[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Halo, halo wszystkim słuchaczom Radio Paranormalium. Tutaj po tej stronie Marek Sęk "Ivellios". Dzisiaj w „Bibliotekarium” będziemy nadawać co prawda z puszki, ale nasz dzisiejszy gość już zapowiedział, że podczas premiery będzie obecny na czacie Radia Paranormalium. A naszym gościem dzisiaj będzie autorka pewnej zaświatowej, ciekawej powieści o pewnej Marysi, Kamila Ciołko-Borkowska. Audycję jak zawsze poprowadzą Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Halo, halo, Bydgoszcz.
[00:53] - To odpowiem halo, halo, jak zwykle. Audycja jest niezwykła. Pierwsze takie „Bibliotekarium”. Co prawda stuknęła nam już setka i to kilka audycji temu, ale to pierwsze takie „Bibliotekarium”, bo my się już z różnymi miastami łączyliśmy w całej Polsce, pod różnymi granicami. Nawet z Wielką Brytanią się łączyliśmy, rozmawiając z naszymi słuchaczami. Ale proszę państwa, z Islandią to jeszcze nie rozmawialiśmy. Bo stamtąd dzisiaj będzie mówił nasz gość, a właściwie mówiła pani Kamila Ciołko-Borkowska, którą gościmy i witamy.
[01:35] - Dobry wieczór.
[01:37] - Wiktorze, czy ty dasz jakiś głos może też przy okazji, bo ty tam jesteś?
[01:42] - Ja z dziką radością przywitam się z panią Kamilą, przede wszystkim. Dlaczego, Marku? Bo jak wspominałeś o naszych narodzinach i strzelaniu setki, to Bogiem a prawdą pani Kamila chyba towarzyszy nam od samego początku po prostu.
[02:02] - Ja jako taki niepoprawny cyzelator i człowiek od liczb i wszelkich innych takich niuansów, powiem tak: pani Kamila towarzyszy nam rzeczywiście, ale przy „ABW”, a „ABW” dopiero wkroczyło w dziewiątą dziesiątkę, więc spokojnie. Ale w każdym razie nasza znajomość z panią Kamilą jest już dosyć długa. I co ważne, myśmy z Wiktorem od początku, od pierwszego opowiadania, które przyszło do audycji „ABW”, zwrócili na tę autorkę uwagę, bo to były opowiadania, które się pozytywnie wyróżniały. Zarówno formą, co oczywiście chwalebne, ale zawsze rzecz nabyta, jak i treścią. Ta treść jest ważna, bo widać było, że były to teksty przemyślane, teksty o pewnej strukturze i co ważne dla opowiadań, o jakimś kręgosłupie narracyjnym. Oczywiste było, że zwrócimy na tę rzecz uwagę. Także to podwójna przynajmniej dla nas, prowadzących „Bibliotekarium” i „ABW”, radość, że możemy panią gościć. A okazją jest książka, którą niedawno wydało „Bibliotekarium”. Książka zatytułowana – to dosyć długi tytuł – „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi”. Nawiązania oczywiste albo i nie.
Pani Kamilo, to są oczywiste nawiązania czy nieoczywiste?
[03:49] - W sumie chodziło o takie najprostsze określenie tego, co się dzieje w książce, ponieważ nie ma tam w całej książce żadnych przygód jakichś niesamowitych, nie wiem, żyjących smoków czy elfów. Są to rzeczy, które mogłyby się normalnie dziać na ziemi, w życiu codziennym nawet u żyjących osób. Tu mamy do czynienia z nieboszczką, która ma takie przezwykłe, codzienne rzeczy, o których książka opowiada. I w sumie ten tytuł miał to określać. Nie miał bawić się w żadne jakieś niedopowiedzenia czy jakieś podteksty.
[04:33] - Tak, ale on jednocześnie dosyć zgrabnie igra. Ale sobie powiedziałem! Piękne określenie. Zgrabnie igra ten tytuł z takimi kalkami, które się pojawiają bardzo często gdzieś w przestrzeni, przynajmniej literackiej przestrzeni. Bo mamy niezwykłe przygody czy kogoś tam, albo mamy nieboszczkę, ale mamy też sierotkę Marysię na przykład i tak dalej. Więc te nawiązania, ja nie wiem, czy świadome, czy nieświadome, ale one się same rodzą, że gdzieś tam przezwykłe.
[05:10] - Ja bardzo lubuję się w takich zabawach słowem i takimi rzeczami. Tak więc podejrzewam, że wyszło to tak automatycznie.
[05:21] - Widać rzeczywiście. Oczywiście Word z pasją podkreśla słowo „przezwykłe”. Nie lubi tego słowa, przynajmniej mój Word tego słowa nie lubi. A jednak moim zdaniem dobrze ta część tytułu określa to, co się dzieje w książce. Bo nie zdradzę wielkiej tajemnicy, kiedy powiem, że nie dość, że Marysia jest nieboszczką, to gros akcji książki dzieje się w niebie. Tak naprawdę w niebie. O tym niebie jeszcze porozmawiamy, ale przyznam, że jakby to powiedzieć? Wyzwanie literackie, czy też właściwie narracyjne, dosyć spore było dla pani chyba.
[06:14] - Wizja nieba, jaką tutaj-
[06:18] - Specyficzna.
[06:19] - Tak, specyficzna jest i trochę się gryzie z tym, co poznaliśmy w szkole, co nam tutaj się aktualnie wpaja z tą wizją wpajaną. Jednak gdybym poszła w tą stronę, tą oczekiwaną, to myślę, że książka nie byłaby tak ciekawa.
[06:42] - Tak, bo ten pani raj to jest właściwie raj baniek. Mówi się często teraz w przestrzeni medialnej o bańkach informacyjnych, a to jest raj baniek życiowych. Każdy tam sobie może stworzyć właściwie swój raj. I do kilku takich rajów zaglądamy. Mamy raj nieboszczki Marysi, ale tam w pewnym momencie pojawia się jej matka. Taki raj indywidualistów właściwie. Dobrze to odczytuję?
[07:18] - Tak, bo zależało mi na tym, żeby pokazać, że nawet gdzieś po tej śmierci nie jest tak, że wszyscy raptem dostajemy skrzydełka i latamy razem pośród chmurek.
[07:29] - I śpiewamy psalmy, żeby to było ważne dla nas.
[07:32] - Tak, tylko dostajemy w nagrodę coś, na co pracowaliśmy całe życie i co właściwie jest nagrodą. Bo nie dla każdego nagrodą będzie fruwanie pośród chmurek i granie na harfie. Dla niektórych będzie to domek w lesie, dla innych domek na plaży. Tak więc poniekąd jest to moja wizja nieba, którą bym chciała, żeby się zrealizowała.
[08:01] - Wiktorze, ty tak milczysz. Czy to jest milczenie znaczące, czy ja cię po prostu do głosu nie dopuszczam?
[08:07] - Jest to znaczące milczenie, bo z tym rajem i wyobrażeniem sobie naszej wiecznej szczęśliwości jest pewien poważny problem. Chrześcijańska wizja nieba, w której wszyscy są szczęśliwi równocześnie, jest bardzo podobna do dużo późniejszej komunistycznej wizji świata pełnej szczęśliwości. Wyraźnie się od tego odbija nasza współczesna wizja, że wszyscy mają inne wyobrażenie szczęścia i właściwie potrzebują innego nieba. Jest to bardzo chwytliwe podejście do sprawy i może takie nowoczesne, ale ja wcale nie jestem pewien, czy jest to pewne. Bo ten skrajny indywidualizm, który przez nas przemawia do tego, żeby poszukiwać indywidualnego nieba, kłóci się na przykład z takimi sytuacjami, w których szczęście, pełne szczęście, pełne niebo może dotyczyć na przykład dwóch osób, mężczyzny i kobiety, albo całej rodziny, albo całej drużyny, na przykład futbolowej, w której, dajmy na to, właściwie ustawieni przez trenera, przez tego Boga piłkarze mają pełną szczęścia. Obrońca jest w pełni szczęśliwy, napastnik jest w pełni szczęśliwy. Co najzabawniejsze, szczęście na przykład bramkarza uszczęśliwia obrońcę niezbyt uważnego. Obrońca i bramkarz są szczęśliwi szczęściem napastnika i tak dalej. Czyli zbiorowe grupowe szczęście również jest możliwe, ale muszą istnieć pewne więzi społeczne, które to niebo wokół nas organizują. W dzisiejszym czasie, przy zaniku tych więzi społecznych, bogie ma prawdę, łajba naszych wyobrażeń przechyla się w stronę wizji pani Kamili Ciok Mortarskiej, w której każdy swoje niebo musi przeżyć i jakoś doświadczyć indywidualnie.
Dlatego milczałem, bo wcale nie jestem taki pewien, czy to jest prawidłowa wizja świata szczęśliwego. To by było na tyle.
[11:34] - Wiktorze, wiesz co, ja się zawsze uśmiecham, kiedy słyszę, że ktoś mówi, że jakaś wizja powinna być prawdziwa, a jakaś prawdziwa nie jest. Szczególnie jeśli dotyczy to tak ulotnych rzeczy jak wizja nieba, czy też życia po śmierci. Bo sami funkcjonariusze kultu nie są w stanie nam tej wizji pokazać. Kiedy mówią, że oni wiedzą, to mówiąc szczerze rozmijają się z prawdą. To nie chodzi w tej chwili o jakąś prostą, płaską krytykę tychże funkcjonariuszy kultu, tylko pewną logiczną konsekwencję. Oni tak naprawdę mówią o transcendencji, o czymś, co jest na zewnątrz, poza obszarem naszego świata. Nie styka się nawet z naszym światem. W związku z tym mówienie, co tam jest i jak tam jest, to jest pewien rodzaj odwagi, na który ja się na przykład nie zdobywam i wielu ludzi się nie zdobywa. Ale, i to robi właśnie pani Kamila, można na ten temat fantazjować i ta fantazja, którą pani Kamila przedstawia, jest niezwykle interesująca. I tak jak pani Kamila powiedziała, że to jest jej takie wymarzone miejsce, to powiem, że ja albo bardzo łatwo ulegam wpływom, to prawda akurat jest, ale mnie się ta wizja bardzo podoba.
To byłoby fajne miejsce po prostu. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że pani Kamila ma jakieś zdolności przewidywania tego, jak jest, jak będzie, jak tam w ogóle sprawy mogą się mieć po prostu. Pani Kamilo, my już skutecznie panią zagłuszyliśmy. To taka nasza tutaj tradycja, że my skutecznie zagadamy każdego. Ale wie pani co? Ja proponuję pójść po pewnym takim schemacie. I na początek to bym panią zapytał: niech nam pani powie, skąd się pani właściwie wzięła? Oczywiście pytanie jest prowokacyjne. Pytanie jest prowokacyjne i chodzi w nim, tak najkrócej mówiąc o to, żeby pani powiedziała, jak pani do tej pierwszej swojej książki doszła. A zatem pytanie o literacką drogę pani Kamili Ciołko-Borkowskiej.
Prosimy.
[14:00] - To powiem tak: zaczęło się od bodajże czwartej klasy. Tak, to była czwarta klasa szkoły podstawowej, czyli dość dawno. I zaczęło się dość specyficznie, ponieważ w czwartej klasie kiedyś, nie wiem jak teraz, ale kiedyś dziecko przechodziło taki lekki szok edukacyjny, ponieważ przez pierwsze trzy lata wszyscy byli razem, jeden nauczyciel. Później raptem się okazywało, że każdy przedmiot był z innym nauczycielem. Język polski był z panią polonistką. Pani polonistka dała nam któregoś razu temat wypracowania. To miała być nasza pierwsza samodzielna praca i temat ten dotyczył jakiegoś wynalazku w przyszłości, który bardzo mocno się przysłuży ludzkości. Temat zadany był w piątek i przez weekend mieliśmy napisać niedużo, bo jedną stronę formatu A5. Jeszcze wiadomo, czcionka taka dość duża, bo to początki pisania. Tak więc zaczynałam pisać i z każdym zdaniem szłam do mojej mamy.
W sumie cały weekend pisałam tą jedną stronę A5, łącznie z tytułem, który zajmował pierwszą linijkę. Zwątpiłam w siebie całkowicie. Planowałam samobójstwo wtedy, ponieważ to już było zupełnie dla mnie bezsensowne, że tego nie zrobię. Po weekendzie, kiedy oddawaliśmy zeszyty z pracą domową, nauczycielka sprawdziła tę pracę domową i kiedy oddawała te zeszyty, powiedziała, że mam powiedzieć mamie, żeby nie pomagała mi pisać wypracowań. To się tak mniej więcej zaczęło. Później zaczął się okres, kiedy zaczęły mnie interesować także wiersze, poezja. I taki bardzo ważny moment w moim życiu, kiedy na tablicy na korytarzu w szkole został powieszony mój wiersz. To taki kolejny krok ku pisaniu. Następny był chyba bodajże w siódmej klasie, kiedy podczas sprawdzania naszych prac polonistka— to był bardzo smutny temat, ponieważ temat dotyczył powstania warszawskiego bodajże. To miało być opowiadanie dotyczące emocji bohatera związane z II wojną światową albo powstaniem warszawskim.
Wtedy też napisałam jakieś tam opowiadanie o kobiecie, która straciła męża i syna podczas wojny i podczas sprawdzania tych wypracowań na lekcji nauczycielka się popłakała. A później kazała mi to opowiadanie czytać na forum klasy. I to był, myślę, najważniejszy moment, ponieważ jak to wiadomo, to jest siódma klasa, więc dzieciaki niewiele słuchają nauczyciela, nie przejmują się tym za bardzo, co mówi nauczyciel. Więc były śmiechy, było gadanie. A kiedy kończyłam czytać to opowiadanie, w klasie nastała taka cisza, że można było muchę usłyszeć. I ta cisza trwała przez dłuższą chwilę, kiedy skończyłam. Tak więc to był, myślę, najważniejszy moment, jeżeli chodzi o moją drogę ku pisaniu, ponieważ później już jakoś tak trochę to się uspokoiło. Nie było jakichś tam takich większych skoków pisarskich Pisałam opowiadania sobie, koleżankom z klasy. Zdarzało się. Pisałam też wiersze i gdzieś w okolicy studiów pisanie mi uciekło.
Przestałam się na nim skupiać. Myślę, że pojawiła się taka myśl, że osoba dorosła nie zajmuje się pisaniem, nie zajmuje się poezją, ponieważ to niewiele ma wspólnego z życiem dorosłym. Praca zawodowa, praca magisterska i rozwijanie się, rodzina. Gdzie tu jakieś pisanie? Mając już dziecko, które miało chyba już sporo, około pięciu lat, natrafiłam na Facebooku na grupę pisarską i przypomniałam sobie, że przecież pisałam i to było bardzo fajne. Podobało mi się. Może zacząć z powrotem? W ten sposób powstała „Dziewczynka na ławce”, którą myślę, że panowie prowadzący pamiętają.
[19:14] - Pamiętamy. Z dwóch względów pamiętamy to opowiadanie.
[19:17] - To było moje pierwsze opowiadanie, które napisałam po długiej przerwie, bodajże 10 latach przerwy w pisaniu. To były moje początki, więc podejrzewam, że to opowiadanie było straszne, jeżeli chodzi o warstwę warsztatową. Pisałam to opowiadanie tydzień. Bardzo długo. Jednak efekt tak bardzo mi się spodobał. Tak bardzo spodobały mi się te uczucia, które wróciły z powrotem, że zaczęłam się udzielać w tej grupie. Nawet przez jakiś czas byłam tam administratorem. Zaczęłam znowu pisać. Trafiłam tutaj na audycję ABW przez czysty przypadek i zaczęłam wysyłać swoje opowiadania, zbierając wszystkie wiadomości, które usłyszałam podczas audycji i podczas uwag osób czytających moje opowiadania na grupach pisarskich, na które się pozapisywałam. Zaczęłam poprawiać swój styl, sposób pisania, swój warsztat.
Podczas jednej z zabaw w grupie napisałam krótkie opowiadanie, bardzo króciutkie, które stanowiło początek „Marysi”. Pierwszy fragment pierwszego rozdziału. W międzyczasie jeszcze oczywiście wydałam tomik wierszy. Myślę, że całkiem mocno się rozgościłam w pisaniu, ponieważ w międzyczasie była antologia „Rubież rzeczywistości”, jeszcze między tym wszystkim antologia „Nieotwierana strona Sigma”, którą wydałam ze znajomymi.
[21:19] - Przepraszam, tu przerwę. O tej antologii będzie osobna audycja. Mówię o antologii „Nieotwierana strona Sigma”. Będzie audycja już w nowym roku, bodajże 15 stycznia. Zapraszamy wszystkich. Będzie audycja o tym tomiku. O tyle ciekawa audycja, że autorami w tym tomiku jest sporo państwa znajomych z anteny, bo pojawia się tam nie tylko Kamila Ciołko-Borkowska, ale Jacek Fleischfresser, pojawia się Przemysław Cichoń. Kogoś pewno pominąłem jak zwykle, bo ja zawsze o kimś zapominam, kogo powinienem pamiętać. Ale w każdym razie na audycję zapraszamy 15 stycznia. Już nie przerywam, oddaję głos.
[22:09] - W sumie to ja już kończę, ponieważ chciałam właśnie powiedzieć, że wszystkie te moje wprawki literackie podczas treningów na grupach literackich, podczas słuchania audycji doprowadziły w końcu do wydania tomiku, do udziału w tych wszystkich antologiach i do wydania w końcu „Marysi”. Jestem gdzie jestem, czyli tutaj.
[22:40] - Ucieszyłem się, kiedy zostało przywołane opowiadanie o dziewczynce na ławce, ponieważ pamiętam doskonale to opowiadanie. Myśmy z Wiktorem przy nim trochę siedzieli, bo to opowiadanie było fascynujące. Chwilami było super, chwilami było takie sobie. I mówię teraz o warstwie czysto technicznej. Nagle się pojawiały jakieś dziwne rzeczy, sformułowania, rozwiązania. To pierwsza część. Ale widać było, kiedy z Wiktorem o tym rozmawialiśmy, że za tym wszystkim, za jakimiś niedoróbkami albo też całkiem fajnymi fragmentami stoi jakaś myśl. Nie tylko jakiś rodzaj myśli filozoficznej czy refleksji, ale też myśl czysto pisarska, narracyjna pod tytułem: „Opowiem wam historię”. Widać było, że autorka, której jeszcze wtedy od strony innych utworów nie znaliśmy, ma w sobie taki pazur narracyjny, pazur pisarza. I się zastanawialiśmy, co z tym opowiadaniem zrobić, bo ono chwilami, tak jak wspomniała pani Kamila, było mocno niedorobione, ale w rezultacie trochę czasu poświęciliśmy, trochę to opowiadanie posztukowaliśmy i okazało się, że było fajnie.
A jeszcze fajniej było, kiedy przyszły następne opowiadania, bo one były już pod względem technicznym — cały czas mówię o tej stronie technicznej — o niebo lepsze. I właściwie od pewnego momentu było tak, że te opowiadania, przynajmniej do tej warstwy tekstowej, czyli warstwy ABW, gdzie opowiadania są czytane, nie wymagały większej redakcji. I to był postęp błyskawiczny. To nastąpiło naprawdę pyk i było. Czyli ta pamięć pisarska, nawet jeśli nie była używana przez 10 lat czy powiedzmy przez ileś lat, już nie określajmy, ona gdzieś w człowieku jest. Człowiek po prostu może zapomnieć pewnych takich technicznych spraw, ale sobie bardzo szybko to przypomina. Pani Kamila jest najlepszym przykładem tego, że to działa. Jak ktoś już raz pisarzem został — pisarzem, osobą piszącą, obojętnie jak to określimy — to już nim zostaje. To jest kwestia przypomnienia sobie. Tak jak człowiek po tym, jak sobie złamie nogę, musi się nauczyć na nowo chodzić albo przynajmniej przypomnieć sobie, jak się chodzi.
Tak samo tu z tym pisaniem. To kwestia przypomnienia sobie. I to wcale nie trwa tak długo, jak nauka chodzenia na przykład.
[25:46] - Ja mam pytanie do pani Kamili. Co pani studiowała?
[25:54] - Ja studiowałam studia magisterskie z teologii i licencjackie z nauk o rodzinie.
[26:08] - Jest w tym coś takiego, co ja zawsze obserwowałem. Otóż wszyscy humaniści studiujący właściwie na ten czas studiów humanistycznych albo zaraz po, zawieszają na kołku takie humanistyczne trochę myślenie, które motywuje pisarstwo. Ja to zauważyłem wielokrotnie. To się bardzo różni od ludzi studiujących nauki techniczne, dla których humanistyka jest zawsze świeża. Dlatego bardzo często na przykład literaturą science fiction zajmowali się ludzie studiujący na politechnikach, na akademiach górniczych albo fizykę, czy coś takiego. Dlaczego? Gdyż dla nich książka jest zawsze bardzo świeża, a w wypadku humanistów jest troszeczkę takie zmęczenie pracą, po prostu magisterską i tak dalej. To moja taka uwaga, obserwacja zupełnie na marginesie. Natomiast ja mam takie pytanie również do Marka Żelkowskiego. Po pierwsze bardzo jestem ciekaw, co zmotywowało panią Kamilę do napisania, do podjęcia tego wysiłku, żeby akurat taką powieść napisać.
Bo mniej więcej się szuka czegoś w swoich zainteresowaniach, ale również szuka się mniej więcej grupy jakichś odbiorców, jakiegoś wachlarza przyszłych czytelników, dla których będziemy adresowali dany tekst. Dlaczego pani Kamila akurat taki trud podjęła? I tutaj takie równoległe pytanie do Marka Żelkowskiego jako do wydawcy: dlaczego akurat taką książkę uznał za wartą opublikowania? Przecież tych książek jest do wyboru w tej chwili. To znaczy tematów, które by można było podjąć. Ludzie piszą różne rzeczy. Dlaczego akurat ten temat w wypadku autorki i dlaczego ta książka w wypadku wydawcy?
[29:02] - To ja oddam głos naszemu gościowi najpierw.
[29:07] - To, że zaczęłam pisać „Przez zwykłe przygody. Nieboszczki Marysi”, to czysty przypadek, ponieważ najpierw, jak mówiłam już wcześniej, napisałam fragment pierwszego rozdziału do zabawy grupowej na grupie warsztatowej na Facebooku. Później uczestnicy tej grupy stwierdzili, że to jest naprawdę bardzo fajnie napisany kawałek prozy i że można byłoby to kontynuować. Więc publikowałam fragmenty właśnie na grupie, a już później stwierdziłam, że w sumie książka jest skierowana do kobiet i myślę, że to są kobiety powiedzmy koło pięćdziesiątki. Tak moim prywatnym zdaniem. A jeżeli chodzi o książki, to najczęściej są to albo książki erotyczne Więc kobiety koło pięćdziesiątki mają wybór albo między takimi książkami, takimi czytadłami, albo między poradnikami „Odkryj siebie na nowo” czy coś takiego. Więc taka książka powinna być, przynajmniej takie było założenie, jakimś lekkim urozmaiceniem w dość ubogim wyborze zakresu literackiego dla nich.
[30:35] - Tak, to przyszedł czas na mnie teraz.
[30:37] - Bardzo pełna informacja dla mnie, bardzo dobre ustawienie sytuacji. Rozumiem to.
[30:45] - A ja powiem w ten sposób, że ja wcale się nie zgadzam albo nie do końca się zgadzam z oceną autorki. To znowu jest dosyć niebezpieczne, bo w końcu kto ma wiedzieć lepiej, o czym jest ta książka i dla kogo jest ta książka?
[31:03] - Oj, teraz mogę zacząć.
[31:05] - Tak, ale ja w tej książce znalazłem coś jeszcze. To znaczy, poza oczywiście elementarnymi zaletami tej książki, czyli pewną logiką narracji, pewną techniczną sprawnością. O tym nie mówmy, bo to są oczywistości. Znalazłem coś jeszcze. Rzeczywiście ta książka przy pierwszym zetknięciu się z nią sprawia wrażenie takiego czytadła, jak to mawiają moi znajomi, dziewczyńskiego. To jest takie dziewczyńskie. Moim zdaniem nie do końca, bo to jest takie złudzenie, które można mieć. Znam osobę dobrze mi znaną. To jest właśnie ten stały element programu, w którym ja się motam we własnych słowach. Więc znam taką osobę, która rzeczywiście po przeczytaniu bodajże jednej czwartej książki stwierdziła: „To takie dziewczyńskie, to takie dla kobiet, nie”.
Mówię: „Chłopie, weź ty czytaj dalej tę książkę”, bo ona rzeczywiście takie wrażenie sprawia, że ona jest dla kobiet. Tymczasem ja nie jestem przekonany, że to jest książka dla kobiet, bo ona oczywiście jest również dla kobiet, ale sobie roszczę prawa również dla mężczyzn, bo myślę, że po przeczytaniu tej książki, w przeciwieństwie do wielu innych książek adresowanych do kobiet, bo są takie książki adresowane do kobiet, które mnie autentycznie odrzucają, nie czerpię z nich żadnej przyjemności ani żadnych informacji. To ta książka ma tę zaletę, że można się przekonać, jak czasami nasz męski świat wygląda oczyma kobiety. A to jest niezwykle cenne, bo tu się gdzieś tak przebijają w ocenach, w retrospekcjach, w pewnych obrazach, przemyśleniach bohaterki głównej to, jak ona widzi męski świat. I to nie zawsze jest obraz budujący, ale niestety takie odnoszę wrażenie, że on jest jakoś tam zbliżony do prawdy. On sporo rzeczy prawdziwych o nas jako facetach mówi i cóż, ja lubię takie archeologiczne odkrycia. To może nie archeologiczne, złe określenie. Takie badawcze lektury. Ponieważ nagle okazuje się, że to, co czasami uważamy za ważne, wcale ważne nie jest, a to, co skłonni jesteśmy lekceważyć, może okazać się ważne. Ja wiem, mówię takim ezopowym, może nie ezopowym, w każdym razie dosyć zawiłym językiem, ale o to właśnie chodzi w tej książce, że ona chyba nie do końca jest dla kobiet, bo dla mężczyzn może okazać się taką nauczką.
To chyba najlepsze słowo, jakie znajduję w tej chwili. Taką nauczką dla mężczyzn, jak możemy być widziani, jak czasami dobre intencje albo złe intencje, dokładnie tak, są odczytywane. I z tego względu ta książka wydała mi się interesująca. Po prostu tylko tę książkę trzeba przeczytać albo jej nie zaczynać. Jeżeli ktoś dojdzie do wniosku, że przeczytał 10 stron i już wie o tej książce wszystko, no to moje ulubione sformułowanie: jest w mylnym błędzie i nie ma szans w ogóle zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To tak tyle, jeśli chodzi o uzasadnienie. Ja po prostu dałem się tej książce wciągnąć. Dałem sobie powiedzieć: „A teraz opowiem ci historię” — mówi autorka i ja dałem się pociągnąć za tą historią. To nie jest skomplikowana historia i jeśli ktoś tu oczekuje jakiejś wybujałej akcji albo zawiłej akcji, to nie. Ona jest w gruncie rzeczy ta akcja bardzo prosta.
Mówi może o rzeczach bardzo podstawowych, ale też może w prostocie siła w tym wypadku. Ja jestem jak najbardziej w dalszym ciągu, pomimo że książka już wydana i że książka przeszła wszystkie etapy wydawnicze, to ja w dalszym ciągu jestem, żeby już nie przesadzić z tym słodzeniem, pod urokiem. Tak, pod urokiem jestem tej książki po prostu. Z zachowaniem oczywiście, może nie przesadzajmy, ale jednak to jest książka, którą po prostu każdy myślący facet powinien przeczytać, bo mu dobrze zrobi. Jednym zrobi to dobrze na ich wybujałe ego, innym dobrze zrobi, że po prostu są na kursie i na ścieżce i wiedzą, jak z tym wszystkim sobie dawać radę. Jeszcze innym być może dostarczy wielu innych ważnych informacji, co moim zdaniem jest przepis na po prostu dobrą książkę.
[36:10] - A Marku, czy zarekomendowałbyś tę książkę komuś, kto kogoś opłakuje? Może ta książka poprawiłaby humor komuś, kto kogoś stracił?
[36:23] - Tak. Powiem tak: jeśli ktoś przyjmie tę narrację pani Kamili, że to jest jeden z możliwych rajów. Kiedyś wyszła taka książka w latach 80. chyba, „Dla każdego inny raj”. Autorem był Szablicki. Ten tytuł zawsze dźwięczał mi w głowie i kiedy przeczytałem książkę pani Kamili, to wrócił ten tytuł. Tamta książka to jest twarde SF. Zupełnie nie o tym. Natomiast dokładnie ten tytuł „Dla każdego inny raj” pokazuje ideę, która pani Kamili przyświeca. I tak jak mówiliśmy, jeśli tak ma wyglądać raj, to fajne miejsce jest po prostu.
Znacznie fajniejsze niż to z tymi skrzydełkami, harfami i śpiewaniem psalmów. Przynajmniej dla mnie, z mojego punktu widzenia. Powiem jeszcze tak: bardzo zazdroszczę pani Kamili, bo jak już skończyłem jedne studia, drugie studia, to zacząłem myśleć, czy przypadkowo na teologię nie pójść, ale już mi powiedzieli, żebym sobie dał spokój z tym studiowaniem, że już wystarczy. Do dzisiaj jakoś nie mogę pozbyć się przekonania, że może trzeba było spróbować. Więc pod tym względem pani Kamili troszkę zazdroszczę. Bo to nie chodzi o to, żeby stać się człowiekiem, który wszem i wobec i zawsze, i na każdym kroku będzie mówił o tym, jak tam jest i w ogóle jak z tym wszystkim jest, co dotyczy wiary. Tylko ja, moim zdaniem, przynajmniej po studiach filozoficznych, odnoszę wrażenie, że teologia jeszcze pogłębia pewne rzeczy i pokazuje pewne możliwości, pewne spektrum, które nas otacza. Spektrum chociażby interpretacyjne. W związku z tym to taka moja tęsknota, ale pewno już zrealizowana nie będzie. Natomiast ja jeszcze chciałbym pani Kamili zadać takie pytanie.
Nawiążę do tej nauczycielki, która powiedziała, że mama nie pomagała pisać wypracowań. Co pani wtedy poczuła? Czy taką dumę, że oto napisałam coś, co nawet pani podejrzewa, że to mama pomagała, ja to sama zrobiłam? Czy oburzenie: jakżeż ta stara wiedźma śmie podejrzewać mnie o takie coś? Czy w ogóle coś? Co pani poczuła?
[38:56] - Ja pamiętam, że wtedy byłam niesamowicie smutna. Było mi tak przykro, bo nauczycielka, notabene autorytet, wtedy jednak dla dziecka nauczyciel jest autorytetem, wątpiła w to, że wykonałam naprawdę kawał dobrej roboty przy tym opowiadaniu. I ona insynuuje mi tutaj, że ja tego nie zrobiłam sama. Było mi wtedy tak przykro, nie wierzyła wtedy w moje zapewnienia. To był ten gwóźdź do trumny w tym momencie. Nie byłam jakoś zła i nie byłam z tego powodu szczęśliwa, tylko było mi tak przykro, żal. I ja pamiętam, że chciało mi się wtedy między Bogiem a prawdą płakać z tego powodu, że ona mi po prostu nie wierzy, wątpi w to, że to jest moja twórczość.
[40:00] - To jest o tyle cenna informacja, że ja również pamiętam. Ja byłem z kolei człowiekiem cynicznym. Cholera, już tak sobie teraz pomyślałem, że ja właściwie cyniczny to od przedszkola może nie, ale już od podstawówki, od trzeciej, czwartej klasy zacząłem być człowiekiem cynicznym. Ja nie wiem, czy to przypadkowo nie jest jakaś skaza psychiczna, bo ja sobie przypominam, że dosyć szybko zorientowałem się, że jakoś potrafię te słówka składać jedno do drugiego i całkiem to nieźle wychodzi. I pamiętam, że miałem duże kłopoty z językiem rosyjskim. Oj straszne, dręczyła. Nie dość, że nauczycielka była straszna, to dręczyła mnie i dręczyła. Wypytywała mnie o różne rzeczy, o których nie miałem pojęcia, bo nie chciałem mieć pojęcia. I tak się w pewnym momencie zdarzyło, to co prawda historia z bardzo późnych klas, ale w pewnym momencie zaczęła być sytuacja podbramkowa i taka dosyć niewesoła. Pani zaproponowała, żebym napisał jakieś wypracowanie.
Napisać wypracowanie po rosyjsku to jest trochę chory pomysł. Przynajmniej wtedy tak mi się to wydawało. Więc siadłem. To przypomniało mi się, kiedy pani Kamila mówiła o tym płaczu w czasie lektury. Napisałem niezwykle wzruszające opowiadanie. Właściwie opowieść, to nie było opowiadanie. To była taka opowieść o żołnierzach Armii Czerwonej. Niezwykle takie Umiejętności w zakresie pisania. To, co pani powiedziała o wzruszeniu, które pani wywoływała. Pisarz, a szczególnie młody pisarz szkolny, ma taką zdolność — później jeśli też ma, to bardzo dobrze — manipulowania ludzkimi odczuciami.
Już nie chcę mówić duszami, ale odczuciami to na pewno. I wtedy dzieją się rzeczy takie, jak pani opisała, czy też takie, jak ja tutaj przytoczyłem. Coś chcesz powiedzieć, Wiktorze?
[43:05] - Chciałbym. Jeśli mogę się tak wychylić, to muszę stwierdzić, że nie odnosząc się do czasów minionych, tylko do czasów, kiedy pani Kamila Ciołko-Borkowska zagościła tutaj w naszym radio, dokonałem na własny użytek pewnego odkrycia dzięki pisarstwu. Cóż to za odkrycie było? Otóż na początku tej audycji Marek powiedział, że kiedy zetknęliśmy się z tymi tekstami, to natychmiast zauważyliśmy ich konstrukcję, że były przemyślane, dobrze skonstruowane i tak dalej. Otóż ja się nie podpisuję pod tą markową diagnozą. Ja tego nie zauważyłem. Zauważyłem wtedy zupełnie coś innego. Otóż wszystkie teksty literatury, sowinizystycznie mówiąc męskiej, dla mnie zawsze były bardzo dobrze skonstruowane. Te dobrej literatury. One właśnie były dobrze skonstruowane, przemyślane i tylko wtedy były dobre.
Z kobiecą literaturą jest troszkę według mnie inaczej. I tutaj pani Kamila Borkowska mi wytłumaczyła właściwie w tych pierwszych swoich próbach, w czym jest inaczej. Otóż tekst literacki nie musi być przemyślany, dobrze skonstruowany. On może być również po prostu zgrabny. To jest taka naturalna zgrabność, której mężczyźni bardzo rzadko doświadczają. My, jako młodzi chłopacy, pamiętam, żeśmy konstruowali te swoje teksty — i Marek również, i ja również — po to, żeby one kiedyś zrobiły efekt. Natomiast w tych opowiadaniach, chociażby pani Kamili Ciołko-Borkowskiej, był od samego początku pewien urok. I urok tych opowiadań w całej rozciągłości dotyczy również tych przecudownych wędrówek naszej środki Marysi po niebie powieściowym w tej ostatniej powieści. Ten tekst jest zgrabny, Marek. Nie wiem, na czym to polega, bo opisać zgrabność?
To bardzo często kobiety myślą albo mężczyźni myślą, że kobiety podobają się mężczyznom dlatego, bo są piękne. Nieprawda. Najbardziej na mężczyzn oddziaływuje pewna kobieca harmonia. To znaczy właśnie takie powiązanie uroku, zgrabności, samej harmonii sylwetki albo umysłu po prostu. To najbardziej oddziaływuje na mężczyzn. To wszystko, o czym w tej chwili klepię, powstało mi w głowie w trakcie lektury tekstów pani Kamili Ciołko-Borkowskiej. To wszystko.
[47:28] - Ale jakbyś się, Wiktorze, tego nie zamotał w słowa, to i tak ja mam rację. Dlaczego? Dlatego, że ja powiedziałem o tym, że ono było dobrze skonstruowane. Nie powiedziałem o walorach tylko i wyłącznie technicznych. To właśnie z tego wynika, że coś jest harmonijne, coś oddziałuje na ciebie, że jest dobrze skonstruowane. Ty pojąłeś dobrą konstrukcję jako ułożenie odpowiednie fabuły. Nie. Ja nie tak patrzę na konstrukcję. Już to pierwsze opowiadanie było dobrze skonstruowane. Przypomnę z grubsza, że tam mamy do czynienia z tą przysłowiową dziewczynką na ławce i starszym mężczyzną.
Klimat. Szukałem tego słowa. Tam się w tym opowiadaniu pojawia pewien klimat.
[48:26] - Bo w sumie tam się nic nie dzieje.
[48:28] - Słucham?
[48:28] - Bo w sumie tam się nic nie dzieje w tym opowiadaniu.
[48:31] - Właśnie! W tym opowiadaniu dzieje się niewiele, tak już powiedzmy, ale jest w nim od początku do końca pewien klimat. Ja nie wiem tak naprawdę, jak nazwać ten klimat. Czy to jest klimat tajemniczości? Nam się klimat tajemniczości kojarzy głównie z „Archiwum X” i to wszystko psuje. Więc to nie jest klimat tajemniczości. Czy to jest klimat pewnej magiczności, pewnej ezoteryki? Nie wiem. To tak naprawdę nie ma znaczenia, żebyśmy teraz znajdowali słowo. Zupełnie nie ma znaczenia.
Ważne jest to, że autorka przeszła pewien próg. Umie zatrzymać czytelnika przy swoim tekście. To jest tak naprawdę istota bycia człowiekiem piszącym. Ktoś jest pisarzem wtedy, kiedy potrafi. Według najbardziej podstawowej definicji zadaniem każdego piszącego jest to, żeby skłonił czytelnika do przewrócenia na następną stronę. Pani Kamila robiła to świetnie już od tego pierwszego, jak powiedzieliśmy, niedoskonałego opowiadania. I w tym jest istota. I dlatego się, Wiktorze, nie zgadzamy ze sobą, chociaż się tak naprawdę zgadzamy, tylko mówimy innymi słowami o tym samym. A teraz do pani Kamili Ciołko-Borkowskiej pytanie. Bo pani opowiadania nadsyłane do ABW, te, które się pojawiły w antologii „Rubieże rzeczywistości”, a także „Nieboszczka Marysia”, to wszystko dotyka takich tematów jak fantastyka, niesamowitość.
Czy to są pani zainteresowania, czy też pisze pani pod publiczkę? Skąd te zainteresowania w takim razie?
[50:37] - Tak szczerze mówiąc, to to samo wychodzi. Naturalnie. Gdyby ktoś mnie spytał o to, to mogę powiedzieć szczerze, na 100%, że jestem przekonana, że magia, czyli ta cała fantastyka, jest obecna w życiu każdego z nas, wszędzie, gdzie tylko się. Tylko że my jako dorośli zatraciliśmy umiejętność zauważania jej. Więc dzieci prędzej zauważą jakąś cudowną rzecz w codzienności niż osoba dorosła. Dla nas świat jest po prostu czarny, biały, szary, a dzieci widzą tysiące barw iskrzących się emocjami, iskrzących się magią, fantastyką, bo gdzieś widzą jakiegoś elfa, gdzieś był jakiś jednorożec, gdzieś było coś innego. I to wszystko, nawet jeżeli potrafimy pisać historie obyczajowe, bo jakby nie patrzeć, „Nieboszczka Marysia” to jest obyczaj, to jest książka obyczajowa. Tyle tylko, że dzieje się w zupełnie innym miejscu. Mogą się przeplatać z tą fantastyką. Tak więc to po prostu jest w moim przypadku zupełnie naturalne, bo to wszystko gdzieś jest, nas otacza.
[52:10] - Tak, ale o ile „Nieboszczka Marysia” to rzeczywiście jest rzecz, w której fantastyka jest pewnym pretekstem. Rzeczywiście o co innego w tej książce chodzi. Jednak ma pani na koncie opowiadania stricte fantastyczne, dotykające jakiejś niesamowitości. Chociażby to przywoływane już o tej dziewczynce na ławce, ale szereg innych, w których magia, w których pewna fantastyka to jest element składowy, niemalże konstrukcyjny. A zatem używa pani tej fantastyki tak, jak trzeba. Raz jest ona tylko pewnym szkieletem, raz jest podstawą tego wszystkiego, co pani pisze. Częściowo już pani odpowiedziała, ale cały czas będę drążył. To inaczej. Jesteśmy w Radiu Paranormalium. Czy pani doświadczyła tej magiczności świata w jakiś sposób?
[53:27] - Poza tym, że staram się patrzeć na świat jako na miejsce magiczne, to poza tym zdaje mi się, że bezpośrednio jako takiej magiczności to chyba tak niekoniecznie. Wiem, że magia, fantastyka, bo mam też opowiadanie, o którym też na pewno panowie pamiętają, o tych elfach moich, „Niepasująca”, które też wysyłałam. To było pierwsze, które przyszło na skrzynkę Bibliotekarium. Ale fantastyka jest rewelacyjnym sposobem na podkolorowanie opowieści, żeby czytelnik bardziej poczuł to, co się dzieje w tej historii. Nie wiem, czy ja to dobrze wytłumaczyłam, czy to w ogóle ma sens.
[54:21] - Ma sens, jak najbardziej. Fantastyka jako taki element gry z czytelnikiem bardzo mi jest bliski. Stworzenie pewnego świata, pewnej magii w tym tekście. Tak to odczytuję. Magii o magii. Chodzi o to, żeby w tekście pojawił się pewien klimat, pewne oddziaływanie, pewien rodzaj przyciągania. Staram się opisać rzecz nieopisywalną, co już świadczy o tym, że porywam się z motyką na słońce. Ale coś takiego jest w tych tekstach, że bardzo często ta fantastyka, o którą pytałem, jest tylko pretekstem. Pretekstem do tego, żeby opowiedzieć historię. Tak to odczytuję przynajmniej.
[55:22] - Fantastyka bardzo pomaga, ponieważ nie oszukujmy się, nasze życia są zwykłe, codzienne i próbując oderwać się od tego życia, codzienności, rachunków, dzieci, pracy, bralibyśmy do ręki książkę, która byłaby tylko o tym samym. To zupełnie nie odrywa myśli od tego wszystkiego. Musi być coś, co przyciśnie ten piąty bieg w mózgu i rozpędzi wyobraźnię, rozpędzi człowieka, jego myśli ku tej historii i oderwie go od tego, co go trapi na co dzień.
[56:06] - Mam teraz propozycję, ponieważ już niemal godzinę rozmawiamy, ale cały czas ci słuchacze, którzy jeszcze książki „Zwykłe przygody nieboszczki Marysi” nie poznali, damy okazję, żeby popróbowali troszeczkę tekstu i posłuchajmy fragmentu książki. Marku, prosimy.
[56:33] - Po bilet w jedną stronę. Oto ja, Maria, dla najbliższych Marysia. Ubrana w stary dres stoję w kolejce po wieczne odpoczywanie. Przyznaję się bez bicia, że fakt ten nie od razu dotarł do mojej świadomości, gdy zdezorientowana ocknęłam się we wspomnianej kolejce. Zdziwiona jak jeszcze nigdy, rozejrzałam się uważnie dookoła. Cholercia, znów ogonki. Komuna wróciła? Westchnęłam głośno. Wielka sala z wysokim sufitem zapełniona była milczącymi ludźmi. Przypominała trochę halę odlotów na lotnisku.
Kiedyś leciałam do kuzynki samolotem i wyglądało to podobnie. Teraz nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszyscy stoją po przeklęty ocet. Jednak ta impreza wyglądała ciut dziwnie. Wszyscy ludzie po mojej stronie ustawili się do jednej kolejki. Drugi ogonek kierował się ku wyjściu. Dokąd? Póki nie wiem, o co chodzi, postoję grzecznie w kolejce. Tłum przesuwał się leniwie. Z głośniczków, których nie potrafiłam zlokalizować, sączyła się cicho muzyka. Wypad klasa, tylko ludzie jacyś sztywni.
Nie mogąc stać bezczynnie w miejscu, zaczęłam przyglądać się otoczeniu. Dookoła dominował szary kolor. Wszystko było jakieś takie bure. Szklane ściany pozwalały obserwować to, co działo się na wszystkich stanowiskach, a działo się niewiele. Ot, ludzie przechodzili przez odprawę i szli dalej w stronę, którą wskazywały niebieskie strzałki umieszczone na podłodze. Nie mogłam uwierzyć, że nigdzie nie pałętali się strażnicy, a mimo to spokój i porządek nie zostały zaburzone żadnym incydentem. Olbrzymie ściany budynku były pozbawione okien. Z sufitu sączyło się delikatne światło, które nie raziło w oczy jak zwykłe jarzeniówki. Musiało to być jakieś nowoczesne rozwiązanie. Znudzona obserwacją architektury rozejrzałam się po ludziach.
Nikt się tu nie uśmiechał i prawie nikt z nikim nie rozmawiał. Niektórzy wprawdzie szeptali między sobą, nieznacznie gestykulując, jednak nikt nie wykazywał chęci do jakiejkolwiek wymiany zdań, nawet zwykłego „dzień dobry”. Nie no, długo nie wytrzymam w tej ciszy. „Przepraszam.” Zaczepiłam starszą kobiecinę w płaszczu wyglądającym jak podomka. „Za czym ta kolejka?” „To pani nie wie?” Spojrzałam na kobietę jak głupia. „Gdybym wiedziała, nie robiłabym z siebie idiotki.” „Jak widać.” Biedaczka. Szturchnęła starszego jegomościa stojącego obok. Musiała umrzeć z zaskoczenia. „U co?” Krzyknęłam mimowolnie, rozglądając się dookoła. „To kolejka do biura podróży.
No wie pani...” Zbliżyła się do mnie i dokończyła konspiracyjnym szeptem: „Ostatnia podróż.” „Dziękuję.” Wpojona uprzejmość kazała mi podziękować za informację o tym, że umarłam. No to wszystko jasne. Musiałam zejść we śnie. Mogłam chociaż Marianowi garnitur naszykować. W sumie to niech się teraz pijaczyna sama o wszystko martwi. Pojechałam na wakacje. Ostatnie. Nie wiadomo kiedy znalazłam się przed okienkiem. Czas tu biegł jakoś inaczej. Uśmiechnęłam się do kobiety w błękitnej bluzce ze stójką i ciasno związanymi włosami.
Kok na głowie wydawał się być doklejony na amen. „Proszę stać prosto podczas skanowania” powiedziała. Jakiego skanowania? Patrzyłam na kobietę ze zdziwieniem i prawie krzyknęłam, gdy ten przeklęty skaner zaświecił mi w oczy. Oślepnę tu. Nie dość, że umarłam, to jeszcze ślepa będę przez resztę śmierci. Chciałam zakląć, ale nie wiedziałam, czy wypada rzucać mięsem w niebie. W sumie czy to już niebo? Cholera wie. „Cii.” Może słyszą myśli.
Zamrugałam szybko, przecierając oczy. „Witamy pani Mario. Proszę.” Coś głośno bipnęło i kobieta położyła przede mną plastikową kartę. Biuro podróży 15A. Miłej wieczności. Pańcia w okienku uśmiechała się jak w reklamie pasty do zębów. Przeszłam dalej, oglądając plastik, który trzymałam w ręku. Plamy przed oczyma nie znikały. Takim błyskiem witają po śmierci każdego. Wzruszyłam ramionami.
Pójdę poszukać tego 15A. Szłam powoli, z zaciekawieniem przyglądając się architekturze wnętrza dalszej części hali. Żadnych reklam, a kolory na ścianach nabrały ciepłych barw. Duże okna bez odcisków palców. Ciekawe kto utrzymuje tu porządek. Pomyć witryny takiego kalibru to na pewno katorga. Dzięki Bogu, jeśli faktycznie umarłam, nie będę musiała już sprzątać, zmywać, gotować. Alleluja! Skuliłam się w sobie. Może nie powinnam się aż tak cieszyć.
E tam, teraz już za późno. Usiadłam przed wskazanym pokojem, bo gdy zajrzałam do środka, ktoś tam był. Ciekawe, czy te koki przyklejają wszystkim pracownikom. Kolejna urzędniczka miała sztywną fryzurę. Dziwne, że im oczy nie wychodzą na wierzch przez tak ciasne upięcia. W końcu rozsiadłam się na jakże wygodnym krześle przed biurkiem i uśmiechniętą kobietą. Wyciągnęła do mnie rękę. „Poproszę identyfikator.” Podałam jej plastik drżącą dłonią. Wsunęła kartę do czytnika. Coś skrobnęło, bipnęło i drukarka zaczęła wypluwać z siebie kartkę.
„Tak.” Spojrzała na mnie. „Gdzie pani sobie życzy?” „Życzy co?” Zapytałam jak głupia. Całkowity brak informacji. Że też to całe niebo nie pierdyknęło im na amen z taką organizacją. „Może sobie pani wybrać miejsce wiecznego odpoczywania” wytłumaczyła cierpliwie. „I będę tam sama?” Zaczęły nachodzić mnie wątpliwości. „Wszelkich informacji udzieli duchowy przewodnik. Jest przydzielony z urzędu.” „A nie moglibyście tego przewodnika rozdawać na początku?” „To anioł przewodnik.” Uśmiechnęła się do mnie, jakby chciała sprzedać parszywą pastę do zębów. Tak z biegu mam wybrać? Skąd ja mogę wiedzieć, gdzie chcę spędzić resztę nieżycia, skoro nawet męża wybrałam sobie byle jakiego.
Pańcia poklikała w klawiaturę swoimi umalowanymi na błękitno pazurkami. Spojrzałam na swoje dłonie. Żebym przynajmniej przed śmiercią mogła wyciąć skórki, ale nawet tego nie zdążyłam zrobić. Dobrze, że chociaż obronie miałam czyste. Rzuciłam okiem na wysłużone spodnie dresowe, upewniając się, że mam rację. Tyle dobrego. „Z tego co widzę, mam dla pani dwie propozycje.” „Tak?” „Widok Toskanii albo kącik w Paryżu.” „Kącik?” Zdziwiłam się. „Nie ja wymyślam te nazwy.” Uniosła dłonie w obronnym geście. „Niech będzie Toskania. Kącik musi być jakiś mały.
Dość mam ciasnego mieszkania.” „Dobrze.” Znów stukanie w klawiaturę. Ciekawe ile godzin dziennie musi tak klikać siedząc przy tym biurku. Znów jakieś szmery w drukarce. Kobieta spięła wszystkie wyplute kartki, wrzuciła je do koszyka stojącego na biurku, otworzyła szufladę i wyjęła kolejną plakietkę. Biurokracja na pięć z plusem. Jak im kiedyś coś padnie, to się to niebo nie pozbiera. „Proszę to przypiąć do ubrania. Zapraszam do tamtej kolejki, gdzie czeka na panią przewodnik.” „A jak się pomylą?” „Proszę się nie bać. Czeka na panią anioł stróż. Zna panią od chwili narodzin.
Miłej wieczności.” „Ta.” Szepnęłam. „Dziękuję.” Czekała mnie wieczność z gościem, który pamiętał wszystkie kompromitujące sytuacje z mojego życia. Miodzio. „Witaj w wieczności, Marysiu.” No i wyszło tak, jak myślałam. Sztywny jak kij anioł stróż przywitał mnie uściskiem dłoni. Zostałam przekazana niczym więzień strażnikowi i na tym zakończyły się działania administracyjne. Wyszliśmy z hali w niezręcznej ciszy. Dla mnie była ona taka bez dwóch zdań. Nie miałam pewności, jakie wnioski wyciągnął przewodnik. Nigdy nie byłam dobra w czytaniu w myślach.
Stanęliśmy w miejscu przypominającym ziemski przystanek autobusowy. No niebiosa! Kto to widział takie rzeczy w niebie. Piękna i nowa szklana wiata nie straszyła jednak, jak jej odpowiedniki na ziemi mało ambitnym graffiti czy starymi plakatami wyborczymi. Stan techniczny konstrukcji oznaczał jedną z dwóch rzeczy. Albo był to nowy nabytek, albo w niebie nie było wandali. Wszędzie dookoła panował porządek. Rekompensowało to w pewnym stopniu rozczarowanie, które odczuwałam po spotkaniu z urzędnikami niebieskimi i ich bałaganem administracyjnym. Niesmak jednak pozostał. Po krótkiej chwili oczekiwania, dla której nie znalazłam logicznego wytłumaczenia, spojrzałam na anioła.
„Przepraszam.” Szlag by trafił tę nieszczęsną uprzejmość. „W jakim celu tu stoimy?” „Czekamy na transport.” Anioł rozwiał wszelkie moje wątpliwości. „Transport?” Patrzcie go. „Jasne. Do miejsca twojego wiecznego odpoczywania.” Rozejrzałam się dookoła. Swoją drogą od śmierci nic innego nie robiłam Ciekawe, czy od częstego kręcenia głową może ona odpaść nieboszczykowi. Gapiłam się na wszystko, nawet nie udając kobiety statecznej, którą notabene byłam. To takie przypomnienie, gdyby komuś umknęło. Za życia cały czas pilnowałam się, bo co ludzie powiedzą? I na co mi przyszło?
Nagła śmierć w starych domowych dresach. Śmiechu warte. Wnioski wyciągnięte poniewczasie, ale lepiej późno niż wcale. Na przystanku zaczęło robić się tłoczno. Pojawiali się ludzie wyglądający na strapionych i dostojni aniołowie u ich boków. Nikt nic nie mówił. Cisza. Martwa cisza dookoła. Zaczęło mnie to dręczyć. Tak ma wyglądać wieczność?
Na to zasłużyłam? Oby ten wyniosły niebieski wysłannik miał mi do zaoferowania coś, dla czego warto było umierać. W końcu podjechał autobus. Z rodzaju tych, co to za życia widziałam ich miliony. Miejski, nie jakiś tam zwykły PKS. Przez całą ziemską egzystencję byłam gapa i jak się okazało pewnych cech nie traci się wraz z oddechem. Zawiesiłam się wlepiając gały w ludzi dookoła. Pewnikiem głowa mi od tego odpadnie. Nagle poczułam uścisk ciepłej dłoni i zostałam wciągnięta do wnętrza pojazdu. Ludzie!
Tego nikt by się nie spodziewał. Tłok w niebiańskim środku transportu. Pomarudziłabym, że na to idą moje podatki, ale chyba nie sponsorowałam nigdy budżetu zaświatów. Gdyby mnie ktoś zapytał, jak długo jechaliśmy, za Chiny Ludowe nie potrafiłabym podać dokładnej odpowiedzi. Jedyne, co przychodziło mi na myśl, to trochę. Ot, tyle z postrzegania świata, a raczej zaświatów. Wszystko było tu inne. Doszłam też do wniosku, że jeśli ta przerażająca cisza nie zamieni się w cokolwiek, nawet w cykanie zegara, skrobanie mysich pazurków w ścianę, nie wiem, cokolwiek, to zacznę krzyczeć, a nawet śpiewać, czego nie potrafiłam, byle powietrze wypełniły jakieś dźwięki. Najgorsze, że wyglądało na to, że tylko mnie drażni brak odgłosów życia dookoła. „Wysiadamy” – usłyszałam pełna oczekiwania.
„W końcu” – westchnęłam z ulgą. „Nie marudź”. „Gadasz, jakbyś mnie znał. Czekaj, przecież mnie znasz” – przypomniałam sobie oczywistość. Anioł spojrzał na mnie z rozbawieniem. Zatłoczony autobus pojechał dalej, zostawiając nas na skraju łąki. Gdy stanęłam obydwiema nogami poza granicą drogi, zaatakowały mnie dźwięki i zapachy. Dookoła rozpościerał się raj. Korony zielonych drzew lekko poruszały się na wietrze. Gdzieś tam radośnie śpiewały ptaki, które z energią, jakiej można im było pozazdrościć, zbijały się, by lecieć ku puchatym chmurom.
Promienie słońca odbijały się w kryształowo błękitnej tafli jeziora. Zdawała się mienić niczym posypana srebrem. Choć musiałam mrużyć oczy od tego blasku, nie mogłam przestać gapić się na to cudo. Trawa stanowiła tło dla kolorowych roślin, które pyszniły się swoją urodą, zapraszając pszczoły i masę motyli zachwycających ubarwieniem. Łąka, którą szliśmy, była milion razy piękniejsza od wszystkich widzianych za życia razem wziętych. „Boże, jak tu pięknie” – nie mogłam się powstrzymać. „To w końcu główny sponsor. Chodź” – ponaglił mnie anioł. „Czeka nas jeszcze spacer”. „Wiesz co?
Przy tych ptaszkach i zapachach mogłabym iść całe życie”. „Życia to ty już nie masz, Marysiu” – zauważył trzeźwo. „Będziesz mi to wypominał całą wieczność?”. Nagle cała niezręczność, której tak się bałam, zniknęła jak ręką odjął. Znaliśmy się całe życie i nie było między nami żadnych niedomówień. Był przecież mną i basta. Po administracyjnej szopce reszta mojej wieczności wydawała mi się piękna. Może to i naciągane, jednak na pewno była do zniesienia. Tak, wiem, że nie żyję, ale nikt nie będzie się czepiał, gdy powiem, że teraz będę żyć jak w raju, gdzie liście szeleszczą delikatnie poruszane wiatrem. Z każdego sekundka dolatuje zapach kwiatów.
Trawa łaskocze bose stopy. Urwałam czerwony kwiat i zaciągnęłam się odurzającym aromatem. „Swoją drogą, jak ci na imię, mój przewodniku?”. „Nie mam imienia. Aniołowie zazwyczaj nie posiadają takowych”. „Tyle lat pamiętałeś się po świecie bez imienia?” – zdziwiłam się szczerze. „Nawet koty się jakoś nazywa”. „Dzięki. Ty to wiesz, jak dowartościować anioła”. „Będziesz…” – zastanowiłam się.
„Julek. Julian znaczy się”. „Pasuje mi”. Przewodnik okazał się być ogarnięty jak Gienek, mąż Teresy, sąsiadki spod dwójki, który nie potrafił znaleźć w domu słoika z kawą. Jednym słowem pierdoła. Niby z urzędu, a nad każdym pytaniem zastanawiał się, jakby coś mu w głowie nie stykało. Stary mój kupił kiedyś na wyprzedaży młynek do kawy, który działał dopiero, gdy się go porządnie grzmotnęło pięścią. Za każdym razem, kiedy anioł napinał się, żeby rozwiać jakąś wątpliwość, przypominał mi się ten nieszczęsny sprzęt kuchenny i miałam ochotę przywalić z pięści istocie nadprzyrodzonej. Takie nawyki ze świata żywych. W końcu żyłam jakieś kilkadziesiąt lat.
No co? Ktoś myślał, że oficjalnie powiem, ile mam lat? Przecież nie przyznam się, w jakim wieku zeszłam. Pomijając fakt, że byłam nieboszczką, to została mi wrażliwość na punkcie życia. Zresztą zmieniając nieco temat, ciekawiło mnie, czy wszyscy aniołowie tacy byli, bo mój musiał być jakiś wybrakowany. Nie wiem, czy można mówić o uszkodzeniu przewodnika duchowego. Toż to plotkarz, jakiego jeszcze nie znałam. Zanim odwiedziłam sąsiadów w wieczności, ta święta papla streściła mi całe nieżycie nieboszczyków i jeszcze kawał ich życia. Wszystko jednak tonem pozbawionym emocji. Uporawszy się z całą administracją niebieską, rozsiadłam się w bujanym fotelu w nowym lokum.
Wymyślone to było nawet przyjemnie. Drewniany domek z czerwoną dachówką z dużymi oknami porośnięty bluszczem. Do tego zacieniona weranda, na którą prowadziły trzy drewniane stopnie. Z wejścia do domu rozpościerał się widok na ogród pełen krzewów, drzew i wielobarwnych kwiatów. W rogu ogrodu stała huśtawka, taka, na której można się położyć i czytać książki. Nieopodal, pomiędzy dwiema jabłoniami wisiał jaskrawy hamak. Na koniec, dla dopełnienia efektu rajskości wspomnieć powinnam o zapachu. Pachniało nieziemsko. Porównanie ambitne, biorąc pod uwagę to, gdzie się znajdowałam. „Julek, ty mnie miałeś strzec ode złego, nie?” Zapytałam ni z tego, ni z owego.
„Starałem się, jak mogłem, ale uparta byłaś”. „Człowiek młody to głupi”. „Głupi, głupi” — przyznał mi rację Julian, kiwając głową z aprobatą. Patrząc na niego, przypomniała mi się dyndająca główka psa w samochodzie. Listonosz miał takie cudo. Patrzyłam, jak zawieszony na jakimś tam haczyku łeb dynda w tę i we w tę. Dyk, dyk, dyk. Zachichotałam. „Julek, ale ogólnie to jakieś tam tragedie mi odpuściłeś, nie?” „Kilka faktycznie było”. „Opowiesz?” „Marysia, ty to potrafisz zaleźć za skórę.
To trzeba do archiwum iść. Kiedyś pójdziemy”. Rozsiadłam się wygodnie. W końcu nie ma co się spieszyć. Wieczność przed nami. Alleluja. Chyba powinnam ugryźć się w język. Wiedziałam, że obietnica ta wzbudziła w moim stróżu lęk, jakbym rzuciła mu w ręce odbezpieczony granat. Cieszyło mnie jego przerażenie. Papierologię to mieli w tym niebie, że tylko pozazdrościć.
„Julek” — zaczęłam znowu. „A jak mnie już tak strzegłeś, to czemu ja za Mariana wyszłam?” „Mówiłem ci. Uparta byłaś”. „Nie mogłeś mnie jakoś ostrzec? Nie wiem. Sukienkę ślubną podrzeć, nie spotkać nas jakoś”. „A co ja, jasnowidz? Jestem zwykłym stróżem”. „No fakt, ale coś zrobić mogłeś”. „Kochana, robiłem.
Jednak kobiety jak się zakochają, stają się ślepe na ostrzeżenia”. „Jak zwykle moja wina”. Przewodnik wzruszył ramionami. On swoją robotę wykonał. To ja spaprałam sobie życie, mając w nosie jego wskazówki. No cóż, teraz już po ptokach, jak mawiał Marian. Swoją drogą ciekawe, co tam u niego.
[01:16:21] - Tak, to był pierwszy rozdział, gdzie właściwie akcja się zawiązuje. Jest kolejka i w tej kolejce stoją pewne wyzwania. Ja powiem tak, kiedy zacząłem to czytać, to jest tak irracjonalne, tak oderwane. Bo z jednej strony orientujemy się, że jesteśmy gdzieś tam w zaświatach, a z drugiej strony mamy kolejkę. To troszeczkę tak, jakby realny socjalizm wrócił, bo kolejki się z tym tak naprawdę przynajmniej mi kojarzą. To już jest pierwszy taki sygnał, że to jest powieść, która z jednej strony będzie śmieszyć, ale z drugiej strony chyba nie do końca. Taki pierwszy sygnał dostajemy. Ja to przynajmniej tak odebrałem.
[01:17:19] - Znaczy tak, jeżeli chodzi o pierwszy rozdział. Pierwszy rozdział był pisany, jak już wspominałam kilkukrotnie, jako odpowiedź na zabawę grupową. I to miała być w zabawny sposób opisana historia osoby, która się orientuje, że umarła. To miała być komedia. Ciężko mi to szło naprawdę, wymyślenie. Już chciałam się poddać, ale w sumie wpadłam na pomysł tej mojej Marysi. I chodziło o to, żeby ta wizja nieba nie pokrywała się z tą, jaką znamy, żeby to było zupełnie inaczej i żeby nie było tak cherubinkowo.
[01:18:15] - Tak. A my się dosyć szybko po tej kolejce, jak ona się już dostaje do nieba, orientujemy, że życie Marysi było skomplikowane. To jest dobre słowo. Skomplikowane w warstwie czysto takiej, nazwijmy obyczajowej. To znaczy był tam mąż. Jego później zresztą poznajemy, bo Marysia wybiera się w odwiedziny z zaświatów. Użyję tego popularnego określenia „na dół”, ale to nie jest najlepsze określenie. Ale wybiera się na ziemię, żeby się troszeczkę panu mężowi przyjrzeć. To, co widzi, już nie opisując szczegółów, nie napawa optymizmem. No to tak powiedzmy.
W każdym razie jakiś kontakt jest. To jest ten pierwszy moment, kiedy my faceci możemy zobaczyć pewien obraz, jaki możemy tworzyć w oczach drugiej płci. I to nie jest obraz budujący. Wiem, że ten znajomy, o którym wspominałem, który czytał książkę, w tym momencie się troszeczkę zawiesił. Mówi: „To takie sztampy są” i tak dalej. Mówię: „Słuchaj, ale czy ty sobie zdajesz sprawę, że takie sztampy to nas otaczają tak na dobrą sprawę? Właśnie dlatego są sztampami, że są tak powszechne”. To może na to zwróćmy uwagę. To jest pierwsza moja obserwacja z samego początku książki. Natomiast druga, troszeczkę mnie zastanowiła motywacja.
Ta osoba, która czytała książkę, o której cały czas wspominam, mówi tak: „Ta Marysia to ona jest taka dziwna jakaś, bo ona się w ogóle niczym nie przejmuje. W ogóle nie odczuwa żalu, że odeszła. Z drugiej strony wszystko ma w głębokim poważaniu, co zostawiła, mąż i tak dalej. W ogóle nie odczuwa żadnego żalu”. Mówię: „Stary, doczytaj ty tę książkę do końca. Przeczytaj w ogóle, o czym jest ta książka”. Bo ocenianie książki na podstawie mniej więcej jednej czwartej czy tam już nie wiem ilu, to jest duży błąd. Po prostu. Ty sobie budujesz obraz, wizję świata, wizję tej książki, tej narracji i jak sobie ją dobrze zbudujesz, to już tej książki nigdy w życiu nie skończysz, bo ty będziesz czytał inną książkę niż książka ta, która została napisana. To ja bym poprosił panią Kamilę, żeby troszeczkę odniosła się do tego wszystkiego, o czym powiedziałem, do tych komentarzy, takich sobie, powiedzmy, tego mojego znajomego.
[01:21:21] - Zacznę może od tego, że osobiście znałam, czy znam, dalej mam z nimi kontakt. Osobiście znam przypadki, kiedy to żona wyjeżdżając, powiedzmy na jakieś szkolenie przygotowywała mężowi kanapki na ten okres, bo on sobie nie poradzi. I specjalnie tutaj troszkę wyolbrzymiłam, ponieważ ja wiem, że w dzisiejszych czasach mężczyźni są w stanie zrobić naprawdę sporo rzeczy. Są w stanie zadbać o mieszkanie, o dom, rodzinę.
[01:21:55] - I nawet kanapkę sobie zrobią.
[01:21:57] - Nawet kanapkę sobie, nawet zupkę chińską sobie zrobią jak trzeba. Nawet obiad ugotują. Ja nie mówię, że nie. Jednak specjalnie chciałam to pokazać, że Marysia jednak nie miała swojego życia usłanego różami. To było dość specyficzne życie i to, że ona nie tęskni, nie żałuje tego życia, to jest jednak takie bardzo lekkie podejście do tego tematu, ponieważ tam narracja jest dość lekka i płynie sobie z wolna, ale gdzieś tam widać, że ona i za tym mężem tęskni, za tą pracą, za ludźmi tam. Brak jej tych ludzi. I później, kiedy orientuje się, kiedy nadchodzi ten temat związany z córką, który dość mocno miesza w jej emocjach, ta historia potem przestaje być taka lekka. Znaczy ona lekka jest cały czas, ale przestaje być taka wesoła. Tam się zaczyna robić trochę bardziej poważnie w tej książce. Tak więc nie można traktować tej książki jako takiego tylko lekkiego czytadła babskiego, ponieważ ona, jak już kilka razy słyszałam, skłania ku refleksji.
Ona skłania nas ku zastanowieniu się nad tym, jak w sumie to nasze życie wygląda. Bo jeżeli tak, jak już wspominamy o tej wizji mężczyzn w życiu kobiet, bo jeżeli mężczyzna nie potrafi sobie poradzić bez kobiety i są te łyżki w zlewie z resztkami jedzenia sprzed iluś tam dni czy tygodni, to znaczy, że to chyba nie jest zbyt dobra wizja. Ale jednak ta Marysia za swoim mężem tęskni, nawet jeżeli on jest taki, a nie inny. Bo ona na swój sposób, w końcu nie może tam zejść i mu pomóc osobiście, na swój sposób się o niego martwi. Nie wiem, czy wyjaśniłam.
[01:24:16] - Tak, myślę. Znaczy mnie na pewno. Natomiast wszystkim innym, tym, którzy nie dostąpili kontaktu z książką, radzę jak najszybciej uzupełnić braki. Wtedy wypowiedź stanie się jasna. Rzeczywiście konsekwentnie podążamy tą ścieżką, żeby nie opowiadać książek, bo to byłoby jednak nadużycie, więc konsekwentnie tego nie róbmy. Ale rzeczywiście ten motyw się pojawia. Zresztą znowu, żeby nie opowiedzieć zbyt dużo, ten mąż w pewnym momencie wraca przecież w tej książce, w zupełnie innych okolicznościach przyrody.
[01:25:03] - Tak.
[01:25:04] - On sobie stara jakoś ułożyć życie i tak dalej. Wraca w pewnym momencie. I tu znowu jest pewne odniesienie, pewne zachowania, pewne odczucia głównej bohaterki. Też moim zdaniem bardzo dobrze to uchwycone jest wszystko, bo ona jest poza tym wszystkim. Patrzy na to, rzeczywiście może sobie na to pozwolić. Jej sytuacja jest taka, a nie inna i ona patrzy na to właśnie z drugiego brzegu, a podobno z drugiego brzegu widać lepiej. I ona po prostu widzi to, co się tam dzieje w jego życiu. Poza tym los bywa przewrotny i tak to pani zarysowała w tej książce. Myślę, że to fajny obraz tak naprawdę jest. Takie mam wrażenie, ale wiem, że zarzucanie autora komplementami mu dobrze nie robi.
W związku z tym ja od razu przejdę płynnie do następnego pytania. Ono się wiąże oczywiście z „Nieboszczyką Marysią”, ale w ogóle z pani twórczością. Taką twórczością, jaką możemy obserwować i w ABW, i na przykład w „Rubieżach rzeczywistości”. Pani opowiadania są różne klimatem, bo w „Rubieżach” mieliśmy rzecz dziejącą się w Wielkiej Brytanii gdzieś tam dawno, dawno temu. Mamy też na przykład Polskę, mamy różne miejsca w czasie i przestrzeni. To wymaga jakiegoś, dzisiaj się mówi researchu, a w każdym razie wymaga jakiejś znajomości szczegółów, jakiegoś dopracowania. I to jest takie pytanie, które się bardzo często zadaje osobom piszącym. Jak one to robią? Czy to, że jakiś świat potrafią opisać, jakieś miejsce potrafią opisać, to jest bardziej wynik lektur, które w tak zwanym międzyczasie połknęły, czy też jakichś rozmów? Czyli najkrócej rzecz ujmując, jak pani zbiera materiały do swoich książek?
Ja tu od razu powiem, oczywiście nie podejrzewam, że udała się pani w zaświaty, żeby zobaczyć, jak wygląda niebo, ale to jest tylko jeden z przykładów. Natomiast jak się robi takie rozeznanie do utworu literackiego, przynajmniej w wykonaniu pani Kamili Ciołko-Borkowskiej?
[01:27:57] - To tak, ja się może przyznam najpierw do jednej brzydkiej rzeczy, którą robię, bo ja dużo słucham. Dużo słucham, przysłuchuję się rozmowom. Teraz niekoniecznie mam możliwości, bo tubylczego języka jeszcze nie do końca rozumiem. No i tutaj ogólnie ilość ludzi jest zupełnie mniejsza niż w Polsce, ale będąc w Polsce zawsze przysłuchiwałam się jakimś rozmowom. Czy w autobusie, czy w kolejce, czy w kolejce do lekarza, w sklepie, czy gdzieś. Te rozmowy, którym się przysłuchiwałam, były bardzo często naprawdę bardzo pouczające i bardzo mi pomagały. To tak przy okazji. Dodatkowo ja jestem też przy okazji bardzo dużo obserwuję. Pisząc na przykład „Bez koordynacji”, posłużyłam się informacjami, jakie zaobserwowałam, pracując w środowiskowym domu samopomocy w Polsce. To był środowiskowy dom samopomocy dla osób z chorobą Alzheimera, a opowiadanie było właśnie o kobiecie, która Alzheimera ma, a przynajmniej coś podobnego.
Jakieś stany otępienne, ponieważ ewidentnie widać to w treści. Tak więc przy „Dziewczynce na ławce” użyłam bardzo dużo szczegółów, które widziałam, będąc kilkukrotnie w Norwegii. „Dobry chłopak” to jest wiadomo wieś. Ja się na wsi ogólnie wychowałam, tak więc czerpię ogólnie ze wszystkiego, co mnie otacza. Z obserwacji. Czasem muszę też sięgnąć do internetu. A internet jest niesamowitą rzeczą, ponieważ pisząc teraz opowiadanie do najnowszej antologii „Rubież rzeczywistości. Pechowe zauroczenie” musiałam trochę poczytać odnośnie wystaw, odnośnie życia malarzy. Tak więc najwięcej z obserwacji, najwięcej z podsłuchiwania, z czego niekoniecznie chyba powinnam być dumna. I też z takich wiadomości ogólnodostępnych, ale to już bardzo, bardzo rzadko.
No i to tyle.
[01:30:55] - Widzę, że autorzy, ludzie piszący podążają bardzo często podobnymi ścieżkami. Ja już kilka razy się tym chwaliłem, chociaż nie wiem, czy jest się czym chwalić, że ja też się głównie trudniłem i trudnię właściwie podsłuchiwactwem. Może nie takim, że powiedzmy gdzieś tam montuję, instaluję sprzęt podsłuchowy, ale ilekroć jeździłem pociągiem, ilekroć- Gdzieś się znalazłem w większej grupie ludzi, to ucha nadstawiałem i historie, które usłyszałem w przedziałach pociągów, a czasami w tych bezprzedziałowych pociągach również, to były historie fascynujące, absolutnie fascynujące. Nawet raz mi się zdarzyło usłyszeć historię niemalże kryminalną. W każdym razie mocno zahaczającą o konflikt z prawem. Teoretycznie powinienem jakieś doniesienie do prokuratury złożyć, ale ponieważ nie wiedziałem kto, bo po tym, co usłyszałem, nie odważyłem się zerknąć, kto w ogóle te rzeczy opowiadał za moimi plecami, bo to była akurat tak zwana kowbojka, czyli wagon bez przedziałów i ci panowie siedzieli za mną. Rzeczy, które opowiadali, były na tyle groźne, że się nie odważyłem spojrzeć do tyłu, więc czuję się w jakiś sposób usprawiedliwiony i mam nadzieję, że nie zostanę pociągnięty do odpowiedzialności za to, że nie złożyłem doniesienia. Natomiast rzecz mnie przekonuje, że rzeczywiście tak naprawdę autorzy piszący to są podsłuchiwacze, a w tym wypadku to zapytam Wiktora, czy on też był podsłuchiwaczem, jest podsłuchiwaczem.
[01:32:57] - Jak widać, słucham cały czas, co mówicie, czyli wyciągam wnioski. Jak najbardziej. Natomiast ja mam taką uwagę, że pani Kamila na samym początku swojej spowiedzi na temat tej ostatniej powieści powiedziała jasno i prosto: to jest powieść obyczajowa. Właściwie cała literatura światowa jest literaturą obyczajową. Ja miałbym pytanie, pani Kamilo, czytała pani kiedyś coś Ursuli Le Guin?
[01:33:53] - Nie kojarzę. Nie, chyba nie.
[01:33:57] - Dobrze. To chwała Najwyższemu, bo jest to taka bardzo mocna kobieca fantasy, fantastyka, która kiedy się pojawiła na świecie — ja byłem wtedy totalnie zafascynowany science fiction takim twardym — ona mnie potwornie irytowała. Otóż ona irytowała mnie. Dlaczego? Ja wiedziałem doskonale, czytając jej książki, że to są książki zwyczajnie obyczajowe, tylko nie wiadomo dlaczego udające science fiction. I teraz świadomość tego, że się pisze literaturę obyczajową, tylko podkolorowaną, że tak powiem. My, mężczyźni, przynajmniej współcześni, przez moment pewien historii żeśmy upuścili z oka coś takiego jak kosmetyka. Kobiety tą kosmetykę pielęgnowały przez ostatnie wieki i kiedy się dorwały do literatury, to po prostu potrafią stosować właściwą kosmetykę przy powieści, chociażby obyczajowej. Mnie, o ile Ursula Le Guin mnie irytowała, o tyle Kamila Kołko-Morkowska mnie nie irytuje, bo po prostu używa tej kosmetyki magicznej, ale nie udaje, że pisze twardą science fiction albo fantasy, albo cokolwiek innego niż obyczaj. Zwykły, prosty, jasny, klarowny obyczaj.
Takie spostrzeżenie miałem. Tak sobie powiedziałem. Dobrze.
[01:36:06] - Wiktorze, ja się nie będę z tobą kłócił na temat Ursuli Le Guin, czy jakkolwiek się wymawia to nazwisko. Ja się z tobą absolutnie oczywiście nie zgadzam, ale to nie jest ta audycja, żeby się z tobą nie zgadzać. Ja uważam, że „Lewa ręka ciemności”, czy też cały ten cykl dotyczący wszechświata i pewnej gildii, czy też organizacji handlowej, która w tym świecie powstała, to jest jednak fantastyka naukowa.
[01:36:35] - Obyczajowa.
[01:36:36] - Nie. Oczywiście, że tak. Ja przepraszam, mnie w ogóle nie interesuje fantastyka naukowa, która jest fantastyką naukową tylko dla fantastyki, żeby było ciekawie. Każda dobra fantastyka, czy to fantastyka naukowa, powinna być w jakiś sposób obyczajówką, bo inaczej to przepraszam, ale to nie jest lektura dla mnie przynajmniej. Więc ja w ogóle uważam, że każda proza, jeśli obyczajowo prozy nie zahacza, to w ogóle szkoda na nią czasu. Jeśli ktoś pisze fantastykę i tylko fantastykę, to ja przepraszam, ja to może nawet przeczytam, ale nie podążamy tym samym kursem.
[01:37:18] - Ale Marku, ja ci wyraźnie powiedziałem na początku, że cała wielka literatura światowa jest literaturą obyczajową.
[01:37:28] - O tym mówię. Dlatego fantastyka naukowa też jest literaturą obyczajową. A jeśli się pojawiają w niej takie wątki czy też takie powieści, takie utwory, które są czystą fantastyką dla fantastyki, to nie tędy droga moim zdaniem. Oczywiście takie są i niektórzy się tym strasznie ekscytują. Wróćmy do tego, co pisze pani Kamila, bo to rzeczywiście jest proza obyczajowa.
[01:37:54] - Ja wam przypomnę, Marku, jedno opowiadanko, które i ciebie, i mnie bardzo zauroczyło. To było opowiadanie świadczące o dobrym konstruowaniu tekstu. To było takie opowiadanko króciutkie o kocie. Od początku do końca-
[01:38:18] - Wspomniała pani Kamila o nim, o tym chłopaku
[01:38:19] - ... pełna dyscyplina niewyjaśniania czytelnikowi, o co chodzi, po to, żeby właściwie w ostatnim zdaniu go zwalić z nóg.
[01:38:29] - Tak. To dobry chłopak, pani Kamilo, prawda?
[01:38:32] - Tak, dobry chłopak.
[01:38:35] - Tak, to jest to opowiadanie, ale przypomnę z kolei inne opowiadanie. Przypomnę, tylko tytułu nie pamiętam, ale zaraz powiem o treści, to się wszystko wyjaśni. Też opowiadanie antologijne. To, które się działo w Londynie. W każdym razie w Wielkiej Brytanii.
[01:38:53] - „Rywalizacja równości”.
[01:38:55] - Tak jest. Tam Wiktor mocno ingerował w to opowiadanie. I ja to opowiadanie wymieniam dlatego, że jedną z ważnych cech pani Kamili jest to, że jest autorką, która z jednej strony potrafi bronić swoich racji, a z drugiej strony potrafi słuchać. To jest moim zdaniem najważniejsza cecha. Zresztą to powiedziała przed chwilą. To jest najważniejsza cecha autora, żeby umiał słuchać. Zarówno słuchać w sensie podsłuchiwać innych, co nie jest złą cechą. Wcale nie uważam, że to zła cecha, ale też autor, żeby umiał słuchać pewnych dobrych bądź złych, to już różnie bywa, rad. W tym wypadku rada Wiktora dotycząca szczegółów pewnej dekoracji okazała się moim zdaniem bardzo dobra dla tego opowiadania.
[01:39:51] - Tak, tylko Marek, ja zwrócę uwagę, że słuchanie innych ma dwie strony znaczeniowe. Otóż należy słuchać, ale nie być posłusznym.
[01:40:06] - Oczywiście, że tak.
[01:40:06] - Ja miałem uwagi do tego opowiadania. Pani Kamila je wysłuchała, ale zrobiła po swojemu to, co zrobiła. I to była zaleta tego opowiadania. Ogromna.
[01:40:22] - Pani Kamila nie jest koniunkturalistką. Albo ktoś jest koniunkturalistą, mówi: „Jak Wiktor Żwikiewicz tak powiedział, to znaczy należy tak zrobić”. Ja tylko powiem tak: kiedy grałem o dużą stawkę jeszcze w latach 80., jak się dostawałem na studia, trzeba było napisać pracę na studia humanistyczne, na nauki społeczne. Trzeba było napisać pracę dotyczącą ulubionych lektur. Temat teoretycznie łatwy. Przyszedł pan, taki bardzo zasuszony polonista i mówi: „Ale broń Boże mi tu nie pisać o żadnych kryminałach, sensacjach ani innych”. Nie wyraził się adekwatnie, ale wiadomo było, o co chodzi. Więc pisałem tę pracę. Wymieniłem tam literaturę światową od wschodu do zachodu, od północy do południa. Akurat wtedy byłem nieźle obstukany z tej literatury, oczytany.
Miałem problem co prawda, jak zapisać „Lot nad kukułczym gniazdem”. Jakoś ta kukułka wyleciała mi z głowy i nie bardzo wiedziałem, jak to zapisać. W związku z czym pół tej sali, w której pisałem, zajmowało się wyjaśnianiem mi, jak można tę kukułkę zapisać. Machnijmy na to ręką, ale pod koniec tego pisania doszedłem do wniosku, że nie, że ja pierdzielę. Ja i tak napiszę opowieści kryminalne. I wstawiłem tam oczywiście kryminał, i to czarny kryminał. Między innymi z Archerem, czyli Rossa Macdonalda. I wyleciało mi oczywiście nazwisko. Wiktorze, przypomnij. Mistrz czarnego kryminału.
Detektyw zawsze siedział i pił whisky, i przychodziły do niego panie.
[01:42:23] - Marlow.
[01:42:23] - Marlow, tak. Detektyw Marlow. Jego też wymieniłem.
[01:42:28] - Chandlera.
[01:42:30] - Chandler, oczywiście. Więc wymieniłem i tam jeszcze kilka innych rzeczy. Co więcej, pozwoliłem sobie już, żeby pogrzebać, chociaż ryzykowałem, czy się dostanę na studia, czy nie. Oczywiście wymieniłem też fantastykę naukową. Oczywiście dobierając perfidnie i pokrętnie różne specjalne tytuły. I dostałem tę piątkę jako człowiek, który mimo wszystko postawił się systemowi, postawił się zasuszonemu panu, który powiedział, że absolutnie mi takich pierdół nie pisać. Napisałem i swoje zdobyłem. W związku z tym warto czasami się stawiać, tylko trzeba wiedzieć, jak się stawiać. I to, co ty powiedziałeś. Pani Kamila chyba wie.
Wie po prostu, o co jej chodzi w jej utworach. Dlatego to wychodzi po prostu. Takie mam wrażenie. Pani Kamilo, czy pani tę naszą radosną wymianę zdań jakoś skomentuje?
[01:43:27] - Powiem tak: ogólnie kiedy Piszę, staram się mieć już gotową fabułę w głowie, więc chodzę z tym opowiadaniem przez jakiś czas. Układam je sobie jak na przykład z praniem. Tak się składa kolorami czy rodzajem ubrań. I ja tak właśnie robię z opowiadaniem. Staram się wszystko ułożyć, żeby to jakoś miało ręce i nogi i żebym wiedziała, co właściwie chcę przekazać w tym opowiadaniu, bo to jednak najważniejsze. I właśnie w tym opowiadaniu myślałam, że wszystko jest w porządku. Nad tym opowiadaniem siedziałam naprawdę dużo czasu i pracowałam nad nim bardzo ciężko. I jak dowiedziałam się, że tam jednak jest coś nie halo, czyli coś trzeba poprawić, to tak sobie myślę: „Kurka, no ale w sumie jak? Przecież ja dopracowałam na tip top to opowiadanie. To jakim cudem?” I w momencie, kiedy dostałam wiadomość od panów, że w sumie to tam wszystko jest w porządku, tylko w sumie to my tam wisimy w powietrzu i przestrzeni i w ogóle nie wiadomo, gdzie jest góra, a gdzie dół, to sobie myślę, że dobra, w takim razie niech będzie.
Popracujemy i nad tym. Tak szczerze mówiąc, to wtedy bardzo mocno pomógł mi nasz wspólny znajomy Przemysław Cichoń, który zasugerował pewne udogodnienia w opowiadaniu. Ale ogólnie to nie wysyłam nigdzie opowieści, w której nie wiem, co chcę przekazać.
[01:45:10] - Tak, to prawda, to widać. To są zawsze opowieści, które powodują refleksję. To jest oczywiste, że jak się słucha opowiadania pani Kamili, to jak padnie ostatnie zdanie, człowiek sobie mówi: „A! Tak to leciało. O to chodzi w tym wszystkim”. To rzeczywiście jest pewna cecha tych opowieści, że człowiek się nie zawiesza przy nich. Ktoś tu powie: „No tak, ale one są takie mało artystowskie, bo człowiek nie myśli, o co tam właściwie chodzi. Bo przecież w opowiadaniu są tacy zwolennicy, którzy mówią, że jak człowiek nie zastanawia się, o co w tym opowiadaniu chodziło tak naprawdę, to nie jest opowiadanie. Okej, ja jestem zwolennikiem jednak prozy, w której jak padnie ostatnie zdanie, to człowiek sobie myśli: „Wow, fajne było. O to chodziło.
Wiem. Jest to jasne”. To oczywiście kwestia podejścia. Wcale nie twierdzę, że ci, których nazwałem te teksty artystowskimi, nie mają racji. To jest inny rodzaj pisania. Ja lubię ten rodzaj, który pani uprawia, bo to po prostu fajnie się kończy takie opowiedzenie. Człowiek ma jak Sztyrc material do przemyślenia. Skończone opowiadanie, a teraz sobie o nim pomyślę. To właściwie jest najczęstszy finał tych opowiadań, które pani prezentuje. Zresztą książki również.
Muszę sobie o tym pomyśleć. Tak naprawdę tak się kończy lektura opowiadań pani Kamili. Wiktorze?
[01:47:07] - Słusznie żeś powiedział. Ale wiesz, literatura jest jak muzyka. Rock może być bardzo ciężki albo bardzo lekki. Dobry będzie tylko wtedy, kiedy będzie miał właśnie charakter ciężki albo lekki, ale będzie miał, nie? Opowiadania pani Kamili mają charakter zwykle i ja też po ich przeczytaniu wiem, gdzie byłem. Nie będę odczekiwał 20 lat życia, żeby sobie przypomnieć: „A, wtedy byłem głupi, młody i tak dalej i nie zrozumiałem”. Bez przesady.
[01:47:52] - Okej, to ja teraz proponuję, żebyśmy posłuchali felietonu Tomka Fąsa i za chwilę wrócimy do spotkania z panią Kamilą.
[01:48:05] - W pułapce przeklętej prostoty. Żyjemy w czasach niezwykle prostych interfejsów do niezwykle skomplikowanych urządzeń. W dzisiejszych czasach każde dziecko na bardzo skomplikowanym urządzeniu, za pomocą bardzo skomplikowanego oprogramowania oddaje się bardzo często prostej, wręcz prymitywnej rozrywce. Mówię tu oczywiście o grach komputerowych. Człowiek przesycony obrazami, przesycony multimediami, przesycony coraz bardziej otaczającą nas rzeczywistością, jak to ujął poeta bodaj Andrzej Poniedzielski, do tego stopnia potrzebuje tych bodźców coraz więcej, że właściwie nie jest w stanie poddać ich jakiejkolwiek refleksji. Uczymy się obrazów. Obraz znaczy więcej niż tysiąc słów. Tylko że, jak to już pewnie nieraz zaznaczałem, obraz nie pozwala treści zanegować. Negacja, rozważanie to zawsze jest kod werbalny. Korzystamy z coraz bardziej zaawansowanych urządzeń z coraz prostszym interfejsem.
I ta prostota obsługi przekłada się też na inne obszary naszego życia. Prostota obsługi przy dużej złożoności mechanizmu stojącego pod działaniem samego urządzenia, szczególnie komputerów, ale nie tylko. Na przykład w znanych mi technologiach produkcji również te interfejsy są coraz bardziej upraszczane, ale też przekłada się to również na przykład na obszar finansów. Światowa gospodarka jest mechanizmem niezwykle złożonym. To, skąd dzisiaj bierze się wartość pieniądza, jest dużo mniej oczywiste niż jakiś czas temu. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jak powiedzmy amatorowi, a jednocześnie obsługa na przykład głupiego zeznania podatkowego. Dzisiaj już nawet to nie jest potrzebne. Ja składając zeznanie podatkowe, po prostu wybieram sobie ewentualnie jakąś organizację użytku publicznego, której chciałbym ten 1% przekazać. A tak poza tym wszystko dzieje się w zasadzie automatycznie, bez mojego udziału.
Jakiś czas temu wielką pułapką tej złożoności mechanizmów i prostoty obsługi padły na przykład osoby, które posiadają słynne kredyty we frankach, gdzie bardzo łatwo było ten kredyt wziąć, a nie sposób dla nawet wykształconych ludzi było zrozumieć ogrom tych relacji pomiędzy gospodarkami, tego, co się na tę wartość franka do złotówki składa i jak to może wpłynąć na ich przyszłe zadłużenie. Zresztą, proszę państwa, co tu szukać daleko. Podejrzewam, że większość z nas posiada umowy czy to na usługi telekomunikacyjne, czy właśnie na konto bankowe. Przecież te umowy są zbyt skomplikowane, żeby większość użytkowników wiedziała, o co w nich chodzi. Nikt tego tak naprawdę nie czyta. Może nie są jakoś strasznie skomplikowane, ale bardzo szczegółowe, bardzo rozbudowane. Więc znowu mamy bardzo złożony mechanizm, który jest nam przesłaniany przez przystępną obsługę klienta. I to wszystko razem przekłada się, proszę państwa, moim zdaniem na sposób postrzegania świata przez większość ludzi, zwłaszcza młodych, ale nie tylko, żyjących w obecnych czasach. Nam się wydaje, że ten świat jest ogromnie przystępny, że wszystko jest tak naprawdę proste. Młodzi ludzie, nawet z wykształceniem technicznym, gardzą matematyką, gardzą wiedzą teoretyczną, wiedzą analityczną.
Po co mi to? Do czego mi się to przyda? Przecież maszyna posiada przejrzysty interfejs. Dostanę dyplom inżyniera, będę ją włączał, wyłączał, na prostych obrazkach operował. Nie interesuje mnie, co tam kryje się pod spodem. Podobnie, wydaje mi się, podchodzimy coraz bardziej do kultury, do ideologii, do polityki. Coraz częściej wychodzą na pierwszy plan myśli proste. Na podobnej zasadzie dziś pojawia się nasz wręcz opór, niechęć do podstaw naszej kultury, do filozoficznych czy to historycznych uwarunkowań kulturowych, które jakoś się na ten stan obecny składają, a które coraz bardziej pomijamy, poruszając się wyłącznie na bardzo powierzchownej, popkulturowej warstwie tego, czego doświadczamy jako uczestnicy społeczności życia kulturalnego, życia artystycznego. Coraz mniej rozumiemy wyrazów tego, co pojawia nam się obecnie i głębi relacji społecznych, relacji artysty z formą. Gardzimy historią, gardzimy filozofią, gardzimy jakąś głębszą analizą społeczną.
Nie myślimy tych kilka ruchów do przodu. Podejmujemy proste decyzje, czujemy się strasznie kompetentni. Chociażby w kwestii tych nieszczęsnych szczepień w stosunku do technologii. Technologii, która jest ogromnie skomplikowana, a my chcemy dostać prostą odpowiedź, prostą informację, podjąć decyzję. Już na etapie referendum o wstępowaniu Polski do Unii Europejskiej Kuba Sienkiewicz, lekarz, poeta, śmiał się trochę z tego referendum. Sugerował też, aby w kwestii używania lub nieużywania różnych leków, gdzie specjaliści dywagują, też zrobić referendum. Niech się ludzie wypowiedzą. Skoro przy tak skomplikowanej ekonomicznie decyzji jak traktaty międzynarodowe chcemy, aby społeczność decydowała większością głosów, to dlaczegóż w problemach technicznych, medycznych również nie powinniśmy oddawać woli większości głosujących? Nie chcemy głębi, nie chcemy myśli, nie chcemy zawiłości. Chcemy, by świat był prosty, by świat był prosty na co dzień, by był tak łatwy w obsłudze jak komputer, urządzenie multimedialne czy choćby pralka, zmywarka.
Więc czemuż się, proszę państwa, dziwić, że nawet przygody nieboszczki jawią się jako przezwykłe?
[01:53:26] - I znowu jesteśmy. Tomek tym razem do powieści pani Kamili nawiązał. Dobrze, wróćmy do świata-
[01:53:38] - A czy mógłbym na przy-
[01:53:39] - Tak, słucham. Oczywiście.
[01:53:41] - Mógłbym przetestować trochę panią Kamilę?
[01:53:47] - Brzmi groźnie, ale proszę.
[01:53:50] - Niech pani Kamila nie mówi mi o historii ani o tym, jak zaczynała literaturę, tylko niech mi pani coś opowie ciekawego o Islandii teraz.
[01:54:02] - O Islandii. To coś ciekawego. To może zacznę od tego, że za moment będziemy mieć święta Bożego Narodzenia i na Islandii oczekiwanie na właśnie ten czas rozpoczyna się już w październiku, kiedy lato się kończy, dni robią się krótsze, ludzie zaczynają wieszać lampki i wszyscy czekają na ten magiczny czas świąt. I mniej więcej w połowie miesiąca, od 12 grudnia do wszystkich dzieci na Islandii przychodzą trolle. To są bracia, którzy zamieszkują tutaj okolice. Mają kota, notabene czarnego. Nie wiem, czemu akurat czarnego, ale wszyscy bardzo lubią czarne koty. I są to bardzo złośliwe trolle, które w zamian za brak grzeczności dają dzieciom kartofle. Jeśli dziecko było grzeczne, dostaje jakiś drobiazg, jakieś drobne słodycze albo mandarynki. Tu się Islandia bardzo jest podobna do Polski, ponieważ ziemniaki są czymś bardzo popularnym, a mandarynki kojarzą się z czymś świątecznym, z takim podniosłym nastrojem, czymś ważnym.
Więc nawet jak pojawia się ten okres świąteczny w szkole, w grudniu, to pojawiają się mandarynki. To jest taka cudowność. Nie jakieś tam złote oprawy od czegoś, ale mandarynki. I powiem, że te trolle, tych 12 braci potrafią bardzo mocno namieszać w domach u dzieci. Widziałam zdjęcia rodziców
[01:56:09] - którzy świetnie się przy tym bawiąc, zrobili niesamowite przedstawienia. Ponieważ każdy z tych braci zajmuje się jakąś inną rzeczą. Jeden gania barany, inny wylizuje garnki, trzeci liże łyżki, czwarty podkrada kiełbasę. I rodzice zawsze zawieszają jakieś pajęczyny, robią ślady, wykładają łyżki, jakieś resztki jedzenia układają w różnych miejscach domu. Dzięki temu, mi się zdaje, ten czas oczekiwania na świętego świątecznego, czyli na Świętego Mikołaja, jest bardziej magiczny i bardziej pełen przygód. To tak może tyle, biorąc pod uwagę to, że zaraz mamy święta.
[01:57:11] - No bardzo dzięki.
[01:57:16] - Ja miałem kolegę. Mam kolegę, który Islandię przeszedł, nie wiem czy wzdłuż, czy w poprzek. Nieważne. W każdym razie przeszedł z jednego brzegu na drugi, przez centrum, przez środek Islandii. To była wyprawa bardzo poważna, z namiotami, z nartami i w ogóle taka już bardzo profesjonalna wyprawa. Bardzo się szczycił zresztą tym. Chociaż wcześniej na przykład przewędrował z Ameryki Północnej, z Kanady po lodzie na Grenlandię i tam w ogóle cudował. To w ogóle człowiek, który trochę po tych zimnych częściach świata powędrował. Tę podróż wzdłuż albo w poprzek, cały czas nie wiem, Islandii też wspominał bardzo magicznie, więc to się jakoś łączy z tą historią. Ale ja mam w związku z Islandią i w ogóle z tymi klimatami pewne pytanie.
Na świecie, a w Polsce to już na pewno, bardzo popularne są skandynawskie kryminały. Go na kopy jest wydawane przez różne wydawnictwa, właściwie na kopy to może przesadzam. Na kilogramy albo na tony właściwie tych tytułów nie tyle powstaje, co jest drukowanych w Polsce. Tak się zastanawiam, jest pani niejako u źródła. Taka troszeczkę może nie do końca europejska Skandynawia, ale gdzieś tam te klimaty. Jeśli błądzę, to proszę o wybaczenie. W każdym razie nie korciło panią, żeby w tych klimatach takich północnych, krótkiego dnia, ciemności, śniegu. Takich w ogóle, tak jak ja widzę Islandię z bardzo daleka. Nie korciło panią, żeby gdzieś spróbować przynajmniej uderzyć w jakieś takie kryminalne nutki? Jest pani u źródła.
Może pani jako Polka napisać skandynawski kryminał niemalże.
[01:59:30] - Możliwe. Jeszcze wszystko przede mną, to tak optymistycznie powiem. Jednak, o ile gdzieś tam jakieś pojedyncze pomysły się mogły pojawiać, o tyle jak już mówiłam, muszę mieć wszystko zaplanowane w głowie. A z zaplanowaniem kryminału jest naprawdę trudno, bo to jest już trochę inne. Trzeba mieć motyw. Trzeba mieć wszystko już na tip top zaplanowane, żeby tam, broń cię Panie Boże, nikt nie zarzucił jakiejś nieprawidłowości w treści. A o to jest bardzo łatwo. Fakt, Islandczycy czytają bardzo dużo. Wszystkiego. Dzieci zaczynają od komiksów, zaczynają czytać już w klasie.
Są to komiksy na początek z jakimś Kaczorem Donaldem czy Batman, czy tego typu jakieś rzeczy. Najpierw trochę delikatniejsze, później coraz bardziej takie odważniejsze, żeby właśnie gdzieś tam później pojawiły się też jakieś kryminały. Tak więc może gdzieś tam w przyszłości się jakiś kryminał tematyczny pojawi. Nie mówię, że nie, ale na razie jeszcze może do tego dojrzewam.
[02:00:53] - Ja powiem tak, że wszystko przemawia za tym, bo po pierwsze współczesny kryminał, szczególnie ten skandynawski, żeby iść taką kalką, to są tak naprawdę powieści stricte obyczajowe. Tam oczywiście zagadka kryminalna czy pewien element kryminalny oczywiście się pojawia, bo musi, ale de facto, jeśli nawet prześledzimy tych głównych autorów, czy to Camillę Läckberg, nie wiem, jak to się wymawia, od razu proszę o wybaczenie, ale jest taka znana autorka, czy też te wszystkie kryminały, które Mantel napisał. One właściwie to są kryminały, które mocno w obyczaj uderzają, bardziej opisują życie, codzienność i pewną taką szarą codzienność. Czy w przypadku Skandynawii raczej określmy ją taką mroczną, albo w każdym razie taką zmierzchową, bo jak sobie pomyślę o kryminałach szwedzkich czy z tej okolicy, to mi się zawsze taki wieczór. Tam jest zawsze wieczór. Przynajmniej ja mam taki obraz po lekturze tychże kryminałów, być może całkowicie błędny. Natomiast jest w tym pewien element, pewien duży ładunek obyczaju. Pani ma to na tacy niejako. Obserwuje pani społeczeństwo, które dla nas tutaj umieszczonych w Europie, w Polsce jest absolutnie niedostępne. Nie znamy też realiów, nie wiemy, jak funkcjonuje policja, nie wiemy w ogóle, jak się nazywa policja i w ogóle nic nie wiemy.
To jest drugi element. Jest też element trzeci – pewnej odmienności. Pani niejako na tacy ma to podane. Widzi, obserwuje na co dzień. Społeczeństwa poza tym, co je łączy – wszyscy kochają, wszyscy nienawidzą, wszyscy są jacyś tacy, jakieś uczucia przeżywają – to jednak społeczeństwa między sobą się różnią. Czasami są to szczegóły, ale z punktu widzenia osoby piszącej szczegóły bardzo ważne. Szczegóły decydujące o klimacie, o pewnym zakotwiczeniu danej opowieści. Więc tak jak pani miała wątpliwość odnośnie tej zagadki kryminalnej, tak naprawdę ja się zaczynam zastanawiać, czy w kryminale współczesnym ta zagadka jest najważniejsza. Strzelałbym sobie w stopę, gdybym powiedział, że nie, ale też mam takie wrażenie, że Polacy, w ogóle ludzie na świecie, czytają skandynawskie kryminały nie tylko dla zagadki kryminalnej, ale też dla pewnej psychologii, dla pewnej obyczajowości, dla tego, co tam się dzieje, dla pewnych napięć, które się pojawiają pomiędzy bohaterami. I one nie zawsze mają charakter kryminalny, czasami obyczajowy, uczuciowy i tak dalej.
Pani jest na wyciągnięcie ręki od tego tak naprawdę. Więc życzę powodzenia przy zbieraniu materiału. To może być fascynujące.
[02:04:28] - Dziękuję, przyda się. Na razie jestem na etapie obserwacji.
[02:04:34] - Powiem tak: skoro czołowy kryminalizator polskiej sceny literackiej, czyli Mróz, był w stanie pod pseudonimem napisać kilka kryminałów z Wysp Owczych, ponieważ był tam bodajże na wycieczce i na tych Wyspach Owczych umieścił kilka swoich kryminałów. Notabene wydane kryminały przez Wydawnictwo Dolnośląskie słabo schodziły, bo napisał je pod pseudonimem, takim właśnie skandynawskim. W serii skandynawskiej to wyszło, skandynawskich kryminałów i słabo to schodziło. Do czasu. Do czasu, kiedy wydawca powiedział: „Koniec, przestajemy się bawić w pseudonimy” i umieścił banderolkę na tychże kryminałach, że ten pseudonim to tak naprawdę jest pseudonim pana Mroza. I od tego momentu sprzedaż skoczyła raptownie, pyk i wszystko się zmieniło. Ale jedna rzecz jest pewna: te kryminały Mróz napisał, znając doskonale realia, bo był tam, nie wiem, czy na wycieczce, czy się nie wyzłośliwiam. Może był tam dłużej, może był tam na jakimś stypendium. Nie wiem, nie znam faktografii, nie znam szczegółów. Wiem natomiast, że był tam i jakoś tam sobie materiał zebrał.
Pani w tej chwili tak naprawdę wszystko stoi przed panią otworem. Inaczej, jakbym miał opisać, jak wygląda na Islandii hipermarket, to nie mam pojęcia, jak wygląda. Pewno jest podobny do polskiego, ale różni się pewno w szczegółach. Jak tam te różne rzeczy wyglądają, tego po prostu przeciętny Polak nie wie. Pani to wie. To już stwarza moment, w którym wszystko jest inne. Wszystko jest egzotyczne na swój sposób. I to jest dobry punkt wyjścia do wystartowania z jakąś prozą. Przepraszam, że się tak rozgadałem na temat moich marzeń o tym, jak pani pisze kryminał, ale czasami warto sobie pomarzyć.
[02:06:54] - Jak mówiłam, wszystko jeszcze przede mną. Najpierw zawsze muszę obmyśleć całą fabułę, żeby to miało ręce i nogi. Tak więc to jeszcze potrwa.
[02:07:04] - A ja mam teraz jeszcze pytanie odnośnie wierszy, o których pani wspomniała. Na ile ta aktywność literacka odnośnie wierszy i odnośnie prozy jest podobna, a na ile różna? Na ile te dwie aktywności różnią się między sobą, a na ile są podobne?
[02:07:29] - To zależy. Właściwie nawet nie wiem dokładnie, od czego, ale to jest uzależnione, ponieważ czasami potrafię prozę zupełnie odsunąć na bok i zająć się tylko poezją. A jest czas, kiedy skupiam się tylko na prozie, a poezja jest znowu tak trochę po macoszemu potraktowana. Tak więc nie ma konkretnych czynników czy warunków, które sprzyjają pisaniu tylko jednego czy pisaniu tylko drugiego, ponieważ warunki zazwyczaj muszę mieć takie same przy pisaniu. Jednak szczerze mówiąc, jakoś nie widzę tu różnicy.
[02:08:20] - Czyli nie ma takiego momentu, że w chwili natchnienia poetyckiego oddala się pani w inny świat i w ogóle jest to inny stan umysłu niż przy pisaniu?
[02:08:36] - Nie, jedyna różnica, to muszę się skupić na formie konstruowania przekazu. To jest jedyna różnica, ponieważ wiadomo, poezja to jest przekazywanie treści w sposób esencjalny. Musi być jakaś esencja zbudowana w wersy i to jest cała historia. Przy prozie też, jestem takim prozatorskim krótkodystansowcem, więc nawet opowiadania, które piszę i nawet „Marysia” nie jest jakąś rozbudowaną cegłą, to są raczej formy krótsze. Jednak podczas pisania jedyną różnicą jest to, że moje myślenie zmienia trochę tory. To nie jest tak, że myślę tak samo, tylko sposób ubierania myśli w słowa jest odrobinę inny. Aczkolwiek wszystkie inne okoliczności muszą być takie same.
[02:09:42] - Wiktorze, czy ty coś odnośnie poezji i prozy?
[02:09:46] - Chyba tak, bo pisanie prozy to jest takie malowanie olejną farbą trochę, grubo mówiąc. Natomiast poezja to jest jednak zwykle czysta akwarela. Proza też może być taka, ale niekoniecznie. Natomiast poezja jest akwarelą i inaczej być nie może.
[02:10:22] - Pani Kamilo, pani dosyć dużo obraca się, zresztą mówiła pani o tym, w środowisku internetowym, w różnego rodzaju grupach internetowych. Zacznijmy od czegoś innego. Czy pani się zetknęła, przy całej życzliwości różnego rodzaju grup, przy tym, że ludzie różne rzeczy chwalą, o pewne rzeczy dopytują, ze zjawiskiem czystego hejtu, czystej złośliwości dla złośliwości po to, żeby się autorowi zrobiło przykro? Czy to jest jakiś problem w tej chwili w internecie? Przynajmniej dla pani.
[02:11:13] - Hejt jest okropną rzeczą, zwłaszcza dla osoby, która dopiero zaczyna pisać. Kiedy znowu wróciłam do pisania, całe szczęście udało mi się z tym hejtem tak bardzo nie zetknąć. Aczkolwiek teraz widzę bardzo często wytykanie błędów. Rozumiem, że każdy popełnia z nas błędy. Nie ma tak, że ktoś jest bezbłędny, pisze wspaniale i nigdy się nie myli. Jednak spotkałam się z wytykaniem błędów na grupie warsztatowej notabene. Kiedy zwróciło się uwagę tej osobie, „dobrze, zwróć uwagę i powiedz, popraw, nakieruj”. Ta osoba po prostu powiedziała, że nie, w sumie to jej się nie chce. Ona już skończyła z takimi rzeczami. To jest przykre, aczkolwiek ja już nie wiem, czy nauczyłam się, czy od samego początku macham na to ręką i wiem, że nie mam czym się przejmować, ponieważ nigdy nie będzie tak, że dogodzę każdemu literacko.
Nie ma nawet takiej opcji. Jednak hejt jest bardzo częsty na takich grupach, aczkolwiek mi udało się trafić na naprawdę bardzo sympatyczne grupy facebookowe, ponieważ w moim przypadku to jest jedyny sposób kontaktu z osobami piszącymi. Ciężko mi jest, zwłaszcza teraz, w czasach pandemii, ciężko mi dostać się do Polski, żeby spotkać się z osobami piszącymi. Tak więc to jest w moim przypadku jedyny sposób. Trafiałam zazwyczaj na bardzo życzliwe osoby, co pomagało przy pisaniu. Tam nikt, broń cię Panie Boże, nigdy mi nie mówił zawsze, że świetnie piszę, bezbłędnie, cudownie. Wytykano mi błędy, pokazywano, co piszę źle. Przecież nie ma tak, że napiszę wszystko cudownie. Mam w swojej szufladzie opowiadanie, które zaczęłam pisać i w sumie główna bohaterka tylko idzie i do tej pory jeszcze nigdzie nie doszła. Wiem, że gdybym się z tym gdziekolwiek pokazała, to nikt by tego nie potraktował jako dobrej prozy.
Aczkolwiek hejt jest bardzo częsty i widzę, że jest bardzo popularny wśród osób, które mają dość wysokie mniemanie o sobie, traktują siebie jako lepszych niż początkujący pisarz, który faktycznie popełnia wiele błędów.
[02:14:14] - Niekoniecznie muszą być osoby początkujące. Po prostu niektórzy do takich grup się dopisują po to, żeby komuś dowalić. Byłem świadkiem takiej sytuacji niedawno na grupie poświęconej obróbce zdjęć.
[02:14:27] - I w ogóle fotografii. Ktoś wstawił zdjęcie przed i po. Przed obróbką, po obróbce. Tam oczywiście troszkę komentarzy się pojawiło, mniej lub bardziej przychylnych, i pojawił się wśród nich jeden komentarz, że zdjęcie jest nie powiem jakim, bo musiałbym zakląć, a nie chcę, żeby znowu nam wytykali, że w „Bibliotekarium” przeklinają. Dosyć nieprzyjemny komentarz. Pojawiły się odpowiedzi typu: „Ale co ci się w tym zdjęciu tak konkretnie nie podoba? Może coś w obróbce, może nie wiem?”. „Zdjęcie jest takie...”, tu znowu padło wiadome wulgarne słowo. Trzeba umieć przyjąć krytykę.
[02:15:13] - Z tą krytyką właśnie zawsze jest problem.
[02:15:17] - Ta krytyka często się sprowadza do zwyzywania osoby, która coś chciała zaprezentować.
[02:15:25] - To taka kiepska krytyka.
[02:15:28] - Ja sobie przypominam sytuację. Czasami, kiedy rozmawiam z autorami odnośnie poprawek na przykład w opowiadaniach skierowanych do antologii, to przynajmniej raz zetknąłem się z autorem, który przez pierwszą godzinę rozmowy — bo to czasami są rozmowy trzygodzinne i dłuższe — na każdą moją próbę zwrócenia uwagi na to, że coś może jest nie halo z tym opowiadaniem, reagował agresją. Starczyło mi cierpliwości mniej więcej na godzinę. Po godzinie zapytałem, czy mamy tę rozmowę kontynuować, czy dajemy sobie spokój i on jest przekonany o tym, że opowiadanie, o którym rozmawiamy, jest po prostu świetne i nie ma o czym dyskutować. Ale wtedy na pewno nie do tej antologii, bo może być świetne, ale gdzie indziej. Natomiast jeśli mam rozmawiać o tym-
[02:16:39] - Pozwolę sobie, Marku, zapytać, czy pojawił się argument pod tytułem „pokaż swoje, to pogadamy”?
[02:16:47] - Nie, ponieważ wiadomo, że swoje mogę pokazać, więc tego argumentu nie było. Natomiast mniej więcej koło tej godziny zapytałem, czy w ogóle rozmawiamy, czy też uważa, że to jest świetne i nie podlega jakiejkolwiek ocenie. Mówię: „Przecież ja tak naprawdę swój czas marnuję czy poświęcam po to, żeby to opowiadanie było lepsze, a nie gorsze. Nie dzwonię po to, żeby spierdzielić mu to opowiadanie, tylko żeby zrobić je troszeczkę lepszym. Co więcej, dzwonię w trybie dyskusyjnym. Nie dzwonię, że wiem lepiej, jak to powinno być. Wiem, gdzie jest słabo i dzwonię po to, żeby podyskutować, jak mogłoby być lepiej”. I proszę sobie wyobrazić, to było budujące dla mnie, że następne dwie godziny rozmowy to były już rozmowy— fakt, takie było ostre wejście z mojej strony, kiedy właściwie byłem na pograniczu rozłączenia się, ale rozmawialiśmy przez następne dwie godziny bardzo konstruktywnie. I na koniec usłyszałem rzecz, którą tak streszczę: ta osoba była przekonana, że dzwoni jakiś zadufek, przekonany, że jest geniuszem i będzie mówił temu autorowi, jak ma to napisać. A on przekonał się po pewnym czasie, po tych trzech godzinach, że tak naprawdę zadzwoniłem po to, żeby to opowiadanie było lepsze, a nie gorsze.
On wreszcie to zrozumiał. Nie wiem, w drugiej godzinie czy po półtorej godziny, ale to zrozumiał. I chwała mu, że przyjął to, że nie zadzwoniłem, żeby mu rozpierdzielić jego wiekopomne dzieło, tylko po to, żeby było lepsze. I po trzech godzinach doszliśmy do tego, że fajnie jest, że on to zrobi i że będzie okej. Tym się to troszeczkę różni, à propos hejtu i à propos tak zwanej konstruktywnej, czy w każdym razie życzliwej krytyki. Na tym to polega. Dzwonię ci powiedzieć, że to, to, to uważam z racji swojego doświadczenia, nie jakiejś obiektywnej oceny. Nie wiem, czy w literaturze w ogóle istnieje jakaś obiektywna ocena, ale z jakiegoś doświadczenia dzwonię, że tu, tu, tu i jeszcze w 150 innych miejscach jest słabiej. Zróbmy, żeby było lepiej. Jeśli autor tego nie przyjmuje, jeśli każdą próbę zmiany, każdą wątpliwość, mówi: „Nie, bo ja to napisałem i to jest na pewno dobre”, to jest to druga strona medalu.
Z jednej strony jest hejt, z drugiej strony mamy coś takiego, że ktoś absolutnie nie przyjmuje, że coś można zmienić. Obie strony to są negatywne strony życia pisarskiego i warto o tym pamiętać.
[02:20:02] - Wszystko zawsze można napisać na nowo, od nowa i lepiej.
[02:20:06] - Tak, to prawda. Co więcej, nikomu tego nie życzę. Zresztą Wiktor zaraz o tym coś powie, kiedy usłyszy to, co powiem za chwilę. Zdarzyło mi się raz, gdzie opowiadanie na skutek mojej beztroski, a właściwie, żeby używać słów adekwatnych, głupoty Poszło w cholerę, czyli zostało skasowane przeze mnie na skutek absolutnej głupoty. Nie dało się tego przywrócić. Napisałem je od nowa, było to dosyć krótkie opowiadanie i uwierzcie państwo, było lepsze. Oczywiście nie napisałem jej identycznie tak samo, ale ono już było w mojej głowie. Zostało napisane po pierwsze szybciej, po drugie chyba jednak lepiej. Tego nie życzę. To jest radykalna metoda.
Chyba niekoniecznie należy ją stosować, ale zawsze warto pamiętać to, o czym powiedziała pani Kamila, że naprawdę można to napisać inaczej, lepiej i to jest pewna droga. A o Wiktorze wspomniałem dlatego, że Wiktor jest właściwie bohaterem wielu tego rodzaju opowieści, bo jemu to się już skasowało w życiu kilka powieści nawet. O opowiadaniach nie wspomnę, Wiktorze.
[02:21:43] - A to tam, wiesz, nieważne. Było, nie było, nie pisze się w rejestr, że tak powiem.
[02:21:50] - Nie, ja nawiązuję do konkretnej historii. To by się zdarzyło już zgubić cały maszynopis powieści w czasach, kiedy się jeszcze maszynopisy pojawiały i napisałeś powieść-
[02:22:04] - Redaktor w Warszawie, do którego przyjechałem. Pamiętam, jak on na mnie patrzył zza biurka w wydawnictwie „Czytelnik”. On uważał, że ja zalewam, że w ogóle przyjechałem do Warszawy i tej powieści nie napisałem. Jakoś trudno mu było uwierzyć, że w miarę poważny człowiek może zgubić swój tekst, który robił dwa lata. Ale jakoś z biegiem czasu uwierzył chyba. A ja napisałem powieść na nowo i chwała Bogu, że zgubiłem tamtą, bo ta druga była lepsza. Ale to jest takie na marginesie. Ja bym się chyba chętnie w tej chwili odniósł do tego, co powiedziała pani Kamila na temat spotkania z tą polską grupą tych pisarzy, którzy sobie nawzajem, że tak powiem, pomagają. Otóż ja mam wrażenie, że słowo hejt jest taką bańką mydlaną, to znaczy jest hasłem współczesności po prostu. Natomiast trzeba zauważyć, że zło zawsze było w historii o wiele bardziej efektowne od dobra.
Wielcy bandyci zostali bohaterami, mają dzisiaj pomniki po całym świecie. O ludziach, którzy czynili tylko dobro, pamięć się bardzo często zdechła. I tak z tym jest, że zło po prostu boli, dlatego jest efektowne. Natomiast po wielu takich wypowiedziach autorów, nie tylko pani Kamili, ja zauważam, że również ogromna jest sfera zwykłej ludzkiej życzliwości. Ona istnieje, ale jeżeli my odbieramy każdą uwagę jako agresję, to powinniśmy sami chodzić do lekarza, a nie skarżyć się na hejt. Chyba wszystko właściwie wynika z tego, co powiedziałem. Chyba nie jest tak źle, tylko należy dostrzegać życzliwość, traktować ją życzliwie. Nie uważam, że wszyscy chcą. Wyjątki, te palanty, o których mówicie, szczególnie zarozumiali, zawsze byli i zawsze będą, i oni są najgłośniejsi po prostu. Natomiast my, którzy tam sobie swoją pajęczynę tkamy, powinniśmy robić swoje i się tym nie przejmować.
[02:25:08] - Myślę, że Wiktorze, ty nie doceniasz pewnej siły hejtu, która funkcjonuje, ale bezinteresowna zawiść-
[02:25:20] - Czy ja kiedykolwiek nie doceniałem wrzasku? Wrzask jest silny, bo jest wrzaskiem.
[02:25:28] - Tak, ale nie pozwoliłeś mi dokończyć. A ja powiem to, że jednocześnie pani Kamila wspomniała o tej sile budującej, sile czerpanej z grupy, gdzie ludzie zwracają sobie uwagę nie po to, żeby pokazać swoją wyższość, tylko po to, żeby utwór był lepszy. To są dwie różne sytuacje, o których rozmawiamy. Ta pierwsza hejtowa jest po prostu głupia. Buduje czyjeś ego kosztem kogoś drugiego. Ta druga sytuacja tak naprawdę powoduje, że utwór, który powstaje, który jest podpisany imieniem i nazwiskiem konkretnej osoby, w pewnym sensie jest już przetestowany przez czytelnika. I moim zdaniem tworzenie takich grup ma sens pod warunkiem, że nie znajdzie się wśród nich jakaś czarna owca. Pani Kamilo, to pani może coś na ten temat powiedzieć.
[02:26:30] - Znaczy ja jeszcze myślę, że bardzo często pojawiają się jakieś czarne owce gdzieś tam w tych grupach. Nie jest to nieuniknione, ponieważ osoby, które zarządzają tymi grupami nie mają laserów w oczach czy rentgenu i nie są w stanie przewidzieć, kto będzie jak się zachowywał. Jednak powiem, że hejt jest o wiele łatwiejszy niż konstruktywna krytyka. O wiele łatwiej jest powiedzieć, że twój utwór, to co napisałeś, nad czym siedziałeś godzinami, jest do niczego. Słów brakuje na to, jaki to jest gniot. Grafomania przy twoim utworze to po prostu słowicze pieśni. Jednak trudniej jest usiąść i powiedzieć: „Słuchaj, masz taki i taki problem, bo na przykład historia ma dziury w fabule. Dialogi masz sztywne jak kijek. Popracuj nad opisem postaci”. Bardzo trudno jest na przykład usiąść, skopiować zdania, które są na przykład koślawe i pokazać: „Słuchaj, możesz napisać to tak, tak i tak”.
To zajmuje czas. Szybciej jest powiedzieć, że to jest do bani, nie nadajesz się i tyle. W tyle i w nosie.
[02:27:55] - Tak, to prawda. Myślę, że bardzo wiele jest takich osób, które idą tą ścieżką, o której mówiliśmy. Właśnie, że nie, bo nie. Nie, bo to głupie. Nie, bo mi się nie podoba. Nie, bo tak. Bo ja tak uważam, a ja w ogóle jestem zgrabna, powabna i bardzo mądra. I w związku z tym mnie słuchajcie. Czasami tak to wygląda. Znacznie bardziej cenni są ci, którzy spokojnie, pracowicie, jak te mróweczki powiedzą tu, tu, tu i tu.
I jeszcze tu. Pomyślałbym o tym troszeczkę. To rzeczywiście wymaga pracy. Być może z tym jest to związane, że hejt jest prosty, łatwy, bezbolesny niemalże. Natomiast konstruktywna krytyka wymaga pracy. Po prostu takiej zwykłej, prostej. Może nie prostej, ale takiej pracy pokazującej tu, tu i tu. Warto by pomyśleć, a może pójść w myśleniu w tym albo w tym kierunku. To, zauważcie państwo, jest — nie chcę tego wzniosłe robić — ale to jest pewna praca do wykonania, a w dodatku praca o charakterze przynajmniej częściowo twórczym. Bo to trzeba wiedzieć, jak komuś coś zarzucam, to mówię: „Słuchaj, nie podoba mi się to, co napisałeś, ale ja bym to zrobił tak”.
To jeszcze wcale nie oznacza, że ta osoba ma to tak zrobić, ale to ma jej dać impuls. Taki element twórczy się pojawia, kiedy ktoś mówi: „To jest punkt wyjścia do twojej historii”. Na tym to wszystko polega. Więc to jest element, taka aktywność dosyć skomplikowana, jednak w jakiś sposób twórcza. Z autorem ten człowiek krytykujący współpracuje i o to tak naprawdę chodzi. Wiem, Wiktorze, że chcesz się dorwać do głosu. Dorywaj się.
[02:30:16] - Ciężko westchnąłem przy tym, co mówisz, ale będę musiał wyskoczyć z grubej rury. Otóż konstruktywna krytyka również boli. Będę się musiał posłużyć przykładem, że nasz bardzo dobry przyjaciel, Przemek Cichoń, przysłał do nas dość niedawno swoją powieść. Myśmy go bardzo chętnie przysłi do tej świnio-ryjskiej całej historii i on zdecydowanie próbował od tego odejść. I bardzo dobrze mu się to ostatnio udaje. Natomiast tę powieść myśmy z Markiem Żelkowskim ostro zarąbali. Ja mam takie głębokie wrażenie, że-
[02:31:10] - Poczekaj.
[02:31:11] - Cały czas to boli. Dawno powinno go to przestać boleć, bo opowiadania, które ostatnio zrobił są naprawdę świetne i zupełnie praktycznie nie mamy do nich żadnych zastrzeżeń. Są naprawdę nie świnio-ryjskie, a bardzo dobre. Natomiast ja i tak mam wrażenie, że jego to zabolało. Może mnie wyprowadza-
[02:31:43] - Nie dałeś sobie przerwać. Halo? Nie dałeś sobie przerwać. A coś chciałem ważnego powiedzieć. Myślę tak, że w dodatku boli go nie to, co trzeba. Bo ta powieść co do idei różnych — ja się nie muszę nawet z tymi ideami zgadzać — ale ona była dosyć przejrzysta. Pewna pośpieszność wykonania powodowała, że to nie poszło w tym kierunku. W dalszym ciągu — i to wykorzystuję tę audycję do tego, żeby do Przemka, bo pewno będzie słuchał, zaapelować, żeby nie porzucał tego projektu, tylko żeby go wreszcie przerobił. Czekamy i czekamy i się z tym projektem nic nie dzieje. Ponieważ Przemek doszedł do wniosku, że nie.
Przemku tak, tylko inaczej. Dobra, to już załatwiliśmy pewne sprawy, doktorze, dotyczące Przemka. Ja teraz mam propozycję, żebyśmy chwileczkę odpoczęli i posłuchali drugiego fragmentu prozy Kamili Ciołko-Borkowskiej, a za chwilę wracamy.
[02:32:57] - „Rozpacz”. Obudziłam się we własnym łóżku. W pierwszej chwili nie pamiętałam nawet, jak się w nim znalazłam. Nie przypominałam sobie żadnej suto zakrapianej imprezy. Kiedy dotarło do mnie, co się stało, nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Postanowiłam już po wieczność nie wychodzić z mojej kryjówki. Jednak anioł stróż nie przejmował się takimi bezsensownymi postanowieniami. „Chcesz kawy?” – zapytał, siadając nieopodal moich stóp. „Nie ruszam się stąd” – krzyknęłam buńczucznie. „Zachowujesz się jak dzieciak.
Tylko na tyle cię stać? Na powtarzanie słów mojej matki? Marudzisz”. „Mam wstać?” – krzyknęłam, odrzucając kołdrę na bok i wstając. – „Tak? Tego chcesz? Mam udawać, że wszystko jest w niebieskim porządku?” „Ale…” – wyjąkał Julian wystraszony. Jego wielkie jak spodki oczy pierwszy raz widziały mnie w takim stanie. „Co ale? Do jasnej cholery, nic nie jest dobrze”.
Wściekła przeszłam do kuchni. Otworzyłam szafkę, w której trzymaliśmy naczynia. Wyciągałam rękę, chwytałam po jednej sztuce i rzucałam o podłogę. Tłukłam wszystko, jak leci. Stróż stał tylko przerażony, nie wiedząc, jak powinien zareagować. Przyznaję się, że pierwszy raz odbiła mi tak palma. Nawet największe awantury za życia odbywały się bez jakiejkolwiek przemocy. Nigdy, ale to nigdy nie tłukłam porcelany, choć przyznaję, że nie raz i nie dwa miałam na to ochotę. Pierwszy raz od śmierci miałam przeogromną ochotę rozbić całe to zakichane niebo. Tłukłam więc na oślep i ryczałam.
Ryczałam tak i tłukłam. Trzask rozbijanej zastawy przerażał mnie. Jednak równocześnie w jakiś patologiczny sposób uspokajał. Nie potrafiłam tego wytłumaczyć. Czułam potrzebę sięgania po kolejne naczynia, aby roztrzaskać je o podłogę. Każda pogruchotana sztuka doprowadzała mnie do dziwnej ekstazy. „Marysiu” – Julian w końcu ocknął się i próbował załagodzić sytuację. „Nie Marysiuj mi tu teraz” – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. „Musisz jakoś rozładować złość. Nie wiem.
Pobiegaj może. Nie tłucz tego”. „Sam sobie pobiegaj. To moje niebo. Mogę tłuc, co mi się podoba”. „Dobrze, już masz rację. Tłucz” – poddał się przewodnik skazany na wieczność z moją osobą. „Ha!” – krzyknęłam przez łzy. Spojrzałam na filiżankę, którą trzymałam w dłoniach. W środku znajdowały się kawałki aktu narodzenia.
Uniosłam rękę i uderzyłam naczyniem o stertę potłuczonych skorup. Skrawki dokumentu lekko unosiły się w powietrzu. Było mi już wszystko jedno. Przecież i tak nie uda się uratować taty. To po co mam trzymać te papierzyska? Pilnować tych śmieci jak największego skarbu. To bez sensu. Musiałam wyglądać naprawdę pociesznie, stojąc w piżamie pośrodku porcelanowego pobojowiska. „Nie odnajdę córki, nie uratuję ojca. Umrę w niebie ponownie, bo nie poznam sprawy, która mnie wiąże z życiem” – wyszeptałam z kolejnym talerzem w ręku.
„Wszystko się ułoży”. Julek próbował mnie uspokoić. „Co ty nie powiesz? Skąd możesz wiedzieć?”. Kiedy tak tłukłam kolejny element zastawy, naszych uszu dobiegło pukanie do drzwi wejściowych. Julian, lekko stąpając pomiędzy odłamkami, dotarł do drzwi. Ja natomiast stałam jak kupka nieszczęścia pośrodku pobojowiska. Ogarnęła mnie panika. Gość w drzwiach, a ja w piżamie, w rozpaczy i w porcelanowym pieprzniku. Zaczęłam wycofywać się do łazienki, robiąc sobie przejście nogą.
Ciężka była ta potłuczona zastawa. Nie zdążyłam wyjść z pomieszczenia, gdy do kuchni weszła Maja ze swoim aniołem stróżem. Jej obecność potwierdziło nieodłączne krakanie. „O! Odstresowujecie się” – zauważyła, spoglądając na kuchnię. „Tak.” – Julian splótł ręce na klatce piersiowej. „Za życia miałam koleżankę, której ojciec tłukł talerze raz w tygodniu. Jej mama systematycznie dokupowała nowe” – Maja zaczęła opowieść, niepewnie stąpając wśród odłamków. – „Zostały jakieś kubki do kakao?” Julian sięgnął po ocalały kubek i dzbanek z kakao, który czekał na naszą młodą przyjaciółkę. Jakimś cudem wiedział, że będziemy mieli gości.
Maja rozsiadła się niezrażona na krześle, krusząc Bonifacemu ciastko na blacie stołu. Rękawem wytarłam zapłakaną twarz. Maria. Obraz nędzy i rozpaczy. To ja. „Ech. W każdym razie” – kontynuowała Maja – „moja znajoma poszła na zajęcia z karate czy innego linchowania i dała pijakowi takie bęcki, że jak popił, to szedł spać do stodoły”. „Mam iść spać do stodoły?” – zgłupiałam do reszty. „Nie. Masz się ogarnąć”.
Julian popchnął mnie w stronę łazienki. „Widzisz, nawet on załapał” – dziewczyna zaczęła się śmiać, wgryzając się w ciastko. Bonifacy wtórował swojej pani, kracząc donośnie. Gdy po dość długim czasie wyszłam z łazienki, cała trójka kończyła sprzątać kuchnię. Kruk niósł do kosza na śmieci spory kawałek mojej ulubionej wazy. Westchnęłam żałośnie. Wszyscy spojrzeli w moją stronę. Maja podała mi ocalałą miseczkę. Przyjrzałam się jej zawartości. W środku leżały pozbierane elementy aktu narodzenia mojego taty.
Mój skarb. Odłożyłam naczynie delikatnie do szafki, tam, gdzie do tej pory stała filiżanka. Julian sprawdzał. Mówi, że są wszystkie. Maja stanęła na baczność. Lepiej ci? Chyba tak, choć i tak czuję się podle. Słyszałam o tym, co się stało. Kakao? Mi pomaga.
W sumie to nie wiem, co powinnam teraz zrobić. Usiadłam, opierając łokcie na blacie. Brodę oparłam na dłoniach. Czułam się całkowicie bezradna. Na twoim miejscu zapytałabym męża, czy nie ma czoła w tym wszystkim panuchów. Maju – rzekłam zrezygnowana. To nie ma szans. Skoro tak mówisz. Dziewczyna wzruszyła ramionami. Siedziałam tak, myśląc, że już nic nigdy nie będzie miało sensu.
Jednak przez czarne chmury kłębiące się nad moją głową zaczęło przedzierać się słońce. Zdrowy rozsądek zaczął dochodzić do głosu, ponieważ ciut go zagłuszyłam paniką i rozpaczą. Może Maja ma rację. Może Marian rzeczywiście coś wiedział. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie pytać. Spojrzałam na rozgadane towarzystwo. Wesoło im. Nie ma co. Za nic mieli mój podły nastrój. Maja nagle uderzyła się dłonią w czoło.
Zapomniałam! Przecież chciałam cię zabrać do znajomego. Tego, o którym ci mówiłam. Tego z terapii. No wiesz, co miał problem z życiem po życiu – tłumaczyła chaotycznie. Kojarzę – przytaknęłam. Ale chyba już nie chcesz szukać przyczyny swoich kłopotów. Wiesz co? Skoro mam tu spędzić wieczność, wypadałoby załatwić to, co niezałatwione. Westchnęłam teatralnie.
Odzyskałam część zdrowego rozsądku. Tyle wystarczyło, bym zaczęła mówić z sensem. Tak! – krzyknęła uśmiechnięta dziewczyna. Piąteczka! Uniosła obie dłonie do góry. Stojący po jej obu stronach aniołowie głośno przybili jej piątkę i uśmiechnęli się równie szczerze. Ukartowali to, przebiegłe lisy. No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak też się uśmiechnąć. Może jednak jakoś się to wszystko ułoży.
Ruszyliśmy w drogę bez zbędnego gadania. Okazało się, że czeka nas podróż anielską komunikacją, a potem długi spacer. Podobno sięgnięcie dna pozwala się od niego odbić. No cóż, okazało się, że znalazłam się w tak beznadziejnej sytuacji, iż musiałam przemyśleć swój plan działania. Przyznaję, że takowego nie miałam. Musiałam jednak obrać jakiś kierunek działania. Miałam czas na myślenie. W końcu podróż niebieskim autobusem pozwala zebrać myśli. Postanowiłam podsumować to, co wiedziałam. Pewne było, że mój ojciec znajduje się w hotelu dla oczekujących, że moja córka żyje, a ja mam coś, co przyciąga mnie ku życiu ziemskiemu, pomimo głośno powtarzanych protestów.
Co było do zrobienia? Otóż musiałam złożyć akt narodzenia w całość, znaleźć córkę oraz odnaleźć przyczynę odczuć fantomowych. Trochę roboty było przede mną. Rozejrzałam się po towarzyszach wyprawy. Z nimi pokonam wszelkie przeciwności. Miałam przynajmniej taką nadzieję. Moje rozmyślania przerwał fakt, że znaleźliśmy się w niebie, którego widok zaparł mi dech w piersi. Przed nami, jak okiem sięgnąć, rozpościerała się piękna plaża. Fale szumiały lekko poruszane wiatrem. Palmy rosnące nad brzegiem dawały przyjemny cień.
Piasek grzał stopy, a słońce opalało skórę. Chwała niebiosom, że tu, gdzie byliśmy, nie istniał problem z promieniami UV. Lokator tej wieczności musiałby zaopatrywać się w filtry wagonami. Domyśliłam się, że drewniana chatka na plaży była celem naszej podróży. Maja zastukała z impetem w drzwi. Policja dobijająca się do podejrzanego nie powstydziłaby się takiego łomotania. Spojrzała na mnie przez ramię. Nie przepada za gośćmi – wyszeptała. To po co nas tu ciągniesz? Ej, musisz z nim pogadać.
Jasne? Muszę? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie. No przecież. W tym momencie usłyszeliśmy poruszenie za drzwiami. Ktoś, dokładniej lokator, szurał, powoli idąc w naszą stronę. Drzwi skrzypnęły i otworzyły się. Przed nami stanął szczupły brunet przed trzydziestką. Jego głowa przypominała baranka. Za takie loki mogłabym za życia pobić.
Widząc całą gromadę ludzi, instynktownie cofnął się do środka. Zaskoczenie na jego twarzy połączone było z wyrazem przerażenia. Faktycznie nie przepadał za towarzystwem. Maja, nie przejmując się konwenansami, podeszła do gospodarza i przytuliła go, witając się głośno. Kruk, siedząc na ramieniu Juliana, kraka głośne „Dzień dobry”. Zostaliśmy przedstawieni sobie w progu. Emil, bo tak miał na imię gospodarz, prowadził zapoznawczą pogawędkę, przez cały czas stojąc w drzwiach. Dziwne panowały u niego zwyczaje. Nie przeczę. Dobra, wejdźcie.
Ustąpił w końcu mężczyzna. Nie mogłam się oprzeć, by się nie rozejrzeć. Wszędzie dookoła stały wyrzeźbione z drewna postacie. Nie chciałam się gapić, jednak zdawało mi się, że wszystkie przedstawiały jedną kobietę z dzieckiem lub bez. Czułam się pośród nich dziwnie, bardzo dziwnie. Patrzyło na mnie tysiące par drewnianych oczu. Żeby nie było, nie moja wieczność, więc nie oceniałam. Po prostu czułam się nieswojo. Maja podeszła do jednej z rzeźby. Przyjrzała się jej, po czym nie pytając o pozwolenie, dotknęła twarzy wyrzeźbionego dziecka.
To ta? Zapytała, nie przestając patrzeć na pracę. Tak, to ostatnia. Odpowiedział Emil. Wygląda jak żywy. Starałem się. Emil potarł dłonią kark. Uśmiechnął się lekko po raz pierwszy, odkąd się pojawiliśmy. Maja spojrzała w moją stronę, a widząc, że nie mam pojęcia, o czym rozmawiają, wstała i otrzepała kolana z kurzu. To syn Emila.
Wyjaśniła. Opowiedz jej. Zwróciła się do rzeźbiarza. No niech będzie. Znam cię. Jeśli tego nie zrobię, nie dasz mi spokoju. Pokiwał w stronę nastolatki palcem. Przejdźmy do ogrodu. Czego się napijecie? Zapytał mnie i Juliana.
Kakao już stoi. Zwrócił się do Mai. Z tym ogrodem to on przesadził. Cały teren za domem otoczony drewnianym płotem załadowany był kawałkami drewna różnych rozmiarów. Pośrodku zbieraniny pieńków stał przewodnik gospodarza, grzebiąc coś przy ustawionym krąglaku wielkości sporej szafy. Kiedy przybyliście, szykowaliśmy się do nowej pracy. Wskazał ręką kawał drewna. Wszędzie walały się trociny, kora i obrzynki. Jak opowiesz swoją historię, pójdziemy sobie i będziesz mógł wrócić do rzeźbienia. Obiecała Maja przymilnie.
Ech! Westchnął Emil żałośnie. Niech będzie. No! Nastolatka rozsiadła się wygodnie na wolnym pieńku, niejako ponaglając znajomego. To nie będzie bajka. Uprzedził mężczyzna. Bo nie kończy się dobrze. Za życia byłem informatykiem. Pracowałem w korporacji, zarabiałem niesamowite pieniądze.
Miałem piękną żonę. Miała na imię Kasia. Kiedy powiedziała mi o ciąży, w pierwszej chwili byłem przerażony. Jednak szybko zrozumiałem, że to będzie najwspanialsze, co nam się przytrafiło. Pomimo różnic charakterów dogadywaliśmy się. Potrafiliśmy dojść do kompromisu bez awantur. W każdym razie Kasia kazała mi przysiąc, że będę obecny przy porodzie. Obiecałem jej, choć w pracy spędzałem masę czasu i miałem problem, żeby się wyrwać. Kiedy zadzwoniła do mnie z informacją, że odeszły jej wody, wsiadłem do samochodu i pognałem do szpitala. Jednak zamiast znaleźć się u boku mojej Kasieńki, obudziłem się tutaj.
Później okazało się, że mam objawy fantomowe i muszę rozgryźć ich przyczynę. Poszedłem na terapię. Przyśniłem się żonie. Jednak to nadal nie było to. Doszliśmy z terapeutą do wniosku, że muszę się po prostu pogodzić z faktem, że ją zawiodłem. Przecież nie zrobiłeś tego specjalnie. Umarłeś. Zaczęłam tłumaczyć mu oczywiste fakty. To trochę moja wina. Za szybko jechałem.
Emil znów położył dłoń na karku. Mój syn ma dziś pięć lat, a ja nadal nie mogę pozbyć się przywiązania do życia. Jeszcze nie czas. Patrząc na rozmówcę zaczęłam łączyć fakty. Ruszyło logiczne myślenie, choć nigdy nie byłam w tym dobra. Kiedy już połączyłam wszystkie kropki w całość, upuściłam trzymaną szklankę z wodą. Gdyby mnie ktoś zapytał, powiedziałabym, że sama wysunęła się z ręki. Wszyscy spojrzeli na mnie ze zdziwieniem. Nie wiem, czy byłam blada, czy miałam rumieńce jak jabłka na drzewie. Pewne było jednak to, że moje serce waliło jak oszalałe, a oczy miałam wielkie jak wilk z bajki o Czerwonym Kapturku.
Marysiu. Julian podszedł bliżej. Delikatnie dotknął mojego ramienia. Dziecko. Wyszeptałam. Co? Maja wzięła przykład z Julka i stanęła nieopodal mnie. To wszystko przez moją córkę. To ona łączy cię z życiem. Krzyknęła podekscytowana Maja.
Skoro już ustaliliśmy fakty. Powiedział Emil. To mogę wracać do pracy, a wy do siebie, prawda? Wstał, otrzepując spodnie z trocin. Pożegnał nas, jakby się gdzieś śpieszył. Doprawdy dziwne zwyczaje panowały po tej stronie nieba. W tamtej chwili zachowywałam się tak, jakbym zamieniła się w jedną z prac Emila. Julian musiał prowadzić mnie za rękę, bo byłam sztywna i nie można było się ze mną dogadać. Kłoda, dosłownie kłoda.
[02:50:51] - To à propos tej rozpaczy. Pani Kamilo, to takie pytanie z gatunku oczywistych oczywistości, ale je oczywiście zadam. Jak to jest z pani prozą? To jest pytanie z tezą tak naprawdę, ale czy to jest absolutna fikcja literacka to, co pani pisze? W końcu kobieta w niebie, to musi być fikcja literacka, w jakimś stopniu przynajmniej. Ale czy może to jest jednak historia w jakiś sposób prawdziwa, zasłyszana, zaobserwowana? Czyli podsumowując, na ile historie, które pani pisze, to jest absolutny twór pani umysłu, a na ile jest to efekt tego podsłuchiwania, o którym pani wspomniała w swoim czasie?
[02:51:47] - To ja może zacznę tak: w liceum polonistka zaproponowała udział w konkursie. Konkurs był zorganizowany z okazji jakiegoś tygodnia rodziny bodajże, już teraz szczegółów nie pamiętam. W każdym razie historia miała dotyczyć losów rodziny. Napisałam oczywiście historię, rozpisałam się wtedy. Myślę, że gdzieś tam, w tamtym okresie zaczęłam mieć uraz do historii mocno rozbudowanych. Zaczęłam bardzo wszystko skracać. Pamiętam, że rozpisałam się bardzo mocno. Wtedy to jeszcze ręcznie się pisało, ponieważ komputerów jeszcze wtedy nie było. I pamiętam, że historia dotyczyła pewnej rodziny, w której ojciec ponownie się ożenił i pamiętam, że tam była dwójka dzieci. Bodajże ten syn, który w tym opowiadaniu był, sięgnął po narkotyki.
Już teraz nie pamiętam dokładnie, jak to wyglądało. W każdym razie polonistka kazała mi to skrócić bardzo mocno, na co się nie zgodziłam. Opowiadanie nie wzięło udziału w konkursie. Jednak do czego zmierzam? Po przeczytaniu tego opowiadania polonistka wzięła mnie na bok i powiedziała, że jeżeli w rodzinie są takie problemy, należy zgłosić to terapeuty. Jeśli ta rodzina wymaga takiego wsparcia, ona jest w stanie podać mi namiary na odpowiednich fachowców. Opowiadanie było całkowitą fikcją. Nic tam nie było prawdą, ponieważ oni nie istnieli, a takiej sytuacji w ogóle nie znałam. Jednak to wszystko, co tworzę, możliwe, że gdzieś tam dzieje się faktycznie w rzeczywistości podobnie. Jednak to wszystko, co ja piszę, jest całkowitą fikcją, stuprocentowo wymyśloną w mojej własnej głowie.
[02:54:14] - W takim razie podstępne pytanie teraz zadam: czemu służą temu podsłuchiwanki, o których pani wspominała?
[02:54:22] - To są rewelacyjne rzeczy, bo o ile fabułę całą owszem, wymyślam, o tyle potrzebuję jakiejś inspiracji do wątków pobocznych, do tego wszystkiego, co historię popchnie do przodu.
[02:54:40] - Okej, to teraz jeszcze mam pytanie z takiej kuchni pisarskiej: jak wygląda pisanie pani Kamili Ciołko-Borkowskiej? Czyli nadchodzi ten czas, że trzeba coś napisać. To jak się pani do tego zabiera? Jak to technicznie wygląda po prostu?
[02:55:03] - Najpierw przez jakiś czas rodzi mi się w głowie pomysł. To jak w mitologii Afrodyta. Nie, to nie była Afrodyta, teraz strzeliłam gafę. W każdym razie musi mi się coś tam urodzić w głowie. To była bodajże Atena. W każdym razie musi mi się to urodzić w głowie i musi ten pomysł mieć ręce i nogi. Kiedy już wiem, że ta fabuła, która gdzieś tam się zrodziła, jest już w 99% gotowa, wtedy siadam i muszę znaleźć odpowiednią muzykę. Ponieważ ja bez muzyki nie potrafię pisać. Ja muszę się wyłączyć. Włączam jakąś odpowiednią muzykę, która idealnie pasuje mi do pisania danego fragmentu, danego opowiadania czy danego rozdziału.
Podłączam słuchawki, wkładam je w uszy i całkowicie odcinam się od rzeczywistości. Mnie nie ma. Wtedy mogę pisać i wtedy historia leci. Wtedy składam całą historię w całość. Piszę ciągiem, nie myśląc tak właściwie nawet nad tym, co piszę, bo na sprawdzanie jest czas później. I mam tak samo właśnie i z poezją, i z prozą, że nie mogę mieć słuchowego kontaktu z rzeczywistością, ponieważ wtedy się strasznie rozpraszam i nic nie wychodzi. I to tak chyba tyle.
[02:56:46] - A bardziej ręcznie czy komputer?
[02:56:53] - Aktualnie idę na łatwiznę i głównie na komputerze, aczkolwiek jeżeli chodzi o poezję, to czasem, gdy nie mam dostępu do komputera, a coś tam się włączy w głowie, to używam jeszcze staromodnego sposobu pisania ręcznie, ale zazwyczaj komputerem, ponieważ jest łatwiej.
[02:57:15] - Wiktorze?
[02:57:17] - Pani Kamila przypomniała mi moje czasy, kiedy pisałem namiętnie i nie napisałem chyba nigdy ani jednego sensownego słowa bez słuchania w tym czasie muzyki. Ta muzyka była bardzo różna – od IX Jana Sebastiana, przez chorały gregoriańskie, aż po The Doors, Procol Harum, różną rockową muzykę. Ostatnio, kiedy pisałem, to już słuchałem rapu również. Doskonale to rozumiem – bez muzyki nie można właściwie dobrze pisać. Przynajmniej ja się z tym zupełnie zgadzam.
[02:58:11] - Okej, a teraz zapytam jeszcze o taką rzecz: gdy pani zaczyna pisać, już o tym powiedziała, że ta historia musi być od początku do końca w pani głowie. Ale kiedy ona jest i kiedy wydaje się pani, że tylko wystarczy siąść i przelać tę historię na papier, czy często pojawiają się w tej historii modyfikacje albo takie skoki, że historia się zmienia i to znacząco? Czy też realizuje pani pierwotne założenia? Jak to wygląda w tym pisarskim życiu?
[02:58:58] - Nigdy nie jest tak, że historia jest zabetonowana od samego początku i tak musi być i koniec kropka. To nie jest literacki totalitaryzm w mojej głowie. Akceptuję zmiany. Taką ciekawostkę może powiem. Pierwotnie Marysia miała mieć jeszcze dwa dodatkowe wątki. Jednak gdzieś mi się one po drodze urwały, gdzieś się coś nie kleiło, nie łączyło. Miały być jeszcze w tej historii dwie bohaterki dodatkowe, w tym jedna miała być zakonnicą, a druga miała mieć stado kotów. Miały być pomocne podczas rozwiązywania Marysiowych problemów. Jednak w trakcie pisania stwierdziłam, że mogę zamiast rozpraszać czytelnika nadmierną ilością bohaterów, skorzystać z tych, których już mam, którzy już się pojawili i którzy jak najbardziej mogą zrealizować ten cały plan i nie powodować tego, że czytelnik się gdzieś pogubi, bo jest zbyt dużo ludzi dookoła.
[03:00:20] - To, co pani powiedziała, pani Kamila, to jest mit na moje serce, bo to świadczy naprawdę o pewnej dojrzałości pisarskiej. Wielu ludzi nie potrafi zrezygnować z rzeczy, w której czasami się potrafią zakochać. Trzeba zrezygnować w imię wyższych celów, że tak powiem.
[03:00:55] - A ja mam takie pytanie o szczegóły. Dosyć ważnym wątkiem w „Idzie, bożce” Marysi jest motyw ojca. On jest tam bardzo wyraźny i poruszający, a w każdym razie widać, że jest ważny. Zechce nam pani powiedzieć, dlaczego on jest taki ważny?
[03:01:24] - Pierwotnie chciałam ogólnie pokazać to, że ważni są rodzice – tak matka, jak i ojciec. Nawiązując do poprzedniego pytania, w trakcie pisania troszkę zmieniła mi się wizja i postanowiłam pokazać Marysię jako córeczkę tatusia, która ma z nim bardzo mocny, bardzo silny kontakt. Ponieważ, tak jak już pan Marek zauważył, mamy tutaj do czynienia z wizją mężczyzn różnego rodzaju i stwierdziłam, że nie ma sensu pokazywać, że mężczyźni są tylko źli, jak mąż Marysi, który sobie nie radzi w życiu. Jednak ojciec jest pokazany jako ten dobry, jako ideał, jako wsparcie i pierwotnie miał wskazać Marysi właściwy kierunek. Wiem, że tam się pojawia jeszcze wcześniej jeden mężczyzna, który też podpowiada jej, co powinna zrobić. Jednak ojciec jako osoba, która jest dla niej autorytetem, miał ją na 100% nakierować na to, co jest istotne w danej sytuacji, co powinna zrobić i na czym się skupić. Nie chcę za bardzo tutaj mówić o treści.
[03:02:55] - Jasne.
[03:02:56] - To jest trochę skomplikowane, żeby to tak opowiedzieć, jednak nie opowiadać treści.
[03:03:01] - Tak jest. To prawda. Z tym się też często borykamy. Ale dobrze, to podrzucę następne pytanie. Częściowo pani na nie odpowiedziała, ale będę drążył temat, bo to jest pewien mit, który krąży wśród ludzi zaczynających swoją przygodę z pisaniem. Otóż kwestia wzajemnego stosunku pomiędzy tak zwaną weną a A po prostu warsztatem, odrabianiem lekcji, stałą powiedzmy orką na ugorze, po prostu pracą nad tekstem. Ile tego jest w pani pisaniu? Albo co jest ważniejsze, albo inaczej pytając, czy jest ten element weny, czegoś takiego jak wena literacka, czy też jest to ciężka praca, sukcesywne odrabianie lektur, zadań, które samemu się sobie zadało? Jak to jest z tym pisaniem, przynajmniej u pani?
[03:04:11] - Powiem tak: kiedyś na jakiejś grupie usłyszałam, że w sumie pisanie to jest 5% weny, a 95% rzemieślniczej pracy. I z tym się zgodzę, ponieważ musi być coś, co zaskoczy w głowie pisarza, co pozwoli mu wpaść na pewien pomysł, zasiać takie ziarenko pomysłu. Jednak później, już idąc tym tropem ogrodniczym, pisarz musi podlewać, wykopywać chwasty i dbać o tę roślinkę. Czyli musi usiąść, klikać w klawiaturę czy pisać ręcznie — zależy, co lubi — i musi wykonywać pracę czysto rzemieślniczą. Musi to ubrać w słowa, opisać i w sumie później wena już jest potrzebna w bardzo niewielkim stopniu. To jest te 5% całej pracy. Dodatkowo największym problemem, przynajmniej w moim przypadku, nie wiem, jak jest u innych, ale największym problemem jest odkładanie pisania na później, bo w sumie są tysiące rzeczy do zrobienia, które są już na teraz, które trzeba robić i znalezienie czasu na pisanie to jest największy problem w pisaniu.
[03:05:55] - Okej, ale mam jeszcze jedno pytanie.
[03:05:58] - Mogę, Marku, skomentować to pięć procent?
[03:06:01] - Ależ oczywiście.
[03:06:03] - Skomentuję to bardzo prosto, bo przecież wschód słońca każdego dnia trwa zwykle najwyżej te pięć minut, nie?
[03:06:19] - No tak, to teraz wrócę do swojego pytania. Owszem, mówiliśmy o wenie, mówiliśmy o ciężkiej pracy. Bardzo wielu autorów, bardzo wielu ludzi, którzy literaturą się zajmują, wspomina również o lekturach. O tym, co kształtuje osobę piszącą. Co sprawia, że ona jest taka, a nie inna. Gdybym panią zapytał o ważne, kształtujące, znaczące lektury, które w pani życiu odegrały naprawdę ważną rolę, które do dzisiaj pani wspomina, może nie wzoruje się na nich, ale wspomina, które są elementem budującym autorkę. To jakie pani książki by wymieniła? Jakie utwory?
[03:07:17] - Jeżeli chodzi o to, co z pisarskiego poletka jest istotne dla mnie, to powiem, że mam cztery książki na tę chwilę, które mam w głowie podczas pisania i każda z nich z innych względów. Jedna z nich na pewno będzie zaskoczeniem. Trzy pozostałe niekoniecznie. Otóż zacznę może od „Małego Księcia”. To jest klasyka najwspanialsza z możliwych, ponieważ ona jest lekturą w szkole podstawowej jako książka dla dzieci, a tak naprawdę to jest książka dla dorosłych. Ona jest uniwersalna i w sumie „Mały Książę” jest wiecznie na piedestale za swoją prostotę. Tam nie ma żadnych niepotrzebnych, zbędnych słów, żadnych zbędnych, niepotrzebnych akapitów. To jest cienka książka, a jest po prostu cudowna. Tak więc to jest pierwszy taki przykład dla mnie, żebym pamiętała o tym, że nie trzeba zarzucać czytelnika nadmierną ilością tekstu, bo się po prostu zmęczy. Kolejną jest, też nie będzie zaskoczeniem, „Mistrz i Małgorzata” za niesamowitą fabułę, za cudowne tworzenie świata przedstawionego.
Kiedy się czyta „Mistrza i Małgorzatę” ma się wrażenie, że to naprawdę miało miejsce i że to jest takie wow. Jeśli mogę tak powiedzieć. Zawsze marzyłam o tym, żeby kiedy będę pisać, pisać to tak lekko, ale jednocześnie z rozmachem. Następna jest „Dolina Issy”, którą pokochałam miłością bezgraniczną. „Dolina Issy” pokazuje, że w sumie dobra książka nie musi mieć zbyt dużo dialogów. Wszystko można pokazać. To się ciężko czyta, bo to nie jest dla wszystkich Bo niektórzy uwielbiają dialogi i cała książka może być w dialogach. Jednak Miłosz pokazuje prawdę, którą się praktycznie słyszy w każdej grupie pisarskiej: pokaż, a nie powiedz. I to jest po prostu niesamowite, naprawdę. On to zrobił po mistrzowsku.
Wcale się nie dziwię, że jest stawiany na piedestale jako przykład dla pisarzy. Ostatnie, co może być zaskoczeniem. Ostatnia książka, która jest bardzo ważna dla mnie, to książka „O myszy, która chciała być lwem”. To książka dla dzieci, bardzo krótka, z pięknymi ilustracjami. Jednak przesłanie jest takie, żeby być po prostu sobą. Starając się pisać, mam zawsze w głowie to, że pisząc, mam być sobą. Mam nikogo nie udawać, pisać po swojemu i być szczera z czytelnikiem, ponieważ to jest najważniejsze. Czytelnik wyczuje, kiedy będę udawać, kiedy będę chciała być kimś innym. Tak więc to są te cztery książki. Póki co więcej nie ma.
[03:11:01] - Okej.
[03:11:03] - Marku!
[03:11:03] - Tak? Proszę.
[03:11:06] - Żałuję, że 50 lat temu nie poznałem pani Kamili Siołko-Borkowskiej, bo bym nie zamulał mózgów moim czytelnikom, gdyż z tych czterech książek właściwie uwzględniłem w swojej karierze tylko i wyłącznie tą czwartą, ostatnią. Byłem sobą. Zawsze byłem sobą, nigdy nie byłem kim innym. Natomiast gdybym pamiętał za młodu o „Małym Księciu” na przykład, to pisałbym zupełnie inaczej. Boże mój, dlaczego ja tego nie pamiętałem? Dziękuję, pani Kamilo.
[03:11:48] - Polecam się na przyszłość.
[03:11:52] - Ponieważ zbliżamy się do końca naszej audycji, musi paść takie sakramentalne pytanie. To jest pytanie z zestawu obowiązkowego, za które — często to powtarzam — wielu autorów patrzy na mnie kosym okiem, żeby nie powiedzieć, że gorzej. Ale co pani teraz pisze? Co pani planuje? Jakie są pani literackie zakusy? Co tam się rodzi na pani klawiaturze, w głowie i tak dalej? Co powstaje na warsztacie?
[03:12:37] - Aktualnie zaczęłam kolejny projekt. Jest to kontynuacja „Naszej nieboszczki”, ale to dopiero początek. Tak więc nie będę za bardzo zdradzać szczegółów. Jestem na początku, aczkolwiek musiałam trochę przerwać, ponieważ zgodziłam się na pewną niespodziankę w projekcie Nieotwierana strona Sigma, więc to będzie drobna świąteczna niespodzianka dla czytelników tej antologii. Tak więc musiałam zrobić niewielką przerwę i skubnąć coś tam, naskrobać coś do tego projektu. A w przyszłości? No cóż, w przyszłości życie nauczyło mnie, żeby lepiej nie planować, bo ono wie lepiej, co będzie. I jeżeli ja sobie coś zaplanuję, to ono mi pokiwa palcem i powie, że w ogóle ja tutaj niepoważna jestem, że sobie takie rzeczy zaplanowałam, nie konsultując tego.
[03:13:54] - Ostatni rok jest tego najlepszym przykładem zresztą.
[03:13:57] - Tak, jak najbardziej. Tak więc nie planuję nic dalekosiężnego, ponieważ niestety bardzo często to nie wypala. A jeżeli chodzi o moje plany pisarskie, to chciałabym dalej po prostu tak pisać, żeby czerpać z tego satysfakcję i radość, ponieważ nie wiem, czy to widać, ale się naprawdę świetnie bawiłam, pisząc „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi”. To była dla mnie taka frajda, jakby mojemu synowi dać klocki Lego i powiedzieć, że może się bawić tymi klockami Lego przez cały dzień. Tak ja po prostu miałam świetną zabawę, pisząc tą książkę i chciałabym, robić to dalej w taki sposób, żeby to dalej była taka frajda i taka zabawa. Może to niedużo i może nie za bardzo ucieszy słuchaczy. Niezbyt ambitne to plany, jednak całą resztę, która się pojawi, można modyfikować, można zmieniać albo akceptować, jaka jest. Myślę, że w tym przypadku można jeszcze zaplanować pewne drobiazgi, pewne szczegóły.
[03:15:20] - Wie pani, zapowiedziała pani ni mniej, ni więcej, tylko kontynuację książki, o której dzisiaj rozmawialiśmy. To już uważam całkiem sporo. Czegoż oczekiwać więcej? Jeśli ma się takie skonkretyzowane plany, że powstanie część druga, jakoś tam związana, to jest moim zdaniem bardzo dużo, jeśli chodzi o taki literacki horyzont.
[03:15:51] - Tak, aczkolwiek staram się nie skupiać na całości książki. Po prostu skupiam się po kawałeczku. Dlatego tak ciężko mi mówić o tym, że to będzie książka za jakiś czas. Na razie piszę kawałkami, więc mam w planach może gdzieś tam tę drugą część. Jednak póki co jest jeszcze w puzzelkach.
[03:16:18] - Powiem tak, że oczywiście jestem niepoprawny i coś muszę na ten temat powiedzieć. Ja bym sobie tak marzył, ale oczywiście proszę nie traktować tego zbyt poważnie. Duchy mają to do siebie, że w przypadku nas, ludzi, dają się podobno wywoływać. Jesteśmy na antenie Radia Paranormalium. Tu te tematy są niejako codziennością. A tak sobie pomyślałem, czy pani bohaterka też by się nie dała w pani nowej odsłonie tej historii od czasu do czasu gdzieś na Ziemię wywołać? Uważam, że to byłby również fajny motyw, ale niczego nie narzucam. Bardziej powiedziałem o swoich wyobrażeniach czy marzeniach niż o czymkolwiek innym. Proszę wybaczyć, nie mogłem się powstrzymać.
[03:17:19] - Jak mówię, wszystko jeszcze przed nami. Może kiedyś.
[03:17:25] - Wiktorze, kończymy audycję powoli.
[03:17:28] - Na sam koniec może przypomnę drobne wyznanie pani Kamili Ciołko-Borkowskiej z początku audycji na pytanie Marka, jak się pojawiła ta przecudowna historia-
[03:17:48] - Niemkości Marysi
[03:17:49] - ... Niemkości Marysi. Pani Kamila odpowiedziała jasno i prosto: przypadkiem. Przypadek jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. My wszyscy właściwie zostaliśmy kiedyś poczęci przypadkiem. Przypadkiem pojawiliśmy się na świecie. Świat w tej chwili zmierza ku temu, żeby nawet dzieci były zaplanowane. Marnie to wygląda. Przypadek jest najpiękniejszą receptą. Tak samo na dzieci, jak i na powieści.
Nie planować. To wszystko. Bardzo dziękuję pani Kamili za ten wywiad.
[03:18:35] - Ja też dziękuję. I tu pozwolę sobie nie tylko podziękować, ale też zapowiedzieć, że w antologii, która miejmy nadzieję w końcu się ukaże, w tomie drugim i w tomie trzecim pojawią się opowiadania pani Kamili. To będą absolutne nowki, nie rdzewki, że tak sobie kolokwializuję to wszystko. A więc to kolejna namowa z mojej strony do sięgnięcia po prozę pani Kamili. Ale pani Kamilo, żeby tak już nie zagadać wszystkiego na śmierć. Z doświadczenia wiem, że choćby wywiad czy rozmowa trwała nie wiadomo jak długo, to zawsze są rzeczy, o które się nie zapyta i o których nie zdążyliśmy się zapytać z Wiktorem. Pani Kamilo, teraz głos dla pani. Wszystko, o co nie zapytaliśmy, a chciałaby pani powiedzieć, to jest ten moment.
[03:19:41] - W sumie to ja chyba powiedziałam wszystko, co miałam powiedzieć, bo żadnych planów nie robiłam odnośnie tego, co chcę powiedzieć. W każdym razie zgadzam się z tym, co powiedział Wiktor, że przypadek jest najlepszym, co może nas spotkać, ponieważ ja osobiście na wszystkie pomysły dotyczące opowieści, które tworzę, to wszystko jest czysty przypadek. Gdzieś tam skojarzę sobie jakąś sytuację, gdzieś tam coś zobaczę, jakiś utwór muzyczny zadziała na moją wyobraźnię i pstryk, pomysł się zrodził i proces idzie dalej. Wymyślenia całego opowiadania czy książki, jak to było w przypadku Marysi.
[03:20:41] - Jak najwięcej tego rodzaju przypadków na przyszłość życzymy.
[03:20:46] - Przyda się.
[03:20:47] - A teraz cóż, proszę państwa, ponieważ audycja zbliża się do końca, to zapraszam państwa za dwa tygodnie. Za dwa tygodnie porozmawiamy sobie o książce Normana Mailera „Na podbój księżyca”. To jest książka przede wszystkim niezwykłego autora, bo autor Norman Mailer urodził się w 1923 roku. Swój debiut literacki miał bodajże w 1948 roku. To była powieść, o której wspominałem ostatnio, kiedy rozmawialiśmy o książce Ballarda „Imperium słońca”. Książka „Nadzy i martwi” o takim bardzo antywojennym wydźwięku, o wojnie na Pacyfiku. To był jego debiut literacki w 1948 roku. Kiedy wydał książkę, o której chcemy rozmawiać, czyli „Na podbój księżyca”. To jest taki reportaż o wyprawie na Księżyc, ale nie tylko. To jest właściwie książka o Ameryce przełomu lat 60.
i 70. Podbój Księżyca, ta wyprawa na Księżyc to jest tylko pewien przyczynek, aczkolwiek bardzo dobrze uchwycony. Ale to był rok 1970. Ta książka się w 1970 roku ukazała, sama wyprawa rok wcześniej. Natomiast on jakieś osiem, dziewięć lat później, kiedy książka ukazała się w Polsce, bo wtedy w 1978 roku ukazała się w Polsce, on już wtedy w Stanach Zjednoczonych uważany był za pisarza, który to, co najlepsze w życiu napisał. Proszę państwa, bardzo się pomylili ci, którzy w ten sposób go oceniali, bo ten facet od tamtego czasu, w tym 1978 roku był w połowie dopiero tego, co napisał tak naprawdę, a miał później, po tym 1978, 1980 roku miał na koncie tak dziwne... Dziwne to złe słowo. Tak niezwykłe powieści, jak na przykład powieść osadzona w czasach faraonów, a właściwie we wczesnej epoce w Egipcie. A z drugiej strony miał książki, które były rodzajem reportaży. To w ogóle facet, który napisał kiedyś książkę będącą reportażem, chociaż uznano, że to fikcja literacka, ale reportażem z celi śmierci.
To był człowiek, którego ostatnia książka „Widmo Hitlera” mówi sama za siebie. Tytuł mówi sam za siebie, ale on tak naprawdę napisał całą masę książek, które są takimi kamieniami milowymi. Potrafił też napisać biografię Marilyn Monroe. Dlaczego sięgnęliśmy z Wiktorem po książkę Normana Mailera „Podbój Księżyca”? Wydawać by się mogło, że jako dwaj kopnięci ludzie od fantastyki naukowej sięgniemy po książkę, która mówi o wyprawie na Księżyc. I rzeczywiście ta książka w sporej części mówi o wyprawie na Księżyc, o Apollo 11, drodze na Księżyc, lądowaniu, powrocie. I ja pamiętam moją pierwszą lekturę, kiedy byłem nastolatkiem późnym. Ja właściwie przejrzałem tę książkę... Przeczytałem tę książkę w dosyć specyficzny sposób. Szukałem fragmentów, które mówiły o wyprawie Apollo, a wszystkie inne pomijałem.
To był duży błąd, ale błąd, który przystoi nastolatkowi. Kilka lat później sięgnąłem po tę książkę w całości. To jest książka o pierwszej wyprawie człowieka na Księżyc, którą zresztą notabene niektórzy kwestionują, żeby być w zgodzie z tym, co się w internetach pojawia. W każdym razie jest to opowieść o pierwszej wyprawie na Księżyc, napisana świetnym piórem znakomitego reportażysty, takiego człowieka, który jest świetnym kronikarzem. Ale przy okazji jest to, proszę państwa, świetna książka o Stanach Zjednoczonych tamtego czasu. Miejscu, które było niezwykłe i jest niezwykłe nawet z naszego punktu widzenia. Ludzi, którzy są oddaleni od tamtego czasu o 50 lat. Tamte Stany Zjednoczone, a dzisiejsze Stany Zjednoczone to są dwa różne miejsca. Jeśli chcecie państwo zobaczyć, jak Stany Zjednoczone wyglądały, nie po to, żeby absolutnie uprawiać jakieś bałwochwalstwo, żeby zachwycać się, tylko po prostu żeby wiedzieć, to warto po tę książkę sięgnąć, a przy okazji poznać losy wyprawy na Księżyc opisanej drobiazgowo, ale opisanej też psychologicznie. Norman Mailer miał tę przypadłość, a niektórzy powiedzą jednak umiejętność, że był znakomitym psychologiem.
On potrafił na podstawie gestów, mimiki, drobnych oznak próbował odgadnąć, co w tym człowieku siedzi. I książka Normana Mailera „Podbój Księżyca” da nam, tak przypuszczam, fajny wieczór, bo będziemy rozmawiać nie tylko o podboju kosmosu, ale po prostu o ludzkim życiu, o tym, jak to bywa. Wtedy, kiedy astronauci lecieli na Księżyc, to jednym z popularniejszych musicali na Broadwayu był spektakl o obscenicznym tytule, którego główną atrakcją była para spółkująca na scenie. Na przykład takie były Stany Zjednoczone. Ale Stany Zjednoczone to było też miejsce, w którym była masa altruistycznych porywów, bezinteresownej dobroci, ale też protestów. Notabene Norman Mailer to był dziwny człowiek, bo z jednej strony dostawał zlecenia od agencji rządowych na pisanie reportaży o wyprawie na Księżyc, a kilka lat wcześniej był aresztowany za udział w manifestacji przeciwko wojnie w Wietnamie. Natomiast jakieś 10 lat po tym, jak napisał „Podbój Księżyca”, w czasie bójki w Nowym Jorku w jednym z barów odgryzł kumplowi niemal całkowicie ucho. Taki był zawzięty. Więc jak mi ktoś opowiada później, że odgryzienie ucha odkrył jeden z bokserów na ringu, to proszę państwa, absolutne nieporozumienie. Prekursorem był zdecydowanie Norman Mailer.
To tyle, jeśli chodzi o polecankę następnego „Bibliotekarium”. Za tydzień oczywiście „ABW”. Zapraszamy na kolejne lektury kolejnych opowiadań. Chociaż w dalszym ciągu skrzywię się i będę narzekał, że tych opowiadań jakoś tak mało spływa ostatnio. Chciałbym więcej. Jest z czego zrobić audycję, ale komfortu, proszę państwa, nie ma. Dlatego namawiam do kolejnych przesyłek. Liczę na nie w każdym razie. I to już wszystko. Dziękujemy naszemu gościowi.
Pani Kamilo, bardzo dziękujemy za rozmowę.
[03:28:46] - Dziękuję również.
[03:28:49] - Dziękujemy wszystkim słuchającym. Tradycyjnie wszystkim piszącym z ogromnej weny, żeby z pióra skapywały same dobre utwory, tym czytającym – samych dobrych lektur. No i cóż, proszę państwa, dobrej nocy życzymy. Audycja dzisiaj długo potrwała, ale myślę, że była interesująca. Pisarz z pierwszej ręki, a właściwie pisarka, podzieliła się z państwem swoim doświadczeniem, swoimi pasjami i swoją książką. Jeszcze raz bardzo serdecznie polecam „Przezwykłe przygody nieboszczki Marysi”. Autorka Kamila Ciołko-Borkowska. Sięgnijcie państwo po tę książkę. To się szybko, dobrze czyta i myślę, że to jest lektura, która zostanie w państwa głowach na długo. Dziękuję i dobranoc.
[03:29:45] - Dobranoc.
[03:29:47] - Dobranoc.
[03:29:49] - A mówili do słuchot państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski, Wiktor Żwikiewicz oraz nasz dzisiejszy gość Kamila Ciołko-Borkowska. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios”. Radio Paranormalium – paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia tym razem w „ABW” już za tydzień. I w tym normalnym „Bibliotekarium” na żywo już za dwa tygodnie. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl
[03:30:38] - Ile ja bym dała by widzieć ciebie znów Ile niewypowiedzianych mam w głowie słów Czy nie zimno, czy nie zimno ci tam Tak mało dałeś sobie szans Już jest po więc aniołom szepnij to Że tęskni ktoś za dotykiem twoich rąk Że głodowałeś za dnia ale dawałeś ile się da Już jest po więc aniołom szepnij to Co mi tutaj po tym że będę ciebie chcieć A może niebo chciało cię bliżej mieć A teraz zimno, zimno bez ciebie tu Tak dużo mogłam dać ci słów Ale już jest po więc aniołom szepnij to Że tęskni ktoś za dotykiem twoich rąk Że głodowałeś za dnia ale dawałeś ile się da Już jest po więc aniołom szepnij to Ja będę czekać nie bój nie, nie bój nie Ja będę wołać, wołać cię, wołać cię Ja będę prosić by jeszcze raz zobaczyć twoją twarz