Streszczenie zostało przygotowane przez AI w oparciu o transkrypcję odcinka. Pamiętaj, że nawet najlepsze streszczenie nie powie wszystkiego o całej audycji, szczególnie gdy jest ona długa - zachęcamy do wysłuchania całości!
Jeśli w streszczeniu bądź transkrypcji dostrzegłeś jakieś literówki bądź inne rażące błędy, będziemy wdzięczni za poinformowanie nas o tym.
[00:06] - Bibliotekarium.pl i Radio Paranormalium przedstawiają „Bibliotekarium” – o książkach do czytania i do rozmawiania. Piątek, 24 kwietnia 2020 roku, na antenie Radia Paranormalium. Krótko po godzinie 20.00 rozpoczynamy kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium”, audycji literackiej, na którą czekają prawdziwe mole książkowe, ale nie tylko. Mamy nadzieję, że tym molom książkowym towarzyszy też ktoś jeszcze. Bardzo zapraszamy do wysłuchania dzisiejszej audycji. Kolejny odcinek audycji „Bibliotekarium” na żywo. Czekają na nas po drugiej stronie połączenia internetowego Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługuję ja, Marek Sęk „Ivellios”. Zanim oddam głos... Matko święta, co tam się dzieje?
[01:07] - Wiktorze, czy ty tam przemeblowujesz akurat swój pokoik, czy co ty robisz właściwie?
[01:14] - Wiktor zaczął troszeczkę przedwczesną walkę z demonami nocy.
[01:20] - No nie wiem, gdzieś tam się coś kitłasi. No dobra.
[01:25] - Mam nadzieję, że się skończy kitłasić do momentu, gdy skończę podawać kontakty do Radia Paranormalium. Bowiem dzisiejszą audycję jak zawsze realizujemy na żywo w całości. Nasze numery telefonów to oczywiście stacjonarne 32 746 00 08, komórkowy, i oczywiście do SMS-ów również jak najbardziej, to 536 620 493, Skype radio.paranormalium.pl. Można także do nas pisać na GG pod numerem 36 08 80 02. Jesteśmy także na czatach Radia Paranormalium na www.paranormalium.pl oraz na kanale na YouTube Radio Paranormalium Retransmisja. Oczywiście od jakiegoś czasu uruchamiamy także czata na naszym głównym kanale na YouTube Radio Paranormalium, także tam również można czatować. Tam chyba ostatnio więcej klikających form humanoidalnych się pojawia, także można tam również zajrzeć, podyskutować. Jesteśmy także na Facebooku, na fanpage'ach Radia Paranormalium i Bibliotekarium.pl, na grupach Radia Paranormalium, Czytelników Nieznanego Świata oraz na grupie Rubieże Rzeczywistości. A jeżeli ktoś woli, to można także wysyłać pytania, komentarze i różne inne wiadomości odnoszące się do naszej audycji na nasz adres e-mail radio@paranormalium.pl. A więc drodzy panowie z Bydgoszczy, halo, halo, Bydgoszcz.
[03:04] - Halo, halo wszystkim w kraju. Powiem tak: zawsze lubiłem ten czas wiosenny, kiedy jak rozpoczynamy audycję, to jeszcze jest jasno. A ostatnio ten koronawirus, który wszystkim wszystko psuje, mnie też zepsuł tę radość, bo tak patrzę za okno. Niby jasno jest, niby wiosennie i radośnie, a jakoś tak nie do końca. Wiktor nie ma tego problemu, bo Wiktor w ogóle rzadko wychodzi ze swojego pokoiku. Tobie przypadkowo nie żal, Wiktorze?
[03:46] - Co ty mi mówisz, że ja nie wychodzę? Ja jestem umysłowo wszędzie.
[03:52] - Nie, to ja nie mam co do tego wątpliwości, że ty ogarniasz cały świat, a może nawet i więcej. Nie mam wątpliwości nawet.
[04:01] - Słuchaj, jeśli mogę tak na początek takie wrażenia. Jak Ivellios tak mówił o tych molach książkowych, to sobie pomyślałem, że przecież życie nie zna próżni, nie uznaje czegoś takiego tak samo jak materia. I były myszy kościelne, były mole książkowe. A co będzie w internecie, że tak powiem, jakiś klikacz wirusowy, coś takiego? Coś tam się wykluje zapewne. Zresztą à propos tego koronawirusa to ja właśnie się leczę. Ja leczę, bo jak moja końcówka internetu w osobie Marka Żelkowskiego mnie poinformowała, francuscy uczeni właśnie stwierdzili, że palacze chorują zdecydowanie rzadziej. Ja się nie dziwię. Płuca jakoś, że tak powiem, są uodpornione. Co nas nie zabija, to nas wzmacnia przecież, prawda?
Więc tak sobie pomyślałem, że z tymi wirusami to jest tak. Zauważcie, że my mamy mnóstwo bakterii, grzybów, różnych dziwnych rzeczy w organizmie symbiotycznych. Te wszystkie bakterie i grzyby kiedyś były inwazyjne, kiedyś nas zabijały. Nauczyły się, że tak powiem, z nami współżyć. Tak samo muszą się wirusy nauczyć współżyć, bo nie jest w ich interesie przecież zabijanie organizmu, który im daje papu, nie? Więc my też powinniśmy w ten sposób jakoś zmierzać ku temu, żeby te wirusy, również internetowe i komputerowe, stały się elementem naszej rzeczywistości pozytywnym, a nie negatywnym, co wydaje mi się, że będzie. To tak na marginesie wszystkiego. Pa.
[06:05] - Pytałeś, co jest w internecie. W internecie już są trolle, które wiedzą wszystko najlepiej i na wszystkim się najlepiej znają. W związku z tym zjawisko, które odpowiada tym zjawiskom w rzeczywistości, które wcześniej wymieniłeś. Natomiast wracając do tego, co powiedziałeś. Być może tak jest, jak to przedstawiłeś, że te niegdyś inwazyjne organizmy kiedyś nas zabijały. To mnie słabo pociesza, bo zanim organizm się dostosował, to mogło minąć ileś tam pokoleń. Wolałbym, żeby to się jednak szybciej odbywało mimo wszystko. Więc to pociecha dosyć słaba.
[06:55] - Ale Marku, myśmy wzięli w tej chwili ewolucję w swoje ręce. Cywilizowane, że tak powiem, więc powinniśmy przyspieszać te rzeczy i od tego jest biochemia, od tego jest medycyna współczesna, żeby szybciej zakładała tym bakteriom i wirusom kagańce, że tak powiem, lejce zakładała, żebyśmy mogli nimi powodować, tak jak koniem kiedyś. I kiedyś tak będzie, tylko trzeba szybko. Trzeba takiego myślenia zresztą.
[07:34] - Wiesz co, ja się nie mogę pozbyć wrażenia, że to, co powiedziałeś, to jest to złudzenie, które ogarnia sporą część ludzkości, że my wzięliśmy różne rzeczy w swoje ręce, między innymi ewolucję. Ja myślę, że nam się fajnie myśli właśnie w ten sposób, ale to jest dosyć dalekie od prawdy, to, że my coś wzięliśmy w swoje ręce. I myślę, że wypadki ostatnich miesięcy dobitnie nam pokazują, że to tylko złudzenie, że my nad czymś panujemy, że my potrafimy. Bardzo byśmy chcieli, to z całą pewnością, ale to chyba tak nie działa, mimo wszystko.
[08:23] - Nie wiem, Marku. Tak jak myślę, że jednak coś idzie do przodu. Na przykład moja ukochana siostra bardzo dobrze panuje nad swoim mężem. To, że ogólnie to się nie udaje, to w szczególe jednak wydaje się, że my przemy do przodu.
[08:45] - Proszę ciebie, panowanie nad swoim mężem to w przypadku bardzo wielu rodzin to jest codzienność od wielu set, jeśli nie tysięcy lat. Ja ci tylko przypomnę, że starożytny filozof miał swoją Ksantypę. Dzisiaj to jest odpowiednik takiej kobiety, która za dużo wolności nie daje człowiekowi. Więc zjawisko zdaje się nęka nas od starożytności. Więc te złudzenia znowu, to chyba znowu są złudzenia po prostu.
[09:29] - To były też wirusami kiedyś.
[09:32] - Dobrze, Wiktorze, pogadaliśmy sobie o tak zwanej sytuacji pandemicznej, chociaż w niezwykle specyficzny sposób. Przejdźmy zatem do książki. Tak jak zapowiedziałem dwa tygodnie temu, wrócimy do SF, do twardej SF. Dzisiaj na tapet wrzucamy książkę Edmunda Cukra „Testament Overmana”. Ja tylko nawiążę do tego, co napisał 66szary w komentarzu do newsa w Radiu Paranormalium. Napisał coś takiego: „Hello, właśnie skończyłem w oryginale, więc dla mnie to Overman Culture. Ciekawi mnie, jak tutaj pewne słowa”. Niestety nie wiem, szanowny słuchaczu 66szary, jak te słowa przetłumaczono. Ja będę operował słowami, których tam się używa, więc może sobie odpowiedniki znajdziesz. Ale to jest prawda, to co pisze w następnym zdaniu 66szary.
„Otóż oryginalny tytuł lepiej gra z opowieścią. Nie mogę napisać dlaczego”, za co bardzo dziękuję, bo rzeczywiście nie opowiadamy książek. W oryginale to jest, przypomnę, „Overman Culture”. Ja pewno mam ten angielski słaby w wymowie. Grunt, że rozumiem. Natomiast po polsku mamy „Testament Overmana”. Rzeczywiście 66szary słusznie zauważa, że ten oryginalny tytuł bardziej współgra z opowieścią. Ten polski nie jest zły, ale tamten jest lepszy. To pierwszy cytat na początku audycji, ale chciałbym też posłużyć się cytatami z tej strony, którą wszyscy ludzie, którzy czytają książki znają, mianowicie Lubimy Czytać. Bo w ogóle na temat książki „Testament Overmana” jest mało recenzji w internecie.
W dodatku zrobiłem sobie prywatną sondę. Ludzie interesujący się fantastyką naukową, tacy współcześni fascynaci nie znają tej książki. W sporej części nie znają. Oczywiście są i tacy, którzy od razu reagują na ten tytuł, ale w sporej części nawet pasjonaci SF nie znają tej książki. Ja się zresztą nie dziwię, bo ona wyszła w latach 70., pod koniec lat 70. w Polsce. W Anglii ukazała się na początku lat 70. Wznowił ją co prawda Wojtek Sedenko w swojej Galaktyce Gutenberga wydawanej w wydawnictwie Solaris. To taki tom, który zawierał dwie opowieści Coopera. Obie wyszły w takiej serii z kosmonautą, mianowicie „Testament Overmana", a druga „Zdobywca przestworzy".
Obie opisują... żeby za dużo nie powiedzieć, ale to mogę powiedzieć. To są właściwie powieści takie trochę postapo. Więcej już nie opowiadam. To wyszło całkiem niedawno, bo Galaktyka Gutenberga to jednak już nowy wiek. Jednak to nie jest powieść szeroko znana, zarówno „Testament Overmana", jak i „Zdobywca przestworzy". Ja tylko dla takiego porządku czytelniczego powiem, że jeszcze jedna książka Edmunda Coopera się ukazała w Polsce. W wydawnictwie Alfa ukazała się książka, powieść „Po drugiej stronie nieba". Też akurat w latach 80. Zatem pisarz nie zasypał polskiego rynku tytułami swoich powieści.
Niemniej myślę, że tym tytułem, o którym dzisiaj będziemy rozmawiać, warto się zainteresować. Kiedy zastanawiałem się, od czego zacząć omawianie książki, którą dzisiaj będziemy maglować, to tak nie bardzo wiedziałem, bo stąpamy po kruchym lodzie, żeby za dużo nie powiedzieć. O tym, dlaczego to jest takie ważne, to za chwilę. Ale znalazłem coś, co się nadaje świetnie na wstęp. I tu muszę przywołać portal Lubimy Czytać, o którym wspomniałem. Otóż tam w komentarzu do książki „Testament Overmana" autor ukrywający się pod pseudonimem Pytysz napisał coś takiego: „Mieliście w dzieciństwie wrażenie, że różne dziwne rzeczy dzieją się wokół, że ich nie rozumiecie, że dorośli dziwnie zdawkowo odpowiadają na wasze pytania? Mieliście kiedyś wrażenie, że wasze zachowanie jest ukradkiem obserwowane i oceniane? Zastanawialiście się kiedyś nad tym? Cooper musiał mieć podobnie. Zdumiewająco trafne zderzenie jego fikcji lat 70.
z naszą XXI-wieczną współczesnością." To pierwszy komentarz, który w jakiś sposób wprowadza nas do tej książki. Ale jak już jestem przy komentarzach, to następny. Ktoś pod wiele mówiącym nickiem Suszymie napisał w ten sposób: „Moja fascynacja z lat szczenięcych. Z premedytacją ocenę zawyżam. Gdybym po raz pierwszy czytał ją dziś, to pewnie wyżej pięć, sześć gwiazdek by nie podskoczyła. Ale w połowie lat 90. to było dla mnie coś wielkiego." I trzeci komentarz napisany przez Danielo: „Niby nic ciekawego, a czyta się... Miłe zaskoczenie. Jak dla mnie. Książkę zakupiłem w antykwariacie za jedyną złotówkę.
Nie spodziewałem się, że autorzy z lat 70. mogą takie rzeczy pisać." Specjalnie przytoczyłem ten ostatni komentarz, bo on obrazuje coś takiego, że współcześni fascynaci SF uważają, że fantastyka naukowa zaczęła się gdzieś tak pod koniec lat 90. Wszystko, co było wcześniej, to były opowieści dziwnej treści, jak lubię mówić, oraz rzeczy takie właściwie pierdzielenie o Chopinie. Nic ciekawego. Otóż to jest od razu na wstępie duży błąd, bo książka Coopera, o której będziemy rozmawiać, doskonale pokazuje, że świetne pomysły to nie jest domena naszych czasów, że one były zawsze. Bo różne rzeczy o książce „Testament Overmana" można powiedzieć, ale na pewno trzeba podkreślić, że pomysł na tę książkę jest znakomity. Wiktorze, teraz ty.
[16:51] - Trzeba się rozwodzić nad tą książką, a ja tak wolałbym stosować metodę od ogółu do szczegółu.
[16:58] - Bardzo cię proszę.
[16:59] - O książce chętnie porozmawiałbym po pewnym zarysie samej sytuacji, w której ta książka się w ogóle pojawiła, gdyż ona jest pewnym takim dosyć klinicznym przypadkiem. Czego? To ja wytłumaczę, ale za chwilę, jak dojdziemy do książki. Ja mam takie wrażenie, jak przemyśliwałem sobie statysty tej książki, że warto sobie przemyśleć całą ewolucję literatury, która w pewnym sensie jest dobrze spuentowana tą książką. Ta książka dobrze puentuje pewne tendencje rozwoju literatury w ogóle jako takiej. Nie wiem, kiedy człowiek zaczął pisać, to właściwie na początku było to bardzo podobne do rysowania. Czyli rysujemy, jak rysowaliśmy na ścianie to, co widzieliśmy. Nie wymyślaliśmy żadnych rzeczy, tylko rysowaliśmy to, co nasze oczy zaobserwowały. W ten sam sposób mniej więcej zaczynano pisać. Opisywano zdarzenia, historie.
W ten sposób wszystkie eposy babilońskie aż po Biblię zostały skonstruowane. To jest pewne apostolskie świadectwo historii, rzeczywistości. Tak pisano. O ile czytałem stare rzeczy dawno temu, wszystkie były takie. Nikt niczego nie wymyślał sobie ot tak, ni z gruchy, ni z pieczuchy, abstrakcyjnego. Łącznie ze starożytną literaturą. Filozofowie już coś próbowali kombinować, ale to były dyskusje między sobą czy rozważania. Wszystko zmierzało ku dosyć prostej konstrukcji. Po pierwsze liniowej, po drugie opisującej historię. Z tego wyrastały potężne rzeczy.
Ogromne. Takie jak Biblia, które są literackimi dziełami, ale to są właściwie świadectwa rzeczywistości. Natomiast pomysł, żeby tworzyć własną rzeczywistość oderwaną od tego świata, pojawił się bardzo późno. Może pierwociny, jak myślę, były gdzieś w grotesce, w wykrzywianiu rzeczywistości. Tu się gdzieś zaczęło myślenie nad tym, że rzeczywistość może być inna niż taka, jaką ją postrzegamy. Teraz dochodzimy do czasów prawie współczesnych, kiedy pisarze pisząc coś, co nie ma bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości albo tylko bardzo luźnego, zaczęli konstruować. Podobnie jak z dziełami techniki, rzemieślniczej. Rzemieślnicy zaczęli tworzyć rzeczy. Pisarze też zaczęli konstruować swoje wytwory. To konstruowanie, ta konstrukcja, z ogromnym oczywiście przeskokiem, ale docieramy do „Testamentu Overmana”, gdyż ta książka jest bardzo perfekcyjnie skonstruowana i to według mnie jest jej ogromna zaleta.
To, co Marek mówił, że te odniesienia do współczesności. Wszyscy myślą, że dopiero zaczęliśmy pisać. Ale również do tego, co powiedziałem. Dzisiaj książki są również przez wybitnych oczywiście pisarzy bardzo konstruowane, a „Testament Overmana” jest jedną z takich pierwszych. Na pewno nie pierwszych książek, ale takich, w których się to bardzo dobrze ujawniło. Zresztą pisarzowi może po prostu tak wyszło. Myślę, że takie spojrzenie na to, że literatura tak samo jak technika, jak nauka, ma pewne etapy, w których się coś puentuje, tak jak E równa się mc kwadrat, to również w kulturze bywają takie progi, po których właściwie można mówić, że wstąpiliśmy na kolejny szczebel drabiny Jakubowej. „Testament Overmana” według mnie jest taką książką. Dlatego właśnie, chociaż może być 100 książek dużo wspanialszych, warto pamiętać o tej książce, gdyż ona jest takim zrealizowaniem ścieżki zdrowia, o której tutaj próbowałem namacać bardzo chaotycznie i bardzo prostacko, ale takie mam wyczucie.
[23:55] - Zerknąłem sobie na czata i widzę pytanie od O35, który pyta: „Dlaczego ta książka została przez panów wybrana? Przyznaję, przebrnąłem przez nią, ale strasznie mi nie podeszła. Nie wiem, czy to wina tłumacza, akurat tłumaczki, czy też najzwyczajniej jest archaicznie napisana”. Nie odnoszę wrażenia, że ona jest archaicznie napisana, ale to właściwie O35 sam wyjaśnia. Zresztą każdy ma swoje fiksacje. Nie wiem, dlaczego mi nie podeszła. Tu się zgadzam. Ta książka jednych zachwyca, drugich nie zachwyca. To norma. Po prostu tak jest i się temu w ogóle nie dziwię.
Ale zauważcie państwo, że ja nie powiedziałem dzisiaj jednej rzeczy, którą mówię bardzo często w audycji, czyli że mamy do czynienia ze wspaniałą, niezwykłą i fascynującą książką. Fascynującą to może tak, ale czy wspaniałą? Tu już by się można zastanowić, bo ta książka rzeczywiście to nie jest mistrzostwo świata, ale została przez nas wybrana świadomie. Wiktor już częściowo wspomniał o tym. Ze względu na konstrukcję, bo kiedy rozmawialiśmy przed audycją, to ja zaryzykowałem tezę, że to jest książka, którą można by, gdyby ją pisać liniowo w taki sposób, jak pisano na przykład w XIX wieku, to byłby materiał na shorta. Takiego nie za długiego zresztą shorta, bo to by się dało streścić naprawdę bardzo prosto, gdyby materiał podawać w sposób liniowy. Tymczasem sam się zapędziłem w kozi róg, bo on de facto w liniowy sposób jest podawany w książce. Niemniej jednak to, co Wiktor mówił o konstrukcji, to jest tak zrobione, że właściwie od początku czytelnik staje przed zagadką: o co chodzi, do cholery, w tej książce? Przecież od początku czytelnik wie, że nic się nie zgadza. To nie jest zwykły świat.
To nie jest świat, który znamy. Ale właściwie go znamy. Po części przynajmniej. Pojawia się szereg pytań. Kiedy czytałem tę wypowiedź na Lubimy Czytać, kiedy była przywołana ta sytuacja, że jako dzieci często mamy takie wrażenie, że rodzice nie mówią nam wszystkiego, że jesteśmy obserwowani i tak dalej, to dokładnie jest ta książka, gdzie właściwie od pierwszych stron i tu nic nie zaspoileruję. Od początku wiemy, że ten świat, który jest nam rysowany, jest dziwny. I to naprawdę wiemy od drugiej strony. Co z tego wynika? Wynika z tego między innymi to, że podchodzimy do tej narracji bardzo ostrożnie. O co chodzi?
Dlaczego to jest tak? To jest tak dziwne, że od początku lęgną nam się, i o to zresztą pewno autorowi chodziło, w głowie rozwiązania wszelkiego rodzaju. Próbujemy nadpisać to, co podaje nam autor i sami wymyślamy puenty. Mistrzostwem autora jest to, że w większości wypadków, bo ja sobie na tę okoliczność również przesłuchałem kilka osób, te nasze wyobrażenia, te nasze mini scenariusze, które się pojawiają w głowie, one są wynikiem sterowania przez autora. On nam podrzuca pewne fakty, żebyśmy ukuli sobie w głowie pewne nieprawdziwe czy w każdym razie niezgodne z opowieścią scenariusze. Chwilę potem je burzy. Pracowicie to robi przez całą książkę, żeby w końcu podać swój scenariusz. Właściwie finał tego scenariusza. Ja powiem tak, że jeśli to nawet nie jest książka, przy której powinienem się na początku audycji zachłysnąć i powiedzieć: „Jakżeż to jest wspaniałe dzieło”, tu będę wstrzemięźliwy. Może to nie jest wspaniałe dzieło, ale świetnie obrazuje, jak ważny jest pisarski warsztat.
Bo ja mam wątpliwości, czy Edmund Cooper wielkim pisarzem był. Nie wiem. Był na pewno bardzo przyzwoitym pisarzem. Pisarzem, który wiedział, o co w pisaniu chodzi. Ale jednego mu w tej książce nie mogę odmówić. Jest inaczej troszeczkę zarówno w drugiej jego książce „Zdobywca przestworzy”, jak i w tej trzeciej „Po drugiej stronie nieba”. Tam nie ma tak skonstruowanej zagadki i ja uważam te książki za nieco gorsze. Natomiast w książce „Testament Overmana” udało się autorowi tak zamotać, tak zakręcić, tak skonstruować tę opowieść, że właściwie jesteśmy przez dłuższą część czasu zaciekawieni. Jeśli nawet nuży nas język, jeśli nawet wkurzają pewne elementy tej opowieści, to jednak chcemy wiedzieć, co będzie na końcu. Z punktu widzenia literatury rozrywkowej to jest duże osiągnięcie.
I tu, jeśli dzisiaj mogę się pochylić z uszanowaniem przed autorem, to na ten element zwróciłbym uwagę. W gruncie rzeczy opowieść, którą nam serwuje Cooper, to jest opowieść, którą każdy z państwa, który interesuje się fantastyką, czytał już wiele razy. I w opowiadaniach z lat 50., 60., 70., 80., i 90., i w ogóle ta historia się powtarza. Ileż można wymyślać różnych wariantów w opowieści postapo? A jednak okazuje się, że konstrukcja powieści, selekcja oraz sekwencjonowanie pewnych informacji, które podawane są czytelnikowi, sprawia, że coś, co nadawałoby się na shorta, nagle rozrasta się Do rozmiarów powieści, właściwie mikropowieści, bo nie przesadzajmy. Książka, która w pierwszym wydaniu miała 140 stron niespecjalnie gęsto zadrukowanych, to nie jest za długa opowieść, a jednak opowieść wciągająca. Teraz ty, Wiktorze.
[30:53] - Odpowiadając na pewne sugestie, próbowałem właśnie w swojej chaotycznej ścieżce oglądu, rozwoju literatury zwrócić uwagę na to, dlaczego wybraliśmy tę książkę i odpowiedzieć na to pytanie. Jest wiele książek być może o wiele bardziej zachwycających. Natomiast chciałem zwrócić uwagę na to, że są pewne rzeczy, pewne książki po prostu ważne. I właśnie „ Testament Overmana” jest taką książką po prostu zwyczajnie ważną. Tutaj posłużę się może zabawowym porównaniem, ale czy nas zachwyca młotek? Trzonek, dziura, obuch. Nic tutaj wspaniałego przecież być nie może. Natomiast jest to narzędzie, jak wiele innych narzędzi, które postawiło ten świat na nogi i naszą całą cywilizację. To był bardzo piekielnie ważny wynalazek. On dzisiaj nikogo już nie zachwyca.
To jest coś takiego jak przedłużenie naszego ramienia. Więc też żaden wielki patent, żadne wielkie odkrycie. A jednak. Tak samo młotek był ważny w ewolucji techniki. Tak samo ważną książką według nas jest właśnie „ Testament Overmana”. A teraz możemy sobie tylko już skupić się na tym, dlaczego on jest ważny. I tu Marek próbuje odpowiadać w taki sposób czy inny sposób. Te odpowiedzi mogą być bardzo indywidualne, i tutaj sprawy estetyczne, czy podoba się, czy nie podoba, to też są dosyć drugorzędne, gdyż na łonie natury science fictionowym „ Testament Overmana” chyba zrobił najpełniej to, co inni. Tak jak już dyskutowaliśmy z Markiem, na przykład literatura sensacyjna, czyli kryminały, bardzo precyzyjne, takie pudełka w pudełku, po prostu te najlepiej napisane robiły od dawna dosyć. Natomiast to piekielnie dobra konstrukcja.
Oczywiście jak mówimy o takich konstrukcjach, to „ Testament Overmana” mnie nie zachwyca niż „Próżnia doskonała” Stanisława Lema. Tam każde puśderko, każda recenzja jest tak doskonale skonstruowana, tak przemyślana, chociaż niezrealizowana w pełni, bo to tylko recenzje z nienapisanych przez Lema książek. Tam to jest zupełnie fascynujące, fenomenalne kombinowanie, manipulowanie mikroelementami, konstruowanie rzeczywistości. Ale „ Testament Overmana” jako zrealizowana książka jest właśnie chyba bliską do lemowskich dobrych rzeczy książką.
[35:02] - A ja rzut oka na czata. 66szary napisał: „To nie jest aż takie tajemnicze, co tam się dzieje, ale dzieci to odkrywają i jest miejscami bardzo naiwne.” Więc właśnie. Ja się z tym do końca nie zgadzam, bo cały zabieg pisarski polega na tym, że gdyby to odkrywali dorośli, to byłoby naiwne. Gdyby ta książka była napisana z punktu widzenia osób dorosłych, to rzeczywiście chyba by się nie sprzedało. Nie sprzedało nie w sensie komercyjnym, tylko czytelniczym. Natomiast właśnie to, że patrzą na tę sytuację dzieci, że one ją odkrywają, czasami właśnie za pomocą różnych swoich mniej lub bardziej podstępnych, a właściwie naiwnych, to dobre słowo jest, takich przedsięwzięć, to wszystko tłumaczy. To znaczy usprawiedliwia, właściwie bardziej usprawiedliwia. Powtarzam, gdyby to był świat dorosłych, to ta książka by się nie obroniła. Świat dzieci broni pewnych sytuacji, które się w tej książce pojawiają. Dalej czytam na czacie o 35: „Zgodzę się, że rodzice nie mówią nam wszystkiego, ale nigdy nie czułem się obserwowany.” A to pewno sprawa osobnicza, bo ja czasami miałem wrażenie, że nie tylko Nie mówią jej rodzice wszystkiego, ale w jakiś sposób próbują nie tylko obserwować, ale też sterować moim bardzo dziecięcym życiem.
W jakiś sposób próbują mnie do różnych rzeczy nakłonić. A kiedy łapałem na tym albo odkrywałem to, oczywiście co robi dziecko? Staje okoniem. Mniej lub bardziej, to zależy od charakteru. Dalej, 66szary: „Nie miałem czasu sprawdzić, czy autor był mormonem.” Ja też nie miałem czasu, więc tak naprawdę nie wiem. Natomiast ciekawą myśl napisał o 35: „Pisarz nie musi być wielki. Moim zdaniem pisarz powinien, jak to mawiał Sutter Hand, żeby coś opowiedzieć ciekawie, powinno się mieć dar opowiadania.” I to chyba jest dobre podsumowanie tej książki. Jak sądzisz, Wiktorze?
[37:33] - Nie dosyć, że dobre, ale ja wpadnę w twoje, w to, co żeście wspólnie z internetowej wytrzaskali. Otóż zwróćcie uwagę, że posługiwanie się dziećmi jako tymi, którzy przekazują nam informacje o jakichś rzeczach, jest w pewnym sensie piekielnie sensownym zabiegiem. Nie tylko, że można bardzo wzmocnić pewne obrazy. Tutaj mogę na przykład wskazać pana Much.
[38:19] - Władcę.
[38:19] - Władcę Much, tak. Gdyby to nie dzieci, to nie byłoby tak silnej wymowy, tak mocno postawionego problemu. Co to jest dziecko w tym momencie? Dziecko to jest przyszły dorosły człowiek, ale który jeszcze nie wie i jeszcze posiada ciekawość. Ludzie w wieku dorosłym bardzo często tracą ciekawość świata, tracą nie tylko dynamikę myślenia. Dzieci to jest właśnie taka symboliczna młodość naszej cywilizacji, czyli chęć ogromna dotknięcia, prześcignięcia czasu i tak dalej. To jest piekielnie ważne. Jak się posługujemy dziećmi, to naprawdę siła wyrazu dużo bardziej wzrasta. I to, co zafundował nam autor „Testamentu Overmana”, to wielu pisarzy stosowało ten zabieg, począwszy od Sienkiewicza i Verne'a. One są dlatego te historie ich są fajne.
I gdyby to byli tylko, tak jak Marek powiedział, dorośli, tylko dorośli, to te „Dwa lata wakacji” Verne'a w ogóle by przeszły niezauważone. Tak samo „Tajemnicza wyspa”, bo tam są jednak również dzieciaki, a przynajmniej ludzie młodzi. Dzieci są ciekawe świata. Jak przywołam swoje doświadczenia ojcowskie, to ja już to kiedyś cytowałem. Ja kiedyś zadałem mojemu synkowi czteroletniemu pytanie: „Paweł, powiesz mi, jaki jest świat?” Bo my tu wkraczamy w tą prawie wirtualną rzeczywistość. Wszystko się dzieje niesamowicie. Wszyscy są zachwyceni techniką. Wszyscy tak: „Ach, ach!” I tak dalej. Na co Paweł popatrzył na mnie jak na idiotę, wsadził ręce w kieszenie, wzruszył ramionami. Ja mu powtarzam to pytanie: „Paweł, ale powiesz, jaki jest świat?” Wzruszył znowuż ramionami.
„Tata, normalny.” Normalny.
[41:14] - No właśnie.
[41:16] - Czy dorosły by tak odpowiedział? Dorosły nie może, bo dla dorosłego ten świat ludzi młodych jest już trochę nienaturalny. Zmierza w jakimś kierunku, którego nie akceptuje dorosłość. Muzyka jest nie taka, jaka jemu grała, kiedy miał 18 lat. Wszystko jest nie takie. Literatura jest nie taka jak ta, którą czytał, kiedy był młody. Wszystko jest nie takie. A dla młodych ludzi świat jest normalny. To taka anegdota.
[41:54] - W dodatku to się pogłębia. Im człowiek starszy, tym świat mu coraz bardziej nie pasuje. Przynajmniej niektórym.
[42:01] - Troszkę.
[42:02] - Tak. Są tacy ludzie, którzy zawsze powiedzą, że 40 lat temu to nawet dziewczyny były ładniejsze, oranżada smakowała lepiej i w ogóle wszystko było lepsze. A dzisiaj wszystko zmierza ku upadkowi, rozkładowi i w ogóle jest bez sensu. Jak ktoś ma taki obraz świata, to ja mu troszeczkę współczuję mimo wszystko, bo trzeba się cieszyć tym światem tak naprawdę. Ale to sobie odpuśćmy. Czytam dalej czat. Panowie, słuchając was dochodzę do wniosku, że nadzwyczajnie za późno ją przeczytałem. Powinienem to zrobić ze 20 lat wcześniej, czyli za długo leżała na półce nieczytana. To z całą pewnością się zgadzam z tym. Jeśli była na tej półce, to jak najbardziej.
Rzeczywiście jest troszeczkę tak i tu nie zamierzam nikogo przekonywać ani się upierać. Są takie książki, które osobniczo należy przeczytać w określonym czasie albo jest już za późno. Ja nie wiem. Ja ją przeczytałem, kiedy byłem nastolatkiem, późnym siedemnastolatkiem. I ta książka mi strasznie pasowała wtedy. Kiedy ją czytałem całkiem niedawno przed audycją, żeby sobie odnowić, pojawiły się różne wątpliwości, wnioski oraz pewne zadziwienia, o których za chwilę powiem. Czy dzisiaj bym się tą książką zafascynował? Może nie tym, jak jest napisana, bo tu chylę czoła przed obserwatorami, którzy mówią o tym, że ta książka może niekoniecznie porywa od strony językowej, ale od strony konstrukcyjnej mnie w dalszym ciągu porwała. Tutaj jeszcze mamy od 66szary taką uwagę. Okej, frakcja dzieci to były...
A robotyczni opiekunowie to aha. Czyli mamy wyjaśnienie angielskich słów, które się pojawiają, które rzeczywiście są zupełnie inne. Bo powiem tak, tłumacz, ja nie wiem, jak wymówić te słowa drybones, czyli jacyś kościści, kruchokościści czy jacyś tacy. Drybones to chyba suchokostni, coś tego typu. Suchokostni. Tak. I jeszcze drugie to fra- Fragiles. Zastanawiam się, jak to było. Delikatni. Delikatni, wrażliwi.
Tak. Czyli to ta frakcja dzieci rzeczywiście żyjących, cokolwiek to znaczy. W każdym razie to zupełnie jest inaczej przetłumaczone na polski. Zresztą tu tłumaczka tej książki musiała wykonać pewną pracę, bo do końca ta książka nie dała się przełożyć tak jeden do jednego. Ci, co znają książkę, zwrócą uwagę, że Blanka Kuborska, która przetłumaczyła książkę, na przykład musiała pewnego chwytu użyć, tłumacząc ten fragment, kiedy oni uczyli się czytać na przykładzie alfabetu Aliasa i tak dalej. Czyli tak, jak pisze Ivellios, można też jako wrażliwiaki, wrażliwców przetłumaczyć tych, którzy w tej książce są na język polski przetłumaczeni, to są... Właśnie zapomniałem. To są bezkrwiści. I zapomniałem. Wyleciało mi z głowy, Wiktorze.
Nieważne. Miałem powiedzieć o tym, kiedy się zdziwiłem przy tej książce. Otóż ja zapamiętałem tę książkę. I tu jesteśmy w Radio Paranormalium, więc powiem o tym. Ta książka dla mnie mogłaby być dowodem na to, że teoria mówiąca o efekcie Mandeli tak zwanym jest jak najbardziej prawdziwa. Otóż ja zapamiętałem końcówkę tej książki. Oczywiście nie będę jej streszczał, ale zapamiętałem zupełnie inaczej i zupełnie inne rozwiązanie. Co do zasady owszem, tej głównej tak. Tylko inaczej zapamiętałem główny motor tego świata, że był inny. To by mogło być takie małe potwierdzenie tego, że świat się zmienił, że efekt Mandeli zaistniał.
Ja przypuszczam, że było inaczej. To znaczy ja w tamtych czasach, czytając książki, bardzo często układałem swoje scenariusze. Po prostu zapamiętałem swój scenariusz. Notabene powiem, że wydaje mi się, że ten scenariusz, który ułożyłem, był lepszy. Lepiej tłumaczył na przykład to, że nad kopułą otaczającą Londyn walczą raz samoloty z pierwszej wojny światowej, raz samoloty z drugiej wojny światowej. Zdaje się, że te bardziej współczesne też nad tą kopułą walczą, spadają na nią. To z takich dziwności, które się w książce pojawiają. To moje zakończenie lepiej tłumaczyłoby to, że główny bohater spotyka pewnego wieczora spacerującą królową Wiktorię razem z premierem Churchillem. Co jak wszyscy, którzy troszeczkę liznęli historii, wiedzą, było jakoś zupełnie niemożliwe. A jednak się w tej książce działo.
To z jednej strony daje nam sygnał, że coś się z tym światem dzieje dziwnego. Z drugiej strony po tym sygnale my stajemy się tacy czujni i ta czujność, moim zdaniem, w moim zakończeniu byłaby lepiej wytłumaczona. No ale przyjmuję, że autor napisał, jak napisał. Mówię o tym efekcie Mandeli na zasadzie żartu. Raczej staram się sobie w jakiś sposób wytłumaczyć tę sprawę. Ta książka od początku atakuje nas pewną tajemnicą. To właśnie te historie, kiedy my się dowiadujemy i od początku wiemy, że coś się nie zgadza. Te samoloty z różnych okresów spadające na kopułę. Mamy okres teoretycznie drugiej wojny światowej. A jednocześnie coś się dziwnego dzieje.
Od początku wiemy, że coś nie teges jest z tym światem, który jest przedstawiony. Wiemy to i szukamy wyjaśnień. I pojawia się w pewnym momencie, przynajmniej u mnie, taki galop myśli: jak to jest z tym światem, co to jest? A może to wirtualna rzeczywistość? Tak, tylko że w latach 70., a właściwie na początku lat 70., coś takiego jak wirtualna rzeczywistość w ogóle nie funkcjonowało w nazewnictwie. Lem sobie myślał nad swoją fantomatyką. Jeszcze to właściwie w literaturze światowej nie funkcjonowało. Mógł tego nie nazywać, ale tak się mogło dziać. Tylko że to nie o to chodzi, o czym się krok po kroku przekonujemy. Co więcej, podczas drugiej lektury, tej całkiem ostatnio poczynionej, wydawało mi się, że relacje pomiędzy głównym bohaterem a jego rodzicami są trudne do zaakceptowania dla czytającego.
Ale później palnąłem się w głowę, bo one byłyby trudne do zaakceptowania dla mnie jako dziecka wychowanego przez rodziców takich prawdziwych, którzy mieli krew, posługując się nomenklaturą książki, którzy byli zwykłymi rodzicami. Ale z punktu widzenia tamtego świata musiało upłynąć sporo czasu, zanim bohater zaczął mieć jakiekolwiek wątpliwości. Bo ta rzeczywistość, która jest nakreślona piórem Coopera, ta rzeczywistość, która otaczała bohatera, była dla niego normalnością. Nie była niczym niezwykłym, a zatem przyjmował, łykał ją jak pelikan rybę. W związku z tym zanim się pojawiły wątpliwości. Co więcej, ci, co czytali książkę, a nas słuchają w tej chwili, zwrócą na to uwagę, że nawet te wątpliwości na początku są niezwykle naiwne. One tak naprawdę prowadzą nas na manowce w tym kombinowaniu, co się tak naprawdę stało, z czym mamy do czynienia. Później dostajemy szereg potwierdzeń. I znowu nie zdradzam wielkiej tajemnicy. Proszę się nie martwić, ja i tak nie zdradzę tajemnicy głównej tej książki.
Ale kiedy dowiadujemy się, że ta Miza płynie w kółko, że nie odpływa do morza, że jak się wyjedzie jedną drogą przed siebie wprost, to i tak się wróci do miejsca, z którego się wyruszyło. Że poza tym obszarem, w którym mieszkają nasi bohaterowie, to Londyn bywa właściwie pusty. I to się wszystko tak spiętrza. Niby odpowiedź jest oczywista, niby ją mamy gdzieś z tyłu głowy, na końcu języka. Już chcemy powiedzieć: „A to jest tak i tak.” I powiem tak, że ja nie jestem przekonany, czy czytelnicy tej książki udzielają poprawnych odpowiedzi, przynajmniej na początku. Wiktorze, teraz ty.
[52:24] - À propos tych poprawnych odpowiedzi. Otóż Marku, dotknąłeś przypadkiem, a może i nie przypadkiem, bardzo ważnej istoty i zalety tej książki. Otóż kiedy mówiłeś o tym, że twoja młodzieńcza interpretacja tej książki była zupełnie inna niż bogiem a prawdą to, co książka próbowała sprzedać, to zwróćmy uwagę, że klasyczna literatura sprzedawała nam odczucia, wrażenia. Myśmy w mniejszym lub w większym stopniu odbierali tę aurę, klimat opowieści i tak dalej. Natomiast nie było tam miejsca na twoją osobniczą, zupełnie inną interpretację tematu. To się pojawia tylko w bardzo rzadkich książkach, na przykład u Lema praktycznie biorąc nigdy. On był na tyle wyrozumowany, że wszystko od początku do końca konstruował i my właściwie po przeczytaniu musieliśmy myśleć to, co on sobie zamierzył. Nie zawsze mu to wychodziło. Chwała najwyższemu. Dzięki temu również jego literatura bywa bardziej artystyczna.
Natomiast właśnie ten walor, że każdy może pewną książkę, tę samą książkę przeczytać i wysnuć inne wyobrażenie przyczyn, które w tej książce kreują jakiś świat, to jest ogromny i wspaniały walor. I to jest również walor tej książki. To niedoprecyzowanie całości. Chociaż autor swoje oczywiście próbuje robić, ale zostawia pole manewru dla czytelnika. Marek wymyślił coś innego. Ja też swoje wymyśliłem, zupełnie inaczej to sobie wszystko wyobrażałem. Tak jak zresztą odnoszę się do późniejszej literatury, jak na przykład w „Pikniku na skraju drogi” Strugaccy napisali książkę, ale moja interpretacja tej książki, zresztą tak samo jak i Lema, była zupełnie inna niż autorzy sobie zamyślili. To był walor tych książek. W testamencie Overmana spotykamy się z taką sytuacją. Tak jak mówimy, to wtedy nie charakteryzowało jeszcze klasycznej literatury science fiction.
Bardzo niewiele. Jeszcze to były eksperymenty. Jeszcze jak się czytało na przykład opowiadania Ballarda, to one były wieloznaczne. Nie do końca historia była opowiedziana. Można było iść ścieżką wskazaną przez autora, ale można było troszeczkę poszukać samemu we własnym kierunku. To się dopiero pojawiało. Testament Overmana jest tego takim szczebelkiem, tak jak już mówiłem.
[56:10] - Ja muszę podziękować wszystkim osobom, które czytały oryginały, a konkretnie „66 szarych”. Kiedy czytam, jak to można tłumaczyć, to widzę, że oryginał chyba jest jeszcze lepszy niż książka, którą ja miałem okazję przeczytać, czyli translacja. Otóż bezkrwiści w oryginale to wrażliwki, wrażliwce, tak jak proponuje Ivellios. Z kolei ci, którzy się nimi opiekują, ci drudzy to są, tak jak proponuje „66 szarych”, wyschli na kość. To chyba lepiej wprowadza w klimat, ale trudno. Myśmy dostali bezkrwistych i tych właśnie szukających. Czy oni się wrażliwi jednak nie nazywali? Nie pamiętam. W każdym razie „66 szarych” pisze: „Dla mnie najcenniejszą rzeczą w powieści, mam nadzieję, że nie umknęło to w translacji, to proste wytłumaczenie sensu relacji człowiek-maszyna. To jest strzał w dziesiątkę.” Właściwie-
[57:33] - Mamy chyba jakiś problem z połączeniem z Markiem Żelkowskim. Marku, nie słyszymy się niestety. Nie wiem, czy się słyszymy z Wiktorem Żykiewiczem. Halo, panie Wiktorze, czy się słyszymy?
[57:45] - Ja słyszę dobrze.
[57:48] - Wygląda na to, że Marka Żelkowskiego urwało w takim razie.
[57:52] - To może ja w takim razie wskoczę w słowo tego, co Marek mówił. Przy tych tłumaczeniach zobaczcie, jak tutaj można pokombinować z niedaleką zupełnie przyszłością, bo ci bezkrwiści oraz ci wyschnięci na kość. Oraz jest trzecia kategoria. Zobaczcie, jak to pięknie pasuje w wirtualnej rzeczywistości. Awatar, czyli postać na przykład z gry komputerowej, to jest doskonała istota bezkrwista. Wyschły na kość to jest totalny gracz komputerowy, który już nie żyje, tylko żyje prawie wyłącznie w wirtualnej rzeczywistości. I pozostała trzecia kategoria, ci jeszcze żywi, którzy mają krew. Ci, którzy również żyją normalnym życiem, a nie tylko wirtualnym światem. Mamy trzy kategorie. Bardzo pięknie słownictwo pasuje.
Bezkrwiści, wyschli na kość oraz ci jeszcze żywi.
[59:06] - Halo, już jestem.
[59:08] - Jak dobrze znów cię słyszeć.
[59:11] - Ale cały czas jest jakoś takie niestabilne to połączenie. Nie wiem, jestem czy nie jestem.
[59:16] - Ada, gdzieś z dwie minuty temu cię urwało.
[59:19] - Tak, tylko nie wiem, czy jeszcze była ta rzecz, kiedy mówiłem o tłumaczeniach, czy nie była. Kiedy mówiłem, że doceniam ten angielski oryginał. Czy to było? Nie chciałbym się powtarzać.
[59:33] - Było. Marku, było.
[59:37] - Było. To dobrze. W każdym razie zacytuję jeszcze. Nie wiem, czy było też o tym, co cytowałem. „66 szarych” napisał, że najcenniejszą rzeczą w powieści, mam nadzieję, że to nie umknęło w translacji, proste wytłumaczenie sensu relacji człowiek-maszyna to jest strzał w dziesiątkę. I to rzeczywiście jest ciekawe, bo na początku dostajemy historię Overmana, taką bajkę, którą opowiada się dzieciom w przedszkolach. Ona już daje pewne przesłanki do tego, czym jest ten świat, ale my jeszcze jako czytelnicy tej historii do końca nie rozumiemy. Prawdziwe jej wyjaśnienie mamy na końcu. Takie spuentowanie mocne mamy na końcu, kiedy dostajemy namacalnie pewne rzeczy wytłumaczone. Dalej nie będę brnął w tę sytuację, bo bym wtedy zaspoilerował i to nieźle.
Zatem rzeczywiście to jest pod tym względem książka, która mnie w sumie fascynuje, bo tak jak powtarzam od początku tej audycji, może to nie jest wybitne dzieło literackie, ale konstrukcja tej książki... Nawet to, na co zwrócili uwagę nasi słuchacze, że ona się wydaje miejscami naiwna. A jakie są dzieci? Właśnie naiwne. Zwróćcie państwo uwagę, to jest w ogóle dla mnie fenomen. Na początku lat 70. Autor w wielu miejscach książki podkreśla, że opiekunowie, wszyscy dorośli zniechęcali młodych ludzi do czytania. Oni chodzili do szkoły i tam się uczyli różnych dziwnych rzeczy, bardzo praktycznych. Porównajcie sobie państwo z dzisiejszymi czasami. Dzisiaj też bardzo wiele osób, które wychowują dzieci w takim instytucjonalnym rozumieniu tego słowa, mówi, że dzieci powinny się uczyć rzeczy praktycznych, takich, które da się wykorzystać w życiu, a nie jakiejś abstrakcji.
Tu mamy bardzo podobną sytuację. Po co uczyć się czytać, pisać, kiedy można się uczyć, nie wiem, jak gotować obiad albo robótek ręcznych, albo czegoś jeszcze bardzo praktycznego, bardzo przydatnego w życiu, a nie czytania. Zwróćcie uwagę, jak są zniechęcani bohaterowie do czytania. Wiem, jesteśmy w audycji, w której ludzie czytają, w związku z czym przekonywanie kogokolwiek, że warto czytać to by było co najmniej faux pas. Ale zwróćcie uwagę, co się dzisiaj dzieje. Dzisiaj właściwie nie mówi się tego wprost, ale w bardzo wielu miejscach takiego intelektualnego internetu, że tak sobie to określę, znajdujemy takie nieśmiałe tezy, że właściwie po cholerę to czytanie? Filmy sobie oglądajcie, nie wiem, podcasty odtwarzajcie. Wszystko jest okej, dopóki jest w pewnej równowadze. Wbrew pozorom, co w pewnym momencie książki się pojawia, tak nieśmiało, ale jest, że czytanie daje nam pewną wolność. Na czym ta wolność polega tak naprawdę?
I znowu czuję się nieswojo, bo rozmawiamy w swoim gronie ludzi, którzy czytają, ale jest to wolność wyobraźni. To książki rozbudzają tę wyobraźnię. Co więcej, książki tak naprawdę to nie jest jedyne medium, które nas do tego pobudza. Ale książki uczą nas stawiać pytania. Co więcej, książki uczą nas wyobraźni. I ten przykład z efektem Mandeli nie był przypadkowy z mojej strony. Czytając książkę, nie wiem, czy państwo tak macie, to pewno też jest osobnicze, ale ja czytając książkę bez przerwy układam swoje scenariusze. Jak to się skończy? W którą stronę to pożegluje? Jak można rozwiązać dany problem zasygnalizowany?
Jak to w ogóle jest? Bardzo często te scenariusze się nie potwierdzają, ale one są moje. Bez przerwy pracuje wyobraźnia. I zwróćcie państwo uwagę, czy aby na pewno, nie mówię tego jako stwierdzenie, raczej jako pytanie to posyłam do państwa, czy aby na pewno tak samo, w taki sam sposób działają filmy? Moim zdaniem nie, ale dam się przekonać, jeżeli ktoś bardzo będzie tego pragnął. Wiktorze, teraz ty.
[01:04:41] - Marku, mogę wskoczyć w ten temat bardzo zabawnie. Otóż ja miałem fobię kiedyś jako troszeczkę koneser i smakosz różnych rzeczy. Ja lubiłem rozmawiać z ludźmi, więc tak samo rozmawiałem w dobrych knajpach z kelnerami, o ile można było. Zachodziłem do kuchni, rozmawiałem z szefami kuchni w dobrych restauracjach. Muszę wam taką obserwację strzelić. Otóż, o ile bywało różnie, o tyle szefowie kuchni w dobrych restauracjach co do jednego, wszystkich, których poznałem i to naprawdę wybitnych kiedyś kucharzy, potem szefów kuchni, to byli ludzie piekielnie wybitnie inteligentni i również piekielnie oczytani. To, że zostawali szefami kuchni, prawdopodobnie było zasługą właśnie tego, że posiadali troszeczkę bardziej rozwiniętą wyobraźnię niż przeciętny konstruktor dań, które się serwuje. Zresztą wszelka arystokracja, również arystokracja ta z podniebieniem ważnym przecież chce, żeby im serwowali artyści, a nie przemysł. A dla człowieka normalnego wystarczy przemysł. Natomiast niestety ja zaplątałem się, ale słuchajcie, naprawdę, jak rozmawiałem, byłem zdziwiony bardzo często, że ci ludzie kuchni przeczytali czasami więcej książek ode mnie.
[01:06:54] - Tak. A ja sobie śledzę cały czas czata. Jest taka uwaga O35 pisze: „W czasie czytania tej książki przyszła mi naprawdę jedna myśl. Choroba. Nikt nie napisał jeszcze porządnej książki SF w realiach pierwszej i drugiej wojny światowej. I nie chodzi mi tu o alternatywną rzeczywistość. Czy panowie mają podobne wrażenie?” Wracając do powieści SF Dalej pisze o 35. W realiach pierwszej i drugiej wojny światowej, to powiem, tak krótkie formy typu opowiadania trafiają się porządne i wręcz świetne, ale książki? Co o tym sądzicie panowie? Powiem tak, że tak jak przywołuję w tej chwili, to II wojna, no cóż, tak przyczynkowo.
Kiedyś Bogdan Petecki, już pewno dzisiaj zapomniany trochę pisarz polski, napisał książkę, która wyszła w serii kryminalnej. Nazywała się „W połowie drogi”. Ona się dzieje tak naprawdę trochę dzisiaj, a trochę w czasie II wojny światowej. Tam pewne realia II wojny, chyba, o ile dobrze pamiętam, dziejącej się w Afryce Północnej, tam się pewne rzeczy pojawiają, ale to oczywiście przyczynkowo, to nie stanowi głównej części książki. Natomiast przyszło mi do głowy, że rzecz dotycząca I wojny światowej owszem, zdarzyła się, ale tak też nie do końca, bo Stephen Baxter napisał książkę, która się nazywała „Statki czasu”. I tam mamy do czynienia z I wojną światową, ale też już nieco odmienioną. Już te realia są inne, bo bawimy się czasem, właściwie manipulujemy czasem. Tam się pojawia cywilizacja któregoś tam stopnia, która nad pewnymi rzeczami, takimi jak czas, materia, energia panuje i tam się dzieją rzeczy dziwne. Ale tam rzeczywiście pewne elementy I wojny światowej, właściwie zmodyfikowanej I wojny światowej się pojawiają. I to tak na gorąco, jeśli mam przywołać.
Chyba że Wiktor coś sobie przypomni takiego wojennego. Natomiast jeszcze jedna, poczekaj Wiktorze, jeszcze jedna ciekawa uwaga 66szarego. Otóż rzeczywiście ciężko o tym mówić na antenie, o czym napisał, że to nie jest testament Overmana. On otwiera drogę nowej ludzkości. Ale ważne jest to, czego już nie zacytuję z czata, czego konsekwencją jest to, co czytamy w książce. Dlaczego tak się dzieje, jak się dzieje? I okazuje się, że przyczyna jest, ja wiem, czy banalna, a w każdym razie dosyć prozaiczna tak naprawdę. Jedna rzecz mi jeszcze przyszła do głowy. Zwróćcie państwo uwagę ci, co czytali i co zamierzają przeczytać tę książkę. Czy ta książka napisana w '71 roku nie mogła być na przykład takim zaczynem, takim punktem wyjścia dla scenarzystów pierwszego „Terminatora”?
Coś się takiego dzieje tam w tej książce, co może mogło natchnąć scenarzystów. Oczywiście żaden plagiat, po prostu pewna idea, która się pojawia. I już. Wiktorze, chciałeś coś powiedzieć à propos wojny.
[01:10:46] - Może à propos wojny. Może rzeczywiście literatura science fiction nie zagospodarowała tego poleczka zbyt intensywnie. Chyba z powodu, który rozumiem. Otóż to zdarzenie było na tyle mocne, że w bardzo dobry sposób literatura klasyczna uporała się z tym problemem II wojny światowej na wielu płaszczyznach. Od Hemingwaya począwszy, po naszego Wańkowicza kończąc. I nie tylko na tym. Aż po „Ostatni przekleństwo”, już prawie science fiction. Ale to był żer dla literatury klasycznej. Ale o ile science fiction tego nie zrobiła, o tyle zwrócę wam uwagę, że na ten temat jak wściekłe rzuciły się następne po literaturze medium, czyli gry komputerowe. Począwszy od cudownej gry, której już nikt nie pamięta, niemieckiej zresztą, „Eastern Line”, obrazującej walki powietrzne właśnie tych dwóch łotrowców, czerwonego barona z pilotami francuskimi i angielskimi.
Pierwsza wojna światowa to jest „Eastern Line” właśnie. Cudowna gra. Następnie mój ukochany „Panzer General”, aż po dzisiejsze te społecznościowe już zupełnie zmagania tanków i tak dalej. Na bazie II wojny światowej to jest wszystko zbudowane. Tych gier było bardzo dużo i będą jeszcze, bo to jest temat bardzo nośny właśnie dla wirtualnej rzeczywistości. Wrażenie, jakie nam pozostawiał ten czas po II wojnie światowej, to zagospodarowała doskonale literatura klasyczna. Natomiast Science fiction bujało zawsze trochę w obłokach. Nawet w czasie wojny pisano o gniazdach, a nie o wojnie bardzo często. To by było na tyle.
[01:13:35] - Krótka odpowiedź na 66 Szary, który stwierdza, że „Terminator” nie, bo nie ma podróży w czasie. Podróży w czasie nie ma. A jaka jest przyczyna tego wszystkiego, co dzieje się w testamencie Overmana? Tu raczej bym upatrywał pewnych korelacji. Takich nie wprost, ale jednak. Sam 66 Szary wspominał o tym, jaka była przyczyna tego wszystkiego. I tu bym upatrywał pewnych podobieństw czy pewnych korelacji, które mogły nastąpić, które pewno nie nastąpiły. Chociaż język angielski, wbrew pozorom my nie doceniamy, jakie ilości książek i jakie ilości idei pochłaniają scenarzyści, więc wcale bym się nie zdziwił. Natomiast ciekawe jest też, co pisze O35. „Panowie, już wiem, co jest z tą książką.” I ja się w pełni zgadzam z tym, co za chwilę zacytuję.
„Nagle sobie uświadomiłem, że miejscami ona brzmi jak takie książeczki z lat 70. i 80., a ja dodam, że nawet 60. dla dzieci z serii Podczytaj mi mamo. Może śmiesznie i idiotycznie, ale to pewnie dlatego, że pokazuje świat widziany z punktu widzenia dziecka.” I to jest istota tej książki. Istota polegająca na tym, że autor tak to przedstawia, dlatego to jest wiarygodne. Ja nie zgadzam się z tymi wszystkimi, którzy mówią, że to jest naciągane. Nie, właśnie to jest wiarygodne, ale pod warunkiem, że na chwilę damy się ponieść temu, co pisze autor. Damy się przekonać, że nie jesteśmy dorosłymi, którzy wiedzą, czują i jakieś doświadczenie mają, tylko damy się wrzucić na chwilę w tę skórę dziecka. I wtedy ta książka jest jak najbardziej wiarygodna. Ja myślę, że w ogóle to jest pewna jej siła, że ona w ten sposób przedstawia świat.
To tak, jeśli chodzi o te dzieci i dlatego ja ją tak cenię, bo ona nagle przenosi nas w czas dzieciństwa. Musimy nauczyć się albo na chwilę przynajmniej, czytając tę książkę, przyzwyczaić się do tego, że świat jest troszeczkę inny, niż zwykliśmy to na co dzień postrzegać. Jest właśnie taki dziecinny. Patrzymy przez soczewkę dzieciństwa na to wszystko, co dzieje się w książce i to się wydaje bardzo prawdopodobne. Także to takie odczucia moje z tej książki.
[01:16:21] - Jeśli mogę, Marku, to są również metody pośrednie. Można oczami dziecka przedstawiać pewien świat, ale można też tak, jak to robi literatura klasyczna bardzo często i również science fiction. Wtedy wciąga czytelnika, rozpoczynając historię. Historię rozpoczynamy od czasów dzieciństwa. Przez dziecko dochodzimy do swojej dorosłości w jakiejś historii. Gdybyśmy od razu zaprojektowali i zaczęli przedstawiać tę swoją dorosłość, po pierwsze straciłoby to wymiar, straciłoby wdzięk, straciłoby początkową naiwność i tę dynamikę właśnie naiwności. Zwróćcie uwagę, że wiele książek było fascynujących właśnie dlatego, że wielu autorów zaczynało swoją opowieść od stanu dzieciństwa. Przypomnę na przykład dwie książki, które myśmy tutaj sobie omawiali. Jedna to „Byłem kucharzem Marku na dworze cesarza?” Czy jak to było? Nie, angielskiego króla, tak?
[01:17:48] - „Obsługiwałem angielskiego króla.” Tak.
[01:17:50] - Dobra. „Obsługiwałem...” Choćby książka Hrabala albo książka, czekaj, o tym bokserze Szczepana Twardocha.
[01:18:10] - „Królestwo”, tak? Czy „Król”? Już nie pamiętam.
[01:18:16] - Tak. „Król.” Tam też jest kapitalna historia rozpoczynająca się, rozwijająca od czasów dzieciństwa zupełnie dziecka i dlatego ona jest mocna. Również w końcu, że jest to odniesienie do czasów dziecinnych, do rodowodu. Chcę wam zwrócić uwagę, że siła tej dziecięcej naiwności, również w przyrodzie. Przyroda posługuje się tym narzędziem, bo nie wiem, czy zauważyliście, że starzy ludzie zwykle dziecinnieją. Bardzo często dziecinnieją.
[01:19:06] - Mów za siebie.
[01:19:09] - Mówię za siebie. To jest prawdopodobnie pewien taki bufor amortyzujący to doznanie, bo z tą naiwnością starego człowieka można sobie spokojnie odejść za świat już, nie? A gdybyśmy to traktowali po dorosłemu, to może by było straszno, nie? A ta naiwność dziecięca może mówi, że coś tam jest po drugiej stronie.
[01:19:42] - Czuję się zobligowany, żeby zacytować coś jeszcze, co nadeszło, co Ivellios mi skrzętnie podsunął. Otóż napisał do nas Tadeusz Krajewski: „Do Terminatora wielu się przyznaje. Harlan Ellison wygrał nawet proces z Jamesem Cameronem. Od tego czasu na wszystkich wydaniach DVD ukazuje się informacja, że Ellison jest autorem konceptu.” To tyle. Tadeusz Krajewski, nasz częsty gość w Bibliotekarium. Ja się zgadzam, to nawiązanie do Terminatora, do pewnego punktu wyjścia jest takie przyczynkarskie czysto. Nie zakładam, że to powinowactwo musiało nastąpić, ale pewne braterstwo idei jakoś tak dostrzegam. W każdym razie Szary66 pisze, że Matrix może być Overman Culture 2. Czemu nie? Właściwie coś w tym jest, ale znowu nie idźmy dalej tą drogą, bo popadniemy w spoilerowanie.
Ale zostawmy ten temat na chwilę. Król Szczepan Twardo, Król o 35. Dlatego mi się z tym Królestwem, bo właściwie byłem w trakcie lektury Królestwa, bo jest książka tego samego autora, która się nazywa właśnie „Królestwo” i być może kiedyś ją nawet w audycji przedstawimy. Ale ja chciałem do czegoś nawiązać, ponieważ napisał do nas Tadeusz Krajewski, to chyba nadszedł czas, żebyśmy pokazali, proszę państwa, jak można w przepiękny sposób złożyć życzenia. Ja wiem, proszę państwa, trochę może nie na temat w tej chwili, ale posłuchajcie państwo tego, jak Tadeusz Krajewski składa życzenia pewnej osobie, której imię zresztą w felietonie, który za chwilę wyemitujemy, padnie. A jak można zrobić to finezyjnie, pięknie. Ja po wysłuchaniu tego felietonu Tadeusza będę miał od dzisiaj problemy, żeby komukolwiek życzenia złożyć, bo tak finezyjnych, tak pięknych i literackich życzeń dawno nie słyszałem. No cóż, nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić wszystkich do odsłuchania felietonu życzeń Tadeusza Krajewskiego.
[01:22:37] - Cześć Marto. Nie wiem czy mnie poznajesz, czy w ogóle mnie pamiętasz, bo ja ciebie na pewno nie zapomnę nigdy. Tadeusz Krajewski z tej strony się kłania. Dyrektor Biblioteki Literatury Fantastycznej imienia Jerzego Grundkowskiego, na włościach którego swego czasu ze swoim fantazmatem nieźle narozrabiałaś. Ponieważ nasz patron świętej lub nieświętej pamięci Jurek Gruntowski wysoko sobie cenił towarzystwo pięknych kobiet, sądzę, że po prostu nie miał nic przeciwko twoim ekscesom i z przychylnością się im z tamtej strony przyglądał. Byłaś też jednak wówczas towarzyskie wielu innych pisarzy, od których książek uginają się półki naszych regałów, więc postanowiłem skontaktować się z nimi i zasięgnąć ich opinii na twój temat. Zadanie miałem nieco utrudnione, bo tylko jeden mówi po angielsku, a wszyscy od dłuższego czasu nie żyją lub używając języka zgodnego z zasadami poprawności politycznej żyją inaczej. Pomyślałem, że w pierwszej kwestii skontaktuję się z mistrzem language'u czy jak tam zwał, niewątpliwie z mistrzem Mateuszem Makowskim. Nietrudno było zauważyć od pierwszego razu, że się bardziej niż znacie, a nawet bardziej niż lubicie. A w drugiej kwestii chciałem uzyskać pomoc naczelnego spirytysty III RP, którego nazwiska specjalnie nie wymienię, bo mógłbym zaszkodzić jego naukowej karierze, chociaż myślę, że go znasz.
No wiesz, profesor UKW, pedagog, esperantysta, doktor clown i długo by jeszcze mówić. W każdym razie z Przemkiem Grzybowskim... Ups. Nie udało się, więc spróbowałem z moim przyjacielem, specjalistą od transkomunikacji Wojtkiem Chudzińskim. Pogadaliśmy i potem jak skończyliśmy rozmowę, zaczął trochę dziwnie na mnie patrzeć, jakby bardziej poważnie. Może z troską? Dowiedziałem się jednak, że mógł z duchami mieć kontakt bezproblemowy i bez translatorski za pomocą channelingu i automatycznego pisma. No i udało się. Pierwszy pisarz zapytany o ciebie to mesjasz science fiction Philip Kindred Dick. Oto, co przekazał: „Robiłem akurat jajecznicę w mojej prześwietlonej kalifornijskim słońcem kuchni i rozmawiałem z Bogiem.
Nie wiem, czemu on odzywa się do mnie akurat w takich momentach. Ostatnio był na mnie zły. Bał się, że wskutek moich eksperymentów kuchennych pojawią się w moim mieszkaniu zgęstki dające początek nowemu życiu. Domyślam się, że był zazdrosny, bo tworzenie życia to on jest, a ja zaczynam stawać się w jego mniemaniu uzurpatorem. Na co odrzekłem, że za dużo do mnie gada, a znaków jego boskości mam jak na lekarstwo.” I wtedy łaskawie, ze swym boskim sarkazmem i cudowną mą racją, jakżeby inaczej, zesłał znak. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Przez judasza ujrzałem cudowną dziewczynę w jaskrawym kapturku o blond włosach. Spróbowałem otworzyć drzwi, ale uparły się. Drzwi zażądały ode mnie pięciu dolarów. Przypomniały mi, że i tak już od dawna otwierają na krechę, a limit wyczerpałem i że razem z odsetkami to będzie pięć baksów.
Za drzwiami stała ta niebiańska istota, która mogła w każdej chwili odejść. Pobiegłem po śrubokręt i zacząłem wymontowywać drzwi. Drzwi zaczęły krzyczeć, że mnie zaskarżą, ale pomyślałem sobie, że przeżyłem już w życiu tyle, że zaskarżenie przez drzwi może być nawet jakąś przyjemną odmianą. W końcu runęły z łoskotem. Dziewczyna miała w ręku koszyczek z wiktuałami. Tak na pierwszy rzut oka acid pierwsza klasa przeszło mi przez myśl. Już chciałem pobiec po łyżeczkę, ale przypomniałem sobie, że z kredensem mam podobny problem jak z drzwiami, więc odpuściłem. Boska istota przybliżyła się do mnie, uniosła koszyk i wtedy dostrzegłem piękne kwiatki. Spojrzałem na jej cudownie skrojoną twarzyczkę, blond włosy i zastygłem w otępieniu. Jej uśmiech.
Jej uśmiech. Ten uśmiech miał już zostać ze mną na zawsze. Starczył mi za wszystkie rozmowy z Bogiem, za wszystkie galaretki, za całe życie. Miała ID, na nim imię: Marta z Polski. Z Polski to była jej jedyna wada. To tam, w tym kraju, w tym ich Krakowie działała tajna komórka KGB o kryptonimie Lem, której zadaniem było zniszczenie mnie i wszystkich innych amerykańskich pisarzy science fiction. Ale w tej chwili to nie miało znaczenia. Uśmiech Marty pozostał bowiem ze mną na zawsze. Tyle przekazu od Philipa K. Dicka.
Siłą rzeczy przywołał on samego Stanisława Lema i oto jego zapis: Nie ma żadnego życia pozagrobowego. Duchy nie istnieją, a tym bardziej jakieś durne channelingi. To, że w tej chwili ktoś zapisuje automatyczne słowa, które wypowiadam rzekomo z zaświatów, to nic innego jak nałożenie na siebie kilku koincydencji niemających prawa zaistnieć razem, ale zaistniałych skutkiem statystycznie niewyobrażalnego przypadku, wspartego urojeniowymi skłonnościami piszącego. Mam mówić o Marcie z Bydgoszczy? Proszę bardzo. Gdyby o kogoś innego chodziło, odszedłbym od razu bez komentarza dla wyprawianych ze mną idiotyzmów, ale dla Marty zrobię wyjątek. Spotkałem ją w Bydgoszczy. Przyjechałem tam na wystawę zabawek zagranicznych w Pałacu Młodzieży, bo tak to w ogóle nic by mi to miasto nie obchodziło. Podobno miasto zieleni, jak mówili mi moi łaskawi przewodnicy. Nie przemyślałem nawet, że zieleń kojarzy mi się ze zgilizną i rozkładem tylko, a to do tego miasta pasowało.
Pokazywano mi jakąś tam ichnią Wenecję, bardzo mikro. Japońscy spece od miniaturyzacji mogliby się od czegoś nauczyć. Ich mikro bazylikę Świętego Piotra. Bardzo mikro, co miałem już okazję nieraz przypomnieć mojemu koledze od piórka i węgla Witkowi Zinowi, który w projektowaniu bydgoskiego mikrusa uczestniczył. Zdegustowany bezmiernie wyruszyłem w kierunku zabawkowskiego festiwalu, ale po drodze zatrzymała mnie dziewczyna. Wyglądała jak elektro kapturek. Bałem się, że zobaczę obok cyber wilka. Ręczyła mi koszyczek. W owe mnie widziała? Poczułem się jak młodzieniaszek i zaraz przyszły mi do głowy wersy: „Cóż to za robot piękny i młody?
Cóż to za robotniczka? Ona mu z wianka daje katody, a on jej wtyczki z koszyczka.” Postanowiłem to wykorzystać w moich bajkach robocich. Bezmyślnie zanurzyłem rękę w koszyczku i już chciałem dać jej garść wtyczek, gdy spostrzegłem jej uśmiech. Czegoś takiego ani w życiu prawdziwym, ani teraz w życiu urojonym nigdy nie widziałem. Dziewczyna o blond włosach miała na imię Marta. Pomyślałem, że jeśli trafię kiedyś na stację orbitalną Solaris, to wiem już, jaki fantom ma mnie odwiedzić. A tak w ogóle chciałbym, żeby dzisiejsi krytycy przestali się mnie czepiać o to, że „Solaris” to książka przegadana. Zachwycają się jakimś Tolkienem. Ten to dopiero może zanudzić na śmierć. Może dlatego, że nigdy nie widział uśmiechu Marty?
Stanisław Lem mylił się. Mam bowiem również przekaz od J.R.R. Tolkiena: Siedziałem akurat zmęczony i znudzony bez miar wszelakich nad wypocinami moich uczniów na działce, w miejscu, w którym najlepiej poprawiają mi się prace klasowe, kiedy wpadła mi w ręce pusta, niezapisana kartka papieru. Oto jeden z uczniów wykazał się wyrozumiałością wobec swojego nauczyciela i dał mu chwilę wytchnienia. Z niezapisaną kartką trzeba jednak było coś zrobić. Bez chwili wahania i bez chwili zastanowienia napisałem na niej: „W pewnej norze ziemnej mieszka sobie pewien hobbit.” Ucieszyłem się tym, jakby to była ostatnia strofa wielkiego poematu, a nie początek czegoś. Początek? Warto to ciągnąć? Zrobić z tego opowiadanie czy epos cały? A może zwyczajną bajkę?
Postanowiłem się przespacerować z tymi myślami. Bogu na niebiesiech niech będą dzięki, że to uczyniłem. W alejce między ogródkami zetknąłem się bowiem z zupełnie inną opowieścią. Z ludową baśnią braci Grimm. Z koszyczkiem oto stała przede mną okutana w czerwony kubraczek blond piękność obdarzona uśmiechem wykluczającym u patrzącego na to nieziemskie zjawisko potrzebę przeżywania jakiejkolwiek innej radości. Spytałem ją o imię i o jej pochodzenie. Była to Marta z Polski, z miasta, którego nazwy nie sposób wymówić. Nazwy przypominającej szelest jesiennych liści targanych przez wiatr. Moi biografowie sugerowali, że znałem język polski. To nieprawda.
Jest to język tak trudny, że nikt nie może się go tak naprawdę nauczyć, łącznie z samymi Polakami. Marta w końcu rozwiała się w ogrodowym kwieciu, ale jej uśmiech pozostał. I dlatego postaci kobiece są w moich tekstach takie poważne. Nad każdą z nich wisiał bowiem uśmiech Marty. Bezkonkurencyjny. To tyle przekazów channelingowych. Czy są prawdziwe? Oczywiście, że nie. Czy jest w nich zawarta prawda? Tak.
Niejedna. Philip K. Dick rzeczywiście prowadził rozmowy z Bogiem podczas smażenia jajecznicy, a LSD jadł łyżkami. Natomiast bohater jego opowieści Ubik miał poważne problemy z otwarciem drzwi. Lema podejrzewał naprawdę o to, że nie istnieje, a nazwisko autora „Solaris” było według niego skrótowcem używanym przez sowiecką siatkę szpiegowską i vigilacyjną. Lem naprawdę interesował się zabawkami, a zacytowana przeze mnie przeróbka „Świtezianki” jest autentycznie jego autorstwa. Tolkien naprawdę w taki sposób rozpoczął pisanie „Hobbita”. Przemek Grzybowski naprawdę był naczelnym spirytystą III RP, a Wojciech Chudziński z dziennikarską pasją faktycznie przedstawiał w swoich książkach i publikacjach historię channelingu i transkomunikacji. Nieprawdą jest tylko to, że moich szanownych kolegów do kontaktowania się z zaświatami kiedykolwiek namawiałem. Przebija z tych wszystkich wypowiedzi za to jedna prawda absolutna i uniwersalna.
Prawda o twoim uśmiechu, Marto. Uśmiechu, którego zbawiennych efektów sam doświadczyłem. Za ten uśmiech bardzo ci dziękuję. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
[01:34:40] - No tak, to teraz my. Przyznam się, że po felietonie, a właściwie życzeniach Tadeusza Krajewskiego popadłem w kompleksy. Proszę państwa, od teraz, jeśli komuś będziecie, a szczególnie płci przeciwnej składać życzenia, to mówię do panów, zawsze pamiętajcie o tych życzeniach, które składał Tadeusz Krajewski. Majstersztyk, proszę państwa. Majstersztyk, bo z jednej strony wielki szacunek i dla uśmiechu adresatki, ale z drugiej strony tak potężna dawka wiedzy, refleksji, tego wszystkiego, co ważne w fantastyce naukowej, że zaczynam popadać w kompleksy. Wiktorze, jak tam u ciebie?
[01:35:38] - Ja tylko właściwie zamierzam w najbliższym czasie z Tadeuszem Krajewskim spróbować obalić jakąś dobrą whisky, bo jestem piekielnie ciekaw, jak będą brzmiały jego gruzińskie toasty. To dopiero będzie.
[01:36:00] - Tak jest. To prawda. W każdym razie po raz kolejny witamy Tadeusza. Mam zresztą nieśmiałe zapewnienie, że Tadeusz jest skłonny jednak wzorem Tomka Fąsa co jakiś czas jednak do nas skrobnąć jakiś felieton, a nawet go wygłosić. Tych wszystkich miłośników felietonów Tomka Fąsa śpieszę uspokoić, że dzisiaj felieton Tomka będzie, ale to jeszcze za chwilkę. A teraz wróćmy do „Testamentu Overmana”. Wiktorze, ty zaczniesz czy ja zaczynam?
[01:36:40] - Zaczynaj.
[01:36:42] - Okej, pojawia się kolejna kwestia, jeśli chodzi o „Testament Overmana”. Ta kwestia przewijała się kilkakrotnie. Mówiliśmy o podawaniu, o sekwencjonowaniu niejako informacji dla czytelnika. I tu oczywiście pojawiły się spory i one są nierozstrzygalne, proszę państwa, bo jednemu coś pasuje bardziej, drugiemu pasuje coś mniej, więc są nierozstrzygalne. Ale spory dotyczące tego, czy to jest mniej lub bardziej wiarygodne. Nie potrafię odpowiedzieć na to, co się komu podoba. Ja się nieźle bawiłem przy tej książce zarówno pod koniec lat 70., kiedy ją czytałem po raz pierwszy, jak i całkiem niedawno, kiedy ją czytałem po raz kolejny, ze zdziwieniem odkrywając jej końcówkę. To tytułem żartu. Natomiast warto jest powiedzieć o jednej rzeczy: to w ogóle powinna być książka, która jest jedną z tych książek, które promują czytelnictwo. Śmiała teza, może nie taka znowu śmiała.
Otóż książki w tej książce, trudno, taki zbieg, odgrywają niezwykle istotną rolę. One niejako Kształtują głównych bohaterów. Co więcej, są czymś, co jest niezwykle istotne. Kolejna cegiełka w murze, piramidzie, czy cokolwiek sobie tam wymyślimy, która powoduje, któraś z tych książek oczywiście, jest kolejną cegiełką, która powoduje, że świat, który obserwują, rozpada się. Oni już nie przypuszczają, oni już wiedzą, że ten świat jest zupełnie inny. Jeszcze nie wiedzą, jaki on jest, jaka jest jego istota, ale już wiedzą, że na pewno nie jest taki, jak go widzą. Powiedzmy rzecz bezpieczną. Dlaczego od początku wiemy, że coś z tym światem jest? Coś dzieje się coś dziwnego, że to wszystko się nie styka, że mamy od początku poczucie sztuczności. Teoretycznie nie powinniśmy go mieć, bo właściwie autor powinien to ukrywać, a nie, on to eksponuje od początku.
Bo jeśli mamy tak zwaną minimalną wiedzę o świecie, to orientujemy się natychmiast, że skoro nasz główny bohater nosi nazwisko Faraday, a jego przyjaciółka, na początku przyjaciółka, później dziewczyna, kochanka, miłość jego życia ma na imię Emilia, Emilka, ale nazwisko Brontë. I takich nazwisk, które znamy, czy to z literatury, czy z historii nauki. Właściwie wszyscy przyjaciele głównego bohatera noszą takie nazwiska. Co więcej, kiedy w pewnym momencie książki trafiają do biblioteki, prawdziwej biblioteki, takiej, w której leżą książki. Nie takie książki, jak wręczył głównemu bohaterowi w pewnym momencie pan Szekspir, o którym wspomniałem. Książki dla dzieci, nudne i właściwie takie głupawe. Notabene cały czas przypominam, że przełożenie tych czytanek z elementarza z angielskiego na polski to też był zabieg całkiem świadomy, ale który wymagał jednak odejścia od tekstu pierwotnego. To kiedy nagle przekonujemy się, że mamy do czynienia z opowieścią, w której się pojawiają główni bohaterowie, trafiają na książki w tej bibliotece zapomnianej, zakurzonej, ciemnej. Trafiają na książki, których autorami są ludzie, którzy noszą nazwiska takie jak oni. Znajduje się książka Emily Brontë „Wichrowe wzgórza”.
Znajdują się inne książki innych autorów, których nazwiska i imiona noszą bohaterowie tejże książki. Zatem zobaczcie państwo, nieco pokrętnie i przydługo mówię o tym, pewno dałoby się to zrobić bardziej finezyjnie, ale chodzi o to, że my od początku wiemy, że ten świat jest w jakiś sposób sztuczny, że coś w nim nie styka, że skoro główny bohater nosi nazwisko Faraday, to się nie może stykać. Nie wiem, jak to jeszcze powiedzieć tak, żeby nie opowiedzieć książki. W każdym razie biblioteka, to już sygnalizowałem wcześniej, pełni niezwykłą rolę. Od pewnego momentu w tej książce, w tej powieści to jest takie jądro krystalizacji. Bo o ile wcześniej dzieją się różne rzeczy, główni bohaterowie wybierają się na wycieczki, sprawdzają, jak wygląda Tamiza, jak wygląda podróż po Londynie, jak w ogóle wygląda Londyn, który jest wielkim miastem. Ale w pewnym momencie pojawia się biblioteka. I ta biblioteka to jest, tak jak powiedziałem, jądro krystalizacji. Wokół tego zaczyna się wszystko toczyć, bo na przykład jeden z bohaterów, główny bohater odkrywa, że jakoś tak to się nie styka wszystko, skoro jest kopuła nad Londynem, na którą spadają zestrzelone samoloty. Czy to z pierwszej, on nawet nie wie, że to z pierwszej, ale te trójpłatowce czy dwupłatowce oraz te Spitfire'y czy Hurricane'y.
To jak to jest możliwe, skoro znajduje w tej bibliotece historię drugiej wojny światowej? A zatem rzecz jest już skończona, nie istnieje, nie funkcjonuje, jest historią. I tak dalej. Im dalej wgłębiamy się w tę książkę, tym bardziej rzecz staje się tajemnicza. Tu zacytuję „66 szary”: „Te imiona to też jest przewrotna sprawa. Denerwowało mnie to na początku bardzo. Zastanawiałem się, jak to zostanie wyjaśnione. Właściwie podane są dwa przypuszczenia, rozwiązania. Jedno doskonale koresponduje z powodem powołania. Dalej nie doczytam, bo być może za dużo bym powiedział.
Rzeczywiście to jest rzecz. Świetnie to zresztą 66szary pokazał, bo ma podobne odczucia. Ja też, kiedy czytałem tę książkę po raz pierwszy, strasznie mnie wkurzało to, że się bohaterowie nazywają tak, że ja ich właściwie znam, ale przecież nie mogą to być oni. Jest to w jakiś sposób deprymujące, ale znowu ja to kładę na karb pewnej znajomości warsztatu przez autora. Nie chcę mówić mistrzostwa, bo to byłaby przesada. To nie jest tego rodzaju książka, ale jednak pewnej znajomości psychiki i pewnej znajomości myków pisarskich, które Cooper stosuje. Za to wielki szacun dla niego. Witomirze, teraz ty.
[01:45:34] - Nie wiem, Marku. Ja mam ogromny dylemat, jak siebie słucham i sam jak sobie wyobrażam tą i inne książki. Otóż my-
[01:45:46] - Tym lepiej, że masz dylemat. Będzie przynajmniej ciekawie.
[01:45:51] - Dobrze. Otóż my tutaj się staramy coś analizować i istniejemy w tym recenzowaniu książek w troszeczkę dziwnym matriksie książkowym, bo z jednej strony krok po kroku kroczymy tą ścieżką, którą pisarz próbuje mi coś, a z drugiej strony bez przerwy nie możemy niczego wyjaśnić. Czyli to jest takie Bogiem a prawdą abstrakcyjne podejście do problemu. Czyli mamy mówić, ale nie mamy nic powiedzieć. W ten sposób to wygląda. Mam dylemat, jeszcze osobisty bardzo, bo nie mam podejścia analitycznego, kiedy siadam do jakiejkolwiek książki, żeby próbować cokolwiek zrozumieć, zinterpretować, właściwie podążać za ścieżką, którą mi pisarz majstruje. Każdą przygodę z książką traktuję jak zaproszenie przyjaciela na jacht. Po prostu wsiadam i płynę. O niczym nie myślę, Bogiem a prawdą. Wdycham powietrze, oglądam sobie krajobraz, podziwiam słoneczko i chmurki, i płynę.
Jak mnie dowiezie z powrocem do brzegu, to po prostu wysiądę. No i powiem: „Było świetnie, pięknie, piękna pogoda była” i tak dalej. Tak samo jest z książkami. To jest takie zaproszenie do rejsu. Wsiadasz, płyniesz, wysiadasz. Ważne, że jeśli tobie coś zostaje w głowie albo w sercu, jakieś wrażeniowe rzeczy, to jest najistotniejsze. Cholera jasna! Nie lubię akademickiego teoretyzowania na tematy, co autor chciał, gdzie, jak to konstruować. My próbujemy pewne rzeczy wyjaśniać, ale z drugiej strony niech każdy to weźmie w rękę i niech sobie sam popłynie. Właściwie nasza rola jest taka, żeby zachęcić do tego, żeby wsiąść w tą łódkę.
Troszeczkę jeśli przegadujemy za dużo, już sama informacja na temat tych imion, zabawy tego autora i tak dalej, trochę psuje klimat.
[01:49:04] - Nie psuje, bo to się pojawia na pierwszych stronach powieści. W związku z tym ja się czuję usprawiedliwiony, bo każdy, kto sięgnie po tę książkę, zetknie się z tym, przewertowawszy cztery, pięć stron. W związku z czym jak na 140, to się czuję usprawiedliwiony mimo wszystko.
[01:49:29] - Tym bardziej, Marku, że współczesny młody człowiek, te wszystkie imiona będą zupełnie obce i z niczym się nie będą kojarzyły, Bogiem a prawdą.
[01:49:39] - Tego się właśnie obawiam, że dla mniej wyrobionego czytelnika rzecz może się okazać bardzo hermetyczna. Zacytuję jeszcze coś z czatu. To jest dosyć ciekawe. 66szary: „Specyficzne poczucie humoru sztucznej inteligencji. To zamyka powieść pięknie. Sztuczna inteligencja przebija czwartą ścianę”. Cooper przebija czwartą ścianę i to jest cenne w overman culture. Znamienne, że nie rozumiemy czytelnicy tego żartu z imionami. Co śmieszy. Aha, już wiem, ale tego też niestety nie mogę do końca opowiedzieć, ale w zamian postanowiłem przeczytać motto do tej książki, które zaczerpnięte jest z wiersza Eliota.
„Czas teraźniejszy i czas, który odszedł, na równi chyba tkwią w czasie, co przyjdzie. W czasie minionym zawiera się przyszłość.” To jest, przyznasz Wiktorze, świetne podsumowanie tej książki. Nie wiem, czy ją trzeba podsumowywać, ale ta myśl dana jest nam na początku i my jej na początku udajemy, że ją rozumiemy, bo ona jest dosyć przejrzysta, ale dopiero tak do końca rozumiemy ją wtedy, kiedy przeczytamy ostatnie zdanie. To wtedy naprawdę wiemy, o co chodziło autorowi, kiedy wybierał ten cytat. Ja wiem to, co ty podkreślasz, że my starając się nie opowiedzieć tej książki do końca, skazani jesteśmy na pewne pływanie po powierzchni. Czyli wiemy, ale wam nie powiemy. Chyba to jest dobra droga. Zresztą mnożąc pytania, mnożąc pewne paradoksy czy mnożąc pewne niedopowiedzenia, to chyba raczej zachęcamy niż zniechęcamy. Zawsze się znajdą osoby, które powiedzą, że po prelekcji Żelkowskiego i Żwikiewicza to już kompletnie oni stracili chęć do przeczytania tej książki. Nie do końca się zgadzam, ale szanuję tego rodzaju pogląd.
Natomiast ja mam mimo wszystko nadzieję, że ci, którzy jeszcze z tą książką się nie zetknęli, to jednak po tę książkę wcześniej czy później sięgną, bo ona jest warta tego. Po prostu warta. Hej, hej Wiktorze.
[01:52:33] - Jak mogę wrócić do tego Eliota, to to, że w czasie minionym zawiera się przyszłość, to wiedzą chyba wszyscy ludzie z bardzo prostego powodu, a przede wszystkim pisarze science fiction. Absolutnie nie można skonstruować jakiejkolwiek logicznej, sensownej, klarownej wizji przyszłości bez znajomości historii naszej cywilizacji albo historii naszego gatunku. Bez tej przeszłości przyszłość nie może istnieć po prostu. Jeśli jakikolwiek pisarz spróbował napisać powieść, nie znając historii, to były idiotyzmy, które zresztą kurtyna czasu przykryła i nic o nich nie wiemy, słuchaj, chwała najwyższemu. Nie przypadkiem zresztą już akurat dzisiaj, jak Tadeusz Konarski do tego Jurka Gruntowskiego nawiązywał. Nieprzypadkowo historyk został pisarzem science fiction. Nieprzypadkowo. Bardzo często ludzie, którzy się przeszłością zajmują, sięgają później po próby projekcji przyszłości czy science fiction, czy fantasy i tak dalej, bo tutaj się i Ursula Le Guin kłania i wielu innych. Przeszłość jest podstawą bytu po prostu. A to, co z tego wyrośnie, to zobaczymy.
[01:54:35] - Wiesz, Wiktorze, powieść jest dosyć krótka. Tak jak powiedziałem wcześniej, ma w wydaniu polskim około 140 stron. Ja się dosyć długo zastanawiałem, czy to wystarczy. To znaczy inaczej. Zastanawiałem się, czy warto by tę powieść rozbudowywać o dalsze części. Doszedłem do wniosku, że nie, że Cooper znalazł złoty środek, że ta forma, którą on nam podał, jest w jakiś tam sposób optymalna, że oczywiście można by z tego zrobić trzy tomy i każdy po 500 stron. Na pewno są tacy desperaci, którzy by to zrobili, tylko to by zabiło. A może nie? Może to byłaby strasznie poczytna powieść? Nie wiem.
Ja jednak lubię tę krótką powieść Coopera „Testament Overmana”, że ona jest właśnie takiej objętości, jakiej jest. To jest mikropowieść, która spełnia rolę takiego czytadła na kilka godzin. Nie wiem, to się da przeczytać. Zależy, jak kto szybko sobie te literki składa. Nie wiem, cztery, pięć godzin to jest chyba maks. Ale to wystarczy. To zetknięcie z tajemnicą. Ja nie bez kozery to podkreślam, ale jest w tej książce tajemnica i ja myślę, że udało nam się dzisiaj nie zdradzić jej, bo to wszystko, co powiedzieliśmy, to raczej zwiększało chaos, taki informacyjny chaos, niż cokolwiek wyjaśniało. I to w sumie taka intencja była, żeby za dużo nie powiedzieć. A poza tym wiesz, Wiktorze, to jest tak, że nie jesteśmy w stanie pozbyć się fascynacji swojej młodości.
Nawet nie polemizuję z tymi wszystkimi, którzy dzisiaj mówią, że jak przeczytali w latach 90. to było odkrycie, ale dzisiaj to może by dali mniej punktów i tak dalej. Kiedy ja czytałem to jako 16, 17-latek, byłem autentycznie zafascynowany tą książką. Ja ją połknąłem w jedno popołudnie i po prostu byłem oczadziały, sparaliżowany jej wielkością. Z czasem przeszło mi to oczywiście, ta wielkość szczególnie. Ale to nie zmienia faktu, że my czytając różne książki, obojętnie czy jesteśmy osobami piszącymi, czy osobami tylko czytającymi. Tylko! Daj Boże wszystkim, żeby byli czytający. Jednak zbieramy pewien potencjał, zbieramy pewną pulę informacji, pulę opowieści. I to jest myślę taki element tej puli, taki element tych wszystkich opowieści, które składają się na naszą wielką życiową opowieść, który może być ważny.
Nie najważniejszy, nie szczególnie istotny, ale ważny. Po prostu ciekawy. Wiesz co, ja bym bardzo chciał, żeby każdy pisarz, który zasiada do pisania książki, miał chociażby taką właśnie ambicję, żeby po prostu czytelnika zainteresować, zafrapować. Wprowadzić w stan zagubienia, przynajmniej na jakiś czas, a później mu to wszystko wyjaśnić. Ja odnoszę wrażenie, że część współczesnych pisarzy nie ma tego rodzaju ambicji. Część współczesnych pisarzy sięgnęła do korzeni, czyli do tej literatury, o której ty często mówisz, XIX-wiecznej, w której opowiada się historię od początku do końca, liniowo, bez jakichś niuansów. Po prostu snuje się opowieść. Czy to jest źle? Nie, to nie jest źle. Taka jest istota opowieści.
Ale spora część osób piszących, przynajmniej w Polsce, snuje właśnie tego rodzaju liniowe opowieści. Być może dlatego, ale to już jest wydumana teza, to, co w tej chwili mówię, interesuje nas, fascynuje literatura, która przychodzi z Zachodu, ta anglosaska. Ponieważ ona jest, takie odnoszę przynajmniej wrażenie, na etapie pewnych eksperymentów. Kiedy sobie człowiek sięgnie po twórczość pisarzy z tej anglojęzycznej strefy, to okazuje się, że dzisiaj wraca ta moda, którą ja określam w ten sposób: zaczynamy czytać książkę i przez jedną trzecią książki, czasami przez połowę książki w ogóle nie wiemy, o co chodzi. Powoli składamy informacje. Powoli cegiełka po cegiełce staramy się dopasowywać te cegiełki czy też te puzzle i dopiero w pewnym momencie zaskakujemy. A! To o to chodzi. To jest współczesny sposób pisania. Odnoszę wrażenie, że Edmund Cooper w tych dawnych czasach, bo umówmy się, to prawie 50 lat temu ta książka powstała.
On podążał bardzo podobną drogą. Jeszcze nie była tak finezyjna, tak przećwiczona, tak wypróbowana jak współczesna literatura SF, ale jednak w ten nurt dałby się wpisać. Czy się mylę, Wiktorze?
[02:00:34] - Zapewne by się dał wpisać. Natomiast ja wrócę do tego, co powiedziałem na samym początku. To jest po prostu książeczka, która była też problem takim, gdzie... Nie lubię się powtarzać, ale to jest książka ważna. Oczywiście w każdej bibliotece podręcznej miłośnika dobrej literatury sensacyjnej powinna sobie stać na półce. Niekoniecznie na pierwszym miejscu.
[02:01:14] - Absolutnie nie! Absolutnie nie na pierwszym.
[02:01:19] - Natomiast wiesz, to jest tak jak w gospodarstwie domowym. Co my mamy na pierwszym miejscu? Na pierwszym miejscu mamy oczywiście całą plazmę jakąś, nie? Potem jest jeszcze kuchnia, mikrofala gdzieś jeszcze i tak dalej, ale gdzieś powinien jeszcze leżeć ten wspomniany przeze mnie młotek, śrubokręt, obciążki, nożyczki, inne różne takie rzeczy. To są rzeczy ważne. Te są ważne w każdym gospodarstwie domowym, a przynajmniej się mogą przydać kiedyś, nie? Więc powinny być. I tak samo książka „Testament Overmana” powinna być po prostu. Myślę, że dzięki naszej audycji również ona na nowo jest w jakiejś części. Bo ona jest, ale zapominamy o niej.
Jest troszeczkę na marginesie tej wielkiej literatury science fiction. Ale już to, że naszych rozmówców inspiruje do zadania pytania, a właściwie myślenia, dlaczego myśmy ją wybrali To coś znaczy, bo nie przypadkiem żeśmy tę książkę wskazali. Wskazujemy ją jak chmurkę na niebie. Ona jest piękna.
[02:02:50] - Tak, to prawda. Kiedy sobie ją skojarzę z tym, co mówiłem w poprzednim wejściu, z takimi książkami, które ukazują się w serii Maga Uczta Wyobraźni. To właśnie są takie książki, które kryją w sobie tajemnice, które trzeba rozszyfrować. Testament Overmana to jest właśnie taka książka, którą trzeba rozszyfrować. Oczywiście, tak jak każde pierwociny, przy takiej książce jak na przykład „Accelerando” Charlesa Strosa, ona jest, wydawać by się mogło, nieporadną próbą wciągnięcia nas w tajemnicę. Zachowajcie państwo pewien umiar. Zachowajcie państwo pewną świadomość tego, kiedy co powstaje i kto wie, jak by potoczyło się to wszystko, gdyby nie „Testament Overmana”. Z drugiej strony nie chcę demonizować tej książki. Od początku mówię o tym, że to nie jest książka w jakiś sposób wybitna, ale to Wiktor świetnie podkreślił. Może to nie jest książka wybitna, ale to jest książka ważna.
Z różnych powodów jest ważna, dlatego warto ją znać. I kiedy sobie przypomnę na początku cytowaną przeze mnie opinię, że jeden z autorów nie przypuszczał, że w latach 70. można było tak pisać, to ja pragnę zapewnić, że tak ciekawie można było pisać nie tylko w latach 70., ale i w 60., i w 50., i w 40., i w 30. Nie wiem, wcześniej to już może nie jestem specjalnym specjalistą, ale zakładam, że również bywało ciekawie. Wchodzimy na dosyć grząski teren tego, czym jest tak naprawdę literatura, a właściwie czym jest pewna opowieść. Czy ona się składa tylko i wyłącznie z pewnej zagadki, z pewnej opowieści, czy też w niej jest coś więcej? Odpowiedzi mogą być różne, co jest tak naprawdę ważne, ale warto sobie uświadomić. Wiktor to na początku audycji sygnalizował nieco nieśmiało, ale zdajmy sobie sprawę, że „Testament Overmana” w gruncie rzeczy realizuje pewien schemat powieści kryminalnej. Niczym nie różni się od schematu powieści Agathy Christie. Otóż mamy na początku pewną sytuację, a później dochodzimy do tego, co się stało z tym światem, że stało się tak, jak się stało, czyli nastąpiło morderstwo w przypadku Agathy Christie.
Czy też zaistniało to, co się zdarzyło w „Testamencie Overmana” i dostajemy odpowiedź na końcu. Tak jak u Agathy Christie dostajemy odpowiedź, kto zabił, tak w „Testamencie Overmana” dowiadujemy się, z czego to się wszystko wzięło, z czego ta cała zagadka została wygenerowana. To są, myślę, korzenie „Testamentu Overmana”. Ale znowu zauważcie państwo coś, co było kiedyś czymś odkrywczym, nowym. W końcu ta forma zaproponowana przez Coopera to było coś na kształt zagadki, czegoś nowoczesnego. Dzisiaj wydaje się to archaiczne, bo nad tym zostało nadbudowane coś. I znowu dochodzimy do tej pięknej rzeczy, która mnie w literaturze najbardziej fascynuje, że my mamy nieustannie do czynienia z nadbudowaną konstrukcją i że postrzeganie literatury, że jak jest stara, to jest głupia, a jak jest nowoczesna, to jest mądra, jest absolutnym nieporozumieniem. To właśnie ta nowoczesna, bardzo mądra literatura istnieje dzięki tej starej. Kto wie, czy wiele książek, filmów współczesnych, którymi się tak fascynujemy, powstałoby, gdyby nie książka „Testament Overmana”. Zostawmy „Testament Overmana”., gdyby nie szereg innych książek, które w przestrzeni czytelniczej się pojawiały.
Mnie to tak naprawdę w literaturze fascynuje. Ta niekończąca się opowieść to nieustanne nawiązywanie, to nieustanne nadpisywanie kolejnych dzieł literackich nad poprzednimi. I to nie jest tak, że ponieważ teraz coś powstało, jest nowe, jest lepsze. To nie te kategorie, proszę państwa. Tak mi się przynajmniej wydaje. To nie czas powstania decyduje o wartości literatury, tylko, takie mam głębokie przekonanie, to, co tak naprawdę autor miał w głowie. To jest tak naprawdę istota literatury. A czas jej powstania może nie jest zupełnie obojętny, ale nie jest pierwszorzędny w odbieraniu literatury. Wiktorze.
[02:08:37] - Jak cię słuchałem, to się trochę w duchu uśmiechałem, bo ty mówiłeś o literaturze, a ja słyszałem zupełnie co innego. Ja słyszałem opowieść o mojej babci, która była kiedyś arystokratyczną, bardzo piękną damą. Ale potem była już stara i prawdopodobnie głupia. Natomiast gdyby ta babcia zobaczyła swoją wnuczkę, to i tak lepiej. To jest historia literatury, Markus, prawda?
[02:09:22] - No tak!
[02:09:23] - To jest tak.
[02:09:27] - Dokładnie. Zupełnie świadomie pociągnąłem dzisiaj ten temat z „Testamentem” Overmana, trochę zadziwiony pewnymi komentarzami, które ukazują się w internecie. Akurat nie dotyczącymi „Testamentu” Overmana, bo tak jak powiedziałem gdzieś na początku audycji, mało jest komentarzy dotyczących tej książki. Z pewnym przerażeniem to może przesadzam, ale skonfundowany jestem tym, co czytam w internecie. Otóż ludzie, którzy zafascynowani są science fiction, czytają jej dużo, tej współczesnej. Nagle okazuje się, że oni nie znają korzeni tej literatury. To jest złe rozwiązanie, zły stan. Jeśli nie wiemy, co powstawało kiedyś, to tak naprawdę nie wiemy, albo jesteśmy w jakiś sposób upośledzeni, jeśli analizujemy współczesną literaturę, bo bardzo często-
[02:10:47] - Czekaj, czekaj, Marku. Ale czy ty uważasz, że współczesny amator, że tak powiem, jazdy samochodowej, używania samochodu, który kupuje sobie gablotę taką, jaką sobie wymarzył, musi mieć pojęcie o tym, jak był skonstruowany? Albo cokolwiek wiedzieć o Rolls-Royce, czy Land Roverze, czy jakichś innych wygłupach dziewiętnastowiecznej motoryzacji? Przecież nie musi o tym nic wiedzieć. On chce używać w miarę wypasioną gablotę czasu dzisiejszego.
[02:11:39] - Ależ ja to w pełni szanuję. To znaczy szanuję, jak szanuję. Ja to rozumiem. Natomiast jeśli ktoś czyta literaturę w sposób czysto użytkowy, rozrywkowy, czy po prostu lubi to czytać, to wszystko jest okej. Nie mam słowa do powiedzenia. Natomiast kiedy to powiedziałem, co powiedziałem, miałem na myśli tak zwanych dyskutantów. Bo zgodzisz się chyba ze mną, że kiedy bywamy na różnego rodzaju konwentach, to pojawiają się ludzie, którzy wiedzą wszystko najlepiej. Oni wytłumaczą tobie, jak należy pisać, „Imago”. Mnie wytłumaczą, jak należy pisać „Samochodzika” i w ogóle wiedzą wszystko lepiej. Tylko jak się poskrobie po wiedzy tych ludzi, to bardzo często okazuje się, że ta wiedza literacka kończy się jakieś 10 lat temu.
Wszystko, co było wcześniej, nie istnieje. I jeśli jesteśmy na poziomie odbioru literatury na poziomie rozrywkowym, to okej, to wszystko jest w porządku, nie ma pola dyskusji. Natomiast jak dochodzimy do momentu analizy pewnych zapożyczeń, korzeni, korelacji, bo literatura to jest jednak, poza tym, że niesie pewną rozrywkę, nie zawsze zresztą, ale i różne inne wartości. To jest jednak system naczyń połączonych. To, co było wcześniej, w jakiś sposób oddziaływuje na to, co dzieje się teraz. Dlatego to jest takie ważne. Jeśli zamierzamy dyskutować o literaturze, zamierzamy szukać powiązań, pewnych związków, to chyba warto jednak mieć wiedzę na temat tego, co powstawało kiedyś. Co ty na to?
[02:13:54] - Można mieć wiedzę, ale można się udać na przykład do pani Oramusowej, która ci wszystko wyświetli, jak to w tej literaturze było. I wtedy jesteś mądrzejszy.
[02:14:10] - Nie, to właśnie jest błąd podstawowy. Ja bardzo cenię publicystykę naukową żony Marka Oramusa. Właściwie to ja chyba faux pas popełniłem. W każdym razie cenię Dominikę Oramus jako osobę, która o fantastyce pisze, ale ona to pisze z pewnego punktu widzenia. Ona przedstawia nam świat- Takim jak świat fantastyki, świat historii, świat nauki, takimi oczyma, jakimi ona go widzi. My możemy tę narrację przyjąć albo nie. Oczywista sprawa. Ale żeby móc poddać pod rozwagę to, co ona pisze, to musimy wiedzieć przynajmniej część tego, co ona wie. Jeśli tego nie wiemy, to musimy łyknąć to, co napisała i przyjąć to jako prawdę objawioną. Natomiast jeśli mamy ochotę podyskutować, a znając pewną dynamikę Dominiki Oramus, pewną ekspresję, którą ona prezentuje, to ona bardzo chętnie by podyskutowała.
Bardzo chętnie by przyjęła osobę, która się z nią nie zgadza. Może nie byłaby zachwycona, bo każdy naukowiec lubi swoje tezy. Lubi te tezy, które sformułował, ale jednak pewna żyłka naukowca, żyłka publicysty zawsze sprawia, że Dominika Oramus na pewno chętnie by podyskutowała. Tylko dyskutować można z kimś, kto ma pewną wiedzę, jest o czym dyskutować, a nie o tym, że się wszyscy zgadzamy i że jest w ogóle wspaniale i świetnie. To o to tak naprawdę mi chodzi.
[02:16:11] - Marku, faktycznie przypomniałeś mi, jak rozmawialiśmy na temat analizowanej przez nas książki „Darwinowskie paragmaty” Dominiki Oramus, że my w trakcie czytania tej książki, to znaczy nie my, ale nam w trakcie czytania bez przerwy zapalały się różne światełka w głowie. Bo ona nas podprowadzała pod coś, co myśmy wiedzieli, ale nigdy żeśmy w pewnym sensie nie rozumieli. Nie dostrzegaliśmy ważności jakichś znaków i tak dalej. Więc naprowadzając nas, w głowie zapalały się światełka. Natomiast tym dyskutantom, o których mówisz, te światełka się nie zapalą po prostu w głowie.
[02:17:05] - O, właśnie.
[02:17:07] - Bo ich nie mają.
[02:17:11] - Dokładnie. Ale pierwszorzędną rzecz napisał 66szary i to myślę, jest bardzo ważna myśl. Otóż mogę się doszukać metapoziomu Overman Culture. Tak, wszystkie te osoby, które być może wiedzione tą zachętą, którą tu staramy się prezentować, przeczytają Testament Overmana, to zachęcam do szukania tego metapoziomu tej książki, bo ona jest. Myślę, że jest. Wbrew pozorom nie możemy o tym metapoziomie mówić, bo tak naprawdę byśmy, jak to mówi Ferdek Kiepski, rozdupcyli całość tej narracji i zdradzili wszystko. W związku z czym ten metapoziom jest w tej audycji niedostępny. Ale warto. Świetnie, że to 66szary podkreślił. To jest książka i to na pewno świadczy na jej korzyść, że ona ten metapoziom ma, że to nie jest taka sobie zabawna historia, której pewne wątki staraliśmy się tu przybliżyć niezbyt dokładnie, żeby nie zdradzić samej intrygi.
Ona ma jeszcze, tak mi się przynajmniej wydaje, ja go przynajmniej widzę, staram się go dostrzec, myślę, że 66szary również, ma ten metapoziom. Wbrew pozorom w literaturze to jest bardzo ważne, żeby książka była czymś więcej niż się na początku wydaje. Co ty sądzisz, Wiktorze, o tym?
[02:19:03] - Czy mogę być złośliwy?
[02:19:06] - Możesz.
[02:19:07] - Przypomina mi się wiele książek, które żeśmy omawiali i to odwołanie do tych metapoziomów górnolotnych to rzeczywiście Testament Overmana ma. Ale są również książki, które tak jak na przykład moja ulubiona „Konopielka” udają, że ten metapoziom mają. I na co się można złapać. W wypadku Testamentu Overmana raczej z Markiem gwarantujemy, że to rzeczywiście tam jest.
[02:19:47] - Wiesz, Wiktorze, odnoszę takie wrażenie, że w tym momencie, idąc za twoim śladem, powinienem teraz powiedzieć: „Kurwa mać, żeż też ciągle do tej Konopielki nawiązujesz. Ja i tak się nie dam przekonać, że to zła książka była”. Ale dobra, zostawmy to. To tyle tytułem remanentów, jeśli chodzi o „Konopielkę”. Ale ciekawe w dzisiejszej audycji jest coś, co nie dotyczy Testamentu Overmana, bo tak mnie nagle naszła wielka ochota, żeby jednak po „Królu” Szczepana Twardocha do tego „Królestwa” kiedyś się jednak wrócić w Bibliotekarium. Pewno nie zaraz, pewno po wakacjach, które w tym roku wakacjami będą nie do końca, ale tak mnie coś bardzo ciągnie w kierunku „Królestwa”, którego jestem w trakcie lektury. Chyba warto. Chyba cię, Wiktorze, namówię do tej lektury. To tak tytułem uprzedzenia tego, co może w drugiej połowie roku. No cóż Pewnie zbliżamy się do końca audycji, ale zanim zaczniemy mówić o końcu i czynić pewne podsumowania, to chyba czas najwyższy, żebyśmy posłuchali felietonu Tomka Fąsa.
Marku, prosimy.
[02:21:12] - Czy nowy świat jest wspaniały? Wysłuchujecie dzisiaj Państwo omówienia książki o sztucznych ludziach w sztucznym świecie. Temat jest oczywiście szeroki. Ja pozwolę sobie zwrócić Państwa uwagę na grę komputerową sprzed kilku lat pod tytułem „The Talos Principle” – zasada Talosa. To również jest gra o sztucznym człowieku w sztucznym świecie i mam takie wrażenie, że ma ona dużo wspólnego z omawianą dzisiaj książką, a przy okazji jest ciekawą historią z pewnym podtekstem filozoficznym. I oto zarówno w książce omawianej dzisiaj, jak i grze, o której wspominam, w zasadzie Talosa, ważną cechą tego sztucznego człowieka w sztucznym świecie jest dążenie do naturalności. Dążenie, które przejawiać się ma poszukiwaniem, pewną aktywnością intelektualną, która koniec końców zmierza w stronę postawy niepokornej, w stronę, jak to się powszechnie często mówi, niezależnego myślenia. Sztuczny człowiek do sztucznego świata pasuje. Swoją drogą, jak przypuszczam, nieprzypadkowo ta powieść jest właśnie teraz omawiana, kiedy oto do sztucznego świata zmuszeni są dostosować się ludzie naturalni. Kiedy to tworzymy sztuczne reguły: nie wychodź z domu, trzeba zakrywać usta, trzeba bardzo się ograniczać.
Powstrzymywana jest działalność gospodarcza. Wszystko oczywiście w szlachetnym celu walki z chorobą. Niemniej prawdziwi ludzie do sztucznego świata dostosowują się z pewnym trudem. Ja akurat nie mam z tym problemu. Osobiście i tak prowadzę dosyć osiadły tryb życia. Niemniej z różnych źródeł co bardziej nadpobudliwi znajomi spragnieni kontaktu z powietrzem już od dawna donoszą mi, jak to męczą się w swoich trudnych sytuacjach, jakiż to problem jest wytrzymać te kilka dni w domu i tak dalej. Albo jedni podważają w ogóle zasadność jakiejkolwiek kwarantanny, inni nawet biorą pod uwagę, że ma to pewien sens, ale nadal jest to dla nich nie do przejścia. Prawdziwi ludzie w sztucznym świecie walczą z tą sztucznością. Starają się na różne często nielegalne sposoby swoje własne, jednak jakoś do tej naturalności wracać, co myślę też było powodem trudnych sytuacji i walki zawsze z ustrojami totalitarnymi, z ustrojami narzuconymi siłą. Prawdziwy człowiek w sztucznym świecie czuje się źle.
Sztuczny człowiek w sztucznym świecie otóż wyraża swą naturalność czy dąży do naturalności, właśnie jak już wspomniałem, poprzez myślenie niezależne. „I am independent thinker” mówili słuchacze audycji Rush Limbaugh. Pamiętam, słuchałem kilkanaście lat temu. To były czasy chyba jeszcze wyborów w Ameryce, kiedy tam pojawiła się pani Sarah Palin i różne ciekawe wątki się pojawiały. Ja wówczas trochę doskonaląc sobie angielski, słuchałem co jakiś czas pobieranych z różnych internetowych zakamarków audycji amerykańskiego radiowca Rusha Limbaugha. Jak być może część z państwa wie, jak nie wie, to powiem, że jest to bardzo skrajnie prawicowy publicysta, trochę z naszym Wojciechem Cejrowskim porównywany, ale mówi bardzo szybko i faktycznie był to dla mnie dobry trening angielskiego, a przy okazji konfrontacja z tego rodzaju twórczością. Co było istotne, on oczywiście mówił, że jest to audycja właśnie dla miłośników muzyki i poszukiwaczy prawdy. Przekonywał do tego swoich słuchaczy i słuchacze też, dzwoniąc do tego radia, regularnie mówili: „I am independent thinker. Ja jestem niezależnie myślącą osobą, niezależnym myślicielem”. Po czym najczęściej recytowali dokładnie poglądy prowadzącego.
Jak to jest z tym niezależnym myśleniem? Myślenie to jest generalnie coś, co ludzie najczęściej przypisują własnej opcji światopoglądowej, a jego brak, głupotę, debilizm najczęściej przypisują ludziom, którzy posiadają poglądy inne. „Wyłącz TVP, włącz myślenie”, mówi popularny publicysta, dziennikarz telewizyjny, słynny głównie ze ścigania księży pedofili. To ukazał w swoim skądinąd ważnym i potrzebnym filmie. Teraz druga część tego filmu miała się ukazać. Nie ukazała się, ponieważ wirus zdobył pierwsze strony gazet i trzeba poczekać. Natomiast właśnie pan autor ważnego społecznie filmu o pedofilii został ostatnio, nie wiem, czy państwo wiecie, zdetronizowany. Stracił pierwsze miejsce na platformie Patronite. Zyskał więcej od niego patronów i środków zyskała inicjatywa bardzo świeża, która powstała poprzez to, że Wojciech Mann, nie godząc się również z pewnym sztucznym światem kreowanym w Trzecim Programie Polskiego Radia, zrezygnował z tego radia i postanowił z grupą niemniej znakomitych osobistości polskiej kultury stworzyć projekt. Projekt ten nazywa się Radio Nowy Świat i zdobył rzeczone pierwsze miejsce na platformie Patronite.
W przeciągu niespełna tygodnia uzbierał prawie pół miliona złotych na rozpoczęcie działalności. Sztuczny świat sprowadzany jest do radia. Reguły niepodobające się ludziom, którzy w naturalny sposób radio rozwijali. I oto rzeczywistość wirtualna okazuje się bardziej prawdziwa i wybija się znów na działalność niezależną, naturalną, prawdziwą, autentyczną, nie stymulowaną skądinąd. Takie są, proszę państwa, konsekwencje uzależnienia kultury od dotacji, że ten, kto dotacje daje, swoje nie zawsze mądre reguły wprowadza i potem tę kulturę nagina, dobiera sobie do własnych potrzeb na swój obraz i podobieństwo ją kreując. Swoją drogą ciekawe, czy tego rodzaju Radio Nowy Świat faktycznie zyskuje poparcie finansowe głównie dlatego, że ludzie tak są zainteresowani powrotem do dawnej linii Trzeciego Programu Polskiego Radia, czy może też trochę na złość władzy? Trudno powiedzieć. Przypuszczam też, że zwłaszcza ci patroni z górnych progów liczą na reklamę, która w cenie powiedzmy tysiąca czy trzech tysięcy złotych to jest całkiem rozsądna kwota jak za platformę w tak głośnym już projekcie medialnym. Jak to w końcu, proszę państwa, jest z tym niezależnym myśleniem? Wydaje się to oczywiście idea szlachetna.
Należy myśleć niezależnie, samodzielnie, tylko Człowiek, który myśli całkowicie niezależnie to co? Odrzuca wszelką wiedzę i odkrycia naukowe, od nowa na własną rękę schodzi z drzewa i odkrywa prawo grawitacji? Wydaje mi się to, proszę państwa, ideą podejrzaną. Tym bardziej że o niezależnym myśleniu mówią również ludzie, którzy wierzą w totalne absurdy, którzy czczą płaską ziemię, walczą ze szczepieniami jako złem straszliwym czy na przykład z siecią 5G, jak ostatnio ogłosił Wojciech Cejrowski. Kontrolować umysły to już dawno mówił, a teraz ogłosił jeszcze o związkach sieci 5G z rozprzestrzenianiem się wirusa obecnej pandemii. To są wszystko ludzie niezależnie myślący i czasami nawet sprawnie się swoim umysłem posługujący, jak pan Cejrowski, któremu zdolności logicznego się przeważnie nie odbiera. Jednak nie mając wiedzy, a myśląc niezależnie, brnie w absurdy kompletne. Zatem, proszę państwa, ostrożnie z tym niezależnym myśleniem. Ja w ogóle jestem, prawdę powiedziawszy, zdania, że czegoś takiego jak myślenie całkowicie niezależne nie ma w ogóle. Zawsze ulegamy podszeptom grup takim czy innym.
Ulegamy naszym uwarunkowaniom, również psychologicznym, różnym lękom, fobiom, ograniczeniom zdolności rozumowych, ograniczeniom wiedzy. Nie ma czegoś takiego jak myślenie niezależne. Myślimy zawsze w oparciu o język, którego się nauczyliśmy, o reguły, które nam wpojono, to, co świadomie czy podświadomie w procesie wychowania przyjęliśmy. Nie ma myślenia niezależnego. Myślenie jest zawsze zależne, zawsze uzależnione od wszelkich bodźców i uwarunkowań wcześniejszych. To, do czego bym państwa zachęcał, to do myślenia uwarunkowanego świadomie i świadomie, rozsądnie wybierającego sobie podstawy do rozumowania i wszelkich wnioskowań.
[02:28:51] - I cóż ty, Wiktorze, powiesz mi teraz?
[02:28:55] - Ja jestem zachwycony tym felietonem. Zresztą to jest również mój światopogląd, że nie ma żadnej niezależności. Niezależność jest wyłącznie bardzo indywidualną cechą, że tak powiem, pewnej elastyczności wobec sytuacji, która jest. Zabawowo w ogóle ubawiło mnie to manowskie radio Nowy Świat, że tak powiem, bo to jest takie bardzo marksistowskie spojrzenie, stworzeniem nowego świata. Stary świat jest nieważny, jest brzydki, jest fe. Wiadomo, że taki jest, ale my stworzymy czysty i piękny nowy świat. Bardzo marksistowskie.
[02:29:59] - Wiesz co, Wiktorze? Ja myślę, że to jest znacznie bardziej prozaiczne, niż myślisz.
[02:30:07] - Tomek to mówił.
[02:30:09] - Że to się raczej od ulicy Nowy Świat w Warszawie nazwa radia wzięła niż od marksistowskiego nowego świata, czy też „Nowego wspaniałego świata” Huxleya. Notabene przecież Huxley w tej książce się również pojawia. Nie jest to postać świetlana zresztą w tej książce, ale tak już na koniec dzisiejszej audycji. Specjalnie odczekałem z tym wątkiem na wybrzmienie felietonu Tomka, bo chciałem powiedzieć, że tę książkę Coopera można odczytywać jeszcze w jeden sposób. Otóż „Testament Overmana” to jest książka, która w taki bardzo prosty, rozrywkowy to złe słowo, bardzo popularny sposób opowiada o rodzeniu się przywódcy, rodzeniu się przywództwa. Ktoś by mógł nawet powiedzieć, że w sposób dosyć naiwny, ale tu bym się dystansował, ponieważ właśnie wychodzimy od dziecka. Dziecko, które zbiera informacje i w pewnym momencie staje się przywódcą. Gdzieś po minięciu połowy książki „Testamentu Overmana” staje się dla nas jasne, że główny bohater o nazwisku Faraday staje się przywódcą pewnej grupy. On rozdaje karty. On o pewnych rzeczach decyduje.
W pewnym momencie jest skonfrontowany z czymś, ze zjawiskiem, które moglibyśmy w przybliżeniu, żeby znowu nie omawiać szczegółów, nazwać władzą czy też pewnymi czynnikami nacisku. On boi się tej konfrontacji, ale staje do tej konfrontacji i wychodzi z niej zwycięsko. Pokazuje to też w takiej mikroskali, w takim dużym skrócie, jak rodzą się właśnie przywódcy, liderzy, ludzie, którzy prowadzą innych czasami na barykady, a czasami po prostu do przemian. Bez głównego bohatera, bez tego Faradaya, o którym nam ten świat opowiada właściwie, to by się nie skończyło tak, jak się skończyło. To on zaszczepił w wielu swoich kolegach, przyjaciołach na przykład potrzebę czytania, potrzebę dowiedzenia się, o co w tym wszystkim chodzi. Zauważmy, że To zresztą autor podkreśla. Bardzo wielu tych ludzi wrażliwych, tych, którzy czuli, którzy mieli krew według nomenklatury książki, wcale nie byli zainteresowani tym światem. Nic ich nie dziwiło. Byli gotowi poddać się tak jak większość obecnego społeczeństwa, łykać tę papkę, która była im podawana i byli gotowi trwać. To tylko takim jednostkom, które szukają dziury w całym, są zainteresowane tym, dlaczego jest tak, jak jest, zawdzięczamy bardzo często postęp.
Nie wiem, czy postęp, może tylko po prostu poruszanie się w pewnym kierunku. To z całą pewnością główny bohater, Faraday, powoduje, że mamy narrację w tej książce, że coś się zmienia, że dążymy ku pewnemu celowi, a co więcej, dostajemy wyjaśnienie sytuacji. On jest motorem tego wszystkiego, co się dzieje. To nie jest tuzinkowy facet, którego nic nie interesuje. Wśród ludzi czułych, czujących, wrażliwych tacy ludzie też są, ale dzięki niemu, dzięki jego przywództwu, dzięki temu, że on mówi im: „Słuchajcie, musicie się dziwić temu, na co patrzycie. Musicie patrzeć, obserwować i dziwić się. Właśnie dziwić, kwestionować to wszystko. Tylko wtedy dojdziemy do prawdy”. Chwilami to, co mówię, brzmi jak manifest prawie komunistyczny albo jeszcze inny, rewolucyjny prawie. Ale tak się właśnie główny bohater zachowuje i dzięki temu nastaje wielka zmiana w tej książce.
To chyba tyle, Wiktorze.
[02:35:05] - Może tutaj i w tym, co powiedziałeś, i w serii o Tomie Fonsa, bo nawiązywałeś do tego, nie zabrzmiało. Szukałem jakiegoś słowa, które mi się wydawało, że jest ważne. Nie niezależność, brakowało mi słowa, ale chyba wpadłem na to słowo, które każdy człowiek, przynajmniej próbujący zrozumieć świat, powinien mieć. Wątpliwości, Marku. Wątpliwości, czy to, co żre, co mu dają do karmienia, jest na pewno tym, czym jest. Bez wątpliwości nie byłoby ani rozwoju nauki, ani rozwoju techniki, ani również rozwoju kultury. Wątpliwości zawsze będą i muszą być, jeśli mamy zmierzać ku czemukolwiek. Zresztą to jakieś mydlane mydło, bo zmierzanie do czegoś bez wątpliwości po prostu nie istnieje. Musimy wątpić, ale to jest czasami straszliwa siła. Przecież wątpliwości to nie jest słabość.
To jest potworna siła. Wątpić należy przede wszystko.
[02:36:51] - No tak. Przyłóżmy sobie to do współczesności, do tego, co jest wokół nas. Mamy epidemię koronawirusa i mamy dwie postawy. Przynajmniej dwie. Myślę, że jest ich więcej. Postawa pogodzenia się, czyli łykajmy to wszystko, co nam mówią mass media. Stosujmy się. Mamy też postawę drugą. Zadawajmy pytania. Interesujmy się tym.
Nie łykajmy tego tak wprost. Część ludzi mówi: „Ale ci, co tak kombinują różne teorie spiskowe i w ogóle tego nie należy robić, mówić, w ogóle myśleć tak nie należy”. To ja bardzo przepraszam. Jak słyszę, że nie należy w jakiś sposób myśleć, to zaczynam być przestraszony może nie, ale bardzo zaniepokojony. Bo to jest tak z naszym światem troszeczkę, że ja bardzo boję się ludzi, którzy wiedzą. Wolę rozmawiać z ludźmi, którzy mają wątpliwości. Bo ludzie, którzy wiedzą, oferują mi pewną wersję, wykładają mi ten świat i oni nie mają absolutnie żadnej myśli, która by mówiła: „A może tak nie jest?” Nie, oni wiedzą, że tak jest. I gdybyśmy przełożyli to na książkę „ Testament Overmana”, to byli też tam tacy ludzie, którzy wiedzieli, jak ten świat wygląda. Po prostu wiedzieli. Ale którzy z nich mieli rację?
Ci, którzy zadawali pytania. I tak jest w naszym świecie. Jest cała grupa tak zwanych poważnych dziennikarzy, poważnych publicystów, poważnych polityków, którzy mówią: „Jakieś tam teorie spiskowe”. Ja się zgadzam, że bardzo wiele teorii spiskowych to jest jeden wielki bełkot, ścieki i w ogóle tam nie ma co gadać, ale wrzucanie wszystkiego do jednego worka Mówienie, że jak jest coś nazwane teorią spiskową, to musi być z definicji głupie albo w ogóle bezsensowne. To jest zła droga. To ludzie, którzy mają odwagę stawiać pytania, którzy mają odwagę kwestionować to, jak wygląda świat, jak się go nam przedstawia, to ci ludzie mają szansę, tak jak bohater powieści „Testament Overmana”, dojść do prawdy albo przynajmniej do jakiejś części tej prawdy. Ludzie, którzy godzą się z rzeczywistością, którzy mówią: „No jest tak, rozejrzyj się wokoło, jest tak, jak jest.” Ludzie, którzy nie zadają pytań, którzy gotowi są łyknąć to wszystko tak, jak się nam to przedstawia. Ja się boję tych ludzi w gruncie rzeczy, bo to oni są w jakiś sposób podejrzani. Nie ci, którzy hołdują teoriom spiskowym. Ja się zgadzam, że bardzo często teorie spiskowe to jest jakaś dzicz kompletna i wariactwo.
Po to mamy mózg, po to mamy logiczne myślenie czy też logikę jako taką, żeby pewne rzeczy analizować. Ale wrzucanie wszystkiego do jednego wora to jest bardzo niebezpieczna sytuacja i myślę, że to jest pewien wniosek, który niezależnie od książki „Testament Overmana” możemy sobie wyciągnąć, obserwując naszą rzeczywistość. Jeśli będziemy się na nią godzić, będziemy ją łykać jak ten pelikan rybę, żeby powtórzyć już po raz kolejny w tej audycji, to nasza refleksja będzie marna. Jeśli natomiast nawet dla czystego ćwiczenia logicznego, psychicznego postaramy się zakwestionować rzeczy oczywiste, to możemy się czasami przekonać, że robi się ciekawie. To dla mnie to tyle. Tak bym podsumował to wszystko, o czym dzisiaj mówiliśmy. A ty, Wiktorze?
[02:41:16] - Wiesz, z wiedzą i z prawdą to jest tak samo, jak z wiarą. Wątpliwości nie wykluczają wiary przecież.
[02:41:30] - Ale oczywiście! Są niezbędne dla niej w ogóle.
[02:41:34] - No i poza tym wiedza jest jak dupa. Każdy ma swoją, każdy ma jakiś swój poziom. U jednego ta dupa jest wyżej, u innego niżej.
[02:41:46] - Tak, ale w gruncie rzeczy, Wiktorze, pamiętasz naszą dyskusję, kiedy rozmawialiśmy o takim niebezpiecznym zjawisku, o takiej niebezpiecznej sytuacji, w którą popada wielu recenzentów, badaczy literatury? Otóż oni popadają w taką nieznośną manierę, że pisząc o jakiejkolwiek książce, w przeciwieństwie do nas i do naszej audycji, starają się za wszelką cenę szukać w niej rzeczy, które są złe w tej literaturze. Troszkę z takim mrużeniem oka do czytelnika: „Wiecie, jak ja bym to napisał, to bym to napisał lepiej. Ale nie ja to pisałem, a autor to spierdzielił ewidentnie.” To jest po prostu, proszę państwa, ślepa uliczka, bo taki recenzent tak naprawdę opowiada nam, że wie wszystko lepiej. Tylko zwróćcie państwo uwagę, że ci recenzenci tak naprawdę rzadko kiedy piszą naprawdę wybitne książki. I przywołując pewną fraszkę, może nie wprost do końca: recenzent i impotent z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, lecz żaden nie potrafi. I to troszeczkę tak wygląda, że ci, którzy nam mówią: „Wiem, wiem, to powinno być tak zrobione. Ja wiem, to autor spierdzielił ewidentnie, bo to trzeba by zrobić tak i tak.” To ci sami recenzenci postawieni przed klawiaturą komputera i z takim hasłem: „No to teraz napisz książkę doskonałą.” Jeśli są odważni, to napiszą, najczęściej gniota. Jeśli są mniej odważni, to odmówią współpracy.
Tak. Nie wiem. Tylko tyle, żeby sobie zapamiętać i niekoniecznie zawsze ulegać temu krytycyzmowi, który prezentują krytycy literaccy. A oni są od tego, tak mi się wydaje przynajmniej, żeby zawsze książkę wdeptać w glebę, wdeptać w błoto, czasami pochwalić za coś tam, ale generalnie autor nie zrobił tego tak, jak powinien, bo recenzent wie, jak powinien, i tak dalej. To jest zła droga, proszę państwa, tak mi się przynajmniej wydaje. Może się mylę. Wiktorze, jak ty tam sądzisz?
[02:44:29] - Sądzę mniej więcej tak samo. Chociaż nie mieszajmy z błotem tych krytyków literackich i ludzi, którzy się rzeczywistą recenzjami zajmują, bo naprawdę tutaj wybitnych ludzi, od Boya-Żeleńskiego począwszy, było mnóstwo i będzie jeszcze. Natomiast ten, przepraszam za słowo, ale ten moczłoch też był i zawsze jest potrzebny, żebyśmy mu powiedzieli: „Moglibyśmy powiedzieć, ale my jesteśmy inni.” Natomiast à propos tej jeszcze wiedzy, już tak na zakończenie, dla zabawy i tej pewności O której mówiliśmy, to wymyśliłem sobie taką anegdotkę. Otóż wiesz Marku, jak postawisz przed sobą na stole puszkę z piwem, to wiesz, że w środku jest piwo, prawda?
[02:45:43] - Tak.
[02:45:45] - Ale co ta wiedza znaczy? Nic nie znaczy. Nie dosyć, że jest nic niewarta, nic nie znaczy, bo tak naprawdę warte jest piwo po otworzeniu tej puszki z piwem. Więc należy puszkę otworzyć, a żeby ją otworzyć, to trzeba po prostu mieć chęć, a chęć musi wynikać z pewnej wątpliwości. Ja mogę założyć: a może jej tam nie ma? Ciekawość poprowadzi mnie do tego, żeby jednak otworzyć tę puszkę i wtedy będę zachwycony, zadowolony i przede wszystkim z tego piwa będzie pożytek. W puszcze ono jest nic niewarte.
[02:46:31] - Tak, ale wiesz, ja nie jestem przeciwnikiem krytyki literackiej. To jest złe odczytanie tego wszystkiego. Mnie chodzi tylko o pewne wyrodzenie się krytyki ostatnimi czasy, bo krytycy celnie punktujący niektóre dzieła bądź też nie dzieła literackie, są jak najbardziej potrzebni. Ja do dzisiaj pamiętam bodajże z recenzji Słonimskiego do dzisiaj mi się wbiła w pamięć taka oto krótka recenzja z pewnej sztuki, teatralna recenzja. Sztuka była tak zła, że aktorzy zjawiali się na scenie w liczbie przynajmniej trzech, aby mieć przewagę nad publicznością. W razie zatargu mieć przewagę nad publicznością. To są recenzje, które są z jednej strony złośliwe, okrutne, ale jednak z pewną finezją pisane. Natomiast jak ja natrafiam na recenzję, która tłumaczy, że autor zrobił wszystko źle, a ten recenzent wie, jak to należy zrobić, bo ja nigdy nie miałem takich ambicji. Słonimski pisał, że mu się coś po prostu nie podoba. Współcześni recenzenci bardzo często wiedzą lepiej i to mnie czasami, mówiąc szczerze, przeraża.
Ale to nie jest istota tego wszystkiego. Cieszcie się państwo książką, którą dzisiaj przedstawiliśmy. Jeśli jej nie znacie, to gratuluję wam, a jeśli jej nie znacie, to sięgnijcie po nią. „Testament” Overmana to tak naprawdę kilka godzin czytania szybkiego, z dużą satysfakcją na końcu. Z pewną taką radością dochodzi się do końca tej książki i to jest radość pomieszana z pewną refleksją, głęboką refleksją. Wydaje mi się, że głęboką refleksją. Nie na darmo rozmawialiśmy dzisiaj o tym poziomie meta, który w tej książce można znaleźć. To jest fajna przygoda. Ja nie mówię, że jest to wielka literatura. Od początku tej audycji tego nie mówię, ale jest to po prostu fajna przygoda i tej przygody państwu przy lekturze po prostu życzę.
Wiktorze, ty jeszcze coś?
[02:48:51] - Mogę tylko dodać coś takiego. Jeżeli Marek nie mówi, że to jest wielka literatura, to znaczy, że to wielka literatura jest.
[02:49:05] - To bardzo przewrotne było. Dziękuję ci bardzo. Czuję się w jakiś sposób, nie wiem właściwie, czy doceniony, czy niedoceniony, czy też przeceniony. Sam nie wiem. Muszę to przemyśleć do następnej audycji. A następna audycja za dwa tygodnie. Bibliotekarium jakiś czas temu, całkiem niedawno, chociaż w dobie koronawirusa wszystko wydaje się dawno, ale całkiem niedawno wydało książkę Tomasza Andrzejewskiego „Zły świat”. Czy państwu mówi coś nazwisko Tomasz Andrzejewski? Pewnie nie, ale ci, którzy słuchają drugiej naszej audycji ABW, powinni to nazwisko kojarzyć. Dawno, dawno temu w naszej galaktyce na Ziemi pojawiło się opowiadanie takie dziwne o kobiecie jadącej do pracy.
I w pewnym momencie następuje wstrząs. Cały świat się rozwala i odwraca do góry nogami. Pojawia się jakaś taka, przepraszam za sformułowanie, szablastozęba istota i tak dalej, i tak dalej. Groźne, takie klimatyczne opowiadanie. Później się pojawiły kolejne opowiadania, takie dziejące się gdzieś w więziennej celi, takie, które jakoś klimatycznie nawiązywało do literatury grozy. To wszystko były opowiadania Tomasza Andrzejewskiego. Tom, o którym mówię, „Zły świat”, zawiera niektóre z tych opowiadań, które pojawiły się w audycji ABW. Nie wszystkie, ale też zawiera część opowiadań zupełnie nowych, których państwo nie znacie. I jest to fascynująca lektura. „Zły świat”.
Proszę państwa, to jest literatura, która mówi o tym, że nie zawsze jest wszystko pięknie, łatwo i przyjemnie, ale nie epatuje nas ta literatura tylko tym, że było źle, jest źle i będzie źle. Troszeczkę inaczej autor do tego podchodzi. Autor potrafi budować- W niezwykły sposób potrafi budować klimat, napięcie, ale klimat grozy, pewnej schyłkowości. Proszę państwa, myślę, że warto po tę książkę sięgnąć. Za dwa tygodnie troszeczkę- Tak? Mów.
[02:51:41] - Bardzo, Marku, zabawny bon mot ci wyszedł.
[02:51:47] - Proszę!
[02:51:48] - „Zły świat” to dobra książka.
[02:51:54] - Dokładnie. Ale nie uważam tego za bon mot, dlatego się tak nie ubawiłem. Ponieważ tak dokładnie jest. Ten zły świat to dobra książka. Zapraszamy zatem na audycję o książce Tomasza Andrzejewskiego „Zły świat”. Będziemy zresztą na antenie gościć autora. Pewno z nagrania, ale mimo wszystko poznacie państwo człowieka, który mnie przynajmniej ujął sposobem pisania, obrazowania, tworzenia nastroju grozy. Ja tego nie umiem robić. Dużo rzeczy umiem, a tego akurat nie. I zawsze szanuję ludzi, którzy potrafią coś, czego ja nie potrafię.
Możemy też popytać autora, jak on to robi. Pewnie tego rodzaju pytanie padnie w audycji. A zatem zapraszamy za dwa tygodnie na audycję o książce Tomasza Andrzejewskiego „Zły świat”. Coś, Wiktorze, jeszcze?
[02:53:05] - Dziękuję jeszcze na koniec audycji Najwyższemu, że żyje Tomek Fąs i Tadeusz Krajewski, że żyją. Tadeusz to ja rozumiem, dlaczego żyje, bo on się okaza. Tak samo jego epidemie nie chwycą, bo okazanych, że tak powiem, nie psu to ten wirus dopada. Jestem z dzisiejszej audycji zadowolony, bo okazuje się, że jak na razie wszyscy żyjemy.
[02:53:38] - Tak. A Tomek Fąs zabija koronawirusa swoją niewątpliwą inteligencją. Po prostu odpala zawsze racę w kierunku potencjalnego zagrożenia i to zagrożenie przestaje istnieć.
[02:53:51] - A! Teraz musimy uważnie słuchać Tomka Fąsa. Jak zobaczymy, że coś jest nie w porządku, to od razu będziemy wiedzieli, że go zaatakował.
[02:54:04] - Tak jest. A za tydzień zapraszamy na kolejne ABW. Opowiadań będzie dużo. Będą krótkie, ale będzie ich dużo. Co więcej, zaprezentujemy opowiadania shortowe. Oczywiście część opowiadań shortowych z konkursu „Lubię rzeczywistość”. Pozwolimy państwu poznać opowiadania, które za jakiś czas ukażą się w kolejnych tomach antologii. I to by było na tyle. Dochodzi godzina 23. To już chyba czas najwyższy, żebyśmy skończyli.
Wiktorze, ja ci dziękuję za audycję. Dziękuję naszym słuchaczom. Życzę im samych dobrych lektur, a tym, co piszą, oczywiście ostrego, nietępiącego się pióra i dużo, dużo weny. Do usłyszenia. Dobranoc. Pozdrawiam.
[02:55:03] - Cześć.
[02:55:05] - Mówili te słowa do państwa jak zawsze gospodarze „Bibliotekarium” Marek Żelkowski i Wiktor Żwikiewicz. Audycję jak zawsze od strony technicznej obsługiwał Marek Sęk „Ivellios” Radio Paranormalium, paranormalny głos w twoim domu. Dziękujemy za uwagę. Dobranoc i do usłyszenia oczywiście już za tydzień, tym razem w warsztatowo-podcastowym wydaniu „Bibliotekarium”, czyli ABW. I ponownie w tym normalnym „Bibliotekarium” — czekam na to nienormalne cały czas, Marku — już za dwa tygodnie.
[02:55:38] - Ale żeby ono mogło być nienormalne, to wymaga jednak pewnych przygotowań. W związku z tym nie wiem, czy góra nie urodzi myszy, ale się postaramy.
[02:55:51] - Liczę na to. Więc do usłyszenia ponownie na żywo za dwa tygodnie i w trybie taśmowym już za tydzień. Produkcja i realizacja Radio Paranormalium. www.paranormalium.pl.