[00:02] - Świat oczami duszy. Audycja o świadomości na żywo. Zaprasza Sławomir Bączkowski. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radio Paranormalium. Mamy poniedziałek, 13 lipca 2020 roku. Minęła przed chwilą godzina 20:00, a to oznacza, że czas najwyższy rozpocząć kolejny odcinek audycji „Świat oczami duszy”. Audycja w całości poświęcona meandrom świadomości, na żywo jak najbardziej. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego jest z nami pewien kot i jego właściciel, pan Sławek Bączkowski. Dobry wieczór panie kocie i dobry wieczór panie Sławku.
[00:55] - Witam panie Marku. Witamy was kochani bardzo serdecznie.
[00:58] - Myślę, że mogę podać kontakty do Radia Paranormalium. Nasze numery telefonów to jak zawsze stacjonarny 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów oczywiście również to 536 120 493. Jesteśmy także oczywiście na Skypie radio.paranormalium.pl. Można nas także spotkać na GG pod numerem 36 08 80 02. Widzę tutaj coś się prywatność chyba zmieniła. Ustawienia prywatności nam zmieniło, dlatego transmisja nie była widoczna, ale już zmieniłem. Mam nadzieję, że zaraz wrócimy na łono YouTube'a. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i pana Sławka Bączkowskiego, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata.
A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. Panie Sławku oddaję panu głos.
[02:28] - Dziękuję panie Marku. Jeszcze raz kochani witam was bardzo serdecznie. Nie wiem jak tam dzisiaj będzie z oglądalnością, bo wiem, że przez ostatnie dwa tygodnie, a już przez ostatni tydzień cała Polska żyła zupełnie innymi sprawami, emocjami niż nasze audycje, więc być może też w tej chwili część z was postanowiła zorientować się, jak wygląda sytuacja polityczna w Polsce po tym, co się wydarzyło wczoraj. Nie ukrywam, że dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo trudny. Zastanawiałem się nawet, z jakiego powodu. Mam oczywiście swoje podejrzenia i przekonania, że jednak ta empatia gdzieś tam mnie dzisiaj bardzo mocno przytłoczyła. Oczywiście nie będę się odnosił do politycznej strony tego, co się wydarzyło. Dlaczego? Bo wczoraj mój kolega zadał mi pytanie podczas spotkania. Mówi: „Słuchaj, jak oceniasz szanse swojego kandydata w dzisiejszych wyborach?” Powiedziałem, że zerowo.
I on mnie pyta: „A to czemu?” Ponieważ mojego kandydata nie ma i najprawdopodobniej jeszcze przez dłuższy czas nie będzie mojego kandydata w wyborach może samorządowych prędzej tak, w wyborach prezydenckich, jak i w wyborach parlamentarnych. Ponieważ do momentu, dopóki nie zaczniemy egzekwować tego, co jest najważniejsze w tak zwanym sprawowaniu władzy, to do tego momentu pewnie kandydaci, którzy byliby godni sprawowania funkcji tych urzędów, do tych urzędów pchać się nie będą. Ja sobie dzisiaj pozwoliłem przypomnieć wam, co znaczy słowo polityka. Słowo polityka pochodzi z greckiego politiko i opisuje nic innego jak sprawy miasta, sprawy państwa i to powinno być nadrzędnym celem osób, które chcą się polityką zajmować. I do momentu, dopóki to słowo nigdy nie miało właściwego wydźwięku, ponieważ już od dawien dawna było tłumaczone i interpretowane na miliony różnych sposobów. Dopóki nie nabierze właściwego znaczenia, to będziemy mieli takie sytuacje, jak mamy jeszcze w tej chwili. Z punktu widzenia świadomości ja to oczywiście obserwuję i to, co się wydarzyło, pokazuje mi, że jednak mimo wszystko ludzie w dalszym ciągu chcą budować swoją świadomość poprzez negatywne doświadczanie. I to jest to, co mnie tak dzisiaj bardzo mocno przytłoczyło, może też zawiodło. Myślałem, że jednak ten poziom świadomości już jest na innym poziomie.Jest jak jest. Tutaj nie ma nad czym za specjalnie dyskutować.
Po prostu mamy taką, a nie inną sytuację. I cóż, nie pozostaje nic innego, jak powolutku robić swoje. I tyle. Aczkolwiek nie ukrywam, że mój entuzjazm w sposób znaczący gdzieś do tego, co robię, co staram się robić, osłabł. Nie ukrywam, że też po ostatniej audycji, śledząc sobie jeszcze te komentarze, które na koniec audycji przeleciałem troszeczkę po łebkach ze względu na godzinę, analizując i przypominając moje rozmowy telefoniczne ze słuchaczami. Bardzo fajne zresztą i chciałbym, żeby tych rozmów było jak najwięcej. Natomiast one poniekąd też mi uświadamiają trochę sytuację, miejsce, w którym jesteśmy, kochani. I stety, niestety, ale coś, co wraca w moich rozmowach z ludźmi, coś, co też pojawiło się w komentarzach pod ostatnią audycją, pokazuje mi jedną rzecz: że w tych wszystkich rozmowach, czy tam większości rozmów, większości tego, co czytam, większości tego, o co wy mnie pytacie, pojawia się taka niewątpliwa potrzeba znalezienia i zrozumienia czynników zewnętrznych, które wpływają na nasze życie. Takim czynnikiem zewnętrznym od dawna była natura, która w jakiś sposób warunkowała życie ludzi. Później były przeróżne bóstwa związane z tą naturą, związane z kosmosem.
Później tych bóstw się zrobiło troszeczkę mniej. Zostały ograniczone do kilku, które funkcjonują jeszcze w tej chwili na świecie i cały czas te boskie czynniki próbujemy zrozumieć i w jakiś sposób od nich, może nie uzależnić, bo to by było nawet fajne, gdybyśmy od nich uzależniali nasze życie. Natomiast często my pozostajemy w roli obserwatora i osób chcących zrozumieć. Natomiast i tak pewne decyzje pozostawiamy w ich rękach. Próbujemy te decyzje zrozumieć, ale uważamy, że nie mamy na to żadnego wpływu i to bóstwa, Bóg decyduje o naszym życiu. Tych czynników zewnętrznych jest więcej. To jest dusza. To są czasami ludzie tam w kronikach Akaszy się czegoś doszukują, w przeznaczeniu, w innych bytach czy wręcz w innych cywilizacjach, które decydują o naszym życiu. I tak naprawdę, widząc te ciągłe wasze poszukiwania, kochani, zdaję sobie sprawę z tego, że jeszcze nie poznaliście samych siebie i związku pomiędzy waszymi myślami, emocjami, a tym, jakie skutki wywołują w waszym życiu. I to, co powiedziałem w ostatniej audycji, kiedy pan Wojtek powiedział, że ja to tak wszystko bardzo staram się uprościć i sprowadzić do kilku takich zasad, które nas obowiązują i że nie wchodzę tam głębiej, nie wchodzę w jakieś takie zakamarki, zaułki, zawiłości, niuanse i tak dalej.
Bo z praktycznego punktu widzenia, jeżeli zaczynamy cokolwiek robić, coś, czego nie robiliśmy do tej pory, to zaczynamy robić od najprostszych czynności. Nikt nie siada za kierownicę tira, ucząc się jeździć samochodem czy za kierownicę wyścigówki. Zaczynamy od jakichś prostych czynności, prostych jazd. Nie jedziemy na tor Ferrari, na tor Formuły 1 po to, żeby od razu po zdaniu prawa jazdy ścigać się z najlepszymi kierowcami świata, tylko zaczynamy od prostych wyjazdów z małą ilością samochodów, żeby pewne czynności utrwalić, nauczyć się, oswoić. Jeżeli próbujemy coś naprawić, to nie porywamy się na naprawę statku kosmicznego, tylko zaczynamy od jakichś prostych rzeczy. W każdym zawodzie, w każdej czynności zaczynamy od czegoś, co jest prostsze. I też jak chociażby coś naprawiamy, to staramy się wyeliminować te rzeczy, które są najprostsze do zrobienia. I czemu w życiu próbujemy działać zupełnie odwrotnie? Spróbujmy zrobić i wyeliminować najpierw to, zrozumieć, poznać najpierw to, co jest jak najbardziej w naszym zasięgu. My chcemy zrozumieć Boga, chcemy zrozumieć wszechświat, chcemy go rozkminić, poznać komórki, fizykę kwantową, geny i tak dalej, a nie znamy samych siebie.I dla mnie osobiście jest to działanie, jakieś tam jest.
Każdy ma wewnętrzne przekonanie do tego, co robi, wewnętrzną potrzebę i jakiś pomysł na to. Więc ja tego nie oceniam. Natomiast z punktu widzenia skuteczności i ewentualnego sukcesu, który chcemy odnieść, takie działania wskazują raczej na porażkę. Bo gdybyśmy pojechali do Stanów, do NASA i porwali się na rozwiązanie problemu, dlaczego statek kosmiczny na wysokości 70 kilometrów wpada w jakieś tam wibracje, to osobiście życzę wam powodzenia. Zresztą nie tylko wam, ale myślę też, że i gronu naukowców, którzy się nad tym zastanawiają, też jest to dla nich wyzwanie. Więc po co porywać się na rzeczy trudne, skomplikowane, o których nie mamy zielonego pojęcia, zamiast zacząć od tych najprostszych? Chyba że ideą jest nie naprawienie, tylko posiedzenie i pozastanawianie się jak to jest. Ale posiedzenie i pozastanawianie się to jest jedno. Natomiast jak wiecie, ja raczej chciałbym, żeby to zastanawianie się przełożyło się na jakieś konkretne rzeczy w moim oraz w waszym życiu. Do tego cały czas zmierzam, żeby te działania oprócz tego, że kończyły się sukcesem dla nas, to przynosiły jeszcze jakieś przewidywalne i fajne dla nas korzyści, a nie pozostawały tylko w sferze teorii, w sferze rozważań mentalnych.
Dlatego być może jak przejdę już przez ten etap naprawdę poznania siebie, kiedy już nic mnie nie będzie zaskakiwać, nic się nie będzie działo, będę miał to w jakiś sposób pod kontrolą, będę miał to w kategoriach świadomości, dokonywania świadomych wyborów, to może zajmę się wtedy rozkminianiem czegoś więcej. Ale najpierw zaczynam od swojego własnego podwórka. Tu, gdzie mogę cokolwiek zrobić. Bo czy my możemy rozumiejąc nawet Boga i intencje jego działania, w jakiś sposób wpłynąć na jego decyzje, gdyby takowe były? Czy wystarcza nam tylko świadomość, że to wszystko jest jego winą? Że to, że nasze życie tak wygląda, to jest jego wina. Chyba że szukamy winnego, to wtedy faktycznie te wszystkie rozkminki mają jakiś sens. Natomiast jeżeli chcemy dokonać zmian, faktyicznych zmian w swoim życiu, to musimy podjąć działania w tej sferze i na tym obszarze, w którym możemy coś zrobić. Nie skosimy trawy u sąsiada, natomiast możemy skosić ją u siebie. Nie wpłyniemy na decyzję sąsiada, żeby naprawił tłumik w swoim samochodzie.
Możemy naprawić tłumik w swoim samochodzie. Nie wpłyniemy na innych ludzi, żeby robili tak, jak oni chcą. Natomiast możemy wpłynąć na samych siebie, żebyśmy my robili jak chcemy. I do momentu, dopóki człowiek nie zrozumie zależności, które istnieją w nim samym, do tego momentu nie będzie robił porządku na własnym podwórku. Dla mnie z ważnych rzeczy, które chciałbym wam przekazać i warte są przekazania, to jest to, na czym polega w ogóle ten proces związany z reinkarnacją. Na tym, żeby budować naszą świadomość poprzez doświadczanie. I to jest nasza świadomość, nasza własna prywatna świadomość budowana przez setki, przez tysiąclecia. Wkładem naszym w ogólną świadomość, powiedzmy ogólnoludzką, jest to, jak postępujemy, jak reagujemy, jak działamy. Jako jednostki, jako poszczególni ludzie budujemy swoją świadomość, ale jednocześnie składamy się na świadomość, powiedzmy ludzkości. I to jest w zasadzie prawie wszystko, co powinniśmy na ten temat wiedzieć, bo to jest nam do czegoś potrzebne, do zrozumienia jakiegoś mechanizmu.
Ważne jest też, żeby zrozumieć, że zakres tych doświadczeń jest w dużej mierze uzależniony od tego, w którym miejscu tego rozwoju jesteśmy. Czyli jak w życiu. Jeżeli jesteśmy na początku, to podlegamy bardzo dużej opiece i zakres zdobywania tej wiedzy i doświadczeń jest ograniczony, ponieważ jesteśmy pod opieką rodziców, bliskich i oni nas jakby pilnują i wyznaczają nam poniekąd lekcje. Później mamy większą swobodę działania i większą swobodę wpływania na nasze życie i decydowania o tym, co w tym życiu się wydarzy. I to jest jakby sedno. I tak na dobrą sprawę te rzeczy powinny być dla nas taką jakby wiedzą podstawową, ważną, o której wie każdy człowiek i tyle. Oczywiście są rzeczy, sytuacjeKtóre w życiu każdego człowieka w danym wcieleniu są priorytetowe i one z bardzo dużym prawdopodobieństwem się wydarzą. W zależności oczywiście od poziomu świadomości te doświadczenia są niestety coraz cięższe, coraz trudniejsze, coraz bardziej skomplikowane. I owszem, one są w jakiś sposób przewidziane w naszym życiorysie, że najprawdopodobniej nastąpią. Natomiast to, co my dalej z tym doświadczeniem zrobimy, jest już tylko i wyłącznie kwestią naszej woli i mniejszej bądź większej świadomości.
Ci, którzy słuchają audycji od dłuższego czasu, wiecie, że znacie historię mojego syna, czyli rzecz, która wydarzyć się musiała. I takich przypadków, jak sytuacja z moim synem w życiu osób wśród moich znajomych znam przynajmniej kilka. Mniej bądź bardziej dramatycznych w ogólnospołecznym odbiorze, ale takich sytuacji znam przynajmniej kilka. Kiedy podobne doświadczenia spotykają rodziców, kończą się bardzo często właśnie śmiercią dziecka, które później są powodem i katalizatorem do dokonywania zmian w ludziach, w ich emocjach, w ich podejściu, w ich zrozumieniu, w ich działaniu. Aczkolwiek część z tych ludzi, których ja znam, odmieniła swoje życie na bardziej świadome, na poszukiwanie, na pomaganie czy dzielenie się swoimi przeżyciami i doświadczeniami z innymi ludźmi. Ale znam też ludzi, którzy resztę swojego życia po takich przejściach spędzili w sądach, spędzili na terapiach, spędzili w otoczeniu całych tych negatywnych emocji związanych z poczuciem winy, z poczuciem kary, z poczuciem olbrzymiego nieszczęścia, które ich dosięgło. I to jest właśnie ta różnica, że doświadczenie jest bardzo podobne i spotyka bardzo dużo osób, a to, co dalej z tym doświadczeniem zrobimy, jest już uzależnione tylko i wyłącznie od nas. I to jest coś, co albo nas rozwija, albo powoduje, że nasze życie staje się jednym wielkim koszmarem, jednym wielkim cierpieniem, jedną wielką falą złości, nienawiści i pretensji do całego świata. I to poniekąd w momencie, kiedy zaczynamy rozumieć samych siebie bądź zaczynamy rozumieć ten mechanizm, daje nam możliwość dokonania wyboru, jaką drogą będziemy chcieli pójść. I to powinno być dla nas istotne.
Na tej wiedzy powinniśmy skupiać swoją uwagę. Nie wiem, czy można coś z tym zrobić, czy można pewnych doświadczeń uniknąć, czy one są wyryte w naszym przeznaczeniu. Na 100% wam nie odpowiem. Natomiast ja byłem bliski temu, żeby tego doświadczenia uniknąć, ponieważ nasz syn, czyli syn mój i mojej żony miał rolę do spełnienia względem nas obydwojga. A ja znając swoją żonę jeszcze przed wojskiem, będąc parą, rozstaliśmy się w momencie, kiedy ja poszedłem do wojska i po wyjściu z wojska my nie byliśmy parą i było blisko tego, żebyśmy nigdy nie byli małżeństwem, że nasze drogi z powrotem by się nie zeszły. I w tym momencie nie wiem, jaka byłaby decyzja mojego syna, czy pojawiłby się na przykład tylko w moim życiu, czy pojawiłby się w życiu mojej żony, czy w ogóle by się nie pojawił, ponieważ jego rola dotyczyła nas obydwojga w różnym zakresie, w różny sposób, ale dotyczyła nas obydwojga. Dzięki temu, że byliśmy razem, jakby on za jednym zamachem mógł załatwić dwie osoby. Załatwić dwie osoby, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, to w prosty sposób ujmując tak właśnie było. Ja jestem dzisiaj z wami, siedzę i rozmawiam, ponieważ tak jak wam mówiłem, był tym katalizatorem do tego, żebym zaczął się zastanawiać dlaczego. Żebym zaczął w sobie szukać odpowiedzi po to, żeby zrozumieć, że w zasadzie znałem jej, zanim ta cała historia się wydarzyła.
Zresztą moja żona też dokładnie, jak się później okazało, wiedziała, że ta historia nastąpi, że ta sytuacja będzie miała miejsce. I mamy na to obydwoje dowody, że nawet przy wyborze imienia nie pojawiło się imię, które mojej żonie kojarzyło się z dzieckiem niepełnosprawnym. Nie chciała tego imienia, tak jakby chcąc zaczarować rzeczywistość, że jeżeli nie da tego imienia, to nie wydarzy się to, co ona czuła, że się wydarzy. Więc my wiedzieliśmy o tym dużo wcześniej, że ta sytuacja czy tego typu sytuacja będzie miała miejsceByć może w tym wcieleniu ja bądź ona byśmy nie doświadczyli tego, czego żeśmy doświadczyli. Co nie zmienia faktu, że te doświadczenia nie byłyby inne i nie wiadomo, jak to życie by wyglądało. Bo nie jest powiedziane, że ono byłoby lepsze. Owszem, są sytuacje, które planujemy sobie do przeżycia, natomiast cała reszta zależy w większości od nas. I kochani, dopóki nie dojdziemy do wspólnego porozumienia, że my nie mamy niczyjej innej świadomości niż swoją własną. Przez cały okres tworzenia tej świadomości, która jest zapisana w duszy, to jest cały czas nasza świadomość. My nie dostajemy niczyjej innej świadomości.
My nie kontynuujemy nauki innych osób. My nie zbieramy księgów za postępowania innych osób w innych wcieleniach. Bo tak jak w tym wcieleniu mamy wpływ na to, co zrobiliśmy, zrobimy bądź będziemy robić, tak w poprzednich wcieleniach też mieliśmy na to wpływ. I to jest już nawet logiczne. Nie żaden duchowy, tylko logiczny ciąg pewnych wydarzeń, które miały miejsce, na które mieliśmy cały czas wpływ i w dalszym ciągu mamy wpływ. I pewne rzeczy, które dzieją się w naszym życiu, decydują o tym, co będzie dalej. To my decydujemy, co będzie dalej. Dlatego cały czas próbuję wam to w przeróżne sposoby przedstawić, żebyście, jeżeli chcecie mieć wpływ na to, co będzie się działo w waszym życiu, żebyście skupili się na samych sobie. Nie na bytach, nie na wszechświecie, nie na Bogu, tylko na samych sobie. Bo tylko to daje wam nadzieję, wam, mi, każdemu człowiekowi, na to, że będziecie mieli świadomy wpływ na to, co się wydarzy jutro, za tydzień, za miesiąc, za rok i w następnym wcieleniu.
Dzisiaj, teraz, w tym momencie tworzymy naszą przyszłość. Każdy tworzy swoją. Owszem, ona w pewien sposób jest spleciona z losami innych ludzi, ale przede wszystkim w tej chwili, w każdym momencie decydujemy o tym, co będzie się działo w naszym życiu. Nie wiem, czy sytuacja czy rola, którą każdy z nas ma, która umożliwia uniknięcia nieprzyjemnych rzeczy, a zapewnienia sobie przyjemnych rzeczy w życiu, jest warta poświęcenia temu trochę czasu, trochę uważności. Nie wiem, czy z waszego punktu widzenia warto się tym zajmować. Czy warto temu poświęcić trochę czasu? To jest dla mnie taki fenomen, którego może nie to, że nie potrafię zrozumieć, bo to nie jest w kategoriach zrozumienia. Bo ja znam siebie, znam swoje życie, wiem, co robiłem 20 lat temu, 40 lat temu. Wiem, jakie rzeczy wpłynęły na to, jak wyglądało moje dalsze życie i jak wygląda moje życie w dniu dzisiejszym. I ja dlatego tak dużą wagę przykładam do tego, żeby jak najbardziej świadomie już w tej chwili generować swoją przyszłość, tworzyć swoją przyszłość.
Zastanawia mnie też czasami w rozmowach, jak padają argumenty, że nie mam racji na przykład, albo że nie jestem przekonywujący czy coś takiego. I ja w tym momencie zadaję sobie pytanie: ale dlaczego ja mam być przekonywujący? Przecież to nie jest moje życie. Przecież kochani, to jest wasze życie. To dlaczego niby ja mam was przekonywać do tego, żebyście chcieli to życie poprawić, zmienić, polepszyć, usprawnić, spowodować, że będzie chociażby łatwiejsze? Jeżeli już nie będzie wow i w ogóle mega, tak jak ktoś tam napisał w komentarzach, na 100% szczęśliwe, że nie będziecie się czuli na 100% szczęśliwi. Jak ktoś tam też napisał, że mężczyźni to żyją tylko na pół gwizdka. To bodajże Ghost, który fajnie tam, jak nie on w krótkich komentarzach ostatnio napisał. Zresztą też napisał: a czy musimy być na 100% szczęśliwi? Czy jest taki obowiązek?
Może wystarczy być szczęśliwym w 60%? Nikt nie powiedział, że życie jest pozbawione w ogóle stresów, że jest pozbawione w ogóle problemów. Może byłoby za nudno. Więc dlaczego niby ktoś was ma przekonywać, żebyście chcieli coś w swoim życiu zmienić?Ostatnio pod ostatnią audycją pojawił się fajny komentarz dotyczący tego, co mówiłem o intencjach. To, co rozmawialiśmy z panem Wojtkiem właśnie o kupnie samochodu. Ktoś ma intencję kupna samochodu i była tam dywagacja, że kupno samochodu tak, ale wygrana w totka? Wygrana w loterii jakiejkolwiek? Moją intencją jest wygrać. Co w tym jest niezrozumiałego i co jest skomplikowanego w takiej intencji? Dlaczego ja chcę wygrać i to się nie może spełnić?
Bo to jest źle postawione pytanie w stosunku do intencji. Bo to, że ktoś chce wygrać, jest oczywiście jasne, proste i oczywiste. Tylko właściwym pytaniem jest: po co? Dlaczego? Czemu ta wygrana ma służyć? Tu się zaczynają pojawiać prawdziwe intencje. Tylko że my już w te głębsze, w te prawdziwsze nie bardzo chcemy wchodzić, tylko traktujemy sprawę po łebkach i mówimy: „Chcemy być zdrowi, szczęśliwi i bogaci”. I co jest w tym złego? Dlaczego ta intencja nie może się spełnić? Dlaczego wszyscy mają te intencje, a tak na dobrą sprawę prawie nikomu się nie udaje?
Najprawdopodobniej jest coś bądź ktoś, kto decyduje o tym, żeby ta intencja się nie spełniła. I jest ktoś. Nie coś, tylko ktoś. Może i coś. To jesteśmy my sami i nasze prawdziwe intencje, nasze emocje, nasze myśli. Te, które nazwałem nieświadomymi, te, które zepchnęliśmy w płaszczyznę nieświadomości. A tam nikomu się nie chce zajrzeć. Bo po co? Lepiej powiedzieć: „Ja chcę wygrać” niż grzebać i zastanawiać się, dlaczego chcę wygrać. Do czego mi ta wygrana jest potrzebna?
Bo chcę kupić szybko samochód. Bo chcę kupić szybko to, bo chcę kupić szybko tamto. A dlaczego chcesz kupić szybko? I tu się zaczynają pojawiać jakieś niuansiki, które w jakiś sposób zaczynają nam pokazywać naszą naturę, nasze prawdziwe intencje. Dlaczego chcesz szybko? Bo ten dom, w którym mieszkam, mi się nie podoba. Dobrze, ale dlaczego on ci się nie podoba? Bo jest za mały. Ale dlaczego jest za mały? Bo na przykład nie ma pokoi dla dzieci.
Okej, ale może być też taka intencja: bo przychodzą moi bogaci znajomi i się ze mnie śmieją. Może to moje ego każe mi powiedzieć: „Będę miał ładniejszy dom, będę miał lepszy dom”. Może żona narzeka. Może nie chce mi się dokonać w nim remontu. Może boję się, że sobie nie poradzę. Może są inne sposoby na to, żeby kupić inny dom albo wybudować inny dom. Ale nie chce mi się pracować, nie chce mi się podjąć ryzyka, nie chce mi się dokonać zmian w swoim życiu. Może mógłbym sprzedać ten dom i kupić dom z działką większy, ale 10 kilometrów dalej. Albo zamiast kupować gotowy dom, wybudować dom. Dlaczego nie chcę tego zrobić?
Dlaczego nie chcę podjąć jakichś działań? To, co powiedziałem panu Wojtkowi: że my chcemy czegoś, natomiast bardzo często nie jesteśmy gotowi na podjęcie działania i chcemy, żeby pewne zmiany czy wszelkie zmiany w naszym życiu dokonały się bez naszego udziału. I tu już zaczynają wchodzić intencje. Te prawdziwe. Strach, obawa, lenistwo, wygodnictwo, ego. I tym emocjom się trzeba przyjrzeć i tym intencjom. I te intencje trzeba zrozumieć, bo marzenia się spełniają. Tylko żeby marzenia się spełniły, potrzebna jest wiara. I nie chodzi mi o taką wiarę, chociaż trochę chodzi, że wiara góry przenosi. Gdybyś miał wiarę, to byś coś tam.
Czyli wiara taka, która jest często utożsamiana z religijnością, z wiarą w sensie ideologicznym. A mi chodzi o wiarę, że to, czego chcemy, do czego dążymy, co jest naszym marzeniem, się spełni. Wiecie, na czym taka wiara polega? Pewnie opowiadałem, ale jest część nowych słuchaczy, więc opowiem. Dwadzieścia parę lat temu, prawie 30, w momencie, kiedy urodził się Marcinek, my z żoną mieszkaliśmy w małym, fajnym, wynajętym, zgrabnym domeczku. Był przesympatyczny domeczek z dwójką dzieci. Było podwórko. Było fajnie. Zresztą też był blisko teściów, blisko rodziców, więc mogliśmy w razie czego na ich pomoc liczyć bez karkołomnych wyczynów. I było fajnie.
W momencie, kiedy wynajmowaliśmy ten domek, właściciel powiedział: „A, możecie mieszkać, ile chcecie, nie ma problemu. Ja sobie to trzymam, to sobie będzie stało. To po mojej matce. Niech sobie będzie”.My to wynajęliśmy bodajże w lipcu, a w listopadzie przyjechał do nas i powiedział, że sorry, ale jego córka właśnie niespodziewanie zupełnie wyszła za mąż i na wiosnę będą się tutaj budować. Ale my oczywiście możemy tutaj mieszkać. Oni tylko tam na środku pieprzną taki wielki wykop, nawiozą materiałów, będą pracowały ekipy, my będziemy pilnowali materiału, otwierali im bramy, zamykali. I oczywiście z tą dwójką dzieci możemy sobie spokojnie na tej budowie mieszkać. Tak więc siłą rzeczy stwierdziliśmy, że sorry, ale to raczej nie jest nasze marzenie. I ja wtedy powiedziałem, że będę szukał mieszkania, żebyśmy się z tego domku mogli wyprowadzić już do swojego własnego mieszkania. Powiem wam tak: moja żona wtedy nie pracowała, nie było 500 plus, więc pracowałem tylko ja.
Zresztą notabene na okoliczność tego, żeby uspokoić sytuację, jak Marcinek się urodził, żeby zapewnić jakieś stałe źródło dochodu, poszedłem do pracy, do magazynu, do mojego kolegi. Żeby był stały dochód, żeby żona miała spokój, że będziemy mieli z czego żyć. Ja zacząłem szukać tego mieszkania. Moja siostra zadzwoniła, mówi: „Słuchaj, tam jest takie coś, ogłoszenie”. Podesłała mi numer telefonu. Zadzwoniłem. Chciałem powiedzieć wam, że to było w czasach, kiedy nie było telefonów komórkowych. Zadzwoniłem, umówiłem się z ludźmi. Tak à propos, ja sam pracowałem na jednej pensji. Byliśmy, powiedzmy, dwa lata po ślubie, może dwa i pół, więc nie zdążyliśmy się tutaj jakichś kokosów dorobić.
Nie mieliśmy ani odłożonych pieniędzy, ani jakiegoś majątku, ani niczego takiego. Jedyne co, to miałem książeczkę mieszkaniową, którą rodzice mi tam kiedyś założyli. Natomiast pieniądze na tej książeczce były bardzo symboliczne. I to było jedyne coś, co wiedzieliśmy, że mamy. I ja pieniądze na zakup tego mieszkania, na zaliczkę pożyczałem właśnie od tego swojego kolegi szefa, ponieważ nie mieliśmy pieniędzy. Natomiast determinacja, chęć, intencja i wiara, że damy sobie radę, że jakoś ogarniemy ten temat, że coś się wydarzy, była tak wielka, że ja się nawet nie zastanawiałem. Pożyczyłem pieniądze na kupno swojego własnego mieszkania, na zaliczkę od swojego szefa. A później usiedliśmy. Mieliśmy tam już jakieś ustalone terminy następnych spłat i tak dalej, i zaczęliśmy się zastanawiać, co się wydarzy. Skąd wziąć resztę pieniędzy?
Żadne z nas nie pochodziło z jakiejś bardzo bogatej rodziny, która miałaby poodkładane jakieś miliony złotych i po prostu pstryknęła z palca, wyjęła z konta i powiedziała: „Macie dzieciaki”. Natomiast tak: jedni rodzice i drudzy rodzice jakoś tam troszeczkę pomogli. Co nie mogli, to napożyczali po rodzinie pieniędzy. My napożyczaliśmy też. Ja napożyczałem też pieniędzy. Po prostu byliśmy totalnie, ale to totalnie zapożyczeni wszyscy. I tylko ja pracowałem. To był 1993 rok. Mój tata już wtedy był bardzo ciężko chory. Zresztą w 1995 roku zmarł, więc to były dwa ostatnie lata jego życia.
On już nie był ani aktywny zawodowo. Moja mama też miała na głowie chorobę taty, więc to nie był taki prosty okres w naszym życiu. Zresztą notabene w następnym roku mój wujo chrzestny miał bardzo ciężki wypadek, więc w 1994 roku, jak Marcinek zachorował, mój tata zresztą razem z nim leżeli. Jeden leżał na pediatrii, drugi leżał na chirurgii. Wujo leżał gdzieś tam jeszcze i spotykaliśmy się pomiędzy szpitalami a kościołami. To był 1994 rok, czyli pierwszy rok, kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania, gdzie byliśmy totalnie zadłużeni i wszystko zaczęło się w koło sypać. I powiem wam tak: pierwszego listopada czy drugiego przyjechał pan od mieszkania, a my bodajże 20. czy 3. grudnia podpisywaliśmy akt notarialny na zakup mieszkania. Trwało to wszystko troszeczkę ponad półtora miesiąca.
Poszukiwania, ustalania, zbierania pieniędzy do podpisania aktu notarialnego. W półtora miesiąca nasze życie jakby zupełnie uległo zmianie. Od zera do milionera, jak to mawiali. Więc kochani, żeby intencje, nawet te najfajniejsze, najczystsze, najbardziej dobre się spełniły, potrzebna jest nasza wiara i wykonanie pierwszego ruchu. Do momentu, dopóki my czekamy i uzależniamy podjęcie jakichś swoich działań od tego, co się wydarzy, czyli: jeżeli będę miał to, to wtedy zrobię tamto. Jeżeli będę miał pieniądze, to kupię dom. To nie wykazujemy się w tym momencie swoją wiarą.Bo nie wierzymy w to, że będziemy mieli te pieniądze. I w ten sposób blokujemy sobie dostęp do tego, żeby ktoś w jakikolwiek sposób mógł nam pomóc i umożliwić zdobycie tych pieniędzy. Zorganizowanie, pożyczenie, zarobienie. Pomysłów może być całe mnóstwo.
I jeżeli nie rozumiemy tych zależności, które są w nas, my mówimy: „Mi się ta intencja nie spełnia. Ja bym chciał. Ona jest słuszna, ona jest dobra, bo ja chcę poprawy sytuacji mojej rodziny, moich bliskich, swojej”. Ale jednocześnie ja, nie podejmując żadnego działania, sam pokazuję, że nie wierzę w to, że ta intencja się spełni. To jest zrozumienie swoich własnych intencji. A my często ograniczamy się tylko i wyłącznie do chcenia bądź niechcenia. I później mówimy: „Intencje i marzenia się nie spełniają”, bo my tylko chcemy. I wtedy doszukujemy się winy w przeznaczeniu, w Bogu, w całym mnóstwie różnych czynników, których nie rozumiemy. Ale najbardziej z tego wszystkiego nie rozumiemy samych siebie. To, dlaczego nam brakuje wiary, dlaczego brakuje nam pewności siebie, dlaczego brakuje nam przekonania, dlaczego brakuje nam optymizmu i tak dalej, to już jest następny etap poszukiwań w nas.
Dlaczego nam tej wiary brakuje? Co spowodowało w naszej przeszłości, w naszym życiu, że my się tej wiary pozbawiliśmy? To już jest następny etap, ale najpierw trzeba zrozumieć, że często nasze intencje to jest trochę w myśl tego powiedzenia, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Że sama intencja to jest trochę za mało, która kończy się na tym, że ja chcę, ale jednocześnie nie jestem otwarty na podjęcie jakichkolwiek działań, tak jak w przypadku na przykład tego samochodu na koniec audycji. Także ja bym chciał mieć ten samochód, ale odrzucam propozycję na przykład zmiany pracy, która by mi umożliwiła nawet wzięcie kredytu na trzy lata. Samochód mógłbym kupić już, ale lepsza praca pozwoliłaby mi na to, że miałbym spokojnie na ratę i nie musiałbym wygrywać w totka. Mógłbym sobie kupić ten samochód za swoje własne pieniądze, mieć z tego jeszcze dodatkową satysfakcję i też podnieść swoją własną samoocenę, że nie uzależniam tego od łutu szczęścia, tylko jednak od samego siebie. Ale nie chcę podjąć żadnych działań. Nie chcę dokonać żadnych zmian w swoim życiu, tylko chcę. Ja tylko chcę, a inni mają tą moją chęć, choćby najfajniejszą intencję zrealizować.
I drugim aspektem jest właśnie to, że my już na samym początku tworzenia jakiejś intencji, tworzenia jakiegoś marzenia sami w to nie wierzymy. Gdybyśmy na przykład wierzyli w to, że wygramy w totka, to każdy z nas jutro pojechałby zarezerwować samochód, zaliczkować działkę, mieszkanie, parę innych rzeczy, a po południu by puścił kupon i czekał na wygraną. Tak wygląda wiara. Nie. My najpierw puszczamy kupon nie wierząc, że on wygra, bo gdybyśmy wierzyli, że on wygra, to zanim puścimy kupon, już byśmy zadatkowali samochód. A później mamy pretensje, że nie wygraliśmy, że intencja była. Intencja była, żeby wygrać. Tylko zbrakło wiary. Wiary w to, że możemy wygrać, że wygramy. I to jest mechanizm, który jest w nas.
To nie jest żaden mechanizm zewnętrzny, tylko to jest mechanizm, który jest w nas. Nikt na niego nie ma żadnego wpływu. Nikt nie ma wpływu dzisiaj, mówię dzisiaj, jakie intencje będziecie mieli i nikt nie ma wpływu, jak bardzo każdy z nas w realizację tych intencji uwierzy. I najłatwiej jest powiedzieć: „Bo one się nie spełniają. Z tymi intencjami jest lipa”. To nie jest prawda. Sławek nie ma racji. Albo Bóg wymyślił dla mnie inne życie, albo to przeznaczenie, albo to moja dusza, bo ona chce doświadczać. Więc to widocznie nie jest jej doświadczenie. Może i nie, ale nie dowiecie się kochani o tym, czy to jest potrzebą naszej duszy, dopóki nie zrozumiecie, dlaczego ta intencja w ogóle w was jest.
Bo być może część z tych intencji, które stają się naszym pragnieniem, naszym marzeniem, potrzebą, które się pojawiają w nas, płyną w ogóle z innego źródła, na przykład z naszej podświadomości. Bo wszyscy w rodzinie tak mają, więc ja też tak chcę mieć. No i co to ma wspólnego z naszą wewnętrzną potrzebą? I wtedy jest konflikt. Wtedy nie ma wiary, wtedy te intencje się nie spełniają. Trzeba grzebnąć troszeczkę głębiej niż tylko tak po łebkach. To nie jest coś, co się robi na lunchu w pracy. I to nie jest też coś, co się robi przy telewizorze. I to nie jest coś, co się robi na przykład podczas audycji. I to nie jest też coś, co ktoś za was może zrobić.Owszem, ja w rozmowie mogę wam zwrócić uwagę na pewne rzeczy.
Mogę zadać kilka dodatkowych pytań. A dlaczego? A po co? A czy jesteś tego pewien? A czy jesteś pewien, skąd ta potrzeba się wzięła? Czy to jest aby na pewno twoja potrzeba? Czy to nie jest wynik nacisków? Czy to nie jest wynik podświadomości? Czy to nie jest kwestia ego? Czy to nie jest kwestia rodziny, presji, strachu?
Często nasze dobre intencje wynikają ze strachu. I oczywiście ktoś powie: jak dobre intencje mogą wynikać ze strachu? Dobre intencje pomagania innym często wynikają z tego, żeby zabezpieczyć samego siebie. Jak mi będzie źle, to też będę mógł liczyć na czyjąś pomoc, bo ja się boję, że mi coś w życiu może nie wyjść. Coś czuję, że może być źle i wtedy będę miał odwagę. Będę miał śmiałość, żeby poprosić innych o pomoc. Z punktu na pierwszy rzut oka paradoks. To niemożliwe. Często chęć wygranej w totka jest chęcią doświadczenia bogactwa ze strachu przed biedą albo zmagazynowania takiej ilości pieniędzy, która gdyby coś się stało, to pozwoli mi i mojej rodzinie spokojnie żyć do końca życia. Czyli boimy się czegoś, co może się wydarzyć, co czujemy, że się wydarzy, bądź ktoś nam wmówił, że może się wydarzyć i dlatego szukamy zabezpieczenia finansowego na okoliczność tego, co boimy się, że się wydarzy.
Dobra intencja posiadania pieniędzy wynikająca ze strachu, obawy, lęku. I takich sytuacji w każdym z nas jest bardzo wiele. Dobre intencje często wynikają z niskiej samooceny. Często pracowitość, nadmierna pracowitość jest chęcią poprawy swojej samooceny albo zniwelowania swojej niskiej samooceny. Zniwelowania, bo często nie mamy świadomości, że ta samoocena jest niska. Wydaje nam się, że jest wszystko okej, a tak naprawdę cały czas coś komuś próbujemy udowodnić i w ten sposób dążymy do ciągłych sukcesów. Ciągle próbujemy podnosić poprzeczkę i udowadniać sobie, że jesteśmy dobrzy. I to są sytuacje, które siedzą w nas i do momentu, dopóki nie pochylimy się nad tym i nie zrozumiemy, co tam się w środku tak naprawdę dzieje, do tego momentu będziemy szukali naokoło przyczyn takiego, a nie innego naszego życia. I tyle. I dlatego ja wiem, że ja się powtarzam.
To znaczy, ja wam powiem tak: ja też jestem tym powtarzaniem trochę znużony, ale jeżeli ciągle pojawiają się podobne pytania, to nie pójdziemy dalej. Jakiegoś tam etapu nie przeskoczymy. Możemy oczywiście przejść na etap tego, co jest po śmierci. Czy tam się da palić szlugi, czy się nie da? Co tam się dzieje? Czy jest nudno, czy jest fajnie, czy jest przyjemnie, czy istnieje? Czy w ogóle są przerwy pomiędzy wcieleniami? Czy tych przerw nie ma? Czy cały czas się inkarnujemy, czy się cały czas wcielamy? Co jest potrzebą duszy, a co jest potrzebą naszą?
Kto jest dla kogo? I tak dalej. Tylko to akurat w żaden sposób nie zmieni waszego życia. Zmieni na poziomie mentalnym, natomiast nie zmieni na poziomie faktycznym, na poziomie rzeczywistym. Przepraszam. Jeżeli chcemy, jeżeli wy chcielibyście, żebym ja poświęcał audycję na teoretyzowanie. To znaczy część i tak uznajecie z pewnością za teorię, z tego, co ja mówię. Uznajecie za teorię do tego momentu, dopóki nie pokusicie się o to, żeby to sprawdzić. Jeżeli zechcecie to sprawdzić, to będziecie wiedzieli, czy jest to teoria, czy jest to praktyka. Więc i tak część z tych rzeczy, które ja mówię, gros z was uważa za teorię.
Natomiast to jest mimo wszystko jakaś teoria, która może mieć przy odrobinie chęci i waszego działania przełożenie na wasze codzienne życie. Natomiast jeżeli oczekujecie, że faktycznie poświęcimy audycję tylko i wyłącznie teoretyzowaniu, to dajcie mi znać, to ja może też przestanę mieć niedosyt, bo ja mam pewnego rodzaju niedosyt, o którym wam mówię. Że są te powroty do tych samych tematów, że one się z różnych aspektów pojawiają, ale cały czas to są te same tematy. Może po prostu ustalmy, że poświęcamy godzinę czy półtorej, czy dwie na przykład w tygodniu na to, żeby gdzieś tam teoretyzować i wtedy okej. Ja się tam nie będę jakoś ten, przygotuję jakieś tam materiały, któreKtórym będziecie mogli poświęcić swoją uwagę, a które tak naprawdę w żaden sposób nie wpłyną na wasze życie. Ja niestety, ze swoim uporem, który cały czas zmierza do tego, żeby tworzyć narzędzia praktyczne, tak jak kiedyś. Jeżeli coś się tworzyło, to musiało mieć jakieś przeznaczenie. Nikt nie poświęcał swojego czasu. Znaczy nikt, większość ludzi nie poświęcała swojego czasu na tworzenie czegoś, co się nikomu do niczego nie przyda. To my żyjemy w tej chwili w takich czasach, gdzie tworzy się mnóstwo rzeczy, które się tworzy, a później się przekonuje ludzi, że one są im do czegoś potrzebne.
Kiedyś ludzie tworzyli rzecz, która miała w jakiś sposób usprawnić życie, poprawić jakość tego życia, w czymś pomóc, a nie być sama w sobie. A my w tej chwili żyjemy w czasach, kiedy produkuje się coraz to nowsze rzeczy i później nam się wmawia, że one poprawią jakość naszego życia. I pewnie część ludzi poprawia sobie w ten sposób jakość życia, mówiąc, że posiada tą rzecz, więc czuje się bardziej wartościowa i lepsza, w jakiś sposób wyjątkowa, ponieważ tą rzecz posiada. Natomiast czy ona faktycznie aż tak bardzo w taki dramatyczny sposób wpływa, dramatyczny w sensie pozytywnym, na poprawę jakości naszego życia, tak jak te coraz nowsze smartfony, które robią już wszystko i skracają dostęp do internetu z sekundy do pół sekundy. I to jest warte wydania miliardów dolarów na to, żeby taki telefon sprzedać, wyprodukować, wymyśleć, opracować i tak dalej. Być może tak jest, a być może po prostu daliśmy sobie to wmówić, że tak właśnie jest. Więc powiedzmy, że czasy, które sami sobie stworzyliśmy, dając też przyzwolenie innym osobom na ingerencję w nasze stany emocjonalne, w nasze stany umysłowe, w nasze stany mentalne, nasze stany materialne też. Czy one nie spowodowały właśnie tego, że gdzieś straciliśmy rachubę i rozeznanie, co jest tak naprawdę nam potrzebne? Czy to, o czym kiedyś mówiłem, czy wiedza, którą próbujemy zdobyć, jest nam do czegoś potrzebna? Czy czas, który poświęcamy na odkrycie i zdobycie tej wiedzy, jest wart tej wiedzy, którą później zdobędziemy?
Czemu ta wiedza później ma służyć? A czy ten czas, który poświęciliśmy na to, był wart tego, żeby tą wiedzę posiąść? Zostawiam to oczywiście do waszych wewnętrznych rozmyślań i analiz. Ja tylko chciałem jeszcze raz podkreślić ważną rzecz, której się będę trzymał, będę się czepiał. Szukanie winnych naszego takiego, a nie innego życia nie poprawi naszego życia. Szukanie winnych na zewnątrz nie poprawi naszego życia. To, co możemy dla siebie zrobić, to spróbować zrozumieć związek pomiędzy tym, na co mamy poniekąd wpływ, na nasze myśli, emocje, odczucia. Na to mamy wpływ, a związek pomiędzy nimi a tym, co się w naszym życiu dzieje. Na zrozumieniu tej zależności. Bo jeżeli tą zależność zrozumiemy, to myślę, że więcej czasu poświęcimy samemu sobie, żeby w jakiś sposób uporządkować to, co jest w nas, żeby ten bałagan, który jest w środku, nie tworzył bałaganu w naszym życiu.
I na zrozumieniu tej zależności bardzo mi zależy i uważam, że to jest najważniejsza rzecz, którą my jako ludzie powinniśmy zrozumieć. To jest najważniejsza rzecz. To, co tak naprawdę wpływa na nasze życie. Tym powinniśmy być zainteresowani, żeby zrozumieć to, co tak naprawdę wpływa na nasze życie. Bez wątpienia wpływa na nasze życie nasza podświadomość. Bez wątpienia wpływa na nasze życie, realne, codzienne życie poziom naszej świadomości. I bez wątpienia to wszystko, co jest wytworem tych dwóch źródeł, plus czynniki zewnętrzne staje się naszą rzeczywistością dnia codziennego w codziennym naszym życiu. Tam trzeba grzebać, tam trzeba robić porządek, tam trzeba to poznać. I tego poznania, kochani, sobie oraz wam naprawdę bardzo z całego serca życzę i też do tego cały czas będę dążył. Zresztą dążę do tego odW zasadzie początku audycji w Radiu Paranormalium, w swoich filmach, w swojej książce do poznania tego, do zrozumienia tego.
To jest moim celem i stworzenie narzędzi, które pomogą w wymyśleniu, stworzeniu, zaktualizowaniu narzędzi, aplikacji, które pomogą każdemu z nas te porządki, te zmiany, tą transformację zrobić. Ja jeszcze odniosę się do tego, co pojawiło się w komentarzach na koniec audycji i obiecałem, że w jakiś sposób się do tego odniosę. Było pytanie o niepamięci zranienia. Jak je odnaleźć? To właśnie między innymi jest ta metoda. To właśnie jest metoda poznania swoich własnych intencji, zrozumienia samego siebie i zrozumienia, dlaczego często my sami siebie ranimy. My sami sobie wyznaczamy kary, my sami sobie uprzykrzamy życie i ja to doskonale obserwuję w życiu codziennym. W momencie, kiedy rozmawiam z człowiekiem i zaczyna się to takie właśnie ranienie samego siebie, mówienie o sobie w negatywach, mówienie o swoim życiu w negatywach, mówienie o swojej sytuacji w negatywach i w momencie, kiedy próbuję naprowadzić człowieka na jakieś rozwiązanie, chociażby tego czasami bardzo prostych sytuacji, bo to wiecie, jak ktoś mówi: „W zeszłym roku ukradli mi samochód, dwa lata temu spalił mi się dom, trzy lata temu zostawiła mnie żona, a teraz jeszcze straciłem pracę”. Faktycznie ciężko jest powiedzieć: „Stary, dobra, tam się nie przejmuj”. Ciężko.
Natomiast w tych prostych sytuacjach, takich życiowych, kiedy ktoś mówi: „O kurde, coś tam się wydarzyło, gumę złapałem, czy koło rozwaliłem” i mówi mu się: „Słuchaj, to przywieź do mnie to koło, ja ci je naprawię. Albo mój szwagier ma warsztat i podrzucę mu to, da mu ci za pięć złotych. To naprawi”. A ktoś mówi: „Nie, bo to jest poważna sprawa. Bo to koło...”. I zaczyna się wymyślanie kolejnych nieszczęść, kolejnych powodów do tego, że coś jest złe. „Daj, ja ci rozwiążę ten problem”. „Nie. Słuchaj, nie rozwiązuj go. Nie rozwiązuj, bo to jest taki problem, że on musi zaistnieć, bo ja się muszę nim fascynować.
Ja się muszę nim pasjonować. Ten problem jest dla mnie ważny, bo on pokazuje mi, że moje życie jest trudne, a w domyśle ja chcę, żeby moje życie było trudne”. I tutaj w takich prostych sytuacjach życiowych dostajemy bardzo często informacje o drugim człowieku. I to jest właśnie ten mechanizm samoranienia, że drugi człowiek nie jest nawet otwarty na rozwiązanie tych problemów. On tych problemów chce, ponieważ ma o sobie już tak mocno wyrobione przekonanie, że jego życie jest słabe, kiepskie i do dupy, że on nawet nie chce rozwiązania tych problemów. Więc z tymi zranieniami to nie jest taka prosta sprawa. Znaczy odkryć je jest bardzo łatwo. Wystarczy chwilę z człowiekiem porozmawiać, usłyszeć, co on ma do powiedzenia o danej sytuacji i już wiemy sporo na temat jego życia, jego nastawienia, podejścia, też intencji. I w sytuacji, kiedy człowiek chce się sam ranić, to ciężko jest mu w jakikolwiek sposób pomóc i tym bardziej trudno jest mu wytłumaczyć, że ta potrzeba zraniania się z czegoś wynika. Ona ma swoje jakieś tam przyczyny.
Natomiast w momencie, kiedy wiecie już kochani, że coś was boli, ale chcecie to zmienić, to już jest połowa drogi, to już jest połowa sukcesu. Wtedy warto to, co mówię, zagrzebać w sobie. Tylko nie po łebkach, nie na zasadzie: przecież ja całe życie chciałem być zdrowy, szczęśliwy i bogaty, więc ktoś uknuł jakiś plan, ktoś uknuł jakiś podstęp i ktoś na pewno skazuje mnie na niepowodzenie. Wtedy to troszeczkę głębsze zagrzebanie może wam pozwolić zrozumieć te przyczyny. Dlaczego tak o sobie myślicie i dlaczego te zranienia się pojawiają? Także to odnośnie jak je znaleźć. Trzeba grzebać, uzbroić się w cierpliwość, dać sobie czas, dać sobie spokój i też nauczyć się wybaczania i wtedy można to transformować. Też było takie pytanie, które obiecałem, że o nim wspomnę. I to jest uzależnienie. Czy to jest choroba duszy, czy ciała?
Jest bardzo fajny wątek. Gagatek go bodajże poruszył.I z chęcią bym chciał temu poświęcić chwilkę czasu, ale jak widać w dzisiejszej audycji już tego nie zdążymy poruszyć. Tak samo jak tutaj był komentarz XY, domykanie spraw w lipcu według kalendarza Majów, żebym ten wątek też poruszył, ponieważ mamy 20 lipca za tydzień. Ktoś mówił, że nie może się doczekać audycji 20 lipca, więc może akurat przed tym 26 lipca będzie to fajny moment, żeby ten temat poruszyć. Dobrze kochani, wpadł mi w oko jeden komentarz Kazimierza pana, że się pogubił, więc być może faktycznie się zbytnio rozgadałem i nagmatwałem tutaj w różnych kwestiach. Widzę, że są komentarze. Także jeżeli mogę mieć-
[01:08:07] - Prośbę o muzyczkę?
[01:08:09] - Dokładnie tak. Bo ja już czytam komentarze, panie Marku, dlatego się tak zawiesiłem. A poza tym musiałem coś tutaj dzisiaj namieszać, bo nawet mój kot postanowił mnie właśnie opuścić i iść pozwiedzać otoczenie. Także spróbuję to wszystko jakoś, jeżeli były jakieś niejasności, to w tej części z komentarzami spróbuję to wyjaśnić albo odkręcić to, co namieszałem. Także prośba o muzyczkę, panie Marku i za chwileczkę się spotkamy znowu.
[01:08:44] - A ja tu przygotowałem właśnie na przerwę muzyczną taki kawałek, który towarzyszył Radiu Paranormalium i słuchaczom w początkach działalności naszego radia internetowego, czyli jakieś osiem lat temu prawie i pojawią się dosyć często, dosyć regularnie w naszych audycjach niedzielnych chociażby. Utwór zatytułowany Triplexity „Invited” z Jennifer Greer na wokalu. Myślę, że jeżeli ktoś jeszcze nie zna tego utworu, a lubi takie nu-jazzowe brzmienia, trochę jazzu, trochę jakiegoś syntezatora, trochę jakichś innych elementów, to myślę, że taka właśnie muzyka się państwu spodoba. A my w Radiu Paranormalium już za jakieś siedem minut powracamy do audycji „Świat oczami duszy”. Radio Paranormalium — paranormalny głos w twoim domu. Zostańcie państwo z nami. No i oczywiście czekamy cały czas na wasze komentarze, a w drugiej części audycji również na wasze telefony. To był utwór projektu Black City "Invited" z Jennifer Greer na wokalu. Invited, czyli zaproszeni. A więc czujcie się państwo zaproszeni na drugą część audycji Świat Oczami Duszy w Radiu Paranormalium.
13 lipca 2020 roku rozpoczynamy drugą część, w której pan Sławek będzie czytał komentarze i się do nich odnosił, no i w której to części będziemy także czekać, aż ktoś do nas zadzwoni, bowiem będzie otwarta linia telefoniczna. Oj przepraszam, jakiś komar się na mnie uwziął. Na moją nogę. Skończyło się to dla niego oczywiście tragicznie. No cóż, życie komara tak czasami wygląda. Czekamy na wasze telefony. Linia telefoniczna jest otwarta już teraz. Można do nas dzwonić na numery stacjonarne 32 746 00 08, 32 746 00 08. Komórkowy 530 620 493, 530 620 493. Skype radio.paranormalium.pl.
Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02, 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium, na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i pana Sławka Bączkowskiego, na grupach Radia Paranormalium i czytelników Nieznanego Świata. A jeżeli ktoś woli, to może nam także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl.
[01:18:29] - Dziękuję panie Marku. Oczywiście przyłączam się do prośby odnośnie dzwonienia. Pan Kazimierz coś tam podobno namieszałem, więc być może jeżeli w komentarzach tego nie rozwikłam to zapraszam do bezpośredniego kontaktu. Zresztą nie tylko pana Kazimierza. Natomiast oczywiście wspomnę też o komarach, bo fakt jest w tej chwili taki wysyp takich malutkich komarów. I też zaobserwowałem, że problem z nimi polega na tym, że one jeszcze nie wiedzą, że się mają bać tych wszystkich odstraszaczy, które firmy kosmetyczne i farmaceutyczne wyprodukowały. Myślę, że to jest największy problem, że one nie wiedzą, że to ma ich odstraszać.
[01:19:13] - One nie wiedzą, że to ma ich zabić.
[01:19:16] - No właśnie.
[01:19:17] - I dlatego żyją te cholery głupie, no.
[01:19:21] - Natomiast przyznam, że faktycznie jest to jakiś mały kłopocik, bo zrobiło się tegoBardzo dużo. Wracając, kochani, do komentarzy. Znaczy nie wracając, bo jeszcze nawet nie zacząłem, więc przechodząc do komentarzy. Piter tutaj napisał: „Ale cała sytuacja polityczna nas tylko wzmocniła. Mam nadzieję, że nie daliście się wrobić w te gierki naszej władzy, ale muszę przyznać, dawno nie było takiego szumu”. Kochani, jeżeli ktoś w ogóle uważa, że ta sytuacja mogła kogokolwiek w czymś wzmocnić, to oczywiście z punktu widzenia świadomości, to nie. Ja się z tym całkowicie nie zgadzam. A jeżeli już coś mogła zrobić pożytecznego, to pokazać nam nasze własne emocje i te emocje, które pojawiały się zwłaszcza przez ostatni tydzień. Na szczęście mam grono znajomych, którzy publikowali nie tylko informacje propagandowe, ale również inne, więc to dało mi sens otwierania mediów społecznościowych. Natomiast ta sytuacja w żaden sposób nikogo nie wzmocniła.
Kochani, ta sytuacja tylko i wyłącznie osłabiła naszą świadomość i pokazała, przez jakie doświadczenia my jako ludzie, jako poszczególne jednostki oraz jako społeczeństwa postanowiliśmy dalej budować swoją świadomość. Poprzez jakie doświadczenia?
[01:21:08] - Na pewno ta sytuacja wzmocniła polaryzację nastrojów my kontra oni w społeczeństwie i przyczyniła się też pośrednio do pewnych czystek, jakie przynajmniej na przykład na mojej liście znajomych się poczyniły.
[01:21:28] - Powiem tak: to jest sytuacja bardziej obnażająca właśnie niż wzmacniająca. Ten cały szum, którego ja staram się unikać, ponieważ on niczemu ani dobremu nie służy, ani nic tak na dobrą sprawę nie zmienia. A to, co mówiłem w kilku audycjach, dwie czy trzy audycje wstecz o tym, czy chcemy sobie swoje własne życie zaprzątać czyimiś emocjami. To jest takie pytanie, które ja sobie zadaję i do którego namawiam was. Czy wasz czas, wasze życie, w którym często nie macie czasu dla siebie, nie macie czasu dla swoich bliskich, dla rodziny, na odpoczynek, na relaks, na odrobinę przyjemności, jest wart temu, żeby poświęcać go na czyjeś ambicje, czyjeś plany, czyjeś emocje.
[01:22:40] - Czyjeś oczekiwania.
[01:22:42] - Oczekiwania i też, kochani, w dużej mierze manipulacje. Nazwijmy rzecz po imieniu, że do momentu, dopóki polityka nie będzie służyła temu, żeby zajmować się dobrem wspólnym, a zaspokajaniem ambicji poszczególnych jednostek, poszczególnych partii politycznych, do tego momentu będziemy uczestniczyli w czymś takim, jak uczestniczymy do tej pory. Tak jest od tysiącleci. Taki jest model, który jakoś delikatnie ewoluuje poprzez tą niby taką pozorną demokrację w kierunku bardziej jakiegoś podobno cywilizowanego systemu. To w dalszym ciągu nie jest model właściwy. I dlatego to, co powiedziałem na początku i powtórzę teraz: moi kandydaci mają zerowe szanse, ponieważ ich nie ma. Kochani, kiedyś mówiłem: zastanówcie się, jak by wyglądał świat, gdyby ludzie, których wybieramy do zajmowania jakichś stanowisk, urzędów, nawet tych mniejszych, mieli chociażby minimalne poczucie wypełniania jakiejś misji. Nie lubię tego słowa, ale brakuje mi czegoś takiego. Takiej potrzeby i świadomości tego, że swoją pracą, że ktoś płaci im za pracę po to, żeby dbali o czyjeś dobro. To jest trochę tak, jak zatrudniamy ogrodnika, żeby dbał o nasze rośliny.
Płacimy mu za to, żeby on dbał o nasze rośliny. Więc jeżeli nie ma pasji, jeżeli jest tylko ogrodnikiem z wykształcenia, to i tak musi swoją pracę wykonywać w sposób porządny, uczciwy, solidny, żeby zarobić pieniądze. Natomiast jeżeli zatrudnimy ogrodnika pasjonata, który włoży w to jeszcze dodatkowo serce, to korzyść jest dwukrotnie, czy trzykrotnie, czy pięciokrotnie większa. I do momentu, dopóki w urzędach, w polityce nie pojawi się ten sam symptom, do tego momentu ta polityka będzie taka, jaka jest. Że jeżeli już nie chcesz, nie masz misji, nie masz potrzeby, nie masz pasji, to przynajmniej wykonuj swoją pracę... w sposób porządny, uczciwy, lojalny. A jeżeli nie, to ja cię z tej pracy zwolnię. Znajdę na twoje miejsce innego fachowca, który tę pracę będzie wykonywał. I to jest dla mnie mechanizm zdrowy, normalny i uczciwy. I tyle.
Dlatego mnie to w żaden sposób nie wzmocniło, a tylko pokazało, jak bardzo jesteśmy uzależnieni jeszcze jako społeczeństwo od manipulacji. I to jest coś, co ja dzisiaj poniekąd odchorowałem, ponieważ chciałbym bardzo zobaczyć takie symptomy, w których będziemy już jako ogół w takim miejscu swojego rozwoju, w którym zechcemy rozwijać się poprzez pozytywne doświadczenia, poprzez tworzenie czegoś wspólnie, uzupełnianie się, dodawanie czegoś, bardziej niż poprzez negatywne doświadczenia. I to jest ta bolesność, którą ja w dniu dzisiejszym ze wszech stron gdzieś tam chyba odczułem i ta bańka nienawiści po prostu pękła. Dzisiaj był po prostu tragiczny, straszny, ciężki taki emocjonalnie dzień. Ale to jest oczywiście moje zdanie. Broń Boże, ja nie wchodzę tu w tematy polityczne, tylko i wyłącznie świadomościowe, więc zostawiamy ten temat. Ania pisze: „Tak. Nie znamy samych siebie i konsekwencją tego jest strach. Boimy się samych siebie, tego, co zastaniemy w środku. Boimy się bać i boimy się przestać bać.
Czy to nasza natura?” Kochani, poniekąd tak. Niestety, ale tak. Część naszej natury jest wybudowana, tej ludzkiej natury, jest wybudowana na strachu. Tak jak pewnie przypominacie sobie, my zaczynamy swoje życie na Ziemi w przeolbrzymim przerażeniu. Malutkie dziecko, które przychodzi na świat, jest przerażone. Ze wszech stron otacza go coś, co jest dla niego nieznane i przerażające. Jest to poczucie bezsilności i uzależnienia też od ciepła. Jedyne ciepło, jakie może dostać, to dostaje od swoich bliskich. Natomiast przez gros jakby czasu, patrząc z punktu widzenia dorosłego człowieka, to gros tego czasu odbywa się w lęku. Początek naszego życia już zaczyna się po pierwsze z wielkim bólem, wysiłkiem i też w poczuciu lęku.
Więc ten lęk w naszej podświadomości jest zapisany od urodzenia. I to jest tak, to jest w pewnym sensie nasza natura. To jest w pewnym sensie nasze dziedzictwo. Takie krótkie dziedzictwo, bo związane z tym życiem. Ale tak, nasza podświadomość jest źródłem większości naszych lęków. Nasza ziemska natura jest źródłem naszych lęków. Dlatego Aniu, tu bardzo trafnie zauważyłaś, że w pewnym sensie jesteśmy też uzależnieni od poczucia lęku i z czasem to poczucie lęku dla ludzi jest bardziej stymulujące niż pozytywne doświadczenia. I też staje się od początku, jest w pewnym sensie naszym naturalnym środowiskiem. Ja wiem, że to jest w dużej mierze takie dla nas przykre, ale są sposoby, żeby to trochę obrócić po pierwsze na naszą korzyść, a po drugie też ten strach w dużej mierze zniwelować. Tym drugim ośrodkiem przeciwstawnym jest właśnie nasza dusza, nasza świadomość, która jest znowu źródłem miłości, czyli emocją przeciwstawną.
I warto, jeżeli z obydwóch tych źródeł potrafimy czerpać siłę, energię, moc, wtedy da się z tym żyć. Całkowicie bez lęku wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie żyć, ale mamy mechanizmy, mamy możliwości, żeby ten lęk doprowadzić do takiego poziomu bardziej użytkowego. Ania pisze dalej: „Strach wbudowany jest w naszą naturę i tyle. Trzeba umieć się bać. Słusznie się bać”. No właśnie. Więc ja też jestem zdania, że z naturą nie da się wygrać, natomiast można się nauczyć współpracować. O tak. Adam pisze: „Witaj Sławku”. Witaj Adamie.
I tutaj Adam pisze: „Co do katalizatora, to czasem jest tak, że gdy uczeń chce, to nauczyciela znajdzie. Także dzięki, dzięki Sławku”. Proszę cię uprzejmie. Nie wiem, czy to było do mnie, ale na wszelki wypadek powiem, że ja się tutaj na żadnego nauczyciela nie piszę. Tak jak wam wielokroć mówiłemPrędzej rola doradcy byłaby bliższa mojemu zrozumieniu tego, co robię. Natomiast prawda jest taka, ja też wyznaję taką zasadę, że jak jest potrzeba, znajdzie się i sposób. Więc tak, jeżeli chcemy coś zrozumieć, jeżeli chcemy czegoś się nauczyć, to zawsze znajdzie się osoba, która nam w tym pomoże. Problem polega tylko na tym, że często chcemy się czegoś nauczyć, ale przy niewłaściwym zrozumieniu siebie samego nie zawsze ten nauczyciel, który pojawia się w naszym życiu, jest dla nas przyjemny. I często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego właśnie, nie umiąc powiązać naszych myśli, emocji, potrzeb, intencji ze skutkami, że sami żeśmy tego nauczyciela do swojego życia zaprosili i że jest w naszym życiu na naszą własną potrzebę i na nasze zaproszenie. Piter pisze: „Jeśli będziemy poznawać siebie i swoje mocne strony, nie musimy się bać.
Ale to jest trudne”. Ogólnie życie jest trudne, kochani, co się będziemy oszukiwać? Nikt nie powiedział zresztą, że ono będzie łatwe. Natomiast poznając swoje mocne strony, zasadniczo się zgadzam. I oczywiście w mojej głowie się kołaczą takie myśli, że poznajemy swoje mocne strony bardzo często poprzez przechodzenie bardzo trudnych sytuacji. Bo im trudniejsze wyzwanie, tym oprócz satysfakcji większe zaufanie do samego siebie. Bo jeżeli potrafiłem poradzić sobie z bardzo trudną sytuacją, to sytuacje proste w ogóle — pstryk — nie ma o czym mówić. Jak to się mawiało kiedyś: „Trudne rzeczy robimy od ręki, na cuda trzeba chwilkę poczekać”. Więc poznawanie tych swoich mocnych stron często właśnie niestety odbywa się poprzez bardzo trudne sytuacje. Dlatego w pewnym sensie jest to dla nas trudne.
Nie chcemy zaakceptować tego, że tak właśnie jest. Chcielibyśmy uniknąć trudnych sytuacji, ale jednocześnie poznać swoje mocne strony. To jest trochę tak, jak w powiedzonku, który gdzieś kiedyś wyczytałem, że skoro idziesz na sam szczyt, to przestań jęczeć, że masz pod górę, bo szczyt jest na górze, więc żeby do niego dojść, musisz się na tą górę wspiąć. Tak to właśnie jest z naszą naturą, ale też z naszym brakiem świadomości. Tak jest, że my czegoś chcemy, ale zupełnie nie zdajemy sobie sprawy z tego, z czym to jest związane. Czyli chcielibyśmy być najlepszym piłkarzem na świecie, ale niekoniecznie mamy ochotę przechodzić na przykład przez hejt. Nie bardzo mamy też ochotę przechodzić przez treningi. Nie bardzo też mamy ochotę przechodzić przez trudne sytuacje, przez kontuzje. Nie, chcielibyśmy obudzić się jutro i być najlepszym piłkarzem na świecie. Że dzwoni telefon: „Ty, Stefan, wstawaj, bo się okazało, że jesteś najlepszy na świecie, bo będziesz grał w Realu Madryt”.
A my mówimy: „Dobra, okej, ale tylko na 15 minut, bo później się mogę zmęczyć”. I często też jesteśmy chronieni przez poniekąd naszą duszę przed tym, żeby się przekonać, że to, o czym marzymy, nie będzie wcale fajne. I często jest tak, że jeżeli już to przerabialiśmy w życiu którymś tam swoim wcześniejszym, to będziemy słyszeli taki głos: „Ale po co? Stary, ale po co ci to? Nie, to wcale nie musi być fajne. Nie rób tego”. Albo będą się pojawiały jakieś okoliczności, które spowodują, że do czegoś tam nie dojdzie. My oczywiście z naszą ziemską naturą będziemy na to narzekać, że nam się coś nie udało, nie zdając sobie zupełnie sprawy, że w ten sposób uniknęliśmy doświadczenia, które wcale nie musiałoby być przyjemne. Skutek może byłby przyjemny, natomiast cała droga dochodzenia do tego wcale nie musiała być taka przyjemna. I to jest właśnie kolejny powód, żeby poznać samego siebie, żeby zrozumieć tą zależność.
Piter pisze: „Ciekawe, jak to jest z każdym wcieleniem, że zawsze mało wiemy o sobie”. To znaczy, ja powiem tak: z każdym następnym wcieleniem wiemy więcej o sobie, tylko z każdym następnym wcieleniem mierzymy się z czymś, co się nazywa podświadomością. I tyle. I ten element jest tym elementem, który przy coraz większej świadomości sprawia nam kłopot. Że znowu musimy tą podświadomość troszeczkę okiełznać, żebyŻeby poznać samego siebie. W pewnym momencie to już nie chodzi o poznawanie samego siebie, tylko o uświadomieniu sobie, że to, co czujemy jest prawdą. Bo to w środku nas już tam jest. My już to wiemy. Często rozmawiając z ludźmi mówią: „A co zrobić?” Ja mówię: wiesz, co zrobić. Doskonale wiesz, co zrobić.
Czujesz to. Ja widzę, że ty to czujesz, że chcesz to zrobić i doskonale wiesz, że to jest właśnie to, czego pragniesz. Tylko się boisz. Tylko nie wierzysz w to. Jeszcze nie masz wewnętrznego przekonania, że to będzie słuszne, że coś cię trzyma. Jakieś tam uwarunkowania, jakieś sytuacje jeszcze ci mówią, że to może nie ten moment, albo że to może nie będzie dobre, a co powiedzą inni i tak dalej. A może to jest głupie? A dlaczego tylko ja tak myślę? A może ja jestem pieprznięty? I tak dalej.
Im większa świadomość, tym szybciej pewne rzeczy do nas docierają. Natomiast problemem jest to, czy w nie uwierzymy. Ania pisze: „Ale jakiś poziom tak zwanego strachu powinien być, bo nie będziesz wiedział, że nie wolno się wychylać za barierkę na dwunastym piętrze.” Aniu, oczywiście, że tak. Zresztą ja zawsze twierdziłem, że trzeba odróżnić strach od lęku. Bo strach przed czymś jest czymś, co wyostrza nasze zmysły, wyostrza naszą czujność, powoduje, że robimy ostrożniej pewne rzeczy. Strach jest naszym doradcą, jest naszym obrońcą, jest czymś, co pozwala nam zachować czujność. Tnąc na dużych piłach stacjonarnych różne elementy dostawałem takie pytania: „Czy ty się nie boisz?” Ja mówię: oczywiście, że się boję. Może dlatego jeszcze jestem cały, mam wszystkie palce i może właśnie dlatego, że się boję. Bo gdybym przestał się bać, straciłbym czujność i być może popełniłbym jakiś błąd. To, co też kiedyś mówiłem: strach to jest coś, co nam towarzyszy w danej sytuacji i ma jakieś uzasadnienie.
Natomiast lęk jest czymś, co siedzi w nas, ale nie bardzo znamy jego źródło. Strach przed szybką jazdą, gdzie mnóstwo rzeczy się dzieje, jest całkowicie naturalny. Czy strach przed czymś nieznanym, wejściem do jakiegoś ciemnego lasu jest czymś normalnym. Czy wspinanie się po linie na dwunaste piętro. Natomiast lęk jest czymś zupełnie innym. Lęk jest bardziej nieuświadomiony. Źródło lęku bardzo często jest dla nas nieuświadomione i to jest większy kłopot. Piter pisze: „Strach w naszym życiu pokazuje nam, co zrobić, ale też nie może nas ograniczać.” I teraz właśnie jest pytanie: czy mówimy tu o strachu, czy mówimy lęku? Bo czasami strach jest dobry jak nas ogranicza. Bo częstokroć jest tak, że czy nam na przykład sytuacje, w których ten strach będzie się pojawiał, są do czegoś potrzebne.
Ludzie często szukają wyzwań po to, żeby właśnie pojawił się strach, adrenalina i żeby coś poczuć. Jednocześnie ze strachem bardzo często jest związane ryzyko, bo ten strach na przykład związany z tą właśnie szybką jazdą samochodem. Pojawia się strach i czy ograniczeniem byłoby zrezygnowanie z tak szybkiej jazdy i jednocześnie zrezygnowanie z ryzyka? Co sytuacja, to ona wymaga oddzielnego rozważenia. Czy ryzyko, które w tym momencie ponoszę, jest mi do czegoś potrzebne? Czy trzy minuty wcześniej bycie w domu jest warte ryzyka, które poniosę w związku z szybką jazdą? Strach jest informacją, że dzieje się coś niebezpiecznego. I teraz od nas zależy, żeby ocenić czy warto podejmować ryzyko, czy ono jest nam do czegoś potrzebne. Bo często jest właśnie tak, że chęć przełamania strachu powoduje, że pchamy się w sytuacje, gdzie coś ryzykujemy. A po co chcemy przełamywać strach?
Czy nie wystarczy nam informacja, że ta sytuacja, w której się za chwilę możemy znaleźć, niesie ze sobą ryzyko? To jest przydatność strachu. I my nie musimy wcale tego strachu przełamywać jadąc szybko. Możemy wykorzystać strach do celów poznawczych. I moim zdaniem ta przydatność strachu na tym mogłaby się skończyć. Jeżeli chcemy podejmować jakieś ryzyko, to zawsze robimy to z jakiegoś powodu. Warto znając siebie zdawać sobie sprawę, jaki jest ten powód. Czy będąc za trzy minuty szybciej w domu chodzi nam o to, żeby mieć trzy minuty więcej na spotkanie z żoną, dzieckiem, czy za trzy minuty, jeżeli nie dojedziemy, to się może okazać, że jak nie zjemy tego obiadu, to umrzemy z głodu i tak dalej.Czy po prostu jest chęcią udowodnienia sobie czegoś? Warto się nad tym zastanowić. Strach jest świetnym doradcą.
Ania pisze: „To jest jasne”. Peter pisze: „Panie Sławku, wszystko, co musiało być zrobione w tamtym momencie z waszym synem, zrobiliście najlepiej dla was i dla niego. Czuje pan na sercu radość dzisiaj?” Mój drogi, czy ja czuję radość? Oczywiście, że czuję radość. To nie znaczy, że cały czas tą radość czułem, bo zrobiłem twierdzenie, że zrobiliśmy wszystko, coś tam. Natomiast do momentu, dopóki się tego nie zrobi, ciężko jest odczuwać radość. Ja też wychodzę z założenia i też wyznaję taką zasadę, żeby w danym momencie swojego życia zrobić wszystko, co jest w moim zasięgu, co przychodzi mi do głowy, co podpowiada mi moja dusza, moja intuicja po to, żeby nie mieć w sobie później, żeby nie musieć żyć w przekonaniu, że mogłem jeszcze coś zrobić, a tego nie zrobiłem. I tu nie chodzi o sytuacje, o rzeczy, których nie wiedziałem 10 lat temu, a na przykład pojawiły się teraz. Nie chodzi mi o rozpatrywania: a gdyby medycyna 20 lat temu była na tym poziomie, co teraz, to co ja mógłbym zrobić wtedy? I być może by się ułożyło inaczej.
Nie. Wszystko, co jest dostępne dla mnie w tym momencie. Nie wiem, co będę wiedział jutro. Nie wiem, co zobaczę jutro. Nie wiem, co poznam jutro. Dzisiaj robię to, co mogę i tyle. Żeby nie musieć się później zastanawiać. Natomiast jest aspekt taki, muszę wam to, kochani, powiedzieć w sposób dość brutalny, że my nadając pewną wartość duchową, próbujemy pewne rzeczy umniejszać albo inaczej próbujemy załagodzić. Nazywając rzecz brutalnie i po imieniu: czy ja czuję radość, że miałem syna, który w dzisiejszym dniu za chwilę skończyłby 27 lat, podrywałby dziewczyny, być może byłbym już z jego powodu jakimś tam wnuczkiem i spędzilibyśmy 27 lat grając w piłkę, chodząc na piwo, naprawiając samochody, ucząc go robienia mebli albo jakichś tam innych rzeczy. Czy ja czuję z tego powodu radość?
Nie. I nie poczuję radości, że nie mogłem tego z nim zrobić. Bo wartość duchowa tego jest jedną wartością, ale też jest wartość ojcowska, jest wartość miłości rodzicielskiej, jest też miłość zwykła, ziemska. I my nie mieliśmy możliwości tego skonsumowania. Więc z tego powodu oczywiście, że nie czuję radości. Tak jak nigdy nie poczuję radości z tego powodu, co on w swoim życiu 24-letnim przeszedł. Więc sytuacja nie jest aż taka klarowna. Możemy sobie, kochani, wmawiać, że wartość duchowa tego doświadczenia była większa, ale to nie jest jedyna wartość, jaką na ziemi tutaj dostajemy. I próba takiego zaczarowania rzeczywistości, że stało się lepiej, bo to, bo tamto, bo śmamto, jest pewnego rodzaju próbą. Natomiast czy ona kończy się skutecznie, czy się nie kończy skutecznie?
Nie wiem. Pewnie byłbym dziwnym rodzicem, gdybym powiedział, że za nim nie tęsknię czy z jakiegoś ziemskiego powodu moje serce nie ma jakiejś tam rany. Sytuacja jest oczywiście dużo bardziej szeroka niż taka zero-jedynkowa. Ania pisze: „A może są tacy ludzie, co nie lubią być szczęśliwi? Po prostu lubią być ciągle niezadowoleni”. Aniu, czy lubią? To też jest takie mocne uogólnienie, bo lubię to jest pewnego rodzaju świadomy wybór. Lubię lody truskawkowe. To akurat też może nie do końca jest kwestia świadomości, ale na przykład lubię taką muzykę bądź inną. Lubię takie sytuacje, a nie inne.
To jest pewnego rodzaju świadomy wybór. Natomiast najczęściej ludzie, którzy w pewnym sensie starają się poprzez negatywne sytuacje zwrócić na siebie uwagę, nie mają świadomości tego, że po pierwsze robią to z jakiegoś powodu.Bardzo często myślą, że to życie ich w jakiś sposób próbuje doświadczyć i spowodować to, żeby ich życie było kiepskie. I to nie jest na zasadzie: lubię być nieszczęśliwy. Jestem nieszczęśliwy, jest mi źle, jest mi niedobrze, to mi nie wychodzi, tamto się nie udaje, tu mnie ktoś zostawił, tam mi się coś innego zepsuło. To jest trochę na takiej zasadzie, że szklanka jest do połowy pusta. Natomiast to nie jest tak, ja przynajmniej nie znam takiego przypadku, w którym ktoś by powiedział: tak, bo ja lubię być nieszczęśliwy. Natomiast to jest brak świadomości tego, że sami poniekąd tę formę, że mogliby to zmienić. Bo tak: oni są święcie przekonani najczęściej, że ta sytuacja, w której się znaleźli, jest niezależna od nich i że nie mają na nią wpływu. To jest brak świadomości, że są w tej sytuacji bezradni, że bardzo często tylko ludzie z zewnątrz, którzy z jednej strony to spowodowali, tylko oni mogą tę sytuację naprawić. I najgorsze w tym wszystkim dla nich jest to, że uzależniają swoje samopoczucie od tego, co się dzieje wokół nich.
I to jest przykre, bo jeżeli spotkają osobę, która da im poczucie szczęścia, to będą się tej osoby kurczowo trzymały, wysysając z niej praktycznie wszystko, co tylko w niej jest wartościowe, nie zdając sobie sprawy, że właśnie pozbawiają siebie sami w dłuższej perspektywie na przykład żywiciela, dostawcy dobrej energii. To się wszystko odbywa poza ich świadomością. I to są trudne przypadki, które niestety najczęściej dokonują zmian w swoim życiu wskutek jakichś nieprzyjemnych doświadczeń. Piter pisze: jeśli nie radość, to co? Proste rzeczy dnia dzisiejszego są najlepsze. Od małych, drobnych rzeczy budujemy cały dzień. W założeniu się zgadzam. Bardzo często też właśnie w tych wszystkich rozważaniach duchowych pojawia się sporo sloganów, które opisują pewne procesy. To, do czego powinniśmy dążyć, jak to powinno wyglądać, cieszmy się z małych rzeczy i tak dalej. I to jest fajne, bo to jest pewnego rodzaju cel, tylko często w tych stwierdzeniach brakuje instrukcji obsługi, jak to zrobić.
Gdybyśmy sprowadzili to do tego, że cieszmy się z tego, co mamy, to w zasadzie wszelkie nasze dążenia do czegokolwiek straciłyby jakikolwiek sens. Ja na przykład nie prowadziłbym tej audycji, bo to, co miałem przedtem, jeżeli nauczyłbym się cieszyć tylko tym, co miałem przedtem, to nie potrzebowałbym tej audycji. Bo po co? Tamto, co miałem, wystarcza mi. I w pewnym sensie, gdyby nie jakieś pragnienia, jakieś marzenia, jakieś dążenia, świat ogarnęłaby stagnacja. Zamarlibyśmy w sytuacji, w jakiej jesteśmy. Ktoś chciałby siedzieć i grzebać w samym sobie, dogrzebywać się do jakichś mechanizmów, do jakichś śmieci, do jakiegoś czasami syfu, który gdzieś w środku ktoś zarzucił jakiś czas temu albo my sami to przywieźli, by powiedział: jest mi dobrze z tym, co jest? Czy ta audycja miałaby jakikolwiek sens, kiedy namawiam was do poznawania samych siebie, gdyby wszyscy ludzie powiedzieli: ale mi jest dobrze tak, jak jest. Ja nie chcę nic zmieniać, bo po co? Skoncentruję swoją uwagę na tym, żeby się cieszyć z mojej bezdomności, żeby się cieszyć z mojej biedy, żeby się cieszyć z mojej choroby, żeby się cieszyć z tego, że mnie ktoś poniża, że mnie ktoś wykorzystuje i tak dalej.
Że po raz piąty wchodzę w związek z facetem, który mnie bije. Po co mam coś zmieniać? Cieszę się. Muszę się nauczyć cieszyć tym, co mam. Więc każdy kij ma dwa końce i każda sytuacja ma swoje dwa bieguny. I nie dajmy się zepchnąć na żaden biegun, tylko znajmy wachlarz możliwości, bo te możliwości są. W każdej sytuacji są różne możliwości. Natomiast prawda jest taka, że od małych rzeczy faktycznie budujemy dzień. One tak naprawdę wypełniają większość naszego czasu. Grubymi rzeczami zajmujemy się rzadziej, natomiast drobnymi rzeczami zajmujemy się codziennie, wielokroć, razy dziennie.
Więc faktycznie umiejętność doładowywania sobie akumulatorów z drobnych rzeczy daje poczucie, że ten dzień nie musi być wcale takiTaki słaby. Ania pisze: „Pieniądze wartościują niestety.” Stety, niestety Aniu, nazywając rzecz troszeczkę brutalnie, to pewnie gdyby nie pieniądze być może byłby jeszcze większy chaos niż jest w tej chwili. Nie wiem, czy to jest niestety. Myślę, że tak po prostu jest i to każdy sam przed sobą powinien sobie zdać sprawę z tego, na ile to wartościowanie jest dla niego ważne, istotne i znaczące. To chyba o to powinno przede wszystkim chodzić. Bo to, że pieniądze nadają wartość jak najbardziej, zwłaszcza dla naszej podświadomości. Im większą coś ma wartość, tym łatwiej nasza podświadomość na podstawie tego dokonuje zmian. Tu też pojawił się w komentarzach taki temat odnośnie zbierania pieniędzy przeze mnie na działkę. Ja się do niego odniosłem, ale też pojawiają się wątki odnośnie płacenia na przykład za wiedzę, czy za jakieś inne rzeczy typu duchowe i tak dalej. Ja kiedyś się odniosę do tego najprawdopodobniej w jakiejś audycji, bo jest też mnóstwo przeróżnych mitów i zdań na ten temat, więc pozwolę sobie dołączyć do tego swoje zdanie.
Natomiast dla naszej podświadomości, dla podświadomości wielu ludzi, im większą coś ma wartość, na przykład wiedza uzyskana za pomocą pieniędzy, jeżeli ma większą wartość, tym dla naszej podświadomości jest ważniejsza i też łatwiej na podstawie takiej wiedzy dokonujemy zmian. Jeżeli usłyszelibyście ode mnie za darmo, żeby zrobić to i to, żeby poprawić na przykład swoje zdrowie, to nie. Natomiast jeżeli pójdziecie i wydacie 300 złotych i powie wam to samo pan profesor nauk albo jakiś utytułowany fizyk kwantowy, albo jakaś inna osoba, którą uważacie, tym bardziej wartościowa informacja, tym wasza podświadomość łatwiej będzie chciała dokonać zmian związanych z wcieleniem tego w życie. I to jest istotne. To jest poniekąd istotne w procesie transformacji, w procesie dokonywania zmian. Więc nie zawsze tak, że wartościowanie czegoś przez pieniądze jest dla nas niestety. Adam pisze: „Nie było plus” i nie wiem, co to znaczy, więc nie będę się do tego odnosił. Mam nadzieję, że się za chwilę coś pojawi, coś więcej. Piter pisze: „Moja wiara to chęć zmian, ale też do tej wiary muszę dać swoją energię i chęć walki.” Tutaj ta chęć walki, jak zawsze zwracam na to uwagę, bo jeżeli ktoś wychodzi z założenia, że będzie musiał z czymś walczyć, to najprawdopodobniej tak będzie. To też jest kolejna nasza intencja i kolejne nasze przekonanie, że coś wymaga walki.
Byłbym ostrożny przy snuciu takich planów, takich pomysłów, żeby nie było, że ktoś sobie coś wykrakał. Także drogi Piterze, jeżeli masz ochotę, to zweryfikuj w swoich planach to. Ania pisze: „No właśnie wygodnictwo i lenistwo. Zbyt duża odpowiedzialność, a szkoda.” Szkoda, nie szkoda. To trochę jest kochani tak, że brak decyzji jest też decyzją. To nie jest tak, że jeżeli nie podejmiemy jakiejś decyzji o podjęciu jakiegoś działania, to czas stanie w miejscu i nic się nie wydarzy. To jest kolejny powód, dla którego warto w jakiś sposób iść w kierunku świadomości. Ponieważ to, że nie podejmiemy decyzji, nie podejmiemy działania na przykład związanego ze zmianą pracy, to nie znaczy po pierwsze, że tej pracy na przykład nie stracimy, a też na pewno albo prawie na pewno nie osiągniemy tego, co byśmy chcieli, co jest nam w jakiś sposób do czegoś potrzebne. Chociażby posiadanie dobrego, luksusowego samochodu jest dla nas doświadczeniem, czy ten samochód sprawi nam radość. Musimy się o tym przekonać.
Dlatego chcemy taki samochód, żeby się na przykład przekonać, czy on sprawi nam radość, czy to poczucie braku, które odczuwaliśmy, było związane z samochodem i czy samochód to poczucie braku naszego szczęścia zaspokoi. I to jest doświadczenie. Mamy ten samochód, mówimy: „Wow!” Mija trzy miesiące, jedziemy na pierwszy przegląd, płacimy 3000 złotych za przegląd i mówimy: „No tak, radość się skończyła, trzeba teraz wywalić. Czy to mi długofalowo daje poczucie radości?” I to jest doświadczenie. Mówimy: „Nie.” Już następnym razem mówimy: „Nie, ja już nie muszę mieć, nie potrzebuję mieć takiego samochodu, ale potrzebuję mieć szczęście. A ten samochód jednak tego szczęścia mi takiego, jak się spodziewałem, nie dał.” I to jest świadomość.Już wiem, w jakiej mierze to, do czego dążyłem, czego pragnąłem, co było moim marzeniem, dało mi szczęście. Piter pisze: „Bez walki wiara jest za słaba i silnej woli, bo można po prostu prosić i wymadlać, ale to za mało. Ale jak zaczniemy w sobie walczyć i myśleć pozytywnie, są efekty”. Ania pisze: „Ale walczyć z kim? W sobie?” No właśnie.
Tu u Pitera często pojawiają się te wątki walki, a ja jakoś specjalnie nie jestem fanem, zwolennikiem i do tej walki podchodzę z pewną dozą nieśmiałości. Oczywiście silna wola jest, ja to nazywam bardziej konsekwencją, bo ta silna wola to znowu jest czasami tak, że my wbrew sobie często wmawiamy sobie, że to w imię silnej woli musimy coś zrobić. Czasami lepszy jest zdrowy rozsądek, bo coś sobie uwalimy w tych naszych główkach. Wydaje nam się, że to będzie dla nas dobre. I tutaj często nasza dusza mówi: „Daj spokój. Odpuść, to nie służy”. To jest kolejne doświadczenie na zasadzie: przekonasz się, że dasz radę to zrobić. Tylko po co? Czy nie wystarczy ci świadomość, że jeżeli będziesz chciał, to będziesz w stanie to zrobić? Bo my często prowadzimy życie na zasadzie udowadniania sobie.
Ja będę pracował 28 godzin w ciągu, bo chcę się przekonać, czy dam radę. Dałem radę. I co z tej wiedzy wynika? To, że dałem radę. Ale równie dobrze mogłem bez tego doświadczenia wysnuć taką teorię, że jeżeli będę potrzebował, to dam radę. Tylko czy potrzebuję? Więc ta czasami silna wola, którą my nazywamy, pcha nas do doświadczeń, z których moglibyśmy na zasadzie świadomego życia zrezygnować. Jeżeli będę chciał, jeżeli będzie potrzeba, jeżeli ja poczuję taką potrzebę, to będę mógł pracować 20, 30, 40 godzin i już. Ale nie mam takiej potrzeby, bo po co? Mogę pracować osiem godzin, sześć godzin i zrobić dokładnie to samo, co bym zrobił w 28, tylko cztery dni później.
I teraz jest pytanie: czy coś się wydarzy, że coś zostanie zrobione cztery dni później? Na to pytanie oczywiście każdy musi sam sobie odpowiedzieć. Piter pisze: „Bez walki wiara jest za słaba.” Okej. „Walczyć z myślami” — Piter pisze — „i decyzjami. Moim zdaniem wiara to plan, działanie i wykonanie końcowe.” Nie, tutaj się akurat z tobą, drogi Piterze, nie zgodzę. To są zupełnie inne rzeczy, bo to już jest ubieranie czegoś w mechanizmy stricte ludzkie, stricte ziemskie mechanizmy. Wiara to jest po prostu wiara, wewnętrzne przekonanie, że to się uda, że to, co założyliśmy, się uda. Często nie musi temu towarzyszyć żaden plan. Wiara to jest coś, do czego nie mamy planu. Czegoś pragniemy, czegoś chcemy, w coś wierzymy, że zakończy się powodzeniem.
Podejmujemy działania, a plan się tworzy na bieżąco. Nie jesteśmy zamknięci tylko na plan, tylko jesteśmy otwarci na przeróżne możliwości, które mogą się pojawić. Ania pisze: „Jak już wiesz, kim jesteś, wiara staje się oczywista, bezbolesna, stała i niezmienna.” Bardzo ładnie powiedziane. Malwina pisze: „Dokładnie. Człowiek musi wierzyć w to, poczuć to.” Dokładnie tak. Wiara to jest coś takiego bardziej emocjonalnego niż umysłowego. I Malwina pisze: „Również sami sobie układamy życie pod wpływem naszych myśli, emocji.” Tak, dokładnie. Natomiast ja dodam: częstokroć nie zdając sobie z nich sprawy. Tak samo jak nie zdajemy sobie sprawy z naszych prawdziwych intencji, tak samo nie zawsze, a raczej bardzo często, najczęściej nie zdajemy sobie sprawy ze wszystkich naszych myśli i emocji. Z tych prawdziwych.
Nie z tych, które sobie umysłowo nazywamy, tylko tych, które gdzieś w nas siedzą. To jest właśnie ta pułapka. To jest właśnie to, dlaczego warto poznać samego siebie, żeby dotrzeć do tych prawdziwych myśli i do tych prawdziwych emocji. Malwina pisze: „Panie Sławku, jest pan wielki. Uwielbiam pana słuchać.” Bardzo się cieszę, moja droga, że uwielbiasz mnie słuchać. Nie ukrywam, jest to dla mnie ważne, że chcecie tego słuchać, że to coś tam komuś daje. Dziękuję ci pięknie za ten komentarz. Zrobiło mi się bardzo miło. Ania pisze: „W obrazek, który rysujemy sobie w marzeniach, wkładamy własną energię jak baterie i będzie...”Będzie działało. Po raz kolejny bardzo obrazowy opis tego mechanizmu.
Oczywiście ja muszę coś tutaj od siebie dodać, żeby był pełen zakres tego zjawiska. Czyli do tego wszystkiego musimy znać swoje prawdziwe intencje, żeby później nie być zdziwionym, że ten obrazek troszeczkę odbiega od tego, co żeśmy narysowali. Wojciech Kuban pisze: pewnie tak. Chyba otworzyłeś mi oczy. No dobrze. Jak to się mawiało z ryty beret, bo dosłownie nie przeczytam tego komentarza. Tego nie wiem. Tu jest dalszy ciąg jeszcze tego: coraz to nowsze dziadostwa miałeś na myśli. Interpretuję to sobie po swojemu, ale dosłownie jakbym słuchał o sobie. Podejrzewam, że myśli nie mamy podobnych, bo to jest bardzo indywidualna sprawa.
Mimo podobnych myśli są różne interpretacje, powody, intencje i całe mnóstwo innych rzeczy, które ludzi pomiędzy sobą różni, między innymi poziom świadomości i tak dalej, o czym wielokroć mówiłem. Natomiast mechanizm jest dokładnie taki sam, że to, o co często ludzie mają żal, pretensje i powód do poszukiwań wszelkiego rodzaju, to jest to, że dostają co innego, niż wydaje im się, że chcą. Nie potrafią odkryć tej zależności, że dostają tak naprawdę dokładnie to, czego chcą. Że wszystko, co się w naszym życiu dzieje, jest dokładnie takie, jak tego chcemy, chociaż nam się wydaje, że chcemy czegoś innego, a dostajemy coś innego. Więc mechanizm jest w przypadku każdego człowieka taki sam. Adam pisze: a czy komputer jest taką rzeczą, która pomaga? Bez nich audycji by nie było. Na tym największe wały idą jak na surowcu kobalcie. Drogi Adamie, ja wielokroć powtarzałem i powtórzę to też przy tej okazji: ja nie oceniam narzędzia. Moje przykłady z młotkiem, z ogniskiem i z komputerem są zawsze takie same, że to nie narzędzie określa jego użyteczność, tylko użytkownik.
To, do czego dane narzędzie zostanie użyte. Tak jak dynamit, tak jak energia jądrowa. W założeniu nic nie jest złe, natomiast sposób użycia określa, czy coś jest złe, czy coś jest dobre, czy coś jest użyteczne, czy bezużyteczne. Samo narzędzie jako narzędzie każde jest użyteczne, bo czemuś służy. Tylko pytanie, czy nasz wybór odnośnie użycia danego narzędzia jest świadomy czy nie? Przepraszam. Kazimierz pisze: w dzisiejszym pańskim monologu się pogubiłem. Dla mnie bardzo niejednoznaczny przekaz. Tak jak powiedziałem, panie Kazimierzu, być może faktycznie coś tam namieszałem. Mam nadzieję, że udało mi się to, co było niewyjaśnione i niejasne jakoś wyjaśnić w komentarzach.
Tak jak wspominałem, dzisiejszy dzień był dla mnie emocjonalnie bardzo ciężki, więc być może z tego to też gdzieś wynikało. Oczywiście proszę was o pytania. Jeżeli coś będę w stanie jeszcze dopowiedzieć, wyjaśnić, to z wielką przyjemnością to zrobię. Tutaj mam jakiś komentarz wysłany SMS-em: witam, dwa tygodnie temu zabrała mnie karetka z hotelu. Kwasica ketonowa. Obudziłem się po miesiącu. Dla mnie to był jeden dzień. Tego się nie da opisać, ale to był niekończący się film, w którym umierałem. Byłem Bogiem, mogłem wszystko. Coś wewnątrz mi mówiło: walcz, kiedy mój stan był krytyczny.
Pozdrawiam, Patryk. Oczywiście zbyt krótki SMS, żeby się do niego odnieść. Natomiast oczywiście na pierwszy rzut oka widzę pewną niespójność i nie wiem, z czego ona wynika, bo jest napisane: witam, dwa tygodnie temu zabrała mnie karetka, a obudziłem się po miesiącu.
[02:13:57] - Może źle to słuchacz ujął. Po prostu obudził się dwa tygodnie temu. Dwa tygodnie temu się to wszystko skończyło.
[02:14:05] - Właśnie dlatego takPoza tym nie mam pojęcia, co to jest kwasica ketonowa napisana dużymi literami. Natomiast jeżeli, drogi Patryku, przez miesiąc byłeś w stanie krytycznym, to faktycznie tam się mogły dziać przeróżne rzeczy i z chęcią bym poznał więcej szczegółów tego, co pamiętasz i gdybyś zechciał nam o tym opowiedzieć, to ja osobiście będę ci bardzo wdzięczny. Bo to są też takie przekazy, kochani, które są dostępne i informacje, które są dostępne niestety tylko w bardzo często ekstremalnych sytuacjach, których oczywiście nikomu nie życzę. Natomiast jeżeli już mamy taką sytuację za sobą, to fajnie jest, moim zdaniem, dać świadectwo, opowiedzieć, co tam się wtedy działo, co tam się wydarzyło. Bo ja czegoś takiego nie przeżyłem i też nie zamierzam, nie marzę, nie pragnę, nie dążę. Więc z chęcią poznam, jeżeli masz ochotę i możliwość, poznam więcej szczegółów tej całej historii.
[02:15:43] - Z tego, co doczytałem poza anteną, to kwasica ketonowa to inaczej kwasica cukrzycowa i to jest groźne powikłanie cukrzycy, które może być stanem zagrożenia życia nawet.
[02:15:56] - Tutaj chyba mieliśmy właśnie taką sytuację w przypadku naszego słuchacza. Mam nadzieję, że na tą chwilę... Zresztą doszedł SMS, więc zakładam, że sytuacja jest w jakiś sposób opanowana. Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, ja widzę tutaj numer telefonu, więc jeżeli nie masz nic przeciwko temu, drogi Patryku, to z chęcią bym do ciebie zadzwonił i ja osobiście na ten temat z tobą porozmawiał. Jeżeli nie chcesz tego zrobić na antenie, ja oczywiście nie będę naciskał. To są bardzo indywidualne i osobiste sytuacje, więc nie mam prawa od nikogo wymagać tego, żeby chciał się tym dzielić. Zwłaszcza jeżeli jest to świeża sytuacja. Także proszę cię, daj mi znać, czy mogę do ciebie zadzwonić i czy zechciałbyś ze mną na ten temat porozmawiać.
[02:17:01] - Komentarze się skończyły, bo nie widzę, żeby słuchacze coś pisali na naszych czatach. Także ja może przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Może ktoś zapomniał numeru do radia, a chciałby zadzwonić albo napisać. Nasze numery telefonów to stacjonarny 32 746 00 08, komórkowy 530 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Oczywiście cały czas monitorujemy czaty na www.paranormalium.pl oraz na naszych transmisjach na YouTube. Dzisiaj właściwie ta dyskusja na czatach rozbiła się na dwa czaty, bo mieliśmy mały problem z transmisją na naszym głównym kanale Radio Paranormalium, ale udało się ten problem w końcu okiełznać, rozwiązać i widzę, że tutaj chyba się jeden strumień zakończył. Nie wiem czemu.
[02:18:13] - Okiełznania .
[02:18:19] - Zobaczę, bo nam ostatnio jedną transmisję YouTube uznało za łamiącą regulamin i ją wyłączyło. Także nie wiem, co się mogło stać. Ale jakby coś, to możecie dzwonić, możecie pisać. O! Wznowiony. Powariował nam ten YouTube dzisiaj.
[02:18:37] - Cóż, znam słuchaczkę, która będzie miała pretekst do tego, żeby coś nam przywalić, panie Marku. Także z tego powodu. Kochani, ja oczywiście w związku z tym, że brak jest komentarzy, nie będę tutaj nic na siłę wymyślał już dzisiaj. Zwłaszcza że też mamy godzinę 23, więc wstydu wielkiego nie ma, jeżeli chodzi o długość audycji. Gdyby tam coś w międzyczasie oczywiście zaginęło, coś do nas tutaj dzisiaj nie dotarło, to zapraszam do komentarzy również pod naszą audycją na radio czy na YouTubie. I też oczywiście do pisania do mnie bezpośrednio. Chociaż jak zauważyliście, tego czasu w tygodniu mam troszeczkę mniej niż ostatnimi czasy, ale z pewnością jeżeli będą tematy ważne, to damy sobie z tym radę. Także kochani, jak nic nie ma, to po prostu może pójdziemy spać najnormalniej w świecie. Pan Marek, jak znam życie, ma tam na pewno jakąś dłubankę na noc zostawioną, więc też się nudził nie będzie. Ja przypomnę tylko temat naszej dzisiejszej audycji.
Temat, który nieustająco się od kilku audycji pojawiaTo żeby spróbować szukać w samym sobie zależności tej prawidłowości pomiędzy tym, co jest w środku w nas, tylko sięgnięte głębiej troszeczkę, nie tak po łebkach, tylko głębiej. Do tych właśnie naszych intencji, do tych naszych myśli, do zrozumienia, do zarejestrowania, do uświadomienia sobie tych wszystkich emocji, myśli, tego wszystkiego, co w nas jest i zrozumieniu, jak bardzo to, co jest w nas, wpływa na nasze życie i jak bardzo my to życie tak naprawdę tworzymy. Jeżeli chcecie coś zmieniać w swoim życiu, chcecie na to życie w jakiś sposób wpływać, planować je, to zacznijcie od swojego własnego podwórka, od tego, na co macie wpływ. Nie próbujcie zmieniać świata, zanim nie poznacie samych siebie. I do tego oczywiście was serdecznie i gorąco namawiam, jeżeli w ogóle można mówić tutaj o namawianiu. I jak najwięcej takich przygód i podróży w głąb samego siebie wam z całego serca życzę, bo naprawdę tam się grubo dzieje, a resztę rzeczy poniekąd poukłada się samo. Kochani, dziękuję wam za dzisiaj. Jak namieszałem, to będzie o czym porozmawiać w następnej audycji. Jak coś nie dopowiedziałem, to też będzie okazja jeszcze do tego wrócić. A póki co, panie Marku, dziękuję bardzo serdecznie jak zawsze za pomoc, za udział, za opiekę.
A wam kochani spokoju w końcu życzę i zajęcia się swoimi własnymi prywatnymi sprawami w nadchodzącym tygodniu. Do usłyszenia, mam nadzieję w komplecie w następnym tygodniu, czyli 20 lipca. Z jakiegoś powodu ta data jest dla paru osób ważna, więc mam nadzieję, że będzie kolejna fajna audycja.
[02:22:47] - Mówi do państwa jak zawsze gospodarz audycji „Świat oczami duszy” pan Sławek Bączkowski. Dzisiaj już szczęśliwie bez towarzyszenia zwierzaków przeróżnych podwórkowych, sąsiedzkich.
[02:23:00] - Podjąłem pewne działania, więc może to coś troszeczkę uspokoiło sytuację, bo po prostu odcięliśmy im kontakt wizualny, więc może to ostudziło troszeczkę emocje. Mam nadzieję, że ta sytuacja będzie bardziej trwała i więcej takich spokojnych audycji przed nami.
[02:23:25] - Oby. Trzymamy kciuki, żeby nam już pieski, szczególnie pieski sąsiadów, nie wcinały się przed mikrofon. Jak zawsze zachęcamy gorąco do zasubskrybowania kanału pana Sławka na YouTube o takim samym tytule jak nasza audycja, czyli „Świat oczami duszy”, bo pan Sławek występuje w internecie nie tylko w wersji głosowej, ale również w wersji wizualnej. Także zachęcam do zasubskrybowania i posłuchania i obejrzenia, co tam pan Sławek nagrywa. Zapraszamy także do sięgnięcia po książkę pana Sławka „Czy można oszukać przeznaczenie, czyli po co człowiekowi dusza?” i do polajkowania i śledzenia profilu pana Sławka na Facebooku. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia oczywiście już za tydzień ponownie na antenie Radia Paranormalium o godzinie 20.00 w poniedziałek. I tak już na koniec życzymy wszystkim oczywiście jak najbardziej odporności i wytrzymałości, bo pandemia niestety cały czas trwa. I przede wszystkim tym bardziej zaangażowanym politycznie spokoju.
Spokoju ludzie, wyluzujcie trochę. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl