tak jak mówiłem, że biegałem z tą książką pod pachą, w tym czasie mocno zabierałem się za pisanie i wiem, że dzisiaj teraz droszczę Normanowi Mailerowi jednej rzeczy, że pisał w tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych i mógł spokojnie przeskakiwać do tego reportażu od jakichś dywagacji, od jakichś kosmogonicznych prawie filozofii albo jakichś wyobrażeń, wizji po prostu tego lotu, startu plastycznych bardzo dynamicznych. Natomiast mógł spokojnie... Nie wiem, czy spokojnie, bo na pewno bulwersował wielu Amerykanów swoim spojrzeniem na amerykańską rzeczywistość, natomiast mógł to zrobić i mógł wydać taką książkę. W moich czasach, kiedy ja pisałem, można było poszaleć tak jak Norman Mailer z fantazją, ale nie można było zniżyć się do reporterki, gdyż tam pojawiała się cenzura, która to wszystko rąbała w drzazgi. Ja pamiętam, jak w ostatniej swojej powieści dużej, którą napisałem „Delirium w Tarsys” taki potworny kosmiczny statek jak ten Apollo z książki o locie na Srebrnym Globie. Tam on startuje, a u mnie ląduje taki karbozaurus batal, to znaczy to jest dinozaur niby jakiś kosmiczny i tak dalej, który ląduje, zagłębiając się w polską rzeczywistość, ale ja nie mogę tego napisać. A po co on ląduje?
On ląduje w kopalni „Wujek”, spiesząc na odsiecz tym górnikom, których tam morduje ZOMO i tak dalej. Ja nie mogłem tego przeskoczyć tej bariery, która by odsłoniła przed czytelnikiem i dała jasny przekaz. Musiałem ciągnąć wizję taką i z tego wyszedł budyń, a nie książka. Natomiast Norman Mailer zrobił to w perfekcyjny sposób, gdyż jemu ówczesne Stany Zjednoczone nie przycinały skrzydeł. To może na tyle.
[18:32] - To ja zacznę od tego, że dziękuję PW za życzenia. Kłaniam się bardzo. Dziękuję. A teraz przejdźmy do książki. Trochę dla zabawy, a trochę po to, żeby podkręcić atmosferę, zerknąłem sobie — i tu mówię bez żadnego przekąsu — na mój ulubiony portal Lubimy Czytać. Jak chcę się przekonać, czy jakaś książka jest dobra, to natychmiast tam zaglądam i im więcej ma złych opinii, to chętniej po nią sięgam. Bo niestety z pierwotnej idei portalu Lubimy Czytać, gdzie rzeczywiście to miał być portal, w którym ludzie sobie doradzają, uzewnętrzniają pewne swoje fascynacje literackie, to się troszeczkę zamieniło w takie miejsce, w którym każdy pisze, co chce. Demokracja jest, każdy może, tylko nie wiem, czy akurat musi. Więc kilka słów na temat książki Normana Mailera z portalu Lubimy Czytać. Ninka S.: „Nie będę odkrywcza, ale książka jest pięknym przykładem, jak można zarżnąć genialny i atrakcyjny temat.
Czyta się ciężko. Napisana jest zbitym stylem i dotyczy to również formatu akapitów. Minimalna liczba dialogów, opisy i po prostu nużące. Może trzeba by ją skrócić?” To pierwsza opinia. Dalej Przeczytana: „Ta książka ma 589 stron, z czego tylko około 150, może 200 czytałam z zainteresowaniem. Przez całą resztę zastanawiałam się, czy nie szkoda czasu na resztę. Nie lubię jednak nie kończyć tego, co zaczęłam, więc doczytałam, ale z bólem. Książka Normana Mailera pod tytułem »Na podbój Księżyca« zachęciła mnie zarówno tematyką, jak i opisem z okładki. Niestety miałam dosyć wyśrubowane oczekiwania. Myślałam, że dowiem się wiele na temat samego lądowania, ale i Stanów Zjednoczonych w latach 70.
Niestety stricte temat misji zaczął się pod koniec książki, a o społeczeństwie USA z tamtych czasów jest może 50 stron. Ale po kolei”. I tu zadam pytanie: o czym jest ta książka według autorki? Nie jest o misji księżycowej, nie jest o społeczeństwie USA. To o czym ona jest właściwie? Ale czytam dalej: „Specyficzny styl. Norman Mailer na okładce książki określany jest jako literacki prowokator, który zmienił oblicze amerykańskiej literatury faktu. Możliwe, że coś w tym jest, ale jego styl może się podobać. Niestety w mój gust nie trafił. Ciężko było mi przebrnąć już przez pierwszą część książki, w której znajduje się grafomański opis przygotowań do jej napisania z punktu widzenia samego autora.
Mailer nazywa siebie samego Aquarius, a narracja jest w trzeciej osobie. Aquarius. Autor to Aquarius, autor tamto, a do tego kwieciste i okropne porównania. Nie tego oczekiwałam. Na początku treść składa się ze zbioru niepotrzebnych i odległych dygresji, mini biografii osób pośrednio tylko związanych z tematem oraz sporo pobocznych historii. A to wszystko dopełnia wielkie ego autora. Pierwsze 200 stron tylko lekko zahacza o lądowanie”. Ja już oszczędzę państwu czytania, bo strasznie to długie jest i musiałbym jeszcze mieć z 10 minut, żeby to wszystko doczytać. Bardziej chciałem, żebyście państwo poznali pewien nastrój. Jeszcze tylko jedna krótka opinia.
Jakprzezokno — tak się nazywa recenzent, właściwie recenzentka, trzecia recenzentka: „Nastawiłam się na świetną książkę ukazującą podróż na Księżyc. Tą pierwszą lub kolejne, ale niestety dostałam coś zgoła innego. Mnóstwo filozofowania, moralizatorskich treści, trochę felietonu, długich zdań, które zdecydowanie nie przypadły mi do gustu. Sama podróż na Księżyc, relacje z jej przebiegu, łącznie z mnóstwem technicznych informacji i relacjach z wyprawy ciągnęła się zaledwie przez jedną część, która zajmowała może jedną trzecią całości. Rozczarowałam się bardzo i nie było to kompletnie to, co chciałam otrzymać od tej książki”. Ja już państwu daruję więcej, bo to rzeczywiście jest dosyć charakterystyczne. Jakoś tak się porobiło na portalu Lubimy Czytać i to nie z winy portalu Lubimy Czytać, który co do idei moim zdaniem jest świetnym pomysłem. Natomiast tak się porobiło, że w tej chwili tam prym wiodą osoby, które wiedzą lepiej. Nie jest celem tej audycji pastwienie się nad niektórymi. One po prostu wiedzą, jaką książkę chcą przeczytać i jeżeli książka nie spełnia tych oczekiwań, to znaczy, że jest zła.
Ja myślę, że to jest odwrócenie kolejności. Przeczytajmy książkę i wtedy odnieśmy się do tego. Natomiast jeśli sobie wyrobimy zdanie przed lekturą, to szanse nawet wybitnego literata są marne. Ja już pomijam fakt, że daj Boże polskiej literaturze takiego pisarza, jakim był Norman Mailer. Zachowując proporcje, to oczywiście był człowiek, który nawet w tej sferze pisarskiej miał swoje wady i zalety. Ale proszę państwa, ja radzę sięgnąć po książkę „Nadz i martwi”, o której wspominałem już w zeszłej audycji. To jego debiut literacki. Debiut książkowy, powieściowy. Proszę państwa Jeśli ktoś mi powie, że Norman Mailer był grafomanem i że nie potrafił pisać tak, jak sugerują tutaj zacytowane recenzentki czy też autorki, to ja staję się bezradny. Jak mam polemizować z tym?
Książka broni się sama. Moim zdaniem zarówno „Nadzy i martwi” się bronią, jak i broni się „Podbój Księżyca”. Moim zdaniem jest zupełnie inaczej, niż opisały to autorki. Norman Mailer wykonywał zamówienie. Wiedział, że musi trafić w gust amerykańskiego czytelnika. Najpierw amerykańskiego, później pozostałych. I on w ten gust trafił. Jest w tej książce mieszanina codzienności, ale i patosu. On nie stroni przed tym, żeby opisywać coś patetycznie. Ja państwu za chwilę coś zacytuję.
I znowu zdania będą podzielone. Jedni powiedzą, że to rzeczywiście grafomański wybryk, drudzy powiedzą, że Norman Mailer jest świetnym obserwatorem. Ja się skłaniam ku temu drugiemu twierdzeniu. On jest po prostu świetnym obserwatorem, który w literacki sposób potrafi pewne rzeczy opisać. Nie chciałbym się stawiać w roli broniącego tej książki, bo uważam, że nie ma czego bronić. Ona się broni zupełnie sama. Oczywiście na początek prowokacyjnie zacytowałem państwu trzy opinie recenzentek z portalu Lubimy Czytać. Natomiast za chwilę, gdzieś na nabrzu zostawiłem sobie recenzję, która chyba dotyka istoty rzeczy i to będzie dosyć ważne. Ale zanim się posłużę cytatem, to proszę, Wiktorze, żebyś powiedział.
[26:29] - Jeżeli coś się nie nadaje do czytania, to niestety ktoś przynajmniej spróbuje sprzedać taki towar. To ja zawsze będę porównywał zwyczajnie do konsumpcji. Jeżeli stary dziadek bezzębny będzie próbował zjeść orzecha, to ma dwa wyjścia: albo przyznać się uczciwie, że nie ma zębów, albo nie może twierdzić, że to się nie nadaje do jedzenia. Należy skromnie przyznać, że się nie ma tej sztucznej szczęki. Natomiast przy twierdzeniu, że orzech się nie nadaje do jedzenia, to reszta ludzi, która spokojnie te orzechy wcina i uwielbia, może się tylko patrząc na tego starego, zgnieciałego dziadka, postukać w głowę. Niestety wyrażanie tego typu opinii ludzi młodych, ale bez zębów po prostu mnie rozczula. Nie oburza, ale rozczula.
[27:46] - Ja się przyznam do pewnej prowokacji, której się dopuściłem, która jest dla państwa przy odbiornikach zapewne jasna. Specjalnie przedstawiłem siebie, tego nastolatka, 14-latka czy też prawie 15-latka, jako takiego człowieka, który przeglądał tę książkę tylko pod kątem tego, że chciał się dowiedzieć o lądowaniu na Księżycu. Te recenzentki, które cytowałem, mniej więcej tak samo się zachowują. One chciały dostać książkę o lądowaniu na Księżycu, a facet im tu pieprzy o Ameryce i w ogóle. Znowu przeklinamy. A właściwie ja przeklinam. One nie chcą tego. One chcą Apollo i lądownika, a nie żeby facet jakieś porównania, jakieś rzeczy opowiadał. One nie chcą poznawać jego filozofii, nie chcą poznawać jego przemyśleń. W ogóle nic od niego nie chcą.
Ma im sprzedać produkt, ma im pokazać, jak ten Apollo leciał, jak lądownik LM lądował i nic poza tym tych osób nie interesuje. Można i tak. Tylko myślę, że wtedy prościej sięgnąć po jakąś encyklopedię astronautyki, jakieś reportaże stricte gazetowe, a nie reportaże literackie. W ogóle do innych źródeł trzeba się odwołać. Natomiast jak się sięga po książkę sygnowaną nazwiskiem Norman Mailer, to trzeba się spodziewać czegoś troszeczkę innego. Powiedziałem państwu, że zacytuję coś, co wali patosem na kilometr, ale moim zdaniem Norman Mailer świetnie rozpoznał, po pierwsze, tak jak już powiedziałem, pewne oczekiwania społeczeństwa. Amerykańskie, może nie tylko amerykańskie, w sporej części lubią patos. To dlatego wzruszamy się na różnego rodzaju świętach, różnych akademiach ku czci. Oczywiście ludzie młodzi są na to dosyć odporni i chwała im za to, i w ogóle podziw, ale z czasem człowiek się troszeczkę mniej odporny staje. Generalnie ludzie lubią patos, tylko trzeba trafić w odpowiednie miejsce, trzeba trafić z odpowiednim patosem do nich i patos jest okej, przynajmniej zdaniem niektórych.
Norman Mailer moim zdaniem świetnie to wyczuł. Coś państwu zacytuję. To jest opis startu rakiety Saturn: „Dwie potężne żagwie, jak skrzydła ognistego ptaka, rozpostarły się nad ziemią, pokrywając ją złotym, płomiennym kwieciem. A na samym środku tej scenerii, biały jak zjawa, biały białością melvilleowskiego Moby Dicka, biały jak figura Madonny w połowie kościołów świata, smukły, anielski, mistyczny statek dźwignął się bezdźwięcznie na słupie ognistym i począł wznosić się z wolna ku niebu. Z wolna, jak mógł poruszać się Lewiatan Melville'a. Jak my, gdybyśmy nurkując we śnie, wypłynęli z wolna ku powierzchni. I wciąż cisza. Wreszcie nadleciał dźwięk. Zrazu jak trzask łamanych gałęzi. Nabyk ostrym, gwałtownym trzeszczeniem milionów kropel palącej się ropy.
Kakofonią dźwięków coraz głośniejszych i głośniejszych w miarę jak Apollo Saturn unosił się ponad wieżę startową w akompaniamencie owacji tłumów. Owacji, która równie dobrze mogła być krzykiem niepokoju. Trzask przeszedł w rozdzierający uszy werbel tysiąca strzelających jednocześnie karabinów maszynowych. Aquarius zadrżał rażony gwałtownością ataku, grzmiącym łoskotem. Niagary ognia huczącego głośniej niż najstraszliwsze grzmoty burzy, jakie kiedykolwiek słyszał, a ziemia zatrzęsła się pod stopami i drżała. Wciąż drżała. Czy to jest dobra literatura, proszę państwa? Może troszkę przegięta, ale z drugiej strony obrazowa. Zauważcie państwo, że to jest rzecz pisana dla tak zwanego szerokiego czytelnika, bo nikt nie zdecydowałby się zapłacić ciężkich pieniędzy Normanowi Mailerowi występującemu tutaj pod pseudonimem Aquarius. Ciężkich pieniędzy.
Nie tak, jak pisze w książce, że podobno poszła plotka, że dostał za tę książkę milion dolarów. Podobno nie. Podobno nawet nie czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Wtedy to były inne pieniądze, ale podobno nawet nie tyle. Ale jednak ktoś mu ciężkie pieniądze za to zapłacił i on miał trafić do szerokiego odbiorcy. I proszę państwa, może ten opis startu rakiety Saturn jest nieco przegięty. Mnie się akurat podoba, ale można uznać, że rzeczywiście ilość zastosowanych środków stylistycznych jest tam spora. Ale z drugiej strony zobaczcie państwo, mówiłem to zaraz na początku audycji, jakim świetnym obserwatorem jest Mailer. Co on w tej scenie przekazuje? Że kiedy obserwujemy start rakiety, widzimy coś innego i to jest niezgrane z dźwiękiem, bo ten dźwięk musi do nas dolecieć, bo z tak daleka obserwujemy start rakiety.
Banalne, prawda? To, co powiedziałem, jest banalne, ale jak jest napisane! To właśnie na tym polega magia książki Normana Mailera „Podbój Księżyca”, że opisując rzeczy bardzo proste, opisuje je w sposób... Dobre słowo podrzućcie państwo. Literacki. Dobrze, niech będzie literacki. Czasami może ciążący ku patosowi, ale moim zdaniem nie przekracza granicy śmieszności. Nie przekracza granicy przegięcia, takiego patosu dla patosu. Nie. On stosuje patos w tych chwilach, kiedy człowiek także czuje patos.
Wyobraźcie sobie państwo, że jesteście na tym polu startowym albo w pobliżu tego pola startowego i widzicie start rakiety. Słyszycie te dźwięki przytłaczające. To naprawdę może człowieka wgnieść w glebę. Ten widok, poczucie tego, że trzech ludzi na czubku tej rakiety Saturn tam jest i to są tysiące ton paliwa. To są nieprawdopodobne moce. Tam po prostu jakby piekło zstąpiło na ziemię, a jednak człowiek tego dokonał. To o coś takiego chodzi. Ja też popadam w tej chwili w patos, ale świadomie, zupełnie świadomie. Bo pokazuje, że Norman Mailer wpada w ten patos, to już powiedziałem, kiedy trzeba w niego wpadać. Wiktorze.
[35:09] - Marek, wszystko, co było do powiedzenia na ten temat, to powiedziałeś. Po prostu patos jest po to, żeby uwypuklać, podkreślać pewne rzeczy, pewne zdarzenia. Jeżeli my byśmy próbowali w ten sam sposób opisywać przez całą książkę, to oczywiście każdy czytelnik postuka się w głowę. Bo jeżeli zaczniemy tego samego patosu, to samo narzędzie stosować przy podgrzewaniu pizzy w mikrofali, to stanie się to zabawnie śmieszne. I Norman Mailer tej granicy nie przekracza. Kiedy pisze reportażowym językiem, pisze tak jak Hemingway. Jeśli potrzebuje czegoś takiego wzniosłego, to spokojnie daje takie wrażenie. A my dzisiaj to komentujemy. Może rzeczywiście nie lubimy. Może dzisiaj czytelnik nie lubi takich spraw, gdyż się obsrał filmami na wszystkie tego i ma prawo powiedzieć, że on tego nie lubi.
Natomiast ja mam takie wrażenie, że współczesny czytelnik jest trochę taki jak klient w supermarkecie. Po prostu on przychodzi Do supermarketu i żąda od tego kasjera, żeby mu zaliczył ten towar, jaki on. I żeby on chce zapłacić za taki towar, jaki chce on, klient. A to, że tym kasjerem jest Norman Mailer, Sienkiewicz czy Hemingway, to go, za przeproszeniem, ma to w zadku, bo jeżeli ten towar nie jest taki, jaki ja, klient chcę. Pisarze kiedyś byli potężnymi, potwornymi indywidualistami. W tej chwili bardzo często się robią rzeczywiście takimi spełniaczami życzeń tych klientów w supermarkecie kultury współczesnej. I stąd się biorą, Marku, chyba te całe, lubimy to czytać, takie opinie i tak dalej, które właściwie można spokojnie ostrzec. Nic nie wnoszą, ale też mówią o współczesnym świecie.
[37:59] - Znowu przeklinamy. Później są zarzuty. A jak krótki rzut oka na czat PW. W latach 60. i 70. ludzie żyli wyścigiem w kosmos. Celebrowano każdą misję. Styl, w jakim autor opisuje, nie wydaje mi się więc zbyt patetyczny. To były inne czasy. Ten opis startu rakiety.
Tak. Miło, że ktoś to zauważył, że to rzeczywiście inne czasy. Trudno. Książki sprzed, zauważcie państwo, sprzed 50 lat czytać tak samo, jakby to była literatura współczesna. To jest zagłębienie się w przeszłość. To jest skok w lata właściwie 60. Bo pierwsza misja to jednak lata 60., koniec lat 60. Moim zdaniem Norman Mailer spełnia oczekiwania, chociaż ten nastolatek, czternastolatek czytający Normana Mailera „Na podbój Księżyca” był zawiedziony. Ja zaraz państwu pokażę, dlaczego był zawiedziony. Otóż otwieram książkę, która wydaje mi się, że jest o locie na Księżyc i od początku do końca powinna być o tym locie na Księżyc.
A co czytam w pierwszym rozdziale, na samym początku? Tytuł: „Zagubione ego”. Norman, urodzony pod znakiem Wodnika, przebywał właśnie w Meksyku, gdy podano wiadomość o śmierci Hemingwaya. Przerzucił strony „New York Timesa”, czytając gładko wystylizowane zdania różnych znakomitości, które w większości wcale nie były wielbicielami Hemingwaya. W każdym razie nie aż takimi. I doznał ataku urażonej próżności na myśl, że redakcja nie zwróciła się do niego o wypowiedź. Prawdę mówiąc, nie był wcale pewien, czy mógłby się na nią zdobyć. Doznawał przykrych uczuć w tym miazmatycznym i niepoddającym się analizie rejonie pomiędzy wątrobą a duszą. Samobójstwo Hemingwaya rzuciło go w objęcia lęku. W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od tamtych chwil, chyba ani jeden dzień nie minął mu bez myśli o śmierci.
Oczywiście w końcu zdecydował się na wypowiedź. Wściekłość spowodowana tym, że inni kierują światem znacznie gorzej niż on sam by to zrobił, dodała mu odwagi do zabrania głosu. Świat może zawsze wyciągnąć jakąś naukę z tego, co on, Norman, ma do powiedzenia. Jego wiara w siebie wspierała się na takim twardym jak diament fundamencie. Zresztą pewna dziennikarka brytyjska, która wraz z nim przemierzała Meksyk, uznała za właściwe uzyskać jego wypowiedź na temat tragicznego zgonu. Wiecie państwo co? Jak tak się zaczyna książka o locie na Księżyc, to co właściwie będzie dalej? Zadawał sobie pytanie czternastolatek, ale brnął w tę książkę, a tam cały czas nie było misji Apollo. Ktoś, któraś z osób piszących, które cytowałem, powiedziała, że za dużo tam jest bohatera czy też twórcy Normana Mailera. Moim zdaniem to, że on jest w tej książce pod pseudonimem Aquarius albo Norman, to właśnie ratuje tę książkę.
Bo tak dostalibyśmy kolejny stechnicyzowany, płaski reportaż. A tak dostajemy książkę, tak jak już powiedziałem, która mówi o Stanach Zjednoczonych Ameryki. O Stanach Zjednoczonych, które są dziwne, które zawsze były dziwne, ale w tamtych czasach przełomu lat 60. i 70. były bardzo dziwne. Przynajmniej tak to widzę po lekturze tej książki. Wątpliwości. Ludzie z tamtych czasów mieli różne wątpliwości, mieli różne swoje tajemnice, mieli różne takie dylematy, nazwijmy to filozoficzne, ale właściwie chyba za bardzo pogłębiam. Bo jednym z takich elementów, które dzisiaj są pewną wiedzą powszechną, wiedzą codzienną, wtedy nie były wcale aż takie znane. Otóż Norman Mailer 50 lat temu Śmiało napisał o roli, jaką odegrał pewien esesman w amerykańskim programie Apollo.
Tym esesmanem był Wernher von Braun. Ja wiem, że on był bardziej naukowcem niż esesmanem, ale jednak do formacji SS jakoś tam należał. Wtedy to był temat tabu. NASA niespecjalnie się tym chciała chwalić. Norman Mailer to wyciągnął i nie wyciągnął tego w takim kontekście, jak byśmy się dzisiaj spodziewali, że potępi, że będzie się trząsł z oburzenia. Nie. On to po prostu zrelacjonował. Pokazał dobre i złe strony, pokazał postać samego Wernhera von Brauna, pewną jego arystokratyczność. To jest chyba dobre słowo w odniesieniu do tego, co pisze Mailer. Pewną jego stanowczość, pewną jego wizjonerskość.
Myślę, że wtedy to były rzeczy niesamowite. Dzisiaj, tak jak powiedziałem, wobec tego, że stało się to powszechnie znane, jaką rolę odegrał Wernher von Braun, dzisiaj wydaje nam się to takie mało odkrywcze, ale wtedy, proszę państwa, to było przyładowanie z grubej rury. Norman Mailer to zrobił. Zrobił jeszcze wiele innych rzeczy w tej książce. Bo to jest tak, kiedy opisuje na przykład konferencję prasową, na której występują uczestnicy misji na Księżyc, on tam bardzo często odpływa. Niby relacjonuje tę misję, ale analizuje ich wypowiedzi, analizuje ich zachowanie, mimikę twarzy, tembr głosu, sposób, w jaki się wypowiadają, ale także pewną sytuację egzystencjalną. Tam jest na przykład taka sytuacja, kiedy relacjonuje i zastanawia się nad tym, jak musiał się czuć Collins, który bodajże zostawał na orbicie księżycowej. Zadano mu takie pytanie: „Jak pan się będzie czuł, że pan zostanie na orbicie Księżyca, a pana koledzy polecą na powierzchnię Księżyca?”. Odpowiedź była zadziwiająca w dwóch aspektach. Po pierwsze taka bardzo komunistyczna, jak to w Stanach Zjednoczonych.
A zatem odpowiedział astronauta, że loty w kosmos to jest zawsze działalność zespołowa i albo tam doleci zespół, albo tam nie doleci nikt. W zespole jest tak, że się trzeba podzielić pewnymi rolami. Jemu przypadła właśnie taka rola. Ale druga część odpowiedzi była jeszcze zabawniejsza, bo powiedział, że on wraz z kolegami przebędzie 99,9 i tam jeszcze ile drogi na Księżyc. Tak naprawdę to, że on zostanie na orbicie, to jest z punktu widzenia tych odległości, które przebywają, zaniedbywalny margines. On właściwie tak jakby był na tym Księżycu. Ja wiem, że to była taka psychologiczna ze strony astronauty próba zracjonalizowania tego, że on jednak zostaje na orbicie. Ale Norman Mailer tego nie rozstrzyga. On to zostawia właśnie do takich przemyśleń, jak to w tej chwili. Nie odpowiada, co czuł naprawdę ten kosmonauta.
On tam sugeruje pewne rzeczy, ale tak naprawdę nie odpowiada. Sami musimy sobie odpowiedzieć, jak my byśmy się poczuli w takiej właśnie sytuacji. Takich momentów w tej książce jest bardzo dużo. To był zarzut, że on za bardzo psychologizuje, ale moim zdaniem, jeśli nawet nie wszystkie te rzeczy są celne i nie mówię tego po to, że znalazłem coś takiego, ale zakładam, że ktoś mógłby powiedzieć: „Ale tu niecelnie zanalizował sytuację psychologiczną”. Być może. Ale jeśli nawet coś takiego się zdarzyło, to jestem przekonany, że to, co wyszło spod pióra Normana Mailera, każdego z nas, każdego z czytelników, który podejdzie do tej książki życzliwie, skłoni do przemyśleń. Do tego, jak to jest być jednym z trzech ludzi, którzy oddalają się od Ziemi, którzy zbliżają się do innego ciała niebieskiego, których obserwuje praktycznie cały świat. Może poza Chinami, bo wtedy podobno Chiny niekoniecznie były aż tak zaprzyjaźnione ze Stanami. To eufemizm oczywiście. Natomiast moim zdaniem to był przykład oczywiście, ale tak jak powiedziałem, przykładów takich można by w tej książce znaleźć dziesiątki.
Norman Mailer takimi drobnymi kroczkami, takimi opisami, troszeczkę naokoło, wrzuca nas w pewne sytuacje. To tak zabrzmi patetycznie znowu, ale skoro dzisiaj o patosie mówimy, w sytuacje egzystencjalne innych ludzi wrzuca nas Norman Mailer. Ja mu za to bardzo dziękuję. Wiktorze?
[48:23] - Tak. W tym, co mówiłeś na samym początku, pojawiły się komentarze à propos tej względności czasu, czyli te 50 lat temu, jak to rzeczywiście było, jak to rzeczywiście się odbywało w Stanach Zjednoczonych. Ten patos amerykański bardzo przypominał patos radziecki zawsze albo polski również. Daleko było od takiej racjonalności reszty współczesnej Europy. I dzisiejszej. Natomiast trzeba pamiętać, że ten relatywizm pisarza i tego, co on pisze, trwa, bez przerwy trwa. Może na przykładzie książki Normana Mailera, a ja się odniosę do tej książki troszkę z innej perspektywy. Norman Mailer tak opisuje start Apollo. Nie możemy sobie tego przypomnieć, ale możemy sobie wyobrazić sytuację, jaka towarzyszyła wodowaniu każdego statku w średniowiecznym Londynie albo w XX-wiecznym Gdańsku w Polsce. To było wielkie misterium, ogromne.
W Polsce zbierało się prawie całe Trójmiasto po to, żeby wodować jakiś statek. Z tym patetycznym rozbijaniem butelki szampana, pasowaniem jakiejś matki chrzestnej jako matki tego statku i tak dalej. Przecież można się postukać w głowę, ileż w tym patosu. Dzisiaj tego patosu już nie ma. Pozostała rutyna, czyli każdy statek jest jakoś tam wodowany, przecina się wstążkę jakąś, rozbija jakąś butelkę, idzie się potem do pubu i koniec, kropka. Ale kiedyś to było wielkie wydarzenie. Na wodowanie statku w średniowiecznym Londynie z całą pewnością zbierał się cały Londyn. I tak było w Londynie, tak było w naszym Trójmieście i tak było w Stanach Zjednoczonych. Czy my mamy dzisiejszym językiem opisywać albo dzisiejszą mentalność przestawiać do tego, co działo się kiedyś? W ten sposób możemy również opisywać, pisać powieść, w której koniec.
Szczególnie Belgowie zaczynają, że tak powiem, czarnych, ale nie można użyć słowa „czarnych” w Dosiecciu, że tak powiem. Z jakiego organizują sobie kolonię. Używając współczesnej mentalności, nie używać słowa „Murzyn”, nie używać słowa „czarny”, tylko ja nie wiem, z jakimi duchami ci Belgowie walczą i kogo mordują wtedy. „Znaj proporcje, mocium panie” — mawiał Zagłoba. Należy pewne rzeczy z właściwym rozsądkiem przedstawiać. Do czasu minionego przedstawiać tamten zegar, a nie współczesny. I do przyszłości również próbować sobie wyobrazić zegar przyszłości, a nie zegar ten, który odmierza godziny. Ja sobie naprawdę wyobrażam, w jaki sposób, jeżeli dzisiaj ktoś napisze świetną powieść obyczajową z Polski, w której trzeba chodzić w maseczkach, nie wolno wychodzić na ulicę i tak dalej, będzie się strasznie bulwersował tymi wszystkimi rzeczami. Jak ta powieść będzie czytana za 50 lat? Ludzie się będą śmiali: „O Boże, ale nudy!
Jak to, nie mogli wyjść na ulicę? Mogli sobie wyjść na ulicę, co najwyżej by zapłacili. A w ogóle, co to są pieniądze? Może już nie będzie”. I tak dalej. Dzisiaj obraz tej Polski zamaseczkowanej, zatrutej tym całym, nie tylko Polski, ale całej Europy i całego świata, jest taki, jaki jest. Za pół wieku będzie śmieszył, irytował czytelników i będą mówili: „Cholera jasna, nie mogli o czymś ciekawym pisać, tylko o jakichś takich tam szmatkach, noteskach”. Czołem.
[53:29] - Zerknę sobie na czat. PW: „Panie Marku, to, co mówił Collins, było z góry przygotowane przez PR-owców misji”. Zapewne. Nawet znając Amerykanów, to nawet nie zapewne, a na pewno. Dalej czytam: „Astronauci byli zarobieni-
[53:54] - Marku.
[53:54] - Tak?
[53:55] - Marku, ja przypomnę wszystkim, że to, co mówił nasz wspaniały prezydent Lech Wałęsa w Stanach Zjednoczonych, w Senacie czy przed całym Senatem, to też było przygotowane. Bo wszystko, co jest publiczne, jest właściwie przygotowane. Niepublicznie to można, że tak powiem, użyć rozporka, ale publicznie to wszystko należy robić estetycznie i elegancko. Taki świat jest skonstruowany. Gagarin również, kiedy wyleciał, zapewne miał dobrze teksty ocenzurowane przez Komitet Centralny Związku Sowieckiego. I dlatego powiedział: "O, ale tu pięknie" czy jakoś inaczej. Paweł.
[54:58] - Wiesz, z Gagarinem to było tak, że sam czytałem jeszcze czytankę na temat tego, jak on wylądował gdzieś tam na polu i taka kołchoźniczka jakaś była, on wyszedł do niej i tak dalej. Piękna opowieść. Tylko że samych wersji lądowania Gagarina na Ziemi jest kilka. Natomiast dokończę to, co jeszcze napisał PW. Astronauci byli zarobieni, skoncentrowani i wystarczająco zestresowani. Nie mieli czasu na mądroś--
[55:30] - Oj, chyba mamy jakiś problem znowu z połączeniem. Nie wiem, czy to u mnie. U mnie chyba raczej nie. Tym razem to Marka Żelkowskiego wywaliło. Marku, czy się słyszymy? Halo?
[55:40] - Jak pięknie brzmi cisza po Żelkowskim.
[55:44] - Oj tak. W ogóle cisza w radiu to jest sygnał, że coś się podczas audycji złego podziało. Niestety dzisiaj nas jakiś kac wpadek technicznych dopadł.
[55:57] - Zobacz Ivellios, a oni w tym Apollo byli tak daleko. Ja sam ich oglądałem w telewizji i słuchałem tego, co gadają. Jakoś nie było wielkich przebojów, bo ta technika była jeszcze bardzo mechaniczna, a nie taka elektroniczna.
[56:23] - Niestety chyba mamy jakiś głębszy problem, jeżeli chodzi o połączenie z Markiem Żelkowskim. Przepraszam najmocniej.
[56:35] - Prawie jak psychologia Normana Mailera. Ivellios ma głębszy problem. Ciekawe, co go tak dręczy, a właściwie co dręczy jego smartfona czy co dręczy jego urządzenia wszystkie. Ivellios ma głębszy problem.
[56:58] - Zobaczymy, czy Marek Żelkowski odebrał wiadomość. Niestety, chyba Marek właśnie zdał sobie sprawę, że mówi do mikrofonu, a nikt go nie słyszy, bowiem nawet na messengerze go nie ma. Także zaraz z telefonu stacjonarnego zadzwonimy do Marka Żelkowskiego i uświadomimy mu, że musi powtórzyć wszystko to, co mówił przez ostatnie kilka minut.
[57:23] - Zanim Marek będzie się powtarzał, on się bardzo lubi powtarzać, to ja może skomentuję tą całą sytuację. Przecież zobaczcie, że my mamy w tej chwili doskonały przykład pierwszej wyprawy na Księżyc. My, ja i Żelkowski jesteśmy już gdzieś tam w dole, gdzieś głęboko. Ivellios siedzi w centrum dowodzenia tą wyprawą na Księżyc i próbuje z nami nawiązać kontakt. Ale myśmy gdzieś utonęli w tej przestrzeni. Może jesteśmy po odwrotnej stronie Księżyca. Jesteśmy cholernie daleko. Przecież to jest bardzo podobny obrazek, tylko że na dzisiejsze czasy. W tamtych czasach było to tak prosto i jasno. Jeszcze nie było takich problemów.
Człowiek na Ziemi był zawsze daleko jeden od drugiego, a w tej chwili dzięki internetowi zwykle jesteśmy bardzo blisko. Nie fizycznie, ale przynajmniej symbolicznie sami siebie. Ale tak naprawdę jesteśmy cholernie daleko.
[58:38] - Jestem, widzę.
[58:39] - Halo? Właśnie chciałem ci zakomunikować, że cię nie słychać.
[58:43] - A dawno mnie nie słychać? Od jakiego momentu?
[58:46] - Zaraz zobaczymy. Od jakichś pięciu minut.
[58:49] - O kurczę, a co się dzieje?
[58:51] - Właściwie to sześć minut. Jesteśmy sami z Wiktorem.
[58:58] - A coś mówicie?
[59:01] - Coś tu Wiktor komentował, że niby jesteśmy blisko dzięki internetowi, a tak naprawdę się okazuje, że jesteśmy strasznie daleko. Jak była ta transmisja z Księżyca, to jakoś lepiej szło niż dzisiejsza audycja.
[59:17] - Niestety. Ja spróbuję się połączyć w tej chwili przez drugie, ale to jest słabsze połączenie. Nie wiem, jak to z tym wyjdzie, bo router mi znowu też wywalił. Czy my jesteśmy na antenie w tej chwili?
[59:29] - Jesteśmy na antenie, słyszymy się. Chyba się panowie słyszycie, tak? Panie Wiktorze, czy słyszy pan Marka?
[59:35] - Ja słyszę go bardzo dobrze i pana Marka również. Natomiast ja może skomentuję tą rzecz bardzo prosto i jasno. Otóż ludzie powinni się kontaktować między sobą bezpośrednio, bez użycia jakiejkolwiek techniki, bez żadnych protez. Powinni się kontaktować przy piwie, przy ognisku, w łóżku albo gdziekolwiek indziej i tak dalej, bez pomocy jakiejkolwiek techniki. Technika zawsze będzie zawodna. Przyroda wymyśliła nam wystarczającą ilość wymysłów, żebyśmy się mogli kontaktować bezpośrednio z pełnym 100% powodzeniem. A jeżeli my się protezujemy, to w końcu mamy to, co mamy, że kontakt zanika, wszystkie więzania społeczne pękają w szwach i my istniejemy każdy w swoim domu. Paweł.
[01:00:40] - Ta dzisiejsza sytuacja przypomina mi czasami, bo Marek, z tego, co słyszę, wrócił na łono internetu. Przypomina mi to, jak słuchałem niedawno Radia Tok FM. Audycja, która miała być z gościem, a która przez pandemię odbyła się właśnie przez internet.
[01:00:58] - Oczywiście audycja była realizowana przez internet, przez Skype'a czy inny komunikator i nagle gościowi internet całkowicie wywaliło. Desperacka próba dodzwonienia się na telefon do gościa i komentarze prezentera, że niech się już ta pandemia skończy, niech już będzie znowu możliwość spotkania się w cztery oczy w jednym studiu. Matko Boska! To jest jakaś norma, bo wczoraj Mazurek w Radiu RMF również utracił gościa po 10 minutach i już się nie udało do niego dodzwonić, nie udało się z nim skontaktować, przywrócić połączenia. I właściwie rozmowa Mazurka ograniczyła się do tego, co normalnie jest emitowane w radiu. Części internetowej już po prostu nie było. Teraz jestem w tak zwanej czarnej dziurze, bo nie wiem, ile z tego mojego gadania, okazuje się, że kilka minut mówiłem w powietrze, więc nie wiem, ile się przedostało. Czy ten fragment, w którym mówiłem o nadmuchiwanej rakiecie jeszcze się przedostał na antenę?
[01:02:06] - Nie.
[01:02:06] - Czy już nie? Nie. Powiem tak: mówiliśmy o tym, jaki patos stosuje Norman Mailer, sporo tego patosu zacytowałem zresztą. Otóż moim zdaniem on miesza, pokazuje, jakie jest nasze życie, że nasze życie jest mieszaniną patosu i codzienności, nawet prymitywizmu. Opisuje taką scenę, że kiedy wraca z pola startowego, widzi na poboczu ciężarówkę, na szczycie której, na pace jest nadmuchiwana rakieta, na której napisane jest: „Good luck, Apollo 11”. Ktoś by powiedział: tani chwyt. Okej, ktoś się w ten sposób zabawił, ale z drugiej strony ktoś musiał włożyć pewną pracę, żeby tę rakietę, już nie mówię, żeby nadmuchać, żeby ją stworzyć, żeby ją umieścić na tej pace, żeby po prostu ona tam była. Czy to jest jakoś specjalnie fajne? Nie wiem. Komuś się podobało, bo Stany Zjednoczone, nie zapominajmy o tym, to jest takie zderzenie właśnie patosu i ludyczności, codzienności.
My tak uwielbiamy się w Polsce śmiać z disco polo. To jest synonim. Jak chce się coś bezpiecznie wyśmiać, żeby wszyscy się obśmiali, to się mówi disco polo. I wtedy wszyscy: „Ha ha, jakie to śmieszne i głupie i prymitywne”. Ale znowu powiem, też prymitywnie, że jeszcze nie widziałem wesela, na którym ludzie jeszcze przed dwunastą w nocy nie bawiliby się świetnie przy kawałkach disco polo. Więc jak to jest z tym patosem i z tym prymitywizmem, taką codziennością, przaśnością? Bywa różnie. Norman Mailer pokazuje, że wielka, wspaniała Ameryka, która wysyła trójkę ludzi w kosmos z jednej strony, a z drugiej strony właśnie naddymana, nadmuchiwana rakieta z napisem „Good luck”. Ale to też przejaw patriotyzmu, przejaw jakiegoś zaangażowania na swój sposób. Jeszcze kolejna rzecz, którą przytacza Norman Mailer, bo życie toczy się, pomimo że trzech astronautów jest na orbicie i szykuje się do opuszczenia tej orbity i lotu w kierunku Księżyca.
To cóż się takiego wydarza? Otóż słyszymy spikera radiowego, który mówi: „Proszę państwa, zapraszamy na wyprzedaż z okazji startu Apollo 11”. Tak, bo życie toczy się dalej, bo Apollo 11, jego lot również może sprzedawać coś atrakcyjnego. Może pokazywać, że u nas jest fajniej niż u nich, bo my reklamujemy Apollo 11, a nasi konkurenci nie. Otóż tak wygląda życie. Zderzenie patosu i przaśności. Moim zdaniem Norman Mailer świetnie to pokazuje. Jego Ameryka, którą przedstawia w swojej książce, właśnie taka jest. Niejednoznaczna. Z jednej strony jest wielka, z drugiej strony bywa nawet podła.
Bywa prymitywna, głupia. Bywa niesmaczna wreszcie. Wspominałem w ostatniej audycji o tym, że w tym czasie, kiedy Apollo zmierzał w kierunku Księżyca, to gdzieś tam na broadwayowskiej scenie pokazywany był musical, w którym naga para spółkowała na scenie. I to było bardzo nowoczesne, bardzo trendy. Takie, że ludzie: „O, wreszcie coś fajnego jest”. Ja wiem, proszę państwa, czy naprawdę to jest rzecz, którą należy pokazywać na scenie. Nie mówię, że nie wolno. Nie w te klimaty uderzajmy. Wolno, tylko po co? Jeżeli komuś to pasuje, to oczywiście jak najbardziej.
Natomiast to jest moim zdaniem siła książki Normana Mailera. Być może to jest prosta, może prostacka konstatacja, ale takie jest nasze życie, takie było życie Stanów Zjednoczonych 50 lat temu. Takie jest życie w Polsce. To nieustanne mieszanie się codzienności, przaśności z czymś wielkim. Cóż, taka mnie refleksja naszła, Wiktorze.
[01:06:51] - Dlaczego w takim razie współcześni pisarze nie opisują współczesnej Polski również przez pryzmat takich zdarzeń jak ten? Wspaniały aktor w poznańskim teatrze, który na scenie, akurat we współczesnej Polsce, robi kupę, po czym zjada własne gówno. Strasznie fajny dowcip i fajna rzecz, którą robiono już nieokrotnie przez setki lat na różnych pokazach, żeby zbulwersować kogoś, ale tutaj odkrycie Ameryki. Polski aktor robi rzecz genialną. No i teraz opisujmy to. Jakoś Normana Mailera w polskim wydaniu nie ma. Nikt tego nie opisuje, nikt się nie zachwyca tą polską przeszłością i tak dalej, albo nowoczesnością. To tak na marginesie.
[01:07:53] - Tak, to bardzo dobry margines jest, Wiktorze, bo tak zupełnie niechcący, jakby mimochodem, w co nie wierzę, obnażyłeś pewną rzecz, która wydaje mi się bardzo istotna dla tej książki. Otóż Norman Mailer pokazuje, że, nie raz już mówiłem w tej audycji, z drugiego brzegu widać lepiej, że właśnie w kontraście takie rzeczy są widoczne. U nas niestety nikt nie wyprawia nikogo z Polski na Księżyc, chociaż pewno niektórych by się przydało.
[01:08:41] - Dwóch próbowało.
[01:08:42] - W związku z tym nie ma tego kontrastu, nie ma co pokazywać. Moim zdaniem to jest ten problem. Tak, dwóch próbowało, ale to jest moim zdaniem ten problem, że nie mamy punktu odniesienia. I ponieważ wielu literaturoznawców, wielu komentujących współczesne pisarstwo w Polsce biadoli nad tym, że nie wzięła nam „Wesela”, że nie pewne współczesne, że ten z pisarzy, ja nie jestem tego pewien, co mówię w tej chwili, nie trafili w decyzy tego, co się w tej chwili wokół nas dzieje. Moim zdaniem to nie jest usprawiedliwione, ale rzeczywiście cierpimy na niedosyt. Cierpimy na coś takiego, że nikt takiej syntezy naszego społeczeństwa w Polsce właściwie nie dokonał. Nie pojawia się w przestrzeni publicznej. To na przykład książka, którą omawialiśmy, czyli „Król”. Ona dokonała syntezy Polski przedwojennej. Tam taką syntezę, dosyć subiektywną, ale jednak otrzymujemy.
To jest pewne zwarte dzieło. Natomiast jeśliby taką książkę próbować znaleźć, taką książkę o naszej współczesności, to chyba brakuje nam Wyspiańskich od „Wesela” i takie „Wesela” nie powstają na nasz temat. A znowu, zachowując pewne pełne proporcje, to wydaje mi się, że to, co zrobił Mailer, to jest takie amerykańskie „Wesele” końcówki lat 60. Mówię, zachowajmy proporcje, ale pamiętajmy o tym, że on właściwie nie napisał książki. I tu pewno zleceniodawcy, myślę, że się z nim nie targowali o honorarium, ale myślę, że nie byliby do końca zadowoleni, gdyby uświadomili sobie, że Norman Mailer nie napisał książki o tym, że człowiek poleciał w kosmos. Człowiek poleciał na Księżyc. Moim zdaniem Norman Mailer napisał książkę o ówczesnej Ameryce. To powtarzam po raz kolejny, ale to jest taka moja obsesja względem tej książki. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wiktorze?
[01:11:28] - Ja miałem akurat przerwę w kontakcie z tobą. Nie słyszałem ciebie. Natomiast à propos takich rzeczy, że być może w prozie współczesnej polskiej nie ma takich rzeczy na miarę Normana Mailera, takiego komentowania współczesności, rzeczywistości. Ale po zastanowieniu się stwierdziłem, że są takie książki, tylko że niestety nie są literaturą piękną. Nie są powieściami. Takimi książkami są, Marku, książki Rafała Ziemkiewicza. Takie trochę political fiction, takie analizy jego sytuacji, że tak powiem, społeczno-politycznej. Te analizy nie są niestety powieściami. Gdyby były powieściami, toby się czytały świetnie. Natomiast są tak samo bolesne, bardzo brutalne, bardzo uderzające w polską rzeczywistość i gdyby to były powieści, to literatura polska byłaby bardzo bogata.
A tak to cóż, political fiction się trochę wzbogaca, ale nie powieść.
[01:12:50] - Nie słyszałeś, to tylko zrekapituluję, że my w Polsce, wspomniałeś o Ziemkiewiczu. Być może, ale myślę, że my cierpimy w tej chwili. Ja porównałem książkę Mailera do „Wesela”. Takie amerykańskie „Wesele”. On po prostu dał Przegląd amerykańskiego społeczeństwa końcówki lat 60. To jest książka o tym i moim zdaniem świetna książka. To nie jest książka o locie w kosmos, o locie na Księżyc. Chociaż jest, nie przesadzajmy, ale ja rozumiem świetnie. Oczywiście wyzućwiliłem się już, więc teraz mogę rozumieć. Rozumiem te recenzentki, którym wydawca zapowiedział, że to jest książka o tym, jak człowiek poleciał na Księżyc.
Może to wina troszeczkę wydawcy, że eksponował pewien fragment tej książki, ale moim zdaniem to jest książka nie do końca o locie na Księżyc, chociaż też. Ale to jest książka o tym, jaka była Ameryka 50 lat temu. Tak jak powiedziałem w pewnym momencie audycji, tej Ameryki już nie ma. Nie istnieje. Ale nawet ze względów czysto literackich jest fajnie poznać taką Amerykę, bo może ktoś z państwa, może ty Wiktorze, może ja, może któryś z naszych słuchaczy zechce tam kiedyś umieścić akcję swojego opowiadania. To dobrze jest wiedzieć, jak ta Ameryka wyglądała, dobrze czuć tę atmosferę i moim zdaniem w książce Mailera świetnie tę atmosferę czuć. Tam po prostu widać, jak to się wszystko kitłasiło, jakie to było dziwne w gruncie rzeczy. Stany Zjednoczone wysyłają człowieka w kosmos, wysyłają człowieka na Księżyc. To z jednej strony. Z drugiej strony dzieci kwiaty, wojna w Wietnamie, ta spłukująca para, ta rakieta nadymana na ciężarówce i spiker w radio komercyjnym, który robi biznes.
Tam go interesuje akurat lot na Księżyc. Może też, ale tak naprawdę kasa się liczy. To być może są takie proste konstatacje, ale z takich prostych rzeczy składa się nasze życie i zdaje się, że trzeba być niezłym pisarzem, żeby to po pierwsze złapać i umieścić w swojej książce. Po drugie odpowiednio naświetlić i wyeksploatować w tejże książce. To jest moim zdaniem siła książki Normana Mailera. Wiktorze.
[01:15:33] - Może tylko dodam jedną rzecz do tego, co mówiłeś. Tych Ameryk, których już nie ma, było dużo, dużo więcej. Tych Polsk, których już nie ma, było kiedyś całe mnóstwo, ale ich już nie ma. Natomiast rolą pisarzy, szczególnie jeśli piszą rzeczy współczesne, jest to, żeby pozostawić w tej zakorkowanej butelce, wrzucić na wodę jakąś wiadomość, sygnał z opisem tego zdarzenia przed kolejnym potopem. Tych Ameryk, jak powiedziałem, już nie ma. Ja przypomnę Markowi, że my od samego początku audycji przymierzaliśmy się do takiej mojej ukochanej książki francuskiego arystokraty Tocqueville'a „O demokracji w Ameryce”. Tej Ameryki, którą tamten arystokrata francuski opisywał, nie ma. Już 100 lat wcześniej zniknęła z powierzchni ziemi niż ta Ameryka Normana Mailera. Książka o demokracji w Ameryce wydawałoby się, że też mówi o demokracji. Nie.
To znaczy i tak. Właściwie jest największym kompendium wiedzy na temat tego, jak sobie ludzie kiedyś wyobrażali demokrację. Z tą demokracją, która dzisiaj szaleje po świecie, tamtą demokracją, również tamtej Ameryki nie ma nic wspólnego. Ale to jest tak: książka Tocqueville'a jest o demokracji, o Ameryce, o człowieku w Ameryce, w ogóle o wszystkim i tak dalej. I dlatego jest genialną książką. Tak samo książka Mailera. Nie możemy naszej miarki, naszego czasu przykładać do tamtych arcydzieł. Chociaż czemu nie? Do Mony Lisy i do Davida, że tak powiem, przykładamy współczesną miarkę, bo jeszcze nam nie obrzydły. Dobrze, to by było tyle komentarza mojego.
[01:18:08] - Przekonujemy się, czytając książkę „Na podbój Księżyca”, że Norman Mailer był, niestety nie żyje, zmarł w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku, człowiekiem niezwykle przenikliwym. Człowiekiem, który nie poddawał się tak zwanym ogólnym trendom. Bo o czym wtedy myślał cały świat? O czym myślały Stany Zjednoczone, ich obywatele? O czym myśleliśmy my tu w Polsce? Wysłaliśmy człowieka na Księżyc. Cały kosmos stoi przed nami otworem. Będziemy tam już niedługo eksplorować planety. Sam miałem książeczkę na początku lat 70., w której były przewidywania, kiedy my umieścimy stacje orbitalne na orbicie Marsa, kiedy będziemy eksplorować księżyce wielkich planet i tak dalej. Wszystkie daty już minęły, proszę państwa.
Zupełnie się książka zdezaktualizowała, a nawet nie potwierdziła. Ale abstrahuję od tego. O co chodzi? Otóż wtedy wszyscy byli podekscytowani, jakżeż to człowiek wkroczył w kosmos i teraz będzie kroczył. No tak, ale o ile pierwsza wyprawa ruszyła na Księżyc w 1969 roku, to bodajże ostatnia, już nie pamiętam, była w 1972. Musiałbym sprawdzić. Najpóźniej 1973, ale wydaje mi się, że w 1972 roku. Ile od tego czasu minęło, że tak się zapytam? Prawie 50 lat. Prawie 50 lat od ostatniej wyprawy na Księżyc i koniec, proszę państwa.
Pół wieku zajęło nam niedotarcie na Księżyc. Podobno za kilka lat wyląduje tam pierwsza kobieta i w ogóle wrócimy na Księżyc. Już kilka razy tego rodzaju wersję słyszałem, tego rodzaju opowieści, więc może tak będzie, może nie. Natomiast Norman Mailer się temu nie poddał. On patrzył na to wszystko chłodno i coś państwu zacytuję. „Był jeszcze inny powód, dla którego nie mógł wytworzyć w sobie wyrazistego obrazu nadchodzącego dziesięciolecia. Niejasne przeczucie katastrofy kierowało kompasem jego wizji. Nie był wcale pewny, czy dziesięciolecie nie będzie się różnić w sposób diametralny od wszystkich pozostałych. Jeśli kosmos jest łaskawy, wówczas będziemy dalej” i tu jest błąd tłumacza, będziemy dalej kontynuować. Ale puśćmy zasłonę milczenia.
„Będziemy dalej kontynuować tę przygodę i jeszcze kiedyś artyści wyruszą w podróż wraz z astronautami. Wyobrażacie sobie ten piękny dzień, w którym Aquarius będzie mógł nazywać się pierwszym pisarzem na Księżycu? Nic z tego. NASA będzie głosować za zupełnie innym pisarzem”. Proszę państwa, okazuje się, że Norman Mailer miał rację. Nie poddał się temu ślepemu, owczemu pędowi, temu hurraoptymizmowi, że teraz już wszystko nasze. Gdzieś tam pobrzękuje w tym cytacie, który przedstawiłem, to, że on wcale nie był tego taki pewien, że owszem, teraz jest wielkie święto, ale to święto się skończy. I miał rację. Kiedy czytamy wspomnienia późniejszych astronautów, to dowiadujemy się, że przy ostatnich misjach na Księżyc zainteresowanie było marne. To nie tylko nie trafiało na pierwsze strony gazet, ale z trudem w ogóle przedostawało się na jakieś pośrednie strony, że gdzieś tam ludzie polecieli na Księżyc po raz kolejny.
To nie była żadna wiadomość. I Norman Mailer nie potrafił tego sprecyzować, ale czuł to i to widać wyraźnie na podstawie tego cytatu. Być może taka jest nasza rzeczywistość, ale ja naprawdę nie potrafię sobie... Ja sam pamiętam te czasy, kiedy w 1975 roku ja byłem przekonany, że znacznie przed tym czasem, w którym jestem obecnie, ja już będę podróżnikiem w kosmos. Trochę na zasadzie tego artysty, nie jako odważny eksplorator, tylko raczej jako taka przyczepka. Człowiek, który po prostu w kosmos się wybrał. Życie zweryfikowało ten pogląd, a o tyle boleśnie, że wyobraźcie sobie państwo, pierwsza wyprawa na Księżyc, 1969 rok. Ile czasu, zadajcie sobie państwo to pytanie, upłynęło od momentu, kiedy, już nie mówię o braciach Wright, ale kiedy pierwsze samoloty weszły na przykład do służby wojskowej, I wojna światowa do 1969 roku? Mniej więcej też pół wieku. A jak wyglądały samoloty w I wojnie światowej, a jak wyglądały samoloty w 1969 roku?
I teraz przez malutkie porównanie, jak wyglądały samoloty w 1969 roku, a jak wyglądają w roku 2020? Rzeczywiście są to inne samoloty, ale czy one się różnią o taką klasę? Znawca awiacji powie: „Tak, one się zupełnie różnią. Komputery, szmery, bajery i tak dalej”. No dobrze, ale czy one potrafią aż tyle więcej? Czy to jest zmiana jakościowa? Ilościowa na pewno. Trudno pewno by je porównać. Ale czy nastąpiła zmiana jakościowa, czy tylko ilościowa? Czy mogą więcej, mogą dłużej i tak dalej?
Czy to są zmiany czysto ilościowe? Czy nastąpiła zmiana jakościowa w lataniu samolotem? Chyba nie. A czy nastąpiła zmiana jakościowa w naszym lataniu w kosmos? Jeśli nastąpiła, to czasami, ale tylko czasami. Mam takie wrażenie, że na niekorzyść. Sam słyszałem komunikat, że niektóre technologie z wyprawy z tego programu Apollo się zagubiły i w ogóle dzisiaj trudno je odtworzyć. Naprawdę, proszę państwa, coś się stało z naszą cywilizacją i te ostatnie 50 lat to jakby takie 50 lat wyrzucone, oczywiście pod kątem technologii może nie, może właśnie kosmicznej technologii troszeczkę wyrzucone na śmietnik. I tu mi się zaraz przypomina to, o czym mówił Tomek Fąs, że może to się po prostu komuś nie opłaca. Po cholerę tam latać?
Żadnych korzyści czysto ekonomicznych z tego nie ma. To po co? Po co tam latać? Ale teraz nadchodzą czasy, kiedy znowu trzeba się podpisać.
[01:25:23] - Marku, mówisz o tym, co Tomek Fans już mówił we wcześniejszych felietonach, czy co powie w dzisiejszym?
[01:25:30] - We wcześniejszych felietonach, a to, co powie w dzisiejszym, to państwo dopiero usłyszą. Natomiast tak, do tego nawiązuję, co Tomek mówił we wcześniejszych felietonach, że to się po prostu nie opłaca. I chyba się komuś rzeczywiście nie opłacało, a teraz z jakiegoś powodu się opłaca. Może się to opłaca politykom i dlatego za kilka lat, tak przynajmniej Stany Zjednoczone zapowiadają, kosmos stanie znowu przed nami otworem i znowu będziemy snuli swoje marzenia o tym, gdzież my to nie dolecimy. A może komuś znowu przestanie się opłacać? Może to znowu przestanie być trendy, może to znowu przestanie być zajmujące i okaże się, że sorry, winę tu, ale nie polecimy jednak. Może za 10 lat. Tak mi to przyszło do głowy. Wiktorze?
[01:26:22] - Słuchaj, jeśli mogę skomentować, co mówiłeś. Światem rządziły i rządzą różne rzeczy. Kiedyś, bardzo niedawno rządziła światem ekonomia. Dzisiaj ekonomia nie ma wielkiego znaczenia, wbrew pozorom i wbrew naiwności tych, którzy w ekonomię myślą, o ekonomii myślą. Ale w każdym razie przedtem rządziła światem żądza zdobywców, żądza władzy jakichś Napoleonów, Bismarcków i tak dalej. Dzisiaj światem rządzą newsy, po prostu. Newsy, które trafiają na poleczko tych wszystkich ludzi, którzy chcą, żeby świat był taki, jaki oni chcą, a nie taki, jaki jest. Zresztą nie wiadomo, jaki on jest. Natomiast ważne, żeby był to news. Jeśli to nie jest news, to jest już rzecz nieważna, nieistotna, nie ma jakiejkolwiek mocy sprawczej.
Sprawczą moc dzisiaj mają wyłącznie newsy. I dlatego bardzo pięknie to wybrzmiewa to, że właściwie kogo to interesuje w jakichkolwiek gazetach czy jakichkolwiek portalach współczesnych, czy ktoś znowuż gdzieś poleciał, czy ktoś wysłał je. Jeżeli wysłał jeszcze jakiś samochód swojej produkcji na orbitę, to to jest jeszcze news, nie? Jak wyśle tam swoje gacie albo skarpetki, to też to będzie news, nie? Ale jak sam wyszlera, po cholerę? Ona już była.
[01:28:17] - Kilka słów komentarza odnośnie czata. PW: „Panie Marku, pierwszym pisarzem na Księżycu będzie Munkej”. Obawiam się, że niestety nie. PW: „Byli piloci, którzy latali na dwupłatach, a potem na odrzutowcach w Korei”. Zapewne. I to już świadczy o tym, jak wtedy szybki postęp był. A tu jest zdanie, z którym się nie zgadzam. PW: „Panie Marku, zmiana jakościowa w lataniu na samolotach jest kosmiczna”. To pytanie znowu o definicję. Ja wcale nie kwestionuję tego, że współczesne samoloty F-35 to są zupełnie inne samoloty niż te, które latały w 69.
roku. Ale mówiąc o zmianie jakościowej, mówię o zmianie zupełnie innej. Co robią samoloty współczesne? Latają. To jest ich główne zadanie. To, że one latają przy takim czy śmakim wspomaganiu, czy mają inne silniki, czy w ogóle ta awionika jest zupełnie inna w ogóle, ale de facto da się to sprowadzić do tego, że latają. I tak samo da się to sprowadzić też do tych samolotów, tych dwupłatowców z pierwszej wojny światowej. Dokładnie tak można by powiedzieć.
[01:29:35] - Marku!
[01:29:36] - Właśnie.
[01:29:37] - Marku, przypomnę ci nasz spór z początków audycji, kiedy ja śmiałem, że tak powiem, ciebie, kierowcę, potraktować stwierdzeniem, że samochody sprzed 100 lat nie różnią się niczym od samochodów współczesnych. Ty jako kierowca byłeś śmiertelnie oburzony, bo twierdziłeś, że one mają tam wspomagania, system prowadzenia kierownicy, wszystko jest zupełnie inne. A ja twierdziłem, to, co ty dzisiaj twierdzisz o samolotach, że samochód 100 lat temu miał przenieść człowieka z punktu A do punktu B. I ten samochód się robi.
[01:30:17] - Zgoda.
[01:30:19] - Nic się nie zmieniło. Nic.
[01:30:23] - Bo to jest tak, Wiktorze, jak się nie określa ściśle granic albo nie definiuje pojęć na początku, idąc za tropem filozofii analitycznej. Bo jak się rzuca stwierdzenia ogólne, to później się ma taki plon. Ty zebrałeś plon w postaci samochodu, a ja w tej chwili dyskutuję o samolotach. Znowu określmy sobie jakość. Na czym polega ta jakość? Bo bezdyskusyjne jest, że samochód współczesny i samochód ten sprzed 100 lat, jeśli chodzi o jakość jazdy, to są zupełnie różne samochody. Ale jeśli chodzi o różnicę jakościową, bo to są dwie rzeczy, różnicę jakościową, to nie ma specjalnej różnicy. One jadą i to jest ich główne zadanie. Podam przykład: gdyby te samochody nagle zaczęły latać, to to byłaby zmiana jakościowa. I teraz znowu przez analogię, gdyby się okazało że te samoloty z końcówki lat 60.
latały jako odrzutowce, a te nasze współczesne potrafią nie tylko latać w powietrzu, ale potrafią też wylecieć w kosmos na orbitę, to byłaby zmiana jakościowa. Ja nie mówię o jakości pracy pilota, czy jakości tego, jak te samoloty latają, tylko o zmianie jakościowej. To zupełnie dwie różne rzeczy. Teraz rzut oka na czat. Redox: „50 lat temu nie było rakiet wracających na Ziemię”. Redox: „To znaczy rakiet kosmicznych lądujących na platformach na Ziemi. Wiele rzeczy robią”. Robią, to prawda. Wszystko to prawda, ale jakoś tak kurna wolno. 50 lat minęło, przypomnę, od ostatniej wyprawy.
Prawie 50 lat od ostatniej wyprawy na Księżyc. Redox: „Nadzieja na kolejne zmiany jest w ambicjach SpaceX, moim zdaniem”. Moim zdaniem też. Ale kasa robi wiele rzeczy. PW: „Nie”. PW: „Właśnie tak, panie Marku, he he”. Nie wiem, do czego to „he, he” się odnosi, ale zakładam, że do czegoś dobrego. W każdym razie, proszę państwa, przerwijmy na chwilę nasze spotkanie z Normanem Mailerem i z problemami księżycowo-kosmicznymi. Posłuchajmy tego felietonu, który zapowiedział Ivellios, bo czas byłby już najwyższy oddać głos Tomkowi Fąsowi.
[01:33:01] - Bajeczki o podbijaniu. Nie da się ukryć, że sam jestem już troszeczkę tym znudzony. Jednak temat dzisiejszej audycji wymusza, żebym po raz kolejny opowiadał państwu o tym, jak niemożliwym, nierealistycznym oczekiwaniem jest wizja podboju czy też zaludnienia kosmosu. Oczywiście pewne projekty się udają. Misja Apollo 11 jest tego oczywiście najlepszym przykładem oraz misje kolejne. Czerpiemy wiele korzyści na przykład z podboju orbit dokołaziemskich, systemu satelit, czy to komunikacyjnych, związanych z geolokalizacją. Więc to działa. Być może, co już wydaje mi się pewną pieśnią przyszłości i pobożnym życzeniem, kiedyś w końcu uda nam się jakieś konkretne korzyści z tego Księżyca pozyskać. Nie wiem, ten cały Hel-3, czy co oni tam jeszcze próbują. Być może.
Póki co już to wydaje mi się trochę sprzeczne z prawami fizyki. Różne cuda świat widział. Póki co nie widać realnej perspektywy, ale to jest jeszcze taka odległość, że to ma jakiś sens. Natomiast jakiekolwiek ekspedycje, zwłaszcza z udziałem ludzi, dalej niż na Księżyc, wydają się fantazyjne. Oczywiście czym innym są stosunkowo niewielkie przedmioty, jak sondy, które badają przynajmniej nasz układ, ale to są obiekty techniczne niewielkich rozmiarów. Tutaj kluczowym elementem jest rozmiar. I też brak oczywiście obecności człowieka, którego trzeba tam jakoś utrzymać, wyżywić na pokładzie tego statku kosmicznego i utrzymać przy życiu, przy zdrowiu, co nie jest takie oczywiste. Kosmos, proszę państwa, jawi się jako miejsce wyjątkowo nieprzychylne dla utrzymania życia ludzkiego. Już nawet samo pozostawanie przez dłuższy czas w stanie nieważkości jest bardzo niezdrowe, co nieraz udowadniano. Wyszła pozycja na ten temat, najsłynniejsza chyba książka Scotta Kelly'ego pod polskim tytułem „Nieziemskie wyzwanie”.
Już tam autor zwraca uwagę na różne koszty zdrowotne długiego, rocznego pobytu w przestrzeni kosmicznej. A przecież zdaje się, że podróż na Marsa to jest mniej więcej taka perspektywa. Nie wydają się też realistyczne wizje fantastów na temat ark, wielkich pojazdów, gdzie mielibyśmy wielopokoleniowo w ten kosmos lecieć i któreś tam kolejne pokolenia miałyby dopiero dożyć celu. Problem z tego typu wizją jest taki, że właśnie rzeczone problemy zdrowotne, a już tym bardziej rozmnażanie się w przestrzeni kosmicznej nie jest takie proste. Przeważnie nie wychodzi. Zdaje się, że były jakieś eksperymenty na zwierzętach i to nie wyszło. Okazuje się, że grawitacja, że tu wszystkie fizyczne warunki na Ziemi są powiązane. Nasza biologia, działanie naszego organizmu jest ściśle przystosowane do określonych ciśnień, do określonych obciążeń grawitacji i bez tego to przestaje dobrze działać. A zatem znowu raczej jakaś forma pośrednia. Jeżeli wysyłamy bezzałogowe pojazdy kosmiczne, to czym dalej, tym większym problemem staje się komunikacja z takim pojazdem.
Już poza Układem Słonecznym to jest straszny problem. Odkrywanie Plutona i okolic jego to już był duży problem komunikacyjny, który dużym szczęściem się tam udało jakieś informacje pozyskać. I proszę państwa, wydaje mi się, że ja wbrew pozorom tutaj nie sieję herezji, nie odkrywam Ameryki. To jest stan wiedzy, który gdzieś tam przebrzmiewa od czasu do czasu w różnych wypowiedziach. Możemy się natknąć na poważnych naukowców, którzy mówią o tym, fizyków czy techników właśnie, którzy mówią o tym, że ten podbój kosmosu nie jest realistyczny. Czemu mimo wszystko to robimy? To jest chyba troszeczkę jak ze zdobywaniem szczytów. Nie ma w tym dużo logiki, ale wizja piękna. Nie dlatego, że to jest łatwe, lecz dlatego, że to jest trudne, jak mawiał prezydent Kennedy, zdaje się. Jest to jakieś wyzwanie.
Nieraz się zwraca uwagę na różne korzyści naokoła tego podboju kosmosu, że tam się nowe technologie rozwijają. Wiecie państwo, to troszeczkę tak jest, jak kiedyś było z grą w szachy. Szachy też nakręcały ogromny biznes, emocje. Jeszcze w czasach tych słynnych pojedynków amerykańsko-rosyjskich podczas zimnej wojny, kiedy te mecze szachowe wzbudzały duże emocje i też na fali tego się technologia rozwinęła. Przecież oprogramowanie do gry w szachy myślę, że nie byłoby elementem tak dużych zabiegów. Nie byłoby tego słynnego Deep Blue, który wygrał z Kasparowem, gdyby nie było dużego, jak to się teraz mówi, hype'u na te szachy wówczas. Z drugiej strony rozwój oprogramowania szachowego Też troszeczkę, poza oczywiście upadkiem ZSRR, końcem zimnej wojny, rozwój tego oprogramowania wpłynął na to, że szachy nie są już dzisiaj aż tak popularne. Bo gdzie tam mi się chce uczyć gry, w której mój własny telefon komórkowy jest w stanie zrobić ze mnie idiotę i musiałbym kilka lat pewnie poćwiczyć, żeby wygrać z własnym telefonem na przykład, już nie mówiąc o komputerze, o maszynie z większą mocą obliczeniową. Tak więc trochę, proszę państwa, demotywujące. A znowu komputerowi dobrze wychodzi naśladowanie gracza dobrego.
Natomiast, przynajmniej jeszcze jak grałem w te Chess Master, ta seria już upadła, to jeszcze na tym etapie komputer dosyć słabo odgrywał gracza słabego. To znaczy umie grać dobrze albo grać beznadziejnie i w efekcie bardzo często gracz komputerowy grał przez pewien czas po mistrzowsku, potem robił głupi błąd, po którym już nie był w stanie właściwie wygrać. O ile ja głupszego błędu nie popełniłem. Więc ta gra była taka nierówna i dziwna. Tak to jest, że podejmowanie wyzwań, nie zawsze logicznych, nie zawsze racjonalnych, prowadzi do rozwoju nauki, prowadzi do rozwoju techniki dookoła. Tylko pytanie, czy na pewno kosmos jest tutaj tym dobrym motorem? Na przykład taka gra w szachy jest dużo tańsza, mniej ryzykowna. Zamiast podboju kosmosu moglibyśmy podbijać dna oceanów, tereny trudne do zamieszkania, Antarktydy, pustynie na przykład, tereny morskie. Tam próbować się osiedlić, zamieszkać. Przecież o ileż to, proszę państwa, wydaje się łatwiejsze, tańsze niż taki podbój Marsa, gdzie przecież warunki są nieporównywalnie mniej sprzyjające naszemu bytowaniu niż jakiekolwiek miejsce na Ziemi.
Ale może właśnie ta nieosiągalność znowu sprawia, że my podejmujemy te pierwsze kroki, a co tam z tego wyjdzie, to już się będą martwić kolejne pokolenia. Na etaty dla obecnych pokoleń jeszcze wystarczy, a za wcześnie, by rozliczać się z efektów i sensowności.
[01:39:50] - Tomek właściwie powtórzył pewną swoją tezę, którą zasygnalizowałem już wcześniej. Sporo jest w tym racji, co powiedział, niestety. Ale jednak ja cały czas pamiętam, jak to pod koniec XIX wieku bardzo poważni i bardzo utytułowani uczeni udowadniali, że żaden obiekt, właściwie żaden pojazd skonstruowany przez człowieka, który będzie cięższy od powietrza, nie może wznieść się w powietrze. Udowadniali to całym swoim autorytetem, rzucając na szalę ówczesną naukę. Guzik to wszystko, bo po kilku latach wspomniani już bracia Wright całkowicie temu zaprzeczyli. To jest chyba kwestia znalezienia pewnego wytrycha. Moim zdaniem w końcu Elon Musk z jakiegoś powodu pcha się na Marsa. Może chce być nie tyle księżniczką, co księciem Marsa, ale z jakiegoś powodu tam się udaje. Czy chce się udawać, może tak. Rzut oka na czat i PW pisze, że samoloty z lat obecnych zabijają wzrokiem, łączą systemy i są totalnie śmiercionośne.
Tak, ale ja już chyba wytłumaczyłem, o co mi chodzi z tą różnicą jakościową. To wszystko prawda, ale latają. Tyle że nie w kosmos. I to byłaby ta zmiana jakościowa. Dalej Redox: „Warto wspomnieć o starcie rosyjskiej rakiety ISS w roku 2001, za który prywatny pasażer zapłaci 20 milionów dolarów. Obecnie ceny takiej przygody wzrosły do 90 milionów dolarów”. Jak ktoś ma, to kto bogatemu zabroni? A mnie jeszcze nie stać. Redox: „SpaceX planuje osadzenie o niskiej orbicie stacji kosmicznej jako substytutu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Pobyt w tym hotelu miałby kosztować 11 250 dolarów dziennie”.
Jest trochę kasy, ale już w zasięgu przynajmniej niektórych Amerykanów. Leszek Ostachowski: „Nie udały się eksperymenty z biosferami na Ziemi, co dopiero na pokładach statków. Problem jest z tym, że człowiek bez bakterii i środowiska to 10% złomu i żaden duch nie pomoże”. Redox: „Koncepcje statków Arek przewidują symulację grawitacji poprzez siłę odśrodkową”. Wszystko to prawda. Ja nie podejmuję się dzisiaj dyskutować o tym, jak będzie wyglądać podbój kosmosu. Redox dopisuje jeszcze: „W podboju kosmosu nie chodzi wyłącznie o pozyskanie nowych miejsc nadających się do zamieszkania. Chodzi o to, żeby te nowe miejsca były na innej planecie. To zwiększa szanse przetrwania gatunku”. Dalej PW: „No jest super.
Człowiek rozpieprzył Ziemię, a jeszcze widoki na rozwalenie Księżyca, Marsa, może Europy”. PW: „Brawo my”. Jest trochę smutnej prawdy w tym, co pisze PW, ale z drugiej strony, powiem znowu na zasadzie żartu, jeszcze całej Ziemi nie rozwaliliśmy, jeszcze mamy trochę do zrobienia. To oczywiście głupi żart jest, ale coś niebezpiecznego w tym, co PW pisze, jest. Natomiast ja myślę, że człowiek ruszy w ten kosmos, bo powtarzam ten argument, który często za mną chodzi, że tak się wyrażę, że to tak naprawdę nie chodzi, przynajmniej na tym etapie, o zyski materialne. To chodzi chyba o to samo, co robił Kolumb. Bo ktoś powie: „Tak, ale przecież ta jego wyprawa była sfinansowana, dlatego- Już nie spodziewano zysków. Wydymał sponsorów w sposób pierwszorzędny. Ale przecież Kolumb nie płynął w kierunku Indii po to, żeby zarobić kasę. Może gdzieś tam na względzie to również miał, ale był po prostu ciekawy.
To, że wydymał sponsorów, którzy zaufali mu w jego zapewnienia, że on tu znajdzie drogę do Indii i będzie fajnie, to chwała mu. Myślę, że w tej chwili troszeczkę taki sam proces się odbywa. Wmawia się tym biednym, naiwnym. Nie, oni nie są naiwni. Być może oni też chcą w to wierzyć. W każdym razie niektórzy sponsorzy też płacą chyba nie dlatego, że spodziewają się jakichś kosmicznych zysków za swego życia. Chyba coś takiego w nas jest, że my, jak mamy postawiony horyzont, widzimy ten horyzont, to chcemy zobaczyć, co jest za tą linią horyzontu. Obojętnie, ile to kosztuje. Jeśli znowu przeżyjemy takie wstrzymanie o 50 lat, to zmieni się technologia, zmieni się technika i może dopiero ta za 50 lat da nam możliwość dotarcia tam, gdzie jeszcze ten wzrok nas nie sięga, gdzie ta linia horyzontu nam przesłania to, co wydaje nam się ważne. Te problemy, o których mówi Tomek, na przykład brak komunikacji z tymi sondami czy utrudniona komunikacja z sondami eksplorującymi granice Układu Słonecznego.
Mój Boże, po to się rozwija sztuczną inteligencję, żeby ta sonda kombinowała sama i tylko zdawała relacje. Ja myślę, że ta dyskusja brnie w ślepy zaułek, jeśli chodzi o książkę Normana Mailera, bo sama dyskusja jest niezwykle ciekawa i trzeba by, Wiktorze, pomyśleć o jakiejś takiej audycji, w której dałoby się po prostu podyskutować na tematy różne. Trzeba będzie o tym pomyśleć. Dzisiaj wróćmy jednak do Normana Mailera, bo to wydaje mi się dosyć interesujące. Mówiłem o tym, że Norman Mailer czasami sporo czuł, nie zawsze wiedział. To jest też rzecz charakterystyczna dla ludzi wielkich, dla artystów, ale też dla ludzi po prostu przenikliwych. Zacytuję państwu pewien fragment książki „Na podbój Księżyca”: „Wprawdzie tajona wiara w możliwość istnienia psychiki maszyn stanowi bolesny dramat wielu fizyków i techników. Potęgi tej okrytej milczeniem możliwości nie odczuwa się w żadnej innej dziedzinie techniki w takim stopniu, jak przy konstruowaniu pojazdów kosmicznych. Historia wczesnego okresu rozwoju techniki rakietowej przypomina relację z palenia czarownic na stosie. Pierwszej wiedźmy ogień się w ogóle nie imał.
Druga zginęła wśród straszliwego ryku. Po trzeciej została garstka popiołu, a deszcze padały przez dni osiem. W początkach lat 30. na” — i tu jest po niemiecku — „Rechtingen Flugplatz pod Berlinem rakiety bądź nie chciały startować, bądź eksplodowały na wyrzutniach, bądź już w locie zmieniały kierunek i pod kątem prostym do pierwotnego mknęły tuż nad ziemią. Kiedy się czyta o owych pierwotnych próbach, odnosi się wrażenie, że głównym celem poczynań było utrzymanie rakiety w locie na tyle długo, by można było zorientować się, co właściwie zawiodło. Początkowe niepowodzenia były tak tajemnicze, że można by wybaczyć owym technikom rakietowym, nawet gdyby posunęli się do pokropienia dyszy rakiety krwią kozła ofiarnego”. Tyle ten fragment. Co on obrazuje? Otóż z jednej strony to czucie Normana Mailera, może przeinterpretowuję, ale chodzi o to, że on sobie chyba zdawał sprawę z tego, że coś takiego jak sztuczna inteligencja gdzieś tam nadciąga. Ale ja wiem, tak wprost pisał o tym, że jest coś tajemniczego w całym tym rozwoju techniki, technologii.
Te przykłady, które podał, chyba są najlepszą tego ilustracją. Wiktorze.
[01:48:38] - Tak myślę, bez przerwy myślę. Myślałem, jak przy felietonie Tomka Fąsa o tych wszystkich sprawach, więc nie mówię o rzeczach przemyślanych, tylko o tych, które mi się w danym momencie kojarzą. Otóż Norman Mailer mógłby z powodzeniem napisać książkę, ale takie książki powstały. Nie o wyprawie na Księżyc, ale chociażby o zdobywaniu Mount Everestu czy wyprawach w poszukiwaniu bieguna północnego czy południowego. To były takie same przedsięwzięcia na mniejszą skalę. Gdyż bardzo często wystarczała akurat tam parę zapaleńców, parę ludzi nawiedzonych. Do czego to wszystko służyło? Zwróćcie uwagę, te wyprawy, próby zdobycia Mount Everestu, tak samo jak Księżyca w książce Normana Mailera, służą dzisiaj właściwie jako anegdota. A tam przecież umierali ludzie. Technika się rozwijała, o której mówił Tomek Fąs, w międzyczasie z tych butli prymitywnych na plecach Albo z treningów z oddychaniem i tak dalej.
Przechodziło się na butlę z butli na coś jeszcze. Uścinki były inne, wszystko było inne, ubrania były inne i tak dalej. Ale ludzie cały czas umierali. Ale w końcu zdobyli ten Mount Everest. Po co go zdobyli? A właściwie tylko po to, żeby dzisiaj był obiektem turystycznym, bo właściwie już prawie każdy zwykły zjadacz chleba może na ten Mount Everest wleźć. Jeszcze przyszło mi do głowy, że tym motorem, który może napędzać penetrowanie kosmosu, może być właśnie potrzeba udrożnienia tych ścieżek dla turystyki. Ale tak myślałem jeszcze niedawno. W tej chwili mam potężne wątpliwości, czy turystyka w ogóle jest jeszcze jakimkolwiek motorem napędowym, gdyż ja sam osobiście tydzień temu czy dwa tygodnie temu zwiedzałem moje ukochane Machu Picchu w Google'u, więc po cholerę mi turystyka? Po cholerę ja mam tam jechać i tak dalej, skoro ja mogę się spokojnie przejść po tych tarasach, pooglądać ptaszki, jakie frują, usłyszeć dźwięki i tak dalej, które temu wszystkiemu towarzyszą.
Ja mogę tam być. Czyli ta turystyka taka w świecie rzeczywistym przegrywa wyścig z turystyką wirtualnej rzeczywistości. Więc po cholerę udrażniać drogi dostępu dla turystów na Marsa, skoro można tego Marsa wymodelować, i nie tylko Marsa, dużo ciekawsze, można całą księżniczkę z Marsa, Bożą Isa wymodelować w wirtualnej rzeczywistości i wtedy turyści będą to z przyjemnością zwiedzać, tak jak turyści, gracze zwiedzają dzisiaj jakieś tam zakamarki zamków i labiryntów i tak dalej. Wirtualna rzeczywistość wygrywa z naturalną, z prawdziwą rzeczywistością świata. I to jest według mnie problem największy. Dlaczego? To penetrowanie świata zewnętrznego ma marne szanse, gdyż po co, skoro można łatwo i przyjemnie, spokojnie spędzić kilka chwil wędrując w Google'u po tarasach Machu Picchu czy każdych innych.
[01:53:03] - W zasadzie masz rację, ale kompletnie się z tobą nie zgadzam. Dlaczego? Otóż kiedy Elon Musk ogłosił, że szuka ludzi, którzy gotowi są osiedlić się na Marsie, ale z taką perspektywą, że już nigdy nie wrócą na Ziemię, to zgłosiło mu się całkiem sporo ochotników. Czyli nie wszyscy ludzie chcą korzystać z Google'a i z chodzenia po Machu Picchu za pośrednictwem ekranu. Ludzkość jak zwykle jest w tych sprawach podzielona, ale bardzo ciekawa dyskusja toczy się w tej chwili na forum, na czacie. Otóż Sanchez Duncan pisze o tym, że skoro ruszają w kosmos, to spodziewają się zysków. Na co Leszek Ostachowski pisze, że jednak skłaniałby się, że chodzi o cele wojskowe. Tu Sanchez Dunka pisze, czemu to ma służyć. Redox, stanu Ziemi. Aha, to już inny wątek.
Przepraszam. Ja tylko zwrócę uwagę na jedną rzecz, że jeśli gdzieś pojawia się armia i gdzieś zabezpiecza interesy czyjekolwiek, to znaczy, że tam jest interes do ubicia. Armia nie działa tylko po to, żeby zabijać cywilów albo zabijać przeciwników. Oni to robią, jakkolwiek to durne się może wydać, to robią to w jakimś celu. Ktoś za tymi działaniami armii na ogół stoi. Armia robi pewne paskudne nawet rzeczy po coś, żeby coś komuś zapewnić. Skoro armia zaczyna pchać się w kosmos, to znaczy, że jest tam interes do zrobienia. Jeśli nawet my go nie widzimy, to najlepszym dowodem na to, że tam interes jest do zrobienia jest to, że armia pcha się w kosmos i powołanie Kosmicznych Sił Zbrojnych przez Stany Zjednoczone jest jedną z poszlak do tego rozumowania. Jest tam interes do zrobienia. I powtarzam, ani Tomek, ani nawet ja, który się z Tomkiem absolutnie nie zgadzam, ale jednak tego interesu do zrobienia tam nie widzę, poza zaspokojeniem ciekawości.
A armia się tam pcha. To jest dla mnie najlepsza poszlaka, że coś się tam dzieje. Po prostu. Redox. Pytanie, czy na koniec audycji jest szansa na pojawienie się w Bibliotekarium książek Jacka Dukaja? Może już się pojawiły. Powinien przeszukać archiwum. W sumie pasowałoby też do ABW.
[01:55:46] - Do ABW to może jednak nie. Nie będę uzasadniał dlaczego. Natomiast pomysł jest dobry, tylko ja się zastanawiam. Napiszcie państwo, chętnie to przeczytam na forum.
[01:56:00] - Na czacie. Kiedy dyskutowaliśmy z Wiktorem o tym, zawsze wydawało się, że Dukaj jest za trudny, że ma zbyt niewielu czytelników. I jak zaczniemy omawiać którąś z jego książek, to natychmiast usłyszymy, że to jest nie do czytania i że w ogóle to i w ogóle tamto. Sam mam dobrych znajomych, otrzaskanych z literaturą, którzy mówią: „No tak, „Lód” przeczytałem jedną trzecią, dalej nie dałem rady” i tak dalej. Ja nawet nie będę próbował chwalić się państwu, bo tak nie jest, że przeczytałem wszystkie książki Dukaja i znam je świetnie. Tak nie jest. Znam wyrywkowo jego twórczość, pod pewnym kątem ją dobierałem. Tak sobie to określę. Zatem zawsze miałem wątpliwości, czy chwytać się za bary z twórczością Dukaja. Ale może byliśmy w mylnym błędzie z Wiktorem.
Wiktorze, jak ty sądzisz?
[01:57:04] - Sądzę tak samo jak ty, tylko że żeby omawiać książki przynajmniej te, które Dukaj w tej chwili pisze, to trzeba trochę ciężkiej pracy w to włożyć. To nie może być tylko tak, że podoba się albo nie podoba. Trzeba się do tego przyłożyć.
[01:57:27] - Dokładnie. Ciekawy wątek na czacie. Leszek Ostachowski: „Sztuczny plastik jest fee i do dee, ale inteligencja jest super?” Nic takiego nie powiedziałem. Powiedziałem, że bywa użyteczna. Jeśli zechcielibyście państwo sięgnąć po periodyk wydawany przez Wojtka Sedeńkę, przez wydawnictwo Stalker Books, który nazywa się „Sfinks”, to tam w jednym z felietonów daję upust mojej nieufności względem sztucznej inteligencji i wszelkich działań mających na celu zarówno stworzenie sztucznej inteligencji, jak i stworzenie człowieka uzupełnionego o dodatkowe sztuczne dodatki, czyli to, co określamy mianem transhumanizmu. Zatem jeśli pochwała sztucznej inteligencji i zachwyt nad nią, to nie ze mną. Natomiast trzeba brać pod uwagę, że tego rodzaju prace się toczą i zdaje się, nikogo nie interesuje, jakie zdanie mamy na ten temat. Dalej Leszek Ostachowski: „Im chodzi o inteligencję niewolnika gotowego wykonać każde żądanie.” I to jest właśnie ten dylemat, który się pojawia. Czy aby na pewno sztuczna inteligencja przez cały czas będzie chciała być niewolnikiem? Różne doświadczenia w tym względzie ma ludzkość.
Szkoda, że nie spogląda czasami wstecz. Sam przez wróble, panie Leszku.
[01:59:10] - Kobiety pokazały, na ile jest wytrzymałość inteligencji do sztuczności, że tak powiem. Już nie będę komentował dalej. I wyszło, co wyszło.
[01:59:26] - A dalej. Nie wszystko. Redox: „Z tym ABW chodziło mi o omówienie stylu warsztatu, słowotwórstwo na przykład.” Tak, ale myślę, że twórczość Dukaja, żeby tak się sprawnie wytłumaczyć, jest troszeczkę ponad poprzeczką. To znaczy, my w ABW nie stawiamy sobie aż tak wysokiej poprzeczki. Myślę, że tam uczymy pewnych podstaw. Chociaż zastanowię się. Pomyślę jeszcze o tym, bo być może w tej chwili na gorąco nie dostrzegam pewnych możliwości. Pomyślę nad Dukajem i ABW. Na razie wydaje mi się to trudne, ale może ciekawe. Może trzeba pewnych eksperymentów dokonać.
Natomiast tak jak w swoim czasie zobowiązałem się i ten czas jest naprawdę niedługi. Kiedy pojawi się „Przebudzenie Lewiatana” w przyszłym roku, ale myślę, że w pierwszym kwartale pojawi się „Przebudzenie Lewiatana”. Tak i nad Dukajem możemy pomyśleć, bo proza to ciekawa, ale trudna. Trochę się boję takiej audycji. Czy nawet jak się z Wiktorem zaczniemy wspinać na wyżyny elokwencji, to damy radę przekonać niektórych nieprzekonanych? A może po prostu damy im do myślenia? Wróćmy do Normana Mailera, bo rzeczywiście czas końca audycji się zbliża. Natomiast warto by powiedzieć jeszcze o pewnej rzeczy, która mnie zbudowała. Otóż jest taki czat w internecie, który nazywa się „Odczytany Facet”. Bardzo niepoprawnie politycznie się nazywa, bo jak to facet, o co chodzi w ogóle?
Ale na tym czacie znalazłem recenzję książki „Na podbój księżyca” i byłem oczarowany tą recenzją. Dlaczego oczarowany? Dlaczego takie wielkie słowo? Dlatego, że autor tej recenzji, właściciel bloga trafia w sedno. Zacytuję: „Wydany po raz pierwszy w 1971 roku „Na podbój księżyca” nie daje się łatwo opisać. Po części jest to reportaż. Autor opisywał przygotowania do lotu Apollo, lot oraz pobyt na Srebrnym Globie jako naoczny świadek. Daleko jednak tej relacji do typowej literatury faktu. Mailer jako dziennikarz, ale też prozaik i eseista, a przede wszystkim laik.” Jeśli chodzi o loty kosmiczne i wszystko z nimi związane, przedstawia temat z dystansem, z poczuciem humoru i epickością, które godne są wielkich klasyków literatury pięknej. Bardzo dużo tutaj samego Normana Mailera.
Opisując konferencje prasowe z udziałem Armstronga, Aldrina, Collinsa oraz kolejne etapy tego historycznego wydarzenia, autor nie pozwala ani na chwilę zapomnieć o sobie. Występuje tu w trzeciej osobie jako Aquarius i choć trochę sobie dworuje siebie samego, odnosi się wrażenie, że pisarz traktował siebie nazbyt poważnie i cierpiał na lekką formę megalomanii. Widoczne jest to również w sposobie prowadzenia narracji, szczególnie gdy odbiegając dosyć daleko od meritum, daje popisy słownej i literackiej ekwilibrystyki. Wydaje się, że lot na Księżyc był dla niego jedynie pretekstem ku temu, co opisałem wcześniej. Czasami mam, proszę państwa, kłopoty z akcentowaniem zdaniowym. Jest to nawet ciekawe, w jakiś sposób urocze i fascynujące. Po raz pierwszy, drugi, piąty, ale przy dziesiątym i następnych takich odlotach staje się to męczące. Odlatujemy wtedy wraz z autorem, tylko że nasze trajektorie się przecinają. Potem jednak Mailer wraca na Ziemię i znów skupia uwagę swoją i czytelnika na bohaterskich astronautach, nadziejach, oczekiwaniach i wątpliwościach związanych z pierwszą wizytą człowieka na innym ciele niebieskim. Zapisane przez niego spostrzeżenia często wywołują zdziwienie, gdyż są bardzo bliskie temu, co sami moglibyśmy myśleć, przeżywając to osobiście.
Sięgnijcie państwo po tę recenzję. Wystarczy wpisać „Odczytany facet. Na podbój Księżyca”. To jest gość, który tę książkę przetrawił i cieszę się, że również poza tymi „lubimy czytać” są i takie wypowiedzi w internecie, bo to wraca mi wiarę w ludzi i wiarę w czytelników, że nie wszystko pobiera się z książki powierzchownie, pobiera się w sposób naskórkowy, tylko czasami zstępuje się do głębi. Jeśli nawet w tej recenzji zauważyliście państwo pewną krytykę, to jest to krytyka, która nie jest krytyką druzgocącą, tylko też opisującą oczywiście swoje oczekiwania, ale pokazującą też pewną manierę literacką Normana Mailera. Można go za tę manierę kochać, można go znienawidzić, ale nie można mu odmówić pewnej maestrii słowa. I to w tej książce zdecydowanie przeważa. Ta zaleta przeważa nad ewentualnymi wadami książki „Na podbój Księżyca”. Wiktorze, teraz ty.
[02:05:13] - Ja mogę tak prawie kończąc. Chętnie nawiążę do pewnej rozterki naszej, która się tu przewijała, czyli tych kłopotów z penetrowaniem wszechświata i w ogóle z tym podróżowaniem. Skojarzenie miałem, kiedy Marek powiedział coś o powołaniu w armii amerykańskiej kosmicznych sił wojskowych. Otóż ja chyba rok temu czytałem uroczy artykuł o obecności armii amerykańskiej w Arktyce. Co robią ci tam żołnierze? Nic nie robią. Właściwie robią sobie ćwiczenia. Jest to takim poligonem. Natomiast wypowiedzi oficerów dowodzących tą całą operacją we współczesnej Arktyce są bardzo jasne i proste. Arktyka istnieje, lody topnieją.
Przyjdzie czas, kiedy trzeba będzie tą Arktykę podzielić. Musimy być tam obecni, więc bardzo podobnie może być z przestrzenią kosmiczną. Naprawdę przyjdzie taki czas, kiedy można będzie zacząć dystrybuować, podzielić emisję całego Słońca. Jeśli armii tam nie będzie amerykańskiej, to po prostu ktoś inny ten interes, ten biznes przejmie i dostawy energii ze Słońca na Ziemię, jeśli zostaną skanalizowane, a zostaną skanalizowane, w tym momencie ten, kogo tam nie będzie, po prostu nic nie zrobi. Zresztą bardzo podobnie postępowali Polacy, utrzymując swoją stację badawczą naukową na Antarktydzie, gdyż kiedyś trzeba będzie ten ląd również w jakiś sposób nie tyle dzielić, co zagospodarowywać i ktoś, kogo tam nie ma, nie będzie miał nic do powiedzenia. I wszechświat również jest taki sam. Jeśli nas tam nie będzie, akurat mówię o człowieku w ogóle, to może kto inny, może zielone ludziki albo co inne tam z Marsa załatwią problem i będą nam dostarczać energię.
[02:07:45] - Wiktorze, z tą Antarktydą to trafiłeś w punkt, bo to nie jest tak sobie a muzom. Są bardzo ścisłe uregulowania natury politycznej mówiące o tym. Wygooglajcie sobie to państwo, ale to, że my od czasów socjalizmu utrzymujemy na Antarktydzie swoją stację badawczą To ma bardzo praktyczny wymiar. Może się wydawać ekstrawagancją, ale to ma naprawdę, uwierzcie mi państwo, bardzo praktyczny wymiar natury politycznej. Czy nie zostaniemy w międzyczasie wycyckani, jak to nie raz się już zdarzało, to jest inna zupełnie sprawa. Natomiast ma to bardzo mocne umocowanie natury politycznej w polityce międzynarodowej. Tutaj czytam pewne komentarze, które się pojawiają jeszcze. Kator 42 pisze, że Przewodas napisał kiedyś, że Dukaj pisze głównie dla snobów. Coś w tym jest. Być może coś w tym jest, ale trzeba pamiętać, że Przewodas to jest filozof, zresztą doktor filozofii, i to jest też prowokator.
Bardzo wiele rzeczy, które pisze na przykład na Facebooku, to jest takie z jednej strony bardzo ostre, ale z drugiej strony dwuznaczne. Bo zauważcie, bardzo często osoby, które przyznają mu rację, później się spotykają z kontrą, bo Przewodas pewne rzeczy pisze po to, żeby zainspirować, pokazać, pobudzić. Więc kiedy on pisze o Dukaju, to on, myślę, wsadza ten przysłowiowy kij w mrowisko. To o to chyba chodziło Przewodasowi, kiedy pisał o Dukaju, bo ja nie odnoszę takiego wrażenia. To oczywiście moja sprawa, ale nie odnoszę takiego wrażenia, że to są rzeczy dla snobów, ale są trudne. Są trudne do przebrnięcia. Materia stawia opór i czasami człowiek się musi zmusić. Ale tak jak pisze Redox, są też rzeczy bardzo strawne. Jak to napisał Redox: „Co to po piśmie z 2019 roku Dukaja jest całkiem przystępną obserwacją, a przebrzmiewające z niej nuty wydają mi się harmonizować z niektórymi tematami chociażby dzisiejszej audycji”. Uśmiecham się.
Tak, to jest w punkt. I trochę nawet z felietonem pana Tomasza Fąsa. Tak. Zawsze uważałem, że mamy genialnych współpracowników. Tomek się do nich zdecydowanie zalicza. Sanchez Duncan: „Ludzie radzili sobie bez Amerykanów dzięki, a ich monopol...”. Nie do końca rozumiem. Pewno coś uciekło piszącemu. W każdym razie ja tylko zwrócę państwa uwagę, że myśmy dzisiaj mówili bardzo poważnie o Księżycu, o tym, jak opisał go Mailer, jak opisał wyprawę. Naprawdę z ręką na sercu polecam państwu tę książkę, którą dzisiaj omówiliśmy.
Omówiliśmy to za duże słowo. Myśmy zaledwie nam pomknęli o niej, ale to jest naprawdę świetna literatura. Tak, nie pomyliłem się. To jest reportaż literacki, ale to jest świetna literatura. Można się z niej uczyć sposobu pisania zarówno tego patetycznego, jak i bardzo prostego, jak i pisania w trzeciej osobie, jak w ogóle pisania w sposób bardzo obrazowy. To jest po prostu świetna książka. To nie jest książka o wyprawie na Księżyc. Ona również jest o tej wyprawie, ale nie tylko. To zdecydowanie. I o tym warto pamiętać.
Wiktorze, coś jeszcze? Bo już tak zmierzamy do brzegu troszeczkę.
[02:11:38] - Ja najwyżej jeszcze skomentuję ten komentarz à propos Dukaja, czyli że pisze dla snobów. Związek z książką Normana Mailera jest bardzo może śliski, ale on jest. Otóż snobów jest po pierwsze coraz więcej, a poza tym jest kwestią dyskusyjną, czy snobizm to jest taka brzydka rzecz. Otóż czasami tak, a czasami nie. Bardzo podobnie jak komentarze w stosunku do Normana Mailera, że posiadał przerost ego. Zdecydowanie tak. Na pewno tak, ale bez tego przerostu ego nie napisałby tej książki tak, jak napisał i nie napisałby żadnej innej książki prawdopodobnie. Trzeba mieć czasami przerost czegoś, żeby być kimś. I to tyle na tyle.
[02:12:52] - Ja tylko wspomnę, że myśmy dzisiaj rozmawiali o podróży na Księżyc, a podobno Amerykanie nigdy tam nie byli. Tu oczywiście nawiązuję do sławnej teorii spiskowej, a tych teorii jest znacznie więcej. Wspomnę tylko, że według jednej z nich Księżyc to sztuczny twór. Coś Wiktor na ten temat wie, bo w swoim czasie rozmawiał z człowiekiem, który miał na ten temat swoją teorię. Co więcej, mnie się w swoim czasie udało Wiktora uwiecznić w jednym ze zbiorów opowiadań sygnowanych przez wtedy wydawnictwo Solaris, przez Wojtka Sedeńkę. Uwiecznić Wiktora, który uwikłany jest w taką sytuację z Księżycem i z jego sztucznością. Zauważcie państwo, że Księżyc to jest taki dziwny twór, który niesamowicie pobudza wyobraźnię. Wyobraźnię osób racjonalnych i osób szalonych i osób całkowicie odklejonych od rzeczywistości. On skupia na sobie swoją uwagę i jest bardzo wiele teorii, które dotyczą Księżyca. Mniej lub bardziej szalonych, mniej lub bardziej racjonalnych.
Tak delikatnie powiem o tym. Zważywszy, że niektórzy twierdzą, że Ziemia jest płaska, to w ogóle Księżyc pełni drugorzędną rolę i jakiekolwiek loty na to coś, co tam krąży nad nami, nad tą płaską Ziemią w ogóle nie mają sensu. Dlaczego tak zboczyłem pod koniec audycji na tego rodzaju konstatacje? Otóż zauważcie państwo, że nie jest moim celem, żebyście państwo traktowali książkę Normana Mailera jako prawdę objawioną, że on wszystko wie, że on tam prawie był z tymi kosmonautami. Nie. To jest po prostu dobry kawałek prozy. A jaki jest naprawdę? Proszę państwa, i tak każdy ma swoją prawdę. Już się nie będę odwoływał, jak to jest w rzeczywistości i jak to bywa, że każdy ma swoją. W każdym razie każdy ma swoją prawdę i jedni wierzą w płaską Ziemię, drudzy w to, że Księżyc jest pustym tworem, którym tutaj przyleciały istoty, które chciały uregulować pływy na Ziemi, a w ogóle chciały tu przybyć na Ziemię.
I to jest wielki statek kosmiczny. I tak dalej, i tak dalej. Teorie można by mnożyć. Myślę, że o każdej z nich Norman Mailer napisałby równie fascynującą książkę. On sobie wybrał akurat napisanie książki o wyprawie Apollo 11. Cóż, proszę państwa, myślę, że Radio Paranormalium te inne państwa, niektórych przynajmniej, tęsknoty za teoriami spiskowymi czy też niesamowitościami dotyczącymi Księżyca może zaspokoić. My skupiliśmy się na dziele literackim, jakim jest książka „Na podbój Księżyca”. Wiktorze, czy jeszcze coś na koniec, czy już powoli naprawdę zamykamy dzisiejszą audycję?
[02:16:16] - Niestety w tym momencie audycji objawił się kolejny chochlik zagłuszający nam dzisiaj audycję. Mianowicie skończyły nam się środki na telefonie i mimo co najmniej sześciu prób nie udało się doładować. Po prostu nie przyszedł SMS z kodem do przypisania. Tak więc Wiktora nam już dzisiaj rozłączyło na amen.
[02:16:36] - W ten sposób. Dobrze, to spróbujemy, ponieważ już jesteśmy przy końcu, to kończymy. Jeszcze wiadomość z czata. Leszek Ostachowski: „Napisano wiele praw o niewykorzystywaniu kosmosu do działań wojennych. To samo będzie z Antarktydą. Można założyć, że prawo o zakazach mówią nam, co będą robić pod ochroną z ich dezinformacjami”. A czy Księżyc jest na serio pusty? Tego pojęcia nie mamy. Niektórzy twierdzą, że tak. Te dźwięki to zestaw.
Aha, to jest wyjaśnienie dla mnie. Ponieważ w tak zwanym międzyczasie pojawiły się tutaj dziwne dźwięki na odsłuchach i pewno państwo też mieli okazję usłyszeć. Takie coś, jakby kukułka włączała. Natomiast z tym pustym Księżycem, wiecie państwo, to jest troszeczkę tak, że ta teoria ma to do siebie, że jest fascynująca. Wspominałem o tej przygodzie Wiktora. Otóż w swoim czasie dzwonił do niego człowiek, który twierdził, że przybył tym Księżycem ileś tam tysięcy lat temu pierwszą wyprawą, która tu przybyła i w tych wielkich ładowniach przybyły między innymi delfiny i tak dalej, i tak dalej. Wiecie państwo, nie będę tego rozwijał, bo to sobie znajdziecie w takim tomiku „Kroki w nieznane” Rakietowej Kreowy wydanej przez Solaris. To takie zbiór opowiadań. Wielu fajnych autorów brało w tym przedsięwzięciu udział, a ja tam sobie pozwoliłem tę teorię, w którą Wiktor był zamieszany, opisać. I szczerze państwu to opowiadanko polecam.
Myślę, że jest dosyć zabawne. Z takim przymrużeniem oka zrobione. I na koniec jeszcze raz bardzo serdecznie polecam książkę Normana Mailera „Na podbój Księżyca”. A cóż, to już właściwie koniec tej audycji. Skoro nam Wiktora odcięło, to nie ma jak wejść w dialog. Zatem to widomy znak tego, że tę dzisiejszą audycję, której towarzyszą nam od początku jakieś dziwne wydarzenia, a to nie chciała się włączyć sama audycja, to się wszystko zrywało, a to w międzyczasie mnie wyrzuciło. Zresztą wywaliło mnie również mój router.
[02:19:04] - Jeszcze do tego próbuję teraz doładować środki, żeby jednak Wiktora jeszcze na koniec podłączyć na chwilę i nie chce dojść SMS z weryfikacją płatności. Także jakieś cyrki straszne. Komuś dzisiaj zależy chyba na tym, żeby ta audycja się najlepiej nie odbyła, a nawet jeżeli to się nie uda, to żeby ją zakłócić.
[02:19:28] - Zastanawiam się tylko, dlaczego się uwzięli na Normana Mailera. Było kilka innych w historii tej audycji tematów, które kompletnie rozpierdzielały audycje. Ja przypomnę taką kuriozalną audycją pod kątem technicznym, że wszystko właściwie się sypało i u nas w Bydgoszczy, i u Ivelliosa była audycja o Lovecrafcie, a teraz nagle padło na Normana Mailera. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego. W każdym razie jeszcze raz, tak jak powiedziałem Polecam „Kroki w nieznane, rakietowe i krowy”. Tak, dokładnie, zabawnie nazywa się ten zbiorek, ale wbrew tytułowi tam są kawałki świetnej prozy SF. Zresztą co tam Żelkowski, jest tam kilku tuzów polskiej fantastyki, więc opowiadanie o Wiktorze Żwikiewiczu znalazło się w dobrym towarzystwie, że tak się wyrażę. Proszę państwa, skoro Wiktora podłączyć nie można, to ja się z państwem bardzo serdecznie pożegnam. Zapowiem, że za tydzień, w pierwszy dzień świąt jest „ABW”. Nietypowe, bo z fajnym kawałkiem prozy.
Z prozą, która liczy sobie już kilkadziesiąt lat. Była napisana około, a może i dawniej. Nosi tytuł „Podróż na Marsa”. Myślę, że nie znacie państwo tego kawałka. Na Marsa podróżowano w różny sposób, ale w taki jeszcze chyba nie. Myślę, że krótka, fajna powieść, którą państwo w tym świątecznym czasie z przyjemnością wysłuchacie. Za dwa tygodnie, moim zdaniem, też czas będzie niesprzyjający, bo będzie pierwszy dzień nowego roku i ja nie wiem, czy wtedy towarzystwo najchętniej na świecie słucha audycji „Bibliotekarium”. Niemniej audycja „Bibliotekarium” będzie. Nie będzie na żywo, bo nowy rok ma swoje prawa. Będzie z puszki, ale będzie o ciekawym temacie.
Właściwie całkiem niedawno odszedł z tego świata znany pisarz, którego nazwisko części z państwa może zupełnie nic nie powiedzieć, a mianowicie Konrad Fijałkowski. To taki człowiek, który w swoim czasie był prekursorem współczesnej fantastyki naukowej w Polsce. Odwołamy się do jego dwutomowego zbioru opowiadań „Kosmodrom”, ale powiemy też o innych jego utworach oraz w czasie audycji przytoczymy wywiad, który w swoim czasie odbyłem z Konradem Fijałkowskim. Ten wywiad został później zamieszczony w książce, którą wydałem w wydawnictwie Solaris. Myślę, że wywiad ciekawy, przybliżający pisarza, którego, tak jak powiedziałem, może nie wszyscy dzisiaj znają, ale którego myśli, którego opowiadania z jednej strony proste, z drugiej strony niesłychanie filozoficzne, to były opowiadania tak zwane łamiące, przełomowe. Zwrócę państwu uwagę, że jedno z chyba według mnie najlepszych opowiadań z polskiej SF powojennej to jest opowiadanie „Wróble Galaktyki”. I to jest opowiadanie, które moim zdaniem uśmiertelnia tego pisarza. Po prostu porozmawiamy o Konradzie Fijałkowskim i o jego zbiorze opowiadań „Kosmodrom”. Ten zbiór — myślę, że warto po niego sięgnąć. Całkiem niedawno go przeglądałem i wbrew pozorom nie zestarzał się aż tak bardzo, jak podejrzewałem.
Bo przyznam się szczerze, że skłoniła mnie do sięgnięcia po zbiór „Kosmodrom” taka powtórka filmu „Biohazard”. I to tak na podstawie opowiadania Konrada Fijałkowskiego. Film był taki sobie, że tak się wyrażę, ale ja nie jestem znawcą filmów, więc proszę mi wybaczyć. Niech mi wybaczą wszyscy ci, którzy się na filmie znają. Ja się nie znam. Odbierałem go być może prymitywnie, ale nie podobał mi się po prostu. Natomiast mówię sobie: „Dobrze, to spojrzę jak to wygląda po latach” i te opowiadania są w dalszym ciągu niezłe. To jest oczywiście proza specyficzna, bardzo mocno nacechowana pewną naukowością. Warto pamiętać, że Konrad Fijałkowski był profesorem, człowiekiem, który zajmował się sztuczną inteligencją, ale wcześniej zajmował się w ogóle tym, co różnie nazywano w historii, ale w każdym razie był człowiekiem, który zajmował się maszynami liczącymi, komputerami i tak dalej. To był człowiek, który robił już to w latach 60., który odwiedzał uniwersytety amerykańskie i tam zapoznawał się ze stanem wiedzy, ze stanem rozwoju techniki informatycznej, kiedy w Polsce to w ogóle było wszystko w powijakach.
Ten człowiek pisał również fantastykę i to fantastykę taką, która — wiem, że kiedy byłem nastolatkiem, bo to zawsze miło wspomnieć — ta proza wgniatała mnie w fotel. Dzisiaj w fotel mnie już nie wgniata, ale w dalszym ciągu pozostaje prozą żywą. To jest ważne, żeby proza pozostawała żywa. Bardzo serdecznie państwa zapraszam na krótką, długą, średnio długą — zobaczymy, jak wyjdzie — dyskusję o zbiorze opowiadań Konrada Fijałkowskiego. To za dwa tygodnie. A teraz serdecznie się z państwem żegnam. W imieniu Wiktora Żwikiewicza, którego było wyrzuciło z audycji, i w imieniu swoim życzę państwu wszystkiego dobrego zarówno na święta. Niech to będą święta, które nie tylko będą napiętnowane tym, co nas wszystkich gnębi w tej chwili, ale także tą magią świąt Bożego Narodzenia. Wszystkiego dobrego i do usłyszenia już w nowym roku.
[02:26:04] - Mówię te słowa do państwa w W końcówce ostatniego odcinka Bibliotekarium w roku 2020 solo Marek Żelkowski. Był z nami także dzisiaj przez większość audycji Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze technicznie obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium paranormalny głos w twoim domu. Przepraszamy bardzo za ten dzisiejszy koncert wpadek technicznych. Komuś chyba rzeczywiście bardzo zależało, żeby dzisiejszą audycję, jeżeli nie zagłuszyć i nie zrzucić z anteny, to przynajmniej jak najbardziej utrudnić. Ale myślę, że z tego, co się udało nadać i jednocześnie nagrać, uda mi się też skleić jakiś fajny zapis w MP3, który już niedługo trafi do naszego archiwum. Także dziękujemy bardzo za uwagę. Dziękujemy, mimo tych wszystkich dzisiejszych problemów technicznych i miejmy nadzieję, że już bezproblemowo do usłyszenia ponownie w pierwszy dzień świąt w warsztatowym wydaniu Bibliotekarium, czyli FBW. I ponownie wyjątkowo jeszcze z taśmy, ale jednak w tym normalnym Bibliotekarium już za dwa tygodnie. Dobranoc i do usłyszenia.
Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.