[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Witajcie bardzo gorąco i serdecznie w Radiu Paranormalium. Z lekkim poślizgiem, ale jednak zaczynamy kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium” na żywo. Audycja dla moli książkowych i miłośników ciekawych i nieraz gorących dyskusji. Przy mikrofonie i za sterami technicznymi audycji jak zawsze Marek Sęk "Ivellios", a po drugiej stronie połączenia internetowego są z nami gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Dzisiaj ponownie pewna oznaka powrotu do normalności, bowiem obydwaj panowie będą siedzieli przy jednym mikrofonie, w jednym pomieszczeniu, będą do nas przemawiać. Ja jeszcze tylko przypomnę kontakty do Radia Paranormalium. Będzie można dzwonić i komentować oczywiście na naszych czatach jak najbardziej również. Nasze numery telefonów to 32 746 00 08. Komórkowy i do SMS-ów również to 530 620 493.
Skype: radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na Gadu-Gadu pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na czatach towarzyszących naszym transmisjom na YouTube. Można nas także spotkać na Facebooku, na fanpage’ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium i czytelników „Niesamowitego Świata”. A jeżeli ktoś woli, to może także wysłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail: radio@paranormalium.pl. A więc teraz czas na magiczne „halo, halo Bydgoszcz”.
[02:28] - Halo, halo!
[02:29] - Hello, hello.
[02:30] - Hello, hello! Dzisiaj będzie lektura, która była trudna. Nie, nie była trudna, chociaż autor czasami potrafi wzbudzić w człowieku kompleksy, że czegoś nie wie albo że nie do końca wszystkie terminy łapie w lot. Czasami zdarzy mu się taki passus, że jakoś trochę pogwiazdorzy naukowo. Ale generalnie książka jest bardzo ciekawa, chociaż spodziewałem się, że będzie lżejsza. I o lekkości mówiąc, myślę bardziej o stylu. Może to kwestia tłumaczenia. Chwilami czyta się ciężkawo, ale z całą pewnością wysiłek warty jest tego, bo to jest książka o naszym człowieczeństwie.
[03:28] - Może Marku, zanim dojdziemy do tego, o czym, to może ważną cechę wysuńmy na przód. Otóż jaka to jest książka? Do nas wielu ludzi młodych pisze, wysyła opowiadania, irytuje się, że niektóre odpadają, niektóre się załapują. Ci, którzy się załapują na Ivelliosa na przykład, są zadowoleni, inni nie. I tak ta niecierpliwość twórcza, w każdym bądź razie apetyt na to, żeby być pisarzem, w jakiś sposób rośnie. Natomiast bardzo często umyka nam to, że czas to jest takie sito. Sito, które odcedza rzeczy ważne od byle jakich, piękne od brzydkich może niekoniecznie. To sito działa bardzo różnie, ale działa. Ono cały czas funkcjonuje. Przez lata ukazuje się wiele książek, które robią furorę na przykład w ciągu roku, dwóch, po czym absolutna czaruś.
Zostały pochowane, spalone w urnie, zagrzebane. Nikt już nigdy więcej tego prochu nie powącha. Najwyżej jako pewną ciekawostkę. Z całej literatury, takiej niesamowitej, międzywojennej, polskiego 20-lecia międzywojennego właściwie ostał się tylko i wyłącznie jeden Grabiński, a pisarzy było multum. Naprawdę ogromna ilość.
[05:26] - Jeszcze Strug się może ostał.
[05:28] - No tak, ale sztandarowo.
[05:30] - A Dołęga-Mostowicz, „Kariera Nikodema Dyzmy”.
[05:38] - Ale to już się znalazło. To już jest literatura piękna. Taka lekka, łatwa i przyjemna. I sensacyjna przede wszystkim. Natomiast ta cecha sita również dotyczy książek naukowych i popularnonaukowych. I ta książka Olivera Sacksa, którą państwu proponujemy, pojawiła się wcale nie tak dawno.
[06:12] - Niedawno.
[06:12] - Niedawno.
[06:13] - Bo się pojawiła w latach 80. Nie u nas w Polsce, gdzieś tam na Zachodzie. Oliver Sacks, i wymieńmy wreszcie ten intrygujący tytuł, napisał książkę „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem”.
[06:30] - Tak. I ten czas, który jest sitem do wszystkiego, nagle odkrył, że ona jest cały czas aktualna, cały czas ważna, a być może nawet coraz ważniejsza, a problemy w niej zawarte właściwie nie zostały w żaden sposób załatwione. Nic nie zostało skrzyżkiem, odpowiedź na żadne pytanie nie padła. Dalej pozostają pytania. Dlaczego ta książka jest ważna? Będzie ważna prawdopodobnie przez najbliższe dziesiątki lat. Dlatego, gdyż odnosi się do tak wielu warstw naszego bytu, człowieka, jego zmysłów, historii w ogóle, psychologii i światopoglądów jakichkolwiek, że jest to książka, która otwiera szlaki, którymi wielu pisarzy, również literatury pięknej, będzie kroczyło, a niektórzy kroczą już teraz, nie zdając sobie z tego sprawy. Zaraz, jak Marek zacznie opowiadać, co ta książka kryje, to odkryją w sobie, że wiele rzeczy czerpią garściami z Olivera Sacksa.
[08:07] - Ale zanim o szczegółach, to chciałbym powiedzieć, że może się państwu wydawać przesadą, figurą retoryczną Wiktora, że ta książka była, jest i jeszcze długo będzie aktualna. A się może wydawać: powiedział Wiktor, powiedział, co wiedział, bo to tak fajnie brzmi. Nie do końca, bo owszem, autorem tej książki jest człowiek, który zajmuje się neurologią, lekarz, który te problemy bada i jest z nimi na co dzień. Ale opisując poszczególnych ludzi, opisując ich nadmiary, deficyty, za chwilę o tym powiemy, on jednak stawia szereg pytań. I właśnie dlatego ta książka, moim zdaniem, tu się zgodzę z Wiktorem, zostanie jeszcze długo aktualna, ponieważ te pytania, które stawia autor, mają naturę filozoficzną. Filozoficzną, to znaczy taką naturę, że można udzielić wielu odpowiedzi z wielu punktów, z wielu stron, dochodząc do pewnych wniosków, a tak naprawdę nie wyczerpie się zagadnienia. Niektórzy uważają to za wielką słabość filozofii, że filozofia głównie stawia pytania, a później jest wielkie ple, ple, ple na ten temat. Nie zgadzam się z tym, żeby nie było wątpliwości. Troszeczkę inaczej widzę rolę filozofii. Natomiast tu ewidentnie autor posługuje się tą metodą.
Owszem, robi nam pewne wykłady dotyczące fizjologii organizmu, działania układu nerwowego, mózgu jako jego części, ale jednocześnie pytania, które stawia, to są pytania o istotę człowieczeństwa chociażby. O to, czy aby na pewno to, co my uważamy za świat, który nas otacza, w rzeczywistości tym światem jest. Bo my, ludzie współcześni, ale przypuszczam, że to nie było obce również naszym przodkom, mamy taką, po lekturze książki Olivera Sacksa użyję słowa, niebezpieczną tendencję do demonizowania naszych obserwacji. My się przyzwyczailiśmy, że opisujemy ten świat w taki oto sposób: widzimy coś, za oknem jedzie samochód, akurat jedzie. On przecież tam jest obiektywnie. Czasami ktoś nam burzy ten spokój, mówi: „Ale chłopie, a może go tam w rzeczywistości nie ma?”. I my mówimy sobie: „Tak, nie ma. Oczywiście żyjemy w matriksie”. Wszyscy się dobrze bawią tym matriksem, ale w gruncie rzeczy nie do końca przyjmują to do wiadomości. Większość z nas zapytana, czy stoi przed tobą kubek z kawą, herbatą, jeśli rzeczywiście stoi, powie: „Tak, on tu oczywiście stoi”.
O czym mówi Oliver Sacks? O tym, że człowiek to wprawdzie brzmi dumnie, ale człowiek to brzmi również niejednoznacznie. To, co my jesteśmy w stanie powiedzieć o świecie, to czasami, przynajmniej przy tych przypadkach, które przedstawia, jest bardzo ubogie, a czasami wręcz wykoślawione. Te słowa staną się bardziej jasne, kiedy wejdziemy troszeczkę w szczegóły. Ale rzeczywiście jest tak, że my przyzwyczailiśmy się do tego, że postrzegamy świat oczyma. Mamy jeszcze szereg innych zmysłów, ale tak naprawdę jaki jest świat, każdy widzi. Troszeczkę jak z tej dawnej encyklopedii. Jaki jest koń? Każdy widzi, nie ma co opisywać. Więc jaka jest nasza percepcja, odbiór tego świata?
Oczywiście o czym pisać. Jest taka, jaka jest. Czy coś, Wiktorze?
[12:18] - Może najpierw skomentuję twój stosunek do filozofii i tych zarzutów, że filozofia stawia pytania, po których właściwie niczego nie znajduje odpowiedzi. Otóż to nie jest cechą, którą filozofia powinna się szczycić, znajdowanie odpowiedzi, z bardzo prostego powodu: technologie znajdują odpowiedzi krótkoterminowe. Czyli jeżeli brak jakiegoś środka ciężkości albo równowagi w jakimś układzie, to waga, poziomica, matematyka szybko ten środek ciężkości znajdują i mamy problem załatwiony, technologicznie coś działa. Filozofia nie szuka odpowiedzi. Filozofia stara się zadawać pytania, które zrodzą nowe pytania.
[13:16] - Tak, tylko ja nie chciałbym, żeby to było odebrane w ten sposób, że filozofia to jest taka wariacka dziedzina, która nieustannie mnoży pytania i tylko tym się zajmuje. Nie, taki jest sens.
[13:27] - Nie taki.
[13:27] - Owszem, pytania filozoficzne stanowią podstawę do następnych pytań. Niemniej jednak nie tylko filozofia, ale też wszystkie nauki szczegółowe do tych pytań ciążą, te wszystkie nauki do tych pytań starają się w jakimś mniejszym, większym stopniu dawać odpowiedzi cząstkowe do tego. One, tak jak powiedziałeś, to są bardzo często takie odpowiedzi mające charakter tymczasowy albo przybliżający. Niemniej sens w tym wszystkim jest, bo to zresztą może wyniknie z dzisiejszej lektury, że czasami trzeba wiedzieć, jak postawić pytanie. To jest istota, bo czasami można w ogóle przejść obok problemu i nie zwrócić na niego uwagi. My to zresztą robimy, co Oliver Sacks nam bardzo skrzętnie udowadnia w książce.
[14:23] - Ja jeszcze się odniosę do tej książki i do swojego takiego patrzenia na rzeczywistość. Otóż tak naprawdę lubię rozgraniczać świat na świat filozoficzny oraz praktyczny. Natomiast jeśli chodzi o to, co ludzie mają do powiedzenia na temat rzeczywistości, to Bogiem a prawdą szanuję tylko i wyłącznie praktyków, którzy potrafią być również teoretykami. Oliver Sacks jest przede wszystkim praktykiem, jest lekarzem czynnie wykonującym swój zawód i tylko ktoś taki naprawdę może według mnie zadawać sensowne pytania teoretyczne.
[15:25] - On zresztą zaczyna od tego swoją książkę. Mówi o tym, że dotychczas neurologia, te wszystkie okoliczne nauki, w szczególności neurologia, nie widziała ludzi. Dla niej istniały przypadki. To jest przypadek tego, śmego, ale za tymi przypadkami, do tego momentu, kiedy Sacks pisał książkę, nie było ludzi. Co to tak naprawdę oznacza? Nikt nie interesował się schorzeniem. Czy on ma jakiegoś guza, glejaka, czy ma jakieś inne zmiany zwyrodnieniowe, czy jakiekolwiek inne zmiany w mózgu. To było istotne. Prawie nikt nie interesował się tym, jaki to jest człowiek, z czego to może wszystko wynikło, jaka jest przyczyna. Nikt nie interesował się historiami tych ludzi.
Autor książki uważa, że to wielki błąd. Tak jak powiedziałeś, on jest praktykiem i to nie praktykiem, który obserwuje pacjentów czy też ludzi dotkniętych jakimiś przypadłościami z daleka, przez lunetę, że on tam gdzieś ich widzi. Nie, on z nimi rozmawia. Co więcej, on nawet w książce przyznaje się do popełnianych błędów, do błędów, które w czasie tych rozmów, tych kontaktów z pacjentami robił. Sam się łapie na tym, że coś było głupie czy po prostu złe, źle zrobił. Ale taka jest natura człowieka, że popełnia błędy. On się do tego przyznaje, ale ważniejsze od tego przyznawania są wnioski, które nawet na podstawie swoich błędów później wyciąga. To jest moim zdaniem duża zaleta tej książki.
[17:26] - A dlaczego to jest zaleta? Bo tak jak mówiłeś, to punktowanie przypadków jako przypadków. Jeżeli ktoś ma schiza, to leczymy wszystkich na schiza czy jakąś inną. To nie ma sprawy. Masz wirusa, to masz wirusa. Nie ma sprawy. Leczymy hurtem wszystkich tak samo mniej więcej. Nagle się okazuje, że jeżeli podchodzimy indywidualnie do człowieka, to się otwiera taka głębia, taka przepaść przyczyn i skutków prowadzących do tego stanu, który na końcu my obserwujemy, że nagle robimy wielkie oczy i mówimy: eureka!
[18:15] - Tu jedno drobne sprostowanie, bo taki lapsus się tutaj pojawił.
[18:20] - Tak.
[18:22] - Autor nie zajmuje się chorobami psychicznymi, zostawia je psychiatrom. Jego interesują zupełnie inne schorzenia, pewne nasze dziwne zachowania wynikające z uszkodzeń szarej substancji, którą mamy za oczyma, między uszami. To go najbardziej interesuje. Zresztą odwołuje się w pewnym momencie na początku książki do tego, że społeczeństwo bardzo często nie rozróżnia tych dwóch stanów. Bo te osoby dotknięte schorzeniem neurologicznym bardzo często się zachowują dziwacznie. Tylko o ile w przypadku choroby psychicznej to dziwaczne zachowanie oczywiście ma swoje przyczyny, ale nieco inne są przyczyny tych dziwnych zachowań i warto o tym pamiętać. To bardzo wyraźnie autor podkreśla, że jego interesują jednak zmiany fizyczne, które następują gdzieś tam w naszej głowie i powodują przedziwne reakcje organizmu tego człowieka, z którym mamy do czynienia.
[19:34] - Te deklaracje Olivera Sacksa świadczą o tym, że on patrzy tutaj, w tym wypadku w sposób bardzo inżynieryjny. Szuka przyczyn w biochemii, w mechanice, w bardzo praktycznej materii. Chociaż rzecz dotyczy, Bogiem a prawdą, przede wszystkim naszej świadomości, naszego ducha niematerialnego.
[20:08] - Tak, ale on te pytania stawia, jak wzajemnie na siebie oddziałują te dwie części człowieka: duch i materia, materia i duch. Ducha można zastąpić czymkolwiek innym. Dla jednych to będzie dusza, dla drugich świadomość. Warto przy okazji wspomnieć, niby wszyscy to wiedzą, ale jednak warto sobie to przypomnieć, że co prawda już Grecy wiedzieli, że to, co mamy pod czaszką, jakoś związane z myśleniem jest, bo oni mieli wiele okazji do obserwacji. Wiele bitew się odbywało. Wiadomo, że jak ktoś dobrze w tą czaszkę dostał, to później się dziwnie zachowywał, tracił widzenie, tracił mówienie i tracił kilka innych. I skojarzyli, że to się jakoś ze sobą łączy, ale w starożytności czy w średniowieczu to nie była wiedza powszechna. Kojarzenie tego, że w naszej głowie jest taka maszynka do myślenia, oczywiście wiem, że są jeszcze inne teorie na ten temat, ale przyjmijmy, że jest tak akurat, jak to opisuje Sacks, że istnieje ta maszynka do myślenia, wcale nie było oczywiste dla wszystkich ludów. To się po jakimś czasie ukształtowało. W pewnym momencie to przyjęto.
Ale też, jak Sacks o tym pisze, zaczęto się tym zajmować troszeczkę od tyłka strony, bo jak stwierdzili, że jest ten mózg, to by trzeba mapę tego mózgu sporządzić. I tym się od dawna zajmowano. Jeszcze w XIX stuleciu usiłowano mapę mózgu sporządzić, czyli jakie części mózgu odpowiadają na przykład za to, że mówimy, że widzimy i tak dalej, że różne czynności się wykonuje. Co więcej, jak sobie państwo zajrzycie do podręczników czy do niezmierzonej Wikipedii, to tam znajdziecie też ślady tego podejścia, że mózg ma takie swoje obszary. Ten odpowiada za to, ten za to. Później jakby od tego nauka odeszła. To znaczy ona się trzymała tego, zresztą sam Sacks się posługuje pewnymi podziałami, że pewne obszary mózgu odpowiadają rzeczywiście za pewną naszą aktywność. Natomiast ktoś w pewnym momencie doszedł do wniosku, że to nie jest aż takie proste. Że ta mapa albo musi być trójwymiarowa, albo jeszcze nie wiem, jakiej analogii byśmy szukali. Bo to jest tak, że w mózgu odbywają się też procesy łączenia różnych informacji, przetwarzania, przechowywania i tak dalej, że owszem, da się pewne obszary wyróżnić, ale to jest takie rozmyte.
To nie jest takie oczywiste. Wiadomo, gdzie szukać, ale jakbyśmy mieli tę komórkę czy tę grupę komórek, które są za coś odpowiedzialne, próbować znaleźć, to byłoby raczej niepowodzenie. Troszeczkę inaczej to funkcjonuje. Nieco bardziej jest rozmyty ten model poszczególnych aktywności czy odpowiedzialności za naszą poszczególną aktywność. Ta mapa mózgu jako idea owszem, ale trzeba do tej mapy bardzo ostrożnie podchodzić.
[23:36] - Ta świadomość, że nie wszystko jest takie proste, trafiła również bezpośrednio do popkultury, Marku. Przypomnę wam wszystkim stary, dobry dowcip o Jasiu pod prysznicem. „Mamusiu, czy to jest mój mózg?” „Jeszcze nie, synku, jeszcze nie”. Ja mam wielu przyjaciół, których myślenie naprawdę z mózgiem nie ma nic wspólnego. Natomiast szczęście ciała, na której zwykle siedzą, ma bardzo wielkie relacje.
[24:12] - To oczywiście żart, ale oddający pewną rzeczywistość. Tak, to prawda. Oczywiście nie będziemy omawiać szczegółowo poszczególnych przypadków, które Sacks opisuje, ale warto wiedzieć, że Warto przebrnąć przez tę książkę, a na pewno powinni to zrobić ludzie, którzy mają ambicje literackie, bo Sacks w ponad 20 rozdziałach daje nam gotowe historie albo szkice historii do naszej twórczości literackiej. My oczywiście też naszkicujemy państwu, zarysujemy bez wchodzenia w szczegóły, gotowe historie postaci charakterystycznych, ale tak dziwne, że przyznam, że oczywiście o niektórych słyszałem wcześniej, zanim zacząłem lekturę, ale niektóre naprawdę mnie zaskoczyły, bo te przypadki się odwołują nie do wiedzy powszechnej, potocznej. One opisują pewną rzeczywistość, która nam, zwykłym zjadaczom chleba, jest niedostępna, ponieważ jeśli z naszą głową jest wszystko w porządku, to my tego nie doświadczamy. Ci ludzie, o których pisze Sacks, żyją w innej rzeczywistości. Ta inna rzeczywistość wytworzyła się w ich głowie na skutek uszkodzeń, zaników spowodowanych chorobą nowotworową. Pojawiają się w tej głowie deficyty. Deficyty, czyli ubytki tkanki w określonych miejscach. I nagle robi się dziwnie.
Co więcej, będę opowiadał za chwilę o kilku przypadkach, ktoś powie: „Ale to nieszczęśliwi ludzie”. Z jednej strony tak, bo nie są tacy jak spod sztancy, jak my wszyscy, nie są tacy sami. Ale z drugiej strony Sacks pokazuje, że to, że ci ludzie są inni, wcale nie sprawia, że są gorsi. Czasami ich postrzeganie świata jest dla nas, normalsów, fascynujące. Co więcej, ono jest czasami głębsze. Pewne rzeczy są nam niedostępne i to jest pewna cecha tej książki, która sprawia, że człowiek trzyma ją w ręku i chwilami jest mocno zadumany. Chwilami zadaje sobie pytanie: „Jak to? To świat nie jest taki normalny, jak ja go widzę szaokiem? Jest inny? Może być inny?
Co więcej, może być tak samo albo jeszcze lepiej eksplorowany przez te jednostki, które są chore?”. Przejdźmy do przykładów. To nie jest pierwszy przykład w książce, ale on mnie najbardziej zadziwił. Staruszek, bodajże 90-letni. Stwierdzono u niego, że chodzi coraz bardziej przechylony w bok. To odchylenie w bok było już tak mocne, że jak pisze Sacks, niewiele brakowało do utracenia równowagi, ponieważ ten środek ciężkości był tak przesunięty, że to musiało ewidentnie sprawiać trudność. Tymczasem ten staruszek o wysokim bardzo IQ w ogóle nie zdawał sobie sprawy ani nie czuł zmęczenia wywołanego tą nienaturalną pozą, nie czuł żadnych bólów. Co więcej, jego świat nie był przesunięty. On widział tak, jakby szedł prosto. Kiedy mu lekarz powiedział o tym, bohater, autor książki powiedział o tym, że nie był pierwszy, on powiedział: „Ale skąd?
Ja przecież chodzę normalnie”. Współczesna technika daje tę świetną możliwość, że można wszystko nagrać. Więc po prostu nagrano film z tego, jak staruszek chodzi. I wtedy staruszek uwierzył. Ale było to trudne do uwierzenia, ponieważ według niego chodził zupełnie normalnie. Był inteligentnym człowiekiem, więc przyjął do wiadomości to nagranie. Już nie kombinował w kierunku: „Sfałszowaliście nagranie, ja tak nie chodzę”, tylko przyjął do wiadomości i zaczął rozważać. Mówi: „Tak, ale skoro tak jest, to dlaczego ja właściwie funkcjonuję normalnie?”. Lekarz mu wyjaśnił, jak duże zdolności adaptacyjne ma mózg, bo to mózg jest odpowiedzialny za to, że mu odpowiednio odwracał obraz, że ten obraz nie był przekrzywiony, że on nie miał żadnych odczuć takich, że czuł, że coś jest nienormalne. Co więcej, on nie czuł swojego ciała, że ono jest wykrzywione.
Ale kiedy mu pokazano, jak stoi w lustrze, to się natychmiast wyprostował. Stał prosto. Co więcej, zaczął kombinować, jak to zrobić, żeby chodzić prosto, bo to na dłuższą metę mogłoby się dla staruszka okazać nie dość, że wywrotne, to jeszcze jakieś dodatkowe stany związane ze zwyrodnieniem kręgosłupa mogłyby zahaczać i tak dalej. Wymyślono rzecz mało oryginalną, powiedziałbym, że bardzo prostą. Najpierw kombinowano z tymi lustrami, ale trudno swój świat zamienić w świat lustrzany, w którym na każdym kroku staruszek spoglądałby w lustro, czy aby na pewno prosto chodzi. Dosyć wydawało się idiotyczne, szczególnie że jeśli ktoś chce wyjść gdzieś na zewnątrz, to trudno liczyć, że na każdym kroku spotka lustro. Problem, za chwilę jeszcze o tym powiem, polegał na tym, że on tak naprawdę nie czuł swojego ciała, nie czuł jego balansu, nie czuł w ogóle zmiany pozycji. Ktoś powie: niemożliwe. Może niemożliwe, ale w końcu lekarz z tytułami o tym pisał i mnie się to wydaje prawdopodobne. Co wymyślono?
Rzecz bardzo prostą, bo staruszek w pewnym momencie powiedział tak: „Czyli ja w swojej głowie utraciłem rodzaj poziomicy, która mnie wcześniej w jakiś sposób orientowała w przestrzeni”. Trudno było nie przyznać racji. Zresztą rodzaj takiej poziomicy, tu znowu cudzysłów postawmy, mamy w uchu wewnętrznym, mamy odpowiedni aparat, który za naszą równowagę odpowiada. Ale jeśli to wszystko uległo jakiemuś zwyrodnieniu, brakowi kontaktu, to trudno opowiadać, że tam to jest, ale nie działa. Staruszek myślał o prostych rzeczach, między innymi o tym, żeby do okularów domontowano coś w rodzaju poziomicy. I to pozwalało, ponieważ on pilnował tego, podobnie jak z lustrem, pilnował, żeby ta poziomica, ten bąbelek w tych poziomicy dołączonych do okularów jakieś kilkanaście centymetrów przed oczami, żeby on stał odpowiednio prosto. To on pilnował tego bąbelka, ale dzięki temu chodził prosto. Trochę to pokrętne, trochę jak z „Pomysłowego Dobromira”, ale działało.
[31:58] - Marku, zwrócę ci uwagę, że rasowy linoskoczek, ten z dawnych czasów, ale prawdopodobnie i dzisiejszy absolutnie, z całą pewnością nie potrzebuje żadnej poziomicy, żadnego kija, który pozwala mu łapać równowagę. To jest właśnie proteza wymyślona po to, żeby tego zawodu linoskoczka można się było nauczyć, nie mając tego zmysłu równowagi takiego, jaki mają ci, którzy po linach czy po krawędziach, po dachach chodzą, którym wystarcza zmysł równowagi, który dała nam przyroda.
[32:46] - Co więcej, niektórzy go mają zwielokrotniony. Oczywiście nie pamiętam nazw, ale cały czas mówi się o tym, że przy wznoszeniu wczesnych drapaczy chmur w Nowym Jorku pracowali na wysokościach, na tych stalowych konstrukcjach przedstawiciele pewnego indiańskiego plemienia, u których ten zmysł równowagi, ten strach przed przestrzenią, przed wysokością – jego nie było po prostu, oni go nie odczuwali. Inaczej, tak funkcjonuje nasz mózg. Niemniej to wszystko dotyczy pewnej dziedziny, a tutaj troszeczkę innej dziedziny, bo nie tylko tej równowagi, ale też odczucia naszego ciała. Bo co mówi Sacks? Że my mamy takie głębokie przekonanie, że mamy ileś tam zmysłów. Często się mówi, że nawet ktoś ma szósty zmysł i to są jakieś możliwości związane chociażby z prekognicją albo z jakimiś innymi cudownymi rzeczami. Sacks mówi natomiast: ale my mamy jeszcze inny zmysł, z którego na co dzień nie zdajemy sobie sprawy w ogóle, bo on jest dla nas jak oddychanie, jest czymś, czego nie rozróżniamy. Ten zmysł, tak najprościej opisując, to jest odczucie, poczucie więzi z naszym ciałem. Na co dzień go nie czujemy, ale kiedy go zaczyna brakować, to wtedy są takie przypadki jak chociażby u tego staruszka, ale znacznie bardziej wyjątkowe.
Bo opisuje Sacks przypadek kobiety. Jest rozdział, który się nazywa „Niewidzialna kobieta”, bo na skutek choroby nie o charakterze nowotworowym ta kobieta przestała czuć swoje ciało. Ona się czuła, jakby była niewidzialna. Przeskakując, oczywiście zanim zdiagnozowano, zanim to wszystko zbadano, wiesz, kiedy ona się czuła najlepiej? Kiedy wychodziła na dwór i wiał silny wiatr. Zrozummy, ona nie straciła czucia w rękach. Jak ktoś ją dotknął, to czuła. Ona nie odczuwała istnienia swojego ciała. Czym to skutkowało? Że ona, kiedy nie patrzyła na swoją rękę, to nie mogła tą ręką wykonać żadnej czynności.
Bo każdy z nas w tej chwili, ja mogę sięgnąć za siebie, poszukać jakiejś książki na półce i później bez patrzenia przenieść ją do przodu. Ona takiej rzeczy by nie mogła wykonać. Ona nie miała poczucia. Kiedy patrzyła, owszem, każda czynność była do wykonania. Kiedy nie patrzyła, jej ciało znikało. Takie przynajmniej mogła mieć wrażenie. A zatem wtedy, kiedy odczuwała na swoim ciele wiatr, to miała poczucie, że jej ciało istnieje. I znowu wyjście było bardzo proste. Trzeba było po prostu kobiecie stworzyć takie warunki, że jedynym wyjściem było to, żeby ona nauczyła się kontrolować swoje ciało patrząc na nie, bo tylko wtedy była w stanie wykonywać w miarę normalne ruchy. Bo to szło tak daleko, że chodzenie jest dla nas czynnością automatyczną.
My chodzimy po prostu. Ona musiała uważnie patrzeć na swoje nogi, żeby chodzić. Co dalej? Wszelkie czynności związane z jedzeniem. Ale to zostawmy. Ona nawet zaczęła mówić inaczej, ponieważ Mówienie to też jest czynność, którą my, zdaje się, wykonujemy bezwiednie. Szczególnie ja to mogę trajkotać na okrągło, ale ważną rzeczą w naszej wypowiedzi jest nie tylko to, co mówimy, ale w jaki sposób mówimy. Akcentowanie, dykcja albo jej brak, dodatki, które dodajemy do naszej wypowiedzi, głośniej, ciszej i tak dalej. Ta kobieta nie mówiła w ten sposób, ponieważ ona nie miała kontroli w tym momencie, kiedy zachorowała. Przestała mieć kontrolę nad ekspresją swojej mowy.
Mówiła troszeczkę jak robot na filmach SF, głosem syntezatora. Oczywiście znowu zaczęto jej uczyć. To wszystko jest do wyuczenia, ale nie da się powrócić do tego, co zniknęło. Chociaż Sacks w pewnym momencie pisze, że po tym przypadku niewidzialnej kobiety zaczął mieć do czynienia z przypadkami, które się zaczęły mnożyć, ale nie z tego samego powodu, z jakiego wystąpiły te objawy u kobiety, ale z powodu tego, że ludzie zaczęli żyć zdrowiej. Śmieję się troszeczkę, ale to były czasy, kiedy istniała jeszcze Europa Wschodnia i Europa Zachodnia. Ludzie w Europie Zachodniej zaczęli zażywać witaminy. Nie zawsze w postaci naturalnej, często w postaci tabletek. A wśród takich zażywaczy pojawili się z czasem lekomani, którzy wsypywali w siebie te tabletki hurtem. Co się okazało? Że jedna z witamin może spowodować u niektórych osobników takie oto skutki, że przejściowo co prawda, ale tracili poczucie więzi ze swoim ciałem.
Czucie mieli dalej, ale nie odczuwali tego ciała. Żeby je kontrolować, musieli na nie patrzeć. Albo patrzeć wprost, albo w lusterku. To było przedziwne, prawda?
[39:10] - Ja może zwrócę wam uwagę po tym przykładzie, bo wydawałoby się, że gołosłownie proklamowałem to, że ta książka jest aktualna i będzie aktualna bardzo długo. Również dlatego, gdyż problemy są jak najbardziej aktualne. Nawet ten z poczuciem własnego ciała jest coraz bardziej aktualny. Dlaczego? W wypadku człowieka można jeszcze dywagować sobie, jakie to ma źródło biochemiczne, chemiczne, psychologiczne, różne rzeczy. Natomiast my w dzisiejszym czasie nagle odkrywamy, że poczucie własnego ciała może z biochemią, z chemią, z jakąkolwiek mechaniką nie mieć nic wspólnego. A przykład? Poczucie własnego samochodu, Marku. To jest rzecz dokładnie bardzo podobna do poczucia własnego ciała. Znam kierowców, którzy nigdy nie nauczyli się, nie mają, że tak powiem, takiego poczucia własnego samochodu.
[40:30] - Poczekaj, bo pojawiło się coś ciekawego na czacie o 35. „Przyznam się szczerze, że nie czytałem tej książki. W zapowiedzi tej audycji było, iż dyskusja ma być o człowieczeństwie, ale w tej chwili rozumiem, że dyskusja będzie się tyczyła deficytów fizycznych i istnienia ich lub nie. Istnienie ich lub nie ma decydować, czy człowiek jest człowiekiem, czy też nie”. No nie, to nie tak. To nie o to chodzi, czy ktoś ma deficyt, czy nie, ale do tego posłuży mi historia, o której już wspominałem w poprzedniej audycji. Zobaczymy wtedy, jak te pewne ubytki, w tym wypadku deficyty, ale też nadmiary, o nadmiarach będzie później, wpływają nie na to, czy jesteśmy ludźmi, tylko na pewne pytania, jak to jest z tym człowieczeństwem. Otóż był sobie człowiek, który kiedy poznał go Sacks, był już człowiekiem starszym, po sześćdziesiątce. Sacks spotkał się z nim w swoim gabinecie. Wiedział oczywiście o nim już dosyć sporo, więc wiedział, że ten człowiek zatrzymał się w 45.
roku. Oni rozmawiali gdzieś chyba na przełomie lat 60. i 70. On się zatrzymał w 45. roku, kiedy służył w US Navy i był marynarzem. Uważał, że jest młodym człowiekiem. I tu błąd, do którego się Sacks przyznał. A w dodatku miał jeszcze jeden feler, mianowicie pamiętał wszystko, ale przez około pięć minut. Jego pamięć nie funkcjonowała normalnie. Pamiętał ze szczegółami wszystko do 45.
roku. O bracie, o wszystkim, o szczegółach. Później zapominał po pięciu minutach. I Sacks wtedy przyznał się do pierwszego błędu, kiedy już nie mógł się dogadać, bo ponad 60-latek tłumaczy mu, że jest młodym chłopakiem, który w US Navy i tak dalej. Dał mu lustro. Jak już nie było argumentu, dał mu lustro. Pacjent w tym lustrze zobaczył starego człowieka i przeżył szok poznawczy, to mu się w głowie nie mieściło. Kto to jest w tym lustrze? Przecież nie ja. Ale jakby ja, lustro.
Na szczęście po pięciu minutach już nie pamiętał. Nie było tego dramatu. Saks nie powtórzył tego błędu. Co więcej, co wiedział Saks o tym przypadku? Że to nie było tak, że w '45 roku ten facet pierdyknął się na okręcie w głowę i w związku z tym utracił zdolność zapamiętywania czegokolwiek. Nie, ten facet służył do połowy lat 60. w marynarce wojennej USA. Później został zwolniony i miał potężne problemy z piciem. Po prostu ulewał się w trupa do tego stopnia, że wcześniej czy później spowodowało pewne problemy właśnie w szarej substancji. Zaczęło się to w jakiś sposób degenerować i pojawiła się rzecz dziwna.
On wykasował część swojego życia. Wykasował do '45 roku. Co więcej, pojawiło się to przekleństwo pięciominutowej pamięci. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, ja nie kwestionuję człowieczeństwa tego pacjenta. Tylko można by się zacząć zastanawiać, jak to z nim było. Od innej strony. Człowiek, który pamięta wszystko przez pięć minut, mógł zagrać w grę, w kółko krzyżyk mógł zagrać i wygrać. Ale w szachy, chyba że były to szachy błyskawiczne z małym limitem czasu, było mu trudno zagrać, ponieważ on nie pamiętał początku partii, nie pamiętał, po co dane ruchy wykonywał. W związku z tym trudno mówić o jakiejś sprawnej grze w te szachy. Dalej, pytanie, czy ten człowiek mógł się zakochać?
Zostawmy zakochanie. Czy ten człowiek mógł się z kimś zaprzyjaźnić, nawiązać więź emocjonalną? Czy to się da zrobić w pięć minut? Nie wiem. Jak człowiek jest pożądliwy i kobieta mu się podoba, to być może rzeczywiście jakiś popęd może uruchomić czystą pożądliwość, ale nie zakochanie. Zakochanie jest procesem, podobnie przyjaźń. Ta beczka soli, o której się mówi, jest nie bez znaczenia. Trudno jest zostać w pięć minut czyimś przyjacielem. I tak dalej. Ten facet na skutek czy to swojego pijaństwa, czy też tego deficytu, który mu się pojawił, utracił jakby część swojego człowieczeństwa, swego ja.
Co nie znaczy, że ja kwestionuję jego człowieczeństwo, żebyśmy się dobrze zrozumieli. To w dalszym ciągu był człowiek. Tylko tu możemy zacząć stawiać te pytania, czym w istocie jest człowieczeństwo? Co o tym decyduje, skoro dla człowieka nawiązywanie więzi różnego rodzaju jest bardzo ważne, ale ten człowiek nie mógł nawiązać żadnych więzi. Jemu czasami jak echo coś się przypominało, kiedy na przykład mówi, że kiedyś wykonywał już podobny test z jakimś lekarzem, a był to test wykonywany tego samego dnia z tym samym lekarzem, tylko on go nie pamiętał. Ale gdzieś tam jakiś ślad pozostał i on pamiętał. Podobnie, kiedy lekarz pokazał zdjęcie wykonane przez astronautów Ziemi widocznej z Księżyca. On na początku to zakwestionował. To jest niemożliwe przecież. A później coś mu się, jakieś echo pojawiło, że on na początku lat 60.
w US Navy pływał w jakiejś misji, w której wyławiano coś z oceanu. Ale to było takie echo jak my czasami sobie coś wiemy, że gdzieś dzwoni, tylko nie wiemy, w którym kościele. To tak troszeczkę funkcjonowało.
[47:30] - Cały czas właśnie tutaj pobrzmiewa to pytanie gdzie zaczyna się i gdzie się kończy człowiek?
[47:36] - Tak, ale O-35 pisze: uszkodził szarą substancję, czyli znów chodzi o deficyt fizyczny, który wpływa na deficyt w sferze umysłowej. Owszem, tak, ale my sobie przełóżmy to na nasze zwykłe życie. Co decyduje o tym, że jesteśmy... Nie, złe słowo, to jest złe pokazanie tego. Nie, że jesteśmy człowiekiem, tylko zwykliśmy przyjąć, że człowiek ma określone pewne cechy swoje. On został nagle tych cech pozbawiony. Nie przestaje być człowiekiem, ale jednak jak złożona jest ludzka, ludzkie ja. To jest człowiek, któremu ukradziono część jego życia tak naprawdę. Sam sobie je ukradł. Dobrze, to może bardziej sprawiedliwie, sam sobie je ukradł, ale nie wiedział, jakie będą skutki tego.
Nie u każdego pijaka skutkuje to wykasowaniem pamięci, nie u każdego pijaka i to nawet ciężkiego pamięć zanika i pamięta się wszystko przez kilka minut. Owszem, są to uszkodzenia czysto fizyczne. Ale jednak one tak dalece oddziałują, moim zdaniem, tak dalece wpływają na osobowość człowieka, na to, co się z nią wiąże, że już pozwala nam to zastanawiać się, jak to jest z tym człowieczeństwem, z tym byciem człowiekiem. Zresztą to nie są tylko moje pytania. Tak naprawdę ja nieudolnie naśladuję w tej chwili to, o co pyta Sachs. On się nad tym zastanawia. Nie daje zresztą odpowiedzi. Ja też staram się nie dawać takich odpowiedzi, tylko zaczynam mieć te wątpliwości. Jakbyśmy to sprowadzili do parteru, to jest człowiek, który nie może nawiązać z nikim więzi. Żadnej.
Wyobraźcie sobie państwo swoje życie w takim oto stanie. Nikt nie jest wam bliski, nie macie bliskiej istoty, z którą możecie szczerze porozmawiać, której się możecie wyżalić, z którą wiąże was emocja różnego rodzaju. To jest jednak coś, co z naszego normalsowego punktu widzenia może mnie się wydawać straszne w gruncie rzeczy.
[50:06] - Z tego przypadku wyciągam jeszcze inne pytanie, dotyczące natury naszej pamięci. Z wielu przykładów, które Marek zacytuje, ja wyciągnę z książki Oliviera Sachsa, promieniuje pytanie na temat istoty naszej pamięci. A z tego przykładu wynika, że ona może być absolutna. Pamięć każdego człowieka może być absolutnie absolutna.
[50:48] - Sachs o tym pisze też.
[50:50] - Tak. Tylko doskonały nie będzie czytnik, którym się posługujemy przy odczytywaniu własnej pamięci. Jedni go mają bardzo nowoczesny, drudzy mają 2.0, a trzeci mają jeszcze jakieś...
[51:14] - Sachs opisując ten przypadek pyta, oczywiście nie udziela odpowiedzi. I to, że jej nie udziela, to bardzo dobrze, że jej nie udziela. Ale pyta, czy ten człowiek ma duszę, czy też dla tych, którzy o duszy nie chcą słyszeć, czy ma duchowość, czy ta jego osobowość jest pełna, skoro te deficyty fizyczne powodują takie deficyty w jego ja. Każdy sobie będzie musiał odpowiedzieć.
[51:45] - Tu akurat nie widzę specjalnie powiązania i nie widzę problemu, bo nie widzę powiązań między duchowością a umysłowością czy fizycznością.
[51:59] - Nie! Facet, jeśli chodzi o inteligencję, to był inteligentny człowiek. To właśnie o to chodzi, pamiętasz, kiedyś rozmawialiśmy o sztucznej inteligencji. Inteligencja i to coś jeszcze. Bo my nie jesteśmy chodzącą inteligencją tylko i wyłącznie. Człowiek jest nieco bardziej skomplikowany. Inteligencja to nie wszystko. Jest jeszcze nasza osobowość. A jeśli w tej osobowości pojawiają się rysy i pęknięcia, bo to nie inteligencja decyduje o tym, że jesteśmy człowiekiem. Coś więcej decyduje o tym.
A jeśli się z tym pojawiają problemy, to dlatego się pojawiają pytania. Na szczęście bez odpowiedzi, bo próby odpowiadania na te pytania mogą sprawić, że pojawi się coś takiego jak w Trzeciej Rzeszy, że właściwie wszystkich z deficytami wszelkiego rodzaju należy po prostu usuwać, bo są niepotrzebni. A jeszcze nie daj Boże mogą się rozmnożyć, to w ogóle nieszczęście. A więc dosyć radykalnie. Zresztą to nie tylko Niemcy, kilka innych krajów bardzo nowoczesnych i podchodzących postępowo do tych problemów również zajmowało się, może nie fizycznym likwidowaniem, ale niedopuszczaniem do rozmnażania się tego rodzaju osobników.
[53:25] - Chwała Bogu, rozmnożyłem się trochę wcześniej, ale przypomnę przykład, z którym nie wiem, czy to kiedyś w audycjach naszych wypaliłem czymś takim. Otóż ja miałem taki okres, kiedy oślepłem. Byłem człowiekiem przez pięć lat praktycznie biorąc ślepym. Widziałem na ulicy w nocy jakieś tam zamglone światła samochodów i tak dalej. Skąd się wzięła ta ślepota moja? Otóż ślepota moja wzięła się z moich założeń filozoficznych. Otóż ja w pewnym momencie w swoim życiu przestałem akceptować pewien fragment swojego życia. To, co się wokół mnie zawiązywało, to nie mogło istnieć, nie mogło być prawdą, to nie mogło istnieć. Organizm zareagował natychmiast. Oślepił mnie, żebym nie miał problemów psychologicznych z tego.
Kiedy wyszedłem po pięciu latach ze stresu, okazało się, że widzę do dnia dzisiejszego bardzo pięknie i bardzo dobrze. Natomiast w jaki sposób moje nastawienie psychiczne wpływało na moją kondycję fizyczną w sposób Zupełnie materialny taki i tak dalej. Oliver Sacks też mógłby mieć mnie jako przykład.
[55:08] - W pewnym momencie tej książki pojawia się przykład człowieka, który na skutek znowu jakiegoś fizycznego uszkodzenia utracił węch. I to nie na poziomie umysłu czy mózgu, tylko gdzieś wcześniej. Ten nabłonek, którym tak naprawdę wciągamy w paszczę i nie tylko ewentualne zapachy, uległ degeneracji. I świat tego człowieka się bardzo zmienił. To jest oczywista oczywistość, że przestały mu różne rzeczy smakować. Świat jakby był inny. Nie było mu dobrze w tym świecie, ale to taki drobiazg. Po kilku tygodniach zapachy wróciły. Zdziwił lekarzy, bo oni jednoznacznie stwierdzali, że on nie może czuć zapachu. Może różne rzeczy, ale zapachu czuć nie może.
A jednak jego świat wrócił do normalności, bo kawa znowu nie tylko pachniała kawą. Życie pachniało tak, jak należy. Co stwierdzono? Mówiłem wtedy o tych ośrodkach i o tej mapie mózgu i o tym, że to nie jest takie proste, że ten człowiek po prostu... Mamy różne wspomnienia. On zaczął mieć wspomnienia węchowe. Jego mózg przypasowywał do danej sytuacji wspomnienia i świat odzyskał zapachy, ale to były tak naprawdę wspomnienia. Świat się uczynił normalnym.
[57:00] - Cudowny patent. Będę musiał, jak będę jadł współczesny bigos, przypominać sobie, jak smakował bigos mojej babci. Będzie cudownie na świecie znowu. Tak, bardzo chętnie. Piękny przykład.
[57:16] - To ja poczytam. Powiem tak, o 35 pisze: „Moim zdaniem, jeśli chodzi o człowieczeństwo, to inna książka powinna być dzisiaj wyjściem do dyskusji, a mianowicie Sapiens: Od zwierząt do bogów”. Bardzo przepraszamy, ale jednak chcielibyśmy porozmawiać o książce Sachsa, bo też nam się wydaje ciekawa. A ta propozycja, czemu nie, będziemy się musieli jej dobrze przyjrzeć. Natomiast nie wiem, czy jedna książka zastępuje drugą i czy jedna jest lepsza czy gorsza. Tego bym się nie podjął.
[57:49] - Tym bardziej że my bardzo krążymy wokół tematu i zbliżamy się powoli do tego, żeby rzeczywiście to pytanie o człowieczeństwo wynikające z tej książki zabrzmiało.
[58:05] - Tu jeszcze jest mowa o tym, że poleca autor. Dziękujemy. Już powiedziałem, że pewno się nią zainteresujemy. Niestety nie w najbliższym „Bibliotekarium”, bo to już mamy zaplanowane, pewno też nie w następnym, bo też jest zaplanowane, ale na pewno się pozycją zainteresujemy, bo nawet sam tytuł Sapiens: Od zwierząt do bogów brzmi ciekawie i brzmi prowokująco. Natomiast proponuję się tej dzisiejszej książce przyjrzeć jednak pod tym kątem, że będziemy dalej mnożyć te przykłady, że my, przyzwyczajeni do naszego obrazu świata, jesteśmy skłonni przyjmować, że on jest jedyny właściwy. Myślę, że w pewnym momencie pokażemy, że pewnie tak, ale są inne obrazy świata, wcale nie gorsze, wynikające rzeczywiście z kompensacji deficytów, ale pokazujące też ten świat troszeczkę inaczej. Dalej. Tu ciekawa uwaga: „A może to nie ciało ma duszę, tylko dusza ma ciało?”. Semantyczny moim zdaniem problem, który zgłaszało. A może nie tylko semantyczny, może znacznie głębszy.
Może umysł nie równa się dusza? Może tak. Gotowy jestem to przyjąć. Musimy się jakimś językiem posługiwać. Musimy, żeby nie stosować nieustannie definicji, przyjmijmy jakiś język, że obracamy się, on jest niedoskonały. Natomiast te uwagi zgłaszane przez Woo jak najbardziej przyjmuję. o 35: „Woo, to jest temat bardzo teologiczny, raczej nie filozoficzny.” o 35: „Wielu teologów nad tym toczyło dyskusje i nadal dyskutuje”. Pewnie tak. I pewno temat nie na dzisiaj. Cóż jeszcze chciałem powiedzieć à propos tego węchu, tego wyobrażenia węchu.
Podaję też przykład człowieka, i to jest pewna zmiana obrazu świata. Podaję przykład człowieka, który zaczął rozpoznawać świat, w którym węch człowieka, psa powiedzmy, zaczął dominować nad innymi zmysłami. Człowieka, który rozpoznawał ludzi po zapachu. To czasami nie jest trudne, szczególnie w autobusach bywa dosyć powszechne, ale nie trywializując, on po prostu perfekcyjnie rozpoznawał tych ludzi. Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy zaczął rozpoznawać po zapachu dzielnice miast, ulice, określone miejsca. To wszystko miał zapach. Zaczął postrzegać świat, dominującym zmysłem był węch. My jesteśmy przyzwyczajeni jednak do innej struktury poznawczej, którą większość z nas dysponuje. U niego węch był dominujący i ten świat był inny. On go próbował opisywać, ale to jest troszeczkę tak, jakby opisywać kolory niewidomemu od urodzenia.
To jest dosyć trudne, jeśli w ogóle możliwe. Wróćmy jeszcze do przykładów, które Sachs podaje, bo tam jest szereg takich problemów. O tej inteligencji mówiliśmy. Bliźniacy to bliźniacy, więc bliźniacy z inteligencją na poziomie 60 IQ, którzy zawsze byli razem, zawsze rozmawiali ze sobą, wymieniali się myślami i bawili się w niezwykły sposób. Kiedyś to autor książki podsłuchał. Później stał się uczestnikiem tych zabaw. Oni siedzieli na murku. Albo jeszcze nie. Zanim o tym murku, to powiem o pewnym wydarzeniu, które zwróciło uwagę tego autora. Otóż w pewnym momencie w pobliżu tych bliźniaków spadło pudełko zapałek.
Znacie państwo ten motyw, między innymi w „Raymanie” się coś podobnego pojawiało. Spadło pudełko zapałek i rozsypały się te zapałki. Oni po dźwiękach poznali, że jest ich 111. Tego rodzaju przykładów jest sporo. Ale co zwróciło uwagę? Bardzo szybko zaczęli też mówić: 37, 37, 37. A co? Jak po analizie wyszło, to są liczby pierwsze. Oni tę liczbę 111 rozpoznali przez powtórzone trzy razy 37. I to się wydało dziwne, więc zaczął się im przyglądać, a właściwie bardziej przysłuchiwać i odkrył, że jedna z zabaw dzieciaków, które nie potrafiły wykonywać prostych działań matematycznych, dodawanie, odejmowanie to w ogóle była abstrakcja kompletna.
Wiedzieli, że są liczby, ale czym się zajmowali? Siedzieli na murku i wymieniali się. Jeden z nich mówił pewną liczbę ośmiocyfrową, a drugi mu odpowiadał. Tak się przerzucali tymi liczbami. Autor zaczął je notować i bardzo szybko. Też był kiedyś zainteresowany matematyką, pewnymi tajemnicami matematyki. Odkrył bardzo szybko, że te ośmiocyfrowe liczby to są liczby pierwsze. Oni je po prostu znajdowali kolejną i kolejną, i kolejną, i kolejną. Oni je widzieli. Nie wiadomo, jak to robili, bo jednak ten poziom 60 IQ na poziomie tym zwykłym, takiej zwykłej operacji, którą mogliby dokonywać, wydawał się, a jednak widzieli te liczby.
Co więcej, on postanowił zrobić próbę, ponieważ jak powiedziałem, interesował się matematyką, więc miał swoje notatki z dzieciństwa i pewnego razu podszedł do nich i rzucił cyfrę, ale bodajże dziewięciocyfrową, też pierwszą. Oni natychmiast się bardzo ucieszyli, odpowiedzieli mu kolejną i kolejną. On dorzucił kolejną i nawiązali bardzo dużą więź z badającym. Tylko on pewnej rzeczy nie przewidział. Oni bardzo szybko odkryli, że w takim razie są następne liczby i przeszli na dziesięciocyfrowe i kolejne też sobie przerzucali. To wymagało pewnego zastanowienia. To troszeczkę trwało, ale oni je znajdowali bezbłędnie dosyć. Na tym poziomie jeszcze mógł stwierdzić, bo miał notatki. Ale kiedy się pojawił bodajże następnego dnia, oni już byli na poziomie 12-cyfrowych liczb. Tu już nie miał notatek, nie miał jak sprawdzać.
Mógł na bieżąco to sprawdzać, ale nie mógł z nimi wejść w interakcję, czyli nie mógł podawać kolejnej w tej przeplatance. W związku z tym odpadł z gry. On się zastanawiał po prostu, jak to wszystko funkcjonuje. Bo zdecydowanie oni nie wykonywali żadnych działań. To nie było tak, że on sobie się zastanawiał, uniósł wzrok i pyk! Nagle tą następną liczbę znajdował. Tym bardziej że nie ma żadnego sposobu, nie ma jakiegoś algorytmu, takiego umysłowego algorytmu na znajdowanie liczb pierwszych. W ogóle zaczął się interesować ich historią i się okazało, że ci 60-IQowcy — to zresztą rzeczy często pokazywane w cyrkach, bo to się wydaje takie niesamowite — potrafili podać 40 000 lat w przód i 40 000 lat w tył, jaki danego dnia przypada dzień tygodnia. Co więcej, podawali też, kiedy przypada w danym roku święto Wielkiej Nocy, w jakich dniach i tak dalej, i tak dalej. I znowu to nie było tak, że oni dokonywali obliczeń, bo sobie można wyobrazić, że ktoś ma tę maszynkę na tyle sprawną.
Z tego, co podaje Sachs, oni to po prostu widzieli. Trudno pewno sobie na tym poziomie naszym to wyobrazić, ale oni to widzieli.
[01:06:54] - Nie tak trudno. Według teoretyków matematyki liczby pierwsze układają się, że tak powiem, tworzą wierzchołki Pewnego kryształu, struktury krystalicznej. Wystarczy dostrzegać wierzchołki, żeby dedykować wzdłuż następnej krawędzi następne.
[01:07:19] - Bardzo fajna i filozoficzna uwaga o 35. Muszę ją zacytować. Filozofia mnie zobowiązuje. „Jeśli chodzi o mózg, najważniejszy organ w ciele człowieka, który decyduje o działaniu zmysłów i działaniu organów człowieka. Ale mało kto zdaje sobie sprawę, że przez całe życie człowiek znajduje się w całkowitej ciemności, nie odczuwa bólu, a wszystko, co odczuwamy, jest tylko jego interpretacją”. Z tą ciemnością to tak zależy, czy mówimy o samym mózgu, czy nie. Nas otacza coś jednak naokoło. Dobra, nie wchodźmy w to.
[01:08:05] - Może załatwię jeden problem, który chciałem w tej audycji.
[01:08:08] - Gdzieś tam do Leibniza dochodzimy, ale to nie o to chodzi tak naprawdę.
[01:08:11] - Poczekaj. Po pierwsze, skąd się wzięło nasze życie i jak na tego. Omawialiśmy już to, wiele artykułów na ten temat napisano, szczególnie ostatnimi laty i tak dalej. Kiedy pojawił się zmysł wzroku w taki sposób totalny? Ten totalny zmysł wzroku pojawił się wtedy, kiedy pojawiła się przezroczystość atmosfery, zadymionej w czasach dinozaurów, jeszcze bardzo potężnie zanieczyszczonej wyziewami naszej kochanej staruszki Ziemi. Kiedy przebiło się słońce przez atmosferę i dotknęło jeszcze tylko powierzchni oceanów, kiedy się ocean zaczął klarować, że tak powiem, i ewolucja znalazła patent, zwykły patent, najlepszą rzecz do przenoszenia informacji z prędkością światła, jakby nie było, czyli posługiwanie się wzrokiem. Przedtem wzrok był jednym z wielu równorzędnych, tak samo jak węch, smak, słuch i tak dalej, zmysłem. Był jednym z wielu. Kiedy czystość powietrza, a przede wszystkim oceanu stała się doskonała, praktycznie biorąc pojawił się totalny wzrok jako preferencja i my jesteśmy ofiarą tego genialnego odkrycia przyrody, Marku.
[01:09:55] - Być może.
[01:09:57] - To genialne olśnienie jest równocześnie pewnym oślepieniem. To oślepienie oślepiło nam wszystkie inne zmysły.
[01:10:08] - Poczekaj, bo jeszcze raz przeczytałem notatkę o 35 o tym mózgu i włączył mi się zmysł filozoficzny. I wreszcie teraz rozumiem, o co chodzi, bo faktycznie ta szara substancja jest zamknięta w głowie i tam jest w gruncie rzeczy ciemno. Jak ma być? Ciemno, ciasno, ciepło. Rzeczywiście wszystkie nasze zmysły, bo przecież jak my na coś patrzymy okiem, to my nie wciągamy do naszego umysłu tego czegoś. Tylko coś dotyka nas, jakiś foton uderza w nasze oko, tam następuje wzbudzenie, dostajemy sygnał i tak naprawdę to mózg interpretuje. Tak to rozumiem. Ale okej, w ten sposób działają zmysły, że mózg właściwie wszystkie bodźce, które dostaje, dostaje za pośrednictwem. Nasz umysł nie wciąga przecież niczego. Nie mamy trąbki takiej nadwymiarowej, która w umysł wciąga obraz.
Nie.
[01:10:57] - Zaraz. Ale ewentualny zmysł elektromagnetyczny może się posługiwać czymś takim jak radar czy echosonda.
[01:11:08] - Ale to i tak mózg musi obrobić te informacje.
[01:11:11] - Może tak. Natomiast najpierw to mózg wysyła sygnał po to, żeby coś wiedzieć.
[01:11:18] - Nie, raczej go odbiera i interpretuje.
[01:11:21] - Najpierw wysyła sygnał, odbicie odbiera.
[01:11:25] - Nie, przecież my nie mamy w głowie radaru.
[01:11:28] - A kto ci powiedział, że nie?
[01:11:30] - Dobrze, ja nie mam. W każdym razie nie stwierdziłem jego obecności.
[01:11:33] - Ułomny.
[01:11:34] - Ja zawsze byłem ułomny. To jest rzecz oczywista. Natomiast tak rozumiem i tu się w pełni zgadzam. Zresztą to od dawna nurtowało filozofów, na ile świat, który my postrzegamy, jest rzeczywisty. I dlatego między innymi ta dzisiejsza audycja i to, że świat można postrzegać inaczej, że świat można odbierać, obraz tego świata jest dla innych zupełnie inny. I tu na przykład sfera artystyczna. Otóż opisuję przypadek człowieka, którego sensem, interpretacją świata był śpiew. Stworzył sobie taką protezę. Znowu, tak jak o 35 pisał, pojawił się u niego deficyt związany z narastaniem wielkiego nowotworu. I w pewnym momencie ten człowiek przestał rozpoznawać twarze swoich studentów, w ogóle przestał rozpoznawać twarze.
Miał z tym duże kłopoty. Kompensacja nastąpiła w taki sposób na początku, że on nie rozpoznając, zaczynał zapamiętywać inne charakterystyczne sprawy i charakterystyczne zachowania. Zaczął ich poznawać po ruchach. Zaczął być na to czuły. Na to, na co normalnie nie jesteśmy specjalnie czuli, rozpoznając twarze. Ja nie będę zapamiętywał charakterystyki Ponieważ postrzeże ogólnego człowieka, ponieważ dla niego wszystkie twarze były takie same, zaczął zapamiętywać zachowania, modulację głosu, specyficzne zwyczaje, które każdy z nas ma. Po tym się da nas również rozpoznać. Specyficzne zachowania. Tym sobie to kompensował i to mu całkiem nieźle szło, dlatego się długi czas maskował, ale w pewnym momencie jego mózg zawieszał się, przestawał odbierać informacje. Widocznie nie były interpretowane, ponieważ wydawały się zbyt proste, zbyt statyczne.
Nie mam dobrego słowa. Nie jestem specjalistą od tych spraw, o których przyszło mi dzisiaj mówić. Raczej się posługuję językiem wyczytanym trochę u Sacha, ale ponieważ to nie jest mój język, w związku z tym mogę kaleczyć jednak. W każdym razie przestał dobrze odbierać ten świat, bo on był rozedrgany, nieuporządkowany, więc on go zaczął porządkować. Zaczął go porządkować śpiewem. Tam jest piękny fragment, kiedy on przy każdej czynności życiowej nucił. Inną melodię miał do śniadania, inną melodię miał do ubierania, inną melodię miał do chodzenia do pracy, do wracania z pracy. Tam jest piękny fragment, kiedy Sachs pisze, że to jego bohater nucił właśnie ostatni kawałek tortu. Miał melodię na każdą okazję. Znowu ktoś powie: „Właściwie zachowywał się dziwnie”, ale to był jego sposób porządkowania informacji o świecie.
Zobacz, jak plastyczny bywa umysł, jak potrafi pewne rzeczy kompensować.
[01:15:08] - Ale właśnie.
[01:15:10] - Tak, tu pisze o 35. O tym, że zawsze się znajduje w ciemności. To już mówiłem, to prawda. A jest skazany na odbiór za pośrednictwem zmysłów. Wpadłem, tylko musiałem sobie zmysł filozoficzny włączyć, przepraszam za małą czujność. Nie czuje bólu. Nie, mózg nie czuje bólu. Mózg go tylko interpretuje za pośrednictwem. To prawda, to wszystko prawda. Przepraszam, że byłem za mało czujny na początku.
Mów, proszę.
[01:15:42] - Ja będę bez przerwy wracał do tematu tej całej audycji, do istoty człowieczeństwa, do poszukiwania tej istoty człowieczeństwa. Ta książka bez przerwy wskazuje, pokazuje, że człowiek może funkcjonować w zupełnie inny sposób niż to nam dyktuje przeciętność. Tu nie chodzi o żadną ułomność, ale wręcz inny sposób funkcjonowania. I w tym momencie, czym jest w takim razie człowieczeństwo? Gdzie się zaczyna ten człowiek? Gdzie się kończy? Tej odpowiedzi nigdzie jak na razie w życiu nie znalazłem. Nie mam zielonego pojęcia.
[01:16:30] - Nie, ja też nie. Może my zapowiadaliśmy, że dzisiaj będzie o istocie człowieczeństwa, to może trochę na wyrost, ale bardziej pytania o istotę człowieczeństwa, bo Sachs je stawia. Na szczęście na nie nie odpowiada. I to jest duża zaleta tej książki, że na nie on nie odpowiada. My też nie będziemy na nie odpowiadać. Pojawiła się ciekawa uwaga. Paweł Karczewski: „Mózg jest wykonawcą świadomości. Świadomość jest decydentem”. Tak, można przyjąć taki obraz, tylko trzeba sobie zadać też pytanie: ale czy świadomość jest funkcją mózgu?
[01:17:07] - Właśnie.
[01:17:07] - Czy też nie? Mówiąc prościej, czy świadomość jest mieszkanką tej szarej substancji, czy też jest zupełnie gdzie indziej, poza nami na przykład?
[01:17:19] - Tego cały czas nie wiemy.
[01:17:20] - Nie, tego oczywiście nie wiemy, ale o to chodzi, żeby się nad tym też zastanowić, bo to wbrew pozorom nie jest takie proste. Coś mówiłeś, przerwałem cię oczywiście.
[01:17:33] - Nie, ale teraz to mi tak wpadło, że może nasze poczucie ciała, to, o czym Oliver Sacks pisze, poczucie ciała utracone w jakimś przypadku pokrywa się w jakiś dziwny sposób z naszym utraconym poczuciem ducha. Po prostu jedni go czują, a inni nie.
[01:18:05] - O 35. To ja mam w takim razie również zarąbisty deficyt, bo ja dopasowuję głos do twarzy danego człowieka, czyli poznaję ludzi po głosie. Ja też. Więc mamy deficyt razem. Tylko to nie o to chodzi.
[01:18:24] - Ja mam zwykły deficyt informatyczny, że tak powiem. Normalnie człowiek powinien rozpoznawać we współczesnej cywilizacji człowieka. Po czym? Po imieniu i nazwisku. Ja niestety nie rozpoznaję ludzi po imieniu i nazwisku, gdyż ta pamięć jest dla mnie absolutnie nieistotna. Też rozpoznaję ludzi po zachowaniach tak jak ten człowiek, gdyż one są ważne. Jak poznaję człowieka, próbuję postrzegać intonację jego głosu po to, żeby zrozumieć, jaki to jest człowiek. Nazwisko dociera do mnie na ostatnim miejscu.
[01:19:04] - Do 35 jeszcze raz. Ja też, jak rozmawiam z kimś przez telefon, to go poznaję po głosie. Tylko to chodzi o troszeczkę inny poziom. Ten facet rozpoznawał ludzi po głosie nie na tym poziomie. Nie dało się go tak naprawdę oszukać. Można było naśladować głos i to trzeba by zrobić mistrzowsko. To nie o to chodzi. My ze swoim wzrokiem i tym, że oczywiście poznajemy ludzi różnych po głosie, nawet jak go nie widzimy, to jednak dalibyśmy się oszukać. Ten zmysł przeważał w pewnym momencie u niego. To było dziwne.
Czy mamy deficyt?
[01:19:47] - Zaraz, Marku, weź w tej chwili przytocz przykład o wariatach, którzy się nieźle śmiali przy przemówieniu prezydenta.
[01:19:55] - Tak! To też ważna rzecz. My sobie z wielu rzeczy, które mamy dane na co dzień, nie zdajemy sprawy. Przykład: lekarz w pewnym momencie, w jednym z ośrodków, w których przebywał, w telewizji puszczano przemówienie prezydenta. Autor książki litościwie zmilczał, jaki to prezydent przemawiał. Pewno dobrze, że to zrobił, bo to by mogło być okrutne. Więc przemawiał prezydent, oczywiście Stanów Zjednoczonych. I co robili ci chorzy? Turlali się ze śmiechu prawie. Śmiali się do rozpuku.
Dlaczego? Część z nich w ogóle nie rozumiała, co on mówi, bo to był taki poziom u niektórych. Ale mimo wszystko się śmiali do rozpuku. Część rozumiała i tak się śmiała. Dlaczego? Ponieważ część z nich rozumiała to tak, jak on mówi, obcze im było interpretowanie jego dźwięków, jak się zastanawiał, jego mimiki, jego gestykulacji, jego podwyższania, zniżania tonu i tak dalej. W ogóle to nie istniało dla nich.
[01:21:17] - Showbiznes do nich nie docierał.
[01:21:19] - Oni odbierali, część z nich odbierała to, co on mówi, dokładnie. I nie dawali się nabierać na to, stwierdzali, że to bzdury są kompletne. Tymczasem my, inteligentni, ci lekarze, którzy dawali się na to nabrać. I tu Sacks o tym pisze, że po prostu staną jak wryty, bo się okazuje, że ta nasza otoczka cywilizacyjna, ta otoczka kulturowa, która w nas siedzi, czasami nie pozwala nam rozpoznać zwykłego kłamcy.
[01:21:51] - My wąchamy kadzidło zamiast rozpoznać ewidentnie człowieka, który kłamie.
[01:21:58] - Kłamie czy też nadinterpretuje. Część rozumiała, ale brała to literalnie. Część z nich nie rozumiała, ale z kolei interpretowała mimikę i też odnajdywała w niej fałsz. Po prostu on odpowiednio zagrał. Dlatego mówię, że litościwie autor nie podał nazwiska prezydenta, bo tam właściwie wszystko było na śmietnik: i treść, i mimika, i wszystko rozbawiało tychże chorych, bo oni inaczej na to wszystko patrzyli.
[01:22:28] - Zgadza się. Oni posiadali umiejętność, której na przykład bardzo często nie posiadają kobiety, kiedy mężczyzna mówi do niej, że ją kocha. Gdyby miała ten zmysł, to by parsknęła śmiechem. I to się zdarza, nie? Natomiast zwykle ta naiwność cywilizacyjna natychmiast otwiera ramiona.
[01:22:51] - Wiesz co, ale są też, żeby już tak było trochę sprawiedliwie, są też mężczyźni, którzy wystarczy, że kobieta kiwnie palcem, a on już planuje, jaki zbuduje dla niej dom, ile będzie miał z nią dzieci i gdzie spędzą emeryturę. Są też tacy. My w ogóle jako ludzie, ta nasza nadbudowa czy ta nasza otoczka kulturowa sprawia, że w przeciwieństwie do tych osób, które opisałem, które się śmiały z przemówienia prezydenta, my dobudowujemy do tego wszystkiego, stworzymy świat, którego nie ma. Oni odbierali ten świat wprost. A zatem tu jest kolejne pytanie: a co w gruncie rzeczy byłoby dla nas jako dla ludzi bezpieczniejsze? To, że się dajemy wpuszczać w maliny PR-owcom różnym, spin doktorom i tak dalej, którzy kręcą. Proszę państwa, mamy w tej chwili czas wyborczy. W politykę się bawić nie będziemy i obojętnie, na kogo państwo głosujecie.
[01:23:53] - Na to samo wyjdzie.
[01:23:55] - Ale nie, w ogóle przyjrzyjcie się państwo. Nie mamy szans, tak jak ci ludzie przed telewizorem. Ale zobaczcie, co ci ludzie, którzy mówią do nas z okienka albo z radia, wygadują. Jak to jest w gruncie rzeczy nadbudowane. I to mówię zupełnie naprawdę. Politycy to są mistrzowie gry. Może czasami warto by się jednak o jakiś deficyt postarać.
[01:24:24] - Zgadza się.
[01:24:25] - Bo ten deficyt otwierałby nam oczy w gruncie rzeczy. Bo ta nasza kultura, to wszystko, co dostaliśmy wraz z wychowaniem, zasłania nam oczy w gruncie rzeczy.
[01:24:38] - Tak jak powiedziałem, oślepia nas.
[01:24:40] - Tak, zdecydowanie. Wrócę jeszcze do tego wyśpiewującego swoje życie, swój czas, bo tam też przypadek artystyczny. Doktor, który pisał książkę, miał okazję prześledzić, ponieważ wśród wielu zdolności ten człowiek był również jakoś ukąszony przez sztuki plastyczne i przez całe życie malował. I lekarz miał okazję prześledzić jego drogę twórczą od pierwszych obrazów, które były bardzo takie wprost, naturalistyczne, prawie jeden do jeden. Mało tam było Jakiegoś artyzmu. Proste to było, prawie fotografia. Później przechodził przez różne dzieje. Jakbyśmy śledzili na osi czasu, to plastyka się rozwijała. To był impresjonizm, jeszcze jakieś inne kubizmy i tak dalej. I to rzeczywiście dałoby się prześledzić, a na końcu pojawia się kompletna abstrakcja zahaczająca właściwie o chaos.
I kiedy lekarz zwrócił na to uwagę, żona tego pacjenta oburzyła się. Dla niej to była postępująca droga artystyczna męża. W interpretacji lekarza, specjalnie podkreślam słowo „interpretacji” lekarza, było to tymczasem odwzorowanie tego, jak przestawał radzić sobie z postrzeganiem świata. I teraz pytanie: czy da się to przerzucić na twórców, plastyków? Ja z plastyką w życiu miałem mało do czynienia, do dzisiaj jak rysuję cokolwiek, to małe dzieci się ze mnie śmieją. Ty rysowałeś w życiu, więc jak to jest?
[01:26:43] - Przede wszystkim, jak dzisiaj mówiłeś, że sztuka, że tak powiem, przeszła wielkie, wspaniałe przeobrażenia od naturalizmu po jakieś subtelne przekształcenia i tak dalej. I my jesteśmy zachwyceni tą cywilizacją, która nagle, że tak powiem, przez 2000 lat tak pięknie wyewoluowała, że już teraz mamy takich artystów pełną gębą. To, za przeproszeniem, to samo można znaleźć w każdej jaskini neandertalskiej albo wczesnego homo sapiens. Cholera wie, kto to w końcu malował. Otóż nie potrzeba żadnych 2000 lat, żeby pojawił się prawdziwy artyzm. Ten doskonały artyzm pojawia się na tej samej ścianie, na której człowiek pierwotny, prymitywny przykłada swoją łapę do ściany.
[01:27:47] - Tak.
[01:27:48] - Bo to jest jedyne, co może namalować Bogiem a prawdą. To jest to samo, co my dzisiaj robimy, zostawiając ślady na asfalcie, że tak powiem, żeby wiekopomne po nas zostały. „Tędy chodził jakiś wielki piosenkarz”. Złotem się to wypełni i będzie super. Przez setki lat trwało na chodniku. Zwróćcie uwagę, że te malunki to szczytowe osiągnięcia. Formy z takich jaskiń jak Altamira to jest naprawdę sztuka najwyższej jakości. Najwyższa synteza. To jest abstrakcja zupełna.
[01:28:37] - Tak, ale wiesz, ja ci coś powiem, bo mówię, ja na temat sztuki się nie wypowiadam. Ja też jestem pod wrażeniem sztuki z jaskiń. Oczywiście. Natomiast lekarz określił to tak: te obrazy, naturalizm, abstrakcja, tak po kolei, nonsens na końcu. Tak się rozwijała jego sztuka plastyczna. Ale tu ciekawe pytanie.
[01:29:03] - Tak się rozwijają zwykle wielcy geniusze, jak zaczynają pisać albo malować.
[01:29:07] - Być może.
[01:29:08] - To też się tak rozwija.
[01:29:09] - Troszkę tak, że jacyś tacy wielcy eksperymentatorzy literatury też bardzo często dochodzą do bełkotu. Nie wiem, czy mają jakieś deficyty. Broń Boże, nie chciałbym nic takiego sugerować. Natomiast ciekawe pytanie jeszcze o 35 zadaję. Mówię o tym, że musiał mieć słuch absolutny i czy grał na jakichś instrumentach. Tego, zdaje się, nie ma. Jest przy okazji innego pacjenta. Tu przy tym pacjencie nie ma chyba na temat nic albo w każdym razie nie pamiętam. Natomiast ważną rzecz podsuwa jeszcze Sacks. Otóż muzyka temu człowiekowi zastąpiła obraz.
On wszystko ośpiewywał i tak naprawdę to był jego przewodnik po świecie. Natomiast jest tam jeszcze podany przykład w drugiej części książki czy w trzeciej nawet, przykład człowieka, który znowu miał takie słabe IQ, był w jakimś tam stopniu upośledzony, natomiast miał ogromną więź z ojcem. Chodził z ojcem do opery. Ojciec był muzykiem. Kiedy go poznajemy za pośrednictwem autora książki, facet nie zna nut, ale szczegółowo potrafi zanucić 2000 oper, ileś tam utworów muzycznych. Słuch, ale ten rozumiany nie muzycznie, tylko ten słuch w uszach ma absolutny, jeśli chodzi o odwzorowanie. Głos według lekarza ma średni. Odwzorowanie tego jest takie sobie, ale jednak łapie. Co więcej, sens jego życia to muzyka. Kiedy próbowano go, zresztą dobrodusznie, amerykańska opieka społeczna próbowała go dostosować do życia, bo ten facet nic nie wiedział.
Miał wielką więź z ojcem, kochał tego ojca, był z nim. Ojciec umarł, a on został z tą muzyką i on się do niczego nie nadawał, więc opieka społeczna postanowiła go dostosować do życia. Ale on się nie nadawał nigdzie. Wszędzie go zwalniano. Był nie do życia. I w końcu się okazało, że sensem życia tego człowieka była muzyka. Chociaż on nie do końca wszystko rozumiał wokół siebie. W momencie, kiedy załatwiono mu pracę w parafii, gdzie dobierał repertuar, potrafił dobrać utwory do poszczególnych świąt kościelnych. To w ogóle była najlepsza chyba w diecezji parafia, która miała najlepiej dobraną muzykę do wszystkich nabożeństw. On się w tym wyżywał.
To był sens jego życia. On nie dostrzegał właściwie nic innego. Był zawieszony. I znowu ktoś powie geniusz, ale z drugiej strony tak nie do końca. I znowu to nieznośne pytanie, które zadajemy od początku za Saxem zresztą. To co, on był mniej człowiekiem? Gdzieś tam ci wszyscy, którzy kiedyś próbowali planować społeczeństwa, powiedzieliby: „Tak, że był mniej człowiekiem, bo miał iloraz inteligencji zbyt mały”. Być może. Ale czy ktoś z taką, trudno to nazwać nawet pasją, z taką rzetelną wiedzą na temat muzyki i to praktyczną wiedzą, to nie jest człowiek?
[01:32:53] - Dobrze, ale tu mi się ta matematyka odzywa, bo matematyka ma to do siebie, że zmierza do jasnych, prostych odpowiedzi. Otóż jeżeli odejmiemy temu człowiekowi wzrok, dzięki temu pojawi się słuch, węch, lepszy smak, ale odejmiemy jeszcze jedną rzecz, jeszcze jedną rzecz i dalej to jest człowiek. Ale w końcu matematycznie dochodzimy do zera. Odejmujemy wszystko.
[01:33:29] - Nie, wszystko nie.
[01:33:31] - Wszystko.
[01:33:31] - Zawsze jakieś. Po to mówiłem o kompensacji różnych deficytów.
[01:33:34] - Więc dokładnie, czy można odjąć wszystko? Ale praktycznie rzecz biorąc, zbliżamy się do zera. I czy już się człowiek skończył? Czy człowieczeństwo jego przestało istnieć?
[01:33:46] - To też ważne pytanie. Oczywiście. Czy aby na pewno?
[01:33:49] - No.
[01:33:49] - Czy aby na pewno? Paweł Karczewski wraca do świadomości. Stwierdza, że świadomość jest poza nami. I jestem gotowy dopuścić taką możliwość, ale nie wiem tego na pewno. Ja kiedyś przytaczałem tę teorię, że być może mózg jest tylko odbiornikiem. Świadomość jest gdzieś tam daleko, a mózg tylko odbiera. Choroby neurologiczne, takie jak chociażby Alzheimer, o tym mogłyby zaświadczać, ale nie wiem, czy możliwy jest dowód na to. Ale możliwa jest taka koncepcja, że świadomość jest poza nami. Natomiast ta druga część, o której Paweł Karczewski pisze, mówi o świadomości zbiorowej. To może być pewna przesłanka, ale tłumaczy się świadomość zbiorową również innymi zjawiskami, innymi oddziaływaniami.
Nie wiem, jak jest tak naprawdę i w każdym razie jestem gotowy przyjąć to. Tylko czy to cokolwiek zmienia? Bo jeśli przyjmiemy nawet, że świadomość jest gdzieś poza nami, a mózg jest tylko jej odbiornikiem, który pozwala ciału kontaktować się ze świadomością, to i tak te wszystkie deficyty, te wszystkie rzeczy, o których dzisiaj rozmawiamy, i tak są umiejscowione w mózgu, a zatem odbiór pomiędzy świadomością a nadajnikiem jest zakłócony. Więc w gruncie rzeczy dochodzimy do bardzo podobnej sytuacji.
[01:35:18] - Tak. Jeśli chodzi o społeczeństwo, to już rzecz jest ostrożnie trzeba traktować, bo na przykład jeżeli tłum wpada w panikę, to, za przeproszeniem, ze świadomością społeczną chyba niewiele ma wspólnego.
[01:35:35] - Mówi się często o świadomości zbiorowej. To jest pewien opis sytuacji. Natomiast tak jak powiedziałeś, świadomość tłumu to jest zjawisko nie tak prosto opisywalne, że wszyscy mają tę samą świadomość.
[01:35:51] - Zachowania stadne, mechanizmy sterujące stadem nie muszą mieć nic wspólnego ze świadomością stada.
[01:36:00] - Ale teraz jedna ważna rzecz jeszcze, bo my od początku mówimy o tym, żeby nie mylić chorób psychicznych z tym, o czym rozmawiamy dzisiaj, jednak z pewną neurologią. I to jest przykład człowieka, którego przywieziono do szpitala i pewnej nocy, jakieś schorzenie, ten człowiek wypadł z łóżka. Kiedy zaczęto go wypytywać: „Ale co się stało?”, człowiek mówi, że leży w łóżku i obudził się, i nagle poczuł, że w tym łóżku ktoś podrzucił mu jakąś zimną, włochatą, obcą nogę. I to nie był wariat, który coś sobie ubzdurał. Nie. On próbował tę nogę wyrzucić z łóżka. Jakby ktoś podrzucił. Tylko że jak ją wyrzucił, to razem ze sobą, bo jak popchnął ją, to poleciał cały za tą nogą. On na poziomie świadomości, jak mu to zaczęto pokazywać, odbierał, że to jest jego noga. Widział to.
W ciemności nie widział, jak ją wyrzucał z łóżka. Nie czuł. Czuł jako coś obcego. Później widział, ale i tak polemizował i mówił, że to jest w takim razie coś sztucznego, coś mu przyczepiono, bo to nie jest jego. Ja nie będę tego rozwijał jakoś tak bardzo szczegółowo tego przypadku, ale chodzi o to, że oni na poziomie obrazowym, rozumowym widzieli. Widział przecież, że to jest noga, która jest złączona z jego ciałem. Ale problem polegał na tym, że kiedy on się nad tym skupiał, to to nie była jego noga. To było coś zupełnie obcego. Coś, czego on nie akceptował. Było zimne, włochate, było obce po prostu.
I to nie był człowiek, który dostał fiksum dyrdum. To był człowiek, który czuł to inaczej. Tak to określmy.
[01:38:02] - Bardzo często mamy to obiegowe takie: stracił czucie w nodze. Każdy, biorąc, doznał czegoś takiego, że nagle zdrętwieje coś. To jest droga ku temu, żeby coś przestać czuć. Ale tutaj dalej nie czuje nogi, ale wiem, że ona jest moja, prawda? Natomiast tam pojawiał się ten totalny rozbrat z elementem swojego ciała.
[01:38:52] - Ale to nie miało żadnego podłoża psychicznego. To miało podłoże znowu w neurologii. Ten człowiek, kiedy patrzył, trudno dyskutować z tym, że to jest jego noga, ale on i tak twierdził, że po prostu nie ma czucia tej nogi. Autor wiąże to troszeczkę ze zjawiskiem fantomowości. Stara sprawa, że jeśli komuś amputujemy rękę, nogę, to bardzo często pojawia się fantom tej ręki. Fantom, który chorzy czują, pomimo że tej ręki nie ma. Co więcej, ona ich czasami boli nawet. I Sacks pokazuje, że owszem, to funkcjonuje i to bardzo dobrze, że to funkcjonuje, bo tak naprawdę nowoczesne protezy mogą funkcjonować należycie i sprawnie tylko u ludzi, którzy to poczucie fantomowe kończyny mają. Jeśli tego poczucia nie ma, to problem jest z protezą. Ona rzeczywiście staje się, jak ta noga u tego człowieka, czymś obcym i w związku z czym taka proteza spełnia swoją rolę bardzo połowicznie.
Bo jak jest czymś obcym, czymś, co organizm prawie odrzuca, to ciężko z nią współpracować. Przy okazji mówi o dziwnych zjawiskach, że na przykład te fantomowe kończyny potrafią ludzi boleć, ale tylko w czasie, kiedy nie mają założonej protezy. Jak zakładają protezę, to ich nie bolą już i tak dalej. To są oczywiście takie przyczynkarskie rzeczy, ciekawostki, o których Sacks pisze przy okazji różnych przypadków, ale warto się temu przyjrzeć.
[01:40:40] - Warto się przyjrzeć, żeby na przykład napisać świetne opowiadanie, którego na pewno nie napiszę o człowieku, który stracił w wypadku samochodowym to, co stracił. Natomiast pozostało mu poczucie. Co najdziwniejsze, jego żona dalej zachodzi w ciążę.
[01:40:59] - Dobrze, już mówiłem o tym, te wszystkie opowieści Sacksa to są gotowe pół scenariusze albo w każdym razie takie szkice do bardzo ciekawych opowiadań. Naprawdę to tylko literacko przerobić, bo powtarzam, książka Sacksa jest pisana chwilami językiem, który nie wciąga, nie ekscytuje. Natomiast człowiek ma świadomość, że musi się przez pewne rzeczy przebić. Warto, po prostu warto. I ja to potwierdzam. Naprawdę warto. Ciekawy przypadek, z którym się zetknąłem, mnie zafascynował. Człowieka, który widział tylko jedną stronę. To normalne. Mamy lewą, prawą półkulę.
Już sobie nie opowiadajmy o tym, która za co odpowiada. Natomiast ten człowiek, znowu historia chorobowa. Człowiek często szedł przez miasto, przez rynek do jakiegoś miejsca i wracał. I lekarz kazał mu opisać, co widzi, jak idzie przez to miasto, przez ten rynek. I on mu opisał. Ale kamieniczki na tym rynku tylko z jednej strony. Tej z drugiej strony jakby nie było. Ale co zrobił cwany lekarz? Kazał mu zawrócić do domu z powrotem. To wtedy opisał kamieniczki po drugiej stronie, ale tych poprzednich, które wcześniej szczegółowo opisał, kiedy opisywał, co widzi naokoło siebie, z pamięci to przywoływał, nie potrafił opisać.
Ich nie było w jego pamięci. I wystarczyło znowu go odwrócić i one się pojawiały. To jest fenomen. Znowu nam się wydaje, że my świat jesteśmy w stanie opisać na wszystkie sposoby. To jest takie proste. Tu ewidentnie widzimy, że wtedy, kiedy ufamy swoim zmysłom, kiedy ufamy temu, co widzimy wokół siebie, to powinniśmy być ostrożni. Co więcej, gdyby tego gościa, który tak jednostronnie widział, zapytać, czy coś w tym obrazie świata, który on podaje, jest nie w porządku, on by się w pierś uderzył, powiedział: „Ale skąd. Wszystko jest okej. O co ci chodzi?” Znowu, przecież nie mamy do czynienia z chorym psychicznie człowiekiem. To jest człowiek, który nie potrafi przebić tego muru, który go odgradza od pewnych informacji.
On ich po prostu nie widzi. Wystarczy go odwrócić, żeby szedł z powrotem i już je widzi. Mówimy tylko i wyłącznie o pamięci, nie o fizycznym chodzeniu, o jego pamięci. Zatem zobacz, jakie to skomplikowane miejsce jest ta pamięć.
[01:43:59] - Zobacz również, jak to do problemu postawionego na przykład w internecie przez Pawła Karczewskiego, jak to trafia w tak zwaną świadomość zbiorową. Otóż to jednostronne myślenie albo niedostrzeganie swojej własnej nogi dotyczy również zbiorowości. Na przykład lewica nie dostrzega niezbędności prawej nogi i najchętniej by ją wyrzuciła z łóżka. Nieważne, że wypadnie razem z nią. Prawica dokładnie to samo, nie dostrzega niezbędności lewej nogi, też by ją wyrzuciła z łóżka.
[01:44:40] - Albo odcięła nawet.
[01:44:41] - Albo odcięła nawet i tak dalej. I to jednostronne pole widzenia, niedostrzeganie. Ja w tym momencie nie winię nikogo. To są nieszczęśliwi ludzie albo nieszczęśliwa zbiorowość.
[01:45:00] - Tak.
[01:45:00] - Taka, która nie dostrzega drugiej strony.
[01:45:05] - Pisze jeszcze Paweł Karczewski, ja to zacytuję, ale coś na ten temat mam do powiedzenia. „Świadomość zbiorowa w kontekście fizyki kwantowej i zjawiska splątania kwantowego, nie świadomość społeczna. Wpływ zbiorowy obserwacji na rzeczywistość, bo ciało jest formą iluzji, którą nadaje świadomość”. Ja to wszystko znam, znam te twierdzenia, teorie. Nie mówię, że nie ma w tym prawdy, ale zawsze ostrożnie podchodzę do stwierdzeń kategorycznych. Paweł Karczewski, który do nas pisze, taką ma wizję rzeczywistości i okej. Nawet nie śmiem jej korygować, bo to jest jego wizja. Boję się takich kategorycznych stwierdzeń, tym bardziej, że na pewnym poziomie jesteśmy skazani na pewien rodzaj wiary albo głębokiego przekonania. Trudno jest w tym wypadku o dowody. Raczej poszlaki.
Jeśli to poszlaki, one oczywiście są bardzo ważne. Co więcej, ten obraz świata w kontekście dzisiejszej książki też pewne rzeczy by tłumaczył. Ten, który przytacza nasz słuchacz, on pewne rzeczy by tłumaczył, ale czy wszystko i czy to aby na pewno jest tak? Tak również może być.
[01:46:46] - Tutaj przez Pawła Karczewskiego też odzywa się pewne przywiązanie, a właściwie oślepienie modą aktualną, tak zwaną naukową. Otóż ta moda posługiwania się splątaniem kwantowym albo strunami we wszechświecie i tak dalej, to jest chwilowa moda. Przyjdą zamiast splątania kwantowego albo zamiast strun przyjdą siłbździe wszechświatowe albo bzykuny jakieś kwantowe i tak dalej, albo już nie kwanty, tylko zupełnie co innego się pojawi, a pojawi się z całą pewnością. I znowuż będzie nowa moda na wyjaśnienie pewnej rzeczywistości.
[01:47:29] - Okej, tylko nie chodzi o to. Ja bym tego nie dyskredytował. Mi chodzi o to, że obraz świata, który tutaj dostaliśmy, jest możliwy. Ale to, że coś jest możliwe, to nie znaczy, że takie właśnie jest, bo do tego nam troszeczkę daleko. Ja mam inną jeszcze ciekawą myśl, odchodząc od tego tematu. Wynotowałem sobie taką myśl Zachsa. Ona cię może wzburzyć albo uradować, to właśnie nie wiem. Zachs pisze: „Sztuka równa się choroba”. I to jest ciekawe. On na podstawie tych różnych obserwacji skłonny jest, może nie kategorycznie, że tak na pewno jest, ale stawia to znowu pod rozwagę.
Czy aby nie jest tak, że ci wszyscy, których podziwiamy, pisarze, malarze, muzycy, kompozytorzy, w ogóle ludzie sztuki, czy tak naprawdę ich zdolności artystyczne nie biorą się z deficytów albo nadmiarów, rozwinięcia pewnych części mózgu za bardzo?
[01:48:40] - To nie jest kwestią do pytania. To jest pewnik. Tak na pewno jest.
[01:48:46] - Ale wiesz, to już jest mocna teza. Sztuka równa się choroba.
[01:48:51] - Tak. Zgadzam się.
[01:48:51] - Ja nie wiem, czy wszyscy ludzie sztuki byliby tak zachwyceni tego rodzaju stwierdzeniem.
[01:49:01] - Jeżeli nie będą zachwyceni, to w takim razie nic wielkiego nie stworzą. Chorować należy do końca, rozwijać tą chorobę do końca. Wtedy będziesz geniuszem w końcu życia.
[01:49:18] - Myślę, że teraz jest, Wiktorze, dobry czas, żebyśmy posłuchali felietonu Tomka Fąsa, tak żeby nas troszeczkę wyciszyć.
[01:49:32] - Sieć, kosmos i czas marzycieli. Na samym początku były prymitywne jeszcze komputery pracujące w pojedynkę, jak starożytny wręcz dla nas dziś Eniac. Potem miały się łączyć. Powstały najpierw łącza w sferze uniwersyteckiej, bankowej. Następnie, już przeskakuję półwiecze, rozrosła się sieć cała, zwana Internetem i jednocześnie przy radosnych okrzykach falców powstał rynek informacyjny, teren wielkich kapitałowych inwestorów, ponieważ jako informacyjny począł się jawić wiek XXI. Byłem i pozostałem sceptykiem dlatego, ponieważ prognozy moje zawarte i w beletrystyce typu SF i poza nią w tytułach dyskursywnych sprawdzały się wprawdzie, ale tak, że ich realizacja stawała się okrutnie szydliwa. To, co w mniemaniu racjonalnym powinno było przysparzać ludziom dobra i spełnienia oczekiwań, zwłaszcza wspieranie nadziei na lepszy byt, ulegało konwersji na instrumenty technoporóbstwa i komercjalnej trywializacji, w sumie zaś idiocenia w papkach masowej kultury. Stanisław Lem, rok 1994. Tak, proszę państwa, jawi się autentyczne zdanie, czy właściwie kilka zdań, które zostały przez Lema zapisane na temat Internetu. Przy okazji raz jeszcze kajam się za błąd z zeszłego felietonu i sam państwu pokazałem swoim błędem, jak ważne jest, zwłaszcza dzisiaj, zwłaszcza w dobie tego rozszalałego Internetu, każdą głupotę wymyśloną przez ludzi przypisującego Einsteinowi, jak ważne jest sprawdzanie każdego źródła.
I często rzeczy, które wydają nam się oczywiste, mogą także być sfabrykowane. Lem zatem prawdopodobnie nie wchodził do Internetu, aby sprawdzić odsetek idiotów na świecie. Natomiast przewidział zgubny, czy też popkulturowy wpływ tegoż zjawiska na społeczeństwo. Tak to, proszę państwa, niestety jest, że być może kultura, cywilizacja, technologia w swych ideach jest piękna i ambitna, to jednak ludzie szukają prostych przyjemności i trudno, abyśmy wszyscy rozwijali się naukowo. Nie wszyscy jesteśmy geniuszami, też nie wszyscy jesteśmy tą nauką zainteresowani, mimo tego, co usilnie stara się zrobić Ministerstwo Edukacji razem z Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego, wciskając dyplom magistra już właściwie każdemu człowiekowi. Tak jak z drukowaniem pieniędzy, tak i z drukowaniem dyplomów ich wartość spada na łeb, na szyję. O wszystkim tym mówię państwu w cieniu kolejnego wielkiego sukcesu Ameryki. Otóż ponownie jest ona w stanie samodzielnie wysłać swoich ludzi w kosmos, na orbitę ziemską, do Międzynarodowej Stacji Orbitalnej. I to zostało pokazane jako wielki sukces. Przy okazji mamy w tle dość ciekawą postać Elona Muska w towarzystwie prezydenta Trumpa, a więc zdecydowanie liderów, biznesmenów, polityków, którzy zrozumieli myślę, to, o czym pisał Lem wtedy, w latach 90.
A więc tę naturalną tendencję kultury do popularyzacji, do pewnej popkulturowości, właśnie do potrzeby odbioru prostych komunikatów. Elon Musk robi to samo co NASA, tylko o tyle lepiej, że rozumie tę potrzebę promocji, przy okazji prowadząc inny biznes, jakby zarabiając bezpośrednio na swojej kosmicznej sławie. Sprzedaje na przykład samochody elektryczne. Jest biznesmenem, człowiekiem, który musi liczyć pieniądze. To też jest istotne, gdyż przesadne upaństwowienie przeważnie kończy się źle dla biznesu nadmiernym trwonieniem, a w przypadku kosmicznych, astronomicznych nomen omen kosztów podboju kosmosu każdy grosz się liczy. I to zdecydowanie lepiej, że robi to ktoś prywatny, kto te grosze liczyć umie. Zdecydowanie lepiej. Czy to oznacza, że jestem dobrej myśli, proszę państwa? No, nie do końca. Ponieważ o ile żywioł społeczny może w pewnym stopniu tym siłom polityczno-promocyjnym ulegać.
Zresztą jak widzimy, nie do końca, bo odpowiedzią na powrót do podboju kosmosu i zapowiedzi ponowne już niedługiego podboju Marsa przez nakręconego prezydenta Trumpa podawane, jakby nie wpłynęły na to, że w odpowiedzi na kolejny skandal z brutalnością policji odbyły się kolejne protesty, ogromne pod domem tegoż samego prezydenta Trumpa. Jednak bunt ludzkości, która bardziej wkurzyła się na śmierć człowieka gdzieś tam przez policję źle potraktowanego. Ja też myślę oczywiście na żywioły społeczne związane z kryzysem, z tym, że tam tracą pracę ludzie. Tam ten system zabezpieczenia, zdaje się, jest trochę gorszy niż u nas, więc to się wszystko dzieje szybciej. Także tak to wygląda. No i do pewnego stopnia można ludzi popkulturowo sterować, pokazać im błyszczącą maskotkę, która przykuje uwagę i zdobędzie show z tego podbijania kosmosu, a konkretnie orbity dookoła ziemskiej. Zdaje się, że na etapie pierwszych podbojów Księżyca również mieliśmy protesty ludzi, którzy z tego powodu czuli, że to ma wpływ na gospodarkę. To są straszne koszty i to niekoniecznie poprawia ich życie. O ile masa ludzka może do pewnego stopnia popkulturowym prowokacjom popkulturowej promocji ulegać, o tyle prawa fizyki nadal pozostają nieubłagane. Proszę państwa, ja się oczywiście mogę mylić.
Może oni mają coś tam w zanadrzu i już za chwilę te wielkie akcje na Księżyc, na Marsa, na Alfa Centauri, cholera wie jeszcze. Może to się zaraz zacznie. Może faktycznie zaczną sprowadzać hel z Księżyca i w ogóle odmienią zupełnie nasze wyobrażenie na temat technologii cywilizacji. Proszę państwa, no nie wykluczam. Nie wykluczam. Jestem tylko człowiekiem. Nie śledzę wszystkiego, co tam się w ukryciu dzieje. Nie mam takiej możliwości, aczkolwiek póki co pozostaję sceptyczny i jak to już kiedyś, dawno temu, przy jakiejś dyskusji o podboju kosmosu powiedziałem, póki co wszystkie te plany wydają mi się rojeniami człowieka, który dopiero co kupił sobie blok i kredki, a już planuje wystawę w Luwrze.
[01:55:51] - To teraz my, znowu my. Zacznę tę część od tego, ty, Wiktorze, jako człowiek niezmotoryzowany tego nie przeżywasz, to pewno w innych dziedzinach życia też działa, ale myślę, że każda osoba, która kupuje samochód, to o ile wcześniej wydawało się, że takich samochodów nie ma za dużo, to nagle, jak już kupi dany typ samochodu, dany model, to nagle wokół niej zaczyna się pełno tych samochodów kręcić. Zaczyna je zauważać. Dlaczego o tym mówię? Po pierwsze dlatego, że mniej więcej rok temu coś takiego przeżyłem. Samochód, który kupiłem, wydawało mi się, że ten model rzadko się przemyka po Bydgoszczy, a w tej chwili to-
[01:56:40] - Marku, przyznaj się, kupiłeś luksusowego strecha i nagle po całym Bydgoszczy zaczęły jeździć luksusowe streche.
[01:56:48] - Aż tak mi nie sypnęło groszem gdzieś z nieba, ale w każdym razie nagle nie ma takiej drogi do domu albo z domu do pracy, żebym nie spotkał kilku modeli. Rzeczywiście wydawało mi się, że model dosyć rzadki, a jednak jest i to pełno w różnych kolorach. Nagle zacząłem go zauważać. Bardzo podobną rzecz opisuje Oliver Sacks, analizując swoje różne obserwacje. Robi to na przykład przy okazji zespołu Tourette’a. Dzisiaj to wszyscy wiedzą, że siedzi facet, mówi całkiem rozsądnie, ma wysokie IQ i nagle jakieś przekleństwo rzuca i on w ogóle o tym nie wie, że coś takiego gada. Później jego kobieta dziwnie na niego patrzy. Ludzie w pracy się dziwnie na niego patrzą, bo jakieś tam przez „k”, „h” i te inne lecą, a on nawet nie ma świadomości, że lecą. Jak go nagrają, to stwierdzi: „No tak, faktycznie tak mówię, ale ja nic o tym nie wiem”. Dlaczego o tym mówię?
Dlatego, że kiedy badał, trafił na takiego gościa z zespołem Tourette’a, to on się bardzo ucieszył, bo stwierdził, że wydawało mu się, że ten zespół opisany właśnie przez Tourette’a bardzo dawno temu zaniknął, że go nie ma, a może go sam wymyślił ten Tourette? I nagle trafił na takiego gościa. Co więcej, kiedy zaczął się przechadzać po Nowym Jorku, nagle zaczął dostrzegać co i rusz ludzi, którzy się zachowywali tak właśnie dziwnie, tourettowo. Tam jest jeszcze kilka innych objawów. Nie będziemy dzisiaj takich studiów związanych z tego rodzaju jednostkami chorobowymi robić, ale on nagle zaczął na ulicy pełno tego zauważać. Co więcej, zaczęli się do niego ludzie zgłaszać. Taka sobie ciekawostka.
[01:58:42] - Widzisz, problem jest bardzo dyskusyjny, czy ten zespół Tourette’a, to jest bardzo podobne dla mnie przynajmniej do takiego mechanizmu jak dysleksja, czyli taki nowomody. Otóż chamów zawsze w społeczeństwie nie brakowało. Nagle chamy znalazły usprawiedliwienie. Zespół Tourette’a. On tego nie kontroluje, on tego nie widzi. Dokładnie podobnie jest z dysleksją. Ktoś zwyczajnie nie zajmuje się ortografią, ale tutaj szybciutko psychiatrzy są na podorędziu i zaraz wymyślą: dysleksja, zespół Tourette’a.
[01:59:36] - Zespół Tourette’a, jak sam dobrze wiesz, jest zjawiskiem znacznie bardziej złożonym niż te, które opisałeś i bardziej subtelnym. A ja na chwilę jeszcze-
[01:59:48] - Marku, ja się takim swoim spostrzeżeniem podzielę. Otóż nie wiem, czy to czasem nie zachodzi takie zjawisko, taki mechanizm polegający na zrobieniu czegoś, a potem na szukaniu potwierdzenia sensowności czy właściwości tego, co właśnie zrobiliśmy w zachowaniu innych osób.
[02:00:09] - Być może.
[02:00:11] - Ja czasami na przykład łapię się na tym, że robię coś takiego z pozoru głupiego, dziwnego, bez sensu i nagle po chwili dostrzegam, że ktoś w pobliżu zrobił, czy też robi dokładnie to samo.
[02:00:30] - To samo i dzięki temu znajduje odzew, popularność i tak dalej, staje się sensem.
[02:00:36] - Tak, ale ja bardziej to przywołałem. Fajna obserwacja. Ja teraz podałem to raczej jako ciekawostkę dotyczącą autora, że on jednak poza tym, że obserwuje innych dosyć szczegółowo, potrafi obserwować również siebie z tym Tourettem. Już nie wchodzę w samego Tourette’a, w ten zespół, ale dobrze to zaobserwował. Jeszcze chwila rozmowy z Pawłem Karczewskim. „To nie jest teoria, to są fizyczne fakty. To nie jest moja wizja. To nie jest moda. Zjawisko splątania kwantowego jest udowodnione, uśmieszek i istnieje w założeniach teorii względności Einsteina”. Ale oczywiście, że tak.
Natomiast z tego faktu, że istnieje zjawisko splątania kwantowego, można wyciągać różne wnioski. Niekoniecznie takie, jak prezentuje nasz słuchacz, ale również takie, bo zachowajmy miarę. Można tak postrzegać świat poprzez te zjawiska, które są opisane. Można go opisywać jednak zupełnie inaczej. Ja tylko apeluję o jedno, bo ja nie zamierzam nawet z tą wizją polemizować, bo ja zakładam, że ona jest jedną z wielu możliwych. Natomiast będę się buntował zawsze, jeśli ktoś będzie mnie przekonywał, że ona jest jedyna możliwa.
[02:01:59] - Właśnie tutaj do Pawła Karczewskiego ja mam uwagę. Twierdzenie, że tak jest
[02:02:08] - Woła o pomstę do nieba. To jest wszystko teoria. Wszystko to są teorie. Stwierdzenie, że tak jest, to dosyć odważne stwierdzenie. Co więcej, Wiktor- Bo tak powiedział Einstein. Tak. Jeśli to jest nawet teoria potwierdzona jakimiś zjawiskami, które rzeczywiście istnieją, które na przykład mogą być też podstawą budowy komputera kwantowego, to wcale jeszcze nie oznacza, że to jest jedyna możliwa wizja tego, jak to działa. Nawet jeżeli ten komputer kwantowy będzie doskonale działał. Tak, ale jeśli nawet tak jest, jak pisze Paweł Karczewski, oczywiście może tak po prostu być, ale wcale nie musi tak być. A poza tym nie wiadomo, czy to jest w ogóle do czegokolwiek potrzebne.
Akurat cywilizacja buduje system, w którym wszystko jest potrzebne. Natomiast nie wiem, na ile splątanie kwantowe jest potrzebne do pędzenia dobrego samogonu na przykład. Paweł Karczewski właśnie napisał kolejne bardzo odważne stwierdzenie, krótko i konkretnie: „To jest fakt, nie teoria”. I tu podpiszemy protokół rozbieżności. Dla naszego słuchacza to może być fakt. Ja nie kwestionuję, że tak może być. Zdarzyło mi się przeżyć jedną i tylko jedną prawdę, którą głosili pewni ludzie, którzy uważali, że mają monopol na wiedzę i na odczytywanie tego świata. I stworzyli coś takiego jak socjalizm naukowy i uważali, że to jest naukowe i to wszystko wiedzą lepiej. Ja powtarzam i jeszcze raz to deklaruję. Być może jest tak, jak pisze to Paweł Karczewski.
Nie kwestionuję tego zupełnie, ale stwierdzenie, że tak jest na pewno, ja się nie podpiszę pod tym. Poczekaj. Przede wszystkim przez wielu ludzi przemawia młodość i temperament, i szukanie oparcia do tego, żeby postępować do przodu, żeby rozwijać naukę. Przeze mnie przemawia doświadczenie, a moje doświadczenie mówi, że nic na świecie, co było prawdą, prawdą się nie ostało do dnia dzisiejszego. Ale dobrze. To jest taki moment, kiedy dyskutujemy o własnych głębokich przekonaniach. To jest opinia naszego słuchacza. Ma prawo do tej opinii. Co więcej, mają tę opinię podbudowaną różnymi faktami naukowymi, co nie znaczy, że one decydują, że to, co wynika z tego opisu, jest faktem. Skromni ludzie kiedyś wydawali takie pismo pod tytułem „Fakty i fikcje”.
Umówmy się, suma faktów nie zawsze daje fakt. Fakty można jeszcze rozmaicie układać. Ale dobra, nie wchodźmy w to, bo to nas jednak na manowce zaprowadzi. Pewno my nie przekonamy naszego słuchacza, a słuchacz raczej mnie też nie przekona. Natomiast warto jeszcze wrócić chociażby na chwilę do książki Olivera Sacksa, bo powiedziałem o zespole Tourette’a, ale chcę też pokazać pewną dziwność świata, którą on opisuje i w której pokazuje, że te neurologiczne problemy czasami odsłaniają nam świat, który nam, zwykłym, tak zwanym „normalnym” ludziom jest niedostępny. Zacznijmy od takiej historii. Pewna kobieta już w wieku zaawansowanym, tak to delikatnie powiedzmy, czyli już tak dobrze kuknęło jej tych kilka dziesiątek, przez całe życie była kobietą wycofaną, nie do końca rozbudzoną towarzysko, raczej wycofana kobitka. I nagle coś się z nią stało. Stała się duszą towarzystwa, zaczęła podrywać chłopaków znacznie, a nawet bardzo znacznie młodszych od siebie. Stała się zalotna.
Stała się jakaś taka w ogóle hoho. To na początku wzbudziło jej radość, bo się zmieniła. Ale tego rodzaju radykalne zmiany w zachowaniu zawsze budzą niepokój wśród lekarzy. I tym razem też wzbudziły niepokój. Co więcej, jak już tak grzebali w jej życiorysie i w różnych innych sprawach, to doszli do wniosku, że przyczyna tej zmiany jest bardzo prozaiczna, ale niezwykła. Otóż ta pani dawno temu pracowała w domu publicznym gdzieś daleko w Europie. Tam ją znalazł jej przyszły mąż, wyciągnął ją stamtąd. Problem polega na tym, że ona była zarażona kiłą. Tę kiłę jej zaleczono, ale bez stosowania antybiotyków. W związku z tym używam słowa bardziej zaleczono niż wyleczono.
Ona gdzieś w niej została. Co prawda całe życie przeżyła bez problemów, ale gdzieś na starość się ujawniło. Ujawniło się w sposób niezwykły, zmieniło jej osobowość, otworzyło ją na ludzi. Zaczęła inaczej świat odbierać. To, co kiedyś było dla niej nieosiągalne, stało się nagle czymś oczywistym. Zmieniła się jej osobowość. Stała się towarzyska, filuterna i tak dalej. Wiesz, co było jeszcze ciekawe? Ona poprosiła lekarzy, bo oni oczywiście pozostałości kiły wyleczyli, wytłukli przy pomocy antybiotyków, ale ona bardzo poprosiła, żeby efektów tego, co się zdarzyło, nie zaleczać farmakologicznie. Chciała pozostać tą nową sobą.
Już nie chciała być kobietą wycofaną, jaką była przez całe życie. Chciała być nową kobietą, towarzyską, oddychającą pełną piersią, żyjącą pełnią życia.
[02:08:55] - To jest fenomenalne. My myślimy, że mamy osobowość i nagle się okazuje, że ta osobowość zależy od kiły.
[02:09:05] - W tym wypadku przynajmniej. Może nie generalizujmy.
[02:09:08] - Nową rzecz. Proszę.
[02:09:13] - To jest ciekawe. Ja ci powiem jeszcze coś. Po lekturze Sachsa zacząłem doceniać Marcela Prousta. Pamiętasz najsławniejszy fragment, jaki jest i wszyscy o nim wiedzą, w „W poszukiwaniu straconego czasu”. Tam jest fragment o magdalenkach zanurzanych w mleku i że się cofał do dzieciństwa i dzięki temu ile razy poczuł zapach mleka i magdalenki, ciasteczka, to się cofał, przenosił, bo te wszystkie zmysły go przenosiły. To zjawisko jest w psychologii dosyć dobrze opisane. Sachs opisuje podobną rzecz, ale też na bazie neurologicznej, która się zdarzyła. Kobieta, która nie pamiętała swojego dzieciństwa, miała dosyć traumatyczne przeżycia później, po tym dzieciństwie, w związku z czym to dzieciństwo jej się zatarło. I pewnego dnia znowu na skutek różnych nieprzyjemnych zbiegów okoliczności zaczęła nucić piosenki z dzieciństwa ze szczegółami. Wszystko pamiętała, jakieś przyśpiewki, zaśpiewki.
Cuda. Nagle cofnęła się do dzieciństwa. To dzieciństwo, którego nie pamiętała, wróciło do niej, jakby żywe było, jakby ona się cofnęła w czasie. Niesamowite. Ona to odczuwała, mówi, że jakby przeniosła się w czasie, jakby ten czas został jej dany na nowo, bo ona się przeniosła tam, powiedzieliśmy wszystkimi zmysłami. Ona smakowała, czuła, słyszała wszystko. Wszystko było. Zresztą Sachs pisze o tym, że właściwie daje to pewne podejrzenie, a właściwie pewność, część ludzi zajmujących się nauką o tym mówi, że właściwie wszystko, co przeżyliśmy w życiu, gdzieś w nas jest. Da się to odtworzyć. To truizm.
Bardzo często się do tego odwołują różnego rodzaju pisarze i naukowcy, że są w mózgu takie martwe ścieżki, do których my nie potrafimy dotrzeć, ale tam są. Jeśli coś raz przeżyłeś, to to w tobie jest. I to jest kwestia czasami chorobą nam tę drogę. I znowu pytanie zarówno w przypadku tej kobiety, której się zmieniła trochę osobowość, jak i tej kobiety, która wróciła do swojego dzieciństwa. Czy deficyt jest tak naprawdę deficytem? Czy coś, co się stało w ich życiu chorobowego, w gruncie rzeczy, nie sprawiło, że te kobiety stały się innymi ludźmi, może pełniejszymi? Nie chcę używać przymiotników, bo wszystkie przymiotniki wydają mi się tu głupie. Pełniejsze. Dlaczego pełniejsze? Ale fakt jest faktem, że jedna i druga myślały o tych czasach, do których się cofnęły z pewnym wzruszeniem, z pewną czułością.
Chciały tam być, chciały się przenieść. W związku z tym nie traktowały już tej choroby jako czystej choroby, tylko jako pewien, nie chcę przesadzać, rodzaj daru od losu, bo coś nagle się stało z nimi. Ich świat się zmienił. Przyznam się, że jestem taką jednostką, która jak jeszcze moi rodzice żyli, to ich przerażała, bo mam pamięć sięgającą może 2,5 roku. Zanim miałem 3 lata, już mam pierwsze wspomnienia. Muszę powiedzieć, że kilka razy przeraziłem swoją mamę przynajmniej różnymi wspomnieniami. Oczywiście nie wiem, czy to są wspomnienia prawdziwe, czy też zasłyszane, które później mózg przetworzył. Nie wiem, nie chcę w to wchodzić. Nieistotne. Ale powiem ci, że są też całe fragmenty dzieciństwa, które pamiętam gorzej.
Może były mniej ważne, może wtedy mój mózg się zajmował czym innym. Tego nie wiem. A czasami jest taka pokusa, kiedy patrzysz na stare zdjęcia, żeby cofnąć się tam. Tylko pamięć niestety nie nadąża za obrazem. Tu tymczasem kobieta, która właściwie zapomniała o swoim dzieciństwie, dostała dar przeniesienia się tam. I to pełnozmysłowego przeniesienia się. Niesamowita sprawa.
[02:13:56] - Z wszystkich, czym nie jest potrzebna badaniom psychiatrów, z wszystkich obserwacji normalnych ludzi wiadomo, że ludzie starzy w pewien sposób dziecinnieją i z całą pewnością lepiej pamiętają czasy Swojego dzieciństwa i młodości niż to, co na bieżąco należałoby pamiętać z ostatnich 50 lat na przykład. Bo to są rzeczy nieważne. Tamto było ważne i ta ważność po prostu przeważa. Ja natomiast Marku mam takie pytanie, bo tu i do felietonu Tomka Fąsa, i do Lema, i do Pawła Karczewskiego. Mam taką świadomość, a przynajmniej to jest również być może nie teoria, ale również fakt. Otóż mam pewność, że cała nasza cywilizacja, jej rozwój nie służy ku przybliżeniu nam istoty bytu, ale wręcz odwrotnie. Oddalamy się od istoty rzeczy, a nie zbliżamy, poznając coraz więcej, zgłębiając, że tak powiem, cały świat żeśmy zwiedzili, opanowali i tak dalej. Co z tego? Istota rzeczy była tylko tam w tym na początku Big Bangu, gdzieś tam.
[02:15:35] - Wiesz co, znowu powiem rzecz niepopularną, ale powiem pod warunkiem, że było coś takiego jak Big Bang.
[02:15:44] - Oczywiście.
[02:15:46] - Dlaczego to mówię? Prowokacyjnie oczywiście. Jakżeby nie ma dnia bez prowokacji, nie ma minuty bez prowokacji. Raczej skłaniam się, ale to jest bardziej kwestia wiary niż wiedzy, bo nie można mieć o tym czasie wiedzy. Natomiast można mieć daleko idącą pewność. I nie bez przyczyny powstała książka „Pierwsze trzy minuty”. Charakterystyczne, że jednak pierwszy ten moment nie jest w niej opisany. Ona się zaczyna, jakieś tam ułamki po tym wielkim wybuchu, ale sam moment wielkiego wybuchu nie jest opisany.
[02:16:18] - W innej książce jest to opisane: „Tylko na początku było Słowo”.
[02:16:24] - Oczywiście. Ale chodzi o to, że obojętnie, czy to jest prawda, czy też zupełnie inaczej, zawsze dochodzimy w tych swoich eksperymentach myślowych do takiego momentu, w którym stajemy dosyć bezradni. Dla niektórych to jest ten moment, dla niektórych inny. Nie o to chodzi. Bardziej opisuję w tej chwili naszą dążność do ogarnięcia całości. Bardzo wielu ludzi próbuje to zrobić i dochodzimy bardzo często do takiego momentu, że łapiemy się na tym, że przynajmniej część naszej wiedzy jest bezźródłowa, a jeśli nawet ma źródła, to oparte bardziej na wierze niż na wiedzy. I proszę nie podpisywać mnie do wiary tej czysto takiej osobowej czy jakiejś takiej związanej z konkretnym Bogiem. Chodzi o to, że my bardzo często wiele faktów przyjmujemy na wiarę. O tym Tomek zresztą w felietonie poprzednim pisał, że nauka się w tej chwili stała takim dziwnym tworem. To też jest wina współczesnej cywilizacji, kiedyś naukowiec to był ktoś, komu ufano.
Naukowiec jak coś powiedział, znaczy się wie. Na swoją miarę wie, ale wie. Dzisiaj część ludzi zajmuje się głównie kwestionowaniem tego, co powiedzieli naukowcy, bo inni powiedzieli coś innego. Taki czas po prostu nastał. To oczywiście nie znaczy, że w ogóle cała nauka jest bez sensu, tylko czas jest taki w tej chwili, że może to i dobrze, że bezustannie kwestionujemy zasoby wiedzy, bo z tego się rodzi coś nowego. Bo z powiedzenia: „a ja w to nie wierzę”. Zauważ, bardzo często ludzie: „ja nie wierzę w to”, chociaż jest podany cudzysłów, fakt naukowy. Ja w to nie wierzę. To właściwie nie ma takiej konstrukcji słownej. Ale powiedział: ja w to nie wiedzę.
Szukam konstrukcji. W każdym razie jest pewien problem ze współczesną nauką. Co więcej, dlatego chociażby z tego względu książka Zachsa jest fajna. Dlaczego? Bo on stawia pewne teorie. Bardziej się skupia na opisie. Na opisie i to, co mówiłem na początku, na opisie człowieka. Podaje zawsze historię, co on przeżył, co doprowadziło do tej sytuacji, skąd się to wzięło. Wnioski są, owszem, są w tej książce wnioski, ale one są stawiane delikatnie. One są stawiane problemowo, czyli na zasadzie takiej, że tak może być.
Może to jest droga do rozwiązania tej zagadki. Nie robi rzeczy kategorycznych, czyli nie mówi jest tak i tak, bo wie doskonale, że nasz mózg, ta szara substancja, obojętnie czy jest siedliskiem świadomości, czy jest tylko odbiornikiem, czy jeszcze jakąkolwiek inną teorię postawimy, to nasz mózg to jest miejsce przynajmniej tak skomplikowane albo równie skomplikowane jak wszechświat, który nas otacza. Nie bez przyczyny mówi się o kosmosie wewnętrznym. Coś w tym jest. Bardziej często prawda odwołuje się to określenie bardziej do tego, co się kryje w naszej świadomości niż do tej fizyczności. Ale może o fizyczność też trzeba by się pokusić opisując w ten sposób.
[02:20:14] - Nieprzypadkowo przywołałem ten Big Bang, bo wycofywanie się wstecz Wstecz coraz bardziej, czyli obcinanie kolejnych zmysłów, że tak powiem, czy zjawisk, które dotyczą wszechświata, bo to jest tak samo amputacja kolejnych stadiów rozwoju tego wszechświata. Doprowadza nas do pewnego punktu bezradności, czyli nie do opisywania tych pierwszych trzech minut.
[02:20:46] - Trzech minut, tych kilku poczesowych milis.
[02:20:51] - Dobrze, ale dokładnie to samo jest z osobowością człowieka. Jak się cofamy wstecz, jak odejmujemy kolejne zmysły.
[02:21:00] - A co, my się do przodu?
[02:21:00] - No dobrze, przesuwamy.
[02:21:02] - Ale to normalnie, ja to mam to samo.
[02:21:04] - To w końcu dochodzimy do punktu, w którym powinno się pojawić to zero. Ale zero być nie może.
[02:21:13] - Dokładnie.
[02:21:14] - I zostajemy tak samo bezradni jak ci, którzy tworzą kosmogonię.
[02:21:21] - Proszę państwa, opisując dzisiejszą książkę, bo czas, by już wreszcie zakończyć dzisiejszą audycję. Opisując dzisiejszą książkę, ja specjalnie nie kończyłem pewnych myśli, nie kończyłem pewnych opisów, nie stawiałem kropki nad i, żeby tej książce nie zaszkodzić.
[02:21:40] - Poza tym Marek, nawet gdyby gadał jeszcze parę godzin, nie zabije tej książki, bo ona jest z natury piekielnie ciekawa.
[02:21:52] - Chociaż-
[02:21:52] - Po prostu ciekawa jak cholera.
[02:21:55] - Warto podążać tokiem rozumowania autora Olivera Sacksa, bo on ciekawe myśli ma, ciekawe refleksje. Te przypadki, które ja opisałem, to jest zaledwie część przypadków, które opisuje. Każda z tych historii, tak jak powiedziałem, to jest temat na osobną opowieść, czy to beletrystyczną, można zbeletryzować, czy też opowieść czysto taką właśnie sprawiającą, że nasza ciekawość nagle jest pobudzona. To są niezwykłe opowieści, niezwykłe wnioski. I kiedy zaczynaliśmy mówić o tym człowieczeństwie, bo nie z każdego przypadku, który jest opisany przez Sacksa, da się wyłowić podsumowanie, czym jest człowieczeństwo. Ale po lekturze tej książki człowiek się zaczyna nad tym zastanawiać. Nie po to, żeby dokonywać eliminacji pod tytułem: ty jesteś człowiekiem, a ty już nie. Nawet ten marynarz, który się nie może zakochać, to czy on przestał być człowiekiem? Ale jest jakimś innym człowiekiem. Więc po lekturze tej książki zaczynamy myśleć o tym, jak to jest z nami, jak to jest z naszą psychiką, z naszym postrzeganiem świata, z naszym odbieraniem świata.
Dlaczego to rozróżnienie? Odbieraniem, to właśnie na poziomie emocjonalnym, chociażby, na poziomie wspomnień. Ciekawe rzeczy pisze o wspomnieniach. Otóż mamy złudzenie, że coś pamiętamy, a to bardzo często jest właśnie złudzenie. Bardzo ciekawe rzeczy pisze o postrzeganiu. To sygnalizowałem, że to postrzeganie tylko wydaje nam się obiektywne. I tak dalej. Nie skręca w stronę filozofii i może dobrze, bo troszeczkę sobie od 35 pofilozofowaliśmy na temat mózgu. Przyznaję mu rację. Rzeczywiście tak to jest z tym mózgiem, ale to jest zagadnienie, ono już sięga czasów kartezjańskich, tuż po kartezjańskich.
Hume, Berkeley, oni wszyscy kombinowali, jak to jest z tą naszą rzeczywistością i gdzie ona jest, czy ona jest na zewnątrz, czy to, co postrzegamy na zewnątrz, odpowiada temu, co tam jest w rzeczywistości. I tak dalej. Zostawmy filozofię teraz, ale to rzeczywiście ciekawe. Natomiast autor Oliver Sacks pokazuje nam, że ciekawość jest nie tylko na poziomie filozoficznym, jest też na tym poziomie czysto ludzkim. I kiedy zastanawiamy się po lekturze, jak to jest z tym naszym człowieczeństwem, to powtarzam, to są dobre myśli, pozytywne, nieeliminujące, niemówiące: ty jesteś, a ty nie jesteś człowiekiem, tylko raczej jak wielowymiarowym zjawiskiem jest człowiek, jak różnym, jak różnimy się między sobą, jak możemy się różnić między sobą. I stawia trochę w nawias wielki znak zapytania to poczucie, które często mamy, moim zdaniem na wyrost, że coś jest dziwne. A może tej normalności wokół nas jest więcej niż przypuszczamy i tylko ponieważ się z tym nie stykamy, to kwitujemy to później: dziwne, to takie dziwne. Może Sacks opisuje po prostu coś, co jest normalne, tylko z tej racji, że jest nowe dla nas, to się wydaje nam dziwne. To bym tak przydługo, ale tak podsumował. Ty, Wiktorze, teraz.
[02:25:41] - Ja już bym podsumował całą społeczeństwo, człowieczeństwo pytaniem tylko, bez odpowiedzi. A co to człowieczeństwo ma wspólnego z na przykład takim psiarstwem czy delfinizmem? Być może bardzo wiele.
[02:26:02] - Bardziej się śmieję ze sformułowań psiarstwo i delfinizm. Tak, to prawda. Tym bardziej że delfinizm się może nie pojawia, ale psiarstwo, a w każdym razie postrzeganie świata za pomocą węchu czy też dźwięku Nagle się pojawia. Może mieć świat-
[02:26:23] - Psy i tak czują przede wszystkim.
[02:26:25] - Nie wiem, nigdy nie byłem psem, ale można postawić taką teorię. Ja się nie podejmę powiedzieć, że to nie jest teoria, że to fakt.
[02:26:37] - Ale coś czuć w każdym razie.
[02:26:40] - Tak, jakieś tam czucie, jakieś tam czyny. Dziękujemy, proszę państwa. To tyle o książce Sacksa. Warto, naprawdę warto. Warto nawet przeboleć, że chwilami, dosłownie są pewne fragmenty, które bolą przy lekturze. Nie wiem, czy to kwestia tłumacza.
[02:26:55] - Ciebie bolą Marku. Większości naszych słuchaczy nie będzie bolało, bo mają intelekt.
[02:27:01] - Dobrze, a ja w związku z brakiem intelektu, to mnie bolało. Ale warto po tę książkę na pewno sięgnąć. Można ją czytać liniowo, czyli od początku do końca. Można też wskakiwać w poszczególne przypadki. Co ciekawsze, ja tylko tak dla potrzeb tego, o czym w tej chwili mówimy, mogę kilka tytułów, tytuły kilku rozdziałów przytoczyć. „Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem” tytułowa opowieść, „Zagubiony marynarz”, „Bezcielesna kobieta”. To wszystko mówiłem. „Mężczyzna, który wypadł z łóżka”, ale też „Chodzić w pionie”, „Na prawo patrz”, „Mowa prezydenta”. Skądś to państwo znacie. „Kwestia tożsamości”, „Choroba Amora”.
To ciekawy przypadek, ale nie opowiem państwu. Ta „Choroba Amora” to ciekawa sprawa. „Tak ojcze, siostro”, „Opętana. Wspomnienie”, „Nieopanowana nostalgia”, „Podróż do Indii”, „Podszyty psem”, „Morderstwo”, „Wizje Hildegardy”. To też ciekawe odwołanie się do mistyków, do tego, jak to mogło z nimi być. Dalej „Chodząca encyklopedia”. To też bardzo ciekawy rozdział. „Bliźniacy”. O nich wspominałem. To ci, którzy bawili się liczbami pierwszymi.
„Autysta artysta”. Właśnie, to dość ciekawe. Przyjęło się mówić o tym, że dzieci autystyczne, ludzie autystyczni nie są z natury swojej twórczy. Sacks pokazuje przypadek przedziwny, naprawdę przedziwny, wzruszający zresztą po części wzruszający, dający sporo do przemyślenia.
[02:29:01] - My też pokażemy w następnej audycji na pewno taki przypadek.
[02:29:06] - Tak? A jaki mianowicie?
[02:29:09] - Ach, to ty.
[02:29:10] - Dobrze. Wzruszający przypadek pokażemy.
[02:29:15] - Tak.
[02:29:15] - Powiem tak, że książka, którą planujemy za dwa tygodnie, to jest książka, o którą stoczyłem pewną walkę z jej autorem zresztą. Ale książka wspaniała. Walka była o coś zupełnie innego. Może w audycji powiemy. Ale książka jest wspaniała. Książka dostrzeżona przez Macieja Parowskiego, która długo jakoś tak się rodziła. Autor nie mógł się z nią pożegnać, bo to jest tak przy autorach, że autor, zanim wypuści to swoje dziecko, chce je upiększyć do końca, podrasować i zrobić, żeby było wspaniałe. Autor się długo z nią nie mógł rozstać. Mówię o opowieści, ale w końcu ją wypuścił. Znał ją Maciek Parowski.
Dużo osób ją znało. Ja ją znałem, ale ona do ludzi nie poszła. Wreszcie poszła. Jest to książka Tadeusza Myszko „Sens życia według upadłego anioła”. I tak tytułem zachęty ja przeczytam państwu polecankę Macieja Parowskiego. „Mamy tu groteskową historię opowiedzianą w lżejszym tonie przez nastolatka poddającego w wątpliwość większość pewników jego świata. Grupa żyjąca na statku kosmicznym zagubiła świadomość celu podróży, zadowalając się konsumpcjonizmem. Poszukiwania bohatera na nowo ustawiają w odpowiednich miejscach elementy tego świata. Czuje się w tym dobrze odrobioną lekcję z „Non stop” Briana Aldisa i „Sennych zwycięzców” Marka Oramusa”. Ja myślę, że w ustach Maćka Parowskiego trudno o jeszcze lepszy komplement, więc zapraszamy państwa za dwa tygodnie.
Tadeusz Meszko „Sens życia według upadłego anioła”. Autor będzie naszym gościem. W państwa imieniu spróbujemy przewałkować autora na okoliczność książki i nie tylko na temat jego pisarskiego życia. Tym bardziej że w ostatnim czasie w audycji ABW mieliście okazję słuchać fragmentów nowej powieści, którą Tadeusz pisze. A tytułem zachęty za tydzień ABW. I tam pojawią się dalsze opowieści z tego świata. I żeby Wiktor nie narzekał, to autor je skręcił tak, że jak już Wiktor wysłucha całości w przyszłym tygodniu, to część jego teorii dotycząca całości się potwierdzi, część zostanie sfalsyfikowana, ale wreszcie będzie mniej więcej wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi. Oczywiście tyle, ile autor powieści, która się pisze, może nam zdradzić. To będzie. Czyli za tydzień słuchamy.
Ale nie tylko. Nie tylko będą opowiadania Tadeusza Myszko, czyli fragmenty jego powieści, ale też opowiadania innych autorów. Zapraszamy zatem za tydzień na ABW i za dwa tygodnie na „Bibliotekarium” o książce Tadeusza Myszko „Sens życia według upadłego anioła”. Jedna tylko uwaga, która pewno się nie spodoba naszym słuchaczom. Ten najbliższy odcinek „Bibliotekarium” za dwa tygodnie będzie nagrany. Będzie szedł z pudełka, będzie szedł z taśmy czy będzie szedł w ogóle z pliku? Tak się czasami zdarza, ale to będzie tylko odstępstwo od reguły. Na ogół „Bibliotekarium” na żywo, tak jak dzisiaj, za dwa tygodnie z pudełka.
[02:32:48] - Były kiedyś takie czasy, że „Bibliotekarium” tydzień w tydzień leciało z taśmy.
[02:32:54] - Tak się zdarzyło, ale tak się na szczęście już w tej chwili nie zdarza. Wszystkim naszym słuchaczom wspaniałych lektur życzymy. Wyszukiwania ciekawych tropów, tak jak dzisiaj dostaliśmy ciekawy trop od O35. Pewno udam się na polowanie na książkę, na tytuł, który podał i gdzieś pewno wcześniej lub później w audycji się pojawi. Te tytuły się czasami pojawiają u nas zbyt późno. Ja cały czas mam wyrzuty sumienia, że „Przebudzenie Lewiatana” jeszcze się nie pojawiło, ale kiedyś się pojawi. Naprawdę, proszę państwa, będzie wcześniej czy później. Za dwa tygodnie zapraszamy na audycję. Tu się pisze „z puszki”.
[02:33:42] - Zdziwił się, że z puszki. Przecież nie będziemy nadawać z butelki czy z pudełka.
[02:33:48] - Ja mogę z butelki! To taki żargon przejęty od prawdziwych radiowców. Oni też jak coś odtwarzają z taśmy czy z pliku, to mówią, że puszczają z puszki. Niech będzie, że z taśmy. Jeszcze raz wszystkiego dobrego. Dobrej nocy życzymy.
[02:34:06] - A ja wszystkim życzę, żeby o nocnej porze poszukali w sobie jakiegoś autyzmu, a następnie popielęgnowali. Zostaną artystami z całą pewnością.
[02:34:18] - Jeszcze coś muszę na koniec przeczytać. Chylę czoła. Paweł Karczewski: „Dziękuję za ciekawą polemikę. Zachęcam do sięgnięcia do definicji zjawiska splątania kwantowego i realnych doświadczeń, które je potwierdzają. Jeszcze raz dziękuję za wspaniałą audycję”. My dziękujemy, że tak została oceniona, ale właśnie to jest świetne podsumowanie. Tak się powinny kończyć dyskusje, że rozstajemy się, stojąc na swoich stanowiskach, ale z szacunkiem dla dyskutanta. Jeszcze raz dziękujemy. Do usłyszenia. Dobranoc.
[02:34:58] - Mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk "Ivellios" Radio Paranormalium – paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy bardzo za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia oczywiście w kolejnym „Bibliotekarium”, tym razem wyjątkowo z taśmy, już za dwa tygodnie. Jeżeli macie państwo jakieś pytania bądź komentarze do naszego gościa, Tadeusza Meszki, który pojawi się w następnym odcinku, to oczywiście jak najbardziej już teraz gorąco zachęcamy do nadsyłania tych pytań. Może najlepiej na adres Radia Paranormalium: radio@paranormalium.pl bądź bezpośrednio do „Bibliotekarium”. Panowie, macie jakiegoś maila kontaktowego?
[02:35:53] - Jak najbardziej! redakcja.bibliotekarium@gmail.com. Powtórzę: redakcja.bibliotekarium@gmail.com.
[02:36:07] - A ja jestem tylko www.żwikiewicz.
[02:36:11] - I dobrze.
[02:36:12] - www.żwikiewicz bez dostępu do internetu.
[02:36:17] - On stwarza internet siłą swojej woli i wyobraźni.
[02:36:22] - Jak to kiedyś w takiej śmiesznej rozmowie telefonicznej z konsultantem krążącej po internecie było. Konsultant zapytał się potencjalnego, niedoszłego stety bądź niestety klienta: „A jak pan korzysta z internetu? Jak pan wysyła pliki?” A klient na to: „Myśli. To są myśli”.
[02:36:48] - Piękne podsumowanie. Jeszcze raz dziękujemy.
[02:36:52] - No to czołem.
[02:36:57] - Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.
[02:37:16] - Take the weight off my shoulders. Say we won't make the same mistakes when we're older. 'Cause with every breath you take, I'm getting colder. So come a little closer. Come a little closer. I don't want somebody else to call my name. No, I don't want somebody else when you could just stay. Say that you're the one who's taking me home. 'Cause I want you on my skin in my bones. Knocking me off of my feet.
Just say I'm the one that you need. Oh, please say that you're the one who's taking me home. So I can get you alone. Ooh. Ooh. Ooh. Just wanna talk a little longer. So, baby, won't you wanna stay a little later? 'Cause I could watch you watch me forever. 'Cause I know you better, and you know I never.
I never need somebody else to call my name. No, I don't want somebody else when you could just say. Say that you're the one who's taking me home. 'Cause I want you on my skin in my bones. Knocking me off of my feet. Just say I'm the one that you need, oh, please. Say that you're the one who's taking me home. So I can get you alone. Ooh-ooh-ooh-ooh. Ooh-ooh-ooh-ooh.
Ooh-ooh-ooh-ooh. Ooh-ooh-ooh-ooh. I don't need somebody else to call my name. No, I don't need somebody else to make me stay. I don't ever need to walk away. You could just say. Say that you're the one who's taking me home. 'Cause I want you on my skin, in my bones. Knocking me off of my feet. Just say I'm the one that you need, oh, please.
Say that you're the one who's taking me home. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. So I can get you alone. Ooh-ooh-ooh-ooh.
Ooh-ooh-ooh-ooh. Ooh-ooh-ooh-ooh. Ooh-ooh-ooh-ooh.